Jak język wpływa na debatę klimatyczną

Opinia Uwe Froschauera . apolut/klimaluge-und-klimadiktatur-teil-1-vom-denken-zum-glauben

Jak język wpływa na debatę klimatyczną

——————————–

Opinie publiczne rzadko powstają przypadkowo. Są kształtowane i kierowane przez język, obrazy, emocje, uwagę i komunikację.

————————————-

Wygodne kłamstwo jest dla wielu ludzi łatwiejsze do zniesienia niż niewygodna prawda. Prawda wymaga refleksji, wątpliwości, badań, a być może nawet porzucenia ukochanych przekonań. Gotowa narracja jest bardziej strawna. Dzieli świat na dobrych i złych, sprawców i zbawicieli, tych, którzy wiedzą, i tych, którzy zaprzeczają prawdzie.

Dlatego nie zaczynam tej serii artykułów o kłamstwach klimatycznych i dyktaturze klimatycznej od krzywych temperatur, wartości CO₂ ani modeli klimatycznych. Zaczynam od języka. Zanim ludzie będą skłonni zaakceptować środki polityczne, muszą najpierw nauczyć się postrzegać świat w kategoriach im przypisanych, w kategoriach akceptowalnych dla polityków.

George Orwell napisał w swojej powieści Rok 1984 o celu tzw. nowomowy (1):

„Cały cel Nowomowy polega na zawężeniu zakresu myśli”.

Orwell opisuje język, którego słownictwo nie jest poszerzane, lecz celowo zawężane. Niektóre myśli stają się ostatecznie niewyrażalne z powodu braku niezbędnych terminów. Powieść opowiada o państwie totalitarnym. Opisany przez niego mechanizm – że kto zawęża język, zawęża również zakres dopuszczalnej myśli – jest szeroko wykorzystywany przez elity władzy i majątku oraz ich politycznych, medialnych i akademickich popleczników.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej.

Każdy, kto wyraża wątpliwości co do poszczególnych prognoz klimatycznych, działań politycznych lub modeli obliczeniowych, często nie jest już nazywany krytykiem ani sceptykiem. Nazywa się go „negacjonistą klimatycznym”. To zasadniczo kończy dyskusję. Negacjonista nie analizuje, nie kwestionuje ani nie argumentuje. Odrzuca rzekomą, oczywistą prawdę. Termin „negacjonista klimatyczny” w „pozorowanej debacie” potencjalnie zastępuje brakujące argumenty oparte na dowodach, które mogłyby obalić twierdzenia „negacjonisty”.

Podczas pandemii COVID-19 to nieuczciwe i faszystowskie podejście do radzenia sobie z odmiennymi opiniami było na porządku dziennym wśród polityków i mediów. Osoby o odmiennych poglądach określano mianem negacjonistów COVID-19, zwolenników teorii spiskowych i tym podobnych.

Obywatele kwestionujący skuteczność niemieckiej polityki klimatycznej są nazywani „grzesznikami klimatycznymi”. Z kolei ci, którzy popierają wyższe podatki, zakazy lub interwencje rządu, mogą czuć się „obrońcami klimatu”, a nawet „zbawcami klimatu”. Jedna strona jest moralnie poniżana, druga moralnie wywyższana. Jeszcze zanim dane liczbowe zostaną podane, role zostają przypisane.

Termin „kryzys klimatyczny” w żadnym wypadku nie jest neutralny. Kryzys nie wymaga długiej dyskusji. Wymaga szybkiego działania. W sytuacji kryzysowej ograniczenia, podatki i zakazy wydają się łatwiejsze do uzasadnienia niż w normalnej praktyce politycznej. Każdy, kto się z tym nie zgadza, nie wydaje się już krytycznym obywatelem, ale raczej kimś, kto utrudnia rzekomo niezbędne działania ratunkowe.

Słowo „bez alternatywy” funkcjonuje podobnie. Tam, gdzie środek jest bez alternatywy, nie ma potrzeby omawiania alternatyw. Co na tym świecie jest bez alternatywy? Bzdura, pani Merkel! Bzdura, panie Merz! Niezależnie od tego, czy chodzi o ceny CO₂, przepisy dotyczące ogrzewania, zakazy silników spalinowych, handel emisjami, czy wielomiliardowe programy transformacyjne: gdy tylko decyzja polityczna zostaje przedstawiona jako jedyna możliwa odpowiedź na egzystencjalne zagrożenie, przestrzeń demokratyczna się kurczy.

I właśnie to zamierza imperium kłamstw – elity władzy i majątku oraz ich polityczne, medialne i akademickie prostytutki. To, jaki demon z kolei kieruje tymi elitami władzy i majątku, to zupełnie inna kwestia i nie jest to przedmiotem tej dyskusji.

W tym momencie politycznie motywowane narzędzia koncepcyjne są wykorzystywane do przekształcania wiary w coś innego. Konsensus naukowy nie jest już rozumiany jako obecny stan wiedzy naukowej, który musi pozostać fundamentalnie weryfikowalny i korygowalny. Staje się on swego rodzaju dogmatem. Każdy, kto go kwestionuje, jest uważany za „antynaukowego”. Każdy, kto wskazuje na niepewność, rzekomo szerzy „dezinformację”. Każdy, kto pyta o konflikty interesów, założenia modelowe lub konsekwencje ekonomiczne, jest poddawany presji, by się usprawiedliwić.

Już w 1946 roku Orwell napisał, że język polityczny może służyć do tego, by kłamstwa wydawały się prawdziwe i by zwykłe twierdzenia nabrały pozorów pewności. Nie miał na myśli debaty klimatycznej. Jego ideę można jednak odnieść do każdego konfliktu politycznego, w którym język nie służy już do wyjaśniania, lecz do zaciemniania. Wraz z językiem narodziło się kłamstwo.

Warto zatem zwrócić szczególną uwagę na terminologię stosowaną w debacie klimatycznej.

Co tak naprawdę oznacza „neutralność klimatyczna”?

Czy państwo, firma lub lot mogą być naprawdę neutralne dla klimatu, czy też są to tylko częściowo obliczone kompensacje?

Co oznacza „energia odnawialna”, skoro turbiny wiatrowe, panele słoneczne, sieci energetyczne, obiekty magazynowe i surowce nie powstają bez skończonego zużycia materiałów?

Co oznacza „ochrona klimatu”, jeśli w tym samym czasie rozwija się uzbrojenie, toczą się wojny, a zniszczona infrastruktura jest następnie odbudowywana?

A co oznacza „konsensus naukowy”, jeśli wiedza naukowa, ze swej natury, nie jest ostatecznie przyjmowana decyzją większości, jeśli niezbędny w demokracji pluralizm opinii nie jest już dozwolony?

========================================

W tej serii artykułów nie twierdzę, że znam ostateczną prawdę. Nikt jej nie zna. Ja jej szukam. Dla mnie oznacza to zadawanie niewygodnych pytań i nieużywanie terminów tylko dlatego, że powtarzają się codziennie.

Ostrzeżenie Orwella nie zaczyna się od jawnej cenzury. Zaczyna się tam, gdzie ludzie już ograniczają swoje myśli, ponieważ wiedzą, które pytania są społecznie akceptowalne, a które nie. To właśnie tutaj wchodzi w grę „spirala milczenia” opisana przez Elisabeth Noelle-Neumann – cicha autocenzura, którą omówię w następnym rozdziale.

Policja myśli z 1984 roku musiała przeniknąć do ludzkich umysłów. Jednak skuteczniejsza forma kontroli zaczyna się tam, gdzie ludzie sami dbają o to, by żadne podejrzane myśli nie pojawiały się w ich umysłach.

Ci, którzy nie chcą być uznani za osoby negujące zmiany klimatyczne, milczą.

Ci, którzy nie chcą narażać swojej pozycji zawodowej, dostosowują się.

Ci, którzy chcą należeć do społeczeństwa, powtarzają przyjęte zasady.

I w pewnym momencie pytanie o poprawność stwierdzenia przestaje być aktualne. Sprawdza się jedynie, czy mieści się ono w dopuszczalnym zakresie opinii.

Potem wiara zastąpiła myślenie.

Dlaczego strach jest potężniejszy niż argumenty

Dlaczego miliony ludzi ulegają wpływowi tych samych przekazów? Dlaczego niektóre obrazy wywołują ogromną reakcję społeczną, podczas gdy chłodne, twarde statystyki cieszą się niewielkim zainteresowaniem? Z tymi pytaniami zmagał się francuski lekarz i psycholog społeczny Gustave Le Bon ponad sto lat temu. Jego spostrzeżenia dotyczące zachowań tłumu pozostają fundamentalne dla badań nad psychologią mas.

Le Bon napisał (2):

„Masy myślą obrazami, a obrazy przywoływane wywołują kolejne obrazy, bez żadnego logicznego związku.”

W innym miejscu opisuje:

„Nie fakty, lecz sposób ich przedstawienia wywiera wpływ na wyobraźnię mas”.

Te słowa zawierają klucz do zrozumienia dzisiejszej debaty klimatycznej. Mam wrażenie, że prawie nikt nie formułuje swojej opinii na temat zmian klimatu w oparciu o oryginalne badania naukowe. Większość ludzi opiera się na obrazach, nagłówkach i emocjonalnych przekazach. To nie krytyka, a cecha ludzka. Nikt nie jest w stanie czytać setek publikacji naukowych każdego dnia. Dlatego większość ludzi polega na tym, co mówią im media, politycy czy tak zwani eksperci.

Dlatego to nie diagramy ani serie pomiarów zapadają nam w pamięć, ale obrazy: płonące lasy, topniejące lodowce, wyschnięte koryta rzek, zalane drogi czy cierpiące niedźwiedzie polarne. Takie obrazy działają natychmiast. Wywołują uczucie niepokoju, strachu lub winy. Z drugiej strony, klasyfikacje statystyczne lub wątpliwości naukowe często wydają się abstrakcyjne i docierają tylko do wąskiego grona odbiorców.

Le Bon zrozumiał to ponad 130 lat temu. Już pod koniec XIX wieku opisywał, jak tłumy reagują mniej na logiczne argumenty niż na mocne obrazy, proste przekazy i powtarzane narracje. Im częściej powtarzane jest stwierdzenie, tym bardziej wydaje się znajome – a znajomość łatwo pomylić z prawdą.

Dlatego w debacie klimatycznej należy nie tylko pytać, które obrazy są pokazywane, ale także, które obrazy są pokazywane rzadko.

Dlaczego widzimy płonące lasy przez wiele tygodni, a rzadziej pojawiają się doniesienia o regionach, gdzie lasy się odnawiają?

Dlaczego pojedyncze ekstremalne zjawiska pogodowe są często od razu interpretowane jako dowód zmiany klimatu, podczas gdy porównania historyczne lub naturalne wahania klimatyczne rzadko cieszą się w debacie publicznej uwagą?

Dlaczego dramatyczny nagłówek przyciąga większą uwagę niż niuansowana analiza naukowa?

To nie są pytania retoryczne. To pytania, na które każdy czytelnik powinien odpowiedzieć sam.

Le Bon wskazuje na inny mechanizm: masy poszukują prostych wyjaśnień. Złożoność jest wyczerpująca. Dlatego proste narracje zazwyczaj łatwiej przeważają nad niuansowanymi analizami. To pragnienie prostoty jest również wielokrotnie widoczne w debacie klimatycznej: tu CO₂ jako główna przyczyna, tam redukcja CO₂ jako główne rozwiązanie. To, czy złożone procesy klimatyczne można rzeczywiście wyjaśnić i rozwiązać w tak prosty sposób, to jedno z pytań, które zgłębię w kolejnych rozdziałach.

Prace Le Bona nie udzielają odpowiedzi na pytanie o klimat. Oferują jednak klucz do zrozumienia, dlaczego pewne komunikaty mogą mieć tak silny wpływ. Każdy, kto chce zrozumieć, jak kształtuje się opinia publiczna, powinien zatem czytać nie tylko klimatologów, ale także psychologów i socjologów. Zanim ludzie zaakceptują działania polityczne, muszą najpierw zostać przekonani o istnieniu określonej rzeczywistości. Psychologia zajmuje się tym procesem – od wyobrażenia do silnego przekonania – a socjologia mechanizmami zachodzącymi między ludźmi.

Prowadzi to do kolejnego pytania: Co się dzieje, gdy naturalna ludzka skłonność do adaptacji staje się presją społeczną, by się do niej dostosować? To właśnie tutaj niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz wprowadza koncepcję normopatii. Termin ten został ukuty na początku lat 70. XX wieku, ale Maaz podjął go, rozwinął i zastosował do przemian społecznych, jak mało kto.

Kiedy adaptacja staje się chorobą

Dlaczego tak wiele osób milczy, mimo wątpliwości? Dlaczego zadają pytania tylko w zaciszu domowym, a rzadko publicznie? Dlaczego akceptują opinie, których nigdy sami nie zweryfikowali?

Niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz od lat zmaga się z tymi zagadnieniami. Opiera swoją pracę na koncepcji normopatii, którą uczynił centralnym elementem swojej analizy społecznej.

Maaz opisuje normopatię jako przesadną adaptację do problemów społecznych. Ludzie przyjmują zachowania i przekonania nie dlatego, że po dokładnym namyśle uznają je za słuszne, ale dlatego, że chcą przynależeć. Adaptacja staje się normą – i według Maaz to właśnie w tym tkwi prawdziwe zagrożenie.

Maaz stwierdza (3):

„Normopatia odnosi się do przystosowania się większości ludzi w społeczeństwie do niedostosowawczego rozwoju, do patogennego zachowania psychospołecznego, którego zaburzenie nie jest już rozpoznawane i akceptowane, ponieważ większość myśli i działa w ten sposób”.

Myśl ta dała mi szczególny powód do przemyśleń, zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa.

Nie dlatego, że uważam, że każda opinia większości jest błędna – choć historia uczy nas, że większość zazwyczaj się myli. Byłoby to jednak równie nieprecyzyjne, jak twierdzenie, że każda opinia większości musi być słuszna. Kluczowa jest inna kwestia:

Ile osób faktycznie wyrabia sobie własne opinie?

W debacie klimatycznej często obserwuję następujący mechanizm. Wiele osób nie mówi: „Intensywnie studiowałem modele klimatyczne, serie pomiarowe czy historię Ziemi i dlatego doszedłem do tego przekonania”.

Raczej mówią:

„Nauka jest jednomyślna”. Co
, nawiasem mówiąc, absolutnie nie jest prawdą.

„To samo mówią wszyscy eksperci”.
Przy takich stwierdzeniach najlepiej śledzić przepływ pieniędzy, na wszelki wypadek.

„Wszyscy już to wiedzą”.
Kim właściwie są ci „wszyscy”? Ja? Ty?

Tu właśnie zaczyna się dla mnie prawdziwy problem. Te stwierdzenia nie są autentycznie przekonujące – dlatego trzeba zakwestionować ich pochodzenie. Czy wynikają z osobistego zaangażowania w temat, czy ze społecznego konformizmu?

Maaz opisuje ludzi jako istoty społeczne. Każdy pragnie przynależności. Nikt nie lubi być wykluczany, wyśmiewany ani traktowany jak outsider. Ta potrzeba jest głęboko ludzka. Jednocześnie sprawia, że ​​jesteśmy podatni na presję konformizmu. Im większa presja społeczna, tym większa pokusa, by podążać za opinią większości – nawet gdy skrywa się wewnętrzne wątpliwości.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej. Każdy, kto dziś zadaje fundamentalne pytania – na przykład o trafność modeli klimatycznych, skuteczność poszczególnych działań czy ekonomiczne konsekwencje polityki klimatycznej – musi liczyć się z etykietką „negacjonisty klimatycznego”, „antynaukowca” lub „niesolidarnego”. W dalszych rozdziałach odniosę się do faktu, że te etykietki są w większości przypadków nieuzasadnione. Nie jest też aż tak istotne, czy dana opinia jest słuszna, czy niesłuszna; liczy się efekt zniesławienia, dyskredytacji i etykietowania: wiele osób unika krytycznych pytań z obawy przed konsekwencjami społecznymi.

Dla Maaz jest to cecha rozwoju normopatycznego. Prawdziwym problemem nie jest jawny przymus, lecz raczej wewnętrzny przymus konformizmu.

Zwróciłem szczególną uwagę na inną myśl Hansa-Joachima Maaza. Wskazuje on, że kryzysy społeczne często prowadzą do tego, że te same instytucje lub aktorzy polityczni, którzy definiują zagrożenie lub znajdują się w centrum uwagi opinii publicznej, jednocześnie prezentują się jako ci, którzy posiadają jedyne słuszne rozwiązanie. Nie oznacza to automatycznie, że kryzysy są celowo kreowane lub inscenizowane – choć niewątpliwie tak było w przypadku koronawirusa. Ujawnia to jednak mechanizm władzy politycznej: ktokolwiek definiuje kryzys – nawet jeśli nie istnieje – i być może nawet brał udział w jego planowaniu, często zyskuje znaczący wpływ na kształtowanie rozwiązania. Zbawiciel!

Dlatego proponowane rozwiązania nigdy nie powinny być przyjmowane bez analizy. Moim zdaniem pandemia COVID-19 nauczyła wielu ludzi krytycznej analizy działań rządowych, narracji medialnych i uzasadnień politycznych. Kiedy ktoś zaczyna myśleć samodzielnie, nie zadowala się już tak łatwo prostymi wyjaśnieniami lub rzekomo nieuniknionymi rozwiązaniami. Filozofka polityczna Hannah Arendt uważała niezależne myślenie za najważniejszy warunek ludzkiego osądu. Dla niej prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi nie w myśleniu, ale w braku myślenia. Jej słynne stwierdzenie: „Nie ma niebezpiecznych myśli; samo myślenie jest niebezpieczne” wyraża właśnie tę kwestię. Ci, którzy zaczynają myśleć samodzielnie, kwestionują pewniki, analizują uzasadnienia i nie zadowalają się już prostymi odpowiedziami. W tym tkwi wyzwalająca moc myśli.

Dlatego uważam za niebezpieczne, gdy osoby sprawujące władzę celowo degradują sceptycyzm do rangi stygmatu. Sceptycyzm jest ważny i dobry! To nie sam sceptycyzm jest niebezpieczny dla demokracji, ale ci u władzy, którzy w ten sposób postępują. Demokracja nie rozwija się dzięki konformizmowi. Demokracja rozwija się dzięki obywatelom zadającym pytania – zwłaszcza gdy prawie wszyscy wierzą, że znają tę samą odpowiedź.

„Gdzie wszyscy myślą tak samo, tam niewiele się myśli.” (Karl Valentin)

Być może krytyczne myślenie jest dziś mniej kwestią inteligencji, a bardziej odwagi. Bo myślenie wbrew większości nigdy nie było komfortowe.

Kiedy strach ogranicza twoją wizję

Dlaczego społeczeństwom tak trudno jest nawet pozwolić na zadawanie krytycznych pytań w czasach kryzysu? Dlaczego często pojawia się wrażenie, że istnieje tylko jeden słuszny punkt widzenia i tylko jedno akceptowalne rozwiązanie?

Na te pytania odpowiada belgijski psycholog Mattias Desmet. Stworzył on swoją teorię formowania się mas , opierając się na obserwacji, że w pewnych warunkach społecznych ludzie są skłonni zaakceptować proste wyjaśnienia i dalekosiężne środki (4).

Desmet opisuje cztery czynniki, które szczególnie sprzyjają masowemu formowaniu się: powszechna izolacja społeczna, poczucie bezsensu, narastający niepokój oraz ogólne niezadowolenie, którego nie da się przypisać żadnemu konkretnemu czynnikowi. Według niego, gdy te czynniki występują łącznie, wiele osób chętniej jednoczy się wokół wspólnej narracji i podąża za centralnym rozwiązaniem.

Uważam jego podejście za niezwykle wnikliwe. Przenosi on uwagę z pytania, czy dany środek polityczny jest słuszny, czy niesłuszny, na znacznie bardziej fundamentalne pytanie: dlaczego tak wiele osób nagle przyjmuje ten sam punkt widzenia w czasach kryzysu? Dlaczego złożone problemy często sprowadzają się do kilku, pozornie jednoznacznych wyjaśnień? Debata klimatyczna stanowi tego dobitny przykład.

Przez lata klimat był zdominowany przez terminy, które niosą ze sobą poczucie nieustannego zagrożenia: kryzys klimatyczny, punkty krytyczne, fale upałów, susza zdarzająca się raz na sto lat, wymieranie gatunków, a nawet zbliżający się koniec naszej planety. Tam, gdzie pojawia się strach, zrozumiałe jest, że rośnie pragnienie bezpieczeństwa – a wraz z nim gotowość do akceptowania dalekosiężnych środków politycznych – nawet jeśli wiążą się one z ograniczeniami wolności osobistej i dobrostanu. W końcu walczymy ze wspólnym wrogiem, prawda? Czy to złowrogi wirus i jego minimalizatorzy, złowrogi Putin i jego apologeci, czy też „sztuczna” zmiana klimatu i jej negacjoniści. Ramię w ramię, bracia i siostry, to tworzy solidarność! To takie proste! Wcale nie!

Desmet zwraca uwagę, że strach może zmieniać ludzkie perspektywy. Ci, którzy czują się zagrożeni, szukają orientacji. Złożone problemy często wydają się wtedy mniej atrakcyjne niż proste wyjaśnienia. Jednocześnie rośnie gotowość do akceptowania środków, które w normalnych okolicznościach prawdopodobnie byłyby omawiane znacznie bardziej krytycznie, a być może w ogóle nie zostałyby wdrożone.

Społeczeństwo demokratyczne powinno zadbać o to, by strach nigdy nie stał się trwałym narzędziem politycznym. Politycy tacy jak Karl Lauterbach, Boris Pistorius, Roderich Kiesewetter i im podobni, którzy celowo szerzą strach, powinni zostać powstrzymani. Strach może mobilizować w krótkiej perspektywie. Jest jednak kiepskim doradcą, jeśli chodzi o podejmowanie długoterminowych decyzji o dalekosiężnych konsekwencjach dla wolności, dobrobytu i spójności społecznej.

Praca Desmeta nie odpowiada na pytanie, jak będzie się rozwijał klimat. Wyjaśnia jednak, dlaczego komunikacja kryzysowa może być tak skuteczna. Każdy, kto chce zrozumieć, dlaczego miliony ludzi w krótkim czasie przyjmują te same terminy i popierają te same żądania polityczne, nie może uniknąć spostrzeżeń z psychologii.

To prowadzi nas do kolejnego kluczowego pytania: jak właściwie powstają w naszych umysłach obrazy, które kształtują nasz światopogląd? Amerykański publicysta Walter Lippmann zbadał ten mechanizm już ponad sto lat temu.

Obrazy w naszych umysłach

Jak właściwie kształtuje się nasze postrzeganie rzeczywistości?

Amerykański publicysta i politolog Walter Lippmann postawił to pytanie już w 1922 roku w swojej pracy „Opinia publiczna” . Jego odpowiedź jest równie prosta, co głęboka: większość ludzi reaguje nie na samą rzeczywistość, lecz na obraz rzeczywistości, który ukształtował się w ich umysłach. Ten obraz rzeczywistości, który na nich „oddziałuje”, staje się ich „rzeczywistością”.

Lippmann napisał (5):

„Nasza reakcja nie jest w pierwszej kolejności reakcją na świat, lecz na obraz, jaki o nim stworzyliśmy”.

Ta idea jest ponadczasowa. Nikt nie jest w stanie ogarnąć całej rzeczywistości. Nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkich badań naukowych, przeanalizować wszystkich danych pomiarowych ani zweryfikować samodzielnie każdego wydarzenia politycznego. Dlatego jesteśmy nieuchronnie zależni od innych, którzy objaśniają nam świat. Media, naukowcy, politycy, eksperci i sieci społecznościowe codziennie dostarczają nam mnóstwa informacji, z których stopniowo wyłania się obraz naszej rzeczywistości.

Samo w sobie nie jest to ani dobre, ani złe. Staje się problematyczne dopiero wtedy, gdy mylimy ten zapośredniczony obraz z samą rzeczywistością. Uważam to za jedno z kluczowych pytań w dzisiejszej debacie klimatycznej. Większość ludzi nie zna zmian klimatu z własnego doświadczenia. Znają je z wiadomości telewizyjnych, artykułów prasowych, filmów dokumentalnych, portali internetowych i mediów społecznościowych. Wizerunek klimatu, jaki sobie kreują, powstaje zatem głównie na podstawie informacji, które inni wybrali, skategoryzowali i zaprezentowali.

Nieuchronnie pojawiają się dalsze pytania:

Które wydarzenia pojawiają się wielokrotnie, a które prawie nigdy?

Które badania naukowe trafiają do głównych wiadomości, a które pozostają w dużej mierze niezauważone?

Którzy eksperci regularnie mają możliwość zabrania głosu, a którzy rzadko kiedy?

Te pytania podważają pogląd niektórych, że publiczne reprezentacje automatycznie odzwierciedlają całą rzeczywistość.
Więcej na ten temat w następnej sekcji.

Lippmann zauważył, że między rzeczywistością a naszym postrzeganiem zawsze istnieje filtr. Filtr ten tworzą nasze doświadczenia, oczekiwania, a także informacje, które otrzymujemy codziennie. Im bardziej jednostronny staje się ten filtr, tym bardziej jednostronny staje się nieuchronnie nasz obraz rzeczywistości.

Dlatego uważam za niebezpieczne i nieodpowiedzialne, gdy pewne stanowiska w debacie klimatycznej są przedwcześnie uznawane za niedopuszczalne lub naukowo obalane. Nauka rozwija się dzięki porównywaniu różnych hipotez. Sprzeciw jest istotą nauki. Ci, którzy ograniczają się do jednego wyjaśnienia, ryzykują utratę z oczu różnicy między rzeczywistością a jej reprezentacją.

Lippmann nie chciał zniechęcać opinii publicznej. Wręcz przeciwnie. Jego dzieło jest zaproszeniem do bardziej wnikliwego osądu. Przypomina, że ​​często istnieje znacząca różnica między tym, co się faktycznie dzieje, a tym, co o tym postrzegamy.

Być może najważniejszym zadaniem świadomego obywatela nie jest przyswajanie jak największej ilości informacji. Raczej ciągłe zadawanie sobie pytania, czy obraz, który noszę w głowie, rzeczywiście odzwierciedla całą rzeczywistość – czy tylko jej fragment. W moim przypadku również zawsze jest to drugie.

Ale kto i według jakich kryteriów decyduje, które informacje są podkreślane, które tematy powtarzane, a które pytania spychane na dalszy plan? Psycholog i kognitywista Rainer Mausfeld badał tę formę zarządzania uwagą.

Władza nad naszą percepcją

Kto właściwie decyduje, co uważamy za ważne, albo co powinniśmy uważać za ważne? I dlaczego niektóre tematy przez tygodnie dominują w nagłówkach gazet, a inne prawie nie cieszą się zainteresowaniem opinii publicznej?

Na te pytania odpowiada psycholog percepcji Rainer Mausfeld. W swojej pracy dowodzi, że we współczesnych demokracjach coraz rzadziej sprawuje się władzę poprzez jawną cenzurę. Znacznie skuteczniejsze jest kierowanie uwagi ludzi: które tematy są podkreślane? Które informacje są powtarzane? Które powiązania są uwydatniane – a które pozostają w dużej mierze niewidoczne?

Mausfeld jasno daje do zrozumienia, że ​​nasze postrzeganie rzeczywistości kształtowane jest nie tylko przez dostępne fakty, ale także przez ich selekcję, ważenie i klasyfikację. Te same informacje mogą prowadzić do zupełnie różnych wniosków w zależności od kontekstu.

Rainer Mausfeld opisuje mechanizm, który wykracza daleko poza pojedyncze kwestie polityczne. Ten, kto kieruje uwagą opinii publicznej, wpływa również na postrzeganie rzeczywistości społecznej. Nie dlatego, że fakty są sfabrykowane, ale dlatego, że niemożliwe jest, aby wszystkie fakty były w centrum uwagi jednocześnie.

Ten mechanizm jest wyraźnie widoczny w debacie klimatycznej. Niemal każdego dnia pojawiają się doniesienia o falach upałów, suszach, pożarach lasów, topnieniu lodowców czy ekstremalnych zjawiskach pogodowych. Takie zjawiska z pewnością zasługują na uwagę. Kluczowe pytanie brzmi jednak, czy jednocześnie należycie uwzględniane są informacje przeciwne, a nawet pozytywne, które mogłyby uzupełnić lub zróżnicować ogólny obraz.

Na przykład pojawia się pytanie, jak często zgłaszane są naturalne wahania klimatu, historyczne okresy ocieplenia i ochłodzenia, niepewności modeli klimatycznych czy rozbieżne oceny naukowe. Nie dlatego, że te aspekty podważałyby istnienie zmian klimatycznych, ale dlatego, że mogą przyczynić się do lepszego zrozumienia.

Mausfeld przypomina nam, że społeczeństwo demokratyczne rozwija się nie tylko dzięki swobodzie rozpowszechniania informacji, ale także dzięki swobodzie postrzegania i porównywania różnych perspektyw. Tylko poprzez porównywanie różnych punktów widzenia można formułować niezależne osądy.

Jego idea bezpośrednio łączy się z teorią Waltera Lippmanna. Skoro nasz światopogląd wyrasta z obrazów, które nosimy w umyśle, to dobór tych obrazów w istotny sposób determinuje naszą ocenę rzeczywistości. Myślenie krytyczne nie zaczyna się zatem od odpowiedzi, lecz od pytania, czy w ogóle dostrzegamy cały obraz i z jakich źródeł go czerpiemy i konstruujemy.

Jak można nie tylko wpływać na opinię publiczną, ale także celowo wspierać cele polityczne i gospodarcze? To pytanie już około sto lat temu podjął Edward Bernays, człowiek uważany za twórcę nowoczesnego public relations.

Można zorganizować proces zatwierdzania.

Jak można przekonać całe społeczeństwa do określonej idei? Jak powstaje konsensus społeczny? I dlaczego ludzie czasami przyjmują przekonania, których mogliby nigdy nie wykształcić bez ukierunkowanego wpływu?

Z tymi pytaniami zmagał się amerykański pionier PR Edward Bernays. Bratanek słynnego psychoanalityka Zygmunta Freuda połączył wiedzę o ludzkiej podświadomości z możliwościami współczesnej komunikacji masowej. Podczas gdy Freud badał, jakie ukryte motywy wpływają na ludzkie zachowania, Bernays pytał, jak tę wiedzę można strategicznie wykorzystać do kształtowania opinii publicznej.

Jego najsłynniejsze dzieło nosi obecnie negatywnie konotowany tytuł „Propaganda” (7). Tytuł ten wydaje się dziś dziwny. Jednak w latach dwudziestych XX wieku termin ten nie miał jeszcze jednoznacznie negatywnego znaczenia, jakie nabrał po doświadczeniach z reżimami totalitarnymi XX wieku.

Bernays argumentował, że społeczeństwa demokratyczne nie są spajane wyłącznie argumentami, ale że zgoda społeczna musi być aktywnie organizowana. Jego słynne sformułowanie o „świadomej i inteligentnej manipulacji zorganizowanymi nawykami i opiniami mas” pozostaje jednym z najczęściej dyskutowanych stwierdzeń w badaniach nad komunikacją.

Odkrycia Bernaysa jasno pokazują, że przekonania polityczne nie są wyłącznie wynikiem swobodnego, niezależnego kształtowania opinii. Mogą być również wynikiem profesjonalnych strategii komunikacyjnych, które odwołują się do emocji, kreują obrazy i wielokrotnie eksponują pewne interpretacje.

Sam Bernays później donosił, że Joseph Goebbels studiował jego pisma i przejął z nich metody propagandowe. To, czy i w jakim stopniu tak się stało, jest przedmiotem różnych relacji historycznych. Nie ulega jednak wątpliwości, że psychologiczne spostrzeżenia dotyczące wpływania na opinię publiczną mogą być wykorzystywane zarówno w legalnym PR, jak i w manipulacyjnej propagandzie. Nie metoda ani technika determinują jej ocenę moralną, lecz cel, któremu służy. Noża można użyć do posmarowania chleba masłem lub do zabicia kogoś.

Dlatego warto bliżej przyjrzeć się dzisiejszej debacie klimatycznej. Każdy, kto powtarza te same obrazy, te same hasła i te same przekazy przez miesiące i lata, nieuchronnie kształtuje percepcję społeczną. Topniejące lodowce, płonące lasy, zalane ulice czy wyschnięte krajobrazy to prawdziwe i uderzające obrazy. Kluczowe pytanie brzmi jednak: czy oddają one pełny obraz złożonej rzeczywistości, czy też pokazują tylko jej niewielki wycinek?

Bernays prawdopodobnie powiedziałby, że skuteczna komunikacja nie polega na przedstawianiu jak największej liczby faktów. Kluczowe jest to, które komunikaty wywołują emocje i na stałe zapadają w pamięć ludzi.

Dlatego w demokracji nie wystarczy samo przyswajanie informacji. Równie ważne jest pytanie, kto je wybiera, jak są prezentowane i jaki cel jest realizowany w ich rozpowszechnianiu. Myślenie krytyczne nie oznacza odrzucania każdego przekazu. Oznacza ono raczej kwestionowanie mechanizmów jego powstawania.

Wniosek

Według Orwella, Le Bona, Maaza, Arendt, Desmet, Lippmanna, Mausfelda i Bernaysa, wyłania się z tego wspólny mianownik: Opinie publiczne rzadko powstają przypadkowo. Są kształtowane i kierowane przez język, obrazy, emocje, uwagę i komunikację.

Wiedza o ludziach nie jest odporna na nadużycia, jak pokazuje historia. Z drugiej strony, osoby rozumiejące te mechanizmy będą inaczej postrzegać debaty polityczne – w tym te dotyczące zmian klimatycznych.

+++

Źródła i notatki

(1) Orwell, George (1949): 1984 . Londyn: Secker & Warburg

(2) Le Bon, Gustave (1895): Psychologia mas (francuska psychologia fauli )

(3) Maaz, Hans-Joachim (2017): Fałszywe życie – przyczyny i skutki naszego normopatycznego społeczeństwa . Monachium: CH Beck. Teza przewodnia książki głosi, że nadmierna presja konformizmu może prowadzić do powstania „normopatycznego” społeczeństwa.

(4) Desmet, Mattias (2022): Psychologia totalitaryzmu . White River Junction (VT): Chelsea Green Publishing

(5) Lippmann, Walter (1922): Opinia publiczna . Nowy Jork: Harcourt, Brace and Company

(6) Mausfeld, Rainer (2018): Dlaczego owce milczą? Jak elitarna demokracja i neoliberalizm niszczą nasze społeczeństwo i nasze źródła utrzymania . Frankfurt nad Menem: Westend Verlag

(7) Bernays, Edward L. (1928): Propaganda . Nowy Jork: Horace Liveright

+++

Dziękujemy autorowi za udzielenie nam pozwolenia na publikację tego artykułu.

+++

Zdjęcie: Demonstracja przeciwko kryzysowi klimatycznemu.
Źródło zdjęcia: rongreenbergphotography / shutterstock


Zapierający dech w piersiach upadek klimatycznego oszustwa

Zaskakujący upadek oszustwa klimatycznego – udokumentowany

Autorstwa Jamesa Corbetta

Dla wszystkich, którzy uważnie śledzili wydarzenia, zapierający dech w piersiach upadek klimatycznego oszustwa w zeszłym roku był imponującym widowiskiem.

Najpierw była klapa COP.

Następnie Stany Zjednoczone wycofały się z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC).

Judith Curry zamknęła wtedy swojego bloga i oświadczyła: „Czas ogłosić zwycięstwo nad głupotą klimatyczną i iść naprzód”.

Następnie The Guardian opublikował artykuł, w którym ubolewano, że mniej niż 5% brytyjskich mediów wykorzystało ostatnią falę upałów w Europie jako pretekst do szerzenia propagandy „zerowej emisji netto”.

A teraz nawet „New York Times” wywiesza białą flagę w opowieści o klimatycznym Armagedonie… no cóż, w pewnym sensie.

Co więc, u licha, tu się dzieje? Jak to się stało, że przeszliśmy ze świata, w którym apokalipsa klimatyczna była przedstawiana jako egzystencjalne zagrożenie dla życia na Ziemi i ogłaszana codziennie w wiadomościach, do świata, w którym zmiana klimatu w ogóle nie pojawia się już na radarach?

Dowiedzmy się.

Nierozstrzygnięte kwestie naukowe: koniec RCP 8.5

Każdy, kto badał oszustwo klimatyczne, zna długą listę naukowych oszustw, błędów merytorycznych i manipulacji, na których opiera się rzekomo „niepodważalna nauka” o katastrofalnym antropogenicznym globalnym ociepleniu.

Wiedzą na przykład, że zapisy temperatur były systematycznie manipulowane, aby przedstawić przeszłość jako stale chłodniejszą, a teraźniejszość jako cieplejszą, tworząc w ten sposób fałszywe wrażenie szybkiego wzrostu temperatur.

Znasz też różne sztuczki statystyczne, stosowane po to, by łatwowierna opinia publiczna uwierzyła w fałszywą narrację o zbliżającej się katastrofie klimatycznej.

A wiecie, że afera „Climategate” ujawniła wiele szczegółów na temat rzeczywistych metod pracy naukowców zajmujących się klimatem i pokazała, do jakiego stopnia są oni skłonni kłamać, oszukiwać i zniesławiać, aby ukryć sprzeczne dowody w zapisach naukowych – pomimo wysiłków osób ujawniających aferę „Climategate”, aby ukryć ten skandal.

I zdasz sobie sprawę, że „średnia globalna temperatura” to nie faktycznie zmierzona temperatura, ale obliczona liczba skompilowana z różnych zbiorów danych o wątpliwej jakości.

Jednak o czym być może nie wiecie, jeśli nie śledzicie uważnie najnowszych wydarzeń związanych z oszustwem klimatycznym, to fakt, że IPCC oficjalnie porzuciło RCP 8.5.

Dla tych, którzy znają się na tych sprawach, nie trzeba nic więcej dodawać. Jednak większość ludzi nie będzie miała pojęcia, co to wszystko znaczy. Pozwólcie, że wyjaśnię.

IPCC to oczywiście Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu, organ ONZ, którego misją jest „dostarczanie rządom wszystkich szczebli informacji naukowych, aby pomóc im w opracowywaniu polityki klimatycznej”. Co sześć lub siedem lat publikuje „raport oceniający” podsumowujący kluczowe ustalenia opublikowanej literatury naukowej z zakresu klimatologii. Raporty te są oczywiście traktowane bardzo poważnie przez media głównego nurtu i wykorzystywane przez polityków do uzasadniania wszelkiego rodzaju drakońskich środków „zerowej emisji netto” i tyranii „Zielonego Nowego Ładu”.

Słuchacze „The Corbett Report” wiedzą, że IPCC to oszustwo, że jego raporty oceniające to po prostu puste słowa i że cały proces IPCC był manipulowany od samego początku.

Wiedzą na przykład, że jego „Podsumowanie dla decydentów” – dokument o charakterze wyraźnie politycznym, służący uzasadnieniu różnych działań w zakresie polityki klimatycznej – jest dokumentem negocjowanym, a nie oceną naukową. W rzeczywistości raport naukowy jest przepisywany dopiero po wynegocjowaniu „Podsumowania dla decydentów”, aby zapewnić zgodność ustaleń naukowych z decyzjami dyplomatów.

Jednym z filarów propagandy pesymizmu klimatycznego IPCC są scenariusze RCP (Reprezentatywne Ścieżki Stężeń) – seria modeli prognozujących, jak stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze może wzrosnąć w ciągu następnego stulecia.

Te „ścieżki” przedstawiają różne scenariusze w zależności od tego, w jakim stopniu kraje ograniczą emisje gazów cieplarnianych i wdrożą środki mające na celu wprowadzenie odnawialnych i tzw. „zielonej” energii. Obejmują one od RCP 1.9 – ścieżki, która „ma na celu ograniczenie ocieplenia do poziomu znacznie poniżej 1,5°C, co jest celem Porozumienia Paryskiego” – do RCP 8.5 – ścieżki, która przewiduje „niemal monotonny wzrost emisji do 2100 roku”. RCP 8.5 jest często używany jako „scenariusz najgorszego przypadku” i ma zilustrować, co się stanie, jeśli ludzkość będzie podążać obecną ścieżką – tj. jeśli produkcja gazów cieplarnianych będzie nadal przekraczać 1,5°C. tzn. co się stanie, jeśli nie zaczniemy poświęcać całej cywilizacji rozgniewanym bogom pogody.

Następnie wartości te wykorzystuje się do przewidywania przyszłych globalnych temperatur powierzchni Ziemi.

Innymi słowy, RCP 8.5 to model, na który zawsze powołują się straszyciele, gdy chcą przedstawić przyszłą mapę temperatur w ognistej czerwieni.

Oczywiście, sam proces generowania prognoz temperatury na podstawie tych modeli jest swego rodzaju sztuczką. Opiera się on na wartości zwanej „równowagową wrażliwością klimatu” (ECS), która szacuje długoterminową reakcję ocieplenia na podwojenie stężenia CO₂ w atmosferze.
Jednak nawet IPCC przyznaje, że ECS jest całkowicie arbitralne: „Najlepszego oszacowania równowagowej wrażliwości klimatu nie można obecnie podać, ponieważ nie ma konsensusu co do wartości w różnych ocenianych łańcuchach dowodów i badań”. A zatem: śmieci na wejściu (ECS), śmieci na wyjściu (prognozy temperatury).[shit in – shit out md]

Abstrahując jednak od tego, w jaki sposób modele te przekładają się na szacunki przyszłych temperatur: same modele są wysoce wątpliwe!

„Najgorszy scenariusz” modelu RCP-8.5 jest dyskutowany od lat, a krytycy wskazują, że ten nierealistyczny, fantastyczny scenariusz zawiera całkowicie nieprawdopodobne założenia. Przewiduje on nawet, że ludzkość spali pięć razy więcej węgla w ciągu najbliższego stulecia niż wynosi obecnie znany stan zasobów na całej planecie.

No cóż, krytycy paniki związanej z RCP-8.5 mieli rację!

W kwietniu Geoscientific Model Development opublikował artykuł „The Scenario Model Intercomparison Project for CMIP7 (ScenarioMIP-CMIP7)” na temat prób modelowych przyczyniających się do rozwoju Coupled Model Intercomparison Project (CMIP). Ten wspólny projekt od ponad trzech dekad opracowuje porównania modeli klimatycznych, a jego prace stanowią podstawę prognoz klimatycznych IPCC. Ta nowa publikacja dotyczy prac nad CMIP7, najnowszej fazy tego trwającego projektu, i stwierdza – co kluczowe – że RCP 8.5 stał się „nieprawdopodobny” ze względu na zmiany w polityce klimatycznej i ostatnie trendy emisji.

Teraz pojawiła się o wiele bardziej szczegółowa analiza tej publikacji i jej implikacji (CERES-Science udostępnia ją tutaj), ale w skrócie: RCP 8.5 – model, który był cytowany w tysiącach badań klimatycznych jako najbardziej realistyczna prognoza tego, co stanie się z klimatem Ziemi, jeśli nie połkniemy szalonej pigułki „zerowej emisji netto” – nie będzie już uwzględniany w kolejnym raporcie oceniającym IPCC.

Znaczenia tego wydarzenia nie można przecenić. IPCC i jego siejący strach sojusznicy nie będą już mogli posługiwać się swoim modelem „business-as-usual” do „przewidywania” całkowicie niewiarygodnych scenariuszy katastrofy klimatycznej i wprowadzania w błąd opinii publicznej, by akceptowała coraz bardziej drakońskie, hamujące rozwój cywilizacji środki w imię uniknięcia całkowicie wyimaginowanej katastrofy.

Oczywiście, propagandziści kultu klimatycznego interweniowali, aby ograniczyć szkody w tej sprawie.

Przykładowo „New York Times” chciałby, abyś uwierzył, że „globalne ocieplenie nadal stanowi zagrożenie”, ale jednocześnie przyznaje, że „decyzja o odrzuceniu najgorszego scenariusza rodzi pytania, czy niektóre ryzyka nie zostały przeszacowane”.

A w programie Vox Bryan Walsh niemal na moment uświadamia sobie, że przyznaje: „Nie zawsze wiedziałem – i nie zawsze to przekazywałem – że scenariusz kryjący się za najbardziej apokaliptycznymi, przyciągającymi uwagę odkryciami był w dużej mierze próbą wyobrażenia sobie, jak źle może się potoczyć sytuacja, a nie faktyczną prognozą”. Pomijając jednak całkowitą ignorancję w swojej dziedzinie, Walsh chętnie zapewnia czytelników, że „nawet jeśli udało nam się zapobiec katastrofie, wciąż mamy wiele do zrobienia, aby zapewnić bezpieczniejszą przyszłość”. (Źródło: Trust Me, Dude!)

Ale tu właśnie tkwi sedno sprawy – sedno, które Walsh niemal pojął w chwili olśnienia: nigdy nie chodziło o naukę. Nawet dziennikarze klimatyczni, których jedynym zadaniem było wyjaśnianie tej wiedzy opinii publicznej, tak naprawdę nie znali podstaw naukowych, o których pisali. A gdyby zapytać tysiąc aktywistów klimatycznych, mielibyście szczęście, gdybyście znaleźli choć jednego, który potrafiłby wyjaśnić, czym jest ECS lub co oznacza RCP 8.5.

Nie, nie chodzi tu o naukę. Chodzi o opowiadanie historii.

A najbardziej znacząca zmiana zachodzi na poziomie narracji.

Punkt zwrotny ducha czasu

Era przesadnego alarmizmu klimatycznego rozpoczęła się na dobre w Dniu Ziemi w 1990 roku, w 20. rocznicę sponsorowanego przez ONZ święta „Dnia Ziemi”, ustanowionego w 1970 roku. Pierwotnie zaproponowany w 1969 roku jako „dzień czci Ziemi i idei pokoju”, w 1990 roku Dzień Ziemi stał się pretekstem dla gwiazd Hollywood, takich jak Robin Williams, Christopher Lloyd, Bill Cosby, Candace Bergen i Kermit Żaba, do prowadzenia godzinnych programów propagandowych w telewizji, w których wygłaszali neofeudalnym chłopom wykłady na temat tego, jak ogrzewanie domów i dojazdy do pracy zanieczyszczają Ziemię i rozgniewały bogów pogody.

Ta kampania propagandowa była częścią przygotowań do Szczytu Ziemi Maurice’a Stronga w 1992 roku, który, jak wiedzą reporterzy Corbetta, dał początek Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (UNFCCC) i całej polityce klimatycznej ONZ. UNFCCC stała się swego rodzaju „samo-oblizującym się rożkiem lodów” dla zwolenników klimatu, zapewniając im miejsce spotkań, gdzie mogli roztrząsać najnowsze katastroficzne oświadczenia IPCC i wydawać coraz bardziej złowieszcze ostrzeżenia przed całkowitym wyginięciem planety – chyba że politycy przekażą całą władzę ONZ i przyjmą program „zera netto” (a może „zera absolutnego”?).

Innymi słowy, wszyscy poniżej 50. roku życia spędzili całe swoje świadome życie w cieniu tej kampanii propagandowej. Słyszą te katastroficzne przepowiednie od tak dawna, że ​​trudno im sobie wyobrazić, że jakaś rozpieszczona gwiazda Hollywood czy oderwany od rzeczywistości polityk nie skarci ich za korzystanie z klimatyzacji albo nie zastraszy za lot komercyjny na rodzinne wakacje.

Ale na wypadek, gdybyście nie zauważyli: społeczeństwo stopniowo przestało słuchać nieustannego bełkotu alarmistów ostrzegających przed „kryzysem klimatycznym”. Zamiast tego, w końcu zaczęło kwestionować rzekomo „niepodważalną naukę”, która próbuje przekonać społeczeństwo, że zwierzęta domowe i dzieci szkodzą planecie.

Pierwszy sygnał odrzucenia histerii klimatycznej pojawił się po inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku, kiedy koniec dwudziestoletniego planu Niemiec dotyczącego wycofywania energii jądrowej zbiegł się z poważnymi zakłóceniami w dostawach LNG z Rosji, wywołując kryzys energetyczny. Ludzie w całej Europie i na całym świecie byli świadkami trudnej sytuacji Niemiec i dostrzegli realne konsekwencje ich polityki „zielonej energii”: ubóstwo energetyczne.

Od tego momentu samozwańczy orędownicy celów zerowej emisji netto musieli stawić czoła trudnej walce z coraz bardziej sceptycznym nastawieniem opinii publicznej. W ubiegłym roku doszło do zaskakującego upadku „Net-Zero Banking Alliance” w obliczu ogromnego sprzeciwu społecznego, strategicznego wycofania się BlackRock z inwestycji ESG oraz początku upadku UNFCCC i IPCC.

A teraz, jak wspomniałem we wstępie do dzisiejszego artykułu wstępnego, nawet najbardziej zagorzali obrońcy klimatycznego oszustwa w mediach głównego nurtu – „The New York Times” i „The Guardian” – martwią się o koniec swojego oszustwa związanego z histerią klimatyczną.

W artykule „Demokraci kiedyś przysięgali, że powstrzymają ropę i gaz. Teraz nie są już tacy pewni”, media establishmentu w „New York Timesie” donoszą, że nawet główny nurt polityków Demokratów w USA unika obecnie polityki ery Clintona/Obamy/Bidena, która miała na celu powstrzymanie nowych projektów wiertniczych i rurociągowych dla przemysłu naftowego i gazowego.

W północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych gubernatorzy z ramienia Partii Demokratycznej zaczęli rozważać rozbudowę gazociągów – coś, co kiedyś było nie do pomyślenia w stanach o największej świadomości klimatycznej. Nawet obrońcy klimatu w Kongresie zmienili swoją taktykę, o czym przedstawiciele Kongresu stwierdzili w ostatnich wywiadach. I choć współinicjatorzy Zielonego Nowego Ładu z 2019 roku, senator Ed Markey z Massachusetts i kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez z Nowego Jorku, wciąż zaciekle krytykują przemysł paliw kopalnych, rzadko teraz podkreślają swój niegdyś wpływowy plan mobilizacji amerykańskich przedsiębiorstw w walce ze zmianami klimatu.

W artykule „Większość brytyjskich relacji medialnych na temat czerwcowej fali upałów nie wspomina o kryzysie klimatycznym” coraz bardziej oderwane od rzeczywistości „instytuty prasowe” w „The Guardian” ubolewają, że ich własne próby zmiany dyskursu wokół „kryzysu klimatycznego” przyniosły odwrotny skutek. Pomimo cytowania własnego rzecznika, chwalącego „przełomowe” wysiłki dziennikarskie „The Guardian” – w tym „aktualizację naszego przewodnika stylistycznego, aby uwzględnić terminy takie jak »kryzys klimatyczny« i »globalne ocieplenie«” – skarżą się, że „większość brytyjskich relacji medialnych na temat rekordowej fali upałów w czerwcu nie wspomniała o kryzysie klimatycznym”.

Szaleństwo ery „szaleństwa globalnego ocieplenia” było najwyraźniej widoczne podczas niedawnej fali upałów w Europie, gdy francuscy politycy próbowali zrzucić winę za wzrost temperatur na amerykańskie klimatyzatory… zanim jeszcze obywatele Francji zaczęli masowo instalować klimatyzatory, aby uciec przed upałem.

Ludzie mają dość słuchania, jak bogaci politycy wmawiają im, że muszą żyć w przedindustrialnej nędzy, aby udobruchać rozgniewanych bogów pogody. Nawet jeśli nie wiedzą absolutnie nic o RCP 8.5 ani o pseudonaukowych podstawach, na których zbudowano to klimatyczne oszustwo, przeciętny obywatel jest na tyle mądry, by wiedzieć, że „uznana nauka” wcale nie jest nauką, a „eksperci”, którzy z przekonaniem głoszą, że samochody, zwierzęta domowe i klimatyzatory są przyczyną śmierci cieplnej planety, to ci sami „eksperci”, którzy mówili nam, że ludzkość zostanie zdziesiątkowana, jeśli nie będziemy nosić masek, zachowywać dwumetrowego dystansu i podwijać rękawów, by poddać się eksperymentalnym procedurom genetycznym.

Teraz, gdy czar rzucony na społeczeństwo przez szamanów klimatycznych w końcu został przełamany, pojawia się pytanie: Czy nadszedł czas, by pójść drogą Judith Curry? Czy powinniśmy wszyscy zamknąć nasze blogi o klimacie, ogłosić zwycięstwo i iść naprzód? A może z tej niezwykłej zmiany kulturowej, która zachodzi wokół nas, możemy wyciągnąć głębszą lekcję?

Nasze opinie mają znaczenie

Przede wszystkim, do wszystkich, którzy chcą się ze mną nie zgodzić, mówiąc: „No cóż, właściwie…” i mówić mi, jak naiwny jestem, wierząc, że oszustwo klimatyczne naprawdę się skończyło: proszę, nie traktujcie mnie protekcjonalnie. Prowadzę „The Corbett Report” od prawie dwudziestu lat i doskonale wiem, jak działa psychologiczna manipulacja.

Oczywiście Mark Carney i jego wspólnicy wykorzystają każdą okazję – taką jak obecne pożary lasów w Kanadzie – aby zastraszyć społeczeństwo, aby ponownie uwierzyło w apokalipsę i zaakceptowało coraz bardziej restrykcyjne cele klimatyczne w imię uspokojenia boga ognia.

Naturalnie ONZ będzie starać się uzyskać podstawę prawną do ścigania państw, które nie osiągną swoich celów klimatycznych.

Oczywiście, niektórzy przedstawiciele klasy oligarchów (na przykład Bill Gates) nie podsycają histerii klimatycznej dlatego, że nagle uświadomili sobie błędność swoich działań, ale dlatego, że chcą dostarczyć swoim monstrualnym centrom danych AI jeszcze więcej energii.

Oczywiście zwolennicy Zielonego Nowego Ładu po prostu zaczną wszystko od nowa i przeformułują swój plan zakończenia cywilizacji przemysłowej w świetle najnowszej narracji politycznej – a mianowicie problemu centrów danych AI.

Nie, oczywiście, że działania na rzecz klimatu jeszcze się nie zakończyły.

Ale równie naiwne byłoby wierzyć, że ta zmiana w opinii publicznej nie będzie miała żadnych konsekwencji. Potężni, którzy w ogóle nie powinni istnieć, nie wydali miliardów dolarów i nie poświęcili niezliczonych godzin na skrupulatną indoktrynację opinii publicznej na temat „Człowieka-Misia-Świni”, ponieważ ich opinia nie ma znaczenia. Nie zbudowali całej międzynarodowej, wielomiliardowej, zależnej od klimatu zielonej gospodarki i powiązanych z nią instytucji akademickich, mediów i organizacji pozarządowych, ponieważ planowali po prostu porzucić całą narrację klimatyczną w 2026 roku.

Nie, zbudowali je, ponieważ potrzebują publicznej akceptacji dla tych neofeudalnych metod „zjedz robaki” i „nie posiadaj niczego i bądź szczęśliwy”, aby miały jakiekolwiek szanse na sukces. Ludzie nie będą siedzieć cicho i umierać w swoich coraz bardziej wyczerpanych energetycznie chatach, jeśli nie zostaną nakarmieni narracją o tym, dlaczego umieranie jest nie tylko moralnie cnotliwe dla planety, ale wręcz niezbędne dla samego życia.

A jak właśnie udowadniają Francuzi: gdy tylko opinia publiczna przestanie wierzyć w tę narrację, po prostu przestanie udawać, że jest „sygnalizatorem cnoty” i zacznie montować klimatyzatory, żeby móc żyć w minimalnym komforcie – a politycy mogą iść do diabła.

Cóż, nie, oczywiście, że oszustwo klimatyczne jeszcze nie umarło i nie zostało pogrzebane. Ale w ostatnich latach poniosło ono poważną porażkę. A ponieważ od prawie dwóch dekad intensywnie pracuję nad edukacją społeczeństwa na temat tego oszustwa, z pewnością wybaczycie mi, że poświęcam chwilę na docenienie tego pozytywnego rozwoju sytuacji i przyczynienie się do jego dalszego rozpowszechniania.

Teraz musimy włożyć tyle samo wysiłku, ile włożyliśmy w ujawnienie oszustwa klimatycznego, aby ujawnić wszystkie inne fałszywe narracje wykorzystywane do manipulowania opinią publiczną.

Ludzkość zaczyna zdawać sobie sprawę z oszustw, które ją zniewalają. Pomóżmy jej to zrobić!

Źródło: Oszałamiający upadek oszustwa klimatycznego, udokumentowany

Co wspólnego mają Chopin, Zielony Ład, Mercosur i Hołodomor?

Co wspólnego mają Chopin, Zielony Ład, Mercosur i Hołodomor?

Opublikowano: 17.07.2026

Na naszej „działce numer jeden na globusie”, jak Polskę określa Grzegorz Braun, lato trochę fiksuje. Termometr w cieniu podskoczy prawie pod czterdziestkę, pomęczy parę dni, a potem, jakby się przestraszył, spada do 15°C w dzień, a w nocy do 10°C.

Lipcowym żeglarzom z pierwszej połowy miesiąca na Mazurach „ocieplający się klimat” dał nieźle „w kość”: szalały zimne szkwały, chłostał zimny deszcz i rejsy nie były samą przyjemnością, ale raczej „niedźwiedzim mięsem”.

A jak to bywało niegdyś?

Amantine Lucille Aurore Dupin, urodzona 1 lipca 1804 roku w Paryżu, opisuje upalne lato 1870 roku we Francji. Zapewne nie byłaby zbyt dobrze znana polskiemu czytelnikowi, gdyby nie to, że była kochanką Fryderyka Chopina w latach 1838–1847. Znamy ją pod pseudonimem George Sand.

W 1870 roku miała 66 lat, mieszkała wówczas w Nohant, Chopin nie żył od ponad dwudziestu lat. Oto jak opisuje lato 1870 roku George Sand: „45°C w Nohant w lipcu 1870 roku. Ogromne zmęczenie, zaległości w pracy, rozpaczliwe próby powrotu do zajęć pośród lata, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam, lata, którego nie uważałam za możliwe w naszym umiarkowanym klimacie: dni, gdy termometr w cieniu wskazywał 45 stopni, gdy na dzień 1 lipca nie ostało się ani źdźbło trawy, ani kwiat, drzewa żółkły i gubiły liście, a spieczona ziemia pękała, jakby chciała nas pochłonąć żywcem; lęk, że z dnia na dzień zabraknie wody; strach przed chorobą i nędzą dotykającymi tych wszystkich biednych ludzi – zniechęconych daremnym błaganiem ziemi o plony, których ta uparcie odmawiała ich trudom – rozpacz z powodu zbiorów siana, które praktycznie nie istniały, rozpacz z powodu nędznych zbiorów zboża, fatalnych w tym afrykańskim skwarze, który sprawiał wrażenie końca świata! A do tego plagi, o których nauka sądziła, że je wyeliminowała, a wobec których teraz okazywała się bezsilna: zjadliwa, przerażająca ospa prawdziwa; pożary w okolicznych lasach wznoszące swe złowieszcze słupy ognia na horyzoncie; przerażone wilki szukające schronienia w naszych domach o zmierzchu! A potem gwałtowne burze niszczące wszystko, i zabójczy grad dopełniający dzieła suszy!” [1].

Czytając ten opis, łatwiej znieść tegoroczne upały, ale również budzi się inna refleksja: gdyby tak jakiś przewrotny i inteligentny geszefciarz już wtedy wpadł na to, by ludzie „działali na rzecz klimatu” – mielibyśmy już półtora wieku prac w celu ochłodzenia klimatu! Jak wspaniale mógłby ewoluować taki Zielony Ład, ileż to pieniędzy można by zgarnąć przez ten czas za wydzielany przez mieszkańców Europy dwutlenek węgla! Ile kopalń zamknąć, ilu ludziom zlikwidować miejsca pracy, piece i kominki… Łza się w oku kręci.

Europejczycy w tamtych czasach nie byli jeszcze całkiem „zbetryzowani” [2] i jak ktoś im wchodził w szkodę, potrafili intruza stosownie potraktować czym kto miał pod ręką: z fuzji, szpadą albo widłami. Może dlatego byłoby trudniej lub wręcz niemożliwe taki przekręt przeprowadzić. Dzisiaj namnożyło się różnych „działaczy”, „uzdrawiaczy klimatu”, „ochroniarzy korników w puszczy”, „kontrolerów dobrostanu trzody chlewnej i długości psiego łańcucha” i wszelkiego rodzaju innych pasożytów po jakichś „gas cooking high school” (chodzi o „wyższą szkołę gaztronomii”? – przypis admin WM), niepotrafiących robić niczego pożytecznego, tylko uprzykrzać życie ludziom. Ludzie zaś, obawiając się „służb osłonowych” opłacanych przez polskiego podatnika, zamiast pogonić intruza ze swojego terenu, kulą ogony pod siebie i poddają się jak niewolnicy.

Złodzieje ludzkich pieniędzy, wspomagani przez rządzących, wyciągają z nas rozliczne, coraz cięższe do uniesienia podatki i opłaty. Podpisanie Zielonego Ładu przez Morawieckiego (z akceptacją Kaczyńskiego) spowodowało okradanie Polaków w majestacie unijnych dyrektyw. Kto nie wierzy, niech sprawdzi swoje opłaty za prąd sprzed np. dwóch lat i dzisiaj. U mnie pięcioletnie zestawienie (dla dwóch osób w domu) wygląda tak: 2021 – 1405 PLN; 2022 – 1483 PLN; 2023 – 1421 PLN; 2024 – 1470 PLN; 2025 – 2180 PLN; 2026 – 3271 PLN. Zgadniecie, w którym roku spadł na nas Zielony Ład? Liczba zużytych kWh jest corocznie na rachunku w przybliżeniu ta sama, oprócz tego siedzimy cztery miesiące w roku na działce, gdzie za elektryczność płacimy oddzielnie.

Wiecie teraz, dlaczego (m.in.) nie życzę dobrze ani Naczelnikowi, ani Pinokiowi, mimo że głosowałem na nich przez kolejne lata? Dla mnie to są oszuści, którzy teraz odwrócili marynarki podszewką do góry i udają patriotów – bez Zełenskiego, którego przedwczoraj obcałowywali i obściskiwali. O reszcie p.o. Polaków polityków pod wodzą Oskara nie wspominam, szczególnie z grupy, dla której „polskość to nienormalność”. Żadnego z nich nie było w swoim czasie w Domostawie na odsłonięciu Pomnika Ludobójstwa Wołyńskiego, żaden nie pomógł wspaniałemu rzeźbiarzowi – patriocie Andrzejowi Pityńskiemu, by stworzony przez niego pomnik stanął na należnym mu miejscu w Warszawie lub którymś z większych miast. Teraz, kiedy ktoś przełożył „wajchę” i Zełenski wchodzi w ześlizg po równi pochyłej, pojawiają się w Domostawie ci i owi, by przykleić się do patriotów i uchronić przed utratą swojego miejsca przy żłobie z konfiturami.

Upały upałami, a tymczasem „dyrektywy unijne” przyjmowane przez polityków PO-PiS-u coraz głębiej niszczą polską gospodarkę. Szczególnie dotkliwym stało się przyjęcie przez Polskę w ramach Zielonego Ładu (Naczelnik i Morawiecki!) tak zwanego ETS. Angielskie Emissions Trading System to wprowadzony przez Unię system handlu uprawnieniami do emisji CO2 czyli podatek dla fabryk i elektrowni za to,, że wydzielają dwutlenek węgla. Wynosił on w latach 2017-2018 około 5 USD za tonę CO2 – niewiele, na zachętę. Potem uruchomiono geszeft: „niech cenę 1 tony CO2 określa giełda”.

No i poszło: geszefciarze handlują prawem do tego, ile podatku mają zapłacić kopalnie, fabryki, elektrownie za wydzielony dwutlenek węgla, bez którego nie byłoby na świecie życia. W 2020 roku cena poszła sześciokrotnie w górę, do około 30 USD za tonę. W latach 2021–2022 nastąpił skokowy wzrost z około 30 USD do ponad 80 USD za tonę. Obecnie, w 2026 roku, ceny wahają się w przedziale 60–90 USD za tonę, w zależności od aktualnych przetargów na giełdach. W ten sposób narzucono krajom eurokołchozu podatek od wszystkiego – bo energia potrzebna jest do każdej produkcji – od ziarna zboża i ziemniaka po długopis, samochód pancerny i działo bezodrzutowe. Ten złodziejski haracz to ponad 60% ceny energii, czyli ponad połowa, co powoduje drożyznę wszystkiego.

Równocześnie Unia zawarła umowę „Merkosur” z krajami Ameryki Łacińskiej, gdzie żadne unijne normy nie obowiązują i ETS nie działa. Energia nieopodatkowana tym haraczem pozwala na tańsze wyprodukowanie wszystkiego, szczególnie w rolnictwie, czego umowa dotyczy. Co prawda produkty Mercosuru nie są obciążone restrykcyjnymi normami sanitarno-higienicznymi: żadnymi tam zakazami nastrzykiwania antybiotyków do wołowiny czy innymi eurokołchozowymi wymysłami.

Czy konsumowanie merkosurowych produktów wyjdzie nam na zdrowie, okaże się za jakiś czas. Na pewno na początek zadławią nasze rolnictwo i Polska stanie się zależna od dostaw żywności z zagranicy. Hodowcy przestaną hodować bydło i trzodę chlewną, rolnicy obsiewać pola – bo ich produkty, jako za drogie, nie będą miały zbytu. Żeby zlikwidować hodowlę i rolnictwo, wystarczy rok czy dwa, i zostaniemy na własnej (jeszcze) ziemi bez własnej żywności. A potem, żeby nas zmusić do przejścia w stan kompletnego zniewolenia, wystarczy wstrzymać dostawy.

Słyszeliście o Wielkim Głodzie na Ukrainie? Hołodomor (ukr. „Голодомор”, czyli „głodobójstwo”) wywołały sztucznie komunistyczne władze w latach 1932–1933. Ukraińcy sprzeciwili się kolektywizacji rolnictwa, władze ich ukarały głodem. Różne źródła podają, że liczba ofiar na Ukrainie wynosiła od ponad 3 do 10 milionów ludzi. Przykład dla władz unijnych jest. Polacy to znani w świecie buntownicy, podskoczą – nie dostarczy im się produktów z Merkosuru, swoich nie mają – weźmiemy ich głodem. Trochę wyzdycha („dusza goja pochodzi od zwierzęcia”), część wyjedzie, opustoszeje wieś, grunty będą tak tanie, że tylko brać i wybierać. Tak może skończyć swoje istnienie kraj o ponad tysiącletniej historii zwany Polską, zasiedlą go inni.

Dlatego liczę na Koronę z Braunem, że otrzymawszy stosowną ilość głosów w wyborach, pogoni kłamców u władzy i odbierze Polskę eurokołchozowym komisarzom, którzy wbrew jakiejkolwiek demokracji dokooptowują się na euro-unijne stołki i prowadzą Europę do zagłady, a Polskę skazali na sługusa Ukrainy.

Liczę na Koronę z Braunem, że popierany przez Naród potrafi wyrzucić Unię z Polski i odzyskamy niepodległość. Dzieło i odpowiedzialność wielka, ale stawka to „być albo nie być”. Można spekulować, że ten Braun, ach ten Braun, taki bezczelny, taki kontrowersyjny, taki nie wiadomo co. Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Przyjmując, że jest prawdziwym prorokiem, a nie matrioszką jak różni chodzący dziś w sławie „nasi” politycy, nie ryzykujemy nic, a Polska może wiele zyskać, zawracając z drogi do przepaści. Urszula „Wodęleje” oznajmiła, że Europa oparta jest na wartościach „Talmudu”. Warto zajrzeć, co „Talmud” ma do zaproponowania gojom i co nas czeka [3].

Jasnowidzami posiłkowali się przywódcy większości krajów, królowie i dyktatorzy. Mieli swoich jasnowidzów: Hitler, Stalin, Churchill.

Uwierzmy i my Stefanowi Ossowieckiemu, że: „Najpierw będą władali Polską komuniści, a potem szubrawcy i świnie. Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz”. O tyle łatwiej uwierzyć, że pierwsze dwa człony przepowiedni z 1939 roku już sprawdziły się.

Uwierzmy ojcu Klimuszce, skromnemu franciszkaninowi, zwanemu jasnowidzem z Elbląga: „Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie. Będzie jakaś wojna w Europie, ale to nie przejdzie przez teren Polski. Polsce będą się kłaniać narody Europy… Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym” [4].

Ktoś musi nas tam zaprowadzić.

Amen.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
Źródło: WolneMedia.net

Zachód prowadzi wojnę z zagranicznymi najeźdźcami, a rządy krajów zachodnich walczą z wyimaginowaną „zmianą klimatu”

Rządy zachodnie zagrażają obywatelom Zachodu

Zachód prowadzi wojnę z zagranicznymi najeźdźcami, a rządy krajów zachodnich walczą z wyimaginowaną „zmianą klimatu”.

Autor: JB Shurk, 12 czerwca 2026 r. lewrockwell/western-governments-endanger-western-citizens

Globalna klasa menedżerska, złożona z biurokratów, bankierów, polityków, szefów korporacji i organizacji pozarządowych, jest zdeterminowana, by podsycać chaos i przemoc w krajach zachodnich. W imię walki z wyimaginowanym chochlikiem „zmiany klimatu”, zakazują tanich form energii i popychają nas w stronę systemu śledzenia emisji dwutlenku węgla, który uzasadnia coraz bardziej inwazyjne formy masowej inwigilacji. W imię walki z egzotycznymi pandemiami, usprawiedliwiają masowe lockdowny, cyfrowe waluty banków centralnych i „paszporty szczepionkowe”. Twierdząc, że antropogeniczna „zmiana klimatu” powoduje nowe pandemie i obwiniając zachodnie społeczeństwa uprzemysłowione za powodowanie „zmiany klimatu”, globalna klasa menedżerska upiera się, że kraje zachodnie muszą zaakceptować „uchodźców klimatycznych” w ramach swojej ciągłej pokuty za przeszłe „grzechy” przemysłowe.

To wszystko to propaganda przesiąknięta ekskrementami, podszywająca się pod „naukę” i „cnotę”.

Co gorsza, wszystkie te absurdalne kłamstwa stanowią ciągły atak na narody Zachodu. Zastanówmy się, jak złośliwi są ci globaliści: spędzili co najmniej ostatnie półwiecze na straszeniu dzieci, wmawiając im, że nowoczesny przemysł nieuchronnie niszczy planetę. Jesteśmy zalewani masową histerią o „globalnym ociepleniu/ochłodzeniu/zmianach klimatu/ekstremalnych zjawiskach pogodowych” przez tak długi czas, że nie zdajemy sobie już sprawy, jak nikczemni są ci faszystowsko-ekologiczni, zwariowani propagandziści.

Gdyby obcy człowiek pojawił się w naszych domach, uciekł z naszymi dziećmi i spędził kolejne piętnaście lat, wmawiając im, że świat się kończy, bylibyśmy przerażeni. Nazwalibyśmy porywaczy „pedofilami” i „potworami”. Zrobilibyśmy wszystko, co w naszej mocy, by uleczyć umysły naszych dzieci.

Jednak w szkołach podstawowych w Kanadzie, Australii, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i całej Unii Europejskiej małe dzieci są uczone wierzyć w kłamstwo, że innowacyjność, produktywność, bogactwo materialne i przemysł to trucizny, które je wszystkie zabiją. To szaleństwo. A jeszcze większym szaleństwem jest to, że na to pozwalamy.

Oszustwo związane ze „zmianą klimatu” to wielki biznes. Kapitalizm kolesiowski działa najlepiej, gdy autorytarne rządy nakazują wszystkim zakup wiatraków, paneli słonecznych, energooszczędnych urządzeń  tego typu , urządzeń o zerowej emisji netto  tamtego . Kiedy politycy i biurokraci sprawiają, że produkcja czegokolwiek dla małych firm staje się horrendalnie droga, wielki biznes uzyskuje regulowany przez rząd monopol na całe sektory przemysłu. Te korporacyjne monopole oddają część łupów politykom, regulatorom i organizacjom pozarządowym, a wszyscy spiskowcy, którzy chcą zarabiać pieniądze, pozostają bogaci i szczęśliwi.

Kto traci? Przegrywa wolny rynek. Skoro tylko wielkie korporacje mogą sobie pozwolić na produkcję, innowacyjność w Europie przypomina tę w Afryce. Zwykli obywatele tracą, ponieważ skutecznie uniemożliwia im się wykorzystanie potencjału intelektualnego i siły fizycznej do tworzenia i sprzedaży nowych rzeczy, które generują dochód, kapitał i mobilność społeczną. Społeczeństwo traci, ponieważ rynek idei przekształca się w centralnie zarządzany kartel zarządzany przez kilka międzynarodowych domów inwestycyjnych.

Kto wygrywa? Wygrywa globalna klasa menedżerska.

Wszyscy ci centralni menedżerowie, którzy są zobowiązani do śledzenia i śledzenia każdego naszego ruchu i myśli, zależą od globalnego systemu, który przekształca istoty ludzkie oparte na węglu, wydychające cząsteczki związane z węglem z każdym oddechem, w jednostki rozliczeniowe, którymi należy zarządzać, programować i kontrolować w ramach niewypowiedzianej umowy społecznej globalizmu narzuconej obywatelom za „przywilej” życia. Komuniści, faszyści i różni podli autorytarni przywódcy z całego świata zjednoczyli się pod sztandarami inicjatyw „zerowej emisji netto” i wezwań do „ratowania planety”, ponieważ „ratowanie planety” daje im pretekst do monitorowania, karania, a nawet  eliminowania .

W końcu, jak „egoistycznym” musi być ktoś, by wierzyć, że jego pragnienia i potrzeby są ważniejsze niż „uratowanie planety” przed zniszczeniem? Totalitaryzm czerpie siłę z baśni, które uczą wartości pracy dla „większego dobra”, a każda z tych baśni jest z natury mordercza. Dla dobra „kolektywu” fanatycy „zielonego nowego ładu” wierzą, że  niektórzy ludzie muszą umrzeć!   To nie oni zgłoszą się na ochotnika do skoku do wulkanu ani nie dadzą się złożyć w ofierze w świątyni Majów. To oni wybiorą „niewiernych” do nadchodzącego rozlewu krwi „na zero emisji netto”.

A ta rzeź już się rozpoczęła! Jak u licha zdrowa osoba mogłaby usprawiedliwić przesiedlenie milionów mężczyzn w wieku poborowym z piekielnych otchłani Trzeciego Świata do rozwiniętych krajów Zachodu?

Nic w masowej migracji nie ma sensu, jeśli celem jest wzmocnienie państw przyjmujących. Ludzie zrzucani do Stanów Zjednoczonych i Europy nie mają żadnych umiejętności ani wykształcenia. Nie mówią po angielsku, francusku, szwedzku, duńsku, polsku, włosku, hiszpańsku ani niemiecku. Nie interesuje ich nauka tych języków. Nie interesuje ich asymilacja. Wolą przejmować historyczne wioski, oblewać szkoły, zamieniać kościoły chrześcijańskie w meczety, przekształcać sklepy w centrach miast w obce enklawy i centra czarnego rynku, gwałcić miejscowych i drenować finansowaną z podatków sieć zabezpieczeń społecznych. Tak jak pasożyty żerują na osłabionych żywicielach, aż w końcu ich zabijają, tak najeźdźcze armie obcych obywateli pożerają osłabione państwa Zachodu, aż zadają im ostateczny cios.

Oczywiście, nic z tego nie jest „politycznie poprawne”, gdy się to mówi na głos. Nasza globalna klasa menedżerska spędziła ostatnie trzydzieści lat wbijając nam do głowy nonsensowny refren: „Różnorodność jest naszą siłą!”. „Multikulturalizm” – równoczesne istnienie wielu różnych kultur – ma być lepszy od jakiejkolwiek pojedynczej kultury. Jak to ma sens? Czy generałowi łatwiej dowodzić wojskami, jeśli wszyscy żołnierze mówią różnymi językami? Czy mniejsze jest ryzyko buntu na okręcie wojennym, jeśli każdy marynarz wyznaje inne zwyczaje? Czy świątynia religijna spełnia swoją rolę, jeśli wszyscy jej członkowie modlą się do różnych bogów? Oczywiście, że nie. Bez wspólnych więzi kulturowych ludzie rzadko dobrze ze sobą współpracują.

Dlaczego zatem kraje zachodnie miałyby być przekształcane w mekki multikulturalizmu? Dlaczego racjonalna osoba miałaby świętować przekształcenie europejskich i amerykańskich miast w „strefy zamknięte”, gdzie plemiona różnych narodów walczą ze sobą o władzę i pozycję? Dlaczego zachodnie partie polityczne domagają się masowej amnestii dla milionów cudzoziemców? Jaki sens ma to wszystko, jeśli nie ma na celu zniszczenia poszczególnych krajów zachodnich?

A jeśli państwa zachodnie są atakowane, czyż nie wydaje się rozsądne, aby obywatele Zachodu przygotowali się do obrony? Wiceprezydent Vance  uważa, że  ​​mieszkańcy Zachodu powinni właśnie to zrobić. Po tym, jak człowiek z obcej kultury brutalnie  zamordował  brytyjskiego studenta Henry’ego Nowaka, Vance  potępił  świadomy wybór władz, by poświęcić rodzimego syna na ołtarzu wymuszonej „różnorodności”:

Henry Nowak zginął tak, jak umiera cywilizacja: porzucony, skuty kajdankami przez władze, które mu nie ufały ani się o niego nie troszczyły, i oskarżony o zbrodnie z nienawiści, których nie popełnił. Jego morderstwo jest równie tragiczne, co wściekłe. Powinien żyć i żyłby, gdyby ostatnie pokolenia europejskich elit przeciwstawiły się polityce nienawiści do samego siebie i masowej inwazji migrantów, z których wielu gardzi Zachodem i ludźmi, którzy go kochają. Henry nie był pierwszym, który tak niepotrzebnie stracił życie i obawiam się, że nie będzie ostatnim. Za każdym razem, gdy traci się życie takie jak jego, właściwą reakcją – jedyną reakcją – jest sprawiedliwy gniew.

W ciągu tygodnia od skazania mordercy Nowaka, czterech  afgańskich migrantów  stanęło przed sądem w Bristolu za gwałt na siedemnastolatce, w Manchesterze doszło do masowego ataku nożem, a obywatel Sudanu usiłował ściąć  głowę Irlandczykowi  w Belfaście.

Czy brytyjski rząd nadal twierdzi, że „różnorodność jest naszą siłą”? Oczywiście, że tak. Zamiast obwiniać obcokrajowców za mordowanie obywateli brytyjskich, brytyjski establishment obwinia  obywateli  brytyjskich za to, że zauważyli, że ich kraj jest atakowany.

Zachód jest w stanie wojny z zagranicznymi najeźdźcami, a zachodnie rządy walczą z wyimaginowaną „zmianą klimatu”. Nowi przywódcy Zachodu muszą przejąć władzę, zanim Zachód przestanie istnieć.

Artykuł pierwotnie opublikowano w American Thinker.

ONZ odwołuje klimatyczny koniec świata. Czy „ONI” oddadzą ludziom biliony?

ONZ odwołuje koniec świata. Kto odda ludziom biliony?

neon24/onz-odwoluje-koniec-swiata-kto-odda-ludziom-biliony

Skrajne scenariusze emisyjne, zostały oficjalnie usunięte jako „niemożliwe”. Nie „mało prawdopodobne”. Nie „przesadzone”. Po prostu – niemożliwe.

========================

W kwietniu 2026 roku Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu – ten sam, który przez dekady dyktował ton globalnej panice – ogłosił coś, co jeszcze niedawno uchodziłoby za herezję godną stosu. Skrajne scenariusze emisyjne RCP8.5, SSP5-8.5 i SSP3-7.0, te same, na których budowano ETS-y, zakazy pieców, dyrektywy budynkowe, strefy czystego transportu i biliony euro w „zielonych” transferach, zostały oficjalnie usunięte jako „niemożliwe”. Nie „mało prawdopodobne”. Nie „przesadzone”. Po prostu – niemożliwe.

Paweł Usiądek napisał na X to, co wielu myślało, ale mało kto ośmielił się powiedzieć tak elegancko: „ONZ odwołuje koniec świata”. I nagle cała katedra klimatycznej pewności siebie zaczęła się chwiać jak wieża z piasku. Bo to nie jakiś „klimato-sceptyk z piwnicy” ogłosił fiasko. To sami kapłani modelu przyznali, że fundament, na którym przez dwie dekady wznosili politykę, podatki i moralny szantaż, był z kartonu.

Przez kilkanaście lat obywatelom Zachodu – a zwłaszcza tym w Europie, którzy jeszcze pamiętają, co to znaczy rachunek za prąd – tłumaczono, że planeta płonie, ludzkość stoi nad przepaścią, a jedynym ratunkiem jest oddanie coraz większej kontroli państwom, bankom centralnym, urzędnikom klimatycznym i samozwańczym kapłanom „zielonego zbawienia”. Dziecko miało czuć winę za oddychanie. Rolnik – za krowę. Kierowca diesla – za to, że śmie jeździć do pracy. Natomiast miliarder przelatujący prywatnym odrzutowcem na szczyt w Davos był, rzecz jasna, „bohaterem planety”.

Absurd osiągnął poziom kabaretu finansowanego z naszych podatków.

A teraz? Cisza. Nie ma alarmowych pasków w telewizjach. Nie ma Greta-mode-on. Nie ma przyklejania się do asfaltu ani dramatycznych okładek o końcu cywilizacji. Bo problem polega na tym, że klimat nadal się zmienia – jak zmieniał się od milionów lat – ale propaganda właśnie zaczęła się kompromitować wprost na oczach publiczności.

Nikt rozsądny nigdy nie negował zmian klimatu. Były epoki lodowcowe. Były okresy, gdy na Spitsbergenie rosły palmy. Problemem nie była obserwacja. Problemem było dogmatyczne wmawianie, że:
człowiek jest głównym sprawcą,
– modele są nieomylne,
– bez natychmiastowej transformacji czeka nas apokalipsa,
– a społeczeństwa muszą się podporządkować „nauce”.

Czyli de facto – polityce sprzedawanej pod etykietą nauki.

Klimat przestał być nauką. Stał się eko-religią XXI wieku. Mieliśmy proroków, rytuały, dogmaty, heretyków i – co najważniejsze – poczucie winy na skalę industrialną. I oczywiście gigantyczny rynek: banki zarabiały, fundusze zarabiały, korporacje dostawały subsydia, a zwykły człowiek płacił. Za piec. Za samochód. Za prąd. Za „ślad węglowy”. Za samo istnienie.

Wszystko na podstawie scenariuszy, które dziś same instytucje klimatyczne uznają za nierealistyczne.

Gdzie są dziś ekoterroryści? Jeszcze wczoraj krzyczeli: „zostało dwanaście lat!”, „świat się kończy!”, „ludzkość wymrze!”. Dziś nagle okazuje się, że modele były „przesadzone”, prognozy „zbyt skrajne”, a rzeczywistość – cóż za zaskoczenie – bardziej złożona. I co teraz?

Kto odda społeczeństwom biliony euro?
Kto odpowie za niszczenie przemysłu?
Kto za podnoszenie kosztów życia?
Kto za ideologiczne pranie mózgów dzieci w szkołach?

Czy zobaczymy komisje śledcze? Procesy? Audyt transferów? A może wszystko zostanie zamiecione pod dywan, a ci sami eksperci po prostu ogłoszą nowy kryzys – tym razem wymagający jeszcze większej kontroli i jeszcze wyższych podatków?

Największy problem elit nie leży dziś w temperaturze. Oni boją się utraty wiarygodności. Bo jeśli społeczeństwa wreszcie zrozumieją, że przez lata zarządzano nimi poprzez strach, emocjonalny szantaż, selekcję informacji i moralną presję, to runie coś znacznie ważniejszego niż polityka klimatyczna.

Runie wiara, że „eksperci” i „globalne instytucje” działają w interesie zwykłych ludzi.

A wtedy cały mechanizm zarządzania kryzysowego – oparty na permanentnym poczuciu zagrożenia – straci swoją najskuteczniejszą broń: społeczne posłuszeństwo.

I właśnie dlatego cisza jest tak ogłuszająca. Bo gdy koniec świata zostaje oficjalnie odwołany, ktoś musi w końcu zapłacić rachunek.

Tylko kto?


Wojna z Iranem przekształca zmiany klimatyczne w „stan zagrożenia bezpieczeństwa narodowego”

Wojna z Iranem przekształca zmiany klimatyczne w „stan zagrożenia bezpieczeństwa narodowego”

IEA Report: 10 “Emergency Measures” straight from the Great Reset playbook, Kit Knightly, Mar 25, 2026

Autor: Kit Knightly,

wpisał: AlterCabrio, 26 marca 2026

Chodzi jednak o coś więcej niż tylko promowanie odnawialnych źródeł energii. Celem jest określenie wojny w Iranie mianem „wojny przez zmiany klimatyczne”, konfliktu, który był nieunikniony z powodu naszego nadmiernego uzależnienia od paliw kopalnych i coraz bardziej niestabilnego klimatu, który sprawia, że ​​ludzie są zdesperowani.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Grafika: AI

„A nie mówiliśmy?!” – wojna z Iranem przekształca zmiany klimatyczne w „stan zagrożenia bezpieczeństwa narodowego”

W zeszłym miesiącu, kilka godzin po rozpoczęciu „Operacji Epic Fury”, pisałem, że ta wojna znów będzie dotyczyć zmian klimatycznych

Na tej podstawie niemal na pewno pojawi się narracja dotycząca zmian klimatu/odnawialnych źródeł energii, w której twierdzi się, że cena ropy naftowej jest „zbyt zmienna”, a nasze uzależnienie od paliw kopalnych „powoduje śmierć i zniszczenie”, a zmiany klimatu stanowią „międzynarodowe zagrożenie bezpieczeństwa”.

Był to, bez zbędnej zarozumiałości, dość bezpieczny zakład, ale prasa nie traciła czasu, aby udowodnić, że jest on słuszny.

A teraz Sekretarz Generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych podkreśla ten fakt:

https://platform.twitter.com/embed/Tweet.html?creatorScreenName=CzarnaLimuzyna&dnt=false&embedId=twitter-widget-0&features=eyJ0ZndfdGltZWxpbmVfbGlzdCI6eyJidWNrZXQiOltdLCJ2ZXJzaW9uIjpudWxsfSwidGZ3X2ZvbGxvd2VyX2NvdW50X3N1bnNldCI6eyJidWNrZXQiOnRydWUsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdHdlZXRfZWRpdF9iYWNrZW5kIjp7ImJ1Y2tldCI6Im9uIiwidmVyc2lvbiI6bnVsbH0sInRmd19yZWZzcmNfc2Vzc2lvbiI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfZm9zbnJfc29mdF9pbnRlcnZlbnRpb25zX2VuYWJsZWQiOnsiYnVja2V0Ijoib24iLCJ2ZXJzaW9uIjpudWxsfSwidGZ3X21peGVkX21lZGlhXzE1ODk3Ijp7ImJ1Y2tldCI6InRyZWF0bWVudCIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfZXhwZXJpbWVudHNfY29va2llX2V4cGlyYXRpb24iOnsiYnVja2V0IjoxMjA5NjAwLCJ2ZXJzaW9uIjpudWxsfSwidGZ3X3Nob3dfYmlyZHdhdGNoX3Bpdm90c19lbmFibGVkIjp7ImJ1Y2tldCI6Im9uIiwidmVyc2lvbiI6bnVsbH0sInRmd19kdXBsaWNhdGVfc2NyaWJlc190b19zZXR0aW5ncyI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdXNlX3Byb2ZpbGVfaW1hZ2Vfc2hhcGVfZW5hYmxlZCI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdmlkZW9faGxzX2R5bmFtaWNfbWFuaWZlc3RzXzE1MDgyIjp7ImJ1Y2tldCI6InRydWVfYml0cmF0ZSIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfbGVnYWN5X3RpbWVsaW5lX3N1bnNldCI6eyJidWNrZXQiOnRydWUsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdHdlZXRfZWRpdF9mcm9udGVuZCI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9fQ%3D%3D&frame=false&hideCard=false&hideThread=false&id=2036082613958627511&lang=pl&origin=https%3A%2F%2Fekspedyt.org%2F2026%2F03%2F26%2Fwojna-z-iranem-przeksztalca-zmiany-klimatyczne-w-stan-zagrozenia-bezpieczenstwa-narodowego%2F&sessionId=26a608afdc54d006bddbb4432b4e14b23d4b6a68&siteScreenName=CzarnaLimuzyna&theme=light&widgetsVersion=2615f7e52b7e0%3A1702314776716&width=550px

Program na rzecz energii odnawialnej stał się od razu jasny, a tysiące zupełnie pozbawionych oryginalności osób twierdziło, że „w cieśninie Ormuz nie ma żadnych paneli słonecznych” i wygłaszało wariacje na ten temat.

Pojawiły się dziesiątki nagłówków obwiniających za wojnę bezpośrednio ropę i nasze „uzależnienie” od paliw kopalnych. Co zabawne, to, co było podtekstem w 2003 roku, w 2026 roku jest już oczywiste.

Chodzi jednak o coś więcej niż tylko promowanie odnawialnych źródeł energii. Celem jest określenie wojny w Iranie mianem „wojny przez zmiany klimatyczne”, konfliktu, który był nieunikniony z powodu naszego nadmiernego uzależnienia od paliw kopalnych i coraz bardziej niestabilnego klimatu, który sprawia, że ​​ludzie są zdesperowani.

A skoro już ustaliliśmy, że zmiana klimatu jest bezpośrednią przyczyną wybuchów wojen, to już tylko krok dzieli nas od bezpośredniego powiązania „zmian klimatycznych” z „bezpieczeństwem narodowym”.

Jak pisałem na Twitterze/X, to coś więcej niż tylko semantyka. Tak jak łączenie „zmian klimatycznych” z „pandemiami” czyni ją problemem zdrowia publicznego, tak łączenie jej z wojną czyni ją problemem bezpieczeństwa narodowego. Propaganda skojarzeń i definicji ma implikacje prawne.

Dyskusja zatem nadal wymusza skojarzenie.

Światowe Forum Ekonomiczne opublikowało kilka dni temu krótki film zatytułowany „Jak zmiana klimatu staje się globalnym problemem bezpieczeństwa”.

Greenpeace publikuje artykuły, w których przekonuje, że przejście na energię odnawialną „należy rozumieć jako strategię bezpieczeństwa i odporności”.

George Monbiot pisze w „Guardianie”, że „te dwa kryzysy – polityczny i środowiskowy – są jednym. Musimy postawić się na pozycji antywojennej z takim samym zapałem, z jakim narody tradycyjnie stawiały się na pozycji wojennej: wdrożyć program awaryjny, aby wyeliminować paliwa kopalne z naszego życia”.

Potrzeba „ścieżki wojennej” do przeforsowania „strategii bezpieczeństwa” polegającej na pilnym przejściu na „zieloną” energię skutkowałaby przekazaniem ogromnych kwot „finansów awaryjnych” z rąk publicznych do prywatnych.

Gdzie indziej naukowcy publikują prace przewidujące „wojny klimatyczne”, w których powołują się na zmieniający się klimat jako „mnożnik siły” napędzający niedobory wody i masowe migracje. Problemy te mogą prowadzić do wybuchów przemocy; zatem, jak głosi narracja, zmiana klimatu jest początkiem wojen.

Australijskie raporty rządowe określają dezinformację na temat klimatu jako „zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”.

Jeśli zmiany klimatyczne stanowią problem bezpieczeństwa narodowego, to czy „negowanie” klimatu staje się buntem? A może zdradą? Czy wymaga to kary? A może cenzury? Racjonowanie żywności sprawdziło się podczas II wojny światowej, czy sprawdzi się również podczas klimatycznej wojny światowej?

Ostatecznie, gdy zmiana klimatu stanie się zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego – lub międzynarodowego – rządy będą mogły powołać się na nadzwyczajne uprawnienia wojenne, aby sobie z nią poradzić. I tak właśnie zrobią.

_________________

“Called It!” – Iran War turning Climate Change into a “national security emergency”, Kit Knightly, Mar 24, 2026

BONUS:

Raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej: 10 „środków nadzwyczajnych” żywcem wyjętych z podręcznika Wielkiego Resetu

Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) właśnie opublikowała nowy raport, w którym twierdzi, że wskazano dziesięć „środków po stronie popytu” [demand-side measures], które „złagodzą skutki gospodarcze wojny na Bliskim Wschodzie”.

Dokument nosi tytuł „Ochrona przed wstrząsami naftowymi” i teoretycznie ma na celu „złagodzenie presji cen ropy naftowej na konsumentów”, ale czyta się go jak stronę żywcem wyjętą z podręcznika Wielkiego Resetu.

Wśród dziesięciu rekomendacji znalazły się stare, ulubione rozwiązania, takie jak praca z domu, ograniczenie podróży lotniczych, a nawet wycofanie kuchenek gazowych…

…skierowane działania mogą złagodzić presję na paliwa, których dostępność jest szczególnie ograniczona. Ograniczenie podróży lotniczych tam, gdzie istnieją alternatywy, może znacząco obniżyć popyt na paliwo lotnicze. Działania mające na celu przeniesienie wykorzystania LPG z transportu na podstawowe zastosowania, takie jak gotowanie, mogą pomóc chronić wrażliwe gospodarstwa domowe. Jednocześnie, zachęcanie do korzystania z alternatywnych, czystych rozwiązań w zakresie gotowania, tam gdzie to możliwe, może zmniejszyć uzależnienie od LPG i zapobiec powrotowi do bardziej zanieczyszczających środowisko paliw, które szkodzą zdrowiu ludzi.

Pełna treść ich rekomendacji brzmi…

  1. W miarę możliwości pracuj z domu.
    .
  2. Zmniejsz limity prędkości na autostradach o co najmniej 10 km/h
    .
  3. Zachęcaj do korzystania z transportu publicznego
    .
  4. Zróżnicuj dostęp samochodów prywatnych do dróg w dużych miastach w różne dni
    .
  5. Zwiększ udział współdzielonych samochodów [car sharing] i wprowadź efektywne praktyki jazdy
    .
  6. Stosuj efektywną jazdę pojazdami użytkowymi i dostawczymi
    .
  7. Przekieruj wykorzystanie LPG z transportu
    .
  8. Unikaj podróży lotniczych, jeśli istnieją alternatywne opcje
    .
  9. Jeśli to możliwe, przejdź na inne, nowoczesne metody gotowania
    .
  10. Wykorzystuj efektywnie elastyczność w zakresie surowców petrochemicznych i wdroż krótkoterminowe środki zwiększające wydajność i konserwację

Jeśli wiele z nich brzmi znajomo, to dlatego, że zostały zasugerowane jako część „Lockdownów klimatycznych” , tych całkowicie wyimaginowanych rzeczy, które wymyślili teoretycy spiskowi.

Przyjrzyjmy się bliżej pewnej parze.

Numer 4 jest szczególnie fascynujący. Co dokładnie oznacza „Zróżnicuj dostęp samochodów prywatnych do dróg w dużych miastach w różne dni”? Bo na pierwszy rzut oka nie wygląda to na poprawną angielszczyznę.

W raporcie wyjaśniono:

Prywatne pojazdy mogą wjeżdżać do wyznaczonych stref w dużych miastach tylko w określone dni, na podstawie numeru rejestracyjnego. Pojazdy z nieparzystymi numerami rejestracyjnymi mają do nich dostęp w inne dni robocze niż te z parzystymi. Ten środek zmniejsza korki uliczne, pracę silnika na biegu jałowym i zużycie paliwa podczas jazdy z częstym zatrzymywaniem się i ruszaniem. Zmniejsza również lokalne zanieczyszczenie powietrza i poprawia atrakcyjność centrum miasta dla rowerzystów i pieszych.

…ale co ciekawe, nie wyjaśnia w jaki sposób miałoby to być egzekwowane.

Wymagałoby to zainstalowania monitoringu CCTV z technologią automatycznego rozpoznawania tablic rejestracyjnych (ANPR) w celu skanowania całego ruchu, a prawdopodobnie także automatycznego wystawiania mandatów każdemu, kto w czwartek odważy się prowadzić samochód z parzystym numerem.

To pomysł zaczerpnięty z planów „15-minutowych miast”.

Numer 5 rekomenduje „zwiększenie współdzielenia samochodów”, co raczej nawiązuje do apeli o zakończenie prywatnej własności samochodów, prawda? To polityka, którą Światowe Forum Ekonomiczne promuje od dziesięciu lat.

Jest i punkt 8: „Unikaj podróży lotniczych, jeśli istnieją alternatywne opcje”, punkt 1: „Pracuj z domu, jeśli to możliwe” oraz punkt 9: „przejdź na nowoczesne metody gotowania”.

Żadna z nich nie jest nową polityką ani oryginalnym pomysłem; wszystkie istniały już wcześniej jako proponowane rozwiązania zupełnie różnych problemów.

W części uzupełniającej zatytułowanej „Ukierunkowane wsparcie konsumenckie” zaproponowano wypłatę dodatkowych świadczeń gospodarstwom domowym o niskich dochodach w celu pokrycia rachunków za energię (coś w rodzaju prototypu dochodu gwarantowanego), a także zwiększenie popularności pojazdów elektrycznych i zastąpienie starych systemów grzewczych pompami ciepła.

Krótko mówiąc, mamy tu do czynienia z „lockdownem klimatycznym” pod inną nazwą. Być może próbą generalną.

To powinno położyć kres dyskusji w przypadku każdego, kto nie jest przekonany, że wojna w Iranie jest wykorzystywana do przeforsowania dobrze znanego programu „Wielkiego Resetu”.

A na wypadek, gdybyście nie widzieli, co się wydarzy, pamiętacie (całkowicie fałszywe) doniesienia o „odradzaniu się natury” podczas lockdownów związanych z covid-19?

A to właśnie nastąpi.

Poddano nas tym środkom w ramach „systemu zarządzania kryzysowego”, a potem – co szokujące – powiedziano nam, że to naprawdę pomogło środowisku, zmniejszyło zanieczyszczenie i emisję CO2, spowolniło ocieplenie i… cokolwiek jeszcze chcą powiedzieć.

Rzeczywistość ich nie ogranicza. To jest zaleta zmyślania.

Po raz kolejny każą nam uwierzyć, że całkowitym zbiegiem okoliczności to, co musimy zrobić, to jest to, co wszystkie rządy na Ziemi chciały zrobić.

Naprawdę szokujące, jak często się to zdarza.

________________

IEA Report: 10 “Emergency Measures” straight from the Great Reset playbook, Kit Knightly, Mar 25, 2026

Warto porównać:

Lockdowny? To jeszcze nie koniec…
Wygląda na to, że w zamian zostaną przemianowane na „lockdowny klimatyczne” i albo wymuszane, albo po prostu groźnie trzymane nad głową społeczeństwa. − ♦ − W ramach „lockdownu klimatycznego” rządy […]

Mróz i śnieg. Dzięki czemu przetrwaliśmy ostatnią zimę?

Mróz i śnieg. Dzięki czemu przetrwaliśmy ostatnią zimę?

27.02.2026 Miroslaw Gajer nczas/mroz-i-snieg-dzieki-czemu-przetrwalismy-ostatnia-zime

Termometr. Temperatura. Zima. Mróz.
NCZAS.INFO | Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

Po kilkunastoletniej przerwie zawitała wreszcie do naszego kraju, jak to drzewiej bywało, prawdziwie solidna i mroźna zima. Fakt ten przeczy w oczywisty sposób tezom głoszonym wszem i wobec przez różnorodnych klimatystów, ponieważ według nich narastający w tempie około 2 ppm rocznie poziom dwutlenku węgla w ziemskiej atmosferze powinien powodować, że każda kolejna zima powinna być już nieco cieplejsza od poprzedniej, skoro dwutlenek węgla według powszechnie głoszonego przez nich dogmatu o charakterze wręcz religijnym jest tutaj czynnikiem absolutnie dominującym, niwelującym całkowicie wpływ wszelkich pozostałych czynników.

Natomiast w ostatnim czasie w sposób empiryczny mieliśmy właśnie okazję przekonać się, że to nie prawda (bądź mówiąc bardziej dosadnie, według ks. prof. Tischnera mamy w tym wypadku do czynienia z trzecią kategorią prawdy…), co świadczy o tym, że temperatura atmosfery ziemskiej zależy od bardzo wielu czynników, a sam dwutlenek węgla jest tylko jednym z elementów znacznie większej i zapewne o wiele bardziej skomplikowanej układanki i z całą pewnością w żadnym wypadku nie jest jej elementem najważniejszym.

Jednak gdyby nawet i z tym dwutlenkiem węgla było w ogóle cokolwiek na rzeczy, to warto zauważyć, że antropogeniczna emisja CO2 stanowi zaledwie około 4 proc. całkowitej naturalnej emisji tego gazu cieplarnianego. Tymczasem wkład Unii Europejskiej do antropogenicznej emisji CO2 stanowi jedynie około 7 proc. [z tych 4%.. md] Wypływa stąd istotny wniosek, że emisja CO2 przez Unię Europejską stanowi jedynie niecałe 3 promile jego emisji naturalnej, wywołanej głównie przez procesy związane z oddychaniem organizmów żywych, a zwłaszcza jednokomórkowych bakterii i grzybów, które nieustannie rozkładają na czynniki pierwsze martwe szczątki organizmów żywych.

Zresztą spora część szczątków roślinnych trafia i tak ostatecznie do wilgotnej gleby bądź na dno zbiorników wodnych, gdzie nieustannie zachodzą procesy gnilne, w wyniku których zawarty w nich węgiel zostaje uwięziony w tworzącej się warstwie próchnicy bądź torfu. [A ogromną większość CO2 z atmosfery pochłaniają oceany. md] Tak czy inaczej, jego naturalny bilans krążenia w przyrodzie jest zdecydowanie ujemny, a dopiero eksploatacja surowców kopalnych sprawiła, że uwięziony przez miliony lat pod ziemią węgiel mógł ponownie zostać włączony w naturalny obieg w przyrodzie.

Warto także wiedzieć, że w samej tylko epoce trzeciorzędu jego stężenie spadło z ponad 1000 ppm do około 400 ppm, a następnie w czwartorzędzie, w którym obecnie żyjemy, zmniejszyło się do zaledwie 280 ppm i gdyby w ten sposób nadal malało, osiągając wartość 150 ppm, to nieuchronnie nastąpiłaby śmierć roślin i w efekcie koniec życia na Ziemi, ponieważ w ten sposób przerwane zostałyby wszelkie łańcuchy pokarmowe (no może przetrwałby jakieś prymitywne beztlenowe bakterie).

Czy zatem, będąc w pełni władz umysłowych, ktoś może nadal twierdzić, że zmniejszenie ogólnej światowej emisji CO2 o zaledwie niecałe 3 promile, w wyniku wprowadzania w Unii Europejskiej Zielonego Ładu, może przynieść jakikolwiek pozytywny skutek?

Wręcz przeciwnie, ostateczny efekt osiągnięcia przez Unię Europejską założonej zeroemisyjności będzie całkowicie niezauważalny i absolutnie niemierzalny. Samotna walka Unii Europejskiej z dwutlenkiem węgla pozbawiona jest obecnie jakiegokolwiek sensu, skoro wydobycie węgla na świecie sięga już 9 miliardów ton, USA planują w przyszłości istotnie zwiększyć jego wydobycie, a same tylko Chiny wydobywają go prawie 5 miliardów ton i zapewne śmieją się głośno z Unii Europejskiej, na której zbijają obecnie niezły interes, będąc producentem około 80 proc. wytwarzanych na świecie paneli fotowoltaicznych i 75 proc. akumulatorów litowych, na które to produkty znalazły sobie świetny rynek zbytu w zarażonej zieloną ideologią naszej części świata.

Warto także zdawać sobie sprawę z faktu, że wprowadzenie w Unii Europejskiej mitycznej zeroemisyjności poprzez dosłowne zaoranie, zniszczenie istniejącego na jej terytorium przemysłu, energetyki, górnictwa, transportu i rolnictwa ostatecznie spowoduje, że gros tego rodzaju działalności przeniesie się po prostu w inne rejony świata, a takie Chiny, Indie, Indonezja czy Wietnam zapewne tylko na to czekają. Zatem wspomniana światowa redukcja emisji dwutlenku węgla w rzeczywistości nie będzie wynosiła wspomnianych niecałych trzech promili jego podaży naturalnej, tylko będzie to znacznie miej, może około jednego promila, ponieważ wspomniany gaz cieplarniany i tak będzie ostatecznie do atmosfery ziemskiej wypuszczany, tyle że poza obszarem eurokołchozu.

Czy da się zastąpić węgiel podczas mroźnej zimy

Na rys. 1 przedstawiono polski miks energetyczny, który został wyliczony za grudzień 2025 roku, a tego rodzaju zestawienie informuje nas, z jakiego rodzaju źródeł pochodziła wytworzona w tym miesiącu w naszym kraju energia elektryczna.

Rys. 1. Miks energetyczny Polski wyliczony za grudzień 2025 roku (źródło: https://www.rynekelektryczny.pl/produkcja-energii-elektrycznej-w-polsce/)

Ogółem z węgla kamiennego i brunatnego pochodziło 66,46 proc. wytwarzanej w Polsce w grudniu 2025 roku energii elektrycznej. Natomiast łącznie ze spalania różnego rodzaju paliw kopalnych (węgiel i gaz) pochodziło 81,52 proc. energii elektrycznej.

Problem polega na tym, że zdecydowana większość polskich elektrowni węglowych, które w grudniu ubiegłego roku wytworzyły aż 2/3 zużywanej w naszym kraju energii elektrycznej, jest już bardzo stara, ponieważ powstały głównie w epoce Edwarda Gierka, a nawet i w czasach towarzysza Wiesława, a według Krajowego Planu w dziedzinie Energii i Klimatu po roku 2035 węgla w polskiej elektroenergetyce ma już w zasadzie w ogóle nie być albo też jego udział ma być wręcz szczątkowy, co i tak w sumie na jedno wychodzi (rys. 2). W tym kontekście można zadać retoryczne pytanie, czym sobie mamy ten węgiel po roku 2035 w grudniu podczas mroźnej zimy w zasadzie zastąpić?

Zastąpienie w znacznym stopniu węgla gazem ziemnym w krajowej elektroenergetyce jest całkowicie nierealne, głównie ze względu na ograniczoną dostępność na światowych rynkach potrzebnych do tego turbin gazowych i problemy związane następnie z zaopatrzeniem w tak wielkie ilości skroplonego gazu ziemnego.

To niby czym mamy w zasadzie sobie ten niechciany węgiel u nas zastąpić? Może hydroenergią, której w Polsce prawie w ogóle nie mamy (udział w miksie 1,59 proc.), gdyż nie jesteśmy położeni nad rzeką Jangcy bądź Nilem, a nasz kraj jest w przeważającej mierze nizinny i nie ma w związku tym żadnego sposobu na uzyskanie większej wartości spadu wód.

A może węgiel mamy sobie zastąpić innymi źródłami odnawialnymi, takimi jak fotowoltaika, biomasa i biogaz, które w grudniu 2025 roku wyprodukowały łącznie jedynie 2,40 %wytwarzanej w Polsce energii?

Pozostaje nam jeszcze wiatr, którego udział w polskim miksie energetycznym jest już istotny, na poziomie 14,49 proc. Niestety dalsze zwiększenie tego udziału nie jest bynajmniej sprawą prostą, a podwojenie mocy zainstalowanej w siłowniach wiatrowych w żadnym wypadku nie spowoduje podwojenia udziału energii wiatrowej w krajowym miksie energetycznym.

Rys. 2. Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu

W przypadku Danii udział energii wiatrowej w miksie energetycznym sięga prawie 50 proc., ale gdy popatrzmy na mapę wietrzności Europy, przedstawioną na rys. 3, to wystarczy już pierwszy rzut oka, aby stwierdzić, że pod względem wietrzności Polska to w żadnym wypadku nie Dania.

Rys. 3. Mapa poziomu wietrzności wyznaczonego dla obszaru Europy. (źródło: https://elektrykapradnietyka.com/wp-content/uploads/2017/08/mapy-wietrzno%C5%9Bci-europa.jpg)

Należy przy tym pamiętać, że energia kinetyczna wiatru zależy aż od trzeciej potęgi jego prędkości, a zatem zmniejszenie się prędkości wiatru zaledwie o połowę (przykładowo z 8 m/s na wybrzeżu Jutlandii do zaledwie do 4 m/s w południowej Polsce) automatycznie powoduje, że moc siłowni wiatrowej maleje aż ośmiokrotnie. W związku z tym choćbyśmy zastawili nawet cały obszar naszego kraju wiatrakami, to i tak nigdy nie bylibyśmy w stanie osiągnąć takiego udziału energii wiatrowej jak Dania w naszym miksie energetycznym. Z pewnością nie jesteśmy pod tym względem w stanie prześcignąć także i Niemców, w przypadku których udział energii wiatrowej w ich miksie energetycznym przekracza nieco 30 proc., ale trzeba koniecznie mieć świadomość, że osiągnięte zostało to gigantycznym wręcz przewymiarowaniem farm wiatrowych, w których nasz zachodni sąsiad zainstalował już zawrotną wartość mocy elektrycznej w wysokości ponad 75 GW, czyli około 7 razy więcej niż Polska, mając roczne zużycie energii elektrycznej zaledwie 2,5 razy większe od nas.

Wniosek z tego wszystkiego jest taki, że w naszych warunkach, tzn. przy takiej wietrzności i nasłonecznieniu w ciągu roku, jakie mamy w naszej lokalizacji geograficznej, dla węgla nie ma obecnie żadnej realnej alternatywy. Teoretycznie można byłoby go zastąpić gazem ziemnym bądź atomem, ale obie wymienione opcje są dla nas obecnie całkowicie nieosiągalne, ponieważ nie jesteśmy w stanie w realistycznie przyjętym przedziale czasu zainstalować około 20 GW mocy ani w blokach gazowo-parowych, ani tym bardziej w blokach jądrowych.

W tab. 1 zamieszczone zostały dane dotyczące pracy krajowego systemu elektroenergetycznego (KSE) w kolejnych dniach stycznia 2026 roku podczas tzw. wieczornego szczytu obciążenia, gdy instalacje fotowoltaiczne generują wówczas dokładnie zero watów, a nawet same pobierają wtedy z sieci pewną moc elektryczną potrzebną do zasilania ich sterowników i urządzeń pomiarowych.

Kolejny dzień stycznia 2026 rokuZapotrzebowanie mocy w KSE [GW]Generacja mocy w elektrowniach cieplnych [GW]Udział procentowy elektrowni cieplnych w pokryciu zapotrzebowania mocy w KSE
117,11411,05264,6%
220,51913,09663,8%
320,42413,21764,7%
419,28813,84271,8%
522,71218,75582,6%
620,95317,74584,7%
725,44322,16387,1%
826,09721,78883,5%
923,33519,25382,5%
1023,21518,26878,7%
1121,15816,31877,1%
1226,16523,41089,5%
1326,04722,47386,3%
1425,64521,77384,9%
1525,06820,74882,8%
1624,73920,12581,3%
1722,29217,20677,2%
1820,78215,44874,3%
1925,67118,65872,7%
2025,54120,95182,0%
2125,65321,22482,7%
2225,15419,51077,6%
2325,26621,81386,3%
2422,70018,11579,8%
2520,95418,38387,7%
2624,60521,65286,7%
2724,97521,94287,9%
2825,19921,47285,2%
2923,63322,12693,6%
3025,49921,93786,0%
3121,82317,25879,1%

Tab. 1. Dane dotyczące zapotrzebowania mocy i generacji elektrowni cieplnych podczas szczytu wieczornego w kolejnych dniach stycznia 2026 roku

Jak wynika z zawartości tab. 1, w styczniu 2026 roku elektrownie cieplne w czasie trwania wieczornego szczytu obciążenia pokrywały średnio aż 80,8 proc. zapotrzebowania mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym. Rekordowy pod tym względem był dzień 29 stycznia 2026, gdy w okresie wieczornym elektrownie cieplne pokrywały aż 93,6 proc. zapotrzebowania mocy. Pozostała część zapotrzebowania mocy pokrywana była przez import energii elektrycznej od krajów ościennych, a także przez siłownie wiatrowe oraz elektrownie wodne i szczytowo-pompowe, przy czym należy mieć świadomość, że elektrownie szczytowo-pompowe jako takie nie są bynajmniej żadnym źródłem energii, lecz jedynie wspomnianą energię magazynują (ze sprawnością wynoszącą około 70 proc.), w związku z czym pozyskana z elektrowni szczytowo-pompowych w okresie wieczornym energia i tak w zdecydowanej większości pochodzi pierwotnie z pracujących w systemie elektroenergetycznym elektrowni cieplnych.

Przetrwaliśmy dzięki… Gierkowi?

Wniosek końcowy jest taki, że relatywnie mroźną zimę 2025/26 byliśmy w stanie przetrwać, egzystując na poziomie cywilizacji technicznej, a nie na poziomie jakichś osiemnastowiecznych chłopów pańszczyźnianych, tylko i wyłącznie dzięki temu, że w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku towarzysz Edward Gierek zainstalował w węglowych blokach o mocy 200 MW łącznie prawie 10 GW mocy elektrycznej (wybudowano wtedy nowe bloki w elektrowniach, takich jak Dolna Odra, Pątnów, Ostrołęka, Kozienice, Połaniec, Jaworzno, Rybnik i Turów).

Dodatkowo wspomniany Pierwszy Sekretarz wybudował w elektrowni Kozienice dwa bloki o mocy 500 MW, a następnie rozpoczął budowę elektrowni w Bełchatowie (12 bloków o mocy 360 MW). Niestety w najbliższych latach wszystkie te elektrownie będą [mają być.. md] sukcesywnie likwidowane, a powstały w wyniku tego ubytek mocy dyspozycyjnej nie będzie mógł zostać skutecznie skompensowany budową nowych bloków gazowo-parowych, co w nadchodzących latach wymusi bezwzględnie wprowadzenie w okresie zimowym stopni zasilania, a nawet i wyłączeń rotacyjnych wybranych grup odbiorców. Zatem niezależnie od tego, czy jakiekolwiek zmiany klimatu będą u nas w ogóle mieć miejsce, nadchodzące, najbliższe już zimy będą dla nas pod tym względem wyjątkowo ciężkie.

Skutki przywiązania nakrętek: Stan wyjątkowy w Nowym Jorku. Potężna śnieżyca.

Stan wyjątkowy w Nowym Jorku. Nadciąga potężna śnieżyca

22.02.2026 tysol/potezna-sniezyca

Burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani ogłosił w niedzielę stan wyjątkowy w mieście z powodu prognozowanej niezwykle silnej śnieżycy. Wprowadził zakaz przemieszczania się oraz zdecydował o zamknięciu w poniedziałek szkół publicznych. Władze ostrzegają przed zagrożeniem życia i całkowitym paraliżem komunikacyjnym.

Stan wyjątkowy w Nowym Jorku. Nadciąga potężna śnieżyca

Zakaz przemieszczania się – jak podała stacja Fox News – obowiązuje od godziny 21.00 (czasu lokalnego) w niedzielę do południa w poniedziałek. Restrykcje obejmują wszystkie ulice, autostrady oraz mosty, które zostają wyłączone z ruchu kołowego, z wyjątkiem pojazdów ratunkowych. Ograniczenia dotyczą samochodów osobowych, ciężarówek, a także skuterów i rowerów elektrycznych. Poruszać mogą się jedynie służby ratunkowe oraz pracownicy sektorów infrastruktury krytycznej.

– Nowy Jork nie mierzył się z burzą tej skali w ciągu ostatniej dekady. Prosimy nowojorczyków o unikanie wszelkich podróży, które nie są absolutnie konieczne

Burmistrz ogłosił także tzw. snow day, wyznaczając poniedziałek dniem wolnym od zajęć stacjonarnych w placówkach oświatowych.

– Prawo stanowe wymaga 180 dni nauki w roku kalendarzowym. Uznaliśmy jednak, że jutro zaistnieją szczególne przesłanki wyłączające ten obowiązek ze względów bezpieczeństwa. Poinformowaliśmy o tym rano komisarz ds. edukacji, która zatwierdziła naszą prośbę o odstępstwo od przepisów, za co jesteśmy niezwykle wdzięczni – stwierdził Mamdani.

Synoptycy ostrzegają

Synoptycy ostrzegają przed gwałtownym głębokim układem niskiego ciśnienia formującym się nad północno-wschodnim wybrzeżem USA. Zjawisko to przyniesie ekstremalne warunki blizzardu (mroźny, silny wiatr północno-zachodni wiejący w południowej Kanadzie i północnej części USA), porywy wiatru o sile sztormu tropikalnego sięgające 113 km/godz. oraz opady śniegu do 60 cm – informują Fox News i CBS News. W samym Nowym Jorku, na Long Island oraz w rejonie Lower Hudson Valley prognozuje się od 30 do 45 cm pokrywy śnieżnej.

Władze miejskie rozpoczęły doraźny nabór pracowników do odśnieżania przystanków, przejść dla pieszych i hydrantów. Stawki wynoszą od 19 do 29 dolara za godzinę.

Alerty przed śnieżycą objęły całą metropolię Nowy Jork, Long Island, znaczną część stanu New Jersey oraz południowe Connecticut. Dla tych trzech stanów wydano również ostrzeżenia przed powodzią przybrzeżną.

Gubernator stanu Nowy Jork również ogłosiła stan wyjątkowy.– Po raz kolejny stan Nowy Jork znajduje się na celowniku bardzo niebezpiecznej, szybko przemieszczającej się, potencjalnie zagrażającej życiu zimowej burzy – oświadczyła podczas sobotniej konferencji prasowej, apelując do mieszkańców o pozostanie w domach.

W Waszyngtonie i Baltimore oczekuje się od 13 do 20 cm śniegu. Według Fox News w północno-wschodniej części kraju odwołano już ponad 7 tys. lotów.

Kłamstwa klimatyczne wychodzą na jaw. Holandia zaliczyła gigantyczny skandal.

Krzysztof Mulawa @krzysztofmulawa x.com/krzysztofmulawa

Kłamstwa klimatyczne wychodzą na jaw. Holandia właśnie zaliczyła gigantyczny skandal. Królewski Instytut Meteorologiczny obniżył historyczne temperatury z lat 1901-1950 nawet o 1,9°C, wymazując 16 z 23 fal upałów, w tym rekordowe lato 1947 roku. Wszystko po to, żeby współczesne ocieplenie wyglądało na bardziej dramatyczne.

Po latach nacisku KNMI w 2026 r. po cichu przywróciło część usuniętych rekordów, co tylko potwierdza manipulację. Ingerencja w dane, które kształtują politykę, podatki i życie milionów ludzi. 'Klimat’ stał się narzędziem politycznym do forsowania utopijnych ideologii UE.

Zdjęcie

82,3 tys. wyświetleń

Dość szczerze o szaleństwie klimatycznym

Dr Chocian mocno o szaleństwie klimatycznym

wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

„Żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry. Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają” – punktował w programie Telewizji wPolsce24 dr Grzegorz Chocian, ekspert z zakresu ochrony środowiska i przyrody.

Dr Grzegorz Chocian nie zostawił suchej nitki na polityce klimatycznej Unii Europejskiej.

Zobaczmy, jak jest zbudowana piramida potrzeb Maslowa. Otóż podstawą jest właśnie ciepło i wyżywienie. Mamy nie zamarznąć i mamy mieć co jeść. To jest ta podstawa egzystencjalna. Dopiero wyżej są te potrzeby inne, związane z rozwojem, z twórczością, samorealizacją.

Przecież w tej chwili dokonuje się na społeczeństwach Europy Zachodniej – generalnie Unii Europejskiej oszalałej klimatycznie – powrót do sytuacji, w której mamy przestać myśleć o samorozwoju, o jakichś wartościach wyższych, tylko mamy się skupić na przetrwaniu, wyłącznie na przetrwaniu

Surowa ocena

Zdaniem eksperta ludzie są zastraszani i oszukiwani.

Najpierw jesteśmy wystraszeni, zastanawiamy się, co to będzie i przychodzą do nas od razu sprawni sprzedawcy, mówią: „to jest ci potrzebne, to ci damy, a tu jeszcze damy dotację na to, koniecznie to kup”. Więc żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry.

Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają — wskazał.

Po prostu jesteśmy omamiani ciągle przez bardzo sprytnych sprzedawców, którzy mają do tego celu jeszcze lepszych narratorów, którzy właśnie mówią, że „planeta nam spłonie, a ty Kowalski dokładasz się do tego, że wszyscy zginiemy, powinieneś się wstydzić, to jest grzech ekologiczny”

— stwierdził.

ZOBACZ CAŁY PROGRAM:
https://youtu.be/ogtaNh1-J1s

Publikacja dostępna na stronie: wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

Prostytutki naukawe nie mogą już TAK GŁOŚNO kłamać? „Dane klimatyczne podważają czarny scenariusz globalnego ocieplenia”

Najnowsze dane klimatyczne podważają czarny scenariusz globalnego ocieplenia

23/01/2026 czarny-scenariusz-globalnego-ocieplenia

Najnowsze badania naukowe przynoszą zaskakujące wnioski, które mogą zmienić nasze [??? md] postrzeganie przyszłości klimatu Ziemi. Okazuje się, że najczarniejsze scenariusze globalnego ocieplenia, które od lat kształtowały debatę o zmianach klimatu, mogą być mniej prawdopodobne, niż dotychczas sądzono. Naukowcy z różnych ośrodków badawczych na świecie przedstawiają dowody podważające najbardziej ekstremalne prognozy.

W centrum nowej dyskusji znajduje się scenariusz RCP8.5, który przez lata funkcjonował jako „standardowy” model biznesowy w prognozach klimatycznych. Ten scenariusz, zakładający gwałtowny wzrost emisji gazów cieplarnianych i brak skutecznych działań ograniczających, przewidywał katastrofalne ocieplenie o nawet 5 stopni Celsjusza do końca stulecia. Jednak coraz więcej badaczy kwestionuje jego realność w świetle najnowszych danych.

Kluczowym elementem scenariusza RCP8.5 było założenie sześciokrotnego wzrostu zużycia węgla na osobę do 2100 roku. Rzeczywistość okazuje się jednak inna – globalne wykorzystanie węgla osiąga szczyt lub utrzymuje się na stałym poziomie, głównie dzięki szybkiemu rozwojowi energii odnawialnej. Ten trend znacząco odbiega od założeń najczarniejszego scenariusza.

Międzynarodowy zespół naukowców pod kierownictwem dr Luz Marii Mehiji z Centrum Morskich Nauk o Środowisku MARUM University przedstawił rekonstrukcję temperatur Północnego Atlantyku z ostatnich 16 milionów lat. Badacze zastosowali nowatorską metodę geochemii izotopowej, analizując skamieniałe płytki glonów kokoolitoforydów. Te mikroskopijne organizmy morskie tworzą wapienne płytki, w których skład wchodzą rzadkie izotopy węgla i tlenu. Ich proporcja zależy od temperatury wody – im chłodniejsza woda, tym więcej ciężkich izotopów zostaje wbudowanych w strukturę.

Wyniki badań okazały się zaskakujące. Temperatury Północnego Atlantyku w okresie miocenu (5-23 miliony lat temu) były średnio o 9 stopni Celsjusza niższe niż wskazywały wcześniejsze rekonstrukcje. „To podważa paradygmat ekstremalnego ocieplenia na wysokich szerokościach geograficznych północnej półkuli” – zauważa dr Mehija. Jako biolog morski, który pracował w regionie Karaibów, obserwowała, jak ekosystemy morskie cierpią podczas gorących okresów, co skłoniło ją do zadania pytania: jak życie morskie mogło prosperować przez miliony lat w tak wysokich temperaturach w regionach pozatropikalnych?

Równolegle do tych odkryć, analitycy wskazują na rosnące dowody „rozdzielenia” wzrostu gospodarczego od emisji dwutlenku węgla. Wiele gospodarek rozwija się bez proporcjonalnego zwiększania emisji CO2, co sugeruje, że przyszłe trajektorie emisji mogą być bliższe „umiarkowanym” scenariuszom, takim jak RCP4.5, przewidującym znaczące, ale nie ekstremalne ocieplenie.

Warto podkreślić, że nowe dane nie negują zjawiska globalnego ocieplenia ani konieczności działań na rzecz redukcji emisji. Wskazują jedynie, że najbardziej pesymistyczne prognozy mogą być przeszacowane. Aktualne trendy energetyczne i gospodarcze nie podążają ścieżką najczarniejszego scenariusza, co daje podstawy do ostrożnego optymizmu.

Dr Mehija zaznacza, że jej badania to dopiero początek. Metoda wymaga dalszej weryfikacji przy próbkach z innych regionów i szerokości geograficznych. Podkreśla również, że interpretacja wskaźników klimatu z przeszłości powinna być stale weryfikowana i udoskonalana wraz z rozwojem technologii analitycznych.

Nowe odkrycia mają istotne implikacje dla zrozumienia obecnych zmian klimatu. Jeśli wysokie szerokości geograficzne w minionych ciepłych okresach nie były tak gorące, jak dotychczas sądzono, może to oznaczać, że ich przyszłe ocieplenie nie będzie tak ekstremalne. Nowy zapis temperatur z głębin historii geologicznej oferuje bardziej umiarkowany, choć wciąż alarmujący scenariusz.

Eksperci klimatyczni podkreślają, że odrzucenie skrajnych prognoz nie powinno prowadzić do samozadowolenia. Nawet umiarkowane scenariusze przewidują znaczące zmiany klimatu, które będą wymagały adaptacji i działań łagodzących. Różnica polega na tym, że mamy prawdopodobnie więcej czasu na działanie i większe szanse na skuteczne przeciwdziałanie najgorszym skutkom.

Debata naukowa wokół scenariuszy klimatycznych pokazuje, jak ważne jest ciągłe doskonalenie modeli i metod badawczych. Tylko dzięki precyzyjnym i wiarygodnym danym możemy budować strategie, które skutecznie ochronią naszą planetę przed nadmiernym ociepleniem.

Nowe badania nie dają podstaw do rezygnacji z ambitnych celów redukcji emisji, [Oh,Karol!! jednak kłamią md] ale pozwalają na bardziej wyważoną ocenę ryzyka i możliwości. Zrozumienie, że przyszłość klimatu może nie być aż tak katastrofalna, jak wskazywały niektóre modele, może pomóc w opracowaniu skuteczniejszych i bardziej realistycznych strategii działania.

W świetle nowych danych, przyszłość klimatu Ziemi jawi się jako wyzwanie, któremu ludzkość może sprostać, pod warunkiem kontynuowania wysiłków na rzecz transformacji energetycznej i redukcji emisji gazów cieplarnianych. Nauka, jak zawsze, rozwija się poprzez weryfikację hipotez i udoskonalanie metod badawczych, co pozwala nam coraz lepiej rozumieć złożone mechanizmy klimatyczne naszej planety.

Źródła:

https://issues.org/climate-change-scenarios-lost-touch-re…

https://www.carbonbrief.org/explainer-the-high-emissions-…

https://www.theclimatebrink.com/p/emissions-are-no-longer…

https://www.tandfonline.com/doi/full/10.1080/00139157.202…

https://www.nasa.gov/earth/evidence

https://www.copernicus.eu/en/news/news/2025-third-warmest…

Kilkadziesiąt lat klimatycznego szaleństwa. Skutki widać wszędzie

Kilkadziesiąt lat

klimatycznego szaleństwa.

Skutki widać wszędzie

3.01.2026 Piotr Kowalczak nczas/kilkadziesiat-lat-klimatycznego-szalenstwa-skutki-widac-wszedzie/

Krowy i neutralność klimatyczna
NCZAS.INFO | Krowy i neutralność klimatyczna. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay (kolaż)

Minęło ponad czterdzieści lat od pierwszych zapowiedzi klęsk wywołanych zmianami klimatu, wydano setki mld USD, a nie udowodniono nawet podstawowej tezy, że zmiany stężenia CO2 powodują zmiany temperatury i są przyczyną występowania zjawisk ekstremalnych. W okresie poprzedzającym powstanie Międzyrządowego Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) panował wśród niektórych naukowców pogląd, że nadchodzi ochłodzenie.

W skrajnych przypadkach twierdzono nadejście Epoki Lodowcowej. Później, po 1975 roku, ci sami naukowcy – agresywni w propagandzie nadchodzącej klęski ochłodzenia – zostali aktywnymi współpracownikami IPCC i z wielką gorliwością (prof. Stephen Schneider) zapowiadali nadchodzący okres ocieplenia z oczywiście wielką katastrofą w finale. W obu wariantach katastrofy zapowiadali zarówno identyczne syndromy, jak i skutki obu zjawisk (wzrost częstości i gwałtowności zjawisk ekstremalnych i inne), tylko z odmiennym finałem, który zawsze był katastrofą…

W ciągu ostatnich 32 lat IPCC opublikował 47 raportów na temat potencjalnych zagrożeń związanych ze zmianami klimatu wywołanymi przez człowieka, a mimo to sondaże pokazują, że społeczeństwo nie jest przekonane, że zmiany klimatu są priorytetem. Swoistą wyspę klimatyzmu na świecie z licznymi odstępstwami stanowi Unia Europejska, w której dysputę naukową zastąpiono agresywną propagandą i cenzurą. Tymczasem na świecie obserwuje się odchodzenie czy wprost negowanie tez klimatystów.

Na przykład Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA) usunęła z oficjalnej strony informacje o antropogenicznym wpływie na klimat. Zmienił się również ton przekazu. Wcześniejsze sformułowania były jednoznaczne i kategoryczne. Teraz większy nacisk położono na procesy naturalne. Zmieniła się idea uporządkowania przekazu – mniej sloganów, więcej odsyłaczy do dokumentów i danych. To oczekiwany standard: instytucja finansowana z publicznych pieniędzy ma informować i dokumentować, a nie moralizować lub prowadzić spór w imieniu jednej strony. Zmiana bardzo oczekiwana, gdyż spór o stronę EPA jest sporem o coś bardziej znaczącego: czy urzędy mają być uczestnikiem ideologicznego konfliktu, czy mają wrócić do roli technicznego administratora faktów i procedur, czego oczekują podatnicy.

Pecunia non olet!

Zdziwienie wzbudza wydawanie setek miliardów dolarów na badania i przedsięwzięcia związane z przewidywaniem katastrofalnych zmian klimatu bez alternatyw. Nawet wśród klimatystów wychowanych na 97 proc. konsensusie występuje zwątpienie. Tak ujął to jeden głośniejszych przedstawicieli tego gatunku w Polsce: „gdy obserwujemy dyskusję w przestrzeni publicznej, to mamy wrażenie, że jesteśmy w mniejszości. To skutki dezinformacji. Słyszymy: nie róbmy nic, za drogo, nie stać nas, stracimy na tym…”.

Sama prawda, tylko przyczyny inne. Życie to bezwzględna ekonomia; brak sprawdzalności wypowiedzi klimatystów, brak wiarygodnych przepowiedni (tak zwanych scenariuszy IPCC nie można nazwać prognozami, gdyż nie spełniają podstawowych standardów), prymitywna i nachalna propaganda oraz coraz bardziej odczuwalne skutki tych działań w postaci coraz wyższych rachunków stwarzają sytuację zwątpienia, a potem narastającego oburzenia podatników.

Wskutek wyraźnego spadku zainteresowania problemem, a może zmianą trendów w polityce i przede wszystkim w źródłach finansowania, klimatyści poszukują nowych kierunków działalności w zielonym obłędzie.

To zjawisko występuje również w różnych formach w Polsce. Oto komentarz z bloga do wystąpienia jednego z głośniejszych klimatystów polskich: „Pan profesor zaangażowany politycznie, bo zachwala bezemisyjne budownictwo, czyli już podpisaną dyrektywę budynkową (treść dyrektywy – jeśli nie radzisz sobie z doprowadzeniem swojego domu do zeroemisyjności, to państwo ci go zabierze, choć państwo nie będzie miało obowiązku dokonywania remontu do zeroemisyjności). Dyrektywa ta jest zwana dyrektywą wywłaszczeniową i taki może być jej realny skutek, bo cena doprowadzenia domu do założonych przez UE celów jest horrendalna”.

W Polsce doprowadzenie budynku mieszkalnego o powierzchni około 200 m2 do nowych standardów UE szacuje się na 300 tysięcy złotych. Czy jakiś polski naukowiec pracował nad tą dyrektywą? Czy zna konsekwencje wprowadzenia Zielonego Ładu? Na pewno nie, bo tu obowiązuje zasada, że wóz ciągnie konia. Na początku powstaje dokument polityczny, a potem dorabia się ideologię klimatyczną. Nie wolno bez analizy popierać nierealnych rozwiązań, które mogą być dla gospodarki rujnującym obciążeniem, a dla wielu rodzin tragedią.

Socjalne skutki działań klimatystów

Wielką sensację spowodowało wystąpienie Billa Gatesa, od zawsze bardzo aktywnego zwolennika tezy o antropogenicznych przyczynach ocieplenia klimatu, który opublikował kontrowersyjny esej, w którym kwestionuje dotychczasowe priorytety strategii klimatycznej. W swoim wpisie „Three Tough Truths About Climate” pisze, że zamiast obsesyjnie skupiać się na ograniczaniu emisji gazów cieplarnianych, powinniśmy najpierw zadbać o zdrowie i dobrobyt ludzi w najbiedniejszych regionach świata. Gates uważa, że to nie klimat będzie głównym zabójcą, lecz ubóstwo i brak dostępu do podstawowej opieki medycznej. Jako przykład podaje kraje Afryki Subsaharyjskiej i Azji Południowej, gdzie mieszkańcy są bardziej narażeni na choroby zakaźne czy niedożywienie niż na minimalny wzrost temperatury. O warunkach życia zadecyduje dostęp do czystej wody, energii i opieki zdrowotnej.

Gates zmienił wyraźnie swoje dotychczasowe stanowisko i ku zaskoczeniu klimatystów zaproponował bardziej realistyczne podejście, które łączy kwestie klimatu z rozwojem społecznym. Przypominając, że od 1990 roku światowa liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie spadła o połowę, a dzięki szczepieniom i edukacji zredukowano śmiertelność dzieci. Natomiast klimatyści uważają, że nadmierna koncentracja na rozwoju gospodarczym krajów najuboższych może opóźnić konieczne cięcia emisji, narażając planetę na jeszcze bardziej ekstremalne zjawiska pogodowe. Tymczasem nie udowodniono związku wzrostu częstości i natężenia występowania zjawisk ekstremalnych i wzrostu temperatury. Gates ostrzega, że „wizja »końca świata« może odwracać uwagę od realnych działań i skutkować marnotrawstwem pieniędzy”. Gates i nie tylko on twierdzi, że „programy zdrowotne i edukacyjne w krajach najuboższych przyniosą natychmiastowe korzyści i pozwolą społecznościom lepiej stawić czoła zmianom klimatu”.

Problem kosztów i skutków socjalnych działań klimatystów jest także ważny w krajach rozwiniętych. W naszym kraju ponad dwa miliony ludzi żyje poniżej granicy ubóstwa!

Zmiana trendu i poszukiwanie nowej, dojnej krowy

Działania klimatystów od początku istnienia IPCC budziły sprzeciw ze strony części naukowców, a nawet protesty rządów (Indie, Australia). Obecnie coraz częściej pojawiają się bardzo krytyczne uwagi dotyczące działań klimatystów.

Dr Harold Lewis (Uniwersytet Kalifornijski), profesor fizyki, opisał tę rzeczywistość: „Oszustwo związane z globalnym ociepleniem, napędzane miliardami dolarów, skorumpowało tak wielu naukowców… To największe i najbardziej udane pseudonaukowe oszustwo, jakie widziałem w moim długim życiu jako fizyk”. I jest to coraz częściej spotykane stanowisko.

Prowadziłem badania prac Klubu Rzymskiego i IPCC. Wyniki, które część z Państwa już zna, przedstawiłem w swojej książce „Zmiany klimatu” dostępnej na sklep-niezalezna.pl. Moje wnioski: działania IPCC mają negatywny wpływ na podejmowanie decyzji związanych z ochroną środowiska, gospodarowaniem wodą, planowaniem przestrzennym, działaniami w rolnictwie i innych ważnych dziedzinach życia. Szczególnie niebezpiecznie są rozwijane przez wyznawców IPCC błędne oceny dotyczące genezy różnych wydarzeń np. Arabskiej Wiosny, migracji ludności, a także rozpowszechniane mity na przykład dotyczące spadku wielkości stada niedźwiedzi polarnych i Antropocenu.

Raporty IPCC są wydawane nie tylko z licznymi błędami, a także znacznymi różnicami pomiędzy ustaleniami zawartymi w podstawowych dokumentach IPCC Raportach i Podsumowaniach dla decydentów. Poddałem krytycznej ocenia dane pomiarowo-obserwacyjne stanowiące podstawę opracowań IPCC. Wskazałem na kilkunastu przykładach przeróbki wyników obserwacji i pomiarów, można wprost stwierdzić fałszowanie w skali, która budziła sprzeciwy świata nauki i propozycje wprowadzenia ochrony surowych wyników obserwacji. Skrytykowałem efektywność modeli klimatycznych IPCC i sposób ich wykorzystania. Wobec negowania przez klasyków IPCC wystąpienia w przeszłości między innymi Małej Epoki Lodowcowej, Średniowiecznego Okresu Ciepła przedstawiłem opisy tych okresów, szczególnie akcentując ich wpływ na ówczesne życie, a także zmieniające się zasięgi roślinności na Ziemi.

Obecnie wskutek coraz większej opozycji wobec prac IPCC, klimatyści szukają nowych zagrożeń, które mogłyby stanowić nowe źródło dochodów.

Czarnym koniem wyścigu są zmiany prądów oceanicznych. I sprawa nabiera rozpędu! Już rozważane są nawet scenariusze przymusowej migracji ludności w przypadku całkowitego załamania systemu prądów oceanicznych. Taką zagrywkę już znamy z historii działalności IPCC. Prądy oceaniczne stanowią swoisty system klimatyzacji Ziemi. Prądy ciepłe wpływają na wzrost temperatury powietrza oraz sumy opadów atmosferycznych, a prądy zimne powodują spadek średniej temperatury powietrza oraz zmniejszenie sumy opadów atmosferycznych. Przykładowo ciepły Prąd Północnoatlantycki, stanowiący przedłużenie Golfsztromu, przyczynia się do ocieplenia klimatu Skandynawii, a zimny Prąd Benguelski występujący u południowo-zachodnich wybrzeży Afryki przyczynił się do powstania pustyni Namib. Ten naturalny system klimatyzacyjny pracuje od tysięcy lat (por. rys. 1).

Rys. 1 Mapa prądów oceanicznych. Źródło: https://img.freepik.com/free-vector/ocean-currents-on-world-map-background_1

Błędy klimatystów

Kiedyś klimatyści błędnie wyobrażali sobie, że regulując stężenie CO2, będziemy mogli sterować klimatem. Klimatyści mają dwa podstawowe cele: walkę ze zmianami klimatu i ograniczenie stężenia CO2 (CO2 to przecież podstawowy budulec roślin).

Podstawową cechą klimatu jest jego zmienność, która trwa tak długo jak historia Ziemi. Przez ponad 6100 lat (czyli 60 proc. obecnego okresu ocieplenia interglacjalnego) temperatura była wyższa niż obecnie. Spośród dziewięciu wcześniejszych, znaczących okresów ocieplenia od zakończenia ostatniej epoki lodowcowej, pięć charakteryzowało się szybszym tempem wzrostu temperatury, a siedem większym całkowitym wzrostem temperatury. Co więcej, każdy z poprzednich cykli ocieplenia charakteryzował się znacznie wyższymi temperaturami niż obecnie.

Rys. 2. Zmiany temperatury powietrza w ciągu ponad ostatnich dziesięciu tysięcy lat. Źródło: https://co2coalition.org/facts/

Jedyną stałą cechą temperatury jest to, że nigdy nie jest stała. Potwierdza to powyższy wykres (rys. 2), który przedstawia 10 000-letnią historię zmian temperatury od końca ostatniej epoki lodowcowej. Wykres przedstawia duże wahania temperatury, znacznie większe niż te obserwowane w ciągu ostatnich 150 lat. Każda z tych zmian była spowodowana wyłącznie przez siły natury. Ci, którzy propagują pogląd, że działania człowieka są główną przyczyną zmian temperatury, powinni wyjaśnić, dlaczego siły natury nagle i niewytłumaczalnie przestały działać na początku XX wieku. Obecny trend ocieplenia jest naturalnym rezultatem szczęśliwego zakończenia Małej Epoki Lodowcowej.

Wbrew wypowiedziom klimatystów, że dzisiejsze stężenie CO2 jest bezprecedensowo wysokie, obecny poziom dwutlenku węgla jest bliski historycznego minimum. Średnie stężenie CO2 w ciągu ostatnich 600 milionów lat wynosiło ponad 2600 ppm, to prawie siedem razy więcej niż obecne stężenie i 2,5 razy więcej niż najgorszy scenariusz przewidywany przez IPCC na rok 2100. Mamy zbyt niskie stężenie CO2 na Ziemi. Potwierdza to rys. 3, a przede wszystkim potrzeby roślin… Najlepszym dowodem na to jest wzrastające zazielenienie Ziemi postępujące ze wzrostem stężenia CO2.

Rys. 3. Przebieg wysokości stężenia CO2 w ciągu ostatnich 600 milionów lat. Źródło: https://co2coalition.org/facts/

Obecne niskie stężenie CO2 pozbawia rośliny pożywienia, którego potrzebują do osiągnięcia pełnego potencjału wzrostu poprzez fotosyntezę. Wzrost stężenia CO2 poprawi również gospodarkę wodną roślin i poprawi ich odporność na występujące okresy suszy. Rys. 4 przedstawia wyniki badań wpływu stężenia CO2 na rozwój roślin.

Rys. 4 Zdjęcie ilustruje zależność wzrostu sosen rosnących w normalnym powietrzu oraz w powietrzu wzbogaconym o dodatkowe 150, 300 i 450 ppm CO2. Źródło: https://co2coalition.org/facts/

Fotografia przedstawia korzystny wpływ wzrostu stężenia CO2 na rozwój roślin. Zdjęcie wykonano ponad 40 lat temu, a więc przed okresem największej propagandy IPCC, trudno zatem podejrzewać autora o jakąkolwiek stronniczość.

Badania (Idso, 2013) 83 upraw wykazało, że zwiększenie stężenia CO2 o 300 ppm zwiększy wzrost roślin średnio o 46 proc. we wszystkich badanych uprawach. Z drugiej strony wiele badań wskazuje na negatywny wpływ środowiska o niskiej zawartości CO2. Na przykład Overdieck (1988) wskazał, że w porównaniu z obecnym stanem rzeczy wzrost roślin został zahamowany o 8 proc. w okresie poprzedzającym rewolucję przemysłową, przy niskim stężeniu CO2 wynoszącym 280 ppm. Zatem proponowane wbrew faktom i bez podstaw naukowych próby redukcji stężenia CO2 są szkodliwe dla roślin, zwierząt i ludzkości.

Skutki szaleństwa widać wszędzie

Opisano już negatywny wpływ klimatystów we wszystkich kierunkach działań człowieka. Na przykład w przemyśle produkcja stali w Europie spadła do najniższego poziomu od 1960 roku. Firmy energochłonne przenoszą fabryki za ocean lub do Azji, bo w Europie po prostu nie stać ich na rachunki za prąd. W rolnictwie rezygnacja z gazu ziemnego stanowiącego podstawowy surowiec do produkcji nawozów azotowych grozi w wymiarze globalnym klęską głodu. Nawozy azotowe żywią obecnie około połowy populacji światowej. Według profesorów Lindzena i Happera – autorów raportu o skutkach polityki klimatycznej – bez użycia nieorganicznych (azotowych) nawozów pochodzących z paliw kopalnych, świat po prostu nie osiągnie podaży żywności potrzebnej dla wsparcia 8,5 do 10 miliardów ludzi (por. rys. 5).

Rys. 5. Udział ludności świata karmionej plonami uzyskiwanymi dzięki zastosowaniu nawozów sztucznych. Źródło: Lindzen, R. and Happer, W. (2025) Physics Demonstrates That IncreasinGreenhouse Gases Cannot Cause Dangerous Warming, Extreme Weather or Any Harm. CO2 Coalition, 3–43.

Taką dziedziną, gdzie polityka klimatyczna UE spowodowała już stan klęski, jest sztuczna inteligencja. Tu podstawę sukcesu stanowi możliwość pozyskania wielkich zasobów energii niezbędnych dla pracy centrów danych. Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacuje, że zużycie prądu przez centra danych na świecie podwoi się do 2030 roku, odpowiada to obecnemu zapotrzebowaniu Japonii. W Stanach Zjednoczonych potrzeby energetyczne centr danych zużywać będą nieomal połowę wzrostu zapotrzebowania na energię w najbliższych pięciu latach. A do końca dekady przetwarzanie danych w Ameryce pochłonie więcej prądu niż wszystkie energochłonne gałęzie przemysłu razem wzięte.

Dlatego na świecie trwa wyścig w rozbudowie możliwości produkcji energii elektrycznej. Istnieją plany uruchomienia zamkniętych kopali węgla.

Postępuje rozbudowa infrastruktury energetycznej. Tymczasem w Unii Europejskiej ceny energii są 2–2,5 razy wyższe niż w USA, a gaz kosztuje pięciokrotnie więcej. W 2024 roku gospodarka UE urosła zaledwie o 0,7–0,8 procent – w tym samym czasie Chiny odnotowały wzrost rzędu 4,5 procent, a Ameryka 2,2 procent. Firmy energochłonne przenoszą fabryki za ocean lub do Azji, bo w Europie po prostu nie stać ich na rachunki za prąd. Europa nie ma szans na jakąkolwiek konkurencję, uniemożliwia to najdroższa energia na świecie i najbardziej restrykcyjne regulacje. Kolejna rewolucja technologiczna rozstrzygnie się w elektrowniach i na liniach wysokiego napięcia. I wszystko wskazuje na to, że Europa nie ma żadnych szans (zmianynaziemi.pl).

Kalibracja polityczna

Obawy powinny budzić zmienne poglądy klimatystów podążających za potrzebami polityki. Wprowadzono nawet pojęcie kalibracja polityczna. Prof. Judith Curry porównała mechanizm tego procesu do wozu ciągnącego konia. „Twoje finansowanie, podwyżka pensji, twoja sprawa o etat zależą od zgody na konsensus. Tak naprawdę chodzi o karierowiczostwo i zasoby. Wszyscy muszą tańczyć w tym samym rytmie, jeśli chcą zdobyć uznanie zawodowe i awans zawodowy” – uważa dr Curry, emerytowana profesor Georgia Institute of Technology, opisując stan nauki i badań nad klimatem w ostatnich latach.

Planeta płonie. Pożar na szczycie klimatycznym

[Umieszczam, choć zdecydowanie nie zgadzam się z konkluzją, że to władze Chin [bo przecież nie ludy Chin…] stoją za tym zwrotem. Oni mogą, jako dobrzy handlarze, na tym zyskać, to tak.. md]

=====================================================

Planeta płonie. Pożar na szczycie klimatycznym

27.12.2025 Jakub Wozinski nczas./planeta-plonie-pozar-na-szczycie-klimatycznym/

Szczyt klimatyczny COP30
NCZAS.INFO | Szczyt klimatyczny COP30. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Wikimedia, Lula Oficial, CC BY-SA 4.0

Szczyt klimatyczny w Belem w Brazylii odwiedziło najmniej przywódców państw od wielu lat. Klimatyczna histeria nadal jednak nie ustępuje.

https://twitter.com/i/status/1991560250282111447

Dotychczasowy rekord należy niezmiennie do Paryża, gdzie w 2015 r. podpisano pamiętne porozumienia, wprowadzające świat na ścieżkę przyspieszonej realizacji zielonej agendy. Od tego czasu każdy kolejny klimatyczny COP (czyli Conference of Parties) przyciągał regularnie powyżej 100 przywódców państw z całego świata. W Brazylii pojawiło się ich jednak zaledwie pięćdziesięciu, co stanowi najgorszy wynik od wielu lat, nie licząc awaryjnie przeniesionego do Madrytu szczytu z 2019 r.

Po co nam premier, jeśli pojechał kanclerz

Nawet Polskę oddaną bezgranicznie w czasach rządów PO i PiS ratowaniu planety reprezentował tylko wiceminister klimatu Krzysztof Bolesta. Jako że w Belem pojawił się kanclerz Friedrich Merz, uznano najwidoczniej, że i tak na szczycie klimatycznym jest już najbardziej decyzyjna w polskich sprawach osoba, więc nie ma sensu, aby leciał także warszawski premier.

Od czasu gdy prezydentem Stanów Zjednoczonych został Donald Trump, w świecie klimatystów dnia siódmego zapanowała wielka smuta. Amerykański przywódca, a wraz z nim całe grono proizraelskich liderów państw, bezceremonialnie odmawia wiary w rychłą śmierć planety pod wpływem działalności człowieka. To właśnie dlatego w Belem zamiast fiesty była ewidentna stypa, a przyzwyczajeni do triumfalizmu delegaci musieli zadowolić się dużo skromniejszą oprawą.

Dlaczego akurat syjonistycznie usposobieni politycy stali się liderami oporu wobec klimatyzmu? Głównie dlatego że klimatyzm stał się schorzeniem umysłowym współwystępującym z antysemickim woke’izmem. Na dodatek głównym siewcą klimatystycznej agendy stał się przejęty przez globalny Wschód ONZ, który w ostatnich latach zdołał walnie przyczynić się do gospodarczej neutralizacji znacznej części Zachodu przy pomocy klimatystycznej histerii.

Planeta płonie

Powróćmy jednak do położonego w Amazonii Belem, gdzie obradowały rady robotników i żołnierzy frontu wyzwolenia ludzkości z emisji dwutlenku węgla. W przeciwieństwie do perfekcyjnie zorganizowanych szczytów w Sharm-el-Sheik czy Dubaju, w mieście określanym jako „wrota Amazonii” dał o sobie znać spory chaos. Jego kulminacją był pożar, który wybuchł tuż przed ogłoszeniem ostatecznych konkluzji ze szczytu. Prawdopodobnie zwykłe zwarcie w jednej z kuchenek mikrofalowych doprowadziło do rozprzestrzenienia się ognia po znacznej części konferencyjnego kompleksu oraz panicznej ucieczki delegatów. W tak dramatycznych okolicznościach wszyscy klimatyści uzyskali już dowód ostateczny na to, że ziemia na pewno płonie!

Pożar ugaszono po kilku minutach, ale wszędzie było nadal pełno dymu. Centrum konferencyjne zamknięto do późnego wieczora, lecz niektórzy z gości wykorzystali ten moment do szabrowania opuszczonych stoisk. Ich łupem padły głównie pluszaki, ale także niemała ilość innych gadżetów. Ostatecznie szczyt musiał zostać przedłużony o jeden dzień. Wpływ na to miały także wcześniejsze wydarzenia związane z protestami rdzennych mieszkańców Amazonii. Część z nich zwyczajnie wdarła się do centrum konferencyjnego, wdając się w przepychanki z służbami porządkowymi oraz głośno demonstrując swoją niezgodę na działania podejmowane rzekomo w ich obronie.

Przyglądając się postulatom zgłaszanym przez mieszkańców Amazonii trudno jednak nie odnieść wrażenia, że ich protesty zostały starannie zaplanowane. Indianie domagali się m.in. większego finansowania z funduszy klimatycznych, większej reprezentacji w międzynarodowych organizacjach, zatrzymania projektów infrastrukturalnych w Amazonii oraz wzywali do „sprawiedliwości klimatycznej”. Z tego właśnie powodu w Brazylii pojawiły się głosy, że rdzenni mieszkańcy działali na zamówienie tamtejszej lewicy.

Jak można było przewidzieć jeszcze przed rozpoczęciem szczytu, jego uczestnicy i tak opuszczali go z poczuciem niedosytu. Sekretarz generalny ONZ Antonio Gutierrez wskazywał wprawdzie na „pewien postęp”, lecz ubolewał nad tym, że nie zdołano uzyskać powszechnego zobowiązania do odejścia od paliw kopalnych. O osiągnięciu tego celu nie było zresztą mowy, w sytuacji gdy na szczycie zabrakło jakichkolwiek ważniejszych polityków z USA czy Indii.

Skośne oczy klimatyzmu

Zauważalna była za to obecność Chin, których pawilon zdecydowanie górował nad stoiskami wszystkich innych państw. Pawilon był tu zresztą kwestią wtórną, ponieważ chińska delegacja na każdym kroku prężyła swoje zielone muskuły, wytykała innym krajom brak wystarczającego zaangażowania oraz dawała do zrozumienia, że to Chiny są światowym liderem zielonej obsesji. Rządzona przez skrajnie lewicowego Ignacio da Lula Silvę Brazylia stała się zresztą chińskim podnóżkiem, dlatego delegacja z Państwa Środka czuła się w Belem jak u siebie w domu.

W trakcie obrad Chińczycy nieustannie krytykowali świat Zachodu za stosowany wobec nich protekcjonizm. Jednocześnie naciskali na to, aby w światowym handlu likwidować ograniczenia dla produktów klasyfikowanych jako wyprodukowanych przy użyciu „czystej energii”. Chinom bardzo zależy na zielonym i wolnym handlu, ponieważ dysponują aż 75 proc. wszystkich światowych patentów w zakresie „czystej energii”, a dodatkowo są przecież główną potęgą na rynku e-aut (70 proc. światowej produkcji), baterii (75 proc. światowego rynku), paneli fotowoltaicznych (80 proc. światowej produkcji) i wielu innych zrównoważonych produktów.

Każdy kolejny szczyt pokazuje wyraźnie, że klimatyzm ma wyraźnie skośne oczy. W czasie gdy niektórzy przywódcy Zachodu porzucili wiarę w globalne ocieplenie, Pekin stoi na straży ortodoksji i nie pozwala, aby rewizjoniści psuli narrację o płonącej planecie. Cieszmy się więc i celebrujmy każdy dzień urzędowania Donalda Trumpa, bo jeśli władzę w USA przejmie znów lewica, zielona fala dosłownie zmiecie nas z powierzchni ziemi.

Gdy rządowa antypolska propaganda zastępuje wiedzę. Przypadek Urszuli Zielińskiej, zielonej w wiedzę

Gdy rządowa antypolska propaganda

zastępuje wiedzę.

Przypadek Urszuli Zielińskiej

Podcast Paragrafizm


https://www.salon24.pl/u/podcast-paragrafizm/1475429,gdy-rzadowa-antypolska-propaganda-zastepuje-wiedze-przypadek-urszuli-zielinskiej-i-nieoplacalnej-zeglugi-srodladowej

Przykład walki Partii Zielonych tworzącej rząd Donalda Tuska to klasyka gatunku gdzie w imię ideologicznych bzdur i prywatnych interesów członków rządu niszczone jest polska gospodarka – tu sektor transportu śródlądowego

Gdy rządowa antypolska propaganda zastępuje wiedzę. Przypadek Urszuli Zielińskiej i „nieopłacalnej” żeglugi śródlądowej

Zapewne wszyscy zdążyli już zapomnieć niemądre wypowiedzi Wiceminister w rządzie Donalda Tuska które spotkało się z oburzeniem ekspertów, jakie przybrało postać Oświadczeni Związku Absolwentów Szkół Zawodowych Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu, które oburzone środowisko TŻŚ wydało po „występie” Urszuli Zielińskiej i tu trudno je nazwać zwykłą polemiką po prostu. To raczej desperacka próba obrony elementarnych standardów debaty publicznej przed czymś, co eksperci nazywają wprost: skrajną ignorancją podaną w opakowaniu rządowej propagandy.

W mediach krąży wywiad z wiceminister Klimatu i Środowiska, w którym pani Zielińska z powagą godną profesora hydrotechniki ogłasza, że żegluga śródlądowa w Polsce jest skazana na zapomnienie. I że „Europa odchodzi od transportu wodnego, bo się nie opłaca”. Padają też inne rewelacje: polskie rzeki mają być „zabetonowane”, ryby „nie mają wody”, a barki… są rzekomo tak ciężkie, że „nie utrzymują się na wodzie”. W normalnym kraju takie słowa byłyby klasycznym przykładem kabaretowej satyry na polityka nieprzygotowanego do rozmowy. W Polsce 2025 brzmią jak oficjalne stanowisko rządu, które może stać się podstawą decyzji wpływających na całe gałęzie gospodarki.

Chciałoby się powiedzieć głupota tej Zielonej „Damy” sięgnęła dna rzeki.

Absolwenci szkół żeglugowych piszą wprost: to obraża branżę. I mają rację. Ale problem nie leży tylko w tym, co Zielińska powiedziała – lecz że ktoś taki mówi to jako członek rządu odpowiedzialnego za strategiczne decyzje dotyczące klimatu, infrastruktury i transportu.

Jako dziennikarka od lat zajmująca się obnażaniem rządowej propagandy powiem to jasno: to nie jest wpadka, to jest system. System, w którym polityczny aktywizm i ideologia ( owa Dama należy do partii Zielonych w Polsce ) zastępują wiedzę, dane, analizy i rzeczywistość. System, który potrzebuje takich „eksperckich” narracji, aby uzasadnić z góry założone tezy – najczęściej sprzeczne z interesem państwa.

Twierdzenie tez o rzekomej „nieopłacalności” żeglugi jest nie tylko błędne – ono jest absurdalne w świetle tego, co robią kraje, które naprawdę rozumieją logistykę. Niemcy, Holandia, Francja, Belgia – wszyscy inwestują miliardy euro w modernizację dróg wodnych. Ren, który według Zielińskiej „odrzuca transport rzeczny”, pozostaje jedną z najintensywniej eksploatowanych arterii wodnych na świecie. W samych Niemczech w 2023 roku przewieziono drogami wodnymi ponad 180 milionów ton ładunków. Ciężarówki i koleje nie są w stanie zastąpić tej przepustowości bez gigantycznych kosztów i paraliżu infrastruktury.

Europa nie odchodzi od żeglugi. Europa odchodzi od amatorszczyzny, której modelowym przykładem jest wiceminister rządu Donalda Tuska . I właśnie dlatego słuchanie takich rewelacji od wiceminister odpowiedzialnej za klimat jest tak groteskowe. Ale tu idzie o coś więcej jest to niebezpieczne dla Polski i dla jej rozwoju.

Polskie rzeki nie są ani zabetonowane, ani przeinwestowane. Są – i to mówią wszyscy eksperci – jednymi z najmniej uregulowanych w Europie. A barki „za ciężkie, by utrzymać się na wodzie”? Trudno stwierdzić, czy to przejęzyczenie, czy brak elementarnego zrozumienia fizyki na poziomie szkoły podstawowej. Czy też jak twierdzą inni głupota lub polityczne wyrachowanie.

To jednak nie był żart. To była poważna niestety wypowiedź osoby współtworzącej politykę klimatyczną państwa.

Ten przypadek pokazuje, w jakim kierunku dryfuje państwo, kiedy resorty obejmują ludzie kierujący się ideologią zamiast wiedzą. Wiceminister nie reprezentuje siebie – reprezentuje rząd i jego światopogląd. Dlatego słowa o „zapomnieniu o żegludze śródlądowej” należy traktować nie jako wygłup, lecz jako zapowiedź realnych decyzji. Decyzji, które mogą: uderzyć w polską logistykę, zwiększyć koszty transportu, przerzucić ruch na drogi, pogłębić zależność od transportu ciężarowego, osłabić konkurencyjność portów i wyhamować strategiczne inwestycje.

To nie są błahostki. To strategiczne kwestie gospodarcze. I tu stawka idzie o coś więcej niż o zwykłą banalną głupotę Minister Zielińskiej.

Związek Absolwentów Żeglugi Śródlądowej protestuje, bo nie ma zgody na to, aby los wielkich gałęzi transportu zależał od polityków, których wiedza kończy się na memach z mediów społecznościowych. Bo Polska potrzebuje polityków odpowiedzialnych, którzy wiedzą, że transport rzeczny to: najtańszy, najbardziej ekologiczny, najstabilniejszy energetycznie i najbardziej efektywny przy dużych tonażach sposób przemieszczania ładunków.

A nie na rząd kabaretowy w stylu, który chce transport wodny wykreślić z mapy transportowej Polski bo „barki są ciężkie”.

Tak wygląda „mądrość” w wydaniu rządowej propagandy – i dobrze, że branża mówi temu jasno: NIE.

I tu nie idzie o wypowiedzi ekspertów : życie jak to nagranie ( z kanału w środku miasta gdzie co warte odnotowania załoga zapewne jest polska, gdyż na barce stoi samochód na polskich numerach rejestracyjnych) pokazujące transport rzeczny w Berlinie wykazuje, iż działania tej minister mają charakter antypaństwowy. Bo przecież nie chcemy uważać że Minister rządu w Polsce jest niemądry ?

https://portalwarszawski.com.pl/2024/07/28/aktualnosci/tylko-u-nas-absolwenci-zeglugi-srodladowej-reaguja-na-madrosci-zielinskiej

Braun w UE: Dziękuję lewakom i klimatystom. „Ułatwiacie mi przekonywanie moich rodaków” [VIDEO]

Braun dziękuje lewakom i klimatystom. „Ułatwiacie mi przekonywanie moich rodaków” [VIDEO]

27.11.2025 https://nczas.info/2025/11/27/braun-dziekuje-lewakom-i-klimatystom-ulatwiacie-mi-przekonywanie-moich-rodakow-video/

NCZAS.INFO | Grzegorz Braun na sali posiedzeń Parlamentu Europejskiego.
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun na sali posiedzeń Parlamentu Europejskiego.

Lider KKP Grzegorz Braun przemawiał w unioparlamencie. W trakcie wystąpienia skrytykował klimatystyczną agendę Brukseli narzucaną m.in. Polsce i zauważył, że de facto dzięki „powtarzaniu bzdur” przez uniokratów jest mu łatwiej przekonywać Polaków do odejścia od UE.

Dziękuję bardzo za ułatwienie mi życia poprzez powtarzanie waszych bzdur o zmianach klimatycznych, dekarbonizacji – powiedział Grzegorz Braun w unijnym parlamencie.

Znacznie ułatwiacie mi przekonywanie moich rodaków w Polsce, że powinniśmy się ratować odchodząc od tego głupiego i złego i niebezpiecznego projektu, jakim jest obecnie eurokołchoz, Unia Europejska – kontynuował lider KKP.

– Im częściej będziecie wygłaszać swoje przemówienia o zmienianiu temperatury na całym kontynencie, dewastując gospodarkę, tym lepiej dla nas, patriotów naprawdę walczących o odzyskanie niepodległości – podkreślił Braun.

Następnie zapytał lewactwo zgromadzone na sali, czy „naprawdę myślą, że są zaklinaczami wiatru?”.

Że jesteście czarodziejami deszczu i zmieniacie, naprawdę zmieniacie klimat przez wasz eurokomunizm? – pytał Braun.

Na koniec wspomniał, że „jest na tyle stary, że pamięta czerwony ład, sowiecki układ”.

– A teraz stoimy w obliczu zielonego ładu. Ale zwyciężymy – podsumował lider KKP Grzegorz Braun.

https://twitter.com/i/status/1994039166011576807

„Obrona Klimatu”: Duńskie krowy padają jak muchy po tym, jak rząd zobowiązał hodowców do podawania im preparatu Bovaer „przeciwko pierdzeniu”

babylonianempire/dunskie-krowy-padaja-jak-muchy-po-tym-jak-rzad

Duńskie krowy padają jak muchy po tym, jak rząd zobowiązał hodowców do podawania im preparatu Bovaer

==============================

Data: 3 novembre 2025Author: Uczta Baltazara

„Najpierw przyszli po krowy mleczne, a ja milczałem…”

Znacie to.

Duńska firma biotechnologiczna DSM stworzyła niedawno produkt o nazwie Bovaer – zatwierdzony także w USA – który blokuje enzym odpowiedzialny za produkcję metanu jako ubocznego produktu trawienia roślin przez krowy. Teoria: mniej metanu = mniej „zmian klimatycznych”.

Cytat ze strony producenta DSM-Firmenich:

„Mikroby w żwaczu krowy trawią pokarm, produkując wodór i dwutlenek węgla. Mikroby metanogenne wykorzystują te dwa gazy i zamieniają je w metan w serii reakcji enzymatycznych.

Bovaer® to dodatek paszowy, który tymczasowo dezaktywuje jeden z tych enzymów, co skutkuje mniejszą produkcją metanu. Wystarczy ¼ łyżeczki dziennie do paszy – działa już po 30 minutach. Potem Bovaer® rozpada się na związki już naturalnie obecne w żwaczu.

Naturalnie metabolizowany przez krowę, Bovaer® trwale obniża emisje metanu, jest bezpieczny dla krowy i nie przenika do mleka ani mięsa

Bovaer® jest dopuszczony i sprzedawany w ponad 65 krajach, w tym UE, UK, Australii, Brazylii, Kanadzie, Japonii i USA.” https://www.dsm-firmenich.com/anh/products-and-services/products/methane-inhibitors/bovaer.html

Od 1 października 2025, duńskie władze zobowiązały wszystkich hodowców do podawania Bovaeru całemu bydłu w kraju.

Efekt? – Katastrofa, według rolników.

Z duńskiej strony Nyheder TV2:

„Coraz więcej krów mlecznych choruje i daje mniej mleka. A w niektórych przypadkach po prostu dostają zapaści.

Podejrzewa się, że przyczyną jest kontrowersyjny dodatek Bovaer, który musi być mieszany z paszą.

Od 1 października 2025, rolnicy zaczęli dodawać obowiązkowy preparat. Celem jest redukcja emisji gazu cieplarnianego – metanu. Bovaer był wcześniej testowany przez kilka lat.

Ale coś poszło nie tak przy jego wprowadzaniu.

Dostaliśmy bardzo dużo telefonów od rolników, którzy zaniepokojeni są tym, co dzieje się w ich stadach – mówi Kjartan Poulsen, przewodniczący Krajowego Związku Duńskich Producentów Mleka.

Dolegliwości krów spowodowały spadek wydajności mlecznej.

Niektóre zwierzęta z zapaścią były leczone i przeżyły, inne musiały zostać uśmiercone.” https://nyheder.tv2.dk/samfund/2025-10-31-koeer-kollapser-siger-landmaend-og-mistaenker-lovpligtigt-foderstof

Sądzicie, że przejęcie i «poprawienie» funkcjonowania układu trawiennego bydła, który ewoluował przez miliony lat, brzmi dystopijnie i jest potencjalnie zgubne dla produkcji żywności? – Spokojnie – DSM na swojej stronie gwarantuje, że jest ono „sprawdzone, bezpieczne i skuteczne”; magiczne słowa, które powinny automatycznie złagodzić wszelkie utrzymujące się obawy wśród klasy chłopskiej.

Gdy więc dziesiątki krów wywracają się na pastwiskach lub w oborach, to na pewno nie przez syntetyczny inhibitor enzymu metanowego, który służy agendzie Klimatycznej™ oraz centralnej kontroli nad żywnością. One z pewnością zachorowały na COVID’a, albo coś w tym rodzaju. Kilka dawek zastrzyków mRNA na pewno postawi je na nogi.

„Szanuj Naukę™, jedz robaki, zamknij twoją brudną, węglową mordę i weź booster’a, fanatyku.

Dziękujemy za uwagę. Z poważaniem, wasz liberalny i kochający duński rząd.”

INFO: https://armageddonprose.substack.com/p/danish-cattle-dropping-like-flies

………………………………

Szybkie podsumowanie informacji z duńskich mediów głównego nurtu (TV2, LandbrugsAvisen, Psst-nyt.dk, Aarhus Universitet) na temat zabójczych skutków stosowania preparatu Bovaer u krów. Fakty z października/listopada 2025, tj. od kiedy preparat stał się w Danii obowiązkowy (od 1 X 2025 dla stad >50 krów).

Generalnie:

  • Masowe gorączki >40°C, biegunki, zapalenia wymion, wzdęcia, spadek produkcji mleka o 1,5–2 kg/krowę/dzień, krowy wywracają się i trzeba je uśmiercić.
  • Potwierdzone zgony: co najmniej kilka krów na gospodarstwo (jedna farma: 1 krowa padła w 24 h, inna: 6 w miesiąc).
  • Rząd i uniwersytet: „Brak dowodów na związek”.
  • Rolnicy: „To trucizna – zatrzymujemy Bovaer”.

1. TV 2 (największa duńska telewizja publiczna)

Artykuł: „Køer kollapser, siger landmænd og mistænker lovpligtigt foderstof” – 31 października 2025 https://nyheder.tv2.dk/samfund/2025-10-31-koeer-kollapser-siger-landmaend-og-mistaenker-lovpligtigt-foderstof

  •  „Coraz więcej krów mlecznych czuje się źle i daje mniej mleka. A w niektórych przypadkach zwierzęta po prostu przewracają się.
  • „Niektóre zwierzęta po leczeniu przeżyły, inne musiały zostać uśpione.”

TV 2 potwierdza: Kiedy rolnicy usuwają Bovaer z paszy krowy wracają do zdrowia.

2. LandbrugsAvisen (największy dziennik rolniczy)

Artykuł: „Det er voldsomt træls med Bovaer nogle steder” – 31 października 2025 https://landbrugsavisen.dk/kvaeg/det-er-voldsomt-traels-med-bovaer-nogle-steder-243539

Pierwszy rolnik z imieniem i twarzą: Huibert van Dorp (600 krów, 13 000 kg EKM/rok):

  • Jedna krowa >41°C gorączki – weterynarza wezwano w niedzielę wieczorem, padła w poniedziałek.”
  • „Dwie inne: wzdęty żwacz, nie mogły wstać.”
  • „Spadek produkcji mleka: minus 1,5–2 kg/krowę/dzień.”
  • Zatrzymałem Bovaer – nie będę truł zwierząt.”

3. Psst-nyt.dk (niezależny portal rolniczy)

Artykuł: „Den første landmand står frem: Bovaer gør mine køer syge” – 31 października 2025

https://youtube.com/watch?v=djryteNxNtI%3Ffeature%3Doembed

https://psst-nyt.dk/den-foerste-landmand-staar-frem-bovaer-goer-mine-koeer-syge/embed/#?secret=hDA6BxiEZP#?secret=fUZWn0M3aJ

Huibert van Dorp (ten sam):

  • Trzy krowy z gorączką 40–41,5°C – leczone penicyliną.”
  • Dwie z potwornymi skurczami żołądka – jedna padła.”
  •  „Nie będę łamał ustawy o dobrostanie zwierząt.”

4. Wcześniejsze doniesienia (kwiecień 2025)

The Expose (duńska wersja) + NoFFF.dk

  • Anonimowy rolnik:6 krów padło w 24 dni, reszta biegunka – pompowaliśmy płyny 3× dziennie.”
  • Drugi: „Gorączka, zapalenie wymienia, odmowa jedzenia.”

5. Oficjalne stanowisko (Aarhus Universitet)

9 października 2025

Prof. Charlotte Lauridsen:

W naszych kontrolowanych badaniach ZERO objawów – ani gorączki, ani biegunek, ani zgonów.” „Obserwujemy sytuację – trwa nowe badanie welfare.”

6. Reakcje organizacji

  • Landsforeningen af Danske Mælkeproducenter:Podpiszcie deklarację: stop Bovaer w przypadku choroby.”
  • Dyrenes Beskyttelse:Zaburza naturalne procesy w żwaczu – więcej badań!
  • SEGES: zbiera anonimowe raporty od rolników.

7. Skala problemu (listopad 2025)

  • Setki telefonów do związku producentów mleka.
  • Dziesiątki gospodarstw zgłaszają padłe krowy.
  • TV 2 i Jyllands-Posten potwierdzają: rolnicy masowo pauzują Bovaer.

Podsumowanie w 3 punktach

  1. Tak – duńskie media mainstreamowe donoszą o padnięciach zwierząt (TV 2, LandbrugsAvisen).
  2. Rolnicy winą obarczają Bovaer – objawy chorobowe znikają po jego odstawieniu.
  3. Naukowcy: brak dowodów – ale trwają nowe badanie.

INFO: Przegląd dokonany automatycznie przez AI

https://babylonianempire.wordpress.com/2024/12/02/w-trosce-o-klimat-bovaer-kolejny-dodatek-w-lancuchu-zywnosciowym-o-nieznanych-konsekwencjach/embed/#?secret=PC2MECSJWp#?secret=ZvjkQf1SHh

Fikołki: „How dare you?!”. Bill Gates wyłącza klimatyczny alarm.

„How dare you?!”. Bill Gates wyłącza klimatyczny alarm

Piotr Relich https://pch24.pl/how-dare-you-bill-gates-wylacza-klimatyczny-alarm

Wielu propagandystom klimatycznym, również tym nad Wisłą, Bill Gates zrobił ostatnio niezłe kuku. W ostatnim wpisie na swoim blogu, tuż przed konferencją COP30 w Belem, właściwie podważył wszelkie założenia narracji rozwijanej konsekwentnie od 2015 roku.

Miliarder i samozwańczy naprawiacz świata ogłosił, że zamiast radykalnie ciąć emisje CO2, lepiej przygotować ludzi na zachodzące zmiany. Jakby tego było mało, uznał mierzenie wzrostu globalnych temperatur za nie-najlepszy wyznacznik postępu w „walce z klimatem”.

Chociaż zmiany klimatyczne będą miały poważne konsekwencje – szczególnie dla mieszkańców najbiedniejszych krajów – nie doprowadzą one do zagłady ludzkości. W najbliższej przyszłości ludzie będą mogli żyć i prosperować w większości miejsc na Ziemi – wyznał Gates.

Jeden z największych promotorów tak zwanego „zrównoważonego rozwoju” z rozbrajającą szczerością przyznaje: dajcie spokój z tym katastrofizmem – nie ma aż takiego zagrożenia (zapewne przez fakt, że wyznaczone cele są i tak poza zasięgiem). Zamiast przeznaczać biliony na dekarbonizację, lepiej zapewnić ludziom lepszą opiekę zdrowotną, zainwestować w zabezpieczenia (systemy irygacyjne, zbiorniki retencyjne, regulowanie rzek, nowe, odporne gatunki roślin). Jego przekaz brzmiał: walczmy ze skutkami, zamiast zawracać kijem Wisłę w karkołomnej próbie regulacji całej planety.

Jakby tego było mało, Amerykanin wezwał pozostałych uczestników konferencji, by uderzyli się w piersi i przyznali, że dotychczasowe metody wcale nie pomogą najbiedniejszym i najbardziej narażonym na skutki zmian klimatu.

Przypomina to trochę apele twórców Wielkiego Resetu, którzy narzekali, że świat poszedł w złym kierunku, choć to przecież elity Światowego Forum Ekonomicznego w dużej mierze odpowiadały za wyznaczanie tego kierunku w przeszłości.

Bo dzisiaj do przemyślenia agendy klimatycznej wzywa człowiek, który jeszcze w 2019 roku napisał CAŁY PODRĘCZNIK o tym, jak wygrać ze zmianami klimatu. Jego refleksja obejmowała światowy transport, energetykę, produkcję żywności, „zielone” technologie, nastroje społeczne i wiele, wiele innych obszarów wymagających rzekomo drastycznej zmiany. Sam był również żywo zainteresowany postępem agendy z powodów finansowych. Inwestował gigantyczne pieniądze w innowacje (Breakthrough Energy), produkcje mięsa in vitro (Beyond Meat), ośrodki pracujące nad GMO (International Rice Research Institute), a nawet rozwiązania z zakresu geoinżynierii – takie jak próby blokady światła słonecznego czy wywoływanie deszczu.

Ale czy miliarder przypadkiem nie przyznał, że do tej pory straszono ludzi bez powodu? Półki dzisiaj uginają się od opracowań z tytułami krzyczącymi o „katastrofie”, „apokalipsie” czy „końcu świata”. Hollywood ugniatało społeczeństwa swoimi hitami („Nie patrz w górę”), największe światowe media celowo zmieniały język na bardziej niepokojący. Nagłówki straszyły zdjęciami huraganów, wysuszonych rzek, płonących lasów, wysp śmieci, wyrzucanych na brzegi zwierząt: w każdym przypadku przypominając o czekającej nas wszystkich katastrofie. Straszono, że mamy zaledwie dekadę, zanim zmiany staną się nieodwracalne.

Jeszcze pamiętamy zmanipulowaną młodzież wychodzącą na ulice w „strajkach klimatycznych”; zachęcaną nierzadko przez nie mniej otumanionych nauczycieli. W konsekwencji na naszych oczach wyrosło pokolenie żyjące w przekonaniu, że nie ma przed sobą żadnej przyszłości. Niektórzy pod wpływem alarmistycznej atmosfery drastycznie zmieniali styl życia; przestawali jeść mięso, przesiadali się na rower i „zbior-kom”, z segregowania śmieci i recyklingu stworzyli całą filozofię „zero-waste”, a w skrajnych wypadkach rezygnowali z dzieci, gdyż miałyby one dorastać w świecie skazanym na rychłą zagładę.

Tymczasem dzisiaj jeden z arcykapłanów klimatycznej apokalipsy, jakby nigdy nic stwierdza: dajcie spokój, nie ma co przesadzać! Jakby powiedziała Greta Thunberg – „How dare you?!”…

Najzabawniejsze jest jednak to, że stary zwolennik degrowthu, fan takich autorytetów zwijania gospodarki jak Vaclav Smil, dzisiaj odwołuje się do argumentu dobrobytu. Kiedy w 2018 r. w Katowicach odbywał się klimatyczny szczyt COP24, zgromadzeni na alternatywnej konferencji w Gliwicach specjaliści przekonywali, że to właśnie budowanie dobrobytu i stawianie na lokalną przedsiębiorczość jest najlepszą metodą walki z kryzysem ekologicznym. Wtedy uznawano takie podejście za „foliarstwo”. Dzisiaj, jak widać, to już mainstream.

Czyżby amerykański miliarder przyznał w końcu rację sceptykom takim jak Bjørn Lomborg, przekonującym, że katastrofizm i działanie pod wpływem strachu nie sprzyja innowacyjności? Dokładnie takie same podejście sugerował ponad pół wieku temu von Hayek, co później zaktualizował William Easterly w książce „Tyrania ekspertów”; mechanizm centralnego planowania ze strony globalnych elit i ekspertów, szantaż polityczny i strach nie jest najlepszą metodą na ratowanie świata.

Jakie płyną z tego wnioski? Gates albo nie znał konsekwencji proponowanych dotychczas działań, albo sam zaufał robionym na własne zlecenie raportom ONZ, albo – co najbardziej prawdopodobne – prawdziwe cele agendy klimatycznej pozostawały przed opinią publiczną ukryte.

W całej tej układance nie sposób nie dojrzeć ręki obecnej administracji Białego Domu. U Gatesa flaga zmieniła się bardzo szybko, gdy tylko Trump wygrał wybory. Podobnie jak u „techno-panów” z Doliny Krzemowej, którzy porzucając sztandar Demokratów, przywdziali czapki MAGA i złożyli „hołd lenny” nowemu władcy. Nie jest tajemnicą, że Gates jeszcze przed zaprzysiężeniem spotkał się osobiście Donaldem Trumpem. Później przynajmniej raz spotkał się z przedstawicielami nowej administracji.

Tymczasem Europa wciąż za punkt honoru obiera sobie bycie prymusem „zrównoważonego rozwoju”. Dobijamy portfele nowym ETS2, zarzynamy produkcję samochodów, płacimy haracz za ideologiczne fanaberie i bawimy się własnym bezpieczeństwem energetycznym, w nadziei, że zakup samochodu elektrycznego czy zwalnianie górników uratuje Polskę przed suszą czy upałami.

Podczas gdy Chiny i Ameryka odjeżdżają nam w coraz szybszym tempie, Europa dokłada wszelkich starań by stać się skansenem, uzależnionym od importu samochodów, energii, a nawet żywności. Skansenem, w którym klepie się biedę – tę samą, która jak głosi dzisiaj Gates – jest największym wrogiem ludzkości w zapobieganiu skutkom zmian klimatu.

Piotr Relich

Biegun południowy zamarza coraz bardziej. Rekordowy mróz wystawia na próbę teorie klimatystów. [Oni nie mylą się. Oni bezczelnie KŁAMIĄ].

Biegun południowy zamarza coraz bardziej. Rekordowy mróz wystawia na próbę teorie klimatystów

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/biegun-poludniowy-zamarza-coraz-bardziej-rekordowy-mroz-wystawia-na-probe-teorie


Piętnastego października 2025 roku stacja Amundsen-Scott na biegunie południowym zarejestrowała temperaturę minus 61,3 stopni Celsjusza. To nie jest przypadkowy skok rtęci w dół. Według danych niemieckiego portalu Report 24, był to najzimniejszy październik od 1981 roku. Tymczasem powinna tam już być wiosna, a temperatury powinny wzrastać. Fakty jednak mówią co innego.

Ten ekstremalny chłód nie jest zjawiskiem odosobnionym. W 2021 roku cały kontynent antarktyczny doświadczył najzimniejszej zimy od rozpoczęcia pomiarów w 1957 roku. Średnia temperatura między kwietniem a wrześniem wyniosła wtedy minus 61 stopni Celsjusza. Nawet CNN, który zazwyczaj nie skąpi dramatycznych nagłówków o topnieniu lodów, zmuszony był przyznać, że kontynent przeżył rekordowo mroźny okres.

Dane ze stacji badawczych rozmieszczonych na kontynencie, takich jak Amundsen-Scott, Wostok czy Dome C, pokazują coś, czego modele klimatyczne zupełnie nie przewidywały. Zamiast liniowego trendu ocieplenia napędzanego przez dwutlenek węgla, biegunek południowy zdominowany jest przez naturalnie występujące, ekstremalne wahania temperatury. W niektórych regionach Antarktydy zaobserwowano nawet trend ochłodzenia trwający przez dziesięciolecia.

Szczególnie uderzający jest przypadek Wschodniej Antarktydy. Ta chłodniejsza i bardziej stabilna część kontynentu przez długie lata nie wykazywała żadnego ocieplenia. Stacja Amundsen-Scott na biegunie południowym, położona właśnie od strony Wschodniej Antarktydy, odnotowywała w ostatnich dekadach ochłodzenie, co wiąże się prawdopodobnie z mniejszą liczbą ciepłych mas powietrza oceanicznego docierających do wnętrza kontynentu.

British Antarctic Survey potwierdza, że wiele długoterminowych pomiarów ze stacji badawczych na Antarktydzie nie wykazuje żadnych znaczących trendów ocieplenia ani ochłodzenia. Temperatury na większości kontynentu pozostawały względnie stabilne przez ostatnie kilkadziesiąt lat. To wyraźnie kłóci się z narracją, że regiony polarne powinny doświadczać najsilniejszego ocieplenia.

Nawet Półwysep Antarktyczny, który przez dziesięciolecia był pokazywany jako przykład gwałtownego ocieplenia, od końca lat dziewięćdziesiątych zaczął się ochładzać. Badania opublikowane w Nature w 2016 roku potwierdziły, że średnia temperatura na półwyspie zmniejszyła się o około 0,5 stopnia Celsjusza na dekadę od końca lat dziewięćdziesiątych, czyli w tym samym tempie, w jakim rosła przez poprzednie pięć dekad. Naukowcy przypisali to naturalnej zmienności klimatycznej związanej z oscylacjami w Pacyfiku.

Za ekstremalnymi wahaniami temperatur na Antarktydzie stoją mechanizmy klimatologiczne, które mają niewiele wspólnego z poziomem dwutlenku węgla w atmosferze. Fale stratosferyczne, stabilność wiru polarnego, pokrywa chmur i naturalne oscylacje oceaniczne, takie jak El Niño czy Southern Annular Mode, okazują się rzeczywistymi motorami pogody w regionach polarnych. Te złożone, naturalne procesy są w stanie generować wahania temperatury przekraczające dziesięć stopni Celsjusza na przestrzeni dekad.

Co więcej, lód morski wokół Antarktydy zachowywał się wbrew przewidywaniom modeli. Mimo cieplejszych temperatur powierzchni morza i powietrza nad Oceanem Południowym, obserwowano niewielki ogólny wzrost zasięgu lodu morskiego od 1979 do 2014 roku. W tym okresie Antarktyda zanotowała nawet rekordowo wysokie maksimum lodu morskiego w latach 2013 i 2014.

Rzeczywistość na Antarktydzie zdaje się ignorować proste równania, według których więcej CO2 równa się wyższym temperaturom wszędzie i zawsze. Prognozy IPCC z lat dziewięćdziesiątych systematycznie przeszacowywały trendy temperaturowe. Kiedy rzeczywiste dane tak wyraźnie odbiegają od modeli, należy postawić fundamentalne pytanie: czy modele klimatyczne są wadliwe, czy teoria klimatu skoncentrowana na CO2 jest niepełna?

Politycy i decydenci, którzy na podstawie przekonania, że nauka jest rozstrzygnięta, podejmują decyzje o daleko idących konsekwencjach gospodarczych, muszą zmierzyć się z niewygodnym faktem. Uporczywy chłód bieguna południowego stanowi poważne wyzwanie dla obowiązującej narracji, którego nie można dłużej ignorować.

Źródła:
https://wattsupwiththat.com/2025/10/25/antarctic-amundsen-scott-station…

https://www.bas.ac.uk/data/our-data/publication/antarctica-and-climate-…

https://www.climate.gov/news-features/features/antarctica-colder-arctic…

https://www.nature.com/articles/535358a

https://www.imperial.ac.uk/news/173588/natural-variation-caused-tempora…

https://rmets.onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1002/joc.6378

https://en.wikipedia.org/wiki/Climate_of_Antarctica