Fakty dokonane i przyszłe

Fakty dokonane i przyszłe

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  16 czerwca 2026 michalkiewicz

Kiedy ten artykuł ukaże się w druku, będzie już po spotkaniu Kapituły Orderu Orła Białego, który pan prezydent Karol Nawrocki chce odebrać ukraińskiemu prezydentowi Wołodymirowi Zełeńskiemu po jego decyzji o nadaniu jednemu z oddziałów niezwyciężonej ukraińskiej armii imienia Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Strona ukraińska twierdzi, że nic się nie stało, bo przecież UPA „walczyła z Sowietami”, więc wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie do końca jest to prawda, bo UPA powstała z ukraińskich formacji policyjnych w służbie niemieckiej. Kiedy szala wojny przechyliła się na niekorzyść Niemiec, te formacje, wykonując rozkaz OUN, zdezerterowały i w ten sposób powstała UPA.

Z Sowietami walczyć jeszcze nie bardzo mogła, bo Ukraina pozostawała nadal pod panowaniem niemieckim – ale mogła osiągnąć cel polityczny, który w tych warunkach był jeszcze możliwy do osiągnięcia siłami UPA, to znaczy – eksterminować mieszkającą na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ludność polską, by przyszłe państwo ukraińskie – wszystko jedno, czy pod panowaniem niemieckim, czy sowieckim – było etnicznie jednolite.

Przybrało to postać zorganizowanego ludobójstwa, wskutek którego co najmniej 100 tysięcy, a może nawet – jak twierdził ukraiński prezydent Krawczuk – 500 tysięcy – tamtejszych Polaków zostało bestialsko zamordowanych – a okrucieństwo to zaskakiwało nawet Niemców, którzy przecież niejedno widzieli i niejednego się dopuszczali. Nawet i teraz pan red. Mazurek nie szczędzi gorzkich słów krytyki panu Pawłowi Kowalowi, którego były premier Leszek Miller bez ceregieli nazywa „najbardziej banderowskim” spośród aktualnych polskojęzycznych polityków.

Pan red. Mazurek wytyka panu Pawłowi Kowalowi, że m.in. podczas ekshumacji, na którą strona ukraińska łaskawie pozwoliła, nie dopuścił dziennikarzy ze względu na to, że w masowych dołach w większości znajdowały się szczątki kobiet i dzieci, a niektóre z tych dzieci – co można było podczas ekshumacji stwierdzić – miały powbijane w głowy gwoździe. Pan Paweł Kowal uważał, ze gdyby polscy dziennikarze opisali to, co zobaczyli, to wywołałoby to niepotrzebne komentarze, więc na wszelki wypadek ich tam nie dopuścił, pod pretekstem, że w pierwszej kolejności oględzinami powinna zająć się prokuratura, a wtedy byłaby szansa, że te nieprzyjemne widoki zostaną przed polską opinią publiczną zatajone pod pretekstem „ochrony tajemnicy śledztwa”. Mniejsza jednak o pana Pawła Kowala, bo trawestując słynne twierdzenie księdza Benedykta Chmielowskiego o koniu – Paweł Kowal – jaki jest – każdy widzi – bo w przypadku „rzezi wołyńskiej” również dowództwo Armii Krajowej oraz Delegatura Rządu w Warszawie, zachowały się fatalnie – o czym w swoich pamiętnikach wspomina Adam hr. Ronikier – w tym czasie – prezes Rady Głównej Opiekuńczej – jednej z dwóch polskich organizacji (drugą był Polski Czerwony Krzyż) jakie oficjalnie działały w Generalnym Gubernatorstwie. Oddajmy mu głos.

„W tym czasie (czerwiec 1943 r. – SM) sprawa Wołynia zaczęła przybierać wprost tragiczne kształty. Gwałty i morderstwa dokonywane na Polakach przez zamieszkałych tam Ukraińców, nie tylko nie ustawały, ale z każdym dniem przybierały na sile i barbarzyńskich formach. (…) Tak topniał stan posiadania polskiego w tej odwiecznie do Polski należącej ziemi, a panowie z Delegatury, nie pozwoliwszy nam na organizowanie obrony, nie raczyli myśleć o tym, że złemu trzeba było przynajmniej próbować zaradzić, a nie zostawiać bez żadnej pomocy te rzesze polskie na Kresach. Przecież przykład, który miał miejsce w Równem, gdzie dwaj nasi delegaci, uzyskawszy od Kreishauptmanna broń, rozdali ją Wołyniakom, którzy dzięki temu nie tylko potrafili Ukraińców wziąć w ryzy – ale naokoło Równego kraj cały doprowadzić do ładu i porządku – przeczy kategorycznie tym naszym mędrkom, którzy teraz powiadają, że i tak nic by się nie dało zrobić, bo władze niemieckie by nie pomogły. Trzeba było działać, a nie przyglądać się suchym okiem dziełu zniszczenia, odpychającemu granice Polski na zachód, a torującemu Ukraińcom drogę do realizowania idei ich krwawych prowodyrów, stwarzających realnie fakty dokonane, utwierdzające stan ich posiadania na ziemiach, z których Polaków wygnali.”

Z perspektywy czasu widzimy tedy, że „fakty dokonane” niechby nawet w postaci ludobójstwa, na dłuższą metę się opłacają – bo przecież dzisiaj nie ma w Polsce żadnej siły politycznej, która wysuwałaby wobec Ukrainy jakieś terytorialne roszczenia co do Wołynia, czy Małopolski Wschodniej. Czy nie dlatego właśnie bezcenny Izrael, na oczach całego świata, sterroryzowanego groźbą oskarżenia o „antysemityzm”, stwarza podobne „fakty dokonane” w Strefie Gazy i w Libanie?

Wróćmy jednak do inicjatywy pana prezydenta Nawrockiego, który zgłosił zamiar… i tak dalej. Okazuje się, że sprawa wcale nie jest taka prosta, a to z uwagi na konstytucję, której jednym z „ojców” jest zadowolony ze swego rozumu Aleksander Kwaśniewski. Pomijam już drobiazg, że na podstawie przepisów tej konstytucji niepodobna odpowiedzieć na ważne i – zdawać by się mogło – proste pytanie: kto dowodzi wojskiem – o czym pisałem we wznowionej po 25 latach przez wydawnictwo Capital książce „Choroba czerwonych oczu” – to okazuje się, że pan prezydent Nawrocki może nie móc w tej sprawie kiwnąć palcem bez pozwolenia obywatela Tuska Donalda.

Rzecz w tym, że zgodnie z art. 144 konstytucji akty urzędowe Prezydenta wymagają dla swojej ważności podpisu prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem. Nazywa się to „kontrasygnatą”. Ale ust. 3 tego artykułu wylicza enumeratywnie przypadki, kiedy akt urzędowy prezydenta takiej kontrasygnaty nie wymaga, między innymi w punkcie 16 – przy nadawaniu orderów i odznaczeń. I tu właśnie pokazuje się w całej rozciągłości mądrość naszych absolwentów Kolegium Tumanum, którzy najwyraźniej nie słyszeli o zasadzie prawa rzymskiego: cuius est condere, eius est tolere – co się wykłada, że kto ustanowił, ten może znieść. Okazuje się bowiem, że nadanie orderu wprawdzie nie wymaga kontrasygnaty premiera – ale już jego odebranie – jak najbardziej. Znając dyspozycyjność obywatela Tuska Donalda wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która nakazała mu ślepe posłuszeństwo wobec prezydenta – ale Zełeńskiego – obawiam się, że on tej kontrasygnaty nie złoży i w ten sposób pokaże całej Europie, że Polsce można – jak powiedziałaby pani Krystyna Janda – „srać na głowę” bez żadnych negatywnych konsekwencji – nawet w sferze symbolicznej. Dobrze przynajmniej, gdyby polska opinia publiczna dowiedziała się, komu ma zawdzięczać tę sytuację – zadowolonemu ze swego rozumu Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego m.in. z tego powodu uważam za prawdziwe nieszczęście dla Polski. Wygląda bowiem na to, że jedyną rzeczą, na którą – nawet w sferze symbolicznej Polska może się zdobyć – jest odpięcie przez Kukuńka guziczka w barwach ukraińskiej flagi z przyrośniętej do ciała koszuli. Myśl jednak, że prezydentowi Zełeńskiemu z powodu tego gestu Kukuńka nie pęknie serce, nawet gdyby odpiął on sobie stosowny guziczek od rozporka.

A dlaczego? A dlatego, że – w odróżnieniu od naszych Umiłowanych Przywódców, co to wysilają władze umysłowe, komu by się tu podłożyć, a od prawdziwej polityki uciekają w sferę pozorów, ukraiński prezydent prowadzi politykę realną. Co prawda wkręcił Ukrainę w maszynkę do mięsa – ale potrafił z tego uczynić, jeśli nie dla swojego państwa i narodu, to przynajmniej – dla oligarchów, którzy na Ukrainie decydują, kto będzie prezydentem tego państwa – niewysychające źródło dochodu. Uzasadnienie jest proste – skoro już wkręciliście nas w maszynkę do mięsa, to przynajmniej nas futrujcie finansowo i w każdy inny sposób. Tu muszę odwołać się do opinii mojego Honorable Correspondanta, który w takich sprawach ma doświadczenie znacznie większe od mojego. Powiada on, że w czasach pokojowych, żeby się nakraść, to trzeba się napracować: wymyślić jakąś fikcyjną transakcję, obudować ją dokumentami – a i tak nie ma pewności, czy jakaś Schwein wszystkiego nie wychlapie i koniec marzeń. A tu wybucha wojna; forsa bez żadnej kontroli płynie ponad granicami, podobnie, jak dostawy broni i amunicji, którą można potem reeksportować niechby i do Rosji – bo któż w trakcie wojny będzie dezawuował Naszą Najukochańszą Duszeńkę, która walczy do ostatniego Ukraińca nie tylko „za Europę”, ale i za cały świat?

Takich Schweinhundów na szczęście nie ma. W tej sytuacji, jeśli ktoś ma – dajmy na to – do przekazania 50 mld dolarów, to powiada do Duszeńki: mam dla ciebie 50 mld dolarów – ale 30 procent dla mnie. Wchodzisz, czy pękasz? Jeśli Duszeńka nie pęka, to wszystko załatwia się od ręki. Ale Duszeńka też nie w ciemię bity – i w kapowniku pozapisywał sobie, kto ile wziął i gdzie schował. I kiedy amerykańskie źródło zaczęło wysychać, zaczął demonstrować wobec sojuszników drobniejszego płazu coraz bardziej radykalną postawę roszczeniową, wspartą groźbą – BO POWIEM! Dla demokratycznych Zasrancen taka groźba brzmi poważnie, więc Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje mało jaja nie zniosła, żeby tylko zatkać Duszeńce gębę. Najpierw wykombinowała sobie, że przekaże mu zamrożone na Zachodzie ruskie aktywa. Warto przypomnieć, co to za „aktywa”. Otóż są to obligacje wystawione Rosji przez państwa europejskie na poczet należności za ropę, gaz i tak dalej. Ale żeby te obligacje zamienić na gotówkę – a Duszeńkę przede wszystkim to interesowało – to najpierw ktoś musi je wykupić. A kto? Ano – ten, kto je rządowi rosyjskiemu wystawił. Toteż nic dziwnego, że w tej sytuacji, obok „koalicji chętnych” natychmiast uformowała się „koalicja niechętnych” i misterny plan się skawalił.

W tej sytuacji Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wykombinowała „pożyczkę” dla Duszeńki w wysokości 90 mld euro. Niech jednak ta konstrukcja nas nie zwiedzie, bo kto ma tę „pożyczkę” spłacić? Reichsfuhrerin wykombinowała sobie, że spłaci ją … Rosja – w ramach reparacji wojennych dla Ukrainy. Kto chce, niech w te brednie wierzy – bo to nawet gorzej, niż dzielenie skóry na niedźwiedziu. Ale jak tylko udało się obalić na Węgrzech Orbana, forsa popłynęła, wskutek czego Duszeńka musi teraz kontynuować wojnę – aż do następnej transzy, którą „Europa” będzie musiała jakoś obmyślić – bo inaczej Duszeńka „powie”.

Ale to tylko jedna płaszczyzna znakomitych stosunków – bo w tle majaczy coś znacznie gorszego. Oto w marcu 2023 roku amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za dobre sprawowanie, to znaczy – za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Scholzowi, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu. Reichsfuhrerin od razu wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego, idącej po linii wytyczonej przez Adolfa Hitlera, według którego „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią Europę prawidłowo zorganizować. Parlament Europejski tę nowelizację już „rekomendował”, więc czekamy na finał. Ale w tak zwanym „międzyczasie” zaostrzyły się stosunki na odcinku „euroatlantyckim”, dzięki czemu wyjaśniło się, że tamto pozwolenie prezydenta Józia Bidena – w odróżnieniu od wielu innych – cały czas obowiązuje. Tedy w ramach umacniania IV Rzeszy, Niemcy w kwietniu 2026 roku podniosły swoje stosunki z Ukrainą do rangi „strategicznego, partnerstwa”. Uskrzydlony tym prezydent Zełeński doszedł do wniosku, że nie musi już się do żadnej Polski umizgiwać, przeciwnie – że może zacząć srać jej na głowę – a ona i tak zrobi wszystko, co będzie musiała – jeśli otrzyma taki rozkaz.

W dodatku, zgodnie z jawnymi przecież niemieckimi planami – w roku 2039 najsilniejszą armią w Europie będzie Bundeswehra. Z kolei, jeśli nawet wojna Ukrainy z Rosją przekształci się w konflikt zamrożony – co jest chyba najbardziej prawdopodobne – to Ukraina będzie dysponowała drugą co do wielkości armią w Europie – co najmniej 600-tysięczną, a być może nawet 800-tysięczną i to uzbrojoną po zęby – między innymi przez nasz nieszczęśliwy kraj. Właśnie wicepremier Kosiniak Kamysz i pan minister Domański podpisali byli pożyczkę SAFE.

Pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka twierdzi wprawdzie, że „ani złotówka” z tego na Ukrainę nie pójdzie – ale obywatel Tusk Donald z kolei twierdzi, że jest już z prezydentem Zełeńskim „dogadany” co do partycypacji Ukrainy na tym odcinku. Komu w tej sytuacji wierzyć? Chyba jednak Donaldu Tusku, bo pani Sobkowiak z nikim „dogadana” przecież nie jest, nawet co do tego, czy dajmy na to jutro będzie jeszcze pełnomocnikiem do spraw SAFE, czy jej miejsce zajmie, dajmy na to – pan Paweł Kowal?

W rezultacie w ciągu najbliższych kilku lat nasz nieszczęśliwy kraj znajdzie się w obcęgach – z jednej strony niemieckich, a z drugiej – ukraińskich – a w dodatku w Polsce będziemy mieli prawie 2 mln Ukraińców, których sprawny wywiad będzie mógł w razie jakichś dąsów mniej wartościowego narodu tubylczego poderwać do „wołynki”. No to dlaczego prezydent Zełeński ma się na nas oglądać, kiedy i my wiemy i on wie, że Polska może być zdolna wyłącznie do jakichś działań symbolicznych, żeby nie powiedzieć – pozornych, a i to – ewentualnie – podczas gdy on – co niestety widać – prowadzi politykę realną?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Cieśnina Ormuz otwarta dla irańskiego biznesu… Ropa płynie, a Iran zarabia

sonar21.com/the-straight-of-hormuz-is-open-for-iranian-business-oil-is-moving-and-iran-is-getting-paid

Cieśnina Ormuz otwarta dla irańskiego biznesu… Ropa płynie, a Iran zarabia

16 czerwca 2026, autor: Larry C. Johnson

Ruch statków o godzinie 22:55 15 czerwca 2026 r.

Trzeba przyznać Donaldowi Trumpowi jedno… Dotrzymał słowa i zniósł blokadę irańskich statków nałożoną przez USA, a Iran działa z tankowcami wpływającymi i wypływającymi z Zatoki Perskiej przez Cieśninę Ormuz. Powyższe zdjęcie przedstawia statki – oznaczone na czerwono i zielono – poruszające się o godzinie 22:55 czasu wschodniego, 15 czerwca 2026 roku.

Nie oznacza to, że memorandum o porozumieniu z Iranem, które ma zostać podpisane w piątek w Genewie, będzie ważne, ale jest krokiem w kierunku deeskalacji. Powinniśmy więc zadać sobie pytanie, dlaczego Donald Trump mrugnął i przyjął propozycję Iranu złożoną już w kwietniu?

Myślę, że powodów jest kilka, ale głównym jest to, że USA kończy się ropa, co oznacza, że ​​Trump nie będzie mógł sztucznie zaniżać cen benzyny. Amerykańskie strategiczne rezerwy ropy spadły do ​​najniższego poziomu od 1983 roku, donosi CNN. Spadek ten następuje w związku z ciągłymi redukcjami mającymi na celu złagodzenie skutków konfliktu z Iranem. Rezerwy spadły do ​​340,3 mln baryłek, ostatnio notowanych za administracji Reagana, która wciąż gromadziła zapasy. Dzienne zużycie w USA wyniesie od 20 do 21 mln baryłek w 2026 roku, co oznacza, że ​​rezerwy wystarczą na 17 dni, czyli do 1 lipca.

Donald Trump może i ma problemy psychiczne, ale wciąż jest na tyle inteligentny, by zrozumieć, że niedobór ropy i rosnące ceny benzyny w lipcu są politycznie nie do utrzymania.

Kolejnym czynnikiem jest to, że amerykańskie instalacje i samoloty w Zatoce Perskiej zostały w zeszłym tygodniu dotkliwie zniszczone. Amerykańskie ataki na irańskie instalacje w Cieśninie Ormuz w dniach 9 i 10 czerwca wywołały gwałtowną reakcję Iranu, która uderzyła w cele w Iraku (bazy CIA wspierające Kurdów), Kuwejcie (baza lotnicza Ali Al Salem, Camp Buehring w północno-wschodnim Kuwejcie, a także prowizoryczne centrum operacyjne w pobliżu cywilnego portu Shuaiba), w bazie lotniczej Prince Saud w pobliżu Rijadu w Arabii Saudyjskiej oraz w bazie lotniczej Mowaffaq Al Salti w Jordanii. Ataki były druzgocące i podobno wykorzystano w nich nowe chińskie pociski dostarczone Iranowi.

Dochodzi do tego presja ze strony Arabów z Zatoki Perskiej, aby zaprzestać ataków na Iran. Iran, wspierany przez Chiny, Rosję i Pakistan, prowadził intensywne działania dyplomatyczne z Arabią Saudyjską, Katarem i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (ZEA).

ZEA, będące solą w oku Iranu i Arabii Saudyjskiej i identyfikowane jako sojusznik Izraela, wysłały 9 czerwca delegację do Iranu. Agencja Reuters poinformowała, że ​​ZEA zgodziły się przekazać Iranowi miliardy dolarów – dwa źródła regionalne podały kwotę 10 miliardów dolarów (w tym ponad 3 miliardy dolarów już przekazane), a dwa inne źródła podały kwotę 20 miliardów dolarów, przy czym środki te zostały uzgodnione w zamian za zaprzestanie ataków Iranu na ZEA. Ministerstwo Spraw Zagranicznych ZEA kategorycznie zaprzeczyło jednak tym doniesieniom, stwierdzając, że informacje są „całkowicie fałszywe i bezpodstawne” oraz że żadne zamrożone irańskie fundusze nie zostały przekazane, uwolnione ani udostępnione za pośrednictwem ZEA. Niewątpliwym jest fakt, że ZEA wysłały delegację wysokiego szczebla, aby rozmawiać z rządem Iranu.

Delegacja wysokiego szczebla z Kataru przybyła do Teheranu w środę, 10 czerwca, aby przeprowadzić rozmowy na temat stosunków dwustronnych, rozwoju regionalnego i wysiłków dyplomatycznych mających na celu zakończenie konfliktu między Iranem a Stanami Zjednoczonymi. Delegacja przybyła w południe, a wizyta nastąpiła po tym, jak Trump oskarżył Iran o zwlekanie i powiedział, że Teheran musi teraz „ponieść cenę”. Agencja AFP, powołując się na dobrze poinformowanego dyplomatę, poinformowała, że ​​katarski zespół negocjacyjny udał się do Teheranu po konsultacjach z amerykańskimi urzędnikami, aby pomóc w załagodzeniu pozostałych różnic między obiema stronami.

Wysoko postawione pakistańskie źródło z dostępem do informacji o roli Pakistanu w mediacji w rozmowach między USA a Iranem poinformowało, że Pakistan, wspierany przez Chiny i Rosję, czyni postępy w rozmowach z Saudyjczykami i Katarczykami w sprawie zaprzestania goszczenia amerykańskich baz wojskowych w ich krajach. Rozmowy te zbiegły się w czasie z odmową przez Arabię ​​Saudyjską dostępu USA do przestrzeni powietrznej w celu atakowania celów irańskich w ramach Projektu Wolność.

Czy umowa zostanie podpisana w piątek? Pozostaję sceptyczny z powodu ogromnej reakcji syjonistów na Donalda Trumpa ze strony rozgniewanych izraelskich urzędników i amerykańskich polityków zobowiązanych wobec AIPAC. Jednak w chwili pisania tego tekstu w poniedziałek wieczorem umowa wydaje się nienaruszona.

Dlaczego Donald Trump nie opublikował tekstu porozumienia? Dwa możliwe wyjaśnienia (i jestem ciekaw, które z nich uważasz za najbardziej prawdopodobne): 

1) Nadal istnieją obszary rozbieżności między Iranem a Stanami Zjednoczonymi i wciąż próbują one wypracować kompromis, 

2) Trump nie chce ujawniać szczegółów z wyprzedzeniem, obawiając się, że reakcja syjonistów może zniweczyć piątkową ceremonię podpisania umowy w Genewie. 

Dyplomatyczny rollercoaster działa pełną parą… Będzie burzliwie do piątku. [którego?? md]

Dowódca niemieckich sił powietrznych grozi Kaliningradowi i Sankt Petersburgowi masowymi nalotami

Thomas Röper anti-spiegel.ru/der-chef-der-deutschen-luftwaffe-droht-kaliningrad-und-petersburg-mit-massiven-luftangriffen

„Walcz dziś w nocy”

Dowódca niemieckich sił powietrznych grozi Kaliningradowi i Sankt Petersburgowi masowymi nalotami

Retoryka wojenna ze strony Niemiec nasila się. Teraz dowódca niemieckich sił powietrznych zagroził Kaliningradowi i Sankt Petersburgowi masowymi nalotami w wywiadzie dla brytyjskich mediów. W Rosji takie groźby, zwłaszcza ze strony Niemiec, przywołują wspomnienia najciemniejszych dni w historii Niemiec.

Anti-Spiegel 15 czerwiec  2026

Wybitni niemieccy oficerowie coraz częściej uciekają się do otwartej retoryki wojennej przeciwko Rosji. Najnowszym przykładem jest Holger Neumann, dowódca niemieckich sił powietrznych, który w wywiadzie dla brytyjskiej gazety „The Telegraph” oświadczył, że w przypadku rosyjskiego ataku na terytorium NATO Niemcy będą bronić „każdego centymetra” terytorium sojuszu. Co więcej, niemieckie siły powietrzne przeprowadzą niszczycielskie naloty na Rosję, kontynuował Neumann, dodając, że w takim przypadku całe niemieckie siły powietrzne zostaną przerzucone na front wschodni.

…The Telegraph donosi między innymi o atakach na Rosję:

„Generał porucznik Neumann powiedział, że Półwysep Kolski w północno-zachodniej Rosji, Kaliningrad i Morze Czarne odczują gniew NATO, jeśli sojusz poczuje się zmuszony do obrony. (…) Generał porucznik Neumann miał na myśli w szczególności Kaliningrad, strategicznie ważną rosyjską eksklawę otoczoną przez państwa członkowskie NATO; Sankt Petersburg, gdzie znajdują się ważne bazy morskie; Półwysep Kolski, gdzie Moskwa posiada broń jądrową; oraz Morze Czarne, gdzie znajduje się cenna Flota Czarnomorska”.

Wywiad został przeprowadzony w tonie wojennym, a sformułowanie „Walczmy dziś w nocy” zostało ponownie użyte, odnosząc się do natychmiastowej wojny z Rosją. Na przykład Neumann powiedział w wywiadzie dla „The Telegraph”:

„Walczmy dziś wieczorem oznacza, że ​​jeśli ktoś zadzwoni do mnie teraz i powie: »Mamy taką sytuację«, musimy być gotowi natychmiast – i jesteśmy gotowi”.

Reakcje w Rosji

Rosja zareagowała zszokowana na te otwarte groźby wojny ze strony jednego z najwyższych rangą żołnierzy niemieckich. Widzę to, ponieważ skontaktowało się ze mną dziś wiele mediów, aby skomentować te oświadczenia. Oświadczenie to dominuje w rosyjskich mediach, a ja otrzymałem tak wiele próśb, że musiałem odmówić niektórym nadawcom.

W Rosji II wojna światowa jest nadal bardzo obecna w pamięci publicznej, a Rosjanie nie zapomnieli, że niemiecki atak na Rosję kosztował życie 27 milionów obywateli radzieckich. Fakt, że Niemcy, spośród wszystkich krajów, wysunęły się na czoło państw antyrosyjskich w Europie, najpierw za rządów Scholza/Baerbock, a teraz za Merza/Wadephula, a teraz z Niemiec wychodzi skrajna retoryka wojenna, szokuje i wywołuje gniew Rosjan.

W Rosji nieustannie krąży hasło „niemiecki rewanżyzm”, sugerujące, że niemiecki rząd najwyraźniej chce spróbować ponownie i zrekompensować porażkę w II wojnie światowej. Podczas moich wystąpień w rosyjskich mediach zawsze staram się deeskalować sytuację, ale ciągłe, podżegające do wojny wypowiedzi czołowych niemieckich polityków, mediów, a nawet oficerów, coraz bardziej to utrudniają.

Przykładów jest po prostu zbyt wiele: Merz twierdzący, że nie boi się wojny nuklearnej, Kieswetter domagający się zbombardowania Moskwy, Wadephul otwarcie stwierdzający, że Rosja zawsze będzie „naszym wrogiem”, a teraz szef niemieckich sił powietrznych otwarcie grożący zbombardowaniem rosyjskich miast.

Wszystko to jest uważnie obserwowane w Rosji.

W podcaście wideo politolog i doradca prezydenta Rosji Siergiej Karaganow po raz kolejny ostrzegł, że odstraszanie nuklearne najwyraźniej straciło na skuteczności wśród europejskich elit. Rosja może zatem wkrótce zostać zmuszona do wzmocnienia odstraszania nuklearnego poprzez ograniczone użycie broni jądrowej przeciwko państwu europejskiemu.

Powodem oświadczenia Karaganowa jest fakt, że kraje europejskie są już otwarcie nastawione przeciwko Rosji, ponieważ pozwalają ukraińskim firmom produkować drony do przeprowadzania ataków dalekiego zasięgu na Rosję w Europie, a Polska, państwa bałtyckie i Finlandia udostępniają swoją przestrzeń powietrzną do tych ataków.

Ponieważ ataki te wyrządzają obecnie bolesne szkody w Rosji, wkrótce może dojść do punktu, w którym Rosja będzie zmuszona podjąć działania w postaci ataku na ukraińskie zakłady produkcyjne, punkty przeładunku broni dla Ukrainy w Europie oraz państwa udostępniające swoją przestrzeń powietrzną na potrzeby ataków na Rosję.

Według Karaganowa ataki takie mogłyby początkowo mieć charakter konwencjonalny, jako „strzały ostrzegawcze”. W przypadku kontrataku Rosja mogłaby także przeprowadzić atak nuklearny na poszczególne państwa europejskie, przy czym głównym celem będą Niemcy, Rumunia i Polska. Powtórzył swoje często powtarzane ostrzeżenie, że jeśli Niemcy choćby spróbują zdobyć broń nuklearną, zostaną „zmiecione z powierzchni ziemi”.

Karaganow – w przeciwieństwie do Merza, Wadephula czy generała porucznika Neumanna, którzy zwracają na siebie uwagę w Niemczech swoją wojenną retoryką – nie piastuje żadnego oficjalnego urzędu. Jednak jego głos zyskuje coraz większą wagę w rosyjskich kręgach eksperckich, ponieważ jego ostrzeżenia, że ​​Europejczycy w końcu staną się walczącymi stronami, jeśli nie otrzymają jasnego ostrzeżenia na czas, spełniły się.

Reakcje w Niemczech

Byłem zdumiony, jak wiele niemieckich mediów cytowało obszernie szefa niemieckich sił powietrznych. Rok czy dwa lata temu byłoby to nie do pomyślenia. Już wtedy padały tak wojownicze oświadczenia, głównie ze strony czołowych polityków i wojskowych z innych krajów europejskich, ale niemieckie media wcześniej ukrywały je przed odbiorcami. Najwyraźniej sytuacja się odwróciła i niemieckie media zdają się wierzyć, że niemiecka opinia publiczna jest teraz gotowa na otwarte groźby wojny z Rosją.

Na przykład gazeta „Die Welt” napisała:

„Jeśli wybuchnie wojna z Rosją, całe niemieckie siły powietrzne mają zostać rozmieszczone na wschodniej flance NATO – czego wcześniej nie chciały ani nie były w stanie zrobić. »W przeszłości wysyłaliśmy na przykład kontyngenty Eurofighterów na wschodnią flankę NATO, takie jak eskadra szybkiego reagowania (QRA) lub jednostka Patriot« – powiedział generał broni Neumann. „Ale nigdy wcześniej nie robiliśmy tego na masową skalę, co oznacza całe operacyjne siły powietrzne – i to jest zadanie na nadchodzące tygodnie i miesiące”.

Generał porucznik Neumann otwarcie stwierdza, że ​​rozmieszczenie „całych operacyjnych sił powietrznych” na granicach Rosji jest „zadaniem na nadchodzące tygodnie i miesiące”. Co ma na myśli? Czy ma to być ćwiczenie? A może siły powietrzne zostaną w całości rozmieszczone na granicy Rosji już wkrótce? A jeśli tak, to dlaczego?

Magazyn Focus poszedł jeszcze dalej, pisząc w swoim artykule o wypowiedziach Neumanna:

„Nowe zdjęcia satelitarne, transmitowane przez duńską stację telewizyjną, pokazują rosyjską remilitaryzację wzdłuż granicy z NATO. Wojskowi i wywiadowczy ostrzegają przed niebezpieczną szansą w nadchodzących latach – zwłaszcza w regionie Morza Bałtyckiego. Szefowie wywiadu, wysocy rangą oficerowie NATO i personel wojskowy z kilku krajów nordyckich, w tym Szwecji, Norwegii, Finlandii i Danii, poparli tę ocenę, potwierdzając tym samym zdjęcia satelitarne. Po zakończeniu walk na Ukrainie Rosja planuje rozmieścić w pobliżu granicy łącznie około 115 000 żołnierzy – zdecydowaną większość z nich będą stanowić jednostki bojowe, jak twierdzi były fiński oficer wywiadu Marko Eklund”.

To, co pisze Focus, wprowadza czytelników w błąd, ponieważ Rosja oczywiście rozmieszcza żołnierzy na granicy z Finlandią. Powodem jest przystąpienie Finlandii do NATO, ponieważ później wojska NATO zaczęły być wysyłane do Finlandii, a jednostki fińskie zostały rozmieszczone na granicy z Rosją, która również jest zabezpieczana militarnie. Rosja musi oczywiście zareagować, zwłaszcza że Finlandia przygotowuje obecnie grunt pod rozmieszczenie broni jądrowej w swoim kraju.

Magazyn Focus ukrywa przed czytelnikami fakt, że wcześniej na granicy fińsko-rosyjskiej nie stacjonowali rosyjscy żołnierze. Ich rozmieszczenie jest logiczną reakcją Rosji na przystąpienie Finlandii do NATO. W Petersburgu, gdzie mieszkam, jest to oczywiste; każdy, kto podróżuje na północ od miasta, widzi, jak sprowadzany jest sprzęt wojskowy i reaktywowane są bazy wojskowe opuszczone lata temu.

To nigdy by się nie wydarzyło bez członkostwa Finlandii w NATO. Ale Focus oczywiście pomija ten „nieistotny szczegół” przed swoimi czytelnikami.

Antyniemiecki generał broni Neumann

W „The Telegraph” znalazłem wypowiedź Neumanna, którą uznałem za naprawdę niezwykłą, ponieważ w suwerennym kraju dowódca sił powietrznych, który powiedziałby coś takiego, prawdopodobnie zostałby oskarżony o zdradę. Ale Niemcy nie są suwerennym krajem; są państwem wasalnym USA i UE, na rzecz którego Niemcy scedowały niemal wszystkie swoje ważne prawa suwerenne. Według „The Telegraph” Neumann powiedział:

„Jestem wielkim zwolennikiem NATO i sojuszu transatlantyckiego. Nie podoba mi się idea europejskiej autonomii. Chcę być silnym europejskim pomocnikiem i partnerem, który wypełnia swoją rolę w sojuszu, dlatego powinniśmy sami rozwijać zdolności o znaczeniu krytycznym”.

Dla Państwa informacji:

Autonomia oznacza, że ​​ktoś nie jest wolny, a jedynie posiada określone prawa. Dotyczy to na przykład regionów autonomicznych w obrębie państw, które mogą podejmować kilka decyzji regionalnych, ale poza tym są częścią państwa. Suwerenność oznacza, że ​​jednostka jest prawdziwie wolna w swoich decyzjach. Suwerenność jest zatem większym stopniem autonomii.

Jednak niemiecki generał broni Neumann nie jest nawet zwolennikiem autonomii Europy, a nawet Niemiec względem USA; to właśnie zasugerował. Nie wspomina nawet o suwerenności. Neumannowi podoba się fakt, że Niemcy i Europa są wasalami USA.

Nie jest to zaskakujące, ponieważ jako generał przez całą swoją karierę służył w niemieckich siłach zbrojnych, a tam żołnierze praktycznie rodzą się z transatlantycką orientacją, czyli wasalami wobec USA.

Ale jak kraj taki jak Niemcy ma się bronić przed czymkolwiek, skoro pod względem militarnym jest jedynie wasalem, czyli odbiorcą rozkazów innego państwa? A przede wszystkim, czego ma bronić kraj taki jak Niemcy, skoro nie jest suwerenny, czyli nie realizuje własnych interesów, lecz służy interesom swojego pana?

To ilustruje problem, przed którym stoi Europa: przyczyną wojny na Ukrainie było dążenie transatlantyków do wciągnięcia Ukrainy do NATO, a tym samym do wojskowej strefy wpływów USA. Rosja postrzega to jako zagrożenie egzystencjalne i, po niepowodzeniu wszelkich prób negocjacji, zareagowała militarnie.

A jako rozwiązanie tej sytuacji transatlantycy i oficerowie NATO, tacy jak Neumann, zalecają zwiększenie presji na Rosję i groźby militarne. Może to doprowadzić jedynie do wojny, ponieważ jedyną drogą do pokoju jest poważne potraktowanie rosyjskich interesów bezpieczeństwa i pozostawienie Ukrainy jako państwa neutralnego i, w miarę możliwości, zdemilitaryzowanego, pełniącego funkcję strefy buforowej między Rosją a NATO.

Ale nie tego chcą podżegacze wojenni w Europie.

Ukraińska propaganda sukcesu

Andrzej Dołęga: Ukraińska propaganda sukcesu

To być albo nie być ukraińskiego zwycięstwa – słyszymy zewsząd. Władze ukraińskie przed istotnymi spotkaniami (grupa Ramstein, szczyt G7) realizują kampanię medialną mającą przekonać Zachód do sensowności dalszego wspierania wojsk ukraińskich. 

Przekonują, że odnoszą ostatnio ogromne sukcesy militarne i udało im się rzekomo powstrzymać militarne postępy strony rosyjskiej. 

Oficerowie uciekają pierwsi

Tymczasem na froncie, przede wszystkim w Donbasie, sytuacja wojsk ukraińskich robi się coraz bardziej tragiczna. Brak zgody Kijowa i sztabu generalnego na wycofanie się z tych terenów powoduje rosnące straty.

Na naszych oczach powstają ponadto kolejne kotły, w których znalazły się oddziały ukraińskie – brygady 28,, 36., 100. i 156. – w sumie około piętnastu tysięcy żołnierzy. Wszystko to dzieje się w okolicach Konstantinowki, która została już niemal całkowicie opanowana przez Rosjan. Tym samym upadł najbardziej na południe wysunięty punkt oporu aglomeracji kramatorsko-sławiańskiej. Dalej może być tylko gorzej, bo ze wschodu i północnego wschodu rosyjskie wojska zbliżają się do dwóch głównych miast tej aglomeracji. Dowódcy niektórych wspomnianych brygad Sił Zbrojnych Ukrainy – płk Bogdan Kuras czy płk Kiriłł Orljuk – nakazują utrzymywanie pozycji, choć jest to w praktyce niemożliwe i doprowadzić musi do niepotrzebnej śmierci tysięcy żołnierzy.

Już dziś szacuje się, że poziom liczebny owych jednostek wynosi poniżej 20% ich oryginalnego, pierwotnego składu. W miarę postępów armii rosyjskiej zaczynają się samowolne ucieczki części wojsk ukraińskich. W Kramatorsku pierwsi uciekają oficerowie, w tym z punktów dowodzenia 11. i 19. korpusu. Większość z nich twierdzi następnie, że przesuwają się jedynie na strategicznie łatwiejsze do obrony pozycje w sąsiednim obwodzie charkowskim, przede wszystkim w miejscowości Łozowa. 

Ewakuacja bez rzeczy

Ze Sławiańska i Kramatorska kontynuowana jest ewakuacja. Już dwa miesiące temu władze zdecydowały się przenieść stamtąd istotne przedsiębiorstwa. Dziś nie działają już praktycznie żadne zakłady. W opuszczonych budynkach umierają za to pozbawieni wszelkiej pomocy medycznej żołnierze Sił Zbrojnych Ukrainy, często ciężko ranni i odcięci od innych jednostek. Lokalna administracja w tych miastach stanowczo wzywa wszystkich mieszkańców do ich opuszczenia. Warunki ewakuacji są jednak dla wielu ludzi nie do przyjęcia. Zezwala się bowiem im jedynie na zabranie z sobą dwóch walizek lub toreb podróżnych, czyli w praktyce oznacza to pozostawienie większości dobytku. Urzędnicy okłamują ewakuujących się ludzi, opowiadając im, że otrzymają nowe rzeczy, mieszkania i domy na zachodzie Ukrainy. Tymczasem w obwodzie lwowskim, wołyńskim czy chmielnickim, do których trafiają nie czeka na nich nikt, ani nic.

edyną opcją jest próba przebicia się dalej, w tym do Polski czy innych krajów Unii Europejskiej. To właśnie główna przyczyna zakorkowania przez autobusy i samochody osobowe przejść granicznych wiodących do naszego kraju, które obserwujemy od kilku dni. 

Władza za wszelką cenę

Po co to wszystko? Bo opłaca się to Wołodymyrowi Zełenskiemu i jego otoczeniu. Chcą oni utrzymać władzę za wszelką cenę, a zdają sobie sprawę, że zakończenie wojny to ich nieuchronny polityczny koniec, a może także problemy prawne związane z zarzutami korupcyjnymi. Jak ognia boją się zatem wyborów i zmiany władzy. Trwanie w obecnym stanie i ciągłe przekładanie wyborów, choć kadencja prezydencka już dawno minęła, możliwe jest wyłącznie w warunkach wojennych.

Za komfort Zełenskiego i spółki płacą więc nadal życiem tysiące zwykłych ukraińskich żołnierzy.

Andrzej Dołęga 

Pozoranci

Joanna Zinkiewicz: Pozoranci

Marek Hłasko w swym opowiadaniu Drugie zabicie psa („Kultura „, nr 1-2 1965, Paryż) pisze: „i nie uwierzyłaby chyba również i w to, że widziałem w czterdziestym czwartym roku w Warszawie, jak sześciu Ukraińców zgwałciło jedną dziewczynę z naszego domu a potem wyjęli jej oczy łyżką do herbaty; i śmieli się przy tym i dowcipkowali”. 

Natomiast Janina Popiel wspomina jak na krótko przed Powstaniem słyszała jak jeden z żołdaków ukraińskich mówił, że oddział ich przybył do Warszawy, aby „Lachiw rizaty” (Losy Polaków i Ukraińców, „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”, Londyn 19.09.1966).

Rodzinne wspomnienia

Tak się akurat składa, że jestem córką Powstańców Warszawskich. Rodzice często wspominali życie w międzywojennej Polsce. Czasy niemieckiej okupacji. Mój ojciec Antoni Wójcikiewicz, we wrześniu 1939 roku, jako żołnierz Wojska Polskiego bronił w Gdyni polskiego wybrzeża. Po zwolnieniu z niewoli, wrócił do swojego rodzinnego miasta, Warszawy. Wstąpił do Armii Krajowej, zajmował się produkcją piorunianu rtęci na potrzeby AK. Działał też w wywiadzie AK.

Misja Rumla

Ojciec wspominał Zygmunta Rumla z którym był spokrewniony. Przebywając w Warszawie, Rumel prowadził wraz z bratem Stanisławem i żoną Anną z Wójcikiewiczów (poślubioną w 1941) sklep z naczyniami kuchennymi. Na początku lipca 1943 roku wydano mu rozkaz przeprowadzenia rozmów z miejscowym dowództwem UPA na Wołyniu. Rumel stanął na czele delegacji wysłanej przez Kazimierza Banacha, pełnomocnika Rządu RP, mającej na celu zahamowanie rzezi wołyńskiej i uzgodnienie wspólnej z Ukraińcami walki z Niemcami. Zygmunt Rumel udał się 10 lipca 1943 do kwatery lokalnego dowództwa SB OUN. Wraz z dwoma innymi delegatami zostali tam aresztowani i zabici. Mord odbył się przez rozerwanie końmi.

Aresztowani za Kutscherę 

Natomiast brat mojego Ojca, a mój wujek, dr Jan Wójcikiewicz był polskim lekarzem, uczestnikiem konspiracji niepodległościowej, przed Powstaniem Warszawskim pracował jako lekarz dyżurny w Szpitalu Wolskim w Warszawie przy ul. Płockiej 26. Szpital Wolski aktywnie współpracował z konspiracją. Po zamachu na Franza Kutscherę przyjął do szpitala rannych zamachowców. W wyniku niemieckiego śledztwa dotyczącego ukrywania rannych, dr Wójcikiewicz wraz z dr. Ropkiem i dr Misiewicz zostali aresztowani przez Gestapo.

Śmierć najbliższych 

Po stronie mojej Mamy, Haliny Wójcikiewicz z domu Lewicka, jej ojciec, kapitan Marynarki Wojennej Bolesław Lewicki w 1939 roku, walcząc z hitlerowską nawałnicą, dostał się do niemieckiej niewoli. Kuzyn mojej Mamy, Cezary Lewicki, pilot RAF z dywizjonu 301, w trakcie wykonywania zadań bojowych zginął 22 lipca 1942 roku. W dzieciństwie poznałam mamę Cezarego Lewickiego. Mieszkała w Warszawie, przy ul. Czerwonego Krzyża. Bywając od czasu do czasu w Warszawie z rodzicami, odwiedzałam ją. Pomimo utraty jedynego dziecka, syna Cezarego, była przemiłą, uroczą osobą. Pamiętam jej ciekawe baśnie, które opowiadała mi jako dziecku przed snem.

Wątpliwy order, wątpliwy odznaczony

Przez Polskę przetacza się dyskusja czy odebrać komikowi Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego. Inicjatywę w tej sprawie ogłosił w maju 2026 roku prezydent Karol Nawrocki. Odebranie komikowi z Ukrainy najwyższego współczesnego polskiego odznaczenia nie budzi we mnie emocji, zważywszy, że to odznaczenie ma fatalny kontekst historyczny. Aczkolwiek większość komentatorów tego medialnego wydarzenia komentuje to w tak dramatyczny i emocjonalny sposób, jak gdyby nagle dowiedzieli się, że ich siostra jest tanią prostytutką.

O pejoratywnym kontekście historycznym tego odznaczenia: wyjaśniam, że za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego Order Orła Białego nadawano na rozkaz cesarzowej Katarzyny II jej niemieckim i rosyjskim faworytom z Grigorijem Potiomkinem na czele. Między innymi otrzymał go hetman Iwan Mazepa, znacząca postać historyczna w dziejach trzech narodów. Mazepa po bitwie pod Połtawą (8 lipca 1709 roku) zakończonej wielką klęską wojsk szwedzkich wraz z Karolem XII schronił się na terytorium Imperium Osmańskiego. Na marginesie dodam, że Order Orła Białego w latach 1831–1917 był nadawany przez carów Rosji. [Byli jednak formalnymi królami Polski. md]

List do Nawrockiego

Dobrze się stało, że Mateusz Piskorski, napisał list otwarty do prezydenta Karola Nawrockiego. Czytamy w nim między innymi: „Kult morderców Polaków jest rozpowszechniany nad Dnieprem oficjalnie od 2014 roku, po zbrojnym przejęciu władzy przez prozachodnich oligarchów wysługujących się neo-banderowcami. Między innymi za naświetlanie tych faktów Służba Bezpieczeństwa Ukrainy napisała dla polskich organów ścigania przeciwko mnie akt oskarżenia „o szpiegostwo”, aby mój przypadek był przestrogą dla osób gotowych głosić prawdę na ten temat. 3 lata spędzone w areszcie „tymczasowym” na życzenie SBU i etykieta „oskarżonego o szpiegostwo” mają zadawać śmierć cywilną. Dziś jednak pokazują co najwyżej skalę penetracji struktur państwa polskiego przez obce służby, a jest to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej, na którą Polska gnała rozpędzona pod hasłami „to nasza wojna” czy „oni walczą za nas”. Oni nie walczą za nas, oni walczą za Banderę – dziś wie to już każde dziecko w Polsce”.

Sprawdzić Kowala!

Dziękuje za te słowa kierowane do prezydenta RP, ponieważ obecnie próbuje się relatywizować banderowskie zbrodnie. Nie dość tego! Z trybuny sejmowej Roman Fritz wystąpił z wnioskiem do ABW, aby sprawdzić agenturalność Pawła Kowala: „Ostatnio dowiedzieliśmy się z ust samego byłego premiera Rzeczpospolitej Leszka Millera, że w Polsce istnieje piąta kolumna, banderowska piąta kolumna. A na jej czele stoi Paweł Kowal. Czy pan Leszek się myli? Jeżeli mówi prawdę, natychmiast tą sprawą powinna się zająć ABW. A jeżeli nie, spodziewajmy się spektakularnego procesu z udziałem pana Leszka Millera i pozywającym będzie oczywiście pan poseł Paweł Kowal”.

Na to prowadzący obrady marszałek Sejmu RP, Włodzimierz Czarzasty (nota bene, będąc w bieżącym roku na Ukrainie, swoje wystąpienie przed Wierchowną Radą zakończył słowami „Sława Ukrainie!”), godząc w powagę sprawowanego urzędu, prześmiewczo zwrócił się do posła Romana Fritza: „nie zrozumiałem, panie pośle, jednej rzeczy, czy to chodzi o zdradę Millera, czy Kowala?”. Szanowny panie marszałku Czarzasty, szydząc w ten sposób i w tym miejscu (Sejm RP), wpisuje się pan w narrację ukraińską. 

Przypadek Wóycickiego 

Kazimierz Wóycicki w TVP Info przekonywał, że „AK i UPA to są dwie narodowowyzwoleńcze armie”. Stwierdził także: „Polacy też nabijali na widły, właśnie na tym Wołyniu”. W piątek (12 czerwca) w TVP Info miała miejsce wypowiedź Kazimierza Wóycickiego, historyka i publicysty, w przeszłości związanego m.in. ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego oraz z Instytutem Pamięci Narodowej. Słowa padły podczas dyskusji o wypowiedzi wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego Andrzeja Szeptyckiego, który porównał UPA do Żołnierzy Wyklętych. Wóycicki, występujący w programie jako ekspert, nie tylko bronił tej wypowiedzi, ale poszedł dalej, zestawiając UPA z Armią Krajową.

Urodziny zamiast pamięci o polskich więźniach 

W niedzielę 14 czerwca przypada kolejna, 86. rocznica pierwszego transportu Polaków 728 polskich więźniów politycznych do budowanego dla nich przez Niemców Konzentrationslager Auschwitz. Co roku odbywają się tam uroczystości rocznicowe, 14 czerwca jest uznanym oficjalnie przez Sejm RP dniem pamięci o polskich ofiarach niemieckich obozów koncentracyjnych i terroru skierowanego przeciwko narodowi polskiemu. W tym roku uroczystość ta ma patronat prezydenta Karola Nawrockiego. Natomiast sam prezydent nie pojawił się na uroczystości, pomimo że był o to proszony przez środowiska byłych więźniów i ich rodziny. Ponieważ obecność prezydenta RP byłaby podniesieniem rangi tego wydarzenia i zrównaniem z tym, co dzieje się każdego roku 27 stycznia, gdy cały wysiłek organizacyjny, polityczny ciężar, prestiż i splendor muzeum (KL Auschwitz) jest angażowany na dzień 27 stycznia. Natomiast ten 14 czerwca przebiega jako taki dzień zwykły i tylko jakaś grupa „natrętów” z biało-czerwonymi flagami i z wieńcami próbuje pojawić się tam i oddać hołd polskim bohaterom, patriotom. Była nadzieja, że prezydent Nawrocki się pojawi, ale poleciał na spotkanie z prezydentem USA Donaldem Trumpem, który w dniu 14 czerwca obchodzi szumnie swoje urodziny.

Joanna Zinkiewicz

Bolesne przebudzenie z ukraińskiego snu

Bolesne przebudzenie z ukraińskiego snu

Andrzej Szlęzak myslpolska/bolesne-przebudzenie-z-ukrainskiego-snu

Dzieją się sprawy, których nie pojmuję. Brałem pod uwagę i liczyłem na to, że polska opinia publiczna zrozumie zgubność bezrozumnego i bezkrytycznego angażowania się po stronie Ukrainy.

Wiele moich tekstów pisałem z myślą, że choć trochę się do tego przyczynią. Byłem przekonany, że będzie to jednak proces długi. Miałem i mam śmiałość mówić i pisać, że w gruncie rzeczy Ukraina jest państwem wrogim Polsce, a robienie z banderyzmu ideologii państwowej Ukrainy, czyni tę wrogość w zasadzie wiecznotrwałą.

Tymczasem proces zrozumienia, że bezrozumne i bezkrytyczne popieranie Ukrainy prowadzi do katastrofy, zdecydowanie przyspieszył i nabiera coraz większego tempa. Zaczęło się to po tym, jak głośne stało się nazwanie przez prezydenta Włodzimierza Zełeńskiego jednostki armii ukraińskiej bohaterami UPA. I tego nie rozumiem. Dlaczego właśnie to wydarzenie i dlaczego teraz nabrało takiej rangi?

Tak zwane siły ustanowione, które pilnowały, żeby nadal obowiązywało hasło bycia „sługami narodu ukraińskiego” albo zupełnie zmieniają swoje poglądy, jak PiS, albo w desperacji sięgają po ludzi w sprawie relacji z Ukrainą niepoczytalnych, jak Kazimierz Wóycicki. Z Wóycickim sprawa jest prosta. Reprezentuje popularne w tak zwanym salonie zaprzaństwo, w skrócie polegające na tym, że w relacjach ze wszystkimi narodami, z którymi Polacy mieli konflikty winni zawsze są Polacy. Odnośnie konfliktu polsko-ukraińskiego, to żeby otrzeźwienie polskiej opinii publicznej nadal przyspieszało, trzeba wznieść hasło; więcej Wóycickiego, Pawła Kowala i im podobnych! Mam nadzieję, że nawoływanie przez tych ludzi, żeby Polska dawała Ukrainie więcej, coraz więcej wszystkiego, bez żadnych korzyści dla siebie i żeby na przemian przepraszała i dziękowała za plucie sobie w twarz, przyspieszy nie tylko zrozumienie zgubności dotychczasowego bezkrytycznego wsparcia dla Ukrainy, ale sprawi, że szybciej upowszechniać się będzie rozumienie, iż Ukraina w postaci zachwalanej przez Wóycickiego, Kowala et consortes jest wrogiem Polski.

Inna sprawa jest z PiS-em. Mamy tu do czynienia ze szczególną moralną ohydą. Ta pisowska ohyda jest także niebezpieczna politycznie. Chodzi przede wszystkim o to, że zmiana stosunku PiS-u do Ukrainy nie wzięła się z jakiejkolwiek intelektualnej i moralnej rewizji polityki tej partii. Liderzy PiS-u dostrzegli, że bycie „sługami narodu ukraińskiego” powoduje odpływ elektoratu. To i wyłącznie to jest powodem coraz agresywniejszego odnoszenia się różnych polityków PiS-u do relacji z Ukrainą. Oni nie dadzą się w tym przelicytować! W tym działaniu nie ma w ogóle rozumienia polskiego interesu narodowego.

W tym wściekłym rzuceniu się na banderyzację Ukrainy nie ma żadnego długofalowego myślenia politycznego. Trzeba dobitnie powtórzyć, że politykom PiS-u chodzi wyłącznie o to, co tu i teraz, czyli utratę wyborców. Gdyby zmiana nastawienia (celowo nie używam określenia poglądy, tych w tej sprawie w PiS nie ma) wynikała z autentycznych przewartościowań intelektualnych i moralnych, to najpierw usłyszelibyśmy solenne przeprosiny i deklarację naprawienia gigantycznych szkód, które wyrządziła polityka PiS-u. Przeprosin nie ma i tym bardziej deklaracji naprawienia szkód. Nie od rzeczy będzie zauważenie, że duża część tych szkód jest nie do naprawienia.

Trzeba mieć świadomość z kim mamy do czynienia. Najlepiej widać to na przykładzie działań pisowskich polityków względem zbliżających się uroczystości pod pomnikiem „Rzezi Wołyńskiej” w Domostawie. Tak na marginesie, to kompletnie myląca nazwa. To nie była rzeź tylko ludobójstwo i taką nazwę powinien mieć pomnik. A wracając do tego, co w tej sprawie robią politycy PiS-u, to oni wręcz na chama, na rympał chcą przejąć zarówno ideę pomnika, któremu byli przecież przeciwni, jak i środowiska oraz poszczególnych sympatyków tej idei. Co więcej, obawiam się, że może im się to udać.

A co potem? Potem to, co zrobił prezydent Karol Nawrocki. Zanim został prezydentem wiedział, gdzie jest Domostawa i znalazł czas, żeby ostentacyjnie się tam pokazać. Teraz odmówił objęcia patronatu nad uroczystościami, co harmonizuje z nieodebraniem odznaczenia Zełeńskiemu. Ten kto zabronił Nawrockiemu odebrania orderu Zełeńskiemu pewnie nie pozwolił też na udzielenie patronatu. To samo będzie z PiS-em. Jak Amerykanie albo Żydzi każą im znowu stać się „sługami narodu ukraińskiego”, to posłusznie i pokornie się nimi staną.

Jak się na to patrzy, to się rzygać chce.

Andrzej Szlęzak

Seks-edukatorzy okazują się pedofilami

Fundacja Pro-Prawo do Życia

Dzień dobry Panie Mirosławie.
 Wyposażyliśmy naszą furgonetkę w nową plandekę.

Informuje ona o tym, że wielu tzw. edukatorów seksualnych okazało się pedofilami, a „edukacja zdrowotna”, która od 1 września będzie obowiązkowa w szkołach, to wielkie zagrożenie dla dzieci.

Od kilku dni furgonetka z nową plandeką jeździ po Polsce. Zadebiutowała w sobotę w Warszawie w trakcie parady pychy gejowskiej, której oficjalnym postulatem jest objęcie dzieci seksedukacją.

Jan, kierowca naszej furgonetki, który koordynuje całą akcję, nagrał krótką rolkę video. Naciśnij!

Proszę zobaczyć: Chcemy jeszcze w czerwcu dotrzeć za pomocą furgonetki do tysięcy nowych osób, zwłaszcza rodziców, którzy są nieświadomi zagrożenia, jakie już po wakacjach czeka na ich dzieci.

Dlatego proszę Pana o pomoc w postaci zatankowania naszej furgonetki, aby mogła przejechać kolejne kilometry:
WPŁACAM
Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 PruszkówZ wyrazami szacunku, 

Mariusz DzierżawskiPodpis e-maila: Mariusz Dzierżawski, członek zarządu Fundacji Pro-Prawo do Życia 
Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Próba sabotażu porozumienia z Islamabadu przez Izrael zakończyła się niepowodzeniem… przynajmniej na razie

Próba sabotażu porozumienia z Islamabadu przez Izrael zakończyła się niepowodzeniem… przynajmniej na razie.

Larry C. Johnson

Kiedy w niedzielne popołudnie [14. 06] pojawiła się wiadomość o izraelskim zbombardowaniu południowych przedmieść Bejrutu, Irańczycy rozpoczęli przygotowania do zapowiadanego odwetu – ale najwyraźniej zostali od tego odwiezieni ofertą Donalda Trumpa. Doniesienia wskazywały, że Iran i Stany Zjednoczone były bliskie osiągnięcia porozumienia w oparciu o irański 14-punktowy plan, gdy izraelski atak na Liban wprowadził chaos. Iran szybko rozpoczął przygotowania do kolejnego ataku rakietowego na Izrael, ale podobno Donald Trump zaoferował Iranowi zachęty finansowe, by nie atakował Izraela.

Irański portal informacyjny Mehr doniósł, że 14-punktowe memorandum o porozumieniu między USA a Iranem przewiduje uwolnienie 24 miliardów dolarów zamrożonych irańskich aktywów w ciągu 60-dniowego okresu negocjacji. Połowa tej kwoty – 12 miliardów dolarów – miałaby zostać udostępniona Iranowi jeszcze przed rozpoczęciem negocjacji.

Memorandum podobno obejmuje również natychmiastowe i trwałe zaprzestanie działań wojennych na wszystkich frontach, w tym w Libanie; zobowiązanie USA do nieingerowania w wewnętrzne sprawy Iranu; zniesienie blokady morskiej w ciągu 30 dni; oraz ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz na warunkach irańskich.

Trump w istocie zaoferował Iranowi łapówkę, aby powstrzymać go przed atakiem na Izrael. Oświadczył na portalu TruthSocial, że porozumienie USA z Iranem jest „zakończone”, zezwalając na ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz bez opłat i natychmiastowe zniesienie blokady morskiej USA, zamiast czekać 30 dni. Zgodził się również, że Iran może otrzymać 12 miliardów dolarów, gdy tylko w piątek zostanie podpisane porozumienie o zawieszeniu broni.

Po tej zmianie Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego Iranu potwierdziła zawarcie porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Iranem:

„Islamska Republika Iranu, pod wodzą swego męczennika, odniosła zwycięstwo nad amerykańsko-syjonistycznym wrogiem i pod wodzą Najwyższego Przywódcy Systemu (niech Bóg ma go w swojej opiece), przy wsparciu całego narodu i niestrudzonych wysiłkach bojowników islamu, po kilku trudnych i intensywnych miesiącach negocjacji oraz w oparciu o decyzję Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, sfinalizowała tekst Porozumienia o porozumieniu w sprawie negocjacji mających na celu zakończenie wojny (negocjacje w Islamabadzie) między Iranem a Stanami Zjednoczonymi wieczorem 14 czerwca”.

Zgodnie z osiągniętymi porozumieniami, wojna i działania militarne na wszystkich frontach, w tym w Libanie, zostaną natychmiast i trwale zakończone dziś wieczorem, a blokada morska Iranu zostanie natychmiast i całkowicie zniesiona. Podpisanie niniejszego Porozumienia o Porozumieniu (Memorandum of Understanding) nastąpi oficjalnie w piątek, 19 czerwca. Negocjacje w sprawie ostatecznego porozumienia zostaną odroczone do czasu wypełnienia przez drugą stronę zobowiązań wynikających z Porozumienia. Islamska Republika Iranu głęboko docenia wysiłki Islamskiej Republiki Pakistanu i rządu Kataru.

Zanim jednak zaczną strzelać korki od szampana, warto zrozumieć, że przedstawiciele administracji Trumpa – w większości anonimowi – przedstawiają porozumienie w zupełnie innym świetle.

Wysoki rangą urzędnik USA odrzucił irańskie twierdzenie, że Teheran otrzyma 12 miliardów dolarów zamrożonych aktywów bezwarunkowo przed rozpoczęciem 60-dniowych negocjacji. Według Axios, nazwał to przedstawienie „manipulacją”.

„To całkowita nieprawda. To umowa oparta na wynikach i żadne zamrożone środki nie zostaną zwolnione, dopóki Irańczycy nie wywiążą się ze swoich zobowiązań” – powiedział urzędnik.

Sprawa jest prosta: nadal istnieją znaczące różnice między USA a Iranem co do szczegółów proponowanego Memorandum of Understanding.

Nawet jeśli ostatecznie uda się rozwiązać te różnice i w piątek zostanie podpisany list potwierdzający zgodę obu stron na 14 zasad końcowego memorandum, będzie to oznaczać dopiero początek procesu negocjacji, który prawdopodobnie potrwa co najmniej dwa miesiące – jeśli nie dłużej.

A w nadchodzących dniach złamanie memorandum przez USA lub Izrael może doprowadzić do wznowienia przez Iran ataków na izraelskie i/lub amerykańskie cele wojskowe.

Źródło: Izraelowi nie udało się sabotować porozumienia z Islamabadu… Przynajmniej na razie

Bruksela poluje na rosyjskie tankowce

Bruksela poluje na rosyjskie tankowce

Autor: Rainer Rupp

Czy podżegacze wojenni z UE planują teraz wojnę z Rosją na Morzu Śródziemnym?

Komentarz Rainera Ruppa. apolut/brussel-jagt-russische-tanker-von-rainer-rupp/

Wysoka Przedstawiciel UE Kaja Kallas, która przewodniczyła spotkaniu ministrów obrony UE na Cyprze w dniach 7 i 8 czerwca, wielokrotnie podkreślała, że ​​unijna operacja morska IRINI rozpoczęła abordaże na okręty tzw. rosyjskiej floty cieni w ramach „odnowionych zasad zaangażowania”. To ogłoszenie oznacza znaczne rozszerzenie misji i niesie ze sobą poważne ryzyko eskalacji.

IRINI została uruchomiona w 2020 roku. Jest to misja następcza operacji UE „Sophia” (po grecku mądrość), która trwała od 2015 do 2020 roku. IRINI to greckie słowo oznaczające „pokój” i jest również nazwą obecnej operacji morskiej UE na Morzu Śródziemnym. Jej pierwotnym mandatem było egzekwowanie embarga ONZ na broń wobec Libii.

Jednak w ostatnich miesiącach UE jednostronnie ogłosiła, bez zgody parlamentów państw członkowskich, zamiar przekształcenia misji IRINI w niebezpieczną operację wojskową: zatrzymania i przejęcia statków przewożących rosyjską ropę na wodach międzynarodowych Morza Śródziemnego, które nie pływały pod banderą rosyjską, a następnie zmuszone zostały do ​​wejścia do portów UE, a następnie konfiskaty ładunku pod byle jakim, bezprawnym pretekstem.

Wszystko to ma być przeprowadzane siłą militarną przez okręty wojenne UE w ramach operacji IRINI. Operacja ta dopuszcza również użycie siły śmiercionośnej, jeśli będzie to konieczne, w celu osiągnięcia pożądanego rezultatu. Aby usprawiedliwić to przed zachodnią opinią publiczną, zachodni politycy i podległe im media pogardliwie nazywają statki przewożące rosyjską ropę „rosyjską flotą cieni”. W oczach zachodniej opinii publicznej niekiedy dość skutecznie sugeruje to mroczne machinacje złowrogich Rosjan, a jednocześnie stanowi cnotliwe uzasadnienie działań wojskowych UE przeciwko tej „flocie cieni” na pełnym morzu. Zgodnie z międzynarodowym prawem morskim to jednak nic innego jak piractwo. Kallas, kierujący się dewizą „Legalne, nielegalne, kogo to obchodzi?”, zdaje się tym nie przejmować.

Ale to nie jedyny problem polityki zagranicznej, na którym cierpi polityka zagraniczna UE, pod przewodnictwem naiwnej – żeby nie powiedzieć tępej – Kai Kallas. Jej rusofobia wydaje się być jedynym, ale niezbędnym warunkiem jej stanowiska na czele dyplomacji UE. Jednak i tutaj sprawy zdają się ostatnio rozwijać w bardziej realistycznym kierunku; więcej na ten temat poniżej.

Najpierw wróćmy do IRINI.

… Jak wspomniano wcześniej, pierwotnym mandatem IRINI było egzekwowanie embarga ONZ na broń wobec Libii, ustanowionego na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1970 z 2011 roku. Celem było zapobieganie dostawom broni i wspieranie politycznego procesu pokojowego w Libii. Jednak piętnaście lat po obaleniu Muammara al-Kaddafiego misja nie zrealizowała tego celu. Dostawy broni były kontynuowane – głównie drogą lotniczą – a prawdziwy proces pokojowy nigdy się nie zmaterializował.

Zniszczenie Libii, niegdyś najbardziej postępowego społecznie państwa Afryki, przez Zachód doprowadziło do sytuacji rodem z „Mad Maxa”, gdzie niewolnicy są sprzedawani na publicznych targowiskach.

Niemniej jednak, IRINI, czyli morska obecność państw UE i NATO u wybrzeży Afryki Północnej, została przedłużona przez 24 państwa członkowskie UE uczestniczące w misji co najmniej do marca 2027 roku. Obszar działań jest celowo szeroki, co celowo daje Radzie UE znaczną elastyczność. Zasady regulujące operację są ściśle tajne, ale dopuszczają szeroką skalę eskalacji: od wydawania instrukcji i oddawania strzałów ostrzegawczych po użycie śmiercionośnej siły przeciwko statkom, których nie można abordażować. Dozwolone jest również pojmanie załóg i przejęcie ładunku.

Kaja Kallas przekształciła teraz ten mandat IRINI, pierwotnie skoncentrowany na Libii, w atak na rosyjską „flotę cieni”, bez uzyskania niezbędnej zgody parlamentów państw członkowskich UE. Od teraz operacja będzie wyraźnie ukierunkowana na statki transportujące rosyjską ropę przez Morze Śródziemne w drodze do Indii lub Chin.

Kallas wyjaśniła, że środki takie jak abordaże już sprawiły, że te transporty „są trudniejsze, bardziej ryzykowne i droższe”. Każdy uszkodzony lub zajęty statek zmniejsza dochody Rosji przeznaczone na finansowanie wojny na Ukrainie, stwierdziła Kallas. Nie chodzi więc o publicznie wyrażane obawy UE dotyczące rzekomo nieprawidłowej bandery statków „floty cieni”, ich niewystarczającego ubezpieczenia od wypadków, niewystarczającej ochrony środowiska itp.

Wszystkie te argumenty są sfabrykowanymi i nielegalnymi uzasadnieniami zajęcia statków. Prawdziwym celem jest wyrządzenie Rosji jak największych strat finansowych.

Francja i Szwecja już dokonały abordażu tankowców pod pretekstem naruszenia sankcji. Włochy i Grecja jak dotąd powstrzymują się od tego. Zaangażowanie Grecji byłoby szczególnie problematyczne: znaczna część międzynarodowej floty tankowców, w tym wiele statków tzw. „rosyjskiej floty cieni”, należy do greckich firm żeglugowych.

Obawy w świetle prawa międzynarodowego

Podstawa prawna nowego podejścia UE w formacie IRINI w świetle prawa międzynarodowego jest wysoce wątpliwa. Na wodach międzynarodowych Konwencja Narodów Zjednoczonych o prawie morza zezwala na przymusowy abordaż obcych statków wyłącznie w przypadku podejrzenia piractwa lub niewolnictwa.

Interwencja państwa w celu egzekwowania jednostronnych sankcji – czyli sankcji niezatwierdzonych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ – jest uznawana za akt wojny. Chociaż UE nadal powołuje się na starą rezolucję w sprawie Libii, rezolucja ta nie obejmuje środków przeciwko rosyjskiemu handlowi ropą naftową.

Międzynarodowe obawy prawne twierdzenie, że statki pływały pod niewłaściwą banderą, jest, zdaniem ekspertów prawa międzynarodowego, bezpodstawne, ponieważ nie daje nikomu prawa do wejścia na pokład i zajęcia statku na wodach międzynarodowych. Oskarżenie o niewłaściwą banderę to w rzeczywistości standardowa wymówka, mająca na celu przypodobanie się naiwnemu przeciętnemu widzowi programów informacyjnych ARD Tagesschau lub ZDF Heute (są to programy informacyjne nadawane w niemieckiej telewizji publicznej -przyp.tłum). Prawie każdy statek handlowy zmienia banderę i nazwę kilkakrotnie w ciągu swojego istnienia – zazwyczaj z powodów ekonomicznych.

Kontekst strategiczny: Z Morza Bałtyckiego na Morze Śródziemne

Inicjatywa UE IRINI na Morzu Śródziemnym jest bezpośrednio związana z rozwojem sytuacji na Morzu Bałtyckim. Rosja znacznie zwiększyła tam swoją obecność morską. Okręty eskortowe rosyjskiej marynarki wojennej i niszczyciel „Siewieromorsk” znacznie zwiększyły ryzyko działań Zachodu przeciwko tankowcom floty cieni. Brytyjczycy, którzy początkowo grozili surowymi środkami, wycofali się.

Na Morzu Śródziemnym porównywalna ochrona ze strony rosyjskiej Floty Czarnomorskiej byłaby znacznie bardziej złożona. Obszar działania jest prawie sześciokrotnie większy od Morza Bałtyckiego. Skuteczne monitorowanie „floty cieni” byłoby zatem trudne. Zdaniem obserwatorów zwiększa to prawdopodobieństwo bezpośredniej konfrontacji militarnej.

Ryzyko ekonomiczne i polityczne

Inicjatywa Kai Kallas, IRINI, pojawia się również w szczególnie nieodpowiednim momencie dla globalnego rynku energetycznego. Niesprowokowana, nielegalna, agresywna wojna USA i Izraela przeciwko Iranowi już wyraźnie ograniczyła globalne dostawy ropy naftowej i gazu. Dalsze zakłócenia w rosyjskim eksporcie spowodowałyby dalszy wzrost cen – z negatywnymi konsekwencjami dla Europy i reszty świata. Racjonalnie rzecz biorąc, nawet zachodni krytycy inicjatywy Kallas zgadzają się, że wstrzemięźliwość byłaby wskazana, dopóki deficyt spowodowany konfliktem z Iranem pozostanie nierozwiązany.

Niemcy stoją przed decyzją

W Niemczech pojawia się pytanie, jak rząd federalny poradzi sobie ze zmianą mandatu IRINI. Zagraniczne rozmieszczenie Bundeswehry (niemieckich sił zbrojnych) zazwyczaj wymaga głosowania w Bundestagu (parlamencie). Do tej pory udział Niemiec w IRINI ograniczał się do samolotów patrolujących morze. Jednak rozszerzenie o okręty nie jest wykluczone. Nie wiadomo, czy rząd będzie dążył do debaty parlamentarnej, czy też będzie próbował po cichu przepuścić tę ekspansję.

Operacja UE IRINI, pierwotnie pomyślana jako instrument stabilizacji Libii, jest coraz częściej przekształcana w narzędzie wojny gospodarczej z Rosją. Nie wiadomo, czy taki kurs przyniesie pożądane efekty, czy też doprowadzi do dalszej eskalacji napięć na Morzu Śródziemnym. Ryzyko bezpośredniej konfrontacji militarnej z Rosją jest jednak realne.

Jest jednak również pozytywny aspekt – Kallas stoi w obliczu utraty władzy.

Według ostatnich doniesień, czołowe państwa UE chcą ograniczyć wpływy Kallas. Obecnie trwają dyskusje na temat fundamentalnej reformy Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (ESDZ), którą kieruje Kallas. Celem rozmów jest poprawa zdolności UE do działania w kryzysach geopolitycznych, co, mówiąc wprost, oznacza, że ​​państwa członkowskie nie chcą już dłużej ulegać dyktatowi ideologicznie ograniczonego rusofoba. Co więcej, brytyjski „Financial Times” (FT) doniósł w tym tygodniu, powołując się na wysokich rangą urzędników UE, że Francja, Niemcy i inne kraje rozważają pozbawienie Wysokiego Przedstawiciela UE Kallas i całej Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (ESDZ) ich uprawnień i przywrócenie ich Komisji Europejskiej i państwom członkowskim.

Głównym punktem krytyki jest nakładanie się kompetencji ESDZ i krajowych ministerstw spraw zagranicznych oraz departamentu polityki zagranicznej Komisji i Rady. Ponadto istnieje rywalizacja między ESDZ pod przewodnictwem Kallas a Komisją pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen w kwestiach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Cytowany jest wysoki rangą urzędnik UE, który stwierdził, że ESDZ „nie funkcjonuje tak, jak powinna w dzisiejszym świecie”.

Paryż podobno zaproponował ograniczenie niezależności kierownictwa ESDZ i ograniczenie jego kontroli nad ponad 140 misjami UE za granicą. Reforma powinna również zmniejszyć biurokrację i obniżyć koszty. Roczny budżet ESDZ wynosi miliard euro. W Brukseli, według Financial Times, nie wyklucza się już nawet rozwiązania ESDZ.

Tłem tej dyskusji są powtarzające się oświadczenia Kallas, składane bez konsultacji z państwami członkowskimi. Na przykład pod koniec maja zażądała, aby UE zmusiła Rosję do ograniczenia sił zbrojnych w przypadku negocjacji pokojowych – odzwierciedlając żądania Rosji wobec Ukrainy. Moskwa zareagowała ostro: minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow nazwał wypowiedzi Kallas „idiotycznymi”.

Czy i w jakiej formie reforma ESDZ zostanie wdrożona, dopiero się okaże. Niewątpliwie jednak krytyka struktury i metod pracy Kallas i jej personelu znacznie wzrosła.

Rainer Rupp

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Artykuł ukazał się 12 czerwca 2026 roku na stronie : https://apolut.net/brussel-jagt-russische-tanker-von-rainer-rupp

W oczekiwaniu na porozumienie na Bliskim Wschodzie.

W oczekiwaniu na porozumienie

Marek Wojcik 14.06.2026 r.

Huśtawka nastrojów w sprawie wojny w Zatoce Perskiej to efekt taktyki negocjacyjnej Donalda Trumpa. Dowiadujemy się od wielu tygodni, że porozumienie jest oczekiwane i dochodzi prawie do deklaracji (jak zawsze fałszywej) przyjaźni, by kilka godzin później usłyszeć lub przeczytać na truthsocial.com wpis pana prezydenta, że w najbliższych dniach Pentagon wprowadzi Iran w nową erę kamienia na wpół rozłupanego.

Znamy to doskonale i dlatego nikt nie wierzy w porozumienie, dopóki nie zostanie ogłoszone przez obie strony.

Strona amerykańska chce wyjść z twarzą z przegranej wojny, a Teheran nie zamierza narazić się przeciwnikom porozumienia we własnym kraju. Sytuacja typowa dla negocjacji. Siłą USA jest mit o potędze, który został obalony właśnie podczas tej wojny. Efektem będzie zapewne zgniły kompromis, który nie zadowoli sceptyków po obu stronach konfliktu. Jest jeszcze trzecia strona Izrael. Ich prasa trąbi o zdradzie sojusznika – co było do przewidzenia.

Porozumienie z Iranem jest już blisko!

Trochę światła w tej sytuacji przedstawia wywiad na YouTube z irańskim profesorem Seyedem Mohammadem Marandim.

Można aktywować polską ścieżkę dźwiękową.

Porozumienie jest możliwe, być może nawet bliższe niż kiedykolwiek wcześniej. Nie byłby to jednak triumf Ameryki, a raczej przyznanie, że Iranu nie da się pokonać militarnie. Dla Marandiego oznacza to początek nowej ery w Azji Zachodniej: minął czas, w którym USA i Izrael mogły atakować bez ponoszenia poważnych konsekwencji. Źródło.

Co byś powiedział na jeszcze jedną kolejkę, zanim wyjdziemy i będziemy wrogami?

Nie sądzę, żeby Iran tak rozmawiał z USA, jak na powyższym obrazku. Jednak są sprawy, dotyczące tego konfliktu, które działają na korzyść porozumienia z Trumpem.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Fundacja „Wołyń Pamiętamy” odwiedza miejsca kaźni Polaków

Fundacja „Wołyń Pamiętamy” odwiedza miejsca kaźni Polaków

Fundacja Wołyń Pamiętamy i Stowarzyszenie Zawsze Wierny Tobie Polsko na czele z paniami Katarzyną Sokołowską i Anetą Salą odwiedziły i złożyły wieniec pod pomnikiem upamiętniającym pomordowanych przez Ukraińców Polaków w miejscowości Pawłokoma na Podkarpaciu. Towarzyszyli im redaktorzy „Myśli Polskiej” Łukasz Jastrzębski i Arkadiusz Miksa. Podczas tej wizyty udało się spotkać z miejscową ludnością, która przekazała wiele informacji na temat działalności ukraińskich szowinistów w tej okolicy.

O wydarzeniach w wsi przypomniała pani Danuta Wojciechowska:

Wieś Pawłokoma uchodziła za najsilniejszy ośrodek nacjonalizmu ukraińskiego w pow. Brzozów. W 1938 roku mieszkało w niej 273 Polaków, 898 Ukraińców, wielu z nich przed wojną należało do UWO-OUN. Antypolską działalność wspierał ksiądz grekokatolicki i nauczyciel Mikołaj Lewicki. W czytelni „Proswity” urządzano festyny upamiętniające terrorystów z OUN – Białasa i Daniłyszyna, odpowiedzialnych za zamach na polityka i posła Tadeusza Hołówko. Na religijno-narodowych manifestacjach wzywano Polaków do wyniesienia się za San, „tu będzie Ukraina”. Prowodyrów aresztowano, ale konflikt narastał. Miejscowi nacjonaliści mieli nadzieję na powstanie zalążka przyszłej Ukrainy na Rusi Zakarpackiej, oczywiście przy pomocy Hitlera. Entuzjazm z tego tytułu i zbliżająca się wojna uświadomiła Polakom grozę sytuacji.

W 1939 roku do Pawłokomy weszły wojska niemieckie, witane przez miejscową ludność ukraińską. Lewicki natychmiast złożył doniesienie na Polaków i podał nazwiska tych, którzy udzielali pomocy polskim żołnierzom i ostrzeliwali Niemców. Z 12 zadenuncjowanych Polaków Niemcy aresztowali 5, pozostali zdołali się ukryć. Życie uratował im Austriak, który jednego z zatrzymanych znał z wojska austriackiego z I wojny światowej. W wyniku ustalenia granicy niemiecko-radzieckiej, po dwóch tygodniach Niemcy opuścili Pawłokomę, z nimi wycofał się Lewicki, w Dynowie współpracował z Niemcami.

Podczas okupacjiradzieckiej z donosów Ukraińców wywieziono na Sybir 40 Polaków. Według wspólnej relacji 7 osób- mieszkańców Pawłokomy, ukraińscy sąsiedzi domagali się od radzieckiego komendanta zezwolenia na wymordowanie wszystkich Polaków, na co on nie wyraził zgody. Wywiezionych Polaków Ukraińcy oskarżyli o udział w walkach w 1920 roku, gdy to okazało się nieprawdą wywózki wstrzymano. Szykany ze strony Ukraińców trwały nadal, do zabudowań Polaków podrzucano starą broń, co powodowało rewizje i aresztowania. Z sąsiedniej wsi Bartkówka leżącej w strefie granicznej władze sowieckie przesiedliły na Wołyń większość polskich mieszkańców.

Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej (czerwiec 1941 roku) Pawłokoma znalazła się pod okupacją niemiecką. Powrócił Lewicki i rozpoczął wojskowe szkolenie młodzieży ukraińskiej. Okupant niemiecki faworyzował Ukraińców, szykany z ich strony nie ustawały, z donosu Ukraińców gestapo aresztowało i osadziło w Oświęcimiu (marzec 1943 rok) 4 Polaków i Ukrainkę sprzyjającą Polakom, policja ukraińska rozstrzelała J. Michalika. Młodzi Ukraińcy z Pawłokomy zgłaszali się do Dywizji SS-Galizien, przyjęto 10 ochotników.

Pod koniec 1943 roku zaczęli powracać z Wołynia wysiedleni Polacy z Bartkówki. Ci, którym udało się przeżyć przekazywali wiadomości o masowych mordach Polaków przez tzw. UPA. Wywołało to strach polskich mieszkańców, pamiętających pogróżki o tym, że będzie usuwanie obcych z „ukraińskich ziem”. Pawłokoma i Jawornik Ruski należeli do wspólnego kuszcza OUN, trwała współpraca z ukraińską organizacją w Dynowie i posterunkiem policji ukraińskiej w Jaworniku Ruskim, gdzie szkolono młodych Ukraińców dla potrzeb tzw. UPA i SKW. W tym czasie już głośno mówiono „budem rizaty Lachiw”.

Aresztowania Polaków miały miejsce w sąsiednich wsiach, Dylągowej i Jaworniku Ruskim, gdzie dwie polskie rodziny żywcem wrzucono do studni. Na posterunek zabrano 150 Polaków, byli bici przez policję ukraińską. Niemcy broni nie znaleźli więc zostali wypuszczeni. Był to dopiero wstęp przed przystąpieniem do mordów masowych. W Pawłokomie był dobrze zakamuflowany oddział UPA (ok. 50 osób), który z etatowymi sotniami napadał na polskie wsie. Polacy za wszystkie nieszczęścia obwiniali ukraińskich nacjonalistów.

Zalążki polskiego ruchu oporu w Pawłokomie umocniły się w latach 1943-1944, na początku pluton liczył 12 osób. Nastroje antyukraińskie wzmogły się po aresztowaniu w kwietniu 1944 r. pod zarzutem przynależności do AK- 5 mieszkańców Pawłokomy i 1 z Dylągowej. Próba odbicia aresztowanych przez stacjonujący w terenie oddział AK nie powiodła się, aresztowani zginęli bez wieści. Przed nadejściem frontu wschodniego w powiecie brzozowskim wielu Polaków poniosło śmierć z rąk UPA i SKW.

Po wkroczeniu Armii Radzieckiej, Ukraińcy wypróbowaną metodą układali się z komendantem radzieckim, donosili, gdzie stacjonują polskie oddziały podziemne, powodowało to liczne aresztowania. W Pawłokomie stacjonował radziecki oddział szkolny, po jego odejściu w styczniu 1945 roku sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. Do Pawłokomy przybyła bojówka UPA i uprowadziła 10 Polaków i Ukrainkę oraz 3 mieszkańców Dynowa, ślad po nich zaginął. Prośby o wskazanie miejsca ich pochówku były zbywane drwinami. Polskie posterunki milicji były jeszcze słabe, nie gwarantowały bezpieczeństwa, w obawie przed zagrożeniem życia część mieszkańców Pawłokomy opuszczała wieś. W atmosferze rozpaczy zapadła decyzja o odwecie.

Zalecenia dowództwa AK były jasne, kobiet i dzieci zabijać nie wolno. W akcji odwetowej z miejscową samoobroną brał udział poakowski oddział „Wacława”. Ukraińcom polecono zgromadzić się w cerkwi, kobiety i dzieci wypuszczono, mężczyznom zadano dwa pytania: kto uprowadził Polaków i gdzie są pochowani? Nikt na pytanie nie odpowiedział. Egzekucji dokonano na cmentarzu, świadkowie zeznali, że rozstrzelano ok. 120 mężczyzn, nie zginęła ani jedna kobieta ani jedno dziecko. Pogrobowcy OUN-UPA podają 365 ofiar polskiego odwetu. Na ekshumację nie wyrazili zgody. 5 października 1945 roku banderowcy dokonali zmasowanego ataku na Pawłokomę, Bartkówkę, Dylągową i Sielnicę, tzw. UPA wzmogła ludobójcze działania, płonęły wsie, napadano na strażnice WOP, niszczono infrastrukturę, w 1947 r. operacja „Wisła” przywróciła spokój.

Prezydent Lech Kaczyński przywołał zasługi Giedroycia i powiedział, że „Pawłokoma stała się dla Ukraińców symbolem tragedii ich narodu”, powtórzył za OUN-owcami nieprawdę o walkach bratobójczych i słowami modlitwy odpuścił winy. Juszczenko wzywał do pojednania, wybaczyć mogą tylko silni – powiedział.

Mówcy nie wymienili z nazwy terrorystów, kolaborantów, morderców Polaków, z którymi naród ukraiński nie chce mieć nic wspólnego. Cel propagandowy został osiągnięty, świat dowiedział się jakimi zbrodniarzami byli Polacy. Oczywiście żadnej zbrodni nie można usprawiedliwiać, ale o złożonych przyczynach, które Polaków pchnęły do odwetu należało powiedzieć. Nie powiedziano. W imię „strategicznego partnerstwa” można upokorzyć Polaków, nie wolno „drażnić Ukraińców” de facto kontynuatorów tradycji ukraińskiego integralnego nacjonalizmu.

Bigamia karana, POLIGAMIA NAGRADZANA. MEM-y VIII.

———————————————————————

———————-

——————————–

————————-

—————————————————–

—————————————-

Patomorfolog Magdalena H., była właścicielka działki w Lutoryżu

——————-

———————————–

Mają ADHD, to im wolno. MEM-y VII.

—————————————————-

——————————————-

————————————————

———————

———————————

——————————-

——————————-

———————————————

————————————————–

——————————-

Im. Bohaterów UPA. MEM-y VI.

——————————————

——————————————-

——————————————-

—————————————————–

============================

—————————————————-

————————–

——————————–

=======================================

————————————–

Od chwili, gdy uzurpator zaczął okupować Tron świętego Piotra, powiększa się strefa destrukcji

List od o. Augustyna Pelanowskiego

Laudetur Iesus Christus

Dziękuję za modlitwę, za pamięć, za słowa wspierające ducha. Żyję jeszcze mimo prawie pięciu lat ukrywania się w lasach, w miejscu odosobnionym. Nie było ani jednego dnia bym żałował tego, co uczyniłem, gdyż Bóg mi pokazał już w 2015 roku ten przewrotny zamach na Święty Kościół. Dziś mam coraz liczniejsze dowody potwierdzające tamte natchnienia sprzed lat.

Od chwili, gdy uzurpator zaczął okupować Tron świętego Piotra, z roku na rok powiększa się strefa destrukcji. Nie tylko puste seminaria, pustoszejące kościoły, puste krzesła na katechezach, ale i pustosłowie na ambonach są tego najlepszymi dowodami. Wreszcie ów synod synodalności (absurdalny pleonazm), czyli epilog dekonstrukcji przy akompaniamencie akceptacji cudzołóstwa, bałwochwalstwa, homoseksualizmu i ekumenizmu rozumianego jako synkretyczny kogel-mogel. Niebawem, za kilka miesięcy, najwyżej za rok, nikt z nas, kto kocha Kościół katolicki – ten Kościół, który dawał nadzieję w sakramentach na życie wieczne – nie będzie mógł już odnaleźć się w murach większości świątyń. Ciało Chrystusa leżało w ciemnym grobie prawie trzy dni i Ciało Mistyczne Chrystusa (Kościół) zapada się w ciemną mogiłę na czas, czasy, i połowę czasu.

Nadszedł mrok, który jednak zakończy się zmartwychwstaniem, na podobieństwo tamtego poranka, gdy Maria Magdalena nie mogła rozpoznać Jezusa myśląc, że to Ogrodnik. Tak, my również nowego, zmartwychwstałego kształtu Kościoła nie będziemy mogli rozpoznać, gdyż będzie skromny, mały, cichy, ukryty w ogrodach prowincji, jakże odmienny od naszych wspomnień i wyobrażeń. Zapowiadana przez proroków Pusillus Grex czyli maleńka trzódka i jedynie głos Chrystusa wydobywający się z tych sekretnych miejsc będzie głosem prawdy i miłości, głosem mówiącym do nas po imieniu, dzięki czemu odróżnimy go od imitacji.

Trzeba przetrwać nie dając się przerazić stanem zdrowia, ubóstwem materialnym, paniką spowodowaną wojnami, głodem, drożyzną, zarazami, które istnieją tylko w wiadomościach medialnych albo i tymi, które rzeczywiście zaczną dziesiątkować społeczeństwo. Przetrwać mimo naturalnych katastrof i plag i pyłu wulkanicznego.

Najbliższe miesiące będą rozstrzygające dla wielu z nas

Najbliższe miesiące będą rozstrzygające dla wielu z nas – ludzie podzielą się nawet w rodzinach na tych, którzy będą posłuszni ze strachu medialnej propagandzie i na tych, którzy posłuchają czystego sumienia, na tych, którzy pobiegną w ślepym posłuszeństwie ku nieposłusznym Bogu hierarchom i na tych, którzy będą posłuszni Bogu bez względu na cenę. Na tych, którzy uwielbią Ciało Chrystusa klęcząc niczym Kananejka w czasie Komunii i na tych, którzy będą deptać Je w spadających z dłoni partykułach (por. Ap 11,1-2).

Żyjemy obecnie w globalnym zmanipulowaniu dysonansem poznawczym: patrząc na mężczyznę widzimy kogoś w niewieścich ubraniach, a można coraz częściej spotkać dziewczęta, które po tranzycji pozbawione są nawet piersi; w sklepach mamy mięso, które jest syntetykiem, mąka nie jest mąką lecz sproszkowanymi robakami; wiadomości z frontów wojennych są przefiltrowane i tworzą wirtualny obraz i już nie wiemy, kto jest agresorem a kto ofiarą; ojczyzna staje się mieszanką różnych nacji i zaczynamy się czuć obco we własnym kraju; w kościołach modlimy się nie o zbawienie ale o ekologiczne cele a pod hasłem „powszechnego braterstwa” w rzeczywistości ukrywa się powszechna alienacja.

Ostatecznie człowiek w białej szacie nie jest papieżem, choć wszyscy widzą w nim mężczyznę ubranego w papieską sutannę. Namnożyło się symulakrów o których pojęcia nie miał nawet Baudrillard. Od czasów Plutarcha nie tylko filozofowie zastanawiali się nad paradoksem statku Tezeusza. Statek Tezeusza, mitycznego założyciela Aten, liczył 300 lat i w porcie zostały wymienione wszystkie jego elementy na nowe – powstało paradoksalne pytanie: „Czy jeśli wymienimy wszystkie elementy jakiegoś złożonego obiektu na nowe, a więc cały obiekt zostanie zastąpiony ostatecznie innym, to czy pozostaje on tym samym obiektem?”. Czy identyczna kopia jakiegoś obrazu jest tym samym obrazem? Czy inny egzemplarz tej samej książki jest tą samą książką? A co, jeśli tytuł książki pozostał niezmienny i okładka, i liczba stron, ale treść została podmieniona? Czy ktoś, kto nosi protezę nogi, ręki – jest jeszcze tym samym człowiekiem? Oczywiście – ktoś odpowie, a jeśli – hipotetycznie – podmieni mu się mózg na elektroniczny ekwiwalent, i wszystkie części organizmu to będzie to ten sam człowiek? A jeśli zaingeruje się w kod genetyczny i się go zmieni? A co, jeśli Kościół katolicki zachowuje jeszcze nazwę ale poglądy i styl życia hierarchów, obyczaje kapłanów, nauczanie moralne, dogmatyczne paradygmaty zostaną podmienione i będą w sprzeczności z oryginalnym nauczaniem Chrystusa – to czy Kościół Katolicki będzie jeszcze naprawdę Chrystusowym? (Mt 5,18)

Wedle legendy przekazanej przez Plutarcha, statek, którym grecki heros Tezeusz powrócił do Aten, został przez mieszkańców miasta zachowany dla potomności. Gdy stare deski w okręcie butwiały, Ateńczycy wymieniali je na nowe. W końcu w statku Tezeusza nie pozostała ani jedna oryginalna część. Po wymianie wszystkich elementów statek nie przypominał już autentyku. Ten nowy nie posiadał ani jednego z oryginalnych detali tworzących pierwotną strukturę. Głównym problemem jest to, że bardzo trudno jest dokładnie stwierdzić moment, w którym jedna rzecz staje się inną. Szczegóły mogą zadecydować nie tylko o tożsamości, ale i o losie – Tezeusz wracając do Aten, zapomniał rozwinąć szkarłatne żagle, co było umówionym z Ajgeusem – jego ojcem -znakiem zwycięstwa. Ojciec, widząc czarne żagle, rzucił się ze skały w morze.

Czy Kościół katolicki jest Kościołem katolickim, jeśli zarówno przywódca jak i doktryna – jej „burty” dogmatyczne i „wiosła” moralne, a także szczegóły liturgii, sakramentów, z dziesięciolecia na dziesięciolecia, a w ostatnich kilku latach w sposób zatrważający hurtowo zostają nam podmienione? Czy obraz Boga, który dziś się nam przedstawia jest zgodny z tym, który został ujawniony w szczegółach Objawienia? To są tylko pytania, ale niekiedy zdolność do zadania pytania jest uzyskaniem połowy odpowiedzi.

Skurczony Bóg w swej bezsilności przyjmuje wszystkich i wszystko, nie ma za dużo do powiedzenia, gdyż nikt już za bardzo z Jego opiniami się nie liczy

Aktualni przedstawiciele hierarchii kościelnej, liczni kapłani, teologizujący publicyści, tłoczący się przy internetowej tubie, ukazują coraz częściej obraz Boga ograniczonego do permisywnego miłosierdzia: skurczony Bóg w swej bezsilności przyjmuje wszystkich i wszystko, nie ma za dużo do powiedzenia, gdyż nikt już za bardzo z Jego opiniami się nie liczy. Z tupetem mówi się, że jest jedynie miłością i miłosierdziem, a do gniewu nie ma On prawa, tym bardziej zabrania Mu się wszelkiej kary a zwłaszcza piekła. Odmówiono Mu nawet prawa do sądu. Skoro Bóg jest … jedynie miłością to: hulaj dusza piekła nie ma. Propagatorzy takiego przesłania uważają, że zapisy biblijne o Jego gniewie to wyraz projekcji antropomorficznej, czyli po prostu przypisywanie Bogu ludzkich emocji. Ale… czy głoszenie Boga, który jest emerytowanym hipisem i rozlewa się z Niego tylko bezkrytyczna i ślepa miłość w starczej bezsile, w której błogosławi transwestytów i rozdaje na ślepo Hostie nie zważając na cudzołóstwo lub wyznawanie innej religii – to nie próba domalowania na Jego obrazie wąsów, tak, jak na obrazie Mony Lisy uczynił to Marcel Duchamp? Drobny szczegół – Mona Liza z wąsami nie jest Moną Lizą Leonarda. Wmawianie Bogu tylko jedynego odniesienia do człowieka zdaje mi się być także rodzajem życzeniowej projekcji, czymś w rodzaju zaaplikowanej na obraz Boga polisy ubezpieczeniowej dla swego losu pośmiertnego, niwelującej konsekwencje przedśmiertnych ekscesów.

Czy przykazanie by nie czynić obrazów Boga, dotyczy artystycznych przedstawień czy ludzkich projekcji o Bogu? Czy ten zakaz dotyczy też tego, by z sakramentów nie czynić sobie wyobrażenia sakramentów, albo co gorsza: zmieniać ich formę, a nawet treść pozbawiając realnego Boga kontaktu z człowiekiem? Kto kogo wymyślił: Bóg człowieka czy człowiek Boga? Kto kogo ma kreować na swoje wyobrażenie i podobieństwo: człowiek Boga czy Bóg człowieka? Czy sposób korzystania z sakramentów powinien być zgodny z ludzkimi życzeniami, czy z pragnieniem Chrystusa? Czy Chrystus, w którego wierzę, jest wytworem moich życzeń i roszczeń, wyobrażeń i projekcji, czy też efektem codziennego studiowania przy źródłach Objawienia i osobistej relacji oraz korzystania z sakramentów?

Czy wreszcie sakramenty które przyjmuję i sprawuję, są przez mnie postrzegane w taki sposób, jakie znaczenie nadał im Chrystus, Apostołowie oraz dwutysięczna Tradycja i praxis Kościoła, czy też postrzegam je tak, jak coraz powszechniej mi się je narzuca w codziennej praktyce w kościołach, która – co tu dużo mówić – jest często smutnym widokiem pośpiechu i obcesowości, a nawet ociera się o profanacje. Nie mówiąc już o ekstremalnych happeningach eucharystycznych jak ten, który miał miejsce na falach Morza Jońskiego, na plaży Alfieri, gdzie o. Mattia Bernasconi, „odprawił” Mszę świętą dla młodzieży z parafii mediolańskiej, rozebrany do kąpielówek, używając jako ołtarza dmuchanego materaca. Czy święcenia kapłańskie mężczyzn, którzy nie nadają się do małżeństwa bo są homoseksualni są ważne, skoro ważne święcenia kapłańskie może przyjąć jedynie mężczyzna który rezygnuje z małżeństwa w ofierze dla Chrystusa a jest w dyspozycji psychicznej, emocjonalnej, fizycznej i duchowej do zawarcia małżeństwa? Czy sakramenty udzielane przez „księży” z Dąbrowy Górniczej były ważne? Co mówi Chrystus o sobie, o Ojcu, o sakramentach? Co mówił Kościół przez dwa tysiące lat? Będąc w kościele, biorąc bezpośredni udział w Mszy świętej czegoż doświadczamy? Istnieje zasada formacji duchowej katolika:

lex orandi lex credendi – prawo modlitwy jest prawem wiary.

To, w jaki sposób jest sprawowana liturgia i co na niej słyszymy, widzimy – kształtuje naszą wiarę. Wobec dużego zamieszania i smutnych ekscesów oraz coraz wyraźniejszego sprotestantyzowania, trzeba nam osobiście przypomnieć sobie kilka prawd zawartych w Objawieniu i Tradycji katolickiej, choćby w skromnym wymiarze, by nie dać się ponieść ślepemu biegowi jaki ogarnął większość. Trzeba posłuchać Boga, a w naszym przypadku, słuchanie jest niemożliwe bez czytania, gdyż tak się zdarzyło, że Bóg na formę swego objawienia wybrał Biblię i Tradycję. Pierwszy dylemat, który mi się nasuwa w związku z szerzącymi się teologicznymi wirami, które porywają coraz większą rzeszę wiernych – to sprawa mojego zbawienia.

On może mnie odkupić

Syn Boży, jakieś dwa tysiące lat temu, bez pytania mnie przyjął ukrzyżowanie po ostatniej Passze, na której ustanowił sakrament zjednoczenia z Nim. I co, to już załatwione wszystko? Co byłoby wtedy z moją wolnością? – pytał w Epilogu Hans Urs von Balthasar. To tak, jakbym zanim się dowiedział, że jestem winny, usłyszał najpierw, że już za mnie nie tylko ktoś odsiedział w więzieniu, ale nawet odbyła się już egzekucja w zastępstwie za mnie[H. Urs von Balthasar, Epilog. Wydawnictwo WAM, Kraków 2010, s. 87-88.]. On może mnie odkupić, ale ja muszę wyrazić sobą świadomą zgodę, ujawnić pragnienie, przyjąć zaproszenie, z wolnością, bez przymusu wejść w to dzieło i okazać autentyczną skruchę. Nie da się mnie wykupić jak bagaż z przechowalni dworcowej, gdy zgubiło się kwit. Nie jestem przedmiotem, a tak można się czuć, gdy ktoś mi mówi, że już odkupienie się dokonało; jestem zły, bez możliwości poprawy, grzech mnie zniszczył, ale jestem darmo zbawiony, z łaski. A może nawet niektórzy są już predestynowani od urodzenia do nieba bez względu na to, co zrobią a inni będą potępieni, choćby nawet chcieli być zbawieni, bo Bóg i tak już wcześniej wszystko przewidział? Protestancka wizja zbawienia zawiesza moją wolność. Jeśli ja jestem wolnym człowiekiem i mogę odmówić Bogu propozycji bym dał się pokochać, to On tym bardziej jest wolny do wypowiedzenia mi odmowy. Jeśli ja jestem wolny – to tym bardziej Bóg. Choć to jest przerażające, zagubienie się człowieka w upartej od mowie Bogu jest możliwe, a nawet może stać się nieodwracalną, wieczną zgubą.

Odmowa ukazania siebie w całej prawdzie jest równa odmowie udziału w uczcie niebieskiej. Zaniechanie odsłaniania się w spowiedzi, prowadzi do niechęci do Eucharystii – taki proces może trwać latami powodując rogowacenie postawy ducha aż do niezmiennego „nie!”. Odmowa udziału w czyimś ślubie, imieninowych uroczystościach, jubileuszu, może być powodem obrazy zapraszających i jest równoznaczna z lekceważeniem zapraszających i powodem dla którego nas serdecznie zapraszają. Na świecie nie ma nic ważniejszego niż to, co uczynił dla nas Chrystus, tym bardziej, że kosztowało Go to w ludzkim życiu niewymowną mękę. Wszystko po to, byśmy mogli pić Jego Krew jak niemowlę mleko albo być karmionym Jego Ciałem jak dziecko siedzące na kolanach matki, karmione łyżeczką wypełnioną manną. Bez tej Krwi nasze szanse na szczęście wieczne są więcej niż wątpliwe, bez Jego Ciała nie stajemy się ciałem zdolnym do przeciśnięcia się do chwały zmartwychwstania. Mikołaj Kabasilas (+1391), twierdził, że Eucharystii nie ma sposobu przewyższyć niczym, ani nic już nie da się do niej dodać doskonalszego [J. C. Larchet, Terapia chorób duchowych. Wydawnictwo BRATCZYK, Hajnówka 2013, s. 282.]. Odmowa udziału w sakramencie Eucharystii jest niewyobrażalną wzgardą dzieła Chrystusa i dowodem obojętności wobec ceny, jaką zapłacił On na krzyżu dlatego w istocie Msza święta jest plenititulo Najświętszą Ofiarą. Nikt z nas nie starał się ani nie mógł skutecznie się starać, ani do dziś nie jest w stanie przywrócić jedności z Bogiem przez jakiekolwiek pojednania, gdyż przepaść jest zbyt wielka. Jedynie Bóg w swoim Synu, który stał się człowiekiem, pojednał ludzi ze sobą i w sobie przez swoją śmierć, która zniweczyła śmierć wszelką. Odmowa udziału w sakramencie, który jedna nas przez Krew Chrystusa z Bogiem, staje się jeszcze większą wzgardą Boga, niż ta, która była grzechem pierworodnym czy jakimkolwiek grzechem. Bóg w Najświętszej Ofierze nie daje nam czegoś od siebie, ale siebie samego, dlatego nie działa ona w sposób korektywny na jakąś sferę życia, ale stwarza jedyną w swoim rodzaju okazję na więź osobową, którą nazywamy komunią, której skutków do końca nie możemy pojąć choć owe skutki dają nam wstęp nie tylko do nieba, ale dają współuczestnictwo w boskiej naturze.

On chce trwać we mnie i czeka na takie samo „chcę” z mojej strony. Jak daje się w komunii, tak chce, bym sam był sui generis komunią dla Niego. Odrobina kwasu przecież zakwasza całe ciasto i odrobina Hostii potrafi mnie i innych uczynić zakwaszonymi boskością i nieodłącznie ukochanymi i kochającymi. Jeśli wszyscy jesteśmy okresowo ludźmi odmowy, to nie uciekajmy przed wiadomością winy, lecz zdajmy sobie sprawę, że ucieczka jakiej się dopuścili Adam i Ewa ma tylko jeden cel: powrót.

Każda ucieczka przed Bogiem jest bezcelowa, bezsensowna, absurdalna jak piekło i dlatego tam się kończy. Bóg umożliwia nam powrót w przestrzeni uczty, a nie na rozprawie sądowej, ponieważ sąd przeprowadził na Krzyżu. Czy z tego powodu mamy msze święte zamieniać na cateringowe konsumpcje i usunąć krzyże z kościołów? Wystarczy przypomnieć przypowieść o synu marnotrawnym, by zdać sobie sprawę z konsekwencji hipotetycznej odmowy marnotrawcy, który powróciwszy, odmawia udziału w uczcie i omijając ojca, który wybiegł mu naprzeciw, idzie w stronę drugiego brata stojącego na polu, pozostając w buncie.

Nie potrzebujemy zbawienia kiedyś, po śmierci, ale codziennie, bo codziennie jest zaproszenie i codziennie kusi nas spychanie w stronę wężowych śladów. Codziennie jest na tyle źle, by codziennie niepowstrzymanie posiłkować się samym Dobrem, a dobry jest tylko Bóg. Nawet przebudzenie rano byłoby gorsze od śmierci, gdyby nie istniało zaproszenie na ucztę z Bogiem, pod sam Krzyż Chrystusa dającą siłę sprzeciwić się narastającej bezsilności, impotencji serca dającej pole nieszczęściom, niedołęstwu grzechu, ociężałości śmierci i złośliwości szatana. Śmierć Chrystusa jest równocześnie ofiarą paschalną, która wypełnia ostateczne odkupienie ludzi przez Baranka, „który gładzi grzech świata” (J 1, 29) i ofiarą Nowego Przymierza, przywracającą człowiekowi komunię z Bogiem oraz dokonującą pojednania z Nim przez „Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26, 28; KKK 613).

O ile sakrament pojednania, w którym ukazujemy się w prawdzie naszych grzesznych czynów, niczego nie tając, ani nie zmieniając gładzi nasze winy, o tyle Msza Święta wzmacnia naszą siłę ducha byśmy byli odporni na sytuacje, które mogłyby nas w przyszłości doprowadzić do grzechu. Najświętsza Ofiara przez miłość Ducha Świętego, którą w nas rozpala, zachowuje nas od przyszłych grzechów śmiertelnych, strzeże, uodparnia, wzbudza odrazę do grzechu, ponieważ im bardziej z rozpalonym sercem uczestniczymy w życiu Chrystusa i pogłębiamy przyjaźń z Nim, tym trudniej jest zerwać więź z Nim właśnie przez grzech śmiertelny – stąd w Vetus Ordo dwukrotnie w kontekście Komunii kapłan modli się nazywając Hostię „lekarstwem”(medele, remedium). Celem Najświętszej Ofiary nie jest jednak odpuszczenie grzechów śmiertelnych jak to twierdził swego czasu, wbrew zapisom Katechizmu, Thomas Sternberg, szef Centralnego Komitetu Niemieckich Katolików – jest ono właściwe dla sakramentu pojednania. Msza święta jest natomiast sakramentem tych, którzy pozostają w pełnej komunii z Kościołem (KKK 1395).

Miłość bez prawdy to miłość nieszczera

Nicola Bux – szanowany profesor sakramentologii – zauważył nie bez smutku jak w ostatnich latach teologiczna myśl katolicka znalazła się w mrocznej mgle: zaciera się powód, dla którego Słowo stało się Ciałem w łonie Maryi Dziewicy i umarło na krzyżu, aby zbawić ludzi od grzechu, powołując ich do Kościoła, który, jak mówi Katechizm, jest powołany do ewangelizacji i chrztu, aby stworzenia stały się dziećmi Bożymi.

Bowiem, jeśli bezczelnie sięgnięto po stwierdzenie, że nawet ci, którzy nie zostali ochrzczeni są dziećmi Bożymi, oznacza to, że chrzest jest niepotrzebny, a więc także katechumenat i chrześcijańska inicjacja sakramentalna. Zatajając prawdę o grzechu i łasce, konceptualizuje się „płynny” (liquid – liquidation) Kościół… by go ostatecznie zlikwidować. Dowodem tego jest pewien dokument biskupa Rzymu dotyczący Eucharystii Desiderio desideravi, który zaprasza wszystkich (nie wspominając o konieczności spowiedzi ani słowem) do komunii. Jeśli prawnie lub nieprawnie wybrani przewodnicy Kościoła zmieniają zasady dotyczące wspólnej komunii eucharystycznej, „będzie to sprzeczne z Objawieniem i Magisterium”, co doprowadzi chrześcijan do „bluźnierstwa i świętokradztwa” ostrzegł włoski teolog. Wzorując się na nauczaniu Kościoła opartym na Piśmie Świętym i Tradycji, prałat Nicola Bux, były konsultant Kongregacji Nauki Wiary, podkreślił, że niekatoliccy chrześcijanie muszą przyjąć chrzest i bierzmowanie w Kościele katolickim oraz żałować za grzechy ciężkie poprzez sakramentalną spowiedź, aby móc przyjąć Jezusa w Eucharystii. Tymczasem zaprasza się wszystkich do komunii, wszystkich, kogo się tylko da bez względu na stan moralny i na wyznanie wiary, tłumacząc to miłością. Ale miłość bez prawdy to miłość nieszczera, a prawdą jest, że każdy człowiek jest grzesznikiem i nie każdy człowiek przyjmuje Chrystusa jako zbawiciela i nie każdy wierzy w Chrystusa jako Syna Bożego i coraz
większa liczba wierzących w ogóle nie przyjmuje Jego nauczania w integralnej, spójnej, katolickiej wymowie dokonując wybiórczych, arbitralnych modyfikacji według własnego uznania, nie licząc się ani z sensem Objawienia ani z dwutysięczną Tradycją, czyli interpretacją z gwarancją asystencji Ducha Świętego pieczołowicie zdeponowaną w Kościele.

Prałat Bux już kilka lat temu wyraził swój niepokój w związku z szerzącą się entuzjastycznie narracją zachwalającą „otwartą komunię” proponowaną najpierw przez niemieckiego teologa protestanckiego Jürgena Moltmanna, ale także przez kardynała Martiniego i kardynała Waltera Kaspera. Dla Moltmanna Komunia Święta jest „wieczerzą Pańską, a nie czymś zorganizowanym przez Kościół czy jakąkolwiek denominację”. Uważa on, że Kościół „zawdzięcza swoje życie Panu, a swoją wspólnotę Jego Wieczerzy, a nie odwrotnie” i dlatego jego zaproszenie „wychodzi do wszystkich, do których został posłany, aby ich zaprosić”. Wszystkich? Co z przypowieścią o zaproszonych na ucztę, z której król wygonił człowieka, który ani słowem się nie odezwał i nie miał stroju weselnego? Co z Judaszem? Co z przypowieścią o pannach głupich i mądrych, co ze słowami Jezusa z Ewangelii Mateusza (Mt 7), gdzie nawet ci, którzy mówili „Panie, Panie” i głosili Ewangelię, egzorcyzmowali i czynili cuda w imię Jezusa, usłyszeli od Jezusa: „nigdy was nie znałem”?

Dlatego nie dziwię się jako kapłan katolicki, odpowiedzi Msgr. Buxa na argumenty proponowane dla „otwartej Komunii” i interkomunii ze wszystkimi. Prałat Bux powołuje się na św. Tomasz z Akwinu, a ten już dawno temu odpowiada na to zagadnienie w swojej Summa Theologiae: „…kto przyjmuje ten sakrament, wyraża w ten sposób, że staje się jednym z Chrystusem i zostaje włączony w Jego członki; a dzieje się to dzięki żywej wierze, której nie ma ten, kto jest w grzechu śmiertelnym. I dlatego jest oczywiste, że kto przyjmuje ten sakrament będąc w grzechu śmiertelnym jest winny kłamstwa wobec tego sakramentu, a w konsekwencji świętokradztwa, ponieważ profanuje sakrament: a zatem grzeszy śmiertelnie” (80,4). A grzech śmiertelny jest odrzuceniem Chrystusa. Komunia taka byłaby więc zaprzeczeniem sobie samemu w przypadku osoby, która by ją przyjęła.

Jeśli przyjmuję Komunię to oświadczam, że jestem jednym z Chrystusem do tego stopnia, że „spożywam”, czyli absolutnie akceptuję Jego Miłość do mnie, która spływa na mnie dzięki mojej prawdzie wyznanej Jemu. Rzeczywiste oddzielenie od Chrystusa i Kościoła obiektywnie występuje u tych, którzy nie mają łaski uświecającej i tych, którzy nie mają wiary katolickiej w to, co czyni „spożywanie” Chrystusa (tj. stan bycia w jedności z Nim – prawdziwie obecnym – i z Kościołem) – nie wierzą w substancjalną obecność, albo nie wierzą w Chrystusa jako Syna Bożego i odrzucają nauczanie katolickie lub je wybiórczo traktują. Mając na uwadze Ewangelię Jana, rozdział 6, a zwłaszcza Pierwszy List Pawła do Koryntian, rozdział 11, rozumie się, że interkomunia, dopuszczenie wszystkich do Komunii i Eucharystii jest sprzeczne z Pismem Świętym, Tradycją i Magisterium Kościoła. Aby przyjąć Komunię, trzeba przejść inicjację chrześcijańską (chrzest i bierzmowanie). Ponadto, jeśli dana osoba popadła w grzech ciężki, musi odbyć drogę pokutną, a zwłaszcza spowiedź sakramentalną. Mamy więc warunki komunii o których ani słowa nie ma w owym Desiderio desideravi. Ani protestant, ani muzułmanin, ani ateista, ani zielonoświątkowiec nawet gdyby mieli okazjonalny entuzjazm emocjonalny do komunii – nie byliby dysponowani do niej, podobnie katolik, który eliminuje ze swojej praktyki spowiedź, albo nie uznaje pewnych grzechów za grzechy, albo sytuacyjnie traktuje swoją moralność. Inicjacja i droga pokutna rzeczywiście pokazują, że ten, kto chce się komunikować, musi najpierw wejść w komunię wiary Kościoła; lub jeśli oddalił się z powodu ciężkiego grzechu, schizmy lub herezji, musi ponownie wejść przez pokutę. Gdyby Stolica Apostolska w sposób niedorzeczny zmieniła zasadę, to znaczy, gdyby była w stanie doprowadzić do tego bez odbycia inicjacji chrześcijańskiej (chrzest i bierzmowanie) lub bez odbycia spowiedzi sakramentalnej, byłoby to sprzeczne z Objawieniem i Magisterium Jednego Świętego i Apostolskiego Kościoła Katolickiego i skłaniałaby wiernych do popełnienia bluźnierstwa i świętokradztwa. Dlatego wiara, którą protestanci wyznają nie jest katolicka, w szczególności dlatego, że nie mają sakramentu bierzmowania, nie praktykują spowiedzi, dlatego nie mogąc odbyć drogi inicjacji, ani drogi skruchy i wyznania, nie mogą przyjąć Eucharystii. Protestanci nie mają sakramentu pokuty, nie mogą więc powrócić do komunii eucharystycznej. Wspólna Komunia z luteranami, na przykład, byłaby bezpośrednio sprzeczna z Kanonem II, Soboru Trydenckiego o Najświętszym Sakramencie Eucharystii: „Jeśli ktoś mówi, że w świętym i najświętszym sakramencie Eucharystii substancja chleba i wina pozostaje w połączeniu z ciałem i krwią Pana naszego Jezusa Chrystusa, i zaprzecza tej cudownej i osobliwej przemianie całej substancji chleba w Ciało, a całej substancji wina w Krew, przy czym pozostają tylko pozory chleba i wina, którą to przemianę Kościół katolicki najtrafniej nazywa transsubstancjacją, niech będzie obłożony anatemą” (czyli klątwą).

Kanon potępia luterańską doktrynę konsubstancjacji, która utrzymuje, że fundamentalna „substancja” Ciała i Krwi Chrystusa jest obecna obok substancji chleba i wina, które pozostają niezmienione, a więc komunia jest tylko symbolem. Oznacza to, że jeśli ktokolwiek zachęcałby luteranina do przyjęcia Komunii Świętej w Kościele katolickim – nawet w wyjątkowych okolicznościach – byłby w błędzie, chyba, że ci sami luteranie odrzuciliby luterańską doktrynę o Eucharystii. Niestety w ostatnim dokumencie o Eucharystii, biskup Rzymu nie wspomina o realnej, prawdziwej i substancjalnej obecności w Eucharystii Chrystusa, a nadmiernie podkreśla jedynie jej symboliczne aspekty zapraszając wszystkich do uczestnictwa bez podania istotnych warunków. Mamy już za sobą incydenty z rozdawaniem Komunii nie tylko luteranom, muzułmanom, transseksualistom, politykom proaborcyjnym, o których pisano w mediach. Nie wiem, o czym nie napisano ale wiem, co by na to powiedział święty Jan Damasceński (+749): ”Strzeżmy się, byśmy nie przyjmowali uczestnictwa komunii od odstępców ani też ich do tego nie dopuszczali. Mówi bowiem Pan: nie rzucajcie pereł między świnie ani świętości waszych przed psy” (Mt 7,6). Św. Cyryl Jerozolimski, idąc za Apostołem (Gal 1,8), naucza, że wiarę katolicką otrzymaną w chrzcie, my, katolicy powinniśmy przyjąć jako „zapas podróżny” na całe życie, nie przyjmując nigdy nic innego, nawet gdyby ci sami duszpasterze, zmieniając zdanie, nauczali czegoś przeciwnego, niż nauczali poprzednio. Ani joty ani kreski nie zmieniając tym bardziej, że wiara to nie jakiś okręt Tezeusza, ale to bogactwo Łodzi Piotra. Błogosławiąc, modląc się za Was, pamiętając o pamietających, składam dzięki za Waszą wiarę i wierność dziedzictwu Apostołów i ufam, że Msza Wszechczasów, którą już celebruję w mojej ukrytej pustelni przymnoży Wam darów niebieskich wprost z najczystszych dłoni Najświętszej Panny Maryi.

Ojciec Augustyn

LIST OD O.AUGUSTYNA PELANOWSKIEGO, z dnia 26.10.23, otrzymany za pośrednictwem Wydawnictwa Paganini.

Zaprowadzają Black Justice w Polsce !!! MEM-y V.

——————————-

————————————————

——————–

——————————————

————————

Przypomnę młodzieży: Znany uchodźca polityczny, poeta i pisarz. Zdaniem policji i prokuratury dopuścił się zbrodni. Świadomie zakaził wirusem HIV kilkadziesiąt polskich kobiet

——————

———————————–

————————————–

—————————————————-

————————-

New Europeans, new Europe. MEM-y IV.

———————————-

———————————-

——————————–

————————-

—————————–

———————————————

———————————————-

——————————

———————————————————

Kot weganin. MEM-y II.

——————————

—————————————–

———————————

————————————————-

———————————————————————————-

———————————–

——————————

————————————————

[A jeszcze gorzej te, co nie grają i nie doszły !! Dać rekompensaty]

————————————-

Tygodniowe rozwolnienie w Turcji. MEM-y I.

——————————————————–

========================================

—————————————–

—————————————————–

————————————

—————————-

——————————

——————————————–

————————————————-