Pojałtańskie granice w Europie mają coraz słabszych obrońców

Pojałtańskie granice w Europie mają coraz słabszych obrońców

prof. Witold Modzelewski 

Jeszcze do niedawna słyszeliśmy, że oficjalnym celem naszej polityki wschodniej jest przywrócenie statusu quo ante bellum, czyli „wyzwolenie wszystkich okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy”; z Krymem włącznie.

Nastąpiła zmiana w oficjalnej opowieści o konflikcie rosyjsko-ukraińskim: od 2022 roku toczy się ponoć „pełnoskalowa wojna”, a przedtem – jak można się domyślać – była też wojna „niepełnoskalowa”, mimo że wtedy posługiwano się pojęciem „aneksja”. Jest to zapewne jednym z największych paradoksów naszej polityki ostatnich ponad stu lat: stanęliśmy w obronie granic innego państwa, które to granice arbitralnie na swoim terytorium wyznaczył Związek Radziecki. Kształtowanie się granic „socjalistycznych republik radzieckich”, które wchodziły w skład ZSRR, było procesem skomplikowanym. Zachodnią granicę z Polską („linia Curzona” oraz podział Prus Wschodnich) określiła „Wielka Trójka” jeszcze w 1945 roku, a pokoleniu wychowanemu już w III RP przypomnę, że były to dwa na wskroś „zachodnie” państwa – USA i Wielka Brytania, oraz Związek Radziecki.

Skutkiem tej decyzji było wyrzucenie do kosza Traktatu Ryskiego z 1921 roku, w którym Polska z Bolszewikami i odrębnie z… Ukrainą (w wersji nienacjonalistycznej, lewicowej) ustaliła naszą granicę wschodnią. Nota bene odrębnie w 1922 roku w drodze faktów dokonanych powstała granica polsko-litewska („bunt Żeligowskiego”). Ale takimi szczegółami Wielka Trójka nie przejmowała się: do takich oto „państw związkowych” jak „socjalistyczne: Ukraina, Białoruś i Litwa”, które formalnie były częścią ZSRR, przyłączono wschodnie tereny II RP, nie pytając się o zgodę emigracyjnych władz naszego kraju, z którymi oba zachodnie mocarstwa miały stosunki dyplomatyczne a z Wielką Brytanią łączył nas (jak widać niewiele warty) sojusz wojskowy.

Pozostałe granice (wewnętrzne) tychże państw związkowych, czyli między „socjalistyczną Ukrainą” a jej wewnętrznymi sąsiadami („socjalistyczną Białorusią”, „socjalistyczną Rosją” i równie „socjalistyczną Mołdawią” wyznaczyły władze w Moskwie (pomijam tu mniej istotny dla naszych rozważań wątek granicy między ZSRR a Czechosłowacją, Węgrami i Rumunią). Na korzyść „socjalistycznej Ukrainy” nastąpił w pięćdziesiątych latach zeszłego wieku również podział… „socjalistycznej Rosji”: wtedy to Krym, który nigdy nie miał nic wspólnego z jakimkolwiek tworem państwa ukraińskiego, został podarowany Ukraińcom: czyli ów twór quasi-państwowy powstał również kosztem II RP oraz Rosji. W ten sposób powstała największa w historii wersja państwa ukraińskiego, która po samorozwiązaniu się ZSRR stała się odrębnym i samodzielnym (bytem) państwem. Pomysłodawcą i politycznym patronem tej wersji terytorialnej Ukrainy był Związek Radziecki, ale od 1991 roku tego państwa już nie ma.

Minęło od daty tego rozwiązania już prawie 35 lat, to dużo czasu. Można przyjąć diagnozę, że ani jeden z dwóch pozostałych twórców „wielkiej Ukrainy” nie będzie krwawić w jej obronie. Rosja już od dawna kwestionuje jej granice, w tym proponuje nawet rewizję granicy wschodniej i zachodniej, a USA i Wielka Brytania nie wyślą swoich wojsk na ten „front”.

My za to zaklinamy rzeczywistość i mówimy o jakiejś „bezwzględnej” i „bezwarunkowej” konieczności wsparcia dla „walczącej Ukrainy”. W imię czego? Obrony postradzieckich granic? To mało realne: nie stać nas na taki wysiłek finansowy – to zbyt duży ciężar. Nie stać na to również europejskich państw NATO oraz Unii Europejskiej, które utrzymują władze w Kijowie na kredyt, który ma spłacić… Rosja z wypłaconych kiedyś Ukrainie reparacji, co jest mało prawdopodobne. USA już nie finansują władz w Kijowie: więcej – zapowiadają wycofanie się z tej części świata. Nie będzie również żadnego „Trójmorza” pod patronatem Waszyngtonu.

Jest jeden istotny prawny motyw naszego zaangażowania się w obronę postradzieckiej wersji „wielkiej Ukrainy”. Rewizja jej granic prawdopodobnie wywoła efekt domina, bo przecież również nasze granice, w tym polsko-niemiecka, są pomysłem radzieckim, a współczesna Rosja nie musi być patronem (już nie jest?) Polski w wersji sięgającej Odry i Nysy wraz ze Szczecinem i Dolnym Śląskiem. Problem jednak w tym, że gdy przed trzydziestu laty dzielono Jugosławię czy Czechosłowację, nie broniliśmy „granic jałtańskich”: wręcz odwrotnie – polityczne wspieraliśmy likwidację tych państw.

Dlatego porażka polityki wschodniej, bo prawdopodobnie nie obronimy przed podziałem „wielkiej Ukrainy”, będzie kolejnym pretekstem dla dalszej rewizji „granic jałtańskich”. Kto w przyszłości stanie w ich obronie? USA? To mało prawdopodobne.

prof. Witold Modzelewski 

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

Jałta genewska?

Jałta genewska?

Już gdzieś o tym pisałem, cytując fragment piosenki popularnej w czasach mojego dzieciństwa: „Kto wesół, ten się śmieje, plon zbierze, kto zasieje, zwycięży kto najmocniej chce”. Przypomniało mi się to na wiadomość, że – po pierwsze – Unia Europejska zaoferowała Aleksandrowi Łukaszence 700 tys. euro, w zamian za co on zapakuje część swoich egzotycznych turystów w samolot i odeśle tam, skąd przybyli. Ale na tym nie koniec, bo – jak podała strona białoruska – podczas drugiej rozmowy Aleksandra Łukaszenki z Naszą Złotą Panią miał on jej zaproponować utworzenie „korytarza humanitarnego”, przez który 2000 egzotycznych turystów przedostałoby się do Niemiec.

Co na to Nasza Złota i czy w ogóle taka propozycja rzeczywiście padła – tego na razie nie wiemy – ale gdyby padła, a zwłaszcza – gdyby została przyjęta, to by oznaczało, że Aleksander Łukaszenka osiągnął wszystko, na czym mu zależało. Na oczach bezradnych czcicieli demokracji rozgromił tych swoich obywateli, którzy zaufali zachętom ze strony Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, by na jego miejsce wsadzili panią Swietłanę Cichanouską, uzyskał uznanie de facto swojej prezydentury przez Naszą Złotą Panią, która już nie mogła wytrzymać, żeby do niego nie zadzwonić, prawdopodobnie dostanie od Unii Europejskiej – a więc również od Polski – forsę, której w jego imieniu zażądał rosyjski minister spraw zagranicznych Ławrow – a być może zmusi jeszcze Niemcy do przyjęcia prezentu w postaci 2 tysięcy egzotycznych turystów, których niemieccy podatnicy będą musieli utrzymywać – bo jakże tu pozostawić ich samych w ich nieszczęściu?

Czy ten „korytarz humanitarny” przez który egzotyczni dostaną się tam, gdzie chcieli, będzie prowadził przez Ukrainę, skąd Niemcy będą wyłuskiwały tych, których uznają za przydatnych – bo taki pomysł w pewnym momencie się pojawił – czy też przez nasz nieszczęśliwy kraj – tego jeszcze nie wiemy, podobnie jak nie wiemy, czy ów „korytarz” nie jest aby pułapką, w którą mogą wpaść kraje o miękkim sercu, jesli tylko zaufają swoim sojusznikom, którzy potem się rozmyślą i w ten sposób wymuszą przyjęcie „kwot”, jakie Nasza Złota wykombinowała sobie jeszcze w 2015 roku. Przysłowie powiada, że co się odwlecze, to nie uciecze – więc wszystko jest możliwe.

Oczywiście nic nie jest za darmo, bo te wszystkie sukcesy Aleksander Łukaszenka osiągnął dzięki temu, że dostał się w ramiona rosyjskiego prezydenta Putina, który zarówno jego, jak i Białorusi, już ze swoich czułych objęć nie wypuści. Bo te osiągnięcia Alesander Łukaszenka zawdzięcza właśnie temu, że w swoich objęciach mocno trzyma go prezydent Putin. No dobrze, ale dlaczego właściwie prezydent Putin tak mocno chwycił w objęcia prezydenta Łukaszenkę wraz z całą Białorusią, stawiając w ten sposób milowy krok na drodze odbudowy ZSRR, którego likwidacji nie może przeboleć?

Według mojej ulubionej teorii spiskowej, stało się to możliwe dzięki zmianie na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jak wiadomo, objął je Józio Biden, który postanowił odkręcić to, co w polityce międzynarodowej nakręcił Donald Trump. Jak pamiętamy, Donald Trump prowadził politykę konfrontacyjna zarówno wobec Rosji, jak i Unii Europejskiej, chociaż oczywiście – w takich samych granicach, w jakich funkcjonowała założona przez Jarosława Haszka, autora „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, Partia Umiarkowanego Postępu (W Granicach Prawa). Tymczasem Józio Biden w czerwcu przyjechał do Europy, gdzie spotkał się nie tylko z Naszą Złotą Panią, ale również – i to dwukrotnie: w czerwcu i lipcu) z rosyjskim prezydentem Putinem. O czym tak rozmawiali – tego oczywiście nie wiemy, ale podobnie nie wiedzieliśmy, co właściwie zostało ustalone w Jałcie dopóty, dopóki nie zostało nam to objawione w całej straszliwej postaci.

Skoro tedy możliwa była jedna Jałta, czarnomorska, to dlaczego powinniśmy z góry wykluczać inną Jałtę, dajmy na to – genewską? Jesteśmy skazani na domysły, ale skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i się domyślajmy. Ja na przykład domyślałem się, że skoro prezydent Józio Biden uznał – bo chyba uznał? – że największym wyzwaniem dla USA są dzisiaj Chiny, to prawdopodobnie postanowił wygasić konflikty na innych frontach. Ale żeby je wygasić, trzeba coś niedawnemu nieprzyjacielowi podarować. To jest proste, jak budowa cepa, natomiast skomplikowane muszą być formy tego podarunku. Nie można dawać prezentu, dajmy na to, prezydentowi Putinowi zwyczajnie, tak, żeby wszyscy widzieli, że oto na oczach całego świata frymarczy się losami całych państw i narodów. Mogłyby się wtedy pojawić wzruszające wątpliwości, czy ta cała demokracja nie jest aby pięknie haftowanym parawanem, za którym książęta tego świata podpisują cyrografy z diabłem? („O północy, przy zielonych stolikach, modliły się diabły do cyfr. Były szarfy i ordery i muzyka i stukał tajny szyfr” – wspomina poeta pierwszą Jałtę).

Takie wątpliwości mogłyby zachwiać fundamentami wielu państw, zwłaszcza takich, których obywatele myślą, że z tą całą demokracją, to wszystko naprawdę – więc każdy rozumie, że nie można do tego dopuścić. Ale w takim razie – w jaki sposób darować komuś takie prezenty, żeby nikt nie popadł w zgubne wątpliwości? Żeby nikt nie popadł w zgubne wątpliwości, należy stworzyć wrażenie, że nie było żadnego prezentu, przeciwnie – że trochę się zagapiliśmy, a tymczasem konkurencja skorzystała z okazji, żeby sobie wziąć, co tam chciała. Czyż przypadkiem nie dlatego Rosja, pod osłoną granicznej awantury białorusko-polskiej, na której skupia się uwaga opinii publicznej, a wrażliwe serca krają się w talarki, koncentruje wojska, żeby potem, w zamian za obietnicę ich wycofania, druga strona umowy – nie z łajdactwa, uchowaj Boże! – tylko w imię zachowania pokoju światowego, uzna rozbiór, a może nawet – zhołdowanie całej Ukrainy? Skoro prezydent Putin właśnie połknął i trawi Białoruś, to dlaczego nie mógłby połknąć i strawić Ukrainy?

Czy takim balonem próbnym, gwoli przetestowania opinii międzynarodowej nie było aby wysunięcie pomysłu, by to właśnie na Ukrainie utworzyć obozy koncentracyjne dla egzotycznych turystów prezydenta Łukaszenki? Zdaje się, że ukraiński rząd dowiedział się o tym pomyśle z gazet, podobnie jak rząd polski, który na wschodniej granicy własną piersią zasłania Unię Europejską od zalewu bisurmańskiego, z gazet dowiedział się i o rozmowach Naszej Złotej Pani z prezydentem Putinem i z prezydentem Łukaszenką – bo podobno francuski prezydent Macron zawiadomił Warszawę, że będzie do Moskwy dzwonił. Pan prezydent Duda buńczucznie oświadczył, że żadne ustalenia ponad naszymi głowami nie będą zaakceptowane – ale tak samo mówił Winstonowi Churchillowi premier Stanisław Mikołajczyk, dodając nawet, że Polska takich ustaleń nie zaakceptuje „nigdy”. Churchill mu na to odparł, że nikomu nie można zabronić wymawiania słowa „nigdy”. Zwłaszcza, gdy cyrograf z diabłem został już po cichu podpisany.

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5075