Moja ulubiona teoria spiskowa

Moja ulubiona teoria spiskowa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    12 maja 2026 michalkiewicz

Co było najtwardszym jądrem systemu komunistycznego? Najtwardszym jądrem była bezpieka – co wyszło na jaw w stanie wojennym, kiedy to na rozkaz bezpieczniaków, internowany został Edward Gierek i jego pierwszy minister Piotr Jaroszewicz. Nie chodziło o to, że Gierek, czy Jaroszewicz stwarzali jakieś zagrożenie dla socjalizmu, czy sojuszów. Ani jednemu, ani drugiemu taki pomysł nie przyszedłby do głowy nawet w gorączce. Chodziło wiec o to, by przy pomocy tej aluzji dać tubylczemu narodowi do zrozumienia, że partia już się nie liczy. Oto wpakowaliśmy za kratki pierwszego sekretarza i co? I nic – ani jeden głos nie podniósł się w jego obronie. Toteż bezpieka wojskowa i cywilna administruje w pełnej zgodzie i harmonii stanem wojennym – aż do roku 1984.

Wtedy dochodzi do fermentacji w ZSRR, którym wcześniej rządzili sklerotyczni starcy: Breżniew, Andropow i Czernienko, co to nie byli już w stanie zareagować na erozję systemu jałtańskiego – czy bronić go do upadłego, czy zrobić coś alternatywnego. Musiały tam trwać przygotowania do zmiany na szczytach władczy, które przełożyły się na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju. Nie było bowiem bez znaczenia, kto będzie wykonywał nowe rozkazy z Moskwy. Toteż jesienią 1984 roku doszło do konfrontacji między wywiadem wojskowym i bezpieką „cywilną”, czyli SB, czego zewnętrznym wyrazem było zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki. Warto przypomnieć, że generał Kiszczak powiedział wtedy, że to morderstwo miało „uderzyć w generała Jaruzelskiego”, czyli w wywiad wojskowy.

Ta wojna zakończyła się już w maju 1985 roku, zaraz po tym, jak w marcu 1985 roku nowy sekretarz KC KPZR Michał Gorbaczow, spotkał się w Genewie z prezydentem Ronaldem Reaganem, któremu zaproponował, by wspólnie ustanowili nowy porządek polityczny w Europie – a ZSRR odstąpi od desperackiej obrony porządku jałtańskiego. Ze wszystkich stanowisk pytajnych i państwowych został zdymisjonowany gen. Mirosław Milewski, co świadczyło, że na placu boju pozostał wywiad wojskowy. Miało to przełożenie na przełomie lat 80-tych i 90-tych, kiedy to SB została poddana „weryfikacji”, podczas gdy wywiad wojskowy przeszedł transformację w szyku zwartym i jako Wojskowe Służby Informacyjne, nadzorował prawidłowy jej przebieg.

Oferta sowiecka została przez Amerykanów przyjęta – o czym świadczyły regularne, coroczne spotkania obydwu przywódców, podczas których szczegóły nowego porządku były stopniowo konkretyzowane. I już na następnym spotkaniu w Rejkjaviku na Islandii w roku 1986 okazało się, że istotnym elementem tego nowego porządku będzie ewakuacja imperium sowieckiego ze Środkowej Europy. Ta ewakuacja nastąpiła co prawda prawie 10 lat później – ale wtedy pojawiła się wiarygodna informacja, że tak będzie – która wywołała ogromny rezonans w państwach Europy Środkowej, w których rozpoczęły się przygotowania do sławnej transformacji ustrojowej. Wiadomo było bowiem, że jak tylko Sowieci się ewakuują, to ten ustrój, jakiego świat nie widział, nie przetrwa długo, więc trzeba zawczasu przygotować się do nowego ustroju.

W nowym ustroju, o pozycji społecznej i politycznej będzie decydował stan posiadania, toteż środowisko władzy, czyli tzw. „nomenklatura” rozpoczęło gromadzenie majątków poprzez rozkradanie majątku państwowego. Służyły temu celowi spółki nomenklaturowe i „afery” – na przykład afera Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, w ramach której bezpieka ukradła 1640 mln dolarów, teoretycznie wyasygnowanych na skupienie polskich weksli na międzynarodowym rynku finansowym.

To był jeden z systemowych nurtów przygotowań do transformacji ustrojowej, Drugim systemowym nurtem była selekcja kadrowa w strukturach opozycyjnych, by w jej następstwie wyłonić taką reprezentację społeczeństwa, do której wywiad wojskowy miałby zaufanie i z którą podzieliłby się władzą w taki sposób, by jego pozycji nic nigdy zagrozić nie mogło. I tak się stało. Na czele reprezentacji społecznej, jako papierek lakmusowy, został postawiony Kukuniek, otoczony przez przedstawicieli „lewicy laickiej”, czyli dawnych stalinowców, którzy mimo różnych dąsów – zachowali serca po lewej stronie – jak przykazał Stalin. Ukształtowany wtedy system polityczny przetrwał do dnia dzisiejszego z tym, że nazwy tworzących go formacji wprawdzie się zmieniają, ale nie zmienia się sprawa zasadnicza. Chodzi o to, by ani z jednej, ani z drugiej strony nie pojawiła się żadna polityczna alternatywa. Toteż – uprzedzając nieco chronologię – kiedy wskutek niedopatrzenia się pojawiła w postaci Konfederacji, zarówno Volksdeutsche Partei, jak i PiS, ponad podziałami dążą się jej neutralizacji i wyeliminowania.

Ale oprócz tych systemowych przygotowań do transformacji ustrojowej pojawił się nurt trzeci – przygotowań prywatnych. Bezpieczniacy są wprawdzie zdemoralizowani, co się objawia w gotowości służenia każdemu, kto im obieca możliwość pasożytowania na historycznym narodzie tubylczym – ale inteligentni i spostrzegawczy. Dążąc do zagwarantowania sobie osobistej polisy ubezpieczeniowej na wypadek, gdy Sowietów już tu nie będzie, postawili na odwrócenie sojuszy, to znaczy – zawczasu przewerbowali się na służbę do naszych nowych sojuszników w słusznym – jak się okazało – przekonaniu, że oni nie dadzą im – jako swoim agentom – zrobić krzywdy. Tedy jedni przewerbowali się do służb amerykańskich, inni – do niemieckiej BND, jeszcze inni – do izraelskiego Mosadu, a reszta została przy rosyjskim GRU.

W ten sposób ukształtowały się trzy stronnictwa, które rotacyjnie administrują naszym nieszczęśliwym krajem: Stronnictwo Ruskie – obecnie w konspiracji, Stronnictwo Pruskie – obecnie u steru oraz Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie, pragnące do steru powrócić. Zależności, jakie się w trakcie transformacji ustrojowej ukształtowały, przetrwały do dnia dzisiejszego na skutek dwóch czynników. Pierwszym z nich jest dziedziczenie pozycji społecznej, w ramach którego dzieci agentów zostają agentami. Mamy więc całe bezpieczniackie dynastie, które mogliśmy obserwować choćby podczas konferencji „Most” w czerwcu 2015 roku. Drugim czynnikiem jest agentura. Werbowana i za komuny i za „wolnej Polski” obsadziła wszystkie kluczowe dla życia państwowego i publicznego miejsca i za jej pośrednictwem poszczególne stronnictwa ręcznie sterują nie tylko życiem państwowym, ale całym życiem publicznym, religijnego odcinka nie wyłączając.

A przypominam to wszystko w związku z zamieszaniem, wywołanym przez pana prezydenta Karola Nawrockiego, który zamierza opublikować „Aneks” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”, których oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Sonder-crypto i Sonderkommando

Sonder-crypto i Sonderkommando

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    3 maja 2026 michalkiewicz

Od polityki uciec niepodobna, toteż nic dziwnego, że polityczne korzyści można odnieść dosłownie ze wszystkiego, podobnie, jak pieniądze. Tak właśnie w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” poucza poeta: „Z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda”. Toteż vaginet obywatela Tuska Donalda z zagadkowych powodów uparł się, żeby uregulować obrót kryptowalutami i w tym celu opracował, a nawet uchwalił w Knesejmie specjalną ustawę, którą jednak pan prezydent Karol Nawrocki zawetował. Vaginet jednak nie rezygnował i kiedy tylko ochłonął z porażki, skierował do pana prezydenta następną ustawę, którą pan prezydent też zawetował, ponieważ mało, a być może nawet wcale nie różniła się od tej pierwszej. W dodatku tego drugiego veta też nie udało się odrzucić.

W tej sytuacji koalicyjna partia „Polska 2050” skierowała do Sejmu kolejny projekt ustawy, z której powykreślała przepisy kwestionowane przez pana prezydenta.

W tak zwanym międzyczasie jednak wybuchła straszliwa afera, podobna do zapomnianej już dzisiaj afery „Ambergold”. Oto na estońskich papierach działała w Polsce giełda kryptowalut „Zondacrypto”, w ramach której rozmaici „inwestorzy” wpłacali prawdziwe pieniądze, w zamian za co dostawali obietnice, że zarobią krocie na kryptowalutach. Dokładnie tak samo było w przypadku Ambergold: „inwestorzy” wpłacali prawdziwe pieniądze, a w zamian za to dostawali papierki na których było napisane, że reprezentują one wartość tylu to a tylu (kilo)gramów złota. Wreszcie czar prysnął, więc „inwestorzy” runęli do siedzib „Ambergold” – ale okazało się, że są one na głucho zamknięte. W tej sytuacji niezależna prokuratura wszczęła tak zwane „energiczne śledztwo” – ale nie od razu, tylko dopiero wtedy, kiedy było już pewne, że pieniądze ulotniły się w nieznanym kierunku. Powołana została nawet specjalna sejmowa komisja śledcza pod przewodnictwem Wielce Czcigodnej Małgorzaty Wassermanówny, która po odbyciu serii przesłuchań, podczas których Wielce Czcigodni posłowie zasypywali delikwentów tzw. krzyżowym ogniem pytań, ustaliła, że organy państwowe, przede wszystkim niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego oraz prokuratura, nie zachowały sie w tej sprawie na poziomie. Dlaczego nie zachowały się na poziomie – na to pytanie komisja już nie odważyła się odpowiedzieć, bo nie odważyła się go postawić. I słusznie – bo w domu wisielca nie rozprawia się o sznurze.

Oczywiście mimo podobieństw są i różnice. Na przykład giełda kryptowalut „Zondacrypto”, którą złośliwcy już przezywają „Sonder-crypto” była dość hojna i to ponad podziałami. Najwyraźniej ścisłe kierownictwo musiało kierować się przestrogą Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który pisał: ”Bo mówiła żony ciotka; tych co płacą – nic nie spotka” – toteż o korzystanie z subwencji „Sonder-crypto” podejrzewana jest zarówno wysługująca się Volksdeutsche Partei telewizyjna stacja TVN, jak i wysługująca się PiS-owi Telewizja Republika, a nawet pojedynczy, Wielce Czcigodni posłowie, wśród których najczęściej wspominany jest Wielce Czcigodny Przemysław Wipler. Beneficjentem „Sonder-crypto” miał być też Polski Komitet Olimpijski, który nawet miał specjalną umowę – ale do wypłacenia forsy zdobywcom olimpijskich medali nie doszło.

A nie doszło dlatego, że „Sonder-crypto” z dnia na dzień zakończyła działalność, a amatorzy krociowych zysków z kryptowalut zostali – jak to się mówi – z fiatem w garści. Obywatel Tusk Donald, najwyraźniej w rozdziale bonusów musiał zostać pominięty, bo strasznie się przeciwko „Sonder-crypto” nasraża i – niczym Bolesław Śmiały w balladzie Adama Mickiewicza „Lilie” – „srogie głosi kary” – ale forsy nigdzie nie ma, zaś obywatel Żurek Waldemar apeluje do „inwestorów”, żeby zgłaszali się do katowickiej prokuratury – jakby to mogło coś pomóc.

Tymczasem gruchnęła wieść, że prezes „Sonder-crypto” pan Przemysław Kral, co to jeszcze 9 kwietnia przekonywał, że sytuacja jest „pod kontrolą”, już kilka dni później odnalazł się… w Izraelu – jak można się domyślać – z forsą. Sytuacja rzeczywiście mogła być „pod kontrolą” tyle, że nie pod kontrolą ze strony „inwestorów” co podejrzliwców skłania do snucia teorii spiskowych, że cała afera – podobnie jak „Ambergold” a wcześniej – „matka wszystkich afer”, czyli afera FOZZ – została zmontowana przez stare kiejkuty, które z izraelskim Mosadem trzymają przecież sztamę.

Toteż pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, który w pierwszym odruchu chciał nawet powoływać komisję sejmową, rychło od tego zamiaru odstąpił. Czy przekonał go do tego wicemarszałek Szymon Hołownia, że sprawę winny wziąć w wypróbowane ręce „służby” i prokuratura, czy dostał telefon: wiecie, rozumiecie Czarzasty; wy się cieszcie, żeście żywi, zdrowi, więc po co wam jeszcze tu jakieś komisje potrzebne do szczęścia? Jak tam było, tak tam było – mawiał dobry wojak Szwejk. Okazuje się, że rację miał Janusz Wilhelmi, który jeszcze za pierwszej komuny przestrzegał, by nie ulegać pierwszym odruchom – bo mogą być uczciwe.

Tymczasem pan prezydent Karol Nawrocki, jeszcze przed rezygnacją pana prof. Cenckiewicza z funkcji szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, po ostentacyjnym olaniu ciepłym moczem przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego i ABW korzystnego dlań wyroku NSA, zapowiedział ujawnienie przed opinią publiczną Aneksu” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”. Natychmiast zareagował na tę wieść pan generał Marek Dukaczewski, którego resortowa „Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik, zawsze woła do TVN, gdy tylko coś się u nas, albo i za granicą dzieje, a pan generał nie tylko mówi – jak jest – ale również – jak będzie – że jest absolutnie przeciwny takim antypaństwowym poczynaniom.

Ciekawe, że i Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, po kolacji Mateuszem Morawieckim, podczas której podano bigos hultajski, powiedział, że w tym całym „Aneksie” to tylko „publicystyka”, a jego „świętej pamięci brat” też był przeciwny jego ujawnianiu , podobnie jak wszyscy pozostali panowie prezydenci – z Andrzejem Dudą włącznie. Okazuje się, że są sprawy, w których zarówno pan generał Dukaczewski, jak i obywatel Tusk Donald, a także – Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński mają ponad podziałami identyczne zdanie. Toteż i Wielce Czcigodny pan marszałek Włodzimierz Czarzasty już nie ulega żadnym pierwszym odruchom, tylko naigrawa się z pana prezydenta, który zwrócił się doń z prośbą o „opinię” w sprawie publikacji „Aneksu” – że ten pomysł najwyraźniej musiał przyjść mu do głowy „podczas kąpieli”. Trudno tak od razu powiedzieć, czy to dobrze, czy to źle – ale jedno wydaje się pewne – że również w III Rzeczypospolitej – zanim zostanie ona przepoczwarzona w Generalną Gubernię – są stałe punkty we Wszechświecie, których nikomu nie wolno tknąć, ani – tym bardziej – ruszyć, bo w przeciwnym razie sam zostanie ruchnięty.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Tu czy tam – migrena

Tu czy tam – migrena

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   2 maja 2026 michalkiewicz

Są kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka” – mawiał brytyjski premier z korzeniami, Beniamin Disraeli.

A cóż dopiero mówić o sondażach? To więcej, niż ohydne kłamstwa, a nawet więcej, niż statystyka, bo służą one robieniu ludziom wody z mózgu, zwłaszcza w czasie odległym od dnia wyborów. Im bliżej wyborów, tym bardziej sondażownie muszą się pilnować, żeby nie było zbyt wielkich różnic między sondażami, a wynikami, bo to podrywa zaufanie. Ale kiedy do wyborów jest rok, albo nawet więcej, to hulaj dusza, piekła nie ma! No i właśnie mamy sytuację, gdy do wyborów jest ponad rok, a w sondażowniach święci triumfy Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Nie musi to być zaraz jakieś ohydne kłamstwo, bo sympatia do politycznych gangów ma w Polsce charakter całkowicie irracjonalny i nie zależy wcale od tego, co gangi robią.

Na przykład vaginet obywatela Tuska Donalda funkcjonuje dzięki stachanowskiemu zadłużaniu państwa, kiedy mimo to, sektor ochrony zdrowia właśnie zbankrutował – a słupki sondażowe ani drgną. Najwyraźniej wyznawcom Volksdeutsche Partei musi być wszystko jedno, jak głęboko zadłuży ich vaginet u lichwiarskiej międzynarodówki, ani nawet to, czy w potrzebie pochyli się nad nimi jakiś doktor, czy będą umierać w samotności – byle tylko obywatel Tusk Donald i jego żrące się między sobą vaginessy trwały u steru. Jeśli to nie jest dowód na całkowity zanik instynktu politycznego w naszym, mniej wartościowym społeczeństwie tubylczym, to ja jestem chińskim mandarynem.

Podobnie zresztą jest z wyznawcami Naczelnika Państwa, który za sprawą Mateusza Morawieckiego Naczelnikiem właśnie być przestaje. Wyznawcy Naczelnika bowiem, bez względu na to, że Naczelnik w sprawach istotnych dla Państwa robi to samo, co obywatel Tusk Donald, daliby się za niego posiekać – chociaż gdy ich dopytywać, dlaczego właściwie, to nie bardzo potrafią to wyjaśnić. Najwyraźniej stare kiejkuty, które na zlecenie zagranicznych central wywiadowczych, aranżują życie publiczne w naszym nieszczęśliwym kraju, przez ostatnie 26 lat zdążyły doprowadzić konstytucyjną większość obywateli do stanu onieprzytomnienia, w związku z czym ewentualny powrót do normalności wydaje się coraz bardziej wątpliwy.

Ale dość już tego narzekania, bo przyszłość naszego nieszczęśliwego kraju rysuje się ciekawie w tym sensie, że historia może się powtórzyć i to dosłownie. Mam na myśli sondaże, wskazujące, iż Volksdeutsche Partei wprawdzie uzyskałaby najlepszy wynik wyborczy – ale niewystarczający do samodzielnego utworzenia vaginetu, zwłaszcza, że notowania obecnych jej koalicjantów, poza Lewicą, szorują poniżej 5-procentowej klauzuli zaporowej. Z PiS-em jest podobnie; jego notowania są prawie o 5 procent niższe, a przecież nie wiadomo, jak długo masy będą wierzyć, że fronda Mateusza Morawieckiego nie zmierza przypadkiem do tego, by zneutralizować PiS i Naczelnika – bo Niemcy nie potrzebują już u nas żadnych listków figowych – tylko naprawdę chodzi o to, by PiS oddychało „dwoma płucami”?

Jeśli jednak Mateusz Morawiecki dojdzie do wniosku, że Naczelnika trzeba wreszcie spuścić z wodą, to wtedy obywatel Tusk Donald może liczyć na „wielką koalicję” złożoną z Volksdeutsche Partei, resztek po PiS-ie, no i Lewicy. Jeśli jednak Mateusz Morawiecki zachce uniknąć ostentacji i tylko „pięknie się różnić” z Volksdeutsche Partei, to w naszym nieszczęśliwym kraju historia może się powtórzyć.

Chodzi o to, że PiS obecnie uzyskuje w sondażach wyniki oscylujące wokół 29 procent, co oczywiście nie pozwala na samodzielne rządy z panem prof. Czarnkiem jako premierem. Volksdeutsche Partei w najnowszym sondażu ma 33 procent, a Lewica – prawie 7. Z drugiej strony Konfederacja notuje 12,5 procenta, a Konfederacja Korony Polskiej – 6,3 procenta. Gdyby zatem taki rezultat dotrwał do wyborów w roku 2027, a do tego czasu KKP Grzegorza Brauna nie zostałaby zdelegalizowana – do czego dąży obywatel Żurek Waldemar, wspierany nawet przez pana ambasadora Różę – to PiS i obydwie Konfederacje miałyby w sumie prawie 49 procent głosów, podczas gdy Volksdeutsche Partei i Lewica – tylko 40 – bo reszta – jak wspomniałem – szoruje poniżej 5 procent. W takiej sytuacji marzenie PiS o powrocie do władzy mogłoby się spełnić – ale za cenę wejścia z koalicję z obydwiema Konfederacjami i ewentualnie – z PSL-em – bo PSL, niezależnie od sondaży, zawsze przeturla się przez barierę 5 procent z uwagi na zaplecze, które jeszcze za komuny zawłaszczyło wszystkie synekury w sektorze publicznym w gminach wiejskich i małych miasteczkach. Nie ma w tym ani krzty żadnej ideologii, a tylko walka o byt – bo ci synekurowi beneficjenci doskonale wiedzą, że są bezpieczni tylko pod warunkiem, że PSL jest w Sejmie w charakterze języczka u wagi, więc do wyborów idą kupą

Musimy jednak zdać sobie sprawę z konsekwencji takiej koalicji. Mogłaby powtórzyć się sytuacja z roku 1997, kiedy to po rządach SLD i PSL nastała koalicja AWS: – Unia Wolności. SLD i PSL oskarżane były – i słusznie – o „zawłaszczenie państwa”, to znaczy o o obsadzenie swoimi zwolennikami wszystkich możliwych synekur w sektorze publicznym. Toteż nowa koalicja nie miała gdzie osadzić swoich zwolenników, bo wszystkie miejsca były zajęte i nawet zmiana rządu nic tu nie mogła pomóc.

W tej sytuacji nie było rady – trzeba było przeprowadzić wiekopomne reformy, którymi zajął się charyzmatyczny premier Buzek. Chodziło o to, by pod pretekstem przychylania obywatelom nieba, utworzyć mnóstwo nowych synekur w sektorze publicznym, gdzie można by osadzić zaplecze nowej koalicji. I tak właśnie się stało, wskutek czego koszty funkcjonowania państwa skokowo wzrosły o 100 mld złotych rocznie – bo na tych synekurach to nikt byle czego przecież nie zje. Teraz Volksdeutsche Partei z koalicjantami też „zawłaszczyła państwo” – więc jeśli nawet nowa koalicja zaordynowałaby państwu radykalną kurację przeczyszczającą, to z uwagi na uwarunkowania prawne, trzeba by jednak stworzyć pewną liczbę nowych synekur w sektorze publicznym, zwłaszcza, że PSL-u raczej nie należałoby znikąd ruszać.

Wprawdzie Konfederacje opowiadają się przeciwko dalszemu rozbudowywaniu sektora publicznego, ale – po pierwsze – nie jest pewne, czy i one nie doszłyby do wniosku, że Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne nie tylko dla grzeszników z koalicji 13 grudnia, ale i dla tych porządnych – też – a po drugie – PiS żadnych ślubów panieńskich w tej mierze nie składało, więc jeśli nawet przedstawiciele obydwu Konfederacji zachowaliby chwalebną powściągliwość, to nikt chyba nie ma wątpliwości, że PiS i PSL same zjadłyby wszystkie łupy.

To jednak oznacza dalsze zadłużanie państwa, które przekłada się na kryzys demograficzny. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że niemowlęta jakimś szóstym zmysłem nie wyczuwają sytuacji i kiedy dowiadują, że zostały obciążone takim wysokim długiem, to zwyczajnie nie chcą się rodzić.

Stanisław Michalkiewicz

Sukces ma wielu ojców

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia/sukces-ma-wielu-ojcow

„Sukces ma wielu ojców, a klęska jest sierotą” – powiada popularne porzekadło. Nie wiadomo, czy prezydent Aleksander Łukaszenka wzoruje się na prokuratorze Judei Poncjuszu Piłacie, co to przed żydowskim świętem Paschy wypuszczał jakiegoś więźnia, czy po prostu tak wypadło, że wymiana więźniów dokonała się niemal w przeddzień 1 maja – dość, że wśród więźniów reżymu wypuszczonych przez prezydenta Łukaszenkę, znalazł się pan Andrzej Poczobut, który w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze przesiedział 5 lat.

Nie wiadomo, czy zostałby wypuszczony – ale tak się szczęśliwie złożyło, że tym razem obywatel Tusk Donald i jego minister sprawiedliwości, obywatel Żurek Waldemar, nie wykonali rozkazu ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego i nie wydali Ukraińcom pojmanego wcześniej przez polską bezpiekę jegomościa nazwiskiem Aleksander Butiagin, rosyjskiego archeologa, który robił jakieś wykopki na Krymie – za co Ukraińcy oskarżyli go, iż “niszczył” prastare ślady ukraińskiego władztwa nad tym półwyspem.

Czy dla obywatela Tuska ta ukraińska blaga była szyta zbyt grubymi nićmi – jako że żyje mnóstwo ludzi pamiętających, iż ukraińskie władztwo nad Krymem datuje się zaledwie od 1954 roku, więc żadnych, a zwłaszcza – prastarych śladów ukraińskiego władztwa być tam nie może, czy też Amerykanie zwrócili obywatelu Tusku uwagę, by zachował sobie jednak jakiegoś zakładnika na wymianę – dość na tym, że pan Butiagin nie został wydany Ukraińcom, dzięki czemu Polska mogła go wymienić na pana Andrzeja Poczobuta, co dla naszego nieszczęśliwego kraju było sprawą prestiżową.

   A było prestiżową – co zrozumiemy dopiero wtedy, gdy przypomnimygsobie moment, a zwłaszcza przyczynę uwięzienia pana Andrzeja Poczobuta. Oto w sierpniu 2020 roku na Białorusi (ciekawe, dlaczego pisanie “na Białorusi” jest prawidłowe, podczas gdy – “na Ukrainie” – nie tylko nieprawidłowe, ale nawet obraźliwe?) odbyły się wybory prezydenckie. Według oficjalnych danych wygrał je Aleksander Łukaszenka, uzyskując ponad 80 proc. głosów, podczas gdy kandydująca na prezydenta w zastępstwie swego aresztowanego męża pani Swietłana Cichanouska – tylko niecałe 10 proc.

W tym czasie Nasz Najważniejszy Sojusznik liczył na sukces “kolorowej rewolucji” na Białorusi, toteż gdy wyniki wyborów zostały ogłoszone, stolicą kraju wstrząsnęły demonstracje, podobne do tych, jakie tuż przed pierwszym izraelsko-amerykańskim uderzeniem na Iran wstrząsały Teheranem. Ale reżym Aleksandra Łukaszenki demonstracje stłumił, pani Swietłana czmychnęła z dziećmi na Litwę, a wszystko skrupiło się na Związku Polaków, który – jak zwykle – został poderwany  do walki z Aleksandrem Łukaszenką w charakterze najtwardszego jądra tamtejszej politycznej opozycji.

W roku 2005, wysłuchawszy zachęty  Kondolizy Rice, kierującej amerykańskim Departamentem Stanu, która zapragnęła “krzewić demokrację” na Białorusi, minister spraw zagranicznych Adam Daniel Rotfeld, w charakterze awangardy opozycji przeciwko Łukaszence, poderwał Związek Polaków. Skończyło się na jego rozgromieniu, a w rezultacie polskie wpływy na Białorusi zostały zniwelowane do gołej ziemi.

Przyczyniło się do tego również bęcwalstwo Ministerstwa Spraw Zagranicznych,  w Warszawie, kierowanego przez Wunderkinda naszej – pożal się Boże – dyplomacji, czyli Księcia-Małżonka, które dopuściło do ujawnienia danych na temat subwencji otrzymywanych od polskiego rządu m.in. przez działaczy Związku Polaków na Białorusi.

   Ponieważ utrzymywanie kontaktów z Putinem i Łukaszenką nasi Umiłowani Przywódcy mają od naszych Sojuszników surowo zakazane – bo Sojusznicy wolą kontaktować się z nimi na własną rękę – to dla utrzymania dobrego samopoczucia, nasi Umiłowani podtrzymują kontakty zastępcze.

Na przykład pan prezydent Duda “lubiał” bawić się w mocarstwowość z panią Swietłaną – co w końcu wykorzystał pan minister Kierwiński. Jak pamiętamy, gdy tak razu pewnego pan prezydent Duda zabawiał się w mocarstwowość z panią Świetłaną w Belwederze, naprzeciw bramy wyjazdowej “zepsuł się” miejski autobus i w rezultacie pan prezydent nie mógł z Belwederu wyjechać, by przyjść w sukurs panom Kamińskiemu i Wąsikowi, którzy właśnie zostali pojmani przez siepaczy w Pałacu Prezydenckim, gdzie schronili się w przekonaniu, że będą tam bezpieczni.

   Wracając do pana Andrzeja Poczobuta, to został on skazany w związku ze wspomnianymi protestami, pod pretekstem “faszyzmu”, czy może nawet “nazizmu” – bo nienawistne sądy na Białorusi powinność swej służby rozumieją, podobnie zresztą, jak i u nas. Judenrat “Gazety Wyborczej” szalenie mu w związku z tym współczuł i urządzał liczne “eventy” – ale panu Poczobutowi tyle to pomagało, co umarłemu kadzidło. Wreszcie prezydent Donald Trump wykombinował sobie, że lepiej będzie, jak zacznie Aleksandra Łukaszenkę obłaskawiać na zasadzie coś za coś.

Tedy w zamian za zwolnionych więźniów, Aleksander Łukaszenka  uzyskał możliwość wysyłania za granicę nawozów potasowych, które Białoruś produkuje jako trzeci producent na świecie. A że w związku z wojną przeciwko złowrogiemu Iranowi i dwustronną blokadą  cieśniny Ormuz, koniunktura na nawozy jest znakomita, to przekłada się ona też na koniunkturę w obrocie więźniami. Na fali tej koniunktury zwolniony został również pan Andrzej Poczobut.

   Tę okazję natychmiast wykorzystał obywatel Tusk Donald, by stworzyć wrażenie, jakoby uwolnienie pana Poczobuta było rezultatem jego osobistej zasługi – że mianowicie tak przycisnął do ściany Aleksandra Łukaszenkę, że ten puścił farbę i pana Poczobuta. “Lecz tymczasem na mieście inne były już treście” – że mianowicie uwolnienie pana Poczobuta uzyskał osobisty wysłannik prezydenta Donalda Trumpa, a przyczyniła się do tego okoliczność, że Polska akurat miała na wymianę zakładnika w osobie ruskiego archeologa, co to na Krymie – i tak dalej.

Obywatel Tusk co prawda utrzymuje, że ów ruski archeolog został pojmany dzięki rewolucyjnej czujności naszych “służb” – ale nic ta czujność by nie dała, gdyby nie zmiana nastawienia Amerykanów. Dzięki  niej bowiem Łukaszenka nie tylko wypuścił pana Poczobuta, ale w dodatku białoruski potas, chociaż – jak informuje sztuczna inteligencja – “w 2026 roku nie jest oficjalnie i masowo eksportowany przez Polskę” – ale potasowi pewnie wszystko jedno, czy jest eksportowany “oficjalnie”, czy też nie – dzięki czemu biznes może sze kręczycz, bo my wszystko verstehen.

   Toteż i pan prezydent Karol Nawrocki pochwalił się, że w uwolnieniu pana Andrzeja Poczobuta miał swój udział, jako przyjaciel prezydenta Donalda Trumpa, a na konferencji prasowej, obok amerykańskiego wysłannika na Białoruś, pojawił się Książę-Małżonek, aby chociaż część blasku opromieniającego Amerykanina, rykoszetem opromieniła również jego. Toteż nic dziwnego, że nakazał nam, byśmy się “radowali”. No to się radujemy.

Prof. Cenckiewicz schodzi z linii strzału

Prof. Cenckiewicz schodzi z linii strzału

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 30 kwietnia 2026 michalkiewicz

Okazuje się, że przygotowania do przepoczwarzenia naszego nieszczęśliwego kraju w Generalną Gubernię pod kuratelą niemiecką, mogą być bardziej zaawansowane, niż mógłby się z pozoru wydawać. Momentem zwrotnym są oczywiście wybory na Węgrzech, które, niewątpliwie przy wydatnej pomocy niemieckiej BND, wygrał Piotr Magyar. Na tę wydatną pomoc wskazuje poszlaka w postaci niekłamanej satysfakcji i autentycznej radości Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje oraz niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza, że Węgry „wracają do Europy”, czyli – pod niemiecką kuratelę. W zamian za zgodę na niemiecką kuratelę Piotrowi Magyarowi będzie można pozwolić na to, na co, przynajmniej w ostatnich miesiącach przed wyborami, nie pozwalano Wiktorowi Orbanowi.

Mam na myśli korzystanie z rosyjskiej ropy i gazu, których dostawy zostały przerwane również na Słowację pod pretekstem, że wskutek rosyjskiego nalotu rurociąg „Przyjaźń” został poważnie uszkodzony. Tak naprawdę chyba w ogóle uszkodzony nie został, tylko prezydent Zełeński, na polecenie niemieckiej BND, kazał zakręcić kurek. Na taką możliwość wskazuje choćby to, że od stycznia, kiedy rzekome uszkodzenie miało nastąpić, aż do wyborów na Węgrzech, nie można było rurociągu naprawić.

Kiedy jednak kanclerz Merz kazał prezydentowi Zełeńskiemu rurociąg uruchomić, wystarczyło kilka dni, by rosyjska ropa i gaz ponownie popłynęły na Węgry i Słowację, które w zamian odstąpiły od blokowania 90 miliardów euro subwencji dla ukraińskich oligarchów, żeby mogli sobie znowu trochę pokraść i nie stracili smaku do kontynuowania wojny do ostatniego Ukraińca. Wprawdzie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nazywa to „pożyczką”, ale zwróćmy uwagę, kto tę rzekomą „pożyczkę” dla Ukrainy ma spłacać. Otóż ma ją spłacać… Rosja – w ramach reparacji wojennych dla Ukrainy. W to, że jest to „pożyczka” zdaje się wierzyć tylko JE Robert Pszczel, chluba i duma naszej – pożal się Boże – dyplomacji – a w każdym razie sprawiał takie wrażenie występując w programie „Dzień na świecie” z panem red. Janem Mikrutą. Ja dość regularnie ten program oglądam i – słuchając wielu zapraszanych tam „ekspertów” m.in, dyplomatów – utwierdzam się w przekonaniu, iż ta cała nasza dyplomacja, to w większości Scheiss.

Inaczej zresztą być nie może z dwóch powodów; po pierwsze uprawianie jakiejkolwiek polityki, zwłaszcza zagranicznej, nasz nieszczęśliwy kraj ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, więc w tej sytuacji zasada doboru negatywnego w dyplomacji („Je vote pour le plus bete” – mawiał Jerzy Clemenceau – co się wykłada, że głosuję na najgłupszego), a po drugie chodzi o to, żeby dyplomaci nie konfundowali Księcia-Małżonka, który z racji umiejętności wiązania krawatów uważa się za wybitnego specjalistę w dziedzinie polityki zagranicznej. Tak było w Rosji za Piotra Wielkiego, który nawet wydał specjalny ukaz, że podwładny wobec zwierzchnika ma przybierać wygląd „lichy i durnowaty”, właśnie po to, by zwierzchnika nie konfundować. Dlatego po mieście krążą fałszywe pogłoski, że Książę-Małżonek tak forsuje kandydaturę p. Bogdana Klicha na ambasadora w Waszyngtonie, że ten, jako dyplomowany psychiatra, przepisuje Księciu-Małżonku mikstury, pozwalające mu sprawować urząd szefa naszej dyplomacji w sposób nie zwracający niczyjej uwagi. To oczywiście bardzo ładnie, że Książę-Małżonek potrafi być wdzięczny – ale z drugiej strony niepodobna nie przywołać tu porzekadła, że jaki pan – taki kram.

Wróćmy jednak do przygotowań do przepoczwarzenia naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju, w Generalną Gubernię. Oto przed bodajże dwoma tygodniami opinię publiczną zelektryzowała wieść, że pan prezydent Karol Nawrocki zamierza odtajnić i ogłosić „Aneks” do „Raportu o rozwiązaniu WSI”, przygotowany w swoim czasie przez złowrogiego Antoniego Macierewicza przy współpracy doktora Sławomira Cenckiewicza, który przy rozwiązywaniu Wojskowych Służb Informacyjnych też maczał palce. Wojskowe Służby Informacyjne, czyli stare kiejkuty, nawerbowały i za komuny i w „wolnej Polsce” tylu konfidentów, którzy przecież w roku 2006 „rozwiązani” nie zostali – że stare kiejkuty z powodzeniem mogą ręcznie sterować nie tylko całym życiem państwowym, ale również – całym życiem publicznym. Ale stare kiejkuty też podlegają centralom zagranicznym, do których podczas sławnej transformacji ustrojowej asekuracyjnie się przewerbowały. Skoro tedy zarówno działania prezydenta Trumpa, jak i działania JE pana ambasadora Tomasza Róży w Warszawie zdają się potwierdzać przyzwolenie, jakiego w marcu 2023 roku udzielił amerykański prezydent Józio Biden niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi, żeby – w nagrodę za dobre sprawowanie, tzn. – za odstąpienie od strategicznego partnerstwa z Rosją, Niemcy mogły urządzać sobie Europę po swojemu, to nic dziwnego, że i stare kiejkuty (a także watahy, które w tzw. międzyczasie ze starych kiejkutów wypączkowały) powinność swoje służby rozumieją i służą IV Rzeszy tak samo gorliwie, jak za pierwszej komuny służyły Sowietskomu Sojuzu.

W tej sytuacji nie dziwią nas już przygotowania do zaciągnięcia przed nienawistny sąd złowrogiego Antoniego Macierewicza, któremu sporo przewinień wobec starych kiejkutów rzeczywiście się nazbierało. Tym bardziej nie powinna nas zaskakiwać decyzja pana prof. Sławomira Cenckiewicza o zakończeniu służby w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego przy panu prezydencie Karolu Nawrockim. Jak pamiętamy, niedawno pan prof. Cenckiewicz uzyskał korzystny dla siebie wyrok NSA w sprawie swego dostępu do informacji niejawnych – ale Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego ostentacyjnie olała ten wyrok ciepłym moczem, dając w ten sposób do zrozumienia, kto tu komu podlegał, podlega i będzie podlegać. Skoro tak, to prof. Cenckiewiczu nie pozostawało nic innego, jak zejść z linii strzału, podobnie jak Naczelnikowi Państwa Jarosławowi Kaczyńskiemu nie pozostaje nic innego, jak maskować swoje podporządkowanie Mateuszowi Morawieckiemu opowieściami o „dwóch płucach”, jakimi teraz będzie (ledwie) dyszało PiS.

Zatem coraz mniej przeszkód piętrzy się na świetlistym szlaku, wiodącym ku Generalnej Guberni, a w tej sytuacji ciekawe, co zostanie przedstawione opinii publicznej, jako „Aneks” do „Raportu o rozwiązaniu WSI”. Pan prezydent Nawrocki dawał do zrozumienia, by nie spodziewać się po tym zbyt wiele, żeby uniknąć rozczarowań, toteż po dymisji pana Sławomira Cenckiewicza bardzo prawdopodobne jest, że w tym odtajnionym „Aneksie” będziemy mogli zapoznać się z wieloma pogodnymi anegdotami z życia dworu monarszego – bo chyba pan prezydent Karol Nawrocki nie zdradzi największej tajemnicy państwowej III RP, że nasza młoda demokracja i w ogóle – całe życie publiczne – podszyte jest starymi kiejkuty, którymi z kolei ręcznie sterują centrale wywiadowcze Naszych Sojuszników?

Jeszcze intryga, czy już potknięcie?

Jeszcze intryga, czy już potknięcie?

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”  24 kwietnia 2026 michalkiewicz

Byłby to przypadek rzadki – a czy w ogóle są przypadki?” – zastanawia się poeta. Rzeczywiście – czy Mateusz Morawiecki musiał czekać, aż wyjaśni się sytuacja polityczna na Węgrzech, by zainaugurować swój ruch „Rozwój Plus”? Może nie musiał, może musiał, a może wolał? Jeśli nie musiał, to znaczy, że nawet w ramach rozmaitych zależności, cieszy się pewnym zakresem samodzielności, no bo jeśli musiał, to by znaczyło, że się nie cieszy. Wreszcie jeśli wolał, to znaczy, że chciał postawić Naczelnika Państwa przed dodatkowym faktem dokonanym.

Jeśli się nad tym zastanawiamy, to dlatego, że droga Mateusza Morawieckiego do stanowiska premiera rządu „dobrej zmiany” z nadania Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, była zagadkowa. Poprzednio bowiem Mateusz Morawiecki był doradcą doskonałym obywatela Tuska Donalda i to w okresie, gdy dostosowywał on nasz nieszczęśliwy kraj do strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego. Co się stało, że po takiej zaprawie, po przejściu naszego nieszczęśliwego kraju w roku 2015 pod kuratelę amerykańską, został w korcu maku wyszperany przez Naczelnika Państwa i postawiony na stanowisku wicepremiera przy pani Beacie Szydło?

Musiała to być jakaś piekielnie skomplikowana intryga ze strony Naczelnika, którego od co najmniej trzech dekad uważam wprawdzie za wirtuoza intrygi – ale takiego, który na końcu z reguły potyka się o własne nogi. Tymczasem ta nominacja okazała się dla Mateusza Morawieckiego trampoliną do dalszej kariery.

Po felonii jakiej wobec swego wynalazcy Jarosława Kaczyńskiego dopuścił się pan prezydent Andrzej Duda, po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina, wetując pakiet ustaw sądowych, wskutek czego do dzisiaj mamy straszliwe zgryzoty, Naczelnik Państwa pod koniec roku 2017 przeprowadził „głęboką rekonstrukcję rządu” dobrej zmiany, spuszczając z wodą do luksusowego przytułku dla „byłych ludzi” w Parlamencie Europejskim panią premier Beatę Szydło, dymisjonując złowrogiego Antoniego Macierewicza i pana ministra Szyszkę, a na miejsce pani Beaty awansując na stanowisko premiera właśnie Mateusza Morawieckiego.

Jakież mogły być powody tego awansu? Pewnej wskazówki dostarcza spuszczenie z wodą Antoniego Macierewicza. Był on ministrem obrony narodowej a więc osobistością ważną – ale z hipoteką obciążoną poważnymi zaszłościami, które – być może – skłoniły Naczelnika Państwa do pójścia na kompromis. Warto przypomnieć że Antoni Macierewicz, którego znam od czasów konspiracji w latach 70-tych, był jednym z założycieli KOR, którego ojcostwo z zagadkowych przyczyn przypisano potem Michnikuremkowi. Już samo to by wystarczyło, by stare kiejkuty zagięły na Macierewicza parol. A tu jeszcze wlecze się za nim lustracja z 4 czerwca 1992 roku, kiedy to całemu stadu autorytetów moralnych, na oczach całej Polski, ściągnięto ineksprymable i każdy mógł zobaczyć tzw. „wstydliwe zakątki”.

Jakby tego było mało, w 2006 roku odegrał ważną rolę w rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych, z których wypączkowała Służba Wywiadu Wojskowego i Służba Kontrwywiadu Wojskowego, która rękami i nogami próbuje nie dopuścić prof. Sławomira Cenckiewicza, który w rozwiązywaniu WSI też maczał palce, do „informacji niejawnych”, to znaczy – spraw, jakie stare kiejkuty chciałyby zachować w ścisłej tajemnicy. Wreszcie Macierewicz anulował kontrakt na dostawę francuskich helikopterów „Caracall”, wskutek czego mnóstwo sławnych ludzi budziło się w środku nocy zlanych zimnym potem i już do rana nie mogło zasnąć – bo na dobry porządek trzeba by w tej sytuacji oddać wszystkie „bonusy” – ale jakże tu oddać, kiedy się już je wydało?

I wisienka na torcie w postaci kuracji przeczyszczającej w naszej niezwyciężonej armii. Każdy przyzna, że nazbierało się tego sporo – ale czy to nie jest wskazówka, z kim konkretnie, po felonii Andrzeja Dudy, musiał pójść na głęboki kompromis Naczelnik Państwa? Zgodnie z moją ulubioną teorią spiskową, Naczelnik Państwa reprezentuje Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie, podczas gdy reprezentantem Stronnictwa Pruskiego jest przewodniczący Volksdeutsche Partei obywatel Tusk Donald. Wprawdzie w roku 2015 Amerykanie wciągnęli nasze ubeckie dynastie na listę „naszych sukinsynów” – ale Niemcy też zapuścili u nas swoje korzonki – więc premier Morawiecki – jak powszechnie wiadomo – podpisywał wszystko, co mu tam Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje podsunęła – chociaż, być może na gorącą prośbę Naczelnika Państwa, maskował tę uległość patriotyczną, tromtadracką retoryką.

No a teraz, kiedy – po wyborach w Polsce i w Rumunii, Niemcy mało jaja nie znieśli z radości na widok ponownego sprowadzenia „do Europy” również Węgier, Mateusz Morawiecki mógł dojść do wniosku, że nie ma co się dłużej namyślać i zainaugurował swoje stowarzyszenie „Rozwój Plus”. Mamy w związku z tym dwie możliwości.

Albo Mateusz Morawiecki finalizuje właśnie swoje trzecie zadanie w postaci neutralizowania PiS – bo do stowarzyszenia przystało podobno ponad 30 posłów tego ugrupowania. To by się trzymało kupy, bo skoro po ponownym wciągnięciu Węgier „do Europy” Niemcy rozciągają swoją kuratelę nad Europą Środkową, to może rzeczywiście żadne tam listki figowe w Polsce nie są im już potrzebne? Zwróćmy uwagę, że vaginet obywatela Tuska Donalda wyłazi ze skóry, żeby przed wyborami w roku 2027 wsadzić do kryminału znienawidzonego Grzegorza Brauna i zdelegalizować jego Konfederację Korony Polskiej – i właśnie z tego powodu kandydaci na sędziów Trybunału Konstytucyjnego już nie mogli czekać ani chwili dłużej, tylko złożyli ślubowanie wobec Wielce Czcigodnego Włodzimierza Czarzastego – bo to właśnie TK delegalizuje partie, a to, jak orzeknie, zależy przecież od właściwie dobranego składu nienawistnych sędziów.

Być może zresztą na Konfederacji Korony Polskiej się nie skończy, bo tylko patrzeć, jak vagineciarze zabiorą się i za tę drugą Konfederację pod pretekstem demonstracji w wykonaniu Wielce Czcigodnego Konrada Berkowicza, co to pokazał w Sejmie plakat na którym flaga Izraela została zamiast w Gwiazdę Dawida zaopatrzona w swastykę i to zaraz po tym, jak w chwilowo nieczynnym obozie w Auszwicu kotłowali się uczestnicy „Marszu Żywych”.

Druga możliwość jest taka, że Mateusz Morawiecki uruchomił swoje stowarzyszenie na rozkaz Naczelnika Państwa, żeby zwabić tam „konserwatystów” i w ten sposób zneutralizować Konfederację. Jako wirtuoz intrygi Naczelnik Państwa zrobił wszystko, by gawiedź myślała, że to samowolka Mateusza Morawieckiego – ale wbrew kategorycznym deklaracjom z PiS go nie wyrzuca. Nie trzyma się to wszystko kupy, ta druga możliwość – ale intryga Naczelnika z roku 2007 przeciwko Andrzejowi Lepperowi też nie trzymała się kupy, a doprowadziła do sytuacji, gdy Naczelnik potknął się o własne nogi, otwierając drogę do rządów naszym nieszczęśliwym krajem obywatelu Tusku Donaldu

Stanisław Michalkiewicz

Igrzyska, Żydowie i banderowcy

Igrzyska, Żydowie i banderowcy

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  23 kwietnia 2026 michalkiewicz

Po wyborach parlamentarnych na Węgrzech (ciekawe, że Węgrzy nie obrażają się za to „na Węgrzech” podczas gdy nasi panowie-banderowcy z Ukrainy nakazali polskim „sługom narodu ukraińskiego” używanie zwrotu „w Ukrainie” do czego wszystkie sługi, włączając w to twardzieli z naszej niezwyciężonej armii, w podskokach posłusznie się zastosowały, podobnie zresztą, jak do innych nakazów) w vaginecie obywatela Tuska Donalda zapanował nastrój euforii w nadziei, że obywatelu Żurku Waldemaru uda się ciupasem sprowadzić do naszego nieszczęśliwego kraju Zbigniewa Ziobrę i Marcina Romanowskiego, którymi wszyscy będą chcieli się nacieszyć – od prostego prokuratorskiego ciury, poprzez nienawistnych sędziów, którzy – jestem tego pewien – będą jeden przez drugiego dobijać się, żeby to ich wylosowano do oprawienia znienawidzonych delikwentów, zaś najważniejsi vagineciarze już obmyślają rozmaite igrzyska dla gawiedzi, którymi wypełnią czas w wiosennym sezonie politycznym, a może z przedłużeniem na sezon letni – bo sezon jesienno-zimowy będzie wypełniony igrzyskami związanymi z pakowaniem do kryminału znienawidzonego Grzegorza Brauna i delegalizowaniu jego Konfederacji Korony Polskiej, a może też tej drugiej Konfederacji – żeby przed wyborami w roku 2027 scena polityczna naszego bantustanu została przygotowana dla europejsów obydwu obrządków, to znaczy – zarówno dla Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, jak i Prawa i Sprawiedliwości, które w europejsizmie dotrzymuje kroku folksdojczom, pokrywając swoją uległość wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje i Niemców, patriotyczną, tromtadracką retoryką. Przy takim przygotowaniu wybory tak czy owak będą wygrane, zgodnie z wytycznymi klasyka demokracji Józefa Stalina, który kładł nacisk na przygotowanie suwerenom prawidłowej alternatywy. A jakaż alternatywa z punktu widzenia europejsów może być lepsza o tej? Od tej żadnej lepszej alternatywy nie ma, więc z tego możemy wnosić, że zarówno BND, jak i nasze stare kiejkuty zrobią wszystko, co będzie trzeba, żeby było gites-tenteges, ku zadowoleniu warszawskiego Judenratu i Jego Ekscelencji pana ambasadora Róży Tomasza, który już zawczasu przedstawił brzegowe warunki dla naszej młodej demokracji.

Nie ma bowiem takich poświęceń, jakich nie można byłoby dokonać dla demokracji – a poza tym właśnie wydarzyło się coś, „jak zgrzyt żelaza po szkle”, w postaci wyroku NSA, który potwierdził uprawnienia pana prof. Sławomira Cenckiewicza do wglądu w tak zwane „informacje niejawne”. Co prawda Służba Kontrwywiadu Wojskowego, co to wypączkowała ze starych kiejkutów po roku 2006, podobno olewa wyroki tych wszystkich nienawistnych sądów ciepłym moczem, w związku z czym pan prof. Cenckiewicz „domaga się” dymisji pana generała Stróżyka, który cieszy się zaufaniem obywatela Tuska Donalda i jego niemieckich mocodawców, jako specjalista do wykrywania pod każdym krzakiem ruskich i białoruskich agentów. Któż go w tej sytuacji jest w stanie zdymisjonować, kiedy gołym okiem widać, że on żadnej władzy tubylczej nie podlega? Podobny status wyrobił sobie Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman, któremu jakieś Schweine medialne przypisują inkasowanie milionowych przelewów. Wprawdzie media, które te fałszywe pogłoski kolportują uchodzą za neutralne, niemniej jednak obywatel Żurek Waldemar, zapytany przez jakichś dociekliwców o te miliony, asekurancko odpowiedział, że on „o niczym” nie wie, chociaż niezależne media trąbią o tym już od jakiegoś czasu. Od razu tedy widać, że Wielce Czcigodny obywatel Giertych Roman obywatelu Żurku Waldemaru nie podlega, a w związku z tym może on mu – jak to mówią „skoczyć”.

Tak było z kierowcą Zdenka Mlynarza, który – razem z innymi dygnitarzami Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej – został w sierpniu 1968 roku umieszczony w jakiejś sali zamku na Hradczanach pod strażą sowieckiej dywizji tamańskiej. Aliści w pewnym momencie zobaczył, że jego kierowca przechodzi jakby-nigdy-nic przez wszystkie posterunki, a kiedy już dotarł do niego, zapytał go, jak to możliwe. – To proste – odparł kierowca. – Jak próbowali mnie zatrzymywać, to ja im mówiłem: ja wam nie podlegam – a oni się rozstępowali i mnie przepuszczali.

Więc igrzyska, jakimi ma się ekscytować nasz nieszczęśliwy kraj, zostały już zaplanowane zarówno na sezon wiosenno-letni, jak i jesienno-zimowy, a gdyby przypadkiem nienawistne sądy się pośpieszyły, to pojawił się właśnie dodatkowy wątek w postaci sprawy Wielce Czcigodnego Konrada Berkowicza, który pojawił się w Sejmie z flagą bezcennego Izraela – ale zmodyfikowaną w ten sposób, że zamiast Gwiazdy Dawida w środku umieszczona była swastyka. „Co to się działo, co się działo uzdrowiska pół….” – to znaczy – jakiego tam znowu „uzdrowiska”! Nie żadne tam „uzdrowisko”, tylko obydwie ambasady: izraelska i amerykańska podniosły gewałt na cały regulator, a słysząc ten klangor Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty Włodzimierz musiał przypomnieć sobie czasy socjalistycznej młodości w PZPR, bo – jak utrzymują osoby dobrze poinformowane – w odruchu warunkowym, splamił mundur od środka i zawiadomił prokuraturę, by wobec Wielce Czcigodnego Konrada Berkowicza wszczęła tak zwane „energiczne śledztwo” tym bardziej, że dopuścił się on tej myślozbrodni zaraz potem, jak w chwilowo nieczynnym obozie w Auszwicu kotłowali się uczestnicy tak zwanego „Marszu Żywych”.

Co tam zaordynuje Konradu Berkowiczu Prokurator Dariusz Korneluk, co to myśli, że jest Prokuratorem Krajowym – to znaczy – jakie męki mu zada w ramach igrzysk – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy. Żeby tedy dodać Wielce Czcigodnemu Konradowi Berkowiczowi otuchy, przypominam co mawiał król Stanisław August, kiedy udało mu się uzyskać pożyczkę od jakiegoś lichwiarza – że mianowicie „zbawienie przychodzi od Żydów”. Oto madame Maja Golan, sprawująca w rządzie jedności narodowej bezcennego Izraela funkcję ministra do spraw równości i od kobiet, chlapnęła, co następuje: „Jestem osobiście dumna z holokaustu w Gazie i wiem, że za 80 lat będą opowiadać wnukom, co zrobili Żydzi”. Wszystko to być może, bo przecież na podstawie takich traumatycznych przeżyć budują swoją pozycję polityczną i moralną Żydowie „ocaleni z holokaustu”.

Różnica może być taka, że mieszkańcom Gazy nikt nie będzie z tego tytułu wypłacał dywidend, podczas gdy Żydowie – ach – szkoda każdego słowa! Nawiasem mówiąc, niektórzy Czytelnicy zapytują, czemu słowo „holokaust” piszę z małej litery. Wojciech Dzieduszycki na podobne pytanie odpowiedział, że znał jegomościa, który, dorobiwszy się na handlu wołami, odtąd słowo „wół” pisał zawsze z dużej litery. I na koniec wszystkich, którzy wątpią, by w ramach „sprawiedliwego pokoju” Ukraina dostała jako rekompensatę „Zakierzoński Kraj”, uprzejmie informuję, że chociaż jeszcze nikt niczego nie podpisał, to Ukraińcy na tym terenie już wprowadzają banderowskie prawo szariatu.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Wielki Izrael, amerykański zakładnik i piach w szprychach parowozu dziejów

Wielki Izrael, amerykański zakładnik i piach w szprychach parowozu dziejów. Michalkiewicz o nowym porządku na Bliskim Wschodzie

12.04.2026 wielki-izrael-amerykanski-zakladnik-i-piach-w-szprychach-parowozu-dziejow

Polityka, seks i szantaż – to według Stanisława Michalkiewicza prawdziwe fundamenty dyplomacji na linii Waszyngton–Tel Awiw. Relację między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem Michalkiewicz nazwał ubezwłasnowolnieniem Ameryki.

Występując na XVIII Konferencji Prawicy Wolnościowej Michalkiewicz przypomniał o koncepcji „Wielkiego Izraela”, która – jak twierdzi – przestała być jedynie religijnym mitem, a stała się twardym programem politycznym rządu Benjamina Netanjahu. Publicysta wskazał na starożytne korzenie tej idei, wywodzące się z biblijnych przekazów.

Premier rządu jedności narodowej Izraela Benjamin Netanjahu trzy miesiące temu powiedział, że czuje się związany ideą 'Wielkiego Izraela’. Co to jest idea 'Wielkiego Izraela’? Ona się bierze z takiej żydowskiej sagi plemiennej. Tam jest taki fragment, jak Stwórca wszechświata wchodzi w konfidencję z mezopotamskim koczownikiem i obiecuje temu koczownikowi, że uczyni go ojcem wielkiego narodu, któremu odda w arendę obszar – i tu cytuję – od rzeki Egipskiej aż do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat. To jest idea 'Wielkiego Izraela’, jak najbardziej imperialistyczna, bo ten obszar nie jest obszarem bezludnym. Na tym obszarze istnieje wiele państw, na tym obszarze żyją rozmaite narody – mówił publicysta.

Zdaniem prelegenta XVIII Konferencji Prawicy Wolnościowej, proces ten nie jest pieśnią przyszłości, lecz zaawansowaną operacją, która trwa od dekad. Wykorzystując USA, Izrael prowadzi operację neutralizacji swoich sąsiadów i przygotowuje grunt pod ostateczną aneksję.

W tej układance kluczową rolę odgrywa Iran. Michalkiewicz przekonuje, że obecna wrogość wobec Teheranu nie wynika z realnego zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego Izraela, lecz z faktu, iż Iran pozostaje jedyną siłą zdolną do czynnego oporu wobec wizji regionalnej hegemonii.

Tylko jedno państwo leżące w obszarze Bliskiego Wschodu, sypie, jak to się mówi, piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. To jest Iran, który tę koncepcję 'Wielkiego Izraela’ uważa za bardzo niebezpieczną nie tylko dla siebie, ale dla innych państw leżących na obszarze – wskazał.

Michalkiewicz jest przekonany, że celem Netanjahu jest wciągnięcie Stanów Zjednoczonych w pełny konflikt, który doprowadziłby do całkowitego zniszczenia Iranu. To z kolei otworzyłoby drogę do „drugiego etapu” – fizycznego przejęcia kontroli nad terytorium od Egiptu aż po Irak.

Michalkiewicz wiele miejsca poświęcił relacjom na linii Waszyngton–Tel Awiw. Używał mocnych metafor, sugerując, że amerykańscy prezydenci, niezależnie od przynależności partyjnej, de facto podlegają izraelskiemu dyktatowi.

W związku z tym, od pewnego czasu każdy prezydent Stanów Zjednoczonych, obejmując urząd, składa coś w rodzaju hołdu lennego Izraelowi. Oświadcza, że priorytetem polityki amerykańskiej jest obrona Izraela i to bez względu na to co Izrael robi – zauważył.

Zwrócił uwagę, że Donald Trump, mimo wizerunku silnego lidera, w kwestiach bliskowschodnich poddany bezwzględnej presji.

Najwyraźniej to nie on formułuje cele tej wojny, tylko ktoś zupełnie inny, którego prezydent Trump musi się słuchać, bo tamten trzyma go mocno za krocze. Czasami ściska mocniej, a czasami rozluźnia ten ból – mówił w swoim styli Michalkiewicz.

Uważa, że punktu widzenia USA, prowadzenie wojny na Bliskim Wschodzie jest wbrew racji stanu, lecz strach i możliwe ujawnienie kompromitujących materiałów przeważają nad zdrowym rozsądkiem.

Jak zareagował Kongres na deklarację całkowicie sprzeczną z linią amerykańskiej polityki bliskowschodniej? Niektórzy z kongresmenów wstali i zaczęli oklaskiwać na stojąco premiera Netanjahu, a inni widząc to, że część wstaje z dużym ociąganiem ale też zaczęli wstawać i oklaskiwać premiera Natanjahu na stojąco. W rezultacie wstali wszyscy. Niech który spróbowałby nie wstać, to zaraz jakieś dziecko by sobie przypomniało, że 40 lat temu wsadził mu rękę pod spódniczkę i gmyrał w majteczkach – kpił.

W tym kontekście nie mógł nie przypomnieć o postaci Jeffreya Epsteina. Michalkiewicz sugeruje wprost, że Epstein był agentem izraelskiego wywiadu, którego zadaniem było gromadzenie „haków” na wpływowe osoby, w tym na samego Donalda Trumpa z czasów jego aktywności biznesowej.

Trump w tym okresie nie zajmował żadnego publicznego stanowiska, był biznesmenem zamożnym, więc w jego przypadku nie chodziło o tajne dokumenty tylko o panienki. Epstein najpewniej wszystko nagrywał i widocznie niektóre z tych nagrań prezydent Trump wolałby, że tak powiem, zachować w tajemnicy. Dzięki temu premier Netanjahu ma dodatkowy środek nacisku na amerykańskiego prezydenta – mówił Michalkiewicz.

Całe wystąpienie Michalkiewicza podczas XVIII Konferencji Prawicy Wolnościowej do obejrzenia poniżej.

Próby niszczące

Próby niszczące

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    12 kwietnia 2026 Michalkiewicz

Wiadomo od dawna, że w fabrykach produkujących samochody jest specjalny dział, który nazywa się „Próby niszczące”. Tam z samochodami postępuje się tak, jak postępować się nie powinno. Puszcza się silniki na najwyższych obrotach bez smarowania, urządza się czołowe zderzenia – i tak dalej. Okazuje się jednak, że z takimi praktykami mamy do czynienia nie tylko przy produkcji samochodów, ale, że triumfalnie wkraczają one w całkiem inne, zdawać by się mogło – nawet odległe dziedziny.

Weźmy takiego prezydenta Donalda Trumpa. Jak pamiętamy, od samego początku „Epickiej furii”, jaką za poduszczeniem bezcennego Izraela rozpętał ze złowrogim Iranem, od czego nie tylko arabscy sojusznicy Stanów Zjednoczonych, ale i gospodarka światowa popada w coraz to większe paroksyzmy, twierdził, że wojna, a właściwie jaka tam znowu „wojna”, kiedy USA nie są przecież w stanie wojny z Iranem – już jest wygrana, a jeśli nawet jeszcze nie – to z pewnością będzie wygrana najdalej za tydzień – góra – za dwa tygodnie. Tymczasem minął już z górą miesiąc, a końca „Epickiej furii” jak nie widać, tak nie widać. Skłania to prezydenta Donalda Trumpa do wygłaszania coraz to nowych, sprzecznych ze sobą komunikatów, które podejrzliwców, jakich na tym świecie pełnym złości nie brakuje, skłania do wysuwania podejrzeń, że pod postacią tego pozornego szaleństwa kryje się metoda – że chodzi tu o stworzenie okazji dla zaprzyjaźnionych spekulantów giełdowych, by sobie zarobili, jak nie na hossie, to na bessie. – Jednego dnia powiem, że sprowadzimy złowrogi Iran do epoki kamienia łupanego – więc ceny ropy i gazu na giełdach poszybują w górę, a jak już zgarniecie szmal i dacie mi cynk, to powiem, że „władze Iranu” już „błagają mnie” o zawieszenie broni – od czego ceny powinny spaść, a wy znowu zagarniecie szmalec, tym razem grając na bessę.

Jeszcze bardziej podejrzliwi rozpuszczają fałszywe pogłoski, że prezydent Trump chce w ten sposób zapewnić miliardowe dochody dla swego zięcia – bo w cóż inwestować w tych zepsutych czasach, jak nie w rodzinę? Jeszcze inni dodają, że traktuje to jako rodzaj służby wobec Stwórcy Wszechświata, bo zięć ma pierwszorzędne korzenie, więc jak dorobi się miliardów, to może to przybliżyć nadejście upragnionego końca Historii – bo według „chrześcijańskich syjonistów”, ma on nastąpić nie wcześniej, aż bezcenny Izrael uzyska polityczną władzę nad światem. Wtedy na świecie nastanie trwały pokój.

Rzeczywiście – gdzie jest najspokojniej, jak nie na cmentarzu, zwłaszcza gdy nikt żywy nie zakłóca nieboszczykom spokoju? Wszystko to jednak mogą być próby racjonalizowania postępowania prezydenta Trumpa ex post – bo podejrzliwość – podejrzliwością, ale wygląda na to, że żaden z podejrzliwców nie dopuszcza do siebie myśli, że amerykański prezent po prostu ma objawy. Czy to ze względu na szacunek dla Ameryki i jej ustrojowych urządzeń, czy też z powodu zgrozy, która każdego mogłaby ogarnąć na myśl, że człowiek mający objawy trzyma palec na atomowym cynglu? Przed taką myślą każdy człowiek instynktownie próbuje się bronić, toteż sprzyja to wspomnianym fałszywym pogłoskom i teoriom spiskowym, które – co tu ukrywać – są dla prezydenta Donalda Trumpa nawet pochlebne, bo przydają jego postępowaniu pozorów racjonalności, więc może szkoda, że to nieprawda?

Teraz jednak prezydent Trump zaczął zachowywać się w sposób podobny do bohaterów XIX-wiecznych powieści podróżniczych. Jak pamiętamy, powtarzał się tam motyw, jak to biali podróżnicy, płynąc pirogą po rzece pełnej krokodyli, co pewien czas wyrzucali z pirogi murzyńskiego chłopca w nadziei, że krokodyle zainteresują się nim i przestaną napierać na pirogę, więc może uda im się dotrzeć do celu. Toteż bez zaskoczenia przyjęliśmy wiadomość, że prezydent Trump spuścił z wodą panią Pam Bondi, która przez niespełna rok cieszyła się stanowiskiem Prokuratora Generalnego, a ponadto – kazał szefowi Pentagonu spuścić z wodą szefa sztabu sił lądowych amerykańskiej armii, generała Randy’ego A. George’a i to „ze skutkiem natychmiastowym”.

Czy zwłaszcza ta ostania decyzja nie oznacza początku wyrzucania z rządowej pirogi kolejnych „murzyńskich chłopców” , by dzięki temu kompetencja, niewinność i dobra wola prezydenta Trumpa i jego ministra wojny zabłysła na podobieństwo supernowej? Jak tam było, tak tam było – ale zaczyna to przypominać próby niszczące w przemyśle samochodowym. Do czego jednak doprowadzą one w dziedzinie polityki, a zwłaszcza wojny, którą kierowanie mogą odtąd przejąć albo potakiewicze, albo nawet – głupi cywile? Ładny interes!

Jeszcze lepszym przykładem zastosowania metody prób niszczących, był List Pasterski Episkopatu Polski do Bogu ducha winnych parafian, których Eminencje i Ekscelencje poinformowały, że Kościół przez ostatnie „półtora tysiąca lat” mylił się gruntownie w kwestii żydowskiej i dopiero teraz – za sprawą Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia, spenetrował prawdę, że Żydowie mają własną, szybką ścieżkę zbawienia, całkiem niezależną od Jezusa Chrystusa, który w tej sytuacji albo nie wiadomo, po co się narodził, albo – ostatecznie – że Niebo powierzyło Mu zbawiać wyłącznie głupich gojów.

Nie da się ukryć, że dla Bogu ducha winnych parafian, którzy dotąd myśleli, że Kościół przekazuje im prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, List stanowi rodzaj poważnej próby niszczącej – bo skoro Kościół w jednej sprawie tak długo się mylił, to któż może zaręczyć, że w innych sprawach – już na pewno nie? Wreszcie – skoro mylił się w przeszłości i to tak długo, to któż może zaręczyć, że nie myli się teraz?

W tej rozterce skontaktowałem się z zaprzyjaźnionym, pracującym za granicą, polskim księdzem, który zapewnił mnie, że gdzie indziej, to znaczy – poza Polską – nikomu nie przyszło do głowy głoszenie takich rewolucyjnych teorii. W tej sytuacji nie ma rady, jak dać upust podejrzeniom, że Jego Eminencja Grzegorz kardynał Ryś z zagadkowych przyczyn cierpi na ostrą postać żydofilii, która skłania go do wygłaszania takich teologicznych teorii, niczym Kukuńka do formułowania „koncepcji”.

Coś może być na rzeczy, bo podczas liturgii Wielkiego Piątku w Kalwarii Zebrzydowskiej, Jego Eminencja skrytykował Poncjusza Piłata, że godząc się na obleczenie Pana Jezusa w purpurę i nałożenie Mu cierniowej korony, dał wyraz pragnieniu, by w ten sposób dokuczyć Żydom. Dotychczas kaznodzieje współczuli raczej Panu Jezusowi, a tymczasem okazało się, że najbardziej godni współczucia są Żydowie, a zwłaszcza – faryzeusze, których Piłat tak pogrążył.

Nasze przypuszczenia co do tej rewolucyjnej teorii pośrednio potwierdza deklaracja władz KUL. Popierają one jego Eminencję w całej rozciągłości – ale charakterystyczne jest, że chwalą go nie za przywiązanie do Prawdy, tylko – za zaangażowanie w sprawę „dialogu”. Najwyraźniej w dzisiejszych czasach ów „dialog” – cokolwiek by to było – staje się ważniejszy od Prawdy, a taka sytuacja niewątpliwie stanowi dla parafian rodzaj ciężkiej próby niszczącej tym bardziej, że Eminencje i Ekscelencje zachęcają ich, by 13 kwietnia udali się gremialnie do najbliższej synagogi. Nie jest jednak jasne, czy Eminencje i Ekscelencje też tam pójdą w ceremonialnej procesji, czy tylko, gwoli podlizania się Żydom – poślą tam Bogu ducha winnych parafian, nie wiedząc nawet, czy rabini ich tam wpuszczą?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

W najweselszym baraku

Stanisław Michalkiewicz: W najweselszym baraku michalkiewicz

   Nawet za pierwszej komuny Polska była nazywana “najweselszym barakiem w całym obozie” – bo za komuny polska stanowiła część wspólnoty socjalistycznej, ze Związkiem Radzieckim na czele, nie bez powodu nazywanej “naszym obozem”. Przyczyna leżała w pewnej właściwości naszego narodu w postaci safandulstwa, elegancko zwanego indyferentyzmem.

To safandulstwo sprawiało, że w Polsce nawet większość partyjnych w żadne komunizmy nie wierzyła, a wypracowania Karola Marksa znali przede wszystkim księża – naturalnie nie wszyscy, ale ci, którzy z tak zwanymi “marksistami”, to znaczy – partyjnymi mełamedami – polemizowali.

Na przykład Bolesław Drobner dyskutował kiedyś o Marksie z ks. Janem Piwowarczykiem.

Drobner zarzucił swemu partnerowi, że posługuje się wymyślonym cytatem, którego Marks nie napisał. – Bo pan zna tylko lipskie wydanie, a cytat pochodzi z wydania wcześniejszego – wyjaśnił dobrotliwie ks. Piwowarczyk. Generalnie jednak większość Marksem się nie przejmowała, uważając – podobnie jak w czasach saskich – że ważniejsze jest, by wypić i zakąsić.

   To zresztą może się dla nas wszystkich źle skończyć, zwłaszcza po Liście Pasterskim Episkopatu Polski, zainspirowanym podobno przez Jego Eminencję Grzegorza kardynała Rysia. Poza licznymi herezjami i głupstwami, w jakie ten list obfituje, było tam wezwanie, by 13 kwietnia wszyscy parafianie udali się do najbliższej synagogi. Ciekawe, kto na to wezwanie odpowie, czy to zostało uzgodnione z rabinami, którzy będą sprzedawali głupim gojom bilety wstępu, no i czy synagogi wypełnią się tego dnia tłumami?

Ale jest w tym racjonalne jądro. Oto vaginet obywatela Tuska Donalda, niewątpliwie i jak zwykle inspirowany z zagranicy, pod koniec ubiegłego roku przyjął uchwałę o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju. Jak można się domyślić, vaginet będzie podejmował rozmaite przedsięwzięcia i działania, ale na odcinku – nazwijmy to – doczesnym.

Na przykład za każdą wypowiedź uznaną za “antysemicką”, czy to przez Judenrat “Gazety Wyborczej”, czy  „Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych”, czy formację “Nigdy Więcej” pana Rafała Pankowskiego, co to na tropieniu antysemitników zbudował swoją życiową karierę, obywatel Żurek Waldemar, czy w jego imieniu obywatel Korneluk Dariusz, co to myśli, iż jest prokuratorem krajowym, będą antysemitnika za pośrednictwem nienawistnych sądów pakowali do więzienia.

Chyba nikt nie ma bowiem wątpliwości, że zdecydowana większość nienawistnych sędziów w podskokach podejmie się tego zadania, podobnie jak to było w latach stalinowskich? Ale odcinek, nazwijmy go – doczesny – jest tylko częścią rzeczywistości, więc żeby system został domknięty całościowo, potrzebna była interwencja na odcinku eschatologicznym. Tę lukę wypełnił właśnie wspomniany “List Pasterski”, wobec czego nie ma potrzeby roztrząsania go pod kątem teologicznym, czy w ogóle – racjonalnym – bo nie o to tutaj chodzi.

Chodzi bowiem o to, by niezależnie od oddziaływania na odcinku świeckim, oddziaływać na psychikę obywateli również na odcinku eschatologicznym.  Osiągnięciu takiego  efektu służą opowieści, jak to Żydowie nadal są oczkiem w głowie Stwórcy Wszechświata, jak to mają własną, szybką ścieżkę zbawienia, a w Królestwie Niebieskim – co logicznie wynika ze wspomnianej “szybkiej ścieżki – mają luksusowo urządzone getto, do którego głupie goje nie będą miały wstępu i tak dalej.

W związku z czym antisemitismus jest straszliwą myślozbrodnią, rodzajem grzechu śmiertelnego, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie. O to zadba vaginet obywatela Tuska Donalda – a na tamtym – zadbają o to delegaci Stwórcy Wszechświata na Polskę.

No dobrze – ale po co właściwie system musi być tak szczelnie domknięty? A po to, by – kiedy już Żydowie, na podstawie amerykańskiej  ustawy nr 447 przystąpią do realizowania tak zwanych “roszczeń”, odnoszących się do “własności bezdziedzicznej”-  nie podniósł się żaden głos protestu ze strony głupich tubylczych gojów. Czyż nie dlatego Jego Eminencję Grzegorza kardynała Rysia, co to uwija się wedle wytresowania mniej wartościowego narodu tubylczego w poczuciu właściwej hierarchii, wsparł rabin  Abraham Skórka? Żeby tylko ta skórka opłaciła się Eminencji za wyprawkę.

   No dobrze – ale co w tym wszystkim ma być wesołego? Ano – zgodnie z przewidywaniami poety, którego z pewnością musiały wspierać proroctwa – a który pisze, że “Gdy już znajdziesz się za drutem, opuści troska cię i smutek i radość w sercu twym zagości, żeś do Królestwa wszedł Wolności.” Jak bowiem skądinąd wiadomo, wolność występuje w dwu odmianach, w postaci tzw. wolności zwyczajnej i Wolności Prawdziwej.

Jak zauważył Sławomir Mrożek, Wolność Prawdziwa  jest tam, gdzie nie ma wolności zwyczajnej. Wszystko zatem – jak powiadają gitowcy – “gra i koliduje”, bo jeśli będziemy w rezultacie tych wszystkich przedsięwzięć skazani na zażywanie Prawdziwej Wolności – to czegóż chcieć więcej?

   A jakby tego było mało, to właśnie – jak to w najweselszym baraku w naszym obozie – znakomite przedstawienie przygotowali kandydaci na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wobec sprowadzonego na miejsce notariusza oraz wobec obywatela Czarzastego Włodzimierza i jego zastępców, złożyli “ślubowanie”, które mieli złożyć “wobec prezydenta” ale pan prezydent Nawrocki nie wystosował dla nich zaproszenia. Ciekawe, że w przedstawieniu wzięła udział też dwójka kandydatów na sędziów TK, od których pan prezydent ślubowanie odebrał.

Najwyraźniej musieli uznać, że pierwsze ślubowanie im się nie przyjęło, podobnie, jak  literatowi Andrzejowi Szczypiorskiemu nie przyjął się pierwszy chrzest, jakiemu poddał się w 1982 czy 1983 roku na fali ówczesnej dewocji – i trzeba było ceremonię powtarzać. Dla utytułowanych krętaczy taka sytuacja to prawdziwy dar Niebios.  Stwarza ona bowiem wyjątkową okazję  dla ambicjonerów, którzy pragnęliby ozdobić łysiny wawrzynami naukowymi. Oczyma duszy już widzę, jak  – niczym grzyby po deszczu – mnożą się na uniwersystetach rozprawy doktorskie i habilitacyjne.

W jednych autorzy będą rozkładali na czynniki pierwsze słowo “wobec” – dowodząc ponad wszelką wątpliwość, że “wobec” nie oznacza “ w obecności”, tylko  coś zupełnie innego – a z kolei inni, będą dowodzili czegoś wręcz odwrotnego – ale zarówno jedni, jak i drudzy porobią naukowe kariery, zasypując biblioteki nowymi stosami makulatury.  Czyż to nie jest radosna wiadomość, że nastąpi u nas taki gwałtowny wysyp karier naukowych?

   Co innego – na Węgrzech. Tam w najbliższych dniach szykowane są wybory, które na podstawie rozkazu Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, ma wygrać przeciwnik Wiktora Orbana, Peter Magyar. W związku z tym Wiktor Orban oskarżony został o straszliwe myślozbrodnie, wśród których na plan pierwszy wybijają się przyjazne stosunki z Putinem.

Tymczasem wiadomo, że rozkaz jest inny; przyjazne stosunki, a nawet stosunki podległe, to można, a nawet trzeba uprawiać z Wołodymirem Zełeńskim, podczas gdy Putina mamy “nienawidzić”. Skądinąd co prawda wiadomo, że nienawiść powinna być znienawidzona, ale – jak wspomniałem – z powodu naszego safandulstwa nic u nas nie dzieje się naprawdę – chyba, że zaplanują to Żydowie.

Rosną kadry autorytetów

Rosną kadry autorytetów

Stanisław Michalkiewicz 11 kwietnia 2026 michalkiewicz

Wprawdzie przyzwyczailiśmy się do tego, że prezydent Trump zmienia zdanie czasem z dnia na dzień, a bywa, że i kilka razy dziennie – ale przyzwyczajenie – przyzwyczajeniem, a tymczasem upływ czasu ma charakter obiektywny, to znaczy – niezależny od nastrojów prezydenta Trumpa. Jeśli już brać pod uwagę uzależnienie upływu czasu od nastroju, to bardziej liczy się nastrój premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, Beniamina Netanjahu.

Nawiasem mówiąc, funkcjonariusze Propaganda Abteilung z uporem maniaków nazywają izraelskiego premiera „Biniaminem”, chociaż w języku polskim z powodzeniem funkcjonuje imię „Beniamin” – na pamiątkę najmłodszego z synów patriarchy Jakuba, co to napłodził ich co niemiara, a wśród nich – również spryciulę Józefa – co to w charakterze pierwszego ministra faraona, ograbił Egipcjan i po raz pierwszy w historii świata, wprowadził w tym kraju sowchozy. Podobnie funkcjonariusze Propaganda Abteilung z uporem maniaków piszą „w Ukrainie”, podczas gdy dotychczas, to znaczy – zanim naszą Duszeńką i panem naszego mniej wartościowego narodu tubylczego, który – jak zostało to zatwierdzone – ma być „sługą narodu ukraińskiego” – został znakomicie ukorzeniony Wołodymir Zełeński – pisało się „na Ukrainie”, podobnie jak pisze się „na Węgrzech”, czy „na Białorusi”.

Najwyraźniej Sanhedryn musiał wysłać do funkcjonariuszy Propaganda Abteilung specjalny okólnik, bo wykluczam tu jakąś samowolkę. Wszyscy oni bowiem, z funkcjonariuszami w służbie Judenratu włącznie – poddani są surowej dyscyplinie, więc nic dziwnego, że chodzą, jak w zegarku – i na rozkaz posłusznie ćwierkają: „Biniamin” i „w Ukrainie”.

Ale mniejsza już o funkcjonariuszy, którzy ostatnio upomnieli się o swoje prawa, kiedy to pan prezydent Nawrocki jednego z nich obsztorcował, zresztą bardzo delikatnie. Takie rzeczy zdarzały się i wcześniej. Pamiętam, jak Oriana Fallaci molestowała etiopskiego cesarza Hajle Selasje, dlaczego nie modernizuje on Etiopii, kiedy na świecie dzieje się tyle nowego. Cesarz początkowo puszczał te molestowania mimo uszu, ale wreszcie, zdenerwowany, powiedział do Oriany Fallaci: „proszę pani, na świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”.

I słuszna jego racja, bo chociaż wkrótce potem został obalony przez komunistycznego pułkownika Mengistu Hajle Mariama, a wraz z nim upadło i cesarstwo, to cóż w tym osobliwego, a zwłaszcza – nowego? Przecież takie rzeczy zdarzały się nagminnie, żeby wspomnieć o upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego w roku 476, czy upadku Bizancjum w roku 1453. Znowu w naszych czasach upadł Związek Radziecki, a jeśli ultimatum – bo cały czas do tego zmierzam – prezydenta Trumpa, upływające w Poniedziałek Wielkanocny – nie zostanie przedłużone, to tylko patrzeć jak upadnie złowrogi Iran. Chyba, że nie upadnie, jak to ma w zwyczaju.

Jestem pewien, że takie myśli z szybkością płomienia muszą przelatywać też przez głowę prezydenta Donalda Trumpa, który reaguje na nie coraz to nowymi „koncepcjami”, niczym nasz Kukuniek. Ostatnio zwierzył się, że chciałby się już z tej całej wojny wymiksować, ale cóż on ma tu do gadania w sytuacji, gdy Beniamin Netanjahu właśnie oświadczył, że bezcenny Izrael zrealizował dopiero połowę swoich celów wojennych? W podobnej sytuacji znalazł się podczas kryzysu karaibskiego Fidel Castro. On też chciał się wymiksować, ale sowiecki przywódca Chruszczow, który zainstalował na Kubie rakiety z głowicami jądrowymi, natychmiast przywrócił mu poczucie rzeczywistości mówiąc: „nie nada Fiedia”. Więc i prezydent Trump, podobnie jak Fidel Castro, podobnie zresztą, jak my wszyscy, jest w cęgach reżymu, który nie zna zmiłowania.

Właśnie Kneset uchwalił ustawę przywracającą karę śmierci, ale tylko wobec Palestyńczyków, którym nie będzie przysługiwała żadna apelacja. Ciekawe, czy te procesy będą prowadzili sędziowie tubylczy, czy też obywatel Żurek wydeleguje do Izraela naszych nienawistnych sędziów, którzy – jak wiadomo – zdolni są do wszystkiego? To by może trochę rozładowało napięcie wokół wymiaru sprawiedliwości w naszym bantustanie, a gdyby jeszcze wysłać tam obywatela Korneluka Dariusza, co to myśli, że jest prokuratorem krajowym, to dopiero byłoby wesoło! Już by się tam żaden Palestyńczyk nie nudził – a to jest już coś w sytuacji, kiedy nawet prezydent Donald Trump zdradza objawy znużenia wojną ze złowrogim Iranem i jestem pewien że chętnie przerzuciłby się na Kubę, a w ostateczności – nawet na Grenlandię, która ma tę zaletę, że można by na liczne wyspy na Oceanie Lodowatym przesiedlić Palestyńczyków ze Strefy Gazy, Zachodniego Brzegu, czy Libanu i zostawić ich tam samopas, gwoli naturalnego recyklingu – co zostało przećwiczone w ramach programu pilotażowego podczas kolektywizacji w Rosji. Jak pamiętamy, pewien kontyngent chłopów został przewieziony na Wyspę Zajęczą na Oceanie Lodowatym i tam zostawiony bez niczego. Po roku komisja nie zastała już tam nikogo żywego, a tylko kości, starannie oczyszczone przez morskie ptactwo. I właśnie w tym kierunku winny iść poszukiwania ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej, nad którą łamią sobie głowę nie tylko rosnące rzesze ocalałych z holokaustu, ale i kraje miłujące pokój.

Więc kiedy tak przestępujemy z nogi na nogę w oczekiwaniu, czy świat przetrwa do końca 2026 roku, czy też bezcenny Izrael do spółki ze Stanami Zjednoczonymi, w ramach walki o pokój i demokrację, doprowadzi do podpalenia planety i Apokalipsy, pocieszmy się dobrymi wiadomościami. Oto tylko patrzeć, jak pan Adam Borowski powędruje na pół roku do kryminału za odmowę przeproszenia Wielce Czcigodnego Giertycha Romana. Tak rozkazał nienawistny sąd w Warszawie. To nie byłaby specjalnie dobra wiadomość, chociaż na przykładzie pana Borowskiego widać, że co się odwlecze, to nie uciecze, więc surowa ręka sprawiedliwości ludowej, po latach, bo po latach – ale przecież go dosięgła.

Pozytywne w tym wszystkim jest co innego. Oto przynajmniej pod względem specjalnej ochrony sądowej Wielce Czcigodny Giertych Roman został zrównany z panią reżyserową Holland Agnieszką. Nakręciła ona knota pod tytułem „Zielona Granica”, który nie spodobał się znienawidzonemu Zbigniewowi Ziobrze do tego stopnia, że porównał go do jakichś propagandowych produkcji III Rzeszy. Toteż pani reżyserowa zaciągnęła go przed nienawistny sąd, który – powinność swej służby rozumiejąc – nakazał Zbigniewowi Ziobrze przeprosić panią reżyserową i zapłacić 50 tys złotych grzywny. No bo kto to widział, żeby komuś nie podobały się filmy pani reżyserowej, skoro zwierzchność dopuściła je do rozpowszechniania? Bo trzeba nam wiedzieć, że pani reżyserowa robi u nas, to znaczy – w naszym bantustanie – za autorytet moralny – i to jest przyczyną tej wzmożonej ochrony sądowej. Skoro jednak i w sprawie pana Borowskiego nienawistny sąd zachował się podobnie, to nieomylny to znak, że grono autorytetów moralnych powiększył Wielce Czcigodny Giertych Roman, chociaż – o ile mi wiadomo – ociąga się z poddaniem się drobnej, ale koniecznej, operacji chirurgicznej.

Stanisław Michalkiewicz

Marian Miszalski – wspomnienie

Marian Miszalski – wspomnienie

Wspomnienie    specjalnie dla www.michalkiewicz.pl    8 kwietnia 2026 michalkiewicz

W drugi dzień Świąt Wielkanocnych dotarła do mnie smutna wiadomość o nagłej śmierci Mariana Miszalskiego, mojego Przyjaciela, który zmarł rankiem w Niedzielę Wielkanocną w wieku 78 lat na zawał serca. Mariana poznałem w roku 1970 na Studium Dziennikarskim, gdzie rozpoczęliśmy studia podyplomowe, a zamieszkaliśmy w domu studenckim na Jelonkach. Od razu przypadliśmy sobie do gustu i tak się rozpoczęła nasza przyjaźń, która przetrwała aż do Jego śmierci. Tak się złożyło, że nadawaliśmy na tej samej fali i to chyba najbardziej zbliżyło nas do siebie.

Po studiach Marian wrócił do rodzinnej Łodzi, gdzie zaczął pracować w „Głosie Robotniczym”, podczas gdy ja już zostałem w Warszawie pracując w gazecie „Zielony Sztandar”, wydawanej przez Naczelny Komitet ZSL. Tak się bowiem złożyło, że mój poprzednik, Emil Morgiewicz, trafił do więzienia, jako skazany w procesie „Ruchu” – a że gazeta potrzebowała prawnika, który prowadziłby dział łączności z czytelnikami, udzielając im porad prawnych, to moje studia prawnicze akurat się przydały.

Mimo, że mieszkaliśmy w dwu różnych miastach, utrzymywaliśmy kontakt, który nabrał intensywności zwłaszcza w drugiej połowie lat 70-tych, kiedy to ja przystąpiłem do ówczesnej opozycji demokratycznej w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela i w takim charakterze, wraz z innym moim przyjacielem z lubelskich studiów, wydawaliśmy podziemną gazetę dla ludności wiejskiej pod tytułem „Gospodarz”. Marian w tym czasie związał się z Konfederacją Polski Niepodległej – i tak dotrwaliśmy do „karnawału Solidarności” w roku 1980. W stanie wojennym Marian został internowany od razu i trafił do więzienia w Sieradzu, podczas gdy ja zostałem aresztowany dopiero w maju 1982 roku i trafiłem do obozu dla internowanych w Białołęce, gdzie poznałem m.in, Janusza Korwin-Mikkego z którym przyjaźnię się do tej pory.

Kiedy już zostaliśmy uwolnieni z tych „ośrodków odosobnienia”, znowu nawiązaliśmy łączność, tym razem już bardzo ścisłą, co zaowocowało uruchomieniem w roku 1983 podziemnego Wydawnictwa „Kurs”. Marian zajmował się przede wszystkim redakcją i poszukiwaniem autorów, a ja – wydawaniem nie tylko miesięcznika „Kurs”, ale również książek, których od roku 1983 do roku 1989 wydaliśmy ponad 20 – w tym również ambitne pozycje literackie, jak np. powieść Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”. Głównym celem naszego przedsięwzięcia było zapoznanie czytelnika polskiego z zachodnim nurtem wolności gospodarczej, żeby aktywni w podziemiu ludzie wiedzieli w jakim kierunku kształtować przemiany ustrojowe – jeśli tylko pojawi się taka szansa. W tym celu, oprócz wspomnianego miesięcznika, którego udało nam się wydać 40 numerów – każdy w objętości ponad 60 stron „bitego” maszynopisu, bardzo dużym powodzeniem cieszyły się popularne pozycje francuskiego autora Guy Sormana: „Rewolucja konserwatywna w Ameryce”, „Rozwiązanie liberalne”, czy „Prawdziwi myśliciele naszych czasów”, a także książka Miltona i Róży Friedmanów, której nadaliśmy polski tytuł „Wolny wybór”. Warto dodać, że „Kurs” był przedsięwzięciem samofinansującym się, co dostarczało nam dodatkowej satysfakcji, że nawet w tak niesprzyjających okolicznościach postępujemy zgodnie z głoszonymi zasadami – no bo obaj zostaliśmy w stanie wojennym wyrzuceni z pracy z tzw. „wilczym biletem”.

Kiedy w drugiej połowie lat 80-tych, w ramach przygotowań do sławnej „transformacji ustrojowej” reżim trochę złagodniał, wyjeżdżaliśmy razem do Francji na winobrania, a przy okazji nawiązywaliśmy różne kontakty z osobami działającymi na emigracji. Współpraca w latach 80-tych jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyła i do przyjacielskich sentymentów doszło coś, co można by porównać do „braterstwa broni” – chociaż żadnej zbrojnej działalności oczywiście nie prowadziliśmy. Marian miał na swoim koncie spore osiągnięcia. Jako tłumacz z języka francuskiego udostępnił polskiemu czytelnikowi dzieła Jana Raspaila, m.in. „Obóz świętych”, która – chociaż napisana w roku 1972 – dopiero po bez mała 60 latach okazała się prorocza. Jako autor, dał się poznać za pośrednictwem swoich książek: „Chamy i żydy”, czy „Żydowskie lobby polityczne w Polsce”, „Ukryta wojna – cicha kapitulacja”, czy wreszcie – Najnowsza spiskowa historia Polski” – dotyczących polityki i historii – ale też beletrystyki („Kolekcja własna artysty”).

Przed dwoma laty zmarła Anita, żona Mariana, którą bardzo kochał i bardzo przeżył jej śmierć. Właściwie nie tyle „przeżył”, co cały czas to przeżywał i spotykając go przy różnych okazjach miałem wrażenie, jakby stracił chęć do życia. Kiedy po raz ostatni rozmawiałem z nim podczas Targów Książki w Łodzi, opowiadał mi o swoich problemach kardiologicznych, w związku z czym usilnie namawiałem go, by wziął się za leczenie – ale chociaż mnie słuchał, to nie miałem wrażenia, że bierze sobie moje rady do serca. No i nadeszła Wielka Niedziela, kiedy serce już nie wytrzymało.

Na wieść o śmierci Mariana przypomniałem sobie jego wiersz, napisany bodaj jeszcze w początkach lat 70-tych, którym chciałbym zakończyć to wspomnienie:

Żebyś się ziemio rozwarła

Nie raną w sumieniu, z której jucha czarna

Pod gardło podchodzi, zgagą wstydu piecze.

Żebyś się ziemio rozwarła

Chłodnym cieniem na życie człowiecze

Spełnioną nicością po skończonym trwaniu

Chłodną pościelą po trudnym kochaniu

Z blondynkami dni, brunetkami nocy…

Żebyś się ziemio rozwarła

Nie jamą mogilną, w którą iskra marna

Zgasłym ptakiem spada – tylko ślad na niebie…

Żebyś się ziemio rozwarła

Bruzdą w żyznej glebie

Z której łodyga silna w błękit bije

Błękit targa za siwe brody chmur.

——————————-

Stanisław Michalkiewicz

Czy będziemy się nudzili?

Czy będziemy się nudzili?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    5 kwietnia 2026 michalkiewicz

Wygląda na to, że z prezydentem Donaldem Trumpem nie będziemy się nudzili. Jeszcze podczas jego poprzedniej prezydenckiej kadencji mogliśmy się przekonać, że jest on ekstrawertykiem, więc co tylko ma w sercu, to zaraz ma i na języku – a w miarę upływu lat ta skłonność najwyraźniej jeszcze się rozwinęła. Co więcej – im mniej przyjemności życiowych doznaje, tym szybciej się nudzi i zniechęca. Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w stosunku do Ukrainy, o której prezydent Donald Trump już nie chce nawet słyszeć, a przynajmniej takie sprawa wrażenie. Inna rzecz, że trudno mu się dziwić, kiedy ukraiński prezydent Zełeński od każdego chciałby wyłudzić pieniądze, jak nie pod pretekstem, że Ukraina „broni Europy”, to pod jakimś innym – a w dodatku prezentował butną postawę roszczeniową. Kiedy w Białym Domu, na oczach całego świata, dostał od prezydenta Trumpa po łapach, to trochę się opamiętał, ale odtąd przestał być duszeńką amerykańskiego przywódcy – i tak już zostało.

Teraz słyszymy, że prezydent Trump rozważa przeznaczenie amunicji, która pierwotnie miała być sprzedana Unii Europejskiej z przeznaczeniem na Ukrainę, na Bliski Wschód – ale po 4 tygodniach wojna ze złowrogim Iranem też zaczyna go już nudzić, więc przebąkuje, że następna będzie Kuba. Jużci – Kuba wydaje się łatwiejsza od złowrogiego Iranu, więc być może i o listek do wieńca sławy też tu łatwiej – a poza tym, na Kubie żadnych żywotnych interesów nie ma bezcenny Izrael, więc przerzucając się na Kubę prezydent Trump mógłby uwolnić się od – co tu ukrywać – i krępującej i kompromitującej kurateli Beniamina Netanjahu.

Tedy zastygamy w oczekiwaniu na drugi dzień Świąt Wielkanocnych, kiedy to upływa termin kolejnego ultimatum, przedstawionego złowrogiemu Iranowi. Jeśli prezydent Trump i ten termin przedłuży, to będzie potem mógł już przedstawiać Iranowi kolejne „poważne ostrzeżenia”, podobne do tych, jakie w latach 50-tych i 60-tych przedstawiała Stanom Zjednoczonym Chińska Republika Ludowa.

Więc widzimy że z prezydentem Trumpem nie będziemy się nudzili nawet w sytuacji, gdy w nim samym kolejne wojny budzą już tylko narastające znudzenie. No bo rzeczywiście – cóż w takiej, jednej z drugą wojnie może być interesującego? „A na wojnie świszczą kule, lud się wali jako snopy, a najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy” – pisała Maria Konopnicka w wierszu „A jak poszedł król na wojnę”.

Teraz chłopy się wycwaniły, zwłaszcza u nas. Zamiast ginąć, wolą kierować Ministerstwem Obrony Narodowej i zamawiać w zbrojeniowych fabrykach, krajowych i zagranicznych broń i amunicję dla naszej niezwyciężonej armii. To jest lepsze niż dotychczasowa „obrona interesów wszy i rolnictwa”, którą od ponad stu lat zajmowali się ludowcy. Teraz jednak, kiedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, za nic sobie mając wątpliwości Parlamentu Europejskiego nakazała wykonywać umowę z Mercosur, a nawet zawarła drugą – z Australią – to obrona „interesów wszy i rolnictwa” stała się zajęciem jałowym, z którego żadnych konfitur się nie wyciśnie. Zbrojenia, to co innego – toteż Polskie Stronnictwo Ludowe poświęciło się – bo czegóż to nie robi się dla Polski? – zbrojeniu naszej niezwyciężonej armii. W tym celu pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz, wniósł do laski pana marszałka Czarzastego projekt ustawy o „SAFE – zero procent”, według skorygowanego przez siebie pomysłu pana prezydenta Karola Nawrockiego. Korekta polega na tym, że pierwotnie dystrybucją środków finansowych na zbrojenie naszej niezwyciężonej, miał zajmować się fundusz pod egidą prezydenta – to według nowej wersji – vaginet obywatela Tuska Donalda.

Wiadomo bowiem, że pierwsze koryto przeznacza się dla świń, drugie – dla naszej niezwyciężonej, a dopiero trzecie – zgodnie ze starożytną rzymską sentencją, że omne trinum perfectum – co się wykłada, że doskonałe jest wszystko potrójne – na zbrojenia. Przy okazji chodzi o to, by sprawdzić, czy pan prezes Glapiński przypadkiem nie koloryzuje mówiąc, iż zbrojenia naszej niezwyciężonej można sfinansować z rezerw Narodowego Banku Polskiego. W tej sytuacji oskarżenia pana prezydenta Nawrockiego o „zdradę” ucichły, jakby ręką odjął i z tego powodu nie pyskuje na niego nawet Wielce Czcigodny poseł Trela, najwyraźniej wzięty do Sejmu na chłopaka do pyskowania.

Za to wszyscy używają sobie teraz na panu prezydencie z powodu wyjazdu do Budapesztu, gdzie spotkał się z tamtejszym premierem Wiktorem Orbanem, z którym wcześniej spotykać się nie chciał z obawy przez strefieniem. Chodziło o to, że Wiktor Orban spotykał się z prezydentem Federacji Rosyjskiej Putinem, podczas gdy nasi Umiłowani Przywódcy nie tylko mają zakazane wszelkie bliskie spotkania III stopnia z Putinem, ale mają surowo przykazane, by go „nienawidzić”. Chodzi o to, że Polska została wytypowana na „sługę narodu ukraińskiego”, więc w ostatniej instancji, to Kijów decyduje, co nam wolno, a czego nie – jeśli oczywiście nie liczyć znudzonego kolejnymi wojnami prezydenta Donalda Trumpa. Tymczasem na Węgrzech już wkrótce mają odbyć się wybory, w których na zwycięzcę zatwierdzony został przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje Piotr Magyar, podczas gdy Wiktor Orban ma je sromotnie przegrać, więc zarówno obywatel Tusk Donald, jak i całe zaplecze Volksdeutsche Partei, nie szczędzi panu prezydentowi Nawrockiemu gorzkich słów potępienia tym bardziej, że „zastanawia się” on, czy przyjąć ślubowanie od szóstki zaufanych kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego, którzy przeforsowaliby delegalizację Konfederacji Korony Polskiej, niezależnie od tego, czy obywatel Żurek Waldemar zdąży do końca roku wsadzić do kryminału Grzegorza Brauna, czy nie. Jak wiadomo, jego proces toczy się w tempie iście stachanowskim, co świadczy o pragnieniu odpowiedniego uporządkowania tubylczej sceny politycznej, żeby wybory w roku 2027 w naszym bantustanie zakończyły się zgodnie z oczekiwaniami Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje i niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza.

Tymczasem po Liście Pasterskim Episkopatu Polski do parafian, w którym Episkopat przyznał, że przez „półtora tysiąca lat” Kościół katolicki mylił się gruntownie w kwestii żydowskiej, w niezależnych mediach głównego nurtu zapadła cisza, niczym w wytwornym salonie, gdy ktoś puści głośnego [i bardzo śmierdzącego md] bąka. Bo rzeczywiście – co tu gadać w sytuacji, gdy w tej jednej sprawie Kościół przez półtora tysiąca lat się mylił? Skoro w jednej sprawie się mylił, to może w innych – też? A jeśli w przeszłości się mylił, to skąd możemy wiedzieć, czy nie myli się teraz? Nic więc dziwnego, że Autorowie Listu skwapliwie korzystają z okazji, by siedzieć cicho, zastygając w oczekiwaniu, czy 13 kwietnia parafianie ruszą gremialnie modlić się w synagogach, czy też nie. Ponieważ nie do końca wiadomo, czy ta sprawa została uzgodniona z rabinami, to wszystko może skończyć się tak, jak w Jerozolimie, gdzie pod pretekstem wojny nie tylko odwołano Drogę Krzyżową, ale izraelska policja nie wpuściła do Bazyliki Grobu Pańskiego Patriarchy Jerozolimy i Kustosza Ziemi Świętej, których chcieli tam odprawić Mszę św. nawet bez udziału publiczności. Jak widzimy, militaryści, nawołujący, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny, mają wiele racji, zwłaszcza w Izraelu, który najwyraźniej wziął sobie tę wskazówkę do serca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Ultimatum i devotio moderna

Ultimatum i devotio moderna

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  29 marca 2026 michalkiewicz

Świat już wstrzymywał oddech przez upływem ultimatum, jakie amerykański prezydent Donald Trump przekazał był złowrogiemu Iranowi, że jeśli do północy z poniedziałku na wtorek, czyli z 23 na 24 marca, cieśnina Ormuz nie zostanie odblokowana dla żeglugi, to USA uderzą z mocą wielką i majestatem na irańskie elektrownie, zaczynając od największej.

Złowrogi Iran odpowiedział, że w takim razie on zaatakuje z mocą wielką nie tylko elektrownie w państwach rejonu Zatoki Perskiej, ale i odsalarnie wody, co byłoby katastrofalne zwłaszcza dla Dubaju i Kataru.

Aliści już w poniedziałek 23 marca rano prezydent Trump oświadczył, że przeprowadził ze złowrogim Iranem niezwykle owocne rozmowy, w związku z czym – no właśnie – nie wiemy, czy ultimatum zostało cofnięte, czy nie. Chodzi o to, że złowrogi Iran oświadczył, iż żadnych rozmów z Amerykanami nie prowadził. To może być prawda, bo dotychczasowe doświadczenia pokazują, iż wszyscy ci, co prowadzili z Ameryką jakieś rozmowy, zostali wkrótce potem pozabijani przez bezcenny Izrael przy pomocy niezwykle inteligentnych rakiet, co to nawet w tłumie potrafią rozróżnić uczciwego obywatela od ukrytego antysemitnika, którego czeka zasłużony zgon. Z kolei, gdy amerykański prezydent, nasz Najważniejszy Sojusznik, twierdzi, że przeprowadził ze złowrogim Iranem niezwykle owocne rozmowy, to nie wypada zaprzeczać. Pewne światło rzuca na tę sprawę okoliczność, że prezydent Trump poinformował o tych rozmowach 23 marca rano. Możliwe tedy jest, że przeprowadził je przez sen – dlatego okazały się takie owocne – i rano jeszcze był pod ich wrażeniem – no a potem już nie wypadało się z tych rewelacji wycofywać.

W tej sytuacji nie mamy wyjścia, jak odwołać się do odkrycia uczonych radzieckich co do przewidywania przyszłości – że wystarczy trochę poczekać – i już w najbliższy wtorek będziemy mogli zorientować się, jak jest i jak będzie – nawet bez pomocy pana generała Marka Dukaczewskiego, którego w takich sytuacjach zawsze wzywa na przesłuchanie do TVN resortowa „Stokrotka”.

Tymczasem pan prezydent Karol Nawrocki do listy swoich sprośnych błędów Niebu obrzydłych, które nieubłaganym palcem wytykają mu, wraz z zarzutami „zdrady”, funkcjonariusze i sympatykowie Volksdeutsche Partei, dołożył jeszcze jedną myślozbrodnię w postaci wizyty w Budapeszcie pod pretekstem przyjaźni polsko-węgierskiej. Jakby nie wiedział, że nasz nieszczęśliwy kraj – owszem – może przyjaźnić się nawet z Węgrami, ale – po pierwsze – jeśli uzyska od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje stosowne pozwolenie, po drugie – gdy na czele rządu węgierskiego nie będzie stał znienawidzony Wiktor Orban, tylko zatwierdzony przez BND Piotr Magyar, a po trzecie – że rząd węgierski nie tylko nie będzie korzystał z ruskiej ropy, ale i nie będzie blokował w Brukseli forsy dla ukraińskich oligarchów.

Żaden z tych warunków nie został spełniony, toteż funkcjonariusze Volksdeutsche Partei, na czele z Księciem-Małżonkiem, który zazdrośnie pilnuje swojego monopolu na komentowanie spraw zagranicznych, nie szczędzą panu prezydentowi Nawrockiemu gorzkich wyrzutów tym bardziej, że na Węgrzech wkrótce odbędą się wybory, które Wiktor Orban ma przegrać – a w każdym razie – taki jest rozkaz Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która właśnie postanowiła ukrywać przed węgierskim premierem wszystko, nad czym namawiają się w Brukseli unijni ważniakowie – bo ktoś puścił bąka, że węgierski minister spraw zagranicznych o wszystkim raportował swemu ruskiemu koledze. W związku z tym nasi funkcjonariusze Propaganda Abteilung radują się, że Wiktor Orban się „doigrał”. Zapominają wszelako, że jak tylko traktat lizboński zostanie znowelizowany – na co wyraził zgodę Parlament Europejski – to i nasz nieszczęśliwy kraj będzie dowiadywał się z gazet, co tam starsi i mądrzejsi postanowili w naszych sprawach – zgodnie z wytycznymi Adolfa Hitlera, który jeszcze w 1943 roku wyjaśniał, iż „małe państwa” w zjednoczonej Europie nie mają racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Tedy – jak mawiał książę Salina z powieści „Lampart” , „wiele musi się zmienić, by wszystko pozostało po staremu”, to znaczy – byśmy znowu stali się Generalną Gubernią.

Toteż nic dziwnego, że gdy Generalny Gubernator w osobie obywatela Tuska Donalda pojechał do Brukseli, żeby „walczyć” ze znienawidzonym ETS, czyli handlem emisjami złowrogiego dwutlenku węgla, Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wytłumaczyła mu, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku, bo ona zadba, żeby wszystkie co głupsze bantustany, dostały stosowną rekompensatę za poniesione straty. Toteż obywatel Tusk Donald już w samolocie wracającym do Warszawy tak pęczniał z dumy, że prawie orbitował w stanie nieważkości wokół własnej osi. ETS polega bowiem na tym, że poszczególne bantustany mają przydzielone limity emisji dwutlenku węgla, a jeśli je przekraczają, to muszą sobie je dokupić od lichwiarzy na giełdzie. Antysemitnikowie rozpuszczają tedy fałszywe pogłoski, że całym tym interesem kieruje stary Żyd w Jerozolimie, który na liczydłach wylicza wszystkie procenty, a Reichsfuhrerin oraz inni ważniakowie brukselscy się do tego akomodują.

A skorom już o antysemitnikach mowa, to burzę w szklance wody wywołał list Episkopatu Polski do parafian. Najwyraźniej jest on efektem ostatnich nominacji Jego Świątobliwości Leona XIV, który postawił J.Em. Grzegorza kardynała Rysia na posadzie ordynariusza Metropolii Krakowskiej, a J.Em. Konrada kardynała Krajewskiego na posadzie ordynariusza Metropolii Łódzkiej – żeby nas tresowali w nowoczesnej pobożności, która z łacińska nazywa się devotio moderna.

Według devotio moderna, Żydowie – jak gdyby nigdy nic – są nadal oczkiem w głowie Stwórcy Wszechświata, mają własną, szybką ścieżkę zbawienia, niezależną od żadnego Mesjasza, a w Królestwie Niebieskim, żeby nie musieli trefić się wskutek stykania z głupimi gojami, będą prawdopodobnie mieli luksusowo wyposażone getto. Tedy na wszelki wypadek obydwaj purpurates ostrzegli wszystkich parafian, że antisemitismus jest straszliwym grzechem, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie, ani – ma się rozumieć – również na tamtym. W Liście była też zachęta, by parafianie, wzorem Jana Pawła II, odwiedzili jakąś synagogę. Jak bowiem pamiętamy, Jan Paweł II bez synagogi nie mógł już wytrzymać.

List początkowo miał zostać odczytany we wszystkich kościołach w kraju, ale widocznie spotkał się z niechęcią przewielebnego duchowieństwa niższych szczebli eklezjastycznej hierarchii, który – będąc na styku z parafianami – lepiej wiedzą, co myślą oni o devotio moderna, więc na wszelki wypadek listu nie odczytywali. Zresztą zniknął on też i ze stron internetowych różnych diecezji – jakby padł ofiarą jakiegoś kościelnego Ministerstwa Prawdy. Myślę, ze niepotrzebnie – bo coraz mniej parafian przejmuje się dzisiaj herezjami, w jakie popadają wysoko postawieni hierarchowie, więc najwyżej część z nich zasiliłaby szeregi lefebrystów *), a reszta – wstrzymała finansowanie parafii do czasu wyjaśnienia, czy dialog z judaszyzmem doprowadzi do likwidacji chrześcijaństwa, czy też Żydowie pozwolą je pozostawić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

================================================

*) mail:
a ja byłem w Palmową w kościele w Radości, Bractwa św. Piusa X,
Okazało się, że na placu przed kościołem postawili ogromny Namiot,
jakieś 25*50 metrów. 
I był wypełniony ludźmi !! Z 500 wiernych chyba,

Ledwo znalazłem miejsce [dali..] na ławce BEZ oparcia, to się kiwałem. 
Zimno, jak.. 

Ogromne wrażenie. 6 konfesjonałów, potem czterech księży rozdaje
Komunię ludziom klęczącym.

Jak za Bieruta, panie… 

Prawdziwa zapamiętałość

Prawdziwa zapamiętałość

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Nasza Polska”    24 marca 2026 michalkiewicz

Jeden z rosyjskich pisarzy – czy nie Sałtykow-Szczedrin? – charakteryzował bohatera jednej ze swoich opowieści, że do wódki miał on już nie tyle nawet skłonność, co prawdziwą zapamiętałość. Coś takiego można było powiedzieć i o nieboszczyku Jacku Kuroniu, oczywiście w okresie dobrego fartu, gdy był ministrem pracy. A książce „Wyjść z socjalizmu”, którą – jako ostatnią i już oficjalnie – wydaliśmy w wydawnictwie „Kurs”, które było wydawnictwem „drugoobiegowym”-Guy Sorman pisze, że Kuroń jest „krzykliwy” i „dziwny” i jednocześnie odkrywa przyczynę tej osobliwości. Chodzi oczywiście o wódkę, w której Kuroń – jak twierdzi autor książki – się „nurza”.

Podobne wrażenie zapamiętałości można odnieść na widok reakcji obywatela Tuska Donalda na każdą propozycję, która miałaby charakter alternatywy wobec programu SAFE. Vaginet obywatela Tuska Donalda bardzo ostrożnie dozował informacje na temat tej pożyczki w wysokości prawie 44 mld euro na dozbrojenie naszej niezwyciężonej armii. Początkowo wiadomo było tylko, że to wielki sukces vaginetu obywatela Tuska Donalda.

Potem do wiadomości publicznej zaczęły przedostawać się również inne szczegóły. Że ta pożyczka – co ujawnił ponad wszelką wątpliwość pan Jacek Saryusz-Wolski – obwarowana będzie mechanizmem warunkującym, znanym jak zły szeląg z Krajowego Planu Odbudowy. Oznacza to, że Komisja Europejska, czyli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, albo – jeśli na czele Komisji Europejskiej będzie stał jakiś inny Reichsfuhrer, co jest nieuchronne, jako, że pożyczka ma być rozłożona na całe lata – w każdej chwili, pod byle pretekstem – na przykład, że polskiemu rządowi śmierdzi z gęby – może wstrzymać przekazanie kolejnych transz pieniędzy.

Po drugie – że wprawdzie ma być ona oprocentowana „korzystnie” – a co to konkretnie znaczy, to jest otoczone mgłą tajemnicy i to mgłą w najlepszym gatunku – ale minister z Kancelarii Prezydenta, pan Bogucki, na konferencji prasowej po spotkaniu u pana prezydenta Nawrockiego we wtorek 10 marca stwierdził, że z uwagi na długi okres spłaty, Polska musiałaby zwrócić dług prawie w podwójnej wysokości, niż pożyczka.

Wreszcie – Wielce Czcigodna vaginessa Sobkowiak-Czarnecka, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę pełnomocnicy dla SAFE, w niepojętym przypływie szczerości wychlapała, że „cztery do pięciu procent” z tych prawie 44 mld euro, od razu, na „dzieńdobry”, trafi na Ukrainę. Podejrzewam, że zataiła prawdę, że nie żadne 5 procent, tylko co najmniej 15, a może nawet 50 procent trafiłoby na Ukrainę.

Po pierwsze dlatego, że Polska nie uchyliła umowy z Ukrainą z 2 grudnia 2016 roku, na podstawie której nasz nieszczęśliwy kraj zobowiązał się do „nieodpłatnego” udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa – również i finansowych – a po drugie – że właśnie w związku z operacją „Epicka furia”, którą Ameryka na polecenie Izraela rozpętała przeciwko Iranowi, prezydent Trump poprosił Ukraińców, żeby pomogli Stanom Zjednoczonym w walce z irańskimi dronami.

Rzecz w tym, że te irańskie drony są stosunkowo tanie w produkcji, że Iran ma ich całą chmarę, a tymczasem Amerykanie owszem – zestrzeliwują je, jak najbardziej – ale rakietami kosztującymi bajońskie sumy. Prezydent Zełeński nie mówi „nie”, ale żąda w zamian amerykańskich pocisków do wyrzutni HIMARS. Ponieważ prezydent Trump zaklął się, że nie da Ukrainie „ani centa”, to musimy postawić pytanie, kto za te pociski dla Ukrainy zapłaci?

A któż, jak nie Polska? Przecież trudno nawet ze świecą znaleźć w Europie rząd podobnie głupi, jak aktualny vaginet obywatela Tuska Donalda, a po drugie – 27 lutego Sejm przyjął uchwałę stwierdzającą, ze Polska jest sługą narodu ukraińskiego – i pozostanie nim tak długo, jak długo będzie to konieczne. Warto dodać, że na nieubłaganym gruncie tej uchwały nieugięcie stoi namaszczony niedawno przez Naczelnika Państwa Kaczyńskiego Jarosława Polskęzbawa na kandydata PiS na premiera, Wielce Czcigodny pan prof. Przemysław Czarnek. Jego wkład do tej rewolucyjnej praktyki polega na tym, że w zamian za czynności służebne ze strony Polski, oczekuje od Ukrainy „szacunku” i „partnerstwa”. Ale dlaczego właściwie Ukraina miałaby Polsce okazywać szacunek, a zwłaszcza – traktować ją po partnersku, skoro przecież Polska tak czy owak jest i pozostanie sługą narodu ukraińskiego? Tego pan prof. Czarnek już nie wyjaśnia, prawdopodobnie dlatego, iż wie, że skoro tak mówi, to nie dlatego, żeby naprawdę w to wierzył – bo uprzejmie zakładam, że aż taki głupi nie jest – tylko żeby uwodzić w ten sposób wyznawców Naczelnika Państwa, którzy łykną wszystko. Zresztą zaraz po namaszczeniu na kandydata na premiera Wielce Czcigodny pan prof. Przemysław Czarnek zadeklarował posłuszeństwo Naczelnikowi, który z kolei – zgodnie z kolejnością dziobania – słucha pana ambasadora Tomasza Róży z amerykańskiej ambasady. Pan Tomasz Róża jest nie tylko amerykańskim ambasadorem, ale i Żydem, więc w ten sposób za jednym zamachem realizuje się podległość nie tylko Ameryce, ale i Izraelowi.

Toteż pan prof. Czarnek posłusznie wykluczył wszelką koalicję z Konfederacją Korony Polskiej Grzegorza Brauna – bo pan ambasador Róża powiedział, że ani prezydent Trump, ani on osobiście „nigdy nie zapomni” Grzegorzowi Braunowi jego odwiedzin w ambasadzie Iranu w Warszawie. Ponieważ i Sławomir Mentzen zakpił sobie niedawno z pana prof. Czarnka, naigrawając się z jego „expose” („kaucje-sraucje”, „wiatraki-sraki”, „eko-sreko” , „elektryki-sryki” i „panele-srele”), a wicemarszałek Bosak wypowiedział się o panu prof. Czarnku z wielką rezerwą, powstaje pytanie, w jaki sposób pan prof. Przemysław Czarnek miałby zostać premierem w sytuacji, gdy PiS szoruje na poziomie 22 procent w sondażach?

Tajemnica to wielka, chyba, że stare kiejkuty, za pośrednictwem pana Róży, albo i bezpośrednio z CIA dostaną rozkaz utworzenia kolejnej partii jednorazowego użytku, podobnie jak wcześniej – Ruchu Palikota, Nowoczesnej, Kukiz-15, czy wreszcie – Polski 2050 – która pod nazwą „Róbmy Sobie Na Rękę” zleje się w koalicję z PiS-em. To jest możliwe. Skoro w roku 2015 Nowoczesna, zanim jeszcze pan Ryszard Petru otworzył usta, by nam powiedzieć, jak będzie przychylał nam nieba, dostała od wdzięcznego narodu aż 11 procent zaufania, to od tamtej pory konfidentów musi być znacznie więcej, więc jeśli stare kiejkuty wydadzą komendę: w prawo zwrot! Do Naczelnika Państwa marsz! – to w takiej koalicji pan prof. Przemysław Czarnek ma szanse.

Wracając do zapamiętałości obywatela Tuska Donalda, to podczas spotkania u pana prezydenta nie chciał on słuchać o żadnej alternatywie dla SAFE, tylko domagał się forsy od prezesa NBP pana Adama Glapińskiego. Najwyraźniej obywatel Tusk Donald wie, że MUSI wziąć tę pożyczkę od Komisji Europejskiej, bo w przeciwnym razie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje powyrywa z tyłka nogi nie tylko jemu, ale również – Księciu-Małżonku, więc nic dziwnego, że nie tylko w vaginecie obywatela Tuska Donalda pojawiła się taka zapamiętałość, ale również – w środowisku mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co, to rozpoznają się po zapachu.

Obywatel Tusk wezwał pana prezydenta Nawrockiego do natychmiastowego podpisania ustawy o SAFE, jako że nasza niezwyciężona armia nie może czekać. To bardzo ciekawy argument, podobny do tego, jakiego użył jeszcze przed I wojną światową Antoni Lange, który zaproponował armii rosyjskiej dostawę miliona krzeseł dowodząc, że taka duża armia nie może stać. Dołączył nawet rysunek modela, wzorowany na składanych krzesełkach, używanych przez bywalców wyścigów konnych. Ku jego zdumieniu w Ministrostwie Wojny w Sankt Petersburgu potraktowano projekt poważnie, bo widocznie jacyś funkcjonariusze przewąchali w tym możliwość zarobków. Niestety wybuchła wojna i projekt diabli wzięli – ale co to szkodzi powtórzyć go teraz?

Pan prezydent Nawrocki skierował do Sejmu projekt ustawy o funduszu militarnym – bo i u nas nie może być tak, by biurokracji cywilnej i wojskowej przy tej okazji nie stworzyć możliwości umaczania pysków w melasie – ale pan marszałek Czarzasty pokazał mu gest Kozakiewicza oświadczając, że ten jego projekt nie będzie poddany pod obrady dopóki pan prezydent nie podpisze ustawy o SAFE. Nieomylny to znak, że nie tylko Volksdeutsche Partei jest ekspozyturą Stronnictwa Pruskiego, ale i Lewica. Mogliśmy przekonać się o tym zresztą już w czerwcu 2012 roku, kiedy to Naczelnik Państwa, wobec sprzeciwu części własnego klubu, właśnie przy pomocy Lewicy przeforsował w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej – na podstawie której Komisja Europejska, zaciągnąwszy w imieniu całej Unii pożyczkę, stręczy nam dzisiaj dar Danaów w postaci programu SAFE.

Jak wyjaśnił prezes NBP Adam Glapiński w środę 11 marca, alternatywna propozycja, funkcjonująca pod nazwą „Polski SAFE zero procent” ma być sfinansowana z rezerw Narodowego Banku Polskiego. Jak to będzie wyglądało technicznie – tego jeszcze nie wiem, ale możliwe, że tak samo, jak dotychczas. Bank Gospodarstwa Krajowego wypuści obligacje na 180 mld złotych – bo tyle podobno potrzebuje nasza niezwyciężona armia – NBP, w ramach „inwestowania”, kupi te obligacje i w ten sposób forsa zostanie wygenerowana. Ale ani obywatela Tuska Donalda, ani Księcia-Małżonka, ani pana prof. Balcerowicza, ani wybitnego ekonomisty Ryszarda Petru, nic nie jest w stanie odciągnąć od programu SAFE. To bardzo zagadkowa sprawa, bo im chyba Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie groziła powyrywaniem nóg z tyłka? Czyżby byli na jakimś procencie od SAFE – o co podejrzewam Judenrat „Gazety Wyborczej” – bo za darmo by tak nie gardłował? Aj waj!

A tu, jakby tego było mało, rysuje się nowy front wojny, na odcinku Trybunału Konstytucyjnego. Jest tam sześć wakatów do obsadzenia. Marszałek Czarzasty Włodzimierz właśnie zarządził przyklepanie przez Sejm sześciu kandydatów na sędziów TK – bo periculum in mora w związku z koniecznością zdelegalizowania Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, o której mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, od pewnego czasu rozprawiają. Z tego, co z czeluści Sejmu można wydedukować, kandydatów zgłosiły organizacje nienawistnych sędziów: „Iustitia” i „Themis” , które podejrzewam iż zostały założone albo z inicjatywy starych kiejkutów („Iustitia”), albo z inicjatywy ABW („Themis”).

Jednak posłowie PiS złożyli do TK wniosek o zabezpieczenie, by wstrzymać wybór tych sześciu kandydatów do 17 marca, kiedy to TK będzie badał legalność ustawy uchwalonej za czasów PiS. Ponieważ jednak vaginet obywatela Tuska nie uznaje obecnego składu TK, to wszystko może rozstrzygnąć się tak, że kandydaci zostaną wprowadzeni do siedziby TK przez policję i bezpieczniaków. Pozostali sędziowie zostaną przez bezpieczniaków wyrzuceni na zbity łeb, a szóstka nominatów rozpocznie urzędowanie, chociaż pan prezydent Nawrocki nie wręczy im nominacji. W ten sposób o ostatecznym kształcie praworządności w naszym bantustanie będą decydowali sierżanci policji i Służby Bezpieczeństwa, a nienawistni sędziowie będą skakali przed nimi z gałęzi na gałąź, aż im będą się podwiewały togi, odsłaniając rozmaite niedyskrecje.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.

Na niemieckim celowniku

Na niemieckim celowniku

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    22 marca 2026 michalkiewicz

Po zawetowaniu przez pana prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o SAFE, obywatel Tusk Donald oskarżył go o „zdradę”, której „historia” mu nie zapomni – a niezależnie od tego, na pana prezydenta runęła lawina gorzkich słów krytyki, których nie szczędzi mu nie tylko środowisko związane bezpośrednio z vaginetem obywatela Tuska Donalda, ale również – mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, a dla których krynicą mądrości etapu jest oczywiście Judenrat „Gazety Wyborczej”, będący – wprawdzie niekonstytucyjnym, ale bardzo wpływowym ośrodkiem władzy w naszym bantustanie – a także wyższe kręgi naszej niezwyciężonej armii, która najwyraźniej już otrząsnęła z siebie odium po stanie wojennym z 1981 roku i szykuje się do nowego zadania – trzymania za twarz mniej wartościowego narodu tubylczego, tym razem nie w ramach PRL-u, a w ramach Generalnego Gubernatorstwa – bo taki mniej więcej status przewidują dla Naszego nieszczęśliwego kraju Niemcy w IV Rzeszy.

Klangor podnoszony przez wspomniane środowiska został uzupełniony deklaracją rzecznika Komisji Europejskiej Tomasza Regniera. Przypomniał on, że plan udzielenia Polsce pożyczki SAFE został przez Komisję Europejską zatwierdzony w iście stachanowskim tempie – chociaż taktownie już powstrzymał się od wychlapania, że najpierw został przez nią zasuflowany vaginetowi w Warszawie – no a teraz – powiada – „musimy go zrealizować”, żeby tam nie wiem co.

Toteż vaginet obywatela Tuska Donalda błyskawicznie podjął uchwałę w postaci tzw. „Planu B”, przewidującego, iż Polska tak czy owak pożyczkę weźmie – również bez ustawowego upoważnienia. Wprawdzie pan prof. Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego ostrzega, iż byłoby to złamanie konstytucji – ale kto by się w vaginecie przejmował takimi drobiazgami, skoro rozkaz przyjęcia pożyczki wyszedł od samej Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która musiała i Donaldu Tusku i Księciu-Małżonku zagrozić, że jeśli będą się wahać („Pan się waha” – jak powiedział pijak do przypadkowo napotkanego w parku wisielca), to ona przypomni, skąd wyrastają im nogi.

Tedy niezależnie od jazgotu w niezależnych mediach głównego nurtu, z których prawie nie wychodzi Wielce Czcigodny Krzysztof Gawkowski, mający w vaginecie obywatela Tuska Donalda fuchę ministra od cyfryzacji, a z którym kojarzy mi się fragment „Refleksji z nieudanych rekolekcji paryskich” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego („A w tłumie wciąż te same twarze – oszusta i potępionego”) – w ostatnią niedzielę wyciągnięty przez BND z naftaliny Komitet Obrony Demokracji skrzyknął na protestacyjną demonstrację przez Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie podobno aż 10 tys. osób.

Ciekawe ilu uczestników tej demonstracji jest konfidentami, jak nie starych kiejkutów, to bezpośrednio – niemieckiej BND, ilu emerytowanymi i czynnymi bezpieczniakami, którzy dostali służbowe polecenia, a ilu – durniami, którzy myślą, że to wszystko naprawdę?. Nie jest też jasne, kto personalnie w imieniu KOD firmował tę demonstrację – bo media nie wspomniały, by pojawił się tam pan Mateusz Kijowski – w swoim czasie idol tubylczej demokracji, ale w międzyczasie trochę zaśmierdziały.

Okazało się poza tym, że Judenrat „Gazety Wyborczej”, jak to się mówi – „dotarł” – do informacji, że ta cała pożyczka SAFE, to tylko taki początek, rodzaj fundamentu, na bazie którego nasz nieszczęśliwy kraj w ciągu najbliższych 10 lat będzie musiał dodatkowo pożyczyć na udelektowanie naszej niezwyciężonej armii jeszcze co najmniej 800 miliardów złotych. Razem ze 180 miliardami, przewidzianymi w ramach SAFE byłby to już okrągły bilion, czyli tysiąc miliardów. Nieomylny to znak, że pomysłodawcy tej operacji musieli uznać, iż Generalna Gubernia, przynajmniej pod pewnym względem, powinna przypominać Prusy.

W XVIII wieku mawiano bowiem, że wszystkie państwa mają armie, a tylko Prusy są wyjątkiem – bo tam armia ma państwo. Ponieważ nasz nieszczęśliwy kraj wprawdzie coraz bardziej upodabnia się do Rzeczypospolitej sprzed III rozbioru, ale Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie zamierza tylko na tym poprzestać i robi wszystko, by Generalna Gubernia przynajmniej pod tym względem dostąpiła germanizacji, to znaczy – upodobniła się do Prus. Naszej niezwyciężonej armii tylko w to graj – bo wiadomo, że najważniejszą rzeczą jest dosłużyć do emerytury, na której dopiero zaczyna się prawdziwe życie – a komu się służy, to rzecz wtórna, bo tak czy owak komuś służyć trzeba.

Uskrzydlony tak szerokim poparciem zarówno płomiennych obrońców demokracji, jak i mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, Judenratu i wierchuszki naszej niezwyciężonej, obywatel Tusk eskalował swoje zarzuty. Stwierdził mianowicie, że cała awantura z wetem pana prezydenta Nawrockiego jest wstępem do „polexitu”, w związku z czym, on „zrobi wszystko” żeby do tego nie dopuścić. Z obfitości serca usta mówią, więc w końcu dowiedzieliśmy się, o co chodzi naprawdę. Bo naprawdę chodzi o to, by Polska przepoczwarzyła się w Generalną Gubernię i to na wieki, a przynajmniej – aż do końca istnienia IV Rzeszy. Zadłużanie państwa, jak nie pod takim, to pod owakim pozorem, jest znakomitą metodą osiągnięcia tego celu.

Przykładem niemieckich wysiłków do podporządkowania sobie Europy Środkowej, jest nie tylko Polska – ale ostatnio – również Węgry. W pierwszej połowie kwietnia mają odbyć się tam wybory, które – wszystko na to wskazuje – przybiorą postać plebiscytu między premierem Wiktorem Orbanem, a jego konkurentem Piotrem Magyarem, ongiś współpracownikiem Orbana, ale teraz – prawdopodobnie obarczonym przez Niemcy zadaniem przejęcia steru państwa węgierskiego, by również z Węgier uczynić Generalne Gubernatorstwo w ramach IV Rzeszy. Tedy w ostatnią niedzielę (”ta ostatnia niedziela…”) odbył się w Budapeszcie pojedynek na demonstracje. Wiktor Orban twierdzi, że demonstracja jego zwolenników była liczniejsza, podczas gdy Piotr Magyar twierdzi, że było odwrotnie. Widać, że – podobnie jak to się dzieje z naszym nieszczęśliwym krajem – z jednej strony duszą Niemcy, a z drugiej – Ukraina, której prezydent niedawno pogroził Wiktorowi Orbanowi, że poda jego adres ukraińskim rezunom.

Tymczasem obywatel Żurek Waldemar postawił prezydentowi Nawrockiemu „ultimatum”, że jeśli nie odbierze ślubowania od wybranych niedawno przez Sejm sześciu kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, to on zastosuje „Plan B”. Ponieważ do zrealizowania pogróżek postawienia prezydenta Nawrockiego przed Trybunałem Stanu, obywatelu Tusku Donaldu brakuje co najmniej 30 głosów członków Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu razem wziętych, to obywatel Żurek Waldemar najwyraźniej zamierza powtórzyć metodę „na rympał”, której użył w przypadku Prokuratury Krajowej.

Jak pamiętamy, grupa „silnych ludzi” wprowadziła faworytów obywatela Żurka Waldemara do gmachu Prokuratury Krajowej, skąd pozostałych prokuratorów wyrzuciła. W rezultacie podczas kolejnej odsłony procesu Grzegorza Brauna, prokurator zażądał wyłączenia jawności rozprawy pod kuriozalnym pretekstem, że jest ona „relacjonowana”. Jest to kolejny dowód, że walka o praworządność, która zatacza coraz szersze kręgi, siłą rzeczy wkroczyła już w rejony psychiatryczne – ale stachanowskie tempo, w jakim ten proces się odbywa pokazuje, iż obywatel Żurek dostał zadanie, by scenę polityczną naszego bantustanu przed nadchodzącymi w przyszłym roku wyborami uporządkować – oczywiście na swoim odcinku.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Kto knuje zdradę?

Kto knuje zdradę?

Stanisław Michalkiewicz (prawy.pl)    21 marca 2026 michalkiewicz

Zdrada panowie, ale stójcie cicho!” – nawołuje poeta. Rzeczywiście, po zawetowaniu przez pana prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o SAFE, nie szczędzono mu gorzkich słów krytyki, w których słowo „zdrada” pojawiało się bardzo często. Przypomina mi to lawinę krytyki, jaka runęła na mnie po opublikowaniu w paryskim „Głosie Katolickim” informacji, że autorytet moralny, prof. K. z Lublina, był wieloletnim tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. [Jerzy Kazimierz Kłoczowski, znany mi osobiście . md]

Na KUL zebrano podpisy pod potępieniem mojego postępku, a „Rzeczpospolita” opublikowała list podpisany przez ponad 30 sygnatariuszy, którzy zarzucili mi „barbarzyństwo moralne”, czy coś w tym rodzaju. Bardzo mnie to zmartwiło, ale gdy wśród sygnatariuszy listu zauważyłem chyba ze czterech konfidentów SB, to przyznam, że to mi znacznie ulżyło.

Mam nadzieję, że i panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu też będzie lżej znosić te kalumnie, jeśli zauważy, że spora część krytyków, to konfidenci, jak nie starych kiejkutów, to niemieckiej BND, a z kolei demonstrujący tak zwane święte oburzenie, to osobnicy przyjmujący takie obstalunki albo za pieniądze, albo za obcmokiwanie ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej”, albo za jedno i drugie.

Gdyby wynajął ich pan prezydent Nawrocki, to ćwierkaliby z całkiem innego klucza – ale pan prezydent nie ma przełożenia na Judenrat, a z pieniędzy też musi się wyliczać przez NIK-iem, więc nic dziwnego, że wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, ćwierkają z klucza krytycznego i potępieńczego. Nowością jest włączenie się do tego chóru przedstawicieli naszej niezwyciężonej armii. Nieomylny to znak, że już strząsnęła z siebie odium po stanie wojennym, w związku z czym demonstruje gotowość przyjęcia zadania trzymania w ryzach mniej wartościowego narodu tubylczego – tym razem już nie gwoli udelektowania Związku Radzieckiego, tylko – IV Rzeszy pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Inna sprawa, że tu chodzi o forsę – a to jest sprawa znacznie poważniejsza, niż jakiej niepodległościowe dyrdymały.

Obywatel Tusk Donald już po ogłoszeniu prezydenckiego weta zapowiedział reakcję swojego vaginetu. Skoro padł zarzut „zdrady” to można by pomyśleć, iż pan prezydent Karol Nawrocki zostanie zaciągnięty przed Trybunał Stanu. Zgodnie z art. 143 konstytucji, samo zaciągnięcie prezydenta przed Trybunał Stanu powoduje „zawieszenie” go w sprawowaniu urzędu, a wtedy obowiązki prezydenta obejmuje marszałek Sejmu, – w tym przypadku – Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz, który zdążył się już na wszystkie strony wygimnastykować zarówno w służbie Związku Radzieckiego, jak i Rzeszy Niemieckiej. Jest atoli pewna trudność, bo zgodnie z art. 143 ust. 2 konstytucji, do postawienia prezydenta przed Trybunałem Stanu potrzebna jest większość 2/3 ustawowej liczby członków Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu.

Tymczasem vaginet obywatela Tuska Donalda może zmobilizować maksymalnie około 340 członków ZG, wliczając w to posłów „niezrzeszonych”, czyli ofiar różnych partyjnych rozłamów i smrodliwych intryg – co oznacza, że do postawienia pana prezydenta Karola Nawrockiego przed Trybunałem Stanu brakuje mu około 30 głosów. W tej sytuacji Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz może tylko stosować obstrukcję wobec prezydenckiego projektu ustawy o alternatywnym sposobie sfinansowania zbrojeń naszej niezwyciężonej.

Ciekawe, że chociaż pan marszałek z góry tę obstrukcję zapowiedział, to żadnemu mądremu, roztropnemu i przyzwoitemu, co to rozpoznają się po zapachu, nie przychodzi do głowy, by zarzucić mu „zdradę”. A przecież prezydencka propozycja „SAFE zero procent” oznacza, że forsa do naszej niezwyciężonej armii w kwocie 180 mld złotych trafiłaby.

Widać wyraźnie, że nie o pieniądze tu chodzi, bo pieniądze są – tylko o coś zupełnie innego. Na ten trop naprowadzają nas nie tylko wynurzenia Madame Sobkowiak-Czarneckiej, która już wcześniej wychlapała, że „cztery do pięciu” procent sumy prawie 44 mld euro, które zaoferowała Polsce Komisja Europejska, od razu trafi na Ukrainę – żeby tamtejsi oligarchowie, co to już zdążyli się trochę wypościć, mogli sobie znowu pyszczki umoczyć w melasie – ale przede wszystkim – deklaracja rzecznika Komisji Europejskiej, z której wynikało, że otrąbiany przez vaginet obywatela Tuska Donalda „sukces” w postaci „załatwienia” tej pożyczki, tak naprawdę został przygotowany przez podległych Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje: brukselskich biurokratów jako rodzaj pułapki, w którą nasz nieszczęśliwy kraj ma wpaść, żeby tym łatwiej przerobić go na Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy.

Jeśli komuś to jeszcze by nie wystarczyło, to mamy dodatkowe potwierdzenie tych podejrzeń. Już następnego dnia po ogłoszeniu weta prezydenta Nawrockiego do ustawy o SAFE, Komisja Europejska rozpoczęła przygotowania do realizowania „Planu B” – chociaż obywatel Tusk Donald jeszcze nie zdążył przekazać jej stosownego wniosku.Jesteśmy ZOBOWIĄZANI do natychmiastowego wdrożenia planu – wychlapał rzecznik KE Tomasz Regnier. Ten „Plan B” polega na tym, że Polska jednak weźmie pożyczkę bez specjalnego ustawowego upoważnienia, chociaż według art. 216 ust. 4 konstytucji, zaciąganie pożyczek przez państwo następuje na zasadach i w trybie określonym w ustawie. Forsa trafi do Banku Gospodarstwa Krajowego na Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, skąd rząd będzie sobie brał i wypłacał – komu tam akurat będzie trzeba.

W tej sytuacji lepiej rozumiemy, po co potrzebna jest osłona całej operacji w postaci klangoru wykonywanego przez chór mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, wzmocniony przez barytony prześwietnej Generalicji naszej niezwyciężonej. Ma to robić wrażenie na maluczkich, których w naszym nieszczęśliwym kraju jest całkiem sporo, a którzy myślą, że to wszystko naprawdę i zapewnić Volksdeutsche Partei jeśli nie zwycięstwo, to przynajmniej jakiś przyzwoity wynik w wyborach w roku 2027. Bo nie tylko PiS przygotowuje sie do nich, namaszczając Wielce Czcigodnego Czarnka Przemysława na kandydata na premiera – ale obóz zdrady i zaprzaństwa również.

Nie tylko na odcinku komisyjno-europejskim, ale również na odcinku praworządności. Mam na myśli m.in. obsadzenie wakatów w Trybunale Konstytucyjnym przez 6 kandydatów rekomendowanych przez organizacje sędziowskie „Iustitia” i „Themis”, które podejrzewam, iż zostały utworzone z inicjatywy Wojskowych Służb Informacyjnych („Iustitia”) oraz ABW („Themis”). Chodzi o to, by „prawidłowo” obsadzony Trybunał Konstytucyjny podjął decyzję o delegalizacji przynajmniej Konfederacji Korony Polskiej, a jeśli by się dało – to i Konfederacji „Imperium Kontratakuje” – żeby w ten sposób oczyścić polityczną scenę naszego bantustanu dla Volksdeutsche Partei i PiS i przywrócić w ten sposób zaprojektowany przez generała Kiszczaka model „okrągłostołowy” – nawet bez konieczności tworzenia przez stare kiejkuty kolejnej partii jednorazowego użytku pod nazwą „Róbmy Sobie Na Rękę”.

Stanisław Michalkiewicz

Vaginet wpada w furię [epicką?]

Vaginet wpada w furię

Stanisław Michalkiewicz  19 marca 2026 michalkiewicz

Nie jest dobrze. Po wtorkowym spotkaniu u pana prezydenta Karola Nawrockiego z udziałem prezesa NBP Adama Glapińskiego w sprawie programu SAFE i alternatywy, rozpętała się furia – z tą różnicą, że tym razem nie chodzi o Wielki Izrael, tylko o Generalną Gubernię. Obywatel Tusk Donald skomentował propozycję, by pieniądze w kwocie 180 mld złotych dla naszej niezwyciężonej armii wygenerować z rezerw NBP, szacowanych na ponad bilion złotych – jako „program SAFE zero złotych” . Głównym argumentem było to, że NBP przez ostatnie lata nie odnotowywał zysków, tylko straty.

Ale jeśli nawet NBP nie odnotowywał zysków, które – w przypadku odnotowania – musiałby przekazać rządowi na pożarcie, to nie znaczy, że nie ma rezerw. Te rezerwy są, zarówno w obcych walutach, jak i w postaci ponad 500 ton złota. Prezes Glapiński w dzień po spotkaniu u prezydenta wspominał, że jeśli cena złota by rosła, np. w związku z „Epicką furią”, albo innymi furiami, to z samej różnicy ceny można wygenerować pieniądze. Ale obywatelu Tusku Donaldu, podobnie, jak Księciu-Małżonku, nic nie przemawiało do przekonania. Przeciwnie – vaginet obywatela Tuska Donalda najwyraźniej zmobilizował stado autorytetów moralnych, zależnych albo od vaginetu, albo od starych kiejkutów, albo wreszcie – od Sanhedrynu, który w Polsce ma przecież swoje żywotne interesy, a także prześwietną Generalicję naszej niezwyciężonej armii.

Całe to towarzystwo zaczęło oskarżać pana prezydenta Nawrockiego jeśli nie o ignorancję – na tym odcinku wyróżniał się zwłaszcza pan prof. Leszek Balcerowicz, który najwyraźniej przyzwyczaił się do przytłaczania wskazanych mu nieubłaganym palcem osób swoim mniemanym autorytetem. Ci, którzy nawet mniemanym autorytetem nikogo nie byliby w stanie przytłoczyć, jak na przykład Wielce Czcigodny pan Trela – dawniej z SLD, obecnie z Lewicy – bez ceregieli oskarżają pana prezydenta o „zdradę”. Widać, że poruszone zostały Moce niebieskie, ziemskie i piekielne – a ta sytuacja skłania do postawienia pytania o przyczyny takiej zapamiętałości i determinacji.

Najwyraźniej w całej tej sprawie nie chodzi o pieniądze dla naszej niezwyciężonej, bo prezes NBP wskazał na źródła alternatywnego finansowania. To, że mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, nie przyjmują tego do wiadomości, to jeszcze nie dowód, że żadnych pieniędzy nie ma. Nikt bowiem nie zaprzecza, że NBP ma rezerwy szacowane na ponad bilion złotych, a w tej sytuacji uruchomienia 20 procent z nich nie jest przedsięwzięciem niewykonalnym. Żeby ominąć konstytucyjny zakaz finansowania deficytu budżetowego kredytem NBP, wystarczyłoby – jak to miało miejsce w latach poprzednich – że Bank Gospodarstwa Krajowego wyemituje obligacje na sumę 180 mld złotych – co jest legalne – a następnie NBP, w ramach „inwestowania” swoich avoirów, „zainwestuje” w te obligacje – co też jest legalne – i po krzyku.

Jak pisze w książce „Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza” nieżyjący już amerykański ekonomista Murray Rothbard, System Rezerwy Federalnej kreuje pieniądze dosłownie z niczego. Zapisuje sobie, dajmy na to, że ma 100 mld dolarów. Tych pieniędzy fizycznie nie ma, ale to nic nie szkodzi, żeby z tej puli napożyczać forsy bankom komercyjnym. Banki komercyjne kredytują z tych pożyczek firmy i obywateli, i w ten sposób z niczego rodzą się prawdziwe pieniądze – bo firmy i obywatele muszą spłacać długi naprawdę. Powoduje to oczywiście inflację – ale to jest „podatek emisyjny” – jak ją nazywał noblista Milton Friedman. Kombinacja z rezerwami NBP aż taka kozacka nie jest, bo te rezerwy rzeczywiście istnieją. Zatem nie o pieniądze tu chodzi.

A jeśli nie o pieniądze, to o co?

Snop światła na tę sprawę rzuca „mechanizm warunkujący”, jakim obwarowana jest pożyczka SAFE. Chodzi o to, że Komisja Europejska pod byle pretekstem – jak to było w przypadku KPO – może wstrzymywać wypłaty kolejnych transz pożyczki. W ten sposób może dyscyplinować nieszczęsnego dłużnika, by skakał przed nią z gałęzi na gałąź. Po drugie – jak w niepojętym przypływie szczerości wychlapała Wielce Czcigodna Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, mająca w vaginecie obywatela Tuska Donalda fuchę pełnomocnika do spraw SAFE – cztery do pięciu procent” od tych prawie 44 miliardów euro od razu powędruje na Ukrainę. To oczywiście nieprawda, bo nie „cztery do pięciu”, tylko prędzej piętnaście – a jak będzie trzeba – to i 50 procent tej sumy trafi na Ukrainę.

Ale to by jeszcze nie uzasadniało aż takiej determinacji, jakiej dowody składa obywatel Tusk Donald, zadowolony ze swego rozumu Książę-Małżonek i zmobilizowane stado mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu. Ponieważ z obfitości serca usta mówią, to wyjaśnienie przyczyn tego zacietrzewienia przyszło od rzecznika Komisji Europejskiej, który wychlapał, że Komisja Europejska Polsce kazała przyjąć program SAFE. To znaczy – przykazała vaginetowi obywatela Tuska Donalda, który otrzymał zadanie wkręcenia naszego nieszczęśliwego kraju w ten program. Bo trzeba nam wiedzieć, że chociaż oprocentowanie SAFE jest podobno „korzystne”, to z uwagi na wieloletni termin spłaty, Polska musiałaby oddać Komisji Europejskiej prawie dwa razy tyle, ile by dostała. Obywatelu Tusku Donaldu to oczywiście nie przeszkadza, bo w roku 2070 prawdopodobnie będzie on już starym nieboszczykiem, podobnie jak i Książę-Małżonek, chociaż sprawia wrażenie niezwykle żywotnego.

Ale co z naszym nieszczęśliwym krajem? Ano – SAFE zostało pomyślane jako instrument trwałego uzależnienia Polski od Komisji Europejskiej, w której coraz więcej kompetencji zagarnia dla siebie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. Najwyraźniej musiała opatrzyć rozkaz przyjęcia przez Polskę programu SAFE zagrożeniem, że w przeciwnym razie powyrywa Donaldu Tusku i Księciu-Małżonku nogi z tyłka. Może nie dosłownie, chociaż i tego wykluczyć z góry przecież nie można – ale mogła uzależnić od tego możliwość kontynuowania świetnych karier. Toteż ze zrozumieniem w tej sytuacji przyjmujemy do wiadomości pogróżki obywatela Tuska Donalda, że w razie zawetowania ustawy o SAFE, vaginet przystąpi do realizowania „Planu B”, to znaczy – wzięcia tej pożyczki na tak zwany „rympał”, bez oglądania się na żadne konstytucyjne dyrdymały.

W tej sytuacji Polska zostałaby, wraz z całą naszą niezwyciężoną armią, wprowadzona na świetlisty szlak, wiodący do Generalnej Guberni – bo w IV Rzeszy taki właśnie los wypadł naszemu nieszczęśliwemu krajowi. Tymczasem, kiedy „takie oto zabawy i spory” się u nas odbywają, „Epicka furia” powoli ogarnia również Europę i to w pobliżu naszego nieszczęśliwego kraju. Właśnie Rumunia zaoferowała Amerykanom swoje terytorium, jako kolejną bazę do ataku na złowrogi Iran. O ile pamiętam, to na terenie Rumunii jest amerykańska baza, podobna do tej u nas, w Redzikowie na Pomorzu. Skoro zatem „Epicka furia” zatacza coraz szersze kręgi, to w pewnym momencie może objąć nie tylko Rumunię, ale i nasz nieszczęśliwy kraj.

Stanisław Michalkiewicz

Wpływ „Epickiej furii” na życie duchowe

Stanisław Michalkiewicz wpływ.michalkiewicz

Jak wiadomo, pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Toteż kiedy za sprawą premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu, który zadzwonił do amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa i przekonał go, by niezwłocznie rozkazał amerykańskim lotniskowcom i innym siłom zbrojnym wykonać „miażdżące” uderzenie na złowrogi Iran, wydawało się, iż na Bliskim Wschodzie wybuchła kolejna wojna.

Wydawało się też, że prawda przestała już obowiązywać, a nawet – że w ogóle przestała się liczyć – bo jej miejsce zajęła propaganda wojenna, która rządzi się zupełnie innymi prawami. Wkrótce jednak się wyjaśniło, że żadnej wojny nie ma. Wprawdzie „ponaddźwiękowe dzidy”, zarówno amerykańskie i izraelskie, a także irańskie zaczęły latać tu i tam, a nawet spadać, a potem wybuchać, siejąc wokół śmierć i zniszczenie – ale okazało się, że nasze zaniepokojenie o losy prawdy było całkowicie nieuzasadnione. I to nawet nie dlatego, że jeszcze za głębokiej komuny Radio Erewań wyjaśniło ponad wszelką wątpliwość, że żadnych wojen już nie będzie, ale za to rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu, ale z całkiem innego powodu. Jak bowiem wkrótce wyjaśnił amerykański sekretarz wojny Peter Hegseth, to, co naiwnie mogliśmy uważać za kolejną wojnę, żadną wojną nie jest, Okazało się, że Stany Zjednoczone „nie są w stanie wojny” ze złowrogim Iranem, a to, co wydawało nam się „wojną”, to tylko Epicka furia”.

Świat odetchnął z ulgą, bo chociaż ponaddźwiękowe dzidy nadal latały tu i tam i wybuchały, to tylko z powodu wspomnianej „furii”, która w dodatku została opatrzona przymiotnikiem „epicka”. I całe szczęście – bo gdyby nie to, moglibyśmy sobie pomyśleć, że mamy do czynienia z furią psychiatryczną, a tak, to wszystko jest w jak najlepszym porządku. Niejasne jest w tym wszystkim tylko to, co konkretnie takiego powiedział amerykańskiemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu.

Oficjalna wersja głosi, że powiedział mu, iż nadarza się okazja, by przy pomocy jednej ponaddźwiękowej dzidy zabić jeśli nawet nie wszystkich, to większość członków najwyższych władz złowrogiego Iranu, którzy zebrali się w Teheranie, by się namawiać, jakie stanowisko zająć podczas kolejnej tury trwających właśnie negocjacji pokojowych ze Stanami Zjednoczonymi. Wprawdzie mordowanie negocjatorów nie jest specjalnie ładne, ale cóż znaczy estetyka w porównaniu z okazją, która raz stracona, może być stracona na zawsze?

Takiej okazji nie przepuściłby zwłaszcza uważny czytelnik dzieła Mikołaja Machiavellego „Książę”, w której autor przypomina, że „Rzymianie nie pozwalali dojrzewać niebezpieczeństwom przez uchylanie się od wojny.” Któż bowiem nie chciałby, by spadł na niego chociaż niewielki ułamek chwały starożytnych Rzymian? Nikogo takiego ani w Ameryce, ani u nas, na szczęście nie ma, więc dzięki temu lepiej rozumiemy skwapliwość prezydenta Trumpa, by z takiej wyjątkowej okazji skorzystać.

Inna sprawa, że na tym świecie pełnym złości zaraz pojawi się jakaś Schwein, jakiś „cham i łyk”, o którym w nieśmiertelnym poemacieCaryca i zwierciadłopisze Janusz Szpotański: „Gdy car prorocze ma widzenia,

zawsze je spłyci cham i łyk.

Dlatego muszą być więzienia,

zsyłka i łagier, kat i stryk”.

Otóż „chamy i łyki” twierdzą, że premier rządu jedności narodowej Beniamin Netanjahu powiedział prze telefon prezydentu Donaldu Trumpu coś zupełnie innego: wiecie, rozumiecie, Trump. Wydajcie natychmiast lotniskowcom rozkaz uderzenia na złowrogi Iran, bo inaczej opublikujemy nagrania, jak na wyspie Epsteina bzykacie panienki i będziecie mieli piekło w domu. Oczywiście nie ma w tym ani słowa prawdy, chociaż z drugiej strony, czy mamy zawdzięczać tylko przypadkowi fakt, że akurat wtedy Pierwsza Dama USA, po raz pierwszy w historii świata zasiadła w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w charakterze przewodniczącej amerykańskiej delegacji? Z podobnym precedensem mieliśmy do czynienia w XIX-wiecznej Francji za cesarza Napoleona III, który też nie folgował sobie z panienkami. Cesarzowa Eugenia jednej takiej nawet zrobiła wygowor: „mademoiselle, zabijasz cesarza” – ale przy okazji wymusiła na cesarskim małżonku zgodę, by mogła przewodniczyć obradom Rady Ministrów. Żeby uniknąć piekła w domu, to znaczy – w pałacu – Napoleon III dla świętego spokoju się zgodził.

Jak tam było w Waszyngtonie, tak tam było; zawsze jakoś było – ale nie to jest takie znowu ważne, tylko co innego – jak mianowicie wojna, a nawet nie wojna, tylko zwyczajna „Epicka furia”, wpływa nie tylko na nasz stosunek do prawdy, ale i na całe nasze życie duchowe. Weźmy takiego pana generała Romana Polko, który na szczęście niczym już nie dowodzi. Na wieść o tym, że złowrogi Iran, zamiast potulnie podkulić ogon pod siebie i złożyć na klęczkach hołd bezcennemu Izraelowi – żeby już nic nie zakłócało realizacji idei Wielkiego Izraela, z którą Beniamin Netanjahu „czuje się związany” – wystrzeliwuje w jego kierunku swoje „ponaddźwiękowe dzidy” – pan generał porównał Iran do szczura zagonionego w pułapkę.

Jestem pewien, że nawet gdyby takie porównanie przyszło mu do głowy w stosunku do ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, to w tej samej chwili splamiłby mundur i to od środka. A dlaczego? A dlatego, że zgodnie z rewolucyjną teorią, wojna która prowadzi prezydent Zełeński jest „sprawiedliwa”, podczas gdy ta, którą prowadzi złowrogi Iran, jest „niesprawiedliwa”. Co prawda, skoro USA nie prowadzą przeciwko Iranowi żadnej „wojny”, to i Iran przeciwko Ameryce i Izraelowi też – ale z drugiej strony ludowe przysłowie powiada: co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. I jak w tym zamieszaniu szukać prawdy? Nie tylko „jak” – ale i po co?

Weźmy takiego premiera Hiszpanii. Skrytykował prezydenta Trumpa, że złamał prawo międzynarodowe, w związku z czym Hiszpania odmówiła amerykańskim samolotom możliwości korzystania z baz na terenie tego kraju.

W odpowiedzi prezydent Trump, rozmawiając z potulnym niemieckim kanclerzem Fryderykiem Merzem, zapowiedział zerwanie z Hiszpanią stosunków handlowych i oświadczył, że w ogóle nie chce z nią mieć nic wspólnego. Czy ktokolwiek może sobie wyobrazić sytuację, w której prezydent Trump w ten sposób podsumowałby pana prezydenta Karola Nawrockiego, albo Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje – obywatela Donalda Tuska? Jeśli nawet ani jeden, ani drugi nie umarłby natychmiast na zawał serca gorejącego, to resztę życia spędziłby na pokucie w nadziei na odpuszczenie grzechu.

Podobnie ze środowiskiem pretendującym do sprawowania rządu dusz w naszym nieszczęśliwym kraju. Żaden z przedstawicieli tego środowiska nawet nie ośmieli się zająknąć na temat roli bezcennego Izraela w tej całej „Epickiej furii” – dlaczego premier rządu jedności narodowej tego kraju „czuje się związany” z ideą „Wielkiego Izraela” i czy przypadkiem próby realizacji tej idei nie doprowadzą do podpalenia świata? Nie tylko zresztą o podpalenie świata tu chodzi – bo pojawiły się fałszywe pogłoski, że jak tylko dojdzie do zmłotowania złowrogiego Iranu, to ścisłe kierownictwo Chabad Lubawicz zamierza („W londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”) obwołać Beniamina Netanjahu Mesjaszem. I jak wtedy będzie wyglądał nasz dialog z judaszyzmem?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Odpryskowe furie psychiatryczne

michalkiewicz

Odpryskowe furie psychiatryczne

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    15 marca 2026

Epicka furia już dziesiąty dzień przewala się nad Bliskim Wschodem, a końca nie widać. Nawet najtwardsi amerykańscy twardziele chyba zaczynają odczuwać jaskółczy niepokój, bo właśnie zapytali prezydenta Donald Trumpa, kiedy skończy się wojna. Prezydent Trump, zamiast odpowiedzieć im wymijająco, że żadnej wojny nie ma – co wyjaśnił już ponad wszelką wątpliwość amerykański sekretarz do spraw wojny – że USA „nie są w stanie wojny z Iranem” – a „Epicka furia” jest jedną z form walki o pokój, która – jak wiadomo – nie skończy się nigdy – w niepojętym przypływie szczerości powiedział, że musi najpierw zasięgnąć opinii premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, Beniamina Netanjahu. I słusznie – bo skoro Beniamin Netanjahu z zagadkowych przyczyn nie tylko tę „Epicką furię” rozpętał, ale w dodatku nakazał prezydentu Trumpu wziąć na siebie główny ciężar furii – no to jasne jest, że tylko on wie, kiedy skończy.

Warto w związku z tym przypomnieć, że w bezcennym Izraelu w październiku mają odbyć się wybory do Knesetu, w których premier Beniamin Netanahu „wystartuje i je wygra”. Nie tylko wygra – bo jego popularność wśród Żydów jest podobna do popularności Adolfa Hitlera wśród Niemców po pokonaniu Francji w 1940 roku, a nawet większa – bo uporczywie krążą fałszywe pogłoski, jakoby Chabad Lubawicz miała go obwołać Mesjaszem – co szalenie skomplikowałoby dialog z judaszyzmem – więc „Epicka furia” powinna utrzymać się aż do tego czasu – a potem się zobaczy. Co prawda w USA w listopadzie też są uzupełniające wybory do Kongresu – ale jestem pewien, że prezydent Trump w sprawie zakończenia „Epickiej furii” będzie słuchał rozkazów Beniamina Netanjahu, bo w przeciwnym razie mógłby mieć piekło w Białym Domu – co, jak wiadomo, gorsze jest od śmierci.

Ponieważ dwukrotnie wydymani przez Amerykanów Kurdowie nie chcieli się dać wydymać po raz trzeci, prezydent Trump rozmyśla o wysłaniu do Iranu komandosów, a jak to nie wystarczy – to i regularnych wojsk. Jak tam będzie – tak tam będzie – bo przecież i prezydent Trump nie wie, co postanowi Beniamin Netanjahu ze swoimi kolaborantami – więc na wszelki wypadek przedstawia Amerykanom rozmaite „koncepcje” – jak powiedziałby Kukuniek.

A skoro już o Kukuńku mowa, to pora wrócić na teren naszego nieszczęśliwego kraju. Przez ostatni tydzień nie tylko cały nasz nieszczęśliwy kraj, ale i połowa miłującego pokój świata, wstrzymywała oddech w oczekiwaniu na ogłoszenie przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego swojego faworyta na przyszłego premiera. Pojawiały się rozmaite „koncepcje” – ale w ubiegłą sobotę, 7 marca wszystko się wyjaśniło. Kandydatem Naczelnika Państwa na przyszłego premiera jest pan prof. Przemysław Czarnek, reprezentujący w PiS frakcję „maślarzy”. W jaki sposób zostanie on tym przyszłym premierem – tego na razie nie wiadomo, bo notowania PiS szorują na poziomie 22 procent, a w dodatku Mateusz Morawiecki przebąkuje o jakimści „stowarzyszeniu”, do którego wyprowadziłby z PiS swoich „harcerzy”, a wreszcie zdolność koalicyjna PiS jest znacznie mniejsza od zdolności koalicyjnej PSL, które ma zdolność stuprocentową, a w patriotycznych porywach – nawet większą.

Tymczasem ambasador USA w Warszawie, pan Tomasz Róża już po raz kolejny przestrzegł Naczelnika Państwa i jego wyznawców przed Grzegorzem Braunem. Jak pamiętamy, po raz pierwszy pan Róża powiedział, że każdy rząd w Polsce z udziałem Grzegorza Brauna byłby dla USA „problemem” – ale to jeszcze nic w porównaniu do jego reakcji na wizytę prezesa Konfederacji Korony Polskiej w ambasadzie Iranu w Warszawie. Powiedział pan Róża, że ani prezydent Trump, ani też on, Braunowi tego nie zapomni.

Nawiasem mówiąc, ja byłem pewien, że w Warszawie odkąd wybuchła „Epicka furia”, żadnej ambasady Iranu już nie ma, że budynek został wysadzony w powietrze, a personel wylądował w dole z wapnem – ale nie. Ambasada istnieje sobie jakby-nigdy-nic – bo przecież nie tylko Ameryka, ale i nasz nieszczęśliwy kraj nie jest w stanie wojny z Iranem – ale to jedna rzecz – a druga rzecz – że chociaż nie jesteśmy w stanie wojny, to do tej ambasady nie wolno chodzić pod rygorem strefienia. Toteż nic dziwnego, że pan Róża nie może ochłonąć ze zgrozy na widok strefionego Grzegorza Brauna, który w związku z tym ma przechlapane w ewentualnych kombinacjach na temat przyszłego rządu z premierem Czarnkiem na czele.

Nie wiadomo, czy Naczelnikowi Państwa wolno będzie zawrzeć koalicję i z Konfederacją – bo przecież Grzegorz Braun tam też był i nieźle musiał ją politycznie zakazić. W jaki zatem sposób pan prof. Przemysław Czarnek miałby zostać premierem – tajemnica to wielka, chyba, że stare kiejkuty dostaną od CIA rozkaz stworzenia kolejnej partii jednorazowego użytku – ale oczywiście większej od „Nowoczesnej” . PiS zawrze z nią koalicję i w ten sposób wybory zakończą się prawidłowo. Światło zostanie wyraźnie oddzielone od ciemności.

Tymczasem już 10 marca ma odbyć się u pana prezydenta Karola Nawrockiego spotkanie obywatela Tuska Donalda, obywatela Władysława Kosiniaka-Kamysza i prezesa NBP, Adama Glapińskiego w sprawie alternatywy dla SAFE. Stosowna ustawa została ostatecznie uchwalona przez Sejm 27 lutego i nie tylko vaginet obywatela Tuska Donalda, ale wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, a także prześwietna Generalicja naszej niezwyciężonej armii, zaczęli, jeden przez drugiego, nie tylko nawoływać pana prezydenta Nawrockiego do jej „niezwłocznego” podpisania, ale i grozić, że w przeciwnym razie, jako „zdrajca”, zostanie zaciągnięty przed Trybunał Stanu.

Kombinacja teoretycznie jest poprawna, bo w przypadku postawienia prezydenta przed Trybunałem, pełnienie przezeń urzędu zostaje „zawieszone”, a w tej sytuacji obowiązki prezydenta pełniłby Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz – ale w praktyce jest jeden point faible. Chodzi o to, że prezydenta przed Trybunałem Stanu może postawić dwie trzecie Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu – a nie wiadomo, czy obywatelu Tusku Donaldu udałoby się taką większość zmobilizować.

Na wszelki jednak wypadek pan prezydent uznał, że nie powinien ot tak, po prostu, ustawy o SAFE nie podpisać, tylko przedstawić korzystniejszą alternatywę. Rzecz w tym, że pożyczka SAFE jest oprocentowana „korzystnie”, niemniej jednak…. Po drugie – że jest obwarowana „mechanizmem warunkującym” co oznacza, że Komisja Europejska może pod byle pretekstem wstrzymać przekazywanie kolejnych transz pieniędzy i wreszcie po, trzecie, że – jak wychlapała pani Sobkowiak z vaginetu obywatela Tuska – cztery albo pięć procent kwoty 44 mld euro od razu zostanie przekazane Ukrainie. Obawiam się, że nie 5 a 15, a może nawet 50 procent trafiłoby na Ukrainę, gdzie oligarchowie zaczynają się już niecierpliwić.

Tymczasem pan prezydent wykombinował, że Bank Gospodarstwa Krajowego wyemituje obligacje na sumę 180 mld złotych, NBP kupi te obligacje i będzie forsa na niezwyciężoną armię bez żadnego oprocentowania. Taka kombinacja jest konieczna ze względu na konstytucję, zakazującą finansowania deficytu budżetowego bezpośrednim kredytem NBP – ale ona jest już legalna. Forsa na wojsko zatem jest – ale obywatele Tusk i Kosiniak-Kamysz twierdzą, że jeśli nawet, to pożyczka SAFE MUSI być wzięta. Od razu widać, że nie chodzi o pieniądze, tylko o wkręcenie Polski w mechanizm przepoczwarzania jej w Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy.

Tymczasem 8 marca odbywały się w Polsce skromniutkie „manify” feministek domagających się realizacji „praw kobiet” Jedna z „ekspertek” powiedziała, że zaległości są tak wielkie iż na całkowite zrównanie w prawach musimy poczekać 266 lat.

O co tu chodzi? Wyjaśnia to Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Bania w Paryżu” – „żeby Książę także zachodzić musiał w ciążę”. To rzeczywiście trudna sprawa, więc w tej sytuacji rozumiemy, iż musi to trochę potrwać.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).