Rosnące napięcie na Bliskim Wschodzie może uderzyć w podstawy życia milionów ludzi. Kluczowa infrastruktura dostarczająca wodę pitną w krajach Zatoki Perskiej znalazła się w centrum zagrożenia po ostrzeżeniach Iranu.
Zatoka Perska / pixabay zdj. ilustr.
Groźby i napięcie w regionie
Władze Iranu ostrzegły, że w przypadku amerykańskiego ataku na irańskie elektrownie zagrożone mogą być instalacje odsalania wody w regionie Zatoki Perskiej.
Prezydent USA Donald Trump zagroził wcześniej zniszczeniem irańskich elektrowni, jeśli Teheran nie odblokuje cieśniny Ormuz w ciągu 48 godzin.
W odpowiedzi przewodniczący irańskiego parlamentu zapowiedział: „krytyczna infrastruktura w całym regionie, w tym obiekty energetyczne i odsalarnie, stanie się celem odwetu”.
Kluczowa infrastruktura zagrożona
Instalacje odsalania wody mają fundamentalne znaczenie dla państw Zatoki Perskiej, zapewniając około 70 proc. wody pitnej w regionie.
Bez nich nawet 100 mln mieszkańców mogłoby w krótkim czasie stracić dostęp do wody. W Katarze odsalanie pokrywa około 99 proc. zapotrzebowania, w Kuwejcie i Bahrajnie około 90 proc., w Omanie 86 proc., a w Arabii Saudyjskiej około 70 proc. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich udział ten wynosi około 42 proc.
Pierwsze uderzenia i realne zagrożenie
Po rozpoczęciu bombardowań Iranu przez USA i Izrael 28 lutego oraz irańskich ataków odwetowych pojawiły się pierwsze incydenty dotyczące infrastruktury wodnej.
Iran oskarżył USA o uderzenie 7 marca w zakład na wyspie Keszm, co zakłóciło dostawy wody do 30 wiosek. Dzień później Bahrajn poinformował o uszkodzeniu instalacji odsalania po ataku drona.
Niewielkie uszkodzenia zgłaszały także Kuwejt i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Eksperci: grozi kryzys humanitarny
Eksperci ostrzegają, że eskalacja ataków może mieć dramatyczne konsekwencje.
Atlantic Council wskazał, że systematyczne uderzenia w instalacje odsalania mogą doprowadzić do kryzysu humanitarnego i gospodarczego na dużą skalę. Uszkodzenia mogą także wywołać rozległe awarie zasilania w miastach.
Raport CIA z 2010 r. podawał, że zniszczenie kluczowej infrastruktury mogłoby pozbawić kraje regionu większości wody pitnej w ciągu kilku dni, a skutki kryzysu mogłyby trwać miesiącami.
Wysoka zależność i ogromne ryzyko
W regionie działa ponad 400 instalacji odsalania, jednak ponad 90 proc. produkcji pochodzi z zaledwie 56 zakładów. Ich koncentracja i położenie w pobliżu Iranu zwiększają podatność na ataki.
Od 2006 r. państwa Zatoki zainwestowały ponad 53 mld dolarów w rozwój tej infrastruktury. Wprowadzono również systemy zabezpieczeń, w tym sieci rurociągów i magazyny wody.
Najlepiej przygotowane są Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, natomiast Bahrajn, Katar i Kuwejt mają ograniczone rezerwy. W ZEA zapasy wody wystarczają na około 45 dni.
Fundament życia w regionie
Odsalanie wody stało się podstawą funkcjonowania nowoczesnych państw Zatoki Perskiej, umożliwiając rozwój miast i gospodarek mimo skrajnego niedoboru wody słodkiej.
Eksperci podkreślają, że kluczowe są dalsze inwestycje w systemy antydronowe oraz rozwój mniejszych, rozproszonych instalacji opartych na energii odnawialnej.[hi, hi… md]
Rezygnacja Joe Kenta wstrząsa Waszyngtonem i odbija się echem daleko poza Ameryką. Ten artykuł wyjaśnia, dlaczego ta rezygnacja ma tak wielką wagę
Wysoki rangą urzędnik służb bezpieczeństwa rezygnuje – nie po cichu, nie za kulisami, ale otwarcie atakując oficjalne uzasadnienie trwającej wojny. Joe Kent, do niedawna jeden z kluczowych architektów amerykańskiej polityki antyterrorystycznej, publicznie stawia dalekosiężne i kluczowe pytanie: Co by było, gdyby zagrożenie, na którym opiera się ta wojna, nigdy nie istniało? Jego rezygnacja to coś więcej niż osobisty krok – to pęknięcie w fundamentach amerykańskiej narracji politycznej.
To nie eksplozje wstrząsają porządkami politycznymi – to wyznania. Czasami jedno zdanie wystarczy, by zachwiać gmachem oficjalnej narracji. Joseph „Joe” Kent, jeszcze kilka godzin temu dyrektor Narodowego Centrum Antyterrorystycznego, napisał takie zdanie. Nie mógł „w dobrej wierze popierać” wojny z Iranem. Iran „nie stanowił bezpośredniego zagrożenia”.
Co więcej, wojna ta wybuchła pod presją Izraela i potężnego lobby w USA. To słowa, które nie pochodzą od opozycji, z sekcji komentarzy kulturalnych ani z uniwersyteckich think tanków. To słowa z samego serca amerykańskiej architektury bezpieczeństwa (1)(2)(3).
Kim jest ten człowiek, który tak otwarcie sprzeciwia się kursowi swojej własnej administracji? Aby zrozumieć implikacje jego rezygnacji ze służby publicznej, trzeba zrozumieć urząd, z którego zrezygnował Kent. Joe Kent nie jest urzędnikiem państwowym drugiej kategorii, pacyfistycznym aktywistą ani teoretykiem akademickim. Jest produktem tych samych instytucji, których decyzje teraz kwestionuje.
Kent to 45-letni weteran, pochodzący z Sweet Home w Oregonie, a wychowany w Portland. Służył w armii przez około 20 lat, w tym w 75. Pułku Rangerów, Siłach Specjalnych i Dowództwie Operacji Specjalnych Armii Stanów Zjednoczonych. Jego oficjalny profil w NCTC podkreśla jego 11 misji bojowych na Bliskim Wschodzie i w innych regionach wysokiego ryzyka, a także liczne odznaczenia wojskowe. Po odbyciu służby wojskowej pracował jako oficer paramilitarny dla CIA (4)(5). Politycznie wyróżnił się później jako przedstawiciel ruchu „America First”, który krytycznie odnosił się do interwencjonizmu, ale nie udało mu się wygrać wyborów do Kongresu w stanie Waszyngton ani w 2022, ani w 2024 roku.
Jego biografia nosi znamiona wojny i straty. Jego pierwsza żona, Shannon Kent, była starszym sierżantem marynarki wojennej i specjalistką od kryptologii. Zginęła w zamachu terrorystów w Manbidż w Syrii w 2019 roku. Według doniesień medialnych, pozostawiła po sobie dwoje dzieci (6). Samo NCTC napisało w swojej biografii Kenta, że jego rodzina poświęciła swoje życie walce z terroryzmem i że śmierć Shannon Kent była częścią dziedzictwa, które napędza misję agencji.
Fakt, że ten sam człowiek odrzuca teraz politykę wojenną swojej administracji, powołując się na tę właśnie stratę, nadaje jego pismu szczególną wagę moralną. Ta strata nie jest retorycznym ozdobnikiem; to biograficzny punkt zwrotny, wyczuwalny w jego liście rezygnacyjnym. Kiedy Kent mówi o tym, że nie jest w stanie wysłać kolejnego pokolenia na wojnę, która nie przynosi żadnych korzyści, nie jest komentatorem. Kent jest bezpośrednim uczestnikiem.
Osoba Joe Kenta nie może być rozumiana wyłącznie na podstawie jego rezygnacji. Podobnie jak w przypadku Charliego Kirka, jego historia również jest kształtowana przez lata medialnego przekazu, który w przypadku Kenta wydaje się być utrwalony w momencie zerwania z linią rządu. Kent był wielokrotnie klasyfikowany jako skrajnie prawicowy przez wiodące media, takie jak „The New York Times”, „The Washington Post” i CNN. Czy taka klasyfikacja oddaje sprawiedliwość profilowi Kenta? Klasyfikacja ta opiera się nie tyle na ekstremistycznych zamiarach, co na sieci kontaktów, sojuszach politycznych i przesadnych interpretacjach. Jako kluczowe przykłady wymieniono jego „kontakty” z blogerem i filmowcem Nickiem Fuentesem, otwarcie antysemickim przedstawicielem alt-prawicy, oraz z Joeyem Gibsonem, aktywistą prawicowej sceny ulicznej. Ponadto, tymczasowo zatrudnił doradcę powiązanego z „Proud Boys”, grupą uważaną w USA za agresywną. Te powiązania są udokumentowane, ale jednocześnie stanowią podstawę interpretacji, która przechodzi od kontaktu faktycznego do ideologicznego. Sam Kent odrzucił to oskarżenie. Publicznie oświadczył, że nie chce mieć „niczego wspólnego z ludźmi” dopuszczającymi się przemocy lub wyznającymi rasistowskie ideologie, podkreślając, że indywidualne kontakty nie oznaczają politycznej zgody ani osobistej bliskości. Jednak ten dystans jest często przyćmiewany przez pierwotny opis w ideologicznie nacechowanym dyskursie medialnym.
Sprawa dotyka również fundamentalnego mechanizmu zarówno dawnej, jak i współczesnej komunikacji politycznej: zasady winy przez skojarzenie i maccartyzmu. Pozwala to oceniać aktorów politycznych nie tylko na podstawie ich własnych wypowiedzi, ale także na podstawie peryferii ich otoczenia. W ten sposób debata wkracza w szarą strefę – spotkania stają się relacjami, relacje stają się narracjami. Przejście jest płynne i właśnie dlatego skuteczne. Fakt, że Kent jednocześnie zajmuje stanowiska wysoce kontrowersyjne w samym amerykańskim dyskursie – takie jak krytyka zagranicznych misji, wątpliwości co do wyborów w 2020 roku czy stanowcze odrzucenie ugruntowanych instytucji bezpieczeństwa – dodatkowo ułatwia takie ujęcie sprawy. Ale i tutaj istnieje granica między krytyką a ideologią, granica politycznie kontrowersyjna i nie zawsze jasno zdefiniowana w mediach.
Ci, którzy postrzegają Kenta jako członka establishmentu bezpieczeństwa, rozpoznają w tym rzadki znak: nawet w najściślejszych kręgach pojawiają się wątpliwości – i, jak w tym przypadku, są one otwarcie wyrażane. Jego stanowisko było kluczowe. Narodowe Centrum ds. Zwalczania Terroryzmu to nie byle jaka agencja. To kluczowy węzeł amerykańskiej struktury bezpieczeństwa. To tutaj zbiegają się informacje z wojska, agencji wywiadowczych i partnerów międzynarodowych. To tutaj ocenia się zagrożenia, opracowuje scenariusze i ustala priorytety operacyjne. Dyrektor tego centrum nie jest jedynie administratorem; jest architektem percepcji zagrożeń. Ktokolwiek sprawuje to stanowisko, pomaga decydować, co jest uważane za zagrożenie, a co nie.
ABC podsumowuje rolę Kenta jako głównego doradcy prezydenta w kwestiach terroryzmu i, według Biura Dyrektora Wywiadu Narodowego (ODNI), nadzorującego amerykański aparat antyterrorystyczny i antynarkotykowy (4)(5). ODNI to centralny organ koordynujący działania amerykańskich agencji wywiadowczych. Został utworzony po atakach z 11 września 2001 roku w celu usprawnienia współpracy między różnymi agencjami wywiadowczymi. Codzienna praca Kenta polegała na ocenie, konsolidacji i klasyfikowaniu zagrożeń egzystencjalnych.
Kiedy ktoś taki deklaruje, że nie było bezpośredniego zagrożenia ze strony Iranu, nie jest to opinia. To analiza, a obecnie także tektoniczna zmiana w samookreśleniu polityki bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.
Dyskusja nastąpiła we wtorek (17 marca 2026 r.) i została opublikowana jako list otwarty do Donalda Trumpa na platformie X (7). Tekst jest klasyczny w swojej strukturze, ale niezwykły w treści. Kent rozpoczyna od uznania wcześniejszej polityki zagranicznej Trumpa, którą interpretuje jako próbę powstrzymania Ameryki przed niekończącymi się wojnami. „Popieram wartości i politykę zagraniczną, którymi kierował się Pan w kampaniach w latach 2016, 2020 i 2024, i które realizował Pan podczas swojej pierwszej kadencji. Do czerwca 2025 roku zrozumiał Pan, że wojny na Bliskim Wschodzie były pułapką, która pozbawiła Amerykę cennego życia naszych patriotów i uszczupliła bogactwo oraz dobrobyt naszego narodu” – stwierdza Kent w liście rezygnacyjnym, przedstawiając swoje postrzeganie Donalda Trumpa.
„Podczas swojej pierwszej kadencji rozumiał Pan lepiej niż jakikolwiek inny współczesny prezydent, jak zdecydowanie używać siły militarnej, nie wciągając nas w niekończące się wojny” – kontynuuje. Kent wspomina lata, w których siła militarna była wykorzystywana selektywnie, bez angażowania się w długotrwałe konflikty.
Ale potem nadchodzi przełom. „Wysoko postawieni izraelscy urzędnicy i wpływowi przedstawiciele amerykańskich mediów rozpoczęli kampanię dezinformacyjną”– pisze Kent – „która całkowicie podważyła wasz program „America First” i zasiała nastroje prowojenne, by promować wojnę z Iranem. Ten wzmacniający chór został wykorzystany, by was oszukać i wmówić, że Iran stanowi bezpośrednie zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych i że jeśli uderzycie teraz, będzie to jasna droga do szybkiego zwycięstwa”. Podważył linię polityczną, stworzył atmosferę strachu i wykreowałazagrożenie, które nie istniało – kontynuuje Kent.
„Oczywiste jest, że rozpoczęliśmy tę wojnę pod presją Izraela i jego potężnego amerykańskiego lobby” – stwierdza Kent, dodając, że prezydent został wciągnięty w strategiczny błąd. Kent podsumowuje: „To było kłamstwo i ta sama taktyka, której Izraelczycy użyli, aby wciągnąć nas w niszczycielską wojnę w Iraku, która kosztowała nasz kraj życie tysięcy naszych najlepszych mężczyzn i kobiet. Nie możemy popełnić tego błędu ponownie”.
To, co następuje, to nie tylko krytyka, ale fundamentalne oskarżenie. Sama wojna, argumentuje, jest wynikiem tej dynamiki. „Jako weteran, który odbył 11 tur służby i jako żołnierz odznaczony Złotą Gwiazdą, który stracił ukochaną żonę Shannon w wojnie zainicjowanej przez Izrael, nie mogę poprzeć wysyłania kolejnego pokolenia na wojnę, w której będą walczyć i ginąć – wojnę, która nie przynosi żadnych korzyści narodowi amerykańskiemu i nie usprawiedliwia kosztów amerykańskiego życia” – wyjaśnił. Jego list zakończył się emocjonalną uwagą: „Modlę się, abyście rozważyli, co robimy w Iranie i dla kogo to robimy. Nadszedł czas na odważne działania. Możecie zmienić kurs i wytyczyć nową ścieżkę dla naszego narodu albo możecie pozwolić nam dalej pogrążać się w upadku i chaosie. Karty są w waszych rękach”.
Reakcje były błyskawiczne. Trump odpowiedział chłodno, wręcz demonstracyjnie obojętnie, deklarując w Gabinecie Owalnym, że choć zawsze uważał Kenta za miłego człowieka, to uważa go również za „bardzo słabego w kwestiach bezpieczeństwa”. Po przeczytaniu oświadczenia zdał sobie sprawę, że „dobrze, że się ujawnił” (8). To sformułowanie ma na celu nie tyle merytoryczne zaangażowanie, co polityczny dystans. Sekretarz prasowa Białego Domu Karoline Leavitt odrzuciła oskarżenia jako fałszywe i obraźliwe (9). Stwierdziła, że otrzymali wyraźne sygnały o zagrożeniu. W systemie politycznym pojawia się znany schemat: polaryzacja zamiast wyjaśnienia i tworzenie frakcji zamiast analizy. Podczas gdy niektórzy przedstawiciele Partii Republikańskiej przedstawiają Kenta jako nielojalnego, inni postrzegają jego posunięcie jako rzadki akt osobistej determinacji. Głosy Demokratów z kolei wykorzystują okazję, by fundamentalnie zakwestionować uzasadnienie wojny.
Dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard unikała otwartego rozliczenia się z Kentem, publicznie popierając prawo prezydenta do decydowania o tym, co stanowi bezpośrednie zagrożenie. Przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson i senator Tom Cotton sprzeciwili się Kentowi, podczas gdy wiceprzewodniczący Demokratycznej Komisji ds. Wywiadu Mark Warner, pomimo silnych zastrzeżeń wobec Kenta, oświadczył, że ma rację w tej kwestii: nie ma wiarygodnych dowodów na bezpośrednie zagrożenie ze strony Iranu, które uzasadniałyby kolejną „wojnę z wyboru”.
Międzynarodowe media reagują w podobny sposób. Al Jazeera podkreśla wymiar historyczny (1), zauważając, że Kent jest wysoko postawionym urzędnikiem służb bezpieczeństwa, który otwarcie kwestionuje zasadność trwającej wojny. Associated Press (AP) i Reuters opisują to jako bezpośredni atak na oficjalne uzasadnienie ataków militarnych (2)(3). „Financial Times” zinterpretował ten ruch jako symptom narastających napięć w obozie Trumpa i ruchu MAGA między interwencjonistycznymi jastrzębiami a starym anty interwencjonistycznym odruchem „America First” (10). Jednocześnie inne reakcje pokazują, jak spolaryzowana jest interpretacja tego listu. Vox, na przykład, zinterpretował argument Kenta jako powrót antysemickich tropów, podczas gdy konserwatywne głosy, takie jak dziennikarz Tucker Carlson, chwaliły jego ruch jako akt osobistej uczciwości.
Europejskie media analizowały incydent jako symptom wewnętrznych napięć amerykańskich, jako wyraz konfliktu między interwencjonizmem a wycofaniem. Inne głosy z kolei próbowały delegitymizować incydent, przedstawiając go jako odosobniony przypadek, osobiste zboczenie, akt motywowany politycznie.
Nie ma jednolitej reakcji mediów; jest to raczej globalna, natychmiastowo nacechowana ideologicznie walka interpretacji o to, czy Kent jest świadkiem sumienia, nielojalną jednostką, czy też czynnikiem przyspieszającym. Ale to właśnie ta różnorodność interpretacji pokazuje głębię tego podziału. Jeden z nich nosi teraz nazwisko człowieka, który do wczoraj pomagał kierować amerykańską architekturą antyterrorystyczną. Nie jest to jednak wyłącznie decyzja personalna. Chodzi o pytanie, jak uzasadniać wojny – i kto ma prawo kwestionować to uzasadnienie. Kent kwestionuje nie tylko konkretny konflikt, ale także proces, który doprowadził do jego rezygnacji. Podważa to fundamenty legitymacji państwa. Właśnie w tym tkwi historyczne znaczenie tego momentu. (Podkreślenie dodane przez redakcję).
To, co czyni tę rezygnację znaczącą, wykraczającą poza bezpośrednie okoliczności, to jej wewnętrzna sprzeczność. Kent nie był klasycznym dysydentem, politykiem opozycji ani liberalnym krytykiem trumpizmu. Sam należał do środowiska, które postrzegało Donalda Trumpa jako bojownika przeciwko interwencjonizmowi starych republikańskich elit. Nawet agencja Reuters zauważa, że Kent od dawna znany był ze swojej postawy „Ameryka przede wszystkim” i sceptycyzmu wobec amerykańskich interwencji wojskowych (3). Sprzeciw nie pochodzi z zewnątrz, lecz z jego własnego obozu, który czuje się zdradzony przez przebieg wojny i jej uzasadnienie.
Przypadek Josepha Kenta nie jest modelem, który można po prostu zastosować do innych. Jest jednak sygnałem. Sygnałem, że w silnie ustrukturyzowanych, hierarchicznych systemach zdarzają się momenty, w których jednostki stawiają granicę. Zbytnim uproszczeniem byłoby nazwanie Kenta bohaterem lub zdyskredytowanie go jako nonkonformisty. Jego wypowiedzi są polityczne, dosadne i – bezbronne, podważalne. Ale właśnie w tym tkwi ich znaczenie. Wymuszają konfrontację. Otwierają przestrzeń, w której można zadawać pytania, które nie mają miejsca w normalnym funkcjonowaniu władzy.
Pozostał obraz człowieka ukształtowanego przez wojnę, ukształtowanego przez instytucje nastawione na bezpieczeństwo i kontrolę, który postanawia złamać szeregi. Publicznie, z listem, który jest czymś więcej niż formalną deklaracją. Łamie szeregi. Każdy, kto myśli, że Kent zrobił ten krok dla własnej ochrony, myli się w ocenie sytuacji. Takie zerwanie nie zmniejsza ryzyka – ono je przesuwa. Każdy, kto mówi, staje się widoczny. A w jedenastu misjach, które Kent przeprowadził, widoczność rzadko była stanem oznaczającym bezpieczeństwo.
I być może to właśnie to zerwanie ujawnia to, co już dawno zostało wprawione w ruch pod powierzchnią.
Sabiene Jahn
Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
Czy Izrael jest „narodem wybranym”? Ostra burza wokół listu Episkopatu
Wokół przygotowanego przez Konferencję Episkopatu Polski listu z okazji 40. rocznicy wizyty św. Jana Pawła II w rzymskiej synagodze narasta poważny spór. Dokument, który miał zostać odczytany w kościołach, na krótko pojawił się w Internecie, po czym zniknął ze stron niektórych diecezji. Już sam ten fakt wywołał lawinę komentarzy i spekulacji.
Jednym z najbardziej dyskutowanych fragmentów listu jest jego początek, w którym autorzy podnoszą temat antysemityzmu: „Jednym z takich śmiertelnych deficytów miłości, był (i niestety ciągle jeszcze pozostaje) antysemityzm”.
Dla części komentatorów takie ujęcie tematu budzi kontrowersje. Niektórzy autorzy wskazują, że problem ten został w dokumencie postawiony w centrum, bez jednoznacznego zdefiniowania, co wyraźnie może prowadzić do uproszczeń i napięć interpretacyjnych.
Jeszcze większe emocje wywołuje fragment odnoszący się do historii nauczania Kościoła: „Przez ponad półtora tysiąca lat treści te (…) kształtowały postawy chrześcijan, przyczyniając się do nienawiści, prześladowań i manifestacji antysemityzmu”.
Zdaniem krytyków taka diagnoza stawia pod znakiem zapytania ciągłość tradycji Kościoła katolickiego.
Najostrzejszą reakcję wywołał jednak fragment: „Bóg bowiem, wierny swym obietnicom, nie odwołał Pierwszego Przymierza. Izrael pozostaje nadal narodem wybranym”.
Publicyści zwracają uwagę na fakt, że sporne fragmenty listu za sprzeczne z nauczaniem Kościoła i tradycją apostolską. Piszą nawet wprost, że takie sformułowania oznaczają poważne odejście od utrwalonej doktryny i podważają ciągłość nauczania.
To właśnie ten element dokumentu stał się osią sporu. Dla jednych jest on przejawem rozwijającej się refleksji teologicznej oraz próbą pogłębienia dialogu międzyreligijnego, dla innych natomiast stanowi niebezpieczne przesunięcie interpretacyjne, które może prowadzić do relatywizacji dotychczasowych podstaw wiary.
Dodatkowe napięcia wywołuje także fragment odnoszący się do kwestii zbawienia, który – zdaniem krytyków – sugeruje możliwość uczestnictwa w nim bez jednoznacznego odniesienia do Chrystusa. W ocenie przeciwników takiej interpretacji rodzi to poważne konsekwencje teologiczne i może prowadzić do osłabienia tradycyjnego nauczania o konieczności nawrócenia.
Kontrowersje wzbudza również apel o odwiedzenie synagogi. Część środowisk postrzega go jako wyraz otwartości i kontynuację linii dialogu zapoczątkowanej przez św. Jana Pawła II. Inni jednak interpretują go jako krok zbyt daleko idący, który – w ich ocenie – może być odczytywany jako rozmywanie granic tożsamości religijnej.
Jak czytamy, dokument zawiera liczne niejasności i interpretacje, które mogą prowadzić do błędnych wniosków, a jego publikacja mogłaby mieć poważne konsekwencje dla odbioru nauczania Kościoła w Polsce.
Na chwilę obecną nie jest jasne, czy dokument ostatecznie zostanie opublikowany i odczytany w kościołach. Jedno pozostaje pewne – wywołana przez niego debata szybko nie wygaśnie.
Irańczycy pokazali, że Trump znacznie niedocenił ich możliwości. Trump wzywa teraz inne kraje – z niewielkim powodzeniem – do wysłania swoich okrętów wojennych w celu utrzymania Cieśniny Ormuz, ponieważ zadanie to jest zbyt duże dla Marynarki Wojennej USA. Próbuje też zawrzeć z Putinem i Modim porozumienia w sprawie zniesienia sankcji na rosyjską ropę w zamian za dostawy tej ropy do Europy, a nie do Azji.
Trump lub jego doradcy opracowali plan zajęcia wyspy Kharg, co bardziej przypomina misję samobójczą.
Irańczycy trzymają się mocno na jednym froncie, ale zdają się chwiać na innym, nie zdając sobie z tego sprawy. Nie jestem przekonany, czy Irańczycy w pełni rozumieją sytuację. Na przykład Mohsen Rezaee, były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, a obecnie członek Rady Doraźnej, powiedział, że „obecność USA w Zatoce Perskiej przez ostatnie 50 lat była główną przyczyną braku bezpieczeństwa”. Stwierdził, że zakończenie wojny wymaga „wycofania się USA z Zatoki Perskiej”.
Moim zdaniem generał Rezaee źle rozumie sytuację. To nie sama obecność Amerykanów jest przyczyną braku bezpieczeństwa. Powodem jest to, że amerykańskie bazy służą Izraelowi. Co więcej, prawdziwą przyczyną braku bezpieczeństwa dla wszystkich państw muzułmańskich jest syjonistyczny plan Wielkiego Izraela. Kiedyś definiowany jako „od Nilu do Eufratu”, Wielki Izrael został ostatnio zdefiniowany jako „od Nilu do Pakistanu”.
Generał zdaje się nie rozumieć, że wycofanie się USA z Zatoki Perskiej nie zniweczy syjonistycznego planu Wielkiego Izraela. Iran powinien domagać się odrzucenia tego syjonistycznego planu.
Nawet prezydent Iranu Masud Pezeshkian nie rozumie sytuacji. Twierdzi, że „jedynym sposobem na zakończenie tej wojny” jest uznanie praw Iranu, wypłacenie mu reparacji i udzielenie solidnych gwarancji na wypadek przyszłej agresji. Jest w całkowitym błędzie. Wojnę mogliby wstrzymać jedynie irańscy urzędnicy, którzy nie rozumieją sytuacji, ale jedynym sposobem na jej prawdziwe zakończenie byłoby porzucenie przez Izrael syjonistycznego planu Wielkiego Izraela. A Izrael tego nie zrobi.
Irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi odrzucił rozmowy o negocjacjach pokojowych. Stwierdził, że Trump już dwukrotnie oszukał i zaskoczył Iran w trakcie negocjacji i że Iran nie popełni tego błędu ponownie.
W rzeczywistości Iran popełnia jeszcze większy błąd. Syjonistyczny plan Wielkiego Izraela jest nie do pogodzenia z istnieniem muzułmańskiego Iranu (ani Turcji i Arabii Saudyjskiej). Jeśli ten plan nie zostanie porzucony, Iran nie będzie miał innego wyboru, jak walczyć aż do upadku własnego lub Izraela. Fakt, że Iran nigdy nie przejął inicjatywy, nigdy nie wykorzystał swojej przewagi strategicznej, lecz czekał i praktycznie sam się prowokował, sugeruje, że Iran nie rozumie tego planu.
Amerykanie, Europejczycy i media też tego nie rozumieją. Prawdziwa przyczyna wojny jest po prostu ignorowana. Jeśli Iran nie stanie się mądrzejszy, ryzykuje, że zostanie wciągnięty w kolejną bezsensowną umowę.
Paraliż strukturalny. Starannie zaprogramowany. Nie do zatrzymania. Już w toku.
Atak na irańskie pole gazowe Południowy Pars – największe na świecie – stanowi ostateczną eskalację.
Neokaligula, w swoim typowym tchórzliwym i pyskatym „prawdopodobnie społecznym” trybie, desperacko próbuje zrzucić winę na kult śmierci w Azji Zachodniej i uwolnić się od wszelkiej odpowiedzialności: twierdzi, że Izrael zaatakował Południowy Pars „z gniewu” i że USA „nic nie wiedziały o tym konkretnym ataku”. Katar „w żaden sposób nie był w to zamieszany”. Iran zaatakował katarski gaz ziemny w odwecie „opierając się na fałszywych informacjach wywiadowczych”.
To wszystko? Czy mamy po prostu dalej tańczyć?
Raczej nie. Przeciwnie, kult śmierci otwarcie wykorzystał syjonistyczne media w USA, aby przedstawić całą sprawę jako wspólną operację – wciągnąć imperium chaosu i grabieży jeszcze głębiej w aroganckie bagno; wpędzić je w totalną wojnę energetyczną o niszczycielskich konsekwencjach; i całkowicie nastawić petromonarchiczne państwa Zatoki Perskiej przeciwko Iranowi (które już wcześniej podjęły działania przeciwko Iranowi, zwłaszcza Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar).
NeoKaligula może się chwalić, ile chce. Ale oczywiste jest, że operacja o takiej wrażliwości i skali – jako sposób wywierania presji na Teheran – wymaga głębokiego zaangażowania ze strony CENTCOM-u i aprobaty prezydenta.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada zatem, że Waszyngton po raz kolejny traci kontrolę nad własną polityką zagraniczną – jeśli kiedykolwiek ją miał.
Wszyscy zaangażowani w konflikt aktorzy, których niezdolność do czytania szachownicy została wielokrotnie udowodniona, najwyraźniej wierzyli, że Teheran ugnie się po ataku na jego krytyczną infrastrukturę energetyczną.
Jak można było przewidzieć, reakcja Iranu była dokładnie odwrotna: ostra eskalacja. Lista celów kontrataku została natychmiast opublikowana i ma być ściśle przestrzegana, począwszy od katarskiej rafinerii Ras Laffan.
Obserwuj obiekty LNG
Można by sądzić, że NeoKaligula próbuje zdystansować się od niekontrolowanego, całkowicie zdesperowanego kultu śmierci, potencjalnie oferując Teheranowi drogę ucieczki, a jednocześnie przyznając, że zniszczenie Południowego Parsu miałoby katastrofalne skutki, jednocześnie zobowiązując się do „masowego zniszczenia” Południowego Parsu (nie należy oczekiwać spójności umysłu od szalonego, megalomańskiego, narcystycznego gangstera).
W tragedii w South Pars stawką są instalacje LNG („pociągi”).
„Pociąg” składa się z komponentów do przetwarzania, oczyszczania i konwersji gazu ziemnego na LNG. Nazwa ta wynika z faktu, że urządzenia – zwłaszcza systemy sprężarek – są zorganizowane sekwencyjnie w celu przemysłowego przetwarzania i skraplania gazu ziemnego.
Projekt Qatar 2 w dużej rafinerii Ras Laffan był koordynowany przez Chiyoda i Technip, japońsko-brytyjskie joint venture. To samo dotyczy obiektów 4 i 5, które należą do największych instalacji LNG na świecie.
Obiekty te są obsługiwane przez Qatar Gas, ExxonMobil, Shell i ConocoPhillips. W rzeczywistości są to obiekty powiązane z Ameryką i Zachodem – a zatem, z irańskiej perspektywy, legalne cele.
Na świecie jest tylko 14 takich obiektów – i nie będzie przesadą stwierdzenie, że zachodnia „cywilizacja” jest od nich zależna. Wymiana jednego z nich zajmuje od 10 do 15 lat. Wszystkie 14 obiektów znajduje się w zasięgu irańskich pocisków balistycznych i hipersonicznych. Przynajmniej jeden z nich został podpalony podczas irańskiego kontrataku. Sytuacja jest więc tak poważna.
Pierwsza wojna totalna z udziałem zaawansowanych technologii w Azji Zachodniej
Eskalacja konfliktu w Południowym Parsie była nieunikniona po tym, jak nowe zasady ustanowione przez Iran w Cieśninie Ormuz rozwścieczyły syndykat Epsteina.
To nie potencjał militarny irańskich dronów i pocisków, a raczej panika zachodnich ubezpieczycieli skutecznie zablokowała drogę. Później Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) ogłosił, że droga jest otwarta dla Chin, dla innych państw negocjujących – takich jak Bangladesz – oraz dla państw Zatoki Perskiej, które wydaliłyby ambasadorów USA.
W końcu wprowadzono nowe zasady. Działają one następująco:
Jeśli Twój ładunek został sprzedany w Petroyuan, możesz mieć prawo do bezpłatnego przewozu.
Musisz zapłacić opłatę.
Dopiero wtedy możesz przejść – wzdłuż irańskich wód w pobliżu wyspy Keshm, a nie środkiem drogi.
Irański minister spraw zagranicznych Araghchi jasno i jednoznacznie stwierdził: „Po wojnie opracujemy nowe mechanizmy dla Cieśniny Ormuz. Nie pozwolimy naszym wrogom korzystać z tego szlaku wodnego”. Cokolwiek się stanie dalej, Cieśnina Ormuz będzie odtąd miała stały punkt kontrolny pod irańską kontrolą.
Profesor Fouad Azadi, którego miałem przyjemność spotkać w Iranie lata temu, stwierdził już, że w przyszłości statki będą musiały płacić 10% cło. Mogłoby to generować do 73 miliardów dolarów rocznie – wystarczająco dużo, aby zrekompensować szkody wojenne i sankcje USA.
Iran jest już w trakcie czegoś, co można w zasadzie określić jako pierwszą w Azji Zachodniej totalną wojnę z udziałem zaawansowanych technologii.
Jak wyjaśniają irańscy analitycy, strategicznie oznacza to mnóstwo nowych koncepcji.
Po pierwsze, „Wielkie Ograniczenie”, realizowane za pomocą wysoce precyzyjnej strategii wyniszczania. Cel przesunął się z Sił Obronnych Izraela (IDF) na zniszczenie izraelskiej infrastruktury cywilnej.
Następnie mamy „łamacza tarcz o prędkości 16 Machów” – z technologicznie najlepszymi modelami Khorramshahr-4 i Fattah-2, które osiągają prędkość 16 Machów (5,5 km/s).
Oznacza to, że podczas gdy wróg wciąż próbuje obliczyć trajektorię przechwycenia, głowica już uderzyła. Prowadzi to do „paradoksu obrony o sumie zerowej”: Izrael wydaje miliony na obronę – praktycznie bez szans na sukces, podczas gdy Iran osiąga trafienia przy stosunkowo niewielkim wysiłku.
Następnie przedstawiono „doktrynę czterech organów witalnych”.
9-milionowa populacja Izraela jest zależna od zaledwie dwóch głównych portów głębinowych. Dlatego Teheran w ramach swojej strategii paraliżu strukturalnego koncentruje się na czterech newralgicznych punktach:
Uduszenie hydrologiczne: atak na 85% zasobów wody pitnej poprzez pięć zakładów odsalania
Protokół Blackout: Atak na elektrownię Orot Rabin
Blokada żywnościowa: Atak na porty w Hajfie i Aszdodzie (importujące 85% pszenicy)
Dekapitacja energetyczna: Atak na rafinerie w Hajfie
Paraliż strukturalny. Starannie zaprogramowany. Nie do zatrzymania. Już w toku.
Fałszywa narracja, którą chcą nam sprzedać: Larry Johnson ujawnia propagandę w wojnie z Iranem
W niezwykle aktualnym i brutalnie szczerym wywiadzie z podcasterem Dannym Davisem, były analityk CIA i ekspert ds. Bliskiego Wschodu Larry Johnson bezlitośnie obalił oficjalną retorykę zwycięstwa rządu USA i jego sojuszników.
Podczas gdy rzecznik Pentagonu Pete Hegseth i prezydent Trump mówią o „rozbitej” armii irańskiej i rychłym zwycięstwie, Johnson maluje zupełnie inny obraz: Iran jest bardziej odporny niż kiedykolwiek, zachodnie systemy obrony powietrznej są na skraju wyczerpania, gospodarka już teraz cierpi – a USA ryzykują strategiczną katastrofę.
Johnson, współpracownik Sonar21.com i wieloletni ekspert w dziedzinie regionu, bezpośrednio porównuje obecną propagandę do błędnych kalkulacji z początku wojny na Ukrainie w 2022 roku. Wtedy, przez tygodnie, twierdzono, że Rosja jest „skończona” i nie ma już pocisków rakietowych. Dziś dokładnie ta sama narracja jest tworzona na temat Iranu – i jest ona równie nieprawdziwa.
Irańska ofensywa rakietowa: liczby mówią co innego
Podczas gdy Hegseth ogłosił prasie, że irańskie możliwości „nadal maleją”, a jego własne „rosną”, wykres codziennych irańskich ataków rakietowych i dronów pokazuje dokładnie odwrotną sytuację. Po początkowym spadku w pierwszych kilku dniach (kiedy Iran celowo używał starszych, 10-15-letnich modeli, aby „wyprzedzić” zachodnie systemy obrony powietrznej), liczba ataków systematycznie rośnie od 7.-8. dnia. Iran ponownie wystrzeliwuje więcej pocisków dziennie – a są to systemy nowocześniejsze, precyzyjniejsze i potężniejsze.
Powód: amerykańskie i izraelskie systemy obronne są wyczerpane. Johnson oblicza: Całkowita produkcja pocisków THAAD od początku masowej produkcji wynosi zaledwie 900 sztuk. Ponieważ do wystrzelenia jednego pocisku balistycznego zazwyczaj potrzebne są dwa pociski THAAD, wystarcza to na maksymalnie 450 wystrzeleń. Iran wystrzelił już ponad 1000 pocisków balistycznych – samo to teoretycznie uczyniłoby THAAD bezużytecznym.
Sytuacja nie jest lepsza w przypadku pocisku PAC-3 (Patriot): do końca 2025 roku wyprodukowano maksymalnie 4620 egzemplarzy. Co najmniej 1000 z nich trafiło na Ukrainę, a pozostałe wykorzystano w poprzednich misjach. W najlepszym razie pozostało 2620 pocisków – wystarczająco dużo, aby zniszczyć około 1000 celów balistycznych. Po tym okresie produkcja zostaje wstrzymana.
Johnson potwierdza z własnego źródła, że amerykańska baza w regionie Zatoki Perskiej całkowicie wyczerpała zapasy pocisków PAC-3 w zeszłym tygodniu. Co więcej, wskaźnik skuteczności przechwytywania jest niższy niż 10-20%. To wyjaśnia, dlaczego coraz więcej irańskich pocisków dociera do celu.
Podziemna twierdza: dlaczego USA „nic nie widzą”
Zachód twierdzi, że „zniszczył wszystkie wyrzutnie”. Johnson śmieje się: najnowocześniejsze irańskie pociski wystrzeliwane są z kilometrowych podziemnych silosów i systemów tuneli. Obiekty są tak głębokie, że satelity nie są w stanie ich wykryć. To gra „Whac-a-Mole” na skalę przemysłową: wyrzutnia pojawia się, odpala i znika. USA niszczą puste otwory.
Jednocześnie staje się jasne: Iran nigdy nie miał klasycznej marynarki wojennej ani sił powietrznych w zachodnim rozumieniu – i nie potrzebował ich. Zamiast tego Teheran opiera się na śmiercionośnej straży przybrzeżnej z małymi łodziami, dronami morskimi i przede wszystkim arsenałem rakietowym. Ten arsenał pozostaje nietknięty.
Zestrzelenie F-35 – nieudany SEAD
Krótko przed emisją Pentagon potwierdził, że samolot F-35 został trafiony nad Iranem i zmuszony do awaryjnego lądowania. Johnson postrzega to jako ostateczny dowód na to, że system tłumienia obrony powietrznej wroga (SEAD) zawiódł. Stany Zjednoczone nadal wykonują niemal wyłącznie loty z oddaleniem poza irańską przestrzeń powietrzną. Twierdzenie, że można „latać gdziekolwiek, nie będąc ostrzelanym”, jest po prostu kłamstwem.
Izraelski atak na Północny Pars – eskalacja i samozniszczenie gospodarcze
Izrael zaatakował złoże gazu Północny Pars w Zatoce Perskiej – wspólny projekt irańsko-katarski, który dostarcza również energię elektryczną do Iraku.
Stracono 31 000 megawatogodzin, a Katar i Irak są wściekłe. Iran zapowiedział natychmiastowy odwet. Johnson postrzega to jako punkt zwrotny: Teheran wypowiedział „wojnę totalną” i chce wypędzić USA z Zatoki Perskiej. Albo Waszyngton zniszczy Iran (co jest niemożliwe bez katastrofy humanitarnej), albo musi się wycofać.
Konsekwencje ekonomiczne są już dramatyczne: indeks Dow Jones stracił 10% od początku wojny (z ponad 50 000 do 45 000 punktów). Ceny benzyny rosną o 8–10 centów co dwa do trzech dni – na Florydzie już o całego dolara za galon. Tankowanie 20-galonowego zbiornika kosztuje o 20 dolarów więcej. Przy cotygodniowym tankowaniu daje to dodatkowe 1000 dolarów rocznie – zagrożenie dla źródeł utrzymania milionów obywateli USA, którzy żyją od wypłaty do wypłaty.
Olej napędowy jest o 2 dolary droższy, co podnosi ceny wszystkich surowców. Do tego dochodzi utrata 20–25% światowych mocy produkcyjnych skroplonego gazu ziemnego (LNG) (Katar + Izrael). 35% światowych nawozów bazuje na gazie ziemnym – ceny rosną o 25–50%. Półkula północna zmaga się z kryzysem plonów.
Johnson ostrzega: To nie jest problem krótkoterminowy, ale początek globalnej niestabilności.
Trump, Hegseth i łańcuch kłamstw
Trump twierdził na portalu Truth Social, że Izrael zaatakował pole gazowe „z gniewu” – mimo że Stany Zjednoczone koordynują każdy lot za pośrednictwem Centrum Operacji Połączonych Powietrznych (CAOC) w Al-Udeid. Johnson: „Trump kłamie i wie, że kłamie”.
Później Trump zagroził nawet zniszczeniem całego złoża South Pars, jeśli Iran zaatakuje Katar – mimo że Katar jest bliskim sojusznikiem, a Irak jest zależny od tego gazu. Czysta niekonsekwencja.
Konferencja prasowa Hegsetha jest wyśmiewana przez Johnsona jako „reklama zaburzeń erekcji” („Jutro będziemy więksi!”). Generał Keith Kellogg twierdzi, że Cieśnina Ormuz jest „otwarta, wystarczy odwaga”. Johnson ripostuje sucho: „Gdyby żaba miała skrzydła, nie uderzyłaby się w nią, skacząc po niej”. Cieśnina jest całkowicie osłonięta irańskimi pociskami i bateriami nadbrzeżnymi – nawet zajęcie Wyspy Kharg („Wyspy Węża”) byłoby samobójstwem. Chiny i Rosja mogą przez nią przepłynąć, ale statki amerykańskie i izraelskie nie.
Brian Hook (były specjalny wysłannik) porównuje wojnę z Iranem do „sukcesów” Izraela w walce z Hamasem i Hezbollahem. Johnson to demaskuje: Hamas wciąż istnieje po 2,5 roku, Hezbollah zniszczył wczoraj siedem czołgów Merkava i nadal ostrzeliwuje rakietami. Pomysł „demilitaryzacji” Iranu zakłada 4-milionową armię i kosztuje 2 biliony dolarów – nie do pomyślenia.
Tulsi Gabbard i oszustwo „nadchodzącego ataku nuklearnego”
Joe Kent zrezygnował ze stanowiska zastępcy dyrektora Wywiadu Narodowego, ponieważ nie dostrzegał „bezpośredniego zagrożenia nuklearnego” i uważał, że Stany Zjednoczone zostały „wciągnięte” w wojnę przez Izrael i media. Podczas przesłuchania dyrektor Departamentu Wywiadu Narodowego, Tulsi Gabbard, nie potwierdziła, że amerykańskie agencje wywiadowcze dostrzegły takie zagrożenie.
Johnson nazywa to „hańbą” i „politycznym oszustwem”. Zadaniem dyrektora wywiadu narodowego jest przedstawienie właśnie takiej oceny – a nie unikanie jej.
Nadużycia religijne i bankructwo moralne
Pod koniec wywiadu Davis pokazuje przemówienie Pete’a Hegsetha, który zwraca się do swojego 13-letniego syna: „Zginęli za ciebie, żeby twoje pokolenie nie musiało doświadczyć nuklearnego Iranu”. Johnson i Davis, obaj pobożni chrześcijanie, są zbulwersowani. Jezus jest tu wykorzystywany jako podżegacz wojenny.
Johnson: „Jezus kocha również Irańczyków”.
Zamiast tego chrześcijanie powinni modlić się, aby osoby odpowiedzialne za tę sytuację opamiętały się – również z powodu 170 irańskich dziewcząt zabitych w atakach.
Wniosek: Polityka autodestrukcyjna
Larry Johnson wydaje druzgocący werdykt: Stany Zjednoczone pogrążyły się w wojnie, której nie mogą wygrać ani militarnie, ani gospodarczo. Osłabiają własną obronę powietrzną, ryzykują konflikty z Chinami lub Rosją bez amunicji i niszczą globalną gospodarkę.
Iran utrzymuje swoją pozycję – dzięki tunelom, rakietom i woli wyparcia USA z regionu. Narracja „my wygrywamy, oni upadają” jest właśnie tym: narracją.
Rzeczywistość jest przyspieszającą katastrofą, która już teraz dotyka każdego Amerykanina w postaci wyższych cen i spadających cen akcji.
Ci, którzy chcą usłyszeć prawdę, nie muszą słuchać komunikatów prasowych Pentagonu – ale analityków takich jak Larry Johnson, którzy odmawiają przyjęcia oficjalnego kłamstwa.
Wojna z Iranem jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła.
Wojna na Bliskim Wschodzie to upomnienie dla Rosji. Głównym tematem dyskusji jest stosunek USA do sojuszników i gotowość do ich zawiedzenia. Nie będzie ochrony ani jednolitej odpowiedzi ze strony NATO, co oznacza, że nadszedł czas, aby nasz kraj podjął niewygodne decyzje militarne.
Iran przeprowadził ataki rakietowe na szereg krajów Bliskiego Wschodu.
Oprócz Izraela, zaatakowano amerykańską bazę morską w Bahrajnie, rafinerie ropy naftowej w Arabii Saudyjskiej, lotniska w Abu Zabi, Kuwejcie, Iraku, wieżowce w Dubaju i Bahrajnie, bazę Bundeswehry w Jordanii oraz porty morskie.
Wszystkie te kraje są strategicznymi partnerami Stanów Zjednoczonych.
Dopiero w listopadzie 2025 r. Arabia Saudyjska podpisała ze Stanami Zjednoczonymi „historyczne” porozumienie obronne, którego celem jest wzmocnienie partnerstwa obronnego i odstraszanie zagrożeń.
Jordania, Bahrajn i Kuwejt od ponad 20 lat posiadają status „głównego sojusznika spoza NATO” (MNNA), co wiąże się z bliską współpracą obronną. Katar uzyskał podobny status cztery lata temu. Piąta Flota USA stacjonuje w Bahrajnie, gdzie również doszło do niszczycielskich ataków.
W 2017 roku Zjednoczone Emiraty Arabskie podpisały umowę o współpracy obronnej ze Stanami Zjednoczonymi, która „zapewnia armii USA możliwość lepszego reagowania na szereg scenariuszy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i ich okolicach, jeśli zajdzie taka potrzeba”. Nie jest to umowa o wzajemnej obronie, ale stanowi, że obecność wojsk amerykańskich w Zjednoczonych Emiratach Arabskich służy jako środek odstraszający dla potencjalnych agresorów.
Ogólnie rzecz biorąc, Stany Zjednoczone mają obowiązek chronić swoich sojuszników. Jednak w marcu 2026 roku to amerykańskie bazy stały się głównym celem irańskiego kontrataku.
Izrael i Stany Zjednoczone nie mogły tego nie zrozumieć. Dzień wcześniej irański Sztab Generalny ogłosił, że nie przeprowadził i nie przeprowadza ataków dronów na terytorium swojego zaprzyjaźnionego sąsiada, Omanu. Amerykański komentator polityczny Tucker Carlson stwierdził, że agenci Mossadu zostali zatrzymani w dwóch krajach Zatoki Perskiej. Planowali oni eksplozje w tych państwach, aby zrzucić winę na Iran.
Wszystko to dowodzi, że USA i Izrael wciągają swoich sojuszników w niepotrzebną wojnę za wszelką cenę. Trump nazwał irańskie ataki na Bahrajn, Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie „największą niespodzianką”, ale to, czy można mu ufać, to pytanie retoryczne.
Artykuł 5 NATO
Wojna wisiała w powietrzu wśród sojuszników NATO. Wielka Brytania potwierdziła, że jej baza wojskowa na Cyprze została zaatakowana przez irańskiego drona. Ataki mogły również zostać przeprowadzone na amerykańsko-turecką bazę lotniczą Incirlik w Turcji (Turcja pospiesznie zdementowała tę plotkę).
Turcja jest członkiem NATO. Cypr jest najbliższym sojusznikiem Sojuszu, który zainicjował proces przystąpienia do NATO.
Tymczasem słynny Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego wyraźnie stanowi:
„…Zbrojna napaść na jedną lub więcej Stron w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim… Jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, każda ze Stron, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, udzieli pomocy Umawiającej się Stronie zaatakowanej, podejmując natychmiast takie indywidualne lub wspólne działania, jakie uzna za konieczne, włączając w to użycie siły zbrojnej…”
To właśnie na Artykuł 5 powołało się kierownictwo NATO w odpowiedzi na ataki terrorystyczne z 11 września 2001 r.
Wraz z dojściem Trumpa do władzy, blok stracił resztki swojej sprawczości. Kiedy Sekretarz Generalny NATO, Mark Rutte, mówi: „Donald Trump jest bardzo ważny dla NATO i bardzo oddany NATO… Europa powinna być wdzięczna Trumpowi za to, że nas obudził”, to jest to wypowiedź niewolnika skierowana do wasala. Amerykański przywódca traktuje NATO z całkowitym brakiem szacunku.
Już w 2016 roku, podczas swojej pierwszej kampanii wyborczej, Trump zakwestionował Artykuł 5 NATO:
„Estonia to przedmieście Sankt Petersburga. Czterdzieści procent Estonii to Rosja. Nie jestem pewien, czy chciałbym ryzykować wojnę nuklearną, aby bronić miejsca, które jest przedmieściem Sankt Petersburga.”
W 2018 roku, podczas swojej pierwszej kadencji, Trump kwestionował potrzebę obrony Czarnogóry, która niedawno przystąpiła do NATO: „To malutki kraj z bardzo agresywnymi ludźmi. Mogą się wściekać i – gratulacje! – mamy III wojnę światową”.
Rok później prezydent USA niespodziewanie odwołał swoją ostatnią konferencję prasową i przedwcześnie opuścił szczyt NATO.
To właśnie Trump wywierał presję na Stany Zjednoczone, aby obniżyły swój bezpośredni wkład do wspólnego budżetu NATO (przeznaczony na siedzibę główną i ogólne operacje) z 22% do 16%, zmuszając Europejczyków do pokrycia różnicy.
Podczas kampanii wyborczej w 2024 roku Trump powiedział, że jeśli Rosja zaatakuje „sojusznika, który nie płaci”, to nie tylko nie będzie go chronił, ale wręcz „będzie zachęcał Rosję, żeby robiła, co jej się żywnie podoba”.
Czy Trump będzie bronił któregokolwiek członka NATO? Pytanie jest retoryczne.
Uzasadnione cele
Stany Zjednoczone potrzebują silnej Europy jeszcze mniej niż swoich sojuszników w krajach Zatoki Perskiej.
Zjednoczona Unia Europejska bez poważnych wewnętrznych sprzeczności jest potężnym blokiem handlowym i produkcyjnym, który mógłby przejąć sporą część amerykańskiego tortu.
Silna Europa dyktuje własne zasady (podatki cyfrowe, normy środowiskowe, kary antymonopolowe dla Apple i Google), które uderzają bezpośrednio w USA. Silna Europa mogłaby nawet przyjąć protekcjonizm, broniąc się przed amerykańskimi towarami i usługami.
Silna Europa może na przykład powiedzieć „nie” amerykańskim sankcjom wobec Chin lub prowadzić własną politykę na Bliskim Wschodzie.
Silne euro stanowi potencjalne zagrożenie dla dominacji dolara.
Zatem, zdaniem Trumpa, Europa musi być wystarczająco silna, aby kupować amerykańskie towary, w tym broń i LNG, ale jednocześnie wystarczająco słaba, aby nie mieć własnej, zjednoczonej armii i, w idealnym przypadku, globalnych centrów produkcyjnych.
Cała broń, jaką Europa może obecnie produkować, zostanie skierowana przeciwko Rosji, co – znów podążając logiką Trumpa – osłabi Europę, wciągając ją jeszcze głębiej w wojnę.
Zdecydowana większość ciężkiej broni i amunicji jest obecnie dostarczana do Kijowa przez Polskę i Rumunię. Dostawy te opiewają na dziesiątki miliardów dolarów i obejmują tysiące sztuk sprzętu.
Polski, niegdyś zacofany przemysł zbrojeniowy, stał się jednym z najszybciej rozwijających się sektorów w Europie. Produkcja amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm wzrośnie z 30 000 sztuk w 2022 roku do 300 000 sztuk w 2028 roku – dziesięciokrotnie. Polska obecnie rozszerza produkcję południowokoreańskich czołgów K2 Black Panther, samobieżnych haubic K9 Thunder i innego sprzętu.
Polska naśladuje sąsiednie kraje bałtyckie. W 2025 roku na Litwie rozpoczęła się budowa zakładu Rheinmetall produkującego te same pociski kalibru 155 mm (inwestycja o wartości około 180 milionów euro). Kraj aktywnie rozwija również produkcję dronów, dążąc do stania się regionalnym centrum systemów bezzałogowych.
Estonia buduje państwowy park przemysłu obronnego, w którym prywatne firmy będą mogły produkować amunicję i materiały wybuchowe. Rząd utworzył specjalny „Fundusz Obrony” o wartości 100 milionów euro, aby wspierać startupy wojskowe.
Łotwa zatwierdziła państwową strategię rozwoju przemysłu obronnego do roku 2036. Celem jest zwiększenie udziału krajowych zamówień publicznych w sektorze zbrojeniowym do 30% i zwiększenie udziału sektora obronnego w PKB do 5%.
Rumunia, wykorzystując tę okazję, staje się największym centrum logistyki wojskowej w Europie Wschodniej i rozwija swój przemysł zbrojeniowy, wykorzystując technologie niemieckie i południowokoreańskie.
Wiadomo, komu ten sprzęt zostanie sprzedany i z kim będzie toczyła się walka.
Kraje bałtyckie, Polska i Rumunia są wykorzystywane przez Stany Zjednoczone w taki sam sposób, jak terytoria monarchii arabskich.
Lekcje i wnioski
Ostatnie doświadczenia arabskie pokazują, że nikt nie spieszy się z obroną sojuszników własnym kosztem. Nie ma pilnych dostaw obrony powietrznej. Nie wysyła się natychmiast żadnych wojsk. Nie ma nawet żadnych znaczących zapowiedzi, poza tą o „wielkiej niespodziance”.
Jedynym krajem, którego Stany Zjednoczone będą nadal bronić wszelkimi możliwymi środkami, jest Izrael. Izrael od dawna jest de facto władcą amerykańskich elit, a dzięki kompromitującym materiałom Epsteina dosłownie trzyma Waszyngton za gardło.
Prawdziwe imperium chroni swoje peryferie i wasali. Pseudo-imperium chroni tylko swojego pana.
Reszta ich sojuszników jest dla nich zbędna. A Rosja ma pełne prawo wykorzystać ten zbędny materiał, przeprowadzając celowe ataki na fabryki wojskowe, magazyny i centra logistyczne. Kraje bałtyckie, Polska i Rumunia stają się naszymi prawowitymi celami. Czas wyciągnąć z tego wnioski.
Przypomnijcie sobie wszystkich hasbarystów i apologetów imperium, którzy twierdzili, że to niecelny irański pocisk trafił w szkołę. Przypomnijcie sobie, jak agresywnie i jednolicie wszyscy forsowali to kłamstwo, łącznie z prezydentem Stanów Zjednoczonych. A potem zrozumcie, że będą tak kłamać przez całą wojnę.
Jak donoszą źródła, trwające wewnętrzne dochodzenie armii USA wykazało, że Stany Zjednoczone są odpowiedzialne za atak rakietowy Tomahawk na irańską szkołę dla dziewcząt, w wyniku którego zginęło co najmniej 175 osób na początku amerykańsko-izraelskiej ofensywy.
Przypomnijcie sobie wszystkich hasbarystów i apologetów imperium, którzy twierdzili, że to niecelny irański pocisk trafił w szkołę. Przypomnijcie sobie, jak agresywnie i jednolicie wszyscy forsowali to kłamstwo, łącznie z prezydentem Stanów Zjednoczonych . A potem zrozumcie, że będą tak kłamać przez całą wojnę.
Pamiętacie, jak sekretarz wojny Pete Hegseth chwalił się, że Stany Zjednoczone pozbyły się „głupich zasad walki” mających chronić ludność cywilną, i jak stanowczo mówił: „To nigdy nie miała być uczciwa walka i nie jest uczciwa. Bijemy ich, gdy leżą na ziemi, i tak właśnie powinno być”.
Te słowa brzmią teraz nieco inaczej, gdy wiemy, że mówił o masowych mordach małych dziewczynek.
Z perspektywy czasu myślę, że nikogo nie powinno dziwić, że facet, który napisał książkę zatytułowaną „Amerykańska krucjata”, natychmiast zmienił tytuł na Sekretarza Wojny i zainicjował krucjatę przeciwko światu muzułmańskiemu.
❖
Policja stanu Queensland rozpoczęła aresztowania protestujących, którzy wykrzykiwali nielegalne hasło „Od rzeki do morza Palestyna będzie wolna”. Jednemu z demonstrantów postawiono zarzuty, za które grozi mu kara do dwóch lat więzienia.
Jak już mówiłem , to nowe prawo stanowe Queensland to najbardziej absurdalny atak na wolność słowa w historii Australii, a poprzeczka jest postawiona bardzo, bardzo wysoko. Syjonizm zatruwa nasz kraj i doprowadza wszystko do szaleństwa. Nie ma większego zagrożenia dla wolności słowa w naszym społeczeństwie niż Izrael i jego zwolennicy.
❖
Wszyscy w mediach społecznościowych wyśmiewają najnowszą wersję wydarzeń , jakoby Iran planował atak dronów na Kalifornię. Wielu uważa to za oczywistą prowokację pod fałszywą flagą.
To całkowicie rozsądne założenie, ale warto wspomnieć, że Iran miałby pełne prawo zbombardować Stany Zjednoczone już teraz. Świadczy to tak bardzo o tym, jak bardzo Amerykanie są oderwani od rzeczywistości i okrucieństw, jakich ich rząd dopuszcza się wobec innych krajów, że możliwość bombardowania Stanów Zjednoczonych przez Iran, podczas gdy Teheran zamienia się w ludzką rzeźnię, budzi nawet wątpliwości.
❖
Od kiedy zajmuję się komentowaniem, słyszę, jak eksperci i analitycy twierdzą, że Iran zamknie Cieśninę Ormuz, jeśli zostanie zaatakowany przez Stany Zjednoczone. Nikogo to nie zaskoczyło. Wiedzieli, że tak się stanie, i mimo wszystko postanowili rozpocząć tę wojnę.
❖
To szaleństwo, jak ogromna część religii chrześcijańskiej została zrewidowana i zrestrukturyzowana tak, że teraz koncentruje się wyłącznie na udzielaniu wsparcia militarnego narodowi młodszemu od Dolly Parton.
„Chrześcijański syjonizm” stał się główną siłą polityczną dopiero w latach 70. XX wieku. Przez dwa tysiąclecia chrześcijaństwo funkcjonowało bez żadnego współczesnego państwa o nazwie „Izrael”, na które można by zwrócić uwagę, a nawet po całkowitym powstaniu tego państwa w 1948 roku większość chrześcijan przez dekady nie zwracała na nie większej uwagi. Dopiero gdy dziwacy tacy jak Jerry Falwell i Billy Graham zaczęli wmawiać chrześcijanom, że Bóg nakazuje im głosować na polityków, którzy wyślą helikoptery Apache do Tel Awiwu, ten psychotyczny światopogląd zyskał znaczącą akceptację w świadomości społecznej.
I w tym momencie faktycznie przekształciło się w zupełnie inną religię. Dla tych odłamów chrześcijaństwa centralną postacią nie był już Jezus, Biblia ani Kościół, ale to zupełnie nowe państwo etniczne, rządzone przez zachodnich imigrantów, które nie może istnieć bez nieustannej przemocy militarnej. Spalili dwa tysiące lat teologii i tradycji, spalili wszystko doszczętnie, a na ich miejscu zbudowali religię końca XX wieku, której sednem jest wysyłanie amerykańskiej machiny wojennej do Azji Zachodniej.
Nie twierdzę, że chrześcijaństwo było wspaniałą religią, która nie robiła nic złego przed pojawieniem się chrześcijańskiego syjonizmu, ale niewątpliwie było to zupełnie inna wiara od tej, która uznaje militarne wsparcie dla współczesnego państwa Izrael za swoją centralną i naczelną wartość. I to po prostu dziwne, jak rzadko ludzie to zauważają i o tym mówią.
❖
Doszło do kolejnego ataku na synagogę , tym razem w Michigan. Według doniesień dokonał go mężczyzna, którego członkowie rodziny zostali zabici przez izraelskie siły w Libanie.
Ryan Grim z Drop Site donosi : „Mężczyzna, który dziś wjechał ciężarówką wypełnioną materiałami wybuchowymi w synagogę w Michigan, nazywał się Ayman Ghazaleh, według źródła znającego sytuację. Ghazaleh opublikował w nocy zdjęcia członków swojej rodziny, w tym małych dzieci, które zginęły w niedawnym izraelskim ataku na miasto Mashghara w Libanie”.
Już wiesz, o co chodzi.
Krok 1: Pomóż Izraelowi mordować dzieci w ludobójstwach i wojnach agresywnych.
Krok 2: Czekaj na reakcję w postaci ataków ekstremistów na zachodzie.
Krok 3: Wykorzystaj reakcję łańcuchową, aby uzasadnić autorytarną politykę wewnętrzną w imię walki z terroryzmem.
Krok 4: Powtórz czynności od kroku 1.
❖
Zbudowali całe imperium, wydobywając zasoby i siłę roboczą z globalnego Południa, aby zapewnić obywatelom centrum imperium chleb i igrzyska, które są na tyle tanie, aby powstrzymać ich przed zgilotynowaniem miliarderów, którzy są właścicielami i zarządzają wszystkim.
Izrael zamknął Bazylikę Grobu Pańskiego na czas nieokreślony – po raz pierwszy w historii chrześcijaństwa.
Nabożeństwa Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy zostaną zakazane. Niedzielne Msze i liturgie zostały odwołane. Świątynia, która w nadchodzących tygodniach powinna być wypełniona setkami tysięcy wiernych, jest przymusowo zamykana i uciszana.
Izrael powołuje się na „względy bezpieczeństwa”, podczas gdy izraelscy Żydzi mają prawo do świętowania w masowych zgromadzeniach. Obok wymuszonego zamknięcia meczetu Al-Aksa, pojawiają się doniesienia o agresywnym odprawianiu księży, którzy chcą sprawować codzienne nabożeństwa.
Na przestrzeni dziejów wojny, napięcia, a nawet pandemia ograniczały dostęp do sanktuarium, ale nigdy nie uniemożliwiły celebracji liturgicznych w tym centralnym miejscu wiary chrześcijańskiej na czas nieokreślony.
Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan skrytykował we wtorek władze Izraela. Zarzucił im, że działają z poczuciem wyższości, które pcha Bliski Wschód w kierunku katastrofy. Wskazał przy tym na fanatyczną motywację Żydów płynącą z przesłanek ich fałszywej, mesjanistycznej religii – przekazały tureckie media.
– Wszyscy wiemy, że ataki na Gazę, następnie na Jemen i Liban, a ostatnio na Iran, nie są motywowane wyłącznie względami bezpieczeństwa – powiedział w pałacu prezydenckim w Ankarze turecki przywódca, cytowany przez dziennik „Daily Sabah”.
Dodał, że jednoczesne pojawianie się w debacie publicznej narracji dotyczących „ziemi obiecanej” czy „apokaliptycznych scenariuszy”, nie jest przypadkowe i sugeruje szersze ideologiczne motywacje Izraela.
Erdogan uznał, że władze w Tel Awiwie „uważają się za lepszych od innych”, przez co „ciągną region ku katastrofie”. Działania państwa żydowskiego nazwał „barbarzyństwem” popełnianym w „stanie szaleństwa”.
Podkreślił, że Turcja musi wzmocnić swoją obecność w międzynarodowych mediach, aby zapewnić, że „ta wiedza dotrze do odbiorców na całym świecie”.
Odnosząc się do trwających od 28 lutego amerykańsko-izraelskich ataków na Iran, Erdogan powiedział, że celem Turcji jest jak najszybsze zakończenie tego, co określił jako „bezsensowną, bezprawną i głęboko błędną wojnę”.
Dodał, że Turcja konsekwentnie wyraża swój sprzeciw wobec ataków, które „naruszają prawo międzynarodowe, niezależnie od sprawcy”, a jednocześnie władze w Ankarze podejmują intensywne wysiłki, by zapobiec dalszej eskalacji.
Iran złożył USA „zaskakującą” propozycję? To miało powstrzymać wybuch wojny
Flagi USA i Iranu, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Unsplash [nyyyy.. a gdzie izraelska??? md]
Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Wielkiej Brytanii stwierdził, że Teheran zaproponował USA porozumienie, które określił jako „zaskakujące”. Jednak po dwóch dniach od zakończenia negocjacji w Genewie, USA i Izrael zaatakowały Iran.
USA i Izrael rozpoczęły ataki na cele w Iranie 28 lutego. W ciągu dwóch tygodni wojny przeprowadziły ok. 15 tys. uderzeń. Obie strony stosują ścisłą cenzurę wojenną, jednak oficjalne źródła podają, że zginęło ok. 1,3 tys. irańskich cywilów, a 3,2 mln osób zostało tymczasowo przesiedlonych. Uszkodzono prawie 22 tys. budynków cywilnych. W irańskich atakach odwetowych zginęło ok. 50 osób, w tym 13 amerykańskich żołnierzy i 15 izraelskich cywilów. [to „dane” Izraela, nie zaś prawda. md]
Dwa dni przed wybuchem wojny, w Genewie zakończyły się rozmowy delegacji USA i Iranu na temat irańskiego programu nuklearnego. Szef irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi ocenił, że była to „jedna z najpoważniejszych rozmów”, jaką Teheran przeprowadził z Waszyngtonem. Z kolei minister spraw zagranicznych Omanu Badr al-Busaidi, który wziął udział w negocjacjach w roli mediatora, przekazał, że „osiągnięto znaczący postęp”.
Iran i broń jądrowa
Stany Zjednoczone i Izrael twierdzą, że Iran konsekwentnie rozwija program rozwoju broni nuklearnej, co już w czerwcu 2025 r. stało się przyczyną bombardowań irańskich instalacji jądrowych przez izraelskie i amerykańskie wojska. Wówczas prezydent Donald Trump mówił, że USA unicestwiły irański program atomowy i na dziesięciolecia zniszczyły zagrożenie ze strony Iranu.
Jeszcze przed rozpoczęciem rozmów w Genewie, prezydent Iranu Masud Pezeszkian zapewniał, że jego kraj nie dąży do uzyskania broni jądrowej. Powołał się na dekret (fatwę) najwyższego przywódcy Alego Chameneiego, zgodnie z którym posiadanie broni nuklearnej jest niezgodne z zasadami islamu.
Propozycja Teheranu
Podczas negocjacji w Genewie, stronę amerykańską reprezentowali specjalny wysłannik prezydenta USA Steve Witkoff oraz zięć Donalda Trumpa Jared Kushner. W rozmowach uczestniczył również szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) Rafael Grossi. Brytyjski dziennik „The Guardian” ujawnił, że w rozmowach między USA a Iranem wziął udział także doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Wielkiej Brytanii Jonathan Powell. Przebywał tam najprawdopodobniej na zaproszenie ambasadora Omanu. Dyplomata ocenił, że oferta złożona przez Teheran w sprawie irańskiego programu nuklearnego była „na tyle znacząca, że mogłaby zapobiec gwałtownemu wybuchowi wojny”.
Iran miał zgodzić się na zmniejszenie zapasów wysoko wzbogaconego uranu pod nadzorem MAEA. Teheran zaproponował trzy- lub pięcioletnią przerwę w procesie krajowego wzbogacania uranu, ale Stany Zjednoczone zażądały dziesięcioletniej przerwy. Iran złożył również ofertę dającą USA szansę udziału w przyszłym cywilnym programie nuklearnym. W zamian za to zażądał zniesienia ok. 80 proc. sankcji gospodarczych.
Według niektórych relacji, Kushner opuścił rozmowy. – Uważaliśmy Witkoffa i Kushnera za izraelskie narzędzia, które wciągnęły prezydenta USA w wojnę, z której chce się wycofać – stwierdził jeden z dyplomatów znających przebieg rozmów.
„Stanowiło postęp”
Powell uznał, że w Genewie „poczyniono postępy”, a porozumienie zaproponowane przez Iran było „zaskakujące”. Dwa dni po zakończeniu rozmów i ustaleniu daty kolejnej rundy negocjacji, do której miało dojść 2 marca w Wiedniu, USA i Izrael przypuściły atak na Iran.
– Jonathan uważał, że można dojść do kompromisu, ale Iran jeszcze nie osiągnął porozumienia, zwłaszcza w kwestii inspekcji ONZ w swoich obiektach nuklearnych – stwierdził jeden z zachodnich dyplomatów, cytowany przez gazetę. – Brytyjski zespół był zaskoczony tym, co Irańczycy przedstawili podczas negocjacji. To nie było pełne porozumienie, ale stanowiło postęp i raczej nie była to ostateczna oferta Irańczyków – relacjonował urzędnik, chcący zachować anonimowość.
Joe Kent, dyrektor Narodowego Centrum Antyterroryzmu, zrezygnował z urzędu. Wybrany na to stanowisko przez Donalda Trumpa ogłosił, że nie może poprzeć wojny w Iranie.
Joe Kent to były żołnierz, członek wojsk specjalnych USA (Zielone Berety), oficer CIA. Stracił żonę w walkach z Państwem Islamskim. Na początku 2025 roku prezydent Donald Trump uczynił go dyrektorem Narodowego Centrum Antyterroryzmu. „Joe pomoże Ameryce dając jej bezpieczeństwo, usuwając wszelki terroryzm, od terrorystów na świecie, po kartele na naszym podwórzu” – napisał wtedy Trump.
17 marca Joe Kent ogłosił, że rezygnuje ze stanowiska.
„Po długim zastanowieniu, podjąłem decyzję o rezygnacji ze stanowiska Dyrektora Narodowego Centrum Antyterroryzmu – ze skutkiem w dniu dzisiejszym. Nie mogę w zgodzie ze swoim sumieniem poprzeć trwającej wojny z Iranem. Iran nie stwarzał bezpośredniego zagrożenia dla naszego narodu. Jest jasne, że rozpoczęliśmy tę wojnę pod naciskiem Izraela i jego wpływowego lobby w Ameryce” – napisał.
Jak dodał, popierał wartości, które reprezentował prezydent Trump. „Do czerwca 2025 roku rozumiał Pan, że wojny na Bliskim Wschodzie są pułapką, która zabierała Ameryce cenne życia naszych patriotów i pozbawiała nasz naród bogactwa i dobrobytu” – dodał.
Według Kenta prezydent Donald Trump został wprowadzony w błąd, co doprowadziło go do decyzji o wojnie z Iranem. Przekonanie, że „trzeba uderzyć teraz, co miało stanowić prostą drogę do zwycięstwa, było kłamstwem”, stwierdził. „Taką samą taktykę Izraelczycy zastosowali, żeby wciągnąć nas w katastrofalną wojnę z Irakiem” – napisał.
Jak dodał, jako człowiek, który stracił swoją „ukochaną żonę Shannon na wojnie zorganizowanej przez Izrael”, nie może poprzeć „wysyłania kolejnego pokolenia na wojnę, która nic nie daje narodowi Ameryki”.
„Modlę się, by zastanowił się Pan nad tym, co i dla kogo robimy w Iranie. Czas na odważne działania jest teraz. Może Pan zmienić kurs i wytyczyć nową drogę dla naszego narodu, albo może Pan pozwolić, byśmy dalej staczali się w stronę upadku i chaosu. To Pan ma karty w ręku” – podsumował.
Scott Ritter: Trump wysyła 2500 marines w śmiertelną pułapkę – Iran niszczy bazy USA… i Izrael!
uncut-news.ch
W niedawnym wywiadzie były inspektor ONZ ds. uzbrojenia i ekspert wojskowy Scott Ritter analizuje decyzję Stanów Zjednoczonych o wysłaniu na Bliski Wschód jednostki ekspedycyjnej piechoty morskiej (MEU) liczącej około 2500 żołnierzy. Ritter stanowczo ostrzega, że ten krok może doprowadzić do katastrofalnej pułapki.
Przedstawia historyczne paralele i realistycznie ocenia sytuację militarną: USA i ich sojusznicy tkwią w przegranej wojnie z Iranem, który ma inicjatywę i dyktuje warunki eskalacji.
Rozmieszczenie: Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej w drodze na Bliski Wschód
Według doniesień „Wall Street Journal”, na Bliski Wschód wysyłana jest Wojskowa Jednostka Operacyjna (MEU) na pokładzie okrętu USS Tripoli, stacjonującego obecnie w Japonii – prawdopodobnie z piechotą morską z Okinawy. Jednostka ta składa się z około 2500 żołnierzy, w tym wzmocnionego batalionu z dodatkowymi jednostkami rozpoznawczymi, logistycznymi, śmigłowcami, samolotami i artylerią (bez czołgów, ponieważ zostały one wycofane ze służby przez Korpus Piechoty Morskiej USA).
Ritter wyjaśnia, że jednostki MEU są przeznaczone do szybkich operacji ekspedycyjnych. Często operują z pokładów statków desantowych, lądują za pomocą barek desantowych lub śmigłowców i są samowystarczalne przez ograniczony czas.
Jednostka może być jednak wykorzystywana tylko na krótki okres i ma ograniczone możliwości bojowe. Ritter zastanawia się, który dokładnie MEU jest wykorzystywany – czy jest już w użyciu, czy pochodzi z baz takich jak Okinawa czy Australia.
Rozmieszczenie wojsk nastąpiło dwa tygodnie po rozpoczęciu konfliktu, w którym Stany Zjednoczone i Izrael, jako agresorzy, ponoszą ogromne straty. Ta eskalacja jest desperacką reakcją na irańską inicjatywę, a nie autentyczną strategią.
Krytyka historyczna i strategiczna: Dlaczego ataki desantowe są przestarzałe
Ritter cytuje byłego dowódcę Korpusu Piechoty Morskiej, generała Davida Bergera, który dokonał przeglądu strategii bezpieczeństwa narodowego. Berger doszedł do wniosku, że tradycyjne koncepcje desantu morskiego z czasów II wojny światowej (np. Iwo Jima, Tarawa) stały się przestarzałe w obliczu nowoczesnej broni A2/AD (Anti-Access/Area Denial), takiej jak pociski rakietowe i drony.
Trafienie w okręt desantowy mogło kosztować nawet 900 żołnierzy piechoty morskiej, co oznaczało koniec operacji.
Berger próbował wprowadzić nowe struktury na Pacyfiku: mniejsze okręty z maksymalnie 75 marines, rozproszone siły i broń dalekiego zasięgu przeciwko Chinom. Jednak ta koncepcja została później uznana za porażkę. Ritter opisuje cały pomysł jako „fantazję i zamki na piasku”.
Pojedyncza jednostka MEU – zaledwie wielkości batalionu – nie byłaby w stanie utrzymać strategicznych celów, takich jak wyspa Qeshm (często zapisywana fonetycznie jako „Car Island” w transkrypcji). Batalion jest zbyt słaby, aby utrzymać stałą okupację. Posiłki wymagałyby brygady, co znacznie eskalowałoby operację.
Siły irańskie na tych wyspach są dobrze ugruntowane, dysponują przygotowanymi stanowiskami ogniowymi, dronami i ograniczoną amerykańską obroną powietrzną (głównie przenośnymi systemami obrony przeciwlotniczej z ograniczoną amunicją). Fale dronów mogłyby przytłoczyć piechotę morską.
Możliwe scenariusze: Od nalotu do katastrofy
Pełnoskalowy atak byłby niemożliwy, ale rajd – szybki postęp, po którym następuje odwrót – mógłby być wykonalny.
Piechota morska jest uważana za mistrzów takich operacji, jak: zaskoczenie, skrajna przemoc, niszczenie celów, przechwytywanie i późniejszy planowany odwrót.
Małe łodzie i helikoptery mogłyby być wysyłane z bezpiecznych baz, np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, bez narażania dużych okrętów, takich jak USS Tripoli, na kontakt z irańskimi rakietami.
Ale nawet nalot niesie ze sobą ogromne ryzyko. Ritter wspomina incydent z Mayaguezem w 1975 roku na wyspie Koh Tang: helikoptery zostały zestrzelone, siły zostały rozdzielone i niemal rozgromione, trzech marines zostało porzuconych, schwytanych, a następnie straconych.
Według Rittera, Qeshm może stać się „następnym Koh Tang” – irańskie siły zbrojne są przygotowane.
Ritter, opierając się na własnych doświadczeniach, opowiada o planach nalotu na irackie cele logistyczne podczas wojny w Zatoce Perskiej pod dowództwem generała Ala Graya. Plany te zostały porzucone, ponieważ byłyby propagandą i niepotrzebnie naraziłyby kompanię piechoty morskiej na niebezpieczeństwo.
Miał nadzieję, że dzisiejsze dowództwo marynarki wojennej podejmie taką samą decyzję: będzie chronić życie ludzkie, a nie zajmować się politycznym efekciarstwem.
Dominacja Iranu: inicjatywa, pętla OODA i dźwignia ekonomiczna
Iran przejął inicjatywę i dyktuje tempo eskalacji.
Ritter objaśnia pętlę OODA Johna Boyda (Obserwuj, Orientuj się, Podejmuj, Działaj): Iran obserwuje działania USA, orientuje się szybciej, podejmuje decyzje i działa – i w ten sposób zawsze jest o krok do przodu.
Stany Zjednoczone jedynie zareagowały: systemy THAAD i Patriot zostały wycofane z Korei Południowej i regionu Pacyfiku, rozważano też wysłanie wojsk lądowych – wszystko to w odpowiedzi na sukcesy Iranu.
Iran kontroluje również Cieśninę Ormuz. Pomimo twierdzeń USA, że irańska flota została zatopiona, duże okręty wojenne nie mają znaczenia dla tego zadania.
Brygada IRGC-Arif, dysponująca czterema batalionami pocisków nadbrzeżnych, mogłaby zablokować przejście. Dałoby to Iranowi możliwość zamknięcia drogi w dowolnym momencie, co miałoby poważny wpływ na globalną gospodarkę.
Ritter odrzucił komentarze sekretarza obrony USA Pete’a Hegzetha („Droga jest otwarta, dopóki Iran nie strzela”) i Donalda Trumpa („Statki muszą być dzielne”) jako niedorzeczne. Nazwał Hegzetha „sprzedawcą”, który wciska bzdury, a nie prawdziwym liderem.
Według Rittera wojna ta ukazuje porażki USA: brak zmiany reżimu, niezdolność do powstrzymania irańskich rakiet oraz ataki, których celem często były jedynie puste budynki lub cele cywilne, takie jak szkoła dla dziewcząt.
Propaganda, incydenty i porażka przywódców
Ritter krytykuje również amerykańskie Centralne Dowództwo CENTCOM.
Pożary na USS Ford, irańskie statki w pobliżu USS Lincoln i zderzenie dwóch tankowców KC-135 u wybrzeży Iraku, w którym zginęło sześć osób, zostały przedstawione jako „wypadki” lub „błędy”. Ritter uważa to za przejaw zaprzeczania faktom.
Do kolizji tankowców dochodzi często z powodu zatłoczonej przestrzeni powietrznej, wzmożonej aktywności operacyjnej, sytuacji awaryjnych oraz integracji izraelskich operacji powietrznych.
Zabici nie byli niczemu winni – według Rittera odpowiedzialność spoczywała na przywódcach politycznych i wojskowych, takich jak Trump, Hegseth, Rubio i generałach.
Chwali Tulsi Gabbard, która ostrzegała przed wojną: bez zwycięstwa nie będzie zmiany reżimu. Te ostrzeżenia zostały zignorowane.
Ritter domaga się nawet wszczęcia śledztwa karnego przeciwko Hegsethowi pod kątem możliwych zbrodni wojennych na mocy ustawy o zbrodniach wojennych z 1996 r., na przykład w związku z zbombardowaniem szkoły dla dziewcząt.
Wnioski: Spektakl propagandowy niosący ze sobą śmiertelne ryzyko
Według Rittera przeniesienie MEU jest przede wszystkim „pokazem siły” i propagandą – nie przynosi żadnych realnych korzyści militarnych.
Jednocześnie ryzykuje duże straty bez żadnych strategicznych korzyści.
Z inicjatywą ze strony Iranu i defensywą USA, wojna jest praktycznie przegrana.
Ritter apeluje o wyciąganie wniosków z historii, aby uniknąć błędów. Dowództwo marynarki wojennej musi chronić życie, a nie angażować się w symbolikę polityczną.
Trump rozpaczliwie szuka „drogi ucieczki”, ale nadal publikuje hasła w rodzaju „Pokój poprzez siłę”.
Marines mogli przybyć za późno – lub wpaść prosto w pułapkę.
Amerykańskie pociski przeciwlotnicze THAAD i Patriot PAC3 są uszkodzone lub wkrótce zostaną uszkodzone.
Larry C. Johnson
Wojna między Iranem a koalicją amerykańsko-izraelską trwa już od trzech tygodni i nie widać jej końca. Choć Izrael dysponuje znacznie większą siłą powietrzną, nie jest w stanie przeciwstawić się irańskiemu arsenałowi rakietowemu. To wojna na wyniszczenie i bez względu na to, jak często Donald Trump będzie twierdził, że Iran został zniszczony, a USA wygrały, Iran będzie nadal codziennie bombardował Izrael co najmniej trzema falami ciężkich ataków rakietowych, aż do osiągnięcia porozumienia w drodze negocjacji.
Chciałbym przedstawić uproszczony model ilustrujący równowagę sił na korzyść Iranu. Załóżmy, że Izrael i Iran miałyby wystrzelić w siebie nawzajem 50 bomb/rakiet o wadze 2000 funtów (ok. 900 kg) dziennie. Teoretycznie irańskie bomby pokryłyby całe terytorium Izraela w niecałe trzy lata, podczas gdy izraelskie bomby potrzebowałyby ponad dwóch stuleci, aby osiągnąć ten sam poziom w Iranie.
To ilustruje asymetrię: mniejsze rozmiary Izraela sprawiają, że jest on znacznie bardziej podatny na ciągłe ataki powietrzne. Oto obliczenia dotyczące bombardowań obszarowych przeprowadzanych przez obie strony:
Dla Izraela (bombardowanego przez Iran) : 8019 mil kwadratowych ÷ 8,1 mil kwadratowych/dzień ≈ 990 dni (około 2,7 roku).
W przypadku Iranu (bombardowanego przez Izrael) : 636 372 mil kwadratowych ÷ 8,1 mil kwadratowych/dzień ≈ 78 600 dni (około 215 lat).
Nikt poza Irańczykami nie wie, ile pocisków balistycznych i manewrujących posiada ten kraj. Ale biorąc pod uwagę nagrania z ogromnych podziemnych wyrzutni rakietowych , zakładam, że kraj może przeprowadzać wiele wystrzeleń rakiet dziennie przez co najmniej sześć miesięcy. Systemy obrony powietrznej Izraela są poważnie osłabione… W rzeczywistości systemy THAAD i Patriot mogą być już w dużej mierze niesprawne.
Rozważmy rzeczywistą liczbę systemów THAAD.
Lockheed Martin otrzymał swoje pierwsze zamówienie produkcyjne na początkowe pociski, wyrzutnie i komponenty w styczniu 2007 roku. Do stycznia 2025 roku Lockheed Martin dostarczył ponad 900 pocisków przechwytujących THAAD (ogłoszono dostawę 900. pocisku). Odpowiada to średniej rocznej produkcji 50 pocisków w ciągu tych 18 lat. Standardową praktyką przechwytywania nadlatującego pocisku balistycznego jest wystrzelenie dwóch systemów THAAD. Gdyby Stany Zjednoczone przekazały wszystkie swoje systemy THAAD Izraelowi, oznaczałoby to, że po 450 irańskich wystrzeleniach pocisków Izrael nie miałby już dostępnych pocisków THAAD.
Od początku wojny 28 lutego Iran wystrzeliwuje średnio 40 pocisków dziennie w kierunku Izraela. Oznacza to, że Iran wystrzelił już 640 pocisków balistycznych w kierunku Izraela. Biorąc pod uwagę te liczby, spodziewam się, że nie będzie już dostępnych pocisków THAAD. Zapasy są albo wyczerpane, albo prawie wyczerpane. To prosta matematyka.
Izrael i Stany Zjednoczone mają ten sam problem z pociskami Patriot. Jak wyjaśniłem w poprzednim artykule, Stany Zjednoczone wyprodukowały w sumie 4620 pocisków PAC3 do 1 stycznia 2026 roku. Około 1000 z nich zostało już rozmieszczonych na Ukrainie, co zmniejsza pozostałą liczbę do 3620. Dowództwo Pacyfiku Stanów Zjednoczonych (USINDOPACOM) ma co najmniej 1296, a prawdopodobnie nawet 1728 pocisków PAC3. Załóżmy niższą liczbę.
Ach, i zapomniałem o USEUCOM… Ma jeden batalion pocisków Patriot, co oznacza minimum 432 pociski PAC3 (założyłem 6 baterii po 72 pociski każda). Zatem USZENTCOM-owi pozostało tylko 1892 pociski PAC3. Nie wiem, ile broni dostarczono Izraelowi przez US CENTCOM, ale według publicznie dostępnych źródeł kilka baterii Patriot zostało wysłanych do Arabii Saudyjskiej, Kataru, Bahrajnu i Kuwejtu. Zakładając, że każda bateria została wyposażona w 72 pociski PAC3 i że w każdym z tych czterech krajów stacjonowała tylko jedna bateria, to w sumie Izrael dysponuje 1584 pociskami Patriot.
To jest najlepszy scenariusz, oznaczający, że Izrael może przechwycić maksymalnie 792 irańskie pociski balistyczne i manewrujące. Jeśli izraelski arsenał nie jest już wyczerpany, to wkrótce się to stanie. Semafor , amerykański portal informacyjny, doniósł, że Izrael poinformował w tym tygodniu Stany Zjednoczone, że liczba posiadanych przez niego pocisków przechwytujących jest krytycznie niska, biorąc pod uwagę trwający konflikt z Iranem, i że Izrael przystąpił do obecnej wojny, mając już za mało pocisków przechwytujących wystrzelonych podczas ubiegłorocznego konfliktu z Iranem.
Chociaż przedstawiciele USA i Izraela temu zaprzeczają, powyższe liczby, moim zdaniem, potwierdzają raport Semafora .
W nocy z 14 na 15 marca 2026 r. na lotnisku Ben Guriona (נתב״ג / TLV) w Tel Awiwie panowała bardzo napięta i niebezpieczna sytuacja w związku z eskalacją konfliktu izraelsko-irańskiego.Główne wydarzenia w tym czasie:
Ataki rakietowe z Iranu – W nocy i nad ranem 15 marca odnotowano kolejną falę irańskich ataków balistycznych (w tym m.in. elementy operacji True Promise 4 według relacji irańskich mediów). Kilka pocisków lub ich odłamków uderzyło / spadło w rejonie Tel Awiwu i bezpośrednio w pobliżu lotniska Ben Guriona.
Potwierdzone impakty m.in.:
W dzielnicy Szoham (tuż przy lotnisku) – uszkodzenia budynków mieszkalnych, pożary, lekkie rany u co najmniej 2 osób.
W otwartym terenie blisko pasa startowego i infrastruktury lotniska.
Eksplozje słyszane i widoczne w Tel Awiwie oraz w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska.
Syreny, chaos i ograniczenia – W całym centrum kraju (w tym Tel Awiw i okolice lotniska) wielokrotnie uruchamiano alarmy przeciwrakietowe. Ludność kierowała się do schronów. Lotnisko było już wcześniej mocno ograniczone / częściowo sparaliżowane z powodu wcześniejszych fal ataków (od końca lutego / początku marca), a ta noc dodatkowo pogorszyła sytuację.
Status operacyjny lotniska – W nocy 14/15 marca Ben Gurion praktycznie nie obsługiwał normalnego ruchu cywilnego:
Większość linii lotniczych zawiesiła loty do/z Izraela na tygodnie / miesiące wcześniej.
Od kilku dni lotnisko było w stanie „paraliżu” lub bardzo ograniczonej pracy (głównie loty specjalne / repatriacyjne).
Po uderzeniach w nocy wiele źródeł podaje, że lotnisko zostało ponownie zamknięte dla ruchu cywilnego na czas nieokreślony.
Podsumowując: noc z 14 na 15 marca 2026 to jedna z najbardziej intensywnych nocy ataków balistycznych na rejon Tel Awiwu i Ben Guriona od początku eskalacji z Iranem. Lotnisko było celem (bezpośrednim lub pośrednim), słychać było eksplozje, działała obrona przeciwrakietowa, a operacje lotnicze były w praktyce wstrzymane.
Izraelski aparat dyplomacji publicznej znalazł się w centrum sporu prawnego dotyczącego wynagrodzeń dla osób zaangażowanych w kampanie informacyjne prowadzone po wydarzeniach z października 2023 roku. Według doniesień izraelskiego dziennika Calcalist byli współpracownicy państwowego departamentu odpowiedzialnego za komunikację strategiczną domagają się milionowych wypłat za pracę wykonywaną bez formalnego wynagrodzenia.
Pozwy skierowano przeciwko jednostce rządowej znanej jako dyrekcja dyplomacji publicznej. W Izraelu instytucja ta funkcjonuje pod nazwą Hasbara i odpowiada za komunikację międzynarodową oraz działania wizerunkowe państwa. Roszczenia zgłosiły firmy oraz prywatni kontrahenci, którzy według własnych relacji uczestniczyli w kampaniach medialnych i działaniach informacyjnych prowadzonych po ataku Hamasu z 7 października 2023 roku oraz w trakcie wojny w Strefa Gazy.
Część aktywistów organizowała wydarzenia informacyjne oraz działania kontrujące demonstracje solidarności z Palestyńczykami.
Prywatne firmy żądają milionów szekli
Z pozwów wynika, że dwie prywatne spółki domagają się łącznie około dwóch milionów szekli od instytucji państwowej nadzorowanej przez kancelarię premiera. Firmy twierdzą, że świadczyły usługi produkcyjne oraz wspierały działania komunikacyjne skierowane do odbiorców zagranicznych. Jedna z firm udostępniała studio telewizyjne wykorzystywane do nagrań wystąpień polityków, w tym premiera Benjamina Netanyahu oraz byłego ministra obrony Yoave Gallanta. Przedsiębiorstwo twierdzi, że należne wynagrodzenie przekracza pół miliona szekli.
Drugą sprawę prowadzi firma Intellect. Spółka domaga się ponad 1,5 miliona szekli za działania prowadzone w Europie oraz finansowanie inicjatyw medialnych i logistycznych. Według ustaleń cytowanych przez dziennik prywatne firmy produkcyjne pełniły rolę pośredników w finansowaniu aktywistów i influencerów działających za granicą.
Eylon Levy poza pozwem, ale z roszczeniami
Jedną z osób powiązanych z kampaniami komunikacyjnymi był były rzecznik rządu Izraela Eylon Levy. Polityk pełnił funkcję oficjalnego rzecznika do marca 2024 roku. Levy nie występuje jako strona w pozwie. Według jego współpracowników uważa jednak, że również nie otrzymał części należnych środków. Rzecznik byłego urzędnika potwierdził, że nie zamierza on angażować się w postępowanie sądowe.
Levy pozostaje aktywny w mediach społecznościowych i nadal uczestniczy w debacie publicznej dotyczącej polityki międzynarodowej Izraela.
Chaos organizacyjny po wybuchu wojny
Z raportu cytowanego przez izraelskie media wynika, że po wydarzeniach z października 2023 roku aparat komunikacyjny państwa stanął przed problemami kadrowymi. W krótkim czasie rozpoczęto współpracę z licznymi freelancerami, firmami produkcyjnymi oraz aktywistami działającymi w internecie.
Część współpracowników pracowała bez formalnych umów z instytucjami państwowymi. Zamiast bezpośrednich kontraktów wykorzystywano pośredników z sektora prywatnego. Według relacji osób zaangażowanych w projekty praca organizowana była w sposób improwizowany. Wiele działań realizowano w trybie pilnym, a rozliczenia finansowe odkładano na później.
Działania w Europie i przed sądami międzynarodowymi
Jednym z elementów działalności komunikacyjnej była obecność aktywistów w międzynarodowych wydarzeniach politycznych i prawnych. W dokumentach sądowych pojawiają się informacje o finansowaniu podróży do Hagi. Według raportu środki przeznaczono między innymi na transport i logistykę osób uczestniczących w działaniach medialnych podczas rozpraw dotyczących konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Biuro premiera Izraela przyznało, że w działalności dyrekcji dyplomacji publicznej mogły wystąpić nieprawidłowości w zakresie zawierania umów. Urzędnicy odmówili jednak szczegółowych komentarzy ze względu na toczące się postępowania sądowe.
Instytucja ta podlega bezpośrednio kancelarii premiera i odpowiada za koordynację komunikacji rządu w sprawach międzynarodowych.
Rosnące budżety na działania informacyjne
Równolegle z toczącymi się sporami finansowymi rząd zwiększył środki przeznaczone na działania komunikacyjne. We wrześniu 2025 roku zatwierdzono dodatkowy budżet w wysokości 150 milionów szekli dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych Izraela. Kwota ta została dodana do istniejącego funduszu wynoszącego około 520 milionów szekli przeznaczonych na działalność informacyjną państwa.
Minister spraw zagranicznych Gideon Sa’ar ogłosił także utworzenie nowego departamentu zajmującego się komunikacją w mediach społecznościowych. Jednostka ma współpracować z blogerami oraz influencerami internetowymi.
Kampanie „informacyjne” skierowane do środowisk akademickich
Rządowe inicjatywy komunikacyjne obejmowały również działania w środowisku akademickim za granicą. Minister ds. diaspory Amichai Chikli prowadził projekty skierowane do kampusów uniwersyteckich w Stanach Zjednoczonych. Programy te obejmowały działania informacyjne oraz kampanie mające wpływać na debatę dotyczącą definicji antysemityzmu w amerykańskim systemie prawnym. W kolejnych miesiącach ministerstwo zaproponowało także finansowanie lokalnych inicjatyw komunikacyjnych prowadzonych przez samorządy w Izraelu i za granicą
Pozwy przeciwko dyrekcji dyplomacji publicznej pokazują skalę działań [dez]-informacyjnych prowadzonych w czasie konfliktu. Sprawy sądowe mogą ujawnić szczegóły dotyczące finansowania kampanii medialnych oraz współpracy państwa z prywatnymi podmiotami.
Pomimo wezwań do inwazji lądowej w niektórych kręgach, biorąc pod uwagę połączenie bieżących wydarzeń na ziemi, odporność Iranu i logistykę, jest to [inwazja] po prostu niemożliwe.
Dlatego Stany Zjednoczone stoją w obliczu ograniczonego zestawu opcji w obliczu eskalacji kryzysu egzystencjalnego. Zbieżność krajowego przetrwania politycznego, sojuszniczej desperacji, wojskowego wyczerpania i osobistej psychologii władzy wykonawczej tworzy szybkowar, w którym użycie taktycznej broni jądrowej przechodzi od absolutnego tabu do bardzo realnego ponurego rachunku strategicznego.
Centralnym elementem tego równania jest mściwa natura prezydenta Trumpa, cecha, która przekształca geopolityczne niepowodzenia w osobiste pretensje, potęgowane przez „czynnik Bibi”: czteroletnia obsesja Benjamina Netanjahu na punkcie konfrontacji z Iranem, która teraz osiąga punkt katastrofalnej desperacji, gdy każda strategiczna droga zawodzi.
Netanjahu poświęcił większość swojego życia politycznego konfliktowi z wyłaniającym się Islamskim Iranem. Przez czterdzieści lat opowiadał się, knuł i naciskał na zdecydowane działania. Teraz, gdy Izrael jest codziennie pod ostrzałem, a konwencjonalne opcje prawie wyczerpane, jego wpływ na Waszyngton staje się niestabilnym przyspieszaczem. Ale bardziej niebezpieczną zmienną może nie być izraelska presja na Amerykę, ale raczej Izraelska akcja niezależna od Ameryki. Izrael posiada broń jądrową. Zdesperowany Izrael, w obliczu egzystencjalnego zagrożenia, może obliczyć, że tylko atak nuklearny może powstrzymać atak. Jeśli Izrael wystartuje pierwszy, Stany Zjednoczone natychmiast staną się współwinne. Pytanie przesuwa się z „czy Ameryka użyje broni nuklearnej?” do “jak reaguje Ameryka, gdy robi to jej sojusznik?”
Ten scenariusz wyzwala specyficzną i katastrofalną dynamikę eskalacji. Iran konsekwentnie zasygnalizował, że każdy egzystencjalny atak spotka się z nieproporcjonalnym odwetem na jego głównym adwersarzu: Izraelu. Atak nuklearny nie zmusiłby Teheranu do kapitulacji; gwarantowałby totalny atak Iranu skupiony w przeważającej mierze na izraelskich skupiskach ludności i prawdopodobnie centrum nuklearnym w Dimonie.
Odwet nie byłby mierzony; byłby egzystencjalny. Dla Trumpa stwarza to niemożliwe wiązanie. Jego mściwość wymaga ukarania Iranu, ale jego spuścizna zależy od ochrony Izraela. Jeśli Iran zemści się z niszczycielską siłą, Trump stoi przed dwoma wyborami: zaakceptować bliskie zniszczenie kluczowego sojusznika Ameryki, ugruntować swoją spuściznę jako prezydenta, który stracił Bliski Wschód, lub dalej eskalować. Każda ścieżka pogłębia bagno. Do tego dochodzi pytanie, czy Iran ma lub szybko nabywa broń nuklearną, która byłaby używana w jakiejkolwiek reakcji odwetowej.
Potęgowanie tej pułapki to całkowity upadek zaufania. Każdy dyplomatyczny zjazd wymaga minimalnej rezerwy wiarygodności między przeciwnikami. Administracja Trumpa systematycznie paliła każdy most. Precedens ataku 28 lutego w trakcie negocjacji zasygnalizował, że rozmowy nie są drogą do rozwiązania, ale chwytem, aby powstrzymać przeciwnika. Deeskalacja teraz prawie na pewno wymagałaby od Trumpa podjęcia znaczących, jasnych i weryfikowalnych jednostronnych pierwszych kroków: zawieszenia broni, złagodzenia sankcji i publicznych ustępstw. W obecnym klimacie takie działania nie byłyby odczytywane jako akt męża stanu; byłyby interpretowane jako kapitulacja przez wielu w Ameryce, zwłaszcza jego zagorzałych sojuszników.
Dla przywódcy, którego tożsamość polityczna opiera się na projekcji siły i eksploatowaniu postrzeganych słabości, jednostronna deeskalacja jest politycznie nie do odróżnienia od kapitulacji. Deficyt zaufania nie tylko komplikuje dyplomację; zbliża się do wyeliminowania jej jako realnego instrumentu.
Ten brak zaufania wzmacnia logikę eskalacji na każdym kroku. Iran, wierząc, że amerykańskie zapewnienia są bezwartościowe, nie ma motywacji do okazywania powściągliwości. Izrael, wątpiąc, że dyplomacja może powstrzymać zagrożenie, ma wszelkie zachęty do działania w pojedynkę. Trump, przekonany, że wszelkie oznaki słabości zostaną wykorzystane, nie ma przestrzeni politycznej, by oferować ustępstwa. System staje się samo-wzmacniający: nieufność usprawiedliwia agresję, agresja pogłębia nieufność, a przestrzeń kompromisu wyparowuje. Instytucjonalne poręcze – wojskowa struktura dowodzenia, Rada gabinetu, Nadzór Kongresu – zachowują teoretyczną wagę, ale są przytłoczone rozmachem kryzysu. Kiedy każdy aktor wierzy, że drugi działa w złej wierze, powściągliwość pojawia się jako wrażliwość, a zdesperowanemu człowiekowi eskalacja wydaje się jedyną racjonalną reakcją.
Konsekwencje globalne i krajowe, jakkolwiek katastrofalne, są dyskontowane w rachunku bezpośrednim. Precedens użycia broni jądrowej zniszczyłby reżimy nierozprzestrzeniania i wyrównałby globalną potęgę. Jednak w momencie presji egzystencjalnej to długoterminowe ryzyko jest podporządkowane zapotrzebowaniu na przetrwanie i zemstę. Krajowy sprzeciw pozostaje możliwy, ale stronnicze ekosystemy medialne i kreowanie izraelskiej ofiary mogą raczej zaostrzyć publiczną determinację niż ją złagodzić. Można zauważyć, że polityczny koszt postrzeganej słabości przewyższa koszt eskalacji.
Strach Trumpa przed negatywną spuścizną łączy się z silnym żądaniem ochrony sojusznika pod ostrzałem i ukarania przeciwnika, który jego zdaniem upokarza amerykańską potęgę od prawie pół wieku.
Podsumowując, decyzja opiera się na ostrzu noża, zaostrzonym przez pewność odwetu Iranu na Izraelu i niemożność odwrotu dyplomatycznego. Deficyt zaufania nie jest problemem peryferyjnym; to filar, który blokuje system w procesie eskalacji. Bez opcji naziemnej, bez wiarygodnego zjazdu z rampy, desperackiego sojusznika posiadającego zdolności nuklearne i mściwego lidera, który utożsamia kompromis z porażką, użycie broni jądrowej jawi się nie jako celowy wybór polityki, ale jako wyłaniająca się właściwość upadku systemowego.
Tabu przeciwko broni jądrowej trwa tylko tak długo, jak aktorzy uważają, że powściągliwość służy ich przetrwaniu. Kiedy przetrwanie jest postrzegane jako zależne od eskalacji i kiedy zaufanie – podstawowa waluta deeskalacji – wygasło, to, co nie do pomyślenia, staje się nieuniknione. Stany Zjednoczone mogą nie wykonać pierwszego ruchu, ale mogą nie być w stanie zatrzymać reakcji łańcuchowej, którą umożliwiły. Obawy Trumpa mogą nie być kształtowane przez jego decyzję, ale przez jego niezdolność do ucieczki od logiki, w której każda ścieżka naprzód prowadzi głębiej w katastrofę. Świat nie obserwuje debaty politycznej, ale rozwikłanie odstraszania, dyplomacji i powściągliwości w czasie rzeczywistym. Wynik nie zostanie wybrany, będzie kwestią przetrwania.
„Mimo, że w powszechnym odbiorze współczesna polityka, a na pewno amerykańska jawi się jako działalność pragmatyczna, cyniczna, nakierowana na realizację celów egoistycznych, wymiernych, biznesowych, jest ona skrajnie
Paweł Lisicki
„Abstrakty rządzą historią… i Żydami także.”
Feliks Koneczny
„Związek Nowego Testamentu ze Starym jest jednak w gruncie rzeczy tylko powierzchowny, przypadkowy, ba, wymuszony, a jak już wspomniano, jedynego punktu zaczepienia dostarczyły nauce chrześcijańskiej dzieje grzechu pierworodnego, zresztą w Starym Testamencie odosobnione i z których dalej nie czyni się użytku.”
Artur Schopenhauer
Na krótko przed najnowszą odsłoną agresji Izraela i USA na Iran Tucker Carlson przeprowadził wywiad z amerykańskim ambasadorem w Izraelu Mikiem Huckabee’em. Zarówno treść wywiadu jak i okoliczności mu towarzyszące warte są uwagi i głębszego zastanowienia, gdyż podważają wiele opinii na temat motywów polityki amerykańskiej, a nawet na temat polityki i jej źródeł w ogóle. Z drugiej strony nasycone ideologią tak zwanego chrześcijańskiego syjonizmu wypowiedzi ambasadora wpisały się wzorcowo w brutalną agresję jaka nastąpiła potem. Jednocześnie były one ważnym impulsem toczonej w USA debaty na temat relacji żydowsko i izraelsko amerykańskich. Po raz pierwszy w najnowszej historii USA mówi się tam w sposób otwarty to co od długiego czasu tak zwani prości ludzie myśleli i mówili po cichu, a co wierzącym w ludzki racjonalizm teoretykom nie mieściło się w inteligenckich głowach i było wypychane ze świadomości za pomocą wygodnych, udających rozsądek i socjologię intelektualnych gotowców w rodzaju oskarżeń o tzw. teorie spiskowe, a przede wszystkim o czające się za jakąkolwiek krytyką Izraela czy żydowskich wpływów; antysemityzm czy wręcz nazizm. To także kolejny przykład tego jak technologia wpływa na bieg dziejów. Gdyby nie internet i nowe demokratyczne media, to głosy Carlsona, Candace Owens oraz innych bojowników o prawdę i honor w Ameryce mogłyby zostać łatwo zagłuszone, zresztą oboje są przykładem, że media tzw. głównego nurtu, w których wcześniej robili wielkie kariery, nie tolerowały ich postawy.
Jakiś czas temu w audycji Minął Tydzień cytowałem fragment wywiadu jaki Carlson przeprowadził z senatorem Tedem Cruzem, w którym republikanin powoływał się na cytat z Pisma Świętego mówiący, że Bóg błogosławi tym, którzy sprzyjają Izraelowi, zapytany o miejsce, nie umiał go wskazać, ale powołał się na szkółkę niedzielną, w której go o tym uczono. Kolega w czasie audycji stwierdził, że tą informacją skradłem mu pomysł na michałek. W wywiadzie z M. Huckabee’em sprawa została uściślona.
Chodzi o następujący fragment w rozdziale 12 Księgi Rodzaju: „Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię; staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli i ja będę złorzeczył.” T. Carlson zapytał jak w takim razie należy rozumieć fragment rozdziału 15 tej samej księgi, który brzmi: „Wtedy to właśnie Pan zawarł przymierze z Abramem, mówiąc: „Potomstwu twemu daję ten kraj, od Rzeki Egipskiej (Nil – przyp. O.S.) aż do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat.”
Dyplomata nie potwierdził wprost aktualności tak daleko idących roszczeń terytorialnych, ale także ich nie zanegował, co wywołało niemrawy protest ze strony Arabii Saudyjskiej. Te wypowiedzi to przykład, że nie brana poważnie w Polsce, dosłowna interpretacja Biblii (taką interpretację przypisuje się głównie świadkom Jehowy) jest traktowana jak najbardziej serio przez ważnych amerykańskich polityków. Dyplomata został też zapytany czy porównanie przez Benjamina Netanjahu Palestyńczyków do Amalekitów oznacza, że Premier Izraela wzywa do realizacji także zawartych w Biblii następujących wersów: „Dlatego teraz idź, pobijesz Amaleka i obłożysz klątwą wszystko, co jest jego własnością; nie lituj się nad nim, lecz zabijaj tak mężczyzn, jak i kobiety, młodzież i dzieci, woły i owce, wielbłądy i osły.”
Co więcej Jehowa miał pokarać Izraelitów za to, że oszczędzili „najlepsze owce i większe bydło”. W tym wypadku ambasador próbował jednak tłumaczyć słowa Netanjahu jako metaforę. Cały wywiad pełen jest uników i dwuznaczności, ale co uderzające; w żadnym wypadku amerykański ambasador nie zgodził się z jakąkolwiek krytyką Izraela i najwyraźniej serio traktował starotestamentową groźbę. Nawet ludobójcze działania w strefie Gazy uznał za zachowania bardziej humanitarne niż te stosowane przez armię USA, gdyż według niego wojsko Izraela ostrzega ludność cywilną przed pobytem w miejscach, które ostrzeliwuje, a armia amerykańska tego nie czyni. Potwierdzeniem dziwnego braku równowagi we wzajemnych relacjach było wcześniejsze przyjęcie przez Huckabee’ego w ambasadzie amerykańskiej Jonathana Pollarda – jednego z najgroźniejszych izraelskich szpiegów, którego w USA skazano na dożywocie i wypuszczono po niemal 30 latach.
Po osiedleniu w Izraelu Pollard nie wykazał skruchy, ale wręcz namawiał Żydów by naśladowali jego postawę. To posunięcie Huckabee’ego wobec izraelskiego szpiega było krańcowo różne od jego zachowania wobec Amerykanina. Choć spotkanie odbyło się z inicjatywy ambasadora, to ambasada USA odmówiła Carlsonowi nie tylko oficjalnej ochrony, ale nawet wysłania samochodu z szoferem na lotnisko, a wszystko w sytuacji gdy Izrael próbował wcześniej zastraszać rodzinę dziennikarza, a premier Netanjahu jego samego nazywał nazistą i antysemitą. W rezultacie wywiad miał miejsce w pomieszczeniu dla dyplomatów na lotnisku. Do kolejnego skandalu doszło po nagraniu, kiedy jak ich określa Carlson niezidentyfikowane zbiry zaczęły pod presją zatrzymania paszportów przesłuchiwać współpracowników Carlsona, pytając o to jak przebiegał wywiad, czy padały wrogie wypowiedzi, ale także o szczegóły nie związane ze spotkaniem na lotnisku.
Huckabee, z którym Carlson zna się od trzech dekad nie tylko nie interweniował, ale nazwał rodaka kłamcą, nie wysłuchawszy jego wersji. Podsumowując całą sytuację Carlson stwierdził, że ambasador jego własnego państwa, któremu jako podatnik płaci pensję, zarówno podczas wywiadu jak i wobec szykanowania amerykańskiego obywatela zachowywał się jakby był reprezentantem interesów Izraela, a nie Stanów Zjednoczonych, co słynny dziennikarz uznał za upokarzające. Ja natomiast miałem déja vue, bo pomyślałem o zachowaniu polskich polityków po morderstwie Damiana Sobóla przez armię izraelską i o śmierci dwóch Polaków w Przewodowie, w wyniku ukraińskiej próby wciągnięcia Polski do nie naszej wojny z Rosją.
Podobieństwa dotyczą jednak całej narracji jaką polska klasa polityczna z chlubnym wyjątkiem Grzegorza Brauna prowadzi wobec Izraela i Ukrainy. W rozmowie obu Amerykanów były zresztą inne elementy sugerujące, że tak jak Polacy są według polskich polityków sługami Ukraińców, tak samo Amerykanie są sługami Żydów. Przez cały wywiad przewijała się kwestia wojen i amerykańskich interwencji na Bliskim Wschodzie. Carlson przypominał, że atak na Irak uzasadniany był fałszywymi informacjami, a sama wojna była w interesie Izraela, a nie USA, a on wolałby żeby zamiast prowadzenia wojen na drugiej półkuli zajęto się warunkami życia w jego dzielnicy w Ameryce. W odpowiedzi usłyszał, że Izrael broni „naszej” cywilizacji, także na granicy z Libanem. Huckabee zbagatelizował też problem agresywnego zachowania Żydów wobec chrześcijan odwiedzających Ziemię Świętą, którzy są często opluwani, (swego czasu podobnie potraktowano tam polskiego ambasadora).
W wywiadzie padło też kluczowe pytanie o to, kto według Huckabbee’ego jest Żydem. Odpowiedź zawierała trzy komponenty: język, etniczność i religię. Ponieważ jednak syjoniści zakładający Izrael byli nacjonalistami lub mocno komunizującymi ateistami mówiącymi w jidysz i najczęściej po polsku pozostała etniczność. Jednak Huckabee nie umiał odpowiedzieć na pytanie dlaczego Izrael nie przeprowadza w takiej sytuacji testów DNA wśród przybyszy z Europy i np. nie porównuje ich z wynikami Palestyńczyków. Dlaczego Netanjahu, którego przodkowie przez wiele wieków mieszkali na terenie Europy Środkowo-Wschodniej ma większe prawa do ziemi w Palestynie od muzułmanów i chrześcijan, którzy mieszkają tam bez przerwy od starożytności. Czy stosując podobną logikę pierwotni mieszkańcy mogliby żądać np. terenów Anglii powołując się na starożytne budowle jak te w Stonehenge? Wszystkie te wątpliwości spotykały się z jednym argumentem: Bóg obiecał Abrahamowi ziemię w Palestynie 3800 lat temu. W wywiadzie nie było o tym mowy, ale każdemu Polakowi powinna się w takim momencie zapalić czerwona lampka z napisem Polin czy Judeopolonia.
Huckabee ma za sobą długą i nie pozbawioną sukcesów karierę polityczną, jednak w świetle powyższych wypowiedzi dla jego politycznej tożsamości ważniejszy wydaje się fakt, że był także pastorem w kościele baptystów. Jest to jedna z wielu protestanckich sekt składających się na ruch tzw. ewangelistów wyznających osobliwą religię chrześcijańskiego syjonizmu. Ich liczbę w USA szacuje się na około 60 milionów. Nie należy ich w żadnym wypadku łączyć ze znanymi w Europie tradycyjnymi wyznaniami protestanckimi jak np. ewangelicy.
Ich praktyki religijne charakteryzuje emocjonalność, której erupcje następują podczas ogromnych mityngów, w czasie których doznają silnych uniesień, a nawet wpadają w swego rodzaju transy, na ogół pozostając pod ogromnym wpływem charyzmatycznych mówców i autorów bestsellerowych książek. Są zdyscyplinowanymi wyborcami kierującymi się wskazaniami liderów w wyborach politycznych. Paweł Lisicki w swoich znakomitych książkach, przedstawił wnikliwe analizy ich wierzeń, a ostatnia praca „Mesjasz i trzecia świątynia. Herezja chrześcijańskiego syjonizmu, jej wyznawcy i ich wojny” w całości poświęcona jest temu zjawisku i powinna stać się lekturą każdego kto chce je zrozumieć.
Wiara chrześcijańskich syjonistów w największym skrócie polega na uznaniu aktualności przyrzeczeń danych plemieniu Abrahama i jego następców. Jak godzą to z wyznawanym jednocześnie komponentem chrześcijańskim, dla którego kluczowa jest postać Jezusa i przekonanie, że jego przyjście na świat i męczeńska śmierć wypełniła dawne proroctwa, a uniwersalny chrześcijański kościół zastąpił naród wybrany? Służy temu teoria dwóch równoległych dróg do zbawienia: jednej chrześcijańskiej, ale także drugiej, wywodzącej się wprost ze Starego Testamentu, która nadal obowiązuje.
Takim karkołomnym zabiegom sprzyja uprawiany w ostatnich dekadach przez kolejnych papieży tzw. dialogizm i zapoczątkowany przez „papieża Polaka” mit „starszych braci w wierze”. Chrześcijanie powinni więc jednocześnie miłować nieprzyjaciół, uznawać, że wobec Boga „nie ma Żyda ani Greka”, ale jednocześnie popierać współczesną wersję masakry Amalekitów i innych ludów czy jednostek, które tak jak Palestyńczycy czy Tucker Carlson sprzeciwiły się Izraelowi, a więc w domyśle woli Bożej.
Znani współcześni rabini nie ustają w zabiegach aby uzyskać od kolejnych papieży deklarację poparcia dla państwa Izrael opartą na Piśmie Świętym. Co więcej, „chrześcijańscy syjoniści” traktują Biblię dosłownie i drobiazgowo przypisują konkretnym zdarzeniom historycznym wypełnienie równie konkretnych proroctw sprzed kilku tysięcy lat. Nowy okres tych realizacji zaczął się w 1948 r. wraz z powstaniem nowoczesnego Izraela, kolejny etap to zajęcie Jerozolimy po agresji w 1967 r. oraz okupacja Samarii i Judei czyli Zachodniego Brzegu Jordanu. Następne jakie mają nastąpić to budowa Trzeciej Świątyni po wyburzeniu zajmujących stosowne miejsce jerozolimskich meczetów Omara i Al – Aksa.
Ponieważ jednak wywołałoby to wojnę z muzułmanami aby tego dokonać trzeba najpierw zdemolować jakiekolwiek zorganizowane siły mogące się temu przeciwstawić. Temu służyło zniszczenie Iraku, Syrii, Libanu i w ciąg takich działań logicznie wpisuje się konsekwentne dążenie do zniszczenia Iranu jako państwa z własną zaawansowaną technologicznie armią i infrastrukturą pozwalającą stawić znaczący opór regionalnemu hegemonowi.
Niektóre z interpretacji identyfikują również w Starym Testamencie Rosję i Moskwę jako wrogie siły Goga i Magoga z kraju Meszek i Tubal opisane w księdze Ezechiela. Co szczególnie niepokojące z tak odbudowanej świątyni najpierw panować ma Antychryst, a dopiero potem nadejdzie 1000 letnie panowanie Mesjasza.
Jak to możliwe, że kojarzeni w Polsce z pragmatyzmem, wolnością i realizmem Amerykanie ulegli tego typu szaleńczym wizjom i pozwolili podporządkować im swoją politykę?
Prawdopodobnie kluczowym momentem, który zaczął ten proces, a miał miejsce jeszcze na starym kontynencie było powstanie protestantyzmu, który położył znacznie większy nacisk na Stary Testament, a następnie emigracja jego najbardziej fanatycznych przedstawicieli do Ameryki. W ten sposób powstało państwo z jednej strony lokujące się w samej szpicy oświeceniowego postępu utożsamianego z rozumem, realizmem i prawami człowieka, ale którego obywatele karmieni byli stale opisami dokonywanych w imię Boga starotestamentowych masakr i jeszcze w XX wieku utrzymywali rasową segregację. Euforia i poczucie mocy związane z sukcesami w walkach z praktycznie bezbronnymi Indianami, łatwo podbijany bogaty, oszałamiający przyrodniczo i przyjazny klimatycznie kraj rodziły przekonanie, że Amerykanie także mają do czynienia z nową ziemią obiecaną, a sami są nowym narodem wybranym lub zaginionym plemieniem Izraela. Wszystko to o wiele bardziej pasowało do ducha Starego Testamentu niż do Chrystusowego „królestwo moje nie jest z tego świata.”
Można więc mówić o silnym pokrewieństwie ducha zrodzonym z podobnych mitów i splątanych z nimi doświadczeń. Jedna z ostatnich książek badającego te zjawiska E. Michaela Jonesa nosi znamienny tytuł: „Z Biblią i z karabinem. Wzrost, upadek i powrót amerykańskiej tożsamości.” (tłum. O.S.) Cytowany przez P. Lisickiego prowadzący przy pomocy najnowocześniejszych samolotów, rakiet i czołgów eksterminację uzbrojonych w karabiny i domowej produkcji rakiety arabskich mieszkańców Palestyny Premier Netanjahu ujął to następująco: „Nasze roszczenie do tej ziemi oparte jest na największym i bezspornym dokumencie w całym stworzonym świecie – Świętej Biblii. To Biblia dała nam prawo do tej ziemi.”
Kolejnym powodem przejmowania ideowej władzy nad amerykańskimi umysłami, a w konsekwencji nad polityką był upadek moralny i religijny tradycyjnych elit, które opisywał krytycznie np. C. Wright Mills w swojej popularnej kiedyś w Polsce „Elicie władzy”, a upadek których zanalizował ostatnio E. Todd w „Klęsce Zachodu”. Todd w odróżnieniu od Millsa wskazywał na pozytywne aspekty dawnego etosu znających się od pokoleń członków rodzin określanych w skrócie jako WASP – Biali, AngloSascy Protestanci.
Akta Epsteina i stopień deprawacji jaki się z nich wyłania to zwieńczenie dłuższego procesu, którego początek datuje się najczęściej na lata rewolucji obyczajowej lat 1960. Równocześnie z upadkiem moralnym i obyczajowym postępował też upadek wpływów politycznych. WASP tracili swoje pozycje kolejno w finansach, w sztuce, w nauce, we władzy sądowniczej, aż przyszła kolej na najbardziej widoczne pozycje jakimi są stanowiska wybieralnych, demokratycznych polityków. Postacie Baracka Obamy, ale także Donalda Trumpa i sporej części jego ekipy dobrze odzwierciedlają tę zmianę, trzeba jednak pamiętać, że polityka, którą widzimy to wierzchołek góry lodowej, zmiany na jej szczycie to rezultat długich i sięgających głębiej procesów.
W sytuacji upadku dawnych elit i zaniku tradycyjnych etosów wzrost znaczenia mniejszościowych, ale silnie zmotywowanych, a nie rzadko wręcz sfanatyzowanych grup religijnych był ułatwiony. Co więcej nakłada się na to kryzys moralny i doktrynalny Kościoła katolickiego. Jak trafnie podsumowuje to P. Lisicki: „Mniejsza, ale dobrze zorganizowana i mająca własny program wspólnota jest nieporównywalnie bardziej potężna niż wspólnota amorficzna, wewnętrznie sparaliżowana.” I znowu nasuwają się smutne analogie do współczesnego społeczeństwa polskiego i jego zadziwiającej podatności na manipulacje obcych, spojonych różnymi typami solidarności grup mniejszościowych.
P. Lisicki poświęca także fragmenty swojej książki datującemu się od prezydentury Ronalda Reagana nagłemu wzrostowi znaczenia wyznającej rasistowskie idee sekty Chabad-Lubawicz. W tym świetle inaczej należy spojrzeć na zgaszenie Chanuki w polskim sejmie przez Grzegorza Brauna. Symbole i rytuały są związane z ideami i tak samo jak tamte mają konsekwencje.
Religia, polityka, pieniądze, ludzkie namiętności mieszają się w historii od zawsze niczym w bulgoczącym tyglu. Dlatego stworzona przez Szekspira mająca miejsce w XV w. scena, w której Henryk V wysłuchuje uzasadnienia swoich pretensji do francuskiego tronu, a zawiłe zależności dynastyczne wyłuszczają niewiele z tego rozumiejącym wojownikom, mający w tym finansowy interes katoliccy zakonnicy, nadal tłumaczy politykę nie gorzej, a w wielu wypadkach lepiej niż analizy nawet utytułowanych autorytetów i ich słuchaczy, którzy nie mogą się nadziwić dlaczego Ameryka działa wbrew logice, rozsądkowi i interesom własnych obywateli. Fakt, że wielu Amerykanów wierzy niczym dawni krzyżowcy iż „Bóg tak chce” nadal nie może być ignorowany, choć miecze i kopie zostały zastąpione przez drony, rakiety, satelity i pozostające póki co w odwodzie bomby atomowe, tylko Chrystusa zastąpił krwiożerczy Jehowa.
W tym miejscu warto zauważyć, że postulat radykalnego zerwania ze Starym Testamentem pojawił się w chrześcijaństwie już w II wieku n.e. w postaci nauki Marcjona, który jednak przegrał i został uznany za heretyka. Z kolei autor motta tego artykułu Artur Schopenhauer patrząc na religie z zewnątrz wskazał na to co odczuwa każdy uważny słuchacz kolejnych czytań w czasie Mszy świętej. Trudno o większy kontrast niż ten jaki zachodzi między tekstami ze Starego i Nowego Testamentu. Ten pierwszy według wielkiego Gdańszczanina jest optymistyczny, skierowany na doczesny sukces, podczas gdy chrześcijaństwo przenosi nasze nadzieje na lepszy świat poza ziemską rzeczywistość, wzywa do wyrzeczeń i ascezy. Dlatego chrześcijaństwo, a szczególnie katolicyzm według autora rozdziału „O zaprzeczeniu woli życia” ma znacznie więcej wspólnego z wzywającymi do uwolnienia się z sansary buddyzmem i Wedami niż jak chciał JPII z religią „naszych starszych braci w wierze”.
Roman Dmowski następująco przełożył to na realia polityki: „Niewątpliwie głębokie rozumienie i szczere wyznawanie zasad chrześcijańskich oraz zasad Ewangelii, które istnieją w katolicyzmie – bo protestantyzm nawrócił od Ewangelii ku staremu Testamentowi – nie godzi się z bezwzględnym egoizmem narodowym. Każe rozróżniać w walce między narodami wojnę sprawiedliwą od niesprawiedliwej, potępia brak skrupułów w wybieraniu środków walki.”
Żyjemy w czasach ciekawych, więc takie pytania może powrócą. Tak jak u Szekspira w cieniu rozważań nad uzasadnieniami prawno – religijnymi toczy się tzw. realna polityka. Akcja na ogół wywołuje reakcję. W obliczu tak jawnego podporządkowania polityki amerykańskiej Izraelowi i lobby żydowskiemu w USA amerykańscy patrioci wracają do spraw upychanych od dekad w worku z napisem teorie spiskowe. Jeffrey Sachs przypomina, że zamordowany w do dzisiaj niewyjaśnionych okolicznościach JF Kennedy przeciwstawiał się uzyskaniu przez Izrael broni jądrowej, a jego politykę sabotowała CIA, T. Carlson pyta dlaczego nie ujawniono akt dotyczących ataku na WTC, Thomas Massie i członkowie ruchu MAGA mówią o wpływie AIPAC i nie pozwalają by bomby na Iran przykryły akta Epsteina. Z głębokiego cienia wyłoni się być może sprawa Rezerwy Federalnej, kreowania pieniądza z niczego, tego kto i dlaczego ma na to monopol. I wtedy zrobi się jeszcze ciekawiej.
Olaf Swolkień Myśl Polska, nr 11-12 (15-22.03.2026)