Drastyczny spadek poparcia wobec przyjmowania Ukraińców

Bloomberg wyraża zaniepokojenie, a wraz z nim także polskojęzyczne media. Tyczy się to spadku entuzjazmu u Polaków, którzy mieliby nie wyrażać już takiej chęci jak na początku wojny rosyjsko-ukraińskiej w sprawie pomocy Ukraińcom. Od Bloomberga dowiadujemy się więc o tym, że wsparcie Polski dla Ukraińców załamuje się w niebezpiecznym momencie. Nic dziwnego, gdy obecnie wedle CBOS-u Ukraińskich uchodźców chciałoby przyjmować zaledwie 48 proc. Polaków, podczas gdy w 2022 r. miało to być 94 proc. Praktycznie więc nastąpił spadek o połowę, co jest klęską proukraińskiej linii politycznej w Polsce.

Koniec wielkiej miłości

Polsat alarmuje, że rośnie wrogość wobec Ukraińców. Połowa Polaków uważa, że pomoc wobec tego kraju jest zbyt duża. Jak więc głosi tytuł w tym jednym z głównych mediów “fala poparcia się wyczerpała”. Oprócz spadku poparcia wobec przyjmowania uchodźców z Ukrainy, rośnie również głos sprzeciwu, gdyż przeciwników jest 45 proc. “Polska policja poinformowała, że ​​w 2024 roku w Polsce odnotowano 651 przypadków przestępstw popełnionych na obywatelach Ukrainy z powodu ich narodowości, a w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy tego roku – 477”. Polsat wskazuje, że oprócz tego wybory prezydenckie wygrał Karol Nawrocki, który prezentuje stanowisko odmienne od rządowego. On to zawetował ustawę, która przyznawać miała świadczenie 800 plus każdej rodzinie ukraińskiej. Sprzeciwił się do tego przystąpieniu Ukrainy do NATO oraz Unii Europejskiej. Tradycyjnie mówi się w tym przypadku o wykorzystywaniu tych nastrojów przez Rosję i jej propagandę.

Winni sami Ukraińcy oraz uległa Polska

Tym czasem przecież nie brakuje przesłanek, aby wskazać że to sama Ukraina daje dużo powodów do tego aby z upływem czasu zniechęcać do siebie coraz więcej Polaków. Banderyzm jako oficjalna ideologia kraju, co najmniej dziesiątki miliardów złotych pomocy dla Ukrainy w formie sprzętu wojskowego, czy też darmowej opieki zdrowotnej dla Ukraińców Polsce, ostatnia sprawa z żołnierzami ukraińskimi leczącymi się w szpitalu w Stalowej Woli, obrażanie w prymitywny sposób polskiego prezydenta przez ukraińskiego prezydenta Witalija Mazurenkę nie mogły pozostać bez odpowiedzi zwykłych Polaków. To przekłada się na wyniki sondaży. To przecież ledwie część tego jak nieadekwatnie do wielkości pomocy reaguje Ukraina wobec Polski i Polaków. Z drugiej strony poraża uległość polskich władz zarówno poprzedniego rządu Zjednoczonej Prawicy, jak i obecnej uśmiechniętej koalicji. A jednocześnie odsyła się ludzi ze szpitali, gdyż brakuje pieniędzy na koniec roku na świadczenia zdrowotne, podczas gdy pieniądze znajdują się na pomoc naszemu sąsiadowi. Wielu do dzisiaj zapewne pamięta o tym jak Łukasz Jasina deklarował, że jesteśmy “sługami narodu ukraińskiego”. Najwidoczniej przekroczona została pewna granica, a polskojęzycznym mediom pozostało zamiast krytykować rząd i brak wdzięczności wobec naszej ofiarności ze strony ukraińskich władz przykrywać to jakimiś rzekomymi intrygami ze strony rosyjskiej propagandy. Tak jakby na codzień nie było propagandy ukraińskiej, amerykańskiej, brytyjskiej czy niemieckiej. Nie mówiąc już o okładaniu się propagandą przez medialne ośrodki związane z dwoma głównymi ugrupowaniami, de facto zgodnie działającymi zgodnie z interesem ukraińskim, a nie polskim.

Bartłomiej Doborzyński 

MEMY 5 typów polityków….

=============================

=====================================

———————————————–

———————————

——————————–

———————————————-

———————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Bezsensowna wojna ideologii

Jak globaliści wykorzystują jedną stronę medalu, aby zmusić masy by błagały o tę drugą, i dlaczego ostatecznie poniosą porażkę.

Pod falami każdego globalnego wydarzenia społeczno-ekonomicznego i politycznego toczy się nieustająca, lecz często niezauważana bitwa. Wojna ta nie jest toczona tradycyjną bronią, lecz narracjami i faktami, dziennikarskimi zabiegami i cichymi, indywidualnymi aktami buntu. To konflikt definiowany przez dwie frakcje, skrajnie odmienne filozoficznie i duchowo.

Z jednej strony sieć korporacyjnych tytanów, elit, instytucji bankowych, międzynarodowych konglomeratów finansowych, think tanków i pionków politycznych. Nieustannie pracują nad ukształtowaniem psychologii publicznej i społeczeństwa zgodnie z wizją „Nowego Porządku Świata”.

Świat skrupulatnie scentralizowany, w którym to oni sprawują kontrolę nad każdym aspektem rządzenia, handlu, życia, a nawet wartości moralnych. Nazywam ich „globalistami”, terminem, którego sami czasami używają, można by dodać z nutą ironii.

Drugą stronę stanowi ruch, który wyłonił się naturalnie, spontanicznie, bez hierarchicznej struktury przywódczej. Kieruje nim jednak subtelnie przykład dawany przez różnych mentorów i aktywistów, związanych zestawem zasad zakorzenionych w prawie naturalnym.

To zróżnicowana koalicja osób religijnych, agnostyków i ateistów. To ruch ludzi ze wszystkich środowisk etnicznych i materialnych, zjednoczonych jedną, niezachwianą wiarą w jedną rzecz, co do której wszyscy się zgadzają – wrodzone, przyrodzone prawo do wolności. Będę ich kreatywnie nazywać „Ruchem Wolności”.

Globaliści, z ich łapami na sterach władzy, są dalecy od bycia dobrotliwymi strażnikami ludzkości, za jakich się uważają. Ich wizja scentralizowanego porządku świata to mrożąca krew w żyłach dystopia, w której wolności jednostki są poświęcane na ołtarzu zbiorowej kontroli. Ich teorie ekonomiczne, które propagują jako panaceum na globalne problemy, są jedynie narzędziami do konsolidacji władzy i bogactwa w rękach nielicznych.

Z drugiej strony, Ruch Wolności jest promykiem nadziei w tej nadciągającej ciemności. Jest świadectwem niezłomnego ducha ludzkiego, który pragnie wolności, bastionu przeciwko zalewowi globalizmu. Jego członkowie, poprzez indywidualne akty odwagi i buntu, zmieniają narrację naszych czasów, kwestionując status quo i śmiało marząc o świecie, w którym wolność nie jest przywilejem, lecz prawem z urodzenia.

Teorie ekonomiczne globalistów, takie jak ekonomia keynesowska, to nic innego jak pseudonaukowe uzasadnienia redystrybucji bogactwa i scentralizowanej kontroli. Opowiadają się za nadmiernymi wydatkami rządowymi jako sposobem na stymulowanie wzrostu gospodarczego, a jedyne, co to powoduje, to inflację, dewaluację waluty i obciążenie przyszłych pokoleń długiem. To jak leczenie objawów pacjenta bez zajęcia się chorobą podstawową, a co gorsza, tworzenie nowych schorzeń w tym procesie.

Tymczasem Ruch Wolności opowiada się za wolnością gospodarczą, opowiadając się za zdrową walutą, ograniczoną władzą państwową i prawdziwie wolnym rynkiem. Rozumieją, że prawdziwy dobrobyt pochodzi z indywidualnej przedsiębiorczości i innowacji, a nie z interwencji rządu. Wierzą w siłę wolnego rynku, który potrafi się sam korygować, efektywnie alokować zasoby oraz wspierać konkurencję i kreatywność.

W sferze polityki globaliści propagują fałszywą dychotomię lewicy i prawicy, tworząc atmosferę podziałów i polaryzacji. Manipulują spektrum politycznym, nastawiając ludzi przeciwko sobie, jednocześnie utrzymując władzę. To teatr polityczny, kukiełkowy spektakl mający na celu odwrócenie uwagi od ich prawdziwych celów.

Ruch Wolności, przeciwnie, przekracza te sztuczne podziały. Uznaje, że prawdziwa władza polityczna spoczywa w jednostce, a nie w partii politycznej czy instytucji rządowej. Opowiada się za powrotem do zasad konstytucyjnych, za ograniczoną władzą rządu oraz za ochroną praw i wolności jednostki. To ruch, który dąży do jednoczenia, a nie dzielenia, do wzmacniania pozycji, a nie do kontrolowania.

Ci, którzy uważają się za zwykłych widzów tej wojny, ci, którzy przymykają na nią oko, i ci, którzy są w błogiej nieświadomości, wszyscy są w poważnym błędzie. Ten konflikt dotknie każdego, nikogo nie pozostawiając bez uszczerbku.

To wojna o przyszłość ludzkości, zmaganie, które ukształtuje losy przyszłych pokoleń. Od jego wyniku zależeć będzie, czy nasze dzieci i wnuki będą miały swobodę wyboru własnej drogi, by rozwinąć swój prawdziwy potencjał, czy też zostaną skrępowane przez bezosobową, bezduszną technokrację, która niewiele dba o ich aspiracje i marzenia.

Jak zapewne się domyślacie, nie jestem bezstronnym obserwatorem tej bitwy. Są tacy, którzy w swojej intelektualnej arogancji próbują zbagatelizować ten konflikt jako zwykłą ideologiczną walkę, oskarżając obie strony o próbę narzucenia swojego światopoglądu reszcie ludzkości. Twierdzę, że takie osoby są żałośnie nieświadome prawdziwej stawki, o jaką ta gra się toczy.

Wojna między globalistami a ruchem wolnościowym nie jest błahą sprzeczką, lecz walką o samą duszę ludzkości. To bitwa między tymi, którzy dążą do kontroli, a tymi, którzy dążą do wyzwolenia, między tymi, którzy pragną dominować, a tymi, którzy pragną upodmiotowienia.

Globaliści, kierując się swoimi podstępnymi planami, dążą do stworzenia porządku świata, który tłumi indywidualność, kreatywność i wolność. Chcą narzucić ujednoliconą, wysterylizowaną wersję rzeczywistości, w której zniechęca się do różnorodności myśli, a nagradza konformizm. Podszywają się pod zbawców, obiecując utopię pokoju i dobrobytu, ale w rzeczywistości oferują jedynie dystopijny koszmar kontroli i ucisku.

Ruch Wolnościowy z kolei opowiada się za czymś zupełnie przeciwnym. Broni wolności jednostki, prawa każdego człowieka do życia według własnego uznania, o ile nie narusza to praw innych. Wierzy w siłę ludzkiego ducha, w potencjał każdego człowieka do osiągnięcia wielkości, jeśli tylko otrzyma wolność działania.

GLOBALIZM kontra „POPULIZM”

Globaliści od wieków stosują taktykę fałszywych dychotomii, dzieląc narody i ludy przeciwko sobie, aby wykorzystać wynikający z tego chaos. Jednak powyższa dychotomia jest prawdopodobnie najbliższa rzeczywistemu podziałowi, jaki kiedykolwiek zaprezentowali.

Wcześniejsze poparcie dla referendum w sprawie Brexitu w Wielkiej Brytanii, czy wybór Donalda Trumpa, wywołały falę propagandy ze strony mediów establishmentu. Przesłanie było takie, że za sprzeciwem wobec globalizacji stoją „populiści”, którzy doprowadzą do upadku krajów i światowej gospodarki. Innymi słowy, globalizm oznacza dobro, populizm oznacza zło.

Między globalistami a tymi, którzy dążą do wolnego, zdecentralizowanego i dobrowolnego społeczeństwa, toczy się prawdziwa walka. Zmienili oni jedynie niektóre etykiety i terminologię. Skuteczność tej strategii dla elit pozostaje kwestią otwartą, ale w pewnym sensie służy ona ich celom.

Użycie terminu „populista” jest tak bezduszne i oderwane od „wolności i swobód”, jak to tylko możliwe. Sugeruje nie tylko „nacjonalizm”, ale także egoistyczną formę nacjonalizmu. Globaliści liczą na to, że ludzie dostrzegą skojarzenie, iż egoistyczny nacjonalizm prowadzi do destrukcyjnego faszyzmu (tj. nazizmu). Dlatego, gdy słyszysz termin „populista”, chcą, żebyś pomyślał „nazista”.

Warto również zauważyć, że narracja o wzroście populizmu zbiega się z ponurymi ostrzeżeniami elit, że takie ruchy, jeśli będą nadal nabierać rozpędu, doprowadzą do globalnego załamania gospodarczego. Oczywiście, elity od lat organizowały załamanie gospodarcze, a jego skutki odczuwamy już od jakiegoś czasu. W przebiegłym posunięciu elity próbowały nadać ruchowi wolnościowemu miano „populistycznego” (nazistowskiego) i wykorzystać aktywistów wolnościowych jako kozły ofiarne w obliczu kryzysu finansowego, który same wywołały.

Czy społeczeństwo w pełni się na to nabierze? Nie jestem pewna. Myślę, że to zależy od tego, jak skutecznie ujawnimy ich strategię, zanim kryzys się zakorzeni. Nie mniej jednak elity poradziły sobie z kryzysem gospodarczym po mistrzowsku.

Nie ma rozwiązania, które mogłoby zapobiec jego rozwojowi. Nawet jeśli jutro wszyscy globalistyczni przestępcy staną przed sądem, a rządy odzyskają uczciwe przywództwo, nie da się zmienić sytuacji, a dekady walki będą konieczne, zanim gospodarki narodowe będą mogły ponownie rozkwitnąć.

KOMUNIZM kontra FASZYZM

To kolejna machinacja globalistów, przebiegła strategia rozbicia społeczeństw i wywołania chaosu, który następnie mogą wykorzystać do realizacji swojego planu scentralizowanej kontroli. Jeśli żywisz jakiekolwiek wątpliwości co do celowości faszyzmu i komunizmu, gorąco zachęcam do zapoznania się z drobiazgowo udokumentowanymi badaniami Antony’ego Suttona. Jego odkrycia są zbyt obszerne, by można je było tu odpowiednio podsumować, ale z pewnością warto się im przyjrzeć.

We współczesnym krajobrazie jesteśmy świadkami, jak elity takie jak George Soros finansują i wspierają najnowsze przejawy sił komunistycznych, ucieleśnione w grupach walczących o sprawiedliwość społeczną, takich jak Black Lives Matter. Kolektywistyczna gorączka i orwellowskie zachowanie tych obsesyjnie nastawionych na rasę podmiotów, w tym ruchu Black Lives Matter i feministek trzeciej fali, wywołują ostrą reakcję konserwatystów. Osoby te, znużone dyktowaniem im wszystkiego w każdej sprawie i w każdej chwili, osiągają punkt krytyczny. I to właśnie, moi przyjaciele, jest celem samym w sobie…

Aby zrozumieć stan Ameryki w 2024 roku, wystarczy spojrzeć wstecz na Europę w burzliwych latach 30. XX wieku. Kontynent został opanowany przez komunistycznych agitatorów, zarówno autentycznych, jak i sfabrykowanych przez sam establishment, podsycających niepokoje społeczne i niestabilność finansową. Elity sponsorowały i promowały wówczas faszyzm jako antidotum na komunizm. Nawet najbardziej umiarkowani konserwatyści, doprowadzeni do ostateczności przez nieustanną prowokację komunistów, w odpowiedzi przeobrazili się w coś równie potwornego.

Stany Zjednoczone mogą balansować na tej samej krawędzi, jeśli nie zachowamy ostrożności. Strzelaniny w Teksasie stanowią doskonałą okazję dla globalistów do realizacji swojego programu. Zastanówmy się nad tym przez chwilę: z jednej strony prezydenci z Partii Demokratycznej wzywają liberałów do przeciwdziałania brutalności policji poprzez dalszą federalizację organów ścigania. Z drugiej strony, niektórzy Republikanie argumentują, że bardziej zmilitaryzowana obecność policji jest rozwiązaniem, które powstrzyma grupy takie jak BLM przed dalszymi zakłóceniami porządku publicznego. Zauważcie, że jedynym oferowanym rozwiązaniem jest zwiększona obecność federalna na naszych ulicach.

Dostrzegam jednak istotną wadę w planie globalistów, polegającym na zorganizowaniu starcia komunistów z faszystami w USA, a wadą tą jest istnienie Ruchu Wolności. Ruch ten znacznie dojrzał pod względem obecności i wpływów w mediach. Obecnie dysponuje wystarczającą siłą, aby zneutralizować pewne aspekty narastających nastrojów faszystowskich wśród politycznej prawicy.

Jedynym realnym rozwiązaniem dla elit jest włączenie się w Ruch Wolnościowy. Jeśli uda im się zmanipulować zwolenników wolności, by poparli system faszystowski, będą o krok od całkowitego zwycięstwa. Jednak ten scenariusz jest wysoce nieprawdopodobny, biorąc pod uwagę niezachwiane przywiązanie zwolenników wolności do swoich zasad.

Elity mogą odnieść sukces w przekonaniu dużej części społeczeństwa do przyjęcia ich fałszywego paradygmatu, ale jeśli nie uda im się oczarować milionów ludzi tworzących Ruch Wolności, ich zadanie stanie się o wiele trudniejsze.

Kompas moralny kontra relatywizm moralny

Globaliści dążą do promowania relatywizmu moralnego jako środka kontroli, mając nadzieję na stworzenie społeczeństwa, którym łatwo manipulować i którym można rządzić. Niszcząc fundamenty dobra i zła, dążą do stworzenia świata, w którym ich wypaczone pragnienia i plany będą mogły rozkwitać bezkarnie. Jednak wrodzone ludzkie sumienie stanowi poważną przeszkodę w realizacji ich planów.

Sumienie nie jest produktem uwarunkowań społecznych ani norm kulturowych, lecz immanentnym aspektem ludzkiej psychiki. To głos w nas, który prowadzi nas ku dobru i odwodzi od zła. Nie jest to szara strefa otwarta na interpretację, lecz kompas, który wskazuje nam prawdę. Globaliści mogą próbować zaciemnić nasz osąd i zmylić zmysły, ale nie są w stanie wymazać naszego sumienia.

Pojęcie relatywizmu moralnego jest nie tylko niepraktyczne, ale i niebezpieczne. Dąży do zatarcia granicy między dobrem a złem, tworząc świat, w którym zło może maskować się jako dobro. To podstępna ideologia, która dąży do podważenia naszej moralności i zepsucia naszych dusz. Globaliści mogą promować ją jako środek postępu, ale jest ona jedynie narzędziem kontroli.

Ideologia relatywizmu moralnego może być wszechobecna w naszej kulturze popularnej, ale jeszcze się w pełni nie zakorzeniła. To dowód siły ludzkiego sumienia i naszego wrodzonego pragnienia sprawiedliwości i prawdy.

Kolektywizm kontra indywidualizm

W istocie, fundamentalną zasadą globalizmu jest poświęcenie suwerenności i indywidualizmu dla dobra ogółu. Jednak sama natura grup jest abstrakcyjna i istnieje tylko tak długo, jak długo jednostki należące do nich uznają je za żywotne.

Elity muszą przekonać ludzi, że indywidualizm jest zagrożeniem, a kolektywizm to jedyne rozwiązanie, które zapobiegnie katastrofom wyrządzanym przez tych, którzy dążą do niepodległości. Jednak większość katastrof, z którymi się mierzymy w skali krajowej lub globalnej, jest organizowana przez elity, a nie przez jednostki zbuntowane czy suwerenne państwa. Następnie wykorzystują te kryzysy, aby oczernić samą ideę suwerenności, piętnując ją jako barbarzyński relikt przeszłości, który należy wykorzenić.

Aby wzmocnić potrzebę kolektywizmu, globaliści muszą angażować się w relacje z ludźmi na poziomie psychologicznym. Choć ludzie mają wrodzoną potrzebę interakcji z innymi istotami, posiadają również wrodzoną tożsamość i dążenie do samodzielnego rozwoju bez ingerencji. Ludzie lubią być częścią grupy, o ile ich uczestnictwo jest zdrowe, dobrowolne i oparte na wyborze.

Ludzie są jednak z natury plemienni, z psychologicznymi i biologicznymi ograniczeniami co do wielkości preferowanego plemienia. Profesor Robin Dunbar, wybitny psycholog ewolucyjny w latach 90. XX wieku, odkrył poznawczy limit liczby osób, z którymi jedna osoba może utrzymywać stabilne relacje. Liczba ta waha się od 100 do 200 osób. Podobnie, istnieje ograniczenie co do wielkości grup efektywnych w porównaniu z nieefektywnymi, przy czym efektywne plemiona i społeczności zazwyczaj liczą od 500 do 2500 osób.

Ludzki umysł nie adaptuje się dobrze do rozległych grup plemiennych, a idea „globalnego plemienia” spotyka się z oporem. Ludzie lepiej funkcjonują w mniejszych grupach i nie tolerują przymusu przynależności do jakiejkolwiek grupy, zwłaszcza większej.

Może to wyjaśniać poczucie izolacji, jakiego doświadczają mieszkańcy obszarów miejskich, mimo że otaczają ich miliony sąsiadów i setki znajomych. Nadal czują się osamotnieni, ponieważ brakuje im funkcjonującej grupy o akceptowalnej liczebności.

Choć wielkie rzesze ludzi mogą być zjednoczone wokół donośnego ideału, który jest głównym powodem powstawania narodów, to właśnie na tym kończy się dobrowolne zrzeszanie się. Globalistyczny kolektywizm jest sprzeczny z naturą człowieka. Ludzie instynktownie rozpoznają go jako akt siły i ucisku i nieuchronnie będą się opierać jego fałszywej plemienności, gdy zaczną dostrzegać jego prawdziwą naturę.

CAŁKOWITA KONTROLA KONTRA RZECZYWISTOŚĆ

Dążenie globalistów do całkowitej kontroli jest nie tylko nieosiągalne, ale i fundamentalnie błędne. Cel całkowitej mikrokontroli jest matematycznie i psychologicznie niemożliwy do osiągnięcia, a ich urojeniowe dążenie rodzi słabość.

Zasada nieoznaczoności Heisenberga ilustruje ten problem, ponieważ głosi, że każdy, kto obserwuje system w działaniu, może nadal wpływać na jego zachowanie pośrednio lub nieświadomie w sposób, którego nie byłby w stanie przewidzieć. To ograniczenie prowadzi do powstania nieznanych wartości, uniemożliwiając przewidywalność i uniemożliwiając pełną kontrolę nad systemem.

Zasada ta odnosi się również do psychologii człowieka, co odkryli psychoanalitycy leczący pacjentów. Obserwator nigdy nie jest w stanie obserwować pacjenta bez pośredniego, nieprzewidywalnego wpływu na jego zachowanie. Dlatego też nigdy nie można uzyskać całkowicie obiektywnej analizy pacjenta.

Elity dążą do systemu, dzięki któremu będą mogły obserwować i wpływać na nas wszystkich w najdrobniejszych szczegółach, nie wywołując przy tym reakcji, których by się nie spodziewały. Jednak prawa fizyki i psychologii uniemożliwiają taki poziom kontroli. Zawsze będą istniały nieznane ilości, wolni radykałowie i nieprzewidywalne czynniki, które mogą zniszczyć nawet pozornie idealną utopię.

Co więcej, dowód niezupełności Kurta Gödla dostarcza matematycznego wyjaśnienia zmagań elit z nieznanymi wielkościami i ich nieuchronnej porażki. Praca Gödla dowiodła, że ​​nieskończoność jest samo-inkluzywnym paradoksem, którego nie da się zdefiniować za pomocą matematyki.

Bertrand Russell, znany globalista, niestrudzenie pracował nad udowodnieniem, że cały wszechświat można rozłożyć na liczby. Jednak wysiłki Russella okazały się bezowocne, a dowód Gödla później obalił jego teorię. Russell sprzeciwiał się dowodowi Gödla, ale bezskutecznie.

Matematyczny dowód Gödla zniszczył samo sedno ideologii globalistycznej, dowodząc, że globalistyczne aspiracje do boskości nigdy się nie spełnią. Wiedza człowieka ma swoje granice i granice tego, co może on kontrolować. Globaliści nigdy się z tym nie pogodzą, bo gdyby to zrobili, wszelkie wysiłki podejmowane przez dekady, jeśli nie wieki, byłyby bezcelowe.

Kwestia ta jest niewiadomą. Czy społeczeństwo ludzkie może kiedykolwiek zostać w pełni zdominowane, czy też akt buntu przeciwko opresyjnym systemom jest częścią natury? Ciągłe zainteresowanie establishmentu ideą „samotnego wilka” i szkodami, jakie może wyrządzić jedna osoba działająca wbrew dyktatowi systemu, sugeruje, że elity obawiają się nieprzewidywalnych reakcji, które mogłyby podważyć ich autorytet.

Prawdziwa moc kształtowania tego świata zawsze leżała w twoich rękach. Wybieraj mądrze!

Dlatego globaliści są skazani na porażkę. Nigdy nie poznają wszystkich niewiadomych. Nigdy nie będą w stanie kontrolować wszystkich wolnych radykałów. Zawsze będzie bunt. Zawsze będzie ruch na rzecz swobód.

Cały ich utopijny schemat koncentruje się wokół potrzeby wyeliminowania niewiadomych. Jednak kontrola na tych poziomach jest tak krucha, że ​​staje się bezużyteczna i śmiertelnie niebezpieczna.

W swojej arogancji zignorowali ostrzeżenia samych nauk, które czczą, i ostatecznie wyryli swój los w kamieniu. Choć mogą pozostawić po sobie ślad zniszczenia, jest to już zapisane: nie zwyciężą.

Bezsensowna wojna ideologii

ŻYDOWSKI FASZYZM WKRACZA DO POLSKI – STANOWISKO KONFEDERACJI KORONY POLSKIEJ WS. PROJEKTU UCHWAŁY RZĄDOWEJ

Konfederacja Korony Polskiej stanowczo sprzeciwia się zapisom projektu uchwały Rady Ministrów w sprawie przyjęcia dokumentu „Krajowa Strategia przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego na lata 2025-2030” (dalej: KS). KKP traktuje rządowy dokument jako bardzo groźny, bo realizujący politykę światowego lobby żydowskiego – przeciwko interesowi państwa i narodu polskiego. Próba wprowadzenia go w życie nosi więc znamiona zdrady narodowej. Aby to zrozumieć, należy umieścić KS w szerszym kontekście. W KS główną rolę pełni tzw. robocza definicja antysemityzmu IHRA, ze strony polskiej wstępnie przyjęta w 2016 roku przez rząd Beaty Szydło, a ostatecznie przez ministra kultury Piotra Glińskiego w 2021 roku. Brzmi ona: „Antysemityzm to określone postrzeganie Żydów, które może się wyrażać jako nienawiść do nich. Antysemityzm przejawia się zarówno w słowach, jak i czynach skierowanych przeciwko Żydom lub osobom, które nie są Żydami, oraz ich własności, a także przeciw instytucjom i obiektom religijnym społeczności żydowskiej.” Diaspora żydowska uczyniła z tej „definicji” rdzeń swojego programu supremacji, wokół którego utkano szczegółowy program podporządkowania sobie narodów. Program przyjął ostateczną wersję w 2018 roku podczas odbytej w Wiedniu konferencji „An end to Anti-Semitism!” („Koniec z antysemityzmem!”). Program nie jest anonimowy, podpisali się pod nim: Armin Lange, Ariel Muzicant, Dina Porat, Lawrence H. Schiffman i Mark Weitzman. Oryginał dokumentu został opublikowany w języku angielskim, przy wsparciu New York University, Tel Aviv University i University of Vienna. Jego druk sfinansował Mosze Kantor, prezydent Europejskiego Kongresu Żydów, przy współudziale kancelarii Federalnej Republiki Austrii. W dokumencie zawarto drobiazgowy katalog zaleceń, który można streścić jednym zdaniem: narzućmy gojom realizację naszych interesów za ich własne pieniądze i ich własnymi rękami. Właściciele praw autorskich nie udzielili polskiemu wydawcy zgody na tłumaczenie i publikację dokumentu. Wydawca dokonał więc jego omówienia, które jest dostępne na stronie 3dom.pro pt. „Mędrcy Syjonu. Nowe otwarcie”. Każdy, kto się z nim zapozna, co stanowczo polecamy, ten zorientuje się, że punkty katalogu nie mają charakteru postulatów, ale dyrektyw.

Pośród nich znajduje się na przykład wymóg, by poszczególne państwa przeznaczyły ze swojego budżetu 0,02% PKB rocznie na zwalczanie tzw. antysemityzmu, zaś każda organizacja wydatkowała minimum 1% swoich środków na ten sam cel. Nota bene: Konfederacja Korony Polskiej nie zamierza spełniać tych życzeń. Obecny warszawski rząd Donalda Tuska przystąpił do wykonywania tego szczegółowego katalogu zupełnie niesłychanych uzurpacji żydowskich, podsuwanych przez lata nieżydowskim narodom z hucpiarską bezczelnością. „Krajowa Strategia przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego na lata 2025-2030” ma uruchomić znaczne środki finansowe i skierować wiele instytucji publicznych – od policji po placówki naukowe PAN – na tory walki z urojonym „antysemityzmem”. Ma także stworzyć nowe instytucje – o charakterze donosicielskim. Szeroki zakres postulowanych poczynań na rzecz obcego, roszczącego sobie prawo władcze nad Polską lobby, obejmujący bez mała wszystkie dziedziny życia, na które posiada wpływ państwo polskie – jest całkowicie bezprecedensowy. Dlatego czujemy się w obowiązku ostrzec Rodaków i zaapelować: Żydowski faszyzm zagraża naszemu porządkowi prawnemu, Polacy, nie pozwólmy na to!

https://konfederacjakoronypolskiej.pl/zydowski-faszyzm-wkracza-do-polski-stanowisko-konfederacji-korony-polskiej-ws-projektu-uchwaly-rzadowej/

Armia polska. Raport bez cenzury

Zobacz nowy film Łukasza Korzeniowskiego “Armia polska. Raport bez cenzury”. Politycy dużo mówią o zbliżającej się wojnie i grożącej nam agresji ze wschodu. Czy naprawdę jesteśmy na tyle silni militarnie, by konfrontować się z takim zagrożeniem? Jaki naprawdę jest stan polskiej armii? W filmie wypowiadają się eksperci: Marek Budzisz, gen. Leon Komornicki, Jacek Hoga oraz Krzysztof Tuduj.

Tłumaczenie czy przekład – Sławomir M. Kozak

Źródło: https://aurora.info.pl/tlumaczenie-czy-przeklad/

Przetłumaczyłem w swoim życiu setki tekstów. Dokonywałem też przekładów, choć z nimi miewałem problemy, bo jako autor wiem, jak twórca dba o każdy wyraz w napisanym przez siebie zdaniu. Dlatego, zawsze starałem się być jak najbardziej wierny oryginałowi. Z wielkim trudem przychodziło mi ingerowanie w czyjeś dzieło. A na czym w ogóle polega ta różnica? Wbrew pozorom, niewiele osób zapewne w ogóle się nad tym zastanawia. W dużym skrócie można przyjąć, że tłumaczenie jest jak najwierniejszym odwzorowaniem materiału źródłowego. Natomiast, kiedy w języku, w którym chcemy oddać treść oryginału nie ma bezpośrednich odpowiedników dla słownictwa wyjściowego, korzystamy z zamienników. Często dokonuje się wówczas z konieczności różnego rodzaju zbitek słownych, używa pojęć właściwych dla, jak podają opracowania specjalistyczne, kontekstu kulturowego, tradycji, a nawet stereotypów bliskich odbiorcy.

To praca, w moim przekonaniu, bardziej twórcza niż odtwórcza. I, jakkolwiek ktoś kiedyś powiedział, że poezja to jest właśnie to, co ginie w przekładzie, przeczą temu liczne, rewelacyjne dowody translatorskie. Ale to domena wyjątkowych artystów, a ja nie o nich chcę dziś pisać. Wprost przeciwnie.

Chcę napisać o osobnikach, którzy świadomie i z rozmysłem dokonują okaleczania języka polskiego, dla pieniędzy, ze zwykłego koniunkturalizmu wychodzącego naprzeciw politycznej poprawności. Tego typu indywidua powinny stawać pod publicznym pręgierzem, a przykłady ich perfidnej działalności winny być wytykane i osądzane. Tak się jednak, póki co, nie stanie, skoro nie potrafimy jako społeczeństwo być zgodni w kwestiach jeszcze większej wagi, bo godzących w nasz byt narodowy. Ale degradacja języka nie leży wcale tak daleko od tych najważniejszych spraw. Język polski jest nie tylko elementem kultury, który kształtował od pierwszych chwil naszą osobowość, jest obecny z nami i w nas, przez całe życie. Nawet ci, którzy Polskę opuścili nadal w nim myślą, śnią i z nim na ustach pożegnają ten świat. Język jest bowiem częścią składową tożsamości. Z tego przecież powodu dzisiejsi barbarzyńcy nawołujący do transhumanizmu, na pierwszy ogień wzięli wypaczanie pojęć, wymianę znaczeń funkcjonujących w języku polskim. Nie jest to wynik niedouczenia, czy bagatelizowania zasad formalnych, podstaw gramatyki i ortografii, jak mogłoby się wydawać. To niezwykle przemyślana i niszczycielska działalność, z którą należy konsekwentnie walczyć. Mediami nie zarządzają ignoranci, a dostrzegamy to zjawisko coraz powszechniej w wykonaniu podległych im pracowników frontu dezinformacyjnego, zalewających nas nowomową, globalistyczną, zniewalającą frazeologią. Sądziłem, pomny sformalizowanej mody na wukraińskość dziennikarską, że nic mnie już na tym polu nie zaskoczy.

Tymczasem, obejrzałem właśnie na jednej z platform filmowych obraz z gatunku thriller, który jakkolwiek niezbyt wysokich lotów, oglądało się w miarę przyzwoicie. I to był rzeczywiście thriller! Filmy anglojęzyczne mam zwyczaj oglądać w oryginale, z włączonymi napisami w języku polskim. I w pewnej chwili doznałem wstrząsu, widząc w tekście dialogu „tłumaczenie” (?) słowa „witness” w odniesieniu do kobiety, jako „świadkinia”! Nie zdążyłem się z tego na dobre otrząsnąć, minęło chwil kilka i usłyszałem wyraz „guest”, który też w formie żeńskiej pojawił się w podpisie, jako „gościnia”. To świnia, pomyślałem o „tłumaczu”! Bo to przecież nie mogło być dziełem przypadku czy błędu w procesie wklejania napisów. Wyjątkowo, postanowiłem odczekać do momentu, gdy po zakończeniu filmu przewinie się na ekranie cała „lista płac”.

Chciałem zobaczyć, co to za „tłumoczysko” przyłożyło rękę do tego aktu wandalizmu, gwałtu na umyśle widza, próby wtłoczenia mu nowego „stereotypu”. Ale pojawiło się tylko jedno nazwisko obok wyrazu „napisy”. Nic, poza tym. Nie wiem w związku z tym, czy był to ktoś odpowiedzialny tylko za ich wygenerowanie, czy także za przełożenie ścieżki dźwiękowej. Ale, skoro tłumacz się nie raczył pochwalić swoją pracą z imienia i nazwiska, to może pozostają w nim jakieś resztki polskości, i zwykłego poczucia wstydu. Choć myślę, że wątpię, jak mawiał klasyk.

Sławomir M. Kozak

Poradnik świadomego narodu – Historia debilizacji.

HISTORIA DEBILIZACJI

Sławomir M. Kozak

Szanowni Czytelnicy,

z przyjemnością informuję, że w ofercie Oficyny pojawiła się książka Bartosza Kopczyńskiego „Poradnik świadomego narodu. Księga I. Historia debilizacji”. Gorąco polecam!

.https://www.oficyna-aurora.pl/katalog/ksiazki/poradnik-swiadomego-narodu-ksiega-i-historia-debilizacji,p1689154579

Źródła dobrobytu i nędzy – czyli dlaczego Polska popada w ruinę

Na stronie rządowej pojawił się raport o pomocy dla Ukrainy w latach 2022-2023.

Państwo ma tyle pieniędzy ile ukradnie pracującym Polakom.

A ponoć naród jest Suwerenem! Zobaczmy zatem, jak nasi reprezentanci gospodarują pieniędzmi suwerena. Nie wspomnę o stratach – w zerwaniu stosunków gospodarczych z Białorusią i Rosją, imporcie bezcłowym z UA , niszczeniu rynku pracy poprzez zatrudnianie Ukraińców, przez co pracodawcy nie widzieli potrzeby podniesienia pensji. A zagrożenie bezpieczeństwa Polaków? Powiedzmy sobie prawdę – to że w Polsce jest wiele produktów droższych niż w DE, to że nie podnosi się II progu finansowego żeby łapać Polaków, to że na każdym kroku wprowadza się krypto podatki jak kaucje na butelki przy braku dostatecznej ilości butelkomatów (Vacik idzie dla Nie-Rządu a reszta zagranicę!) itd to efekt bratniej pomocy Ukrom. Zobaczmy wycinki z raportu:

taki przelicznik dla zabawy – ile pensji minimalnych netto składa się na miliard złotych 284808 pensji 🙂

Tu akurat wątpliwy dar:

Pomagamy nawet zwierzętom domowym Ukraińców:

A tego dziady nie liczą , więc pasowałoby dodać do tego zakup nowych czołgów i jakoś zbilansować to

Tak na szybko min 24mld złotych czołgi K2 w zamian za oddane za darmo Ukrom ( nie liczę że nie mamy przeszkolonych rezerwistów , nie liczę zaplecza do tych czołgów , nie liczę że w czasie wojny NA PEWNO Korea dostarczy nam części – przecież Korea jak Słowacja jest za miedzą

Abramsy (które przez swoją wagę nie mogą przejechać przez olbrzymią cześć mostów i wiaduktów w PL – spoko spoko w razie Wojny sie ję ewakuuje do Niemiec)

Raport TU:

Powered By EmbedPress

RAPSODIA POLITYCZNEJ PORAŻKI – Sławomir M. Kozak

https://aurora.info.pl/rapsodia-politycznej-porazki

Rapsodia politycznej porażki

08.10.2025

W ostatnim nagraniu „Punkt Zwrotny”, które umieściłem na portalu Reduta TV narzekałem na to, że ludzie w ogromnej większości mają pamięć jętki jednodniówki, owada żyjącego zaledwie jeden dzień. Że przypominam sobie o tym nieodmiennie po każdych wyborach, czy raczej głosowaniach, których wyniki cyklicznie potwierdzają tę tezę.

Ale, mimo że jako Polacy nie odbiegamy zbytnio w tym zakresie od obywateli innych państw, to wielu z nich nadal możemy pozazdrościć. Miałem na myśli ogromne rzesze ludzi protestujących w różnych krajach przeciw brutalnemu łamaniu ich praw, eskalacji kolejnych wojen, czy jawnym manipulacjom wyborczym. Sprzeciw wobec tyranii ludzie wyrażają często w formie ironii, aluzji, niewinnych z pozoru żartów, z czasem wychodząc z nim na zewnątrz, by nieść przekaz innym.

Polacy dawali temu w przeszłości wyraz wielokrotnie, podczas II Wojny Światowej odgrażając się okupantowi rysunkami na ścianach domów, czy zakazanymi piosenkami, a w czasach nieodległego realizmu socjalistycznego walcząc za pomocą podobnych środków przekazu, ale też słowem i gestem na deskach teatralnych czy scenach rozlicznych kabaretów. Zyskaliśmy dzięki temu miano najweselszego baraku w obozie. Dzisiejszy obóz wielce się jednak rozrósł i objął oddziaływaniem baraki teoretycznie leżące poza jego obrębem. Ale i one sięgają po tę broń.

Tak dzieje się w wyjątkowo orwellowskiej już Wielkiej (?) Brytanii, gdzie niedawno, na jednej z plaż pojawiła się wyjątkowo trafnie oddająca niezadowolenie społeczeństwa satyra bijąca w premiera tego państwa. Nawiązując do najsłynniejszej na świecie książki o utopijnym systemie przyszłości zatytułowanej „Rok 1984” (tytuł oryginalny: Nineteen Eighty-Four) odwzorowano na piasku ten tytuł, w który wpleciono twarz Keira Starmera. Zapewne nie tylko z powodów czysto stylistycznych piaskowy premier znalazł swe miejsce w zarysie cyfry 8, która w pewnych kręgach, poprzez odniesienie do ósmej litery alfabetu, kojarzy się jednoznacznie. Sprawą zajęły się organy ścigania, co samo w sobie pokazuje moc tkwiącą w artystycznym przekazie… i całkowitą porażkę coraz bardziej bezsilnego państwa.

O tej porażce kolejny twórca wypowiedział się w innej formule, wykorzystując równie ikoniczny dla paru pokoleń zespół muzyczny i… sztuczną inteligencję. To jeszcze bardziej wymowny przekaz, bo trafia do odbiorców zarówno siłą obrazu i dźwięku, ale też dając dowód na to, że broń kierowana przeciw społeczeństwu jest obosieczna.

I o tym wspominałem w swoim nagraniu mówiąc, że Oracle, będąca w zasadzie firmą już izraelską, właśnie forsuje w Wielkiej Brytanii, przy wydatnym wsparciu Tony Blaira wprowadzenie obowiązkowych, cyfrowych dowodów tożsamości. Bez nich nikt nie dostanie pracy, świadczeń medycznych czy socjalnych. A Tony Blair dostanie posadę szefa władz przejściowych w Strefie Gazy.

Ten utwór muzyczny, oparty na słynnej „Bohemian Rhapsody” brytyjskiego zespołu Queen jest manifestem niezgody na niekończące się porażki dzisiejszych władz. Rzuca im w twarz sprzeciw wobec niespełnionych obietnic, imigranckich hoteli, gangów wykorzystujących dzieci, gigantycznych podatków, deficycie 20 miliardów funtów. Jak napisał autor tej epickiej parodii – „podkręć głośność, udostępniaj i przypominaj wszystkim, że ten cyrk nie potrwa długo”.

A zatem udostępniam i wypatruję polskiej rapsodii politycznej porażki.

Sławomir M. Kozak

Dobry Maharadża. Przyjął setki polskich dzieci podczas II wojny światowej. „Nie jesteście już sierotami”.

źródło: https://histmag.org/Dobry-Maharadza-Przyjal-setki-polskich-dzieci-podczas-II-wojny-swiatowej-Nie-jestescie-juz-sierotami-28450

Katarzyna Łabicka

Zorganizował im nie tylko dach nad głową, wyżywienie i opiekę lekarską, ale i edukację zgodną z przedwojennym etosem nauczania w Polsce. A jak jego syn dostał na urodziny strój krakowski, nie mógł ukryć wzruszenia.

W 1941 roku rząd RP na uchodźstwie stanął przed nie lada wyzwaniem – co zrobić z tysiącami polskich dzieci uwolnionych przez Stalina w ramach „amnestii”. Brytyjczycy nie chcieli przyjąć ich do siebie. Pomocną dłoń wyciągnął Digvijaysinhji Ranjitsinhji Jadeja – tajemniczy [dla nas] maharadża Nawanagaru.

[To nie byli „uchodźcy”, bałwanie. To była niewielka część z tych rodzin Polskich, które Sowieci porwali z Polski, a wywieźli na Sybir i do Kazachstanu.Część z nich dzięki gen. Sikorskiemu [umowa z Majskim] zdołała się ewakuować do Persji. Ja byłem z Mamą i nianią wśród tych, co musieli w sowieckim raju pozostać. M. Dakowski]

==================================

Na mocy układu Sikorski-Majski z 1941 roku tysiące Polaków zostały ewakuowane ze Związku Radzieckiego. Część z nich zasiliła szeregi Armii Andersa – razem z nią udała się najpierw do Iranu, następnie zaś na front, m.in. na pola Monte Cassino. Pozostało pytanie, co zrobić z cywilami – kobietami, dziećmi, osobami starszymi i chorymi.

Część z nich razem ze wspomnianą armią trafiła do Iranu – do utworzonych tam ośrodków w Teheranie, Isfahanie, Ahwazie czy Pahlevi – do Palestyny czy Libanu. Inni dostali się do Nowej Zelandii czy meksykańskiego Santa Rosa. Początkowo rozważano też przewiezienie polskich dzieci na Wyspy Brytyjskie. Rząd Wielkiej Brytanii nie zgodził się jednak na tę propozycję, by nie zrazić nowego sowieckiego sojusznika. Przystał jedynie na rozmieszczenie ich w koloniach, ale pod warunkiem, że Polacy pokryją wszelkie koszty.

W trudnej sytuacji pomocną rękę wyciągnął nieoczekiwany sojusznik – indyjski maharadża rządzący Nawanagarem, jednym z ponad 500 księstw niebędących formalnie częścią Indii Brytyjskich, lecz pozostających w ścisłym sojuszu z Wielką Brytanią.

Indyjski miłośnik Polski

O Polsce Digvijaysinhji Ranjitsinhji Jadeja po raz pierwszy usłyszał w latach 20. XX wieku, gdy razem ze stryjem mieszkał w Szwajcarii. Poznał tam Ignacego Paderewskiego. Polski muzyk zrobił na nim duże wrażenie, podobnie jak jego opowieści o odległym kraju, jakim dla indyjskiego księcia była Polska. Zainteresował się nią na tyle, że z jednego z wyjazdów do Londynu przywiózł ze sobą „Chłopów” Władysława Reymonta, zapewniając, że to jedna z jego ulubionych książek. Zafascynowały go również inne elementy polskiej kultury – jak na przykład stroje i tańce ludowe. Zapewne jeszcze nie wiedział, że w przyszłości będzie miał okazję poznać je nieco bliżej.

Digvijaysinhji był wpływową osobą – poza sprawowaniem władzy w Nawanagarze pełnił również funkcję kanclerza Izby Książąt Indyjskich i reprezentował Indie w brytyjskim Gabinecie Wojennym. To tam w 1941 roku, podczas jednego z posiedzeń, usłyszał Ignacego Paderewskiego, który w płomiennej przemowie nakreślił tragiczną sytuację polskich uchodźców ze Związku Radzieckiego. Jako że Digvijaysinhji mocno interesował się Polską, poruszyły go te słowa. Zaoferował, że jeśli nie uda się znaleźć innego miejsca dla młodych uchodźców, może przyjąć ich do swojego księstwa. Tak też się stało.

Początkowo rozmieszczono ich w utworzonym naprędce sierocińcu w turkmeńskim Aszchabadzie. Ogromną rolą odegrała w tym piosenkarka Hanka Ordonówna z mężem Michałem Tyszkiewiczem, która pomogła utworzyć ośrodek i była jedną z opiekunek. W tym miejscu najmłodsi zesłańcy powoli wracali do sił – wiele z nich było skrajnie niedożywionych, cierpiało na tyfus, malarię i inne choroby, niektórzy byli też zdemoralizowani zwyczajami, jakie zastali w biednych kazachskich czy uzbeckich wioskach.

Na pomoc polskim dzieciom

Pierwsza grupa 170 polskich sierot dotarła do Indii w kwietniu 1942 roku. Najpierw ulokowano je w nadmorskiej miejscowości Bandra – z wyjątkiem dzieci chorych na gruźlicę, te zakwaterowano w górskim uzdrowisku Panchgani. Tam pomoc z ramienia Polskiego Czerwonego Krzyża koordynowała malarka i działaczka społeczna Kira Banasińska, która w 1941 roku została mianowana delegatką tej organizacji w Indiach.

To właśnie Delegatura PCK pod jej kierownictwem zajęła się przygotowaniem ośrodków dla dzieci – urządzeniem pomieszczeń, wyposażaniem pokoi, przyjmowaniem napływających darów. Po zorganizowaniu tymczasowego osiedla w Bandrze sprawowała nad nim pieczę, zarządzała sprawami gospodarczymi, dbała o opiekę lekarską i edukację. Z czasem rola delegatury się zmniejszyła – dzieci trafiły pod opiekę maharadży.

Miejsce dla nich zorganizowano w miejscowości Balachadi koło Jamnagaru, niedaleko letniej rezydencji maharadży. To właśnie tam powstał Polish Children Camp – maharadża Digvijaysinhji Ranjitsinhji Jadeja nie tylko przeznaczył własne środki na jego budowę, ale i przekonał innych maharadżów do przesyłania datków na utrzymanie jego małych mieszkańców.

W tym celu utworzony został w Delhi fundusz Polish Children Fund – wpływały na niego datki od darczyńców prywatnych, jak i środki przekazane przez różne przedsiębiorstwa i organizacje oraz pochodzące ze zbiórek Indyjskiego Czerwonego Krzyża. Oprócz tego maharadża przekonał Izbę Książąt Indyjskich, by wzięła na siebie utrzymanie pięciuset polskich dzieci do końca II wojny światowej.

Indyjska badaczka Anuradha Bhattacharjee, na którą powołuje się serwis Culture.pl, w 2008 roku wyliczyła, że na pomoc polskim dzieciom zebrano środki o równowartości ponad 6,5 miliona euro. To wyróżniało ośrodek w Balachadi – te zlokalizowane w innych krajach utrzymywane były w dużej mierze przez rząd RP na uchodźstwie.

„Mała Polska” w Indiach

Maharadża Digvijaysinhji Ranjitsinhji Jadeja zapewnił polskim dzieciom nie tylko dach nad głową – zadbał o to, by na obcej dla nich ziemi stworzyć im namiastkę ojczyzny. Ośrodek w Balachadi był jednym z nielicznych w tym czasie miejsc na świecie, gdzie powiewała polska flaga. Zorganizowany był na wzór harcerski. Każdy dzień zaczynał się poranną gimnastyką i apelem, w czasie którego dzieci zwrócone były w stronę Polski.

Samo harcerstwo odgrywało dużą rolę w życiu ośrodka, podobne jak sekcja teatralna – kierowała nią Janina Dobrostańska, przedwojenna aktorka teatru bydgoskiego. Za zajęcia sportowe odpowiadał zaś Antoni Maniak – przed wojną piłkarz Pogoni Lwów. Komendantem osiedla został kapelan wojskowy ojciec Franciszek Pluta, a kierowniczką szkoły powszechnej Maria Skórzyn. Maharadża zadał więc o to, by wychowaniem dzieci zajęły się osoby dobrze znające życie kulturalne i sportowe przedwojennej Polski. Oprócz tego zorganizował orkiestrę – nauczaniem gry na instrumentach zajmowali się oddelegowani przezeń muzycy z jego orkiestry. Stworzył także czytelnię i bibliotekę, w której znajdowały się polskie książki wydawane przez emigracyjne wydawnictwa na Bliskim Wschodzie.

Sam Digvijaysinhji Ranjitsinhji Jadeja nie tylko finansował działania ośrodka, ale i aktywnie uczestniczył w jego życiu – chętnie chodził na wystawiane przez dzieci jasełka i spektakle teatralne.

Wiesław Stypuła w książce „W gościnie u »polskiego« maharadży (wspomnienia z pobytu w Osiedlu Dzieci Polskich w Indiach w latach 1942–1946)” w następujący sposób wspominał postać maharadży:

Praktycznie nie opuścił żadnej premiery. Potrafił szczerze bawić się na jasełkach, wzruszać perypetiami „Kopciuszka”, jak i głęboko przejmować losem „Kordiana”. Zazwyczaj przed przedstawieniem prosił o przetłumaczenie tekstu lub o dłuższe wprowadzenie. Reagował spontanicznie: widocznym wzruszeniem, śmiechem, oklaskami. Był naprawdę wdzięcznym widzem. Po spektaklu zapraszał młodych aktorów na uroczysty, wspólny podwieczorek, obdarowywał ich słodyczami.

Nie robił tego wyłącznie ze względu na dzieci – prawdziwie interesował się polską kulturą. Pewnego roku wychowankowie ośrodka podarowali jego synowi na piąte urodziny strój krakowski. Maharadża nie mógł ukryć wzruszenia, wielokrotnie dziękował za prezent, powtarzając, że sprawił mu on wiele radości. Często zapraszał też wychowanków ośrodka na wycieczki do swojej rezydencji. Nie raz zaglądał do pomieszczeń i rozmawiał z młodymi lokatorami.

Dzięki serdeczności i otwartości szybko zaskarbił sobie ich sympatię.

Był po prostu normalny. Był zwykłym człowiekiem. Nie musieliśmy kłaniać się, stając przed nim. W oczach zawsze miał iskierki i szeroki uśmiech na twarzy, kiedy był wśród nas. Tego klepnął po plecach, tamtego delikatnie popchnął. Potrzebowaliśmy tego. Byliśmy przecież sierotami. On był olbrzymim mężczyzną, ale wcale się go nie baliśmy. Jestem pewien, że gdyby rozpostarł ramiona, rzuciłbym się biegiem i go uściskał

– wspominał po latach Marian Raba, jeden z wychowanków osiedla, w rozmowie z Anuradhą Bhattacharjee. Ona sama w publikacji „Obywatele polscy z Nawanagar w Indiach” określiła go „ciepłą i porządną osobą”.

Zapytany o to, dlaczego tak zaangażował się w pomoc polskim uchodźcom, w korespondencji do generała Władysława Sikorskiego w następujący sposób wyjaśnił swoje motywacje:

głęboko wzruszony i przejęty cierpieniami polskiego narodu, a szczególnie losem tych, których dzieciństwo upływa w tragicznych warunkach najokrutniejszej z wojen, pragnąłem w jakiś sposób przyczynić się do polepszenia ich losu. Zaoferowałem im gościnę na ziemiach położonych z dala od zawieruchy wojennej. Może tam, w pięknych górach nad brzegami morza, dzieci będą mogły powrócić do zdrowia, może uda się im zapomnieć o wszystkim, co przeżyły i nabrać sił do przyszłej pracy, jako obywatele wolnego już kraju.

Przynajmniej w pewnym stopniu się to udało. Po latach wychowankowie jego obozu wspominali go jako ciepłego, gościnnego, wielkodusznego człowieka, szczerze zainteresowanego ich problemami. Przypominali też słowa, które usłyszeli od niego w pierwszym dniu, po przyjeździe do Balachadi:

nie jesteście już sierotami. Ja jestem Bapu. Ojciec wszystkich i wasz też.

Rozstanie

W maju 1945 roku w ośrodku odbyła się uroczystość poświęcenia sztandaru hufca harcerskiego. Maharadża wziął w niej udział, wygłosił przemowę, którą próbował dodać polskim dzieciom otuchy.

Zawsze pozostanę wierny i lojalny wobec Polski, zawsze będę sympatyzował z przyszłością Waszego kraju. Jestem pewny, że Polska będzie wolna, że powrócicie do waszych szczęśliwych domów, do kraju wolnego od ucisku. Duch Polski, który jest znany w całym świecie, jak długo pozostanie takim, jakim jest teraz, wywalczy wolność kraju – powiedział.

Wojna w Europie tymczasem dobiegła końca i przyszedł czas rozstania. Dorośli mieszkańcy ośrodka w Balachadi – opiekunowie i nauczyciele – szybko zdali sobie sprawę z tego, że komunistyczna Polska nie jest tą ojczyzną, do której chcą [boją się md] wracać. Zaczęto więc zastanawiać się, co zrobić z dziećmi. Te, które miały rodzinę w „wolnym świecie”, postanowiono wysłać do bliskich. Tymi, które straciły wszystkich bliskich, postanowił zaopiekować się maharadża.

Z obawy przed ich przymusowym wysiedleniem z Indii do komunistycznej Polski tak on, jak i ojciec Pluta i ppłk. Geoffrey Clark, angielski wojskowy zajmujący się osiedlem, adoptowali łącznie ok. 200 polskich dzieci. Część z nim wyjechała z duchownym do Stanów Zjednoczonych – prasa PRL-u nazwała go później „międzynarodowym porywaczem dzieci”.

Ostatecznie polskie osiedle zostało zlikwidowane w 1946 roku. Jak wspominał Władysław Stypuła:

bardzo smutne było ostatnie pożegnanie z maharadżą (…). Na dworzec kolejowy przyjechał osobiście. Żegnał się ze wszystkimi dorosłymi. Podchodził też kolejno do poszczególnych grup dzieci. Ze starszymi rozmawiał, młodsze głaskał lub przytulał do swego potężnego torsu. Widać było, że rozstanie sprawiało mu wielką przykrość. Wielce wzruszony, co chwila wycierał zwilgotniałe oczy. Może przeczuwał, że rozstajemy się na zawsze.

Gdy generał Władysław Sikorski zapytał maharadżę, jak może mu się odwdzięczyć za przygarnięcie bezdomnych polskich dzieci, powiedział, by w wyzwolonej Polsce nazwać jego imieniem którąś z warszawskich ulic. Tak też się stało. W 2012 roku jeden ze skwerów w Warszawie nazwano imieniem Dobrego Maharadży. Jego imię nosi też Zespół Społecznych Szkół Ogólnokształcących „Bednarska” w tym mieście oraz I Społeczne Liceum Ogólnokształcące. Rok wcześniej ówczesny prezydent Polski Bronisław Komorowski nadał maharadży pośmiertnie Krzyż Komandorski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Ośrodek w Balachadi nie był jedynym miejscem, które przyjęło najmłodszych uchodźców z Polski. Łącznie wojnę zawieruchę w Indiach przetrwało ok. 5,5 tys. polskich dzieci. Jak przyznał po latach jeden z wychowanków tych ośrodków: „w Indiach znów byłem dzieckiem”.

Źródła:

  • Bhattacharjee A., Obywatele polscy z Nawanagar w Indiach, „Pamięć i Sprawiedliwość”, nr 2/2011.
  • Puchalska J., Wszystkie dzieci maharadży, Wydawnictwo Fronda, 2022.
  • Stypuła W., W gościnie u „polskiego” maharadży (wspomnienia z pobytu w Osiedlu Dzieci Polskich w Indiach w latach 1942–1946), Wydawnictwo Eko-Dom, Warszawa 2000.
  • Wróbel J., Indyjska misja Kiry Banasińskiej, [dostęp: 5.10.2025 r.].
  • Zakrzewski P., Indyjska gościnność. Dobry maharadża i polskie dzieci uchodźcze [dostęp: 5.10.2025 r.].