Monte Cassino: Nieudolność czy zbrodnia

Monte Cassino: nieudolność czy zbrodnia

[Przypominam kolejny raz. Na powyższą wątpliwość odpowiadam: Tak, był to akt wrogości masonów w armii i administracji amerykańskiej wobec Kościoła. Była to zbrodnia. Z mojego Archiwum. MD]
——————————————————————-

Krzysztof Warecki 2014-5-17 pch24

Atak na Monte Cassino nie musiał przynieść aż tak wielu strat w ludziach ani zniszczenia bezcennego opactwa benedyktynów. Dziś wiemy, że ta cywilizacyjna zbrodnia miała przysłonić niekompetencję części alianckich dowódców. Czy był to także akt wrogości wobec Kościoła i chrześcijaństwa?

Wzniesione w VI stuleciu opactwo przez wieki pełniło rolę jednego z głównych zachodnich ośrodków christianitas. Z powodu słynnego na cały chrześcijański świat wielkiego skryptorium, biblioteki i wielu wybitnych uczonych tu pracujących (m.in. Piotr Diakon), nazywano je „Atenami Średniowiecza”. Mnisi z Monte Cassino i tysięcy innych klasztorów benedyktyńskich w znacznej mierze ocalili dla potomnych dorobek antyku. Przed II wojną światową tamtejsze archiwa, oprócz wielkiej liczby dokumentów dotyczących historii opactwa, zawierały ok. 1 400 pisanych ręcznie bezcennych kodeksów, głównie patrystycznych i historycznych. W takim stanie opactwo dotrwało do II wojny światowej.

  W latach 1943-44 Monte Cassino znalazło się w obszarze bezpośrednich działań wojennych. Nie trzeba było być wojskowym strategiem aby, oceniając wyjątkowe położenie klasztoru, zrozumieć, że jest on bezpośrednio narażony na zniszczenie, a wraz z nim wszystkie przechowywane tam skarby kultury i dzieła sztuki. Na sztabowych mapach obu walczących stron był to punkt o olbrzymim znaczeniu strategicznym. Ze szczytu góry można było skutecznie kontrolować całą położoną u podnóża masywu równinę, którą prowadziła droga do Rzymu.

[Nie. Nie można „skuteczniekontrolować równiny, pasa o szerokości 30-40 km dzielącego Monte Cassino od morza.Można sobie głośno postrzelać – ale skuteczność – bardzo mała. MD]

 Obie walczące strony były w pełni świadome, że zniszczenie najstarszego na kontynencie europejskim klasztoru, mającego wyjątkowe zasługi dla ukształtowania się cywilizacji zachodniej, sprowadziłoby na sprawców tego czynu piętno barbarzyńców. Szczególnie pragnęli tego uniknąć Niemcy, którym w obliczu spodziewanej już klęski zależało na poprawie swojej reputacji w oczach opinii publicznej państw antyhitlerowskiej koalicji. Chcieli też tego uniknąć co światlejsi i nie darzący nienawiścią chrześcijaństwa przedstawiciele dowództwa sił alianckich, tym bardziej, że w szeregach ich wojsk służyło wielu katolików.

 Na ratunek skarbom kultury

 Ponieważ przed bitwą opactwo znajdowało się na terenach kontrolowanych przez Niemców, w głównej mierze to na nich spoczywała odpowiedzialność za losy klasztoru. Wiedząc o tym, wielu Niemców dostrzegało wyjątkową szansę, aby choć w części zmyć z siebie odium barbarzyńców, którzy potrafią jedynie mordować i dokonywać rabunków. Pojawił się więc pomysł akcji ratowania skarbów z Monte Cassino, autorstwa kapitana Maximiliana Beckera, służącego jako lekarz w elitarnej naziemnej Dywizji Luftwaffe „Herman Goering”.

 Zdawał on sprawę ze złej sławy, jaką cieszyła się ta formacja zbrojna i uważał, że ratując skarby kassyńskiego opactwa żołnierze Dywizji zmażą chociaż część win za popełnione w czasie działań wojennych zbrodnie. Tego argumentu używał w rozmowach z oficerami, których pomoc była niezbędna do zorganizowania akcji. Miał już w tym pewne doświadczenie, ponieważ kilka tygodni wcześniej z powodzeniem kierował akcją ewakuacji ze strefy walk bezcennych zbiorów Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej w Neapolu, które zostały zdeponowane właśnie w opactwie na Monte Cassino.

Pomimo ogromu trudności (brak ciężarówek, skrzyń, niechęć ufnych w ocalenie klasztoru mnichów, zagrożenie dla konwojów ze strony alianckiego lotnictwa) akcja została przeprowadzona nadzwyczaj sprawnie. Rozpoczęto ją 17 października, a zakończono w pierwszych dniach listopada 1943 roku. Archiwa i dobra kultury z Monte Cassino oraz dzieła sztuki z Neapolu zostały zdeponowane w magazynach armii niemieckiej w Villa Colle-Ferreto koło Spoleto, ok. 110 km na północ od Rzymu.

 Próby grabieży

 Zgodnie z wcześniejszymi obawami kapitana Beckera zanim skarby z Monte Cassino i Neapolu trafiły pod opiekę Stolicy Apostolskiej i włoskich muzealników doszło do prób, na szczęście nielicznych, ich plądrowania. Niektórzy oficerowie Dywizji „Hermann Goering” chcieli „sprezentować” pewną ilość skarbów swemu patronowi, marszałkowi Rzeszy Hermannowi Goeringowi. Jednak uczciwsi inicjatorzy ratowania kassyńskich skarbów doskonale zdawali sobie sprawę, że taki „prezent” całkowicie skompromitowałby akcję i zniweczył jej propagandowy cel.

Aby przeciwdziałać grabieży nagłośniono akcję ratowania zabytków w mediach niemieckich i państw neutralnych. Na zorganizowanej 25 listopada 1943 r. w Palazzo del Quirinale w Rzymie konferencji prasowej przedstawiciel niemieckiego Urzędu Ochrony Dzieł Sztuki na Ziemiach Okupowanych baron Bernard von Tieschowitz poinformował, że skarby z Monte Cassino są tylko czasowo zdeponowane przez Niemców i szybko zostaną przekazane do Watykanu. W ten sposób osiągnął on podwójny cel – poinformował opinię publiczną w państwach antyhitlerowskiej koalicji o prowadzonej przez niemiecką armię akcji ratowania włoskich dzieł sztuki oraz przyczynił się do reorientacji działań niemieckiej propagandy, która zaczęła nagłaśniać „zasługi” Niemców w ratowaniu włoskich dzieł sztuki.

 Zabiegi te w dużym stopniu zakończyły się powodzeniem. 8 grudnia 1943 r. wszystkie ewakuowane z Monte Cassino rękopisy i dzieła sztuki (387 skrzyń) zostały przekazane Stolicy Apostolskiej.

 Gorzej miała się sprawa z eksponatami z Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej z Neapolu. 4 stycznia 1944 r. odbyła się uroczystość przekazania władzom włoskim 600 skrzyń wypełnionych różnego rodzaju dobrami kultury, wśród których były 172 skrzynie z precjozami neapolitańskimi. Jednak po sprawdzeniu dokumentów okazało się, że brakuje 15 skrzyń. Jak się później okazało jeszcze w drugiej połowie grudnia 1943 r. dotarły one do Berlina jako urodzinowy prezent od Dywizji „Hermann Goering” dla jej patrona. Z nieustalonych jednak do dzisiaj powodów marszałek Rzeszy nie przyjął prezentu od „swojej” Dywizji. Pod koniec wojny wszystkie skrzynie z eksponatami podarowanymi Goeringowi Amerykanie znaleźli w austriackiej kopalni soli Alt-Aussee.

 Ocalić klasztor

 Dzisiaj wiemy, że bitwa o Monte Cassino z wojskowego punktu widzenia była całkowicie zbędna. Z perspektywy aliantów doszło do niej na drugorzędnym teatrze działań i w minimalnym stopniu wpłynęła na końcowy wynik wojennych zmagań. Inaczej sprawa miała się gdy popatrzymy oczyma Niemców, dla których w przypadku alianckiej ofensywy grzbiet Monte Cassino stanowił doskonałą rubież obrony. O tym, że kassyńskie opactwo ostatecznie znalazło się w centrum wojennych zmagań w zasadzie zdecydował dogmatyczny upór brytyjskiego premiera Winstona Churchilla i niekompetencja najwyższego alianckiego dowództwa. W konsekwencji na początku października 1943 r. Monte Cassino znalazło się na pierwszej linii walk.

 Pomimo doskonałego umiejscowienia, Niemcy, którzy zdawali sobie sprawę z wyjątkowego znaczenia opactwa dla zachodniej cywilizacji, postanowili nie obsadzać klasztoru wojskiem, ani nawet nie zamieniać go w punkt obserwacyjny, do czego świetnie się przecież nadawał. Jesienią 1943 r. głównodowodzący wojskami niemieckimi we Włoszech, feldmarszałek Albert Kesselring zapewnił ówczesnego opata Gregorio Diamare, że klasztor nie zostanie wykorzystany do celów wojskowych.

 Świadomi wyjątkowego znaczenia opactwa byli również alianci. Na wniosek Amerykańskiej Komisji ds. Ochrony i Ocalenia Pomników Historii i Sztuki oraz włoskich władz muzealnych, głównodowodzący siłami alianckimi w południowych Włoszech gen. Harold Alexander wystosował 5 listopada 1943 r. informację do podległych mu dowódców o konieczności zachowania papieskiej posiadłości Castel Gandolfo i opactwa na Monte Cassino.

 Niewiele w tej sprawie mógł zdziałać papież Pius XII, którego los w tym czasie zależał całkowicie od Niemców. W tej sytuacji Ojciec Święty mógł jedynie apelować do Niemców aby nie obsadzali klasztoru wojskiem, zaś do aliantów aby go nie niszczyli. 25 października stosowną notę otrzymał amerykański charge d’affaires przy Stolicy Apostolskiej, Harold Tittmann, zaś dla pewności drogą radiową przesłano kopię pisma delegatowi apostolskiemu w Waszyngtonie, który przekazał ją do Departamentu Stanu. Podobne adresy wystosowano do Brytyjczyków i Niemców.

 Nie rezygnując z obrony w tym miejscu (z wojskowego punktu widzenia byłoby to szaleństwem), niemieccy dowódcy, zrobili wiele, aby nie doszło do zagłady wiekowego klasztoru. Tuż po odjeździe ostatniej ciężarówki (4 listopada 1943) ppłk Schlegel na prośbę zakonników zostawił dokument, w którym informował, że klasztor jest pod opieką wojska. Wkrótce Niemcy przysłali do klasztoru kilku żandarmów, którzy mieli chronić budynki opactwa przed szabrownikami i nikogo doń nie wpuszczać. Było to bardzo ważne, ponieważ jeśliby alianci dostrzegli na terenie opactwa jakichś ludzi, mogliby wyciągnąć błędny wniosek, że zostało ono obsadzone przez niemieckich żołnierzy.

 Jednak Niemcy nie mieli złudzeń co do tego, że opactwo może być uratowane. Przy braku jakichkolwiek sygnałów ze strony aliantów, że uszanują ustanowioną przez hitlerowców w promieniu 300 metrów eksterytorialność klasztoru, Niemcy obawiali się wycofać z bezpośredniej bliskości zabudowań. W jednej z notatek do Kesselringa Vietinghoff wyrażał przekonanie, że alianci w decydującym momencie nie będą się starać o jakieś porozumienie, lecz bez skrupułów zajmą opactwo.

 Mimo to, 11 grudnia 1943 r. Kesselring podjął decyzję o nieobsadzaniu opactwa przez wojska niemieckie. 29 grudnia ambasador Niemiec przy Stolicy Apostolskiej baron Ernst von Weizsaecker wydał oświadczenie, w którym stwierdzał, że opactwo nie zostało zajęte przez niemieckie wojska. Zwrócił on też uwagę, że zagrożenie dla opactwa stanowią przebywający tam cywile (na początku lutego 1944 ich liczba wzrosła do ok. 800 osób), którzy mogą być wzięci przez alianckich zwiadowców za niemieckich żołnierzy. Jego obawy były całkowicie uzasadnione.

 Oświadczenie Weizsaeckera mogło stanowić moment zwrotny w walce o ocalenie opactwa. Niestety, 8 stycznia 1944 r. Stolica Apostolska przesłała aliantom tylko najmniej istotny fragment oświadczenia niemieckiego ambasadora, mówiący ogólnikowo, że „niemieckie władze wojskowe, robią wszystko, co jest możliwe, by uchronić opactwo na Monte Cassino przed wojennymi zniszczeniami”. W ten sposób została zaprzepaszczona, jak się wydaje, jedyna w tej batalii realna szansa na uratowanie opactwa.

 Zbrodnicza nieudolność dowódcy

 Bezpośredni wpływ na podjęcie przez aliantów decyzji o zniszczeniu zabudowań opactwa na Monte Cassino miała przyjęta przez nich błędna strategia frontalnego ataku na umocnione pozycje niemieckie. Spowodowała ona, że wojska alianckie atakując doskonale ufortyfikowane pozycje niemieckie ponosiły olbrzymie straty. Względy ambicjonalne zdecydowały, że alianckie dowództwo trzymało się kurczowo strategii atakowania niemieckich umocnień od frontu.

 Szczególnie wielkie „zasługi” w utwierdzaniu w tym najwyższego alianckiego dowództwa miał dowódca Korpusu Nowozelandzkiego gen. Bernard Freyberg. Wprawdzie, w opinii swoich podwładnych i współpracowników był on człowiekiem o ograniczonym intelekcie, jednak miał ogromne wpływy w najwyższym alianckim dowództwie. Powierzenie mu funkcji, która przerastała jego zdolności, stworzyło dla kassyńskiego opactwa śmiertelne zagrożenie.

 Niestety, w najwyższym alianckim dowództwie nie mieli takich wpływów znacznie wybitniejsi oficerowie: dowódca Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego gen. Alphonse Juin oraz podwładny Freyberga, zwierzchnik Dywizji Hinduskiej, gen. Francis Tuker. Obaj zgodnie twierdzili, że na tym terenie należało zrezygnować z czołowych ataków, a zamiast tego dokonać manewrów oskrzydlających, dzięki czemu alianckie wojska wyszłyby na tyły Niemców odcinając im linie zaopatrzenia. Podjęcie takich działań zaproponował Juin w styczniu 1944 r. dowódcy 5 Armii, generałowi Wayne’owi Clarkowi, a 4 lutego gen. Tuker Freybergowi. Niestety, obaj zwierzchnicy całkowicie zignorowali racjonalne argumenty swoich podwładnych.

[Wielu historyków, w tym Messori, wykazuje, że w dowództwie amerykańskim i sprzymierzonym przewagę mieli masoni, też najwyższych stopni. MD]

 Przyznać trzeba, że zarówno Clark jak i Fryberg działali pod silną presją najwyższego dowództwa, które nie zdając sobie sprawy ze skali trudności, żądało od podwładnych szybkich rezultatów. Ufając ogromnej przewadze ogniowej, liczebnej i materiałowej, sztabowcy, zmyleni mirażem zaledwie 5 kilometrów terenu do zdobycia, nie chcieli słyszeć o manewrach oskrzydlających. W swoim zaślepieniu nie zdawali sobie sprawy, że w tamtych warunkach olbrzymia przewaga aliantów po prostu nic nie znaczy. Za to wierzyli, że jeszcze tylko jedno natarcie i sprawa będzie załatwiona.

 W wyniku zaślepienia i niekompetencji alianckich dowódców atakujący ponosili więc olbrzymie i niepotrzebne straty. Taka sytuacja spowodowała zaniepokojenie opinii publicznej w państwach antyhitlerowskiej koalicji. Kierując się mniemaniami i plotkami, które powstały w oparciu o równie ciekawe, co nieścisłe relacje korespondentów wojennych, szybko uznano, że głównym sprawcą niepowodzeń aliantów nie jest zbrodnicza ignorancja dowódców, lecz mury benedyktyńskiego opactwa. Co ciekawe, złudzeniom tym ulegali także walczący o Monte Cassino alianccy zwiadowcy, którzy obecnych w opactwie uchodźców brali za niemieckich żołnierzy. Widząc niezwykłą skuteczność obrony klasztoru nabrano przekonania, że Niemcy urządzili tam punkt obserwacyjny, z którego kierowano ogniem artylerii. Dowodem na to miały być dobrze widoczne – jak przypuszczano – anteny radiostacji (w rzeczywistości była to nieczynna wówczas stacja meteorologiczna). Pod wpływem tych doniesień w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpętano bezprecedensową nagonkę medialną na polityków i generałów sprzeciwiających się zbombardowaniu klasztoru.

 Gdy wbrew radom podwładnych Freyberg postanowił zaatakować Monte Cassino frontalnym atakiem, następca Tukera na stanowisku, gen. Harry Dimoline wieczorem 11 lutego jako pierwszy poprosił o zbombardowanie opactwa. Uznał on, że skoro nie jest w stanie zmienić obłędnej decyzji Freyberga, to jedyną racjonalną rzeczą w tej sytuacji jest dokonanie bombardowania pozycji nieprzyjaciela, po którym nastąpiłby natychmiastowy nocny atak piechoty.

 Bombardowaniu sprzeciwili się dowodzący w rejonie walk i znający miejscowe realia generałowie Geoffrey Keyes i Charles Ryder. Wcześniej Keyes odbył nad opactwem wiele lotów i osobiście się przekonał, że nie ma tam Niemców. Ze względu na powagę miejsca także alianccy zwiadowcy próbowali to sprawdzić. Oficer wywiadu 5 Armii, płk Edwin Howard, analizując fotografie lotnicze stwierdził kategorycznie, że Niemcy nie wykorzystują opactwa do celów obronnych i, że nie ma żadnego powodu, by je bombardować. Podobnie jak Keyes ostrzegał, że stworzyłoby to Niemcom lepsze pozycje obronne. O domniemanych punktach obserwacyjnych najczęściej informowano nie dlatego, że one tam były, lecz dlatego, iż klasztor doskonale nadawał się do ich rozmieszczenia. Dla żądnych odwetu dowódców alianckich, to wystarczyło aby domniemania wziąć za pewniki.

 Mimo sprzecznych informacji wywiadowczych i małych szans na powodzenie planu Fryberga, ulegając presji polityków i anglo-amerykańskiej opinii publicznej gen. Aleksander wydał rozkaz o zbombardowaniu klasztoru. Wielkiego wsparcia dla bezsensownej prośby Fryberga udzielił szef sztabu Alexandra, gen. John Harding.

 Spektakl ludzkiej głupoty

 Ustalony przez Fryberga plan ofensywy został zniweczony już na samym początku. Termin ataku na klasztorne wzgórze ustalono na noc z 15 na 16 lutego. Tymczasem sztab stanowiącej część nowozelandzkiego korpusu dywizji hinduskiej poinformował gen. Freyberga, że natarcie nie może odbyć się wcześniej niż dobę później. W tej sytuacji zbombardowanie opactwa musiałoby nastąpić 16 lutego wieczorem. Dwa dni wcześniej Freyberg otrzymał z dowództwa 5 Armii wiadomość, że jedyny możliwy termin nalotu to ranek 15 lutego. Przyśpieszenie nalotu oznaczało, że Dywizja Hinduska nie tylko nie zdążyłaby przygotować się do natarcia, ale nieprzygotowana musiałaby nacierać za dnia, co skazywało natarcie na pewną klęskę. Chociaż przyspieszenie nalotu niweczyło sens całej akcji, Freyberg ani nie usiłował przełożyć bombardowania, co byłoby w tej sytuacji logiczne, ani tym bardziej nie odwołał go.

15 lutego 239 amerykańskich bombowców, w tym 144 „latających fortec” (ciężkie bombowce B 17) prowadzonych przez mjra Bradforda E. Evansa i mjra Franka B. Chappella w trakcie trzygodzinnego bombardowania zamieniło wspaniały przybytek nauki, kultury i wiary w jedno wielkie rumowisko.

Chociaż Amerykanie przypuszczali, że tak monstrualnego bombardowania nikt nie mógł przeżyć, zważywszy na dużą liczbę obecnych w opactwie uciekinierów liczba ofiar nie była aż tak wielka. Ocaleli wszyscy mnisi, z których żaden nie został nawet ranny. Nie wiadomo, ilu zginęło przebywających w klasztorze uchodźców, których liczbę szacuje się na 1-2 tys. Na podstawie przeprowadzonych po wojnie badań przypuszcza się, że śmierć poniosło kilkuset cywilów, głównie kobiet i dzieci.

Ani wtedy, ani po wojnie nie znaleziono żadnych dowodów, na to, że w wyniku ówczesnego bombardowania zginął choćby jeden Niemiec. Po bombardowaniu opat Diamare złożył pisemne oświadczenie, że w chwili bombardowania w klasztorze nie było żadnego.

 W trakcie bombardowania tysiące alianckich żołnierzy wiwatowało z radości, będąc święcie przekonanymi, że ich samoloty likwidują niemiecki punkt oporu. Po zbombardowaniu klasztoru przez pierwszą grupę samolotów do sztabu 5 Armii zaczęły napływać meldunki o uciekających „Niemcach”. Dowodem na potwierdzenie ich obecności w klasztorze miał być przechwycony przez nasłuch radiowy tekst: Ist Abt noch im Kloster? Ja, co przetłumaczono: „Czy dowództwo batalionu jest wciąż w klasztorze? Tak”. Szybko jednak okazało się, że tłumaczenie to było błędne. Wprawdzie „Abt” jest wojskowym skrótem oznaczającym dowództwo batalionu, jednak słowo to po niemiecku znaczy także „opat”. Właśnie w tym znaczeniu pojawiło się to słowo w niemieckim meldunku, o czym świadczy dalsza część wiadomości: Sind Moenche darinnen? (Czy są tam mnisi?).

 Fałszywe przekonanie, że Niemcy przystosowali klasztor do celów wojskowych sprawiło, że ta barbarzyńska akcja spotkała się z powszechnym poparciem w USA i Wielkiej Brytanii. Zgoła odmiennie zareagowała Stolica Apostolska, Chociaż Watykan wiedział, że zbombardowano nieobsadzone przez Niemców opactwo, jednak powstrzymano się od publicznego potępienia aliantów za zniszczenie opactwa. Możliwe, że u podstaw tej decyzji leżała obawa, iż znani z braku poszanowania dla zabytków alianci (podczas lądowania na Sycylii alianci dokonali wielkiego spustoszenia wśród tamtejszych zabytków, w tym i kościołów) mogliby nawet zbombardować obsadzony przez Niemców Rzym. Nie była to obawa bezpodstawna. Alianci niszczyli każdy obiekt, w którym podejrzewali obecność Niemców. Tę zasadę zastosowano podczas alianckiego nalotu na letnią rezydencję papieża w Castel Gandolfo, gdzie zginęło jedynie 17 zakonnic.

 Przedwczesna radość

 Radość alianckich żołnierzy była przedwczesna. Nie zdawali oni sobie sprawy, że już wkrótce tysiące z nich będzie musiało oddać życie w walce o ruiny opactwa. Za sprawą aliantów, to miejsce modlitwy i nauki w lutym 1944 r. stało się kluczową pozycją niemieckiego systemu umocnień w ramach tzw. linii Gustawa, zamykającej aliantom najkrótszą drogę do Rzymu.

Najtrafniej scharakteryzował zbrodniczość alianckiego bombardowania włoski pisarz i publicysta katolicki, Vittorio Messori: Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak doskonałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spoczywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru. Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia („Czarne karty Kościoła”, Katowice 2001).

Już pierwsze dni po zburzeniu klasztoru całkowicie skompromitowały tych, którzy twierdzili, że jego zburzenie przyspieszy ofensywę i przyczyni się do zmniejszenia strat. Stało się dokładnie odwrotnie. W czasie próby zajęcia ruin (zostały obsadzone przez niemieckich spadochroniarzy 20 lutego) w nocy z 17 na 18 lutego Dywizja Hinduska poniosła ogromne straty nawet nie zbliżając się do nich. Ogółem w przeprowadzonych tej nocy atakach dywizja straciła 530 żołnierzy, podczas gdy we wcześniejszych dwóch odpowiednio 64 i 130. Tego samego dnia pomimo braku punktu kierowania ogniem w opactwie, co wmawiali alianci, Niemcy odparli atak 200 Nowozelandczyków, zabijając lub raniąc 130 z nich.

 Od lutego do maja Niemcy z powodzeniem odpierali ataki oddziałów alianckich. W maju 1944 r. do walki wszedł dowodzony przez generała Władysława Andersa 2 Korpus Polski, walczący w składzie brytyjskiej 8 Armii. Pierwsze natarcie Korpusu (11-12 V) zostało przez Niemców odparte. Związało ono jednak duże siły nieprzyjaciela i ułatwiło przełamanie niemieckiej obrony przez aliantów. Podczas drugiego natarcia (17-19 V) 2 Korpus zajął wzgórze z ruinami opactwa, a następnie przełamał drugi pas obrony niemieckiej, zwany linią Hitlera. W walce poległo 923 polskich żołnierzy, ok. 3 tys. zostało rannych, zaś 345 uznano za zaginionych. Klasztor nie został zdobyty frontalnym atakiem. Niemcy wycofali się z ruin w nocy z 17 na 18 maja. Polscy żołnierze zajęli rumowisko, w którym znajdowała się grupka ciężko rannych niemieckich żołnierzy.

 Niemcy wycofali się ponieważ alianci nie mogąc zdobyć ich punktów oporu frontalnym atakiem zdecydowali się wreszcie je obejść. W maju alianci zrobili więc to, co na początku roku proponowali generałowie Keyes, Juin i Tuker, tylko, że w ciągu tych pięciu miesięcy w beznadziejnych walkach niepotrzebnie zniszczono wspaniałą budowlę, zaś w walkach o jej ruiny niepotrzebnie straciło życie kilkadziesiąt tysięcy alianckich i niemieckich żołnierzy.

 Antykatolicka nienawiść

 Obecnie nie jest tajemnicą, że alianci podejmując decyzję o zbombardowaniu opactwa, doskonale wiedzieli, że nie było ono zajęte przez niemieckich żołnierzy. Przyznał to ówczesny brytyjski premier Winston Churchill w swojej wielotomowej pracy Druga Wojna Światowa (1952). Jego zdaniem, Niemcy w każdej chwili mogli wykorzystać zabudowania klasztorne do obrony, zaś zniszczenie opactwa miało im to bezpowrotnie uniemożliwić. Jednak podane przez niego uzasadnienie zburzenia opactwa jest sprzeczne z argumentacją głównego inicjatora zbombardowania klasztoru gen. Freyberga.

 Messori nie znajduje innego wytłumaczenia dla tego czynu, jak antykatolicka nienawiść: Amerykanie wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemieckiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego zniszczenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunięcia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. »katolickiego papizmu«. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

 Prawdziwość tych słów wydaje się potwierdzać rozpętana w USA i Wielkiej Brytanii medialna kampania, w której zajadle atakowano dowódców sprzeciwiających się bombardowaniu opactwa. W nagonce tej roiło się od kłamstw i silnych antykatolickich akcentów. Wielu wrogów Kościoła katolickiego nie ukrywało swojej radości ze zbombardowaniu klasztoru: Nie przypominam sobie, żeby coś, co widziałem lub zrobiłem, tak mnie uszczęśliwiło jak widok tego zburzonego na wzgórzu opactwa… Z radością patrzyłem na ten symboliczny rozpad Kościoła i skostniałej tradycji napisał w swoim dzienniku tuż po bombardowaniu kpt. Sidney Waugh, przed wojną znany jako wybitny rzeźbiarz.

 Po wojnie USA i Wielka Brytania uparcie trzymały się tezy, że zniszczenie opactwa na Monte Cassino było uzasadnione. Dopiero w końcu lat 60. XX stulecia w wydawanych w USA publikacjach zatryumfowała prawda. W oficjalnej historii armii amerykańskiej z 1969 r. stwierdzono, że opactwo nie było zajęte przez wojska niemieckie.

Wielka Brytania do dnia dzisiejszego nie zmieniła swego stanowiska o „niekwestionowanych dowodach” na wykorzystywanie opactwa przez Niemców. Żadnej pokory wobec prawdy nie wykazuje Nowa Zelandia, która zawzięcie broni gen. Freyberga. Paradoksalnie, dla niemieckich żołnierzy bitwa na Monte Cassino stanowiła jedną z nielicznych jasnych kart w generalnie haniebnej historii całej II wojny światowej.

 Krzysztof Warecki

===================

Nienawiść masońskich dowódców USA i „sprzymierzonych”  do Kościoła katolickiego jest udokumentowana. Świadczy o niej również podwójna zbrodnia detonacji bomb jądrowych nad Hirosima i Nagasaki – miastami przecież cywilnymi. Nagasaki to ośrodek katolicyzmu w Japonii.

———————————————

Leo Szilard, jeden ze współautorów sławnego listu, podpisanego również przez Einsteina i zaadresowanego do Prezydenta Roosevelta – listu znanego jako początek Projektu „Manhattan”, napisał w 1960 roku, niedługo przed swoją śmiercią, że: „jeżeliby Niemcy rzucili na miasta bomby atomowe, to Amerykanie określili by takie bombardowanie, jako ‘zbrodnię wojenną’ oraz skazaliby w Norymberdze na śmierć przez powieszenie na szubienicy Niemców winnych tej zbrodni”.

Zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki w sierpniu 1945 roku, gdzie „ground zero” czyli „wskazanym celem” była jedyna w Japonii katedra katolicka, było większą zbrodnią wojenną niż zbrodnie generałów japońskich, za które byli oni skazani na śmierć i uśmierceni w Tokio i w Manili .

Inny cytat: Nagasaki: Klasztor zbudowany został wówczas za miastem, za górą, ale jak się później okazało dzięki temu ocalał, gdy Amerykanie rzucili bombę atomową na Nagasaki. Poleciały tylko szyby!

Hymn ku czci szatana w kolebce Solidarności – komu dziś służą władze Gdańska?

Hymn ku czci szatana w kolebce Solidarności

– komu dziś służą władze Gdańska?

[Dopowiadam: To Dulkiewicz i jej „bracia” masoni. Czują się w Gdańsku panami. Mirosław Dakowski]

Hymn ku czci szatana w kolebce Solidarności – komu dziś służą władze Gdańska?

Michał Rogalski | 25/05/2026 polskakatolicka/hymn-ku-czci-szatana-w-kolebce-solidarnosci–komu-dzis-sluza-wladze-gdanska

Obecność symboliki satanistycznej w przestrzeni publicznej otwarcie zaprzecza „neutralności światopoglądowej” świeckiego państwa. W dodatku sytuacja, z jaką mamy do czynienia w Gdańsku w kontekście nadchodzącego Mystic Festival 2026, ukazuje rażący brak wrażliwości władz miasta na przekonania wierzących Polaków

Bluźnierstwo jako „hymn” festiwalu

Skalę prowokacji obrazuje wybór oficjalnego utworu wydarzenia. Jak podaje serwis Metalunderground.com, hymnem tegorocznej edycji został utwór „The Return of Darkness and Evil” w wykonaniu zespołu Behemoth. Tekst ten to bezpośrednia inwokacja do sił ciemności:

„To POWRÓT ciemności i zła / To POWRÓT mojego mistrza szatana (…) Szatan pojawia się w pełnej glorii i dumie / Zgwałcone dusze nieba krzyczą”

Epatowanie tak drastycznymi obrazami — odwróconą liturgią czy przywoływaniem złego ducha — nie jest neutralne. Zgodnie z nauczaniem Kościoła (KKK 2148), bluźnierstwo jest ciężkim wykroczeniem, a jego publiczna promocja prowadzi do niebezpiecznej normalizacji zła wśród opinii publicznej.

Boże Ciało pod znakiem profanacji

Szczególny niepokój budzi dobór daty. Festiwal zaplanowano na dni 3-6 czerwca 2026 r., co bezpośrednio pokrywa się z Uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Bożym Ciałem).

To nieprzypadkowe uderzenie w dogmat o Realnej Obecności Chrystusa. W czasie, gdy miliony Polaków wychodzą na ulice w procesjach eucharystycznych, w sercu historycznego Gdańska planuje się wydarzenie, które tę wiarę lży. Obecność grup takich jak Rotting Christ czy Marduk w dniu tak szczególnym dla katolików to akt buntu przeciwko Stwórcy i próba duchowego wyjałowienia narodu.

Głos katolików kontra milczenie Ratusza

Jako strona społeczna podjęliśmy zdecydowane działania. Nasza petycja do Prezydent Miasta Gdańska, Aleksandry Dulkiewicz, zebrała już prawie 11 tysięcy podpisów. Dokument ten jest jasnym wyrazem sprzeciwu wobec wykorzystywania przestrzeni publicznej do celów antychrześcijańskich.

Niestety, mimo tak potężnego mandatu społecznego, Pani Prezydent ignoruje głos społeczeństwa. Władze miasta, dając przyzwolenie na organizację tego typu wydarzeń w tak symbolicznym czasie, biorą pełną odpowiedzialność za promocję treści, które uderzają w katolików i profanują sacrum.

Publiczny grzech wymaga publicznej ekspiacji

Milczenie w obliczu lżenia Zbawiciela i deptania świętości w naszej Ojczyźnie byłoby zgodą na panowanie ciemności. Dlatego, poza wysyłaniem petycji, stajemy do konkretnej walki duchowej. Zapraszamy wszystkich wiernych do udziału w Różańcu pokutnym, który będzie aktem zadośćuczynienia Bogu za zniewagi, jakich dopuszczają się organizatorzy i uczestnicy festiwalu.

STAŃ DO MODLITWY POKUTNEJ:

·       MIEJSCE: Gdańsk, róg ulic ks. Popiełuszki i Nowomiejskiej

·       TERMIN: 4 czerwca 2026 (Uroczystość Bożego Ciała)

·       GODZINA: 17:00

„Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10, 32).

Niech nasza obecność będzie mężną obroną wiary. Przyjdź, aby wynagrodzić Panu Jezusowi za publiczne bluźnierstwa, które mają dokonać się w sercu Gdańska. Nie pozwólmy, by sacrum stało się sceną profanacji!

100-lecie zamachu majowego czyli jak jido-masoneria przejęła Polskę

100-lecie zamachu majowego czyli jak jido-masoneria przejęła Polskę

Autor: pokutujący łotr, 12 maja 2026

Warto wysłuchać tego wykładu Piotra Błaszkowskiego. Podaje on liczne bardzo ciekawe fakty, o których polska opinia publiczna wie niewiele lub nic.  Decyzję o zamachu majowym dokonanym krwawo rękami sitwy legionowej Piłsudskiego w dniach 12-14 maja 1926 r.,  poprzedziły  rozmowy, jakie prowadził on parę dni wcześniej z najbardziej wpływowym masonem w II RP, Andrzejem Strugiem.

Sytuację uznano za naglącą dla ukrócenia postępu  nowoczesnej  demokratyzacji Polski a także rosnących wpływów antymasońsko-antyjewrejskiej myśli narodowej oraz postaw intelektualnych i duchowych szerzonych przez Romana Dmowskiego i jego zwolenników. A było się  kogo bać, bo ten bywały w świecie i znający biegle kilka języków, wykształcony i oczytany patriota górował o parę wysokości nad chamowatym, niedouczonym pyszałkiem Piłsudskim, uważającym siebie za wybrańca bogów, bo tak mu wywróżyła Cyganka i do tego nie za Polaka, a za Litwina. Jednak sam Dmowski stronił od walki o władzę polityczną dla siebie, motywując to – w zacytowanym w poniższym filmie liście prywatnym, zamieszczonym w wydanych w USA przez wyd. Gryf źródłach – że świadom gigantycznych wpływów jidostwa w Polsce i na świecie a także jakim jest najbardziej przez nich znienawidzonym politykiem polskim, w razie objęcia najwyższych stanowisk, pewnie długo by się nimi nie cieszył. Wolał zatem stawiać na przebudowę duchową Polaków przez swe rozliczne publikacje – do dziś budzące zachwyt precyzyjną myślą polityczną, filozoficzną i  olbrzymią wiedzą historyczną – i mające dopomóc w stworzeniu silnych, nowoczesnych i dynamicznych elit politycznych, wolnych od pęt masońskich i nakierowanych na polski interes narodowy.

Nie ma dowodów na to, że Piłsudski był członkiem którejś z lóż polskich, choć było nimi wielu polityków z jego najbliższego otoczenia (Miedziński, Prystor, Koc, Bartel, Sławek,  Zaleski, żeby wymienić tylko paru). Sprzyjał on jednak wstępowaniu do lóż swych kamratów legionowych, którzy utworzyli w Polsce międzywojennej aż dwie wielce wpływowe loże wojskowe: Walerian Łukasiński i Mochnacki.  Jędrzej Giertych w swych londyńskich opracowaniach wysnuwa tezę, mogącą wyjaśnić  ów zdumiewający brak nazwiska Piłsudskiego w archiwach polskich lóż. (Przypomnijmy, że takie związki mieli co najmniej dwaj jego bracia, Bronisław – antropolog i okultysta oraz Jan, wybitny mason II Rzeczpospolitej).

Otóż Józef miał być  zainicjowany jeszcze w latach przed 1 Wojną Światową w Wielkiej Brytanii , gdzie dotarł do wysokiego stopnia lożowego “rycerza kadosza” i nie było wskazane, aby tak wysoko usytuowany europejski mason bratał się w jakichś w lożach lokalnych ze swymi podwładnymi. Brzmi to przekonywająco.

Jidowsko-masoński zamach na ustrój parlamentarno-demokratyczny w Polsce kosztował życie 379 osób: 215 żołnierzy i 164 osób  cywilnych według rachunków zapewne zaniżonych, bo świadkowie naoczni tamtych zdarzeń zgodnie oceniają to jako “masakrę ludności cywilnej”.  Obalono rząd Wincentego Witosa i zmuszono do dymisji prezydenta Stanisława Wojciechowskiego.  Zaczęto od natychmiastowego obsadzenia strategicznych przyczółków władzy “swoimi ludźmi”, wprowadzenia cenzury a także uwięzień i skrytobójstw przeciwników politycznych (najgłośniejszy przypadek – gen. Zagórski), wyrzucania z posad osób wpływowych intelektualnie i ich prześladowania, także przez napaści bojówek na ich mieszkania (głośne skatowanie wileńskiego profesora Stanisława Cywińskiego i jego proces o “obrazę narodu polskiego” w osobie Marszałka).

Miało tak trwać aż do napaści Niemiec i Sowietów na Polskę w 1939 r. i solidarnej ucieczki z kraju całej tej piłsudczykowskiej hałastry zaraz na początku działań wojennych, wraz z wodzem naczelnym armii. Krótko po przewrocie – zaznaczmy – wybrano też hymn Polski w postaci piosneczki żołnierskiej “Jeszcze Polska”, byle ubiec  możliwość upodobania sobie przez Polaków “Boże coś Polskę”, “Roty” Marii Konopnickiej lub, nie daj Boże, “Bogurodzicy”. A w godle Polski królewskiego orła z zamkniętą koroną suwerena wymieniono na rozcapierzoną kurę w otwartej koronie, ze skrzydłami przybitymi do podłoża masońskimi gwoździami o pięciu rogach.

I tak Piłsudski zakończył polityczny byt Polski niepodległej. Potem, niestety  – po jeszcze paru latach nadziei, dzięki niebywałemu zrywowi intelektualnemu i technologicznemu nowego pokolenia Polaków (pokolenia – dodajmy – które wkrótce prawie w całości legło pod ruinami Warszawy i innych miast Polski, ugrzęzło w obozach i zesłaniach, gdzie tylko część przeżyła lub zmarniało na emigracji, gdy  ktoś miał szczęście uciec w porę)  –  miało już być tylko gorzej.

Chyba już nadszedł czas najwyższy dla bardziej światłej część obywateli polin czy peerel bis, rządzonego dziś przez obcą agenturę lub przez kompletnych matołów albo zramolałych durniów, pogrobowców piłsudczyzny, by ten najbardziej szkodliwy mit odzyskanej w 1918 r. Niepodległej Polski w końcu rozliczyć wedle należnej mu miary i podjąć próby odwrócenia jego fatalnych skutków w historii.

Bratniej krwi kurz majowy. Piłsudski, masoni i rachunki krzywd

Bratniej krwi kurz majowy. Piłsudski, masoni i rachunki krzywd

12 maja 2026 Andrzej Solak pch24/bratniej-krwi-kurz-majowy-pilsudski-masoni-i-rachunki-krzywd

zamach-majowy-NAC-PIC_1-P-2711-4 (1).jpg
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Członkowie rodziny jednej z ofiar przewrotu majowego pogrążeni w żałobie.

W maju 1926 roku warszawski bruk zasłały ciała setek zabitych i rannych Polaków. W stolicy trwała bitwa między wojskami wiernymi prezydentowi i rządowi Rzeczypospolitej a uczestnikami puczu marszałka Józefa Piłsudskiego.

Polityczne swary polskich „plemion” doprowadziły do walk bratobójczych. Wszystko zaczęło się w dniu 12 maja, gdy zbuntowane oddziały Piłsudskiego wkroczyły do stolicy. Rebelianci wszem i wobec kolportowali kłamliwą wieść o zbrodniczym ostrzelaniu willi marszałka w Sulejówku, jakoby dokonanym przez prawicowców. Nawoływali do obalenia centroprawicowego rządu Wincentego Witosa, do walki z „partyjniactwem” i „sejmokracją”. Głosili konieczność „sanacji moralnej” – uzdrowienia polskiego życia publicznego, która mogła się dokonać ponoć tylko pod rządami piłsudczyków.

Pewne, zaprawione szable

Piłsudski szedł na Warszawę zrazu na czele dwóch tysięcy żołnierzy, wcześniej skoncentrowanych na manewrach w Rembertowie. Zwolennicy marszałka do dziś utrzymują, że nie planował on zbrojnego obalenia rządu, a „jedynie” swego rodzaju „demonstrację siły”, licząc, że zmusi ona legalne władze do ustąpienia.

Czyżby? Przecież maszerującym oddziałom Piłsudskiego wydano ostrą amunicję. Każdy, kto służył w wojsku ma świadomość, że w armii w czasie pokoju dystrybucja nabojów podlega rygorystycznym procedurom. Żołnierze mogą otrzymać ostre „patrony” wyłącznie na strzelnicy oraz do wykonywania „zadań bojowych” (takich jak służba wartownicza, patrole, konwojowanie). A jakież to zadania bojowe przewidziano w maju 1926 roku dla dwutysięcznej żołnierskiej braci, wplątanej rozkazami dowódców w antyrządową „demonstrację siły” w stolicy?

Być może Piłsudski rzeczywiście za to nie odpowiadał. Zapewne nie planował wszystkich szczegółów akcji. Jednakże w jego otoczeniu znalazły się przewidujące osobistości, które zadbały o środki militarne, na wypadek, gdyby sama „demonstracja siły” zawiodła. Potwierdza to sytuacja już po wybuchu walk bratobójczych – Piłsudski zdradzał wówczas oznaki całkowitego załamania nerwowego, jednak dowodzenie nad wojskiem rokoszan natychmiast przejęli zaangażowani w bunt generałowie.

Wcześniej czciciele marszałka nie kryli, że gotowi są wspierać ambicje polityczne ich idola także z bronią w ręku. Właśnie tak powszechnie interpretowano sławne spotkanie wyższych dowódców  w Sulejówku w listopadzie 1925 roku, kiedy generał Gustaw Orlicz-Dreszer zwrócił się do marszałka słowami: Chcemy, byś wierzył, że gorące chęci nasze, byś nie zechciał być w tym kryzysie nieobecny, osieracając nie tylko nas, wiernych Twoich żołnierzy, lecz i Polskę, nie są tylko zwykłymi uroczystościowymi komplementami, lecz że niesiemy Ci prócz wdzięcznych serc i pewne, w zwycięstwach zaprawione szable”.

A w maju 1926 roku to właśnie Orlicz-Dreszer dowodził będzie militarnymi operacjami puczystów! Gdybyśmy przyjęli tezę o „spontanicznym i przypadkowym” charakterze zamachu majowego, musielibyśmy uznać Józefa Piłsudskiego za wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju nieudacznika, który osiągał swoje cele polityczne zupełnie niechcący, wbrew sobie („nie chciał” dokonać zamachu stanu – a go dokonał; „nie chciał” walk bratobójczych – a do nich doprowadził; „nie chciał” obalać rządu siłą – a go obalił…).

Liczni szatani byli tam czynni

Czy zaangażowanie w przewrocie ograniczało się jedynie do kręgów piłsudczykowskich?

Ongiś profesor Ludwik Hass, człowiek o dość skomplikowanym, niekoniecznie chlubnym życiorysie acz niekwestionowany znawca dziejów masonerii, wystąpił z zaskakującą tezą: decyzja o przeprowadzeniu zamachu stanu i obaleniu rządów prawicy podjęta została przez zakonspirowaną grupę masonów z Wielkiej Loży Narodowej Polski oraz Zakonu Wolnomularstwa Zjednoczeniowego.

Znaczące, że profesor Hass w swoich badaniach dziejów i wpływów masonerii zawsze zajmował postawę niezwykle ostrożną, a przy tym ogromnie dla lóż przyjazną, wręcz ostentacyjnie sceptyczną wobec „masońskich knowań” i „spiskowej teorii dziejów”. Tym większe wrażenie robią jego ustalenia na temat wolnomularskiej konspiracji z lat 20. XX wieku i udziale masonów w przygotowaniu „postępowego zamachu stanu”.

Poza wszelką dyskusją jest fakt, że w najbliższym otoczeniu marszałka roiło się od wolnomularzy. Ot, Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Walery Sławek, Edward Rydz-Śmigły, Stefan Dąb-Biernacki, Adam Koc, Marian Zyndram-Kościałkowski, Kazimierz Bartel, Stanisław Car, Leon Kozłowski, Bogusław Miedziński, Aleksander Prystor, Felicjan Sławoj Składkowski, Wojciech Stpiczyński, August Zaleski, Tadeusz Kruk-Strzelecki, Bronisław Pieracki, Kordian Zamorski, Janusz Jędrzejewicz – by wymienić tylko niektórych.

W przypadku oceny działań polityków zaangażowanych w lożach, mafiach czy innych tajnych stowarzyszeniach zawsze pojawia się dylemat – czy swoje decyzje podejmowali samodzielnie, czy też wedle instrukcji swoich ukrytych w cieniu „mistrzów”?

W trakcie rokoszu Piłsudskiemu udzieliły poparcia ugrupowania lewicowe i skrajnie lewicowe – Stronnictwo Chłopskie, PSL „Wyzwolenie”, a nawet Komunistyczna Partia Polski – będąca w istocie sowiecką agenturą! Wsparło go wreszcie najpotężniejsze ugrupowanie lewicy – Polska Partia Socjalistyczna (PPS). To zarządzony przez PPS strajk kolejarzy zadecydował o powodzeniu przewrotu i upadku rządu, jako że uniemożliwił odsiecz Warszawy.

Piłsudczycy, masoni, socjaliści, lewacy, sowieccy agenci… Wszyscy oni mieli różne poglądy i różnorakie cele, ale jednoczyło ich jedno: nienawiść do polskiej prawicy.

Pierwsze boje

Wcale nie musiało dojść do najgorszego. 12 maja w obliczu nadciągających wojsk buntowników rząd i prezydent ogłosili odezwy.

– Żołnierze  Rzeczypospolitej! – głosił manifest prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, konstytucyjnego zwierzchnika sił zbrojnych. – Honor  i Ojczyzna – to hasła, pod  którymi  pełnicie zaszczytną służbę pod sztandarami Białego Orła. Dyscyplina i bezwzględne posłuszeństwo prawowitym władzom i  dowódcom to  najważniejszy  obowiązek  żołnierski, na który składaliście przysięgę. Wierność Ojczyźnie, wierność konstytucji, wierność legalnemu   rządowi   jest   warunkiem dotrzymania  tej przysięgi.

Rebelianci zajęli wpierw warszawską Pragę. Wojska rządowe zablokowały mosty na Wiśle. Wciąż nie doszło jeszcze do rozlewu krwi. Około godziny 16 na moście Poniatowskiego spotkali się dwaj główni adwersarze: prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski oraz przywódca puczystów Józef Piłsudski. Lider rebeliantów bardzo liczył na przeciągnięcie na swoją stronę prezydenta, z którym przecież łączyła go wspólna przeszłość w PPS. Wojciechowski wybrał jednak legalizm.

– Zbliżył się on sam do mnie – wspominał prezydent. – Powitałem go słowami: „Stoję na straży honoru Wojska Polskiego”, co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękę i zduszonym głosem powiedział: „No, no! Tylko nie w ten sposób…”. Strząsnąłem jego rękę, nie dopuszczając do dyskusji: „Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu…”.

Zauważmy, że prezydent wcale nie zabraniał Piłsudskiemu realizacji jego racji i ambicji; żądał jedynie, by ten działał zgodnie z prawem.

– Dla mnie droga legalna zamknięta – odpowiedział marszałek.

Rokowania zawiodły, rozmówcy wycofali się. O 17.41 padły pierwsze strzały; oddali je piłsudczycy, z wież przy praskiej głowicy mostu Poniatowskiego, w stronę podchorążych Oficerskiej Szkoły Piechoty. W istocie nie miało znaczenia, kto strzelił pierwszy. Oddziały Piłsudskiego odmawiając podporządkowania się prezydentowi i rządowi stały się nielegalną, uzbrojoną siłą rebeliancką winną zbrodni stanu. Wojska rządowe miały obowiązek podjąć przeciw nim działania, tak samo jak czyniły w poprzednich latach choćby przeciw bojówkom komunistycznych i ukraińskich dywersantów na Kresach Wschodnich.

Wojna domowa

Wkrótce odnotowano kolejne wymiany ognia. Piłsudczycy zaatakowali i zdobyli most Kierbedzia, po czym wkroczyli do lewobrzeżnej Warszawy. Rozgorzały boje z udziałem piechoty, artylerii, czołgów, samochodów pancernych, a nawet samolotów.

W garnizonach w całej Polsce panowało poruszenie. W rejonie Warszawy trwała koncentracja sił buntowników. Do puczu przyłączyły się okręgi wojskowe i garnizony w Wilnie, Grodnie, Brześciu, Łodzi… Z kolei wierne rządowi pułki z Poznania, Torunia i Krakowa ruszyły na Warszawę, choć akcję paraliżował wspomniany strajk na kolei zorganizowany przez socjalistów oraz opanowanie przez rebeliantów węzła kolejowego w Częstochowie.

„Kurier Warszawski” pisał: „Straszne, okrutne, potworne słowo: wojna domowa, stało się w Polsce rzeczywistością. Na pokolenie współczesne, któremu Opatrzność pozwoliła doczekać się cudu wskrzeszenia niepodległej ojczyzny, zesłana została najsroższa klęska, jaką tylko można sobie wyobrazić. Naród napiętnowany hańbą stuletniej niewoli, wolności swej tak cudownie zdobytej, nie umie wyzyskać inaczej niż w bratobójczej walce. Doświadczenia historji, chociaż tak nieopisanie dramatyczne, nie nauczyły nas niczego. Polska demokratyczna odradza się w błędach dawnych, a tak posępnych, że wydają się wieczystym przekleństwem narodu”.

Dobro kraju

Były jeszcze inne zagrożenia. Wypadki w Polsce z uwagą obserwowali jej sąsiedzi. Generał Władysław Sikorski donosił ze Lwowa o ruchach wojsk sowieckich na granicy, również o wzmożonej aktywności środowisk nacjonalistów ukraińskich. W Poznaniu Roman Dmowski, nestor polskiej prawicy narodowej ostrzegał:

– Jeżeli można w trzy dni rozegrać batalię z nadzieją zwycięstwa, można ją wydać. Na wojnę domową trwającą kilka tygodni nie można sobie pozwolić, chociażby z uwagi na niebezpieczeństwo niemieckie.

Dla rządzących dobro kraju było ważniejsze niż polityczne spory. 15 maja prezydent Wojciechowski wydał swym żołnierzom rozkaz złożenia broni, po czym wraz z całym rządem Witosa ustąpił. Jak stwierdził:

– Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby na dziesięć lat, niż żeby na sto lat zagarnęły Polskę Sowiety.

Wojciechowski politycznie przegrał, ale jego troska o losy Ojczyzny przynosi mu zaszczyt. Druga strona nie ujawniła przesadnych skrupułów. Piłsudczyk Janusz Jędrzejewicz radośnie wieszczył triumf, przy okazji nurzając przeciwników w błocie:

– Padł rząd nieprawości, rząd brudnych rąk i niecnych poczynań. Ustąpił reprezentant państwa, który nie tylko nie potrafił dotrzymać przysięgi swego najwyższego urzędu, ale sam, własnoręcznie, z niepojętą ślepotą, wywołał bratobójczą walkę, pokrywając swoją zarówno formalno-prawną, jak i moralną nieodpowiedzialnością łajdactwa szantażystów-generałów i spekulantów-polityków.

Mamy w tej wypowiedzi radość z zagarnięcia władzy, pogardę dla pokonanych, kłamliwe insynuacje i absolutny brak skruchy z powodu śmierci setek Polaków. Jest też, charakterystyczna i dla współczesnej lewicy mentalność, wedle której za rozlew krwi odpowiada broniąca się ofiara, a nie sprawca napadu.

Kainie, gdzie jest brat twój?

Cena za zrealizowanie politycznych ambicji Józefa Piłsudskiego była straszna. Wedle oficjalnych danych podczas walk w dniach 12 – 15 maja odnotowano śmierć 379 Polaków oraz zranienie kolejnych 920. Pokaźną część strat w tym zestawieniu (164 zabitych i 314 rannych) stanowili przypadkowi cywile, którzy znaleźli się w zasięgu ognia zwaśnionych stron. Po latach na ogół dobrze poinformowany historyk piłsudczykowski Władysław Pobóg-Malinowski zwiększył pokłosie przewrotu do 400 zabitych i 1500 rannych.

Powie ktoś, że były to czasy pełne przemocy. Toż cztery lata wcześniej pierwszy wybrany prezydent, wolnomularz Gabriel Narutowicz sprawował swe obowiązki ledwie tydzień, nim zginął od kul zwolennika prawicy Eligiusza Niewiadomskiego. Jednakowoż tamten zamachowiec wcale nie domagał się stanowisk i zaszczytów; nie próbował uniknąć odpowiedzialności. Obiektywnie przyznał się do „złamania prawa”, a skazany na śmierć określił wyrok jako „sprawiedliwy i potrzebny”. W przeciwieństwie do niego Józef Piłsudski, depcząc po trupach czterystu Polaków sięgnął po władzę, narzucił obowiązkowy kult własnej osoby i do dziś odbiera publiczne hołdy.

„Sanacja moralna”

Ustrój II RP nie był idealny. Polska demokracja z lat 1922-1926 miała swoje wady, ale i niezaprzeczalne osiągnięcia. Opanowano szalejącą hiperinflację, stworzono mocną złotówkę, rozpoczęto budowę Gdyni, wprowadzono reformę rolną, okiełznano czerwoną i niebiesko-żółtą dywersję na Kresach… Tak naprawdę na wiosnę 1926 roku nie było powodu, który by usprawiedliwiał siłowe przejęcie władzy za cenę życia kilkuset Polaków. A jaką to „sanację moralną” zafundowali Polsce piłsudczycy?

Obalony przez rokoszan rząd Wincentego Witosa tworzyła centroprawicowa koalicja ludowców, narodowców i chadeków. Teraz na scenę wkroczyły inne siły. Na najwyższych stanowiskach państwowych zaroiło się od wolnomularzy. Na 16 rządów piłsudczykowskich (1926-1939) aż w 13 stanowisko premiera piastował mason! To piłsudczycy, jako pierwsi rządzący w dziejach Polski (a w świecie drudzy po bolszewikach) częściowo zalegalizowali aborcję. Były fałszerstwa wyborcze i skandale finansowe. Zaniedbano rozwój sił zbrojnych, w tym wojsk pancernych i lotniczych, co zemściło się potem strasznie we wrześniu 1939 roku. Symboliczna była zmiana Godła Państwowego – w 1927 r. usunięto krzyż z korony Orła, w zamian na jego skrzydłach umieszczono dwie pięcioramienne gwiazdy.

Piłsudczykowscy „moraliści” aresztowali generała Władysława Zagórskiego (oficjalnie „zaginął bez wieści” – do dziś nie wiadomo, gdzie ma grób). Uwięzili autora Cudu nad Wisłą generała Tadeusza Rozwadowskiego (schorowany, zmarł wkrótce po uwolnieniu, [najprawdopodobniej zatruwany w więzieniu md] ). W celach wylądowali Wincenty Witos, Wojciech Korfanty i wielu innych zasłużonych dla Ojczyzny. To polscy narodowcy byli pierwszymi zesłanymi do niesławnego obozu w Berezie Kartuskiej.

W „pomajowej” Polsce wprowadzono cenzurę prasy i na różnorakie sposoby prześladowano opozycję. Manifestacje protestacyjne rozpędzano brutalnie, niekiedy krwawo (minister spraw wewnętrznych Marian Zyndram-Kościałkowski ostro rugał zbyt powściągliwych policjantów, wzdragających się przed strzelaniem w tłum: „Były przypadki, że zamiast jednej salwy w powietrze, a drugiej w tłum, dawano kilka salw w powietrze, przez co tłum przestawał się bać i atakował posterunki policyjne”). Co do tortur stosowanych w aresztach i więzieniach, to nawet komendantowi głównemu policji gen. Kordianowi Zamorskiemu wyrwało się raz szczerze: „Pacyfikacja Hołob i okolicy. Czy jest to celowe? Nie są to komuniści, tylko głodni nędzarze, zmaltretowani nędzą przyznają się do wszystkiego, skoro bicie mimo pięknych słów istnieje i to bicie bestialskie”.

Sanacja próbowała kokietować ukraińskich nacjonalistów, ułaskawiając Stepana Banderę i jego zakapiorów. Za to w ramach walki z rzekomymi pozostałościami po wpływach rosyjskich przeprowadziła barbarzyńską akcję niszczenia prawosławnych cerkwi na Chełmszczyźnie (ku wzburzeniu dotąd spokojnej ludności „tutejszej”) oraz forsowała prawdziwie samobójczą ideę ukrainizacji Wołynia.

Rachunki krzywd

Obrońcy sanacji pocieszają się, że jej represyjności nie da się porównać do terroru w III Rzeszy i w Związku Sowieckim. Tym niemniej „pomajowa” władza odpowiadała za śmierć setek Polaków – zabitych podczas rokoszu, w trakcie strajków i demonstracji, zamęczonych w więzieniach i aresztach, zamordowanych skrytobójczo. To haniebna skaza na naszych dziejach, której nie przykryje natrętne przypominanie, że Hitler i Stalin byli jeszcze gorsi.

– Są w ojczyźnie rachunki krzywd – napisał poeta. Ofiar zamachu majowego i innych zamordowanych przez sanację nie uczczono do dziś. Kilka dziesiątków lat przed „moralnym” rokoszem inny twórca dał przejrzystą wskazówkę, którą nie wszyscy raczyli przeczytać:

Na obce wojny zachowajcie męstwo.

W wojnie domowej – śmiercią jest przegranie.

W wojnie domowej hańbą jest zwycięstwo.

Andrzej Solak

Mafia masońska na ławie oskarżonych w stolicy Francji

Mafia masońska na ławie oskarżonych. Niebywałe zarzuty w stolicy Francji

Patryk Idziak 30 marca 2026 interia.pl/zagranica/mafia-masonska-na-lawie-oskarzonych

Sąd w Paryżu rozpoczął proces przeciwko 22 osobom, które oskarża się o morderstwo i inne przestępstwa na rzecz mafii masońskiej. Wśród oskarżonych znajdują się funkcjonariusze francuskiej policji, żołnierze, byli agenci wywiadu oraz biznesmeni.


Niebieska szarfa z czerwonymi brzegami i złotym symbolem cyrkla i węgielnicy (masoneria) w dłoni w garniturze.

W Paryżu rusza proces 22 podejrzanych o współpracę przestępczą z masonerią

QUENTIN DE GROEVE / HANS LUCASAFP

Masonom zarzucono tworzenie „oddziałów śmierci”. Mieli dopuścić się morderstwa, napaści ze szczególnym okrucieństwem oraz spisku przestępczego na rzecz sieci mafijnej w ramach loży – na ławie oskarżonych zasiadło co najmniej czworo z jej członków.

Większość oskarżonych to osoby w wieku od 30 do 73 lat i z czystą kartoteką kryminalną. Wśród nich są czterej wojskowi francuskiej służby wywiadu zagranicznego, dwóch policjantów, emerytowany oficer wywiadu krajowego, ochroniarz oraz dwóch biznesmenów.

Proces masonerii w Paryżu. Zarzuty o tworzenie „oddziałów śmierci”


Jak informuje agencja AFP, szczegółowe zarzuty dotyczą zabójstwa kierowcy wyścigowego, usiłowania zabójstwa trenera biznesowego i działacza związkowego oraz wcześniej podawanych oskarżeń odnośnie spiskowania na rzecz masonów.

Śledztwo w tej sprawie rozpoczęto po nieudanym zabójstwie na zlecenie w lipcu 2020 roku, kiedy dwóch żołnierzy zostało aresztowanych za poruszanie się z bronią w pobliżu domu trenerki biznesowej.

Podczas przesłuchania zatrzymani tłumaczyli przed sądem, że poproszono ich o zabicie kobiety w imieniu państwa francuskiego, ponieważ – jak twierdzili – miała ona szpiegować dla izraelskiej agencji wywiadowczej Mossad.

Lider francuskiej loży masonów odpowie przed sądem. Są komplikacje


Na późniejszym etapie śledztwa odkryto, że zlecenie było powiązane z liderem loży Athonar. Jak wówczas ustalono, mason miał zlecić członkom swojej organizacji jeszcze inne morderstwo. Ujawniono co najmniej kilka przypadków prób zastraszania lub zemsty za „wejście w drogę” wolnomularzom.

Proces przeciwko oskarżonym ma potrwać co najmniej trzy miesiące. Nie wiadomo jednak, czy lider masonów będzie odpowiadał w pełni za swoje czyny, ponieważ w chwili zatrzymania miał próbować odebrać sobie życie i doznać uszczerbków na zdrowiu powodujących częściową niesprawność.

Źródło: AFP, France24

Tworzą „religię dla wszystkich”. Różokrzyżowcy, chasydyzm, Chabad Lubawicz, sufizm, zielonoświątkowcy, charyzmatycy, Franciszek.

Czas stworzyć „religię dla wszystkich”. Różokrzyżowcy, chasydyzm, Chabad Lubawicz, sufizm, zielonoświątkowcy, charyzmatyzm, Franciszek.

Masoneria polska 2023. Ostatni etap” – książka Stanisława Krajskiego

Str. 224-9

por.: “Masoneria polska 2023. Ostatni etap” – nowa książka Stanisława Krajskiego ]

==============================

Jedyna „prawdziwa” religia po Wielkim Resecie, czyli „Odnowa” w duchu… masońskim.

Masoni już od wieków powtarzają: „wszystkie religie są sobie równe”; „wszystkie religie powinny stopić się w jedną”. Ich problemem była jednak odpowiedź na pytanie: jak to w praktyce zrobić? I tak, na przykład, w odniesieniu do chrześcijaństwa zastosowali metodę poganizacji bezpośredniej (e odniesieniu do prawosławia) i metodę „reformy’” (w odniesieniu do katolicyzmu).

Metoda zastosowana w stosunku do prawosławia w znacznej mierze się udałą (pisałem o tym dużo w książce pt. „Masoneria polska 2022. Polska w kleszczach masonerii”). Planowali trzy reformy (reformacje) katolicyzmu: pierwsza – luteranizm, druga – kalwinizm, trzecia doktryna różokrzyża, czyli ostatecznie, w efekcie, tzw. chrześcijaństwo wodnikowe.

To nie do końca się udało, choć spowodowało rozczłonkowanie, osłabienie oraz rozwodnienie katolicyzmu. Różokrzyżowcy, którzy pojawili się przed powstaniem protestantyzmu i zainicjowali go oraz starali się przyspieszyć „reformy” mieli, na podorędziu, jeszcze jeden pomysł, który zaczęli realizować powoli w pierwszych latach XX Wieku.

Paul Sedir, jeden z dzisiejszych ideologów Różokrzyża stwierdza w pracy pt. „Różokrzyżowcy. Historia i nauka”, że jedną z najważniejszych postaci, W świetle tej doktryny, jest anioł (a raczej demon), który nazywa się Iilias Artista, i który „ujawnia się światu poprzez nich (Różokrzyżowców dop. S. K.) za ich ofiarną zgodą” — „wciela się w istoty dobrej woli, które „o przywołują”. Max Heindel, inny współczesny ideolog Różokrzyża, mówi, w pracy pt. „Światopogląd Różokrzyżowców. Ezoteryczne chrześcijaństwo przyszłości”, o duchach Lucyferów. Aniołowi ci zagnieżdżają się w ludziach, zyskując w ten sposób, jako duchy, nowe możliwości poznania i działania. Robią to za zgodą ludzi, ofiarowując im za to wolność i elementy boskości. Max Heindel pisze w cytowanej tu już pracy, że po śmierci Chrystusa „Wielki Duch Słońca wyzwolony został z fizycznego ciała Jezusa i z własnymi ciałami wstąpił w Ziemię”. Stwierdza: „Od tej chwili ścieżka wtajemniczenia stoi otworem dla wszystkich, którzy chcą na nią wstąpić”.

W ten sposób, stwierdza Heindel, „rozpoczyna się epoka Ducha Świętego, który jest istotą stojącą wyżej człowieka, kimś innym niż Syn i Ojciec”. Rozpoczęcie się epoki Ducha Świętego spowodowało, że Apostołowie nim napełnieni mówili różnymi językami. „Osiągnąć to może każdy – kto szczerze dąży do zjednoczenia z Duchem Świętym. Wtedy zacznie on mówić różnymi językami”l

Jednym z pierwszych „duchaczy” był, żyjący w XVIII wieku, hrabia St. Germain (późniejsza, jak mówią Różokrzyżowcy, reinkarnacja Christiana Rosenkrauza, założyciela Zakonu Różokrzyżowców), który mówił wszystkimi językami, a ludzie, którzy z nim rozmawiali przekonani byli, że jest on tej samej narodowości, co oni. „On również osiągnął – jak stwierdza Heindel – pełne zjednoczenie z Duchem Świętym”. Duch Święty to był, w założeniu Różokrzyżowców (ojców masonerii), w istocie, Szatan. W poszczególnych wspólnotach tej sekty, gdy objawiał się „Duch Święty” objawiały się, w istocie, różne demony.

Tę koncepcję ukrycia Szatana i demonów pod przykrywką Ducha Świętego podjęło na przełomie XIX i XX wieku kilku amerykańskich masonów.

Najważniejszy był tu niejaki Charles Parham (1873-1929). Można znaleźć wiele wiarygodnych źródeł mówiących o przynależności Parhama do masonerii i zajmowaniu w niej wysokiego stanowiska (podaję je w książce pt. „Masoneria polska 2018.Wojna demonów”). Parham był również przez wiele lat aktywnym członkiem Ku Klux Klanu.

Trzeba przypomnieć, że Ku Klux Klan był organizacją masońską. Założył go ojciec masonerii amerykańskiej Albert Pike uznawany za jeden z największych, o ile nie największy, autorytet masonerii. Dodajmy,że zachował się list Parhama do żony z 1928 r., z jednej z jego podróży, w którym pisał, że wiezie młotek jako prezent dla loży masońskiej będący wyrazem szacunku („I am going to bring a gavel home with me I am going to present it to the Masonic lodge in Baxter Springs with my respects”).

Partham był założycielem ruchu zielonoświątkowców. Za jego sprawą nastąpiło w pierwszy dzień 1901 r. pierwsze „zstąpienie Ducha Świetnego”. Parham „sformułował pierwotną zielonoświątkową doktrynę”. Jej punktem wyjścia było twierdzenie, że gdy ma miejsce „Chrzest w Duchu Świętym”, następuje też „mówienie językami” i jest ono „biblijnym dowodem”, że on się odbył. Do istoty tej doktryny należy zaliczyć przeświadczenie, że „doktrynalne idee” wypracowuje się w „prywatnej medytacji” jako efekt swoistego dialogu z Duchem Świętym.

Parham odrzucał wszelkie autorytety twierdząc, że „Duch Święty porozumiewał się z nim bezpośrednio”. Stąd mógł przyjmować „dogmaty”, których jakiegokolwiek potwierdzenia nie można było znaleźć w Piśmie Świętym. Warto w tym momencie podkreślić, że w takim ujęciu, jakie proponuje Parham, występuje bezpośrednia relacja człowieka z Duchem Świętym, poza Chrystusem.

Zauważmy, że Zielone Świątki – święto Zesłania Ducha Świętego było zawsze (przed Soborem Watykańskim II) świętem powstania Kościoła. Zesłanie Ducha Świętego nastąpiło ten jeden raz i apostołowie zmienili się w biskupów i pojawiła się sukcesja apostolska oraz wszystkie tego konsekwencje.

Następne zesłanie Ducha Świętego, gdyby, teoretycznie rzecz biorąc, się pojawiło byłoby ustanowieniem przez Boga nowego Kościoła. To jednak jest niemożliwe, a oczywiste jest, przynajmniej dla katolika, że duch, który przyszedł na wezwanie Parhama to nie jest Duch Święty, to jest sam Szatan lub któryś z demonów.

Minęło 66 lat (znamienna liczba, prawda?), i jak pisze Maria Kominek w materiale pt. „Odnowa w Duchu Świętym”: „W roku 1967 czterech członków pewnej katolickiej grupy modlitewnej z Pittsburgha, stan Pensylwania nawiązało kontakt z pewną międzywyznaniową grupą protestancką. Ciekawostką jest, że dwie osoby z tej grupy było wykładowcami teologii na uniwersytecie w Pittsburghu. Na kolejnym ”spotkaniu doszło do modlitwy nad nimi, nałożono na nich ręce. Byli to Ralf Keifer i Patrick Bourgeois. Zaledwie w tydzień potem Ralf Keifer nałożył ręce na inne osoby, które też otrzymały dar glosolalii. I tak Pentecostyzm wszedł do Kościoła Katolickiego. Dalej – można prześledzić ciąg nakładania rąk i otrzymywania charyzmatycznych owoców chrztu w Duchu Świętym. Można prześledzić rozprzestrzenianie się ruchu w środowiskach luteranów, metodystów, anglikanów itd. Zawsze będzie tak samo – przekazywanie daru przez nakładanie rąk przez kogoś na kogo uprzednio nałożono ręce. Rzec by można sukcesja metodysty Parhama. O tym się nie mówi, jakoś się tego nie zauważa. Ale jest to bodajże najistotniejszy element ruchu Odnowy”.

Początkowo Odnowa w Duchu Świętym działająca w ramach Kościoła katolickiego starała się o to, by postrzegano ją jako ruch czysto katolicki. Później była coraz bardziej „ekumeniczna”. Coraz więcej jej wspólnot odchodziło z Kościoła przechodząc do protestantów lub tworząc własne „kościoły”. Dobry jest tu przykład z Kalisza. Oto co czytamy w Wikipedii: „Centrum Chrześcijańskie Miecz Ducha w Kaliszu — związek wyznaniowy powstały na bazie początkowo rzymskokatolickiej grupy charyzmatycznej (Ruch Odnowy w Duchu Świętym), zarejestrowanej w 1998 jako niezależny protestancki Kościół Chrześcijański Miecz Ducha”. Obecnie już często nie ukrywa swojego niekatolickiego charakteru, a jej liderzy, tacy jak Marcin Zieliński, mają wsparcie wielu biskupów (np. abp. Grzegorza Rysia).

Charyzmatycy to dziś jedyny chyba żywy ruch w ramach protestantyzmu i liczebnie dominujący. Charyzmatycy przejmują Kościół katolicki i dezintegrują oraz rozwadniają katolicyzm. W sposób wyjątkowy zdominowali całe chrześcijaństwo Ameryki Południowej.

W 2017 r. zareagował na to ks. bp Andrzej Czaja podczas XXVI sympozjum dla księży rekolekcjonistów, ojców duchownych i spowiedników kapłańskich, które odbyło się na Jasnej Górze. Wygłosił tam, w dniu 24 stycznia referat pt. „Problem pentekostalizacji chrześcijaństwa”. Na początku powiedział: „Chodzi o zjawisko, które ma już miejsce w naszym Kościele, a stanowi zagrożenie dla jego tożsamości i jedności oraz rozwoju duchowego poszczególnych wiernych, nie wyłączając duchownych”.

Szatan, za pośrednictwem Różokrzyżowców, a potem masonów i Parhama, wtłoczył ruch charyzmatyczny w chrześcijaństwo. Tego samego dokonał z judaizmem tworząc specyficzny dla niego ruch charyzmatyczny chasydyzm, którego najsilniejszym dziś nurtem jest Chabad Lubawicz.

To samo stało się z islamem, w którym ruchem charyzmatycznym (wysoko cenionym przez Różokrzyżowców i masonów) stał się sufizm (to z reprezentantem sufizmu szejkiem Ahmedem Al-Tayyeb, imamem Al-Azhar w swoim czasie papież Franciszek podpisał umowę o współpracy i „braterstwie”). . Pisałem o tych „charyzmatykach” obszernie w takich choćby książkach jak „Masoneria, islam, uchodźcy” czy „Masoneria polska 2018. Wojna demonów”.

Ruchy charyzmatyczne w trzech wielkich religiach zmierzają do tego, by wtopić się w swoje macierzyste religie. Ich celem, jak łatwo się domyśleć, jest zdominowanie tych religii, a następnie stopienie się w jedna wszechświatową, demoniczną religię.

Jeśli nawet szatanowi i masonerii udałaby się realizacja integracji „ruchów charyzmatycznych” (a jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że to nastąpi) w jedną światowa religię i zepchnięcie na margines chrześcijaństwa, judaizmu i islamu, to i tak, w istocie to nie będzie religia jednego „boga” (Szatana). Ludzkość wróci bowiem wtedy, w ten sposób, do swoich najbardziej prymitywnych, pogańskich początków i zacznie królować, w praktyce, politeizm, a zatem to co jeszcze kilkadziesiąt lat temu nazywano ciemnotą i zabobonem. W każdej bowiem wspólnocie „charyzmatycznej” bogiem będzie inny demon. Początkowo zapewne każdy z nich będzie używał imienia charakterystycznego dla danego „ruchu charyzmatycznego”. Demony w „chrześcijańskich” wspólnotach będą więc, przez jakiś czas, nazywane Duchem Świętym.

Zauważmy, że „kościół” Zielonoświątkowy już u samych swoich początków zaczął się, wśród kłótni i sporów, dzielić. Potem „kościoły” zielonoświątkowe wciąż mnożyły się jak króliki. W samej Polsce takich „kościołów” jest kilkanaście, a razem z tymi, które powstały poprzez odejście wspólnot Odnowy w Duchu Świętym z Kościoła katolickiego kilkadziesiąt.

Najpewniej w przyszłości, po Wielkim Resecie, demony działające w tych wszystkich „kościołach”, wspólnotach „judaistycznych” i „islamskich” ujawnią swoje prawdziwe imiona i nakażą oddawać cześć bezpośrednio sobie.

Bombardowanie opactwa na Montecassino: „Tragiczna pomyłka” aliantów

Bombardowanie opactwa na Montecassino: „Tragiczna pomyłka” aliantów

Date: 12 febbraio 2026 Uczta Baltazara

babylonianempire/bombardowanie-opactwa-na-montecassino-tragiczna-„pomylka”-aliantow

FOTO: Ruiny opactwa na Montecassino po bombardowaniach alianckich w 1944 roku

Bombowiec numer «666»

Odtwórzmy historię, która ma wiele podobieństw do współczesnych wojen i operacji wojskowych, zaczynając od 15 lutego 1944 roku, kiedy to o godz. 9:24 rano, opactwem Montecassino wstrząsnęła potężna eksplozja, przerywając modlitwę niewielkiej grupy benedyktynów w klasztorze, którzy wzywali pomocy Matki Boskiej i recytowali „et pro nobis Christum exora”.

Wśród nich był osiemdziesięcioletni opat Gregorio Diamare i jego sekretarz Martino Matronola, który później opublikował dziennik, niezbędny do odtworzenia owych dramatycznych dni. Na ich głowy oraz głowy setek uchodźców przebywających w klasztorze spadła właśnie seria bomb o wadze 250 kg każda, zrzuconych przez strategiczny bombowiec nr 666, pilotowany przez majora Bradforda Evansa, który mając tak niepokojący numer kodowy prowadzi pierwszą z czterech formacji B-17, tj. amerykańskich “latających fortec”, które otrzymały rozkaz zniszczenia tysiącletniego klasztoru położonego na wzgórzu.

Za latającymi fortecami podążają kolejne cztery fale średnich bombowców. O 13:33 wszystko się kończy, mnisi są cali i zdrowi, ale kilkaset osób, które znalazły schronienie w klasztorze, ginie pod bombami i również po wojnie trudno będzie wydobyć ich ciała i nadać imiona nagrobkom.

FOTO: Amerykańska „latająca forteca” przelatuje nad opactwem, 15 lutego 1944 r.

Zmiana sceny: Waszyngton, godzina 16 tego samego dnia (we Włoszech jest godzina 22). Około dwanaście godzin po rozpoczęciu bombardowania prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Delano Roosevelt otwiera konferencję prasową następującymi słowami: „W popołudniowych gazetach przeczytałem o zbombardowaniu opactwa Montecassino przez nasze fortece. W korespondencji wyjaśniono bardzo jasno, że powodem bombardowania było to, że Niemcy wykorzystywali je do bombardowania nas. Była to niemiecka twierdza, wyposażona w artylerię i wszystko, co niezbędne”.

Prezydent Stanów Zjednoczonych wydaje się być pewny siebie, podobnie jak angloamerykańskie gazety: „Siły powietrzne uderzają na nazistów w Montecassino” – głosi tytuł New York Times’a tamtego dnia. Roosevelt być może nie wie, że historia spektakularnie zaprzeczy jego słowom, ale nie może nie dostrzegać, że w tej sprawie jest coś dziwnego. Mimo że świat od lat pogrążony jest w wojnie, a śmierć i zniszczenie są na porządku dziennym; bo przecież nigdy wcześniej bombowce strategiczne nie miały za główny cel zabytku, który ponadto znajduje się na terenie neutralnym, jest własnością Stolicy Apostolskiejznanego w całym chrześcijańskim świecie klasztoru, miejsca, w którym przechowywane są bezcenne zabytki historyczne i artystyczne.

Ponadto, dysproporcjonalny jest rozmiar użytych sił: 453 tony bomb zrzuconych w ośmiu falach przez 239 bombowców. To była ogromna liczba.

Jak zareagują na to amerykańscy katolicy, którzy za kilka miesięcy będą głosować w wyborach prezydenckich? – Przecież „najbardziej rozreklamowane bombardowanie pojedynczego celu w historii”jak określił to Newsweek – było owego dnia tematem przewodnim gazet na całym świecie.

Jakie będą konsekwencje polityczne, kto wygra bitwę propagandową? – Roosevelt rozdał nawet dziennikarzom tajny do tamtej chwili okólnik naczelnego dowódcy sił zbrojnych aliantów w Europie, Dwighta D. Eisenhowera, w którym wyjaśniano, że gdyby w trakcie natarcia trzeba było „wybrać między zniszczeniem słynnego zabytku a poświęceniem naszych żołnierzy, to życie żołnierzy będzie miało nieskończenie większą wartość”. Jednak, jak wyjaśniał «Ike» (przydomek Eisenhowera), wybór nie był łatwy. Ponieważ za wyrażeniem „konieczność militarna” nie powinny kryć się ani osobiste korzyści, ani wygodnictwo lub obojętność. Było to jednak zbyt mało, aby powstrzymać negatywny odbiór opinii publicznej w Europie.

Porażka medialna

Propaganda nazistowska zamierzała wykorzystać wiadomość o bombardowaniu na swoją korzyść. W Europie pod panowaniem nazistów, w dniach następujących po bombardowaniu, Angloamerykanie zostali przedstawieni jako nowi barbarzyńcy, którzy chcą systematycznie wymazać wszelkie ślady „wyższej cywilizacji europejskiej”.

Opactwo Montecassino, które w przeszłości zostało trzykrotnie zniszczone przez barbarzyńców, Saracenów i trzęsienie ziemi, teraz zostało zrównane z ziemią „przez Żydów i filo-bolszewików z Moskwy, Londynu i Waszyngtonu”. Ale to nie wszystko, ponieważ nazistowski wywiad – który według raportów brytyjskiego ambasadora w Watykanie – D’Arcy’ego Osborne’a już od dłuższego czasu rozpowszechniał informacje o obecności swoich żołnierzy w opactwie, aby sprowokować bombardowanie aliantów – miał również łatwe zadanie, wybierając Niemców na obrońców cywilizacji: bo to właśnie dywizja Hermanna Göringa w grudniu 1943 r. przetransportowała do Watykanu wszystkie dzieła sztuki z opactwa, które nadawały się do przewozu, wraz z ogromną biblioteką zawierającą bezcenne rękopisy.

Na tęże prewencyjną operację ratunkową wpływ miała przede wszystkim szczególna troska generała Frido von Sengera – dowódcy XVI Korpusu Pancernego – o benedyktynów i zabytkowy obiekt. Senger – katolik, od wielu lat związany z Zakonem św. Benedykta, należał do niewielkiej grupy południowoniemieckiej arystokracji sprzeciwiającej się nazistom, ale posłusznej rozkazom. Senger, który dowodził całą linią Gustawa, zasadniczo szanował neutralność tego miejsca i nie pozwalał swoim żołnierzom, rozrzuconym po całej górze, zajmować pozycji w obrębie pasa o szerokości 300 metrów otaczającego mury opactwa i wyznaczającego strefę neutralną.

Kwestionowanie „niepodważalnych dowodów”

Roosevelt, podobnie jak Winston Churchill w Londynie, po bombardowaniu postanawia bronić słuszności decyzji dowództwa aliantów w regionie Morza Śródziemnego. Nie tylko dlatego, że sytuacja związana z natarciem na Rzym była bardzo delikatna (oddziały alianckie w dolinie Liri zostały zablokowane, a w rejonie Anzio groziło im nawet wyparcie z powrotem do morza), ale także dlatego, że brytyjski generał Henry Maitland Wilson, naczelny dowódca sił alianckich na Morzu Śródziemnym, twierdził, że posiada „niepodważalne dowody” obecności wroga w opactwie przed bombardowaniem. A kiedy 9 marca, brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych poprosiło Wilsona o przedstawienie Watykanowi popartego faktami wyjaśnienia, dlaczego klasztor został zniszczonypomimo rozległych gwarancji udzielonych Stolicy Apostolskiej dotyczących poszanowania opactwa, Wilson potwierdził, że ma aż dwanaście „niepodważalnych dowodów” na wykorzystanie klasztoru przez Niemców do celów wojskowych, ale zasugerował również, aby zachować je w tajemnicy, aby uniemożliwić Niemcom stworzenie fałszywych kontrdowodów.

Obiecano, że dowody zostaną przekazane Watykanowi we właściwym czasie. Czas ten nigdy nie nadszedł, tak że również po zakończeniu wojny konieczne było przeprowadzenie dochodzeń i kontrowersyjnych badań historycznych nad dokumentami z archiwów wojskowych, aby stwierdzić, że była to pomyłka.

Jeden z “niepodważalnych dowodów” Wilsona został ujawniony po wojnie przez jednego z głównych uczestników wydarzeń – kapitana Davida Hunta, adiutanta brytyjskiego feldmarszałka Harolda Alexandra, głównodowodzącego armii alianckich we Włoszech. Hunt opowiedział, jak wkrótce po rozpoczęciu bombardowania przekazano mu tłumaczenie przechwyconej wiadomości do nazistów, która brzmiała: „Ist Abt noch im Kloester?” (“Czy Abt jest jeszcze w klasztorze?”), [ a Abt to Opat !! md\ a odpowiedź brzmiała „Ja” (“Tak”). Abt” zostało przetłumaczone jako skrót od „oddział wojskowy, więc zdanie miało brzmieć: „Czy oddział jest w klasztorze?”. „Tak”.

Również Huntowi wydawało się to potwierdzeniem ich podejrzeń, tj. klasycznym „dymiącym pistoletem”, jak nazwalibyśmy to dzisiaj. Ale „Abt” oznacza również opata. Hunt opowiada, że wystarczyło mu przeczytać dalszą część przechwyconej wiadomości, aby zrozumieć, że Niemcy mówili o mnichach w klasztorze, a nie o swoich żołnierzach. Jednak, jak stwierdził Hunt, było już za późno, aby zatrzymać lecące samoloty.

Czy możliwy jest błąd tego kalibru? – Należy również wziąć pod uwagę, że służby wywiadowcze bardzo często widzą i słyszą to, co ich zdaniem spodoba się dowództwu. Tak było również w tym przypadku. Warto wspomnieć, że po rozpoczęciu bombardowania, porucznik Herbert Marks z kontrwywiadu alianckiego, który obserwował klasztor przez lunetę, mimo że nie było tam Niemców, stwierdził, że widział około siedemdziesięciu z nich biegnących od bramy opactwa na dziedziniec. A depesza V Armii z godziny 11, po pierwszej fali B-17, informowała: „Dwustu Niemców ucieka z klasztoru wzdłuż drogi”.

Rozkaz, do którego nikt nigdy nie przyznał się

Ale kto zdecydował, że Montecassino musi zostać zniszczone? – W książce „Montecassino” autorstwa Davida Hapgooda i Davida Richardsona, będącej wynikiem długich badań przeprowadzonych w archiwach wojskowych, stwierdza się, że nie ma dowodów na to, że decyzja została podjęta na szczeblu wyższym niż generał Wilson i generał Alexander. Faktem jest, że żadna osoba w hierarchii – począwszy od przywódców politycznych aliantów, poprzez sztaby generalne, a skończywszy na dowódcach na polu bitwy – nigdy nie przypisała sobie finałowej decyzji o zbombardowaniu opactwa.

Tylko jeden generał przeszedł do historii jako przekonany zwolennik konieczności zniszczenia Montecassino: był nim Bernard Freyberg. Dowódca kontyngentu nowozelandzkiego, który od początku lutego zajmował wraz ze swoimi ludźmi pozycje w dolinie Liri, był bardzo znany w Nowej Zelandii, ale nawet ci, którzy podziwiali jego odwagę, przyznawali, że ciężko mu było wymyślić strategię bardziej złożoną niż ta, którą stosował pędzący byk.

W ten sposób, niemal natychmiast uzgodnił ze swoim przełożonym Markiem Clarkiem plan szturmu na wzgórze Montecassino, mimo że już od tygodni plan ten przynosił jedynie ogromne straty. Co więcej, od pierwszych dni, Freyberg obarczał opactwo winą za niepowodzenie przełamania linii niemieckich, ponieważ jego zdaniem Niemcy kierowali stamtąd ostrzałem artyleryjskim.

Nadszedł 12 luty, dzień, w którym Freyberg, ze względu na „konieczność militarną”, stanowczo zażądał zbombardowania klasztoru, grożąc nawet wycofaniem swoich oddziałów, jeśli jego żądanie nie zostanie spełnione. Clark nie zgadzał się z tym zarówno z powodów politycznych, jak i militarnych, ale znajdował się w słabej pozycji. Jego reputacja była wciąż obciążona porażką dywizji Texas, poniesioną 20 stycznia. Jego rozkaz przekroczenia rzeki Rapido zakończył się bezsensowną ofiarą prawie dwóch tysięcy żołnierzy, a wiadomość o porażce obiegła cały świat.

Ponadto, jak napisał Clark w swojej książce wspomnieniowej „Wojna z Alexandrem”, w hierarchii nad nim znajdowało się dwóch brytyjskich generałów, a sam Alexander powiedział mu w sprawie bombardowania: „Freyberg jest postacią bardzo znaną w Commonwealth. Obchodzimy się z nim wyjątkowo delikatnie i ty musisz zrobić to samo”.

Jeśli dodać do tego fakt, że niemal wszystkie brytyjskie i amerykańskie gazety od dawna prowadziły intensywną kampanię prasową, w której twierdzono, że ich żołnierze płacą życiem za wyrozumiałość dowództwa wojskowego wobec Kościoła Katolickiego i że „lepiej mieć zwycięstwo w kieszeni niż Michała Anioła na ścianie”; można zrozumieć, dlaczego Clark poddał się i dał zielone światło dla startu bombowców. Nie bez uprzedniego zrzucenia ulotek na klasztor, aby ostrzec mieszkańców, że są oni na celowniku. Dla uciekających była to zapowiedź wyroku śmierci, zarówno dlatego, że nikt do końca nie wierzył, że może dojść do czegoś takiego, jak i dlatego, że nie mieli możliwości ucieczki, będąc otoczeni przez wiele kilometrów przez dwie walczące z sobą armie.

Syn Freyberga został uratowany przez siostry zakonne

Jednym z tych nieprzewidywalnych paradoksów, jakimi obdarza nas historia, jest fakt, że właśnie Freyberg – który za wszelką cenę chciał zniszczyć jeden z najważniejszych monumentów chrześcijaństwa – zawdzięczał w tamtych dniach ocalenie swojego syna gościnności sióstr z klasztoru w Castel Gandolfo, które ukryły tegoż młodego porucznika piechoty po tym, jak uciekł z rąk Niemców, którzy pojmali go w Anzio.

Również Castel Gandolfo znalazło się wśród tych posiadłości Kościoła, które – mimo że znajdowały się na terenie neutralnymzostały zbombardowane w owych miesiącach z tych samych powodów, które podano jako uzasadnienie zniszczenia opactwa na Montecassino: „konieczność militarną”. Prawdopodobnie także los syna nie zmieniłby zdania generała Bernarda Freyberga – który nie zrezygnował z bombardowania pomimo tego, że dzień przed startem samolotów zdał sobie sprawę, że jest ono bezużyteczne z militarnego punktu widzenia, ponieważ jego żołnierze, unieruchomieni przez niemieckie stanowiska, byli zbyt daleko od celu i nigdy nie zdołaliby zająć ruin opactwa zanim zrobiłby to wróg.

Dowództwo sił powietrznych odmówiło odroczenia bombardowania, ponieważ od 16 lutego samoloty miały wykonać misję w rejonie Anzio. Freyberg postanowił więc kontynuować operację, a jej skutki można znaleźć w podręcznikach historii, a także na licznych cmentarzach wojennych, które później powstały w tym regionie. Co więcej, Freyberg otrzymał do dyspozycji znacznie więcej bombowców niż zażądał, ponieważ lotnictwo amerykańskie skorzystało z okazji, aby rozstrzygnąć starą kwestię: czy skuteczniejsze są bombardowania dzienne, jak twierdzili Amerykanie, czy nocne, za którymi opowiadali się Brytyjczycy.

Niemcy, zgodnie z przewidywaniami dowódcy nowozelandzkiego, jako pierwsi zajęli ruiny, a walki w dolinie i na wzgórzach ponownie przybrały na sile. W kolejnych tygodniach, miasto Cassino było bombardowane do tego stopnia, że amerykańskie czołgi nie były w stanie kontynuować natarcia, unieruchomiane przez kratery wykopane przez bomby zrzucone przez własne samoloty i artylerię.

Koszty ekonomiczne były ogromne. Jedno ze wzgórz nazwano nawet „One-million hill”, ponieważ artylerzyści obliczyli, że zabicie każdego żołnierza wroga kosztowało 25 tysięcy dolarów w pociskach. Słynny korespondent wojenny Ernie Pyle napisał z goryczą: «Prawdopodobnie, prostszym rozwiązaniem byłoby, gdyby ową kwotę zaoferowano Niemcom w zamian za opuszczenie tych terenów».

https://youtube.com/watch?v=RvJEWxODDr0%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dit%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

INFO: 30giorni.it/articoli

babylonianempire.wordpress.com/polacy-a-wlosi-4-czerwiec-1944-niewiarygodne-ocalenie-rzymu

babylonianempire/uderzenie-w-nagasaki-bylo-wymierzone-takze-w-kosciol-katolicki

MASON, KTÓRY NAPISAŁ „DRACULĘ” – Bram Stoker. O wampirach, sławnych pedałach, masonach, ich syfilisie i satanistach. Deska lożowa.

O wampirach, sławnych pedałach, masonach i satanistach. Deska lożowa.

[Profan nie może tego oryginału skopiować – spróbujcie. Treści tego, skąd czerpię [powyżej] , nie obrazka poniżej] . A, dla moich czytelników, cała ta treść jest odszyfrowana, przetłumaczona na język „tubylców”, tj. polski: MD]

—————————————————-

MASON, KTÓRY NAPISAŁ „DRACULĘ” – BRAM STOKER

Druga połowa XIX i początek XX wieku to okres, w którym na świat przyszło wiele genialnych jednostek, które błyszczały w sztukach wyzwolonych. Bram Stoker był pisarzem i masonem, który pozostawił nam nieśmiertelną spuściznę w postaci powieści gotyckiej „Hrabia Dracula”.

————————-

Stoker urodził się w Dublinie w 1847 roku i uczęszczał do Trinity College, gdzie w 1870 roku otrzymał tytuł licencjata nauk ścisłych, a później magistra matematyki. Wyznał, że do siódmego roku życia nie potrafił prawidłowo stanąć na nogach, a jednak wyzdrowiał i zmienił się w silnego, serdecznego, wysportowanego mężczyznę, z ogromną ochotą na pracę, oraz niezwykłą aparycją.

Stoker rozpoczął karierę w irlandzkiej służbie cywilnej, pracując jako urzędnik. Jednak jego namiętne zainteresowanie sztuką dramatyczną doprowadziło go do podjęcia nieodpłatnej pracy jako krytyk teatralny dla Dublin Evening Mail.

W grudniu 1876 roku, po przedstawieniu Hamleta, w którym uczestniczył i które znakomicie zrecenzował, Stoker został zaproszony na spotkanie z głównym aktorem. To wydarzenie zapoczątkowało 28-letni związek Stokera z najbardziej dominującą, w każdym sensie tego słowa, osobowością jego życia, legendarnym angielskim aktorem Johnem Henrym Broadribbem, znanym lepiej pod pseudonimem scenicznym Henry Irving.

Kiedy w 1879 roku Irving zaprosił Stokera do zarządzania zarówno jego karierą sceniczną, jak i prowadzeniem Lyceum Theatre w Covent Garden w Londynie, Stoker rzucił wszystko w Dublinie i pobiegł, aby pomóc – dosłownie i we wszystkim – człowiekowi, którego wielbił, a który z kolei wykorzystał sytuację na swoją korzyść.

W jednym z nekrologów czytamy:

Nigdy nie znałem takiego zaabsorbowania człowieka życiem innego człowieka, jak Stoker był zaabsorbowany życiem Irvinga. W ich związku było coś nierozerwalnego, jakby syjamskiego.

STOKER – MASON

Zarówno Stoker jak i Irving byli masonami, choć inicjowanymi w różnych lożach.

Akta Wielkiej Loży Anglii identyfikują Stokera jako członka Buckingham and Chandos No1150, loży założonej w 1867 r. i zrzeszającej oficerów i sierżantów 1 Middlesex Artillery Volunteers.

Stoker został inicjowany w lutym 1883 roku i został wywyższony 20 czerwca tego roku. Nie wydaje się, by pełnił jakikolwiek urząd w Loży.

Poza Johnem Irvingiem, inne znaczące postacie, które były obecne w życiu Brama Stokera to Oscar Wilde, Sir Conan Doyle i William Gilbert – ze słynnej muzycznej spółki Gilbert & Sullivan – wszyscy oni byli również masonami.

MARIAŻ

Oscar Wilde

William Gilbert

Bram Stoker i Florence Balcombe[1] dorastali w Dublinie i okolicach, a ślub wzięli w kościele św. Anny w 1878 roku. Florence była uznawana za najpiękniejszą kobietę w mieście. Ze znanych osób w otoczeniu Stokera , Oscar Wilde miał mały romans z młodą Florence. Oscar był studentem na Uniwersytecie Oksfordzkim, kiedy został jej przedstawiony i pomimo tego, że spotkali się podobno tylko kilka razy, irlandzki poeta i dramaturg – którego sławę rozpoczęła powieść The Picture of Dorian Gray – podobno miał złamane serce, kiedy dowiedział się, że Florence wyszła za mąż. Później poprosił Florence o zwrot małego złotego krzyżyka, który jej podarował, obiecując, że zachowa go na pamiątkę „dwóch wspaniałych lat – najsłodszych ze wszystkich lat mojej młodości”, które spędził na zalotach do niej. Kiedy Oscar zmienił orientację seksualną, jego żarliwość dla Florence skończyła się, a po niej nastąpiła długotrwała przyjaźń z rodziną Stokerów[2].

Conan Doyle

W kilka dni po ślubie Bram zabrał Florence do Londynu, gdzie otrzymał kierownicze stanowisko, pracując z – i dla – Henry’ego Irvinga.

Florence Stoker

William Parker Stoker, potomek rodziny, pracował jako pisarz i redaktor dla Bram Stoker Estate i napisał, że Florence nosiła w sobie urazę do Irvinga. Był on zrażony do swojej żony – i Florence czuła się rozgoryczona, że ciągle odciągał jej męża od obowiązków małżeńskich i życia rodzinnego, którego by sobie życzyła, na rzecz długich godzin spędzanych razem w teatrze Lyceum. Stoker i Irving wyjeżdżali nawet do Ameryki w celach zarobkowych i spędzali tam razem kilka miesięcy, podczas gdy Florence pozostawała w Londynie, żyjąc w nędzy. Wiemy jednak, że Bram przekonał swoją starszą siostrę Matyldę, aby zamieszkała z nimi w Southampton Row, a później w Cheyne Walk w Londynie, aby złagodzić kłopoty Florence.

WIKTORIANIE

Jak pokazują liczne publiczne skandale XIX wieku, Wiktorianie czerpali przyjemność z aktywności seksualnej tak samo jak my. Ale byli być może bardziej świadomi ich możliwych negatywnych skutków.

Wielu purytanów było zszokowanych doniesieniami o aktywności homoseksualnej, które pojawiły się podczas procesu Oscara Wilde’a, czego najbardziej niepokojącym dowodem były poplamione prześcieradła w hotelu Savoy.

Możesz być również zaskoczony, gdy dowiesz się, że niektóre z postaci, które były praktycznie czczone w historii Wielkiej Brytanii i przedstawiane jako wspaniałe przykłady męskości, w rzeczywistości miały grzesznie dewiacyjne skłonności seksualne.

Lord Alfred Douglas (1870-1945) , z którym Oscar Wilde miał związek, zaznaczył: „Robiłem z nim – i pozwalałem mu na to – to, co robiono wśród chłopców w Winchester (szkoła Douglasa) i w Oxfordzie…”. Wydaje się również, że obaj mężczyźni mieli upodobanie do poszukiwania młodych męskich prostytutek, które były tak obficie dostępne w wiktoriańskim Londynie.

Lord Alfred Douglas

W 1889 roku miała miejsce policyjna obława na homoseksualny burdel przy N.19 Cleveland Street, na północ od Soho. W sprawę zamieszani byli różni grandziarze, w tym Earl of Euston, syn księcia Grafton, i Lord Arthur Somerset, służący księcia Clarence (najstarszego syna księcia Walii). Było to zaledwie kilka nazwisk z długiej listy arystokratów i zamożnych homoseksualistów odnotowanych w historii Wielkiej Brytanii.

Cecil Rhodes wolał otaczać się męską służbą, a jego romans z Neville’em Pickeringiem, pierwszym sekretarzem De Beers Diamond Corporation, przedstawia nam przypadek najściślejszego homoseksualnego związku z tamtych czasów. Obaj mężczyźni mieszkali razem i według Franka Harrisa[3], Rhodes powiedział kiedyś, że czas spędzony z bliskim przyjacielem Neville’em upłynął mu „jak chłopcu wśród chłopców”.

Cecil Rhodes:

Frank Harris był irlandzko-amerykańskim dziennikarzem i wydawcą, który przyjaźnił się z wieloma znanymi postaciami swoich czasów. Lubił plotkować i pisał o erotycznych skłonnościach Cecila Rhodesa, określając je jako „godne Oscara Wilde’a”.

—————————

Frank Harris:

Istnieją również pogłoski, że zarówno mason, założyciel ruchu skautów, Baden-Powell, jak i Lord Kitchener lubili czasem wybrać się na „spacer po odmiennej stronie’, a Lord Curzon powiedział pewnej damie, która wyznała mu, że szuka młodego mężczyzny do poślubienia, że „nie ma zamiłowania do kobiet”, będąc „wtajemniczonym” w inną praktykę przez Lorda Kitchenera.

Robert Baden-Powell

====================================================================

Istnieje wiele książek o życiu Brama Stokera, ale David J. Skal jest jedynym biografem, który rzucił światło na nieujawnione wcześniej aspekty życia autora Hrabiego Draculi. W książce ’Something in the Blood: The Untold Story of Bram Stoker, the Man Who Wrote Dracula’ [4] odkopał mnóstwo szokujących materiałów.

„Skrzydła Stokera były ciemne i skórzaste i były inkubowane przez długi czas, kiedy w końcu wykiełkowało”.

Sir Thomas Henry Hall Caine, doświadczył za życia niespotykanej popularności. Był brytyjskim powieściopisarzem, poetą i krytykiem, z którym Stoker miał romans.

Thomas Henry Hall Caine:

Oddanie Caine’a Stokerowi w jednym z jego listów jest niemal greckie[5], homoerotyczne, w swoim nieskrywanym opisie przyjaźni.

I aż do śmierci Stokera obaj mężczyźni wymieniali listy, które były pisane nie tylko po to, by pomagać sobie zawodowo.

Walt Whitman był amerykańskim poetą, eseistą i dziennikarzem, którego Stoker poznał w Ameryce i który jako jedyny nigdy nie zadeklarował publicznie swojego homoseksualizmu. Ale namiętny list Stokera do niego pokazuje zaskakujący dowód na osobną preferencję seksualną obu mężczyzn. Oto fragment:

Stoker i Walter Whitman

Chciałbym nazwać Cię towarzyszem i porozmawiać z Tobą tak, jak nieczęsto rozmawiają mężczyźni, którzy nie są poetami. Myślę, że na początku człowiek by się wstydził, bo człowiek nie może w jednej chwili zerwać z nawykiem względnej powściągliwości, która stała się jego drugą naturą; ale wiem, że nie wstydziłbym się długo być naturalnym przed Tobą. Jesteś prawdziwym mężczyzną, a ja sam chciałbym nim być, więc byłbym wobec ciebie jak brat i jak uczeń wobec swego mistrza. W tym wieku żaden człowiek nie staje się godny tego miana bez wysiłku. Ty zrzuciłeś kajdany i twoje skrzydła są wolne. Ja mam jeszcze kajdany na ramionach – ale nie mam skrzydeł.[6]

CHOROBA I ŚMIERĆ

Stoker mieszkał w Chelsea przez ponad trzydzieści lat, aż do przeprowadzki na Pimlico, gdzie zmarł 20 kwietnia 1912 roku. W swoim życiu cierpiał na podagrę, a w 1905 roku, gdy miał 58 lat, miał pierwszy udar.

Przyczyna śmierci na świadectwie Stokera przedstawionym przez jedynego syna Brama, Noela Stokera, brzmi :

Ataksja ruchowa – 6 miesięcy

Ziarnisty skurcz nerek.

Wycieńczenie

—————–

Ta przyczyna śmierci może wydawać się całkiem wiarygodna i uzasadniona, ale „diabeł tkwi w szczegółach” i tutaj diabeł tkwi w pierwszych dwóch słowach certyfikatu : Ataksja Lokomotoryczna.

Ataksja jest postępującą chorobą, która może rozwinąć się w każdym wieku i jest zwykle spowodowana uszkodzeniem części mózgu znanej jako móżdżek, ale może być również spowodowana uszkodzeniem rdzenia kręgowego lub innych nerwów. Dla dr Dicka Collinsa [7] ta druga diagnoza jest bardziej wiarygodna.

W swoim artykule z 2008 roku „The Devil and Daniel Farson: How did Bram Stoker die? wyjaśnia. Pacjenci cierpiący na kiłę mogą również mieć ataksję wraz z objawami neurologicznymi, takimi jak bóle głowy, drgawki, utrata słuchu. W XIX wieku Ataksja Lokomocyjna, była jedynie eufemizmem dla hańby śmierci z powodu choroby przenoszonej drogą płciową „kiły”, która podobno zabiła Oscara Wilde’a. Syfilis nie był uleczalny, a ostatnie fazy choroby określały się ciężką degeneracją psychiczną i fizyczną.

Pomysł na powieść przyszedł Stokerowi po wypożyczeniu w 1890 roku z londyńskiej biblioteki w pobliżu Piccadilly Circus następujących publikacji:

The Book of Werevolves (autorstwa Sabine Baring Gould)

Round about the Carpathians (Andrew Crosse)

Account of the Principalities of Wallachia and Moldavia (autorstwa Williama Wilkinsona).

W swoich notatkach Stoker napisał:

Listy prawnika

Wilki

Przyjazd do zamku

Samotność i pocałunek (a w cudzysłowie: „ten człowiek należy do mnie!”).

To ostatnie było wyraźnie inspirowane konkretną fantazją seksualną i rzeczywiście postać Draculi jest związana z dominacją i zależnością, jak w związku seksualnym.

Ale niezależnie od tego, jaka była prawdziwa seksualność Stokera i czy był on zaangażowanym masonem, z pewnością dał światu jedyne w swoim rodzaju dzieło suspensu i grozy.

Rozwinął mit Draculi i Van Helsinga oraz przedstawił uniwersalne prawo dwoistości obecne w Dobru i Złu, Ciemności i Świetle, Śmierci i Nieśmiertelności, występujące również w naukach masońskich.

Na zakończenie chcę potępić to, co uważam za etycznie niewłaściwe, tzn. że fakty powinny być zatajane lub zmieniane przez biografów w celu ochrony reputacji. Nieetyczne jest również pozwalanie historykom na wymazywanie z pamięci kontrowersyjnych prawd, aby niektóre narody mogły pielęgnować poczucie rzekomej wyższości swojego narodu.

Pomijając jednak te rozważania, jestem przekonany, że miliony czytelników podzielają mój całkowity podziw dla twórczej błyskotliwości takiego brata.

przez De La Riviere

================================


NOTES

[1] the daughter of Lt. Col. James Balcombe and Phillippa Anne Marshall

[2] Bram Stoker had been a classmate of Oscar’s brother Willie Wilde

[3] Frank Harris  (14 February 1855 – 26 August 1931) was an Irish-American editor, novelist, short story writer, journalist and publisher

[4]  [9781631522741, 672 pp.  Hardcover:  October 2016 Paperback: October 2017]

[5] Grecian is a term originally used by classicists to describe the primarily homoerotic customs, practices, and attitudes of the ancient Greeks. It was frequently used as a euphemism for homosexuality and pederasty.

[6]  From “ Something in the Blood: The Untold Story of Bram Stoker, the Man Who Wrote Dracula Hardcover – by David J. Skal, 2016

[7] A graduate of Cambridge (Trinity), Dr. Richard Collins has produced editions of two books (The String of Pearls and Wagner and the Were-wolf) with a third (The Necromancer) forthcoming. He is retired and lives in County Cork, Ireland.

[8] Daniel Farson’s biography, Bram Stoker: The Man Who Wrote Dracula, first appeared in 1975. Much of it consists of quotation from Stoker’s Personal Reminiscences of Henry Irving (1906), together with lengthy expositions of his novels and short stories. Farson was the grandson of Bram’s brother, Thomas.

SOURCES

https://arena.londonmasons.org

Freemasonry.bcy.ca/biography/stoker_b/stoker_b.html

Bramstokerestate.com/florence-anne-lemon-balcombe

Wilde’s Women by Eleanor Fitzsimons , published by Duckworth Overlook in October 2015.

Tom Cardamone   October 31, 2017

Moneysorter.co.uk

Pglm.org.uk/theatreland-article

A masonic connection to the Dracula story and to Theatreland in Covent Garden by W Bro Stan Marut, News Editor for the Media Team

Stoker and Terry by W. Bro Stan Marut

100 years ago today: the death of Bram Stoker By Roger Luckhurst , April 20th 2012 – (https://blog.oup.com/2012/04/bram-stoker-death-centenary-dracula/ )

Stała Instrukcja Alta Vendita. Celem masonerii nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez inflitrację.

Stała Instrukcja Alta Vendita

Alta Vendita Stała Instrukcja Alta Vendita

Celem (masonerii) nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez inflitrację.

Przypominam, warto sobie skopiować i wydrukować, bo w internecie „zanika”.md
John Vennari
2014-4-11 www.bibula.com
Transkrypcja przemówienia wygłoszonego na Fatimskiej Konferencji Pokoju w Rzymie, październik 2001

To przemówienie będzie krótkim expose na temat XIX-wiecznego dokumentu masońskiego “Stała Instrukcja Alta Vendita” [Permanent Instruction of Alta Vendita]. Autor który nakreślił plan pomocy w zrozumieniu tego czym jest “diaboliczna dezorientacja wyższej hierarchii”, o czym mówiła s. Łucja.
Uważam, że “Stała Instrukcja” tłumaczy pochodzenie tej diabolicznej dezorientacji.

Alta Vendita była najwyższą lożą Carbonari [Karbonariusze], włoskiego tajnego stowarzyszenia powiązanego z masonerią, i obie potępił Kościół Katolicki [1]. Jezuita E Cahill w książce “Masoneria i ruch antychrześcijański” [Freemasonry and the Anti-Christian Movement] twierdzi, że Alta Vendita “ogólnie miała być wtedy ośrodkiem zarządzającym europejską masonerią” [2]. Karbonariusze byli najbardziej aktywni we Włoszech i Francji.

W książce “Atanazy i współczesny Kościół” [Athanasius and the Church of Our Time], bp Rudolph Graber zacytował masona, który oświadczył, że “celem (masonerii) nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez inflitrację” [3].
Inaczej mówiąc, skoro masoneria nie mogła całkowicie zniszczyć Kościoła Chrystusowego, to planuje nie tylko wykorzenić wpływ katolicyzmu na społeczeństwo, ale wykorzystać organizację Kościoła jako narzędzie “odnowy”, “postępu” i “oświecenia” – jako środka do realizacji własnych zasad i celów.

Zarys ogólny
Nakreślona w “Stałej Instrukcji” strategia zdumiewa swoją bezczelnością i oszustwem. Od samego początku dokument mówi o procesie którego realizacja będzie wymagała dziesięcioleci. Autorzy dokumentu wiedzieli, że nie doczekają jego realizacji. Rozpoczynali dzieło, które będzie realizowane przez przyszłe pokolenia wtajemniczonych. “Instrukcja” mówi: “W naszych szeregach jest tak, że żołnierz ginie, a walka toczy się dalej”.
“Instrukcja” wzywała do rozpowszechniania liberalnych idei i aksjomatów w społeczeństwie i w instytucjach KK, tak żeby na przestrzeni lat świeccy, seminarzyści, klerycy i prałaci przyzwyczajali się do postępowych zasad.
Z czasem ten sposób myślenia będzie tak przekonujący, że tacy będą wyświęcani księża, konsekrowani biskupi i mianowani kardynałowie, których myślenie będzie zgodne z nowoczesną myślą przedstawioną w “Zasadach z 1789″ [Principles of 1789] (pluralizm, równość religii, oddzielenie Kościoła od państwa itp.).
W końcu spośród tych szeregów zostanie wybrany papież, który będzie prowadził Kościół ścieżką “oświecenia i odnowy”. Należy podkreślić, że ich celem nie było ulokowanie masona na stolicy piotrowej. Ich celem było stworzenie środowiska, które w końcu wyprodukuje papieża i hierarchię popierające liberalny katolicyzm, cały czas wierzący, że są wiernymi katolikami.
Ci katoliccy przywódcy już nie będą sprzeciwiać się nowoczesnym ideom rewolucji (co było stałą praktyką papieży w okresie 1789 do 1958 krytykujących te liberalne zasady), ale będą wprowadzać je do Kościoła. Ostatecznym tego rezultatem będą katoliccy duchowni i świeccy maszerujący pod sztandarem oświecenia, cały czas myśląc, że maszerują pod sztandarem stolicy apostolskiej.

Czy to możliwe?
Ci którzy uważają ten plan za zbyt ambitny, a cel wroga za zbyt beznadziejny do realizacji, powinni zauważyć, że dwaj papieże – Pius IX i Leon XIII zażądali publikacji “Stałej Instrukcji”, bez wątpienia po to, by zapobiec wydarzeniu się takiej tragedii. Ci wielcy papieże wiedzieli, że takie nieszczęście nie było niemożliwe.

Ale gdyby zrealizował się tak ciemny scenariusz, będą trzy bezbłędne sposoby jego rozpoznania:
1) Powstanie tak wielkie zamieszanie, że cały świat zrozumie, iż KK przeszedł przez wielką rewolucję w kwestii nowoczesnych pomysłów. Wszyscy zrozumieją, że Kościół się “zaktualizował”.
2) Wprowadzi się nową teologię sprzeczną z wcześniejszymi naukami.
3) Sami masoni będą piać triumfalnie, uważając że KK w końcu “dojrzał światło” w kwestiach pluralizmu, świeckiego państwa, równości religii i wszystkich innych osiągniętych kompromisów.


Prawdziwość dokumentów Alta Vendita
Tajne dokumenty Alta Vendita, najwyższej loży Karbonariuszy, które wpadły w ręce papieża Grzegorza XVI, obejmują okres od roku 1820 do 1846. Na prośbę bł. Piusa IX opublikował je Cretinau-Joly w książce “Kościół Rzymski a rewolucja” [The Roman Church and Revolution] [4].

Krótką aprobatą z 25 lutego 1861 roku, zaadresowaną do autora, papież Pius IX potwierdził autentyczność tych dokumentów, ale nie pozwolił nikomu na ujawnienie prawdziwych członków Alta Vendita zamieszanych w tą korespondencję.
Pełny tekst “Stałej instrukcji” jest również w książce ks. George’a E. Dillona “Wielka masoneria wschodu zdemaskowana” [Grand Orient Freemasonry Unmasked]. Kiedy Leonowi XIII wręczono egzemplarz tej książki, zrobiła na nim tak wielkie wrażenie, że nakazał opracowanie i opublikowanie włoskiej wersji na własny koszt [5].
W encyklice Humanum Genus, Leon XIII wezwał przywódców katolickich do “zdarcia maski z masonerii i wyjaśnienia wszystkim jaka ona naprawdę jest” [6]. Publikacja tych dokumentów jest metodą “zdarcia tej maski”. A skoro papieże poprosili o opublikowanie tych listów, to dlatego, że chcieli by wszyscy katolicy poznali plany tajnych organizacji niszczących Kościół od środka, żeby byli czujni i mogli udaremnić wydarzenie się tej katastrofy.

Stała Instrukcja Alta Vendita

Poniżej publikujemy ją nie w całości, ale ten fragment, który najbardziej wiąże się z naszą dyskusją:


Papież, kimkolwiek by nie był, nigdy nie zostanie członkiem tajnych stowarzyszeń; bo to właśnie ich zadaniem jest zrobienie pierwszego kroku w kierunku Kościoła, aby zawładnąć nim i papieżem.
Zadanie, którego się podejmujemy, to praca nie na dzień, miesiąc czy rok; może trwać kilka lat, może nawet całe stulecie; ale w naszych szeregach żołnierz ginie a bitwa toczy się dalej.
Naszym zamiarem nie jest pozyskanie papieży dla naszej sprawy, uczynienie z nich wyznawców naszych zasad, propagatorów naszych idei. To byłoby absurdalne marzenie; i gdyby nawet tak się stało w jakimś stopniu, gdyby np. kardynałowie lub prałaci, z własnej woli lub niespodziewanie, poznali część naszych sekretów, nie może to być zachętą do pragnienia wyniesienia ich na stolicę piotrową. To by nas zrujnowało. Sama ambicja doprowadziłaby ich do apostazji; żądza władzy zmusiłaby ich do poświęcenia nas. Tym o co musimy zabiegać, czego powinniśmy szukać i oczekiwać, tak jak żydzi oczekują na Mesjasza, to papież odpowiadający naszym potrzebom. . .
Wtedy będziemy mogli o wiele pewniej maszerować do ataku na Kościół, niż jedynie z broszurami naszych francuskich braci, czy nawet z angielskim złotem. Chcecie wiedzieć dlaczego? Chodzi o to, że po to by roztrzaskać skałę, na której Bóg zbudował swój Kościół, nie potrzebujemy ani octu Hannibala, ani prochu, ani nawet broni. Żeby tylko któryś z następców Piotra zamoczył w spisku choćby mały palec; i ten mały palec będzie dla naszej krucjaty tak dobry, jak wszyscy Urbanowie II i wszyscy święci Bernardowie chrześcijaństwa.
Nie mamy żadnych wątpliwości, że dojdziemy do tego wzniosłego końca naszych wysiłków. Ale kiedy? I jak? To co nieznane nadal jest nieujawnione. Tym niemniej, skoro nic nie powinno nas odwieść od nakreślonego planu, a wręcz przeciwnie, wszystko powinno do niego dążyć, tak jak gdyby już jutro sukces miał ukoronować dopiero co naszkicowane dzieło, to pragniemy, poprzez tę instrukcję, która pozostanie tajna dla większości nowicjuszy, udzielić osobom kierującym naszą najwyższą Vente pewnych rad, które powinni wpajać wszystkim braciom, w formie nauki albo memorandum. . .

A zatem, aby zapewnić sobie papieża o odpowiednich cechach, należy go najpierw ukształtować. . . bo ten papież będzie zasługiwał na panowanie przez pokolenie, panowanie o jakim marzymy. Zostawmy na boku starców i ludzi dojrzałych; idźmy do młodych, a jeśli możliwe, nawet do dzieci. . . Wypracujecie sobie, niskim kosztem, reputację dobrych katolików i prawdziwych patriotów.

Ta reputacja sprawi, że nasze doktryny dotrą zarówno do młodego duchowieństwa, jak i głęboko do klasztorów. Po kilku latach, siłą rzeczy, ci młodzi księża przejmą wszystkie funkcje; będą rządzić, utworzą papieską radę, zostaną wezwani do wyboru papieża który będzie rządził. A ten papież, jak większość mu współczesnych, będzie musiał być mniej lub bardziej przesiąknięty zasadami włoskimi i humanitarnymi, które właśnie zamierzamy puścić w obieg. I to jest to maleńkie ziarenko gorczycy powierzone ziemi; ale słońce sprawiedliwości rozwinie z niego najwyższą władzę, aż pewnego dnia zobaczycie, jak wielkie żniwo przyniesie to małe ziarenko.

Na drodze jaką przygotowujemy naszym braciom, piętrzą się wielkie przeszkody do pokonania, więcej niż jednego rodzaju trudności do opanowania. Ale oni je pokonają dzięki swojemu doświadczeniu i wnikliwości; bo nasz cel jest tak wspaniały, że trzeba podnieść wszystkie żagle na wiatr, aby go zrealizować. Macie zrewolucjonizować Włochy, poszukać papieża, którego portret właśnie naszkicowaliśmy. Macie ustanowić panowanie wybranych na tronie nierządnicy Babilonu, niech księża maszerują pod waszym sztandarem, cały czas wierząc, że maszerują pod sztandarem stolicy apostolskiej. Chcecie by zniknęły ostatnie ślady tyranów i ciemiężycieli; zastawcie swoje pułapki, jak Simon Barjone; wyłóżcie je raczej w zakrystiach, seminariach i zakonach, a nie na dnie morza: a jeżeli nie będziecie się spieszyć, obiecujemy wam połów bardziej cudowny, niż jego. Rybak łowiący ryby stanie się rybakiem ludzi; wokół tronu apostolskiego zgromadzicie swych przyjaciół. Będziecie głosić rewolucję tiary i kapy, maszerującą z krzyżem i sztandarem, rewolucję, którą trzeba będzie tylko lekko wzniecić, by wywołała pożar we wszystkich czterech krańcach świata” [7].


Teraz pozostaje nam zbadać jak udany był ten plan.

Oświecenie, przyjacielu, przyjdzie z wiatrem
W XIX wieku społeczeństwo coraz bardziej przesiąkało liberalnymi zasadami rewolucji francuskiej, z wielką szkodą dla wiary katolickiej i katolickiego państwa. Rzekome “łagodniejsze i delikatniejsze” pojęcia o pluralizmie, obojetności religijnej, demokracji według której wszelka władza pochodzi od narodu, fałszywe pojęcia wolności, zgromadzenia międzywyznaniowe, oddzielenie Kościoła od państwa i inne nowinki, zdobywały umysły po-oświeceniowej Europy, infekując tak samo mężów stanu jak i duchownych.
Papieże w XIX wieku i na początku XX-go wypowiedzieli tym niebezpiecznym trendom wojnę w pełnej zbroi. Dzięki wyraźnej przytomności umysłu wpojonej bezkompromisowym przeświadczeniem wiary, ci papieże nie dali się nabrać. Oni wiedzieli, że te diabelskie zasady, niezależnie od tego jak szlachetne mogą wyglądać, nie przyniosą dobrych owoców, i były to złe zasady w najgorszym wydaniu, bo pochodziły nie tylko z herezji, ale i z apostazji.
Jak dowodzący generałowie, którzy wiedzą, że mają obowiązek utrzymania za wszelką cenę swoich pozycji, ci papieże skierowali swoje potężne armaty na błędy nowoczesnego świata, i nieustannie strzelali. Ich kulami były encykliki, i nigdy nie pudłowali.
Najcięższe uderzenie przyszło w roku 1864 w formie monumentalnej encykliki bł. papieża Piusa IX “Wykaz błędów” [Syllabus of Errors], a kiedy rozproszył się dym, nikt uczestniczący w bitwie nie miał wątpliwości kto stał po której stronie. Jasno określono linię demarkacyjną. W tym wielkim “Syllabusie”, Pius IX potępił zasadę błędów nowoczesnego świata, nie dlatego że były nowoczesne, ale dlatego że te nowe idee pochodziły z panteistycznego naturalizmu, a zatem były sprzeczne z katolicką doktryną, a także niszczące dla społeczeństwa.
Nauki zawarte w “Syllabusie” były sprzeczne z liberalizmem, a zasady liberalizmu były sprzeczne z “Syllabusem”. To bezdyskusyjnie zrozumiała każda ze stron.

Do tej ostatecznej rozgrywki nawiązał o. Denis Fahey w książce “Św. Pius IX a panteistyczna deifikacja człowieka” [Pius IX vs. the Pantheistic Deification of Man] [8]. Wypowiadając się za stronę przeciwną, francuski mason Ferdynand Buissont oświadczył podobnie: “Szkoła nie może pozostać neutralna między Syllabusem i Deklaracją Praw Człowieka” [9].

Ale XIX wiek był świadkiem pojawienia się katolika nowego rodzaju, który utopijnie szukał kompromisu pomiędzy nimi obu. Ci ludzie poszukiwali czegoś co uważali za “dobre” w zasadach z 1789 roku, i próbowali wprowadzać je do Kościoła. Wielu duchownych, zainfekowanych duchem epoki, złapało się w tę sieć, “zastawioną w zakrystiach i seminariach”. Ci ludzie stali się znani jako liberalni katolicy. Bł. papież Pius IX podchodził do nich z absolutnym horrorem. Powiedział, że ci “liberalni katolicy” byli “najgorszymi wrogami Kościoła”.
W liście z 18 czerwca 1871 do francuskiej delegacji pod przewodnictwem biskupa Nevers, papież Pius IX napisał:
“Tym czego się boję nie jest komuna paryska – nie – boję się liberalnego katolicyzmu. . . Mówiłem o tym ponad 40 razy, i powtarzam teraz, z uwagi na miłość jaką mam dla was. Prawdziwą plagą dla Francji jest liberalny katolicyzm, który chce zjednoczyć dwie zasady tak sprzeczne ze sobą jak ogień i woda” [10].
Ale pomimo to zwiększała się liczba liberalnych katolików.

Papież Pius X a modernizm
Ten kryzys osiągnął szczyt na przełomie wieku, kiedy “przyniesiony z wiatrem” liberalizm z roku 1789 skłębił się w tornado modernizmu. O. Vincent Miceli określił tę herezję jako “trójcę rodziców / przodków”. Napisał:
1) Jej religijnym przodkiem jest protestancka reformacja
“2) Jej filozoficznym rodzicem jest oświecenie
“3) Jej politycznym źródłem jest rewolucja francuska” [11].


Papież św. Pius X, który zasiadł na tronie piotrowym w 1903 roku, modernizm uznał za najgroźniejszą plagę, którą należy powstrzymać. Napisał, że najważniejszym obowiązkiem papieża jest zachowanie czystości i integralności katolickiej doktryny, i dalej powiedział, że gdyby nic nie zrobił, to nie poniósłby fiaska w kwestii podstawowego obowiązku [12].

Św. Pius X wypowiedział wojnę modernizmowi, przeciwko niemu wydał encykliki (Pascendi) i Syllabus (Lamentabili), ustanowił “Przysięgę Antymodernistyczną” obowiązującą wszystkich księży i nauczycieli, wyczyścił seminaria i uniwersytety z modernistów, i ekskomunikował upartych i nieskruszonych.
Pius X skutecznie zatrzymał szerzenie się modernizmu w tym czasie. Ale mówi się, że kiedy pogratulowano mu wytępienia tego poważnego błędu, Pius X natychmiast odpowiedział, że pomimo jego wszelkich wysiłków, nie udało mu się zabić tej bestii, a tylko wpędził ją w podziemie. Ostrzegł, że jeśli przywódcy Kościoła nie zachowają czujności, to powróci ona bardziej jadowita niż kiedykolwiek [13].

Kuria w pogotowiu
Mało znany dramat jaki rozegrał się za panowania papieża Piusa XI pokazuje, że podziemny nurt modernizmu miał się dobrze w okresie tuż po Piusie X.

O. Raymond Dulac opowiada, że na tajnym konsystorzu 23 maja 1923 roku papież Pius XI zapytał 30 kardynałów kurii o termin zwołania soboru ekumenicznego. Obecni byli wybitni prałaci tacy jak Merry del Val, De Lai, Gasparri, Boggiani i Billot.
Kardynałowie wypowiedzieli się przeciwko.
Kard. Billot ostrzegł: “Nie da się ukryć istnienia głębokich różnic wśród członków samego episkopatu. . . [Oni] ryzykują dyskusjami, które będą się przedłużać w nieskończoność”.
Boggiani przypomniał modernistyczne teorie, które nie są obce części kleru i biskupom. “Ten sposób myślenia może skłaniać pewnych Ojców do przedstawiania pojęć i wprowadzania metod niezgodnych z tradycjami katolickimi”.
Billot był jeszcze bardziej precyzyjny. Wyraża obawę o “wmanewrowanie” soboru przez “najgorszych wrogów Kościoła, modernistów, którzy już się przygotowują, o czym mówią pewne oznaki, do wywołania rewolucji w Kościele, nowego roku 1789” [14].

Zniechęcając do pomysłu zwołania soboru z tych powodów, ci kardynałowie wykazali się wtedy bardziej skłonni do tego by rozpoznać “znaki czasu”, niż wszyscy posoborowi teolodzy razem. Ale ich ostrożność miała dużo głębsze źródło. Mogli także czuć się zastraszeni pracami notorycznego iluminata, ekskomunikowanego kanonika Roca (1830-1893), który głosił rewolucję i “reformę” Kościoła, i który prognozował subwersję Kościoła wynikłą z soboru.

Rewolucyjny bełkot Roca
W książce “Atanazy i Kościół naszych czasów”, bp Graber cytuje proroctwo Roca o “nowo-oświeconym Kościele”, który będzie pod wpływem socjalizmu Jezusa” [15].
W połowie XIX wieku Roca zaprorokował “Nowy Kościół, który może nie być w stanie zachować niczego ze scholastycznej doktryny i oryginalnej formy wcześniejszego Kościoła, to jednak otrzyma błogosławieństwo i kanoniczne uzasadnienie z Rzymu”.
Przewidział również reformę liturgiczną. W odniesieniu do przyszłej liturgii, uważał, że “boski kult w formie zalecanej przez liturgię, ceremoniał, rytuał i przepisy KK wkrótce przejdą transformację na soborze ekumenicznym, który przywróci w nim odwieczną prostotę złotego wieku apostołów, zgodną z nakazami sumienia i nowoczesną cywilizacją”.
Przewidział, że w wyniku tego soboru nastąpi “pełna zgoda między ideałami nowoczesnej cywilizacji i ideałem Chrystusa i Jego Ewangelii. Będzie to poświęcenie NWO i uroczysty chrzest nowoczesnej cywilizacji”.
Roca powiedział także o przyszłości papiestwa. Napisał: “Już organizuje się ofiarę, która ma reprezentować uroczysty akt ekspiacji. . . Papiestwo upadnie; zginie od uświęconego noża, jaki ukują ojcowie ostatniego soboru. Papieski cezar jest żywicielem [ofiarą] ukoronowaną na poświęcenie“.
Roca entuzjastycznie przewidział “nową religię, nowe dogmaty, nowy rytuał, nowe kapłaństwo”. Nowych księży nazwał “progresywistami” i powiedział o “zniesieniu” sutanny i “małżeństwie księży” [16].

Mrożące słowa Roca i Alta Vendita znajdują potwierdzenie u Różokrzyżowca, dr Rudolpha Steinera, który w roku 1910 oświadczył: “Potrzebny jest nam sobór i papież który to ogłosi” [17]. Bp Graber w komentarzu o tych przewidywaniach mówi: “Kilka lat temu byłoby to jeszcze nie do pomyślenia, ale teraz. . .” [18]

Wielki sobór który się nie odbył
Około roku 1948, papież Pius XII, na prośbę mocno ortodoksyjnego kard. Ruffiniego, rozważał zwołanie soboru ogólnego, a nawet spędził kilka lat na koniecznych przygotowaniach. Istnieją dowody na to, że postępowe elementy w Rzymie w końcu wyperswadowały to Piusowi XII, gdyż ten sobór pokazywał wyraźne oznaki synchronizacji z “Humani Generis”. Tak jak ta wielka encyklika z roku 1950, nowy sobór będzie zwalczał “fałszywe opinie zagrażające osłabieniu fundamentów katolickiej doktryny” [19].
Tragicznie, papież Pius XII nabrał przekonania, że był zbyt stary by podołać tak istotnemu zadaniu, i zrezygnował mówiąc, że “to zostawiam mojemu następcy” [20].

Roncalli dokona kanonizacji ekumenizmu”
W czasie pontyfikatu Piusa XII, Święte Oficjum pod kierownictwem kard. Ottavianiego zachowało bezpieczny katolicki pejzaż twardo zatrzymując dzikie konie modernizmu w zagrodzie. Wielu z dzisiejszych modernistycznych teologów lekceważąco wspomina jak wtedy im i ich przyjaciołom nałożono “kagańce”.
Ale nawet Ottaviani nie mógł zapobiec temu co miało miejsce w roku 1958. Nowy typ papieża, “którego postępowcy uważali za sprzymierzeńca” [21] wstąpi na papieski tron i zmusi wahającego się Ottavianiego do usunięcia skobla, otwarcia zagrody i przygotowania się do masowego pędu tabunu.

Jednak takiej sytuacji nie przewidziano. Kiedy podano wiadomość o zgonie Piusa XII, stary ks. Lambert Beauduin, przyjaciel Roncallego (przyszły Jan XXIII) zwierzył się o. Bouerowi: “Jeśli wybiorą Roncallego, wszystko się uratuje; będzie mógł zwołać sobór i konsekrować ekumenizm” [22].
I stało się tak jak przepowiedział ks. Lambert. Wybrano Roncallego, ten zwołał sobór i konsekrował ekumenizm. Toczyła się “rewolucja tiary i kapy’.

Rewolucja papieża Jana
Powszechnie znany i wspaniale udokumentowany jest [23] fakt, że klika liberalnych teologów (periti) i biskupów porwała II SW z programem przerobienia Kościoła na ich własny obraz, poprzez wprowadzenie “nowej teologii”. W tym punkcie zgadzają się zarówno krytycy jak i obrońcy II Soboru.

W książce “Powrót do II SW” [Vatican II Revisited], bp Aloysius J. Wycisło (rapsodyczny obrońca soborowej rewolucji) deklaruje z trzpiotowatym entuzjazmem, że “teolodzy i badacze biblijni, którzy od lat byli ‘pod chmurą’, pojawili się jako periti (doradcy teologiczni biskupów na soborze), a ich książki o II SW i komentarze stały się popularną lekturą” [24].
Napisał, że encyklika “papieża Piusa XII” Humani Generis miała. . . dewastujący skutek na prace licznych przedsoborowych teologów” [22] i wyjaśnia, że “Podczas początkowych przygotowań do soboru, ci teolodzy (głównie francuscy, a także niemieccy), których działalność ograniczył Pius XII, byli nadal ‘pod chmurą’. Papież Jan spokojnie anulował zakaz nałożony na niektórych z najbardziej wpływowych. Ale wielu z nich nadal podejrzewali członkowie Świętego Oficjum” [26].
Wycislo wyśpiewuje pochwały dla triumfujących postępowców takich jak Hans Kung, Karl Rahner, John Courtney Murray, Yves Congar, Henri de Lubac, Edward Schillebeeckx i Gregory Baum, uważanych za podejrzanych przed soborem (nie bez powodu), że teraz są wiodącym światłem posoborowej teologii [27].

W rezultacie, ci których Pius XII uważał za nieodpowiednich do podążania drogą katolicyzmu, teraz kontrolowali miasto. I jakby ukoronowaniem ich osiągnięć było ciche wycofanie “Przysięgi Antymodernistycznej” tuż po zakończeniu soboru. Św. Pius X prawidłowo to przepowiedział. Brak czujności w kręgach władzy pozwolił na powrót modernizmu z zemsty.

Marsz pod nowym sztandarem”
Na II SW toczyły się niezliczone bitwy między międzynarodową grupą ojców obrońców tradycji i grupą reńskich postępowców. Rezultat był tragiczny, w końcu zwyciężył element liberalny i modernistyczny.
Dla każdego kto miał oczy do widzenia było oczywiste, że II SW ogłosił wiele pomysłów wcześniej uznanych za anatemę wobec nauk Kościoła, ale one były zgodne z nowoczesnym sposobem myślenia. To nie nastąpiło przez przypadek, ale zgodnie z planem.
Postępowcy na II SW unikali potępienia błędów modernistów. Także umyślnie wprowadzili dwuznaczności do soborowych tekstów, którymi zamierzali się posługiwać po soborze. Liberalny peritus soboru, o. Edward Schillebeeckx, przyznał, że “na soborze używaliśmy dwuznacznych wyrażeń i wiedzieliśmy jak będziemy je interpretować później” [28].
Używając umyślnych dwuznaczności, dokumenty soborowe promowały ekumenizm potępiony przez papieża Piusa XI, swobodę religijną potępioną przez papieży XIX wieku (szczególnie bł. Piusa IX), nową liturgię bardziej podobną do protestanckiej, i ekumenizm, który Bugnini nazwał “głównym podbojem KK”, kolegialność która uderza w serce prymatu papieża, i “nową postawę wobec świata” – zwłaszcza w jednym z najbardziej radykalnych soborowych dokumentów, Gaudium et Spes. (Nawet kard. Ratzinger przyznał, że Gaudium et Spes jest przesiąknięty duchem Teilharda de Chardina) [29].

Tak jak oczekiwała “Stała Instrukcja Alta Vendita“, wymysł liberalnej kultury w końcu znalazł sprzymierzeńców wśród głównych graczy w katolickiej hierarchii, i poszerzył się na cały Kościół. Rezultatem tego był bezprecedensowy kryzys wiary, który się pogarsza, choć jednocześnie niezliczeni hierarchowie wysokiego szczebla, oczywiście upojeni “duchem II SW” nadal chwalą te reformy soboru, które sprowadziły to nieszczęście.

Okrzyki radości masonów
Ale obrót wydarzeń dokonanych przez sobór świętowali nie tylko liderzy Kościoła, lecz także masoni. Cieszą się z tego, że katolicy w końcu “dojrzeli światło”, i że Kościół usankcjonował wiele z masońskich zasad.
Yves Marsaudon ze szkockiego rytu masonerii, w książce “Ekumenizm postrzegany oczyma tradycyjnego masona” [Ecumenism Viewed by a Traditional Freemason] pochwalił ekumenizm soborowy.
Powiedział:
Katolikom. . . nie wolno zapominać o tym, że wszystkie drogi prowadzą do Boga. I będą musieli zaakceptować to, że ta odważna idea wolnomyślicielska, którą naprawdę nazywamy rewolucją, wylewa się z naszych lóż masońskich, rozciągnęła się wspaniale nad kopułą św. Piotra” [30].
Yves Marsaudon powiedział dalej: “Można dostrzec, że ekumenizm jest prawowitym synem masonerii” [31].

Posoborowy duch zwątpienia i rewolucji oczywiście rozgrzał serce francuskiego masona Jacquesa Mitteranda, kóry napisał z aprobatą:
“Coś się zmieniło w Kościele, a odpowiedzi papieża na najpilniejsze sprawy takie jak celibat księży i kontrola urodzeń są przedmiotem gorących dyskusji w samym Kościele; słowo papieża kwestionują biskupi, księża i wierni. Według masona, człowiek który kwestionuje dogmat już jest masonem bez fartuszka” [32].
Marcel Prelot, senator z francuskiego regionu Doubs jest chyba najdokładniejszy w określeniu tego co się wydarzyło. Pisze:
“Przez 150 lat walczyliśmy o to, żeby nasze opinie zwyciężyły w Kościele i nam się nie udało. W końcu nadszedł II SW i odnieśliśmy triumf. Od tej pory propozycje i zasady liberalnego katolicyzmu zostały stanowczo i oficjalnie przyjęte przez Święty Kościół” [23].

Zerwanie z przeszłością
“Konserwatyści” którzy zaprzeczają temu, że II SW stanowił zerwanie z tradycją, i że to jest sprzeczne z wcześniejszym Magisterium, nie chcieli słuchać ludzi czynu soboru, którzy bezwstydnie to uznają.
Yves Congar, jeden z architektów reformy, zauważył ze spokojną satysfakcją, że “Kościół spokojnie przeszedł swoją rewolucję październikową” [34].
Przyznał również, jakby to było powodem dumy, że soborowa “Deklaracja o swobodzie religijnej” jest sprzeczna z “Syllabusem” papieża Piusa IX. Powiedział:
“Nie da się zaprzeczyć, że potwierdzenie przez II Sobór swobody religijnej faktycznie mówi coś innego niż “Sylllabus” z 1864, a nawet wręcz przeciwnego do propozycji 16, 17 i 19 tego dokumentu” [35].
I w końcu kilka lat temu, kard. Ratzinger, widocznie niewzruszony tym przyznaniem, napisał, że soborowy tekst “Gaudum et spes” postrzega jako “anty-Syllabus“.
Powiedział:
“Jeśli wymagane jest przedstawienie diagnozy tekstu (Gaudium et Spes) jako całości, można powiedzieć, że (w związku z tekstem o swobodzie religijnej i światowych religii) jest to rewizja “Syllabusa” Piusa IX, rodzaj anty-syllabusa. . . Powiedzmy że ten tekst służy jako anty-syllabus, i jako taki, według Kościoła stanowi próbę oficjalnego pogodzenia się z nową erą rozpoczętą w roku 1789” [36].
Inaczej mówiąc, z rewolucją francuską i oświeceniem.
Ten komentarz kard. Ratzingera jest niepokojący, szczególnie dlatego, że pochodzi od człowieka, który będąc szefem Kongregacji Doktryny Wiary, rzekomo stoi na straży czystości katolickiej doktryny.
Ale możemy także przywołać podobną opinię postępowego kard. Suensensa, jednego z najbardziej liberalnych prałatów w tym stuleciu, sam będąc ojcem soboru, płomiennie wypowiadał się o starych reżimach, które upadły. Słowa których użył chwwaląc sobór są najbardziej mówiące, najbardziej przerażające i najbardziej obciążające. Suenses oświadczył: “II SW to rewolucja francuska Kościoła” [37].

Status dokumentów soborowych
Oczywiście katolicy mają prawo, a nawet obowiązek, odrzucenia tych nauk pochodzących z soboru, króre są w konflikcie z wiecznym Magisterium.
Od lat katolicy tkwili w błędnym przekonaniu, że muszą akceptować sobór duszpasterski, II SW, z takim samym aktem wiary jaki należy się soborom dogmatycznym. Ale tu nie o to chodzi.
Ojcowie soboru wielokrotnie mówili o II SW jako o duszpasterskim, to znaczy, że jest to sobór który zajmuje się nie definiowaniem wiary, ale jej wdrożeniem.
Fakt, że II SW jest gorszy od dogmatycznego potwierdza świadectwo ojca soboru, bpa Thomasa Morrisa. Teraz na jego prośbę to świadectwo ujawniono po jego śmierci:
“Poczułem ulgę kiedy powiedziano nam, że ten sobór nie miał na celu definiowania czy wydawania ostatecznych opinii o doktrynie, ponieważ oświadczenie o doktrynie musi być ostrożnie sformułowane, i dokumenty soborowe uwazałbym za niepewne i mogące podlegać reformie” [38].
Jest też ważne świadectwo sekretarza soboru, abpa (później kardynała) Pericle Feliciego. Na zakończenie II SW biskupi poprosili abpa Feliciego o coś co teolodzy nazywają “teologiczną notą” soboru, czyli o doktrynalny “ciężar” nauk II SW. Felici odpowiedział:
“Musimy rozróżnić zgodnie ze schemas i rozdziałami, tymi które już były przedmiotem definicji dogmatycznych w przeszłości; zaś jeśli chodzi o deceleracje [zwolnienie tempa] które mają charakter nowości, musimy mieć zastrzeżenia” [39].
Sam papież Paweł VI również podobnie skomentował, że “biorąc pod uwagę pastoralny charakter soboru, uniknął ogłoszenia w niezwykły sposób dogmatów obdarzonych notą nieomylności” [40].
A zatem, w przeciwieństwie do soboru dogmatycznego, II SW nie wymaga aktów wiary bez zastrzeżeń. Rozwlekłe i dwuznaczne oświadczenia II SW nie są na równi z wypowiedziami dogmatycznymi. Nowości II SW nie są bezwarunkowo wiążące dla wiernych. Katolicy mogą “mieć zastrzeżenia”, a nawet sprzeciwiać się każdej nauce soboru, która byłaby sprzeczna z odwiecznym Magisterium.

Rewolucja tiary i kapy”
Rewolucja posoborowa ma wszystkie znamiona realizacji planów “Stałej Instrukcji Alta Vendita”, jak również przepowiedni kanonika Roca:
1.Cały świat dostrzegł głęboką zmianę w KK na skalę międzynarodową zgodną z nowoczesnym światem.
2. Zarówno obrońcy jak i krytycy II SW pokazują, że pewne nauki soboru stanowią zerwanie z przeszłością. 3.Sami masoni radują się z soboru, że ich pomysły “rozciągnęły się wspaniale nad kopułą św. Piotra”.
Dlatego cierpienia jakie teraz dotknęły KK naprawdę nie są tajemnicą. Lekkomyślnie ignorując przeszłych papieży, nasi obecni liderzy Kościoła zbudowali zepsutą strukturę, która się rozpada. Choć papież Paweł VI ubolewał nad tym, że “Kościół jest w stanie samozniszczenia”, to on, tak jak obecny papież, nalegał by katastrofalne aggiornamento odpowiedzialne za to samozniszczenie szło pełną parą.
Chciałbym poruszyć jeden punkt końcowy. Nie twierdzę, że każdy duchowny promujący nowe praktyki, takie jak ekumenizm, umyślnie działa jako wróg Kościoła. Znany ksiądz z XIX wieku, o. Frederick Faber, okazał się być prawdziwym prorokiem kiedy w niezwykłej homilii wygłoszonej w Zielone Świątki w londyńskim Oratorium powiedział:
Musimy pamiętać, że gdyby wszyscy wyraźnie dobrzy ludzie byli po jednej stronie, a wszyscy wyraźnie źli po drugiej, nie byłoby niebezpieczeństwa dla nikogo, a już najmniej dla wybranych, oszukiwanych przez kłamliwe cuda. To dobrzy ludzie, wcześniej dobrzy, musimy mieć nadzieję że nadal dobrzy, którzy mają wykonywać dzieło antychrysta i tak smutno ukrzyżować Pana na nowo. . . Pamiętajmy tę cechę ostatnich dni, że ten fałsz pojawia się wśród dobrych ludzi, będących po niewłaściwej stronie” [41].

Dlatego uważam, że wielu (nie wszyscy) duchownych, którzy ulegają duchowi epoki i promują nowy program soboru, są dobrymi ludźmi po złej stronie.

Obowiązek sprzeciwu
Jak powiedziałem na początku, uważam że “Stała Instrukcja Alta Vendita” i jej skutki pomagają wyjaśnić to o czym mówiła s. Łucja, kiedy ostrzegała o diabolicznej dezorientacji hierarchów wyższego szczebla, określenie użyte przez nią wiele razy.
W obliczu takiej diabolicznej dezorientacji, jedyną odpowiedzią dla wszystkich zaniepokojonych katolików jest:
1) dużo się modlić, zwłaszcza na Różańcu
2) uczyć się i żyć tradycyjną doktryną i moralnością KK, zawartymi w pracach przedsoborowych
3) trwać przy łacińskiej Mszy Trydenckiej, w której wiara katolicka i nabożeństwo są wolne od skażenia dzisiejszym novus ordo ekumenizmu
4) sprzeciwiać się całą duszą trendom II SW siejącym takie spustoszenie w Mistycznym Ciele Chrystusa
5) z miłością mówić innym o tradycjach wiary i ostrzegać ich przed błędami czasów
6) modlić się o to by zaraźliwy powrót do normalności objął wystarczającą liczbę hierarchów
7) nigdy nie zgadzać się na kompromis
8) i na koniec, powodem tego że tu jesteśmy: by praktykować i głosić najlepiej jak potrafimy, są prośby Matki Bożej Fatimskiej.


John Vennari, red. naczelny Catholic Family News Freemasonry and the Subversion of the Catholic Church
Tłumaczenie: Ola Gordon

Mason Di Bernardo, Parolin i umowa między Watykanem a Chinami

Mason Di Bernardo, Parolin i umowa między Watykanem a Chinami

6 Maggio 2025 Uczta Baltazara babylonianempire/mason-di-bernardo-parolin-i-umowa-miedzy-watykanem-a-chinami

Najnowsze oświadczenie arcybiskupa Carlo Marii Viganò na temat IOR-u:

Komunikat prasowy arcybiskupa Carlo Marii Viganò

Udzieliłem pełnomocnictwa prof. Augusto Sinagrze, prawnikowi prowadzącemu kancelarię adwokacką w Rzymie przy Viale Gorizia 13, do wniesienia pozwu do Sądu Cywilnego w Rzymie przeciwko Watykańskiemu Instytutowi Dzieł Religijnych w osobach poprzednich dyrektorów generalnych oraz obecnego dyrektora generalnego dr Gian Franco Mammì wraz z prałatem Kurii Rzymskiej.

Przedmiotem pozwu jest nienależne przywłaszczenie dużych sum pieniędzy zdeponowanych w IOR i już wcześniej przeznaczonych na dzieła charytatywne.

Do Sądu Cywilnego w Rzymie zostanie złożony wniosek o międzynarodową rekwizycję sądową, tak by właściwe władze watykańskie nakazały prewencyjne i zapobiegawcze zajęcie wspomnianych aktywów. W tym samym czasie zażądane zostaną wszystkie ekspertyzy – oprócz tych już uzyskanych – niezbędne do oceny zakresu odpowiedzialności zaangażowanych osób oraz ich uwarunkowań i postępowania.

Od dłuższego czasu, w pełni zorientowany w tej sprawie oraz wszystkich jej implikacjach jest kardynał Pietro Parolin, jeden z najbardziej faworyzowanych kandydatów do nominacji na urząd papieski, również ze względu na znaczącą pomoc udzieloną mu przez masona prof. Giuliano Di Bernardo, byłego Wielkiego Mistrza Wielkiego Wschodu Włoch.

Jego Eminencja jest osobą dobrze poinformowaną o faktach i wszystkich wydarzeniach, w jakie w tamtym czasie, jak i ostatnio, był zaangażowany i w sprawie których do niego się zwracano. Uznałem za swój obowiązek zwrócić się do sądu o zwrot tych aktywów w następstwie wielokrotnej odmowy kardynała Parolina dokonania pozasądowego zadośćuczynienia z tytułu poważnych szkód, jakie mi wyrządzono.

Kardynał – wraz z wieloma innymi osobami – zostanie również wskazany jako świadek na poparcie tego, co jest już niezaprzeczalnie jasne z dokumentów będących w moim posiadaniu jak i samego kardynała Parolina”.

+ Carlo Maria Viganò, arcybiskup

Viterbo, 5 maja 2025 r. https://www.aldomariavalli.it/2025/05/05/carlo-maria-vigano-cito-in-giudizio-lo-ior-per-appropriazione-indebita-il-cardinale-parolin-chiamato-a-testimoniare/

…………………..

Trzy dni temu, ważny włoski mason Giuliano Di Bernardo udzielił wywiadu dziennikowi Il Fatto Quotidiano, w którym – określając Parolina jako «swego przyjaciela», stwierdził że: Jeśli Kościół dysponuje jeszcze odrobiną racjonalności, powinien wybrać na papieża Pietro Parolina. To jest jedyny sposób na przywrócenie mu prestiżu” . https://www.ilfattoquotidiano.it/in-edicola/articoli/2025/05/03/il-massone-il-mio-am-ico-parolin-come-papa/7973205/) https://it.wikipedia.org/wiki/Giuliano_Di_Bernardo

Powiedział: «Kiedy opuściłem Wielki Wschód Włoch, Watykan dał mi znać, że chcieliby, by ich przedstawicieli znalazł się wśród członków Akademii. Nawiązałem wtedy kontakt z Giorgio Eldarovem, Bułgarem o wielkiej inteligencji, który faktycznie stał się jednym z założycieli Akademii. Pewnego dnia Eldarov powiedział mi, że w watykańskim Sekretariacie Stanu jest osoba, która chciałaby mnie spotkać. Stanąłem twarzą w twarz z ówczesnym podsekretarzem, Pietro Parolinem”.

„O jakich latach mówimy?” – pyta dziennikarz. Odpowiedź: „To było jakieś dwadzieścia lat temu. Natychmiast narodziła się nić porozumienia i pełna sympatia, do tego stopnia, że współpracowaliśmy przy różnych projektach. Pozostaliśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi”. Parolin był podsekretarzem w latach 2002-2009.

…………….

Giorgio Eldarov – franciszkanin, archimandryta (przełożony klasztoru); prawie całe życie mieszkał we Włoszech, gdzie ukończył teologię i specjalizował się w Papieskim Instytucie Orientalnym w Rzymie. W roku 1966, kiedy objął kierownictwo nad programem Radia Watykańskiego w swoim ojczystym języku, otrzymał tytuł archimandryty bazyliki San Clemente w Rzymie, przy grobie świętego Cyryla. Po upadku reżimu komunistycznego, Giorgio Eldarov powrócił do Sofii, gdzie założył i redagował katolicką gazetę „Abagar”. https://bg.wikipedia.org/wiki/%D0%93%D0%B5%D0%BE%D1%80%D0%B3%D0%B8_%D0%95%D0%BB%D0%B4%D1%8A%D1%80%D0%BE%D0%B2 https://www.radiospada.org/2025/05/declino-inizia-da-vaticano-ii-rapporti-recenti-massoneria-vaticano-spero-in-parolin-uninteressante-intervista-al-gran-maestro-g-di-bernardo/

……………..

Profesor mason dodał: “Kilka lat temu pomogłem Parolinowi rozwiązać problem z rządem chińskim”.

Przypomnijmy, że ów „problem z chińskim rządem” znalazł rozwiązanie w haniebnym tajnym porozumieniu chińsko-watykańskim. Zaledwie kilka dni temu, monsignore Viganò wydał jasne i wyczerpujące podsumowanie tej najbardziej bolesnej karty w historii Kościoła, która trwa od roku 2018 i za którym może stać longa manus masonerii. https://exsurgedomine.it/250502-sinovatican-ita/

Możemy teraz w pełni zrozumieć mocne słowa wypowiedziane pięć lat temu przez Jego Eminencję kardynała Josepha Zena dotyczące zdrady chińskich katolików przez Rzym: „Parolin wie, że kłamie; wie, że ja wiem, że kłamie; wie, że powiem wszystkim, że kłamie”. Jest więc nie tylko bezczelny, ale i zuchwały. Czy jest coś, na co by się nie odważył? Myślę, że nie boi się własnego sumienia. Obawiam się, że nie ma wiary”.

https://www.aldomariavalli.it/2020/10/07/accordo-cina-vaticano-cardinale-zen-parolin-mente-e-sa-di-mentire/amp/

Jeśli nie dojdzie do szybkiego i szczegółowego zaprzeczenia twierdzeniom Di Bernardo, fakty prowadzą do wniosku, że kardynał Świętego Kościoła Rzymskiego, watykański sekretarz stanu i członek listy kandydatów na papieża, celowo przekazał chińskich braci katolików okrutnej komunistycznej dyktaturze ich kraju, przy czym do osiągnięcia tego strasznego celu wykorzystał wsparcie znanego włoskiego masona, z którym „dobrze się rozumiał”.

INFO: https://www.aldomariavalli.it/2025/05/06/il-massone-di-bernardo-parolin-laccordo-vaticano-cina-fare-chiarezza/

https://babylonianempire.wordpress.com/2024/02/21/najnowszy-desperacki-atak-bergoglia-na-katolicyzm-czyli-proba-fuzji-kosciola-z-masoneria/embed/#?secret=d1apEILUUL#?secret=SA2U9Ipt7A

Rafał Trzaskowski – zakładnik ideologii Geremka i skrajnej lewicy

[boć to nie idee.md]

Rafał Trzaskowski – zakładnik idei Geremka i skrajnej lewicy

https://www.fronda.pl/a/Rafal-Trzaskowski-zakladnik-idei-Geremka-i-skrajnej-lewicy,243169.html


Rafał Trzaskowski, obecny prezydent Warszawy i jeden z czołowych polityków Platformy Obywatelskiej, niejednokrotnie przedstawiany był jako symbol „nowoczesnej, europejskiej Polski”. Jego wystąpienia publiczne pełne są odniesień do tolerancji, różnorodności, integracji europejskiej oraz „europejskich wartości”. Jednak coraz częściej można odnieść wrażenie, że Trzaskowski nie tyle sam kształtuje swój kurs polityczny, co w istocie trwa jako zakładnik dziedzictwa ideowego środowiska Geremka – liberalno-lewicowej elity III RP, która zdominowała debatę publiczną po 1989 roku, co też sam przyznaje.

Dziedzictwo Geremka: autorytet czy ideolog

Bronisław Geremek – historyk, opozycjonista, jeden z architektów transformacji ustrojowej – był bez wątpienia postacią wpływową. Jednak jego wizja polityczna opierała się na liberalnym internacjonalizmie, bezkompromisowej europeizacji i silnym zaufaniu do technokratycznych elit. To on stworzył wzorzec „światłego Europejczyka”, który miał stanowić przeciwwagę dla „ciemnego ludu” – jak niektórzy pogardliwie nazywali bardziej konserwatywną część społeczeństwa. Śmiało można go też skojarzyć z poglądami i działalnością Tadeusza Boya-Żeleńskiego i w zasadzie skończyli podobnie.

Geremek odrzucał myślenie w kategoriach narodowego interesu jako reliktu przeszłości. Zamiast tego proponował pełne podporządkowanie się integracji europejskiej i „internacjonalnym wartościom”, które – jak uważali jego uczniowie – miały zastąpić dawny etos narodowy.

Trzaskowski – kontynuator tej linii?

Trzaskowski, wychowanek tej szkoły, w istocie nigdy się od niej nie oderwał. Jego język polityczny – pełen odniesień do „postępu”, „wspólnoty europejskiej”, „nowoczesności” – to kalki z dyskursu Geremka i jego otoczenia. Trzaskowski konsekwentnie unika tematów, które mogłyby naruszyć ten paradygmat: nie mówi o problemach z masową migracją, nie podejmuje tematu napięć społecznych wynikających z przemian kulturowych, niechętnie odnosi się do krytyki instytucji unijnych – chyba że z pozycji ich lojalnego rzecznika. Jeśli już zostanie wywołany do publicznej odpowiedzi, jak w przypadku debat prezydenckich, niestety – bardzo oględnie mówiąc, jak mawiał klasyk – jest w „mylnym błędzie”.

Komentatorzy z różnych stron sceny politycznej zauważają też, że prezydent Warszawy jest świetnym odtwórcą ideowego schematu, ale w żadnym wypadku nie jego reformatorem. I tu pojawia się problem: w świecie gwałtownych zmian, konfliktów i nowego układu sił, Trzaskowski nadal operuje językiem i wartościami z lat 90-tych.

Polityk na uwięzi ideologii?

Wbrew pozorom, Trzaskowski nie jest ideologicznie wolny. Mimo deklarowanej otwartości i „nowoczesnego” podejścia, jego wizja Polski jest silnie osadzona w jednowymiarowym myśleniu: Polska ma być krajem peryferyjnym wobec Zachodu, nie mającym własnego projektu cywilizacyjnego, a jedynie podążającym za projektami innych. W tym sensie można uznać, że Trzaskowski jest politykiem „postkolonialnym”, nie tylko z racji wykształcenia i biografii, ale przede wszystkim mentalności.

Dlatego każde odejście od dogmatów Geremka – np. potrzeba większej suwerenności, wzmocnienia roli państwa czy ochrona tradycyjnych instytucji – jest dla Trzaskowskiego politycznym tabu. W ten sposób polityk PO przestaje być reprezentantem realnych napięć społecznych, a staje się zakładnikiem ideologicznego paradygmatu, który dla wielu młodych wyborców jest już anachronizmem.

Skrajnie lewicowy polityk

Ważnym elementem ideowego profilu Rafała Trzaskowskiego jest jego skrajnie lewicowe podejście do kwestii moralnych i światopoglądowych. Jako prezydent Warszawy stał się jednym z najgłośniejszych promotorów tzw. polityki tożsamościowej – zarówno w wymiarze symbolicznym, jak i finansowym. Miasto Stołeczne Warszawa regularnie wspiera z budżetu liczne organizacje LGBT, sponsorując m.in. warsztaty edukacyjne, imprezy środowiskowe oraz inicjatywy promujące postulaty środowisk queer. Trzaskowski był też jednym z pierwszych samorządowców, którzy oficjalnie poparli Kartę LGBT+, co wywołało szeroki sprzeciw wśród części mieszkańców, w tym w przedszkolach, co spotkało się ze zdecydowanym sprzeciwem rodziców. W ostatnich miesiącach podjął decyzję o zdejmowaniu krzyży z warszawskich urzędów, co uzasadniał „neutralnością światopoglądową” – choć krytycy wskazują, że w rzeczywistości jest to akt ideologicznej ofensywy przeciwko chrześcijańskiemu dziedzictwu Polski. Urzędnicy miejscy zachęcani są również do używania zaimków genderowych zgodnych z tzw. „tożsamością płciową” osób, z którymi współpracują – co wpisuje się w skrajnie progresywny model redefinicji języka i relacji społecznych. Wszystko to pokazuje, że Trzaskowski nie tylko wiernie realizuje paradygmat tzw. postępowej lewicy, ale także używa władzy samorządowej do jego wdrażania – wbrew wartościom i przekonaniom znacznej części obywateli.

Kontrowersje wzbudziły również inne decyzje Rafała Trzaskowskiego, które wpisują się w ideologiczny kurs promowania skrajnie lewicowej agendy. Wśród nich szczególnie burzliwe reakcje wywołało finansowanie z budżetu Warszawy festiwalu filmów pornograficznych „Post Pxrn Film Festival”, promowanego jako wydarzenie artystyczne, lecz prezentującego treści jawnie seksualne i często o charakterze dewiacyjnym. Pomimo protestów mieszkańców oraz licznych głosów krytyki, festiwal odbył się przy oficjalnym wsparciu miasta. Dodatkowo w 2023 roku Trzaskowski ogłosił plan utworzenia w Warszawie tzw. „hostelu interwencyjnego dla osób LGBT+”, który miał zapewniać schronienie osobom nieakceptowanym przez rodziny ze względu na orientację seksualną. Choć idea pomocy w trudnych sytuacjach nie wzbudza sprzeciwu jako taka, to forma promocji tego projektu – łącznie z afirmacją postulatów politycznych środowisk LGBT i brakiem analogicznego wsparcia dla innych grup – została odebrana jako element prowadzenia jednostronnej, ideologicznej polityki kosztem neutralności instytucji publicznych. Wszystko to umacnia wizerunek Trzaskowskiego jako zakładnika progresywnej doktryny, w której agenda obyczajowa wyprzedza zarówno zdrowy rozsądek, jak i rzeczywiste potrzeby większości warszawiaków.

Szaleństwo „C40 Cities”

Rafał Trzaskowski zasłynął również z aktywnego promowania radykalnej agendy klimatycznej, często określanej jako ekologiczne szaleństwo, które budzi sprzeciw nie tylko mieszkańców stolicy, ale i całej Polski. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych działań było przystąpienie Warszawy do międzynarodowego programu „C40 Cities” – sieci zrzeszającej duże metropolie, które zobowiązują się do całkowicie bezrozumnej redukcji emisji CO₂ m.in. przez ograniczanie konsumpcji mięsa, nabiału oraz podróży lotniczych. Jak wynika z oficjalnych dokumentów tej inicjatywy, celem jest m.in. redukcja spożycia mięsa do 16 kg rocznie na osobę i nabiału do 90 kg, co w praktyce oznacza ingerencję w codzienne wybory żywieniowe obywateli. Trzaskowski nie tylko nie zaprzeczył, że Warszawa wspiera ten program, ale również chwalił się swoją determinacją we wdrażaniu jego zaleceń. Wielu komentatorów uznało to za próbę narzucenia ideologicznego stylu życia pod przykrywką walki z kryzysem klimatycznym – tym bardziej, że równolegle forsowane są kosztowne inwestycje w tzw. strefy czystego transportu, które mogą skutecznie wykluczyć mniej zamożnych kierowców z poruszania się po centrum miasta. Wszystko to tworzy obraz włodarza, który z entuzjazmem wprowadza postulaty globalistycznych elit, ignorując głosy mieszkańców i rzeczywiste potrzeby warszawskiej klasy średniej.

Polska potrzebuje nowego języka

Polska w roku 2025 to kraj diametralnie inny niż Polska 1995. Wymaga nowych odpowiedzi, które uwzględnią nie tylko wartości, ale i realne interesy. Wizja Geremka miała swoją rolę w procesie transformacji, ale dziś – jako fundament polityki – staje się jedynie balastem. Trzaskowski, jeżeli chce być realnym liderem przyszłości, musi uwolnić się od tej spuścizny i zacząć mówić własnym językiem.

Pytanie tylko – czy będzie potrafił? Czy raczej – jak sugerują jego krytycy – pozostanie eleganckim, wykształconym i… całkowicie przewidywalnym zakładnikiem przeszłości?

Zenon Witkowski

===================================

Mirosław Dakowski:

Dodam coś, czego we Frondzie nie można oczekiwać:

Brat .:. Geremek [z d. Lewortow] był wysoko w masonerii „francuzów”. Oni pochwalili się tym, jak zwykle dopiero po śmierci Czcigodnego, czy tam Dostojnego. Trzaskowski jest więc nie tylko rasowo, nie tylko lewicowo, ale i lożowo krewnym czy następcą Geremka. Tamten swój ziemski przebieg skończył koszmarnie, żałośnie i .. zabawnie [bo jakie inne określenie można by tu przyzwoitym językiem mówiąc – użyć?

Bracia i Mistrzowie z włoskiej masonerii opłakują Franciszka

Włoska masoneria opłakuje Franciszka

farmazony

Wielka Loża Włoch wydała niezwykły hołd dla Franciszka, uznając go za człowieka, który „wcielił w życie wartości braterstwa, pokory i dążenia do planetarnego humanizmu”.

Czyniąc to, potwierdzają, że Franciszek był spełnieniem masońskich aspiracji, prowadząc Kościół z powrotem do lat 60. XX wieku.

Loża chwali encyklikę Franciszka Fratelli tutti jako manifest masońskiej i rewolucyjnej triady Libertas, Aequalitas, Fraternitas.

Twierdzą oni, że jego „wiara” była zgodna z ich własną „masońską metodą inicjacyjną, opartą na ścieżce wolnej od dogmatów” i obejmowała jego wątpliwości i dialog oraz jego promocję „planetarnego sumienia” – wszystko to klasyczny kod dla religii człowieka.

Sekta Massonic rozpoznaje we Franciszku człowieka według własnego serca: tego, który starał się „zmienić Kościół”, wprowadzając do historii [rzekome] „rewolucyjne nauczanie świętego Franciszka”.

Oto oryginalny tekst:

Francis, the Pope of the Poor and Forgotten [’The Last Ones’]

Nekrolog od Wielkiej Loży Włoch Starożytnych, Wolnych i Uznanych Masonów, Włochy

Wielka Loża Włoch Starożytnych, Wolnych i Uznanych Masonów przyłącza się do powszechnej żałoby z powodu śmierci papieża Franciszka, pasterza, który poprzez swoje magisterium i życie ucieleśniał wartości braterstwa, pokory i dążenia do planetarnego humanizmu.

Wielka Loża Włoch Starożytnych, Wolnych i Uznanych Masonów przyłącza się do powszechnej żałoby po śmierci papieża Franciszka, pasterza, który poprzez swoje nauczanie i życie ucieleśniał wartości braterstwa, pokory i dążenia do planetarnego humanizmu. Pochodzący z „końca świata” Jorge Mario Bergoglio wiedział, jak zmienić Kościół, wnosząc rewolucyjne nauczanie świętego Franciszka z Asyżu w obecny moment historii.

W tym czasie żałoby nasza Wspólnota pragnie oddać hołd wizji papieża Franciszka, którego dzieło ma głęboki oddźwięk w zasadach masonerii: centralne miejsce osoby, szacunek dla godności każdego człowieka, budowanie solidarnej wspólnoty, dążenie do wspólnego dobra. Jego encyklika Fratelli tutti jest manifestem. Libertas, Aequalitas, Fraternitas [Wolność, Równość, Braterstwo] to potrójna oś systemu wartości masonerii.

Przezwyciężenie podziałów, ideologii i dominującej jednej myśli w celu uznania bogactwa różnic i budowania ludzkości zjednoczonej w różnorodności – to było gorące pragnienie Franciszka i jest to właśnie projekt realizowany przez Wielką Lożę Włoch.

Papież Franciszek wiedział, jak pogodzić wiarę i rozum, komplementarne wymiary ludzkiego doświadczenia, odnawiając anzelmiańską zasadę credo ut intelligam [wierzę, abym rozumiał]. Wiara zdolna do kwestionowania samej siebie, do przyjmowania wątpliwości i do dialogu, który odnajdujemy również w masońskiej metodzie inicjacyjnej, opartej na drodze wolnej od dogmatów i popartej nieustannym poszukiwaniem prawdy.

Rządy Franciszka postawiły w centrum ubogich i zapomnianych, wraz z troską o planetę i etyką rozwoju opartą na godności ludzkiej. To również znajduje odzwierciedlenie w masońskiej konstrukcji „wewnętrznej świątyni”, opartej na tolerancji, solidarności i oporze wobec nienawiści i ignorancji, i znajduje głęboki odpowiednik w pracy duszpasterskiej Bergoglio, który swoją „łagodną rewolucją” pokazał, że pokora i dialog są narzędziami autentycznej siły. Zgodnie z „ekonomią Franciszka” i wizją „wspólnego domu”, masoneria wspiera zaangażowanie na rzecz zrównoważonej, sprawiedliwej i zjednoczonej przyszłości.

W czasach naznaczonych poważnymi kryzysami, Wielka Loża Włoch zgadza się z apelem papieża Franciszka o „planetarne sumienie”, które uznaje ludzkość za wspólnotę przeznaczenia. Czcimy jego pamięć, kontynuując pracę na rzecz etyki powściągliwości, szacunku dla innych i budowy Świątyni opartej na solidarności, wolności myśli i powszechnym braterstwie.

Luciano Romoli
Wielki Mistrz Wielkiej Loży Włoch Starożytnych, Wolnych i Uznanych Masonów
Rzym, 22 kwietnia 2025 r.

Wiceprezydent Vance na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, czyli co powinien robić katolik. To do głębi wstrząsnęło gronem europejskich masonów.

J.D. Vance w Monachium, czyli co powinien robić katolik

Autor: AlterCabrio , 15 lutego 2025

W same Walentynki na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa przemawiał wiceprezydent Stanów Zjednoczonych James David Vance. Jego przemowa do głębi wstrząsnęła gronem europejskich masonów, obecnych na sali.

−∗−

Źródło zdjęcia: LINK

J.D. Vance w Monachium, czyli co powinien robić katolik

W same Walentynki na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa przemawiał wiceprezydent Stanów Zjednoczonych James David Vance. Jego przemowa do głębi wstrząsnęła gronem europejskich masonów, obecnych na sali.

Takiego czegoś nie słyszano w Europie od dziesięcioleci. W takiej imprezie na takiej sali siedzą najgrubsze ryby rządów, polityki, armii, gospodarki, nauki. Znamy ich zachowania z różnych unijnych okazji, gdzie puszą się swoją pychą jak pawimi ogonami, gdzie pławią się w luksusach, zrabowanych ludziom pracy, gdzie knują swoje krwiożercze spiski przeciw narodom, gdzie bezczelnie śmieją się w twarz prawdzie i sprawiedliwości, gdzie już nawet nie kryją się ze swoimi planami pełzającego ludobójstwa, gdzie bawią się swoimi kupionymi pajacykami, gdzie okazują głęboką pogardę ludziom i całej europejskiej tradycji. Oto „elity” Europy Zachodniej, oto siła wiodąca Unii Europejskiej, oto obrońcy demokracji i praw człowieka, oto masoński establishment, oto wyznawcy i słudzy Lucyfera. Oto ci, którym służy Paneuropejski Rząd Ukropoliński.

Przemówienie było krótkie i treściwe, opisywało obecną sytuację w Europie, przywołując przykłady Wielkiej Brytanii, Niemiec, Szwecji i Rumunii, a jego dominanty były następujące:

  • Europa odeszła od swoich własnych wartości, co po zmianie rządów w USA sytuuje ją w opozycji do obecnej polityki amerykańskiej.
  • Największe zagrożenie dla Europy, jej bezpieczeństwa, wartości, demokracji i praw człowieka nie stanowią Rosja i Chiny, lecz polityka europejskich elit rządzących.
  • Obecne elity europejskie nie mają legitymacji demokratycznej, prześladują swoje narody, naruszają prawa człowieka, krępują wolność słowa, postępują niedemokratycznie.
  • Polityka imigracyjna nie jest przypadkiem, lecz wynika ze świadomych decyzji politycznych i jest katastrofalna dla Europy, tak samo, jak dla USA.
  • Elity europejskie nie uzyskają niczego konstruktywnego, jeśli nie będą słuchały swoich narodów, a ludzi, którzy zgłaszają sprzeciw wsadzały do więzień.
  • Europejczycy mogą się nie zgadzać z obecnymi poglądami administracji USA, ale będą zmuszane do podporządkowania się im.

Patrząc na dotychczasową dynamikę polityki Donalda Trumpa, można ufać, że to nie były tylko czcze słowa, ale już zostały podjęte konkretne działania, a przemówienie było ich wyrazem. Był to więc nie tyle zimny prysznic dla unijnej kamaryli, ale raczej mocny cios pałą w łeb, wymierzony krótko po tym, jak USA odcięło swoje finansowanie dla lewackich organizacji, rozwalających narody od środka. Okazało się przy tym, w jakim stopniu cała lewacka działalność przeróżnych aktywistów była od samego początku narzędziem do przeprowadzania rewolucji. Narzędziem jakichś sił zewnętrznych do przejmowania władzy w państwach i zniewalania narodów. Prawa kobiet, klimat, zwierzątka, zboczenia seksualne, imigracja i inne lewackie patologie społeczne, jak się okazuje są i zawsze były narzędziem globalnej polityki, metodą prowadzenia wojny i podbijania terytorium innymi siłami.

Trump ustami Vance,a rzucił europejskim masonom wyzwanie – albo się podporządkujecie, albo wasze narody was zgniotą. Cytat z Jana Pawła II „nie lękajcie się” był skierowany nie do elit, najwyraźniej przerażonych, lecz do narodów. Zawiera zawoalowaną zapowiedź wspierania przez rząd USA europejskich ruchów niepodległościowych. Należy dobrze zrozumieć istotę nowej polityki USA wobec Europy.

To jest frontalne uderzenie w Unię Europejską oraz w Wielką Brytanię, połączone ze wspieraniem ruchów odśrodkowych. Tym można wytłumaczyć wspieranie przez Muska AfD i ujawnienie wieloletnich szajek gwałcicieli – pedofili w UK, skrycie wspierane przez rząd. Nie jest to więc polityka antyeuropejska, lecz antyunijna. Są ku temu dwa powody.

Powód pierwszy – wyłamanie się USA z projektu państwa globalnego. Od czasów II Wojny Światowej USA były używane przez twórców koncepcji globalnej, których zwę gnostykami. Użyli oni USA tak samo, jak wcześniej Imperium Brytyjskiego – najpierw pozwolili osiągnąć wielką potęgę, tą potęgą zdominować połowę globu, a potem pozostawić na upadłość.

Tak samo chcieli zrobić z Ameryką, ale tym razem w skali całego globu. Unia Europejskim była od początku projektem gnostyków z Ameryki, jako prototyp państwa globalnego. Celem Paneuropy jest budowa jednolitego państwa europejskiego i wymiana ludności, czyli usunięcie białych chrześcijan i zastąpienie ich nową rasą negroidalną, wyhodowaną za pomocą masowej imigracji z Afryki i Azji. Nowa rasa ma powstać poprzez zlanie się ich genów z resztkami genów europejskich, dobrowolnie lub poprzez gwałty.

Projekt państwa globalnego zakłada, że będzie tylko jedno państwo i jeden rząd, i żadnego innego. Państwo i rząd amerykański również musiałyby zniknąć, i temu próbuje teraz przeciwstawiać się Trump. Obecnie projekt globalny ograniczył się do Unii Europejskiej, Kanady i Australii. dlatego Trump przybywa da Europy, aby go unieszkodliwić. Najlepiej do tego nadają się ruchy narodowe, z zasady antyunijne.

Powód drugi to budowa własnej pozycji. Po rezygnacji z koncepcji globalnej USA muszą odnaleźć swoje miejsce w świecie, i wydaje się, że tym pomysłem jest rozszerzona doktryna Monroe. Pierwotnie oznaczała ona, że obie Ameryki są wyłączną strefą wpływów USA, teraz została rozszerzona na półkulę zachodnią. Wygląda na to, że Trump dąży do tego, aby Atlantyk stał się wewnętrznym morzem amerykańskim. W tym celu potrzebuje kontrolować Kanał Panamski, Kanał Sueski i Europę Zachodnią i Środkową. Kanałem Panamskim już się zajął, Kanał Sueski leży blisko Strefy Gazy, czym też energicznie się zajął, a przejęcie kontroli nad Europą to stare, dobre „Dziel i rządź”, co najlepiej wychodzi, gdy ma się do czynienia w wieloma podmiotami, które można rozgrywać, a żaden nie jest zbyt silny. Realizacja tego planu zakłada jak najszybsze zakończenie konfliktu na Ukrainie i ułożenia stosunków z Rosją i Chinami, dostosowanych do nowej koncepcji geopolitycznej USA. Preferuje ona rywalizację zamiast wojny. Trump myśli jak prywaciarz, chce zarobić, nawet czyimś kosztem, ale nie chce pozabijać wszystkich kontrahentów, jak robią to gnostycy.

Co z tego dla Polski? Ano bardzo wiele. Wszystko, co rozbija Unię Europejską jest dla nas dobre, tak samo jak zakończenie konfliktu ukraińskiego. Dotąd mocarstwo amerykańskie, prowadzone przez gnostyków szło w jednym zaprzęgu z gnostykami europejskimi. Teraz silny Trump postanowił się im postawić i podporządkować imperialnej polityce USA. Dla nas to lepsze, niż globalna polityka gnostyków. Gdyby była dalej uprawiana, Polska i Polacy byliby przeznaczeni do likwidacji i wymazania. Jeśli polityka imperialna Trumpa będzie konsekwentna, co być może, ale nie musi, na naszej granicy będzie przebiegała granica dwóch zasadniczych bloków sił. Polacy powinni to wykorzystać, aby być łącznikiem między światami, aby zostać Mostem i Strażnicą Eurazji.

Póki co, czeka nas walka z UE i władzami, które ją popierają. Walka ta polega na tym, że rząd atakuje własny naród, aby go unicestwić. Musimy wykorzystać sprzyjającą sytuację międzynarodową, aby zacząć budowę własnej pozycji, co oczywiście wymaga właściwych ludzi przy władzy – ludzi rozumnych o tożsamości polskiej, ludzi honoru. Jak na razie mamy ludzi nierozumnych o poliniackiej tożsamości, pozbawionych honoru, a jedyny rząd, jaki są w stanie sformować to Paneuropejski Rząd Ukropoliński, w skrócie PRUk.

Osobiście czuję satysfakcję, wiceprezydent USA potwierdził bowiem to, co głoszę od początku swojej działalności.

Nie miejmy złudzeń na przyszłość, Nie wybawi nas Donald Trump ani James David Vance, wybawić musimy się sami, ufni w Bożą łaskę. Vance zaś pokazał, jak powinien zachowywać się katolik – mówić prawdę i według niej postępować, a nie dogadywać się z kłamstwem dla pozornego kompromisu. Gdyby katolicy w Polsce tak postępowali, nie mieliby oszustów i kłamców u władzy, a pasterze Kościoła, zamiast służyć władzy gnostyków, służyliby Chrystusowi i prowadzili lud do zbawienia, a nie do NWO. Powinniśmy teraz poważnie potraktować wezwanie Jana Pawła II, powtórzone przez J.D.Vance,a – „NIE LĘKAJCIE SIĘ’ – mówić prawdy, służyć prawdzie, walczyć o prawdę. Dla katolików oznacza to Boga poznawać, Boga miłować, Bogu służyć. Nie Mamonowi, nie Mefistofelesowi, nie Molochowi, nie Lucyferowi, ale właśnie Bogu i ludziom.

Czytaj też: Jak bronić wolności

Już niebawem ukaże się Poradnik świadomego narodu, który opisuje rzeczywistość i podpowiada, jak robić właśnie to – służyć Bogu i ludziom.

______________

J.D.Vance w Monachium, czyli co powinien robić katolik, Bartosz Kopczyński, 15 lutego 2025

−∗−

Więcej: Bartosz Kopczyński

Joe Bidena wciągnęli do czarnej loży masońskiej.

Joe Biden wstąpił do loży masońskiej. Jest komunikat

https://pch24.pl/prezydent-joe-biden-oficjalnie-wstapil-do-lozy-masonskiej-jest-komunikat

Joe Biden wstąpił do masonerii. W niedzielę 19 stycznia 2025 roku były prezydent został członkiem loży Prince Hall Family.

„Z wielką przyjemnością ogłaszam, że ja, Victor C. Major, 27. Wielce Czcigodny Wielki Mistrz, przyjąłem naszego najnowszego członka do Prince Hall Family. W niedzielę 19 stycznia 2025 roku, w trakcie prywatnego wydarzenia, członkostwo w randze Mistrza Masońskiego, ze wszystkimi godnościami, zostało nadane Prezydentowi Josephowi R. Bidenowi Jr., w uznaniu jego wyjątkowych zasług dla Stanów Zjednoczonych Ameryki” – podano w komunikacie opublikowanym na stronie Konferencji Wielkich Mistrzów Masonów Prince Hall (Conference of Grand Masters – Prince Hall Masons).

Masoni wskazali, że prezydent Joe Biden w trakcie swojego urzędowania dawał wyraz „fundamentalnym wartościom Wielce Czcigodnej Wielkiej Loży Prince Hall […], w tym miłości braterskiej, trosce i prawdzie”.

Prezydent Joe Biden przyjął godność Mistrza Masońskiego, co udokumentowano na zdjęciach zamieszczonych na stronie loży.

Link do strony loży z fotografiami: https://www.conferenceofgrandmasterspha.org/news-events-scholarships

Joe Biden formalnie jest katolikiem. Katolicy nie mogą przynależeć do lóż masońskich, co potwierdza nauczanie Kościoła od XVIII wieku aż do dnia dzisiejszego.

Zakaz przynależności katolików do lóż wolnomularskich potwierdził nawet papież Franciszek w 2023 roku.

Źródła: conferenceofgrandmasterspha.org, PCh24.pl Pach

https://pch24.pl/czy-katolik-moze-wstapic-do-masonerii-zaskakujaca-odpowiedz-kard-victora-fernandeza/embed/#?secret=i5TCg91s2R#?secret=APS2he1m3T

=======================

Filantropi: Francuska masoneria w morderczych skandalach

Francuska masoneria w zabójczym skandalu

Francuska policja
Francuska policja Źródło: PAP/EPA / CHRISTOPHE PETIT TESSON

Pod koniec lipca 2020 r. francuskie media obiegła informacja o niedoszłej próbie zabójstwa Marie-Hélène Dini – w zasadzie szerzej nieznanej trenerki osobistej i hipnotyzerki.

Zainteresowanie wiadomością, a zarazem powszechne zdziwienie wzbudził jednak fakt, że zatrzymani pod jej domem z bronią siepacze okazali się wojskowymi, którzy w dodatku zeznali, że są agentami francuskiego wywiadu i operowali w ramach misji likwidacji agentki Mossadu we Francji. Wywiad wprawdzie potwierdził, że obaj panowie pracują dla wywiadu, jednakże w ramach ochraniania baz, a nie jako agenci, a tym bardziej nie jako ludzie od brudnej roboty, którą zlecić może – teoretycznie – jedynie prezydent Republiki.

Śledczy miesiącami pracowali nad ustaleniem mocodawców niedoszłego, tajemniczego zabójstwa, jednak bez skutku. Wiadomo było, że do zabójstwa nie doszło w zasadzie przez przypadek. Dini tego dnia wyszła później niż zazwyczaj z domu, gdy policja, powiadomiona wcześniej przez jej sąsiada o stojącym od kilku godzin na ulicy podejrzanym samochodzie z ludźmi w środku, zdążyła już zatrzymać samozwańczych agentów.

Tymczasem w styczniu br. nastąpił sensacyjny przełom w śledztwie. Powołując się na informatorów w organach ścigania tygodnik „Marianne” doniósł, że zatrzymano byłego oficera francuskiego wywiadu, członka loży masońskiej w podparyskiej miejscowości Puteaux, który na przesłuchaniach miał wsypać dwóch innych „braci” ze swej loży. Ich zeznania pozwoliły z kolei zatrzymać czwartego braciszka, którego podejrzewa się o bycie zleceniodawcą całej operacji. W zasadzie nie tyle podejrzewa, co oskarża, a same francuskie media otwarcie piszą już o masońskiej szajce z Puteaux.

Powód okazał się dość prozaiczny. Domniemany zleceniodawca, coach i dyrektor szkoły formacyjnej, miał odpłatnie zlecić zgładzenie swej rynkowej konkurentki. Pytana o sprawę Marie-Hélène Dini odpowiedziała dziennikarzom, że rzeczywiście zna podejrzanego, i że miała z nim już nieprzyjemności w przeszłości, ale nigdy nie pomyślałby, że mogłaby paść jego ofiarą.

Z kolei dziennik „Le Parisien” donosił, że według śledczych ten sam mocodawca oraz jego masońska siatka stoją za zabójstwem korsykańskiego kierowcy rajdowego, Laurenta Pasquali, który zniknął bez śladu w listopadzie 2018 r. Jego szczątki odnaleziono niecały rok później, zakopane w lesie Cistrières w środkowej Francji, a motywem zabójstwa miały być kwestie finansowe.

Jest tajemnicą Poliszynela, że francuska masoneria, choć niejednolita i nierzadko wewnętrznie skłócona, stanowi we Francji państwo w państwie, w którym „bracia” wspierają „braci”. W ramach czystej koincydencji potwierdził to w ostatnich dniach dziennikarz śledczy Karl Zéro w wywiadzie dla miesięcznika „L’Incorrect” z lutego br., komentując swe dochodzenie w sprawie pedofilii we Francji:

„Problemem jest, że chronią się wzajemnie gdy jakaś «sprawa» dotyka jednego z braci. To automatyczne, jak refleks Pawłowa. I to «niezależnie» o jaką sprawę chodzi. W sprawach pedo-przestępczości ich instynkt przetrwania czy stawiania oporu doprowadza do tego, że chronią daną owcę nawet gdy wiedzą doskonale, że jest to czarna owca, a wykorzystują w tym celu całą siatkę. Owcę przesłucha wpierw żandarm-brat, a następnie osądzi ją sędzia-brat itd.”.

Czas pokaże, czy w przypadku siatki z Puteaux francuski wymiar sprawiedliwości okaże się ślepy, czy też podejdzie do sprawy po „bratersku”. Szczęście w nieszczęściu, w najgorszym wypadku towarzystwo braci w fartuszkach będzie sobie wzajemnie umilać pobyt za kratkami. Wszak przewodnim hasłem masonerii jest, jak widać, odpowiednio ukierunkowana filantropia.

Płonie kolejna katedra we Francji. Po Notre Dame – katedra w Rouen. Na cześć rocznicy Rewolucji?

Płonie katedra w Rouen. Po pożarze paryskiej wybuchła pandemia [VIDEO]

11.07.2024 plonie-katedra-w-rouen-po-pozarze-paryskiej-wybuchla-pandemia

pożar katedry w Rouen z 1822 roku

W Rouen doszło do pożaru iglicy na katedrze. Według wstępnych informacji francuskiego ministerstwa kultury, przyczyną pożaru było „niewłaściwe obchodzenie się ze sprzętem w czasie renowacji żeliwnej iglicy katedralnej”.

Pożar wybuchł około południa w czwartek 11 lipca. Obecnie pożar znajduje się „pod kontrolą”, ale na godzinę 14 nie został do końca ugaszony. Akcja strażaków zakończy się po zabezpieczeniu całego otoczenia.

Zdarzenie zostało zgłoszone około południa przez pracowników pracujących przy odnowie iglicy. Ci próbowali sami ugasić ogień, ale musieli w końcu zadzwonić po straż. Iglica jest wykonana z metalu, ale osadzona na drewnianym podłożu na wysokości 151 merów nad ziemią.

Pierwsze ustalenia wskazywały tylko na pożar rusztowania. Płonęły zwłaszcza plastikowe elementy placu budowy. Podano, że sama iglica i poszycie dachowe katedry nie zostały poważnie uszkodzone. Minister kultury Rachida Dati napisała, że ​​„wydaje się, że sytuacja jest pod kontrolą”. W akcji brały udział 33 pojazdy i 63 strażaków.

Katedra poddana jest renowacji, która ma potrwać ponad siedem lat. Od 2021 roku projekt skupia się na iglicy wzniesionej w XIX wieku przez architekta Jean-Antoine’a Alavoine’a. Eksperci byli zaniepokojeni uszkodzeniami konstrukcji. Iglica została postawiona w wieku XVI. Była wówczas wykonana z ołowiu [?? konstrukcyjnie – niemożliwe; za miękki metal. md] . Po uderzeniu pioruna w 1830 r. w całości odbudowano ją z żeliwa.

Materiał ten, wówczas uważany za nowoczesny, z biegiem lat ujawnił jednak swoje słabości i w 1970 r. zdecydowano się wzmocnić konstrukcję stalą. Bieżące prace dotyczą wymiany i renowacji elementów żeliwnych, które uległy zniszczeniu. Na renowację przeznaczono sumę 430 000 euro.

Pięć lat po pożarze katedry Notre-Dame de Paris wszystkie tego typu wydarzenia budzą jednak niepokój. Katedra Najświętszej Marii Panny w Rouen to zabytek sztuki gotyckiej. W latach 1876–1880 był najwyższy budynek na świecie, a iglica na 151-metrowej wieży stanowi, że jest to czwarty co do wysokości kościół na świecie, a trzeci w Europie.

W tym kościele znajduje się grobowiec króla Ryszarda Lwie Serce zawierający jego serce, epitafium wraz ze szczątkami cesarzowej Matyldy oraz niezwykła XI-wieczna półkolista krypta odkryta w 1934. Katedra inspirowała malarstwo Claude’a Moneta.

Źródło: Le Figaro [więc masońsko- wazeliniarsko opisuje sprawę md]

================================

vikii:

Katedra Najświętszej Marii Panny w Rouen (fr. Cathédrale Notre-Dame de Rouen, pełna nazwa: La cathédrale primatiale Notre-Dame de l’Assomption de Rouen) – gotycka katedra pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w Rouen we Francji.

Jest ona ujęta dwiema różnej wysokości wieżami – północną Tour St-Romain oraz późniejszą Tour du Beurre, wybudowaną prawdopodobnie za podatek od konsumpcji masła. Środkowa wieża katedry ma żeliwną neogotycką iglicę, dodaną w 1876 roku. Warto obejrzeć Portal des Libraires z XIII wieku oraz XIV-wieczny Portal de la Calende z kunsztowną rzeźbą i delikatnym maswerkowaniem.

Osobliwościami są: grobowiec króla Ryszarda Lwie Serce zawierający jego serce, epitafium wraz ze szczątkami cesarzowej Matyldy oraz niezwykła XI-wieczna półkolista krypta odkryta w 1934.

W latach 90. XIX w. Claude Monet namalował cykl 31 obrazów katedry w Rouen, z których kilka jest wystawianych w Musée d’Orsay w Paryżu. Artysta badał efekt zmiany światła padającego na zachodnią fasadę i opisał zarówno detale powierzchni, jak i bryłę, przedkładając kolor nad rysunek.

W latach 1876–1880 najwyższy budynek na świecie. Najwyższy kościół we Francji, wyższa wieża ma 151 m wysokości[1], to czwarty co do wysokości kościół na świecie, a zarazem trzeci w Europie.

=========================================

Brytyjski portal podaje, iż w świątyni prace remontowe trwają niemal nieustannie od 1944 roku. Katedrę zbombardowały wówczas powietrzne siły brytyjskie i amerykańskie.

Katedrę poświęcono w 1062 roku. W uroczystości udział wziął Wilhelm, książę Normandii, późniejszy Wilhelm Zdobywca.

Źródło: Daily Mail

=============================

Katedra w Rouen znajduje się w pobliżu miejsca, gdzie w XV wieku męczeńską śmierć poniosła św. Joanna d’Arc.

„Stała Instrukcja” Alta Vendita

https://docer.pl/doc/esv0xv0

[W 1846 roku papież Pius IX zezwolił na publikację dokumentów Alta Vendita. Powstała w 1819 roku.MD]

Poniżej publikujemy ją nie w całości, ale te fragmenty, które są najbardziej istotne dla naszej dyskusji.

W dokumencie czytamy:

Naszym ostatecznym celem jest cel Woltera i Rewolucji Francuskiej – ostateczne zniszczenie Katolicyzmu, a nawet idei chrześcijańskiej. Papież, kimkolwiek by nie był, nigdy nie zostanie członkiem tajnych stowarzyszeń; bo to właśnie ich zadaniem jest zrobienie pierwszego kroku w kierunku Kościoła, aby zawładnąć nim i papieżem. Zadanie, którego się podejmujemy, to praca nie na dzień, miesiąc czy rok; może trwać kilka lat, może nawet całe stulecie; ale w naszych szeregach żołnierz ginie a bitwa toczy się dalej.

Naszym zamiarem nie jest pozyskanie papieży dla naszej sprawy, uczynienie z nich wyznawców naszych zasad, propagatorów naszych idei. To byłoby absurdalne marzenie; i gdyby nawet tak się stało w jakimś stopniu, gdyby np. kardynałowie lub prałaci, z własnej woli lub niespodziewanie, poznali część naszych sekretów, nie może to być zachętą do pragnienia wyniesienia ich na Stolicę Piotrową.

To by nas zrujnowało. Sama ambicja doprowadziłaby ich do apostazji; żądza władzy zmusiłaby ich do poświęcenia nas. Tym o co musimy zabiegać, czego powinniśmy szukać i oczekiwać, tak jak żydzi oczekują na Mesjasza, to papież odpowiadający naszym potrzebom… Wtedy będziemy mogli o wiele pewniej maszerować do ataku na Kościół, niż jedynie z broszurami naszych francuskich braci, czy nawet z angielskim złotem.

Chcecie poznać powód? Chodzi o to, że po to by roztrzaskać skałę, na której Bóg zbudował swój Kościół, nie potrzebujemy ani octu Hannibala, ani prochu, ani nawet broni.

Żeby tylko któryś z następców Piotra zamoczył w spisku choćby mały palec; i ten mały palec będzie dla naszej krucjaty tak dobry, jak wszyscy Urbanowie II i wszyscy święci Bernardowie Chrześcijaństwa. Nie mamy żadnych wątpliwości, że dojdziemy do tego wzniosłego końca naszych wysiłków.

Ale kiedy? I jak? To co nieznane nadal jest nieujawnione. Tym niemniej, nic nie powinno nas odwieść od nakreślonego planu, a wręcz przeciwnie, wszystko powinno do niego dążyć, tak jak gdyby już jutro sukces miał ukoronować dopiero co naszkicowane dzieło, to pragniemy, poprzez tę instrukcję, która pozostanie tajna dla większości nowicjuszy, udzielić osobom kierującym naszą najwyższą Ventą [Lożą] pewnych rad, które powinni wpajać wszystkim braciom, w formie instrukcji albo memorandum… A zatem, aby zapewnić sobie papieża o odpowiednich cechach, należy najpierw ukształtować temu papieżowi pokolenie warte rządów o jakich marzymy.

Zostawcie na boku starców i ludzi dojrzałych; idźcie do młodych, a jeśli możliwe, nawet do dzieci… Wypracujecie sobie, niskim kosztem, reputację dobrych katolików i nieskazitelnych patriotów. Ta reputacja włoży nasze doktryny zarówno do młodego duchowieństwa, jak i głęboko do klasztorów.

Po kilku latach, siłą rzeczy, ci młodzi księża przejmą wszystkie funkcje; będą rządzić, utworzą papieską radę, zostaną wezwani do wyboru papieża, który będzie rządził. A ten papież, jak większość mu współczesnych, będzie musiał być mniej lub bardziej przesiąknięty zasadami włoskimi [rewolucyjnymi] i humanistycznymi, które właśnie zamierzamy puścić w obieg.

I to jest to maleńkie ziarenko gorczycy powierzone ziemi; ale słońce sprawiedliwości rozwinie z niego najwyższą władzę, aż pewnego dnia zobaczycie, jak wielkie żniwo przyniesie to małe ziarenko.

Na drodze jaką przygotowujemy naszym braciom, piętrzą się wielkie przeszkody do pokonania, więcej niż jednego rodzaju trudności do opanowania. Ale oni je pokonają dzięki swojemu doświadczeniu i wnikliwości; bo nasz cel jest tak wspaniały, że trzeba podnieść wszystkie żagle, aby go zrealizować.

Macie zrewolucjonizować Włochy, poszukać papieża, którego portret właśnie naszkicowaliśmy. Macie ustanowić panowanie wybranych na tronie nierządnicy Babilonu; niech kler maszeruje pod waszym sztandarem, cały czas wierząc, że maszeruje pod sztandarem kluczy apostolskich. Chcecie by zniknęły ostatnie ślady tyranów i ciemiężycieli; zarzućcie swoje sieci, jak Szymon Syn Jony; zarzućcie je raczej w zakrystiach, seminariach i zakonach, a nie na dnie morza: a jeżeli nie będziecie się spieszyć, obiecujemy wam połów bardziej cudowny, niż jego.

Rybak łowiący ryby stanie się rybakiem ludzi; zgromadzicie swych przyjaciół wokół Tronu Apostolskiego.

Będziecie głosić rewolucję w tiarze i kapie, maszerującą z krzyżem i sztandarem, rewolucję, którą trzeba będzie tylko lekko wzniecić, by wywołała pożar we wszystkich czterech krańcach świata”.

——————

Teraz pozostaje nam zbadać jak udany był ten plan. Oświecenie, mój przyjacielu, „rozwiewa wiatr”. Przez cały XIX wiek społeczeństwo coraz bardziej przesiąkało liberalnymi zasadami Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, z wielką szkodą dla Wiary katolickiej i katolickiego państw…

Nie ignorujcie proroków zagłady, zwłaszcza gdy są masonami.

Nie ignorujcie proroków zagłady,

Autor: stan orda , 27 marca 2024

zwłaszcza gdy są masonami.
(uzupełniłem brzmienie tytułu notki pod wpływem komentarza autorstwa “pokutującego łotra”).

Wyimki z „Esejów dla KassandryJerzego Stempowskiego.
Jerzy Stempowski to jeden z (dwóch) najlepszych polskich eseistów XX wieku.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Stempowski

https://culture.pl/pl/tworca/jerzy-stempowski


Publikację zatytułowaną Eseje dla Kasandry napisał w 1950 r., ale pierwsze wydanie ukazało się w 1961 r., nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu. Pierwsze polskie wydanie to 1981 r. (z inicjatywy bezdebitowego krakowskiego wydawnictwa ABC). Po roku 1989 r. reprint Esejów, z zachowaniem okładki z wydania 1981 r. był dziełem gdańskiej oficyny wydawniczej o nazwie „słowo/obraz/terytoria”. Od czasu do czasu  pisma literackie (oraz inne o niejedno- znacznie określonej  proweniencji) zamieszczają pojedyncze eseje.

Tytułową publikację Jerzy Stempowski zadedykował: Cieniom L. R.*
*)  L.R.  –  Ludwika Rettingerowa; nazywana przez przyjaciół Wichuną – żona Mieczysława Rettingera (dziennikarza i krytyka). https://tei.nplp.pl/entities/5343 ).
Zaprzyjaźniony z Rettingerami Jerzy Stempowski mieszkał z nimi przy ul. Flory 1 w Warszawie i przez 13 lat opiekował się bliską jego sercu, chorą na raka p. Ludwiką, kierując jej kuracją. Ludwika zmarła w 1940 r. w pensjonacie w Słobodzie Rungurskiej niedługo po opuszczeniu go przez J. Stempowskiego, który we wrześniu 1939 r. przekroczył granicę polsko-węgierską
.
Słoboda Rungurska – wówczas (II RP) wieś w Galicji Podolskiej  w województwie stanisławowskim (w RON –  woj. ruskie; ziemia halicka) na przedgórzu Gorganów (wschodnie przedłużenie Bieszczadów), ok. 22 km na płd. zach. od Kołomyi; Po 1945 r. woj. stanisławowskie zostało włączone do terenu sowieckiej Ukrainy  –
S.O.).
Przytaczam kilka fragmentów z ww. zbioru esejów, które uzupełniłem linkami oraz przypisami (sygnatura: S.O.).

1.
Zdolność przewidywania przyszłych wypadków politycznych nie musi być rzeczą rzadką, bo w okresie międzywojennym słyszałem wiele przewidywań, które spełniły się dokładnie. Przewidywania te nie wychodziły nigdy z ust osób zajmujących wielkie urzędy, posiadających wszystkie dane materialne do słusznej oceny sytuacji i powołanych niejako do patrzenia w przyszłość. Mniemanie, że orzeczenia ekspertów, wyczerpujące dokumentacje i tajne raporty mogą zaciemnić najbardziej nawet przejrzyste sprawy, nie jest zatem bezpodstawne.

Patrząc obecnie na te czasy z oddalenia mam wrażenie, że w okresie międzywojennym zdolność przewidywania była przeszkodą we wszelkiej karierze politycznej. Zjawisko to wydaje mi się dziś nawet zrozumiałe. Przyszłość Europy była ciemna i ktokolwiek ją słusznie oceniał był czarnowidzem, którego nikt chętnie nie słucha. Ludzie dobrze wychowani unikali wszelkich wynurzeń na te tematy. Tragiczne w tej sytuacji było to, że przez długie lata niewielki nawet wysiłek ludzi dobrej woli mógł odwrócić grożącą naszemu kontynentowi katastrofę.

Wspominając ówczesnych proroków zagłady, na pierwszym miejscu powinienem wymienić Szymona Askenazegohttps://sztetl.org.pl/pl/biogramy/5036-askenazy-szymon
Okres pracy twórczej i sławy Szymona Askenazego przypada na jego młodość, na lata poprzedzające pierwszą wojnę światową. Pochodzący, jak Julian Klaczko, z rabinicznej rodziny wileńskiej, ożeniony z zamożną warszawianką. (Felicja Tykociner z rodziny bankierówS.O.) [wikipedia/Julian_Klaczko md]

Askenazy był przez długie lata profesorem historii nowożytnej uniwersytetu lwowskiego. Miał tam setki słuchaczy; w seminarium jego pracowało do 80 studentów, przetrząsających według wskazówek mistrza archiwa całej Europy. Co roku prawie ukazywała się jakaś nowa, rewelacyjna książka Askenazego:Książę Józef“, “Łukasiński“, wiele tomów rozpraw i szkiców historycznych. Już wówczas zaczął się w Europie zmierzch historycyzmu, cechującego poprzednie stulecie. Najznakomitsi historycy Zachodu, Aulard, Chuquet czy Ferrero nie znajdowali większego audytorium i kontentowali się co najwyżej małą grupką uczniów.
https://fr.wikipedia.org/wiki/Alphonse_Aulard
https://fr.wikipedia.org/wiki/Arthur_Chuquethttps://fr.wikipedia.org/wiki/Guglielmo_Ferrero
W porównaniu z nimi Askenazy wyglądał na wielkiego szefa szkoły, sternika łodzi wiozącej młodzież zapalną i uczoną. Dopiero później miało się wyjaśnić, że ów późny historycyzm polski był w znacznej mierze zjawiskiem koniunkturalnym i przypadkowym. Młodzi ludzie,  którzy w kraju niepodległym marzyliby o karierach dyplomatów, generałów lub bankierów, w Polsce porozbiorowej studiowali historię lub pisali sonety.

W 1914 Askenazy wyjechał zagranicę. Po powrocie do kraju, w odrodzonym uniwersytecie warszawskim słusznym tytułem pretendował do katedry historii. Obudzona do nowego życia Polska była jednak młoda, rozrzutna i kapryśna. W 1920 senat akademicki odrzucił kandydaturę Askenazego. [por. wcześniejszą jego, naszą przygodę, opisana przez Boya: O tem co w Polszcze dzieyopis mieć winien MD]

Powołany  wkrótce potem na stanowisko delegata do Ligi Narodów, Askenazy porzucił na dwa lata kraj. Złożywszy dymisję jesienią1922 wrócił do Warszawy i pozostał tam aż do śmierci w 1935 r.

Zbliżyłem się doń w latach 1928 – 1932. W swym mieszkaniu przy ulicy Czackiego Askenazy żył wówczas samotnie i bezczynnie. Porzucił wszelką pracę naukową. Liczne rękopisy niektóre niemal gotowe do druku, drzemały na półce. Kiedy w 1932 uniwersytet warszawski ofiarował mu katedrę na wydziale prawnym, Askenazy odmówił.
Miałem 12 lat czasu do zastanawiania się co im powiedzieć”, mówił o wizycie u niego delegatów senatu akademickiego. “Pocałujcie mnie w d… ,  powiedziałem im tylko trzy razy”.

Decyzja jego wydawała się słuszna. Od wielu lat już poziom uniwersytetu obniżył się do wymagań coraz liczniejszej młodzieży, oczekującej od studiów korzyści doraźnych, przede wszystkim dyplomów. Audytorium, jakie Askenazy posiadał niegdyś we Lwowie, nie było już ani w Polsce ani gdzie indziej. Askenazy był jak gdyby żywym świadectwem głębokich zmian, jakie zaszły w owych czasach, zmian, których nikt nie chciał widzieć. Był wysoki, koszmarnie chudy, z wielką głową, bardzo długim nosem i parą ciemnych, bystrych i nieżyczliwych oczu. Język i sąd jego były tnące jak nóż. W ostatnich latach życia był zupełnie samotny. Z biegiem czasu odwiedzano go coraz  rzadziej. Być może dlatego, że moje myśli nie odbiegały wówczas zbytnio od jego własnych,  Askenazy znosił mnie lepiej niż innych. Przychodziłem doń  zwykle wczesnym popołudniem. Przez godzinę lub dwie opowiadał anegdoty z życia Adama Czartoryskiego, czytał czasami jakiś fragment porzuconego rękopisu. Potem około 5-tej ubierał melonik koloru brązowego zimą, perłowego latem i razem wychodziliśmy na miasto. Droga nasza prowadziła zazwyczaj przez Krakowskie Przedmieście, Miodową, plac Bankowy. Przed każdym starym domem Askenazy zatrzymywał się i opowiadał co się w tym domu działo w Noc Listopadową, jakie osoby były tam zebrane i o czym mówiono. Wersja słowna tej historii odbiegała nieraz znacznie od tej, jaką zostawił w “Łukasińskim“.

Z opowiadanych przezeń fragmentów wyłaniał się powoli obraz chaosu, rozbieżnych i bezwstydnych interesów, nieporadności. Bohaterstwo sąsiadowało z bezmyślnym egoizmem i prowokacją. Cień końcowej klęski zdawał się ciążyć na powstaniu od pierwszego dnia.
Historię” – mówił – „pisałem w znacznej mierze ad usum delphini, dla młodzieży, którą starałem się wychować, przygotować moralnie do nowej walki o niepodległość. Dziś można by to oczywiście opowiedzieć na nowo, inaczej, ale dla kogo? Kto się tym interesuje? Komu taka wiadomość może być potrzebna?”.

W pogodny letni dzień 1932, obszedłszy utartym szlakiem starszą część miasta, wyszliśmy w aleję 3-go Maja i usiedliśmy na ławce. Naprzeciw zakładano właśnie fundamenty pod jakiś wielki budynek.
„Co też tu zamierzają budować?” – zapytał Askenazy”.
–  „Słyszałem, że Muzeum Narodowe”.
“Że też  ludzie mają zdrowie i ochotę wznosić tak kosztowne budynki w mieście na zagładę przeznaczonym”.
– „Dlaczego na zagładę?” – zapytałem.

“Kiedy tu z panem siedzę na ławce, widzę niemal jak Niemcy jadą w samolotach i rzucają bomby na miasto”.
I na moją sceptyczną uwagę o proroctwach, zawołał żywo:
“Jak pan tego nie widzi? Jak pan może tego nie widzieć? Niech się pan przez chwilę tylko zastanowi! Czy może być inaczej?”

Znałem wówczas nieźle sprawy niemieckie i jego dalsze wywody wydały mi się bardzo prawdopodobne. Tymczasem Askenazy rozwijał dalej swą wizję przyszłości:
“Tylko zupełnie naiwni mogą sobie wyobrażać, że Polska może toczyć wojnę inaczej niż na dwa fronty. Niemcy nie mo przekroczyć granicy pod Zbąszyniem bez tego, aby Rosjanie przekroczyli ze swej strony pod Baranowiczami. Trzeba się liczyć z najprostszym mechanizmem takich wypadków. Przed uderzeniem na Polskę Niemcy zgromadzą przeważające siły i zapewnią sobie neutralność czy bezczynność mocarstw zachodnich. Będzie więc bardzo prawdopodobne, że prędzej czy później zajmą kraj i dojdą do Baranowicz. Czy Rosjanie mogą czekać Niemcy dojdą do ich granicy? Nie. Elementarna przezorność każe im już przedtem przekroczyć granicę i zająć co się da, aby mieć coś  w ręku przy pertraktacjach z Niemcami i razie możliwego konfliktu trzymać ich jak najdalej od własnych granic. Czy tego dnia Unia Sowiecka będzie w aliansie z Niemcami czy też z Anglią i Francją, czy nawet z nami, będzie to zależne od gry aliansów na ten dzień,  ale bynajmniej nie zmieni sprawy. Przejście granicy i zajęcie wschodniej części Polski będzie w owej chwili dla Rosji sprawą nierównie pilniejszą od gry aliansów”.
I po chwili namysłu:
“Ten sam mechanizm działa także w razie pokojowego przebiegu wypadków, jeżeli dla jakichś przyczyn Polska będzie musiała cedować Rosji Wilno i Lwów, następnego dnia będzie musiała oddać Niemcom Śląsk i Pomorze. Po oddaniu Lwowa i Wilna dalsza egzystencja Polski byłaby możliwa tylko w oparciu o Niemcy, i to oparcie kosztowałoby Śląsk i Pomorze. I na odwrót: w razie konieczności cedowania Niemcom Śląska i Pomorza dalsza egzystencja Polski byłaby możliwa tylko pod opieką Rosji, która w zamian zażądałaby Lwowa i Wilna. Zresz po takim okrojeniu nie byłoby już mowy o jakiejś egzystencji niepodległej. Dla mocarstw zachodnich Polska jest tylko pionkiem do szachowania bądź Niemiec, bądź Rosji i po okrojeniu nie przedstawiałaby już żadnej wartości”.
W trzy lata po tej rozmowie Szymon Askenazy zmarł rzekomo na skutek niedomagania nerek. W istocie zabiły go własne myśli, świadomość nadchodzących wypadków, których nikt oprócz niego nie widział. Żona jego zmarła w 1940 w szpitalu warszawskim, jedyna zaś córka została zamordowana przez Niemców.

Nikomu zapewne nie przyjdzie na myśl szukać słusznych przewidywań u dziennikarzy, fabrykantów efemeryd, ważnych tylko na dzień bieżący i obracających się w makulaturę z chwilą ukazania się następnego numeru gazety. Od dawna już prasa utraciła ambicję informowania, kontentując się dostarczaniem czytelnikowi rozrywki dla osłodzenia nieuniknionej w gazecie codziennej sieczki wiadomości oficjalnych. Mimo to widziałem i dziennikarzy robiących na prywatny użytek trafne przewidywania. Możność osobistego poznania środowisk politycznych i parlamentarnych w krajach, gdzie przygotowywały się przyszłe wypadki, dawało im często przesłanki do słusznej oceny najbliższej przyszłości. Z okresu międzywojennego zostało mi w pamięci kilka rozmów z Robertem Dell’em, jednym z ostatnich dziennikarzy niezależnych.  https://digital.janeaddams.ramapo.edu/items/show/8366

W listopadzie 1922 spotkałem go w Düsseldorfie. Wojska francuskie zajęły były właśnie okręg Ruhry. Od kilku tygodni między Francją l Anglią istniał stan, który dziś określamy mianem zimnej wojny. Anglicy dokładali starań do zrujnowania franka i stworzenia Francji trudności finansowych. Nikt nie wiedział, jak zachowa się w Ruhrze ludność niemiecka. Dowódca niewielkiej armii okupacyjnej, generał Mangin, nawiązał rozmowy z przybyłym do Ruhry Karolem Radkiem, podówczas kierownikiem polityki niemieckiej Kominternu. Paul-Prudent Painlevé, którego odwiedziłem poprzedniego tygodnia w Paryżu, oderwał się był od lektury Einsteina aby powiedzieć, że uważa sytuację za wręcz groźną i okupacja Ruhry wydaje mu się – tak z punktu widzenia wojskowego jak politycznego – niezmiernie ryzykowna.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Charles_Manginhttps://pl.wikipedia.org/wiki/Paul_Painlev%C3%A9

Niepokój ogarnął także sprzymierzeńców Francji. Niemcy sudeccy, sądząc że będą mogli znaleźć oparcie w Anglii, dążącej do osłabienia Francji także od strony czeskiej, zaczęli poszukiwać kontaktów w Londynie. W hallu hotelu, zbudowanego przez Hugo Stinnesa, zrobiliśmy krótki przegląd tych wypadków. https://en wikipedia.org/wiki/Hugo_Stinnes.
Dell był poważny i blady, jak gdyby czuł na sobie współodpowiedzialność za szaleństwa wielkich tego świata.
“System polityczny ustalony przez zwycięzców w 1919″ – powiedział  „leży już w  gruzach. Ameryka cofnęła swój podpis, Anglia i Francja są tak poróżnione, że wpływy ich wzajemnie się znoszą, Rosja nie jest jeszcze gotowa do objęcia po nich spadku. Nie ma komu bronić pokoju z 1919. Niemcy na razie w stanie chaosu, ale droga dla nich stoi otworem. Anglia nie chce, Francja sama nie potrafi bronić obecnego pordku. O tym czym będzie Europa decydowali bęNiemcy. Przyszłość Europy zależy od ewolucji wewtrznej Niemiec”.
To co widziałem w ciągu następnych dni w Niemczech utwierdziło mnie w słuszności tej prognozy i napełniło złymi przeczuciami. Patrząc w przyszłość widziałem tylko ruinę wszystkiego, na czym od pokoju westfalskiego usiłowano oprzeć zgodne współżycie Europejczyków. W końcu grudnia kupiłem w Paryżu garść złotych dolarów, które przechowałem do 1939 i dzięki którym mogłem uciec z okupowanej Polski.

Della spotkałem znów w Genewie późną jesienią 1936. Wojna hiszpańska była już w pełnym biegu i Anglia zdążyła była narzucić Francji, trawionej kryzysem wewnętrznym, politykę nieinterwencji. Role więc były już podzielone: dywizje pancerne włoskie i lotnictwo niemieckie atakowały republikę hiszpańską, system nieinterwencji trzymał za ręce mogących jej przyjść z pomocą. Moskwa nie powzięła była jeszcze decyzji, i jej prasa wylewała co dzień kubeł pomyjów na republikę hiszpańską. Dell był bardzo niewesoły. Jego niezależna publicystyka przyniosła mu same zawody: został wydalony z Niemiec i z Francji. Mieszkając w Genewie pisywał korespondencje z Ligi Narodów, o której nie było już wiele do powiedzenia. Kiedyśmy zostali sami, zaczął mówić:
„Z Europy, w której wyrosłem i do której byłem głęboko przywiązany, nie zostało już nic. Jedynym logicznym dla mnie wyjściem z tej sytuacji byłoby samobójstwo. Jeżeli, mimo to wciąż żyję, ma to dwa powody: jako Anglik mam odrazę do skrajnych posunięć, po wtóre mam 67 lat i w tym wieku samobójstwo byłoby wyważaniem drzwi otwartych”.
Starałem się go pocieszyć jak umiałem, ale na próżno. Chcąc więc zwrócić jego myśli na inne tory, zacząłem mówić o sytuacji politycznej. Dell przerwał mi:
Właściwie nie ma już o czym mówić. Sytuacja jest jasna. W ciągu ostatnich kilkunastu lat głównym celem polityki angielskiej było sprowadzenie Francji do rzędu Portugalii i ten cel został obecnie osiągnięty. Pozbywszy się jedynego możliwego alianta w Europie, Anglia w sprawach kontynentalnych nie będzie miała odtąd żadnego głosu. W ten sposób i los Polski został przesądzony. Na francuskiej Portugalii Polska opierać się nie może, Anglia zaś już zrzekła się głosu.
Widząc go w coraz smutniejszym nastroju, zacząłem rozwijać fantazyjną teorię przeciwstawności pokoleń. Młodzież wychowana w dyscyplinie totalitarnych państw będzie musiała zrazu tajnie, potem jawnie tęsknić do jakiegoś nowego liberalizmu. Cytowałem przykłady takich zwrotów z różnych epok i zakończyłem takim mniej więcej obrazem przyszłości:
“Za 10 lub 15 lat zostaniemy obaj zaproszeni do Berlina na odsłonięcie pomnika Dickensa na Nollendorfplalz. Z tej okazji polski minister oświaty zaleci dzieła Godwina jako szkolną lekturę . Wieczorem w Kaiserhofie odbędzie się bankiet na cześć Garrisona-Villarda. Bzy bękwitły na wszystkich skwerach Charlottenburgu. Będziemy pili jasne piwo z malinowym sokiem w radosnym i podniosłym nastroju, bo dokoła nas bę sami Niemcy życzliwi i liberalni”.
Mrużąc oczy Dell słuchał mnie z uśmiechem, jak człowiek chwytający się wszelkiego pretekstu do oderwania się od własnych myśli. potem sposępniał znów:
Jak wszyscy Anglicy mego pokolenia byłem przez całe życie trochę germanofilem. Ostatnie lata uleczyły mnie z tej słabości. Pokoju w Europie nie będzie tak długo dopóki ogień nie spadnie z nieba i nie wypali miejsca, które nazywa się Germany.
Tego wieczora Dell musiał być – jak się mówi o prorokach – “inspirowany”, bo nawet “ogień spadający z nieba”, który wówczas wydawał mi się tylko biblijną metaforą, okazał się później rzeczywistością.

Nawet w chaosie wypadków wojennych, gdzie wszystko wydaje się możliwe i brak punktu wyjścia do jakichkolwiek wiarygodnych kalkulacji, słyszałem uderzająco dokładne przewidywania. Latem 1940 mówiono wiele o nieuniknionym i bliskim konflikcie między armią niemiecką i dyktatorem. W razie zwycięstwa, rozumowano, generałowie zostaną zgładzeni przez Hitlera jako już niepotrzebni, w razie klęski – przy niemieckim sposobie prowadzenia wojny – zostaną rozstrzelani przez zwycięzców. Dopóki stoją na czele zwycięskiej armii powinni korzystać z sytuacji, która później nie wróci.

W tym czasie spotkałem wyższego oficera niezwykłej inteligencji, który związkom rodzinnym i wyszkoleniu zawdzięczał głęboką znajomość generalicji niemieckiej. Na moje pytanie odpowiedział:
“Niech pan nie pozwala sobie zawracać głowy tymi bzdurami. Wodzowie armii niemieckiej najlepszymi w tej chwili technikami rzemiosła wojennego i mogą nawet dzięki temu wygrać wojnę. Obalenie dyktatury wymaga jednak zupełnie innych kwalifikacji, przede wszystkim zaś charakteru, którego nikt z nich nie posiada. Nic więc z tego nie będzie. To, że zginą powieszeni, wydaje mi się natomiast bardzo prawdopodobne”.
Kiedy myślę dziś o tej rozmowie, uderza mnie w niej najwięcej słowo “powieszeni”. W 1940 nikt jeszcze nie używał tego słowa mówiąc o osobach wojskowych, które według starego obyczaju rozstrzeliwano. Nawet Tuchaczewski zginął rozstrzelany. Słowo “powieszeni” posiada w sobie konkretność wizji wychodzącą poza ramy teoretycznej kalkulacji.

2.
W okresie międzywojennym nie brakło także proroctw pisanych. Przykłady ich znaleźć można np. w literaturze surrealistycznej. Właściwy sens jej, zaciemniony przez krytykę, uszedł uwagi czytelników. W latach 1939 – 1940, patrząc w różnych krajach na stłoczone na brzegach wód masy uciekających, poznawałem w nich klimat powieści Ribemont – Dessaignes’aLes frontieres humaines“. Widok jadących sznurami automobili przykrytych modnymi wówczas materacami przypominał mi słowa czytanego przed wielu laty tzw. drugiego manifestu surrealistów: „Partez sur les routes. Semez les enfants au coin du bois.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Georges_Ribemont-Dessaignes
Partez sur les routes. Semez les enfants au coin du boisjedno z surrealistycznych haseł André Bretona. (Idźcie przez ulice/ ewentualnie: idźcie drogami. Siejcie dzieci na rogu lasu);

W przewidywaniach posiadających taką dokładność i konkretność uderza często prostota, suchość i niemal ubóstwo przesłanek rozumowania, wyodrębnionych z chaosu rzeczywistości. Przychodzi mi tu myśl proroctwa spełnione dopiero w połowie, które słyszałem w 1923 z ust Mahmuda Tarzy. https://en.wikipedia.org/wiki/Mahmud_Tarzi
Osoba jego wymaga krótkiego objaśnienia. Afganistan jest krajem górskim graniczącym z jednej strony z Indiami, z drugiej z rosyjskim Turkiestanem. Abdurrachman, ostatni emir z pierwszego okresu niepodległości mawiał o tej sytuacji:
Jestem jak łabędź pływający po strumieniu. Po jednym brzegu strumienia, chodzi tygrys bengalski, po drugim niedźwiedź syberyjski, ja zaś pływam pośrodku, i woda nie jest za bardzo głęboka”.
Kiedy w 1882 rząd petersburski zaproponował mu ratyfikację granicy na Pamirze, emir przeląkł się tak, że zrezygnował z niepodległości i przyjął protektorat brytyjski.
https://en.wikipedia.org/wiki/Abdur_Rahman_Khan

W 1917 dwaj Afgańczycy, Weli Chan i Mahmud Tarzy, pojechali do Moskwy i przez półtora roku śledzili na miejscu bieg rewolucji.
(Mohammad Wali Khan Darwazi:https://www.ijrah.com/index.php/ijrah/article/view/192/352
Przyszedłszy do przekonania. że w ciągu najbliższych lat nic nie grozi Afganistanowi od północy, wrócili do kraju, obalili ówczesnego emira i osadzili na tronie głośnego później Ammanullacha, który niezwłocznie ogłosił niepodległość Afganistanu, wydał wojnę Wielkiej Brytanii i w wyniku jej osiągnął ponowne uznanie niepodległości kraju. Wkrótce potem emir poślubił córkę MahmudaTarzy. Odtąd z Weli Chanem dzierżyli na zmianę dowództwo armii i prezydencję rządu cywilnego. W 1923 Mahmud Tarzy wyjechał do Europy i po starannym zwiedzeniu Włoch, Francji i Anglii osiadł w Paryżu w charakterze posła swego kraju. Tam odwiedziłem go kilkakrotnie w towarzystwie muzuł- mańskich przyjaciół.

Weli Chan był niewielkiego wzrostu, z twarzą okrągłą jak księżyc, wyrażająca głębokie zadowolenie. Mahmud Tarzy był wyższy, szczuplejszy, skórę miał ciemną jak cholewa, nosił czarną brodę, patrzył najczęściej w ziemię i zdawał się nie przewidywać niczego dobrego. Pewnego razu objaśnił mi różnicę między wyglądem swoim i swego znakomitego kolegi.
„Czy pan rozmawiał kiedy z Weli Chanem w cztery oczy. Czy też widywał go pan w otoczeniu innych Afgańczyków?
Odpowiedziałem, że nigdy nie widziałem go na osobności.
„W cztery oczy wydałby się panu mniej wniebowzięty. Uśmiech i zadowolenie jest u nas grzecznością, którą wykonujący władzę winien jest swoim poddanym. Aby jeden mógł być na wierzchu, wszyscy muszą się na to złożyć w pieniądzach, upokorzeniach i przykrościach! Byliby więc nieprzyjemnie zdziwieni, widząc że emir jest niezadowolony i ofiary ich były próżne”.
Tu wyjął z szuflady fotografię Weli Chena w otoczeniu kilkunastu Afgańczyków i ciągnął dalej:
Patrząc na grupę  może pan poznać od razu rangę każdej osoby. Twarz  stojących na najniższych szczeblach wyraża skupioną uwagę i gotowość do usług. Twarz stojących wej wyraża gotowość do usług i przekonanie, że usługi ich będą należycie ocenione. Stojący na samym wierzchu patrzy trochę ponad głowy innych i ma taki wyraz twarzy, jak gdyby widział już z bliska raj Mahometa.

Mahmud Tarzy był więc człowiekiem nie tylko doświadczonym, ale przywykłym do rozważania spraw ludzkich w ich wielkich aspektach. Korzystając z jego pogodnego nastroju, zapytałem go jakie wrażenia wyniósł z objazdu Europy i co myśli o jej przyszłości. Odpowiedział:
„Nic dobrego. Gdyby Europejczycy zajmowali się jak my wypasaniem kóz i nie mieli innych kłopotów, mogliby być może patrzyć pogodnie w przyszłość. Administracja tak wielkich bogactw i złożonych przedsiębiorstw wymaga jednak pewnej inteligencji, której tu nigdzie nie mogę się dopatrzyć. Dlatego myślę, że Europa stoi na progu bezprzykładnej katastrofy i że wy wszyscy zginiecie marnie, niesławnie jak zwierzęta idące pokornie pod nóż“. I po chwili dodał: „Najlepiej jeszcze podobali mi się Anglicy. Nie są mądrzejsi od innych, ale jeszcze na razie mają więcej pieniędzy”.

Od tego czasu minęło wiele lat. Słowa Mahmuda Tarzy przypominały mi się nieraz, ilekroć patrzyłem na zdumiewa- jącą dyscyplinę obecnych mrowisk ludzkich. Pod komendą szalonych dyktatorów czy nie mniej nieprzytomnych rządów demokratycznych całe narody szły “w karnych szeregach” do nieuniknionych i z dala widocznych katastrof. Nikt nie próbował myśleć samodzielnie, nikt nawet nie uciekał, chyba że porwany owczym pędem. Zmiany jakie zaszły w Europie, niegdyś centralnym laboratorium myśli krytycznej, są tak głębokie, że sami nie dostrzegamy już prawie groteskowości naszego zachowania się, które napełniało zdumieniem górala z Afganistanu.

3.
Zaczynając od Jakóba Burckhardta, wszyscy, którzy w ostatnich dziesiątkach lat widzieli jasno rzeczy przyszłe, byli samotni. https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacob_Burckhardt
Ciążyła na nich samotność i bezużyteczność ich wiedzy. W czasach mojej młodości ze słusznych przewidywań można było wyciągnąć pewne skromne korzyści osobiste. Dziś i te możliwości są zamknięte. Z miejsca, w które ma uderzyć piorun, przezorność nakazuje uciekać. Ale dokąd? Wojna i chaos mogą się zacząć wszędzie. Wojna ostatnia zaczęła się w leżącej na uboczu Hiszpanii. Dyktatorzy rozważali także rozpoczęcie jej w Ameryce Południowej. Uciekać więc nie ma dokąd. Nieliczne kraje spokojniejsze strzegą swych przywilejów na użytek własnej ludności i zamykają granice dla obcych. Państwo nowożytne z jego drobiazgową reglamentacją życia nie daje zresztą obcym żadnego wartego zachodu azylu. Uciekać więc nie ma dokąd i nie ma po co.

Zdolność przewidywania nie jest potrzebna współobywatelom, którzy nie przypisują jej żadnego znaczenia. Nie jest potrzebna również samemu przewidującemu, który w obecnej organizacji społecznej nie może z niej wyciągnąć żadnej korzyści. Jest więc nieznośnym ciężarem, dziś trudniejszym do niesienia niż kiedykolwiek. Po co więc przewidywać? Jeden z przyjaciół zajmujący się polityką powiedział mi niedawno:
„Po 40 latach doświadczenia przyszedłem do pewności, że największy handicap naszego życia stanowią rozsądek i zastanowienie”.
Czy wobec jego całkowitej bezużyteczności uzdolnienie do widzenia rzeczy przyszłych będzie jeszcze nawiedzało wybranych? To pytanie przypomina mi bardzo już dawną rozmowę w laboratorium, do którego jako młody student przyniosłem kiedyś nową podówczas książkę Blaringhama o nagłych mutacjach roślin i zwierząt.
https://en.wikipedia.org/wiki/Louis_Blaringhem
Kierownik laboratorium, uczony fizjolog i członek wielu towarzystw naukowych, zainteresował się tą książką i czytał ją przez cały wieczór. Następnego dnia rankiem zapytał:
,,Studiował pan przedtem historię, czy pana zdaniem cywilizacje historyczne nie były, skutkiem mutacji podob- nych do tych, jakie opisuje Blaringham? Wszystko, co o tym wiemy, zdaje się na to wskazywać. Każda nowa cywilizacja była dziełem paru pokoleń, które trafiając na pomyślne okoliczności – ujawniała nieznane przedtem uzdolnienia”. “To samo przychodzi mi na myśl, kiedy patrzę na rozwój nauk przyrodniczych. Uzdolnienia potrzebne do tego, co robimy obecnie w naszych laboratoriach, rozwinęły się dopiero u paru ostatnich pokoleń, i nie ma żadnego dowodu, aby istniały poprzednio”.
Tu westchnął i dodał:
„Wyciągam z tego wnioski bardzo dla nas wszystkich niepomyślne. Odmiany oparte na mutacjach niestale i ulegają równie nagłej regresji. Możemy więc któregoś dnia obudzić się pośród kretynów niezdolnych w ogóle do zrozumienia tego, w co włożyliśmy tyle pracy i dowcipu”.

W pewnym węższym sensie słowa jego spełniły się, bo w dziesięć lat później, z okazji czystek politycznych w Niemczech, został usunięty z uniwersytetu i pozbawiony możności pracy naukowej.

*******

Z autorów przytoczonych wyżej przewidywań nikogo już prawie nie ma przy życiu.
(„prawie” odnosi się do czasu napisania eseju, czyli 75 lat temu  –  S.O.)
Uzdolnienia takie na pewno nie sprzyjają długowieczności. Nawet mnie, który ich tylko słuchałem w milczeniu, nie wyszło to na dobre. Tymczasem jest jasne, że dyscyplina i cierpliwość dziś nie wystarczy. Jeżeli Europa, zrujnowana tylu szaleństwami, ma uniknąć zagłady, mieszkańcy jej muszą nauczyć się lepiej przewidywać skutki swych czynów i nie mogą więcej lekceważyć tych, kto to potrafi. Dla starszych jest to już prawie obojętne. Myślę tu o młodych, mających całe życie przed sobą.

Kto z nich zechce ubrać płaszcz, o którym Kassandra mówi do Apollona:
W tym płaszczu proroka wystawiłeś mnie na pośmiewisko swoich wrogów“.

O autorze: stan orda

lecturi te salutamus

========================================

18 komentarzy

  1. Pokutujący łotr 27 marca 2024 godz. 22:04
  2. Stary mason, ponury wolterianin Jerzy Stempowski, na którego grobie na Powązkach nie ma krzyża. Syn Stanisława, wielkiego mistrza Loży Narodowej Polski i ministra rolnictwa Ukraińskiej Republiki Ludowej u Szymona Petlury, wieloletniego prezesa Towarzystwa Polsko-Ukraińskiego
  3. ================================
  4. W oryginale ważna, świetna DYSKUSJA o masonach i Prawdzie, a także prawdzie cząstkowej . Tym, którzy dotarli do tego miejsca, gorąco polecam. Mirosław Dakowski