To koniec Zełeńskiego? USA: Ukraina powinna mieć prezydenta zdolnego do rozmów z Rosją

To koniec Zełeńskiego? Mike Waltz: Ukraina powinna mieć prezydenta zdolnego do rozmów z Rosją

Doradca Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, Mike Waltz, sugeruje, że Ukraina powinna zmienić prezydenta. Jak stwierdził w wywiadzie dla CNN, w Kijowie powinien rządzić człowiek gotowy do rozmów z Rosją. 

Potrzebujemy przywódcy, który będzie działał z nami i będzie działał z Rosjanami, i zakończy tę wojnę, a jeśli okaże się, że osobiste lub polityczne motywacje prezydenta Zełenskiego są rozbieżne z zakończeniem walk w jego kraju, to myślę, że jest prawdziwy problem” – powiedział Waltz w wyemitowanym niedzielę wywiadzie dla CNN.

Odpowiedział w ten sposób na pytanie, czy prezydent USA Donald Trump chce ustąpienia Zełenskiego z urzędu. Odnosząc się do swoich poprzednich wypowiedzi, kiedy jeszcze jako kongresmen porównywał ukraińskiego prezydenta do Winstona Churchilla, Waltz podkreślił, że Churchill był właściwym człowiekiem na czas wojny, lecz stracił władzę w 1945 roku i „nie przeprowadził Anglii do następnej fazy”.

Waltz wymienił zastrzeżenia do zachowania Zełenskiego podczas piątkowego spotkania z Trumpem w Gabinecie Owalnym. Zasugerował, że postawa prezydenta Ukrainy nie sprawiała wrażenia, by chciał w dobrej wierze doprowadzić do końca wojny; krytykował go też za żądanie od USA gwarancji bezpieczeństwa.

„Mówienie o szczegółach i żądanie gwarancji bezpieczeństwa, zanim – jak powiedział prezydent Trump – nie dowiemy się, czy możemy w tym momencie doprowadzić obie strony do stołu rozmów… Nie można też potępiać drugiej strony, roztrząsając historię konfliktu, jeśli chcemy doprowadzić obie strony do stołu negocjacyjnego” – mówił doradca prezydenta USA.

Dodał, że Biały Dom uznał język ciała Zełenskiego – „kręcenie głową, siedzenie ze skrzyżowanymi rękami” – za „niezwykle niegrzeczne”.

„Cierpliwość narodu amerykańskiego, który daje kolejne miliardy (pomocy) bez widocznego końca, nie jest nieograniczona. I jasno to powiedzieliśmy prezydentowi Zełenskiemu na koniec tego spotkania” – zaznaczył.

Waltz powiedział, że obie strony wojny muszą pójść na ustępstwa – Ukraina w kwestii terytorium, a Rosja w kwestii gwarancji bezpieczeństwa. Zaznaczył przy tym, że nie może uzyskać od Kijowa konkretów w sprawie ustępstw terytorialnych, i dodał, że wykluczone jest członkostwo Ukrainy w NATO. Powiedział też, że jest za wcześnie na mówienie o szczegółach dotyczących gwarancji bezpieczeństwa, poza tym, że w tej kwestii wiodącą rolę ma odgrywać Europa.

„Rozmowa o szczegółach gwarancji bezpieczeństwa jest jak rozmowa o szczegółach gwarancji na jakiś przedmiot, zanim zdecydujesz, czy (w ogóle) zamierzasz go kupić” – ocenił polityk.

Pytany o doniesienia, według których USA wstrzymały operacje cybernetyczne przeciwko Rosji, Waltz nie odpowiedział wprost. Powiedział, że nie było to przedmiotem rozmów, a USA będą stosować „wiele marchewek i kijów, by zakończyć tę wojnę”.

Źródło: PAP Pach

Polityka Polski po kłótni w Gabinecie Owalnym

Polityka Polski po kłótni w Gabinecie Owalnym

Marek Budzisz. wpolityce/polityka-polski-po-klotni-w-gabinecie-owalnym

[Niewielkie odkrycia, niepewne wnioski, ale umieszczam dla jakiejś równowagi. Mirosław Dakowski]


Serhij Sydorenko, redaktor Europejskiej prawdy, napisał, zastanawiając się, czy doprowadzenie do starcia w Owalnym Gabinecie między Zełenskim a Trumpem było świadomą prowokacją gospodarzy, że jego zdaniem nie, bo „Nie powinniśmy przecież przymykać oczu na fakt, że spór zaczął się od zarzutów Zełenskiego pod adresem Vance’a, do których mogło nie dojść”. Podobnie zresztą, jak nie musiało dojść do rzucenia przez Zełenskiego pod adresem amerykańskiego wiceprezydenta sformułowania „bladź”, co najłagodniej można tłumaczyć „suka”, choć częściej w świecie języka rosyjskiego tłumaczy się k[urwa] . „Pojechanie matem” przez prezydenta Ukrainy pod adresem swego rozmówcy z pewnością nie jest świadectwem dyplomatycznej finezji czy zimnej krwi. Nawet jeśli nie zgadzał się on ze stanowiskiem swych rozmówców, do czego miał absolutne prawo, to co chciał w ten sposób osiągnąć?

========

Warto też prześledzić chronologie wydarzeń po publicznej kłótni w Białym Domu. Delegacja ukraińska została poproszona o przejście do innego pomieszczenia, a Trump zwołał pilną naradę w wąskim gronie, w której uczestniczyli oprócz niego i J.D. Vance’a również Rubio i Waltz. Ci ostatni poprosili później Ukraińców o opuszczenie Białego Domu, co uznać należy za decyzję, która zapadła na tej pospiesznie zwołanej naradzie. Jak trzeźwo napisał Serhij Sydorenko, do rozmów można było w tej fazie sporu jeszcze wrócić, bo Trump napisał w serwisie społecznościowym Truth, że Zełenski nie chce jego zdaniem pokoju, ale „będzie mógł wrócić”, jeśli zmieni zdanie. Ukraiński prezydent mógł wykorzystać późniejszą rozmowę w telewizji Fox, aby wykonać gesty o charakterze pojednawczym, ale nie skorzystał z tej okazji, mówiąc, że nie zamierza nikogo przepraszać, bo nie czuje się winny. Brytyjska prasa informuje też, że jeszcze tego samego wieczoru Keir Starmer dzwonił do Zełenskiego i namawiał go, aby ten „wrócił do Białego Domu” i naprawił relacje z Trumpem, co znów zostało odrzucone przez ukraińskiego prezydenta.

Kwestia przeprosin miała też ponoć paść w rozmowie między Rubio a delegacją ukraińską, kiedy ci ostatni usłyszeli amerykańską decyzję o przerwaniu rozmów. Wydaje się zatem, że jeśli kogoś obwiniać o zerwanie negocjacji i doprowadzenie do kryzysowej sytuacji, to nie są to przedstawiciele strony amerykańskiej. Zełenski jest znany z tego, że popełnia błędy w sposób bezceremonialny, dążąc do poprawy własnej pozycji negocjacyjnej w oparciu o budowanie tezy, iż „Ukraina walczy za wszystkich” w tym również za Stany Zjednoczone, a nie tylko Europę, i ma w związku z tym prawo do specjalnego statusu. W Gabinecie Owalnym to przekonanie było przezeń w wyrazisty sposób manifestowane, choćby w stwierdzeniu, pod adresem rozmówców, że „wy też poczujecie” w przyszłości rosyjską presję. To na to stwierdzenie zareagował Trump, mówiąc Zełenskiemu, że ten „nie jest w pozycji, aby mówić, co będziemy czuli”.

„Ukraina nie ugnie się”

Skupmy się jednak na strategicznym wymiarze tego, co się stało, choć oczywistym punktem wyjścia naszych rozważań winna być teza, że to Zełenski nie tylko nie zachował zimnej krwi, ale wręcz dążył do spektakularnego zerwania z Trumpem, publicznego (i dlatego scysja miała miejsce przed kamerami) pokazania, że Ukraina nie ugnie się, nawet wobec presji sojusznika, od którego jest zależna, nie zakończy wojny na każdych warunkach i trzeba jej interesy brać poważnie pod uwagę. Zwłaszcza jeśli chce się myśleć o stabilizowaniu sytuacji i zakończeniu konfliktu.

Z pewnością polityk, taki jak Zełenski, przybywający do sojuszniczego państwa, od którego jest uzależniony, który w wyniku tej wizyty „osiąga” pogorszenie relacji nie może mówić o sukcesie. Chyba że chodzi o działania obliczone na wewnętrzny rynek polityczny i poprawę notowań w wyniku „efektu Trudeau”, czyli o skokowy wzrostu poparcia tego kto przeciwstawia się presji amerykańskiego prezydenta. Gdybyśmy z taką motywacją mieli do czynienia, to byłoby to świadectwo dramatycznej krótkowzroczności.

Na marginesie zgodzić się trzeba z tezami, powszechnymi w amerykańskich komentarzach, że Zełenski mówiąc, iż „Ukraina była sama” w pierwszym okresie wojny, „zapomniał” o tym, że to Trump podjął decyzję o dostawach Javelinów, bez których ta „samotność” mogłaby się skończyć dramatycznie. Warto, abyśmy też pamiętali, że teza o „samotności” dezawuuje polskie dostawy po wybuchu wojny, tak jakby pociągi pełne amunicji i setki czołgów wysłane przez Warszawę nie istniały. Nie jest kwestią przypadku, taką stawiam tezę i postaram się ją udowodnić, iż wypowiedź Zełenskiego kontrastowała celowo z tezami Trumpa, który podkreślał znaczenie Polski jako jednego z najbardziej wiarygodnych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Aby zrozumieć, co się stało w Waszyngtonie, ale też w następstwie tego w europejskich stolicach, musimy spojrzeć na scysję przez pryzmat kwestii strategicznych.

„Trump wyznacza limes”

Jestem, i to moja kolejna teza, przekonany, iż Zełenski uważa, że Trump wyznacza obecnie limes, granicę amerykańskiego świata sojuszniczego starając się nie zerwać, ale w sposób zasadniczy zmienić relacje rządzące porozumieniem państw Zachodu. Negocjacjom pokojowym z Rosją (wyznaczanie granicy) towarzyszy równolegle przebiegający proces podporządkowania sobie sojuszników europejskich przez Waszyngton. Problem Kijowa jest w związku z tym oczywisty, Zełenski i ukraińska opinia publiczna chcą, aby limes oddzielający Rosję i kolektywny Zachód biegł na wschodniej granicy Ukrainy, a Trump prowadzi tak negocjacje z Kremlem, iż coraz bardziej trzeba brać pod uwagę inny wariant, czyli że granica przebiegać będzie na zachodzie Ukrainy. Innymi słowy, gra toczy się o to, czy Ukraina będzie w przyszłości państwem buforowym, poddawanym presji (najczęściej z obydwu stron) czy elementem systemu bezpieczeństwa Europy Zachodniej. Kijów chce tego ostatniego i dlatego Zełenski mówił ostatnio w wywiadzie dla NBC o 100 brygadach ukraińskich sił zbrojnych powstrzymujących Rosję i zestawiał ten potencjał z bezsilnością „starej Europy”, która mogłaby wystawić przeciw Moskalom co najwyżej 86 tego rodzaju związków taktycznych.

Ten uproszczony rachunek sił jest też znany w Europie, która między innymi z tego powodu jest żywotnie zainteresowana „wciągnięciem na pokład” Ukrainy, ale nie miejmy złudzeń, iż Amerykanie również nie mają świadomości sytuacji. Jednak z ich perspektywy wygląda to już zupełnie inaczej. Jeśli bowiem Ukraina i Europa, nawet bez skokowego zwiększania wysiłków sojuszniczych już dziś, na poziomie potencjałów sił lądowych, są w stanie skutecznie odstraszać Rosję, to gdzie tu miejsce na wojskowe gwarancje ze strony Stanów Zjednoczonych? Nie mylmy tendencji związanych z deklarowaną koncentracją Ameryki na rejonie Indo-Pacyfiku z dobrowolną rezygnacją z narzędzia umożliwiającego, w związku z uzależnieniem Europy od amerykańskich sił zbrojnych, budowania wpływów politycznych. Innymi słowy, strategicznie Waszyngtonowi zależy, aby Europejczycy nie byli pewni, czy będą mogli liczyć na Ukraińców, bo to buduje ich zależność od Stanów Zjednoczonych. Nawet jeśli założyć, że presja Trumpa, aby państwa starego kontynentu zwiększyły swe wydatki na zbrojenia, odniesie pożądany efekt, to i tak będziemy mieli do czynienia z procesem wspieranym i kontrolowanym przez Amerykanów, bo bez ich zaangażowania odbudowa zdolności europejskich będzie trudniejsza, droższa i skonsumuje znacznie więcej czasu. Biorąc pod uwagę obiektywne interesy strategiczne, Waszyngtonowi, zwłaszcza w scenariuszu porozumienia z Rosją (bo scenariusz drugiej zimnej wojny wymuszałby zupełnie inną politykę) nie zależy na tym, aby Ukraina stała się częścią europejskiego systemu bezpieczeństwa. Ukraina, ale też z oczywistych powodów Europa, mają inne interesy i to wyjaśnia źródła pęknięcia. Trzeba jeszcze napisać o roli Polski, bo tu też mamy do czynienia z interesami natury strategicznej, a nie kwestiami „lubi nie lubi”, które tak lubimy roztrząsać. Jest oczywiste, że jeśli na naszej wschodniej granicy ma przebiegać „limes” amerykańskiego systemu sojuszniczego, a dalej na wschód mają już rozciągać się „dzikie pola”, czyli obszary buforowe, to w interesie Waszyngtonu jest podkreślanie roli Polski (nie mylmy z realnym wsparciem, bo to zależy od naszych umiejętności gry) a w interesie Kijowa deprecjonowanie naszego znaczenia. Nie wynika to z faktu „postawienia na Niemcy” przez Zełenskiego, jak często piszą lubujący się w uproszczonych diagnozach nasi komentatorzy, ale ze strategicznego znaczenia Polski. Polega ono na tym, że mając w naszym kraju silnego sojusznika, Waszyngton może trzymać w szachu najsilniejsze państwo europejskie, jakim są Niemcy, co korzystnie wpływa na politykę Berlina, utrzymywać bezpieczeństwo wschodniej flanki i jednocześnie wspierać, jeśli zajdzie taka potrzeba, Ukrainę. Jest to tradycyjna formuła offshore balancingu, która umożliwia Amerykanom wycofanie się z danego regionu i dbanie o to, aby nie nastąpiło zachwianie relacji sił. Tylko że znów, nie chodzi o to, jak piszą emocjonalnie nastawieni komentatorzy, o „porzucenie Europy”, bo Amerykanie mają świadomość rozpoczynającej się właśnie „bitwy o Eurazję” i nie biorą pod uwagę takiego scenariusza (może on okazać się rzeczywistością, ale nie jako element planu, ale skutek obopólnych błędów) a chcą jedynie odgrywać taką rolę na granicy swego systemu sojuszniczego. Trump uznaje, i dlatego mówi o ryzyku III wojny światowej, że Ukrainą co najwyżej może być państwem buforowym, a Europa boi się, że bez Ukrainy będzie jedynie, co ma związek z jej bezbronnością, narzędziem w rękach kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że Ukraina również ma świadomość roli Polski.

Wzrost naszego znaczenia jako państwa granicznego świata Zachodu blokuje jej drogę do uzyskania takich gwarancji bezpieczeństwa, o jakie zabiega, z drugiej strony, ze względów geograficznych, Kijów wie również, że jeśli zostanie państwem buforowym bez bliskiej współpracy z Warszawą, będzie im trudniej zbudować ścianę przeciw Rosji. To oznacza, że w krótkoterminowym interesie Ukrainy jest umniejszanie roli Polski, w dłuższej perspektywie albo silny sojusz strategiczny, albo uprzedmiotowienie (ale nie w wyniku ich akcji) Warszawy. Jeśli bowiem Polska wzięłaby udział w jakimś europejskim „projekcie bezpieczeństwa”, to wówczas świadomie zrezygnowałaby z roli pomostu i zdolności do suwerennego budowania relacji ze wschodnim sąsiadem, bo o tym, czy wykorzystamy nasze strategiczne położenie względem Ukrainy (które jest też jej słabą stroną) decydowaliby politycy rezydujący w innych stolicach, a nie w Warszawie. Tym motywowany jest „proniemiecki wektor” polityki Kijowa, co oznacza, nie tylko realizm ukraińskiej polityki, ale i to, że Warszawa powinna mieć świadomość własnych możliwości, które może wykorzystać w nowym środkowoeuropejskim układzie sił, ale tylko działając samodzielnie (choć zabiegając o sojuszników z zachodniej części naszego kontynentu), a nie w ramach jakiejś kolektywnej „suwerenności strategicznej” Europy.

Zaognienie sytuacji

Wróćmy jednak do strategii Zełenskiego. Moim zdaniem, i to kolejna teza, świadomie doprowadził on do zaognienia sytuacji, póki ma jeszcze czas na korzystne zmiany. Na czym polega istota jego gry? Według ocen specjalistów wojskowych Ukraina może jeszcze skutecznie walczyć od 6 do nawet 12 miesięcy. To oznacza, że póki co jest jeszcze wystarczająco dużo czasu na pełny „cykl polityczny”. Pierwszy krok to udaremnienie wysiłków pokojowych Trumpa, pokazanie, że bez zgody Kijowa wojna się nie zakończy, kolejnym są decyzje Europejczyków i ich akcja mediacyjna, finałem powrót do negocjacji pokojowych, ale już w innym kształcie i z innymi celami. To oznacza, że nie tylko Waszyngton, ale i Kijów, krótkoterminowo, chcą grać lękami Europejczyków. Konsolidacja państw naszego kontynentu wokół pomocy Ukrainie zwiększa jej odporność, przedłuża opór i minimalizuje szanse Trumpa na szybkie zakończenie wojny, a to z kolei jest warunkiem jakiejś formuły „odwróconego Kissingera”, o czym niedawno mówił choćby Rubio. W Ankarze Zełenski otrzymał wsparcie polityczne Erdogana, co jest równoznaczne z wysłaniem, a adresatem jest w tym wypadku Trump, czytelnego sygnału, iż Ukraina ma opcję przyjęcia rosyjskich warunków i wcale nie musi korzystać z pośrednictwa amerykańskiego. Ewentualne zaangażowanie Ankary otwiera też perspektywę regionalnego sojuszu bezpieczeństwa, który obejmowałby całą wschodnią flankę NATO, a jego powstanie (bez zaangażowania i nadzoru Waszyngtonu) nie jest Amerykanom na rękę, bo po pierwsze nie oni mieliby w tym układzie monopol, a po drugie większe pole manewru uzyskałaby też Ukraina. Krótkoterminowo Zełenski musi pokazać Trumpowi, że bez jego zgody nie będzie żadnego pokoju na wschodzie, podobnym sygnałem jest też zainteresowana Europa, zwłaszcza zachodnia jej część, która potrzebę uczestnictwa w rozmowach pokojowych rozumie (i słusznie) w kategoriach wzmocnienia swojej pozycji w trwających już negocjacjach na temat nowego podziału ról w amerykańskim systemie sojuszniczym. Jest to oczywiście w przypadku Zełenskiego bardzo ryzykowana gra, ale z pewnością lepiej ją podjąć szybko niż biernie czekać, aż Amerykanie zdyscyplinują Europejczyków, bo wówczas pole manewru Kijowa ulegnie dramatycznemu zawężeniu.

Problemem jest oczywiście to, o czym niedawno na łamach The Foreign Affairs pisał Hal Brands, że mamy do czynienia z grą, w której bierze udział wielu zainteresowanych, co oznacza, iż realizacja jakiegokolwiek „planu” ze względu na rozbieżności interesów nie jest prosta, a i sam plan składa się z chaotycznych i często wewnętrznie sprzecznych posunięć. Możemy też w efekcie obserwować katastrofę geostrategiczną, a nie wykluwanie się nowego, zbudowanego na nowych zasadach, porządku.

Oceniając sytuację, trzeba jednak odnosić się do realiów, a nie liczby wpisów w serwisach społecznościowych, w których politycy, o zgrozo często nawet liderzy państw, deklarują poparcie i solidarność, piszą, że „nigdy was nie zostawimy”, ale nie podejmują realnych kroków, nawet takich, które są w zakresie ich możliwości.

Wsparcie Europy dla Ukrainy

Jeśli Europa chce wspierać wysiłek obronny Ukrainy, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby podjąć decyzję o konfiskacie rosyjskich aktywów zamrożonych w systemie Euloclear, z siedzibą w Belgii, w którym to państwa naszego kontynentu mają zdecydowaną większość albo zwiększyć restrykcje handlowe wobec Rosji i jej sojuszników. Pierwszy krok, dla przykładu, mogłaby wykonać Holandia i Francja, blokując przyjmowanie w ich portach rosyjskiego gazu LNG. Podobnie szybko i łatwo kanclerz Scholz mógłby zacząć wysyłać Ukraińcom rakiety Taurus, dzięki którym ci byliby w stanie zniszczyć choćby Most Kerczeński, a Bałtowie i Skandynawowie podjęć bardziej zdecydowane kroki, aby blokować rosyjskie statki wchodzące w skład tzw. floty cienia, czym ograniczyliby rosyjskie zdolności do finansowania wojny.

Zakładam, że równie łatwo można byłoby wypracować wspólną, europejską, deklarację o potrzebie wypowiedzenia Aktu Stanowiącego Rosja – NATO, czego nie udało się mimo trzech lat wojny zrobić, a przynajmniej państwa z zachodniej części naszego kontynentu, tak chętnie mówiące o strategicznej suwerenności Europy, mogłyby podjąć negocjacje, których celem byłoby utworzenie stałych baz, czyli zerwanie z rotacyjną obecnością wojskową, na wschodzie. Nic z tego nie ma, póki co, miejsca, co nakazuje, to moja kolejna teza, aby rząd w Warszawie ostrożnie podchodził do aktów strzelistych Europejczyków z Zachodu, deklarujących, że teraz „już na poważnie” wezmą się za bezpieczeństwo. Mają otwartą drogę, niech to robią, a my podejmijmy decyzje o własnym zaangażowaniu zaraz po ich posunięciach.

Nawet taki zwolennik suwerenności strategicznej jak Emmanuel Macron, który w ostatnim czasie (już po scysji w Gabinecie Owalnym) mówił, że Europa musi wykonać ruch do przodu i podjąć decyzję o zwiększeniu o setki miliardów dolarów własnych wydatków na bezpieczeństwo finansowanych wspólnym długiem, a także zadeklarował, iż „jest otwarty” w kwestii rozmów o rozciągnięciu na pozostałe kraje naszego kontynentu francuskiego parasola nuklearnego, jednocześnie podkreśla wagę dbałości o relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Jego zdaniem, nawet jeśli w najbliższym tygodniu Europa podejmie stosowne decyzje (szczyt państw UE), co wydaje się optymizmem, bo ostatnio Włochy, Hiszpania i Portugalia, a nie tylko Węgry, zaczęły blokować sankcje nałożone na Rosję, to i tak „potrzebujemy długich lat”, aby zbudować rzeczywiste zdolności wojskowe. To oznacza, że wsparcie Amerykanów w tym procesie jest niezwykle ważne, jeśli chcemy myśleć o odstraszaniu Rosjan. Ryzykowanie, że przyjmie ono chaotyczny wymiar, nie jest dobrym pomysłem. Oczywiście Ukraińcy mogą mieć w tej sprawie inną optykę i muszą działać szybko, ale członkowie NATO, przeciwnie, raczej powinni wykazać się umiarkowaniem i spokojem. Dlatego dobrze byłoby, aby nasi politycy powstrzymali się z antytrumpowskimi deklaracjami, nie mówiąc już o głupich tweetach, w których otwarcie wiążą politykę Stanów Zjednoczonych z Rosją. Jeśli byli ministrowie obecnej koalicji chcą uprawiać tego rodzaju dziecinadę, to mają oczywiście do tego prawo, ale muszą mieć świadomość, że ich wygłupy działają obiektywnie na szkodę Polski. Nie dlatego, że roztropna jest wobec Ameryki postawa w stylu „przy twoim boku staliśmy i będziemy stać Panie”, bo to przejaw podobnie głupiej skrajności, tylko że o innym wektorze, ale z tego względu, że potrzebujemy, na konstrukcję naszego systemu bezpieczeństwa czasu i winniśmy dążyć do rozpoczęcia procesu, którym będziemy współzarządzać, a nie podejmować impulsywnych i chaotycznych działań. To z tego też powodu Keir Starmer zachęca Zełenskiego do pojednania z Białym Domem i nie przyłączył Wielkiej Brytanii do chóru, emocjonalnie zrozumiałych, choć politycznie głupich, antyamerykańskich deklaracji i tweetów, które pojawiły się po kłótni w Białym Domu.

„Sytuacja jest niestabilna”

Sytuacja, najłagodniej rzecz ujmując, jest niestabilna i potoczyć się może w każdym, nawet najmniej pożądanym, kierunku. Amerykańskie media obiegają informacje o wstrzymaniu wszelkiej pomocy wojskowej i ekonomicznej dla Ukrainy, co może oznaczać też decyzję o wycofaniu się wojskowym z Jasionki. Możemy mieć zatem do czynienia z faktyczną redukcją amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce (mimo że jeszcze w ubiegłym tygodniu mieliśmy widoki na jej utrzymanie, a nawet zwiększenie, o co zabiegał w Waszyngtonie premier Wielkiej Brytanii). To może być pierwszy, niekorzystny dla nas efekt akcji Zełenskiego. Doradzałbym zatem powściągliwość w aktach strzelistych naszych polityków wyrażających poparcie dla prezydenta Ukrainy. Być może roztropniejszą byłaby misja usług dobrej woli, której celem byłoby łagodzenie napięć. Należy też podjąć wymierne działania w postaci utrzymania, tym razem angażując nasze siły, bazy logistycznej w Jasionce. Jeśli nasi europejscy sojusznicy będą chcieli nas wesprzeć, to dobrze, bo w ten sposób pokarzą w czynach swoją determinację, ale decyzja o tym czy baza będzie pracowała, czy nie musi być w naszych rękach. W Kijowie muszą przyjąć do wiadomości i pogodzić się z tym, że to dzięki postawie Polski w ogóle dostają pomoc i jest wymogiem ich, a nie naszej racji stanu, nie tylko konsultować z Warszawą podejmowane indywidualnie działania, ale również uwzględniać nasze stanowisko. Bravado Zełenskiego w Waszyngtonie może też godzić w nasze interesy strategiczne. Tego rodzaju sygnały, których adresatem, prócz Kijowa winny być stolice państw europejskich, ale również Waszyngton, powinny zostać wzmocnione szeregiem inicjatyw regionalnych. Ich celem powinno być pokazanie zdolności do konstrukcji regionalnych porozumień i aliansów strategicznych, ale nie po to, aby zastąpić istniejące, ale wziąć udział w już trwających negocjacjach na temat nowych ról w zachodnim systemie sojuszniczym. Ukraina powinna dostać sygnał gotowości Polski do pogłębienia współpracy wojskowej, np. w zakresie wspólnej produkcji rakiet balistycznych i manewrujących. Nie chodzi tu o politykę „kija i marchewki”, ale o deklaracje budowy, w przyszłości, sojuszu strategicznego, który obiektywnie wzmacniałby Ukrainę, nawet jeśliby ta została zmuszona do przyjęcia roli „państwa buforowego”. Obecny stan relacji amerykańsko-europejskich i wewnątrzeuropejskich nakazuje nam unikanie dwóch skrajności przedstawicieli naszego świata polityki – naiwnej proeuropejskości i naiwnej proamerykańskości. Musimy zerwać z tą fatalną polityką wyboru orientacji i wybrać opcję stopniowego zwiększania własnych zdolności. Jednym z pierwszych posunięć winna być poprawa relacji z Kijowem i nadanie im transakcyjnego, równoprawnego, charakteru. Kolejne posunięcia powinny koncentrować się na budowie aliansu z Turcją oraz równolegle z państwami „bałtyckiej ósemki”. Szczególnie ten ostatni format jest ważny, choć nie lekceważyłbym w związku z dobrymi relacjami Ankary z Pekinem kierunku tureckiego. Zarówno Europejczycy z Zachodu, jak i Amerykanie muszą w rezultacie zrozumieć, że na wschodzie kształtuje się konfiguracja państw mających realne zdolności wojskowe, których interesy należy poważnie brać pod uwagę. W przeciwnym razie zawsze będą mieli oni pokusę instrumentalizowania nas albo będziemy ponosić koszty strategicznie nierozsądnej, choć dobrze w krótkiej perspektywie skalkulowanej akcji Ukrainy.

Hard truths about the Trump-Zelensky-Vance Oval Office blow-up

Hard truths about the Trump-Zelensky-Vance Oval Office blow-up

The public spectacle doesn’t change the fact that the war needs to end soon

Feb 28, 2025 https://responsiblestatecraft.org/zelensky/

The sort of clash that occurred between President Trump and Vice President Vance and President Zelensky is common enough between leaders in private. As a public spectacle however it is almost unprecedented, and certainly in the surroundings of the White House. There was fault on both sides for the way things got out of hand; but Zelensky was the more foolish participant, because (as Trump pointed out) he is the one in the weak position.

There were multiple reasons for this diplomatic debacle, but the most important was a fundamental divergence of views on how the war began and how to end it.

President Zelensky, like many people in the U.S. and European establishments, puts all the blame for the war on Russia, believes that the Russian government is not only still pursuing not only maximalist aims in Ukraine, but intends to attack the Baltic States and NATO.

Zelensky therefore does not really believe that a negotiated settlement is possible or will last; unless that is NATO European members provide a force to defend Ukraine with the full backing of the United States. Since the Russian government has repeatedly rejected this idea, setting it as a condition in talks would mean that there will be no peace settlement and the war will continue indefinitely.

Based on their own view of the world and international relations (shared in private by a good many tough-minded members of the U.S. establishment) Trump and Vance by contrast believe that Russia had certain legitimate reasons to see Western ambitions in Ukraine as a threat to its security and vital interests. They see this war as part of a broader geopolitical conflict between the West and Russia over NATO expansion and Europe’s security order. Absent diplomacy, they think the spiral of action and reaction in this geopolitical conflict will only escalate, risking, in Trump’s words, “World War III.”

Trump and Vance see Putin as a ruthless but rational actor (much, perhaps, as Trump sees himself) who will make a deal and stick to it if it meets Russia’s essential conditions. They do not believe that Putin has any intention of going on to attack NATO. Above all, they are determined not to make any more U.S. security commitments in Europe beyond NATO’s existing borders.

They were therefore furious when Zelensky at the press conference put public pressure on them to promise a U.S. military “backstop” for a European “peacekeeping” force in Ukraine. And while Trump’s words about Zelensky have been extremely undiplomatic, in another reply to a question he did utter some diplomatic common sense: “You want me to say terrible things about Putin and then tell him, ‘Hey, Vladimir, how about a deal?’” Trump also stated something that should be a truism, but has too often been forgotten by the U.S. foreign and security establishment: that his primary responsibility is to the United States of America.

Zelensky for his part does not seem to have understood the very different character of the Trump administration from that of Biden or the European governments. Zelensky and other Ukrainian officials became used to criticizing Western governments in public for not giving enough aid to Ukraine, and going over their heads with public appeals to Western media, publics and parliaments.

And very often, Biden and his European counterparts then gave in to Ukrainian demands that they had previously rejected. This appeared to condition Zelensky to believe that public pressure and moral blackmail on Washington would still be a path to success when dealing with Trump.

It says little for his Ukrainian advisers that Zelensky went into this meeting so terribly briefed. The Ukrainian ambassador was seen with her head in her hands during the argument, and she had good reason.

Trump and Vance reacted very differently to Zelensky’s public pressure and reproaches. It was, however, unnecessary for them to respond so harshly in public. As one of the authors pointed out in an article for Responsible Statecraft earlier this week (that, alas, none of the principals at this meeting seem to have read) there is an awful lot to be said for public silence in the conduct of international affairs.

Zelensky’s illusions needed to be dispelled by some clear and firm U.S. words; but there was no need to utter them in public. Incidents of this kind do not accord with the dignity of the White House or the image of the United States. Trump should have ended the press conference before the conversation turned contentious and voiced his admonitions to Zelensky in private.

The way in which this argument got out of hand partly reflects Trump’s and Vance’s personal resentments (of which Zelensky should have been aware, and that should have made him more cautious and polite) over Zelensky’s perceived political support for the Democrats, including his role in Trump’s first impeachment and his de facto campaign appearance for Biden in Pennsylvania during the 2024 elections.

This deep public rift, and the collapse of the minerals deal that Trump clearly regarded as central to the U.S.-Ukrainian aspect of the peace process, leave that process in a parlous state. The Russian government has two choices in how to respond. On the one hand, there will doubtless be hardliners who will tell Putin that with Ukraine’s relationship with the U.S. gravely weakened, Russia should harden its negotiating stance and refuse to compromise on its demands.

It is certainly possible, however, that wiser counsel will prevail, and that Putin will see this as an opportunity to portray Russia as the party that is seeking peace. This is what most of Russia’s partners in the Global South (that Russians like to call the “Global Majority”) would wish. This is also of course the greatest opportunity ever to establish a wholly new relationship with the U.S. and achieve the wider agreements on common security that Moscow has been seeking for so many years.

Ukraine’s position is gravely weakened; and if in the next round of negotiations the U.S. and Russian teams can come up with a reasonable compromise, Ukraine would be well advised to accept it in principle and try to negotiate as many advantages as possible over the details of the ceasefire and any changes to the Ukrainian constitution — negotiations in which Ukraine will of course have to be involved, whatever the state of relations between Trump and Zelensky.

For if Ukraine continues to oppose a deal and Trump withdraws U.S. support (including not just weapons but even more importantly Starlink and real-time battlefield intelligence), Ukrainian forces will face huge difficulties in holding their present positions and warding off a catastrophic defeat.

This will be true even if European countries continue their support. The governments of the EU and UK are now facing a critical dilemma, to which they will have to respond at their summit (including Zelensky) this coming Sunday, March 2. They will no doubt pledge to continue supporting Ukraine with aid.

If however they also continue to insist to the Trump administration that they and Ukraine be included in the first rounds of peace talks, to insist on a European peacekeeping force, and to encourage Ukraine to reject a deal, they will lose whatever influence they retain in Washington and may also expose themselves to retaliation in the form of tariffs. They will also vastly increase the risk of a catastrophe for Ukraine.

Finally, this incident raises profound questions about Zelensky’s political future.

It may temporarily create a rally-round-the-flag effect in Ukraine, bolstering his popularity for standing up to U.S. pressure. Before too long however, as Ukrainians confront the dire circumstances they face and the need to mend fences with the Trump administration, challengers to Zelensky may emerge and lead calls for presidential elections.

——————

Anatol Lieven

Anatol Lieven is Director of the Eurasia Program at the Quincy Institute for Responsible Statecraft. He was formerly a professor at Georgetown University in Qatar and in the War Studies Department of King’s College London.

The views expressed by authors on Responsible Statecraft do not necessarily reflect those of the Quincy Institute or its associates.

George Beebe

George Beebe spent more than two decades in government as an intelligence analyst, diplomat, and policy advisor, including as director of the CIA’s Russia analysis and as a staff advisor on Russia matters to Vice President Cheney. He is the author of „The Russia Trap: How Our Shadow War with Russia Could Spiral into Nuclear Catastrophe” (2019).

LGBT w defensywie. Parada pychy w Budapeszcie nie odbędzie się

LGBT w defensywie. Parada pychy nie odbędzie się

2.03.2025 https://nczas.info/2025/03/02/lgbt-w-defensywie-parada-pychy-nie-odbedzie-sie/

Obrazek ilustracyjny.
Obrazek ilustracyjny.

Premier Węgier Victor Orban zapowiedział, że w tym roku nie przejdzie parada pychy LGBT w stolicy jego kraju. – Uważamy, że kraj nie powinien tolerować marszu pychy przez centrum miasta – powiedział wiceprzewodniczący Fideszu i zaufany polityk Orbana Gergely Gulyás.

Władze Węgier zapowiedziały, że w tym roku marsz pychy środowisk LGBT w Budapeszcie się nie odbędzie.

– Uważamy, że kraj nie powinien tolerować marszu pychy przez centrum miasta – powiedział Gergely Gulyás.

Marsz zostanie zakazany ze względu na dobro dzieci i ochronę ich przed niewłaściwymi postawami, które mają miejsce na tego typu „imprezach”.

O sprawie poinformował także portal „Politico”. Redakcja zacytowała wypowiedź Gulyása, który powiedział także, że „nie będzie żadnej parady w publicznej formie, w jakiej znaliśmy ją w ostatnich dekadach”.

Gulyás przywoła także „zdrowy rozsądek” w tej kwestii.

– Człowiek rodzinny zwykle nie zbliża się do parady, unika tej części miasta – podkreślił węgierski polityk.

Nawiązał w ten sposób do niedawnych uwag premiera Victora Orbana. Ten stwierdził, że grupa organizująca paradę pychy od wielu lat, Budapest Pride „nie powinna zawracać sobie głowy przygotowywaniem marszu na ten rok”.

– Byłoby to stratą czasu i pieniędzy – powiedział premier Węgier Victor Orban.

„The Washington Post” zwraca uwagę, że ewentualny zakaz będzie zgodny z węgierską ustawą o ochronie dzieci z 2021 roku. Ta wyraźnie uderzyła w możliwość publicznej promocji homoseksualizmu i tzw. zmiany płci.

Gergely Gulyás przyznał, że istnieje możliwy „konflikt między prawami podstawowymi”, który w związku z tym „trzeba rozwiązać”.

– Powinien o tym zdecydować sąd lub policja, jeśli to konieczne – powiedział powiedział Gulyás.

– Nie wiem, czy potrzebna jest tylko poprawka do konstytucji, czy też należy zmienić również inne prawa, ale jak powiedzieliśmy, parada w obecnej formie się nie odbędzie – podkreślił.

Grupa Budapest Pride z kolei zapowiada, że marsz w tym roku odbędzie się.

„Walczymy o prawo wszystkich Węgrów do protestowania, wyrażania swoich opinii i stawania w swojej obronie” – przekonywała organizacja cytowana przez CNN.

Orban, Węgry: Nie podpiszę wsparcia dla Ukrainy. UE powinna rozpocząć bezpośrednie rozmowy z Rosją. Premier Słowacji Fico żąda pokoju.

Orban: Nie podpiszę wsparcia dla Ukrainy. UE powinna rozpocząć bezpośrednie rozmowy z Rosją.

1.03.2025 nczas/orban-nie-podpisze-wsparcia-dla-ukrainy

W liście do przewodniczącego Rady Europejskiej Antonio Costy premier Węgier Viktor Orban zapowiedział, że nie podpisze się pod konkluzjami przyszło-tygodniowego szczytu Rady Europejskiej w sprawie unijnego wsparcia dla Ukrainy. „UE powinna rozpocząć bezpośrednie rozmowy z Rosją” – przekonywał.

W wysłanym w sobotę liście Orban oświadczył, że Węgry nie mogą zgodzić się na uzgodnione wstępnie przez unijnych ambasadorów przy UE konkluzje ze szczytu, mówiące o wsparciu UE dla Ukrainy. Przywódcy państw członkowskich mieli przyjąć te konkluzje na szczycie Rady Europejskiej w czwartek 6 marca w Brukseli. „Stało się oczywiste, że istnieją strategiczne różnice w naszym podejściu do Ukrainy” – napisał Orban.

Wyraził przekonanie, że UE wzorem USA powinna rozpocząć bezpośrednie rozmowy z Rosją w sprawie zawieszenia broni i trwałego pokoju w Ukrainie. „To podejście jest nie do pogodzenia z podejściem odzwierciedlonym w konkluzjach” – ocenił.

Zdaniem Orbana na czwartkowym szczycie Rada nie powinna przyjąć projektu konkluzji w sprawie Ukrainy. Zamiast tego zaproponował, by ograniczyć pisemne konkluzje ze szczytu do poparcia rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ przyjętej 24 lutego. Chodzi o przygotowaną przez USA rezolucję na temat wojny w Ukrainie, w której Rosja nie jest wymieniona jako agresor, nie potępia się rosyjskiej agresji, mowa jest o „wojnie rosyjsko-ukraińskiej” i wzywa się do trwałego jej zakończenia.

„Rezolucja sygnalizuje nowy etap w historii tego konfliktu i sprawia, że wszystkie poprzednie uzgodnienia Rady Europejskiej stają się nieistotne” – napisał w liście premier Węgier, dodając, że próby przyjęcia wcześniej zapisanych wniosków dotyczących Ukrainy pokazałyby tylko podział w UE.

——————

Z kolei premier Słowacji Robert Fico napisał na X, że w sprawie konkluzji ze szczytu jego kraj zaproponuje zapis o natychmiastowym zawieszeniu ognia w Ukrainie, niezależnie od tego, kiedy uda się zawrzeć porozumienie pokojowe. Zdaniem Ficy porozumienia pokojowego nie chce ani ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski, ani wiele krajów unijnych.

„Słowacja żąda też, by konkluzje zawierały wyraźny zapis o przywróceniu tranzytu (rosyjskiego – PAP) gazu przez Ukrainę do Słowacji i Europy Zachodniej” – napisał polityk. Jeśli przywódcy „nie uszanują faktu, że istnieją inne opinie niż te o kontynuowaniu wojny”, Radzie nie uda się porozumieć co do wspólnego stanowiska – zagroził.

W projekcie konkluzji, o którym mówią Orban i Fico, a które widziała PAP, podkreślono niezachwiane poparcie Ukrainy przez UE. W dokumencie zaznaczono, że wszelkie negocjacje pokojowe nie mogą toczyć się bez udziału Ukrainy i Europy, a do zawieszenia broni może dojść tylko w ramach kompleksowego porozumienia pokojowego, któremu towarzyszyć muszą solidne i wiarygodne gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. W projekcie zapisano też, że wszelka pomoc dla Ukrainy, w tym wojskowa, będzie udzielana „z pełnym poszanowaniem polityki bezpieczeństwa i obrony niektórych państw członkowskich” oraz przy uwzględnieniu interesu wszystkich państw UE. Rada podkreśliła też, że konieczne są większe wysiłki w zakresie dostarczania Kijowowi m.in. systemów obrony powietrznej, pocisków rakietowych oraz kontynuowania szkoleń ukraińskich żołnierzy. Zwróciła się też do szefowej unijnej dyplomacji Kai Kallas, by przeanalizowała możliwości wsparcia Ukrainy w ramach wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony (WPBiO) UE.

Projekt wniosków dotyczył też wzmocnienia unijnej obronności – podkreślono, że UE powinna przyspieszyć mobilizację niezbędnych instrumentów i finansowania, by wzmocnić swoje bezpieczeństwo, gotowość obronną i zmniejszyć strategiczne zależności od sojuszników. W dokumencie znalazł się też zapis o konieczności ochrony i obrony granic UE, a zwłaszcza wschodniej granicy Unii, najbardziej narażonej na zagrożenia ze strony Rosji i Białorusi. Przyczyni się to do bezpieczeństwa całej Europy – podkreślono.

Figury przeciw pionkom

Figury przeciw pionkom

Autor: CzarnaLimuzyna , 2 marca 2025

Polityka bardzo często nie opiera się na wartościach

To prawda. Z tego właśnie powodu, bardzo często, dochodzi do wojen i budowania totalitarnych systemów.

Reakcja żyjących w informacyjnej bańce „silnych razem” „nienawidzących razem” i „głupszych razem” na ostatnie wydarzenia opiera się na przekonaniu, że zakończenie wojny na Ukrainie na amerykańskich i rosyjskich warunkach jest hańbą. Wojny, którą rozpoczęto i toczono również na tych samych warunkach – zasadach wyznaczonych przez USA i Rosję z zamiarem osiągnięcia celów będących poza percepcją „głupszych razem” i poza wpływem wykorzystywanych pionków.

A co „głupsi razem” sądzą w takim razie o pokoju w Polsce? Pytam o „pokój”, bo wojny toczonej przeciw Ojczyźnie nie widzą. Nie widzą m.in. z powodu braku umiejętności odróżniania dwóch rodzajów propagandy. Propagandy, która w ich umysłach zlała się w całość – propagandy antyPiS i propagandy antypolskiej. Atak na Polskę „głupsi razem” odbierają jako atak na PiS. Na tym polega spryt naszych wrogów aby budować fałszywe skojarzenia słów z desygnatem.

„Pokój” w Polsce również został ufundowany na obcych warunkach i na hańbie zdrady narodowej, a dziś jako utrwalona zasada definiuje stan trwającej okupacji. Okupacji umysłów i każdego obszaru życia społecznego w oparciu o obce prawo limitujące normalność i uszczuplające zasoby naszej wolności i własności.

O Polskę, wymienieni przeze mnie, się nie upominają, ale o obce interesy bezustannie. Dlaczego?

“Jestem Polakiem – pisał Dmowski – więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”

Obowiązki polskie

Nie zauważyłem aby „głupszych razem” interesowały kiedykolwiek warunki „pokoju” zawartego przy „Okrągłym stole”. Nie interesowały ich warunki przystąpienia do Unii, ani zmiana statusu Polski po Traktacie Lizbońskim. Nie interesują ich warunki i wynikające z nich konsekwencje „zabójczego ładu” nazywanego zielonym.

To nie tylko Ukraina może się czuć osamotniona po tym spotkaniu, ale też Europa. Sojusz z USA sypie się w pył. Dzień w którym Europa musi zacząć szykować się do wojny? – pisze pan Rafał Mundry.

Pan Mundry również nie widzi prawdziwej wojny toczonej przeciw Europie i Polsce? Nie widzi, dlatego wybiega myślami, razem z innymi, naprzeciw nowej wojnie.

Wypowiedział się też niezawodny Jacek Bartosiak, zwracając uwagę na amerykański blef. Blef i propaganda są stałym elementem gry. Pan Bartosiak Ameryki nie odkrył. On też nie mówi o  toczonej od wielu lat wojnie przeciw Polsce i w Polsce. Za mało nośne? Tępa gawiedź nie zrozumiałaby tematu? Mniej grantów?

Nikczemność pionków

Nie darząc sympatią  Sławomira Mentzena, prezesa „Nowej”- obawiam się, że fałszywej „Nadziei” – nie podoba mi się, że w przypadku gdy Ukraińcy grożą mu śmiercią, zamiast wziąć w obronę polskiego obywatela, tępa gawiedź zaczyna na niego pluć, przy równoczesnych peanach na cześć banderowców.

Ukraiński historyk Wachtang Kipiani grozi mi śmiercią, pisząc, że może mi załatwić powtórkę z historii Pierackiego, polskiego polityka, ministra spraw wewnętrznych, zamordowanego w 1934 r. przez ukraińskich nacjonalistów.

Profil ideowy pionków jest często bardzo podobny. Jeden z przykładów:

– W Konfederacji nie podoba mi się nakręcanie nienawiści do Ukrainy i Ukraińców – powiedział na antenie RMF FM Jaki. – W Parlamencie Europejskim widzę, jak zachowuje się Grzegorz Braun i ta ekipa zaznaczył.

Zaskoczony ostatnio pytaniem na temat Chanuki, czy by ją palił, Patryk Jaki odpowiedział, że „zastanowiłbym się”. Nad czym? Czy mu się to opłaci?

Na koniec, raz jeszcze: “Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka” .

Skecz “Sługi Narodu” w Białym Domu

Skecz “Sługi Narodu” w Białym Domu

Stanisław Michalkiewicz 2025-03-02 skecz-slugi-narodu-w-bialym-domu

Takiego widowiska nikt chyba się nie spodziewał. Ja na przykład myślałem, że prezydent Zełeński, któremu ukraiński Najwyższy Sowiet dopiero niedawno konwalidował status prezydencki, przyszedłszy po rozum do głowy, podpisze warunki bezwarunkowej kapitulacji Ukrainy przed Stanami Zjednoczonymi.

Prawdopodobnie tak samo myślał i prezydent Trump i wiceprezydent Vance – bo czyż w przeciwnym razie wpadliby na pomysł, żeby dyskutować z prezydentem Zełeńskim przed kamerami telewizyjnymi i w obecności tłumu dziennikarzy?

Tymczasem prezydent Zełeński najwyraźniej postanowił schronić się za murami kabaretowymi – o czym świadczył m.in. kostium “sługi narodu” z “tryzubem” na lewej piersi.

Chyba ani prezydent Trump, ani wiceprezydent Vance z początku nie zorientowali się w tym manewrze i dlatego podjęli dyskusję z operetkowymi, ale i mocarstwowymi deklaracjami prezydenta Zełeńskiego – że on własną piersią broni “wolnego świata” i przestrogami, że jak Ameryka nie będzie go słuchać, to doświadczy wojny na swoich granicach i nic jej nie pomoże nawet Ocean Atlantycki.

Myślę, że w tym momencie prezydent Trump już się zorientował, że został przez prezydenta Zełeńskiego wciągnięty w kabaretowy skecz – bo wiceprezydent Vance chyba skapował to kilka minut później. Toteż, wyłamując się z kabaretowej konwencji, expressis verbis dał do zrozumienia swemu ukraińskiemu rozmówcy, że bez Stanów Zjednoczonych nie ma on w rękach żadnych atutów i że albo zdecyduje się podpisać warunki bezwarunkowej kapitulacji Ukrainy przed USA, albo “się rozejdziemy” – co w domyśle oznaczało, że od tej pory będzie musiał bujać się z Putinem na własną rękę.

Ponieważ prezydent Zełeński miał przygotowany tylko scenariusz kabaretowy, nie było innego wyjścia, jak przerwać przedstawienie. Toteż widowisko przerwano, delegacja ukraińska została skierowana do osobnego pokoju, dokąd po chwili przyszła jakaś funkcjonariuszka, by zakomunikować, że prezydent Trump prosi delegację ukraińską o “jak najszybsze” opuszczenie Białego Domu.

No dobrze – ale dlaczego prezydent Zełeński postanowił odegrać z udziałem prezydenta Trumpa skecz pod tytułem “Sługa narodu”? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy uświadomić sobie, jakim naprawdę państwem jest Ukraina. Nie jest to normalne państwo, tylko oligarchia oligarchów.

W odróżnieniu od Rosji, gdzie Putin decyduje, kto może być oligarchą, na Ukrainie to oligarchowie decydują, kto może być prezydentem.

To są ci sami oligarchowie, którzy eksploatują wszystkie bogactwa Ukrainy, bez oglądania się na tamtejsze plebejskie mięso armatnie. A tu nagle amerykański prezydent chciałby położyć na tym wszystkim łapę.

Toteż prezydentu Zełeńskiemu na odjezdnym powiedziano: słuchaj no frędzlu, jak tylko podpiszesz tę umowę, to uriezamy tobie szyję. W tej sytuacji nie było innego wyjścia, jak schronić się za murami kabaretowego widowiska, dzięki czemu żadna umowa z Ameryką nie została podpisana.

No tak – ale prezydent Stanów Zjednoczonych, które rzeczywiście – stanowią jedyną ostoję i nadzieję Ukrainy, na oczach całego świata został przez żydowskiego komika w ukraińskim kostiumie ośmieszony. To ze strony prezydenta Zełeńskiego też wielkie ryzyko – a jednak na to ryzyko poszedł. Dlaczego? Najwyraźniej jemu też przez ostatnie lata musiało przewrócić się w głowie i doszedł do wniosku, że może bezkarnie wytarzać amerykańskiego prezydenta w smole i pierzu, bo ten “i tak” będzie musiał mu pomagać, bo jak nie, to Putin ruszy na Atlantyk – oczywiście po uprzednim zawojowaniu Europy – i okupuje Amerykę.

Taką właśnie propagandową tezę wykoncypowali pierwszorzędni fachowcy ze Sztabu Generalnego niezwyciężonej Ukraińskiej Powstańczej Armii – więc nic dziwnego, że i prezydent Zełeński w końcu w tę własną propagandę uwierzył. Tymczasem to błąd – bo w nasza propagandę, to powinni wierzyć inni – ale nie my, którzy ją wytwarzamy. A dlaczego? A dlatego, ze wiara we wszelką propagandę odbiera człowiekowi poczucie rzeczywistości.

I właśnie taką utratę poczucia rzeczywistości mogliśmy zaobserwować u prezydenta Zełeńskiego. Ja nie przywiązuję specjalnej wagi do tak zwanej “mowy ciała”, w której specjalizują się rozmaici filuci – ale rzeczywiście – kiedy prezydent Trump powiedział ukraińskiemu gościowi, że bez Stanów Zjednoczonych Ukraina “nie ma żadnym atutów”, to chyba dopiero wtedy dotarło do niego, że może zostać z – jak to mówią – fiutem w garści, z którego może oddawać gniewne strzały w stronę zimnego ruskiego czekistę Putina. Dopiero wtedy dotarło do niego, że o ile Stany Zjednoczone jakoś sobie poradzą i bez samostijnej Ukrainy, to samostijna Ukraina bez pomocy Stanów Zjednoczonych może sobie nie poradzić, zwłaszcza w aktualnej sytuacji, w jakiej z powodu głupoty swojego prezydenta właśnie się znalazła.

Na usprawiedliwienie prezydenta Zełeńskiego trzeba jednak dodać, że liczy on na “Europę”, której przywódcami najwyraźniej musiał – o czym pisał mój Honorable Correspondant – podzielić się forsą, którą i Ameryka i poszczególne kraje europejskie pożyczyły mu, albo zagwarantowały w związku z wojną. Oczywiście z wyjątkiem Polski – bo nasi Umiłowani Przywódcy 2 grudnia 2016 roku podpisali umowę, w której zobowiązali się do “nieodpłatnego” udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa. Czyż nie dlatego prezydent Zełeński i ukraińscy dygnitarze traktują naszych Umiłowanych Przywódców z nieukrywaną pogardą – no bo na nic innego ci nie zasługują.

Jeśli chodzi o innych europejsów, przede wszystkim “starą łapówkarę”, Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje, czy francuskiego prezydenta Macrona, to jestem pewien, że ci teraz rzeczywiście panikują, że prezydent Zełeński powie, ile komu dał i w ten sposób trzyma ich za krocze.

Toteż jeden przez drugiego mu się nadstawiają z ofertami dozgonnej miłości – w czym uczestniczy nawet obywatel Tusk Donald, chociaż nie wydaje mi się, żeby i jemu coś od prezydenta Zełeńskiego kapnęło, chociaż – w odróżnieniu od pana prezydenta Andrzeja Dudy, który prezydenta Zełeńskiego kocha bezinteresowną, ślepą miłością – w roku 2019, kiedy jeszcze przewodniczył Europejskiemu Najwyższemu Sowietowi, a Zełeński już był prezydentem, to mógł i on coś dostać i dlatego tak się dzisiaj nadstawia.

Wyjątkiem może być Wielka Brytania. Pamiętamy, jak w roku 2022 Turcja oferowała Ukrainie swoje usługi w zakresie pośrednictwa z Putinem – ale ówczesny brytyjski premier Borys Johnson prezydentowi Zełeńskiemu to “odradził”. Co mu tam naobiecywał, razem z amerykańskim prezydentem Józiem Bidenem – tego możemy się tylko domyślać również dlatego, że teraz Wielka Brytania podpisała z Ukrainą pakt aż na całe 100 lat!

Skoro jest już po “brexicie”, to co to szkodzi wciągnąć resztę europejsów w stuletnią wojnę na Ukrainie? Bella gerant alii, tu felix Austria nube (niech inni toczą wojny, ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa) mawiało się w koszmarnych czasach – ale każda słuszna myśl, raz rzucona w przestrzeń, prędzej czy później znajdzie swego amatora.

A ponieważ wszyscy namawiają nas do “myślenia pozytywnego”, to niewątpliwie pozytywnym skutkiem awantury w Białym Domu jest to, że cały świat przekonał się, jacy są Ukraińcy. [Raczej – rządzące tym biednym ludem – mafie. md]

Stanisław Michalkiewicz

Starmer [to jakiś „premier”?] : „Europa potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA”. A ja potrzebuję [—-].

tysol/starmer-europa-potrzebuje-gwarancji-bezpieczenstwa-od-usa 3.2025

Europa potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA, aby powstrzymać przywódcę Rosji Władimira Putina przed ponowną inwazję na Ukrainę, gdyby doszło do tego po uzgodnieniu wcześniej porozumienia pokojowego – powiedział w niedzielę w rozmowie z BBC brytyjski premier Keir Starmer.

Keir Starmer Starmer: Europa potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa od USA

Keir Starmer / PAP/EPA/WILL OLIVER

Szef brytyjskiego rządu przyznał, że nie ufa Putinowi, który, jego zdaniem, może „powrócić, jeśli tylko dostanie szansę”. 

Przypomniał, że podobne działania ze strony rosyjskiego przywódcy miały już miejsce w przeszłości. Polityk podkreślił, jak istotne jest dla niego, aby porozumienie miało charakter trwały, a nie było jedynie tymczasową przerwą. Zaznaczył również, że stąd wynika potrzeba zapewnienia gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA.

Starmer: Europa potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa od USA

Starmer wyznał, że ufa zarówno prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu i prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi. [Hi,hi… A to idiota... md]. Dodał, że ukraiński polityk dzielnie służy swojemu krajowi od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji w lutym 2022 r. [Hi,hi… A to idiota... md]. W opinii premiera Wielkiej Brytanii czas ten jest dla Europy „prawdziwym momentem kruchości”.

Rozmówca BBC stwierdził, że Trump dąży do trwałego pokoju na Ukrainie, pomimo swojej retoryki i postawy wobec Zełenskiego. 

„Wszyscy się z tym zgadzają, oprócz Putina”  – powiedział Starmer.

Polityk wymienił trzy rzeczy, które jego zdaniem są niezbędne do osiągnięcia trwałego pokoju: amerykańskie zabezpieczenie, europejskie gwarancje bezpieczeństwa oraz silna i uzbrojona Ukraina [Hi,hi… A to idiota... md]. Dodał, że kwestia gwarancji bezpieczeństwa ze strony Amerykanów jest przedmiotem „intensywnych” dyskusji

[Resztę tych bezczelnych bredni jakiś ciekawski może se znaleźć w Tysolu, ja szanuję czytelnika. md]

========================

mail: Oto wyjaśnienia:

Viki:

W 2007 roku ożenił się z prawniczką Victorią]. Przodkowie Victorii są żydowskiego pochodzenia i mają polskie korzenie. [Podobne „polskie korzenie” miał Begin, Humer i setki tysięcy im podobnych. md]. Mają dwoje dzieci, córkę i syna.

Jest pescetarianinem [RYBKI SOBIE POZWALA.. ] , a jego żona wegetarianką. W jednym z wywiadów przyznał, że dał swoim dzieciom możliwość jedzenia mięsa dopiero kiedy skończyły 10 lat.

Jest ateistą.

================

Prezydent Duda jako Stanisław August

Słowa „nigdy” nie można nikomu zabronić wymawiać

Prezydent Duda jako Stanisław August

Stanisław Michalkiewicz, „Goniec” (Toronto)    2 marca 2025 michalkiewicz

Zdarza się często, że gdy kują konie, to nogę kowalom podstawia też żaba, dla której ten eksperyment rozmaicie się kończy.

Tak właśnie było, gdy na konferencję monachijską pogalopował pan Rafał Trzaskowski, chociaż chyba nikt go tam nie zapraszał. Toteż podobno tylko wszyscy z otwartymi paszczami słuchali, co też pan Rafał im obwieści – i pewnie dlatego konferencja monachijska nie doprowadziła do żadnej konkluzji, podobnie, jak obydwa paryskie szczytowania, na których z kolei brylował obywatel Tusk Donald. Jego też wszyscy słuchali z zapartym tchem, ale – powiedzmy sobie szczerze – obywatel Tusk Donald też prochu nie wymyśli, więc pewnie dlatego i obydwa szczytowania paryskie nikomu nie przyniosły spodziewanej satysfakcji. W tej sytuacji do Ameryki wybrał się pan prezydent Andrzej Duda – żeby spotkać się ze swoim wielkim przyjacielem, prezydentem Donaldem Trumpem.

Zaprzyjaźniona, bardzo inteligentna Pani, napisała mi, że podróż pana prezydenta Andrzeja Dudy do Waszyngtonu przypomina jej wyprawę króla Stanisława Augusta do Kaniowa, na spotkanie z imperatorową Katarzyną II. A tak się właśnie złożyło, że pan prezydent Duda poleciał do Waszyngtonu prawie dokładnie z rocznicę wyjazdu króla Stanisława Augusta do Kaniowa. 23 lutego 1787 roku wyjechało z Warszawy kilkaset sań – cała ówczesna Warszawa. Ponieważ pacta conventa nie pozwalały królowi opuszczać terytorium Rzeczypospolitej bez jednomyślnej zgody Sejmu, spotkanie z Katarzyną, odbyło się w Kaniowie na galerze zakotwiczonej na Dnieprze – bo po drugiej stronie rzeki była już wtedy Rosja.

Stanisław August przybył do Kaniowa w przeddzień swoich imienin, czyli 7 maja. Jego łódź przybiła do galery, na której oczekiwała go Katarzyna w towarzystwie księżnej de Ligne, której Katarzyna zwierzyła się z zaniepokojenia, że nie uda się jej ukryć pewnego zaambarasowania, po tylu latach niewidzenia w dawnym kochankiem – ale księżna de Ligne pocieszyła ją, że u króla z pewnością zobaczy zaambarasowanie jeszcze większe. Stanisław August chciał rozmawiać o ewentualnym sojuszu polsko-rosyjskim w obliczu wojny z Turcją, ale Katarzyna, zalotnie wyjaśniła mu, że „to nie jest rozmowa, którą można by prowadzić na galerze”. Toteż książę de Ligne skomentował podróż Stanisława Augusta do Kaniowa na spotkanie z Katarzyną nie bez złośliwości – że czekał trzy miesiące, wydał trzy miliony złotych, żeby widzieć Katarzynę przez trzy godziny.

W przypadku pana prezydenta Dudy aż tak źle nie było, bo nie podróżował do Waszyngtonu 3 miesiące, ani – miejmy nadzieję – nie wydał 3 milionów złotych, a z prezydentem Trumpem rozmawiał nie trzy godziny, tylko 7, czy może nawet 10 minut, chociaż wcześniej, podczas kongresu konserwatystów, prezydent Trump nie tylko dostrzegł go w tłumie, ale nawet prawie nazwał swoją duszeńką.

Jeśli chodzi o sprawy państwowe, to pan prezydent Duda podobno uzyskał obietnicę „zacieśnienia” wojskowej obecności amerykańskiej w Polsce.” To nie tylko trochę więcej, niż Stanisław August uzyskał w Kaniowie od Katarzyny, bo on uzyskał tylko tyle, że Katarzyna wzięła z rąk pazia królewski kapelusz i podała królowi, który melancholijnie zauważył, że „inny kapelusz dała mi Wasza Cesarska Mość przed laty”. Wprawdzie nie wiadomo, co konkretnie znaczy to „zacieśnianie”, ale w obliczu rysującej się możliwości wycofania USA z Europy, to już jest jakaś namiastka konkretu. Jak powiadają – dobra psu i mucha.

Nie wiemy natomiast, czy podczas rozmowy „w cztery oczy” – bo podobno i taka była – pan prezydent Duda próbował zainteresować prezydenta Trumpa przesileniem rządowym w Polsce, czy tylko wygłaszał jakieś irytujące akty strzeliste na temat Ukrainy, którymi uraczył nas po powrocie z Ameryki – że mianowicie Polska „nigdy” Ukrainy nie opuści – i tak dalej. Jak wiadomo, słowa „nigdy” nie można nikomu zabronić wymawiać – a w każdym razie tak poinformował premiera rządu Rzeczypospolitej na uchodźstwie, Stanisława Mikołajczyka, brytyjski premier Winston Churchill, gdy ten mu oświadczył, ze Polska „nigdy” nie zgodzi się na oddanie Wilna i Lwowa.

Teraz to słowo nieustannie wymawia prezydent Zełeński, więc widocznie pan prezydent Duda na niego musiał się zapatrzeć. Tymczasem sprawa przesilenia rządowego w naszym bantustanie nabiera palącej aktualności, jeśli zapowiedziany szczyt Trójmorza w Warszawie z udziałem prezydenta Trumpa ma w ogóle do czegoś doprowadzić. Vaginet obywatela Tuska Donalda doprowadził do lodowatych stosunków z Węgrami i Słowacją oraz do ochłodzenia stosunków z Czechami, więc bez przesilenia rządowego w Polsce o żadnym Trójmorzu mowy być nie może.

Czyżby ślepa miłość i bezgraniczne oddanie Ukrainie przesłaniały prezydentowi Dudzie poczucie rzeczywistości w sprawach polskich? Jakże inaczej można rozumieć buńczuczne deklaracje, że wojna na Ukrainie „musi” zakończyć się „sprawiedliwym i trwałym pokojem”. Buńczuczne – bo przecież to, jak się wojna na Ukrainie zakończy, nie będzie zależało ani od Polski, ani od prezydenta Dudy, który zresztą w maju prezydentem już być przestanie. Tymczasem prezydent Zełeński powiada, że wśród 5 kroków w kierunku pokoju powinno się znaleźć przyjęcie Ukrainy do NATO, „gwarancje bezpieczeństwa” dla niej i – co wprawdzie wyraził innymi słowami – wzięcie tego państwa już na stałe utrzymanie.

Tymczasem w Niemczech odbyły się wybory parlamentarne, w których najlepszy wynik – ale nie olśniewający – uzyskała CDU/CSU (28,5 proc. – 208 miejsc), drugi z kolei – AfD (20,8 proc. – 152 miejsca), SPD – (16,4 proc. – 120 miejsc), Zieloni (11,6 proc. – 85 miejsc), Lewica (8,7 proc. – 64 miejsca) – na 630 miejsc w Bundestsagu. Wynika z tego, że jeśli kanclerzem ma zostać Fryderyk Merz, a będzie się obawiał, że z AfD się strefi, to musi sklecić koalicję przynajmniej z SPD – a jeśli chce, żeby było bezpieczniej – to i z Zielonymi. To by dało rządowi większość, ale podejmowanie decyzji, zwłaszcza takich niepopularnych, byłoby trudne – co z polskiego punktu widzenia nie jest taką złą wiadomością.

Słowem – w Niemczech będzie realizowany model demokracji kierowanej, w którym – jak wiadomo – suwerenowie nie powinni głosować tak, jak chcą, tylko – tak jak powinni. A powinni tak, jak im nakazuje jakiś samozwańczy, anonimowy sanhedryn. Nie taki zresztą do końca anonimowy, bo swoje „zaniepokojenie” dobrym wynikiem wyborczym AfD wyraziła tamtejsza Centralna Rada Żydów.

Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie coś z tym zrobić. Właśnie w którejś z amerykańskich gazet ukazała się publikacja, że obóz w Oświęcimiu powinien zostać oddany w arendę, a może nawet na własność, bezcennemu Izraelowi. Jaka szkoda, że nie żyje już Salomon Morel, który po II wojnie światowej była komendantem obozu koncentracyjnego w Świętochłowicach – ale myślę, że znajdą się w Izraelu liczne szeregi jego następców, którzy zarówno niemieckim, jak i wszelkim innym ekstremistom, nienawistnikom i antysemitnikom zrobią ostateczne rozwiązanie.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Ameryka o Zełenskim: – Jego kraj powinien „zatrudnić kogoś innego”.

Bild: „Czy Trump chce obalić Zełenskiego?”

1.03.2025 https://www.tysol.pl/a136349-bild-czy-trump-chce-obalic-zelenskiego

Jak donosi niemiecki Bild, w Kijowie i europejskich stolicach rośnie niepokój. Pojawiają się spekulacje, że Donald Trump może dążyć do odsunięcia Wołodymyra Zełenskiego od władzy.

Zełenski i Trump w Białym Domu Bild:

Zełenski i Trump w Białym Domu / PAP

—————-

Bild: „Czy Trump chce obalić Zełenskiego?”

Według Bilda temat ten jest poruszany wśród unijnych przywódców, choć oficjalnie wypowiadają się oni na ten temat ostrożnie. Jeden z dyplomatów UE miał powiedzieć gazecie: „Musimy założyć, że Trump chce obalić Zełenskiego”.

Spekulacje te nasilają się po burzliwym spotkaniu w Białym Domu, gdzie – jak podaje Bild – republikański kongresmen Lindsey Graham, wcześniej zwolennik Ukrainy, stwierdził: 

„To, co zobaczyłem w Gabinecie Owalnym, było niegrzeczne i nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy mogli robić interesy z Zełenskim”. Dodał również, że jeśli prezydent Ukrainy nie zmieni swojej polityki, jego kraj powinien „zatrudnić kogoś innego”.

Zełenski jednoznacznie wykluczył rezygnację, a jak zauważa Bild, paradoksalnie ten konflikt może mu pomóc. Po tym, jak Trump nazwał go „dyktatorem”, jego popularność na Ukrainie wzrosła [??? md] . Możliwe, że teraz stanie się podobnie, gdy Zełenski prezentuje się jako lider gotowy przeciwstawić się najpotężniejszemu człowiekowi na świecie.

Co z pomocą dla Ukrainy?

Mimo wsparcia Unii Europejskiej Ukraina wciąż w dużej mierze zależy od pomocy militarnej USA. Dziennik podkreśla, że jeśli Waszyngton wstrzyma dostawy broni, Zełenski znajdzie się w dramatycznej sytuacji. Europejscy przywódcy od tygodni próbują ustalić możliwy plan pokojowy i warunki ewentualnych ustępstw terytorialnych. Nie otrzymali jednak jednoznacznej odpowiedzi z Kijowa.

Zełenski miał zasugerować, że teoretycznie dopuszcza oddanie części terytoriów, ale domaga się gwarancji bezpieczeństwa, a także dalszych rozmów o przystąpieniu Ukrainy do NATO i możliwości rozmieszczenia międzynarodowych sił pokojowych.

Bild zwraca uwagę, że sytuacja na froncie również wpływa na pozycję Ukrainy w negocjacjach. Siły ukraińskie nadal utrzymują pozycje, ale są osłabione, a na niektórych odcinkach, jak w rosyjskim Kursku, znajdują się pod presją. Jeśli USA ograniczą wsparcie, pozycja Kijowa w rozmowach może się znacząco pogorszyć. Obecnie strategia Zełenskiego, jak wskazuje gazeta, polega na utrzymaniu jedności z przywódcami UE i szukaniu nowych dróg do negocjacji z Trumpem. Kluczowe pozostaje pytanie – czy prezydent USA jest gotów do rozmów, czy rzeczywiście dąży do odsunięcia Zełenskiego?

Musk wycina przerzuty raka. Zwolniono już z pracy setki „naukowców” i „ekspertów” od klimatu. Aj-waj !! Aj-waj !!

Musk wycina raka. Zwolniono już z pracy setki „naukowców” i „ekspertów” od klimatu

2.03.2025 nczas./musk-wycina-raka-zwolniono-z-pracy-setki-naukowcow-i-ekspertow-od-klimatu

USA, wybory, Donald Trump, Elon Musk, Tesla, spaceX, X
Elon Musk na wiecu Donalda Trumpa Fot. EPA/SARAH YENESEL Dostawca: PAP/EPA.

Na boku czerwonej piły łańcuchowej, podarowanej Muskowi wcześniej przez Milei, został wygrawerowany napis po hiszpańsku: „Viva la libertad, carajo”, co w luźnym tłumaczeniu oznacza „Niech żyje wolność, do cholery!”.

========================

Komisja pod przewodnictwem Elona Muska dokonuje cięć w federalnej administracji USA.

Przyszła też kolej na „klimatystów” i Narodową Agencję ds. Oceanów i Atmosfery (NOAA). Jak poinformował w oświadczeniu wydanym 28 lutego demokrata Jared Huffman z Kalifornii, „setki naukowców i ekspertów NOAA właśnie otrzymało wiadomość, której obawia się każdy pracownik federalny…”.

Narodowa Agencja ds. Oceanów i Atmosfery (NOAA) jest odpowiedzialna nie tylko za prognozowanie pogody, ale też za „analizę klimatu i ochronę oceanów”. Najwyraźniej nowe władze nie widzą jej zbytniej przydatności.

Agencja była oskarżana o propagowanie ideologii klimatyzmu, a wygodną przystań znaleźli w nim rozmaici prorocy końca świata i zmian klimatu. Redukcje zatrudnienia w NOAA to jednak część szerszej polityki odchudzania federalnej administracji, czym zajmuje się kierowana przez Elona Muska Komisja ds. Efektywności Rządowej.

———–

Aj-waj !! Aj-waj !!

„Fałszywa misja Muska tłumi ważne programy. Ludzie w całym kraju polegają na NOAA, jeśli chodzi o darmowe, dokładne prognozy, ostrzeżenia o złej pogodzie i informacje o sytuacjach awaryjnych” – alarmuje Demokrata Huffman i straszy, że te „czystki” zagrażają bezpieczeństwu, a nawet „życiu ludzkiemu”.

Rzecznik NOAA Theo Stein powiedział, że agencja nie komentuje wewnętrznych spraw kadrowych. „Zgodnie z naszą misją zapewnienia bezpieczeństwa publicznego nadal udostępniamy informacje o pogodzie, prognozy i alerty” – dodał.

W 900-stronicowym raporcie opracowanym przez think tank Heritage Foundation, NOAA została opisana jako „główny czynnik napędzający przemysł alarmizmu klimatycznego”. Wezwano w nim do całkowitej likwidacji tej agencji w ramach „Projektu 2025” i postulowano prywatyzację Narodowej Służby Meteorologicznej.

Źródło: France Info

Trump wygrywa z nielegalną imigracją. Ilość nachodźców zmalała 30 RAZY.

Inwazja się skończyła. Trump wygrywa z nielegalną imigracją

2.03.2025 nczas/inwazja-sie-skonczyla-trump-wygrywa-z-nielegalna-imigracja

Donald Trump. Foto: PAP/EPA
Donald Trump. Foto: PAP/EPA

Amerykańska Służba Celna i Ochrony Granic (CBP) odnotowała w lutym tylko 8450 zatrzymań osób nielegalnie przekraczających granicę USA z Meksykiem. „Inwazja na nasz kraj się skończyła” — ocenił w sobotę prezydent USA Donald Trump w poście na Truth Social.

Amerykański przywódca nazwał liczbę nielegalnych przekroczeń na południowej granicy w zeszłym miesiącu najniższą w historii. Było ich 8326.

„Granica jest zamknięta dla wszystkich nielegalnych imigrantów. Każdy, kto spróbuje nielegalnie wjechać do USA, będzie musiał się liczyć z surowymi karami i natychmiastową deportacją. Wszyscy zatrzymani zostali wydaleni ze Stanów Zjednoczonych lub w razie potrzeby oskarżeni o przestępstwa przeciwko Stanom Zjednoczonym Ameryki” — cytuje Trumpa agencja UPI.

Średnia liczba dziennych przekroczeń granicy wyniosła w kadencji prezydenta Joe Bidena 5333 w 2021 roku, 6423 w 2022 roku, 5590 w 2023 roku i 2872 w 2024 roku. We wrześniu 2023 roku, w ciągu tylko jednego dnia, dokonano ponad 8000 zatrzymań.

Trump uczynił zamknięcie północnych i południowych granic USA oraz znaczne ograniczenie nielegalnych przekroczeń centralną częścią kampanii prezydenckiej. Zmobilizował agencje federalne, aby wzmocnić egzekwowanie przepisów granicznych oraz liczbę aresztowań i zatrzymań nielegalnych imigrantów. Do ich deportacji używa samolotów wojskowych.

Departament obrony zapowiedział w sobotę rozmieszczenie w nadchodzących tygodniach pancernej brygady bojowej Stryker oraz batalionu lotnictwa ogólnego wsparcia w celu wzmocnienia i rozszerzenia bieżących operacji bezpieczeństwa granic. Siły te składają się z 2400 żołnierzy z Fort Carson w Kolorado i około 500 członków służby Fort Stewart w Georgii – poinformowała CNN.

W lutym znacznie nasiliło się również egzekwowanie przepisów imigracyjnych. Sekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) Kristi Noem powiadomiła w środę o aresztowaniu ponad 20 000 migrantów, którzy nielegalnie przebywali w minionym miesiącu w Ameryce.

„Setki tysięcy przestępców zostało wpuszczonych do tego kraju nielegalnie. Wysyłamy ich do domu i nigdy nie będą mogli wrócić” – podkreśliła Noem.

Jak oszacowała, administracja Bidena aresztowała łącznie 33 000 nielegalnych imigrantów w 2024 roku. Liczba aresztowań w lutym była, jej zdaniem, o 627 proc. wyższa niż średnia miesięczna w trakcie prezydentury Demokraty.

Trzaskowski będzie naciskał na rządzących, aby rozszerzyli „prawo” do dzieciobójstwa.

Trzaskowski „nie odpuści” w sprawie dzieciobójstwa. Będzie „naciskał na rząd”, jeśli wygra

pch24/trzaskowski-za-mordowaniem-dzieci 28 lutego 2025

(fot. PAP/Marian Zubrzycki)

Rafał Trzaskowski jest zdecydowanym zwolennikiem „prawa” do mordowania dzieci nienarodzonych. Kandydat na prezydenta zapowiedział, że będzie naciskał na rządzących, aby rozszerzyli prawo do dzieciobójstwa. Jeśli zasiądzie na prezydenckim fotelu, dla ochrony życia nad Wisłą nadejść mogą trudne czasy. 

Zapowiedź „wywierania presji” na gabinecie Donalda Tuska padła z ust polityka KO w czasie rozmowy na antenie Telewizji Publicznej. – Nie odpuszczę kwestii dotyczącej liberalizacji prawa aborcyjnego – deklarował lewicowy kandydat na prezydenta.

Jak dodawał Trzaskowski, zamierza naciskać na władze, by „wywiązały się ze swoich obietnic”. Jego zdaniem obóz rządzący porzucił starania o rozszerzenie prawa do dzieciobójstwa. Kandydat na prezydenta ma nadzieję, że jego ewentualne zwycięstwo wyborcze oznaczałoby powrót aborcyjnych propozycji.

– Bardzo wiele z moich koleżanek i kolegów z innych partii, które współtworzą koalicję rządową, mówią, po co ja mam się narażać, zmieniać zdanie, skoro i tak prezydent Duda to zawetuje. Jeżeli nie będzie tego alibi, ja jestem przekonany, że łatwiej będzie wywrzeć presję na moich koleżankach i kolegach, żeby niektóre tych ważnych dla nas ustaw, przeszły przez Sejm z większością – tłumaczył.

źródło: dorzeczy.pl  FA

Zabójstwa księży i profanacje. Męczeństwa. Nienawistny, antykatolicki szał także w Polsce

[„Przodują” państwa islamu, marksizmu i wojującego laicyzmu. md]

Zabójstwa księży i profanacje. Nienawistny, antykatolicki szał także w Polsce

Adam Białous pch24.pl/zabojstwa-ksiezy-profanacje-nienawistny-antykatolicki-szal-takze-w-polsce

(Oprac. PCh24.pl)

Czy duchowni mogą czuć się bezpiecznie w Polsce? Dość wspomnieć, że tylko na przełomie lat 2024-2025 doszło w naszym kraju do zamordowania dwóch księży i zniszczenia wielu świętych symboli katolickiej wiary. Również na świecie rośnie prześladowanie chrześcijan, szczególnie konwertytów z islamu, żyjących w krajach rządzonych przez radykalnych islamistów.  

W Europie odnotowuje się coraz więcej profanacji i ataków na osoby duchowne. Niestety, Polska nie jest wolna od tej plagi. Szczególny wzrost agresji wobec wiary katolickiej miał miejsce pod koniec zeszłego oraz na początku obecnego roku.

W listopadzie 27-letni mężczyzna wtargnął na plebanię parafii pod wezwaniem św. Brata Alberta w Szczytnie i zabił 72-letniego kapłana, który zmarł wkrótce po przewiezieniu go do szpitala. Trzeba tu zwrócić uwagę na fakt, iż ksiądz Lech Lachowicz tuż przed tym jak wszedł na plebanię, gdzie czekała go śmierć, odprawił swoją ostatnią Mszę świętą. Bóg przygotował go do odejścia z tego świata.

Młody zabójca nie trafił do więzienia, ale do szpitala psychiatrycznego, gdyż biegli uznali, że podczas popełnienia zbrodni był niepoczytalny. Znając fakty dotyczące tej okrutnej zbrodni, można mieć co do tego wątpliwości. Szymon K. dobrze przygotował się do napadu na proboszcza swojej parafii. Miał przy sobie toporek, którym z niesłychaną zawziętością zadawał kapłanowi liczne rany. Mordował w rękawiczkach, tak aby nie zostawić odcisków palców. Znaleziono również przy nim niewielki kanister z benzyną, którą miał wykorzystać do podpalenia plebanii. Wszystko więc z góry, na zimno zaplanował… Niepoczytalność?

Gdy czytałem opis wyglądu zabójcy kapłana w Szczytnie, przypomniały mi się sceny z filmów obrazujących ludzi opętanych przez złego ducha. Tak jak ów sprawca w chwili zabójstwa, byli oni bardzo zaniedbani. Mieli skudlone, długie włosy i brody, które dawno nie widziały nożyczek. A przede wszystkim, tak jak w tym wypadku, świętość wzbudzała w nich wściekłość.

Nie dalej jak 13 lutego 2025 roku w Kłobucku doszło do kolejnego zabójstwa kapłana katolickiego – księdza Grzegorza Dymka. Duchownego brutalnie zadusił 52-letni były policjant, dyscyplinarnie wyrzucony z pracy już w roku 2001 za to, że kilkukrotnie pełnił służbę pod wpływem znacznej ilości promili.

Według dotychczasowych ustaleń śledczych, napastnik napadł na kapłana przed plebanijnym garażem. Najpierw go ogłuszył i związał, a potem zawlókł do piwnicy i udusił. Czy nie przypomina to zabójstwa błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, przed śmiercią związanego i bestialsko maltretowanego? Również morderca z Kłobucka musiał dokładnie zaplanować swoją zbrodnię, gdyż już tydzień przed jej popełnieniem ukradł samochód, którym planował zbiec za granicę. Na szczęście jego plan ucieczki się nie powiódł. Zbrodniarz został ujęty i osadzony w areszcie, gdzie czeka na wyniki śledztwa.

Obaj zamordowani księża byli długoletnimi proboszczami na swoich parafiach. Cieszyli się wielkim szacunkiem swoich parafian. Byli też gorącymi czcicielami Matki Bożej. To ważne, gdyż można zauważyć, że wyżej wspomniane zabójstwa i profanacje dokonane w ostatnim czasie, uderzają tak w Chrystusa jak i w Jego Matkę – Maryję.

Otóż tak, w naszym kraju, doszło też do czarnej serii profanacji. Dwie ostatnie, dokonane w lutym, wymierzone zostały właśnie w Matkę Najświętszą. Najpierw dziwny osobnik zniszczył figurę Matki Bożej Fatimskiej w Nowych Kupiskach, a 14 lutego w Starym Fordonie grupa młodzieży rozbiła podobną, ceramiczną figurę Maryi, kopiąc ją butami.

Z opublikowanego właśnie przez organizację Open Doors Światowego Indeksu Prześladowań jasno wynika, że ataki na wyznawców Chrystusa na całym świecie rosną. Obecnie ponad 380 milionów chrześcijan w 78 krajach doświadcza intensywnych prześladowań i dyskryminacji z powodu swojej wiary.

Sprawcami największych represji są islamscy ekstremiści oraz rządzące w kilku krajach reżimy komunistyczne. Pierwsze miejsce na Światowym Indeksie Prześladowań zajmuje Korea Północna. Chrześcijanin jest tam uważany przez władze za wroga publicznego numer jeden. Już tylko za posiadanie Pisma Świętego grozi śmierć. Drugie miejsce na tej liście hańby zajmuje Somalia, kraj gdzie dominują radykalni muzułmanie, nie tolerujący Kościoła ani schizmatyckich czy heretyckich wspólnot odwołujących się do chrześcijaństwa. Na porządku dziennym jest tam szpiegowanie potencjalnych wiernych. Za konwersję na chrześcijaństwo feruje się często wyroki śmierci.

Podobna sytuacja jest w Jemenie, gdzie większość odwołujących się do Chrystusa to konwertyci z islamu. Za publiczne wyznawanie prześladowanej wiary czekają represje i surowe kary. Zaraz za Jemenem jest Libia, gdzie obecnie żyje zaledwie około 4 procent chrześcijan, choć przed muzułmańską inwazją na ten kraj w VII wieku Kościół tam dominował. Wielu nawróconych zmuszonych jest ukrywać fakt swojej duchowej przemiany nawet przed najbliższymi. Za wiarę w Chrystusa jako Boga i Zbawiciela muzułmańscy członkowie rodziny mogą nawet wypędzić z domu i zerwać wszelkie relacje. 

Na piątym miejscu jest Sudan, gdzie toczy się wojna domowa. Chaos, która ona niesie ze sobą, bojówki islamskich ekstremistów wykorzystują w celu mordowania chrześcijan. Sytuacja naszych braci i sióstr w wierze jest w tym kraju tragiczna. Ich kościoły są rekwirowane. Na chrześcijan modlących się wspólnie podczas Mszy świętej i nabożeństw organizowane są krwawe zamachy. Podobnie jest w krajach, które Open Doors umieścił na kolejnych pozycjach swojego indeksu grozy – Sudanie, Erytrei, Nigerii, Pakistanie, Iranie i Afganistanie. Wszędzie tam rządzą muzułmańscy ekstremiści.

Ta rosnąca fala przemocy wobec chrześcijan w krajach muzułmańskich jest proporcjonalna do szybko rosnącej tam liczby wyznawców Chrystusa. Sytuacja w państwach, gdzie prześladowania chrześcijan są największe, przypomina krwawe represje pierwszych wieków w Cesarstwie Rzymskim. Największym podobieństwem jest niezmienna prawda, iż tam gdzie ucisk jest największy, Kościół rozwija się z niebywałą szybkością.    

Pamiętajmy, że prześladowanym braciom możemy pomóc – przede wszystkim modlitwą i postem. A także pomocą materialną poprzez wpłaty środków na konta i przekazywanie odzieży, żywności do magazynów zaufanych i sprawdzonych organizacji pomocowych, najlepiej katolickich.   

Adam Białous

Małżeństwo: Sakrament czy umowa? Dla katolika sprawa jest oczywista

Sakrament czy umowa? Dla katolika sprawa jest oczywista

https://pch24.pl/sakrament-czy-umowa-dla-katolika-sprawa-jest-oczywista

(fot. shutterstock/Dmitry Galaganov)

Prawo powinno kształtować takie obyczaje i styl życia, które będą służyć zakładaniu trwałych małżeństw, a nie ułatwiać rozpad rodzin i pomagać w zacieraniu śladów po poprzednich związkach.

W okresie międzywojennym instytucję małżeństwa regulowały na obszarze Polski ustawy państw zaborczych. Komisja kodyfikacyjna przygotowała dwa projekty prawa małżeńskiego osobowego, ale wobec sprzeciwu Kościoła katolickiego i środowisk katolickich nie poddano ich pod obrady Sejmu, głównie z powodu próby wprowadzenia prawa do rozwodu. Dla obywateli II RP, poza ziemiami byłego zaboru niemieckiego, sposobem na formalne rozstanie była konwersja.

Józef Piłsudski zmienił wyznanie na ewangelicko-augsburskie, aby poślubić rozwódkę Marię Juszkiewiczową. Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski najpierw ożenił się ze Stefanią Calvas, a po rozwodzie z nią – z Bronisławą Berenson, która rozwiodła się ze swym mężem Leonem Berensonem. Oboje w tym celu zmienili wyznanie na ewangelicko-reformowane. Józef Beck także przeszedł na kalwinizm, aby móc zawrzeć ponowne małżeństwo – z rozwódką Jadwigą Salkowską…

Około ośmiu dekad później, w roku 2005, w katolickiej Hiszpanii za rządów premiera Zapatero wprowadzono tak zwane ekspresowe rozwody. W przypadku braku dzieci umożliwiono przeprowadzenie procedury rozwodowej przed urzędnikiem sądowym lub notariuszem i to z powodu samego braku woli kontynuacji związku. Dzisiaj podobne rozwiązanie – rozwód u notariusza albo w urzędzie stanu cywilnego – proponuje ministerstwo sprawiedliwości III RP.

Czym jest małżeństwo?

W ciągu kilku pokoleń w świecie zachodnim doszło do ogromnej przemiany w ludzkich umysłach, owocującej zmianą małżeństwa z sakramentu zawieranego przed Bogiem na kontrakt cywilny zawierany przed urzędnikiem. Dla wielu małżeństwo przestało być aktem religijnym, a stało się umową cywilnoprawną. Choć jego zawarcie jest uroczyste i sformalizowane, to – jak każda umowa – może być czasowe i ulec rozwiązaniu. Małżeństwo upodobniło się do innych umów. Można je porównać do umowy spółki cywilnej. Niektórzy mają jedną spółkę na całe życie, inni wiele spółek co kilka czy kilkanaście lat. A są i tacy, którzy mają kilka spółek naraz. Można je zawiązywać i rozwiązywać, a później pozostaje tylko sprawnie rozliczyć się ze wspólnikiem.

A czym jest sakrament małżeństwa?

Według Kanonu 1056 Kodeksu Prawa Kanonicznego istotnymi przymiotami małżeństwa są jedność i nierozerwalność, które w małżeństwie chrześcijańskim nabierają szczególnej mocy z racji sakramentu.

Według Kanonu 1141 małżeństwo zawarte i dopełnione (ratum et consummatum) nie może być rozwiązane żadną ludzką władzą i z żadnej przyczyny oprócz śmierci.

Według Kanonu 1134 z ważnego małżeństwa powstaje między małżonkami węzeł, z natury swej wieczysty i wyłączny; w małżeństwie chrześcijańskim małżonkowie zostają ponadto przez specjalny sakrament wzmocnieni i jakby konsekrowani do obowiązków swego stanu i godności.

Dla katolika małżeństwo jest nierozerwalne, a więź pomiędzy małżonkami – wieczysta. Żadna władza ludzka nie może tego rozwiązać. Sakrament, którego fundamentem są słowa Jezusa Chrystusa, i kontrakt oparty na ustawie to zgoła odmienne instytucje, podobne tylko z nazwy. Albo to co związane na ziemi zostaje związane w Niebie, albo podpisujemy kontrakt w urzędzie stanu cywilnego, jakbyśmy zaciągali kredyt hipoteczny.

Dlaczego nierozerwalne?

Przemiany kulturowe i prawne wprowadzane dziś na świecie obniżają rangę małżeństwa. Dziś małżeństwo jest jak umowa leasingu bez opcji wykupu. Gdy samochód ma już duży przebieg, bierzemy w leasing nowszy model. Podobnie w małżeństwie – jeśli pojawią się problemy, pójdziemy do urzędu stanu cywilnego albo do notariusza i otrzymamy rozwód w tempie ekspresowym. Zmiana nazwiska pozwoli zatrzeć ślad poprzedniego związku. Jeśli ojciec dzieci nie będzie płacił alimentów, to mamy państwowy pakiet pomocowy. Nowy małżonek też się dołoży. Małżeństwo może trwać jak pożyczka-chwilówka, a może jak kredyt hipoteczny na trzydzieści lat. Kiedy pojawiła się fala szybkich kredytów, pojawiła się też fala niewypłacalności i rozrosły się firmy windykacyjne. Dziś wielu zadłużonych ogłasza upadłość konsumencką i życie można rozpocząć na nowo. Czy tak samo ma być z zakładaniem rodzin?

A jeśli małżonek okaże się sadystą, alkoholikiem, narkomanem; jeśli trafi do zakładu karnego na dwadzieścia lat albo zacznie regularnie cudzołożyć, to po co marnować sobie życie z taką osobą albo żyć w samotności? Dlaczego Jezus nie powiedział, że w takich przypadkach można się rozwieść?

Rozwód będący skutkiem na przykład sadyzmu, nałogu czy zdrady jest owocem grzechu. Jeśli Jezus miałby się godzić na rozwód w takich przypadkach, to by oznaczało, że grzech panuje nad sakramentem. Małżeństwa, w których grzech zbiera swe żniwo, można by rozwiązywać, a dla tych, w których nikt nie grzeszy, byłby zakaz…? Wtedy to grzech decydowałby o trwaniu albo ustaniu małżeństwa. Ale Bóg nie będzie błogosławił konsekwencji grzechu.

Dla niewinnego małżonka jest to grecka tragedia, ale na tym właśnie polega siła zła, że uderza ono w ludzi niewinnych i dobrych czynami grzeszników.

Zakaz rozwodów?

Jeżeli nie chcemy w Polsce fali rozwodów na poziomie Belgii czy Hiszpanii, prawo powinno kształtować takie obyczaje i styl życia, które będą służyć zakładaniu trwałych małżeństw, a nie ułatwiać rozpad rodzin. Małżeństwo nie powinno być tylko jednym z wielu kontraktów, jakie człowiek podpisuje w swoim życiu. Jego zawarcie i rozwiązanie nie powinny być łatwe i szybkie jak pożyczka przez internet.

Na obecnym etapie absolutny zakaz rozwodów byłby szokiem dla społeczeństwa polskiego, którego spora część albo nie należy do Kościoła katolickiego, albo dogmaty religijne jej nie obchodzą. Na początek można by zatem wprowadzić zakaz rozwodów tych małżonków, którzy posiadają wspólne dzieci do ukończenia przez nie określonego wieku. Taka sytuacja, uniemożliwiająca legalne zakończenie związku, skłaniać będzie do skupienia się na założonej rodzinie, a nie szukaniu „nowych możliwości”.

Może wówczas część osób zamierzających zawrzeć związek małżeński dokładniej przemyśli, czy wybierają na współmałżonka odpowiednią osobę. Jeśli zaś dojdzie do faktycznego rozpadu małżeństwa i pojawią się problemy związane z brakiem możliwości rozwodu, takie osoby będą przestrogą, z kim i jak nie buduje się relacji. Młodzież powinna uczyć się na błędach starszych, którzy nie potrafili dobrze wybrać.

Jeśli jakaś para będzie się bała, że nie utrzyma małżeństwa cywilnego nawet przez parę lat, dobrze się zastanowi, po co chce wziąć ślub. Dla katolików można wprowadzić małżeństwa sakramentalne – nierozwiązywalne aż po grób (chyba, że władze kościelne stwierdzą nieważność małżeństwa zgodnie z prawem kanonicznym).

Narzeczeni nie powinni być w zbyt młodym wieku. Ciąża jako główna przyczyna ślubu również nie jest wskazana. Oboje też powinni być w pełni zmotywowani do dochowania wierności współmałżonkowi. Narzeczeni powinni traktować małżeństwo jak świętość – jak sakrament, a nie jak kontrakt – a do tego konieczne jest głębokie przeżywanie religii.

Maciej Łodyga

Niemcy znoszą strefy niskiej emisji. Czy Polska pójdzie w ich ślady i zlikwiduje SCT?

Niemcy znoszą strefy niskiej emisji. Czy Polska pójdzie w ich ślady i zlikwiduje SCT?

[M. Dakowski: Muszę umieścić w oryginale – ani ze stylem, ani z gadaniem o 'ekolo’ oczywiście się nie zgadzam. Ale fakt -odnotowuję. Z satysfakcją]

Tomasz Nowicki 2025-03-01 https://francuskie.pl/niemcy-znosza-strefy-niskiej-emisji-czy-polska-pojdzie-w-ich-slady-i-zlikwiduje-sct/

Coraz więcej miast w Niemczech rezygnuje ze stref niskiej emisji (ZFE), a trend ten zdaje się zyskiwać na sile. W ciągu ostatnich kilku miesięcy, ponad dziesięć niemieckich metropolii ponownie otworzyło swoje centra na swobodny ruch samochodowy, bez żadnych ograniczeń dotyczących wieku pojazdów, typu napędu czy poziomu emisji spalin.

W niemieckich miastach takich jak Hanower, Mannheim, Mühlheim, Heidenheim an der Brenz, Heilbronn, Herrenberg, Leonberg, Reutlingen, Tubingue, Neu-Ulm oraz Ulm, strefy niskiej emisji zostały zniesione. Oznacza to, że każdy pojazd – niezależnie od jego napędu czy emisji CO2 – może wjeżdżać i parkować w tych aglomeracjach, bez konieczności posiadania specjalnej winiety.

I nie są to nie pierwsze miasta, które podejmują tę decyzję, ponieważ już w 2023 roku osiem ośrodków, w tym Karlsruhe, zniosło podobne ograniczenia. W wyniku tego, z 56 stref niskiej emisji, jakie istniały w Niemczech dwa lata temu, zostało ich już tylko 37.

Warto przeczytać!

Limity emisji CO2 w Unii Europejskiej nie spowodują polepszenia jakości powietrza, ale miliardy zarobi Tesla

2025-02-09

Zmiana ta jest wynikiem znaczącej poprawy jakości powietrza w miastach. Wiele z tych aglomeracji odnotowało spadek poziomu dwutlenku azotu oraz cząsteczek stałych, które obecnie są poniżej dopuszczalnych norm unijnych. Na przykład w Tubingue poziom cząsteczek stałych spadł o połowę w porównaniu do 1995 roku, a poziom dwutlenku azotu zmniejszył się o 50%. To efekt programów modernizacji źródeł ciepła.

Polskie Strefy Czystego Transportu – czy zmiana kursu jest możliwa?

W przeciwieństwie do Niemiec, w Polsce wciąż trwają prace nad wprowadzaniem tzw. Stref Czystego Transportu (SCT) w większych miastach. Wprowadzenie tych stref jest częścią planu poprawy jakości powietrza, który ma na celu ograniczenie wjazdu do centrów miast samochodów generujących wysokie emisje spalin. W praktyce oznacza to, że starsze pojazdy, które nie spełniają norm emisji, mogą zostać wykluczone z ruchu w określonych obszarach miast.

Niekiedy, jak w przypadku Krakowa, starsze samochody mają mieć zakaz poruszania się na całym obszarze miasta, co budzi zrozumiałe obawy i protesty zarówno mieszkańców jak i władz gmin ościennych. Samochody nie są bowiem ani głównym ani jedynym źródłem zanieczyszczeń powietrza. Widać to szczególnie w okresie zimowym gdy działają źródła ciepła – zwykle wtedy wskaźniki są przekroczone.