Do tych, którzy sympatyzują z Trumpem i USA i poważnie uważają, że sytuacja w Iranie dotyczy ludzi lub praw człowieka, mam kilka pytań. Dokładnie trzynaście pytań i jestem bardzo ciekawa odpowiedzi.
Punkt widzenia Andrei Drescher.
Dlaczego Arabia Saudyjska nie jest bombardowana? Między innymi, homoseksualiści są tam kamienowani. A o prawach kobiet nawet nie wspomnę.
Dlaczego islamista Al-Dżolani, poszukiwany za 10 milionów dolarów, jest teraz, pod innym nazwiskiem, najlepszym przyjacielem Zachodu, szanowanym prezydentem Syrii i może bezkarnie mordować Alawitów, Druzów i innych?
Gdzie i kiedy prawa człowieka odgrywały jakąkolwiek rolę dla USA? Czy istnieje jakiś inny powód ich wojen poza prawami do „górnictwa” – czyli zasobami naturalnymi lub innymi korzyściami?
Od kiedy mordowanie dzieci prowadzi do poprawy sytuacji mieszkańców kraju – w Iraku, według Madeleine Albreight, USA uznały śmierć 500 000 dzieci za „wartą zachodu”?
Od kiedy i gdzie wprowadzenie demokracji w formie zmiany reżimu doprowadziło do powstania czegokolwiek innego niż „państwa upadłe”?
Od kiedy prawa kobiet odegrały jakąkolwiek rolę dla USA – poza uzasadnieniem wojen agresywnych, które naruszają prawo międzynarodowe?
Jak bardzo poprawiła się sytuacja kobiet w Afganistanie podczas okupacji USA? Cóż – z pewnością bardziej skorzystały na masowym wzroście upraw narkotyków, które ograniczono po przejęciu władzy przez talibów.
Od kiedy „naruszenia praw człowieka” są atakiem na USA?
Ile wojen rozpoczął Iran od czasu swojego powstania jako Republika Islamska? Mam na myśli ROZPOCZĘTE, a nie prowadzone, ponieważ musiał się bronić?
Od kiedy to zapobiega się rozwojowi broni jądrowej, zabijając najważniejszego przywódcę religijnego, który publicznie i surowo tego zakazał w fatwie z 2003 roku?
Kto założył lub przynajmniej „przejął” i finansował islamistyczne organizacje terrorystyczne, takie jak „Państwo Islamskie”, „ISIS”, „Al-Kaida” i wszystkie inne?
W którym kraju Bliskiego Wschodu mieszka największa społeczność żydowska, będąca jednocześnie częścią rządu?
Od kiedy Izrael twierdzi, że Iran jest już tuż od użycia broni jądrowej: 1984 – 1995 – 2006 – 2012 – 2015 – 2018 – 2025 lub 2026?
Jak wspomniano na początku: jestem ciekawa odpowiedzi.
Nie żebym w jakikolwiek sposób podziwiała reżim mułłów lub chciała bronić tamtejszej sytuacji. Zrozumiałe jest, że irańscy wygnańcy nie są zachwyceni tym rządem i nie są z niego zadowoleni. Dlatego żyją na wygnaniu. Nie odczuwają jednak bezpośrednio skutków bombardowań – w przeciwieństwie do ponad 150 dzieci w szkole dla dziewcząt, których wolność – eee, przepraszam – przyniosły im dobre amerykańskie lub izraelskie bomby.
Fakt, że wielu z nich pragnie powrotu szacha, który został ustanowiony przez USA w zamachu stanu w 1953 roku i który rządził krwawym reżimem przeciwko własnemu narodowi z pomocą wyszkolonej przez Mosad organizacji SAVAK – świadczy w najlepszym razie o braku wiedzy historycznej.
Wiedza historyczna mogła być zdobyta.
Interesujące informacje na temat sytuacji w Iranie, a także historii kraju, można znaleźć w filmie „Geo-Strategia #1: Iran’s Strategy Matrix” Jiang Xueqina na kanale „Predictive History” z 24 kwietnia 2024 roku.
Jiang Xueqin, według ChatGPT, jest chińskim pedagogiem, reformatorem edukacji i autorem, znanym przede wszystkim z krytyki tradycyjnego chińskiego systemu egzaminacyjnego. Jego ówczesne przewidywania dotyczące wyborów prezydenckich w USA, potencjalnej wojny z Iranem – i jej możliwego wyniku – dowodzą, że „historia predyktywna” – analiza danych historycznych w celu przewidywania przyszłych wydarzeń lub trendów – może być rzeczywiście użyteczna.
Nic dziwnego, że „krytyczne wobec systemu” prawicowe media głównego nurtu, takie jak Achgut, Nius, Apollo News, Junge Freiheit i inne, które wiernie trzymały się racji stanu państwa – słowa klucz: „Izrael może wszystko, a USA prawie wszystko” – głośno świętują śmierć Chameneiego.
Pobieżna lektura większości tych doniesień ujawnia brak wiedzy historycznej.
To, jak dalece niektórzy pozostają „wierni” faktom, przypomina oświadczenia Tagesschau i innych mediów na temat koronawirusa… Młody twórca kanału YouTube „Die zweite Agitation und Agitor live” (Wtórna Agitacja i Agitator na żywo) przedstawił doskonałą analizę wypowiedzi jednego z tych „krytyków systemu” w swoim filmie „Jak bezczelnie Julian Reichelt kłamie! Najgłupsza propaganda wojenna przeciwko Iranowi ujawniona”.
Jak zawsze, dr Michael Lüder w swoim filmie „Angriff aufs Iran: Armageddon im Orient?” (Atak na Iran: Armageddon na Wschodzie?) przedstawia rzetelną i odważną ocenę tej wojny, która narusza prawo międzynarodowe – choć treść prezentuje w sposób znacznie bardziej emocjonalny, niż się do tego przyzwyczaiłem.
Biorąc pod uwagę potencjalne konsekwencje tych ataków na ludzi i ludzkość, jest to więcej niż zrozumiałe.
Ten tekst również powstał w napadzie gniewu z mojej strony, w reakcji na wypowiedzi niektórych tak zwanych krytyków systemu.
Głosy rozsądku
Na Facebooku znalazłem następujące oświadczenie Komunistycznej Partii Austrii (KPÖ):
Nasza solidarność jest z narodem irańskim – nie z mułłami ani zbrodniarzami wojennymi w Waszyngtonie i Tel Awiwie.
Günther Hopfgartner, Przewodniczący KPÖ
Potępiamy wszelkie interwencje wojskowe USA i Izraela w Iranie. Takie ataki nie służą interesom narodu irańskiego, lecz są wyrazem imperialistycznej polityki mocarstwowej, która prowadzi wojnę i destabilizuje kraj pod pretekstem negocjacji w sprawie bezpieczeństwa i programu nuklearnego.
Represje ze strony reżimu mułłów w Iranie nie mogą być instrumentalizowane w celu legitymizacji polityki zagranicznej lub celów imperialistycznych. KPÖ już wcześniej podkreślała kluczową rolę narodu irańskiego. Protesty w Iranie wynikają z ubóstwa ekonomicznego, nierówności społecznych i ucisku politycznego ze strony rządzącego reżimu. Nie są one wynikiem zewnętrznej manipulacji.
Nasza solidarność jest z narodem irańskim, z demokratycznymi, postępowymi ruchami w Iranie – nie z autorytarnymi władcami ani z zewnętrznymi interwencjami wojskowymi.
Rozwiązanie głębokiego kryzysu społecznego, gospodarczego i politycznego w Iranie może pochodzić jedynie z wnętrza kraju i oddolnych inicjatyw. Każda interwencja zagraniczna – czy to ze strony Stanów Zjednoczonych, Izraela, czy innych mocarstw – niszczy życie i źródła utrzymania, zaostrza kryzysy i podsyca napięcia nacjonalistyczne.
Kategorycznie odrzucamy nową wojnę na Bliskim Wschodzie.
Strategie wojskowe, czy to pod płaszczykiem nierozprzestrzeniania broni jądrowej, walki z terroryzmem, czy „transformacji reżimów autorytarnych”, prowadzą w praktyce do katastrofalnych skutków humanitarnych i politycznych – a nie do pokoju, demokracji czy postępu społecznego.
Z przyjemnością się tym dzielę, mimo że Komunistyczna Partia Austrii (KPÖ) w moich oczach zawiodła podczas pandemii.
Ale, uczciwie mówiąc, istnieją również takie głosy rozsądku w patriotyczno-konserwatywnym obozie krytyków systemu. Oto kilka przykładów.
Stefan Magnet z AUF1 napisał publicznie: „Sprzeciw wobec wojny jest nie do negocjacji. Nie oznacza to »ale tylko kilka pocisków« ani »ale mogę pokonać złych facetów«”. Krytyczne słowa szybko usłyszał i odczytał również Jürgen Elsässer z Compact i Info-Direkt. Każdy, kto mnie zna, dobrze wie, że mam niewiele wspólnego z tymi trzema mediami w kwestiach politycznych.
Tucker Carlson opublikował doniesienia o aresztowaniu agentów Mossadu w Katarze i Arabii Saudyjskiej za rzekome planowanie podłożenia bomb w tych krajach. Oliver Janich zwraca uwagę na powiązania Rothschildów z Iranem.
Nagłówek w Der Status brzmi: „Destabilizacja zagraża również Europie – konflikt z Iranem: grozi pożoga – AfD i FPÖ domagają się deeskalacji” – po tym, jak poszczególni posłowie AfD, tacy jak Robert Teske (AfD Turyngia) i Torben Braga (AfD Turyngia), szybko zajęli jasne stanowisko przeciwko łamaniu prawa międzynarodowego, ale spotkali się z ostrą reakcją ze strony niektórych swoich zwolenników.
Dziś przeczytałem w „Stern”: „Lider AfD Chrupalla krytykuje ataki na Iran – i nazywa Trumpa „prezydentem wojennym”. Lider AfD Tino Chrupalla skrytykował ataki USA i Izraela na Iran. „Nie celebruję ataków rakietowych, niezależnie od tego, w który kraj są wymierzone i kto je przeprowadza. Nie można tego celebrować, ponieważ zawsze giną cywile, a to można tylko potępić” – powiedział Chrupalla w programie RTL/NTV „Frühstart” (Wczesny start).
Lider AfD Chrupalla krytykuje ataki na Iran – i nazywa Trumpa „prezydentem wojennym”. Roger Köppel z „Die Weltwoche” zajmuje jasne stanowisko w swoim nagłówku: Mongolski atak na Zachód: Bibi Netanjahu i Trump bombardują mułłów i po raz kolejny łamią prawo międzynarodowe. Celem jest przejęcie władzy na Bliskim Wschodzie i zapewnienie Waszyngtonowi pieniędzy i ropy. Jego „Weltwoche” Dzisiejszy „Daily” był jasnym oświadczeniem popierającym prawo międzynarodowe.
Dziękuję wszystkim głosom rozsądku, zarówno tym wymienionym z imienia, jak i tym anonimowym.
A teraz?
Nikt nie wie, co wydarzy się dalej w Iranie. Ale jedno jest – moim zdaniem – niezaprzeczalne: jeśli pozwolimy, aby zasada „dobrzy ludzie mogą zrzucać bomby” stała się akceptowaną zasadą w „porządku międzynarodowym opartym na zasadach”, którym NATO i Stany Zjednoczone często uzasadniają swoją politykę zagraniczną i działania militarne, to Nowy Porządek Świata definitywnie zwycięży.
Czy chcemy do tego dopuścić?
+++
Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.
Niniejszy artykuł został opublikowany po raz pierwszy 3 marca 2026 roku na stronie tkp.at.
Prawdziwe kłopoty szykują się w IZRAELU: „Niepokoje cywilne” ataki na policję i wojsko!
Według doniesień pochodzących z Izraela – szczególnie z Tel Awiwu i Hajfy – sytuacja wskazuje na zorganizowane nieposłuszeństwo obywatelskie i załamanie dyscypliny wojskowej.
Z ponad 200 budynkami zredukowanymi do gruzu, a system obrony żelaznej kopuły postrzegany jako całkowicie nieudany, naturalne jest, że społeczeństwo traci zaufanie do Państwa. W oparciu o obecną sytuację, wewnętrzne niepokoje wydają się mieć kilka kluczowych aspektów:
1. Starcia w wojsku i policji
Zapach buntu: doniesienia izraelskich mediów i mediów społecznościowych sugerują, że kilku rezerwistów odmówiło zgłoszenia się do służby. Ich stanowisko jest takie, że jeśli przywództwo (Netanjahu i prezydent) jest nieobecne, dlaczego mieliby ryzykować życie?
Przemoc policyjna: doszło do starć między cywilami a policją na ulicach Tel Awiwu. Ludzie protestują przeciwko brakowi udogodnień w bunkrach i rządowej „ciszy.”
2. Kryzys Przesiedleń Wewnętrznych
Z północy do centrum: z powodu ataków Hezbollahu setki tysięcy Izraelczyków przeniosło się już z obszarów północnych. Po zniszczeniu 200 budynków w Tel Awiwie, nawet wcześniej uważane za „bezpieczne” regiony Centralne są świadkami fali wewnętrznych przesiedleń, przytłaczających lokalne systemy administracyjne.
3. „Wojna psychologiczna” w bunkrach
„Kryzys psychologiczny” wspomniany w oświadczeniu nr 8 Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej podobno staje się widoczny w terenie. Podziemne bunkry w Izraelu są przepełnione, z doniesieniami o poważnych niedoborach żywności i lekarstw. Napięcia rosną, ludzie atakują się nawzajem, a wojsko stoi przed poważnymi wyzwaniami w kontrolowaniu sytuacji.
4. Próżnia polityczna i powstanie „milicji”
Pod nieobecność Netanjahu – opuścił Izrael i udał się do Niemiec, gdy rozpoczął się ostatni konflikt, grupy ekstremistyczne w Izraelu podobno zaczęły się zbroić. Grupy te podejmują decyzje niezależnie od rządu, potencjalnie popychając kraj do wewnętrznej wojny domowej.
Podsumowanie:
Izrael walczy obecnie na dwóch frontach – zewnętrznie przeciwko Iranowi i jego sojusznikom oraz wewnętrznie przeciwko upadającej strukturze krajowej. Wycofanie się lub zdystansowanie Francji i innych sojuszników podobno zadało ostateczny cios Izraelskiemu zaufaniu publicznemu.
Atak na Iran, przeprowadzony w trakcie trwających negocjacji i wymierzony w kluczowe postaci irańskiego rządu, nie zawiera żadnych szczególnych nowości w porównaniu z tym, co już wiedzieliśmy o podejściu Stanów Zjednoczonych i Izraela wobec Teheranu.
Nie powinno dziwić, że Stany Zjednoczone i Izrael arbitralnie decydują się użyć siły przeciwko każdemu, kogo uznają za swojego wroga na całym świecie – i robią to, kłamiąc na temat irańskiego programu nuklearnego, który przez nikogo nie był uważany za bliski realizacji broni atomowej.
W końcu zawsze tak postępowali: celowane naloty, „prewencyjne” ataki, a nawet porwania głów państw, jak w przypadku Wenezueli – działania, które gdyby dokonał ich ktokolwiek inny, bez wahania określilibyśmy mianem terrorystycznych.
Robią to, destabilizując całe obszary świata – zazwyczaj te o kluczowym znaczeniu energetycznym – nie informując wcześniej sojuszników ani nie konsultując się z nimi. Wicepremier Matteo Salvini ujawnił wczoraj, że włoski rząd został powiadomiony o rozpoczęciu operacji wojskowych… dopiero po ich rozpoczęciu. Rzym dowiedział się o wszystkim z telewizyjnych breaking news i depesz agencyjnych.
Historia ministra obrony Guido Crosetto, który – jak się wydaje – utknął z rodziną w Dubaju (co stało się obiektem licznych żartów), pokazuje w rzeczywistości, że Pentagon nie poinformował nawet sojuszników z NATO o nadchodzącym ataku. To kolejne potwierdzenie, że Stany Zjednoczone i Izrael od zawsze stosują zasadę wyższości wobec reszty świata opartą na ich „wyjątkowości”. Mówiąc językiem Markiza del Grillo: „Ja jestem ja, a wy nie jesteście warci funta kłaków”.
Nic zaskakującego, jeśli weźmiemy pod uwagę arogancję, jaką administracja Trumpa rezerwuje dla Europejczyków – i to, że nasi „sojusznicy” zza oceanu od wielu lat zachowują się jak najwięksi wrogowie Europy.
Wywołali arabskie wiosny, które podpaliły Afrykę Północną i Bliski Wschód, rozpętując wojny w Libii, Iraku i Syrii – co podważyło bezpieczeństwo energetyczne i „podwórko” Europy. Dokonali zmiany rządu w Kijowie w 2014 roku, inwestując w operację Majdan 5 miliardów dolarów (jak przyznała w Kongresie podsekretarz Victoria Nuland), otwierając drogę do militarnej konfrontacji z Rosją – po czym wysadzili gazociąg Nord Stream… po tym, jak wcześniej Biden i Nuland otwarcie zapowiadali jego zniszczenie.
W obliczu tego wszystkiego dziecinadą byłoby dziwić się, że Amerykanie nie okazują szacunku europejskim sojusznikom. Nie trzeba być szczególnie przewrotnym, by zauważyć, że atak na Iran – niezależnie od jego rezultatów – spowoduje wzrost cen ropy, także z powodu zamknięcia Cieśniny Ormuz, które wczoraj zapowiedzieli Strażnicy Rewolucji Islamskiej.
Nie trzeba być wybitnym analitykiem, by zrozumieć, że blokada Zatoki Perskiej sprzyja amerykańskiemu eksportowi energii, a wyższe ceny ropy czynią bardziej opłacalnym wydobycie w USA – gdzie kosztowna technologia frackingu nie jest rentowna poniżej 62–65 dolarów za baryłkę.
I nie trzeba być geniuszem, by pojąć, że Europa – już teraz najbardziej uprzemysłowiony region świata, który po rezygnacji z taniego i nieograniczonego rosyjskiego gazu i ropy płaci najwyższe ceny za energię – poniesie z tego ataku dodatkowe, bardzo poważne szkody gospodarcze i bezpieczeństwa.
To, co naprawdę powinno nas wszystkich dziwić, to fakt, że rządy europejskich państw (o Unii Europejskiej, która stała się już jedynie nomenklaturą lobbystów w dużej mierze służących interesom amerykańskim, lepiej nie wspominać) nadal pozostają uległe wobec samowystarczalnej arogancji Stanów Zjednoczonych i Izraela.
Dla nas, Włochów, którzy od dawna uważają tzw. „rozszerzone Morze Śródziemne” (sięgające aż po Morze Czerwone, Ocean Indyjski i Zatokę Perską) za obszar o pierwszorzędnym znaczeniu strategicznym i narodowym, obecne operacje wojskowe powinny być nie do zaakceptowania – właśnie dlatego, że prowadzą wyłącznie do dalszej destabilizacji regionu.
Również jemeńskie milicje Huti ogłosiły wznowienie ataków na statki handlowe w Cieśninie Bab al-Mandab i Zatoce Adeńskiej – w solidarności z zaatakowanym Iranem. Dzięki USA i Izraelowi ruch morski do/z Morza Śródziemnego znów zostanie poważnie utrudniony – ucierpią nasze porty, nasz eksport i import. A kilka okrętów z garstką pocisków w ramach unijnej operacji Aspides na pewno nie wystarczy do ochrony żeglugi – zwłaszcza że nawet Amerykanie musieli w końcu pertraktować z Hutimi po wyczerpaniu zapasów pocisków przeciwlotniczych na niektórych jednostkach US Navy.
Nie ma najmniejszego sensu, by narody europejskie dziś powtarzały, że są sojusznikami USA i Izraela – bo między sojusznikami się rozmawia, podejmuje decyzje wspólnie lub uzgodnione, a przede wszystkim unika się działań jednostronnych, które szkodzą partnerom. Tymczasem Europejczycy są traktowani jak „użyteczni idioci” – mają wspierać kampanie wojskowe i inicjatywy idące wprost przeciwko ich własnym interesom, a potem mają potulnie milczeć.
„Kto sobie sam jest winien, niech sam płacze” – to prawda. Ale europejskie narody muszą się obudzić, zanim będzie za późno. Interesy Stanów Zjednoczonych i Izraela od dawna opierają się na destabilizacji całych obszarów geopolitycznych i energetycznych – to cel dokładnie odwrotny do tego, co powinno przyświecać Europejczykom.
Dlatego jak najszybciej trzeba się wyzwolić z sojuszu, który staje się coraz bardziej jednostronny, uciążliwy i niebezpieczny dla naszego bezpieczeństwa. Tak jak Imperium Rzymskie w fazie schyłkowej, także amerykańskie imperium staje się nieprzewidywalne, groźne i kierowane przez liderów mało wiarygodnych, nieprzygotowanych, a czasem jawnie niestabilnych.
Czy ma sens powierzać naszą obronę, bezpieczeństwo i bazy wojskowe potędze, która z każdym dniem coraz wyraźniej okazuje się naszym wrogiem?
Bo propaganda – z jej śmiesznymi nowomową i obłąkańczymi deklaracjami Trumpa o „nieuchronnym zagrożeniu ze strony Iranu” – nie wystarczy, by usprawiedliwić tę nową wojnę, która sieje chaos tuż u bram Europy. Po 80 latach Europa powinna znaleźć w sobie odwagę, by „uwolnić się od wybawicieli” – z pragmatyzmem, odrzucając sekciarskie dogmaty i nie dając się dłużej wciągać w cudze wojny.
Filo-ajatollah?
Nie trzeba być fanem zmarłego ajatollaha Chameneiego (który był chory i miał 87 lat, ale był wybitną postacią nie tylko Iranu, lecz całego szyickiego islamu), by zauważyć: jeśli nazywamy irański system „reżimem”, to samo powinniśmy powiedzieć o absolutystycznych, dziedzicznych monarchiach Zatoki Perskiej – petro-państwach, w których praw obywatelskich i politycznych jest bardzo mało, a które są naszymi „żelaznymi sojusznikami”, przed którymi Europa często biła pokłony w zamian za miliardowe inwestycje.
Śmieszne jest określanie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (pasdaran) mianem „ruchu terrorystycznego” – jak zrobił Parlament Europejski, także głosami Włoch – bez przypomnienia, że islamski terroryzm to sunnici (ISIS, Al-Kaida itd.), a nie szyici.
Wręcz przeciwnie: szyici – zarówno arabscy, jak i perscy – są głównym celem sunnickiego ekstremizmu terrorystycznego (wystarczy przeczytać manifesty bin Ladena, al-Zarkawiego czy al-Baghdadiego). Warto też przypomnieć, że to nie Amerykanie ani tym bardziej Włosi powstrzymali ISIS przed zajęciem Bagdadu w sierpniu 2014 roku – lecz trzy pułki irańskich pasdaran, ponosząc przy tym ciężkie straty.
Podobnie wyzwolenie północnego Iraku i wschodniej Syrii spod Państwa Islamskiego w dużej mierze zawdzięczamy szyickim milicjom ludowym wspieranym przez pasdaran.
To niewygodne wspomnienia – zwłaszcza dziś, gdy cały świat uznał za przywódcę Syrii byłego terrorystę Abu Mohammada al-Dżulaniego (Ahmeda asz-Szara), na którego głowę Waszyngton jeszcze niedawno wyznaczył 10 milionów dolarów nagrody. Nikt go nie wybierał – doszedł do władzy jako przywódca sunnickiej milicji islamistycznej sprzymierzonej z Turcją; dawny zastępca Zarkawiego, członek ISIS, założyciel Dżabhat an-Nusra, lider Tahrir asz-Szam. Dziś wszyscy podają mu rękę – także ci, którzy pasdaran nazywają terrorystami.
Pragmatyzm polityki czyni hipokryzją każdy apel o „wartości wolności i demokracji”. Rezygnujemy z energii autokraty Putina, by kupować ją od reżimu Ilhama Alijewa – prezydenta Azerbejdżanu od 2003 roku, następcy ojca Hejdara. Reżim wielokrotnie krytykowany za represje wobec opozycji i brak praw człowieka – jedyna republika na świecie (obok Korei Północnej), w której władza przechodzi z ojca na syna wraz z kultem jednostki.
Tak samo dziś izraelska i amerykańska propaganda (z typową medialną fanfarą posłusznych mediów) serwuje nam kontrast: irańskie dziewczyny za czasów szacha Rezy Pahlawiego kontra kobiety w hidżabach (notabene nieobowiązkowych) w Iranie ajatollahów.
Ten sam chwyt stosowano z burkami afgańskimi, gdy USA i sojusznicy „eksportowali demokrację” do Kabulu – by potem zostawić kraj talibom i burkom.
Wystarczy znać historię lub mieć odpowiedni wiek, by pamiętać fakty: przywrócenie monarchii Pahlawich w Teheranie nie byłoby żadną gwarancją wolności ani demokracji. Szach rządził żelazną pięścią, posługując się niesławną SAVAK, ogłosił się „cesarzem” (jedyny obok Bokassy w tamtych czasach). Nieprzypadkowo jego imperium – sojusznik USA i Izraela – runęło w wyniku wielkich powstań ludowych.
Niejasne perspektywy
Biorąc pod uwagę wszystko to, co zostało powiedziane, staje się oczywiste, że irański program nuklearny i balistyczny stanowią jedynie pretekst, by pogrążyć Iran – sojusznika Rosji i Chin – w całkowitym chaosie, wraz z jego produkcją energii, która dzisiaj jest eksportowana do Azji, a którą Waszyngton chciałby wyłączyć z gry lub – alternatywnie – przejąć pod swoją kontrolę.
Ponadto, Iran podpisał w 2015 roku międzynarodowe porozumienie z administracją Obamy, które następnie Donald Trump unieważnił, kierując się dyktatem Benjamina Netanjahu – co już wówczas rodziło pytanie, kto tak naprawdę trzyma stery w sojuszu izraelsko-amerykańskim. Dziś żądanie nowego porozumienia nuklearnego brzmi groteskowo, zwłaszcza po tym, jak w wojnie trwającej 12 dni, wywołanej w czerwcu zeszłego roku przez Izrael, właśnie Trump ogłosił, że program atomowy Iranu został zniszczony po nalotach bombowców B-2 na irańskie obiekty nuklearne.
W rzeczywistości był to jedynie interwencja, która pozwoliła tymczasowo zatrzymać wojnę i uratować twarz Izraelowi, który wyczerpał zapasy pocisków antyrakietowych, podczas gdy Teheran wciąż dysponował dużą liczbą pocisków balistycznych gotowych do wystrzelenia. Także w obecnej kampanii to prawdopodobnie amunicja zdecyduje o sukcesie lub porażce stron konfliktu – jak podkreślił również Scott Ritter. Co skończy się pierwsze: irańskie nośniki balistyczne czy izraelskie i amerykańskie systemy antyrakietowe?
Siły zbrojne Izraela (IDF) szacują, że Iran posiada obecnie około 2500 pocisków balistycznych. Przed wojną z czerwca 2025 roku te same źródła twierdziły, że Iran zamierza znacząco przyspieszyć tempo produkcji pocisków balistycznych – z 3000 do 8000 sztuk w ciągu dwóch lat. W trakcie konfliktu czerwcowego Iran wystrzelił ponad 500 pocisków w kierunku Izraela, a IDF uważa, że zniszczyła setki pocisków w atakach oraz uniemożliwiła produkcję kolejnych 1500, uderzając w fabryki.
W ostatnich miesiącach, izraelscy wojskowi uważają, że Teheran zainwestował w odbudowę zdolności produkcyjnych, wytwarzając co miesiąc kilkadziesiąt pocisków, aż osiągnął ponownie poziom 2500 sztuk. To bardzo duża liczba, która wymagałaby co najmniej trzykrotnie większej liczby pocisków obrony przeciw balistycznej. Iran zresztą atakuje amerykańskie bazy w arabskich monarchiach Zatoki nie tylko dlatego, że są to ewidentne, uzasadnione cele wojskowe, ale być może także po to, by wzniecić arabskie społeczeństwa, które nienawidzą polityki USA i Izraela – i które mogłyby zmusić emirów do wyrzucenia amerykańskich baz, postrzeganych coraz bardziej jako (bogatsze i lepiej uzbrojone) ramię Izraela.
Także spór, który wybuchł między Cyprem a Wielką Brytanią w sprawie dwóch irańskich pocisków balistycznych określanych jako „błądzących” i potencjalnie skierowanych na brytyjskie bazy na wyspie będącej częścią UE (a obecnie sprawującej półroczną prezydencję), powinien skłonić do refleksji, jak bardzo wojna wywołana przez Izrael i Stany Zjednoczone może bezpośrednio zagrozić Europie i Unii Europejskiej.
W tej wojnie to nie tylko rząd irański stawia wszystko na jedną kartę: USA i Izrael ryzykują nie tylko nieosiągnięcie założonych celów, ale także utratę wiarygodności politycznej i militarnej (zwłaszcza jeśli Iran zdoła zadać swoim wrogom bolesne straty), narażając się na nienawiść większości świata. Z politycznego punktu widzenia należy bowiem zapytać, na jakiej podstawie największa potęga nuklearna świata (obok Rosji) oraz de facto potęga nuklearna, jaką jest Izrael – który nigdy nie poddał się inspekcjom agencji ONZ ds. energii atomowej (MAEA) – mogą sobie rościć prawo do odmawiania Iranowi wzbogacania uranu, a nawet rozwoju pocisków balistycznych i broni jądrowej.
Na zasadzie prawa silniejszego? – Żegnajcie więc szeroko propagowane prawo międzynarodowe, „sprawiedliwy pokój” i przeciwstawienie agresora ofierze, tak drogie naszym politykom i komentatorom.
Wreszcie, po zaledwie 36 godzinach wojny już widać, że najważniejszą lekcją płynącą z tego konfliktu jest ta płynąca z Korei Północnej: gdyby Teheran posiadał broń jądrową, tak jak Pjongjang, nikt nie odważyłby się go zaatakować.
Od tajnych baz lotniczych, przez bomby-listy, po odwołane ataki lotnicze – nieopowiedziana historia wieloletniej wojny w cieniu, która ukształtowała równowagę sił nuklearnych w świecie muzułmańskim.
25 lutego 2026 roku premier Indii Narendra Modi przybył do Izraela na dwudniową wizytę państwową na zaproszenie premiera Benjamina Netanjahu. Stojąc przed Knesetem, Modi oświadczył: „Czujemy wasz ból. Indie stoją mocno u boku Izraela, z pełnym przekonaniem, w tej chwili i na przyszłość. Nic nie usprawiedliwia zabijania cywilów”. Izraelski parlament nagrodził go owacją na stojąco, a marszałek Knesetu Ohana wręczył indyjskiemu przywódcy, po raz pierwszy w historii, Medal Knesetu.
Netanjahu, nazywając Modiego „więcej niż przyjacielem, bratem”, wykorzystał okazję, by ogłosić „heksagon sojuszy”, w którym Indie miałyby znaleźć się w strategicznym bloku mającym stać naprzeciw „osi radykałów”. Wizycie towarzyszyła intensywna seria dwustronnych spotkań: pierwsze w historii negocjacje w sprawie umowy o wolnym handlu Indie–Izrael, 10. posiedzenie Wspólnej Grupy Roboczej ds. Walki z Terroryzmem oraz seminarium przemysłu obronnego z udziałem 30 indyjskich i 26 izraelskich firm zbrojeniowych. Indie są obecnie największym klientem izraelskiego uzbrojenia, odpowiadając za 46% izraelskiego eksportu broni; w dyskusjach pojawiają się transfery technologii systemu Iron Dome oraz nowej izraelskiej broni laserowej Iron Beam.
Media korporacyjne przedstawiły to jako historię o umowach handlowych i dyplomatycznej optyce. Prawie całkowicie pominięto znacznie mroczniejszą podstawę tego sojuszu: historię tajnego planowania wojskowego, sabotażu, zamachów i odwołanej wspólnej operacji, która niemal doprowadziła Indie, Izrael i Pakistan na krawędź wojny nuklearnej.
Od pariasów do partnerów: korzenie nieprawdopodobnego sojuszu (1948–1980)
Relacje Indii z Izraelem zaczęły się nie najlepiej. Choć Indie uznały Izrael w 1950 roku, premier Jawaharlal Nehru odmówił nawiązania pełnych stosunków dyplomatycznych, kierując się ruchem państw niezaangażowanych i poparciem dla samostanowienia Palestyńczyków. Przez dekady New Delhi trzymało Jerozolimę na dystans publicznie.
Prywatnie rachunek był inny. Jeszcze przed nawiązaniem pełnych stosunków dyplomatycznych Izrael dyskretnie dostarczał broń Indiom podczas wojny z Chinami w 1962 roku oraz wojen z Pakistanem w 1965 i 1971 roku. W 1968 roku premier Indira Gandhi poleciła szefowi RAW R.N. Kao nawiązanie kontaktu z Mosadem, tworząc łączność wywiadowczą, która miała się zacieśniać przez kolejne dekady. Relacja była transakcyjna, ideologicznie niezręczna i całkowicie tajna. Obie strony były wówczas państwami progu nuklearnego, istniejącymi poza zachodnią architekturą bezpieczeństwa, i widziały w sobie partnera przydatnego właśnie dlatego, że współpraca była niewidoczna.
Prawdziwym katalizatorem przyspieszenia nie były wspólne wartości, lecz wspólni wrogowie. Indie stoczyły trzy wojny z Pakistanem w pierwszym ćwierćwieczu niepodległości. Izrael, otoczony wrogimi państwami, widział w pakistańskich ambicjach nuklearnych zagrożenie wykraczające daleko poza subkontynent. Gdy pakistańscy przywódcy zaczęli otwarcie przedstawiać swój program nuklearny jako „bombę islamską” dostępną dla całego świata muzułmańskiego, interesy New Delhi i Jerozolimy zbiegły się z pilnością, której nie mogła powstrzymać żadna dyplomatyczna ostrożność.
„Śmiertelne zagrożenie”: Menachem Begin i strach przed bombą islamską
Izraelski niepokój o pakistański program nuklearny nie zaczął się od odpraw wywiadowczych czy zdjęć satelitarnych. Zaczął się od frazy, która prześladowała izraelskich strategów od momentu, gdy weszła do obiegu publicznego: „bomba islamska”.
17 maja 1979 roku premier Menachem Begin napisał do nowo mianowanej premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, ostrzegając, że pakistański program nuklearny stanowi „śmiertelne zagrożenie” dla Izraela. Begin przestrzegał Thatcher przed niebezpieczną współpracą Pakistanu z przywódcą Libii Muammarem Kaddafim, pisząc, że broń jądrowa może trafić „w ręce absolutnego władcy takiego jak pułkownik Kaddafi”. Podobne listy wysłał do przywódców Francji i RFN w ramach szerszej kampanii lobbingowej, by państwa zachodnie zahamowały rozwój nuklearny Pakistanu.
Brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Wspólnoty Narodów uznało list Begina za „sensacyjny” i zbagatelizowało go. Oczywiście Begin nie poprzestał na listach dyplomatycznych. 7 czerwca 1981 roku pokazał preferowaną przez Izrael metodę nieproliferacji, gdy osiem izraelskich F-16A, eskortowanych przez F-15A, zniszczyło iracki reaktor Osirak w śmiałym ataku na dużą odległość.
Operacja, potępiona wówczas międzynarodowo, ustanowiła to, co później nazwano Doktryną Begina: Izrael będzie zapobiegał nabywaniu broni jądrowej przez wrogie państwa wszelkimi możliwymi środkami.
Dodatkowo ośmielony sukcesem w Iraku, izraelscy planiści skierowali wzrok na wschód.
O włos od zagłady: Plan ataku na Kahutę (1982–1984)
Najbardziej zaawansowany plan zniszczenia pakistańskiej zdolności nuklearnej zakładał wspólną izraelsko-indyjską operację wojskową przeciwko Laboratoriom Badawczym Kahuta – zakładowi wzbogacania uranu niedaleko Rawalpindi, będącemu sercem pakistańskiego programu zbrojeniowego. Według dziennikarzy śledczych Adriana Levy’ego i Catherine Scott-Clark, których książka Deception: Pakistan, the United States, and the Secret Trade in Nuclear Weapons opiera się na setkach wywiadów i odtajnionych dokumentów, plan rozwijał się etapami.
W lutym 1983 roku, gdy plan ataku był już na zaawansowanym etapie, indyjscy wojskowi potajemnie udali się do Izraela, by zakupić sprzęt walki elektronicznej przeznaczony do neutralizacji obrony przeciwlotniczej Kahuty. Projekt operacyjny zakładał, że izraelskie F-16 i F-15 wlecą w przestrzeń powietrzną Indii, zatankują w bazie Jamnagar w Gudźaracie oraz w Udhampur na północy Indii, a indyjskie samoloty Jaguar wspomogą misję w roli uderzeniowej.
Co wydarzyło się potem, pozostaje sporne. Według Levy’ego i Scott-Clark w marcu 1984 roku premier Indira Gandhi formalnie zaakceptowała operację prowadzoną przez Izrael, doprowadzając – jak napisali – Indie, Pakistan i Izrael „o włos od nuklearnej pożogi”. Indyjski analityk obronny Bharat Karnad, powołując się na emerytowanego generała majora Aharona Yaariva, potwierdził, że Indira Gandhi „najpierw zaakceptowała izraelski atak”, zanim go odwołała. Z kolei były oficer CIA ds. kontr-proliferacji Richard Barlow, który służył w okresie tajnego rozwoju nuklearnego Pakistanu, powiedział w listopadzie 2025 roku agencji ANI, że operacja „nigdy nie miała miejsca, to były tylko rozmowy. Szkoda, że Indira jej nie zatwierdziła. Rozwiązałoby to wiele problemów”.
Bezsporne jest to, że plan ostatecznie porzucono. CIA ostrzegła prezydenta Pakistanu generała Zia-ul-Haka, a Departament Stanu USA uprzedził Indie, że „USA odpowiednio zareagują, jeśli Indie będą obstawać przy swoim”. Niezależnie od tego, czy Gandhi formalnie zaakceptowała i potem się wycofała, czy nigdy nie dała ostatecznej zgody – operacja upadła. Wice-szef sztabu armii Pakistanu, generał K.M. Arif, później potwierdził przeciek wywiadowczy: „Nasi przyjaciele dali nam znać, co zamierzają zrobić Izraelczycy i Hindusi, więc my daliśmy im znać, jak odpowiemy”.
Indyjski naukowiec nuklearny Raja Ramanna został również ostrzeżony przez przewodniczącego Pakistańskiej Komisji Energii Atomowej Munira Ahmeda Khana, że w razie ataku na Kahutę Pakistan dokona odwetu na indyjskim kompleksie nuklearnym w Trombay. Wzajemna podatność na zniszczenie, która definiowała logikę odstraszania zimnej wojny, już wówczas zakorzeniła się w Azji Południowej. (…)
Czy zaciekłe ataki na Tuckera Carlsona – prominentnego podcastera ruchu MAGA, który wyniósł Donalda Trumpa na fotel prezydenta – znamionują głębszą walkę o zmianę oblicza Partii Republikańskiej na zdystansowaną wobec syjonizmu i Izraela? Takie sugestie padają ze strony wpływowych polityków z obydwu tych krajów. I ma to znaczenie w kontekście batalii toczonej przeciwko Iranowi, wyborów uzupełniających oraz planowanej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych.
Od co najmniej ubiegłego tygodnia „prawicowy internet” w USA jest rozgrzany do czerwoności w związku ze słynnym już wywiadem, jaki Tucker Carlson przeprowadził z ambasadorem USA w Izraelu, Mikiem Huckabee, zadeklarowanym syjonistą chrześcijańskim.
Konserwatywny komentator zaznaczył, że według Biblii, potomkowie Abrahama mieliby otrzymać ziemie obejmujące dziś znaczną część Bliskiego Wschodu, w tym część Jordanii, Syrii, Iraku i Libanu. Carlson zacytował fragment 15. rozdziału Księgi Rodzaju i zapytał ambasadora, czy Izrael ma prawo do tej ziemi. – Byłoby w porządku, gdyby zabrali wszystko – odparł Huckabee w rozmowie, którą wyemitowano 19 lutego.
Wypowiedź wywołała natychmiastową reakcję przedstawicieli wielu państw arabskich. 22 lutego rzecznik ambasady USA w Izraelu prostował słowa swojego szefa, podkreślając, że zostały wyrwane z kontekstu, a waszyngtońska polityka wobec Tel Awiwu pozostaje niezmieniona.
Rzeczywiście, w dalszej części wywiadu ambasador starał się doprecyzować, o jaką ziemię chodzi. – [Żydzi] nie domagają się powrotu i zajęcia całego tego obszaru, ale przynajmniej chcą zachować ziemię, którą obecnie zajmują, na której mieszkają i którą legalnie posiadają, jako bezpieczną przystań dla siebie – przekonywał Huckabee. Dodał, że Izrael nie próbuje przejąć Jordanii, Libanu, Syrii ani Iraku, lecz dąży do ochrony własnego narodu.
Władze Egiptu, Arabii Saudyjskiej, Jordanii, Bahrajnu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru, Indonezji, Pakistanu, Turcji, Syrii, Kuwejtu, Libanu, Omanu oraz Autonomii Palestyńskiej określiły słowa ambasadora jako „niebezpieczne i podburzające” oraz zagrażające stabilności regionu. „Te oświadczenia bezpośrednio przeczą wizji przedstawionej przez prezydenta USA Donalda J. Trumpa (…) opartej na powstrzymaniu eskalacji i stworzeniu politycznego horyzontu dla kompleksowego rozwiązania, które zapewni Palestyńczykom własne niepodległe państwo” – napisali w oświadczeniu wystosowanym 22 lutego.
Huckabee, ewangelikalny chrześcijanin i zdecydowany zwolennik Izraela oraz ruchu osadniczego na Zachodnim Brzegu, sprzeciwia się idei rozwiązania dwupaństwowego.
Izrael w wyniku wojny sześciodniowej w 1967 roku zdobył Zachodni Brzeg i wschodnią Jerozolimę od Jordanii, Gazę i Półwysep Synaj od Egiptu oraz Wzgórza Golan od Syrii. Wycofał się jednak z Synaju w ramach porozumienia pokojowego z Egiptem po wojnie w 1973 roku, a z Gazy – w 2005 roku. Od czasu zawieszenia broni z Hamasem, które weszło w życie w październiku 2025 roku po dwóch latach walk, izraelskie wojsko kontroluje większość wschodniej części Gazy. Na Zachodnim Brzegu władze izraelskie pogłębiły kontrolę nad okupowanym terytorium poprzez zwiększenie liczby osiedli żydowskich, legalizację placówek i wprowadzenie zmian administracyjnych. Wszystko to odbywa się w czasie, gdy Trump oświadczył, że nie pozwoli Izraelowi na aneksję Zachodniego Brzegu i zagwarantował, że zablokuje wszelkie działania w tym kierunku.
Carlson, były prezenter Fox News, niezwykle popularny prawicowy podcaster, od kilku miesięcy notorycznie krytykuje politykę Waszyngtonu wobec Tel Awiwu, obawiając się wciągnięcia Ameryki w konflikt na Bliskim Wschodzie. Z tego powodu proizraelskie lobby uznało go za jednego z największych „antysemitów”.
W ubiegły czwartek wiceprezydent J.D. Vance pochwalił Carlsona za wywiad. Mówił dziennikarzowi „The Washington Post”: – Myślę, że to naprawdę dobra rozmowa, która będzie niezbędna dla prawicy nie tylko przez kilka najbliższych, ale przez wiele lat. Dodał, że co prawda nie obejrzał całego wywiadu, ale „widział kilka fragmentów tu i tam”.
Ambasador Izraela atakuje publicystę
Przychylne przyjęcie rozmowy Carlsona przez Vance’a zostało szybko potępione przez syjonistów. „Absolutna katastrofa” – grzmiała prowadząca NewsNation, Batya Ungar-Sargon.
„Podczas wywiadu @TuckerCarlson wielokrotnie znieważył prezydenta Trumpa i zasugerował, że jest on kontrolowany przez Netanjahu” – napisała na X prawicowa komentatorka Laura Loomer. Odniosła się również do komentarza Vance’a o tym, że wywiad był „dobrą rozmową”, pisząc: „Nie, nie był”. Loomer wezwała prezydenta Donalda Trumpa do „potępienia” byłego prezentera Fox News. Zaapelowała także do prokurator generalnej Pam Bondi, aby się zajęła Carlsonem, ponieważ stanowi on „zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”.
Jednak najbardziej zaciekły atak na bardzo popularnego dziennikarza przeprowadził w piątek, tuż przed nalotem na Iran, ambasador Izraela w USA Yechiel Leiter. Stwierdził on, że retoryka byłego prezentera jest obraźliwa i głęboko niepokojąca.
Carlson wcześniej wielokrotnie sugerował, że izraelski przywódca Benjamin Netanjahu kontroluje Trumpa i podburza go do wojny przeciwko Iranowi. Leiter komentował dla „New York Post”, że niedawne uwagi Carlsona, w których twierdził, że prezydent Donald Trump ugiął się pod presją Izraela, „graniczą z pornografią”.
– To po prostu nonsens, że Netanjahu steruje prezydentem Trumpem. I to graniczy z pornografią. To takie obrzydliwe – podkreślił ambasador. Jednocześnie potępił „stary stereotyp”. – To stary antysemicki stereotyp: „Żydzi mają władzę”. Ameryka działa w swoim najlepszym interesie… To takie obraźliwe. On obraża prezydenta i jest wręcz antysemicki wobec Żydów i państwa żydowskiego – uznał ambasador.
Leiter zapewnił, że to Stany Zjednoczone same decydują o ataku na Iran, a nie Izrael, który jest „wzorowym sojusznikiem”. Odrzucił sugestie, jakoby Tel Awiw naciskał na Waszyngton w tej sprawie i pozwolił sobie na inne obelgi wobec Carlsona. – Mam szczerą nadzieję, że jest tak głupi, na jakiego wygląda. Naprawdę mam taką nadzieję. Bo jeśli nie jest głupi, to znaczy, że ktoś go finansuje. Wolę więc, żeby był głupi niż całkowicie skorumpowany – atakował.
Prof. Lax porównuje Carlsona do Hitlera i krytykuje J.D. Vance’a
Ale jeszcze dalej w tych wypowiedziach poszedł konserwatywny żydowski profesor, który porównał Carlsona do Hitlera. Jeffrey Lax, potomek ocalałych z Holokaustu, zaangażowany w zwalczanie antysemityzmu na stanowym uniwersytecie w Nowym Jorku, gdzie wykłada prawo, w 2024 r. krytykował liberałów porównujących Donalda Trumpa do Hitlera. Wykładowca, który określa się mianem centroprawicowca, częsty komentator stacji Newsmax i Fox News tweetował: „Nigdy, przenigdy nie myślałem, że ten dzień nadejdzie, ale po raz pierwszy w życiu porównam człowieka do Adolfa Hitlera” – napisał Lax na X w zeszły piątek. „Zrozumcie, że jestem wnukiem czwórki ocalałych z Holokaustu. Całe życie namawiałem ludzi, by NIE porównywali nikogo do Hitlera. Ale… poglądy, retoryka i wpływy Tuckera Carlsona przypominają mi Adolfa Hitlera”.
Laxa zbulwersowało to, że słynny już wywiad poparł wiceprezydent J.D. Vance. Zdaniem prawnika, „ta sytuacja jest tak samo poważna jak zawał serca, a skoro @J.D.Vance teraz otwarcie i w odrażający sposób legitymizuje poglądy Carlsona, znajdujemy się w stanie wyjątkowego antysemityzmu” – kontynuował.
Profesora szczególnie zbulwersowała sugestia dziennikarza odnośnie kwestii przeprowadzania w Izraelu masowych testów genetycznych, które potwierdzałyby bądź zaprzeczały, że poszczególne osoby są rzeczywiście potomkami Abrahama. Chodzi oczywiście o szerszy kontekst wypowiedzi – czyli uzasadnianie przez chrześcijańskich syjonistów rzekomego prawa Żydów do biblijnych terenów. Carlson zakwestionował je wskazując, że jeśli Żydzi zamieszkujący obecnie Izrael nie wywodzą się genetycznie z terenów bliskowschodnich – a na przykład są z Polski czy Rosji – to ich roszczenia do zamieszkiwania w Ziemi Świętej są wątpliwe.
Lax komentował, że „aby dojść do tego punktu, musiało wydarzyć się coś głęboko niepokojącego na wielu poziomach”. Dodał, że apel Carlsona o testy genetyczne dla Żydów przekroczył granicę. „Jeśli kiedykolwiek słyszałem coś w stylu Hitlera, to kiedy mówi się o Żydach, którzy muszą udowodnić, że są Żydami, na podstawie DNA. Gdyby testy DNA były dostępne za czasów Hitlera, czy nie sądzi pan, że Hitler by z nich nie skorzystał?”, pytał retorycznie swojego rozmówcę z „NYP”.
Żydowski prawnik dodał, że mówi konkretnie o „wczesnym Hitlerze, o wczesnych latach, zanim doszedł do władzy, zanim faktycznie fizycznie doprowadził do czyjejś śmierci”. – Mówię o retoryce. Można go było wtedy powstrzymać. Ludzie nie traktowali Hitlera poważnie – ubolewał.
Profesor nie raz krytykował Carlsona wcześniej, jednak unikał kierowania negatywnych uwag pod adresem Vance’a. Tym razem stwierdził: – Od dawna miałem podejrzenia co do Vance’a. Chciałem mieć pewność. Zarzucił wiceprezydentowi, że nie można popierać ani w żaden sposób legitymizować poglądów Carlsona. Uznał to za „szaleństwo” i „zgniliznę mózgu”.
Wpływowego podcastera skrytykowali także: redaktor „Newsweeka” Josh Hammer, izraelski luminarz konserwatyzmu Yoram Hazony, ortodoksyjny komentator Ben Shapiro, kongresmen Randy Fine, proizraelskie grupy aktywistów StandWithUs i StopAntisemitism oraz wydawnictwa o konserwatywnym, proizraelskim nastawieniu, takie jak „Tablet”, „The Free Press” i „Commentary”.
Czy Carlson ma polityczne ambicje?
Jewish Telegraphic Agency wskazuje, że to, co wyprawia[sic !! md] Tucker Carlson ma istotne znaczenie, ponieważ „buduje [on] własną, potężną sieć polityczną przed wyborami uzupełniającymi, złożoną z postaci o rosnącym wpływie na młodych wyborców”. Carlson zaprasza na „przyjacielskie wywiady” kandydatów Partii Republikańskiej, w tym kandydata na gubernatora Florydy Jamesa Fishbacka, „miłośnika antysemickich memów”, ale także innych polityków stanowiących konkurencję w partii dla chrześcijańskich syjonistów np. kandydata do Senatu Paula Dansa, który rywalizuje z proizraelskim senatorem Lindsayem Grahamem czy kandydata na gubernatora stanu Iowa Zacha Lahna.
Niektórych Żydów oburza to, że amerykańskie środowiska żydowskie wstrzymały się z krytyką wiceprezydenta, co uznają za „skandaliczne” i „autodestrukcyjne”. Vance’a oszczędza Liga Przeciwko Zniesławieniom i jej prezes Jonathan Greenblatt czy Amerykański Komitet Żydowski.
Prof. Lax twierdzi, że poparcie, jakiego Vance udzielił Carlsonowi sprawiło, że ludziom „oczy wyskoczyły z orbit”. W ubiegły piątek po południu na platformie X wystosował nawet apel do prezydenta; „Dość. To stan wyjątkowy o podłożu antysemickim. Tylko Trump może go zakończyć. I musi to zrobić teraz” – napisał Lax, domagając się wyrzucenia wiceprezydenta i wykluczenia Tuckera Carlsona ze wszystkich organizacji konserwatywnych i republikańskich.
Inni członkowie MAGA krytykują Trumpa
Decyzja Trumpa w sprawie ataku na Iran spotęgowała wrzenie pośród sympatyków MAGA. Jak można było przypuszczać, w wywiadzie udzielonym w sobotni poranek głównemu korespondentowi ABC News w Waszyngtonie, Jonowi Karlowi, Carlson powiedział, że atak na Iran jest „absolutnie obrzydliwy i zły”. Zasugerował również, że będzie miał on istotny wpływ na ruch polityczny Trumpa, mówiąc: „To w znaczący sposób przetasuje karty”.
Była republikańska kongresmenka z Georgii, Marjorie Taylor Greene, zagorzała zwolenniczka MAGA, która pokłóciła się z Trumpem w sprawie ujawnienia akt Jeffreya Epsteina, opublikowała w mediach społecznościowych ostry, pełen wulgaryzmów komentarz. Zarzuciła prezydentowi zdradę programu MAGA i oszukanie wyborców. Trump nie stawia Ameryki na pierwszym, lecz ostatnim miejscu, uważa.
Popularny podcaster popierający prezydenta, Tim Pool, również skrytykował działania administracji jako zdradę programu wyborczego „America first”. Inni wpływowi działacze MAGA, Keith i Kevin Hodge napisali: „Uwolnienie narodu irańskiego nie jest powodem, dla którego głosowaliśmy na Trumpa. Prezydent Trump całkowicie OKŁAMAŁ swoich wyborców, wbił nóż w plecy naszemu krajowi i zhańbił swoje dziedzictwo bezpowrotnie, co jest największym upadkiem, jaki kiedykolwiek widzieliśmy” – skomentowało w sieci rodzeństwo.
Niektórzy republikańscy ustawodawcy, w tym kongresmen Thomas Massie z Kentucky, senator Rand Paul również z tego stanu oraz kongresmen Warren Davidson z Ohio ogłosili swoją dezaprobatę dla ataku USA na Iran. „To nie jest Ameryka przede wszystkim” – napisał Massie w poście w mediach społecznościowych, dodając, że po wznowieniu obrad Kongresu planuje współpracować z kongresmenem Ro Khanną, demokratą z Kalifornii, aby wymusić głosowanie w Kongresie w sprawie wojny z Iranem.
„Jerusalem Post”: Carlson chce zniszczyć MAGA. Walka o „duszę” Partii Republikańskiej
„Jerusalem Post” w opinii pod tytułem Tucker Carlson is trying to break Trump’s Republican movement that made him [„Tucker Carlson próbuje zniszczyć republikański ruch Trumpa, który go zbudował”], opublikowanej 26 lutego zaznaczył, że publicysta nie ogranicza się już tylko do komentowania, ale aktywnie podważa fundamentalne filary spuścizny Trumpa.
Autor opinii, Mike Evans komentował, że chociaż komentator „chce się przedstawiać jako strażnik hasła America first, w rzeczywistości staje się jedną z najbardziej destabilizujących sił w samym ruchu, który go wyniósł na szczyt”.
„To, czego jesteśmy świadkami, to nie grzeczna różnica zdań. To otwarty rozłam w MAGA, co główne media otwarcie opisują teraz jako wojnę domową o wpływy Carlsona i jego ataki na politykę zagraniczną prezydenta Trumpa, szczególnie w odniesieniu do Izraela i Iranu” – czytamy.
Autor zarzuca byłemu prezenterowi, że próbuje przedstawić zasługi gospodarza Białego Domu w polityce wobec Izraela jako „słabość”. Pośród „zasług” wymienia przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy, uznanie suwerenności Izraela nad Wzgórzami Golan, pośredniczenie w zawarciu Porozumień Abrahamowych. Miały to być „historyczne posunięcia, które na nowo zdefiniowały relacje USA – Izrael”.
Autor odniósł się także do ostatniego wywiadu Carlsona z ambasadorem USA w Izraelu i do późniejszego komentarza Huckabee’ego, który wyraził nadzieję, że Carlson nie będzie już wpuszczany do Białego Domu, ponieważ „powoduje podziały” i jest „niebezpieczny”.
Autor opinii uważa, że retoryka dziennikarza to „nie jest język łagodnej niezgody”, lecz jest to „język alarmu”. „Carlson zaognił sprawę w wywiadzie dla saudyjskiej telewizji, twierdząc, że amerykańscy przywódcy są bardziej lojalni wobec obcego kraju niż wobec własnego, zasugerował, że polityka USA wobec Iranu jest dyktowana przez Izrael i nazwał izraelską kampanię w Strefie Gazy zawłaszczeniem ziemi. To nie są niuanse krytyczne. To prowokacyjne oskarżenia, odzwierciedlające narracje od dawna używane przez przeciwników Ameryki. Radykalny islam zabija ciało. Tucker Carlson, zdaniem swoich krytyków, stał się ich partnerem, zabijając duszę” – pisze Evans.
Autor podkreślił, że opinie Carlsona mają pozostawać „w wyraźnej sprzeczności z bardziej jastrzębim skrzydłem koalicji Trumpa”. Zadał więc pytanie: „Kto definiuje program Ameryka przede wszystkim?”.
I wyjaśnia, że „wersja Trumpa zawsze uwzględniała siłę, odstraszanie, wpływy i strategiczne sojusze”. Z kolei „wersja Carlsona skłania się ku izolacjonizmowi, sceptycyzmowi wobec sojuszników i podejrzliwości wobec niemal każdego zagranicznego zobowiązania”. To „filozoficzny konflikt, który ujrzał teraz światło dzienne”, kontynuował.
Grozi to rozłamem ruchu MAGA i nie ma wątpliwości, że te napięcia narastają. O ile syjoniści chrześcijańscy okazują zdecydowane poparcie dla Trumpa, o tyle Carlson, który „ma liczną publiczność w mediach cyfrowych” wpływa na „populistyczną, nieinterwencjonistyczną frakcję, coraz bardziej wrogo nastawioną do tradycyjnej republikańskiej polityki zagranicznej”. Dodaje: „To nie jest debata akademicka. To walka o przyszły kierunek Partii Republikańskiej”.
Evans ubolewa, że Carlson wciąż zachowuje dostęp do Białego Domu, mimo iż potępiają go prominentni sojusznicy prezydenta. „Ta niespokojna koegzystencja nie może trwać wiecznie. Albo ruch doprecyzuje swoje zasady, albo się rozpadnie” – sugeruje, wskazując, że już przekroczono pewną granicę. Obawia się, że prawicowy podcaster za bardzo osłabi ruch MAGA, przyczyniając się do jego klęski w przyszłych wyborach. „A to byłoby o wiele większym zwycięstwem dla przeciwników Trumpa niż cokolwiek, co dzieje się w Teheranie”, uważa Evans.
Konkluduje: „Tucker Carlson, jesteś fałszywym chrześcijaninem, fałszywym republikaninem i fałszywym zwolennikiem Trumpa”. „Gdybyś był prawdziwym chrześcijaninem, mówiłbyś prawdę, a nie rozpowszechniał to, co wielu uważa za fałsz. Gdybyś był prawdziwym republikaninem, stałbyś po stronie Izraela, a nie przeciwko niemu. A gdybyś był prawdziwym zwolennikiem Naczelnego Dowódcy, nie próbowałbyś podważać jego pozycji w czasie wojny, atakując jego politykę wobec Iranu, polegającą na zapewnieniu, że Iran nigdy nie zdobędzie broni jądrowej. To, że podróżujesz na Bliski Wschód i próbujesz podważyć politykę prezydenta Trumpa po tylu wojnach i przy tak wysokim napięciu, jest nikczemne, zdradzieckie i antyamerykańskie. To bardziej przypomina działania zagranicznego agenta radykalnego islamu niż uczciwego Amerykanina z krwi i kości. Wygląda również na to, że aktywnie angażuje się Pan w zapewnienie Demokratom zwycięstwa w wyborach uzupełniających. Nie powinno to być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że Pana troje dzieci jest zarejestrowanymi Demokratami”, atakuje Evans.
„27-letni Buckley był pierwszym z dzieci Tuckera, który zarejestrował się jako Demokrata, czyniąc to w Dystrykcie Kolumbii 5 czerwca 2015 roku, według rejestrów wyborców. 29-letnia Lillian zarejestrowała się później jako Demokratka w Nowym Jorku 30 maja 2019 roku. Tymczasem 24-letnia Hope zarejestrowała się jako Demokratka na Florydzie 5 czerwca 2020 roku. Buckley obecnie pełni funkcję zastępcy rzecznika prasowego J.D. Vance’a. Te fakty rodzą poważne pytania o to, gdzie tak naprawdę leży Pana lojalność. Pańska lojalność nie polega na wspieraniu Donalda Trumpa, Partii Republikańskiej ani Biblii, którą, jak Pan twierdzi, kiedyś przeczytał, ale na promowaniu własnego programu, nawet jeśli oznacza to pozwolenie radykalnym, bezbożnym Demokratom na spalenie wszystkiego, za czym się opowiadamy”, konkludował.
Ta dość emocjonalna opinia Evansa nie bierze pod uwagę faktu, że do podobnych wniosków jak „znienawidzony” Carlson, dochodzą także inni konserwatyści – wydaje się, znacznie bardziej stonowani niż były prezenter Fox News – na przykład doktor John Hulsman.
Dr Hulsman: „Atak na Iran to oczywista głupota”
Autor powyższych słów jest prezesem i partnerem zarządzającym John C. Hulsman Enterprises, globalnej firmy zajmującej się oceną ryzyka politycznego.
Tuż po ataku na Iran zamieścił on swój komentarz na łamach „The American Conservative” pod znamiennym tytułem A War in Search of a Strategy. The attack on Iran is an obvious folly [„Wojna w poszukiwaniu strategii. Atak na Iran to oczywista głupota”].
Przedstawiając się jako „jeden z niewielu realistycznych Republikanów, którzy aktywnie sprzeciwiali się neokonserwatywnej gorączce ogarniającej kraj podczas nieszczęsnych rządów George’a W. Busha” przyznał, że wraz z wieścią o ataku Trumpa na Iran odczuł dokładnie „te same mdłości” co „w przypadku katastrofalnego awanturnictwa w Iraku”. Jego zdaniem „amerykańsko-izraelski atak na Iran to nic innego jak wojna w poszukiwaniu strategii”.
Zarzucił ekipie Trumpa, że „podobnie jak na początku XXI wieku, administracja – niczym bardzo kiepski dyskutant w liceum – rzuca obecnie niezliczonymi, słabymi argumentami strategicznymi, mając nadzieję, że coś w jakiś sposób się przyjmie; że analityczna ilość w jakiś sposób zniweluje potrzebę analitycznej jakości”.
Hulsman po kolei odpiera argumenty ekipy Trumpa, mającymi uzasadniać wojnę z Iranem. Nie wierzy w zdolności nuklearne Teheranu, które miałyby grozić Ameryce i światu w najbliższej przyszłości. Powołuje się na dane wywiadowcze. Odrzuca także argument, jakoby Irańczycy zagrażali amerykańskiemu życiu, wskazując, że teraz zagrożeni są żołnierze stacjonujący w bazach w regionie. Uznaje także, iż atak na Iran nie leży w interesie USA.
Pisze, że „administracja Trumpa zasługuje na wielkie uznanie za przekształcenie niewątpliwie kruchej amerykańskiej doktryny geostrategicznej w oparciu o w dużej mierze realistyczne kryteria. Zniknęła katastrofalna Wilsonowska/neokonserwatywna wizja establishmentu, że Ameryka musi interweniować wszędzie, zawsze i jednocześnie, jakby wszystkie regiony miały dla kraju równe znaczenie. Zdyskredytowany establishment polityki zagranicznej z pewnością zapomniał o panaceum, że jeśli kochasz wszystko, nie kochasz nic, że brak podejmowania strategicznych decyzji w oparciu o amerykańskie interesy narodowe jest wyborem samym w sobie. Zamiast tego, w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego i gdzie indziej, ekipa Trumpa dokonała szeregu śmiałych, realistycznych wyborów, dostosowując amerykańską politykę zagraniczną do nowej ery wielobiegunowej. Zgodnie z Rooseveltowskim odpowiednikiem doktryny Monroe’a, najpierw jest półkula zachodnia, potem kluczowy Indo-Pacyfik (z dużą częścią przyszłego wzrostu politycznego świata, a także z dużym ryzykiem politycznym), następnie Europa, a dopiero na końcu Bliski Wschód. W takich okolicznościach przejście do roli zagranicznego mocarstwa równoważącego ma największy sens; Ameryka powinna agresywnie interweniować w tak ważnym, ale nie kluczowym regionie tylko wtedy, gdy organiczna równowaga sił zostanie zachwiana. Pogląd, że obecny Iran stanowi zagrożenie dla takiej regionalnej równowagi sił, jest absurdalny. Niepiśmienni ekonomicznie mułłowie zrujnowali gospodarkę; program nuklearny został zdecydowanie zahamowany; rząd został zmuszony do zastrzelenia tysięcy własnych dzieci, aby utrzymać się u władzy; irańscy partnerzy są jedynie cieniem samych siebie, niezależnie od tego, czy jest to Hamas, Hezbollah, reżim Asada w Syrii, chaotyczni Irakijczycy, czy piraccy Huti. Mówiąc wprost, nie są to cechy mocarstwa, które zamierza przejąć kontrolę i wywrócić do góry nogami strategiczny porządek regionalny na Bliskim Wschodzie” – wyjaśnia.
Zaznaczył, że „Iran stanowi większe zagrożenie dla Izraela niż dla Stanów Zjednoczonych pod względem geograficznym, zasobów rakietowych i tym podobnych”. Jednak „interesy amerykańskie nie są takie same jak interesy jakiegokolwiek innego kraju”, w tym nawet długoterminowych sojuszników, takich jak Izrael.
Ponadto „Iran nie znajduje się (pomimo pogłosek neokonserwatystów i Mossadu) w stanie rewolucyjnego fermentu; nie jest to domek z kart, który może się zawalić po kolejnym zamachu bombowym. Nawet jeśli wielki ajatollah nie żyje (jak donoszą niektóre media), sam reżim nie wykazuje oznak rozpadu. Co więcej, podczas niedawnych, tragicznych demonstracji okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Pomimo dziesiątek tysięcy ludzi wychodzących na ulice i pomimo zapewnień Rezy Pahlawiego, zdesperowanego następcy tronu, że część kluczowego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) dołączą do ludu, nic takiego się nie wydarzyło” – pisze.
I dodaje: „Moja firma zajmująca się ryzykiem politycznym wykonała sporo pracy, oceniając, co jest potrzebne do zorganizowania udanej rewolucji, czy to we Francji, Stanach Zjednoczonych, Rosji, Chinach, czy na Kubie. Jednym z kluczowych czynników jest to, aby członkowie średniego szczebla instytucji bezpieczeństwa (armii, służb wywiadowczych, ministerstwa spraw wewnętrznych) przeszli na stronę ludu: pułkownicy, majorzy i kapitanowie najpierw fraternizowali się z demonstrantami, a następnie aktywnie pomagali im w dozbrajaniu. To niezbędny krok w każdym procesie rewolucyjnym, alchemia, która przekształca zwykłe niepokoje w trwałą zmianę polityczną. Jednak ostatnio, pomimo zapewnień niedoświadczonego następcy tronu, nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast przejść na stronę ludu, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) morderczo go rozstrzeliwał. Nic nie wskazuje na to – cokolwiek stanie się z chorym ajatollahem – że to domek z kart, który wkrótce się zawali” – wskazuje. I przestrzega przed „błędem gorącej ręki”, czyli „przekonaniem, że skoro ktoś miał szczęście (na przykład trafił cztery rzuty za trzy punkty z rzędu), to nadal będzie miał”.
Obecna wojna to coś znacznie większego niż operacja bombardowania irańskiego ośrodka nuklearnego Fordow czy uprowadzenie prezydenta Wenezueli. „Po pierwsze, były to bardzo konkretne, ograniczone misje, z bardzo jasno określonymi kryteriami sukcesu i porażki. Tym razem, z wielodniowymi atakami, misja jest dłuższa i co najważniejsze – jak właśnie jasno wyjaśniliśmy – miara sukcesu i porażki jest nie tylko niejasna; po prostu jej nie ma. Prawie niemożliwe jest osiągnięcie sukcesu w polityce zagranicznej, jeśli warunki tego sukcesu nie zostaną jasno określone; tutaj, podobnie jak w Iraku, mamy jedynie wojnę w poszukiwaniu strategii. Gdyby to się udało na takich warunkach, byłby to pierwszy taki przypadek w historii. Jednak z pewnością zagrożony jest jeden z najważniejszych momentów ery Trumpa: idea, że musimy zaprzestać prowadzenia źle pojętych wojen z wyboru i służyć potrzebom Ameryki na pierwszym miejscu”, puentuje.
W ciągu najbliższych miesięcy, wraz z kolejnymi tygodniami wojny na Bliskim Wschodzie, wyborami uzupełniającymi i kampanią prezydencką okaże się, czy ruch MAGA rozpadnie się i czy Partia Republikańska rzeczywiście zmieni swoje oblicze, czego obawiają się chrześcijańscy syjoniści.
Walka demonów skupia ludzką uwagę. Ich polityczne lub religijne awatary zasłaniają prawdę.
Na poziomie najniższym mamy komentarz Zychowicza. Pożytek duchowy żaden, ale w przeciwieństwie do mediów głównego nurtu nie stroni od faktów. Niektóre wymagają jeszcze weryfikacji.
Zdecydowanie na wyższym poziomie – edukacyjnym – historycznym możemy umieścić komentarz (nie bez błędów) Wojciecha Szewko.
Ewidentnym kłamstwem, które jest powtarzane przez polskojęzycznych idiotów jest “Iran jest źródłem destabilizacji w regonie”. Źródłem destabilizacji są Izrael i USA.
W moim głębokim przekonaniu powód ataku jest jeden. Iran jest ostatnim krajem, którego armia jest i była w stanie zagrozić “państwu, które leży tam gdzie chce”.
Syjonistyczne amerykańskie media, takie jak NPR, obwiniają prokuratora generalnego USA Bondiego o ukrywanie akt dotyczących Epsteina w celu ochrony prezydenta Donalda Trumpa.
Oto zarzuty wysunięte przez NPR, które nie ma żadnych dowodów poza rzekomym „śledztwem” nad dokumentami, które według NPR istnieją, ale których NPR nie widziało:
„Departament Sprawiedliwości ukrył część akt Epsteina związanych z zarzutami, że prezydent Trump dopuścił się molestowania seksualnego nieletniego, jak wynika ze śledztwa NPR. Usunął również niektóre dokumenty z publicznej bazy danych, w których oskarżenia przeciwko Jeffreyowi Epsteinowi również wspominają o Trumpie.
Niektóre dokumenty nie zostały upublicznione, pomimo obowiązującego prawa. Należą do nich dokumenty, które prawdopodobnie zawierają ponad 50 stron wywiadów FBI, a także notatki z rozmów z kobietą, która dziesiątki lat temu, gdy była nieletnia, oskarżyła Trumpa o molestowanie seksualne. epstein-files-trump-accusation-maxwell
Oczywiście, NPR nie ma możliwości prowadzenia śledztw. NPR to instytucja propagandowa, której celem jest podważenie tradycyjnej białej Ameryki, którą NPR przedstawia jako rasistowską i wyzyskującą.
Oskarżenia NPR, podobnie jak te stawiane przez resztę amerykańskich mediów, które wykorzystują się do serwowania oficjalnych narracji, mają na celu odwrócenie uwagi od śledztwa w sprawie tego, czy Epstein prowadził operację szantażu izraelskiego Mossadu, mającą na celu dostosowanie amerykańskiej, brytyjskiej i europejskiej polityki zagranicznej na Bliskim Wschodzie do polityki Izraela.
Drogi czytelniku, czy zauważyłeś, że absolutnie nikt nie chce zbadać sedna problemu?
Już sam ten fakt pokazuje, jak realny jest ten problem.
Działalność Epsteina, za którą otrzymywał sowite wynagrodzenie, polegała na skompromitowaniu kilku wysoko postawionych amerykańskich, brytyjskich i europejskich urzędników, którzy mieli wpływać na politykę amerykańską, europejską i brytyjską na Bliskim Wschodzie, a także dbaniu o to, aby była ona zgodna z polityką Izraela.
O to właśnie chodzi w sadze Epsteina. Jest ona tuszowana przez rząd USA, rząd brytyjski i rządy europejskie, które wszystkie popierają izraelski syjonistyczny program Wielkiego Izraela. Ambasador USA w Izraelu, Huckabee, zademonstrował poparcie Waszyngtonu dla Wielkiego Izraela w wywiadzie dla Tuckera Carlsona, mówiąc, że Izrael powinien po prostu teraz zająć cały Bliski Wschód.
Władzę, jaką Izrael ma nad Ameryką, widać wyraźnie, gdy prezydentowi Trumpowi łatwiej jest deportować zagranicznego studenta legalnie przebywającego w Ameryce, który studiuje na amerykańskim uniwersytecie i ośmiela się wspominać lub krytykować izraelskie ludobójstwo w Palestynie, niż deportować imigranta-najeźdźcę, który przebywa w kraju nielegalnie.
Władza Izraela nad Ameryką jest oczywista.
W amerykańskiej szkole nie można odmawiać chrześcijańskiej modlitwy, ale republikański parlament w Teksasie można przekupić, aby uchwalił ustawę, która nakazuje indoktrynację amerykańskich uczniów w Teksasie izraelską propagandą religijną i polityczną. Jeśli syjonistyczne ustawodawstwo wejdzie w życie w Teksasie, przyszli Teksańczycy będą dorastać indoktrynowani jako Izraelczycy, a nie Amerykanie.
A MAGA-Amerykanie uważają, że Republikanie są naszym zbawieniem.
Stany Zjednoczone Ameryki dawno temu przestały być niepodległym krajem. W istocie nie są już nawet państwem. Napływ wielu imigrantów do ich granic, których wjazd był raczej ułatwiany niż utrudniany, sprawił, że Stany Zjednoczone stały się wieżą Babel, w której nie ma już nawet wspólnego języka.
Dziś Stany Zjednoczone są siłą militarną Izraela. Stany Zjednoczone niszczą kraje sprzeciwiające się izraelskiemu syjonistycznemu planowi Wielkiego Izraela, terytorium obejmującego cały Bliski Wschód, co wielokrotnie publicznie dawali do zrozumienia izraelscy urzędnicy państwowi.
Jednak na Amerykanach nie robi wrażenia, gdy izraelski minister w telewizji publicznej pokazuje wszystkim mapę, która pokazuje, że Izrael, zgodnie z definicją Izraela, to cały Bliski Wschód od Nilu po Pakistan. Beztroskim, zindoktrynowanym obywatelom amerykańskim nigdy nie przychodzi do głowy, że przez ćwierć wieku pod płaszczykiem „wojny z terroryzmem” Amerykanie, przelewając krew i pieniądze, walczą o stworzenie Wielkiego Izraela dla Izraela. Zamiast przyznać się do oszustwa, Amerykanie skandują: „Nie możesz być Amerykaninem, jeśli nie kochasz Izraela”.
Niestety, wielu Amerykanów nie rozumie podporządkowania amerykańskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej Izraelowi. W rezultacie Stany Zjednoczone nie istnieją już jako niepodległe państwo. Są marionetką Izraela, a naszym głównym marionetką jest prezydent Donald Trump.
Moje stanowisko wobec napaści na Iran nie zmienia się.
Doktryna absolutnego prymatu roszczeń i uroszczeń „Wielkiego Izraela”, jeśli ostatecznie zatryumfuje na Bliskim Wschodzie, będzie tym łatwiej i tym bardziej bezwzględnie egzekwowana również wobec nas w Europie Środkowej.
Epstein: Israel took control of Bitcoin by paying the salaries of 3 (of the 5) key developers.
This means that Israel can likely modify the code of Bitcoin to do something else, like getting alerts early, or blocking a transaction. pic.twitter.com/ZrfWR2KsPO
Od początku roku cała uwaga świata zwrócona była najpierw na wydarzenia w Wenezueli, a następnie na kawałek lodu, który spodobał się Donaldowi Trumpowi, dla zmylenia zwany Grenlandią.
A tymczasem na południowej stronie zachodniej półkuli, gdzie trwa pełnia lata, dzieją się bardzo intrygujące wydarzenia. Otóż od 5 stycznia doszło w argentyńskiej Patagonii do serii groźnych pożarów, które strawiły ponad 20 tys. hektarów lasów, zarośli i łąk, a także wiele gospodarstw rolnych. Według Santiago Hardie, szefa Federalnej Agencji ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, aż „95% tych zdarzeń jest spowodowanych działaniem człowieka”. Także gubernator prowincji Chubut, Ignacio „Nacho” Torres potwierdził, że pożary zostały „umyślnie wzniecone” i zapowiedział, że władze „podejmą działania, aby osoby odpowiedzialne za nie stanęły przed sądem”.
Niesforni „turyści”
Oliwy do patagońskiego ognia dolał emerytowany argentyński generał w stanie spoczynku, César Milani, który stwierdził, że za wzniecanie pożarów odpowiedzialni są Izraelczycy. Były zastępca dowódcy argentyńskiej armii napisał w mediach społecznościowych, że pożar wywołało dwóch Izraelczyków, używając w tym celu izraelskiego granatu M26. Aby chyba podgrzać atmosferę, swój post gen. Milani zilustrował zdjęciem prezydenta Argentyny, Javiera Milei, wymachującego izraelską flagą.
I chociaż zarówno Żydzi, jak i rozkochany w Żydach i Izraelu prezydent Argentyny oskarżyli generała Milani o antysemityzm, to jednak w jego słowach jest coś na rzeczy. Wprawdzie wielu komentatorów wykazało, że do podpalenia nie użyto granatu M26, to jednak bezspornym faktem jest aresztowanie 5 stycznia izraelskiego turysty za podpalenie Parku Narodowego Los Glaciares w Patagonii. Przyznały to oficjalnie władze Argentyny informując o wszczęciu w tej sprawie dochodzenia. Turystę zatrzymali strażnicy parku podczas próby wzniecenia pożaru na obszarze objętym zakazem wstępu.
W oddzielnym komunikacie urzędnicy prowincji Chubut poinformowali o znalezieniu ładunków wybuchowych w pobliżu jeziora Epuyén. Raporty wspominały o przedmiotach przypominających granaty typu M26. Wprawdzie władze Argentyny poinformowały o wszczęciu śledztwa wobec jednego Izraelczyka, jednak kilka dni później informowano na portalach społecznościowych o aresztowaniu tym razem przez chilijskich strażników leśnych za podpalenie kolejnych czterech izraelskich turystów.
Wiele mówiąca korelacja
Według popularnego w USA komentatora politycznego Jimmy Dore’a, trwające w Patagonii pożary lasów mogą być powiązane ze zmianą polityki dotyczącej prywatyzacji gruntów, która zezwala na sprzedaż strawionej przez pożar ziemi zagranicznym nabywcom. Informował o tym rzecznik prezydenta Argentyny, Manuel Adorni: „Jeśli chodzi o grunty wiejskie, ich zakup jest możliwy dla prywatnych podmiotów zagranicznych. Ponadto zakaz zmiany działalności produkcyjnej gruntów rolnych przez trzydzieści do sześćdziesięciu lat po pożarze, został zniesiony”. Wprowadzone zmiany zniosły więc ograniczenia dotyczące sprzedaży ziemi bezpośrednio po pożarach, które pierwotnie miały zapobiegać podpaleniom w celu spekulacji spustoszonymi przez pożary gruntami.
Zdaniem Dore’a, Manuel Adorni mimowolnie ujawnił izraelski plan przejęcia argentyńskiej ziemi i jej zasobów, w realizację którego zaangażowany jest także argentyński rząd. Dore nie ma wątpliwości, że Izraelczycy wzniecają ogromne pożary w argentyńskiej Patagonii, aby wykorzystać stworzoną ledwie co przez syjonistyczny rząd lukę prawną.
Przebierańcy z Izraela penetrują Patagonię
Pod wrażeniem imponującej skali pożarów w Patagonii, wielką popularność wśród argentyńskiej i chilijskiej ludności zyskały wypowiedzi byłego chilijskiego senatora Eugenio Tumy Zedána, który już kilkanaście lat temu ostrzegał, że podszywający się pod turystów żołnierze izraelskiej armii penetrują chilijską i argentyńską Patagonię, prowadząc za cichym przyzwoleniem rządów Chile i Argentyny badania topograficzne.
Kilkanaście lat temu senator Tuma Zedán, który reprezentował 300-tysięczną palestyńską społeczność w Chile, oskarżył tysiące izraelskich wędrownych turystów o prowadzenie tajnej operacji wojskowej na chilijskiej ziemi. Występując wówczas w jednym z programów telewizyjnych, oświadczył, że 8 do 9 tysięcy izraelskich turystów wjeżdżających co roku do Chile „wcale nie są turystami”, lecz „przebranymi za cywilów” żołnierzami Sił Obrony Izraela, którzy systematycznie „mapują południowy region Chile”. „Tysiące Izraelczyków wjeżdża do kraju, jakby byli jego właścicielami, i nikt im nic nie mówi” – alarmował w 2012 roku Tuma Zedán na chilijskim portalu informacyjnym BioBioChile.
Wypowiedzi senatora Tumy Zedána odzwierciedlały niepokojącą rzeczywistość. Po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej wielu młodych Izraelczyków rzeczywiście licznie podróżowało do Patagonii. Z wielu względów owi „turyści” budzili w chilijskim i argentyńskim społeczeństwie wiele kontrowersji. Pod koniec grudnia 2011 roku izraelski turysta Rotem Singer „przypadkowo” wzniecił ogromny pożar w Parku Narodowym Torres del Paine w Chile. Spłonęło wówczas ponad 17 tys. hektarów dziewiczej przyrody. Chilijskie władze wprawdzie zatrzymały Singera, jednak po wpłaceniu ok. 10 tys. dolarów, został zwolniony i opuścił kraj. Łagodne potraktowanie Singera wywołało wielki sprzeciw chilijskiej opinii publicznej, która domagała się surowego ukarania sprawcy pożaru.
Izrael czeka wielka przeprowadzka?
W mediach społecznościowych pojawiły się liczne wiadomości, które łączą obecne pożary lasów w Patagonii ze starym żydowskim planem, który zakładał zasiedlenie regionu. Wielu internautów odwoływało się w tym kontekście do rozważanego ponad sto lat temu przez jednego z ojców założycieli Izraela, Theodora Herzla, „planu Andinia”, czyli planu utworzenia państwa żydowskiego na dziewiczych terenach Patagonii jako ewentualnej alternatywy dla Palestyny. Wówczas wybrano ten ostatni wariant.
I chociaż Argentyńska Organizacja Syjonistyczna uznała ponowne pojawienie się tego planu za „antysemickie oszczerstwa bez żadnych podstaw historycznych ani politycznych”, to jednak w kontekście wyzwań, przed jakimi stoi Izrael w konfrontacji z silnym Iranem, teorie te nie są aż tak bezpodstawne i z każdym upływającym dniem coraz trudniej uznawać je za spiskowe.
Poza tym, jak wiadomo, Argentyna wraz Brazylią, Chile i pozostałymi krajami Ameryki Południowej (poza wykluczoną Wenezuelą), tworzy najsilniejszą organizację gospodarczą w Ameryce Łacińskiej tzw. Wspólny Rynek Południa (Mercosur) i ktokolwiek będzie kontrolować te kraje, zdominuje światowy rynek żywności. Ponadto, zważywszy na nieposkromiony apetyt talmudystów na wszelkie bogactwa i władzę, chęć opanowania lasów Patagonii, ze względu na ich wielki potencjał ekonomiczny, wydaje się być czymś zupełnie oczywistym.
Wiele też daje do myślenia przytoczona przez Jimmy Dore’a na jego youtubowym kanale wypowiedź młodego Chilijczyka, który podzielił się tym, co usłyszał od spotkanego izraelskiego turysty: „Kiedy mieszkałem w Valparaíso, w pobliżu mieszkała społeczność izraelska. Pijąc piwo z jednym z nich, przyjezdnym z Izraela, usłyszałem od niego: Chile, podobnie jak Argentyna, a zwłaszcza Patagonia, należy do Izraelczyków”. No cóż, można powiedzieć – słowo przeciwko słowu. Chronieni przez antydyskryminacyjne ustawy Żydzi, którzy się wszystkiego wypierają, nazwą to teorią spiskową i przypną łatkę antysemityzmu, zaś ów młody człowiek, powiedział, co powiedział.
Od teorii (spiskowej) do praktyki
Być może do niedawna słuszne było określanie przez Żydów „planu Andinia” mianem teorii spiskowej. Jednak sytuacja na świecie w ostatnim roku diametralnie się zmieniła. Przedstawiciele Argentyńskiej Organizacji Syjonistycznej nie mają racji twierdząc, że ponowne wypłynięcie „planu Andinia” nie ma podstaw historycznych i politycznych. Otóż ma i jedne, i drugie. Podstawę historyczną daje rozdział zatytułowany Palestyna czy Argentyna? w książce Theodora Herzla Der Judenstaat. Natomiast podstawę polityczną daje sytuacja na Bliskim Wschodzie, jaka wytworzyła się po 12-dniowej wojnie Izraela z Iranem, kiedy to po raz pierwszy od swego powstania w 1949 roku Izrael dostał od ościennego państwa tęgi łomot.
Jest wielce prawdopodobne, że syjonistyczna elita od dłuższego czasu liczy się z upadkiem żydowskiego państwa w Palestynie. Jednocześnie ze względu na załamanie się planów kolonizacji przez talmudystów i Anglosasów Rosji, projekty Polin i Niebiańska Jerozolima z powodu nowych uwarunkowań geopolitycznych jako nieperspektywiczne i zbyt ryzykowne straciły na atrakcyjności. A tymczasem Argentyna, jak czytamy na 12 stronie książki Theodora Herzla, „jest jednym z najżyźniejszych krajów świata, rozciąga się na rozległym obszarze, ma rzadką populację i łagodny klimat”. W tej sytuacji nie byłoby dziwne, gdyby w syjonistycznych elitach zdecydowano, aby wyciągnąć z lamusa historii odrzucony pierwotnie „plan Andinia” i rozważyć przeprowadzkę Izraela.
Poza Nil i Eufrat
Możliwe, że rację ma Jimmy Dore, przedstawiając sytuację związaną z ostatnimi pożarami w Argentynie, jako część szerszej strategii geopolitycznej syjonistów obejmującej kontrolę światowych zasobów, globalną cenzurę i podporządkowanie interesów wszystkich państw, włącznie z USA, polityce Izraela, bez względu na to gdzie miałby się ostatecznie znajdować. Być może trwamy w błędnym przekonaniu, że celem syjonistów jest stworzenie Wielkiego Izraela od Nilu do Eufratu. Widząc, co od kilku lat Benjamin Netanjahu i lobby żydowskie wyprawia z prezydentami Stanów Zjednoczonych, możemy być raczej pewnymi, że ambicje syjonistów sięgają daleko poza Nil i Eufrat.
Kluczową rolę w ich planach, ze względu na swój potencjał militarny i technologiczny, odgrywają Stany Zjednoczone, nad którymi za sprawą wielkich pieniędzy talmudyści przejęli pełnię władzy. Stanami Zjednoczonymi nie rządzi Kongres, ani nawet prezydent Trump, lecz AIPAC – czyli wpływowa żydowska organizacja lobbingowa, finansując polityków i kampanie polityczne oraz angażując się w działania mające wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Syjoniści z AIPAC stoją finansowo za wszystkimi mediami. Oni są w kierownictwie mediów i wszystkich instytucji finansowych i politycznych. Na dodatek robią to wszystko bezczelnie, bez najmniejszego skrępowania, a jak tylko ktoś zacznie ich krytykować, to w najlepszym wypadku zostaje nazwany antysemitą.
Ruch syjonistyczny stanowi obecnie największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, ponieważ realizuje interesy, które nie są amerykańskie. Jest to też najpotężniejszy wróg wolnego świata. Syjoniści mają wszystko pod swoją kontrolą. Są właścicielami naszych mediów, więc mogą nastawiać opinię publiczną przeciwko każdemu, kto im się sprzeciwia. Są właścicielami banków, więc mogą każdemu odciąć dostęp do konta. A co najważniejsze kontrolują rządy prawie wszystkich państw na świecie, co dobitnie pokazała pandemiczna mistyfikacja w 2020 roku.
USA – dodatek do Izraela
Prezydent Donald Trump jest nic nie znaczącą pacynką, kupioną przez Miriam Adelson za 100 milionów dolarów. On nie tylko się tym chełpi ale też nie ukrywa, że skompletował najbardziej syjonistyczny gabinet w historii USA. W istocie, w ostatnich dziesięcioleciach Stany Zjednoczone stały się dodatkiem do Izraela. Może niektórzy pamiętają haniebną scenę z odpalenia świec chanukowych w Białym Domu w grudniu ubiegłego roku, kiedy członek Rady Doradczej ds. Bezpieczeństwa Wewnętrznego w administracji Donalda Trumpa, Mark Levin (formalnie podwładny Trumpa), podszedł do prezydenta Stanów Zjednoczonych i obściskiwał go, jakby chciał powiedzieć „ty moja kukiełko”. A jakby tego było mało, wciąż obściskując Trumpa w protekcjonalnym tonie przypomniał swoją wypowiedź sprzed sześciu lat o Trumpie:„to nasz pierwszy żydowski prezydent”.
Grudniowa chanuka w Białym Domu jest jaskrawym potwierdzeniem tego, że Stany Zjednoczone nie są suwerennym państwem. Gdyby Stany Zjednoczone były suwerennym państwem, to prezydent walnąłby Levina łokciem w twarz i powaliwszy go na ziemię, powiedziałby mu: „Nie waż się tknąć prezydenta Stanów Zjednoczonych! Ja jestem Naczelnym Dowódcą sił zbrojnych najpotężniejszego państwa świata! Nie zachowuj się, jakbym był twoim chłopcem na posyłki!”. Niestety, Mark Levin zachował się tak, bo wie, że prezydent Trump jest jego chłopcem na posyłki. A skoro Donald Trump jest posłuszny Markowi Levinowi, to wyobraźmy sobie, jak musi tańczyć przed Benjaminem Netanjahu i innymi wysoko postawionymi syjonistami.
Słabnąca rola USA jako „arbitra światowego”, połączona z coraz bardziej nieodpowiedzialną chaotyczną polityką Waszyngtonu, zmusiła nawet najgorętszego wielbiciela Ameryki, jakim jest Izrael [chyba odwrotnie. md] , do zwrócenia się do Moskwy z prośbą o mediację z Iranem. O to samo zwrócił się Teheran do Kremla.
W grudniu ubiegłego roku odbywały się w Moskwie poufne negocjacje Iranu i Izraela.
Ostatnio Putin odbył niespodziewaną wizytę do Tel Awiwu, spotykając się z izraelskimi przywódcami.
Z powodu nieustannych gróźb Trumpa w kontekście demonstracji w Iranie, czasu pozostało niewiele.
Standardową polityką Zachodniego Imperium Kłamstwa, jest nakładanie na wybraną ofiarę niszczycielskich sankcji gospodarczych, przy jednoczesnym podżeganiu niezadowolonej opinii publicznej do demonstracji antyrządowych. Jeśli same demonstracje okazują się niewystarczające, to „kochający demokrację Zachód”, wysyła tam swe siły powietrzne w celu dokonania „humanitarnych bombardowań”, jak to miało miejsce w Iraku, Libii, Afganistanie, byłej Jugosławii, Syrii, itd.
Jeśli „powietrzna perswazja” hegemona nie jest wystarczająca, Zachód wysyła tam swoją „koalicję chętnych”, by nie babrać się z rezolucjami ONZ, który i tak jest w kieszeni Waszyngtonu.
W przypadku Iranu problem polega na tym, że posiada on największe zasoby rakiet konwencjonalnych, w tym nie-przychwytywalnych hipersonicznych.
Użycie przez Teheran nawet ułamka swego arsenału, może doprowadzić do całkowitego zniszczenia malutkiego Izraela, a także wszystkie regionalne baz USArmy.
Z tego też powodu Izrael zgodził się nie tylko na negocjacje, ale również na deklarację nie zastosowania w stosunku do Iranu wyprzedzającego uderzenia.
Iran zrewanżował się podobną deklaracją w stosunku do Izraela, choć jego zaufanie do ewentualnych porozumień z Izraelem jest równie nikłe, jak w przypadku ewentualnych umów z Waszyngtonem.
Stawka jest jednak gigantyczna. W przypadku niebezpieczeństwa anihilacji Izraela, użyje on zapewne broni jądrowej, którą bezprawnie posiada. Jakie spowodowałoby to konsekwencje, nie ma potrzeby wyjaśniać.
Z tego też powodu, Putin osobiście zaangażował się w te negocjacje. Pokazując przy okazji całemu światu, kto po ostatecznym upadku Zachodniego Imperium Kłamstwa, będzie grać rolę światowego arbitra.
Dobrze by było, żeby skundlony globalistyczny reżim w Warszawie, pod przywództwem germańskiego agenta Gauleitera Tuska, pojął tą prostą prawdę. Nie w interesie Polaków, których nienawidzi, ale swym własnym interesie. Niech globalistyczne szumowiny nie zapominają, że Rosja już zaczęła konstruować Norymbergę 2, na potrzeby osądzenia zachodnich kolonizatorów i tzw. „neokonserwatystów”.
Putin Makes Double Iran Move, Then Issues Stark Message to Trump & Netanyahu
Jeszcze światło nie zostało dokładnie oddzielone od ciemności, ale pojawiły się w sieci informacje, jakoby “dyplomacja Zatoki Perskiej”, to znaczy – Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar – przekonały prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, by “wstrzymał” atak na Iran, w którym okrutny reżym ajatollahów prześladuje uciśniony tamtejszy lud.
Przypomnijmy, że pogłoski o ataku pojawiły się już 29 grudnia, kiedy to na Florydę przyleciał premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu, który “przekonał” prezydenta Trumpa, że nie ma innej rady, jak tylko “zmiażdżyć” znienawidzony reżym irański, który sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, to znaczy – utrudnia bezcennemu Izraelowi realizację projektu “Wielkiego Izraela”, z którą to ideą, premier Netanjahu “czuje się związany”.
Przekonanie prezydenta Trumpa do ostatecznego rozwiązania kwestii irańskiej było tym łatwiejsze, że już dzień wcześniej, to znaczy – 28 grudnia – uciśniony lud irański wszczął “pokojowe protesty” na ulicach Teheranu i innych miast Iranu, w następstwie których zapłonęły samochody i inne łatwopalne obiekty, a [podobno md] ponad 2 tysiące osób straciło życie – w tym również ponad 100 funkcjonariuszy bezpieczeństwa.
Wydawało się tedy, że w Iranie zapanowała sytuacja rewolucyjna, która – według Włodzimierza Lenina nastaje wtedy, gdy spełnione są jednocześnie trzy warunki: po pierwsze pojawia się masowe niezadowolenie, po drugie – to masowe niezadowolenie uzewnętrznia się w postaci masowych protestów i wreszcie – gdy istnieje jakieś wpływowe państwo, zainteresowane przeprowadzeniem przewrotu politycznego w danym kraju.
W przypadku Iranu ten trzeci warunek został spełniony z nadwyżką, bo aż dwa wpływowe państwa: Stany Zjednoczone oraz bezcenny Izrael okazały zainteresowanie przeprowadzeniem w Iranie politycznego przewrotu.
Wydawało się zatem, że wszystko jest nie tylko w jak najlepszym porządku według norm leninowskich, ale i na najlepszej drodze. W miarę, jak protesty przybierały na sile, odezwał się wyciągnięty przez CIA z naftaliny “następca tronu”, czyli syn byłego szacha, Mohammeda Rezy Pahlaviego, który pod koniec lat 70-tych został wyślizgany przez ajatollaha Chomeiniego, co to przedtem przebywał na emigracji we Francji pod czujnym okiem tamtejszej razwiedki.
O kulisach całej sprawy opowiedział pani Krystynie Okrent, z tych lepszych, belgijskich Okrentów z korzeniami, która była naturalną przyjaciółką późniejszego ministra spraw zagranicznych Republiki Francuskiej, Bernarda Kouchnera, były szef francuskiego wywiadu, hrabia Aleksander de Marenches, którego prezydent Pompidou wysłał do Teheranu, by się zorientował, co się dzieje z tym całym szachem i czy warto go podtrzymywać.
Hrabia de Marenches – o czym wspomina w książce “Sekrety szpiegów i książąt” – po powrocie zameldował, że szach jest już passe, wobec czego następnym samolotem poleciał do Teheranu ajatollah Chomeini i tak narodziła się tam “republika islamska”.
—————————————————————————
No a teraz kres republice islamskiej miał położyć wyciągnięty z naftaliny “następca tronu” w osobie Cyrusa Rezy Pahlaviego, który zaapelował do swego ludu, by nie przerywał protestów, bo tylko patrzeć, jak on wróci do Iranu z mocą wielką i majestatem, a wtedy zostanie tam przywrócone prawo i sprawiedliwość – chociaż bez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, który ma do wykonania ważne zadania na scenie politycznej naszego nieszczęśliwego kraju.
Z zagadkowych przyczyn apel “następcy tronu” Cyrusa Rezy, został uznany za niewystarczający, wobec czego do protestującego ludu irańskiego odezwał się sam prezydent Donald Trump, apelując, by nie przerywał demonstracji, przeciwnie – by “przejmował instytucje państwowe”, bo“pomoc “już nadchodzi”. No a teraz zaktywizowała się “dyplomacja” i cała operacja narodowo-wyzwoleńcza w Iranie została odwołana.
Wszystko to oczywiście może być prawda – ale właśnie mój Honorable Correspondant w Ameryce przekazał mi, że po Waszyngtonie krążą fałszywe pogłoski, wskazujące na inną przyczynę odwołania operacji. Oto, jak wiadomo, rząd irański wyłączył w całym kraju nie tylko telefony, ale również internet, więc łączność z tamtejszym ludem została utrudniona.
Ale w naszym fachu nie ma strachu, toteż Elon Musk niezwłocznie uruchomił “Starlinki” – te same, za które polski rząd płaci ciężkie pieniądze, żeby mogła z nich korzystać Ukraina – i w ten sposób łączność z tajnymi współpracownikami Mosadu i CIA w Iranie została przywrócona.
Jednak oprócz niewątpliwych plusów dodatnich tej sytuacji, pojawiły sie również poważne plusy ujemne. Otóż rząd irański namierzył, kto odbierał komunikaty przekazywane przez “ Starlinki” i dalszy ciąg był taki sam, jak to opisywał poeta o stanie wojennym w Polsce.
“Nie płoszmy ptaszka, niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje – aż o poranku za oknem dojrzy kontury tanku, potem na schodach usłyszy kroki”. Czy tanki rzeczywiście były, czy tylko kroki na schodach – o to mniejsza, dość, że rozpoczęły się masowe aresztowania tajnych współpracowników obydwu wywiadów, w związku z czym nie było innej rady, jak pozwolić dojść do głosu “dyplomacji Zatoki Perskiej”, żeby przynajkniej uniknąć obciachu.
Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie musi być ani słowa prawdy, ale tak czy owak operacja narodowo-wyzwoleńcza ludu irańskiego musiała zostać przerwana – no i została. W tej sytuacji również “następca tronu” Cyrus Reza trafi chyba z powrotem do naftaliny, gdzie będzie czekał do następnej okazji – no a przede wszystkim premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, któremu się wydawało, że już wita się z gąską, będzie musiał uzbroić sę w cierpliwość – bo jeśli nawet pogłoski krążące po Waszyngtonie są fałszywe, to odbudowa agentury w Iranie będzie musiała trochę potrwać.
Myślmy jednak pozytywnie – bo w ramach myślenia pozytywnego prezydent Trump będzie mógł wzbogacić wieniec sławy o kolejny listek – że mianowicie zakończył, a właściwie nie tyle nawet “zakończył”, co zapobiegł kolejnej wojnie. W tej sytuacji nie ma chyba wątpliwości, że w tym roku już na pewno dostanie Pokojową Nagrodę Nobla, do której nie będzie pretendowała żadna pani Maria Machado, która właśnie przygalopowała do Waszyngtonu, gdzie będzie licytowała się z obecną panią prezydentessą Wenezueli, która lepiej się Ameryce nadstawi.
Dodatkowy wniosek, jaki warto z tej historii wyciągnąć to taki, żeby nie pokładać nadmiernej ufności w najnowszych wynalazkach. Oto władający Czeczenią Dżochar Dudajew, niepomny, że według konstytucji ZSRR tylko republiki związkowe miały “prawo wychoda”, a autonomiczne – nie – ogłosił niepodległość Czeczenii, na co Rosja odpowiedziała wysłaniem wojska. I ciekawe – chociaż ZSRR już nie istniał, więc i jego konstytucja nie obowiązywała – opinia międzynarodowa uznała, że Czeczenia stanowi “wewnętrzną sprawę” Rosji i interesowała się tylko, czy bomby i pociski mają prawidłowe kalibery.
Sam zaś Dżochar Dudajew został namierzony przez ruskich szachistów, gdy korzystał z telefonu satelitarnego – podobnie jak tajni współpracownicy Mosadu i CIA w Iranie – ze “Starlinków”. Wygląda zatem na to, że i jego i ich zgubiło nadmierne zaufanie do technicznych nowinek.
W poprzednim tekścieBĄDŹ WIERNY. IDŹ. [„Niezależni sędziowie”].pozostawiłem Czytelników przed obliczem 92-letniego sędziego Hellersteina prowadzącego postępowanie przeciwko wenezuelskiej parze prezydenckiej z retorycznym pytaniem – komu ma służyć wyciągnięcie go z historycznej formaliny?
Podpowiedzią było przypomnienie jego najważniejszego dokonania sprzed lat, czyli wyeliminowania zagrożenia, jakie mógł za sobą nieść choćby jeden proces cywilny w sprawie zamachów na Amerykę z 11 września 2001 roku. Jegomość ten zlikwidował swymi działaniami jakąkolwiek na to szansę. Wykazał swoją skuteczność.
„W przypadku każdej zbrodni podstawowym pytaniem, z jakim muszą się zmierzyć osoby pragnące ustalić jej sprawcę jest pytanie o jej beneficjentów, o to kto na niej skorzystał? Jakie powody były na tyle ważne dla sprawcy, że posunął się do jej popełnienia. Odpowiedź na te pytania prowadzi do wykonawcy lub zleceniodawcy przestępstwa. (…) Na tydzień przed 9/11 Izrael doznał wstrząsu postawieniem przez Organizację Narodów Zjednoczonych znaku równości między syjonizmem a nazizmem. Izrael został określony przez reprezentantów tysięcy organizacji pozarządowych uczestniczących w Światowej Konferencji Narodów Zjednoczonych Przeciwko Rasizmowi, w Durbanie, w Afryce Południowej, państwem rasistowskim. W Konferencji wzięli udział przedstawiciele rządów 153 krajów.
Deklaracja przyjęta przez 3000 organizacji zszokowała żydowskich uczestników. Shimon Peres, minister Spraw Zagranicznych Izraela, nazwał antyizraelską deklarację hańbą. W efekcie delegaci izraelscy opuścili Konferencję. Towarzyszyła im w tym delegacja USA.
Forum uznało Izrael za państwo, w którym ‘systematycznie popełniane są przestępstwa na tle rasistowskim, włączając w to zbrodnie wojenne, akty ludobójstwa i czystek etnicznych’. (…) Dziś, nikt już nie podnosi tematu izraelskiego rasizmu, a każdy kto wypowiada się z niechęcią o prowadzonych na całym świecie operacjach przeciwko ‘terroryzmowi’ staje się automatycznie wrogiem pokoju i niemalże zdrajcą. Świat pogodził się z koniecznością prowadzenia długoterminowej wojny z wszechobecnymi ‘terrorystami’ i odwrócił się od Arabów. Wszystko więc zmieniło się po wydarzeniach 11 września.”
W tym momencie Czytelnik zastanawia się zapewne, w jaki magiczny sposób przeskoczę do Wenezueli, od której zaczęła się moja opowieść. Otóż, nic prostszego.
Natychmiast po operacji wojskowej w Wenezueli, na portalu X pojawił się wpis „Dobra robota Donaldzie Trump” z tagiem venezuelalibre. Jego autorem był Nat Rothschild. Niedługo potem z tego komunikatora skorzystał także Benjamin Netanjahu pisząc„Gratulacje prezydencie Trump za odważne i historyczne przywództwo w imię wolności i sprawiedliwości. Składam hołd Pańskiej zdecydowanej determinacji i błyskotliwym działaniom Pańskich dzielnych żołnierzy”.
Wbrew powszechnej propagandzie przejęcie złóż ropy naftowej i metali ziem rzadkich w Wenezueli nie jest czynnikiem najważniejszym, choć stanowi oczywiście znaczący bonus dla USA – nie tyle nawet zwiększając zasoby amerykańskie, co zmniejszając chińskie, a w dłuższej perspektywie, deregulując ich ceny na rynkach, uderzając też w interesy rosyjskie.
Jednak bezpośrednim i natychmiastowym beneficjentem zmian wydaje się być państwo, którego działalność na Bliskim Wschodzie utrudniała długoletnia współpraca Wenezueli z Iranem. Przestrzegała przed tym Liga Antydefamacyjna w swoim raporcie. Z kolei w grudniu 2025 roku stacja Fox Newsoświadczyła wprost, że Wenezuela stała się „najważniejszą bazą operacyjną Hezbollahu na półkuli zachodniej, wzmocnioną przez rosnące wpływy Iranu i ochronę reżimu Maduro”.
Jedyną korzyścią, jaką dostrzegam w mediach społecznościowych jest to, że decydenci odsłaniają się w nich i bez zahamowań ukazują swe oblicza. Na rodzimym podwórku obserwujemy to notorycznie, ale wyskoki naszej elitki infantylno-agenturalnej, jak nazywa ją prof. Adam Wielomski, niczego do świata polityki nie wnoszą, podczas gdy wyznania ambasadora Stanów Zjednoczonych w Izraelu mają wagę ogromną.
To właśnie Mike Huckabee za pośrednictwem wspominanej tu już platformy X poinformował świat, że obalenie Maduro przez Stany Zjednoczone jest dobrą wiadomością dla Izraela ze względu na partnerstwo Wenezueli z Iranem i Hezbollahem. To prawda, partnerstwo było silne, wzmocnione 11 czerwca 2022 roku podpisaniem w Teheranie umowy o współpracy mającej niwelować amerykańskie sankcje na Iran w zakresie dostaw ropy, wyrobów petrochemicznych, nauki, technologii, rolnictwa i kultury. Wraz z Nicolasem Maduro na dokumencie złożył podpis ówczesny prezydent Iranu Ebrahim Ra’isi. Ten sam, który już dwa lata później zginął wraz z ministrem spraw zagranicznych i siedmioma osobami w niewyjaśnionej do dziś katastrofie śmigłowca.
Ale, to przecież jeszcze nie wszystko, bo interes jest dobry tylko wtedy, gdy przy jednym ogniu można upiec dwie pieczenie albo i więcej. Ażeby to unaocznić, muszę odwołać się, pozornie tylko bez związku, do fragmentu mojej książki „Przewodnik po piekle”:
„piszę te słowa w szóstą rocznicę, niewyobrażalnego wcześniej, zwłaszcza dla narodów arabskich, przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. Dokonał tego, 14.04.2018 r., na mocy ustawy Kongresu USA, uchwalonej 24.10.1995 r., starający się dziś ponownie o fotel prezydenta tego państwa, Donald Trump. Od uchwalenia tej ustawy, wszyscy kolejni prezydenci podpisywali rozporządzenia odraczające jej realizację, obawiając się, że będzie ona zagrożeniem dla procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie.
Przypominam o tym reprezentantom tzw. prawicy, mającym nadzieję na gwałtowną zmianę sytuacji międzynarodowej po ewentualnej wygranej Trumpa, w jesiennych wyborach. Na marginesie wspomnę, że już miesiąc później, w maju 2018 r. podpisał on niesławną ustawę 447 – JUST Act. Dokładnie dwa lata potem, w maju 2020 r. w Izraelu do władzy powrócił Netanjahu. Z początkiem czerwca, obaj politycy rozpoczęli działania nad bliskowschodnim procesem pokojowym w nowej odsłonie.
Do prac nad nim Trump oddelegował swego zięcia, do którego obie strony mają bezgraniczne zaufanie. Jared Kushner i jego asystent Avi Berkowitz, uwijali się, jak w ukropie. 13 sierpnia zawarte zostało między USA, Izraelem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi wstępne porozumienie o normalizacji stosunków na Bliskim Wschodzie. 11 września wolę dołączenia do układu zgłosił Bahrajn i już 4 dni później w Waszyngtonie państwa arabskie z USA w roli świadka, podpisały tzw. Porozumienie Abrahamowe.
W październiku Sudan zawarł pakt z Izraelem. W ostatnich dniach urzędowania, w grudniu 2020, Trump ogłosił, że układ z Izraelem chce podpisać Maroko. Oba państwa sygnowały ten akt 6.01.2021 r., gdy na Kapitolu trwał już amerykański majdan. Polska wersja Wiki, opisując skutki porozumień Abrahamowych pisze, że analitycy zwracają uwagę ‘na idący wraz z zawarciem porozumienia spadek znaczenia kwestii Autonomii Palestyńskiej dla świata krajów arabskich’.
Być może tym należy tłumaczyć zadziwiającą bierność tych krajów, wobec tego, co dzieje się w Strefie Gazy od 7.10.2023 r. Jeden z przywódców Al-Fatah stwierdził wręcz, że porozumienie było „jednym z powodów” ataku organizacji Hamas na Izrael. Ale to można doczytać już tylko w anglojęzycznej wersjiWikipedii.
Podobnie, jak wzmiankę o tym, że przy okazji porozumień powstać miał Fundusz Abrahama, który ‘miał zebrać 3 mld. dolarów w celu pobudzenia handlu i rolnictwa w regionie, zapewnienia dostępu do czystej wody i przystępnej cenowo energii elektrycznej oraz ‘umożliwienia realizacji strategicznych projektów infrastrukturalnych.”
Po zaledwie kilku miesiącach od czasu, kiedy napisałem te słowa, zatrute owoce porozumienia widoczne są gołym okiem. A przecież nie wszystkie jeszcze dojrzały. Architekci Porozumienia Abrahama przećwiczywszy ich skuteczność, zwłaszcza w zderzeniu z całkowitą bezradnością reszty świata wobec ich działań, uznali, że podobne rozwiązanie można i należy wdrażać w innym regionie świata. Powołali do życia, nie nagłaśniając tego zbytnio, Porozumienie Izaaka. Naturalnie, w polskojęzycznej wersji Wikipedii nie ma o nim wzmianki, ale sięgnijmy do tej oryginalnej:
„Porozumienie Izaaka, to inicjatywa dyplomatyczna, gospodarcza i kulturalna mająca na celu wzmocnienie współpracy między Izraelem a krajami Ameryki Łacińskiej. Nazwa nawiązuje do porozumień Abrahama, czyli umów z 2020 r., które doprowadziły do normalizacji stosunków między Izraelem, a kilkoma państwami arabskimi. Po raz pierwszy ogłoszono ją w czerwcu 2025 r. przez ambasadora Argentyny w Izraelu, rabina Shimona Axela Wahnisha, który wcześniej pełnił funkcję osobistego rabina prezydenta Argentyny Javiera Milei. Ogłoszenie nastąpiło po przyznaniu prezydentowi Javierowi Milei nagrody Genesis Prize na początku 2025 roku. Dodatkowe szczegóły dotyczące porozumień Izaaka zostały ogłoszone po ceremonii wręczenia nagrody, zwanej także „żydowskim Noblem”. Aby pomóc w realizacji Porozumień Izaaka, Fundacja nagrody Genesis (GPF) utworzyła organizację non-profit American Friends of Isaac Accords (AFOIA) z siedzibą w Nowym Jorku. Fundacja zapewniła finansowanie początkowe w wysokości 1 miliona dolarów. Była to kwota nagrody przyznanej prezydentowi Milei, który odmówił jej przyjęcia i poprosił GPF o przekazanie środków na tę inicjatywę.”
Jeśli ktoś nie lubi czytać zbyt długich opracowań, może sobie zajrzeć na materiał YT, gdzie to wszystko skoncentrowane jest niczym w soczewce. Może też obejrzeć kolejne, jakże wzruszające nagranie o nadchodzącej, inspirującej zmianie (Inspiring Change).
Rozumiemy teraz lepiej kontrowersje, jakie towarzyszyły wyborowi Milei w grudniu roku 2023 na przywódcę Argentyny, szczególnie w kontekście zapowiadanej przez niego chęci konwersji na judaizm. Już we wrześniu 2024 roku wydał dekret, który ograniczył prawo dostępu do informacji publicznej. Od tego czasu urzędnicy, w tym również prezydent, nie mają obowiązku przekazywania do wiadomości opinii publicznej informacji takich jak harmonogramy spotkań czy treści dokumentów służbowych. W tym samym roku otrzymał jedyne, jak dotąd odznaczenie – ukraiński Order Wolności. Ale, dla osłody, już w roku 2025 magazyn Time umieścił go na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie.
Warto nadmienić, że według wytycznych American Friends of the Isaac Accords, kraje Ameryki Łacińskiej, które zamierzają przystąpić do Porozumienia Izaaka powinny:
przenieść ambasady do Jerozolimy, uznając suwerenność Izraela nad tym spornym miastem
zmienić klasyfikację Hamasu i Hezbollahu zgodnie z izraelską doktryną bezpieczeństwa
zmienić wzorce głosowania w ONZ i OPA, gdzie Ameryka Łacińska historycznie głosowała za prawami Palestyńczyków
zawrzeć umowy o wymianie informacji wywiadowczych dotyczące wpływów chińskich, irańskich, kubańskich, boliwijskich i wenezuelskich
otworzyć sektory strategiczne: wodny, rolniczy, cyfrowego zarządzania i bezpieczeństwa dla izraelskich firm.
Czy w świetle jednego z elementów tego ostatniego punktu Porozumienia nie jest łatwiej zrozumieć całkowitą bezradność rządu w Polsce w kwestii umowy Mercosur? „Negocjacje” w tej sprawie trwały co prawda ćwierć wieku, ale właśnie je przegraliśmy ostatecznie, co zatwierdzi swoim podpisem szefowa Komisji Europejskiej w sobotę, 17 stycznia bieżącego roku w odległym Paragwaju.
Większość komentatorów uznaje to za sukces polityki niemieckiej, choć moim zdaniem Niemcy zaledwie najmniej na tym stracą. A my, jak zawsze, najdotkliwiej doświadczymy gorzkiego smaku zatrutych owoców (i warzyw) tych wszystkich porozumień.
Nie jest to zwykła historia prasowa: profil ofiary, moment zaistnienia zdarzenia i jego konsekwencje sądowe umieszczają incydent w strefie nieprzejrzystości, która nie pozwala na jego pochopne oddalenie. Oficjalnie sklasyfikowana jako wypadek drogowy, sprawa ma elementy, które razem wzięte sprawiają, że śmierć Sagiego jest obiektywnie anomalna, zwłaszcza w świetle jego zaangażowania w niektóre z najbardziej wrażliwych postępowań dotyczących Benjamina Netanjahu. Netanyahu-s-case-s-judge-killed-in-suspicious-incident
1. Informacje oficjalne
W dniu 4 stycznia 2026 r. ( według doniesień między 5 a 6 stycznia) Benny Sagi, 54-letni prezes Sądu Rejonowego w Be’er Sheva, zginął w wypadku na drodze nr 6, jednej z głównych arterii Izraela. Sędzia jechał na motocyklu, który został uderzony przez Jeepa SUV, który, według wersji przedstawionej przez policję, nagle wjechał na jezdnię z bocznej drogi polnej.
Kierowca pojazdu, Shuka Ben Shushan, został aresztowany pod zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci, niebezpiecznej jazdy i prowadzenia pojazdu pod wpływem narkotyków. Władze mówią o nieracjonalnym zachowaniu, utracie kontroli i przypadkowej dynamice. Obecnie formalnie nie wszczęto dochodzenia w sprawie zabójstwa.
Z proceduralnego punktu widzenia sprawa jest zatem traktowana jako ciężki wypadek drogowy.
2. Stanowisko rodziny: element, którego nie można wykluczyć
Sprawę komplikuje szczególnie ważny element: stanowisko zajęte przez rodzinę Benny’ego Sagiego. Jej członkowie publicznie zażądali, by śledztwo nie ograniczało się do hipotezy mówiącej o wypadku śmiertelnym, ale by wzięto również pod uwagę możliwość zamachu celowego.
Nie jest to bynajmniej kwestia marginalna. Krewni ofiary rzadko wyraźnie domagają się zbadania alternatywnych tropów, chyba że istnieją niespójności postrzegane jako istotne. Prośba rodziny nie stanowi dowodu, ale znacznie podnosi poziom zaangażowania śledczych i sprawia, że odrzucenie sprawy jako zwykłego wypadku staje się problematyczne.
3. Kim był Benny Sagi i dlaczego jego rola była kluczowa
Benny Sagi nie był zwykłym sędzią. Był centralną postacią izraelskiego sądownictwa, szanowaną za rygor i kompetencje, zaangażowaną w bardzo głośne postępowania. W szczególności był związany z jedną z najbardziej wrażliwych spraw ery Netanjahu: tzw. Sprawą 3000, znaną jako «afera łodzi podwodnych». corruption-tracker./german-submarine-sales-to-israel
Sprawa dotyczy domniemanych epizodów systemowej korupcji związanej z zakupem łodzi podwodnych i okrętów marynarki wojennej od niemieckiej firmy ThyssenKrupp, wartych miliardy dolarów. Sprawa dotyczy byłych wyższych oficerów marynarki wojennej, urzędników państwowych oraz bliskich współpracowników premiera. Chociaż Netanjahu nie jest formalnie oskarżony w tym konkretnym wątku, sprawa ma bezpośredni wpływ na jego polityczno-wojskowe otoczenie.
W opinii publicznej, izraelskiej i międzynarodowej, Sagi był postrzegany jako jeden z kluczowych sędziów w aparacie sądowniczym powołanym do orzekania w sprawach korupcyjnych związanych z otoczeniem Netanjahu. W chwili jego śmierci, rozprawy zbliżały się ku końcowi i otwarcie mówiło się o rychłych werdyktach.
4. Anomalia chronologiczna: wypadek „zbyt fortunny”
W tym miejscu sytuacja nabiera znaczenia strukturalnego.
Śmierć sędziego nastąpiła w pobliżu decydującej fazy procesu. Zgodnie z izraelską procedurą, śmierć sędziego tytularnego pociąga za sobą automatyczne zawieszenie postępowania, wyznaczenie nowego sędziego i konieczność ponownego zbadania przez niego dokumentów zgromadzonych przez lata, zeznań i materiałów dowodowych.
Rezultatem będzie opóźnienie o miesiące, jeśli nie lata, co obiektywnie sprzyja oskarżonym. Nie jest to opinia, ale fakt proceduralny.
Ów czasowy zbieg okoliczności staje się jeszcze bardziej znaczący, gdy weźmie się pod uwagę, że w tych samych tygodniach, Netanjahu zwrócił się do prezydenta Izaaka Herzoga z prośbą o ułaskawienie prewencyjne, co było posunięciem bezprecedensowym w historii izraelskich instytucji. Zbieżność między presją na zablokowanie lub zneutralizowanie postępowania sądowego a nagłą śmiercią jednego z najbardziej prominentnych sędziów przyczynia się do nakreślenia wizerunku nieprzejrzystości systemowej, której nie wolno ignorować.
5. Dynamika wypadku: elementy nietypowe
Niektóre aspekty dynamiki, choć nie stanowią dowodu, nie mają typowego charakteru. Pojazd uderzający nadjeżdżał z bocznej drogi terenowej, a nie z regularnego skrzyżowania; wjazd na jezdnię jest opisywany jako nagły i gwałtowny; uderzenie było tak potężne, że zabiło doświadczonego motocyklistę w momencie uderzenia; miejsce wypadku nie jest skrzyżowaniem miejskim, ale znajduje się na szybkim i stosunkowo dobrze kontrolowanym odcinku.
Irańskie i arabskie media zauważyły, że zamaskowane wypadki od dawna służyły jako sposób ukierunkowanej eliminacji. To spostrzeżenie należy do sfery hipotez, a nie faktów, ale pomaga wyjaśnić, dlaczego oficjalna narracja nie przekonała wszystkich.
W świetle powyższych anomalii konieczne jest wykonanie kolejnego kroku i przeniesienie analizy z poziomu opisowego na metodologiczny.
6. Ramy metodologiczne: „incydent” jako prawdopodobna forma neutralizacji
Na tym etapie analizy konieczne jest wprowadzenie ram metodologicznych, często nieobecnych w debacie publicznej, ale dobrze znanych zarówno kryminologii, jak i analizom dotyczącym działalności wywiadowczej. Kiedy śmierć ma miejsce w bardzo wrażliwym politycznie kontekście i jest klasyfikowana jako „wypadek”, zadaniem analityka nie jest zajęcie miejsca śledczego, ale zadanie pytania natury metodologicznej: czy w udokumentowanej przeszłości zaistniał przypadek, w którym umyślne zdarzenie zostało zakamuflowane jako wypadek drogowy?
Na poziomie ściśle kryminalistycznym odpowiedź jest twierdząca. Literatura kryminologiczna i sądowo-lekarska od dziesięcioleci opisuje przypadki zabójstw upozorowanych na wypadki samochodowe, identyfikując występujące schematy, różnice statystyczne i typowe nieprawidłowości w porównaniu z prawdziwymi wypadkami. „Wypadek” stanowi szczególnie skuteczną ramę narracyjną: jest społecznie akceptowalny, rzadko prowokuje przedłużające się szczegółowe dochodzenia i pozwala na szybką normalizację zdarzenia.
Na poziomie praktyk wywiadowczych kwestia ta jest jeszcze bardziej delikatna. Badania historyczne nad tajnymi operacjami pokazują, że gdy dąży się do eliminacji lub neutralizacji związanej z wysokim ryzykiem politycznym, priorytetem jest nie tylko skuteczność, ale także wiarygodna możliwość zaprzeczenia. Zgodnie z tą logiką, przypadkowe zdarzenie – błąd ludzki, nieuniknioność utrata kontroli – stanowi idealną formę tuszowania: powoduje nieodwracalny skutek bez generowania sprawcy, którego można jednoznacznie zidentyfikować.
Ważne jest, aby wyraźnie powtórzyć: wspomniane ramy niczego nie dowodzą w tym konkretnym przypadku, ani nie upoważniają do asertywnych wniosków. Ustalają jednak istotną kwestię metodologiczną: hipoteza wypadku jako zatuszowania nie należy do folkloru spiskowego, ale do rzeczywistej, zbadanej i udokumentowanej kategorii analitycznej. W przypadku podmiotu o bardzo wysokiej wartości instytucjonalnej, tzw. timingu idealnie zbieżnego z decydującymi rozstrzygnięciami sądowymi oraz natychmiastowymi korzyściami proceduralnymi dla osób trzecich, wątpliwości nie biorą się z fantazji, ale z porównań danych archiwalnych.
W tym sensie pytanie dochodzeniowe nie dotyczy tego, czy zdarzenie było operacją, ale czy sama etykieta „incydent” jest wystarczająca do wyczerpania analizy.
7. Milczenie Netanjahu i atmosfera presji na sądownictwo
Kolejnym elementem odnotowanym przez niezależnych komentatorów i dziennikarzy było publiczne milczenie Netanjahu w pierwszych godzinach po śmierci sędziego. Netanjahu jest znany z szybkiego reagowania na ważne wydarzenia publiczne; w tym przypadku komunikacja była albo nieobecna, albo bardzo spóźniona.
Sam fakt, wyizolowany, niczego nie dowodzi. Jednakże umieszczony w szerszym kontekście, naznaczonym atakami werbalnymi, delegitymizacją sądownictwa i niezwykle silną polaryzacją instytucjonalną, przyczynia się do wzbudzenia podejrzeń. W ostatnich latach, sędziowie zaangażowani w postępowania o dużym oddziaływaniu politycznym byli poddawani bezprecedensowej presji medialnej i politycznej, co sprawiło, że atmosfera wokół postaci takich jak Sagi była szczególnie wybuchowa.
8. Niepokojące precedensy: sprawa Haima Garona
Ci, którzy obserwują tę sprawę krytycznym okiem, pamiętają, że nie jest to pierwsza nietypowa śmierć związana z postępowaniem przeciwko Netanjahu.
W roku 2021, Haim Garon, wysoki rangą urzędnik w Ministerstwie Komunikacji i świadek oskarżenia w tzw. Sprawie 4000, zginął wraz z żoną w katastrofie lotniczej w Grecji. Również wtedy władze mówiły o wypadku; także wtedy nie pojawiły się żadne dowody sabotażu; a jednak zbieżność czasowa z newralgicznym procesem rodziła pytania. www.ynetnews.com
Podsumowując: Dwa przypadki nie stanowią dowodu; tworzą jednak sekwencję, która uzasadnia pojawienie się wątpliwości.
Mały chłopiec stoi przed kamerą. Jest blady i nie ma włosów.
„Mam siedem lat i mam raka” – mówi. „Proszę, uratuj mi życie i pomóż mi”.
Khalil – przedstawiony powyżej na kadrze z filmu – nie chciał tego nagrywać, mówi jego matka Aljin. Poproszono ją, by ogoliła mu głowę, a następnie ekipa filmowa podłączyła go do fałszywej kroplówki i poprosiła rodzinę, by udawała, że to jego urodziny. Dali mu scenariusz do wyuczenia się i wyrecytowania po angielsku.
I nie podobało mu się – mówi Aljin – kiedy obok niego położono posiekaną cebulę, a pod oczy włożono mu mentol, żeby się rozpłakał.
Aljin zgodziła się na to, ponieważ, mimo że scena była fałszywa, Khalil naprawdę miał raka. Powiedziano jej, że ten film pomoże zebrać pieniądze na lepsze leczenie. I rzeczywiście udało się zebrać fundusze – 27 000 USD (20 204 GBP), zgodnie z kampanią, którą odnaleźliśmy, prowadzoną w imieniu Khalila.
Aljin została jednak poinformowana, że kampania zakończyła się niepowodzeniem i twierdzi, że nie otrzymała nic z tych pieniędzy – jedynie 700 USD (524 GBP) opłaty za filmowanie w tamtym dniu. Rok później Khalil zmarł.
Serwis BBC World Service odkrył, że na całym świecie zdesperowani rodzice chorych lub umierających dzieci są wykorzystywani przez internetowe kampanie oszustów. Ludzie przekazują pieniądze na kampanie, które rzekomo zbierają fundusze na leczenie ratujące życie. Zidentyfikowaliśmy 15 rodzin, które twierdzą, że otrzymały niewiele lub nic z zebranych funduszy i często nie miały nawet pojęcia, że kampanie zostały opublikowane, mimo że zostały poddane dręczącym filmowaniom.
Dziewięć rodzin, z którymi rozmawialiśmy – których kampanie wydają się być produktami tej samej sieci oszustów – twierdzi, że nigdy nie otrzymały niczego z 4 milionów dolarów (2,9 miliona funtów) zebranych w ich imieniu.
Informator pochodzący z owej sieci powiedział nam, że poszukiwano „pięknych dzieci”, które „musiały mieć od trzech do dziewięciu lat… bez włosów”.
Zidentyfikowaliśmy kluczowego gracza w tym oszustwie jako Izraelczyka mieszkającego w Kanadzie o nazwisku Erez Hadari.
Nasze śledztwo rozpoczęło się w październiku 2023 r., kiedy naszą uwagę przykuła niepokojąca reklama na YouTube. „Nie chcę umierać”, szlochała dziewczyna o imieniu Alexandra z Ghany. „Moje leczenie dużo kosztuje”.
Wygląda na to, że kampania crowdfundingowa dla niej zebrała prawie 700 000 USD (523 797 GBP).
Widzieliśmy więcej filmów przedstawiających chore dzieci z całego świata na YouTube, wszystkie uderzająco podobne – zręcznie wyprodukowane i które najwyraźniej zebrały ogromne sumy pieniędzy. Wszystkie przekazywały poczucie naglącej potrzeby, posługując się emocjonalnym słownictwem.
Identyfikacja prezentowanych dzieci była trudna. Wykorzystaliśmy geolokalizację, media społecznościowe i oprogramowanie do rozpoznawania twarzy, aby znaleźć ich rodziny, mieszkające tak daleko od siebie, jak Kolumbia i Filipiny.
Chociaż trudno było stwierdzić z całą pewnością, czy sumy pieniężne na stronach internetowych kampanii były prawdziwe, przekazaliśmy niewielkie kwoty na dwie z nich i zobaczyliśmy, że sumy wzrosły o te kwoty.
Rozmawialiśmy również z osobą, która twierdzi, że przekazała 180 dolarów (135 funtów) na kampanię Alexandry, a następnie została zasypana prośbami o więcej, wszystkie napisane tak, jakby zostały wysłane przez Alexandrę i jej ojca.
Na Filipinach, Aljin Tabasa powiedziała nam, że jej syn Khalil zachorował tuż po swoich siódmych urodzinach.
„Kiedy dowiedzieliśmy się, że to rak, poczułam się, jakby cały mój świat się rozpadł” – mówi.
Aljin mówi, że leczenie w lokalnym szpitalu w mieście Cebu było powolne, a ona wysłała wiadomość o pomoc do wszystkich, o których mogła pomyśleć. Jedna z osób skontaktowała ją z lokalnym biznesmenem o imieniu Rhoie Yncierto – który poprosił o nagranie wideo Khalila, które, patrząc wstecz, Aljin zdaje sobie sprawę, że było zasadniczo castingiem.
Potem, w grudniu 2022 roku, z Kanady przyjechał inny mężczyzna, przedstawiając się jako „Erez”. Jak mówi, zapłacił jej z góry opłatę za filmowanie, obiecując kolejne 1,500 USD (1,122 GBP) miesięcznie, jeśli film wygeneruje wiele darowizn.
Erez wyreżyserował film Khalila w lokalnym szpitalu, prosząc o kolejne ujęcia – według Aljin zdjęcia trwały 12 godzin.
Miesiące później rodzina twierdzi, że nadal nie dowiedziała się, jak wideo zostało przyjęte. Aljin skontaktowała się z Erezem, który powiedział jej, że wideo „nie odniosło sukcesu”.
„Tak więc, jak zrozumiałam, film po prostu nie zarobił żadnych pieniędzy” – mówi.
Ale powiedzieliśmy jej, że kampania najwyraźniej zebrała 27 000 USD (20 204 GBP) do listopada 2024 r. i nadal była online.
„Gdybym wiedziała, ile pieniędzy zebraliśmy, nie mogę przestać myśleć, że być może Khalil nadal by tu był” – mówi Aljin. „Nie rozumiem, jak mogli nam to zrobić”.
Zapytany o swoją rolę w kręceniu filmu, Rhoie Yncierto zaprzeczył, że kazał rodzinom golić głowy swoich dzieci na potrzeby filmu i powiedział, że nie otrzymał żadnej zapłaty za rekrutację rodzin.
Powiedział, że „nie miał kontroli” nad tym, co stało się z funduszami i nie miał kontaktu z rodzinami po dniu kręcenia filmu. Kiedy powiedzieliśmy mu, że nie otrzymali żadnej darowizny z kampanii, powiedział, że jest „zdziwiony” i „bardzo współczuje rodzinom”.
Nikt o imieniu Erez nie pojawia się w dokumentach rejestracyjnych Chance Letikva. Jednak dwie z badanych przez nas kampanii również były promowane przez inną organizację o nazwie Walls of Hope, zarejestrowaną w Izraelu i Kanadzie. Dokumenty wymieniają dyrektora w Kanadzie jako Ereza Hadari.
Jego zdjęcia w Internecie pokazują go na żydowskich wydarzeniach religijnych na Filipinach, w Nowym Jorku i Miami. Pokazaliśmy je Aljin, a ona powiedziała, że to ta sama osoba, którą poznała.
Zapytaliśmy pana Hadariego o jego zaangażowanie w kampanię na Filipinach. Nie odpowiedział.
Odwiedziliśmy kolejne rodziny, których kampanie zostały zorganizowane przez pana Hadariego lub były z nim powiązane – jedną w odległej społeczności tubylczej w Kolumbii, a drugą w Ukrainie.
Podobnie jak w przypadku Khalila, lokalni pośrednicy skontaktowali się, aby zaoferować pomoc. Dzieci były filmowane i zmuszane do płaczu lub udawania łez za symboliczną opłatą, ale nigdy nie otrzymały żadnych dalszych pieniędzy.
Sergio Care z Sucre w północno-zachodniej Kolumbii twierdzi, że początkowo odmówił tej pomocy. Powiedział, że skontaktowała się z nim osoba o imieniu Isabel, która zaoferowała pomoc finansową po tym, jak u jego ośmioletniej córki, Any, zdiagnozowano złośliwego guza mózgu.
Ale Isabel przyszła go szukać w szpitalu leczącym Anę, w towarzystwie mężczyzny, który powiedział, że pracuje dla międzynarodowej organizacji pozarządowej.
Opis mężczyzny podany przez Sergio pasował do opisu Ereza Hadariego – następnie rozpoznał go na zdjęciu, które mu pokazaliśmy.
“Dał mi nadzieję… Nie miałem żadnych pieniędzy w przyszłości”.
Żądania wobec rodziny nie skończyły się wraz z nagraniem filmu.
Isabel ciągle dzwoniła, mówi Sergio, domagając się więcej zdjęć Any w szpitalu. Kiedy Sergio nie odpowiadał, Isabel sama zaczęła wysyłać wiadomości do Any – notatki głosowe, które słyszeliśmy.
Ana powiedziała Isabel, że nie ma więcej zdjęć do wysłania. Isabel odpowiedziała: „To bardzo źle Ana, naprawdę bardzo źle”.
W styczniu tego roku Ana – teraz już w pełni zdrowa – próbowała dowiedzieć się, co stało się z obiecanymi pieniędzmi.
„Ta fundacja zniknęła” – powiedziała jej Isabel w notatce głosowej. “Twój film nigdy nie został opublikowany. Nigdy. Nic z nim nie zrobiono, słyszysz?”.
Okazało się jednak, że film został opublikowany i do kwietnia 2024 r. zebrał prawie 250 000 USD (187 070 GBP).
FOTO: Ana i jej tata mieszkają w odległej rdzennej społeczności w Kolumbii
W październiku przekonaliśmy Isabel Hernandez, by porozmawiała z nami za pośrednictwem łącza wideo.
Wyjaśniła, że przyjaciółka z Izraela przedstawiła ją komuś, kto oferował pracę dla „fundacji” chcącej pomóc dzieciom chorym na raka. Odmówiła podania nazwiska osoby, dla której pracowała.
Powiedziano jej, że tylko jedna z kampanii, które pomogła zorganizować, została opublikowana i że nie odniosła sukcesu.
Pokazaliśmy Isabel, że w rzeczywistości dwie kampanie zostały opublikowane – jedna z nich zebrała ponad 700 000 USD (523 797 GBP).
„Muszę przeprosić [rodziny]” – powiedziała. „Gdybym wiedziała, co się dzieje, nie byłabym w stanie zrobić czegoś takiego”.
Na Ukrainie odkryliśmy, że osoba, która zwróciła się do matki chorego dziecka, była w rzeczywistości zatrudniona w miejscu, w którym nakręcono film kampanii.
Tetiana Khaliavka zorganizowała sesję zdjęciową z pięcioletnią Viktorią, chorą na raka mózgu, w klinice Angelholm w Czerniowcach.
Jeden z postów na Facebooku powiązany z kampanią Chance Letikva pokazuje Viktoriię i jej matkę Olenę Firsovą siedzące na łóżku. “Widzę wasze wysiłki, aby uratować moją córkę i to głęboko porusza nas wszystkich. To wyścig z czasem, aby zebrać kwotę potrzebną na leczenie Viktorii” – czytamy w podpisie.
Olena twierdzi, że nigdy nie napisała ani nawet nie wypowiedziała tych słów i nie miała pojęcia, że kampania została opublikowana.
Wygląda na to, że zebrano ponad 280 000 euro (244 000 funtów).
Tetiana, jak nam powiedziano, była odpowiedzialna za reklamę i komunikację w Angelholm.
Klinika niedawno powiedziała BBC, że nie zgadza się na filmowanie na jej terenie – dodając: „Klinika nigdy nie uczestniczyła ani nie wspierała żadnych inicjatyw zbierania funduszy organizowanych przez jakąkolwiek organizację”.
Angelholm twierdzi, że rozwiązał stosunek pracy z Tetianą Khaliavką.
FOTO: Olena z córką Viktorią, u której niedawno zdiagnozowano kolejnego guza mózgu.
Olena pokazała nam umowę, o której podpisanie została poproszona.
Oprócz opłaty za filmowanie w wysokości 1,500 dolarów (1,122 funtów), rodzina miała otrzymać 8,000 dolarów (5,986 funtów), gdy cel zbiórki zostanie osiągnięty. Kwota docelowa została jednak pozostawiona pusta.
Umowa zawierała adres Chance Letikva w Nowym Jorku. Na stronie internetowej organizacji widnieje jeszcze jeden – w Beit Shemesh, około godziny drogi od Jerozolimy. Udaliśmy się do obu tych miejsc, ale nie znaleźliśmy żadnych śladów.
Odkryliśmy, że Chance Letikva wydaje się być jedną z wielu takich organizacji.
Mężczyzna, który filmował kampanię Viktorii, powiedział naszemu producentowi – który udawał przyjaciela chorego dziecka – że pracuje dla innych podobnych organizacji.
„Za każdym razem, jest inna” – powiedział jej mężczyzna, który przedstawił się jako „Oleh”. „Nie lubię tego mówić, ale działają jak taśmociąg”.
„Około tuzina podobnych firm” zażądało „materiałów”, powiedział, wymieniając dwie z nich – Saint Teresa i Little Angels, obie zarejestrowane w USA.
Kiedy sprawdziliśmy ich dokumenty rejestracyjne, ponownie znaleźliśmy nazwisko Ereza Hadariego.
Nie jest jasne, gdzie trafiły pieniądze zebrane dla dzieci.
Ponad rok po nakręceniu filmu Viktoriia, jej matka Olena zadzwoniła do Oleha, który w Internecie występuje pod pseudonimem Alex Kohen, aby się tego dowiedzieć. Wkrótce potem ktoś z Chance Letikva zadzwonił, by powiedzieć, że darowizny pokryły koszty reklamy.
To samo powiedział pan Hadari Aljin, matce Khalila, kiedy skonfrontowała się z nim przez telefon.
“Reklama kosztuje. Więc firma straciła pieniądze”, powiedział jej pan Hadari, nie podając żadnych dowodów na poparcie tej tezy.
Eksperci ds. działalności charytatywnej powiedzieli nam, że koszt reklamy nie powinien przekraczać 20% całkowitej kwoty zebranej w ramach kampanii.
Pewna osoba wcześniej zatrudniona do rekrutacji dzieci do kampanii Chance Letikva powiedziała nam, w jaki sposób zostały wybrane.
Zostały one poproszone o odwiedzenie klinik onkologicznych, powiedział – mówiąc pod warunkiem zachowania anonimowości.
“Zawsze szukali pięknych dzieci o białej skórze. Dziecko musiało mieć od trzech do dziewięciu lat. Musiało umieć dobrze mówić. Musiały być bez włosów” – powiedzieli nam.
„Prosili mnie o zdjęcia, żeby sprawdzić, czy dziecko jest w porządku, a ja wysyłałem je do Ereza”.
Informator powiedział nam, że pan Hadari następnie wysyłał zdjęcie komuś innemu, w Izraelu, którego nazwiska nigdy im nie podano.
Jeśli chodzi o samego pana Hadariego, próbowaliśmy skontaktować się z nim pod dwoma adresami w Kanadzie, ale nie byliśmy w stanie go znaleźć. Na jedną z wiadomości głosowych, którą do niego wysłaliśmy – z pytaniem o pieniądze, które miał pozyskać w ramach crowdfundingu – odpowiedział, że organizacja „nigdy nie była aktywna”, nie precyzując jednak, która to organizacja. Nie odpowiedział również na kolejne wiadomości głosowe i list, w którym przedstawiliśmy wszystkie nasze pytania i zarzuty.
FOTO: Erez Hadari wysłał swoje zdjęcie mamie Khalila, Aljin.
Kampanie utworzone przez Chance Letikva na rzecz dwójki zmarłych dzieci – Khalila i meksykańskiego chłopca o imieniu Hector – nadal wydają się przyjmować pieniądze.
Amerykański oddział Chance Letikva wydaje się być powiązany z nową organizacją o nazwie Saint Raphael, która wyprodukowała więcej kampanii – co najmniej dwie z nich zostały sfilmowane w klinice Angelholm na Ukrainie, ponieważ można tam zobaczyć charakterystyczne drewniane panele i uniformy personelu.
Olena, matka Viktorii, twierdzi, że u jej córki zdiagnozowano kolejnego guza mózgu. Mówi, że jest przerażona wynikami naszego śledztwa.
“Kiedy twoje dziecko… wisi na krawędzi życia, a ktoś tam na tym zarabia. Cóż, to brudne. To są krwawe pieniądze”.
BBC skontaktowało się z Tetianą Khaliavką i Alexem Kohenem oraz organizacjami Chance Letikva, Walls of Hope, Saint Raphael, Little Angels i Saint Teresa, prosząc ich o ustosunkowanie się do stawianych im zarzutów. Żadna z nich nie odpowiedziała.
Izraelski Urząd ds. Korporacji, który nadzoruje organizacje non-profit w tym kraju, powiedział nam, że jeśli będzie miał dowody na to, że założyciele wykorzystują podmioty jako „przykrywkę dla nielegalnej działalności”, może odmówić rejestracji w Izraelu, a założyciel może zostać wykluczony z pracy w tym sektorze.
Brytyjski organ regulacyjny, Charity Commission, radzi osobom, które chcą przekazać darowiznę na rzecz organizacji charytatywnych, aby sprawdziły, czy stowarzyszenia te są zarejestrowane, a w razie wątpliwości należy skontaktować się z odpowiednim organem regulacyjnym ds. pozyskiwania funduszy.
Napisał: Norman FinkelsteinOpracował: Zygmunt Białas
W przekonującej analizie znany politolog i pisarz Norman Finkelstein obnaża fundamentalną strukturę Izraela jako system żydowskiej suprematyzacji.
Prof. Norman Finkelstein
Opierając się na faktach historycznych, raportach organizacji praw człowieka i osobistych refleksjach, Finkelstein argumentuje, że Izrael nie jest autentycznie żydowskim państwem, lecz raczej anomalią w historii Żydów – bytem zbudowanym na nierównościach i poczuciu wyższości.
Jego słowa rzucają ostre światło na ideologiczne podstawy Izraela, wpływ elit żydowskich i konsekwencje dla ludności palestyńskiej. Krytyka Finkelsteina to nie tylko rozliczenie z syjonizmem, ale także ostrzeżenie przed niebezpieczeństwami, jakie niosą ze sobą idee suprematystyczne, głęboko zakorzenione w społecznościach żydowskich.
Finkelstein rozpoczyna swoją argumentację od odrzucenia niejasnych terminów, takich jak ‚antysyjonizm’. Zamiast tego opowiada się za bezpośredniością: Dlaczego nie zapytać po prostu, czy ktoś jest żydowskim suprematystą?
Odwołuje się do raportu wiodącej izraelskiej organizacji praw człowieka B’Tselem, który opisuje Izrael nie jako odrębne byty – Izrael i terytoria okupowane – lecz jako jedno państwo rozciągające się od Morza Śródziemnego do rzeki Jordan. Terytorium to obejmuje Zachodni Brzeg, Strefę Gazy i Wschodnią Jerozolimę.
B’Tselem podkreśla, że fundamentem tego państwa jest żydowska supremacja – nierówna dominacja, w której palestyńscy Izraelczycy mają więcej praw niż Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu, a ci z kolei mają więcej niż Palestyńczycy w Strefie Gazy.
Ta nierówność jest uwarunkowana strukturalnie: to system, w którym żydowscy obywatele są systematycznie faworyzowani. Finkelstein uważa to sformułowanie za trafne, ponieważ oddaje istotę problemu, nie popadając w semantyczne debaty na temat syjonizmu, gdzie nie ma dwóch osób podzielających tę samą definicję.
Izrael jest prawnie ‚państwem narodu żydowskiego’, ale nie ma w sobie nic żydowskiego. Jest ‚wyłomem’ – obcym elementem w żydowskiej historii i doświadczeniu.
Zerwanie z żydowską tożsamością: Izrael jako miejsce nieżydowskie
Finkelstein idzie dalej, argumentując, że wielu Żydów poza granicami kraju nie postrzega Izraela jako miejsca żydowskiego. Przytacza badanie, w którym 40% amerykańskich Żydów uważa, że Izrael dopuszcza się ludobójstwa. Ta liczba jest tym bardziej imponująca, gdy weźmiemy pod uwagę intensywną propagandę, na którą narażeni są Żydzi. Skoro tak wielu Żydów postrzega Izrael jako państwo ludobójcze, jest to milczące przyznanie, że Izrael nie jest żydowski.
Mieszkańcy Gazy opłakują swoich bliskich, którzy zginęli w izraelskim ataku, Dżabalia, 20 września 2024 r.
Poparcie dla Izraela wśród Żydów nie opiera się na autentycznym syjonizmie – większość nigdy nie przeczytała o tym żadnej książki – ale na głęboko zakorzenionym przekonaniu o wyższości Żydów.
„Żydzi są lepsi, doskonalsi, a życie nieżydowskie – nie tylko arabskie – jest mniej wartościowe”. To przekonanie o supremacji jest powszechne w społeczności żydowskiej: „świat nienawidzi Żydów z zazdrości o ich inteligencję, sukcesy i spryt”.
Finkelstein przyznaje, że to przekonanie jest podsycane rzeczywistymi sukcesami – Żydzi osiągnęli spektakularne sukcesy świeckie w świecie zachodnim, gromadząc bogactwo i zdobywając władzę.
Źródła żydowskiej władzy: bogactwo, organizacja i odporność
Finkelstein analizuje korzenie tego poczucia supremacji. Zaczyna od ogromnego sukcesu Żydów w XX wieku: Freuda, Marksa, Einsteina – wszystkich Żydów. Żydzi stanowią zaledwie niewielki ułamek światowej populacji, a mimo to zdobywają 20 procent Nagród Nobla.
Takie fakty mogą być odurzające i prowadzić do arogancji. Wspomina debaty na temat wyższego IQ wśród Żydów aszkenazyjskich, ale przyznaje, że nie ma doświadczenia w genetyce – a mimo to wielu Żydów oddaje się takim ideom bez dogłębnej wiedzy.
Finkelstein osobiście zmaga się z tym uczuciem, ponieważ wydaje się ono oparte na dowodach, ale ostrzega przed teoriami spiskowymi. Żydzi są najbogatszą grupą etniczną w USA, co przekłada się na władzę.
Dochodzi do tego silna tradycja organizacji: społeczności żydowskie zawsze tworzyły struktury komunalne. Po II wojnie światowej Żydzi cieszyli się swoistym immunitetem dzięki holokaustowi – krytyka Żydów była tabu, ponieważ nad wszystkim wisiał cień ludobójstwa.
Te cztery czynniki – bogactwo, organizacja, immunitet i sukces świecki – tworzą ‚śmiertelną mieszankę’. Prowadzą one do problemów, zwłaszcza w kontekście Izraela. Finkelstein podkreśla, że nie jest to zjawisko specyficznie żydowskie, lecz raczej skrajny przypadek ogólnej nierówności w podziale bogactwa w społeczeństwie. Klasa miliarderów kupuje wszystko: wybory, prawa, wpływy.
W Stanach Zjednoczonych trzy osoby (Zuckerberg, Bezos, Musk) kontrolują majątek większy niż połowa populacji. Najbiedniejsze 50 procent posiada jedynie 2,5 procent majątku.
Wpływ na instytucje: presja i kontrola
Finkelstein opisuje, jak żydowski majątek jest wykorzystywany w instytucjach kulturalnych i akademickich.
Żydowscy darczyńcy finansują biblioteki, uniwersytety i centra kulturalne, takie jak Lincoln Center w Nowym Jorku – to godna pochwały tradycja, ale niosąca ze sobą władzę. Na uniwersytetach, gdzie Żydzi przekazują ogromne sumy (np. 200 lub 300 milionów dolarów na Harvard), wywierana jest presja: grupy studenckie sprzeciwiające się Izraelowi muszą zostać rozbite, a programy studiów bliskowschodnich muszą zostać złagodzone.
Utworzono nawet nowy przedmiot, ‚studia izraelskie’, ponieważ tradycyjne programy studiów bliskowschodnich uznano za propalestyńskie. W instytucjach kulturalnych presja, by nie krytykować Izraela, jest przytłaczająca. Finkelstein cytuje przyjaciół z tych kręgów: władza jest sprawowana brutalnie i bezczelnie.
Ostrzega jednak: to objaw nierówności społecznych, a nie tylko problem żydowski. Miliarderzy dyktują wszystko.
Radzenie sobie z antysemityzmem i teoriami spiskowymi
Finkelstein zdaje sobie sprawę z zagrożeń: Jak otwarcie mówić o żydowskiej władzy, nie podsycając antysemityzmu?
Szuka odpowiedniego języka, takiego, który byłby zgodny z faktami i nie wzmacniał stereotypów. W wywiadzie z prawicowym ekstremistą pozwolił na upublicznienie wielu teorii spiskowych, ale skupił się na kluczowych kwestiach: holokaust się wydarzył [twierdzi tak Finkelstein wbrew poglądom swojej matki, która przeżyła życie obozowe w Auschwitz – przypis ZB]. Negacjoniści muszą obalić ogromną ilość dowodów.
Odnośnie fałszywych ocalałych: Wielu jest fałszywych, ponieważ niewielu przeżyło. Jego własna rodzina: Z jego licznej, rozszerzonej rodziny przeżyła tylko jedna osoba. Wielu „ocalałych” uciekło do Rosji i uniknęło holokaustu – nie są oni prawdziwymi ocalałymi.
W przeszłości przetrwanie było hańbą: Żydzi szli ‚jak owce na rzeź’ lub ocaleni musieli robić ‚brudne rzeczy’. Wraz z ‚przemysłem holokaustu’ stał się on powodem do dumy i nagle każdy chciał być ocalałym z Auschwitz, który widział Mengelego.
Finkelstein dzieli się spostrzeżeniami swojej rodziny: jego rodzice, ocaleni z holokaustu, byli antyizraelscy, ale opowiadali się za żydowską ojczyzną jako schronieniem – nikt nie chciał Żydów, a wielu cieszyło się z ich zagłady.
Ale wydarzenia ostatnich dwóch lat poddały eksperyment w wątpliwość: Izrael to ‚porażka’. Jest odrażający, nie jest ideałem kibucu, ale miejscem dzieciobójców. Finkelstein przyznaje: Nie może tego pojąć. Eksperyment się nie powiódł.
Wniosek: Rola niezależnych mediów
Finkelstein chwali programy takie jak ‚Doubledown News’, które ujawniają prawdę i demaskują propagandę. Bez nich rzeczywistość pozostałaby ukryta. Apeluje o wsparcie poprzez subskrypcje na platformach takich jak Patreon.
Rewelacje Finkelsteina dają do myślenia: Izrael jako symbol żydowskiej supremacji obnaża głębokie podziały społeczne. Przypominają o konieczności zwalczania idei supremacji i walki o równość – niezależnie od pochodzenia etnicznego czy religii.
Czy Twój pierścionek zaręczynowy pomógł sfinansować ludobójstwo w Strefie Gazy?
Całkiem możliwe. Pomimo braku własnych kopalni, Izrael jest ważnym graczem na światowym rynku diamentów, skupując minerały w całej Afryce i sprzedając je Zachodowi, zarabiając przy tym miliardy. Diamenty są najważniejszym towarem eksportowym Izraela i bezpośrednio finansują trwające ludobójstwo na mieszkańcach Strefy Gazy. MintPress zgłębia mroczny świat izraelskich krwawych diamentów.
Gigantyczny przemysł
Każdy turysta spacerujący po ekskluzywnej dzielnicy Tel Awiwu, Ramat Gan, będzie pod wrażeniem jej bogactwa. Wieżowce są wszędzie, a ulice zdobią luksusowe sklepy jubilerskie. Ramat Gan to centrum światowego przemysłu diamentowego, gdzie Izraelska Giełda Diamentów zatrudnia ponad 15 000 osób zajmujących się szlifowaniem, polerowaniem, importem, eksportem i sprzedażą kamieni.
Największym towarem eksportowym Izraela nie jest przemysł technologiczny ani żywność. Same diamenty stanowią ponad 15% całego eksportu kraju, a inna biżuteria również znacząco przyczynia się do jego gospodarki. W latach 2018–2023 Izrael wyeksportował kamienie szlachetne o wartości ponad 60 miliardów dolarów.
Ich największym klientem są Stany Zjednoczone. Historycznie Izrael odpowiadał za jedną trzecią do połowy wszystkich diamentów sprzedawanych w Ameryce, a rynek ten rośnie i jest już wart 20 miliardów dolarów rocznie.
Kamienie ludobójstwa
W przeciwieństwie do złota, diamenty rzadko są ocechowane, co oznacza, że niewiele amerykańskich panien młodych wie, że ich obrączki i pierścionki zaręczynowe zostały wykonane i oszlifowane w Izraelu. Jeszcze mniej zdaje sobie sprawę, że ich zakup bezpośrednio finansuje rzeź w Strefie Gazy i trwającą okupację terenów Zachodniego Brzegu, Libanu i Syrii przez Izrael.
„Ogółem izraelski przemysł diamentowy przekazuje rocznie około 1 miliarda dolarów izraelskiemu przemysłowi zbrojeniowemu i bezpieczeństwa… za każdym razem, gdy ktoś kupuje diament wyeksportowany z Izraela, część tych pieniędzy trafia do izraelskiego wojska” – zeznawał izraelski ekonomista Shir Hever przed Trybunałem Russella ds. Palestyny w 2010 roku.
Być może kluczową postacią w izraelskim przemyśle diamentowym jest potentat biznesowy Beny Steinmetz. Uważany przez wielu za najbogatszego człowieka w Izraelu, 69-letni założyciel Steinmetz Diamond Group po raz pierwszy wszedł do branży w 1988 roku, kupując fabrykę produkcyjną w RPA w czasach apartheidu.
Za pośrednictwem swojej fundacji charytatywnej Steinmetz wspierał finansowo Siły Obronne Izraela (IDF), między innymi „adoptując” jednostkę Brygady Givati i kupując im sprzęt. Podczas operacji Płynny Ołów w 2009 roku brygada dokonała masakry, zmuszając dziesiątki palestyńskich cywilów do schronienia się w domu w Strefie Gazy, zbombardowała go i uniemożliwiła dojazd karetek pogotowia. Ratownicy, którzy w końcu odnaleźli ich ciała, relacjonowali również, że widzieli napis „Jedyny dobry Arab to martwy Arab” namalowany po hebrajsku na ruinach budynku.
Niedawno Brygada Givati została sfilmowana podczas podpalenia palestyńskich zapasów żywności i oczyszczalni ścieków w Strefie Gazy, a także podczas burzenia kolejnych domów.
Od 7 października 2023 roku Izrael zniszczył 92 % szkół i budynków mieszkalnych w Strefie Gazy, zastrzelił około 300 dziennikarzy i zabił co najmniej 20 000 dzieci. UNICEF szacuje, że od 3000 do 4000 dzieci w Strefie Gazy straciło jedną lub więcej kończyn. Oprócz przemocy w Palestynie, Izrael najechał i okupował Liban i Syrię oraz zbombardował Iran, Tunezję, Jemen i Katar.
USA płacą dolarami, Afryka płaci krwią
Apetyt Izraela na diamenty bezpośrednio napędza wojny domowe i rozlew krwi w Afryce, gdzie dostarcza on sprzęt wojskowy rządom, watażkom i lokalnym grupom zbrojnym w zamian za dostęp do bogactw mineralnych kontynentu. Na przykład izraelska firma International Diamond Industries (IDI) zapewniła sobie monopol na produkcję diamentów w Demokratycznej Republice Konga w ramach umowy, która, według komisji ONZ , obejmowała tajne transfery broni i szkolenie kongijskich sił bezpieczeństwa przez dowódców Sił Obronnych Izraela (IDF). Umowa ta okazała się niezwykle lukratywna dla IDI, która zapłaciła zaledwie 20 milionów dolarów za monopol generujący 600 milionów dolarów rocznie.
Tymczasem w 2002 roku, w ogarniętym wojną Sierra Leone, za zaledwie 1,2 miliona dolarów w gotówce, Steinmetzowi udało się nabyć połowę udziałów w Koidu Ltd., firmie odpowiedzialnej za 90% krajowych zasobów diamentów. W 2011 roku Koidu wyprodukowała diamenty o wartości 200 milionów dolarów.
To, dlaczego władze zgodziły się na tak absurdalnie niskie ceny zakupu, można wyjaśnić orzeczeniem szwajcarskiego sądu z 2021 roku, który uznał Steinmetza winnym wręczenia żonie prezydenta Gwinei łapówek w wysokości 8,5 miliona dolarów. Sąd orzekł, że łapówki te zapewniły mu prawa do lukratywnych koncesji na wydobycie rudy żelaza w regionie Simandou. Steinmetz został skazany na pięć lat więzienia. Izraelski miliarder jest obecnie oskarżony o podobne poważne korupcje w Rumunii.
Gorączka diamentów w Demokratycznej Republice Konga, Sierra Leone i innych krajach afrykańskich doprowadziła do wojny domowej, handlu ludźmi, przymusowej pracy dzieci i innych poważnych naruszeń praw człowieka przez grupy pragnące zdobyć dla siebie część przemysłu diamentowego. Jednak w porównaniu z Izraelem są one stosunkowo niewielkimi graczami.
Minerały „wolne od konfliktów”
Brutalna rzeczywistość branży kamieni szlachetnych jest obecnie dobrze znana w kulturze popularnej, po części dzięki filmowi Leonardo DiCaprio „Krwawy diament” z 2006 roku, którego akcja rozgrywa się w Sierra Leone. W odpowiedzi na rosnące publiczne oburzenie dotyczące etyki branży, powołała ona Światową Radę Diamentów (World Diamond Council), która przyczyniła się do powstania Systemu Certyfikacji Procesu Kimberley, systemu mającego na celu zapobieganie wprowadzaniu na rynek światowy tzw. „diamentów konfliktowych”.
Z marketingowego punktu widzenia Proces Kimberley odniósł ogromny sukces, dając konsumentom (złudzenie) spokoju ducha, co przyczyniło się do wzrostu sprzedaży diamentów na całym świecie. System ten ma jednak szereg kluczowych wad. Najważniejszą z nich jest to, że certyfikacja minerałów wolnych od konfliktów w ramach tego procesu dotyczy jedynie źródła diamentów, co daje Izraelowi swobodę importowania diamentów wartych miliardy dolarów do kraju bombardującego siedmiu swoich sąsiadów, ich obróbki, szlifowania i polerowania, a następnie dalszego sprzedawania jako „wolnych od konfliktów”. A wszystko to, jednocześnie dopuszczając się wobec Palestyny tego, co Organizacja Narodów Zjednoczonych konsekwentnie określa mianem „ ludobójstwa”.
Co więcej, w 2009 r. ONZ oskarżyła Izrael o potajemny import nielegalnych krwawych diamentów z Wybrzeża Kości Słoniowej.
Tak w skrócie działa globalny przemysł. Szesnaście z dwudziestu największych producentów diamentów to biedne kraje afrykańskie, które czerpią z nich ograniczone korzyści ekonomiczne. Tymczasem żaden z pięciu największych światowych eksporterów diamentów – Stany Zjednoczone, Indie, Hongkong, Belgia i Izrael – nie produkuje tych kamieni w zauważalnych ilościach, co odzwierciedla nierówności w świecie, w którym żyjemy.
Bezwartościowe skały i kampanie marketingowe
Przemysł diamentowy opiera się na wielu mitach, z których pierwszym jest mit, że są to rzadkie minerały. Nie są. Pod koniec XIX wieku w Republice Południowej Afryki odkryto ogromne złoża diamentów, zalewając światowy rynek. Jednak przedsiębiorcy zarządzający kopalniami szybko zdali sobie sprawę, że jedynie ścisła kontrola nad dostawami surowca pozwoli utrzymać wysokie ceny. Obecnie co roku wydobywa się ponad 100 milionów karatów diamentów , co wystarcza na produkcję setek milionów wisiorków, pierścionków i kolczyków.
Diamenty nie są z natury cenne. Dzięki swojej wyjątkowej twardości są użyteczne dla narzędziowców produkujących brzeszczoty i wiertła. Poza tym jednak ich wartość jest ograniczona. Wbrew powszechnemu przekonaniu, nie są one nierozerwalnie związane z zalotami, małżeństwem ani rocznicami w kulturze zachodniej. W rzeczywistości związek w kulturze popularnej między diamentami a miłością jest wynikiem kampanii marketingowej. Fraza „diamenty są wieczne” jest w rzeczywistości sloganem marketingowym wymyślonym przez dyrektorów Madison Avenue w 1947 roku. Profesor Sut Jhally, producent filmu dokumentalnego „ The Diamond Empire”, opisuje „diamenty są wieczne” jako „być może najsłynniejszy slogan reklamowy, jaki kiedykolwiek wymyślono”. „To hasło, ta idea, która pochodzi z Madison Avenue, definiuje teraz sposób, w jaki myślimy o rytuałach, które definiują nasze najbardziej osobiste czynności, małżeństwo i zaloty” – dodał.
Sukces tej kampanii był wręcz zdumiewający. W 1940 roku zaledwie 10% amerykańskich panien młodych otrzymało pierścionki z diamentami. Do 1990 roku liczba ta wzrosła do 90%. Hurtowa sprzedaż diamentów w USA wzrosła z 23 milionów dolarów w 1939 roku do 2,1 miliarda dolarów w 1979 roku – wzrost o 9000% w ciągu 40 lat. Niektóre zagrywki, takie jak próba sprzedaży pierścionków z diamentami mężczyznom, nie odniosły takiego sukcesu.
Pełen sukcesu przemysł diamentowy wypróbował te same strategie lokowania produktu i reklamy, które sprawdziły się w Stanach Zjednoczonych i Azji, dodając do swojego marketingu nutę zachodnich wartości i uroku. W Japonii sztuczka zadziałała. W 1967 roku mniej niż 5% zaręczonych Japonek otrzymało pierścionek z diamentem. Ale do 1981 roku odsetek ten wzrósł do 60%.
Branża diamentowa napotkała również inny problem: skoro ich produkt był tak drogi, jak mogli go sprzedać na masową skalę? Aby go rozwiązać, ponownie zwrócili się do Madison Avenue, która zasugerowała mężczyznom, aby wydali na pierścionek zaręczynowy równowartość 2–3 miesięcznych pensji. Według „The New York Times” do 2014 roku przeciętny pierścionek zaręczynowy w USA kosztował zawrotne 4000 dolarów. „To była genialna strategia” – powiedział Jhally . „Udało im się przekonać niektórych mężczyzn do zadłużania się, aby kupić te bezwartościowe rzeczy, których miliardy zalegają w magazynach”.
W ostatnich latach globalny kryzys gospodarczy spowodował wzrost popytu na mniejsze i tańsze diamenty. Te małe kamienie są zazwyczaj szlifowane w Indiach. Do szlifowania i polerowania tych maleńkich diamentów wykorzystuje się dzieci, które mają bystrzejszy wzrok oraz mniejsze i bardziej zręczne palce niż dorośli, co wprowadza nową warstwę moralnej dwuznaczności do branży.
Branża w kryzysie
Sprzedaż diamentów przeżywa obecnie kryzys. W 2024 r. przychody w całym sektorze spadły o 23%, ponieważ młodsi konsumenci coraz częściej postrzegają diamenty jako drogie kamienie wydobywane z ziemi przez dzieci-niewolników na terenach objętych wojną i nieautentyczne dowody ich miłości.
Globalny ruch Bojkotu, Wycofania Inwestycji i Sankcji również zwrócił uwagę na fakt, że sprzedaż diamentów jest nieodwracalnie związana z masakrą w Strefie Gazy. Jak pisze Palestyński Narodowy Komitet BDS :
Dochody z przemysłu diamentowego służą finansowaniu nielegalnej okupacji terytoriów palestyńskich przez Izrael, brutalnego podporządkowania narodu palestyńskiego oraz międzynarodowej sieci sabotażystów, szpiegów i zabójców.
Mniej polityczne, ale być może bardziej egzystencjalne zagrożenie stanowią diamenty laboratoryjne, których cena stanowi zaledwie jedną dziesiątą ceny kamieni pozyskiwanych tradycyjnie. Diamenty laboratoryjne (z których około połowa pochodzi z Chin) stanowią obecnie około 20% całkowitej sprzedaży i przewiduje się, że zarówno zwiększą swój udział w rynku, jak i obniżą cenę. Według sondażu z 2025 roku, trzy czwarte Amerykanów chętnie otrzymałoby pierścionek zaręczynowy z diamentem laboratoryjnym, który zdaniem opinii publicznej oferuje lepszy stosunek jakości do ceny i jest bardziej etycznym wyborem.
Kolejnym poważnym i nieprzewidzianym ciosem dla izraelskich handlarzy diamentami był nowy globalny system taryfowy z czasów Trumpa. Obecnie Stany Zjednoczone nakładają 15% podatek na wszystkie izraelskie diamenty. We wrześniu Unii Europejskiej udało się wynegocjować zwolnienie diamentów z 15% cła, co oznacza, że konkurenci, tacy jak Belgia, mają teraz znaczną przewagę nad Izraelem na kluczowym rynku amerykańskim.
W rezultacie prezes Israel Diamond Exchange, Nissim Zuaretz, stwierdził , że jego branża stoi w obliczu „zagrożenia egzystencjalnego”. „Cofamy się” – ostrzegł, dodając: „Moje przesłanie do rządu i opinii publicznej jest jasne: teraz albo nigdy… Mamy wyjątkową okazję, by przywrócić Izraelowi pozycję centrum światowego przemysłu diamentowego, ale szansa szybko się zamyka. Każdy dzień bez działań rządu oznacza utratę kolejnego handlarza diamentami, kolejną rodzinę bez dochodów, kolejny element naszego dziedzictwa narodowego”.
Jeśli jednak rząd Izraela rzeczywiście podejmie działania mające na celu ochronę krajowego przemysłu i przyjmie bardziej interwencyjne podejście, jedynie pogłębi fakt, że zakup diamentów jest w istocie finansowaniem czystek etnicznych w Palestynie, przekształcając „krwawe diamenty” w diamenty ludobójstwa.
1000 chrześcijańskich pastorów syjonistycznych ze Stanów Zjednoczonych odwiedza Izrael w ramach podróży finansowanej przez izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych
Grupa ponad 1000 amerykańskich pastorów i wpływowych osób związanych z chrześcijańskim syjonizmem spędziła tydzień w Izraelu w ramach wycieczki, której wszystkie koszty pokryło izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych — poinformowała we wtorek izraelska gazeta „Haaretz”.
„Po raz pierwszy w historii państwo Izrael nawiązało oficjalną współpracę z tysiącem strategicznych pastorów, aby powierzyć im rolę ambasadorów w walce z antysemityzmem i dotarciu do młodzieży ich pokolenia” – powiedział Mike Evans, pastor ewangelicki, który pomógł zorganizować tę podróż, w wywiadzie dla CBN News. „Obecnie trwa wojna ideologiczna, w której Izrael przegrywa, więc potrzebuje ewangelików i syjonistów, aby walczyć w tej wojnie ideologicznej” – dodał Evans.
Chrześcijańscy syjoniści, tacy jak Evans, wierzą, że współczesne państwo Izrael ma prawo do wszystkich ziem historycznej Palestyny, w tym okupowanego przez Izrael Zachodniego Brzegu, w oparciu o „Biblię”. Pogląd ten ma swoje korzenie w dyspensacjonalizmie, chrześcijańskiej teologii opracowanej w Stanach Zjednoczonych w XIX wieku.
Pogląd ten jest sprzeczny z tysiącletnią tradycją chrześcijańską, ponieważ odrzuca go Kościół katolicki, Kościół prawosławny i wiele wyznań protestanckich, ale ma on znaczący wpływ na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Podczas przemówienia do zgromadzonych pastorów w stanowisku archeologicznym Shiloh na Zachodnim Brzegu Evans odniósł się do ostatnich wypowiedzi wiceprezydenta JD Vance’a i prezydenta Trumpa na temat niepoparcia aneksji terytorium palestyńskiego przez Izrael, które nazywa Judeą i Samarią.
„Powiedział pan, że polityka administracji zakłada, że Zachodni Brzeg nie zostanie zaanektowany przez Izrael. Panie wiceprezydencie, kochamy pana i kochamy Amerykę, ale polityka Boga, który stworzył Amerykę, i polityka Boga, który dał tym ludziom tę ziemię, zakłada, że Judea i Samaria są ziemią biblijną” – głosi Evans. „Osiemdziesiąt procent historii biblijnych pochodzi z Judei i Samarii. Nie naciskajcie więc na Izrael, aby oddał Judeę i Samarię nielegalnym, radykalnym islamskim wrogom Żydów” – powiedział, dodając, że ruch MAGA opiera się na „Biblii” i „na Bogu tej księgi, Bogu Izraela”.
Chociaż amerykańscy ewangelicy zawsze stanowili solidną bazę wsparcia dla Izraela, poparcie to maleje, co jest częścią ogólnej tendencji wśród Amerykanów spowodowanej brutalną kampanią Izraela w Strefie Gazy. „W ruchu ewangelikalnym w Ameryce rozwija się nowotwór, ponieważ ludzie uważają, że Izrael nie ma znaczenia i że nasze relacje z Izraelem nie mają nic wspólnego z »Biblią«. Jest to bardzo niebezpieczne” – powiedział ambasador USA w Izraelu Mike Huckabee podczas szczytu w wywiadzie dla CBN News.
Izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych podjęło inne kroki, aby wpłynąć na amerykańskich chrześcijan, w tym wydało miliony dolarów na kampanię propagandową skierowaną do kościołów ewangelickich w Stanach Zjednoczonych, nazwaną „największą kampanią geofencingową w historii Stanów Zjednoczonych”, projekt ujawniony w federalnym zgłoszeniu zgodnie z ustawą o rejestracji agentów zagranicznych.
Szczyt pastorów w Izraelu zakończył się „mianowaniem” przez Huckabee uczestników „ambasadorami”, którzy mają wspierać państwo Izrael. Podczas pobytu w Izraelu do pastorów przemówił premier Izraela Benjamin Netanjahu, który powiedział im: „Powstańcie i dajcie się policzyć. Mówcie prawdę. Przemawiajcie do młodych ludzi. Zabierajcie głos, abyście zostali policzeni. Liczę na was i wiem, że zrobicie to, co należy. Takie jest nasze przeznaczenie”.
In a Katie Halper Show exclusive, journalist Matthew Petti discusses for the first time, his reporting on Jeffrey Epstein, Israel, Qatar, Tom Barrack, Trump’s Middle East envoy, and Sultan bin Sulayem, a very powerful Dubai businessman tied to the royal family and more. For the full discussion, please join us on Patreon at – / patreon-full-143899463 00:00 Former Prime Minister of Israel Ehud Barak’s leaked emails had 2,000 Epstein emails 01:42 Jeffery Epstein’s birthday book 03:22 Petti discovered just how deep the relationship between Epstein and Barak is 04:37 Russia, the Putin and Syria connection 06:19 Epstein was cutting political deals, acting as a fixer for Barak, and building surveillance tech 08:22 How did Epstein get connected to Barak in the first place? Matthew Petti is an assistant editor at Reason and a proud New Jersey native. He has previously reported for the BBC (in Persian and English), The Intercept, The Daily Beast, New Lines magazine, Responsible Statecraft, Middle East Eye, and The National Interest, among other publications. Matthew covers U.S. national security policy and its interactions with American society and domestic politics. In 2022, Matthew was awarded a Fulbright fellowship to research the ways in which Arab journalists interact with foreign media. Through the Fulbright program, he worked at a variety of newsrooms in Amman, including Jordan News and Radio al-Balad, where he hosted a program on Latin music. Previously, he was a Center for Arabic Study Abroad and Foreign Language Area Studies fellow in Amman. Matthew graduated from Columbia University with a bachelor’s degree in Middle Eastern, South Asian, and African Studies. He got his start in journalism as a features writer at the Columbia Daily Spectator.
„Państwo polskie wystawia się na pośmiewisko” – stwierdził były premier Leszek Miller, opisując kulisy gigantycznej afery korupcyjnej na Ukrainie. Jeden z najważniejszych antybohaterów tej afery, Timur Mindicz uciekł przez Polskę do Izraela.
W ub. tygodniu Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy rozbiło siatkę przestępców, którzy stworzyli ogromny mechanizm korupcyjny, uderzający w strategiczne przedsiębiorstwa energetyczne. Podejrzanych jest siedem osób, którym wręczonych miało zostać około 100 mln dol. łapówek.
Jeden z głównych podejrzanych Timur Mindicz nie został jednak zatrzymany, bo w ostatniej chwili opuścił kraj.
W nocy z 9 na 10 listopada przekroczył ukraińsko-polską granicę.
– „Podróż odbył czarnym Mercedesem S-350, wynajętym w lwowskiej firmie transportowej specjalizującej się w dyskretnych przewozach dla klientów unikających niepożądanej uwagi. Został wcześniej ostrzeżony o zbliżającej się rewizji w jego domu prowadzonej przez agentów antykorupcyjnej NABU, co pozwoliło mu uciec, zanim służby zdążyły zapukać do drzwi”
– relacjonuje w mediach społecznościowych Leszek Miller.
– „10 listopada Mindicz spędził w Warszawie: zameldował się w luksusowym hotelu Raffles Europejski, modlił się w synagodze Chabad-Lubawicz, a następnie – jakby była to rutynowa podróż biznesowa odleciał do Tel Awiwu Boeingiem 737-800 czarterowej izraelskiej linii Sundor.
Ukraińskie źródła nie podały nazwy lotniska, ograniczając się do wzmianki o locie z Polski do Izraela, lecz w praktyce takie czartery realizowane są wyłącznie z Lotniska Chopina w Warszawie. Na Okęciu Mindicz przeszedł standardową odprawę paszportową, a system Straży Granicznej rejestruje dane pasażerów z taką precyzją, że nawet gdyby ktoś próbował wylecieć gołębiem pocztowym, system i tak by go odnotował. Ukraińskie władze nie złożyły oficjalnego żądania zatrzymania Mindicza, dlatego dla SG był on zwykłym podróżnym, a nie osobą poszukiwaną”
Wątpliwości byłego premiera budzi milczenie polskich władz w tej sprawie.
– „Osoba podejrzana o udział w kradzieży dziesiątek milionów dolarów wjeżdża do Polski, nocuje w sercu Warszawy, przechodzi odprawę na naszym lotnisku i odlatuje do Izraela bez najmniejszej przeszkody. Nikt nie zadaje pytań, a wszyscy zachowują się, jakby nic się nie wydarzyło. Państwo polskie wystawia się na pośmiewisko – i to dobrowolnie” – stwierdził Miller.
– „Z kluczowych pytań wyłania się jedno: Czy Polska została poinformowana przez Ukrainę o ucieczce osoby zamieszanej w jedną z najgłośniejszych afer korupcyjnych ostatnich lat? Czy też wręcz przeciwnie – otrzymała prośbę o zapewnienie bezpiecznego korytarza tranzytowego dla kogoś, kogo zniknięcie jest dla Kijowa politycznie bardzo wygodne?
Jeśli Polska otworzyła korytarz tranzytowy dla człowieka uciekającego z miejsca największej afery korupcyjnej na Ukrainie, to mówimy już nie o naiwności, lecz o współudziale. A współudział w cudzej aferze zawsze kończy się jedną rzeczą: własnym skandalem”
==================================
z prasy:
Podejrzany był przyjacielem i partnerem biznesowym Zełenskiego na długo, zanim ten porzucił przemysł rozrywkowy dla polityki. Po zwycięstwie Zełenskiego w wyborach w 2019 r., Mindycz zaczął wygrywać przetargi państwowe, również w zbrojeniówce. Polityk był na celowniku służb już od jakiegoś czasu, a NABU umieściło nawet podsłuch w jego mieszkaniu.
Tysiąc godzin nagrań obejmuje również rozmowy Mindycza z Zełenskim, który miał być częścią procederu korupcyjnego w przemyśle energetycznym i zbrojeniowym.
W zeszłym miesiącu władze w Kijowie próbowały pozbawić organy antykorupcyjne niezależności i przekazać nadzór nad ich śledztwami prokuratorowi generalnemu. Zełenski wycofał się z części zmian pod presją opinii publicznej i Zachodu.