Dziwaczne opowieści Włodzimierza Czarzastego

Dziwaczne opowieści Włodzimierza Czarzastego

Do Będzina przybył marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty by spotkać się z miejscową ludnością. Muszę przyznać, ze moje zdziwienie budziło to, że spotkanie odbywa się na ogromnej sali Będzin Areny, która mieści 2500 ludzi. Na profilu facebookowym marszałka Włodzimierza Czarzastego znalazłem dzisiaj post opatrzony zdjęciami pokazującymi pełną salę.

Oglądając zdjęcia wielu zapewne myśli, że ludność przybyła niczym na spotkanie z ojcem świętym Leonem XIV lub Taylor Swift zapełniając salę po brzegi. W rzeczywistości było ok. 300 osób ściśniętych pod sceną. Miejsca siedzące były zajęte. Przynajmniej na początku, potem systematycznie ludzi ubywało. I tym co dotrwali do końca należą się brawa.

Wybrałem się na to spotkanie wraz z szefem śląskich struktur Klubów Myśli Polskiej Dariuszem Kamińskim, bo chciałem zadać marszałkowi kilka pytań – jednak do głosu nie zostałem dopuszczony. A szkoda – bo chciałem zapytać o dwie sprawy.

Po pierwsze jaką kategorię wojskową ma jego syn. Po drugie jak zapatruje się lider Lewicy na fakt zburzenia pomnika radzieckich żołnierzy na cmentarzu w Bytomiu. Żołnierzy – również Ukraińców, którzy polegli walcząc z Niemcami w ówcześnie będącym w granicach Rzeszy Beuthen.

Nie chce tylko krytykować. Na początek muszę pochwalić za dwie sprawy marszałka Czarzastego.

1. Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest wielkim i szczerym patriotą. Co prawda ukraińskim, ale zawsze patriotą. I zawsze szczerym. 2) Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty perfekcyjnie opanował sztukę manipulacji. To naprawdę fachowiec.

A teraz o samym spotkaniu. Takiego zestawu banałów, półprawd i kłamstw dotyczących Ukrainy dawno nie słyszałem. Marszałek Włodzimierz Czarzasty jest odwrotnością premiera Leszka Millera mimo, że obaj wywodzą się z PZPR. Pan Czarzasty opowiada fantasmagorie o tym, że Ukraińcy walczą za sprawę polską. Że tylko postawa Ukrainy spowodowała, że nie mamy na granicy rosyjskich czołgów. Że to Ukraińcy ratują nasze finanse i rynek pracy. Że więcej wpłacają, niż biorą. Że na pewno czekają nas prowokacje ze strony Rosjan a nie Ukraińców.

Słuchając opowieści marszałka Włodzimierza Czarzastego ma się wrażenie, że na Ukrainie z Rosjanami walczą połączone siły Chórów Anielskich i Troskliwych Misiów a przewodzi im Matka Teresa z Kalkuty i Mahatma Gandhi.

Kilka razy pan Czarzasty podkreślał, że dajemy „tylko pieniądze i sprzęt wojskowy”. Zupełnie zupełnie przypadkiem zapomniał przy tym o pewnej drobnostce a mianowicie, że będzie to trzeba spłacać. I spłacać będziemy to my, nasze dzieci i zapewne nasze wnuki. Ale kto bogatemu zabroni?

A nie tylko Ukraina. Okazuje się, że drugim czynnikiem który ratuje Polskę jest Unia Europejska. Przy tej okazji pan marszałek Włodzimierz Czarzasty raczył nazwać mnie idiotą. Oświadczył, że przeciwko Unii mogę być tylko stronnicy Korony, Konfederacji, PiS, Nawrockiego lub idioci. Jako, że nie należę do stronników wymienionych według marszałka jestem idiotą. Nasuwało się tutaj kolejne pytanie – czy jest zupełnie przekonany, że hołubiona kiedyś przez jego środowisko kandydatka do Nagrody Nobla i była senator prof. Maria Szyszkowska jest w jego oczach idiotką?

By podnieść rangę swojej wypowiedzi marszałek uraczył zebranych opowieścią o tym, że przed wejściem do Unii wyjeżdżając z Polski „srał w polu” a na dodatek miał zimną herbatę w zepsutym termosie. Wychodzi z tego, że warto było pozbyć się własności w tym przemysłu i znacznej części suwerenności, by pan Czarzasty mógł defekować na schludnych ubikacjach i mieć sprawny termos z ciepłym napojem. Dodam nieskromnie, że ja przed wejście do UE byłem w lepszej sytuacji, niż marszałek, ponieważ korzystałem z muszli klozetowej a nawet miałem sprawny termos. Ba – moi pradziadkowie mieszkając w Siemianowicach Śląskich na Michałowickiej 35 już w dwudziestoleciu międzywojennym mieli wspomniane wygody.

Z przykrością stwierdzam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest zupełnie nieobeznany w geografii politycznej. Uważa, że nie ma w Europie cywilizowanych państw poza Unią Europejską. Zupełnie zapomniał, że istnieją takie państwa jak Norwegia, Islandia, Szwajcaria, Liechtenstein, Wielka Brytania, Andora, Monako, San Marino, Watykan, Bośnia i Hercegowina, Serbia itd. Zapomniał nawet, że jego ukochana Ukraina również nie jest członkiem Unii Europejskiej. Ja rozumiem, że może za niecywilizowanych dzikusów uważać Anglików, Norwegów czy Szwajcarów – ale żeby prastarą Ukrainę? To się jednak w głowie nie mieści.

Marszałek Włodzimierz Czarzasty ma również obsesję na punkcie polskiego węgla. To chyba jakiś rodzaj anty-węglowej religii, bo dogmatycznie podkreślił, że musimy odejść od węgla. Nie chcemy, nie możemy – tylko musimy. Kto zmusza do tego szaleńczego czynu marszałka Czarzastego? Stronnicy wiatraków, koneserzy mąki z świerszczy i łapci ze łyka? Pisząc całkiem serio dziwię się, że marszałek Włodzimierz Czarzasty nie korzysta z doświadczenia najlepszego fachowca w tym temacie wywodzącego się z jego formacji czyli ministra Jerzego Markowskiego. Pomogłoby mu to w unikaniu kompletnej kompromitacji podczas spotkania w województwie śląskim.

Nie będę pisał o kolejnych manipulacjach, bo tekst byłby nieznośnie długi. A jest o czym pisać – SAFE, „lex szarlatan”, „lex Kamilek”, samochody elektryczne, ceny energii, 4 i 5 artykuł Traktatu Północnoatlantyckiego, stosunki polsko-amerykańskie itd.

Nie tylko poglądy są problemem – są jeszcze obsesje. Marszałek Czarzasty ma ewidentnie obsesję na punkcie prezydenta Karola Nawrockiego. Prezydent Nawrocki dla marszałka Czarzastego stał się tym czym jest tzw. „zamach smoleński” dla Antoniego Macierewicza. Było to najczęściej wymieniane nazwisko podczas całego jego spotkania. Pan Czarzasty niestety nie wie o tym, że wypadałoby mówić o „prezydencie Karolu Nawrockim”, a nie „Nawrockim”. Zwłaszcza, jak bardzo w swoim monologu podkreśla się tytuły obcych prezydentów, premierów i urzędników. Nie wypada cały czas szydzić z polskiego prezydenta.

Nie tylko prezydent Karol Nawrocki stał się obiektem kpin, ale cała rzesza polityków „prawej strony”. Ma oczywiście rację Włodzimierz Czarzasty, gdy wyszydza idiotyczne wypowiedzi Mateckiego, Jakiego, Kowalskiego, Macierewicza i Chorasińskiej. Ale zupełnie przy tym zapomniał o swoim bagażu – Nowackiej, Żukowskiej, Kotuli, Dziemianowicz-Bąk czy Zielińskiej. Nie jest mi to łatwo napisać, ale przy tych tuzach intelektu współczesnej Lewicy Marek Suski wyrasta na giganta intelektu. Bo wśród ślepców jednooki jest królem.

Przypadek sprawił, że większość pytań z sali ociekała wazeliną. Najbardziej wzruszył mnie jegomość, który podkreślał, że miał o marszałku dobre zdanie a teraz ma bardzo dobre zdanie. Brakowało tylko „Łubu-dubu, łubu-dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu!”. Jednak dwie osoby zadały pytania mniej wygodne. Emeryt i młody człowiek. Obaj podnieśli sprawę Ukrainy. Starszy pan logicznie mówił o tym, że na Ukrainie częścią ideologii państwowej jest jest skrajnie antypolski i zbrodniczy banderyzm. Młody człowiek zapytał o bezpieczeństwo Polaków w kontekście ogromnej ilości Ukraińców w Polsce.

Tutaj stalowe nerwy marszałka Włodzimierza Czarzastego szwankowały. Nie był już tak dowcipny i butny. Porównywał współczesną Ukrainę do współczesnych Niemiec. Zapomniał jednak, że w Berlinie nie spaceruje się po Hermann Göring Straße przy której stoi pomnik Heinricha Himmlera.

Zupełnie wyleciał panu Czarzastemu z głowy fakt, że jednostki Bundeswehry nie noszą imienia bohaterów NSDAP. Zaś co do bezpieczeństwa stwierdził, że nic pytającemu się nie stało dzisiaj, wczoraj i przedwczoraj więc nie ma sprawy … Cieszę się z takiej reakcji marszałka Czarzastego, bo obrazuje ona jasno stosunek współczesnej „lewicy” do szarego człowieka.

Łukasz Jastrzębski

Cyrk na Wiejskiej. Ślubowanie rzekomych sędziów Trybunału Konstytucyjnego

Cyrk ze ślubowaniem rzekomych sędziów Trybunału Konstytucyjnego w Polsce. Czy Czarzasty udawał prezydenta?

9/04/2026 zmianynaziemicyrk-ze-slubowaniem-rzekomych-sedziow-trybunalu-konstytucyjnego-w-polsce-czy-czarzasty

W Sali Kolumnowej Sejmu doszło dziś do kuriozalnego wydarzenia. 9 kwietnia 2026 roku odbyło się rzekome ślubowanie sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wybranych przez izbę niższą parlamentu 13 marca. Uroczystość ta nie była jednak rutynowym aktem prawnym, lecz bezpośrednim wyzwaniem rzuconym głowie państwa i nowym etapem głębokiego konfliktu między władzą ustawodawczą a prezydencką.

Sytuacja jest bezprecedensowa, ponieważ ślubowanie odbyło się w obliczu kategorycznej odmowy prezydenta Karola Nawrockiego. Głowa państwa konsekwentnie odmawiała przyjęcia przysięgi od rzekomych sędziów wybranych przez koalicję rządzącą pod przewodnictwem premiera Donalda Tuska. 

W polskim systemie prawnym prezydent pełni kluczową rolę w procesie nominacji sędziowskich, a jego podpis i przyjęcie ślubowania są zazwyczaj uznawane za niezbędny element wejścia w życie funkcji sędziowskiej. Dzisiejsze wydarzenia w Sejmie pokazują, że rząd postanowił ominąć ten etap, uznając prawo parlamentu do obsadzenia składu sędziowskiego za nadrzędne.

Decyzja o organizacji uroczystości w Sali Kolumnowej Sejmu ma charakter nie tylko prawny, ale i symboliczny. Przeniesienie aktu ślubowania z Pałacu Prezydenckiego do parlamentu jest jasnym sygnałem, że rządzący nie zamierzają dłużej czekać na zgodę prezydenta Nawrockiego.

Środowiska związane z prezydentem określają ten ruch jako uderzenie w fundamenty demokratycznego państwa prawa. Twierdzą oni, że ślubowanie przeprowadzone w Sejmie, z pominięciem głowy państwa, jest prawnie nieistniejące i stanowi próbę stworzenia tzw. sędziów z nadania politycznego, którzy nie posiadają pełnych i legalnych uprawnień. 

W takim scenariuszu każdy wyrok wydany przez nowych sędziów może być kwestionowany w przyszłości, co prowadzi do jeszcze większego chaosu prawnego i niepewności obywateli oraz przedsiębiorstw co do stabilności polskiego prawa.

Dzisiejsze wydarzenia wpisują się w szerszy kontekst walki o kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości, która towarzyszy Polsce od wielu lat. Spór o Trybunał Konstytucyjny stał się centrum walki politycznej, w której każda ze stron posługuje się odmienną interpretacją Konstytucji. 

Obecna sytuacja pokazuje, że mimo zmian w rządzie, głęboka polaryzacja w kwestiach ustrojowych nie zniknęła, a jedynie zmieniła wektory ataku. Rząd Donalda Tuska, dążąc do szybkiej zmiany tej instytucji, zdecydował się na rozwiązanie siłowe, które w oczach wielu obserwatorów może być postrzegane jako powielanie błędów poprzedników w zakresie ignorowania procedur i instytucji.

Zagraniczni obserwatorzy zwracają uwagę, że Polska ponownie znalazła się w centrum uwagi międzynarodowej jako kraj zmagający się z kryzysem praworządności. Fakt, że parlament otwarcie przeciwstawił się prezydentowi w kwestii nominacji sędziowskich, może wpłynąć na relacje z Unią Europejską i ocenę stabilności polskiego systemu prawnego. Dla instytucji europejskich kluczowe jest, czy Trybunał Konstytucyjny będzie organem niezależnym, czy też stanie się narzędziem w rękach aktualnej większości parlamentarnej.

W najbliższych dniach należy spodziewać się gwałtownych reakcji prawnych. Prawdopodobne jest, że prezydent Karol Nawrocki podejmie kolejne kroki w celu podważenia legalności dzisiejszego ślubowania. Można spodziewać się serii pism i wniosków do innych organów państwowych, które mają na celu zablokowanie nowych sędziów przed objęciem funkcji. Z kolei rząd prawdopodobnie będzie starał się legitymizować działania Trybunału, powołując się na konieczność zapewnienia ciągłości państwa.

Sytuacja w Sali Kolumnowej Sejmu dobitnie pokazuje, że w polskiej polityce prawo stało się instrumentem walki, a instytucje, które powinny być gwarantem bezstronności, są obecnie polem bitwy. Pytanie o to, kto ma rację, pozostaje otwarte, jednak fakt pozostaje taki, że Polska weszła w nową fazę kryzysu konstytucyjnego, z którego wyjście może zająć lata.

Źródła:

https://notesfrompoland.com/2026/04/09/polish-parliament-…

Miller: Czarzasty i kot Behemot

Miller: Czarzasty i kot Behemot

Włodzimierz Czarzasty pokazał się w Kijowie jak kurier, który przywozi dobrą „nowinę w imieniu całej demokratycznej Europy.” Ta nowina to obietnica szybkiej integracji Ukrainy z UE, którą Ukraińcy słyszeli już setki razy, ale po raz pierwszy od osoby tak charyzmatycznej i prawdomównej.

Szczerze mówiąc śmiałe oświadczenie marszałka było aktem odwagi graniczącym z metafizyką. Nie wiadomo bowiem, czy w Brukseli i w stolicach państw unijnych już o tym wiedzą. Osobiście uważam, że Czarzasty uległ mistycyzmowi Bułhakowa, o co w Kijowie jest nie trudno, a zwłaszcza urokowi kota Behemota, który miał w zwyczaju grać w szachy i częstować damy czystym spirytusem. Jestem pewien, że wizerunek ogromnego czarnego czworonoga o błyszczących, dzikich, żółto-zielonych oczach skłaniał Czarzastego do wygłaszania tyrad, które jednych wprawiały w osłupienie, a innych w czarną rozpacz ku nieukrywanej radości przewrotnego kocura.

Zostawiając kota na boku trzeba zaznaczyć, że Polska pod Czarzastym zaczęła się liczyć. Decyduje, kto dostanie (a raczej nie dostanie) Nobla, kogo przyjmą do Unii, a kto ma jeszcze poczekać w przedsionku historii. Wreszcie ktoś przełamał te traktaty i kryteria kopenhaskie, uciążliwe procedury, jednomyślności i rozdziały negocjacyjne. Po co nam żmudne acquis communautaire, skoro mamy elokwencję i dobre serce?

Problem polega na tym, że nikt nie upoważnił pana Czarzastego do wygłaszania takich deklaracji. Nie jest szefem rządu, nie jest prezydentem, nie reprezentuje Rady Europejskiej ani Komisji. Ale to drobiazg. W polityce najważniejsze jest przecież poczucie misji. Kompetencje są przereklamowane.

Samo wystąpienie w Kijowie było pokazem infantylizmu i pustych uprzejmości. Poziom lewicowej małolatki na szkolnej akademii. Dużo miłości, zero konkretu. Żenujące wyznania uczuć i moralne uniesienia. Ani słowa o twardych interesach Polski.

I wreszcie frazes: „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. A wolnej Ukrainy nie może być bez wolnej Polski”. Brzmi wzruszająco. Ma rodowód sięgający 1920 roku i romantyczną aurę wspólnego zmagania z bolszewizmem. Problem w tym, że historia Europy Wschodniej nie była wyłącznie poematem o wzajemnej wolności.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia, których ideowi i polityczni spadkobiercy rządzą dziś na Ukrainie nie operowały logiką „wzajemnej wolności”. Ich program zakładał suwerenną i czystą etnicznie Ukrainę także kosztem konfliktu z Polską – i w praktyce oznaczał walkę z polską obecnością na wielu obszarach. Tak narodziły się rzezie wołyńskie określone w oficjalnej uchwale Sejmu jako ludobójstwo. To słowo jest obecne w polskiej pamięci państwowej, ale nie w słowniku polskich polityków.

W słowniku marszałka Sejmu też go nie ma. Jest za to banderowski okrzyk: „Chwała Ukrainie” którym Czarzasty posłużył się przemawiając w Radzie Najwyższej.

To szczególnie hańbiące, jeśli zważyć, że te właśnie słowa słyszeli jako ostatnie Polacy zarzynani przez banderowskich zbirów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jeżeli ktoś kto mieni się Polakiem nie rozumie co znaczą słowa wypowiadane nad dołami śmierci, ten igra z pamięcią własnego narodu. Jeśli ktoś nie rozumie ciężaru tych słów, to znaczy, że bardziej zależy mu na oklaskach za granicą niż na pamięci własnego narodu.

Leszek Miller

Marszałek Sejmu wyautowany przez ambasadora USA Rosa.

Marszałek Sejmu wyautowany przez ambasadora USA.

Otrzeźwienie -duża część Polaków właśnie zobaczyła, gdzie kończy się wolność słowa warszawskich polityków.

To, co wydarzyło się w ostatnich kilkudziesięciu godzinach wokół wypowiedzi marszałka Sejmu Włodzimierz Czarzasty, reakcji ambasadora USA Tom Rose oraz powściągliwego stanowiska Donalda Tuska, okazało się czymś znacznie większym niż kolejną polityczną awanturą. To był zbiorowy moment „aha”- nie intelektualny, lecz doświadczalny. Nie dlatego, że ktoś obraził Donald Trump. Nie dlatego, że ambasador zerwał kontakty z marszałkiem Sejmu. Ale dlatego, że po raz pierwszy w XXI wieku  tak jasno i publicznie pokazano, iż obce państwo może wyznaczyć granice tego, co wolno mówić polskim politykom — i zrobić to bez żadnej reakcji państwa. To nie była dyplomacja. To była demonstracja hierarchii.

Wpis ambasadora USA nie był zwykłą uwagą dyplomatyczną. Nie był „wyrażeniem zaniepokojenia”. Był sygnałem władzy, jeśli polski polityk krytykuje prezydenta USA, poniesie konsekwencje. Konsekwencje nie w zamkniętej rozmowie, nie w nocie dyplomatycznej, tylko publicznie, na X, na oczach wszystkich.

I właśnie to dotarło do ludzi. Mniejsza o treść krytyki lub personalia.
Tylko sam fakt pokazania granicy: „a więc tak wygląda nasza suwerenność”. Reakcje internautów bardzo szybko przestały dotyczyć Czarzastego jako osoby. Skupiły się na jednym odczuciu: „Właśnie zobaczyliśmy, jak to naprawdę działa”.

Powtarzały się te same myśli:
„To nie partnerstwo, tylko układ silniejszy–słabszy”.
„Obcy ambasador mówi, co wolno polskiemu marszałkowi”.
„Dziś USA, jutro każdy, kto ma więcej siły”.
„Można Czarzastego nie lubić, ale to już jest za daleko”.

To nie była wojna partii politycznych i ich zwolenników. To był instynktowny sygnał nagiej prawdy. Czarzasty jest tylko pretekstem.
Cała reszta była komunikatem skierowanym do wszystkich:
gdzie są granice,
kto je wyznacza,
kto musi się z nimi liczyć.

 Najbardziej uderzające było to, czego nie usłyszeliśmy ze strony polskiego państwa. Nie padło zdanie: „To jest ingerencja w nasze sprawy”. Było za to milczenie, unikanie tematu, gaszenie emocji bez nazwania przyczyny. I wtedy wielu ludzi zrozumiało coś bardzo prostego- te granice są znane, wszyscy je czują, nikt nie chce ich głośno nazwać.

Dlatego to otrzeźwienie było potrzebne. Mam nadzieję, że nie pójdzie na marne. Bo dopóki żyjemy w opowieściach o „pełnej suwerenności”, „partnerstwie opartym na wartościach”, dopóty żyjemy w iluzji. Ta iluzja pękła. Lepiej zobaczyć gorzką prawdę raz, niż przez lata karmić się wygodnym kłamstwem. Za kilka dni pojawi się nowy temat. Nowa burza w mediach. Nowa awantura.

Ale ten moment warto zapamiętać. Bo Polacy nie zostali  „upokorzeni” przez jedną wypowiedź. Polacy zobaczyli mechanizm, w którym od dawna funkcjonują. I jeśli ta świadomość zostanie — to byłby to jeden z ważniejszych momentów ostatnich lat.

Bo każda realna zmiana zaczyna się nie w deklaracjach, tylko w widzeniu rzeczy takimi, jakie są.

Praktyka i zastawki chanukowe. Metamorfoza Czarzastego i „tradycje” Terlikowskiego

Praktyka i zastawki chanukowe.

Metamorfoza Czarzastego

i „tradycje” Terlikowskiego

29.12.2025 Stanisław Michalkiewicz nczas/praktyka-i-zastawki-chanukowe-metamorfoza-czarzastego-i-tradycje-terlikowskiego/

Rabin Szalom Ber Stambler (z prawej) i marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (z lewej) podczas zapalenia świec chanukowych w Sejmie.
NCZAS.INFO | Rabin Szalom Ber Stambler (z prawej) i marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (z lewej) podczas zapalenia świec chanukowych w Sejmie. / Fot. PAP

Powstrzymanie się pana prezydenta Karola Nawrockiego od zaproszenia rabinów reprezentujących również chasydzką sektę Chabad Lubawicz do Pałacu Namiestnikowskiego, by tak celebrowali żydowskie kombatanckie wspominki okraszone religijnym sosem, wywołało falę pełnych zgorszenia komentarzy, nie mówiąc już o ostentacyjnej, ekspiacyjnej liturgii, celebrowanej w Sejmie przez pana marszałka Włodzimierza Czarzastego. Mówiąc o kombatanckich wspominkach, mam oczywiście na myśli powstanie Machabeuszów przeciwko Antiochowi, który wpadł na pomysł nakłonienia Żydów do przyjęcia kultu Zeusa.

Wywołało to bunt Żydów. Powstańcy żydowscy odzyskali wprawdzie w roku 164 przed Chrystusem świątynię jerozolimską, ale w międzyczasie się ona strefiła, bo Antioch umieścił tam posąg Zeusa, więc trzeba było odczynić uroki.

Do tego potrzebna była oliwa do lamp, ale nie taka zwykła, tylko koszerna, opieczętowana przez arcykapłana. W świątyni znaleziono wprawdzie flaszkę z taką oliwą – ale tylko jedną – tymczasem do skutecznego odczynienia uroków potrzebna była znacznie większa ilość oliwy. I tu na scenę wkroczył Stwórca Wszechświata, który sprawił, że ta niewielka ilość koszernej oliwy wystarczyła nie tylko do zaopatrzenia jednej lampy przez jeden dzień, ale na wiele lamp przez całe osiem dni.

Na pamiątkę tego wydarzenia obchodzona jest właśnie Chanuka, to znaczy – zapalanie przez osiem dni świec na specjalnym świeczniku, przy czym nie jest jasne, czy należy je zapalać od lewej do prawej strony, czy odwrotnie – bo są różne szkoły, który sposób bardziej udelektowałby Stwórcę Wszechświata. Ciekawe, od której strony zapalił chanukę pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, bo to by nam dostarczyło informacji, ku której frakcji w Chabad Lubawicz się skłania.

Chanukowy „cud”, czyli metamorfoza marszałka

W ogóle z tym panem marszałkiem Czarzastym to ciekawa sytuacja. Jak pamiętamy, za pierwszej komuny pan marszałek Czarzasty stał na nieubłaganym gruncie przekonania, że żaden Bóg nie istnieje, a te wszystkie religie, z judaizmem włącznie, to „opium dla ludu”, jako że ówczesna elita wierzenie w jakichś Bogów miała surowo zakazane, a nad przestrzeganiem tego zakazu czuwała Partia i Służba Bezpieczeństwa. Jak dajmy na to jakiś partyjny, milicjant czy wojskowy wlazłby do kościoła czy bożnicy gwoli uczestnictwa w liturgiach, to groziły mu rozmaite nieprzyjemności. Podobno z tego powodu generał Jaruzelski nie ośmielił się wejść do kościoła, by uczestniczyć w pogrzebie matki, tylko spacerował tam i nazad przed wejściem.

Jestem pewien, że pan Włdzimierz Czarzasty na pomysł uczestniczenia w niedozwolonych liturgiach nigdy nie wpadł, ankietę personalną w „kadrach” i SB miał czystą jak łza, bo najwyraźniej wystarczały mu liturgie marksistowskie, znaczy się – laickie – jak na przykład wręczenie „dowodziku osobistego” – nad sprawowaniem których czuwał Wydział Ceremoniału i Obrzędowości Świeckiej Komitetu Centralnego PZPR.

Kiedy jednak nastała transformacja ustrojowa, zakaz wierzenia w jakichkolwiek Bogów został uchylony, w związku z czym rozmaite osobistości zaczęły próbować, jaka wiara lepiej im się dopasuje do mądrości etapu. Pan marszałek Czarzasty najwyraźniej musiał postawić na judaizm, o czym świadczy nie tylko jego wiodący udział w celebrowaniu Chanuki, ale również deklaracja, że jako przewodniczący Lewicy grupującej resortowe dzieci i rozmaitych poszukiwaczy sprzeczności, jak na przykład moja faworyta Wielce Czcigodna Scheuring-Wielgus Joanna, będzie nieugięcie stał na nieubłaganym gruncie „rozdziału Kościoła od państwa”.

Chodzi naturalnie tylko o Kościół katolicki, bo jeśli chodzi o sektę Chabad Lubawicz, która podobno uważa, że głupie goje, ot na przykład takie jak pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, w ogóle nie mają duszy, a tylko zewnętrznie są podobni do gatunku ludzkiego – to ona może celebrować swoje liturgie we wszystkich domach publicznych, a więc również – w Sejmie. Panu marszałkowi taka rewolucyjna teoria duszy najwyraźniej musi odpowiadać, bo przecież na poprzednim etapie on też uważał, że nie ma duszy – a któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej od samego zainteresowanego? Jak widzimy, na tym właśnie gruncie musiało w końcu dojść do porozumienia między dawnymi materialistami dialektycznymi a judaizmem.

„Tradycje” red. Terlikowskiego

Ale pan marszałek Czarzasty to jeszcze nic, bo jego metamorfozę wyjaśnić można przy pomocy mechanizmów stosunkowo prostych, żeby nie powiedzieć – prostackich. Ze znacznie poważniejszą zastawką wobec pana prezydenta Karola Nawrockiego wystąpił zawodowy katolik, publicysta i „filozof-gleboznawca, społecznik i demokrata” – pan red. Terlikowski Tomasz. W pełnych goryczy słowach zarzucił panu prezydentowi Nawrockiemu, że „nie występuje jako katolik”. Na uwagę zasługuje argumentacja, jaką nasz „filozof” się posłużył. Otóż składa się ona z dwóch części – świeckiej i eschatologicznej.

W części świeckiej pan red. Terlikowski Tomasz bierze pana prezydenta Karola Nawrockiego pod włos, sugerując mu, iż jego uczestnictwo w chanukowych liturgiach nawiązywałoby do mocarstwowego majestatu dawnej Rzeczypospolitej. Co prawda chyba nie zachowały się opisy, jakoby polscy królowie brali udział w żydowskich liturgiach – czy to Chanuce, czy Święcie Kuczek – ale widocznie pan red. Terlikowski Tomasz liczy na to, że pan prezydent Nawrocki nie będzie pewny, jak to kiedyś bywało i może się zacukać.

Znacznie cięższego kalibru działa wytacza przeciwko panu prezydentowi Nawrockiemu nasz „filozof” na eschatologicznym odcinku frontu ideologicznego. Pan prezydent Nawrocki bowiem powołał się na „wartości chrześcijańskie” – ale pan red. Terlikowski Tomasz ze swadą katolika zawodowego, co to wszystkie tajemnice Trójcy Świętej przejrzał na wylot, wyjaśnia panu prezydentowi Nawrockiemu, że straszliwie się myli, sądząc, iż katolikowi hołdującemu „wartościom chrześcijańskim” nie przystoi uczestniczyć w celebracji liturgii chanukowych. Jest dokładnie odwrotnie.

Chrześcijanin – twierdzi pan red. Terlikowski Tomasz – a zwłaszcza „judeochrześcijanin” – bo po II Soborze Watykańskim jest rozkaz, byśmy wszyscy stopniowo przechodzili na „judeochrześcijaństwo” – więc taki jeden z drugim chrześcijanin nie tylko może, ale nawet powinien uczestniczyć w celebracjach różnych żydowskich kombatackich wspominków, zwanych „świętami”, bo nie jest to niezgodne z „tradycją katolicką”, a wprost przeciwnie – jak najbardziej zgodne, jako że Pan Jezus też Chanukę obchodził.

Argument z Panem Jezusem obchodzącym Chanukę jest oczywiście zaporowy – ale ma też swój point faible. Na przykład powszechnie wiadomo – bo możemy to sobie przeczytać w Ewangelii – że Pan Jezus jeszcze we wczesnym dzieciństwie został poddany pewnej drobnej operacji chirurgicznej. Była ona podobno rezultatem nakazu samego Stwórcy Wszechświata, który nakazał jej przeprowadzenie nie tylko pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi, w którym ponoć z jakichś zagadkowych przyczyn sobie upodobał – ale również wszystkim jego domownikom. Stąd Żydowie nie tylko podtrzymują tradycję przeprowadzania na dzieciach płci męskiej tej drobnej operacji chirurgicznej, ale – jak czytamy w „Dziejach Apostolskich” – próbowali narzucić tę tradycję chrześcijanom, którzy wywodzili się spośród głupich gojów i ów zabieg chirurgiczny uważali za wstrętny – podobnie jak wiele innych elementów tradycji żydowskiej.

W rezultacie ukształtowała się chrześcijańska tradycja, według której ów zabieg chirurgiczny, chociaż podobno miał być nakazany przez samego Stwórcę Wszechświata (swoją drogą, skąd nagle Stwórca Wszechświata miałby przypomnieć sobie o konieczności przeprowadzania drobnej operacji chirurgicznej, skoro przecież mógł stworzyć człowieka od razu bez tej części, która w wyniku wspomnianej operacji powinna zostać usunięta?), został bez specjalnych ceregieli uchylony i żadnej dziury w Niebiesiech z tego powodu nie ma.

W takiej sytuacji musimy postawić pytanie, jaką konkretnie „tradycję” pan red. Terlikowski Tomasz próbuje stręczyć nie tylko panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, ale i nam wszystkim, chrześcijańskim głupim gojom? I w ogóle – czy naprawdę wierzy w tę swoją rewolucyjną teorię, czy też zachowuje się tak jak ta nauczycielka z anegdoty, co to mówiła uczniom na lekcji, że Fenicjanie robili szkło z piasku. – To nie jej wina – wyjaśniał przyjaciołom rodziny pewien uczeń. – Ona tak musi, bo inaczej wyrzuciliby ją z posady…