Materiał filmowy zatytułowany „Ukraina leży na surowcach wartych biliony. Szansa na odbudowę?” przedstawiony na kanale YT „Good Times, Bad Times” zawiera szczegółowy opis gospodarki Ukrainy i sytuacji geopolitycznej tego państwa do wybuchu konfliktu z Rosją 24 lutego 2022 roku oraz zmian, jakie zaszły w ciągu pierwszego miesiąca po wybuchu wojny. Autorzy przedstawili także swoją opinię na temat możliwego rozwoju wydarzeń po zakończeniu działań wojennych.
Moim zdaniem film ten zawiera wiele istotnych informacji, pomija jednak inne sprawy o istotnym znaczeniu dla przyszłości Ukrainy i dalszego rozwoju wydarzeń.
Ukraina została słusznie przedstawiona jako kraj o ogromnym potencjale gospodarczym. Pod względem wielkości terytorium Ukraina jest największym państwem w Europie, niezwykle bogatym w surowce mineralne i posiadającym najżyźniejsze ziemie rolne na kontynencie. Ukraina posiada największe w Europie złoża rud uranu, manganu i żelaza i zajmuje drugie miejsce pod względem złóż tytanu i rtęci. Bogate złoża uranu umożliwiły rozwój energetyki jądrowej – Ukraina posiada cztery elektrownie jądrowe, w tym największą elektrownię tego typu w Europie w Zaporożu.
Ukraina posiada też duże zasoby surowców energetycznych i zajmuje pierwsze miejsce w Europie (obok Polski) pod względem zasobów węgla i drugie po Norwegii złoża gazu ziemnego. Mimo spadku znaczenia węgla jako surowca energetycznego, technologia gazyfikacji węgla może istotnie przyczynić się do rozwoju energetyki zarówno w Polsce, jak Ukrainie.
Ukraina jest też potęgą w dziedzinie rolnictwa. Ukraińskie czarnoziemy są w stanie wyżywić aż 600 milionów ludzi, starczyłyby więc z nawiązką do wykarmienia całej Unii Europejskiej. Ukraina zajmuje trzecie miejsce w świecie pod względem eksportu pszenicy i należy do grupy pięciu największych światowych producentów jęczmienia, oleju słonecznikowego, kukurydzy i rzepaku.
Wydawałoby się więc, że państwo tak hojnie obdarowane przez naturę powinno rozwijać się szybko i bez przeszkód, a ludność powinna opływać w dostatki. Okazuje się jednak, że duże terytorium i ogromne bogactwa naturalne nie gwarantują sukcesu w sytuacji, gdy brakuje stabilizacji ekonomicznej i politycznej.
Ukrainę ostatnio nazywano „bogatym krajem biednych ludzi”. Podczas gdy poziom życia mieszkańców dawnych państw bloku wschodniego stale się podnosił, poziom życia Ukraińców spadł poniżej poziomu sprzed rozpadu Związku Radzieckiego. Przed konfliktem z Rosją Ukraina miała już najniższy dochód netto na mieszkańca w Europie. O tym, że ludziom nie żyło się dobrze na Ukrainie świadczył ujemny wskaźnik przyrostu naturalnego, któremu towarzyszyła masowa emigracja młodych Ukraińców za chlebem. Obecnie nie wiadomo, ilu spośród 41 milionów Ukraińców wyjechało za granicę. Sytuacja drastycznie pogorszyła się po agresji Rosji na Ukrainę, która spowodowała dalszy spadek dochodu narodowego Ukrainy o co najmniej połowę i ucieczkę blisko 4 milionów uchodźców wojennych, w tym głównie kobiet i dzieci.
Powszechna korupcja i nieudolne rządy powodowały, że Ukraina nie wykorzystywała w pełni swoich bogactw naturalnych. Wydobycie rud uranu pokrywało zapotrzebowanie krajowych elektrowni atomowych jedynie w 30%, pozostałe paliwo Ukraina musiała kupować za granicą. Krajowa energetyka wykorzystywała jedynie 2% złóż gazu ziemnego. Złoża te, podobnie jak złoża węgla, znajdują się we wschodniej części Ukrainy i w szelfie morza Czarnego, czyli na terenach obecnie objętych działaniami wojennymi, gdzie zniszczenia są największe.
Stosunkowo najlepiej Ukraina wykorzystywała swój potencjał rolny. Ze względu na silną konkurencję ze strony Rosji, która zaopatruje Europę w 41% pszenicy (Ukraina tylko 5%), ukraińskie zboże było eksportowane do Afryki Północnej i na Bliski Wschód dogodną drogą morską przez Morze Czarne i Bosfor. Największym rynkiem zbytu dla Ukrainy są [może: były… ] jednak Chiny, dokąd od 2021 r. Ukraina wysyła swoje zboże i rudę żelaza. Drugim największym rynkiem zbytu dla Ukrainy jest Polska.
Niewątpliwie główną przyczyną agresji ze strony Rosji były obawy przed wstąpieniem Ukrainy do NATO, utratą jedynego niezamarzającego zimą portu wojennego w Sewastopolu na Krymie oraz obawy spowodowane ogłoszeniem przez Ukrainę w 2022 r. programu osiągnięcia samowystarczalności energetycznej przez rozwój energetyki jądrowej, co groziło, że w ciągu kilku lat Ukraina będzie miała własną broń jądrową. Spośród dwóch państw buforowych, zabezpieczających granice Rosji – Białoruś i Ukraina – Rosja nagle straciła jedno, o ogromnym potencjale gospodarczym i demograficznym.
Agresja ta nie byłaby jednak możliwa, gdyby nie słaba kondycja ekonomiczna Ukrainy i brak stabilizacji wewnętrznej. Ukraina jest państwem trapionym głębokimi podziałami kulturowymi i etnicznymi, o niestabilnych granicach.
Ukraina istnieje jako niepodległe państwo dopiero od 1991 roku, czyli od 31 lat, i składa się z trzech bardzo różniących się od siebie części. Ukraina zachodnia przez setki lat stanowiła część Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a potem przez ponad 100 lat pod władzą Austro-Węgier i do wybuchu II wojny światowej w 1939 r. znajdowała się i rozwijała w kręgu kultury zachodniej. Część środkową zamieszkują ludzie, którzy się określają jako „prawdziwi Ukraińcy” i nie są zbyt przyjaźnie nastawieni do mieszkańców dawnej polskiej Galicji, których określają mianem „zapadniki”. Wschodnia część Ukrainy składa się z terytoriów zdobytych przez Katarzynę Wielką, zamieszkałych obecnie głównie przez ludność pochodzenia rosyjskiego. Obie te części – centralna i wschodnia – od setek lat należały do wschodniego kręgu kulturowego, zdominowanego przez Rosję. Wewnętrzne konflikty zostały wykorzystane przez Rosję do osłabienia Ukrainy przez kolejne secesje Krymu, republik Ługańskiej i Donieckiej i potencjalnie Naddniestrza.
W świetle powyższych faktów sytuacja nie jest dla Ukrainy korzystna, także ze względu na stosowanie przez Rosję szantażu energetycznego wobec państw Unii Europejskiej. Ukraina otrzymuje międzynarodową pomoc wojskową, ale mimo silnego wzrostu potencjału wojskowego, katastrofa gospodarcza Ukrainy powoduje, że nawet w wypadku wygranej Ukraina wyjdzie z wojny zniszczona, zrujnowana gospodarczo i pozbawiona dużej części ludności. W wypadku przegranej Ukraina zapewne utraci sporą część terytoriów i już nigdy nie zajmie należnego jej miejsca wśród narodów Europy. Przy wyraźnej determinacji Rosji, gotowej użyć broń atomową by osiągnąć swoje cele, los Ukrainy wydaje się przesądzony. Zawsze jednak pozostaje nadzieja, że instytucje międzynarodowe i rządy mocarstw zmuszą walczące strony do negocjacji i uchronią je przed skutkami długotrwałej, niszczącej wojny.
mail:
Nie napisano, dlaczego Niemcy tak wzbraniają się wysłać Ukrainie pomoc – bo po prostu nie mogą wspomagać wojsk, które otwarcie legitymują się swastyką, nawiązują do tradycji SS Galizien i heilują w miejscach publicznych. A Niemcy unikają jak ognia wszelkich wspomnień i odniesień do II w.św. i Hitlera i chcą o tym zapomnieć.Poniżej jakiś wpis w necie – :
„Sytuacja Ukrainy jest tragiczna. Wojna toczy się na jej terytorium, a nie w Rosji i powoduje ogromne zniszczenia. W rękach Rosjan znalazła się główna elektrowni jądrowa, do której już wcześniej brakowało paliwa, mimo największych w Europie zasobów rudy uranu rodzima produkcja pokrywała jedynie 30% zapotrzebowania. Wydobycie węgla stoi z powodu wojny. W kraju brakuje wody pitnej, zablokowano dostawy ropy i gazu. Zajęcie wybrzeży umożliwia założenie pełnej blokady. Ukraina jest w kleszczach i wojna musi zakończyć się latem, inaczej Ukraińców czeka mordercza zima. Ludność jest zdziesiątkowana – z 41 milionów teraz wyjechało blisko 4 miliony i nie wiadomo ile wcześniej. Nawet jeżeli wojna skończy się wkrótce, Ukraina wychodzi z niej zniszczona i zrujnowana. Mimo to rząd Zelenskiego pcha kraj w kierunku totalnej katastrofy, jak gdyby obecna nie była wystarczająca.”
Ceny biokomponentów przekraczają nawet dwukrotnie ceny paliw, do których są dodawane i powodują wzrost cen na stacjach benzynowych. To efekt wojny na Ukrainie. Koncerny paliwowe stawiają więc na biokomponenty wytwarzane z surowców innych niż spożywcze – poinformowali PAP przedstawiciele branży paliwowej.
Zdaniem Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego (POPiHN) biokomponenty produkowane z surowców spożywczych: bioetanol, estry metylowe mają istotny wpływ na ceny paliw. POPiHN zaznaczyła, że firmy paliwowe w kraju, realizując obowiązek spełnienia Narodowego Celu Wskaźnikowego (NCW) muszą dodawać do benzyn silnikowych ok. 5 proc. biokomponentu (według wartości opałowej w postaci alkoholu etanolowego), a do oleju napędowego ok. 7 proc. biokomponentów w postaci estrów metylowych.
„Obecne ceny biokomponentów paliwowych przekraczają znacznie ceny paliw produkowanych z ropy naftowej, a więc konieczność ich stosowania podnosi ceny ostateczne paliw. Co więcej, ceny biokomponentów rosną szybciej niż paliw, a to musi skutkować wzrostem ceny dla końcowego odbiorcy. Wojna na Ukrainie na pewno tej sytuacji nie poprawia, ciągnąc ceny surowców do produkcji biokomponentów w górę. Będzie się to musiało odbić na cenach producentów paliw i następnie na kierowcach” – zwrócił uwagę dyrektor ds. analiz rynku paliw POPiHN Krzysztof Romaniuk w odpowiedzi na pytania PAP.
Dodał, że obecnie trudno ocenić, jaki wpływ będzie miała wojna na ceny biokomponentów, gdyż dużo zależy od tego, jak długo będzie trwała, na ile ograniczone będą ukraińskie zbiory, a także na ile uda się jej przesłać nadwyżki surowców rolnych na zagraniczne rynki.
„Biopaliwa, czy też dodawanie biokomponentów do paliw naftowych może poprawić bilans zaopatrzenia rynku krajowego w kontekście ograniczenia dostaw paliw z Rosji. Jednocześnie, widmo możliwego zagrożenia dostaw produktów żywnościowych na rynki światowe – głównie z Ukrainy, będzie wpływało na podwyżki cen dodatków bio do paliw na rynkach światowych i tym samym paliw gotowych” – stwierdził Krzysztof Romaniuk.
Ocenił, że perspektywy podwyżek cen paliw, ale też dla dodatków do nich są niemal pewne, a to zapewne wymusi zmniejszenie konsumpcji i może skierować większą uwagę kierowców w kierunku pojazdów niskoemisyjnych zasilanych paliwami innymi niż produkowane z ropy naftowej – zaznaczył Romaniuk .
Największy producent paliw i biopaliw w Polsce PKN Orlen przyznał, że od listopada 2021 r. obserwuje wzrost cen biokomponentów w efekcie zaburzenia łańcucha dostaw, problemów z dostępnością katalizatorów do produkcji estrów oraz zwiększonego zapotrzebowaniem na surowce olejowe i zboża na rynkach azjatyckich.
„W grudniu 2021 r. i styczniu 2022 r. zauważalny był spadek cen i stabilizacja, ale działania wojenne na Ukrainie spowodowały ponowny wzrost przez co obecne notowania utrzymują się na bardzo wysokim poziomie. W porównaniu do lat przednich obserwowany jest ponad dwukrotny wzrost notowań podstawowych biokomponentów tj. bioetanolu i estrów” – stwierdził Orlen w odpowiedzi dla PAP.
PKN Orlen zaznaczył, że w perspektywie średnioterminowej stawia głównie na biokomponenty produkowane z surowców nieżywnościowych. (PAP)
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 5 czerwca 2022
Wojna na Ukrainie trwa już ponad 3 miesiące i ostateczne zwycięstwo musi być już w zasięgu ręki. Jak bowiem donoszą źródła ukraińskie, Rosjan, to znaczy – zbrodniarzy wojennych Putina – ogarnia „panika”. Najwyraźniej obawiają się sądu zagniewanego ludu, którym kiedyś Józef Stalin groził Adolfowi Hitlerowi. Nasze papugi oczywiście to wszystko słowo w słowo powtarzają, bohatersko wspierając w ten sposób Ukrainę, w której – tylko patrzeć – jak zakocha się cały świat. No, może nie od razu, bo gdyby tak wszyscy na raz się zakochali, to mogłoby to wzbudzić wątpliwości, co do autentyczności takiego masowego uczucia – w związku z czym świat zakochuje sie w Ukrainie po kolei.
Naszemu nieszczęśliwemu krajowi przypadł ten zaszczyt, że – jak przystało na wzorowego ormowca – zakochał się pierwszy, w związku z czym pan prezydent Duda już nie wie, jakby tu się Ukrainie przypodobać. Odbył pielgrzymkę do Kijowa, podczas której zadeklarował, że „nic” nie oddzieli Polski od Ukrainy. Natychmiast podchwycił to Wielce Czcigodny Paweł Kowal stręcząc mniej wartościowemu narodowi polskiemu „nierozerwalny sojusz” z Ukrainą. Wszystko to być może, bo jeśli wojna jeszcze trochę potrwa, to ci, którzy doczekają ostatecznego zwycięstwa, wcześniej przeniosą się do Polski i w ten sposób unia stanie się faktem.
Ponieważ jest rozkaz, by się z tego radować, to wszyscy posłusznie się radują, bo jak ktoś w okazywaniu radości wykazuje opieszałość, to zainteresuje się nim Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która najpierw zdemaskuje go, jako ruskiego agenta, a potem odda w surowe ręce sprawiedliwości ludowej.
Toteż przykład idzie z góry, bo jak wiadomo, ryba psuje się od głowy. Nasi Umiłowani Przywódcy właśnie odnieśli wielki sukces na forum Unii Europejskiej. Nie, nie chodzi o odblokowanie pieniędzy dla Polski, aż tak dobrze to nie jest tym bardziej, że żmudny proces likwidowania Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego napotyka rozmaite trudności. Chodzi o to, że PiS chciałby sędziów tej likwidowanej Izby przenieść w stan spoczynku, nie wiecznego, tylko zwyczajnego, czyli zapewnić im miękkie lądowanie, ale wpływowa w Senacie Volksdeutsche Partei chce ich stamtąd zwyczajnie powyrzucać na tak zwany zbity łeb.
Jak tam będzie, tak tam będzie, ale tak czy owak wydaje się to bez znaczenia, bo właśnie niezawiśli sędziowie, których Nasza Złociutka Pani w 2017 roku rzuciła na pierwszą linię frontu walki o praworządność w naszym bantustanie, donoszą do UE, żeby nie dała się nabrać na te filuterie pana prezydenta Dudy, co to by chciał, żeby i wilk był syty, ale i owca cała. Do odblokowania forsy jest chyba jeszcze daleko, natomiast sukces Naszych Umiłowanych Przywódców, a w szczególności – pana premiera Morawieckiego, co to dałby sobie uciąć nogi, ręce a może i jeszcze coś, byleby tylko dokuczyć złemu Putinowi – otóż ten sukces polega na tym, iż UE przyjęła szósty pakiet sankcji przeciwko Rosji. Polega on na nałożeniu embarga na ruską ropę, ale w taki sposób, że embargo dotyczy tylko ropy transportowanej tankowcami, natomiast nie obejmuje ropy tłoczonej rurociągami. Korzystają z tego państwa śródlądowe; przede wszystkim Węgry, co jest niewątpliwą zasługą premiera Wiktora Orbana, ale również Czechy i Słowacja, a nawet Bułgaria. Polska jak zwykle zostanie z fiutem w garści, bo skończy się to na tym, że będzie musiała kupować ruską ropę, przetworzoną, albo nie, od Węgier, a może nawet od mężnych Czechów lub Słowaków.
Najwyraźniej Pan Bóg już nie słucha suplik Matki Boskiej Królowej Polski, bo wprawdzie głupota ludzka może być porównywana z Boską cierpliwością, ale bez przesady. Jakże inaczej wyjaśnić sytuację, w której Polska dała Ukrainie ileś tam czołgów i samobieżnych haubic „Krab”, ale z Niemiec jak dotąd żadnego czołgu nie dostała. Nasi Umiłowani Przywódcy twierdzą, że mieli to obiecane, ale chyba nie na piśmie, tylko tak, jak w swoim czasie Wielce Czcigodnej „Pulardzie” – ktoś coś obiecał między schodami a toaletą w gmachu Parlamentu Europejskiego, a może nawet gdzieś indziej. Rząd niemiecki bowiem na lamenty pana premiera Morawieckiego robi wielkie oczy i łagodnie tłumaczy że „musiało zajść jakieś nieporozumienie”. Słowem – jak tak dalej pójdzie, to będziemy skazani wyłącznie na tak zwane „zwycięstwa moralne” w których nasz nieszczęśliwy kraj ma nawet sporą eksperiencję. Jak powiada pobożny poseł Grzegorz Braun – „Szczęść Boże, ratuj się, kto może!”
Tymczasem ludowa sprawiedliwość wreszcie, to znaczy – po raz kolejny zatriumfowała. Oto definitywnie (?) zakończył się proces dwojga małżonków P., którzy przez niezawisłe sądy, a nawet sejmową komisję śledczą, zostali uznani za głównych winowajców słynnej w swoim czasie afery „Amber Gold”. Jak pamiętamy, naiwniacy, którzy uwierzyli, że kartki papieru to jest złoto, zostali wydymani na 850 mln złotych. Kto wziął szmalec i gdzie schował – tego do dzisiaj nie wiadomo, ale nawet gdyby małżonkowie P. dostali z tego 1 procent, to i tak wystarczyłoby im to na 50-60 lat. Pewnie dlatego milczą jak zaklęci, a niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego, skwapliwie wierzą, że poza małżonkami P. w aferze „Amber Gold” żadni inni szatani nie byli czynni. Podobnie sejmowa komisja śledcza, która po przewodnictwem pięknej i Wielce Czcigodnej Małgorzaty Wassermann stwierdziła, że „organy państwowe” zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale nie odważyła się już odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało, to znaczy – kto kazał organom państwowym zachowywać się „niewłaściwie”. [Bo przypuszczenie, że był to Igor Kolomojski jest niemożliwe: Byłby to anty -semityzm splątany z anty-ukrainizmem!!. MD]
Toteż wcale bym się nie zdziwił, gdyby ci sami, którzy wcześniej organom państwowym kazali zachowywać się niewłaściwie w sprawie „Amber Gold”, zasugerowali to samo pięknej pani Małgorzacie, której pewnie takich rzeczy nie trzeba by dwa razy powtarzać. Wyobrażam sobie jak z ostatecznego wyroku, w którym Marcin P. został skazany na 15 lat, więc wyjdzie już po pięciu, podczas gdy jego małżonka – na 11, 5 roku, więc wyjdzie już po trzech, musiał ucieszyć się Donald Tusk, który w tę sprawę był zamieszany nie tylko przez syna, ale również przez działaczy Volksdeutsche Partei, którzy, na podobieństwo ruskich burłaków na Wołdze, na lotnisku imienia Kukuńka, ciągnęli ręcznie samolot OLT Ekspres, która to firma powstała na skutek wykupienia niemieckiej Lufttransport i YES Airways przez „Amber Gold”. Kiedy wybuchła afera, firma zawiesiła działalność, a w roku 2013 w ogóle się rozwiązała, cztery samoloty zostały sprzedane, a niezależna prokuratura wszczęła tak zwane energicznie kroki dopiero, jak wszelka forsa rozwiała się w nocy i mgle. W tej sytuacji lepiej rozumiemy, dlaczego Donald Tusk i Volksdeutsche Partei tak się poświęca walce o praworządność, no a i niezawiśli sędziowie też nie dają się w tym nikomu wyprzedzić.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Prezydent odpowiedział na pytania Pawła Zarubina z kanału telewizyjnego Rossija
Pawel Zarubin (PZ): Panie Prezydencie, właśnie byliśmy świadkami Pańskiego spotkania z Prezydentem Senegalu, który obecnie stoi na czele Unii Afrykańskiej. Potwierdził on, a w ciągu ostatniego tygodnia wiele krajów wyraziło podobne zaniepokojenie, nie tyle kryzysem żywnościowym, co obawą przed klęską głodu na dużą skalę, ponieważ światowe ceny żywności rosną, podobnie jak ceny ropy i gazu.
Oczywiście Zachód obwinia za to również Rosję. Jaka jest rzeczywista sytuacja w tym momencie, jak się rozwija? Co Pana zdaniem wydarzy się na rynkach żywnościowym i energetycznym?
Prezydent Rosji Włodzimierz Putin (WP): Tak, rzeczywiście, obserwujemy próby obarczenia Rosji odpowiedzialnością za rozwój sytuacji na światowym rynku żywności i narastające na nim problemy. Muszę przyznać, że jest to kolejna próba zrzucenia winy na kogoś innego. Ale dlaczego?
Po pierwsze, sytuacja na światowym rynku żywności nie pogorszyła się wczoraj ani nawet po rozpoczęciu przez Rosję specjalnej operacji wojskowej w Donbasie.
Sytuacja uległa pogorszeniu w lutym 2020 roku w wyniku działań mających na celu przeciwdziałanie pandemii koronawirusa, kiedy to gospodarka światowa znalazła się w złym stanie i trzeba było ją ożywić.
Władze finansowe i gospodarcze w Stanach Zjednoczonych nie znalazły lepszego pomysłu niż przeznaczenie dużych kwot pieniędzy na wsparcie ludności oraz niektórych przedsiębiorstw i sektorów gospodarki.
My na ogół robiliśmy prawie to samo, ale zapewniam, że byliśmy znacznie dokładniejsi, a rezultaty tego są widoczne: robiliśmy to selektywnie i uzyskiwaliśmy pożądane rezultaty bez wpływu na wskaźniki makroekonomiczne, w tym nadmierny wzrost inflacji.
Sytuacja w Stanach Zjednoczonych wyglądała zupełnie inaczej. Podaż pieniądza w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 5,9 biliona w ciągu niespełna dwóch lat, od lutego 2020 r. do końca 2021 roku. Była to bezprecedensowa wydajność maszyn do drukowania pieniędzy. Całkowita podaż gotówki wzrosła o 38,6 procent.
Najwyraźniej amerykańskie władze finansowe wierzyły, że dolar jako waluta globalna, podobnie jak w poprzednich latach, rozprzestrzeni się, rozpłynie się w gospodarce światowej, a Stany Zjednoczone nawet tego nie odczują. Tak się jednak nie stało, nie tym razem. W gruncie rzeczy przyzwoici ludzie – a są tacy w Stanach Zjednoczonych – jak na przykład Sekretarz Skarbu, potwierdzają, że popełniono błąd. Był to więc błąd amerykańskich władz finansowych i gospodarczych – nie ma on nic wspólnego z działaniami Rosji na Ukrainie, jest zupełnie niezwiązany z tą sprawą.
Był to pierwszy krok – i to duży – w kierunku obecnej niekorzystnej sytuacji na rynku żywności, ponieważ przede wszystkim ceny żywności natychmiast poszły w górę, wzrosły. To jest pierwsza przyczyna.
Drugim powodem była krótkowzroczna polityka państw europejskich, a przede wszystkim polityka Komisji Europejskiej, w zakresie energii. Widzimy, co się tam teraz dzieje. Osobiście uważam, że wielu graczy politycznych w Stanach Zjednoczonych i Europie wykorzystało naturalne obawy ludzi dotyczące klimatu, zmian klimatycznych i zaczęło promować zieloną agendę, także w sektorze energetycznym.
Można się z tym wszystkim zgodzić, z wyjątkiem nieuzasadnionych i bezpodstawnych zaleceń dotyczących tego, co należy zrobić w sektorze energetycznym. Przecenia się możliwości alternatywnych rodzajów energii: energia słoneczna, wiatrowa, wszelkie inne rodzaje energii odnawialnej, energia wodorowa – to zapewne dobre perspektywy na przyszłość, ale dziś nie da się ich wyprodukować w wymaganej ilości, o wymaganej jakości i po akceptowalnych cenach. Jednocześnie zaczęto umniejszać znaczenie konwencjonalnych rodzajów energii, w tym – i przede wszystkim – węglowodorów.
Co z tego wynikło? Banki przestały udzielać kredytów, ponieważ znalazły się pod presją. Firmy ubezpieczeniowe przestały ubezpieczać transakcje. Władze przestały przydzielać działki pod rozwój produkcji energii i ograniczyły budowę środków transportu, w tym rurociągów.
Wszystko to doprowadziło do braku inwestycji w światowym sektorze energetycznym, a w konsekwencji do wzrostu cen. W ubiegłym roku wiatr nie był tak silny, jak się spodziewano, zima się przeciągnęła, a ceny natychmiast poszybowały w górę.
Na domiar złego, Europejczycy nie posłuchali naszych uporczywych próśb o utrzymanie kontraktów długoterminowych na dostawy gazu ziemnego do krajów europejskich. Zaczęli je ograniczać. Wiele z nich jest nadal ważnych, ale niektóre zaczęto zrywać. Miało to negatywny wpływ na europejski rynek energetyczny: ceny wzrosły. Rosja nie ma z tym absolutnie nic wspólnego.
Gdy tylko ceny gazu zaczęły rosnąć, ceny nawozów poszły w ślad za nimi, ponieważ gaz jest wykorzystywany do produkcji niektórych z tych nawozów. Wszystko jest ze sobą powiązane. Gdy tylko ceny nawozów zaczęły rosnąć, wiele firm, w tym w krajach europejskich, okazało się nierentownymi i zaczęło całkowicie zamykać działalność. Ilość nawozów na rynku światowym gwałtownie spadła, a ceny gwałtownie wzrosły, ku zaskoczeniu wielu europejskich polityków.
Ostrzegaliśmy ich przed tym i nie jest to w żaden sposób związane z rosyjską operacją wojskową w Donbasie. To nie ma z nią nic wspólnego.
Kiedy rozpoczęliśmy naszą operację, nasi tak zwani europejscy i amerykańscy partnerzy zaczęli podejmować kroki, które pogorszyły sytuację zarówno w sektorze żywnościowym, jak i w produkcji nawozów.
Na marginesie, Rosja ma 25 procent udziału w światowym rynku nawozów. Jeśli chodzi o nawozy potasowe, Aleksander Łukaszenko powiedział mi – ale oczywiście powinniśmy to sprawdzić, choć myślę, że to prawda – że jeśli chodzi o nawozy potasowe, Rosja i Białoruś mają 45% udziału w rynku światowym. Jest to ogromna ilość.
Wydajność upraw zależy od ilości nawozów wprowadzonych do gleby. Gdy tylko stało się jasne, że naszych nawozów nie będzie na rynku światowym, natychmiast wzrosły ceny zarówno nawozów, jak i produktów spożywczych, ponieważ bez nawozów nie da się wyprodukować wymaganej ilości produktów rolnych.
Jedno wynika z drugiego, a Rosja nie ma z tym nic wspólnego. Nasi partnerzy sami popełnili mnóstwo błędów, a teraz szukają kogoś, na kogo mogliby zrzucić winę. Oczywiście Rosja jest pod tym względem najbardziej pasującym kandydatem.
PZ: Nawiasem mówiąc, właśnie pojawiła się informacja, że żona szefa naszej największej firmy produkującej nawozy, została objęta nowym europejskim pakietem sankcji. Do czego, Pana zdaniem, to wszystko doprowadzi?
WP: To pogorszy i tak już złą sytuację.
Brytyjczycy, a następnie Amerykanie – Anglosasi – nałożyli sankcje na nasze nawozy. Potem, zorientowawszy się, co się dzieje, Amerykanie znieśli sankcje, ale Europejczycy nie. Sami mówią mi w nieoficjalnych kontaktach: tak, musimy się nad tym zastanowić, musimy coś z tym zrobić, ale dziś tylko pogorszyli tę sytuację.
To pogorszy sytuację na światowym rynku nawozów, a co za tym idzie, perspektywy zbiorów będą znacznie skromniejsze, a ceny będą nadal rosły – i tyle. Jest to absolutnie krótkowzroczna, błędna, powiedziałbym, że po prostu głupia polityka, która prowadzi do impasu.
PZ: Jednak wysocy rangą politycy oskarżają Rosję o uniemożliwianie eksportu zboża, które faktycznie znajduje się w ukraińskich portach.
WP: Blefują, i wyjaśnię dlaczego.
Po pierwsze, są pewne obiektywne okoliczności, o których teraz wspomnę. Na świecie produkuje się około 800 milionów ton pszenicy rocznie. Teraz mówi się nam, że Ukraina jest gotowa wyeksportować 20 milionów ton. Zatem 20 milionów ton z 800 milionów ton to 2,5 procent. Ale jeśli przyjmiemy, że pszenica stanowi zaledwie 20 procent wszystkich produktów żywnościowych na świecie – a tak jest, to nie są nasze dane, tylko ONZ – to oznacza, że te 20 milionów ton ukraińskiej pszenicy to zaledwie 0,5 procenta, czyli praktycznie nic. To jest pierwsza kwestia.
Druga. Potencjalny eksport ukraińskiej pszenicy to 20 mln ton. Oficjalne instytucje amerykańskie podają, że Ukraina mogłaby dzisiaj wyeksportować sześć milionów ton pszenicy. Według naszego Ministerstwa Rolnictwa, nie jest to sześć, lecz około pięciu milionów ton, ale dobrze, załóżmy, że jest to sześć, a dodatkowo Ukraina mogłaby wyeksportować siedem milionów ton kukurydzy – to dane naszego Ministerstwa Rolnictwa. Zdajemy sobie sprawę, że to nie jest dużo.
W bieżącym roku agrotechnicznym 2021-2022 wyeksportujemy 37 milionów ton, a w latach 2022-2023, jak sądzę, zwiększymy ten eksport do 50 milionów ton. Ale to tak na marginesie.
Jeśli chodzi o wysyłkę ukraińskiego zboża, to my tego nie blokujemy. Jest kilka sposobów na eksport zboża.
Pierwszy z nich. Można je wysyłać przez porty kontrolowane przez Ukrainę, przede wszystkim na Morzu Czarnym – Odessę i pobliskie porty. To nie my zaminowaliśmy podejścia do portu – zrobiła to Ukraina.
Wielokrotnie to powtarzałem – niech rozminują porty i pozwolą odpłynąć statkom załadowanym zbożem. Zagwarantujemy im spokojny przepływ na wody międzynarodowe bez żadnych problemów. Nie ma żadnych problemów. Proszę bardzo.
Muszą usunąć miny i podnieść statki, które celowo zatopili na Morzu Czarnym, aby utrudnić dostęp do portów na południu Ukrainy. Jesteśmy gotowi to zrobić; nie będziemy wykorzystywać procesu rozminowywania do rozpoczęcia ataku od strony morza. Już o tym mówiłem. To pierwsze.
Po drugie. Jest jeszcze jedna możliwość: porty na Morzu Azowskim – Berdiańsk i Mariupol – są pod naszą kontrolą i jesteśmy gotowi zapewnić bezproblemowe wyjście z tych portów, także dla eksportowanego ukraińskiego zboża. Proszę bardzo.
Pracujemy już nad procesem rozminowywania. Kończymy te prace – w pewnym momencie wojska ukraińskie położyły trzy warstwy min. Ten proces dobiega końca. Stworzymy niezbędną logistykę. To nie jest problem, zrobimy to. To jest druga kwestia.
Po trzecie. Istnieje możliwość transportu zboża z Ukrainy przez Dunaj i Rumunię.
Po czwarte. Można też przez Węgry.
I po piąte, można to robić także przez Polskę. Owszem, są pewne problemy techniczne, bo tory są różnej szerokości i trzeba wymienić wagony. Ale to wszystko zajmuje tylko kilka godzin.
Wreszcie, najprostszym sposobem jest transport zboża przez Białoruś. Jest to najłatwiejszy i najtańszy sposób, ponieważ stamtąd zboże może być natychmiast wysłane do portów bałtyckich i dalej w dowolne miejsce na świecie.
Musieliby jednak znieść sankcje nałożone na Białoruś. To jednak nie jest nasz problem. W każdym razie Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko mówi tak: jeśli ktoś chce rozwiązać problem eksportu ukraińskiego zboża, jeśli ten problem w ogóle istnieje, proszę skorzystać z najprostszej drogi – przez Białoruś. Nikt nie będzie was zatrzymywał.
Tak więc problem wysyłki zboża z Ukrainy tak naprawdę nie istnieje.
PZ: Jak wyglądałaby logistyka wysyłania zboża z portów znajdujących się pod naszą kontrolą? Jakie byłyby warunki?
WP: Żadnych warunków. Są mile widziani. Zapewnimy pokojowe przejście, zagwarantujemy bezpieczne podejście do tych portów, zapewnimy bezpieczne wejście zagranicznych statków i przejście przez Morze Azowskie i Morze Czarne w dowolnym kierunku.
A propos, w tym momencie w ukraińskich portach stoją statki. Są to statki zagraniczne, dziesiątki. Są one po prostu zablokowane, a ich załogi nadal są przetrzymywane jako zakładnicy.
Wprawdzie pan prezydent Andrzej Duda podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Kijowa trochę spuścił z tonu, w porównaniu do przemówienia z 3 maja, kiedy zapowiedział zlikwidowanie granicy między Polską i Ukrainą, bo powiedział, że ta granica powinna „łączyć”, a nie „dzielić” – ale jeśli ma „łączyć”, cokolwiek by to miało znaczyć, to musi jednak istnieć. Ale granice formalnie istnieją również w Unii Europejskiej, a nawet w poszczególnych państwach członkowskich, na przykład, jako granice między landami w Niemczech, więc istnienie granicy o niczym jeszcze nie przesądza, zwłaszcza w świetle złożonej w Kijowie deklaracji pana prezydenta, że „nic” nie rozłączy Polski z Ukrainą.
Bardzo to podobne do stypulacji małżeńskiej: „dopóki śmierć nas nie rozłączy”, więc możliwe, że stosowne decyzje gdzieś już zapadły, tylko Nasi Umiłowani Przywódcy jeszcze nie wiedzą, jak powinni nas o tym powiadomić. Bardzo możliwe, że zakomunikują nam to w postaci deklaracji, że oto rozpoczynamy w ten sposób realizację programu jagiellońskiego, co oczywiście będzie wymagało od nas rozmaitych poświęceń. Jakie one będą – tego jeszcze nie wiemy, bo wiele zależy od rozwoju sytuacji na Ukrainie. Jak wiadomo Stany Zjednoczone, na czele pozostałych 40 państw od nich zależnych, wojują tam z Rosją do ostatniego Ukraińca.
Wprawdzie ostateczne zwycięstwo jest zatwierdzone ponad wszelką wątpliwość, ale rozmaici eksperci, między innym pan red. Wyrwał twierdzą, że Ukraina może tę wojnę przegrać. Jeszcze nie wiadomo, co to konkretnie znaczy tym bardziej, że jeśli nawet przegra, to „i tak” wygra – podobnie, jak to było z panem Tadeuszem Mazowieckim podczas wyborów prezydenckich w 1990 roku. Jak pamiętamy, miał on „i tak” wygrać, to znaczy – taki był rozkaz – ale stało się inaczej.
Na razie jest tak, że Polska wysyła na Ukrainę broń i amunicję, zgodnie z zadaniami wyznaczonymi naszemu bantustanowi na niedawnej konferencji w Ramstein, a Ukraina wysyła nam swoich obywateli, których wkrótce będzie u nas 4 miliony, to znaczy – tych, którzy mają status „uchodźców”. Jeśli tedy Ukraina na razie przegra, chociaż w ogóle to na pewno zwycięży, to liczba ukraińskich obywateli w Polsce może gwałtownie wzrosnąć. Jeśli będą chcieli pozostać w naszym nieszczęśliwym kraju, to trzeba będzie jakoś ich status uregulować, żeby nie czuli się „wykluczeni” lub, nie daj Boże – „stygmatyzowani”. Wtedy granica między Polską i Ukrainą straci wszelkie znaczenie, bo Ukraina po prostu przeniesie się do nas.
W tej sytuacji warto zapytać o status obywateli tubylczych – czy zgodnie z deklaracją pana Łukasza Jasiny, rzecznika MSZ, „Polska”, a więc również jej obywatele, będą „sługami narodu ukraińskiego”, czy też ta sytuacja zostanie uregulowana jakoś inaczej. To nie jest wykluczone, bo nie zapominajmy, iż wiszą nad nami również roszczenia żydowskie, których realizacji będą pilnowały Stany Zjednoczone na podstawie ustawy 447. Realizacja tych roszczeń jeszcze bardziej skomplikowałaby sytuację ludności tubylczej, bo musiałaby ona wtedy służyć dwu panom, a to – jak pamiętamy z Pisma Świętego – nie może być udanym eksperymentem. Być może jakieś rozwiązanie przyniósłby kompromis – że mianowicie w dni parzyste będziemy sługami narodu ukraińskiego, a w dni nieparzyste – żydowskiego, albo odwrotnie – bo wtedy trzeba by jakoś rozwiązać problem sobót – na przykład tak, żeby w jednym tygodniu Żydom służyli Polacy, a w tygodniu następnym – Ukraińcy – bo skoro cieszyliby się oni równouprawnieniem, to sprawiedliwe byłoby również symetryczne rozłożenie obowiązków – również tych służbowych.
Jak widzimy, mimo mnóstwa problemów do rozwiązania, jakich nastręczy nam wojna na Ukrainie, może jakoś sobie z nimi poradzimy. W tej sytuacji warto zatrzymać się nad deklaracją Donalda Tuska, którą wygłosił podczas swego tournee, by promować Volksdeutsche Partei. Donald Tusk pozostaje w opozycji do Zjednoczonej Prawicy, która tworzy rząd „dobrej zmiany”. Rząd ten nie stawia już żadnych granic swej rozrzutności w nadziei, że większość obywateli nie skapuje, iż przekupuje ich on ich własnymi pieniędzmi i będzie na Zjednoczoną Prawicę głosować. Donald Tusk na to liczyć nie może, bo – po pierwsze – to Zjednoczona Prawica wpadła na pomysł, by dzielić się z obywatelami okruszkami ze stołu pańskiego, podczas gdy obóz zdrady i zaprzaństwa w okresie dobrego fartu zżerał wszystko sam. Po drugie – bo jest w opozycji, więc nie może głosić tego samego programu, chociaż – jak pamiętamy – podczas kampanii wyborczej w roku 2020, Volksdeutsche Partei wzięła udział w licytacji, kto wyda więcej pieniędzy. Teraz jednak przelicytować Naczelnika Państwa niepodobna, więc Donald Tusk postanowił wrócić do ideałów głoszonych we Francji na przełomie wieku XIX i XX, to znaczy – „gryźć proboszcza”, czyli dokonać rozdziału Kościoła od państwa. Taki właśnie był podówczas program „obrońców republiki” (Verteidiger der Republik), w które to piórka najwyraźniej stroi się dzisiaj Donald Tusk. Za rządów Waldeck-Rousseau uzależniono legalizację zakonów od państwowego pozwolenia, a za czasów Combes’a, nawiasem mówiąc – byłego księdza, a tacy są najgorsi – przeprowadzony został „rozdział Kościoła od państwa”. Polegał on na rabunku własności Kościoła katolickiego m.in. w postaci 10 tysięcy szkół, które – oczywiście w imię „wolności” i „postępu” – zostały zlikwidowane, tysiące księży i zakonnic zostało z Francji praktycznie wygnanych, a w końcu rząd przejął na własność wszystkie należące do Kościoła nieruchomości. Combes nakazał też inwentaryzację przedmiotów kultu religijnego (monstrancje, kielichy itp), którą opinia katolicka uznała za wstęp do konfiskaty. Doprowadziło to do rozruchów, w których przeciwko demonstrantom rząd wysyłał wojsko. Wojsko jednak raczej sympatyzowało z demonstrantami, zwłaszcza kiedy wybuchła afera generała Andre, który, jako minister wojny w rządzie Combes’a podzielił oficerów na dwie grupy: grupę przeznaczonych do awansów, których fiszki trzymał w pudle z napisem „Korynt” i pozostałych, których fiszki trzymane były w pudle „Kartagina”. Podział nastąpił według kryterium wyznaniowego; katolicy trafiali do „Kartaginy”, podczas gdy ateiści – do „Koryntu”. Do „Kartaginy” można było trafić np. za obecność w kościele podczas Pierwszej Komunii syna. Wtedy taki oficer zostawał „klerokanalią”, albo „klerokaraluchem” – no i miał przechlapane. Wprawdzie deputowany, który aferę ujawnił, zmarł w niejasnych okolicznościach, ale Combes musiał podać się do dymisji. Bardzo możliwe, że Donald Tusk pociągnie za sobą emerytowanych ubowców i kobiety z „macicami”, a może nawet – gwoli podlizania się elektoratowi – sam zostanie kobietą, też będzie wszystkich epatował „macicą” i zostanie premierem – ale co z tego przyjdzie obywatelom?
Czas – największy wróg Ukrainy – Prof. Bogusław Paź
https://www.bibula.com/?p=134391
Z kłamstwem jak z każdą tandetą – bywa, że dobrze się sprzedaje, ale zawsze: krótko.
Zalewani przez tygodnie kłamstwami ukraińskiej propagandy wojennej, która chwilami przybierała wręcz groteskowe rozmiary (Cyganie kradnący czołgi Rosjanom, zabici „na śmierć” i zmartwychwstali obrońcy Wyspy Węży etc), dopiero od paru dni mamy możliwość – to, co Niemcy, Brytyjczycy czy Francuzi mają od ponad trzech miesięcy – zyskać w polskich mediach w miarę rzetelny wgląd w to, co dzieje się za wschodnią granicą.
Obraz tej rzeczywiści radykalnie odbiega od tego, jaki serwowali nam różni propagandziści. – Ukraina tę wojnę przegrywa na każdym polu: od pola walki, poprzez propagandę wewnętrzną, po propagandę skierowaną na Zachód. We Francji nikogo sytuacja Ukrainy nie interesuje, takoż samo jest we Włoszech, Niemczech, w Skandynawii. USA są zaangażowane w konflikt, ale jedynie na planie geostrategicznej walki z Rosją, której stawką są wpływy na Bliskim i Środkowym Wschodzie, na Pacyfiku i Oceanie Indyjskim. Ukraina, podobnie jak Polska, jest tu jedynie środkiem – instrumentem w prowadzonej przez Amerykanów globalnej polityce: jeśli wy, tj. Rosjanie, pozwolicie na zbyt wiele Iranowi, Syrii, Afganistanowi etc., to my uzbroimy odpowiednio dobrą bronią Ukraińców. Jeśli, nie – Ukraina od nas już niczego nie dostanie.
Czas
W tej wojnie największym wrogiem Ukrainy, obok Rosji, jest czas. To jego upływ sprawia, że zachodnia opinia publiczna – głupia jak zawsze straciła już zainteresowanie najazdem Rosji na Ukrainę. Dla przeciętnego Johna, Jacquesa czy Hansa aktualne komunikaty z wojny w Donbasie nie różnią się niczym od tych, jakie słyszał przez ostatnie siedem lat. A ponieważ wcześniej akceptowano to, co działo się w Donbasie, więc dlaczego ktoś miałby we Francji czy Włoszech umierać za „samostijnu Ukrainu”? – Nie ma takiej opcji! Zapomina się, że Zachód ma tylko dwóch głównych świętych: święty spokój i dobrobyt. Nic innego nikogo tam nie interesuje.
Ukraina – strategiczny bufor Rosji
Putin od początku, jak zawsze w dziejach Rosji było, prowadzi wojnę na swoich zasadach. Gdyby zechciał użyć całego arsenału broni konwencjonalnej, to – choćby z całej wschodniej Ukrainy znów były jedynie step. Nie robi tego, gdyż ta jest mu potrzebna do tego, aby ją kontrolować i mieć w odwodzie jako rezerwuar żywności i obszar ekspansji – politycznej i gospodarczej. Nade wszystko jest buforem oddzielający od NATO. Putin dlatego wysłał słabo wyszkolonych żołnierzy ze słabym sprzętem wojennym, aby nie tylko dokonać „rozpoznania w boju”, ale działania na Ukrainie rozciągnąć w czasie.
Czas II
Ten, tj. czas daje Putinowi potężne atuty: nade wszystko potężne perturbacje na rynkach finansowych, giełdach nośników energii i żywności. Już teraz otwarcie się mówi o naciskach Zachodu na Ukrainę, aby przyjęła warunki Rosji, gdyż ta wojna Zachód kosztuje zbyt wiele. Putin dąży do tego, aby to nie jego armie, ale rządy Niemiec, Węgier, Francji nakłoniły Kijów do przyjęcia warunków Moskwy. I zaczyna mu się to udawać – wcześniej niż można było się tego spodziewać. Moim zdaniem, jedynie kwestią czasu jest to, kiedy Zełeński i Ukraina zostaną przez Zachód pozostawieni i skazani na warunki, jakie postawi im Kreml. Putin o tym wie i wcale się nie spieszy z realizowaniem swoich celów na Ukrainie – nie musi. Ba! – czekanie mu się bardziej opłaca, niż jakaś gwałtowna intensyfikacja działań wojennych.
Pełne działania wojenne
Te w pewnym momencie nastąpią, przyspieszą i się zintensyfikują, ale dopiero wtedy, gdy będzie wiadomo, że na Zachodzie Putin osiągnął swoje – odwrócenie się rządów od Kijowa spowodowane chęcią powrotu do ładu ekonomiczno-politycznego sprzed wybuchu wojny. W Niemczech o konieczności tego powrotu mówi się otwarcie od tygodni, choć zarazem deklaruje się tam rezygnację z ropy rosyjskiej – teraz.
Przyszłość Ukrainy
Przewiduję następujący przebieg nowych działań wojennych: po pierwsze, możliwie szerokie zajęcie terenów w Donbasie i ogólnie: na wschodniej Ukrainie, z Charkowem włącznie. Po drugie, zajęcie (możliwie) całego wybrzeża Morza Czarnego. Odebranie Ukrainie uprzemysłowionych terenów na jej wschodzie, połączone z odcięciem jej od morza, którym eksportuje 98% zboża i innych towarów, sprawi, że Ukraina będzie skazana na gospodarczą wegetację i ostatecznych upadek.
Po trzecie, konsekwencja drugiego, myślę, że jednym z najważniejszych celów na wybrzeżu jest Odessa, której znaczenie dla Rosji i Rosjan da się porównać jedynie do St. Petersburga. Ponieważ Rosja uważa to miasto za historycznie swoje i etnicznie za rosyjskie (to drugie w dużej mierze jest prawdą), nie sądzę, aby armia rosyjska zdecydowała się na tradycyjny ostrzał artyleryjski czy naloty bombowe przy jego zdobywaniu.
Przejęcie wybrzeża, którego już teraz sporą część już Rosja anektowała, nie tylko spowoduje ogromne problemy gospodarce, ale i psychologiczny efekt: Ukraina stanie się krajem lądowym, który do niedawna miał wybrzeża dwóch mórz (wybrzeże Morzą Azowskiego już zajęte od miesięcy). Może się okazać, że Ukraińcy Morze Czarne będą oglądać tylko z plaż Rumunii czy Bułgarii.
Po czwarte, jeśli nastąpi w wystarczającym – z perspektywy Putina – stopniu aneksja wschodnich i południowych granic Ukrainy, uważam za możliwy zmasowany atak z lądu i nieba – na Kijów.
Po piąte, uważam, że Ukraina nie ma szans nawet na to, co zaproponował H. Kissinger – tj. nigdy nie odzyska zajętych terenów i wszystko wskazuje na to, że w dalszej perspektywie straci drugie tyle. Po szóste, uważam też za możliwy taki scenariusz, że Putin może brać pod uwagę za jakiś czas podpisanie z Ukrainą, aby za parę lat znów uderzyć i zająć tyle terytorium, ile się da – czyli jak to zrobił wcześniej po zajęciu Krymu. Będzie to możliwe tym bardziej, że Chiny za parę lat niemal na pewno zaatakują Tajwan (to rząd już teraz ogłasza), a wtedy cała gospodarka, zwł. obszar high tech, będzie w stanie całkowitego chaosu i kryzysu.
Przyszłość Polski – Ukrainpol, import korupcji i ekonomiczna zapaść
Ukraina, która już przed wybuchem wojny była ekonomicznym bankrutem z ogromną, jedną z największych na świecie korupcją, po zakończeniu wojny – bez Donbasu i z brakiem lub ograniczonym dostępem do morza będzie – jak najuboższe kraje Afryki – funkcjonować przez dziesiątki lat głownie dzięki pomocy zagranicznej oraz przysłanym z zagranicy pieniądzom przez jej obywateli. (Przed wojną było tego grubo ponad 10%).
Jeśli chodzi o tę pomoc z zagranicy, to ogromna część będzie – jak teraz – pochodzić bezpośrednio z Polski! Innymi słowy, po zakończeniu wojny będziemy skazani na wieloletnie ponoszenie ogromnych kosztów odbudowy i utrzymania w ekonomicznym bycie Ukrainy. Giedroyciowe oszołomstwo z Magdalenki, które panuje w rządzie i opozycji, będzie miało okazję wdrożyć plan budowy Ukrainpolu, co zapowiedzieli dwa miesiące temu: Kosiniak-Kamysz, Gowin i przedstawiciele Lewicy. Oznacza to ponoszenie przez nas niewyobrażalnych kosztów, które już teraz przedstawiciel rządu określił na 20% naszego budżetu rocznie. Zepchnie nas to do poziomu Wenezueli. Z nami jednak może być gorzej, gdyż Wenezuela ma ropę i niepodległość – a my ani jednego, ani drugiego.
Prof. Bogusław Paź
Za: Mysl Polska – myslpolska.info (2-06-2022) | https://myslpolska.info/2022/06/02/czas-najwiekszy-wrog-ukrainy/
Do Polski ma dotrzeć osiem statków. W nich ponad 700 tys. ton węgla
Oprac.: Aleksandra Wieczorek 2 czerwca
Po decyzji o zakazie importu węgla z Rosji będziemy go sprowadzać z Kolumbii, USA, Australii, RPA i Indonezji. „Spółka PGE Paliwa czeka na osiem statków z ponad 700 tys. ton węgla” – przekazała w czwartek na Twitterze minister klimatu Anna Moskwa.
Po decyzji o zakazie importu węgla z Rosji będziemy go sprowadzać z Kolumbii, USA, Australii, RPA i Indonezji. „Spółka PGE Paliwa czeka na osiem statków z ponad 700 tys. ton węgla” – przekazała w czwartek na Twitterze minister klimatu Anna Moskwa. „Kolumbia, USA, Australia, RPA, Indonezja to kierunki importu węgla. Spółka PGE Paliwa oczekuje na osiem statków z ponad 700 tys. ton. W Porcie Gdańsk trwa rozładunek węgla z Kolumbii” – poinformowała na Twitterze szefowa resortu klimatu i środowiska.
===================
mail: Jak sie czyta takie info to aż krew zalewa normalnie myślącego człowieka gdzie sens i logika że we własnym kraju węgla wydobywać już nie można !….kurwa! co ONI z nami wyprawiają!!!???… Czy jest szansa jeszcze na powrót do normalności? …..szczerze w to wątpię patrząc na te wszystkie zmiany i dokąd to zmierza…..[—-] A najgorsze że będąc w tej ciemnej dupie jesteśmy zmuszeni jakoś się w niej urządzać….
Zelenskij wymienia warunki rozpoczęcia „re-okupacji” ukraińskich terytoriów okupowanych przez wojska rosyjskie
„Ukraina nie będzie się spieszyć z „wyzwalaniem” terytoriów zajętych przez wojska rosyjskie, gdyż wiąże się to z dużymi stratami.” Prezydent Ukrainy Zełenskij powiedział to podczas rozmowy z zachodnimi dziennikarzami. „Re-okupacja” okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy rozpocznie się dopiero wtedy, gdy ukraińskie siły zbrojne zostaną „nasycone zachodnią bronią”, tzn. gdy państwa zachodnie, na czele z USA, dostarczą Ukrainie wystarczającą ilość broni, aby pokonać wojska rosyjskie. Zelensky nie podał ram czasowych, ale wcześniej stwierdził, że ofensywa powinna odbyć się już „pod koniec tego lata”. Zadaniem kontrofensywy powinno być całkowite wyzwolenie terytoriów „zagarniętych” przez Rosję oraz wycofanie wojsk rosyjskich na pozycje zajmowane przed rozpoczęciem specjalnej operacji wojskowej. Niektórzy „doradcy” w otoczeniu ukraińskiego prezydenta twierdzą, że wyzwolone zostaną także terytoria Donieckiej Republiki Ludowej i ŁRL, a być może nawet Krym. „Ukraina nie będzie się spieszyć z odebraniem zagarniętych przez Rosję terytoriów, jeśli będzie to wymagało dziesiątek tysięcy ofiar, ale poczeka na niezbędną broń”– powiedział Zelensky. Tymczasem nawet Zachód nie wierzy już w atak ukraińskich sił zbrojnych, oczywiście mówimy tu o rozsądnych ekspertach i politykach, a nie o kupionej prasie i propagandystach. Już teraz zaleca się władzom w Kijowie, by pilnie przeszły na negocjacje z Rosją i nie planowały żadnych kontrataków. Twierdzi się, że Rosja nie zwróci kontrolowanych przez siebie terytoriów ukraińskich, AFU nie jest wystarczająco silna, a NATO nie będzie interweniować. Ogólnie rzecz biorąc, radzą Zelenskiemu zawrzeć układ z Rosją, aby nie stracić więcej. Sam Kijów nie przestaje wychwalać zachodniej broni, zwłaszcza MLRS [Multiple Launch Rocket System] . Ukraińskie wydawnictwa i kanały społecznościowe z całą powagą stwierdzają, że gdy tylko USA dostarczą Ukrainie systemy rakietowe dalekiego zasięgu, natychmiast nastąpi punkt zwrotny w wojnie, AFU zacznie rozbijać wojska rosyjskie. Najwyraźniej Zelenskij też czyta te sub-publikacje. Na podst.:topwar
W Kijowie odbyły się polsko-ukraińskie konsultacje międzyrządowe. Z szefem ukraińskiego rządu Denysem Szmyhalem spotkali się premier Polski Mateusz Morawiecki i wicepremier ds. bezpieczeństwa Jarosław Kaczyński. Podpisano dokumenty dotyczące współpracy w kilku sferach i zapowiedziano utworzenie polsko-ukraińskiego przedsiębiorstwa zbrojeniowego.
Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki i Denys Szmyhal /Viacheslav Ratynskyi /PAP
Premier Ukrainy Denys Szmyhal powiedział, że osiągnięto porozumienie w wielu kwestiach. Podpisano osiem dokumentów w sferze energetyki, sferze wojskowo-obronnej, współpracy transgranicznej i celnej, polityki ekologicznej, polityki regionalnej, odbudowy Ukrainy oraz współpracy w zakresie pamięci narodowej.
Wyjaśnił także, że podpisano memorandum w sprawie powołania wspólnej komisji dotyczącej nawiązania współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami Polski i Ukrainy. Zostaną przygotowane zalecenia dotyczące stworzenia wspólnego polsko-ukraińskiego przedsiębiorstwa produkującego broń i sprzęt wojskowy.
To wyprowadzi naszą współpracę na nowy poziom i pozwoli na stworzenie współczesnych rodzajów broni – dodał Szmyhal.
Morawiecki: Staramy się pomóc
Morawiecki podkreślał na konferencji prasowej, że „nasza walka jest wspólna”.Wy walczycie zbrojnie z potężnym sojusznikiem. My staramy się pomóc na polu dyplomacji, polu politycznym i przez nasze działania humanitarne – mówił.
W tym kontekście nawiązał do zakończonego we wtorek specjalnego szczytu UE, na którym uzgodniono szósty pakiet sankcji wobec Rosji, w ramach którego objęto zakazem import rosyjskiej ropy do UE.
Morawiecki zaznaczył, że sekwencja redukcji do zera tego importu jest inna w odniesieniu do kilku krajów Wspólnoty, ale nie umniejsza to „potężnego ciosu, jaki w budżet państwa rosyjskiego i całą gospodarkę rosyjską będzie oznaczał ten szósty pakiet sankcji”.
Premier zwrócił uwagę, że eksport ropy to jedno z głównych źródeł dochodu Rosji i „dobrze się stało, że udało się przekonać wszystkich w UE, że Rosja musi stracić to źródło dochodu”.
Kaczyński: Rozmowa, która przejdzie do naszej wspólnej historii
Jarosław Kaczyński stwierdził, że na spotkaniu podejmowano “całe spektrum kwestii”, m.in. sprawy wewnętrzne, gospodarcze, kulturalne czy środowiskowe. Wicepremier zaznaczył, że jest szansa na zbudowanie silnego związku między Polską i Ukrainą. Zapewnił, że podczas rozmów „wszędzie dochodziliśmy (w tej sprawie) do zgody”.
Więcej, dochodziliśmy do wspólnych przekonań, dochodziliśmy do takiego głębokiego przeświadczenia, że potrzebna jest współpraca, która ma budować ten związek między naszymi narodami. Związek, który ma mieć naprawdę potężne podstawy. Historia była różna, była często naprawdę bardzo trudna, ale dzisiaj jest pełna szansa na to, żeby stworzyć coś zupełnie nowego, nową jakość nie tylko w relacjach między naszymi państwami, ale być może także w relacjach europejskich, i co za tym idzie, także w europejskiej geopolityce – powiedział Kaczyński.
To była rozmowa przyjaciół, sojuszników. Rozmowa, która – jestem o tym głęboko przekonany – przejdzie do naszej wspólnej historii, i która będzie uważana za bardzo istotny krok w tym kierunku, na którym nam wszystkim zależy – oświadczył Kaczyński.
Jednocześnie – jak mówił – padały też słowa „wielkiego szacunku dla przywódców Ukrainy, dla pana prezydenta, dla pana premiera, dla całej tej ekipy, która już prawie 100 dni temu podjęła historyczną i niezwykle odważną decyzję”.
To zwycięstwo przyjdzie. Ja jestem o tym głęboko przekonany – oświadczył Kaczyński. Swoje wystąpienie wicepremier zakończył słowami: „Niech żyje Ukraina, wolna zwycięska Ukraina! Niech żyje Polska!”.
Morawiecki i Kaczyński zostali przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego uhonorowani Orderem Jarosława Mądrego drugiej klasy.
[MD: Pamiętajmy, że przed Piotrem pierwszym istniało Księstwo a potem carstwo moskiewskie. Dopiero Piotr Iwprowadził pojęcie Rossija, Rosja. Przez wszystkie wieki Imperium rosyjskie, zgodnie z ideologią cywilizacji turańskiej, żyło i rozwijało się z podbojów kolejnych obszarów, stepów, plemion czy narodowości. Przecież Krym, a dostęp Rosji do którego teraz toczy się krwawa wojna, został podbity dopiero w XVIII w.: „Car Rosji Piotr Wielki próbował bezskutecznie zdobyć dostęp do Morza Czarnego.Ostatecznie zrealizowała to caryca Katarzyna II, zdobywając i przyłączając Krym do Rosji. „
Pamiętajmy, że w Dalekiej Azji, na Syberii nie było i chyba jeszcze nie ma pojęcia „naród”. Tam ciągle żyją luźne plemiona związane rodowo czy językiem, czy narzuconą z zewnątrz religią. Rodowici Rosjanie od wieków byli tylko uznawani jako zarządcy, czy władcy czy okupanci. Nie jest prawdą, że Imperium zwane „Rosja” jest państwem narodu rosyjskiego. Nie jest tworem stabilnym.
Dalszy dalsza ewolucja [w może rewolucja??] Imperium zwanego z uporem „Rosją” jest niezwykle ważna dla świata, a z naszego punktu widzenia – dla Polski.
Poniżej nie wprowadzam żadnych uwag, korekt, mimo że ani z ludźmi ”Światowida”,ani z Autorem się często nie zgadzam. M. Dakowski]
Anatolij Niesmijan („El Murid”): Scenariusz zarządzania kryzysem w FR przez „zachód”. Dokąd może zaprowadzić naród rosyjski porażka Specjalnej Operacji Wojskowej na Ukrainie?
Poniżej przedstawiam rosyjski punkt widzenia na to, co może się stać w Rosji w przypadku, gdy Specjalna Operacja Wojskowa (SWO) nie zakończy się powodzeniem. Tekst został napisany przez Anatolija Niesmijana, popularnego blogera – pozbawionego złudzeń (lub pesymistycznego) analityka polityczno-społecznego, znanego ze szczególnie negatywnych ocen sytuacji wewnętrznej w Federacji Rosyjskiej po katastrofie zdradzonej przez elity FR „rosyjskiej wiosny” (czyli oddolnego ruchu społecznego w Noworosji, przekształconego następnie w powstanie ludowe w Donbasie). Z marzeń o Noworosji do dziś pozostały tylko rządzone przez etniczną oligarchię-mafię pseudorepubliki, których system jest kopią patologicznych systemów mafijno-oligarchicznych FR i Ukrainy, przy czym nawet główni oligarchowie Republik Ludowych to jednocześnie oligarchowie Ukrainy i / lub FR. Nie jestem „zagorzałym wielbicielem” tego autora, wyśmiewanego w rosyjskojęzycznym internecie z powodu kasandrycznych wizji, niemniej niektóre z tych wizji są po prostu trafnymi opisami potencjalnych biegów wypadków i jako „scenariusze” nie dezaktualizują się (proszę sprawdzić datę powstania tłumaczonego tekstu).
Polityka Kremla i klęska sabotowanej przez Kreml idei Noworosji zaowocowały dużym niezadowoleniem społecznym, szczególnie w sferach patriotyczno-nacjonalistycznych. Rozważano w nich różne potencjalne scenariusze upadku obecnie rządzącej mafii-oligarchii i zagrożenia związane z tymi scenariuszami, szczególnie w związku z ryzykiem włączenia się w te procesy agentury zachodniej (czytaj: USA). O tym traktuje poniższy tekst.
Na marginesie jego lektury pragnę się podzielić pewną refleksją odnośnie przebiegu SWO. Obecna polityka Kremla w zakresie poboru i szkolenia sprawia, że do armii FR jako uzupełnienia trafiają wyłącznie ochotnicy – są to głównie silnie zmotywowani patriotycznie i nacjonalistycznie „ludzie czynu”. A więc osoby o ponadprzeciętnej inicjatywie, świadomości narodowej (patriotycznej) i zdolności do poświęceń. Można powiedzieć, że na wojnę idą „gorące serca” i osoby „wybitnie uświadomione politycznie”, spośród których powinni rekrutować się naturalni narodowi przywódcy. Rzucają się oni do walki, próbując (daremnie, tu potrzeba nie ochotników, tylko działań machiny państwowej, masowego poboru, szkolenia, formowania jednostek, wielomiesięcznych ćwiczeń – działań o skali ogólnonarodowej) ratować sytuację, do której doprowadził Kreml zarówno lekkomyślnymi decyzjami podczas przygotowywania operacji – jak i lekkomyślnymi zaniechaniami już po jej rozpoczęciu. Czyli powstaje sytuacja, w której realna elita narodu rosyjskiego idzie na wojnę, prowadzoną przez Kreml katastrofalnie źle i z ogromnymi stratami w sile żywej.
Jak musi się skończyć taka sytuacja? Po jakimś czasie prowadzenia działań wojennych w taki sposób naród rosyjski zostanie pozbawiony najwartościowszej części realnej elity [realna elita to ludzie o parametrach przywódczych, etycznych i intelektualnych, które w „idealnych” warunkach narodowej merytokracji postawiłyby tą grupę na czele narodu; etniczna mafia oligarchiczna elitą realną żadnego narodu, który zniewoliła, nie jest]. Naród pozbawiony „głowy i serca (/ducha)” jest narodem martwym, bezwolnym. Narodem niewolników. I to jest najtragiczniejzsy, najgroźniejszy aspekt toczonej właśnie wojny. Działania Kremla prowadzą do tego, że osoby o niskiej lojalności wobec narodu rosyjskiego w ogóle nie idą na front, a patrioci – giną. W sytuacji potencjalnego, hipotetycznego, kryzysu władzy, zamieszek podobnych do „kolorowej rewolucji” na politycznym placu boju na „tyłach” pozostaną tylko agitatorzy o najgorszych parametrach charakterologicznych i ideowych, oni będą manipulować wzburzonymi tłumami. Każdy trzeźwo myślący naród, prawidłowo zarządzający kapitałem ludzkim prowadziłby wojnę inaczej. Osoby o ponadprzeciętnych parametrach świadomości narodowej i inicjatywy byłyby kierowane na kursy podoficerskie i do szkół oficerskich, po czym byłyby delegowane do dowodzenia szeregowymi żołnierzami rekrutowanymi z „mniej zmotywowanej” części społeczeństwa – oni by tych żołnierzy mieli motywować i edukować. Putinowska Rosja stworzyła mechanizm, w którym po „wypaleniu” najwartościowszych kadr, kiedy powszechna mobilizacja stanie się koniecznością (a to jest nieuniknione i nastąpi, niezależnie od tego, jak bardzo Kreml będzie chciał tego uniknąć) – nie będzie komu prowadzić do walki zdemotywowanych mas poborowych. Oczywiście nie jest tak, że opisany mechanizm odfiltruje na ubój 100% najwartościowszych ludzi, ani nie jest tak, że wszyscy zginą. Niemniej – te najwartościowsze zasoby narodu zostaną bardzo mocno przetrzebione i może ich zabraknąć w godzinie próby. A jak taka godzina próby może wyglądać – na przykład tak, jak w scenariuszu przedstawionym poniżej.
Poniższy schemat został celowo uproszczony i ma charakter poglądowy, choć niewykluczone, że może zostać wcielony w życie w sytuacji, gdyby wydarzenia potoczyły się w kierunku podobnym do przedstawionego.
Opcja dojścia do władzy junty prozachodniej stanowi paliatyw [Światowid: p.: kuracja łagodząca objawy] dla naszych przeciwników. Jest to rozwiązanie bieżącego problemu, ale nic ponad to. Ze strategicznego punktu widzenia problem Rosji może być rozwiązany raz na zawsze tylko w jednym scenariuszu – jej rozpadu, i to takiego, który wyklucza możliwość ponownego scalenia.
Demontaż ZSRR udowodnił, że taki scenariusz jest najbardziej akceptowalny przez naszych wrogów, a wszelkie procesy integracyjne w przestrzeni postsowieckiej spotykają się z najostrzejszą reakcją Zachodu [Światowid: doktryna Brzezińskiego z „Globalnej Szachownicy” nigdy nie przestała być realizowana przez elity rządzące USA].
Rozpad Rosji w tym przypadku jest postrzegany na Zachodzie jako naturalna kontynuacja procesów, które rozpoczęły się na przełomie lat 80. i 90. Dojście do władzy kolaborantów staje się jedynie etapem pośrednim, utrwalającym sukcesy osiągnięte przez Zachód, po którym należy podążać dalej w wyznaczonym kierunku.
Nie wykluczając możliwości zamachu stanu na szczytach władzy, można założyć, że Zachód będzie próbował, jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, natychmiast przejść do wariantu rozpadu Rosji – ale zasadniczym warunkiem realizacji tego scenariusza jest możliwość jego kontrolowania przynajmniej tak długo, jak długo Rosja zachowa broń masowego rażenia [Światowid: kolejnym etapem demontażu Rosji byłoby więc zlikwidowanie jej arsenału nuklearnego, ale czy możliwe jest doprowadzenie do przejęcia i utrzymania w Rosji władzy takiego zdrajcy? Niewątpliwie coś takiego mogliby zrobić odgórnie sterowani z USA „wolnorynkowi demokraci” pokroju Nawalnego – tylko czy nie zostaliby „po drodze” zabici przez Rosjan? W przypadku scenariusza denuklearyzacji już rozbitej na części Rosji globalna etniczna oligarchia kapitałowa staje przed koniecznością kontroli wielu regionalnych oligarchii-mafii z „atomowymi maczugami” – to jest problematyczne i ryzykowne, jeśli zważyć, że część „regionów” zostanie przejęta przez islamskich radykałów.].
Celem takiego scenariusza jest kontrolowany rozpad Rosji na szereg jednostek terytorialnych, z natury wrogich sobie lub przynajmniej skonfliktowanych w sposób wykluczający możliwość ich integracji. W takim przypadku ciężar wszystkich działań zostaje przeniesiony z Moskwy na regiony, co wymagałoby etapu pośredniego – maksymalnie nielegalnego zamachu stanu na Kremlu, który zostałby odrzucony w regionach.
Nie można jeszcze ocenić, jakie jest prawdopodobieństwo wystąpienia różnych scenariuszy w ramach tego schematu, ale ogólnie rzecz biorąc, opcja „patriotycznego Majdanu” z pewnymi analogiami do wydarzeń jugosłowiańskich poprzedzających obalenie Miloszewicza wydaje się najbardziej logiczna.
Jeśli za podstawę przyjmiemy wydarzenia w Jugosławii w połowie i pod koniec lat 90., można powiedzieć, że niespójna i w dużej mierze sprzeczna polityka Miloszewicza sprawiła, że stał się on kozłem ofiarnym, na którego zrzucano wszelkie możliwe i nieprawdopodobne oskarżenia ze strony prozachodniej opozycji. Stosowała przy tym ultra-patriotyczną retorykę, kładąc szczególny nacisk na „zdradzieckie” stanowisko Miloszewicza i jego rolę w porozumieniu z Dayton z 1995 r., które zakończyło konflikt w Bośni, oraz na klęskę Jugosławii w wyniku agresji NATO i utratę terytorium Kosowa.
W efekcie tej kampanii propagandowej nacjonalistyczny elektorat odwrócił się od swojego dawnego idola, zdemoralizowany i zdezorganizowany, a kolorowa „rewolucja buldożerów” z 2000 roku trwale usunęła Miloszewicza ze sceny politycznej. Mniej więcej według tego samego schematu ruch międzynarodowy w krajach bałtyckich na przełomie lat 80. i 90. został „scalony” przez osławionego politologa, opowiadającego bajki o ZSRR 2.0 – poprzez rozłam oporu antynazistowskiego, co spowodowało, że siły nacjonalistyczne stały się bardziej zorganizowane.
W pewnym sensie historia się powtarza – wzrastająca wiarygodność Putina po aneksji Krymu jest szybko podważana przez zdradziecką politykę Rosji wobec rodaków w południowo-wschodniej Ukrainie, którzy są poddawani brutalnemu terrorowi na terenach okupowanych przez nazistowską juntę oraz rozstrzelaniom i ludobójstwu na terytorium Donbasu objętym powstaniem.
Jednocześnie Rosja praktycznie zachęca do tworzenia struktur półbandyckich na terytorium DNR i LNR, udzielając wsparcia najbardziej podejrzanym postaciom, które pojawiły się w następstwie tych wydarzeń. Sytuacja w obu republikach utrzymuje się na poziomie trwałej zapaści administracyjnej i kryzysu przywództwa [Światowid: brak charyzmatycznego lidera, bo ci, którzy charyzmę mieli zostali pozabijani w „niewyjaśnionych okolicznościach” (1 EN, 2 RU, 3 EN itd. itp.) albo „różnymi metodami” odsunięci od polityki (np. 1 RU); krótko mówiąc – w Donbasie została zainstalowana „mafiokracja” oligarchów, identyczna jak w Rosji i na Ukrainie – często nawet dokładnie tych samych oligarchów]. Biorąc pod uwagę, jak jednoznacznie machina państwowa zadziałała podczas wydarzeń na Krymie, śmieszne jest przedstawianie tego, co dzieje się w Donbasie, jako jakiegoś kretynizmu wykonawców – istnieje jasna i precyzyjnie realizowana polityka „niezborności” [chaotyzacji, nieskoordynowania działań, prowadzenia działań wewnętrznie sprzecznych], której celem jest zdyskredytowanie najwyższego kierownictwa Rosji zarówno w oczach elit światowych, jak i wewnątrz kraju.
Bezsilność i gotowość do kompromisu na poziomie zewnętrznym przekonuje przeciwników Rosji o słabości reżimu z jednej strony i do braku zdolności do dotrzymania porozumienia z drugiej [Światowid: umowa z władzą, która jest słaba i może wkrótce upaść nie ma większego sensu]. Światowa opinia publiczna i opinia elit zachodnich zmierzają w kierunku demonizowania Putina i kategorycznego odrzucenia wszelkich porozumień z nim.
W kraju narasta zdumienie i irytacja bezradnością Rosji, a w kanałach informacyjnych [Światowid: w Federacji Rosyjskiej] trwa niekończący się serial o okrucieństwach nazistów i ludobójstwie dokonywanym na Rosjanach [Światowid: akurat te okrucieństwa faktycznie miały miejsce, podobnie jak ludobójstwo].
Jest mało prawdopodobne, aby tak wyraźna praca na wszystkich frontach była inicjatywą kilku mało znaczących urzędników, choć zajmujących kluczowe stanowiska w aparacie. Z tak mało znaczących pozycji nie da się moderować tak wielkich i wielowymiarowych wydarzeń. Przewijające się „na powierzchni” nazwiska, takie jak Surkow, mają jedynie odwrócić uwagę od rzeczywistych postaci i sił kierujących polityką. W końcu osoby wskazane przez media zostaną po prostu wydane w celu uczynienia z nich kozłów ofiarnych – ale to już, po fakcie, nie zmieni zaistniałej sytuacji.
Anonimowy „Apel rosyjskich ochotników z Noworosji do narodu rosyjskiego” [1, 2, 3], który ukazał się niedawno, niezależnie od tego, kto jest jego bezpośrednim autorem, działa na rzecz „patriotycznego Majdanu”. Prawdopodobnie wkrótce pojawią się kolejne tego typu apele.
Celem wszystkich takich działań jest nie tylko zamach stanu, ale próba zamachu stanu w sposób jak najbardziej bezprawny. Poprzez niepokoje, duże i lokalne demonstracje w całym kraju, a przynajmniej w największych i najważniejszych miastach – Moskwie, Petersburgu, Rostowie nad Donem, Kazaniu, metropoliach syberyjskich i uralskich. W tym przypadku nie jest konieczne nawet natychmiastowe obalenie prezydenta – wystarczy, że sytuacja w całym kraju ulegnie pogorszeniu.
Na tej fali mogą odżyć karykaturalne projekty „republik ludowych”, które, nawiasem mówiąc, już ogłosiły swoje istnienie – republiki syberyjska, uralska, kubańska, dalekowschodnia. Jest oczywiste, że w przypadku jednoczesnego pojawienia się takich organizacji separatystycznych czynnik islamski ujawni się również w rejonie Wołgi, na Północnym Kaukazie i w niektórych regionach Północy, gdzie odsetek obcych przybyszów z zewnątrz od dawna jest bardzo wysoki.
W tym przypadku głównym czynnikiem decydującym o zdolności do życia takich projektów będzie wsparcie, jakie otrzymają one od władz regionalnych i oligarchów. Obecnie lojalność elit regionalnych jest zapewniona dzięki istnieniu sztywnego i względnie sprawnego pionu zarządzania – ale wszyscy pamiętamy sytuację z lat dziewięćdziesiątych, kiedy pion ten był w stanie półparaliżu.
Kluczowym elementem tego scenariusza jest więc zablokowanie funkcjonowania pionu zarządzania między Moskwą a regionami. Najbardziej logicznym sposobem rozwiązania tego problemu jest realizacja scenariusza zamachu stanu, którego legalność będzie bardzo wątpliwa. Gdy w Moskwie, w wyniku pozornie bezprawnego [Światowid: każdy zamach stanu jest z definicji „jawnie”, a nie – „pozornie” bezprawny …] zamachu stanu, do władzy dojdzie junta złożona nieakceptowalnych postaci, władze regionalne, przy odpowiedniej motywacji, mogą zacząć oddzielać się od centrum.
Zadanie nie wydaje się zbyt łatwe, ale „patriotyczny Majdan” jest obecnie najbardziej atrakcyjnym rozwiązaniem problemu. Naturalnie, wzrost nastrojów patriotycznych i negatywnych wobec władz wymaga silnego impulsu. Może to być militarna klęska DRL i ŁRL w wyniku nowej ofensywy kijowskich sił represyjnych, przy jednoczesnej blokadzie granicy przez stronę rosyjską i odmowie pomocy rebeliantom.
W takim przypadku obrazy okrucieństw katów, masowej śmierci cywilów, zniszczeń i niekończące się programy o katastrofie na południowym wschodzie mogłyby jeszcze bardziej rozpalić emocjonalne tło, po czym wystarczyłoby klasyczne rosyjskie hasło „Zdradzili!”, aby na plac wyszli obywatele oburzeni postawą Moskwy [Kremla].
W tych warunkach próby utrudniania wieców protestacyjnych można łatwo udaremnić za pomocą retoryki patriotycznej i oskarżeń o wspieranie zdrajców narodu rosyjskiego. Liberalny tłum można wprowadzić na plac pod hasłami Marszu Pokoju i żądaniami zaprzestania rzezi. Wszyscy razem mogą się zgodzić z głównym hasłem chwili, którym byłoby „obalenie zdradzieckiej kliki na Kremlu”.
Oczywiście może istnieć wiele wersji rozwoju wydarzeń – atakujący zawsze ma inicjatywę i może wybrać, jaki plan będzie realizował. Najważniejsze w całym scenariuszu powinno być rygorystyczne przestrzeganie zasad – chaos w stolicy powinien trwać jak najdłużej, a spójność łańcucha dowodzenia między Moskwą a regionami powinna być jak najbardziej osłabiona. Jak pokazały wydarzenia z 1993 r. [Światowid: mowa o puczu Jelcyna, rozstrzelał on z czołgów parlament, który usiłował, bez powodzenia, nielegalnie rozwiązać], tydzień lub dwa chaosu w stolicy powinny wystarczyć, by władze regionalne zaczęły szukać własnych dróg ratunku.
Chaos może być powiększony przez pojawienie się radykałów islamskich, starcia między grupami etnicznymi i religijnymi oraz akty terrorystyczne, takie jak ten w Wołgogradzie [Światowid: link PL]. W takich warunkach, bez skutecznego wsparcia ze strony Centrum, władze regionalne zaczną się usamodzielniać, a im dłużej będzie trwało zamieszanie w Moskwie, tym dalej będą szły tą drogą.
Sztuczne separatystyczne projekty „republik ludowych” mogą stać się atrakcyjnym pomysłem dla elit regionalnych. Jeśli w Moskwie zostanie przywrócona możliwość sprawowania władzy, można je wykorzystać do negocjacji z centrum; jeśli zaś zapaść w rządzeniu będzie trwała nadal, „republiki” mogą być gwarancją przetrwania dla elit regionalnych.
W rzeczywistości Achmetow i Jefremow kierowali się właśnie tymi względami, gdy po upadku władzy w Kijowie uruchamiali projekty DRL i ŁRL [Światowid: raczej: przejmowali oddolne inicjatywy, sadzając w nich swoich ludzi i eliminując „przypadkowych”], więc odruchowe działania „regionalistów” w Rosji raczej nie różnią się od działań ich kolegów z południowo-wschodniej Ukrainy.
Niewątpliwie scenariusz ten wygląda bardzo schematycznie, ale jego bardziej szczegółowe opracowanie wymaga znacznej ilości bieżących informacji i ciągłych korekt w świetle dynamicznie zmieniającej się sytuacji. Aby umożliwić takie dostosowania, potrzebne są informacje zwrotne.
Niemniej z czysto technologicznego punktu widzenia taki scenariusz jest całkiem możliwy, choć wydaje się znacznie trudniejszy do zrealizowania niż zwykły zamach stanu. Bardzo ważne jest, aby Zachód dawkował swoje zaangażowanie na każdym etapie, tak aby dało się wychwycić moment, w którym będzie możliwe, bez obawy przed odwetem, postawienie ultimatum w sprawie przekazania mu [Światowid: „zachodowi”] kontroli nad niebezpiecznymi obiektami i bronią jądrową Rosji.
Po ustanowieniu takiej kontroli Zachód stanie przed problemem sformalizowania rozpadu Rosji, nawet jeśli kraj ten nadal będzie formalnie zjednoczony. Najpewniej w tym celu zostanie użyta retoryka o samostanowieniu narodów wywiedziona z „praw człowieka” – scenariusz kosowski jest tu dość prawdopodobny. NATO wydaje się wystarczająco sprawnym mechanizmem dla zakrojonej na szeroką skalę operacji pokojowej, której celem byłoby ustalenie granic między nowymi jednostkami terytorialnymi.
W tym przypadku moskiewską elitę można kupić obietnicą spełnienia jej marzeń o przynależności do elity światowej, jeśli zaakceptuje ona rozpad kraju. Oczywiście, jest mało prawdopodobne, by Zachód spełnił tę obietnicę, ale ostatnie przykłady z naszej historii są całkiem spójne z takim założeniem. W każdym razie jedyna osoba, która na pewno osobiście skorzystała na upadku ZSRR – Michaił Gorbaczow – jest całkiem zadowolona ze swojej pozycji i służy za przykład wszystkim tym, którzy są gotowi powtórzyć jego heroiczną drogę ratowania świata przed groźbą globalnej wojny nuklearnej [Światowid: dodam, że w epoce Jelcyna niesłychanej grabieży i destrukcji przemysłu i gospodarki Rosji w ogóle towarzyszyła pełna akceptacja na „zachodzie” największych oligarchów-gangsterów, te „elity” „wytyczyły szlak na zachód” kolejnym garniturom rosyjskich oligarchów-mafiozów i zdrajców].
Niemniej jednak w tym przypadku Zachód będzie musiał zagwarantować części rosyjskiej elity dość poważne preferencje. Choćby dlatego, że cel końcowy – rozwiązanie ogromnej liczby bieżących problemów [Światowid: energetyczno-surowcowych i rynków zbytu dla produkcji przemysłowej, rezerwuaru siły roboczej dla zachodniego przemysłu, gdzie wymierająca populacja nie zapewnia dostateczniej liczby pracowników] pogrążonego w śpiączce Zachodu – wygląda zbyt kusząco.
Rezultatem realizacji drugiego scenariusza byłaby rozdrobniona przestrzeń o zróżnicowanych poziomach podporządkowania („zachodowi”), która zastąpiłaby dzisiejszą Rosję. Najbardziej logiczną opcją byłoby oddanie tej przestrzeni pod kontrolę korporacji transnarodowych, w tym formalnie rosyjskich, ale jest oczywiste, że faktyczna kontrola będzie pochodzić z zewnątrz. Z ekonomicznego punktu widzenia wszystkie terytoria bardzo szybko stałyby się niewypłacalne i znalazłyby się na kredytowych kroplówkach [Światowid: rzecz jasna – Międzynarodowego Funduszu Walutowego, udzielającego kredytów pod warunkiem liberalizacji gospodarki, czyli jej podporządkowania korporacjom międzynarodowym], co pozwoliłoby Zachodowi na rozpoczęcie rozwoju ogromnego rynku rosyjskiego i zabezpieczenie go dla siebie. Być może idąc tą drogą udałoby się zachodowi rozwiązać większość jego problemów, związanych z zadłużeniem i recesją.
W sumie stawka jest wystarczająca, by nie próbować ryzykować. Ryzyko z pewnością istnieje – o ile pierwsze „kolorowe” rewolucje miały ograniczone cele, o tyle te najnowsze mają bardzo poważne cele, których osiągnięciu zawsze towarzyszą porażki o różnym stopniu katastrofizmu. Jest mało prawdopodobne, aby którykolwiek ze scenariuszy zamachu stanu w Rosji powiódł się bez przeszkód, ale nagroda jest zbyt wielka, aby zniechęcać się trudnościami.
W związku z tym pojawia się pytanie, jak przeciwdziałać takim scenariuszom, zarówno na etapie przygotowań, jak i na etapie realizacji.
Należy zauważyć, że nic nigdy nie jest z góry ustalone. „Kolorowa rewolucja” w Rosji jest wydarzeniem o charakterze probabilistycznym. Możliwe, że Zachód nie zaryzykowałby tego, obawiając się skali problemów, jakie by się pojawiły, i niemożności kontrolowania procesów. Może pójdzie inną drogą, tworząc zagrożenia zewnętrzne na Ukrainie, Północnym Kaukazie i w Azji Środkowej, osłabiając Rosję i zmuszając ją do przeznaczenia środków i czasu na pokonanie i przeciwdziałanie zagrożeniom, które pojawiają się wzdłuż naszych granic. Ta opcja jest mniej ryzykowna dla Zachodu, a ponadto daje duże możliwości tworzenia różnych scenariuszy.
Niemniej groźba „kolorowej rewolucji” istnieje, istnieje wiele przesłanek do jej przeprowadzenia, a co najważniejsze – Zachód jest podmiotem polityki, ma inicjatywę, a więc może wybrać z dostępnych możliwości tę, która w jego mniemaniu jest najkorzystniejsza.
Dlatego należy przygotować się na wszystkie scenariusze. Zwykłe zagrożenia militarne i polityczno-wojskowe na naszych granicach stanowią problem, ale istnieje też zrozumienie, jak sobie z nimi radzić. Wariant „kolorowych” wydarzeń na poziomie przeciwdziałania nie został jeszcze opracowany i w dużym stopniu zależy od powstającej negatywnej sytuacji wewnętrznej w kraju. Poziom nieufności wobec władz jest bardzo wysoki i nie należy go mylić z publikowanymi ocenami Putina. Nawet jeśli ta ocena odzwierciedla rzeczywistość, to nie odnosi się ona do władz rosyjskich jako całości. Należy zauważyć, że całkiem zasłużenie.
25 maja opublikowałem w Onecie komentarz “Stan na dziś: Ukraina przegrywa tę wojnę”. Na początku tamtego tekstu napisałem, że za każdym razem, kiedy wracam z Ukrainy do Polski, rozjeżdżają mi się rzeczywistości. Jedna to ta z polskich mediów, która każe mi wierzyć w rychłe zwycięstwo Ukrainy nad Rosją. A druga to ta, którą widzę w Donbasie i wskazuje ona na coś zupełnie innego. Następnie wyjaśniłem, dlaczego to donbaska rzeczywistość jest bliższa prawdy.
Na początku jednak chciałbym skomentować te zwykłe anonimowe zarzuty, jakobym pisząc o przegrywającej na tę chwilę Ukrainie, “powtarzał rosyjską propagandę” oraz “siał defetyzm”. Uważam, że zła prawda jest lepsza od żadnej. Rzetelna informacja o niezwykle trudnej sytuacji ukraińskiego wojska na Donbasie jest potrzebna wszystkim tym, którzy decydują o dosyłaniu na front niezbędnego sprzętu i amunicji, czyli politykom z krajów Zachodu. Usypianie ich bajkami o pasmach zwycięstw ukraińskiej armii przyniesie wiele złego i nic dobrego.
Owszem, Rosjanie przeszarżowali, rzucając się na Kijów, którego zdobycie przesądziłoby o wyniku wojny. Warto jednak pamiętać, że Kijów – jakkolwiek ważny – był tylko jednym z celów. Wiele ze swoich podstawowych celów Rosjanie osiągnęli.
Wojna o wodę
Po pierwsze, zajęli cały obwód chersoński, co było dla nich jednym z absolutnie najważniejszych celów. Dlaczego? Od lat słyszymy, że kolejna wojna z pewnością będzie dotyczyć wody. O ile wojna pomiędzy Rosją i Ukrainą taką wojną nie jest, to działania w obwodzie chersońskim już w znacznym stopniu tak. Przed aneksją Krymu przez Rosję półwysep pozyskiwał wodę z rzeki Dniepr, poprzez biegnący przez cały obwód chersoński Kanał Północnokrymski.
Po zajęciu Krymu przez Rosjan Ukraińcy zablokowali kanał tamą, co skończyło się dla rolniczych ziem półwyspu potwornymi zniszczeniami, często bezpowrotnymi. Skalę katastrofy obrazują dwie liczby: przed postawieniem tamy Dniepr nawadniał 130 tys. ha ziemi na Krymie, a po postawieniu tamy – jedynie 14 tys. ha. Nie bez powodu Rosjanie zburzyli tamę już po dwóch dniach swojej ofensywy.
Drugi osiągnięty cel to wyrąbanie sobie korytarza od Rostowa nad Donem do Krymu. W ten sposób Rosjanie połączyli się z półwyspem drogą lądową, co pozwala dostarczać tam wszelkie dobra w prostszy i tańszy sposób. Przeprowadzony przez Zatokę Kerczeńską most był pod tym względem dalece niewystarczający.
Wraz z korytarzem na Krym Rosjanie zajęli ważne przemysłowo miasto Mariupol oraz całe wybrzeże Morza Azowskiego, z portami w Mariupolu i Berdiańsku.
Od wschodu i północy Rosjanie znacznie przybliżyli się do drugiego co do wielkości ukraińskiego miasta – Charkowa. O ile podstawowy cel zajęcia miasta nie został zrealizowany, to pozycje wyjściowe do ataku są dziś o wiele lepsze niż przed 24 lutego.
W końcu ostatnia zdobycz terytorialna, czyli dalsze połacie obfitującego w węgiel, ale także w inne cenne surowce Donbasu. Od 2014 r. Rosjanie kontrolowali części obwodów ługańskiego i donieckiego. Dziś obwód ługański jest zajęty w 95 proc., a wokół pozostałych pięciu procent coraz mocniej zaciska się rosyjski pierścień. Także w obwodzie donieckim Rosjanie poczynili znaczne postępy.
Jednak rosyjskie cele nie dotyczą tylko terytoriów. Skoro nie udał się kilkudniowy blitzkrieg, celem bardziej czasochłonnym, ale jak najbardziej wykonalnym, jest gospodarcze wyniszczenie Ukrainy. A to postępuje z każdym dniem. Przed rosyjską ofensywą 70 proc. ukraińskiego eksportu odbywało się poprzez porty, które obecnie są blokowane (Odessa) lub kontrolowane przez Rosjan (Mariupol, Berdiańsk). Rosja właśnie ogłosiła, że największa ukraińska elektrownia jądrowa w Enerhodarze będzie przesyłać prąd do Rosji, a Ukraina może go co najwyżej kupować.
Polska przeszkoliła także stu ukraińskich artylerzystów z obsługi KRAB-ów.
6 sztuk podobnego typu sprzętu o nazwie Caesar przekazała Francja. Z kolei Niemcy i Holandia zadeklarowały przekazanie łącznie 12 sztuk, ale Berlin tłumaczy, że wciąż trwa szkolenie załóg do obsługi ich Panzerhaubitzen 2000 i nie jest znany termin, kiedy sprzęt trafi na wschód. Wczoraj o pojawieniu się armatohaubic bez sprecyzowania ich pochodzenia poinformował szef ukraińskiego resortu obrony. Ołeksij Reznikow napisał, że na Ukrainę trafiła „modyfikacja” haubicy M109, obecnej w arsenałach wielu państw.
Polska drugim największym donatorem sprzętu na Ukrainę
KRAB-y to sprzęt, który jest na wyposażeniu polskiej armii od kilku lat. Kontrakt z rodzimym przemysłem zbrojeniowym został zawarty w 2016 roku i przewidywał dostawę prawie 100 sztuk haubic. Dwa lata temu resort obrony zaktualizował umowę i zamówił kolejne sztuki uzbrojenia. Kraby są produkowane przez Hutę Stalowa Wola. Podwozie gąsienicowe jest na koreańskiej licencji, a armata kaliber 155 mm to modyfikacja brytyjskiego uzbrojenia. Maksymalny zasięg ognia to 40 km przy podstawowej amunicji. W ciągu minuty Krab może wystrzelić 6 razy.
Przekazywanie ukraińskiej armii nowego sprzętu jest możliwe m.in. dzięki ustawie obowiązującej od połowy marca, która wprowadziła ułatwienia w transferze do naszych wschodnich sąsiadów uzbrojenia. Polska jest drugim największym donatorem sprzętu na Ukrainę – po USA.
Wśród broni, która trafiła na Ukrainę z Polski, jest około 250 czołgów T-72, haubice samobieżne 2S1 Goździk, a także wyrzutnie rakietowe Grad. Polska przekazała też rakiety powietrze-powietrze do samolotów MIG-29 i Su-27.
Prócz ciężkiego sprzętu to także drony produkcji polskiego WB Electonics służące m.in. do działań rozpoznawczych. Ukraińcy chwalą się posiadaniem polskich dronów Warmate – systemu amunicji krążącej podobnego do amerykańskich Switchblade. Z polskiego arsenału do walczących z Rosją trafiły też m.in. przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun, które mają już na swoim koncie niepotwierdzone oficjalnie zestrzelenia rosyjskich śmigłowców. Polska przekazuje też Ukrainie duże ilości amunicji.
================================
mail:
Och, tak, powinniśmy być bardzo samobójczo dumni. Takie rzeczy jak dostawa broni do jednej ze stron konfliktu zbrojny (przez państwo nie zaangażowane w konflikt ) załatwiało się na świecie bez rozgłosu, zwłaszcza jeśli chodzi o szkolenie żołnierzy strony walczącej. Ponieważ zgodnie z międzynarodowymi konwencjami państwo neutralne powinno żołnierzy strony walczącej na swoim terytorium rozbroić i internować. Jeśli zaś czyni ze swego terytorium bazę szkoleniową dla obcych żołnierzy strony walczącej, jest to włączenie się w konflikt po jednej ze stron. Wywiad rosyjski nie musi się trudzić. My sami podajemy o tym informację, i nawet podpowiadamy GDZIE …aby Rosja mogła dokładnie wycelować swoje rakiety. Pojęcie tajemnicy wojskowej i państwowej u nas całkowicie zanikło. Jesteśmy we władzy ludzi kompletnie nieodpowiedzialnych którzy głęboko w zadku mają bezpieczeństwo ludności swojego kraju. Umieją za to chlapać jęzorem na lewo i na prawo. Cieszmy się, proszę Państwa, tańczmy na wulkanie… póki jeszcze żyjemy. Po nas potop. Mirosław, Stalowa Wola
=========================
mail: Inflacji się nie boimy, zawsze dodrukujemy. A te „Kalibry” przereklamowane !! Może nie trafią w Stalową Wolę? A zresztą – zbudujemy nową fabrykę gdzie indziej !
Czy wiecie, dlaczego USA wysyłają tak dużo broni na Ukrainę? – Bądźcie pewni, że nie dzieje się tak z powodu miłosierdzia chrześcijańskiego. Po prostu dlatego, że trzy duże amerykańskie firmy międzynarodowe kupiły od „Zelenskiego” 17 milionów hektarów świetnej ziemi.
Są to firmy Cargill (która wzięła udział w symulacji «Food Chain Reaction – A Global Food Security Game»), Dupont oraz Monsanto (spółka formalnie niemiecko-australijska, ale z kapitałem amerykańskim).
Pięć procent ukraińskich gruntów rolnych zostało zakupionych przez Chiny.
Aby zrozumieć, ile to jest 17 mln hektarów, wystarczy pomyśleć, że całe Włochy mają 16,7 mln hektarów gruntów rolnych.
Krótko mówiąc, 3 amerykańskie firmy wykupiły na Ukrainie więcej użytecznych gruntów rolnych niż mają ich Włochy.
A kim są udziałowcy owych trzech firm?
Zawsze ci sami: Vanguard, Blackrock, Blackstone. To znaczy te same 3 firmy finansowe, które kontrolują wszystkie banki świata, jak również wszystkie znaczące przedsiębiorstwa przemysłu zbrojeniowego na kuli ziemskiej.
Krótko mówiąc, są samowystarczalni.
To dlatego już w okresie poprzedzającym wybuch wojny na Ukrainie nastąpił gwałtowny wzrost cen pasz(Cargill i Du Pont)oraz nawozów(Monsanto-Bayer): ponieważ oni już wtedy wszystko wiedzieli, o wszystkim byli poinformowani.
A czy wiecie, kiedy skończy się ta wojna? – Wtedy, gdy wielkie koncerny finansowe pozbędą się zapasów broni – zmuszając do płacenia za nie nas, idiotów z Europy, którzy wcześniej zostaną wyciśnięci przez ten sam gang, spekulujący w międzyczasie na pszenicy, ryżu, paszy i nawozach.
Mass-media nagłaśniają wojnę. Rzecz jasna – ich właścicielami są te same Vanguard, Blackrock i Blackstone. A Biden chce wojny – bo, co oczywiste, został wybrany przez tę samą wspaniałą trójkę.
Zastanawiam się jednak na koniec, co z tymi wszystkimi pieniędzmi zrobią powszechnie znane nam osoby – czyli Buffet, Soros i Gates – którzy są jawnymi i ukrytymi udziałowcami wymienionych wczesniej 3 wielkich firm finansowych? – Czy żywią się gwarancjami bankowymi i funduszami hedgingowymi? – Na to pytanie nie umiem dać sobie odpowiedzi. https://parolelibere.blog/2022/05/17/lucraina-se-le-comprata-lamerica/
Papież Franciszek zapytany o prawdopodobną przyczynę wojny, jaką Rosja prowadzi z NATO na Ukrainie wyraził przypuszczenie, że było nią „szczekanie NATO pod rosyjskimi drzwiami”. Jak pamiętamy, wzbudziło to ostentacyjne zgorszenie nie tylko zawodowych i postępowych katolików, którzy skwapliwie przestrzegają przykazań nowych, nadanych nam przez Naszego Pana z Waszyngtonu, ale również Juderatu, bo wiadomo od dawna, że nic tak nie gorszy, jak prawda. Sęk w tym, że nie wiadomo do końca, czy przypuszczenie papieża Franciszka co do przyczyn wojny na Ukrainie jest trafne.
Istnieją bowiem podejrzenia, że wojna ta wybuchła, by przykryć aferę z „Pegasusem”, która wybuchła zaraz po tym, jak pan mecenas Roman Giertych odkrył, że był inwigilowany. Wkrótce potem takie odkrycia porobiły również inne znane osobistości i nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie wojna na Ukrainie, w porównaniu z którą „Pegasus” zszedł na plan dalszy i wydawało się nawet, że w ogóle zniknął. Ale wojna na Ukrainie zaczyna się przeciągać, w związku z czym ludzie przyzwyczajeni do przeżywania codziennie czegoś nowego, stopniowo tracą nią zainteresowanie, chociaż ukraiński sztab generalny dokonuje cudów pomysłowości, by zainteresowanie wojną podtrzymać.
Ponieważ spowszedniały doniesienia o zbrodniach na cywilach, a nawet o gwałtach na kobietach, to ostatnio okazało się, że rosyjscy żołnierze znajdują szczególne upodobanie w gwałceniu niemowląt. Nie wiadomo, na jak długo to starczy, więc ludzie przewidujący postanowili reanimować „Pegasusa”. Jak tylko Senat po raz kolejny stanął murem w obronie immunitetu pana marszałka Grodzkiego, podejrzewanego o branie łapówek, zaraz wznowiła działalność nadzwyczajna komisja do spraw inwigilacji, przez którą właśnie „wysłuchany” został pan Adam Bodnar, chwilowo bez przydziału mobilizacyjnego. Nieomylny to znak, że zbliżają się wybory parlamentarne, w których pan Adam pewnie będzie chciał wziąć udział w charakterze kandydata na Umiłowanego Przywódcę. Zresztą nie tylko on, bo inni też się przymierzają. Wśród nich – obóz zdrady i zaprzaństwa, w którym bryluje Donald Tusk na czele Voldsdeutsche Partei, chociaż na mieście krążą fałszywe pogłoski, że jest podgryzany przez pana Rafała Trzaskowskiego, co to niedawno odbył nawet pielgrzymkę do Naszego Najważniejszego Sojusznika, który na początek dał mu do potrzymania rękę. Kto wie, czy to nie będzie miało w przyszłym roku wyborczym decydującego znaczenia. Tak czy owak, przeprowadzony został nawet sondaż, z którego wynikało, że obóz zdrady i zaprzaństwa, oczywiście pod warunkiem, że zewrze szeregi i pośladki [oj, może jednak odwrotnie?? md] , uzyskałby nawet 50 procent głosów, odsuwając w ten sposób od rządów obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm. Sęk w tym, że chyba jednak nie zewrze, bo np. pobożny poseł Gowin, który przyszedł już do siebie po załamaniu spowodowanym utratą stanowiska wicepremiera, nie chce stawać do wyborów z tej samej listy, co bezbożny poseł Włodzimierz Czarzasty, czy, dajmy na to, pan Biedroń. Nawiasem mówiąc, moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus puściła wodze fantazji, zwierzając się pani red. Elizie Michalik, iż marzy jej się, by przyszłym premierem został pan Krzysztof Śmiszek, prywatnie l’ami pana Biedronia. Mało to prawdopodobne, bo z Volksdeutsche Partei i z Lewicą nie chcieliby również startować „ludowcy” z Marszałkowskiej. Już woleliby z panem Hołownią i ewentualnie – również z pobożnym posłem Gowinem.
Charakterystyczne jest, że ani obóz zdrady i zaprzaństwa, ani obóz płomiennych dzierżawców, nie przewiduje fraternizowania się z Konfederacją. Kiedy jednak przypomnimy kampanię wyborczą z roku 2020, kiedy to partie tworzące „bandę czworga” (KO, Lewica, PSL i Zjednoczona Prawica) licytowały się, która wyda więcej pieniędzy, podczas gdy Konfederacja w tej licytacji udziału nie wzięła wyjaśniając, że nie będzie nikomu nic dawała, ale też nie będzie odbierała, to jasne jest, że ponad podziałami traktują one Konfederację, jak wroga, bo gdyby program przez nią głoszony zaczął być realizowany, to straciłyby one rację bytu.
Tymczasem Zjednoczona Prawica najwyraźniej stawia na rozrzutność, dając każdemu wszystko, co tylko można sobie wyobrazić i nawet planując „program pilotażowy” w landzie warmińsko-mazurskim, by każdemu obywatelowi wypłacać miesięcznie po 1300 zł tylko za to, że istnieje. W tej sytuacji Donald Tusk und Volksdeutsche Partei nie jest w stanie przelicytować Naczelnika Państwa, więc głosi potrzebę „rozdziału państwa od Kościoła”, czy może odwrotnie – i że jak tylko obejmie władzę, to natychmiast rozdzieli, aż będą leciały wióry, Tak samo podczas słynnej „Rozmowy w kartoflarni” odgrażał się Gnom: „Gdy tylko w Polsce obejmę władzę, szereg surowych ustaw wprowadzę. Za krowobójstwo, za świniobicie, będę odbierał mienie i życie”. Wyobrażam sobie, jak taki program udelektowałby Wielce Czcigodną Sylwię Spurek, a także – grafinię Różę Thun und Handehoch, która przestrzega, że z krowobójstwa i świniobicia będziemy musieli gęsto tłumaczyć się na Sądzie Ostatecznym. Kto by pomyślał, że u potomstwa zawodowych katolików ekumenizm zejdzie aż do tego poziomu?
Tymczasem w naszym nieszczęśliwym kraju inflacja wspaniale się rozwija i rząd obwinia za to Putina, ale chyba nie jest dobrze, bo pan premier Morawiecki, który chyba musi wiedzieć, jak jest naprawdę, niedawno wystąpił z rozpaczliwym pomysłem, by Norwegia podzieliła się z Polską dochodami z eksportu ropy i gazu. Rząd norweski, najwyraźniej podejrzewając możliwość psychicznego kryzysu u pana premiera, wprawdzie mu odmówił, ale bardzo łagodnie.
Za to pan prezydent Duda, podczas pielgrzymki do Kijowa został owacyjnie powitany przez tamtejszą Radę Najwyższą. Inna rzecz, że zachowywał się tak, jakby starał się o rękę sławnej śpiewaczki i wypada tylko żałować, że nie angażuje się tak w obronę polskich interesów państwowych, jak w obronę interesów ukraińskich. Być może uważa, że to wszystko jedno, chociaż w Kijowie nie posunął się aż tak daleko, jak 3 maja, kiedy ogłosił rychłą likwidację granicy polsko-ukraińskiej. Widocznie ktoś starszy i mądrzejszy go zmitygował, bo mówił tylko, że ta granica powinna „”łączyć”, a nie „dzielić” – ale jeśli tak, to przynajmniej musi istnieć. Poza tym stanowczo stwierdził, że Ukraina będzie „odbudowana”, a koszty tej odbudowy „musi” ponieść Rosja. Nic dziwnego, że Ukraińcom przemówienie prezydenta Dudy się spodobało tym bardziej, że oto mieli dowód, iż głowa państwa polskiego zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością, a w tej sytuacji obcinanie kuponów z prezentowania na arenie międzynarodowej Ukrainy jako państwa specjalnej troski może być jeszcze łatwiejsze. Nie wszyscy jednak myślą tak, jak pan prezydent Duda, bo ostatnio 99-letni Henry Kissinger zauważył, że Ukraina powinna wrócić do granic sprzed wojny, bo w interesie stabilizacji w Europie nie leży nie tylko rozczłonkowywanie, ale nawet osłabianie Rosji, a już wpychanie jej w trwały sojusz z Chinami nie leży nawet w interesie Ameryki. W Ameryce na razie nikt inny tak nie mówi, może poza Normanem Finkelsteinem, ale w Europie, to znaczy w Niemczech, we Francji i we Włoszech, zaczyna się dostrzegać zniecierpliwienie ręcznym sterowaniem Europą przez Stany Zjednoczone pod pretekstem wojny.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Na wojnie, choćby takiej dziwnej i nie do końca przypominającej wojnę, propaganda ma swoje znaczenie. Nie bez powodu mówi się, że największe propagandy przypisane są do największych reżimów.
W czasie II Wojny Światowej mieli swoje kroniki wojenne Niemcy i ZSRR, ale ludzie rozumni nie brali za prawdę tych bredni spreparowanych pod ideologię. Skala i toporność kłamstw w końcu uodporniły ludzi i częstszą reakcją była obojętność niż autentyczne emocje. Wojna ma też to do siebie, że choćby na siłę tworzy bohaterów i tacy też się pojawiali, nie tylko na II Wojnie Światowej.
Marszałek III Rzeszy Hermann Wilhelm Göring, po 1939 roku prawdopodobnie nie zmieściłby się do samolotu, ale sławę myśliwskiego asa zbudował w czasie I Wojny Światowej. Sama postać jest odpychająca, natomiast legenda związana z jego wyczynami nie była oparta na fikcji, ale zawierała prawdziwy lotnicze wyczyny.
Jak to wyglądało, bo teraz nieco przycichło, w trakcie konfliktu na Ukrainie? Powiedzieć, że groteskowo, to trochę mało, jednak z szacunku dla prawdziwych ofiar poprzestanę na tym eufemizmie. Od samego początku powstawały bzdurne mity i chociaż dość szybko były weryfikowane, to większość ludzi nadal powtarzała propagandową sieczkę. Chyba nic nie przebije bohaterów z „Wyspy węży”, co to najpierw krzyknęli „ruskij wajennyj karabl’ idi na ch…”, potem zginęli, następnie zostali pośmiertnie odznaczeni, po czym zmartwychwstali i trafili do ruskiej niewoli, a na końcu ponownie zostali odznaczeni jako „żywi polegli”.
Mam nadzieję, że teraz dobitnie widać moje litościwe podejście do propagandy ukraińskiej, którą nazywam groteskową, chociaż człowiek niemal naturalnie ma ochotę parsknąć śmiechem. Takich historii, nie powiem z czego wziętych, jest cała lista. Jeden z pierwszych obrazów „wojennych”, które bulwersowały cały świat, to transporter opancerzony przejeżdżający na kijowskiej ulicy po dachu samochodu osobowego. Miała to być ilustracja barbarzyństwa ruskich sołdatów, tymczasem wiadomo, że żaden ruski transporter, ani inny czołg nigdy do Kijowa nie dotarł. Ukrainiec przejechał Ukraińca, prawdopodobnie w wyniku awarii sprzętu.
Nikt nigdy ze strony ukraińskiej podobnych wymysłów nie prostował, bo one służyły budowaniu morale, ale wszystko ma swoje granice. Gdy się pojawiły opowieści o czołgu ukradzionym przez „Romów”, a potem o dzielnych babciach strącających helikoptery słoikiem ogórków, wiara w siłę ukraińskiej armii i całego narodu przekroczyła granice śmieszności.
Dziś to wszystko odbija się bardzo głęboką czkawką i przygnębieniem. Postępy ruskiej armii na wschodniej Ukrainie są tak oczywiste, że nawet Zełenski przestał czarować. Ostatni wydumany mit o bohaterach z Azowstalu zakończył się upokarzającym wywieszeniem białej flagi i co gorsza ruskimi autobusami wywieziono jeńców z Azow w bliżej nieznanym, ale na pewno ruskim kierunku. Propagandą można czarować i wspierać działanie wojskowe, ale samych działań i realnej siły armii nie zastąpi nic. Przez trzy miesiące wszelkiej maści eksperci śmiali się z Ruskich, po części słusznie, ale gdy słyszałem, że parę pancerfaustów, stare migi i T72 z Polski zatrzymają jedną z większych armii świata, to uprzejmie zwracałem uwagę, że to kompletne bzdury.
Limit mitologiczny się wyczerpał i w życie wchodzi dawno ustalony plan, przyklepany przez USA, Niemcy i Francję. Putin według tych ustaleń miał sobie wziąć kawałek wschodniej Ukrainy, co właśnie robi, a Zachód udaje, że jakoś tam wspiera Zełenskiego kolejnymi dostawami granatów „obronnych”. Nie policzę ile psów na mnie wieszano, gdy pisałem o krwawym, ale tylko i wyłącznie wojennym teatrze z rozpisanym scenariuszem i rolami. Putina coś w ostatniej chwili spłoszyło i dokonał korekty, ale cała reszta to polityczna gra tych samych tłustych misiów, które mydlą oczy maluczkim za pomocą taniej propagandy i wzruszających obrazków. Chciałbym z tej groteskowej historii wyciągnąć jakiś optymistyczny morał, ale musiałbym kłamać.
Morał jest pesymistyczny, bo w tym cyrku Polska nie jest dyrektorem, ani pogromcą lwów, tylko klownem.
Już teraz areszty przepełnione są setkami ukraińskich dezerterów. Wobec nacierających sił rosyjskich żołnierze ukraińscy na pozycjach ogniowych z których nie chce zwolnić ich Naczelny Wódz, mają trzy wyjścia: albo dać się zabić, albo poddać się, albo uciec. Wybierają najczęściej trzecie wyjście. Stąd narasta konflikt pomiędzy naczelnym dowódcą generałem Walerym Załużnym, a Naczelnym Wodzem,komikiem Zelenskim.
Raz po raz naczelny dowódca prosi naczelnego wodza o pozwolenie zwolnienia batalionu z zajmowanych pozycji i naczelny wódz odmawia. Według niego,żołnierze mają trwać na stanowiskach do końca i ginąć bohaterską śmiercią z jego imieniem na ustach, a on im ewentualnie posthum wręczy medale.
Żołnierze mają jednak inny pogląd na sprawę swych powinności i wolą uciekać. Lądują najczęściej w areszcie dla dezerterów. Wiadomo,jaki jest los dezertera w czasie wojny Co jednak zrobi Zelensky z tysiącami dezerterów? Każe ich wszystkich rozstrzeliwać?
Takie pytanie powstaje i zaczyna być w obecnej sytuacji naglące.
Rosjanie weszli wczoraj do miejscowości Awdijewka. Awdijewka to baza jednej z ukraińskich ufortyfikowanych linii obrony w Donbasie. Broniący jej ukraińscy żołnierze już częściowo uciekli. Podobna sytuacja jest od wczoraj w Krasnym Limanie.
Rozproszone jednostki 79. Brygady Powietrznodesantowej Sił Zbrojnych Ukrainy uciekły ze swoich pozycji w Krasnym Limanie. Po rosyjskim ataku ogniowym doszło do rozproszenia oddziałów 79. wydzielonej Brygady Desantowo-Szturmowej Sił Zbrojnych Ukrainy (jednostka A0224), których pierwotnym miejscem pobytu było miasto Mykołajew. Ocalałe resztki oddziałów uciekły ze swoich pozycji.
W sieci pojawiły się materiały, na których można zobaczyć, jak samochód opancerzony APC-80 z ukraińskimi żołnierzami „na pancerzach” z dużą prędkością odjeżdża z opuszczonych pozycji. Po chwili musi się zatrzymać, aby zabrać innych ukraińskich wojskowych, którzy dosłownie rozproszyli się grupkami po lasach. Według niektórych relacji, odwrót odbywał się w kierunku Parku Narodowego Świętych Gór.
Odwrotowi towarzyszył rosyjski ostrzał artyleryjski i problemem stała się przeprawa przez Siwierski Doniec z powodu uprzedniego wysadzenia mostu. Obecnie tylko około jedna trzecia terytorium Krasnego Limanu pozostaje pod ukraińską kontrolą.
W związku z tą sytuacją kilka innych jednostek Armii Ukrainy (AFU) i obrony terytorialnej nagrało odezwy do „Naczelnego Wodza Żeleńskiego” z opowieściami o „trudnej sytuacji”. Na przykład resztki drugiej kompanii 46. batalionu strzelców wyborowych AFU, które początkowo „obiecano wysłać” do obwodu zaporoskiego, a które ostatecznie zostały zrzucone na linię frontu w Donbasie, w kierunku Kamyszewa, znalazłszy się pod silnym rosyjskim ostrzałem żołnierze 2. kompanii, straciwszy znaczną liczbę ludzi, zdecydowali się na ucieczkę. Są oni obecnie wpisani na obszerną listę ukraińskich dezerterów. Już wcześniej na Ukrainie do aresztu śledczego trafili żołnierze 115. brygady TRS, którzy uciekli ze stanowisk ogniowych.
Co zrobi z nimi wszystkimi Naczelny Wódz?
Tymczasem w Kijowie wczoraj Aleksy Arestowicz, doradca w kancelarii prezydenta Ukrainy, w kolejnej audycji telewizyjnej wygłosił oświadczenie, które wywołało ostrą reakcję ukraińskiej opinii publicznej. Zdaniem Arestowicza:”Znajdujemy się teraz w trudnej sytuacji. A sytuacja ta będzie się pogarszać. Możliwe są duże straty w ludziach.”Oraz : „być może w najbliższej przyszłości będziemy zmuszeni do opuszczenia stanowisk”. Ostatnie zdanie w wypowiedzi Arestowicza dotyczyło stanu psychicznego armii i społeczeństwa:
„Czeka nas trudny miesiąc. Jest to depresja, która miejscami może doprowadzić do paniki i wzajemnych oskarżeń w społeczeństwie.”
Oświadczenie to,które miało przygotować opinię publiczną na złe wiadomości wywołało jednak panikę i oburzenie. Elity kijowskie najwyraźniej mają oczy zamknięte na rzeczywistość. Inny doradca – tym razem szef biura Zelenskiego – Michał Podolyak, oskarża EU o „narzucenie Ukrainie oddania części ukraińskich terytoriów”. Według Podolyaka, który był członkiem ukraińskiego zespołu negocjacyjnego na Białorusi i w Turcji, „dziś Ukrainie proponuje się oddanie Rosji wschodu i południa, aby zakończyły się działania wojenne, a Europa wróciła do swojej strefy komfortu”. Podolyak dodał, że Kijów słyszał te rady, ale „woli pomoc zbrojeniową”.
Obecny polski rząd robi wszystko, by wciągnąć Polskę do konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, w którym Polska w starciu z rosyjską armią nie ma żadnych szans. NATO nam nie pomoże wbrew obietnicom
Kiedy wybuchła wojna pomiędzy Rosją a Ukrainą, napisałam że nie jest to wojna między Rosją a Ukrainą, tylko wojna między Rosją a amerykańskimi neokonami, wysługującymi się wojskami ukraińskimi oraz batalionami banderowskimi, nawiązującymi do ideologii czystek etnicznych. Parę dni temu upadł ostatni bastion nazistowskiego pułku Azow, zaś członkowie tego pułku zostali po bezwarunkowej kapitulacji wywiezieni do ośrodków odosobnienia w ilości ponad 2000 osób.
W ciągu prawie trzech miesięcy karnej ekspedycji Rosji na Ukrainę, Rosjanie zajęli obszar wielkości większy niż Wielka Brytania. Od pierwszego dnia wybuchu walk napisałam że Ukraina w zasadzie już wojnę przegrała, ponieważ pozwoliła sobie zniszczyć ponad 90% własnego lotnictwa. Napisałam również że Rosja została zmuszona do zaatakowania Ukrainy przez kierującymi wojskiem ukraińskim neokonami. Rosjanie zresztą wielokrotnie ostrzegali Ukrainę, że Rosja nie będzie miała innego wyjścia i wyruszy z ekspedycją karną.
Przewidywałam upadek Ukrainy po tym, jak została zaatakowana przez Rosję, ponieważ wszystko za co się biorą amerykańscy neokoni w swoim planowaniu, zawsze kończy się katastrofą. Kiedy przejęli całkowitą władzę nad polityką USA za kadencji najgorszego w historii prezydenta, o mocno ograniczonym umyśle i jak się później okazało kompletnym przygłupie, Stany Zjednoczone zaatakowały Irak pod pretekstem wymyślonym, iż Irak posiada ukrytą broń chemiczną, co później niejaki Bronek Wildstein, polski Żyd stwierdził że jest ukryta w miejscu niemożliwym do wykrycia. Cała iracka kampania kosztowała życie ponad pół miliona Irakijczyków, zakończona kompletną pod każdym względem katastrofą, z której to największym beneficjentem okazał się Iran.
Neokoni próbowali jeszcze realizować swoje kompletnie chore pomysły w Wenezueli, Syrii, Gruzji, Kazachstanie i oczywiście Ukrainie. Wszystkie próby budowy nowego amerykańskiego stulecia w oparciu o siłę militarną, okazały sie kompletną katastrofą. Ukraina jest miejmy nadzieję ostatnią tego typu próbą zdominowania świata przez bajdurzenia neokonów o nowym amerykańskim wieku. Myślę że Rosjanie skutecznie wybiją z zaczadzonych łbów neokońskich rojenia o jednobiegunowym amerykańskim świecie.
Rosjanie zdobywając zdecydowaną przewagę w powietrzu już pierwszego dnia wojny, marzucili wojsku ukraińskiemu swoje warunki militarnej gry, każdego dnia zdobywając nowe tereny i wypierając wojska ukraińskie z ich terenu. Rosjanie używają jako swoją broń atutową atrylerię, która ma dużo większy zasięg od artylerii, którą dysponuje ukraińskie wojsko. Rosjanie bombardują stanowiska ukraińskie przez 24 godziny na dobę. Tak jak to robiły zbuntowane republiki Doniecka i Ługańska w swoich zwycięskich kampaniach wojennych 2014 i 2015 roku.
Jednak prawdziwy przełom militarny i psychologiczny nastąpił po kapitulacji samego Mariupola i słynnego już zakładu Azowstal bronionego przez stawiany za wzór dla banderowców batalion „Azow”. Była to najbardziej elitarna jednostka wśród armii ukraińskiej będąca dumą całej Ukrainy. Mariupol miał być ukraińskim Stalingradem dla Rosjan i Putina. Do ostatnich minut kapitulacji ukraińskich jednostek wojskowych naczelne dowództwo ukraińskie zapewniało że odsiecz lada dzień nadejdzie, wojsko ukraińskie wyrąbuje sobie drogę do bohaterskiego , oblężonego Mariupola, zasyłając drogę rosyjskimi trupami. Kiedy pozostałe przy życiu ponad tysiąc żołnierzy ukraińskich nie miało już czym walczyć, zostało zmuszone do kapitulacji. Od tej pory wiadomo było że dni obecności ukraińskiej w Mariupolu są policzone.
Pozostał tylko bohaterski, niebiański Azow, który się zaszył w podziemiach zakładu Azowstal i miał się tam bronić przez lata. Prezydent Putin nieoczekiwanie odstąpił za radą wojskowych od szturmu na zakład, gdyż by to kosztowało życie zbyt wielu rosyjskich żołnierzy i polecił bardzo dokładne zablokowanie terenu. Bohaterski batalion Azow wytrzymał tylko niecałe dwa tygodnie i ogłosił bezwarunkową kapitulację.
Pracuję z Ukraińcami i obserwowałam, jaki to był dla nich szok. To co dopiero mówić o samych Ukraińcach na Ukrainie. Mieli się bronić do ostatniego żołnierza, a wytrzymali tylko dwa tygodnie? Najbardziej zdumiewający, a jednocześnie demoralizujący był sam wygląd azowców dla moich Ukraińców z Chicago. Mieli wyobrażenie o azowcach jako brudnych, wychudzonych, ledwo trzymających się na nogach wycieńczonych żołnierzach, tymczasem zobaczyli zwłaszcza dowódców dobrze odżywionych, schludnie ubranych i czystych. Wielu Ukraińców nie mogło w to uwierzyć jak chętnie idą do ruskiej niewoli, a przysięgali bronić Mariupola do ostatniego azowca.
Dowódcy Azowa są bardzo cennym nabytkiem dla Rosjan. W zamian za uratowanie życia mogą opowiedzieć wiele ciekawych rzeczy Rosjanom o laboratoriach biologicznych na Ukrainie, które ochraniali, oraz o udziale oficerów armii NATO biorących bezpośredni udział w konflikcie. Zwracam uwagę na fakt, iż Rosjanie zabronili filmowania wyjścia niektórych grup Azowców z kazamatów Azowstalu. Razem do niewoli na dzisiejszy dzień regularnych żołnierzy i samych azowców do tej pory skapitulowało ok. 4000 osób.
Rosjanie liczą teraz na efekt domina, zwłaszcza że mają ogromną przewagę w sprzęcie i amunicji, oraz w powietrzu, mogą bezkarnie uderzać w cele ukraińskiej armii jak chcą i kiedy chcą. Według Rosjan poddają się pojedyncze oddziały dopiero co wysłanych na linię frontu terytorialsów.
Kolejną sprawą są zagraniczne dostawy sprzętu wojskowego na Ukrainę. Amerykanie oceniają że około 20% sprzętu dostają jednostki frontowe, zaś reszta jest likwidowana przez wojska rosyjskie albo rozkradana po drodze. Stąd ogromne ilości zachodniego sprzętu można kupić na nielegalnych targach broni w Polsce, Ukrainie, Rumunii, Bułgarii.
Polskie władze jednostronnie i bezkrytycznie poparły władze Ukrainy w walce z rosyjskim najeźdźcą. Polskie media powtarzają bezkrytycznie to, co podaje im ukraińska propaganda. Wygląda to tak, jakby Polska była bardziej zaangażowana w konflikt zbrojny z Rosją niż Ukraina. W efekcie tego mamy w Polsce około 3 milionów tzw. uchodźców wojennych z Ukrainy dla których polski rząd kosztem polskich podatników, stworzył niemalże luksusowe warunki pobytu jak na uchodźców wojennych, dając im uprawnienia lepsze niż polskim obywatelom. Na granicy wystarczyło tylko pokazać ukraiński paszport i już się otrzymywało lepsze warunki pobytu od samych Polaków.
Ile w taki sposób przedostało się rosyjskich agentów, tylko KGB i GRU wie. Polacy stali się we własnym kraju obywatelami drugiej kategorii i nie mają nic do powiedzenia. Mogą sobie co najwyżej złorzeczyć na najgłupszą postawę polskiego rządu.
Uważam że bez takiej służalczej postawy wobec USA i Ukrainy, inwazja Rosji by nie miała miejsca. Polska była kluczowym elementem dla rozgrywki USA z Rosją na Ukrainie. Potencjalne dostawy przez Rumunię i Morze Czarne byłyby łatwym celem dla Rosjan, ale kiedy ma się wasala, który ma własny naród w głębokim poważaniu w dodatku z dość długą granicą, wtedy prowadzenie wojny z Rosją jest bardzo prawdopodobne. Polskie władze popierając w ciemno Ukrainę, narażają się na uderzenia odwetowe ze strony Rosjan, ktorzy już pokazali bardzo precyzyjnym uderzeniem w bazę NATO, tuż przy polskiej granicy, służącą do szkolenia jedostek ukraińskich, że również mogą uderzyć precyzyjnie w polskie miasta.
Polskie eliciarstwo magdalenkowe już wcale nie udaje, że chodzi im w jakikolwiek sposób o interes Polski. Popierając w sposób bezwarunkowy banderowską Ukrainę, skazują Polaków na niebezpieczeństwo rozszerzenia wojny na terytorium Polski.
Kiedy Ukraina skapituluje ponieważ neokoni zamierzają ją wykrwawić do ostatniego Ukraińca-banderowca, pozostająca w Polsce kilkumilionowa rzesza Ukraińców może zacząć szukać współwinnych nieszczęść właśnie rząd magdalenkowego eliciarstwa. Przecież nas zachęcaliście do walki, nawet dając nam uzbrojenie, własne ośrodki szkoleniowe do dyspozycji, kiedy my wątpiliśmy w zwycięstwo i to przez was Polacy straciliśmy Dombas, Odessę i Mariupol, Charków i wiele innych miast. Wasi przywódcy zachęcali nas do walki, musicie wytrzymać, pomoc jest w drodze. Tak będzie działać rosyjska propaganda na Ukraińców dla których będziemy łatwym celem do spacyfikowania nas przez Rosjan za pomocą właśnie rozgoryczonych klęską Ukraińców.
Polska pod rządami magdalenkowego eliciarstwa jest od 1989 roku państwem teoretycznym, jak nazwał Polskę były minister spraw wewnętrznych, czołowy intelektualista PO, Bartłomiej Sienkiewicz. Sytuacja z dnia 9 maja w Warszawie z ambasadorem Rosji, właśn ie w pełni pokazała Polakom, że wciąż jesteśmy jednak państwem teoretycznym. Ukrainka podeszła do ambasadora obcego państwa, oblała go farbą i nic się jej nie stało. Zamiast wylądować w więzieniu natychmiast, to otrzymała asystę polskiej policji do opuszczenia Warszawy. Takie rzeczy zdarzaja się tylko w państwie teoretycznym. Polska pod rządami PiS zachowuje się tak, jakby Rosja zaatakowała militarnie terytorium Polski.
Niestety ścisła współpraca w zakresie pomocy militarnej dla Ukrainy, skazuje Polskę na trazie w chwili obecnej na ataki rakietowe w miejscach, w których szkolą się ukraińscy żołnierze w obsłudze zachodniego sprzętu. Pisowskie eliciarstwo zachowuje się butnie do pierwszego rosyjskiego pocisku wycelowanego i wystrzelonego na polskie terytorium. Idioci pisowscy myślą że spowodują tym samym kontruderzenie NATO na Rosję. Polska domagała i wciąż się domaga najsurowszych sankcji na Rosję w niezrównoważonych emocjonalnie wypowiedziach Morawieckiego i Dudy, podczas gdy zachód kupuje gaz i ropę na rosyjskich warunkach. Ponieważ zachód podchodzi do wojny bardzo pragmatycznie. Żaden europejski kraj nie wyśle swoich wojsk na wojnę z Rosją, ponieważ ich przywódcy zdają sobie sprawę z ogromnej niechęci do angażowania się ich społeczeństw w wojnę o ochronę interesów ukraińskich oligarchów. Ameryka sama nie pójdzie na wojnę z Rosją, gdyż Rosja to nie Irak i jest rok 2022 a nie 2002.
Dzisiaj w porównaniu z pierwszymiu dniami wojny, wojna Rosji z Ukrainą zajmuje marginalne miejsce w relacjach amerykańskiej prasy i telewizji. Na pierwszym miejscu są problemy gospodarcze, zwłaszcza ceny paliw, sytuacja na południowej granicy, oraz walka z białym supremacjonizmem i mową nienawiści.
Zaś w samej Rosji poparcie dla wojny z Ukrainą nadal wynosi ponad 80%. W dniu wybuchu wojny Rosji z Ukrainą, poparcie dla wojny było mniejsze niż 50%, zaś wśród młodych Rosjan wynosiło ok. 25%. Jednak sytuacja się zmieniła po dwóch tygodniach, kiedy Ukraińcy pochwalili się filmikami puszczonymi do sieci, jak torturują z dziką satysfakcją rosyjskich żołnierzy wziętych do niewoli. Po zobaczeniu tego przez Rosjan poparcie dla wojny i rozprawy z ukraińskimi banderowcami-nazistami sięgnęło ponad 80% i do tej pory się utrzymuje.
Jakieś dwa miesiące temu pojawiały się w sieci nagrania, w których to ukraińscy bohatyrowie, rozprawiali się z osobami, które mało entuzjastycznie ich zdaniem popierali wojnę z Rosją. Otóż tych delikwentów rozbierano do prawie naga i przywiązywano ich do słupów lub drzew taśmą i łańcuchami, albo kiedy nie było ich do czego przywiązać to kładziono ich na ziemi lub betonie. Takich delikwentów już obnażonych bito kijami lub paskami oraz ich opluwano. Nie uwierzyłabym, gdybym tego nie widziała w sieci.
Natomiast sankcje odniosły odwrotny skutek, czego przykladem są ceny benzyny na stacjach benzynowych. Ja przed wybuchem wojny płaciłam za 1 galon zwykłej 3.70 USD, po trzech miesiącach już muszę płacić na tej samej stacji 5.50 USD. Zaś kiedy Trump odchodził z urzędu płaciłam 2.30 USD.
Na zakończenie mam pytanie do zwolenników PiS. Jak oni oceniają wypowiedź premiera polskiego rządu, który stwierdził ostatnio, że „ Norwegia powinna podzielić sie gigantycznymi zyskami z handlu ropą i gazem. „Powinni dzielić się tymi nadwyżkami zysków. To nie jest normalne, to niesprawiedliwe. To pośrednie żerowanie na wojnie rozpoczętej przez Putina ”. „Napisz do swoich młodych przyjaciół w Norwegii… Powinni się tym podzielić, niekoniecznie z Polską [ale] z Ukrainą, dla tych najbardziej dotkniętych tą wojną. Czy to nie normalne? „W pierwszej kolejności z Ukrainą.
Uważam że takie dyrdymały może wygadywać tylko w państwie teoretycznym. Ciekawa jestem jak to by skomentował pan prof. Rafał Broda, zatwardziały pisowiec.