Twórca „Amber Gold” Plichta dostanie odszkodowanie. Od nas. „Za naruszenie praw człowieka”

Twórca Amber Gold

dostanie odszkodowanie.

„Za naruszenie praw człowieka”

20 lutego 2026, fakt.pl/tworca-amber-gold-wygral-w-strasburgu-polska-wyplaci-odszkodowanie

Marcin S-P., założyciel Amber Gold, otrzyma od państwa 16 tys. euro odszkodowania za warunki, w jakich był przetrzymywany w areszcie. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że doszło do naruszenia jego praw. Mężczyzna pozostanie w więzieniu co najmniej do sierpnia 2027 roku, gdyż sąd nie zgodził się na jego wcześniejsze zwolnienie.

Marcin S-P., twórca Amber Gold, dostanie odszkodowanie za inwigilację w celi.
Marcin S-P., twórca Amber Gold, dostanie odszkodowanie za inwigilację w celi. Foto: Mirosław Pieślak / newspix.pl_omp_temp

W październiku 2024 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku odrzucił wniosek Marcina S-P. o przedterminowe zwolnienie. Sędziowie uznali, że nie nastąpiła u niego trwała zmiana postawy życiowej, a dalsza resocjalizacja jest konieczna. Skazany próbował odwołać się od tej decyzji, jednak bezskutecznie. Od tamtej pory, nowe wnioski w tej sprawie już nie wpłynęły do biura podawczego.

https://pulsembed.eu/p2em/rt6jAFvlJ

Twórca Amber Gold dostał odszkodowanie za zbyt surowe traktowanie w więzieniu

Od 2016 roku Marcin S-P. był objęty bardzo surowym nadzorem w areszcie. W jego celi przez całą dobę obecny był funkcjonariusz, który obserwował i słuchał wszystko, co działo się w środku. Monitoring obejmował zarówno dzień, jak i noc, a dodatkowo S-P. był narażony na światło i hałas z korytarza. W przypadku potrzeby skorzystania z toalety drzwi były jedynie przymykane. Ten zaostrzony system ochrony, mający zapobiegać samobójstwu i chronić osadzonego przed innymi więźniami, obowiązywał do czerwca 2022 roku i był wielokrotnie przedłużany decyzją dyrektora więzienia.

Mężczyzna poskarżył się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Żaden inny więzień w Polsce nie był objęty tak restrykcyjnym nadzorem. W skardze podnosił, że był traktowany w sposób nieludzki i poniżający, a także doświadczał tortur psychicznych oraz naruszenia prawa do prywatności.

Europejski Trybunał Praw Człowieka rozpatrzył skargę S-P. przeciwko Polsce i zaakceptował polubowne rozwiązanie zaproponowane przez polski rząd. Ministerstwo Sprawiedliwości poinformowało, że rząd przyznał naruszenie praw skarżącego i zaproponował wypłatę 16 tys. euro zadośćuczynienia. S-P. zaakceptował te warunki, a Trybunał uznał, że działania rządu są wystarczające i nie ma potrzeby dalszego rozpatrywania sprawy. Rekompensata ma zostać wypłacona w pierwszych miesiącach 2026 roku.

Afera Amber Gold wraca na wokandę. Sąd zdecyduje nawet o 30 milionach złotych

Marcin S-P. został prawomocnie skazany na 15 lat więzienia w maju 2022 roku, po dziesięciu latach od ujawnienia afery Amber Gold. Do kary zaliczono mu okres tymczasowego aresztowania, który rozpoczął się w sierpniu 2012 roku. Sąd uznał jego oraz byłą żonę Katarzynę za współtwórców piramidy finansowej, która doprowadziła około 18 tys. osób do utraty niemal 600 mln zł. Katarzyna P. została skazana na 11,5 roku więzienia, jednak w 2023 roku odzyskała wolność przedterminowo. Do kwietnia 2026 roku pozostaje pod dozorem kuratora, musi informować o przebiegu okresu próby, pracować zarobkowo i naprawić wyrządzone szkody.

==================================

Viki: Marcin Plichta z domu Stefański, wyjątki:

Po zdaniu matury nie podjął jednak studiów, gdyż uznał je za stratę czasu[4].

Multikasa i wyroki sądowe

W 2005 został skazany za fałszowanie dokumentów, w 2008 za przywłaszczenie 174 tys. zł (sprawa Multikasy), w 2007 i 2009 za oszustwa bankowe (wyłudzenie kredytów na łączną kwotę ponad 140 tys. zł)[5][6]. Do 2012 otrzymał w sumie 9 wyroków[7].

Afera Amber Gold

Jedno z biur Amber Gold

W 2012 roku postawiono mu 25 zarzutów[8], m.in. oszustwa znacznej wartości, poświadczenia nieprawdy w oświadczeniach o podwyższeniu kapitału zakładowego kilku spółek, naruszenie ustawy o rachunkowości oraz Kodeksu spółek handlowych, nieskładanie sprawozdań finansowych spółki, działalność kantorową bez wpisu do rejestru i działalność bankową bez zezwolenia[9][10]. Żona, Katarzyna Plichta, usłyszała 17 zarzutów[10]. Ostatecznie jednak Marcina Plichtę oskarżono o cztery przestępstwa[11], a jego żonę Katarzynę Plichtę o dziesięć.

Po trwającym od 2016 procesie prokuratura zażądała kary 25 lat pozbawienia wolności dla obojga oskarżonych; Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał Marcina Plichtę na 15 lat pozbawienia wolności, a jego żonę – na 12,5 roku. Odczytywanie wyroku trwało od 20 maja do 16 października 2019, gdyż sąd musiał w nim zawrzeć nazwiska wszystkich pokrzywdzonych (ponad 18 tysięcy osób)[12].

Zasadnicze przedsięwzięcie Plichty, Amber Gold, oskarżane jest o bazowanie na tak zwanej piramidzie Ponziego. 16 sierpnia 2012 Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wkroczyła do przedsiębiorstwa i mieszkania Plichtów[13], 17 sierpnia w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku prezes Amber Gold usłyszał zarzut działalności parabankowej (nielegalnego udzielania kredytów klientom Amber Gold), podrobienia dokumentu w celu wyłudzenia poświadczenia nieprawdy[14]. 30 sierpnia 2012 Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe podjął decyzję o aresztowaniu Marcina Plichty na trzy miesiące[15]. Od sierpnia 2012 Marcin Plichta przebywał w areszcie; jego również aresztowana żona zaszła w ciążę z pracownikiem aresztu (oficerem Służby Więziennej)[16].

Marcin Stefański-Plichta planowo ma zakończyć odbywanie kary więzienia 26 sierpnia 2027. 1 października 2024 sąd I instancji oddalił wniosek o przedterminowe zwolnienie[17]. Plichta złożył zażalenie do sądu II instancji[18].

Ryś, zawód wykonywany: „kardynał”. Zachęca do wzajemnego słuchania siebie

…wzajemne słuchanie siebie…


Wyjątek:

„Ja Was zapraszam do WSPÓLNEJ DROGI, do słuchania RAZEM Ducha Świętego, oraz do budowania wspólnoty Kościoła – poprzez wzajemne słuchanie siebie. Do budowania Kościoła wiernych pozostających względem siebie w prawdziwych i żywych relacjach, współodpowiedzialnych, zatroskanych o innych i o jakość kościelnych wspólnot. To zaproszenie możecie też łatwo odnaleźć W SOBIE SAMYCH –

Protest przedsiębiorców przeciwko KSeF. [bandyterka w świetle dnia]

https://reduta.tv/nagranie/protest-przedsiebiorcow-prawicy-przeciwko-ksef

KSeF, to bandyterka w świetle dnia.

Kto rządzi nami w Warszawie? Odwieczne problemy z procentami

Kto rządzi nami w Warszawie? Odwieczne problemy z procentami.

Izabela Brodacka

Najprostsza, wręcz lapidarna odpowiedź na to pytanie jest następująca: Z pewnością nie Rafał Trzaskowski. Jak twierdzą poinformowani, on w ratuszu bywa sporadycznie, wręcz okazjonalnie. Systematycznie nie uczestniczy w najważniejszych spotkaniach rajców, czyli w sesjach Rady Miasta Stołecznego Warszawy. Czyżby wciąż wychodził z bolesnej traumy porażki w kampanii prezydenckiej?

Jakiś czas temu radni dyskutowali i procedowali uchwałę zakazującą nocnej sprzedaży alkoholu. Pan Trzaskowski był nieobecny. To dziwne, ponieważ to on był autorem projektu tej ustawy. Czyżby zmienił zdanie w tej kwestii? Nie wiadomo. Jeśli tak, to nie nowina i nie dziwota. We wszystkich swoich poglądach zdołał już zmienić swoje opinie. Rządzący Warszawą radni Platformy Obywatelskiej byli przeciwni nocnej prohibicji. Pomimo tego, że warszawska policja, straż miejska, lekarze i zwykli obywatele poparli tę ustawę. Policja i straż miejska twierdziły, że będą mieć mniej pracy, gdy pijacy nie będą ich absorbować i zmuszać do nocnych interwencji. Lekarze powiedzieli, że na SOR-ach będą skuteczniej pomagać chorym, nie musząc zajmować się poszkodowanymi w bijatykach i wypadkach pijakami. Mieszkańcy upominali się o ciszę nocną i możliwość spokojnego życia po godzinie 23.

Dla rządzącej stolicą Platformy Obywatelskiej te argumenty nie miały znaczenia. Jej radni, będąc w większości, odrzucili projekt uchwały w sprawie nocnej prohibicji. Przygotowali się do tej sesji bardzo starannie. Na forach internetowych zwoływali członków PO do gremialnego przyjścia na sesję. Kiedy członkowie PO licznie stawili się w ratuszu, zostali wpuszczeni na widownię sali obrad bocznym wejściem, zarezerwowanym dla urzędników, po to, żeby ubiec zwykłych mieszkańców.

Nieliczni warszawiacy, którym udało się wejść do tego pomieszczenia zastali… wszystkie miejsca zajęte. A jeden bezczelny członek i klakier PO zajął trzy miejsca. Rozsiadł się na jednym, a na sąsiednich położył plecak i swoje rzeczy. Można zachowywać się po chamsku w warszawskim ratuszu? Niestety można. Kiedy członek PO robi takie rzeczy straż ratuszowa nie interweniuje. Radni Trzaskowskiego uchwałę odrzucili. Pan prezydent nie zaszczycił tych obrad, podobnie jak znacznej większości pozostałych, swoją wielmożną i łaskawą obecnością. Odbyła się zatem hucpa bezprawia w obliczu uśmiechniętej cynicznie, w ramach wilczego prawa, większości PO. Zarząd i Rada Warszawy realizują ustawę o wychowaniu w trzeźwości, trzymając transparent z napisem: „ Spożywanie wódki sprzyja trzeźwości warszawiaków !!!”. Złośliwcy twierdzą, że taki transparent powinien trzymać minister Kierwiński, pseudonim „Trzeźwy Pogłos”.

W Warszawie jest 3 389 sklepowych punktów sprzedaży alkoholu. Razem z restauracjami i barami jest ich 6 191!. W całej Szwecji, w której są duże miasta, jej powierzchnia jest większa od Polski, a Sztokholm jest wielkością i liczebnością populacji porównywalny do Warszawy, takich punktów jest 430.

Straty wynikające z nadużywania przez Polaków alkoholu są gigantyczne, wręcz niepoliczalne. Są to skutki materialne, moralne, zdrowotne i finansowe. Czy rządzący Warszawą, członkowie Platformy Obywatelskiej świadomie zrealizowali dywersyjny plan destrukcji warszawskiego społeczeństwa?

Rozpijanie społeczeństwa było faktycznie od wieków metodą jego demoralizowania i rozbrajania przez zaborców. Nasze społeczeństwo nadal ktoś usiłuje rozbroić. Walka z alkoholizmem jest zatem zadaniem bardzo ważnym.

Teraz kilka kropli dziegciu do tej beczki miodu. Czy faktycznie najlepszym rozwiązaniem problemu jest prohibicja?

Prohibicja jest kryminogenna. Jak wiadomo skutkiem prohibicji w USA był drastyczny wzrost przestępczości zorganizowanej i przemytu, rozwój nielegalnych barów (speakeasies), oraz produkcja i sprzedaż skażonego alkoholu, co doprowadziło do ślepoty i śmierci wielu ludzi. Wynika z niej także zmniejszenie wpływów podatkowych i wzrost korupcji. Prohibicja w USA została zniesiona w 1933 roku przez 21 poprawkę do Konstytucji. 

Polacy ze swoją mentalnością porozbiorową są bardziej od Amerykanów pomysłowi w omijaniu niemądrego prawa. Czy chcemy doświadczyć tego wszystkiego co Amerykanie? Jak zwykle – ze stuletnim opóźnieniem.

Aby zrozumieć zdecydowane stanowisko Platformy Obywatelskiej w sprawie nocnej prohibicji całkowicie sprzeczne z projektem Trzaskowskiego trzeba zastanowić się jak mówi starożytna zasada prawna „Qui prodest” lub „Cui bono?”, co w obu wersjach oznacza: „kto korzysta” albo „na czyją korzyść to działa” .

Swobodny dostęp do alkoholu jest korzystny dla właścicieli nocnych lokali, nocnych sklepów alkoholowych a także stacji benzynowych na których zaopatrują się „niedopici” rodacy. Na alkoholu zarabia się najwięcej. Szczególnie w nocy gdy klienci mniej czujnie sprawdzają rachunki w restauracji, a pijani nie liczą reszty. Przeciwko ustawie wprowadzającej nocną prohibicję działa więc silne i majętne lobby. Jaki jest związek członkostwa w PO z posiadaniem punktu sprzedaży alkoholu powinni ustalić socjologowie. Z całą pewnością jest to korelacja dodatnia.

Po wprowadzeniu nocnej prohibicji sprzedaż alkoholu przejmą jak to było za komuny różne „babki” i lokalni menele. Bez trudu zaopatrzą się w towar w ciągu dnia. Całkowita prohibicja zaowocuje wzrostem bimbrownictwa a co gorsza podażą trującego alkoholu metylowego powodującego ślepotę i śmiertelne zatrucia. Za czasów komuny powszechnie spożywany był denaturat zwany ze względu na kolor „ jagodzianką na kościach”. Bezspornie powstaną też przestępcze struktury zarabiające na sprzedaży alkoholu tak jak obecnie zarabiają na sprzedaży narkotyków i dopalaczy. Paradoksalnie – łatwy dostęp do alkoholu powoduje zwiększoną liczbę łatwych do opanowania pijackich burd. Dodaje zajęć policji i lekarzom na SOR. Brak dostępu do alkoholu oddaje jego dystrybucję w ręce przestępczości zorganizowanej co owocuje ciężkimi przestępstwami, takimi jak zabójstwa, podpalenia, strzelaniny.

Jak nie staniesz plecy z tyłu.

Smutny przypadek Czech. Od protestantyzmu do ateizmu. [uzup.]

Od protestantyzmu do ateizmu. Smutny przypadek Czech

Piotr Relich pch24/od-protestantyzmu-do-ateizmu-smutny-przypadek-czech

(Źródło: Tilman2007)

Kard. Newman przekonywał, że bezpośrednią konsekwencją protestantyzmu jest ateizm. Chyba nigdzie te słowa nie wybrzmiewają tak silnie jak w Czechach – kraju, w którym herezja rozgościła się wieki temu, a który dzisiaj posiada jedno z najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw świata.

Gdy wdrapujemy się po schodach na praski Zamek w Hradczanach, po przejściu główną alejką naszym oczom ukazuje się spektakularny widok katedry św. Wita. Gotycka bryła strzela pod niebo tysiącem wieżyczek, ściany zdobią niezliczone płaskorzeźby i figury, a wejścia do świątyni broni św. Jerzy zabijający smoka. Po przekroczeniu progu oczy same wnoszą się do góry, chłonąc atmosferę jak z innego wymiaru – kiedy słońce przepuszczone przez szkła witraży tańczy feerią barw na starodawnych kamieniach. Stopniowy zachwyt ustępuje jednak jakiemuś przemożnemu uczuciu pustki, jakby powód, dla którego całe pokolenia z mozołem wznosiły niezwykłą konstrukcję, uległ zapomnieniu.

Choć spoczywają tam wielcy władcy i święci, pozostają jedynie namiestnikami tego miejsca. Gospodarz wydaje się opuścił mury domu, dawno wygnany z serc potomków wielkiego niegdyś narodu. Dopiero w jednej z bocznych naw, schowanej dobrze przed wzrokiem ciekawskich, tli się czerwona lampka. Przypomina, że król wciąż czeka, mimo że ci, którzy podziwiają wspaniałość pałacu, nie wiedzą już do kogo należy.

Dzisiaj Czesi pozostają jednym z najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw świata. Według spisu powszechnego z 2011 roku 10,3 proc. Czechów utożsamia się z katolicyzmem, 0,9 proc. z protestantyzmem, 2,7 proc. z innymi religiami, 6,7 proc. określiło się mianem wierzących bez przynależności do jakiejkolwiek religii. Aż 79,4 proc. określiło się mianem niewierzących, bądź nie zadeklarowało swego wyznania. To znacznie więcej niż w komunistycznych Chinach, zdominowanej przez materializm Japonii czy Wielkiej Brytanii, przez którą przetoczyła się krwawa protestancka rewolucja.

Bo choć w znacznej mierze za laicyzację czeskiego społeczeństwa odpowiadają komuniści, ziarno anty-ewangelii trafiło tam na podatny grunt. Wieki herezji zrodziły obsesyjny wręcz antykatolicyzm, na którym ostatecznie zbudowano fundamenty nowoczesnego narodu.

Od herezji Husa do klęski pod Białą Górą

Kiedy wydawało się, że narody chrześcijańskie na dobre poradziły sobie ze średniowiecznymi kacerzami – Bogomiłami, Albigensami czy Begardami, bunt przeciwko nauce Kościoła narodził się w samym sercu Christianitas. Rewolucyjna myśl Jana Wiklefa, który negował wolną wolę i transsubstancjację, odrzucał spowiedź, zaprzeczał potrzebie istnienia hierarchii i prymatu papieskiego oraz przekonywał do odebrania majątków kościelnych, znalazły bezpieczną przystań w osobie Jana Husa, rektora Uniwersytetu Karola IV w Pradze.

Spalony na stosie w Konstancji (1415 r.) Hus momentalnie stał się nie tylko symbolem sprzeciwu wobec władzy duchowej, ale wobec cesarza Zygmunta Luksemburskiego. W królestwie Czech wybuchło powstanie, a przeciwko zwolennikom praskiego duchownego (nazwanych od jego nazwiska Husytami), wyprawiono aż cztery wyprawy krzyżowe.

Choć współczesna historiografia przedstawia powstania husyckie głównie jako konflikt polityczny, nie można nie zauważyć, że religijne podłoże zdecydowanie odróżnia je na tle ówczesnych wydarzeń. Husyci, autentycznie przekonani co do słuszności tez swojego mistrza, walczyli z fanatyczną zaciekłością. Cesarskie armie raz po raz rozbijały się o taboryckie czworoboki, aż w końcu Czesi zachowali część heterodoksyjnych praktyk za cenę pokoju. Formalnie zniknął osobny stan duchowny, a rewolucja protestancka zadomowiła się w Czechach na niespełna sto lat przed wystąpieniem Lutra.

Mimo tytanicznego wysiłku kontrreformacyjnego, dzięki któremu wiele rodów szlacheckich powróciło na łono Kościoła, dwieście lat po wystąpieniu Husa, Czechy ponownie obrały kurs na konfrontację z papiestwem i cesarstwem. W 1618 r. pod pretekstem ochrony wspólnoty Braci Czeskich (wywodzącej się z husytyzmu) przed „ofensywą katolicyzmu”, zwołano w Pradze Sejm Krajowy. Wysłanych przez cesarza posłów wyrzucono z królewskiego gmachu przez okno, co przejdzie do historii jako akt defenestracji praskiej. Ulica stanęła po stronie wichrzycieli, a niekatolicy już wkrótce musieli uznać wyższość wojsk cesarskich pod Białą Górą (1620). Wydarzenia w Czechach zapoczątkowały pierwszą wielką wojnę religijną, która w trzydzieści lat zamieniła całe połacie Europy w jałowe pustkowie.

Rządy Habsburgów związane były z próbami restauracji katolicyzmu, rozkwitem sztuki barokowej czy wprowadzaniem jezuickiego systemu edukacji. Wokół tego okresu narosło jednak wiele mitów, jakoby myśl katolicka stanowiła synonim opresji narodu czeskiego. W XIX wieku sprzeciw wobec Kościoła rzymskiego stał się częścią składową procesu rodzącej się myśli narodowościowej Czechów. Przejście na katolicyzm odczytywano niemalże jak akt zdrady, a dodatkowo historiografia marksistowska upatrywała w katolicyzmie narzędzia ucisku klasowego i germanizacji czeskiego społeczeństwa. W języku utrwaliły się negatywne pojęcia jak „jezuici” – funkcjonariusze aparatu opresji, czy „barok”, jako emanacja ducha katolicyzmu.

Karmienie powyższych resentymentów dało o sobie znać bardzo mocno po 1918 r. Czesi uczcili świeżo uzyskaną niepodległość niszczeniem miejsc kultu, paleniem kościołów, a nawet napadami na księży. Na praskim rynku głównym runął posąg Matki Bożej, symbolicznie „powieszonej” za szyję. Obiektem nienawiści padły liczne pomniki św. Jana Nepomucena – zniszczono słynne „nepomuki” w Pradze, Kladnie, Dobrovicach czy Krušovicach. W latach 1919-1921 kościół katolicki opuściło ponad 1,2 mln wiernych, czemu towarzyszyło masowe przechodzenie do tzw. Kościoła Czechosłowackiego, zwanego również Czechosłowackim Kościołem Husyckim.

Nic dziwnego, że po 1945 r., czechosłowaccy komuniści mieli niezmiernie ułatwione zadanie. Materialistyczna ideologia doskonale współgrała z antykatolickim nastawieniem, z czasem rozszerzonym na wszystkie wyznania. Dzieła dechrystanizacji kraju dopełnił liberalizm obyczajowy, który wdarł się do Czech po 1989 r.

Requiem dla wiary

Opis upadku chrześcijaństwa w Czechach byłby jednak niepełny bez zwrócenia uwagi na same cechy protestantyzmu, które przywołany już kard. Newman uznał za sprzyjające sekularyzacji. Konwertyta z anglikanizmu i doktor Kościoła przekonuje, że indywidualizm interpretacji Pisma Świętego prowadzi do nieuchronnego subiektywizmu, co skutkuje rozmyciem Prawdy, utraty pewności wiary i ostatecznie do zwątpienia i ateizmu. Podobne skutki powoduje również wywodzący się z protestantyzmu racjonalizm, redukujący wiarę do zjawiska czysto intelektualnego i moralnego. Eliminacja wymiaru duchowego i transcendencji powoli zabija atrakcyjność wiary, przez co staje się pusta, niesatysfakcjonująca i ostatecznie – niepotrzebna.

Recepty na zjawisko utraty wiary kard. Newman upatrywał w powrocie na łono Kościoła katolickiego, podtrzymującego sukcesję apostolską, spójność doktryny, chroniącego skarb Tradycji, a przede wszystkim – utrzymującego swój transcendentny i metafizyczny charakter.

Niestety, na skutek obecności ponad pięciu wieków herezji, wielu Czechów dzisiaj nie ma dokąd wracać. A wyzierającej z ateizmu duchowej pustki nie jest w stanie zapełnić nawet najdoskonalsze piwo, najpiękniejsze zabytki, malownicze krajobrazy, a nawet cięty humor i dystans do siebie.

Piotr Relich

================

mail:

Warren w swej „Historii Kościoła” (najlepsze opracowanie  historii powszechnej Europy jaką znam, bo Europa została stworzona PRZEZ CHRZEŚCIJAŃSTWO/Kościół)  – podaje nazwiska tych 2 posłów i taki piękny szczegół – otóż gdy pochwycili go z zamiarem defenestracji (to zdaje się taka czeska „świecka tradycja” bo 1949r. któregoś ze swych przywódców (Jana Masaryka) – też defenestrowali.

  • Otóż w tym momencie on krzyknął –„Najświętsza Panienko ratuj” 

„Niech cię teraz ratuje” -odkrzyknęli 

  • spadł na kupę świeżego obornika KTÓRY WŁAŚNIE TAM LEŻAŁ – podniósł się, otrzepał, i uciekł.

Homo Sovieticus, czyli Ukrainiec w Polsce

Homo Sovieticus, czyli Ukrainiec w Polsce

Ukraina przestaje istnieć, ale Ukraińcy NIE!

DR IGNACY NOWOPOLSKI FEB 21

W ogromie problemów, które zaistniały przez 30 lat funkcjonowania Polski & innych Państw Europy Środkowej w globalizmie, nie najmniejszym jest problem ukraiński.

W polskiej świadomości identyfikowany jest głównie poprzez banderowskie zjawisko.

Natknąłem się niedawno na filmik „w ukraińskiej mowie”, gdzie mieszkające we Wrocławiu Ukrainki, wyrażały zdanie, że w tym mieście zarówno Polacy, jak Ukraińcy są „gośćmi”. W tym momencie warto by zadać pytanie, kim są Ukraińcy we Lwowie?. Ale ponieważ „z banderowcami się nie dyskutuje, do banderowców się strzela”, nie podejmę tego wątku.

Muszę jednak wyrazić pogląd, że jedną z wielu zbrodni globalistycznych reżimów w III RP (PO & PiS), było przygarnięcie 3 milionów Ukraińców na naszej ziemi i na nasz koszt.

Przy czym truizmem jest stwierdzenie, że Polska Racja Stanu wymagała całkowitej neutralności w tym konflikcie.

Teraz kiedy wojna kończy się totalną katastrofą Kijowa, a bezczelność diaspory ukraińskiej osiąga nowe szczyty, należy przeanalizować i ten post globalistyczny problem.

Banderowcy to taki gatunek białych słowiańskich murzynów, których jednoczy jedno; nienawiść do wszystkich pozostałych nacji świata. Oczywiście im bliższa nacja, tym większa nienawiść.

Banderowiec jest gnuśny, leniwy i zawistny.

Ponieważ sam nie jest nic w stanie stworzyć, to swą negatywną energię kieruje na mordowanie znienawidzonych nacji. Czerpie z tego ukojenie diabelskiej duszy i podświadomego kompleksu niższości.

Truizmem jest stwierdzenie, że nie wszyscy obywatele Ukrainy mieszkający w Polsce, są bandytami.

Ci ze wschodniej jej części są najczęściej etnicznymi Rosjanami. Podkreślam, że to określenie nie jest obraźliwe, ale wręcz przeciwnie jest komplementem z mej strony. Dotyczy to nie tylko Rosjan ze wschodniej Ukrainy, ale z samej Rosji, a także z Białorusi i innych byłych republik sowieckich.

Emigrują oni nie dlatego, że bomby spadają im na głowy – bo nie; ale z potrzeby de-bolszewizacji! I trzeba to uszanować!

Jednym z tego przykładów jest Daria, która w poniższym materiale ukazuje różnice pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Przy czym, jakby można przypuszczać, nie jest to porównanie plusów i minusów obu nacji, ale ukazanie post-bolszewickiej natury jej współrodaków. Niewątpliwie słusznie zakłada, że pozytywne cechy Ukraińców po prostu nie istnieją. Wyraża za to nadzieję na ich rychłą de-sowietyzację.

Warto z uwagą wysłuchać (obejrzeć) ten materiał, gdyż zawiera wiele trafnych spostrzeżeń, które z powodzeniem odnoszą się nie tylko do banderowców, ale także „polskojęzycznych europejczyków” (Volksdeutsch-ów), czyli elektoratu Gauleitera tuska.

Poniższy film jest w języku polskim. Zapraszam do uważnego obejrzenia!

=============================================

NIGDY SIĘ NIE POROZUMIEJĄ POLACY A UKRAIŃCY / Różnice mentalnościowe Ukraińców a Polaków

=================================

M. Dakowski:

Ja bym powiedział, za prof. Feliksem Konecznym:

My się jeszcze jakoś trzymamy przy Cywilizacji Łacińskiej, a na byłej Rusi miota się mieszanka cywilizacyj zwana atrocinium magnum.

4 tys. km samotnej, pieszej pielgrzymki do Santiago de Compostela: Zadośćuczynić Bogu za moje grzechy.

4 tys. km samotnej, pieszej pielgrzymki do Santiago de Compostela: Zadośćuczynić Bogu za moje grzechy.

4 tys. km samotnej, pieszej pielgrzymki: Chciałem zadośćuczynić Bogu za moje grzechy

pch24.pl/4-tys-km-samotnej-pieszej-pielgrzymki-zadoscuczynic-bogu-za-moje-grzechy

(Oprac. PCh24.pl)

„W latach studenckich odszedłem od Boga, nie chodziłem do kościoła, nie przyjmowałem sakramentów. Paradoksalnie to co powinno mnie jeszcze bardziej od Boga oddalić, czyli moja choroba, którą zdiagnozowano u mnie kiedy miałem 22 lata, przywróciła mnie Bogu. Po wyjściu ze szpitala, pierwsze kroki skierowałem do kościoła i tak rozpoczął się powrót „syna marnotrawnego” do Ojca”.

Z Mateuszem  Kakareko o jego pieszym pielgrzymowaniu z Białegostoku do Santiago de Compostela (około 4 tys. kilometrów) rozmawia Adam Białous.

Jak zrodziła się w tobie myśl o samotnej pieszej pielgrzymce do Santiago de Compostela?

Po raz pierwszy taka myśl zaświtała mi w głowie już w roku 2018. Wówczas przygniatało mnie wiele problemów. Ich rozwiązania szukałem w różnych miejscach i na różne sposoby, ale problemy nie znikała, a wręcz przeciwnie nasilały się. W końcu, w tym właśnie roku 2018, postanowiłem poprosić o pomoc Boga i zadośćuczynić za grzechy mojej młodości. Wtedy przyszła mi na myśl samotna piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela.

Nie bałem się wysiłku fizycznego, gdyż od nastoletniego wieku uprawiam sport. Fascynacja sportem zdecydowała też o wyborze kierunku moich studiów – Wychowanie Fizyczne.  

Pierwszą próbę dojścia do Santiago podjąłem w roku 2019. Niestety przeliczyłem swoje siły. Po przejściu 50 km zaliczyłem kontuzję i nie mogłem dalej iść pieszo. Zadzwoniłem do rodziców, aby przekazać im tę informację. Oni zaraz przyjechali, żeby mnie zabrać do domu.

Ale ja nie myślałem się tak łatwo poddać. Obiecałem przecież Bogu, że nawiedzę Santiago, to było dla mnie bardzo ważne. Poprosiłem rodziców, żeby zawieźli mnie do Warszawy na lotnisko, abym mógł  dolecieć do jakiegoś miejsca, z którego po krótkiej rehabilitacji, pieszo ruszyłbym do Santiago.

Udało się?

Tak. Rodzice zgodzili się. Najpierw samolotem, a potem pociągiem dotarłem do francuskiego miasta San – Jean- Pied-de- Port, od którego zaczynał się główny szlak wiodący do Santiago de Compostela. Tam wykurowałem się i, dzięki Bożej pomocy, udało mi się pieszo pielgrzymować do Santiago. Ten szlak nie był taki krótki, bo w sumie przeszedłem nim około 800 km. To było najwyraźniej tyle, ile mogłem przejść w owym czasie.

Już ta moja pierwsza pielgrzymka do Santiago bardzo mnie odmieniła. Zmieniła mój sposób myślenia z laickiego, na myślenie wierzącego katolika. Peregrynacja do Santiago była tak cudowna, że wtedy zapragnąłem jeszcze kiedyś znów ją przeżyć. 

Czy przed rokiem 2025 pielgrzymowałeś do Santiago jeszcze raz?

Tak. To było w roku 2022. Wybrałem się wtedy na pielgrzymkę do Fatimy. Samolotem dotarłem do Lizbony, a z tego miasta pieszo do Fatimy. Pierwotnie wcale nie zamierzałem ruszać gdzieś dalej. Jednak w Fatimie spotkałem pewnego polskiego kapłana pochodzącego z okolic Rzeszowa oraz jego dwóch towarzyszy. Od słowa do słowa i po niedługiej nardzie postanowiliśmy razem udać się z Fatimy do Santiago. W tej pielgrzymce przeszliśmy razem 675 km. Do Santiago prowadzi bardzo wiele szlaków z różnych krajów Europy. Pielgrzymi wytyczali je przez setki lat.

A ty w roku 2025 postanowiłeś wytyczyć swój własny szlak ?

Można tak powiedzieć. We mnie nadal było pragnienie, żeby wyjść z domu i pieszo dotrzeć do sanktuarium św. Jakuba w Santiago de Compostela. Tak się dziwnie złożyło, że w grudniu 2024 dowiedziałem się w pracy, że nie przedłużą ze mną umowy. Najpierw chciałem od razu szukać nowego zatrudnienia, lecz później przyszła do mnie myśl, że może to Bóg podarował mi ten czas, abym mógł spełnić pragnienie mego serca.

Kiedy pracowałem, zaoszczędziłem trochę pieniędzy, miałem więc środki na zakup żywności i, jeżeli byłoby to potrzebne, opłatę noclegów podczas pielgrzymki. Największy kłopot był z rodzicami, którzy zamartwiali się tym, czy mi się co złego nie przytrafi po drodze i mocno odradzali mi tą samotną peregrynację. Za to brat wspierał mnie w moim zamiarze. Żony i dzieci, jak na razie, nie mam, więc ich nie musiałem prosić o zgodę.

I jak to twoje „mega” pielgrzymowanie zaczęło się?

Tak jak zamierzyłem, wyruszyłem z domu, który znajduje się na obrzeżach Białegostoku. Peregrynację rozpocząłem w maju, miesiącu poświęconym Maryi. Najpierw szedłem szlakiem, którym co roku w sierpniu podążają uczestnicy pielgrzymki z Białegostoku do Częstochowy. Z tą pielgrzymką wędrowałem w roku 2023 i 2024, więc znam ten szlak. Miałem ze sobą plecak, a w nim m.in. mały namiot, śpiwór, karimatę, ale właściwie rzadko z nich korzystałem. Bóg mnie tak prowadził, że przeważnie, kiedy mówiłem dokąd zmierzam, dobrzy ludzie udzielali mi noclegu i poczęstunku.

W jakich intencjach pielgrzymowałeś?

Główna intencja była pokutna – zadośćuczynienie za moje grzechy i te popełnione w mojej rodzinie. W latach studenckich odszedłem od Boga, nie chodziłem do kościoła nie przyjmowałem sakramentów. Paradoksalnie to co powinno mnie jeszcze bardziej od Boga oddalić, czyli moja choroba, którą zdiagnozowano u mnie kiedy miałem 22 lata, przywróciła mnie Bogu. Po wyjściu ze szpitala, pierwsze kroki skierowałem do kościoła i tak rozpoczął się powrót „syna marnotrawnego” do Ojca.

Motorem, który pomógł mi w roku 2025 pokonać pieszo te ponad cztery tysiące kilometrów mojej pielgrzymki w pogodę i niepogodę, była miłość do Boga.    

Ludzie pomagali?

Już pierwszego dnia pielgrzymki, w ciągu którego przeszedłem około 30 km. Dotarłem do niedużego miasta Suraż nad Narwią. Podszedłem do, stojącej przy kościele, figury Maryi i zacząłem odmawiać Różaniec. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się ksiądz, który zapytał dokąd podążam. Kiedy mu powiedziałem, zaprosił mnie na plebanię, na kolację i udzielił noclegu. W ten sposób ludzie mi często pomagali, pojawiali się zazwyczaj, kiedy mówiłem Różaniec.

Dobrze zapamiętałem szczęśliwe zdarzenie, które spotkało mnie w Niemczech. Kiedy szedłem przez jakieś miasteczko, z jednego z domów wybiegła kobieta i zapytała mnie gdzie idę. Powiedziałem jej wszystko zgodnie z prawdą. Wtedy ona zaprosiła mnie na przyjęcie urodzinowe jednego z jej dzieci, które właśnie trwało w ich domu. Za stołem siedziała cała rodzina. Przyjęli mnie niezwykle ciepło. Ludzie byli dla mnie dobrzy i bardzo uczynni we wszystkich krajach, jakie przemierzałem. Nigdzie nie spotkałem się z wrogością. 

Czy na trasie pielgrzymki doświadczyłeś Bożego wsparcia, potrzebnego do tego, aby pokonać trudy tak długiej drogi? 

Często go doświadczałem. Jak powiedziałem wcześniej, zawsze miałem gdzie spać i co zjeść. Na najtrudniejszym odcinku w Hiszpanii, gdzie były bardzo wysokie temperatury, nigdy nie zabrakło mi wody. Właśnie w Hiszpanii miałem najpoważniejszą kontuzję. „wysiadło” mi kolano. Z trudem chodziłem, jednak postanowiłem nie poddawać się i iść dalej. Wtedy szczególnie dużo się modliłem i ku memu zdziwieniu, kontuzja nie rozwinęła się, ale ustąpiła. 

Jaka była trasa twojej peregrynacji?              

Z Białegostoku najpierw doszedłem do Częstochowy, na Jasną Górę, aby pokłonić się Królowej Polski. Później moja trasa wiodła przez Opole, Nysę, wszedłem do Czech, następnie pielgrzymowałem przez Niemcy, Szwajcarię, Francję, w której nawiedziłem sanktuarium w Loudres i tam wszedłem na utarty przez setki lat szlak do Santiago de Compostela. Dziennie pokonywałem średnio 30 km. Do Santiago de Compostela dotarłem 3 września. Czułem jednak pewien niedosyt, więc poszedłem jeszcze do Matki Bożej, do Fatimy podziękować Jej za spełnione marzenie. Dotarłem tam 17 września. W sumie pielgrzymowałem pieszo 133 dni. 

Może doświadczyłeś czegoś niezwykłego, co było związane z twoją pielgrzymką?

Takie wydarzenie miało miejsce jeszcze przed wyruszeniem na szlak. Otóż w latach młodzieńczych brałem udział zapasach (wrestling). Któregoś razu tak nieszczęśliwie uderzyłem twarzą w linę bariery, że złamałem nos. Od tej pory, wskutek krzywienia przegrody, miałem poważne problemy z oddychaniem. Wiedziałem, że z tak uszkodzonym nosem nie uda mi się przejść ponad 4 tys. km. Poszedłem więc do kościoła i powiedziałem szczerze Jezusowi „Musimy tę pielgrzymkę przesunąć w czasie. Pójdę na operację przegrody, a potem ruszę do Santiago”.

Kiedy wyszedłem ze świątyni, zauważyłem że jakoś mi się tak fajnie oddycha nosem, po prostu bez problemów. Lekarz powiedział, że nie wie jak to się stało, ale moja przegroda się wyprostowała i jest taka, jaka powinna być. Ja wiedziałem czyja to „sprawka”. Dobry Bóg zrobił mi tą operację zupełnie bezboleśnie i błyskawicznie, żebym nie musiał zwlekać z pielgrzymką. Do tego zrobił to, zanim zdążyłem Go poprosić o uzdrowienie.   

Czy wiele osób pielgrzymowało do Santiago w roku 2025?

To był rekordowy rok. Słyszałem w mediach, że nigdy wcześniej tak wielu pielgrzymów, nie szło szlakami wiodącymi do tego sanktuarium. Widziałem to zresztą na własne oczy, w niektórych miejscach na szlaku pielgrzymi szli, można śmiało powiedzieć, tłumnie. To byli  ludzie chyba ze wszystkich stron świata i co ciekawe spotkałem nawet kilku ateistów, którzy szli do Santiago w poszukiwaniu sensu życia.

Każdy każdemu, jak tylko mógł, pomagał. Jeden w stosunku do drugiego był bardzo serdeczny. Na noclegach mieliśmy wspólne kolacje i głębokie rozmowy. A potem prysznic i do łóżka, bo po przejściu 30 km, często w upale, sen jest czymś najprzyjemniejszym na świecie.  

Czy twoja podróż miała charakter duchowy, modlitewny?

Jak najbardziej. Po drodze wiele się modliłem – dziękczynnie, błagalnie i przepraszając za grzechy moje i innych. Zaczynałem od czytań, jakie na każdy dzień wyznacza liturgia Kościoła. Po drodze była modlitwa różańcowa, Koronka do Bożego Miłosierdzia i rozważanie Ewangelii.

Od pięciu lat prowadzę dziennik. Również podczas pielgrzymek. Wieczorami opisywałem miniony dzień mojej peregrynacji, również moje przeżycia duchowe oraz czytałem fragment ulubionej lektury „O naśladowaniu Chrystusa” autorstwa Tomasza a Kempisa. Ta moja wymarzona pielgrzymka życia, bardzo rozwinęła i wzmocniła moją wiarę. Dla czytelników mam takie przesłanie – modlić się, ufać Bogu i nie zamartwiać się.

Dziękuję za rozmowę

Tekst i zdjęcia Adam Białous

Szalom Azulai powinien dostać Nobla – głosi rabin Szalom Ber Stambler. Za handel narkotykami i pranie brudnych pieniędzy, ok. 3 mld zł.?

Szalom Lior Azulai oskarżony o handel narkotykami i pranie pieniędzy.

Rabin Szalom Ber Stambler twierdzi, że [ten drugi Szalom] jest pobożny i powinien dostać Nobla

21.02.2026 nczas/szalom-lior-azulai-oskarzony-o-handel-narkotykami-i-pranie-pieniedzy-rabin-twierdzi-ze-jest-pobozny-i-powinien-dostac-nobla

szalom lior azulai
NCZAS.INFO | Szalom Lior Azulai / prnt scrn polsatnews.pl

Dwóch obcokrajowców zostało oskarżonych o pranie brudnych pieniędzy na terenie Polski. Jeden z nich to Żyd Szalom Lior Azulai [w 2022 roku zgodził się na publikację wizerunku – red.], który przekonuje, że jest niewinny.

Gigantyczne środki pochodzące z obrotu narkotykami, ok. 3 mld zł, poddawane były tzw. praniu pieniędzy, czyli ich legalizacji. Jedna ze spółek, która była „operatorem” tych transferów, działała na terenie Polski. Rachunki obsługiwał bank w Skierniewicach – powiedział po wczorajszym posiedzeniu sądu prokurator Marcin Kucharski i dodał, że jest to „absolutnie nietypowa sprawa”. W obronie Żyda staje rabin Szalom Ber Stambler, który naciska, by Szalom Lior Azulai mógł wyjechać z kraju.

„Onet” podkreśla, że jest to „największe zabezpieczenie środków w historii polskiej prokuratury”.

„Śledczy z Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej we Wrocławiu już w 2018 r. zabezpieczyli na kontach Banku Spółdzielczego w Skierniewicach 1,4 mld zł. Postępowanie było prowadzone w kierunku handlu narkotykami i prania brudnych pieniędzy” – czytamy.

Sprawa sięga jeszcze czasów rządów PiS. Ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro przekazał informację o „największym w historii prokuratury” przejęciu brudnych pieniędzy.

Prokuratura ustaliła, że mafia, którą miał kierować Szalom Lior Azulai przemycała do 100 kg kokainy miesięcznie. Ukrywana była ona w generatorach prądu. Wartość nielegalnego interesu łącznie przekroczyła 3 mld zł.

Pieniądze prano przez kryptowaluty oraz sieć spółek pośredniczących. Spółkami zarządzał Iwan M. L. Obaj oskarżeni twierdzą, że są niewinni.

W piątek w Sądzie Okręgowym w Warszawie zjawili się obaj oskarżeni. Obrońca Szaloma Liora Azulaaia, adw. Ryszard Kalisz złożył wniosek o zniesienie środka zapobiegawczego w postaci zakazu opuszczania kraju.

„Przypomnijmy, że Azulai, obywatel Izraela, w 2022 r. opuścił areszt po wpłaceniu kaucji. Od tamtego czasu sąd nie pozwala mu wyjeżdżać z Polski. Mężczyzna ma rezydencję w Panamie. Prokuratura obawia się, że jeśli opuściłby Polskę, to już by nigdy do niej nie wrócił” – podaje onet.pl.

Sąd ma podobne obawy, co śledczy.

– Według sądu nie można uchylić tego środka, ponieważ postępowanie w sprawie nadal się toczy, a argumentacja obrońcy dyskredytuje zebrany materiał dowodowy praktycznie w całości. O ile obrońca jak najbardziej ma do tego prawo, o tyle sąd nie może sobie pozwolić na tym etapie na takie potraktowanie materiału – powiedziała sędzia prowadząca.

– Sąd rozumie, że postępowanie toczy się długo, że oskarżony z całą pewnością cierpi, będąc rozłączony ze swoją rodziną i środowiskiem, ale zarzuty stawiane oskarżonemu w tej sprawie są na tyle poważne, że dalsze stosowanie środków zapobiegawczych jest niezbędne. Uchylenie tego środka miałoby taką konsekwencję procesową, że dalsze kontynuowanie postępowania bez oskarżonego nie byłoby możliwe – dodała.

Głos zabrał rabin Szalom Ber Stambler. Wygłosił on „świadectwo” na temat oskarżonego.

– Poznałem go, odkąd wyszedł na wolność. Muszę powiedzieć, że znam go głęboko. Jestem jego opiekunem duchowym. Kiedy go przedstawiam innym, to mówię, że on powinien dostać nagrodę Nobla – przekonywał rabin.

– On przez 1,5 roku jest zupełnie sam w Polsce. Jest odizolowany od rodziny i to wytrzymuje. Pojawia się u nas na modlitwie trzy razy dziennie, bez względu na pogodę i humor. Ja widzę, jak bardzo mu jest ciężko. Jego 6-letni syn bierze udział w konkursie wiedzy biblijnej i zaraz wybiera się na finał do Nowego Jorku. Jego żona złapała tego syna, jak czytał w wyszukiwarce Google o swoim tacie. I w ten sposób dopiero dowiedział się, jakie zarzuty są stawiane jego ojcu – kontynuował.

W przerwie posiedzenia prokurator, który sformułował akt oskarżenia w sprawie powiedział, że zarówno handel narkotykami jak i pranie brudnych pieniędzy miały miejsce z udziałem obu głównych oskarżonych.

– W mojej ocenie istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo popełnienia tych czynów. W ramach postępowania ustaliliśmy, że gigantyczne pieniądze pochodzące z obrotu narkotykami, ok. 3 mld zł, poddawane było tzw. praniu pieniędzy, czyli ich legalizacji. To już odbywało się m.in. na terenie Polski. Jedna ze spółek, która była „operatorem” tych transferów działała na terenie Polski. Rachunki tych spółek obsługiwał bank w Skierniewicach – powiedział „Onetowi” Marcin Kucharski z Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej we Wrocławiu.

Dodał, że prokuratura wykonała ogromną pracę, a sprawa jest „absolutnie nietypowa”.

– Sposób zabezpieczania się grup przestępczych, żeby to nie wyszło, jest bardzo skomplikowany. Służby polskie działały w naprawdę znakomitej kooperatywie ze służbami amerykańskimi, izraelskimi, belgijskimi, czy np. śledczymi z Chile. To pozwoliło na połączenie tych nitek i doprowadziło do nietypowego aktu oskarżenia – podkreślił Kucharski.

Sam Żyd w rozmowie z „Onetem” zapewnia, że „absolutnie w żaden sposób nie jest związany ze sprawą”.

– To jest nagonka i budowanie sprawy na podstawie zeznań jednego funkcjonariusza z USA. Od samego początku próbuję tłumaczyć, że w żaden sposób nie jestem z tym związany. Na ostatniej rozprawie w grudniu 2025 r. również potwierdziłem, że nie mam z tym nic wspólnego. To stwarzanie sprawy, która nie ma żadnych podstaw prawnych – głosił Szalom Lior Azulai.

Kolejna rozprawa ma odbyć się 27 marca. Zeznawać ma jeden z biegłych z zakresu kryptowalut.

=============

mail:

mail:

Słuszna inicjatywa pana rabina. Jednak myślę, że 3 mld. to za niski próg: Takich jest pełno. Zacząłbym od 20 miliardów, ale z 10% prowizji dla Komitetu Noblowskiego co nie??

Krajowa Rada Konfidentów?

Krajowa Rada Konfidentów?

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 21 lutego 2026 michalkiewicz

W przeddzień św. Walentego, którego Jasnogród obwołał patronem bzykających się, Sejm skierował do komisji nadzwyczajnej ustawę o „osobie najbliższej”. Kto to jest „osoba najbliższa”? To proste, jak budowa cepa. To ta osoba, z którą inna osoba akurat się bzyka. Rzeczywiście; żeby się pobzykać, najpierw trzeba się zbliżyć, to znaczy – odbyć bliskie spotkanie III stopnia – no a potem albo paciakujemy w popielnik – w przypadku „osób najbliższych” płci męskiej – albo mlaskamy się po klitorisach – w przypadku „osób najbliższych” płci żeńskiej. Bo trzeba nam wiedzieć, że chodzi o takie „osoby najbliższe”, które należą do tej samej płci.

Pierwotnie bowiem ustawa miała inny tytuł – o małżeństwach jednopłciowych – bez których, z zagadkowych przyczyn, nie może wytrzymać Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula – ale pruderyjne PSL, które nie chce utracić poparcia gospodyń wiejskich – zmieniło tę nazwę na obecną. Dlaczego Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nie może wytrzymać bez „małżeństw jednopłciowych” – tajemnica to wielka, na którą pewne światło rzuca rosyjskie porzekadło, zwane dzisiaj „kremlowską narracją”: „każdy durak po swojemu s uma schodit” – co się wykłada, że każdy wariat wariuje na swój sposób – ale to tylko część prawdy. Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna nigdy się do tego nie przyzna, podobnie jak obywatel Tusk Donald – że nalegając na ustawowe uregulowanie bzykania między osobami tej samej płci, wykonują zadania zlecone przez promotorów komunistycznej rewolucji, która przewala się przez Europę i Amerykę Północną, gdzie próbuje wyhamować jej postępy prezydent Trump, do którego z tej właśnie przyczyny zieje nienawiścią warszawski Judenrat, a za nim – cały Jasnogród.

Kiedy byłem jeszcze działaczem UPR, przed jakimiś wyborami zadzwonił do mnie przedstawiciel sodomczykowskiego stowarzyszenia „Lambda” z zapytaniem, jaki jest nasz stosunek do „małżeństw homoseksualnych”. Odpowiedziałem, że negatywny, z tej przyczyny, że małżeństwo ma ściśle określone znaczenie i jeśli „małżeństwami” zacznie się nazywać coś całkiem innego, stworzy się chaos semantyczny. Jeśli coś ma cztery nogi i oparcie, to nazywamy to krzesłem, a jeśli oparcia nie ma – to stołem – i nie powinniśmy tych znaczeń mieszać. – Ale skoro już pan zadzwonił, to niech mi pan powie, dlaczego wam tak zależy na urzędowym uregulowaniu tej sprawy? – Bo bez tego nie możemy po sobie dziedziczyć, ani na przykład uzyskać informacji w szpitalu. – Jak to „nie możecie”, kiedy przecież możecie – na przykład zapisać sobie nawzajem majątki w testamencie, a co do szpitali – to wystawić sobie nawzajem pełnomocnictwa? – No tak – odpowiedział mój rozmówca – ale wtedy płacilibyśmy podatek od spadków. – Aaaa, to tak mi pan mów! – odparłem. – UPR jest za zniesieniem podatku od spadków, więc możecie śmiało na nas głosować. Więc ta cała retoryka „godnościowa” to tylko zasłona dymna, która ma skrywać rewolucyjną inspirację ze strony żydokomuny.

Mam tedy nadzieję, że żadnej takiej ustawy nie będzie, bo pan prezydent Nawrocki wypocin Wielce Czcigodnej Kotuli Katarzyny i niemniej Czcigodnego Kosiniaka-Kamysza Władysława nie podpisze. Natomiast grozi nam coś znacznie gorszego w postaci „planu B” obywatela Żurka Waldemara, który wykombinował „mędrek wykrętów chytrych”, czyli pan prof. Andrzej Zoll. Jak wiadomo, nakazana nam przez Naszą Złotą Panią z Berlina w roku 2017 walka o praworządność, zatacza coraz szersze kręgi, więc siłą rzeczy wkroczyła już w rejony psychiatryczne. W tym szaleństwie jest jednak metoda – a potwierdzenia tego podejrzenia dostarcza nam właśnie „plan B”. Przewiduje on, że na wypadek, gdyby pan prezydent Nawrocki nie podpisał ustawy przeforsowanej w Sejmie przez obywatela Żurka Waldemara, to on spróbuje obejść tę przeszkodę w sposób następujący: organizacje sędziowskie wysuną kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, Sejm ich wybierze i będzie gites-tenteges – niby zgodnie z ustawami.

Jest atoli pewien problem, na który zwracam uwagę od dawna, a poruszyłem go również podczas panelu na temat sądownictwa w ramach KINGS, zwołanego z inicjatywy Grzegorza Brauna w Łochowie. Chodzi o obecność agentury w środowisku sędziowskim. Podczas wspomnianego panelu, uczestniczący w nim pan sędzia Piotr Schab zwrócił mi uwagę, że mówiąc, iż środowisko sędziowskie jest naszpikowane konfidentami, jak sztufada słoniną, nie mam na to żadnego dowodu. Odpowiedziałem, że jeszcze tego brakowało, żeby prosty felietonista dysponował na tę okoliczność twardymi dowodami. To by znaczyło, że nasze państwo to wydmuszka. Ale – ciągnąłem dalej – pan sędzia jeszcze lepiej ode mnie wie, że są tak zwane procesy poszlakowe, w których nie ma żadnych twardych dowodów, ale oskarżeni bywają skazywani – bo poszlaki układają się w logiczną całość. Otóż w sprawie agentury w środowisku sędziowskim tak właśnie jest.

Nie chodzi już nawet o to, że środowisko sędziowskie, wbrew nadziejom naiwnego pana prof. Adama Strzembosza, wcale samo się nie zlustrowało po transformacji ustrojowej. Tamci konfidenci już przeszli, albo właśnie przechodzą w stan spoczynku, niektórzy nawet wiecznego. Tymczasem w 1990 roku, kiedy rozwiązana została PZPR, która była transmisją bezpieki do sądownictwa, natychmiast powstało Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”. Podejrzewam tedy, że Wojskowe Służby Informacyjne, które u nas przeprowadzały transformację ustrojową, zainicjowały powstanie tej organizacji. Nie twierdzę, że wszyscy jej członkowie są konfidentami, bo może tam być wielu sędziów, myślących, że to wszystko naprawdę – ale najtwardsze jądro Stowarzyszenia, to z pewnością agentura. Utwierdza mnie w tych podejrzeniach dotychczasowa działalność „Iustitii”, która nawet specjalnie nie ukrywa, że jest środowiskowym oddziałem Volksdeutsche Partei.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa w przypadku stowarzyszenia „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje wprost do prowadzonej przez ABW operacji „Temida”, której celem był werbunek agentury właśnie w środowisku sędziowskim. Sprawa ta wypłynęła przypadkowo podczas toczącego się w warszawskim Sądzie Okręgowym procesu sędziego Andrzeja Hurasa z Katowic. Prowadzący sprawę pan sędzia Lipiński zażądał od ABW wyjaśnień – ale głuche milczenie było mu odpowiedzą, bo ABW schroniła się za murem tajności.

To właśnie te organizacje sędziowskie miałby zmobilizować obywatel Żurek Waldemar, żeby wystawiły Sejmowi kandydatów do KRS, a Sejm by ich kandydatury przyklepał i w ten sposób Polska miałaby „prawidłową” Krajową Radę Sądownictwa, bez konieczności podpisywania czegokolwiek przez pana prezydenta. Jednak w tych okolicznościach nie byłaby to żadna Krajowa Rada Sądownictwa, tylko Krajowa Rada Konfidentów. Jest to nie do pogodzenia z prawnym warunkiem, by sędzia „dawał rękojmię” bezstronności i „nieskazitelnego charakteru”. Ani o jednym, ani o drugim nie ma mowy w przypadku konfidentów tajnych służb. Co w tej sytuacji można zrobić, by do tego nie dopuścić?

To bardzo trudna sprawa – ale właśnie u pana prezydenta ma się odbyć kolejne spotkanie z szefami tajnych służb. Gdyby tak pan prezydent zażądał od nich dostarczenia jemu osobiście listy konfidentów będących sędziami, a następnie pan prezydent dyskretnie zażądałby od tych osób przejścia w stan spoczynku, to znaczy – rezygnacji z wykonywania funkcji sędziego – to byłoby jakieś wyście z sytuacji, bez wywoływania skandalu na całą Polskę. Bo skierowanie prośby do szefów służb, by sędziów-konfidentów wyrejestrowały, nie wydaje mi się ani możliwe, ani skuteczne, jako że sędziowie są dla nich konfidentami zbyt cennymi, by się ich pozbywać. Wobec tego pan prezydent powinien zdecydować, czy w tej sprawie będzie kierował się interesem bezpieczniaków, czy interesem państwa i obywateli.

Stanisław Michalkiewicz

Od protestantyzmu do ateizmu. Co piąty ewangelik w Norwegii nie wierzy w Boga

Od protestantyzmu do ateizmu.

Co piąty ewangelik w Norwegii

nie wierzy w Boga

pch24/co-piaty-ewangelik-w-norwegii-nie-wierzy-w-boga

(Oprac. PCh24.pl)

Aż 20 proc. członków dominującej w Norwegii wspólnoty ewngelicko-augsburskiej jest przekonanych, że Boga nie ma – wynika z opublikowanego w czwartek badania.

Z dużej ankiety „Kościoła Norwegii” (Den norske kirke) wynika, że 20 proc. członków deklaruje całkowitą pewność, iż Bóg nie istnieje, podczas gdy zaledwie 16 proc. jest przekonanych o jego istnieniu. Reszta nie ma w tej sprawie wyraźnie wyrobionego zdania. Od ostatnich badań z 2023 r. odnotowano wzrost odsetka osób przekonanych, że Bóg nie istnieje o cztery punkty procentowe. Jednocześnie spadł odsetek osób głęboko wierzących.

– Widzimy dalszy spadek wiary w Boga i wzrost ateizmu. To pokazuje, że proces sekularyzacji norweskiego społeczeństwa nie zatrzymał się. Jednocześnie nie możemy oczekiwać od naszych członków pełnej zgodności między osobistą wiarą a formalną przynależnością do Kościoła – skomentował wyniki badań przewodniczący tzw. Rady Kościelnej Harald Hegstad.

Z badania wynika także, że starsi członkowie częściej uczestniczą w życiu wspólnoty i modlą się regularnie, podczas gdy młodsi w kwestiach wiary są bardziej niepewni. Jednocześnie to oni wykazują zainteresowanie tematami egzystencjalnymi i „mistycznym” wymiarem chrześcijaństwa. Co trzeci respondent w wieku 15–29 lat deklaruje chęć pogłębienia wiedzy o wierze.

Badanie przeprowadzono w grudniu 2025 r. wśród niemal 6 tys. członków w ramach cyklicznej, dwuletniej ankiety dotyczącej postaw wobec wiary i instytucji kościelnej. Wspólnota ewangelicko-augsburska jest najliczniejszym związkiem wyznaniowym w kraju. Według urzędu statystycznego SSB na koniec 2025 roku należało do niego ok. 3,4 mln osób, czyli ok. 62 proc. mieszkańców Norwegii.

PAPpap logo / oprac. PR

Urabianie idiotów. MEM-y VII.

———————————————–

——————————————————-

———————————————

————————————————-

————————-

=================================

———————————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Od niego nie wysępisz… MEM-y VI.

——————————-

————————————————————

——————————————————————————-

—————————————————————————–

———————————————

————————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Bomba !!! MEM-y V.

—————————————-

———————————–

…oraz całej planety…

—————————————————

————————————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Tusk-jest-super. MEM-y IV.

———————————————-

———————————

——————————————————————–

———————————————-

——————————-

—————————–

———————————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Epstein a UFO. MEM-y I.

————————————

————————————————-

—————————

—————————————————

————————————-

——————————————————————–

————————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Innej Polski nie ma? O „Heniu”…

Innej Polski nie ma?

gabriel-maciejewski.szkolanawigatorow.pl/innej-polski-nie-ma

Dwa razy w ciągu ostatniego miesiąca, dwóch ważnych działaczy PiS wskazało nam na ograniczenia, jakie partia ta stawia swoim wyborcom w zakresie tożsamości politycznej i ideowej. Pierwszy raz uczynił to marszałek Terlecki, na targach w Krynicy, których długo nie zapomnę. Drugi raz zaś uczynił to prof. Zdzisław Krasnodębski zapowiadając na iksie wieczór wspominkowy poświęcony Henrykowi Krzeczkowskiemu.

Ustawmy tę ostatnią zapowiedź we właściwym świetle. Przyjdzie nam to łatwo, albowiem w przeciwieństwie do prof. Krasnodębskiego, każdy z nas miał jakieś doświadczenia z komuną. Mniej lub bardziej dojmujące. Ja akurat miałem mniej, ale i tak mogę coś powiedzieć na ten temat. Jeden z moich wujków, zaczął robić w latach pięćdziesiątych karierę w wojsku. Był człowiekiem zdolnym, biednym, o właściwym pochodzeniu społecznym – rodzice pracowali najpierw we dworze, na folwarku, a potem dziadek został pracownikiem kolei. Codziennie chodził piechotą po wąskich torach z Nałęczowa do Karczmisk, z których zresztą pochodził. Wujek Tadek, jako że wyrósł z proletariatu biedniackiego dostał swoją szansę. I nawet znalazł się na studiach w Moskwie. Od dawna nie żyje, więc chyba mogę o tym mówić ze spokojem. Z tych studiów został usunięty. Niektórzy już zapewne domyślili się dlaczego. Otóż dopatrzono się, nie wiadomo jakim sposobem, że jego dziadek, a mój pradziadek, wyjechał przez I wojną światową do Parany. To skreślało go automatycznie z listy słuchaczy uczelni wojskowej w stolicy Kraju Rad. Nie wiem co to była za uczelnia, a wujka znałem jako bardzo brutalnego alkoholika, który coś mi tam opowiadał, ale przecież w strachu i skrępowaniu nie bardzo wiedziałem o co chodzi.

Z tym pradziadkiem sprawa była taka, że on porzucił rodzinę i pojechał szukać lepszego życia. Był to nicpoń i pewnie oszust, zostawił żonę z trójką albo czwórką dzieci, nie pamiętam dokładnie. Ta żona była nauczycielką, w dobrym miejscu, bo w Karczmiskach, czyli niedaleko dóbr Kleniewskich. Widocznie jednak za daleko, kiedy bowiem umarła w wieku lat trzydziestu, jej córeczki nie dostały żadnej szansy. Nie poszły do szkoły, nie wzięto ich na pensję, co z pewnością by się stało, gdyby ta mama żyła. I tak moja babcia Waleria zepchnięta została, nie ze swojej winy, na dno drabiny społecznej. Nigdy nie nauczyła się pisać, poznała tylko litery i czytała swojemu mężowi, a mojemu dziadkowi, gazety. On bowiem ani pisać, ani czytać nie potrafił. Mieli piątkę dzieci, z których jedno zmarło w wieku lat 11.  

Po śmierci mojej prababci, wszystkie jej dzieci poszły na służbę. Moja babcia służyła u Żydów w Otwocku, potem u jakiegoś pana co miał sad w Warszawie na Wierzbnie. I pewnie jeszcze w innych miejscach. Męża poznała, kiedy wróciła do siebie na wieś. Okoliczności jej życia tam nie są mi znane. Potem była wojna. No i przyszła władza ludowa, która takim jak ona – wyrzuconym na margines – miała dawać szansę. I wydawało się, że dała. Wujek Tadek, który potrafił bardzo wiele rzeczy zrobić i sam wymyślić już jako dziecko, poszedł do wojska. I trafił do tej Moskwy. No i wtedy właśnie okazało się, że władza ludowa, owszem, daje szanse, ale nie takim jak on. Nie wiem czy dla wujka to było lepiej czy gorzej, że wrócił do Polski. Dosłużył się majora i zmarł na zawał z powodu nadużywania, jak wielu przed nim i po nim. Mieszkał w Bydgoszczy i w zasadzie się nie widywaliśmy. Tylko przy okazji pogrzebów. Miałem może z 15 lat kiedy przyszła wiadomość o jego śmierci. Kryterium zaś powodzenia jego kariery, dyplomowanego oficera w końcu, było to, czy jego dziadek łobuz, którego nawet własne córki nie pamiętały, wyjechał na tak zwany zachód czy nie. Na jaki zachód?!!! Do Parany w Brazylii?!!!

W rodzinie krążyła legenda, że nigdzie nie dojechał, albowiem pisał do swojej chorej na raka żony, gdzieś z Prus Wschodnich, żeby mu przysłała psiego sadła, bo jest chory, a to sadło miało go wyleczyć. I to była ostatnia wiadomość od niego.

====================================

I teraz wracamy do ogłoszenia, które umieścił na portalu iks prof. Zdzisław Krasnodębski. Lansuje on tam, żeby nie powiedzieć stręczy, człowieka, który nigdy w dorosłym życiu nie używał swojego własnego nazwiska. Urodził się jako Henryk Grener, ukończył żydowskie gimnazjum w Stanisławowie i ewakuował się w roku 1941 wraz z armią czerwoną na wschód. Po wojnie używał nazwiska Henryk Meysztowicz, był nawet w Rzymie razem z tym nazwiskiem. I to zapewne zdecydowało o kolejnej zmianie w dokumentach, w tym samym czasie bowiem był w Rzymie ksiądz Walerian Meysztowicz, postać znana wśród emigracji polskiej. I to groziło dekonspiracją, więc Henryk Meysztowicz zamienił się w Henryka Krzeczkowskiego.

Jako Krzeczkowski pracował w wydziale zagranicznym sztabu generalnego LWP. Był ekspertem od spraw anglosaskich. Wiki pisze o nim, że nigdy nie poszedł na współpracę z SB. Został za to tłumaczem literatury angielskiej, dostawał liczne nagrody i w końcu zaczął realizować dzieło swojego życia – odegrał wielką rolę w odnowie myśli konserwatywnej w czasach przełomu – jak napisał Zdzisław Krasnodębski.

To znaczy zebrał wokół siebie młodych ludzi, samych mężczyzn i zaczął im mącić w głowach. Czyli odstawiał jakiś intelektualny cyrk, pewnie nawet chodził do kościoła, bo w końcu pochowano go w Tyńcu.

Wróćmy do jego współpracy z SB, której nie było. Człowiek tego pokroju, z taką karierą, który był w dodatku ojczymem Anny German, nie musiał, jak sądzę, niczego podpisywać. Takie rzeczy były dla frajerów, takich jak mój wujek, który zapewne składał deklarację czy posiada rodzinę za granicą. I zapewne napisał, że nie posiada, bo nic o swoim dziadku nie wiedział, ale okazało się co innego. I tak się skończyła jego kariera.

Henryk Krzeczkowski alias Meysztowicz alias Gerner, mógł spokojnie udać, że zostawia za sobą karierę w LWP i zająć się tłumaczeniami oraz deprawacją młodzieży. Kiedyś w wiki pisali jeszcze, że odszedł z wojska w proteście przeciwko sowietyzacji armii. Dziś już tego nie ma.

I z tego faceta, pisowski polityk, prawa ręka Jarosława Kaczyńskiego, czyni bohatera wieczorku wspominkowego, w którym wezmą udział ludzie tacy jak Marek Jurek? Nieprawdopodobne.

Sowieci sprawdzali wszystkich na trzy pokolenia wstecz, żeby nie zaangażować do roboty agenturalnej nikogo, kto miałby jakieś pokusy, czy jakąkolwiek furtkę do wolnego świata. Ludzie związani z PiS, którzy piszą o sobie – zjednoczona prawica – robią młodym sieczkę z mózgu, stawiając na piedestale agenta, którego nawet nie trzeba weryfikować, bo wszystko jest w jego biogramie w wiki. I nikt kto ma w głowie olej nie złapie się na te plewy. No, ale jak ktoś ma 20 lat i zobaczy w jednym miejscu tylu zasłużonych dla Polski i prawicy ludzi, którzy dyskutują o agencie NKWD tak, jakby był on kimś ważniejszym niż Henryk Sienkiewicz, to mogą nie zrozumieć sytuacji. I pewnie nie zrozumieją.

Przyjrzyjmy się jeszcze tej zasłudze Henryka Krzeczkowskiego. Co to może znaczyć dokładnie – odnowa myśli konserwatywnej w czasach przełomu? To znaczy całkowite i ostateczne uniemożliwienie rozwoju tej myśli poprzez ustawienie swoich ludzi w krytycznych miejscach sceny politycznej. Myśl konserwatywna, jak ją rozumie Krasnodębski, skazana została przez Krzeczkowskiego na stałe kolizje ze zdrowym rozsądkiem i polityczną praktyką, realizowaną przez jego kolegów, którzy w strukturach tajnych pozostali. Ludzie zaś ją reprezentujący zajmowali się wyłącznie jej kompromitowaniem.

I  nie inaczej będzie teraz. Po co więc ten cyrk? Myślę, że Hania ma rację, wczoraj w komentarzu napisała, że za dużo ludzi młodych gromadzi się wokół Brauna, a więc ktoś wpadł na pomysł, by odgrzać jakiś konserwatywny kotlet tworząc alternatywę dla nowego pokolenia „młodych konserwatystów”. Ponieważ jednak innego nie ma, wskazano na Krzeczkowskiego i jego uczniów.

Homoseksualizm bohatera konserwatywnej prawicy jest komediowym dopełnieniem całej tej sytuacji. Jego zaś uroczysty pogrzeb w Tyńcu to finał operetki. I aż dziwne, że ten życiorys nie został jeszcze zaadaptowany przez żaden teatr. No i film by się przydał. Może jakby taki obraz zobaczył Zdzisław Krasnodębski, coś by mu w głowie zaświtało. No, ale tak się nie stanie.

Co jakiś czas prezes Kaczyński powtarza – innej Polski nie ma. Otóż jest. I my ją reprezentujemy, wbrew temu co Terlecki pieprzył w Krynicy i wbrew temu co się roi Krasnodębskiemu. Henryk Krzeczkowski to ruski i pewnie nie tylko ruski agent, którego należałoby wygumkować z polskiej historii. Nie można bowiem jednocześnie mówić ludziom, że powinni sławić powstańców styczniowych, Piłsudskiego, żołnierzy wyklętych i Solidarność – i broń Boże nic ponadto – podsuwając im jednocześnie taką swołocz jak Krzeczkowski.

Czas na opamiętanie, chyba…Choć przecież na wiele nie liczę.

==========================

M. Dakowski:

W młodości bywałem w środowiskach, w których brylował „Henio”. Znany był jako zajadły myśliwy na ślicznych młodzieńców. Spedalił i skurwił dużą liczbą młodzieńców. Dwóch z nich poznałem bliżej, jednego udało się uratować. Drugi zmarł w męczarniach z powodu rozpadu zwieraczy odbytu [Mięsak Kaposiego zdaje się ]. A Wojtek Karpiński napisał o nim panegiryczna książkę… Brrr…

==============================

mail:

„Kiedyś w wiki pisali jeszcze, że odszedł z wojska w proteście przeciwko sowietyzacji armii. Dziś już tego nie ma. A tak naprawdę był pierwszą zarejestrowaną ofiarą Aids, z wojska [LWP] zaś usunęli go za molestowanie żołnierzy”

Szpieg – mój przyjaciel. Cz.1. Odwieczne proste prawdy

Szpieg – mój przyjaciel. Cz.1. Odwieczne proste prawdy

=============================

[Po konsultacjach – umieszczam. Argument:

Za dużo ludzi młodych gromadzi się wokół Brauna, a więc ktoś wpadł na pomysł, by odgrzać jakiś konserwatywny kotlet tworząc alternatywę dla nowego pokolenia „młodych konserwatystów”. To [przypominanie tego obrzydliwego pedryla md] naprawdę wygląda na wist przedwyborczy. Ktoś raczej Krasnodębskiego o to poprosił. Z tym, że uczestnicy to dawno pobite gary.

=============================================

Henryk Krzeczkowski, Proste prawdy, wyd. Ararat, Warszawa 1996, książka dofinansowana przez Ministerstwo Kultury i Sztuki

Wspominany tu niedawno przeze mnie szpieg z czasów zygmuntowskich – Mikołaj Nipszyc podpisywał się w korespondencji do księcia Albrechta nieco mniej swojsko brzmiąco imieniem i nazwiskiem: „Nykel NYBSCHYTZ”. Wiktor Szymaniak, który tropił jego działalność nad wyraz dzielnie, ale zdecydowanie zbyt krótko (umarł w wieku 52 lat – w niecałe trzy lata po wydaniu „Roli dworu polskiego w polityce zagranicznej Prus Książęcych”). Opisał modus operandi Nipszyca w innej swojej książce dotyczącej „Organizacji dyplomacji Prus Książęcych na dworze Zygmunta Starego 1525-1548”. Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment:

„Mikołaj Nipszyc, oprócz zaangażowania w pracy służbowej, znajdował czas i na życie towarzyskie, które kwitło na renesansowym dworze Zygmunta I. Trafił do założonego przez Korybuta Koszyrskiego stowarzyszenia „opilców i obżarców” i nawet stał na jego czele wraz z Janem Dantyszkiem i Janem Zambockim. Nipszyc z racji miejsca w tym „triumwiracie” nazywany był krótko „Tertius”. Brał udział w dość częstych bachanaliach, lubił zwłaszcza wina austriackie. Nie stronił także od hazardu i mimo dość znacznych dochodów stale był z tego powodu zadłużony. W listach do Zambockiego i Dantyszka pisał, że w ciągu jednej nocy zgrał się aż do spodni, lecz do rana odegrał się jeszcze o 50 florenów. W biesiadach stowarzyszenia obok „braci” towarzyszyły i „siostry”. Niektóre z nich były bliskimi przyjaciółkami Nipszyca. (Tu pojawia się ciekawy przypis, że K. Hartleb zaliczył do przyjaciółek Nipszyca następujące, nieznane z nazwiska kobiety: Dorotki, Zofki, Prospery oraz Annę, Helenę, Nuscę, Margaretę i Faustę). Należy jednak przypuszczać, że zebrania towarzystwa nie były zwykłymi orgiami pijackimi, lecz miały także charakter literacki. Wskazuje na to skład stowarzyszenia i fakt, że prymat w nim przyznawano poetom: Koszyrskiemu, Krzyckiemu i Dantyszkowi. Nipszyc więc obracał się w środowisku ludzi swobodnych obyczajów, ale wykształconych i nowoczesnych”.

Ostatnie zdania powinni dobrze zapamiętać wszyscy zapamiętali praktycy bachanaliów i orgii pijackich. Jeśli bowiem chcą być dobrze zapamiętani przez historię, która uzna, że nie były to orgie „zwykłe”, to powinni popracować nad ich literackim charakterem – wtedy nie zostaną określone ordynarnymi popijawami, lecz obrotami w sferach nowoczesnej i wykształconej elity.

W skrócie rzec można, że Nipszyc był duszą towarzystwa i mieszał w głowach nie tylko pań swawolnych, lecz pięćset lat później, także w głowach naukowców. Wiktor Szymaniak starał się ulokować jego działalność na szeroko rozpostartej skali semantycznej rozciągniętej między słowami „szpieg” i „ambasador”. Choć skala rozziewu znaczna to i tak nie rekord. Ten bowiem ustanowił nieco wcześniej znany nam tu dobrze Kallimach, umieszczany przez badaczy na skali wielo-oktawowej, czyli pomiędzy  „spiskowiec i niedoszły zabójca papieża” a „wybitny humanista pochowany w krakowskim kościele dominikanów z epitafium przeniesionym w wieku XXI wieku z bocznej kaplicy na prawicę ołtarza głównego”.

Teraz pora dokonać skoku przez mniej więcej pięć stuleci. Aby to uczynić, trzeba się zanurzyć w nurt „Prostych prawd” Henryka Krzeczkowskiego, książki o tyle ciekawej, że oprócz tekstów autorskich, zawiera wspominki osób mniej lub bardziej znanych, na których dziś się skupię.

Marek Skwarnicki wspominając Henryka Krzeczkowskiego pisze o znakomitej herbacie, którą parzył pan Henryk. Przypomina sobie także rzędy książek i fotografię „uszczęśliwionego Henryka, z którym rozmawia Ojciec święty”. „Ileż to w tym pokoiku (…) powstało pomysłów pisarskich i publicystycznych, ileż dyskretnych spraw załatwiono, iluż interesujących spotkało się ludzi”. (s.412).

Marcin Król rozszerzył nieco wachlarz henrykowskich atrybutów: „półki z książkami i płyty, fotel, kanapa, herbata albo (częściej) whisky (s.417)”.

Dwa krótkie cytaty z „prostych prawd” i już widzimy, że nipszycowa zasada jest wiecznie żywa. Jeśli już pić, to w towarzystwie intelektualistów, a wtedy ewentualne grzechy ulegną mocno odmienionej naukowej kwalifikacji.

O dość oczywistej, czyli tak zwanej „prostej prawdzie” dotyczącej pana Henryka napisał w swoim stylu Stefan Kisielewski. Jedynie on nie szczypał się, żeby nazwać Henryka „ubekiem„. Owo rozpoznanie nie uwierało chyba zbyt mocno, bo dalej wokół Krzeczkowskiego wdzięcznie orbitował. Kisielowi wystarczyło zapewnienie, że Henryk czasami „zapomina” o tym co usłyszał:

STEFAN KISIELEWSKI

Warto było go słuchać.

„Henryka poznałem w roku 1952 dzięki Pawłowi Hertzowi. Pamiętam, jak przegadaliśmy we trójkę pierwszą noc naszej znajomości. To było w „Kameralnej”. Bardzo błyskotliwa i inteligentna rozmowa. Następnego dnia rano spotykam jakiegoś znajomego i mówię mu, że poznałem właśnie bardzo ciekawego człowieka, Henryka Krzeczkowskiego. A on na to: „Coś pan, oszalał?! Przecież to ubek”. Idę dalej i natykam się na Henryka. Mówię mu: „Dowiedziałem się, że pan jest z UB, a ja tyle panu nagadałem”. Na co on odpowiada „Owszem, jestem, ale to wszystko, co pan mi powiedział, zapomniałem.” (…)

Ze względu na plotki o wcześniejszych związkach Henryka z UB czy z wywiadem wojskowym, początkowo traktowałem różne jego antykomunistyczne filipki z przymrużeniem oka. Dopiero później, w miarę jak poznawałem jego historię intelektualną i jego poglądy, musiałem przyznać, ze jest umysłem o dużej niezależności sądów i samodzielności w myśleniu. (…) Nie lubił intelektualnej kawiarni warszawskiej, chociaż się przy niej kręcił”. (s. 408-409)

Krzeczkowski od samego początku interesował się „Tygodnikiem Powszechnym” (…) Wprowadził do niego grupę młodych, interesujących, świeżych ludzi – między innymi Wojciecha Karpińskiego i Marcina Króla (…).

Henryk Krzeczkowski miewał genialne intuicje, był jedynym obok Wiesława Chrzanowskiego, człowiekiem, który dokładnie przewidział moment i kształt stanu wojennego, ale popełniał też pomyłki. Mimo to, zawsze chętnie go słuchałem. Warto go było słuchać” (s. 410)

Wydaje mi się trochę nielogiczne, że po demaskacji dokonanej przez Kisiela, wiedzę o nadchodzących wydarzeniach, nazywał „genialnymi intuicjami”

W każdym razie przekonanie o tym, że H.K. był wybitnym wróżbitą rozprzestrzeniało się jak wirus.

KRZYSZTOF MĘTRAK

Wróżbita z ulicy Czackiego

Posiadał rzadki dar jakiejś intuicyjnej mądrości wokół spraw życia, historii, polityki, wiary. Dla mnie pozostanie wróżbitą z ulicy Czackiego, gdyż przewidział wiele spraw i wydarzeń. (…) zawdzięczam Mu kilka najistotniejszych rozmów, które zdecydowały o moim literackim życiu i moich wyborach. Będzie jeszcze czas się z tego rozliczyć. (s. 424)

Teraz fragmencik, który wzmocni tezę o tym, że pan Henryk był prawdziwym humanistą:

BOGDAN POCIEJ

***

Mogę chyba powiedzieć, że Henryk był przyjacielem naszego pisma Ruchu Muzycznego (…).

Należał do tych nie tak licznych humanistów naszych, którym muzyka jest równie bliska jak literatura (…) Sytuował się skromnie na pozycji melomana, zwykłego szarego słuchacza. Z tej pozycji również omawiał na naszych łamach gruntownie i fachowo, dwa dotychczas wydane tomy Encyklopedii Muzycznej PWN. (s.413)

No i teraz pora na działa największego kalibru. Coryllus pyta się, po cholerę prawica organizuje Henrykowi jakieś wspominkowe wieczorki. We fragmencie wyrychtowanym przez guru polskiej myśli konserwatywnej, pojawi się kluczowe słowo „elita”. 

JACEK BARTYZEL

Henryk Krzeczkowski

„Ocalenie kultury wymaga jej troskliwego pielęgnowania przez strażników tradycji i ładu moralnego – a więc przez elitę. Elitę organiczną, to znaczy zachowującą pewną homogeniczność, acz otwartą na świeży dopływ krwi; chroniącą samą siebie przed szalbierzami i moralnymi parweniuszami; obdarzoną pewnymi przywilejami, ale świadomą obowiązków na niej ciążących. Wiedział jednak Krzeczkowski, że sukcesja takich elit możliwa jest tylko wtedy, kiedy nie zostanie przerwany proces przekazywania sensu ładu, w imię którego zbiorowość została powołana do bytu. Dlatego tak bardzo cenił Anglię, która zakonserwowanie sensu brytyjskości zawdzięczała uszanowaniu politycznej i kulturowej roli arystokracji. Ale nawet doświadczenie faktu przerwania owej ciągłości i panoszenia się nowego barbarzyństwa nie zwalnia od obowiązku czuwania nad wartościami nam danymi oraz nad własną rozpaczą. Tym mężnym pesymizmem, odległym od zwątpienia i histerii, bo równoważonym wiarą w sens dziejów kierowanych boską Opatrznością, wnosił Krzeczkowski do myśli polskiej ton nie słyszany w niej bodaj od śmierci Mariana Zdziechowskiego.

Konserwatyzm Krzeczkowskiego to wreszcie przekonanie, ze absolutne normy moralne obowiązywać muszą bez zastrzeżeń w życiu publicznym; Ze system prawny powinien być rozwinięciem Dekalogu, że prawa będące fundamentem społeczeństwa tylko wtedy są przestrzegane, gdy w interpretacji nie ma elementów relatywizmu moralnego (…). (s.430)

Moim zdaniem, tylko mózgu w postaci mielonki zamkniętej w konserwie o grubości czołgowego pancerza,  nie może się odezwać pewien dysonans poznawczy wywołany zestawieniem słów „ubek” i „Dekalog”. Śmiem przypuszczać, że tekst Bartyzela to brawurowa próba osadzenia Krzeczkowskiego w roli „strażnika tradycji i ładu moralnego”. Słowem: strażnik – ubek stojący na straży ładu moralnego, czyli Dekalogu!

Mocne.

Zerknijmy w takim razie jeszcze na projekt owego „moralnego ładu”, który krótko nam wyłuszczy jeden z nieustraszonych strażników Dekalogu:

MAREK JUREK

Krzeczkowski, czyli o nostalgii i nadziei

Evelyn Waugh opisywał zniszczenie, motyw ruiny jakiegoś mikroświata powraca we wszystkich jego książkach. Krzeczkowski tak to interpretuje: „Dwór… został skazany na zagładę… gdy ludzie, którym służył za schronienie, stali się bezdomni, ponieważ nie umieli już usprawiedliwić swojego przebywania we dworze”. (s.465)

Wow. Powiem Wam, że to zdanie to wyzwanie! Próbowałem jego analizę zacząć od końca. Wyszedł mi taki ciąg. Szlachta długo myślała nad usprawiedliwieniem swojego przebywania na dworze. Kiepsko im ten proces szedł, choć przecież szkoły trzymały niezły poziom po przeprowadzeniu oświeceniowo-pozytywistycznych reform. I wtedy mieszkańcy dworu postanowili (zapewne pod wpływem „Ludzi bezdomnych”), że opuszczą schronienie i staną się bezdomni. I tą oto głęboko przemyślaną decyzją, skazali dwór na zagładę…

Jak ktoś ma jakąś inną interpretację, to bardzo proszę. Chętnie się jeszcze czegoś na styku logiki i semantyki nauczę.

A teraz o tym jaką interpretację PRL wyznawał Marek Jurek:

„Refleksja polityczna Krzeczkowskiego miała charakter antykomunistyczny jednak jej wnioski prowadziły do konieczności szukania modus z PRL.

Dla Krzeczkowskiego PRL był kalekim, ale polskim państwem. (…)

Niewątpliwie „państwowa” interpretacja PRL, którą ja sam – niezależnie od przyjaźni z Panem Henrykiem – wyznawałem, okazała się czynnikiem znacznie zaciemniającym realistyczną ocenę położenia Polski, czyli brutalnie rewolucyjnego, a nie tylko okupacyjnego, charakteru komunistycznych rządów”. (s.465-466)

Jak widzimy, Marek Jurek uległ pewnemu „zaciemnieniu”, ale stało się to niezależnie od „przyjaźni z Panem Henrykiem”. Potem uznał (i na dodatek podkreślił), że Polska była rządzona w sposób „brutalnie rewolucyjny”, a nie „okupacyjny”. Nie wiemy w jaki sposób umiejscawiał on w tej historyczno-politycznej topografii „ubeków”, ale wiemy, że prywatnie potrafił się z nimi przyjaźnić.

Oto co jeszcze w swym tekście podkreślił Marek Jurek:

„… sukcesja elit możliwa jest tylko wtedy, kiedy nie zostanie przerwany proces przekazywania sensu ładu, w imię którego zbiorowość została powołana do bytu”. (podkr. Moje – M.J.) (s.465)

Zauważyliście już, że program antyplagiatowy coś by tu miałby tu do roboty? Jacek Bartyzel napisał to w cytowanym już tutaj fragmencie to samo w roku 1994. Przytoczę raz jeszcze:

„Wiedział jednak Krzeczkowski, że sukcesja takich elit możliwa jest tylko wtedy, kiedy nie zostanie przerwany proces przekazywania sensu ładu, w imię którego zbiorowość została powołana do bytu”.

Marek Jurek widocznie słowo w słowo zapamiętał, i dwa lata później (1996) powtórzył nie zaznaczając, że to zerżnięty cytat. Mamy więc do wyboru, albo to taki konserwatywny zwyczaj – „zrzynaj nie pożyczaj”, albo była to obowiązkowa fraza wkuwana na blachę przez wszystkich młodych adeptów na kanapie przy ulicy Czackiego?

Tak, czy inaczej wspominkowy wieczór poświęcony H.K. to chyba chęć szukania sukcesorów. Wiemy już przecież, że „proces przekazywania sensu ładu” potrzebuje „świeżego dopływu krwi”, by chronić nas przed „szalbierzami i moralnymi parweniuszami”. Przynależność do owych elit nie została nikomu z nas zaoferowana, więc na drodze dedukcji spróbujcie w powyższych frazach odnaleźć gdzieś siebie.

Na zakończenie chciałbym podkreślić wyraźny ryt „humanistyczny” w działaniach Henryka Krzeczkowskiego i fakt, że opiera się on o wieki kallimachowej tradycji.

Wrzucam link do „Prostych prawd”. Uwierzcie, że bardzo trudno je wyszperać. Widocznie osób aspirujących do elit jest na tyle dużo, że popyt przewyższa podaż.

https://allegrolokalnie.pl/oferta/henryk-krzeczkowski-proste-prawdy-rwb

=====================================

Jeden z komentarzy pod tekstem „szpieg-moj-przyjaciel-cz1-odwieczne-proste-prawdy”

Relacja Jarosława Iwaszkiewicza o majorze Gernerze vel Meysztowiczu alias Krzeczkowskim w spisanych przezeń „Dziennikach”. Zapis dokonany pod datą 30 marca 1960 roku:

„Parę dni temu miałem przykrą historię. Przyszedł do mnie rano Henio K[rzeczkowski]., że [Tadeusz] Steć prosi do siebie do Sobieszowa na czwartą po południu. Nie chciało mi się iść, ale Henio prosił, mieli tam być jacyś chłopcy itd. Henio kupił dwie butelki wina i poszliśmy. Steć jest obłąkany na punkcie seksualnym, jest to przykra obsesja, która rozmowę z inteligentnym gościem, znającym doskonale warunki tutejsze, zamienia w szereg niezwykle ordynarnych fragmentów. Niecierpliwiło mnie to wszystko. Z oczekiwania na tych „chłopców” wynikało, że to są chłopcy do konsumpcji na miejscu, co mnie przeraziło. Wreszcie przyszli ci chłopcy, trzy chłopaczyska, jak to bywa, w miarę ordynarni i głupi. I z nimi jeszcze jeden pan – nieznajomy, który mnie widział w takim towarzystwie. Zacząłem się rozpytywać o powrotne tramwaje, ten obcy facet wyszedł, a Henio i Steć wzięli tych dwóch chłopaków do bocznych pokoi, jak w burdelu. Nie mogłem wyjść zaraz, bo mój płaszcz był w tym pokoju, gdzie był Henio. Wściekłość moja nie miała granic, chodziłem po stołowym pokoju, roztrącając meble, i gdzie z przerażeniem na mnie podpatrywał trzeci chłopak, „sekretarz” Stecia. Wreszcie wyleciałem jak z procy i piechotą poszedłem do domu, a to jest ze cztery kilometry. Przeraziło mnie to ogromnie. Więc oni myślą, że ja, prawie siedemdziesięcioletni facet, Jarosław Iwaszkiewicz, mąż, ojciec, dziadek – mogę w ten sposób załatwiać swoje sprawy erotyczne. Publiczne chędożyć nieznajomych chłopaków? Coś nieprawdopodobnego. Dlatego, że mam pociąg do mężczyzn, to od razu już tak? Uczułem się do głębi, do żywca, obrażony. Wróciłem do domu, położyłem się do łóżka i rozpłakałem się. Byłem upokorzony i przerażony. Ale świat jest taki”.

=============================

Mizdrzy się, „dla potomności”… md