Aj waj! Gewałt!

Aj waj! Gewałt!

Stanisław Michalkiewicz 29 czerwca 2024 aj/waj/gewałt!!

Jak to historia się powtarza! W latach 30-tych XX wieku, żydokomuna pod przewodnictwem Józefa Stalina („a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!”) próbowała przejąć polityczne kierownictwo nad państwami Europy Zachodniej przy pomocy tzw. fołksfrontów. Żydokomuna perswadując opinii publicznej, że „demokracji” zagraża nationalsocialismus, wzywała do „zjednoczenia”, to znaczy – do poddania się wszystkich jej kierownictwu, gwoli zrobienia faszyzmowi „no pasaran”. To nawet spotykało się z pozytywnym rezonansem nie tylko dlatego, że we wszystkich państwach Europy Zachodniej Żydowie mieli sporo do powiedzenia – a na tym etapie wysługiwali się Stalinowi i bolszewikom, tworząc nie tylko twarde jądro partii, ale przede wszystkim – najtwardsze jądro sowieckiego aparatu terroru – ale również dlatego, że zagrożenie Zachodniej Europy ze strony Niemiec rzeczywiście istniało. Trzeba o tym nieustannie przypominać, bo obecnie Żydowie, próbując odcinać kupony od Hitlera, prezentują się wyłącznie w roli ofiar. Tymczasem żydokomuna i w ogóle Żydowie doskonale sprawdzają się również w roli katów, co widzimy nie tylko w Strefie Gazy, ale czego Polacy doświadczyli na własnej skórze w okresie stalinowskim.

Wprawdzie dzisiaj i pani reżyserowa i pan Śpiewak twierdzą, że żadnej żydokomuny nie ma i nigdy nie było, że to tylko taka „mowa nienawiści” uprawiana przez antysemitników, ale kto im wierzy, ten sam sobie szkodzi. Wyobraźmy sobie dwa kręgi: jeden, to Żydowie, a drugi, to komuna. Te dwa kręgi częściowo na siebie zachodzą a miejsce, gdzie na siebie zachodzą, to właśnie żydokomuna.

Jakże więc jej „nie ma”, kiedy każdy widzi, że jest? W dodatku, podobnie jak i w latach 30-tych, a i potem też, żydokomuna, pozostając w służbie najbardziej nieludzkiego i totalitarnego systemu, przy którym Hitler był zaledwie detalistą, prezentowała się światu, jako źrenica demokracji. Ciekawe, że kolejne pokolenie żydokomuny, reprezentowane u nas przez Judenrat „Gazety Wyborczej” nie tylko znowu sięga do taktyki „fołksfrontów”, ale również do retoryki defensorów „demokracji”.

Ledwo tylko Sejm uchwalił ustawę o „sygnalistach”, od razu michnikowszczyny w służbie Judenratu zaczęły nie tylko „sygnalizować”, ale i szantażować. Oto na 22 czerwca zaplanowane zostały Targi Książki Patriotycznej w Kielcach. Jakiś tydzień wcześniej zauważyłem, że Judenrat spuścił z łańcucha swoich „sygnalistów”, którzy natychmiast zasygnalizowali, że „sabat” i że „faszyści”. Nie tylko „zasygnalizowali”, ale najwyraźniej musieli podjąć próbę zaszantażowania kierownictwa Wojewódzkiego Domu Kultury w Kielcach, by w ostatniej chwili zerwało umowę. Świadczy o tym pismo kierownictwa kieleckiego WDK:

W związku z negatywnymi informacjami pojawiającymi się w przestrzeni publicznej (chodzi oczywiście o „sygnał” wysłany przez Judenrat – SM) dotyczącymi wydarzenia, które odbędzie się 22 czerwca 2024 r. pod nazwą „Targi Książki Patriotycznej”, Wojewódzki Dom Kultury w Kielcach informuje, że umowa z dnia 24 maja 2024, zawarta przez byłego dyrektora Wojewódzkiego Domu Kultury Dotyczy jedynie wynajęcie sali podmiotowi prywatnemu. (…) Wojewódzki Dom Kultury w Kielcach w związku z tym wskazuje, że nie jest organizatorem przedmiotowego wydarzenia i nie ponosi odpowiedzialności za treści, które będą prezentowane w trakcie „Targów Książki Patriotycznej”, ani się z nimi nie utożsamia.

To z jednej strony dobrze świadczy o odwadze kierownictwa WDK w Kielcach, które mimo represji, jakie już musiały spaść na „byłego” dyrektora, nie zerwał umowy, dzięki czemu „Targi” się odbędą. Inna rzecz, że nie wiedząc, co tam się będzie działo, niepotrzebnie z góry się odcina od „treści” które tam będą prezentowane. Ja na przykład zamierzam wygłosić tam panegiryk ku chwale żydokomuny, co Judenratowi „Gazety Wyborczej” powinno się podobać, chyba, że uważa on, iż panegiryki na chwałę żydokomuny wolno wygłaszać tylko Żydom. Czy jednak taki pogląd nie dowodziłby obrzydliwego rasismusa w łonie Judenratu? Aj waj!

A w ogóle, to dziwi mnie, iż Judenrat wychwala Wielce Czcigodną Barbarę Nowacką, trochę żylastą feministrę edukacji w vaginecie Donalda Tuska i jej zastępczynię, również Wielce Czcigodną, ale zdecydowanie pulchniejszą Katarzynę Lubnauer za stopniowe ograniczanie, aż do całkowitej eliminacji nauki religii w rządowych szkołach. Jak wiadomo, celem tej operacji jest z jednej strony zamknięcie jednego z kanałów finansowania części duchowieństwa – bo w sytuacji rozmnożenia diecezji, które muszą być utrzymywane przez parafie, dochód z pensji nauczycielskiej w wielu przypadkach jest praktycznie jedynym źródłem utrzymania nie tylko księdza, ale i funkcjonowania parafii. Z drugiej strony chodzi o to, by młodzież tubylczą odciąć od religii a przy okazji – od niektórych źródeł europejskiej kultury, dzięki czemu żydokomunie, która tradycyjnie jest w awangardzie komunistycznej rewolucji, jaka przewala się przez Amerykę Północną i Europę, łatwiej będzie przerobić historyczne europejskie narody na „nawóz historii” – co zostało zapisane wManifeście z Ventotene” autorstwa unijnego świątka, włoskiego komuszka Alfiero Spinellego, którego słowa są w Brukseli ryte spiżem na marmurze.

Słowem – na pozór wszystko „gra i koliduje” – jak mówią gitowcy – ale czy pani Nowacka i pani Lubnauer, nie mówiąc już o Judenracie ze swoimi michnikowszczynami, nie posuwa się na tej drodze aby za daleko? Warto przypomnieć, że nauka religii, wszystko jedno – czy katolickiej, czy prawosławnej, czy protestanckiej – to w znacznym stopniu edukacja w zakresie żydowskiej historii plemiennej – poczynając od momentu, gdy Stwórca Wszechświata umówił się z pewnym mezopotamskim koczownikiem na zrobienie interesu, aż do początku Nowej Ery, kiedy to w judzkim Betlejem narodził się Jezus, zwany Chrystusem.

Zwracał na to uwagę jeszcze w XIX wieku nie byle kto, tylko brytyjski premier Beniamin Disraeli, który ze względów oportunistycznych biegał za chrześcijanina, ale był Żydem stuprocentowym, a w dodatku – snobem. Wyraz „snob” jest zbitką dwóch łacińskich słów: „sine nobilitate”, czyli – bez szlachetności. Ale niekiedy – jak pisze Stanisław Cat-Mackiewicz – „potrafił zachować się w sposób honorowy”. Oto gdy Rotschild wybrany został do Izby Gmin, musiał złożyć przysięgę, która była niezgodna z wyznawaną przezeń religią, więc odmówił jej złożenia. Mimo że prawie wszyscy konserwatyści byli za wykluczeniem Rotschilda, Disraeli był za jego przyjęciem i uzasadniał to Anglikom tak: „Uczycie dzieci wasze historii żydowskiej, co niedziela śpiewacie hymny żydowskie. Właśnie jako chrześcijanin żądam, by Rotschild był przyjęty.” Nic tak nie gorszy, jak prawda, więc konserwatyści wysłuchali przemówienia Disraeliego w złowrogim milczeniu. No więc w rządowych szkołach dotychczas dzieci i młodzież były uczone historii żydowskiej, m.in. po to, by co niedziela śpiewać żydowskie hymny. Czy w takim razie akcja Judenratu oraz Wielce Czcigodnych feminister nie jest przypadkiem rażącym antysemityzmem?

Antysemicki rząd Donalda Tuska… Ładny interes! Adolf Hitler w piekle zaciera ręce.

Stanisław Michalkiewicz

Religie tradycyjne i nowoczesne

Religie tradycyjne i nowoczesne

Stanisław Michalkiewicz 25 czerwca 2024 michalkiewicz

Religia klimatyzmu Hmmm. Niby wszystko pasuje, „wszystko gra i koliduje” – jak mawiają gitowcy – ale tak naprawdę, to chociaż miedzy religią i klimatyzmem wystąpują podobieństwa, to są też istotne różnice. Przede wszystkim co do przyczyny pojawienia się jednych i drugiego. Wprawdzie Żydowie i chrześcijanie twierdzą, że przyczyną pojawienia się religii było „objawienie Boże”, to znaczy – nawiązanie przez Stwórcę Wszechświata” bliskich spotkań III stopnia z pewnym mezopotamskim koczownikiem – ale jeśli nawet tak było, to nie była to przyczyna jedyna – bo religie występowały już przed Abrahamem. Wspomina o tym nawet Biblia, że w pewnym momencie „zaczęto wzywać imienia Pana”. Jakiego „Pana” – tego konkretnie nie wiemy – ale ta wzmianka pokazuje, że religie istniały również przed „objawieniem” się Stwórcy Wszechświata wspomnianemu koczownikowi. W takim razie powinniśmy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie się zjawiły?

Wprawdzie żaden ze mnie teolog, choćby taki, jak pan red. Tomasz Terlikowski, ale przecież nie tylko święci garnki lepią, więc dlaczego nie miałbym spróbować i ja?

Otóż wydaje mi się, że przyczyną pojawienia się religii mogła być ciekawość. W pewnym momencie ludzie zaczęli zadawać sobie pytanie, w jaki sposób powstał świat, a w miarę rozwoju intelektualnego a zwłaszcza – gromadzenia wiedzy – to pytanie nabierało coraz większego ciężaru gatunkowego. Dzięki gromadzeniu wiedzy ludzie inteligentni spostrzegli, że świat funkcjonuje według pewnej uniwersalnej zasady, mianowicie – zasady przyczynowości, która głosi, że z określonych przyczyn muszą wystąpić określone skutki. To właśnie dzięki niej rozumiemy świat i możemy go opisać – bo w przeciwnym razie jawiłby się nam on jako jakieś chaotyczne kłębowisko, w którym nie byłoby miejsca, by choć na chwilę zatrzymać tam oko.

Odkrycie tej zasady sprawiło, że od tego momentu już tylko krok dzielił ludzi od wniosku, że skoro wszystko ma i musi mieć przyczynę, to odnosi się to również do świata. On też musi mieć przyczynę, a skoro tak, to ktoś, a właściwie Ktoś musi za tą przyczyną stać.A skoro ten Ktoś stoi za przyczyną, to znaczy – że według wszelkiego prawdopodobieństwa jest on Kreatorem świata i rządzącej nim zasady przyczynowości. A ponieważ – jak zauważyli starożytni Rzymianie – cuius est condere eius est tolere – co się wykłada, że kto ustanowił, ten może znieść, to znaczy – że sam Kreator zasadzie przyczynowości nie podlega, że On Sam nie tylko nie ma przyczyny, ale też nie jest żadną przyczynowością skrępowany, to znaczy – że jest Wszechmocny.

Skoro tak, to nie tylko przezorność ale również podziw skłania do ubiegania się o Jego względy – i w tym momencie pojawia się religia nie tylko jako pewne wnioskowanie, ale również – jako sposób okazywania podziwu i zabiegania o względy. Krótko mówiąc, religia oznacza pewien rodzaj więzi społecznej, objawiającej się nie tylko w identycznym poglądzie na kwestię powstania świata, ale również – w ujednoliconych poglądach na konsekwencje tego odkrycia.

No dobrze – ale dlaczego właściwie ludzie uważają, że powinni zabiegać o względy Stwórcy Wszechświata? Przyczyną jest brak pewności, co do własnych losów. Wprawdzie nikomu nie spędza snu z powiek dociekanie, co się z nim działo przed pojawieniem się na świecie, to – skoro już się pojawił – dręczy go pytanie o przyszłość, skrytą za zasłoną tajemnicy. Wprawdzie wszyscy wiedzą, że umrą, ale mają nadzieję, że nie całkiem, że ocaleje z każdego to, co świadczy o jego niepowtarzalnej odrębności, to, co starożytni Egipcjanie, którzy dokonali tego wynalazku, nazwali „duszą”.

Tę nadzieję sprzedają wszystkie religie, uzależniając dalszy los duszy od jej oceny przez Stwórcę Wszechświata. Warto zwrócić uwagę, że oferta poszczególnych religii wcale nie była identyczna. O różnicy miedzy ofertą – nazwijmy to – „pogańską” – a ofertą chrześcijańską świadczy napisany na łożu śmierci przez rzymskiego cesarza Hadriana wiersz, którego przedmiotem jest troska o los własnej duszy, a właściwie – jak czule zwraca się do niej cesarz – „duszyczki”.

Animula, vagula, blandula, hospes comesque corporis. Quae nunc habibis in loca? Pallidula, rigida, nudula. Nec, ut soles, dabis iocos?” (Duszyczko, wędrowniczko milutka. Gościu i towarzyszko ciała. W jakie miejsce teraz pójdziesz? Bledziutka, zdrętwiała, nagusieńka. Gdzie nie będzie ci do żartów?)

Jak widzimy, „pogańska” oferta zaświatów nie była specjalnie zachęcająca, w odróżnieniu od oferty chrześcijańskiej: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy Bóg przygotował tym, którzy Go miłują”.

Wielkie” – ale tylko tym, „którzy Go miłują”.

Ciekawe, że chociaż w wieku XIX pojawił się odwrót od religii, to łatwiej było być nie tyle „poganinem” – bo „poganie” byli ludźmi religijnymi – co ateistą, a nawet nie tyle „ateistą”, bo ateizm to jednak a-teizm – co człowiekiem bezreligijnym. Ludzie bezreligijni twierdzą, że nie mają duszy. Trudno z tym poglądem się spierać, bo któż może takie rzeczy wiedzieć lepiej od nich – ale bezreligijność budzi obawy.

Rzecz w tym, że nie ma społeczności bezreligijnych, a jeśli nawet jakieś były, to musiały zniknąć bez śladu – bo wszystkie ślady świadczą tylko o społecznościach religijnych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo w przypadku braku religii trudno zrozumieć postawy altruistyczne, jak np. poświęcenie – bez których niepodobna wyobrazić sobie społeczności. Społeczności bezreligijne – o ile w ogóle istniały – raczej musiałyby się nawzajem pozjadać – bo tak nakazywałby instynkt samozachowawczy.

Otóż w wieku XIX łatwiej było lekceważyć religię, niż w wieku XX. Chodzi o to, że dokonane w wieku XX odkrycia naukowe wskazują że Wszechświat miał początek, datowany na 13,8 mld lat temu. Ten początek polegał na tym, że z punktu matematycznego, a więc pojęcia umownego, w pewnym momencie wytrysnął bąbel energii, który zaczął rozszerzać się z szybkością większą od prędkości światła – i w tym samym momencie pojawiła się Przestrzeń i Czas. Energia ta wkrótce zaczęła skupiać się w cząstkach elementarnych, z których następnie powstał budulec Wszechświata – atom wodoru. Wprawdzie Stewen Hawking twierdził, że hipoteza Stwórcy Wszechświata nie jest konieczna dla przyjęcia teorii Wielkiego Wybuchu, ale inni nie podzielają tego poglądu wskazując, że nauka nic nie mówi o tym, co było przed Wielkim Wybuchem – czy np. Coś, czy Ktoś go nie zainicjował, czy też nastąpił on „spontanicznie” – ale jeśli nawet – to dlaczego ta spontaniczność jest zgodna z prawami fizyki, których przecież w takiej sytuacji nie powinno w ogóle być – i tak dalej.

Tymczasem jeśli Ktoś ten cały Wielki Wybuch zainicjował, to znaczy – że musiał istnieć poza Przestrzenią i Czasem – bo te pojawiły się dopiero w tym momencie. Poza Przestrzenią i Czasem – czyli – w Wieczności. A to właśnie mówią religie. Toteż głosiciele bezreligijności ratują się dzisiaj ucieczką albo w bezmyślną doczesność – żeby tylko wypić i zakąsić – albo – skoro uważają, że wiara w życie wieczne, to „obciach” – ucieczką w życie długie, dzięki cudownym dietom – i tak dalej. Ale w porównaniu z bogactwem religii, wygląda to na kulturową mizerię i regres cywilizacyjny.

Tymczasem klimatyzm jest o tyle podobny do religii, że skierowany jest na wytworzenie społecznej więzi wokół „walki ze zmianami klimatycznymi”. O ile jednak religie są stosunkowo dobrze osadzone w kulturze, to klimatyzm, podobnie zresztą, jak tzw. „religia holokaustu”, zdają się obliczone na osiągnięcie całkiem konkretnych celów, nie mających nic wspólnego z zaświatami. „Religia holokaustu” była reakcją przywódców żydowskich na XIX I XX- wieczną sekularyzację, czyli właśnie – bezreligijność.

Przez całe wieki spoiwem żyjącego w diasporze narodu żydowskiego była właśnie religia. Ale pod wpływem postępującej sekularyzacji, coraz więcej ludzi nabierało wątpliwości, czy wierzyć w opowieści opisane w biblijnej Księdze Wyjścia – jak to Morze Czerwone się rozstąpiło – i tak dalej – a to przecież tamte traumatyczne przeżycia leżą u podstaw religii mojżeszowej. Gdyby ta wiara zanikła, to Żydom groziło rozpłynięcie się bez śladu w morzu narodów obcoplemiennych, które – w odróżnieniu od nich – mają poza religią jeszcze wiele innych wyznaczników tożsamości. Paradoksalnie remedium na ten lęk stała się masakra europejskich Żydów, dokonana przez Niemców podczas II wojny światowej. W odróżnieniu od traumatycznych przeżyć opisanych w Księdze Wyjścia – w tę masakrę, która też była przeżyciem traumatycznym – wcale nie trzeba „wierzyć”, a tylko o niej pamiętać – no i narzucić innym narodom pogląd, że ten – jak to nazwał Eliasz Wiesel – „holokaust” – jest wydarzeniem bez precedensu w historii świata.

To oczywiście nieprawda, ale nieważne, czy to prawda, czy nie; ważne by nie tylko Żydzi, ale wszyscy inni w to uwierzyli, dzięki czemu będzie to namiastka prawdy.

Na takiej samej nieprawdziwej tezie zbudowana jest quasi-religia klimatyzmu. Pozornie bazuje ona na pewnej oczywistości – że mianowicie klimat się zmienia. Fałsz pojawia się w momencie wskazywania na przyczynę tych zmian. Promotorzy „klimatyzmu” twierdzą, że przyczyny zmian klimatu mają charakter antropogeniczny, to znaczy – spowodowany działalnością człowieka. Żeby przekonać się o fałszywości tej opinii wystarczy zwykła spostrzegawczość. Oto zmieniają się pory roku; po mroźnej zimie następuje upalne lato. A dlaczego? A dlatego, że na skutek nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki nie pod kątem 90 stopni, tylko niewiele ponad 66 stopni, podczas obiegu Ziemi wokół Słońca, w różnych okresach roku, promienie słoneczne padają na powierzchnię Ziemi pod różnym kątem – i to jest przyczyna różnic temperatur między poszczególnymi porami roku. Działalność człowieka nie ma z tym nic wspólnego; ludzie w ogóle nie mają na to żadnego wpływu, nawet, gdyby chcieli. A na tym bynajmniej nie koniec.

Następnym kosmicznym zjawiskiem, które może mieć i ma wpływ na zmiany klimatyczne, jest precesja. Precesja polega na tym, że podczas obrotu Ziemi dookoła własnej osi, oś ta zatacza wokół bieguna niebieskiego ogromne koło. Zakreślenie jednego takiego koła trwa 26 tysięcy lat i okres ten nazywa się „rokiem platońskim”. Skutkiem precesji jest zmiana nasłonecznienia rejonów polarnych, powodująca albo okresowe ocieplenie, albo okresowe zlodowacenie. Na te zmiany klimatyczne spowodowane precesją ludzkość również nie ma najmniejszego wpływu.

Ale to również nie koniec. Otóż Układ Słoneczny, wraz z Ziemią, pędzi z ogromną prędkością wokół centrum galaktyki Drogi Mlecznej. Chociaż prędkość tego ruchu jest ogromna (792 tys. kilometrów na godzinę), to z uwagi na rozmiary galaktyki Drogi Mlecznej (jej średnica wynosi ponad 105 tysięcy lat świetlnych), Układ Słoneczny potrzebuje 250 mln lat, by wykonać jeden pełny obrót. Okres ten nazywa się „rokiem galaktycznym”. W dodatku, z uwagi na grawitacyjne oddziaływania na Układ Słoneczny innych układów gwiezdnych, nie porusza się on idealnie w osi swego ruchu, tylko zatacza wokół niej ogromne kręgi. Trajektorię jego lotu można porównać w związku z tym do rozciągniętej spirali. W trakcie tego lotu, Układ Słoneczny przez kilkanaście, albo i kilkadziesiąt milionów lat, przelatuje przez obszar czystej próżni, gdzie nic nie tamuje dostępu promieni słonecznych do Ziemi. Wtedy Ziemia się nagrzewa, to znaczy – klimat się ociepla. Tak było np. w epoce kredy (145 do 66 mln lat temu), kiedy musiało być ciepło, bo na Ziemi w ogóle nie było lodu, nawet na biegunach, a poziom mórz był wyższy od obecnego o 200 metrów.

Potem widocznie Układ Słoneczny, na kolejne kilkadziesiąt milionów lat, wszedł w obszar trochę zanieczyszczony mgławicami gazowymi lub pyłowymi, wskutek czego dopływ promieni słonecznych do Ziemi został zmniejszony o ułamek procenta. Wystarczyło to jednak, by się ochłodziło. Znaczna część wody została uwięziona w czapach lodowych na biegunach (lodowiec na Antarktydzie ma od 2 do 5 kilometrów grubości), w wiecznych śniegach i lodowcach górskich, wskutek czego poziom mórz obniżył się mniej więcej do poziomu obecnego. Klimat zmienił się w sposób zasadniczy – ale ludzie nie mieli z tym nic wspólnego, bo wtedy w ogóle na Ziemi ich nie było.

Są to rzeczy powszechnie znane, a przynajmniej – powinny być znane ludziom wykształconym. Tak niestety nie jest, o czym mogłem przekonać się osobiście, kiedy miałem jeszcze zajęcia ze studentami. Pewnego razu omawialiśmy traktat waszyngtoński w związku z NATO. Jeden z punktów tego traktatu określa obszar działania NATO: Ameryka Północna, Europa i Północny Atlantyk do Zwrotnika Raka. Coś mnie podkusiło, by zapytać studentów, dlaczego ta linia na globusie nazywa się zwrotnikiem. Popatrzyli na mnie z wyrzutem, a z dalszych indagacji okazało się, że nie wiedzą, dlaczego zmieniają się pory roku. Musiałem na tablicy narysować im płaszczyznę ekliptyki, kąt nachylenia osi ziemskiej i wyjaśniłem, o co chodzi – a potem przeszliśmy do kolejnych materii traktatowych. Jeśli o tym wspominam, to dlatego, by pokazać, że bezczelni, a nieraz do tego jeszcze utytułowani hochsztaplerzy, takim ludziom potrafią wmówić bardzo wiele rzeczy, m.in. – że zmiany klimatu mają przyczyny antropogeniczne.

A po co im to wmawiają? Jedynym wyjaśnieniem jest to, żeby poddać miliardy ludzi tresurze, tym razem pod pretekstem „ratowania planety” przed destrukcyjną działalnością człowieka, podobnie jak kilka lat wcześniej – pod pretekstem epidemii zbrodniczego koronawirusa, którą – jak pamiętamy – z dnia na dzień zlikwidował zimny rosyjski czekista Włodzimierz Putin, rozpoczynając wojnę na Ukrainie.

No dobrze – ale co jest celem tej tresury? Wyjaśnia to choćby „Zielony Ład”, przyjęty przez wariatów, którzy zdominowali Parlament Europejski. Jego deklarowanym celem jest „ochrona planety”, ale celem prawdziwym jest pozbawienie milionów Europejczyków własności, w myśl pragnień promotorów rewolucji komunistycznej, która przewala się przez Amerykę Północną i Europę. I to jest kolejna różnica między tradycyjnymi religiami, a quasi-religią klimatyzmu.

Stanisław Michalkiewicz

Migranci, gestapo i klimat

Migranci, gestapo i klimat

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    23 czerwca 2024

Gdybyśmy nie wiedzieli, że Donald Tusk jest przewodniczącym Volksdeutsche Partei, premierem rządu i Wielką Nadzieją Postępactwa, to moglibyśmy sobie pomyśleć, że to jakiś błazen, który – podobnie jak inni Umiłowani Przywódcy – duraczy trzódkę swoich wyznawców, niczym „Kostuś” z nieśmiertelnego, a dedykowanego Stefanowi Niesiołowskiemu utworu Janusza Szpotańskiego pod tytułem

Pan Karol i Kostuś”.

Pan Karol ma żonę uroczą i mądrą, plus seraj rozkosznych kochanic.

A Kostuś z pyskatą żonaty jest flądrą i romans ma z tkaczką z Pabianic.

A dalej:

Pan Karol jak myśli, to myśli szeroko i mnóstwo ogarnia perspektyw.

A Kostuś wlepione baranie ma oko w stek brudnych, endeckich inwektyw. (…)

Pan Karol jest mówca i złote ma usta, do czynu porywa słuchaczy;

a Kostuś z miedzianym obliczem oszusta wyznawców swych trzódkę duraczy.

No ale takie myślenie byłoby niegrzeczne, bo Donald Tusk jest przewodniczącym Volksdeutsche Partei – i tak dalej – a ponadto – jak mówią na mieście – jak już przy pomocy swojej hałastry zwanej „koalicją 13 grudnia” całkowicie zdemontuje III Rzeczpospolitą, to w nagrodę zostanie jakimś Reichsleiterem – bo stanowisko Reichsfuhrera jest zarezerwowane dla obecnej Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, która w Donaldu Tusku sobie upodobała, podobnie jak wcześniej Nasza Złota Pani, co to zrobiła z niego człowieka na europejskich salonach. Wprawdzie byłoby to niegrzeczne, ale z drugiej strony – amicus Plato, sed magis amica veritas – jak powiadali starożytni Rzymianie, co się wykłada, że prawdzie Platon przyjacielem, ale prawda jest przyjaciółką większą.

Jaka zatem jest prawda o Donaldu Tusku?

Od roku 2008, kiedy to, będąc premierem rządu, próbował poluzować sobie obróżkę i smycz, na której trzymały go stare kiejkuty, omal nie został przez nich wysadzony w powietrze przy pomocy „afery hazardowej”, związał swoje losy najpierw z Naszą Złotą Panią z Berlina, w później – z jej następcami, wśród których najbardziej upodobała sobie w nim Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, co to wyznaczyła mu zadania do wykonania w naszym bantustanie. A związał swoje losy ze Złotą Panią, bo to ona, ratując go przed wysadzeniem w powietrze i Bóg wie przed czym jeszcze – załatwiła mu Nagrodę im. Karola Wielkiego – co było aluzją, że kto odtąd podniesie rękę na Donalda Tuska, to będzie miał z nią do czynienia – a potem Mocną Ręką przeniosła go na brukselskie salony, gdzie zrobiła z niego – i tak dalej.

Odtąd Donald Tusk służy – ale nie Sowieckiemu Sojuzu, tylko Rzeszy. Naturalnie o tym nie powinno się głośno mówić, chociaż Jarosław Kaczyński chyba o tym nie wie, bo na oczach całej Polski wygarnął Donaldu Tusku w Sejmie:wiem jedno: jest pan niemieckim agentem– a Donald Tusk przytomnie udał, że nie słyszy – bo niby co miał powiedzieć?

Wreszcie, dopóki Niemcy nie mogły się zdecydować, czy w związku z wojną, jaką USA i NATO prowadzą z Rosją na Ukrainie do ostatniego Ukraińca, trzymać się strategicznego partnerstwa z Rosją, czy nie – aż Amerykanie, wysadzając w powietrze bałtyckie gazociągi ułatwili im podjęcie decyzji – Donald Tusk prezentował się jeśli nawet nie jako gołąbek pokoju, to przynajmniej jako humanitarny wrażliwiec, zwłaszcza w kwestii migrantów. Kiedy jednak Niemcy po wysadzeniu w powietrze wspomnianych gazociągów i odkryciu w izraelskiej strefie ekonomicznej na Morzu Śródziemnym obiecujących złóż ropy i gazu, machnęły ręką na strategiczne partnerstwo z Rosją na rzecz strategicznego partnerstwa z Izraelem, Donald Tusk w jednej chwili przepoczwarzył się z gołąbka pokoju z jastrzębia gołębiarza. Z dnia na dzień zrozumiał, że migranci, to nie żadni nieszczęśliwcy, tylko łajdacy i tak się wobec nich usztywnił, że aż pani reżyserowa Agnieszka Hollandówna, kierujący nietykalną fundacją „Otwarty Dialog” pan Bartosz Kramek i wreszcie Judenrat „Gazety Wyborczej” zaczęli się od niego dystansować a nawet czynić mu gorzkie wyrzuty.

Towarzyszyły tej metamorfozie buńczuczne deklaracje o Wale Tuska zwanym inaczej Linią Imaginota”, o pozwoleniu żołnierzom na używanie broni i o „strefach buforowych”, ale – jak zauważył Jan Kochanowski – „próżno się rząd mniemaną potęgą nasrożył, który na gruncie cnoty rządów nie założył”. Okazało się bowiem, że bufory – buforami – ale „aktywiści”, jak gdyby nigdy-nic, po staremu rozprowadzają migrantów w strefie nadgranicznej, a żołnierze są „zastraszeni”, więc po staremu cierpią od migrantów katiusze – i tak dalej.

Jak jednak ma być inaczej, skoro zgodnie z dyrektywą Komisji Europejskiej z 14 maja br. o wyrównywaniu warunków przyjmowania itd. – migrantom należy zapewnić warunki pobytu, a więc – zakwaterowanie, tzn. mieszkanie socjalne co najmniej na rok, finansowane z funduszy publicznych o powierzchni minimum 50 m. kw. dla pierwszej osoby plus dodatkowe 10 metrów na każdą kolejną – do tego ok. 2,4 tys. zł miesięcznie na osobę bezterminowo, plus rozmaite „bonusy”.

Ta dyrektywa już obowiązuje, a premier Tusk – podobnie jak w sprawie innych dyrektyw – nie ma nic do gadania. Toteż od połowy maja Niemcy wypychają od siebie do Polski coraz to nowe grupy migrantów, o czym funkcjonariusze rządowych i nierządnych jednostek Propaganda Abteilung starają się nie mówić – no bo co w tej sytuacji powiedzieć?

Ale na tym nie koniec, bo 14 czerwca Sejm przyjął ustawę o „sygnalistach”, to znaczy – o donosicielach – i utworzeniu całego systemu ich ochrony, którym zawiaduje Rzecznik Praw Obywatelskich, w ten sposób wmontowany w mechanizm totalnej inwigilacji. Rząd, kierując projekt stosownej ustawy do Sejmu, wykonał w ten sposób dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej.

I jak tu się nie zgodzić z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, który jeszcze przed II wojną, w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś”, wspierany przez proroctwa pisał: Czyli że co do tych okien – to każdy kraj ma Gestapo” . Jakże zresztą ma nie mieć, skoro przecież budujemy IV Rzeszę, a ta – choćby ze względu na ciągłość – nie może przecież różnić się zasadniczo od Rzeszy III? Toteż będzie miał – a nad wszystkim będzie czuwać Reichsfuhrerin, być może nawet przy pomocy Donalda Tuska, jeśli oczywiście zostanie wynagrodzony stanowiskiem Reichsleitera.

Ale może nie zostanie, może zakończy karierę na stanowisku Generalnego Gubernatora – bo właśnie Rada Unii Europejskiej przyjęła prawo o odbudowie zasobów przyrodniczych. Wprawdzie Włochy, Węgry, Szwecja, Holandia, Finlandia i Polska się sprzeciwiały, ale nic to nie pomogło. W ogóle to Polska była „za, a nawet przeciw” – bo Ministerstwo Klimatu projekt rekomendowało, ale jednocześnie rząd „nie mógł” go poprzeć ze względu na „nadmierne obciążenia biurokratyczne”.

Wiadomo jednak, że nic tak nie robi dobrze klimatowi, jak rozrost biurokracji. Na tym nieubłaganym stanowisku stanęło 215 naukowców, którzy zapewne liczą na posady w stosownych instytucjach – bo komuż w końcu je powierzać, jeśli nie płomiennym obrońcom „planety” przez zagładą?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Fundament Generalnego Gubernatorstwa. O ochronie sygnalistów – donosicieli.

Fundament Generalnego Gubernatorstwa

Stanisław Michalkiewicz    22 czerwca 2024 michalkiewicz

Niezależne media głównego nurtu, wykonując polecenia swoich oficerów prowadzących, od 1989 roku, już w drugim, albo nawet trzecim pokoleniu ubeckich dynastii, pozostających na służbie cudzoziemskich central wywiadowczych, próbują zaczadzić opinię publiczną w Polsce rozmaitymi dyrdymałami w rodzaju szans prezydenckich sezonowego pana marszałka Hołowni, którego pan Kobosko zostawił z Kamyszem w garści, a za tą zasłoną dymną dokonuje się postępująca faszyzacja Polski, która pod przewodnictwem Volksdeutsche Partei, przepoczwarza się w Generalne Gubernatorstwo w ramach IV Rzeszy.

Polega ona, to znaczy – ta faszyzacja – na wprowadzaniu do systemu prawnego państwa specjalnych regulacji, odpowiadających kryteriom ustanowionym przez twórcę faszyzmu, Benito Mussoliniego: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Z tej formuły wynika, że poza „państwem”, a więc poza ramami wyznaczonymi przez polityczne gangi lub gang, nie tylko nie ma życia, ale i być go nie może. W tej sytuacji „państwu” wolno wszystko – i na tym właśnie polega istota faszyzmu, jego najtwardsze jądro.

Faszyzacja postępuje z inicjatywy Komisji Europejskiej, która – obecnie pod dyrekcją Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, ale i pod dyrekcją poprzednich owczarków niemieckich: Jana Klaudiusza Junckera i Franciszka Timmermansa – zasypuje członkowskie bantustany tak zwanymi „dyrektywami”, które nasi suwerenowie sejmowi opisują własnymi słowami i w rezultacie około 80 proc. tubylczego systemu prawnego stanowią już owe dyrektywy, uzupełniane najwyżej korupcyjnymi nowelizacjami w rodzaju „lub czasopisma” – ale i te, żeby w ogóle były procedowane, muszą uzyskać certyfikat zgodności z prawami Reichu.

W ten sposób na przykład przyjęta została faszystowska regulacja w postaci ustawy o ochronie danych osobowych, która wprowadza zasadę, że jeśli jeden człowiek chce coś powiedzieć drugiemu człowiekowi, to musi prosić „państwo” o pozwolenie. Na straży tych faszystowskich regulacji władze Rzeszy postawiły Gerichty, to znaczy – instytucje zatrudniające poprzebieranych w „śmieszne, średniowieczne łachy” funkcjonariuszy, którzy za pieniądze w podskokach służą każdemu reżymowi. Gerichty bowiem były i w III Rzeszy i w PRL w czasach stalinowskich oraz późniejszych, więc nie ma powodu, by nie miało być ich teraz, gdy właśnie przystępujemy do kładzenia fundamentów pod Generalne Gubernatorstwo. Ludzie dziwują się niekiedy, jak to się działo, że ci funkcjonariusze, siłą inercji nazywani „sędziami”, dopuszczali się tylu zbrodni sądowych, z morderstwami włącznie. Ano właśnie tak; jeszcze trochę faszystowskich regulacji i ani się spostrzeżemy, kiedy trup zacznie ścielić się gęsto, a tysiące zapełnią więzienia. I niech nas nie zmylą usprawiedliwienia, że np. w czasach stalinowskich wśród tych funkcjonariuszy dominowali Żydowie albo Żydówki w rodzaju niejakiej Gurowskiej (nee Morycówna Zand). Polskie pochodzenie w niczym przed popełnianiem zbrodni sądowych nie chroni, a tym bardziej – płeć – zwłaszcza gdy obecna propaganda Judenratu kładzie nacisk na „siłę kobiet”. A w czym ta siła ma się objawiać, jeśli nie w bezwzględnym realizowaniu faszystowskich regulacji?

Toteż i teraz, gdy funkcjonariusze Propaganda Abteilung podsuwają opinii publicznej pod nos wspomniane dyrdymały, właśnie menażeria skupiona w Sejmie i Senacie przyjęła ustawę z 23 maja br. o ochronie sygnalistów. Jest to oczywiście dyrektywa władz IV Rzeszy, które nakazały jej przyjęcie wszystkim bantustanom, co nasi suwerenowie w podskokach wykonali. Chodzi naturalnie o donosicieli, elegancko nazywanych „sygnalistami”, nad którymi szczególną opiekę ma roztoczyć Rzecznik Praw Obywatelskich. W ten oto sposób ta dotychczas operetkowa posada zostanie wkomponowana w system totalnej inwigilacji – w szczególności w ochronę „sygnalistów” przed tak zwanymi „działaniami odwetowymi”, a więc każdym zachowaniem, które „może wyrządzić szkodę” sygnaliście – a nawet „próby” lub „groźby” takich zachowań. Wprawdzie teraz pojedynki wyszły już z mody, ale ciekawe, czy według kodeksu Boziewicza „sygnaliści” mają „zdolność honorową”, czy też odmawianie im jej można będzie uznać za „działania odwetowe”? Ale to nic w porównaniu z przewidzianym przez ustawę zakresem ochrony, która z „sygnalisty” czyni coś w rodzaju świętej krowy. Jeśli, dajmy na to, „sygnalista” gdzieś pracuje, to pracodawca nie może mu nic zrobić, bez narażania się na odpowiedzialność za „działania odwetowe” – przy czym w razie czego to właśnie on musi udowadniać niezawisłemu sądowi, że to nie były żadne „działania odwetowe”, tylko pracownik na przykład się wałkonił. Z doświadczenia wiem, że udowodnienie czegoś takiego niezawisłemu sądowi jest niemożliwe, zwłaszcza, gdy „sygnalista”, podobnie jak niezawisły sędzia, jest jednocześnie konfidentem którejś z bezpieczniackich watah. „Sygnalista” w kolei może wszystko, to znaczy – prawie wszystko – bo na przykład nie może przyjąć odpowiedzialności za szkodę powstałą z powodu „zasygnalizowania”- gdyby na przykład ruszyło go sumienie. Poza tym ma zagwarantowaną całkowitą anonimowość – jak to konfidenci – a za ujawnienie jego tożsamości grozi nawet do roku więzienia.

Cóż można o tej ustawie powiedzieć? Czyni ona z „sygnalisty” osobę stojącą właściwie ponad prawem, podobną do niezawisłych sędziów, którzy – jak się przekonałem – naprawdę uważają, że nikt nie powinien mieć prawa komentowania ich orzeczeń. Przepisy tej ustawy naruszają konstytucyjne zasady np. zasadę swobody zawierania umów – w tym – umów o pracę – bo na przykład pracodawca pod żadnym pozorem nie może pozbyć się „sygnalisty” ze swojej własnej firmy – chyba, że ją zlikwiduje, chociaż kto wie, czy wtedy nie narazi się na odpowiedzialność za „działania odwetowe”.

Te regulacje – chociaż expressis verbis o tym nie mówią – stanowią milowy krok na drodze przejmowania władzy przez tajne służby, dla których „sygnaliści” są oczami i uszami. W sytuacji, kiedy zarówno wobec osób piastujących wysokie funkcje publiczne w konstytucyjnych organach państwa, jak i obywateli kontrolujących kluczowe segmenty gospodarki, funkcjonariuszy organów ścigania, niezawisłych sędziów oraz funkcjonariuszy Propaganda Abteilung z niezależnych mediów głównego nurtu I przemysłu rozrywkowego niepodobna uniknąć podejrzeń o tajną współpracę z bezpieką, która w naszym nieszczęśliwym kraju jest wyjątkowo bogato rozbudowana, ustawa o ochronie „sygnalistów” stanowi rodzaj wisienki na torcie, uzupełniając, a właściwie dopełniając obrazu Generalnego Gubernatorstwa, które właśnie jest budowane pod kierunkiem Volksdeutsche Partei.

Stanisław Michalkiewicz

Na straży burdelu

magna/polonia

Stanisław Michalkiewicz

Proces destabilizacji Polski, która w niedalekiej już perspektywie, zostanie przekształcona w Generalne Gubernatorstwo w ramach IV Rzeszy, z miesiąca na miesiąc się pogłębia i nic nie wskazuje na to, by ktokolwiek był w stanie, a nawet – by ktokolwiek chciał – go powstrzymać, nie mówiąc już o jego odwróceniu. Nie mówię o obywatelach, którzy najwyraźniej stracili już nadzieję, że cokolwiek da się jeszcze uratować, tylko o środowiskach pretendujących do kierowania państwem.

Mam tu na myśli przede wszystkim naszą niezwyciężoną armię, która najwyraźniej nie ma nic przeciwko temu, by państwo zostało obezwładnione. Ostatni raz niezwyciężona armia zmobilizowała się  – niestety tylko do tego, by wziąć obywateli za mordę gwoli uratowania komunistycznego reżimu, którego najtwardszym jądrem, już bez zachowywania żadnych nawet pozorów, stała się bezpieka, zarówno ta wojskowa, jak i ta cywilna – potem zresztą przez wojskową rozgromiona.

Ale nawet i wtedy nie kiwnęła palcem, by przy tej okazji zrobić coś pożytecznego dla narodu i państwa. Kiedy siedziałem w obozie dla internowanych w Białołęce, moi towarzysze niedoli pomstowali na generała Jaruzelskiego, że “Pinochet” – i tak dalej.

Mówiłem wtedy – jaka szkoda, że to nieprawda! Generał Pinochet owszem – wziął wszystkich za twarz, ale przynajmniej pogonił kota lewackiej międzynarodówce, co to zleciała się do Chile pod skrzydła prezydenta Allende, żeby zrobić tam rewolucję – ale też skierował swój kraj na drogę normalności gospodarczej. Tymczasem nasza soldateska ani o tym pomyślała, tylko zrobiła wszystko, by rozkraść państwowy majątek i zapewnić sobie uprzywilejowaną pozycję w nowych warunkach ustrojowych.

Zresztą nie na długo, bo nie miała pojęcia co z tym zrobić i nawet kiedy Mieczysław Wilczek wykorzystał  polityczne przyzwolenie, by zlikwidować tu socjalizm realny przy pomocy ustawy o działalności gospodarczej, stare kiejkuty, zrozumiawszy, iż w warunkach gospodarki rynkowej nie uda im się zachować uprzywilejowanej pozycji, zatrąbiły do odwrotu, przerabiając raczkujący, zwyczajny kapitalizm, na kapitalizm kompradorski, w których o dostępie do rynku i możliwości funkcjonowania na nim, decyduje przynależność do sitwy.

Najtwardszym jądrem sitwy jest oczywiście bezpieka. W tej sytuacji za jedyny ratunek uznała poddanie państwa Niemcom, które przecież od samego początku były kierownikiem Unii Europejskiej – tego kolejnego wcielenia marzenia o europejskiej hegemonii, które Niemcom zaszczepił najpierw Bismarck, potem Wilhelm II i Adolf Hitler.

W ten sposób nasza niezwyciężona armia uznała się za spadkobierczynię i kontynuatora polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, z którą historyczny naród polski od 1944 roku musi dzielić terytorium państwowe, a która gotowa jest wysługiwać się każdemu, kto jej obieca, że nadal będzie mogła na tym historycznym narodzie pasożytować. Czy to będą Sowieci, czy to będzie Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen – to nie ma znaczenia – byle można było spokojnie sobie wypić i zakąsić – oczywiście na tak zwany “krzywy ryj”.

Toteż nasi dowódcy wojskowi w zasadzie nie mają nic przeciwko temu, by prężyć się w postawie zasadniczej ot, choćby przed Wielce Czcigodną Katarzyną Kotulą, która – jak podejrzewam – “takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy” – a że oczy ma wlepione w dość ciasny obszar własnego krocza – to już nikomu nic nie przeszkadza.

I pomyśleć, że trzon naszej niezwyciężonej armii tworzą młodzi, zdrowi mężczyźni, którzy w dodatku mają broń. Dobry Boże, co za upadek, co za degrengolada!

W dniach ostatnich został zrobiony kolejny krok w kierunku postępującego obezwładniania państwa – a to za sprawą pana prezydenta Dudy, który skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją dwóch ustaw – jednej o Narodowym Centrum Badań i Rozwoju i drugą jakąś inną – ale to nieważne.

No i właśnie Trybunał uznał, że obydwie ustawy są z konstytucją niezgodne, jako że przy ich zatwierdzaniu pominięci zostali panowie Kamiński i Wąsik, którym pan Adam Bodnar, wystrugany z banana przez Donalda Tuska na ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, kazał odebrać mandaty poselskie.

Oczywiście dla zachowania pozorów, tworząc te fakty dokonane, posłużył się niezawisłymi sędziami, którzy – jak to sędziowie – powinność swej służby zrozumieli – ale widać nie do końca, bo panu Kamińskiemu, jako szubienicznikowi, mandat cofnęli, ale panu Wąsikowi, chociaż też szubienicznikowi – już nie.

Co ciekawe, podczas rozprawy w TK doszło do “skandalu”, bo stawający w imieniu Sejmu jegomość, nie mogąc już patrzeć na znienawidzoną Krystynę Pawłowicz, która rozprawie przewodniczyła, w pewnym momencie zwyczajnie sobie poszedł. Tak samo zrobił w swoim czasie prof. Bogusław Wolniewicz, którego niezawisły sędzia nie chciał wysłuchać, chociaż to właśnie jemu złodziej ukradł torbę – o co  toczyła się sprawa z jego udziałem. Kiedy prof. Wolniewicz wyszedł, sędzia uznał się za obrażonego i przysolił – nie złodziejowi, tylko właśnie jemu – wysoką karę pieniężną.

W odróżnieniu od reprezentanta Sejmu, prof. Wolniewicz nie miał żadnego immunitetu – ale na szczęście zadzwonił do mnie jakiś dobry człowiek, że gotów jest zapłacić tę karę za profesora, więc skontaktowałem go  z nim i w ten sposób i wybujałe ego niezawisłego przebierańca zostało udelektowane i profesor nie poniósł dodatkowego uszczerbku majątkowego.  Zresztą i ja sam miałem podobną przygodę, kiedy zostałem wezwany przed oblicze niezawisłego sądu. jako świadek na godzinę bodajże 11.00.

Przed drzwiami byłem kwadrans przed 11.00, ale toczyła się tam jakaś całkiem inna rozprawa. Czekałem więc godzinę, czekałem drugą i postanowiłem, że jak minie trzecia godzina, to sobie pójdę – i tak się stało. Wkrótce potem dostałem pismo, że niezawisły sąd wymierzył mi Straf za samowolne opuszczenie sądu w wysokości 800 złotych.

Odwołując się od tego “postanowienia” zwróciłem uwagę, że na godzinę oznaczoną w wezwaniu się stawiłem, na co mam świadków – że czekałem trzy godziny – na co też mam świadków, a potem rzeczywiście sobie poszedłem – bo przecież nie zostałem pozbawiony wolności. Na szczęście trafiłem na mężczyznę, którego logiczne argumenty przekonały, bo gdybym trafił na jakąś durnicę z pretensjami, to nic by mnie nie uratowało.

Ciekaw jestem, co się stanie z tym przedstawicielem Sejmu, który najwyraźniej pozostaje pod wpływem Judenratu “Gazety Wyborczej” w której michnikowszczyny z upodobaniem piszą o “Trybunale Julii Przyłębskiej” a nie o Trybunale Konstytucyjnym. Jestem pewien, że gdyby kierownikiem tego trybunału byłby jakiś Jojne Niedoperz, to michnikowszczyny traktowałyby go z niebywałą rewerencją, której wobec głupich gojów najwyraźniej im szkoda.

Ale nie to jest najważniejsze, tylko – że nie wiemy, ile jeszcze ustaw zostało uchwalonych bez udziału panów Kamińskiego i Wąsika. Panu profesorowi Matczakowi na samą myśl o “chaosie prawnym” mózg ze zgrozy zaczyna się gotować i pewnie dlatego nie zauważa, że w tym szaleństwie jest metoda – że właśnie o to chodzi. Że w tym dokładnie celu Reichsfuhrerin Urszula von der Layen, niczym bakcyla dżumy, wysłała do naszego bantustanu Donalda Tuska, w którym dlaczegoś sobie upodobała.

Przełomu nie było. Nawet ekscytowanie opinii publicznej się nie udało.

Przełomu nie było

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    16 czerwca 2024 michalkiewicz

Wybory do Parlamentu Europejskiego, którymi niezależne media głównego nurtu próbowały ekscytować opinię publiczną, nie przyniosły żadnego przełomu, ani na poziomie krajowym, ani na poziomie europejskim. Ale nawet ekscytowanie opinii publicznej się nie udało, o czym świadczy frekwencja wyborcza na poziomie 40 procent. Volksdeutsche Partei Donalda Tuska uzyskała 21 mandatów, podczas gdy PiS – 20, przy różnicy głosów na poziomie 1 procenta.

Pokazuje to, że scena polityczna w Polsce została na dobre zabetonowana, zgodnie z ustaleniami z Magdalenki, a dla pozostałych uczestników życia politycznego zostaje coraz mniej miejsca. Świadczy o tym wynik Lewicy, która wprowadziła do PE trójkę kandydatów, podobnie jak Trzecia Droga. Pewną niespodziankę sprawiła Konfederacja, która z wynikiem 12 procent wprowadziła do PE szóstkę kandydatów, wysuwając się na trzecie miejsce.

Warto jednak rozebrać sobie ten wynik z uwagą tym bardziej, że jeden z liderów tego ugrupowania, pan Sławomir Mentzen wyraził opinię, że po odejściu do PE posła Brauna, klub Konfederacji „zyska na zwartości”. Może i zyska, chociaż zwracam uwagę, że to właśnie Grzegorz Braun, podobnie jak dwie kandydatki: pani Bryłka i pani Zajączkowska, które właśnie dostały się do PE, okazały się lokomotywami, ciągnącymi cały pociąg. Grzegorz Braun otrzymał ponad 113 tysięcy głosów, a obydwie panie – mniej więcej po tyle samo. Pozostali kandydaci uzyskali zaledwie połowę tego, co każda z pań, więc w tej sytuacji pytanie, co będzie z pociągiem, od którego odłączy się lokomotywy, staje się całkiem uzasadnione.

Zabawnym elementem tych wyborów jest wprowadzenie poprzez Lewicę do PE związku partnerskiego panów Biedronia i Śmiszka. Najwyraźniej sodomczykowie płci obojga musieli się zmobilizować, by związek partnerski nie został rozdzielony. Inna sprawa, że Polska nic z tego nie będzie miała, jako, że ten couple nie będzie mógł się rozmnażać, więc w ten sposób kryzysu demograficznego nie przezwyciężymy. Na domiar złego kultura polska poniosła niepowetowaną stratę, bo z ministerstwa odszedł do PE nie tylko pan pułkownik Sienkiewicz, ale i Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus.

I co my teraz zrobimy? Czy powstałą w ten sposób próżnię zdoła wypełnić 21 nowych posłów, którzy wejdą do Sejmu na miejsca zwolnione przez szczęściarzy, co to dostali się do Parlamentu Europejskiego? O tym nie ma mowy, bo już widać, że w związku z przejściem do PE Wielce Czcigodnego posła Szczerby np. komisja do afery wizowej będzie musiała zakończyć działalność, a przecież na panu Szczerbie świat się nie kończy, bo do PE poszedł Wielce Czcigodny poseł Pupka, podobnie jak Wielce Czcigodny poseł Łajza. Co tu ukrywać; dla polskiego parlamentaryzmu nadchodzą ciężkie czasy, to znaczy – nadeszłyby, gdyby nie to, że na poziomie europejskim ostatnie wybory do PE też nie przyniosły przełomu.

Bo po ostatnich wyborach nic się zasadniczo nie zmieniło. Najlepszy wynik, na poziomie 185 mandatów, uzyskała Europejska Volksdeutsche Partei, zaś „socjały nudne i ponure” uplasowały się na miejscu drugim ze 137 mandatami. Zieloni dostali 52 mandaty, a Czerwoni, czyli komuna – 36 mandatów. Do tego dochodzą „odnawiacze Europy” z 79 mandatami. Konserwatyści i Reformatorzy mają 73 mandaty – ale nie róbmy sobie złudzeń, jako, że do tej frakcji należy PiS, który jest „przeciw, a nawet za”. Tożsamość i Demokracja do której należy Zjednoczenie Narodowe Maryny Le Pen, Alternatywa dla Niemiec i Liga Północna ma 58 mandatów. Niezrzeszeni mają 46 mandatów, a „pozostali” – 54.

Jak z tego wynika przeciwnicy pogłębiania integracji mają akurat tyle, by móc groźnie kiwać palcem w bucie, ewentualnie wygłaszać płomienne, 2-minutowe manifesty przeciwko trzęsieniom ziemi – ale nic więcej. W tej sytuacji wydaje się pewne, że już wkrótce przeforsowana zostanie zarówno nowelizacja traktatu lizbońskiego, jak również Zielony Wał i inne wariackie wynalazki. W takim razie sprawa przekształcenia naszego nieszczęśliwego kraju w Generalne Gubernatorstwo w ramach IV Rzeszy wydaje się przesądzona.

Tymczasem za sprawą portalu „Onet”, któremu jakiś stary kiejkut wetknął nos w świeży trop („wiecie, rozumiecie, redaktorze; macie tu gotowca i opiszcie to wszystko własnymi słowami, jak to wy potraficie”) okazało się, że na polsko-białoruskiej granicy w okolicy w Dubicz Cerkiewnych, w marcu doszło do strzelaniny. Do granicy bowiem zbliżała się kilkudziesięcioosobowa wataha kaukaskich gołoworiezów, który nie reagowali ani na środki łagodnej perswazji, ani nawet na strzały ostrzegawcze w górę. Więc kiedy tyraliera gołoworiezów się zbliżała, żołnierze zaczęli strzelać w ziemię tuż przed skrajem tyraliery. Natarcie wprawdzie zostało powstrzymane, ale nie na długo, bo zaraz pojawiła się Żandarmeria Wojskowa, która żołnierzy zakuła w kajdany i odstawiła do aresztu wydobywczego.

I tu się zaczyna niezamierzony, komiczny element sprawy. Po publikacji „Onetu” okazało się, że żaden z dygnitarzy nic o tym incydencie nie wiedział. Ani pan prezydent, który – jak się wydaje – o wszystkim dowiaduje się przypadkowo, ani Donald Tusk – bo „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy” – jak śpiewał Wojciech Młynarski – ani pan prokurator Generalny Adam Bodnar, ani wreszcie – minister obrony, chociaż tu sprawa się komplikuje, bo podobno Kosiniak wiedział, ale Kamysz nie.

Okazało się jednak, że stare kiejkuty chciały w ten sposób trafić rykoszetem w znienawidzoną Ziobrę, bo ukrytą intencją publikacji było spławienie z wodą prokuratora Janeczka, podobno zatwardziałego ziobrystę. Ale prokurator Janeczek powiedział, że on też nic nie wiedział, jako że pan minister Bodnar odciął go od wszelkich ciekawych informacji.

Zapanowała szalenie kłopotliwa sytuacja, bo wprawdzie dygnitarze okazali się niewinni, ale pojawiło się pytanie, kto w takim razie kazał Żandarmerii zakuć żołnierzy w kajdany? O tym, żeby działała bez rozkazu mowy przecież być nie mogło, bo jakże to – w wojsku i bez rozkazu? Normalnie można by zwalić wszystko na Putina, że to on rozkazał, ale to by było chyba jeszcze gorzej, bo jeśli to Putin, to co powiedzą sojusznicy w Waszyngtonie i Brukseli? I tak już nie wiadomo, co zrobić z tą całą komisją do badania ruskich wpływów, a gdyby jeszcze się okazało, że Putin rozkazuje naszemu wojsku, to już nie można by pokazać się na oczy w żadnym towarzystwie.

Tedy rada w radę Rada Ministrów uradziła, że rząd pojedzie na sesję wyjazdową do Białegostoku, a kiedy przybędzie tam również pan prezydent, to nawet odbędzie się Rada Gabinetowa. I tak się stało.

Żeby zatrzeć nieprzyjemne wrażenie i zagłuszyć jaskółcze niepokoje, i pan prezydent i pan premier zaprezentowali szalenie buńczuczne stanowisko. Pan premier Tusk stanął na nieubłaganym gruncie ochrony polskich granic i surowo przykazał ministru Kosiniaku-Kamyszu, żeby w niedzielę, na poczekaniu, napisał na kolanie ustawę o zasadach użycia broni i w ogóle. Podobno pan minister coś tam nawet napisał, ale mało kto był tego ciekaw, jako, że premier Tusk zapowiedział wyznaczenie wokół granicy strefy buforowej od 200 metrów do 2 km, a pan prezydent zapowiedział, że migrant, podobno Marokańczyk, który niedawno śmiertelnie ugodził nożem polskiego żołnierza, zostanie zidentyfikowany, schwytany i ukarany. W związku z tym na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby w tym celu został wynajęty znany detektyw od spraw beznadziejnych pan Krzysztof Rutkowski. Jeśli nawet misja mu się nie uda, to odium spadnie na sektor prywatny, a nie na niewinnych dygnitarzy. To byłby nawet plus dodatni, ale czy w tych fałszywych pogłoskach jest chociaż ziarenko prawdy?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Judenrat kontynuuje tradycje żydowskich arywistów

Judenrat kontynuuje tradycje żydowskich arywistów

16.06.2024 Stanisław Michalkiewicz nczas/judenrat

Niepodobna nie zauważyć, że Judenrat „Gazety Wyborczej” kontynuuje tradycje żydowskich arywistów, których Stalin wysłał do Polski, by tresowali nasz mniej wartościowy naród tubylczy do komunizmu. Józef Stalin uważał bowiem, że komunizm pasuje do Polaków jak siodło do krowy, więc przysłani do Polski Żydowie mieli jedno z drugim dopasować. Toteż jedni kierowali Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, czyli tak zwanym „resortem”, a z kolei innym Stalin powierzył sprawowanie w Polsce rządu dusz.

Jedni zostali postawieni na odcinku terroru, podczas gdy drudzy Żydowie – na odcinku duraczenia. Gwoli duraczenia powstała cała rozbudowana struktura, przy której Fundusz Sprawiedliwości, o którym dzisiaj tak głośno, to jest jakiś Liliput przy Guliwerze. Na czele aparatu duraczenia została postawiona Polska Akademia Nauk, która – mimo sławnej transformacji ustrojowej – nadal pozostaje wierna swemu pierwotnemu przeznaczeniu. Ważną rolę odgrywał też Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli tak zwana „cenzura”, której obecnie już „nie ma”, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych albo izraelskiej broni jądrowej. O ile PAN miała za zadanie przygotowanie rewolucyjnej teorii duraczenia, to „cenzura” była jej pasem transmisyjnym do bezpośrednio duraczących, czyli mediów głównego nurtu, które zajmowały się już rewolucyjną praktyką.

Rewolucyjna praktyka, zgodnie z przykazaniami Lenina („odchodząc od nas nakazał nam towarzysz Lenin umacniać organizacyjną funkcję prasy – mówił Józef Stalin podczas pogrzebu Lenina i dodawał: przysięgamy ci towarzyszu Leninie, że wiernie wypełnimy również i to twoje przykazanie). I właśnie w tej dziedzinie zaznacza się kontynuacja dzieła żydowskich arywistów w dziele duraczenia mniej wartościowego narodu tubylczego. Z tego powodu zarówno wtedy, jak i teraz Judenrat „Gazety Wyborczej” za swojego głównego przeciwnika uznaje „reakcyjny kler”, przeciwko któremu próbuje obracać opinię publiczną.

Czyni to dość zręcznie, skrupulatnie ukrywając, o co chodzi mu naprawdę, toteż koncentruje się na przypisywaniu „reakcyjnemu klerowi” rozmaitych sprośnych łajdactw Niebu obrzydłych, wśród których na plan pierwszy wysuwa się molestowanie. Stanowiący publiczność Judenratu tubylczy mikrocefale lubią bowiem ekscytować się tak zwanymi „momentami”, co sprawia, że tematyka dobrze się sprzedaje, ale te „momenty” – w ramach wychowawczej funkcji prasy – Judenrat zaprawia tak zwanym „smrodkiem dydaktycznym”, dzięki któremu mikrocefale odczuwają zarówno dreszczyki, jak i umacniają się w poczuciu wyższości nie tylko nad „reakcyjnym klerem”, ale jego logistycznym zapleczem, które przy okazji jest drenowane z pieniędzy przez prawdziwe lub urojone ofiary molestowania, co to nauczyły się, że „z wszystkiego można szmal wydostać, tak jak za okupacji z Żyda” przy pomocy zaangażowanych mecenasów i zblatowanych niezawisłych sądów, które potrafią puścić z torbami każdego, kogo nieubłaganym palcem wskażą im oficerowie prowadzący z watahy starych kiejkutów, lub jakiejś innej.

Ale przemysł molestowania, w którym Judenrat uczestniczy w charakterze naganiacza, organizuje gniew zagniewanego ludu, umiejętnie dodając dramatyzmu opowieściom rozmaitych ofiar, które na ogół nie wyglądają na specjalnie wiarygodne. Jeśli na przykład jakiś dorosły jegomość przypomina sobie, jak to przez kilka lat dzień w dzień nieprzerwanie był „gwałcony”, dzięki temu że się gwałcicielowi swemu regularnie nadstawiał, albo że jakaś panienka była „więziona”, a jednocześnie regularnie chodziła do szkoły, mimo „złamania miednicy” podczas jakiegoś szczególnie intensywnego spółkowania, to bez „dramatyzmu” trudno w takie rzeczy uwierzyć, nie będąc mikrocefalem. Mikrocefale natomiast wierzą we wszystko, co tam Judenrat dla nich przygotuje i w ten sposób – jak to się mówiło przed wojną w sferach kupieckich – biznes sze kręczy.

Jednak organizatorskie ambicje Judenratu idą jeszcze dalej, w czym też dostrzegamy kontynuację. Kiedy za pierwszej komuny nie udało się wytrzebić z mniej wartościowego narodu tubylczego zamiłowania do uroczystości religijnych, jak np, chrzest, bierzmowanie czy zawarcie małżeństwa, ówczesny Judenrat skupiony wokół „Trybuny Ludu” urządził przy KC PZPR specjalną komórkę do wymyślania obrzędowości świeckiej. Tam semiccy i aryjscy mełamedowie, viribus unitis wymyślali rytuały „nadania imienia” bądź „wręczania dowodziku osobistego”, jak i tak zwane „śluby cywilne” czy świeckie pogrzeby. Wszystko to było rodzajem niezamierzonej parodii obrzędów religijnych, bo żydowscy handełesowie, nawet jeśli zajmują się akurat nie handlem śledziami, tylko obrzędowością świecką, nie są w stanie wyjść poza tandetę.

I oto Judenrat „Gazety Wyborczej”, w ramach uprawiania organizacyjnej funkcji prasy, właśnie ogłosił nową inicjatywę w postaci namiastki religijnego obrzędu Pierwszej Komunii Świętej. Artyleryjskie przygotowanie do zniechęcenia mikrocefali do uczestnictwa w tych obrzędach zostało przeprowadzone już wcześniej, w postaci kampanii przeciwko pierwszej spowiedzi dzieci. Wyróżniła się tu para faworytów Judenratu w osobach pani prof. Katarzyny Popiołek i byłego jezuity pana Stanisława Obirka.

Dołączył tego grona przewielebny ksiądz Adam Boniecki z „Tygodnika Powszechnego”, w którym dzisiaj rej wodzą mikrocefale pobożni. To znaczy – pobożni są teraz, bo do 2007 roku „Tygodnik” był współwłasnością grupy ITI, założonej przez wywiad wojskowy za pieniądze ukradzione z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego jeszcze za komuny, gwoli stworzenia medialnego holdingu dla politycznych i – nazwijmy to – duchowych potrzeb starych kiejkutów i ich konfidentów. W 2007 roku stare kiejkuty, najwyraźniej uznając, że świadoma dyscyplina zatriumfowała w „Tygodniku” na dobre, podarowały wszystkie swoje udziały spółce „Tygodnik Powszechny”, która już spółkuje na własną rękę.

Więc ostatnio Judenrat zaproponował, by zamiast Pierwszej Komunii, gdzie trzeba się spowiadać, wskutek czego dzieci cierpią niewymowne katiusze, urządzać „postrzyżyny-zapleciny”. Chodzi o to, by mikrocefalne dzieci też miały pretekst do otrzymania prezentów. A sam rytuał postrzyżyn-zaplecin? No, tego możemy się domyślać; dzieciom w pewnym wieku zaczynają wyrastać włosy, które w związku z tym trzeba rytualnie przystrzyc, a potem, w ramach „zaplecin” dosztukować je w postaci tresy do włosów na głowie. Z pozostałej reszty – jak to radzi popularna francuska piosenka – można zrobić szczotki.

Wszystkim kręci Putin

Wszystkim kręci Putin

Stanisław Michalkiewicz 15 czerwca 2024 putin

Trwa cisza wyborcza przed wyborami go Parlamentu Europejskiego. „W takiej ciszy – pisze Adam Mickiewicz – tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos z Litwy”. Jak wiemy, żadnego głosu z Litwy Adam Mickiewicz nie usłyszał („jedźmy, nikt nie woła!”) – i nic dziwnego, skoro nasłuchiwał głosu akurat z Litwy. Gdyby tak słuchał głosu z Rosji, to na pewno by coś usłyszał, zwłaszcza w takiej ciszy. Na jego usprawiedliwienie możemy jednak przypomnieć, że wtedy Litwa znajdowała się w Rosji, podobnie jak znaczna część Polski – więc ta cisza i brak jakiegokolwiek wołania stamtąd wyglądał co najmniej dziwnie. Inna sprawa, że cisza, którą opisuje Adam Mickiewicz, nie była ciszą wyborczą, tylko zwyczajną („Stójmy! Jak cicho. Słyszę ciągnące żurawie, których by nie dościgły źrednice sokoła. Słyszę, kędy się motyl kołysa na trzawie, kedy wąż śliską piersią dotyka się zioła…”)

O żadnych wyborach do Parlamentu Europejskiego ani słowa – i w tym, jak sądzę należy szukać przyczyny, że nie słychać było żadnego wołania – wszystko jedno; z Litwy, czy z Rosji. Gdyby wtedy zbliżały się wybory, zwłaszcza do Parlamentu Europejskiego, to jazgot panujący na Litwie były słyszalny aż na Stepach Akermańskich, a towarzyszyłyby mu z pewnością głuche odgłosy dobiegające z czeluści Rosji.

Skąd ta pewność? A skądże by, jeśli nie z komunikatów vaginetu Donalda Tuska, który ostrzega, że w te wybory stara się ingerować Putin, sypiąc piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, który całą Europę wiezie do Ausch… to znaczy pardon – nie do żadnego „Auschwitz”, tylko oczywiście – do świetlanej przyszłości w IV Rzeszy. Skąd wiemy, że do świetlanej przyszłości? A choćby z wypowiedzi pana Aleksandra Kwaśniewskiego, wygłoszonej przy okazji obchodów Ogólnopolskiego Dnia Konfidenta na Placu Zamkowym w Warszawie w dniu 4 czerwca, kiedy to obchodzona była tam rocznica odwołania rządu premiera Olszewskiego, który podjął próbę ujawnienia agentury w strukturach państwa. Pan Kwaśniewski właśnie został wyciągnięty z naftaliny i ponownie zadaniowany na propagandowym, ale chyba i wywiadowczym odcinku frontu ideologicznego. Ponownie – bo żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to Aleksander Kwaśniewski z wprawą stręczył Polakom pogłębianie integracji ze Związkiem Radzieckim. Takie zadanie postawił przed Tajnym Współpracownikiem „Alkiem” jego oficer prowadzący, jako że na tamtym etapie tak zwane „sojusze”, a zwłaszcza ten jeden, że Związkiem Radzieckim, uchodził za źrenicę oka ówczesnego reżymu. Za to Aleksander Kwaśniewski był hojnie wynagradzany podczas uwłaszczania nomenklatury – bo kogóż hojnie wynagradzać, jeśli nie wytrawnych stręczycieli, którzy wprawnie stręczyli Polakom pogłębianie integracji ze Związkiem Radzieckim? No a teraz, kiedy etap się zmienił, oficerowie prowadzący wydają całkiem inne rozkazy, to znaczy nie całkiem inne, tylko podobne, tyle, że skierowane w przeciwną stronę. Toteż z okazji Ogólnopolskiego Dnia Konfidenta Aleksander Kwaśniewski wygłosił spiżową sentencję, która – tylko patrzeć – jak stanie się obowiązującym prawem naszego bantustanu – że „kto nie chce unijnej współpracy, działa w interesie Putina”. A na czym polega istota „unijnej współpracy”, jej najtwardsze jądro? Właśnie na „pogłębianiu integracji”, tyle, że nie ze Związkiem Radzieckim, tylko z IV Rzeszą.

Skoro Aleksander Kwaśniewski wygłasza takie spiżowe sentencje, to jakże tu nie wierzyć głęboko, że te całe wybory do Parlamentu Europejskiego zostały zmanipulowane przez Putina? Jak zauważył wspomniany Adam Mickiewicz, „gawiedź wierzy głęboko”, więc w tej sytuacji pozostaje nam tylko zilustrować autentycznymi faktami tę manipulację. Nie jest to żadna trudność, bo – jak wiadomo – Putin jest dobry na wszystko, nawet „na ładną, niewinną panienkę” – o czym jeszcze za komuny zapewniali nas Starsi Panowie w znanym telewizyjnym kabarecie. Okazało się na przykład, że seria zagadkowych pożarów, jakie strawiły część naszego nieszczęśliwego kraju, została spowodowana przez agentów Putina. Tak w każdym razie twierdzą bezpieczniacy z ABW, którym nawet udało się ich ująć, no a teraz w areszcie wydobywczym trzeba będzie z nich wydobyć potwierdzenie tych podejrzeń. Nie może być bowiem tak, że kraj trawią pożary, a ABW nie wie, z jakiej przyczyny. Jak w areszcie wydobywczym podłączy się delikwenta do prądu, to przyzna się do wszystkiego, niczym dobry wojak Szwejk surowemu panu w Dyrekcji Policji w Pradze: ja, wielmożny panie, przyznaję się do wszystkiego, bo wiem, że w wojsku dyscyplina musi być. Ale gdyby wielmożny pan powiedział: Szwejku, nie przyznawajcie się do niczego to będę się zapierał rękami i nogami.

A skoro już jesteśmy przy wojsku, to mamy kolejny przykład. Oto zmarł żołnierz Straży Granicznej, ugodzony nożem przez migranta, a kilku innych jęczy i szlocha w areszcie wydobywczym, do którego wtrąciła ich Żandarmeria Wojskowa. Kto za tym wszystkim stoi? A któż by inny, jak nie Putin? Okazało się bowiem, że nikt nie wiedział o incydencie z użyciem broni palnej na polsko-białoruskiej granicy. Ani nie wiedział o tym pan premier Tusk, w co chętnie wierzę, jako że w ogóle co on tam wie? Ani nie wiedział o tym pan minister – prokurator generalny Adam Bodnar, ani nawet jego zastępca, złowrogi ziobrysta, prokurator Janeczek, którego prokurator generalny Bodnar, jako zatwardziałego ziobrystę, odciął od wszystkich ciekawych informacji, a zwłaszcza – od faktów autentycznych.

Co prawda z pewnymi komplikacjami, ale okazało się też, że o niczym nie wiedział pan minister Władysław Kosiniak-Kamysz. To znaczy – podobno Kosiniak o wszystkim wiedział, ale ukrywał to przed Kamyszem i w rezultacie również pan minister-ministrowicz znalazł się poza wszelkim podejrzeniem. W tej sytuacji na usta ciśnie się pytanie – kto właściwie kazał Żandarmerii Wojskowej zakuć żołnierzyków w kajdany? Odpowiedź wydaje się jasna – to Putin, nikt inny.

To z jednej strony dobrze, ale z drugiej – niedobrze. Dobrze – bo nasi Umiłowani Przywódcy znaleźli się poza wszelkim podejrzeniem. Ale zarazem niedobrze – bo jeśli Putin wydaje rozkazy Żandarmerii Wojskowej, to chyba mamy do czynienia z sytuacją jeszcze gorszą, niż przejście ochrony pana prezydenta Dudy na żołd i służbę pana ministra Kierwińskiego, który właśnie rejteruje do Parlamentu Europejskiego i pojmanie w pałacu Prezydenckim panów Kamińskiego i Wąsika. Taka Żandarmeria Wojskowa może przecież wtargnąć na posiedzenie komisji badającej ruskie wpływy w – pożal się Boże – „polityce” naszego bantustanu i zakuć w kajdany wszystkich jej członków, z kobietami i dziećmi włącznie.

Stanisław Michalkiewicz

Dintojra jako program

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia

Wynik niedawnych wyborów do Parlamentu Europejskiego pokazuje, że scena polityczna naszego bantustanu staje się coraz bardziej zabetonowana, zgodnie z ustaleniami poczynionymi w roku 1989 przez generała Czesława Kiszczaka z przedstawicielami “towarzycha” w Magdalence. Volksdeutsche Partei Donalda Tuska zdobyła 21 mandatów, podczas gdy PiS – 20, przy różnicy głosów wynoszącej około 1 procenta. Dla pozostałych uczestników życia politycznego zostaje coraz mniej miejsca – co się pokazało po wynikach uzyskanych przez uczestników koalicji rządowej.

Lewica wprowadziła do PE związek partnerski panów Biedronia i Śmiszka oraz moją faworytę, Wielce Czcigodną Joannę Scheuring-Wielgus. Ponieważ do Parlamentu Europejskiego zrejterował też pan pułkownik Bartłomiej Sienkiewicz, to wskutek tego kultura polska poniosła ogromną i kto wie, czy nie niepowetowaną stratę. Jeśli bowiem są w ogóle jacyś ludzie niezastąpieni, to właśnie – i ona i on.

W tej sytuacji nawet tacy wybitni Kulturtragerowie, jak pan Jakub Żulczyk, czy inni, mogą utracić ideową busolę, zwłaszcza gdyby przeziębił się nam pan red. Michnik, albo nawet gdyby się nie przeziębił, ale zepsułby mu się telefon komórkowy. Byłaby to straszliwa katastrofa, bo mikrocefale nie wiedzieliby, co myślą. Co tam zresztą mikrocefale, kiedy sam pan marszałek Hołownia po rejteradzie pana Michała Kobosko do Parlamentu Europejskiego jakby się nam pogubił, chociaż niby grafina Róża Thun und Handehoch póki co wiernie przy nim trwa.

Jeśli chodzi o Konfederację, to wprawdzie odnotowała ona rodzaj sukcesu, ale – czego wcale nie ukrywa pan Sławomir Mentzen – za cenę wyciśnięcia z szeregów Grzegorza Brauna. Ponieważ wcześniej z tej formacji wyciśnięty został Janusz Korwin-Mikke, to rzeczywiście – nic już nie stoi na przeszkodzie, by Konfederacja została zwasalizowana przez PiS – być może nawet w towarzystwie PSL, który – jak wiadomo – ma stuprocentową, a w patriotycznych porywach nawet większą zdolność koalicyjną.

I o to najwyraźniej chodzi, bo zaraz kiedy tylko zostały ogłoszone wyniki, Wielce Czcigodny pan Arkadiusz Mularczyk taką właśnie “koncepcję” ogłosił. Jestem przekonany, że stare kiejkuty nie będą miały nic przeciwko temu, bo Konfederacja w pierwotnym kształcie z ich punktu widzenia, a także z punktu widzenia Naszych Sojuszników, była rodzajem wypadku przy pracy, więc jeśli  w ten sposób nastąpiłaby jej neutralizacja, to znakomicie.

Rzecz bowiem w tym, że zarówno Volksdeutsche Partei, jak i obóz “dobrej zmiany”, przy zewnętrznych znamionach nieprzejednanej wrogości, mają jeden i ten sam polityczny interes – żeby ani z jednej, ani z drugiej strony nie pojawiła się żadna polityczna alternatywa – a już zwłaszcza taka, która byłaby w stanie zapoczątkować budowę w Polsce zalążka jakiejś siły. Nad tym właśnie – podobnie jak w wieku XVIII za pośrednictwem skorumpowanych magnatów i posłów – a teraz – za pośrednictwem starych kiejkutów – czuwają Nasi Sojusznicy.

Postawmy się bowiem w sytuacji niemieckiego kanclerza. Kogo byśmy, będąc na jego miejscu, w Polsce forsowali i popierali? Jasne, że Volksdeutsche Partei, zwłaszcza, gdy Donald Tusk dobiera sobie coraz to głupszych współpracowników, którzy “takie widzą świata koło, jakie tępymi zakreślają oczy” – a ponieważ są wpatrzeni we własne krocza, to ich horyzont jest bardzo ograniczony. I o to chodzi. Ale to tylko jedna strona medalu. Gdyby Nasi Sojusznicy pilnowali tylko jednej strony, to znaczy – Volksdeutsche Partei – to do wypadków przy pracy dochodziłoby co i rusz.

Dlatego z ich punktu widzenia najlepiej, gdyby Volksdeutsche Partei miała jednego, przewidywalnego przeciwnika, który w dodatku nie próbowałby wchodzić na  cudze tereny łowieckie, tylko trzymałby się ustaleń, jakie dla naszego bantustanu poczynił pan Daniel Fried z ramienia Naszego Najważniejszego Sojusznika, do spółki z Władimirem Kriuczkowem, z ramienia Naszego Sojusznika Ustępującego.

Jedna formacja ma bowiem tresować mniej wartościowy naród tubylczy do “nowoczesności”, której konkrety określają Judenraty poszczególnych bantustanów, podczas gdy druga – ma tresować do “tradycji” i tak dalej – ale oczywiście bez przesady, tylko – w granicach przyzwoitości, których wytyczenie twórcy nowego porządku politycznego w Europie też powierzyli Judenratom.

W ten sposób cała scena polityczna zostanie zabudowana, pozostawiając miejsce co najwyżej dla meteorów jednorazowego użytku – bo w demokracji – jak to w demokracji – trzeba zachować pozory chwalebnego pluralismusa. Ale tym  zajmują się stare kiejkuty, które już wiele razy pokazały, że tworzenie takich meteorów to dla nich fraszka. Tak było w przypadku Samoobrony, tak było w przypadku Ruchu Palikota, tak było w przypadku Kukiza 15, tak było w przypadku Nowoczesnej – a wiele wskazuje na to, że tak też może być w przypadku Trzeciej Drogi sezonowego pana marszałka.

No dobrze – ale jak ten układ utrzymać na dłuższą metę, żeby suwerenowie nie skapowali, że ktoś ich tutaj robi w konia? Otóż tak, by programem politycznym zarówno jednej, jak i drugiej strony, była dintojra. Zwróćmy uwagę, na najtwardsze jądra programów politycznych na przestrzeni ostatnich 33 lat, bez względu na to, czy  jedna formacja nazywa się Unia Demokratyczna, Unia Wolności, czy wreszcie – Volksdeutsche Partei, a druga – Porozumienie Centrum, czy PiS.

Otóż najtwardszym jądrem każdego z programów tych formacji było “odsunięcie od władzy” formacji konkurencyjnej – i temu celowi było podporządkowane wszystko, podczas gdy o prawdziwych interesach państwa nikt nawet nie pomyślał. W rezultacie historia ostatnich 33 lat to ucieczka od niepodległości, zaś szczytem politycznej mądrości jest  rozstrzygnięcie, komu by tu się nadstawić.

To znaczy – byłoby, gdyby ta kwestia nie została rozstrzygnięta już na początku transformacji ustrojowej, kiedy to bezpieczniacy, tworzący najtwardsze jądro systemu komunistycznego, nie przewerbowali się asekuracyjnie na służbę do naszych Nowych Sojuszników, tworząc w ten sposób trzy stronnictwa, rotacyjnie rządzące naszym nieszczęśliwym krajem: Stronnictwo Ruskie – obecnie w konspiracji – Stronnictwo Pruskie i Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie.

W rezultacie sytuacja naszego nieszczęśliwego kraju zależy nieustannie od chwiejnej równowagi między Naszymi Sojusznikami – a ostatnio najlepszą tego ilustracją jest przepoczwarzenie się Donalda Tuska z gołąbka pokoju w jastrzębia gołębiarza – kiedy tylko Niemcy odstąpiły od strategicznego partnerstwa z Rosją na rzecz strategicznego partnerstwa z bezcennym Izraelem.

Judenrat postrzyga i zaplata

Judenrat postrzyga i zaplata

Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    11 czerwca 2024 judenrat

Niepodobna nie zauważyć, że Judenrat „Gazety Wyborczej” kontynuuje tradycje żydowskich arywistów, których Stalin wysłał do Polski, by tresowali nasz mniej wartościowy naród tubylczy do komunizmu. Józef Stalin uważał bowiem, że komunizm pasuje do Polaków, jak siodło do krowy, więc przysłani do Polski Żydowie mieli jedno z drugim dopasować. Toteż jedni kierowali Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego, czyli tak zwanym „resortem”, a z kolei innym Stalin powierzył sprawowanie w Polsce rządu dusz. Jedni zostali postawieni na odcinku terroru, podczas gdy drudzy Żydowie – na odcinku duraczenia. Gwoli duraczenia powstała cała rozbudowana struktura, przy której Fundusz Sprawiedliwości, o którym dzisiaj tak głośno, to jest jakiś Liliput przy Guliwerze. Na czele aparatu duraczenia została postawiona Polska Akademia Nauk, która – mimo sławnej transformacji ustrojowej – nadal pozostaje wierna swemu pierwotnemu przeznaczeniu. Ważną rolę odgrywał też Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli tak zwana „cenzura”, której obecnie już „nie ma”, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych, albo izraelskiej broni jądrowej. O ile PAN miała za zadanie przygotowanie rewolucyjnej teorii duraczenia, to „cenzura” była jej pasem transmisyjnym do bezpośrednio duraczących, czyli mediów głównego nurtu, które zajmowały się już rewolucyjną praktyką.

Rewolucyjna praktyka, zgodnie z przykazaniami Lenina („odchodząc od nas nakazał nam towarzysz Lenin umacniać organizacyjną funkcję prasy” – mówił Józef Stalin podczas pogrzebu Lenina i dodawał: przysięgamy ci towarzyszu Leninie, że wiernie wypełnimy również i to twoje przykazanie).

I właśnie w tej dziedzinie zaznacza się kontynuacja dzieła żydowskich arywistów w dziele duraczenia mniej wartościowego narodu tubylczego. Z tego powodu, zarówno wtedy, jak i teraz, Judenrat „Gazety Wyborczej” za swojego głównego przeciwnika uznaje „reakcyjny kler”, przeciwko któremu próbuje obracać opinię publiczną. Czyni to dość zręcznie, skrupulatnie ukrywając, o co chodzi mu naprawdę, toteż koncentruje się na przypisywaniu „reakcyjnemu klerowi” rozmaitych sprośnych łajdactw Niebu obrzydłych, wśród których na plan pierwszy wysuwa się molestowanie. Stanowiący publiczność Judenratu tubylczy mikrocefale, lubią bowiem ekscytować się tak zwanymi „momentami”, co sprawia, że tematyka dobrze się sprzedaje – ale te „momenty”, w ramach wychowawczej funkcji prasy – Judenrat zaprawia tak zwanym „smrodkiem dydaktycznym”, dzięki któremu mikrocefale odczuwają zarówno dreszczyki, jak i umacniają się w poczuciu wyższości nie tylko nad „reakcyjnym klerem”, ale jego logistycznym zapleczem, które przy okazji jest drenowane z pieniędzy przez prawdziwe lub urojone ofiary molestowania, co to nauczyły się, że „z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda”, przy pomocy zaangażowanych mecenasów i zblatowanych niezawisłych sądów, które potrafią puścić z torbami każdego, kogo nieubłaganym palcem wskażą im oficerowie prowadzący z watahy starych kiejkutów, lub jakiejś innej.

Ale przemysł molestowania, w którym Judenrat uczestniczy w charakterze naganiacza, organizuje gniew zagniewanego ludu, umiejętnie dodając dramatyzmu opowieściom rozmaitych ofiar, które na ogół nie wyglądają na specjalnie wiarygodne. Jeśli na przykład jakiś dorosły jegomość przypomina sobie, jak to przez kilka lat dzień w dzień nieprzerwanie był „gwałcony” dzięki temu że się gwałcicielowi swemu regularnie nadstawiał, albo że jakaś panienka była „więziona”, a jednocześnie regularnie chodziła do szkoły, mimo „złamania miednicy” podczas jakiegoś szczególnie intensywnego spółkowania, to bez „dramatyzmu” trudno w takie rzeczy uwierzyć, nie będąc mikrocefalem. Mikrocefale natomiast wierzą we wszystko, co tam Judenrat dla nich przygotuje i w ten sposób – jak to się mówiło przed wojną w sferach kupieckich – biznes sze kręczy.

Jednak organizatorskie ambicje Judenratu idą jeszcze dalej, w czym też dostrzegamy kontynuację. Kiedy za pierwszej komuny, nie udało się wytrzebić z mniej wartościowego narodu tubylczego zamiłowania do uroczystości religijnych, jak np, chrzest, bierzmowanie, czy zawarcie małżeństwa, ówczesny Judenrat, skupiony wokół „Trybuny Ludu” urządził przy KC PZPR specjalną komórkę do wymyślania obrzędowości świeckiej. Tam semiccy i aryjscy mełamedowie, viribus unitis wymyślali rytuały „nadania imienia” bądź „wręczania dowodziku osobistego”, jak i tak zwane „śluby cywilne”, czy świeckie pogrzeby. Wszystko to było rodzajem niezamierzonej parodii obrzędów religijnych, bo żydowscy handełesowie, nawet jeśli zajmują się akurat nie handlem śledziami, tylko obrzędowością świecką, nie są w stanie wyjść poza tandetę.

I oto Judenrat „Gazety Wyborczej” w ramach uprawiania organizacyjnej funkcji prasy, właśnie ogłosił nową inicjatywę w postaci namiastki religijnego obrzędu Pierwszej Komunii Świętej. Artyleryjskie przygotowanie do zniechęcenia mikrocefali do uczestnictwa w tych obrzędach zostało przeprowadzone już wcześniej, w postaci kampanii przeciwko pierwszej spowiedzi dzieci. Wyróżniła się tu para faworytów Judenratu w osobach pani prof. Katarzyny Popiołek i byłego jezuity, pana Stanisława Obirka. Dołączył tego grona przewielebny ksiądz Adam Boniecki z „Tygodnika Powszechnego”, w którym dzisiaj rej wodzą mikrocefale pobożni. To znaczy – pobożni są teraz, bo do 2007 roku „Tygodnik” był współwłasnością grupy ITI, założonej przez wywiad wojskowy za pieniądze ukradzione z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego jeszcze za komuny, gwoli stworzenia medialnego holdingu dla politycznych i – nazwijmy to – duchowych potrzeb starych kiejkutów i ich konfidentów. W 2007 roku stare kiejkuty najwyraźniej uznając, że świadoma dyscyplina zatriumfowała w „Tygodniku” na dobre, podarowały wszystkie swoje udziały spółce „Tygodnik Powszechny”, która już spółkuje na własną rękę.

Więc ostatnio Judenrat zaproponował, by zamiast Pierwszej Komunii, gdzie trzeba się spowiadać, wskutek czego dzieci cierpią niewymowne katiusze, urządzać „postrzyżyny-zapleciny”. Chodzi o to, by mikrocefalne dzieci nie też miały pretekst do otrzymania prezentów. A sam rytuał postrzyżyn-zaplecin? No, tego możemy się domyślać; dzieciom w pewnym wieku zaczynają wyrastać włosy, które w związku z tym trzeba rytualnie przystrzyc, a potem, w ramach „zaplecin” dosztukować je w postaci tresy do włosów na głowie. Z pozostałej reszty – jak to radzi popularna francuska piosenka – można zrobić szczotki.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Nam strzelać zakazano

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia

Jeszcze nie ucichły echa ogólnopolskiego zjazdu, zwołanego przez Donalda Tuska w 32. rocznicę udanego zamachu stanu, w następstwie którego obalony został rząd premiera Jana Olszewskiego, który podjął próbę ujawnienia w strukturach państwowych III Rzeczypospolitej ubeckiej agentury, a już mamy kolejną aferę, która może doprowadzić do burzy – nie tyle może w szklance wody – co w bagienku, w jakie za sprawą pretorian Donalda Tuska zmienia się nasz nieszczęśliwy kraj.

Nawiasem mówiąc, Donald Tusk w tym zamachu stanu odegrał ważną rolę (“policzmy głosy” – mówił podczas narady z udziałem Kukuńka) podobnie jak Waldemar Pawlak (“panie Waldku, pan się nie boi!”), który na głos przepowiadał sobie, jakie czekają go zadania (“czyszczę sobie MSW…”) na stanowisku premiera, na które wystawił go Kukuniek.

Wtedy – podobnie jak i po przejęciu rządów przez vaginet Donalda Tuska 14 grudnia ubiegłego roku – Sanhedryn ustami “drogiego Bronisława” i Judenratu “Gazety Wyborczej” uznał, że wszystko było gites tenteges, bo uratowana została “demokracja”, czyli rządy starych kiejkutów, które Bóg wie, komu służą naprawdę.

Podczas wspomnianego, tłumnego zjazdu okazało się jednak, że Donaldu Tusku nie udało się zaspokoić pani Marty Lempart, która nie tylko zbojkotowała imprezę, ale w dodatku owinęła ogon Syrenki na pomniku koło stacji metra “Centrum Nauki Kopernik” złotą folią, używaną do ochrony ofiar wypadków drogowych przed wychłodzeniem, a w dodatku płaty takiej folii rozrzuciła na Krakowskim przedmieściu, tuż koło Placu Zamkowego, w ramach protestu przeciwko przepoczwarzeniu się Donalda Tuska z gołąbka pokoju w jastrzębia gołębiarza.

Nie tylko już nie kocha migrantów, ale nawet mówi o jakichś “strefach buforowych”. Z krytyką Donalda Tuska wystąpił również Bartosz Kramek z nietykalnej fundacji “Otwarty Dialog”, co pokazuje, że BND zachowała u nas jeszcze spore rezerwy na wypadek, gdyby Donald Tusk zaczął wykraczać poza ramy, jakie wyznaczyła mu Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, desygnując go na Generalnego Gubernatora naszego bantustanu.

Chodzi oczywiście o  sprzeciw wobec “paktu migracyjnego”, na który Donald Tusk “odmawia zgody” – jakby miał w tej sprawie cokolwiek do gadania. Wprawdzie każdy wie, że chodzi o to, by przed wyborami do Parlamentu Europejskiego zademonstrować nieugiętą postawę – a potem i tak będzie, jak być musi – ale w Berlinie najwyraźniej uznano, że lepiej dmuchać na zimne, bo  – jak mówi poeta – “na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności”.

Na wszelki tedy wypadek BND przypomniała Donaldu Tusku, skąd wyrastają mu nogi i na tym można by zakończyć, gdyby nie incydent na granicy polsko-białoruskiej, do jakiego doszło w Dubiczach Cerkiewnych w marcu.

Otóż pewnego dnia grupa około 50 kaukaskich gołoworiezów przypuściła szturm na granicę, a nasi żołnierzykowie najpierw próbowali ich zatrzymać przy pomocy środków łagodnych. Wszelako, gdy one nie pomagały, a tyraliera gołoworiezów niebezpiecznie się zbliżała, żołnierzykowie oddali kilka strzałów ostrzegawczych w górę. To też nie powstrzymało marszu gołoworiezów na granicę, więc żołnierzykowie oddali kilka strzałów w ziemię, przed szereg gołoworiezów.

Kiedy impet został w ten sposób powstrzymany, na miejscu zjawiła się Żandarmeria Wojskowa, której funkcjonariusze zakuli żołnierzyków w kajdany, a wojskowa prokuratura natychmiast wszczęła przeciwko nim energiczne śledztwo, by postawić ich przed niezawisłym, wojskowym sądem. Jak te niezawisłe wojskowe sądy u nas funkcjonują, przekonaliśmy się m.in. w stanie wojennym, kiedy to Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni skazał panią Ewę Kubasiewicz na 10 lat więzienia za ulotkę, którą pokazała komuś w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni.

Po latach, to znaczy – całkiem niedawno – okazało się, że niezawisłym sędziom taki piękny wyrok kazał pani Kubasiewicz przyklepać admirał Ludwik Janczyszyn, co oni w podskokach wykonali, nie widząc w tym nic złego.

W tej sytuacji nad skutymi żołnierzykami zawisło straszliwe niebezpieczeństwo, więc koledzy zaczęli zbierać pieniądze na adwokata w przekonaniu, że to coś pomoże. Oczywiście to iluzja, bo kiedy niezawisły sąd, nie tylko zresztą wojskowy, dostanie stosowny rozkaz, to nie pomoże nawet “święty Boże”, a cóż dopiero – adwokat?

I kiedy tak żołnierzykowie tkwili w areszcie wydobywczym, wokół panowała niezmącona cisza, przerywana od czasu do czasu deklaracjami pana ministra-ministrowicza Władysława Kosiniaka-Kamysza, jak to on troszczy się o “honor żołnierski” i inne takie dyrdymały. Aż tu nagle, ktoś wykombinował sobie, że to znakomity pretekst, by uderzyć w znienawidzonego Zbigniewa Ziobrę i redaktorowi “Onetu”  wetknął nos w świeży trop, każąc swoimi słowami zrelacjonować przygotowanego gotowca.

W ten sposób opinia publiczna po kilku miesiącach dowiedziała się o całym incydencie, zakuciu żołnierzyków w kajdany i przygotowaniach do sądowej pokazuchy. Wywołało to spodziewany rezonans, ale gdyby minister-ministrowicz nie zaczął się ekskuzować, nikt by się nie dowiedział, że od marca wiedział, a nie tylko nie powiedział, ale nawet nie kiwnął palcem.

Nie bez kozery Francuzi wymowni mają porzekadło, że “qui s`excuse – s`accuse” – co się wykłada, że kto się tłumaczy, ten się oskarża. Toteż poza gapowatym ministrem-ministowiczem nikt już nie przyznał się, że cokolwiek o sprawie wiedział.

Nie przyznał się tedy nie tylko pan minister sprawiedliwości i prokurator generalny Adam Bodnar, zasłaniając sie swoim zastępcą, to znaczy – prokuratorem nadzorującym wojskowy pion prokuratury. Tym zastępcą okazał się właśnie “zaufany człowiek Ziobry”, czyli pan prokurator Tomasz Janeczek, którego “Onet”, najwyraźniej wykonując kolejne obstalunki, zaczął charakteryzować nie tylko, jako człowieka o “wyjątkowej arogancji”, ale w dodatku przypominać, że to on miał “stać za” zatrzymaniem pani Barbary Blidy.

Dziś już mało kto pamięta tamtą sprawę, więc przypomnę, że pewnego ranka bezpieczniacy wkroczyli do domu pani Blidy pod pretekstem malwersacji związanych z węglem. Pani Blida, w przekonaniu że wszystko wykryte, weszła do łazienki, wyjęła pistolet i się zastrzeliła – jak się okazało – całkiem niepotrzebnie – no ale stało się.

W dodatku ten cały prokurator Janeczek chciał nawet przesłuchiwać w tej sprawie Aleksandra Kwaśniewskiego, który akurat teraz został wyciągnięty z naftaliny i jako Tajny Współpracownik “Alek” znowu realizuje zadania – tym razem na odcinku demaskowania agentów Putina. Aliści przytomny pan prokurator Janeczek wyjaśnił, że on też nic nie wiedział, bo pan minister Bodnar szczelnie go odizolował od wszystkich ciekawych wiadomości, jako złowrogiego przedstawiciela ancien regime`u.

Jest oczywiste, że nic w tej sprawie nie wiedział również Donald Tusk, w co nawet chętnie wierzę, bo wiadomo, że mąż dowiaduje się o wszystkim ostatni. Jak widzimy, sprawa zaczyna się komplikować i ma charakter rozwojowy nie tylko zresztą w warstwie jurysprudencji, ale również w perspektywie budowy przez Donalda Tuska “Linii Imaginota” na wschodniej granicy. Po tym doświadczeniu żołnierzykowie już wiedzą, że pod żadnym pozorem nie wolno im używać broni, dzięki czemu również i obywatele będą wiedzieli, co w razie czego przystoi im czynić.

Jak ukraść pierwszy milion – i inne siurpryzy

Jak ukraść pierwszy milion i inne siurpryzy

Stanisław Michalkiewicz, tygodnik „Goniec” (Toronto)    9 czerwca 2024 michalkiewicz

Nieubłaganie zbliżają się wybory do Parlamentu Europejskiego, w których kandyduje wielu Umiłowanych Przywódców, co to najwyraźniej wolą pewną emeryturę w luksusowym przytułku dla „byłych ludzi”, niż wysokie stanowiska, na które z banana wystrugał ich Donald Tusk. Jak twierdzili starożytni Rzymianie, cuius est condere, eius est tolere, co się wykłada, że kto ustanowił, ten może znieść.

Zatem – kto wystrugał, ten może skasować – podczas gdy synekura w Parlamencie Europejskim wydaje się pewniejsza, bo wynika z powszechnego głosowania – a przecież nikt nie będzie zwoływał tysięcy suwerenów, żeby swojego wybrańca kasowali – nawet gdyby to w ogóle było możliwe. Zanim jednak klamka zapadnie, kandydaci pragną zapisać się w pamięci wyborców i dlatego w miarę zbliżania się terminu wyborów, narasta nerwowa atmosfera w sejmowych komisjach śledczych, badających niedoszłe wybory „kopertowe”, aferę wizową, aferę Funduszu Sprawiedliwości, z którą powiązana jest afera Pegasusa. Tak nawiasem mówiąc, gdyby te sejmowe komisje traktować poważnie, stanowiłyby one swoiste votum nieufności wobec bezpieki, prokuratury i niezawisłych sądów.

O tym oczywiście nie ma mowy, zwłaszcza o votum nieufności wobec bezpieki. Takie zuchwalstwo nie przyszłoby do głowy żadnemu z członków tych komisji nawet w gorączce, bo też te komisje nie są powoływane po to, by coś wyjaśnić, tylko po to, by taki np. Wielce Czcigodny poseł Szczerba, czy inny mężyk stanu dał się poznać publiczności jako bicz Boży na aferzystów. A po co jemu taka sława? A po to, żeby go wybrali do Parlamentu Europejskiego, gdzie plunie na te wszystkie sejmy i będzie używał życia całą paszczą.

Na podobnym patencie w Polsce wylansował się Mieczysław Moczar („w tym czasie Bagno, Polak szczery, był pies straszliwy na afery i z krzykiem: Polskę Żyd rozkrada, mnóstwo swym wrogom ciosów zadał. (…) W tropieniu przestępstw gospodarczych tak poniósł go szlachetny zapał, że się dopiero opamiętał, gdy się za własną rękę złapał” – wspomina poeta).

Podobnie na walkach z aferami wypłynął białoruski prezydent Łukaszenka, no i wreszcie – zimny ruski czekista Putin, który wyzwolił Rosję z niewoli żydowskich oligarchów w służbie starego grandziarza Sorosa. „Biej Żidow, spasaj Rassiju!” – to hasło z czasów carskich przydało się jak znalazł do walki z oligarchami. W rezultacie w Rosji, w odróżnieniu od Ukrainy, będącej oligarchią oligarchów, którzy decydują, kto będzie tamtejszym prezydentem, w Rosji to prezydent decyduje, komu wolno być oligarchą, a komu nie. Taka samowolka oczywiście nie może podobać się praworządnym państwom miłującym pokój i stąd właśnie rodzą się rozmaite napięcia a nawet wojny.

Nic tedy dziwnego, że dopóki nie będzie po harapie, czyli – po wyborach – mężykowie stanu dwoją się i troją, a szczególnie pan mecenas Roman Giertych, który najwyraźniej wreszcie odnalazł swoje prawdziwe powołanie. Ostatnio pokazuje się w towarzystwie jegomościa z charakterystycznymi wąsikami i bródką, przypominającą zarost Pana Kleksa. Tym jegomościem jest pan Tomasz Mraz, były dyrektor departamentu w Funduszu Sprawiedliwości. Ma on teraz status świadka koronnego, do którego od samego początku musiał się przygotowywać, bo albo zawczasu ponagrywał rozmaite niedyskrecje, albo potem, przy pomocy pierwszorzędnych fachowców z bezpieki, pierwszorzędnie je skomponował, więc teraz jest w stanie zrealizować każdy obstalunek. Dla pana mec. Giertycha to jest prawdziwy dar Niebios, bo nie tylko każdego może na tej podstawie aresztować, niczym Feliks Dzierżyński, ale w dodatku – podobnie jak szef Czeki – prezentuje się jako bicz Boży i człowiek absolutnie niewinny. W związku z tym po mieście krążą fałszywe pogłoski, jakoby wśród starych kiejkutów narodził się pomysł, by po zakończeniu „rozobłaczania” złowrogich ziobrystów, wsadzić go do słoja z formaliną i pokazywać w Muzeum Żydów Polskich „Polin”, żeby każdy mógł zobaczyć, jak wygląda człowiek całkowicie niewinny. Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy, ale gdyby było, to trzeba by przyznać, że byłby to niezwykle oryginalny sposób uwieńczenia kariery politycznej, a poza tym wspomniane Muzeum wzbogaciłoby się wreszcie w jakiś godny uwagi eksponat.

Zanim jeszcze nadejdzie termin wyborów, na 4 czerwca, a więc – w Ogólnopolskim Dniu Konfidenta – Donald Tusk zwołał w Warszawie pospolite ruszenie nazywając je „wiecem”. Jak zwał, tak zwał – ale jestem pewien, że stawią się tam konfidenci nie tylko z całej Polski, nie tylko ze wszystkich bezpieczniackich watah – o co z pewnością zadba pan Tomasz Siemoniak, minister-koordynator – ale również konfidenci służb obcych – oczywiście z wyjątkiem agentów Putina, którzy – jeśli się pojawią – to incognito. Bo przewidziane są rozmaite niespodzianki, między innymi – wystąpienie Donalda Tuska, ale również „byłych ludzi” w rodzaju pani Ewy Kopacz, czy trochę już zapomnianego pana Janusza Lewandowskiego. Ponieważ ma pojawić się również prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, to nie jest wykluczone, że Donald Tusk w asyście przedstawiciela Judenratu, dokona aktu ostatniego namaszczenia go na kandydata na prezydenta naszego bantustanu – bo jak wiemy, pan premier już odmówił ubiegania się o ten zaszczyt, najwyraźniej uznając, że stanowisko Generalnego Gubernatora całkowicie go satysfakcjonuje. Jestem pewien, że pani Kopacz z pewnością zaskoczy uczestników wiecu kolejnymi rewelacjami, może niekoniecznie o dinozaurach, natomiast pan Lewandowski może udzieli zebranym praktycznych rad, jak ukraść pierwszy milion, a potem następne. Kto wie, czy nie wykorzysta przy tym cennych doświadczeń pana Tomasza Mraza, który Donaldu Tusku chyba niczego nie ośmieli się odmówić.

Tymczasem gdy my tutaj rajcujemy się obchodami Dnia Konfidenta i wyborami do Parlamentu Europejskiego, za oceanem, u Naszego Najważniejszego Sojusznika, kampania wyborcza wchodzi w decydującą fazę. Właśnie sąd przysięgłych, to znaczy – 12 gniewnych ludzi, wylosowanych – czy przypadkiem nie przy pomocy Pegasusa? – uznał byłego prezydenta Donalda Trumpa winnym wszystkich 36, czy może 32 zarzutów, jakie mu wytoczono. Teraz sędzia, wsłuchując się w różne, dobiegające stąd i stamtąd, a także – z owamtąd – odgłosy, zastanawia się, jaki piękny wyrok przysolić mu 1 lipca. Z jakichś zagadkowych powodów, zarówno amerykańscy Żydowie, a co za tym idzie – również Judenrat tubylczej „Gazety Wyborczej” – zieje do Trumpa nienawiścią, publikując sondaże, z których wynika, że sympatia amerykańskich twardzieli się od niego odwraca. To niekoniecznie musi być prawda; raczej pragnienie serca gorejącego, które jest kolejnym dowodem, iż nie tylko historyczna polityka żydowska jest na tym etapie ściśle skoordynowana z niemiecką, ale każda inna też.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Historia się powtarza

[Не надо грустить господа офицеры, что мы потеряли, уже не вернуть. Пусть нету Отечества, нету уж веры…]

Historia się powtarza

Stanisław Michalkiewicz  8 czerwca 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5621

Nie nada grustit’, gaspada aficery, czto my potieriali, uże nie wiernut’. Pust’ nietu Otiecziestwa, nietu uż wiery…”[Не надо грустить господа офицеры что мы потеряли, уже не вернуть. Пусть нету Отечества, нету уж веры…] – śpiewa Żanna Biczewska, obecnie chyba źle widziana przez stare kiejkuty, zasiadające w powołanej 21 maja przez Donalda Tuska komisji do badania ruskich wpływów w – pożal się Boże – „polityce” naszego bantustanu. A wykłada się to, że „Nie ma co się smucić, panowie oficerowie. To cośmy utracili, już nie wróci. Nie ma już Ojczyzny, nie ma już wiary…” – i tak dalej. Tę pieśń śpiewali ponoć oficerowie Białej Armii generała Antona Denikina.

Tak się złożyło, że w dniach ostatnich dostałem w prezencie polskie tłumaczenie książki „Biała Armia”, autorstwa tego właśnie generała. Co tu ukrywać; dobrze to nie wygląda, bo jak już stare kiejkuty rozprawią się ze znienawidzonym Antonim Macierewiczem, na którego szczuje również Judenrat „Gazety Wyborczej” oraz innymi domniemanymi agentami Putina, to zabiorą się za innych – ot, choćby i za mnie – bo co to szkodzi załatwić wszystkich nieprzyjaciół Rzeszy pod tym pretekstem? Zanim jednak nie padnie salwa, co nam, ruskim agentom, szkodzi pochylić się nad książką generała Denikina, tym bardziej, że zawiera ona ciekawe treści, w dodatku albo całkiem nieznane czytelnikowi polskiemu, albo znane – ale raczej z drugiej ręki, to znaczy – z ręki autorów jeśli nawet nie bolszewickich, to piszących pod dyktando bolszewików?

Zresztą nie tylko z tej strony, ale również z polskich świadectw, np. ze znakomitych pamiętników Mieczysława Jałowieckiego Na skraju Imperium, czy z książki Jozefa Mackiewicza „Lewa wolna”? Książkę Antoniego Denikina dopiero zacząłem czytać, i zaraz na początku przekonałem się, że świadectwo generała przynajmniej częściowo pokrywa się ze świadectwem chociażby Mieczysława Jałowieckiego, który przebieg rewolucji bolszewickiej w Rosji obserwował osobiście w samym Piotrogrodzie.

Oto zwraca on uwagę, że w okresie tzw. dwuwładzy, to znaczy – już po abdykacji Mikołaja II, kiedy z jednej strony władzę w Rosji sprawował Rząd Tymczasowy pod przewodnictwem Aleksandra Kiereńskiego, a z drugiej – Sowiety Robotnicze i Żołnierskie, dyrygowane przez Lenina i Trockiego, w Piotrogrodzie było tylu oficerów, że gdyby się zmobilizowali, to z bolszewików nie zostałaby nawet mokra plama. Jednak – co podkreśla również generał Denikin – rząd Kiereńskiego jak ognia bał się posądzenia, że występuje przeciwko „ludowi”, a z kolei oficerowie, częściowo sterroryzowani przez zdemoralizowanych wojną i bolszewicką agitacją żołnierzy – podkreślali swoją „neutralność” zarówno wobec rządu, jak i bolszewików – co tym ostatnim umożliwiło wzięcie władzy i zalanie najpierw Rosji, a potem również innych połaci świata krwią. Teraz czytam, jak generał Denikin, po opuszczeniu więzienia, do którego, wraz z innymi generałami, został wtrącony przez Rząd Tymczasowy, przedostał się na terytorium kontrolowane przez Kozaków Dońskich, którzy w stosunku do bolszewików zachowywali daleko idącą rezerwę, żeby tam tworzyć Armię Ochotniczą. Skądinąd wiadomo, że ta stosunkowo nieliczna, bo jej stan nie przekraczał 10 tys. żołnierzy armia, zadawała bolszewikom dotkliwe klęski i kto wie, jak potoczyłyby się wypadki, gdyby Józef Piłsudski, który z bolszewickimi emisariuszami prowadził tajne rokowania, nie wstrzymał uderzenia polskich wojsk na bolszewików. Generał Denikin również kładzie na to nacisk, ale jeszcze do tego miejsca nie doczytałem, natomiast bardzo krytycznie o tej decyzji Józefa Piłsudskiego wypowiada się właśnie Józef Mackiewicz w książce „Lewa wolna”.

Józef Mackiewicz uważał bowiem, że komunizm jest złem absolutnym, w obliczu którego warto było poświęcić wszystkie tak zwane „realizmy”, wśród nich również – „polrealizm”, czyli kalkulację mającą na celu realizowanie interesów polskich, które w oczach Józefa Mackiewicza, w proporcji do zagrożenia, jakie d l a ś w i a t a , to znaczy – dla wszelkiej cywilizacji – niesie komunizm, miały charakter partykularny. W tej sytuacji zabawię się w adwokata diabła, żeby przedstawić argumenty przemawiające za „polrealizmem” – bo takie argumenty były i też miały swój ciężar gatunkowy.

Warto przypomnieć, że właśnie generał Denikin stał na nieubłaganym stanowisku niepodzielności Rosji, wszelkie ambicje niepodległościowe narodów przez Imperium Rosyjskie podbitych, odkładając na okres powojenny. Cóż by się zatem stało, gdyby Biała Armia wspomagana przez polskie uderzenie, doprowadziła do pokonania bolszewików i zdławienia rewolucji? Alianci zachodni, zwłaszcza europejscy, raczej wspieraliby politycznie Rosję – bo to ona, a nie Polska – byłaby w stanie szachować Niemcy, jako że nawet w okresie postępującego rozprzężenia wiązała około 80 niemieckich dywizji na wschodzie Europy. W dodatku Francja liczyłaby na spłatę rosyjskiej pożyczki, której w roku 1913 prezydent Poincare udzielił Mikołajowi II, a której spłaty odmówili bolszewicy. Warto dodać, że o ile Wielka Brytania liczyła tylko na reparacje od Niemiec i w związku z tym była przeciwna pozbawianiu Niemiec okręgów przemysłowych, np. Górnego Śląska, to Francja uzależniała polityczne poparcie dla Polski m.in. od tego, w jakiej proporcji do przejęcia obszarów byłego Imperium Rosyjskiego, rosyjskie długi spłaci Polska. Gdyby jednak w Rosji zwyciężył Denikin, to bez wątpienia Francja te sprawy dyskutowałaby raczej z nim, a nie z rządem polskim i kto wie, czy w ogóle popierałaby polskie aspiracje niepodległościowe. Amerykański prezydent Wilson wprawdzie je popierał, ale kto wie, czy mając do czynienia z generałem Denikinem nie zażądałby przeprowadzenia plebiscytu nie tylko na Kresach Wschodnich, ale i w Kongresówce? Jak taki plebiscyt mógłby wyglądać w praktyce na Kresach, o tym możemy przekonać się choćby z książki Zofii Kossak „Pożoga”. Słowem – w przypadku zwycięstwa Białej Armii generała Denikina, samo odrodzenie Polski jako niepodległego państwa stanęłoby pod znakiem zapytania. Zatem wstrzymanie przez Józefa Piłsudskiego presji na bolszewików ze strony polskiej doprowadziło nie tylko do klęski Białej Armii w konfrontacji z bolszewikami, ale dało szansę również Polsce. Jak wiemy, nie na długo, bo zaledwie na 20 lat, bo potem bolszewicy, po przetrzebieniu elementu polskiego na Kresach, Polskę zagarnęli – ale w ciągu tych 20 lat wyrosło pokolenie, które niewoli nie znało.

[Ale gdyby Denikin był trochę mądrzejszy – by się zgodził na Polskę niepodległą – to na pewno razem z sojuszniczymi Polakami by pokonali bolszewię. MD]

Wracam do tamtych wydarzeń, bo obecnie znowu stoimy w obliczu kolejnego etapu rewolucji komunistycznej, prowadzonej nie według strategii bolszewickiej, tylko alternatywnej – ale cele rewolucji komunistycznej się nie zmieniły. Pierwszym jest wyhodowanie człowieka sowieckiego, tzn. takiego, który wyrzekł się wolnej woli, a drugim – stworzenie człowiekom sowieckim sztucznego środowiska w postaci państwa totalitarnego, które m.in. tym się charakteryzuje, że nie uznaje żadnej władzy poza własną, a więc np. rodzicielskiej, czy religijnej. Okazuje się więc, że zastrzeżenia, jakie wobec zagrożenia komunizmem formułował Józef Mackiewicz w stosunku do tak zwanych „realizmów”, wcale nie straciły na aktualności, wręcz przeciwnie. Tym bardziej, że „polrealizm” w dzisiejszym wydaniu, to nic innego, jak zgoda na przekształcenie Polski w Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy. Dlatego dramatycznej aktualności nabiera też ballada, śpiewana przez Żannę Biczewską.

Stanisław Michalkiewicz

Wał Tuska, czyli „Linia Imaginota”

Wał Tuska, czyli „Linia Imaginota”

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    2 czerwca 2024 wał-tuska

Okazuje się, że „Linia Zygfryda”, która w porywach miała przebiegać wzdłuż wschodniej granicy Polski z Białorusią i Rosją, wzdłuż granicy litewsko-rosyjskiej, łotewsko-rosyjskiej i estońsko-rosyjskiej, skurczyła się do rozmiaru „Wału Tuska”, zwanego inaczej „Linią Imaginota”. Będą tam i smocze zęby i fortalicje i bagna i Moczary – a gdzieniegdzie Kępa – jak mawiano za pierwszej komuny – a wszystko to ma dać pierwszy i ostatni wstręt nieprzyjacielowi.

Nie oddamy ani centymetra” – tak brzmi w krótkich, żołnierskich słowach, doktryna wojenna naszej niezwyciężonej armii. Trudno powiedzieć, czy mamy do czynienia z postępem w stosunku do doktryny wojennej z koszmarnych czasów sanacji, kiedy to mieliśmy nie oddać „ani guzika”. I słusznie – bo z całego kraju guzik nam został. Jak tam będzie z centymetrem – tego jeszcze nie wiemy, bo nie wiemy, co w tym czasie będzie robiła nasza niezwyciężona armia.

Akurat w tydzień po ogłoszeniu przez premiera Donalda Tuska koncepcji „Wału”, w niemieckim tygodniku „Der Spiegel” ukazała się publikacja, według której nasza niezwyciężona armia już wkrótce zostanie wysłana na Ukrainę, bo tamtejsze mięso armatnie jest już na wykończeniu. Zgłosił się co prawda jakiś wyrokowiec, podejmując się ukradzenia ruskiego czołgu, ale ukraińskie czynniki państwowe nie są pewne, czy powinny mu wierzyć. A co, jeśli wykorzysta on okazję, by przejść na ciemną stronę Mocy, gdzie żaden wyrok na nim nie ciąży? Obciach będzie niesamowity, a w tej sytuacji czyż nie lepiej kazać naszej niezwyciężonej armii, by zluzowała mężne wojska ukraińskie?

Jest tylko jeden problem, o którym poseł Mentzen wspomniał w sejmowej debacie nad expose pana ministra-ministrowicza Władysława Kosiniaka-Kamysza na temat obronności naszego nieszczęśliwego kraju – że średni wiek naszego rezerwisty, to 50 lat. Jest to jeszcze jedna analogia z wiekiem XVIII. Jak pamiętamy, wtedy dowódca pobierał żołd za nieobecnych żołnierzy, więc im byli starsi, tym lepiej. Toteż kiedy książę Adam Czartoryski, jako „generał ziem podolskich” wizytował twierdzę w Kamieńcu Podolskim, broń przed nim prezentował szereg drżących staruszków, którzy podobno pamiętali jeszcze Jana Sobieskiego.

Ciekawe, kogo dowództwo naszej niezwyciężonej armii wyznaczy do prezentowania broni przed premierem Tuskiem, kiedy przybędzie on na zlustrowanie swego Wału. Na razie premier Tusk, podobnie jak minister-ministrowicz, zaklinają się na wszystkie świętości, że nasza niezwyciężona armia na Ukrainę nie będzie wysłana – ale czy można im wierzyć? Donald Tusk podczas kampanii wyborczej zaklinał się na przykład, że nie da ani grosza na rządową telewizję, a tymczasem okazało się, że wyłożył na nią 3 mld złotych, za co poznański ośrodek natychmiast zaproponował serię programów z jakimś jegomościem, który nie do końca jest pewien, do której z odkrytych niedawno 77 płci należy. Jeśli jeszcze pokażą na antenie, jak się bzyka, to oglądalność takiego programu będzie jeszcze większa, niż „debat” z udziałem funkcjonariuszki Polsatu, obywatelki Gozdyry Agnieszki.

Słowem – kto wierzy Donaldu Tusku, ten sam sobie szkodzi tym bardziej, że całkiem niedawno odcięty przez Putina ze stryczka Michaił Chodorkowski powiedział, że nasza niezwyciężona armia ma zająć rejon Lwowa – jako rzecz powszechnie znaną. W tej sytuacji musimy przypomnieć zasadę księcia Gorczakowa, który twierdził, że nie wierzy nie zdementowanym informacjom. Tymczasem informacje o wysłaniu naszej niezwyciężonej armii na Ukrainę mnożą się tu i tam, a premier Tusk i minister-ministrowicz nic – tylko energicznie je dementują. Wygląda na to, że „w londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”, a może jeszcze w jakimś innym sanhedrynie – i tylko my, jak zwykle, o niczym nie wiemy?

Widocznie jednak mimo prezentowania takiej militarnej gorliwości przez Donalda Tuska, Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen nie jest do końca z niego zadowolona. Wprawdzie w nagrodę za dobre sprawowanie umorzyła postępowanie przeciwko Polsce, podjęte w swoim czasie pod pretekstem łamania praworządności, chociaż nadal istnieje u nas i Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej, o co było tyle awantur i „stara”, to znaczy oczywiście „nowa” Krajowa Rada Sądownictwa, do której tylko dokooptowano moją faworytę z korzeniami w osobie Wielce Czcigodnej Anny Marii Żukowskiej oraz Wielce Czcigodną Kamilę Gasiuk-Pichowicz, co to tak się przelękła słów jakiegoś „neosędziego”, że aż trzeba było wołać policję, a podobno – nawet weterynarza. Wreszcie ponad 3 tys. niezawisłych „neosędziów”, których mianował pan prezydent Duda, orzeka, jak gdyby nigdy nic – a praworządność z dnia na dzień się u nas odrodziła, podobnie, jak to było z pandemią, której z dnia na dzień położył kres zimny ruski czekista Putin, uderzając na Ukrainę, w związku z czym Sanhedryn już nie miał głowy do zajmowania się jakimiś wirusami i innymi pierdołami i epidemia się zakończyła.

O co w takim razie chodzi teraz Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, że znowu knuje przeciwko Polsce? Najwyraźniej nie jest zadowolona deklaracjami Donalda Tuska przeciwko migrantom. Tu jest rozkaz, że wszyscy mają przyjmować migrantów według stołecznych życzeń, a tu jakiś Donald Tusk wierzga przeciwko ościeniowi, że on nikogo nie przyjmie. Wprawdzie Reichsfuhrerin z pewnością rozumie, że za chwilę będą wybory do Parlamentu Europejskiego, do którego pragną schronić się ministrowie z vaginetu Donalda Tuska, ale z drugiej strony, co ma znaczyć taka samowolka? Jak tak dalej pójdzie, to każdy kacyk z każdego bantustanu będzie pyskował Reichsfuhrerowi i tylko patrzeć, jak Rzeszę wezmą diabli.

Toteż w ramach prewencji ogólnej Reichsfuhrerin oświadczyła, że nie będzie współpracowała z „przyjaciółmi Putina”. Ciekawe, kogo miała na myśli, zwłaszcza, że niedawno Donald Tusk nakazał powołanie czeriezwyczajej komisji do badania ruskich wpływów w naszym bantustanie. Pan Siemoniak wystrugany niedawno przez Donalda Tuska z banana na stanowisko ministra spraw wewnętrznych i koordynatora bezpieki zapowiedział, że 5 czerwca będzie ogłoszony jej skład. Myślę, że czeka na decyzję starych kiejkutów, którzy we własnym gronie namawiają się, kogo wyznaczyć do komisji, żeby ta wskazała nieubłaganym palcem właściwe osoby. Wtedy lista zostanie przekazana Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, a ona już tych „przyjaciół Putina” wyda na tormenta, podczas których pierwszorzędni fachowcy wyciągną z nich, co tam będzie trzeba, no a potem się ich powiesi – najlepiej na strunach fortepianowych, a w ostateczności – na rzeźnickich hakach.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Hałastra i twardziele

Stanisław Michalkiewicz: michalkiewicz-halastra-i-twardziele

To co się wyprawia w Sejmie w okresie poprzedzającym wybory do Parlamentu Europejskiego, przekracza wyobraźnię nawet człowieka w silnej gorączce. Z jednej strony to zrozumiałe, bo nie po to hałastra podłączała się do Volksdeutsche Partei, że miała jakiś pomysł na państwo i chciała z nim coś zrobić, tylko – żeby wykorzystać tę trampolinę, by dostać się do luksusowego przytułku dla “byłych ludzi”, w którym – nawiasem mówiąc – odsetek wariatów wydaje się wyjątkowo wysoki.

Dzięki temu każdy myśli, że znajdzie tam dla siebie jakąś niszę ekologiczną, z której nie wykurzy go ani żaden Tusk, ani żaden Naczelnik Państwa, ani żaden pan Szymon, który najwyraźniej rozsmakował się w kabotyństwie – więc czegóż chcieć więcej? “Czego może chcieć od życia taki gość, jak ja?” – śpiewał w swoim czasie pan Ryszard Rynkowski. To z punktu widzenia hałastry – bo z punktu widzenia Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen sprawa wygląda trochę inaczej.

Pani Urszula tak zwany “wiek rębny” (akurat dostałem w prezencie przedwojenny “Przewodnik Gajowego”, więc wiem, co mówię) ma już poza sobą, więc resztki wigoru postanowiła poświęcić polityce. Donald Tusk, czy Jarosław Kaczyński, to co innego; im żadnej prawdziwej polityki uprawiać nie wolno, toteż resztki wigoru kierują na potępieńcze swary (potępieniec, jak zwracał uwagę Stanisław Cat-Mackiewicz, to ktoś już poza życiem, który rzeczywistości zmienić nie może, toteż wyżywa się w przekomarzaniach i swarach, które niczego zmienić, ani do niczego doprowadzić nie mogą).

Mam tu na myśli komisje do badania rozmaitych afer, no i licytację, u kogo jest więcej ruskich agentów. Nawiasem mówiąc, ciekawe, że nikt nie licytuje się na liczbę agentów niemieckich, izraelskich, czy amerykańskich, od których wśród naszych Umiłowanych Przywódców musi się przecież roić, bo jakże inaczej zostaliby wystrugani z banana jak nie przez Donalda Tuska, to przez Jarosława Kaczyńskiego, czy wreszcie – pana Michała Kobosko?

Wracając tedy do Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, to niedawno obróciła resztki wigoru, jakie jej jeszcze zostały przed wyłączeniem prądu, na napiętnowanie nieubłaganym palcem trojga nieprzyjaciół Rzeszy. Chodzi o Zjednoczenie Narodowe Maryny Le Pen, która próbuje uwodzić Francuzów sprzeciwem wobec migracji migrantów, czy w sprawach moczopłciowych  – w czym u nas najwyraźniej specjalizuje się Donald Tusk – ale Reichsfuhrerin to by nie przeszkadzało – natomiast to “Zjednoczenie Narodowe” to całkiem inna sprawa.

W Rzeszy na żadne “zjednoczenia narodowe” miejsca nie ma i nie będzie, bo w Rzeszy – po staremu – ein Volk, ein Fuhrer. Może więc tam być miejsce dla Volksdeutsche Partei Donalda Tuska, ale nie dla żadnych “zjednoczeń” w dodatku – narodowych”  i na domiar złego – należących do narodu francuskiego, a nie niemieckiego. Drugim nieprzyjacielem Rzeszy została uznana Alternatywa dla Niemiec – ale  nie wiadomo, czy dlatego, że sprzeciwia się IV Rzeszy, bo chciałaby reaktywować III, czy że sprzeciwia się w ogóle.

Trzecim napiętnowanym przez Reichsfuhrerin wrogiem Rzeszy jest polska Konfederacja, w której znienawidzony Grzegorz Braun gasi chanukowe świece proszkowymi gaśnicami. Ostatnio do tej trójki Judenrat “Gazety Wyborczej” dołączył komitet wyborczy “Polexit”, który sprzeciw wobec Rzeszy ma wpisany w nazwę.

Co z tego wyniknie – o tym przekonamy się po wyborach 9 czerwca, a tymczasem otrząśnijmy pył z sandałów, oderwijmy sie od tubylczej małpiarni, w którą coraz bardziej zamienia się Sejm i Senat pod przewodnictwem posągowej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.

Jej to – jak pamiętamy – Wielce Czcigodny poseł Pupka na oczach całej Polski musiał scenicznym szeptem podpowiadać co ma odpowiadać na pytania, aż wreszcie trzeba było podmienić ją na Rafała Trzaskowskiego i w rezultacie doszło do fiaska wyborów kopertowych, z “zabójczymi kopertami”, o których tak pięknie mówił znający się na różnych kopertach pan marszałek Tomasz Grodzki.

Odwracając wzrok od tubylczej małpiarni, kierujemy go w stronę  małpiarni amerykańskiej, która też doznaje nienaturalnego pobudzenia w związku ze zbliżającymi się wyborami tamtejszego prezydenta. Z jednej strony swoją kandydaturę wystawia Józio Biden, co to najwyraźniej uparł się przewodzić Ameryce i światu do upadłego, a z drugiej – Donald Trump, na którego zagięli parol nie tylko amerykańscy Żydowie, ale nawet warszawski Judenrat pod przewodem pana red. Michnika.

Nieomylny to znak, że z jakichś zagadkowych przyczyn Żydowie nie lubią Donalda Trumpa, chociaż – jak pamiętamy – robił on wszystko, żeby im się podlizać. I podpisał ustawę nr 447 i przeniósł amerykańską ambasadę z Tel Awiwu do Jerozolimy – ale w niczym mu to nie pomogło. Widocznie z punktu widzenia Sanhedrynu Józio Biden musi mieć jakieś ważne, chociaż ukryte zalety, które przesądzają o wyborze. Ciekawe, czy amerykańscy twardziele przyjmą w końcu żydowski punkt widzenia i wybiorą Józia, czy też ośmielą się Żydom postawić i poprą Trumpa?

Trzeba powiedzieć, że Żydowie umieją amerykańskich twardzieli wziąć pod włos. Wprawdzie wojna na Ukrainie, którą Józio Biden zainicjował podczas swojej podróży do Europy w czerwcu i lipcu 2021 roku, nie jest specjalnie w Ameryce popularna – ale Żydowie próbują z innej beczki. Oto wpływowa amerykańska gazeta “The Washington Post”, w której pisuje również żona naszego Księcia-Małżonka, podała ostatnio rewelację, jakoby Donald Trump zamierzał zbombardirować Moskwę i Pekin atomowymi kartaczami.

Wprawdzie za prezydentury Donalda Trumpa Ameryka żadnej wojny nie rozpoczęła, a trwające – raczej wygaszała, podczas gdy Józio Biden nie przestaje wojować z całym światem – no ale on o żadnym bombardirowaniu Moskwy czy Pekinu atomowymi kartaczami nie mówi. Nietrudno sie tedy domyślić, że przy pomocy tego faktu prasowego, o którym w swoim czasie tak pięknie mówił “drogi Bronisław”, czyli prof. Geremek, Żydowie próbują dać do zrozumienia amerykańskim twardzielom, że ten cały Trump to jeszcze gorszy ananas od Józia.

Ciekawe, że te rewelacje z amerykańskiego dziennika zbiegają się z tromtadrackimi komunikatami o budowie wzdłuż granicy z Białorusią i Rosją “Wału Tuska”, zwanego inaczej “Linią Imaginota”. Czyżby amerykańscy Żydowie też skłaniali się do wepchnięcia naszego nieszczęśliwego kraju w wojnę, jaką Stany Zjednoczone prowadzą z Rosją do ostatniego Ukraińca? Ładny interes!

Echa Świętego Floriana

Echa Świętego Floriana

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    28 maja 2024 michalkiewicz

Obawiając się sądu zagniewanego ludu” Adolf Hitler popełnił samobójstwo – taką spiżową diagnozę postawił na koniec wojny w Europie Józef Stalin, który – w odróżnieniu od Adolfa Hitlera – żadnego „sądu zagniewanego ludu” się nie obawiał. A dlaczego się nie obwiał? A dlatego, że – po pierwsze – jeśli nawet wymordował więcej ludzi niż Hitler, którzy przy nim na dobrą sprawę powinien nabrać kompleksu niższości, to wymordował ich ze słusznych, a nawet – jedynie słusznych pozycji – bo przy pomocy licznych Żydów, którzy wtedy byli jeszcze pod wrażeniem charyzmy Ojca Narodów. Po drugie dlatego, że formułując wspomnianą spiżową diagnozę, Józef Stalin był jeszcze „sojusznikiem Naszych Sojuszników”, którzy w związku z tym nie pozwalali na „wujka Joe” powiedzieć złego słowa.

Ale potem, kiedy po przemówieniu Winstona Churchilla w Fulton, Józef Stalin sojusznikiem Naszych Sojuszników być przestał, zaraz się okazało, że wcale nie był naszą ukochaną duszeńką, chociaż Żydowie nadal jeszcze stali za nim murem, dopóki jego następca, Nikita Chruszczow, nie stanął na nieubłaganym gruncie wspierania krajów arabskich. Od tamtej pory między Żydami, a Rosją amikoszoneria została zerwana, chociaż nie do końca, bo z komunizmem – nie. Oto w artykule o Antonim Słonimskim, zamieszczonym w książce „Saga rodu Słonimskich” pan red. Adam Michnik pisze m.in. tak: „Hitleryzm był dlań (tzn. Słonimskiego – SM) zagrożeniem fundamentów świata. Natomiast w komunizmie widział Słonimski system dyktatorski, który jednak odwoływał się do wartości szlachetnych, sprawiedliwości, braterstwa.” I taki brak symetrii obowiązuje do dzisiaj, a jednym z funkcjonariuszy policji myśli, która tępi wszystkie myślozbrodnie, jest właśnie Judenrat „Gazety Wyborczej” pod kierownictwem pana redaktora.

Wróćmy jednak do tych, co to mogą obawiać się „sądu zagniewanego ludu”. Jak wiadomo, w przypadku Polski nie ma się czego obawiać, bo charakterystyczne dla naszego mniej wartościowego narodu tubylczego safandulstwo, nie stwarza dla nikogo żadnego zagrożenia, a już zwłaszcza – jakimiś „sądami”. Sądy u nas posłusznie wykonują polecenia swoich oficerów prowadzących, a już teraz, po wyjeździe na Białoruś sędziego Szmydta, kiedy oskarżana o bezczynność bezpieka stawia diagnozę, że stworzył on „bardzo szeroką sieć”, oficerowie będą zobowiązani do wzmożonej czujności, co surowo będzie egzekwował od nich pan minister Tomasz Siemoniak, którego właśnie Donald Tusk w ramach rekonstrukcji rządu, wystrugał z banana na ministra spraw wewnętrznych, a który w dodatku jest koordynatorem bezpieczniackich watah. Tę drugą funkcję pana Siemoniaka możemy spokojnie włożyć między bajki, bo – jak to miało miejsce w przypadku pana sędziego Szmydta – nie potrafił on postawić żadnej diagnozy sytuacji, aż dopiero trzeba było wołać pana generała Marka Dukaczewskiego, który jednym rzutem oka spenetrował prawdę: „powiedziałbym, że jest agentem”. Ciekaw jestem tedy, czy Reichsfuhrerin Urszula von der Layen upodobała sobie również w panu Siemoniaku, jak w Donaldu Tusku – bo czyż w przeciwnym razie pan Siemoniak dostąpiłby zaszczytu zastąpienia pana Marcina Kierwińskiego, który – „obawiając się są…” – to znaczy, pardon – nie obawiając się żadnego sądu, został właśnie spuszczony z wodą do luksusowego przytułku dla byłych ludzi, zwanego Parlamentem Europejskim”? Nie mogła mu przecież zaszkodzić żadna „pogłośność jasna”, która przytrafiła mu się w dzień św. Floriana, a skoro tak to znaczy, że zdecydować musiały inne względy. Tak samo, jak w przypadku ministra-pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza. Tutaj, muszę powiedzieć, że byłem zaskoczony – nie odesłaniem pana pułkownika w stan wiecznego spoczynku, tylko – że na jego miejsce nie została mianowana moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, która – jak wiadomo – składa się z samych zalet – ale widocznie Donald Tusk aż tak bardzo w mojej faworycie nie gustuje, bo wciągnął na członka swojego rządu jakąś inną panią.

Tymczasem głęboka rekonstrukcja rządu został przyćmiona kolejnym protestem rolników, który w dodatku grożą strajkiem głodowym, jeśli nie spotka się z nimi Donald Tusk. Nie wiem, czego się ci wszyscy rolnicy po Donaldu Tusku spodziewają, skoro nawet dziecko wie, że ani w tej, ani w żadnej innej poważniejszej sprawie, nie ma on nic do gadania. Postulaty wysuwane przez rolników napotykają z jednej strony na opór ukraińskich oligarchów, którzy prawdopodobnie przekupili brukselskie niemieckie owczarki w sprawie ukraińskiego eksportu rolnego na obszar UE, a z drugiej strony – na opór wspomnianych owczarków, które łapówki prawdopodobnie już wydały, więc nie mogą zmienić zdania. A w sprawie „Zielonego Ładu”, to wiadomo; został on nakazany z góry przez promotorów rewolucji komunistycznej, którzy pod pretekstem ratowania planety chcą doprowadzić do likwidacji własności prywatnej, zgodnie z zaleceniami Klausa Schwaba, który zlecił to zadanie mężykom stanu w Davos.

Toteż teraz, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w którym pragną schronić się wszyscy, co to niepotrzebnie obawiają się „sądu zagniewanego ludu”, obydwa antagonistyczne obozy zarzucają sobie, że zajmowały się forsowaniem „Zielonego Ładu”, podobnie jak zarzucają sobie nawzajem protekcję nad panem sędzią Szmydtem. Naturalnie coś muszą mówić, więc oczywiście zaprzeczają. Najciekawsze jest to, że zarówno wyznawcy Donalda Tuska, jak i Jarosława Kaczyńskiego, w te zaprzeczenia z pewnością uwierzą, bo głupota ludzka jest porównywalna tylko z cierpliwością boską – która w przypadku naszego mniej wartościowego narodu tubylczego jest chyba nadużywana. Żeby chociaż Jarosław Kaczyński powiedział, że ani on, ani Mateusz Morawiecki nie popierali żadnego „Zielonego Ładu”, a tylko Ład Czerwony, to przynajmniej byłaby jakaś alternatywa.

Na razie jednak – podobnie jak było kiedyś, za głębokiej komuny , kiedy to w Warszawie wybuchło „pięć pożarów dla uczczenia V Zjazdu PZPR” – nie ma dnia, żeby w Warszawie, a nawet poza Warszawą, na przykład – w Siemianowicach Śląskich – nie wybuchł jakiś pożar. Jak zwykle przy takich okazjach na mieście krążą fałszywe pogłoski, jakoby przy pomocy tych pożarów przygotowywane były tereny dla deweloperów, w dodatku – za cichą aprobatą władz municypalnych – ale czego to ludzie nie gadają? Miejmy tedy nadzieję, że kiedy już miną echa obchodów świętego Floriana, to pan Siemoniak wszystko dokumentnie wyjaśni i to bez potrzeby wołania pana gen. Marka Dukaczewskiego, by nam powiedział, jak jest.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

„Kopuła” i Linia Zygfryda

„Kopuła” i Linia Zygfryda

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    26 maja 2024 mycka

Jak zwykle zataczamy się od ściany do ściany, w zależności od tego, w którą stronę ktoś nas popchnie. Kiedy 17 września 2009 roku prezydent Obama dokonał słynnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, popychając nas tym samym w objęcia strategicznych partnerów, to znaczy – Niemiec i Rosji, to wpadliśmy w ich ramiona, a Książę-Małżonek złożył nawet „hołd pruski”. Zresztą 20 listopada 2010 roku na szczycie NATO w Lizbonie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, w związku z czym zostaliśmy przez Naszego Najważniejszego Sojusznika popchnięci do strategicznego partnerstwa z Rosją.

Jak pamiętamy, w rezultacie w sierpniu 2012 roku, doszło w Warszawie do podpisania deklaracji o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Kto wie, jak daleko byśmy na tej drodze zaszli, być może nawet do unii z Rosją – gdyby prezydentowi Obamie nie strzeliło do głowy, by zresetować swój poprzedni „reset”. USA wyłożyły 5 mld dolarów na „majdan” na Ukrainie, co doprowadziło do wojny Ameryki i NATO z Rosją do ostatniego Ukraińca. Teraz Ukraińców jakby zaczynało brakować, toteż Nasz Najważniejszy Sojusznik, który w międzyczasie, w nagrodę za dobre sprawowanie, to znaczy – za odstąpienie od strategicznego partnerstwa z Rosją na rzecz strategicznego partnerstwa z bezcennym Izraelem – pozwolił Naszemu Drugiemu Sojusznikowi na urządzanie Europy po swojemu. Toteż Nasz Drugi Sojusznik zaraz dokonał podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, wystawiając do wyborów dwóch antagonistów: Mateusza Morawieckiego, który już w roku 1989 był zarejestrowany jako tajny współpracownik STASI i Donalda Tuska, który zarejestrowany został jako tajny współpracownik o pseudonimie „Oskar”. Właśnie mój Honorable Correspondant nadesłał mi zdjęcie teczki „Oskara” z informacją, że wprowadził ją do sieci pan prof. Andrzej Nowak, co świadczyłoby na rzecz jej autentyczności.

Jak wiemy, wprawdzie pan Morawiecki, to znaczy – gang, który go lansował – dostał najwięcej głosów, ale demokracja wskazała jednak na „Oskara”, jako Najukochańszą Duszeńkę Naszego Drugiego Sojusznika, w imieniu którego przemawia Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen. Tak było również z wybitnym przywódcą socjalistycznym Adolfem Hitlerem, którego niemiecka demokracja wyniosła do władzy, no a potem – wiadomo. Nawiasem mówiąc, nie wiem, czy to tylko ja mam takie wrażenie, czy inni też je mają, że Donald Tusk – bo o nim przecież mówimy – coraz bardziej upodabnia się fizycznie do wspomnianego wybitnego przywódcy?

Skoro tedy Niemcy odstąpiły, przynajmniej na tym etapie, od strategicznego partnerstwa z Rosją, jesteśmy popychani do udziału w toczącej się wojnie. Nie tylko zresztą przez Naszego Drugiego Sojusznika, ale również – przez Naszego Najważniejszego Sojusznika oraz jego żydowskich mentorów. Oto odcięty w swoim czasie przez Putina od stryczka oligarcha Michał Chodorkowski, wykombinował sobie, żeby Polska wprowadziła swoją niezwyciężoną armię do Lwowa. Najwyraźniej w chłodnym miejscu musiał nasłuchać się czastuszki, że „bomba atomowa, bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa”, dzięki czemu teraz może naszym statystom udzielać zbawiennych rad. Ale Nasz Drugi Sojusznik aż tak ambitnie nie kombinuje i na razie popycha Donalda Tuska w stronę militarysmusa – bez żadnych ekspektatyw terytorialnych. Na pierwszy ogień poszła „żelazna kopuła”, przy pomocy której Niemcy będą chronili niebo gwiaździste nad nami przed ruskimi rakietami. To oczywiście bardzo ładnie ze strony Niemiec, że teraz one wystąpią w służbie bezpieczeństwa – ale myślę, że nie tyle chodzi im, żeby nam dogodzić, tylko – że ta cała „żelazna kopuła”, to milowy krok na drodze utworzenia wytęsknionych europejskich sił zbrojnych, to znaczy – wyprowadzenia Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli, w jakiej pozostaje ona w ramach NATO. W tym celu premier Tusk namawiał się z panią prezeską wielkiego banku inwestycyjnego, że ona nam pożyczy forsę, a my za to sfinansujemy, wraz z premierami innych bantustanów – wspomnianą „kopułę”.

Ale to jeszcze nic, bo w ramach popychania Donalda Tuska w stronę militarysmusa, zamierza on zbudować „Linię Zygfryda” wzdłuż granicy polsko-białoruskiej, a być może również – wzdłuż granicy litewsko-rosyjskiej, łotewsko-rosyjskiej i estońsko-rosyjskiej, czyli wzdłuż „linii Mołotowa”. W tym celu też się zapożyczymy – nad czym ubolewa, ale tylko trochę – były Naczelnik Państwa. Tylko trochę – bo chyba jeszcze nie wie, czy Nasz Najważniejszy Sojusznik „Linię Zygfryda” też popiera, czy wolałby, żeby Polska te pieniądze przekazała Ukrainie.

Okazuje się jednak, że IV Rzesza, której budowa w ostatnim roku nabrała tempa stachanowskiego, terytorialnie będzie skromniejsza od Rzeszy III. Jak pamiętamy z buńczucznych przemówień Adolfa Hitlera, wschodnia granica III Rzeszy miała znajdować się na Uralu. To tam miała być zbudowana „Linia Zygfryda”, która oddzielałaby „dzikie pola” syberyjskie od cywilizacji i byłaby najeżona fortalicjami, w których każdy rasowy Niemiec musiałby odsłużyć swoje, by przed przejściem do życia cywilnego nabrać stosownego hartu. Teraz coś takiego byłoby chyba ryzykowne, bo syberyjskie „dzikie pola” w mgnieniu oka zaroiłyby się od Chińczyków. Za Hitlera takiego niebezpieczeństwa jeszcze nie było, a i Japończyków było stanowczo zbyt mało. Teraz, to co innego – i dlatego Nasz Najważniejszy Sojusznik, jeśli nawet wojuje z Rosją, to tylko – do ostatniego Ukraińca – czyli – żeby Rosji nie zrobić nic złego, bo mimo wszystko lepiej z Putinem, niż z miliardem Chińczyków, którym – jak pisze proletariacki poeta – przewodzi „ Kitajec, straszny Pa-Fa-Wag”.

I pomyśleć, że jeszcze półtora roku temu Donald Tusk był zdecydowanym przeciwnikiem płotu, który na granicy polsko-białoruskiej wzniosła PiS-owska soldateska, a za jego przykładem całe stado autorytetów moralnych, pod dyrekcją Judenratu „Gazety Wyborczej” unisono wyło w obronie nieszczęśliwych migrantów, którzy od bezlitosnej PiS-owskiej Straży Granicznej cierpieli niewymowne katiusze. Dzisiaj o tym cyt! – ani słówka – bo Donald Tusk już nie uważa migrantów za nieszczęśliwych, a skoro tak, to i stado, wtedy beczące pod batutą Judenratu pana red. Michnika, teraz ani piśnie. Nie ma rozkazu, to nie współczujemy. Okazuje się, że autorytety moralne pierwsze opanowały sztukę świadomej pruskiej dyscypliny, a to znaczy, że nie tylko Nasz Drugi Sojusznik, ale i Donald Tusk w Generalnej Guberni będzie miał z nich pociechę.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Makagigi

Stanisław Michalkiewicz: Makagigi Michalkiewicz-makagigi

Dzisiaj chyba mało kto pamięta przysmak dla dzieci, znany jeszcze w czasach mojego dzieciństwa, za Józefa Stalina i potem – za wczesnego Gomułki. Nazywał się on “makagigi” i sprzedawany był w postaci pasków podobnych do gumy do żucia, o której wtedy w Polsce tylko słyszeliśmy, a która w Ameryce była w powszechnym użyciu, podobnie, jak Coca Cola, która w Polsce pojawiła się dopiero za Gierka w ramach pozornej okcydentalizacji naszego bantustanu.

Makagigi jednak zniknęło bezpowrotnie, chociaż jego produkcja nie wymagała zakupu żadnych kosztownych technologii – a może właśnie dlatego – bo co za pożytek z towaru, którego produkcja nie wymagała zakupu żadnych kosztownych, zachodnich technologii, na których można było się na boku obłowić?

Tak czy owak, makagigi jako przysmak dla dzieci zniknął całkowicie, wyparty – jak słyszymy – przez rozmaite narkotyki, którymi dzieci i postępowa młodzież faszeruje się na potęgę, a potem ma halucynacje – że na przykład “planeta” płonie i trzeba ją ratować, powstrzymując się przed emitowaniem zbrodniczego dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych.

Dopiero na tym tle możemy ocenić, jak daleko posunęliśmy się na drodze nieubłaganego postępu.

Jeszcze przed wojną, w koszmarnych czasach sanacji, opinią publiczną wstrząsnęła wiadomość, że Franciszek Fiszer, ten sam, co to twierdził, że nie będzie w Polsce dobrze, dopóki nie rozstrzela się 700 tysięcy łajdaków, odmówił wypicia bruderszaftu z Mieczysławem Grydzewskim z “Wiadomości Literackich”, ponieważ ten twierdził, że ludzkość powstała z gazów, wobec czego przyjaźnić się z nim nie może.

Nawiasem mówiąc, ktoś słysząc opinię Fiszera, że nie będzie w Polsce dobrze, dopóki – i tak dalej – zwrócił mu uwagę: ale panie Franciszku, może nie ma w Polsce aż tylu łajdaków – na co niestropiony Fiszer zagrzmiał: to nic nie szkodzi; w razie czego dobierzemy z uczciwych!

Wracając do makagigi, to wprawdzie w handlu już od dawna tego przysmaku nie ma, za to pojawił się w polityce, zwłaszcza w ostatnich dziesięcioleciach, kiedy to budujemy w naszym bantustanie naszą młodą demokrację. Przybiera on postać tak zwanych “tematów zastępczych”, które na rynek polityczny rzucają panujące nam miłościwie  gangi.

One – jak wielokrotnie twierdziłem – uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane – toteż rekompensują sobie ten zakaz rzucaniem na polityczny rynek różnego rodzaju makagigi, żeby opinia publiczna mogła sobie czymś wypełnić ustne jamy, dostępując w ten sposób iluzji uczestnictwa w polityce, nawet światowej. Przoduje w tym zwłaszcza koalicja 13 grudnia, która wprowadziła do rządu wyjątkowo liczną reprezentację wariatów.

A wariaci – jak to wariaci – nie mają pojęcia o kierowaniu państwem, ani też żadnego pomysłu na nie, zastępując tę impotencję swoimi wariactwami, którym usiłują nadać rangę obowiązującego prawa. Dopóki pan prezydent Duda dysponuje prawem wetowania tych niewydarzonych pomysłów, to jeszcze z Bogiem sprawa – ale co będzie, jak w 2025 roku skończy mu się druga kadencja, a suwerenowie demokratycznie wybiorą sobie kogoś innego – ot na przykład pana Rafała Trzaskowskiego, którego uważam za zarozumiałego blagiera – a jest to opinia chyba najbardziej uprzejma?

Wtedy już nic nie będzie chroniło nas przed wariatami i pewnie dlatego część opinii publicznej  tak kurczowo trzyma się Unii Europejskiej w nadziei, że taka na przykład Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen uchroni nas przed nami samymi. Obawiam się jednak, że to też iluzja, bo wystarczy przyjrzeć się dotychczasowemu składowi Parlamentu Europejskiego, by przekonać się, że oprócz filutów, którzy chcą sobie uzbierać na luksusową emeryturę, oprócz łajdaków, których według opinii Franciszka Fiszera, należałoby natychmiast rozstrzelać, resztę stanowią wariaci w sensie medycznym.

Oczekiwanie tedy, że wariaci cudzoziemscy uratują nas przed naszymi rodzimymi wariatami, jest kolejnym złudzeniem, z którym natychmiast powinniśmy się pożegnać. Nie jest to jednak łatwa sprawa, bo ludzie chcą w coś wierzyć, zwłaszcza w tak zwanych “ciekawych czasach”. Kiedy alianci w 1945 roku cofnęli uznanie rządowi Rzeczypospolitej w Londynie, w kręgach emigracyjnych zapanowała desperacja i pewna inteligentna pani powiedziała, że ludzie kurczowo chwytają się nawet cienia nadziei.

Wierzą na przykład – mówiła – w generała Kazimierza Sosnkowskiego – bo znał on marszałka Piłsudskiego, albo w ówczesnego premiera londyńskiego rządu, pana Tomasza Arciszewskiego – bo ma brodę.

Tymczasem premier Donald Tusk, który – jak tylko Niemcy odstąpiły od strategicznego partnerstwa z Rosją na rzecz strategicznego partnerstwa z bezcennym Izraelem, za co zostały przez prezydenta Józia Bidena wynagrodzone pozwoleniem urządzania Europy po swojemu, czyli budowy IV Rzeszy – zaczął z gołąbka pokoju przepoczwarzać się w krwiożerczego jastrzębia i militarystę.

Nie tylko zapowiedział objęcie naszego bantustanu niemiecką “żelazną kopułą”, która według wszelkiego prawdopodobieństwa stanowi milowy krok na drodze ustanowienia “europejskich sił zbrojnych”.

Chodzi o wyprowadzenia Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli – ale ogłosił pragnienie zbudowania “Linii Zygfryda” nie tylko na granicy polsko-białoruskiej, ale również na granicach litewsko-rosyjskiej, łotewsko-rosyjskiej i estońsko-rosyjskiej i w tym celu już namawiał się z bankierową inwestycyjną na pożyczkę, żeby to sfinansować – to jeszcze 21 maja wydał zarządzenie powołujące czerezwyczajną komisję do badania ruskich i białoruskich wpływów w naszym  bantustanie.

Taka komisja była powołana przez poprzedni rząd, z tym, że to była komisja parlamentarna, w związku z czym została przez Donalda Tuska rozpędzona bodaj już 14 listopada, zaraz po krzywoprzysięstwie jego rządu. Teraz ma to być komisja “pozaparlamentarna”, czyli złożona ze starych kiejkutów, którym będzie przewodził szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jak pamiętamy, SKW wypączkowała z “rozwiązanych” Wojskowych Służb Informacyjnych.

Na dobrą sprawę na czele komisji powinien tradycyjnie stanąć pan generał Marek Dukaczewski, bo któż lepiej potrafi naprawić zegarek, jak nie ten, co go zepsuł – ale byłaby to chyba zbyteczna ostentacja. Tak czy owak, nie ulega wątpliwości, że stare kiejkuty zdemaskują u nas tylu ruskich i białoruskich agentów, że nie będzie można nawet splunąć, żeby w jakiegoś nie trafić.  W ten sposób cały świat, a już Europa w szczególności dowie się, że Polska to jedno bagno, przeżarte przez agenturę, jak nie ruską, czy białoruską, to niemiecką, jak nie niemiecką, to żydowską – i tak dalej.

Dla każdego tedy stanie się oczywiste, że z takim krajem nie można wchodzić w żadne konfidencje, a najlepszym wyjściem z sytuacji byłby jego ponowny rozbiór. Ja rozumiem, że Donald Tusk wykonuje takie zadanie – co zresztą jest przypuszczeniem uprzejmym – ale otaczająca go hałastra chyba nie zdaje sobie sprawy do czego przykłada rękę. Kto by pomyślał, że porażone polityką makagigi może być taką silną trucizną?

Wróżymy z dymów

Wróżymy z dymów

Stanisław Michalkiewicz   25 maja 2024 dymy

W dymach bijących z lufy pistoletu zamachowca strzelającego do słowackiego premiera Roberta Fico, nasi Umiłowani Przywódcy, jeden przez drugiego, próbują uwędzić sobie swoje półgęski. Tak napisałby – gdyby oczywiście żył – sławny za pierwszej komuny pisarz Józef Ozga-Michalski. W 1967 roku bowiem napisał, że swoje półgęski ideowe „wielu” próbuje uwędzić w „dymach bijących z wojny izraelsko-arabskiej”. Teraz o wojnie izraelsko-arabskiej, to znaczy – o operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej lepiej się nie wypowiadać – ale od czegóż dymy bijące z lufy wspomnianego pistoletu? A o dymach bijących z operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej na wszelki wypadek lepiej głośno, albo nawet i wcale nie mówić, bo właśnie w Kongresie USA tamtejsi twardziele rozważają uchwalenie ustawy penalizującej w s z e l k ą krytykę Izraela. Tej ustawy jeszcze nie ma, ale krążą fałszywe pogłoski, że w związku z protestami jakie przewalają się przez amerykańskie wyższe uczelnie, pojawiła się tam orwellowska Policja Myśli w postaci zespołów złożonych z pracowników naukowych i wyselekcjonowanych studentów, którzy nieubłaganym palcem na razie wskazują i rejestrują przyszłych myślozbrodniarzy – a kiedy już powstanie tam, wzorowane na NKWD Ministerstwo Miłości, to ono już się nimi zajmie na swój sposób. „Wiecie, rozumiecie obywatelu; skoro nie podoba się wam bezcenny Izrael, to będzie z wami brzydka sprawa”.

Jak widzimy na przykładzie tych fałszywych pogłosek, wykoncypowana jeszcze w latach 60-tych przez prof. Zbigniewa Brzezińskiego teoria konwergencji, zaczyna się na naszych oczach właśnie potwierdzać. Głosiła ona, że antagonistyczne, trwające w śmiertelnym klinczu zimnej wojny supermocarstwa: USA i ZSRR, w miarę, jak trwanie w klinczu się przedłuża, coraz bardziej się do siebie upodabniają. Do czego to doprowadzi? Nietrudno się domyślić; doprowadzi do tego, że w razie czego nie będzie już gdzie uciekać, bo z jednej strony zimny ruski czekista Putin, a z drugiej – bezpieczniacy amerykańscy, którzy w ramach eksperymentów ze sztuczną inteligencją, z pewnością dysponują już maszynami śledczymi o mocy kilku tysięcy trupsów – co przewidział jeszcze w latach 60-tych Stanisław Lem.

Tymczasem u nas – jak to u nas – okazało się, że niezawisły pan sędzia Tomasz Szmydt, co to wybrał wolność na Białorusi, mieszkał z damą o egzotycznym imieniu „Olena”, nawiasem mówiąc, takim samym, jakie nosi pierwsza dama Ukrainy. Ta „nasza” pani Olena tymczasem najsampierw zacierała za sobą ślady, a teraz w ogóle zniknęła. Toteż rząd wprawdzie porozsyłał za panem sędzią listy gończe i nawet wydał – co prawda nie bardzo wiadomo komu – nakaz aresztowania go – ale jak tu go aresztować skoro Putin porozmieszczał na Białorusi broń jądrową? Toteż – chociaż ABW oczywiście wszczęła tzw. „energiczne śledztwo” – pani Olena jednak zniknęła w sinej dali.

Nie budzi to naszego zdziwienia, bo przecież żyją ludzie pamiętający, jak to w sprawie „Amber Gold” też zostało wszczęte „energiczne śledztwo” – ale dopiero wtedy, kiedy ukradziona forsa też zniknęła w sinej dali. Widzimy choćby na tych przykładach, że mimo podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, kontynuacja jest większa, niż nam się wydaje. Unosi się nad nią odwieczne pytanie: kto upilnuje strażników? – bo chyba nikt dorosły i normalny nie wierzy, że zdolny do tego jest poczciwy pan Tomasz Siemoniak?

Wróćmy jednak do dymów bijących z lufy pistoletu, z którego – i tak dalej. Jako pierwsza spróbowała uwędzić w nich sobie swój półgęsek Wdowa Narodowa, czyli pani Adamowiczowa. Wysmażyła mianowicie list otwarty do Naczelnika Państwa, wiążąc zamach na słowackiego premiera z kandydowaniem do Parlamentu Europejskiego byłego prezesa TVP, Jacka Kurskiego. Wdowa Narodowa bowiem, podobnie jak inni dawni koledzy pana prezydenta Pawła Adamowicza, tak długo powtarzali mantrę, że to rządowa telewizja zadźgała go podczas występów pana „Jurka” Owsiaka, że najwyraźniej sami w to uwierzyli. Toteż kol. Ziemkiewicz, któremu najwyraźniej jeszcze mało bliskich spotkań III stopnia z niezawisłymi sądami, zaapelował do Wdowy Narodowej, by się opamiętała, w dodatku nazywając ją „obłudną kobietą”. Ciekaw jestem co na to powiedzą znane na całym świecie z niezawisłości niezawisłe sądy z gdańskiego okręgu sądowego – o ile oczywiście Wdowa zechce schronić się pod ich praesidium.

Wdowie Narodowej najwyraźniej pozazdrościł Książę-Małżonek, przypominając, jak to podczas jakiegoś zbiegowiska urządzonego przez Strajk Kobiet, ktoś zmierzał w jego kierunku ze strzykawką. Książę-Małżonek jest przekonany, że ta strzykawka miała być narzędziem zbrodni niesłychanej. Wszystko to oczywiście być może – ale niekoniecznie. Warto bowiem zwrócić uwagę, że zbiegowisko było organizowane przez Strajk Kobiet, który stoi na nieubłaganym gruncie popierania zapłodnienia w szklance. Jak wiadomo, przy zapłodnieniu w szklance strzykawka jest nieodzowna – ale nie jako narzędzie zbrodni, tylko przeciwnie – jako zastępczy instrument przekazywania życia. Bardzo tedy możliwe, że żadna z uczestniczek zbiegowiska urządzonego przez Strajk Kobiet nie próbowała zgładzić Księcia-Małżonka, tylko przeciwnie – przy pomocy strzykawki go zapłodnić, dokonując w ten sposób eksperymentu podwójnego: po pierwsze – zapłodnienia w szklance, a po drugie – na mężczyźnie, którego męstwo w dodatku nie budzi niczyjej wątpliwości.

W ten sposób życie naśladuje literaturę – bo nie od rzeczy będzie przypomnieć nieśmiertelny poemat „Bania w Paryżu” Janusza Szpotańskiego, który opisując paryski, szalenie postępowy salon księżej de Guise, ujawnia najskrytsze marzenie jego gospodyni – „żeby Książę także zachodzić musiał w ciążę”. Skoro tedy w zasięgu strzykawki pojawił się Książę-Małżonek we własnej imponującej postaci, to trudno się dziwić, że któraś z uczestniczek zbiegowiska musiała ulec – jak to ująłby słynny filozof Immanuel Kant – „nieodpartemu impulsowi”. Oczywiście trudno wymagać od Księcia-Małżonka, by w atmosferze tumultu, jaka towarzyszy zbiegowiskom, zwłaszcza z udziałem pobudzonych nienaturalnie kobiet, trafnie rozpoznał zamiary osoby próbującej podejść go ze strzykawką, ale teraz po tumulcie przecież ani śladu; Strajk Kobiet najwyraźniej urządzanie zbiegowisk ma od swoich oficerów prowadzących zakazane, żeby nie szkodzić Donaldu Tusku w jego markowaniu polityki światowej i krajowej – bo uprawianie prawdziwej polityki on przecież także ma surowo od Naszych Sojuszników zakazane.

Stanisław Michalkiewicz

Judenrat w służbie Rzeszy

Judenrat w służbie Rzeszy

Stanisław Michalkiewicz 23 maja 2024 prawy

Niby wiemy, że historia się powtarza, ale za każdym razem, kiedy się o tym przekonujemy, czujemy się zaskoczeni, zwłaszcza, gdy historia nie tylko się powtarza, ale w dodatku w tych powtórkach uczestniczą jeśli nawet nie te same osoby, to członkowie tych samych starych rodzin – oczywiście już w kolejnych pokoleniach.

Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to każdego, komu nie podobała się polityka PZPR Naszej Partii, ówczesne niezależne media głównego nurtu oskarżały o powiązania, albo nawet gorzej – o pozostawanie na żołdzie zachodnioniemieckich rewizjonistów i odwetowców, a konkretnie – Hupki i Czai – bo ci byli najlepiej znani ówczesnym paniom Werner, czy Olejnik, więc nie było się co namyślać, tylko walić z grubej rury tym bardziej, że tego właśnie oczekiwali oficerowie prowadzący – bo z wrogami ludu, wiadomo – ceregielić się nie można. Tę metodę przyswajali sobie również inni funkcjonariusze i na przykład kiedy w marcu 1968 roku nasza 3 kompania zmotoryzowana Studium Wojskowego UMCS w Lublinie odbywała na tamtejszym poligonie ostre strzelanie, dowodzący ćwiczeniami podpułkownik Hipolit Kwaśniewski, mający zwyczaj mówienia przez zaciśnięte zęby, tak nas podsumował: “to cała kompania nie wykonała strzelania, mimo, że karabinki były przystrzelane, warunki widoczności dobre. Ja tu podejrzewam waszą złą wolę i każden jeden żołnierz, który nie wykona strzelania, będzie uważany za agenta Bundeswehry”. Bo w 1968 roku Bundewehra uchodziła za najgorszego wroga, będącego zbrojnym ramieniem rewizjonistów i odwetowców Hupki i Czai.

Minęły lata, zmieniło się – jak pisze poeta – oblicze świata – a zmieniło się w taki oto sposób, że dotychczasowi wrogowie, to znaczy – Bundeswehra, Niemcy, a Hupka i Czaja w szczególności, nie mówiąc już o NATO – stali się naszymi serdecznymi druhami, podobnie jak kiedyś naszymi druhami byli Rosjanie, to znaczy – Sowieci. Teraz wprawdzie Sowietów już nie ma, ale Rosjanie są jak najbardziej i nie tylko że wojują z bratnią Ukrainą, to jeszcze dybią również na nasz nieszczęśliwy kraj. Co prawda, zanim doszło do tych wszystkich paroksyzmów, to w tak zwanym międzyczasie Rosja była nawet naszym strategicznym partnerem. Mam na myśli okres po 20 listopada 2010 roku, kiedy to na szczycie NATO w Lizbonie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, w ramach którego w sierpniu 2012 roku przyjechał do Warszawy Patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, z którym JE abp Józef Michalik, ówczesny przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, podpisał deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim.

Ale potem amerykańskiemu prezydentowi Obamie coś się w głowie odmieniło i w 2014 roku wysadził to całe strategiczne partnerstwo w powietrze, wykładając 5 mld dolarów na zorganizowanie na Ukrainie “majdanu” od którego wszystko się zaczęło, to znaczy – wojna Rosji z Ameryką i NATO do ostatniego Ukraińca. Od tamtej pory o żadnym “pojednaniu” nikt nie chce nawet słyszeć, bo w przeciwnym razie Judenrat “Gazety Wyborczej” pana red. Michnika zrobiłby z niego marmoladę, tak, jak za pierwszej komuny marmoladę robiła “Trybuna Ludu” i “Żołnierz Wolności” z każdego, na kogo padło podejrzenie, że sympatyzuje z Hupką, albo Czają.

Nie tylko nikt nie chce słyszeć o żadnym “pojednaniu”, ale w dodatku, wiodące siły polityczne naszego bantustanu, z których jedna rotacyjnie udaje władzę, a druga – opozycję, zaczęły od pewnego czasu licytować się między sobą, kto jest ruskim agentem. Jak pamiętamy, pod koniec dobrego fartu obozu “dobrej zmiany”, to znaczy – dopóty, dopóki Nasz Najważniejszy Sojusznik w nagrodę za dobre sprawowanie, tzn. – za odstąpienie od strategicznego partnerstwa z Rosją na rzecz strategicznego partnerstwa z bezcennym Izraelem, nie pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu. Wtedy Niemcy nie mieli wyjścia, tylko musieli dokonać podmianki na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, w następstwie której ekspozytura Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego przeszła do opozycji, podczas gdy administrowanie naszym bantustanem zostało przydzielone Donaldu Tusku, jego Volksdeutsche Partei z satelitami. Więc pod koniec dobrego fartu ekipy “dobrej zmiany” Naczelnik Państwa wykombinował sobie, że jak będzie demaskował ruskich agentów w obozie zdrady i zaprzaństwa, to może uchowa się na pozycji lidera. Powstała specjalna komisja, która wstępnie wytypowała kilku agentów, odradzając powierzanie im stanowisk państwowych. Na tej liście znalazł się m.in Donald Tusk.

Nic to nie pomogło, bo siekiera była już do pnia przyłożona, a kiedy Donald Tusk 13 grudnia ub. roku złożył na ręce pana prezydenta Dudy krzywoprzysięstwo z całym swoim rządem, to już bodaj następnego dnia tę komisję rozgonił i zapowiedział powołanie swojej, która już tam nieubłaganym palcem wszystkich ruskich agentów wskaże co do jednego. I właśnie 21 maja taka komisja została utworzona,a na jej czele stanął… – o nie, wcale nie pan generał Marek Dukaczewski, któremu taki zaszczyt teoretycznie należał się z wieku a przede wszystkim- z urzędu – jako ostatniemu szefowi Wojskowych Służb Informacyjnych, których już “nie ma”, bo w 2006 roku rozwiązał je złowrogi Antoni Macierewicz. Więc chociaż taka satysfakcja należała się panu generałowi Dukaczewskiemu, to jednak, gwoli uniknięcia zbytniej ostentacji, na czele komisji stanął inny stary kiejkut w osobie szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, która – podobnie jak Służba Wywiadu Wojskowego, z WSI wypączkowała.

W tej sytuacji nietrudno sie domyślić, że jako pierwszy nieubłaganym palcem zostanie wskazany jako ruski agent złowrogi Antoni Macierewicz, któremu rzeczywiście sporo się nazbierało. Nie tylko w 1992 roku ujawnił konfidentów, nie tylko rozwiązał WSI, nie tylko anulował kontrakt na śmigłowce i to gdy pod stołem zakończyły się już rozliczenia, ale w dodatku zafundował kurację przeczyszczającą naszej niezwyciężonej armii. No a potem trup będzie ścielił się gęsto, dostarczając żeru paniom Werner i Olejnik, nie mówiąc już o panu Czyżu i jego komandzie. Ale to są tylko wyrobnicy zbawiennych idei, podczas gdy od wymyślania zbawiennych idei po staremu jest żydokomuna, czyli nasz dobry znajomy Judenrat – tym razem nie “Trybuny Ludu” tylko oczywiście – “Gazety Wyborczej”.

I oto Judenrat wzniósł już nieubłagany palec, którym wskazał najgroźniejszego agenta Putina w Postaci komitetu Wyborczego “Polexit”, który ośmielił się wystawić kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie ulega wątpliwości, że szef SKW na sygnał znajomej trąbki od razu zerwie się na równe nogi, w związku z czym polowanie na ruskich agentów zatoczy możliwie najszersze kręgi.

Stanisław Michalkiewicz