Psychopatologia władzy. Życie na linie 14

Życie na linie 14

Psychopatologia władzy

Chłopcy z „Okienka” zastanawiali się często, w grupach i podgrupach, dlaczego Chyży jest taki wredny i mściwy. Podobno ojciec go lał, w domu mówiło się po niemiecku, a dzieci w szkole malowały mu na tornistrze swastykę. To taka psychologia dla ubogich intelektualnie, psychologia rodem z pism dla kobiet, wykładanych w poczekalni stomatologa czy ginekologa. Chłopcy prezentowali – chcąc nie chcąc ten – właśnie poziom.

Jednak poważni naukowcy, socjologowie i psychologowie też często tłumaczą zagadki historii traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa historycznych postaci. Na przykład Boris Souvarine, a właściwie Borys Lifszyc, ukraiński Żyd czy żydowski Ukrainiec nota bene autentyczny komunista uważany za pierwszorzędnego krytyka komunizmu, w pierwszym rozdziale książki „Stalin, rys historyczny bolszewizmu” długo rozwodzi się nad dzieciństwem i młodością Soso. Miliony Żydów uniknęłyby- według tych historyków – swego losu gdyby Hitlera przyjęto na studia malarskie w Wiedniu., gdyż o swoje niepowodzenia oskarżał żydowskich wykładowców tej uczelni. 20 milionów ludzi nie zginęłoby gdyby ojciec Stalina nie był alkoholikiem i nie katowałby jego i jego matki. Stalin nie znienawidziłby również do tego stopnia religii gdyby w cerkiewnej szkole nie tłukł go okrutny wychowawca, Dmitrij Chachutaszwili. Stalin miał wady genetyczne, miał zrośnięte palce stóp co narażało go na drwiny kolegów. Goebbels miał stopę końsko szpotawą co z pewnością nie ułatwiało mu życia i kariery.

Takie dywagacje można snuć w nieskończoność bez większego sensu. Niewątpliwie jednak poczucie krzywd doznanych w dzieciństwie może zaowocować w życiu dorosłym brakiem empatii, całkowitym brakiem lojalności wobec kogokolwiek, oraz skłonnością do intryg i rozgrywek, czyli rozwinięciem się typowych cech psychopatycznych.

Ciekawsze jest jednak dlaczego otoczenie takich niemiłych, wręcz psychopatycznych typów pozwala im wspiąć się na wyżyny władzy, dlaczego rozpoznawszy ich cechy charakteru lekceważą je.

Paul Ludwig Hans Anton von Beneckendorff und von Hindenburg jak i cała arystokracja niemiecka lekceważyli po prostu Hitlera, uważali, że będzie łatwo nim powodować. Podobnie przywódcy strajku w stoczni – jak sami mówili – lekceważyli Bolka. „Takim głupkiem będzie łatwo sterować” – mówili. Szpetnie się przeliczyli. Podobnie przeliczyli się koledzy Chyżego, których traktował czysto instrumentalnie i za nic miał słynną, wielokrotnie opisywaną i wychwalaną „okienkową” solidarność.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

Kasa misiu kasa. Życie na linie 13

Życie na linie 13

Kasa misiu kasa

Jak już mówiliśmy chłopcom z „Okienka” za czasów przebrzydłej komuny, którą zwalczali knując co sił w ubikacji, przy szumie lejącej się w umywalce wody, nie brakowało kasy. Naiwnym wydawało się, że marnując wodę zabezpieczają się przed podsłuchaniem przez organy bzdur, które głosili. Przeciętny robotnik wysokościowy z „ Okienka” zarabiał miesięcznie tyle co nauczyciel przez dwa lata. Starczało na niekończące się posiady w lokalnych knajpach. Nikt nie rozliczał kelnera z dopisywania do rachunku numeru kołnierzyka i butów. Pieniądze lały się jak woda w historycznej umywalce. Tylko jeden z chłopaków, który nie pił i nie używał, dorobił się wielkiej firmy o europejskim zasięgu. Po zmianie ustroju zatrudniał chłopców jako robotników budowlanych i – jak sam mawiał- jako kapciowych. Jeden z nich woził dzieci do szkoły oraz teściową do sanatorium inny wyprowadzał psy i robił zakupy. Płacił nieźle ale nie umywało się to do poprzednich zarobków. Bzdury które głosili chłopcy podczas seminariów klozetowych sprowadzały się do idei zlikwidowania wszystkiego co się da . Przede wszystkim należało ich zdaniem zlikwidować system emerytalny i ubezpieczenia zdrowotne. Chłopcy przeświadczeni, że do końca życia będą zarabiać tak jak za czasów PRL nie płacili żadnych składek , nie oszczędzali i nie martwili się o przyszłość. Niejeden obudził się z ręką w nocniku. Zaczęło nawalać zdrowie bardziej nadwątlone przez procenty niż przez huśtanie się na linach. Skończyły się kominy płacowe. Jeden z chłopców doprowadzony do ostateczności zatrudnił się jako strażnik kolejowy i po nocach wędrował wzdłuż torów z własnym psem. Przy czym pies – jak twierdził- też został zatrudniony i zarabiał więcej od niego. Inny wyspecjalizował się w renowacji kościołów. Mieszkał na plebaniach i za jeden uśmiech był tuczony przez wyposzczone księżowskie gospodynie. Niektórym zatrudnienie dała również rozwijająca się szybko telefonia komórkowa. To wszystko nie satysfakcjonowało jednak Chyżego. Jak sam mawiał musi wejść w politykę bo inaczej, przy swoich kwalifikacjach intelektualnych, skończy jako nauczyciel szkoły podstawowej na wsi. Polityka daje satysfakcję – jak mawiali chłopcy- lepszą od orgazmu, lecz nie daje szybko prawdziwej kasy. Dlatego Chyży znalazł sobie sponsora. Był to biznesmen, którego było stać na wynajmowanie połowy piętra w stołecznym hotelu, finansowanie imprez kulturalnych i -przez zmianą ustroju- wydawnictw bezdebitowych. Przytulił Chyżego i jego akolitów. Nie mieli żadnych problemów z braniem kasy od podejrzanego typa. Wyznawali zasadę: „ bierz kiedy dają, tańcuj kiedy grają” jak im się wydawało skuteczniejszą od historycznie sprawdzonej zasady: „ brać i nie kwitować”. Toteż jak się wkrótce okazało musieli tańczyć tak jak im zagrano.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

Życie na linie 11. Postmodernizm i „Okienko”. „Drogowskaz nie biegnie w kierunku, który wskazuje”.

Życie na linie 11 Postmodernizm i „Okienko”. „Drogowskaz nie biegnie w kierunku, który wskazuje”.

Pędząca Glizda

W czasie stanu wojennego ZSRR objęty był tak zwanymi sankcjami. Nie wolno było wysyłać do tego kraju sprzętu elektronicznego i to w żadnej postaci. Chodziło oczywiście o to żeby Sowieci nie korzystali ze zdobyczy naukowych zachodniego świata. W tym okresie, w ramach pomocy, przychodziło do Polski wiele celowo słabo kontrolowanych – jak sądzę – paczek. W tych paczkach przemycano różne urządzenia. które miały służyć knuciu przeciwko komunie. Były wśród nich drukarki a także komputery, nadajniki i radia. Sama dostałam kiedyś paczkę z szeleszczącym w niej proszkiem do prania, w której na specjalnie podwieszonym woreczku ukryte było kilkadziesiąt odbiorników wyglądających jak niewielki zegarek z antenką, przeznaczonych dla więźniów oraz internowanych, do odbioru sygnałów z wolnego świata. Oddałam je pod wskazany adres i bardzo tego pożałowałam dowiedziawszy się, że niektórzy chłopcy z szerokiej otuliny „Okienka”, szczególnie ci, którzy zaprzyjaźnili się ( albo wręcz spoufalili ) z ciotką Irenką, zostali wprowadzeni na warszawskie salony i mogli zarabiać zgodnie ze specjalnym modus operandi tego środowiska.

Otóż w Warszawie wychodziło wówczas nielegalne albo półlegalne pismo o szumnym tytule skupiające tak zwaną intelektualną warszawkę. Naczelny tego pisma wszedł w strukturę pozwalającą zarabiać na omijaniu embarga na dostawy elektroniki do Sojuza. Elektronikę z przesyłanych masowo do Polski paczek zbierało się w określonym super tajnym punkcie, skąd dostarczano ją zaufanemu pośrednikowi, a on przekazywał ją sobie tylko znanymi kanałami do ZSRR. On też wypłacał honoraria nieporównywalnie większe od wierszówki, którą można było zarobić wypisując tromtadrackie bzdety w piśmie o napuszonym tytule. Ciekawe, że ci wszyscy intelektualiści nie widzieli żadnej sprzeczności pomiędzy swoim sposobem dorabiania, a szczytnymi hasłami, które głosili. Może dlatego, że wywodzili się po części spośród poszukiwaczy sprzeczności, które to poszukiwanie sprzeczności utrwaliło się jako akceptowanie wszelkich sprzeczności. A może dlatego, że jak twierdzili: „ drogowskaz nie biegnie w kierunku, który wskazuje”.

U bram kraju czaiła się wówczas ponowoczesność. Propagował ją i opisywał człowiek, który kiedyś walczył w Polsce z bandami. Potem członkowie tych band, czyli logicznie rzecz biorąc bandyci, zostali przemianowani w głównym nurcie mediów czyli- jak niektórzy powiadają- w głównym nurcie szamba, na bohaterów. Od pewnego czasu znowu usiłuje się zrobić z nich bandytów. Komuniści w okresie transformacji chętnie transformowali się na liberałów, potem liberałowie na katolików, najczęściej – jak ich nazywano- „podstępowych” i podstępnych – bo blisko im się okazało do zwolenników eutanazji i aborcji.

Duch ponowoczesności unosił się również i nad „ Okienkiem”. Nigdy nie było wiadomo kto jest z kim, jak i po co. Nigdy nie było wiadomo czy ktoś jest prostym robolem czy wyrafinowanym intelektualistą czy jednocześnie robolem i intelektualistą. A może raz robolem, a raz intelektualistą. Jakby oni wszyscy byli transformersami czyli fikcyjną rasą pozaziemskich istot potrafiących nieustannie się przeobrażać.

W kwestii obyczajów też zapanował- jak zresztą wszędzie- specyficzny kontredans. Elity mówiły językiem dawnych nizin społecznych, ale ich zdaniem tylko oni mieli do tego prawo, a w ich ustach soczyste przekleństwa brzmiały jak poezja, jak trzynastozgłoskowiec. Elity pędziły bimber, a plebs pomalutku uczył się pijać wino. Na początek tylko słodkie albo półsłodkie. Przestał obowiązywać tak zwany dress code . Nie sposób było- jak to mówił kiedyś lud -„poznać pana po cholewach” bo do Opery można było wejść w podartych spodniach, które stały się zresztą szczytem elegancji, a guru opozycji potrafił odbierać order w crocsach. Hipsterzy ( cokolwiek to słowo może znaczyć) nosili w zimie sandały nakładane na bose stopy, a białe skarpetki stały się znakiem rozpoznawczym człowieka z nizin społecznych, dorobkiewicza, człowieka spoza towarzycha warszawki.

Chłopcy z „ Okienka”, choć równie jak elitka warszawki przesiąknięci duchem ponowoczesności, byli przynajmniej zabawni i mili. Traktowali wiele spraw z przymrużeniem oka. Celowali w formułowaniu własnego dowcipnego „okiennego” – jak go nazywali – kodeksu. „Cnota to permanentny brak okazji” – taką definicję cnoty ukuli i z pewnością stosowali. „ Nie ma brzydkich i starych kobiet tylko czasem brakuje wódki” -twierdzili. Na miejscu pewnej słusznych rozmiarów dziennikarki telewizyjnej, zamiast nakłaniać sąd, żeby skazując na wysoką grzywnę pewnego niefortunnego felietonistę, przekonał szeroką publiczność, że jest nadal zdolna do czynności seksualnych, zadbałabym raczej o to, żeby w moim barku nigdy nie zabrakło alkoholu. Zdecydowanie wolałam również dobroduszne żarty chłopców z „ Okienka” na temat dziewcząt i kobiet od wybryków naczelnego redaktora pisma o napuszonym tytule, publicznie deklarującego, której z wielbiących go licznych dam nie tknąłby nawet szczotką do kibla.

Trawestując powiedzenie amerykańskiego admirała z przełomu XVIII i XIX wieku ( a był nim – jak pamiętamy- Stephen Decatur) chłopcy mawiali „ right or wrong, my money”. Sądzę, że miało to znaczyć : “pecunia non olet” Dzielili to przeświadczenie z intelektualistami z napuszonego pisma o napuszonym tytule zarabiającymi na łamaniu embraga na wwóz elektroniki do Sojuza. Nie należało doszukiwać się w postawie tych intelektualistów konsekwencji. Podstawową cechą ponowoczesności nie jest bynajmniej zastąpienie logiki dwuwartościowej logiką wielowartościową, lecz całkowity brak logiki.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

=============================

Ja dostałem propozycję “omijania embarga na dostawy elektroniki do Sojuza” od któregoś z redaktorów pisma RES PUBLICA Marcina Króla. Negocjowaliśmy, dyskutowali stronę etyczną… A znajomy przyjął… Mirosław Dakowski

Życie na linie 10. Knucie.

Życie na linie 10 Pędząca Glizda

Knucie

Jak Polska długa i szeroka podstawowym zajęciem ludzi młodych, starszych i zupełnie starych było w opisywanych czasach knucie czyli konspirowanie. Gdyby energię wpakowaną w zadrukowywanie milionów stron papieru szybko znikającą farbą drukarską włożyć w coś pożytecznego, na przykład w budowę domów, w Polsce nie byłoby permanentnego niedostatku mieszkań. Z jakiejś przyczyny komuna zdecydowanie przeszkadzała jednak budować domy a nie przeszkadzała knuć. Może chciała społeczeństwu upuścić trochę pary czyli energii społecznej. Gdyby zaoszczędzić drzewa, które poszły na te, czytane najczęściej wyłącznie przez ich autorów, ich żony, mężów, kochanków i kochanki samizdaty, nie byłoby globalnego ocieplenia, bo drzewa zmieniałyby CO2 na cukier prosty, a cukier jak wiadomo jest podstawowym surowcem dla domowej produkcji napojów wyskokowych. Tradycję produkcji tych napojów przejęły od prostego ludu ówczesne elity intelektualne, w środowiskach uniwersyteckich wymieniano się mniej czy bardziej sprawdzonymi przepisami na te napoje, a wspólna degustacja produktów konspiracyjnej działalności pogłębiała międzyludzkie więzi i nadawała knuciu czyli konspirowaniu specyficzny urok. Sprzyjała również demografii. Gdyby niepodległość wybuchła nieco później nie trzeba by było sprowadzać obecnie do roboty Ukraińców.

W „Okienku” knucie odbywało się na ogół w łazience z trudem mieszczącej knującą elitę, reszta czyli prosty okienkowy lud zazdrośnie rejestrowała nagłe kłopoty żołądkowe kolegów, a z łazienki dochodził przedłużający się szum bezmyślnie marnowanej wody. Bezmyślnie, bo po kilku dniach tout le monde znał i dyskutował poruszone w kiblu ważkie problemy a dzięki obdarzonej nadzwyczaj długim jęzorem ciotce Irence omawiała je tout Varsovie. Gdy kiedyś ( to był zupełnie inny, wcześniejszy etap konspiry) na sali sądowej zapytano znanego goprowca, partyjnego kapusia, czy poważnie traktował noszenie przez tak zwanych „taterników” tam i z powrotem przez Tatry konspiracyjnej makulatury odpowiedział: „ e tam – to były tylko takie podchody”. Pikanterii tym podchodom dodaje fakt, że noszący bibułę w większości nie znali dobrze Tatr, aktywna w tym procederze dama, krytyk teatralny lokalizowała w swych opowieściach schronisko Murowaniec na przełęczy Krzyżne, a realne były tylko wyroki za te podchody no i realna była późniejsza kariera kapusia, między innymi kariera literacka.

Wracając do „ Okienka”, nie wiem po co zamykano się w łazience jeżeli po kilku dniach i tak wszyscy wszystko wiedzieli. Do konspiracyjnej tradycji tych czasów należało posiadanie w swych szeregach jakiegoś jawniaka czyli kapusia, który nie krył swojej proweniencji, pomagał czasem w uniknięciu mandatu za złe parkowanie, albo w uzyskaniu paszportu i był zbratany a nawet wręcz spoufalony z konspiracyjną elitą ugrupowania. Była to wyraźna mentalna подготовка do Kanciastego Stołu (nie wiadomo dlaczego zwanego okrągłym) gdzie coitus tajniaków z jawniakami spłodził bękarta zwanego III RP.

No cóż- tajniacy z jawniakami dawno ustalili i wmówili naiwnym konspiratorom, że dzieci nie odpowiadają za grzechy swoich rodziców. Ten paradygmat, dogmat, wręcz wyznanie wiary pozwolił różnym dysydentom ze stalinowskiej grupy interesu wśliznąć się w opozycyjne szeregi, zdominować je, przejąć przywództwo społecznego buntu i poprowadzić go w wybranym przez siebie kierunku. Wprawdzie w niektórych społecznościach i kulturach dzieci odpowiadają za zbrodnie rodziców i to aż do dziesiątego pokolenia, ale my jesteśmy przecież społeczeństwem nietolerancyjnym więc odrzucamy takie przez wieki sprawdzone, cudze wzorce. Elita „ Okienka” bratała się więc z kapusiami przy pracy na linie oraz podczas pijatyk w lokalnych knajpach. Elita warszawki bratała się podczas spotkań (połączonych najczęściej z pijatyką) w inteligenckich salonach. Rezultaty tego powszechnego braterstwa okazały się opłakane. Knujących było podobno 10 milionów. Tajniaków, jawniaków, nawróconych, odwróconych, przechrzczonych, trockistów i maoistów, zdecydowanie mniej. Ale łyżka dziegciu niszczy podobno beczkę miodu. W każdym razie na pewno psuje jej smak. A jak mówi poeta „ lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku”. I tego smaku knującym wyraźnie zabrakło.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

Życie na linie 9. Ciotka Irenka.

Zycie na linie 9

Ciotka Irenka

Pędząca Glizda

Pewien stoliczny socjolog zwany powszechnie ciotką Irenką wręcz się zadurzył w chłopcach z „Okienka”. Wychwalał na salonach warszawki ich wybitną inteligencję i polityczną dojrzałość, ale chyba nie tylko o te, dość rzadkie ludzkie cechy, mu chodziło. Jak szeptali po kątach chłopcy, dopraszał się, żeby dopuszczali go do ich roboczych spotkań i z lubością, choć dyskretnie, wdychał upiorny odór ich brudnych kombinezonów.

Irenka, znany socjolog, profesjonalnie zabrał się do badania zdumiewającego, nie tylko dla niego, lecz dla wszystkich innych fenomenu. Oto kilku pomysłowych chłopaków zakłada biznes. Tym biznesem jest spółdzielnia robót wysokościowych. Idzie im jak po maśle. Nie wiadomo dlaczego nie mają praktycznie żadnej konkurencji. Jedyną konkurencją mogłaby być znana warszawska firma wysokościowa skupiająca alpinistów i ubeków ale ta firma wyraźnie stara się nie wchodzić im w drogę. Do używania lin, karabinków, przyrządów podciągowych a nawet tak pięknie zwanego „dupowsporka”, nie potrzeba wysokiego IQ. Również malowanie kominów, mycie wysoko położonych okien i szklanych ścian nie wymaga wyjątkowych kwalifikacji, a w kraju nie brakowałoby chętnych do takich, dobrze płatnych, zajęć.

Poza tym nie jest jasne dlaczego dyrekcje obsługiwanych przez „Okienko” fabryk i zakładów pracy bez cienia protestu akceptują bardzo wysokie ceny za usługi spółdzielni. Chłopcy oczywiście twierdzą, że to kwestia ich unikalnych umiejętności i osobistego wdzięku ale tylko głupi by w to uwierzył. Każdy znający realia PRL doskonale rozumiał, że „Okienko” jest pod specjalną ochroną, że nad spółdzielnią rozpostarta jest potężna „Kрыша”. Pozostaje pytanie kto i po co opiekował się spółdzielnią? Najprostsze wyjaśnienie jest następujące. „Okienko” skupiało praktycznie całą młodą opozycję tego regionu kraju. Miało się ich wszystkich zamkniętych jak owce w zagrodzie. Być może byli do czegoś przygotowywani. Wszyscy to rozumieli, z wyjątkiem ciotki Irenki.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

===============================

mail:

Była jeszcze aferka na Dworcu Centralnym, fajnie zatuszowana:

Ciotka Irenka a Rezyser Znany

Życie na linie 8. Sztuka wysoka i piłka kopana.

Życie na linie 8

Sztuka wysoka i piłka kopana.

Pędząca Glizda.

Im głębiej wchodził Chyży Rój w politykę, im ważniejszy się czuł, tym trudniej było się z nim dogadać dawnym kolegom z „Okienka”. Wzorem klubów, w których spotykali się w Harlemie gangsterzy i artyści jazzowi, w rodzinnym mieście Chyżego założono Flax Club z nadzieją, że będzie promował sztukę wysoką. A przede wszystkim artystów z grona pracowników spółdzielni „Okienko”. Jak pisałam- w tym środowisku nie brakowało różnych oryginałów. Jeden z nich o ksywce Jemioła pochodzącej wprost od nazwiska Jamiołkowski malował przedziwne obrazy. Na przykład rynek Kazimierza Dolnego widziany z perspektywy leżącego na rynkowym bruku -nie wiadomo -pijanego czy naćpanego. Powykrzywiane kazimierzowskie kamieniczki jak wampiry pochylają się nad jego głową z wrogo wytrzeszczonymi oknami. Albo naga para siedząca sztywno i ponuro przy stole, jak stare małżeństwo, z ukrytymi elegancko pod stołem genitaliami. Albo ponury mężczyzna kołyszący w ramionach martwego zająca.

Pewnego razu Flax Club urządził aukcję obrazów. Ku wściekłości profesorów lokalnej Akademii Sztuk Pięknych wszystkie płótna Jemioły poszły jak ciepłe bułeczki. Dla tych profesorów Jemioła był człowiekiem znikąd, bez dyplomu, a więc w zasadzie malarzem nielegalnym. Gorąco tęsknili do czasów gdy żeby mieć prawo urządzić wystawę, albo legalnie sprzedawać swoje prace, trzeba było uzyskać tak zwane uprawnienia artystyczne. Pewien obecny na aukcji profesor Akademii słynął z tego, że jako członek komisji przyznającej te uprawnienia każe rozkładać oleje, akwarele i gwasze niedzielnych artystów na ziemi i przebiera je kopiąc. Z fularem na szyi i chyrą siwych włosów wyglądał jak papcio Chmiel. Zapytał mnie, które obrazy najbardziej mi się podobają. Odpowiedziałam uczciwie, że Jemioły. „ No właśnie, to sztuka akurat dla kucharek” –łaskawie zauważył odchodząc.

W klubie Flax obok polityków gangsterów i ludzi półświatka brylowali wieczorami liczni pracownicy „Okienka.” Chyży Rój początkowo trzymał się na uboczu, lecz w miarę wzrastania jego politycznych apetytów i politycznych wpływów robił się coraz ważniejszy. Mądrzył się na wszelkie możliwe tematy, a jego akolici pokornie wysłuchiwali tych bredni.

To samo dotyczyło tradycyjnie rozgrywanych przez chłopaków meczów piłki kopanej. Taki mecz odbywał się między innymi w Sylwestra. Gracze – jak twierdzili – musieli dla podtrzymania dobrych relacji z lekceważonym kiedyś kolegą podkładać mu się na boisku. No cóż – choć Chyży nie był jako żywo Maradoną dorównywał jednak -jak twierdził – liczbą strzelonych goli nie tylko Maradonie lecz nawet Lewandowskiemu.

Dzięki pracującym na jego sukces graczom zasłynął strzeleniem gola podczas meczu towarzyskiego z delegacją rządową sąsiedniego kraju.

Niełaska Chyżego miała konkretne konsekwencje finansowe czy wręcz bytowe. Zawsze ugodowy, podporządkowany Pluskwa zmieniał dzięki Chyżemu mieszkania i prace jak rękawiczki, natomiast niepokorny i uczciwy, prawdziwy opozycjonista Nasielski był w tym towarzystwie sekowany i oskarżany- zupełnie bezpodstawnie zresztą- o ohydne potraktowanie bliskiej mu kobiety. Ale to wszystko przecież były drobiazgi. Wygranie na przykład ze Stalinem w szachy groziło nie tylko jego niełaską i złym humorem, lecz nawet śmiercią lub kalectwem.

C D N

Zbieżność nazwisk [??] i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

Życie na linie 6. Życie towarzyskie i uczuciowe.

Życie na linie 6

Życie towarzyskie i uczuciowe

Pędząca Glizda

Pracownicy spółdzielni robót wysokościowych „Okienko” byli na ogół bardzo młodzi. Wyznawali – jak już wspominałam – zasadę, że cnota jest to permanentny brak okazji.

A że okazji im nie brakowało, ich życie towarzyskie i uczuciowe było bogate, ciekawe i pełne zmiennych konfiguracji. Osoby rzadziej bywające na imprezach jak je nazywano „okiennych” łatwo mogły popełnić gafę pytając parę, która już dawno przestała być parą o dzieci albo budowę wspólnego domu. Spółdzielnia, poza opozycją regionu, skupiała wszelkiej maści oryginałów. Mówiąc wprost – różnych sympatycznych swoją drogą wariatów. Jedni nurkowali w zimie w Bałtyku, inni latali na paralotni, wreszcie inni wspinali się i żeglowali.

Był wśród nich Mietek Ryś, który po licznych podróżach wylądował gdzieś na Syberii w syberyjskiej chacie z syberyjską damą u boku. Jego ślubna żona pocieszała się jak mogła. Ponieważ poprzedni ślub był tylko cywilny, każda nowa konkieta mogła dla niej zaowocować prawdziwym sakramentalnym małżeństwem. Sakrament – sakramentem, lecz biała suknia, kwiaty i deszcz monet różnych nominałów przy wyjściu z kościoła to to, o czym marzy każda kobieta niezależnie od wieku. Żona Rysia była młoda i ładna więc pocieszycieli nie brakowało.

Chłopcy formułowali zresztą często pogląd, że nie ma zbyt brzydkich i zbyt starych żeby się nimi (nazwijmy to ) zainteresować kobiet, tylko czasami brakuje wódki.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

=====================

mail: Jakich “nazwisk”? Nawet ksywy ukrywasz, Gizdo…

Życie na linie 5. PG.

Życie na linie 5

PG

Chłopców ze spółdzielni „ Okienko” stać było na wspólne wczasowanie w różnych ośrodkach. Oczywiście nazywało się to latającym uniwersytetem czy jakoś podobnie i miało na celu konspirowanie czyli knucie. Dzięki procentom i trawce władze nie musiały do tego knucia oddelegowywać specjalnych agentów. Wystarczył jeden średnio inteligentny i był taki.

Zgodnie z teorią pewnego prominentnego działacza z warszawki uważano, że lepszy jest agent znany niż nieznany. Ten znany czyli jawniak był zresztą użyteczny. Załatwiał paszporty, pomagał anulować grzywny i mandaty. Starał się chłopak.

Pewnej zimy chłopcy spędzali czas nad jeziorem w dość luksusowym ośrodku. Zabrakło im kapusty więc Gad ( prezio) przyjechał z workiem tej kapusty czyli pieniędzy. Nie było dobrej komunikacji więc z kolegami szli przez zamarznięte jezioro. Pod Gadem załamał się lód. Za nim wpadł do lodowatej wody Pluskwa. Jakoś wygrzebali się lecz żeby ratować życie musieli pędzić do ciepłego miejsca.

Plecak z kasą został na lodzie. Nikt go szczęśliwie nie znalazł i na następny dzień specjalna ekspedycja alpinistów przemysłowych z linami i drabinami bohatersko odzyskała forsę.

Było po co żyć i za co pić.

Życie na linie 4. Dotacje biznesmena.

Życie na linie 4

Pędząca Glizda

Chłopcy z „ Okienka” posługiwali się zamiast nazwisk ksywkami jednak najczęściej pochodziły one właśnie od nazwiska. I tak Klonowski nazywany był na co dzień Klon, prezes Wojciech Gadziński nazywany był oczywiście Gad, a bardzo przystojny Drogowicz nosił ksywkę Droga. Droga był wyjątkowo skuteczny w negocjacjach finansowych, potrafiłby Eskimosowi sprzedać lód, a mieszkańcowi Sahary piasek. W Niemczech założył jakąś sektę, w której jak żartowano był biskupem. Naiwne Niemiaszki a raczej znudzone dobrobytem Niemeczki przyciągane blaskiem niebieskich ocząt Drogi za zaszczyt poczytywały sobie możliwość bezpłatnej pracy na należącej do sekty farmie, a zyski konsumował jej guru. Droga nie był również zbyt drobiazgowy w rozliczeniach z kolegami, ale przy ich poziomie zarobków nie musieli być małostkowi.

Jak już pisałam uważali, że taki stan rzeczy, to znaczy ich monopol na rynku robót wysokościowych, będzie trwał wiecznie. Droga dorobił się wielkich długów wobec licznych banków, za które nikt go jakoś nie ścigał. Żadnemu bankowi nie przyszło na przykład do głowy sprzedanie jego mieszkania.

Gdyby inteligencja chłopców przekraczała poziom żyjątka zwanego pantofelkiem zauważyliby, że ktoś ich chroni, a nawet w nich inwestuje.

Dobrym przykładem takiego inwestowania była kasa, którą wyciągał Chyży Rój od pewnego biznesmena. Biznesmen ten, o opinii szlachetnego mecenasa, rozrzucał pieniądze na prawo i lewo. Sponsorował wydawnictwa bezdebitowe, koncerty i wybranych według własnego klucza ludzi. Dotacje biznesmena postawiły Chyżego i jego rodzinę na nogi. Przesiadł się z zardzewiałego roweru na dobrej klasy samochód i nie musiał już w deszczu wisieć na linie. W „ Okienku” zajął się promocją, wydawnictwami i innymi raczej zbędnymi czynnościami.

Ten sam biznesmen ofiarowywał kiedyś sporą sumę na pewne bezdebitowe warszawskie pisemko ale jego wydawcy, w porę ostrzeżeni, zrezygnowali ze sponsoringu. Jeden z nich odwiedził jednak po cichu biznesmena i wziął ofiarowaną sumę do własnej kieszeni. Co gorsza wydał całą kasę w Zakopanym na wódkę i panienki. „ Idź złoto do złota” skomentował ten fakt jego kolega. „Jakie pieniądze takie ich przeznaczenie”.

Chyży Rój nie był potęgą intelektu ale nawet debil rozumiałby, że będzie musiał kiedyś za te pieniądze rzekomemu biznesmenowi czy jego mocodawcom się odwdzięczyć. Zupełnie mu to nie przeszkadzało. W „ Okienku” posługiwano się na co dzień przewrotną definicją cnoty – „Cnota to permanentny brak okazji” twierdzili chłopcy i wbrew pozorom nie były to wcale żarty.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

Życie na linie 3. Kontrola z Izby Skarbowej

Życie na linie 3

Pędząca Glizda

Pewnego zimowego dnia w lokalu firmy „ Okienko” pojawiła się kontrola z Izby Skarbowej. Od początku działalności spółdzielni przyjęto wrzucać wszelkie faktury i dokumenty do ogromnego pudła po telewizorze albo nawet po jakimś sporym meblu i nikt do niego nie zaglądał. Dziewczyny prowadzące księgowość, które nie były wcale księgowymi tylko żonami albo narzeczonymi, koleżankami czy partnerkami chłopców pracujących na linie jakoś sobie z tymi rachunkami radziły.

Konfiguracje miłosne i przyjacielskie zmieniały się w tym środowisku częściej chyba niż zwykle więc żona jednego mogła tak naprawdę być przyjaciółką czy narzeczoną drugiego, ale to nie ma nic do rzeczy.

Przy kontrolerce wyszły na jaw zdumiewające fakty. Okazało się, że według faktur ta sama osoba tego samego dnia remontowała kolejkę na Kasprowy Wierch i pracowała na dachu jakiegoś kościoła. Sugerowało to poważne uchybienie jakim jest kreatywna księgowość, ale niczym nie zmieszani chłopcy głośno debatowali przy kontrolerce, którą z kilku hipotetycznych lokalizacji wolą. Gdy kontrolerka zaczęła trochę grymasić zgromadzili się w łazience i losowali ułamaną zapałką który z nich ma- jak to mówili – zrobić jej dobrze. Wszelkie tajne polityczne narady zwane przez nich knuciem odbywały się zawsze w łazience. O święta naiwności!

Ostatecznie stanęło na kolacji, tańcach, kwiatach i czekoladkach. Pechowiec, który wylosował ułamaną zapałkę skarżył się potem, że zatruł się w eleganckiej knajpie łososiem a poza tym czuł się po dansingu jak po maratonie. Dama była starszawa, kształtów rubensowskich i zdecydowanie niewytańczona – balowali wiec do samego rana. Czy zjedli razem śniadanie nie chciał powiedzieć. Chłopcy jak zwykle optymistycznie zakładali, że pozytywny wynik kontroli skarbowej zawdzięczają swemu urokowi i umiejętnościom tanecznym pechowego kolegi. Nie dopuszczali logicznego przecież podejrzenia, że ktoś trzyma nad nimi ochronny parasol, że nad nimi jest jakaś krysza.

CDN

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

Życie na linie 2. Namalował metalową obejmę na wysokości stu metrów.

Życie na linie 2

Pędząca Glizda

Jedną z bardziej oryginalnych postaci spółdzielni „Okienko” był Darek Klonowski. Całkowicie zapoznany poeta, gitarzysta, żeglarz, miłośnik Gorców. Darek jak większość członków i pracowników spółdzielni „Okienko” był przekonany, że ich niezwykle wysokie zarobki to klasyczne działanie rynku pracy. Ich umiejętności są tak unikalne, że państwowe firmy muszą ich zatrudniać do robót wysokościowych, nie mają po prostu wyboru. Oczywiście chłopcy odpalali co nieco nadzorowi technicznemu oraz dyrektorowi, nikt nie widział w tym nic złego. W tych czasach tak zwana mentalność porozbiorowa podobna do mentalności wschodniej czyniła bakczysz czyli zwykłą łapówkę codziennym elementem życia, w tym życia gospodarczego.

Darek Klonowski dochodził do rozumu i prawdy bardzo wolno. Po przewrocie 89 roku, gdy otworzył się naprawdę wolny rynek prac wysokościowych i stawki alpinistów przemysłowych drastycznie spadły ze zdumieniem stwierdził, że za dobrych komunistycznych czasów zarabiał miesięcznie przynajmniej tyle co jego siostra, nauczycielka przez dwa lata ciężkiej pracy.

Co chłopcy zrobili z tymi wielkimi pieniędzmi jest ich słodką tajemnicą. Tylko jeden z nich nie pijący i nie zażywający utworzył za zgromadzone środki wielką firmę. Chłopcy uważali oczywiście, że łatwość otrzymywania zleceń jest, poza unikalnymi kwalifikacjami, pochodną ich młodzieńczego uroku. Niejednej sekretarce na widok wkraczających do firmy rozbawionych chłopaków z ich ławeczkami, linami i małpami ( przyrząd zaciskowy do wspinani się po linie) miękły nogi i drżało serduszko. Chłopcy nie przyjmowali do wiadomości, że ani sympatia urzędniczek, ani łapówki dawane nadzorowi technicznemu nie mogą zapewnić monopolu w pozyskiwaniu zleceń i musi istnieć jakaś głębsza tego przyczyna.

Spółdzielnia „Okienko” skupiała po prostu całą młodą opozycję swego terenu i nie trzeba było nawet nasyłać na nich ubeków żeby wiedzieć jakie działania planują. Wystarczyło bywać na licznych biesiadach w lokalnych knajpach, które konsumowały większość zarobionych tak łatwo pieniędzy. Nadzór techniczny traktował ich prace priorytetowo, nie dyskutowano na temat stawek i nie grymaszono przy odbiorze prac. Jednym ze standardowych zajęć chłopców z „ Okienka” było malowanie, naprawianie i ewentualne rozbieranie fabrycznych kominów. Darek Klonowski zasłynął kiedyś brawurowym dowcipem. Zamiast nałożyć na rozpadający się komin przewidzianą przez inżyniera metalową obejmę namalował tę obejmę na wysokości stu metrów. Malunek był tak sugestywny, że odbiór techniczny przeszedł bez problemów. Naczelny inżynier fabryki, człowiek słusznej tuszy nie miał najmniejszego zamiaru wchodzić na komin.

Czy komin się zawalił? O tym historia milczy.

CDN Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko” 

Życie na linie. I. Zamach stanu opanowany.

Życie na linie

Pędząca Glizda, 17 I 2024

Była sobie spółdzielnia robót wysokościowych „Okienko” . W tej spółdzielni pracował Chyży Rój. Pewnego dnia kierownikiem robót w elektrociepłowni Bukowiec został niejaki Kurowski [ps. “Siwy” md] . Część pracowników, w tym Chyży Rój malowała stojąc na ziemi framugi drzwi i ścianki pomieszczeń socjalnych, a część poruszając się na specjalnych ławeczkach zawieszonych na rolkach nad czynnymi, rozpalonymi piecami czyściła i malowała sufit oraz wysokie partie ścian.

Kurowski jako brygadzista wyznaczył inną stawkę za metr pomalowanej ściany w kiblu czy pokoiku socjalnym, a inną za malowanie nad rozgrzanym piecem. Robota była terminowa, podpisano wysokie kary konwencjonalne za opóźnienia, więc brygadzista gonił ludzi do roboty. W tej sytuacji Chyży Rój, który nigdy nie palił się do pracy, natomiast wyjątkowo lubił kasę, urządził strajk. Nie było to trudne, wystarczyło kupić alkohol i zioło aby chłopcy popadli w nirwanę. Kurowski próbował przemówić koledze do rozumu, odwoływał się do solidarności pracowniczej, ale to nie działało.

Wyprowadził więc go za budynek administracji i nałożył mu po pysku. Podziałało. Zamach stanu został opanowany z pożytkiem dla wszystkich.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

=================================

mail: Dociekliwy:

Czy to okienko może było w dachu?