Spod Monte Cassino do gułagu

[Przypominam z mego Archiwum. 2026. md]
Spod Monte Cassino do gułagu
Dominik Smyrgała 20-05-2009 

Do łagrów Workuty i na zsyłkę nie trafili zdrajcy – kolaboranci Hitlera. Zostali tam wysłani żołnierze spod Monte Cassino, Ankony i Bolonii, którzy mieli nieszczęście urodzić się na Kresach Wschodnich – pisze historyk
            Los niektórych żołnierzy generała Władysława Andersa był wyjątkowo ponury. Po 1945 roku część zwycięzców spod Ankony i Monte Cassino dobrowolnie wróciła do Polski bądź została odesłana na mocy brytyjsko-sowieckiego porozumienia o repatriacji. Ci, którzy przed 17 września 1939 roku byli obywatelami ZSRR – choć w czasie wojny walczyli w polskich mundurach – zostali przejęci przez NKWD i wysłani do gułagu.             Jednym ze świadków tych wydarzeń był pochodzący z Katowic żołnierz i instruktor harcerski Jan Foyer. Po wojennych perypetiach znalazł się pod koniec wojny w armii Andersa. Stacjonował w północnych Włoszech, by w 1947 r. po rozformowaniu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie znaleźć się w Wielkiej Brytanii. Sytuacja polskich emigrantów politycznych nie była łatwa. Wyspa dopiero się podnosiła ze zniszczeń wojennych, imperium się rozpadało, a przestawiająca się z torów wojennych gospodarka nie była w stanie wszystkim zapewnić zatrudnienia. Jednym słowem – nie witano byłych żołnierzy armii sojuszniczej z otwartymi ramionami.
            Nic zatem dziwnego, że wielu Polaków myślało o powrocie do ojczyzny, nawet mimo że strony rodzinne wielu z nich znalazły się w ZSRR. Jan Foyer był w nieco lepszej sytuacji niż koledzy pochodzący z Kresów II Rzeczypospolitej. Jego mała ojczyzna znalazła się w granicach Polski, nikt z bliskiej rodziny nie zginął. A jednak mimo dojmującej tęsknoty za krajem nie zdecydował się na powrót.
Łagiernicy od Andersa
            Wśród emigracji osiadłej po II wojnie w Wielkiej Brytanii wiele mówiło się o żołnierzach z armii Andersa, którzy zdecydowali się wrócić do kraju i nigdy do niego nie dotarli. Mówiono, że na pełnym morzu przekazywani byli z okrętów brytyjskich na sowieckie. Widząc, co ich czeka, skakali do morza i płynęli wpław z powrotem do jednostek angielskich. Wspominano tych, którzy przepadli bez wieści lub trafili do łagrów na dalekiej północy i wschodzie Związku Radzieckiego, w tym szczególnie dużo do Workuty. W grudniu 1946 r. GRU odkryło, że wśród rozlokowanych w Wielkiej Brytanii żołnierzy gen. Andersa są osoby, które przed 17 września 1939 r. mieszkały na terytorium ZSRR. Za punkt honoru (sic!!!! md) postawiono sobie sprowadzenie ich do kraju
            Toteż Jan Foyer i wielu byłych żołnierzy Andersa, którzy zostali na Zachodzie, aż do przełomu lat 80. i 90. obawiali się przyjeżdżać do ojczyzny nawet w charakterze turystów. Workuta jest sporym miastem, położnym za kręgiem polarnym, zbudowanym w latach 30. i 40. ubiegłego wieku przez mieszkańców archipelagu Gułag na potrzeby przemysłu energetyczno-zbrojeniowego sowieckiego imperium.
Panują tam skrajnie trudne warunki klimatyczne. Przez większą część roku ziemia jest skuta mrozem dochodzącym w najzimniejszych miesiącach do -50 stopni C i często nawiedzana przez śnieżne nawałnice. Nad krajobrazem dominują szyby kopalń, w których wydobywa się jeden z najlepszych gatunkowo rodzajów węgla na świecie. Przewinęli się przez nie przedstawiciele wielu narodów europejskich, w tym wielu Finów, Niemców, Bałtów oraz bardzo liczni Polacy. Większość z nich opuściła miasto po 1956 r
.             Dzisiaj, po upadku Związku Radzieckiego, miasto wciąż funkcjonuje, choć jego populacja stale spada. W latach 90. w Workucie zaczęła działać pozarządowa organizacja Memoriał – zajmująca się upamiętnianiem ofiar totalitarnych represji i badaniami archiwów zawierających dane więźniów sowieckich łagrów. W jej skład wchodzi wielu przedstawicieli miejscowej elity.
            Podczas badań prowadzonych pod koniec lat 90. uwagę pracowników Memoriału przyciągnęły powtarzające się biografie łagierników pochodzących z Kresów Wschodnich przedrozbiorowej Rzeczypospolitej – wspólnymi cechami ich życiorysów były służba w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, a potem zesłanie do Workuty z tego samego paragrafu sowieckiego prawa. Jak wszyscy ci ludzie znaleźli się w drugiej połowie lat 40. na nieludzkiej ziemi?
Dlaczego było ich tak wielu?
            Od razu nasuwa się myśl, że nie było to dziełem przypadku. Wyglądało, jakby większość z nich trafiła w tym samym czasie pod władzę sowiecką, bo wyroki są mniej więcej z tego samego okresu. Może zatem trafili tam na mocy jakiegoś porozumienia? Zaczęły się kolejne skrupulatne poszukiwania.
            W końcu badacze rosyjscy trafili na tajną umowę brytyjsko-sowiecką. Tak naprawdę niczym nie różniła się ona od wcześniejszej umowy o repatriacji obywateli sowieckich z terenów wyzwolonych przez aliantów zachodnich, na mocy której przeprowadzono tzw. operację „Keelhaul” (dosł. „przeciąganie pod kilem”). Na jej podstawie wydano setki tysięcy obywateli ZSRR, którzy wybrali kolaborację z Niemcami Hitlera z nadzieją na wyzwolenie „ojczyzny wszystkich narodów” od tyranii „nauczyciela całej postępowej ludzkości”. Byli wśród nich żołnierze Własowa, ale także Kozacy dońscy, a nawet niektórzy biali Rosjanie, którzy nigdy nie byli obywatelami ZSRR. Widząc, co ich czeka, wielu skakało do rzek i podejmowało desperackie próby ucieczki. Na tych, którym się udało, jeszcze przez wiele miesięcy – dosłownie – polowano w górach i lasach.             W sowieckiej niewoli czekała ich śmierć bądź natychmiast po przejęciu (własowcy), bądź po miesiącach tortur i procesach pokazowych (gen. Paweł Krasnow), bądź w syberyjskich łagrach. Tę historię przejmująco opisał w „Kontrze” Józef Mackiewicz. Jedynym ratunkiem dla tych ludzi było obywatelstwo inne niż sowieckie. Na tej zasadzie udało się uratować żołnierzom Ukraińskiej Armii Narodowej (wielu rekrutowało się z niesławnej 14. Dywizji SS). Ocalenie zawdzięczają generałowi Andersowi, który po rozmowie z dowódcą UAN gen. Pawłem Szandrukiem potwierdził polskie obywatelstwo jej żołnierzy.
Podstępna repatriacja
            Tego szczęścia zabrakło wielu Polakom. W grudniu 1946 roku GRU odkryło, że wśród rozlokowanych w Wielkiej Brytanii żołnierzy II korpusu gen. Andersa są osoby, które przed 17 września 1939 roku mieszkały na terytorium ZSRR i miały sowieckie obywatelstwo. Zauważył to przy okazji operacji „Keelhaul” płk Paweł Grigorijewicz Jakowlew, szef Sowieckiej Misji Wojskowej we Włoszech. Szacował on ich liczbę nawet na 6000 ludzi. Jeszcze w tym samym miesiącu do Szkocji, gdzie rozlokowany był II korpus, wysłano specjalnego agenta, który miał zbadać sytuację na miejscu. Sowiecki wywiad wojskowy postawił sobie za punkt honoru ich „repatriację”. Aby uniknąć rozgłosu, przeprowadzono misterną operację. Opierała się ona na podstępnym zwabieniu tych żołnierzy do rzekomo wyzwolonej Polski, a tam przejęciu ich przez Komisję Repatriacyjną (trudno chyba o bardziej perfidną nazwę) i zesłaniu do łagrów.
            Akcja przeprowadzana była bardzo skrupulatnie. 1 marca 1947 roku generał Gołubiew, pełnomocnik Rady Komisarzy Ludowych ds. Repatriacji, wysłał poprzez tajną łączność GRU wiadomość do pułkownika Iwana Andriejewicza Kleszkanowa, członka Sowieckiej Komisji Repatriacyjnej w Wielkiej Brytanii. Pytał o przyczyny opóźnienia statku s/s „Edinburgh”, na którego pokładzie miało się znajdować 85 żołnierzy gen. Andersa – obywateli ZSRR – a który nie zawinął jeszcze do Gdańska. Wcześniej, w lutym 1947 roku, płk Kleszkanow otrzymał szczegółową instrukcję postępowania z repatriowanymi.
            Niestety, tylko niewielką jej część udało się rozszyfrować, tak więc jej pełna treść nie jest znana. 20 lutego Kleszkanow dostał depeszę expressis verbis polecającą uwzględnienie polskich żołnierzy w działaniach repatriacyjnych. Wkrótce wracający do kraju Polacy zaczęli ginąć bez wieści.
Historia zatoczyła koło
            Ostatnim akordem tej historii był los grupy Andersowców – obywateli II RP, którzy przed wojną mieszkali za linią Curzona, na obszarach wcielonych do ZSRR. Po powrocie do kraju trafili do 312. Obozu dla Wyzwolonych Jeńców Wojennych i Internowanych Obywateli w Grodnie. Wiosną 1951 roku zostali oni aresztowani wraz z całymi rodzinami (łącznie ok. 4,5 tys. osób) i deportowani do obwodu irkuckiego. Dopiero w okresie chruszczowowskiej odwilży zezwolono im na powroty do Polski.
            Najsmutniejsze w tej opowieści jest to, że do łagrów Workuty i na zsyłkę nie trafili przecież zdrajcy – kolaboranci Hitlera. Zostali tam wysłani żołnierze spod Monte Cassino, Ankony i Bolonii.
            Dla nich historia zatoczyła koło. Cudownie oswobodzeni z łagrów trafili do tworzonej w ZSRR armii polskiej i przeszli przez Taszkent, Krasnowodsk, Morze Kaspijskie, Iran, Bliski Wschód i całą kampanię włoską. Nie pokonał ich głód i zarazy w Azji Środkowej, tropikalny upał i niemieckie kule we Włoszech. I oto ci alianccy żołnierze zostali wydani na pastwę sowieckich obozów. Ci sami, o których słynny brytyjski marszałek Harold Alexander mówił, że gdyby kazano mu wybierać, chciałby ich właśnie mieć pod swoim dowództwem. Nie wolno zapomnieć także o tych, którzy do armii Andersa nigdy… nie dotarli. Wśród nich – o grupie żołnierzy z łagrów północno-syberyjskich, wyniszczonych przez polarny klimat, którzy w 1942 roku piechotą przez Syberię (po przewiezieniu ich na stały ląd) zmierzali do polskich oddziałów. Z kilkuset osób na miejsce dotarła tylko jedna, a i tak wkrótce zmarła.
            GRU interesowało się Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie jeszcze kilka lat po wojnie, także od strony czysto wojskowej. W ramach rozpracowania brytyjskiego systemu obrony radziecki wywiad wojskowy zlecił w lutym 1947 roku swojemu agentowi w Londynie zdobycie m.in. polskiej broszury na temat przygotowań żołnierza do walki na podstawie doświadczeń ze współczesnego pola walki oraz powieści Freda Majdalanyego „The Monastery” poświęconej zdobyciu Monte Cassino.
Autor jest wykładowcą Collegium Civitas i ekspertem Instytutu Jagiellońskiego Rzeczpospolita

Monte Cassino: Nieudolność czy zbrodnia

Monte Cassino: nieudolność czy zbrodnia

[Przypominam w kolejną rocznicę. Na powyższą wątpliwość odpowiadam: Tak, był to akt wrogości masonów w armii i administracji amerykańskiej wobec Kościoła. Była to zbrodnia.MD]

Podobne można znaleźć u mnie [MD] w Archiwum, np. wpisując Monte Cassino.

Krzysztof Warecki 2014-5-17 pch24

Atak na Monte Cassino nie musiał przynieść aż tak wielu strat w ludziach ani zniszczenia bezcennego opactwa benedyktynów. Dziś wiemy, że ta cywilizacyjna zbrodnia miała przysłonić niekompetencję części alianckich dowódców. Czy był to także akt wrogości wobec Kościoła i chrześcijaństwa?

Wzniesione w VI stuleciu opactwo przez wieki pełniło rolę jednego z głównych zachodnich ośrodków christianitas. Z powodu słynnego na cały chrześcijański świat wielkiego skryptorium, biblioteki i wielu wybitnych uczonych tu pracujących (m.in. Piotr Diakon), nazywano je „Atenami Średniowiecza”. Mnisi z Monte Cassino i tysięcy innych klasztorów benedyktyńskich w znacznej mierze ocalili dla potomnych dorobek antyku. Przed II wojną światową tamtejsze archiwa, oprócz wielkiej liczby dokumentów dotyczących historii opactwa, zawierały ok. 1 400 pisanych ręcznie bezcennych kodeksów, głównie patrystycznych i historycznych. W takim stanie opactwo dotrwało do II wojny światowej.

  W latach 1943-44 Monte Cassino znalazło się w obszarze bezpośrednich działań wojennych. Nie trzeba było być wojskowym strategiem aby, oceniając wyjątkowe położenie klasztoru, zrozumieć, że jest on bezpośrednio narażony na zniszczenie, a wraz z nim wszystkie przechowywane tam skarby kultury i dzieła sztuki. Na sztabowych mapach obu walczących stron był to punkt o olbrzymim znaczeniu strategicznym. Ze szczytu góry można było skutecznie kontrolować całą położoną u podnóża masywu równinę, którą prowadziła droga do Rzymu.

[Nie. Nie można „skuteczniekontrolować równiny, pasa o szerokości 30-40 km dzielącego Monte Cassino od morza.Można sobie głośno postrzelać – ale skuteczność – bardzo mała. MD]

 Obie walczące strony były w pełni świadome, że zniszczenie najstarszego na kontynencie europejskim klasztoru, mającego wyjątkowe zasługi dla ukształtowania się cywilizacji zachodniej, sprowadziłoby na sprawców tego czynu piętno barbarzyńców. Szczególnie pragnęli tego uniknąć Niemcy, którym w obliczu spodziewanej już klęski zależało na poprawie swojej reputacji w oczach opinii publicznej państw antyhitlerowskiej koalicji. Chcieli też tego uniknąć co światlejsi i nie darzący nienawiścią chrześcijaństwa przedstawiciele dowództwa sił alianckich, tym bardziej, że w szeregach ich wojsk służyło wielu katolików.

 Na ratunek skarbom kultury

 Ponieważ przed bitwą opactwo znajdowało się na terenach kontrolowanych przez Niemców, w głównej mierze to na nich spoczywała odpowiedzialność za losy klasztoru. Wiedząc o tym, wielu Niemców dostrzegało wyjątkową szansę, aby choć w części zmyć z siebie odium barbarzyńców, którzy potrafią jedynie mordować i dokonywać rabunków. Pojawił się więc pomysł akcji ratowania skarbów z Monte Cassino, autorstwa kapitana Maximiliana Beckera, służącego jako lekarz w elitarnej naziemnej Dywizji Luftwaffe „Herman Goering”.

 Zdawał on sprawę ze złej sławy, jaką cieszyła się ta formacja zbrojna i uważał, że ratując skarby kassyńskiego opactwa żołnierze Dywizji zmażą chociaż część win za popełnione w czasie działań wojennych zbrodnie. Tego argumentu używał w rozmowach z oficerami, których pomoc była niezbędna do zorganizowania akcji. Miał już w tym pewne doświadczenie, ponieważ kilka tygodni wcześniej z powodzeniem kierował akcją ewakuacji ze strefy walk bezcennych zbiorów Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej w Neapolu, które zostały zdeponowane właśnie w opactwie na Monte Cassino.

Pomimo ogromu trudności (brak ciężarówek, skrzyń, niechęć ufnych w ocalenie klasztoru mnichów, zagrożenie dla konwojów ze strony alianckiego lotnictwa) akcja została przeprowadzona nadzwyczaj sprawnie. Rozpoczęto ją 17 października, a zakończono w pierwszych dniach listopada 1943 roku. Archiwa i dobra kultury z Monte Cassino oraz dzieła sztuki z Neapolu zostały zdeponowane w magazynach armii niemieckiej w Villa Colle-Ferreto koło Spoleto, ok. 110 km na północ od Rzymu.

 Próby grabieży

 Zgodnie z wcześniejszymi obawami kapitana Beckera zanim skarby z Monte Cassino i Neapolu trafiły pod opiekę Stolicy Apostolskiej i włoskich muzealników doszło do prób, na szczęście nielicznych, ich plądrowania. Niektórzy oficerowie Dywizji „Hermann Goering” chcieli „sprezentować” pewną ilość skarbów swemu patronowi, marszałkowi Rzeszy Hermannowi Goeringowi. Jednak uczciwsi inicjatorzy ratowania kassyńskich skarbów doskonale zdawali sobie sprawę, że taki „prezent” całkowicie skompromitowałby akcję i zniweczył jej propagandowy cel.

Aby przeciwdziałać grabieży nagłośniono akcję ratowania zabytków w mediach niemieckich i państw neutralnych. Na zorganizowanej 25 listopada 1943 r. w Palazzo del Quirinale w Rzymie konferencji prasowej przedstawiciel niemieckiego Urzędu Ochrony Dzieł Sztuki na Ziemiach Okupowanych baron Bernard von Tieschowitz poinformował, że skarby z Monte Cassino są tylko czasowo zdeponowane przez Niemców i szybko zostaną przekazane do Watykanu. W ten sposób osiągnął on podwójny cel – poinformował opinię publiczną w państwach antyhitlerowskiej koalicji o prowadzonej przez niemiecką armię akcji ratowania włoskich dzieł sztuki oraz przyczynił się do reorientacji działań niemieckiej propagandy, która zaczęła nagłaśniać „zasługi” Niemców w ratowaniu włoskich dzieł sztuki.

 Zabiegi te w dużym stopniu zakończyły się powodzeniem. 8 grudnia 1943 r. wszystkie ewakuowane z Monte Cassino rękopisy i dzieła sztuki (387 skrzyń) zostały przekazane Stolicy Apostolskiej.

 Gorzej miała się sprawa z eksponatami z Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej z Neapolu. 4 stycznia 1944 r. odbyła się uroczystość przekazania władzom włoskim 600 skrzyń wypełnionych różnego rodzaju dobrami kultury, wśród których były 172 skrzynie z precjozami neapolitańskimi. Jednak po sprawdzeniu dokumentów okazało się, że brakuje 15 skrzyń. Jak się później okazało jeszcze w drugiej połowie grudnia 1943 r. dotarły one do Berlina jako urodzinowy prezent od Dywizji „Hermann Goering” dla jej patrona. Z nieustalonych jednak do dzisiaj powodów marszałek Rzeszy nie przyjął prezentu od „swojej” Dywizji. Pod koniec wojny wszystkie skrzynie z eksponatami podarowanymi Goeringowi Amerykanie znaleźli w austriackiej kopalni soli Alt-Aussee.

 Ocalić klasztor

 Dzisiaj wiemy, że bitwa o Monte Cassino z wojskowego punktu widzenia była całkowicie zbędna. Z perspektywy aliantów doszło do niej na drugorzędnym teatrze działań i w minimalnym stopniu wpłynęła na końcowy wynik wojennych zmagań. Inaczej sprawa miała się gdy popatrzymy oczyma Niemców, dla których w przypadku alianckiej ofensywy grzbiet Monte Cassino stanowił doskonałą rubież obrony. O tym, że kassyńskie opactwo ostatecznie znalazło się w centrum wojennych zmagań w zasadzie zdecydował dogmatyczny upór brytyjskiego premiera Winstona Churchilla i niekompetencja najwyższego alianckiego dowództwa. W konsekwencji na początku października 1943 r. Monte Cassino znalazło się na pierwszej linii walk.

 Pomimo doskonałego umiejscowienia, Niemcy, którzy zdawali sobie sprawę z wyjątkowego znaczenia opactwa dla zachodniej cywilizacji, postanowili nie obsadzać klasztoru wojskiem, ani nawet nie zamieniać go w punkt obserwacyjny, do czego świetnie się przecież nadawał. Jesienią 1943 r. głównodowodzący wojskami niemieckimi we Włoszech, feldmarszałek Albert Kesselring zapewnił ówczesnego opata Gregorio Diamare, że klasztor nie zostanie wykorzystany do celów wojskowych.

 Świadomi wyjątkowego znaczenia opactwa byli również alianci. Na wniosek Amerykańskiej Komisji ds. Ochrony i Ocalenia Pomników Historii i Sztuki oraz włoskich władz muzealnych, głównodowodzący siłami alianckimi w południowych Włoszech gen. Harold Alexander wystosował 5 listopada 1943 r. informację do podległych mu dowódców o konieczności zachowania papieskiej posiadłości Castel Gandolfo i opactwa na Monte Cassino.

 Niewiele w tej sprawie mógł zdziałać papież Pius XII, którego los w tym czasie zależał całkowicie od Niemców. W tej sytuacji Ojciec Święty mógł jedynie apelować do Niemców aby nie obsadzali klasztoru wojskiem, zaś do aliantów aby go nie niszczyli. 25 października stosowną notę otrzymał amerykański charge d’affaires przy Stolicy Apostolskiej, Harold Tittmann, zaś dla pewności drogą radiową przesłano kopię pisma delegatowi apostolskiemu w Waszyngtonie, który przekazał ją do Departamentu Stanu. Podobne adresy wystosowano do Brytyjczyków i Niemców.

 Nie rezygnując z obrony w tym miejscu (z wojskowego punktu widzenia byłoby to szaleństwem), niemieccy dowódcy, zrobili wiele, aby nie doszło do zagłady wiekowego klasztoru. Tuż po odjeździe ostatniej ciężarówki (4 listopada 1943) ppłk Schlegel na prośbę zakonników zostawił dokument, w którym informował, że klasztor jest pod opieką wojska. Wkrótce Niemcy przysłali do klasztoru kilku żandarmów, którzy mieli chronić budynki opactwa przed szabrownikami i nikogo doń nie wpuszczać. Było to bardzo ważne, ponieważ jeśliby alianci dostrzegli na terenie opactwa jakichś ludzi, mogliby wyciągnąć błędny wniosek, że zostało ono obsadzone przez niemieckich żołnierzy.

 Jednak Niemcy nie mieli złudzeń co do tego, że opactwo może być uratowane. Przy braku jakichkolwiek sygnałów ze strony aliantów, że uszanują ustanowioną przez hitlerowców w promieniu 300 metrów eksterytorialność klasztoru, Niemcy obawiali się wycofać z bezpośredniej bliskości zabudowań. W jednej z notatek do Kesselringa Vietinghoff wyrażał przekonanie, że alianci w decydującym momencie nie będą się starać o jakieś porozumienie, lecz bez skrupułów zajmą opactwo.

 Mimo to, 11 grudnia 1943 r. Kesselring podjął decyzję o nieobsadzaniu opactwa przez wojska niemieckie. 29 grudnia ambasador Niemiec przy Stolicy Apostolskiej baron Ernst von Weizsaecker wydał oświadczenie, w którym stwierdzał, że opactwo nie zostało zajęte przez niemieckie wojska. Zwrócił on też uwagę, że zagrożenie dla opactwa stanowią przebywający tam cywile (na początku lutego 1944 ich liczba wzrosła do ok. 800 osób), którzy mogą być wzięci przez alianckich zwiadowców za niemieckich żołnierzy. Jego obawy były całkowicie uzasadnione.

 Oświadczenie Weizsaeckera mogło stanowić moment zwrotny w walce o ocalenie opactwa. Niestety, 8 stycznia 1944 r. Stolica Apostolska przesłała aliantom tylko najmniej istotny fragment oświadczenia niemieckiego ambasadora, mówiący ogólnikowo, że „niemieckie władze wojskowe, robią wszystko, co jest możliwe, by uchronić opactwo na Monte Cassino przed wojennymi zniszczeniami”. W ten sposób została zaprzepaszczona, jak się wydaje, jedyna w tej batalii realna szansa na uratowanie opactwa.

 Zbrodnicza nieudolność dowódcy

 Bezpośredni wpływ na podjęcie przez aliantów decyzji o zniszczeniu zabudowań opactwa na Monte Cassino miała przyjęta przez nich błędna strategia frontalnego ataku na umocnione pozycje niemieckie. Spowodowała ona, że wojska alianckie atakując doskonale ufortyfikowane pozycje niemieckie ponosiły olbrzymie straty. Względy ambicjonalne zdecydowały, że alianckie dowództwo trzymało się kurczowo strategii atakowania niemieckich umocnień od frontu.

 Szczególnie wielkie „zasługi” w utwierdzaniu w tym najwyższego alianckiego dowództwa miał dowódca Korpusu Nowozelandzkiego gen. Bernard Freyberg. Wprawdzie, w opinii swoich podwładnych i współpracowników był on człowiekiem o ograniczonym intelekcie, jednak miał ogromne wpływy w najwyższym alianckim dowództwie. Powierzenie mu funkcji, która przerastała jego zdolności, stworzyło dla kassyńskiego opactwa śmiertelne zagrożenie.

 Niestety, w najwyższym alianckim dowództwie nie mieli takich wpływów znacznie wybitniejsi oficerowie: dowódca Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego gen. Alphonse Juin oraz podwładny Freyberga, zwierzchnik Dywizji Hinduskiej, gen. Francis Tuker. Obaj zgodnie twierdzili, że na tym terenie należało zrezygnować z czołowych ataków, a zamiast tego dokonać manewrów oskrzydlających, dzięki czemu alianckie wojska wyszłyby na tyły Niemców odcinając im linie zaopatrzenia. Podjęcie takich działań zaproponował Juin w styczniu 1944 r. dowódcy 5 Armii, generałowi Wayne’owi Clarkowi, a 4 lutego gen. Tuker Freybergowi. Niestety, obaj zwierzchnicy całkowicie zignorowali racjonalne argumenty swoich podwładnych.

[Wielu historyków, w tym Messori, wykazuje, że w dowództwie amerykańskim i sprzymierzonym przewagę mieli masoni, też najwyższych stopni. MD]

 Przyznać trzeba, że zarówno Clark jak i Fryberg działali pod silną presją najwyższego dowództwa, które nie zdając sobie sprawy ze skali trudności, żądało od podwładnych szybkich rezultatów. Ufając ogromnej przewadze ogniowej, liczebnej i materiałowej, sztabowcy, zmyleni mirażem zaledwie 5 kilometrów terenu do zdobycia, nie chcieli słyszeć o manewrach oskrzydlających. W swoim zaślepieniu nie zdawali sobie sprawy, że w tamtych warunkach olbrzymia przewaga aliantów po prostu nic nie znaczy. Za to wierzyli, że jeszcze tylko jedno natarcie i sprawa będzie załatwiona.

 W wyniku zaślepienia i niekompetencji alianckich dowódców atakujący ponosili więc olbrzymie i niepotrzebne straty. Taka sytuacja spowodowała zaniepokojenie opinii publicznej w państwach antyhitlerowskiej koalicji. Kierując się mniemaniami i plotkami, które powstały w oparciu o równie ciekawe, co nieścisłe relacje korespondentów wojennych, szybko uznano, że głównym sprawcą niepowodzeń aliantów nie jest zbrodnicza ignorancja dowódców, lecz mury benedyktyńskiego opactwa. Co ciekawe, złudzeniom tym ulegali także walczący o Monte Cassino alianccy zwiadowcy, którzy obecnych w opactwie uchodźców brali za niemieckich żołnierzy. Widząc niezwykłą skuteczność obrony klasztoru nabrano przekonania, że Niemcy urządzili tam punkt obserwacyjny, z którego kierowano ogniem artylerii. Dowodem na to miały być dobrze widoczne – jak przypuszczano – anteny radiostacji (w rzeczywistości była to nieczynna wówczas stacja meteorologiczna). Pod wpływem tych doniesień w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpętano bezprecedensową nagonkę medialną na polityków i generałów sprzeciwiających się zbombardowaniu klasztoru.

 Gdy wbrew radom podwładnych Freyberg postanowił zaatakować Monte Cassino frontalnym atakiem, następca Tukera na stanowisku, gen. Harry Dimoline wieczorem 11 lutego jako pierwszy poprosił o zbombardowanie opactwa. Uznał on, że skoro nie jest w stanie zmienić obłędnej decyzji Freyberga, to jedyną racjonalną rzeczą w tej sytuacji jest dokonanie bombardowania pozycji nieprzyjaciela, po którym nastąpiłby natychmiastowy nocny atak piechoty.

 Bombardowaniu sprzeciwili się dowodzący w rejonie walk i znający miejscowe realia generałowie Geoffrey Keyes i Charles Ryder. Wcześniej Keyes odbył nad opactwem wiele lotów i osobiście się przekonał, że nie ma tam Niemców. Ze względu na powagę miejsca także alianccy zwiadowcy próbowali to sprawdzić. Oficer wywiadu 5 Armii, płk Edwin Howard, analizując fotografie lotnicze stwierdził kategorycznie, że Niemcy nie wykorzystują opactwa do celów obronnych i, że nie ma żadnego powodu, by je bombardować. Podobnie jak Keyes ostrzegał, że stworzyłoby to Niemcom lepsze pozycje obronne. O domniemanych punktach obserwacyjnych najczęściej informowano nie dlatego, że one tam były, lecz dlatego, iż klasztor doskonale nadawał się do ich rozmieszczenia. Dla żądnych odwetu dowódców alianckich, to wystarczyło aby domniemania wziąć za pewniki.

 Mimo sprzecznych informacji wywiadowczych i małych szans na powodzenie planu Fryberga, ulegając presji polityków i anglo-amerykańskiej opinii publicznej gen. Aleksander wydał rozkaz o zbombardowaniu klasztoru. Wielkiego wsparcia dla bezsensownej prośby Fryberga udzielił szef sztabu Alexandra, gen. John Harding.

 Spektakl ludzkiej głupoty

 Ustalony przez Fryberga plan ofensywy został zniweczony już na samym początku. Termin ataku na klasztorne wzgórze ustalono na noc z 15 na 16 lutego. Tymczasem sztab stanowiącej część nowozelandzkiego korpusu dywizji hinduskiej poinformował gen. Freyberga, że natarcie nie może odbyć się wcześniej niż dobę później. W tej sytuacji zbombardowanie opactwa musiałoby nastąpić 16 lutego wieczorem. Dwa dni wcześniej Freyberg otrzymał z dowództwa 5 Armii wiadomość, że jedyny możliwy termin nalotu to ranek 15 lutego. Przyśpieszenie nalotu oznaczało, że Dywizja Hinduska nie tylko nie zdążyłaby przygotować się do natarcia, ale nieprzygotowana musiałaby nacierać za dnia, co skazywało natarcie na pewną klęskę. Chociaż przyspieszenie nalotu niweczyło sens całej akcji, Freyberg ani nie usiłował przełożyć bombardowania, co byłoby w tej sytuacji logiczne, ani tym bardziej nie odwołał go.

15 lutego 239 amerykańskich bombowców, w tym 144 „latających fortec” (ciężkie bombowce B 17) prowadzonych przez mjra Bradforda E. Evansa i mjra Franka B. Chappella w trakcie trzygodzinnego bombardowania zamieniło wspaniały przybytek nauki, kultury i wiary w jedno wielkie rumowisko.

Chociaż Amerykanie przypuszczali, że tak monstrualnego bombardowania nikt nie mógł przeżyć, zważywszy na dużą liczbę obecnych w opactwie uciekinierów liczba ofiar nie była aż tak wielka. Ocaleli wszyscy mnisi, z których żaden nie został nawet ranny. Nie wiadomo, ilu zginęło przebywających w klasztorze uchodźców, których liczbę szacuje się na 1-2 tys. Na podstawie przeprowadzonych po wojnie badań przypuszcza się, że śmierć poniosło kilkuset cywilów, głównie kobiet i dzieci.

Ani wtedy, ani po wojnie nie znaleziono żadnych dowodów, na to, że w wyniku ówczesnego bombardowania zginął choćby jeden Niemiec. Po bombardowaniu opat Diamare złożył pisemne oświadczenie, że w chwili bombardowania w klasztorze nie było żadnego.

 W trakcie bombardowania tysiące alianckich żołnierzy wiwatowało z radości, będąc święcie przekonanymi, że ich samoloty likwidują niemiecki punkt oporu. Po zbombardowaniu klasztoru przez pierwszą grupę samolotów do sztabu 5 Armii zaczęły napływać meldunki o uciekających „Niemcach”. Dowodem na potwierdzenie ich obecności w klasztorze miał być przechwycony przez nasłuch radiowy tekst: Ist Abt noch im Kloster? Ja, co przetłumaczono: „Czy dowództwo batalionu jest wciąż w klasztorze? Tak”. Szybko jednak okazało się, że tłumaczenie to było błędne. Wprawdzie „Abt” jest wojskowym skrótem oznaczającym dowództwo batalionu, jednak słowo to po niemiecku znaczy także „opat”. Właśnie w tym znaczeniu pojawiło się to słowo w niemieckim meldunku, o czym świadczy dalsza część wiadomości: Sind Moenche darinnen? (Czy są tam mnisi?).

 Fałszywe przekonanie, że Niemcy przystosowali klasztor do celów wojskowych sprawiło, że ta barbarzyńska akcja spotkała się z powszechnym poparciem w USA i Wielkiej Brytanii. Zgoła odmiennie zareagowała Stolica Apostolska, Chociaż Watykan wiedział, że zbombardowano nieobsadzone przez Niemców opactwo, jednak powstrzymano się od publicznego potępienia aliantów za zniszczenie opactwa. Możliwe, że u podstaw tej decyzji leżała obawa, iż znani z braku poszanowania dla zabytków alianci (podczas lądowania na Sycylii alianci dokonali wielkiego spustoszenia wśród tamtejszych zabytków, w tym i kościołów) mogliby nawet zbombardować obsadzony przez Niemców Rzym. Nie była to obawa bezpodstawna. Alianci niszczyli każdy obiekt, w którym podejrzewali obecność Niemców. Tę zasadę zastosowano podczas alianckiego nalotu na letnią rezydencję papieża w Castel Gandolfo, gdzie zginęło jedynie 17 zakonnic.

 Przedwczesna radość

 Radość alianckich żołnierzy była przedwczesna. Nie zdawali oni sobie sprawy, że już wkrótce tysiące z nich będzie musiało oddać życie w walce o ruiny opactwa. Za sprawą aliantów, to miejsce modlitwy i nauki w lutym 1944 r. stało się kluczową pozycją niemieckiego systemu umocnień w ramach tzw. linii Gustawa, zamykającej aliantom najkrótszą drogę do Rzymu.

Najtrafniej scharakteryzował zbrodniczość alianckiego bombardowania włoski pisarz i publicysta katolicki, Vittorio Messori: Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak doskonałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spoczywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru. Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia („Czarne karty Kościoła”, Katowice 2001).

Już pierwsze dni po zburzeniu klasztoru całkowicie skompromitowały tych, którzy twierdzili, że jego zburzenie przyspieszy ofensywę i przyczyni się do zmniejszenia strat. Stało się dokładnie odwrotnie. W czasie próby zajęcia ruin (zostały obsadzone przez niemieckich spadochroniarzy 20 lutego) w nocy z 17 na 18 lutego Dywizja Hinduska poniosła ogromne straty nawet nie zbliżając się do nich. Ogółem w przeprowadzonych tej nocy atakach dywizja straciła 530 żołnierzy, podczas gdy we wcześniejszych dwóch odpowiednio 64 i 130. Tego samego dnia pomimo braku punktu kierowania ogniem w opactwie, co wmawiali alianci, Niemcy odparli atak 200 Nowozelandczyków, zabijając lub raniąc 130 z nich.

 Od lutego do maja Niemcy z powodzeniem odpierali ataki oddziałów alianckich. W maju 1944 r. do walki wszedł dowodzony przez generała Władysława Andersa 2 Korpus Polski, walczący w składzie brytyjskiej 8 Armii. Pierwsze natarcie Korpusu (11-12 V) zostało przez Niemców odparte. Związało ono jednak duże siły nieprzyjaciela i ułatwiło przełamanie niemieckiej obrony przez aliantów. Podczas drugiego natarcia (17-19 V) 2 Korpus zajął wzgórze z ruinami opactwa, a następnie przełamał drugi pas obrony niemieckiej, zwany linią Hitlera. W walce poległo 923 polskich żołnierzy, ok. 3 tys. zostało rannych, zaś 345 uznano za zaginionych. Klasztor nie został zdobyty frontalnym atakiem. Niemcy wycofali się z ruin w nocy z 17 na 18 maja. Polscy żołnierze zajęli rumowisko, w którym znajdowała się grupka ciężko rannych niemieckich żołnierzy.

 Niemcy wycofali się ponieważ alianci nie mogąc zdobyć ich punktów oporu frontalnym atakiem zdecydowali się wreszcie je obejść. W maju alianci zrobili więc to, co na początku roku proponowali generałowie Keyes, Juin i Tuker, tylko, że w ciągu tych pięciu miesięcy w beznadziejnych walkach niepotrzebnie zniszczono wspaniałą budowlę, zaś w walkach o jej ruiny niepotrzebnie straciło życie kilkadziesiąt tysięcy alianckich i niemieckich żołnierzy.

 Antykatolicka nienawiść

 Obecnie nie jest tajemnicą, że alianci podejmując decyzję o zbombardowaniu opactwa, doskonale wiedzieli, że nie było ono zajęte przez niemieckich żołnierzy. Przyznał to ówczesny brytyjski premier Winston Churchill w swojej wielotomowej pracy Druga Wojna Światowa (1952). Jego zdaniem, Niemcy w każdej chwili mogli wykorzystać zabudowania klasztorne do obrony, zaś zniszczenie opactwa miało im to bezpowrotnie uniemożliwić. Jednak podane przez niego uzasadnienie zburzenia opactwa jest sprzeczne z argumentacją głównego inicjatora zbombardowania klasztoru gen. Freyberga.

 Messori nie znajduje innego wytłumaczenia dla tego czynu, jak antykatolicka nienawiść: Amerykanie wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemieckiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego zniszczenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunięcia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. »katolickiego papizmu«. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

 Prawdziwość tych słów wydaje się potwierdzać rozpętana w USA i Wielkiej Brytanii medialna kampania, w której zajadle atakowano dowódców sprzeciwiających się bombardowaniu opactwa. W nagonce tej roiło się od kłamstw i silnych antykatolickich akcentów. Wielu wrogów Kościoła katolickiego nie ukrywało swojej radości ze zbombardowaniu klasztoru: Nie przypominam sobie, żeby coś, co widziałem lub zrobiłem, tak mnie uszczęśliwiło jak widok tego zburzonego na wzgórzu opactwa… Z radością patrzyłem na ten symboliczny rozpad Kościoła i skostniałej tradycji napisał w swoim dzienniku tuż po bombardowaniu kpt. Sidney Waugh, przed wojną znany jako wybitny rzeźbiarz.

 Po wojnie USA i Wielka Brytania uparcie trzymały się tezy, że zniszczenie opactwa na Monte Cassino było uzasadnione. Dopiero w końcu lat 60. XX stulecia w wydawanych w USA publikacjach zatryumfowała prawda. W oficjalnej historii armii amerykańskiej z 1969 r. stwierdzono, że opactwo nie było zajęte przez wojska niemieckie.

Wielka Brytania do dnia dzisiejszego nie zmieniła swego stanowiska o „niekwestionowanych dowodach” na wykorzystywanie opactwa przez Niemców. Żadnej pokory wobec prawdy nie wykazuje Nowa Zelandia, która zawzięcie broni gen. Freyberga. Paradoksalnie, dla niemieckich żołnierzy bitwa na Monte Cassino stanowiła jedną z nielicznych jasnych kart w generalnie haniebnej historii całej II wojny światowej.

 KrzysztofWarecki

===================

Nienawiść masońskich dowódców USA i „sprzymierzonych”  do Kościoła katolickiego jest udokumentowana. Świadczy o niej również podwójna zbrodnia detonacji bomb jądrowych nad Hirosima i Nagasaki – miastami przecież cywilnymi. Nagasaki to ośrodek katolicyzmu w Japonii.

Por.::

https://gloria.tv/post/qUPNdVLPZZ9N4qxfcPori1wMw

https://pch24.pl/zylismy-oredziem-fatimy

==================================================

Leo Szilard, jeden ze współautorów sławnego listu, podpisanego również przez Einsteina i zaadresowanego do Prezydenta Roosevelta – listu znanego jako początek Projektu „Manhattan”, napisał w 1960 roku, niedługo przed swoją śmiercią, że: „jeżeliby Niemcy rzucili na miasta bomby atomowe, to Amerykanie określili by takie bombardowanie, jako ‘zbrodnię wojenną’ oraz skazaliby w Norymberdze na śmierć przez powieszenie na szubienicy Niemców winnych tej zbrodni”.

Zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki w sierpniu 1945 roku, gdzie „ground zero” czyli „wskazanym celem” była jedyna w Japonii katedra katolicka, było większą zbrodnią wojenną niż zbrodnie generałów japońskich, za które byli oni skazani na śmierć i uśmierceni w Tokio i w Manili .

Inny cytat: Nagasaki: Klasztor zbudowany został wówczas za miastem, za górą, ale jak się później okazało dzięki temu ocalał, gdy Amerykanie rzucili bombę atomową na Nagasaki. Poleciały tylko szyby!

Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Przypominam następnemu pokoleniu, by historii nie pisali ciągle od nowa – kłamcy. Mirosław Dakowski. 13 luty 2026. Tekst z 2010 roku.

===================================================

Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia. A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza?(Messori)

            Dopiero osobiste spojrzenie na Opactwo na górze Monte Cassino pozwala mi na zadanie sobie pytania: Po co, w jakim celu dowództwo amerykańskie, czy aliantów, w 1944 roku zniszczyło serce katolicyzmu, klasztor, który założył św. Benedykt w roku 529?

            Fakty:

1)      był zakaz gen. Eisenhowera atakowania i niszczenia zabytków. Postąpiono wbrew niemu.

2)      Klasztor na początku 1944 r. nie był obsadzony przez wojska niemieckie. Dopiero po barbarzyńskim zburzeniu przez naloty alianckie oraz artylerię 15 lutego 1944 r., Niemcy zajęli ruiny.

3)      Klasztor i góra Monte Cassino nie miała strategicznego znaczenia jako bastion broniący drogi z Południa na Rzym: Między Monte Cassino a morzem Tyrreńskim mogły bez przeszkód przejść idąc koło siebie nie tylko dywizje, ale armie..

4)      Za zdobycie ruin SERCA KATOLICYZMU Polacy (katolicy) zapłacili śmiercią ok. tysiąca żołnierzy…

5)      Teraz jest tam piękna dla oka ATRAPA Opactwa, zbudowana od nowa przez (formalnie) rząd włoski (oddano mnichom w 1964 roku, jeszcze w r. 2010 część fresków nie jest namalowana od nowa), a w rzeczywistości sfinansowana przez Anglików i Amerykanów (wyrzuty sumienia? – toć „oni” chyba nie mają sumienia w naszym sensie tego słowa?… ).

Poniżej umieszczam tekst Vittorio Messori, który może nie zna dobrze „wkładu Polaków” w bitwę, ale… nie da się go zakwalifikować jako „polski ciemnogród”.

MONTE CASSINO

Vittorio Messori, „Czarne karty Kościoła”, Księgarnia św. Jacka, Katowice, 1998, str. 250 i nast.

            W czasie wakacyjnych podróży nie brakuje okazji do owocnych refleksji. Na przykład ci, którzy udają się na plaże, zbliżając się do Rzymu od południa, winni pomyśleć nieco o tym, dlaczego opactwo na Monte Cassino, niczym historyczny fałsz, nawet jeśli jest tylko całkowitą rekonstrukcją, góruje jeszcze na tym wzniesieniu.

            W ciągu następujących po wojnie światowej dziesięcioleci zaczęto przyjmować niezwykłą postawę, która wcześniej miała miejsce jedynie w manicheizmie: dobro istnieje tylko po jednej stronie, po stronie demokracji anglosaskiej, zawsze i wszędzie wprowadzającej cywilizację; zło przyszło z drugiej strony, z faszystowskich Niemiec, siedliska barbarzyństwa i zła.  [….]

            Wróćmy do Monte Cassino, gdyż od niego zaczęli­śmy naszą refleksję. Na wstępie zaznaczmy, że nienawiść antykatolicka (nie ma innego wytłumaczenia) doprowadziła do złamania schematu o „cywilizacji anglo-amerykańskiej przeciwko niemieckiemu barbarzyństwu”.

            Na tym sławnym wzgórzu, położonym na południe od Rzymu, właśnie faszyści okazali się „przyjaciółmi ludzi i kul­tury„. W tym bowiem rejonie Niemcy – między Włochami i aliantami – w pośpiechu utworzyli „Linię Gustawa„. Monte Cassino, pojedyncze, skaliste wzgórze, wznoszące się nad równiną, było idealnym miejscem na bazę, ale marszałek polny, Albert Kesselring, bawarski katolik, pochodzący ze starej, przed-nazistowskiej kasty wojskowej, która łączyła wojskowy dryl ze szczególnym pojęciem honoru, nie chciał się zdecydować na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem go na zniszczenie.

            Niemcy (mimo wszystko potomkowie jednego z najbar­dziej oświeconych krajów świata i katoliccy przynajmniej w jednej trzeciej swej ludności) dobrze wiedzieli, co oznacza dla powszechnej cywilizacji miejsce, w którym razem ze św. Scholastyką spoczywają szczątki Benedykta z Nursji, nie bez przyczyny głównego patrona Europy.

            Tutaj powstała Reguła, która w czasie załamywania się kla­sycznej kultury w wielkim stopniu przyczyniła się do zacho­wania tego, co było najlepsze w starożytnym świecie i do zainaugurowania nowego. Tutaj, w wielkich skryptoriach (skryptorium – pomieszczenie w średniowiecznych klasztorach lub kate­drach, w którym kopiowano księgi rękopiśmienne [przyp. red.].), zakonnicy przepisywali nieśmiertelne dzieła, dzięki czemu nie uległy one zniszczeniu i zapomnieniu. Tu­taj biło serce prawego rycerstwa, które od Szkocji po Sycylię przez ponad tysiąc lat poświęcało się wiecznemu zbawieniu człowieka oraz polepszaniu jego życia na ziemi.

            Tak więc wbrew wszelkiej taktyce i strategii, Kesselring wyłączył Monte Cassino z linii obronnej, pozwalając we wnę­trzu klasztornych murów znaleźć schronienie wielkiej liczbie uciekinierów, rannych, chorych oraz starców i kobiet przy­garniętych przez zakonników.

            Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amery­kanie, wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemiec­kiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego znisz­czenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunię­cia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. „katolickiego papizmu„. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

            W ten sposób zaoferowano Niemcom okazję, przynajm­niej w tym przypadku, zrehabilitowania się jako „przyjaciół” cywilizacji. Mimo dramatycznych trudności z transportem, Wehrmacht znalazł potrzebne ciężarówki, aby przewieźć do Watykanu przynajmniej część artystycznych i kultural­nych skarbów z klasztoru, poczynając od niezwykłego archi­wum, w którym znajduje się pierwszy dokument napisany w języku włoskim.

            Kiedy z klasztoru wywieziono już wspomniane osoby i rzeczy, 15 lutego 1944 roku, punktualnie o zapowiedzianej godzinie, pod niebem Monte Cassino ukazała się chmura amerykańskich samolotów, które rozpoczęły „precyzyjne” bombardowanie, zaś z równiny odezwały się alianckie działa ciężkiego kalibru. Bombardowanie i ostrzeliwanie trwało trzy dni, dopóki nie było pewności, że z klasztoru pozostały jedy­nie ruiny (później okazało się, że zniszczono wszystko oprócz krypty z relikwiami św. Benedykta i św. Scholastyki). Z całe­go wydarzenia zrobiono „spektakl”, filmując go przy pomocy zawodowych kamerzystów.

Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak dosko­nałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spo­czywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru.

            Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia. A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza? Być może ten płomień gniewu pomoże lepiej zrozumieć wielką klasztorną awanturę, uka­zując jej historyczną ważność, nawet za cenę rozpętania tak wielkiej destrukcyjnej furii.

            Gdyby znalazł się ktoś, kto wątpi w nasze podejrzenia co do poza-militarnych celów zbombardowania szacownego klaszto­ru, uważając nas za ogarniętych wyolbrzymioną manią prześla­dowczą, niech przeczyta, co na ten temat ma do powiedzenia między innymi Giorgio Spini. Można mu ufać, skoro nawet on, będąc waldensem i obrońcą protestanckiej dominacji, pisze o „wzrastającej w Stanach Zjednoczonych fali ruchów antykatolickich, niejednokrotnie połączonej z brutalnymi manifestacjami”. Wspomniany historyk dodaje: „Nawet pomijając już przykłady nietolerancji i histerii, bez wątpienia istnieje w historii północnoamerykańskiej stan alarmowy, spowodowany liczną migracją katolicką, która mo­głaby stanowić zagrożenie dla głównych instytucji amerykań­skich„.

Monte Cassino

Vikipedia:

Monte Cassino (wł. Montecassino) – wzgórze we Włoszech (Apeniny Środkowe), nad doliną rzeki Liri, między Rzymem i Neapolem. Wysokość 519 m n.p.m. U podnóża góry znajduje się miasto Cassino. Na szczycie wznosi się opactwo benedyktyńskie (pierwotne od 529, zbombardowane w 1944, odbudowane po II wojnie światowej). W czasie II wojny światowej miały tu miejsce walki pomiędzy wojskami alianckimi a niemieckimi. W skład wojsk alianckich wchodził II Korpus Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa, którego żołnierze jako pierwsi zawiesili biało-czerwoną flagę po zajęciu wzgórza.

Historia

Włoskie Monte Cassino odpowiada łacińskiemu Mons Casinus. Łacińskie casa – to chata, dom, namiot, letnia gospoda. Włoskie Cassino pochodzić może też od grecko-łacińskiego cassia, oznaczającego drzewo symbolizujące chrześcijański chrzest z wody, rosnące w miejscach obfitujących w wodę lub od łacińskiego cassis kask, szyszak, metalowy hełm. Prawdopodobnie w tym miejscu swoją osadę założyli już Wolskowie. Według Tytusa Liwiusza w roku 422 p.n.e. osadzono na górze Cassino cztery tysiące rzymskich kolonistów, głównie legionistów. Od V wieku Casinum było rzymskim municipium. Na górze wzniesiono świątynie ku czci Jowisza, Febusa i Wenery.

Wedle tradycji Benedykt z Nursji dotarł do Mons Casinum między 525 a 529 rokiem, już po pobycie w Rzymie i w Subiaco, gdzie założył pierwsze klasztory swojego zakonu. Mistyka miejsca kazała Benedyktowi założyć w Casinum kolejny klasztor i w nim osiąść. Na potrzeby klasztoru wykorzystano antyczne miejsce kultu urządzone po chrześcijańsku.

Świątynia Febusa stała się kościołem pw. św. Jana Chrzciciela. Benedykt zamieszkał w dwukondygnacyjnej wieży, w której napisał regułę zakonu benedyktynów (po zniszczeniach w 1944 przetrwała jej dolna partia). Klasztor na Monte Cassino stał się w owym czasie najważniejszym duchowym miejscem chrześcijańskiej Europy. Św. Benedykt przebywał w nim aż do swojej śmierci. Na Monte Cassino umarła również siostra bliźniaczka św. Benedykta, św. Scholastyka, założycielka zakonu benedyktynek w Piumarola. Szczątki tych dwojga świętych są najcenniejszymi relikwiami opactwa.

Strategiczne położenie budowli przy ważnym trakcie łączącym Rzym z Neapolem, sprawiało, że klasztor wielokrotnie stawał się celem ataku. W 584 r. wzgórze zdobyli Longobardowie, którzy zburzyli klasztor i wypędzili benedyktynów. Mnisi znaleźli schronienie w kościele św. Andrzeja w Rzymie na Lateranie.

Benedyktyni powrócili do Monte Cassino w 718. Wielki rozkwit opactwa nastąpił za opata św. Bertariusza, w pierwszej połowie IX w. Ale już w 883 r. klasztor zdobyli Saraceni, niszcząc doszczętnie klasztor (w czasie tego najazdu spłonął rękopis reguły benedyktynów napisany przez św. Benedykta). Mnisi przez niemal wiek mieszkali w nowym klasztorze w Capui. Odbudowę klasztoru w Monte Cassino rozpoczął opat Aligernus (949). Na kolejne lata przypada okres świetności klasztoru. Jego opat Dezyderiusz został papieżem, przybierając imię Wiktor III. Nowy papież przez rok rezydował na Monte Cassino. Te wydarzenia były przyczyną wzrostu bogactwa klasztoru w dzieła sztuki i księgi księgozbioru.

Kościół został konsekrowany przez papieża Aleksandra II w 1071. W 1321 papież Jan XXII podniósł kościół do rangi katedry i zakończył niezależność zakonu od władzy papieża.

W 1349 opactwo nawiedziło trzęsienie ziemi, niszcząc część zabudowań. Po kilkunastu latach klasztor podniesiono z ruin. Od XVI do XVIII wieku trwa kolejny okres rozkwitu klasztoru. Z tego czasu pochodziła zabudowa klasztorna, którą zniszczono w 1944. Biblioteka klasztorna liczyła ponad sto tysięcy tomów i dziesiątki tysięcy pergaminów, inkunabułów i rękopisów.

Opactwo posiada rękopisy Galena, Hipokratesa, Cycerona, Pliniusza, Apulejusza.

W 1799 wzgórze zdobyły wojska Napoleona. Od 1866 klasztor jest pomnikiem narodowym.

W czasie II wojny światowej wzgórze Monte Cassino było świetnym miejscem na bazę w tworzonej przez Niemców Linii Gustawa, ale marszałek polny Albert Kesselring (bawarski katolik), nie zezwolił na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem na zniszczenie klasztoru, o czym poinformował Watykan i dowództwo aliantów.

Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amerykanie, wiedzieli, że w klasztorze nie stacjonowało niemieckie wojsko, jednak zdecydowali się na bombardowanie obawiając się, że w trakcie bitwy może się to zmienić. Na zbombardowanie klasztoru nalegał gen. Bernard Freyberg, dowódca Korpusu Nowozelandzkiego, którego dywizja miała szturmować górę. Wobec jego stanowczego stanowiska, sztab V Armii amerykańskiej wyraził zgodę na lotniczy atak na klasztor, chociaż wcześniej nie znajdował się na liście celów. Bombardowanie miało nastąpić początkowo 13 lutego, ale z powodu złych warunków atmosferycznych przesunięto je o dwa dni.

Publiczne ogłoszenie przez aliantów godziny bombardowania (15 lutego 1944), pozwoliło więc benedyktynom na zorganizowanie transportu i przewiezienie bezcennych skarbów kultury europejskiej, znajdujących się w klasztorze do Watykanu. W wyniku nalotów klasztor doszczętnie zniszczono (ocalały jedynie krypty św. Benedykta i św. Scholastyki). Kiedy skończyło się trwające trzy dni bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, oddział Wehrmachtu zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku, które stało się doskonałym miejscem obrony – jego zdobycie kosztowało życie 30 tysięcy żołnierzy[1].

Klasztor był świadkiem bitwy o Monte Cassino, w której uczestniczył II Korpus polski pod wodzą generała Władysława Andersa. Po II wojnie światowej rząd włoski odbudował klasztor, a papież Paweł VI re-konsekrował go w 1964.

Bombardowanie opactwa na Montecassino: „Tragiczna pomyłka” aliantów

Bombardowanie opactwa na Montecassino: „Tragiczna pomyłka” aliantów

Date: 12 febbraio 2026 Uczta Baltazara

babylonianempire/bombardowanie-opactwa-na-montecassino-tragiczna-„pomylka”-aliantow

FOTO: Ruiny opactwa na Montecassino po bombardowaniach alianckich w 1944 roku

Bombowiec numer «666»

Odtwórzmy historię, która ma wiele podobieństw do współczesnych wojen i operacji wojskowych, zaczynając od 15 lutego 1944 roku, kiedy to o godz. 9:24 rano, opactwem Montecassino wstrząsnęła potężna eksplozja, przerywając modlitwę niewielkiej grupy benedyktynów w klasztorze, którzy wzywali pomocy Matki Boskiej i recytowali „et pro nobis Christum exora”.

Wśród nich był osiemdziesięcioletni opat Gregorio Diamare i jego sekretarz Martino Matronola, który później opublikował dziennik, niezbędny do odtworzenia owych dramatycznych dni. Na ich głowy oraz głowy setek uchodźców przebywających w klasztorze spadła właśnie seria bomb o wadze 250 kg każda, zrzuconych przez strategiczny bombowiec nr 666, pilotowany przez majora Bradforda Evansa, który mając tak niepokojący numer kodowy prowadzi pierwszą z czterech formacji B-17, tj. amerykańskich “latających fortec”, które otrzymały rozkaz zniszczenia tysiącletniego klasztoru położonego na wzgórzu.

Za latającymi fortecami podążają kolejne cztery fale średnich bombowców. O 13:33 wszystko się kończy, mnisi są cali i zdrowi, ale kilkaset osób, które znalazły schronienie w klasztorze, ginie pod bombami i również po wojnie trudno będzie wydobyć ich ciała i nadać imiona nagrobkom.

FOTO: Amerykańska „latająca forteca” przelatuje nad opactwem, 15 lutego 1944 r.

Zmiana sceny: Waszyngton, godzina 16 tego samego dnia (we Włoszech jest godzina 22). Około dwanaście godzin po rozpoczęciu bombardowania prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Delano Roosevelt otwiera konferencję prasową następującymi słowami: „W popołudniowych gazetach przeczytałem o zbombardowaniu opactwa Montecassino przez nasze fortece. W korespondencji wyjaśniono bardzo jasno, że powodem bombardowania było to, że Niemcy wykorzystywali je do bombardowania nas. Była to niemiecka twierdza, wyposażona w artylerię i wszystko, co niezbędne”.

Prezydent Stanów Zjednoczonych wydaje się być pewny siebie, podobnie jak angloamerykańskie gazety: „Siły powietrzne uderzają na nazistów w Montecassino” – głosi tytuł New York Times’a tamtego dnia. Roosevelt być może nie wie, że historia spektakularnie zaprzeczy jego słowom, ale nie może nie dostrzegać, że w tej sprawie jest coś dziwnego. Mimo że świat od lat pogrążony jest w wojnie, a śmierć i zniszczenie są na porządku dziennym; bo przecież nigdy wcześniej bombowce strategiczne nie miały za główny cel zabytku, który ponadto znajduje się na terenie neutralnym, jest własnością Stolicy Apostolskiejznanego w całym chrześcijańskim świecie klasztoru, miejsca, w którym przechowywane są bezcenne zabytki historyczne i artystyczne.

Ponadto, dysproporcjonalny jest rozmiar użytych sił: 453 tony bomb zrzuconych w ośmiu falach przez 239 bombowców. To była ogromna liczba.

Jak zareagują na to amerykańscy katolicy, którzy za kilka miesięcy będą głosować w wyborach prezydenckich? – Przecież „najbardziej rozreklamowane bombardowanie pojedynczego celu w historii”jak określił to Newsweek – było owego dnia tematem przewodnim gazet na całym świecie.

Jakie będą konsekwencje polityczne, kto wygra bitwę propagandową? – Roosevelt rozdał nawet dziennikarzom tajny do tamtej chwili okólnik naczelnego dowódcy sił zbrojnych aliantów w Europie, Dwighta D. Eisenhowera, w którym wyjaśniano, że gdyby w trakcie natarcia trzeba było „wybrać między zniszczeniem słynnego zabytku a poświęceniem naszych żołnierzy, to życie żołnierzy będzie miało nieskończenie większą wartość”. Jednak, jak wyjaśniał «Ike» (przydomek Eisenhowera), wybór nie był łatwy. Ponieważ za wyrażeniem „konieczność militarna” nie powinny kryć się ani osobiste korzyści, ani wygodnictwo lub obojętność. Było to jednak zbyt mało, aby powstrzymać negatywny odbiór opinii publicznej w Europie.

Porażka medialna

Propaganda nazistowska zamierzała wykorzystać wiadomość o bombardowaniu na swoją korzyść. W Europie pod panowaniem nazistów, w dniach następujących po bombardowaniu, Angloamerykanie zostali przedstawieni jako nowi barbarzyńcy, którzy chcą systematycznie wymazać wszelkie ślady „wyższej cywilizacji europejskiej”.

Opactwo Montecassino, które w przeszłości zostało trzykrotnie zniszczone przez barbarzyńców, Saracenów i trzęsienie ziemi, teraz zostało zrównane z ziemią „przez Żydów i filo-bolszewików z Moskwy, Londynu i Waszyngtonu”. Ale to nie wszystko, ponieważ nazistowski wywiad – który według raportów brytyjskiego ambasadora w Watykanie – D’Arcy’ego Osborne’a już od dłuższego czasu rozpowszechniał informacje o obecności swoich żołnierzy w opactwie, aby sprowokować bombardowanie aliantów – miał również łatwe zadanie, wybierając Niemców na obrońców cywilizacji: bo to właśnie dywizja Hermanna Göringa w grudniu 1943 r. przetransportowała do Watykanu wszystkie dzieła sztuki z opactwa, które nadawały się do przewozu, wraz z ogromną biblioteką zawierającą bezcenne rękopisy.

Na tęże prewencyjną operację ratunkową wpływ miała przede wszystkim szczególna troska generała Frido von Sengera – dowódcy XVI Korpusu Pancernego – o benedyktynów i zabytkowy obiekt. Senger – katolik, od wielu lat związany z Zakonem św. Benedykta, należał do niewielkiej grupy południowoniemieckiej arystokracji sprzeciwiającej się nazistom, ale posłusznej rozkazom. Senger, który dowodził całą linią Gustawa, zasadniczo szanował neutralność tego miejsca i nie pozwalał swoim żołnierzom, rozrzuconym po całej górze, zajmować pozycji w obrębie pasa o szerokości 300 metrów otaczającego mury opactwa i wyznaczającego strefę neutralną.

Kwestionowanie „niepodważalnych dowodów”

Roosevelt, podobnie jak Winston Churchill w Londynie, po bombardowaniu postanawia bronić słuszności decyzji dowództwa aliantów w regionie Morza Śródziemnego. Nie tylko dlatego, że sytuacja związana z natarciem na Rzym była bardzo delikatna (oddziały alianckie w dolinie Liri zostały zablokowane, a w rejonie Anzio groziło im nawet wyparcie z powrotem do morza), ale także dlatego, że brytyjski generał Henry Maitland Wilson, naczelny dowódca sił alianckich na Morzu Śródziemnym, twierdził, że posiada „niepodważalne dowody” obecności wroga w opactwie przed bombardowaniem. A kiedy 9 marca, brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych poprosiło Wilsona o przedstawienie Watykanowi popartego faktami wyjaśnienia, dlaczego klasztor został zniszczonypomimo rozległych gwarancji udzielonych Stolicy Apostolskiej dotyczących poszanowania opactwa, Wilson potwierdził, że ma aż dwanaście „niepodważalnych dowodów” na wykorzystanie klasztoru przez Niemców do celów wojskowych, ale zasugerował również, aby zachować je w tajemnicy, aby uniemożliwić Niemcom stworzenie fałszywych kontrdowodów.

Obiecano, że dowody zostaną przekazane Watykanowi we właściwym czasie. Czas ten nigdy nie nadszedł, tak że również po zakończeniu wojny konieczne było przeprowadzenie dochodzeń i kontrowersyjnych badań historycznych nad dokumentami z archiwów wojskowych, aby stwierdzić, że była to pomyłka.

Jeden z “niepodważalnych dowodów” Wilsona został ujawniony po wojnie przez jednego z głównych uczestników wydarzeń – kapitana Davida Hunta, adiutanta brytyjskiego feldmarszałka Harolda Alexandra, głównodowodzącego armii alianckich we Włoszech. Hunt opowiedział, jak wkrótce po rozpoczęciu bombardowania przekazano mu tłumaczenie przechwyconej wiadomości do nazistów, która brzmiała: „Ist Abt noch im Kloester?” (“Czy Abt jest jeszcze w klasztorze?”), [ a Abt to Opat !! md\ a odpowiedź brzmiała „Ja” (“Tak”). Abt” zostało przetłumaczone jako skrót od „oddział wojskowy, więc zdanie miało brzmieć: „Czy oddział jest w klasztorze?”. „Tak”.

Również Huntowi wydawało się to potwierdzeniem ich podejrzeń, tj. klasycznym „dymiącym pistoletem”, jak nazwalibyśmy to dzisiaj. Ale „Abt” oznacza również opata. Hunt opowiada, że wystarczyło mu przeczytać dalszą część przechwyconej wiadomości, aby zrozumieć, że Niemcy mówili o mnichach w klasztorze, a nie o swoich żołnierzach. Jednak, jak stwierdził Hunt, było już za późno, aby zatrzymać lecące samoloty.

Czy możliwy jest błąd tego kalibru? – Należy również wziąć pod uwagę, że służby wywiadowcze bardzo często widzą i słyszą to, co ich zdaniem spodoba się dowództwu. Tak było również w tym przypadku. Warto wspomnieć, że po rozpoczęciu bombardowania, porucznik Herbert Marks z kontrwywiadu alianckiego, który obserwował klasztor przez lunetę, mimo że nie było tam Niemców, stwierdził, że widział około siedemdziesięciu z nich biegnących od bramy opactwa na dziedziniec. A depesza V Armii z godziny 11, po pierwszej fali B-17, informowała: „Dwustu Niemców ucieka z klasztoru wzdłuż drogi”.

Rozkaz, do którego nikt nigdy nie przyznał się

Ale kto zdecydował, że Montecassino musi zostać zniszczone? – W książce „Montecassino” autorstwa Davida Hapgooda i Davida Richardsona, będącej wynikiem długich badań przeprowadzonych w archiwach wojskowych, stwierdza się, że nie ma dowodów na to, że decyzja została podjęta na szczeblu wyższym niż generał Wilson i generał Alexander. Faktem jest, że żadna osoba w hierarchii – począwszy od przywódców politycznych aliantów, poprzez sztaby generalne, a skończywszy na dowódcach na polu bitwy – nigdy nie przypisała sobie finałowej decyzji o zbombardowaniu opactwa.

Tylko jeden generał przeszedł do historii jako przekonany zwolennik konieczności zniszczenia Montecassino: był nim Bernard Freyberg. Dowódca kontyngentu nowozelandzkiego, który od początku lutego zajmował wraz ze swoimi ludźmi pozycje w dolinie Liri, był bardzo znany w Nowej Zelandii, ale nawet ci, którzy podziwiali jego odwagę, przyznawali, że ciężko mu było wymyślić strategię bardziej złożoną niż ta, którą stosował pędzący byk.

W ten sposób, niemal natychmiast uzgodnił ze swoim przełożonym Markiem Clarkiem plan szturmu na wzgórze Montecassino, mimo że już od tygodni plan ten przynosił jedynie ogromne straty. Co więcej, od pierwszych dni, Freyberg obarczał opactwo winą za niepowodzenie przełamania linii niemieckich, ponieważ jego zdaniem Niemcy kierowali stamtąd ostrzałem artyleryjskim.

Nadszedł 12 luty, dzień, w którym Freyberg, ze względu na „konieczność militarną”, stanowczo zażądał zbombardowania klasztoru, grożąc nawet wycofaniem swoich oddziałów, jeśli jego żądanie nie zostanie spełnione. Clark nie zgadzał się z tym zarówno z powodów politycznych, jak i militarnych, ale znajdował się w słabej pozycji. Jego reputacja była wciąż obciążona porażką dywizji Texas, poniesioną 20 stycznia. Jego rozkaz przekroczenia rzeki Rapido zakończył się bezsensowną ofiarą prawie dwóch tysięcy żołnierzy, a wiadomość o porażce obiegła cały świat.

Ponadto, jak napisał Clark w swojej książce wspomnieniowej „Wojna z Alexandrem”, w hierarchii nad nim znajdowało się dwóch brytyjskich generałów, a sam Alexander powiedział mu w sprawie bombardowania: „Freyberg jest postacią bardzo znaną w Commonwealth. Obchodzimy się z nim wyjątkowo delikatnie i ty musisz zrobić to samo”.

Jeśli dodać do tego fakt, że niemal wszystkie brytyjskie i amerykańskie gazety od dawna prowadziły intensywną kampanię prasową, w której twierdzono, że ich żołnierze płacą życiem za wyrozumiałość dowództwa wojskowego wobec Kościoła Katolickiego i że „lepiej mieć zwycięstwo w kieszeni niż Michała Anioła na ścianie”; można zrozumieć, dlaczego Clark poddał się i dał zielone światło dla startu bombowców. Nie bez uprzedniego zrzucenia ulotek na klasztor, aby ostrzec mieszkańców, że są oni na celowniku. Dla uciekających była to zapowiedź wyroku śmierci, zarówno dlatego, że nikt do końca nie wierzył, że może dojść do czegoś takiego, jak i dlatego, że nie mieli możliwości ucieczki, będąc otoczeni przez wiele kilometrów przez dwie walczące z sobą armie.

Syn Freyberga został uratowany przez siostry zakonne

Jednym z tych nieprzewidywalnych paradoksów, jakimi obdarza nas historia, jest fakt, że właśnie Freyberg – który za wszelką cenę chciał zniszczyć jeden z najważniejszych monumentów chrześcijaństwa – zawdzięczał w tamtych dniach ocalenie swojego syna gościnności sióstr z klasztoru w Castel Gandolfo, które ukryły tegoż młodego porucznika piechoty po tym, jak uciekł z rąk Niemców, którzy pojmali go w Anzio.

Również Castel Gandolfo znalazło się wśród tych posiadłości Kościoła, które – mimo że znajdowały się na terenie neutralnymzostały zbombardowane w owych miesiącach z tych samych powodów, które podano jako uzasadnienie zniszczenia opactwa na Montecassino: „konieczność militarną”. Prawdopodobnie także los syna nie zmieniłby zdania generała Bernarda Freyberga – który nie zrezygnował z bombardowania pomimo tego, że dzień przed startem samolotów zdał sobie sprawę, że jest ono bezużyteczne z militarnego punktu widzenia, ponieważ jego żołnierze, unieruchomieni przez niemieckie stanowiska, byli zbyt daleko od celu i nigdy nie zdołaliby zająć ruin opactwa zanim zrobiłby to wróg.

Dowództwo sił powietrznych odmówiło odroczenia bombardowania, ponieważ od 16 lutego samoloty miały wykonać misję w rejonie Anzio. Freyberg postanowił więc kontynuować operację, a jej skutki można znaleźć w podręcznikach historii, a także na licznych cmentarzach wojennych, które później powstały w tym regionie. Co więcej, Freyberg otrzymał do dyspozycji znacznie więcej bombowców niż zażądał, ponieważ lotnictwo amerykańskie skorzystało z okazji, aby rozstrzygnąć starą kwestię: czy skuteczniejsze są bombardowania dzienne, jak twierdzili Amerykanie, czy nocne, za którymi opowiadali się Brytyjczycy.

Niemcy, zgodnie z przewidywaniami dowódcy nowozelandzkiego, jako pierwsi zajęli ruiny, a walki w dolinie i na wzgórzach ponownie przybrały na sile. W kolejnych tygodniach, miasto Cassino było bombardowane do tego stopnia, że amerykańskie czołgi nie były w stanie kontynuować natarcia, unieruchomiane przez kratery wykopane przez bomby zrzucone przez własne samoloty i artylerię.

Koszty ekonomiczne były ogromne. Jedno ze wzgórz nazwano nawet „One-million hill”, ponieważ artylerzyści obliczyli, że zabicie każdego żołnierza wroga kosztowało 25 tysięcy dolarów w pociskach. Słynny korespondent wojenny Ernie Pyle napisał z goryczą: «Prawdopodobnie, prostszym rozwiązaniem byłoby, gdyby ową kwotę zaoferowano Niemcom w zamian za opuszczenie tych terenów».

https://youtube.com/watch?v=RvJEWxODDr0%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dit%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

INFO: 30giorni.it/articoli

babylonianempire.wordpress.com/polacy-a-wlosi-4-czerwiec-1944-niewiarygodne-ocalenie-rzymu

babylonianempire/uderzenie-w-nagasaki-bylo-wymierzone-takze-w-kosciol-katolicki