Gites tengteges

Gites tengteges

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    8 października 2024 tekst=5695

Myszy harcują, gdy kota nie czują. Kiedy w bezcennym Izraelu dzień w dzień odbywały się demonstracje, żeby ktoś wreszcie wpakował premiera Beniamina Netanjahu do kryminału, ten wykombinował sobie, że zamiast kopsać się z demonstrantami, lepiej będzie wykonać manewr ucieczki do przodu, to znaczy – ucieczki w wojnę. Oczywiście w tym celu trzeba było stworzyć wrażenie, że bezcenny Izrael został napadnięty – między innymi gwoli dostarczenia alibi amerykańskim hipokrytom. Amerykanie bowiem, nawet jak robią świństwa, czy dopuszczają się zbrodni, starają się – podobnie jak Sowieciarze – sprokurować sobie coś w rodzaju pozoru moralnego uzasadnienia. Dzięki niemu mogą nieustannie pławić się w poczuciu pierwotnej niewinności.

Opisał ten mechanizm Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „ Caryca i zwierciadło”: „Wot Gitler, kakoj to durak. On się przechwalał zbrodnią swoją. A mudriec, to by sdiełał tak: Nu czto, że gdzieś koncłagry stoją? Nu czto, że dymią krematoria? Taż w nich przetapia się historia! Niewoli topią się okowy!. Powstaje sprawiedliwszy świat! Rodzi się typ człowieka nowy!

Toteż Beniamin Netanjahu nakazał Mosadowi oślepnąć i ogłuchnąć, a może nawet – któż takie rzeczy może wiedzieć? – rozpocząć ostrzał bezcennego Izraela rakietami domowej roboty, wyrabianymi – czy aby nie przez palestyńskich konfidentów Mosadu? Dzięki temu cały świat mógł zobaczyć, że bezcenny Izrael został „zaskoczony” zdradzieckim atakiem, niczym Amerykanie w 1941 roku w Pearl Harbor.

W tej sytuacji już nie było mowy o pakowaniu Beniamina Netanjahu do kryminału. Przeciwnie. Amerykański prezydent Józio Biden przygalopował w podskokach do Tel Awivu, żeby złożyć izraelskiemu premierowi hołd lenny i uroczyście potwierdzić jego prawo do „samoobrony”. Dzięki temu nic już nie stało na przeszkodzie, by bezcenny Izrael rozpoczął w Strefie Gazy operację ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej, to znaczy – wybicia tych, których będzie można wybić i zmuszenia do ucieczki tych, którym uda się pozostać przy życiu. Miłujący wolność i pokój świat przyjął te cele do aprobującej wiadomości, dopraszając się tylko łaski, by bezcenny Izrael starał się zachować pozory humanitaryzmu, to znaczy – żeby bomby i pociski miały prawidłowe kalibery. Bezcenny Izrael chętnie na to przystał, bo cóż to dla niego za problem, kiedy przecież kontroluje zarówno „prasę międzynarodową”, która zawsze napisze, jak trzeba, jak i niezależne media amerykańskie? Toteż zarówno prezydent Józio Biden, jak i jego żydowscy i inni kolaboranci z Departamentu Stanu i innych instytucji doznali moralnego uspokojenia i tylko od czasu do czasu życzliwie napominali, by ostateczne rozwiązanie kwestii palestyńskiej przebiegało gites tenteges. Bezcenny Izrael upewniał wrażliwców, że wszystko jest gites tenteges i wszyscy byli zadowoleni – oczywiście z wyjątkiem Palestyńczyków – ale kto by sobie zawracał głowę jakimiś głupstwami, kiedy wszystko jest gites tenteges?

A tymczasem na amerykańskiej scenie politycznej nastąpiły przetasowania. Prezydent Józio Biden, który sprawiał wrażenie, że uparł się przewodzić Ameryce i światu do upadłego, nieoczekiwanie zrezygnował z kandydowania na prezydenta na rzecz pani Kamali Harris, która sprawia wrażenie, jakby była amerykańskim odpowiednikiem naszej posągowej pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Ona również kandydowała na tubylczego prezydenta i pamiętamy, jak to stała przed mikrofonami, a zaraz za nią – Wielce Czcigodny poseł Pupka, który scenicznym szeptem podpowiadał jej, co ma mówić, a ona głośno to powtarzała. Podobno pani Kamala też tak robi, tyle tylko, że dyskretniej, bo przy pomocy specjalnych kolczyków-słuchawek, w związku z czym żadnych suflerów koło niej nie widać i amerykańscy twardziele myślą, że naprawdę jest taka wyszczekana i że nie ma rady – trzeba na nią głosować.

Ponieważ zamachy na Donalda Trumpa, zarówno te sądowe, jak i te karabinowe, się nie udały, w związku z czym kampania przed listopadowymi wyborami wychodzi na ostatnią prostą, bezcenny Izrael musiał dojść do wniosku, że „jeśli nie teraz – to kiedy i jeśli nie my – to kto?” – i w ramach ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej otworzył drugi front – tym razem uderzając na Liban pod pretekstem zrobienia porządku z tamtejszym Hezbollahem.

Bo w Gazie robi porządek z Hamasem, a w Libanie – z Hezbollahem. Na początek ubił przywódcę znienawidzonego Hezbollahu, jegomościa o egzotycznym nazwisku Nasrallah, a ledwo tylko świat oswoił się z tą wiadomością – „siły obronne” bezcennego Izraela „wkroczyły” do Libanu, by wyzwolić go od znienawidzonego Hezbollahu. Bo Żydowie nauczyli się od Sowieciarzy, że nie mają żadnej „armii”, tylko „siły obronne”. A co mogą w razie czego zrobić „siły obronne”. Żadnej wojny rozpętać przecież nie mogą, to byłaby sprzeczność sama w sobie. Mogą tedy najwyżej „wkroczyć”, ale nie tak zwyczajnie, tylko gwoli wyzwolenia tamtejszego zagniewanego ludu od ciemięzców, w tym przypadku – od znienawidzonego Hezbollahu. Toteż wyzwalają, jak tylko mogą, a Libańczykowie, którzy od tego wyzwalania dostają kołowacizny, uciekają na oślep przed siebie, co sprawia wrażenie chaosu.

Jednak amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin, będący ostatnią instancją moralną na świecie, rodzajem Sądu Ostatecznego ustalił, że wszystko „gra i koliduje”, bo bezcenny Izrael ma prawo uwolnić się od presji ze strony znienawidzonego Hezbollahu. Nie tylko zresztą ustalił, ale żeby tym ustaleniom nadać odpowiedni ciężar gatunkowy, zapowiedział wysłanie w rejon Bliskiego Wschodu dodatkowych amerykańskich żołnierzyków, no i dwóch lotniskowców: „Prezydenta Trumana” i „Abrahama Lincolna”. Te lotniskowce to przede wszystkim po, to, by zniechęcić znienawidzony Iran do wtrącania się w wewnętrzne sprawy bezcennego Izraela, bo w przeciwnym razie będzie z nim brzydka sprawa.

Tymczasem strachliwy szef europejskiej dyplomacji Józef Borell alarmuje, że jesteśmy „na skraju wojny totalnej”. Jakiej tam znowu „wojny”? Po pierwsze to nie jest żadna „wojna”, tylko „operacja pokojowa”, taka sama, jak ta, za którą prezydent Obama dostał w swoim czasie pokojową Nagrodę Nobla, a po drugie – wcale nie jest „totalna”, bo – podobnie jak operacja w Strefie Gazy” – jest całkowicie zgodna z konwencjami; to znaczy – bomby i pociski mają prawidłowe kalibery, więc jeśli nawet ten czy ów Palestyńczyk czy Libańczyk w swoim mniemaniu dozna krzywdy, to sam sobie winien. Kto mu kazał być Palestyńczykiem, czy innym głupim gojem, który powinien słuchać starszych i mądrzejszych?

I tego się powinniśmy trzymać w naszych ocenach moralnych, bo inaczej zejdziemy na manowce.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Burdel i serdel

Burdel i serdel

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    6 października 2024 michalkiewicz

Powódź najwyraźniej już się skończyła, a w każdym razie – skończyło się zainteresowanie mediów powodzią. Trudno się dziwić, bo nawet najbardziej gorliwi funkcjonariusze Propaganda Ateilung musieli się znudzić występami Donalda Tuska, co to, jak nie w kurteczce, to w bojowej koszulce, łaje i chwali podległych sobie czynowników, a ci – w zależności od tego, czy chwaleni, czy łajani, albo wypinają piersi do orderów, albo spuszczają głowy i liczą dni do zasłużonej emerytury. Dotyczy to zarówno głupich cywilów, jak i wojskowych, którzy zresztą od głupich cywilów różnią się tym, że od czasu do czasu przebierają się w mundury. Jak rząd wprowadzi mundury dla czynowników cywilnych, to już przestaną różnić się od siebie czymkolwiek.

Czy to aby nie z powodu tego znudzenia funkcjonariusze Propaganda Abteilung z portalu „Onet” puścili bąka w postaci publikacji, jak to „beneficjenci” kilku partii tworzących koalicję rządową obleźli Totalizator Sportowy? Kogóż tam nie ma? Ano, zdaje się, że nie ma tam nikogo od pana marszałka Hołowni, ani z partii Razem, za to są reprezentanci zarówno Volksdeutsche Partei, oczywiście – Polskiego Stronnictwa Ludowego i Lewicy. „Maszyna losująca została puszczona w ruch i wylosowała kumpli Gawłowskiego, Nitrasa i Tuska” – skomentował tę publikację pan Jacek Sasin, którego wspomniani beneficjenci Totalizatora oskarżają z kolei o sprzeniewierzenie 70 mln złotych, przeznaczonych na tzw. „wybory kopertowe” z użyciem „zabójczych kopert”, przed którymi ostrzegał światowy znawca kopert, były marszałek Senatu pan Tomasz Grodzki.

Potwierdza to słuszność opinii, że koalicja 13 grudnia może z opozycją spierać się wyłącznie o różnicę łajdactwa, no i oczywiście trafność spostrzeżenia starożytnych Rzymian, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem. A gdzie może być więcej złota, jak nie w Totalizatorze Sportowym? „Nie na to umawialiśmy się z Polakami” – czytamy w oficjalnym oświadczeniu partii Polska 2050 pana marszałka Hołowni, z czego można wysnuć wniosek, że pan marszałek i jego partia zostali przy dzieleniu żerowiska wydymani. Umawialiśmy się inaczej, ale wyszło jak zawsze!

Skoro wygasło zainteresowanie powodzią, to siłą rzeczy musiały też ustać apele o „solidarność”, przy pomocy których Judenrat „Gazety Wyborczej” chciał ochronić Donalda Tuska i jego vaginet przez schłostaniem z powodu blamażu powodziowego. Dopóki trwała powódź, dopóty istniał popyt na „solidarność”, ale skoro zainteresowanie powodzią ustało, to i popyt na „solidarność” ustał, jakby bodnarowiec uciął go nożem lub odrąbał siekierą. Oto 27 września, odpowiadając na pytanie, zadane w marcu przez Sąd Rejonowy w Gdańsku, czy prokurator Dariusz Barski został skutecznie powołany na Prokuratora Krajowego, czy nie – i czy mianowanie przezeń kolejnych prokuratorów było skuteczne? – po upływie kilkumiesięcznego tempus deliberandi Izba Karna Sądu Najwyższego uznała, że powołanie pana Barskiego było skuteczne ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ponieważ jednak wspomnianą uchwałę podjęła trójka sędziów, przez Judenrat „Gazety Wyborczej” oraz sędziów i mikrocefali zaangażowanych w proklamowaną przez Naszą Złotą Panią jeszcze pod koniec marca 2017 roku „walką o praworządność” w Polsce nazywanych „neosędziami”, to pan minister Adam Bodnar tej uchwały „nie uznaje” i po staremu uważa, że Prokuratorem Krajowym jest pan Dariusz Korneluk. Jest to sytuacja trochę podobna do rywalizacji między dwoma Władymirami; Amerykanie uważają, przynajmniej dotychczas, że ichni Władymir, czyli Władymir Zełeński jest lepszy od tego drugiego Władymira, zimnego ruskiego czekisty Putina, który nie tylko nie słucha się prezydenta Józia Bidena, ale w dodatku robi mu wbrew, a nie na rękę. Tak samo pan Adam Bodnar upodobał sobie w panu Dariuszu Korneluku i najwyraźniej uważa, że „jego” Dariusz jest autentyczny i pełnomocny, w przeciwieństwie do innego Dariusza, czyli pana Dariusza Barskiego, który ani autentyczny, ani – tym bardziej – pełnomocny nie jest. I rzeczywiście; kiedy zbrojny w uchwałę Izby Karnej Sądu Najwyższego pan Dariusz Barski pragnął wejść do gmachu Prokuratury Krajowej, by objąć urzędowanie, to zwyczajnie nie został tam wpuszczony i to chyba nie przez samego pana Dariusza Korneluka osobiście, tylko przez wynajętych przezeń siepaczy. „Wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie” – twierdził w „Panu Tadeuszu” Klucznik Gerwazy.

Siepacze oczywiście nie legitymują się żadnymi uchwałami Sądu Najwyższego, ani orzeczeniami Trybunału Konstytucyjnego, bo wystarcza im wygłoszona w Senacie deklaracja premiera Tuska, że wobec braku prawnych narzędzi do przywracania w naszym bantustanie praworządności, będzie się posługiwał narzędziami bezprawnymi. Czy jednak przy pomocy bezprawnych narzędzi można przywrócić praworządność? To bardzo mało prawdopodobne, choćby ze względu na definicję praworządności, sformułowaną w art. 7 konstytucji – że mianowicie „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. Wynika z tego, że przy pomocy narzędzi bezprawnych można nie tyle przywrócić praworządność, co ją ostatecznie przewrócić do góry nogami.

Jestem pewien, że pan Adam Bodnar nie tylko nie ma nic przeciwko temu, że Nemezis dziejowa właśnie jego ręcami demoluje „Lachom” państwo, ale może nawet odczuwać z tego powodu Schadenfreude, zwłaszcza, że ta akcja najwyraźniej mieści się w ramach niwelowania terenu pod budowę Generalnej Guberni. Jeśli tedy wyrażać zdziwienie, to tylko bierną postawą naszej niezwyciężonej armii, która tej demolce państwa przygląda się obojętnie, z bronią u nogi. Rzecz w tym, że moc sprawcza przebierańców, wszystko jedno, czy z sądów rejonowych, czy z Sądu Najwyższego, jest bliska zera w sytuacji, gdy nie stoją za nimi „ludzie mający karabiny”. Kto by się słuchał, kto by się stosował do orzeczeń jakiegoś przebierańca, czy przebranego babsztyla, gdyby nie obawa, że w przeciwnym razie przyjdą do niego siepacze z karabinami i wtrącą do lochu, albo nawet – do dołu z wapnem?

Ciekawe, że 13 grudnia 1981 roku, kiedy chodziło o zdławienie niepodległościowych aspiracji historycznego narodu polskiego, nasza niezwyciężona armia nie wahała się ani chwili, tylko obróciła karabiny przeciwko narodowi, a teraz sprawia wrażenie, jakby nie wiedziała, jaki zrobić z nich użytek. Czyżby rzeczywiście pod demoralizującym wpływem „cywilnej kontroli” wyzbyła się resztek poczucia obowiązku wobec narodu, który ją utrzymuje i kupuje jej karabiny i tylko z pochyloną głową potrafi liczyć dni do emerytury, kiedy to rozpoczyna się prawdziwe życie?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

U progu III etapu. Partia odzyskała zaufanie do narodu.

U progu III etapu

Stanisław Michalkiewicz  5 października 2024 michalkiewicz

Jeszcze nie do końca uporaliśmy się z tegoroczną powodzią i prawdę mówiąc – trudno powiedzieć kiedy się uporamy, a tu już nadciąga kolejne wyzwanie. Co do powodzi, to wody potopu, popychane siłą grawitacji, powoli spływają ku morzu. Ciekawe, że rząd nie musi rzek w tym celu dodatkowo popychać. Specjaliści twierdzą, że fala się „wypłaszcza”, co jest chyba kolejną wiadomością dobrą. Wprawdzie powódź uznana została przez rząd za „klęskę żywiołową”, w następstwie której mnóstwo obywateli utraciło dorobek całego życia, a wiele miejscowości zostało zdewastowanych – ale za to nie tylko rząd zachował się na poziomie, ale również obywatele.

Wielce Czcigodny pan poseł Paweł Zalewski z sejmowej trybuny wystawił obywatelom znakomite świadectwo – że mianowicie „zdali egzamin”. Przypomina mi to wystąpienie Stanisława Gucwy, początkującego wówczas polityka ludowego, który w 1956 roku oznajmił, że partia odzyskała zaufanie do narodu. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby tak, dajmy na to, nie odzyskała. Pewnej odpowiedzi udzielił w jednym ze swoich utworów niemiecki pisarz Bertold Brecht stwierdzając, że w tej sytuacji nie byłoby innego wyjścia, jak takie, że partia musiałaby znaleźć sobie jakiś inny naród. Na szczęście wszystko skończyło się wtedy wesołym oberkiem, podobnie jak i teraz, chociaż oczywiście mężny Donald Tusk, co to własną piersią zasłaniał kraj przez powodzią, musi odpowiadać na niecne krzyki opozycji, która doszukuje się dziury w całym, a już zwłaszcza uczepiła się sztandarowego postulatu rządu, by rozpocząć nieubłaganą walkę z bobrami. Okazało się bowiem, że bobry – jak to bobry – nic, tylko bobrują, a konkretnie, gdy tylko rząd wybuduje jakiś wał, niekoniecznie od razu „Wał Tuska” tylko zwyczajny wał przeciwpowodziowy, to złowrogie bobry od razu gremialnie się na ten wał rzucają, rozkopują go, ale nie zwyczajnie, tylko podstępnie. Na zewnątrz wydaje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku; wał stoi – ale co z tego, że stoi, kiedy w środku podziurawiony jest od bobrów, niczym szwajcarski ser? Toteż kiedy nadchodzi powódź, to rząd, myśląc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, wzywa do zachowania spokoju i unikania paniki, no a potem już jest za późno, bo woda, zupełnie niewrażliwa na zaklęcia, kierowane pod jej adresem przez sztaby kryzysowe, płynie tam, gdzie chce, aż zgodnie z zasadą naczyń połączonych, wyrówna poziomy. Tak było dotychczas, ale teraz, dzięki przenikliwości Donalda Tuska i zbiorowej mądrości Volksdeutsche Partei, już wiemy, czego się trzymać i bobrom wypowiadamy nasze zdecydowane NIE! Dzięki temu rząd, pławiąc się w odmętach pierwotnej niewinności, znowu będzie mógł objąć przewodnią rolę w budowie socjalizmu – jak to było za pierwszej komuny.

A skoro już jesteśmy przy przewodniej roli i rozpamiętujemy analogie z pierwszą komuną, to wypada zwrócić uwagę, że oto kiedy w najogólniejszych zarysach właśnie próbujemy uporać się z klęską żywiołową, na horyzoncie jawi się kolejne wydarzenie. Mam oczywiście na myśli rozpoczęcie 2 października w Watykanie III etapu „Synodu o synodalności”, który ma potrwać do 27 października. Co będzie potem, to znaczy – jak już III etap dobiegnie końca? Na pewno zostaną sformułowane mądrości III etapu, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, bo podobno materiałów, które mogą posłużyć za surowiec do sformułowania mądrości etapu, jest pod dostatkiem. Sęk w tym, że te materiały, przynajmniej dotychczas, sporządzane były specyficznym, specjalistycznym, eklezjalnym żargonem, który wprawdzie ma wszelkie znamiona języka naukowego, ale – jak to język naukowy – nie zawsze bywa zrozumiały i to nie tylko dla profanów, jak niżej podpisany, ale bywa, że i dla luminarzy. Przypominam sobie, jak to kiedyś, kiedyś, byłem zaproszony do „Areopagu Gdańskiego”, w którym zasiadłem miedzy JE bp. Tadeuszem Pieronkiem, a panią prof. Jadwigą Staniszkis. I stało się, że pani profesor wygłosiła tam przemówienie, które wszystkich słuchaczy wprawiło w osłupienie. Po zdawkowych oklaskach, którymi wypadało skwitować każde wystąpienie i kiedy głos zabrał następny mówca, pani profesor zwróciła się do mnie z pytaniem, czy to, co powiedziała, było zrozumiałe. – Ani w ząb – odpowiedziałem szczerze – co pani profesor przyjęła z całkowitym zrozumieniem, które skłoniło mnie do podejrzeń, że być może ona sama też nie rozumiała tego, co powiedziała.

Podobnie jest z „synodalnością”, na którą ma został przestawiony Kościół katolicki. Od kilku lat próbuję się dowiedzieć, co to konkretnie jest, ta cała „synodalność” – ale dotychczas udało mi się uzyskać enigmatyczne wyjaśnienie, że chodzi to o wspólne „podążanie” i w ogóle. To częściowo rozumiem, podobnie, jak Tuwim wynurzenia Władysława Broniewskiego: „ Ostro urżnęliśmy się czystą, Władek i ja. Władek jest twardym komunistą, gdy w czubie ma. (…) A Władzio mi o kolektywach. A won! Industrializacja – racja; pożytek z niej. Indus – rozumiem, trializacja – już mniej.” Podobnie jest z synodalnością, na temat której odbyło się na całym świecie coś, co przypominało mi tak zwane „konsultacje społeczne” za pierwszej komuny. Jak partia nie wiedziała co zrobić, albo wiedziała, ale nie chciała brać za to odpowiedzialności, to urządzała „konsultacje społeczne”. Takie konsultacje są bowiem całkowicie bezpieczne. Na przykład podchodzę na ulicy do jegomościa i mówię jemu tak: szanowny panie, właśnie postanowiłem pana obrabować i zabić. I co pan na to? On na to, że jest przeciwny. No dobrze – ale kiedy już zrobię z nim porządek zgodnie z zapowiedzią, to nikt nie będzie mógł postawić mi zarzutu, że się z nim uprzednio nie skonsultowałem.

Podobnie na te konsultacje napłynęło mnóstwo deklaracji i wypowiedzi – ale jak to przy konsultacjach; jeden chce tego, drugi tamtego; jedno i drugie kupy się nie trzyma, więc co w tej sytuacji ma zrobić partia? Ano, zrobić to, co od razu chciała zrobić, tyle, że teraz może zwalić odpowiedzialność na konsultowanych: przecież samiście tego chcieli, no nie? Toteż odwołuję się w tym momencie do pada doktora Andrzeja Olechowskiego, który swoją kampanię prezydencką odbywał pod hasłem: „Przejdźmy do konkretów”. Więc konkretnie – czy sodomczykowie będą oficjalnie dopuszczeni nie tylko do „błogosławieństw”, ale i do sakramentów, z kapłaństwem i małżeństwem włącznie, czy nie – a przede wszystkim – czy będziemy mogli w demokratycznym głosowaniu wybrać sobie jakiegoś innego Pana Boga, kiedy ten dotychczasowy, z jakichś powodów przestanie nam pasować? O inne rzeczy nawet nie pytam, bo konkretna odpowiedź przynajmniej na te dwa pytania otwiera przed nami nieograniczone możliwości, niczym przed Wielce Czcigodnym posłem Kierwińskim, właśnie mianowanym pełnomocnikiem rządu do odbudowy Dolnego Śląska i Opolszczyzny.

Stanisław Michalkiewicz

Sezon na mętnologów

Stanisław Michalkiewicz: Sezon na mętnologów Magnapolonia

Stanisław Cat-Mackiewicz za jedną z najgłupszych rzeczy uważał niemiecką filozofię. Nie tylko za jedną z najgłupszych, ale również – za jedną z najbardziej szkodliwych. W ogóle współczesna filozofia nie jest żadną nauką; była nią w starożytności, kiedy to filozofia była syntezą całej ówczesnej wiedzy. Później było to już niemożliwe i dlatego współcześni filozofowie tak naprawdę opowiadają nam o sobie, o swoich urojeniach, lękach, obsesjach, fascynacjach i tak dalej. Jeśli taki filozof ma talent literacki, to może to być nawet interesujące – ale to zdarza się rzadko.

Współcześni filozofowie przeważniej talentu literackiego nie mają; albo jeden zrzyna z drugiego, albo dla odmiany rozdziobują sobie nawzajem swoje “koncepcje” na coraz drobniejsze okruszki, zawalając biblioteki stertami makulatury – ale że za tę makulaturę dostają tytuły  naukowe, to ta twórczość uznawana jest za “naukę”. Tak w każdym razie myślą biedni studenci – że to wszytko naprawdę – podczas gdy naprawdę to są fantasmagorie.

Ale nawet o urojeniach można mówić z sensem, albo nie. Dawniejsza filozofia francuska, która tak naprawdę była publicystyką, nawet o urojeniach mówiła z sensem, to znaczy – jasno. Z tamtych, dawnych czasów pochodzi nawet porzekadło: ce qui n`est pas claire, n`est pas francais – co się wykłada, że co nie jest jasne, nie jest francuskie. Tymczasem filozofia niemiecka szła w kierunku odwrotnym; im bardziej mętny był wywód, tym bardziej był ceniony przez profanów, którzy uważali, że skoro nawet oni go nie rozumieją, to musi być on bardzo mądry.

Ten szkodliwy wpływ filozofii niemieckiej daje się odczuć również u nas. Kiedyś, gdy jeszcze brałem udział w wyborach do Sejmu, któregoś razu trafiłem do telewizji na tak zwany program wyborczy. Redaktor, który – jak sądzę – miał za zadanie zrobić ze mnie marmoladę – powiedział mi tak: to, co wy (chodziło mu o Unię Polityki Realnej) mówicie, to jest zrozumiałe, nawet dla mnie – ale w takim razie to nie może być prawda. Cóż mogłem na to powiedzieć, poza zaapelowaniem o większe zaufanie do własnych władz umysłowych?

Te poglądy przekładają się również na politykę. Weźmy takiego Wiktora Orbana, który na Węgrzech cztery razy pod rząd wygrał wybory z większością konstytucyjną – co żadnemu z naszych  mądrali jeszcze się nie udało. Raz, to mógł być przypadek, ale już dwa razy pod rząd – raczej nie, a cóż dopiero mówić o czterech?  No dobrze – ale czym właściwie Wiktor Orban zarobił na takie poparcie? Otóż kiedy tylko objął władzę, to przeforsował nową konstytucję, w preambule której znalazło się sformułowanie o “koronie św. Stefana”.

W Polsce nic ono nie mówi, ale na Węgrzech – bardzo dużo. Korona św. Stefana to inna nazwa terytorium węgierskiego sprzed traktatu w Trianon, który został Węgrom narzucony 4 czerwca 1920 roku, jako kara za uczestnictwo w I wojnie światowej po niewłaściwej stronie. Traktat w Trianon był dla Węgier traktatem rozbiorowym; Węgry utraciły 2/3 terytorium państwowego. Jednocześnie Wiktor Orban zapowiedział, że będzie dążył do wydobycia Węgier z pułapki zadłużenia. Wymagało to przykręcania obywatelom śruby i Orban to robi – ale mimo to cieszy się wysokim poparciem.

Najwyraźniej większość Węgrów rozumie, że bez wydobycia państwa z pułapki zadłużenia, prowadzenie przez nie polityki zgodnej z własnym interesem państwowym  nie byłoby możliwe – a cóż dopiero osiągnięcie celów, do których nawiązuje preambuła węgierskiej konstytucji? Tymczasem u nas odwrotnie; państwo wpychane jest  coraz głębiej w pułapkę zadłużenia, w związku z tym nie może już prowadzić żadnej polityki, tylko może wysługiwać się naszym tak zwanym sojusznikom, którzy kierują się oczywiście własnymi interesami państwowymi, a nie polskimi.

Tajemnicę tę zdradził przed kilkoma laty ówczesny rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pan Łukasz Jasina stwierdzając otwartym tekstem, że “Polska jest sługą narodu ukraińskiego”. Nie dlatego przecież, że naród ukraiński wyświadczył narodowi polskiemu , albo Polsce jakieś cenne przysługi, tylko dlatego, że taki rozkaz dali naszym Umiłowanym Przywódcom Nasi Sojusznicy, którzy w przeciwnym razie tych wszystkich Naszych Umiłowanych zdmuchnęliby, jak gromnicę.

Dlatego – co wielokrotnie mówiłem – Nasi Umiłowani Przywódcy uprawianie prawdziwej polityki, to znaczy – działania na rzecz polskich interesów państwowych – mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane. Wolno im tylko wysługiwać się Naszym Sojusznikom – nawet poświęcają w tym celu polskie interesy państwowe. Tymczasem przykład Węgier i Wiktora Orbana pokazuje, że nawet państwo trzykrotnie mniejsze od Polski może prowadzić politykę zgodną ze swoimi interesami – no ale tam nie rządzi obca agentura.

Tymczasem  co mamy u nas? Cała Polska słyszała, jak Jarosław Kaczyński powiedział Donaldowi Tuskowi: “wiem jedno; jest pan niemieckim agentem!”, a z kolei w niezależnych rządowych mediach aż się roi od oskarżeń Jarosława Kaczynskiego, że jest agentem ruskim.

To oczywiście nieprawda – ale to jest oskarżenie zastępcze, ponieważ Donadu Tusku nie wolno powiedzieć, że Jarosław Kaczyński reprezentuje stronnictwo amerykańsko-żydowskie, bo w przeciwnym razie  przypomniano by mu natychmiast, skąd wyrastają mu nogi.

Stąd też w retoryce politycznej naszego bantustanu dominują niedomówienia, stanowiąc pożywkę dla wszelakiego mętniactwa.

Warto przypomnieć, że mętniactwo jest znakomitym parawanem, za który może schować się dureń, obawiający się zdemaskowania. Dureń – albo łajdak. Toteż nic dziwnego, że coraz częściej pojawiają się nader pokrętne komentarze i “wyjaśnienia” polityki kolejnych rządów, które nie mogą się przecież przyznać, że po prostu wykonują zadania zlecone im przez ich mocodawców.

Dlatego z pewnym zrozumieniem odnotowałem, że funkcjonariusze Propaganda Abteilung coraz częściej czerpią z krynicy mądrości najtęższych mętnologów, których u nas reprezentuje między innymi Kukuniek, czyli były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa. Nawiasem mówiąc, uważam, że kandydatura Lecha Wałęsy była ze strony generała Kiszczaka zemstą i zarazem kpiną z narodu polskiego: “nie podoba się wam generał Jaruzelski, to będziecie za prezydenta mieli Wałęsę”.

I oto właśnie do niego udała się z pielgrzymką pani red. Justyna Dobrosz-Oracz – a Kukuniek swoim zwyczajem uraczył ją słowotokiem, że to niby jest za, a nawet przeciw, bo wszystko ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Jesteśmy bowiem już w tej fazie, że sytuację naszego nieszczęśliwego kraju można zilustrować już tylko takimi bon-motami, ponieważ bardziej sensowne wyjaśnienia do tej rzeczywistości już nie pasują.

Babunie demokracji walczącej

Babunie demokracji walczącej

Stanisław Michalkiewicz 28 września 2024 michalkiewicz

Jeszcze nasz mniej wartościowy naród tubylczy nie zdążył się przyzwyczaić do nowej odmiany demokracji, jaką z łaski Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen wprowadza u nas premier Donald Tusk wraz z bodnarowcami, a już „demokracja walcząca” – bo tak pan premier Tusk nazwał swój wynalazek – pokazała pazury. O tych pazurach za chwilę, bo warto sobie rozebrać z uwagą tę całą „demokrację walczącą” – co to mianowicie takiego.

Znamy wszystkie parlamentarne grupy, ale – tej „Grupy Laokoona” – nie” – pisał Gałczyński w nieśmiertelnym cyklu „Pięć donosów”. Przeżyliśmy tedy demokrację sanacyjną, demokrację socjalistyczną, zarówno w odmianie stalinowskiej, jak i łagodniejszych, no a teraz mamy „demokrację walczącą”. Czym się ona charakteryzuje? Ano – zasadą, że cel uświęca środki. Pan premier Tusk dobrze chce, to znaczy – chce nam przychylić nieba, a konkretnie – „przywrócić praworządność”, w związku z tym przyznał sobie prawo prowadzenia działań bezprawnych, m.in. w postaci „uchylania” swoich kontrasygnat, gwoli przypodobania się „towarzychu”. Przypomnę, że za złożenie podpisu pod nominacją sędziego Wesołowskiego, pryncypialnie ofuknęła Donalda Tuska sama pani prof. Ewa Łętowska, uchodząca w „towarzychu” za „babunię polskiej demokracji”. My tu wychodzimy ze skóry, mimo artretyzmów kicamy z jakimiś giertychami, a ten kontrasygnuje Dudzie taki dokument! Na takie dictum „babuni”, Donald Tusk zrozumiał, że znalazł się na granicy utraty więzi z masami, a już Lenin przestrzegał, że dla partii, nawet jeśli nazywa się Volksdeutsche Partei, nie ma nic gorszego. Natychmiast tedy rewokował, podsuwając opinii publicznej przesiąknięty fałszem i krętactwami pozór uzasadnienia. Wszystko pierwotnie wskazywało na to, że ten pozór uzasadnienia został wykoncypowany przez bodnarowców otaczających pana „doktora habilitowanego” Adama Bodnara – ale nie. Wprawdzie pan Bodnar pierwszy dostarczył ten pozór uzasadnienia, ale widocznie sam rozumie, że te jego naukowe tytuły nie robią specjalnego wrażenia, więc w końcu głos zabrała „babunia”. „Babunia” locuta – causa finita – zwłaszcza, że „babunia” powtórzyła krętactwa pana Bodnara, co skłania do podejrzeń, że „koncepcja”: jest jej autorstwa, podobnie jak „czynny żal”, co to mają go okazywać sędziowie, zwłaszcza ci, co w oczach „towarzycha” się strefili.

Więc pozór uzasadnienia już mamy, a w tej sytuacji przystąpmy do rozbierania z uwagą – jak zalecał Wojski w „panu Tadeuszu” – samej „demokracji walczącej”. Co ci przypomina widok znajomy ten? Ależ naturalnie, jakże by inaczej; co ma przypominać, jak nie stary, poczciwy faszysmus? Jak wielokrotnie zwracałem mikrocefalom, co to używają faszysmusa jako epitetu uwagę, że faszyzm to nie epitet, tylko pojęcie pełne treści. Najtwardszym jądrem tych wszystkich treści jest przekonanie, że państwu wszystko wolno. Wyraził to najlepiej twórca faszyzmu, Benito Mussolini w formule: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu!” Wynika z niej, że poza państwem nie ma życia. Poza ”państwem” – a więc poza ramami wyznaczonymi przez biurokratyczno-polityczny gang, który właśnie „państwem” zawładnął.

Toteż bez zaskoczenia przeczytałem o obywatelu, którego właśnie pojmała policja, bo obywatel ten nie tylko krytykował pana premiera Donalda Tuska, ale nie podobali mu sie też „szabrownicy”, co to okradali mieszkania obywateli ewakuowanych, a w dodatku okazało się, że nie podobały mu się doniesienia rządowej telewizji na temat walki z powodzią i w ogóle – ze zbrodniczym klimatem. Co tu ukrywać; nazbierało się tego sporo, a jak policja przetrzyma tego obywatela Lądka Zdroju w areszcie wydobywczym, to może jeszcze coś dołoży? Ale jak nawet nic nie dołoży, to i to, co się nazbierało, wystarczy, by obywatel odtąd jęczał i szlochał. Jakże bowiem można krytykować premiera Tuska Donalda, skoro ten ubrał się w kurteczkę, przestał się golić, niczym prezydent Żełeński, a na posiedzeniach sztabów kryzysowych rozdaje pochwały i nagany? Skoro mianował Wielce Czcigodnego posła Kierwińskiego pełnomocnikiem rządu do odbudowy Dolnego Śląska? Posła Kierwińskiego jakby kto na sto koni wsadził; natychmiast zrezygnował z miejsca w luksusowym, brukselskim przytułku dla „byłych ludzi”, bo co to za luksusy, przy otwierających się perspektywach?

Wszystko to, to całe poświęcenie, te nieprzespane noce – ma się rozumieć – dla Polski – więc tylko patrzeć, jak jakiś zaangażowany poeta znowu napisze, jak to Donaldu Tusku, albo jeszcze lepiej – ministru Siemoniaku – objawił się Feliks Dzierżyński, któremu pan minister Siemoniak przez sen zawierzał swoje troski i zgryzoty? Jakże można krytykować szabrowników, skoro trzeba chwalić policję, że chroni opuszczony dobytek, a już zupełnym skandalem jest krytykowanie rządowej telewizji. Tam mobilizacja przecież trwa na całego; gdyby nie ona, to powódź rozwijałaby się byle jak, a tak, to owszem – rozwija się – ale w sposób uporządkowany, „według stołecznych życzeń”, nie pozostawiając ani szparki na dezinformacyjną dywersję ze strony znienawidzonego Putina i w ogóle – a tu jakiś jegomość z Lądka Zdroju szuka dziury w całym i pyskuje. Co niby miała z nim zrobić policja, skoro już wpłynęły stosowne informacje od „sygnalistów” o szerzącej się gangrenie? Pojmać, zakuć w kajdany, a potem postawić przed obliczem niezawisłego sądu, który już tam powinność swej służby zrozumie i sypnie piękny wyrok!

Tak właśnie funkcjonuje „demokracja walcząca” w działaniu, korzystając nie tylko ze stworzonych w ostatnich miesiącach narzędzi, ale w swej kreatywności wychodzi nawet poza te ramy. I słusznie – bo kiedy Donald Tusk własną piersią zasłania kraj przed bałwanami, kiedy policja stoi na nieubłaganym gruncie wzmożonej czujności, zaplute karły próbują sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. Oto Krajowa Rada Sądownictwa, której Donald Tusk, ma się rozumieć – „nie uznaje” – wykryła, jakoby Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula, podobnie jak Wielce Czcigodna Barbara Nowacka, wcale nie były ministrami!

Chodzi o to, że – ulegając prądom feminazistycznym – zniekształciły rotę ministerialnego ślubowania – że to niby nie obejmują funkcji „ministra” w rządzie Donalda Tuska – tylko „ministry”. Ponieważ ustawa o żadnych „ministrach”, a tym bardziej – feministrach – nic nie mówi, to znaczy, że ślubowanie nie zostało złożone prawidłowo, a tym samym – nie zostało złożone w ogóle! Ładny interes! Tedy nie ma rady; w ramach rozwoju „demokracji walczącej” trzeba będzie chyba zmienić wspomnianą rotę, wprowadzając nie tylko dymorfizm płciowy, ale również deklarację, że „kładę lachę na tę całą konstytucję, nie uznaję instytucji nie zatwierdzonych przez Reichsfuhrerin Urszulę von der Leyen, a w ogóle to będę we wszystkim słuchać Donalda Tuska oraz Adama Bodnara i jego bodnarowców, zgodnie ze wskazówkami Babuni Walczącej Demokracji.

Stanisław Michalkiewicz

Mutujemy

Stanisław Michalkiewicz: https://www.magnapolonia.org/stanislaw-michalkiewicz-mutujemy/

Niedawno w Warszawie grupa obywateli protestowała przeciwko tak zwanemu “dekretowi Bieruta”, to znaczy – “dekretu o własności  i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy”, wydanego przez Krajową Radę Narodową 26 października 1945 roku, w szóstą rocznicę utworzenia przez Adolfa Hitlera Generalnego Gubernatorstwa. Nie bez kozery wspominam o tej rocznicy, bo o ile deczyzja Adolfa Hitlera o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa miała charakter rewolucyjny, to podobnie rewolucyjny charakter miał wspomniany dekret.

Na jego podstawie, wszystkie grunty na obszarze miasta stołecznego Warszawy, przechodziły na własność gminy. Warto dodać, że dekret nie dotyczył budynków. Te nadal mogły być własnością dotychczasowych właścicieli – ale grunty pod budynkami – już nie. Był to jeden z komunistycznych wynalazków w postaci “użytkowania wieczystego” – bo trzeba było stworzyć jakieś pozory legalności dla właściciela budynku, który od tej pory stał na cudzym gruncie. Właściciel budynku stawał się zatem “wieczystym użytkownikiem” miejskiego gruntu – a to “wieczyste użytkowanie” musiało być odnawiane co 99 lat.

Tak zostało do tej pory, bo kiedy drugi komunistyczny wynalazek w postaci “spółdzielni mieszkaniowych” w latach 50-tych a zwłaszcza 60-tych i późniejszych rozwinął się, wznosiły one budynki na gruntach miejskich, będąc “wieczystymi użytkownikami”. Ponieważ według komunistycznego zabobonu, “własność spółdzielcza” była uważana za “wyższą” formę własności niż własność prywatna, to spółdzielnie – chociaż korzystały m.in. z “wkładów własnych” wnoszonych przez “spółdzielców” – były właścicielami budynków i mieszkań.

Lokatorom zaś – i to tylko w przypadku tzw. mieszkań “własnościowych”, przypadało tzw. “spółdzielcze prawo do lokalu”. Był to kolejny komunistyczny wynalazek, mający stanowić namiastkę prawa własności. “Spółdzielcze prawo do lokalu” było bowiem  – podobnie jak niektóre inne prawa na rzeczy cudzej – prawem zbywalnym, to znaczy – można było je sprzedać. I taki stan, z tymi wszystkimi komunistycznymi wynalazkami, przetrwał do dnia dzisiejszego i przetrwa jeszcze Bóg wie ile.

Bo nie tylko “dekret Bieruta” przetrwał sławną transformację ustrojową, ale 30 lat później, już w “wolnej Polsce” Sejm wydał ustawę, zgodnie z którą dekret Bieruta został zatwierdzony. Jeśli bowiem od  decyzji administracyjnej o przejęciu mienia minęło 30 lat, to niemożliwe będzie już wszczęcie postępowania o jej podważenie i odzyskanie utraconej własności. Dotyczy to również przypadków, gdy decyzja ta została wydana “z rażącym naruszeniem prawa”, lub nawet w ogóle bez podstawy prawnej.

Jak wszystkie akty rewolucyjne, “dekret Bieruta” jest lakoniczny; liczy sobie wszystkiego 12 artykułów. Warto zwrócić uwagę, że jest on o 10 artykułów krótszy od dekretu o reformie rolnej z 1944 roku, no ale dekret o reformie rolnej dotyczył całego kraju, podczas gdy “dekret Bieruta” – tylko gruntów warszawskich. Ale już ustawa z 3 stycznia 1946 roku o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej liczy tylko 11 artykułów.

Ustawa ta wprowadzała wyjątki, np. w art. 3 ust 4, dopuszczała możliwość, że na własność państwa nie przechodzą przedsiębiorstwa skonfiskowane przez b. władze okupacyjne – to znaczy – władze Generalnego Gubernatorstwa, chyba, że przedtem były państwowe, albo gdy właściciel po 1 września 1939 roku wyzbył się tego przedsiębiorstwa pod wpływem groźby. Ciekaw jestem czy ta ustawa, podobnie jak poprzednio wymienione regulacje, będzie jakoś modyfikowana w przypadku przemianowania III Rzeczypospolitej na Generalne Gubernatorstwo, czy też pozostaną fundamentem systemu prawnego również w warunkach IV Rzeszy.

Warto bowiem podkreślić, że III Rzesza była państwem socjalistycznym i – jak to wynika z pamiętników Alberta Speera, który o tamtejszej gospodarce coś tam przecież musiał wiedzieć –  socjalistyczne przemiany zachodziły tam mimo toczącej się wojny, a nawet – z wykorzystaniem jej, jako pretekstu. Na przykład prawo własności formalnie zostało zachowane, ale pod pretekstem wojny zostało wypłukane z wszelkiej treści, więc Sowieci nie mieli specjalnych problemów, by swoją strefę okupacyjną przekształcić we wzorowe państwo socjalistyczne – Niemiecką Republikę Demokratyczną.

To zresztą jest swoisty paradoks, że fundamentami systemu prawnego III Rzeczypospolitej są komunistyczne dekrety lub ustawy. To trochę tak, jakby podstawą systemu prawnego Republiki Federalnej Niemiec były np. ustawy norymberskie, albo jakieś inne, podobne. Dlatego też rację miał prof. Bogusław Wolniewicz mówiąc, że komunizm w Polsce wcale nie „upadł” tylko „mutuje”.

Jakże zresztą miałby upaść, skoro za sprawą Kukuńka i znanego z „postawy służebnej” Tadeusza Mazowieckiego, pierwszym prezydentem „wolnej Polski” został przywódca tych „upadłych” komunistów, generał Wojciech Jaruzelski, a po krótkim epizodzie z Kukuńkiem, którego  prezydentura była kpiną z narodu polskiego ze strony generała Kiszczaka (nie chcecie Jaruzelskiego, to będziecie mieli Kukuńka), na całe dziesięć lat prezydenturę obsiadł urodzony w czepku pieszczoch komuny, Aleksander Kwaśniewski.

Więc nie tylko nie „upadł”, ale pozostawił tyle przetrwalników, że jego reaktywacja nie będzie stanowiła żadnego problemu – oczywiście już nie według strategii bolszewickiej, tylko według tej współczesnej, którą – tylko patrzeć – USA eksportują na cały świat.

W jakim kierunku ten nowy komunizm będzie mutował? Tego nie wiemy, ale w jakim by nie mutował, to cele rewolucji komunistycznej pozostają niezmienne. Pierwszym celem jest wyhodowanie człowieka sowieckiego. Takich człowieków sowieckich jest już u nas wyhodowanych aż nadto. A po czym rozpoznać człowieka  sowieckiego; czym różni się on od normalnego człowieka? Po tym, że człowiek sowiecki wyrzekł się wolnej woli, czyli tego, w czym religia chrześcijańska upatruje podobieństwa Boskiego w człowieku.

Kiedy widzimy, jak w naszym życiu społecznym coraz bardziej dominują zachowania stadne, obecność człowieków sowieckich nie budzi najmniejszych wątpliwości. Ale z człowiekami sowieckimi jest pewien problem. Nie mogą oni żyć w normalnym świecie, gdzie trzeba dokonywać samodzielnych wyborów. Dlatego drugim celem rewolucji komunistycznej jest stworzenie człowiekom sowieckim sztucznego środowiska, w którym mogliby żyć. Tym środowiskiem jest państwo totalitarne – a czy będzie się ono nazywało PRL-em, czy Generalnym Gubernatorstwem  – czy to takie istotne?

Kto beknie?

Kto beknie?

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    24 września 2024 michalkiewicz

Gdy z nieba lała się już ściana wody, dzwoniliśmy do województwa i mówiliśmy, że jest źle i że trzeba już działać. Uważano, że panikujemy” – mówi w rozmowie z „Onetem” jeden z samorządowców. Włodarze z Dolnego Śląska i Opolszczyzny przyznają, że rząd zdaje obecnie egzamin, „ale w pierwszych godzinach powodzi aparat państwa działał tragicznie”. – „Jeśli ostatecznie ktoś za to nie beknie, to ja już w Polskę nie wierzę – słyszymy”. Tyle w „Onecie”. Autor już nie ujawnił skąd „słyszał” taką deklarację, ale to nic nie szkodzi, bo i z tych kilku zdań poprzedzających, można wydedukować nie tylko co było, nie tylko – co jest – ale i – co będzie.

Wszystko bowiem wskazuje na to, że vaginet Donalda Tuska, który „nie uznaje” coraz więcej rzeczy, a nawet – coraz więcej instytucji państwowych, „nie uznał” również Cyklonu Genueńskiego, znanego w skrócie, jako „Cyklon G”. Już tam premier Donald Tusk wie, które Cyklony ma uznawać, a których nie uznawać i nikt mu nie powie, że może być inaczej. A dlaczego nikt mu nie powie? Wyjaśnia to zdanie, że jak już z nieba lała się „ściana wody”, to „województwo” uspokajało, żeby „nie panikować”. Wiadomo bowiem, że nic nie jest tak szkodliwe, jak panika. A co jest odwrotnością paniki? Odwrotnością paniki jest spokój i porządek. To nam mówi zbiorowa mądrość partii. Najsampierw zdecydować musi premier – czy spokojnie czekamy na rozwój wypadków, czy zaczynamy „panikować”. Ponieważ premier „nie uznał” Cyklonu G, jako że uznaje tylko Cyklony oznaczone inną literą, po województwach zapanował spokojna pewność siebie – zgodnie ze zbiorową mądrością partii. Zbiorowa mądrość partii obowiązywała nie tylko w PZPR. Przejęły ją od niej w spadku wszystkie inne partie, Volksdeutsche Partei nie wykluczając. Powiem więcej; w Volksdeutsche Partei zbiorowa mądrość partii może oddziaływać znacznie silniej, niż gdzie indziej. Wyobraźmy sobie tylko, że jakiś wojewoda zacząłby „panikować” bez upoważnienia, to znaczy – w sytuacji, gdy pan premier Donald Tusk jeszcze nie ubrał się w stosowną kurtkę, nie wezwał pana Ministra Siemoniaka („wiecie, rozumiecie, Siemoniak, weźcie wy dupę w troki i jedźcie ze mną w teren, zlustrować tę cała klęskę żywiołową – bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa”). Co by wtedy było”. Taki wojewoda musiałby zaraz okazać „czynny żal”, to znaczy – złożyć samokrytykę, być może nawet w towarzystwie sędziów, co to się strefili. Jedność partii i dyscyplina przede wszystkim.

Tymczasem zbrodniczy genueński Cyklon w ogóle nie zwracał uwagi na pryncypia demokracji socjalistycznej, a nawet – na pryncypia „demokracji walczącej”, którą Donald Tusk tuż przez powodzią proklamował i raził ziemię wodą, niczym Pan Bóg podczas pierwszego potopu. Wspomina o tym pobożna piosenka biesiadna: „Przez dni czterdzieści padał deszcz, Pan ziemię wodą raził. Przez dni czterdzieści Noe pił, spod beczki nie wyłaził. I przyszedł Cham i zaśmiał się, że Noe tak urżnięty. Za to go wyklął Pan i Cham do dziś wyklęty.” W tej sytuacji, gdy zbiorowa mądrość partii jeszcze nie została skierowana na aktywizm, co miały robić wały i zapory? Skoro nie było wsparcia od rządu, to zwyczajnie – zaczęły pękać, wskutek czego woda wspierana siłą grawitacji, zaczęła się rozlewać po coraz większym obszarze naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju. Inna sprawa, że stało się to, co stać się musiało i przed czym od lat przestrzegałem. Jeśli Ludzkość zacznie walczyć z Klimatem, to Klimat nie będzie miał innego wyjścia, jak podjąć walkę z Ludzkością. Kto wie, czy właśnie już się do tego nie przymierza, testując tu i ówdzie najbardziej buńczuczne rządy? Oczywiście takie testy muszą wypadać dla rządów fatalnie, bo cóż może taki jeden z drugim rząd przeciwstawić rozsierdzonemu Klimatowi? Najwyżej może utworzyć Ministerstwo Klimatu, obsadzić je jakąś panią i to wszystko. I cóż taka pani wskóra przeciwko Klimatowi? Ona nic nie wskóra, nawet gdyby w odruchu desperacji próbowała powstrzymać wodę tamponami z własnych majtek.

Toteż, kiedy do Donalda Tuska i jego kolaborantów wreszcie dotarło, że poza Jarosławem Kaczyńskim i „rozliczeniami”, jest jeszcze całe państwo z realnymi problemami, katastrofa rozwijała się zgodnie z planami sporządzonymi przez zbrodniczy Klimat. Rządowi dygnitarze dwoili się i troili, sztaby kryzysowe odbywały posiedzenie za posiedzeniem, aż się im od tego zaczęły robić odciski z przepracowania. Przestrzegał przed tym premier-generał Felicjan Sławoj Składkowski. Zapytał pewnego starostę, jak zamierza rozwiązać jakiś problem i usłyszawszy w odpowiedzi, że starosta właśnie „zwołał posiedzenie”, zwrócił mu uwagę, że pracować trzeba głową, a nie d…ą. Więc co miało się przerwać, to się przerwało, co miało zostać zalane, to zostało zalane, więc można powiedzieć, że obecność Donalda Tuska na obszarze klęski żywiołowej chyba nie przyczyniła się do zwiększenia ogólnego rozmiaru katastrofy, chociaż w pojedynczych przypadkach mogło to wyglądać całkiem inaczej.

Na wszelki tedy wypadek, gdyby sąd zagniewanego ludu zaczął kierować swoje ostrze przeciwko Donaldu Tusku i jego kolaborantom, stojący na czele Judenratu „Gazety Wyborczej” pan red. Adam Michnik zaapelował o solidarność. Teraz – powiedział – potrzebna nam jest solidarność. Nie żadne „rozliczenia” nie żadne gorzkie, czy czynne żale, tylko stara, poczciwa solidarność w imię której Jarosław Kaczyński ramię w ramię z Donaldem Tuskiem, będą „wspierać” ofiary powodzi. Najwyraźniej pan red. Michnik zwietrzył niebezpieczeństwo, że powódź może podmyć świetnie zapowiadającą się karierę Donalda Tuska i stąd nawiązanie do „solidarności”. Tak samo zrobił Józef Stalin, kiedy jeszcze do końca nie ochłonął ze strachu przed Hitlerem: „Bracia i siostry!” – beknął w radiowym przemówieniu.

No dobrze – ale kto „beknie” w sprawie „klęski żywiołowej”? Skoro sam pan red. Michnik postanowił rozciągnąć nad Donaldem Tuskiem ochronny parasol „solidarności”, to premier jest chyba z „beknięcia” wykluczony. Jeśli jednak nie on, to kto? Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu społecznemu, proponuję trzy alternatywne teorie spiskowe. Pierwsza – że to Putin. Donald Tusk, nie mówiąc o marszałku Hołowni, czy Księciu-Małżonku, tyle mu się naodgrażał, że zimny ruski czekista mógł wziąć na ambit: jak wy mi tak, to ja wam tak – i Cyklon G gotowy. Teoria druga – że to pierwsze poważne ostrzeżenie Nieba po rozporządzeniu pani Nowackiej w sprawie ograniczenia religii w rządowych szkołach. Wprawdzie pani Nowacka podobno jest ateistką, ale to jej sprawa prywatniacka. Niech sobie będzie, kim chce, nawet Babą Jagą – ale to nie powód, żeby w imię własnych fantasmagorii, ściągała nieszczęścia na niewinnych obywateli. No i wreszcie – Jarosław Kaczyński! Że też od razu nikt na to nie wpadł?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Kolejność dziobania w aktywizmie

Stanisław Michalkiewicz: kolejnosc-dziobania-w-aktywizmie

Co by było, gdyby prezydentem Polski był pan “Jurek” Owsiak, a nie pan Andrzej Duda? Czy byłoby lepiej, czy może byłoby tylko inaczej? Lepiej by pewnie już nie było, bo – zgodnie ze słynnym komunikatem Radia Erewań, które na pytanie słuchacza – czy będzie lepiej – odpowiedziało, że “lepiej już było” – ale za to byłoby pewnie inaczej. Na przykład pan prezydent Andrzej Duda nigdy nie oświadcza się obywatelom słowami: “jesteście wspaniali, kocham was!” – podczas gdy pan Owsiak robi to stale.

Co obywatele z tego mają, to całkiem inna sprawa, ale mnie nie chodziło przecież o to, czy byłoby lepiej, bo wiadomo, że nie – tylko – że byłoby inaczej. A w ogóle taki pomysł przyszedł mi do głowy, kiedy w szpitalu przeczytałem, jak to pan “Jurek” Owsiak ofuknął pana prezydenta Dudę, za “bierność” w sprawie powodzi.

Co wynika z tego ofuknięcia? Po pierwsze – że pan “Jurek” Owsiak jest wyznawcą aktywizmu. Innocenty Maria Bocheński napisał w swoim czasie książkę pod tytułem “100 zabobonów”, w której – o ile sobie przypominam – aktywizm figurował na pierwszym miejscu. Wymaga on, by człowiek wszystko, każdą chwilę życia, poświęcał dla zbiorowości, “kolektywu”, czyli – dla społeczeństwa. Każdy człowiek – a już prezydent, to specjalnie. Z pozoru pan “Jurek” ma rację, ale tylko z pozoru, bez względu nawet na to, czy aktywizm jest zabobonem, czy nie.

Wprawdzie w ocenie postępowania pana prezydenta Dudy “100 zabobonów” również ma swój ciężar gatunkowy, ale cóż on znaczy w porównaniu z ciężarem gatunkowym konstytucji? Wprawdzie w świetle ostatniej deklaracji premiera Tuska o “demokracji walczącej” ciężar gatunkowy konstytucji  chyba trochę, a może nawet znacznie się zmniejszył, ale jeśli nawet, to i tak jest nadal spory. Więc cóż ta konstytucja?

Za sprawą zapomnianej już dzisiaj “bandy czworga”, to znaczy – czwórki osobników uchodzących za jej pomysłodawców: Tadeusza Mazowieckiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Ryszarda Bugaja i Waldemara Pawlaka – zawiera ona osobliwe, żeby nie powiedzieć – dziwaczne rozwiązanie. Nawiasem mówiąc, warto przypomnieć, że słowo: “osobliwy” po grecku brzmi: “idiotropos” – co nawet lepiej charakteryzuje przyjęte w konstytucji rozwiązanie. Chodzi o to, że prezydent jest wybierany w głosowaniu powszechnym, więc ma najsilniejszą legitymację demokratyczną w państwie.

Ja wprawdzie nie jestem ultrasem demokracji, ale skoro w imię demokracji Nasz Najważniejszy Sojusznik gotów jest wywołać nawet III wojnę światową, a poza tym – skoro  jest taki rozkaz, że wszędzie ma być demokracja, to nie będę wierzgał przeciwko ościeniowi. Skoro tedy prezydent ma najsilniejszą legitymację demokratyczną, to – logicznie biorąc – powinien mieć najwięcej władzy. Ale – jak w popularnej w roku 1968 anegdocie mówił Aaronek do dyrektora, kiedy ten spotkał go podczas lekcji na boisku – “logiki tu nie ma”.

Ponieważ logiki nie ma, to największym zakresem władzy cieszy się premier, który w ogóle żadnej demokratycznej legitymacji mieć nie musi, chociaż – jako poseł – na ogół jakąś miewa. Co prawda zdarzył się nam razu pewnego rząd pana premiera Marka Belki, do którego nie przyznawało się żadne ugrupowanie parlamentarne, a który rządził “mądrze i wesoło” jak gdyby nigdy nic. No tak, ale premier Marek Belka miał aż dwa pseudonimy operacyjne, jako tajny współpracownik SB – więc to był wyjątek, bo normalnie stare kiejkuty w takich sprawach raczej dbają o zachowanie pozorów.

Więc – jak wspomniałem – władzę ma raczej premier, podczas gdy prezydent – jej pozory. Najlepiej widać to w sprawach wojskowych. Nominalnie prezydent jest Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych – ale w Siłach Zbrojnych samodzielnie nie może nawet kiwnąć palcem. Jeśli w ogóle kiwa palcem, to tylko “na wniosek” premiera, a przynajmniej – ministra obrony. W rezultacie udzielenie odpowiedzi na – zdawałoby się – proste pytanie: kto dowodzi wojskiem? – na gruncie konstytucji jest niemożliwe – o czym pisałem już ponad 20 lat temu, ale oczywiście – groch o ścianę.

Jeśli kogoś to interesuje, to niech zajrzy do książki “Choroba czerwonych oczu” – bo od tamtej pory pod tym względem nic się nie zmieniło – oczywiście poza mnożeniem rozmaitych “dowództw”, w których utytułowani urzędnicy poprzebierani w mundury, oddają się aktywizmowi.

No i właśnie “Jurek” Owsiak nieubłaganym palcem wytknął panu prezydentowi Dudzie niedociągnięcia na odcinku aktywizmu, bo przez kilka dni nie pojechał na tereny ogarnięte powodzią. Z tego wynika, że gdyby tak prezydentem był “Jurek” Owsiak, to pojechałby oglądać powódź i czynione przez nią spustoszenia, kiwałby ze zrozumieniem głową nad nieszczęściem, jakie spotkało tamtejszych obywateli, a kto wie – może w odruchu serca gorejącego oświadczyłby się im słowami: “jesteście wspaniali, kocham was!”

Czy jednak aby na pewno? Czy taka uzurpacja aktywizmu przez prezydenta “Jurka” Owsiaka” nie byłaby naruszeniem konstytucji? Przecież kiedy powódź już się zaczynała, pan premier Donald Tusk dopiero zastanawiał się nad strojem, jaki przystoi mu wdziać na okoliczność klęski żywiołowej, żeby zakasować samego prezydenta Zełeńskiego, który niewątpliwie  na odcinku modowym utrzymuje się na pierwszym miejscu wśród wszystkich wasali Stanów Zjednoczonych.

Nie tylko zresztą na tym odcinku, bo i na innych też, co skłania Departament Stanu do  przechwałek, że “nasz Władimir jest lepszy”. Od kogo? Jasne, że od drugiego Władimira, tego “nie naszego”, czyli zimnego ruskiego czekisty Putina. Jak widzimy – gra szła o wielką stawkę, z czego poczciwy “Jurek” Owsiak najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy. Poza tym – czy prezydentowi udałoby się powołać na stosowne posiedzenie choćby jeden sztab kryzysowy?

Na pewno nie – bo każdy wojewoda natychmiast skonsultowałby się z Kancelarią Premiera, przez którą zostałby ofuknięty, że nie wie, iż sztaby kryzysowe powołuje na posiedzenia premier? Kto wie, czy taki wojewoda nie  zostałby natychmiast odwołany pod zarzutem, że do spółki z prezydentem podstępnie zamierzał skraść premieru Tusku taki piękny show? Skoro my wiemy takie rzeczy, to cóż tu mówić o wojewodach, którzy przepowiadają sobie te zbawienne prawdy rano i wieczorem?

Jeśli tedy pan prezydent Andrzej Duda udał się na tereny powodziowe  kilka dni później, kiedy już premier Donald Tusk zaprezentował się opinii publicznej w ramach przedstawienia o “dobrym carze i złych bojarach”, to dowodzi tylko jego politycznego wyczucia i znajomości swego miejsca w systemie władz naszego bantustanu.

Cóż w takim razie sądzić o wyskoku pana “Jurka” Owsiaka?  Cóż; intencje chłop miał poczciwe, a że wyszło, jak zawsze, to już nie jego wina. W każdym razie premier Tusk może tak na to spojrzeć.

Klęska, oczywiście żywiołowa

Klęska żywiołowa

„Goniec” (Toronto)    22 września 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5686

Jak pamiętamy, za pierwszej komuny Polskę regularnie nawiedzały dwie klęski i cztery kataklizmy.

Pierwsza klęska, to była klęska nieurodzaju, ale równie groźna była klęska druga – klęska urodzaju. Chodziło o to, że zarówno nieurodzaj, jak i urodzaj drastycznie zaburzał gospodarkę planową. Tu centralny planifikator dajmy na to zaplanował sobie, że podczas jesiennych wykopków zbierze się tyle a tyle kartofli, a tu się okazało, że owszem, zebrało się – ale tylko połowę zaplanowanej ilości.

Jeszcze gorsza była klęska urodzaju – kiedy okazywało się, że podczas jesiennych wykopków wykopano półtora raza więcej kartofli, niż przewidział centralny planifikator. To było jeszcze gorsze, to ponadplanowe kartofle trzeba było przewieźć – a niby gdzie, skoro magazyny były obliczone na całkiem inne ilości? W tej sytuacji dyrektorzy departamentów w ministerstwach dostawali zawałów, partia mobilizowała masy, by dawały odpór i w ogóle – robił się prawdziwy sądny dzień.

A cóż dopiero, kiedy na te cykliczne klęski nałożyły się cztery regularne kataklizmy w postaci wiosny, lata, jesieni i zimy? Na to już nie było rady, więc partia tylko pilnowała, żeby za każdym razem znaleźć jakiegoś winowajcę, no bo wiadomo było, że partia jest niewinna z zasady.

Wspominam o tym, bo wydaje się, że mimo transformacji ustrojowej, ta sytuacja się powtarza. Mam oczywiście na myśli słynny Cyklon Genueński, zwany w skrócie „Cyklonem G”, który doprowadził do obfitych, długotrwałych opadów w centralnej części Europy, a jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj – to w Kotlinie Kłodzkiej, na Śląsku Opolskim i Śląsku Dolnym. Akurat gdy rozpoczęły się te opady, pojechałem do Wiednia na Targi Książki i nawet nie wyściubiliśmy nosa na miasto, bo przez trzy dni padał ulewny deszcz, niczym w pobożnej piosence biesiadnej:

Przez dni czterdzieści padał deszcz, Pan ziemię wodą raził. Przez dni czterdzieści Noe pił, spod beczki nie wyłaził. I przyszedł Cham i zaśmiał się, że Noe tak urżnięty. Za to go wyklął Pan i Cham do dziś wyklęty.

Jak pamiętamy, Noe co prawda się urżnął, ale dopiero, gdy Arka została zwodowana I potem można było tylko czekać. Przedtem, wraz z synami uwijał się przy budowie Arki, dzięki czemu nie tyko uratował siebie i swoją rodzinę, ale również zwierzęta – każdego po parze. Krótko mówiąc – nie lekceważył doniesień o nadchodzącym potopie. Tymczasem premier Donald Tusk zachował się trochę inaczej. Jego rząd programowo nie uznaje wielu rzeczy, na przykład – Trybunału Konstytucyjnego – i innych instytucji państwowych. Według fałszywych pogłosek nie chciał uznać też „Cyklonu G”, jako, że uznaje tylko całkiem inny Cyklon. Tymczasem zwiastuny nadchodzącego Cyklonu pojawiły się już zawczasu, ale wiadomo, gdy nie ma pewności, czy rząd taki Cyklon uznaje, czy nie, to lepiej się nie wychylać. Jak tam było, tak tam było; w każdym razie sztaby kryzysowe zaczęły odprawować posiedzenia, kiedy kryzys był już ante portas. Nawiasem mówiąc, przedwojenny premier-generał Felicjan Sławoj Składkowski, zapytał kiedyś pewnego starostę, jak zamierza rozwiązać jakiś problem, na co starosta odpowiedział, że właśnie zwołał posiedzenie. Zirytowany premier pouczył go tedy, że problemy rozwiązywać trzeba głową, a nie d…ą!

Więc kiedy sztaby kryzysowe radziły, jakby tu zaradzić katastrofie, woda, nic sobie nie robiąc z urzędowych ustaleń i procedur, przerywała jedną po drugiej tamy i wlewała się do miast, z których trzeba było ewakuować mieszkańców. Podobno przybyły na miejsce premier Tusk z całym vaginetem, własną piersią próbował zagrozić wodzie dostęp do wnętrza kraju, ale w bałwanach premier Tusk nie wzbudza żadnego respektu, podobnie jak występujący w dwóch osobach minister obrony narodowej: Kosiniak i Kamysz. W rezultacie bezczelna woda wdziera się coraz głębiej i głębiej, powodując rozmaite szkody, które rząd będzie naprawiał w ramach stanu wyjątkowego – bo właśnie zamierza wprowadzić stan wyjątkowy. Najsampierw przyzna po 10 tysięcy złotych poszkodowanym obywatelom, potem obiecuje 100 tys. złotych na zrekompensowanie różnych szkód, a wreszcie – po 200 tys. złotych na odbudowę domów.[No i zalecił przecież tańszy zakup kas fiskalnych.. md]

W tej sytuacji wypada czekać, aż wody potopu ustąpią i gdyby mieszkańcy zalanych terenów nie doświadczyli tragedii, to można by powiedzieć, że ten cały „Cyklon G”, to felix culpa, czyli szczęśliwa wina. Kiedy wydawało się, że Donald Tusk już kompletnie zafiksował się na znienawidzonym Jarosławie Kaczyńskim i „rozliczeniach”, dla których gotów byłby na wszelkie łajdactwa, z łamaniem konstytucji na czele – nagle okazało się, że poza Jarosławem Kaczyńskim i jego kolaborantami z PiS, istnieje jeszcze państwo ze swoimi realnymi problemami, którym trzeba stawić czoła. Dotychczasowe rezultaty aktywizmu rządowego pokazują, że sytuacja przerasta i to znacznie, możliwości rządu i samego pana premiera. Cóż tu mówić w tonie przechwałki o „Wale Tuska”, zwanym inaczej „Linią Imaginota”, skoro istniejące wały i zapory nie wytrzymały naporu wody? Cóż dopiero, gdyby do akcji włączył się zimny, ruski czekista Putin, popychając wezbrane rzeki do przodu?

W tej sytuacji tylko patrzeć, jak rząd, po ochłonięciu z pierwszego wrażenia, zacznie poszukiwać winowajców zaistniałej klęski żywiołowej. Wychodząc naprzeciw społecznemu zamówieniu na teorie spiskowe, od razu zgłaszam trzy możliwości, kierując się starą, rzymską zasadą, że omne trinum perfectum, czyli, że wszystko co potrójne, jest doskonałe. Otóż przy typowaniu winowajców na pierwszy plan wysuwa się oczywiście zimny ruski czekista Putin. Po tym, jak Donald Tusk tyle razy mu się odgrażał, nie mówiąc już o panu marszałku Hołowni, mógł sobie pomyśleć: jak wy mi tak – to ja wam tak – i zobaczymy, jak będziecie się bujać. Skoro dla Naszego Najważniejszego Sojusznika sprokurowanie Cyklonu Genueńskiego nie przedstawia żadnych trudności, to dlaczego miałoby ono być niewykonalne dla zimnego ruskiego czekisty? Druga możliwość jest taka, że Cyklon Genueński jest reakcją Nieba na rozporządzenie feministry Nowackiej z vaginetu Donalda Tuska w sprawie ograniczenia nauki religii w rządowych szkołach. Pani Nowacka oczywiście będzie rezonować, że jako ateistka w żadne Niebo nie wierzy – ale przecież Cyklon G jakąś przyczynę musi mieć – więc niby dlaczego akurat nie taką? Czy nie powinna odzyskać przynajmniej odrobiny poczucia rzeczywistości, żeby swoim butnym rezonerstwem nie narażała obywateli na straty materialne, a premier Tuska – na ryzyko dalszej utraty popularności? I wreszcie możliwość trzecia – że jeszcze pod koniec lat 50-tych komuna zainaugurowała szeroko zakrojony program melioracji wodnych. W rezultacie wszystkie, czy prawie wszystkie, naturalne i sztuczne zbiorniki retencyjne zostały skasowane, a woda deszczowa z pól spływa bezpośrednio do strumieni i rzek, a następnie – do morza.

Na tę możliwość wskazuje wypowiedź ministry klimatu, pani Pauliny Hening-Kloski, jakoby wszystko było w jak najlepszym porządku, bo wprawdzie na południu jest powódź – ale za to, na północy kraju – susza – więc wszystko – jak mawiają gitowcy „gra i koliduje”.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Demolka państwa. Są przesłanki, by rząd Tuska został uznany za organizację przestępczą o charakterze zbrojnym i postawiony poza prawem.

Demolka państwa

13 września 2024 Stanisław Michalkiewicz:

prawy/Michalkiewicz-Demolka-panstwa

Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości co do tego, że premier Donald Tusk wykonuje zlecone mu przez Naszego Złotego Pana z Berlina zadanie zdemolowania państwa, by w ten sposób przygotować teren pod budowę Generalnego Gubernatorstwa, to chyba trzeba by mu narysować obrazek. Nie dość, że zrobił głupstwo “uchylając” swoją kontrasygnatę pod aktem nominacji sędziego Wesołowskiego do Sądu Najwyższego, to jeszcze na posiedzeniu Rady Ministrów oświadczył – co widziała cała Polska – że skoro nie ma narzędzi prawnych do reformowania państwa, to skorzysta z narzędzi pozaprawnych – znaczy – bezprawnych.

Tymczasem art. 7 konstytucji, w obronie której kicało całe towarzycho z rozmaitymi giertychami i “polskimi babciami”, a którą to konstytucję Kukuniek nosi obok Matki Boskiej nie tylko na koszuli, ale chyba i na kalesonach, stanowi, że organy władzy publicznej działają “na podstawie i w granicach prawa”. Wynika z tego, że nie można domniemywać kompetencji organu władzy publicznej, tylko na każdy swój krok musi ona mieć podstawę prawną i poruszać się w granicach tego upoważnienia.

Już mniejsza o to, że to “uchylenie” własnego podpisu na urzędowym akcie ośmiesza Polskę i naraża ją na kompromitację na arenie międzynarodowej – no bo czy teraz ktokolwiek podpisze z Donaldem Tuskiem jakąś międzynarodową umowę, jakiś traktat, skoro Donald Tusk “uchyla” swoje podpisy w wybranym przez siebie – albo przez kogoś innego – czasie? W dodatku decyzja premiera Tuska o “uchyleniu” swojego podpisu pod aktem państwowym rodzi bardzo niebezpieczny precedens, który może doprowadzić do poważnych perturbacji w obrocie prawnym. Art. 32 ust. 1 konstytucji stwierdza bowiem, że “wszyscy są wobec prawa równi”. Skoro tedy premierowi rządu wolno było “uchylić” swój podpis pod aktem państwowym, to na jakiej zasadzie mielibyśmy nie pozwalać obywatelom “uchylać” swoich podpisów na przykład na wekslach, czy umowach kredytowych?

Ale jeszcze gorsza i brzemienna w skutki jest jest deklaracja premiera Tuska, o której wspomniałem wyżej. Jeśli premier rządu otwartym tekstem mówi, że będzie posługiwał się środkami pozaprawnymi, czyli bezprawnymi, to znaczy, że jego rząd od tej chwili staje się zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym.

Zwróćmy uwagę, że art. 10 ust. 1 konstytucji stanowi, że ustrój III RP opiera się na “podziale i równowadze” władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej. Jak to jest realizowane w praktyce, to inna sprawa – tymczasem zarówno Donald Tusk, jak i członkowie jego rządu otwartym tekstem deklarują, że “nie uznają” Trybunału Konstytucyjnego, czy Sądu Najwyższego. Nawiasem mówiąc, nie do końca mówią szczerze, bo kiedy Sąd Najwyższy, a konkretnie – ta właśnie Izba, której rząd Donalda Tuska “nie uznaje” – stwierdziła ważność wyborów parlamentarnych 15 października ub. roku, to rząd tego orzeczenia nie zakwestionował – chociaż na dobry porządek – powinien.

Jak widzimy, nawet w tym, co deklaruje, nie jest konsekwentny, bo gdyby był konsekwentny, to powinien zakwestionować również orzeczenie SN o ważności wyborów. Gdyby je jednak zakwestionował, to podciąłby gałąź, na której siedzi – więc tu skwapliwie skorzystał z okazji, by siedzieć cicho. Skoro jednak wtedy “uznał”, to na jakiej zasadzie teraz “nie uznaje”? Dodajmy, że z uwagi na wspomnianą przez art. 10 konstytucji “równowagę” władz, rząd, jako jeden z dwóch organów władzy wykonawczej (bo drugim jest Prezydent), nie ma nic do gadania w kwestii “uznawania” lub “nieuznawania” innych władz państwowych. Ocena zdarzeń prawnych należy bowiem nie do władzy wykonawczej, tylko do władzy sądowniczej. Zatem jeśli rząd twierdzi, że “nie uznaje” Trybunału Konstytucyjnego, czy Sądu Najwyższego, dopuszcza się uzurpacji, a tym samym za jednym zamachem popełnia szereg przestępstw, bo nie tylko sam podważa porządek konstytucyjny, ale podżega do tego również inne osoby. Jak widzimy, są przesłanki, by rząd Donalda Tuska został uznany za organizację przestępczą o charakterze zbrojnym i postawiony poza prawem.

Niedawno w sprawie kontrasygnaty zabrał głos pan Adam Bodnar twierdząc, że premier Tusk “miał podstawę prawną” – ale nie bardzo potrafił ją wskazać. Chodziło mu o to, że dwóch sędziów SN złożyło, czy też miało złożyć skargę do NSA w sprawie nominacji sędziego Wesołowskiego do SN. Ale to, że ktoś złożył do sądu jakąś skargę, a zwłaszczza – jeśli “miał” ją złożyć – nie stwarza żadnej podstawy prawnej dla kogokolwiek, by “uchylił” swój podpis, a zwłaszcza – dla premiera rządu, który – zgodnie z brzmieniem art. 7 konstytucji – musi działać “na podstawie i w granicach prawa” – a nie na podstawie przypuszczeń pana Adama Bodnara. To, że ma on tytuł doktora habilitowanego, to nie znaczy, że ma rację. Józef Goebbels też miał tytuł doktora, ale to nie znaczy, że jakiekolwiek jego opinie miałyby być źródłami prawa, na podstawie którego miałby działać szef rządu Rzeczypospolitej Polskiej.

Pan minister Bodnar jest jednak na tyle spostrzegawczy, iż pewnie zdaje sobie sprawę, że jego opinia, jakoby złożenie przez kogoś skargi do sądu miało stanowić podstawę prawną dla “uchylenia” podpisu premiera pod aktem państwowym, nie jest warta funta kłaków, więc zaprosił do Polski towarzystwo, zwane “Komisją Wenecką” w nadziei, że jak ją nakarmi i spoi, to ona z wdzięczności dostarczy mu podkładki, która by go uwiarygodniała. Może tak będzie, ale warto zwrócić uwagę, że ta cała Komisja Wenecka nawet w systemie organów Unii Europejskiej nie ma żadnych uprawnień decyzyjnych, bo ma charakter “doradczy”. Więc nawet gdyby kanonizowała Donalda Tuska pod pretekstem heroicznego “uchylenia” swojego podpisu, to Niebo co najwyżej mogłoby wzruszyć na to ramionami.

Słowem – mamy do czynienia z zaplanowaną i postępującą demolką struktur państwowych i anarchizacją państwa, a to, że odbywa się ono pod pretekstem “przywracania praworządności”, niczego merytorycznie nie zmienia. Skutkiem tych działań będzie osłabienie I obezwładnienie państwa, podobne do tego jakie miało miejsce w wieku XVIII, czego następstwie były rozbiory.

W tej sytuacji musimy zapytać, co o tym wszystkim sądzi nasza niezwyciężona armia? Rota przysięgi wojskowej zobowiązuje żołnierzy, by “stali na straży konstytucji”, a rota ślubowania oficerskiego mówi o niezłomnym staniu na straży bezpieczeństwa narodu i państwa. Bez względu na to, czy zagraża mu Putin, czy zagraża mu zorganizowana grupa przestępcza o charakterze zbrojnym, która otwarcie zapowiada podejmowanie działań bezprawnych. Więc jakże będzie?

Stanisław Michalkiewicz

Nareszcie jakaś dobra wiadomość, jakiej nie dostaliśmy bodajże od XVIII wieku!

Stanisław Michalkiewicz: Dobra wiadomość magnapolonia/dobra-wiadomosc

Nareszcie jakaś dobra wiadomość, jakiej nie dostaliśmy bodajże od XVIII wieku! Jak wiadomo, w XVIII wieku nastąpiły rozbiory Polski, w następstwie których państwo przestało istnieć na 123 lata. Wskutek tego nasz mniej wartościowy naród tubylczy mógł nabrać nieusuwalnych kompleksów niższości wobec innych narodów, zwłaszcza tych, które w wieku XIX obrastały w piórka i albo podzieliły świat między siebie, albo – jak Niemcy – rozglądały się za jakimiś “Indiami”.

Jak wiemy, wybór Niemiec padł na Rosję, gdzie podczas I Wojny Światowej wybuchła rewolucja bolszewicka, która była najbardziej udaną operacją niemieckiego Sztabu Generalnego. I kto wie, jak wyglądałaby historia Europy, zwłaszcza Środkowo-Wschodniej, gdyby do wojny nie weszła Ameryka. Dzięki włączeniu się jej do zmagań, Niemcy zostały pokonane – ale już wkrótce podjęły kolejną próbę uzyskania w Europie hegemonii, co Adolfowi Hitlerowi w znacznym stopniu się udało.

Ale znowu do wojny włączyła się Ameryka, wskutek czego Hitler przegrał, a przy okazji USA doprowadziły do likwidacji Imperium Brytyjskiego, by zająć jego miejsce. W tych wszystkich wydarzeniach udział Polski był raczej marginalny, a często była ona nieświadomym niczego uczestnikiem podstawionym.  Zresztą w dzisiejszych czasach inaczej chyba nie można; o nowy podział świata rywalizują ze sobą mocarstwa, podczas gdy państwa drobniejszego płazu zadowalają się rolą wasali.

To zresztą nic strasznego, bo nawet będąc wasalem, można uprawiać politykę zgodną z własnym interesem państwowym, czego przykładem jest węgierski premier Wiktor Orban. Dlaczego nasi Umiłowani Przywódcy nie są w stanie wybić się choćby na taką samodzielność? Tajemnica to wielka, chociaż nie taka znowu wielka, jeśli odwołamy się do mojej ulubionej teorii spiskowej. Jak wiadomo, najtwardszym jądrem systemu komunistycznego była bezpieka.

Bezpieczniacy, to ludzie wprawdzie zdemoralizowani – bo żeby zostać bezpieczniakiem, wszystko jedno – za  komuny, czy za demokracji – trzeba charakteryzować się pewną perwersją intelektualną i moralną. Poza tym bezpieczniacy są ludźmi inteligentnymi i spostrzegawczymi, toteż kiedy u progu transformacji ustrojowej okazało się, że Sowieciarze będą się ewakuować z Europy Środkowej, bezpieczniacy zakręcili się wokół zapewnienia sobie polisy ubezpieczeniowej w nowych warunkach ustrojowych.

Nie ulegało wątpliwości, że jak tylko Sowieci się wycofają, to zaraz nastąpi odwrócenie sojuszy. Toteż bezpieczniacy przewerbowali się na służbę do naszych przyszłych sojuszników w słusznym przekonaniu, że oni zapewnią im ochronę.

A ponieważ w naszym nieszczęśliwym kraju dynamicznie rozwija się dziedziczenie pozycji społecznej: – dzieci aktorów zostają aktorami, dzieci piosenkarzy – piosenkarzami, a dzieci konfidentów – konfidentami – to uwarunkowania powstałe 30 lat temu, w epoce transformacji ustrojowej, reprodukują się w sposób prosty w kolejnych pokoleniach ubeckich dynastii.

To jest nasz główny problem polityczny – ale tego właśnie większość obywateli nie chce przyjąć do wiadomości, karmiąc się różnymi namiastkami, jakie co i rusz podsuwają im pod nos kręcące sceną polityczną naszego bantustanu stare kiejkuty.

Ot na przykład – jeśli przeciwnicy miesięcznic smoleńskich nie są agentami wynajętymi przez ABW – czego przecież wykluczyć się nie da – to muszą być wariatami, skoro leją się po mordach pod pretekstem, czy to Putin zamachnął się na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, czy też nikt się nie zamachnął, a prezydent – podobnie jak pozostałe 95 osób – zwyczajnie zginął w wypadku lotniczym. Jeśli zaś nie są wariatami, to muszą być ludźmi bardzo szczęśliwymi, skoro nie mają większych zmartwień.

Ale dość już tych dygresji, bo pora wyjaśnić, co to za dobra wiadomość, w dodatku taka, jakiej nie dostaliśmy bodaj od XVIII wieku? Mam oczywiście na myśli “debatę”, to znaczy – pyskówkę – między kandydującą na prezydenta USA z ramienia Partii Demokratycznej, wyszczekaną panią Kamalą Harris, a kandydatem na prezydenta z ramienia Partii Republikańskiej, krzykliwym Donaldem Trumpem.

Obydwie strony pyskówki próbowały udowodnić występującej w dwóch osobach tamtejszej pani red. Agnieszce Gozdyrze, że każdy z kandydatów jest tak głupi, że nie nadaje się na prezydenta USA. To nawet może być prawda – ale nie powinniśmy zapominać, że któryś z nich już w listopadzie prezydentem zostanie.

Oczywiście kandydat będzie wtedy taki sam, jak teraz  – i dlatego, kiedy już będzie prezydentem-elektem, przyjdą do niego generałowie z Pentagonu, wysocy rangą bezpieczniacy z CIA i FBI, Goldmany-Sachsy z Wall Street, wpływowi Żydowie z mediów i przemysłu rozrywkowego i zaczną mu przywracać poczucie rzeczywistości: “my tu, panie prezydencie (czy też “pani prezydent”) prowadzimy takie to a takie tajne operacje, w takim to a takim stopniu zaawansowania, więc żeby świat się nie zawalił, to trzeba będzie zrobić to, a potem tamto, a później – jeszcze owamto”.

I ulubieniec publiczności już wie, co przystoi mu czynić, więc to, co opowiada podczas tych pyskówek, nie ma albo żadnego, albo bardzo niewielkie znaczenie. Ale tego nie można głośno mówić, przeciwnie – głośno należy mówić, że od tego, kto taką pyskówkę wygra, świat albo się zawali, albo przeciwnie – przetrwa. Toteż teraz rozpoczęły się potępieńcze swary, kto pyskówkę wygrał.

Przypomina mi to jedno z opowiadań Stanisława Lema z “Cyberiady”, jak to dwie planety prowadziły wojnę. Trwała ona 10 lat, a potem jeszcze pięć, bo po pierwszych 10 latach nie było dokładnie wiadomo, kto wygrał. Więc chociaż zaangażowano specjalistów od “mowy ciała”, to okazało się, iż pani Kamala Harris wszystkiego nauczyła się na pamięć i dlatego trajkotała, jak nakręcona.

To nic nowego; u nas tę metodę stosowała pani red. Irena Dziedzic w audycji “Tele Echo”. Też kazała zaproszonym gościom uczyć się odpowiedzi na pamięć, a jeśli któryś na wizji zapomniał tekstu, to delikatnie go naprowadzała, aż odzyskał rytm. Zresztą – co tu wracać do “Tele Echa”, skoro wystarczy przypomnieć kandydującą na prezydenta w 2020 roku posągową panią Małgorzatę Kidawę-Błońską. Najwyraźniej miała ona dobrą pamięć, ale krótką, toteż stojący tuż za nią Wielce Czcigodny poseł Pupka scenicznym szeptem podpowiadał jej kolejne kwestie, które ona głośno powtarzała.

Jak widzimy, nasza demokracja niczym specjalnym nie różni się od demokracji amerykańskiej, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie spiżowe spostrzeżenia klasyka demokracji Józefa Stalina – na przykład, że ważniejszy od tego, kto głosuje, jest ten, kto liczy głosy. Czy z tym liczeniem w Ameryce jest tak samo, jak u nas, że z ogólnej liczby oddanych głosów wyciąga się pierwiastek kwadratowy, potem od uzyskanego wyniku odejmuje się roczną produkcję parasoli  i już od razu widać, kto wygrał, a kto przegrał?

Pod czarnym sztandarem anarchii

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    10 września 2024 michalkiewicz

Ciąża u człowieka trwa 9 miesięcy, no a potem wiadomo, że urodzi się dziecko, które kiedyś bywało albo dziewczynką, albo chłopczykiem. Wyjątkowa sytuacja miała miejsce tylko przy narodzinach syna cesarzowej Eugenii i Napoleona III. Po wyczerpującym porodzie uszczęśliwiony cesarz przypadł do żony, a ona zapytała go, czy to chłopiec. Nieco skołowany Napoleon III zaprzeczył. – A więc dziewczynka – domyśliła się Eugenia – ale Napoleon znowu zaprzeczył. – Więc co to jest? – krzyknęła zaniepokojona cesarzowa. W dzisiejszych czasach, gdy obłędne doktrynerstwo opętało i tak przecież słabe głowy mikrocefali, nie ma już pewności nawet w sprawach płciowych, więc zagłada może zagrozić ludzkości wcale nie z powodu zmian klimatycznych, tylko z całkiem innej przyczyny. „Jedynie wyjątkowo karny naród japoński zacisnąwszy zęby…” – pisze Stanisław Lem w książce „Doskonała próżnia”, gdzie opisuje m.in. sytuację, gdy ludzkość znalazła się na krawędzi zagłady.

Od powstania vaginetu Donalda Tuska mija właśnie 9 miesięcy, więc byłaby to właściwa pora na rozwiązanie, którego jednak jak nie widać, tak nie widać. Zamiast rządzenia mamy „rozliczenia”, czyli wojnę politycznych gangów, kierowanych przez dwóch starszych panów: Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska, któremu Jarosław Kaczyński na oczach całej Polski wykrzyczał w twarz: „Wiem jedno; jest pan niemieckim agentem!” – a Donald Tusk udał, że nie słyszy. Mówiąc między nami, cóż innego mógł zrobić, zwłaszcza, że przecież może to być prawda? Jeszcze na początku Volksdeutsche Partei i kolaborujący z nią niezależni dziennikarze z mediów głównego nurtu, używała jeszcze pretekstu w postaci „przywracania praworządności”.

Jednak po kilku spektakularnych chamskich pacyfikacjach, nie wierzy w to już nawet niezawisły sędzia pan Wojciech Hermeliński, który w przeszłości musiał wierzyć w rozmaite rzeczy. Może nie we „wszystko” – jak nieboszczyk Jacek Kuroń, w którego pogrzebie uczestniczyło duchowieństwo wszystkich możliwych wyznań. I oto pan sędzia Hermeliński, komentując decyzję PKW o zakwestionowaniu sprawozdania finansowego PiS, chlapnął, że PiS jest samo sobie winne, bo przecież ono przeforsowało upolitycznienie Państwowej Komisji Wyborczej. Co wynika z tego stwierdzenia? Że nawet pan sędzia Hermeliński nie wierzy w to, iż decyzja PKW była bezstronna. Jako, że coś tam przecież musi wiedzieć, to chyba wie, że to fragment operacji podcinania przez ekspozyturę Stronnictwa Pruskiego finansowych podstaw egzystencji ekspozyturze Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego. Najwyraźniej BND, po podmiance na pozycji lidera sceny politycznej, przeprowadzonej w roku 2015, już nie chce ryzykować. Nakazała pójść za ciosem i profilaktycznie wyeliminować ekspozyturę Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego, co Donald Tusk i Volksdeutsche Partei w podskokach realizuje.

Dzięki temu, nawet jeśli tegoroczne wybory w USA wygrałby Donald Trump, to jest szansa, że ewentualną ekspozyturę Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego trzeba będzie budować od podstaw. Tymczasem Niemcy pod przewodnictwem AfD będą miały do czynienia z państwem obezwładnionym anarchią, dzięki czemu trudne dzisiaj do wyobrażenia dokończenie procesu zjednoczenia Niemiec objawi się jako oczywista oczywistość. Można to przewidzieć już dzisiaj i jedyna niewiadoma, to ta, czy granica między zjednoczonymi ostatecznie Niemcami, a „Indiami” – w jakie zostanie przekształcony obszar między Wisłą a Dnieprem – będzie przebiegała wzdłuż linii z 1914 roku, czy wzdłuż linii z roku 1937. Oczywiście tereny na wschód od tej linii nie będą nazywały się „Indiami”, tylko na przykład – Ukropolinem – ale jak zwał, tak zwał; każdy będzie wiedział, że chodzi o Generalną Gubernię. A jak nie skapuje normalnie, to pierwszorzędni fachowcy już znajdą sposoby, by mu to uświadomić.

Jak zatem podejrzewam, pan sędzia Hermeliński nie ma wątpliwości, że Volksdeutsche Partei wykorzystała głupstwo strzelone przez PiS, by przy pomocy uplasowanych w PKW swoich kolaborantów, wyeliminować konkurencję, zgodnie z wytycznymi BND. W przeciwnym razie pani Vera Jurova, co to też z niejednego komina wygartywała, natychmiast podniosłaby larum z powodu polityki faktów dokonanych w delikatnej niczym macica perłowa strukturze wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem skwapliwie korzysta z okazji, by siedzieć cicho, kamuflując swoje podporządkowanie dyrektywom niemieckiej centrali chwalebnym unikaniem wtrącania się w polskie sprawy wewnętrzne. Nie przeszkadza jej na przykład to, że pani Nowacka Barbara, feministra w vaginecie Donalda Tuska od edukacji , na uwagę, iż Trybunał Konstytucyjny postanowił wstrzymać wykonanie wydanego przez nią rozporządzenia, oświadcza, że ona tego postanowienia „nie uznaje”, podobnie jak całego Trybunału. Tymczasem konstytucja, którą Kukuniek podobno nosi nie tylko na koszuli, ale i na kalesonach, proklamuje trójpodział władz, według którego ocena zdarzeń prawnych należy do władzy sądowniczej, a nie do feminister z vaginetu, które reprezentują władzę wykonawczą.

Cóż w tej sytuacji, wytworzonej przez wojnę politycznych gangów ma zrobić zwykły obywatel? „Z własnego prawa bierz nadania” – nawoływała rewolucyjna piosenka, bardzo w swoim czasie popularna, zwłaszcza w kręgach lewicowo-piekielnych. Jestem pewien, że pani Nowacka Barbara, która rewolucyjne idee musiała wyssać z wiadomym mlekiem, to wezwanie sobie przypomniała i uznała, że może mocą własnej decyzji nie uznawać innych organów państwa. Zresztą nie ona jedna, bo słyszymy, że pani Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego „siłowo” przejęła brużdżącą jej wcześniej Izbę Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Wprawdzie „starzy” sędziowie, których powyznaczał jeszcze pan generał Czesław Kiszczak, „nie przyjmują tego do wiadomości” – ale co zrobią, jeśli pani prezes Manowska, naśladując pana pułkownika Sienkiewicza, wprowadzi do Sądu Najwyższego silne kobiety z ulicy Brzeskiej na Pradze, co to potrafią spuścić krew z nosa, a nawet zdjąć kalesony nie takim dygnitarzom?

Skoro tedy konstytucja proklamuje równość obywateli wobec prawa niezależnie od stanowiska I pozycji społecznej, to w imię czego obywatele mieliby posłusznie uznawać władzę tych wszystkich uczestników organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym, a jaką na naszych oczach, na skutek wojny gangów przekształca się III Rzeczpospolita – na co zwraca nam uwagę pan sędzia Wojciech Hermeliński? Dlaczego mieliby na przykład finansować tę wojnę z własnych podatków?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Od teorii do praktyki

Stanisław Michalkiewicz: Od teorii do praktyki 

Co to jest państwo? Ma ono bardzo liczne cechy i właściwości, spod których trudno jest wydłubać jego najtwardsze jądro. Spróbujmy jednak eliminować jedną po drugiej, cechy i właściwości państwa, bez których pozostaje ono nadal państwem. W ten sposób dotrzemy do najtwardszego jądra państwa,  którego wyeliminować już nie możemy, bo bez niego państwo przestaje istnieć. Tym najtwardszym jądrem jest przemoc. Państwo bez przemocy nie istnieje, przeciwnie – to właśnie ona jest treścią istnienia państwa, które jest monopolem na przemoc.

Jak charakteryzuje to poeta: “Ale ty wyjść nie możesz. Tobie by wyjść nie dali. Bo za drzwiami jest siła. Potęga z żelaza i stali. Kiedy tak drżysz zajączku u stóp mistycznej drabiny, za drzwiami stoją ludzie mający karabiny”. Warto zwrócić uwagę, że gdyby tych ludzi z karabinami zabrakło, “mistyczna drabina” zawaliłaby się w jednej chwili.

Jako monopol na przemoc, państwo jest najgroźniejszą organizacją przestępczą o charakterze zbrojnym. Wielu autorów wskazuje, że dopuszcza się ono – i to w dodatku, jako swoich działań rutynowych – wszystkich  przestępstw, wyliczonych w kodeksach karnych.

Dlaczego zatem  traktujemy państwo nie tylko jako coś zwyczajnego, ale nawet – jako coś pożytecznego? Dlaczego tolerujemy tę przestępczą organizację od strony moralnej? Dlatego, że przemoc, będącą przedmiotem państwowego monopolu, może być używana w służbie sprawiedliwości – i nawet niekiedy tak bywa – chociaż “rzadkość to wielka i obrosła mitem”.

Od czego zależy, od jakiej okoliczności, czy przemoc, będąca przedmiotem państwowego monopolu, jest używana w służbie sprawiedliwości? Myślę, że zależy to od ogólnego poziomu etycznego społeczności zorganizowanej w państwo. Na przykład kiedy rewolucja francuska, w której instynkty motłochu zostały podniesione do rangi cnoty, na skalę masową użyła przemocy dla eliminacji konkurujących z motłochem grup społecznych, ogólny poziom etyczny gwałtownie sie obniżył.

Podobny, a chyba nawet głębszy proces miał miejsce podczas rewolucji bolszewickiej we wszystkich jej odmianach. Przemoc przestała służyć sprawiedliwości, bo została wprzęgnięta w służbę rabunku i zbrodni.

Spójrzmy z tego punktu widzenia na naszą społeczność, obecnie zorganizowaną w państwo pod nazwą “III Rzeczpospolita”. O ile w wieku XIX etyczny poziom tej społeczności był stosunkowo wysoki, o tyle w ramach upływu czasu stopniowo się obniżał. Niektórzy przypisują to demokratyzacji tej społeczności. Coś może być na rzeczy, bo w miarę postępów demokratyzacji  ogólny poziom etyczny naszej społeczności systematycznie się obniżał, aż doszło do tego, że pod pewnymi względami zaczęła ona przypominać społeczność sowiecką.

Pewnym hamulcem tego ześlizgu było chrześcijaństwo, którego za komuny całkiem wyeliminować się nie udało. Czas na to przyszedł dopiero teraz, kiedy to wspólnymi wysiłkiem Judenratu “Gazety Wyborczej” i innych promotorów komunistycznej rewolucji, niektóre segmenty naszej społeczności zaczynają przypominać stada anonimowe.

 Toteż trudno się dziwić, że w obliczu tak głębokiego obniżenia się poziomu etycznego naszego społeczeństwa, polityka państwa zdegenerowała się do wojny gangów, które walczą już tylko o dostęp do żerowiska, czyli – do zasobów obywateli. Pociąga to za sobą daleko idące skutki również dla środowisk tworzących aparat państwowy.

Po II Wojnie Światowej wielu mądrali zastanawiało się nad fenomenem hitlerowców, którzy gotowi byli na wszystko i nigdy nie zadrżała im ręka. Szkoda, że z taką samą gorliwością nie zajęli się funkcjonariuszami komunistycznego aparatu państwowego, którzy też zdolni byli do wszystkiego.

Szkoda – bo ten aparat bowiem otrzymaliśmy w spadku. Charakteryzuje się on tym, że dla miłego grosza zrobi wszystko, czego od niego zażądają, zwłaszcza gdy to “wszystko”, czyli rewolucyjna praktyka, zostanie okraszona jakąś rewolucyjną teorią. Wtedy wszyscy pławią się w pierwotnej niewinności, chociaż oczywiście zbrodnie obiektywnie pozostają zbrodniami.

Na to wszystko nakłada się agenturalne uzależnienie administratorów naszego państwa od państw trzecich. I właśnie w dniach ostatnich dostarczyli nam oni znakomitego przykładu zarówno tego uzależnienia, jak i jego przełożenia na działania funkcjonariuszy aparatu państwowego. Jak wiadomo, po tym, gdy w marcu ub. roku amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za dobre sprawowanie, pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, w ten nowej kombinacji Polsce przypadła rola Generalnego Gubernatorstwa, prawdopodobnie terytorialnie opiłowanego.

Toteż oczyma duszy widzę, jak Donald Tusk podniósł słuchawkę telefonu, z której usłyszał następujący komunikat: “wiecie, rozumiecie, Tusk. Zróbcie wy mi tu porządek z tym całym Marszem Niepodległości! Kto to widział, żeby w Generalnej Guberni Untermensche urządzały sobie takie marsze. W przeciwnym razie będzie z wami brzydka sprawa: wyrwę ręce i wstawię patyki. Zrozumiano?” – a premier Tusk w odpowiedzi wyjąkał: rad staratsia, jawohl Obersturmbannfuhrer – a następnie chwycił za telefon i zadzwonił do pana ministra Adama Bodnara: wiecie, rozumiecie, Bodnar; podkręćcie wy mi tu tych swoich bodnarowców, niech tych wszystkich organizatorów Marszu Niepodległości zneutralizują, a potem – niech ich zaciągną przed niezawisłe sądy, co to powinność swej służby zrozumieją.

I tak się właśnie stało, to znaczy – bodnarowcy ryszyli do akcji, a w niezawisłych sądach też zapanowało zrozumiałe poruszenie, bo wiadomo, że takich spraw byle chmyzowi się nie powierza.

Jak widzimy, funkcjonariusze państwowi za pieniądze zrobią dosłownie wszystko, czego zażądają od nich nasi panowie gangsterzy. Pod tym względem nic się nie zmieniło od czasów stalinowskich i jeszcze trochę kryzysu, a zobaczymy recydywę w całej straszliwej postaci, z dołami z wapnem włącznie. Wprawdzie ten cały Marsz Niepodległości, to – powiedzmy sobie szczerze – impreza całkowicie nieszkodliwa, bo jest on serwowany ZAMIAST niepodległości – ale widocznie w Berlinie doszli do wniosku, że lepiej dmuchać na zimne, niż się poparzyć.

W tej sytuacji tylko patrzeć, jak zostanie utworzony w Polsce Legion Ukraiński. Nie za duży, bo po co przesadzać – ale taki, żeby potrafił urządzić mniej wartościowemu narodowi tubylczemu wołynkę, dzięki której zostaną zastosowane procedury przewidziane  w ustawie nr 1066, która cały czas obowiązuje, bez względu na to, który gang administruje państwem.

Przywódcy, Sojusznicy i Jabłoneczka

5 września 2024 Stanisław Michalkiewicz Michalkiewicz-Przywodcy-Sojusznicy-i-Jabloneczka

Nie ulega wątpliwości [jak mawiała stara niania], że proces oczyszczania terenów Polski pod Generalne Gubernatorstwo nabiera przyspieszenia.

Kiedy ślamazarne i groteskowe postępowania przez sejmowymi komisjami śledczymi nie przynosiły żadnych rezultatów, kiedy “bull-terrier” Donalda Tuska, czyli pan mecenas Roman Giertych – ma się rozumieć, “Wielce Czcigodny” – w towarzystwie czasowo odciętych od stryczka, podobnie zresztą, jak i on  – “sygnalistów”, co to powiedzą i podpiszą wszystko, co każą im powiedzieć i podpisać bodnarowcy, dostarczał jakichś pojedynczych oskarżeń, centrala BND najwyraźniej zniecierpliwiona, nakazała Donaldu Tusku przyspieszyć “rozliczenia” hurtowo. Toteż Państwowa Komisja Wyborcza w ramach koordynacji dostała zadanie  podcięcia PiS-owi finansowych korzeni egzystencji. Początkowo naiwnie myślałem, że PKW rzeczywiście natrafiła na jakieś malwersacje, ale szczęśliwie wyprowadził mnie z błędu pan sędzia Wojciech Hermeliński. Dał on do zrozumienia, że tak naprawdę nie chodzi o żadne malwersacje, chociaż oczywiście nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara – tylko PiS najpierw posiał wiatr, a teraz zbiera burzę.

Chodziło o to, że w swoim czasie PiS, najwyraźniej przekonane o trwałości amerykańskiej protekcji, nawiasem mówiąc, drogo przez Polskę opłacanej, w 2018 roku przeforsowało wybór 7 członków PKW przez Sejm. No i wybrani w 2023 roku nowi członkowie PKW przesądzili o odrzuceniu sprawozdania finansowego PiS. Gdyby po staremu zasiadali tam tylko niezawiśli sędziowie, to wszystko zakończyłoby się wesołym oberkiem, chociaż pan prof. Ryszard Balicki z obecnej PKW twierdzi, że działania PiS w kampanii w 2023 roku nie mogłyby pozostać bez reakcji bez względu na skład PKW, ale – powiedzmy sobie szczerze – co ma mówić? Pan sędzia Hermeliński to co innego; nie jest już przewodniczącym PKW, więc może pozwolić sobie na luksus szczerości. 

   A wszystko to dlatego, że PiS postawiło wszystko na Amerykanów. Tymczasem łaska pańska na pstrym koniu jeździ i – jak już dzisiaj wiemy – w marcu ub. roku amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za dobre sprawowanie – a kto wie, czy również nie za rekompensatę za wysadzenie bałtyckich gazociągów – pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, Niemcy przeprowadziły podmiankę na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, tak samo, jak USA, które taką podmiankę przeprowadziły w roku 2015. Gdyby zarzuty, kierowane pod adresem PiS przez Volksdeutsche Partei Donalda Tuska, że partia Jarosława Kaczyńskiego tak naprawdę jest ruską agenturą, były przynajmniej częściowo prawdziwe, to przeprowadzenie przez Niemcy takiej podmianki mogłoby być znacznie trudniejsze, a poza tym Polska nie musiałaby przez całe lata udostępniać Ukrainie za darmo zasobów całego państwa, wskutek czego nie tylko jest objęta procedurą nadmiernego deficytu przez UE, ale w dodatku deficyt przewidziany na rok 2025 w projekcie ustawy budżetowej jest rekordowy, na poziomie 290 mld złotych. Niestety te oskarżenia nie są prawdziwe. Niestety, bo – jak widzimy- bezkrytyczne stawianie tylko na jednego Sojusznika, wprowadza jeśli nie całe państwo, to w każdym razie  ekipę, która takie głupstwo robi, w sytuację bezalternatywną, to znaczy taką, w której inicjatywa należy do wspomnianego Sojusznika, który w dodatku nie wiadomo, co  zrobi. A tacy właśnie są Amerykanie – o czym mogliśmy przekonać się nie tylko w Wietnamie, ale również – w Iraku, Afganistanie i innych państwach sojuszniczych – no a teraz – również w Polsce. 

   Ale nie bez kozery Franciszek książę de La Rochefoucauld twierdził, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.  Mimo, że katastrofalne skutki podporządkowania się jednemu Sojusznikowi wychodzą właśnie na jaw, Volksdeutsche Partei jakby nie przyjmowała tego wszystkiego do wiadomości i z duszą i ciałem oddaje się Niemcom, w podskokach realizując ich polecenia, zmierzające do niwelacji terenu III Rzeczypospolitej pod zainstalowanie na jej miejsce Generalnego Gubernatorstwa.  Ponieważ nadal nie wiadomo, komu amerykańska ulica powierzy stanowisko prezydenta w listopadowych wyborach, Niemcy przestają już zachowywać jakiekolwiek pozory, co przychodzi im tym łatwiej, że fakty dokonane forsują polscy tubylcy z Volksdeutsche Partei Donalda Tuska, który z kolei w brudnej robocie posługuje się panem Bodnarem i jego bodnarowcami – a jednych i drugich Niemcy w razie potrzeby będą mogli spuścić z wodą, więc dlaczego  miałyby się hamować? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby nawet urządziły im na koniec coś w rodzaju procesu norymberskiego, żeby pokazać, że w IV Rzeszy praworządność jest uber alles. 

   Wszystko jednak może rozstrzygnąć się w całkiem innych kategoriach, zwłaszcza gdyby w Ameryce jednak coś poszło nie tak, to znaczy – nie po myśli Berlina. Czyż nie na taką właśnie ewentualność Judenrat “Gazety Wyborczej” ogłasza z przytupem odkrycie pani Anny Applebaum, naszej Jabłoneczki, małżonki Księcia Małżonka?. Odkrycie polega na tym, że “skrajna prawica” w Polsce jest “dziełem Rosji i Zachodu”. Najwyraźniej naszej Jabłoneczce nie może pomieścić się w główce, że nasz mniej wartościowy naród tubylczy, mógłby wydać z siebie “skrajną prawicę” bez ruskiej, czy niemieckiej pomocy, tylko własnymi siłami. Domyślam się w tym stanowisku nie tylko żydowskiej  pogardy dla głupich gojów, ale również – anglosaskiego i niemieckiego poczucia wyższości  wobec mniej wartościowych narodów środkowo-europejskich, które owszem – można, a nawet należy wydymać, bądź nawet eksterminować – ale Boże broń nie dopuszczać do konfidencji. 

   Ale nie tylko o to chodzi, chociaż co nam szkodzi zauważyć również i to? Ta opinia to rodzaj “razwiedki bojóm” [pазведки боём], rozpoznania walką, na ile oskarżenia “skrajnej prawicy” w Polsce – cokolwiek by to miało oznaczać – o ruską inspirację, a może nawet – agenturę – mogą być przydatne dla nowej administracji amerykańskiej, jaka wyłoni się nie tylko po listopadowych wyborach, ale i po spotkaniach prezydenta-elekta z ważnymi generałami z Pentagonu, wysokimi rangą bezpieczniakami z CIA i FBI, z Goldmanami-Sachsami z Wall Street i wpływowymi Żydami z mediów oraz przemysłu rozrywkowego, którzy prezydentowi-elektowi będą przywracali poczucie rzeczywistości informacjami, że my tu, panie prezydencie, prowadzimy takie to a takie tajne operacje o takim to a takim stopniu zaawansowania, więc żeby świat się nie zawalił, to trzeba będzie zrobić to, potem jeszcze tamto, a później – nawet owamto. 

Stanisław Michalkiewicz

Italski łącznik – antykorupcyjny

Italski łącznik antykorupcyjny

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    3 września 2024 jak/w/italii

Na Placu Katedralnym w Pistoi, we włoskiej Toskanii, wszystkie ważne gmachy stoją albo obok, albo naprzeciw siebie. Obok katedry, przed którą stoi wykładane marmurem baptysterium, jest ratusz, naprzeciw niego – niezawisły sąd. Z drugiej strony katedry mamy dawną rezydencję biskupa w której mieściła się również apteka, a po przeciwnej stronie – oczywiście bank. Plac jest bardzo ładny, podobno jeden z najładniejszych we Włoszech, gdzie ładnych placów – jak wiadomo – jest bez liku, a w dodatku urządzane są tam gonitwy konne. Powierzchnia zostaje wysypana grubą warstwą piasku, który po zakończeniu gonitwy jest uprzątany i znowu są tam tylko kamienne płyty.

Może nie opisywałbym tego placu w Pistoi, gdyby nie tak zwane „rozliczenia”, na których vaginet Donalda Tuska koncentruje swoją aktywność, najwyraźniej nie mając żadnego pomysłu na państwo. Pani Barbara Nowacka, której z jakichś zagadkowych powodów Donald Tusk w swoim vaginecie powierzył fuchę feministry od edukacji, właśnie osiągnęła próg niekompetencji w sprawie podręczników szkolnych, co nieubłaganym palcem wytyka jej nawet „Newsweek”, z zasady Donaldu Tusku życzliwy, a ona – jak ot ona – stara się zrzucić winę za własne bałaganiarstwo na wydawców podręczników.

Ale z komuną tak właśnie jest. Młodsi tego już nie pamiętają i dlatego dają się „lewicom” nabierać na piękne słówka, ale starsze pokolenie doskonale pamięta, że partia, która o wszystkim chciała decydować, nawet o tym, kto, gdzie i kiedy ma chodzić za potrzebą, nigdy nie była niczemu winna. Zawsze winni byli albo imperialiści, albo reakcja, albo wreszcie klimat, z powodu którego na ludową ojczyznę corocznie zwalały się dwie klęski i cztery kataklizmy. Pierwszą klęską była klęska nieurodzaju. Drugą – klęska urodzaju – zaś nasz nieszczęśliwy kraj corocznie nawiedzały ponadto cztery kataklizmy w postaci wiosny, lata, jesieni i zimy. Partia nic nie mogła na to poradzić, więc – podobnie jak teraz vaginet Donalda Tuska – urządzała rozmaite „igrzyska”, głównie w postaci piętnowania wrogów ludu pracującego miast i wsi, jak nie w postaci „reakcji”, to w postaci „kolesi”, których nieubłaganym palcem wytykał pułkownik Wiesław Górnicki, a wreszcie „warchołów”, przeciwko którym Edward Gierek kazał spędzać na stadiony lud pracujący miast i wsi, żeby pod przewodem partii, która w międzyczasie wpisała sobie do konstytucji „przewodnią rolę w budowie socjalizmu”, dawał „warchołom” tak zwany „odpór”.

Tylko patrzeć, jak Donald Tusk, dążąc do ukrycia bezradności swojego vaginetu wobec rzeczywistych problemów państwa, zacznie urządzać podobne spędy. Na razie trwają stosowne przygotowania z udziałem m.in. Wielce Czcigodnego Romana Giertycha, który został poszczuty na ojca Tadeusza Rydzyka. Nieubłaganym palcem wytyka mu „łamanie konkordatu” i inne sprośne błędy Niebu obrzydłe, najwyraźniej zapominając, że to właśnie ojciec Tadeusz Rydzyk zrobił niego człowieka, organizując mu Ligę Polskich Rodzin, dzięki której Wielce Czcigodny, z przywódcy grona młodych drapichrustów, awansował na wicepremiera rządu. Taka krótka pamięć zirytowała nawet życzliwych wobec Donalda Tuska dziennikarzy niemieckiego portalu „Onet”, który opublikowali stare fotografie, m.in. taką, na której pan Roman Giertych, w geście wdzięczności, końskim obyczajem kładzie łeb na ramieniu ojca dyrektora.

Więc, jak wspomniałem, może nie opisywałbym tego całego placu w Pistoi, gdyby nie te wszystkie „rozliczenia”, w których Donald Tusk, z braku lepszych pomysłów na państwo, wykazuje taką zapamiętałość, niczym nieboszczyk Jacek Kuroń do wódki. Jest bowiem na tym placu szczegół pokazujący, że już dawno, może nawet w Średniowieczu, które moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, szczęśliwie odstawiona z Ministerstwa Kultury do luksusowego przytułku dla „byłych ludzi” i rozmaitych niewydarzeńców w Parlamencie Europejskim, uważa za „ciemne”.

Tymczasem, w odróżnieniu od czasów dzisiejszych, gdzie aż roi się od osobników zadowolonych ze swego rozumu, w tamtych zamierzchłych czasach wiedziano, że lepiej jest zapobiegać, niż karać. Nikomu chyba nie przyszedłby wtedy do głowy pomysł ś.p. Ludwika Dorna, „trzeciego bliźniaka” braci Kaczyńskich, który zaproponował i ustawowo przeforsował pomysł finansowania partii politycznych z budżetu, bo w przeciwnym razie będą się korumpowały. Wprawdzie Volksdeutsche Partei Donalda Tuska oficjalnie zieje nienawiścią do PiS, a już zwłaszcza – do Zbigniewa Ziobry – ale pomysł finansowania partii politycznych z podatkowych pieniędzy szalenie się jej spodobał, podobnie jak wynaleziony przez ministra Ziobrę słynny „areszt wydobywczy”, do którego „bull-terrier” Donalda Tuska, czyli Wielce Czcigodny Roman Giertych ma zagonić wszystkich przeciwników Volksdeutsche Partei, a kiedy już tego dokona – pewnie również i on zostanie tam wtrącony, wzorem swoich wielkich poprzedników w osobie m.in. Mikołaja Jeżowa.

Okazuje się, że rajcy miejscy w Pistoi na czas urzędowania byli zamknięci w ratuszu, niczym w czasie epidemii zbrodniczego koronawirusa. Żeby jednak ich dusze nie doznały z tego powodu uszczerbku, między ratuszem a katedrą, na wysokości kilku pięter, zbudowany został łącznik, przez który rajcy mogli przejść do katedry by wysłuchać nabożeństwa, jednocześnie unikając wszelkiej okazji do korupcji. Teraz o dusze nikt specjalnie się nie troszczy, czemu trudno się dziwić, jako, że wielu ludzi, na przykład Aleksander Kwaśniewski, a nie jestem pewien, czy przypadkiem również i moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus twierdzi, że żadnej duszy nie ma. Kiedy tak mówią, to ja nawet im wierzę, bo któż może takie rzeczy wiedzieć lepiej od nich, a poza tym, wystarczy na nich popatrzeć, żeby nabrać co do tego wątpliwości. [hmmm.. może pewności? md ]

Nic tedy dziwnego, że dzisiaj wielu ludziom nie mieści się w głowach, że walka z korupcją powinna polegać na likwidowaniu okazji do korumpowania – co rozumiano już w średniowiecznych Włoszech – a nie na mnożeniu okazji, urządzaniu aresztów wydobywczych, organizowaniu band bodnarowców, wynajmowaniu na „bull-terriera” Wielce Czcigodnego Romana Giertycha, który zresztą – jak się okazuje – wcale nie został odcięty od stryczka w sprawie „Polnordu”, z którego – według fałszywych pogłosek – miał sprywatyzować sobie prawie 100 mln złotych. A dlaczego? A dlatego, że kolejne rządy, jeden po drugim mnożyły okazje do korupcji, a potem organizowały specjalne bezpieczniackie watahy i urządzały areszty wydobywcze, markując w ten sposób swój aktywizm i spierając się o różnicę łajdactwa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

——————–

Iluż wielkich działaczów wyjrzało z rozporka. Czyżby „Polska przyszłości”?

Ambitny program się załamuje

Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    1 września 2024 michalkiewicz

Jeśli ktokolwiek jeszcze miał wątpliwości, czy Volksdeutsche Partei Donalda Tuska i jej działacze („iluż wielkich działaczów wyjrzało z rozporka” – zastanawiał się poeta), ma jakiś pomysł na państwo, to po ostatnim Campusie „Polska przyszłości”, musiał się ich wyzbyć. Jak wskazuje nazwa tej cyklicznej imprezy, organizowanej przez prezydenta Warszawy, pana Rafała Trzaskowskiego za pieniądze Fundacji Adenauera, ambicją organizatorów jest ukazanie jakiejś wizji przyszłości Polski. Nawiasem mówiąc, ta Fundacja Adenauera, to rodzaj listka figowego – a jak głosi popularna opinia, nie ma większego rozczarowania, kiedy po uchyleniu listka figowego, zobaczy się pod spodem figę. Chodzi o to, że według sprawozdania finansowego tej Fundacji, 95 procent środków, którymi ona dysponuje i przeznacza między innymi na finansowanie spędów urządzanych przez pana prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, pochodzi z subwencji rządu Republiki Federalnej Niemiec. Oczywiście na pieniądzach nie jest napisane, że pochodzą z niemieckiej centrali wywiadowczej BND – ale też nie jest napisane, że stamtąd nie pochodzą – więc wszystko jest możliwe. Nie to jest jednak najbardziej istotne, chociaż warto się zastanowić i nad tym, dlaczego rząd RFN drenuje swoich podatników, żeby panu prezydentowi Trzaskowskiemu sfinansować te wszystkie „campusy”, ale na razie rzućmy na to zasłonę litości.

Chodzi bowiem o to, że na tym całym Campusie został zaprezentowany prawdziwy program vaginetu Donalda Tuska. Zebrana tam młodzież przedstawiła bowiem prawdziwy program rządu w postaci piosenki, w której jak refren powtarzała się fraza, żeby „J…ć PiS!” Z jednej strony jest to program bardzo uproszczony, z którego w dodatku nie wynikają żadne widocznie korzyści dla polskiego państwa, ale z drugiej – nie można powiedzieć, żeby był to program mało ambitny. Rzecz w tym, że PiS to całkiem spora partia, licząca wiele tysięcy, a z sympatykami może nawet wiele milionów członków. Żeby tedy wszystkich wy….ć, trzeba się bardzo postarać – a nie wiadomo, czy młodzi ludzie, którzy pod batutą pana ministra Nitrasa dali wyraz swoim pragnieniom, przypadkiem nie przeceniają swoich w tym zakresie możliwości. Ciekawe, czy przed Campusem skonsultowali się z jakimiś doświadczonymi jebakami, czy też po staremu tylko mierzą siły na zamiary?

Nie jest to wcale takie oczywiste, bo już wcześniej z podobnym programem wystąpiła pani profesor Inga Iwasiów, nauczająca na Uniwersytecie Szczecińskim swoich studentów literatury. Habilitowała się ona z prozy Leopolda Tyrmanda, który w „Dzienniku 1954” rzeczywiście opisywał różne bliskie spotkania III stopnia z damami i to nie tylko wprowadzanymi przezeń w tak zwane „życie” panienkami, ale również – z damami doświadczonymi, w rodzaju pani Nuny, z którymi skrupulatnie przestrzegał form towarzyskich: „pani pozwoli” – i tak dalej. Jakie są praktyczne doświadczenia w tej dziedzinie pani prof. Ingi Iwasiów – tego, ma się rozumieć, nie wiem – ale na podstawie fotografii wykonanej przez panią Agatę Zbylut odnoszę wrażenie, że te sprawy zna ona raczej z literatury. Nic więc dziwnego, że formułuje programy polityczne trudno wykonalne, które ludzie młodzi – jak to młodzi – traktują jako propozycje do realizacji.

W tej sytuacji hasło rzucone przez młodzież zwabioną na Campus „Polska Przyszłości” przez pana prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego i pana ministra Nitrasa spotkało się z rozmaitymi wątpliwościami, a nawet z krytyką. Bardzo możliwe, że pod wpływem tych krytycznych głosów zarówno pan Trzaskowski, jak i pan minister Nitras trochę się zreflektowali i oceniając bardziej realistycznie swoje możliwości, zaczęli się z tego ambitnego programu wycofywać. Czym innym jest bowiem penetrowanie torebek damskich, pozostawionych przez posłanki na sali plenarnej Sejmu – z czego w swoim czasie zasłynął pan Sławomir Nitras – a czym innym – peneracja w sensie dosłownym, a ramach bliskich spotkań III stopnia, w dodatku nie tylko z damami, ale i z działaczami PiS, co to z niejednego rozporka wyglądali.

Tymczasem, ku powszechnemu zaskoczeniu, Donald Tusk wcale się od tego ambitnego programu nie odciął, chociaż i on skomentował tę inicjatywę wymijająco, cytując piosenkę Jerzego Stuhra, że „śpiewać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej”, a w ogóle to „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. Ciekawe, skąd Donald Tusk może wiedzieć takie rzeczy, skoro wcześniej nie było słychać, żeby – w odróżnieniu od pana Stefana Niesiołowskiego, któremu fałszywe pogłoski przypisywały jakieś korupcyjne doświadczenia z damami („A Kostuś z pyskatą żonaty jest flądrą i romans ma z tkaczką z Pabianic” – głosił mową wiązaną dedykowany właśnie jemu poemat „Pan Karol i Kostuś”, autorstwa Janusza Szpotańskiego) – był bohaterem jakichś skandali obyczajowych. Finansowe, w rodzaju Amber Gold, to przecież zupełnie co innego.

Jaka w tej sytuacji będzie „Polska Przyszłości” – tego nie wiemy – bo widać, że ambitny program Volksdeutsche Partei na naszych oczach się właśnie załamuje i kto wie, czy w tej sytuacji Donald Tusk nie zostanie upokorzony przez samą Reichsfuhrerin Urszulę von der Leyen, która może upodobać sobie w kimś bardziej jednak jurnym, niechby nawet i w panu ministrze Nitrasie, który przynajmniej dobrze chciał? Ja wiem, że byłaby to ilustracja porzekadła, że „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, ale któż może przewidzieć, co zrobi rozczarowana kobieta?

Jak pisał Karol Olgierd Borhardt, jeśli ktoś chce przez życie przejść spokojnie, to powinien unikać irytowania trojga osób: kobiety, kucharza i człowieka z nożem. Tymczasem w obliczu rozporządzenia feministry od edukacji w vaginecie Donalda Tuska, Wielce Czcigodnej Barbary Nowackiej, od nowego roku szkolnego liczba lekcji religii w rządowych szkołach ma się radykalnie zmniejszyć, co podcina finansowe podstawy egzystencji nie tylko świeckich katechetów, ale i wielu księży z niewielkich parafii *), których głównym źródłem dochodu jest pensja nauczycielska.

W związku z tym Episkopat zwrócił się o pani prezes SN Manowskiej, by wniosła stosowną skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Chodzi o to, że w myśl konkordatu, wszelkie zmiany w zakresie nauczania religii powinny dokonywać się w porozumieniu obydwu stron to znaczy – strony rządowej i kościelnej. Pani feministra Nowacka swoje rozporządzenie wydała bez jakiegokolwiek porozumienia, w poza tym – ma ono rangę niższą niż konkordat, który – jako umowa międzynarodowa – ma rangę ustawy. Pani Nowacka buńczucznie lekceważy te pogróżki i stwierdza, że „Episkopat wyje za kasą” – ale ciekawe, z jakiego klucza będzie ćwierkać, kiedy ktoś na oczach całej Polski, a nawet – całej Europy – ściągnie jej desusy?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).


*) MD: To podcina głównie normalne, katolickie wychowanie dzieci. Daje więc szansœ różnym zboczeńcom na ich deprawację.


W domu wisielca nie wypada perorować o sznurze…

Od duszenia Polska dostaje duszności

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    27 sierpnia 2024 michalkiewicz

Gdy wielki wielkiego dusi, my duśmy mniejszych – każdy swego” – nawoływał Klucznik Gerwazy w „Panu Tadeuszu”, gdy Napoleon ruszał na Rosję w roku 1812. Chodziło mu o to, by przy tej okazji załatwić Sędziego Soplicę, z którym miał na pieńku, jako członku rodziny Sopliców, bracie Jacka, co to zastrzelił Stolnika Horeszkę. Stolnik „popierał prawo trzeciego maja”, w związku z czym Targowica hojnie Jacka wynagrodziła, przekazując mu majątek Stolnika, który następnie – jako „fundusz prawie cały”, trafił w posiadanie Sędziego. Ale sprytny Jacek, który w międzyczasie został bernardynem Robakiem i przeszedł na służbę francuską, myślał, jakby tu zdobytą dzięki Targowicy fortunę zachować, nie tracąc przy tym patriotycznej reputacji. W tym celu namawiał Sędziego, by stanął na czele powstańców, którzy powitają wkraczającego na Litwę Napoleona, a wtedy on z pewnością zapyta, pod czyim dowództwem służą. Wtedy powstańcy krzykną: „Sędziego Soplicy! – Ach – puszcza wodze fantazji Ksiądz Robak – któż by potem pisnąć śmiał o Targowicy!

Jak wiadomo choćby z mojej ulubionej teorii spiskowej, w naszym nieszczęśliwym kraju wprawdzie panoszy się agentura, która jednak – podobnie jak to było w wieku XVIII – specjalnie się nie afiszuje wysługiwaniem się obcym potencjom. Przeciwnie – chętnie drapuje się w rozmaite patriotyczne kostiumy, ale cóż z tego, kiedy raz za razem spod płaszcza Konrada pokazują się ubeckie cholewy? Oto w ostatnim roku rządów „dobrej zmiany” została powołana specjalna komisja, która miała spenetrować ruskie i białoruskie wpływy w – pożal się Boże – polityce naszego bantustanu. Ciekawe, że tylko ruskie i białoruskie, a nie na przykład – niemieckie, czy żydowskie, których przecież przeoczyć się nie da, podobnie, jak na przykład – amerykańskich.

Wiadomo jednak, że w domu wisielca nie wypada perorować o sznurze – jak to zrobił mecenas Śmiarowski w rozmowie z carskim prokuratorem: – Czy sznur, na którym wieszają skazańca musi być przepisowej grubości? – Chyba tak – odparł prokurator. – Czy używa się tego samego sznura parę razy? – Nie, sznur musi być nowy. – A wiele kosztuje arszyn takiego sznura – dopytywał mecenas Śmiarowski. – Co pan tak ciągle o tym sznurze – zirytował się prokurator. – A o czym ja mam z panem mówić?

Teraz oczywiście jest inaczej; o sznurze nikt nie mówi, za to, odkąd na Ukrainie wybuchła wojna z Rosją, która toczą tam Stany Zjednoczone wraz ze swoimi wasalami do ostatniego Ukraińca, aż się zaroiło u nas od ruskich agentów. Najpierw komisja wytypowała grono działaczy, którzy mogliby być ruskimi agentami. Kto wie, czym by się to skończyło, gdyby nie amerykański prezydent Józio Biden, który w marcu 2023 roku, w nagrodę za dobre sprawowanie, pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu. Niemcom nie trzeba było dwa razy tego powtarzać – ale w tej nowej sytuacji trzeba było zrobić podmiankę na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu.

Jak trzeba to trzeba – każdy to rozumie – więc to tu, to tam wyborcy głosowali aż do białego rana, bo skoro demokracja ma zwyciężyć, to nikt przytomny nie będzie zawracał sobie głowy jakimiś przepisami, według których głosowanie powinno skończyć się o godzinie 20.

Tedy, jak tylko vaginet Donalda Tuska, którego Volksdeutsche Partei została szczęśliwie zainstalowana na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, został zaprzysiężony 13 grudnia ubiegłego roku, to zaraz komisja do zbadania ruskich i białoruskich wpływów w – pożal się Boże – polityce naszego bantustanu, została rozpędzona, ale nie całkiem, bo vaginet Donalda Tuska zaraz powołał własną komisję – ma się rozumieć – niezależną i samorządną. Ona też ma wskazać ruskich i białoruskich agentów i cały czas pracuje nad ułożeniem prawidłowej listy, bo nie ma chyba potrzeby dodawać, że tamta poprzednia lista, sporządzona przez poprzednią komisję, nie tylko okazała się nic nie warta, ale w ogóle błędna, bo wśród wytypowanych na kandydatów na ruskich agentów znalazły się niewłaściwe osoby. Teraz, to co innego; teraz nowa komisja już tam wytypuje kogo będzie trzeba, a jak już wytypuje, to wszystko zostanie również i nam objawione.

Zanim to jednak nastąpi, żyjemy w okresie przejściowym, kiedy dawni ruscy agenci wprawdzie zostali zrehabilitowani, ale – jak zauważył jeszcze w koszmarnych czasach starożytnych cesarz Klaudiusz – pozostał na nich ślad po rehabilitacji. Listy nowych agentów jeszcze nie ogłoszono, ale na pewno to nastąpi, toteż można odnieść wrażenie, że od ruskich i białoruskich agentów aż się u nas roi do tego stopnia, że wprost nie można splunąć, żeby nie trafić jakiegoś agenta. W tym zamieszaniu nietrudno o nieporozumienie i na przykład Jarosław Kaczyński, który dlaczegoś nie lubi Donalda Tuska, krzyknął do niego w Sejmie na oczach całej Polski: wiem jedno; jest pan niemieckim agentem!Jak pamiętamy, premier Donald Tusk ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył – bo przecież na obecnym etapie nie tropimy niemieckich agentów, tylko ruskich, ewentualnie – białoruskich. Gdyby na przykład Donald Trump kazał nam tropić agentów niemieckich – aaa, to wtedy wszyscy ludzie dobrej woli, być może nawet z Judenratem „Gazety Wyborczej” na czele, rzuciliby się demaskować agentów niemieckich. Dopóki jednak taki rozkaz nie padł, to demaskujemy ruskich i białoruskich.

Wprawdzie vaginet Donalda Tuska nie ma żadnego pomysłu na państwo; co z nim zrobić, żeby jako-tako funkcjonowało – ale żeby nie narazić się na zarzut bezczynności, koncentruje się na tak zwanych „rozliczeniach”, to znaczy – próbuje ustalić, ile forsy nakradła ekipa „dobrej zmiany”. W tych próbach vaginetowi sekunduje Judenrat „Gazety Wyborczej”, wychodząc z założenia, przedstawionego mową wiązaną w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”:

Gdy kradniesz gwóźdź lub drutu szpulę,

uszczuplasz przez to całą pulę.

A pula nie jest do kradzieży!

Pula się cała nam należy!

Nam – czyli ekipie, którą zwycięstwo demokracji akurat przysunęło do żerowiska. W przypadku Judenratu cel tej rewolucyjnej czujności może mieć sens jeszcze głębszy. Wprawdzie teraz jest wojna na Ukrainie, więc mamy większe zmartwienia, ale przecież amerykańska ustawa nr 447 cały czas obowiązuje i jak tylko umilkną działa, to i o niej usłyszymy, więc trudno się dziwić, że Judenrat pilnuje interesu. Czyż nie po to został tu ustanowiony w ramach sławnej transformacji ustrojowej?

Premier Donald Tusk tak się zapalił do tych rozliczeń, że chyba nie zauważył, iż znowu może nadziać się na minę, podobnie jak to było w roku 2008. Jak pamiętamy, swój vaginet Donald Tusk utworzył pod koniec roku 2007, ale stare kiejkuty trzymały go na krótkiej smyczce, co mu chyba trochę dolegało. Toteż kiedy wiosną 2008 roku dowiedział się, że w Polsce jest pan Peter Vogel, to zaraz kazał go aresztować pod zarzutem prania brudnych pieniędzy. Ten pan Vogel pochodzi z porządnej, ubeckiej rodziny i tak naprawdę nazywał się Piotr Filipczyński, a pod koniec lat 70-tych został skazany na tzw. „ćwiarę” za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Ale w stanie wojennym na przepustkę z więzienia wyjechał do Szwajcarii, gdzie zmienił nazwisko na Peter Vogel i został finansistą. Na jakich finansach? Tego, ma się rozumieć, nie wiem, ale podejrzewam, że został strażnikiem Labiryntu, w którym PZPR gromadziła skarby w walutach obcych, kradzione z Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego PEWEX, funkcjonującego od 1972 roku aż do końca pierwszej komuny. Jak tam było, tak tam było; w każdym razie prezydent Kwaśniewski, w ostatnim dniu swego urzędowania pana Petera Vogla ułaskawił. Myśląc, że jest już bezpiecznie, zaczął on do Polski przyjeżdżać i tak trafił do aresztu wydobywczego. Stare kiejkuty sprawę zbagatelizowały i tylko we wszystkich niezależnych mediach głównego nurtu ukazały się publikacje, jak to niebezpiecznie jest w polskich więzieniach, jak to więźniowie, nawet siedzący w celach monitorowanych 24 godziny na dobę, wieszają się na własnych skarpetkach, sami nie wiedząc kiedy. Jednak nie bacząc na te przestrogi pan Vogel chyba zaczął chlapać i dziennik „Dziennik” „dotarł” do jego tajnych zeznań z których wynikało, że pan generał Gromosław Czempiński, były szef UOP, a wcześniej – w SB, stracił ze swego szwajcarskiego konta milion dolarów, które zwędził mu jakiś Turek i podobno nawet niczego nie zauważył.

Tak się zaczęła słynna afera hazardowa, która Bóg wie, czym by się dla Donalda Tuska skończyła, gdyby nie Nasza Złota Pani, która w Donaldu Tusku dlaczegoś sobie upodobała, nie załatwiła mu prestiżowej Nagrody im. Karola Wielkiego. To była aluzja, że kto od tej pory podniesie rękę na Donalda Tuska, to będzie miał z nią do czynienia. Stare kiejkuty natychmiast aluzję zrozumiały i okazało się, że żadnej afery hazardowej w ogóle „nie było”. No a teraz Donald Tusk tak się zagalopował z tymi „rozliczeniami”, że zamierza porozliczać związki sportowe – jakby nie wiedział, że od czasów pierwszej komuny swoje tradycyjne żerowiska ma tam bezpieka. Kto wie, czy stare kiejkuty znowu nie będą musiały mu przypomnieć, skąd wyrastają mu nogi, a wtedy żaden pan Adam Bodnar ze swoimi bodnarowcami mu nie pomoże.

A jakby tego było mało, to niedawno ujawnił, że „trafił” na dokument, świadczący o tym, że pan dr Sławomir Cenckiewicz, uczestniczący w poprzedniej komisji do badania ruskich i białoruskich wpływów w – pożal się Boże – polityce naszego bantustanu, molestował rozmaitych generałów i bezpieczniaków, żeby dostarczyli mu jakieś gotowce świadczące o tym, że ruskim wpływom ulegał nie tylko on, ale między innymi również Książę-Małżonek, w którego sprawie stare kiejkuty w latach 90-tych prowadziły sprawę operacyjnego rozpracowania pod kryptonimem „Szpak”. Że Donald Tusk „trafił” na taki dokument akurat teraz, to nic dziwnego. Jak jest społeczne zapotrzebowanie, to zaraz powstają rozmaite dokumenty, na które potem można „trafić”. Jeśli zatem jest w tej deklaracji coś naprawdę godnego uwagi, to to, że do „rozliczeń” została wciągnięta nasza niezwyciężona armia, która – podobnie jak to było wieku XVIII – pogrąża się w coraz to większym rozpolitykowaniu.

Gdyby efektem tego rozpolitykowania był jakiś zamach stanu, dzięki któremu nasz nieszczęśliwy kraj stanąłby wreszcie na nogi, to można by temu tylko przyklasnąć. Niestety wydaje się, że nasza niezwyciężona armia nie jest zdolna nawet do tego, więc z tego rozpolitykowania poza pogłębieniem anarchii nic się nie narodzi.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Dodatnie i ujemne plusy profesji służebnej

Dodatnie i ujemne plusy profesji służebnej

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    25 sierpnia 2024 micha

Kanikuła ma swoje plusy ujemne, ale ma też i plusy dodatnie. W tym okresie, kiedy kto żyw wyjeżdża ad aquas, w mediach panuje chudość tematyczna, a przecież zarówno czas nadawania, jak i łamy dzienników, trzeba czymś wypełnić. W związku z tym do publikacji trafiają nawet takie teksty, które w innym czasie nie miałyby najmniejszych szans na ujrzenie światła dziennego. Tymczasem ze względu na chudość tematyczną przed kilkoma dniami przeczytałem na niemieckim, polskojęzycznym portalu „Onet”, jak to rekruci, złapani podczas ulicznych łapanek na Ukrainie przez tamtejszych wojskowych i wcieleni do armii, muszą sobie sami kupić wyposażenie; obejmujące nie tylko obuwie i portki, ale również – kamizelki kuloodporne, a nawet hełmy. Rozumiem, że ktoś im te wszystkie rzeczy sprzedaje i inkasuje forsę. Dlatego bez zdziwienia dowiedziałem się właśnie, że w tej części Toskanii, w której akurat jestem, ukraiński prezydent Zełeński ma posiadłość. Nie wiem, czy dużą, czy małą, ale przypuszczam, że nie jest to jego jedyna posiadłość, więc przynajmniej jemu sprawdza się hasło militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny”. Toteż kiedy przeczytałem, że wiceminister energetyki w ukraińskim rządzie został przed tygodniem zatrzymany pod zarzutem przyjęcia łapówki w wysokości 500 tys. dolarów, to od razu się domyśliłem, że to dlatego, że nie podzielił się, z kim trzeba. Apetyt wzrasta w miarę jedzenia, toteż nic dziwnego, że apele o dostarczanie Ukrainie pieniędzy mnożą się jak króliki. Kto wie, jak długo potrwa wojna, w związku z czym trzeba już teraz pomyśleć o zabezpieczeniu się na czas pokoju, który może być „straszny”.

Tymczasem ukraińska ofensywa na Kursk brnie od sukcesu do sukcesu. Wyzwalane są coraz to nowe 2 -3 kilometry kwadratowe, a przynajmniej w takim tonie informuje o tych sukcesach rozradowanego prezydenta Zełeńskiego naczelny dowódca niezwyciężonej ukraińskiej amii, rosyjskiego pochodzenia generał Aleksander Syrski. Tymczasem Putin, który wije się z upokorzenia, jak-gdyby-nigdy-nic naciera na Pokrowskoje w obwodzie donieckim, skąd ewakuuje się, kto tylko może, bo gdyby ruskim szachistom udało się opanować tę miejscowość, to odcięliby w ten sposób ukraińskiej niezwyciężonej armii drogi zaopatrzenia. Do listopadowych amerykańskich wyborów jeszcze ponad dwa miesiące, więc trzeba je nie tylko jakoś przetrwać, ale zgromadzić tyle forsy, ile się tylko da, odpowiednio ją schować i zawczasu załatwić sobie jakieś miejsce do lądowania na wypadek, gdyby zagniewany ukraiński lud chciał powystawiać swoim Umiłowanym Przywódcom rachunki za wojnę.

Tymczasem nasza niezwyciężona armia, to znaczy – nie tyle może armia, co rząd Volksdeutsche Partei, kupił od Amerykanów ponad 80 śmigłowców „Apacz”, które zaczną sukcesywnie trafiać do naszego nieszczęśliwego kraju, Czy zostaną zaraz przekazane za darmo Ukrainie na podstawie cały czas obowiązującej umowy z 2 grudnia 2016 roku, czy trochę w Polsce pobędą, żebyśmy i my się nimi też nacieszyli – tego nikt nie wie, bo decyzja w tej sprawie należy do Naszego Najważniejszego Sojusznika, a nie do rządu tubylczego, który ma tylko za to wszystko zapłacić. „Wygrał pan sprawę; trzeba tylko zapłacić i odsiedzieć” – zakomunikował swojemu klientowi pewien adwokat. W przemówieniach, jakie tuż przed defiladą wojskową z okazji 15 sierpnia wygłosili trzej dygnitarze: minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz, premier Donald Tusk i pan prezydent Andrzej Duda, każdy z nich podkreślał, że w sprawach bezpieczeństwa przemawiają ”jednym głosem”, a to chyba znaczy tyle – że ostatnie słowo należy do Waszyngtonu.

Natomiast w innych sprawach zarówno vaginet Donalda Tuska, jak i opozycja, dysponuje już większym marginesem samodzielności, chociaż i tu musi trzymać się ramowych dyrektyw Naszego Złotego Pana z Berlina. Jak wiadomo, przykazał on przyspieszyć dintojrę, czyli tak zwane „rozliczenia”, a premier Tusk tak się tym przejął, że z rozpędu zapragnął porozliczać bezpieczniaków, którzy jeszcze w czasach pierwszej komuny urządzili sobie nisze ekologiczne w związkach sportowych. Narwany pan minister Nitras, ten sam, co został kiedyś przyłapany, jak na sali plenarnej Sejmu przeglądał zawartość damskich torebek pozostawionych na fotelach przez posłanki, zażądał od przewodniczącego Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosława Piesiewicza, żeby wydał mu wszystkie dokumenty i w ogóle – wyspowiadał się z obrotów finansowych, a tamten, najwyraźniej nie spłoszony, nie tylko pokazał mu gest Kozakiewicza, ale w dodatku wyraził zainteresowanie, od kiedy pan minister ma te objawy. W tej sytuacji może powtórzyć się sytuacja z roku 2008, kiedy to Donald Tusk też nastąpił bezpieczniakom na odciski, a ci w odwecie sprokurowali mu aferę hazardową. Teraz też mogą przypomnieć mu, skąd wyrastają mu nogi, bo wiadomo przecież, że „nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara”.

Podobnie upały musiały jakoś wpłynąć na pana – oczywiście Wielce Czcigodnego – Romana Giertycha, który rzucił się na przewielebnego ojca Tadeusza Rydzyka – żeby odebrać mu koncesję dla Radia Maryja i w ogóle – puścić go z torbami, jako „beneficjenta” rządu „dobrej zmiany”. Konkretnie chodzi mu o to, że ojciec Rydzyk „łamie konkordat”, bo „wtrąca się w sprawy polityczne”. Pan mecenas – oczywiście Wielce Czcigodny” – ma wprawdzie dobrą pamięć, ale krótką. Zapomniał bowiem, jak to przewielebny ojciec Tadeusz Rydzyk również z niego zrobił człowieka, organizując mu Ligę Polskich Rodzin, z ramienia której został wystrugany z banana od razu na wicepremiera. Złośliwi dziennikarze „Onetu” przypomnieli mu to w postaci fotografii, na której Roman Giertych, wtedy jeszcze nie „Wielce Czcigodny”, końskim obyczajem składa łeb na ramieniu przewielebnego ojca Rydzyka w geście pokory. Kto by pomyślał, że również pan – oczywiście Wielce Czcigodny – Roman Giertych okaże się aż takim niewdzięcznikiem? Ja rozumiem, że próbuje przeczołgać się na jasną stronę Mocy i zasłużyć u pana red. Michnika na awans na autorytet moralny, ale nawet i takie rzczy powinno się robić w granicach przyzwoitości. Z drugiej strony nie wiadomo, do jakich wniosków dojdzie prokuratura w Lublinie, która jak-gdyby-nigdy-nic prowadzi śledztwo w sprawie PolNord, z której – według fałszywych pogłosek – pan mecenas miał sobie sprywatyzować około 100 mln złotych.

Tymczasem zbliża się początek roku szkolnego i zgodnie z rozkazem pani Barbary Nowackiej od edukacji, ukraińscy uczniowie w polskich szkołach będą uczyć się różnych przedmiotów, m.in. historii, w wersji przygotowanej przez stronę ukraińską. W związku z tym pan marszałek Zgorzelski z PSL demonstruje wzruszające obawy, że w polskich szkołach, za pieniądze polskiego podatnika, będzie krzewiony kult Stefana Bandery i innych banderowców. No naturalnie, jakże by inaczej! Przecież na Ukrainie, podobnie jak w ukraińskiej diasporze, banderyzm jest, jeśli nie jedyną ideologią, to z pewnością ideologią dominującą – oczywiście poza kultem Złotego Cielca, który jednak jest zastrzeżony dla wybranych. Skoro jednak Polsce wyznaczona została rola „sługi narodu ukraińskiego”, to pan marszałek Zgorzelski, który nie tylko jest dużym chłopczykiem, a nawet – można powiedzieć – chłopczykiem wyrośniętym – nie powinien udawać dziewica.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Właśnie gruchnęła wieść, że biurokratyczny gang, noszący pretensjonalną nazwę “Światowej Organizacji Zdrowia” przygotował kolejną epidemię

Stanisław Michalkiewicz: Czekając na wirusa https://www.magnapolonia.org/stanislaw-michalkiewicz-czekajac-na-wirusa/

W związku z rozwojem sponsoringu,  po mieście krąży taka oto historyjka:

Coca Cola Company zapragnęła rozszerzyć reklamę swojego sztandarowego napoju w ten sposób, by do Modlitwy Pańskiej, zamiast słów: “chleba naszego powszedniego” wstawić słowa: “Coca Coli naszej powszedniej”. W związku z tym do Watykanu wybrała się delegacja najtęższych głów firmy, by przekonać do tego Stolicę Apostolską. Delegacja, pamiętająca, że już starożytni Rzymianie wiedzieli, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem, przygotowali odpowiednią rezerwę finansową  i rozpoczęli negocjacje. Niestety ku ich zdumieniu, nawet najbardziej brzęczące argumenty rozbijały się o niechęć strony watykańskiej, niczym o skałę. Bezskuteczność wysiłków doprowadziła wreszcie amerykańskich negocjatorów do desperacji. Po kolejnej nieudanej rundzie przewodniczący amerykańskiej delegacji zawołał z wściekłością: to ile dali ci cholerni piekarze?!

Właśnie gruchnęła wieść, że biurokratyczny gang, noszący pretensjonalną nazwę “Światowej Organizacji Zdrowia” przygotował kolejną epidemię, jako, że poprzednia -ta spowodowana przez zbrodniczego koronawirusa- została z dnia na dzień zlikwidowana przez rosyjskiego prezydenta Włodzimierza Putina. Jak pamiętamy, w lutym 2022 roku rozpoczął on “specjalną operację wojskową” przeciwko Ukrainie.

Wskutek tego setki tysięcy, a może nawet miliony Ukraińców rzuciły się do ucieczki i każde przejście graniczne z Polską każdej doby przekraczało co najmniej 100 tysięcy ludzi. Większość z nich nie miała nie tylko żadnych testów na zbrodniczego koronawirusa, ale nawet maseczek. Nikt nie był bowiem w stanie skontrolować takiej masy ludzi bez spowodowania katastrofy humanitarnej i wybuchu prawdziwej epidemii, toteż rząd z dnia na dzień przestał egzekwować rzekomo konieczne procedury nie tylko wobec ukraińskich uciekinierów, ale w ogóle na terenie całego kraju – a nawet najbardziej zaangażowane w propagandę rozmaitych obostrzeń sanitarne jastrzębie, schowały mordy w kubeł.

Na dobrą sprawę prezydent Putin powinien otrzymać Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny, no i zostać uznany za Dobroczyńcę Ludzkości, ale nic z tego, bo amerykański Senat w podskokach uznał go za “zbrodniarza”. Czy przypadkiem nie z irytacji spowodowanej nagłym zlikwidowaniem epidemii?  Taka to ci sprawiedliwość jest dziś na świecie.

To oczywiście sam Senat, który razem z Izbą Reprezentantów urządził izraelskiemu premierowi Beniaminowi Netanjahu owację na stojąco, chociaż Międzynarodowy Trybunał Karny wysłał za nim nakaz aresztowania za ludobójstwo w Strefie Gazy. Ci wszyscy amerykańscy “twardziele” przed Żydami chowają dudy w miech, więc nie ma się co przejmować ferowanymi przez nich certyfikatami moralności.

Wracając tedy do wspomnianego biurokratycznego gangu, to jeszcze nie zdecydował się on, który zbrodniczy wirus tym razem zaatakuje znękaną ludzkość. Podobno nie ustalono jeszcze jakie będą objawy zakażenia i jakie w związku z tym procedury będą musiały być uruchomione przez rządy poszczególnych bantustanów. Jedno już jest chyba pewne – znowu trzeba będzie wszędzie zakładać maseczki, a jedyny wyjątek gdy można będzie je zdjąć, to podczas jedzenia.

Każdy bowiem wirus wymyślony przez Światową Organizację Zdrowia jest politycznie znakomicie wyrobiony i wie, kiedy ma się srożyć, a kiedy nie. Ale maseczki – jak to maseczki – są tylko wstępem do poważniejszych, bardziej inwazyjnych przedsięwzięć – chociaż zarówno w przypadku maseczek, jak i tych bardziej inwazyjnych przedsięwzięć “zwyczaj on być ten sam”. Takimi właśnie słowami zapytywał angielskiego kapitana statku szmuglującego opium z Indii do Chin, chiński gubernator.

Kiedy angielski kapitan takimi samymi słowami mu odpowiedział, obydwaj przechodzili na rufę, gdzie następowało wręczenie łapówki. Następnie dygnitarz wracał na pokład i na odchodnym upominał kapitana, by niezwłocznie odpłynął, po czym po jednej burcie wsiadał do łodzi, która miała zawieźć go na brzeg, podczas gdy z drugiej burty rozpoczynał się wyładunek drewnianych skrzynek pełnych “zamorskiego błota”, czyli opium.

Kiedy wyładunek się kończył, Anglik podnosił kotwicę, stawiał żagle, a gdy już odpłynął na bezpieczną odległość, nadbrzeżna artyleria rozpoczynała wściekłą kanonadę, dzięki czemu również prosty lud miał okazję przekonać się, jak niezwyciężona chińska armia przepędza “zamorskich diabłów”.

———————————————–

Zwróćmy uwagę, że chociaż premier Donald Tusk w sprawie “rozliczeń” wykazuje zapamiętałość taką samą, jaką nieboszczyk Jacek Kuroń miał do wódki, to – o ile mi wiadomo – maseczki nie zostały objęte specjalnym nadzorem, w odróżnieniu od wyborów tak zwanych “kopertowych”, w których – zdaniem pana Tomasza Grodzkiego – mieliśmy paść ofiarą “zabójczych kopert”. Pan Grodzki w kwestii kopert podobno posiadł specjalistyczną wiedzę, pozwalającą na rozróżnienie, które koperty są “zabójcze”, a które przeciwnie – pożyteczne.

Skoro tedy o maseczkach cyt! – to mamy dwie możliwości. Pierwsza – że  w tej dziedzinie obydwa gangi ściśle ze sobą współpracowały ponad podziałami, a drugą – że gang, który obecnie dorwał się do żerowiska, już ostrzy sobie zęby na spodziewane profity z maseczek, więc ani słowem o nich nie wspomina, zgodnie z zasadą, że nie rozprawia się o sznurze w domu wisielca. Zresztą jedna możliwość wcale nie wyklucza drugiej, co jest dodatkowym potwierdzeniem, że obydwa gangi mogą spierać się wyłącznie o różnicę łajdactwa.

Jak jednak wspomniałem, maseczki są zaledwie wstępem do prawdziwych żniw, w postaci łapówek od szczepionek na zatwierdzonego wirusa, które rządy poszczególnych bantustanów będą musiały kupić albo bezpośrednio w produkujących je farmaceutycznych koncernach, albo – jak to miało miejsce w Unii Europejskiej – za pośrednictwem Komisji Europejskiej. Jak pamiętamy, Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen podobno bardzo się przy tych szczepionkach i przy tym pośrednictwie kręciła.

Wprawdzie podniosły się jakieś hałasy, ale później ktoś – chyba sam Fuhrer, czyli “sam główny Srul” – nałożył na nie surdynę i wszystko zakończyło się wesołym oberkiem. Tak wesołym, że Reichsfuhrerin została nawet wybrana na kolejną kadencję – bo któż lepiej załatwi sprawę kolejnej epidemii, niż osoba, która konieczne, wszechstronne doświadczenia, nabyła podczas tej poprzedniej, mającej charakter programu pilotażowego?

Kozak w zwarciu z Tatarzynami

Kozak w zwarciu z Tatarzynami

Stanisław Michalkiewicz    24 sierpnia 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5668

Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma” – tak w dawnej Polsce, to znaczy – w koszmarnych czasach I Rzeczypospolitej – komentowano militarne i wszelkie inne przechwałki. Najwyraźniej anonimowego autora tego powiedzonka musiały wspierać proroctwa [ściślej – musiał być jakimś prorokiem mniejszym.. md] , bo czyż nie pasuje ono idealnie do obecnej fazy wojny, jaka Stany Zjednoczone i ich wasale, prowadzą z Rosją na Ukrainie do ostatniego Ukraińca?

Już wspominałem, że po spektakularnych porażce Ameryki w Afganistanie, Amerykanie skapowali, że lepiej, a przede wszystkim taniej, jest prowadzić wojny per procura. Kiedy sami prowadzili operację pokojową i misję stabilizacyjną w Iraku i Afganistanie, wydawali na to 300 mln dolarów dziennie, a poza tym musieli chować zabitych, opatrywać im rany i tak dalej – podczas gdy na Ukrainie wydają pięciokrotnie mniej, a żaden Amerykanin nie ginie, ani pociski nie urywają mu rąk czy nóg, więc czegóż chcieć więcej? Trzeba tylko znaleźć jakiegoś samobójcę albo łajdaka, wsadzić go na najwyższe stanowisko w państwie, a potem namówić, żeby wkręcił swój kraj w maszynkę do mięsa – i sprawa załatwiona. Tak właśnie stało się na Ukrainie, która – chociaż walczy o demokrację i „wartości” – tak naprawdę jest oligarchią oligarchów, z których jeden, z pierwszorzędnymi korzeniami, nazwiskiem Igor Kołomojski – wystrugał z banana na tamtejszego prezydenta żydowskiego komika, co to grywał fujarą na pianinie i robił różne inne śmieszne rzeczy.

Właśnie kogoś takiego Amerykanie tam potrzebowali i w ten sposób Wołodymir Zełeński – bo o nim przecież mówimy – został najukochańszą duszeńką świata i natchnieniem narodów – ale nie od razu, tylko dopiero wtedy, gdy po zerwaniu przezeń porozumień mińskich, zimny ruski czekista Putin zdenerwował się i uderzył – jak się okazało- nadziewając się na minę, którą Amerykanie w tak zwanym międzyczasie tam sprokurowali nie tylko w postaci 12 tajnych baz CIA, ale również – w uzbrojeniu Ukrainy po zęby i wyszkoleniu tamtejszego wojska. Toteż już po paru miesiącach okazało się, że żadnego „Blitzkriegu” nie będzie, a konflikt zaczął przechodzić w stan chroniczny, co stopniowo znużyło wszystkich obserwatorów, z USA włącznie. Dzisiejszy świat bowiem, wytresowany przez telewizję, nie jest w stanie skupić na niczym uwagi dłużej, niż przez tydzień, a najwyżej miesiąc. Jeśli coś się przeciąga poza tę granicę, przestaje być interesujące, bo telewizja i politycy muszą zabawiać gawiedź coraz to nowymi sztuczkami.

I kiedy wydawało się, że wojna na Ukrainie zakończy się – podobnie jak inne chroniczne konflikty – z powodu braku zainteresowania – prezydent Zełeński, któremu na dodatek w maju skończyła się kadencja i nie bardzo wiadomo, na jakiej zasadzie nadal zajmuje stanowisko prezydenta, zaczął się obawiać, że jakaś Schwein w końcu postawi pytanie, kto wkręcił Ukrainę w maszynkę do mięsa i po co – a nieubłagany palec wskaże na niego.

W odróżnieniu bowiem od Polski, gdzie nasze safandulstwo jest najlepszą tarczą dla rozmaitych łajdaków, na Ukrainie może być inaczej i tamtejsze rezuny mogą takiego winowajcę zwyczajnie zariezać. Toteż wykombinował sobie, że do wojny wprowadzi urozmaicenie i zamiast uporczywej obrony przejdzie do ataku na Łuku Kurskim i w ten sposób przywróci zainteresowanie świata dla Świętej Sprawy. Owszem, wywołał radość w pewnych niemieckich środowiskach, które dały wyraz ukontentowaniu, że niemieckie czołgi znowu idą na Kursk – ale „New York Times” twierdzi, że ukraińskie uderzenie na terytorium Rosji z rejonie Kurska było z jego strony samowolką i Amerykańscy generałowie nic o tym nie wiedzieli. Nie bardzo w to wierzę, bo wiele wskazuje na to, iż operacja kurska była możliwa dzięki Aleksandrowi Łukaszence, który cofnął białoruskie wojska znad granicy z Ukrainą, co umożliwiło Ukraińcom przerzucenie tamtejszych szturmowych jednostek na granicę z Rosją, bronioną przez wojska ostatniego rzutu. Co Pentagon albo Departament Stanu za to Łukaszence obiecał – tego na razie nie wiemy – ale nie można wykluczyć, że pani Swietłana Cichanouska mogła zostać po cichu skreślona z listy jasnych idoli.

Tedy od ponad tygodnia Ukraińcy podbijają Rosję i udało im się zająć obszar 1000 km kwadratowych, a więc mniej więcej dwa razy tyle, ile liczy sobie obszar Warszawy. Co dalej – tego nikt nie wie – a tymczasem ruscy szachiści, jak-gdyby-nigdy-nic, nacierają w rejonie Pokrowska, bo w razie opanowania tej miejscowości mogą zmusić Ukraińców do wycofania się i w ten sposób opanują cały obwód doniecki. Tymczasem słychać, że lawirant-Łukaszenka, znowu przysuwa swoje wojska nad granicę z Ukrainą. Co będzie, gdy zimny ruski czekista Putin przekona go, by Rosjanie uderzyli z Białorusi na Kijów? Na razie nikt o tym nie myśli, bo w niezależnych mediach głównego nurtu wszyscy się ukraińską ofensywą masturbują, tak samo zresztą, jak tą poprzednią, która spaliła na panewce. Niezależni dziennikarze mało nie zniosą jaja z radości, że „Putin został ośmieszony” – ale to nic, bo dziennikarze, to tylko dziennikarze.

Gorzej, że te opinie powtarzają generałowie naszej niezwyciężonej armii, a to nieomylny znak, że powinno ich wszystkich jak najszybciej przebadać konsylium weterynaryjne. Dlaczego weterynaryjne? Dlatego, że wścieklizna jest chorobą odzwierzęcą, podobnie jak gorączka Zachodniego Nilu, dziesiątkująca warszawskie wrony, gawrony, kawki i sroki, które też potrafią urządzić niezły klangor.

Ale nie tylko na Ukrainie może nabrać aktualności porzekadło o Kozaku i Tatarzynie. Jak już sygnalizowałem, Donald Tusk tak się zagalopował w tak zwanych „rozliczeniach”, że ostatnio podniósł rękę na bezpieczniaków, którzy w rozmaitych związkach sportowych urządzili sobie żerowisko jeszcze za pierwszej komuny i trzymają je do dzisiaj. Co prawda, tym razem nie wystąpił osobiście, tylko wypuścił pana ministra Nitrasa, tego samego, co to kiedyś na opustoszałej sali plenarnej Sejmu przeglądał pozostawione tam przez posłanki damskie torebki. Pan Niftras, jak to narwaniec, zażądał o szefa PKOl, pana Radosława Piesiewicza, wyspowiadania się przed nim z noclegów w paryskich hotelach i w ogóle – ujawnienia, ile dostali szmalu i gdzie go schowali. W odpowiedzi pan Piesiewicz pokazał mu „gest Kozakiewicza” i wprawdzie nie zapytał, od kiedy ma te objawy, ale wyjaśnił, że żadnych wyjaśnień mu nie udzieli.

W tej sytuacji może powtórzyć się sytuacja z roku 2008, kiedy to Donald Tusk też nastąpił bezpieczniakom na odciski, a ci w rewanżu rozpętali mu aferę hazardową, w której poległ świetnie zapowiadający się mąż stanu pan Zbigniew Chlebowski („walczę Rysiu!”) i inni, a piorun mało nie trafił samego premiera Tuska. Najwyraźniej musiał o tym doświadczeniu zapomnieć, ale bezpieczniacy mogą mu pamięć odświeżyć, przypominając, skąd wyrastają mu nogi.

Stanisław Michalkiewicz