O lotach kosmicznych w bliskiej przyszłości

O lotach kosmicznych w bliskiej przyszłości

Mirosław Dakowski, 17 maj 2026

Większość z nas chyba zauważyła zagadkowy zastój w dziedzinie tak zwanego podboju kosmosu. Wyścig między Sowietami a USA został nagle przerwany gdzieś w połowie lat 70, czyli przed pół wiekiem. Ciekawe kiedy dowiemy się o przyczynie tego zastoju. Obecnie w najbliższe otoczenie Ziemi, bo przecież nie jest to daleki kosmos, wybierają się różne państwa oraz najróżniejsze firmy. Ale na pewno sprawdzą, czy są na Księżycu ślady po lądowaniach Apolla i czy naprawdę znajdują się tam pozostawione przecież lądowniki Amerykanów.

——————————–

Rozważania poniższe piszę przy założeniu współpracy między wszystkimi uczonymi z różnych krajów, sięgającymi poza atmosferą Ziemi, a nie piekielnego, trwającego przecież, współzawodnictwa i zazdrości.

============================================

Sprawa oderwania od Ziemi. Mars.

Jest to trudne przy obecnych napędach chemicznych, bo wymaga pokonania nie tylko grawitacji Ziemi, ale i oporu atmosfery. Naturalnym by więc było, by na dalsze wyprawy w naszym Układzie planetarnym nie wybierać się z Ziemi, lecz z wygodniejszego miejsca.

Od razu powiem, że takim miejscem będzie orbita Księżyca.

Do urzeczywistnienia tego celu wcześniej konieczne będą dłuższe prace na Księżycu. Ale one są dla ludzi utrudnione z powodu braku atmosfery, ogromnych wahań temperatury powierzchni Księżyca między dniem i nocą, oraz ogromnego niebezpieczeństwa dla istot żywych promieniowania kosmicznego. Na powierzchnię Ziemi ono nie dociera, bo broni nas atmosfera.

Dlatego też prace na Księżycu powinny rozpocząć automaty, ewentualnie sterowane czy kontrolowane z Ziemi. To one zbudują pomieszczenia pod skałami, czyli właściwie w jaskiniach, bo tylko tam będą mogli dłużej przebywać ludzie. Żadne bazy na powierzchni Księżyca nie mają sensu, bo nie bronią przed wymienionymi niebezpieczeństwami. Automaty również szukać będą surowców potrzebnych dla rozwoju księżycowego przemysłu.

O źródła energii nie należy się martwić, bo przecież tam dostarcza je Słońce w nadmiarze. Konieczne będzie na początek wysłanie tam dostosowanych do warunków księżycowych paneli słonecznych. Jednym z kłopotów inżynierskich będzie ich chłodzenie, najprawdopodobniej trzeba będzie zaopatrzyć je w radiatory znajdujące się w cieniu. Bo przecież chłodzenie wodne jest tam niemożliwe…

Następnie automaty rozpoczną produkcję paneli fotowoltaicznych, bo krzemu tam jest ogromna ilość. Konieczne będzie znalezienie źródeł wodoru, a tlenu na przykład w postaci SiO2, jest tam też bardzo dużo. A paliwo tleno-wodorowe nadaje się idealnie do przyszłych rakiet, tak tych krążących między Ziemią a Księżycem, jak i tych skierowanych na orbitę Marsa.

Dopiero po przygotowaniu przez automaty pomieszczeń pod skałami można będzie wysłać stałą załogę, bo tam będzie mogla przebywać bez narażania jej na niebezpieczeństwa promieni kosmicznych ani strasznych skoków temperatury. A również, po pewnych zabezpieczeniach, będą mogli pracować bez ciężkich skafandrów, w normalnej atmosferze.

Dopiero taka współpraca, to jest sterowanie automatami z Ziemi oraz później sterowanie automatami przez ludzi pracujących w tych jaskiniach pozwoli na rozwinięcie sensownego górnictwa i przemysłu kosmicznego.

A będzie on niezbędny dla budowy statków kosmicznych bezpośrednio na orbicie Księżyca. Musi się to dziać z surowców uzyskanych na Księżycu i odpowiednio przetworzonych. Dopiero rakiety zaopatrzone w lokalne paliwo, najprawdopodobniej tlen i wodór, będą mogły bez wielkich opóźnień, dotrzeć na orbitę Marsa.

Oczywiście na orbitę, nie zaś na powierzchnię Marsa. Byłoby idiotyzmem całą rakietę zaprojektowaną do lotów między orbitą Księżyca a Marsem, pakować na powierzchnię Marsa. Tam będą lądowały tylko stosunkowo lekkie lądowniki.

I znów powtórzy się opisana powyżej kolonizacja Księżyca. To znaczy na początku na Marsie muszą pracować automaty zdalnie sterowane lub choćby konsultowane, a dopiero po zbudowaniu przez nie pomieszczeń, czyli jaskiń pod powierzchnią Marsa, najpewniej w zboczu góry, mogą tam stale pracować ludzie. Ta sama przyczyna co na Księżycu: obrona przed promieniowaniem kosmicznym i możliwość pracy bez skafandrów.

Oczywiście, dodam dla porządku, możliwe to będzie przy współpracy wszystkich mądrych ludzi, a nie żarcia się pomiędzy tak zwanymi mocarstwami.

============================ 

O możliwości eksploracji dalszych Planet

Pomijam Wenus, bo tam chyba nie da się nigdy wylądować. Gdyby trzeba było polecieć na Merkurego zapewne w poszukiwaniu surowców, to też należałoby  powtórzyć,  oczywiście w udoskonalonej formie, wariant opisany tu dla Księżyca i Marsa.

Planety zewnętrzne, a dokładniej ich księżyce można w przewidywalnej przyszłości badać jedynie przy pomocy automatów. Ze względu na powolne pełzanie ewentualnych rakiet przy użyciu paliwa chemicznego, udział ludzi w takich wyprawach jest wykluczony, a też ze względu na promienie kosmiczne. W rakiecie nie widać możliwości ochrony przed nimi.

W tych wyprawach można jednak rakiety z automatami badawczymi wyposażyć w reaktory jądrowe, jako źródło energii dla silników, ciągle niestety jeszcze chemicznych. Konieczne będzie opracowanie sposobów usuwania energii odpadowej z reaktora, czyli energii cieplnej. Najprawdopodobniej również będzie to możliwe przy pomocy radiatorów. Wygodne i nie wybuchające reaktory jądrowe zostały już przez kilkadziesiąt lat wypróbowane na łodziach podwodnych i okrętach. Przecież maszyny są dość odporne na promieniowania a reaktor ewentualnie pozostawiony na jakimś księżycu nie naruszy równowagi Układu Słonecznego.

Wyjście poza Układ Słoneczny, nawet do najbliższych gwiazd, jak Proxima Centauri, jest niemożliwe przy obecnym czy przewidywalnym na najbliższą przyszłość stanie fizyki jądrowej.

Ostatni skok jakościowy w fizyce miał miejsce przed wiekiem. Wtedy nastąpił wysyp geniuszy, że zacznę od Einsteina, Heisenberga czy Schrödingera.

Było wtedy tych młodych geniuszy kilku, może kilkunastu.

Następny wiek w porównaniu z tamtym okresem to przyczynki, drobniejsze odkrycia.

Na razie nic nie wskazuje, by zbliżał się nowy wybuch talentów, geniuszów, ani nawet rozwiązania zagadek naprowadzających na przyszłe otwarcie fizyki. A bez nich niemożliwe będzie stworzenie ani napędu jonowego, ani napędu fotonowego, które są niezbędne do przyspieszania rakiet do prędkości pod-świetlnych *).

Wydaje się więc, że nawet najbliższa okolica Układu Słonecznego jest dla nas [??] na zawsze zamknięta.

Zadadzą pytanie: A po cóż tam się pchacie na te planety czy gwiazdy? Odpowiem, jak któryś alpinista odpowiedział na podobne pytanie na temat gór: „Bo są”.

————————–——————–

* Jako nastolatek poszedłem na studia fizyki jądrowej, bo chciałem polecieć na księżyce Saturna. A do tego celu konieczny był napęd jonowy. Wystarczało przecież, uważałem, zmniejszyć rozmiary akceleratora liniowego jakieś 1000 razy, a zwiększyć intensywność wiązki na początek z miliard razy. Umożliwiłoby to już przecież wypróbowanie takiego silnika w kosmosie. To mi się nie udało, ale zostałem przy fizyce rozszczepienia oraz ciężkich jonów, badaniu własności pierwiastków poza fermem. oraz poszukiwania super-ciężkich pierwiastków. Złożyłem proposal poszukiwań jąder super-ciężkich w promieniach kosmicznych, jako potencjalny pierwszy kosmonauta z KDL-ów. Badania takie możliwe były oczywiście tylko spoza Ziemi. Złożył to mój Możny Protektor. Po paru miesiącach dostał on od generała Jaruzelskiego odpowiedź, że nie poleci katolik ale partyjny. I po roku czy dwóch poleciał Hermaszewski. Nic nie badał, niczego nie szukał.

Te marzenia nie były to jednak mrzonki: podobnej skali ewolucja nastąpiła, ale w elektronice. Od lampowych triod i pentod do obecnej „sztucznej inteligencji”

=================================

Przy okazji krótka wzmianka o kosmitach

Na przestrzeni wieków, szczególnie w ostatnich 100 latach, namnożyło się chyba dziesiątki tysięcy wiarygodnych sprawozdań o kontaktach z zielonymi czy szarymi ludzikami. Po odcedzeniu różnych fantastów, pozostaną jednak tysiące wiarygodnych ludzi, którzy o czymś takim donoszą.

Prawdopodobieństwo naturalnego, to znaczy na skutek przypadkowych kontaktów atomów, cząsteczek w dowolnych warunkach, powstania życia jest dokładnie zerowe. Potrzebna by była do tego ewolucja chemikaliów, a wykazano tak matematycznie jak i chemicznie, że szansa takich zjawisk jest równa zero.

Jedyną możliwością byłoby więc, że Stwórca zabawił się w stworzenie gdzieś równoległego do tego na Ziemi, Edenu. Jednak logiczne konsekwencje tego są na tyle absurdalne, że również to prawdopodobieństwo możemy uznać za zerowe.

Cóż więc z tymi niby oglądanymi przez uczciwych i wiarygodnych ludzi „zielonymi ludzikami”? Cóż, na pewno jest to albo złudzenie albo o wiele bardziej prawdopodobnie, mamienie szatańskie. Więc tym jako fizycy się nie przejmujmy.

Do czego prowadzi czytanie GieWu. MEM-y III.

—————————–

————————————————

—————————————————

——————————————

——————————————————

==================================================

————————————————————-

—————————————————

To ta: W Kłodzku. Ojczym gwałcił pasierbicę, matka ma wyrok za zoofilię.

——————————————————————-

——————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Wyniuchali szekle… MEM-y II.

———————————————

———————————————————

—————————————–

————————————————

————————————————

—————————————————

———————————————————–

———————-

————————————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Balcerowicz prorok… MEM-y I.

————————–

————————————————–

—————————————————–

——————————————————–

—————————

—————————————————

————————————

—————————————————-

——————————————

Pospolitość i eschatologia

Pospolitość i eschatologia

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    17 maja 2026 michalkiewicz

Wystarczą cztery Ziobra i Polska będzie dobra” – śpiewał przed laty Andrzej Rosiewicz. A teraz? Ach, jakiż zawód, jakież rozczarowanie! Prawie takie samo, jak w przypadku odchylenia listka figowego, pod którym widać… figę. Kiedy na Węgrzech wybory wygrał Piotr Magyar, obywatel Tusk Donald, a zwłaszcza jego totumfacki, obywatel Żurek Waldemar, oczyma duszy już widzieli złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, dostarczonego w klatce na uwieńczenie procesu „rozliczeń”, który – jak wiadomo – jest jedynym programem rządu koalicji 13 grudnia, nie nakazanym, a tylko zasuflowanym przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje. Piotr Magyar u siebie zresztą też zapowiada „rozliczenia”, więc wszystko wskazywało na to, że z obywatelem Tuskiem Donaldem będą się konsultować i koordynować wszystkie rozliczeniowe przedstawienia, gwoli udelektowania gawiedzi. Tymczasem kiedy tylko Piotr Magyar został zaprzysiężony na węgierskiego premiera, gruchnęła wieść, że złowrogi Zbigniew Ziobro jest już w Ameryce, dokąd ręce siepaczy obywatela Żurka Waldemara nie sięgają, bo gdyby jakiś siepacz spróbował tam sięgnąć, to zaraz tę rękę odrąbałaby mu tamtejsza władza ludowa.

Na domiar złego pojawiły się fałszywe pogłoski, że złowrogi Zbigniew Ziobro został waszyngtońskim korespondentem telewizji „Republika”, która dzięki temu będzie mogła punktować wszystkie potknięcia warszawskiego reżymu na gruncie amerykańskim. Pierwsza salwa zresztą już padła za sprawą byłego ambasadora, pana Magierowskiego, który w swojej książce opisuje, jak to obywatel Tusk Donald przemykał się w Waszyngtonie pod ścianami, podobno żeby nikt go nie rozpoznał. Książę-Małżonek chciał nawet urządzić cocktail z udziałem obywatela Tuska, ale ten nie chciał nawet o tym słyszeć i w rezultacie wylądował na rodzinnym obiedzie u Jabłoneczki. Takie to ci pogodne anegdoty z życia dworskiego opisuje pan Magierowski – ale z Ziobrą będzie pewnie gorzej.

Tymczasem w sobotę 9 maja obywatel Kosiniak-Kamysz, jako wicepremier vaginetu obywatela Tuska Donalda, podpisał pożyczkę SAFE. Jak widać, nie ma takiej siły która mogłaby powstrzymać obywatela ministra-ministrowicza przed wzięciem pieniędzy – nawet na podejrzanych warunkach. „Jak forsa – to mi wsuń ją” – pisze poeta – i tą maksymą najwyraźniej musi kierować się minister-ministrowicz. Tymczasem SAFE jest obciążona tzw. mechanizmem warunkującym, co oznacza, że poszczególne transze pożyczki pod jakimkolwiek pretekstem mogą być wstrzymywane, podczas gdy dług trzeba spłacać w całości.

A właśnie za sprawą obywatela Żurka Waldemara, który nie przepuszcza żadnej okazji, by szkodzić naszemu nieszczęśliwemu krajowi, Europejski Trybunał Praw Człowieków nakazał polskim władzom niezwłocznie udostępnić gabinety, sprawy do „orzekania”, no i oczywiście – forsę – czwórce kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, co to złożyli swoje „ślubowanie” wobec obywatela Czarzastego Włodzimierza, a przywołany notariusz spisał protokół. Pan prezydent ani myśli urządzać im dodatkowego ślubowania, w związku, z tym prezes TK Bogdan Świeczkowski, ani nie przydziela im gabinetów, ani „spraw do orzekania”, ani – co gorsza – forsy – ale to właśnie może być wykorzystane przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje do uruchomienia „mechanizmu warunkującego” i w rezultacie ani nasza niezwyciężona armia, ani politykowie nie zobaczą ani centa.

Tymczasem pan prezydent Nawrocki, jakby dla większej ostentacji, odebrał ślubowanie i wręczył nominacje ponad 140 sędziom, to znaczy – „neosędziom” – w nomenklaturze obywatela Żurka Waldemara oraz Judenratu „Gazety Wyborczej”, który z własnego nadania pretenduje do pełnienia w naszym nieszczęśliwym kraju funkcji rewidenta cnoty. Najwyraźniej pan prezydent pokazuje, że nie kuca ani przez obywatelem Tuskiem, ani przed Reichsfuhrerin Urszulą Wodęleje, która w Donaldu Tusku akurat sobie upodobała.

Tymczasem 9 maja odbyła się w Moskwie tradycyjna parada pobiedy – a to dzięki prezydentowi Trumpowi, który doradził trzydniowe zawieszenie broni Rosji i Ukrainie. Przy tej okazji ukraiński prezydent Zełeński zakpił sobie z prezydenta Putina, wydając dekret „zezwalający” na odbycie w Moskwie parady pobiedy. Ta kpina musiał dotknąć Rosjan do żywego, bo zamiast skorzystać z okazji, by siedzieć cicho, prezydent Putin w swoim przemówieniu zaczął miotać na prezydenta Zełeńskiego różne pogróżki. Generalnie jednak nie wykluczył zakończenia wojny – co według niego powinno nastąpić w rezultacie mediacji prowadzonych przez byłego niemieckiego kanclerza Gerharda Schroedera.

Jeśli by tak się stało, to myślę, że groźba, iż osiągnięcie „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie dokona się wskutek terytorialnej rekompensaty kosztem „Zakierzońskiego Kraju”, a więc – województwa podkarpackiego, części województwa małopolskiego oraz części województwa lubelskiego – zaczęłaby nabierać rumieńców. Kto wie, czy precedens zmiany granicy nie zachęciłby również Niemiec do podjęcia próby dokończenia procesu zjednoczenia, według granicy z 1937 roku – a z pozostałej reszty terytorium mogliby zaspokajać swoje roszczenia majątkowe Żydowie, dzięki czemu wszyscy byliby zadowoleni?

W tym kontekście lepiej możemy zrozumieć ostrą postać żydofilii, na którą w sposób widoczny cierpi Jego Eminencja Grzegorz kardynał Ryś – że w tym szaleństwie jest metoda, by również na odcinku religijnym zaordynować naszemu, mniej wartościowemu narodowi tubylczemu „pedagogikę wstydu”, której celem jest wzbudzenie bliżej nieokreślonego poczucia winy wobec Żydów tak, by już nigdy nie ośmielił się on Żydom w żadnej sprawie sprzeciwić.

Nawiasem mówiąc, ostatnio Jego Eminencji tak zwanego – jak mówią gitowcy – „śmiertelnego”- zadał pan red. Bogdan Rymanowski, znienacka zapytując, czy Eminencja wierzy w istnienie Boga. Po dłuższym namyśle Eminencja odpowiedziała, że to nieważne, czy Pan Bóg jest, czy Go nie ma – bo dla chrześcijanina najważniejsze jest, czy Pan Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie”. Czy jednak Pan Bóg mógłby objawić się, niechby nawet w Jezusie Chrystusie – gdyby Go w ogóle nie było? Okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta, jakby na pierwszy rzut oka mogło się wydawać. Credo quia absurdum! (wierzę, bo to absurd) – że ten okrzyk przypisywany Tertulianowi nabiera nieoczekiwanej aktualności w związku z wypowiedzią Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia, przez niektórych jego zwolenników z rewerencją nazywanego „Ryszardem”.

W tym kontekście na uwagę zasługuje deklaracja Kukuńka, czyli Lecha Wałęsy, że wprawdzie tego żałuje – ale nie jest Żydem. Jest to ważne tym bardziej, że w swoim czasie po mieście krążyły fałszywe pogłoski, że Żydem jest jeden z braci Kaczyńskich – ale nie wiadomo który.

Wprawdzie najgorsze są nieproszone rady, ale w czynie społecznym chciałbym doradzić Kukuńkowi, by wystąpił o przyznanie mu – obok licznych doktoratów honoris causa – również honorowego tytułu Żyda Polarnego. Pretekstem mogłaby być okoliczność, że pierwszym Żydem Polarnym został u nas Czesław Centkiewicz, który nosił nazwisko bardzo podobne do największego wroga Kukuńka – Sławomira Cenckiewicza

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Wojna przeciwko ludzkości. Część 2. Marek Wojcik.

Wojna przeciwko ludzkości.część 2

17. maja 2026 Marek Wojcik world-scam/wojna-przeciwko-ludzkosci-czesc-2

Pierwsza część opublikowana dwa tygodnie temu nosiła tytuł Wojna z ludzkością.

„Pieniądze rządzą światem!” Obserwuj Kla.TV, aby zobaczyć, jak międzynarodowi bankierzy, pozornie całkowicie legalnie, stworzyli nic innego jak globalny system prywatnej kontroli finansowej. Dzięki temu mogą zdominować system polityczny każdego kraju i gospodarkę całego świata. Źródło.

Źródło.

Według badania przeprowadzonego przez Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF), globalne zadłużenie osiągnęło we wrześniu 2025 r. rekordowy poziom 337,7 bln USD. Już samo zadłużenie Stanów Zjednoczonych, wynoszące ponad 38 bilionów dolarów, powoduje, że co roku trzeba zapłacić ponad bilion dolarów odsetek. Oznacza to, że ludzie muszą płacić niewyobrażalnie wysokie sumy rok po roku za same odsetki. Odsetki od pieniędzy, które zostały stworzone z niczego. W rezultacie biedni stają się coraz biedniejsi, podczas gdy bogactwo super-bogatych koncentruje się na coraz mniejszej liczbie osób.

8 marca 2014 r. samolot MH370 znika bez śladu. Samolot typu Boeing 777 linii Malaysia Airlines leciał z Kuala Lumpur do Pekinu, kiedy nagle zniknął.

Lord Jacob Rothschild odziedziczył patent na wydajny półprzewodnik, który należał do czterech inżynierów zaginionych na pokładzie samolotu Malaysia Airlines MH370. Czytamy w opublikowanym blisko 9 lat temu artykule na thepeoplesvoice.tv:  Rothschild przejmuje patent na półprzewodniki po zniknięciu inżynierów z lotu MH370. Źródło.

Ktoś słusznie powie, że to są przecież jedynie spekulacje. W sytuacji, której rodzina Rorschildów jest właścicielem wielu mainstreamowych mediów i wzmaga wysiłki, by ich nazwisko nie pojawiało się zbyt często w publikacjach, szczególnie tych nieprzyjaznych, pozostają jedynie spekulacje oparte na informacjach przeciekających pomimo tych starań na światło dzienne. Powiązanie tych punktów i wnioski logiczne to są właśnie te spekulacje. To nie są jeszcze dowody, ale ich ilość i duża wiarygodność stanowi dla wielu ludzi podstawę kształtującą ich poglądy na te sprawy.

Zabójstwo przeciwników banku centralnego USA – obecnie FED-u przez zatopienie Titanica w kwietniu 1912 r., zabójstwo prezydenta USA w listopadzie 1963 r., morderstwo Martina Luthera Kinga Jr. w kwietniu 1968 r., wyjątkowo miękkie lądowanie na Księżycu w lipcu 1969 r., operacja fałszywej flagi na WTC na Manhattanie we wrześniu 2001 r. – to tylko kilka najbardziej znanych wydarzeń, których wyjaśnienie siłą rzeczy musi być oparte na spekulacjach, o ile nie bierze się poważnie oficjalnych raportów komisji specjalnie utworzonych, w celu zagmatwania i ukrycia prawdy.

W oczekiwaniu na powtórkę. Nie tak znowu dawno wszyscy Polacy byli milionerami.

Nie każdy milioner jest przestępcą, ale gromadzenie majątku u wielu stanowi rodzaj uzależnienia – podobnego do narkomanii.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Jak prawosławne chrześcijaństwo postrzega zwierzęta? CZĘŚĆ 4

CZĘŚĆ 4

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa


=======================================================

Kościół prawosławny

Jedność całego stworzenia w Bogu


Kościół prawosławny podkreśla, że całe stworzenie – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – jest odbiciem Bożej chwały i pierwotnie funkcjonowało w doskonałej harmonii. Już w Księdze Rodzaju (1–2) świat zostaje nazwany „dobrym”, a zwierzęta zajmują w nim określone miejsce, współtworząc z ludźmi pełny porządek zamysłu Stwórcy. Ta wizja jedności i pokoju, zakorzeniona w świętych tekstach i wczesnej tradycji, pozostaje fundamentem prawosławnej teologii stworzenia.

Święty Maksym Wyznawca (ok. 580–662) był jednym z najwybitniejszych teologów bizantyńskich i mistyków wczesnego prawosławia. W jego antropologii i kosmologii centralne miejsce zajmuje koncepcja deifikacji (theosis) – zjednoczenia całego stworzenia z Bogiem. Maksym postrzegał człowieka jako pośrednika między Bogiem a stworzeniem, kogoś, kto ma „zjednoczyć w sobie” to, co rozdzielone – duchowe i materialne.

Zgodnie z jego nauką, człowiek ma rolę liturgiczną i kapłańską wobec świata. Oznacza to nie tylko odpowiedzialność za stworzenie, ale przede wszystkim jego duchowe przekształcanie – uświęcanie świata i ofiarowywanie go Bogu jako aktu dziękczynienia. Człowiek, jako istota rozumna i wolna, zdolna do miłości i kontemplacji, ma być tym, który prowadzi cały kosmos ku Bogu, przez swoje życie, modlitwę i działanie.

Maksym twierdził, że upadek człowieka zaburzył tę pierwotną jedność, ale przez Chrystusa możliwe jest jej przywrócenie. W tym sensie nie tylko ludzie, ale całe stworzenie uczestniczy w historii zbawienia i zostaje objęte ostatecznym planem Bożym.

Podsumowując – św. Maksym nauczał, że człowiek ma głębokie powołanie kapłańskie wobec stworzenia, a jego zadaniem jest nie tylko zarządzanie światem, lecz jego przemienienie i oddanie Bogu w duchu miłości, wdzięczności i kontemplacji.

W tym kontekście prowadzenie wszystkich istot do ich pierwotnego, boskiego źródła oznacza:

Uznawanie i docenianie piękna i wartości stworzenia jako odbicia Bożej chwały.

Życie w harmonii z naturą, nie niszcząc jej, ale pielęgnując ją.

Ofiarowywanie Bogu owoców stworzenia poprzez swoją pracę i modlitwę.

Bycie łącznikiem między światem materialnym a duchowym.

Poprzez swoje własne zjednoczenie z Bogiem, pociąganie za sobą całe stworzenie do tej jedności.

To powołanie zostało naruszone przez upadek, ale poprzez Chrystusa i działanie Ducha Świętego, człowiek jest powołany do odnowienia tej kapłańskiej roli.

Dlatego w tradycji prawosławnej często podkreśla się odpowiedzialność człowieka za los stworzenia i wzywa do życia w sposób, który odzwierciedla tę kapłańską godność.

Ludzie nie tylko sprawują opiekę nad stworzeniem, lecz także ponoszą odpowiedzialność za to, by wszystko, co zostało stworzone, mogło powrócić do Boga w pełnej jedności.

W tradycji prawosławnej upadek ludzkości, opisany w Księdze Rodzaju (rozdział 3), jest momentem, w którym nie tylko człowiek, ale i całe stworzenie zostało dotknięte grzechem. Upadek ludzki zakłócił pierwotną harmonię, która istniała między ludźmi a zwierzętami oraz między wszystkimi elementami kosmosu. W wyniku tego zdarzenia, świat został uwikłany w cierpienie, a harmonia między stworzeniem a Bogiem została zaburzona.

Jednak w przeciwieństwie do teologii zachodniej, która często postrzega zwierzęta jako duchowo oddzielone od Bożego planu zbawienia, prawosławna myśl teologiczna podkreśla, że odkupienie stworzenia obejmuje także zwierzęta. Zgodnie z tą tradycją, cały kosmos ma uczestniczyć w ostatecznym odnowieniu przez Boga. Oznacza to, że zwierzęta, stanowiące integralną część stworzonego porządku, nie są wykluczone z Bożego planu odkupienia. Przeciwnie, mają w nim swoje miejsce, uczestnicząc w boskim przekształceniu wszechrzeczy.

Jak prawosławne chrześcijaństwo postrzega zwierzęta?

Wschodni Kościół Prawosławny charakteryzuje się wyjątkowym, głęboko mistycznym i integralnym rozumieniem stworzenia, które kładzie silny nacisk na duchowe więzi łączące wszystkie istoty. W tej tradycji stworzenie postrzegane jest jako przeniknięte boską obecnością, a każda jego część – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – uczestniczy w duchowej harmonii. Takie podejście znacząco różni się od zachodniej tradycji katolickiej. Teologia katolicka tradycyjnie rozróżnia bowiem duszę rozumną i nieśmiertelną, przypisaną wyłącznie człowiekowi, oraz duszę śmiertelną (zwaną też zmysłową lub wegetatywną), którą posiadają zwierzęta i która ustaje wraz ze śmiercią ciała. W przeciwieństwie do tego, teologia prawosławna nie wprowadza takiego rozróżnienia. Całe stworzenie, w tym zwierzęta, traktowane jest jako integralna część świętego porządku Bożego, odzwierciedlającego Jego obecność i boskie piękno.

Ale także, niektórzy z teologów prawosławnych postrzegają zwierzęta i w taki sposób, jak to czyni Archimandryta Rafael (Karelin):

Chrześcijaństwo naucza, że uczucia religijne są główną i istotną cechą duszy jako obrazu i podobieństwa Boga. To jest główna różnica między człowiekiem a zwierzęciem. Świat emocjonalny zwierzęcia jest nie mniej dynamiczny niż świat emocjonalny człowieka. Zwierzęta w swej pierwotnej formie posiadają to, co można nazwać rozumem, czyli zdolność do znajdywania związku między przyczynami i odległymi skutkami oraz dokonywania wyborów w zmieniających się sytuacjach. Zwierzęta mają instynkty bardziej subtelne niż ludzie, ale nigdy nie odkryto u nich uczuć religijnych. Oto zasadnicza różnica między człowiekiem a tymi, którzy przywykli być nazywani jego „młodszymi braćmi”. (Архимандрит Рафаил (Карелин), Церковь и мир на пороге Апокалипсиса)

Olga Gumanowa w rozmowie z hieromnichem Nikanorem (Lepieszewem) usłyszała taką opinie na temat zwierząt w odnowionym świecie:

Na ikonie Narodzenia Chrystusa widzimy wołu i osiołka pochylających się nad Dzieciątkiem Bożym leżącym w żłobie. Niektóre sceny szopek bożonarodzeniowych przypominają Arkę Noego: są na nich owce z pasterzami i karawana wielbłądów. Hieromnich Nikanor (Lepeszew), wykładowca w Chabarowskim Seminarium Duchownym, opowiedział portalowi Pravda.Ru o tym, jak Kościół traktuje naszych mniejszych braci.

– Ojcze Nikanorze, czy według nauki prawosławnej zwierzęta mają duszę?

— W Księdze Rodzaju zwierzęta, ryby i ptaki nazywane są „duszami żywymi”. Swoją obecnością różnią się one na przykład od roślin, ciał niebieskich itp. Ale z Pisma Świętego wiemy też, że „dusza zwierząt jest we krwi” i umiera razem z ciałem. To jest jej główna różnica w stosunku do nieśmiertelnych dusz ludzkich, które żyją dalej po śmierci ciała. W ten sposób wśród mieszkańców świata widzialnego kształtuje się pewna hierarchia duchowa, oparta na obecności bądź nieobecności duszy, a także jej nieśmiertelności bądź śmiertelności. A ze wszystkich stworzeń Bożych tylko człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo swego Stwórcy.

— Istnieje pogląd, że wszystkie zwierzęta, które zostały pokochane przez którąkolwiek z osób, które tam dotarły, pójdą do Królestwa Niebieskiego. Co na ten temat mówili święci ojcowie?

— W chwili Drugiego Przyjścia Chrystusa, jak mówi Apostoł Paweł, „jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”. Oznacza to, że uwolni ona wszystko i wszystkich, co wchłonęła w czasie swego panowania w świecie materialnym. Nic, co stworzył Pan, nie popadnie w całkowite zapomnienie; Stworzenie Boże zostanie przywrócone w całej swojej pełni. Prorok Izajasz mówi, że w odnowionym wszechświecie będzie także miejsce dla zwierząt: „Wtedy wilk zamieszka z barankiem, a lampart z koźlęciem będzie leżał; cielę, młody lew i wół będą razem”. A czcigodny Nektarij z Optiny, który bardzo lubił koty, powiedział, że ze wszystkich zwierząt to właśnie one pierwsze wejdą do nieba.

Teologowie mają jednak różne opinie na temat tego, czy wszystkie martwe wcześniej zwierzęta zostaną wskrzeszone wraz z nadejściem wiecznego Królestwa Chrystusa. Niektórzy uważają, że tak. Inni uważają, że jeśli chodzi o zwierzęta, to dla Stwórcy nie liczą się poszczególne zwierzęta, nie przedstawiciele jednego czy drugiego gatunku, ale wyłącznie sam gatunek.

Osobiście jestem wielkim miłośnikiem naszych mniejszych braci i dlatego myślę, że w oczach Boga każde Jego stworzenie jest wyjątkowe i wartościowe. A sposób, w jaki święci traktowali swoich niemych przyjaciół, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Wspomnijmy Gerasima z Jordanii z jego lwem, św. Serafina z Sarowa z niedźwiedziem, św. Brendana Żeglarza z wielorybem i wielu innych ascetów. Nie mogę jednak upierać się przy swoim punkcie widzenia, ponieważ wszystko to jest sferą prywatnych osądów teologicznych, a takie czy inne poglądy na tę kwestię w żaden sposób nie wpływają na nasze zbawienie. Tak więc prawdę poznamy dopiero po Sądzie Ostatecznym. (Ольга Гуманова, Попадут ли животные в рай?).

Wielu świętych i mistyków prawosławnych, którzy żyli w bliskim kontakcie z naturą, jest znanych z głębokich duchowych relacji ze zwierzętami. Ich doświadczenia ukazują, że zwierzęta, podobnie jak ludzie, są częścią Bożego stworzenia i w jakiś sposób uczestniczą w duchowym życiu świata. Prawosławni mistycy często opisują swoje spotkania ze zwierzętami jako duchowe, a nie jedynie fizyczne, co wskazuje na ich szczególne miejsce w kosmicznym porządku.

Dodatkowo, koncepcja „kosmicznej liturgii” w teologii prawosławnej sugeruje, że całe stworzenie, w tym zwierzęta, bierze udział w oddawaniu czci Bogu. Kosmiczna liturgia oznacza, że wszystkie istoty, poprzez swoje istnienie, wypełniają boski plan, oddając chwałę Stwórcy. To zrozumienie stworzenia nie kończy się na wymiarze ziemskim, ale ma głęboki wymiar duchowy, który obejmuje także zwierzęta jako cząstkę większej harmonii.

Choć Kościół prawosławny nie naucza wyraźnie, że zwierzęta mają nieśmiertelne dusze, jego mistyczne podejście pozostawia pewną otwartość na spekulacje. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta będą częścią odnowionego stworzenia w życiu pozagrobowym, jednak prawosławna teologia, ze swoim podkreśleniem duchowej jedności stworzenia, sprawia, że ich rola w boskim planie może być znacznie głębsza, niż tradycyjnie się zakłada. W tej perspektywie zwierzęta mogą być postrzegane jako istoty, które mają swoją rolę w duchowym cyklu stworzenia, być może nawet uczestnicząc w jego ostatecznym odnowieniu.

Spojrzenie na duszę


W teologii prawosławnej, nawiązującej do myśli wielu Ojców Kościoła, obecna jest koncepcja trójdzielnej struktury duszy, która służyła do zrozumienia hierarchicznego porządku stworzenia, obejmującego ludzi, zwierzęta i rośliny. To ujęcie ukazuje złożoność życia, przypisując różnym jego formom odmienne zdolności i funkcje: duszę wegetatywną dla wzrostu i odżywiania, duszę zmysłową dla percepcji i instynktów, oraz unikalną dla człowieka duszę rozumną, będącą nośnikiem obrazu Bożego. Choć nie jest to dogmat w ścisłym tego słowa znaczeniu, koncepcja ta podkreśla duchową głębię świata, w którym każde stworzenie, na swoim poziomie istnienia, posiada swój sens i cel w Bożym planie. Koncepcja trójdzielnej duszy nie jest dogmatem Kościoła prawosławnego w takim samym sensie jak dogmaty trynitarne czy chrystologiczne. Była to raczej powszechnie przyjmowana filozoficzna i teologiczna rama w pewnym okresie historii Kościoła.

Święty Maksym Wyznawca w swojej teologii rozwija klasyczną myśl patrystyczną dotyczącą struktury człowieka i jego miejsca w stworzeniu. Wyróżnia on trzy poziomy ‘życia’ lub ‘funkcji’ duszy, które współistnieją w człowieku: życie wegetatywne (τὸ φυσικόν), odpowiedzialne za odżywianie, wzrost i rozmnażanie, wspólne wszystkim istotom żywym, w tym roślinom i zwierzętom; życie zmysłowe (τὸ αἰσθητικόν), obejmujące zdolność do odczuwania, ruchu i emocji, dzielone przez ludzi i zwierzęta; oraz życie rozumne i duchowe (τὸ λογικόν), właściwe jedynie człowiekowi, charakteryzujące się rozumem, wolą i zdolnością do poznania Boga oraz zjednoczenia się z Nim.

Zgodnie z tym ujęciem, człowiek stanowi unikalne połączenie wszystkich poziomów stworzenia. Posiada ciało, podobne w swoich funkcjach do roślin i zwierząt, zmysły, które łączą go ze światem zwierzęcym, ale przede wszystkim ducha, który jest skierowany ku Bogu. Dzięki tej złożonej naturze człowiek jest postrzegany jako mikrokosmos – zawiera w sobie niejako cały stworzony świat i poprzez swoje duchowe życie ma potencjał, by ten świat zjednoczyć z Bogiem.

Tradycja hezychastyczna, rozwijająca się szczególnie w środowisku mnichów góry Athos w XIII i XIV wieku, rzeczywiście skupiała się na wewnętrznej modlitwie, pokucie i oczyszczeniu serca jako drodze do jedności z Bogiem. Święty Grzegorz Palamas, jej najwybitniejszy teologiczny rzecznik, bronił tej praktyki i jej duchowych owoców, argumentując, że przez łaskę człowiek może realnie uczestniczyć w Bożych energiach (a nie istocie Boga), co stanowi podstawę przebóstwienia (theosis).

W tej wizji świat materialny nie jest odrzucony ani przeklęty, ale stworzony przez Boga jako „bardzo dobry” (por. Rdz 1,31). Człowiek, który przez modlitwę i ascezę zjednoczył się z Bogiem, promieniuje świętością także na otaczający świat – jego obecność staje się uzdrawiająca nie tylko dla ludzi, ale także dla przyrody, która pod wpływem grzechu została skażona. W hezychazmie pojawia się zatem wątek kosmiczny: święty człowiek jest kapłanem stworzenia, który przez swoje życie i modlitwę przywraca stworzeniu jego pierwotną harmonię.

Niektórzy święci i starcy z tej tradycji byli znani z głębokiego współczucia i relacji ze zwierzętami, co odzwierciedlało duchową jedność z całym stworzeniem.

Z tego też powodu zwierzęta często rozpoznają świętych i reagują na nich w sposób niezwykły. W świętym człowieku nie widzą już drapieżnika czy zagrożenia, ale przyjaciela, który emanuje pokojem i przywraca im ich naturalny stan harmonii. Świętość w tym kontekście nie ogranicza się jedynie do osobistego udoskonalenia moralnego, ale ma charakter kosmiczny, polegając na przemianie całej rzeczywistości wokół świętego w kierunku Boskiej harmonii i jedności.

Tak więc, jak możemy zauważyć, na najwyższym poziomie znajduje się dusza rozumna, przysługująca jedynie człowiekowi. To ona czyni go istotą stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, obdarzoną wolną wolą, zdolnością do miłości, rozumienia dobra i zła oraz do duchowego wzrastania. Dzięki niej człowiek może dążyć do – zjednoczenia z Bogiem – co stanowi ostateczny cel życia duchowego. Ludzka dusza jako jedyna jest nieśmiertelna w ścisłym teologicznym sensie, a człowiek, jako istota świadoma i moralnie odpowiedzialna, odpowiada przed Bogiem za swoje czyny.

Drugi poziom zajmuje dusza wrażliwa, wspólna dla ludzi i zwierząt. Choć zwierzęta nie posiadają rozumu w znaczeniu właściwym człowiekowi, mają zdolność do odczuwania, przeżywania emocji i reagowania na otoczenie. W ich życiu obecne są instynkty, świadomość, cierpienie i radość. Ich istnienie nie sprowadza się więc wyłącznie do funkcji biologicznych – nosi w sobie pewną głębię i wewnętrzne życie, choć nie ma ono charakteru duchowej relacji z Bogiem w ludzkim sensie. Brak im moralnej odpowiedzialności, ale ich egzystencja pozostaje zanurzona w Bożym porządku i dlatego zasługuje na szacunek oraz troskę.

Najniższy poziom reprezentuje dusza wegetatywna, właściwa roślinom. Choć pozbawione są zmysłów i świadomości, również posiadają życie: wzrastają, rozmnażają się, reagują na środowisko. W prawosławnej wizji stworzenia także ten rodzaj życia odzwierciedla obecność Bożego tchnienia – wszak nic, co istnieje, nie jest oderwane od Boga.

Łącząc przedstawione perspektywy w spójną całość, można stwierdzić, że teologia prawosławna, czerpiąc z myśli Ojców Kościoła takich jak święty Maksym Wyznawca, a także z tradycji hezychastycznej, oferuje dynamiczne spojrzenie na miejsce człowieka, zwierząt i roślin w Bożym stworzeniu.

W przeciwieństwie do bardziej statycznego, scholastycznego podejścia zachodniego, które kładzie nacisk na jasne rozróżnienie dusz, teologia prawosławna akcentuje wewnętrzne zróżnicowanie bytów i ich dynamiczne powiązanie ze Stwórcą. Kluczową rolę odgrywa tu pojęcie nous (νοῦς), często tłumaczone jako duchowy intelekt, które w człowieku stanowi najwyższą zdolność duszy, umożliwiającą świadomą relację z Bogiem, modlitwę i przebóstwienie.

Zwierzęta posiadają duszę (psychḗ) o charakterze wrażliwym i instynktownym, która choć śmiertelna i nieposiadająca nous w ludzkim rozumieniu, jest realna i znacząca w Bożym porządku. Ich życie, choć związane z naturalnymi popędami, nie jest wykluczone z duchowego znaczenia, a tradycja hezychastyczna wskazuje, że święci, poprzez swoje życie w łasce, mogą przywracać pierwotną harmonię stworzenia, co sprawia, że zwierzęta rozpoznają w nich nie wroga, lecz przyjaciela.

Rośliny natomiast posiadają duszę wegetatywną, odpowiedzialną za podstawowe funkcje życiowe. Choć pozbawione zmysłów i świadomości, również one odzwierciedlają Boże tchnienie w stworzeniu.

Prawosławna tradycja ukazuje zatem stworzenie jako uporządkowaną całość, w której wszystko ma swoje miejsce, a człowiek pełni wyjątkową rolę. Dzięki rozumowi (nous) i zdolności do duchowego wzrostu (theosis), człowiek jest powołany do tego, by przywracać jedność i harmonię światu roślin i zwierząt. Nie chodzi tu tylko o zarządzanie światem przyrody, ale o głęboką odpowiedzialność duchową – udział w uzdrawianiu stworzenia zgodnie z zamysłem Boga.

W tym kontekście wielu prawosławnych teologów, zwłaszcza tych o bardziej mistycznym nastawieniu, zastanawia się nad losem zwierząt po śmierci. Choć dusza zwierzęcia (psyche) różni się od duchowej świadomości człowieka, niektórzy teologowie nie wykluczają, że ich istnienie może w jakiś sposób trwać dalej – choć nie tak samo jak w przypadku ludzi. Zamiast kategorycznych odpowiedzi, proponują raczej postawę nadziei i otwartości na tajemnicę. W ich ujęciu możliwe jest, że także zwierzęta znajdą swoje miejsce w przyszłym, odnowionym świecie, który według chrześcijańskiej nadziei zostanie kiedyś całkowicie przemieniony.

To podejście jest spójne z szerszą wizją odkupienia w prawosławiu. Skoro całe stworzenie, jak naucza apostoł Paweł, zostało dotknięte skutkami grzechu, to również uczestniczy w nadziei na odkupienie i wyzwolenie z zepsucia. Choć Kościół prawosławny nie ustanowił dogmatu dotyczącego wieczności dusz zwierząt, jego duchowość nie wyklucza ich z eschatologicznej perspektywy. Przeciwnie, istnieje głębokie przekonanie, że Boża miłość obejmuje wszystko, co stworzone, i wszystko to może zostać przemienione w ostatecznym czasie.

Życie zwierząt, choć nie mają one osobowej relacji z Bogiem w takim sensie jak ludzie, posiada swoją wartość w Bożym planie stworzenia. Ich obecność, cierpienie, piękno i rola w harmonii natury wskazują na ich uczestnictwo w misterium życia. Z tej perspektywy prawosławie zachęca do pokornej kontemplacji tajemnic Bożych, ufając Jego miłości, która przekracza granice ludzkiego rozumu. Ostateczne miejsce zwierząt w nowym stworzeniu pozostaje tajemnicą, ale ich udział w przemienieniu, podobnie jak całej przyrody, nie jest wykluczony z eschatologicznej nadziei.

Wschodni Ojcowie Kościoła a nieśmiertelność zwierząt


Ortodoksyjne chrześcijaństwo nie formułuje jednoznacznej, dogmatycznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta zmartwychwstaną i znajdą swoje miejsce w życiu wiecznym. Nie oznacza to jednak braku refleksji na ten temat. Wręcz przeciwnie – bogata, mistyczna i głęboko teocentryczna teologia prawosławna pozostawia przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta mogą być częścią odnowionego stworzenia.

W tradycji prawosławnej pojawiają się liczne przesłanki, które wskazują na możliwość uczestnictwa zwierząt w przyszłym świecie. Skoro były one obecne w pierwotnym Raju, a wizje proroka Izajasza (11:6–9) malują obraz eschatologicznego pokoju, w którym wilk zamieszkuje z barankiem, a dziecko bezpiecznie bawi się przy legowisku węża, to nic nie stoi na przeszkodzie, by sądzić, że także w odnowionym świecie nie zabraknie miejsca dla naszych zwierzęcych mniejszych braci.

List św. Pawła do Rzymian (8:21) przynosi kolejną istotną myśl – że „całe stworzenie” jęczy i wzdycha, oczekując wyzwolenia od zepsucia. To bardzo silna teologiczna podstawa dla przekonania, że odkupienie nie dotyczy wyłącznie ludzi, lecz całego kosmosu. Zwierzęta, będące częścią tego stworzenia, nie są więc wyłączone z planu zbawczego – przeciwnie, ich cierpienie również zostanie przemienione i odkupione.

Święty Grzegorz z Nyssy (335 – ok. 394–395)

Jeden z najwybitniejszych teologów wczesnego chrześcijaństwa – rozwijał wizję zbawienia, która obejmuje nie tylko ludzi, ale całe stworzenie. Jego teologia opierała się na przekonaniu, że Boży plan odkupienia ma charakter kosmiczny i że wszystko, co zostało dotknięte skutkami grzechu i śmierci, zostanie przemienione w Chrystusie. Grzegorz nie formułował wprost tezy o zbawieniu zwierząt w takim samym sensie jak ludzi, ale jego myśl pozostawia wyraźną przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta również będą uczestniczyć w przyszłej odnowie.

W swoich pismach Grzegorz podkreślał, że ostatecznym celem Bożego działania jest przywrócenie pierwotnej harmonii i pełni, którą świat utracił w wyniku grzechu. W jego wizji nie tylko człowiek, ale cały kosmos – zwierzęta, rośliny i cała natura – ma zostać objęty procesem odkupienia i przemienienia. Odnowione stworzenie nie będzie już miejscem cierpienia, śmierci ani rozkładu, lecz stanie się pełnią życia zanurzoną w Bożej obecności.

Grzegorz swoją eschatologiczną wizję opierał na Piśmie Świętym, zwłaszcza na słowach apostoła Pawła z Listu do Rzymian: „Stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych” (Rz 8,21). Dla niego te słowa nie były jedynie metaforycznym opisem, ale głęboką prawdą duchową – wyrazem nadziei, że cały świat, który „jęczy i wzdycha” oczekując odkupienia, rzeczywiście zostanie przemieniony.

Choć św. Grzegorz nie precyzował, w jaki sposób zwierzęta będą istnieć po tej przemianie, jasno wynika z jego myśli, że nie są one wyłączone z Bożego planu odnowy. Zwierzęta, jako część stworzonego porządku, są nosicielami Bożego zamysłu i uczestnikami Jego miłości. Skoro wszystko zostało powołane do istnienia przez Bożą wolę i miłość, to również wszystko może mieć udział w ostatecznym zjednoczeniu z Bogiem.

Takie ujęcie stawia zwierzęta w centrum eschatologicznej nadziei. Ich istnienie nie jest przypadkowe ani jedynie biologiczne; przeciwnie, ma również wymiar duchowy, choć różny od ludzkiego. W wizji Grzegorza stworzenie jako całość odzyska swoją pierwotną harmonię i zostanie przemienione – nie przez unicestwienie, ale przez uświęcenie.

Tym samym Grzegorz z Nyssy oferuje perspektywę niezwykle otwartą na tajemnicę Bożego działania. Jego teologia pozostawia miejsce dla nadziei, że w przyszłym świecie odnowiona rzeczywistość będzie obejmować nie tylko ludzi, ale całą przyrodę, która – choć pozbawiona rozumu w ludzkim sensie – od samego początku uczestniczy w Bożym dziele stworzenia i jest przez Niego umiłowana.

Święty Bazyli Wielki (ok. 330 – 379)

Ten wybitny Ojciec Kościoła pozostawił głęboko inspirującą refleksję na temat stworzenia i miejsca, jakie w nim zajmują zwierzęta. W jego teologii nie ma miejsca na pogardliwe spojrzenie na świat przyrody. Wręcz przeciwnie – w swoich pismach, zwłaszcza w Hexaemeronie, serii homilii poświęconych sześciu dniom stworzenia, podkreśla, że każde stworzenie – bez względu na rozmiar, funkcję czy formę – zostało ukształtowane z mądrością i zamiarem przez Boga.

Bazyli głosił wprost, by nie uważać niczego w stworzeniu za bezwartościowe, ponieważ wszystkie rzeczy zostały powołane do istnienia mądrze i w jakimś celu. Te słowa są nie tylko wyrazem szacunku wobec natury, ale teologiczną deklaracją, że nic, co wyszło z ręki Boga, nie jest przypadkowe, zbędne ani pozbawione znaczenia. W tym podejściu zwierzęta nie są tylko tłem dla ludzkiego życia, ale pełnoprawnymi uczestnikami boskiego planu.

Jego pisma sugerują, że zwierzęta mają wewnętrzną wartość duchową – nie dlatego, że posiadają rozum na miarę człowieka, ale dlatego, że zostały stworzone przez Boga i są przez Niego utrzymywane w istnieniu. Taka wizja prowadzi do wezwania do dobroci i odpowiedzialności ze strony człowieka, który powinien traktować zwierzęta z szacunkiem, miłością i troską – nie jako istoty podrzędne, lecz jako braci i siostry w wielkiej wspólnocie stworzenia. W ten sposób Bazyli przypomina, że duchowość chrześcijańska nie kończy się na modlitwie i ascezie, ale sięga również relacji człowieka z całym światem stworzonym.

Święty Jan Damasceński (ok. 675 – ok. 749)

Ten jeden z najważniejszych Ojców Kościoła Wschodniego pisał z głębokim przekonaniem o ostatecznej przemianie całego stworzenia w Chrystusie. Jego wizja zbawienia nie ograniczała się jedynie do ludzkiej duszy, lecz obejmowała cały kosmos – wszystko to, co zostało powołane do istnienia przez Boże Słowo. Uważał, że uwielbienie nie będzie dotyczyło wyłącznie ludzi, lecz cała rzeczywistość zostanie przemieniona, rozświetlona i uświęcona przez obecność Boga.

W jego ujęciu zbawienie to nie tylko powrót człowieka do Boga, ale pełna metamorfoza świata, który zostaje przekształcony w sposób, jaki przekracza nasze ziemskie wyobrażenia. Taka kosmiczna perspektywa otwiera drogę do rozumienia, że również zwierzęta – jako część Bożego stworzenia – mogą uczestniczyć w tym przyszłym uwielbieniu. Nawet jeśli ich obecność w życiu wiecznym nie jest opisana w sposób szczegółowy i dosłowny, myśl Jana Damasceńskiego sugeruje, że zwierzęta nie zostaną wykluczone z tej ostatecznej harmonii. Ich istnienie może trwać w nowej, przemienionej formie – jako wyraz Bożego piękna, pokoju i pełni stworzenia, które powraca do swego źródła.

Prawosławna duchowość nie koncentruje się wyłącznie na indywidualnym zbawieniu dusz, lecz widzi ostateczny cel w przemianie całego stworzenia. Ten kosmiczny wymiar eschatologii zakłada nie tyle ucieczkę od świata, co jego pełne przekształcenie w światło, pokój i harmonię. W tej wizji niebo nie jest zamkniętym ogrodem dla wybranych, lecz odnowioną rzeczywistością, w której wszystko, co zostało stworzone przez Boga – a więc również zwierzęta – odnajduje swoje miejsce, cel i ostateczne spełnienie.

Święci a świętość zwierząt w tradycji prawosławnej


Tradycja prawosławna od wieków ukazuje głęboką więź między świętymi a światem przyrody, szczególnie zaś zwierzętami. Opowieści o ascetach i mnichach, których życie przepełnione było modlitwą, kontemplacją i czystością serca, obfitują w sceny, w których harmonia między człowiekiem a stworzeniem zostaje cudownie przywrócona. Nie są to jedynie barwne legendy czy pobożne opowieści dla prostaczków, lecz duchowe świadectwa głęboko zakorzenione w teologii i kosmologii prawosławia. Ukazują one świat jako przestrzeń, w której obecność Boga przenika wszystko – od najpotężniejszych zjawisk przyrody po najmniejsze stworzenia.

Zwierzęta, choć nie posiadają rozumnej duszy w sensie właściwym człowiekowi, w tych przekazach jawią się jako istoty niezwykle wrażliwe na Boską obecność. W relacjach z osobami głęboko zjednoczonymi z Bogiem zdają się przekraczać swoje naturalne instynkty, okazując ufność, spokój, a nawet opiekuńczość. Stają się niejako współuczestnikami świętości, odpowiadając na nią w sposób prosty, lecz przejmujący. Ich postawa jest często interpretowana jako echo pierwotnej harmonii raju – stanu sprzed upadku, w którym wszelkie stworzenia żyły ze sobą w zgodzie, wolne od lęku, przemocy i obcości.

W duchowości prawosławnej wielu świętych i ascetów rozwijało głęboką komunię z naturą, a mistyczne relacje ze zwierzętami stanowiły część ich życia modlitewnego i kontemplacyjnego. Historie te ukazują, że świętość nie ogranicza się do abstrakcyjnej duchowości oderwanej od świata materialnego. Przeciwnie – objawia się ona właśnie w codziennym współistnieniu ze stworzeniem, w trosce o nie, w czułości i szacunku dla wszelkiego życia. Czystość serca świętych nie tylko przyciąga Bożą łaskę, ale staje się także źródłem uzdrowienia i odnowy dla otaczającego ich świata.

Wrażliwość zwierząt na duchową obecność świętych interpretowana jest w prawosławiu jako znak przywracania utraconej jedności, tej samej, która została zburzona przez grzech pierworodny. Dzięki świętości, możliwe staje się odtworzenie relacji sprzed upadku – relacji opartej na pokoju, wzajemnym zaufaniu i przenikaniu się światów duchowego i cielesnego. Opowieści o świętych i ich relacjach ze zwierzętami ukazują się jako duchowe świadectwa, stanowiąc teologiczną ilustrację prawosławnego przekonania o jedności całego stworzenia, w którym wszystko – od człowieka po zwierzęta i rośliny – przeniknięte jest Bożym tchnieniem.

To, co zostało dotknięte przez upadek, może na nowo stać się pełne łaski. Takie duchowe zrozumienie świata daje nadzieję, że nie tylko człowiek, ale całe stworzenie może zostać przemienione w Chrystusie i na powrót włączone w boski porządek. Zwierzęta w tej wizji nie są już tylko tłem ludzkiej historii – są jej cichymi towarzyszami, istotami, które w tajemniczy sposób uczestniczą w drodze człowieka ku Bogu.

Świadectwem tej głębokiej więzi między człowiekiem a światem stworzenia są liczne opowieści o świętych, w których zwierzęta odgrywają rolę znaków Bożej obecności i pośredników łaski. Przyjrzyjmy się niektórym z nich:

Święty Eustachy (II wiek) był rzymskim generałem, człowiekiem światowym, przywykłym do władzy, wojny i porządku pogańskiego imperium. Jednak jego życie zmieniło się w sposób całkowicie nieoczekiwany – za sprawą spotkania z jeleniem. Pewnego dnia, podczas polowania, ujrzał przed sobą niezwykłe zwierzę: jelenia, między którego rozłożystym porożem zajaśniał wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. Wstrząśnięty tym mistycznym objawieniem, Eustachy zrozumiał, że to nie było zwykłe zwierzę, lecz znak. To wydarzenie odmieniło go całkowicie i doprowadziło do nawrócenia na chrześcijaństwo.

Ta legenda, obecna zarówno w tradycji prawosławnej, jak i katolickiej, ma głębokie znaczenie duchowe. Nie jest jedynie barwną opowieścią, lecz symbolem prawdy przenikającej cały stworzony świat. Przypomina, że Bóg, jako Stwórca wszechrzeczy, nie ogranicza się do przemawiania jedynie przez ludzi czy święte pisma – może objawić się także poprzez zwierzęta i naturę. W historii Eustachego jeleń staje się nie tylko narzędziem objawienia, lecz posłańcem, nośnikiem światła, który prowadzi człowieka ku wewnętrznej przemianie.

To wydarzenie znajduje swoje echo w Biblii, zwłaszcza w opowieści o oślicy Balaama, która dzięki mocy Bożej przemówiła ludzkim głosem:

Wstał więc Balaam rano, osiodłał swoją oślicę i pojechał z książętami Moabu. Jego wyjazd rozpalił gniew Pana i anioł Pana stanął na drodze przeciw niemu, by go zatrzymać. On zaś w towarzystwie dwóch sług jechał na swojej oślicy. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę. Wtedy stanął anioł Pana na ciasnej drodze między winnicami, a mur był z jednej i z drugiej strony. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana, przyparła do muru i przytarła nogę Balaama do tego muru, a on ponownie zaczął bić oślicę. Anioł posunął się dalej i stanął w miejscu tak ciasnym, że nie było można go wyminąć ani z prawej, ani też z lewej strony. Gdy oślica ujrzała znowu anioła Pana, położyła się pod Balaamem. Rozgniewał się więc Balaam bardzo i zaczął okładać oślicę kijem. Wówczas otworzył Pan usta oślicy, i rzekła do Balaama: «Cóż ci uczyniłam, żeś mnie zbił już trzy razy?» Balaam odpowiedział oślicy: «Dlatego żeś sobie drwiła ze mnie. Gdybym tak miał miecz w ręku, już bym cię zabił!» Oślica jednak rzekła do Balaama: «Czyż nie jestem twoją oślicą, na której jeździsz, odkąd jesteś, aż po dzień dzisiejszy? Czyż miałam zwyczaj czynić ci coś podobnego?» Odpowiedział: «Nie!» Wtedy otworzył Pan oczy Balaama i zobaczył on anioła Pana, stojącego na drodze z obnażonym mieczem w ręku. Ukląkł więc i oddał pokłon twarzą do ziemi. Anioł zaś Pana rzekł do niego: «Czemu aż trzy razy zbiłeś swoją oślicę? Ja jestem tym, który przyszedł, aby ci bronić przejazdu, albowiem droga twoja jest dla ciebie zgubna. Oślica ujrzała mnie i trzy razy usunęła się z drogi. Gdyby się nie usunęła, byłbym cię dawno zabił, a ją przy życiu zostawił». (Lb 22:21–33)

Takie historie, choć niezwykłe, wskazują na fundamentalny aspekt prawosławnej duchowości – przekonanie, że całe stworzenie jest przepojone obecnością Boga i może być narzędziem Jego woli.

Historia świętego Eustachego uczy zatem, że Bóg objawia się nie tylko poprzez to, co oczywiste i racjonalne, lecz także przez to, co ciche, pokorne i uważane za zwykłe – przez zwierzęta, naturę, ciszę. To przypomnienie, że każde stworzenie może być nośnikiem tajemnicy, a zwierzęta, choć nie posługują się naszym językiem, wciąż mogą przemawiać w sposób duchowy i głęboki, prowadząc człowieka ku spotkaniu z Tajemnicą.

Święty Tryfon (III wiek) zapisał się w pamięci chrześcijan nie tylko jako męczennik oddany Bogu, lecz także jako święty, który z wyjątkową troską pochylał się nad losem zwierząt. Choć jego życie zakończyło się tragicznie z powodu prześladowań za wiarę, liczne opowieści przekazywane przez wieki ukazują go jako człowieka dostrzegającego Bożą obecność we wszystkich żywych istotach i okazującego miłość oraz współczucie zarówno ludziom, jak i zwierzętom.

Jedna z najbardziej niezwykłych historii związanych z tym świętym opowiada o opętanej gęsi. Według legendy ptak ów nagle zaczął zachowywać się agresywnie i niepokojąco – atakował ludzi, był niespokojny i sprawiał wrażenie pozbawionego rozumu. Nikt nie potrafił wyjaśnić tej nagłej zmiany, dopóki nie wezwano świętego Tryfona. Gdy przybył i zobaczył, co się dzieje, nie zwątpił. Z głęboką wiarą pomodlił się, a wkrótce potem gęś uspokoiła się – demoniczny duch, który ją dręczył, opuścił ją, przywracając ptakowi spokój i łagodność.

Choć ta historia może wydawać się niecodzienna, niesie ze sobą ważne przesłanie teologiczne, wpisujące się w szerszą prawosławną wizję świata. Zgodnie z nauką Kościoła, całe stworzenie – nie tylko człowiek – uczestniczy w duchowej walce między dobrem a złem. Zwierzęta, mimo braku rozumnej duszy w ludzkim rozumieniu, mogą być w pewien sposób dotknięte obecnością duchową – zarówno łaską Bożą, jak i wpływem sił ciemności. Modlitwa świętego, która przywróciła pokój nie tylko ludziom, lecz także ptakowi, jest symbolem harmonii, jaką Bóg pragnie przywrócić w całym ożywionym stworzeniu.

Opowieść o świętym Tryfonie i gęsi ukazuje, że świętość nie zna granic, a Boża miłość obejmuje całe stworzenie. Jest to również przypomnienie, że troska o świat zwierząt – zarówno w wymiarze fizycznym, jak i duchowym – stanowi część chrześcijańskiego powołania do współuczestnictwa w odnowie świata, w którym każde stworzenie odnajdzie swoje miejsce w pokoju i świetle Bożej obecności.

Święty Mamas z Cezarei (ok. 260–275) męczennik i przyjaciel dzikich stworzeń urodził się w Cezarei (Azja Mniejsza) w rodzinie chrześcijan Teodota i Rufiny. Oboje zginęli w więzieniu za wiarę – ojciec zmarł przed jego narodzinami, matka zaraz po porodzie. Osierocony chłopiec trafił pod opiekę chrześcijańskiej wdowy Ammii, która wychowała go w wierze i miłości do Chrystusa.

Już jako dziecko Mamas wyróżniał się mądrością i odwagą. Naśladował Chrystusa nie tylko słowem, ale i czynem – dzięki jego wpływowi wielu młodych nawracało się na chrześcijaństwo. W wieku piętnastu lat został aresztowany za wiarę i poddany torturom. Po cudownym ocaleniu zamieszkał samotnie na górze w pobliżu Cezarei, gdzie prowadził życie modlitwy, postu i kontemplacji.

W swojej pustelni Mamas zyskał niezwykłą więź z naturą. Dzikie zwierzęta – lwy, kozice, jelenie – gromadziły się wokół niego, słuchając Ewangelii. Żywił się ich mlekiem i dzielił się nim z ubogimi, przygotowując ser, który rozdawał potrzebującym. Żył jak pasterz w harmonii ze stworzeniem, będąc symbolem pokoju między człowiekiem a naturą.

Pewnego dnia, gdy żołnierze przyszli go pojmać, święty przyjął ich z gościnnością, częstują mlekiem i potwierdzając swoją tożsamość. Wiedząc, że czeka go męczeństwo, sam udał się do miasta – towarzyszył mu lew. Rzucony dzikim zwierzętom na arenie, nie został przez nie skrzywdzony. Ostatecznie zginął przebity trójzębem przez pogańskiego kapłana.

Jego postać, wspominana m.in. przez św. Bazylego Wielkiego, stała się symbolem cichości, odwagi i świętości zakorzenionej nie tylko w miłości do Boga, ale i do całego stworzenia. Do dziś św. Mamas uważany jest za opiekuna dzieci, pasterzy i zwierząt.

Święta Maria Egipcjanka (ok. 344–421). Życie tej świętej to jedna z najbardziej poruszających opowieści o pokucie, nawróceniu i duchowym heroizmie w historii chrześcijaństwa. Urodzona w Egipcie około 344 roku, jako młoda kobieta prowadziła życie pełne grzechu, oddając się rozwiązłości w Aleksandrii przez siedemnaście lat. Przełom nastąpił, gdy udała się do Jerozolimy, by – jak początkowo sądziła – kontynuować swój styl życia wśród pielgrzymów.

Jednak cudowne wydarzenie przed Bazyliką Grobu Świętego zmieniło wszystko. Niewidzialna siła nie pozwoliła jej wejść do świątyni. Zrozumiała wówczas, że jej grzechy oddzielają ją od Boga. Błagając Matkę Bożą o przebaczenie, przyrzekła porzucić dawne życie i udała się na pustynię za Jordanem. Tam przez czterdzieści siedem lat żyła w całkowitej samotności, pokucie i modlitwie, nie widząc żadnego człowieka.

Na rok przed jej śmiercią spotkał ją mnich Zosimus, który udzielił jej Komunii Świętej. Kiedy rok później powrócił, zastał Marię martwą, leżącą na ziemi. Obok jej ciała dostrzegł napis w piasku z prośbą o pochowanie. Nie mając siły ani narzędzi, starzec zrozpaczony wołał do Boga o pomoc. Wtedy – jak mówi tradycja – z pustyni wyłonił się lew.

Zachowanie tego potężnego zwierzęcia zdumiewa: zamiast być groźnym, lew zbliżył się łagodnie, jakby świadomy świętości miejsca i osoby. Posłuszny gestowi mnicha, zaczął kopać łapami grób dla Marii. Dopiero gdy ciało zostało pochowane ze czcią, lew spokojnie odszedł w głąb pustyni.

To niezwykłe spotkanie człowieka, świętości i zwierzęcia do dziś porusza wyobraźnię wiernych. Lew – symbol dzikości – w obecności Marii Egipcjanki stał się narzędziem Bożej opatrzności. Jej duchowa moc, zdobyta przez lata pokuty, promieniowała tak silnie, że nawet dzikie stworzenie odpowiedziało na nią posłuszeństwem i pokojem.

Św. Maria Egipcjanka jest dziś patronką pokutników i ludzi zmagających się z nałogami. Jej życie uczy, że nawet największy grzesznik może stać się świętym, a świętość – prawdziwa, głęboka i ukryta – może przyciągać nie tylko ludzi, ale i zwierzęta.

Święty Marek Asceta (ok. 390 – po 450 r.), znany również jako Marek Postnik, był wybitnym pisarzem duchowym Kościoła wschodniego i jednym z mnichów żyjących na egipskiej pustyni. Urodził się w Atenach pod koniec IV wieku. Około czterdziestego roku życia przyjął tonsurę zakonną z rąk św. Jana Chryzostoma. Następne sześćdziesiąt lat spędził na pustyni Nitryjskiej w Dolnym Egipcie, prowadząc surowe życie ascetyczne, pełne modlitwy i postu.

Znany był nie tylko ze swojej głębokiej wiedzy – znał całe Pismo Święte na pamięć – ale i z ogromnego współczucia wobec stworzenia Bożego. Szczególnie wzruszający był jego stosunek do zwierząt. Pewnego dnia, widząc ślepe szczenię hieny, zapłakał nad jego losem i modlitwą wyprosił u Boga cud – zwierzę odzyskało wzrok. W geście wdzięczności matka hiena przyniosła mu owczą skórę, ale święty polecił jej, by więcej nie zabijała owiec należących do ubogich.

W tradycji chrześcijańskiej uznaje się, że Marek otrzymywał Komunię Świętą z rąk aniołów. Jego duchowe pisma, dotyczące m.in. pokuty, trzeźwości i prawa duchowego, zaliczane są do klasyki patrystyki. Jako asceta i cudotwórca, Marek przez całe życie łączył kontemplację Boga z głęboką troską o świat stworzony.

Święty Gerasym z Jordanu (V wiek), jest kolejnym przykładem świętego ukazującego miejsce zwierząt w duchowym porządku tradycji prawosławnej. Jego historia o lwie, któremu usunął cierń z łapy, stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych świadectw mistycznej więzi świętych ze światem przyrody. Legenda głosi, że Gerasym, mnich z Pustyni Judzkiej, spotkał rannego lwa, cierpiącego z powodu tkwiącego głęboko w łapie ciernia. Święty, kierując się współczuciem, wyjął cierń i opatrzył zwierzęciu ranę. Od tego momentu lew stał się jego wiernym towarzyszem, nie odstępując go na krok.

Więź między Gerasymem a lwem nie była zwykłą relacją człowieka ze zwierzęciem – była znakiem duchowej harmonii, przywróconej dzięki świętości. Kiedy Gerasym odszedł z tego świata, według tradycji lew opłakiwał jego śmierć, odmawiając pożywienia aż do własnej śmierci. Ta niezwykła lojalność i żałoba lwa rodzą głębokie pytania o możliwość duchowej więzi pomiędzy człowiekiem a światem zwierząt. W opowieści tej ukryte jest prawosławne przekonanie, że zwierzęta – choć nie posiadają rozumnej duszy jak ludzie – są zdolne do odczuwania, tworzenia więzi i uczestnictwa, na swój sposób, w tajemnicy Bożej miłości.

Święty Izaak Syryjczyk (VII wiek) nauczał, że prawdziwie uduchowiona osoba odczuwa współczucie wobec każdej żywej istoty – od ludzi, przez ptaki i zwierzęta czworonożne, aż po najmniejsze owady, a nawet upadłe duchy. Jego miłosierdzie obejmowało cały świat stworzenia, ukazując, że świętość nie ogranicza się wyłącznie do relacji z Bogiem i innymi ludźmi, lecz rozciąga się na wszystko, co istnieje.

W swoich pismach święty Izaak podkreślał, że serce człowieka napełnione miłością płonie współczuciem do całego stworzenia, dostrzegając w każdym bycie ślad Bożej obecności. Ta wizja duchowości ukazuje, że prawdziwe zjednoczenie z Bogiem przejawia się w głębokim współodczuwaniu i trosce o każde stworzenie, nie czyniąc z człowieka surowego pana natury, lecz jej współuczestnika i opiekuna.

Słowa świętego Izaaka kwestionują przekonanie, że zwierzęta nie mają duchowej wartości. Przeciwnie, w jego nauczaniu zwierzęta jawią się jako istoty godne miłości, szacunku i miłosierdzia, co jeszcze bardziej podkreśla teologiczne przekonanie o ich integralnym miejscu w Bożym planie stworzenia. W ten sposób święty Izaak wpisuje się w szeroką tradycję prawosławną, która głosi, że cały kosmos jest przeniknięty Bożym tchnieniem i powołany do udziału w odnowionej harmonii.

Święty Modest z Jerozolimy (VII wiek) zajmuje w tradycji prawosławnej szczególne miejsce jako patron zwierząt. Jako patriarcha Jerozolimy, Modest modlił się za chore i cierpiące zwierzęta, wierząc głęboko, że troska o nie jest integralną częścią chrześcijańskiego obowiązku miłości wobec całego stworzenia. Jego modlitwy za zwierzęta przetrwały do dziś i są wciąż odmawiane przez prawosławnych wiernych, szczególnie w intencjach dotyczących opieki nad stworzeniem.

Duchowość świętego Modesta wyróżniała się głębokim współczuciem wobec wszystkich istot żywych. W przeciwieństwie do zachodniej tradycji, która przez wieki często traktowała zwierzęta głównie w sposób instrumentalny lub przedmiotowy, prawosławne podejście, jakie reprezentował Modest, ukazuje je jako pełnoprawną część Bożego stworzenia, godną miłości, szacunku i troski. Jego życie i modlitwy przypominają, że świat natury nie jest oddzielony od duchowej rzeczywistości, lecz przeniknięty obecnością Boga, a każde stworzenie ma swoje miejsce w wielkim planie zbawienia.

Święty Sergiusz z Radoneża (XIV wiek) jest kolejnym przykładem świętego, którego życie świadczy o głębokiej harmonii z całym stworzeniem. W głębi rozległych lasów Radoneża, w czasach, gdy okolica roiła się od dzikich drapieżników, jego samotna cela stała się prawdziwą enklawą pokoju. Żywot Sergiusza wspomina, że wygłodniałe watahy wilków często przemierzały pobliskie gęstwiny, a niedźwiedzie zapuszczały się w okolice jego pustelni. Jednakże moc żarliwej modlitwy pustelnika chroniła go przed wszelkim niebezpieczeństwem – dzikie zwierzęta nie tylko go nie atakowały, lecz wydawały się rozpoznawać w nim obecność łaski.

Szczególną więź święty nawiązał z jednym z niedźwiedzi. Pewnego dnia, widząc przed swoją celą wychudzonego z głodu zwierza, litując się nad jego losem, położył na pniu kawałek chleba. Od tego czasu niedźwiedź zaczął regularnie odwiedzać pustelnię świętego, a Sergiusz dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem, często ofiarowując mu nawet ostatni jego kęs.

Ta cicha przyjaźń między ascetą a dzikim zwierzęciem staje się wymownym obrazem duchowej mocy świętości, która przywraca utraconą jedność stworzenia. W obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem nawet dzikie bestie tracą swoją naturalną dzikość, odnajdując spokój i pokój. Historia świętego Sergiusza przypomina, że prawdziwa świętość nie tylko przemienia serce człowieka, ale także jego otoczenie – natura, rozpoznając świętość, odpowiada na nią pokojem i zaufaniem.

Święty Paweł Obnorski (13171429), uczeń świętego Sergiusza z Radoneża, kontynuował tradycję głębokiej harmonii z przyrodą, która cechowała jego duchowego mistrza. Żyjąc na przełomie XIV i XV wieku, Paweł wybrał życie w surowej pustelni pośród nieprzebranych lasów, wśród dzikiej przyrody, gdzie jego świętość zajaśniała w niezwykły sposób.

Żywoty opisują, że w jego obecności zwierzęta zatracały swoją wrodzoną dzikość. Liczne ptaki zlatywały się do jego celi, siadając mu na głowie i ramionach, by jeść z jego rąk okruszki chleba. Drapieżne zwierzęta, które w naturalnych warunkach budziłyby strach, w pobliżu świętego stawały się łagodne i potulne. Świadkowie wspominają widok, który musiał napawać zdumieniem: wokół starca krążyły duże ptaki, mniejsze siadały na nim bez lęku, a niedźwiedź cierpliwie czekał na resztki posiłku, nie wzbudzając strachu ani w lisach, ani w zającach, które swobodnie biegały wokół niego.

Takie sceny nie były dla dawnych chrześcijan zwykłą ciekawostką – odczytywano je jako znak przywrócenia pierwotnego pokoju stworzenia. Święty Paweł, poprzez swoją czystość serca i żarliwą modlitwę, na powrót wprowadzał w świat Boży ład, ukazując, że człowiek zjednoczony z Bogiem potrafi żyć w pokoju nie tylko z innymi ludźmi, ale także z całą przyrodą. Jego życie świadczy o tym, że świętość obejmuje nie tylko relację z Bogiem i ludźmi, lecz również z całym stworzeniem – z ptakami, dzikimi zwierzętami, całą przyrodą, która na nowo odnajduje w obecności świętego swój utracony pokój.

Święta księżna Fiewronia z Muromia (ok. 1175–1228) jest w prawosławnej tradycji czczona nie tylko jako wzór małżeńskiej wierności i mądrości, ale także jako osoba obdarzona niezwykłą wrażliwością na piękno i potrzeby stworzenia. Znana ze swojej łagodności i głębokiej duchowości, otaczała troską nie tylko ludzi, lecz także świat natury, który w jej obecności odnajdywał spokój i bezpieczeństwo.

Szczególnie wymownym symbolem tej więzi stała się jej relacja z najbardziej płochliwymi mieszkańcami lasów – zającami. Te stworzenia, znane ze swojej ostrożności i instynktownej skłonności do ucieczki, w obecności świętej Fiewronii traciły lęk. Zamiast szukać schronienia, odnajdywały przy niej spokój, jakby wyczuwając świętość emanującą z jej osoby.

W tradycji prawosławnej to niezwykłe zjawisko jest traktowane jako głęboki znak – przypomnienie, że prawdziwa świętość przywraca harmonię nie tylko między ludźmi, ale i między człowiekiem a całym światem stworzonym. Święta Fiewronia, poprzez swoją łagodność i miłosierdzie, ukazywała, że pokój i miłość mogą obejmować wszystkie istoty, a nawet najbardziej nieufne stworzenia odnajdują ukojenie w obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem.

Jej postać do dziś pozostaje symbolem tej szczególnej więzi człowieka z naturą – więzi opartej nie na dominacji czy lęku, ale na współczuciu, szacunku i wzajemnym zaufaniu, które są odblaskiem Bożej miłości do całego stworzenia.

Święty Herman z Alaski (1757–1837) jest jedną z najjaśniejszych postaci wśród prawosławnych misjonarzy, a jego życie stanowi przykład głębokiej harmonii między człowiekiem a światem natury. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie na jednej z wysp u wybrzeży Alaski, gdzie łączył kontemplację z niestrudzoną troską o tubylczą ludność, głosząc jej Ewangelię nie tylko słowem, ale i przykładem.

Jedną z najbardziej poruszających cech jego życia była niezwykła więź, jaką nawiązał z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te surowe tereny. Jego uczeń, mnich Ignacy, wspominał, że ojciec Herman karmił suszonymi rybami liczne ptaki, które zakładały gniazda w pobliżu jego skromnej celi. Szczególnie uderzające było to, że gronostaje – znane ze swojej płochliwości i skrytości, zwłaszcza w okresie kiedy miały młode – mieszkały pod jego domostwem i bez lęku przyjmowały pokarm bezpośrednio z jego rąk.

Nie tylko małe zwierzęta odnajdywały przy nim spokój. Święty Herman dzielił się pożywieniem również z niedźwiedziami, które w jego obecności traciły swoją dzikość i podchodziły bez strachu. Pustelnia Hermana, choć położona w sercu dzikiej natury, stała się oazą pokoju, w której zwierzęta i człowiek współistnieli w zadziwiającej harmonii.

Szczególnie znamienny jest fakt, że po śmierci ojca Hermana ptaki i inne zwierzęta opuściły to miejsce. Dla wiernych i jego uczniów był to wymowny znak: natura, rozpoznając świętość i dobroć tego człowieka, znajdowała przy nim schronienie; a wraz z jego odejściem zgasło światło, które przyciągało całą tę zwierzęcą wspólnotę.

Życie świętego Hermana z Alaski jest świadectwem, że prawdziwa świętość nie oddziela człowieka od natury, lecz jednoczy go z nią w głębokiej wspólnocie, opartej na pokoju, miłości i wzajemnym szacunku – odbiciu pierwotnej harmonii raju.

Święty Serafin z Sarowa (1759–1833) należy do grona najbardziej znanych i czczonych świętych w prawosławnej Rosji, a jego życie stanowi jedno z najpiękniejszych świadectw duchowej jedności człowieka z całym stworzeniem. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie w rozległych lasach Sarowa, gdzie w samotności, modlitwie i ascezie rozwijał głęboką więź nie tylko z Bogiem, ale również z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te odludne tereny.

Dla świętego Serafina natura była nieodłączną częścią Bożego porządku, a zwierzęta – jego braćmi i siostrami, współuczestnikami życia, w którym wszelkie stworzenie odzwierciedla ślady swego Stwórcy. Traktował je z braterską miłością, widząc w nich istoty obdarzone życiem przez tę samą Boską rękę, która stworzyła człowieka.

Wśród zwierząt odwiedzających jego pustelnię były niedźwiedzie, jelenie, wilki i liczne ptaki. Szczególne miejsce w tych opowieściach zajmuje historia wielkiego niedźwiedzia, który regularnie przychodził do Serafina, przyciągnięty łagodnością i świętością starca. Święty nie tylko nie obawiał się tego potężnego zwierzęcia, ale dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem – czerstwym chlebem, który raz w tygodniu otrzymywał z klasztoru.

Goście odwiedzający jego pustelnię byli świadkami owych niezwykłych spotkań: widzieli, jak dzikie zwierzęta podchodziły do świętego bez cienia lęku, jakby rozpoznawały w nim obecność Bożej łaski i pokoju. W tych obrazach spełniała się prorocza wizja proroka Izajasza, który zapowiadał, że w odnowionym stworzeniu „wilk zamieszka wraz z barankiem” (Iz 11,6) – wizja harmonii, jaka panowała w rajskim ogrodzie przed upadkiem.

Serafin z Sarowa, karmiąc dzikie zwierzęta, ukazywał, że świętość przywraca zerwaną więź między człowiekiem a naturą, czyniąc możliwym istnienie pokoju tam, gdzie wcześniej panował strach i wrogość. Swoim życiem przypominał, że prawdziwa bliskość z Bogiem owocuje bliskością ze wszystkim, co żyje – że w sercu oddanym Bogu znajduje się miejsce także dla najmniejszych i najbardziej niepozornych stworzeń.

Przyjaźń świętego Serafina z niedźwiedziem pozostaje do dziś jednym z najpiękniejszych symboli duchowej odnowy całego stworzenia, w którym człowiek, zwierzęta i natura żyją we wzajemnym szacunku, pokoju i miłości, zjednoczeni przez niewidzialną nić Bożej obecności.

Święty Paisjusz Hagioryta (1924–1994), mnich z Góry Athos, znany był nie tylko ze swojej głębokiej mądrości duchowej i daru pocieszania, ale także z niezwykłej miłości i czułości wobec zwierząt. Uważał je za czyste, niewinne stworzenia Boże i często powtarzał, że całe stworzenie jest jednym wielkim hymnem na chwałę Stwórcy.

W swojej celi ascety na Górze Athos żył w otoczeniu dzikich zwierząt, które traktował jak braci i siostry. Przyjaźnił się z szakalami, zającami, łasicami, żółwiami, jaszczurkami, wężami i ptakami. Zwierzęta nie bały się go – przeciwnie, przychodziły do niego, jakby rozpoznając w nim serce pełne pokoju.

Z czułością wspominał, jak nosił wodę dla myszy i ptaków mieszkających w jego chacie, nie odganiał ich, lecz dzielił się z nimi wszystkim, co miał. Dla św. Paisjusza każde stworzenie, nawet najmniejsze, miało wartość, ponieważ niosło w sobie odblask Bożej dobroci. Zwierzęta były dla niego nauczycielami pokory i prostoty – darzonymi szacunkiem współuczestnikami życia duchowego.

Miłość Paisjusza do świata przyrody była nie tylko uczuciem, ale także duchową postawą – głębokim, kontemplacyjnym rozpoznaniem Bożej obecności we wszystkim, co żyje. Jego życie pokazuje, że prawdziwa świętość nie oddziela się od stworzenia, ale przywraca pierwotną harmonię między człowiekiem a światem.

Te historie, pełne mistycznych więzi ze zwierzętami, stanowią mocne świadectwo prawosławnego przekonania, że święci, dzięki swojej duchowej czystości, przywracają pierwotną harmonię. Dzięki nim zwierzęta jawią się nie tylko jako element Bożego stworzenia, lecz także jako istoty, z którymi ludzie mogą nawiązać głęboką duchową więź, odwołującą się do rajskiego porządku.

Zwierzęta w perspektywie theosis i odnowienia


W teologii prawosławnej centralnym pojęciem jest theosis, czyli proces upodobniania się do Boga, zjednoczenia z Nim poprzez łaskę. Jest to duchowa przemiana, która dotyczy nie tylko indywidualnego człowieka, ale obejmuje całą rzeczywistość stworzoną. Z perspektywy prawosławnej zbawienie nie jest jedynie aktem indywidualnym, ale ma charakter kosmiczny – obejmuje cały wszechświat, który również został dotknięty skutkami grzechu i oczekuje ostatecznego odkupienia. To rozumienie zbawienia uwydatnia głęboki związek między człowiekiem a całym stworzeniem, w którym każdy element przyrody, w tym zwierzęta, odgrywa ważną rolę w Bożym planie odnowy.

W Liście do Rzymian Święty Paweł pisze: „Stworzenie bowiem oczekuje z niecierpliwością objawienia się dzieci Bożych… aby samo stworzenie zostało wyzwolone z niewoli rozkładu i doprowadzone do wolności i chwały dzieci Bożych”. To zdanie jest fundamentalne dla prawosławnej duchowości, która wierzy, że całe stworzenie – nie tylko człowiek, ale także przyroda, zwierzęta i cała materia – bierze udział w Bożym planie odnowy. Jest to przekonanie, które nie jest jedynie metaforą, lecz prawdziwą nadzieją na to, że wszystko, co istnieje, może zostać przemienione przez Boską energię i ostatecznie zjednoczone z Bogiem.

Podobną wizję przedstawia Księga Objawienia, która mówi o obietnicy „nowego nieba i nowej ziemi”. W tej ostatecznej rzeczywistości, przemienionej przez Bożą obecność, nie będzie już cierpienia, śmierci ani rozkładu. Teologowie prawosławni podkreślają, że Biblia nie wyklucza z tej odnowy żadnego elementu stworzenia – w tym także zwierząt. Przeciwnie, skoro cała natura została stworzona jako „bardzo dobra” i wraz z człowiekiem została poddana przemijaniu, to także cała natura ma uczestniczyć w obietnicy przywrócenia harmonii. Z tej perspektywy zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, mają swoje miejsce w Bożym planie odnowy i ostatecznego zbawienia.

Duchowość prawosławna mocno akcentuje jedność całego kosmosu oraz głęboki związek człowieka z naturą. Święci Ojcowie Kościoła, jak choćby św. Izaak Syryjczyk, mówili o miłości do każdego stworzenia – nawet do najmniejszego robaczka – jako o znaku prawdziwego zjednoczenia z Bogiem. Taka miłość jest nie tylko odzwierciedleniem boskiego współczucia, ale także potwierdzeniem, że wszystko, co żyje, ma swoje miejsce w Bożym sercu. W tym sensie, prawosławna teologia dostrzega w stworzeniu nie tylko materialny świat, ale także jego duchowy wymiar, w którym każde stworzenie, w tym zwierzęta, jest częścią Boskiego planu.

Z tej perspektywy, nie wydaje się nieprawdopodobne, że zwierzęta, podobnie jak cała reszta stworzenia, będą obecne w przemienionym świecie, który będzie częścią Bożej chwały. Może będą istniały w innej, oczyszczonej i duchowo przemienionej formie, ale nadal będą częścią tej samej rzeczywistości, która została stworzona przez Boga, umiłowana i przeznaczona do udziału w Jego chwale. Theosis, czyli droga człowieka ku Bogu, jest więc nie tylko zapowiedzią przemiany ludzkości, ale także całego stworzenia w świetle Bożej miłości. Ponieważ teologia prawosławna kładzie duży nacisk na odnowę wszystkich rzeczy, możliwe jest, że zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, będą istnieć w odnowionym świecie, choć może w formie, której jeszcze nie rozumiemy.

W ten sposób prawosławna wizja zbawienia nie ogranicza się tylko do ludzi, ale obejmuje cały świat, w tym zwierzęta, które w ostatecznym odkupieniu mogą również uczestniczyć w pełni Bożego planu odnowy i harmonii.

Prawosławne chrześcijaństwo i przyszłość stworzenia


Kościół prawosławny nigdy nie wypowiadał się jednoznacznie na temat tego, czy zwierzęta trafiają do nieba po śmierci. W oficjalnym nauczaniu Kościoła nie ma precyzyjnego dogmatu, który rozstrzygałby tę kwestię raz na zawsze. Jednak prawosławna duchowość i teologia, głęboko zakorzenione w mistyce i kontemplacji tajemnicy stworzenia, pozostawiają w tej sprawie przestrzeń dla nadziei. Z perspektywy prawosławnej, zbawienie i ostateczne odnowienie nie dotyczą tylko ludzi, ale całego stworzenia, które jest częścią Bożego planu odnowy.

Prawosławna eschatologia, czyli nauka o rzeczach ostatecznych człowieka i świata, ma wymiar kosmiczny. Obejmuje nie tylko zbawienie dusz ludzkich, ale także całą rzeczywistość stworzoną, która oczekuje przemiany i pełnego objawienia się Królestwa Bożego. Według tej tradycji, ostateczne odnowienie świata obejmuje wszystkie jego elementy – materię, przyrodę, czas, a więc także istoty żywe, w tym zwierzęta. Mistycy prawosławni często podkreślali, że Boże miłosierdzie i miłość nie mają granic, a cała rzeczywistość jest przeniknięta Jego obecnością, co sugeruje, że Boża troska obejmuje nie tylko ludzi, ale i całe stworzenie.

Ósmy dzień tygodnia” – wieczny szabat

uleczenie Wszechświata

Po zmartwychwstaniu umarłych, Sądzie Ostatecznym i końcu świata nastąpi czas odnowienia, przebudowania, przeobrażenia, uleczenia Wszechświata, a potem dla całego stworzenia nastanie dzień odpoczynku i ukojenia – błogosławiony i wieczny szabat. Nastanie radość zmartwychwstania, radość wiecznego życia, radość niekończącego się zmierzchem dnia Królestwa. Rozpocznie się nowa Pascha biorąca początek w końcu czasów, ale sama niemająca końca: „Albowiem oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię; nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą”. (Iz 65, 17–18).

Figurą ósmego dnia jest Przemienienie Pańskie na Górze Tabor, gdy ukazał się on swoim uczniom w świetlistej postaci, w towarzystwie Mojżesza i Eliasza. Kościół Wschodni w swej liturgii przypomina wiernym o tym fakcie, zwiastującym takie samo przeobrażenie dla każdego z błogosławionych: „Przemieniłeś się na górze, Chrystusie Boże, ukazawszy uczniom Twym chwałę Twą, o ile zdołali ją ujrzeć. Zaświeć i nam grzesznym Twoje światło zawsze istniejące, przez modlitwy Matki Boskiej, Dawco światłości chwała Ci!” (Troparion na Przemienienie Pańskie – Nauka o nabożeństwach, Warszawa 1938, s. 71)

Św. Symeon Nowy Teolog uważa, że „ósmy dzień” jest obrazem przyszłego wieku, który nie będzie miał końca. Znany nam czas doczesności rozpoczął się w jakiejś chwili i w jakiejś chwili się skończy. Cały akt stwórczy zamknął się w siedmiu dniach, ósmy zaś dzień, nie został jednak zaliczony do poprzedzających go siedmiu dlatego, by znajdując się „poza czasem”, wskazywał na to, iż nie ma ni początku, ni końca. Ale chociaż obecnie jeszcze obiektywnie owego ósmego dnia nie ma dla nas, to przecież istniał on przedwiecznie, istnieje i nastanie przy końcu czasów, aby przywrócić poprzedni stan nigdy niekończącej się teraźniejszości. Wskazuje on też na przeznaczenie inteligentnych i wolnych stworzeń Bożych, aniołów i ludzi, którzy, choć mieli początek, nie mają końca.

Wskazują na to słowa Pisma Świętego: „Twoje [Boże] lata trwają poprzez wszystkie pokolenia. Ty niegdyś założyłeś ziemię i niebo jest dziełem rąk Twoich. Przeminą one, Ty zaś pozostaniesz. I całe one jak szata się zestarzeją: Ty zmieniasz je jak odzienie i ulegają zmianie, Ty zaś jesteś zawsze ten sam i lata Twoje nie mają końca”. (Ps 102 (101), 25–28). „Niebiosa zwijają się jak zwój księgi, wszystkie ich zastępy opadają, jak opada listwie z winnego krzewu i jak opadają liście z drzewa figowego”. (Iz 34, 4).

Dlatego: „Podnieście oczy ku niebu i na dół popatrzcie ku ziemi! Zaiste, niebo jak dym się rozwieje i ziemia zwiotczeje jak szata, a jej mieszkańcy wyginą jak komary. Lecz moje zbawienie będzie wieczne, a sprawiedliwość moja zmierzchu nie zazna”. (Iz 51, 6) i „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni”. (Mt 24, 35; 5, 18).

Po zniszczeniu obecnego, doczesnego świata, które poprzedzą straszliwe kataklizmy, nastąpi jego odrodzenie i odnowienie: „Przy odrodzeniu, (…) Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały…”. (Mt 19, 28).

To samo miał na myśli św. Apostoł Paweł mówiąc o uwolnieniu stworzenia – czyli całej przyrody ożywionej i nieożywionej – przez Boga od „niewoli zniszczenia”: „Stworzenie bowiem zostało poddane marności (…) w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych”. (Rz 8, 20-23)

O tym samym nauczał również św. Apostoł Piotr: „Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość”. (2 P 10, 13), oraz św. Apostoł i Ewangelista Jan, opowiadając swą wizję, jakiej doznał, przebywając na zesłaniu na wyspie Patmos: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły”. (Ap 21, 1).

Wiara w koniec świata i późniejsze jego odnowienie i uleczenie jest jednym z fundamentów nauki Kościoła Prawosławnego. Dlaczego jednak świat ma zostać odnowiony, dlaczego ma zostać odnowione całe stworzenie? Otóż – jak wyjaśnia św. Cyryl Jerozolimski – stary świat, jako ten który za sprawą Diabła uległ zepsuciu i został skalany, każdym rodzajem grzechu, nie może się ostać i musi spłonąć w kosmicznym pożarze, aby mógł pojawić się nowy, lepszy.

Ponieważ dziejów obecnie istniejącego świata nie można oddzielić od historii człowieka, któremu on służy, więc podobnie jak człowiek musi zostać odnowiony, aby nadal mógł mu służyć.

Skoro ludzkość nie jest przeznaczona na zatracenie, dlaczego wobec tego świat miałby zostać zniszczony i więcej się nie odrodzić? Odrodzi się on, ale już jako nieskalany brudem zła i grzechu. Dlatego podobnie jak człowiek zostanie odnowiony i przebóstwiony po zmartwychwstaniu, tego samego dostąpi świat i stworzenie. I doskonały człowiek nigdy już nie okaleczy świata.

Św. Bazyli Wielki powiada, że odnowienie, przemienienie świata jest konieczne, aby mógł się on „dopasować się” do nowego stanu człowieka, do jego „innej formy życia”, które będzie wymagało – co logiczne – także innych warunków.

Zdają się wskazywać na to słowa Pisma Świętego: „Jeszcze raz wstrząsnę nie tylko ziemią, ale i niebem. Te zaś słowa jeszcze raz wskazują, że nastąpi zniszczenie tego, co zniszczalne, a więc tego, co zostało stworzone, aby pozostało to, co niewzruszone”. (Hbr. 12, 26). „Bo tak mówi Pan Zastępów: Jeszcze raz, [a jest to] jedna chwila, a Ja poruszę niebiosa i ziemię, morze i ląd”. (Ag. 2, 6).

Czy jednak należy rozważać to, jako całkowite unicestwienie obecnego świata i stworzenie przez Boga na jego miejsce jakiegoś innego, nowego? Św. Augustyn biskup Hippony, uważa, że choć jest to oczywiście możliwe, to nastąpi raczej odnowienie świata obecnie istniejącego, który jednak wpierw, w kosmicznym pożarze, przez ów niebieski ogień zostanie oczyszczony z wszelkiego zła, jakiego był świadkiem i uczestnikiem w czasie trwania historii człowieka. Tego samego zdania jest także św. Symeon Nowy Teolog.

W odnowionym Wszechświecie nie będzie już więcej miejsca dla kogokolwiek i czegokolwiek skażonego. Będzie on mieszkaniem świętych czystych istot – ludzi i mieszkańców niebios. Cnota i świętość trwale zamieszkają w nowym świecie.

Natomiast wszyscy grzesznicy nie znajdą tam miejsca dla siebie, bo piekło, siedziba ich przebywania i męki, zostanie usunięta gdzieś na zewnątrz Wszechświata. Gdzieś w ciemności zewnętrzne (cokolwiek by to miało oznaczać, jedno oznacza na pewno, że będzie to na zewnątrz Królestwa Bożego). Lecz gdzie to będzie, tego nie wiemy, tego bowiem Bóg nie zechciał nam objawić. O tym jednak, że będzie to, gdzieś poza odnowionym Wszechświatem, mówi Pismo Święte: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kocha kłamstwo i nim żyje”. (Ap 22, 15 BT). „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. (1 Kor 6, 9-10 BT).

Św. Izaak Syryjczyk uważa, że w nowym Wszechświecie żadne z zamieszkujących go stworzeń nie będzie pamiętać świata obecnego. Pierwsze stworzenie zostanie całkowicie zapomniane, a umysł ludzki nie zechce już nigdy powrócić do wspomnień czasów przesiąkniętych złem, będzie on bowiem przywiązany do dobra, szczęścia, miłości, radości i słodyczy nowego istnienia w Królestwie Bożym, w Raju Nowej Jerozolimy.

W jednym z końcowych wersetów Apokalipsy św. Jana pojawia się pozornie niepokojące stwierdzenie: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje” (Ap 22,15). W kontekście Nowego Jeruzalem, opisywanego jako ostateczne spełnienie Bożego planu zbawienia, wers ten odnosi się do tych, którzy nie mają wstępu do tej rzeczywistości – do świata pełnego światła, pokoju i jedności z Bogiem. Wśród nich wymienia się „psy”, co współczesnemu czytelnikowi może wydać się zaskakujące, zwłaszcza w kontekście refleksji nad miejscem zwierząt w życiu wiecznym. Warto jednak zrozumieć, że w tym fragmencie nie chodzi o zwierzęta w sensie dosłownym. Słowo „psy” ma tu znaczenie symboliczne, głęboko zakorzenione w kulturze starożytnego Bliskiego Wschodu i świata biblijnego.

W tradycji żydowskiej i wczesnochrześcijańskiej psy były kojarzone nie z wiernymi towarzyszami człowieka, jak bywa dziś, lecz z nieczystością, agresją, życiem na marginesie ludzkiej wspólnoty. Były zwierzętami dzikimi, żywiącymi się padliną, bytującymi na wysypiskach śmieci i poza społeczeństwem. W tym kontekście określenie „pies” było często używane jako metafora moralnej nieczystości, przewrotności, a nawet duchowego buntu wobec Boga. W niektórych fragmentach Pisma Świętego odnosiło się ono do osób szerzących fałszywe nauki lub żyjących w grzechu. Przykładem może być List do Filipian, w którym św. Paweł przestrzega: „Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników” (Flp 3,2), mając na myśli ludzi, którzy wypaczają Ewangelię.

W Apokalipsie św. Jana „psy” stają się zatem symbolem tych, którzy świadomie wybrali życie w kłamstwie, przemocy, bałwochwalstwie i moralnym chaosie. Autor księgi, posługując się twardym i wyrazistym językiem prorockim, nie potępia zwierząt jako takich, lecz odwołuje się do ówczesnych skojarzeń kulturowych, by ukazać radykalne oddzielenie zła od dobra w ostatecznym porządku zbawienia. Nie ma tu zatem miejsca na dosłowną interpretację, wedle której zwierzęta – a zwłaszcza psy – byłyby wykluczone z nieba.

Wręcz przeciwnie, wiele innych fragmentów biblijnych i teologicznych tradycji chrześcijańskich, zwłaszcza w ich mistycznych nurtach, ukazuje stworzenie jako mające udział w Bożym planie odkupienia. Psy w Apokalipsie nie są więc argumentem przeciw obecności zwierząt w niebie, lecz silną metaforą duchowej postawy sprzeciwiającej się miłości i prawdzie. W refleksji nad zwierzętami w eschatologii należy zatem odróżnić język symboliczny od dosłownego i pamiętać, że Biblia posługuje się obrazami, które dla starożytnych miały zupełnie inne znaczenia niż dla współczesnych odbiorców.

Nadzieja na to, że i zwierzęta znajdą się w niebie znajduje teologiczne uzasadnienie w doktrynie kosmicznego przemienienia, zakorzenionej głęboko w prawosławnej myśli. Mówi ona, że całe stworzenie – nie tylko ludzie, ale wszystko, co wyszło z rąk Boga – zostanie przemienione i odnowione w Chrystusie. Ta odnowa nie polega na zniszczeniu i stworzeniu czegoś całkowicie nowego, lecz na przekształceniu wszystkiego w świat wolny od grzechu, śmierci i zepsucia. Również zwierzęta, które dzieliły z człowiekiem los po upadku – cierpiały, umierały, podlegały rozkładowi – mogą wedle tej wizji zostać objęte łaską przemienienia. Ich udział w przyszłym świecie może być formą ich zbawienia, nie tyle przez zasługę, co przez miłosierdzie Boga, który wszystko czyni nowym.

W tym ujęciu, obecność zwierząt w nowym stworzeniu nie jest już tylko kwestią emocjonalnych pragnień czy ludzkiej tęsknoty, ale staje się realną możliwością zakorzenioną w głębokiej refleksji teologicznej i duchowym doświadczeniu Kościoła.

Prawosławne teksty teologiczne na temat zwierząt

Filokalia, klasyczny zbiór pism prawosławnych ojców duchowych i mistyków, otwiera przed czytelnikiem wizję duchowej rzeczywistości, w której cały kosmos – nie tylko człowiek – ma udział w Bożym życiu. W tej tradycji świat przyrody nie jest traktowany jako duchowo neutralne tło dla ludzkiego zbawienia. Wręcz przeciwnie – natura, a więc również zwierzęta, rośliny i cała materia stworzona, uczestniczy w tajemnicy istnienia, niosąc w sobie ślad obecności Logosu, Boskiego Słowa, przez które wszystko zostało stworzone.

W duchowości Filokalii nie istnieje sztywne przeciwstawienie świata materialnego i duchowego. Wszystko, co stworzone, ma swoje miejsce w Bożym planie i jest powołane do przemiany. Człowiek, stworzony na obraz Boga i obdarzony zdolnością do theosis – przebóstwienia – nie osiąga świętości w izolacji od reszty stworzenia, lecz w głębokiej jedności z nim. Gdy człowiek oczyszcza swoje serce, modli się i powraca do Boga, przywraca również harmonię i porządek w relacjach ze światem. W tej odnowionej jedności zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, odnajdują swój pierwotny spokój, sens i miejsce w kosmicznym porządku.

Prawosławna mistyka dostrzega, że grzech pierworodny miał konsekwencje nie tylko dla człowieka, ale i dla całego stworzenia. Została zakłócona pierwotna jedność między człowiekiem a światem, który go otaczał – nastąpiło pęknięcie w relacjach, które wcześniej były pełne pokoju i wzajemnej współpracy. Jednak nadzieja, jaka przebija z duchowości Filokalii, jest równie głęboka jak świadomość tego pęknięcia. Powrót człowieka do Boga, jego nawrócenie i duchowa przemiana, są drogą do odnowienia nie tylko siebie, ale i całego stworzenia. Człowiek, stając się ‘kapłanem kosmosu’, jak to ujmowali niektórzy ojcowie, ofiarowuje świat Bogu, a przez to umożliwia jego duchowe odrodzenie.

Prawosławna teologia, wierna swojej apofatycznej – czyli otwartej na tajemnicę – naturze, nie wypowiada się jednoznacznie na temat losu zwierząt po śmierci. Jednak pozostawia miejsce dla nadziei, że również one mogą mieć udział w eschatologicznym przemienieniu świata. W tej perspektywie zwierzęta nie są wyłącznie biernymi elementami stworzenia, lecz cichymi towarzyszami człowieka na jego drodze do Boga – istotami, które również mogą zostać objęte Bożym współczuciem, miłosierdziem i odnową.

Prawosławne modlitwy za zwierzęta

W tradycji prawosławnej istnieje żywa i bogata duchowo praktyka modlitwy za zwierzęta, która – choć nienagłośniona – sięga głęboko w historię Kościoła Wschodniego. W przeciwieństwie do zachodniego chrześcijaństwa, gdzie modlitwy za zwierzęta były przez wieki raczej marginalne i sporadyczne, w prawosławiu odnajdujemy świadectwa świętych, mnichów i wspólnot, które traktowały zwierzęta jako istotną część stworzenia zasługującą na modlitewną troskę.

Jedną z najbardziej znanych postaci związanych z duchową opieką nad zwierzętami jest święty Modestos, patriarcha Jerozolimy żyjący w VII wieku. W prawosławnej tradycji czczony jest jako patron zwierząt. Jego imię i modlitwy w intencji uzdrowienia chorych zwierząt są do dziś obecne w praktyce duchowej niektórych wspólnot monastycznych. Modestos uczył, że troska o stworzenia nie jest jedynie obowiązkiem rolnika czy pasterza, ale również chrześcijanina, który pragnie naśladować Bożą miłość obejmującą całe stworzenie. W swojej modlitwie błagał Boga o zdrowie i ochronę zwierząt, podkreślając ich wartość w Bożym planie i codziennym życiu ludzi.

Modlitwa za zwierzęta, według tej tradycji, wyraża przekonanie, że także one zasługują na Bożą opiekę i współczucie. Nie są jedynie elementem przyrody czy zasobem do wykorzystania, lecz stworzeniami obdarzonymi przez Boga miejscem i celem. W modlitwach tych pobrzmiewa głębokie przeświadczenie, że całość stworzenia jest święta, a ludzkie życie duchowe powinno obejmować także odpowiedzialność za dobrostan istot nieludzkich.

W wielu Kościołach prawosławnych dzień 16 grudnia, czyli wspomnienie św. Modestosa, obchodzony jest jako szczególny moment modlitwy za zwierzęta. W niektórych wspólnotach praktykuje się wówczas specjalne nabożeństwa błogosławieństwa zwierząt. Praktyka ta, choć różni się w zależności od regionu i tradycji lokalnej, przypomina, że zwierzęta są przedmiotem troski nie tylko ze względów praktycznych, ale także duchowych.

W niektórych klasztorach modlitwa za zwierzęta nie ogranicza się do jednego dnia w roku. Mnisi i mniszki regularnie modlą się za stworzenia żyjące w ich otoczeniu – za zwierzęta domowe, gospodarskie, a nawet dzikie. Takie praktyki wynikają z przekonania, że współczucie, pokora i miłość do wszelkiego życia to nie tylko cnoty moralne, ale droga do duchowego zjednoczenia z Bogiem, który jest Stwórcą i Podtrzymującym wszystko, co żyje.

W związku z przypadającym 16 grudnia wspomnieniem św. Modesta Jerozolimskiego, patrona zwierząt, w niektórych parafiach prawosławnych odprawiane są specjalne nabożeństwa błogosławienia zwierząt. Przykładem może być parafia greckoprawosławna św. Eliasza Proroka w Santa Cruz w Stanach Zjednoczonych, gdzie corocznie, w okolicach tego dnia, organizowana jest uroczysta modlitwa w intencji zwierząt. Podczas jednego z takich nabożeństw, 12 listopada 2012 roku, ojciec Dennis Vierling pobłogosławił kilkanaście psów, kota i żółwia, modląc się o ich zdrowie i ochronę. Właściciele zwierząt byli wzruszeni indywidualnym podejściem duchownego do każdego z ich pupili, a sam kapłan podkreślał, że zwierzęta domowe są źródłem radości i towarzystwa, a modlitwa za nie wyraża wdzięczność za ich obecność w życiu człowieka. Błogosławieństwo zwierząt, choć nie stanowi powszechnej praktyki we wszystkich Kościołach prawosławnych, jest głęboko zakorzenione w niektórych lokalnych tradycjach i może przybierać różne formy w zależności od regionu. W prawosławnych tradycjach greckiej i rosyjskiej istnieje również zwyczaj błogosławienia zwierząt gospodarskich, takich jak konie czy krowy, które towarzyszą człowiekowi w codziennym życiu i pracy. Modlitwy te obejmują nie tylko prośbę o ich fizyczne dobro, ale także wyrażają troskę o duchowe znaczenie ich istnienia. Zgodnie z nauczaniem Kościoła prawosławnego całe stworzenie jest święte, a relacja człowieka ze światem przyrody powinna być oparta na szacunku, trosce i odpowiedzialności. W tym ujęciu każde stworzenie – od roślin po zwierzęta – współuczestniczy w Bożym dziele stworzenia i wciąż pozostaje objęte Bożą miłością oraz opieką.


Ciąg dalszy nastąpi

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Trump oddaje hołd Świątyni Nieba

Trump oddaje hołd Świątyni Nieba

Pepe Escobar uncutnews-ch/trump-erweist-dem-himmelstempel-seine-ehre

Pepe Escobar

Gdybyśmy byli wystarczająco hojni, moglibyśmy dojść do wniosku, że Xi i Trump uzgodnili trzyletnie ramy stabilności.

SZANGHAJ – Nagłówek na pierwszej stronie dziennika China Daily w czwartek był niczym grom z jasnego nieba: „Czerwony dywan dla Trumpa w Pekinie”.

Cóż, tak – wraz z podekscytowanymi dziećmi machającymi kwiatami i wizytą w Świątyni Nieba, zbudowanej w 1420 roku jako symbol połączenia nieba z ludzkością.

Młodość spotyka się z tradycją. Pokolenie, które będzie przewodzić w pełni zmodernizowanym Chinom, styka się z ich bogatą historią. Oszołomiony i zdezorientowany prezydent USA z trudem pojmował, że właśnie otrzymał mistrzowską lekcję cywilizacji.

Xi Jinping był znany z miażdżącej krytyki: „Powinniśmy być partnerami, a nie rywalami”. Zwolennicy wyjątkowości byli zszokowani. I to po niekończącej się litanii wojen handlowych, sankcji technologicznych, nieustającej histerii wokół Tajwanu, okrążenia militarnego, konfrontacji geoekonomicznej i antychińskiej retoryki.

Uspokój się. Zachowaj spokój.

Ach, zawiłości i meandry najważniejszej dwustronnej relacji na świecie. Chociaż obie gospodarki są ze sobą ściśle powiązane, dwustronny handel towarami osiągnął w 2025 roku zaledwie 4,01 biliona juanów (590 miliardów dolarów). W skali globalnej nie robi to wrażenia: stanowi zaledwie 8,8% całkowitego handlu zagranicznego Chin.

Podczas bankietu państwowego Xi, dzięki swym doskonałym umiejętnościom retorycznym, dokonał wyczynu zjednoczenia MAGA i odrodzenia narodu chińskiego:

„Chińczycy i Amerykanie to dwa wielkie narody. Wielkie odrodzenie narodu chińskiego i cel, jakim jest ponowne uczynienie Ameryki wielką, mogą iść ręka w rękę”.

Barbarzyńcy znów byli zdezorientowani.

Następnie Xi krótko wyjaśnił, na czym stoimy. Zajęło to tylko jedno zdanie:

„Transformacja, jakiej nie widziano od stulecia, przyspiesza na całym świecie, a sytuacja międzynarodowa jest płynna i burzliwa”.

Porównajmy to z momentem, gdy po raz pierwszy publicznie mówił o tej „transformacji” – tuż po spotkaniu z Putinem na Kremlu wiosną 2023 roku.

Xi natychmiast zapytał: „Czy Chiny i Stany Zjednoczone mogą przezwyciężyć pułapkę Tukidydesa i stworzyć nowy paradygmat relacji między mocarstwami?”

Choć pułapka Tukidydesa jest kolejnym słabym tworem amerykańskiego świata think tanków – najlepszymi analitykami Tukidydesa są Grecy i Włosi, a nie klika Waszyngtonu – metafora Xi rzeczywiście podkreśla, że ​​to Chiny są teraz liderem nowego, powstającego porządku.

A Chinom udało się to osiągnąć bez oddania ani jednego strzału.

Ta „konstruktywna stabilność strategiczna”

Następnie Xi przedstawił swoją nową wizję stosunków amerykańsko-chińskich – przynajmniej na najbliższe trzy lata – podając dość zaskakujące hasło: „konstruktywna stabilność strategiczna” (podkreślenie moje).

Ale to niesie ze sobą trzy poważne problemy.

Imperium Chaosu nie jest konstruktywne: jest destrukcyjne.

Nie jest to strategia: w najlepszym razie jest to mniej więcej taktyka, a taktyka ciągle się zmienia.

Nie chodzi tu o stabilność: chodzi o tworzenie i wykorzystywanie chaosu – wraz z kłamstwami, grabieżą i, jak widzimy w Wenezueli, a szczególnie w Iranie, piractwem.

Xi nie może rozsądnie oczekiwać „współpracy” ze strony imperium jako „kamienia węgielnego” relacji – nie mówiąc już o „zdrowej stabilności z zachowaniem rozsądnych granic konkurencji”.

Gdybyśmy byli wystarczająco hojni, moglibyśmy dojść do wniosku, że Xi i Trump uzgodnili trzyletnie ramy stabilności, które należy rozumieć jako strukturalny reset – najpierw współpraca, a następnie kontrolowana konkurencja i przewidywalny pokój jako końcowy rezultat.

Nie zapominajmy jednak, że mamy do czynienia z Ameryką „nieumowną” – według nieśmiertelnej definicji Wielkiego Mistrza Ławrowa.

No i oczywiście jest kwestia Tajwanu. Xi w szczytowej formie: „Niepodległość Tajwanu” i pokój po drugiej stronie Cieśniny Tajwańskiej są nie do pogodzenia jak ogień i woda”. Amerykanie muszą zachować „wyjątkową ostrożność” w „rozwiązywaniu kwestii Tajwanu”.

Xi określił to jako „najważniejszą kwestię w relacjach między Chinami a USA”. Dla Pekinu to ostateczna czerwona linia. Zespół Trumpa może nadal nie rozumieć, o co tak naprawdę toczy się gra. Tajwan jest zmienną, która może wyzerować całe optymistyczne, trzyletnie równanie „pokojowe”.

A tak przy okazji: twierdzenie amerykańskich mediów głównego nurtu, że Xi Jinping wymienił amerykańską nieingerencję na Tajwanie na chińską „pomoc” dla USA w Iranie, jest absurdalne. Chiny i Iran mają stale ewoluujące partnerstwo strategiczne.

Podczas gdy wszystko to działo się w Pekinie, miałem przyjemność spędzić długi geopolityczny lunch w Szanghaju z niezwykłym Li Bo, dyrektorem generalnym Guancha, najważniejszego niezależnego medium w Chinach, które ma co najmniej 120 milionów obserwujących dziennie.

Li Bo stwierdził między innymi, że Tajwan nie jest problemem dla Pekinu: to wewnętrzna sprawa, którą należy rozwiązać pokojowo. Prawdziwym problemem, jak powiedział, jest zbrojenie Japonii – zwłaszcza teraz, pod rządami otwarcie militarystycznego rządu Sanae Takaichi.

A teraz do prawdziwych VIP-ów show Trump-Xi.

Po całej tej gadaninie o „imperium zła”, histerii rozdzielania, paranoi odstraszania od ryzyka, tsunami sankcji, tsunami ceł i retoryce wojennej, mamy teraz oligarchiczną klikę o łącznej kapitalizacji rynkowej przekraczającej 10 bilionów dolarów, która leci do Pekinu, by dosłownie osobiście błagać Xi Jinpinga o… interesy.

Trump był wniebowzięty: „Chciałem numer jeden z każdego imperium! Jensen Huang, Tim Cook, Elon Musk i inni tytani… najlepsi na świecie są tutaj, tuż przed wami”.

Potem padło kluczowe zdanie: „Jesteście tu dzisiaj, aby okazać szacunek sobie i Chinom. Przychodzicie spragnieni biznesu, inwestycji i innowacji. Z naszej strony będzie stuprocentowa wzajemność”.

„Niezbędny” naród oddaje hołd prawdziwemu geo-ekonomicznemu imperium XXI wieku. Historia będzie miała z tego pole do popisu.

Klucze do nowej Świątyni Nieba

Tesla, Apple, Boeing, GE Aerospace – wszystkie te firmy mogą rozpaczliwie potrzebować chińskich pierwiastków ziem rzadkich: Chiny kontrolują prawie 99% światowych mocy przetwórczych pierwiastków ziem rzadkich. Jednak zapotrzebowanie Chin na te amerykańskie giganty maleje strukturalnie.

Łączna zależność przychodów dwunastu największych firm, których prezesi wzięli udział w tej podróży, od rynku chińskiego wynosi ponad 300 miliardów dolarów rocznie.

Musk musi kontynuować produkcję Tesli – Gigafactory, jego najważniejszy ośrodek eksportowy, znajduje się poza Szanghajem – bez 100% ceł. Jensen Huang potrzebuje licencji eksportowych na chipy, aby Nvidia mogła sprzedawać na tym ogromnym rynku sztucznej inteligencji (choć Chiny tak naprawdę już nie potrzebują Nvidii). Tim Cook potrzebuje stabilności łańcucha dostaw Apple w Chinach, wartego 70 miliardów dolarów.

Prawdziwym problemem jest Larry Fink z BlackRock, który z chciwością oczekuje „otwarcia” chińskich rynków finansowych, aby generować dodatkowe zyski dla Wall Street (Li Bo powiedział mi, że Chińczycy w najlepszym razie pozwoliliby im na małe biuro na wyspie Hajnan…). Fink jest również de facto nowym liderem kliki w Davos i bezpośrednio odpowiedzialny za finansowanie centrów danych nadzorujących sztuczną inteligencję w całych Stanach Zjednoczonych.

W oświadczeniu Białego Domu podkreślono „zwiększenie dostępu amerykańskich firm do rynku chińskiego i wzrost chińskich inwestycji w amerykańskim przemyśle”, „większą liczbę chińskich zakupów amerykańskich produktów rolnych” oraz „zainteresowanie Xi zakupem większej ilości amerykańskiej ropy”.

Chińskie Ministerstwo Handlu nie wspomniało jednak ani słowem o żadnych „rozmowach handlowych”.

Teoretycznie więc mieliśmy tę partię prezesów-miliarderów, którzy chcieli „otworzyć” Chiny na amerykański biznes i handel. Społeczność biznesowa w Szanghaju była całkowicie niezadowolona. W końcu Chiny aktywnie budują swoją niezależność – wszystko to zapisane w celach nowego Planu Pięcioletniego – podczas gdy Stany Zjednoczone, za pośrednictwem tych prezesów-miliarderów, w zasadzie demonstrowały formalizację własnej zależności.

Podczas gdy w Pekinie szalał cały ten hałas i gniew, ministrowie spraw zagranicznych Rosji, Chin (nie Wang Yi, który pozostał w Pekinie u boku Xi), Indii i, co najważniejsze, Iranu, wraz z innymi przedstawicielami, przybyli do New Delhi na bardzo ważny szczyt BRICS, którego głównym tematem była, jak to określiła Moskwa, reforma systemu „globalnego zarządzania”, w której dominującą rolę odgrywa Globalne Południe.

BRICS może być w stanie śpiączki. Ale jeśli ktokolwiek jest w stanie go ożywić, to Wielki Mistrz Ławrow i Rosja – ramię w ramię z Chinami i rosnącą potęgą globalną, Iranem. Po raz kolejny to nowy Trójkąt Primakowa, RIC (Rosja-Indie-Chiny), znajdzie prawdziwe klucze do otwarcia nowej Świątyni Nieba.

Źródło: Trump oddaje hołd Świątyni Nieba

Trump w panice – Iran i Chiny rozmontowują strategię Waszyngtonu z czasów II wojny światowej

Pepe Escobar: Trump w panice – Iran i Chiny rozmontowują strategię Waszyngtonu z czasów II wojny światowej

W tym wywiadzie Pepe Escobar z Szanghaju analizuje konsekwencje szczytu Trump-Xi w Pekinie, rolę Iranu w Cieśninie Ormuz, koordynację rosyjsko-chińską oraz rosnącą utratę kontroli przez Waszyngton. Jego główna teza: Stany Zjednoczone próbują wywierać presję na Iran, Chiny i Rosję jednocześnie – ale ta sama strategia zbliża te trzy mocarstwa i przyspiesza transformację w kierunku wielobiegunowego porządku świata.

Pekin jako scena geopolitycznego upokorzenia

Escobar zaczyna od niemal kpiącej obserwacji z Szanghaju. Dla niego miasto to nie tylko azjatycka metropolia, ale symbol przyszłości: zaawansowana technologia, miejska dynamika, potęga gospodarcza i kulturowa pewność siebie. Z tej perspektywy geopolityczny teatr Waszyngtonu wydaje mu się coraz bardziej przestarzały, wyczerpany i prowincjonalny.

W interpretacji Escobara wizyta Trumpa w Pekinie jawi się nie jako triumf amerykańskiej dyplomacji, lecz jako starannie zaaranżowana lekcja chińskiej projekcji siły. Trump przybył do Chin w towarzystwie prezesów i geopolitycznych żądań, ale Xi Jinping w istocie dał mu mistrzowską lekcję cywilizacji: uprzejmości, rytualizacji, precyzji – i strategicznego chłodu.

Dla Escobara symboliczne tło jest szczególnie ważne: Świątynia Nieba, tło historyczne, dopracowana inscenizacja i sposób, w jaki Chiny przyjęły Trumpa. Nie jako zwycięzcę. Nie jako władcę świata. Ale jako gościa starszego, pewnego siebie ośrodka władzy.

Dwa ostrzeżenia dla Trumpa: najpierw Putin, potem Xi

Główna teza Escobara jest taka, że ​​Trump otrzymał dwa wyraźne sygnały zatrzymania w ciągu kilku dni – najpierw od Władimira Putina, a następnie od Xi Jinpinga.

Pierwszy strzał ostrzegawczy padł podobno po wizycie irańskiego ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego w Petersburgu. Araghchichi szczegółowo wyjaśnił stanowisko Iranu Ławrowowi i Putinowi. Następnie Putin rozmawiał bezpośrednio z Trumpem telefonicznie i w istocie zaproponował mediację w celu rozwiązania kryzysu irańskiego – ale jednocześnie jasno dał do zrozumienia, że ​​kolejna eskalacja konfliktu, wznowienie bombardowań, a nawet ataki na infrastrukturę cywilną nie pozostaną bezkarne.

Dla Escobara był to pierwszy rozkaz „zaprzestania i zaniechania”: zaprzestania dalszego pogarszania sytuacji.

Drugi komunikat nadszedł z Pekinu. Xi Jinping nie uciekł się do jawnych gróźb, lecz do języka chińskiej dyplomacji: pośredniego, lecz jednoznacznego. Chiny nie wezmą udziału w próbach Waszyngtonu, by wywrzeć presję na Iran. Chiny nie zaakceptują też wykorzystywania kryzysu irańskiego jako preludium do późniejszej eskalacji konfliktu z Chinami.

Cieśnina Ormuz: otwarta dla Chin, problem dla Waszyngtonu

Centralnym punktem dyskusji jest Cieśnina Ormuz. Podczas gdy Waszyngton stara się przedstawiać kryzys jako globalny problem bezpieczeństwa, Escobar postrzega sytuację bardziej pragmatycznie: dla Chin Cieśnina Ormuz nie jest zablokowana. Chińskie tankowce mogą nadal przepływać przez nią na mocy porozumień państwowych z Iranem.

Oznacza to, że Waszyngton traci kluczową dźwignię. Chociaż Stany Zjednoczone nadal mogą wywierać presję na zachodnie firmy żeglugowe, ubezpieczycieli i państwa Zatoki Perskiej, nie kontrolują już automatycznie przepływu energii do Azji.

To jest sedno nowej rzeczywistości: Stany Zjednoczone mogą wywołać kryzys, ale nie mogą już zagwarantować, że wszyscy kluczowi gracze będą grać według ich zasad.

Iran jako strategiczny węzeł

Iran jawi się nie jako odosobniony cel amerykańskiej polityki siły, lecz jako centralny ośrodek rodzącego się porządku wielobiegunowego.

Logika dyskusji opierała się na założeniu, że wojna z Iranem nigdy nie była tylko wojną z Iranem. Była to również wojna z Chinami, wpływami Rosji, Korytarzem Północ-Południe, Inicjatywą Pasa i Szlaku oraz strategiczną autonomią Globalnego Południa.

Dlatego Rosja i Chiny reagują tak zdecydowanie. Wiedzą: jeśli Iran upadnie, presja na całą architekturę wielobiegunową wzrośnie. Jeśli Iran utrzyma swoją pozycję, Waszyngton straci istotną część swojej siły zastraszania.

Tajwan: Czerwona linia za czerwoną linią

Xi Jinping wielokrotnie dawał Trumpowi jasno do zrozumienia, że ​​Tajwan pozostaje ostateczną czerwoną linią dla Chin. Escobar bezpośrednio łączy Tajwan z Iranem: To, co Waszyngton próbuje dziś zrobić w Zatoce Perskiej, może być kontynuowane jutro poprzez Malakkę, Morze Południowochińskie i Tajwan.

To sprawia, że ​​Tajwan jest strategicznym odbiciem kryzysu irańskiego. Oba przypadki koncentrują się na wąskich gardłach, szlakach morskich, przepływach energii, odstraszaniu militarnym i pytaniu, czy Stany Zjednoczone będą nadal w stanie dyktować warunki konfliktów na obrzeżach Eurazji.

Xi zasadniczo powiedział Trumpowi: Nie próbuj stosować wobec Tajwanu tej samej logiki eskalacji, którą zastosowałeś wobec Iranu.

Putin w Pekinie: Nie przypadek, ale sygnał

Escobar uważa, że ​​kolejna wizyta Putina w Pekinie była szczególnie ważna. Uważa, że ​​spotkanie Putina z Xi zaledwie kilka dni po spotkaniu Trumpa nie było zbiegiem okoliczności, lecz raczej częścią precyzyjnej koordynacji między Moskwą a Pekinem.

Xi zda Putinowi relację z pierwszej ręki o tym, co zostało omówione z Trumpem. To stworzy ściśle skoordynowaną linię rosyjsko-chińską wobec Waszyngtonu. Wraz z Iranem tworzy się strategiczny trójkąt, który nie tylko reaguje, ale aktywnie kształtuje własną rzeczywistość.

Dla Escobara to kluczowe: Rosja, Chiny i Iran nie czekają już, aż Waszyngton wykona swoją pracę. Budują własny porządek.

Stany Zjednoczone nie rozumieją języka Chin

Jednym z najistotniejszych wątków rozmowy jest intelektualna i kulturowa niezdolność amerykańskich elit do zrozumienia Chin. Escobar oskarża amerykańską delegację o zachowanie się jak prowincjonalni politycy w Pekinie – niezdolność do rozszyfrowania rytuałów, języka, historii i symboliki chińskiej dyplomacji.

Koncepcja „konstruktywnej stabilności strategicznej”, którą Xi sformułował jako zasadę przewodnią na nadchodzące lata, jest szczególnie istotna. Dla Chin oznacza ona: najpierw współpraca, potem kontrolowana konkurencja, a pokój jako cel.

Dla Escobara właśnie o to chodzi: amerykańskie imperium nic nie może zrobić z tą koncepcją. Nie jest konstruktywna, lecz destrukcyjna. Nie strategiczna, lecz taktyczna. Nie stabilizująca, lecz nastawiona na chaos, presję i piractwo.

Xi zaoferował zatem USA swego rodzaju strukturalny restart. Escobar wątpi jednak, czy Waszyngton w ogóle rozumie, co zostało zaoferowane.

BRICS w kryzysie – ale Rosja i Chiny pozostają siłą napędową

Kolejnym tematem jest BRICS. Escobar opisuje niedawne spotkanie ministrów spraw zagranicznych w New Delhi jako wielki bałagan. Napięcia między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi pokazały, jak głębokie stały się sprzeczności w BRICS.

Dla niego BRICS jest „w śpiączce”, ale nie jest to jeszcze definitywny koniec. Gdyby ktokolwiek mógł ożywić ten projekt, byłyby to Rosja i Chiny – być może razem z Iranem i Brazylią.

Problem: BRICS obejmuje państwa o zupełnie odmiennych celach strategicznych. Indie, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Iran, Chiny i Rosja nie mają wspólnych interesów. Rola Zjednoczonych Emiratów Arabskich jako bliskiego partnera Izraela i Stanów Zjednoczonych, w szczególności, sprawia, że ​​sytuacja staje się napięta.

Escobar sugeruje, że BRICS może potrzebować wewnętrznej hierarchii w dłuższej perspektywie. Poprzednia idea całkowitej równości byłaby trudna do utrzymania w nowych warunkach.

Pakistan jako nowy kluczowy gracz

Ocena Pakistanu dokonana przez Escobara jest interesująca. Uważa on, że Pakistan znacząco wzmocnił swoją pozycję dzięki roli pośrednika między Iranem a innymi podmiotami. Jednocześnie Pakistan otwiera dla Iranu korytarze lądowe, a nawet port w Gwadarze. To w praktyce czyni Gwadar użytecznym również dla Iranu – strategiczny ruch o ogromnym znaczeniu.

To zmienia mapę. Iran staje się mniej zależny od wrażliwych szlaków morskich. Pakistan wzmacnia swoją rolę mediatora i węzła komunikacyjnego. Chiny czerpią korzyści z chińsko-pakistańskiego korytarza gospodarczego. Rosja dostrzega nowe połączenia z Azją Południową.

Pakistan mógłby stać się naturalnym kandydatem do odegrania silniejszej roli w BRICS – ku wielkiemu niezadowoleniu Indii i prozachodnich sił w bloku.

Strategia USA wydaje się coraz bardziej chaotyczna.

W rozmowie sytuacja w Waszyngtonie jest opisywana jako coraz bardziej chaotyczna. Czasem grożą nowe ataki na Iran, czasem następuje zwrot akcji. Czasem mówi się o dyplomacji, czasem o bombardowaniach. Dla Escobara nie jest to przejaw siły, a raczej paniki.

Stany Zjednoczone dążyły do ​​widocznego zwycięstwa, ponieważ ich poprzednie strategie zawiodły. Iran nie upadł. Chiny nie dały się zastraszyć. Rosja nie została odizolowana. Nawet część zachodniego establishmentu zaczynała zdawać sobie sprawę, że dalsza eskalacja konfliktu z Iranem może mieć katastrofalne skutki.

Escobar wskazuje na głosy neokonserwatystów, które nagle brzmią bardziej ostrożnie. Ostrzega jednak: Siły te nie porzuciły swoich celów. Po prostu szukają nowej formuły permanentnej wojny.

Prawdziwa bitwa: suwerenność kontra imperium

Ostatecznie analiza Escobara sprowadza się do dwóch koncepcji: suwerenności i niepodległości. To właśnie te koncepcje Putin podkreślał Araghchi. Dla Escobara stanowią one prawdziwą definicję funkcjonującego Globalnego Południa.

Dla niego Iran jest przykładem tego, jak państwo może zachować zdolność do działania pomimo ogromnych sankcji, presji militarnej i ciągłych zagrożeń. Chiny są tego ważniejszym przykładem: gospodarczo, technologicznie i dyplomatycznie są teraz tak silne, że Waszyngton nie może już zmusić ich do działania według własnego uznania.

Rosja z kolei łączy siłę militarną, politykę energetyczną i dyplomację.

Według Escobara te trzy mocarstwa nie tworzą razem formalnego bloku w dawnym znaczeniu tego słowa, lecz raczej sieć strategicznej suwerenności.

Korporacyjna potęga Waszyngtonu kontra państwowa strategia Chin

Kluczowy kontrast w rozmowie dotyczy roli dużych korporacji. Podczas gdy amerykańscy giganci, tacy jak BlackRock, ExxonMobil, Chevron i Nvidia, nadal generują ogromne zyski, Escobar uważa, że ​​nie jest to dowód na ich strategiczną siłę. Pokazuje to jedynie, że amerykański system służy przede wszystkim Wall Street.

Chiny z kolei myślą długoterminowo, uwzględniając plany rozwoju przemysłowego, technologicznego i społecznego. Choć duże chińskie firmy działają globalnie, nadal koncentrują się na rynku krajowym i narodowych celach rozwojowych.

Dla Escobara to jest kluczowa różnica: USA maksymalizują zyski. Chiny budują moce produkcyjne.

Nowa rzeczywistość: USA mogą zakłócać porządek, ale nie mogą już dyktować warunków.

Wspólny wątek przewijający się przez całą rozmowę jest wyraźny: Waszyngton nadal jest niebezpieczny, ale nie jest już wszechmocny.

Stany Zjednoczone mogą wszczynać wojny, nakładać sankcje, militaryzować szlaki morskie, wpływać na ceny ropy naftowej i wywierać presję na państwa. Nie są jednak w stanie w pełni kontrolować reakcji innych mocarstw.

Iran znajduje alternatywne drogi. Chiny zawierają własne porozumienia. Rosja pośredniczy i koordynuje działania. Pakistan zyskuje na znaczeniu. Pomimo kryzysu, BRICS pozostaje areną reorganizacji. A państwa Zatoki Perskiej zaczynają lawirować między Waszyngtonem, Pekinem, Moskwą i Teheranem.

Oto świat, który opisuje Escobar: nieuporządkowany, niepokojowy, niestabilny – ale już niepodlegający amerykańskiej kontroli.

Wniosek: Strategia Trumpa z czasów II wojny światowej zawodzi.

Tytuł filmu jest prowokacyjny, ale przesłanie Escobara jest jasne: próba wywarcia przez Trumpa jednoczesnej presji na Iran i Chiny nie doprowadziła do podporządkowania, lecz raczej do bliższej współpracy między stronami.

Chiny odmówiły bycia narzędziem przeciwko Iranowi. Rosja pozycjonowała się jako mediator i siła ostrzegawcza. Iran wykorzystał Cieśninę Ormuz jako strategiczną dźwignię. Pakistan otworzył nowe kanały komunikacji. Waszyngton stoi teraz przed problemem, że jakakolwiek dalsza eskalacja wpłynie nie tylko na Iran, ale na całą euroazjatycką strukturę władzy.

Stany Zjednoczone chciały rozszerzyć swoją strategię wojny światowej. Jednak z perspektywy Escobara Iran i Chiny nie tylko ją zablokowały – pokazały, że porządek świata już się zmienił.

Co amerykańskie media mówią o podróży Trumpa do Chin

Co amerykańskie media mówią o podróży Trumpa do Chin

Larry C. Johnson

Pomyślałem, że warto byłoby zwrócić uwagę na doniesienia i analizy „The New York Times”, „The Washington Post” i „Politico” dotyczące podróży prezydenta Donalda Trumpa do Chin. Przeczytałem je, żebyście Wy nie musieli. Wszystkie trzy publikacje doszły zasadniczo do tego samego wniosku, różniąc się głównie tonem i akcentami: Chiny osiągnęły swoje główne cele – uznanie na równych prawach, strategiczną niejednoznaczność w kwestii Tajwanu, brak strukturalnych ustępstw gospodarczych i przyjazną atmosferę szczytu – podczas gdy Stany Zjednoczone padły ofiarą propagandy, złożyły nieweryfikowalne chińskie obietnice dotyczące Iranu i broni jądrowej i odeszły bez konkretnych przełomów, na które liczył Biały Dom. Jak podsumował jeden z analityków cytowanych w kilku mediach: „Szczyt prawdopodobnie nie zmieni charakteru i kierunku relacji amerykańsko-chińskich w perspektywie długoterminowej. Chodzi o zarządzanie stabilnością, a nie o rozwiązywanie otwartych kwestii”.

The New York Times

Analiza „Timesa” opierała się na jednej, mocnej tezie: Xi wydawał się doskonale przygotowany i opanowany, natomiast Trump działał z pozycji słabości.

„The Times” napisał, że „wystąpienie Xi Jinpinga było wysoce wyreżyserowane i nie pozostawiło wątpliwości, że pomimo wszystkich problemów Chin – deflacji, spadku liczby ludności, pęknięcia bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości – nadszedł moment, w którym Chiny staną się równoprawnym supermocarstwem”. Gazeta zauważyła, że ​​Trump przy każdej okazji zachowywał się defensywnie.

„The Times” opublikował także najbardziej sensacyjny materiał wywiadowczy z tej wizyty: doniesiono w nim, że chińskie firmy negocjowały tajne umowy sprzedaży broni Iranowi i przemycały ją przez kraje trzecie, w tym kraje afrykańskie, aby ukryć pochodzenie broni. Raport ten ukazał się dokładnie w dniu, w którym Trumpa powitano salwą złożoną z 21 strzałów w Wielkiej Hali Ludowej.

„The Times” ostro ocenił wynik szczytu. W swojej analizie stwierdził, że Xi Jinping „ustąpił w bardzo niewielkim stopniu” Trumpowi, a rozmowy „nie przyniosły żadnych wyraźnych przełomów w głównych sporach w polityce zagranicznej i gospodarce między oboma krajami, ani nie doprowadziły do ​​wielkich umów biznesowych, na które Biały Dom liczy po międzynarodowych szczytach”.

Gazeta zwróciła również uwagę na niezwykły i odkrywczy moment po szczycie, kiedy Trump poczuł się zmuszony bronić Xi w sprawie Truth Social – po tym, jak chiński przywódca zasugerował, że Stany Zjednoczone są krajem w stanie schyłku, ostrzegając przed pułapką Tukidydesa. Trump napisał następnie, że „prezydent Xi Jinping, być może bardzo elegancko nazywając Stany Zjednoczone krajem w stanie schyłku, nawiązywał do ogromnych szkód, jakie ponieśliśmy w ciągu czterech lat rządów Śpiącego Joe Bidena” – w rzeczywistości potwierdzając obraz upadku Ameryki przedstawiony przez Xi.

The Washington Post

Analiza „Washington Post” była prawdopodobnie najbardziej znacząca ze wszystkich trzech, ponieważ opublikowała dwa oddzielne, obszerne artykuły, które razem przedstawiały druzgocącą historię — jeden o samym szczycie, a drugi o kontekście wywiadowczym, który go otaczał.

Odnośnie szczytu: nagłówek „The Post” był precyzyjny i druzgocący: „Szczyt w Pekinie realizuje chiński cel – równość z USA”. Gazeta argumentowała, że ​​wizerunek równoprawnych supermocarstw podczas wizyty Trumpa odzwierciedlał dokładnie dynamikę, do której Chiny od dawna dążyły, a którą Stany Zjednoczone od dawna próbowały odrzucić. Sam Trump zdradził zasady gry, używając terminu „G2” do opisania stosunków dwustronnych – koncepcji, którą Chiny realizują od dziesięcioleci, a którą Stany Zjednoczone konsekwentnie odrzucają, ponieważ implikuje ona wspólne przywództwo w sprawach światowych na równych prawach, z wyłączeniem amerykańskich sojuszników.

„The Post” zauważył, że Xi zapowiedział „nową erę stabilności w stosunkach chińsko-amerykańskich”, a Trump określił podróż jako „niesamowitą” — ale zauważył, że szczyt był „świetnie zorganizowany”, ale „nie spełnił oczekiwań pod względem konkretnych porozumień”.

Bomba wywiadowcza: W osobnym raporcie „Washington Post” opublikowano poufną ocenę amerykańskiego wywiadu, w której stwierdzono, że Chiny wykorzystują wojnę z Iranem do maksymalizacji swojej przewagi nad Stanami Zjednoczonymi w dziedzinie militarnej, gospodarczej, dyplomatycznej i innych – raport opublikowano tuż przed przybyciem kolumny Trumpa do Wielkiej Hali Ludowej. Pentagon nazwał te twierdzenia „fundamentalnie fałszywymi”.

„The Post” zwrócił również uwagę na kwestię, którą analitycy uznali za najważniejszą, długoterminową, a która niemal nie wzbudziła zainteresowania: Trump zdawał się sugerować, że może wycofać się z wartej 14 miliardów dolarów umowy zbrojeniowej z Tajwanem. Stwierdził, że „jeszcze jej nie zatwierdził” i nie jest zainteresowany „podróżowaniem 9500 mil, by prowadzić wojnę”, podczas gdy ostrzeżenie Xi dotyczące Tajwanu zdominowało chińską relację z rozmowy. Tajwańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych podziękowało później Stanom Zjednoczonym za zapewnienie Rubia, że ​​nic się nie zmieniło – ale strategiczna niejednoznaczność stworzona przez samego Trumpa była już chińskim zwycięstwem.

Polityko

Znalezienie relacji Politico było trudniejsze niż znalezienie pojedynczego, spójnego artykułu analitycznego, ale jego raporty i streszczenia strategii koncentrowały się na trzech tematach, które razem tworzyły obraz strategicznie dezorientującego szczytu dla Stanów Zjednoczonych.

Po pierwsze, jeśli chodzi o Iran: Politico donosiło, że Trump przybył do Pekinu z nadzieją, że przekona Xi, by użył swoich wpływów i zmusił Teheran do ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz. Trump twierdził, że Xi obiecał nie dostarczać Iranowi sprzętu wojskowego i zaoferował pomoc w rozwiązaniu konfliktu – jednak oficjalne chińskie oświadczenie nie wspomniało o tym, a chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych unikało odpowiedzi na pytania w tej sprawie, pozostawiając rzekome obietnice niepotwierdzone.

Po drugie, w odniesieniu do handlu: doniesienia Politico uwypukliły znany już schemat kilku szczytów Trump-Xi – Chiny dostarczają symboliczne rezultaty (samoloty Boeing, soja), które trafiają na pierwsze strony gazet w kraju, ale nie czynią żadnych strukturalnych ustępstw w kwestii swojego modelu gospodarczego, kradzieży własności intelektualnej, subsydiów rządowych ani transferu technologii – a to właśnie kwestie stanowią prawdziwy problem Ameryki. Trump twierdził, że Chiny zgodziły się na zakup 200 samolotów Boeing, ale nie przedstawił ani podpisanych umów, ani weryfikowalnych szczegółów. Przedstawiciel USA ds. handlu Greer stwierdził, że Stany Zjednoczone spodziewają się miliardów dolarów w zakupach produktów rolnych – ale ponownie nie ogłoszono żadnych formalnych zobowiązań.

Po trzecie, jeśli chodzi o równowagę strategiczną: analitycy Politico zwrócili uwagę, że to właśnie kwestie, które w ogóle nie zostały poruszone, najwyraźniej pokazały, kto wygrał. Nic nie wskazywało na to, że Trump wywierał poważną presję na Pekin w sprawie cybernetycznego szpiegostwa, kradzieży własności intelektualnej, subsydiów rządowych, niedowartościowanego renminbi czy prekursorów fentanylu. Od dawna sporne kwestie Chin – prawa człowieka, Hongkong, Ujgurowie, Tybet, wsparcie wojskowe dla Rosji czy wsparcie dla Korei Północnej – zostały całkowicie zignorowane.

Prezydent Xi rozwiał nadzieje Donalda Trumpa, że ​​Chiny odegrają rolę w nakłonieniu Iranu do zakończenia wojny na korzyść Trumpa. Xi powiedział, że nie. Podejrzewam, że Xi nie poinformował Trumpa o pracy, jaką Chiny i Rosja wykonują wspólnie – z pomocą Pakistanu – nad budową nowej architektury bezpieczeństwa w regionie, pod przewodnictwem Turcji, Arabii Saudyjskiej i Iranu. Powiedziano mi, że celem jest stworzenie odpowiednika NATO dla państw Azji Zachodniej.

Nadchodzący tydzień dostarczy wskazówek, czy Rosja i Chiny poczynią znaczące postępy w realizacji tego celu — zwłaszcza jeśli Arabia Saudyjska i Katar nie zezwolą Stanom Zjednoczonym na prowadzenie operacji wojskowych przeciwko Iranowi ze swojego terytorium.

Źródło: Co amerykańskie media mówią o podróży Trumpa do Chin

Drepcemy wokół „Aneksu”

Drepcemy wokół „Aneksu”

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   16 maja 2026 michalkiewicz

Wprawdzie Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński dawał do zrozumienia, że ten cały Aneks” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”, nie zawiera żadnych rewelacji, tylko jakąś kiepską „publicystykę” – ale pan generał Marek Dukaczewski, którego resortowa „Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik woła do TVN za każdym razem, gdy w naszym nieszczęśliwym kraju, albo nawet za granicą coś się dzieje, a pan generał mówi nie tylko – jak jest – ale i – jak będzie – przestrzegł, że ujawnienie „Aneksu” stanowi czyn „antypaństwowy”.

Tymczasem na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby „Aneks” miał „uderzać” w byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Coś może być na rzeczy, bo pamiętamy, że pan generał Marek Dukaczewski z Bronisławem Komorowskim musiał wiązać jakieś nadzieje, skoro podczas wyborów prezydenckich, w których Bronisław Komorowski kandydował, pan generał ogłosił, że jak ten kandydat wygra, to on z radości otworzy sobie szampana. Trudno o wyraźniejszą wskazówkę dla konfidentów WSI, na kogo mają głosować – a ponieważ podejrzewam, że WSI nawerbowały sobie taką masę konfidentów, że stanowią oni siłę polityczną nawet większą, niż Volksdeutsche Partei i Prawo i Sprawiedliwość razem wzięte – więc nic dziwnego, że Bronisław Komorowski te wybory wygrał w cuglach.

Ale może w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy? Dopóki „Aneks” nie zostanie opublikowany, żadnej pewności mieć nie możemy, więc musimy czekać, aż przeczyta go posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska, do której pan prezydent Nawrocki wysłał ten blisko 1000-stronicowy dokument, by po przeczytaniu przedstawiła mu swoją opinię.

Po co panu prezydentowi opinia posągowej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – trudno zgadnąć – skoro pamiętamy, jak podczas kampanii prezydenckiej kandydującej na to stanowisko posągowej pani Małgorzacie scenicznym szeptem musiał suflować prawidłowe odpowiedzi Wielce Czcigodny poseł Pupka? Wprawdzie pan prezydent Nawrocki chciałby przeprowadzić referendum w sprawie tak zwanego „Zielonego Wału”, który Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje kazała podpisać premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, ale wątpliwe jest, czy Senat wyrazi na to zgodę – a jest ona konieczna, bo konstytucja stanowi, że pan prezydent wprawdzie może zarządzić referendum – ale za zgodą Senatu.

Tymczasem o „znaku pokoju”, jaki przekazali sobie pan prezydent oraz obywatel Tusk Donald podczas nabożeństwa żałobnego z okazji pogrzebu Wielce Czcigodnego Łukasza Litewki, już wszyscy zapomnieli tym bardziej, że najwidoczniej uruchomiony w ramach „Planu B” obywatela Żurka Waldemara Europejski Trybunał Praw Człowieków w Strasburgu kazał „władzom” naszego bantustanu przydzielić czwórce obywateli, wybranych przez Sejm na kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, „gabinety”, sprawy do „orzekania”, no i oczywiście – forsę – bo kogóż wynagradzać w tych zepsutych czasach, jak nie ichmościów, co to pragną „służyć Polsce”? Tymczasem rzeczniczka TK powiedziała, że nic z tego nie będzie, bo wspomniany Trybunał nie ma prawa dyktować naszemu bantustanowi zasad organizacji wymiaru sprawiedliwości.

Na takie dictum wyszczekany wicepremier Krzysztof Gawkowski zagroził „wyłamaniem drzwi” do Trybunału Konstytucyjnego – żeby sprawiedliwości ludowej stało się zadość. Ta deklaracja wzbudza we mnie dwojakie podejrzenia: po pierwsze, że „plan B” obywatela Żurka sprowadzać się mógł do tego, by po cichu przekupić strasburskich przebierańców, by dostarczyli tubylczym siepaczom pozorów legalności, gdy będą „wyłamywać drzwi”. To się mogło zdarzyć tym bardziej, że przypadki comparare benevolentiam niezawisłych sądów mają starożytny rodowód.

Akurat dostałem w prezencie od pana Leszka Wysockiego, tłumacza literatury starożytnej, „Satyrikon” autorstwa Petroniusza Arbitra – tego samego, którego Henryk Sienkiewicz opisuje w „Quo vadis?”. Pan Wysocki przetłumaczył „Satyrikon” w sposób oryginalny, bo używając polskiego języka potocznego, a w niektórych, uzasadnionych momentach – nawet knajackiego – co nadaje dziełu Petroniusza Arbitra osobliwego kolorytu. Więc z jednej strony – „Plan B” – a z drugiej – determinacja, która może wskazywać na powiązania owej czwórki kandydatów na sędziów TK z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, albo z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Widać, że walka klasowa może się u nas wkrótce zaostrzyć, co by się zgadzało ze spiżową tezą Józefa Stalina, że jest to nieuchronne przy postępach socjalizmu. Właśnie Judenrat „Gazety Wyborczej” zastanawia się nad politycznymi korzyściami zlania się Volksdeutsche Partei z Lewicą. Gdyby do tego doszło, socjalizm w naszym bantustanie otrzymałby niezwykle silny impuls rozwojowy, więc i walka klasowa musiałaby się zaostrzyć – a w tej sytuacji drzwi byłyby wyłamywane nie tylko w Trybunale Konstytucyjnym, ale i w niezawisłych sądach drobniejszego płazu – bo z praworządnością ludową żartów nie ma.

Pamiętam o tym jeszcze od czasów młodości, kiedy to w 7 kołobrzeskim pułku zmechanizowanym składałem przysięgę wojskową. Jej rota kończyła się słowami: „a gdybym nie bacząc na tę uroczystą przysięgę, obowiązek wierności wobec ojczyzny złamał, niechaj mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej”. Z tą wiernością była niełatwa sprawa, bo dochować jej było wtedy można tylko „w sojuszu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami”. Ciekawe, jak jest teraz, kiedy nastąpiło odwrócenie sojuszy, a Polska stała się „sługą narodu ukraińskiego” – o czym w swoim czasie poinformował nas pan Łukasz Jasina? Mam nadzieję, że stare kiejkuty jakoś tę sprawę załatwiły tak, by składanie uroczystej przysięgi nie narażało żołnierzy naszej niezwyciężonej armii na jakieś poznawcze dysonanse, zwłaszcza przy założeniu, że traktują oni te wszystkie zaklęcia serio. Założenie przeciwne byłoby oczywiście niegrzeczne, chociaż nie od rzeczy będzie przypomnieć uwagę J. Em. Józefa kardynała Glempa z początków stanu wojennego, że „nieważne, co się podpisuje”. Wtedy chodziło o tzw. „lojalki” – ale widocznie wielu słuchaczy tych słów musiało to zrozumieć rozszerzająco – jako że potem pojawiła się słynna formuła: ”bez swojej wiedzy i zgody”.

Jak to wszystko będzie funkcjonowało w Generalnej Guberni – komu wtedy nasza niezwyciężona armia będzie przysięgała – o ile jeszcze zachowa odrębność, a nie zostanie zintegrowana z Bundeswehrą w postaci oddziałów tzw. „askarisów”? Tego oczywiście jeszcze nie wiemy, więc musimy odwołać się do odkrycia uczonych radzieckich odnośnie poznania przyszłości – że mianowicie wystarczy trochę poczekać. Toteż poczekamy, aż posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska przeczyta ze zrozumieniem „Aneks”, a potem przekaże swoją opinię panu prezydentowi Nawrockiemu. Wtedy zobaczymy, czy są tam rewelacje, czy też – jak sugeruje zblazowany Naczelnik Państwa – tylko kiepska „publicystyka”.

Stanisław Michalkiewicz

Kolejna “Pachamama” w Watykanie: O sojuszu między Stolicą Apostolską a marksistami i poganami

Kolejna “Pachamama” w Watykanie: O sojuszu między Stolicą Apostolską i marksistami

Date: 16 Maggio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/kolejna-pachamama-w-watykanie-o-sojuszu-miedzy-stolica-apostolska-i-marksistami

FOTO: 23 października 2025, audiencja w Watykanie: Przedstawicielka brazylijskiego marksistowskiego ruchu MST wręcza papieżowi Leonowi XIV flagę z wizerunkiem afro-brazylijskiego bóstwa Ossanha.

10 niepokojących spostrzeżeń wynikających z exposé Instytutu Lepanto na temat sojuszu między Watykanem a marksistami

Kryzys w Kościele nie ogranicza się już tylko do niejasności doktrynalnych czy nadużyć liturgicznych. Zachodzi głębsza przemiana ideologiczna.

Raport opublikowany 12 maja 2026 przez Instytut Lepanto lepantoin.org/wp/about-2

de.wikipedia.org/wiki/Lepanto_Institute, dotyczący sponsorowanego przez Watykan Światowego Spotkania Ruchów Ludowych, stanowi jedną z najbardziej druzgocących krytyk, jakie zostały w ostatnich latach skierowane pod adresem posoborowego Kościoła synodalnego. hlepantoin.org/WMPM-2025-Report-FINAL.pdf

Raport zatytułowany „Wspólna droga z rewolucjonistami: Spotkanie papieża Leona z marksistowskimi ruchami ludowymi w 2025 roku” dokumentuje coraz bliższe relacje Watykanu z organizacjami, które otwarcie popierają socjalizm, komunizm, aktywizm proaborcyjny i ideologię LGBT. epantoin.org/pope-leo-to-october-meeting-of-marxist-revolutionaries-i-am-here-i-am-with-you

Ta szczegółowa analiza przedstawia ponury obraz instytucjonalnego i duchowego upadku Watykanu. Oto dziesięć najbardziej niepokojących faktów:

1. Leon XIV publicznie oświadczył: „Jestem z wami” – adresując te słowa do grup, których ideologie są potępiane przez nauczanie katolickie i Pismo Święte

Prawdopodobnie najbardziej skandalicznym momentem opisanym w raporcie jest przemowa papieża Leona skierowana do zgromadzonych ruchów aktywistycznych. Zwracając się bezpośrednio do grup określanych w całym raporcie jako marksistowskie i rewolucyjne, papież oświadczył: „Jestem tutaj. Jestem z wami!”

Nie była to dyplomatyczna grzeczność wobec świeckich przywódców, ale wyraźne poparcie skierowane do organizacji, które otwarcie promują rewolucję socjalistyczną i lewicową agitację.

2. Watykan kontynuuje promowanie socjalistycznego hasła „ziemia, mieszkanie i praca”

Wyrażenie „ziemia, mieszkanie i praca”  pojawia się wielokrotnie podczas Światowego Spotkania Ruchów Ludowych i stało się w praktyce jego hasłem ideologicznym. Prevost określił je jako „święte prawa”.

Obserwatorzy z pewnością zauważyli, że właśnie to hasło regularnie pojawiało się w przemówieniach Prevosta w takiej czy innej formie.

Problem nie dotyczy troski o ubogich – która zawsze była częścią nauczania katolickiego – ale faktem pozostaje, że hasło to ma swoje źródło w ruchach zakorzenionych w marksistowskiej ideologii walki klasowej, a nie w katolickiej doktrynie społecznej.

3. Impreza watykańska odbyła się w jawnie marksistowskim “centrum społecznym”

Spotkanie w roku 2025 (od 21 do 24 października) zorganizowano w tzw. Spin Time Labs w Rzymie press.vatican.va/content/dam/salastampa/it/bollettino/documentazione-linkata , opisywanym w raporcie jako otwarcie marksistowskie i „trans-feministyczne” centrum społeczne, które znajduje się w budynku nielegalnie przejętym przez aktywistów. zero.eu/it/news/viaggio-al-centro-dello-spin-time-labs

https://spintime.net/

Według Instytutu Lepanto, w obiekcie tym odbywały się imprezy polityczne o charakterze komunistycznym, akcje na rzecz aborcji, festiwale queerowe oraz wulgarne spektakle obejmujące nagość publiczną.

Pomimo to Leon osobiście pochwalił to miejsce, stwierdzając, że uczestnicy przemaszerowali „z centrum społecznego – Spin Time – do Watykanu”.

Nie sposób zignorować symboliki sytuacji.

4. Watykan pozytywnie przyjął rewolucyjny ruch MST z Brazylii

Jedną z najważniejszych obecnych na spotkaniu organizacji był brazylijski Movimento dos Trabalhadores Sem Terra (MST)rewolucyjny ruch rolniczy o wyraźnie socjalistycznych ideałach. wikipedia.org/wiki/Landless_Worker/Movement

W raporcie cytowane są słowa wypowiedziane przez leaderkę MST, Ayalę Ferreirę: „Nie wstydzimy się opowiadać się za socjalizmem”. events.globallandscapesforum.org/speaker/ayala-ferreira/

Organizacja ta celebrowała Karola Marksa, propagowała retorykę rewolucyjną i otwarcie atakowała kapitalizm jako system opresyjny, który należy zastąpić.

5. Ta sama organizacja agresywnie promuje aborcję

Raport pokazuje, że MST nie jest jedynie organizacją socjalistyczną, ale jest głęboko zaangażowana w działalność na rzecz aborcji. W jednym z cytowanych przez Lepanto oświadczeń stwierdza się: „Dekryminalizacja aborcji to coś więcej niż tylko kwestia feministyczna”.

Inne hasło promowane przez MST brzmi: „Zalegalizować aborcję, prawo do naszych ciał!”

Jest nie do pomyślenia, aby taka szatańska organizacja otrzymała legitymizację Watykanu za czasów pontyfikatów przedsoborowych.

6. Ideologia LGBT jest głęboko zakorzeniona we wszystkich wspomnianych ruchach

Raport dokumentuje również zaangażowanie MST w działania na rzecz osób transpłciowych i społeczności LGBT. Organizacja ta świętowała „Dzień Widoczności Osób Transpłciowych”  i ogłosiła, że: „Jeśli istnieje seksizm i fobia wobec osób LGBT, nie ma mowy o reformie rolnej”.

Inne grupy uczestniczące w Światowym Spotkaniu również miały promować działania na rzecz homoseksualistów oraz idee „wyzwolenia queerowego”, które są rażąco niezgodne z moralnością katolicką.

7. Watykan wygodnie pominął rewolucyjną przeszłość Luca Casariniego jako marksisty

W raporcie poświęcono sporo uwagi włoskiemu aktywiście Luca Casariniemu, założycielowi organizacji „Mediterranea Saving Humans”  i jednej z czołowych postaci tego ruchu. wikipedia.org/wiki/Luca_Casarini

Casarini miał uczestniczyć w działalności radykalnych autonomistów, wypowiedział „wojnę” szczytowi G8 w Genui i publicznie stwierdził, że „Karol Marks miał rację”.

Pomimo tej przeszłości cieszył się wyjątkowym dostępem do Watykanu, a nawet otrzymał osobiste słowa zachęty od heretyka Bergoglio.

8. Leonowi podarowano pogański wizerunek

Szczególnie niepokojący incydent miał miejsce, gdy przedstawiciele MST wręczyli Leonowi XIV gobelin przedstawiający Ossanhę, afro-brazylijskie bóstwo pogańskie kojarzone z magią i roślinami rytualnymi.

…………..

Podczas audiencji przedstawicielka MST, Ayala Ferreira, podarowała papieżowi flagę z wizerunkiem bóstwa Ossanha, zwanego również Ossain, kojarzonego z medycyną naturalną w religiach afro-brazylijskich. estadao.com.br/politica/papa-leao-xiv-recebe-mst-no-vaticano-e-diz-que-terra-teto-e-trabalho-sao-direitos-sagrados-nprp

………….

Dla wiernych zaniepokojonych synkretyzmem i podważaniem Pierwszego Przykazania, incydent ten przypomniał skandal związany z Pachamamą z czasów pontyfikatu Franciszka – kolejny moment, w którym symbolika pogańska była mile widziana w środowisku katolickim.

9. Lokalne struktury kościelne są włączane do tych ruchów

W raporcie przytoczono materiały prasowe Watykanu, z których wynika, że delegacjom aktywistów towarzyszyli przedstawiciele diecezji oraz komisji ds. sprawiedliwości i pokoju.

Jest to prawdopodobnie największe zagrożenie ze wszystkich, ponieważ sugeruje, że wspomniane ruchy rewolucyjne nie są już więcej zewnętrznymi grupami nacisku, lecz są bezpośrednio wplatane w życie instytucjonalne Kościoła za pomocą terminów takich jak „synodalność” i „towarzyszenie”.

10. Raport ostrzega, że marksizm rozprzestrzenia się wewnątrz społeczności katolickich

Końcowy wniosek raportu jest druzgocący. Chociaż Instytut Lepanto starannie unika oskarżenia, że sam Leon jest komunistą, twierdzi on, iż Światowe Spotkanie Ruchów Ludowych pełni rolę narzędzia ideologicznej infiltracji.

Ostrzeżenie raportu jest surowe i zwięźle podsumowuje tragiczną sytuację w Kościele synodalnym: „Światowe Spotkanie Ruchów Ludowych… zostało zaprojektowane specjalnie w celu szerzenia ideologii marksistowskich w lokalnych wspólnotach katolickich”.

Podsumowując, raport, o którym mowa potwierdza to, o czym wielu świadomych katolików wie już od dawna: kryzys w Kościele nie ogranicza się już jedynie do niejasności doktrynalnych czy nadużyć liturgicznych. Odbywa się obecnie głębsza przemiana ideologiczna – w ramach której rewolucyjne ruchy polityczne są coraz częściej traktowane jako sojusznicy, podczas gdy tradycyjni katolicy są marginalizowani jako przeszkoda dla nowego „synodalnego” Kościoła.

Jest to tym bardziej tragiczne, gdy weźmie się pod uwagę, że Kościół Katolicki przez ponad sto lat potępiał socjalizm i komunizm jako zasadniczo niezgodne z chrześcijaństwem. Papieże wielokrotnie ostrzegali, że marksizm zniszczy religię, życie rodzinne, własność prywatną i porządek społeczny. Miliony katolików doświadczyły prześladowań i męczeństwa pod rządami reżimów komunistycznych w ciągu całego XX wieku.

A jednak dzisiaj, zgodnie z dowodami zebranymi przez Instytut Lepanto, organizacje otwarcie propagujące te same ideologie są przyjmowane z otwartymi ramionami w Watykanie, a fałszywy kościół, podszywający się pod Kościół Katolicki, aktywnie propaguje owe demoniczne błędy.

Właśnie kiedy wydawało nam się, że Kościół “synodalny” osiągnął maksymalny dystans dzielący go od zbawienia, udowadnia nam, że się mylimy.

INFO: integritymagazine/disturbing-takeaways-from-the-lepanto-institutes-expose-on-the-vatican-marxist-alliance

Kościół święty a synagoga szatana. Masoneria w nauczaniu i doświadczeniu katolickim

Kościół święty a synagoga szatana. Masoneria w nauczaniu i doświadczeniu katolickim

17 maja 2026 pch24/kosciol-swiety-a-synagoga-szatana-masoneria-w-nauczaniu-i-doswiadczeniu-katolickim

Synagogasz.jpg
ROSA MYSTICA

„Synagoga szatana” to określenie pochodzące z Księgi Apokalipsy (Ap 2,9 oraz 3,9). Odnosi się ono do Żydów ze Smyrny i Filadelfii, którzy w I wieku po Chrystusie zwalczali wczesnochrześcijańskie wspólnoty, sami określając się mianem ludu Bożego. Św. Jan oskarża ich o to, że „podają się za Żydów, a nimi nie są”. Poprzez odrzucenie jedynego i prawdziwego Mesjasza, prześladowanie Jego wyznawców oraz kolaborację z Rzymem, sprzeniewierzyli się prawdziwemu powołaniu Izraela. Wedle tej interpretacji, stali się narzędziem w rękach diabła.

W kontekście tajnych stowarzyszeń wyrażenia „synagoga szatana” użył bł. Pius IX w encyklice Etsi multa luctuosa z 21 listopada 1873 roku. Wikariusz Chrystusa napiętnował w ten sposób masonerię, którą obwiniał o trzy kampanie skierowane wówczas przeciw Kościołowi: Kulturkampf w Cesarstwie Niemieckim, zlikwidowanie Uniwersytetu Gregoriańskiego przez władze po zjednoczeniu Włoch oraz ruch antyklerykalny w Szwajcarii.

Tekst niniejszy jest skromną próbą prezentacji tradycyjnego nauczania Kościoła na temat „monstrualnej doktryny” i „zaraźliwej plagi”. Jeśli przy okazji uchyli on rąbka jej mrocznej tajemnicy, to mam nadzieję, że nie dla sensacji – ale ku przestrodze dusz.

Wstęp do książki

Kiedy w poważnej rozmowie na temat wpływu różnych sił na społeczeństwo, kulturę, gospodarkę czy moralność z ust jednego z dyskutantów pada określenie „masoneria”, na twarzach pozostałych zwykle pojawia się pobłażliwy uśmieszek. Jeśli zaś ów rozmówca doda przedrostek „żydo-”, spotka się z otwartym zażenowaniem otoczenia, a jego dalszych wywodów, bez względu na wysuwane argumenty, nikt już nie traktuje poważnie.

Jest to jednak nowość. Jeszcze kilka dekad temu słowo „masoneria” traktowano z powagą, a jeżeli rodziło jakieś emocje, to raczej niepokój. W przeszłości spośród naszych rodaków tak podchodził do tej kwestii choćby św. Maksymilian Maria Kolbe, zakładając do walki z nią Rycerstwo Niepokalanej. Nie inaczej sprawa się miała z Józefem Pelczarem, świętym biskupem i badaczem wolnomularstwa. Co zatem zaszło, że powszechny stosunek do owego zjawiska uległ tak radykalnej zmianie?

Pierwsza Wielka Loża została formalnie założona w 1717 roku w Londynie, a sześć lat później opublikowano słynne Konstytucje Wolnomularzy. Zjawisko szybko rozprzestrzeniło się po świecie zachodnim, przyciągając antyklerykalnych intelektualistów, przywódców politycznych i możnych. Ideałami promowanymi przez masonerię były – między innymi – „wolność, równość i braterstwo” i to one znalazły się na sztandarach rewolucji „antyfrancuskiej” z 1789 roku. Choć hasła te mają chrześcijańskie konotacje, zostały poddane reinterpretacji na modłę antykatolicką. Wolnomularze wykorzystywali symboliczny język, tajne przysięgi oraz nauki jawiące się jako uniwersalne i ponadreligijne. Ponadto tworzyli system moralny oparty nie na Bożym objawieniu, ale na ludzkim rozumie i nieskrępowanej wolności.

Jeżeli chodzi o związki Żydów z masonerią, to rzecz jest złożona. Teorię o żydowskim spisku w celu stworzenia masonerii (choć jest przedmiotem licznych spekulacji) trudno wykazać źródłowo. Początkowo Żydzi nie byli przyjmowani do lóż, co zmieniło się dopiero (albo już – w zależności od perspektywy) po kilkunastu latach. Choć i tak nie wszędzie. Niemniej ich liczba w lożach szybko wzrastała, a pseudohumanistyczną działalność wolnomyślicieli wykorzystywali oni w celach emancypacyjnych. Notabene, prawa przedstawicieli rzeczonego narodu w świecie chrześcijańskim były wówczas ograniczone.

Z czasem pojawiły się loże ściśle żydowskie lub takie, do których nie-Żydzi mieli dostęp, ale zwierzchnictwo należało do synów Izraela. Podczas gdy wielu z nich przystępowało do dużych, ogólnodostępnych lóż, powstawały również inne, nieformalne loże żydowskie (np. L’aurore naissante we Frankfurcie), omijające restrykcyjne zasady admisji.

Do lóż żydowskich (albo zdominowanych przez Żydów) należą dzisiaj między innymi: Barkai (Izrael), Bezalel (Izrael), Fidelity No. 120 (San Francisco), 7th Manhattan District (Nowy Jork), James W. Husted-Fiat Lux (Nowy Jork), Lodge of Judah (Australia) czy Srbija (Belgrad).

Nie można też nie wspomnieć o potężnej para-masońskiej organizacji B’nai B’rith (Synowie Przymierza) z siedzibą w Waszyngtonie. Chociaż oficjalnie nie jest organizacją wolnomularską, to została założona w 1843 roku przez żydowskich imigrantów (z których czterech było masonami) znajdujących się pod silnym wpływem struktury i ideałów masońskich. Charakter B’nai B’rith przechodził przeobrażenia, ale zdaniem wielu komentatorów jej działalność, symbolika i wymiar inicjacyjny wypełniają znamiona wolnomularstwa.

Loże istnieją niemal na całym świecie i gromadzą przedstawicieli wszystkich nacji. Sam fakt przynależności Żydów do nich nie jest zatem sednem sprawy. Stygmatyzujące określenie „żydomasoneria” wynika raczej z nadreprezentacji synów Izraela w lożach oraz ich dominacji. Innym punktem styku masonerii i żydostwa (zapewne równie istotnym) jest obszar duchowy.

Kabała, bo o niej mowa, to gnostycki system mistycyzmu żydowskiego, prawdopodobnie powstały w okresie Drugiej Świątyni. Obrzędy i symbole masonów często nawiązują do tej tradycji. Motyw odbudowy świątyni Salomona, gwiazda Dawida, Drzewo Życia, święte filary, symbolika liczbowa czy nazwy stopni wtajemniczenia to tylko niektóre z wielu przykładów. Chociaż badacze debatują nad bezpośrednim wpływem kabały na wczesną masonerię, to ogólne inspiracje kabalistyczne są bezsporne.

Trzeba jednak podkreślić, że stawianie znaku równości między wolnomularstwem a kabałą byłoby błędem. Masoneria jest niejednolitą organizacją o różnych wpływach, a elementy kabalistyczne bywają wykorzystywane przez jej członków symbolicznie, a nie zgodnie z tajemną żydowską doktryną.

Wikariusze Chrystusa wielokrotnie potępiali wolnomularstwo. Pierwsze oficjalne potępienie wyszło spod pióra papieża Klemensa XII w 1738 roku, za nim poszły kolejne, łącznie kilkadziesiąt. Kościół sprzeciwiał się w nich, inter alia, gnostyckim fundamentom, sekretnej działalności, indyferentyzmowi religijnemu oraz naturalizmowi masonerii. Wolnomularze mieli dążyć do usunięcia chrześcijaństwa z życia publicznego, osłabienia wpływów Kościoła i zastąpienia objawionej człowiekowi moralności etyką świecką. Z tego tytułu katolikom zabroniono przystępowania do lóż masońskich pod sankcją klątwy, najcięższej z kościelnych kar.

Osąd papieży znalazł wyraz w Kodeksie prawa kanonicznego z 1917 roku. Kanon 2335 stanowił, że katolicy wstępujący do sekty masońskiej lub podobnych stowarzyszeń w sporze z Kościołem lub legalnymi władzami cywilnymi zaciągali ipso facto (automatycznie) ekskomunikę, której zniesienie zastrzeżone było dla Stolicy Apostolskiej. Niemniej jednak, w erze Vaticanum Secundum sygnały wysyłane ze Stolicy Apostolskiej stały się cokolwiek… dwuznaczne.

Potępienie powtórzono w deklaracji Kongregacji Nauki Wiary z 26 listopada 1983 roku, sporządzonej przez kard. Ratzingera i zatwierdzonej przez Jana Pawła II. Deklaracja została publikowana w przededniu wejścia w życie nowego Kodeksu prawa kanonicznego. Potwierdziła ona, że katolicy zapisani do lóż masońskich są w stanie grzechu ciężkiego, ale o ekskomunice nie wspomniała. Ponadto opublikowany w tym samym roku Kodeks przeformułował dotychczasowe przepisy: „Kto zapisuje się do stowarzyszenia działającego w jakikolwiek sposób przeciw Kościołowi, powinien być ukarany sprawiedliwą karą; kto zaś popiera tego rodzaju stowarzyszenie lub nim kieruje, powinien być ukarany interdyktem” (kan. 1374).

Ostra definicja została zastąpiona luźniejszym sformułowaniem, a sankcję ekskomuniki wyparła niedookreślona „kara sprawiedliwa”, ewentualnie niezwykle rzadki interdykt. Czy korekta podyktowana była „medycyną miłości” – nowym otwarciem zaproponowanym przez Jana XXIII? Czy może chęcią objęcia „sprawiedliwą karą” większej liczby wrogich Kościołowi grup? Niewykluczone, że jedno i drugie. Być może też hierarchowie uznali, że historyczne potępienia nie mają już racji bytu ze względu na ewolucję myśli wolnomularskiej (i/lub katolickiej). Tak czy inaczej, „sekta masońska” oraz „ekskomunika” znikły z Kodeksu, a wolnomularze mają status jawnogrzeszników (podobnie jak np. konkubenci).

Bliżej naszych czasów zakaz przynależności do loży powtórzono w 2023 roku. Dykasteria Nauki Wiary zamieściła odpowiedź na zapytanie filipińskiego biskupa, którą, za aprobatą Franciszka, podpisał jej prefekt Victor Manuel Fernandéz. W piśmie czytamy, że „aktywne członkostwo w masonerii przez wiernych jest zabronione, ze względu na brak zgodności między doktryną katolicką a masonerią”. Widać w tym punkcie zachowanie względnej ciągłości.

Dużo bardziej zaskakująca (i niepokojąca) niż teoria wydaje się praktyka, a mianowicie działania ludzi Kościoła, którzy chcą budować pomosty między katolicyzmem a masonerią. Świetną ilustracją tegoż jest wydarzenie z 2024 roku z udziałem Franceska Antonia Soddu, ówczesnego biskupa diecezji Terni-Narni-Amelia we Włoszech. Hierarcha wziął udział w ceremonii otwarcia nowej siedziby domu masońskiego Wielkiego Wschodu Włoch, w której uczestniczył również wielki mistrz Stefano Bisi. Biskup Soddu mówił o dialogu i nadziei na przełamywanie stereotypów we wzajemnej współpracy. Niestety, nie został poddany sankcjom kościelnym, a obecnie piastuje urząd arcybiskupa metropolity (liczniejszej) diecezji Sassari.

To jednak nie biskup Soddu (jego przykład jest pierwszym z brzegu), ale sami Wikariusze Chrystusa od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku wytworzyli ów klimat braterstwa i dialogu.

Na synodzie rzymskim w 1960 roku Jan XXIII potwierdził, co prawda, dotychczasową doktrynę, ale w rozmowie z Edwardem Herriottem, lewicowym radykałem i masonem, oświadczył, że dzieliły ich tylko poglądy, a to w istocie niewiele… Czy aby na pewno? Na usta ciśnie się przecież pytanie, co mogłoby ich różnić bardziej – szczególnie że wolnomularstwo nie dokonało żadnej wolty ideologicznej w okolicach Vaticanum Secundum i nic nie pozwala sądzić, że zrobiło to później.

Za pontyfikatu Pawła VI Sobór przyjął stanowisko ekumeniczne i liberalne, forsowane przez masonów od 250 lat. Wolnomularze mogli się cieszyć z dwóch kluczowych dla ich doktryny dokumentów: dekretu o wolności religijnej Dignitatis humanae oraz deklaracji Nostra aetate o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich. Zdaniem krytyków Soboru oba dokumenty stanowią zerwanie z niezmienną nauką, a w najlepszym razie otwierają przestrzeń do niekatolickich interpretacji. Tradycyjna doktryna głosiła, że prawdziwa jest wyłącznie święta wiara katolicka, a fałszywym wierzeniom nie przysługują żadne prawa – z wyjątkiem tolerancji, w znaczeniu pierwotnym i w określonych okolicznościach. Zadekretowana wówczas wolność religijna – wraz ze skutkami, jakie za sobą niosła – znacząco przyczyniła się do późniejszej laicyzacji państw i narodów.

Ponadto w mowie zamykającej Sobór papież oświadczył: „Religia Boga, który stał się człowiekiem, spotkała się z religią – bo tak można ją nazwać – człowieka, który czyni siebie Bogiem. Cóż z tego wynikło? Starcie, walka, potępienie? To mogło się zdarzyć, ale się nie zdarzyło”. Ten fragment bywa interpretowany jako próba mariażu myśli katolickiej z masońską.

Śladem poprzedników podążał Jan Paweł II. Do członków B’nai B’rith przemawiał następującymi słowami: „Drodzy przyjaciele (…). Patrząc w przeszłość na lata poprzedzające Sobór Watykański II i jego deklarację »Nostra aetate« i usiłując pojąć wykonaną od owego czasu pracę, ma się nieodparte wrażenie, iż Pan uczynił dla nas wielkie rzeczy (Łk 1, 49). Jesteśmy zatem zaproszeni do złączenia się w szczerym akcie dziękczynienia Bogu. Początkowy fragment Psalmu 133 doskonale się do tego nadaje. »Oto, jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają razem«”.

Obdarzając Ojca świętego kredytem zaufania, moglibyśmy przyjąć, że adresował przemowę bardziej „do Żydów” niż „do masonów”. Moglibyśmy też przyjąć, że nie wiedział, z kim miał do czynienia. Niemniej jednak filozofia dialogu niemal z każdym i niemal na każdy temat przenikała jego umysł i serce. Dobrym tego przykładem były antropocentryczne i skupione na przyziemności przemówienia wygłaszane na forach kryptomasońskich organizacji pokroju UNESCO czy ONZ. Oto fragment jednego z nich:

„Wszyscy razem stanowicie olbrzymią siłę inteligencji i świadomości. (…) Zdecydujcie się dać dowód najszlachetniejszej solidarności z ludzkością, solidarności opartej na godności ludzkiej osoby. Budujcie pokój, zaczynając od fundamentów poszanowania wszystkich praw człowieka, praw związanych z materialnym i ekonomicznym wymiarem, jak również wymiarem duchowym i wewnętrznym jego ziemskiej egzystencji. Oby ta roztropność mogła wam dać natchnienie”.

Przy innej okazji papież Polak przyjął na publicznej audiencji wolnomularzy z Trilatèrale. W jej trakcie pominął postać Zbawiciela (co nie należało do rzadkości), zachęcając tylko, by „zrobili wszystko, aby służyć ludzkiej osobie”. Przemówienie zakończył błogosławieństwem, pod którym mógłby się podpisać przedstawiciel każdej wiary: „I niechaj Bóg, Stwórca ludzkiej osoby i Pan życia, uczyni skutecznym wasz wkład dla ludzkości oraz obdarzy wasze serca pokojem”.

Innym osobliwym wydarzeniem z czasów tego pontyfikatu było spotkanie w Tuluzie w 1987 roku na temat kontaktów między Kościołem a masonerią. „Wszystkie loże zostały zaproszone. (…) Przybył sam Wielki Mistrz Wielkiej Hiszpańskiej Loży Symbolicznej (La Grande Loge Symbolique d’Espagne). Wśród 200 uczestników odnotowano obecność 20 duchownych (arcybiskup Tuluzy wydelegował swojego wikariusza generalnego) i lekką przewagę wolnomularzy, głównie uniwersyteckich pracowników naukowych”.

Powyższe przykłady nie są pojedynczymi, tendencyjnie dobranymi zdarzeniami. Stanowią raczej części składowe długofalowego trendu ostatnich dekad. Potwierdzili to swoimi postawami również późniejsi papieże. Owe próby łączenia ognia z wodą (abstrahując od intencji poszczególnych hierarchów) musiały pogłębić nieporządek doktrynalny w rzeczonej materii.

Podsumowując, masoneria jest zjawiskiem złożonym i niejednorodnym, podzielonym na setki obediencji. Jest też trudna do uchwycenia intelektualnie, gdyż jej faktyczne cele – co potwierdzają nawróceni masoni – ujawniają się dopiero na wyższych stopniach wtajemniczenia. Podkreślam to, bo nie postawiłem sobie za cel syntezy fenomenu wolnomularstwa. Tekst niniejszy jest raczej skromną próbą prezentacji tradycyjnego nauczania Kościoła na temat „monstrualnej doktryny” i „zaraźliwej plagi”. Jeśli przy okazji uchyli on rąbka jej mrocznej tajemnicy, to mam nadzieję, że nie dla sensacji – ale ku przestrodze dusz.

Nawet jeśli publikacja dostarcza odpowiedzi na niektóre pytania, to wiele innych pozostawia w próżni (co niekoniecznie musi być jej wadą). Czytelników zainteresowanych systematycznym badaniem meandrów wolnomularstwa odsyłamy do, skądinąd, obfitej literatury przedmiotu.

Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio!

Synagoga sztana - okładka (002)

Redakcja i opracowanie: Konrad Czerski

Wydawca: ROSA MYSTICA

Według francuskich mediów Ukraińcy walczą u boku terrorystów w Afryce w interesie Francji

Thomas Röper anti-spiegel.ru/laut-franzoesischen-medien-kaempfen-in-afrika-ukrainer-zusammen-mit-terroristen-fuer-frankreichs-interessen

Brak „rosyjskiej propagandy”

Według francuskich mediów Ukraińcy walczą u boku terrorystów w Afryce w interesie Francji

RTL donosi, że ukraińscy żołnierze w Mali walczą u boku islamistycznych terrorystów przeciwko lokalnemu rządowi w interesie Francji. Niemieckie media ignorują ten fakt, ponieważ pokazuje to, że „rosyjska propaganda” po raz kolejny mówi prawdę.

Anti-Spiegel 16 maj 2026

==========================

Niemieckie media milczą na temat doniesień RTL, że Francja wspiera islamistycznych terrorystów w Afryce i wysyła ukraińskich żołnierzy u boku tych terrorystów do walki z rządem Mali, bo to w ogóle nie pasuje do ich narracji. W końcu zostało to uznane za „rosyjską propagandę” – a poza tym niemieckie media nigdy nie przyznałyby, że kraje europejskie współpracują z grupami terrorystycznymi, aby osiągnąć swoje cele polityczne w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

O co chodzi

RTL donosi, że Francja, pomimo wycofania swoich sił zbrojnych z Mali, zapewnia wsparcie lądowe ukraińskim żołnierzom walczącym razem z tuareskimi rebeliantami.

Możecie pamiętać, że przed zamachami stanu w 2020 i 2021 roku niemieckie siły zbrojne rzekomo walczyły ramię w ramię z francuskim wojskiem przeciwko terrorystom w Mali. Wśród tych terrorystów znajdują się tuarescy rebelianci, których, według RTL, Francja obecnie wspiera, wysyłając również ukraińskich żołnierzy.

Celowo piszę, że niemieckie siły zbrojne, wspólnie z armią francuską, „rzekomo” walczyły z terrorystami, ponieważ często donosiłem, że ta walka nigdy tak naprawdę nie została stoczona. Rzekoma pomoc w walce z terrorystami dała Francji pretekst do stacjonowania swoich wojsk w Mali i innych krajach Afryki Zachodniej – innymi słowy, do faktycznego okupowania i kontrolowania tych krajów, będących byłymi koloniami francuskimi.

Dzięki temu Francja zapewniła sobie nie tylko wpływy geopolityczne, ale przede wszystkim dostęp do zasobów naturalnych regionu, takich jak uran, który francuskie firmy mogły wydobywać bardzo tanio i którego Francja rozpaczliwie potrzebowała. Francja nie była zatem zainteresowana pokonaniem terrorystów, ponieważ wtedy pretekst do stacjonowania swoich wojsk w tych krajach zniknąłby.

Innymi słowy, rzekoma walka z terrorystami w Mali, do której również wysłano niemieckich żołnierzy, była jedynie pokazowa.

I po raz kolejny „rosyjska propaganda” miała rację

Teraz okazuje się, że to wszystko wcale nie była „rosyjska propaganda”, lecz prawda, ponieważ nagle we Francji otwarcie donosi się, że Paryż nie walczy z Tuaregami,, których niedawno nazwano „terrorystami” i rzekomo zwalczano,  lecz ich wspiera. Kiedyś byli narzędziem Francji, usprawiedliwiającym francuską okupację Mali i innych krajów Afryki Zachodniej, a teraz są narzędziem Francji w walce z nowymi rządami tych krajów, które wypędziły Francję.

RTL, powołując się na francuskie źródło w służbach bezpieczeństwa, donosi, że Francja jest szczególnie zależna od wielu francuskojęzycznych ukraińskich żołnierzy, którzy służyli w Legii Cudzoziemskiej, oraz od jednostek ukraińskiego wywiadu wojskowego GUR, które działają w Mali we współpracy z rebeliantami z Tuaregów, którzy dzięki sojuszowi z dżihadystami zdobyli kilka miast dwa tygodnie temu.

Próba zamachu stanu dwa tygodnie temu

Dwa tygodnie temu próba zamachu stanu w Mali trafiła na pierwsze strony gazet. Islamiści i rebelianci tuarescy – których w europejskich mediach określa się obecnie mianem „rebeliantów”, a nie „terrorystów” – próbowali zdobyć stolicę i obalić rząd. Zamach stanu został brutalnie stłumiony dzięki pomocy rosyjskiego Afrika Korps, z którym byłe kolonie francuskie współpracują od momentu wycofania się Francji.

Po zamachu stanu donosiłem, że został on przeprowadzony w interesie i z pomocą Francji, o czym oczywiście nie wspominały niemieckie media.

Teraz RTL mówi o tym całkiem otwarcie, ponieważ artykuł RTL ujawnia, że ​​rebelianci Tuaregów próbują osłabić „juntę” w Mali, podczas gdy Francja i Ukraina „chcą obalić rosyjskich popleczników junty, byłą milicję Wagnera (przemianowaną na Afrika Korps), która zrobiła wszystko, by wypędzić Francję z Afryki”. Według RTL Tuaregów i Francję łączy wspólny interes.

Francja pozwala Ukraińcom wykonywać brudną robotę

Ale to nie wszystko, ponieważ RTL otwarcie informuje również, że Francja wykorzystuje Ukraińców, aby uniknąć brudzenia sobie rąk poprzez bezpośredni kontakt z terrorystami. RTL twierdzi, że Francja początkowo odrzuciła propozycję Ukrainy dotyczącą udzielenia wsparcia wojskowego Paryżowi w regionie Sahelu.

Co więcej, niemieckie media nigdy nie donosiły o tym, że Ukraina zaoferowała Francji wsparcie w Afryce w formie współpracy z islamistycznymi terrorystami. Aby się o tym przekonać, trzeba przeczytać anty-Spiegla.

Według RTL Francja wycofała się z tego odrzucenia i zaakceptowała ukraińską propozycję, która dopuszcza „szereg strategii”, które „przyniosą korzyści dżihadystom”, obecnie sprzymierzonym z separatystami tuareskimi, którzy z kolei są wspierani przez siły ukraińskie.

RTL donosi ponadto, że ograniczając pomoc operacyjną do żołnierzy ukraińskich, Francja unika bezpośredniej współpracy z dżihadystami, którzy z kolei są powiązani z Al-Kaidą. Zapytane przez RTL Ministerstwo Obrony wyraziło się niejasno, wskazując, że Francja nie udzieli komentarza, gdyby ukraińscy żołnierze opuścili Legię Cudzoziemską, aby służyć Ukrainie w sposób, który uzna za korzystny.

Mówiąc wprost: Francja wykorzystuje Ukraińców do brudnej roboty w Afryce i, rękami Ukraińców, wspiera islamistów Al-Kaidy w Afryce. Muszę powtórzyć, że ten raport pochodzi z francuskiego wydania RTL, a nie z rzekomo złowrogiej „rosyjskiej propagandy”.

Czy niemieckie media o tym napiszą? [a „polskie”? md]

” Wojny o energię” a prawdziwa energetyka cywilizacji ludzi na Ziemi

” Wojny o energię” a prawdziwa energetyka cywilizacji ludzi na Ziemi

Mirosław Dakowski, 15 maj 2026

Ostatnio u siebie publikuję sporo analiz oraz ukrywanych wiadomości o agresji zbrodniarzy Netanjahu i jego „koalicji Epsteina” [USA] na Iran. Widzę, że to potrzebne, bo dzienna liczba otwarcia artykułów wzrosła do 50 – 60 000.

Jak zawsze przychodzące informacje są tendencyjne. Panujące w meRdiach szambo starannie filtruję, by być możliwie blisko prawdy. Są to jednak zawsze informacje cząstkowe.

Uderzył mnie artykuł Richarda Medhursta USA: Zbrojny rabunek światowych zasobów energetycznych wykazujący, jak na tych brutalnym światowym bałaganie zyskuje… USA.

Zauważyłem u niego, jak główne potęgi krótkowzrocznie czy głupio walczą – o ochłapy, o przynoszące zyski sprawy trzeciorzędne. Wygląda że rządzący nie widzą, nie chcą widzieć faktów podstawowych, decydujących o losach cywilizacji na planecie – na trochę dłuższym dystansie czasowym.

W tym momencie walka i dyskusja dotyczy ekonomicznej roli LNG i przewadze nad na przykład ropą w rozliczeniach międzynarodowych.

Widać że pisze to ekspert o bardzo wąskiej specjalizacji. A przecież politycy mają rozumki jeszcze bardziej ograniczona. I pokraczne.

==========================

Już trzy czy cztery dekady temu upowszechnialiśmy wiedzę, że Słońce dostarcza Ziemi 10 do 12 tysięcy razy więcej energii, niż ludzkość obecnie zużywa. Gdyby ta wiedza dotarła gdzie trzeba, to powinno to zastopować „wojny o energię” i skierować wysiłek na korzystanie z darów Pana Boga.

Tak się jednak nie dzieje.

W UE Zieloni komuniści każą przyczepiać nakrętki do plastikowych butelek, ale blokują energetykę węglową oraz zniekształcają okrutnie energetykę odnawialną, bo budują centralistyczne ” farmy fotowoltaiczne”. Powodują więc, durnie, black-outy, katastrofy i drożyzna energetyczną.

Zostawmy ich.

W książce „O energetyce dla użytkowników i sceptyków” już dwie dekady temu ukazałem, że można zaspokoić potrzeby energetyczne kontynentów budując na pustyniach każdego kontynentu, a używając do tego celu niewielkiego procentu pustyń – elektrownie fotowoltaiczne. One mogą, będą produkować elektryczność i/lub wodór dla wszystkich potrzeb energetycznych ludzi.

Pamiętam zabawny dla mnie wtedy wniosek speca od rurociągów dalekiego zasięgu Witolda Michałowskiego, że z Sahary taniej będzie transportować energię na przykład do Hamburga poprzez rurociągi wodorowe niż przez linie wysokiego napięcia. Po prostu mniejsze straty, mniejsze koszty.

Oczywiście przewidywaliśmy wtedy tak wielkie jak i małe magazyny wodoru; te mniejsze na przykład w kawernach po wydobyciu soli, po prostym uszczelnieniu.

Też oczywiście, że to centralistyczne administrowanie siecią elektryczną prowadzi do katastrof black-out, oraz kretyńskich, przez algorytmy prowadzonych wahań cen energii – aż do absurdalnych „cen ujemnych”, czyli wytwórca płaci a nie zarabia [!].

Zostawmy jednak rządzących się, zadufanych kretynów.

Moi koledzy, w fizyce plazmy (fuzja lub reakcja termojądrowa) od 6 czy 7 dziesięcioleci usiłują [ za dziesiątki miliardów !] zbudować „Słońce na Ziemi”. Nie widzą, nie wiedzą, że prawdziwe Słońce od około 5 miliardów lat z daleka [8 minut świetlnych], stabilnie, bezpiecznie działa…

I ślicznie wygląda.

Pomyślmy:

Gdyby Adam okazał się bardziej ostrożny czy bardziej podejrzliwy – i dyskretnie zobaczył, z kim się jego żona spotyka…. Wystarczyło wtedy wężowi dać mocno pałą po łbie, a potem żonie porządnie szerokim pasem po pupie – ale tak by nie zakrwawić. Jakby go potem z miłością po rękach całowała…

A my moglibyśmy się na słoneczku opalać, zamiast „wojować o energie”, czy przepłacać rachunki „” za energię” czy śmieci, co przecież futruje Ryżego i Ursulę co Wodęleje. Tfu, jednak na sam koniec musiałem takie cuchnące zdanie popełnić… Bo właśnie zobaczyłem te rachunki.

Spór o Tajwan i hipokryzja Zachodu

Thomas Röper  anti-spiegel.ru/der-streit-um-taiwan-und-die-verlogene-politik-des-westens

Spór o Tajwan i hipokrytyczna polityka Zachodu

Na Zachodzie przedstawia się to tak, jakby Zachód musiał bronić Tajwanu przed złymi Chinami, które rzekomo są gotowe do aneksji Tajwanu siłą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jednak żadne państwo zachodnie nie uznało Tajwanu, a cały Zachód oficjalnie popiera politykę Jednych Chin, która definiuje Tajwan jako część Chin.

Anti-Spiegel 16 maj 2026

W obliczu ponownego zdominowania nagłówków gazet po szczycie USA-Chiny, po odmowie prezydenta Trumpa zajęcia się kwestią Tajwanu w Chinach i późniejszym unieważnieniu przez niego wcześniej uzgodnionych umów zbrojeniowych o wartości 14 miliardów dolarów, warto przypomnieć tło sporu.

Zachodnie media i politycy propagują narrację, że Tajwan, rzekomo zachodnia demokracja zasługująca na ochronę, musi być chroniony przed złowrogimi Chinami, które rzekomo dążą do jego aneksji. Z tego powodu Stany Zjednoczone intensywnie zbroiły Tajwan w ciągu ostatnich kilku dekad, NATO pracuje nad rozszerzeniem swoich operacji na Pacyfik, a nawet niemieckie siły zbrojne wysyłają w ten region okręty wojenne, aby zademonstrować swój sprzeciw wobec Chin.

Problem polega na tym, że działania Zachodu wobec Tajwanu w żaden sposób nie są zgodne z międzynarodowymi zobowiązaniami prawnymi, które Zachód oficjalnie uznaje. Oficjalnie Zachód popiera politykę jednych Chin, która głosi, że istnieje tylko jedno państwo chińskie – Chińska Republika Ludowa, do której należą Hongkong i Tajwan. Żadne państwo zachodnie nie uznało Tajwanu na mocy dyplomacji, co po raz kolejny dobitnie pokazuje absurdalność polityki Zachodu.

Dlatego chciałbym skorzystać z okazji i przypomnieć tło konfliktu.

Tło

W XIX wieku Chiny były słabe i częściowo pod rządami zachodnich mocarstw kolonialnych. Nawet Niemcy miały w Chinach niewielką kolonię. Wielka Brytania toczyła w XIX wieku dwie wojny, których celem było otwarcie chińskiego rynku na opium, produkowane przez Brytyjską Kompanię Wschodnio-indyjską w ramach jej monopolu produkcyjnego w Bengalu.

Były to wojny wywoływane i podżegane przez kupców – dziś nazwalibyśmy ich korporacjami – w celu maksymalizacji zysków ze sprzedaży narkotyków. Już wtedy chwytliwym hasłem, którym brytyjska opinia publiczna zyskiwała poparcie dla wojen, było hasło, że należy chronić „wolność handlu”, wolność, której złowrogie Chiny sprzeciwiały się, zakazując importu narkotyków.

W Chinach ten okres i upokorzenia, jakich kraj doznał, są pamiętane do dziś. Niezliczeni Chińczycy padli ofiarą uzależnienia od opium, które stało się powszechną epidemią po tym, jak Londyn wymusił otwarcie chińskiego rynku na ten narkotyk.

W rezultacie w Chinach narastał opór przeciwko słabej dynastii cesarskiej. Siły napędowe tego ruchu pochodziły jednak z zagranicy, a także od wykształconych na Zachodzie intelektualistów z terytoriów kolonialnych, takich jak Hongkong, Kanton i Szanghaj, którzy skierowali ruch w pożądanym kierunku. W następstwie tzw. rewolucji Xinhai i późniejszej wymuszonej abdykacji sześcioletniego następcy tronu, Puyi, Imperium Chińskie upadło w 1911 roku, a 1 stycznia 1912 roku proklamowano Republikę Chińską, której tymczasowa konstytucja ustanowiła Chiny jako republikę wzorowaną na Stanach Zjednoczonych.

Jednak Republika Chińska wkrótce istniała tylko z nazwy, ponieważ po śmierci jej prezydenta, wysokiego rangą oficera wojskowego, w 1916 roku Chiny rozpadły się na terytoria kontrolowane przez regionalnych watażków. Wybuchła chińska wojna domowa, a w latach 30. XX wieku nastąpiła inwazja japońska. Wojna domowa ostatecznie zakończyła się dopiero w 1949 roku, gdy Czang Kaj-szek został zmuszony do wycofania się na wyspę Tajwan. Chociaż jego państwo było surową dyktaturą i obejmowało jedynie niewielką wyspę, Tajwan nadal nazywał się „Republiką Chińską” i był uznawany na arenie międzynarodowej za jedyne państwo chińskie. Chińska Republika Ludowa, proklamowana przez Mao Zedonga na kontynencie, była wówczas w dużej mierze odizolowana.

Chiny, Tajwan i ONZ

Ponieważ Chiny zostały uznane za zwycięskie mocarstwo w II wojnie światowej, gdy powstawała ONZ, Republika Chińska (niewielka wyspa Tajwan) otrzymała chińskie miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, podczas gdy znacznie większa Chińska Republika Ludowa nie była nawet członkiem ONZ.

Zmieniło się to dopiero w 1971 roku, kiedy Stany Zjednoczone, pod wodzą prezydenta Nixona, rozpoczęły zbliżenie z Chinami, licząc na pozyskanie ich jako przeciwnika Związku Radzieckiego w zimnej wojnie. W lipcu 1971 roku doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Nixona, Henry Kissinger, odwiedził Pekin, przygotowując tym samym wizytę państwową Nixona w 1972 roku. Mao Zedong zażądał międzynarodowego uznania Chin, a w październiku 1971 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję nr 2758, której kluczowy fragment brzmi:

„Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych […] postanawia przywrócić wszystkie prawa Chińskiej Republice Ludowej i uznać przedstawicieli jej rządu za jedynych prawowitych przedstawicieli Chin w Organizacji Narodów Zjednoczonych, a tym samym usunąć przedstawicieli Czang Kaj-szeka z miejsca, które niesłusznie zajmują w Organizacji Narodów Zjednoczonych i wszystkich jej organizacjach”.

W ten sposób Chińska Republika Ludowa stała się również członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ, a Tajwan został wykluczony z ONZ.

Polityka Jednych Chin

Chińska Republika Ludowa realizuje politykę Jednych Chin, zgodnie z którą istnieją tylko jedne Chiny, a mianowicie Chińska Republika Ludowa, obejmująca również Hongkong i Tajwan. Chiny wymagają zatem, aby wszystkie państwa pragnące nawiązać stosunki dyplomatyczne z Chińską Republiką Ludową uznały tę przesłankę, tak jak uczyniła to ONZ w rezolucji Zgromadzenia Ogólnego nr 2758. Oznacza to, że każde państwo – w tym wszystkie państwa zachodnie – musi oficjalnie uznać tę politykę.

Nawiasem mówiąc, z tego właśnie powodu tajwańscy politycy nie składają wizyt państwowych na wysokim szczeblu w UE. Ponieważ na Tajwanie nie ma ambasad ani konsulatów europejskich, nie mogą oni nawet otrzymać wiz wjazdowych. Muszą się o nie ubiegać w konsulacie w Chinach.

Ale Stany Zjednoczone oczywiście nie chcą rezygnować ze swojego „lotniskowca” Tajwanu, dlatego w 1979 roku uchwaliły ustawę o stosunkach z Tajwanem, wyrażając poparcie dla „dalszego demokratycznego rozwoju Tajwanu”. Zawarta w niej deklaracja USA, która w razie potrzeby wyposażyłaby Tajwan w broń obronną, od tamtej pory trwale nadwyrężyła stosunki między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Stany Zjednoczone stworzyły w ten sposób potencjalny punkt zapalny, który mogą wykorzystać i w razie potrzeby eskalować konflikt przeciwko Chinom.

Widzieliśmy precedens na Ukrainie, gdzie pomimo protestów Rosji Stany Zjednoczone naciskały na członkostwo Ukrainy w NATO, dopóki Rosja nie widziała innego wyjścia, jak tylko uniemożliwić to militarnie. Podobnie Stany Zjednoczone mogłyby w każdej chwili przekroczyć wszystkie chińskie „czerwone linie” w odniesieniu do Tajwanu i tym samym sprowokować chińską interwencję wojskową, która mogłaby doprowadzić do poważnej wojny.

Według zachodnich mediów i polityków, w takim przypadku winne byłyby oczywiście Chiny, które prowadzą „nieuzasadnioną, agresywną wojnę przeciwko Tajwanowi”.

Stany Zjednoczone igrają z ogniem.

Stany Zjednoczone w ostatnich latach igrały tam z ogniem. Podczas gdy kraje europejskie, ze względu na oficjalnie uznaną politykę jednych Chin, nie wysyłają na Tajwan delegacji wysokiego szczebla ani nie przyjmują tajwańskich przedstawicieli w UE, wysocy rangą politycy amerykańscy praktycznie ustawiali się w kolejce, aby odwiedzić Tajwan za rządów Bidena. Na przykład prowokacyjna wizyta Nancy Pelosi na Tajwanie w 2022 roku pozostaje niezapomniana.

Tajwan jest coraz bardziej zbrojony przez Stany Zjednoczone, co Chiny naturalnie postrzegają jako prowokację. Stany Zjednoczone raczej nie zaryzykowałyby wojny z Chinami o Tajwan, a ustawa o stosunkach z Tajwanem nie przewiduje interwencji wojskowej USA. Jednak, podobnie jak w przypadku Ukrainy i Rosji, Stany Zjednoczone mogłyby naciskać na rząd Tajwanu, by ten prowokował Chiny, składając Tajwanowi wszelkiego rodzaju obietnice.

Fakt, że Stany Zjednoczone jednocześnie depczą politykę jednych Chin, do której, jak twierdzą, są zobowiązane we wszystkich oficjalnych deklaracjach, po raz kolejny dowodzi hipokryzji amerykańskiej polityki.

A UE nie jest w tym o wiele lepsza, o czym świadczy antychińska polityka Brukseli, przyjęta pod presją USA i uzasadniana w wielu oświadczeniach przez wysokich rangą urzędników UE powoływaniem się na chińską politykę wobec Tajwanu.

Ten przykład po raz kolejny ilustruje hipokryzję polityki Zachodu pod przewodnictwem USA, który swoją polityką wobec Tajwanu narusza prawo międzynarodowe, ignorując w istocie rezolucję ONZ nr 2758.

Zachód powinien podjąć decyzję: albo oficjalnie zdystansować się od polityki jednych Chin i uznać Tajwan, co również stanowiłoby jawne naruszenie prawa międzynarodowego i na co Chiny prawdopodobnie zareagowałyby bardzo ostro, albo ostatecznie poprzeć politykę jednych Chin i – podobnie jak w przypadku Hongkongu – poprzeć pokojowe zjednoczenie Chin i Tajwanu w ramach zasady „jeden kraj, dwa systemy”.

Wtedy jednak USA straciłyby swój „lotniskowiec”, Tajwan, czego oczywiście nie chcą. USA prowadzą politykę globalną, w której mogą wykorzystywać swoje wpływy do wywoływania kryzysów w dowolnym regionie świata, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba w walce z geopolitycznymi lub gospodarczymi rywalami. Tajwan nie jest tu wyjątkiem.

Nie chodzi o „oszczerstwo krwi” [mord rytualny], chodzi o kontrolę narracji

Caitlin Johnstone caitlinjohnstone/its-not-about-blood-libel-its-about-narrative-control

Izrael zapowiada teraz pozew przeciwko The New York Times, ponieważ syjoniści od kilku dni nie przestają panikować po doniesieniach gazety na temat systematycznych gwałtów na palestyńskich więźniach w izraelskich więzieniach.

Apologeci Izraela nie krzyczą z powodu raportu „New York Timesa”, bo uważają, że Izrael został okłamany. Krzyczą, bo założyli, że zadaniem „Timesa” jest administrowanie propagandą na rzecz Izraela. Nie chodzi o „oszczerstwo rytualne”, ale o kontrolę narracji.

Wiemy, że to prawda, ponieważ raport Nicholasa Kristofa nie zawiera żadnych nowych informacji; każdy istotny punkt artykułu został już wcześniej poruszony przez inne, mniej wpływowe media i organizacje praw człowieka. Nie widzieliśmy takiego oburzenia, biorąc pod uwagę lawinę doniesień o seksualnych torturach palestyńskich więźniów, które pojawiały się na przestrzeni lat. Dostrzegliśmy je dopiero wtedy, gdy doniosła o tym bardziej wpływowa agencja informacyjna.

To pokazuje, że ich prawdziwy sprzeciw nie dotyczy samej treści artykułu, lecz informacji, które wpłynęły na większą liczbę osób niż wcześniejsze doniesienia. Nie chodzi o fakty, ale o liczby. Chodzi o to, aby jak najwięcej ludzi Zachodu pozytywnie myślało o państwie Izrael.

Każdy, kto dziś narzeka na dziennikarską rzetelność i niedbałość w relacjonowaniu, po prostu przyznaje się do bycia propagandzistą. Przyznaje, że jego zadaniem jest manipulowanie sposobem myślenia opinii publicznej o Izraelu i że uważa, że ​​powinno to być również zadaniem wszystkich głównych mediów.

A co najzabawniejsze w tym histerycznym załamaniu, to fakt, że „New York Times” w rzeczywistości był skrajnie stronniczy na korzyść Izraela. Jego stronnicze doniesienia , nierówny dobór słów i bierne nagłówki zostały dobrze udokumentowane. Jedyne, co się zmieniło, to to, że nadużycia Izraela stały się tak oczywiste i niezaprzeczalne, że jego redaktorzy nie mogli już dłużej usprawiedliwiać podkręcania dobrze udokumentowanego artykułu na ich temat. 

Izraelscy propagandyści przyzwyczaili się, że „New York Times” promuje ich ukochane państwo apartheidu, więc uważają to nie tylko za propagandę, ale także za zdradę.

W następstwie raportu New York Timesa media masowo zaczęły publikować artykuły o domniemanych nadużyciach seksualnych ze strony Hamasu, co jest co najmniej bardzo ciekawym zbiegiem okoliczności.

Izrael ogłosił, że pięciokrotnie zwiększa budżet na propagandę , a teraz jesteśmy świadkami aktywnej manipulacji cyklem informacyjnym w celu promowania izraelskich interesów informacyjnych. Oczekuje się od nas, że będziemy po prostu klaskać i udawać, że widzimy prawdziwe wiadomości o prawdziwych rzeczach.

Jedną z najdziwniejszych rzeczy w oburzeniu wywołanym raportem „New York Timesa” jest obsesja na punkcie wzmianki o psach wykorzystywanych do gwałcenia palestyńskich więźniów – dobrze udokumentowanego twierdzenia , o którym już wcześniej dyskutowaliśmy . Hasbaryści są oburzeni i wściekli w mediach społecznościowych, nazywając to jak zwykle „oszczerstwem rytualnym”, ale jednocześnie twierdzą, że dosłownie niemożliwe jest, aby wyszkolony pies kogoś zgwałcił.

„Nieprawdopodobne oskarżenie o gwałt na psach skierowany przeciwko Izraelowi staje się coraz powszechniejsze” – głosi nagłówek w „The Times of Israel” , w którym emerytowany porucznik policji stwierdza, że ​​„jest wysoce nieprawdopodobne, aby ktokolwiek był w stanie wytresować psa, aby skutecznie dopuścił się napaści seksualnej”.

„Nie ma dowodów naukowych ani behawioralnych na to, że psy można wytresować do napaści seksualnej. Eksperci i behawioryści wskazują na szereg barier biologicznych i poznawczych, które to uniemożliwiają” – pisze na Twitterze hasbaristka Eve Barlow.

Zbrodniarz wojenny David Frum pisze , że „misja o 'żydowskich psach gwałcących’ została obalona nie dlatego, że jest to obelga wobec Żydów, ale dlatego, że American Kennel Club potwierdza, że ​​w przypadku psów jest to niemożliwe”. Twierdzenie to zostało później obalone w oświadczeniu samego American Kennel Club, który stwierdził, że nie potwierdził niczego takiego.

„Psy nie mogą zgwałcić człowieka anatomicznie. Jako lekarz, pomyślałem, że po prostu to podkreślę. Dlaczego antysemici są takimi idiotami?” – czytamy w popularnym tweecie dr Sheili Nazarian.

To jest po prostu obiektywnie i bezdyskusyjnie fałszywe. W przeszłości istniały liczne przykłady tyrańskich reżimów wykorzystujących psy do gwałtów na więźniach, w tym w nazistowskich Niemczech i Chile pod rządami Pinocheta. Wiadomo, że seryjny morderca David Parker Ray gwałcił swoje ofiary, wykorzystując do tego psy. To dobrze udokumentowane nadużycie, które może mieć miejsce i ma miejsce, i jest tak izraelskie, że próbują propagować tak łatwe do obalenia kłamstwo o czymś tak przerażającym.

Wymyślali kłamstwa o okrucieństwach, aby móc usprawiedliwić ich popełnianie.

Wymyślali kłamstwa o gwałcie, aby móc go usprawiedliwić.

Wymyślali kłamstwa o martwych dzieciach, aby usprawiedliwić ich zabijanie.

Przedstawiali się jako ofiary, aby usprawiedliwić krzywdzenie innych.

W innych wiadomościach, zmilitaryzowane roboty są już w pełni sprawne i rozmieszczone na polu bitwy — wkrótce będą dostępne podczas protestu w Twojej okolicy.

Dziennik „Jerusalem Post” informuje , że izraelskie wojsko używa robotów podczas inwazji na Liban, pisząc: „Brygada Golani Sił Obronnych Izraela ogłosiła we wtorek, że niedawno dotarła aż do rzeki Litani, około 10 kilometrów od północnej granicy Izraela, i wykorzystała roboty w niektórych częściach operacji”.

Będziemy tego widzieć coraz więcej, ponieważ zautomatyzowane systemy uzbrojenia staną się coraz powszechniejsze. To kolejna rzecz, która może nam się śnić po nocach. 

Dobranoc, dobranoc.

Amnestia czy amnezja?

Amnestia czy amnezja?

Autor artykułu Marek Wójcik 16. maja 2026

W przeciwieństwie do niektórych innych krajów Szwajcaria nie przeprowadziła jeszcze żadnego poważnego rozliczenia z pandemią COVID-19. Ostatnio pokazała to debata wokół byłego trenera szwajcarskiej reprezentacji hokejowej, który w 2021 roku uzyskał sfałszowane zaświadczenie o szczepieniu przeciwko COVID-19, aby móc pojechać na Igrzyska Olimpijskie 2022 do Chin bez szczepienia.

Cytat z opublikowanego kilka dni temu artykułu na swprs.org: Szwajcaria w dobie koronawirusa: amnestia czy amnezja? Źródło.

Czy złodziej zorganizuje, mając taką możliwość, skuteczną akcję wyjaśniającą, kto jest sprawcą jego kradzieży? Równie dobrze można oczekiwać od sędziego prowadzącego sprawę dotyczącą zbrodni, której sam dokonał, że wyda sprawiedliwy wyrok.

Kilka krajów uznało to i w związku z tym wprowadziło amnestię dla „przestępstw związanych z COVID-19”, zwalniając, lub zwracając grzywny związane z lockdownami, nakazami noszenia maseczek i wymogami szczepień. Do krajów tych należą Hiszpania, Słowacja, Słowenia, Turcja, a także niektóre stany i miasta Australii i Ameryki (np. Nowy Jork).

Amnestia – (gr. ἀμνηστία amnēstía „zapomnienie”) – jednorazowe darowanie lub złagodzenie prawomocnie orzeczonych kar, lub środków karnych za popełnione przestępstwa, lub wykroczenia określonego rodzaju poprzez wydanie aktu prawnego. Źródło.

Darowano resztę kar, znów się można było śmiać – śpiewał w Autobiografii zespół Perfect. Dobrze pamiętam czasy jedynej słusznej „prawdy” płynącej z telewizora. Pewnie dlatego, w przeciwieństwie do urodzonych w relatywnie wolnym świecie, tak cenię tę wolność. Parafrazując Kochanowskiego, wolność jest jak zdrowie, które się ceni dopiero wtedy, gdy się straci.

Ukarano uczciwych ludzi, którzy odważnie okazywali swój opór wobec zbrodni zorganizowanej przez państwo i ponadpaństwowe kliki kryminalne. Jako rekompensatę w kilku krajach darowano i to nie wszystkim kary za ich uczciwe postępowanie. Nadal przebywają w więzieniu lekarze, którzy zgodnie z prawem wystawiali zaświadczenia zwalniające pacjentów z problemami płucnymi od noszenia chorobotwórczych masek.

Już po raz trzeci Reiner Füllmich spędził swoje urodziny w więzieniu.

Najbardziej znanym przykładem kowidowych restrykcji sądownictwa niemieckiego, jest historia znanego amerykańsko-niemieckiego prawnika doktora Reinera Füllmicha.

W poruszającym wywiadzie Inka Füllmich po raz pierwszy szczegółowo opowiada o dramatycznych wydarzeniach w Meksyku: o tym, jak jej mąż, Reiner Füllmich, został zwabiony w pułapkę pod fałszywym pretekstem, uprowadzony przez niemieckie władze i od tego czasu przebywa w więzieniu w Niemczech. Ona sama również została zatrzymana – spędziła ponad 24 godziny w zimnej celi w Tijuana. Od porwania minęły trzy lata. Reiner Füllmich nadal przebywa w więzieniu, mimo że pierwotne zarzuty w dużej mierze się rozpadły. Wywiad w języku angielskim.

Znany niemiecki lekarz, działacz przeciwko oszustwu kowidowemu, doktor Bodo Schiffman musiał opuścić Niemcy i przebywa na banicji w Tanzanii.

Moje zdjęcie z doktorem Bodo Schiffmannem (po prawej) na demonstracji w Wiedniu we wrześniu 2020 roku.

Rozliczenie sprawców plandemii musi jeszcze poczekać. Nie dlatego, żebym popierał tę zwłokę, ale dlatego, że muszą wcześniej zacząć znowu działać mechanizmy prawne, które zostały w bezprecedensowy sposób praktycznie na całym świecie zdeptane.

Jaskrawym tego przykładem, było zatrzymanie w Hyde Parku we wrześniu 2020 roku przez angielską policję niemieckiego lekarza Heiko Schöninga. Od tego czasu Hyde Park, będący dotychczas symbolem wolności wypowiedzi, stał się symbolem cenzury.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Koniec hegemonii USA nie jest ogłaszany – jest inscenizowany

Koniec hegemonii USA nie jest ogłaszany – jest inscenizowany

Zbigniew Jacniacki wolnemedia/koniec-hegemonii-usa-nie-jest-oglaszany-jest-inscenizowany

Można analizować wizytę Donalda Trumpa w Chinach jako znaczące wydarzenie dyplomatyczne transmitowane przez światowe media. Ale można też uważać, że była starannie wyreżyserowanym spektaklem politycznym, którego prawdziwym celem nie było ujawnienie rzeczywistych ustaleń między mocarstwami, lecz stworzenie narracji możliwej do zaakceptowania przez społeczeństwa. Kamery miały pokazać historię. Rzeczywista historia powstawała jednak poza obiektywem.

Współczesna geopolityka rzadko, jeżeli w ogóle, rozgrywa się publicznie. Najważniejsze decyzje nie zapadają podczas konferencji prasowych, uroczystych bankietów czy spacerów po pałacowych ogrodach. Są efektem wieloletnich analiz i negocjacji prowadzonych przez wąskie, zawodowe elity państwowe, wojskowe, finansowe i wywiadowcze. Media otrzymują końcowy spektakl — symboliczną inscenizację decyzji podjętych wcześniej. Społeczeństwa mają odnieść wrażenie uczestnictwa w wielkiej polityce.

W rzeczywistości uczestniczą głównie w procesie psychologicznego oswajania zmian. Trump doskonale rozumie logikę medialnej epoki. Wie również, że amerykańska świadomość polityczna przez dziesięciolecia była budowana wokół przekonania o naturalnej i trwałej hegemonii Stanów Zjednoczonych. Tymczasem świat wszedł w okres głębokiej transformacji. Waszyngton nie posiada już siły pozwalającej samodzielnie organizować globalny porządek tak jak po zakończeniu zimnej wojny. Nie można jednak powiedzieć tego wprost społeczeństwu wychowanemu w poczuciu imperialnej wyjątkowości. Dlatego potrzebna jest nowa opowieść. Nie o utracie dominacji,

lecz o odpowiedzialnym dopuszczeniu Chin do współzarządzania światem — w imię stabilności, pokoju i uniknięcia globalnego chaosu. W tym sensie wizyta Trumpa w Pekinie przypominała bardziej rytuał przekazania części odpowiedzialności za światowy porządek niż klasyczne spotkanie dwóch rywalizujących państw. Imperia bardzo rzadko ogłaszają własny schyłek. Znacznie częściej tworzą ceremonie przejścia, które mają nadać zmianie pozór ciągłości i kontroli. Społeczeństwa nie mogą odnieść wrażenia chaosu — muszą uwierzyć, że nowy układ został świadomie wybrany przez odpowiedzialnych przywódców.

To właśnie dlatego polityka wielkich mocarstw tak często przypomina teatr. Jednocześnie jest faktem, ze społeczeństwa epoki medialnej coraz rzadziej oczekują rzeczywistego uczestnictwa w procesach władzy. Znacznie bardziej potrzebują emocjonalnych obrazów podtrzymujących poczucie sensu, ciągłości i stabilności świata. Dlatego współczesna geopolityka oprócz decyzji politycznych, musi produkować również widzialne rytuały mające uspokajać zbiorową świadomość. Uściski dłoni, spacery po ogrodach, ceremonialne rozmowy i starannie wyreżyserowane kadry stają się częścią procesu zarządzania społeczną percepcją rzeczywistości. W epoce globalnych mediów imperia nie komunikują już wyłącznie siły — dbają także o psychologiczne poczucie porządku.

Nie oznacza to jednak końca rywalizacji. Stabilność między mocarstwami może trwać bardzo długo, jeśli główne elity uznają ją za korzystną. Część XIX wieku opierała się na podobnej równowadze. Również okres zimnej wojny, mimo lokalnych konfliktów, był w istocie próbą zarządzania napięciem między wielkimi centrami siły.

Dzisiejszy układ amerykańsko-chiński może więc przetrwać dziesięciolecia. Ale może również rozpaść się stosunkowo szybko.

Wystarczy pojawienie się bardziej agresywnych elit, nowych ambicji ideologicznych albo głębokiego kryzysu gospodarczego, by dotychczasowy kompromis został uznany za oznakę słabości. Historia wielokrotnie pokazywała, że kolejne pokolenia przywódców często niszczą ostrożny dorobek poprzedników, próbując odzyskać „utraconą wielkość”.

Dla Polski całe to widowisko może mieć również bardzo praktyczne znaczenie. Przez lata każda próba otwartego szukania współpracy gospodarczej z Chinami groziła oskarżeniami o „zdradę Zachodu” albo działanie przeciw interesom Stanów Zjednoczonych. Tymczasem jeśli sam amerykański hegemon zaczyna publicznie budować narrację partnerstwa i stabilizacji z Pekinem, wówczas także państwa zależne od amerykańskiego parasola politycznego otrzymują ograniczoną przestrzeń do bardziej pragmatycznej polityki. Mówiąc brutalnie: skoro Chiny stają się partnerem naszego politycznego seniora, to również wasale dostają częściowo uchyloną furtkę do „jedwabnego szlaku”.

Nie oznacza to pełnej samodzielności ani strategicznej niezależności. Oznacza jednak możliwość prowadzenia bardziej elastycznej gry gospodarczej bez natychmiastowego ryzyka politycznej stygmatyzacji. Dla państw średnich i peryferyjnych takie przesunięcia w globalnej narracji często mają większe znaczenie niż oficjalne traktaty.

Symboliczny charakter całej wizyty doskonale oddała scena związana ze zwiedzaniem ogrodów przy siedzibie Komunistycznej Partii Chin. Trump najwyraźniej oczekiwał potwierdzenia, że został potraktowany wyjątkowo — jako partner szczególny, wyróżniony wobec innych światowych liderów. Xi Jinping odpowiedział jednak z chłodnym, niemal konfucjańskim spokojem, że rzadko zwiedzają je głowy innych państw, ale dodał, że Władimir Putin zwiedzał te ogrody wielokrotnie.

Była to odpowiedź krótka, elegancka i bardzo chińska. Bez otwartego upokorzenia, ale również bez pozostawienia złudzeń. W kilku słowach Xi pokazał różnicę między cywilizacją myślącą w rytmie wielowiekowej ciągłości państwa a politykiem funkcjonującym w logice medialnego spektaklu i krótkiego cyklu wyborczego.

Dla Zachodu polityka coraz częściej staje się obrazem. Dla Chin pozostaje długim procesem historycznym. Właśnie dlatego obrazy z Pekinu należy analizować ostrożnie. Media widzą czerwone dywany, uściski dłoni i ceremonialne spacery. Prawdziwa geopolityka ukrywa się jednak w subtelnych gestach, pół-zdaniach i symbolach, które dla masowego odbiorcy pozostają niemal niewidoczne. W świecie schyłku hegemonii najważniejsze decyzje rzadko są ogłaszane. Najpierw są negocjowane w ciszy gabinetów, a dopiero później inscenizowane przed kamerami jako nowa opowieść o świecie.

Autorstwo: Zbigniew Jacniacki
Źródło: WolneMedia.net

Jedenaste przykazanie

Jedenaste przykazanie

Izabela BRODACKA

Jedenaste przykazanie mogłoby moim zdaniem brzmieć: „nie obgaduj bliźniego swego”. Ósme przykazanie „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” mi nie wystarcza. Bez ważnej przyczyny nie należy również rozpowszechniać niekorzystnych, choć nawet prawdziwych, informacji na cudzy temat. Czy właściwe jest na przykład ujawnianie preferencji seksualnych osób nie afiszujących się swoimi upodobaniami i nie indoktrynujących innych w tej dziedzinie? Czy wolno ujawniać jakie ktoś przyjmuje leki albo jakie choroby go trapią? Oczywiście, takie informacje dotyczące osób publicznych mogą mieć wpływ na funkcjonowanie społeczności lecz na ogół są używane nie po to żeby stanąć w prawdzie lecz są traktowane jako broń w politycznej walce albo jako źródło satysfakcji czerpanej z upokorzenia kogoś.

Wiadomo, że nic tak nie zbliża ludzi jak znalezienie wspólnego wroga czy wspólnej ofiary. Nie ma to związku z pochodzeniem czy wychowaniem. Już w młodszych grupach przedszkolnych dzieci spontanicznie znajdują sobie ofiarę- dziecko rude, albo zbyt grube, albo źle ubrane żeby wykluczyć je z zabawy i z tego wykluczenia czerpać satysfakcję. Coś, co pojawia się nieuchronnie, niezależnie od epoki, kultury i szerokości geograficznej mamy prawo nazywać archetypem. To archetyp kozła ofiarnego. Prześladowanie wybranej ofiary cementuje grupę a czasami nawet ją stwarza. Ten sam archetypiczny mechanizm pojawia się w szkole w jednostce wojskowej i w więzieniu. Naiwnością jest twierdzenie, że „ fala” w komunistycznym wojsku to zjawisko prowokowane przez kadrę ( trepów) aby łatwiej kształtować pożądaną przez tych trepów żołnierską postawę. Fala jest zjawiskiem ponadczasowym i ponadustrojowym.

Rozwój środków komunikacji pogłębia ten problem. Dziecko prześladowane w jednej szkole nie znajdzie azylu w innej, odnajdą je internetowi łowcy głów i oberwie dodatkowo za ucieczkę. Jego hańba, jego naznaczenie, nie ogranicza się do niewielkiej grupy. Dzięki mediom społecznościowym staje się publiczną tajemnicą. Dziecko nie może zwrócić się ze swoim problemem do wychowawców bo automatycznie staje się „sześdziesioną” czyli kapusiem zasługującym na jeszcze cięższe prześladowania. Stąd między innymi ogromny i trudny do wyjaśnienia wzrost liczby samobójstw dziecięcych, jaki obecnie rejestrujemy.

Pozostaje pytanie dlaczego prześladowanie kogoś może być źródłem satysfakcji. Znany amerykański psycholog Eric Berne twierdzi, że ludzkość dzieli się dychotomicznie na tych, którzy czyją się gorzej gdy ktoś inny czuje się gorzej i na tych, którzy czują się wówczas lepiej. Ci, którzy czują się lepiej praktykują gry opisane przez Berne’a w książce „ W co grają ludzie”. Czerpanie satysfakcji z czyjegoś upokorzenia Berne traktuje jako formę neurozy. Przyczyną tej neurozy może być zbyt mała liczba „ głasków”, które dany osobnik otrzymał w dzieciństwie. Bo jak twierdzi analiza transakcyjna, trzon teorii Berne’a, dojrzałe relacje międzyludzkie sprowadzają się do wymiany głasków. To co często uważa się za zakłamanie i hipokryzję jest po prostu niepisaną transakcją. Jesteśmy dla siebie nawzajem mili, mówimy sobie komplementy, gdyż podtrzymujemy w ten sposób wzajemnie swoje dobre samopoczucie. Natomiast osoba, która uważa się za prawdomówną to najczęściej złośliwy weredyk, który każdemu wytknie jego słabości czerpiąc z tego neurotyczną satysfakcję, a „stanąć w prawdzie” najczęściej oznacza niepotrzebne osądzanie i rozliczanie bliźnich.

Do psychologii pojęcie archetypu wprowadził Carl Gustav Jung w oparciu o termin Jacoba Burckhardta : das Urbild – „obraz pierwotny”. Jung dowodził istnienia archetypów w oparciu o fakt występowania u ludzi i w dziełach, typowych i powtarzających się motywów. Chciałabym uściślić definicję Junga. Z archetypem mamy do czynienia gdy pewien wzorzec kulturowy powtarza się nieuchronnie, niezależnie od innych okoliczności. Jest to nieuchronność podobna do nieuchronności kształtu kryształu. Jeżeli w roztworze soli kuchennej zawiesimy nitkę z węzełkiem pojawi się kryształ o ściśle określonym kształcie i żadne starania ani inne okoliczności tego kształtu nie są w stanie zmienić. W innym chemicznie roztworze pojawi się kryształ o innym kształcie wynikającym z praw krystalografii. Nie pomoże zmiana naczynia w którym przechowujemy roztwór czy wywiezienie go do innego kraju.

Archetypem jest na przykład pojęcie „Trójcy Świętej”. Pojawia się ono w wielu religiach i kulturach niezależnie od współrzędnych geograficznych i czasowych. W Egipcie występuje triada Amon, Mut, Chonsu. W hinduizmie Brahma, Wiszu, Śiwa. W Babilonie Anu, Enlil, Ea. Jak mówią Rosjanie- „Бог любит Троицу”. Archetyp kozła ofiarnego to uniwersalny mechanizm kulturowy i psychologiczny, polegający na niesłusznym obarczeniu jednostki lub grupy winą za problemy społeczności w celu rozładowania napięcia i zjednoczenia grupy. Zainteresowanym polecam pozycję „Kozioł ofiarny” której autorem jest René Girard. Skąd jednak trzyletnie dzieci wiedzą, że wykluczając wybrane dziecko z grupy tworzą tę grupę albo ją cementują? Działają spontanicznie, a nagrodą (wypłatą) jest pierwotna satysfakcja z wykluczenia kogoś, stygmatyzowania go, upokarzania.

Zadawałam sobie pytanie czy warto wspominać tych wszystkich członków i zastępców członka, którzy kształtowali naszą rzeczywistość przez długie lata komunistycznego zniewolenia. Czy warto wypominać poetom wiersze które napisali, prawnikom wyroki które wydawali, funkcjonariuszom bezpieki zbrodnie które popełnili.

Rozliczanie jest konieczne gdy jest w interesie czy w obronie wspólnoty wyższego rzędu, rodziny, społeczeństwa, kraju i narodu. Wtedy nie ma miejsca na wymianę głasków i również na nadstawianie drugiego policzka. Ale właśnie wtedy trzeba stanąć w prawdzie. Rozlicznie innych powinno posługiwać się prawdą i tylko prawdą.

Porządkując piwnicę znalazłam zbiór kopii tekstów drukowanych w latach pięćdziesiątych, nazwanych przez mego kolegę z podziemia „staliniana”. Postanowiłam z tego znaleziska skorzystać.