“Wolnomularstwo to coś egzotycznego, lecz także – coś jak najbardziej realnego”.

ks. Piotr Dzierżak FSSPX zawsze_wierni

Od Redakcji

Drodzy czytelnicy, tematem przewodnim obecnego numeru dwumiesięcznika „Zawsze Wierni” jest, podobnie jak ostatnio, kwestia należąca niewątpliwie do kanonu problemów poruszanych przez prawdziwie katolicką prasę – tym razem jest to masoneria.

Należy przy tym zauważyć, że w kwestii wolnomularstwa mamy do czynienia z wyraźnym paradoksem. Z jednej strony temat ten jest niesłychanie znany i popularny, zwłaszcza jeśli chodzi o szczegóły dotyczące rozmaitych „list masonów”, tajemnych obrządków czy innych tego typu – zresztą niemal niemożliwych do dokładnej weryfikacji – ciekawostek i sensacji. Z drugiej strony wybrany temat jest jednocześnie faktycznie niedoceniony, a to dlatego, że w codziennym życiu łatwo umyka nam realność masonerii i jej działań – to, że jej obliczona i rozplanowana na stulecia strategia rozkładu katolickiego świata okazała się wyjątkowo efektywna. Wszystko to pozostaje dla nas często niewidoczne, a przez to nieuświadomione, ponieważ większość z nas nigdy nie widziała (i zapewne nigdy nie zobaczy w przyszłości) ani jednej świątyni masońskiej, ani też nawet nie spotkała się z kimś, kto by się wprost przyznał do działania na rzecz omawianej organizacji.

Wystarczy jednak – nawet tylko pobieżnie – zacząć na chłodno analizować umysłem (dodajmy: dobrze wykształconym, czyli ukształtowanym!) otaczającą nas rzeczywistość, by przekonać się o tym, jak wiele z zasad „oczywistych” dla dzisiejszego mieszkańca naszego (rzekomo katolickiego) kraju zostało wtłoczonych w świadomość społeczną właśnie przez masonerię. Jest to uderzające, jeśli tylko rozpatrzy się kwestie tak istotne jak: religia (ekumenizm, wolność religijna, kolegializm), polityka (demokratyzm, etatyzm), społeczeństwo (humanizm, równość, prawa człowieka, pacyfizm), ekonomia (socjalizm, „kapitalizm” wielkich korporacji i banków), nauka (technokratyzm), rodzina (feminizm).

Mamy zatem do czynienia z pewnego rodzaju dysonansem poznawczym: oto wolnomularstwo jawi nam się jednocześnie jako coś egzotycznego, lecz także – poprzez skutki swoich działań – coś jak najbardziej realnego. Warto zauważyć, że taki stan rzeczy tylko ułatwia działania wymierzone w katolicki porządek, gdyż każdemu, kto tylko nieco głębiej próbuje badać tajemnice owej organizacji, można łatwo przypiąć łatkę „szura” czy „oszołoma” walczącego z urojonym wrogiem, z czymś, czego nie widać, co przecież od dawna już nie odgrywa istotnej roli…

Jednak ów – odbierający nam intelektualny komfort – dysonans znika, kiedy tylko sięgniemy po metodę właściwą realistycznej filozofii: gdy próbujemy wyjaśnić otaczającą nas rzeczywistość poprzez odwołanie się do przyczyn, które ją wywołały; ponieważ każdy skutek odnosi nas do właściwej sobie, powodującej go przyczyny.

W badaniu tego typu zjawisk najważniejsze wcale nie jest znalezienie winnego, zrzucanie odpowiedzialności za stan dzisiejszego świata i Kościoła na klikę ludzi oddanych demonicznej idei buntu wobec Stwórcy… Nie – w pierwszej kolejności chodzi tu o ciągłe uświadamianie katolików, że przyszło nam żyć w świecie mocno zakażonym obcymi nam ideami. Ideami niedającymi się pogodzić z objawioną przez Boga prawdą, a nawet stojącymi w jawnej sprzeczności z pochodzącą od Stwórcy naturą rzeczy.

Oznacza to, że my, katolicy Tradycji, mimo wyjątkowo pożądanego realistycznego, zdroworozsądkowego podejścia do życia i świata, musimy być w istocie bardzo czujni, a przez to zdolni do skutecznego odsiewania ziarna od plew. Aby to było jednak możliwe, potrzebne jest systematyczne i dogłębne dokształcanie się w omawianej tematyce. Stąd też pomysł na obecny numer naszego czasopisma.

Niech nam w tym towarzyszy i dopomaga Najświętsza Maryja Panna, Ta, która zdeptała – i wciąż nieustannie depcze – głowę piekielnego węża, pierwszego rewolucjonisty i najwyższego przełożonego nad wszystkimi masońskimi sektami.

Życie wewnętrzne: Wiele jest zagadnień bardziej medialnych, choćby: masoneria, ekumenizm, kryzys w Kościele…

Życie wewnętrzne: Wiele jest zagadnień bardziej medialnych, choćby: masoneria, ekumenizm, kryzys w Kościele…

ks. Piotr Dzierżak FSSPX Zawsze Wierni nr 5/2023 (228) piusx.org.pl

Od Redakcji

Drodzy czytelnicy, temat przewodni obecnego numeru dwumiesięcznika „Zawsze Wierni” zasługuje na szczególną uwagę. Wiele jest zagadnień bardziej popularnych, bardziej medialnych niż życie wewnętrzne, choćby: masoneria, ekumenizm, kryzys w Kościele… W rzeczywistości jednak nie ma tematu bardziej istotnego. Dlaczego? By to zrozumieć, należy przede wszystkim mieć na uwadze to, czym życie wewnętrzne faktycznie jest. Nie chodzi tu przecież tylko o świat myśli i woli; przestrzeń, w której jesteśmy panami samych siebie, gdzie nikt nie może wniknąć i nam zagrozić; obszar duszy, do którego możemy się zawsze usunąć i w nim przebywać.

Pojęcie życia wewnętrznego – jak to zostało ukazane w pierwszym z artykułów niniejszego numeru ZW – jest faktycznie tożsame z pojęciem życia duchowego; jest ono tym, co pisarze duchowni nazywają „życiem naszej duszy”. Życie to swą doskonałością w większym jeszcze stopniu przekracza naturalną głębię naszej duszy, niż dusza przekracza ciało. Stąd też jest ono nawet bardziej odległe od zmysłowego doświadczenia niż rozum i wola – mamy tu bowiem do czynienia z przestrzenią naj­intymniejszego kontaktu z Trójjedynym Bogiem.

Tak rozumiane życie wewnętrzne jest nie tylko czymś najwznioślejszym, ale również najdonioślejszym i najpilniejszym:

Cóż bowiem pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją?1

Niestety, trzeba ze smutkiem stwierdzić, że kwestia życia duchowego jest w dzisiejszej Polsce bardzo zaniedbana. Dotyczy to oczywiście w pierwszej kolejności wiernych korzystających wciąż z posługi księży uformowanych w ramach oficjalnego nurtu Kościoła, boleśnie zranionego herezją modernizmu (i postępującego za nim liberalizmu). Byłoby pewnym uproszczeniem opisywanie polskiej duchowości „posoborowej” jako opartej jedynie na emocjach oraz zwyczaju, niemniej jednak w przypadku ogromnej większości wiernych widoczny jest brak znajomości zasad życia wewnętrznego, a nawet brak świadomości konieczności kultywowania go w sobie. I choć przyznać trzeba, że starsze pokolenia, które katechizację przechodziły jeszcze w czasach przed- czy okołosoborowych, znajdują się w nieco lepszym położeniu, nie zmienia to znacząco ogólnego obrazu sytuacji.

Poza tym dotykamy tu sprawy znacznie głębszej i bardziej złożonej niż tylko recepcji modernistycznej herezji: te same wady naszej duchowości dostrzegał już o. Woroniecki, pisząc, że mimo swej ortodoksji – polski katolicyzm charakteryzuje się pewną płytkością życia wewnętrznego, w konsekwencji czego niewielu tylko dochodzi do pełnego rozwoju życia łaski:

Najcharakterystyczniejszym może, ale i najtragiczniejszym momentem życia katolickiego w Polsce doby obecnej nie jest ani mały ale zwarty zastęp jego przeciwników, ani liczniejsze rzesze obojętnych, jeno słaby stopień napięcia religijnego u tych, którzy szczerze pragną być wiernymi uczniami Chrystusa. Pomimo głębokiego przywiązania do wiary katolickiej, pomimo regularnego spełniania praktyk religijnych nie widać u nich tej pełni Chrystusowej, o której mówi św. Jan w pierwszym liście (1, 16), nie znać tej obfitości życia, którą Chrystus przyszedł dać swoim owieczkom. Przeciwnie, ma się wrażenie, że elita katolicka w Polsce żyje tylko okruchami wiary, nie domyślając się nawet całego bogactwa, jakie się w niej zawiera2.

Faktycznie, mimo swego wspaniałego i trwającego przez stulecia przywiązania do katolickiej doktryny oraz do Rzymu, Polacy nie wydali (jak dotąd) ani jednego wielkiego teologa czy mistyka. Jaka jest tego przyczyna? Przede wszystkim ta jedna: niewystarczająca świadomość zasad życia duchowego.

Nie piszę tego, by Was załamywać. Potraktujmy to jako wyzwanie. Niech od dziś kwestia życia wewnętrznego będzie tym zagadnieniem, któremu będziemy starali się każdego dnia nadawać jak największą wagę!

Do tego jednak potrzebna jest przede wszystkim wiedza o tym, czym jest życie wewnętrzne – tzn. jaka jest jego natura, jakie są jego pryncypia i zasady, a więc na jakich podstawach czy warunkach się ono opiera; ponadto czego należy się strzec, a za czym podążać.

Jest rzeczą oczywistą, że zagadnienie życia wewnętrznego ze względu na skomplikowanie oraz wzniosłość przekracza to, co można zawrzeć w jednym numerze ZW. Dlatego, przygotowując niniejszy zeszyt, mieliśmy na celu przede wszystkim zarysowanie problemu, podanie podstaw, fundamentów, wyrobienie katolickich intuicji. Tym bardziej że pośród wiernych Bractwa jest wielu takich, którzy dopiero od niedawna poznają katolicyzm w wersji prawdziwej, tzn. nierozcieńczonej i nieskażonej błędami. W tym względzie Redakcja stara się naśladować św. Pawła, który wspomina:

Dałem wam mleko na napój, nie pokarm; bo jeszcze nie mogliście, ale ani teraz jeszcze nie możecie; bo jeszcze cieleśni jesteście3.

Na inną okazję musieliśmy zostawić przede wszystkim niezwykle złożoną kwestię postępu duchowego, który (niezależnie od niepowtarzalności każdej duszy i wyjątkowości działania Bożej łaski w każdym indywidualnym przypadku) odbywa się w ramach ściśle określonego teologicznie procesu, złożonego z trzech okresów. Temu tematowi zostanie poświęcony w przyszłości oddzielny numer ZW.

Tymczasem mimo pewnej fundamentalności treści zawartych w niniejszym numerze, trzeba podkreślić obecność w nim artykułów, które będą odkrywcze nawet dla bardzo wyrobionych Wiernych. Na uwagę zasługuje tu przede wszystkim doskonały artykuł dotyczący kierownictwa duchowego autorstwa pierwszego polskiego profesora tradycyjnego katolickiego seminarium, ks. Jakuba Wawrzyna FSSPX.

Wiele uwagi poświęcono przedstawieniu w ogólnym zarysie najważniejszych szkół duchowości katolickiej (aż pięć artykułów). Skupienie się na duchowości dominikańskiej nie jest tu przypadkowe. Mimo swej pozornej złożoności jest ona bowiem ufundowana na pewnych zasadniczych filarach (o których mowa w artykule o. Alberta OP), które stanowią niezwykle trafną i głęboką syntezę tego, co katolickie w ogólności. Ponadto podkreślanie bezwzględnej wyższości tego, co nadprzyrodzone, wraz z szukaniem harmonii między naturą a łaską, wydaje się być najlepszą receptą na choroby dzisiejszego człowieka, takie jak: naturalizm, subiektywizm, woluntaryzm czy aktywizm.

Świat Tradycji katolickiej skupia się – oczywiście słusznie – na walce o godną i katolicką liturgię oraz katolickie społeczeństwo. Jednak jeśli nasze zmagania mają zostać uwieńczone sukcesem, priorytetem musi być staranie o naszą duszę – by cała należała do Boga, który jest jej Stwórcą i Odkupicielem.

Przypisy

  1. Mt 16, 26.
  2. J. Woroniecki OP, Pełnia modlitwy, DeReggio, Warszawa 2018, s. 11.
  3. 1 Kor 3, 2.

Ojcostwo w czasach współczesnych

ks. Michel MORILLE FSSPX Zawsze Wierni nr 2/2022 (219)

[Temat numeru: „Bitwa o ojców”]

Kondycja współczesnego ojcostwa jest żałosna. Posługując się terminologią wojskową, moglibyśmy powiedzieć, że jako glówna ofiara wszystkich nowożytnych rewolucji, zostało ciężko ranne w walce. Mamy tu na myśli wszelkie ojcostwo w społeczności Kościoła, w społeczeństwie świeckim, a nawet na poziomie rodziny.

Ponieważ jest ono jednak zakorzenione w samej naturze ludzkiej, nie może zostać zniszczone całkowicie. Niemniej można powiedzieć, że żyjemy w społeczeństwie

pozbawionym ojców pomimo posiadania rodziców jesteśmy de facto sierotami. Jak jednak do tego doszło? Przypadkowo? Bynajmniej. Podjęta została świadoma próba „depaternalizacji” społeczeństwa.

Kto ma w tym cel?

Działania te nie wynikają bynajmniej z ignorancji czy naiwności. W rzeczywistości mamy tu do czynienia ze spiskiem, z destrukcyjną wolą tego, którego nazywamy nieprzyjacielem rodzaju ludzkiego, czyli szatana. Spiskowiec ten jest stary jak świat i nie będziemy tu dyskutowali, czy ci, którzy urzeczywistniają jego plany, czynią to świadomie, czy też nie. Temat ten jest bez wątpienia bardzo interesujący, ale odciągnęłoby nas to zbytnio od głównego wątku niniejszych rozważań.

Szatan jest wrogiem Boga oraz wszystkiego, co przybliża nas do Niego. Najlepiej jest dla niego, jeśli dziecko będzie zabite, zanim mogłoby zostać ochrzczone, jeśli zaś urodzi się i otrzyma chrzest aby otrzymało od Boga jak najmniej. Żeby to osiągnąć, szatan atakuje macierzyństwo, katolicką szkołę oraz ojcostwo. I nie ma W tym niczego dziwnego. Jeśli pragnie się odciąć dusze od Boga, atak na ojcostwo jest czymś oczywistym. Kiedy chrześcijanin zwraca się do Boga, mówi: „Ojcze nasz”. Jeśli jednak idea ojca nie budzi już u niego żadnych skojarzeń, tym bardziej pozytywnych, przestaje rozumieć, kim jest Bóg. A On przychodzi poprzez naturę, ta z kolei poprzez rodzinę, a ona znów przez ojca.

Zniszczcie ojca, a rodzina się rozpadnie; rodzinę a zapomni się o porządku naturalnym. Zapomnijcie o porządku naturalnym, a Bóg stanie się jedynie przeszkodą dla postępu.

Postępowy ojciec

Kim jest ojciec przyszłości, tak upragniony przez progresistów? Jest nikim. Co najwyżej osoba dorosła, odpowiedzialną prawnie za nieletniego, niezależnie od swej tożsamości, orientacji, Więzi krwi z dzieckiem oraz natury relacji z drugim dorosłym (o ile taki jest), mężczyzną bądź kobietą. A im słabszy jest taki związek, tym lepiej. Jednostka jest znacznie podatniejsza na wpływ i „denaturalizację” niż człowiek żyjący w naturalnej społeczności, tj. w rodzinie. W ten sposób pozbawia się ojca jego naturalnej roli. Rola ojca ma się ograniczać do spłodzenia potomstwa, o resztę zaś zatroszczy się państwo. Jedynie państwo jest w stanie zapewnić wychowanie i edukację zgodną nie z naturą, ale z koncepcją nowego człowieka, wyzwolonego od natury i Boga, a konsekwentnie także od ziemskiego ojca oraz „Boga, Ojca wszechmogącego”.

Ojciec realista

Co możemy uczynić, uświadomiwszy sobie to wszystko, w obliczu owego spisku szatana, realizowanego świadomie przez wszelkiego rodzaju „progresistów”? Konieczny jest powrót do korzeni, natury ojcostwa, a Wówczas natura powróci do swego Stwórcy, kierując nas na drogę ku nadprzyrodzoności. Zgodnie z naturą to ojciec jest centralnym elementem rodziny, zarówno W sensie biologicznym, jak i psychologicznym. Rodzina, w której ojciec jest nieobecny czy to dosłownie, czy też w przenośni jest rodzina niekompletną. Zdarza się, że nieobecność ta jest jedynie przenośnia: z natury rzeczy Więź biologiczna między matką a dzieckiem jest silniejsza od tej, która łączy je z ojcem, a ponadto w pierwszych chwilach swego życia dziecko potrafi obyć się bez niego. Jednak ta naturalna nieobecność szybko się kończy i ojciec, za zgodą matki, przejmuje w rodzinie rolę przywódczą.

Czego oczekuje się od ojca?

Rola owa nie jest czymś nieistotnym, jest wręcz konieczna, aby matka mogła realizować swoje własne powołanie.

Władza

Stąd to ojciec z natury rzeczy sprawuje władzę W rodzinie. To on jest tym, który rozkazuje. Nie lekceważy przy tym sugestii matki, której intuicja pozwala dostrzec potrzeby każdego z dzieci, jednak to do głowy rodziny należy rozkazywanie i egzekwowanie wykonywania poleceń. A ponieważ matka ma z natury rzeczy skłonność do okazywania pobłażliwości, ojciec będzie musiał wspierać jej autorytet, a niekiedy nawet bronić ją przed „manipulacją„ ze strony dzieci, które dobrze wiedzą, jak ją „zmiękczyć”. Władza ojcowska będzie również nadawała rodzinie całościowy kierunek. Choć decyzje mogą być podejmowane wspólnie, to ojciec rozkazuje całej rodzinie: tak W kwestiach wychowania, jak i życia duchowego (jemu powinniśmy powierzyć troskę o nasze dusze; sprawy związane z uczestnictwem we Mszy w niedzielę i dni powszednie itp.), aż po reguły życia rodzinnego (np. podziału obowiązków, korzystania z internetu i smartfonów).

Opiekun i obrońca

Sprawując rządy w rodzinie, ojciec staje się również jej opiekunem i obrońcą; jeśli matka zmuszona jest przejąć uprawnienia ojcowskie, szybko ją to męczy, wyczerpuje, a nawet prowadzić może do załamania psychicznego Konsekwencje tego mogłyby być bardzo poważne. Tak więc władza ojcowska będzie zapewniać matce ochronę niezbędną do wypełniania jej obowiązków, W tym również przed mniej lub bardziej poważnymi buntami ze strony dzieci. To do ojca należy uświadomienie im, że królowa domu jest nietykalna.

Duch ofiary

Matka z natury rzeczy poświęca się całkowicie swym dzieciom. Jako pani domu jest również odpowiedzialna za przydzielanie każdemu z nich obowiązków i za Włączanie ich w życie rodzinne. Do ojca natomiast należy rozbudzanie w dziecku ducha ofiary na poziomie społecznym: w parafii, mieście, a być może W życiu politycznym itp. Poprzez swój przykład i zaangażowanie stopniowo i roztropnie wyciąga je z bezpiecznego domowego zacisza.

Ku niebu

Wszystko to, czego oczekuje się od ojca, ma na celu otwarcie dziecięcej natury na działanie łaski. Rodzice, poprzez władzę ojcowską i ofiarność matczyną, będą rozwijać oraz kształtować życie chrześcijańskie swego potomstwa. To przede wszystkim ojciec będzie jednak formował swe dzieci, głównie poprzez swój przykład. Musi się upewnić, że gdy dorosną, będą potrafiły poradzić sobie same, prowadząc życie przykładne i pobożne.

Zakończenie

Zakończmy słowami Piusa XII skierowanymi do młodych małżeństw: „Jakże piękne i zapadające w pamięć są słowa błogosławieństwa wypowiedziane przez Ragueła do młodego Tobiasza, kiedy ten się dowiedział, czyim jest synem: «Miej błogosławieństwo, synu mój, boś jest synem dobrego i cnotliwego męża». Czyż stary Tobiasz nie był wciąż bogaty? Wraz z dobrami doczesnymi Pan zesłał na niego próbę w postaci wygnania i ślepoty. Tobiasz miał jednak coś cenniejszego niż zdrowie: wybitną cnotę oraz mądre rady, których nie szczędził swemu synowi. Także my żyjemy W trudnych czasach i być może nie zawsze udaje się wam zapewnić waszym dzieciom piękne i wygodne życie, o jakim dla nich marzycie: życie spokojne i dostatnie, z codziennym chlebem – którego jak mamy nadzieję, nigdy nam dzięki Bożej Opatrzności nie zabraknie oraz ze wszystkimi dobrami, jakie pragnęlibyście im przekazać. Bardziej jednak jeszcze niż o zapewnienie swym dzieciom dóbr doczesnych, które nie są W stanie zmienić dla nikogo (nawet dla najpotężniejszych) tej doliny łez W ogród rozkoszy, starać się powinniście o przekazanie im dóbr najcenniejszych: pokarmu i skarbu Wiary, ducha nadziei i miłości, chrześcijańskiego życia, męstwa i wierności. TO Właśnie dzięki nim wypełniając swe zadania świadomi, iż zostały wam one powierzonego przez samego Stwórcę — sprawicie że będą mogły dorastać oraz postępować w łasce u Boga i u ludzi”.

FRAGMENT TEKSTU QUELLE PATERNITŚ POUR DEMAIN? (JAKIE OJCOSTWO NA JUTRO?) KS. MICHELA

MORILLE’A FSSPX OPUBLIKOWANEGO W „LA VOIX DES CLOCHERS” NR 65, LIPIEC – SIERPIEN 2021.

—————————-

Za portalem FSSPX.ASIA tłumaczył Tomasz Maszczyk

Zapomniany Prymas August kard. Hlond

Zawsze Wierni nr 2/2022 (219) https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3045

Ewa Wielgat

26 października 1948 r. orszak żałobny kroczący wśród ruin zburzonej stolicy zamyka ostatecznie erę kontrrewolucji w Kościele Katolickim w Polsce. Wraz z Augustem kard. Hlondem odchodzi w przeszłość cała epoka, o której wiedzę tajemną posiadają dziś zaledwie archeolodzy idei. Również dorobek prymasa w ciągu 70 lat, jakie minęły od jego śmieci aż do dziś, został już znacznie poturbowany przez stronniczych interpretatorów – zgodnie z owym nieszczęsnym zwyczajem, w imię którego historię piszą zwycięzcy.

Kim był ten spiżowy kardynał, po którym tak doniośle rozbrzmiewa wielka cisza?

Prymas August Hlond SDB to figura niepospolita, zapadająca głęboko w serce. Trudno o lepszy przykład kogoś, kto w tym czasie – niczym w soczewce – skupiał w sobie wszystkie refleksy i dramaty swojej epoki: zaćmienie chrześcijaństwa, Europę czasów „gwałtownych wstrząśnień” wojennych i przemian ustrojowych, odrodzoną Polskę utkaną z wielkich nadziei i masońskich knowań, dostojny ultramontanizm wiecznego Rzymu na tle rozpolitykowanego duchowieństwa polskiego lat dwudziestych i trzydziestych, katolicyzm naprzeciw socjalizmu, boleśnie nabrzmiałe pytania o przeznaczenie państwa i cel historii – i może jeszcze boleśniejsze rozwiązania zaaplikowane w samo serce łacińskiego świata.

Włoska prasa wskazywała kardynała jako idealnego kandydata na papieża po Piusie XI. Emigracyjny rząd namawiał go po wojnie, aby został prezydentem Polski na uchodźstwie, którą to propozycję stanowczo odrzucił.

Wiele da się znaleźć godnych uwagi wątków Hlondowskiej biografii: można widzieć w prymasie wiernego syna św. Jana Bosco, skromnego zakonnika przepełnionego duchem salezjańskim, pasterza zatroskanego o losy polskiej emigracji, na której „giną dusze”, watykańskiego dyplomatę bezgranicznie oddanego papieżowi, człowieka odważnie posługującego się nowoczesnymi narzędziami w służbie Kościoła świętego, potrafiącego pielęgnować piękne przyjaźnie, o niedoścignionym talencie oratorskim, którego dzieła wydane w dwudziestoleciu międzywojennym natychmiast stały się bestsellerem literatury religijnej, mecenasa sztuki, autora wielu zamaszystych inicjatyw społecznych i religijnych, obrońcę rodziny, Ślązaka i żarliwego patriotę.

Gdyby mniej pobieżnie przyjrzeć się tylko samej działalności prymasa Hlonda, trudno wprost uwierzyć, że tego wszystkiego mógł dokonać jeden człowiek. Na każdym kroku zaznacza się ta jego pracowitość i żelazna dyscyplina oraz głęboka pobożność – owoc wychowania, jakie odebrał w domu rodzinnym, który „był przesycony atmosferą religijną. […] Prymas w swych gorących przemówieniach ciągle ten szczegół podkreślał. Opowiadał, jak to jego ojciec, umywszy się i zjadłszy skromny posiłek wieczorny, klękał przed obrazem Matki Boskiej, a za nim żona, gromadka dzieci, i wspólnie odmawiali Różaniec”1. Sam również aż do końca pozostał wielkim promotorem Różańca.

Epicentrum prymasowskiego nauczania stanowi idea Kościoła walczącego o królewskie panowanie Chrystusa w życiu jednostek i narodu – ta sama, która rozpalała wówczas głowy wszystkich katolickich przywódców i serca szeregowych chrześcijan. Wypowiadał ją ów książę Kościoła językiem majestatycznym, pełnym militarnych odniesień i prorockich intuicji, który i dziś pozostawia czytelnika w oniemieniu. Na gruncie polskim może się prymas Hlond równać pod tym względem chyba tylko z ks. Piotrem Skargą SI, którego sam nazywa „natchnionym obrońcą etyki katolickiej i jej genialnym szermierzem w życiu polskim”2. W tym porównaniu nie ma przypadkowości. Obaj duszpasterzowali w czasach wielkich nieszczęść i herezji, jakie spadły na kraj oraz Kościół, i rozprzestrzeniały się się niczym zaraza.

Tak kard. Hlond pisze o swoich czasach: „To, co się w Europie rozgrywa, jest gwałtownym zmierzchem epoki, której ducha zatruto. Tę niemoc powoduje bezwładność duchowa. To przesilenie jest następstwem kryzysu moralnego. Ten wstrząs ogólny jest zapadaniem się wszystkiego, co zawisło w próżni, gdy z życia ludów usunięto Boga i Jego prawo. Ten ostry załom rozwoju ludzkości to dowód, że bez pierwiastka Bożego narody nie wytrzymują brzemienia własnych dziejów”3. Oto przed oczyma staje nam obraz świata, na którym „utrwala się apokaliptyczny film św. Jana”: pogrążonego w rewolucyjnym zamęcie, w zaciętej walce pomiędzy Kościołem Chrystusa a smokiem, wężem starodawnym, usiłującym wciągnąć synów ludzkich „pod swe czarne sztandary”. Walka jest śmiertelna i ma charakter totalny, powszechna dewastacja rozciąga się od sfery pojęć aż do rzeczywistości oglądanej przez okno.

Aby zmylić tropy, za każdym razem wróg przybiera sobie inne wezwanie, które papieże układają później w kontr-litanie zwane „sylabusami błędów”. Do najplugawszych należą aż do dziś socjalizm, laicyzm i liberalizm. Każdy z przejawów rewolucji stroi się w pozór nowości i świeżości, ale w swej istocie nie jest i nie może być niczym więcej niż tylko karykaturą odwiecznego porządku. Domeną szatana nie jest bowiem kreacja, lecz zaprzeczenie i anihilacja, a bunt i bezbożność są jego synonimami. Dlatego pisze prymas w swoim liście pasterskim: „Niejednokrotnie przestrzegałem was przed bezbożnictwem, które stanowi najpotworniejsze szaleństwo naszych czasów”4, a polskie próby podążania za „modnymi bzdurami” z zewnątrz, ucina stanowczo: „Mówią, że to powiew Europy, a w rzeczywistości wieje tu woń przykra moralnego rozkładu tej Europy, która już cuchnie [por. J 11, 39], wieje trupi zaduch bolszewickiego Wschodu”5. Używając całego swego autorytetu, piętnuje działania masonerii, która złączona z bolszewizmem „wyzwala” coraz to nowe warstwy starego świata, obierając go z łacińskości jak cebulę: „Masoneria! To brzmi niemal jak bajka. To wygląda prawie na jakieś nieuchwytne straszydło ze starej legendy, a jednak tak nie jest. Masoneria to coś konkretnego, coś fizycznego, żywego”6, co nęci człowieka hasłami o jego szczególnych prawach – prawie do błędu i grzechu. Nieprzyjaciel zdaje się być coraz pewniejszy swego zwycięstwa w tej walce o dusze.

Straszny jest bilans rewolucji, który kard. Hlond rysuje w liście pasterskim O katolickie zasady moralne:

Anarchia moralna pustoszy świat. Jakieś nieprzestrzenne siły łamią sumienia. Bolszewizacja umysłowości podważa wszelkie zasady etyczne. Dusze dziczeją. Zwierzęcieje człowiek. Pod pozorem kultury i postępu rozprzestrzenia się satanizacja życia. […] Jakby jakieś burzycielskie demony gnały przez kraj, dławiąc poczucie etyczne i siły moralne narodu. Mamżeż to wyliczać? Mamżeż te krzywdy ludzkie wykazywać? Znacie to, jak się ludzie okłamują. Głośne są te sprzeniewierzenia w bankach, gminach, urzędach, przedsiębiorstwach. Kto pożyczył, nie oddaje, choć może. Dzierżawca dzierżawy nie płaci, choć ma z czego. Nie pokrywa się rachunków w sklepie i u rzemieślnika. Co gorsza, zawiera się umowy z myślą niedotrzymania ich. Świadomie wprowadza się w błąd i krzywdzi. Pracodawca nie chce opłacać pracobiorcy. Robotnik nie pracuje mimo zapłaty. Fałszuje się testamenty. Kupuje się fałszywych świadków w sądzie. Bandytyzm pojawia się po wsiach i miastach. Ścicha szerzy się pomruk grabieży. Na co to wszystko wskazuje? W sumieniach załamuje się poczucie prawości, uczciwości, sprawiedliwości. Zjawisko groźne w ludzkim współżyciu! Ono prowadzi do społecznego rozstroju7.

Ta „satanizacja” nie kończy się tylko na umiłowaniu złodziejstwa i braku poszanowania dla własności. Destrukcja sięga dalej po rodzinę – promuje się rozwiązłość i rozwody, aborcję i pornografię (prymas „stornował” projekt sejmowej ustawy o rozwodach).

Tym ambitnym celom służą nowoczesne środki. Ksiądz August Hlond jeszcze na długo przed objęciem stolicy prymasowskiej tak pisał do „Wiadomości Salezjańskich”: „Terror, skrytobójstwo, sztylet. Tą bronią wojowała w ubiegłym stuleciu masoneria, obalając trony katolickie, paraliżując wpływy Kościoła” – obecnie zaś „zrozumiała masoneria, że przede wszystkim musi prasę opanować. Sztylet odłożono na inne czasy, rzucono się natomiast do pióra. Po okresie mordów i postrachu nastała era kalumnii i gwałtów dziennikarskich”8.

Co w takiej sytuacji robi prymas Polski? Otóż wcale nie próbuje jej łagodzić ani nie szuka przyjaźni z tymi, którzy chcą „ugłaskania zwierzęcia w człowieku”. Za Piusem XI potępia stanowczo wszelkie dążności rewolucyjne. Przypomina, że nie można być zarazem socjalistą, jak i katolikiem, podkreśla, że tylko katolicyzm ma moc, by oprzeć się wrogim człowiekowi prądom w owej „wielkiej rozprawie o ducha świata”. Przede wszystkim jednak sprzeciwia się idei państwa laickiego:

Trzeba skończyć ze zgubną formułą, że państwo jako takie musi być areligijne. Tę herezję zastąpić należy zasadą, że państwo chrześcijańskie ma obowiązek uznawać suwerenną władzę Stwórcy, czcić Boga aktami publicznego kultu, kierować się jego wiecznym zakonem i szanować posłannictwo Kościoła. […] Chrystus Król jest włodarzem łaski; najchwalebniejszym tryumfem jego władania jest świętość poddanych dzieci9.

Wszelka władza pochodzi od Boga i musi ugiąć się pod Bożym prawem: „Nadstawcie uszu, wy, którzy rządzicie narodami […], albowiem od Boga dana jest wam potęga, a od Najwyższego władza wasza” (Mdr 6, 3–4). Prawo to dotyczy w tej samej mierze jednostek co i państw. Nieporozumieniem jest traktować państwo niczym osobny twór niezwiązany z ludzkimi celami albo tym bardziej człowieka jako prawodawcę, by zastępować Boże prawa prawami człowieka. Państwo nie może być bezbożne, ponieważ istnieje ze względu na człowieka – ten zaś ze względu na Bożą chwałę.

Prawdziwa jednak walka dziejowa, choć przybiera materialne oznaki, toczy się na poziomie duchowym. Dlatego prymas podkreśla, że zadaniem Kościoła nie jest angażowanie się w prace gabinetów rządowych ani narzucanie państwom konkretnych form ustrojowych (choć wiadomo skądinąd, że sam sympatyzował z monarchią), ale rozwijanie szeroko nad światem „niepokalanego a zwycięskiego sztandaru” Chrystusa Króla:

Aureola pokoju otacza królewską postać Chrystusa. Jakkolwiek się Jego panowanie w świecie dopełnia, nie zasadza się ona na czołgach, twierdzach uskrzydlonych i podbojach. Jego zdobycze nie kąpią się we krwi, nie szerzą spustoszenia, nie łamią narodów, nie burzą państw, lecz są triumfami prawdy i miłości, łaski i życia. Berło Chrystusowe nie niszczy człowieczej natury, lecz uskrzydla ją ku wzlotom na wyżyny ducha. Do zgody, pokoju i szczęścia idą społeczności, które na Jego prawie budują swojeustroje i zasady zbiorowego bytu10.

Nie można się jednak łudzić – zanim nastanie Chrystusowy pokój, zanim domkną się dzieje i dopełni mesjańska obietnica, ludzkość musi stać się jeszcze widowiskiem Bożej sprawiedliwości. Z pewnością „ Bóg upomni się o swe nieprzedawnione prawa”11. Nie da się „cofać do pogaństwa w epoce odkupienia” bez narażenia się na karę, jak mówi kardynał w słynnym przemówieniu wygłoszonym tuż po wojnie w Warszawie w kościele Matki Boskiej Zwycięskiej. Ludom i państwom, które odważą się na taką woltę „księgi święte wróżą czasze pełne gniewu”12.

Polska również będzie musiała zdać sprawę ze swego „rachunku win”. Na tę okoliczność prymas zapisuje swojemu narodowi niezawodne lekarstwo: pokutę („Pokutujmyż! Strzępmy z dusz resztki pyłu niewoli! Rugujmy grzech z życia polskiego!”13) i ucieczkę do Niepokalanego Serca Królowej Polski, któremu poświęcił kraj natychmiast po swoim powrocie z wojennej tułaczki – dzięki temu Polska jako druga po Portugalii została poświęcona Niepokalanemu Sercu. To wydarzenie zapoczątkowało praktykowanie Apelu Jasnogórskiego, który aż do dziś służyć ma za codzienny rachunek składany przed Matką Boską ze spełnionych ślubów.

Maryjność to bardzo charakterystyczny rys Hlondowskiej apokaliptyki. Wyraża się w często powtarzanym przez kardynała przekonaniu, że naprzeciw działającej „tajemnicy bezbożności”, która swym nihilistycznym płomieniem wypala chrześcijańskie dusze, wyjdzie „ta Zwycięska Pani, która także za dni naszych ściera swą dziewiczą stopą głowę węża kusiciela”14. Prymas głęboko wierzył w „promienne jutro świata”, którego jutrzenką jest Najświętsza Maryja Panna.

Taki też testament pozostawił po sobie na łożu śmierci:

Nie traćcie nadziei. Lecz zwycięstwo – jeśli przyjdzie – będzie to zwycięstwo Najświętszej Maryi Panny. W tej walce, która się toczy między gromadą szatanów a Chrystusem, tych, którzy wierzą, że są wezwani, Bóg odwoła do nieba i będzie, jak chce sam Bóg. Walczcie z ufnością. Pod opieką Błogosławionej Maryi Dziewicy pracujcie… Zwycięstwo wasze jest pewne. Niepokalana dopomoże wam do zwycięstwa.

Pewnym jest też, że odkąd świat począł postępować w porewolucyjnej agonii, nie było w Polsce drugiego człowieka bardziej oddanego wielkiej sprawie kontrrewolucji, który chciałby najmniejszy nawet skrawek Chrystusowego królestwa wyrwać „z łap szatana”, niż ks. August kard. Hlond. Miał on to wpisane nawet w swoje zawołanie biskupie: „Daj mi dusze, resztę zabierz” (za św. Janem Bosco).

22 stycznia 2022 r. Ulice Warszawy błyszczą bilbordami, rosną szklane domy. Galerie handlowe ledwie dyszą od poświątecznych promocji, złota polska młodzież biegnie do Costy w przykrótkich skarpetkach, ludzie jak opętani gonią za każdym zabobonem i trąbią na siebie w samochodach. Marne są szanse, aby ktokolwiek przypadkowo zapytany skojarzył z czymś nazwisko Augusta kard. Hlonda, przedwojennego prymasa Polski. Nic w tym dziwnego.

Przypisy

  1. I. Posadzy, Sylwetka duchowa ks. Kardynała Augusta Hlonda, [w:] Nasza Przeszłość. Studia z dziejów Kościoła i kultury katolickiej w Polsce, red., A. Schletz, Instytut Wydawniczy Nasza Przeszłość, Kraków 1974. s. 285.
  2. Kard. A. Hlond, list pasterski O Katolickie zasady moralne, [w:] idem, Dzieła, t. 1, red. J. Konieczny TCh, Oficyna Wydawnicza Kucharski, Toruń 2014, s. 536.
  3. Idem, list pasterski O zadaniach katolicyzmu wobec walki z Bogiem, [w:] Dzieła, op. cit., s. 321.
  4. Idem, list pasterski O Katolickie zasady…, op. cit., s. 527.
  5. Idem, list pasterski O zadaniach katolicyzmu…, op. cit., s. 327.
  6. Idem, Przemówienie o masonerii podczas III Śląskiego Zjazdu Katolickiego, [w:] Dzieła, op. cit., s. 122.
  7. Idem, list pasterski O Katolickie zasady…, op. cit., s. 523 i 531.
  8. Idem, Kiedyż?, [w:] Dzieła, op. cit., s. 41. Jest to fragment listu do „Wiadomości Salezjańskich” z 1907 r. Dla ciekawostki przytaczam dalszy ciąg: „Co się od tego czasu dzieje we Włoszech, to przechodzi wszelką miarę. Skojarzonymi siłami rozbudzili antykatoliccy pismacy chorobliwą ciekawość, żądzę zgorszenia, naprężenie zmysłowe, które podtrzymują nieprzerwanym szeregiem skandalów i skandalików, pojawiających się na szpaltach z dekoracją nęcących nagłówków o tłustym druku, z ilustracją obrzydłą, z bogatym opisem szczegółów osób, miejsc, z kompletną inscenizacją zmyślonych faktów. Aby zbydlęconym tłumom idiotów i libertynów dostarczyć zgniłej strawy, reporterzy uganiają się za interwiewami z panienkami, ze starymi babami i medykami, wzbogacają pisma drobiazgowymi opisami rozkoszy i malują czyny niebyłe z takim luksusem barw i podniecającym bogactwem sensacji, że doprowadzili czytelników do manii skandalów” (ibidem, s. 42).
  9. Idem, Homilia podczas VI Międzynarodowego Kongresu Chrystusa Króla, [w:] Dzieła, op. cit., s. 666–667. Najpełniejszą wykładnią katolickiej nauki o państwie, jaka wyszła spod pióra kard. Hlonda, jest list pasterski O chrześcijańskie zasady życia państwowego, który ukazał się w 1932 r., w reakcji na procesy brzeskie i represje sanacji.
  10. Idem, Zarządzenie w sprawie obchodów święta Chrystusa Króla, [w:] Dzieła, op. cit., s. 502.
  11. Idem, Na stulecie objawień w La Salette, [w:] Dzieła, op. cit., s. 861.
  12. Idem, Zadanie kobiety katolickiej w Polsce dzisiejszej, [w:] Dzieła, op. cit., s. 832.
  13. Idem, list pasterski O katolickie zasady…, op. cit., s. 536.
  14. Idem, Zadanie kobiety…, op. cit., s. 833.

Hitchens – złote usta ateizmu, prorok fałszu.

Żadne hasło, choćby i najbardziej nośne, nie wygłosi się samo z mocą, która porwie tłumy. Żadna idea, choćby najbardziej błyskotliwa, genialnie uzasadniona i poparta niedającym się znieść autorytetem, nie osiągnie niczego poza zaistnieniem, jeśli nie ubierze się jej w szaty pięknych słów, które sprawią, że trafi ona pod ulizane strzechy jej propagatorów. Idea nie okraszona zamaszystym gestem i nie wypowiedziana spiżowym głosem drżącego z przejęcia wybrańca – nie rozpali serc publiczności. Hitchens potrafił dać ateistom i to, i wiele więcej.

Christopher Hitchens był mieszkającym w Stanach Zjednoczonych krytykiem literackim i publicystą. Pochodził z Wielkiej Brytanii, gdzie też się kształcił. Sławę zdobył jednak nie dzięki swojej pracy nad literaturą czy komentarzami natury politycznej, ale głosząc, że „Bóg nie jest wielki, a religia wszystko zatruwa”1. Był autorem kilku książek, które stały się światowymi bestsellerami, niezależnie, a raczej pomimo ich rzeczywistej wartości. Najpopularniejszą z nich, noszącą znamienny tytuł Bóg nie jest wielki, Bill Donohue2 nazwał „śmieciem” podczas jednej z debat z Hitchensem3. Nasz bohater spędził spory kawał życia na przekonywaniu, że teizm, a szczególnie religia chrześcijańska, to tragiczne nieporozumienie wspierane przez ludzi niskich moralnie i intelektualnie niedomagających. Hitchens zmarł w 2011 roku. Sentencja głosi: de mortuis ni(hi)l nisi bene – „o zmarłych tylko dobrze” i choć człowiek jest istotą, która ze swej naruszonej natury niezwykle utrudnia spełnienie wymogów starożytnych Rzymian, to jednak chcąc cokolwiek o zmarłym powiedzieć, mówmy prawdę, a wtedy, jak sądzę, wymóg mówienia dobrze będzie spełniony.

Mowa jest srebrem, ale…

Christopher Hitchens, będąc jednym z czterech jeźdźców ateistycznej apokalipsy (pozostali to Harris, Dawkins i Dennett), niewątpliwie wyróżniał się wśród nich zdolnościami oratorskimi. Odbył dziesiątki debat, podczas których niejednokrotnie popisywał się umiejętnością zręcznego operowania słowem. Hipnotyzował publiczność, umiejętnie budując opowieść o Bogu, którego nie ma. Jak na wykształconego Brytyjczyka przystało, miał usta pełne nie tylko „gorących kartofli”, ale także, a może przede wszystkim – frazesów. Jego czarujące żarciki, budujące napięcie pauzy, opowieści o niespodziewanym zakończeniu, błyskotliwe paralele, cięte riposty i zuchwałe interpretacje były wyzwaniem dla przeciwników, koszmarem wątpiących, ale jednocześnie też przyjemnością dla słuchacza.

Hitchens dobrze radził sobie z tłumem, potrafiąc uzyskać oklaski nawet od publiczności skrajnie mu nieprzychylnej, jak ta zgromadzona na jednej z najostrzejszych nagranych debat Hitchensa, prowadzonej z działaczem katolickim Billem Donohue w ramach cyklu „Chesterton–Belloc Debate”. Niezachwiana pewność siebie pomagała mu przetrwać, gdy przyparty do muru pytaniem oponenta, musiał wyprowadzić rozmowę na bezpieczniejsze dla siebie wody – tam, gdzie znowu można kluczyć po meandrach ogólników, autorskich fabrykacji, przesady, ignorancji swojej i słuchaczy lub po prostu ordynarnego kłamstwa. Czyż nie tak właśnie wybrnął z pytania zadanego przez Tureka, a sformułowanego wcześniej przez Leibnitza: dlaczego cokolwiek istnieje?4

To wszystko zmusza mnie do skonstatowania ze smutkiem, że talenty podarowane człowiekowi przez Boga bywają używane, aby Go atakować i oddalać od Niego ludzi. Mowa była jednym z największych bogactw guru nowego ateizmu, ale z pewnością i on sam, i świat, który go znał, więcej zyskałby na złotorodnym milczeniu niż na srebrzystym blasku mowy, która nie wyrażała prawdy.

Hitchens i prawda

Zestawienie tych dwóch słów mogłoby zostać uznane za nadużycie, więc spieszę z wyjaśnieniem. Otóż Hitchens miał niewiele wspólnego z prawdą, przynajmniej jeśli chodzi o jego wypowiedzi dotyczące Boga i Kościoła. Słowo „niewiele” jest tu bardzo ważne. Nie można powiedzieć „nic”, bo w wypowiedziach tego ateisty pojawiały się różne elementy, którym nikt nie może zaprzeczyć. Nie można jednak mówić o tym, że Hitchens mówił prawdę. Pozostawanie pomiędzy, a raczej umiejętne nawiązywanie do pewnych prawdziwych wydarzeń i zjawisk w określonym kontekście i dorzucanie do nich własnych pomysłów i interpretacji, przedstawianych jako fakty, prowadziło w rezultacie do z góry zamierzonych rezultatów, ale nie do prawdy. Posłużenie się przykładem będzie lepiej oddawało stosunek Hitchensa do prawdy i do tych, którzy go słuchali.

Niemal stałym punktem debat Hitchensa o Bogu była krótka opowieść o Bożej interwencji w historię ludzkości. W debacie z jego własnym bratem, Peterem, brzmiała ona następująco:

Oto, w co macie wierzyć: przez 100 tysięcy lat ludzie rodzili się jako gatunek naczelnych. Długość życia – 25 lat – przez pierwsze kilka tysięcy lat. Śmiertelność noworodków – powszechna. Przerażające choroby wywoływane mikroorganizmami. Trzęsienia ziemi, wulkany… niezwykłe. Walki o ziemię, o terytorium, o jedzenie, o kobiety, z powodów plemiennych – straszne. I przez 95–96 tysięcy lat Niebo patrzy na to z założonymi rękami, z obojętnością, z chłodem. I potem, około 3–4 tysiące lat temu i to jedynie w naprawdę barbarzyńskiej i zacofanej części Bliskiego Wschodu. Nie w Chinach, gdzie ludzie chociaż potrafili czytać, czy myśleć, czy uprawiać naukę. Nie, nie. W barbarzyńskiej, zacofanej części Bliskiego Wschodu Bóg zadecydował, że już nie może tak dłużej i że czas interweniować. I czyż może być lepszy sposób niż ludzka ofiara, plagi i masowy mord? „No jeśli to nie sprawi, że zaczną się zachowywać moralnie, to już nie wiem co…”. Jeśli znajduje się tu chociaż jedna osoba, która może skłonić się do wiary w coś takiego, sama robi z siebie osobę, po pierwsze, bardzo głupią, a po drugie, bardzo niemoralną5.

Ten motyw powtarzał się wielokrotnie w innych debatach i zawsze służył temu samemu: pokazaniu, jak Bóg, którego głosi wiara chrześcijańska, jest zły, głupi, okrutny, nieumiejętny, absurdalny. Przyjrzyjmy się opowiadaniu Hitchensa, które, aby je odpowiednio sklasyfikować, wymagałoby utworzenia nowego gatunku literackiego. Hitch-story – ta nazwa wydaje się adekwatna do tego, co brytyjski publicysta wypisywał i wygadywał. Nazwanie tego po prostu kłamstwem byłoby chyba zbyt trywialne. Hitchens twierdzi, że pokaże nam w skrócie, w co wierzymy, będąc chrześcijanami czy ogólniej – monoteistami. Zaczyna dość niespodziewanie, bo od… oszacowania długości przebywania człowieka na ziemi według kryteriów przyjmowanych przez niektórych naukowców. Wymienia kilka nazwisk wraz z proponowanymi przez ich dumnych nosicieli datami pojawienia się człowieka na ziemi. Ani to ciekawe, ani pouczające, ani przystające do zdania wprowadzającego.

Cóż ma opinia, na przykład, Dawkinsa na temat okresu pojawienia się człowieka na ziemi do zasad wiary chrześcijańskiej? Czyżby Dawkins, Gould czy Collins byli jakimiś nowymi prorokami? Nie. A może są oni upoważnieni do współtworzenia zasad wiary chrześcijan? Nic o tym nie słyszałem. To żerowanie na autorytecie, jakim obdarzani są dzisiaj tak zwani naukowcy. Mało kto jest odporny na cudzysłów podpisany skrótem „prof.”. Pierwszą reakcją słuchacza, który już zapomniał o wstępnym: „Oto, w co macie wierzyć”, będzie przyjęcie do wiadomości rzekomego faktu, który podsuwa Hitchens. Widać tu, jak system, w którym żyjemy, wpływa na możliwości percepcji danej wypowiedzi. „Oto, w co macie wierzyć” powinno zostać odniesione bezpośrednio do wywodu o czasie pojawienia się człowieka, a więc przyjęte z lekceważeniem, dystansem, a może nawet intelektualnym i moralnym obrzydzeniem, charakteryzującym reakcję na wyjątkowo ohydne kłamstwo bądź niebezpieczny, lecz podatny na zastosowanie w życiu, absurd. Ale nie jest. „Oto, w co macie wierzyć” niejako omija wypowiedź o stu tysiącach lat człowieka na ziemi i wraca z niszczycielską siłą dopiero, gdy Hitchens baja o Bogu. Ten skok przenosi słuchaczy w miejsce, gdzie przyjmują oni sprzeczne z wiarą chrześcijańską powstanie człowieka wskutek ewolucji z innych stworzeń, nieokreślony w nauce wiary czas pojawienia się człowieka na Ziemi i na tym mają budować zrozumienie kolejnych części „hitchstoryjki”.

Hitchens po zakomunikowaniu, że przyjmie opinie kompromisowe wśród różniących się opinii naukowców, ale i tak przecież nie mające wiele wspólnego z wiarą, pojawienie się człowieka 100 tys. lat temu, podaje skrótowy opis straszliwego położenia człowieka, który nic nie wiedząc o świecie, żył w przerażeniu, szybko umierał, musiał wciąż walczyć z przeciwnościami i nie mógł liczyć na pomoc z którejkolwiek strony. Tak, według tego ateisty, wyglądało około 96 tys. lat. Czy Hitchens nie wie, że wiara chrześcijańska zachowała opis szczęśliwego życia człowieka w okresie poprzedzającym wspomnianą nędzę? Wie to doskonale! Problem w tym, że to niszczyłoby jego chwytliwą narrację. Czy słuchacze Hitchensa nie wiedzą o tym? Oczywiście, że wiedzą. Ten stan powoduje, że wypowiedzi Hitchensa wyglądają jak występ słabej trupy kabaretowej: żart jest kiepski, ale ludzie się śmieją ze względu na kontekst. Tutaj niby wszyscy wiedzą, że opowieść Hitchensa ma tyle samo luk, co sam ateizm, ale łatają to albo wbitymi do głów, albo bez oporu (dla znieczulenia sumień) – przyjętymi założeniami. Hitchens pokazuje tu, jak łatwo można grać na komunałach, systemowych kłamstwach wbijanych dzieciom do głów w szkołach i propagandowych hasłach, którymi jesteśmy syceni aż do rozpuku. Zabiegiem, który zabezpieczył głowę Brytyjczyka przed jajkami mogącymi się o nią roztrzaskać, co pokazywało niezadowolenie zlekceważonych słuchaczy, było: „Wszyscy wiemy, że religia to bzdury, więc podaję wam fakty naukowe, którym nie zaprzeczycie choćby ze względu na popierające je autorytety. Cokolwiek naukowego dodam do narracji religijnej, jest od niej ważniejsze. Jeśli religia mówi coś innego niż nauka, myli się. Kto by stawiał religię ponad nauką, jest śmieszny”.

Hitchens twierdzi dalej, że Stwórca, widząc nędzę człowieka, siedział z założonymi rękami. Nagle, ni stąd, ni zowąd, Bóg zadecydował, że czas interweniować. Hitchensowi nie podoba się, że Bóg objawił się na obskurnym terenie zamieszkanym przez niepiśmiennych pasterzy i wybrał tortury własnego Syna na najlepszy sposób Odkupienia.

Może przeoczył fakt, jak to zresztą uczynił z innymi, że Pan Jezus został niesłusznie skazany i zabity przez ludzi, a nie przez Boga. Może nieco nie doceniał mieszkańców ówczesnej Palestyny i jej położenia w kontekście znaczenia dla świata handlu i polityki? Tak czy inaczej, należałoby przynajmniej stwierdzić, że ci niepiśmienni prostacy mieszkający na tym zapadłym pustkowiu zrobili kawał dobrej roboty, dochodząc ze swoimi ideami na krańce świata.

Jak więc widzimy powyżej, Hitchens tworzy własną historię, którą wkłada w usta teistów i którą potem sam wyśmiewa jako absurdalną. Tak naprawdę to jego wypowiedzi są absurdalne i tylko wtórujące jego wykrzyknikom śmiechy i oklaski publiczności zdradzają, że, o zgrozo, nie on jeden w nie wierzył.

Wytłumaczenia, których nie ma. Argumenty, których brak

Hitchens zwykł był mawiać, że nauka i naturalizm dają o wiele lepsze i piękniejsze wytłumaczenia dla zjawisk zachodzących wokół nas i że nie da się udowodnić nieistnienia Boga, ale raczej wskazać na to, że jest On zupełnie niepotrzebny lub że nie ma powodu, żeby w Niego wierzyć. Konia z rzędem temu, kto wskaże wypowiedź Hitchensa zawierającą te zapowiadane szumnie, wspaniałe wyjaśnienia. Podobnie jest z argumentami, które wskazywałyby, że pogląd teistyczny jest błędny lub że da się lepiej wytłumaczyć rzeczywistość za pomocą ateizmu niż za pomocą teizmu. Jest to tym bardziej zaskakujące i aż nie do wiary, że ktoś, kto odbył tak wiele debat jak ten brytyjski publicysta, nie podejmował właściwie dyskusji nad argumentami podawanymi przez filozofów, jak William Lane Craig, czy apologetów, jak Frank Turek, z którymi wchodził w publiczne polemiki6. Tak jeden, jak i drugi zarzucali mu to publicznie w trakcie debat, ale on nie odpowiadał. Przechodził do kolejnych anegdotek i oskarżeń dotyczących wypaczeń obecnych w różnych religiach, nie chcąc zauważyć, iż to, że przedstawiciele jakiejś religii wysadzają się w powietrze, nie znaczy zupełnie nic w kontekście pytania o istnienie Boga. Właściwie to pojęcia dobra i zła wskazują na istnienie uniwersalnej instancji odwoławczej, która pozwala odróżnić jedno od drugiego, nie pozwalając na relatywizowanie zasad moralnych, ale tego Hitchens nigdy nie mógłby przyznać. Wolał, zamiast tego, mówić o ewolucyjnym przystosowaniu człowieka, które skłania go do dobra, bo jest ono lepsze w kontekście przetrwania. Zasady moralne mają więc umożliwić lepsze działanie społeczeństwa, co pozwala człowiekowi łatwiej utrzymać się przy życiu i rozmnożyć. Przy tym wszystkim Hitchens zapomniał dodać, że ewolucja w tym obszarze uczyniła ogromny skok dopiero po pojawieniu się chrześcijaństwa. Ciekawe, czemu to zawdzięczać? Zapytany o to Hitchens, pewnie odpowiedziałby, że jeszcze nie wiemy, ale nauka z pewnością to wkrótce odkryje. To, co my już teraz możemy odczytać ze słów Hitchensa, to to, że jeśli społecznie zyskowne byłyby mordy i kradzieże, to tak właśnie wyglądałoby dobro w jego ewolucyjnym i bezbożnym świecie. Zacytuję tu naszego ateistycznego bohatera i powiem: „Któż chce, aby to była prawda?!”7

Jak wspomniałem powyżej, problem rozpoznawania zła i dobra przez ludzi to według Hitchensa wrodzone przystosowanie ewolucyjne, sprowokowane uzasadnionym w kontekście przetrwania dążeniem do stworzenia społeczności pomagającej jej członkom osiągnąć ewolucyjny cel. Nie odpowiedział jednak na pytania Williama Lane’a Craiga8 czy Franka Tureka9 o to: skąd on wie, co jest dobre, a co złe? Od czego bierze miarę? Nie omieszkał za to oburzyć się na zuchwałość wierzących, którzy mają według niego twierdzić, że dopiero religia czy Bóg mówią człowiekowi, jak rozpoznać dobro i zło. Wygląda na to, że najlepszym sposobem na uniknięcie odpowiedzi na to prosto zadane pytanie jest zagranie na pysze tłumu. Tylko jedną ze sprzeczności, w których tonął Hitchens w każdej debacie, jest problem naturalnie występującego zrozumienia dobra i zła. Tuż po tym, jak mówił o okrucieństwach wyrządzanych sobie nawzajem przez ludzi, dodawał, że jeśli ktoś twierdzi, że dopiero od przekazania Mojżeszowi Dziesięciu Przykazań ludzie wiedzą, co jest dobre, a co złe, to są głupcami. Mimo rzekomej powszechności ewolucji i poznania dobra i zła dostępnego dla każdego człowieka z racji jego powstania w rezultacie ewolucji, nie wszędzie poziom moralności doszedł do poziomu prezentowanego przez tych, którzy starają się przestrzegać Dekalogu. Chyba i Hitchens odczuwał to „ewolucyjne przystosowanie” i przezornie nie osiedlił się w kraju spoza kręgu kultury (post)chrześcijańskiej, gdzie nie mógłby liczyć na to, że dla jego sąsiadów „nie zabijaj” znaczy coś więcej niż „nie zabijaj, jeśli nie chcesz” czy „nie zabijaj swoich”.

Hitchens twierdził, że nauka znalazła już wszystkie odpowiedzi, do których dotąd używano wytrychu „Boga” czy „Boga luk” (miał tu na myśli luki poznawcze, wypełniane ideą Boga). Zapytany o to przez jednego z dyskutantów nie wiedział jednak, jak możliwe jest np. utrzymywanie się stałych fizycznych, wciąż twierdząc bez zawahania, że Bóg nie jest tu wyjaśnieniem10. Mówił, że byłoby to jedynie przesunięcie pytania o jeden poziom dalej, ponieważ kolejnym pytaniem musiałoby być: kto stworzył Boga? Te dziecinne z pozoru pytania o stworzenie Boga nie są, a przynajmniej ja ich jako takich nie przyjmuję, prostym niezrozumieniem idei Boga. Musielibyśmy założyć, że człowiek skądinąd inteligentny i utalentowany nie wie nawet, z czym polemizuje. Byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie. Pytanie o to, kto stworzył Boga, powodujące regres do nieskończoności – niekończące się pytania o to, kto stworzył kogo – jest pytaniem dla tej części publiczności, która ogląda takie debaty dla wyciągnięcia z nich najbardziej sugestywnych, najprostszych w przekazie i najłatwiejszych w zapamiętaniu odpowiedzi, które pozwolą pozostać przy obranym stanowisku. Obranym, ponieważ jedynym sposobem na przyjęcie światopoglądu, na który nie ma potwierdzenia rozumowego, jest dokonanie (samo)wolnego wyboru. Jak powiedział Hitchens: „Oczywiście, że mamy wolną wolę. Nie mamy wyboru”. Niestety, wydaje się, że wolna wola, ten wielki dar Boży, wielu osobom służy za walec miażdżący wyrzuty sumienia, zamiast za narzędzie, podnoszące człowieka tak wysoko, że sam Stworzyciel musi respektować jego wybory.

Hitchens nie tylko debatował z pojedynczymi oponentami, ale rzucił także wyzwanie całemu światu. Zadał pytanie i wezwał wszystkich do odpowiedzi. Pytanie brzmiało: „jakiego czynu o charakterze moralnym nie może wykonać ateista, ale może wykonać teista?”11. W obliczu pytania tak boleśnie ogólnego i aż proszącego się o nieporozumienia w fazie interpretacji jego poszczególnych części składowych, szukającego prawdziwej odpowiedzi kusi postąpienie z nim jak z antynomią i pozostawienie grzebania się w nim filozoficznym masochistom; bo przecież jak można pytać o moralny czyn ateisty, jeśli ten nie uznaje istnienia Boga, a więc uniwersalnej matrycy decyzji dotyczących rozpoznania dobra i zła? Jednak dla potrzeb dyskursu można prosto stwierdzić, że ateista nie może powiedzieć prawdy, bo bez Boga nie może ona zaistnieć. Mógłby jedynie powiedzieć, co sądzi lub czego by chciał, ale bez jakichkolwiek roszczeń do prawdy. W ostateczności, nawet to nie jest możliwe bez założenia istnienia Boga.

Po co to wszystko?

Skoro Hitchens wraz ze swoimi akolitami nie zamierza nawet próbować podważać poglądu o istnieniu Boga, to o co mu chodzi? Do czego dąży? Skoro uważa, że nie ma Boga, mógłby po prostu z tym żyć i pozwolić innym żyć zgodnie z ich poglądami. Widocznie jednak jest coś, co popycha go do walki. Coś, co nie pozwala usiedzieć mu w miejscu, coś, co wzmaga jego rewolucyjny, nieco trockistowski zapał. Według mnie – choć w jego wypowiedziach, które znam, nigdy nie zostało to wyartykułowane dosłownie – chodzi o świat bez Boga. Nie o wolność wypowiadania się na ten temat czy nieskrępowaną możliwość proponowania każdemu wierzącemu tej ziejącej pustką alternatywy, ale o cały świat pozbawiony Boga. Jeśli uznamy, że dotychczasowy porządek świata opierał się na wierze w Boga – błędnej czy prawdziwej – to świat bez Boga wymagałby jakiegoś nowego porządku świata.

Hasło to – NWO (New World Order), Nowy Porządek Świata – nabrało cech metafizycznych i nie tylko żyje własnym życiem, ale tworzy alternatywne rzeczywistości. Jest wszystkim i niczym. Wielu go używa, ale niewielu, jak zauważyłem, wie jak je rozumieć. Jedni wyglądają globalnego kryzysu ekonomicznego, inni jednej super religii, jeszcze inni jakiegoś projektu ludobójczego o skali niespotykanej w historii. Jednak powinniśmy szukać pierwszych przyczyn. Żaden z projektów wspomnianych powyżej, niezależnie od tego, czy są to tylko bujdy na resorach, czy coś, co dzieje się na naszych oczach, musi zakładać jedną podstawową rzecz: Boga nie ma. Więcej, On może sobie nawet i istnieć, ale ludzie mają w Niego nie wierzyć. Wtedy, można zrobić z nimi wszystko. Albo prawie wszystko. O ile z tym „prawie” siły zła mogą jeszcze próbować iść na kompromisy, pertraktować, układać się i szukać porozumienia, o tyle z Bogiem, a raczej z tymi, którzy w Niego wierzą (bo to o nich chodzi, nie o Boga), nie pójdzie tak łatwo. Zawsze będą łamistrajkami, którzy mimo ekonomicznej niewoli zachowają wolność, bo wiedzą czym ona jest, mimo zwodniczej siły sekciarskiej propagandy zachowają prawdę i pozostaną na zawsze znawcami jej wartości. Niezmiernej wartości. Wartości o wiele przekraczającej życie ludzkie na ziemi, które jest tej prawdy jedynie częścią.

Tego chciałby Hitchens i ateiści – świata bez Boga. Świata, który oni sami ustawią według swoich pomysłów, bo nie będzie już uniwersalnego odniesienia. Świat taki stałby się ich igrzyskiem, ich folwarkiem, albo ich chlewem, gdzie hodowaliby rzeźną trzodę, przeznaczoną na żer dla bożków, którymi chcieliby zostać. Wtajemniczeni, wiedzący lepiej, przewodnicy i oświeceni. Folwark Hitchensa jest możliwy do zrealizowania tylko wtedy, gdy pozbawimy ludzi pojęcia Boga, na którym zasadzają się pojęcia prawdy, dobra, piękna, wolności, godności i człowieczeństwa. Hitchens nie widzi w nas ludzi – istot obdarzonych ciałem i duszą niematerialną, będącą nośnikiem wolności, rozumu, pamięci. On widzi w nas „wysoko wyewoluowane naczelne”12. Równie dobrze można z nas zrobić kotlety, o ile oczywiście będzie to społecznie uzasadnione. Hitchens nigdy się tak nie wyraził, nie musiał. Nie nadinterpretuję tu jednak jego poglądów, wyciągam wnioski.

Można zapytać, dlaczego ktoś chciałby niewolić ludzi, przekonywać ich, że prochem i niczem13 jesteśmy nie tylko przenośnie i nie tylko w odniesieniu do Bożego majestatu, ale w rzeczywistości i zupełnie dosłownie? Bez hipotezy szatana nie da się odpowiedzieć na to pytanie. Zło dla zła, kłamstwo dla kłamstwa, oto czym jest ta zgubna ideologia rozpatrywana w świetle rozumu. Ani ateiści, ani żadna organizacja nie może realnie zyskać na ateizacji. Są to jedynie pozory zysku, pozory zwycięstwa, pozory wolności, pozory dominacji. Tylko zło jest w tym rachunku realne.

Wygląda więc na to, że to odwiecznemu przeciwnikowi należałoby przypisać autorstwo całego przedsięwzięcia. NWO, jako projekt szatański – brzmi nieco teorio-spiskowo, nieprawdaż? Nie wygląda jednak na to, abyśmy mogli stwierdzić inaczej, chcąc trzymać się prawdy. Niech więc tak pozostanie. Czy jednak czeka nas tak marny koniec? Czy Opatrzność miałaby na to pozwolić? Czy Bóg naprawdę jest taki, jakim chciał Go widzieć Hitchens – ten nowoporządkowy świata? Ja jestem dobrej myśli i nie boję się zalewu ateizacji i wprowadzenia NWO.

„Kto chce, aby to była prawda?” – wołał w uniesieniu Hitchens, podsumowując jedną ze swoich tyrad, mających w jego pojęciu demaskować ohydny teizm. Co do wynurzeń Hitchensa na temat Boga – nikt, jak sądzę. Na szczęście nikt też z taką „prawdą” nie musiał się konfrontować niezależnie od swojej woli, bo istniała ona jedynie w umyśle Hitchensa. Pozostaje nam tylko mieć chrześcijańską nadzieję, że mimo że ten międzynarodowy wieszcz świata bez Boga nie chciał, żeby istnienie Boga było prawdą, ostatecznie otrzymał jej ogląd na wieczność.

Karol Kiljanek

Przypisy

  1. Pod takim właśnie tytułem Hitchens wydał w 2007 roku książkę, która stała się światowym bestsellerem. W tym haniebnym paszkwilu, dziennikarz wykłada swoje poglądy na temat Boga i religii jako takiej. Książka jest dosyć popularna po dziś dzień, mimo iż nie zawiera niczego, poza literackimi popisami Hitchensa, w które ubrał on swój prosty przekaz o nienawiści do religii.
  2. William Anthony Donohue – socjolog, wykładowca akademicki, działacz katolicki.
  3. Debata Hitchens kontra Donohue https://www.youtube.com/watch?v=MsbZqNR7HZs [dostęp: 04.10.2021].
  4. Debata Hitchens kontra Turek https://www.youtube.com/watch?v=uDCDTaKfzXU [dostęp: 04.10.2021].
  5. Debata Hitchens kontra Hitchens https://www.youtube.com/watch?v=sNlskhOlYBY [dostęp: 04.10.2021].
  6. Np. tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=uDCDTaKfzXU [dostęp: 04.10.2021].
  7. „Who wants this to be true?!” – tym zdaniem Hitchens zwykł był podkreślać swoje konfabulacje na temat Boga.
  8. Debata Hitchens kontra William Lane Craig https://www.youtube.com/watch?v=0tYm41hb48o [dostęp 04.10.2021].
  9. Debata Hitchens kontra Turek https://www.youtube.com/watch?v=uDCDTaKfzXU [dostęp 04.10.2021].
  10. Debata Hitchens kontra Turek https://www.youtube.com/watch?v=uDCDTaKfzXU [dostęp 04.10.2021].
  11. Debata Hitchens kontra Hitchens https://www.youtube.com/watch?v=sNlskhOlYBY [dostęp: 04.10.2021].
  12. Debata Hitchens kontra Turek https://www.youtube.com/watch?v=uDCDTaKfzXU
  13. Por. A. Mickiewicz, Dziady, część III, akt I, scena V.

Za: Zawsze Wierni nr 6/2021 (217) | https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3022

Great Reset – rozważania katolickie

ks. Nicolas Cadiet FSSPX

Od kilku lat słyszy się o Klausie Schwabie; jednak coraz bardziej znany jest od ubiegłego roku, odkąd napisał książkę: Covid-19: The Great Reset.

Klaus Schwab był znakomitym profesorem na Uniwersytecie w Genewie w latach 1971–2003. Bardziej znany stał się z powodu założenia słynnego Światowego Forum Ekonomicznego. Właśnie tego forum z Davos, które gromadzi szefów największych i najpotężniejszych korporacji światowych oraz niektórych przywódców politycznych, czyli osoby, które należy traktować poważnie.

Tytuł książki to Covid-19: The Great Reset1. Należałoby oczekiwać, że będzie w niej mowa o wirusie, ale tak nie jest. Pomimo że obecnie wciąż i wszędzie mówi się o kryzysie zdrowotnym, to dla Klausa Schwaba nie zdrowie jest najważniejsze. Kryzys zdrowotny był tylko punktem wyjścia do czegoś szerszego, a to coś jest ogromną społeczną i gospodarczą zmianą.

Ograniczenia w poruszaniu się, jak godzina policyjna i różne zakazy zgromadzeń na całym świecie, przyniosły kolosalne następstwa. Należy oczekiwać, że z powodu braku aktywności wiele zakładów zostanie zamkniętych2. Wielu ludzi straci pracę. Sposób, w jaki się pracuje, powinien zostać dopasowany: szerokie użycie środków cyfrowych, np. praca na odległość, telemedycyna, dostawy przy pomocy dronów są stosowane w sytuacji wyjątkowej bez odpowiednich środków ostrożności, pomimo że w normalnych czasach te środki postępu są bardzo mocno kontrolowane z powodu bezpieczeństwa danych.

No właśnie, digitalizacja jest jednym z ulubionych tematów Klausa Schwaba: mówi o „czwartej rewolucji przemysłowej”, która jest tematem jego książki z 2016 roku, i którą uzupełnił w roku 2018 kolejną pt. Shaping the Future of the Fourth Industrial Revolution. W czerwcu 2020, kilka miesięcy po rozpoczęciu kryzysu zdrowotnego, pisze Covid-19: The Great Reset. Motywem łączącym wszystkie te książki jest przekonanie, że ta rewolucja przemysłowa, której oczekuje i tak bardzo sobie życzy, została mocno przyspieszona przez kryzys zdrowotny. Pewien ekspert Microsoftu mówi, że przedsiębiorstwa przyjęły nowe technologie dwa lata wcześniej niż zakładano3.

To wszystko, przełom społeczny i gospodarczy, przyspieszenie rewolucji przemysłowej, spowoduje tak ogromne zmiany na świecie, że już nie będzie można mieć nadziei, że świat powróci do pierwotnego stanu. W związku z tym twierdzi – i to jest tematem tej książki – mamy teraz okazję, by zbudować świat od nowa. I nie wolno nam nie wykorzystać tej okazji. Jeśli niczego nie zrobimy, to stan się pogorszy. Nie mamy innego wyjścia, musimy koniecznie coś zrobić. Lecz jeśli się dobrze postaramy, możemy zbudować lepsze społeczeństwo.

Książka utrzymana jest w raczej mentorskim tonie, wydaje się być bardzo obiektywna, niemniej jednak, gdy się ją dokładnie analizuje z perspektywy całości, dają się zauważyć pewne obawy w odniesieniu do przedstawionego w niej projektu.

W pierwszej części rozważań podamy zatem kilka wskazówek odnośnie do sposobu, w jaki ten projekt jest przedstawiony. Po drugie, podejmiemy próbę wyjaśnienia zasad funkcjonowania nowego społeczeństwa. Na koniec zaprezentujemy kilka zasad zaczerpniętych z nauki społecznej Kościoła, aby ocenić ten projekt z perspektywy katolickiej.

Projekt, do którego należy podejść z ostrożnością

A. Poważne, nieuniknione zmiany

Pierwszą cechą podkreślaną w książce jest – jak zaznacza autor – stwierdzenie, że przeobrażenia na świecie będą ogromne i poważne.

W książce można wyróżnić trzy części: „reset w skali makro”, „reset w skali mikro” i „reset indywidualny”. Część pierwsza opisuje zmianę na poziomie całego świata (gospodarka, społeczeństwo, geopolityka, środowisko, technologie); druga część dotyczy przemysłu, a trzecia – i bynajmniej nie najmniej ważna, pomimo że jest najkrótsza – dotyczy płaszczyzny indywidualnej. Żadna dziedzina życia ludzkiego nie pozostanie nienaruszona.

Zmiany będą dotyczyć nawet samej definicji człowieka4. Taki pomysł Schwab wymienia już w swoich innych książkach: w The fourth industrial revolution [Czwarta rewolucja przemysłowa] mówi, że zadziwiające zmiany, jakie przyniesie ze sobą czwarta rewolucja przemysłowa (biotechnologie, sztuczna inteligencja), spowodują utworzenie nowej definicji tego, czym jest człowiek5. W Shaping the future of the fourth industrial revolution mówi, że nowe technologie nie tylko będą należeć do naszego środowiska, lecz również staną się częścią nas samych, ponieważ będą zintegrowane z naszym ciałem; stąd mówi się o transhumanizmie, ponieważ zmiany te będą dotyczyć nawet ludzkiego wnętrza.

Punkt drugi: te zmiany, według Schwaba, są nieuniknione. Ten motyw pojawia się w książce wielokrotnie i jest jasne, iż autor chce nas przekonać, że nie ma odwrotu. Będzie era przed i era po koronawirusie. Niektórzy kierownicy przedsiębiorstw próbują traktować Reset jako nowy start, mając nadzieję, że odnajdą starą normalność. „Tak nie będzie. Tak nie może być” – mówi Klaus Schwab6. Wymienia nawet analityków, którzy mówią o kryzysie „o wymiarach biblijnych”. W każdym razie świat, który znaliśmy jeszcze w pierwszych miesiącach 2020 roku, już nie istnieje.

Tym tonem obiektywizmu naukowego przemawia zatem twórca Forum w Davos jak prorok, który zapowiada ogromne, nieuniknione i faktycznie nieznane wydarzenia.

Święty Tomasz z Akwinu, analizując zjawisko lęku, stwierdza również, co może spotęgować lęk7. Nadciągające zło paraliżuje jeszcze bardziej, gdy jest nieznane, gdy wydaje się być wielkie i nie do pokonania. Tak więc zdaje się, że Klaus Schwab chce nas po prostu zastraszyć…

Jednak czy wolno założyć, że taki czarnowidz nie powinien zostać potraktowany poważnie? Chodzi przecież o człowieka, który przystaje z najważniejszymi osobami świata gospodarki i polityki.

B. Czynniki sprawcze tych zmian

Gdy przedstawia swój ideał społeczeństwa, jasny staje się inny interesujący aspekt jego wyjaśnień. To, co chciałby stworzyć, to świat bez podziałów społecznych, bez zanieczyszczenia środowiska, bez niszczenia. Świat bardziej inkluzywny i bardziej sprawiedliwy8.

Inkluzywny: ten wyraz jest ostatnio modny. Co oznacza? Intuicyjnie odpowiemy, że społeczeństwo inkluzywne nikogo nie wyłącza, tak że każdy ma zagwarantowane swoje prawa. Pięknie to wygląda, lecz w języku dzisiejszej propagandy oznacza to przede wszystkim swobodę dla sprzecznych z naturą zachowań.

Domaganie się praw dla LGBT pojawia się rzeczywiście w jego projekcie. Wymieniając czynniki sprawcze przemian społecznych, mówi o żądaniach młodych, m.in. o równości płci i prawach dla LGBT9.

Ta idea zdaje się być również troską dla Światowego Forum Ekonomicznego. Na stronie internetowej tegoż Forum można znaleźć artykuł, w którym jest napisane, że miasta sprzyjające LGBT są szczęśliwsze i mają więcej szans rozwoju po wyjściu z kryzysu10. Jasne jest, że dzieło Klausa Schwaba sprzyja lobby LGBT. Czytelnik powinien dać się przekonać, że lepiej jest sprzyjać tej formie społeczeństwa, żeby móc funkcjonować gospodarczo.

Innej przyczyny zmian Schwab dopatruje się w ruchu „Black Lives Matter”. Problemy społeczne (podziały, bieda, utrudniony dostęp do opieki medycznej) zaostrzyły się wraz ze śmiercią Georga Floyda w maju 2020 roku i skandal rozprzestrzenił się na cały świat. Schwab uważa, że stanowi to „dla nas wyzwanie do podjęcia działań: następna generacja oczekuje, że „my”, czyli stara generacja – on sam urodził się w 1938 roku – koniecznie musi wziąć w swoje ręce odpowiedzialność za ulepszenie świata, jednak w domyśle pod naciskiem takich ruchów11.

Tak więc utworzenie nowego społeczeństwa ma nastąpić pod naciskiem młodzieży – jakiej młodzieży? oraz aktywistów LGBT i BLM… W takiej sytuacji uprawnione są wątpliwości, czy ten projekt, który mamy przyjąć w potrzebie, obawie i pod presją, jest rzeczywiście taki korzystny. Lecz nie należy kierować się lękiem, który zaćmiewa użycie rozumu.

Spójrzmy zatem głębiej, jakimi zasadami ma kierować się to nowe społeczeństwo.

Zasady nowego społeczeństwa

A. World Governance

Pierwszą cechą nowego społeczeństwa jest nowy rząd, po angielsku World Governance.

Należy rozpocząć od wyjaśnienia pojęć:

  • Globalizacja. Oznacza ten zwykły fakt, że komunikacja na świecie jest o wiele łatwiejsza: wymiana towarów, swoboda przemieszczania się, podróże, wymiana myśli. Nowe środki komunikacji i nowe środki porozumiewania się umożliwiają bardzo szybkie zakupy i dostarczanie towarów praktycznie wszędzie, wysyłanie wiadomości itd. Jedno kliknięcie i wszystko działa. Ten fenomen ogólnoświatowego ułatwienia i przyspieszenia wymiany nazywa się globalizacją. Nie trzeba tutaj koniecznie zajmować stanowiska za bądź przeciw: to tylko fakt, stan rzeczy. To nie oznacza niczego złego. Po prostu tak jest.
  • Globalizm albo inaczej mondializm jest czymś innym, mianowicie dążeniem do rządu światowego. Tutaj już nie chodzi o postrzeganie dzisiejszego stanu świata, tutaj chodzi o teorię polityczną. Na dzień dzisiejszy istnieje około 200 niezależnych, samodzielnych państw. Rząd światowy oznaczałby jedno jedyne scentralizowane państwo na całej planecie. Można by sobie wyobrazić, że byłyby poszczególne regiony cieszące się pewną samodzielnością, jak np. kraje związkowe w Niemczech, jednak byłyby pod kierownictwem tego jedynego scentralizowanego państwa. Globalizm nie jest niczym nowym. Np. wszystkie imperia starożytne dążyły do pełni władzy nad całym znanym wówczas światem: Asyryjczycy, Babilończycy, Rzymianie itd. Lecz historia pokazuje, że te imperia nie przetrwały.
  • Ruch globalizacji prowadzi w sposób dosyć naturalny do rządu światowego. Jednak, według Schwaba, od dziesięciu lat istnieją przeszkody: Schwab upatruje je przede wszystkim w nacjonalizmie i protekcjonizmie, które wszystko wyhamowały. Przyznaje, że nie jest już możliwe doprowadzić do powstania zgodnie z życzeniem rządu światowego. Rozwiązaniem byłoby to, co nazywa World Governance, tzn. kierownictwo rządu światowego, gdzie nie tylko państwa biorą udział w zarządzaniu światem, lecz również wielkie korporacje, banki i przedsiębiorcy. To oznacza niesamowitą pełnię władzy, ponieważ wszystkim kieruje oligarchia. Wyobraźmy sobie, że wartość Apple na giełdzie wynosi dzisiaj około 1000 miliardów dolarów: to wartość zbliżona do wartości produktu krajowego brutto niejednego państwa! To znaczy, że pełnia władzy, gospodarcza pełnia władzy przedsiębiorstwa jest zbliżona do władzy, jaką ma państwo.

Taki model kierowania światem poprzez współpracę pomiędzy różnymi siłami może niepokoić: państwa powinny w normalnych warunkach stać na straży ogólnego dobra kraju. Lecz przedsiębiorstwa i banki reprezentują interesy prywatne. To nie jest zdrowe, ponieważ interes prywatny przedsiębiorstwa niekoniecznie jest zbieżny z dobrem ogólnym państwa, ludności.

Drugim aspektem globalizmu, tego dążenia do World Governance, jest nieufność wobec państw narodowych. Schwab wymienia teorię ekonomisty o nazwisku Dani Rodrik12, który mówi, że są trzy pojęcia, których nie da się pogodzić: globalizacja gospodarcza, demokracja polityczna i państwo narodowe. Tylko dwa z nich mogą współdziałać ze sobą, lecz trzecie uniemożliwia wszystko. Na przykład gdy państwo ma wymiar narodu i jest demokratyczne, nie będzie możliwa gospodarcza globalizacja. Dlaczego? Decyzje są podejmowane przez państwo i naród, a więc zgodnie z interesem narodu, a nie z interesem całego świata. Wtedy nie jest możliwy rząd światowy ani żadna globalizacja. Z drugiej strony państwa narodowe i globalizacja uniemożliwiają demokrację – decyzje są podejmowane wbrew interesom narodu. Na koniec można przypuszczać, że demokracja i globalizacja zniszczą państwa narodowe. Trzeba wybrać jedną z tych trzech możliwości.

Jasne jest, że założyciel Forum w Davos nie pała sympatią do państw narodowych. Stanowią według niego przeszkodę w rozwiązywaniu niektórych problemów o charakterze globalnym. Oczywiście są problemy, które występują na tej płaszczyźnie, np. zawieranie pokoju po wojnach światowych czy kryzys zdrowotny – wirus rozprzestrzenia się o wiele łatwiej, gdy komunikacja na świecie jest łatwiejsza. Można zrozumieć, że takie problemy mogą zostać rozwiązane tylko na poziomie całego świata, a nie wówczas, gdy państwo działa na własną rękę. To jest zarzut, który Klaus Schwab robi w odniesieniu do zażegnywania tego kryzysu przez poszczególne państwa: przez to, że kraje zamknęły granice i nie było wspólnego planu działania w celu produkcji i dystrybucji materiałów medycznych, spowodowały utrudnienia w uporaniu się z kryzysem13.

Pomimo że wciąż wzrasta troska o bliźnich, odnotowuje się według Schwaba również nasilenie negatywnych uczuć, takich jak patriotyzm, nacjonalizm, egoizm, ogólnie mówiąc – „toksyczne” uczucia14.

Są to niezdrowe zjawiska i w społeczeństwie idealnym nie należy dopuszczać do ich powstawania; dotyczy to nie tylko ksenofobii, nienawiści czy podobnych negatywnych reakcji, lecz również miłości do ojczyzny. Poczucie narodowe jest niepożądane. World governance dąży nie tylko do skutecznego uporania się z problemami światowymi, lecz również do całkowitego stłumienia patriotyzmu.

B. Nowy obywatel

Ta nieufność wobec poczucia tożsamości narodowej zakłada nowy obraz idealnego obywatela. Ten nie może już być przywiązany do swojej ojczyzny, lecz powinien się troszczyć jedynie o planetę.

Zauważmy, że kontakty osobiste, relacje naturalne tworzą grupy, w których rozwijają się pewne powiązania uczuciowe. Tak więc nie może dziwić, że globalizm prowadzi w pewnym sensie do odizolowania jednostek. Dzisiaj przyczyną tego jest higiena: aby uniknąć zarażenia się wirusem, należy zachować dystans, nosić maskę, pracować zdalnie. Schwab na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że to nie będzie się podobać, jednak próbuje łagodnie przekonywać, że mimo wszystko jest to nieuniknione15.

Samotność jednostki będzie się jeszcze pogłębiać, ponieważ jednostki będą coraz bardziej kontrolowane16. W czasach pandemii państwo powinno podejmować decyzje w trybie pilnym, czasem nawet wbrew prawu – np. zakaz Mszy św. – i kontrolować, żeby były przestrzegane. Technologiczne środki kontroli stają się coraz bardziej skuteczne, a trudna sytuacja ludności powoli skłoni ją do zaakceptowania ich i będzie ona coraz bardziej rezygnować z życia prywatnego. Na przykład wszystkie możliwe środki do pomiaru naszego zdrowia – telefony komórkowe z pulsometrami i termometrami17 aż do toalet (smart toilets), które przesyłają informacje o składzie moczu do bazy danych18. Wkrótce wszystko, co dotyczy zdrowia obywateli, stanie się jawne19.

Tak więc obywatel tego nowego społeczeństwa będzie indywidualistą, kosmopolitą, będzie podlegał całkowitej kontroli i będzie we wszystko zaopatrywany przez państwo. Dochodzimy do modeli, które są opisane m.in. w pewnym artykule na stronie internetowej Forum w Davos20: miasto bez własności prywatnej, gdzie wszystko jest załatwiane przy pomocy środków elektronicznych, gdzie samochody i mieszkania są używane w sposób optymalny dzięki temu, że są do dyspozycji wszystkich. Sztuczna inteligencja zna nasze gusta lepiej niż my i wybiera za nas: jeszcze inne badanie futurologiczne wskazuje, że już nie będą potrzebne głosowania21.

C. Motywacja w nowym społeczeństwie

Co może w takim nowym społeczeństwie dostarczać motywacji do działania, jeśli wszystkim kierują państwo i sztuczna inteligencja? Klaus Schwab odpowiada, że nasze akcje i reakcje, nasze ludzkie reakcje nie zależą od wartości statystycznych, lecz są napędzane przez uczucia i emocje. To znaczy opowiadania, narratives, określają nasze zachowanie. Działamy według czegoś, co można by nazwać American dream: wyobrażenie o świecie, o życiu, które można nazwać opowiadaniem, narrative. Tak jak mit założycielski, który jest podstawą jedności i spójności społeczeństwa. To opowiadanie, ta narracja dla nowego społeczeństwa na razie jeszcze nie istnieje, trzeba ją dopiero stworzyć22.

Historia społeczeństw pokazuje, że społeczności tylko wtedy przetrwały, gdy miały transcendencję, religię. Może więc to wystarczy, gdy stworzy się tę całą wspólną narrację wokół postaci matki natury. Na końcu książki zawarta jest odnośnie tego wskazówka: „Jedna jedyna droga poprowadzi nas do lepszego świata, bardziej inkluzywnego, bardziej sprawiedliwego i z większym respektem dla matki natury”23 – a więc ludziom, którzy potrzebują jakiegoś boga, można raczej powiedzieć, żeby okazywali więcej respektu Pachamamie! Nawiasem mówiąc, można by zadać pytanie, czy papież Franciszek nie popiera takiego poglądu.

Podsumujmy to, o czym była mowa w tej części: Jak wygląda to społeczeństwo? World governance, kierownictwo rządu światowego; pozbawiony możliwości decydowania obywatel to kosmopolita, całkowicie zawładnięty przez państwo, indywidualista, kontrolowany, pozbawiony życia prywatnego, bez rzeczywistych kontaktów osobistych. Jego motywacja jest osadzona w iluzji, którą dopiero trzeba wymyślić, jako baśń nadającą sens jego życiu. Przemiana jest naprawdę ogromna

Ocena według zasad katolickich

Jak należy to ocenić zgodnie z nauczaniem katolickim? Misją Kościoła jest przede wszystkim przekazywanie objawienia. To znaczy tego, co Bóg nam powiedział, co przewyższa naturę i prowadzi nas do nieba. Lecz Kościół powinien również upowszechniać prawo naturalne i go bronić. Trudno jest z powodu grzechu pierworodnego całkowicie poznać naturę i jeszcze trudniej ją obserwować. A więc są dwa zadania Kościoła: przekazywanie objawienia i wyjaśnianie prawa naturalnego.

Co mówi nam Kościół święty? Możemy wymienić trzy zasady, które dotyczą naszego zagadnienia: natura, tzn. człowiek ma naturę, która jest mu dana, a nie którą w każdej erze historii od nowa się odkrywa; po drugie kultura, narody; i po trzecie zasada subsydiarności.

A. Natura

Najpierw natura. Klaus Schwab mówi, że o tym, co nas definiuje, możemy decydować24. Wszelkie dane, opinie, wyrażenia, wybory etyczne, które pokazała pandemia, powstały z tego, co uważamy za sprawiedliwe bądź nie i one nas definiują. To znaczy nasze decyzje definiują, czym jesteśmy. Tak więc nie należy oczekiwać, że Klaus Schwab będzie pojmował nowe społeczeństwo zgodnie z pojęciem ludzkiej natury, które już zostało raz na zawsze jasno określone.

Przecież człowiek jest nie tylko tym, czym chce być, czym zdecydował się być. Człowiek jest istotą obdarzoną rozumem i zdolną do posługiwania się nim. Jest ciałem i duszą. Dusza jest nieśmiertelna. Jego przeznaczenie to wieczność. A więc jako rozumne zwierzę na świecie, w tym życiu, podlega pewnemu prawu, które nazywa się prawem naturalnym. Dziesięć przykazań Bożych określa, co wolno robić, a czego nie. To zależy od istoty człowieka, nie od jego decyzji. Żaden parlament nie może rozstrzygać, że kłamstwo albo zdrada małżeńska są dozwolone, ponieważ te przepisy są niezbędne do życia w społeczeństwie, co jest zgodne z prawem naturalnym. To samo dotyczy zasad małżeńskich.

Gdy ktoś nie wierzy w Boga, może sobie pomyśleć: Nikt mnie nie ukarze, gdy nie będę przestrzegał tego prawa. Jeśli społeczeństwo odrzuca prawo naturalne, nie będzie prawdopodobnie żadnych konsekwencji. „Gdy Bóg nie istnieje, wszystko jest dozwolone”, czytamy u Dostojewskiego (Bracia Karamazow).

Czy na pewno? Sama natura może się zemścić.

Wyobraźmy sobie kierowcę, który prowadzi ogromnego tira i dojeżdża do tunelu. Tunel ma wysokość 4 m, a tir 5 m. Na znaku widnieje informacja: „Zakaz wjazdu pojazdom powyżej 4 m”. Kierowca rozgląda się w lewo i w prawo: „Nie widać policjanta z lewej ani z prawej strony, mogę jechać”.

Gdy ignoruje się ludzką naturę, prowadzi to do ciężkich konsekwencji. Do iluż to zaburzeń psychicznych dochodzi np. z tego powodu, że dzieci nie miały wzoru naturalnej rodziny ani małżeństwa albo wręcz były wykorzystywane? Ile jest przypadków braku autorytetu ojca czy przychylności matki? Ile chorób rozwinęło się przez szerzenie nieobyczajności? To tylko kilka przykładów, które wskazują na to, jak natura się mści.

Czwarta rewolucja przemysłowa prowadzi do manipulowania ciałem w celu kontrolowania zasad rozmnażania się człowieka lub ingerowania w nie. Chodzi też o to, żeby poprzez pomieszanie biologii z technologią dać człowiekowi nowe siły, co nazywane jest transhumanizmem. Klaus Schwab mówi przykładowo o postępach, które wkrótce umożliwią odczytywanie fal mózgu oraz zapisów pamięci czy nawet fałszowanie ich. To już nie jest science-fiction!25 Uczeń czarownika mógł doświadczyć, jak trudno jest obchodzić się nieostrożnie z naturą.

B. Narody

Człowiek jest nie tylko zwierzęciem obdarzonym rozumem. Rodzi się w rodzinie, na wsi albo w mieście, w kraju, gdzie mówi się w określonym języku, o pewnej kulturze. Nasza osobowość, nasze zachowanie jest zdeterminowane tymi czynnikami. Człowiek jest zwierzęciem społecznym.

Marzeniem filozofów epoki oświecenia, takich jak Jean-Jacques Rousseau, był człowiek bez kultury, bez społeczeństwa: dobry, dziki człowiek. Rousseau uważał mianowicie, że przyczyna nieuczciwości, grzechu, wojny, zbrodni i – ogólnie ujmując – wszystkiego zła leży w społeczeństwie; to znaczy, dokładnie w tym tle kulturowym, w tym środowisku, w które jesteśmy wprowadzani i w którym się wychowujemy. Rozwiązaniem zatem jest wychowanie lub kultura pozbawione korzeni: dobry, dziki człowiek, który wsłuchuje się tylko w swoje sumienie, i np. raczej niewiele czyta, żeby nie znaleźć się pod wpływem zgubnych idei.

Ten ideał zachwycił wielu ludzi. Lecz trzeba przyznać, że ten eksperyment już przeprowadzano, niekiedy nawet nieświadomie. Oto przykład z XVIII wieku: chłopiec, opuszczony przez rodziców i wychowany przez wilki. Znaleziono go, gdy miał 13 lat; wszyscy ówcześni ideolodzy mówili: „Teraz mamy wzór wychowania. Ten człowiek powinien być ucieleśnieniem ideału dobrego człowieka”. Zajął się nim pewien naukowiec, który obserwował jego zachowanie. Chciał go wychować według zasad Rousseau. Doktor próbował go wychować i przyswoić mu wszystko, co potrzebne: język, zachowanie wśród ludzi itd.

Co zauważył? Ten chłopiec niczym się nie interesował. Posiadał zmysły i nie potrafił ich używać. Brak uwagi. Jego zmysł powonienia był tak nierozwinięty, że postrzegał z tą samą obojętnością najlepsze perfumy i najohydniejsze zapachy. Wciąż bujał w obłokach, nie mógł się niczego nauczyć. Oczekiwano, że będzie otwarty, tolerancyjny, pełen zrozumienia, bezinteresowny, bez uprzedzeń itd. Tymczasem okazał się prawie zwierzęciem. Dlaczego? Nie miał korzeni ani żadnego wychowania podstawowego. Nie można poznać ani cenić innej kultury i innych ludzi, gdy samemu nie ma się żadnej kultury. To właśnie pokazało to doświadczenie.

Należy oczekiwać, że idealny obywatel nowego społeczeństwa – właśnie dlatego, że ma go cechować kultura ujednolicona i globalna – będzie wykazywał ten sam indyferentyzm, co ten dzikus. Nie będzie możliwe, ani nawet przy pomocy mitu założycielskiego, stworzenie jednolitego społeczeństwa, którego członkowie troszczyliby się o dobro wspólne. Raczej będzie [to] sprzyjało rozwojowi indywidualizmu.

Przyczyną tego błędu, albo innym jego aspektem, jest fakt, że ludzi traktuje się jak abstrakcje. Filozof Joseph de Maistre (1753–1821) odnotował odnośnie do konstytucji francuskiej z roku 1795: „Napisano tę konstytucję dla ludzi. Lecz na świecie nie ma ludzi, są Francuzi, Włosi, Rosjanie… Człowieka samego w sobie nie spotkałem… Człowiek sam w sobie nie istnieje. A więc czymże jest konstytucja? Jest to odpowiedź na następujący problem: wobec ludności, obyczajów, religii, geografii, relacji politycznych, bogactwa, zalet i wad narodu – jakie prawa są odpowiednie?”26

Należy żywić obawę, że nowe społeczeństwo jest przewidziane dla człowieka, który jest tylko wytwórcą i konsumentem, dającym się zastąpić przez sztuczną inteligencję.

C. Zasada subsydiarności

Gdy Arystoteles na początku swojego dzieła o polityce opisuje powstanie społeczeństwa, pokazuje, że społeczeństwo jest strukturą składającą się z różnych warstw. Są ludzie, ale człowiek przychodzi na świat w rodzinie i rodzina jest pierwszą społecznością, w której żyje. Lecz jedna rodzina nie wystarcza do zapewnienia sobie utrzymania. Tak więc kilka rodzin gromadzi się i tworzą wioskę. Lecz wioska potrzebuje ochrony militarnej, której nie jest w stanie sama sobie zapewnić. Potrzebuje też towarów, które są dostępne tylko w innych regionach świata. Zbiór wielu wiosek tworzy civitas, polis – państwo. Państwo to najwyższa forma, najwyższa struktura społeczeństwa, bo całość jest samodzielna. Społeczeństwo składa się zatem z warstw, małych wspólnot, które są mniej lub bardziej zorganizowane hierarchicznie: rodzina, wioska, państwo, lecz również uniwersytet, przedsiębiorstwo itd.

Zawsze mogą istnieć problemy między dwoma płaszczyznami społeczeństwa. Np. gdy chodzi o wychowanie dzieci: czy jest to zadaniem rodziny, czy państwa? Państwo ma dzisiaj ogromny wpływ na szkolnictwo. Na przykład w Niemczech obecnie nie jest możliwe, żeby rodzice sami organizowali nauczanie domowe. To oznacza, że państwo uzurpuje sobie w dużej mierze prawo do wychowywania dzieci. Czy jest to sprawiedliwe, czy nie?

Jest to przykład problemów, jakie istnieją między dwoma płaszczyznami kompetencji. W dwóch warstwach społecznych istnieją kompetencje odnośnie tego, kto jest za co odpowiedzialny. Co podlega czyjej kompetencji? Doświadczenie pokazuje, że najlepszym rozwiązaniem jest powierzenie największej liczby możliwych kompetencji najniższemu szczeblowi: Za każdym razem, gdy niższy szczebel jest w stanie wykonać dane zadanie, to wyższemu szczeblowi nawet nie wolno tego czynić. To jest właśnie zasada subsydiarności. Pius XI mówi nawet – odnośnie do problemu wychowania – że niesprawiedliwością byłoby działać inaczej.

Przyczynę tego można wyjaśnić bardzo ogólnie: realizacja każdej rzeczy wymaga tej własnej czynności. Dopiero wtenczas dokonuje się ona w sposób doskonały.

Zasadzie subsydiarności umożliwia osobie pilnej wykonywanie wszystkiego, co może, i czyni to przy tym z dumą i radością, ponieważ dokonała tego samodzielnie. Wielkość i dobroć Pana Boga polegają właśnie na tym, że daje On swoim stworzeniom tę godność, że same mogą być i autorem, i wykonawcą. Nie wolno okradać z tego stworzeń Bożych. Brak działania w przypadku, gdy jest ono możliwe, z tego powodu, że szef, autorytet, zwierzchnik wszystko za nas zrobił, przynosi tylko frustrację i zniechęcenie.

Ktoś może jednak powiedzieć, że wyższy szczebel ma więcej sił, aby wszystko skuteczniej udoskonalić: państwo ma więcej środków, by zakładać i utrzymywać szkoły. Lecz tak jest w odniesieniu do wszystkiego; gdy będzie się działać zgodnie z taką logiką, dojdzie się do socjalizmu państwowego, w którym państwo decyduje o wszystkim i wszystkim kieruje. Czym staje się człowiek, obywatel? Homo sovieticus, bez odwagi, bez inicjatywy. Traktowano go jak niewolnika, a więc myśli i postępuje jak niewolnik, który kieruje się jedynie lękiem albo przyjemnością, lecz nie rozumem ani odwagą.

Święty Tomasz z Akwinu wyjaśnia to przy pomocy przykładu27: Hebrajczycy na pustyni. Doszli do Ziemi Obiecanej i byli przerażeni, ponieważ mieszkańcy tego kraju sprawiali wrażenie zbyt silnych. Powiedzieli wówczas, nie damy rady, lepiej byłoby wrócić do Egiptu. Nie do wiary! Widzieli tyle cudów Pana Boga w Egipcie, przeszli przez Morze Czerwone suchą stopą, pokonali swych wrogów, a teraz boją się mieszkańców ziemi Kanaan! Czyż Pan Bóg nie może uczynić nowych cudów? Dlaczego jeszcze wątpią? Odpowiedź: Nie mieli odwagi, ponieważ przez wiele generacji byli traktowani jak niewolnicy i jeszcze myśleli jak niewolnicy.

Społeczeństwo kontrolowane, w którym sztuczne inteligencje mogłyby zrobić wszystko za obywateli, mogłoby funkcjonować podobnie jak w czasach niewoli egipskiej. Na szczeblu państwowym należy pozostawić inicjatywę państwom, zamiast wprowadzać rząd światowy lub governance, który pozostawi zniechęcenie i obojętność wśród narodów.

Generalnie patrząc, według zasady subsydiarności należy więc tolerować, gdy ktoś w sposób niedoskonały wypełni swoje zadanie zamiast go ominąć.

Zakończenie

Podsumujmy: nowe społeczeństwo, które chce stworzyć oligarchia, wyrzeknie się natury, ponieważ dąży do stworzenia nowego człowieka bądź poprawienia tego, co Pan Bóg stworzył w naturze. Wyrzeka się naturalnej potrzeby człowieka, by odczuwał więzi z ojczyzną, narodem, mniejszymi wspólnotami, co tworzy jego tożsamość. Ignoruje zasadę subsydiarności pod pretekstem skuteczności w rozwiązywaniu problemów o zasięgu światowym. Jednak przez to wszystko przygotowuje ludzi obojętnych, pozbawionych ducha, którzy nie odczuwają żadnej odpowiedzialności.

Co zatem robić? Najpierw należy poznać prawo naturalne i przestrzegać je. Trzeba być przekonanym, że wykraczanie przeciwko prawu naturalnemu niesie ze sobą ciężkie konsekwencje.

Po drugie, trzeba pielęgnować i cenić miłość do ojczyzny.

Po trzecie, znać zasadę subsydiarności, stosować ją i również… zasłużyć sobie na nią. Nie jest niczym nadzwyczajnym, gdy wyższe szczeble społeczeństwa przejmują coraz więcej kompetencji, podczas gdy niższe szczeble na wszystko to pozwalają i przyjmują postawę nieaktywną i wyczekującą. Tymczasem trzeba pokazać, że jest się w stanie samemu przejąć odpowiedzialność: wychowywanie dzieci, zakładanie szkół itd. Pius X mówi w Pascendi, że nic bardziej nie sprzyja wytrwałości wrogów Kościoła niż słabość dobrych! Niech ten święty papież zapewni nam potrzebną odwagę!           q

Tłumaczyła Ewa Tobiasz.

Przypisy

  1. K. Schwab, T. Malleret, Covid-19: The Great Reset, Genewa 2020.
  2. Ten wykład został wygłoszony w lutym 2020 roku.
  3. K. Schwab, T. Malleret, The Great…, op. cit., s. 62: „Satya Nadella, CEO firmy Microsoft, zauważyła, że wymogi dystansu [tak] społecznego, jak i fizycznego wytworzyły sytuację «wszystko na sterowaniu zdalnym» , przyspieszając co najmniej o dwa lata proces absorpcji szerokiego spektrum nowych technologii. Z kolei Sundar Pichai, CEO firmy Google, zdumiewał się imponującym postępem, jaki dokonał się w sferze «działalności cyfrowej», przewidując zarazem «znaczący i trwały» wpływ na takie sektory życia i gospodarki, jak praca online, edukacja, zakupy, medycyna oraz rozrywka”.
  4. Ibidem: podrozdział 3.1 pt. „Przedefiniowanie naszego człowieczeństwa”.
  5. K. Schwab, La quatrième révolution industrielle [The fourth industrial revolution, Czwarta rewolucja przemysłowa, wersja francuska], Dawsonera 2017, s. 99.
  6. Idem, T. Malleret, The Great… , op. cit., s. 8: „W chwili pisania tych słów (czerwiec 2020), pandemia staje się coraz poważniejszym zagrożeniem dla świata. Wielu z nas zastanawia się, kiedy rzeczy powrócą do normalnego stanu. Odpowiadając możliwie najkrócej: nigdy. Już nic nigdy nie wróci do owego «skrzywionego» poczucia normalności, które dominowało przed kryzysem. Pandemia koronawirusa znaczy istotny punkt załamania w naszej globalnej trajektorii. Niektórzy analitycy nazywają tę chwilę kluczową bifurkacją, inni mówią o katastrofie «biblijnych» rozmiarów; lecz esencja pozostaje ta sama: świat, jaki znaliśmy jeszcze z pierwszych miesięcy 2020 roku, już nie istnieje – został unieważniony w kontekście pandemii. Radykalne przemiany, ich wszechogarniające świat konsekwencje są takiego kalibru, że specjaliści mówią o dwóch erach: «przed koronawirusem» (preK, ang. BC) oraz «po koronawirusie» (postK, ang. AC) [to ewidentna aluzja do ery przed i po Chrystusie: before Christ, after Christ – przyp. tłum.]. Będziemy wciąż zaskakiwani zarówno przez tempo, jak i nieprzewidywalną naturę tychże zmian – łącząc się, wzajemnie warunkując, będą wywoływać konsekwencje drugiego i wyższych rzędów, będą prowokować kaskady przyczynowo-skutkowe o niemożliwych do przewidzenia rezultatach. Działając w ten sposób, [rewolucyjne zmiany] ukształtują «nową normalność», diametralnie odmienną od tej – starej, oddalającej się w przeszłość. Znaczna część naszych przekonań i założeń o tym, jak powinien funkcjonować świat, zostanie strzaskana”; ibidem, s. 69: „Na poziomie mikro, poziomie przemysłu i korporacji, Wielki Reset zainicjuje długą i kompleksową kaskadę zmian i procesów adaptacyjnych. Konfrontując się z resetem, wiele z kluczowych postaci przemysłu oraz managerów wyższych stopni może odczuć pokusę, by wyzwania stojące przed nimi potraktować jako restart, mając nadzieję na powrót do starej normalności i przywrócenia rządów tego, co sprawdzało się w przeszłości: tradycji, utrwalonych procedur i swojskich metod załatwiania spraw – mówiąc krótko, mając nadzieję na kontynuację starego biznesu. To się nie zdarzy – ponieważ to nie może się zdarzyć”.
  7. Por. św. Tomasz z Akwinu, Suma teol., Ia IIae, q. 42.
  8. K. Schwab, T. Malleret, The Great…, op. cit., s. 98:„Reset jest zadaniem ambitnym, być może zbyt ambitnym, lecz nie mamy innego wyboru, jak tylko spróbować – ze wszystkich sił – osiągnąć ten cel. Chodzi tu przecież o uczynienie świata mniej podzielonym i mniej dzielącym, mniej trucicielskim, mniej destruktywnym, za to bardziej inkluzywnym, sprzyjającym równości i dającym równe szanse – lepszym od tego, porzuconego przez nas w erze przedpandemicznej. Nie robić nic – albo zbyt mało – oznacza zbłądzić nieświadomie w rejony jeszcze większych nierówności społecznych, gospodarczej niestabilności, niesprawiedliwości oraz dewastacji ekologicznej. Zaniedbanie działania oznaczałoby zgodę na świat podły, podzielony, bardziej niebezpieczny, samolubny i po prostu nie do udźwignięcia dla znaczących segmentów ludzkiej populacji. Nic nie robić nie stanowi żadnej opcji”.
  9. Ibidem, s. 43: „Jak to ujął pewien student college’u, cytowany przez NYT: «Młodzi ludzie żywią głębokie pragnienie radykalnej zmiany, ponieważ ścieżka przed nami urywa się gwałtownie». Jak odpowie dzisiejsza generacja młodych? Oferując radykalne rozwiązania [czasem radykalne działania], próbując zapobiec następnej katastrofie – czy będą to zmiany klimatyczne czy społeczne nierówności. Najprawdopodobniej pokolenie owo zażąda radykalnej alternatywy dla obecnej polityki – ponieważ jego członkowie czują się sfrustrowani i ponaglani przez dręczącą pewność, że obecnie panujący system stoi poza możliwością naprawy. Aktywizm młodzieżowy wzrasta – wszędzie. Media społecznościowe przyspieszają ten proces rewolucjonizacji, umożliwiając dotychczas niewyobrażalną mobilizację sił. Aktywizm ten przybiera wiele form – od pozainstytucjonalnej polityzacji życia, aż po demonstracje i protesty. Szerokie spektrum spraw znajduje swój wyraz w owym aktywizmie – zmiany klimatyczne, reformy ekonomiczne, sprawy gender, prawa LGBTQ. Młode pokolenie jest awangardą zmian społecznych. Jest prawie pewne, że to ono właśnie będzie katalizatorem zmiany i źródłem niezbędnej energii dla Wielkiego Resetu”.
  10. Patrz: https://www.weforum.org/agenda/2020/06/lgbt-inclusion-cities-post-covid-reset-recovery [dostęp: 24.09.2021], „Badania pokazują, że miasta przyjazne LGBT są szczęśliwsze i bardziej innowacyjne – zatem będzie im łatwiej powrócić do pełni sił po epoce COVID-19”.
  11. K. Schwab, T. Malleret, The Great…, op. cit., s. 37: „W momencie pisania tej książki COVID-19 zdołał już wywołać globalną falę społecznych niepokojów. Zaczęła się ona w Stanach Zjednoczonych wraz z protestami ruchu Black Lives Matter, zrodzonego po zabójstwie George Floyda pod koniec maja 2020 r. Bardzo szybko niepokoje rozlały się po całym świecie. COVID-19 był czynnikiem kluczowym – choć śmierć Floyda była iskrą, która zapaliła ogień masowych niepokojów, lecz to uprzednio obecne warunki, wytworzone przez pandemię – obnażające zwłaszcza dyskryminację rasową, ale także skalę bezrobocia – były paliwem dla protestów. Nie wiemy jak BLM będzie dalej ewoluował i jaką formę przyjmie ostatecznie. Istnieją jednak poszlaki, że zmienia się on powoli w coś o wiele bardziej uniwersalnego niż problem rasowy. Protesty przeciw systemowemu rasizmowi sprowokowały także głosy dopominające się o sprawiedliwość ekonomiczną i społeczną inkluzywność”.
  12. Por. op. cit., s. 45.
  13. Ibidem, s. 48.
  14. Ibidem, s. 87: „Nasze przywiązanie do najbliższych wzmacnia nas i obdarza niejako odświeżonym poczuciem wdzięczności względem tych wszystkich, których kochamy: rodziny i przyjaciół. Istnieje jednak i mroczny rewers tej siły. Wzmacnia on patriotyczne i nacjonalistyczne sentymenty, w skład których wchodzą także niepokojące domieszki religijno-etniczne. Ostatecznie owa toksyczna mieszanka tworzy z najgorszych spośród nas [spójną] grupę społeczną”.
  15. Op. cit.,s. 62–63: „Podczas tzw. lockdownów, wielu klientów niechętnych wcześniej poleganiu na aplikacjach i usługach za pomocą internetu zostało zmuszonych do zmiany nawyków niemal z dnia na dzień. Oglądanie filmów on-line zamiast w kinie; spożywanie posiłków dostarczonych pod drzwi zamiast wyjść do restauracji; zdalna rozmowa z przyjaciółmi zamiast spotkań twarzą w twarz. Rozmowa z kolegami w pracy przez ekran zamiast spotkań przy kawomacie. Ćwiczenia fizyczne on-line zamiast siłowni. I tak dalej… W ten sposób – niemal natychmiastowo – większość rzeczy stało się e-rzeczami : e[lektroniczna]-nauka, e-handel, e-rozrywka, e-booki, e-obecność… Wiele ze starych nawyków zapewne odnajdzie sobie z powrotem miejsce w życiu [przyjemności z osobistych kontaktów nie dorówna nic – mimo wszystko jesteśmy zwierzętami stadnymi!] – jednak równocześnie wiele z nowo nabytych umiejętności cyfrowych, które zmuszeni byliśmy przyjąć na czas zamknięcia, stanie się częścią naszej natury, dzięki obyciu z nimi. Przedłużające się najprawdopodobniej zamknięcie – dystans społeczny i fizyczny – sprawi, że krok po kroku nowe nawyki – poleganie na platformach cyfrowych w zakupach, nauce, komunikacji, pracy, doradztwie zawodowym – zapuszczą w nas korzenie, ograniczając stare przyzwyczajenia. Ponadto, zarówno plusy, jak i minusy życia on-line oraz życia off-line, będą poddane nieustannemu sprawdzaniu… Jeśliby np. sprawy zdrowotne miały okazać się kluczowe – to czy sesja rowerowa naprzeciw ekranu w domu nie wygra raczej z radością i żywotnością otwartego peletonu – lecz z drugiej strony, taka klasa jest znacznie tańsza – i bezpieczniejsza! Takie samo rozumowanie można zastosować w wielu różnych dziedzinach – np. podróż służbowa samolotem na konferencję [Zoom jest bezpieczniejszy, tańszy, bardziej ekologiczny i o wiele bardziej wygodny], wizyta u rodziny mieszkającej daleko (rodzinna grupa na WhatsApp nie jest taka zabawna, ale – znowu – bezpieczniejsza, bardziej ekologiczna i tańsza), a nawet udział w kursie uniwersyteckim (nie jest to tak satysfakcjonujące jak udział bezpośredni – ale znacznie tańszy i wygodniejszy)”.
  16. Op. cit., s. 67: „Używając dość uproszczonego przykładu, ograniczenie pandemii koronawirusa wymagać będzie globalnej sieci CCTV, zdolnej rozpoznać nowe ogniska choroby, jak tylko powstaną; wymagać będzie laboratoriów rozmieszczonych w wielu miejscach globu, zdolnych do szybkiej analizy i identyfikacji nowych odmian wirusa oraz do dostarczenia skutecznych lekarstw na nie; rozbudowanej infrastruktury IT, aby społeczności mogły zarówno przygotować się, jak i skutecznie reagować [na nowe wyzwania związane z chorobą]; obecności wystarczająco rozwiniętych i skoordynowanych ośrodków decyzyjnych, szybko wcielających w życie konieczne zarządzenia”; i tak dalej… patrz też ibidem, s. 18: „Monitoring poruszeń i osób posiada nieocenioną wartość i quasi-esencjalną pozycję w zbrojowni niezbędnej do walki z COVID-19, równocześnie będąc sprawcą masowej inwigilacji”, także ibidem, s. 62: „W najbliższych miesiącach i latach bilans pomiędzy korzyściami dla zdrowia publicznego a utratą prywatności będzie wnikliwie badany, stając się głównym tematem dla wielu gorących debat i żywiołowych konwersacji. Większość ludzi powodowanych lękiem przed skutkami COVID-19 zapyta: «Czyż nie jest głupotą nie angażować mocy technologii, która może przyjść nam z pomocą, kiedy na stan obecny jesteśmy ofiarami pandemii, stojącymi na granicy życia i śmierci?». Tacy ludzie będą gotowi oddać wiele ze swojej prywatności i zgodzić się, że w danych warunkach władza publiczna może słusznie stłumić prawa jednostki”.
  17. Por. K. Schwab, La quatrième…, op. cit., s. 125.
  18. Idem, T. Malleret, The Great…, op. cit., s. 71.
  19. Ibidem, s. 83: „Jak każdy rodzaj przemysłu, także i cyfrowy będzie pełnić znaczącą rolę w kształtowaniu przyszłości naszego dobrobytu. Współpraca AI, IoT [Internet of Things] z czujnikami oraz technologią noszoną na sobie wytworzy nową perspektywę w rozumieniu własnego dobrostanu. Urządzenia będą monitorować, jak się czujemy – i co czujemy – będą stopniowo zacierać granice pomiędzy systemem publicznej opieki zdrowotnej a spersonalizowanymi programami zdrowotnymi; różnica w końcu zaniknie całkowicie. Strumienie danych, spływających z wielu odrębnych domen, takich jak fizyczne środowisko naszego życia, czy nasz indywidualny stan zdrowotny, umożliwią nam o wiele większa kontrolę nad naszym zdrowiem i dobrostanem. W świecie post-covidowym szczegółowe informacje dotyczące naszego śladu węglowego, naszego wpływu na bio-różnorodność, szkodliwości spożywanego przez nas pokarmu, aranżacji przestrzennej, w jakiej się poruszamy i żyjemy – wszystko to wytworzy znaczący postęp [tak] w naszej jednostkowej, jak i zbiorczej świadomości dobrobytu. Przemysł [przyszłości] będzie musiał to uwzględnić”.
  20. https://www.weforum.org/agenda/2016/11how-life-could-change-2030/, Ida Auken, 11 listopada 2016, a więc niezależnie od pandemii.
  21. Patrz też Smart-city charta, Bundesministerium für Umwelt, Naturschutz, Bau – und Reaktorsicherheit, Bonn 2017, s. 43.
  22. K. Schwab, La quatrième…, op. cit., s. 111.
  23. Idem, T. Malleret, The Great…, op. cit., s. 100: „Stoimy teraz na rozdrożu. Jedna droga zaprowadzi nas do lepszego świata: bardziej inkluzywnego, równego i szanującego Matkę Naturę”.
  24. Op. cit., s. 89: „Mówiąc prosto: to, co ogłaszamy jako fakty czy opinie, to właściwie wybory moralne, które obnażyła pandemia. Czynione są w imię tego, co uważamy za słuszne bądź nie – i dlatego definiują one, kim jesteśmy”.
  25. K. Schwab, La quatrième…, op. cit., s. 88–89.
  26. J. de Maistre, Considérations sur la France, Londres 1797, s. 103, (wolne tłumaczenie).
  27. św. Tomasz, Komentarz do Kol. (3, 21): „[…] Ojcowie, nie rozgoryczajcie dzieci swoich, aby nie upadały na duchu”.
  28. https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3008