Innej Polski nie ma? O „Heniu”…

Innej Polski nie ma?

gabriel-maciejewski.szkolanawigatorow.pl/innej-polski-nie-ma

Dwa razy w ciągu ostatniego miesiąca, dwóch ważnych działaczy PiS wskazało nam na ograniczenia, jakie partia ta stawia swoim wyborcom w zakresie tożsamości politycznej i ideowej. Pierwszy raz uczynił to marszałek Terlecki, na targach w Krynicy, których długo nie zapomnę. Drugi raz zaś uczynił to prof. Zdzisław Krasnodębski zapowiadając na iksie wieczór wspominkowy poświęcony Henrykowi Krzeczkowskiemu.

Ustawmy tę ostatnią zapowiedź we właściwym świetle. Przyjdzie nam to łatwo, albowiem w przeciwieństwie do prof. Krasnodębskiego, każdy z nas miał jakieś doświadczenia z komuną. Mniej lub bardziej dojmujące. Ja akurat miałem mniej, ale i tak mogę coś powiedzieć na ten temat. Jeden z moich wujków, zaczął robić w latach pięćdziesiątych karierę w wojsku. Był człowiekiem zdolnym, biednym, o właściwym pochodzeniu społecznym – rodzice pracowali najpierw we dworze, na folwarku, a potem dziadek został pracownikiem kolei. Codziennie chodził piechotą po wąskich torach z Nałęczowa do Karczmisk, z których zresztą pochodził. Wujek Tadek, jako że wyrósł z proletariatu biedniackiego dostał swoją szansę. I nawet znalazł się na studiach w Moskwie. Od dawna nie żyje, więc chyba mogę o tym mówić ze spokojem. Z tych studiów został usunięty. Niektórzy już zapewne domyślili się dlaczego. Otóż dopatrzono się, nie wiadomo jakim sposobem, że jego dziadek, a mój pradziadek, wyjechał przez I wojną światową do Parany. To skreślało go automatycznie z listy słuchaczy uczelni wojskowej w stolicy Kraju Rad. Nie wiem co to była za uczelnia, a wujka znałem jako bardzo brutalnego alkoholika, który coś mi tam opowiadał, ale przecież w strachu i skrępowaniu nie bardzo wiedziałem o co chodzi.

Z tym pradziadkiem sprawa była taka, że on porzucił rodzinę i pojechał szukać lepszego życia. Był to nicpoń i pewnie oszust, zostawił żonę z trójką albo czwórką dzieci, nie pamiętam dokładnie. Ta żona była nauczycielką, w dobrym miejscu, bo w Karczmiskach, czyli niedaleko dóbr Kleniewskich. Widocznie jednak za daleko, kiedy bowiem umarła w wieku lat trzydziestu, jej córeczki nie dostały żadnej szansy. Nie poszły do szkoły, nie wzięto ich na pensję, co z pewnością by się stało, gdyby ta mama żyła. I tak moja babcia Waleria zepchnięta została, nie ze swojej winy, na dno drabiny społecznej. Nigdy nie nauczyła się pisać, poznała tylko litery i czytała swojemu mężowi, a mojemu dziadkowi, gazety. On bowiem ani pisać, ani czytać nie potrafił. Mieli piątkę dzieci, z których jedno zmarło w wieku lat 11.  

Po śmierci mojej prababci, wszystkie jej dzieci poszły na służbę. Moja babcia służyła u Żydów w Otwocku, potem u jakiegoś pana co miał sad w Warszawie na Wierzbnie. I pewnie jeszcze w innych miejscach. Męża poznała, kiedy wróciła do siebie na wieś. Okoliczności jej życia tam nie są mi znane. Potem była wojna. No i przyszła władza ludowa, która takim jak ona – wyrzuconym na margines – miała dawać szansę. I wydawało się, że dała. Wujek Tadek, który potrafił bardzo wiele rzeczy zrobić i sam wymyślić już jako dziecko, poszedł do wojska. I trafił do tej Moskwy. No i wtedy właśnie okazało się, że władza ludowa, owszem, daje szanse, ale nie takim jak on. Nie wiem czy dla wujka to było lepiej czy gorzej, że wrócił do Polski. Dosłużył się majora i zmarł na zawał z powodu nadużywania, jak wielu przed nim i po nim. Mieszkał w Bydgoszczy i w zasadzie się nie widywaliśmy. Tylko przy okazji pogrzebów. Miałem może z 15 lat kiedy przyszła wiadomość o jego śmierci. Kryterium zaś powodzenia jego kariery, dyplomowanego oficera w końcu, było to, czy jego dziadek łobuz, którego nawet własne córki nie pamiętały, wyjechał na tak zwany zachód czy nie. Na jaki zachód?!!! Do Parany w Brazylii?!!!

W rodzinie krążyła legenda, że nigdzie nie dojechał, albowiem pisał do swojej chorej na raka żony, gdzieś z Prus Wschodnich, żeby mu przysłała psiego sadła, bo jest chory, a to sadło miało go wyleczyć. I to była ostatnia wiadomość od niego.

====================================

I teraz wracamy do ogłoszenia, które umieścił na portalu iks prof. Zdzisław Krasnodębski. Lansuje on tam, żeby nie powiedzieć stręczy, człowieka, który nigdy w dorosłym życiu nie używał swojego własnego nazwiska. Urodził się jako Henryk Grener, ukończył żydowskie gimnazjum w Stanisławowie i ewakuował się w roku 1941 wraz z armią czerwoną na wschód. Po wojnie używał nazwiska Henryk Meysztowicz, był nawet w Rzymie razem z tym nazwiskiem. I to zapewne zdecydowało o kolejnej zmianie w dokumentach, w tym samym czasie bowiem był w Rzymie ksiądz Walerian Meysztowicz, postać znana wśród emigracji polskiej. I to groziło dekonspiracją, więc Henryk Meysztowicz zamienił się w Henryka Krzeczkowskiego.

Jako Krzeczkowski pracował w wydziale zagranicznym sztabu generalnego LWP. Był ekspertem od spraw anglosaskich. Wiki pisze o nim, że nigdy nie poszedł na współpracę z SB. Został za to tłumaczem literatury angielskiej, dostawał liczne nagrody i w końcu zaczął realizować dzieło swojego życia – odegrał wielką rolę w odnowie myśli konserwatywnej w czasach przełomu – jak napisał Zdzisław Krasnodębski.

To znaczy zebrał wokół siebie młodych ludzi, samych mężczyzn i zaczął im mącić w głowach. Czyli odstawiał jakiś intelektualny cyrk, pewnie nawet chodził do kościoła, bo w końcu pochowano go w Tyńcu.

Wróćmy do jego współpracy z SB, której nie było. Człowiek tego pokroju, z taką karierą, który był w dodatku ojczymem Anny German, nie musiał, jak sądzę, niczego podpisywać. Takie rzeczy były dla frajerów, takich jak mój wujek, który zapewne składał deklarację czy posiada rodzinę za granicą. I zapewne napisał, że nie posiada, bo nic o swoim dziadku nie wiedział, ale okazało się co innego. I tak się skończyła jego kariera.

Henryk Krzeczkowski alias Meysztowicz alias Gerner, mógł spokojnie udać, że zostawia za sobą karierę w LWP i zająć się tłumaczeniami oraz deprawacją młodzieży. Kiedyś w wiki pisali jeszcze, że odszedł z wojska w proteście przeciwko sowietyzacji armii. Dziś już tego nie ma.

I z tego faceta, pisowski polityk, prawa ręka Jarosława Kaczyńskiego, czyni bohatera wieczorku wspominkowego, w którym wezmą udział ludzie tacy jak Marek Jurek? Nieprawdopodobne.

Sowieci sprawdzali wszystkich na trzy pokolenia wstecz, żeby nie zaangażować do roboty agenturalnej nikogo, kto miałby jakieś pokusy, czy jakąkolwiek furtkę do wolnego świata. Ludzie związani z PiS, którzy piszą o sobie – zjednoczona prawica – robią młodym sieczkę z mózgu, stawiając na piedestale agenta, którego nawet nie trzeba weryfikować, bo wszystko jest w jego biogramie w wiki. I nikt kto ma w głowie olej nie złapie się na te plewy. No, ale jak ktoś ma 20 lat i zobaczy w jednym miejscu tylu zasłużonych dla Polski i prawicy ludzi, którzy dyskutują o agencie NKWD tak, jakby był on kimś ważniejszym niż Henryk Sienkiewicz, to mogą nie zrozumieć sytuacji. I pewnie nie zrozumieją.

Przyjrzyjmy się jeszcze tej zasłudze Henryka Krzeczkowskiego. Co to może znaczyć dokładnie – odnowa myśli konserwatywnej w czasach przełomu? To znaczy całkowite i ostateczne uniemożliwienie rozwoju tej myśli poprzez ustawienie swoich ludzi w krytycznych miejscach sceny politycznej. Myśl konserwatywna, jak ją rozumie Krasnodębski, skazana została przez Krzeczkowskiego na stałe kolizje ze zdrowym rozsądkiem i polityczną praktyką, realizowaną przez jego kolegów, którzy w strukturach tajnych pozostali. Ludzie zaś ją reprezentujący zajmowali się wyłącznie jej kompromitowaniem.

I  nie inaczej będzie teraz. Po co więc ten cyrk? Myślę, że Hania ma rację, wczoraj w komentarzu napisała, że za dużo ludzi młodych gromadzi się wokół Brauna, a więc ktoś wpadł na pomysł, by odgrzać jakiś konserwatywny kotlet tworząc alternatywę dla nowego pokolenia „młodych konserwatystów”. Ponieważ jednak innego nie ma, wskazano na Krzeczkowskiego i jego uczniów.

Homoseksualizm bohatera konserwatywnej prawicy jest komediowym dopełnieniem całej tej sytuacji. Jego zaś uroczysty pogrzeb w Tyńcu to finał operetki. I aż dziwne, że ten życiorys nie został jeszcze zaadaptowany przez żaden teatr. No i film by się przydał. Może jakby taki obraz zobaczył Zdzisław Krasnodębski, coś by mu w głowie zaświtało. No, ale tak się nie stanie.

Co jakiś czas prezes Kaczyński powtarza – innej Polski nie ma. Otóż jest. I my ją reprezentujemy, wbrew temu co Terlecki pieprzył w Krynicy i wbrew temu co się roi Krasnodębskiemu. Henryk Krzeczkowski to ruski i pewnie nie tylko ruski agent, którego należałoby wygumkować z polskiej historii. Nie można bowiem jednocześnie mówić ludziom, że powinni sławić powstańców styczniowych, Piłsudskiego, żołnierzy wyklętych i Solidarność – i broń Boże nic ponadto – podsuwając im jednocześnie taką swołocz jak Krzeczkowski.

Czas na opamiętanie, chyba…Choć przecież na wiele nie liczę.

==========================

M. Dakowski:

W młodości bywałem w środowiskach, w których brylował „Henio”. Znany był jako zajadły myśliwy na ślicznych młodzieńców. Spedalił i skurwił dużą liczbą młodzieńców. Dwóch z nich poznałem bliżej, jednego udało się uratować. Drugi zmarł w męczarniach z powodu rozpadu zwieraczy odbytu [Mięsak Kaposiego zdaje się ]. A Wojtek Karpiński napisał o nim panegiryczna książkę… Brrr…

==============================

mail:

„Kiedyś w wiki pisali jeszcze, że odszedł z wojska w proteście przeciwko sowietyzacji armii. Dziś już tego nie ma. A tak naprawdę był pierwszą zarejestrowaną ofiarą Aids, z wojska [LWP] zaś usunęli go za molestowanie żołnierzy”

Homoseksualiści idą na Rzym… Co Leon XIV na to???

Homoseksualiści idą na Rzym…

Paweł Chmielewski https://pch24.pl/pawel-chmielewski-homoseksualisci-ida-na-rzym/

(il. A. Bednarski)

Homoseksualiści idą na Rzym. To wprawdzie nie zbrojny najazd wojsk jakiejś współczesnej Sodomy, tylko pielgrzymka środowisk LGBTQ – ale efekty tego „ataku” mogą być równie groźne, co prawdziwej wojennej napaści.

29 sierpnia we włoskiej Terracinie zebrało się około 1000 adherentów ruchu homoseksualnego. Wyposażeni w tęczowe emblematy swojego środowiska, pod wodzą liderów w postaci doświadczonych aktywistów sodomii, ruszyli do Rzymu, by 6 września przejść przez Drzwi Święte Bazyliki św. Piotra, a następnie wziąć udział we Mszy w jezuickim kościele.

Nie wyobrażam sobie, żeby Stolica Apostolska patrzyła z biernością, gdyby do Watykanu ciągnął podobny „zastęp” mający na sztandarach inny grzech. Co by było, gdyby – na ten przykład – pielgrzymkę chciało zorganizować Włoskie Towarzystwo Kieszonkowców? Albo lepiej, Międzynarodowy Związek Pracodawców Zatrzymujących Płacę Pracownikom? To spotkałoby się najpewniej z dużym oburzeniem – jawność grzechu, zwłaszcza wołającego o pomstę do nieba, to nie jest chyba najlepsza motywacja do pielgrzymowania.

Tymczasem kiedy pielgrzymkę ogłosił ruch LGBTQ – komentarzy nie ma. Więcej nawet, wydarzenie odnotowano w oficjalnym kalendarzu wydarzeń na Rok Jubileuszowy. Tymczasem sodomici, którzy ciągną z Terraciny do Wiecznego Miasta, nie mają bynajmniej żadnej intencji nawrócenia się z niemoralnej drogi, którą obrali. Idą z nimi pary jednopłciowe, czyniące ze swojej aktywności homoseksualnej powód do chluby. Pielgrzymują duszpasterze, nawołujący do zmiany nauczania Kościoła. 1000 adherentów tęczowej ideologii idzie do Rzymu po to, by utwierdzić się w swoim grzechu – pokazać całemu światu, że można (jakoby) być katolikiem, a jednocześnie kultywować sodomię.

Nieformalnego błogosławieństwa udzieliło im zresztą dwóch prominentnych ludzi Kościoła. Arcybiskup Madrytu kardynał Jose Cobo Cano wystosował przesłanie do tęczowych pielgrzymów, zachęcając do umacniania wiary w Chrystusa – bez choćby jednego słowa dotyczącego niemoralności czy grzechu. To samo i jeszcze więcej zrobił wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu Włoch bp Francisco Savino, który odprawi zresztą Mszę św. w jezuickim kościele Il Gesu.

Można odnieść wrażenie, że pomimo braku oficjalnej aprobaty dla pielgrzymi ze strony Watykanu, chodzi w sumie o „normalne” i „poważne” katolickie wydarzenie – tak, jakby sodomia stała się jeżeli nie cnotą, to przynajmniej aktywnością moralnie akceptowalną.

To konsekwencje uwiądu nauki Kościoła, który w zakresie LGBT postępuje od lat. Papieże robili zbyt mało, by zwalczać problem normalizacji homoseksualizmu. Poprzez bierność dopuścili do tego, że znacząca część księży w wielu krajach świata ma tęczowe skłonności. To samo dotyczy wielu biskupów. Dowiadujemy się o niektórych przypadkach, innych tylko się domyślamy – problem jest jednak znaczący. To wszystko ma konsekwencje: skoro część duchowieństwa to sodomici, dlaczego ktoś miałby sprzeciwiać się tej deprawacji wśród wiernych?

Oliwy do ognia dolał papież Franciszek, autoryzując w grudniu 2023 roku deklarację doktrynalną „Fiducia supplicans”. W dokumencie wprowadzono „pozaliturgiczne” błogosławieństwa dla par LGBT. Teoretycznie nie chodzi o afirmację związku jednopłciowego, ale konia z rzędem temu, kto w praktyce to odróżni. W sieci krążą obrazki, na których dwóch „gejów” klęka przed księdzem, a ten im błogosławi. Odchodzą później zadowoleni i dalej żyją po swojemu.

Ten problem trzeba rozwiązać – gwoli prawdy i wierności Ewangelii. Papież Leon XIV ma po temu wszelkie narzędzia – jest w końcu następcą Księcia Apostołów. Czy starczy mu odwagi? A nade wszystko, czy znajdzie się w nim w ogóle chęć do działania? To pokaże czas.

Póki co ze swoistą wizytą ad limina Apostolorum idzie tęczowy hufiec, ze śpiewem na ustach i poparciem katolickich duchownych.

Paweł Chmielewski

Europoseł Grzegorz Braun podniszczył wystawę zboczeńców w Sejmie

Grzegorz Braun zniszczył wystawę w Sejmie

Kacper Wróblewski, rmf/grzegorz-braun-zniszczyl-wystawe-zbokow-w-sejmie

Grzegorz Braun zniszczył wystawę w Sejmie poświęconą równości i tolerancji. Doszło do tego po południu, przed głosowaniem nad wotum zaufania dla rządu. Poinformował o tym reporter RMF FM Kacper Wróblewski, który był świadkiem tego incydentu i któremu udało się nagrać całe zdarzenie

Grzegorz Braun niszczy wystawę w Sejmie poświęconą tolerancji wobec osób LGBT /Kacper Wróblewski /RMF FM

Grzegorz Braun niszczy wystawę w Sejmie poświęconą tolerancji wobec osób LGBT/Kacper Wróblewski /RMF FM

Dziś po godz. 15 w sejmowym holu słychać było ogromny huk. Po chwili kolejny. Okazało się, że Grzegorz Braun połamał plansze wystawy poświęconej równości i osobom LGBT. Następnie je podeptał. Straż marszałkowska próbowała interweniować, jednak bezskutecznie. 

Do incydentu doszło w czasie poselskich pytań po expose Donalda Tuska

Przypomnijmy, że w pierwszej turze wyborów prezydenckich europoseł Grzegorz Braun z Konfederacji Korony Polskiej uzyskał 6,34 proc. głosów, co zapewniło mu czwarte miejsce. To ponad milion głosów wyborców – dokładnie 1 242 917.

Tablice zostały już wyprostowane i ponownie umieszczone na stelażach. 

Interwencję do marszałka Sejmu w tej sprawie zapowiedziała liderka klubu Lewicy Anna Maria Żukowska. Poinformowała też, że ta sama wystawa – autorstwa stowarzyszenia „Tęczowe Opole” – już raz została zniszczona przez Brauna w marcu tego roku w Opolu. Zawiadomienie w tej sprawie trafiło do prokuratury.

Jeśli chodzi o Sejm, to również nie pierwszy skandal z udziałem europosła. 12 grudnia 2023 roku Grzegorz Braun zgasił świece chanukowe – również w czasie poselskich pytań po expose Donalda Tuska. W Sejmie odbywała się równolegle uroczystość poświęcona żydowskiemu świętu Chanuki. Braun wziął gaśnicę, która stała w sejmowym korytarzu, podszedł do menory chanukowej i zgasił ją, zakłócając odbywający się na terenie Kancelarii Sejmu obrządek religijny. Został wtedy wykluczony z udziału w posiedzeniu. 

Franciszek na drodze skandali. Piewca „obrzydliwości” potępionej w Biblii.

pch24/franciszek-na-drodze-kolejnego-skandalu

Franciszek na drodze skandalu. Znów napisał przedmowę do książki jezuickiego promotora LGBT

Urzędujący papież po raz kolejny wplątał się w skandal propagowania homoseksualn0-genderowych treści. Stało się tak za sprawą opublikowanej właśnie po włosku książki Wychodźmy: Wskrzeszenie Łazarza i obietnica największego cudu Jezusa, której autorem jest dysydencki jezuita, wprost zwalczający moralne nauczanie Kościoła w kwestii grzechu sodomskiego i zaburzeń psychicznych na tle płciowym.

W najbliższy poniedziałek ukaże się we Włoszech tłumaczenie jednego z „dzieł” jezuickiego gorszyciela Jamesa Martina. W upublicznionym przez wydawnictwo HarperOne wstępie do tej publikacji papież Franciszek pisze o tym, jakim „szokiem” jest fakt, że Bóg zdecydował się przemawiać do człowieka, Pismo Święte nazywając „listem miłosnym”, skierowanym do nas przez Stwórcę.

Biskup Rzymu stwierdza, że o historii Łazarza słyszało wielu, ale niewielu ją głęboko zrozumiało. „Ewangelia jest wieczna i konkretna, dotyczy naszej intymności i naszego życia wewnętrznego, podobnie jak historia i życie codzienne. Jezus nie tylko mówił o życiu wiecznym, On je dał. Wiara chrześcijańska jest zorientowana nie tylko na wieczność, ale także na konkretne, bieżące życie, nigdy jedno bez drugiego” – pisze Franciszek.

Stwierdza przy tym, że Łazarz to „każdy z nas” i dodaje: „O. Martin, który w tym aspekcie podąża za tradycją ignacjańską, pozwala nam utożsamić się z historią tego przyjaciela Jezusa. My także jesteśmy jego przyjaciółmi, my także czasami jesteśmy martwi z powodu naszego grzechu, naszych niedociągnięć i naszej niewierności, zniechęcenia, które nas zniechęca i miażdży nasze dusze”.

Urzędujący przekonuje, że Pan Jezus nie boi się do nas zbliżyć, „nawet jeśli śmierdzimy jak trup, który był pochowany przez trzy dni”, zaś autorowi udało się jego zdaniem uchwycić „głębokie znaczenie” owego zbliżania się do grzeszników.

Nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że autorem książki jest bezwstydny propagator zboczeń seksualnych, który „zasłynął” niedawno skandalem „błogosławienia” par homoseksualnych i który otwarcie wyznawał, że utożsamia historię Łazarza z dzisiejszą neomarksistowską walką o przywileje dla zboczeńców.

Zapytany przez portal National Catholic Register, czy łączy historię Łazarza z „wyzwoleniem ludzi marginalizowanych”, w tym „katolików LGBTQ+”, odpowiedział: „Absolutnie! W rzeczywistości słowa, których Jezus użył przy grobie Łazarza w Betanii, przetłumaczone w najprostszy sposób z języka greckiego, brzmią: Wyjdź!. Powiedziałem mojemu wydawcy, że gdyby tak dokładnie brzmiał tytuł książki, ludzie błędnie by go zinterpretowali. Jednak zaproszenie do wyjścia i przyjęcia tego, kim jesteś, świętowania swoich darów i zaakceptowania tego, jak Bóg cię kocha, jest czymś, co wiele marginalizowanych osób zrozumie”.

Źródło: kai.pl

Ukraińska parada zboczeńców odbędzie się… w Warszawie…

2022-05-08 http://www.autonom.pl/ukrainska-parada-rownosci-odbedzie-sie-w-warszawie/

Ukraińskie środowiska mniejszości seksualnych nie zorganizują w Kijowie swojej dorocznej „parady równości”, oczywiście z powodu trwającej wojny na Ukrainie. Z tego powodu nawołują one do przyłączenia się do demonstracji organizowanej w Warszawie przez polskie grupy LGBTQWERTY, spodziewając się około 80 tysięcy uczestników.

Organizacja KyivPride zamieściła w sieci oświadczenie związane ze zbliżającą się, doroczną demonstracją środowisk dewiantów seksualnych. Podkreśliła ona, że w tym roku uczczenie 10. rocznicy pierwszej tego typu manifestacji nie będzie możliwe, bo na terenie Ukrainy wciąż toczy się wojna z Rosją.

Tym samym ukraińskie grupy LGBTQWERTY mają dołączyć do swoich polskich odpowiedników. Tegoroczna „parada równości” w Warszawie będzie tym samym organizowana przez połączone polsko-ukraińskie siły.

Przedstawiciele KyivPride napisali w swoim komunikacie, że wraz z polskimi homoseksualistami będą „walczyć w obronie wolności i praw człowieka oraz przeciwko wojnie (…) o pokój, o zwycięstwo Ukrainy i o wolność ukraińskiej ziemi i narodu”. Demonstracja w stolicy Polski ma być jednocześnie apelem do społeczności międzynarodowej, aby wspomogła ona Ukrainę w trwającym konflikcie.

Ukraińskie grupy LGBTQWERTY twierdzą dodatkowo, że „organizatorzy spodziewają się 80 tys. osób”, które 25 czerwca mają przejść ulicami Warszawy. Zaapelowały więc do mniejszości seksualnych z całego świata o przyjazd do Polski.

Na podstawie: facebook.com/kyivpride, se.pl.