Carbon dioxide is widely used in the meat industry
The UK’s last fertiliser plant will halt production raising concerns it could lead to a shortage of carbon dioxide (CO2) for the food and drink industry.
CF Fertilisers said soaring energy costs made production „uneconomical” at its ammonia plant near Middlesbrough.
Its by-product, CO2, is used in the slaughter of pigs and chickens as well as in food packaging and fizzy drinks.
The government said it was examining options to secure UK CO2 production.
Rekordowo drogi gaz zbiera żniwo. Najpierw potężne uderzenie otrzymali producenci nawozów, a teraz alarmują producenci żywności. Brak dwutlenku węgla sprawi, że za kilka dni gigantyczny problem będą mieć np. zakłady mięsne. — Jeśli rząd nic z tym nie zrobi, to 80-90 proc. uboju wieprzowiny i drobiu może stanąć — ostrzega prezes związku Polskie Mięso.
Producenci nawozów z Polski i Europy bardzo mocno ograniczają lub wręcz wstrzymują produkcje ze względu na rekordowo drogi gaz. Tłumaczą, że w takiej sytuacji nie opłaca się produkcja.
Okazuje się, że nie tylko rolnicy mogą mieć problem jesienią, ale już teraz na alarm biją przedstawiciele branży spożywczej.
— To olbrzymi problem, który dotyczy wszystkich producentów piwa, i zresztą nie tylko piwa – mówi Business Insiderowi Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce Browary Polskie. Ostrzega, że brak dwutlenku węgla stanowi „bezpośrednie zagrożenie dla ciągłości produkcji”.
— Piwo to jest najmniejszy problem. Zakłady mięsne mają zapasy dwutlenku węgla na pięć lub sześć dni.Później stanie ubój trzody, drobiu, bo nikt nie ma dwutlenku węgla — podkreśla w rozmowie z Business Insiderem Witold Choiński, prezes związku Polskie Mięso.
Gaz ten jest produktem ubocznym właśnie przy produkcji nawozów. Po co jest potrzebny branży mięsnej? Zestalony dwutlenek węgla jest podobny do śniegu. Mówi się o nim „suchy lód”. Jest wykorzystywany m.in. w transporcie.
„Zasada trójki” mówi, że można przeżyć 3 tygodnie bez jedzenia, 3 dni bez wody i 3 minuty bez tlenu. Są to oczywiście liczby przybliżone i dotyczące zwykłych śmiertelników. Jeśli chodzi na przykład o bezdech, to światowy rekord w tej dziedzinie został ustanowiony w 2009 r. przez Stéphanea Mifsuda i wynosił 11 minut i 35 sekund. Potem wynik ten został pobity w 2012 r. przez Toma Sietasa, ale był on„podkręcony”, bowiem rekordzista oddychał wcześniej przez dłuższy czas czystym tlenem (1).
Normalny człowiek, wcześniej nie trenujący, jest w stanie przeżyć bez tlenu właśnie owe trzy minuty. Później dochodzi u niego do nieodwracalnych zmian w mózgu, związanych z niedotlenieniem.
Co się dzieje jeśli dostarczamy organizmowi zbyt mało tlenu? Grozi nam hipoksja. Mamy z nią do czynienia nie wtedy, kiedy odetniemy się od tlenu od razu, ale wówczas, kiedy przez dłuższy czas dostarczamy organizmowi niewystarczającą ilość pierwiastka życia. Początkowymi objawami hipoksji mogą być bóle i zawroty głowy, duszność, osłabienie, senność, zaburzenie widzenia, przyspieszenie oddechu i tętna oraz podwyższenie ciśnienia tętniczego. Kiedy zaś wystąpi zwiększone stężenie dwutlenku węgla we krwi, może mieć to dużo poważniejsze konsekwencje(2).
Ale również i nadmiar tlenu prowadzi do niebezpiecznego nadciśnienia i innych problemów zdrowotnych(3).
Ilość tlenu w ziemskim powietrzu utrzymuje się wciąż na tym samym, zadziwiającym poziomie. Wynosi on 20,95 % objętości wszystkich atmosferycznych gazów. Za mała jego ilość na planecie mogłaby spowodować powszechną hipoksję, zbyt duża – hiperoksję i wybuchy pożarów. Czyli, trywializując, jeśli było by go zbyt mało udusilibyśmy się, jeśli zbyt dużo – usmażyli. Żeby ten stan równowagi się utrzymał, musi istnieć mechanizm, który zmusza rośliny do większej czy mniejszej produkcji tlenu. Ale choć roślin wciąż ubywa, a populacja ludzka nieustannie rośnie, produkując w epoce postępu technicznego, niewspółmierne do jej wielkości ilości CO2, to procentowy udział pierwiastka życia w atmosferze i tak pozostaje niezmienny. Dlaczego? Ponieważ ma w tym swój udział również proces topnienia lodowców. Podczas ich roztapiania się, do oceanów uwolnione zostają substancje odżywcze, które są pokarmem dla okrzemek. To one produkują 50% tlenu, obecnego na Ziemi. Gdy okrzemki mają pod dostatkiem pokarmu, ich ilość codziennie podwaja się, więc im szybciej proces topnienia następuje, tym więcej okrzemek przybywa. Jednak nie grozi nam hiperoksja. Bowiem podwyższona ilość tlenu spowoduje, na przykład pożary, których dymy – gdy zjawisko stanie się powszechne – odetną ziemię od światła słonecznego, ochładzając klimat i redukując ilość okrzemek. Te zaś obumierając, opadną na dno mórz i oceanów, jak morski śnieg, tworząc warstwę po warstwie. Okrzemkowy dywan ma obecnie grubość 800 metrów. W końcu dno, gdzie żerowały okrzemki, w niektórych miejscach wypiętrzy się na tyle, że powstanie tam słona pustynia. Taka sama, jak ta afrykańska, z której pył dociera do Amazonii. A ten pył, który ją użyźnia, są to właśnie szczątki obumarłych okrzemek. Proces bio-odnowy ruszy na nowo z kopyta.
Wszystko więc – jak widać – wzajemnie łączy się i uzupełnia, stanowiąc niezwykły, żywy mechanizm, którego istotą – jak wnioskuję – jest m.in. stały poziom tlenu niezbędny do funkcjonowania ludzi, oraz zwierząt.
Gdyby ktoś sądził, że to nasze organizmy, w ramach ewolucji dostosowały się do takiego składu powietrza, to powinien umieć odpowiedzieć również na to, dlaczego od 50 mln lat udział tlenu w atmosferze trwa nieystannie przy owych 21 procentach(4).
Wszystko to, co napisałem, jest doskonale znane naukowcom. Jednak zasadnicze pytanie, jakie zadają sobie oni w związku z tą wiedzą brzmi: jak spowolnić proces emisji gazów i dwutlenku węgla, aby lądy nie uległy zalaniu i nie nastąpiły nieodwracalne zmiany klimatyczne na Ziemi?
Zero pytania o tlen – jakby jego stała ilość była oczywistością. Może i jest. Ale skoro tak – jeśli istnieje naturalny i Pangenialny(5) mechanizm regulacji – po co w niego ingerować? Moim zdaniem podstawowe pytanie powinno brzmieć – w jaki sposób powstał mechanizm, który chroni człowieka i zwierzęta? Odpowiadając sobie na nie, odpowiemy też, czy jest sens przejmować się tymi negatywnymi procesami, które według ekologistów mają ponoć zagrażać Ziemi. Ja w każdym razie nie potrafię dać ani jednego przykładu, gdzie coś wymyślonego przez człowieka, byłoby lepsze od naturalnego. (Koniec dygresji.)
Skoro więc wiadomo, że do życia potrzebne jest nam powietrze zawierające około 21% tlenu, i że planeta pracuje usilnie, aby nam taką właśnie jego dawkę dostarczyć, pomyślmy o samym oddychaniu. Czy robimy to dobrze? Można się ironicznie uśmiechnąć na tak postawione pytanie. Jak można robić źle coś, co robi się automatycznie?! Rzecz, która jest dosłownie pierwszą czynnością jaką człowiek wykonuje zaraz po urodzeniu. A jednak może. Ja, złapałem się na tym, że oddycham bardzo płytko, co niestety nadrabiam częstotliwością. Jakbym się zdyszał, albo nieustannie czegoś bał. Kiedy zgłębiłem temat, okazało się, że oddycham źle, przez co jestem zwykle zmęczony, często brakuje mi słów, mam problemy z analizą danych, emocjami, koncentracją, itp. Często będąc w stresie mam nawet odczucie, że w ogóle nie mogę głęboko nabrać powietrza.
Okazuje się, że człowiek rodzi się z umiejętnością prawidłowego oddychania, ale później różnego rodzaju traumy życiowe, oraz stres, powodują, że zostaje ona przytłumiona i wypacza się. Tymczasem nasze ciało, gdy nie zagraża mu niebezpieczeństwo, powinno oddychać głęboko i spokojnie. Jeśli ktoś – podobnie jak ja – tak nie oddycha, to jeśli tylko chce, może szybko sobie przypomnieć tę wrodzoną umiejętność.
Jak powinno się poprawnie oddychać? Przeponą. Jest to „oddychanie brzuszne”. Tak właśnie oddychają dzieci. Zaledwie kilka minut takiego oddychania pozwala na odzyskanie spokoju, zwiększenie koncentracji, czy opanowanie stresu, lub jeśli się jest w stanie zgnuśnienia – na wewnętrzną mobilizację. Jest nawet ćwiczenie, które pozwala szybko sobie przypomnieć, jak powinno się oddychać. Najpierw jednak trzeba przyjrzeć się swemu codziennemu oddechowi. Chwilę śledzić czy powietrze wypełnia (i jak wypełnia) piersi czy brzuch. Prześledzić jego drogę w głąb ciała i potem na zewnątrz. Gdy zauważymy, że ta obserwacja staje się na tyle nudna dla naszego umysłu, że zaczyna on szukać innych myślowych atrakcji, trzeba – uświadomiwszy sobie to – spokojnie, ponownie włączyć go w proces świadomego oddychania. W tym celu należy zacząć od „wykonywania wdechów nosem, a wydechów ustami. (…) Jest to, jedyny sposób na przefiltrowanie bakterii i potencjalnych wirusów, które w przeciwnym razie trafią do naszego organizmu.(…)(6)”. Na początku trzeba też wziąć nieco głębszy oddech niż zwykle, a następnie pozwolić powietrzu chwilę spokojnie wnikać w ciało. Następnie zrobić wydech. „Powinien trwać mniej więcej 3 razy dłużej niż wdech”(7). W literaturze przyjmuje się, że powinno się układ tego rodzaju wdechów i wydechów wykonać przynajmniej 21 razy(8). Podczas tego ćwiczenia, od czasu do czasu nasz umysł popada w stan rozproszenia. Kiedy go na tym przyłapiemy, stwierdzamy po prostu ten fakt i powracamy z powrotem do oddechu: „wdech”, „wydech”. Cały czas staramy się nie odbiegać myślami od tego procesu. Obserwujemy. Strumień powietrza wchodzi przez nos. Podążamy za nim myślą, koncentrując się dowolnym odcinku jego drogi. Może to być nos, albo brzuch, albo ta część ciała która sygnalizuje nam ,że się – na przykład – rozluźniła, albo odwrotnie – wskazuje na napięcie. Można zmieniać obserwację kolejnych części ciała podczas tych wdechów i wydechów.
Gdy wykonujemy to ćwiczenie może opanować nas ziewanie, albo mamy ogromną ochotę się przeciągnąć. To bardzo dobrze. Należy zaufać ciału i poddać się mu, nie przerywając procesu, które samoczynnie zainicjowało, aż samo powie:„dosyć”. Ono najlepiej wie, czego nam potrzeba. Najlepiej obserwować dokładnie co dzieje się wówczas w ciele, które partie płuc wypełniają się powietrzem, jakie części ciała rozciągają się. Nie należy przerywać tego naturalnego procesu. Niech trwa on jak najdłużej.
Dzielę się z tym z Wami, bo odkryłem, jak ważna jest umiejętność prawidłowego oddychania. Nawet biorąc na logikę – jest to przecież rzecz fundamentalna, bo na niej opiera się nasze życie. Uświadomiłem też sobie, że w miarę jak obserwuję swój oddech i włączam w proces oddychania swoją świadomość – lepiej panuję nad sobą i potrafię lepiej się odnaleźć w kryzysowej sytuacji. Czuję, że moje ciało działa bardziej harmonijnie. Bardziej też akceptuję siebie. Nie tylko. to.
Przychodzą mi też do głowy lepsze rozwiązania i pomysły. Coraz częściej zastanawiam się na przykład nad tym, czy maseczki, które każą nam nosić, wręcz nie pogłębiają – redukując ilość koniecznego nam tlenu i wzmagając niepokój, który osłabia nasz – uczący się i od setek tysięcy lat modyfikujący się, Pangenialny jak i cały świat w którym żyjemy – układ odpornościowy.
(2) https://www.doz.pl/czytelnia/a15863-Hipoksja_niedotlenienie_organizmu__przyczyny_objawy_leczenie_i_rodzaje_niedotlenienia Ten artykuł wymienia wiele różnego rodzaju problemów spowodowanych hipoksją. Są to m,in splątanie, zaburzenie świadomości, a nawet śpiączka. W dłuższym okresie czasu może dojść do nadciśnienia płucnego, niewydolności serca, nadmiernej produkcji krwinek czerwonych czy rozwoju chorób nowotworowych, zaburzeń pamięci, oraz osobowości. Także układ krwionośny i nerki są bardzo wrażliwe na brak tlenu. Nie wymieniam ich w tekście głównym z uwagi na to, że obecnie bardzo modne stało się epatowanie chorobami. Straszenie powikłaniami zdrowotnymi stało się już tak obrzydliwe, że unikam go, gdzie tylko mogę. Stres obniża odporność organizmu, jest więc pierwszą rzeczą jaką w dobie tzw. ”pandemii” należałoby zaprzestać. Chyba, że tak naprawdę nie zależy nam na tym, tylko na jej nasileniu.
(5) Pangenialny – wpadłem na to słowo, bo nie chciałem używać słowa „kongenialny”, jako moim zdaniem dotyczące ludzi. Okazuje się jednak, że słowo to rzeczywiście istnieje w języku chińskim i o dziwo ma takie znaczenie jakie chciałem my nadać, Oznacza mianowicie: „Pan genialny”:).
14 lipca 2021 r. Komisja Europejska ogłosiła pakiet postulatów legislacyjnych pod nazwą „Fit for 55”. Jego naczelnym założeniem jest ograniczenie emisji CO2 netto o co najmniej 55% do 2030 r. Postuluje się, aby wszystkie nowo rejestrowane w Unii Europejskiej pojazdy osobowe i dostawcze musiałyby być zero-emisyjne od 2035 r. Oznacza to, że w ciągu 14 lat mają zniknąć samochody spalinowe. Rzekomo chodzi o troskę o środowisko. Bliższa analiza pokazuje jednak, że tak gwałtownej przejście byłoby tylko dodatkowym obciążeniem dla niego.
O co więc chodzi? Wszystko wskazuje na to, że o odebranie własności i wolności obywatelom.
Ktoś może powiedzieć, że to dobrze, bo pojazdy te niszczą środowisko, a przez to wpływają negatywnie na nasze życie. Jak zwraca jednak uwagę Partia Kierowców na swojej stronie: „Jeżeli uwzględnimy procesy związane z produkcją auta elektrycznego (szczególnie baterii) oraz fakt, iż energia elektryczna w dużej części wytwarzana jest w wysoko-emisyjnych elektrowniach węglowych, to okaże się, że w ciągu całego cyklu życia (od wytworzenia aż po złomowanie i utylizację) auto z napędem elektrycznym przyczyni się do większej emisji CO2, niż w przypadku auta z nowoczesnym silnikiem spalinowym. Ekologiczność samochodów elektrycznych polega jedynie na tym, że CO2 nie wydobywa się z rury wydechowej, ale w większej ilości z kominów fabryk i elektrowni. To tak jakby posprzątać wokół własnego domu a śmieci wywieźć do najbliższego lasu. I to na taką elektro mobilność rząd obciążył nas dodatkowym podatkiem emisyjnym doliczonym do ceny i tak już bardzo drogiego paliwa”.
Unia Europejska realizuje w tym wypadku pewien globalny trend. Już podczas 26 Konferencji Narodów Zjednoczonych w Sprawie Zmian Klimatu w Glasgow (COP26), która odbyła się w dniach 31 października – 13 listopada, 33 państwa, 39 miast i regionów z całego świata, a także kilkadziesiąt firm z branży motoryzacyjnej oraz największych instytucji finansowych podpisało deklarację na rzecz zakończenia sprzedaży samochodów spalinowych. Tam też Polska zobowiązała się do rezygnacji z samochodów spalinowych do 2035 r.
Lech Kędzierski, wiceprezes Partii Kierowców, tłumaczył w rozmowie „Z Najwyższym czasem!”, że problemem są absurdalnie wysokie euro-normy odnośnie czystości spalin: „Te systemy, które pilnują czystości spalin, dopalania są bardzo rygorystyczne odnośnie ich obsługi, czystości, obciążeń i nie wytrzymują długich przebiegów. Natomiast odtworzenie, naprawa, wymiana jest bardzo kosztowna. Dzisiaj wielu użytkowników szuka starych, prostych silników do tego, żeby funkcjonować i pracować. Interwały silników nowych generacji, szczególnie tzw. downsizing, czyli uciekanie z pojemnością, żeby oszczędzać na spalaniu, powoduje to, że silniki przepracowują 200 czy 300 tys. km i nadają się do remontu. Przypominam, że kiedyś milion kilometrów to był normalny okres eksploatacji silników spalinowych”.
Wyśrubowane normy powodują, że tworzy się w praktyce coraz słabsze silniki, które trzeba znacznie częściej zmieniać. To już natomiast nie jest ekologiczne, ale z pewnością jest w interesie producentów samochodów i części do nich. L. Kędzierski wyjaśnia też, że energia elektryczna jest trudna do przechowywania, co sprawia, że samochody elektryczne, na dzień dzisiejszy, są nie do przyjęcia przez kierowców, którzy muszą pokonywać większe trasy. Istnieją oczywiście bardziej pojemne akumulatory, ale są one znacznie droższe. Nie mówiąc o tym, że wykorzystują rzadkie pierwiastki, jak lit czy mangan.
Unia Europejska podejmuje jednak dużo szerszą walkę z motoryzacją niż tylko zakazywanie samochodów spalinowych. Od lipca 2022 roku nowe pojazdy sprzedawane w Unii Europejskiej będą musiały zostać obowiązkowo wyposażone w cały szereg systemów: układ zapobiegający zderzeniom czołowym i potrąceniom pieszych oraz rowerzystów, system informowania o niezamierzonym opuszczeniu pasa ruchu, system monitorowania zmęczenia i rozproszenia kierowcy, kamerę cofania z czujnikiem, instalacje do podłączenia blokady alkoholowej, asystent martwego pola lusterek, czy „inteligentny” ogranicznik prędkości. Do tej pory samochody nie musiały być wyposażone w te systemy, a kierowcy sobie radzili. Ich wprowadzenie zwiększy cenę samochodów i ograniczy możliwości kierowców. Zmierzanie do tego, by samochody jeździły coraz wolniej, jest uderzaniem wprost w transport drogowy.
Lech Kędzierski zwraca uwagę, że zmiany te są uderzeniem w wolność obywateli, której ważnym elementem jest swoboda przemieszczania się. Zamiast poprawiać jakość dróg i wprowadzać autostrady bez ograniczenia prędkości, zmierzamy w kierunku coraz większej kontroli kierowców.
Niestety, polski rząd temu przyklaskuje, a od 1 stycznia 2022, rosną potężnie kwoty mandatów, z których część jest zupełnie nieuzasadniona. Co więcej, koszty nabycia i posiadania samochodu będą rosły na skutek przeprowadzanych „reform”, co jeszcze uderzy nas po kieszeni.
Ceny uprawnień do emisji CO2 szaleją, a za nimi idą ceny energii. Czego można się spodziewać w najbliższych dniach?
Ceny uprawnień do emisji CO2 w ramach systemu EU ETS przekroczyły już 90 euro za tonę! To bezwzględny rekord a, niestety, nie wiadomo kiedy ceny się zatrzymają.
Jak pisze Michał Pierzyński na BiznesAlert:
Mechanizm, który miał napędzać transformację energetyczną, stał się poważną bolączką dla państw, które swoją energetykę opierają na węglu, ponieważ jest to jedna z głównych przyczyn wzrostu cen energii elektrycznej.
Z kolei Adam Guibourgé-Czetwertyński na łamach dokumentu „Energy poverty” podkreśla, że obecnie cała Europa zmaga się z problemem wzrostu cen energii:
W ciągu ostatniego roku ceny węgla wzrosły prawie trzykrotnie, a gazu ziemnego nawet dziesięciokrotnie. Rosnące ceny energii przekładają się na wyższe koszty dla konsumentów, czy to bezpośrednio w rachunkach za energię, czy też pośrednio – poprzez gwałtownie rosnące ceny innych towarów i usług
Polski rząd wprowadził natychmiastowe formy pomocy dla konsumentów. Niestety – potrzebne są też pilne działania na całym szczeblu UE.
Dominujący, rosyjski dostawca gazowy unijnego rynku nadużywa swej pozycji – mogłoby temu przeciwdziałać wnoszeniem powództw na podstawie unijnego prawa konkurencji.
W awangardzie działań jest też polski premier, [sic !! md] który, wraz z minister klimatu i środowiska Anną Moskwą, wystąpił na konferencji Śląski Ład, mówią właśnie o podatku od śladu węglowego. Polska postuluje utrzymanie darmowych uprawnień dla przemysłu w EU ETS, jak również domaga się debaty na temat Fit for 55. Jak wskazał premier Mateusz Morawiecki:
CBAM, czyli podatek graniczny od śladu węglowego może z jednej strony wyrównać szansę przemysłów europejskich, ale z drugiej strony słychać, że importerzy stali wykorzystujący ją przy produkcji różnego rodzaju będą mieli sytuację trudniejszą. To wyrównanie poziomu gry i lepsze warunki dla producentów stali oraz innych produktów w trudniejszej sytuacji od produkcji z Chin czy USA.
Krytycznie ceny uprawnień ocenia też minister aktywów państwowych Jacek Sasin:
Rosnące ceny energii to koszt naszego uczestnictwa w Unii Europejskiej. Wspólnota to nie tylko to, co nam się kojarzy dobrze, czyli fundusze, ale też to, co ma dla nas skutki negatywne, jak uczestnictwo w europejskiej polityce klimatycznej powodujące, że cena energii elektrycznej w Polsce rośnie.
Minister podkreśla, że walka z inflacją cen jest prowadzona przez rząd… niestety jej źródła nie leżą w naszym kraju.
Polska niestety nie ma sojusznika w komisarzu Franzu Timmermansie, który do wzrostu cen emisji podchodzi… z entuzjazmem! Timmermans publicznie deklarował, iż chciałby by ceny emisji sięgnęły 200 euro za tonę – miałoby to sprzyjać szybszemu odchodzeniu od węgla. Realnie jednak doprowadziłoby europejskie społeczeństwa do skrajnego ubóstwa.
Dlatego sejmowa komisja ds. energii, klimatu i aktywów państwowych przyjęła projekt uchwały wzywającej do zawieszenia systemu handlu emisjami EU ETS. Jak mówił podczas debaty poseł Janusz kowalski:
Polski parlament po to ma podejmować uchwały, aby polski premier mając za sobą nie tylko rząd, ale też opozycję, mógł walczyć o niższe ceny energii dla Polaków. Celem polskiego rządu na posiedzeniu Rady Europejskiej 16 grudnia jest ustalenie maksymalnej ceny uprawnień do emisji CO2. Ten system ma spekulacyjną strukturę i powoduje wysysanie środków. W naszym interesie jest to, aby ten podatek obniżyć.
Polski rząd będzie z pewnością twardo bronił interesów Polaków, ceny jednak nieustannie rosną – możliwe, że zawieszenie systemu handlu będzie jedynym rozwiązaniem.
Polski premier w niedawnym wywiadzie dla Super Expressu wskazał, iż chce zaproponować Radzie Europejskiej zmianę w przepisach, która pozwoli na zahamowanie spekulacji uprawnieniami do emisji CO2.
Jak powiedział premier:
Na posiedzeniu Rady Europejskiej w połowie grudnia zaproponuję, aby zaprzestać możliwości spekulowania uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla, czyli żeby tylko podmioty energochłonne i inne, które muszą mieć uprawnienia do dwutlenku węgla, mogły nimi handlować, a nie na przykład banki czy fundusze inwestycyjne, które spekulują i w związku z tym windują ceny jeszcze wyżej.
Warto wskazać, że wzrost cen emisji przekłada się na ceny energii, a co za tym idzie – wszystkie ceny – w tym materiałów budowlanych.
Zbigniew Ziobro nie ma wątpliwości, że drakońskie ograniczenia dotyczące emisji CO2 mocno uderzą w europejską gospodarkę, a zwłaszcza w Polskę. Minister chce więc, by premier Mateusz Morawiecki podjął zdecydowane kroki i dążył do zawieszenia aktualnego kształtu polityki unijnej.
Zdaniem ministra sprawiedliwości, nie możemy inwestować w nieracjonalną politykę, która uderza w bezpieczeństwo Polski i Europy. Stąd też Solidarna Polska chce podjęcia działań zmierzających do zawieszenia aktualnego kształtu polityki unijnej.
Zdaniem Ziobry, obecny kurs przyjęty przez Europę jedynie wzmacnia pozycję Putina. – Wprowadzenie drakońskich ograniczeń w produkcji CO2 uderza w gospodarkę unijną i krajów europejskich. Najbardziej uderza w Polskę, bo polska gospodarka w największym stopniu oparta jest na węglu – zwrócił uwagę minister Zbigniew Ziobro.
Zdaniem ministra obecna polityka emisyjna UE oznacza, że Polska będzie musiała na przestrzeni siedmiu lat dopłacić do uprawnień 170 mld zł. – Można realizować program ograniczeń CO2, ale jeżeli to się dzieje kosztem Polaków i kosztem naszej gospodarki, jeżeli cena tzw. uprawnień CO2 bije rekordy, (…) to oznacza, że później będziemy za to płacić, ponieważ są fanaberie Unii Europejskiej– ocenił Ziobro.
Sejm przyjął w czwartek uchwałę dotyczącą wezwania państw UE do zawieszenia unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2. Parlament zauważył potrzebę jego reform.
„Polska zamyka nowo wybudowaną węglową elektrownię w Ostrołęce, zanim jeszcze zaczęła ona pracę, i przerabia ją na elektrownię gazową. Gaz ma być z rurociągu Baltic Pipe, chyba że ten gazociąg nie powstanie (akurat gdy to piszę, budowę wstrzymano ze względu na ochronę mających pechowo siedliska na drodze zaplanowanej rury polnych myszy), wtedy będziemy w niej palić gazem rosyjskim z Nordstreamu, kupowanym od Niemiec” – pisze Rafał Ziemkiewicz w swojej najnowszej książce. Zapraszamy do lektury dłuższego fragmentu!
Szwindel klimatyczny jest jednym z największych oszustw, jakie kiedykolwiek wymyślono, i prawdopodobnie będzie w przyszłych podręcznikach konkurować z histerią wokół COVID-19 o pozycję symbolicznego końca Zachodu i systemu demokracji liberalnej – w podobny sposób, w jaki o miano końca średniowiecza rywalizują daty upadku Konstantynopola, odkrycia Ameryki i wystąpienia Marcina Lutra.
Nie wiem, kto pierwszy wpadł na ten genialny pomysł, że można – dosłownie – wypłukiwać złoto z powietrza, opodatkować je i uczynić gaz obecny w nim od zawsze postrachem ludzkości, uzasadniającym nakładanie jej kolejnych jarzm. W osiemnastowiecznej angielszczyźnie funkcjonował wprawdzie idiom „to trade the air” jako określenie wyjątkowo bezczelnego oszustwa – ale używający go uważali zapewne „handlowanie powietrzem” za tak oczywisty absurd, że do głowy by im nie przyszło, iż za kilkaset lat stanie się ono największym biznesem świata.
W ogóle nie będę się tu zajmował problemem, czy teoria, jakoby sztuczna emisja dwutlenku węgla powodowała globalne ocieplenie, które doprowadzi do katastrofy ludzkości, podobnie jak miała doprowadzić do niej dziura ozonowa, ma solidne naukowe podstawy, czy jest humbugiem, wygenerowanym dzięki korupcji i konformizmowi środowisk naukowych, tak jak generowano kiedyś odpowiednio wspartym „zamówieniem społecznym” naukowe teorie o wyższości jednych ras nad drugimi.
Po profesorach ekonomii udowadniających na zlecenie banków, że piramida długów nigdy nie runie, profesorach medycyny jawnie utrzymywanych przez koncerny Big Pharma, po całych profesorskich konferencjach i instytutach utrzymywanych przez koncerny żywnościowe, żeby udowadniały, że cukier jest zdrowy i im więcej się go je od dziecka, tym lepiej, a już gazowane napoje z izoglukozą to samo najlepsze – zwyczajnie nie umiem wykrzesać z siebie wiary, że wbijane nam w głowę klimatyczne dogmaty są tylko przypadkiem zbieżne z interesami największych magnatów tego świata i nikt wcale nie fałszował żadnych danych ani ich nie „fryzował”, ani nie wpływał na proces dochodzenia naukowców do prawdy, nagradzając grantami i innymi beneficjami tych badaczy i te ośrodki, które stawały po stronie „słuszności”, a cenzurując i wyciszając opornych.
Jak każdego człowieka sceptycznego wobec rosnących zysków i potęgi szwindlarzy od handlu powietrzem, łatwo zarzucić mnie świętymi tekstami klimatyzmu, liczbami, nazwami renomowanych ośrodków i nazwiskami autorytetów nawzajem zaświadczających o swoim autorytecie. Nie będę zanudzał siebie i czytelników przegryzaniem się przez to wszystko, tym bardziej że nie warto. Dobrze, na użytek naszej rozmowy zgódźmy się z góry na wszystko. Powiedzmy, że Ziemia się ociepla jak nigdy dotąd, i to nie wskutek zmian aktywności słonecznej, nie wskutek jakichś swoich wewnętrznych przemian (co wiemy tak naprawdę o wnętrzu tej kuli, na której siedzimy?), nie wskutek innych gazów cieplarnianych, z parą wodną na czele, tylko właśnie wskutek CO2, odpowiadającego ponoć za aż kilka procent „efektu cieplarnianego”, i to nie CO2 ze źródeł naturalnych, wybuchów wulkanów, planktonu morskiego – nie, o ociepleniu decyduje tylko ten CO2, który powstał w wyniku spalania różnych paliw przez człowieka.
A teraz, dla świętego spokoju przyjąwszy to założenie, zobaczmy, czy motywowane paniką klimatyczną i walką z CO2 działania rzeczywiście skutkują zmniejszeniem globalnej emisji tego gazu – a jeśli nie, to jakie są ich skutki.
Dzięki wszystkim zastosowanym dotąd środkom, podpisanym konwencjom, wyznaczonym limitom emisji, wycofywaniu starych, „wysokoemisyjnych” technologii dla zastąpienia ich nowymi, „niskoemisyjnymi” i innym przedsięwzięciom udało się uzyskać „spowolnienie wzrostu” globalnej emisji. To znaczy nadal światowa gospodarka, rozwijając się, produkuje więcej energii ze spalania, ale ten wzrost jest coraz mniejszy. Pierwsze realne zmniejszenie emisji miało miejsce w roku 2020, ale to akurat nie jest skutek jakichś „antyemisyjnych” działań, tylko paniki koronawirusowej i spowodowanych nią lockdownów.
Nie może być inaczej, skoro klimat jest globalny, a wysiłki lokalne. Największym emitentem dwutlenku węgla są Chiny – od prawie jednej trzeciej do niemal połowy całej światowej emisji (zależy, czy wierzymy w oficjalne dane chińskie, czy w zachodnie szacunki). Oprę się na źródle, które podaje, że emisja chińska to 10 gigaton rocznie (bo to ładna, okrągła liczba, a w końcu chodzi tu tylko o proporcje). Drugie w tej konkurencji Stany Zjednoczone wytwarzają o połowę mniej, 5 gigaton rocznie. Potem są Indie – znowu o połowę mniej od Ameryki, 2,5 gigatony, potem Rosja i Japonia, obie z ponad tysiącem, i dopiero na miejscu szóstym największa gospodarka Unii Europejskiej, Niemcy, z 0,8 gigatony. Cała Unia Europejska, według innego źródła, wytwarza 10 procent emisji światowej.
Jeśli emisja CO2 jest problemem, to logika nakazuje szukać rozwiązania tego problemu wśród tych, którzy emitują najwięcej. Ale Chiny wszelkie porozumienia klimatyczne mają gdzieś i nawet nie udają, że są gotowe jakkolwiek uczestniczyć w „ratowaniu klimatu”. Przepraszam – od czasu do czasu udają, ale ogranicza się to do zapewnienia, że kiedyś, gdy będzie to możliwe, zmniejszą swoją emisję (padła kiedyś nawet w miarę konkretna data: 2060), ale na razie będą ją zwiększać, ponieważ co roku oddają do użytku po kilkanaście nowych elektrowni węglowych, nie licząc innych nowych źródeł emisji.
Nawet samych tych elektrowni nie wiadomo dokładnie, ile budują, bo Chińczycy są narodem skrytym, ale podobno w różnych fazach realizacji mają około trzystu inwestycji. W samym tylko roku 2020 uruchomili, wedle informacji Agencji Reutera, tradycyjne elektrownie o mocy trzy razy większej niż cała reszta świata (prawie 40 gigawatów).
Nie do końca można o to mieć pretensje do Chińczyków, oni przecież tego prądu nie jedzą – zużywają go na produkcję konsumowaną przez Zachód. Bo ograniczanie emisji wykazywane na papierze przez kraje przodujące w klimatycznych porozumieniach polega głównie na jej przesuwaniu, wraz z produkcją, właśnie do Chin i innych krajów tańszej siły roboczej. Można zresztą sądzić, że gdyby to wyprowadzanie produkcji nie było dla koncernów korzystne, nigdy by nie pozwoliły one swoim rządom szaleć z jakimiś „celami klimatycznymi”.
Przykład typowy, szczególnie smakowity, z ostatnich chwil przed drukiem tej książki: „Wall Street Journal” opublikował raport o „ekologicznych” panelach fotowoltaicznych, których upowszechnienie ma ochłodzić klimat poprzez zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Mniejsza już o to, że fotowoltaika wytwarza też bardzo dużo ciepła (z tego samego raportu wynika, że gdyby zrealizowano wielki projekt wyłożenia panelami słonecznymi Sahary, pokrycie tylko 10 procent jej powierzchni podniosłoby lokalnie temperaturę o 1,5 stopnia). [Tu p. Rafał naczytał się bzdur: Wystarczy 1% Sahary, by zaspokoić potrzeby energetyczne Europy. MD] Do jej wytwarzania potrzebne są tak zwane monokrzemy, których 75 procent światowej produkcji wytwarza się właśnie w Chinach. A dlatego w Chinach, że przetworzenie wielokrzemów w monokrzemy wymaga dużej ilości energii, która właśnie w Chinach jest najtańsza, dzięki elektrowniom węglowym i odmowie płacenia za jakiekolwiek limity emisji. Mówiąc krótko, nawet politycznie poprawny „Wall Street Journal” przyznaje, że promowanie fotowoltaiki w skali globalnej emisję „gazu cieplarnianego” zwiększa, a nie zmniejsza.
USA do czasów Baracka Obamy również w „ratowaniu klimatu” nie uczestniczyły, potem obiecały, że będą uczestniczyć, następnie Trump oficjalnie to odwołał, teraz Joe Biden zapowiedział, że jednak będą, i jedną z pierwszych decyzji wstrzymał pracę nad budową rurociągu z Kanady, który miał zasilać ropą naftową z północy rafinerie i terminale portowe na południu. Chyba jednak była to decyzja dotycząca polityki wewnętrznej, bo jednocześnie leciwy prezydent dał zielone światło na dokończenie innego wielkiego rurociągu, który Trump starał się zablokować: wiodącego z Rosji do Niemiec gazowego Nordstream 2 – co też nie wynikało ze stosunku USA do klimatu, tylko ze zmiany polityki wobec Europy i decyzji oparcia jej o bismarckowską oś Berlin – Moskwa.
Indie, Rosja i szereg innych wielkich emitentów też albo odmawiają, albo pozorują dobrą wolę, obiecując redukowanie emisji w przyszłości, ale na razie je pod wpływem różnych konieczności zwiększając.
Jedynie owa dziesięcioprocentowa Unia Europejska zapałała gorącym entuzjazmem do przestawiania energetyki na nowe, „ekologiczne” tory. W kolejnych coraz ostrzejszych planach narzucanych państwom członkowskim doszła nawet do zapowiedzi „zrównoważenia emisji” w roku 2035. Z tym że najbardziej popychające ku temu i najwięcej emitujące Niemcy na razie też stawiają kolejne elektrownie węglowe. Pod budowę jednej z nich – nawiasem mówiąc, na węgiel brunatny, a więc ten ekologicznie najbrudniejszy – wycięła nawet starożytny las Hambach, tym samym zmniejszając europejską powierzchnię absorbującej zabójczy CO2 zieleni.
Ale za to Polska zamyka nowo wybudowaną węglową elektrownię w Ostrołęce, zanim jeszcze zaczęła ona pracę, i przerabia ją na elektrownię gazową. Gaz ma być z rurociągu Baltic Pipe, chyba że ten gazociąg nie powstanie (akurat gdy to piszę, budowę wstrzymano ze względu na ochronę mających pechowo siedliska na drodze zaplanowanej rury polnych myszy), wtedy będziemy w niej palić gazem rosyjskim z Nordstreamu, kupowanym od Niemiec. Zamykamy też, na mocy podpisanego przez premiera Morawieckiego porozumienia o europejskim „zielonym ładzie energetycznym”, nasze kopalnie.
Był plan, żeby zbudować elektrownię atomową. Jeśli wytwarzanie CO2 jest złe, to właściwie ludzkość nie ma innego ruchu niż elektrownie atomowe – to jedyny bezpieczny sposób wytworzenia naprawdę dużych ilości energii bez spalania [musiał czytać jakiegoś Wiecha, bo akurat jest nieprawda. MD] . Niestety, plan budowy w Polsce elektrowni atomowych, wedle nieoficjalnych sygnałów, bardzo się nie podoba Niemcom, więc pewnie zostanie przez Unię Europejską wstrzymany.
Żeby nie przedłużać tematu – ciekawym polecam książkę Jakuba Wiecha „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”, w której autor, analityk portalu Defence24.pl, wyjaśnia – wedle noty wydawcy albo jego samego – „jak Berlin zaprojektował i wdrożył misterną machinę polityczno-gospodarczą, która pod maską ochrony środowiska pomaga budować nowe niemieckie imperium w Europie”. To streszczenie doskonale odpowiada zawartości książki i zarazem wyjaśnia, skąd się bierze szczególne wzmożenie Unii, która ze swoimi 10 procentami i tak klimatu nie uratuje, nawet gdyby w ogóle zamknęła na klucz wszystkie gospodarki i jeszcze pozwoliła swoim obywatelom oddychać tylko co drugi raz.
Niemcy mają w takich „Energieschwindel” wprawę – przypomnijmy sobie choćby wspólną walutę euro i jej „kryteria zbieżności”, które nakazywały wszystkim uczestnikom projektu utrzymywać deficyt budżetu poniżej 3 procent PKB, wszyscy cięli więc budżety i narażali się na różne niewygody, by warunek ten spełnić, Niemcy zaś przez wiele lat mieli deficyt większy, bo inwestowali w rozwój przemysłu (zarazem pouczając nas przez swoje fundacje, doradców i wykupione polskojęzyczne media, że przemysł trzeba zamykać, bo to przeżytek) – i co im kto mógł zrobić? Tak samo zresztą i Polacy mają wprawę w głupim poświęcaniu się „za wolność naszą i waszą”, czy raczej w tym wypadku „za klimat nasz i wasz”. Nasz udział w światowej emisji jest tak mały, że tutejsi klimatyści musieli ukuć niezwykle wymyślne hasło: „Polska należy do grupy dwudziestu krajów, które razem odpowiadają za 78 procent światowej emisji CO2!”.
Mówiąc obrazowo: pośród ogromnych, zionących dwutlenkiem węgla kominów my mamy skromniutki piecyk i właściciele owych wielkich kominów właśnie nam ten nasz piecyk każą dla ratowania planety zgasić. Jeśli chcemy ciepłego posiłku, będziemy go musieli kupić od nich.
Spyta ktoś, czy może nasza stosunkowo skromna emisja – 0,3 gigatony, dwa i pół raza mniej od Niemiec, dwudzieste pierwsze miejsce na świecie – nie wynika z tego, że jesteśmy krajem stosunkowo małym, ale przez nasze węglowe uzależnienie wytwarzamy nieprzeciętnie dużo dwutlenku węgla w przeliczeniu na głowę mieszkańca? Nic podobnego, pod tym względem jesteśmy dokładnie pośrodku unijnej stawki, daleko za jej najsilniejszymi gospodarkami. Nawiasem mówiąc, pod względem emisji per capita absolutnymi liderami są bogate państwa Zatoki Perskiej – Katar, Emiraty i Arabia Saudyjska. Nie sądzę, żeby któryś z prezydentów i premierów Zachodu odważył się na spotkaniu z przywódcami tych krajów zasugerować, żeby zakazały używania klimatyzacji. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego nie wywiesza się tam tęczowych banerów na ambasadach i nie poucza, że karanie śmiercią za homoseksualizm to obyczaj wykluczający z grona krajów cywilizowanych.
Na otarcie łez dostaniemy za nasze klimatyczne wyrzeczenia kilkaset miliardów, na poczet kilku bilionów, które będziemy musieli wydać na zakup od unijnych potęg „ekologicznych” ich technologii. Fundusze Unii Europejskiej, jak wiele razy mówiłem, to nic innego niż promocyjny kredyt bankowy. Jeśli ktoś wierzy, że bank zachęcający do wzięcia kredytu jakimiś upustami czy nawet gotówkowym bonusem daje mu pieniądze, bo go kocha, uważany jest za idiotę. A jeśli ktoś wierzy, że kraje zachodniej Europy dają nam via Bruksela pieniądze za nic, tak z czystej sympatii, to należy do wciąż, niestety, statystycznej większości rodaków.
Porównanie do kredytu, muszę się nad tym na chwilę zatrzymać, jest o tyle zawodne, że banki z reguły nie zmieniają jednostronnie umowy w trakcie jej trwania, a Unia Europejska to właśnie robi. Jeśli trwać przy tej metaforze, wygląda to tak, że wzięliśmy kredyt na budowę domu, rozpisany na wiele lat, spłacamy go zgodnie z umową, w ogóle trzymamy się tej umowy, a tymczasem do naszego domu przychodzą goście z banku i mówią: umowa jest nieważna, bo tak uznaliśmy w naszym dziale kontroli. Zbudowaliście ten dom za nasze pieniądze, więc my tu rządzimy. Należy natychmiast zdjąć ze ścian wszystkie krzyże i święte obrazki, zamiast obecnego ogrzewania musicie założyć nasze, po wyznaczonej przez nas cenie, pies won na podwórko, a córka nie idzie na studia, tylko do technikum pszczelarskiego.
Co najgorsze, taka bezczelność wierzyciela spotyka się w Polsce z ekstatycznym zachwytem liberalistokratycznych elit, podchwytujących argument, że było nie było, dom zbudowaliśmy za europejskie pieniądze, więc powinniśmy być wdzięczni i pokornie słuchać – a do wspomnianej statystycznej większości ten argument wydaje się przemawiać. No cóż, wszystko staje się bardziej zrozumiałe, jeśli uświadomimy sobie szczegóły „zielonego” rachunku: stracimy miliardy, dostaniemy paręset milionów, ale miliardy zapłacą pozbawione głosu „masy”, a miliony trafią do warstw wyższych, do „elit”.
Wracając do dwutlenku węgla i klimatyzmu, podniesionego ostatnio do roli religii panującej zachodnich liberalnych demokracji, warto zadać pytanie, dlaczego akurat węgiel znalazł się na celowniku jej zelotów, skoro wedle samych klimatystów spalanie go jest źródłem zaledwie 6 procent światowej emisji CO2, podczas gdy ropy naftowej – 34 procent, a gazu – 20 procent? Odpowiedź jest analogiczna do odpowiedzi na pytanie, dlaczego żeby ograniczyć emisję, nie postuluje się budowania elektrowni jądrowych, tylko przejście na spalanie wodoru: bo ci, którzy wykreowali tę histerię, mają akurat do opchnięcia technologię wodorową, a nie atomową.
Nawiasem mówiąc: spalanie wodoru nie wytwarza wprawdzie CO2, ale jego produkcja owszem. Konkretnie – według danych oficjalnie przedstawionych na szczycie klimatycznym w Katowicach w roku 2018 przez naukowców z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej – wyprodukowanie 1 kilograma wodoru powoduje wytworzenie 6–8 kilogramów (zależnie od stosowanej technologii) dwutlenku węgla.
W optyce „europejskiego zielonego ładu” najgorszy jest akurat węgiel (oczywiście z wyjątkiem węgla brunatnego spod wyciętego lasu Hambach), bo Polska ma wciąż wielkie rezerwy tego surowca i mogłaby swoją niezależność oprzeć właśnie na nim. Wolno podejrzewać, że gdyby istniało coś takiego jak złoża wodoru i Polska miałaby trzecie co do wielkości jego złoża na świecie, Niemcy zaś do opchnięcia technologie węglowe, to prorocy klimatyzmu ogłosiliby, że złem najgorszym jest wodór, więc dla ratowania planety Polacy muszą swój wodór zatkać korkiem i kupować od sąsiadów węgiel. Najlepiej ten spod wyciętego lasu Hambach.
Pamiętają jeszcze Państwo nasze rozważanie, co właściwie jest ekologiczne i dlaczego raz ekologiczna jest papierowa torba, bo co prawda na bezdurno wycięto przetwarzające dwutlenek węgla w tlen drzewo, ale za to jest biodegradowalna, a raz sztuczne futro, bo co prawda nie rozłoży się przez dziesięć tysięcy lat, a jego wyprodukowanie uwolniło do atmosfery mnóstwo chemicznych trucizn, lecz za to nie zabito na nie zwierzęcia, choć gdyby to zwierzę zabito na buty albo pasek, to to by już było dopuszczalne? Otóż walka z emisją CO2, a tym samym „klimatyczną zagładą”, na której uniknięcie mamy już od czterdziestu lat tylko dziewięć lat, rządzi się identyczną logiką.
Dajmy na to – rolnictwo. Wedle świętych ksiąg „nauki o klimacie” rolnictwo odpowiada za kilka procent emisji CO2 (z czego dużą część stanowi „spalanie biomasy”, które przecież zadekretowano swego czasu jako ekologiczne). Dużo mniej niż energetyka, dużo mniej niż transport, dużo mniej niż na przykład zajmująca w tej konkurencji czwarte miejsce po spalaniu ropy, gazu i węgla produkcja betonu i, ogólnie, budownictwo (4 procent światowej emisji). Tymczasem nigdy nie słyszałem, żeby poruszeni perspektywą klimatycznej zagłady politycy, działacze i tak zwani liderzy opinii mieli coś przeciwko budowaniu z betonu i gotowi byli przenieść swoje piękne biura do chatek z trzciny. A te kilka procent emisji z rolnictwa ściąga na nie regularnie ataki fanatycznych wegan w rodzaju naszej europoseł Spurek.
Otóż dzięki temu, że moda na weganizm doznała w pewnym momencie wielkiego sponsorskiego wzmocnienia, zupełnie zniknęła obawa przed tak zwanym GMO, czyli żywnością genetycznie modyfikowaną. Tak jak „zagłada klimatyczna” praktycznie uwolniła koncerny od krytyki za zatruwanie środowiska chemikaliami, które w przyrodzie same z siebie nie występują, bo „ekologia” sprowadzona została wyłącznie do rytuałów walki z dwutlenkiem węgla, tak z kolei walka z hodowlą zwierząt uwolniła koncerny żywnościowe od ataków na stosowane przez nie technologie uprawy roślin. No bo co kryje się pod hasłem „go vegan!” lansowanym przez panią pobierającą – nie wymawiając – miesięczne diety, za które przeciętny rolnik przeżyłby z rodziną z pięć lat? Kryje się: jedz soję, w takiej czy innej przemysłowej formie. A czy jest na świecie jakaś inna soja niż genetycznie zmodyfikowana? Pewnie jeszcze jest, ale na pewno nie w ilościach przemysłowych.
Czy Państwo wiedzą, o co chodzi z tym GMO? Obiekcje wobec genetycznego modyfikowania żywności dość skutecznie ośmieszono, nagłaśniając ludzi, którzy straszyli, że kto takie zmutowane geny zje, ten sam zacznie być mutantem, jak w tanich horrorach SF z najniższej półki (ten sam mechanizm wykorzystują teraz z powodzeniem politycy i koncerny Big Pharma do ośmieszania obiekcji wobec szczepionek).
Tymczasem istota sprawy leży zupełnie w czymś innym. Upowszechnienie się GMO oznacza, że całe rolnictwo zostanie zmonopolizowane przez kilku największych producentów „materiału siewnego”. Ziarno roślin modyfikowanych, przypomnę, nie nadaje się do zasiania i po zebraniu plonów po ziarno na nowy zasiew trzeba zwrócić się do producenta. Z kolei rozległe plantacje roślin modyfikowanych same z siebie niszczą ewentualne rośliny niemodyfikowane, uprawiane w sąsiedztwie, bo pszczoły i inne owady, nie odróżniając, przenoszą na nie zombizowane pyłki. Kładzie to kres rolnictwu, jakie znaliśmy od wieków, i całkowicie uzależnia farmerów oraz całe państwa od producentów GMO.