Mego dziadka piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli

Myśmy wszystko zapomnieli…

„Mego dziadka piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli”

Stanisław Wyspiański „Wesele”

Jak co roku, w dniu 11 lipca wraca pamięć o bestialsko zamordowanych w czasie Rzezi Wołyńskiej – bezprecedensowego aktu ludobójstwa dokonanego przez siepaczy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wtedy bowiem nastąpiła kulminacja zbrodniczych działań tych organizacji, wymierzonych przeciwko ludności polskiej na Wołyniu. W dniu 11 lipca 1943 roku nazwanym później „krwawą niedzielą” oddziały UPA dokonały ataku na 99 polskich miejscowości na terenie Wołynia, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim. Cała akcja była dokładnie zaplanowana i odbywała się pod hasłem; „Śmierć Lachom”. Bandyci wkraczali do wsi i osad, otaczając budynki i uniemożliwiając mieszkańcom drogę ucieczki. Ludność polska była mordowana w szczególnie okrutny sposób – często przy pomocy wideł, siekier, czy też pił do cięcia drewna. Bardzo często podpalano też budynki, do których zapędzano miejscową ludność. Oto kilka przykładów:

  • w Gucinie, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 lipca 1943 roku zamordowano około 140 osób (część mieszkańców spalono w okolicznej kuźni),
  • w Nowinach, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 lipca 1943 roku zabito około 80 osób za pomocą siekier i granatów wrzucanych do budynków,
  • w Orzeszynie, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 lipca 1943 roku rozstrzelano, względnie zakłuto bagnetami około 300 mieszkańców,
  • w Sądowej, w powiecie włodzimierski – w dniu 11 września zamordowano około 160 mieszkańców,
  • w Porycku, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 września 1943 roku zamordowano co najmniej 220 osób, (około 100 mieszkańców zginęło w obłożonym słomą i podpalonym kościele).

To tylko niektóre z czystek etnicznych dokonanych podczas „krwawej niedzieli” przez oddziały UPA. Należy pamiętać, że „krwawa niedziela” była tylko jednym z etapów Rzezi Wołyńskiej, w czasie której zginęło co najmniej 100 000 osób. Ale nie tylko o liczbę tutaj chodzi. Sprawcy masowych zbrodni na Wołyniu wykazywali się bowiem niespotykanym okrucieństwem, które szokowało nawet żołnierzy Wehrmachtu. Zwykle nie kończyło się na strzale w tył głowy, lecz ofiary były bestialsko torturowane przed śmiercią, bądź sama śmierć była zadawana w niezwykle bolesny sposób.

Chodziło nie tylko o fizyczną eliminację ludności polskiej, lecz zadanie ofiarom maksymalnego cierpienia. Jak wspomniał Jan Michalewski: „Palono całe wsie, rabując dobytek ofiar. Napadnięci ginęli od uderzeń siekierami, przebijani widłami, kosami, przybijani żywcem do domów z wykutymi oczami. W instrukcjach UPA odkryto po wojnie ponad 300 opisanych sposobów tortur dzieci, kobiet i mężczyzn. Śmierć od kuli była najlżejsza i o nią modliły się ofiary, gdy gasły nadzieje na uratowanie życia” [1].
Dr Urszula Szumska, będąca cenionym historykiem i pedagogiem, działającym w powstałym z inicjatywy Stronnictwa Narodowego Komitecie Ziem Wschodnich we Lwowie i badającym zbrodnie dokonane na Wołyniu, odnotowała w swoim archiwum przykłady tortur zadawanych ofiarom przez banderowców, wśród których było między innymi: rozpruwanie brzucha, obdzieranie żywcem ze skóry, wbijanie gwoździ w głowę, wybijanie stawów, wyjmowanie oczu, skalpowanie głowy, odcinanie różnych części ciała, czy też podpalanie [2]. Oczywiście sposobów zadawania ekstremalnego cierpienia ofiar było dużo więcej – siepacze z oddziałów UPA byli w tym zakresie bardzo pomysłowi.

Szokująca jest nie tylko skala, charakter i sposób przeprowadzenia zbrodni na Wołyniu. Szokujące jest także jednoznaczne poparcie obecnych władz Ukrainy dla zbrodniczych formacji odpowiedzialnych za Rzeź Wołyńską i jej przywódców. Kult przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stephana Bandery jest na Ukrainie (zwłaszcza w zachodniej jej części) powszechny, czego potwierdzeniem są ulice i pomniki Bandery, poświęcone mu muzea oraz szkoły jego imienia.

Dotyczy to także innych dowódców Ukraińskiej Powstańczej Armii, w tym bezpośrednio odpowiedzialnych za ludobójstwo dokonane na Wołyniu – Romana Szuchewycza i Dmytro Klaczkiwskiego. Znamienne, że Szuchewycz został w 2007 roku pośmiertnie odznaczony tytułem bohatera Ukrainy, a niedawno komisja lwowskiej rady obwodowej zaproponowała aby rok 2027 ogłosić rokiem Szuchewycza, z okazji 120 rocznicy jego urodzin. Władze niepodległej Ukrainy nie tylko nigdy nie przeprosiły za zbrodnie popełnione w czasie Rzezi Wołyńskiej, ale uznają jej inspiratorów i wykonawców za bohaterów narodowych. Symbolicznym tego przykładem było niedawne nadanie Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia „Bohaterów UPA”.

Tym bardziej niezrozumiałe są próby relatywizacji Rzezi Wołyńskiej, bądź też ignorowanie tej straszliwej zbrodni przez polskich polityków W 2013 roku posłowie Platformy Obywatelskiej (z wyjątkiem 10) sprzeciwili się projektowi uchwały Sejmu, w którym Rzeź Wołyńska została nazwana ludobójstwem. Podczas przemówienia w trakcie wydarzeń na Majdanie Jarosław Kaczyński wzniósł używane przez banderowców hasło „Sława Ukrainie!” na co zebrany tłum odpowiedział – „Herojam sława!”.

Powtórzył to zresztą potem prezydent Polski Andrzej Duda. Pamiętamy również ówczesną wicemarszałek Sejmu Małgorzatę Gosiewską, fotografującą się z ochotnikami OUN i tłumaczącą, że bojownicy tej formacji nie są antypolscy, a ich głównym celem jest walka z Rosją. Ten tok myślenie jest obecny do dzisiaj. Całkiem niedawno wiceminister polskiego rządu Andrzej Szeptycki porównał siepaczy z UPA do „żołnierzy wyklętych”. Z kolei eurodeputowany Robert Biedroń odnosząc się do aktu podarcia banderowskiej flagi przez Ewę Zajączkowska-Hernik stwierdził, że „Putin musi być z niej dumny”.

Czy zatem relatywizowanie zbrodni ukraińskich szowinistów z OUN-UPA i usprawiedliwianie ich współczesnych gloryfikatorów nie jest pluciem na groby ofiar Rzezi Wołyńskiej? Z całą pewnością. Tylko czy odpowiadają za to wyłącznie politycy? Ktoś przecież tych polityków wybrał. Ktoś dał im mandat do pełnienia funkcji publicznych. Ktoś godzi się na to, aby wznosili okrzyki „Sława Ukrainie!” i udzielali nieograniczonej pomocy finansowej gloryfikatorom Rzezi Wołyńskiej. Czy zapomnieliśmy już o mordowanych widłami i siekierami naszych rodakach na Wołyniu? Czy „garstka sprawiedliwych” biorących udział w obchodach rocznic Rzezi Wołyńskiej i przypominając ten przerażający akt ludobójstwa, to nie za mało aby uznać, że mamy szacunek dla własnej historii i potrafimy zachować pamięć o naszych przodkach?

Michał Radzikowski

[1] Piotr Olejarczyk: „Rzeź na Wołyniu: Śmierć od kuli była najlżejsza” – https/histmag.org,

[2] Paweł Sokołowski: „Ofiary i liczby. Dokumenty zbrodni wołyńskiej o okolicznościach śmierci Polaków” – https:/przystanekhistoria.pl.

Cień Domostawy. Dzieło, które krzyczy o niewygodną prawdę

Cień Domostawy. Dzieło, które krzyczy o niewygodną prawdę

11 lipca 2026 Andrzej Solak pch/cien-domostawy-dzielo-ktore-krzyczy-o-niewygodna-prawde

forum-0904050664.jpg
Fot. Daniel Mróz / Forum

Pomnik „wołyński” w Domostawie stanowi nie tylko upamiętnienie ofiar ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich szowinistów na ludności polskich województw wschodnich. Monument, nieoczekiwanie dla twórcy i fundatorów, stał się zarazem świadectwem hańby środowisk pretendujących do miana politycznych i medialnych elit III RP.

Obrazy i słowa

To dzieło krzyczy o prawdę, która do dziś pozostaje niewygodna.

Olbrzymi orzeł, ogarnięty płomieniami, z krzyżem na piersi. A w krzyż wpisane maleńkie dziecko, nadziane na tryzub. U podstawy pomnika inne maluchy wraz z matką i ojcem, całą rodziną kroczące w ogniu i próbujące osłonić się krucyfiksem. Zaś na rewersie nabite na płot dziecięce głowy, także w płomieniach. Przerażająca kompozycja utrwala pamięć o przerażających czasach. Dlaczego właśnie tak?

Powiadają, że obraz ma moc tysiąca słów. A właśnie w kwestii Wołynia przeciwko słowom prawdy prowadzi się w Polsce wojnę, od wielu lat. Określenia takie jak: „zbrodnia”, „rzeź”, „ludobójstwo” zostały uznane za „niepotrzebnie jątrzące”. Pokochano za to eufemizmy: „tragedia na Wołyniu”, „tragiczne wydarzenia”, „trudna przeszłość”… Dawnych „bandytów z UPA” i „ukraińskich rezunów” zastąpili: „bojownicy UPA”, „żołnierze UPA”, „uczestnicy walk o niepodległość Ukrainy”, „antysowiecki ruch oporu na Ukrainie”… Samozwańczy arbitrzy elegancji nakazali nam milczeć, szantażując insynuacjami o „uleganiu rosyjskiej narracji”. I trzeba to powiedzieć otwarcie – wielu ich posłuchało.

Rzeźbiarz Andrzej Pityński uderzył więc obrazem. Pokazał zbrodnię bez niedomówień, w całej jej potwornej grozie. Nie zostawił miejsca na żadne „dialogowanie” ze spadkobiercami morderców; na żadne nowomodne „wyważanie ocen”, w stylu: „pięć minut dla ofiar – pięć minut dla rezunów”. Bo co można powiedzieć o „bojownikach”, którzy nadziewają dzieci na widły?  Jak człowiek normalny MUSI ocenić „bohaterów walk o niepodległość”, co odrąbują dzieciom głowy?

Z Golgoty na Wołyń

Spór o pomnik Andrzeja Pityńskiego przypominał dawne, równie zajadłe dyskusje przy okazji projekcji filmu „Pasja” Mela Gibsona.

Toż wtedy także obrodziło nam w kwękających estetów, narzekających na „krwawe mięso” i „epatowanie okrucieństwem”. Najwyraźniej byli oni zdania, że obraz tortur, biczowania, koronowania cierniem, wreszcie wbijania gwoździ w ludzkie ciało winien być przepełniony anielską słodyczą.

Oburzały się wtedy wcale nie tylko środowiska lewicowe, zawsze okazujące zdumiewające zainteresowanie wewnętrznymi sprawami Kościoła; cierpiące na jakoweś natręctwo wydawania pouczeń chrześcijanom, w co powinni wierzyć i jak uzewnętrzniać swe uczucia. Jeszcze bardziej zaskakiwały ostentacyjne wyrazy absmaku ze strony deklaratywnych, progresywnych katolików, przywykłych do „dialogowania” i układnego pustosłowia, na co dzień przytulających się do pluszowego krzyża.

Chropawa, drapieżna narracja Gibsona zburzyła dobre samopoczucie wielu. Reżyser ośmielił się ukazać, że Ofiara na Krzyżu to nie była rzecz słodka i miła; to nie były uprzejme, niezobowiązujące, „braterskie” uśmiechy i uściski dłoni. Gibson przypomniał, że Ofiara zaczęła się od przerażenia w Ogrojcu. Od zwyczajnego, ludzkiego lęku Boga przed męką, przed samotną śmiercią wśród nienawistnych tłumów. Oraz że tamto dławiące uczucie niepokoju zostało przełamane – poczuciem obowiązku i prawdziwą Miłością, mocno różniącą się od „miłości” obecnie lansowanej. Dlatego potem był pot, i krew, i ból, prawdziwe morze bólu. Reżyser pokazał to bez niedomówień. Andrzej Pityński poszedł tą samą drogą.

Znak sprzeciwu

O pomniku w Domostawie mówi się, że głęboko podzielił nasz naród.

To akurat prawda. Spory toczące się wokół monumentu pokazały, kto jest u nas prawdziwym patriotą, zwyczajnie wiernym prawdzie, nieoglądającym się na państwowe granty ani na „sojusze”. Kto nie potrzebuje łaskawego przyzwolenia ministra ani partyjnego prezesa na złożenie hołdu zamordowanym. Spory ujawniły także, kto wyprzedał za drobne honor i poczucie przyzwoitości, łasząc się do obcych, pomagając im zabijać pamięć o ofiarach. Pomnik oddzielił ziarno od plew.

Powstanie i instalacja monumentu były pracą oddolną. Pomnik wykonał Andrzej Pityński na zamówienie Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, z siedzibą w Nowym Jorku. Rzecz sfinansowała Polonia oraz krajowi darczyńcy. Fundatorzy wyłożyli kilkaset tysięcy dolarów, pokrywając koszt produkcji, jak i zamierzonej instalacji. Rzeźbę odlano w brązie już w roku 2018.

W sprawę zaangażowało się mnóstwo prawych osób. Ale nagle pojawił się problem! W Polsce, rządzonej wtedy przez ponoć „patriotyczny” PiS, władze stanęły okoniem. Tubylczy „słudzy narodu ukraińskiego” za wszelką cenę chcieli uniknąć nazwania zbrodni po imieniu. Władze poszczególnych miast, jedne po drugich, zaczęły odmawiać zgody na postawienie pomnika. Na tej liście hańby znalazły się: Jelenia Góra, Rzeszów, Toruń, Stalowa Wola…

W końcu jednak, obok wystraszonych samorządowców, objawił się człowiek odważny: pan Zbigniew Walczak, wójt podkarpackiej gminy Jarocin. Na jego decyzji zaważyła prawdziwa wspólnota bólu – podczas II wojny światowej okolice Jarocina krwawo pacyfikował okupant niemiecki przy współudziale ukraińskich kolaborantów.

Kiedy pan Walczak podejmował odważną decyzję, gniewu „ukraińskich partnerów” w sprawie uczczenia ofiar rzezi wołyńskiej bał się prezydent RP; bał się premier; bali się ministrowie rządu; bali się zależni od ich decyzji samorządowcy. Bała się mniemana opozycja spod znaku PO i Lewicy – wszak wraz z rządzącymi PiS-owcami „solidarna z Ukrainą”. Przed gniewem Kijowa trzęsły portkami wielomilionowe elektoraty wzmiankowanych partii. Nie bał się za to wójt maleńkiego Jarocina.

Oni i my

14 lipca 2024 roku w Domostawie wielotysięczne tłumy asystowały przy odsłonięciu i poświęceniu pomnika. Przybyły rzesze zwyczajnych ludzi z całej Polski. Byli weterani, grupy rekonstrukcyjne, przedstawiciele organizacji kresowych i dziesiątków innych stowarzyszeń społecznych.

Spośród 460 posłów RP na uroczystość przybyło zaledwie 10. Z tego aż 7 osób reprezentowało ówczesną niszową, niepodzieloną jeszcze Konfederację (głównie Koronę). Z PSL stawił się raptem jeden sprawiedliwy. PiS-owska większość sejmowa wygenerowała ledwie… dwóch uczestników, co przyjechali własnym sumptem, na własną odpowiedzialność (oceńcie Państwo sami, czy było to ocalenie honoru partii rządzącej, czy też uwypuklenie jej moralnego upadku?). Z PO, Lewicy i partii Hołowni nie stawił się nikt.

Nie było nikogo ze zdominowanego przez POPiS Senatu. Zabrakło przedstawicieli władz wojewódzkich i centralnych. Nie było ówczesnego prezesa IPN (wszak rok wcześniej zapewnił on, że Ukraińcy mają prawo wybierać swoich bohaterów, nawet jeśli okażą się nimi Bandera lub Szuchewycz). Na obecność prezydenta RP, premiera czy któregokolwiek z ministrów nikt rozsądny nawet nie liczył. Co najbardziej bolesne, na uroczystości nie stawił się ani jeden biskup. Jak zwykle, nasi arcypasterze mieli ważniejsze sprawy…

Szczucie

Przez kolejne dni i tygodnie mogliśmy w mediach wysłuchiwać popisu chóru „oburzonych” odsłonięciem pomnika.

„Nie ma wątpliwości, że odsłonięcie pomnika zostanie wykorzystane przez rosyjską propagandę do budowy podziałów między naszymi społeczeństwami” – skamlała odezwa Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Osobnicy określający się rządem Rzeczypospolitej skwapliwie odcinali się od inicjatywy: – „Zwracamy uwagę, że pomnik, który ma zostać odsłonięty w miejscowości Domostawa jest efektem prywatnej inicjatywy. Zarówno jego kształt, jak i sama budowa, nie uzyskały wsparcia władz centralnych na żadnym etapie prac. Artystyczny kształt pomnika „Rzeź Wołyńska” i jego drastyczna wymowa wzbudzają wiele kontrowersji”.

Mirosław Skórka, prezes Związku Ukraińców w Polsce, organizacji finansowanej przez polskiego podatnika, pospieszył z publicznym donosem, że domostawski monument „budzi nienawiść”. Przy okazji pan Skórka raczył napomknąć też o „półprawdzie” w sprawie Wołynia, jakoby lansowanej przez stronę polską.

Do „Newsweeka” podreptał z proukraińskimi umizgami Kazimierz S. Ożóg, historyk sztuki:

– W tym okrutnym dla Ukraińców momencie, jakim jest wojna, epatowanie tak nachalną symboliką jest w mojej opinii niedopuszczalne.

Z kolei Jakub Szafrański z „Krytyki Politycznej” uderzył w ton rechotliwy:

– Szkoda tych tatusiów i mam z pieśnią maryjną na ustach oraz ich pociech, które muszą się potem bać nadziania na ukraiński trójząb i smażenia żywcem jak kiełbasa na grillu.

Prawdziwe rozczulające były wyrazy oburzenia ze strony Bohdana Czerwaka, przewodniczącego Kijowskiej Miejskiej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, uznającej się za kontynuatorkę działalności dawnej OUN (niegdyś patronującej wołyńskiemu ludobójstwu). Imć prowidnyk nie owijał rzeczy w bawełnę. Stwierdził, że Polacy „obrażają uczucia narodowe Ukraińców” oraz że w ten sposób „kopią grób dla Polski”.

Niejaki Witold Głowacki z oko.press napomknął o nekropornograficznej orgii przemocy”. Niestety, nie był pierwszy. Wszystkich przebił wcześniej Wojciech Mucha, niegdysiejszy publicysta „Gazety Polskiej”. Ów pan już przed laty wypalił z grubej rury:

Nekropornograficzny pomnik Ofiar ludobójstwa wołyńskiego to obraza dla Ofiar, pamięci i estetyki. To dowód na to, że część polskiej prawicy jest upośledzona intelektualnie i nieodwracalnie zaczadzona.

Sprawny intelektualnie tudzież odwracalnie wentylowany redaktor Mucha najwyraźniej zaimponował zarówno lewactwu, jak i urzędowym „sługom”. Wszak przy innej okazji pochwalił się, że dla znajomych jest „większym ukraińskim patriotą niż większość Ukraińców”.

Przedstawione komentarze to oczywiście skromniutki czubek góry lodowej. Z Internetu wylała się fala insynuacji, których autorzy dopatrywali się w domosławskich uroczystościach złowrogiej ręki Moskwy.

Dał im przykład Jakub Berman

Jestem przekonany, że dzisiejsi zawodowi medialni demaskatorzy obcej agentury, dezinformacji i wrogiej propagandy, także udzielający się w kwestii Domostawy, czerpią pełnymi garściami z pewnych, dość szczególnych wzorców. W epoce stalinowskiej nadworni propagandyści osiągnęli prawdziwą wirtuozerię w mieszaniu z błotem przeciwników politycznych, w przypisywaniu im niecnych intencji i działań, w tym rzekomych agenturalnych powiązań. Kiedy porównać język mediów z tamtej epoki z dzisiejszym, to podobieństwa są uderzające.

Niejaki Andrzej Szczypiorski, za stalinizmu osobnik godzący obowiązki literata oraz Tajnego Współpracownika UB (zaś w III RP ogłoszony „autorytetem moralnym” z mianowania „Gazety Wyborczej”), otóż w latach 50-ych XX stulecia ów Szczypiorski uderzył zaangażowanym piórem w polską antykomunistyczną emigrację, wyzywając ją od „renegatów”. Odpowiedział mu na to pięknie poeta Marian Hemar, na wygnaniu zżerany tęsknotą za utraconym rodzinnym Lwowem. Hemar pisał w czasach Josifa Stalina, nie Wołodymyra Zełeńskiego, ale potrafił uchwycić ponadczasowe niuanse wrażliwością duszy Kresowianina wypędzonego z ojcowizny:

Kim są ci „renegaci”

Pośród nas? To zapewne

Wszyscy, co mają pretensje

Zadrażnione i gniewne

I nie godzą się w sposób

Odszczepieńczo warcholski,

Że w Polsce nie ma już Lwowa,

Że Lwów może nie być polski

I co tylko pomyślą

O swym zdradzonym Lwowi,

To jasna krew ich zalewa,

Nu… renegaci. Typowi.

Skądinąd to interesujące, czy w kwestii oceny prawowitej przynależności Lwowa dzisiejszym „solidarnym z Ukrainą” bliżej do Hemara, czy do konfidenta UB Szczypiorskiego?

Sprawdzam!

Miałbym dobrą radę dla wszystkich nadwiślańskich sług narodów obcych. Dla zagłuszających wrzaskiem pamięć o polskich ofiarach. Dla wielbicieli mafijno-banderowskich układów we władzach w Kijowie. Dla zgorszonych wymową pomnika w Domostawie, tych z lewa i owych z prawa. Dla całej tej samozwańczej żandarmerii, co tak gorliwie tropi „wrogów” i „dezinformację”.

Niechaj przestaną nas truć swoimi pouczeniami i radami. Niech udowodnią czynami wiarygodność swych słów i deklaracji. Niechaj pakują manatki i jadą na wschód, służyć swoim panom – właśnie tam, a nie u nas. A niechby nawet na froncie, tłukąc się z Rosjanami – czy istnieje lepsza sposobność poświadczenia własnego, nabytego ukraińskiego patriotyzmu, „większego niż u większości Ukraińców”?

Nie wiem, czy faktycznie przysłuży się to Ukrainie. Ale naszej Polsce ulży to na pewno.

Andrzej Solak

Nazistowska OUN. Jak Ukraińcy przygotowali rzeź wołyńską?

Nazistowska OUN. Jak Ukraińcy przygotowali rzeź wołyńską?

10 lipca 2026 Krzysztof Gędłek pch24/nazistowska-oun-jak-ukraincy-przygotowali-rzez-wolynska

image-3-1.png
fot. PCh24.pl/ GS

Nazizm dał ukraińskim nacjonalistom ideologiczne uzasadnienie dla mordowania Polaków. Inspirowani rasizmem dokonywali też – podobnie jak ich niemieccy sojusznicy – zbrodni na Żydach. W jaki sposób Ukraińcy spod szyldu OUN przygotowywali grunt pod ludobójstwo?

Ukraiński nacjonalizm rodził się – jak wiele podobnych ruchów – w XIX i XX wieku. Od początku wśród jego twórców istniało przekonanie, że poważnym zagrożeniem dla powstania państwa ukraińskiego są Polacy. Konflikt ten podsycali też zaborcy. Częściowo Rzesza Niemiecka, upatrująca w ruchach nacjonalistycznych możliwości destabilizowania sytuacji wewnętrznej w Austro-Węgrzech czy Rosji; częściowo zaś same Austro-Węgry, które liczyły na skuteczne zarządzenie przez spór narodowościowy.

Jednak niechęć do Polaków ze strony nacjonalistów ukraińskich narastała wyraźnie w dwudziestoleciu międzywojennym. To wówczas do głosu doszło młode pokolenie radykałów, którzy dorastali w pierwszych dwóch dekadach XX wieku. Oskarżali oni starszą generację o zaprzepaszczenie szansy na powstanie państwa ukraińskiego. Winę za ten stan rzeczy przypisywali też w ogromnej mierze Polakom. Ich modus operandi opierał się w gruncie rzeczy na dwóch założeniach: potrzebie rewizji porządku wersalskiego w wyniku konfliktu zbrojnego oraz osłabieniu Polski tak, by nie mogła ona już stanąć na przeszkodzie do powstania wymarzonego państwa. Krótko mówiąc, „nowy nacjonalizm” ukraiński, którego politycznym wyrazicielem stało się OUN był rewolucyjny i radykalnie antypolski. Antypolski, bo wyrastający z głębokiego przekonania, że to z Polską przyjdzie mu stoczyć najpoważniejszą walkę – walkę o ziemię.

Dodajmy jednak, że o ile nacjonaliści ukraińscy – jak wiele niepodległościowych organizacji – posługiwali się terrorem, to jednak nowością w przypadku OUN był właśnie ów rewolucyjny program, inspirowany faszyzmem i nazizmem. Nie była to jedynie inspiracja taktyczna, ale ideowa oraz polityczna.

„Nie wstydźmy się mordów”

Zbrodnie UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej były czymś absolutnie wyjątkowym. To trzecie największe ludobójstwo dokonane na Polakach po sowieckim i niemieckim. Były to zbrodnie zaplanowane, prowadzone z premedytacją i obliczone na konkretny cel: usunięciu ludności polskiej z terenów, które nacjonaliści ukraińscy uznali za swoje.

Rasistowskie motywacje tamtych mordów nie dają się porównać z niczym innym wcześniej. Jak to zatem możliwe, że narodowcy ukraińscy przeszli od terroryzmu dwudziestolecia międzywojennego do ludobójstwa?

Doskonałą egzemplifikacją tego, co wpłynęło na zbrodniczy charakter OUN jest życie i twórczość Dmytro Dońcowa, marksisty, który – choć kształcił się na terenie Rosji – pozostawał pod silnym wpływem Niemiec. W trakcie I wojny światowej angażował się w powstanie tzw. hetmanatu, czyli legitymizowanych przez Niemców rządów Pawła Skoropadskiego.

Najważniejszym dziełem Dońcowa pozostaje oczywiście wydany w 1926 roku „Nacjonalizm”. To praca konstytutywna dla Ukraińców spod szyldu OUN, swoista „biblia” ich ideologii. Stanowi exemplum intelektualnej degradacji Dońcowa, przesiąkniętego już wówczas ideologią nazizmu i faszyzmu.

O czym pisał Dońcow? Przede wszystkim przestrzegał przed prowansalizacją Ukrainy. Uważał, że podobnie jak francuska Prowansja została zdominowana przez północną Francję, tak tereny ukrainne mogą być kulturowo zwasalizowane przez Rosję. Utrzymywał, że Rosjanie stanowią największe zagrożenie dla mającej powstać w przyszłości Ukrainy a tym, co może ją uratować jest sojusz z Zachodem.

Jednak kluczowe z punktu widzenia późniejszej ludobójczej praktyki UPA, była te koncepcje Dońcowa, które wprost inspirowała rewolucyjna ideologia nazizmu. Dońcow uważał bowiem, że kwestia powstania narodu to sprawa woli, to znaczy, że tzw. grupa inicjatywna pod przewodnictwem jednego wodza, zdecyduje nie tylko czym jest naród, ale też określi kryteria przynależności do niego. Powinni oni również otrzymać prawo stosowania przemocy wobec osób czy grup stanowiących przeszkodę w postaniu narodu ukraińskiego. Nie podawał oczywiście żadnych jasnych kryteriów określających stosowanie siły. Podawał natomiast, że ma to być siła brutalna, nie licząca się z godnością drugiego człowieka, wszak czegoś takiego w istocie nie ma. Moralna jest bowiem jedynie siła, za sprawą której można uzyskać przewagę, zaś niemoralna (zła) jest śmierć. Tę myśl znacznie bardziej bezpośrednio jeszcze wyraził inny ideolog nacjonalizmu i zdeklarowany wróg Polaków, Mychajło Kołodzinski: „mając na celu wolne państwo ukraińskie, idźmy doń wszystkimi środkami i wszystkimi szlakami. Nie wstydźmy się mordów, grabieży i podpaleń. W walce nie ma etyki

Dońcow wprowadzał do swojej koncepcji narodu także element rasistowski. Uważał, że rodzący się naród ukraiński jest boski w sensie religijnym. Deifikował ukraińską wspólnotę narodową, sytuując ją ponad innymi wspólnotami. Jej zadaniem ma być biologiczne przetrwanie, czyli pokonanie zagrażającym jej wspólnot.

Trudno rzecz jasna wskazać konkretny moment, w którym radykalizm, narastający w nowym pokoleniu ukraińskich nacjonalistów, uczynił Ukraińców rasistami, dążącymi do „ostatecznego rozwiązania” kwestii wrogów mającego powstać państwa ukraińskiego. Nie sposób jednak zaprzeczyć temu, że Dońcow odegrał kluczową rolę w ideowym formowaniu tego środowiska. Dostarczył im spójnej ideologii, uzasadniającej zbrodnicze działania.

Jak naziści

Nie tylko ideologicznie nacjonaliści z OUN byli bliscy hitlerowcom. Berlin wspierał nacjonalistów ukraińskich jeszcze przed wojną. Podstawą tego „sojuszu” był rewizjonizm. Niemcy chcieli pogrzebać traktat wersalski i odbudować dzięki temu swoją niedawną potęgę. Takie grupy, jak działacze z OUN – w dodatku bliscy ideowo nazistom – zwracały uwagę Berlina, wszak dawały możliwości działań dywersyjnych w ewentualnej wojnie z Polską i ZSRR. OUN-owcy pozostawali zatem pod politycznym wpływem Rzeszy, uczestniczyli m.in. w szkoleniach organizowanych przez Abwehrę. Sami zresztą dużo obiecywali sobie po Adolfie Hitlerze, licząc, że wojna stanie się dla nich okazją do zbudowania upragnionego państwa ukraińskiego.

Po jej wybuchu, Hitler wspierał jeszcze przez pewien czas OUN, nie będąc pewnym czy Sowieci, zgodnie z ustaleniami dokonanymi pomiędzy Joachimem Ribbentropem a Wiaczesławem Mołotowem, dołączą do wojny. Ukraińcy wykorzystywali wojenny chaos, dokonując pierwszych zbrodni, które trudno już uznać za akty terroru. Świadczyły raczej o planowanej polityce eksterminacji konkretnych narodowości. Zgodnie zresztą z „programem” wspomnianego już nacjonalisty Mychajło Kołodzinskiego: „trzeba krwi, dajmy morze krwi, trzeba terroru, uczyńmy go piekielnym”.

Idąc za tym wskazaniem bojownicy OUN dokonywali mordów na ludności polskiej m.in. w Koniuchach, Potutorowie i Sławentynie. W sumie w kampanii wrześniowej nacjonaliści zamordowali 796 Polaków.

Nazizm i polityka łączyły Niemców i OUN, co przypieczętowywali oni krwią kolejnych ofiar. To dzięki Ukraińcom Niemcy zamordowali lwowską elitę naukową. Gdyby nie lista przekazana okupantom przez OUN, być może do egzekucji nigdy by nie doszło.

By wyraźniej jeszcze pokazać, jak bliskie sobie były nazizm u ukraińskich nacjonalizm, dodajmy że OUN-owcy nie tylko Polaków obrali sobie za cel. Ich wrogami byli także Żydzi – tu kolejne powiązanie z ówczesnymi nazistowskimi Niemcami – którzy podobnie jak Polacy byli mordowani i prześladowani przez Ukraińców. Wystarczy wspomnieć pogromy lwowskie. Żydów bito i torturowano, wreszcie dokonywano na nich masowych egzekucji. W sumie w lipcu 1941 roku zamordowano kilka tysięcy Żydów (szacunki mówią o czterech tysiącach). W ocenie tych morderstw niewiele zmienia fakt niemieckich inspiracji i zachęt, wszak OUN od początku w swoim programie definiowało wrogów jasno: byli to Polacy, Ormianie i Żydzi. Do tej grupy można było zapisać też Rosjan, jednak z nimi OUN wiązało jeszcze pewne nadzieje, licząc, że na ich asymilację.  

Konflikt i ludobójstwo

Jak na współpracę z OUN patrzyli po wybuchu wojny Niemcy? Zasadniczo dominowała postawa, którą reprezentował Hans Frank, gubernator okupowanych ziem polskich w tzw. Generalnym Gubernatorstwie. Powołał on m.in. Ukraińską Policję Pomocniczą, dostrzegając w nienawiści Ukraińców do Polaków szansę na prowadzenie skutecznej polityki w myśl zasady „dziel i rządź”. Mówimy zatem o podejściu bardzo pragmatycznym.

W niemieckiej elicie władzy spór o politykę wobec Ukrainy i OUN toczył się pomiędzy Alfredem Rosenbergiem (w czerwcu został ministrem Rzeszy ds. ziem wschodnich), Wilhelmem Canarisem (szef Abwehry) oraz Heinrichem Himmlerem (szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy i autor Generalplan Ost). Rosenberg był przeciwnikiem dozbrajania Ukraińców, chciał ich germanizować i sporo sobie po ich „zniemczeniu” obiecywał. Himmler z kolei forował twardy kurs wobec nich, sprzeciwiając się jakimkolwiek koncesjom. „Liberałem” zaś okazał się Wilhelm Canaris. Jego zdaniem Ukraińcy mogli okazać się pożyteczni do wykorzystania ich w przyszłości, stąd optował za wspieraniem OUN.  

Poważny kryzys w relacji między Niemcami a nacjonalistami ukraińskim nastąpił w 1941 roku, po rozpoczęciu wojny między Berlinem a Moskwą. OUN-owcy liczyli wówczas na powołanie państwa ukraińskiego, nawet ogłosili Akt Odnowienia Państwa Ukraińskiego i mianowali premierem Jarosława Stećkę, działacza nacjonalistycznego. Dowiedziawszy się o tym Hitler wpadł w szał i zażądał ukarania niesfornych sojuszników. W ten sposób niemała część wierchuszki nacjonalistów (w tym Stepan Bandera) trafiła do niemieckiej niewoli.

Był to potężny cios dla działaczy OUN (wówczas już podzielonych na frakcje Andrieja Melnyka i Stepana Bandery), ale pomimo tego nie dokonali oni istotnej korekty sojuszów ani tym bardziej ideologii. Nadal widzieli w Niemcach nadzieję na realizację swojego programu. Trzeba pamiętać, że OUN-owcy traktowali II wojnę światową jak dogrywkę po wielkiej wojnie z początku wieku. Spodziewali się zatem realizacji podobnego scenariusza jak wówczas, czyli ostatecznego zwycięstwa wrogów III Rzeszy. Ich celem było zatem utrzymywanie bliskich relacji z Berlinem dopóki ten święci tryumfy i wykorzystanie sytuacji do „oczyszczenia” ziem ukraińskich z – ich zdaniem – wrogich narodowości, w tym rzecz jasna z Polaków. Później zaś planowali zmienić front i sprzymierzyć się z aliantami.

OUN podjęło zatem decyzję o powołaniu własnej grupy bojowej, wzmocnionej Ukraińcami przeszkolonymi w niemieckich batalionach, w tym między innymi Romanem Szuchewyczem i Wasylem Sudorem. Tak powstała UPA, która niebawem miała rozpocząć misternie zaplanowaną zbrodnię na Polakach, jedną z największych, jaką doświadczył nasz naród w całej historii. I najbardziej okrutnych.

***

Czy nie byłoby mordów na Polakach na Wołyniu i we wschodniej Galicji gdyby nie nazizm? To oczywiście spekulacje, na które nie sposób udzielić odpowiedzi. Nie mają one zresztą sensu. Możemy jednak z całą pewnością powiedzieć, że ukraińscy nacjonaliści – radykalni i wrogo nastawieni do Polaków – stworzyli w dużej mierze dzięki ideologii Dmytro Dońcowa teoretyczną podbudowę pod zbrodniczą ideologię. Sojusz z niemieckimi nazistami, zarówno polityczny jak i ideologiczny, stał się dla nich ważnym etapem – nadał spójności ideologicznej i stanowił niespełnioną ostatecznie, ale jednak bezcenną obietnicę o powstaniu silnego ukraińskiego państwa.

Przede wszystkim jednak stanowił ważne uzasadnienie dla dokonania straszliwej zbrodni na Polakach, słusznie określanej mianem ludobójstwa.

Krzysztof Gędłek

W trakcie tekstu korzystałem z:

Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011;

Michał Siekierka, Kwestia ukraińska w polityce Niemiec 1871-1991, Wrocław 2024;

Bogumił Grott, Ukraiński nacjonalizm a polska polityka wobec Ukrainy i Ukraińców, [w:] Biuletyn IPN nr 7-8, lipiec-sierpień 2010;

Autor: Krzysztof Gędłek

W Kijowie żałoba. Popularna platforma udostępniła „Sąsiadów” Międlara. Dokument dostępny w 11 wersjach językowych

W Kijowie żałoba. Popularna platforma udostępniła „Sąsiadów” Międlara. Dokument dostępny w 11 wersjach językowych

2.07.2026 nczas/w-kijowie-zaloba-popularna-platforma-udostepnila-sasiadow-miedlara-dokument-dostepny-w-11-wersjach-jezykowych

[filmiki w oryginale md]

sasiedzi otoka-frackiewicz prime video
NCZAS.INFO | „Sąsiedzi. Preludium” na Prime Video / fot. X / Rafał Otoka-Frąckiewicz

Na platformie Prime Video pojawił się film dokumentalny Jacka Międlara „Sąsiedzi”. Opowiada on historię ukraińskiego ludobójstwa na Polakach żyjących na Kresach Wschodnich II RP w trakcie i po II wojnie światowej. Film dostępny jest w 11 językach.

„Wieści zza oceanu mówią, że Ukraińcy już za parę dni będą świętować ogólnoświatową promocję ich bohaterów, historii i kultury, którą podziwiać będą mogli ludzie na wszystkich kontynentach naszego globu” – napisał we wtorek Otoka-Frąckiewicz na X.

W czwartek natomiast okazało się, że chodzi o film „Sąsiedzi” Jacka Międlara. Trafił on na platformę Prime Video, gdzie jest dostępny w kilkunastu językach i zyskuje wielką popularność.

„Stało się. Seria Sąsiedzi traktująca o zbrodniach ukraińskich nazistów na Wołyniu w reżyserii pana @jacekmiedlar trafiła na @PrimeVideo i dostępna jest w kilkudziesięciu krajach świata w 11 wersjach językowych z miejsca stając się numerem jeden wśród filmów dokumentalnych na tej platformie” – napisał na X Otoka-Frąckiewicz.

Przypomniał, że „film powstał dzięki składkom Polaków i nie wsparło jego powstania żadne z ministerstw, ani instytucji takich jak @ipngovpl”.

W praktyce oznacza to, że świat ma okazję poznać historię Kresów Wschodnich II RP i ukraińskiego ludobójstwa na Polakach – w mediach w Polsce często fałszywie spłycanego do zbrodni wyłącznie UPA jedynie w rejonie Wołynia, choć skala była większa i w ludobójstwie masowo brali udział tzw. zwykli Ukraińcy – oraz historię UPA, gdy Kijów ogłasza tychże zbrodniarzy bohaterami.

W komentarzach pojawiły się informacje o problemach z wyświetlaniem filmu. Jacek Międlar jednak napisał, że „będzie” w porządku wkrótce.

Skandaliczny apel kardynałów: Byczok, Krajewski, Nycz, Ryś.

Skandaliczny apel czterech kardynałów

Autor: CzarnaLimuzyna, 30 czerwca 2026

Środowisko antykościoła, które zagnieździło się jak pasożyt w Kościele katolickim od dłuższego czasu kultywuje zwyczaj pisania antypolskich i antykatolickich listów i apeli. Zawsze wbrew prawdzie i zawsze w zgodzie z socjotechniką Bestii utrwalającą ogłupienie i bierność, ganiąc przejawy patriotyzmu wśród Polaków broniących historycznej pamięci, godności ofiar i honoru żyjących.

Tak również jest w przypadku „Wspólnego apelu o pojednanie Polaków i Ukraińców” napisanego w duchu „pedagogiki wstydu” i symetryzmu czyli dzielącego winę na pół.

Słowo ekshumacje nie pada ani razu, a słowo Wołyń tylko raz w starym (sprzed 23 lat) cytacie z Jana Pawła II o rocznicy „tragicznych wydarzeń na Wołyniu”.

Nie ma nic o odrodzonej ideologii zła, nic o aktualnym kulcie nazistowskich ludobójców, nic o trwającej kampanii pomówień i nienawiści przeciw Polakom. Zamiast tego są sformułowania typu:

„pojawiają się nowe napięcia i odradza nieufność” – same z siebie?

„Z bólem obserwujemy wzrost wzajemnego napięcia i odradzające się nastroje wrogości między Polakami a Ukraińcami” – Bystrzy obserwatorzy… szkoda tylko, że pominęli przyczyny.

„Papież wzywa każdą i każdego z nas – Polaków i Ukraińców – do osobistego nawrócenia, a nie do rozliczania innych.” –  No i mamy typową propagandową ględę wzorowaną na komunistycznych apelach o przerwanie rozliczeń, a chodzi przecież o podstawowe standardy cywilizacyjne typu ekshumacje i chrześcijański pogrzeb ofiar ludobójstwa.

„Pamięcią negatywną, jest natomiast ta, która spojrzenie umysłu i serca obsesyjnie koncentruje na złu, zwłaszcza popełnionym przez innych” – Pamięć o Wołyniu jest pamięcią negatywną i obsesyjną? W rozumieniu autorów apelu, pewnie tak, w odróżnieniu od pamięci o holocauście.

Apel podpisali

Mykoła kard. Byczok CSsR

Konrad kard. Krajewski

Kazimierz kard. Nycz

Grzegorz kard. Ryś.

Azow sprzedaje naszywki z napisem „Wołyń” i nożem

Naszywka dotycząca Wołynia

„Jesteśmy dumni ze swojej historii”. Azow sprzedaje naszywki z napisem Wołyń i nożem

27 June 2026

Związane z Azowem wydawnictwo Reinshouse wypuściło naszywkę z napisem „Wołyń Pride”, symbolem noża i hasłem „Jesteśmy dumni ze swojej historii”. W piątek na sprawę zwróciła uwagę ukraińska historyk Marta Hawryszko.

Na grafice promującej naszywkę widnieje napis „Волинь Pride”, czyli „Wołyń Pride”. Obok umieszczono biały krzyż oraz rysunek noża. W tle wykorzystano historyczne fotografie przedstawiające uzbrojonych banderowców. Całość opatrzono ukraińskim hasłem „Пишаємося своєю історією”, czyli „Jesteśmy dumni ze swojej historii”.

Naszywkę przygotowało Reinshouse, wydawnictwo związane z Azowem, prowadzone przez Ołeksija „Reinsa” Konsula, oficera 3 Brygady Szturmowej. Sam projekt został pokazany w formie czerwono-czarnej grafiki promocyjnej z logotypami Reinshouse oraz CNSL Cult.

„Czy to ma być «trolling» Polski? Nóż? Wołyń? Mówicie poważnie?!” — napisała Hawryszko.

Historyk oceniła, że sprawa ma „wszystkie cechy nowego międzynarodowego skandalu”.

Przypomniała również, że żołnierze 3 Brygady Szturmowej byli szkoleni i leczeni w Polsce, a także prowadzili tam zbiórki pieniędzy.

4 lipca Marsz Pamięci i sprzeciwu wobec banderyzmu

4 lipca Marsz Pamięci i sprzeciwu wobec banderyzmu

Dlaczego należy być 4 lipca w Warszawie?

Fundacja Wołyń Pamiętamy organizuje, tak jak w ubiegłych latach obchody poświęcone Polakom wymordowanym przez Ukraińców. W dniu 4 lipca w Warszawie o godz. 15-stej wyruszymy z Placu Trzech Krzyży w kierunku Grobu Nieznanego Żołnierza.

Mamy jako świadomi Polacy mamy obowiązek pamiętać o pomordowanych przez Ukraińców naszych rodakach. Niezwykle istotne jest to, by w Warszawie stawić się w tym roku tłumnie i pokazać neobanderowcom i fałszerzom historii, że nam Polakom nie jest wszystko jedno.

Będziemy maszerować ulicami Warszawy, która pamięta potworne czasy powstania, w tym niesłychanej zbrodni jaką była rzeź na Woli. Pójdziemy dla naszych polskich sióstr i braci, wymordowanych na utraconych polskich Kresach. Ku pamięci niemowlaków, dzieci, kobiet, starców, mężczyzn – w tym żołnierzy i księży. Idziemy bo pamiętamy o tych rodakach, których ostatnim przed oczami obrazem – była zbliżająca się siekiera lub ostrze kosy ukraińskiego sąsiada. Idziemy dla tych, cichych męczenników, którzy przed bestialską śmiercią zdążyli usłyszeć tylko okrzyk „Sława Ukrajini – Herojam sława!”. Idziemy dla dla polskich żołnierzy i funkcjonariuszy, którzy już w powojniu broni polskich chat i poświecili swoje życie, w walce z szowinistycznymi bandziorami.

Marsz Pamięci jest jednocześnie marszem naszego sprzeciwu i żądań. Nie zgadzamy się na medialne wybielanie banderyzmu, intelektualne wygibasy pseudointeligentów, nie zgadzamy się na rozmywanie win, nie zgadzamy się na fałszywy slogan o tym, że „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – bo żadne winy się tutaj nie mogą równoważyć. Będziemy szli również dlatego, że radykalnie nie zgadzamy się z ślamazarnym tempem ekshumacji naszych rodaków pomordowanych przez Ukraińców. Nie możemy się zgodzić na tolerowanie w przestrzeni medialnej negacjonizmu ze strony szowinistycznych ugrupowań ukraińskich, które pragną przeinaczać bieg historii.

Domagamy się bardziej polskiej postawy od władz w naszym Kraju. Bardziej asertywnej postawy stosunku do władz ukraińskich. Domagamy się od Kościoła w Polsce postawy prymasa Stefana Wyszyńskiego, którzy sprzeciwiał się beatyfikacji Andrzeja Szeptyckiego. Domagamy się natychmiastowego zakazu propagowania banderyzmu na terenie Polski. Żądamy nadania w Stolicy godnemu miejscu nazwy upamiętniającej wszystkich Polaków wymordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947.

To szczególny Marsz Pamięci. Odbywa się w czasie haniebnym. Ludzie upominający się o pamięć o wymordowanych Polakach, o zniszczone zabytki naszej kultury, o majątki wypracowywane pokoleniami, o interes Polski – są ciągani po sądach. I to w czasie gdy na Ukrainie jednostce wojskowej nadaje się imię „Bohaterów UPA”! Czy może być coś bardziej upokarzającego dla Polaka? Idziemy również dlatego, że nie godzimy się na takie traktowanie tych, którzy wiedzą, że są Polakami i mają obowiązki polskie! Bo jesteśmy z nich dumni i mamy wobec nich ogromny dług wdzięczności.

Nie dajmy sobie wmówić, że antybanderyzm jest to postawa antyukraińska. Sprzeciw wobec niemieckiego nazizmu i domaganie się uczczenia ofiar niemieckiego narodowego-socjalizmu nie było antyniemieckie! Było polskim interesem narodowym! Tak też jest w tej sprawie. Nie dla fałszerzy historii i stronników milczenia! Nie dla banderyzmu i neobanderyzmu! Cześć Pamięci Pomordowanych Polaków!

Widzimy się 4 lipca w Warszawie!

Ocalone dzieci Wołynia

Ocalone dzieci Wołynia

O zbrodniach dokonanych na Polakach przez Ukraińców z OUN-UPA i ludności ukraińskiej w południowo-wschodnich obszarach II Rzeczypospolitej w latach 1940-1945 ukazało się sporo publikacji o różnym stopniu ogólności i uszczegółowienia.

Część z nich była i jest nadal wydawana na Zachodzie Europy np. w Niemczech oraz w Kanadzie czy USA, w których eksponuje się i gloryfikuje zbrodnie ukraińskie i ich herosów popełnione na ludności polskiej. W pracach zaś wydawanych w Polsce dotyczących eksterminacji Polaków ich autorzy ujawniają nowe fakty o przebiegu zbrodni lub przypominają w formie opisu, lub sumarycznych zestawień o skali ludobójstwa w poszczególnych miejscowościach i wsiach, w których mieszkali Polacy.

Każda nowa publikacja cieszy, ale i skłania do krytycznej refleksji, co należy jeszcze ujawnić w kontekście krytyki źródła i dlaczego tak wolno bada się tę problematykę. Można w dobrej wierze (ale i złej) opisywać w publikacjach naukowych, popularnonaukowych czy reportażach historycznych różne wydarzenia historyczne, ale pod warunkiem dochowania rzetelności naukowej i merytorycznej. Jeśli zatem autor/badacz odwołujący się do źródeł faktograficznych przytacza lub cytuje dane, to zapewne w konkretnym celu i powinien mieć świadomość, że mogą one mieć znaczenie dygresyjne, polemiczne lub być komentarzem do opisywanych wydarzeń.

W 2025 r. ukazała się książka Moniki Drobińskiej My dzieci Wołynia. Historie małych ocaleńców. Autorka we wstępie słusznie przyjęła, że stosunki narodowościowe oraz tradycja, religia i język mogą być pomocne w wyjaśnieniu uprzedzeń/nienawiści Ukraińców wobec Polaków na Ukrainie w czasie II wojny św., które przybrały skrajną postać zbrodni określanej jako okrutnej i w sali masowej porównywalnej ze zbrodniami niemieckimi.

Trzeba jednak ostrożnie odnieść się do informacji autorki, że w 1918 r. w granicach odrodzonego państwa polskiego znalazło się 5 mln Ukraińców, którzy stanowili „16% społeczeństwa a w niektórych regionach jego większość” i jedynie w Wołyniu gdzie na 2 milionów mieszkańców w 1931 r. aż 64 % było narodowości ukraińskiej (s. 7).

W spisie statystycznym z 1921 r. odnotowano liczbę Ukraińców na ok. 3,900 tys. ale powołując się na kryterium zarówno polskiego jak i ukraińskiego piśmiennictwa dane te nie odpowiadają ówczesnej rzeczywistości. Według ustaleń polskich badaczy liczba Ukraińców w roku 1930 wynosiła ok. 5 mln a ukraińskich aż 8 milionów, ale i do tych danych należy odnieść się krytycznie [1].

Trudno jest ustalić kryterium statystyczne i ujęcie metodologiczne, które pozwoliłoby wyodrębnić np. Ukraińców od Białorusinów, gdyż przedstawiciele obu narodów należeli do cerkwi prawosławnej. Jak zauważył prof. Jerzy Tomaszewski, na południowym wschodzie II RP w rejonach górskich mieszkali wówczas Huculi, a dalej na zachód znajdowały się wsie zamieszkałe przez Bojków i Łemków, które ciągnęły się aż pod Szczawnicę. Wspomniane grupy regionalne posługiwały się dialektami języka ukraińskiego. Władze polskie podtrzymywały wszelkie przejawy odrębności [2]. Zarówno w 1921 jak i 1931 r. liczne błędy i fałszerstwa zniekształcały dane statystyczne o strukturze narodowościowej

Działacze ukraińscy dowodzili, że regionalne mniejszości ukraińskie na tych terenach tworzyły jakoby jednolitą narodowościowo społeczność ukraińską. Polskie władze administracyjne kwestionowały ustalenia ukraińskie i dowodziły, że wspomnianych grup ludności nie można zaliczyć do Ukraińców, zważywszy na ich odrębności językowe i kulturowe, gdyż pomimo bliskości: wiary, religii i obyczajów z resztą ludności ukraińskiej nie zawsze rozwinęła się tam ukraińska świadomość narodowa [3].

Dramatyczne wspomnienia/relacje w książce Drobińskiej opowiedziane przez pięcioro ocalonych z rzezi wołyńskiej zawierają reminiscencje historyczne przeplatane bieżącymi wydarzeniami. Dla Genowefy Ziółkowskiej, która w 1943 r. miał zaledwie jedenaście lat, zamordowanie jej najbliższych 17 czerwca było początkiem gehenny. Ocalała z rzezi, choć oprawcy zadali jej osiemnaście ciosów siekierą i nożami. Przeżyła, gdyż uratował ją starszy od niej o dwa lata kuzyn Franek, którego matka była z pochodzenia Ukrainką.

Inna mała ocalona Ewa Górna wspomina: „Pamiętam jak na początku lipca 1943 r. ukraiński policjant Stukała, (syn popa) zabił swoją żonę i dwóch synów: 12 letniego Stanisława i 10 letniego Tadeusza” (s. 96). Ukraińcy (synowie popów) gorliwie i z okrucieństwem zabijali swoje żony Polki i dzieci, a przytoczony przez E. Górną przykład nie był akcydentalny. Trudno uogólniać, ale warto przypomnieć, że synem popa był też ideolog ukraińskiego nacjonalizmu Dymitr Dońcow. Takich przykładów można podać więcej.

Nieco inny walor poznawczy zawiera relacja Zdzisława Żurowskiego z Janowej Doliny, który jesienią 1942 r. obserwował pierwsze wystąpienia ukraińskich nacjonalistów, Przemieszczali się oni ulicami z transparentami: „Smert` lacham, żydam i moskowśkij komuni. Khan żywie samostijna Ukraina” (s. 68)

Ukraińcy zapowiedzieli: „My wam zdiełaju krwowuj piątek” i zaatakowali Janową Dolinę w Święta Wielkanocne z czwartku na piątek 1943 r. Na jedno polskie zabudowanie przypadło 10 mordujących Ukraińców. W zbrodni uczestniczyły również kobiety i dzieci, które przed pogromem rozlewały wokół polskich domów łatwopalne substancje (s. 69-70). Gdy Polacy zaczęli wybiegać z płonących domów, „wtedy Ukraińcy zaatakowali bezbronnych: siekierami, toporami i widłami, a ich ciała wrzucali do płonących domów. Do tych, którym udało się uciec strzelali, innych wieszali lub nabijali na pale” (s. 70).

Schemat mordowania bezbronnych był podobny do innych w wielu miejscowościach na Wołyniu. Los ocalonych z pożogi był identyczny jak innych Polaków, którzy w poszukiwaniu nowych miejsc osiedlania zdani byli na przypadek lub decydowali się na wyjazd w inne regiony ich zdaniem bezpieczne.

Równie dramatyczne były losy ocalonych z zagłady Jana Wiernika i Józefy Marciniak. Ojciec Jana Wiernika nie mógł zrozumieć, dlaczego „uciekaliśmy przed tymi, z którymi od dziesiątki lat żyliśmy w sąsiedzkiej zgodzie: wspólnie obchodziliśmy święta wielkanocne i prawosławne”. Jak tacy, którym pomagaliśmy od lat nie żałując im „zboża, ziemniaków czy siana dla bydła” przemienili się w bestie? (s. 120).

Bestialstwo i sadyzm Ukraińców obserwowano permanentnie, a odrąbywanie głów ludzkich, przerzynanie człowieka na wpół piłą do drzewa, zadawanie razów siekierą, kosą, nożem, wydłubywanie oczu, zdejmowanie skóry, zbiorowe gwałty na Polkach to częste formy okrucieństwa, ale nie jedyne. Obserwujące mordy Polaków „ukraińskie baby i dzieci tylko rechotały” (s. 123).

Prof. Ryszard Szawłowski określił sprawców okrutnych mordów specyficznym terminem genocidium atrox – genotyp okrutny, dziki, straszny. Psychiatria i psychologia kliniczna określa takie osoby jako psychopatów i socjopatów niezdolnych do empatii oraz okazania wyższych uczuć, współczucia i litości wobec bliźnich i czerpiących przyjemność z zabijania i zadawania bólu swoim ofiarom.

Wśród Polaków narastało zdumienie. Zadawali sobie pytania: „Dlaczego Bóg nie ukarze tych zwyrodnialców. Co im zrobiliśmy? Tak to tę samoistną Ukrainę chcą budować na naszych trupach?” (s. 123).

Ze wspomnień ocalanych przewija się gorzka prawda. Obecnie Ukraina niszczy systematycznie polskie ślady przeszłości i nie zezwala na ekshumacje w miejscach, w których można jeszcze odnaleźć szczątki ludzkie. Smutna jest konstatacja autorki, że świadomość ludobójstwa na Wołyniu posiada 81% polskiego społeczeństwa, a na Ukrainie zaledwie 1% obywateli.

W podręcznikach szkolnych na Ukrainie od lat jest eksponowana kłamliwa teza o braku symetrii działań podziemia polskiego i ukraińskiego i wzajemnych jakoby zbrodniach i napadach. Przypisywanie Polakom zbrodniczych instynktów to nie jedyne kłamstwa strony ukraińskiej. Nie rozumieją oni, że ocalonym i ich rodzinom „nie chodzi o zemstę, ale o prawdę i godne pochówki” pomordowanych bestialsko Polaków: kobiet, dzieci i mężczyzn.

Zapewne wiedza o gehennie Polaków podczas wojny na Wołyniu byłaby zapewne większa wśród Ukraińców, gdyby wizerunek II RP we współczesnych ukraińskich podręcznikach i zbrodniach popełnionych na Polakach był rzetelny i oparty na obiektywnej faktografii a nie kłamstwie i stereotypach [4]. Czy zatem Ukraińcy są w stanie porzucić uprzedzenia i kłamliwą narrację historyczną i rzetelnie i obiektywnie badać ten okres a nie gloryfikować zbrodniarzy OUN/UPA odpowiedzialnych za zbrodnie i budować im pomniki i muzea?

Publikacja Moniki Odrobińskiej jest zatem ważna i potrzebna i powinna być lekturą obowiązkową w polskiej szkole średniej a niewykluczone, że i ukraińskiej, gdyż oprócz Dekalogu jest jeszcze jedno przykazanie: nie zapominaj. Niestety wiele osób (polityków, dziennikarzy, pracowników oświaty) woli o zbrodniczej przeszłości ukraińskiej zapomnieć i kieruje się doraźną polityką. Warto przypomnieć, iż właściwe poznanie przeszłości polega nie tylko na przypominaniu faktów (nawet niewygodnych), ale też na organizowanie ich w pewne wewnętrzne powiązanie akcydensów w obiektywną całość.

Prof. Jan Ryszard Sielezin

Monika Odrobińska, „My dzieci Wołynia. Historie małych ocaleńców”, Łódź 2025, s. 183.

Na zdjęciu: dzieci polskie na Wołyniu przed wojną (NAC)

[1] L. Wasilewski, „W sprawie stosunków narodowościowych na Kresach Wschodnich”, „Stosunki Narodowościowe” z 1927 r., s. 504; por. też M. Falski, Wyniki spisu dzieci z czerwca 1926 roku w zestawieniu do potrzeb szkolnictwa powszechnego, Warszawa 1928 r., s. 43.

[2] J. Tomaszewski, „Stosunki narodowościowe w Drugiej Rzeczypospolitej” (w:) „Polska niepodległa 1918-1939”, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź, 1984, s. 144-145.

[3] Zob. E. Kopeć, „Południowo-Wschodnie kresy Rzeczypospolitej  1918-1939, Społeczne warunki integracji”, Katowice 1981.

[4] O. Niepryćkyj T. Mielniczuk, „Wizerunek Polski (II RP, PRL i III RP), we współczesnych ukraińskich podręcznikach historii”, „Krakowski Pismo Kresowe” R. 14 (2022), s. 179-199.

Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2026)

Transparent „Wołyń PamiętaMY” na meczu Legia-Szachtar w Krakowie! Ukraińcy próbowali zablokować jego wniesienie.

Transparent „Wołyń PamiętaMY” na meczu Legia-Szachtar w Krakowie! Ukraińcy próbowali zablokować jego wniesienie.

https://wpolityce.pl/sport/743932-transparent-wolyn-pamietamy-na-meczu-legia-szachtar

Mecz Ligi Konferencji pomiędzy Szachtarem Donieck a Legią Warszawa odbywa się w Krakowie, gdyż ukraińskich zespół nie ma możliwości odbywać meczów w Doniecku.

Kibice „Wojskowych” zaprezentowali na tym spotkaniu transparent: „Wołyń PamiętaMY”, przypominając o ukraińskim ludobójstwie na Polakach. Ukraiński szef ds. bezpieczeństwa Szachtara jednak utrudniał kibicom Legii wniesienie tego transparentu i udało się to zrobić dopiero tuż przed końcem pierwszej połowy meczu.

Portal Weszło, powołując się na grupę kibiców Legii „Nieznani Sprawcy” podał, że ukraiński szef ds. bezpieczeństwa Szachtara nie pozwolił kibicom Legii wnieść na stadion transparentu: „Wołyń PamiętaMY”. Czyżby Ukraińcy aż tak bali się prawdy historycznej? Ostatecznie transparent pojawił się na stadionie tuż przed końcem pierwszej połowy.

Informację o całej sytuacji przekazali Nieznani Sprawcy, grupa kibiców Legii

Ukraińcy mogą być nacjonalistami, a my – u siebie! – nie możemy być patriotami, pamiętając o ofiarach na Wołyniu?!? „Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości” – taka prawda Marszałka Józefa Piłsudskiego — zauważył Roman Kołtoń, dziennikarz sportowy.

Roman Kołtoń @KoltonRoman

Ukraińcy mogą być nacjonalistami, a my – u siebie! – nie możemy być patriotami, pamiętając o ofiarach na Wołyniu?!? „Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości” – taka prawda Marszałka Józefa Piłsudskiego

Paweł Gołaszewski @golaszewski_pl.

Zdjęcie

160,1 tys. wyświetlenia

Obywatelskie podziękowanie. Pomnik Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej – Sławomir Kozak

14 lipca 2025 roku minęła pierwsza rocznica odsłonięcia pomnika Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej. Warto przypomnieć, że droga do tego wyjątkowego wydarzenia była długa i pełna trudów. Pomysłodawcą był wybitny polski rzeźbiarz – Andrzej Pityński. Historię swego niełatwego życia i ogromnego dorobku opowiedział w poświęconym mu filmie dokumentalnym na polonijnym kanale „świadkowie historii”, zatytułowanym „Monumentalista niezłomny”. Przybliżył w nim perypetie zamówionego i opłaconego przez Polonię pomnika, którego nie chciało u siebie… państwo polskie. Zmęczony kolejnymi odmowami włodarzy ojczystej ziemi dla lokalizacji tego monumentu artysta wypowiedział jakże wzruszające słowa – „ważne, żeby stanął pod polskim niebem”. Tłumaczył, że jego prace, które tworzy dla potomnych, „to wskazówki – skąd przyszliśmy, gdzie jesteśmy i dokąd idziemy”. Te proste prawdy nie trafiały do serc decydentów, którzy w swojej wizji „tego kraju” nie widzieli miejsca dla tak przejmującego świadectwa ukraińskiego ludobójstwa na Polakach. Po latach zmagań z tchórzami i oportunistami, gdy wydawało się, że marzenie artysty nigdy się nie ziści, wyszedł naprzeciw jego idei i polskim oczekiwaniom inny niezłomny i odważny człowiek, który postanowił sprzeciwić się wymazywaniu pamięci o naszej historii, wójt gminy Jarocin pan Zbigniew Walczak. Wydał zgodę na budowę pomnika w Domostawie, pod pięknym polskim niebem, bardzo blisko Ulanowa, rodzinnej miejscowości Andrzeja Pityńskiego, który niestety nie zdążył doczekać odsłonięcia pomnika, ale którego szczątki, po latach spędzonych na obczyźnie, spoczęły na ulanowskim cmentarzu. Kiedy po wielu wysiłkach i zewsząd rzucanych kłodach pod nogi realizatorów tego przedsięwzięcia pomnik wreszcie stanął i poraził wszystkich swoją wymową, okazało się, że to nie koniec boju. Do grona wrogów idei upamiętnienia kilkuset tysięcy wymordowanych w najokrutniejszy sposób Polaków, w hańbiącym sprzeciwie dołączyli purpuraci odcinając się od woli narodu i odmawiając stanięcia w prawdzie. Ale, dzięki Bogu, Kościół to nie organizacja. To organizm, na który składają się miliony katolików, w tym Polaków służących Bożej sprawie. I znalazł się piękny w czystości serca, odważny kapłan, który nie porzucił swych wiernych. Przybył tego słonecznego dnia pod domostawski symbol pamięci i wygłosił wspaniałe, wzruszające kazanie.

Ksiądz Antoni Moskal, duchowny wytrwały w szerzeniu prawdy o Ludobójstwie na Wołyniu, w zabieganiu o ekshumacje ofiar zbrodni ukraińskich nacjonalistów. On także stanął w szeregu niezłomnych. Tych, których antypolskie władze warszawskie starały się zmusić do rezygnacji z chrześcijańskich zasad. Patriotów, którzy deklarując swą wiarę mieli odwagę rzucić zdrajcom sprawy polskiej współczesne non possumus, przywołujące na myśl słynny memoriał będący wyrazem braku zgody na podporządkowanie się Kościoła władzom świeckim w latach 50. ubiegłego wieku. Tamten sprzeciw wobec żądań rządzących, tłumaczony dosłownie jako rzecz nie do przyjęcia zawierał jednak między innymi uznanie dla państwa za pomoc w odbudowie kościołów i kaplic zrujnowanych podczas II Wojny Światowej oraz wspominał o współpracy rządu z Episkopatem na kilku polach. Dziś, po ponad 70 latach ta współpraca wydaje się ściślejsza niż wówczas, niestety – w dziele unicestwiania polskości. Żadna instytucja państwowa ani kościelna nie podziękowała jej obecnym obrońcom.

Dlatego, w rocznicę tego doniosłego dnia parę osób, pod egidą polskiego wydawnictwa Oficyna Aurora, postanowiło wyrazić tym prawym rodakom swoje własne, obywatelskie podziękowanie.

Od lewej: Sławomir M. Kozak, Krzysztof Szeląg, Zbigniew Walczak.

20 września, na posesji państwa Stanickich w Bychawie na lubelszczyźnie, odbyło się uroczyste wręczenie kompozycji autorstwa Krzysztofa Szeląga, obrazu tłoczonego w skórze, przedstawiającego pomnik w Domostawie panu Zbigniewowi Walczakowi, który przyjmując go opowiedział o kulisach swych kilkuletnich zmagań. Obraz w formie metaloplastyki, dzieło tego samego autora – wizerunek Chrystusa Króla Polski.

Autor Krzysztof Szeląg wręcza swoją pracę panu Zbigniewowi Walczakowi. Na fotografii widoczny po lewej wizerunek Chrystusa Króla Polski.

W imieniu nieobecnego z powodu choroby księdza Moskala odebrał Gospodarz słynnego z patriotycznych spotkań klubu „Stodoła”, wyróżniony zresztą przez pomysłodawców przedsięwzięcia pracą wykonaną w podobnej technice, zatytułowaną „Rotmistrz Witold Pilecki”.

Przemawia pan Zbigniew Walczak. Po jego lewej ręce obraz „Rotmistrz Witold Pilecki”.

Wszyscy nagrodzeni otrzymali też pamiątkowe książki od właściciela wydawnictwa. Obecna na uroczystości pani Joanna Błędowska wręczyła Gościowi Honorowemu bukiet biało-czerwonych róż, który nazajutrz został przez niego złożony pod monumentem w Domostawie. Spotkanie uświetnił występ piosenkarki, pani Jowity Zając.

Joanna Błędowska i Zbigniew Walczak składają hołd Ofiarom Rzezi Wołyńskiej.

Po tej uczcie dla ducha zebrani obejrzeli relację ze wspomnianego kazania księdza Moskala, nagraną przez redaktora Jacka Frankowskiego, który dla portalu Reduta.tv rejestrował także sobotnie spotkanie. Całość uwiecznił też aparatem współpracownik Oficyny Aurora – Krzysztof Błędowski.

Sławomir M. Kozak

Podziękowania za piękną lekcję historii.
Przy okazji uroczystości przekazania w dowód wdzięczności obrazu
Panu Zbigniewowi Walczakowi, byłemu wójtowi gminy Jarocin, mieliśmy
okazję uczestniczyć w „pielgrzymce patriotycznej” po miejscach
poświęconych męczeńskiej śmierci żołnierzy niezłomnych. Mieliśmy
możliwość złożenia kwiatów przy pomniku Ofiar Rzezi Wołyńskiej w
Domostawie razem z Panem Zbigniewem, dzięki któremu ten pomnik,
autorstwa Andrzeja Pityńskiego, mógł stanąć w tym miejscu.
Pielgrzymka szlakiem żołnierzy niezłomnych stała się dla nas niezwykłą
lekcją historii. Dowiedzieliśmy się, jak ginęli młodzi ludzie z rąk
hitlerowców i UB-ków. Razem z Panem Józefem Stanickim, który
oprowadzał nas po tych ważnych miejscach odwiedziliśmy ich groby i
zapaliliśmy symboliczne znicze.
Niestety, z braku czasu nie zdążyliśmy odwiedzić wszystkich tych miejsc i
umówiliśmy się, że na wiosnę przyszłego roku dokończymy naszą
pielgrzymkę.
Jeszcze raz dziękujemy Panu Jozefowi i małżonce, Pani Joannie za miłą
gościnę i możliwość poznania takiej historii, o jakiej nie dowiemy się z
żadnej książki.

Joanna i Krzysztof Błędowscy

„Sąsiedzi” Jacka Międlara nagrodzeni na katolickim festiwalu filmowym. „To wołanie do polskiego episkopatu”

„Sąsiedzi” Jacka Międlara nagrodzeni na katolickim festiwalu filmowym. „To wołanie do polskiego episkopatu”

25.09.2025 https://nczas.info/2025/09/25/sasiedzi-jacka-miedlara-nagrodzeni-na-katolickim-festiwalu-filmowym-to-wolanie-do-polskiego-episkopatu-video/

Film „Sąsiedzi” Jacka Międlara opowiadający o ukraińskim ludobójstwie na Polakach w trakcie i po II wojnie światowej zajął drugie miejsce na XXXIX Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów „Niepokalana” 2025. Zgłoszonych było prawie 130 materiałów.

„1. odcinek („Preludium”) mojego serialu dokumentalnego „Sąsiedzi. Ostatni Świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach” ZWYCIĘŻA wśród polskich produkcji w kategorii film dokumentalny klasyczny, zaś oficjalne DRUGIE MIEJSCE w festiwalu!

To wielkie zwycięstwo, gdyż w tej kategorii Międzynarodowego Festiwalu Filmów „Niepokalana” 2025 zgłosiło się 80 produkcji z kilkunastu krajów na świecie” – napisał na Facebooku Jacek Międlar, załączając nagranie swojego przemówienia.

W przemówieniu Międlar przypomniał, że serię tworzy od 2019 roku. Od tego czasu spotyka się ze świadkami ukraińskiego ludobójstwa na Polakach żyjących na Kresach II RP.

Spotykam się z ludźmi, z którymi zapomniała Polska Ludowa, o których zapomniała III RP. Do dnia dzisiejszego odwiedziłem 84 świadków, którzy u kresu swojego życia opowiedzieli, czego doświadczyli od swoich ukraińskich sąsiadów – powiedział Jacek Międlar.

Opowiadają o tym, jak ich najbliżsi byli odcinani od swoich głów, jak ich brzemienne matki miały rozpruwane brzuchy, jak ich rodzeństwo było mordowane przez Ukraińców pod krzyżem. Tylko dlatego, że byli Polakami, tylko dlatego, że byli rzymskimi katolikami – mówił reżyser.

Następnie wskazał, że wszystkie odcinki jego produkcji „to jest wołanie świadków o sprawiedliwość” i „wymierzenie sprawiedliwości sprawcom i pogrobowcom”.

– O przywrócenie pamięci pomordowanym ofiarom i poszkodowanym świadkom. Pamięci, której nie przywraca IPN. Pamięci, której nie przywraca polska władza. Pamięci, której nie przywracają organizacje rządowe i pozarządowe, ponieważ – jak słyszę regularnie – „to nie jest odpowiedni moment, aby tym tematem się zajmować”. To jest horror […] i to jest hańba – stwierdził.

Międlar następnie stwierdził, że to jest także „wołanie do polskiego episkopatu”, aby „opamiętał się” i „nie brał udziału w banderyzacji Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie”, który jest w „jedności z Watykanem”.

Aby sprzeciwić się beatyfikacji arcybiskupa Andreja Szeptyckiego, który pozwalał na to, by jego duchowni raz święcili topory, siekiery i widły, na które nadziewano Polaków, a potem ściągali sutanny i szli „Lacha mordować” – podkreślił Jacek Międlar.

Odniósł się też do „laurek” z sakiewiczówki. Międlar powiedział, że cieszy się z tego, że w serwisie informacyjnym telewizji Republika słyszy, iż jego dzieło to „lektura obowiązkowa”.

– Zaś gdy dochodzi do pertraktacji, by ten serial wyemitować, słyszę „to nie jest odpowiedni moment, gdyż mamy inne działania polityczne”. Dość tego. Przypomnę państwu, „kto nie pamięta historii, skazany jest na jej powtórne przeżycie”. A ja nie chcę, by po raz kolejny jakieś genocidum atrox, ludobójstwo okrutne, przydreptało do nas, do narodu polskiego – powiedział Jacek Międlar.

Jak czytamy w serwisie watykańskim, XXXIX Międzynarodowy Katolicki Festiwal Filmów i Multimediów „Niepokalana” 2025 miał rekordową ilość zgłoszeń. Uczestnicy i organizatorzy otrzymali specjalne błogosławieństwo od papieża Leona XIV.

Gala Wręczenia Nagród miała miejsce w Seminarium Księży Pallotynów w Ołtarzewie 21 września. Zgłoszonych było „prawie 130 dzieł filmowych, radiowych, multimedialnych oraz fotografii z 5 kontynentów”.

„Filmy i audycje radiowe poświęcone były tematyce religijnej, patriotycznej, historycznej, edukacyjnej i ważnej społecznie. W tym roku nagrodzone zostały również aplikacje i programy multimedialne oraz – po raz pierwszy w historii Festiwalu – fotografie” – czytamy na vaticannews.va.

Film „Sąsiedzi” Jacka Międlara zajął II miejsce w kategorii „film dokumentalny klasyczny”. To samo miejsce zajął film „21.37” Mariusza Pilisa. I miejsca zajęły „Wolni. Podróż do wnętrza” Santosa Blanco i „Carlo Acutis. Plan na życie” Tima Moriarty’ego i Christiana Surtza.

Prokurator w cieniu OUN-UPA – Maciej Młynarczyk na ławie oskarżenia opinii publicznej

Prokurator w cieniu OUN-UPA – Maciej Młynarczyk na ławie oskarżenia opinii publicznej

Porosa Jacek | wrz 3, 2025 https://niezaleznemediapodlasia.pl/prokurator-w-cieniu-oun-upa-maciej-mlynarczyk-na-lawie-oskarzenia-opinii-publicznej

Prokurator w cieniu OUN-UPA – Maciej Młynarczyk na ławie oskarżenia opinii publicznej

Prokurator (Młynarczyk), który zapomniał o ofiarach

W Polsce, kraju naznaczonym głębokimi bliznami historii, gdzie pamięć o ofiarach ludobójstwa dokonanego przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) na Kresach Wschodnich jest świętością, rola prokuratora powinna być niepodważalna – jako strażnika sprawiedliwości, pamięci narodowej i prawa. Tymczasem prokurator Maciej Młynarczyk, pełniący funkcję w Prokuraturze Okręgowej Warszawa-Praga, zamiast stanowczo piętnować wszelkie formy relatywizacji tych zbrodni, wydaje się sam je legitymizować poprzez swoje decyzje i działania. To nie jest przypadkowa pomyłka czy niedopatrzenie, lecz systemowa zdrada wobec dziesiątek tysięcy niewinnych ofiar – Polaków, którzy zostali bestialsko zamordowani wyłącznie z powodu swojej narodowości. Zbrodnia wołyńska, kulminująca w lipcu 1943 roku, gdy oddziały UPA zaatakowały ponad 150 polskich miejscowości, pochłonęła według szacunków historyków nawet 100 tysięcy polskich cywilów, w tym kobiet, dzieci i starców. Metody zbrodni – palenie żywcem, wrzucanie do studni, tortury siekierami i widłami – były wyrazem czystej nienawiści etnicznej, inspirowanej ideologią Stepana Bandery, który głosił hasła o „czystej Ukrainie” wolnej od Polaków.

Prokurator Młynarczyk, specjalizujący się w przestępstwach z nienawiści, w praktyce skupia się na ściganiu tych, którzy upominają się o prawdę historyczną, jednocześnie bagatelizując lub ignorując przejawy propagandy banderowskiej. Przykładem jest jego decyzja z 2021 roku, gdy odmówił wszczęcia śledztwa przeciwko osobie publicznie wychwalającej Banderę i nawołującej do przemocy wobec „polskich nacjonalistów”, opisując ich jako „je*ane ścierwo, do którego trzeba strzelać„. Taka postawa nie tylko podważa autorytet państwa polskiego, ale także otwiera drzwi do dalszej relatywizacji ludobójstwa, co jest równoznaczne z ponownym ranieniem potomków ofiar. Czy w polskim wymiarze sprawiedliwości jest miejsce dla urzędnika, który zdaje się zapominać o krwi przelanej na Wołyniu, Podolu i w Małopolsce Wschodniej? To pytanie nie jest retoryczne – to oskarżenie wobec systemu, który pozwala na takie aberracje, gdzie pamięć o ofiarach jest deptana w imię rzekomej „tolerancji” lub osobistych sympatii.

Prawo łamane przez tych, którzy mają je egzekwować

Działania prokuratora Macieja Młynarczyka nie tylko budzą wątpliwość co do jego obiektywizmu, ale wręcz balansują na granicy kilku kluczowych paragrafów polskiego Kodeksu karnego, które sam powinien egzekwować z całą stanowczością. Po pierwsze, art. 231 k.k., dotyczący niedopełnienia obowiązków lub przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego – Młynarczyk nie tylko uchyla się od aktywnej walki z relatywizacją zbrodni OUN-UPA, ale w niektórych przypadkach wydaje się ją wspierać, ignorując zawiadomienia o przestępstwach propagujących totalitaryzm. Na przykład, w sprawach dotyczących gloryfikacji Bandery, zamiast wszczynać dochodzenia, często umarza postępowania, co jest równoznaczne z legitymizacją ideologii odpowiedzialnej za masowe mordy.

Po drugie, art. 256 k.k., penalizujący propagowanie totalitarnej ideologii – bagatelizowanie lub relatywizacja zbrodni OUN-UPA, które historycy jednoznacznie klasyfikują jako ludobójstwo (zgodnie z definicją ONZ z 1948 roku, obejmującą zamiar zniszczenia grupy etnicznej), stanowi realne wsparcie dla dziedzictwa tych organizacji. Młynarczyk, ścigając polskich patriotów za „mowę nienawiści” wobec Ukraińców, jednocześnie nie reaguje na analogiczne zachowania po stronie ukraińskiej, co tworzy asymetrię w stosowaniu prawa. Trzeci aspekt to art. 133 i 257 k.k., odnoszące się do znieważenia Narodu Polskiego i obrazy pamięci ofiar – słowa i decyzje, które minimalizują cierpienie pomordowanych, stają się policzkiem dla milionów Polaków, w tym rodzin kresowych. Przykładem jest sprawa Katarzyny Sokołowskiej z Fundacji „Wołyń Pamiętamy”, gdzie Młynarczyk oskarżył ją o znieważanie Ukraińców za upamiętnianie ofiar Wołynia, jednocześnie ignorując kontekst historyczny.

Ponadto, działania te naruszają art. 7 Konstytucji RP, zasadę legalizmu, która nakazuje funkcjonariuszom publicznym działać wyłącznie na podstawie i w granicach prawa, bez wpływu własnych sympatii narodowościowych czy ideologicznych. Państwo prawa nie może milczeć, gdy jego przedstawiciel publicznie relatywizuje ludobójstwo, które pochłonęło życie co najmniej 60 tysięcy Polaków na samym Wołyniu, według badań Instytutu Pamięci Narodowej. To nie tylko łamanie prawa, ale erozja fundamentów polskiej suwerenności, gdzie prokurator staje się narzędziem w rękach tych, którzy chcą zatrzeć ślady zbrodni.

Relatywizacja jako przyzwolenie na kult banderyzmu

Wystąpienia i decyzje prokuratora Młynarczyka nie są izolowanymi incydentami – one stanowią de facto przyzwolenie na propagandę banderowską w Polsce. Jeżeli polski prokurator wybiela OUN-UPA, ignorując ich odpowiedzialność za czystki etniczne, to jakie sygnały wysyła do środowisk, które od lat próbują budować kult Stepana Bandery na polskim terytorium? Bandera, jako przywódca frakcji OUN-B, był ideologiem, który inspirował masowe mordy, a jego hasła o „walce z Lachami” doprowadziły do tragedii, gdzie w jednej tylko „krwawej niedzieli” 11 lipca 1943 roku zginęło około 10-11 tysięcy Polaków. Relatywizacja tych faktów przez Młynarczyka, np. poprzez umarzanie spraw dotyczących propagandy ukraińskiego szowinizmu, tworzy klimat, w którym gloryfikacja banderyzmu staje się bezkarna.

Prokurator Maciej Młynarczyk (fot. Piotr Polit) źródło tokfm.pl

W wywiadzie dla TOK FM z dnia 1 września 2025 roku, prokurator Młynarczyk stwierdził:

” …czerwono – czarną flagą, która czasami jest wśród Ukraińców widoczna? – Te barwy są dużo starsze niż II wojna światowa. I owszem, były używane przez ukraińskich nacjonalistów dziewięćdziesiąt lat temu, ale potem flagi w tych dwóch kolorach rozpowszechniły się w Ukrainie od czasów rewolucji godności na Majdanie jako symbol oporu przeciwko najpierw korupcji i bezprawiu, a potem – symbol oporu przeciwko rosyjskiej agresji. Jeśli ktoś czerpie wiedzę o świecie z filmików z żółtymi napisami, może uwierzyć, że te flagi są dowodem „odrodzenia banderyzmu”. Ale z rzetelnych źródeł – naukowych, eksperckich, m.in. z analiz Ośrodka Studiów Wschodnich – wynika, że we współczesnej Ukrainie te symbole całkowicie oderwały się od swojej skrajnie nacjonalistycznej proweniencji z okresu II wojny światowej – tłumaczy Maciej Młynarczyk…

– Problem polega jednak na tym, że ja obserwuję tę sferę życia społecznego i dyskursu publicznego bardzo dokładnie od lat i – chcę podkreślić – nie spotkałem się z tym, żeby ktoś w Polsce, a nawet w Ukrainie otwarcie propagował ideologię ukraińskiego nacjonalizmu z lat czterdziestych. To by oznaczało, że taka osoba opowiada się na przykład za oczyszczeniem kraju z mniejszości narodowych i etnicznych. Było mówione wtedy, że Ukraina ma być 'czysta jak szklanka wody’; postulowano odrzucenie zasad demokracji, odrzucenie w ogóle woli ludu jako czynnika, który ma decydować o tym, jak jest kraj rządzony, na rzecz przywództwa jakiejś elity. Czy wreszcie tam się pojawiał też kult przemocy, rasizm, przekonanie o tym, że istnieją 'narody niewolnicy’ i 'narody panowie’. Taka była ideologia OUN. Według mojej wiedzy tego dzisiaj nikt ani w Polsce, ani nawet w Ukrainie nie propaguje – dodaje gość TOK FM.”

Ta wypowiedź, choć opisuje historyczne elementy ideologii OUN, jednocześnie bagatelizuje jej współczesne przejawy, sugerując brak propagowania, co kontrastuje z obserwowanymi przypadkami gloryfikacji Bandery w Polsce i na Ukrainie.

To nie jest jedynie akademicka dyskusja o historii – to realne tworzenie przestrzeni dla ideologów, którzy chcą narzucić Polakom fałszywą narrację o „bohaterach narodowych Ukrainy”. Przykłady? W 2021 roku Młynarczyk odmówił ścigania osoby, która publicznie chwaliła Banderę i nawoływała do przemocy wobec Polaków, argumentując brak znamion przestępstwa. Tymczasem w tym samym czasie ściga polskich działaczy, jak Wojciech Olszański i Marcin Osadowski, za krytykę proukraińskiej polityki, zarzucając im aż 154 czyny, w tym nawoływanie do nienawiści. Taka asymetria prowadzi do erozji pamięci narodowej, gdzie ofiary Wołynia – w tym dzieci i kobiety torturowane w niewyobrażalny sposób – są spychane na margines, a sprawcy idealizowani. Młynarczyk nie broni prawa – on otwiera drzwi dla tych, którzy chcą zrehabilitować ludobójców, co zagraża polskiej tożsamości i bezpieczeństwu wewnętrznemu.

Trudne pytania o prokuratora

Opinia publiczna ma pełne prawo stawiać trudne, lecz niezbędne pytania dotyczące prokuratora Macieja Młynarczyka, którego działania budzą poważne wątpliwości co do konfliktu interesów. Po pierwsze: czy prokurator Młynarczyk ma korzenie ukraińskie, które mogłyby wpływać na jego decyzje? Choć brak publicznie dostępnych informacji, liczne kontrowersje wokół jego spraw sugerują potrzebę transparentności. Po drugie: czy był lub jest powiązany ze Związkiem Ukraińców w Polsce lub innymi organizacjami promującymi narrację ukraińską? W kontekście jego specjalizacji w przestępstwach z nienawiści, gdzie konsekwentnie ściga krytyków Ukrainy, a ignoruje propagatorów banderyzmu, takie powiązania mogłyby wyjaśniać asymetrię.

Po trzecie: czy jego działania są naprawdę obiektywne, czy może podszyte konfliktem interesów – między obowiązkiem urzędnika państwowego a osobistymi sympatiami narodowościowymi lub ideologicznymi? Przykłady spraw, jak ta przeciwko Katarzynie Sokołowskiej, gdzie Młynarczyk w uzasadnieniu pozytywnie oceniał „wodza” OUN-UPA, negując jego odpowiedzialność za zbrodnie, wskazują na potencjalny brak bezstronności. To pytania niewygodne, ale konieczne – jeśli odpowiedzi potwierdzą obawy, będziemy mieli do czynienia nie tylko ze skandalem etycznym, ale z realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa, gdzie prokurator staje się narzędziem w rękach obcych narracji historycznych. W państwie prawa takie wątpliwości powinny prowadzić do natychmiastowej weryfikacji i kontroli.

Skandal wymierzony w polską rację stanu

Prokurator Młynarczyk nie działa w próżni – jego decyzje to oficjalny głos przedstawiciela prokuratury, co wysyła niebezpieczny sygnał: Polska może tolerować wybielanie ideologii, która mordowała Polaków. To zdrada pamięci ofiar Wołynia, gdzie według badań IPN zginęło co najmniej 100 tysięcy cywilów w wyniku czystek etnicznych. Skandal ten uderza w polską rację stanu, która wymaga jednoznacznej oceny ludobójstwa wołyńskiego jako czynu zbrodniczego i haniebnego, bez miejsca na relatywizację. Młynarczyk, ścigając polskich patriotów za upamiętnianie ofiar, jednocześnie umarza sprawy propagandy banderowskiej, co podważa suwerenność państwa.

To hańba dla instytucji prokuratury, która powinna stać na straży prawa, a nie służyć do tłumienia prawdy historycznej. W kontekście współczesnych napięć polsko-ukraińskich, takie działania osłabiają pozycję Polski, pozwalając na infiltrację narracji, które bagatelizują zbrodnie OUN-UPA. Racja stanu wymaga ochrony pamięci narodowej – bez niej Polska traci moralny kręgosłup.

Czas na rozliczenie

Czy Polska może sobie pozwolić na prokuratora, który wybiela zbrodniarzy i ściga tych, którzy bronią pamięci ofiar? Czy potrzebna jest natychmiastowa kontrola i weryfikacja takich urzędników, zanim ich działania przerodzą się w otwartą politykę rozmywania odpowiedzialności za zbrodnie? Milczenie oznacza zgodę, a zgoda na takie zachowania to pierwszy krok do tego, by w Polsce oficjalnie zaczęto tolerować kult banderyzmu.

Czas na rozliczenie: petycje o odwołanie Młynarczyka (https://www.petycjeonline.com/damy_usunicia_prokuratora_mynarczyka_z_zawodu_ktory_nieustannie_habi), dochodzenia dyscyplinarne i reformy w prokuraturze. Tylko stanowcza reakcja przerwie ten cykl hańby.

Polska pamięta

Wołyń, Podole, Małopolska Wschodnia – tam leżą ofiary, które nie mogą się bronić. To my, Polacy, mamy obowiązek bronić ich pamięci przed relatywizacją. Gdy prokurator, zamiast strzec prawa, staje po stronie tych, którzy bagatelizują ludobójstwo, musimy mówić jasno: to hańba. Prokurator Maciej Młynarczyk swoim zachowaniem podważa nie tylko autorytet prokuratury, ale i godność państwa polskiego. Polska ma prawo i obowiązek pamiętać – i nigdy nie pozwolić na wybielanie ludobójców. Pamięć o 100 tysiącach ofiar jest naszym świętym dziedzictwem, którego nikt nie ma prawa deptać.

Pomnik RZEŹ WOŁYŃSKA w Domostawie SPROFANOWANY!

Henryk Olbrycht @HOlbrycht84085

Profanacja pomnika katyńskiego.

Marcin Rola @MarcinRola89

Pomnik RZEŹ WOŁYŃSKA mistrza ręki śp Andrzeja Pityńskiego w Domostawie CELOWO SPROFANOWANY!

Nie no, ja chyba śnie i jest to jakiś nieprawdopodobny koszmar?! Jak długo jeszcze będziemy tolerować bezkarność banderowców ukraińskich w Polsce?! Ile jeszcze Polacy muszą

Zdjęcie

Zdjęcie

Braun w Domostawie o ekshumacjach ofiar ukraińskiego ludobójstwa. „Tego żadnemu politykowi nie wolno negocjować”

Braun w Domostawie

o ekshumacjach ofiar ukraińskiego ludobójstwa.

„Tego żadnemu politykowi nie wolno zrobić”

[VIDEO]

14.07.2025 https://nczas.info/2025/07/14/braun-w-domostawie-o-ekshumacjach-ofiar-ukrainskiego-ludobojstwa-tego-zadnemu-politykowi-nie-wolno-zrobic-video

Grzegorz Braun / fot. YT / Janusz Jaskółka
Grzegorz Braun / fot. YT / Janusz Jaskółka

Grzegorz Braun podczas uroczystości w Domostawie zwrócił uwagę, że kwestia ekshumacji ofiar ukraińskiego ludobójstwa na Kresach nie jest tematem, który można negocjować. Wyraził też wdzięczność dla komitetu budowy pomnika w Domostawie, gdyż walczą oni „w sferze standardów cywilizacyjnych”.

Ostatni świadkowie tej historii składają świadectwa i te świadectwa do historii przechodzą i umożliwiają prowadzenie rzetelnych badań, bo to się też należy ofiarom. Nie tylko żałoba po polsku, po katolicku, a także i w innych obrządkach, nie tylko pamięć rozumiana jako pewna abstrakcja, moralne wyzwanie. Ale tu jest potrzebny też osąd prawny

I to nie jest opcjonalne, Szanowni Państwo. To nie jest coś, co wolno jakiemukolwiek politykowi, nawet najwyżej postawionemu politykowi, co wolno zrzucić jak kartę w negocjacjach dyplomatycznych, machnąć ręką, odpuścić. „A nie mówmy już o tych ekshumacjach, po to, żeby się milej rozmawiało”. Tego nie wolno uczynić, dlatego, że to jest obowiązek nie tylko narodowy, religijny, dopełnić żałoby, p czym tutaj mówili, tak pięknie poprzedzającym mnie mówcy, ale to jest także obowiązek wymóg prawnokarny

Ludzkie szczątki, kości, prochy, zbezczeszczone w ostatnich chwilach życia ofiar i tuż po śmierci zbezczeszczone brakiem chrześcijańskiego pochówku. One domagają się nie tylko przed sądem historii, ale domagają się w świetle prawa tego, żeby nastąpiły ekshumacje, żeby szczątki zostały wydobyte, zbadane, żeby została przeprowadzona analiza, uwaga, kryminalistyczna. Żeby anatomopatologowie, medycy, sądowi, prokuratorzy, śledczy, słowem dobrzy gliniarze, których ciągle jeszcze mamy w Rzeczpospolitej, żeby mogli wykonać swoją robotę. Tego się domaga prawo

Czy na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej i dalej, czy w Jedwabnem. Tego się domaga prawo. I nie wolno tym politykować i traktować tej kwestii jako, powtarzam, opcjonalnej, uznaniowej, do dyspozycji, do uznania, zależnie od humoru i temperatury dialogu międzynarodowego prowadzonego z tym czy owym przez tego czy owego notabla ministra czy prezydenta. Oni nie mają prawa, ani prezydent, ani premier, ani kolejni ministrowie, ambasadorowie, nie mają prawa, nie są dysponentami tej prawdy

I to jest nasz standard cywilizacyjny, tak różny od standardów antycywilizacyjnych, tych, którzy się upierają, żeby prawda była zagrzebana po wsze czasy, dosłownie i w przenośni. A zatem występując w tej sprawie naród polski i jego tak piękna reprezentacja tutaj dzisiaj zgromadzona i komitet budowy, wzniesienia tego pomnika z panem wójtem na czele, kłaniam się, działacie, szanowni państwo, nie tylko w sferze najlepiej pojętych sentymentów patriotycznych, narodowych. Państwo tutaj walczycie – i już sporo wywalczyliście – w sferze standardów cywilizacyjnych. A więc państwa dzieło jest dziełem dla dobra nie tylko Polaków, polskich patriotów odsądzanych zresztą od czci i wiary za to, że nimi są. Państwo walczycie też o wyższe dobro, uwaga, dla świata. Dla Ukraińców, Żydów, Moskali, Niemców, Anglosasów, którzy też na to patrzyli, przyzwalali, a po wojnie hołubili ludobójców ukraińskich, to dla ich dobra powszechnego działacie i serdeczne Bóg zapłać za to, żeście tyle zdziałali.

Czy Kłamca Wołyński Ryszard Terlecki 11.07 wpiął w klapę znaczek Kwiatu Lnu?

Czy Kłamca Wołyński Ryszard Terlecki

11.07 wpiął w klapę

znaczek Kwiatu Lnu?

Autor: Ewaryst Fedorowicz , 13 lipca 2025

Czy Kłamca Wołyński, Ryszard Terlecki, 11.07 wpiął w klapę znaczek kwiatu lnu?

Pytanie jest o tyle zasadne, że 9 lipca br, szef klubu PiS Mariusz Błaszczak na konferencji prasowej ogłosił co następuje:

„11 lipca będziemy obchodzili święto państwowe, w którym szczególnie pamiętamy o ofiarach ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów. To jest dzień tak zwanej krwawej niedzieli, jaka miała miejsce 11 lipca 1943 r. To święto, które wymaga refleksji i wołania o pamięć dla tych, którzy zostali zamordowani dlatego, że byli Polakami.  W związku z tym, chcielibyśmy dziś przekazać wszystkim parlamentarzystom symbol pamięci o ofiarach, czyli Kwiat Lnu. To jest inicjatywa którą przedstawił Prezydent Chełma Jakub Banaszek. Ta wpinka trafi do wszystkich parlamentarzystów ze wszystkich klubów parlamentarnych”

***
Mam w związku z tym chwilę satysfakcji, bo lubię patrzeć, jak politycy, a szczególnie posłowie – uciekają.
W przypadku Błaszczaka – uciekają do przodu.
Przed czym? – a przed niewygodną prawdą.

A prawdę (tym bardziej niewygodną) najlepiej wytłumaczyć na przykładzie:

6 lipca 2016 roku, „pisowski (wice)marszałek sejmu, Ryszard Terlecki skłamał twierdząc, że na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej miała miejsce bratobójcza wojna.

Nie ludobójstwo, nawet nie rzeź polskiej ludności cywilnej, a bratobójcza wojna.

Ot, wychodzi na to, że polskie niemowlaki i ciężarne kobiety walczyły przeciwko uzbrojonym po zęby sotniom UPA.

Dlaczego skłamał, ktoś naiwny zapyta?
Odpowiedź jest tak oczywista i banalna, że aż głupio ją tu przytaczać:

Terlecki kłamie, bo mu wolno.

A wolno mu, bo jest politykiem i to funkcyjnym – szarża wicemarszałka sejmu i to z partii rządzącej, oprócz standardowego immunitetu gwarantuje w kwestii kłamania (i nie tylko kłamania) bezkarność”
To fragment mojego tekstu, opublikowanego 8 lipca 2016 roku, który to tekst zatytułowałem „Kłamstwo wołyńskie marszałka Terleckiego

Nic zatem dziwnego, że kiedy Błaszczak ogłosił to co ogłosił, natychmiast nasunęło mi się pytanie (to chyba wolno?)  – a co z klapą (marynarkową) jego zastępcy w klubowej hierarchii, Terleckiego?
Przyjęła przypinkę z Kwiatem Lnu (nawet z obrzydzeniem) – czy też się zbuntowała?

Na usprawiedliwienie Terleckiego mam tylko jedno:
że czerpał  (nie wiem, czy dalej czerpie – zdjęcia z Kwiatem Lnu w jego klapie nie mogę w Internecie znaleźć) z dziedzictwa Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w 2008 roku (jak informował śp. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski)  wycofał swój patronat nad obchodami 65 rocznicy Rzezi Wołyńskiej (wtedy słowo ludobójstwo w obiegu mejnstrimowym było tematem tabu) obejmując równocześnie patronat nad odbywającym się w tym samym czasie konkurencyjnym  Festiwalem Kultury Ukraińskiej (!)

***
Ja się bardzo z odważnej postawy Błaszczaka cieszę (najwyraźniej można też odważnie uciekać – byle do przodu), bo jak już raz się odważył znaczek Kwiatu Lnu – symbol niezależnej od władz, oddolnej, walki o prawdę nt ukraińskiego ludobójstwa na Polakach z Wołynia, Małopolski Wschodniej, Lubelszczyzny, Podkarpacia,w klapę wpiąć, co pokazali nawet w rządowej telewizji – to jest cień szansy, że za rok go do szuflady nie schowa.

Gdyby zaś mu się ten znaczek gdzieś zawieruszył – to mu duplikat chętnie podaruję, bo mam ich kilka i nawet na oficjalnych, prezydenckich uroczystościach noszę.

https://wpolityce.pl/polityka/734560-pis-proponuje-specjalne-upamietnienie-ofiar-rzezi-wolynskiej

http://niepoprawni.pl/blog/fedorowicz-ewaryst/klamstwo-wolynskie-marszalka-terleckiego

https://forum.gazeta.pl/forum/w,48782,81888547,81888547,ks_Isakowicz_Zaleski_Spor_o_ludobojstwo.html

WYLEWNE przemówienie ukraińskiego ambasadora po apelu Prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie Rzezi Wołyńskiej.

Aneczka @AneczkaKon69192

WYLEWNE przemówienie ukraińskiego ambasadora po apelu Prezydenta Karola Nawrockiego

54,6 tys. wyświetleń

Posłowie Foltyn i Fritz zdjęli ukraińskie symbole z ratusza i zawiesili polskie. Burmistrz wściekła. „Dlaczego Cieszyn miałby o Wołyniu pamiętać” [sic!!]

Foltyn i Fritz zdjęli ukraińskie symbole z ratusza i zawiesili polskie. Burmistrz wściekła. „Dlaczego Cieszyn miałby o Wołyniu pamiętać” [VIDEO w oryg.]

11.07.2025 zdjeli-ukrainskie-symbole-z-ratusza—burmistrz-wsciekla-dlaczego-cieszyn-mialby-o-wolyniu-pamietac

Posłowie Bronisław Foltyn i Roman Fritz zamienili na ratuszu w Cieszynie bezpodstawnie wiszące flagi Ukrainy na flagi Polski. Foltyn stwierdził, że władze miasta w dniu pamięci o ludobójstwie na Wołyniu wolą oddać hołd Ukraińcom niż Polakom. Burmistrz Gabriela Staszkiewicz standardowo oskarżyła prawicowców o to, że ich działania są „prorosyjskie”.

Bronisław Foltyn (Konfederacja) w piątek rano „podjął interwencję poselską”. Korzystając z drabiny, wspiął się na balkon nad wejściem do ratusza.

Nad nim, na ścianie budynku, wisiały flagi Polski, Cieszyna, szmata z kolorami i symbolami kojarzona z Unią Europejską i dwie flagi ukraińskie. Te ostatnie zamienił na biało-czerwone.

Parlamentarzysta powiedział PAP, że 11 lipca jest Narodowym Dniem Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II RP. W tym roku po raz pierwszy jest obchodzony jako święto państwowe.

– Nie wszędzie chcą je obchodzić, a wręcz są jeszcze na mapie Polski miasta, gdzie w tym dniu wolą oddawać hołd Ukraińcom niż Polakom. (…) Władze miasta Cieszyna nie zorganizowały żadnych obchodów (…), a na ratuszu powiewają flagi ukraińskie – wskazał.

Jeszcze przed południem magistrat ponownie umieścił na ratuszu ukraińskie barwy.

Drugą interwencję podjął później poseł Konfederacji Korony Polskiej Roman Fritz. Zdjął ukraińskie symbole, wieszając w ich miejscu polskie. Powiedział, że flagi nie będą profanowane, lecz „zostaną odstawione do ukraińskiej ambasady w Warszawie”.

„Dziś 82. rocznica Krwawej Niedzieli na Wołyniu. Co trzeba mieć w głowie, by w takim dniu wywieszać flagi ukraińskie na Urzędzie Miasta #Cieszyn? Tu jest Polska!” – napisał na X poseł Roman Fritz.

„Apogeum okrucieństwa zbrodniarzy z UPA” – Karol Nawrocki w rocznicę krwawej niedzieli

„Apogeum okrucieństwa zbrodniarzy z UPA” – Karol Nawrocki w rocznicę krwawej niedzieli

https://pch24.pl/apogeum-okrucienstwa-zbrodniarzy-z-upa-karol-nawrocki-w-rocznice-krwawej-niedzieli

(Karol Nawrocki / fot. Instytut Pamięci Narodowej / ipn.gov.pl)

11 lipca, jak co roku, wspominamy Polaków pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów w ramach Zbrodni Wołyńskiej – napisał na platformie X prezydent elekt Karol Nawrocki.

Przypomniał, że „krwawa niedziela, 11 lipca 1943 r. symbolizuje apogeum okrucieństwa zbrodniarzy z UPA”, podkreślając, że „dla nas Polaków ten dzień to czas refleksji i modlitwy, wspomnienia bestialsko zamordowanych dzieci, kobiet i starców”.

„To także wspomnienie polskich wsi, po których nie pozostał ślad. Czasem stoi tam dzisiaj samotny krzyż…” – dodał Nawrocki.

Prezydent elekt upomniał się również o sprawiedliwość ze strony Ukraińców, którzy uparcie odmawiają wzięcia odpowiedzialności za ludobójstwo na Polakach.

„Ofiary ludobójstwa na Wołyniu zasługują na godny pochówek, a ich żyjące rodziny mają prawo by pomodlić się na grobach swoich bliskich. Dlatego konsekwentnie domagam się systemowego rozwiązania przez władze Ukrainy sprawy zgód na poszukiwania i ekshumacje ofiar Ludobójstwa Wołyńskiego. Pojednanie może być oparte wyłącznie na prawdzie” – czytamy.

Źródło: X FO

Wołanie z Wołynia

Wołanie z Wołynia

https://pch24.pl/wolanie-z-wolynia

Żeby zrozumieć Wołyń, trzeba wiedzieć o rzezi wołyńskiej,

której z kolei nie można zrozumieć po ludzku.

Ludobójstwo na Wołyniu było nielogiczne, opętane.

Odbyła się czystka Polaków z tego terenu. Ale po co? W jakim celu?

Witold Józef Kowalów

=====================================

Och, jakże dzisiaj łatwo polityczne elity rozprawiają o tamtej rzezi. Z jakim przekonaniem o swojej dziejowej  wyjątkowości posłowie przegłosowują ustawę o pamięci ludobójstwa dokonanego na Polakach. Ileż zapału wykazują maszerujący po ulicach neofici wiedzy o kilkuset sposobach zabijania przez OUN-UPA… Tak, miał rację ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski mówiąc, że „Kresowian zabito dwukrotnie, raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie”. Dodawał jeszcze, że „ta druga śmierć jest gorsza od tej pierwszej”. Ale, jak mamy nazwać „trzecią śmierć” tych już dwa razy zabitych, śmierć zadawaną dzisiaj po równo: i przez kłamców plakatujących się polityczną poprawnością oraz wyrachowaniem, i przez tych przepełnionych „dobrymi intencjami”, którzy zgodzili się, aby zrównać Ukraińca z banderowcem?

Rodzina

W roku 2002 w pierwszej edycji Literackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza laureatami zostali Władysław Siemaszko i  jego córka Ewa za więcej niż ważną dla polskiej historiografii książkę – „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945”. Dwutomowe dzieło jest nie tylko fundamentalne, ale też „życiodajne”, bo przywróciło Polsce część jej zatraconej tożsamości. Poznałem autorów i – ku swemu zaskoczeniu – odnalazłem jakby własną rodzinę. Dokładnie rzecz ujmując losy tych, których nie tylko mordowano, ale ostatecznie wypędzono z własnych domów, z własnej ziemi, a również usiłowano odebrać im pomięć. W przypadku mojej rodziny (Górscy), jak i rodziny Siemaszków, chodzi o ten kawałek polskiej ziemi nad rzeką Ług przynależny historycznie do tzw. Grodów Czerwieńskich, gdzie z końcem wieku X powstał Włodzimierz Wołyński.

W domach Wypędzonych, w domach cudem ocalałych raczej nie mówiono o Zagładzie. Powody były dwa. Po pierwsze „wieczna przyjaźń” pomiędzy Polską Ludową i Związkiem Radzieckim skutecznie przez kilkadziesiąt lat zacierała prawdę o utraconych przez Rzeczpospolitą kresowych ziemiach, co działo się i w każdym urzędzie i oczywiście w szkole oraz w służalczej kulturze. No bo jakże można było cokolwiek negatywnego mówić czy nawet kojarzyć z naszym ówczesnym „wielkim bratem”, którego oficjalną granicą od roku 1945 była rzeka Bug, a Wołyń przecież za Bugiem?

Drugim powodem była – użyjmy skądinąd medycznego pojęcia – trauma. Jeżeli cokolwiek jako dziecko usłyszałem o wołyńskiej przeszłości swojej rodziny, to tyko od Babci. Moja Mama po prostu bała się tego tematu, bała się tych dziecięcych wspomnień, w których mordercy z UPA przychodzą nad ranem aby „riezać” Lachów. Z perspektywy czasu widzę, że temat „rzezi wołyńskiej” był dużo większym politycznym tabu, niż temat Katynia. I – co szokujące – znów jest na cenzurowanym od wiosny roku 2022, czyli  od rozpoczęcia gorącego zbrojnego konfliktu pomiędzy Ukrainą a Rosją… Chociaż jest jednak inaczej – o ile kiedyś przemilczano, to teraz równie bezczelnie się przekłamuje.

Przywołując rodziny wspomnijmy też o pochodzącym z Podola śp. Szczepanie Siekierce i jego synu Michale, kontynuującym działa ojca związane z Kresami. Pan Siekierka od roku 1990, w ramach utworzonego we Wrocławiu Stowarzyszenie Rodzin Ofiar Ukraińskich Nacjonalistów, dokumentował i w efekcie wydał parutomowe źródła poświęcone ludobójstwu ludności polskiej na terenie kresowych ziem II Rzeczpospolitej. Dzieło, będące niejako kontynuacją pracy Siemaszków, nosi ogólny tytuł – „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach” i dotyczy województw – lwowskiego i stanisławowskiego oraz dodatkowo jest swoistym przewodnikiem rejestrującym na terenie obecnej Polski pomniki, tablice pamięci i mogiły dotyczące pomordowanych przez OUN-UPA.

Siekierko senior był inicjatorem jednego z nielicznych w Polsce upamiętnień naszej Zagłady. Pomnik-mauzoleum pomordowanej ludności polskiej na Kresach Płd.-Wsch. przez OUN i UPA został odsłonięty we Wrocławiu w 1999 r. Cztery lata przed śmiercią Szczepan Siekierka, odbierając przyznaną jego Stowarzyszeniu nagrodę IPN „Kustosz Pamięci Narodowej”, powiedział m.in. te arcyważne słowa: „W minionych latach fałszywie zakładano, że prawda historyczna o ukraińskich zbrodniach miałaby szkodzić polskiej racji stanu”. Czy tezę o minionych latach powtórzył by i dzisiaj?

Autorytety

W październiku 2006 r. mój Teatr Nie Teraz był pomysłodawcą i organizatorem w Tarnowie sesji naukowej pt. „Zagłada. Ludobójstwo na polskich Kresach 1939 – 45”. Myślę, że było to pierwsze tej skali w kraju, a na pewno wyjątkowe spotkanie naukowców i osób dla tytułowego tematu najbardziej kompetentnych. Wyjątkowość wynikała z połączenia faktografii z teatrem, bowiem wypowiedzi prelegentów punktowane były działaniami artystycznymi (w tym także pieśniami). Wszystko odbywało się w wypełnionej po brzegi sali (ok. 400 uczestników, w większości młodzież), a cała przestrzeń została scenograficznie uteatralizowana na spaloną polską wieś z kulminującymi ruinami kościelnej wieży.

Wystąpienia zaproszonych gości uważam do dzisiaj za swoiste kompendium polskiego wołyńskiego holokaustu. Najpierw Ewa Siemaszko (prelekcja „Od walk i terroru do ludobójstwa. Jak doszło do >genocidium atrox< na Kresach?”) uświadomiła słuchaczy co do ideologicznej genezy nacjonalizmu ukraińskiego (a w zasadzie nazizmu) i co do rozmiaru fizycznej eksterminacji ludności polskiej.  Referat dr Lucyny Kulińskiej („Przebieg eksterminacji ludności polskiej na Kresach Wschodnich. Okres planowego ludobójstwa 1943-44„), data po dacie i zdarzenie po zdarzeniu, a wszystko z przypisami do źródeł, wpisuje w dzieje powszechne ten „epizod” II wojny światowej. Natomiast ks. prof. Józef Marecki („Kościół katolicki wobec ludobójstwa na wschodnich Kresach II Rzeczpospolitej. Zarys problematyki”) daje nam szansę na zrozumienie duchowej strony banderowskiego zła, które w jego rozumieniu i dalszych naukowych dociekaniach jest niczym innym jak zbiorowym opętaniem.

Wystąpienie Romualda Niedzielko, historyka z IPN, okazało się być niespodziewanie ważne, czego wtedy jeszcze do końca nie rozumieliśmy („Sprawiedliwi Ukraińcy. Na ratunek polskim sąsiadom skazanym na zagładę przez OUN-UPA”). Gospodarzy sesji reprezentował dr Paweł Juśko („Ludobójstwo ludności polskiej na Wołyniu i Galicji Wschodniej w opinii historiografii polskiej i ukraińskiej oraz na łamach współczesnych podręczników do nauczania historii. Zarys problematyki”) z tematem, który z każdym rokiem staje się ważniejszy, a szczególnie teraz wobec coraz liczniejszej obecności uczniów ukraińskich w polskich szkołach i zadekretowaną przez MEN dostępnością „ukraińskiego programu nauczania”. Ostatnim z prelegentów był ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski z więcej niż ważnym wykładem („Przemilczane ludobójstwo na Kresach. Polskie elity wobec prawdy historycznej o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów i ich ofiarach”). Jedynie słuszne, czyli bezkompromisowe traktowanie historii „rzezi wołyńskiej” przez ks. Tadeusza jest obowiązkiem polskich elit, które muszą się różnić od postawy Andrzeja Dudy, który ledwie dwa lata temu strofował ks. Isakowicza-Zaleskiego, upominającego się konsekwentnie od lat o prawdę i godne pochówki dla pomordowanych, mówiąc, iż „wolałby”, żeby ten „nie zajmował się polityką, tylko zajmował się tym, czym powinien zajmować się ksiądz”.

Racja stanu

Polskojęzyczni politycy i historycy robiący kariery na potakiwaniu chcą nas przekonać, żebyśmy uznali, iż państwowy kult banderowskich rezunów usankcjonowany przez kijowskie władze jest uzasadniony, bo wynika z braku tradycji niepodległościowej Ukrainy, a jedynymi którzy tam walczyli o niepodległość są jedynie takie indywidua jak Lebied, Szuchewycz czy główny ideolog zabijania – „batko Bandera”.

Krakowski profesor, Bronisław Łagowski, stwierdził kiedyś bardzo słusznie, że „dzisiejsza niepodległa Ukraina nie wyrosła z UPA, lecz z Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, która uzyskała niepodległość na mocy umowy białowieskiej. Jelcyn, a nie Bandera dał Ukrainie niepodległość”. Urojenia ukraińskie, wspierane przez interesy anglosaskie, począwszy od rządów Wiktora Juszczenki stały się podstawą ukraińskiej polityki, a nieszczęściem naszego kraju jest bezkrytyczne przyjęcie tej opcji przez rządzący tu na zmianę duopol PO i PiS.

W kontrze do tego mamy histeryczną opozycję, która w kontekście ukraińskim potrafi epatować jedynie nieszczęściem – tym przeszłym i tym, które wisi nad nami w związku z milionową imigracją do Polski ludzi od dwóch dekad indoktrynowanych, co do swoich dziejów. Dla przybyszy ze wschodu „polskie pany” odpowiadają za wszelkie ich nieszczęścia, czyli prawie jak u Żydów wykreowani polscy antysemici-faszyści.

Tymczasem mogło być zupełnie inaczej, czego doświadczyłem w ramach teatralnych peregrynacji po Ukrainie w pierwszych latach jej niepodległości. Nie było tam wtedy żadnych nazistowskich resentymentów, a gro spotykanych osób miało wobec Polaków naturalne poczucie wstydu i winy za  Wołyń. Wystarczyło wtedy oprzeć wzajemne relacje o honorowanie „ukraińskich sprawiedliwych”, co byłoby – swoją drogą – naturalnym przywołaniem faktów. I trudno byłoby o lepszy międzynarodowy tegoż wydźwięk, jak ukazanie tych prawdziwych bohaterów zza Buga, skądinąd również mordowanych przez banderowskich pobratymców. We wszystkich świadectwach i wspomnieniach jest bardzo wyraźnie podkreślany wątek ukraińskiego pomagania Polakom, ostrzegania, a także ukrywania przed rezunami. Tak ocaleli również moi Dziadkowie i ich córka, moja Mama.  

Jeszcze niedawno umieliśmy oddzielić zło od dobra i banderowca od Ukraińca. Dzisiaj te dwa słowa stały się synonimem eksponowanym na wiecach i marszach. Również publicyści epatują takimi emocjonalnymi skrótami, jak np. Jacek Międlar tytułujący swoje filmowe reportaże o „rzezi wołyńskiej” – „Sąsiedzi”. Dokładnie tego samego zabiegu (tytuł!) dokonał w swej antypolskiej książce osławiony Jan Tomasz Gross. Jeszcze niedawno ubolewaliśmy nad spychaniem polskiej pamięci do kościelnej kruchty (tylko tam było możliwym wyeksponowanie np. informacji o Katyniu czy o żołnierzach polskiego podziemia antykomunistycznego). A dzisiaj, po postawieniu w Domostawie „uwięzionego” przez lata pomnika „Rzeź Wołyńska” autorstwa Andrzeja Pityńskiego, są ludzie, którzy nawołują, aby na głównej nekropolii warszawskiej symbolicznie upamiętnić ofiary ludobójstwa na  Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Robią to pod jakże kalekim hasłem: „Wołyń na Powązki”. W czasie, kiedy neobanderowskie środowiska stawiają  na Ukrainie pomniki mordercom Polaków, a nawet żądają takich upamiętnień u nas, dlaczego nie od naszych władz nie żądamy symbolicznej pamięci dla ofiar ludobójstwa, ale w miejscach najważniejszych dla przestrzeni publicznej, np. pod hasłem: „Wołyń na Plac Defilad”.      

Sztuka

Sens budowania przyszłości na prawdzie i bez nienawiści widzę w historii młodego mężczyzny, poety z Krzemieńca. Niemal w przeddzień pamiętnej lipcowej niedzieli 1943 r., do wołyńskiego dowództwa UPA stacjonującego koło Kowla wysłani zostali parlamentariusze reprezentujący polskie władze podziemne. Byli to oficerowie AK – ppor. Krzysztof Markiewicz i por. Zygmunt Rumel oraz woźnica Witold Dobrowolski. Polskich posłów nie uszanowano. Banderowcy w okrutny sposób ich torturowali i ostatecznie rozerwali końmi.

Rumel w wierszu z 1941 r. pt. „Dwie matki” jednoznacznie pokazuje uczucia, które łączyły obie żyjące na tamtej ziemi nacje:

(…) Dwie mnie Matki-Ojczyzny wyuczyły mowy –

W warkocz krwisty plecionej jagodami ros –

Bym się sercem przełamał bólem w dwie połowy –

By serce rozdwojone płakało – jak głos…    

Od dawna uważam, że aby zrozumieć swą tożsamość potrzebujemy wyrażać ją poprzez dzieła artystyczne. Spłacamy wtedy swój dług wobec Pana Boga, który obdarował nas jakimś artystycznym  talentem. Spłacamy też dług wobec Ojczyny i wobec przodków. To bardzo konkretne i uzupełniające się zobowiązania. Tak też rozumiem swoje obowiązki stanu wobec tematyki wołyńskiej. W maju roku 2011 premierę miał spektakl Teatru Nie Teraz „Ballada o Wołyniu”. Niesamowitym jest to, że pomimo upływu lat mamy tutaj do czynienia z wciąż jedynym w Polsce przedstawieniem teatralnym, które prawdziwie opowiada o ludobójstwie popełnionym przez banderowców na Polakach, a jednocześnie, jak to recenzowała Temida Stankiewicz-Podhorecka, jest „wielkie i głębokie jak tragedia antyczna, jest wyjątkowym dziełem artystycznym”.

Wołyń krzyczy o swą mądrą obecność w świadomości Polaków. Jest równie ważny jak pamięć Powstania Warszawskiego, jak pamięć o pokoleniu Żołnierzy Wyklętych.

Tomasz A. Żak

Tytuł tego tekstu wziąłem od religijno-społecznego periodyku „Wołanie z Wołynia”, wydawanego od roku 1994 z różną częstotliwością w Ostrogu w diecezji łuckiej na Ukrainie (po polsku i ukraińsku) przez urodzonego w Zakopanem katolickiego księdza – Witolda Józefa Kowalów.

Dlaczego UE [i rząd warszawski] jest ślepa na prawdę o Ukrainie?

Dlaczego UE jest ślepa na prawdę o Ukrainie?

Autor: AlterCabrio, 6 kwietnia 2025

Jest to obrzydliwa farsa, to co się dzieje w tej chwili wokół sprawy ekshumacji. Jest to sprawa porażająca, gdy chodzi o cynizm i w ogóle próby pozamiatania spraw dla Polaków, które powinny być sprawami najważniejszymi w tej chwili. To nie jest sytuacja w Unii Europejskiej, to nie jest sytuacja z gospodarką, to nie jest sytuacja (czy) jakiekolwiek inne tematy zastępcze, które tam sprowadzają. To są pochodne od kondycji państwa i narodu polskiego. Natomiast państwo, w zasadzie trudno mówić o istnieniu państwa polskiego w sensie dobra wspólnego Polaków. Naród znalazł się w bardzo podłej sytuacji. Dlatego, że ponad 200 tysięcy szczątków przedstawicieli tego narodu poniewierają się od 80 lat. Szczątki te są w kniejach, w bagnach, w rzekach i wszędzie, gdzie się da. W tych zakątkach tej przeklętej ziemi, która nasiąkła tonami krwi niewinnej, polskiej. I ten naród nie zdaje sobie z tego sprawy. ‘Polacy nic się nie stało’, przejmuje się byle czym. Stacza dyskusje wokół wszystkiego. Natomiast ten temat to – jak to powiedziała jedna z obrzydliwych bab siedzących w parlamencie – to są stare trupy. Nie będziemy kupczyć starymi trupami. W tak podłej sytuacji jesteśmy.

−∗−

UE ślepa na prawdę o Zelenskym? Ekshumacje wołyńskie będą dokonywać Ukraińcy! Prof. W. Osadczy

−∗−

BONUS:

Ukraińcy chcą pomników upamiętniających UPA w Polsce w zamian za ekshumacje na Wołyniu

−∗−

Ludzkie szczątki w polu kukurydzy. Dlaczego nie ma ekshumacji?

W tym odcinku rozmawiam ze stowarzyszeniem Wizna 1939, które od lat walczy o godny pochówek polskich żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku.

W tle: pole kukurydzy, gdzie nadal znajdują się ludzkie szczątki. Mimo próśb i dokumentacji — brak zgody na ekshumację. Dlaczego?

Czy to tylko spór proceduralny, czy może coś więcej?

W rozmowie poruszamy:

– stan prac poszukiwawczych,

– relacje z IPN i Karolem Nawrockim,

– czym naprawdę jest pamięć i szacunek dla poległych.

Obejrzyj i sam oceń: czy Polska traktuje swoich bohaterów z należną godnością?

−∗−

Warto porównać:

Żukowska czyli wyższość ukraińskich trupów nad trupami polskimi
Dla Polaków to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna – śmierć jak śmierć, a dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka… Obecność […]