Dwa ze źródeł podały, że Trump twierdził, iż pomógł uchronić Netanjahu przed więzieniem — nawiązując do jego wsparcia podczas procesu korupcyjnego Netanjahu. Podsumowując wypowiedź Trumpa do Netanjahu, amerykański urzędnik powiedział: „Jesteś pieprzonym wariatem. Siedziałbyś w więzieniu, gdyby nie ja. Ratuję ci tyłek. Wszyscy cię teraz nienawidzą. Wszyscy nienawidzą Izraela z tego powodu ”.
Takie „przecieki” o rozmowie telefonicznej są z reguły inscenizowane w celu manipulowania opinią publiczną. W tym przypadku uważam, że chodzi o poprawę katastrofalnie niskiego wsparcia dla polityki Trumpa wśród zwolenników MAGA przed jesiennymi wyborami w USA. Nie byłoby trudno wykryć, kto doniósł do prasy treść podsłuchanej rozmowy telefonicznej w gabinecie owalnym. W tej sprawie nie będzie jednak śledztwa.
We wczorajszym wydaniu izraelskiego Haaretz czytamy:
Podczas gdy Trump po swoim oświadczeniu napisał na Truth Social, by podziękować premierowi Netanjahu za zgodę na powstrzymanie się od przeprowadzenia „dużego nalotu na Bejrut” i stwierdził, że ich rozmowa była „bardzo owocna”, serwis Axios poinformował później, że prezydent „ostro skrytykował” premiera podczas tej „pełnej przekleństw” rozmowy za to, że ten naraził na szwank rozmowy z Iranem poprzez eskalację działań przeciwko Hezbollahowi.
Polityka to teatr z kiepską obsadą aktorską i doprowadzonym do absurdu wykorzystywaniem psychologicznych tricków w relacjach publicznych. Gdzie te czasy aktorów prezydentów takich jak Ronald Reagan? Wtedy byliśmy przynajmniej profesjonalnie manipulowani.
Będziemy walczyć z Iranem do ostatniego Amerykanina!
Oczekiwane nadejście Mesjasza okaże się nadejściem końca terrorystycznego państwa niosącego śmierć i zagładę dla narodów, które udzieliły im kiedyś pomocy. Pomocy, dla uchodźców przed holokaustem, którego teraz sami dokonują.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Czy nie widać końca konfliktu między USA i Iranem?
Prezydent Donald Trump powrócił z podróży służbowej do Chin, która charakteryzowała się znaczną niejasnością w kwestiach takich jak Tajwan, nie przynosząc jednak żadnych znaczących szkód ani korzyści amerykańskim interesom. Podróż zakończyła się wrzuceniem przez amerykańskich uczestników wszystkich prezentów otrzymanych od Chińczyków do dużego śmietnika na płycie lotniska przed wejściem na pokład samolotu.[foto]
Podczas nieobecności prezydenta, sekretarz obrony Pete Hegseth zaskoczył wszystkich, ogłaszając, że odwołuje plany wysłania do Polski dodatkowych 4000 żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Teksasie na długo planowany, dziewięciomiesięczny wyjazd, który obejmowałby ćwiczenia z sojusznikami z NATO. Wyjazd miał pierwotnie służyć jako potencjalne źródło wsparcia w przypadku, gdyby sytuacja między Rosją a Ukrainą rozprzestrzeniła się na sąsiednie kraje NATO. Żołnierze rozstawiali już swój sprzęt w nowych polskich bazach, gdy wydano niespodziewany rozkaz odwołania – prawdopodobnie w wyniku gróźb Trumpa pod adresem NATO za brak poparcia dla wojny USA z Iranem. Biorąc pod uwagę obecną sytuację w Europie Wschodniej, Rosja ostrzega, że zwiększające się zaangażowanie NATO w konflikt poprzez dostarczanie broni, informacji wywiadowczych, a nawet wojsk lądowych, już teraz przekracza kilka czerwonych linii, co z pewnością można uznać za akty wojny.
Można uznać decyzję o niewysyłaniu amerykańskich wojsk do regionu, który już jest przesiąknięty wrogimi nastrojami, za pozytywną, ale może być ona przedwczesna. Trzeba przyznać, że administracja Trumpa niemal zawsze wybiera najbardziej agresywną opcję, niezależnie od tego, czy chodzi o to, co przeciwnicy nazywają „negocjacjami” w polityce zagranicznej, czy o wspieranie jeszcze bardziej agresywnych sojuszników, takich jak Izrael. Co więcej, dwa inne tematy polityki zagranicznej, które obecnie dominują w nagłówkach gazet, to wznowione starania o wysłanie większej liczby wojsk na Grenlandię – prawdopodobnie jako kolejny krok w kierunku aneksji – oraz wyraźne pragnienie rychłej inwazji na Kubę i obalenia jej komunistycznego rządu.
Kuba jest obecnie objęta blokadą USA i wyczerpała zapasy paliwa, co prowadzi do niepokojów społecznych, które są cynicznie wykorzystywane – podobnie jak Biały Dom manipulował sytuacją w Iranie, gdzie niepokoje społeczne wywołane niedoborami dostaw były postrzegane jako sygnał, że rząd jest łatwy do obalenia. Administracja Trumpa zamierza zagrać kolejną kartą w sprawie Kuby: przygotowuje się do oskarżenia byłego prezydenta Kuby Raúla Castro, oskarżonego o zestrzelenie samolotów 30 lat temu – posunięcia podobnego do oskarżenia obalonego obecnie przywódcy Wenezueli Nicolása Maduro przed jego niedawnym porwaniem przez komandosów Delta Force.
Negocjacje z Kubą rzeczywiście zostały rozpoczęte po tym, jak Trump zaproponował „przyjazne przejęcie” tego, co nazwał „upadającym krajem”, podczas gdy minister spraw zagranicznych Marco Rubio, sam będący kubańskimi uchodźcami, stwierdził, że kraj musi nie tylko zmienić swoją politykę gospodarczą, ale także odwrócić się od obecnego reżimu, który określił jako „niekompetentny” – co słusznie kojarzy się z gabinetem Trumpa – i komunistyczny.
Jakby tego było mało, w Waszyngtonie mówi się nawet o uznaniu Wenezueli za pięćdziesiąty pierwszy stan, choć należy zauważyć, że Wenezuelczycy, którzy już doświadczyli hojności Jankesów podczas porwania przez Maduro, nie byli konsultowani w sprawie tego ewentualnego rozwoju sytuacji.
Jednak największym problemem, z jakim musi zmierzyć się powracający Trump, jest to, co zrobić z potworem wojny z Iranem, z którym zderzył się jeszcze przed wyjazdem do Pekinu. Wielu obserwatorów uważało, że mógł szukać wyjścia z sytuacji z pomocą Chin, które w tym przypadku jedynie doradziły mu „zakończenie wojny”. Fakt, że konflikt został wszczęty dobrowolnie, pod znaczną presją i kłamstwami ze strony jego „najlepszych przyjaciół”, Izraelczyków, stanowi oczywiście tło tych wydarzeń. Trump powrócił do chaosu wywołanego przez negocjacje, które nie prowadzą donikąd i koncentrują się wokół zawieszenia broni, które jest powszechnie postrzegane jedynie jako przerwa w działaniu.
Trump mógł udać się do Chin, oczekując, że chiński rząd zaoferuje mu sposób na wyjście Stanów Zjednoczonych z irańskiego bagna bez utraty twarzy, ale jeśli tak było, to się mylił, a Chiny nie zaoferowały Trumpowi żadnego akceptowalnego rozwiązania. Chiny ze swojej strony, podobnie jak Rosja, są niewątpliwie zachwycone, że Stany Zjednoczone w końcu straciły pozycję czołowego supermocarstwa świata. Prezydent Xi Jinping jasno dał Trumpowi do zrozumienia – by przytoczyć tylko jeden przykład, jak jednoznacznie Chiny postrzegają siebie jako mocarstwo na równi ze Stanami Zjednoczonymi – że Pekin nie będzie tolerował ingerencji USA w sprawy Tajwanu, który Chińczycy uważają za integralną część swojego kraju. Trump nie odpowiedział na to stwierdzenie.
Podczas nieobecności Trumpa pojawiło się wiele wiadomości o Iranie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, ze względu na publikację kilku artykułów w mediach głównego nurtu. Artykuły te wskazywały, że politycznie wpływowi neokonserwatyści, którzy zazwyczaj rozkoszują się zarówno globalną dominacją Waszyngtonu, jak i wszelkimi konfliktami z wrogami Izraela, opisują teraz wojnę z Iranem jako kompletną katastrofę, „szach-mat” ze strony Iranu i „upokorzenie”. Twierdzą nawet, że nie ma drogi naprzód. Co więcej, Saudyjczycy również zabrali głos, podkreślając, jak wielką katastrofą była ta wojna dla nich samych i innych państw Zatoki Perskiej. Arabowie uważają teraz, że założenie, iż znajdują się pod ochroną amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, okazało się całkowicie bezwartościowe. Co więcej, odkryli, że zostali wciągnięci w niepotrzebną i niechcianą wojnę z Iranem bez żadnych konsultacji ze Stanami Zjednoczonymi ani Izraelem.
Amerykańscy neokonserwatyści są główną siłą wspierającą militarną hegemonię USA od lat 90. XX wieku, kiedy to zapoczątkowali międzynarodowy wymiar swojego ruchu dokumentem z 1996 roku „Czysty przełom: Nowa strategia zabezpieczania królestwa ” – manifestem politycznym opracowanym przez grupę badawczą pod przewodnictwem prominentnego żydowskiego neokonserwatysty Richarda Perle dla ówczesnego premiera Izraela Benjamina Netanjahu. W raporcie argumentowano, że bezpieczeństwu Izraela najlepiej służyłaby zmiana reżimu w krajach sąsiednich, przeprowadzona przy wsparciu USA. „Czysty przełom” był odrzuceniem Porozumień z Oslo, które w rzeczywistości miały na celu ustanowienie modus vivendi między Izraelem a Palestyńczykami. W 1997 roku powstał Projekt Nowego Amerykańskiego Stulecia (PNAC), którego deklarowanym celem było „promowanie globalnego przywództwa Ameryki”. Organizacja oświadczyła, że „amerykańskie przywództwo jest dobre zarówno dla Ameryki, jak i dla świata”, co określiła jako „reaganowską politykę siły militarnej i jasności moralnej”. Zarówno Clean Break , jak i PNAC dobrze wpisywały się w promowanie polityki politycznej i militarnej hegemonii Stanów Zjednoczonych. A ponieważ większość neokonserwatystów była pochodzenia żydowskiego, jednym z ich głównych argumentów było to, że pewna siebie i agresywna Ameryka byłaby lepiej przygotowana do wspierania i ochrony Izraela w dążeniu do dominacji na Bliskim Wschodzie.
Jednym z twórców neokonserwatyzmu (i PNAC) był Robert Kagan, który 10 maja opublikował w czasopiśmie Atlantic obszerny artykuł zatytułowany „Szach-mat w Iranie: Waszyngton nie może ani cofnąć, ani kontrolować konsekwencji porażki w tej wojnie”.Zaczyna od słów: „Trudno wyobrazić sobie czas, kiedy Stany Zjednoczone poniosły całkowitą klęskę w konflikcie, porażkę tak decydującą, że strat strategicznych nie dało się ani naprawić, ani zignorować. Niszczycielskie straty poniesione w pierwszych miesiącach II wojny światowej w Pearl Harbor, na Filipinach i na całym zachodnim Pacyfiku zostały ostatecznie zrekompensowane. Klęski w Wietnamie i Afganistanie były kosztowne, ale nie wyrządziły trwałej szkody ogólnej pozycji Ameryki na świecie, będąc daleko od głównych teatrów globalnej rywalizacji. Początkową porażkę w Iraku złagodzono zmianą strategii, która ostatecznie uczyniła Irak względnie stabilnym i nieszkodliwym dla sąsiadów, zapewniając dominację Stanów Zjednoczonych w regionie… Klęska w obecnej konfrontacji z Iranem będzie miała zupełnie inny charakter. Nie da się jej naprawić ani zignorować. Nie będzie powrotu do status quo ante, nie będzie ostatecznego amerykańskiego triumfu, który mógłby cofnąć lub przezwyciężyć wyrządzone szkody… Daleko od demonstracji amerykańskiej siły, jak wielokrotnie twierdzili zwolennicy wojny, konflikt ujawnił Amerykę, która jest zawodna i niezdolna dokończyć tego, co zaczęła. To wywoła reakcję łańcuchową na całym świecie, gdy zarówno przyjaciele, jak i wrogowie będą przygotowywać się na porażkę Ameryki.”
Inny ojciec chrzestny neokonserwatystów, Max Boot, utorował drogę Kagan, wyprzedzając jej wypowiedzi w komentarzu w „Washington Post” z 8 kwietnia zatytułowanym „Zawieszenie broni w Iranie było wtorkiem z TACO i dzięki Bogu: Trump może udawać, że jego krwiożercze groźby zadziałały, ale rezygnuje z o wiele więcej niż Teheran”. Zarówno Kagan, jak i Boot są znanymi i szanowanymi postaciami ruchu neokonserwatywnego. Kagan jest mężem nikczemnej Victorii Nuland, która jako amerykańska dyplomatka tak wiele zrobiła, aby zaognić kryzys polityczny w Europie Wschodniej, który doprowadził do obecnego konfliktu między Rosją a Ukrainą. Kagan i Boot nie są znani jako fani Donalda Trumpa, ale są zagorzałymi zwolennikami Izraela i wszelkich jego przedsięwzięć, o czym należy pamiętać, rozważając ich pisma i przemówienia na temat Iranu, którego zniszczenia bardzo by chcieli.
Kaganowie, w szczególności, z entuzjazmem podsycają konflikty, gdy tylko dostępne są inne opcje. Brat Roberta, Frederick, jest stałym pracownikiem naukowym neokonserwatywnego American Enterprise Institute . Jego żona Kimberly jest założycielką i dyrektorką trafnie nazwanego Instytutu Badań nad Wojną . A serca Kaganów z pewnością należą do Izraela…
Można by zapytać, co Kagan chce osiągnąć, krytykując wojnę Trumpa. Moim zdaniem celowo przedstawia konsekwencje „najgorszego scenariusza” i wyolbrzymia jego emocjonalne znaczenie – scenariusza, który nastąpiłby, gdyby Trump spanikował, zignorował żądania Izraela i postanowił zakończyć wojnę. Zajmując przeciwne stanowisko, gra kartą osobowości Trumpa, koncentrując się na pozornej słabości prezydenta, jeśli chodzi o racjonalne rozważanie opcji politycznych. W tym przypadku zarówno Kagan, jak i Boot próbują upokorzyć Trumpa, podkreślając katastrofalność obecnego stanu rzeczy, ponieważ prawdziwym celem jest wykorzystanie ograniczonych możliwości umysłowych i nieistniejącego kodeksu moralnego szalonego T, aby skłonić go do zmiany narracji o jego osobistej porażce i obrania tego, co wielu obserwatorów uważa za „najgorszy scenariusz”, a mianowicie wojny totalnej z Iranem z użyciem wszelkiej dostępnej broni, w tym nuklearnej, aby go całkowicie zniszczyć!
Inni neokonserwatyści również dostrzegają, że wojna z Iranem zmierza ku katastrofie, ale są mniej ambiwalentni wobec opcji, które widzą, a mianowicie otwartego i wyraźnego skupienia się na osiągnięciu zwycięstwa. Danielle Pletka z American Enterprise Institute dostrzega sukces w zmianie personelu w Białym Domu i wokół niego, w połączeniu z umocnieniem woli zwycięstwa Trumpa. Skupiona na Iranie neokonserwatywna Fundacja na rzecz Obrony Demokracji (FDD) również chce kolejnej wojny, bez względu na cenę, aby zniszczyć Persów.
Ogólnie rzecz biorąc, myślę, że niektórzy neokonserwatyści, tacy jak Kagan i Boot, wzywają do powrotu do źle zarządzanej i bezsensownej wojny, ponieważ wierzą, że zhańbiony i samolubny Trump spróbuje odbudować swoją nadszarpniętą reputację i zmienić kurs – i właśnie to robi. Właśnie tego od niego oczekują!
Weźmy pod uwagę, że Trump jest pod silną presją ze strony lobby izraelskiego i jego miliarderów-darczyńców, takich jak Miriam Adelson, by kontynuował wojnę. Dodajmy do tego niemal codzienne telefony od premiera Benjamina Netanjahu, który podziela ten sam cel: utrzymanie zaangażowania Ameryki w walkę z Iranem. Można więc założyć, że nawet jeśli Trump naprawdę chciałby uciec z irańskiego bagna, istnieje wiele powodów, dla których tego nie zrobi.
W rzeczywistości Trump już oświadczył, że nie obchodzi go chwiejna gospodarka USA ani nadchodzące wybory parlamentarne. Powiedział reporterom: „Nie myślę o sytuacji finansowej Amerykanów – nie myślę o nikim. Myślę o jednym: nie możemy pozwolić Iranowi na zdobycie broni jądrowej”. Oświadczył również, że „czas ucieka” i zapowiedział, że z Iranu nic nie zostanie, „jeśli nie dojdzie do porozumienia”. Te groźby, niestety, otwierają drzwi do tego, co będzie dalej. Trudno nawet ośmielić się wspomnieć, że szaleńcy pokroju Trumpa i Netanjahu mogą rozważać, czy jeśli ujdzie im na sucho niekończąca się wojna, która szkodzi światowej gospodarce, nie mogą pójść o krok dalej ze swoją bronią jądrową, aby dokończyć dzieła!
Izrael zapowiada teraz pozew przeciwko The New York Times, ponieważ syjoniści od kilku dni nie przestają panikować po doniesieniach gazety na temat systematycznych gwałtów na palestyńskich więźniach w izraelskich więzieniach.
Apologeci Izraela nie krzyczą z powodu raportu „New York Timesa”, bo uważają, że Izrael został okłamany. Krzyczą, bo założyli, że zadaniem „Timesa” jest administrowanie propagandą na rzecz Izraela. Nie chodzi o „oszczerstwo rytualne”, ale o kontrolę narracji.
Wiemy, że to prawda, ponieważ raport Nicholasa Kristofa nie zawiera żadnych nowych informacji; każdy istotny punkt artykułu został już wcześniej poruszony przez inne, mniej wpływowe media i organizacje praw człowieka. Nie widzieliśmy takiego oburzenia, biorąc pod uwagę lawinę doniesień o seksualnych torturach palestyńskich więźniów, które pojawiały się na przestrzeni lat. Dostrzegliśmy je dopiero wtedy, gdy doniosła o tym bardziej wpływowa agencja informacyjna.
To pokazuje, że ich prawdziwy sprzeciw nie dotyczy samej treści artykułu, lecz informacji, które wpłynęły na większą liczbę osób niż wcześniejsze doniesienia. Nie chodzi o fakty, ale o liczby. Chodzi o to, aby jak najwięcej ludzi Zachodu pozytywnie myślało o państwie Izrael.
Każdy, kto dziś narzeka na dziennikarską rzetelność i niedbałość w relacjonowaniu, po prostu przyznaje się do bycia propagandzistą. Przyznaje, że jego zadaniem jest manipulowanie sposobem myślenia opinii publicznej o Izraelu i że uważa, że powinno to być również zadaniem wszystkich głównych mediów.
A co najzabawniejsze w tym histerycznym załamaniu, to fakt, że „New York Times” w rzeczywistości byłskrajnie stronniczy na korzyść Izraela. Jego stronnicze doniesienia , nierówny dobór słów i bierne nagłówki zostały dobrze udokumentowane. Jedyne, co się zmieniło, to to, że nadużycia Izraela stały się tak oczywiste i niezaprzeczalne, że jego redaktorzy nie mogli już dłużej usprawiedliwiać podkręcania dobrze udokumentowanego artykułu na ich temat.
Izraelscy propagandyści przyzwyczaili się, że „New York Times” promuje ich ukochane państwo apartheidu, więc uważają to nie tylko za propagandę, ale także za zdradę.
Izrael ogłosił, że pięciokrotnie zwiększa budżet na propagandę , a teraz jesteśmy świadkami aktywnej manipulacji cyklem informacyjnym w celu promowania izraelskich interesów informacyjnych. Oczekuje się od nas, że będziemy po prostu klaskać i udawać, że widzimy prawdziwe wiadomości o prawdziwych rzeczach.
❖
Jedną z najdziwniejszych rzeczy w oburzeniu wywołanym raportem „New York Timesa” jest obsesja na punkcie wzmianki o psach wykorzystywanych do gwałcenia palestyńskich więźniów –dobrze udokumentowanego twierdzenia , o którym już wcześniej dyskutowaliśmy. Hasbaryści są oburzeni i wściekli w mediach społecznościowych, nazywając to jak zwykle „oszczerstwem rytualnym”, ale jednocześnie twierdzą, że dosłownie niemożliwe jest, aby wyszkolony pies kogoś zgwałcił.
„Nieprawdopodobne oskarżenie o gwałt na psach skierowany przeciwko Izraelowi staje się coraz powszechniejsze” – głosi nagłówek w „The Times of Israel” , w którym emerytowany porucznik policji stwierdza, że „jest wysoce nieprawdopodobne, aby ktokolwiek był w stanie wytresować psa, aby skutecznie dopuścił się napaści seksualnej”.
„Nie ma dowodów naukowych ani behawioralnych na to, że psy można wytresować do napaści seksualnej. Eksperci i behawioryści wskazują na szereg barier biologicznych i poznawczych, które to uniemożliwiają” – pisze na Twitterze hasbaristka Eve Barlow.
Zbrodniarz wojenny David Frum pisze , że „misja o 'żydowskich psach gwałcących’ została obalona nie dlatego, że jest to obelga wobec Żydów, ale dlatego, że American Kennel Club potwierdza, że w przypadku psów jest to niemożliwe”. Twierdzenie to zostało później obalone w oświadczeniu samego American Kennel Club, który stwierdził, że nie potwierdził niczego takiego.
„Psy nie mogą zgwałcić człowieka anatomicznie. Jako lekarz, pomyślałem, że po prostu to podkreślę. Dlaczego antysemici są takimi idiotami?” – czytamy w popularnym tweecie dr Sheili Nazarian.
Wymyślali kłamstwa o okrucieństwach, aby móc usprawiedliwić ich popełnianie.
Wymyślali kłamstwa o gwałcie, aby móc go usprawiedliwić.
Wymyślali kłamstwa o martwych dzieciach, aby usprawiedliwić ich zabijanie.
Przedstawiali się jako ofiary, aby usprawiedliwić krzywdzenie innych.
❖
W innych wiadomościach, zmilitaryzowane roboty są już w pełni sprawne i rozmieszczone na polu bitwy — wkrótce będą dostępne podczas protestu w Twojej okolicy.
Dziennik „Jerusalem Post” informuje , że izraelskie wojsko używa robotów podczas inwazji na Liban, pisząc: „Brygada Golani Sił Obronnych Izraela ogłosiła we wtorek, że niedawno dotarła aż do rzeki Litani, około 10 kilometrów od północnej granicy Izraela, i wykorzystała roboty w niektórych częściach operacji”.
Będziemy tego widzieć coraz więcej, ponieważ zautomatyzowane systemy uzbrojenia staną się coraz powszechniejsze. To kolejna rzecz, która może nam się śnić po nocach.
”Netanjahu odejdzie, ale państwo (Izrael) umrze wraz z nim” (Haaretz)
„Zwycięstwo ma tysiąc ojców, ale porażka jest sierotą”. – John Keats
„To niesprawiedliwa rzecz w wojnie: zwycięstwo przypisują sobie wszyscy, porażkę przypisują tylko jednemu” – Tacyt
————————————–
Zwycięstwo jednoczy, ale porażka dzieli.
Teraz Izraelczycy i Amerykanie zaczynają oskarżać się nawzajem o to, że wierzyli, że łatwo będzie obalić irański reżim, a tym samym odsunąć na bok regionalne mocarstwo, którego samo istnienie było uciążliwe zarówno dla Waszyngtonu, jak i Tel Awiwu. Joe Kent, były amerykański dyrektor antyterrorystyczny, który niedawno zrezygnował z rządu Trumpa twierdzi, że jeszcze przed wybuchem wojny w Iranie amerykańska społeczność wywiadowcza była zgodna, że Republika islamska nie opracowuje broni jądrowej i że – w przypadku konfliktu – Cieśnina Ormuz zostanie zamknięta. Ponadto argumentował, że atakowanie i zabijanie irańskich przywódców nie doprowadzi do zmiany reżimu, ale raczej do jego wzmocnienia. Dlaczego więc Donald miałby decydować się na atak?
Najpopularniejszą odpowiedzią jest to, że Netanjahu przekonał go, a raczej szantażował, zmuszając go do zrobienia kroku, którego prezydent tak naprawdę nie chciał zrobić. W Izraelu ta odpowiedź jest teraz otwarcie kwestionowana. Znacząca izraelska gazeta Israel Hayom – w tłumaczeniu Israel Today – należąca do miliardera Miriam Adelson, naturalizowanej Amerykanki, kwestionuje tę tezę, a dziennikarz, który napisał artykuł, twierdzi, że „raporty opublikowane między innymi przez New York Times i Washington Post, twierdząc, że Netanjahu wciągnął Trumpa i Stany Zjednoczone w wojnę, częściowo twierdzące, że reżim może zostać obalony, są ewidentnie błędne.” Rozmowy, które przeprowadziłam, wskazują, że przynajmniej niektórzy wyżsi urzędnicy administracji Trumpa i sam Trump byli tymi, którzy wierzyli, że reżim może zostać obalony, podczas gdy izraelski zespół przedstawił znacznie ostrożniejszą ocenę sprawy.”
Tak więc teoria pochodząca z Tel Awiwu, ale także z USA, biorąc pod uwagę szczególne stanowisko redaktora gazety, który jest przynajmniej rzecznikiem lobby syjonistycznego, jest taka, że idea tarana, który zniszczyłby wolę Iranu, by się oprzeć, zrodziła się w tej przerażającej mieszance chrześcijańskich syjonistów i amatorów wojskowych, którymi Donald się otoczył. Krótko mówiąc, Amerykanie oskarżają Izrael, A Izrael oskarża Amerykanów. I tutaj nie jest tak ważne, aby zrozumieć, kto ma rację — jeśli rzeczywiście jest jakiś powód, aby znaleźć w tym szaleństwie. Budzi się kontrowersja, która sama w sobie zdradza poczucie porażki. Jeśli zwycięstwo ma wielu ojców, porażka jest sierotą, a bohaterowie chcą za wszelką cenę zaprzeczyć przypisywanej sobie winie. Sam fakt, że ta kontrowersja się pojawia, jest wyraźnym dowodem na to, że gęsta, gorzka chmura porażki gromadzi się nad głowami osób odpowiedzialnych za całkowicie nieuzasadnioną agresję na Iran, a teraz wszyscy próbują obwiniać innych.
W końcu oba rządy spowodowały tak głośną katastrofę i naraziły się na fiasko o tak epokowych rozmiarach, że naturalne jest, aby starać się nie być postrzeganym jako odpowiedzialny. Wojna w Iranie skutecznie oznacza upadek jednobiegunowej mocy USA, z którą ściśle związany był urojony projekt Wielkiego Izraela. Teraz te sny okazały się koszmarem i wyznaczają koniec pewnej epoki, ale nie pozostawiają miejsca na przyszłość. Z jednego powodu: przyszłość jest teraz gdzie indziej. Od połowy 2026 roku Izrael prowadzi znaczącą, przyspieszającą i kontrowersyjną działalność inwestycyjną w nieruchomości na Cyprze, podczas gdy jego inwestycje w Argentynie koncentrują się w dużej mierze na strategicznych partnerstwach technologicznych, rolniczych i energetycznych, a nie na masowych przejęciach nieruchomości mieszkalnych.
Opozycja na Cyprze ostrzegła niedawno, że Izrael ustanawia „enklawę” w tym kraju wyspiarskim UE, poprzez rosnące przejęcia nieruchomości przez izraelskich inwestorów. Ostrzeżenie spowodowało burzę dyplomatyczną, zarówno cypryjscy, jak i Izraelscy urzędnicy potępili ostrzeżenie opozycji jako „antysemickie.” „Izraelscy nabywcy kupują znaczące działki i strategiczne aktywa gospodarcze” – powiedział w czerwcu rzecznik Postępowej Partii Ludzi Pracy (AKEL) Stefanos Stefanou. „Budują syjonistyczne szkoły, synagogi, zamknięte Enklawy … Izrael przygotowuje sobie Podwórko Na Cyprze, a to nie może nie wywołać dla nas alarmu.” „Izraelskie gazety mówią o ukierunkowanej polityce ekspansji Izraela na Cypr” – powiedział. „Nie mówimy tego z ksenofobii czy antysemityzmu” – dodał, podkreślając, że „Izrael nas okupuje.” Zauważył, że Izrael kupił duże ilości ziemi i tworzy zamknięte społeczności, głównie w Larnace i Limassol. „To nie są tylko domy wakacyjne. Są to osady we wszystkim oprócz nazwy.” Konkretne obszary są kupowane masowo” – powiedział Stephanou. Doprowadziło to do „zamkniętych obszarów prawie niedostępnych dla nikogo innego niż obywatele Izraela.” Ostrzegł: „w pewnym momencie odkryjemy, że nasza własna ziemia nie należy do nas”, dodając, że Cypr staje się „enklawą satelicką” dla Izraela. Te przejęcia gruntów są przeprowadzane w ramach tak zwanej „Złotej wizy”, systemu pobytowego po inwestycji, który umożliwia obywatelom spoza UE nabycie miejsca zamieszkania poprzez inwestowanie w nieruchomości. Cypr wydał tysiące takich wiz z niewielkim nadzorem. Inne kraje UE, w tym Hiszpania, ograniczyły sprzedaż gruntów obywatelom spoza UE. Cypryjskie media, w tym Politis i Cyprus Mail, opublikowały niedawno raporty śledcze na temat tych zamkniętych społeczności i nacisków politycznych, aby rozprawić się z nadużywaniem złotej wizy, szczególnie przez AKEL. W latach 2021-2025 Izraelczycy kupili ponad 1400 nieruchomości w Larnace, ponad 1100 w Limassol i ponad 1200 w Pafos – często zlokalizowanych w pobliżu portów, kurortów i strategicznych miejsc, takich jak bazy wojskowe. W sumie od 2021 roku na południowym Cyprze zakupiono prawie 4000 Nieruchomości powiązanych z Izraelem. „Izraelczycy mają tendencję do kupowania dużych działek, w których znajdują się uzdrowiska i kurorty – zamknięte społeczności, że tak powiem. Pyla stała się ich nieoficjalnym centrum – powiedział niedawno Cyprus Mail konsultant ds. nieruchomości Loizos Loizou. W latach 2018-2025 Liczba Izraelczyków mieszkających na Cyprze wzrosła z 6500 do około 15 000. Izraelska gazeta Haaretz niedawno poinformowała, że izraelska Agencja Wywiadowcza Mossadu działała na Cyprze i wykorzystywała ją do „operacji w kryjówce.” Ynet zauważył również, jak Izraelczycy „szturmowali” rynek nieruchomości na Cyprze. Hebrajskie media monitorowały rosnący trend nabywania ziemi przez Izrael na Cyprze w ciągu ostatnich kilku lat. Haaretz poinformował w sierpniu 2023 roku, że Izraelczycy kupują „wszystko w zasięgu wzroku” w tym kraju wyspiarskim, nazywając go „drugim Izraelem”.” Podczas niedawnej wojny z Iranem dziesiątki Izraelczyków dotarło na Cypr łodziami, aby uciec przed uderzeniami rakiet balistycznych. Ostrzeżenia cypryjskiej opozycji wywołały wrzawę.
Ambasador Izraela na Cyprze Oren Anolik powiedział: „z głębokim niepokojem obserwujemy i potępiamy pojawienie się nietypowej antysemickiej retoryki w publicznym dyskursie Cypru – retoryki, która pod pozorem „politycznej troski” ożywia mroczne wzorce z przeszłości: zbiorową winę, teorie spiskowe i zawoalowane kozły ofiarne.”
Politycy z niektórych centrowych partii Cypru również potępili komentarze Stephanou. Rząd cypryjski nie wydał oficjalnego komentarza w tej sprawie. Jednak Urzędnik z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Cypru powiedział Cyprus Mail, że Nikozja „monitoruje dyskurs” i rozważa parlamentarną debatę na temat mowy nienawiści przed sierpniową przerwą.
AKEL odrzucił oskarżenie o antysemityzm, mówiąc ,że” sprzeciwia się wszelkim formom mizantropii ” i że jego krytyka dotyczy polityki rządu, a nie tożsamości żydowskiej. Stefanou oskarżył ambasadora Izraela o „próbę wywołania nieuzasadnionej debaty.” Na Cyprze znajduje się baza Akrotiri, główny obiekt Armii Brytyjskiej używany przez Izrael do misji rozpoznawczych nad Gazą. Izrael i Cypr zintensyfikowały w ostatnich latach współpracę wojskową w ramach wspólnej deklaracji podpisanej w 2017 roku. Przeprowadziły także kilka wspólnych ćwiczeń wojskowych i morskich. Cypr utrzymuje również bliskie więzi obronne z USA.
Izraelski dziennik Haaretz, jedna z najważniejszych i najbardziej szanowanych publikacji Izraela, opublikował 1 maja 2026 roku artykuł, po którym wszyscy zaniemówili. Felietonistka Carolina Landsmann bez ogródek zatytułowała go: „Netanjahu odejdzie, ale państwo umrze wraz z nim.” Czy państwo syjonistyczne osiągnęło swój koniec? W jasny i bezpośredni sposób dziennikarka stwierdza, że Netanjahu ostatecznie wycofa się z polityki (krążą pogłoski o umowie, która pozwoli mu odejść bez pójścia do więzienia), ale szkody, które już wyrządził krajowi, są tak wielkie, że państwo Izrael, jakie znamy, nie przetrwa.
To nie jest zewnętrzna krytyka. Pochodzi od kogoś z Izraela, piszącego w izraelskiej gazecie, oświadczającego, że cały projekt się skończył. Jej zdaniem Netanjahu całkowicie rozebrał fundamenty kraju. Społeczeństwo izraelskie jest rozdrobnione, bardziej podzielone niż kiedykolwiek i nie ma sposobu, aby je odbudować. Armia, niegdyś duma wszystkich, jest zmęczona, wyczerpana i pozbawiona dawnej siły. Izrael nie ma już przyjaciół na świecie: kiedyś uznawany jako silna demokracja, teraz jest postrzegany jako kraj, który generuje nienawiść na całym świecie z powodu swoich działań. A najgorsze, mówi Landsmann, jest to, że naprawienie tego wszystkiego nie jest już możliwe. To jak niemożliwy sen, miraż.
Dlaczego? Ponieważ najważniejsze instytucje w kraju — sądownictwo, media i Parlament (Kneset) – zostały zniszczone. Nie funkcjonują już tak, jak powinny; są niezrównoważone, kontrolowane przez jedną stronę i straciły równowagę. Nie ma odwrotu. Autorka wyjaśnia, że nie ma już znaczenia, czy odbywają się wybory, czy powstają nowe partie, czy zmienia się skład parlamentu. Wszystko to jest stratą czasu; obrażenia są zbyt głębokie, a punkt bez powrotu już minął.
Netanjahu nie tylko rządził, ale Izrael stał się jego krajem. Jego koniec będzie końcem Państwa. Zabił je. To nie pochodzi od wroga Izraela. Oświadczenie pochodzi od wybitnego głosu w samym Izraelu. To tak, jakby kraj otwarcie przyznał, że marzenie, które sprzedawał od dziesięcioleci — o byciu niezwyciężonym, stabilnym i wiecznym — rozpada się od wewnątrz. Netanjahu odchodzi, ale państwo, którego tak zaciekle bronił, on pójdzie z nim. Artykuł jest brutalną i uczciwą autopsją tego, co wydarzyło się w ostatnich latach. I diagnozuje tak, jak patrzy świat. Nie ma co już tego ukrywać: Projekt Syjonistyczny dobiegł końca.
Rekordowa Hasbara
Izrael przeznacza 730 milionów dolarów na zniszczenie ludobójstwa, ale nie wierzę, że to wystarczy. Izrael zwiększył swój budżet propagandowy dziesięciokrotnie, osiągając 730 milionów dolarów. To nie tylko kwestia wizerunku, ale strategicznego przetrwania. Z budżetem propagandowym, który wzrósł dziesięciokrotnie w ciągu mniej niż dwóch lat, Izrael przyznaje – poprzez liczby – że jego globalna reputacja, ze względu na Gazę i otwarte fronty na Bliskim Wschodzie, spadła do poziomów, których nie widziano od czasu jej powstania.
Zgodnie z przyjętą w marcu ustawą budżetową państwo żydowskie przeznaczyło 730 milionów dolarów na krajową Dyrekcję Dyplomacji Publicznej (Hasbara). Liczba ta stanowi dramatyczny wzrost w stosunku do zeszłorocznych 150 milionów dolarów, co z kolei było już dwudziestokrotnie wyższe niż wydatki sprzed 2023 roku. Największa część środków przeznaczona jest na cyfryzację. Rząd Izraela przeznaczył 50 milionów dolarów na masową kampanię reklamową na platformach społecznościowych (Meta, Google, X). Do tego dochodzi około 40 milionów dolarów na przyjęcie setek zagranicznych delegacji: nie tylko polityków i duchownych, ale także influencerów, Rektorów Uniwersytetów i liderów społeczności. Celem jest zbudowanie sieci ambasadorów, wolontariuszy gotowych do rozpowszechniania izraelskiej narracji w swoich krajach.
Ale najbardziej zaskakującym posunięciem jest miesięczny kontrakt o wartości 1,5 miliona dolarów podpisany z firmą powiązaną z Bradem Parscale, byłym strategiem cyfrowym Donalda Trumpa. Firma – ta sama, która otrzymała już 9 milionów dolarów na poprzednią kampanię – wykorzysta narzędzia sztucznej inteligencji do kształtowania globalnej opinii publicznej, mikro-kierowania do niezdecydowanych wyborców i wzmacniania nastrojów proizraelskich. Obecnie to algorytmiczna broń na służbie hasbary. Jak wspomniano wcześniej, utworzono scentralizowane centrum monitorowania, które śledzi setki gazet i tysiące codziennych wzmianek o Izraelu. Ale Middle East Eye dodaje niepokojący szczegół: sala prasowa nie tylko obserwuje, ale interweniuje w czasie rzeczywistym, koordynując zaprzeczenia, kontrnarracje i powodzie wyrównanych komentarzy. Wojna hybrydowa pod każdym względem, ale dotyczy instytucjonalnej komunikacji państwa sprzymierzonego z Zachodem. Te kolosalne wydatki są uzasadnione upadkiem wizerunku Izraela, obecnie poświadczonego przez najbardziej autorytatywne instytuty wyborcze.
Pew Research Center (kwiecień 2026) potwierdza, że 60% Amerykanów ma niekorzystną opinię o Izraelu, ze szczytem 80% wśród Demokratów. Nawet wśród Republikanów poniżej 50 roku życia większość (57%) wyraża negatywną opinię. A upadek nie oszczędza amerykańskich Żydów: wsparcie spadło poniżej dwóch trzecich.
Ale najbardziej niepokojąca liczba dla Tel Awiwu pochodzi z raportu Instytutu Studiów nad bezpieczeństwem narodowym (INSS), który mówi o „izolacji dyplomatycznej i publicznej bezprecedensowej od narodzin państwa. Ten sam think tank alarmuje o „pełzającym bojkocie gospodarczym”: firmy, uniwersytety i organizacje społeczeństwa obywatelskiego coraz bardziej niechętnie nawiązują stosunki z Izraelem, co zagraża sercu jego gospodarki intensywnie wykorzystującej technologię. Upadek poparcia, porażka Izraela.
ak więc, podczas gdy sondaże sygnalizują załamanie poparcia, odpowiedzią Tel Awiwu nie jest zmiana polityki w Gazie i gdzie indziej, ale operacja na dużą skalę mająca na celu zmianę postrzegania USA i globalnej opinii publicznej, przekształcając świat w prawdziwe propagandowe pole bitwy. Pytanie, które zadaje wielu analityków, brzmi: czy nawet maszyna propagandowa o wartości 730 milionów dolarów może odwrócić tak głęboki trend.
Ponieważ problem Izraela jest teraz strukturalny: Zachodnia opinia publiczna, a zwłaszcza amerykańska opinia publiczna, ponownie rozważa swój sojusz z państwem oskarżonym o ludobójstwo i podżeganie do wojny. Temat, który jeszcze kilka lat temu był uważany za tabu, ale który dziś stał się głównym nurtem w debacie politycznej.
Mówiąc o rozmowach prezydenta Isaaca Herzoga na temat umowy dla premiera Benjamina Netanjahu w zamian za jego wycofanie się z życia politycznego; mówiąc o próbach Sądu Najwyższego, by zyskać na czasie i odroczyć „kryzys konstytucyjny” (czyli „szturm Bastylii”, czyli sądu, przez „lud”, który nie zadowala się suwerennością, ale chce uwolnić się od wszelkich mechanizmów kontroli i równowagi oraz „osądzać sędziów”); mówiąc o wszystkich kalkulacjach wyborczych dotyczących liczby miejsc w Knesecie, wielkości bloków i entuzjazmie dla sojuszy politycznych, który szybko staje się obsesją w okresie poprzedzającym „fatalne” wybory (Gadi Eisenkot albo dołączy do wspólnej listy opozycji, albo z nostalgią spojrzy wstecz na machinę jadu rządu): Przykro mi, że tak przygnębiam, ale nasz los jest już za nami. Wszystko już się wydarzyło.
„Ja jestem państwem” – sugerował Netanjahu od prawie dwóch dekad, a jego zwolennicy poszli w jego ślady. I teraz to prawda. On jest państwem. Jak na ironię, to połączenie człowieka i państwa staje się widoczne właśnie teraz, gdy to pierwsze zbliża się do końca („końca ery Netanjahu”). W praktyce obaj „umierają” na naszych oczach – Netanjahu jako człowiek i legenda założyciela narodu, Theodora Herzla.
Netanjahu odejdzie, ale państwo umrze wraz z nim. Musimy bowiem uznać, że jego osiągnięcia w demontażu państwa są niezaprzeczalne.
Udało mu się zniszczyć wszystko – wszystko, co dobre, pamiętajcie. Nic nie pozostało. Absolutnie nic. Nasze społeczeństwo zostało rozdarte, armia się rozpadła, sędziowie umierają ze strachu, media stały się reality show, Kneset zdegenerował się do rozmiarów domu wariatów, a opozycja podziela wizję rzeczywistości Netanjahu (Iran stanowi zagrożenie egzystencjalne; nie ma rozwiązania problemu palestyńskiego; w rządzie powinny być tylko partie syjonistyczne).
Zbliżając się do końca, pozostaje jedno pytanie: Czy istnieje życie po śmierci? I tylko Bóg zna odpowiedź.
Świat nienawidzi Izraela, a antysemityzm powrócił do swojej politycznej kolebki. Nie jest to już „nowa”, lewicowa, krytyczna wersja (która była skierowana przede wszystkim przeciwko polityce Izraela i wadom syjonizmu), lecz stara, prawicowa, mordercza odmiana (która entuzjastycznie przyjmuje retorykę „Protokołów mędrców Syjonu”). Prawda jest taka: podczas gdy doprowadzaliśmy siebie i świat do szaleństwa Holokaustem, nieustannie skandując „Nigdy więcej”, Netanjahu doprowadził świat na skraj powtórzenia historii.
Ludzie żyją w złudzeniu, że wciąż istnieje szansa – że on i państwo to odrębne byty, że go przeżyjemy, a przyszłość znów się otworzy. Ta nadzieja napędza strategię „kupowania czasu” stosowaną przez sędziów w procesie Netanjahu, przez Herzoga w sprawie wniosku Netanjahu o ułaskawienie, przez Sąd Najwyższy we wszystkich jego decyzjach w kluczowych kwestiach (pobór do wojska, kadencja Itamara Ben-Gvira na stanowisku ministra bezpieczeństwa narodowego, państwowa komisja śledcza ds. zaniedbań z 7 października 2023 r.), a także przez liczną społeczność przeciwników Netanjahu, którzy należą do elit rządzących i pomimo swojej retoryki i protestów odmawiają łamania zasad gry.
Wszyscy oni utrzymują państwo na powierzchni – i robiąc to, utrzymują Netanjahu na powierzchni, bo on jest państwem. Jaka jest alternatywa? Unikać służby wojskowej i pozwolić krajowi umrzeć? Zabić państwo, żeby się go pozbyć?
Kiedy wybucha wojna, zgłaszają się do służby. Płacą podatki. Przestrzegają prawa. Wstępują do rządu, gdy zostaną wezwani do broni. Bronią państwa w mediach zagranicznych. Bronią go w sądach międzynarodowych, gdy jest atakowane, nawet gdy zwolennicy Netanjahu potępiają ich jako zdrajców pięć minut przed i pięć minut po (jak w przypadku byłego prezesa Sądu Najwyższego Aharona Baraka).
Herzog rozbroi tę bombę? Na jakiej planecie on żyje? Bomba wybuchła nam już tysiące razy w twarz. Amputowała kończyny i wyrwała serca. Gramy na czas, mając nadzieję na usunięcie guza i uratowanie ciała – ale to już przegrana sprawa. Jest za późno.
Zbliżający się koniec pozostawia jedno pytanie: Czy istnieje życie po śmierci? I tylko Bóg wie. Będziemy musieli umrzeć, aby się dowiedzieć. Być może po śmierci państwa narodzi się coś nowego i będziemy świadkami odrodzenia narodowego. Ale jedno jest pewne: nie możemy wskrzesić życia, które mieliśmy. Nie ma powrotu do tego, co kiedyś było. Nie ma przyszłości dla państwa takiego, jakie było kiedyś. Państwo jest tym. A jego koniec będzie jego końcem. On je zabił.
Akurat Paul Craig Roberts opublikował tekst, z którym się całkowicie zgadzam. Potwierdza on także to, co już od dawna twierdzę na moim blogu: niemożliwe jest jakiekolwiek porozumienie i pokojowa koegzystencja zarówno z USA jak i z całym Zachodem. Celem Zachodu jest dominacja, wyzysk i całkowite podporządkowanie się reszty świata. Celem reszty świata jest pokojowa współpraca. Praktycznie nikt nie zwrócił uwagi na przemówienie, które amerykański minister spraw zagranicznych Marco Rubio wygłosił 14.02.2026 na konferencji „bezpieczeństwa” w Monachium. To niewiarygodne, że w 21 wieku można wygłosić tekst, który bardziej pasuje do przełomu 18 i 19 wieku, czyli do okresu największej zachodniej ekspansji kolonialnej! To najlepiej dowodzi tego, że od tego okresu sposób myślenia i cele Zachodu nie uległy zmianie.
Doszedłem do wniosku, że nie ma na świecie żadnego, zaangażowanego w ważne wydarzenia rządu, który opierałby się na rzeczywistości. Zacznijmy od Izraela, Waszyngtonu, Iranu, Rosji i Chin.
Brak realizmu ze strony Izraela wynika z syjonistycznego planu Wielkiego Izraela – Izraela rozciągającego się od Nilu w Egipcie po Pakistan, obejmującego cały muzułmański Bliski Wschód. Plan ten jest siłą napędową obecnej wojny izraelsko-amerykańskiej przeciwko Iranowi, a Turcja, Liban i Arabia Saudyjska czekają na swoją kolej. Izrael z powodzeniem wykorzystał już Waszyngton do zniszczenia Libii, Iraku i Syrii jako sprawnie funkcjonujących państw arabskich. Bliski Wschód to rozległy obszar zamieszkały przez liczne narody. Izrael jest niewielki, ma małą populację i nie ma możliwości zajęcia i kontrolowania tak dużego obszaru, jakim jest Bliski Wschód.
Jednak program syjonistyczny jest nadrzędnym celem rządu izraelskiego. Nikt w Waszyngtonie, Europie, Rosji, Indiach, Chinach i na Bliskim Wschodzie nie rozumie, że dopóki Wielki Izrael jest programem syjonistycznym, pokój na Bliskim Wschodzie jest całkowicie niemożliwy. Jednak żaden rząd, nawet Iran, nie jest na tyle osadzony w rzeczywistości, by dostrzec ten rażący fakt i zaproponować wynegocjowanie rezygnacji Izraela z Wielkiego Izraela. Zamiast tego negocjacje skupiają się na wynegocjowaniu rezygnacji Iranu z prawa do wzbogacania uranu i produkcji rakiet. Takie negocjacje w niczym nie powstrzymują izraelskiej agresji. Ułatwiają ją.
Brak realizmu ze strony Iranu przejawia się w przekonaniu – czego dowodem jest irański program 10 punktów – że pokój można osiągnąć bez uwzględnienia planów syjonistycznych. Iran wierzy, że jeśli 10 punktów zostanie zaakceptowanych i wdrożonych, nastąpi pokój. Jednak 10 punktów Iranu nie zawiera żadnego odniesienia do syjonistycznego planu Wielkiego Izraela, wyrażonego przez amerykańskich syjonistycznych neokonserwatystów jako zniszczenie dla Izraela siedmiu krajów w ciągu pięciu lat. Najwyraźniej rząd irański nie rozumie, że pokój na Bliskim Wschodzie zależy od jednej i tylko jednej rzeczy – porzucenia przez Izrael syjonistycznego planu.
Państwa Zatoki Perskiej, Turcja i Arabia Saudyjska podzielają brak realizmu Iranu w kwestii Wielkiego Izraela. Bliski Wschód nigdy nie zjednoczył się przeciwko izraelskiemu zagrożeniu i godził się na to, by być pokonywanym jeden po drugim. Głupie państwa Zatoki Perskiej zawarły nawet sojusz z Izraelem i Ameryką przeciwko swoim muzułmańskim braciom.
Brak realizmu Putina polega na tym, że nie potrafi on zrozumieć, iż „główną przyczyną konfliktu” nie jest brak porozumienia o wzajemnym bezpieczeństwie z Zachodem, lecz hegemoniczne dążenia Waszyngtonu. Tak jak Izrael dąży do hegemonii na Bliskim Wschodzie, tak Waszyngton dąży do hegemonii nad całym światem. Plany Waszyngtonu nie są bardziej realistyczne niż plany Izraela, jednak doktryna Wolfowitza pozostaje decydującym czynnikiem w amerykańskiej polityce zagranicznej. Putin nie rozumie, że kiedy negocjuje z Waszyngtonem, negocjuje z amerykańską hegemonią. Trump nie wyrzekł się amerykańskiej hegemonii. Niedawno rozszerzył amerykańską hegemonię na Iran, Cieśninę Ormuz, Wenezuelę, Grenlandię i Kubę. Egzekwuje amerykańską hegemonię nad Rosją za pomocą sankcji, a nad Chinami za pomocą gróźb sankcji, ceł i konfliktu z Tajwanem.
Chiński brak realizmu polega na przekonaniu Xi, że dzięki polityce nieangażowania się Chiny mogą przetrwać dłużej niż ich przeciwnicy. Xi posunął się nawet do tego, że usunął z chińskiej armii wszystkich oficerów, którzy byliby gotowi walczyć za Chiny, i zastąpił ich politykami, którzy będą kierować się złudzeniami Xi, a nie realiami wojskowymi. To sprawiło, że Chiny stały się bezużytecznym sojusznikiem dla Rosji i Iranu. Niepowodzenie tych trzech krajów w zawarciu wzajemnego traktatu o bezpieczeństwie sprawiło, że każdy z nich znalazł się w izolacji, a tym samym stał się łatwiejszym celem dla amerykańskiej hegemonii. Spośród tych trzech krajów tylko Iran jest gotowy do walki.
Błędem Waszyngtonu jest to, że zaniedbanie suwerenności Stanów Zjednoczonych pozwoliło Izraelowi wciągnąć Amerykę w wojnę na Bliskim Wschodzie w pierwszej ćwierci XXI wieku, co kosztowało biliony dolarów i życie wielu Amerykanów. Wpływy izraelskie w USA są dominujące w finansach, mediach, na uniwersytetach i w branży rozrywkowej, gdzie Amerykanie przyswajają syjonistyczny światopogląd. Wielu Amerykanów, o czym świadczą „chrześcijańscy syjoniści”, konserwatyści z hasłem „nie możesz być Amerykaninem, jeśli nie kochasz Izraela” oraz uległość Kongresu USA wobec każdego żądania Izraela, jest bardziej Izraelczykami niż Amerykanami.
Iran nie rozumie, że nie toczy wojny z Ameryką. Ameryka jest jedynie marionetką Izraela. Iran toczy wojnę z Wielkim Izraelem. W związku z tym 10-punktowy program Iranu jest bezwartościowy, ponieważ nie odnosi się do syjonistycznych planów. Te 10 punktów przysłużyło się Trumpowi, a nie Iranowi. Dało Trumpowi możliwość wycofania się, zanim musiałby złamać swoją obietnicę zniszczenia irańskiej cywilizacji.
Iran świętuje „historyczne zwycięstwo, ponieważ Trump zaakceptował 10-punktowy plan”. Ale Trump nie zaakceptował irańskiego planu. Powiedział, że zaakceptował go jako podstawę do negocjacji, to samo, co wielokrotnie powtarzał Rosjanom. W perspektywie krótkoterminowej zwycięstwo należy do Trumpa, a nie do Iranu. Iran przyrzekł, że nie zaakceptuje zawieszenia broni, ale jednak to zrobił.
W rzeczywistości nie ma żadnego zawieszenia broni. Izrael natychmiast zbombardował cywilne dzielnice mieszkalne w chrześcijańskim mieście w Libanie, zabijając i raniąc około 2000 cywilów. Iran natychmiast ogłosił, że cieśnina została ponownie zamknięta.
Najwyraźniej Netanjahu dąży do zniszczenia Iranu, a nie do pokoju. Trump będzie musiał zmierzyć się z Netanjahu, aby znaleźć wyjście z tej sytuacji. Iran twierdzi, że zawieszenie broni obejmuje Liban. Izrael i wiceprezydent USA Vance twierdzą, że tak nie jest. Niezależnie od tego, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy nie, Vance dał Netanjahu zielone światło do kontynuowania ataku na Liban. Jeśli Iran dostosuje swoje 10 punktów do interpretacji Vance’a i Netanjahu, wejdzie w negocjacje, rezygnując już z jednego ze swoich 10 punktów. Skoro nie ma zawieszenia broni, czy mogą być negocjacje? Jeśli nie, to gdzie jest wyjście dla Trumpa?
Lekceważenie, jakim Netanjahu obdarzył prezydenta Stanów Zjednoczonych, wskazuje, że jest on przekonany, iż – jak twierdzą izraelscy premierzy – „Izrael kontroluje Amerykę”. Jeśli Trump nie złamie izraelskiej kontroli nad Ameryką, najprawdopodobniej uwikłamy się w wojnę z Iranem.
[Z pewną obawą, a może niechęcią umieszczam te rozumowanka. Ale nawet takie mazgajstwo powinniśmy przeczytać . Mirosław Dakowski]
(Oprac. PCh24.pl)
Na portalu PCh24, bynajmniej nie muszę komukolwiek przypominać czym jest chrześcijański syjonizm i jaki ma związek z obecną sytuacją polityczną na Bliskim Wschodzie. Ale chrześcijański syjonizm nie wyczerpuje odpowiedzi na zasadnicze pytanie: dlaczego tak duża część politycznego świata zachodniego, zwłaszcza konserwatywnej prawicy, popiera działania państwa, które regularnie dopuszcza się zbrodni wojennych i bezustannie destabilizuje region kluczowy dla światowej gospodarki? Uważam, że w tym szerszym kontekście, chrześcijański syjonizm, jakkolwiek by nie był głośny, jest zaledwie młodszym partnerem dla ponadpaństwowego ruchu narodowo-konserwatywnego jaki buduje się od lat na Zachodzie.
Nie ulega wątpliwości, że seria krwawych wojen prowadzonych przez Izrael w ostatnich latach jest możliwa dzięki nieustającemu wsparciu szeroko pojętego Zachodu. Oczywiście, na poziomie społeczeństw to poparcie jest raczej ograniczone i wręcz słabnie z roku na rok. Jednak na poziomie politycznym, wsparcie dla Izraela wydaje się być nie tylko mocne ilościowo, ale też jakościowo niemalże bezwarunkowe. Ta bezwarunkowość jest paradoksem, biorąc pod uwagę jak wrażliwe na sondaże są współczesne demokracje – oto jest bowiem sprawa, w której główne partie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, i większości kontynentalnej Europy – Polski nie wyłączając – stoją twardo po stronie Izraela pomimo sprzeciwu ich własnych wyborców. Zamiast słuchać głosów większości, przeciwnie, współpracują z medialnymi propagandystami w celu podtrzymywania poparcia dla działań, których w gruncie rzeczy nie da się żadną miarą usprawiedliwić.
Wielu chciałoby, podążając chociażby za faktami wielokrotnie wykładanymi w publikacjach niniejszego portalu widzieć w tym przede wszystkim polityczne wpływy chrześcijańskiego syjonizmu, protestanckiej herezji, dziś penetrującej również Kościół katolicki (jak widać – nawet w Polsce). Wpływy te faktycznie są głośne i wyraźne, szczególnie w wymiarze propagandowym, w medialnym okładaniu pałką antysemityzmu krytyków Izraela. Niezaprzeczalnie, mają również swoją mocną reprezentację polityczną, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Jednak to nie reprezentanci tego ruchu, jak chociażby senator Ted Cruz, sekretarz wojny Pete Hegseth, czy ambasador Mike Huckabee, podejmują kluczowe decyzje. To nie oni uzasadniają te decyzje wobec bardziej pragmatycznych polityków i wobec szerokich mas popierających tamtejsze rządy. Podobnie rzecz się ma w innych krajach – poza Ameryką, chrześcijańscy syjoniści właściwie nie istnieją politycznie, natomiast pełno jest obrońców Izraela jako rzekomego gwaranta interesów zachodu, reprezentanta naszej cywilizacji, i wręcz wzoru do naśladowania. Trzeba się więc temu przyjrzeć również z tej strony.
Od „prawa do istnienia” do prawa do ludobójstwa
Powstanie Izraela w 1948 r. miało dosyć szerokie poparcie w kręgach szeroko pojętej cywilizacji europejskiej. Po niemieckim ludobójstwie drugiej wojny światowej, sprawa „prawa do istnienia” Izraela nie spotykała się ze sprzeciwem i nie budziła szczególnych kontrowersji – ot, kolejne nowe państwo powstające na gruzach upadających imperiów. Ba, państwo przecież zachodnie w swej formie, założone w znacznej mierze przez żydów z Europy, a potem zasilone osadnikami również z Ameryki. Może to nas dziś szokować, ale nawet wypędzenie wielkiej liczby Palestyńczyków z ich domów nie wzbudzało kontrowersji – po pierwsze, dlatego że w tamtym czasie nikt nie miał głowy by się tym przejmować, a po drugie, dlatego że dopiero co w Europie odbyła się wielka fala przymusowych „wędrówek ludów” o których decydowały mocarstwa – więc takie wygnanie, choć okrutne, było uznawane za dopuszczalne narzędzie. Pomagał oczywiście też fakt, iż część Palestyńczyków została w Izraelu i nawet otrzymała obywatelstwo, dając wrażenie jako takiej równości prawnej.
Izrael od początku pracował nad budowaniem przeświadczenia, iż stanowi forpocztę cywilizacji zachodniej na bliskim wschodzie. Gdy w 1967 roku Izrael zagarnął kolejne części Palestyny, szeroko pojęty zachód – poprzez media, opinię publiczną, ale też w znacznej mierze polityków, patrzał na to jako na radosną okazję, na „wyzwolenie” Jerozolimy. Tym razem jednak Izrael nie nadał praw obywatelskich ogromnym rzeszom Palestyńczyków – nie zostali włączeni do Izraela, lecz pod izraelską okupację. Nie było wprawdzie kolejnych masowych wypędzeń, ale okupanci dbali o zapewnienie Palestyńczykom wielu powodów do emigracji. Represje i ograniczenia narzucane na tubylców narastały, w miarę jak narastał ich zbrojny, często terrorystyczny opór, i w miarę pojawiania się kolejnych izraelskich „osad” na okupowanym terytorium. Raz po raz zresztą w izraelskiej ekstremie powracała propozycja „transferu” ludności palestyńskiej jako alternatywy dla pokojowych układów. Choć tolerowane, i najwyżej symbolicznie oprotestowywane, działania te nigdy nie znajdywały poparcia w Ameryce – nawet tam – za wyjątkiem właśnie ruchu chrześcijańskich syjonistów w Ameryce. Ten zaś może i narastał, ale był raczej marginesem – pamiętajmy, to jest pewna frakcja wśród protestantów, którzy jako całość, na przestrzeni ostatnich kilku dekad spadli z 70% społeczeństwa do mniej niż 40%. To, co realnie zapewniało poparcie – w tym ogromne transfery finansowe – Ameryki dla okupacyjnej polityki Izraela, to był po prostu fakt, iż państwo to stanowiło przydatny w tym regionie „niezatapialny lotniskowiec”. To ten fakt, obok pieniędzy, był koronnym argumentem podnoszonym przez żydowskie lobby w Ameryce. Co się więc wydarzyło, iż dziś nawet najbardziej drastyczne działania Izraela spotykają się tak często z gorącym poparciem, a wśród tych dla których poparcie zbrodni wojennych stanowi granicę nie do przekroczenia – mimo wszystko z przyjazną neutralnością, lub w ostateczności, milczeniem z obawy o ostracyzm?
Wielkie przemiany
Gdyby wskazać na początek zmian, były nim dwa bliskie w czasie wydarzenia. Pierwszym było załamanie ostatnich mających szansę na sukces negocjacji między Palestyńczykami a Izraelem w 2000 r., oraz zamachy z 11 września 2001 r.. Pierwsze z tych wydarzeń doprowadziło do załamania poparcia dla tej części izraelskiej sceny politycznej która uważała że trzeba z Palestyńczykami się dogadać. Drugie wydarzenie drastycznie zmieniło amerykańską scenę polityczną, i prowadząc do wojen Ameryki na bliskim wschodzie – odtąd więc Amerykanie nigdy już realnie nie popierali procesów które mogłyby osłabić Izrael, stanowiący ich sojusznika w tych wojnach. Ale w tle za tymi przemianami były jeszcze dwa inne procesy, znacznie poważniejsze, a były nimi przemiany demograficzne w Izraelu i na zachodzie.
Z jednej więc strony, w Izraelu pojawiło się nowe pokolenie – z różnych przyczyn, znacznie bardziej radykalne i bezwzględnie nastawione wobec Palestyńczyków. Radykalizacja ta przemieliła totalnie izraelską scenę polityczną. Ostatecznie doszliśmy do sytuacji, gdzie Beniamin Netanjahu, niegdyś uznawany za raczej niebezpiecznego polityka, jeszcze mieszczącego się w mainstreamie ale już na jego skraju, dziś rządzi najbardziej ekstremalną koalicją w historii kraju… i uchodzi w tej koalicji za człowieka nazbyt ugodowego. Przy czym, trudno dostrzec jakiekolwiek znaki że Netanjahu jest szczególnie wierzącym człowiekiem, a już zwłaszcza religijnym fundamentalistą. Jest pragmatykiem, gotowym czerpać poparcie zewsząd, by przetrwać na scenie politycznej.
Z drugiej zaś strony, na zachodzie lata niekontrolowanego wręcz napływu ludności muzułmańskiej doprowadziły społeczeństwo do wrzenia – ale nie znajdywała skutecznego głosu politycznego. Rządzący mainstream po prostu odrzucał i zwalczał wręcz te niepokoje jako zwyczajną ksenofobię, tolerując jednocześnie powstawanie „zakazanych dzielnic” imigranckich. Do tego wszystkiego warto dorzucić jeszcze jeden trend – dominacja medialna i internetowa lewicowych, globalistycznych ruchów, i ogólne antynarodowe nastawienie mainstreamowego dyskursu. To wszystko sprawia iż narodowo nastawiona prawica, często ta uznawana za „niedopuszczalną” coraz przyjaźniej patrzy na Izrael jako przykład kraju który potrafi skutecznie tłamsić muzułmańską mniejszość – a skuteczność jest uznawana za ważniejszą niż moralność. Takim przykładem jest brytyjski dziennikarz-aktywista Tommy Robinson, który publicznie wyraża swoje poparcie dla Izraela, jako przykładu dla swego kraju. Równie gorąco swe poparcie wyraża konserwatywny dziennikarz Douglas Murray, znany ze swoich książek ostrzegających przed samobójczym zgonem Europy.
Tymczasem w Ameryce, po kosztownej „wojnie z terroryzmem” która – memento! – pogrążyła republikańską frakcję neokonserwatystów a wraz z nimi cały ruch konserwatywny – amerykańska lewica zdobyła władzę, i wydawało się że dzięki głosom imigrantów, być może na zawsze. Jak pamiętamy, Demokraci nie tylko „odpłynęli” w lewicowe absurdy, ale również zaczęli intensywnie eksportować swoje „nowinki” na cały świat. To wszystko poskutkowało transformacjami wśród i wokół amerykańskich Republikanów. Zaczęła budować się swoista koalicja, stawiająca sobie za cel po pierwsze odbić tę właśnie partię, a po drugie odbić Amerykę. Do budowy tej koalicji posłużyła po pierwsze licząca już pół wieku coroczna konferencja Conservative Political Action Conference (CPAC), po drugie zaś szereg starych i nowych think tanków, i organizowana przez jeden z nich nowa konferencja National Conservatism Conference (NatCon), a także nieco mniejsza konferencja Alliance for Responsible Citizenship (Arc), założona przez Jordana Petersona. Cały ten ruch, owszem, zawiera w sobie amerykańskich chrześcijańskich syjonistów, jak również amerykańskich, a nieraz też izraelskich żydów – ale jest dużo szerszy, i w większości znacznie bardziej pragmatyczny w szukaniu sojuszników na całym świecie.
Na konferencjach NatCon, CPAC i Arc pojawiają się mówcy i goście z narodowych i konserwatywnych partii z całego świata, nawet z Indii i Japonii. Jest w tym również rosnący co roku polski kontyngent, w tym roku przecież z Prezydentem Rzeczypospolitej jako mówcą. Są to konferencje pełne wartościowych treści, a wokół nich gromadzą się intelektualiści o bardzo imponujących profilach, świetnie rozpoznawani na zachodzie – ludzie tacy jak Niall Ferguson i jego żona Ayaan Hirsi Ali, Victor Davis Hanson, David Starkey, JD Vance – gdy jeszcze nie był znaczącym politykiem – Jordan Peterson, biskup Robert Barron i wielu innych, którzy naprawdę mają do przekazania wartościowe idee. Bywają też ludzie tacy jak Douglas Murray czy Ben Shapiro, i inni stronnicy Izraela, walczący by wybielić reputację tegoż kraju i odpierać jakiekolwiek zarzuty o ludobójstwo czy nawet pomniejsze zbrodnie.
Specyfika tych konferencji wyraża swoisty faustowski układ – można liczyć na wsparcie potężnej amerykańskiej prawicy, pod warunkiem że się co najmniej unika potępiania Izraela, a wsparcie wzrasta, im bardziej jest się gotów Izrael wspierać bezwarunkowo. Trzeba przy tym też mocno, bardzo mocno zaznaczyć – pomijając pojedyncze rodzynki, wątpliwej zresztą świeżości, większości wiodących postaci tych konferencji daleko od chrześcijańskiego syjonizmu – są, owszem, syjonistami, ale wyłącznie pragmatycznymi, politycznymi. Zresztą, z tego co słyszałem – choć potwierdzić osobiście nie mogę – w samym Izraelu politycy gardzą chrześcijańskimi syjonistami, postrzegając ich jako pożytecznych idiotów którymi można się wysługiwać. Nie trzeba się ze mną zgadzać, ale takie jest też moje zdane – w szerszej geopolitycznej układance, chrześcijańscy syjoniści i żydowscy fanatycy religijni, są raczej narzędziem, swoistym mięsem armatnim zwłaszcza w walce propagandowej, nie zaś realnymi sprawcami (choć chcieliby wierzyć że są). Powtarzam: to Netanjahu i Trump podejmują decyzje, a nie Pete Hegseth, Mike Huckabee, czy Itamar Ben-Gwir.
Korzyści teraz, straty później?
Jak podchodzić do takiego układu? Można by powiedzieć cynicznie – czyż poparcie Republikanów, potężnej siły politycznej obecnie władającej Stanami, nie jest warte swej ceny? Cóż nam do wojen Izraela? Przecież są one odległe dla nas. Dla prawicowych polityków jest więc pokusa by zimno powiedzieć to nie nasza wojna – byle by pozyskać amerykańskie poparcie, byle by uniknąć ataków żydowskiego lobby. Przecież bardzo podobnie patrzymy na większość światowych konfliktów. Nie wtrącamy się w jakieś afrykańskie czy azjatyckie porachunki, utrzymujemy poprawne relacje z skłóconymi krajami, handlujemy z nimi – i bardzo słusznie, bo to nie nasza rzecz. Ale też nie poszukujemy ich wsparcia dla własnych spraw, więc nikt nas z nimi nie „skleja”. Tu zaś dzieje się inaczej.
Nie jestem zwolennikiem spiskowych teorii głoszących, że ciągle ktoś próbuje nas wciągnąć w tę czy inną wojnę. Nie jestem też miłośnikiem doszukiwania się na siłę ukrytych obcych wpływów w naszej polityce – szczerze, te jawne wpływy zagranicy wystarczą aż nadto. Nie mam zamiaru więc twierdzić, że uczestniczenie w CPACu, NatConie czy innych tego typu imprezach jest znakiem ukrytych syjonistycznych powiązań. Nie będę zarzucał tego ani prezydentowi Nawrockiemu, ani politykom z jakiejkolwiek partii, którym zdarza się wybierać na te imprezy, skoro sam z ciekawością wysłuchuje ich potem w internecie. Jednak przed jedną rzeczą przestrzegać trzeba.
Otóż: im bardziej bowiem konserwatyzm będzie utożsamiany z bezwarunkowym poparciem kraju którego działania w oczach globalnej opinii publicznej uchodzą za ludobójcze i destabilizujące, tym większe jest zagrożenie iż wraz z postępującym załamaniem poparcia dla Izraela, może nastąpić załamanie poparcia dla partii które co wyraźniej w tych imprezach uczestniczą. Wydaje się zaś, że w tej materii jest blisko już do przełomu w Stanach Zjednoczonych – już teraz Izrael stał się tak toksyczny wśród Demokratów, że czerpanie pieniędzy z żydowskiego lobby – organizacji AIPAC – jest uznawane za ryzykowne w kontekście wyborów. Również wśród wyborców Republikanów poparcie dla Izraela wzbudza coraz częściej kontrowersje – jeśli Republikanie w listopadzie utracą władzę, będzie to w znacznej mierze wynikało z zaangażowania na rzecz Izraela. Ponieważ zaś poplecznicy Izraela tak często stawiają znak równości między poparciem tego kraju a konserwatyzmem, odbicie w drugą stronę osłabi całą prawą stronę.
Jaki ma więc sens popieranie ruchu, który nie dość, że moralnie skompromitowany, to jeszcze na dodatek minął już szczyt swych wpływów, a w nieodległej przyszłości może załamać się zupełnie, jeśli wojna irańska skończy się tak katastrofalnie jak się zaczęła? Cytując klasyka, to gorzej niż zbrodnia – to błąd. Jeśli bowiem poparcie dla wojen Izraela uderzy w ogólne poparcie dla idei konserwatywnych, nie tylko w Ameryce ale też w innych częściach świata, to odbudowa polityczna tych środowisk przypadnie przede wszystkim tym, którzy nie dołączyli do tego chóru.
Umożliwienie Izraelowi osiągnięcia dominacji politycznej nie służy żadnym interesom Stanów Zjednoczonych.
Filip Giraldi
Philip M. Giraldi jest byłym oficerem Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA), autorem i komentatorem geopolitycznym. Obecnie pełni funkcję dyrektora wykonawczego Rady Interesu Narodowego (Council for the National Interest) i często krytykuje politykę zagraniczną USA na Bliskim Wschodzie.
Stopień, w jakim interesy Izraela dominują w polityce zagranicznej USA na Bliskim Wschodzie, można zmierzyć ich skutecznością, czego dowodem są siedem wizyt premiera Izraela Benjamina Netanjahu w USA w pierwszym roku urzędowania prezydenta Donalda Trumpa. Netanjahu spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem w Kongresie i mediach, mimo że to on był głównym sprawcą straszliwego ludobójstwa dokonanego na mieszkańcach Strefy Gazy, a także, ostatnio, niesprowokowanych ataków na cele głównie cywilne na palestyńskim Zachodnim Brzegu, w sąsiednim Libanie i Syrii.
Trzeba przyznać, że miękkie lądowanie Netanjahu w Stanach Zjednoczonych zostało ułatwione przez korupcję w Kongresie, której dopuściło się lobby izraelskie, osiągając to dzięki setkom milionów dolarów hojnie rozdzielonych między Demokratów i Republikanów. Ci sami żydowscy miliarderzy udowodnili również, że potrafią skupować firmy medialne, aby zapewnić, że wizerunek Izraelczyków jako nieustannych ofiar pozostanie centralnym punktem tego, co amerykańska opinia publiczna widzi w wiadomościach lub czyta w gazetach.
A amerykańska klasa polityczna miała wpływ na Izrael w obu partiach: prezydent Joe Biden, który określa siebie jako syjonistę, podsycał rozlew krwi w Strefie Gazy pieniędzmi i bronią, a następnie Trump, który zrobił to samo. Obaj prezydenci hojnie udzielali ochrony politycznej w instytucjach takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, aby zapewnić, że Izrael nigdy nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za wszystkie zbrodnie przeciwko ludzkości, których się dopuścił.
Dzięki hojności Demokratów i Republikanów Izrael w istocie otrzymał od USA pusty czek wsparcia, w tym ignorowanie izraelskich bombardowań szkół, szpitali i budynków religijnych – zarówno chrześcijańskich, jak i muzułmańskich. Ameryka była niedawno przerażona, gdy Stany Zjednoczone zbombardowały szkołę w Iranie, zabijając 165 młodych dziewcząt, a Izrael zabił setki razy więcej dzieci w Strefie Gazy bez żadnych konsekwencji, dzięki wsparciu USA, a nawet umożliwieniu tych zbrodni wojennych. Izrael zademonstrował również swoją siłę w Waszyngtonie w bardziej praktyczny sposób, aby chronić swoich sojuszników politycznych. Na przykład, gdy Demokraci sprzeciwiający się niedawno próbowali uchwalić ustawę, która miałaby zmusić Kongres do głosowania wymaganego przez Konstytucję i ustawę o uprawnieniach wojennych (War Powers Act) do wypowiedzenia wojny Iranowi, przywrócenie „rządów prawa”, które Trump całkowicie zignorował, powinno być oczywiste. Jednak Republikanie i niektórzy Demokraci połączyli siły, aby zablokować tę decyzję, nawet nie próbując przedstawić prawnego ani konstytucyjnego uzasadnienia. Podobnie, nie podjęto próby zdefiniowania interesu bezpieczeństwa narodowego, który mógłby uzasadniać sfabrykowane twierdzenia o „zagrożeniu”, które pierwotnie doprowadziły do wybuchu konfliktu.
Minister spraw zagranicznych i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Marco Rubio mógł ujawnić pewne aspekty procesu, który doprowadził do wojny z Iranem. Izrael postrzega zniszczenie Iranu jako najwyższy priorytet narodowy, więc można założyć, że Stany Zjednoczone pod wodzą Trumpa pójdą w jego ślady. Powszechnie uważa się, że wojna mająca na celu zniszczenie Iranu, taka jak ta, która obecnie toczy się, była planowana już podczas dwunastodniowej wojny z tym krajem w czerwcu ubiegłego roku. Według Rubio, tym razem wybór czasu wynikał z nalegań Izraela, że przeprowadzi atak samodzielnie, jeśli Stany Zjednoczone nie wezmą w nim udziału. Waszyngton obawiał się, że doprowadzi to do irańskiego odwetu na amerykańskich bazach w regionie, niezależnie od tego, czy Stany Zjednoczone były agresorem, czy nie. Dlatego podjęto decyzję o przyłączeniu się do Izraela i uprzedzeniu wszelkiej irańskiej „agresji”.
Donald Trump w jakiś sposób odwrócił wyjaśnienia Rubia, twierdząc, że to on sam wymusił tę kwestię i wywarł presję na Izraelczyków, aby rozpoczęli wojnę, a nie odwrotnie. Wydaje się jednak, że jest to typowa gafa Trumpa, wynikająca z braku zrozumienia, co tak naprawdę się wydarzyło. Sekretarz obrony Pete „Call of Duty” Hegseth podobno poparł ocenę Rubia, choć osoby z wewnątrz uważają, że „Wojownik Pete” byłby gotowy zaatakować każdego w każdej chwili, tylko po to, by pokazać, że on i jego „zabójcy” są do tego zdolni. Chciał również usłyszeć od wszystkich, że „robi świetną robotę”.
Według innej relacji, kluczowa perspektywa, która skłoniła Trumpa do wypowiedzenia wojny, pochodziła od dwóch jego kluczowych osobistych negocjatorów: jego zięcia Jareda Kushnera i jego partnera biznesowego w branży nieruchomości Steve’a Witkoffa. Przypadkowo obaj są Żydami i blisko związani z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu, co rodzi pytanie, dlaczego zostali wybrani do negocjacji z Iranem. Obaj są również znani jako żarliwi syjoniści, co oznacza, że ich lojalność należy do rządu Izraela i wszystkiego, co się z nim wiąże. „The New Republic” opisuje, jak obaj mężczyźni nie mają „technicznego zrozumienia wzbogacania uranu” po tym, jak przedstawili ocenę irańskiego reaktora badawczego, która nie miała sensu, co oznacza, że „nie mają pojęcia, co robią”. Magazyn stwierdził, że Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę, ponieważ Jared Kushner jest „głupcem”. Jeśli tak jest, jest on jednym z wielu w administracji Trumpa.
Witkoff i Kushner podobno spotkali się z Trumpem przed rozpoczęciem wojny i namawiali go do podjęcia działań przeciwko Iranowi, opierając się na ewidentnie fałszywych informacjach wywiadowczych dostarczonych przez Izrael, które głosiły rychłe opracowanie irańskiej broni jądrowej. W połączeniu z ostrzeżeniem Rubia, to właśnie dzieje się teraz, co w praktyce sugeruje, że Izrael „zastawił pułapkę” na Trumpa, by ten w ich imieniu wypowiedział wojnę. Argument Rubia za wojną, który przeczył ocenom amerykańskiego wywiadu, nie spotkał się z żadnym sprzeciwem, co było przewidywalną konsekwencją polityczną faktu, że przez dekady w Stanach Zjednoczonych absolutne poparcie dla Izraela, bez kwestionowania jego motywów i intencji, było ugruntowanym dwupartyjnym konsensusem. Jedyna debata na temat Izraela miała miejsce, gdy jeden z kandydatów chwalił się, że jest jeszcze bardziej pro-izraelski niż drugi.
Amerykańscy politycy skorumpowani żydowskimi pieniędzmi akceptują fakt, że muszą zawsze finansować, uzbrajać, zapewniać ochronę dyplomatyczną i – w razie potrzeby – wysyłać własnych żołnierzy do walki po stronie Izraela. Potwierdził to były prezydent Barack Obama, „liberalny, z wyjątkiem Izraela”, kiedy w 2014 roku uzbroił Izrael do bombardowania Gazy, a w 2016 roku zgodził się przekazać państwu żydowskiemu 38 miliardów dolarów bezpośrednio ze skarbu USA w ciągu dziesięciu lat. Kwota ta wygasa w tym roku i prawdopodobnie zostanie zwiększona przez Kongres, ale jest to w pewnym sensie nieistotne, ponieważ specjalne środki finansowe znacznie przekraczające tę kwotę były normą w ostatnich latach. Joe Biden i Donald Trump w rzeczywistości zarówno sfinansowali, jak i uzbroili niedawne i trwające niszczenie Gazy przez Izrael, co nie byłoby możliwe bez środków z Białego Domu. Oczekuje się podobnego zniszczenia Iranu, którego celem jest „przekształcenie kraju w Gazę”, jak stwierdził co najmniej jeden czołowy izraelski polityk. Tymczasem Amerykanie krytykujący oddanie Białego Domu Izraelowi są rutynowo poddawani atakom oszczerczym i nazywani antysemitami – to samo dzieje się obecnie z dziennikarzem Tuckerem Carlsonem i kongresmenem Tomem Massie.
W piątek rano, 13-go, Trump, w swoim własnym, ordynarnym i groźnym stylu, powtórzył najnowsze wydarzenia na froncie wojny z Iranem. Napisał na Twitterze: „Mamy bezprecedensową siłę ognia, nieograniczoną amunicję i mnóstwo czasu – spójrzcie, co się dziś dzieje z tymi szalonymi łajdakami”. Jeśli Trump rzeczywiście szuka wyjścia z konfliktu, który ewidentnie nie idzie zgodnie z planem, to wyraża się w sposób, który uniemożliwia jakiekolwiek negocjowane rozwiązanie. Netanjahu niewątpliwie go do tego zachęca.
Wszystko to doprowadziło do narastającego wśród Amerykanów ruchu na rzecz zakończenia wojny za wszelką cenę, ze szczególnym naciskiem na uznanie Izraela za siłę napędową, która w pierwszej kolejności doprowadziła do zaangażowania się USA w konflikt. Być może zatem nadszedł dobry moment, aby zerwać stosunki USA z Izraelem, które kosztują fortunę, niewątpliwie doprowadzą do śmierci niezliczonych amerykańskich żołnierzy i nie przyniosą żadnych korzyści Amerykanom. Jest jednak problem, a tym problemem jest Trump, który może być entuzjastycznie nastawiony do Izraela, ponieważ przeszedł na judaizm, albo ze względu na więzy rodzinne – albo dlatego, że Netanjahu szantażuje go materiałami o Jeffreyu Epsteinie.
Jeśli Trump naprawdę wierzy, że może rozpocząć wojnę w służbie obcego kraju, nie przestrzegając żadnych procedur konstytucyjnych ani prawnych, to musi zostać usunięty z urzędu. W artykule zatytułowanym „Szaleństwo króla Trumpa” John i Nisha Whitehead zauważają, jak „prezydentura kuli do burzenia” oznaczała „dysfunkcję, dekadencję, zepsucie i kult śmierci”: „Pojawiły się niepokojące doniesienia, że apokaliptyczna retoryka chrześcijańska jest wykorzystywana do usprawiedliwiania ataków administracji Trumpa na Iran w ramach „ostatecznej bitwy dobra ze złem„. Prezydent Trump został namaszczony przez Jezusa, aby rozpalić w Iranie ogień sygnałowy, który wywoła Armagedon i będzie oznaczał jego powrót na Ziemię” – powiedział jeden z dowódców jego jednostki bojowej.
George O’Neill, pisząc dla „The American Conservative”, opisuje, jak „Ta gangsterska polityka zagraniczna jest nie tylko nielegalna, ale rujnuje nas moralnie i finansowo. Włożyliśmy biliony dolarów w te przedsięwzięcia i zgromadziliśmy długi przekraczające PKB jakiegokolwiek kraju. Marzenie o Wielkim Izraelu, z jego ekspansjonistycznym zapałem, wciąga nas w permanentny konflikt, podczas gdy zagraniczne lobby wykorzystują nasze wojsko jak osobistą milicję”.
Ryzyko związane z „więzią łączącą” USA z państwem żydowskim jest wyjątkowe pod jednym względem. Zarówno Donald Trump, jak i jego izraelski sojusznik Bibi mają palce na nuklearnym spuście i obaj wykazali się zachowaniem, które można określić jako lekkomyślne, a w jego przejawie „potencjalnie katastrofalnie niebezpieczne”. Izraelczycy mają nawet doktrynę dotyczącą użycia swojej broni, znaną jako „opcja Samsona”. Polega ona między innymi na nieujawnionej, ale powszechnie akceptowanej polityce Izraela, polegającej na masowym odwecie, polegającej na użyciu broni jądrowej nie tylko do atakowania groźnych wrogich sąsiadów, ale także krajów na świecie, które – ich zdaniem – nie zrobiły wystarczająco dużo, aby im pomóc lub je chronić. Na przykład Rzym jest uważany za jeden z celów, co miałoby dodatkową zaletę w postaci zniszczenia katolicyzmu. Czy to myślenie w stylu „zabić ich wszystkich” może być atrakcyjne dla Donalda Trumpa? Ależ skąd!
*
Philip M. Giraldi jest byłym oficerem Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA), autorem i komentatorem geopolitycznym. Obecnie pełni funkcję dyrektora wykonawczego Rady Interesu Narodowego (Council for the National Interest) i często krytykuje politykę zagraniczną USA na Bliskim Wschodzie.
Non mais vous êtes sérieux BFM-WC de foutre du 100% IA à la téloche ? Le type a des doigts avec du pouce à l’auriculaire complètement identiques, et pire, il y a même un passage où il se retrouve avec 6 doigts… Bande de baltringues !!!
“Nous nous transformons en une puissance mondiale”, affirme Benjamin Netanyahu, Premier ministre israélien
Non mais vous êtes sérieux BFM-WC @BFMTV de foutre du 100% IA à la téloche ?
Le type a des doigts avec du pouce à l'auriculaire complètement identiques, et pire, il y a même un passage où il se retrouve avec 6 doigts…
Stanisław Michalkiewicz w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” przeanalizował sytuację geopolityczną na Bliskim Wschodzie. Krytycznie ocenia politykę prowadzoną przez Benjamina Netanjahu, który dąży do realizacji idei Wielkiego Izraela kosztem stabilności nie tylko regionu, ale być może także całego świata.
Michalkiewicz przedstawia teorię, zgodnie z którą głównym inicjatorem konfliktu i ataku na Iran jest Izrael, a do zaangażowania w tę operację Stanów Zjednoczonych mogły posłużyć materiały kompromitujące prezydenta Donalda Trumpa. Publicysta wskazuje, że premier Izraela, Benjamin Netanjahu, wykorzystał w tym celu haki zdobyte przez siatkę Jeffreya Epsteina, którego uważa za pracownika izraelskich służb.
Argumentuje, że zbieranie tajnych dokumentów od wpływowych osób przez Epsteina stanowi niezbity dowód na jego działalność szpiegowską na rzecz Tel Awiwu. Wprawdzie Trump nie pełnił wówczas funkcji publicznych i nie miał dostępu do sekretów wagi państwowej, jednak izraelski wywiad mógł zebrać kompromitujące nagrania o charakterze obyczajowym.
– Trump, którego nazwisko się przewija w aktach Epsteina, nie był żadnym funkcjonariuszem publicznym, w związku z tym od niego żadnych tajnych dokumentów Epstein nie mógł się domagać, natomiast bzykał panienki. To są znakomite materiały. Prawdopodobnie dużo nagrań się zachowało z tego bzykania – sugeruje Michalkiewicz.
– Netanjahu mógł podkręcić Trumpa: ’Wiecie, rozumiecie, wy tu uderzcie na ten Iran złowrogi, bo w przeciwnym razie będziecie mieli piekło w domu’. Myślę że pierwsza dama by nie była obojętna – dodał.[Gorzej, niż w domu: Mógłby utracić swój urząd. md]
Michalkiewicz twierdzi, że prawdziwym celem ataku jest usunięcie ostatniej przeszkody na drodze do stworzenia „Wielkiego Izraela”. Zgodnie z tą ideą terytorium owe miałoby sięgać od rzeki egipskiej aż po Eufrat. Publicysta zauważa, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Izraelowi, przy decydującym współudziale zbrojnym USA, udało się już obezwładnić wszystkie inne państwa ościenne, w tym Liban, Syrię oraz Irak.
– Złowrogi Iran pozostał jedynym liczącym się krajem, który krzyżuje te plany, dlatego premier Netanjahu postanowił przyspieszyć działania uderzeniowe, oficjalnie zasłaniając się powtarzanym od 50 lat argumentem o zagrożeniu ze strony irańskiego programu jądrowego – uważa Michalkiewicz.
Nie jest to zwykła historia prasowa: profil ofiary, moment zaistnienia zdarzenia i jego konsekwencje sądowe umieszczają incydent w strefie nieprzejrzystości, która nie pozwala na jego pochopne oddalenie. Oficjalnie sklasyfikowana jako wypadek drogowy, sprawa ma elementy, które razem wzięte sprawiają, że śmierć Sagiego jest obiektywnie anomalna, zwłaszcza w świetle jego zaangażowania w niektóre z najbardziej wrażliwych postępowań dotyczących Benjamina Netanjahu. Netanyahu-s-case-s-judge-killed-in-suspicious-incident
1. Informacje oficjalne
W dniu 4 stycznia 2026 r. ( według doniesień między 5 a 6 stycznia) Benny Sagi, 54-letni prezes Sądu Rejonowego w Be’er Sheva, zginął w wypadku na drodze nr 6, jednej z głównych arterii Izraela. Sędzia jechał na motocyklu, który został uderzony przez Jeepa SUV, który, według wersji przedstawionej przez policję, nagle wjechał na jezdnię z bocznej drogi polnej.
Kierowca pojazdu, Shuka Ben Shushan, został aresztowany pod zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci, niebezpiecznej jazdy i prowadzenia pojazdu pod wpływem narkotyków. Władze mówią o nieracjonalnym zachowaniu, utracie kontroli i przypadkowej dynamice. Obecnie formalnie nie wszczęto dochodzenia w sprawie zabójstwa.
Z proceduralnego punktu widzenia sprawa jest zatem traktowana jako ciężki wypadek drogowy.
2. Stanowisko rodziny: element, którego nie można wykluczyć
Sprawę komplikuje szczególnie ważny element: stanowisko zajęte przez rodzinę Benny’ego Sagiego. Jej członkowie publicznie zażądali, by śledztwo nie ograniczało się do hipotezy mówiącej o wypadku śmiertelnym, ale by wzięto również pod uwagę możliwość zamachu celowego.
Nie jest to bynajmniej kwestia marginalna. Krewni ofiary rzadko wyraźnie domagają się zbadania alternatywnych tropów, chyba że istnieją niespójności postrzegane jako istotne. Prośba rodziny nie stanowi dowodu, ale znacznie podnosi poziom zaangażowania śledczych i sprawia, że odrzucenie sprawy jako zwykłego wypadku staje się problematyczne.
3. Kim był Benny Sagi i dlaczego jego rola była kluczowa
Benny Sagi nie był zwykłym sędzią. Był centralną postacią izraelskiego sądownictwa, szanowaną za rygor i kompetencje, zaangażowaną w bardzo głośne postępowania. W szczególności był związany z jedną z najbardziej wrażliwych spraw ery Netanjahu: tzw. Sprawą 3000, znaną jako «afera łodzi podwodnych». corruption-tracker./german-submarine-sales-to-israel
Sprawa dotyczy domniemanych epizodów systemowej korupcji związanej z zakupem łodzi podwodnych i okrętów marynarki wojennej od niemieckiej firmy ThyssenKrupp, wartych miliardy dolarów. Sprawa dotyczy byłych wyższych oficerów marynarki wojennej, urzędników państwowych oraz bliskich współpracowników premiera. Chociaż Netanjahu nie jest formalnie oskarżony w tym konkretnym wątku, sprawa ma bezpośredni wpływ na jego polityczno-wojskowe otoczenie.
W opinii publicznej, izraelskiej i międzynarodowej, Sagi był postrzegany jako jeden z kluczowych sędziów w aparacie sądowniczym powołanym do orzekania w sprawach korupcyjnych związanych z otoczeniem Netanjahu. W chwili jego śmierci, rozprawy zbliżały się ku końcowi i otwarcie mówiło się o rychłych werdyktach.
4. Anomalia chronologiczna: wypadek „zbyt fortunny”
W tym miejscu sytuacja nabiera znaczenia strukturalnego.
Śmierć sędziego nastąpiła w pobliżu decydującej fazy procesu. Zgodnie z izraelską procedurą, śmierć sędziego tytularnego pociąga za sobą automatyczne zawieszenie postępowania, wyznaczenie nowego sędziego i konieczność ponownego zbadania przez niego dokumentów zgromadzonych przez lata, zeznań i materiałów dowodowych.
Rezultatem będzie opóźnienie o miesiące, jeśli nie lata, co obiektywnie sprzyja oskarżonym. Nie jest to opinia, ale fakt proceduralny.
Ów czasowy zbieg okoliczności staje się jeszcze bardziej znaczący, gdy weźmie się pod uwagę, że w tych samych tygodniach, Netanjahu zwrócił się do prezydenta Izaaka Herzoga z prośbą o ułaskawienie prewencyjne, co było posunięciem bezprecedensowym w historii izraelskich instytucji. Zbieżność między presją na zablokowanie lub zneutralizowanie postępowania sądowego a nagłą śmiercią jednego z najbardziej prominentnych sędziów przyczynia się do nakreślenia wizerunku nieprzejrzystości systemowej, której nie wolno ignorować.
5. Dynamika wypadku: elementy nietypowe
Niektóre aspekty dynamiki, choć nie stanowią dowodu, nie mają typowego charakteru. Pojazd uderzający nadjeżdżał z bocznej drogi terenowej, a nie z regularnego skrzyżowania; wjazd na jezdnię jest opisywany jako nagły i gwałtowny; uderzenie było tak potężne, że zabiło doświadczonego motocyklistę w momencie uderzenia; miejsce wypadku nie jest skrzyżowaniem miejskim, ale znajduje się na szybkim i stosunkowo dobrze kontrolowanym odcinku.
Irańskie i arabskie media zauważyły, że zamaskowane wypadki od dawna służyły jako sposób ukierunkowanej eliminacji. To spostrzeżenie należy do sfery hipotez, a nie faktów, ale pomaga wyjaśnić, dlaczego oficjalna narracja nie przekonała wszystkich.
W świetle powyższych anomalii konieczne jest wykonanie kolejnego kroku i przeniesienie analizy z poziomu opisowego na metodologiczny.
6. Ramy metodologiczne: „incydent” jako prawdopodobna forma neutralizacji
Na tym etapie analizy konieczne jest wprowadzenie ram metodologicznych, często nieobecnych w debacie publicznej, ale dobrze znanych zarówno kryminologii, jak i analizom dotyczącym działalności wywiadowczej. Kiedy śmierć ma miejsce w bardzo wrażliwym politycznie kontekście i jest klasyfikowana jako „wypadek”, zadaniem analityka nie jest zajęcie miejsca śledczego, ale zadanie pytania natury metodologicznej: czy w udokumentowanej przeszłości zaistniał przypadek, w którym umyślne zdarzenie zostało zakamuflowane jako wypadek drogowy?
Na poziomie ściśle kryminalistycznym odpowiedź jest twierdząca. Literatura kryminologiczna i sądowo-lekarska od dziesięcioleci opisuje przypadki zabójstw upozorowanych na wypadki samochodowe, identyfikując występujące schematy, różnice statystyczne i typowe nieprawidłowości w porównaniu z prawdziwymi wypadkami. „Wypadek” stanowi szczególnie skuteczną ramę narracyjną: jest społecznie akceptowalny, rzadko prowokuje przedłużające się szczegółowe dochodzenia i pozwala na szybką normalizację zdarzenia.
Na poziomie praktyk wywiadowczych kwestia ta jest jeszcze bardziej delikatna. Badania historyczne nad tajnymi operacjami pokazują, że gdy dąży się do eliminacji lub neutralizacji związanej z wysokim ryzykiem politycznym, priorytetem jest nie tylko skuteczność, ale także wiarygodna możliwość zaprzeczenia. Zgodnie z tą logiką, przypadkowe zdarzenie – błąd ludzki, nieuniknioność utrata kontroli – stanowi idealną formę tuszowania: powoduje nieodwracalny skutek bez generowania sprawcy, którego można jednoznacznie zidentyfikować.
Ważne jest, aby wyraźnie powtórzyć: wspomniane ramy niczego nie dowodzą w tym konkretnym przypadku, ani nie upoważniają do asertywnych wniosków. Ustalają jednak istotną kwestię metodologiczną: hipoteza wypadku jako zatuszowania nie należy do folkloru spiskowego, ale do rzeczywistej, zbadanej i udokumentowanej kategorii analitycznej. W przypadku podmiotu o bardzo wysokiej wartości instytucjonalnej, tzw. timingu idealnie zbieżnego z decydującymi rozstrzygnięciami sądowymi oraz natychmiastowymi korzyściami proceduralnymi dla osób trzecich, wątpliwości nie biorą się z fantazji, ale z porównań danych archiwalnych.
W tym sensie pytanie dochodzeniowe nie dotyczy tego, czy zdarzenie było operacją, ale czy sama etykieta „incydent” jest wystarczająca do wyczerpania analizy.
7. Milczenie Netanjahu i atmosfera presji na sądownictwo
Kolejnym elementem odnotowanym przez niezależnych komentatorów i dziennikarzy było publiczne milczenie Netanjahu w pierwszych godzinach po śmierci sędziego. Netanjahu jest znany z szybkiego reagowania na ważne wydarzenia publiczne; w tym przypadku komunikacja była albo nieobecna, albo bardzo spóźniona.
Sam fakt, wyizolowany, niczego nie dowodzi. Jednakże umieszczony w szerszym kontekście, naznaczonym atakami werbalnymi, delegitymizacją sądownictwa i niezwykle silną polaryzacją instytucjonalną, przyczynia się do wzbudzenia podejrzeń. W ostatnich latach, sędziowie zaangażowani w postępowania o dużym oddziaływaniu politycznym byli poddawani bezprecedensowej presji medialnej i politycznej, co sprawiło, że atmosfera wokół postaci takich jak Sagi była szczególnie wybuchowa.
8. Niepokojące precedensy: sprawa Haima Garona
Ci, którzy obserwują tę sprawę krytycznym okiem, pamiętają, że nie jest to pierwsza nietypowa śmierć związana z postępowaniem przeciwko Netanjahu.
W roku 2021, Haim Garon, wysoki rangą urzędnik w Ministerstwie Komunikacji i świadek oskarżenia w tzw. Sprawie 4000, zginął wraz z żoną w katastrofie lotniczej w Grecji. Również wtedy władze mówiły o wypadku; także wtedy nie pojawiły się żadne dowody sabotażu; a jednak zbieżność czasowa z newralgicznym procesem rodziła pytania. www.ynetnews.com
Podsumowując: Dwa przypadki nie stanowią dowodu; tworzą jednak sekwencję, która uzasadnia pojawienie się wątpliwości.
W niedawnym wywiadzie telewizyjnym premier Izraela Benjamin Netanjahu powiedział, że „bardzo mocno” wspiera wizję „Wielkiego Izraela”, gdy z radością przyjął amulet z wizerunkiem „Ziemi Obiecanej” od byłego polityka prawego skrzydła i prowadzącej i24news Sharon Gal. Netanjahu powiedział, że czuje, iż wykonuje „historyczną i duchową misję”, potwierdzając swoje głębokie przywiązanie do wizji tak zwanej „Ziemi Obiecanej” i „Wielkiego Izraela”, nazywając okupację terytoriów palestyńskich i części sąsiednich państw arabskich „historyczną i duchową misją”.
„Jest Pan związany z tą wizją?” – Gaal zapytała Netanjahu.
Arabskie i muzułmańskie kraje zdecydowanie potępiły te wypowiedzi, ostrzegając, że projekt „Wielki Izrael” zagraża bezpieczeństwu regionalnemu i narusza prawo międzynarodowe.
Rzecznik ministerstwa spraw zagranicznych Iranu oskarżył Netanjahu o faszystowski ekspansjonizm i naruszenie Statutu ONZ, powołując się na trwającą okupację i ludobójstwo izraela w Palestynie.
Liga państw arabskich wezwała Radę Bezpieczeństwa ONZ do podjęcia działań przeciwko tym ekstremistycznym wypowiedziom, podczas gdy Багаи określił retorykę Netanjahu o „misji” jako dowód zamiaru popełnienia ludobójstwa wobec sąsiednich narodów.
Iran specjalnie sformułowane wypowiedzi te, jak obnażające prawdziwą kolonialną naturę Izraela poza granicami Palestyny.
Tak zwany „Wielki Izrael”, przez długi czas kojarzony z ultrasyjonistami, zachęca do ekspansji terytorialnej, obejmującej Palestynę, Liban, Jordanię i części Syrii, Iraku, Egiptu i Arabii Saudyjskiej.
Na tle trwającej ludobójczej wojny w Gazie jest to jest często omawiane w kręgach syjonistów, powodując zaniepokojenie w krajach arabskich regionu, które mogą stać się bezpośrednio ofiarą tego projektu.
Obsesja „Wielkiego Izraela” u Netanjahu
Podczas występu w Paryżu w 2023 roku Netanjahu potwierdził swoje zaangażowanie w tzw. projektu „Wielki Izrael”, odpowiadając „bardzo”, gdy go bezpośrednio pytali o zaangażowanie w tą koncepcję, przed przejściem do historycznych rozważań związanych z podstawą syjonistycznej osiedleńczo-kolonialnej edukacji.
W przemówieniu w Knessecie w lipcu 2025 roku poszedł dalej, wyraźnie powołując się na biblijne roszczenia do terytorium rozciągającego się od rzeki Jordan do morza Śródziemnego. Nazwał taką ekspansję jednocześnie historycznym prawem i koniecznością „zapewnienia bezpieczeństwa” od przewidywanych zagrożeń zewnętrznych.
Później Netanjahu powiedział do swojego gabinetu ministrów, że kontrola nad okupowanym Zachodnim brzegiem i południowym Libanem stanowi ważną „strategiczną głębię” dla Izraela i regionalni analitycy powszechnie uznają to sformułowanie jako argument o „Wielkim Izraelu”.
Te starannie dostosowane wypowiedzi ilustrują schemat: wskazanie na egzystencjalne zagrożenia dla usprawiedliwienia ekspansjonistycznych ambicji, zachowując przy tym na tyle niejasności, aby zaprzeczyć planom natychmiastowej aneksji.
Jego retoryka konsekwentnie przekręca terytorialne roszczenia z wojskowej doktryny, pozwalając zwolennikom twardej linii interpretować jego słowa jako wyraz poparcia dla tak zwanego „Wielkiego Izraela”, oferując zachodnim sojusznikom wystarczającą niepewność, dla kontynuacji wojskowego wsparcia.
Analitycy podkreślają, że powtarzające się nawiązania Netanjahu do „przeznaczenia” i „granicy” celowo nawiązują do rewizjonistycznego syjonistycznego terytorialnego maksymalizmu, ale przy tym zatrzymują się tylko na retoryce, która może spowodować sankcje międzynarodowe.
Ta strategia podwójnej komunikacji jest szczególnie widoczna w kryzysowych momentach, takich jak trwająca wojna w Gazie, gdy obawy o bezpieczeństwo są używane do normalizacji wcześniejszych drobnych roszczeń terytorialnych.
Obserwatorzy podkreślają również sprawy Netanjahu od pokolenia jego ojca, które utwierdzało nowoczesny ekspansjonizm w mitologii powstania Izraela, przesuwając linię ideologiczną od przejęcia gruntów w 1948 roku do chwili obecnych ambicji.
Wypowiedzi ministrów w sierpniu 2025 roku odnośnie południowego Libanu zaznaczyły znaczne nasilenie w dyskursie politycznym izraela rozszerzając ramy „Wielkiego Izraela” poza mandat brytyjski w Palestynie.
Obserwatorzy twierdzą, że takie wypowiedzi pokazują, jak trwające kampanie służą jako przykrywka dla realizacji planów aneksji, które były politycznie nie do przyjęcia w czasach względnego spokoju.
Naprzemienne korzystanie przez Netanjahu z wyraźnego biblijnego języka i usprawiedliwienia domniemanego bezpieczeństwa podkreśla, jak ideologia „Wielkiego Izraela” była wprowadzana w życie nie przez oficjalne oświadczenia, a przez politykę stałego kryzysu.
Mapa „Wielkiego Izraela”
Kraje arabskie są częścią projektu „Wielki Izrael”. W najszerszym sensie zwolennicy „Wielkiego Izraela” wyobrażają sobie terytorium, która rozciąga się od morza Śródziemnego do rzeki Jordan, obejmującą wszystkie okupowane terytoria palestyńskie, a także Gazy.
Niektóre interpretacje idą dalej, do Libanu i Jordanii, odzwierciedlając wczesne dążenia syjonistów. Bardziej maksymalistyczne poglądy zawierają znaczne części Syrii, zwłaszcza Wzgórza Golan, a także poszczególne obszary Iraku, na półwyspie Synaj w Egipcie, a nawet północ Arabii Saudyjskiej.
W Libanie koncentrują się przede wszystkim na regionie południowym, szczególnie terenach na południe od rzeki Litani.
W Syrii, choć Wzgórza Golan są centralnymi, niektóre tereny rozciągają się na południe od Syrii aż do Eufratu, choć dokładne granice pozostają niepewne.
W Jordanii teren na zachód od rzeki Jordan jest kluczowy dla projektu, z niektórymi interpretacjami obejmującymi całą współczesną Jordanię.
Maksymalistyczne wizje obejmują również części Egiptu, zwłaszcza półwysep Synaj i północno-wschodnie regiony, ze względu na geograficzną bliskość i biblijne skojarzenia.
Północna część Arabii Saudyjskiej również jest włączona w projekt, szczególnie obszary graniczące z Jordanią i Irakiem, takie jak okolice Тabuka i graniczne powiaty Negev-Synaj.
Oprócz Libanu, Syrii, Jordanii, Egiptu i północnej części Arabii Saudyjskiej, w niektórych ideologicznych poglądach o „Wielkim Izraelu” czasami wymieniano Irak oraz, znacznie rzadziej, Kuwejt.
Niektórzy sugerują, że chodzi również o części północnego lub zachodniego Iraku, zwłaszcza obszary w pobliżu granicy jordańskiej lub historycznie związane z biblijną interpretacją.
Co to jest „Wielki Izrael”?
Syjonistyczna koncepcja „Wielkiego Izraela” – to kolonialny projekt ekspansjonistyczny, w przebraniu biblijnego przeznaczenia, który używa zniekształcone teksty religijne dla usprawiedliwienia trwających czystek etnicznych w Palestynie.
Koncentruje się ona na nienawiść ideologicznej, zrodzonej z idei europejskich osadników-kolonialistów z 19 wieku, nie z autentycznych starożytnych roszczeń, stara się przejąć teren od Nilu do Eufratu, pochłaniając Palestynę, Liban, Syrię, Jordanię, Irak, Egipt i Arabię Saudyjską.
Od czasów Nakby 1948 roku, kiedy to syjonistyczne siły zniszczyły ponad 530 palestyńskich wiosek i wygnano 750 000 przedstawicieli rdzennej ludności, ta wizja ludobójstwa doprowadziła plemię szekla do bezlitosnego łupienia ziem i okupacji w Palestynie i poza jej granicami.
Dzisiaj nielegalne izraelskie osady kontrolują 42 procent okupowanego Zachodniego Brzegu, w tym 700 000 uzbrojonych kolonistów naruszających prawo międzynarodowe, kradnących domy Palestyńczyków w jerozolimskich dzielnicach Sheikh Jarrah i Silvan pod sfabrykowanymi wypowiedziami o „biblijnych dziejach apostolskich”.
Niedawna izraelska agresja w całym regionie ujawnia prawdziwą imperialistyczną naturę tego projektu, kiedy skrajnie prawicowi ministrowie, tacy jak Smotrycz, otwarcie wzywają do aneksji południowego Libanu.
Syjonistyczni przywódcy historycznie odrzucali każdy pomysł podziału Palestyny, zamiast tego prowadząc agresywną politykę w stosunku do rdzennej ludności, oficjalnie przenosząc winę na drugą stronę.
Nowoczesne badania genetyczne rzucają wyzwanie centralnej narracji o „ziemi przodków”, pokazując, że Palestyńczycy mają więcej wspólnego ze starymi mieszkańcami w swoim DNA, niż osadnicy-żydzi aszkenazyjscy pochodzenia europejskiego.
W swej istocie, projekt jest związana nie tyle z religią, ile z kontrolą zasobów wody, zasobów gazu i regionalnej energetyki. Pierwszy syjonistyczny przywódca Władimir Żabotyński sam opisywał syjonizm jako ” przygodę kolonizacyjną”, która domagała się „żelaznej ściany żydowskich bagnetów”.
Od trwającego ataku na Gazę i do kradzieżą warstw wodonośnych Zachodniego Brzegu, wizja tak zwanego „Wielkiego Izraela” nadal prowadzi politykę apartheidu, mającą na celu zniszczenie istnienia Palestyńczyków między rzeką i morzem.
Kto wymyślił tę koncepcję?
Pojęcie „Wielki Izrael” opiera się na wybranych fragmentach biblijnych, w szczególności w Księdze Rodzaju 15: 18-21 i Liczb 34: 1-12, w których opisano rozległe terytorialne obietnice, które nie zostały zrealizowane jako edukacja polityczna.
Pod koniec 19 wieku i na początku 20 wieku nowocześni syjonistyczni myśliciele ponownie przemyśleli te starożytne teksty przez pryzmat europejskiego kolonializmu, przekształcając religijną alegorię w polityczną doktrynę ekspansji.
W tym czasie, podobnie jak „Der Judenstaat” Teodora Hertzla 1896 z roku, w pierwszej kolejności opowiadał się za tworzenie „państwa żydowskiego”, w jego późniejszych pracach powoływał się na szersze terytorialne ambicje.
Wręcz przeciwnie, doktryna 'Żelaznej ściany’ Władimira Żabotyńskiego 1923 roku jednoznacznie formułowała rewizjonistyczne narodziny wizji edukacji, obejmującej oba brzegi Jordanu, kładąc ideologiczną podstawę dla współczesnych dążeń do „Wielkiego Izraela”.
Konstrukcje te powstały nie z lokalnych żydowskich politycznych tradycji, a raczej odzwierciedlały kolonialne paradygmatu europejskiego środowiska, w którym narodził się syjonizm.
Biblijne opowiadanie, na które powołują się współcześni żydzi, bardziej należy rozumieć jako plemienną mitologię epoki żelaza, niż jako żródło wiarygodnych roszczeń terytorialnych, ponieważ archeologia nie daje dowodów na istnienie takiego rozległego królestwa izraela.
Prace Żabotyńskiego w szczególności podkreślają kolonialny charakter projektu „Wielki Izrael”, który zakłada ciągłe wojny i panowanie nad rdzenną ludnością.
W tym sensie transformacja teologicznej symboliki w polityczne manifesty, stanowi nie kontynuację historii starożytnej, a wyraźnie nowoczesną ideologiczną innowację.
Kto opowiadał się za „Wielkim Izraelem”?
Polityczna koncepcja „Wielkiego Izraela” stopniowo powstała w 19 wieku pod wpływem europejskiej nacjonalistycznej myśli żydowskich działaczy religijnych, takich jak rabin Zvi Hirsch Каlisher, który przerobił biblijne obietnice ziemi w polityczne mandaty dla żydowskiego osadnictwa w Palestynie.
W 1862 roku Moses Hess przedstawił wczesne protosyjonistyczne pomysły, które niosły w sobie terytorialne ambicje, tworząc intelektualne podstawy dla późniejszego ekspansjonistycznego skrzydła ruchu.
Chociaż początkowa wizja Teodora Hertzla nie była szczerze ekspansjonistyczna, to opierała się na kolonialnych wyobrażeniach o nadaniu ziemi, które ostatecznie utorowało drogę ideologiom wysuwającym pretensje terytorialne.
Podstawa ideologiczna wykrystalizowała się w 1923 roku, kiedy Władimir Żabotyński opublikował „Żelazny mur”, wyraźnie domagając się utworzenia tak zwanego „państwa żydowskiego”, obejmującego oba brzegi rzeki Jordan, jako głównej rewizjonistycznej syjonistycznej pozycji.
W latach 1930-tych radykalni syjonistyczni ideolodzy, tjak Abba Аchimejr, rozszerzyli te twierdzenia, przeplatając je z mesjanistycznymi opowieściami biblijnymi, które doceniły skrajnie prawicowe syjonistyczne frakcje.
Po ogłoszeniu niepodległości w 1948 roku w ramach granic partycji ONZ, rewizjonistyczne ugrupowania odrzuciły te granice jak niewystarczające, podczas gdy grupa Dawida Ben-Guriona pragmatycznie przyjęła je jako rozwiązanie tymczasowe.
Sześciodniowa wojna 1967 roku okazała się przełomem, kiedy Izrael przejął Zachodni Brzeg, Strefę Gazy i Wschodnią Jerozolimę al-Quds, co doprowadziło do natychmiastowego powstania „Ruchu Wielkiego Izraela”, który do 1968 roku zgromadził 50 000 podpisów z żądaniem stałego utrzymania tych terenów.
Zwycięstwo Menachema Begina w wyborach w 1977 roku oznaczało polityczną dominację ideologii „Wielkiego Izraela”, ponieważ zwolennicy partii Likud zaczęli systematycznie tworzyć osady na Zachodnim brzegu.
Ruch osiągnął swój ekstremalny wyraz w partii „Kah” Meiera Kahana w 1980 roku, która otwarcie opowiadała się za etniczną czystką Palestyńczyków z terytoriów okupowanych.
Rozszerzenie osiedli gwałtownie przyspieszyło za rządów Icchaka Shamira na początku lat 1990-tych, kiedy 100 000 osadników zakwaterowano na okupowanym Zachodnim Brzegu, mimo procesu pokojowego rozpoczętego w Oslo.
Tak zwane „rozdzielenie” Ariela Szarona z Shafi w 2005 roku maskowało trwający wzrost osiedli na Zachodnim Brzegu, który z naruszeniem prawa międzynarodowego osiągnął 250000 kolonistów.
W ciągu dekady premiera Netanjahu po 2009 roku liczba osadników wzrosła do 400 000, podczas gdy on wielokrotnie obiecał aneksję doliny rzeki Jordan, bez jakiejkolwiek reakcji ze strony arabskich władców.
Po roku 2020 nastąpiła aktywizacja wcześniej marginalizowanych zwolenników „Wielkiego Izraela”, poprzez takich polityków jak Ben-Gvir i Smotrycz, którzy weszli do gabinetu, otwarcie pokazując mapy rozszerzonych granic.
Paryskie oświadczenie Netanjahu w 2023 roku, potwierdzające „Wielki Izrael”, przyciąga ponownie uwagę w 2025 roku, kiedy to liczba mieszkańców przekroczyła 700 000.
Zatwardziali religijni syjoniści, takie jak rabini Dov Lior i Yitzhak Ginsburg, zmobilizowali młodzież z pomocą teologicznych argumentów, które – jak wykazały badania – wpłynęły na 10% izraelskich wyborców do 2025 roku.
Trwający projekt osadnictwa i okupacja sąsiednich krajów pokazują, jak ideologiczna koncepcja, biorąca początek w kolonialnej myśli 19 wieku, jest realizowana w ramach polityki państwa za pośrednictwem stałych terytorialnych podbojów i przemieszczania ludności.
Według doniesień Biały Dom prezydenta Donalda Trumpa uważa, że premier Izraela Benjamin Netanjahu zachowuje się „jak szaleniec” — po ostatnich atakach Izraela na syryjskie cele rządowe.
Według nowego raportu korespondentów Axios, Baraka Ravida i Marca Caputo , Biały Dom uważa, że Netanjahu podważa wysiłki Trumpa zmierzające do osiągnięcia pokoju.
„Bibi zachowywał się jak szaleniec” – powiedział anonimowy urzędnik Białego Domu portalowi Axios. „Cały czas wszystko bombarduje”.
Inny amerykański urzędnik powiedział agencji Axios: „Netanjahu czasami zachowuje się jak dziecko, które po prostu nie chce się dobrze zachowywać”.
Sam Trump wściekle zadzwonił do Netanjahu po tym, jak Izrael zbombardował jedyny kościół katolicki w Strefie Gazy w czwartek. Po tym, jak Netanjahu powiedział Trumpowi, że bombardowanie było błędem, Trump zażądał od rządu Izraela publicznego oświadczenia w tej sprawie – co też uczynił.
Mimo obaw administracji dotyczących Netanjahu i reakcji Trumpa na czwartkowy atak, Axios donosi, że „nie jest jasne”, czy podziela on frustrację swoich doradców. Trump wielokrotnie bronił Netanjahu w ostatnich miesiącach – szczególnie w sprawie korupcji, z którą się mierzy.
„Byłem zszokowany, słysząc, że państwo Izrael, które właśnie przeżyło jeden z największych momentów w swojej historii i któremu zdecydowanie przewodzi Bibi Netanjahu, kontynuuje absurdalne polowanie na czarownice przeciwko premierowi z czasów Wielkiej Wojny!” – napisał Trump 25 czerwca. Dodał: „Bibi Netanjahu był WOJOWNIKIEM, jak prawdopodobnie żaden inny wojownik w historii Izraela”.
In a stunning interview with Judge Andrew Napolitano, former CIA Analyst Larry Johnson quotes high-level Israeli government officials as stating their concern that if Israel maintains its current warmongering ways, the Zionist State could disappear within one year. Johnson also describes the radical religious zealotry of many Israelis behind the nation’s infatuation with war. (A very similar zealotry exists within a majority of evangelical churches, by the way.) Johnson also explains why the miscreant Benjamin Netanyahu will never end Israel’s wars: He knows that as soon as the war(s) ends, he will be arrested and tried for multiple criminal acts within Israel (not counting the international war crimes of which he is accused) and probably spend the rest of his life in prison.
Netanyahu is purposely keeping Israel’s wars alive for his own personal self-preservation. Here are some of the excerpts from Judge Nap’s interview with Larry Johnson: ———————— Napolitano: Is Israel committing National Suicide, Larry? Johnson: Sure appears that way. You know when you’re in a fight, and particularly in a war, the last thing you want to do is to be fighting a civil war, be warring against each other at home. You’ve got the head of the military, basically the Israeli military, the IDF spokesman, coming out and opposing Netanyahu. You’ve got the head of Mossad opposing Netanyahu, and Mossad is like the Israeli version of the CIA. You have the Shin Bet, which is, I describe it as, it’s like the FBI with a CIA twist, because it’s really, it’s not so much a law enforcement outfit as it is a domestic intelligence/domestic security outfit. All of them are coming out and condemning Netanyahu. And Netanyahu in turn has been calling them cowards and weaklings. And then in addition to that, you’ve got some very prominent members or former members of the Israeli Defense Force. There’s General Yitzhak Brik, he put an op-ed in Haaretz over the weekend. And, boy, he didn’t pull any punches. He came out and said that Israel, if it keeps on this path, it’s going to collapse within a year, that the country will come apart at the seams. [Emphasis added] Napolitano: Well, some of this stuff that General Brik said is strategic, and some of it is personal. For example, he said of Prime Minister Netanyahu, “He has lost his humanity, morality, norms, values and sense of responsibility.” That’s about as harsh as you can get. He’s not talking about Netanyahu’s personality; he’s talking about his decisions to slaughter innocents and to use reservists and the IDF with which to do so. Johnson: Right. Napolitano: Does Netanyahu and his crew have an academic or theological guru, a rabbi, who preaches all of this at the same time he preaches blowing up mosques and busloads of Arabs? Johnson: Yeah, not Netanyahu. Netanyahu, he’s all about power and taking care of himself. But the Smotrich and the Ben-Gvir, yes, this Rabbi Dov Lior, he’s been quite influential and quite extreme. So, there’s a religious dimension to this; we can’t discount that. I think the tendency is for many Western pundits not to delve into the religious aspects of this. But they’re real as far as these people are concerned. And that’s what’s driving them. I mean, part of their premise is that they actually have a covenant with God, and that that was established 3,000 years ago, and they have a right to this land, and they have the right to do whatever they need to do to eliminate those who are not chosen of God to live there. And so, when you take a religious belief like that and then translate it into policy, of course you can kill Palestinian children, because they’re just refuse in the way that you need to clear out. And so that’s part of what has the head of Shin Bet so alarmed. And he said, “Look, I grew up in a family of Holocaust survivors, and, you know, we believed in never again.” But he goes, “My G-d, what I’m seeing coming out of these Jewish mouths about Jewish supremacy, and not just that, ‘Hey, we’re smarter, we’re more accomplished,’ but actually, ‘We are human beings; you are not human beings.’” He says that mindset is what alarms him, and that has taken hold among a big segment within Israel. That’s the danger. Napolitano: Is this a majority view, this Messianic belief? “God the Father gave us this land, and we can crush and destroy any thing or any person who stands in our way. We can establish our own morality because we are the chosen.” Johnson: Yeah, apparently. At least it’s over 50% now within Israel. And again, that number may go up as Israelis who were secular are leaving Israel, coming back to the United States, going to Europe, going to other places, because they don’t embrace that. As they leave, that means those who do believe that become a larger percentage of the population. Note: Within a few months after October 7, it was well documented that over 500,000 Israelis had left Israel out of a total population of just over 9 million. But just yesterday, Col. Douglas Macgregor suggested to Judge Andrew Napolitano that Israel’s population today is 4½ to 5 million. If that’s true, it would mean that around half of the Israeli population has fled the country since Israel’s genocidal war against Gaza began. The IDF are not killing guys that are decked out in body armor and carrying, you know, RPGs. They’re killing women and children by and large, and the images are appalling. They’re horrific. I mean, just in recent days, the actual pictures of babies burned. I mean it’s sickening. Babies missing chunks of their heads. Now we heard the Israelis after October 7th talk about, “Oh, Hamas killed 40 children.” We’ve never seen a single picture; we’ve never heard a single name. But what’s coming out of Palestine is names and pictures that are horrific. And it’s establishing a reality. And this is taking a toll on these Israeli soldiers. Napolitano: Netanyahu wants war! Netanyahu and his religious zealotry folks believe that this is the time God ordained for them to kill everybody that’s impeding them. Johnson: The United States could put a halt to this immediately. You tell Netanyahu, “Okay, the military aid is done, and we’re cutting you off economically. You’re not going to get another drop until you sit down and do a serious negotiation with the Palestinians.” Read this part of the interview again: General Yitzhak Brik, put an op-ed in Haaretz [an Israeli newspaper] over the weekend. And, boy, he didn’t pull any punches. He came out and said that Israel, if it keeps on this path, it’s going to collapse within a year. This Israeli general is not the first Israeli to say this. And he won’t be the last. Many Middle East experts are saying that Israel is on a path of self-destruction. If Col. Macgregor is correct in suggesting that half of Israel’s population has already fled the country, the only logical reason for such a massive and spontaneous exodus would be because they expect the State of Israel to soon collapse. I urge readers to watch my three-message DVD on this very subject. These messages were delivered shortly after the start of the Israeli genocidal war against Gaza. The title of the DVD is End-Time Israel. And the radical warmongering doctrines of Christian Zionism in America are basically the same as the radical warmongering doctrines of Jewish Zionism in Israel. The only difference is the Jewish warmongers are going to war in an effort to bring forth the Messiah, while Christian warmongers are going to war in an effort to bring back the Messiah. But both Christian and Jewish Zionists believe that God wants them to kill all of the Palestinian people in the name of their Messiah. I ask my fellow evangelicals who are so enraptured (sorry for the pun) with Prophetic Futurism and who believe that Zionist Israel is Biblical Israel and that the land of Palestine belongs to Zionist Israel: Have you ever studied Romans Chapter Eleven without reading Scofield’s (or Ryrie’s or MacArthur’s) Zionist-inundated notes? Here is what Romans Chapter Eleven really teaches about God’s chosen people and the land. Beyond that, have you ever met a Palestinian? Have you ever spoken with a Palestinian Christian? Have you ever seen a Palestinian family? Have you ever met a Palestinian pastor? Have you ever worshiped with a Palestinian Christian congregation? I have. I met hundreds of them when I traveled and spoke across Palestine. And let me tell you that, on the whole, you will not find a more gentle, humble, gracious, peace-loving people anywhere on earth. Palestinian Christians put American Christians to shame! And while Palestinian Christians are being slaughtered, American Christians cheer for the slaughterers. If the American people had endured one percent of what the Palestinians have endured under the heavy heels of Israeli occupation, they would have been in an all-out war decades ago. But I digress. Let’s go back to the Israeli general’s prediction that, if Israel continues on the same warmongering path, it could cease to exist within a year. I believe Judge Napolitano was right when he said that, as long as Benjamin Netanyahu is prime minister, there will be no peace agreement, no stoppage of the war. And the truth is, the way the demographics of the Israeli population are shaping up, there would be no change to Israel’s war lust no matter who is prime minister. As many within Israel have said, Israel is a racist, apartheid state that is driven by the emotions of hate and Jewish supremacy. And when you look at U.S. policies regarding Israel and Palestine, it matters little who is elected president or elected to Congress. Israeli money controls them all. But my big question is for evangelical Christians: What are they going to do when Israel ceases to exist, as the Israeli general and Israeli Shin Bet chief predict? Everything they believe the Bible teaches regarding prophecy is Israel-based. EVERYTHING! The “bless Israel and be blessed” doctrine. The Pre-Tribulation Rapture. The Antichrist. The Seven-Year Tribulation. The Second Coming. The Millennium. The Old Testament King David reigning again in Jerusalem. The “everlasting” Jewish nation. It’s all Israel-based. Most evangelical pulpits, most evangelical colleges and seminaries, most evangelical authors, most evangelical radio broadcasters and television broadcasters, most evangelical podcasters, and most evangelical publishers are immersed in Israel-based prophecy. What are they going to do when God destroys godless Zionist Israel as He destroyed the apostate Old Covenant temple? And when I say destroy Zionist Israel, I’m not talking about the Jewish people; I’m talking about the Zionist government and state. For over one thousand years—before the Zionist state was created in 1948—Jews, Muslims and Christians in Palestine lived peacefully side by side. The creation of the Zionist state has led to nothing but the ethnic cleansing and genocide of the Palestinian people and has become nothing more than a breeding ground for war throughout the entire region. I urge readers to read renowned Israeli historian Ilan Pappe’s blockbuster book, The Ethnic Cleansing of Palestine. Without a Zionist state, what would evangelical pastors and professors teach about the End Times? What would millions of evangelical Christians and thousands of evangelical churches do? Evangelicals are going to wake up one day and realize that everything John Darby and Cyrus Scofield told them about prophecy was a lie, that everything Dallas Theological Seminary taught them about prophecy was a lie, that every prophecy book they read was a lie, that every prophecy sermon they heard was a lie. What will they do on that day? They will throw away Clarence Larkin’s charts. They will throw away Jerry Jenkins’ and Hal Lindsey’s books. And they will throw away John Hagee’s and Robert Jeffress’ prophecy DVDs. That’s what they will do.