Zdobycze liberalnej demokracji

W Święta o piątej rano awantura rodzinna u sąsiadów i interwencja policji. Policjanci nie mają kodu wejściowego do bramy ani na klatkę schodową. Zmuszeni są dzwonić pod pierwszy lepszy numer i trafiają na mnie. Po prostu mieszkam na parterze. Podobno policjanci nie są uprawnieni do używania kodu. To dziwne bo swobodnie dysponują kodem choćby śmieciarze, dozorca i  pracownicy administracji. Za czasów przebrzydłej komuny milicjanci jak pamiętam zawsze używali  kodu do bramy. Wolność przyniosła nam zatem przywilej budzenia nas w nocy. W nocy budzą nas zresztą nie tylko policjanci. Za  komuny w bramie wisiała lista lokatorów i ich goście nie błąkali się bezradnie po klatkach schodowych. Co ważniejsze bez problemów trafiało do pacjenta pogotowie. Kiedyś o drugiej w nocy obudzili mnie waląc w szybę sanitariusze poszukujący dotkniętej zawałem pani Kowalskiej (autentyczne). Nie mogłam im pomóc choć miałam świadomość, że w tym przypadku liczą się minuty. Nie identyfikowałam osoby o tak rzadkim nazwisku. Nie wiem i nie chcę wiedzieć jak to się skończyło.

Zdjęcie tablicy lokatorów z bramy jest efektem histerycznego stosunku administracji do tak zwanego RODO. W przychodniach zdrowia też nie wolno wywoływać pacjentów po nazwisku. Byłam świadkiem wywoływania przez rejestratorki pacjentów po imieniu co powoduje nieuchronnie konflikty gdy przed gabinetem lekarskim spotka się kilka osób o tym samym imieniu. Alternatywą jest wywoływanie pacjentów według dolegliwości, jak w znanym  dowcipie: pierwszy wchodzi pan z kiłą, a następny z rzeżączką. 

Skarżyli mi się znajomi, którzy poszukiwali zaginionej starszej osoby, że nie tylko nie chciano im udzielić żadnej informacji w szpitalach lecz jak im powiedziano w komisariacie, szpitale nie udzielają podobnych informacji nawet policjantom. Zdarza się że osoba z demencją utyka na dłuższy czas w jakimś domu opieki podczas gdy rodzina bezskutecznie jej poszukuje. 

Ustawa psychiatryczna, która  powstała zapewne w dobrych intencjach, również utrudnia rodzinie zaopiekowanie się chorym. Jeżeli chory nie udziela na to zgody rodzina nie może nawet zapoznać  się z diagnozą ani otrzymać epikryzy przy odbieraniu go ze szpitala. Przyczyną jest trend w psychologii i psychiatrii zgodnie z którym najchętniej obciąża się odpowiedzialnością za chorobę pacjenta jego rzekomo toksyczną rodzinę. Oczywiście zdarzają się naprawdę toksyczne rodziny, a przeżycia z dzieciństwa mają ogromny wpływ na psychikę dorosłego, lecz odcinanie chorego od rodziny często powoduje zepchnięcie go na margines życia społecznego.

Szpital psychiatryczny nie zapewni przecież pacjentowi utrzymania, nie zapłaci za niego czynszu ani nie opłaci leczenia stomatologicznego. Bez opieki rodziny chory nieuchronnie wyląduje w noclegowni, na dworcu lub w najlepszym przypadku w jakimś domu opieki. Stosowanie wobec chorych demokratycznych zasad i procedur ma dokładnie taki sam sens jak powierzenie pacjentom szpitala psychiatrycznego demokratycznego wyboru ordynatora drogą głosowania.

Nasze zdobyte wraz z niepodległością „prawa i  przywileje” to nie tylko prawo do ukrywania swego nazwiska i adresu przed lekarzem pogotowia, prawo do odmowy leczenia psychiatrycznego gdy nam odbija szajba oraz prawo do odmowy pomocy ze strony rodziny, która jedyna chce i może nam pomóc.

Jednostka ludzka uzyskała w katalogu niezbywalnych praw ludzkich również prawo do głupoty. Nie w takim sensie, że każdy ma prawo sobie myśleć co chce – lecz, że głupi ma prawo narzucać swoje głupie poglądy innym. Również nie w sensie, że dla każdego powinno się znaleźć jakieś  miejsce w społeczeństwie lecz, że każde miejsce w społeczeństwie powinno być dostępne dla każdego. Rektorzy uczelni są nagminnie  nękani skargami  studentów, którym nie odpowiadają treści wykładów czy też poglądy wykładowców. Ci młodociani troglodyci twierdzą, że wykładowca sceptyczny w stosunku do dogmatu globalnego ocieplenia lub nie uznający istnienia przeszło pięćdziesięciu arbitralnie wybieranych płci zagraża ich poczuciu mentalnego bezpieczeństwa. Co gorsza utrwala się, a nawet egzekwowany prawnie jest pogląd, że uczelnia to miejsce gdzie każdy powinien czuć się jak w domu i mieć prawo do swobodnej ekspresji. Przykład dają niektórzy wykładowcy ( jak pewna pani profesor z uniwersytetu szczecińskiego) raczący słuchaczy słowami nadającymi się wyłącznie do wykropkowania. Natomiast inni profesorowie tacy jak profesor Piotr Nowak z Białegostoku, który ośmielił się żądać usunięcia z zajęć notorycznie zakłócającego ich przebieg awanturnika są przywoływani do porządku przez uczelniane władze, a nawet zagrożeni utratą pracy.

Twierdzenie, że uniwersytet jest właściwym miejscem dla osób zaburzonych psychicznie jest przecież dokładnie realizacją ideałów Lenina, który podobno uważał, że kucharka może rządzić państwem. Niektórzy twierdzą, że wymyślił to i Leninowi przypisał Leszek Kołakowski gdy w intelektualnych konwulsjach rozstawał się z marksizmem. To właśnie Kołakowski (miedzy innymi wraz z Zimandem) usuwali kiedyś profesorów z uczelni. Tyle, że Zimand gorąco tego żałował i uczciwie się do tego przyznawał.

W naszych nie stalinowskich przecież czasach profesor Nalaskowski był  zawieszony w prawach wykładowcy na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika za wypowiadanie krytycznych uwag na temat LGBT a profesor Budzyńska z Uniwersytetu Śląskiego była nękana przez uniwersyteckie władze za głoszenie niezgodnych z ideologią gender poglądów na aborcję.

 Podsumowując:

pani Lempart ma niezbywalne prawo lżyć przechodniów i policjantów. Profesor akademicki nie ma prawa formułować poglądów niegodnych z obowiązującym ideologicznym paradygmatem.

Możemy tłumnie i bez masek uczestniczyć w politycznych awanturach. Nie wolno nam bez maski wejść do sklepu i tramwaju.

Mamy prawo ukrywać swój adres przed policją i lekarzem pogotowia. Bez potwierdzenia zaszczepienia się eksperymentalną szczepionką tracimy prawa publiczne=nie możemy podróżować, pracować czy studiować.

Oto zdobycze liberalnej demokracji.

———————————–

Izabela Brodacka

Logika konstancińska.

W znanej anegdocie Jaś zepsuł powietrze w klasie i został za to wyrzucony na korytarz. Stoi więc pod drzwiami powtarzając: „gdzie tu sens gdzie tu logika?”. Nie miałby tego problemu gdyby wiedział, że obok logiki dwuwartościowej, wielowartościowej, rozmytej czy boolowskiej istnieje specyficzna i niepowtarzalna logika konstancińska.

Niedawno burmistrz Konstancina pan Kazimierz Jańczuk wysłał w kosmos 5 milionów złotych polskich z budżetu gminy. Jeżeli wierzyć burmistrzowi -do urzędu zadzwonił ktoś i ten ktoś zaproponował rozmówcy korzystnie oprocentowaną lokatę. Podał również numer konta na które należało wpłacić przeznaczone na lokatę środki. Pan burmistrz wydał odpowiednie polecenie skarbnikowi gminy, podpisał decyzję i pieniądze wypłynęły z kasy gminy. Zaginęły gdyż  natychmiast zostały przelane na inne konto i podjęte. 

Powiem szczerze – uwierzyłabym gdyby zrobiła coś takiego 90- letnia staruszka z kompletną demencją. Nie sposób uwierzyć, że zrobił to człowiek w sile wieku pełniący publiczne funkcje. W dodatku jak powszechnie wiadomo pan Jańczuk był w poprzednim wcieleniu inspektorem MO ( karta ewidencyjna funkcjonariusza MO nr 292833)  więc zapewne miał również do czynienia z różnymi tego typu przestępstwami.

 Pracę stracił skarbnik gminy gdyż burmistrz Jańczuk stracił do niego zaufanie. Stracił je dopiero w lipcu. Przelew burmistrz polecił skarbnikowi wysłać w marcu. Na utratę zaufania potrzebował więc kilku miesięcy w czasie których prokuratura prowadziła zupełnie nieefektywne śledztwo. Skarbnik pan Dariusz Lipiec nie został zwolniony dyscyplinarnie, wręcz przeciwnie został uhonorowany wysoką odprawą. Co ciekawe na tej samej sesji rada zatwierdziła zwolnienie skarbnika, przyznanie mu odprawy oraz zatrudnienie nowego skarbnika w osobie eleganckiej damy, byłej pracownicy księcia Radziwiłła, o przepraszam wojewody mazowieckiego. Czy gdyby rada nie zaakceptowała zwolnienia poprzedniego skarbnika, natomiast przyjęła nową panią skarbnik ze świetnymi referencjami, gmina Konstancin miałaby dwóch skarbników? Burmistrz Jańczuk musiał mieć dziwną pewność, że jego projekt uchwały zostanie przez radnych przyjęty. Podobnie zresztą jak są przyjmowane wszystkie inne jego projekty.

Jeden z radnych zaproponował karne obniżenie pensji burmistrzowi. Inni zaprotestowali –przecież nie zapadł jeszcze wyrok sądowy wiec w świetle prawa burmistrz jest niewinny chociaż to on wydał polecenie przelewu i jego podpis figuruje na dokumencie.

Skarbnik został zwolniony chociaż to nie on polecił wysłanie pieniędzy w kosmos i wykonał tylko polecenie burmistrza. W sprawie skarbnika też nie zapadł jeszcze wyrok sądowy. Logika konstancińska jest zatem następująca: burmistrz polecił wysłać pieniądze i jest niewinien, skarbnik tylko wykonał polecenie i jest winien. Kowal zawinił a Cygana powiesili.

Są inne dowody na to, że Konstancin rządzi się własną logiką. Pewien radny pan Cieślawski na rzeczonej sesji oświadczył, że propozycja obniżenia pensji burmistrza Jańczuka  jest dla  burmistrza uwłaczająca i zarzucił radnym całkowity brak sumienia. To zabawne bo w 2010 roku to właśnie pan Jańczuk, wówczas radny wystąpił o obniżenie pensji ówczesnemu burmistrzowi Skowrońskiemu i nikt z radnych najwyraźniej nie uznał tego za uwłaczające, bo za tym wnioskiem gorliwie głosowali i wniosek przeszedł. 

Burmistrz Skowroński, rządząc się też chyba konstancińską logiką, usiłował swego czasu nie dopuścić aby łąki oborskie kupiła od SGGW gmina Konstancin. Nie wiadomo dlaczego wolał aby kupiła je za grosze wskazana przez Ministerstwo Skarbu grupa  „inwestorów”. Inwestorzy ci potem zaproponowali gminie odkupienie kilku hektarów potrzebnych pod obwodnicę za kwotę równą tej którą gotowi byli zapłacić za całość Łąk Oborskich (bo ostatecznie gmina skorzystała -choć niechętnie i z perypetiami- z prawa pierwokupu), na których mieli zamiar urządzić pole golfowe i przy okazji zbudować kilka rezydencji. W ten sposób otrzymaliby Łąki Oborskie praktycznie za darmo.

W czasie audycji, którą miałam na ten temat w Radiu Maryja prowadzący ksiądz zadał retoryczne pytanie: „dlaczego rektor SGGW sprzedaje Łąki Oborskie po tak niekorzystnej dla jego uczelni cenie?”.  Odpowiedziałam:  „Nie wiem. Może dostał kwiatki”. „A może czekoladki” – dorzucił ksiądz i na tej hipotezie woleliśmy, niesłusznie poprzestać. Należało przyjąć że istnieje coś takiego jak logika konstancińska i że jest ona zaraźliwa.  Wszystko stałoby się wówczas jasne.

Nie byłoby warto o tym wszystkim pisać gdyby nie fakt, że logika konstancińska rządzi większością małych miejscowości. Nie jest tu  istotna przynależność partyjna, nikogo nie dziwią transfery z partii do partii. Nie jest istotny a może nawet zgoła nie istnieje światopogląd. Istotna jest grupa ludzi trzymających władzę. Jest ona jak najbardziej pluralistyczna światopoglądowo czy moralnie, można powiedzieć, że małe miejscowości w pełni realizują ideały Unii Europejskiej. 

Na przykład w znanej mi od lat podkarpackiej miejscowości jedyne miejsca pracy związane są ze stadniną hucułów. Nikogo więc, podobnie  jak w Konstancinie, zupełnie nie obchodzą wybryki  kolejnych dyrektorów stadniny i innych lokalnych notabli.  Przedostatni dyrektor stadniny odszedł na zasłużoną emeryturę w atmosferze skandalu nazwijmy to „ rozporkowego”. Stadnina urządza imprezy takie jak „ powrót stada hucułów” na które zapraszani są i doskonale się bawią ponad podziałami prominenci wszelakich barw i odcieni politycznych. Przy  podobnych okazjach ubija się jak wiadomo interesy- nie tylko polityczne.

Jak zwykł mawiać pewien pracownik trójmiejskiej spółdzielni robót wysokościowych „Świetlik” przemianowanej później na „Gdańsk”, która stała się kuźnią gdańskich liberałów i wychowała miedzy innymi Tuska: „aby ubić dobry interes trzeba się wybrać na ryby, na grzyby albo na baby”.

Dodajmy, choć brzmi to jak parodia – lub na Hubertusa na hucułach. Lub na golfa do Konstancina choć pola golfowego jeszcze nie ma. Ale zgodnie z logiką konstancińską to zupełnie nieistotne.

Izabela Brodacka

Kto zepsuł ten niech psuje dalej ?!?

Niemcy w II Wojnie Światowej zrujnowały pół Europy i wymordowały wiele milinów ludzi. Aktualna koalicja trzech partii przejmujących władzę w Niemczech jasno i bez ogródek ogłasza swój program. Jest nim przede wszystkim federalizacja Europy czyli utworzenie jednego europejskiego państwa pod przywództwem Niemiec. Można powiedzieć, że to czego nie udało się osiągnąć Hitlerowi zbrojnie udaje się  wywalczyć pokojowo a raczej ekonomicznie obecnym niemieckim rządom , bo  Niemcy mają w ręku potężny aparat ekonomicznych represji. Charakterystyczna jest specyficzna hipokryzja Niemiec. Niemcy poczuwają się (podobnie jak Mały Książę do odpowiedzialności za oswojonego lisa) do odpowiedzialności za morale narodów Europy.

Powinni raczej poczuwać się do odpowiedzialności za jej zniszczenie. Gdyby naprawdę chcieli podjąć taką odpowiedzialność mogliby wypłacić Polsce zaległe reparacje wojenne oraz oddać przetrzymywane nadal, a skradzione w czasie wojny, skarby kultury.  Mogliby również spróbować z szacunkiem odnosić się do Polaków uważanych kiedyś przez nich przecież za podludzi i przeznaczonych jak pasożyty do wytępienia. Tymczasem zamiast faktycznego  odkupienia swoich win Niemcy w swojej teutońskiej bucie chcą pilnować żeby nikt nie poszedł ich drogą, żeby nie odrodził się faszyzm. Przecież najlepiej na tym faszyzmie się znają najlepiej wiedzą jak się faszyzm rodzi.

Realizowana prze Niemców zasada: „kto zepsuł ten naprawia” jest właściwa wyłącznie przy wychowywaniu dzieci ( zepsułeś zabawkę to ją teraz napraw) i zawiodła choćby przy rozrachunkach z komunizmem. Kontraktowa opozycja wyłoniona spośród  progenitury stalinowskich aparatczyków wzbogacona osobistym udziałem samych byłych aparatczyków a także udziałem małowiernych (termin Putramenta) wobec komunistycznej partii a przedtem sprzedajnych literatów i filozofów usiłowała zachować monopol na naprawianie kraju po zapaści wynikłej z komunistycznych rządów. Do głosu dopuszczono niektórych ludzi innego niż „kontraktowi” rodowodu. Na przykład wybitniejszych robotników. Wybitniejszych nie w sensie intelektualnym czy moralnym lecz z wybitnym parciem do władzy a przede wszystkim do awansu społecznego i finansowego.

Niektórzy twierdzą, że wręcz przeciwnie, to zwycięska Solidarność dopuściła do udziału w konstytuującej się władzy byłych aparatczyków i ich progeniturę. To zupełnie nieistotne, jedni i drudzy dogadali się po  prostu w Magdalence przy wódce. Z punktu widzenia logiki relacja opozycja- komuna jest zwrotna i symetryczna. Jak wygląda tak naprawiona Polska każdy widzi (jak tego przysłowiowego  konia z sarmackiej encyklopedii Nowe Ateny Benedykta Chmielowskiego). Szkoda ze większość obywateli ogarnięta  euforią wyzwolenia była całkowicie impregnowana na znaki i  głosy rozsądku z trudem przebijające się przez medialną watę pobożnych życzeń i złudnych nadziei  niesłusznie branych za fakty.

Wracając do Niemców. Przez całe lata transformacji ustrojowej która sprowadziła się do utraty naszych najlepszych przemysłów (miedzy innymi na rzecz Niemiec, na przykład cukrownictwa celowo wykupywanego w celu zlikwidowania polskich cukrowni) utrzymywano nas w przeświadczeniu, że świat czeka już tylko pokój . Koniec historii za Fukuyamą głosili różni nasi domorośli politolodzy i historycy idei. Twierdzili, że Rosja rzucona na kolana przez upadek komunistycznego mocarstwa, oraz Niemcy łaskawie nas futrujący w stanie wojennym paczkami nigdy i nikomu nie będą już zagrażać. Ci którzy widzieli niebezpieczeństwo odrodzenia się mocarstwowości rosyjskiej i niemieckiej traktowani  byli w dyskursie politycznym jako idioci kultywujący odwieczne „strachy na lachy” i przeszkadzający Polsce czerpać garściami dobrodziejstw wynikających  z przynależności do Unii Europejskiej. Jednych do  Unii miały przekonać rowerowe ścieżki i drogi zbudowane za unijne pieniądze. Nie zastanawiali nad tym, że UE rozdziela pieniądze uzyskane z obowiązkowej składki do jej kasy a każda inwestycja, potrzebna lub zbędna, jest w dużej części finansowana przez lokalny samorząd. Bardziej świadomych przekonywano, że dzięki UE raz na zawsze skończyły się w Europie wojny.

Konsekwentnie likwidowano naszą armię argumentując: „a któżby dzisiaj  chciał na nas napadać?” Unia Europejska miała być gwarantem pokoju, sprawiedliwości w rozdzielaniu zebranych od członków funduszy, oraz racjonalnego bo centralnego planowania. Skąd my o znamy? Przecież centralizm był jedną z podstawowych przyczyn zawalenia się systemu komunistycznego. W czym unijny centralizm miałaby być lepszy od komunistycznego? Gwarancje pokoju w czasach komunizmu też mieliśmy. A nawet czynną walkę o pokój na świecie realizowaną przez dławienie wszelkich tendencji do wyzwolenia się, choćby częściowego, spod omnipotencji Kremla. Tak jak zdławiona została „Praska Wiosna” w czym braliśmy zresztą niechlubny udział.

Próby wyzwolenia się Polski spod dyktatu UE choćby w takiej sprawie jak idiotyczne i zupełnie nierealistyczne likwidowanie sprawdzonych paliw kopalnych na rzecz unijnych niesprawdzonych fantasmagorii takich jak energetyka wodorowa (fantasmagorii porównywalnych z zawracaniem przez sowietów biegu rzek i wdrażaniem w życie rojeń Łysenki ) spotykają się z równie drastycznym użyciem przez dominujące w UE Niemcy starej broni nowej generacji jaką jest zagładzanie i zamrażanie sąsiedniego kraju. ( patrz blokada Leningradu) Tym razem przez odcięcie go od należnych wypłat przy skrupulatnym pobieraniu od niego unijnej składki i zamykaniu jego kopalni. Swoich kopalni węglowych jakoś Niemcy nie mają zamiaru zamykać. W retoryce unijnej Polska nie przestała być „pokracznym bękartem traktatu wersalskiego” choć tego historycznego terminu nikt expressis verbis już nie używa. Powraca również odwieczny sojusz Niemiecko -Rosyjski.

Czerwone barwy socjaldemokracji i zielone partii Zielonych przesłaniają brunatny kolor rodzącej się Czwartej Rzeszy. Jak w dziecięcej zagadce: Co to jest? Czarna jagoda. A dlaczego czerwona? Bo jeszcze zielona.

Izabela Brodacka

Lekcja dobrego tonu

Tusk stał się ostatnio politykiem niepoważnym. Zachowuje się jak nastolatka nękająca nielubiane koleżanki umieszczaniem w Internecie  dyskredytujących je wpisów. Ostatnio przytoczył rozmowę z Kaczyńskim w której Kaczyński miał usprawiedliwiać rzekomą nadreprezentację nieuczciwych osób w szeregach PiS swoją filozofią władzy. Otóż podobno Kaczyński powiedział, że „sprzątać można nawet brudną szmatą”. Podobne wpisy świadczą, że Tusk do końca zdziecinniał. 

Po pierwsze jeżeli nawet taka rozmowa miała miejsce Jarosław Kaczyński mógł po prostu dzielić się z Tuskiem filozofią władzy według Bismarcka. „Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi kiełbasę i politykę” miał powiedzieć ponad półtora wieku temu Otto von Bismarck. Uważał uprawianie polityki za rzecz brudną lecz konieczną. Ta jego złota myśl jest nadal zadziwiająco aktualna. 

Po drugie Tusk, który kłamał publicznie jak pies, obiecując ratowanie stoczni  przez katarskich inwestorów (jak wynikło z dementi rządu katarskiego  nigdy nie prowadził wiążących rozmów na ten temat), który w prywatnej rozmowie z synem przyznał się do pełnej świadomości oszukańczego charakteru Amber Gold, nie ma prawa wypowiadać się na tematy jakkolwiek rozumianej etyki w tym etyki władzy.

A poza tym Tusk powinien zrozumieć, że cytowanie prywatnych rozmów sprzed lat jest w bardzo złym tonie i kompromituje przede wszystkim jego samego. 

Tak się składa, że znałam dobrze środowisko spółdzielni robót wysokościowych „Świetlik” przemianowanej potem na „Gdańsk,” która jak wiadomo była kuźnią gdańskich liberałów. Z wieloma osobami z tego środowiska byłam bardzo zaprzyjaźniona w czasach gdy daleko było im do politycznych stanowisk, z nielicznymi nadal utrzymuję stosunki. Nocowali u nas gdy prowadzili roboty w Warszawie ( na przykład naprawiali elewację gmachu Intraco) i przy różnych innych okazjach, wyjeżdżaliśmy razem w góry i nad Jeziorak.. Prowadziliśmy „długie nocne rodaków rozmowy”. Czy Tusk chciałby przeczytać na przykład na twitterze co mówili na jego temat koledzy, Maciek, Marek i Grzesiek? Czy byłoby w porządku gdybym ich zacytowała? Na pewno tego nie zrobię bo żaden z nich nie żyje. Jeden zginął w Smoleńsku, drugi od wybuchu kuchenki benzynowej, a trzeci też zginął tragicznie. Te rozmowy miały licznych świadków, którzy mogliby je potwierdzić. Jedna z rozmów miała miejsce przy ognisku nad Jeziorakiem. Nie przytoczę ich jednak przede wszystkim dlatego, że jak powiedział  kiedyś Marek Nowakowski nie powinno się pluć pod wiatr. Tę metaforę rozumieją wszyscy, nie tylko żeglarze, z wyjątkiem Tuska. Poza tym nie odpowiada mi perspektywa dziurki od klucza. 

W dwudziestopięciolecie powstania spółdzielni „Świetlik” została wydana książka wspomnieniowa: „Świetlik, życie zawieszone na linie”, w której mam swój rozdział jako osoba należąca do szeroko rozumianej otuliny tego środowiska. Łatwo zauważyć, że książka ta była napisana ad usum Delphini (jak dla dziecka) przy czym autorzy  (w tym i ja) nie porozumiewali się ze sobą ani nic nie ustalali. O ile pamiętam  skupiłam się na opisywaniu wspólnych wakacji w leśniczówce koło Lędyczka, w których uczestniczyliśmy z mężem i dziećmi, sylwestrów spędzanych w dzierżawionej kiedyś przez „Świetlik” bacówce pod Turbaczem, do której jeździmy do dziś dnia już na innych zasadach, wspólnych pobytów nad Jeziorakiem, licznych imprez w gdańskich i sopockich knajpach oraz wyjazdu turystycznego ( była to tak zwana turystyka kwalifikowana ) w Alpy Bawarskie. Wszystko ciepłe, miłe, przyjazne. Jak mówią Niemcy – gemütlich.

Pomimo miłej atmosfery patrzyliśmy z mężem na fenomen „Świetlika” dość podejrzliwie. Jak mawiał mąż spółdzielnia skupiająca większość trójmiejskiej opozycji pełniła rolę zagrody do której tę opozycję niejako zapędzono. Wprawdzie „ knucie” odbywało się na ogół w łazience przy szumie puszczanej wody ale zapewniam- każda jak ja postronna osoba mogła usłyszeć to czego nie powinna słyszeć. W atmosferze rozluźnienia, podczas biesiad i wspólnych wyjazdów mówiło się dużo, zdecydowanie za dużo. Nie była potrzebna cała armia ubeków do inwigilowania tak uprawianej opozycji, wystarczył jeden zaprzyjaźniony ubek. Był zresztą taki,  który pomagał podobno  chłopcom w uzyskiwaniu paszportów i wyciągał ich z kłopotów. Uprzywilejowana pozycja, prawie monopol  „Świetlika” na rynku robót wysokościowych dowodnie świadczyły, że spółdzielnia jest prowadzona. Kto był oficerem prowadzącym nie wiem, na pewno  nie ten nieszczęsny, ujawniony ubek, podobno  sympatyczny. Nie znałam go osobiście. Polityczna kariera późniejszych „aferałów” dawała podstawy do różnych podejrzeń, ale ich ujawnianie byłoby też zupełnie nie na miejscu. Byłam kiedyś świadkiem kontroli skarbowej przeprowadzanej w lokalu firmy. Rozchichotana pani inspektor bez protestów akceptowała wyciąganie z przepastnego pudła po telewizorze niekompletnych i sprzecznych ze sobą dokumentów, na miejscu przy niej ustalano szczegóły dawno rozliczonych prac. Nigdy nie słyszałam o tak  przeprowadzanej kontroli skarbowej, było dla mnie zupełnie jasne, że spółdzielnia jest pod szczególną ochroną. Chłopcy tłumaczyli zachowanie pani inspektor swoim wyjątkowym urokiem osobistym, ale miedzy bajki to włożę. 

Tuska nie znałam osobiście, nie bywał u nas i nie wyjeżdżaliśmy razem. Raz tylko w towarzystwie (miedzy innymi) jego rodziny były na nartach moje dzieci. Ich obserwacje też zachowam dla siebie. Wyjazd na narty to miła impreza prywatna i jakiekolwiek jej komentowanie byłoby zwykłym chamstwem. Takim samym chamstwem jak przytaczanie przez Tuska w złych intencjach prywatnej rozmowy sprzed kilkudziesięciu lat. 

Tusk powinien mieć świadomość, że jeżeli przesadzi w opluwaniu rządów dobrej zmiany i samego Kaczyńskiego ktoś może wreszcie stracić cierpliwość i zdradzić mediom różne dotyczące go ośmieszające anegdoty. Na przykład jak to było gdy urządził Markowi strajk podczas pracy w elektrociepłowni i jak ten problem Marek rozwiązał.

Gdy  się chce psa uderzyć to jak mówi przysłowie kij się zawsze znajdzie.

Izabela Brodacka

================

[Dużo wspomnień kolesiów Donka, m.inn. ze Świetlika, nie tylko tych trzech tak tragicznie zmarłych, jest nagranych i spisanych – i chyba dobrze schowanych. M. Dakowski]