Nazistowska OUN. Jak Ukraińcy przygotowali rzeź wołyńską?

Nazistowska OUN. Jak Ukraińcy przygotowali rzeź wołyńską?

10 lipca 2026 Krzysztof Gędłek pch24/nazistowska-oun-jak-ukraincy-przygotowali-rzez-wolynska

image-3-1.png
fot. PCh24.pl/ GS

Nazizm dał ukraińskim nacjonalistom ideologiczne uzasadnienie dla mordowania Polaków. Inspirowani rasizmem dokonywali też – podobnie jak ich niemieccy sojusznicy – zbrodni na Żydach. W jaki sposób Ukraińcy spod szyldu OUN przygotowywali grunt pod ludobójstwo?

Ukraiński nacjonalizm rodził się – jak wiele podobnych ruchów – w XIX i XX wieku. Od początku wśród jego twórców istniało przekonanie, że poważnym zagrożeniem dla powstania państwa ukraińskiego są Polacy. Konflikt ten podsycali też zaborcy. Częściowo Rzesza Niemiecka, upatrująca w ruchach nacjonalistycznych możliwości destabilizowania sytuacji wewnętrznej w Austro-Węgrzech czy Rosji; częściowo zaś same Austro-Węgry, które liczyły na skuteczne zarządzenie przez spór narodowościowy.

Jednak niechęć do Polaków ze strony nacjonalistów ukraińskich narastała wyraźnie w dwudziestoleciu międzywojennym. To wówczas do głosu doszło młode pokolenie radykałów, którzy dorastali w pierwszych dwóch dekadach XX wieku. Oskarżali oni starszą generację o zaprzepaszczenie szansy na powstanie państwa ukraińskiego. Winę za ten stan rzeczy przypisywali też w ogromnej mierze Polakom. Ich modus operandi opierał się w gruncie rzeczy na dwóch założeniach: potrzebie rewizji porządku wersalskiego w wyniku konfliktu zbrojnego oraz osłabieniu Polski tak, by nie mogła ona już stanąć na przeszkodzie do powstania wymarzonego państwa. Krótko mówiąc, „nowy nacjonalizm” ukraiński, którego politycznym wyrazicielem stało się OUN był rewolucyjny i radykalnie antypolski. Antypolski, bo wyrastający z głębokiego przekonania, że to z Polską przyjdzie mu stoczyć najpoważniejszą walkę – walkę o ziemię.

Dodajmy jednak, że o ile nacjonaliści ukraińscy – jak wiele niepodległościowych organizacji – posługiwali się terrorem, to jednak nowością w przypadku OUN był właśnie ów rewolucyjny program, inspirowany faszyzmem i nazizmem. Nie była to jedynie inspiracja taktyczna, ale ideowa oraz polityczna.

„Nie wstydźmy się mordów”

Zbrodnie UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej były czymś absolutnie wyjątkowym. To trzecie największe ludobójstwo dokonane na Polakach po sowieckim i niemieckim. Były to zbrodnie zaplanowane, prowadzone z premedytacją i obliczone na konkretny cel: usunięciu ludności polskiej z terenów, które nacjonaliści ukraińscy uznali za swoje.

Rasistowskie motywacje tamtych mordów nie dają się porównać z niczym innym wcześniej. Jak to zatem możliwe, że narodowcy ukraińscy przeszli od terroryzmu dwudziestolecia międzywojennego do ludobójstwa?

Doskonałą egzemplifikacją tego, co wpłynęło na zbrodniczy charakter OUN jest życie i twórczość Dmytro Dońcowa, marksisty, który – choć kształcił się na terenie Rosji – pozostawał pod silnym wpływem Niemiec. W trakcie I wojny światowej angażował się w powstanie tzw. hetmanatu, czyli legitymizowanych przez Niemców rządów Pawła Skoropadskiego.

Najważniejszym dziełem Dońcowa pozostaje oczywiście wydany w 1926 roku „Nacjonalizm”. To praca konstytutywna dla Ukraińców spod szyldu OUN, swoista „biblia” ich ideologii. Stanowi exemplum intelektualnej degradacji Dońcowa, przesiąkniętego już wówczas ideologią nazizmu i faszyzmu.

O czym pisał Dońcow? Przede wszystkim przestrzegał przed prowansalizacją Ukrainy. Uważał, że podobnie jak francuska Prowansja została zdominowana przez północną Francję, tak tereny ukrainne mogą być kulturowo zwasalizowane przez Rosję. Utrzymywał, że Rosjanie stanowią największe zagrożenie dla mającej powstać w przyszłości Ukrainy a tym, co może ją uratować jest sojusz z Zachodem.

Jednak kluczowe z punktu widzenia późniejszej ludobójczej praktyki UPA, była te koncepcje Dońcowa, które wprost inspirowała rewolucyjna ideologia nazizmu. Dońcow uważał bowiem, że kwestia powstania narodu to sprawa woli, to znaczy, że tzw. grupa inicjatywna pod przewodnictwem jednego wodza, zdecyduje nie tylko czym jest naród, ale też określi kryteria przynależności do niego. Powinni oni również otrzymać prawo stosowania przemocy wobec osób czy grup stanowiących przeszkodę w postaniu narodu ukraińskiego. Nie podawał oczywiście żadnych jasnych kryteriów określających stosowanie siły. Podawał natomiast, że ma to być siła brutalna, nie licząca się z godnością drugiego człowieka, wszak czegoś takiego w istocie nie ma. Moralna jest bowiem jedynie siła, za sprawą której można uzyskać przewagę, zaś niemoralna (zła) jest śmierć. Tę myśl znacznie bardziej bezpośrednio jeszcze wyraził inny ideolog nacjonalizmu i zdeklarowany wróg Polaków, Mychajło Kołodzinski: „mając na celu wolne państwo ukraińskie, idźmy doń wszystkimi środkami i wszystkimi szlakami. Nie wstydźmy się mordów, grabieży i podpaleń. W walce nie ma etyki

Dońcow wprowadzał do swojej koncepcji narodu także element rasistowski. Uważał, że rodzący się naród ukraiński jest boski w sensie religijnym. Deifikował ukraińską wspólnotę narodową, sytuując ją ponad innymi wspólnotami. Jej zadaniem ma być biologiczne przetrwanie, czyli pokonanie zagrażającym jej wspólnot.

Trudno rzecz jasna wskazać konkretny moment, w którym radykalizm, narastający w nowym pokoleniu ukraińskich nacjonalistów, uczynił Ukraińców rasistami, dążącymi do „ostatecznego rozwiązania” kwestii wrogów mającego powstać państwa ukraińskiego. Nie sposób jednak zaprzeczyć temu, że Dońcow odegrał kluczową rolę w ideowym formowaniu tego środowiska. Dostarczył im spójnej ideologii, uzasadniającej zbrodnicze działania.

Jak naziści

Nie tylko ideologicznie nacjonaliści z OUN byli bliscy hitlerowcom. Berlin wspierał nacjonalistów ukraińskich jeszcze przed wojną. Podstawą tego „sojuszu” był rewizjonizm. Niemcy chcieli pogrzebać traktat wersalski i odbudować dzięki temu swoją niedawną potęgę. Takie grupy, jak działacze z OUN – w dodatku bliscy ideowo nazistom – zwracały uwagę Berlina, wszak dawały możliwości działań dywersyjnych w ewentualnej wojnie z Polską i ZSRR. OUN-owcy pozostawali zatem pod politycznym wpływem Rzeszy, uczestniczyli m.in. w szkoleniach organizowanych przez Abwehrę. Sami zresztą dużo obiecywali sobie po Adolfie Hitlerze, licząc, że wojna stanie się dla nich okazją do zbudowania upragnionego państwa ukraińskiego.

Po jej wybuchu, Hitler wspierał jeszcze przez pewien czas OUN, nie będąc pewnym czy Sowieci, zgodnie z ustaleniami dokonanymi pomiędzy Joachimem Ribbentropem a Wiaczesławem Mołotowem, dołączą do wojny. Ukraińcy wykorzystywali wojenny chaos, dokonując pierwszych zbrodni, które trudno już uznać za akty terroru. Świadczyły raczej o planowanej polityce eksterminacji konkretnych narodowości. Zgodnie zresztą z „programem” wspomnianego już nacjonalisty Mychajło Kołodzinskiego: „trzeba krwi, dajmy morze krwi, trzeba terroru, uczyńmy go piekielnym”.

Idąc za tym wskazaniem bojownicy OUN dokonywali mordów na ludności polskiej m.in. w Koniuchach, Potutorowie i Sławentynie. W sumie w kampanii wrześniowej nacjonaliści zamordowali 796 Polaków.

Nazizm i polityka łączyły Niemców i OUN, co przypieczętowywali oni krwią kolejnych ofiar. To dzięki Ukraińcom Niemcy zamordowali lwowską elitę naukową. Gdyby nie lista przekazana okupantom przez OUN, być może do egzekucji nigdy by nie doszło.

By wyraźniej jeszcze pokazać, jak bliskie sobie były nazizm u ukraińskich nacjonalizm, dodajmy że OUN-owcy nie tylko Polaków obrali sobie za cel. Ich wrogami byli także Żydzi – tu kolejne powiązanie z ówczesnymi nazistowskimi Niemcami – którzy podobnie jak Polacy byli mordowani i prześladowani przez Ukraińców. Wystarczy wspomnieć pogromy lwowskie. Żydów bito i torturowano, wreszcie dokonywano na nich masowych egzekucji. W sumie w lipcu 1941 roku zamordowano kilka tysięcy Żydów (szacunki mówią o czterech tysiącach). W ocenie tych morderstw niewiele zmienia fakt niemieckich inspiracji i zachęt, wszak OUN od początku w swoim programie definiowało wrogów jasno: byli to Polacy, Ormianie i Żydzi. Do tej grupy można było zapisać też Rosjan, jednak z nimi OUN wiązało jeszcze pewne nadzieje, licząc, że na ich asymilację.  

Konflikt i ludobójstwo

Jak na współpracę z OUN patrzyli po wybuchu wojny Niemcy? Zasadniczo dominowała postawa, którą reprezentował Hans Frank, gubernator okupowanych ziem polskich w tzw. Generalnym Gubernatorstwie. Powołał on m.in. Ukraińską Policję Pomocniczą, dostrzegając w nienawiści Ukraińców do Polaków szansę na prowadzenie skutecznej polityki w myśl zasady „dziel i rządź”. Mówimy zatem o podejściu bardzo pragmatycznym.

W niemieckiej elicie władzy spór o politykę wobec Ukrainy i OUN toczył się pomiędzy Alfredem Rosenbergiem (w czerwcu został ministrem Rzeszy ds. ziem wschodnich), Wilhelmem Canarisem (szef Abwehry) oraz Heinrichem Himmlerem (szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy i autor Generalplan Ost). Rosenberg był przeciwnikiem dozbrajania Ukraińców, chciał ich germanizować i sporo sobie po ich „zniemczeniu” obiecywał. Himmler z kolei forował twardy kurs wobec nich, sprzeciwiając się jakimkolwiek koncesjom. „Liberałem” zaś okazał się Wilhelm Canaris. Jego zdaniem Ukraińcy mogli okazać się pożyteczni do wykorzystania ich w przyszłości, stąd optował za wspieraniem OUN.  

Poważny kryzys w relacji między Niemcami a nacjonalistami ukraińskim nastąpił w 1941 roku, po rozpoczęciu wojny między Berlinem a Moskwą. OUN-owcy liczyli wówczas na powołanie państwa ukraińskiego, nawet ogłosili Akt Odnowienia Państwa Ukraińskiego i mianowali premierem Jarosława Stećkę, działacza nacjonalistycznego. Dowiedziawszy się o tym Hitler wpadł w szał i zażądał ukarania niesfornych sojuszników. W ten sposób niemała część wierchuszki nacjonalistów (w tym Stepan Bandera) trafiła do niemieckiej niewoli.

Był to potężny cios dla działaczy OUN (wówczas już podzielonych na frakcje Andrieja Melnyka i Stepana Bandery), ale pomimo tego nie dokonali oni istotnej korekty sojuszów ani tym bardziej ideologii. Nadal widzieli w Niemcach nadzieję na realizację swojego programu. Trzeba pamiętać, że OUN-owcy traktowali II wojnę światową jak dogrywkę po wielkiej wojnie z początku wieku. Spodziewali się zatem realizacji podobnego scenariusza jak wówczas, czyli ostatecznego zwycięstwa wrogów III Rzeszy. Ich celem było zatem utrzymywanie bliskich relacji z Berlinem dopóki ten święci tryumfy i wykorzystanie sytuacji do „oczyszczenia” ziem ukraińskich z – ich zdaniem – wrogich narodowości, w tym rzecz jasna z Polaków. Później zaś planowali zmienić front i sprzymierzyć się z aliantami.

OUN podjęło zatem decyzję o powołaniu własnej grupy bojowej, wzmocnionej Ukraińcami przeszkolonymi w niemieckich batalionach, w tym między innymi Romanem Szuchewyczem i Wasylem Sudorem. Tak powstała UPA, która niebawem miała rozpocząć misternie zaplanowaną zbrodnię na Polakach, jedną z największych, jaką doświadczył nasz naród w całej historii. I najbardziej okrutnych.

***

Czy nie byłoby mordów na Polakach na Wołyniu i we wschodniej Galicji gdyby nie nazizm? To oczywiście spekulacje, na które nie sposób udzielić odpowiedzi. Nie mają one zresztą sensu. Możemy jednak z całą pewnością powiedzieć, że ukraińscy nacjonaliści – radykalni i wrogo nastawieni do Polaków – stworzyli w dużej mierze dzięki ideologii Dmytro Dońcowa teoretyczną podbudowę pod zbrodniczą ideologię. Sojusz z niemieckimi nazistami, zarówno polityczny jak i ideologiczny, stał się dla nich ważnym etapem – nadał spójności ideologicznej i stanowił niespełnioną ostatecznie, ale jednak bezcenną obietnicę o powstaniu silnego ukraińskiego państwa.

Przede wszystkim jednak stanowił ważne uzasadnienie dla dokonania straszliwej zbrodni na Polakach, słusznie określanej mianem ludobójstwa.

Krzysztof Gędłek

W trakcie tekstu korzystałem z:

Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011;

Michał Siekierka, Kwestia ukraińska w polityce Niemiec 1871-1991, Wrocław 2024;

Bogumił Grott, Ukraiński nacjonalizm a polska polityka wobec Ukrainy i Ukraińców, [w:] Biuletyn IPN nr 7-8, lipiec-sierpień 2010;

Autor: Krzysztof Gędłek

Po szczycie NATO – wołynka?

Stanisław Michalkiewicz: Po szczycie NATO – wołynka?

   Zakończył się w Ankarze kolejny szczyt NATO  z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa. Wspominam o jego udziale, bo zanim jeszcze szczyt się rozpoczął, wzbudził wśród europejskich członków NATO wielki niepokój, czy przypadkiem nie będzie to w historii Paktu szczyt ostatni. Prezydent Trump bowiem nie szczędził europejskim członkom NATO gorzkich wyrzutów, że nie udzielili oni Stanom Zjednoczonym spodziewanej pomocy w wojnie ze złowrogim Iranem, w jaką wkręcił Amerykę bezcenny Izrael.

Prezydent Trump najwyraźniej uważał, że europejscy sojusznicy powinni byli udzielić Ameryce oczekiwanej pomocy, w myśl art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Tymczasem art. 5 stanowi, że procedury sojusznicze uruchamiane są w przypadku, gdy państwo członkowskie padnie ofiarą czyjejś „zbrojnej napaści” – a w przypadku wojny przeciwko Iranowi, stroną napastniczą nie był Iran, tylko bezcenny Izrael i Ameryka, więc żadne procedury sojusznicze nie mogły być w tym przypadku uruchomione.

   Szczyt w Ankarze rozpoczął się więc od intensywnych zabiegów sekretarza Generalnego NATO Marka Rutte wokół udobruchania amerykańskiego prezydenta. Mark Rutte wykorzystał powszechnie znaną skłonność prezydenta Trumpa do przyjmowania komplementów, więc zakadził mu na wszelki możliwy sposób, obsypując komplementami.

Taktyka ta okazała się skuteczna, bo prezydent Trump nie tylko nie rozwiązał Paktu Północnoatlantyckiego, ale nawet odstąpił od zamiaru zerwania „wszelkich” kontaktów Ameryki z Hiszpanią, przestał krytykować panią Giorgię Meloni, a nawet zapomniał o Grenlandii, która jeszcze poprzedniego dnia była Stanom Zjednoczonym bezwzględnie potrzebna.

W rezultacie szczyt w Ankarze potwierdził zobowiązania wynikające z art. 5 traktatu waszyngtońskiego, stanął na nieubłaganym gruncie wspierania Ukrainy, uznał Rosję za „zagrożenie”, a rozochocony prezydent Trump nawet obiecał prezydentowi Zełeńskiemu udzielnie Ukrainie koncesji na produkcję pocisków rakietowych do systemu „Patriot”. Jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy, to europejscy członkowie NATO uchwalili, że corocznie będą Ukrainie płacili haracz w wysokości ok. 70 mld euro – aż do ostatecznego zwycięstwa.

Biorąc pod uwagę doniesienia, jakoby ok. 30 procent kwot trafiających na Ukrainę tytułem „wsparcia” było przytulane, to znaczy – prywatyzowane przez tamtejszych oligarchów, można nabrać przekonania, że ich poparcie dla kontynuowania wojny z Rosją do ostatniego Ukraińca nadal będzie utrzymywało się na dotychczasowym, a może nawet – na jeszcze wyższym poziomie.

Warto przy tym dodać, że USA zakręciły kurek z pieniędzmi dla Ukrainy, w związku z czym 70-miliardowy haracz będzie sfinansowany przez europejsów, którzy będą w Ameryce kupowali broń i inne rzeczy, po czym przekazywali je Ukrainie, żeby mogła prowadzić wojnę aż do ostatecznego zwycięstwa. Gdyby opierać się na doniesieniach portalu „Onet”, to można by nabrać przekonania, że jest ono już w zasięgu ręki, ale nie możemy zapominać, że pierwszą ofiarą każdej wojny – a więc również i tej – jest prawda, a po drugie – że od kwietnia br. Niemcy pozostają z Ukrainą w strategicznym partnerstwie, więc nic dziwnego, iż obraz wojny rosyjsko-ukraińskiej we wspomnianych mediach bardzo przypomina doniesienia niemieckiej prasy z początków operacji „Barbarossa”, kiedy to każda kronika filmowa rozpoczynała się od fanfar – i dopiero po Stalingradzie fanfary zostały zastąpione przez werble.

   W dodatku tak się złożyło, że kiedy w Ankarze rozpoczynał się szczyt NATO, złowrogi Iran i USA znowu zaczęły obrzucać się nawzajem ponaddźwiękowymi dzidami. Wprawdzie formalnie trwa jeszcze 60-dniowe zawieszenie broni, ale prezydent Trump oświadczył, że „to koniec”, bo ci Irańczycy, to „źli i chorzy ludzie” z którymi on nie chce mieć już nic do czynienia. Najwyraźniej musiał stracić nadzieję, że premier rząd jedności narodowej bezcennego Izraela pójdzie mu na rękę i wstrzyma ostrzał Libanu.

Nawiasem mówiąc, ta nadzieja nie była specjalnie duża, bo  każde dziecko wie, że w październiku br. w Izraelu są wybory – a dopóki trwa wojna, to poparcie Żydów dla Beniamina Netanjahu jest podobne do poparcia, jakim w Niemczech cieszył się Adolf Hitler po pokonaniu Francji.

   W tej sytuacji wygląda na to, że zarówno wojna rosyjsko-ukraińska prędko się nie skończy. Po pierwsze dlatego, że Ameryka, w której europejsy kupują dla Ukrainy broń, na tej wojnie nieźle zarabia, dzięki czemu zyskuje środki na obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami, z których każda przecież sporo kosztuje. Skoro tak, to i wojna przeciwko złowrogiemu Iranowi też może trwać przez czas nieokreślony, chociaż nie można wykluczyć, iż będzie przerywana porozumieniami pokojowymi – na przykład w rodzaju obecnego, 60-dniowego zawieszenia broni.

Wprawdzie prezydent Trump powiada, że już ma tego całego Iranu dość, ale dopóki musi tańczyć, jak mu zagrają władze bezcennego Izraela, to będzie tańczył – najwyżej z przerwami na odpoczynek – podczas których giełdy będą reagować obniżkami cen ropy – na czym osoby dobrze poinformowane mogą też zbić majątek.

   Podczas wspomnianego szczytu NATO w Ankarze doszło też do spotkania pana prezydenta Karola Nawrockiego z prezydentem Zełeńskim, któremu prezydent Nawrocki wcześniej postanowił odebrać order Orła Białego. Co najmniej godzinna rozmowa nie doprowadziła do niczego. Po pierwsze dlatego, że dla prezydenta Zełeńskiego najwaźniejsza była uchwała europejsów o 70-miliardowym corocznym haraczu dla Ukrainy, w którym Polska tak czy owak będzie finansowo partycypowała.

Tymczasem pan prezydent Nawrocki chyba liczył na ustępstwa prezydenta Zełeńskiego w sprawie UPA i Panteonu herojów – a on w tej sprawie ani nie chce, ani nie może cofnąć się nawet o krok. Po pierwsze – ze względu na  proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. Oznacza ono, że Niemcy wróciły do polityki prowadzonej przez Cesarstwo Niemieckie pod koniec I wojny światowej. Jak pamiętamy pozwoliło ono na utworzenie państwa ukraińskiego, by przy jego pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków.

W tej sytuacji Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc można ją prowokować na wszelkie sposoby, żeby w razie czego zwalić na nią winę, gdyby na Ukrainie coś poszło nie tak – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bo chociaż wojna z Rosją jeszcze nie zakończyła się ostatecznym ukraińskim zwycięstwem i nie wiadomo, ani kiedy, ani czy w ogóle się tak zakończy – to już teraz pan Cyryl Budanow przestrzegł Lachów, by nie podejmowali „niedojrzałych kroków” podczas obchodów rocznicy rzezi wołyńskiej 11 lipca br. – bo w przeciwnym razie „nikt nie będzie siedział w milczeniu”.

Nasza duszeńka pokazała kły i pazury.

Skandaliczny apel kardynałów: Byczok, Krajewski, Nycz, Ryś.

Skandaliczny apel czterech kardynałów

Autor: CzarnaLimuzyna, 30 czerwca 2026

Środowisko antykościoła, które zagnieździło się jak pasożyt w Kościele katolickim od dłuższego czasu kultywuje zwyczaj pisania antypolskich i antykatolickich listów i apeli. Zawsze wbrew prawdzie i zawsze w zgodzie z socjotechniką Bestii utrwalającą ogłupienie i bierność, ganiąc przejawy patriotyzmu wśród Polaków broniących historycznej pamięci, godności ofiar i honoru żyjących.

Tak również jest w przypadku „Wspólnego apelu o pojednanie Polaków i Ukraińców” napisanego w duchu „pedagogiki wstydu” i symetryzmu czyli dzielącego winę na pół.

Słowo ekshumacje nie pada ani razu, a słowo Wołyń tylko raz w starym (sprzed 23 lat) cytacie z Jana Pawła II o rocznicy „tragicznych wydarzeń na Wołyniu”.

Nie ma nic o odrodzonej ideologii zła, nic o aktualnym kulcie nazistowskich ludobójców, nic o trwającej kampanii pomówień i nienawiści przeciw Polakom. Zamiast tego są sformułowania typu:

„pojawiają się nowe napięcia i odradza nieufność” – same z siebie?

„Z bólem obserwujemy wzrost wzajemnego napięcia i odradzające się nastroje wrogości między Polakami a Ukraińcami” – Bystrzy obserwatorzy… szkoda tylko, że pominęli przyczyny.

„Papież wzywa każdą i każdego z nas – Polaków i Ukraińców – do osobistego nawrócenia, a nie do rozliczania innych.” –  No i mamy typową propagandową ględę wzorowaną na komunistycznych apelach o przerwanie rozliczeń, a chodzi przecież o podstawowe standardy cywilizacyjne typu ekshumacje i chrześcijański pogrzeb ofiar ludobójstwa.

„Pamięcią negatywną, jest natomiast ta, która spojrzenie umysłu i serca obsesyjnie koncentruje na złu, zwłaszcza popełnionym przez innych” – Pamięć o Wołyniu jest pamięcią negatywną i obsesyjną? W rozumieniu autorów apelu, pewnie tak, w odróżnieniu od pamięci o holocauście.

Apel podpisali

Mykoła kard. Byczok CSsR

Konrad kard. Krajewski

Kazimierz kard. Nycz

Grzegorz kard. Ryś.

Skandal na KUL. Boją się książki „Wołyń bez mitów”.

Szanowni Państwo, z przykrością informujemy, że od dzisiaj nie znajdziecie nas na Katolickich Targach Książki w Lublinie, odbywających się w holu Collegium Jana Pawła II na „Katolickim” Uniwersytecie Lubelskim, na których mieliśmy stoisko.

Dziś rano zostaliśmy wyrzuceni z targów.

Cały czas czekamy na podanie oficjalnej przyczyny. Nieoficjalnie przekazano nam, że powodem była ekspozycja książki „Wołyń bez mitów”. Decyzję przekazał nam Prezes Stowarzyszenia Wydawców Katolickich, a kierownictwo KUL wysłało dwóch „pomocników”, którzy mieli dopilnować, abyśmy niezwłocznie opuścili teren uczelni. W związku z tym musieliśmy odwołać wizyty Leszka Żebrowskiego, Piotra Plebaniaka, dr Ewy Kurek oraz dr. Leszka Pietrzaka, którzy mieli być na naszym stoisku.

Od wielu lat uczestniczymy w targach książki, a z taką sytuacją spotkaliśmy się po raz pierwszy. Szczególnie oburzający jest fakt, że próba kneblowania ust nastąpiła na Uniwersytecie, z definicji mającym być forum wymiany i ścierania się myśli. To, że dochodzi do tego na uczelni mającej w nazwie „katolicki” i odwołujący się do spuścizny św. Jana Pawła II, jest wprost niewyobrażalne. Kryjącym się w cieniu władzom uczelni dedykujemy słowa jej patrona: „Nie lękajcie się”.

Ludobójstwo wołyńskie jest niezaprzeczalnym faktem, a jego skala i okrucieństwo do dzisiaj budzi przerażenie. Pamięć o ofiarach jest nie tylko obowiązkiem, jest koniecznością, choćby by taka zbrodnia nigdy więcej się nie powtórzyła, a domaganie się chrześcijańskiego pochówku dla niepogrzebanych jest na wskroś katolickie. Zamilczanie tego bolesnego tematu w imię fałszywie pojmowanej poprawności politycznej jest czymś gorszym niż błąd – jest podłością.

Jako zespół Capital deklarujemy, że nie ulegniemy tej nienawistnej kampanii wykluczania i dalej będziemy kontynuować naszą misję. Jesteśmy jeszcze bardziej zmotywowani do pracy i tworzenia nowych projektów. Nadal też będziemy współpracować ze Stowarzyszeniem Wspólnota i Pamięć, której to współpracy owocem jest zakazana od dziś na KUL książka „Wołyń bez mitów”.

Capitalbook

Kibice Śląska Wrocław walczą o prawdę: „Ukraińcy mordowali dzieci na Wołyniu”, „80 lat haniebnego milczenia za nami. Wołyń ’43”. „Przemilczane ludobójstwo, bo ofiary były Polakami”.

Kibice Śląska Wrocław walczą o prawdę: „Ukraińcy mordowali dzieci na Wołyniu”, „80 lat haniebnego milczenia za nami. Wołyń ’43”. „Przemilczane ludobójstwo, bo ofiary były Polakami”.

[ Winter pisze: „Skandal na meczu ekstraklasy. Kibice rozwiesili antyukraińskie transparenty” md]

Wg.: Błażej Winter skandal-na-meczu-ekstraklasy-kibice-żądają-prawdy)

—————————-

„Ukraińcy mordowali dzieci na Wołyniu”, „80 lat haniebnego milczenia za nami. Wołyń ’43” – takie i jeszcze ostrzejsze transparenty pojawiły się na trybunach podczas meczu Śląska Wrocław z Zagłębiem Lubin. To nie pierwszy raz, kiedy wrocławscy kibice wznoszą antyukraińskie hasła.

==================

Kibice Śląska Wrocław znów o sobie przypomnieli. W marcu tego roku Komisja Ligi ukarała klub grzywną w wysokości 15 tys. zł za to, że pod koniec lutego podczas meczu z Lechem Poznań kibice z Wrocławia wywiesili transparent z napisem: „To nie nasza wojna”. Wcześniej w październiku zeszłego roku na trybunach stadionu Tarczyński Arena pojawiło się hasło: „Stop ukrainizacji Polski”. Teraz kibice z Wrocławia poszli o kilka kroków dalej. Wywiesili cały szereg „antyukraińskich” transparentów, w tym jeden ogromny, nawiązujący do zbrodni na Wołyniu.

——————————————————

Narodowy Lublin

@narodowylublin

Śląsk Wrocław dzisiaj bez ogródek.

„UKRAIŃCY MORDOWALI DZIECI NA WOŁYNIU”

„STOP UKRAINIZACJI POLSKI”

„JEBAĆ BANDEROWCÓW”

„JEBAĆ UPA”

Zdjęcie

·

2 944 Polubienia

„bolszewicy rozstrzelali mię wraz z bratem”. Ks. Wincenty Jach – trzykrotnie ocalony…. Wielkanoc będzie czerwona od krwi „lackiej”…

bolszewicy rozstrzelali mię wraz z bratem”. Ks. Wincenty Jach – trzykrotnie ocalony.

…Wielkanoc będzie czerwona od krwi „lackiej”…

gloria

Ksiądz Wincenty Jach urodził się w roku 1897. Święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1926, po czym pełnił funkcję wikarego w parafii w Młynowie, w dekanacie Dubno oraz proboszcza w Ożeninie, w dekanacie Ostróg, w diecezji łuckiej. W roku 1937 mianowano go proboszczem parafii Ptycza, w gminie Werba, w dekanacie dubieńskim.

27 czerwca 1941 roku został ciężko postrzelony tuż przed odwrotem żołnierzy sowieckich z Ptyczy (por. np. Diecezja łucka w latach 1939-1945. Sprawozdanie ks. Jana Szycha, opr. M. Dębowska) Jak napisze dwa lata później: „bolszewicy rozstrzelali mię wraz z bratem”. Sowieci uznali go za trupa i pozostawili, jednak doszedł do siebie i wyzdrowiał.

To nie był koniec, już dwa miesiące później, na początku września 1941 roku zamach na ks. Jacha zorganizowali Ukraińcy. Zamach ten opisał dziekan dubieński ks. Stanisław Kuźmiński w liście do ordynariusza łuckiego biskupa Szelążka z 6 września 1941 r.:

Dziś był u mnie ks. Wincenty Jach, proboszcz ptycki z wiadomością, że w dniu 4 września roku bieżącego [wg innych relacji 2 września – por. np. W. Siemaszko: Ludobójstwo… – przyp. wł.] o godzinie 24 dokonany został na jego osobę zamach bombowy. Jakiś osobnik rzucił przez okno do pokoju, w którym on spał ręczną bombę. Bomba eksplodując zniszczyła część podłogi obok łóżka, pościel, a jego chwilowo tylko ogłuszyła nie wyrządzając najmniejszej krzywdy. Uważam, że po raz drugi uniknął w cudowny sposób śmierci. Wskutek zniszczenia od bomby reszty probostwa, pozostałego po wojnie, ksiądz proboszcz zmuszony był z braku innego lokalu na miejscu zamieszkać w Smolarach, odległej wsi od Ptyczy 5 kilometrów u pana Szustra. Radziłem mu wyjechać z Ptyczy na stałe lub wziąć zdrowotny urlop, tym bardziej że wobec przerwania niektórych strun głosowych, głos jego jeszcze poważnie szwankuje i nie pozwala głosić ani kazań ani śpiewać. W dekanacie dubieńskim nie ma takiego księdza, z kim mógłby się zamienić na parafię, a przy tym byłby za blisko Ptyczy.”

Po pewnym czasie ks. Jach wrócił do Ptyczy i zamieszkał na strychu kościoła a w sierpniu 1942, w okresie spokojniejszym wrócił na plebanię (por. W. Siemaszko: Ludobójstwo…). Po Wielkanocy 1943 roku kiedy to nastąpiła kolejna już (po zimowej na początku 1943) fala rzezi na Wołyniu parafia ks. Jacha opustoszała.

W Wielki Czwartek, 22 kwietnia dokonano napadu na gospodarstwa polskie we wsi Białogródka w gminie Werba. Zabito kilkanaście osób. Jak pisze W. Siemaszko (Ludobójstwo…) „Jeden z upowców, będąc pod wpływem alkoholu, wygadał się, że wydobył ze studni zwłoki Jarosza Rozgonia [Czecha], aby wyrwać mu ze szczęki złote koronki i mostki”. W Wielkanoc do oddalonej od Ptyczy o 3 km Werby zaczęli napływać uciekinierzy z pobliskiej kolonii V Kwartał. Upowcy napadli na nią w noc Wigilii Paschalnej (z 24 na 25 kwietnia). Pozostały w niej głównie Polki i ich dzieci, a to wobec ostrzeżeń, że Ukraińcy mogą mordować mężczyzn (słynna zapowiedź, że Wielkanoc będzie czerwona od krwi „lackiej”), którzy na noc się ukryli poza osiedlem. Ofiary kłuto bagnetami i nożami, wrzucano do studni. Syn zamordowanej matki w wieku 10 lat z przerażenia ukrył się w gorącym piecu chlebowym i doznał ciężkich, przypuszczalnie śmiertelnych poparzeń (por. Siemaszko, op. cit.). W tę samą noc, noc Zmartwychwstania upaińcy napadli na polskie domy w Nosowicy Nowej. Również tutaj mężczyźni i młodzi chłopcy nocowali w lesie a w domach pozostały niewiasty i dzieci. Zamordowano ponad 20 osób. Część ocalałych Polaków również znalazła się w Werbie, gdzie przybyli prosząc Niemców o eskortę by mogli pogrzebać zamordowanych.

W nocy z Niedzieli Wielkanocnej na Poniedziałek Wielkanocny doszło do napadu na polskie domostwa we wsi Budy koło Werby – spalono łącznie 25 zagród i wymordowano ponad 20 Polaków. W położonej również na terenie gminy Werba parafii Pełcza księdza Bolesława Murawskiego ostrzegł miejscowy pop, którego potem w akcie zemsty Ukraińcy zabili (por. Siemaszko: Ludobójstwo…). 18 maja 1943 roku ks. Kuźmiński informował Kurię łucką:

„Jak wszędzie na Wołyniu, tak i w dekanacie dubieńskim dzieją się rzeczy przerażające: katolicy całymi nie tylko rodzinami, ale i wioskami pod groźbą mordów masowych opuszczają swe siedziby i ciągną do miasta Dubna, będąc często napadani i mordowani. W dubieńskiej parafii około 40 osób zostało zamordowanych. Rozpoczęło się to od 27 kwietnia roku bieżącego i trwa dotychczas w poszczególnych miejscowościach. Księża proboszczowie jeszcze siedzą na miejscu, tylko ks. Bolesław Murawski mieszka w Dubnie i do Pełczy od Świąt Wielkanocnych nie dojeżdża już.”

Mordy trwały dalej i w innych wsiach. Jak podsumowywał ks. Kuźmiński w liście do bp Szelążka z 15 czerwca 1943 r.: „wszyscy katolicy, za wyjątkiem Czechów, opuścili już parafię pełczańską, ptycką i radowską. Ksiądz Jach Wincenty mieszka jeszcze w Werbie, ale ze Mszą świętą dojeżdża w niedziele i święta do Dubna. (…) W radziwiłłowskiej parafii dotychczas zamordowano 44 osoby, w ptyckiej 91 osób, w pełczańskiej około 100 osób, w dubieńskiej do 100 osób. W Dubnie zgrupowało się kilkanaście tysięcy ludzi, których wywożą na robotę.”

To nie był jeszcze koniec – ukraińscy nacjonaliści nadal planowali jego zgładzenie. Po „akcji na św. Piotra i Pawła” znanej w Polsce jako „krwawa niedziela wołyńska” zaplanowano również atak na kościół w Ptyczy. Ks. Jach został jednak ostrzeżony o tych planach przez życzliwych mu Ukraińców i przeniósł się na stację kolejową w Werbie, gdzie stacjonował oddział węgierski. W noc po jego wyjeździe doszło faktycznie do napadu UPA na plebanię w Ptyczy, podczas którego zamordowano dwie zamieszkałe w pobliżu rodziny: Ukrainkę – wdowę po Polaku, miejscowym kościelnym i jej trzech nastoletnich synów (mimo wcześniejszych zapewnień banderowców że nic jej nie grozi) oraz rodzinę Władysława Furmańca (por. W. Siemaszko: Ludobójstwo…). Na początku sierpnia drewniany kościół Trójcy Świętej został przez nacjonalistów ukraińskich spalony.

Oddajmy znów głos ks. Kuźmińskiemu (list z 10 sierpnia 1943 r.):

De facto już nie istnieją parafie: ptycka, radowska i pełczańska. Wszyscy parafianie pod groźbą utraty życia grożącej ze strony bandytów opuścili swoją gospodarkę, inwentarz żywy i martwy i ziemię zraszając ją obficie krwią zamordowanych bezbronnych starców, dzieci i dorosłych krewnych, których zwłoki pozostały niepogrzebane na miejscu zbrodni. W ptyckiej parafii zginęło śmiercią męczeńską ponad 200 osób, w pełczańskiej do 200 osób, w radowskiej 35 osób. W ptyckiej i pełczańskiej parafiach zdarzały się wypadki, że pary rodzin chcąc uratować swoje życie przyjęli prawosławie, ale i ci zostali pomordowani. Miejscowa ludność często zachęcała do pozostania na miejscu katolików, a później sami przyczyniali się do śmierci. (…) Dnia 3 sierpnia 1943 r. został spalony przez bandytów kościół w Radowie wraz z plebanią i zabudowaniami gospodarczymi. Dnia 4 sierpnia roku bieżącego to samo stało się z kościołem w Ptyczy, zbudowanym jeszcze w 1787 r. Wiele wojen i dużo bitew przetrwał, ale nie oparł się złej woli człowieka-złoczyńcy. Proboszcz ptycki ks. Wincenty Jach ma zamiar w tych dniach wyjechać na urlop do swych stron rodzinnych. Zgodziłem się udzielić mu urlopu miesięcznego, o ile Wasza Ekscelencja aprobuje.”

Ks. Jach, który przebywał z innymi rodzinami polskimi na stacji Werba, wyjechał do Dubna a następnie do Brodów w województwie tarnopolskim. Swoje losy pokrótce opisał w liście do bp A. Szelążka z początku października 1943 r.:

Ile wycierpiałem, o tym wiedzą tylko parafianie. Bolszewicy rozstrzelali mię wraz z bratem, następnie rzucono na mnie granat, lecz i tym razem Opatrzność Boża czuwała nade mną, że uniknąłem śmierci, bo łóżko pobite, pościel podarta a ja wyszedłem cało. Utraciłem wszystko prócz sutanny, palta, kapelusza i laski. Poniewierałem się po domach parafian a przez pół roku mieszkałem na strychu ganku kościelnego w wielkich niewygodach. Grzebałem zamordowanych parafian, których zginęło około 250 osób. Po spaleniu kościoła i budynków mych parafian, parafianie wyjechali z parafii a ja przeniosłem się do Dubna, gdzie mieszkałem jeden miesiąc, lecz nie miałem z czego żyć, więc wyjechałem do Brodów, gdzie zostałem przez miejscowego księdza dziekana serdecznie przyjęty i pracuję tu od 15 sierpnia 1943 r. Jest tu moich parafian około 40 rodzin.”

Ks. Jach musiał potem wyjechać z Kresów, zmarł w roku 1965 na terenie [obecnych granic md] Polski.