Upadek społeczny w Indiach. Drapieżnictwo w masce Cywilizacji.





Drapieżnictwo w masce Cywilizacji

unz.com/predation-wearing-the-mask-of-civilization

Jayant Bhandari • 25 maja 2026

Instytucje ujawniają swój prawdziwy charakter w dwóch miejscach: w „szarej strefie”, gdzie zasady są niekompletne, niejednoznaczne lub nie mają zastosowania, i jeszcze bardziej narażone są, kiedy osoby posiadające władzę, otwarcie, bez wstydu naruszają najbardziej jasne zasady.

W żywej cywilizacji władza ogranicza się do stanowiska, które zajmuje. W zdewastowanym porządku stanowisko daje licencję na jej naruszenie. Władza nie jest po to, aby zachować zasady, a do tego, aby udowodnić uwolnienie się od nich. Dlatego prawo, biurokracja i działania policyjne z bezlitosną jasnością obnażają moralne podłoże społeczeństwa.

Indie – podręcznikowy przypadek

Nawet w najbardziej cywilizowanych krajach sądy podejmują decyzje tylko w najdrobniejszych szczegółach ludzkiej rzeczywistości. Zdecydowana większość wartości cywilizacji — zaufanie, powściągliwość, uczciwość, ciche umowy, które umożliwiają codzienne życie — istnieje za progiem formalnego prawa. Ustne obietnice i codzienna uczciwość nigdy nie były przeznaczone dla sędziów. Opierają się one na wewnętrznym porządku moralnym. W Indiach taki porządek moralny nie istnieje.

Indyjska biurokracja nie określa zasad. Ona ustala cenę za dostęp, karze opór i domaga się podporządkowania. Reformatorzy twierdzili, że biurokracja była tworzona tylko dlatego, że ich płace są zbyt niskie. To była racjonalizacja. Gdy pensje urzędników drastycznie wzrosły, odpowiednio wzrosła też skala łapówek. Im wyżej się podnosiły, tym więcej mieli racji. Uczciwość to nie jest problem kompensacji. To jest wartość. Społeczeństwo albo dodaje tę wartość do swoich instytucji, albo nie.

Nie mogę sobie przypomnieć ani jednej wizyty w indyjskiej instytucji rządowej, która nie wiązałaby się z żądaniem łapówki. Obywatele padają na twarz, rzucają się na kolana i uniżają się dla uzyskania najbardziej podstawowych usług. Biurokratom potrzebne są nie tylko pieniądze, oni oczekują podporządkowania. Chcą poczuć swoją wyższość. Łapówka – to tylko część transakcji; upokorzenie – to reszta.

Prąd, woda, dostarczanie poczty, zgony, małżeństwa, wszystko ma swoje tempo. Odmowa rejestracji małżeństwa sama w sobie jest przestępstwem, jednak do jego rejestracji wymagana jest jeszcze jedna łapówka. Nawet w tym przypadku, płatność powinna być strategiczna. W przypadku braku honoru łapówkarz bierze pieniądze i nadal nie wykonuje pracy. W końcu płacisz większej ilości osób za przenoszenie tego samego pliku.

Dostawca papieru fotograficznego w moim mieście kiedyś odważył się zrezygnować z dodatkowej łapówki, której zażądała firma sektora publicznego. Kierownik kazał przeciągnąć całą partię na otwarty dziedziniec i zostawić przesyłkę pod bezlitosnym słońcem na tydzień. Następnie pociął uszkodzone opakowania dla teatralnego „sprawdzania” na oczach załamanego dostawcy. Ten człowiek już nigdy nie odmówił.

Uzyskanie paszportu – to jest test na kompromis. Kontrola w policji, prawdopodobnie zwykły środek ostrożności, staje się żądaniem zapłaty. Kiedy mieszkałem w Delhi, kiedyś nie chciałem zapłacić i udałem się do starszego oficera policji. Po kilku sekundach powiedział mi, że młodsi oficerowie robią mi przysługę i muszą zarabiać. Instytucja nie chciała wykonywać swojej funkcji. Jej funkcją było wyciąganie gotówki.

Złóż skargę do wyżej przełożonego, i jego pierwsze pytanie zawsze brzmi: „Ile chcieli i kto ma coś z tym wspólnego?” On nie prowadzi śledztwa w sprawie uchybienia; on sprawdza, czy otrzyma swój udział. Jak w fraktalach, wspinasz się po schodach, i ten sam groteskowy teatr pojawia się ponownie na każdym poziomie, tylko z wyższą ilością łapówki. Zrób krok w bok — do sądów, polityków lub innej instytucji — i ten sam banał będzie kontynuowany.

Biuro Antykorupcyjne jest powszechnie znane jako najbardziej skorumpowana instytucji ze wszystkich. Ściga każdego, kto popadł w niełaskę u polityków, nie był w stanie zapłacić odpowiedniego haraczu lub był zbyt widoczny w mediach społecznościowych. Ale nawet w tym przypadku kara zazwyczaj nosi teatralny charakter; po kilku miesiącach ukarany urzędnik spokojnie wraca za biurko.

Nadzór staje się jeszcze jednym sposobem uzyskania korzyści.

Policyjne stanowiska wystawione na aukcji przyznają temu, kto zaoferuje najwyższą cenę, przy tym każdy pracownik niższego szczebla jest odpowiedzialny za wysyłanie określonej kwoty środków pieniężnych na górę. W ten sposób starsi oficerowie nie prowadzą znaczących dyscyplinarnych kontroli pobić, kradzieży, gwałtów i morderstw, w które zaangażowani są policjanci, którzy zapłacili za swoje stanowiska.

Dom mojego przyjaciela został okradziony. Policja „złapała” złodziei, a następnie poinformowała, że została zwrócona tylko część skradzionych towarów; reszta została podzielona między policjantów. Kiedy skarżył się poprzez wysokiego rangą członka rodziny, reakcja była lodowata: powinien był wypowiedzieć się natychmiast po aresztowaniu. Teraz nic nie można było poradzić. Każda kradzież odbywa się według tego samego scenariusza.

Wizyta na indyjskim komisariacie policji – to ludzkie zoo przerażonych i załamanych. Funkcjonariusze nie chcą rejestrować sprawy bez opłat. Ochronne prawa, gdy są one wbudowane w drapieżny policyjny system, nie chronią słabszych; tworzą nowe pola dla oskarżeń, wymuszeń i targowania się. Prawo wymagające natychmiastowego skierowania do sądu i aresztu w przypadku skarg na gwałt, po prostu rozszerza rynek usług policjantów. Prawdziwym ofiarom nadal potrzebne są pieniądze i komunikacja, aby je usłyszano. Fałszywe oskarżenia, tymczasem, stają się narzędziami nacisku. Prawdziwy gwałciciel może zmusić do wycofania skargi, jeśli ma znajomości i zapłacił właściwym ludziom; z kolei fałszywy oskarżyciel może zniszczyć życie człowieka na lata. Instytucja nie odróżnia prawdy od kłamstwa, ona wycenia podatność na nadużycia.

Instytucje, mające na celu chronić, stają się systemami zbierania danych o lukach w zabezpieczeniach.

Fałszywe sprawy są powszechnie znane, jednak niewinni ludzie muszą płacić rujnujące łapówki, aby pozostać na wolności. Wstęp do sądu jest tak samo groteskowy: człowiek rozlicza się ze strażnikiem przy bramie, często na oczach sędziego. Wewnątrz sędzia — zbyt niezdecydowany, niekompetentny lub skorumpowany, aby coś rozwiązywać – ogłasza kolejną przerwę. Jak jeszcze będzie mógł odzyskać pieniądze? Nawet urzędnikowi, który rejestruje datę następnej rozprawy, trzeba zapłacić, jeśli chcesz ją poznać.

Prawnicy obu stron korzystają na zwłokach, często rozmawiając ze sobą bez wiedzy i zgody swoich klientów. Oskarżony wie, że nigdy nie będzie uczestniczył w prawdziwej rozprawie. On płaci za to, aby uniknąć więzienia, a sprawa ciągnie się przez dziesięciolecia. Rzadkie sprawy rozwiązane sądownie występują tylko wtedy, gdy obie strony, zrujnowane finansowo, zgadzają się na pozasądowe rozwiązanie i wyczerpanie oznacza sprawiedliwość.

Dla państwowych dostawców do 50% dochodów idzie na łapówki. Kiedyś takie płatności były wstydliwe, podczas gdy brytyjski cień nadal pozostawał. Dziś biurokraci otwarcie pysznią się swoimi nielegalnymi przychodami. Korupcja to nie odchylenie od normy; to ekologia, w której może uczestniczyć każdy.

Nawet nadużycia wymagają struktury. Funkcjonującej mafii zależy na lojalności, dyscyplinie, ciszy i wewnętrznej sprawiedliwości. W Indiach korupcja jest bardziej anarchiczna: każdy urząd, posterunek policji i sądu – to osobne małe królestwo, ale nawet w tych królestwach lojalność nie istnieje, a zadawanie ciosów w plecy – to normalna sprawa. Państwo przypomina upadły gang, zbrojną siłę przymusu, ale pozbawioną hierarchii, lojalności i wewnętrznej dyscypliny, niezbędnych w celu regulowania drapieżnictwa. Ponurym pocieszeniem jest to, że taki system ze wszystkich sił stara się wytworzyć zdyscyplinowany totalitaryzm. Może sponiewierać, wyłudzać i degradować, ale nie jest w stanie zorganizować skoordynowanej tyranii Korei Północnej lub Związku Sowieckiego.

Biurokracja, policja i sądy po prostu przejawiają w postaci skoncentrowanej to, co już istnieje w społeczeństwie. Instytucje zmutowane, bo otaczająca kultura chroni instynkty, które prowadzą do ich mutacji. To, co w rządzie wygląda jak przekupstwo i drapieżnictwo, w życiu codziennym przejawia się jako nieuczciwość, oszustwo, zaganianie w kąt, obojętność, hierarchia i przypadkowe zatrucie środowiska.

Hindusi nie chcą zniesienia systemu; chcą uzyskać do niego dostęp.

Ich ambicją jest osiągnięcie stanu, w którym będą mogli korzystać, lub wydać za mąż swoje córki do rodziny, wzbogaconej kosztem łapownictwa. Jak uzyskuje się pieniądze, nie ma znaczenia. Korupcja dająca bogactwo wymaga szacunku dla przeciwnika — często większego, niż takie samo bogactwo osiągnięte uczciwie. Pieniądze i władza to jedyne kryteria. Możesz być pewien, że miłość, cywilizacyjna wartość rzucają się w oczy swoją nieobecnością.

Normalne społeczeństwo musi wyposażyć swoje instytucje we właściwe instynkty. Cywilizacja nie istnieje w naturze. Jest to spowodowane zgromadzeniem wysiłku racjonalnych i moralnych ludzi, którzy powstrzymują się, dyscyplinują siebie i stopniowo wpływają na normalne zachowanie najwyższych ludzi.

Największym problemem jest naprawdę rząd; politycznie wygodne jest obwinianie rządu za wszystko. Ale bardziej głęboki problem tkwi w społeczeństwie, które to podsyca. Gdyby hindusi przestali się płaszczyć przed politykami i biurokratami, gdyby przestali traktować urzędników państwowym jak bożków, wiele by się szybko zmieniło. Ale indyjski umysł nie może odróżnić szacunku od służalczości. On waha się między poddaństwem i dominacją. Nie mając potężnego poczucia sprawiedliwości, o co mieliby walczyć?

Jeden mały, ale reprezentatywny indyjski zwyczaj – to obsesyjne zwracanie się „sir”. Dla zachodnich uszu to może brzmieć grzecznie, nawet fascynująco. W Indiach jednak to często nie świadczy o szacunku, a o zarządzaniu hierarchią. Mówiący stawia się poniżej władzy, schlebia jej, uspokaja i ma nadzieję uzyskać od niej zabezpieczenia lub przychylność. Szacunek polega jednak na godności z obu stron. Uległość tego nie warunkuje. Gdy równowaga sił się zmienia, ten sam człowiek, który kiedyś zwracał się do ciebie „proszę pana”, może zacząć obrażać ciebie. Zwracanie się przez „sir” nigdy nie miało nic wspólnego z szacunkiem; oznaczało ono tylko pozycjonowanie.

Każda interakcja społeczna — w społeczeństwie i w rodzinie — staje się sprawdzeniem stopnia w hierarchii. Kto wyżej? Kto poniżej? Kto musi przestrzegać? Kto może się tym zająć? Związki rzadko pozostają po prostu ludzkimi; szybko zostały zreorganizowane w strukturę „odbieracz wolności-ciemiężca”. Państwo nie tworzy tego instynktu, ono formalizuje go.

Moja rodzina kupuje warzywa tylko u znanych rolników, dlatego, że produkty sprzedawane na rynkach, zwykle są z nieoczyszczonych ścieków – praktyka, która, o dziwo, daje warzywom sztuczny połysk. Jak śledzić takie rzeczy w sądzie? Można opracować najbardziej surowe prawa, jakie tylko można sobie wyobrazić, ale prawo nie ma sensu, jeśli policja, sądy i społeczeństwo, stojące za nimi, nie posiadają woli zapewnienia ich przestrzegania. Społeczeństwa nie budzą się pewnego ranka i nie wybierają cnoty. Dokonują tego — jeśli to w ogóle możliwe — przez wieki generowanych punktów mądrości i bolesnego utożsamiania się z powściągliwością. Albo w ogóle nigdy tego nie osiągają.

Tam, gdzie codzienne zachowanie wewnętrznie nie jest ograniczone, żaden system prawny nie może namierzyć lub naprawić szkody. Mikro-kompromisy, powtarzane przez miliony, prowadzą do katastrofy. Porzucone opakowanie z tworzyw sztucznych, garść śmieci wyrzuconych do rzeki, skrócenie czasu budowy, ciche fałszowanie w raportach — każde działanie wydaje się banalne. I jeszcze most w końcu się rozpadnie, drogi zamieniają się w pola śmierci, rzeki wysychają, a sama ziemia zamienia się w toksyczne nieużytki, których nie może odzyskać żadne prawo.

Pobrałem tą samą lekcję z maszyn. Maszyna drukarska mojego ojca nadal używa sprzętu z epoki brytyjskiej, z początku lat 1900-tych. Ona działa bez zarzutu. Skomplikowana szwedzka maszyna, którą później kupiliśmy również pracowała z zadziwiającą dokładnością. Jako dziecko nieskończenie obserwowałem pracę tych maszyn, jakby dokonując swego rodzaju mechanicznego nabożeństwa: dziesiątki tysięcy części poruszały się razem w harmonii, każda pełniła swoją funkcję. Odsłaniały duch tych, którzy je projektowali i produkowali. Praca została wykonana nie tylko dla pieniędzy; była w tym duma, dyscyplina i zaangażowanie na najniższym poziomie.

Wśród ogromnego chaosu w Indiach — jej instynktów „siła sprawia, że ma rację”, jej mglistych zasad, braku rzetelnej formy – starałem się zrozumieć tego ducha: wewnętrzną dyscyplinę, która sprawia, że wszystko działa, duma, która sprawia, że każdą część wykonuje swoją funkcję.

Następnie przekonałem ojca do kupienia indyjskiej kopii szwedzkiej maszyny za niewielką cenę. Po kilku dniach zepsuła się śrubka. Po taniej naprawie pojawił się jeszcze jeden mały defekt, a potem jeszcze jeden. Maszyna nie była bardzo zła w jednym oczywistym aspekcie; była zła w tysiącach drobnych elementów. Każdy szczegół niósł w sobie mikro-kompromis. Wkrótce płaciliśmy pracownikom wynagrodzenie za pracę na maszynie, która ledwo działała, a kiedy działa, jej jakość była niska. W ciągu roku sprzedaliśmy ją na złom.

Społeczne i ekonomiczne konsekwencje były ogromne. Ludzie nie mogą działać poprawnie bez stałej kontroli, a samemu kierownikowi brakuje dumy za swoją pracę. Potrzebne są dziesiątki ludzi, aby produkować coś, co mógłby osiągnąć jeden zdyscyplinowany pracownik w innym miejscu, i nawet wtedy jakość waha się na granicy dopuszczalnej. Podczas studiów MBA uczono mnie, że bodźce mają znaczenie. Może i tak jest. Ale bodźce działają tylko tam, gdzie odpowiedzialność istnieje już w zarodku. Indie – to nie społeczeństwo „marchewki”, to społeczeństwo „kija”.

Społeczeństwo rozpadnie się w ten sam sposób. Kiedy każda śrubka ma defekt, cały system staje się nieefektywny.

Ale społeczeństwo się rozpada nie tylko dlatego, że poszczególne osoby ścinają narożniki. Ono rozpada się dlatego, że nikt tego nie naprawia. Kluczowym pytaniem jest to, czy zwykli ludzie dają opinię — przeciwstawiają się bałaganowi, zawstydzają za niego czy karzą, czy spokojnie uczestniczą w nim.

Oto dlaczego człowiek czuje się bezpiecznie na Zachodzie — przede wszystkim nie ze względu na jego instytucje, ale dlatego, że samo społeczeństwo wciąż zapewnia przekazywanie swojej opinii tym instytucjom. Gdy popełnione zostaje przestępstwo, ktoś gdzieś powstanie i będzie wymagać sprawiedliwości. W krajach Trzeciego świata uczą nie spodziewać się tego.

Będąc studentem uniwersytetu w Indiach, często jeździłem autobusem w weekendy między miastem, gdzie mieszkali moi rodzice, a miastem, gdzie studiowałem na uniwersytecie. W autobusach na tej trasie były telewizory, i moje przejazdy były dopasowane do oglądania popularnego tygodniowego serialu. Kierowcy zatrzymywali autobus na czterdzieści pięć minut na rozbitych wybojami drogach, aby pasażerowie mogli obserwować, co dzieje się bez migotania obrazu. Gdy zagroziłem skargą, cały autobus w uniesieniu wściekłości rzucił się na mnie. Przyrzekli, że będą zaprzeczać, że zatrzymania w ogóle nie było, i jasno dali do zrozumienia, że ryzykuję pobicie. Ani jedna dusza nie chciała bronić głównego aktu cywilizacji – przestrzegania rozkładu jazdy transportu publicznego. Ironia była groteskowa: serial rzekomo był „głęboko duchowy”.

Zachodnie moralne terminy — uczciwość, lojalność, honor – zmieniają znaczenie, gdy wprowadza się do społeczeństwa moralne podłoże które nigdy ich nie produkowało. Takie skojarzenia nie są uznawane za niemoralne w zwykłym znaczeniu. Niemoralny człowiek odróżnia dobro od zła i niszczy to pierwsze. Niemoralny człowiek nigdy nie przyswoił sobie tych kategorii. On jest niewinny, nie dlatego, że jest niewinny, ale dlatego, że sumienie nigdy nie brało góry nad apetytem. To umysł, w którym władza, a nie sumienie, organizuje zachowanie.

Tym samym zniekształcenie dotyczy takich słów, jak miłość, szczęście, szacunek i pokój. W cywilizowanym moralnym porządku to nie tylko uczucia lub społeczne gesty; to osiągnięcia psychiki, które wymagają pokory, świadomości i troski o dobro innych. W prymitywnym społeczeństwie mogą wydawać się podobne do przedstawicieli cywilizowanego społeczeństwa, ale ich istota jest inna. Miłość staje się posiadaniem, uzależnieniem lub stowarzyszeniem plemion przeciwko wspólnemu wrogowi. Osoba rozpuszcza się w tłumie i przeżywa tę stratę siebie jak katharsis. Szczęście staje się hedonizmem, zmysłowością, obżarstwem lub rozproszeniem uwagi. Szacunek staje się służebnością w stosunku do władzy i tyranią wobec słabości. Spokój staje się odrętwieniem, unikaniem lub ucieczką od lęku. Słowa pozostają, ale ich wewnętrzna istota jest prymitywna.

Kiedy można mówić o moralności lub prawdziwości z hindusami, śmieją się z ciebie i pytają: „stajesz się świętym?” Lub zakładają, że miejsce religii jest w kościele, a nie w codziennym życiu. Uważają, że jesteś naiwny, nieprzywykły do prawdziwego życia. Ich zdaniem, życzliwość i uczciwość nie są obowiązkami zwykłych ludzi; należą się świętym, podczas gdy oczekuje się, że normalne życie będzie świeckie. Oni nie rozumieją świętości jako moralnego wyniesienia; oni rozumieją to jako odejście od prawdziwego życia. Zdanie przetrwa jako słowny odruch w społeczeństwie, w którym sama moralność nie ma należnego jej autorytetu.

W takim społeczeństwie codzienne rozmowy nie wznoszą się do osobistych refleksji. Pozostają one w pułapce plotek, widowisk, magicznej polityki i nieszczęścia innych.

W takiej kulturze organizującym ideałem nie jest kompetencja, a władza. Edukacja nie służy formacji, a certyfikatom, które otwierają drzwi do stanowisk, pieniędzy i statusu. Rodzice pomagają dzieciom oszukiwać, bo ważny jest certyfikat, a nie dyscyplina, którą powinni reprezentować. Jak tylko tacy ludzie trafiają do instytucji, nie nabierają szacunku do stanowiska i obowiązków. Miejsce staje się źródłem informacji dla użytkownika. Z braku wewnętrznego autorytetu, kompensują to zimną arogancją, drobną tyranią i sadyzmem; im wyżej się wspinają, tym bardziej błędna staje się ich niepewność.

Ta sama lekcja zaczyna się w szkole. Autorytet wcześnie zamienia się w dźwignię: prywatne szkolenia, prezenty, nepotyzm i manipulacja egzaminami. Uczeń uczy się prawdziwego programu nauczania na długo przed pełnoletnością: autorytetu nie trzeba szanować, a lawirować; zasad nie należy przyswoić, a zarządzać nimi; władza jest po to, aby zgarniać gotówkę.

Niewiele jest pojęć o dodawaniu wartości, wkładzie własnym lub kształtowaniu charakteru. Kształtowanie charakteru często jest w bezpośrednim konflikcie z zasadą „kto silniejszy, ten ma rację”. Starsi uczą dzieci, że wolno zbierać masło „krzywym” palcem. Ale dzieci nie zezwalają obcym na ten krzywy palec. Dorastając, używają do tego krzywego palca wobec starszych w rodzinie, którzy potem się dziwią, jak wprowadzili węża. W rezultacie okazuje się, że to w pełni zatomizowane społeczeństwo, w którym nikt nikomu nie ufa.

Gdy nabycie zasobów staje się jedyną organizującą zasadą, gdy wartości, moralność i rozum nie mają autorytetu, społeczeństwo dzieli się na osoby zatomizowane. Człowiek staje się samotny, nawet w najbardziej zatłoczonych miejscach. Maszyny nie pracują, instytucje nie działają, rodziny nie działają. Brak spójności, brak harmonii, nie ma wspólnych oczekiwań wobec zachowań. Każdy sam w sobie.

Jeden i ten sam instynkt nie może być ograniczony do jednej sfery życia. Jeśli człowiek odnosi się do obcych, klientów, urzędników i pracowników jak do obiektów pracy, rodzina nie może pozostać nietknięta. Rodzice nie mogą zaufać dzieciom, a dzieci nie mogą ufać rodzicom. Bez łącznika moralności i umysłu, kapitał intelektualny i finansowy nie może gromadzić się. Życie staje się dniem świstaka: ani nauki, ani poczucia winy, ani opinii, ani związku przyczynowego.

Biznes również wydaje się nie tworzyć wartości, a staje się jak przelew z innej kieszeni w swoją. Usługa ma drugorzędny charakter. Jakość – to teatr.

Pewnego dnia odwiedziłem firmę, produkującą wypełniacze farmaceutyczne — biały proszek-nośnik, z którym później będą mieszać aktywne leki. Spodziewałem się zobaczyć sterylną, regulowaną produkcję. Zamiast tego weszliśmy w butach z ulicy; podłoga i nawet powietrze było gęste od proszku. Pracownice w brudnych ubraniach ręcznie wypełniały pakiety. Co gorsza, zaległy proszek mieszały ze świeżym materiałem, aby go dopasować do określonej klasy. Menedżer ujawnił to nie ze wstydem, ale z dumą. Sens był nie w tym, aby tworzyć wartość, a w tym, aby dopasować do wyglądu normy. Sam wkład nie był ostatecznym lekiem. Ale w warunkach skomplikowanej gospodarki każdy taki kompromis idzie dalej z prądem. Każdy mały unik staje się jeszcze jedną zaatakowaną częścią większego systemu, który nie może już ufać samemu sobie.

Jeden i ten sam schemat można prześledzić w każdym zakładzie: pozór zgodności utrzymuje się, podczas gdy istota zostaje cicho zniszczona. Standardy istnieją, istnieją procedury i dokumenty, ale są one podyktowane jednym i tym samym instynktem unikania, usuwania – i wychodzi im to na sucho.

Prawa pisane i struktury, pozostawione przez Brytyjczyków — system kontroli i przeciwwagi, prawo, procedury i rządy prawa — w większości pozostały. Ale jak tylko instytucje te przeszły w ręce Hindusów, ożywający je duch zmienił się. To, co miało służyć ograniczeniu władzy, przekształciło się w mechanizm wyzysku i wywłaszczenia. Instytucje nie zniknęły. Ich zewnętrzne powłoki — biura, mundury, nadruki, procedury — pozostały, ale ich funkcje zostały groteskowo zmienione. To nie przypadek, to jest nieuniknione w kulturze, gdzie wciąż zasadą jest żelazne prawo „kto silniejszy, ten ma rację”, gdzie naczelną zasadą jest celowość, a rozum, moralność i odpowiedzialność za siebie nie przyjęły się.

Gdyby indyjskie społeczeństwo było małymi, zlokalizowanymi jednostkami, brutalna, ale natychmiastowa zarodowa sprawiedliwość mogłaby zachować minimalny porządek, bardziej odpowiadający jego naturze. Straszna możliwość polega na tym, że gdy wydrążone zachodnie rusztowania w końcu padną na pysk, podnoszenie się z ruin może okazać się bardziej funkcjonalne dlatego, że społeczeństwo jest bardziej prymitywne – ze słabszymi nerwami niż wydawałoby się cywilizowanym oczom.

To powolna, nieubłagana apokalipsa drugorzędnej nowoczesności: zaimportowane instytucje gniją od środka, dopóki nie pozostaje nic, oprócz grabieży, nakładającej maskę cywilizacji. Formy przetrwały. Dusza już nie żyje.

=========================

mail:

postawy społeczne do złudzenia przypominające „kodeks moralny” w Izraelu.

mail II:

Typowy, wg. prof. Konecznego, w Indiach to stan a-cywilizacyjny, latrocinium magnum

mail III. Dokładniej: w Izraelu to stan anty-cywilizacyjny: Czczą tak Mamona, jak i Molocha.

Co jest przesądem, a co herezją. Dlaczego nie da się budować świata bez Boga

Co jest przesądem, a co herezją, czyli dlaczego nie da się budować świata bez Boga

pch/co-jest-przesadem-a-co-herezja

Z pewnością „postęp” stał się słowem – kluczem, przez który określali się nowożytni, rozumiejąc go po heglowsku jako porzucenie starego porządku, zwyczajnie zakwestionowanie tego, co było wcześniej. Wtedy dopiero uważają, że może pojawić się postęp – łatwiej teraz zrozumieć, dlaczego krytyka Kościoła miała być dla wielu podstawą postępu i nadal dziś wielu uważa, że będą postępowi gdy wszystko, co tradycyjne, osadzone w sprawdzonych formach historycznych – a Kościół wiele takich może pokazać – kiedy to wszystko się odrzuci, obśmieje, wyszydzi. Postępowiec w takim paradygmacie jest bezwzględny dla wszystkiego, co chce go zatrzymać i kwestionuje jego świeckie „dogmaty” – mówi w rozmowie z portalem PCh24 ks. prof. Piotr Roszak.

Zapraszamy na pierwszy odcinek cyklu PCh24.pl o „nowoczesnych herezjach”.

Czy można zbudować cywilizację na bazie niemoralności i bezreligijności?

Odpowiadając krótko: nie, bo zawsze pojawi się prędzej czy później jakaś domyślna forma wskazania na priorytety, ocena zachowań, że są dobre lub złe etc. Dlatego nie ma a-moralności, próżni aksjologicznej, ale najczęściej następuje podmiana na inną moralność, gdyż zawsze istnieją kodeksy zachowań, względem których dokonuje się oceny. A więc pytanie brzmi nie „czy”, ale „jaka” moralność rządzi życiem społecznym… Tu pojawia się pierwszy paradoks.

Przykładowo niektórzy oburzają się, że obrońcy życia pokazują w czasie publicznej modlitwy zdjęcia abortowanych płodów, aby uwrażliwiać na zło aborcji. W odpowiedzi władze samorządowe zakazują ich eksponowania w miejscach publicznych ze względu na rzekome szkody dla psychiki dzieci. Jednocześnie ci sami ludzie oburzeni na zdjęcia ukazujące prawdę o szkodliwości aborcji, pozwalają na tzw. marsze równości LGBT, eksponujące wyuzdanie i niemoralność. Przechodząc przypadkowo obok takiego wydarzenia naprawdę trzeba zasłaniać oczy dzieciom, aby nie zostały zgorszone. Jak ocenić taką hipokryzję moralności?

Co ciekawe, nawet prawo „wie” o tym, że musi istnieć jakaś aksjologia. Dlatego operuje kategorią „moralności publicznej”, aby sankcjonować np. nieobyczajne zachowania na ulicy etc. Zatem nie jest tak, że każdy może robić w przestrzeni publicznej to, co chce. Problem z tym jest jednak taki, iż na siłę redefiniuje się nam moralność, i to w sposób niedostrzegalny. Na przykład wielkie firmy budują swoje „moralności”, kodeksy zachowań, ubioru, języka… Warto to zauważyć. Kto ustala te moralne reguły? One płyną z chrześcijaństwa czy decyzji prezesa firmy, rady nadzorczej? To efekt kalkulacji, co się opłaca w danej kulturze czy tego, jaka jest prawda?

Wydaje mi się, że podobnie jest z religią i cywilizacją. Może próbuje się żyć bez „widzialnej” religii, ale zostaje niewidzialna, jak u nazistów. Kultywowali oni przecież tajne celebracje i quasi-religijne zachowania ateistyczne. Istniała wręcz „liturgia państwowa” ze swoimi dogmatami, prowadzącymi do znaturalizowania, spłaszczenia religii.

Trudno nie zadać pytania: co to za cywilizacja, która wprowadza nihilizm – przy czym pamiętajmy, co ten termin oznacza. Nie chodzi tylko o brak (nihil) jakichkolwiek wartości, próżnię aksjologiczną, bo zawsze jakieś wartościowanie istnieje, np. ktoś ocenia rzeczy przez pryzmat ich przydatności albo przyjemności. W nihilizmie, zwłaszcza współczesnym, chodzi natomiast o to, że nie ma trwałych wartości. Coś co stanowi uznaną wartość dziś, jutro nie musi już nią być. Fryderyk Nietzsche propagował właśnie taki nihilizm, czyli inżynierię aksjologiczną: my tworzymy sobie wartości, silniejsi społecznie narzucający swoje przekonania innym.

A przecież cywilizacja oznacza porządek. Nie stertę kamieni zrzuconych na budowie w jedno miejsce, lecz hierarchicznie uporządkowanych, wedle pewnej idei. Budować czy tworzyć cywilizację to porządkować różne aktywności człowieka w sensowną całość. Dlatego cywilizacja charakteryzuje się celem, kierunkiem, a nie tylko stopniem technologii jako naczelnym kryterium cywilizacyjnym. W „cywilizację” wpisane jest civilis, a więc pewne relacje społeczne, które doprowadzają do wzrostu, bo sięgają dalej, a na co ukierunkowuje religia. Bez religii cywilizacja kręci się w kółko. A zatem bez moralności i religii można tylko podrabiać cywilizację, niekiedy nawet bardzo dobrze, ale to będzie podróbka.

Czy można zbudować cywilizację, której jedynym wyznacznikiem będzie „postęp” – naukowy, medyczny, technologiczny, moralny etc.?

Z pewnością „postęp” stał się słowem – kluczem, przez który określali się nowożytni, rozumiejąc go po heglowsku jako porzucenie starego porządku, zwyczajnie zakwestionowanie tego, co było wcześniej. Wtedy dopiero uważają, że może pojawić się postęp – łatwiej teraz zrozumieć, dlaczego krytyka Kościoła miała być dla wielu podstawą postępu i nadal dziś wielu uważa, że będą postępowi gdy wszystko, co tradycyjne, osadzone w sprawdzonych formach historycznych – a Kościół wiele takich może pokazać – kiedy to wszystko się odrzuci, obśmieje, wyszydzi. Postępowiec w takim paradygmacie jest bezwzględny dla wszystkiego, co chce go zatrzymać i kwestionuje jego świeckie „dogmaty”. Choć biegnie on w przepaść, to uważa, że to jest postęp, bo biegnie najszybciej. Robienie po prostu czegoś „więcej” nie będzie postępem, gdyż nieprzerwane zwiększanie objętości balonu poprzez dmuchanie w niego sprawia, że do czasu jest postęp, ale w konsekwencji balon pęknie.

W postępie nie chodzi więc jedynie o to, aby robić coś więcej, ale by to przybliżało do celu. Postęp jest wtedy, gdy to, kim jestem, moją naturę, rozwijam zgodnie z jej celem. Postęp mierzy się więc stopniem realizacji celu, a nie zwiększaniem możliwości. A żeby znać cel – który zawsze jest ostatni w realizacji, a pierwszy w planowaniu, bo najpierw trzeba coś chcieć zrobić, a potem to wdrożyć – trzeba się wsłuchać w tradycje religijne, odpowiedzieć na pytania fundamentalne: kim jest człowiek, po co żyje i dokąd zmierza.

W ideę postępu wpisane jest rozszerzanie zakresu np. wiedzy. Widać jednak, że bez etycznej odpowiedzi na postęp może być tak, że tworzymy złote więzienie, z którego trudno się wydostać, bo sami się w nim zamykamy. Zwiększanie możliwości działania i oddanie tego w ręce despoty, kogoś opanowanego przez zło, ostatecznie oznacza zniszczenie, zwróci się przeciwko twórcy postępu. Niedawno w związku z rozwojem AI często powtarzano, żeby się zatrzymać, przemyśleć, bo rozwój może prowadzić do katastrofy.

Dlaczego „postęp” stał się nowym złotym cielcem, któremu tak wielu bije dziś pokłony?

Bo to droga na skróty i najbardziej widoczny element. Żyjemy w czasie, gdy niestety liczy się to, co zewnętrzne i dajemy się nabrać. Sztuczna inteligencja tworzy obrazy, wkłada w usta teksty niewypowiedziane… Iluzja na każdym kroku, a do tego ocenia się cywilizację przez to, ile osób ma najnowszy sprzęt…

To złoty cielec, zgadzam się, bo tak jak ten biblijny, daje złudne przekonanie, że rozwiąże sprawę; że nie będzie trzeba Boga prosić, obędziemy się bez Niego. To ma zastąpić Boga, który obiecuje inny postęp – moralny, duchowy, religijny – dzięki któremu przez doczesność dojdziemy do wieczności, idąc we właściwą stronę, a nie szybko w błędnym kierunku.

Tak, pogoń za najnowszą wersją (wielu rzeczy i spraw) stała się chorobliwa lub patologiczna. Tym żyje choćby transhumanizm, traktując ideę postępu jako najwyższą władzę. On jest trybunałem, przed którym stają inne sfery życia. Wtedy szuka się „postępowej” szkoły, „postępowych” rodziców i, oczywiście „postępowego” Kościoła. Postęp i ulepszanie człowieka, tzw. human enhancement posunięte do tego, że człowiek powymienia w sobie wszystko na niebiologiczny materiał, tłumacząc sobie, że to po to by długo żyć, w ten sposób jednak sam siebie zniszczy, uczyni post-człowiekiem. To nie są mrzonki, odległe perspektywy, nie – o tym piszą ludzie sprzedający książki w milionach egzemplarzy, jak Harari.

Kiedy narodziło się przekonanie, że każdy segment naszego życia – rodzina, gospodarka, polityka, edukacja etc. – powinien być (w imię „postępu”) autonomiczny i niezależny od moralności wynikającej z Dekalogu i prawa naturalnego? Kiedy uznano, że jedynym, co może stanowić ich „źródło kontroli”, są „nauka”, „rozum”, „prawa człowieka” etc.?

Oddzielenie postępu od moralności to w, moim przekonaniu, postulat pozytywizmu, żyjącego niepohamowaną ewolucją, która zaczyna się przenosić na inne obszary życia, przestając być prawidłem powstawania gatunków, a zamienia się w regułę życia społecznego, historii, relacji… Z tego wyłania się pogląd, że skoro wszystko ewolucyjnie zmierza ku doskonałości, to jedynie trzeba się postarać, aby religia temu nie przeszkadzała i nie spowalniała tego procesu. W myśl tej dialektyki, trzeba uwolnić świat od religii, która zniewala, hamuje ewolucje troszcząc się o słabych, głosząc niezrozumiałe miłosierdzie, dokonując ocen moralnych. Zaczyna się wtedy proces „wyzwalania” kolejnych sektorów życia, rodziny, pracy zawodowej od rzekomej opresji religii, tworząc myślenie o dwóch poziomach życia.

Jeden to życie prawdziwe, gdzie toczy się autentyczna egzystencja, a z którego „wyskakujemy” na chwilę (np. na niedzielną Eucharystię). To nie jest – jak katolicyzm pokazywał – przemienianie świata wedle Ewangelii, ale wiara jest wówczas postrzegana jako hobby, które nie powinno mieć wpływu na inne dziedziny życia. Abolicja religii pod koniec XIX wieku znajduje swój wyraz w poglądach Fryderyka Nietzschego. Postulował on „śmierć Boga”, oczywiście w sensie braku Jego wpływu na dziedziny życia: On ma umrzeć w rodzinie, pracy, szpitalu. Ale to wszystko wynika ze sposobu, w jaki postrzegało się działanie łaski. Za tymi postulatami kryły się błędy teologiczne, subiektywizujące doświadczenie łaski (jak w modernizmie, gdzie wszystko kręci się wokół tego, „co kto czuje”, a nie ma niczego obiektywnego) i traktujące je jako dodatek do natury.

Czy to jednak rzeczywiście postęp, że polityka, gospodarka lub rodzina będą wolne od moralności czy od religii? To złudzenie, bo w to miejsce wchodzą inne, niepisane reguły – moralności silniejszego, przyjemności, skuteczności, pragmatyzmu. A przecież im więcej Dekalogu, prawa naturalnego, tym większy postęp, czyli osiąganie celu, dla którego człowiek żyje! To jest postęp – bo prawo naturalne do tego prowadzi. Nie jest ono jak kula u nogi, ale to raczej szyny, po których dojedzie się pewnie do celu.

Ale zauważmy, że pomimo tej agresywnej propagandy postępu wraca świadomość etyczna. Prace komitetów etyki, np. w szpitalach, pokazują, że wcześniejsze bezrefleksyjne stawianie na postęp to samobójstwo cywilizacyjne. Dekalog sprawdził się jako przewodnik w budowaniu jakościowych relacji. Kpienie z niego to dekonfiguracja kultury, odwrócenie biegunów, które prowokuje chaos tam, gdzie się pojawi – czy to będzie szkoła, kultura, biznes…

Arcybiskup Fulton Sheen ponad 80 lat temu zwrócił uwagę, że sekularyzm osiąga swój szczyt, kiedy ludzie mówią: „biznes to biznes, religia to religia” – jak gdyby sposób, w jaki człowiek pracuje albo opłaca swoich pracowników, nie miał nic wspólnego z sumieniem i moralną tkanką narodu. Czy A. D. 2025 słowa te są nadal aktualne? A może coś się zmieniło w tej kwestii? Jeśli tak, to na lepsze, czy na gorsze?

Sekularyzm istnieje w wersji dobrej i złej, bo jeśli saeculum to świat, wówczas zajmowanie się z perspektywy chrześcijańskiej naszym światem jest dobre. Takiego sekularyzmu potrzeba chrześcijanom – aby angażowali się w politykę, prowadzili działalność gospodarczą, społeczną, edukacyjną. Nie mogą tego zostawić w rękach ludzi bez odniesienia religijnego, katolickiego. Mamy kochać ten świat, aby go przemieniać, jak przypominał św. Josemaria Escriva. On wręcz mówił: „namiętnie” (hiszp. apasionadamente) kochać świat, nie byle jak, ale z oddaniem i przekonaniem, z pasją, która jest kreatywna.

Ale istnieje też inny sekularyzm, który – jak to przenikliwie widział już abp Sheen – jest sposobem, aby spychać na dalsze pozycje religię, sumienie i moralność. To jest on upadkiem, który tworzy podziały. To mentalność strefy wpływów jak z czasów zimnej wojny, którą zresztą ten rodzaj sekularyzmu i ideologia postępu do dziś prowadzą z religią, a zwłaszcza katolicyzmem, który opiera się ich tyranii. Sekularyzm chciałby poszerzenia swego oddziaływania i wręcz „wyskrobania” – to słowa radykalnych zwolenników oświecenia – resztek tradycji katolickiej z Europy.

Zauważmy przy tym jedną sprawę: czym innym jest odróżnianie, które nie polaryzuje i przeciwstawia, ale chce łączyć. To ważna sztuka, której się uczymy. Nie chodzi jednak o segregowanie, gdzie jestem katolikiem, a gdzie chowam krzyż; gdzie się przyznaję do wiary, a gdzie ukrywam swoją tożsamość. Jeśli zgodzimy się na taki podział, jeśli uważać będziemy, że jako obywatele państwa mamy schować naszą wiarę na dalszy plan, to będzie porażka dla nas. Jednak, co paradoksalne, także dla państwa jako wspólnoty – bo będzie to wspólnota ludzi „ukrywających to, kim są naprawdę”. Ta krótkowzroczność, wynikająca z zaślepienia ideologią wyrzucającą z państwa i jego życia, wszystko, co religijne, jest po prostu szkodliwa.

Cały czas pocieszamy się, że w Europie wciąż są miejsca, gdzie kościoły są pełne, gdzie ludzie żyją wiarą w Boga w Trójcy Jedynego. Czy nie jest to jednak robienie dobrej miny do złej gry? Obserwując bowiem ogólny „klimat” widać wyraźnie, że Europa odwraca się od swoich chrześcijańskich korzeni w imię „wartości” antychrześcijańskich, takich jak „postęp”…

Wszystko zawsze zależy od skali, bo co to jest Europa? Jak ją zdefiniujemy? Czy to społeczeństwo zamieszkujące kontynent, czy jego elity? Czy stopień obecności chrześcijaństwa w Europie mierzyć będziemy nagłówkami mainstreamowych mediów, czy praktyką życia? Z pewnością nie ma chrześcijaństwa na sztandarach, ale ono jest ukryte w zachowaniach, w mentalności, kulturze. Dlatego walka z chrześcijaństwem w Europie jest – jak wojna domowa – nieporozumieniem i szkodą wielkich rozmiarów. To bowiem walka z korzeniami, z pniem drzewa, gdy siedzi się na jego gałęzi. To w Santiago de Compostela, w 1982 roku św. Jan Paweł II mówił: „Europo, wróć do swoich korzeni, odkryj, kim jesteś”. Prorocze to były słowa.

Dlatego owego proroczego widzenia z nutą optymizmu ja bym nie nazwał robieniem dobrej miny, raczej przekonaniem, że widzimy dalej i jesteśmy jeszcze w stanie przywrócić tej Europie moc. Ale to my musimy być przekonani o wartości wiary. Tak się już dzieje, wystarczy posłuchać kardynała van Eijka, który musiał zamykać czy sprzedawać kościoły w swojej archidiecezji Amsterdam, a dziś budzą się tam wspólnoty i odzyskują sprawczość, energię. Chodzi o obudzenie misji, przekonania, że jest coś do zrobienia. Nie wrócimy po prostu do chrześcijaństwa z XVII czy XIX wieku, bo nigdy nie wracamy do dawnych epok. Nie da się powtórzyć tamtych relacji, ale można i trzeba umacniać obecność chrześcijaństwa, które jak zaczyn nadal prowadzi do wzrostu. Nie ma Europy bez wiary w Chrystusa, bo tę Europę stworzyła ta wiara. Jak mawiał ks. Janusz Pasierb, Europa sięga tak daleko, jak są tam katedry.

Ale na kanwie tego pytania przychodzi mi na myśl coś jeszcze – niestety, utrwalana przez lata postawa „wstydu” za chrześcijaństwo przynosi efekty wśród Europejczyków. Chociaż jej zwolennicy opowiadają kłamstwa (jak rzekomo Kościół zniewala, przeszkadza w szczęściu; że nic nie przyniósł cywilizacji; że Jezus Chrystus to „przemocowiec” i inne bzdury) to jednak wielu daje się na to nabrać. Dlatego potrzeba akcji „dumny jestem z bycia chrześcijaninem”, odpowiadania sobie na pytania, dlaczego nim jestem. Gdy mamy wojsko, które jest zdemoralizowane, nie wie za kogo walczy, straciło kondycję, nie rozumie po co ma iść na front… Co wówczas zrobić? Podnosić morale, to znaczy pokazywać, dlaczego każdy wysiłek ma sens; że świętowanie niedzieli ma sens, udział w lekcjach religii w szkole ma sens, wspólna modlitwa w domach ma sens, noszenie symboli religijnych ma sens – to jest ten odcinek frontu, który każdy z katolików może zrealizować. Trzeba przestać się wstydzić, bo nie ma czego!

Krajobraz religijny, jaki widzę w Europie, to podskórne przekonanie, że sekularyzm się nie sprawdził, ale… wstyd się do tego przyznać i uznać tym samym, że chrześcijaństwo miało rację… Dlatego ta kultura europejska kluczy się, wije w zeznaniach… Dopiero z Ameryki musiał pojawić się głos wzywający do opamiętania przed szaleństwem i że zdrada wartości podstawowych tego kontynentu to największa tragedia. Można stracić państwo, ale nie można stracić ducha. Dekonfiguracja duchowa Europy jest istotnie głębokim zagrożeniem.

Charles Péguy, francuski poeta i dramaturg, który nawrócił się na katolicyzm, napisał: „Nigdy jeszcze to, co doczesne, nie było tak chronione przed tym, co duchowe; i nigdy też to, co duchowe, nie było tak bezbronne wobec tego, co doczesne”.

Słowa te padły w latach, kiedy we Francji dokonywał się rozdział państwa od Kościoła. Co taki rozdział oznacza w praktyce, to widzimy chociażby po tym samym kraju, gdzie do Konstytucji wpisano tzw. prawo do aborcji. Niestety, wszystko wskazuje na to, że śladem Francji pójdą inne, niegdyś chrześcijańskie państwa. W dodatku nie widać ani nie słychać jakiejś stanowczej reakcji ze strony Kościoła. Dlaczego? Może uznano, że po ludzku nie da się tego zatrzymać?

Istnieją różne rozdziały Kościoła i struktur państwowych. Niektóre z nich są agresywne, jak okopy na linii frontu oddzielające wrogie oddziały. Wtedy rzeczywiście chcący wprowadzać rozdział państwa od Kościoła będą go rozumieć jako eliminowanie Kościoła z wszystkich sfer, od języka począwszy, po obecność publiczną. Ale są takie rozdziały, których celem jest zobaczyć coś lepiej i stanowią – jak to zresztą sugerują konotacje w języku polskim – rozdziałami jednej książki. Nie ma wrogości, ale współpraca. Nie chodzi o to, aby państwo zastąpiło Kościół, a Kościół państwo, ale by panowała synergia, łączenie sił, przy poszanowaniu specyfiki każdego z podmiotu. Zwłaszcza, że ten sam obywatel jest częścią tych dwóch wspólnot: państwowej i religijnej. To jak, ma się przepołowić? Udawać, że od godz. 6:00 do 14:00 jest obywatelem, a od 14:00 człowiekiem religijnym? Czy o to chodzi zwolennikom radykalnego rozdziału? Albo: głowa należy do religii, a ręka do państwa? Doprowadzam to rozumowanie do absurdu, ale podbijanie takiej wizji jest właśnie destrukcją, nie służy państwu ani obywatelom, ale służy ideologom, im na pewno. Zobaczmy, zawsze istniał rozdział państwa i Kościoła. W średniowieczu nie nachodziły na siebie te władze, bo istniał wielobiegunowy system społeczny, a państwo nie było absolutnym tworem (takowe powstały dopiero w nowożytności, począwszy od XVII wieku). Kościół nie wyręczał państwa, ale z nim współdziałał dla wspólnych celów. Trudno wiec mówić, że tam nastąpiło stopienie w jedno.

Niestety, „wrogi rozdział” prowadzi do takiego czynienia sobie na złość, aby na siłę się wyróżnić i pokazać, że wtedy naprawdę jesteśmy rozdzieleni, gdy u jednego można zrobić to, czego nie można u drugiego. To absurdalne, ale wynika z braku świadomości, kim się jest. Sprzeciw wobec takiego wrogiego rozdziału jest moralnym obowiązkiem. Państwo, które za aksjologię wybiera śmierć nie jest już bowiem wspólnotą, a na pewno nie taką, w której i z którą chrześcijanie mogą współdziałać, gdyż musieliby się zgadzać na degenerację indywidualną i zbiorową, przykładać rękę do rozpadu wspólnoty politycznej. To jest nasz dylemat. Nam naprawdę zależy na wspólnocie politycznej. Dlatego protestujemy przed rzekomym prawem do aborcji, który jest wpuszczeniem logiki śmierci do relacji społecznych. To jak wpuścić do krwi truciznę, która potem krąży po ciele i obejmuje po kolei wszystkie organy. Trzeba to wypłukać, nie dopuścić do krwioobiegu i do zakażenia kolejnych narządów.

Jeszcze raz pozwolę sobie powołać się na abp. Sheena, który w latach 40. XX wieku zwracał uwagę na hasła, jakie głoszą ówcześni „prorocy zagłady”, postulujący likwidację nauczania religii i etyki w szkołach. A brzmiały one: „nie ma dość czasu na religię”, „nie chcemy łączenia Kościoła i państwa” albo „religia jest w porządku dla jednostek, które jej potrzebują, ale nie ma żadnego związku z polityką czy gospodarką”. To samo słyszymy obecnie od zwolenników anty-religijnej rewolucji, jaką próbuje przeprowadzić w polskich szkołach minister Nowacka… „Zły” nie jest w stanie wymyślić nic nowego? Cały czas używa tych samych zagrywek?

Celna uwaga – kreatywność nie jest cechą Złego. On jest powtarzalny i przewidywalny, a jego inteligencja (bo jest inteligencją bez miłości) będzie dosadna, przeraźliwie racjonalna na swój sposób (tzn. uzasadniająca zło), ale nie będzie tam żadnej nowości. Tylko dobro jest kreatywne, bo jest czymś pozytywnym, zło zaś jest negacją.

Jednocześnie te powtarzane od lat argumenty są nadal wypowiadane, ale nie traktuje się ich poważnie… Bo skoro powinno się zostawić religię dla tych, co jej potrzebują, to skąd opór aby zapytać polskie społeczeństwo, czy chce religii; rozmawiać z Episkopatem i innymi związkami wyznaniowymi traktując ich podmiotowo, a nie przedmiotowo? Dlaczego głos rodziców jest lekceważony? Przecież to jest ostentacyjne ignorowanie większości w imię własnych ideologicznych uprzedzeń.

Pamiętajmy, że jak wirusy się mutują, tak bywa z tymi pierwotnymi argumentami anty-religijnymi. Na szczęście da się jednak wyodrębnić ich wspólne części, dlatego brzmią tak znajomo dla katolickiego ucha. Stare herezje się powtarzają i nie dziwię się, że nauka teologii powiązana jest ze znajomością herezji, błędów w nauce wiary, takich jak gnoza, manicheizm, arianizm, pelagianizm… Przecież to wraca w nowej postaci.

Zadziwiające jednak w tym wszystkim jest to, że ciągle pojawia się ten sam argument, aby „uniepotrzebnić” – że tak powiem – religię; uczynić ja nieprzydatną, zbędną, przeszkadzającą, zniewalającą… Zobaczmy, w jaki sposób współczesne elity liberalne etykietują katolicyzm. To nie jest siła napędowa rozwoju cywilizacji i kultury, choć przecież to dzięki katolickim naukowcom świat poszedł ogromnie do przodu, a prawa człowieka wyrosły na gruncie świata chrześcijańskiego, a nie np. chińskiego. Jednak katolicyzm, ich zdaniem, to zacofanie, ograniczenie i nie ma związku z życiem społecznym. Zadziwiające, naprawdę, zwłaszcza, gdy weźmiemy do ręki artykuły naukowe, operujące metodami empirycznymi, opowiadające o tym, jak pozytywnie wpływa religia na ludzi w trudnym sytuacjach (np. na migrantów z wojny w Ukrainie), w szpitalach, czy jak przekłada się na jakość życia rodzinnego. Religia pomaga, nie przeszkadza. O tym mówią dane, napisano naprawdę wiele artykułów naukowych, można sprawdzić w bazach danych… To dlaczego się z religią walczy? Jedyne co przychodzi na myśl, to właśnie – w imię ideologii.

Papież Pius XII stwierdził, że utrata Boga spowodowała próżnię, której nie jest w stanie wypełnić żaden narodowy czy internacjonalistyczny mit. Moim zdaniem, to dobra i oczywista diagnoza. Dlaczego jednak przez 80 lat nie udało się znaleźć skutecznego lekarstwa na chorobę opisaną przez Piusa XII?



Wydaje mi się, że diagnoza Piusa XII dotknęła ważnej kwestii, od której wszystko inne zależy, a czego wielu woli nie dostrzegać. Bo to nie jest tak, że nie ma znaczenia, czy ktoś wierzy w Boga, czy nie: to ma oczywiste znaczenie. Przekłada się na jego postawę wobec rożnych kwestii społecznych. To jest potwierdzone empirycznie, nie trzeba do tego teologicznych teorii. Brak wiary w Boga; wiary, która jest czymś naturalnym dla człowieka, bywa zaspokajany różnych aktywnościami i mitami, bo to nie jest wybór między Bogiem a brakiem Boga, tylko jakiego boga będę sobie ustanawiał – prawdziwego czy fałszywego. To podobnie jak z jedzeniem: nie można „nie jeść” (jeśli się chce przeżyć), ale pozostaje pytanie, co będę jadł, czy prawdziwy pokarm, czy fast food. Człowiek rzekomo twierdzący, że w nic nie wierzy, nie tylko przekonuje się – gdy uczciwie spojrzy na swoje życie – że jednak w coś/kogoś wierzy. To jednak warunek, bo trzeba wierzyć w coś, aby iść dalej i rozumieć, np. wierzyć w założenia danej nauki, że możemy coś poznać, że świat jest racjonalny. Miał rację św. Anzelm: wierzymy, aby rozumieć… wiara jest „po coś”.

Wydaje mi się, iż słowa Piusa XII pokazujące, co się dzieje, gdy porzuca się Boga, nie straciły nic na swej aktualności. Papież bowiem zwraca uwagę, że utrata wiary to jak nitka w swetrze. Zaczyna on się pruć, ścieg za ściegiem, a wówczas nic z niego nie pozostaje. Posłuchamy tej wnikliwej analizy Piusa XII, pisanej jakby na współczesne okoliczności:

„W tej atmosferze wyobcowania od Boga i dechrystianizacji myślenie i planowanie, oceny i działania ludzi musiały się stać materialistyczne i jednostronne, nacechowane dążeniem do prostej wielkości i ekspansji przestrzennej, nie uznającym żadnych granic pożądaniem coraz większego posiadania dóbr i władzy, wyścigiem za szybszą, bogatszą i lepszą produkcją wszelkich rzeczy, co postrzegano jako prowadzące do ewolucji materialnej i postępu. Te same symptomy ujawniły się w polityce jako nieograniczony pęd do ekspansji i poszerzania wpływu politycznego bez względu na standardy moralne: w życiu ekonomicznym przejawiły się one w dominacji gigantycznych koncernów i trustów, w sferze społecznej – w tworzeniu się w miastach i okręgach zdominowanych przez przemysł i handel ogromnych skupisk ludzi, czemu towarzyszy całkowite wykorzenienie tych ludzkich mas, które tracą swoje standardy życia, domy, prace, miłości i nienawiści. Ta nowa koncepcja myślenia i życia sprawia, że wszelkie idee życia społecznego przeniknięte zostają charakterem czysto mechanicystycznym”.

Czy nie słychać komentatorów życia społecznego, którzy bronią paradygmatu mechanistycznego, operują językiem „systemów”, nieubłaganych oddziaływań etc. gdzie gubi się wolność? Pius XII zachęcał do szukania symptomów tego procesu, byśmy myśleli „przyczynowo” a nie „objawowo”; a dla mnie to dwa różne sposoby myślenia: bo albo skupiam się na skutkach, objawach i próbuję je tylko ukryć, albo podejmuję trudną sztukę zwalczenia choroby u źródeł, w jej przyczynach. Dwie różne mentalności. Mam wrażenie, że Pius XII nie tylko trafnie diagnozował, ale jeszcze pokazał dlaczego tak jest, jak twierdził.

Abp Fulton Sheen w książce „Wojna a rewolucja” wskazuje pięć „przesądów”, które opanowały umysły ludzi w pierwszej połowi XX wieku. Są to: postęp, scjentyzm, relatywizm, materializm i rozwiązłość. Hierarcha liczył, że uda się z nich wyleczyć ludzkość. Tak się, niestety nie stało. Czy w związku z tym A. D. 2025 możemy mówić już nie o „przesądach”, tylko o „herezjach”?

Nie rezygnowałbym z tej nadziei abp. Sheena, byśmy nie oceniali wszystkiego naszą miarą. Jeszcze do przysłowiowego „wczoraj” wydawało się, że scjentyzm czy relatywizm kompletnie opanowały umysły zachodnich społeczeństw. Pojawiają się jednak jaskółki zwiastujące zmianę, ukazującą niewydolność systemów. One się rozpadają na naszych oczach. Scjentyzm utrzymuje się, ale nie w grupach naukowych, lecz w formie spopularyzowanej, która wierzy, że nauka wszystko rozwiąże, np. kolejne pandemie, stworzy szczepionki… Jednak rośnie, a nie zmniejsza się grupa ludzi, którzy widzą, że nauka ma swoje limity; że one są w nią wpisane, a nie są czymś przejściowym.

Wspomniana przez Pana droga od „przesądów” do „herezji” rzeczywiście jednak ma miejsce, gdyż różnica między tymi dwoma postawami wiąże się z ugruntowaniem poglądów: przesąd jest pozbawiony argumentów, nie sili się na tworzenie całościowego spojrzenia, funkcjonuje jako przed-racjonalne spojrzenie. Natomiast herezja jest ugruntowaniem błędnego twierdzenia, trwaniem przy nim i propagowaniem tego. Istotnie, coś co dawniej było przesądem, jest dziś herezją, bo rości sobie pretensje do bycia jedyną prawdą.

Choć z kościelnego języka na kazaniach czy katechezach znikł termin „herezja”, wskazujący etymologicznie na „podział”, oddzielenie od pnia wiary, to warto sobie uświadomić, aby nie być naiwnym, że mają miejsce takie sytuacje, wypaczenia wiary, manipulowanie nią. Nie wszyscy są tego samego ducha. Trzeba się uwrażliwić na herezje, nie bać się ich tak nazywać, bo choć dla niektórych cnotą jest wątpienie czy wymyślanie coraz to nowych herezji, to jednak to nie rozwija wiary. Nie można tego gloryfikować jako przejawów wolności, której prawdziwym wyrazem jest pogłębianie wiary, a nie jej modyfikowanie.

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz Kolanek

Stan a-cywilizacyjny: Będziemy głosować na tego, kto zachowa nasze świadczenia! Bezwstydni żebracy zasiłków w Wielkiej Brytanii

Będziemy głosować na tego, kto zachowa nasze świadczenia! Bezwstydni żebracy zasiłków w „najbiedniejszym” nadmorskim miasteczku w Wielkiej Brytanii mówią, że nie obchodzi ich, kto wygra wybory… byle dostali darmową gotówkę

https://www.dailymail.co.uk/news/article-13456501/benefits-scroungers-Britain-deprived-seaside-town-say-election-free-cash.html

Wyłudzacze zasiłków z nadmorskiego miasteczka określanego jako jedno z „najbardziej potrzebujących” w Wielkiej Brytanii powiedzieli MailOnline, że nie obchodzi ich, kto wygra nadchodzące wybory powszechne, o ile nadal będą dostawać pieniądze.

Bezrobotni w Jaywick w hrabstwie Essex domagają się „tysięcy funtów” miesięcznie z pieniędzy podatników i twierdzą, że będą głosować na tego, kto może „ułatwić” system – choć miejscowi narzekają, że są miejsca pracy, ludzie po prostu ich nie chcą.

Większość twierdzi, że planuje poprzeć konserwatystów  , gdy naród pójdzie do urn 4 lipca, pod warunkiem, że system świadczeń pozostanie niezmieniony. Niektórzy chcą także wesprzeć Partię Pracy , wierząc, że mogą okazać się jeszcze bardziej hojni.

Robotnicy z miasta chcą, aby nowy rząd stworzył system świadczeń socjalnych i pomógł pozbyć się problemu przestępczości , zachowań antyspołecznych i narkotyków.

Orzeczenie to nadeszło po tym, jak premier Rishi Sunak – obecnie tracący w sondażach do konserwatystów około 25 punktów – podczas burzliwego przemówienia przed Downing Street ogłosił w tym tygodniu przedterminowe wybory . 

Paul Redwood (44 l.) pobierał świadczenia – w tym Universal Credit i zasiłek inwalidzki – przez sześć lat. Powiedział: „Jestem szczęśliwy z takiego obrotu spraw. Ostatnią rzeczą, jakiej chcę, są jakiekolwiek zmiany w systemie.

Bezrobotni w Jaywick w hrabstwie Essex domagają się „tysięcy funtów” miesięcznie z pieniędzy podatników i twierdzą, że będą głosować na tego, kto może „ułatwić” system

https://i.dailymail.co.uk/1s/2024/04/19/11/83849123-13327361-image-a-4_1713524242883.jpg

Jaywick w hrabstwie Essex to jedno z najuboższych miast w Wielkiej Brytanii – ale miejscowi twierdzą, że są wolne miejsca pracy, a ludzie na zasiłkach po prostu ich nie chcą

https://i.dailymail.co.uk/1s/2024/05/24/15/85302387-13456501-image-a-2_1716561976110.jpg

Alison McGuire (36 l.) mieszka w tym mieście od ośmiu lat i twierdzi, że jest „zadowolona” ze świadczeń, jakie otrzymuje

(Cholera , ta kobita ma 36 lat? wygląda na 56 jak nic jak nie 66)

„Systemy mogą być dość skomplikowane, jeśli chodzi o organizowanie różnych korzyści. Ale mam już to na głowie.

„Naprawdę chciałbym, żeby wszystko pozostało tak, jak jest, więc prawdopodobnie będę głosował na konserwatystów. Tak naprawdę nie przejmuję się niczym innym, dopóki ktoś się mną opiekuje.

Alison McGuire (36 l.) mieszka w tym mieście od ośmiu lat i stwierdziła, że również oddałaby głos na torysów.

Powiedziała: „Jestem zadowolona ze świadczeń, z których korzystam. Nie ma tu żadnej pracy, więc ich potrzebuję.

„Głosowałbym na konserwatystów wyłącznie dlatego, że jestem zadowolony z pieniędzy, które obecnie dostaję. Nie chciałbym, żeby to się zmieniło. To jest dobre dla mnie.

„Kiedyś było to trochę skomplikowane, teraz jest OK. Nie ma sensu zmieniać czegoś, co tak dobrze się sprawdza.

„Widzę jednak, że Partia Pracy ma przewagę w sondażach. Mam nadzieję, że utrzymają system świadczeń na tym samym poziomie”.

Alison powiedziała, że sam Jaywick potrzebuje pewnych zmian. Dodała: „Nie ma tu wystarczająco dużo do zrobienia dla młodych ludzi”.

Michael Corner (56 l.) pobiera zasiłek od 20 lat. Powiedział: „System był łatwiejszy za Partii Pracy, więc będę na nich głosował. Nie mogę znaleźć pracy. Nadal wnoszę swój wkład w społeczeństwo. Będę głosował na Partię Pracy i tyle.

Jednak miejscowi, którzy pracują, chcieli zmiany w systemie świadczeń.

Tina Fewell (55 l.) powiedziała: „Ja i mój mąż jesteśmy właścicielami tu własnego domu od 18 lat. Rzeczy muszą się zmienić.

„Okolica jest nękana handlem i zażywaniem narkotyków. To okropne. Jeśli ludzie chcą pracować, jest mnóstwo ofert pracy.

============================

MD: Przerywam. To tylko ilustracja, o tym, co jest obecnie „ważne