Mróz i śnieg. Dzięki czemu przetrwaliśmy ostatnią zimę?

Mróz i śnieg. Dzięki czemu przetrwaliśmy ostatnią zimę?

27.02.2026 Miroslaw Gajer nczas/mroz-i-snieg-dzieki-czemu-przetrwalismy-ostatnia-zime

Termometr. Temperatura. Zima. Mróz.
NCZAS.INFO | Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

Po kilkunastoletniej przerwie zawitała wreszcie do naszego kraju, jak to drzewiej bywało, prawdziwie solidna i mroźna zima. Fakt ten przeczy w oczywisty sposób tezom głoszonym wszem i wobec przez różnorodnych klimatystów, ponieważ według nich narastający w tempie około 2 ppm rocznie poziom dwutlenku węgla w ziemskiej atmosferze powinien powodować, że każda kolejna zima powinna być już nieco cieplejsza od poprzedniej, skoro dwutlenek węgla według powszechnie głoszonego przez nich dogmatu o charakterze wręcz religijnym jest tutaj czynnikiem absolutnie dominującym, niwelującym całkowicie wpływ wszelkich pozostałych czynników.

Natomiast w ostatnim czasie w sposób empiryczny mieliśmy właśnie okazję przekonać się, że to nie prawda (bądź mówiąc bardziej dosadnie, według ks. prof. Tischnera mamy w tym wypadku do czynienia z trzecią kategorią prawdy…), co świadczy o tym, że temperatura atmosfery ziemskiej zależy od bardzo wielu czynników, a sam dwutlenek węgla jest tylko jednym z elementów znacznie większej i zapewne o wiele bardziej skomplikowanej układanki i z całą pewnością w żadnym wypadku nie jest jej elementem najważniejszym.

Jednak gdyby nawet i z tym dwutlenkiem węgla było w ogóle cokolwiek na rzeczy, to warto zauważyć, że antropogeniczna emisja CO2 stanowi zaledwie około 4 proc. całkowitej naturalnej emisji tego gazu cieplarnianego. Tymczasem wkład Unii Europejskiej do antropogenicznej emisji CO2 stanowi jedynie około 7 proc. [z tych 4%.. md] Wypływa stąd istotny wniosek, że emisja CO2 przez Unię Europejską stanowi jedynie niecałe 3 promile jego emisji naturalnej, wywołanej głównie przez procesy związane z oddychaniem organizmów żywych, a zwłaszcza jednokomórkowych bakterii i grzybów, które nieustannie rozkładają na czynniki pierwsze martwe szczątki organizmów żywych.

Zresztą spora część szczątków roślinnych trafia i tak ostatecznie do wilgotnej gleby bądź na dno zbiorników wodnych, gdzie nieustannie zachodzą procesy gnilne, w wyniku których zawarty w nich węgiel zostaje uwięziony w tworzącej się warstwie próchnicy bądź torfu. [A ogromną większość CO2 z atmosfery pochłaniają oceany. md] Tak czy inaczej, jego naturalny bilans krążenia w przyrodzie jest zdecydowanie ujemny, a dopiero eksploatacja surowców kopalnych sprawiła, że uwięziony przez miliony lat pod ziemią węgiel mógł ponownie zostać włączony w naturalny obieg w przyrodzie.

Warto także wiedzieć, że w samej tylko epoce trzeciorzędu jego stężenie spadło z ponad 1000 ppm do około 400 ppm, a następnie w czwartorzędzie, w którym obecnie żyjemy, zmniejszyło się do zaledwie 280 ppm i gdyby w ten sposób nadal malało, osiągając wartość 150 ppm, to nieuchronnie nastąpiłaby śmierć roślin i w efekcie koniec życia na Ziemi, ponieważ w ten sposób przerwane zostałyby wszelkie łańcuchy pokarmowe (no może przetrwałby jakieś prymitywne beztlenowe bakterie).

Czy zatem, będąc w pełni władz umysłowych, ktoś może nadal twierdzić, że zmniejszenie ogólnej światowej emisji CO2 o zaledwie niecałe 3 promile, w wyniku wprowadzania w Unii Europejskiej Zielonego Ładu, może przynieść jakikolwiek pozytywny skutek?

Wręcz przeciwnie, ostateczny efekt osiągnięcia przez Unię Europejską założonej zeroemisyjności będzie całkowicie niezauważalny i absolutnie niemierzalny. Samotna walka Unii Europejskiej z dwutlenkiem węgla pozbawiona jest obecnie jakiegokolwiek sensu, skoro wydobycie węgla na świecie sięga już 9 miliardów ton, USA planują w przyszłości istotnie zwiększyć jego wydobycie, a same tylko Chiny wydobywają go prawie 5 miliardów ton i zapewne śmieją się głośno z Unii Europejskiej, na której zbijają obecnie niezły interes, będąc producentem około 80 proc. wytwarzanych na świecie paneli fotowoltaicznych i 75 proc. akumulatorów litowych, na które to produkty znalazły sobie świetny rynek zbytu w zarażonej zieloną ideologią naszej części świata.

Warto także zdawać sobie sprawę z faktu, że wprowadzenie w Unii Europejskiej mitycznej zeroemisyjności poprzez dosłowne zaoranie, zniszczenie istniejącego na jej terytorium przemysłu, energetyki, górnictwa, transportu i rolnictwa ostatecznie spowoduje, że gros tego rodzaju działalności przeniesie się po prostu w inne rejony świata, a takie Chiny, Indie, Indonezja czy Wietnam zapewne tylko na to czekają. Zatem wspomniana światowa redukcja emisji dwutlenku węgla w rzeczywistości nie będzie wynosiła wspomnianych niecałych trzech promili jego podaży naturalnej, tylko będzie to znacznie miej, może około jednego promila, ponieważ wspomniany gaz cieplarniany i tak będzie ostatecznie do atmosfery ziemskiej wypuszczany, tyle że poza obszarem eurokołchozu.

Czy da się zastąpić węgiel podczas mroźnej zimy

Na rys. 1 przedstawiono polski miks energetyczny, który został wyliczony za grudzień 2025 roku, a tego rodzaju zestawienie informuje nas, z jakiego rodzaju źródeł pochodziła wytworzona w tym miesiącu w naszym kraju energia elektryczna.

Rys. 1. Miks energetyczny Polski wyliczony za grudzień 2025 roku (źródło: https://www.rynekelektryczny.pl/produkcja-energii-elektrycznej-w-polsce/)

Ogółem z węgla kamiennego i brunatnego pochodziło 66,46 proc. wytwarzanej w Polsce w grudniu 2025 roku energii elektrycznej. Natomiast łącznie ze spalania różnego rodzaju paliw kopalnych (węgiel i gaz) pochodziło 81,52 proc. energii elektrycznej.

Problem polega na tym, że zdecydowana większość polskich elektrowni węglowych, które w grudniu ubiegłego roku wytworzyły aż 2/3 zużywanej w naszym kraju energii elektrycznej, jest już bardzo stara, ponieważ powstały głównie w epoce Edwarda Gierka, a nawet i w czasach towarzysza Wiesława, a według Krajowego Planu w dziedzinie Energii i Klimatu po roku 2035 węgla w polskiej elektroenergetyce ma już w zasadzie w ogóle nie być albo też jego udział ma być wręcz szczątkowy, co i tak w sumie na jedno wychodzi (rys. 2). W tym kontekście można zadać retoryczne pytanie, czym sobie mamy ten węgiel po roku 2035 w grudniu podczas mroźnej zimy w zasadzie zastąpić?

Zastąpienie w znacznym stopniu węgla gazem ziemnym w krajowej elektroenergetyce jest całkowicie nierealne, głównie ze względu na ograniczoną dostępność na światowych rynkach potrzebnych do tego turbin gazowych i problemy związane następnie z zaopatrzeniem w tak wielkie ilości skroplonego gazu ziemnego.

To niby czym mamy w zasadzie sobie ten niechciany węgiel u nas zastąpić? Może hydroenergią, której w Polsce prawie w ogóle nie mamy (udział w miksie 1,59 proc.), gdyż nie jesteśmy położeni nad rzeką Jangcy bądź Nilem, a nasz kraj jest w przeważającej mierze nizinny i nie ma w związku tym żadnego sposobu na uzyskanie większej wartości spadu wód.

A może węgiel mamy sobie zastąpić innymi źródłami odnawialnymi, takimi jak fotowoltaika, biomasa i biogaz, które w grudniu 2025 roku wyprodukowały łącznie jedynie 2,40 %wytwarzanej w Polsce energii?

Pozostaje nam jeszcze wiatr, którego udział w polskim miksie energetycznym jest już istotny, na poziomie 14,49 proc. Niestety dalsze zwiększenie tego udziału nie jest bynajmniej sprawą prostą, a podwojenie mocy zainstalowanej w siłowniach wiatrowych w żadnym wypadku nie spowoduje podwojenia udziału energii wiatrowej w krajowym miksie energetycznym.

Rys. 2. Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu

W przypadku Danii udział energii wiatrowej w miksie energetycznym sięga prawie 50 proc., ale gdy popatrzmy na mapę wietrzności Europy, przedstawioną na rys. 3, to wystarczy już pierwszy rzut oka, aby stwierdzić, że pod względem wietrzności Polska to w żadnym wypadku nie Dania.

Rys. 3. Mapa poziomu wietrzności wyznaczonego dla obszaru Europy. (źródło: https://elektrykapradnietyka.com/wp-content/uploads/2017/08/mapy-wietrzno%C5%9Bci-europa.jpg)

Należy przy tym pamiętać, że energia kinetyczna wiatru zależy aż od trzeciej potęgi jego prędkości, a zatem zmniejszenie się prędkości wiatru zaledwie o połowę (przykładowo z 8 m/s na wybrzeżu Jutlandii do zaledwie do 4 m/s w południowej Polsce) automatycznie powoduje, że moc siłowni wiatrowej maleje aż ośmiokrotnie. W związku z tym choćbyśmy zastawili nawet cały obszar naszego kraju wiatrakami, to i tak nigdy nie bylibyśmy w stanie osiągnąć takiego udziału energii wiatrowej jak Dania w naszym miksie energetycznym. Z pewnością nie jesteśmy pod tym względem w stanie prześcignąć także i Niemców, w przypadku których udział energii wiatrowej w ich miksie energetycznym przekracza nieco 30 proc., ale trzeba koniecznie mieć świadomość, że osiągnięte zostało to gigantycznym wręcz przewymiarowaniem farm wiatrowych, w których nasz zachodni sąsiad zainstalował już zawrotną wartość mocy elektrycznej w wysokości ponad 75 GW, czyli około 7 razy więcej niż Polska, mając roczne zużycie energii elektrycznej zaledwie 2,5 razy większe od nas.

Wniosek z tego wszystkiego jest taki, że w naszych warunkach, tzn. przy takiej wietrzności i nasłonecznieniu w ciągu roku, jakie mamy w naszej lokalizacji geograficznej, dla węgla nie ma obecnie żadnej realnej alternatywy. Teoretycznie można byłoby go zastąpić gazem ziemnym bądź atomem, ale obie wymienione opcje są dla nas obecnie całkowicie nieosiągalne, ponieważ nie jesteśmy w stanie w realistycznie przyjętym przedziale czasu zainstalować około 20 GW mocy ani w blokach gazowo-parowych, ani tym bardziej w blokach jądrowych.

W tab. 1 zamieszczone zostały dane dotyczące pracy krajowego systemu elektroenergetycznego (KSE) w kolejnych dniach stycznia 2026 roku podczas tzw. wieczornego szczytu obciążenia, gdy instalacje fotowoltaiczne generują wówczas dokładnie zero watów, a nawet same pobierają wtedy z sieci pewną moc elektryczną potrzebną do zasilania ich sterowników i urządzeń pomiarowych.

Kolejny dzień stycznia 2026 rokuZapotrzebowanie mocy w KSE [GW]Generacja mocy w elektrowniach cieplnych [GW]Udział procentowy elektrowni cieplnych w pokryciu zapotrzebowania mocy w KSE
117,11411,05264,6%
220,51913,09663,8%
320,42413,21764,7%
419,28813,84271,8%
522,71218,75582,6%
620,95317,74584,7%
725,44322,16387,1%
826,09721,78883,5%
923,33519,25382,5%
1023,21518,26878,7%
1121,15816,31877,1%
1226,16523,41089,5%
1326,04722,47386,3%
1425,64521,77384,9%
1525,06820,74882,8%
1624,73920,12581,3%
1722,29217,20677,2%
1820,78215,44874,3%
1925,67118,65872,7%
2025,54120,95182,0%
2125,65321,22482,7%
2225,15419,51077,6%
2325,26621,81386,3%
2422,70018,11579,8%
2520,95418,38387,7%
2624,60521,65286,7%
2724,97521,94287,9%
2825,19921,47285,2%
2923,63322,12693,6%
3025,49921,93786,0%
3121,82317,25879,1%

Tab. 1. Dane dotyczące zapotrzebowania mocy i generacji elektrowni cieplnych podczas szczytu wieczornego w kolejnych dniach stycznia 2026 roku

Jak wynika z zawartości tab. 1, w styczniu 2026 roku elektrownie cieplne w czasie trwania wieczornego szczytu obciążenia pokrywały średnio aż 80,8 proc. zapotrzebowania mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym. Rekordowy pod tym względem był dzień 29 stycznia 2026, gdy w okresie wieczornym elektrownie cieplne pokrywały aż 93,6 proc. zapotrzebowania mocy. Pozostała część zapotrzebowania mocy pokrywana była przez import energii elektrycznej od krajów ościennych, a także przez siłownie wiatrowe oraz elektrownie wodne i szczytowo-pompowe, przy czym należy mieć świadomość, że elektrownie szczytowo-pompowe jako takie nie są bynajmniej żadnym źródłem energii, lecz jedynie wspomnianą energię magazynują (ze sprawnością wynoszącą około 70 proc.), w związku z czym pozyskana z elektrowni szczytowo-pompowych w okresie wieczornym energia i tak w zdecydowanej większości pochodzi pierwotnie z pracujących w systemie elektroenergetycznym elektrowni cieplnych.

Przetrwaliśmy dzięki… Gierkowi?

Wniosek końcowy jest taki, że relatywnie mroźną zimę 2025/26 byliśmy w stanie przetrwać, egzystując na poziomie cywilizacji technicznej, a nie na poziomie jakichś osiemnastowiecznych chłopów pańszczyźnianych, tylko i wyłącznie dzięki temu, że w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku towarzysz Edward Gierek zainstalował w węglowych blokach o mocy 200 MW łącznie prawie 10 GW mocy elektrycznej (wybudowano wtedy nowe bloki w elektrowniach, takich jak Dolna Odra, Pątnów, Ostrołęka, Kozienice, Połaniec, Jaworzno, Rybnik i Turów).

Dodatkowo wspomniany Pierwszy Sekretarz wybudował w elektrowni Kozienice dwa bloki o mocy 500 MW, a następnie rozpoczął budowę elektrowni w Bełchatowie (12 bloków o mocy 360 MW). Niestety w najbliższych latach wszystkie te elektrownie będą [mają być.. md] sukcesywnie likwidowane, a powstały w wyniku tego ubytek mocy dyspozycyjnej nie będzie mógł zostać skutecznie skompensowany budową nowych bloków gazowo-parowych, co w nadchodzących latach wymusi bezwzględnie wprowadzenie w okresie zimowym stopni zasilania, a nawet i wyłączeń rotacyjnych wybranych grup odbiorców. Zatem niezależnie od tego, czy jakiekolwiek zmiany klimatu będą u nas w ogóle mieć miejsce, nadchodzące, najbliższe już zimy będą dla nas pod tym względem wyjątkowo ciężkie.

Jest zimno – bo jest ciepło!

Jest zimno – bo jest ciepło!

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    17 lutego 2026 michalkiewicz

Nie ma to, jak posłuchać fachowca – i oświeci i uspokoi. Kilka dni temu obejrzałem sobie rozmowę, jaką przeprowadził pan red. Jarosław Gugała ze specjalistką od walki ze zbrodniczym klimatem. Jak wiadomo, ludzkość, pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, walczy ze zbrodniczym klimatem, który złośliwie się ociepla, co grozi spłonięciem „planety”, przeciwko czemu jeszcze niedawno protestowali przedstawiciele „Ostatniego Pokolenia”, którzy w tym celu przyklejali się do jezdni i czekali, aż policja ich odklei, a następnie zawiezie na rozmowę z obywatelem Tuskiem Donaldem, który ukoi ich lęki i powie, jak zapobiec ostatecznej katastrofie.

Teraz „Ostatniego Pokolenia” jakoś na jezdniach nie widać. Pewnie czeka, aż zaistnieją dogodniejsze warunki do protestowania, no bo jakże protestować w taki mróz? Przewidziała to jeszcze za głębokiej komuny szansonistka, wyśpiewując: „W taki mróz, w taki mróz, to nie pora na wyznania w taki mróz. W taki mróz!. W taki mróz, w taki mróz, przestań mówić, już zabraniam w taki mróz.” W piosence chodziło o wyznania miłosne – a cóż dopiero, gdyby ktoś chciał w taki mróz ocalać „planetę” przed ostateczną katastrofą?

Wróćmy jednak do specjalistki, która zasypała pana red. Jarosława Gugałę potokiem słów, a wobec tej lawiny nawet on, chociaż przecież z niejednego komina wygartywał, wydawał się bezradny. Również i ja, chociaż tylko słuchałem, nie bardzo rozumiałem, co właściwie specjalistka pragnie przekazać telewizyjnej publiczności. Trudność polegała na tym, że z jednej strony musiała podtrzymywać dogmat o globalnym ociepleniu, bo „zdecydowana większość” uchwaliła, że w nie wierzy – ale z drugiej strony – taki mróz i to nie tylko u nas, ale nawet w Ameryce!? Gdyby mróz był tylko u nas, no to sprawa byłaby względnie prosta. Można by wszystko zwalić na Putina, że dmucha na zimne w ramach klimatycznej, kremlowskiej dywersji – ale skoro fala mrozów nawiedziła Amerykę, to sprawa oczywiście szalenie się komplikuje. Ale w naszym fachu nie ma strachu, toteż po głębszym zastanowieniu, wydestylowałem z potoku słów pani specjalistki sens, który sprowadzał się do wyjaśnienia, że jest zimno, bo jest ciepło.

Ten przypadek podobny jest do opisanej przez Antoniego Słonimskiego postaci Mieczysława Limanowskiego, który wprawdzie w kołach teatralnych „uchodził za stuprocentowego dyletanta”, ale to nie przeszkadzało np. Juliuszowi Osterwie w poddawaniu się jego osobliwym interpretacjom. Oto pewnego razu na tak zwanej „czytanej” próbie sztuki w „Reducie” Limanowski wyjaśniał znaczenie spotkanego w tekście słowa „krowa”. – No cóż – powiedział – krowa, to znaczy mleko, mleko, to znaczy matka, no a matka, to znaczy ziemia. W tym miejscu sekretarka zwróciła uwagę, że „krowa”, to pomyłka, bo tak naprawdę w tekście sztuki było słowo „królowa”. Ale Limanowski spokojnie interpretował dalej: no cóż, królowa, to znaczy matka, matka, to znaczy mleko, a mleko, to znaczy ziemia. Takiemu nie dasz rady! – posumował obecny na próbie Słonimski. Bardzo możliwe, że z tych właśnie powodów prezydent Donald Trump nie zostawił suchej nitki na specjalistach od walki ze złowrogim klimatem, twierdząc, że to „oszustwo”, albo coś w tym rodzaju.

Więc chociaż spotkał nas, jak to zwyczajnie bywało za komuny, jeden z czterech kataklizmów, jakie regularnie nawiedzały nasz nieszczęśliwy kraj (wiosna, lato, jesień i zima), to przecież są i dobre wiadomości. Już nie mówię o wyjaśnieniu, że jest zimno, bo jest ciepło – bo przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do jeszcze bardziej karkołomnych wyjaśnień – ale o informacji o prawomocnym zakończeniu „polskiego wątku” sprawy pana Sławomira Nowaka. Został on mianowicie uniewinniony ze wszystkich fałszywych zarzutów, dzięki czemu obywatel Tusk Donald będzie mógł teraz obwozić go po wiecach Volksdeutsche Partei, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak wygląda człowiek niewinny.

Takie rzeczy nie są u nas spotykane zbyt często, ale teraz, skoro pan Nowak uzyskał od niezawisłego sądu prawomocny certyfikat niewinności, to trzeba to chyba wykorzystać w działalności politycznej, bo – jak mówi poeta – „nie jest światło, by pod korcem stało, ani sól ziemi do przypraw kuchennych”. Wprawdzie ukraiński wątek sprawy pana Nowaka nie został chyba jeszcze prawomocnie wyjaśniony – ale jestem pewien, że obywatel Tusk Donald, podczas swojej najnowszej pielgrzymki do Kijowa i tę sprawę załatwi z wyrozumiałym prezydentem Zełeńskim, na którym podobno psy wiesza piękna ongiś Julia Tymoszenko – obecnie w areszcie wydobywczym pod zarzutami korupcyjnymi.

Gdyby obywatelu Tusku Donaldu zabrakło w tej rozmowie argumentów na korzyść pana Nowaka, to w czynie społecznym przypominam fragment „Posłania do narodów Europy Wschodniej” uchwalonego przez Zjazd Solidarności jesienią 1981 roku: „głęboko czujemy wspólnotę naszych losów”. Jestem pewien, że prezydent Zełeński słysząc te słowa, wspomni nie tylko na piękną ongiś Julię Tymoszenko, ale i na Timura Mindycza, a przede wszystkim – na Andrzeja Jermaka, który gdzieś przepadł bez śladu na froncie wschodnim.

Tymczasem fala mrozów przyczyniła się również do wzbogacenia rewolucyjnej teorii. Oto w Jaroszowej Woli w powiecie piaseczyńskim, wykoleiło się osiem cystern z olejem napędowym. Pociąg jechał ze Szczecina do Chełma, co świadczy o tym, że olej napędowy musiał zostać załadowany w szczecińskim porcie. A skąd się tam znalazł? To tajemnica, której chyba nikomu wyjawić nie wolno, bo po zdemaskowaniu rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej obywatel Tusk Donald zobligował obywateli do wzmożonej czujności, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zacznie wykrywać ruskich szpiegów pod każdym krzakiem, tak jak do tej pory wykrywał antysemitników i nienawistników – a nienawistne sądy już czekają, żeby sypnąć im piękne wyroki i w ten sposób wyrównać proporcje między skazanymi a uniewinnionymi.

A przecież na Ośrodku świat się nie kończy, więc obywatele wezwani do wzmożonej czujności, też będą chcieli się wykazać. Ale nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość, bo przecież chodzi o wzbogacenie rewolucyjnej teorii, która dopiero później zostanie przełożona na rewolucyjną praktykę. Otóż przy okazji tej katastrofy wyjaśniło się, że jej przyczyną była „dywersja klimatyczna”. Najwyraźniej służby, mimo intensywnych – w co nie wątpię – poszukiwań, nie natrafiły w okolicach torowiska ani na paszporty „obywateli Ukrainy” w służbie Putina, ani na inne ślady prowadzące po nitce do kłębka, więc nie było innej rady, jak wzbogacić rewolucyjną teorię o nowy rodzaj dywersji – dywersję klimatyczną.

Nie da się ukryć, że ten wynalazek rzuca nowe światło na świętą sprawę walki ze złowrogim klimatem, który najwyraźniej poczuł się przez ludzkość przyparty do muru i zaczął walczyć z ludzkością.

Stanisław Michalkiewicz

Dość szczerze o szaleństwie klimatycznym

Dr Chocian mocno o szaleństwie klimatycznym

wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

„Żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry. Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają” – punktował w programie Telewizji wPolsce24 dr Grzegorz Chocian, ekspert z zakresu ochrony środowiska i przyrody.

Dr Grzegorz Chocian nie zostawił suchej nitki na polityce klimatycznej Unii Europejskiej.

Zobaczmy, jak jest zbudowana piramida potrzeb Maslowa. Otóż podstawą jest właśnie ciepło i wyżywienie. Mamy nie zamarznąć i mamy mieć co jeść. To jest ta podstawa egzystencjalna. Dopiero wyżej są te potrzeby inne, związane z rozwojem, z twórczością, samorealizacją.

Przecież w tej chwili dokonuje się na społeczeństwach Europy Zachodniej – generalnie Unii Europejskiej oszalałej klimatycznie – powrót do sytuacji, w której mamy przestać myśleć o samorozwoju, o jakichś wartościach wyższych, tylko mamy się skupić na przetrwaniu, wyłącznie na przetrwaniu

Surowa ocena

Zdaniem eksperta ludzie są zastraszani i oszukiwani.

Najpierw jesteśmy wystraszeni, zastanawiamy się, co to będzie i przychodzą do nas od razu sprawni sprzedawcy, mówią: „to jest ci potrzebne, to ci damy, a tu jeszcze damy dotację na to, koniecznie to kup”. Więc żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry.

Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają — wskazał.

Po prostu jesteśmy omamiani ciągle przez bardzo sprytnych sprzedawców, którzy mają do tego celu jeszcze lepszych narratorów, którzy właśnie mówią, że „planeta nam spłonie, a ty Kowalski dokładasz się do tego, że wszyscy zginiemy, powinieneś się wstydzić, to jest grzech ekologiczny”

— stwierdził.

ZOBACZ CAŁY PROGRAM:
https://youtu.be/ogtaNh1-J1s

Publikacja dostępna na stronie: wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

MI5, MI6 oraz Komitet Wywiadu: Dla W.Brytanii najgroźniejsze są: lasy deszczowe Amazonii, lasy Kotliny Konga, lodowce himalajskie, lasy borealne i rafy koralowe

Brytyjski wywiad alarmuje: upadek ekosystemów zagraża bezpieczeństwu narodowemu

25/01/2026 brytyjski-wywiad-alarmuje-upadek-ekosystemow-zagraza-bezpieczenstwu-narodowemu

Źródło: AI Generated

Brytyjskie służby wywiadowcze opracowały raport, którego wnioski wywołały poruszenie w kręgach rządowych. Dokument przygotowany przez analityków MI5, MI6 oraz ekspertów Wspólnego Komitetu Wywiadowczego wskazuje, że postępująca degradacja ekosystemów stanowi bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego Wielkiej Brytanii, porównywalne z tradycyjnymi zagrożeniami militarnymi.

Raport, który pierwotnie miał zostać opublikowany jesienią 2025 roku, ujrzał światło dzienne wcześniej, co wywołało spekulacje dotyczące obaw władz o potencjalne reakcje społeczne i polityczne. Wnioski płynące z dokumentu są alarmujące – zniszczenie środowiska naturalnego nie jest już tylko problemem ekologicznym, ale stanowi fundamentalne zagrożenie dla stabilności kraju.

Według brytyjskich ekspertów ds. bezpieczeństwa, kluczowe ekosystemy naszej planety, takie jak lasy deszczowe Amazonii, lasy Kotliny Konga, lodowce himalajskie, lasy borealne czy rafy koralowe Azji Południowo-Wschodniej, stanowią kamień węgielny globalnej stabilności. Ich nieodwracalny upadek, który według prognoz może rozpocząć się już w obecnej dekadzie, doprowadzi do efektu kaskadowego. Naruszenie globalnych wzorców klimatycznych, gwałtowny spadek produkcji żywności oraz zaostrzenie konkurencji o kurczące się zasoby naturalne odbiją się echem w Wielkiej Brytanii, mimo jej geograficznego oddalenia od epicentrów kryzysu.

Szczególny niepokój budzi kwestia bezpieczeństwa żywnościowego. Wielka Brytania importuje około 40% spożywanej żywności, a jej uzależnienie od zagranicznych nawozów, pasz dla zwierząt oraz produktów takich jak olej palmowy czy soja czyni ją wyjątkowo podatną na zakłócenia w globalnym łańcuchu dostaw. Analitycy ostrzegają, że próba osiągnięcia samowystarczalności żywnościowej na obecnych terenach rolniczych wymagałaby radykalnej zmiany nawyków żywieniowych społeczeństwa i doprowadziłaby do drastycznego wzrostu cen.

Utrata bioróżnorodności jest już teraz czynnikiem napędzającym migracje i niestabilność społeczną na świecie. Z wyliczeń zawartych w raporcie wynika, że wzrost braku bezpieczeństwa żywnościowego o 1% prowadzi do niemal 2% wzrostu migracji. Nieurodzaje, susze i powodzie spychają miliony ludzi w ubóstwo, zmuszając ich do opuszczenia domów. Procesy te stwarzają podatny grunt dla rozwoju przestępczości zorganizowanej i terroryzmu, a także konfliktów geopolitycznych, gdy państwa i grupy zbrojne rywalizują o dostęp do wody, ziemi uprawnej i żywności.

„Eksperci” zwracają również uwagę na zwiększone ryzyko pandemii. Degradacja naturalnych siedlisk zwiększa częstotliwość kontaktów między ludźmi a dziką przyrodą, co ułatwia przenoszenie nowych patogenów. Skutki gospodarcze będą również ogromne – systemy naturalne stanowią podstawę dla około 87 miliardów funtów brytyjskiej gospodarki rocznie, co odpowiada około 3% PKB kraju.

Najbardziej niepokojącym wnioskiem z raportu jest stwierdzenie, że świat mógł już przekroczyć niektóre środowiskowe „punkty bez powrotu”. Nawet jeśli katastrofalne konsekwencje nie ujawniły się jeszcze w pełni, niektóre systemy, jak rafy koralowe, mogą być już skazane na zagładę. Autorzy podkreślają, że ochrona i odbudowa przyrody są tańszym, bezpieczniejszym i skuteczniejszym rozwiązaniem niż poleganie na niepewnych technologiach przyszłości.

Publikacja raportu stawia przed społeczeństwem i rządem fundamentalne pytanie: czy są gotowi traktować nadchodzące załamanie środowiskowe jako zagrożenie równe tradycyjnym wyzwaniom militarnym i politycznym, zarówno pod względem skali, jak i pilności działań. Bez natychmiastowych i zdecydowanych kroków, ostrzegają analitycy wywiadu, zniszczenie świata przyrody nie będzie odległą tragedią ekologiczną, lecz bezpośrednim zagrożeniem dla bezpieczeństwa, stabilności i codziennego życia obywateli.

Raport ten stanowi bezprecedensowe uznanie przez środowisko wywiadowcze, że kwestie ekologiczne nie są już tylko domeną aktywistów i naukowców, ale stały się centralnym elementem strategii bezpieczeństwa narodowego. Wskazuje to na fundamentalną zmianę w postrzeganiu zagrożeń we współczesnym świecie, gdzie granice między bezpieczeństwem ekologicznym, ekonomicznym i militarnym zacierają się w obliczu globalnych wyzwań środowiskowych.

Źródła:

https://8point9.com/uk-intelligence-chiefs-ecosystem-coll…

https://www.worldoceanobservatory.org/breaking-wave/biodi…

https://www.theguardian.com/environment/2026/jan/20/biodi…

https://www.facebook.com/groups/newlandscorner/posts/2539…

https://www.businessgreen.com/news/4524541/threats-increa…

Prostytutki naukawe nie mogą już TAK GŁOŚNO kłamać? „Dane klimatyczne podważają czarny scenariusz globalnego ocieplenia”

Najnowsze dane klimatyczne podważają czarny scenariusz globalnego ocieplenia

23/01/2026 czarny-scenariusz-globalnego-ocieplenia

Najnowsze badania naukowe przynoszą zaskakujące wnioski, które mogą zmienić nasze [??? md] postrzeganie przyszłości klimatu Ziemi. Okazuje się, że najczarniejsze scenariusze globalnego ocieplenia, które od lat kształtowały debatę o zmianach klimatu, mogą być mniej prawdopodobne, niż dotychczas sądzono. Naukowcy z różnych ośrodków badawczych na świecie przedstawiają dowody podważające najbardziej ekstremalne prognozy.

W centrum nowej dyskusji znajduje się scenariusz RCP8.5, który przez lata funkcjonował jako „standardowy” model biznesowy w prognozach klimatycznych. Ten scenariusz, zakładający gwałtowny wzrost emisji gazów cieplarnianych i brak skutecznych działań ograniczających, przewidywał katastrofalne ocieplenie o nawet 5 stopni Celsjusza do końca stulecia. Jednak coraz więcej badaczy kwestionuje jego realność w świetle najnowszych danych.

Kluczowym elementem scenariusza RCP8.5 było założenie sześciokrotnego wzrostu zużycia węgla na osobę do 2100 roku. Rzeczywistość okazuje się jednak inna – globalne wykorzystanie węgla osiąga szczyt lub utrzymuje się na stałym poziomie, głównie dzięki szybkiemu rozwojowi energii odnawialnej. Ten trend znacząco odbiega od założeń najczarniejszego scenariusza.

Międzynarodowy zespół naukowców pod kierownictwem dr Luz Marii Mehiji z Centrum Morskich Nauk o Środowisku MARUM University przedstawił rekonstrukcję temperatur Północnego Atlantyku z ostatnich 16 milionów lat. Badacze zastosowali nowatorską metodę geochemii izotopowej, analizując skamieniałe płytki glonów kokoolitoforydów. Te mikroskopijne organizmy morskie tworzą wapienne płytki, w których skład wchodzą rzadkie izotopy węgla i tlenu. Ich proporcja zależy od temperatury wody – im chłodniejsza woda, tym więcej ciężkich izotopów zostaje wbudowanych w strukturę.

Wyniki badań okazały się zaskakujące. Temperatury Północnego Atlantyku w okresie miocenu (5-23 miliony lat temu) były średnio o 9 stopni Celsjusza niższe niż wskazywały wcześniejsze rekonstrukcje. „To podważa paradygmat ekstremalnego ocieplenia na wysokich szerokościach geograficznych północnej półkuli” – zauważa dr Mehija. Jako biolog morski, który pracował w regionie Karaibów, obserwowała, jak ekosystemy morskie cierpią podczas gorących okresów, co skłoniło ją do zadania pytania: jak życie morskie mogło prosperować przez miliony lat w tak wysokich temperaturach w regionach pozatropikalnych?

Równolegle do tych odkryć, analitycy wskazują na rosnące dowody „rozdzielenia” wzrostu gospodarczego od emisji dwutlenku węgla. Wiele gospodarek rozwija się bez proporcjonalnego zwiększania emisji CO2, co sugeruje, że przyszłe trajektorie emisji mogą być bliższe „umiarkowanym” scenariuszom, takim jak RCP4.5, przewidującym znaczące, ale nie ekstremalne ocieplenie.

Warto podkreślić, że nowe dane nie negują zjawiska globalnego ocieplenia ani konieczności działań na rzecz redukcji emisji. Wskazują jedynie, że najbardziej pesymistyczne prognozy mogą być przeszacowane. Aktualne trendy energetyczne i gospodarcze nie podążają ścieżką najczarniejszego scenariusza, co daje podstawy do ostrożnego optymizmu.

Dr Mehija zaznacza, że jej badania to dopiero początek. Metoda wymaga dalszej weryfikacji przy próbkach z innych regionów i szerokości geograficznych. Podkreśla również, że interpretacja wskaźników klimatu z przeszłości powinna być stale weryfikowana i udoskonalana wraz z rozwojem technologii analitycznych.

Nowe odkrycia mają istotne implikacje dla zrozumienia obecnych zmian klimatu. Jeśli wysokie szerokości geograficzne w minionych ciepłych okresach nie były tak gorące, jak dotychczas sądzono, może to oznaczać, że ich przyszłe ocieplenie nie będzie tak ekstremalne. Nowy zapis temperatur z głębin historii geologicznej oferuje bardziej umiarkowany, choć wciąż alarmujący scenariusz.

Eksperci klimatyczni podkreślają, że odrzucenie skrajnych prognoz nie powinno prowadzić do samozadowolenia. Nawet umiarkowane scenariusze przewidują znaczące zmiany klimatu, które będą wymagały adaptacji i działań łagodzących. Różnica polega na tym, że mamy prawdopodobnie więcej czasu na działanie i większe szanse na skuteczne przeciwdziałanie najgorszym skutkom.

Debata naukowa wokół scenariuszy klimatycznych pokazuje, jak ważne jest ciągłe doskonalenie modeli i metod badawczych. Tylko dzięki precyzyjnym i wiarygodnym danym możemy budować strategie, które skutecznie ochronią naszą planetę przed nadmiernym ociepleniem.

Nowe badania nie dają podstaw do rezygnacji z ambitnych celów redukcji emisji, [Oh,Karol!! jednak kłamią md] ale pozwalają na bardziej wyważoną ocenę ryzyka i możliwości. Zrozumienie, że przyszłość klimatu może nie być aż tak katastrofalna, jak wskazywały niektóre modele, może pomóc w opracowaniu skuteczniejszych i bardziej realistycznych strategii działania.

W świetle nowych danych, przyszłość klimatu Ziemi jawi się jako wyzwanie, któremu ludzkość może sprostać, pod warunkiem kontynuowania wysiłków na rzecz transformacji energetycznej i redukcji emisji gazów cieplarnianych. Nauka, jak zawsze, rozwija się poprzez weryfikację hipotez i udoskonalanie metod badawczych, co pozwala nam coraz lepiej rozumieć złożone mechanizmy klimatyczne naszej planety.

Źródła:

https://issues.org/climate-change-scenarios-lost-touch-re…

https://www.carbonbrief.org/explainer-the-high-emissions-…

https://www.theclimatebrink.com/p/emissions-are-no-longer…

https://www.tandfonline.com/doi/full/10.1080/00139157.202…

https://www.nasa.gov/earth/evidence

https://www.copernicus.eu/en/news/news/2025-third-warmest…

Naukowcy i uczeni: „Walka z klimatem” to ideologia i biznes, a nie racjonalna polityka


Naukowcy: „walka z klimatem”

to ideologia i biznes,

a nie racjonalna polityka

Roman Motoła


pch24.pl/naukowcy-walka-z-klimatem-to-ideologia-i-biznes-a-nie-racjonalna-polityka

Czy człowiek ma wpływ na klimat? – pod takim hasłem uczeni reprezentujący kilka dziedzin skutecznie rozbrajali mit globalnego ocieplenia wywołanego działalnością człowieka. Konferencję w siedzibie Sejmu RP zorganizowały: Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Księdza Piotra Skargi, Fundacja Ordo Medicus oraz Fundacja Wolność i Własność. Swoim patronatem objął to wydarzenie wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak.

Prezes Ordo Medicus dr Mariusz Błochowiak we wstępie do konferencji wyjaśnił mechanizmy, na jakich opiera się dzisiaj finansowanie badań. Sam doświadczył tego typu praktyk, pracując w norweskich i niemieckich ośrodkach naukowych.  

Politycy dają pieniądze na konkretne celowane projekty. Nie jest tak, że naukowcy mogą badać sobie, co chcą i dostaną finansowanie na krytyczne podejście do jakichś mainstreamowych twierdzeń czy hipotez – mówił współorganizator konferencji.

Dr Błochowiak około 20 lat temu usłyszał od swojego norweskiego zwierzchnika o projekcie wychwytywania z powietrza dwutlenku węgla i wtłaczania go pod ziemię. Idea była księżycowa, ale znalazły się na nią wielkie fundusze, więc naukowiec z Polski okazał się  jedyną na sali osobą, która skwitowała taki pomysł śmiechem.

 – Jeśli są pieniądze na jakikolwiek dziwaczny projekt, to po prostu naukowcy te pieniądze biorą, bo z tego żyją i robią najbardziej dziwaczne rzeczy, jak zakładanie pojemników krowom, żeby wyłapywać metan itd. Większość ludzi w ogóle nie ma pojęcia, że tak właśnie funkcjonuje dzisiaj nauka. Nie mówię, że cała jest skorumpowana, że nie ma niezależnych uczonych. Oni są, ale pozostają chronicznie niedofinansowani. Więc jeśli ktoś mówi o konsensusie naukowym w tej kwestii, to dotyczy on głównie osób, które dostają na to pieniądze – tłumaczył w kontekście rzekomej powszechnej zgody specjalistów wokół rzekomego wpływu CO2 na globalny wzrost temperatury, oraz „ocieplenia klimatu” wywołanego działalnością człowieka.

Jak opowiedział dr Błochowiak, jeden z polskich geologów – w prywatnych rozmowach krytyczny wobec „klimatycznego dogmatu” – odmówił udzielenia wywiadu na ten temat, gdyż źródłem jego istotnych dochodów jest publiczne powtarzanie, iż szkodliwy dwutlenek węgla zbliża nas wszystkich do realizacji strasznego widma „płonącej planety”. Jeśli sprzeciwiłby się narzuconemu z góry trendowi, musiałby zwolnić część podległych sobie pracowników z powodu braku pieniędzy na ich opłacenie.

Doktor Błochowiak zacytował profesora Tadeusza Kotarbińskiego, filozofa, który podkreślał, że nauka polega na podważaniu wszystkiego, co tylko można kwestionować, bo jedynie w taki sposób można wykryć to, czego podważyć się nie da.

Ziemia nie spłonie od CO2

Stefan Uhlig to doktor nauk przyrodniczych i  geolog. Jest autorem wydanej przez Fundację Ordo Medicus książki pt. „Oszustwo klimatyczne, zmiany klimatu na podstawie danych geologicznych, astrofizycznych i archeologicznych w oparciu o 200 publikacji naukowych”.

– Klimat, czyli według meteorologii – suma zjawisk pogodowych, zmienia się permanentnie – zaznaczył.

Niemiec podkreślił, że wysoki poziom dwutlenku węgla w atmosferze zawsze sprzyja roślinom, przyczyniając się do ich wzrostu. Wysoka temperatura stwarza im idealne warunki. Jednak gdy temperatura na Ziemi spada, zimne wody oceaniczne i pokrywa lodowa obecna na kontynentach są w stanie absorbować ogromne ilości CO2, stając się jego największym rezerwuarem. Z kolei wzrost temperatury oceanów powoduje uwalnianie tego związku chemicznego do atmosfery.

Używając nowoczesnych metod badacze są dziś w stanie określać średnie temperatury panujące na Ziemi w poszczególnych epokach. Różnica między tymi ciepłymi a zimnymi wynosi mniej więcej 10 – 15 stopni Celsjusza.

– W historii geologicznej Ziemi temperatura w większości przypadków była znacznie wyższa niż dzisiaj – zaznaczył dr Uhlig.

Na zachodzące realnie na naszej planecie zmiany klimatyczne największy wpływ mają takie czynniki, jak energia słoneczna – w postaci ciepła, promieniowania, widocznego światła, ale też promieniowanie ultrafioletowe i podczerwone, które trafia do atmosfery ziemskiej i powierzchni Ziemi.

Rozwój i przesuwanie się różnych stref klimatycznych ulega nieustannym, chociaż bardzo powolnym zmianom.

Ziemia nie jest cieplarnią. Otwarty system aero-termodynamiczny atmosfery znajduje się w stanie naturalnej równowagi, w którym nieustannie zmienia się nasłonecznienie wpływające na klimat poprzez wpływ oceanów, zajmujących ponad 70 % powierzchni planety. To naturalny układ Słońca, oceanów i atmosfery i nie ma tutaj zupełnie miejsca na wpływ CO2 podkreślał.

Czy przyczyna może iść za skutkiem?

Doktor inżynier Tomasz Wójcik, chemik i matematyk przytoczył szereg danych kwestionujących dzisiejszy „dogmat” o decydującym wpływie dwutlenku węgla na ocieplanie się bądź wychładzanie atmosfery. Uczeni wykazali między innymi, że zmiany temperatury wyprzedzają zmiany stężenia dwutlenku węgla o 9 miesięcy. No więc mamy pytanie: czy przyczyna może podążać za skutkiem? To nielogiczne, nieracjonalne – wskazywał.

Powyższe ustalenia nie spotkały się praktycznie z naukową krytyką i przeszły niemal bez uczciwej kontry. Obecnie dominuje jednak pogląd przeciwny.

W fizyce, w naukach ścisłych, przyrodniczych nie ma konsensusu, jest prawda. Jest prawda albo jej nie ma. Można powiedzieć, że ktoś „ustalał jakąś prawdę”, ale się pomylił i ktoś inny mu wykazał, że był w błędzie, ale też dzieje się tak tylko i wyłącznie na podstawie argumentów – mówił dr Wójcik, zaś dr inżynier Jan Kubicki zaprezentował rezultaty szeregu badań skupionych m.in. wokół pochłaniania promieniowania termicznego w CO2.

Jak podkreślał uczony, w literaturze dotyczącej kwestii klimatycznej generalnie obserwuje się tak zwane podejście jakościowe. Pozwala ono wyolbrzymiać znaczenie niewielkich, nieistotnych czynników, które praktycznie nie mają wpływu na całość opisywanego zjawiska. To właśnie jedno ze źródeł „religii klimatycznej”.

Niemiecko-brukselska walka wiatrakami

Profesor dr hab. Ziemowit Malecha, specjalista w dziedzinie inżynierii środowiska, górnictwa i energetyki, uczestnik wielu projektów badawczych w Polsce i za granicą, oraz mgr inżynier Piotr Grądzik, ekspert w zakresie bezpieczeństwa energetycznego oraz zarządzania systemem elektroenergetycznym, poddali surowej krytyce politykę transformacji opartej na założeniach „zielonego ładu”. Jak wiemy, doktryna „zeroemisyjności” niesie za sobą likwidację kopalń i elektrowni węglowych, systemy naliczania horrendalnie wysokich opłat i tym podobne niszczycielskie posunięcia.

Profesor Malecha wskazał, że realizowana dziś polityka wywodzi się z niemieckiego programu transformacji energetycznej.

W skrócie polegała na ona tym, że budujemy swoją technologię fotowoltaiki i turbin wiatrowych. Przemysł niemiecki miał taki plan, który nie do końca się udał. Jak teraz wiemy, że oni tą technologię przejmą i będą nią zasilali bardzo szeroki obszar gospodarek innych państw na zasadzie hasła o redukcji CO2 – mówił uczony.

Na drodze do osiągnięcia celów tej rewolucji stoją jeszcze konkurencyjne: energetyka atomowa i energetyka węglowa.

Tak naprawdę Unia Europejska jest obecnie jedynym miejscem na świecie, które stara się te emisje ograniczać, mimo tego, że sektor energetyczny europejski odpowiada za około 2,5% emisji CO2. Zastanawiające jest to w tym kontekście, że inni globalni gracze, jak Chiny – czy w ogóle Azja, w tym Indie – czy teraz już Stany Zjednoczone, zupełnie nie interesują się wzrostem stężenia dwutlenku węgla w atmosferze. Może dzieje się tak dlatego, że oni dokładnie zdają sobie sprawę, iż to stężenie dwutlenku węgla nie jest jakimś krytycznym zagrożeniem – mówił prof. Malecha.

W przekonaniu prelegentów, właściwą drogą dla polskiej energetyki jest wymiana starych elektrowni węglowych na nowoczesne – również oparte o tradycyjne surowce, lecz przyjazne dla środowiska. Ta kluczowa dziedzina mogłaby też wspierać się paliwami kompaktowymi, czyli wykorzystywać zarówno węgiel, jak i biomasę. Efektem byłoby uzyskanie znacznie bardziej stabilnego, niezależnego od kaprysów pogody systemu – a przy tym dużo tańszego niż wprowadzane dzisiaj na siłę OZE.

Źródło: PCh24.pl, AlterShot.TV

Planeta płonie. Pożar na szczycie klimatycznym

[Umieszczam, choć zdecydowanie nie zgadzam się z konkluzją, że to władze Chin [bo przecież nie ludy Chin…] stoją za tym zwrotem. Oni mogą, jako dobrzy handlarze, na tym zyskać, to tak.. md]

=====================================================

Planeta płonie. Pożar na szczycie klimatycznym

27.12.2025 Jakub Wozinski nczas./planeta-plonie-pozar-na-szczycie-klimatycznym/

Szczyt klimatyczny COP30
NCZAS.INFO | Szczyt klimatyczny COP30. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Wikimedia, Lula Oficial, CC BY-SA 4.0

Szczyt klimatyczny w Belem w Brazylii odwiedziło najmniej przywódców państw od wielu lat. Klimatyczna histeria nadal jednak nie ustępuje.

https://twitter.com/i/status/1991560250282111447

Dotychczasowy rekord należy niezmiennie do Paryża, gdzie w 2015 r. podpisano pamiętne porozumienia, wprowadzające świat na ścieżkę przyspieszonej realizacji zielonej agendy. Od tego czasu każdy kolejny klimatyczny COP (czyli Conference of Parties) przyciągał regularnie powyżej 100 przywódców państw z całego świata. W Brazylii pojawiło się ich jednak zaledwie pięćdziesięciu, co stanowi najgorszy wynik od wielu lat, nie licząc awaryjnie przeniesionego do Madrytu szczytu z 2019 r.

Po co nam premier, jeśli pojechał kanclerz

Nawet Polskę oddaną bezgranicznie w czasach rządów PO i PiS ratowaniu planety reprezentował tylko wiceminister klimatu Krzysztof Bolesta. Jako że w Belem pojawił się kanclerz Friedrich Merz, uznano najwidoczniej, że i tak na szczycie klimatycznym jest już najbardziej decyzyjna w polskich sprawach osoba, więc nie ma sensu, aby leciał także warszawski premier.

Od czasu gdy prezydentem Stanów Zjednoczonych został Donald Trump, w świecie klimatystów dnia siódmego zapanowała wielka smuta. Amerykański przywódca, a wraz z nim całe grono proizraelskich liderów państw, bezceremonialnie odmawia wiary w rychłą śmierć planety pod wpływem działalności człowieka. To właśnie dlatego w Belem zamiast fiesty była ewidentna stypa, a przyzwyczajeni do triumfalizmu delegaci musieli zadowolić się dużo skromniejszą oprawą.

Dlaczego akurat syjonistycznie usposobieni politycy stali się liderami oporu wobec klimatyzmu? Głównie dlatego że klimatyzm stał się schorzeniem umysłowym współwystępującym z antysemickim woke’izmem. Na dodatek głównym siewcą klimatystycznej agendy stał się przejęty przez globalny Wschód ONZ, który w ostatnich latach zdołał walnie przyczynić się do gospodarczej neutralizacji znacznej części Zachodu przy pomocy klimatystycznej histerii.

Planeta płonie

Powróćmy jednak do położonego w Amazonii Belem, gdzie obradowały rady robotników i żołnierzy frontu wyzwolenia ludzkości z emisji dwutlenku węgla. W przeciwieństwie do perfekcyjnie zorganizowanych szczytów w Sharm-el-Sheik czy Dubaju, w mieście określanym jako „wrota Amazonii” dał o sobie znać spory chaos. Jego kulminacją był pożar, który wybuchł tuż przed ogłoszeniem ostatecznych konkluzji ze szczytu. Prawdopodobnie zwykłe zwarcie w jednej z kuchenek mikrofalowych doprowadziło do rozprzestrzenienia się ognia po znacznej części konferencyjnego kompleksu oraz panicznej ucieczki delegatów. W tak dramatycznych okolicznościach wszyscy klimatyści uzyskali już dowód ostateczny na to, że ziemia na pewno płonie!

Pożar ugaszono po kilku minutach, ale wszędzie było nadal pełno dymu. Centrum konferencyjne zamknięto do późnego wieczora, lecz niektórzy z gości wykorzystali ten moment do szabrowania opuszczonych stoisk. Ich łupem padły głównie pluszaki, ale także niemała ilość innych gadżetów. Ostatecznie szczyt musiał zostać przedłużony o jeden dzień. Wpływ na to miały także wcześniejsze wydarzenia związane z protestami rdzennych mieszkańców Amazonii. Część z nich zwyczajnie wdarła się do centrum konferencyjnego, wdając się w przepychanki z służbami porządkowymi oraz głośno demonstrując swoją niezgodę na działania podejmowane rzekomo w ich obronie.

Przyglądając się postulatom zgłaszanym przez mieszkańców Amazonii trudno jednak nie odnieść wrażenia, że ich protesty zostały starannie zaplanowane. Indianie domagali się m.in. większego finansowania z funduszy klimatycznych, większej reprezentacji w międzynarodowych organizacjach, zatrzymania projektów infrastrukturalnych w Amazonii oraz wzywali do „sprawiedliwości klimatycznej”. Z tego właśnie powodu w Brazylii pojawiły się głosy, że rdzenni mieszkańcy działali na zamówienie tamtejszej lewicy.

Jak można było przewidzieć jeszcze przed rozpoczęciem szczytu, jego uczestnicy i tak opuszczali go z poczuciem niedosytu. Sekretarz generalny ONZ Antonio Gutierrez wskazywał wprawdzie na „pewien postęp”, lecz ubolewał nad tym, że nie zdołano uzyskać powszechnego zobowiązania do odejścia od paliw kopalnych. O osiągnięciu tego celu nie było zresztą mowy, w sytuacji gdy na szczycie zabrakło jakichkolwiek ważniejszych polityków z USA czy Indii.

Skośne oczy klimatyzmu

Zauważalna była za to obecność Chin, których pawilon zdecydowanie górował nad stoiskami wszystkich innych państw. Pawilon był tu zresztą kwestią wtórną, ponieważ chińska delegacja na każdym kroku prężyła swoje zielone muskuły, wytykała innym krajom brak wystarczającego zaangażowania oraz dawała do zrozumienia, że to Chiny są światowym liderem zielonej obsesji. Rządzona przez skrajnie lewicowego Ignacio da Lula Silvę Brazylia stała się zresztą chińskim podnóżkiem, dlatego delegacja z Państwa Środka czuła się w Belem jak u siebie w domu.

W trakcie obrad Chińczycy nieustannie krytykowali świat Zachodu za stosowany wobec nich protekcjonizm. Jednocześnie naciskali na to, aby w światowym handlu likwidować ograniczenia dla produktów klasyfikowanych jako wyprodukowanych przy użyciu „czystej energii”. Chinom bardzo zależy na zielonym i wolnym handlu, ponieważ dysponują aż 75 proc. wszystkich światowych patentów w zakresie „czystej energii”, a dodatkowo są przecież główną potęgą na rynku e-aut (70 proc. światowej produkcji), baterii (75 proc. światowego rynku), paneli fotowoltaicznych (80 proc. światowej produkcji) i wielu innych zrównoważonych produktów.

Każdy kolejny szczyt pokazuje wyraźnie, że klimatyzm ma wyraźnie skośne oczy. W czasie gdy niektórzy przywódcy Zachodu porzucili wiarę w globalne ocieplenie, Pekin stoi na straży ortodoksji i nie pozwala, aby rewizjoniści psuli narrację o płonącej planecie. Cieszmy się więc i celebrujmy każdy dzień urzędowania Donalda Trumpa, bo jeśli władzę w USA przejmie znów lewica, zielona fala dosłownie zmiecie nas z powierzchni ziemi.

Donnerwetter! Długotrwała stagnacja i bieda. Klimatyzm sprowadza katastrofę

Długotrwała stagnacja i bieda. Klimatyzm sprowadza katastrofę

29.11.2025 Tomasz Myslek https://nczas.info/2025/11/29/dlugotrwala-stagnacja-i-bieda-klimatyzm-sprowadza-katastrofe/

klimat bankrut
Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay (kolaż)

Po katastrofalnych „klimatycznych” decyzjach władz UE i Niemiec z 4–5 listopada br. już wiadomo, że nie będzie żadnego znaczącego i systematycznego rozwoju gospodarek i wzrostu poziomu życia rodzin w większości krajów UE. Będzie dominować euro-komunistyczna biurokracja, gospodarcza stagnacja i marazm – i to w tym najlepszym razie, gdy kraje UE nie zostaną jeszcze bardziej wciągnięte w wojnę z Rosją.

5 listopada ministrowie 27 państw UE ostatecznie uzgodnili i ogłosili swoje porozumienie w sprawie ustanowienia „nowego celu klimatycznego” wszystkich instytucji i krajów UE na rok 2040. Do tego roku emisje „gazów cieplarnianych” na terytorium całego unijnego eurokołchozu mają zostać zredukowane aż o 90 proc. względem roku 1990.

Ceny obecnych „uprawnień do emisji” dwutlenku węgla i innych gazów (w ramach systemu i podatku ETS1) z biegiem lat znacznie wzrosną. Ale przede wszystkim pojawią się nowe i duże opłaty od tej „emisji gazów” już także w kolejnych obszarach życia i gospodarki: budownictwa, transportu drogowego i paliw, całego przemysłu przetwórczego, w tym „klimatyczne” opłaty od firm średnich i małych, a także te od ogrzewania mieszkań i domów. To wszystko już od stycznia 2027 r., a w Polsce i paru innych krajach UE, w ramach ewentualnego opóźnienia o rok wdrożenia nowego systemu UE, być może „dopiero” od stycznia 2028 r. (jak dobrze pójdzie).

To tzw. europejski system ETS2, który spowoduje, że koszty energii, paliw, transportu, ogrzewania domów i ciepłej wody dla milionów rodzin polskich i innych i dla niemal całej gospodarki polskiej czy np. rumuńskiej drastycznie wzrosną. Co spowoduje znaczne podrożenie kosztów życia, w tym przede wszystkim żywności, dużej części artykułów przemysłowych, kosztów utrzymania samochodów i domów. Wunderbar!

Te koszty życia itd. wzrosną oczywiście także w Niemczech, ale zapewne znacząco mniej. Głównie z tego powodu, że niemiecki przemysł energochłonny i transport drogowy już od wielu miesięcy jest obłożony opłatami i kosztami związanymi z systemem ETS1. Szef think tanku EPICO KlimaInnovation Bernd Weber powiedział telewizji NTV, że wprowadzenie w Niemczech od stycznia 2027 r. podatku ETS2 nie będzie więc dla ludzi i większości firm szokiem, bo np. rachunek za tankowanie samochodu czy zużycie gazu w domu będzie zbliżony do obecnego. W Niemczech cena za emisje dwutlenku węgla już obecnie jest uwzględniana w rachunkach za ogrzewanie, paliwa i transport. Ale w Polsce nowy system i podatek ETS2 „w ponad trzech milionach gospodarstw domowych może doprowadzić do wzrostów kosztów ogrzewania nawet o 150 procent”, powiedział Weber (wg dw.com).

Z kolei komentator dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zwrócił uwagę (w wydaniu dziennika z 6 listopada), że decyzja unijnych ministrów ochrony środowiska o ewentualnym opóźnieniu wprowadzenia systemu ETS2 o rok jest godna odnotowania, gdyż „w ten sposób UE osłabi sedno swojej polityki klimatycznej”. Bo w takim przypadku „osiągnięcie celu klimatycznego UE na rok 2030 – redukcji emisji gazów o 55 procent w stosunku do poziomu z roku 1990 – będzie wówczas znacznie trudniejsze. Czas pokaże, czy takie kraje, jak Polska czy Rumunia, naciskając na wprowadzenie tego opóźnienia [ETS2], wyświadczyły sobie przysługę”.

Bo „im później nowy system zostanie uruchomiony, tym wyższe ceny i koszty grożą w momencie jego wprowadzenia – jeśli tylko UE pozostanie przy swoich celach [redukcji gazów itd.]”. Więc „przesunięcie terminu [wprowadzenia ETS2] może zemścić się na mieszkańcach Europy Wschodniej, których rządy, w przeciwieństwie do Niemiec, jeszcze nie wprowadziły krajowych cen emisji CO2. Paradoksalnie, w Niemczech handel emisjami początkowo może nawet doprowadzić do spadków tych cen – nawet wtedy, gdy to nastąpi dopiero rok później” – stwierdzał komentator dziennika „FAZ”. Super!

Stagnacja i stopniowa zapaść przemysłu

Tymczasem według listopadowego sondażu instytutu Forsa, po pół roku urzędowania kanclerza Fryderyka Merza (od 6 maja) aż 72 proc. pytanych Niemców jest niezadowolonych z jego działań i rządu. W lipcu br. ten wskaźnik niezadowolenia wynosił jeszcze „tylko” 64 proc. Zadowolenie z prac obecnego kanclerza wyrażało w listopadzie już tylko 25 proc. ankietowanych. W opinii bardzo doświadczonego 83-letniego Manfreda Güllnera – założyciela i szefa ww. instytutu, głównym powodem tak słabych ocen działań kanclerza jest trudna sytuacja gospodarcza kraju. Aż ponad 60 proc. społeczeństwa postrzega bowiem obecny stan gospodarki Niemiec za główny problem kraju. Z kolei np. prof. Klaus Stüwe – politolog z Katolickiego Uniwersytetu w Eichstätt-Ingolstadt uważa, że wiarygodność Merza i jego gabinetu została osłabiona przede wszystkim dlatego, że zadłużenie Niemiec jest dziś już znacząco wyższe niż kiedykolwiek wcześniej. A ponadto wiele z wyborczych obietnic szefa CDU pozostaje zupełnie niespełnionych. Richtig!

Według danych niemieckiego GUS opublikowanych 30 października br., w III kwartale br. niemiecka gospodarka tym razem uniknęła jakiejś wyraźnej recesji. Oficjalnie ogłoszono, że przez trzy letnie miesiące wzrost PKB w stosunku do poprzedniego kwartału był zerowy (realnie, czyli po uwzględnieniu inflacji i wzrostów cen). A to znaczy, że była stagnacja. Wskutek tego ogłoszenia czołowe niemieckie instytuty ekonomiczne zaraz obniżyły swoje nowe prognozy na cały rok 2025 – spodziewając się przedłużenia stagnacji i gospodarczego marazmu. Ponadto urząd statystyczny dokonał rewizji danych za poprzedni kwartał.

Okazało się, że w okresie kwiecień–czerwiec br. niemiecki PKB spadł o trochę ponad 0,2 proc. w porównaniu do I kwartału br., a nie o 0,3 proc., jak to obliczono w sierpniu. Prognozy ekonomistów okołorządowych przewidują dalszą stagnację gospodarki i co najwyżej drobny wzrost rzędu 0,1–0,3 proc. PKB za cały rok 2025. Monachijski Instytut Ifo prognozuje wzrost PKB Niemiec o 0,2 proc. w całym roku 2025. Ale aż o 1,3 proc. w roku 2026. Jest to odpowiednio o 0,1 i 0,2 proc. mniej niż w prognozach Ifo z lata br.

Niemal identyczne prognozy przedstawił kiloński IfW. Należy przypomnieć, że w ujęciu rocznym PKB Niemiec spadł oficjalnie w całym roku 2024 o 0,2 proc., a w 2023 o 0,3 proc. Ogromny niemiecki eksport, w niektórych latach obecnego wieku największy w świecie, a od roku 1957 główny motor gospodarki Niemiec, od roku ubiegłego już stopniowo spada. Bo niektóre niemieckie produkty, jak np. niektóre pojazdy czy produkty chemiczne, stały się już na rynkach świata zbyt drogie i niekonkurencyjne.

Te cyfry i prognozy są ważne, ale znacznie ważniejszy wydaje się fakt, że ponoć nadal spada liczba zamówień, produkcja i sprzedaż w niemieckim przemyśle – i to już od ponad trzech lat. Większość komentatorów i mediów obwinia za to wszystko – co najmniej od kwietnia br. – przede wszystkim „nieobliczalnego” prezydenta USA i jego znacząco wyższe niż dawniej taryfy celne, którymi obłożył prawie wszystkie produkty niemieckie i europejskie eksportowane do Ameryki. Obwinia także Chiny i ich ogromny eksport do Niemiec wielu tanich towarów, a także m.in. ciągle „pogarszającą się koniunkturę” globalną w wielu branżach. Jak zwykle przy takich okazjach, już od ponad czterech lat nie padają przy tym żadne stwierdzenia i opinie wskazujące na głównego winowajcę niemieckiej stagnacji i recesji, tj. na absurdalną i katastrofalną w skutkach politykę „klimatyczną” (z systemem ETS na czele), na „zieloną” i euro-socjalistyczną politykę energetyczną, przemysłową, podatkową i socjalną władz RFN i władz UE. Sehr schön und demokratisch!

Tak to trwa już od sierpnia 2021 r. To wtedy pod wpływem unijnego podatku ETS i całej polityki „klimatycznej”, energetycznej i podatkowej władz UE i RFN – tak zgubnej dla wielu firm – doszło w Europie do gwałtownych wzrostów hurtowych cen gazu ziemnego i innych nośników energii. A także do znacznych wzrostów kosztów transportu, pracy i budownictwa.

Kolejne znaczne podwyżki „płacy minimalnej”

Koszty pracy w Niemczech rosły systematycznie od stycznia 2022 r., tj. od czasu wprowadzenia przez rząd SPD i Zielonych znacznej podwyżki urzędowej „płacy minimalnej”, która już po kilku miesiącach przyczyniła się do upadku co najmniej kilkunastu tysięcy firm małych i średnich.

W związku z powyższymi zagrożeniami, niektórzy znani ekonomiści – głównie ci około-rządowi – nareszcie ocknęli się i biją na alarm. Np. szef Instytutu Badań Ekonomicznych (Ifo) Clemens Fuest ostrzegł w rozmowie z dziennikiem „Bild”, że „jeśli nie zostaną wprowadzone poważne reformy, niemiecką gospodarkę czekają kolejne spadki”. Obecną sytuację gospodarczą w Niemczech uznał za „dramatyczną” i stwierdził, że „miliony Niemców już doświadczają pogarszania się ich sytuacji materialnej”. A ponieważ wydatki rządu wciąż rosną, a prywatne inwestycje wciąż maleją, więc „to oznacza w średnim okresie mniejszy wzrost gospodarczy, niższe wpływy z podatków i w efekcie coraz mniej środków na publiczne usługi państwa”.

Prof. Fuest wezwał rządzących do ograniczenia biurokracji i „zbyt kosztownych” regulacji UE i RFN – wskazał na zbyt wielkie wymagania i koszty dotyczące emisji dwutlenku węgla i innych „gazów cieplarnianych”, a także łańcuchów dostaw i tzw. płacy minimalnej. Stwierdził, że znaczne uproszczenie i ograniczenie tysięcy przepisów mogłoby przynieść gospodarce Niemiec do 146 miliardów euro dodatkowych środków. Zaapelował do rządu RFN o pilne przedstawienie „kompleksowego programu reform” – wykraczającego poza dotychczasowe ustalenia koalicyjnych partii. Najpóźniej do początku wiosny 2026 r. Richtig!

Tymczasem raptem trzy dni po ww. wypowiedzi szefa Ifo, tj. 29 października, rząd RFN przyjął rozporządzenie o podwyżce urzędowej „płacy minimalnej” – od stycznia 2026 r. Ma być ona dwustopniowa: od 1 stycznia ma wzrosnąć z obecnych 12,82 euro brutto do 13,90 euro brutto za godzinę pracy, a rok później do aż 14,60 euro za godzinę. Ta podwyżka płac wyniesie więc łącznie prawie 14 procent. Wunderbar! To już na pewno zachęci setki tysięcy przedsiębiorców, szczególnie tych małych, do inwestycji produkcyjnych i innych, do zaprzestania myślenia o przeniesieniu działalności gdzieś za granicę itd.

Ta fatalna dla przedsiębiorstw i gospodarki decyzja rządu Niemiec jest ponoć zgodna z tzw. rekomendacją komisji ds. płacy minimalnej, w skład której wchodzą od lat przedstawiciele pracodawców i pracowników. Ta rekomendacja została uzgodniona już w czerwcu br. – po dość silnych sporach w rządzie. SPD postulowała bowiem podwyżkę „płacy minimalnej” do aż 15 euro i to już od stycznia 2026 r., na co politycy CDU i bawarskiej CSU nie zgodzili się.

Według danych Federalnego Urzędu Statystycznego w przyszłym roku ze wspomnianej podwyżki do 13,90 euro brutto za godzinę pracy może skorzystać nawet 6,6 miliona pracowników – w większości kobiet i pracowników w Niemczech wschodnich, tj. na obszarze byłej NRD. A np. osoby pracujące za tę „płacę minimalną” w pełnym wymiarze godzin od stycznia będą zarabiać miesięcznie już około 190 euro brutto więcej niż teraz. Super! A jeszcze w roku 2015, gdy tę urzędową „płacę minimalną” wprowadzono w RFN po raz pierwszy, minimalna stawka godzinowa wynosiła tylko 8,50 euro brutto.

Na tym niemieckim przykładzie dobrze widać nieustanne postępy euro-socjalizmu UE – rujnujące firmy, gospodarki, budżety ludzi pracujących i całych państw. I prowadzące do coraz bardziej powszechnej biedy.

Donnerwetter!

„Obrona Klimatu”: Duńskie krowy padają jak muchy po tym, jak rząd zobowiązał hodowców do podawania im preparatu Bovaer „przeciwko pierdzeniu”

babylonianempire/dunskie-krowy-padaja-jak-muchy-po-tym-jak-rzad

Duńskie krowy padają jak muchy po tym, jak rząd zobowiązał hodowców do podawania im preparatu Bovaer

==============================

Data: 3 novembre 2025Author: Uczta Baltazara

„Najpierw przyszli po krowy mleczne, a ja milczałem…”

Znacie to.

Duńska firma biotechnologiczna DSM stworzyła niedawno produkt o nazwie Bovaer – zatwierdzony także w USA – który blokuje enzym odpowiedzialny za produkcję metanu jako ubocznego produktu trawienia roślin przez krowy. Teoria: mniej metanu = mniej „zmian klimatycznych”.

Cytat ze strony producenta DSM-Firmenich:

„Mikroby w żwaczu krowy trawią pokarm, produkując wodór i dwutlenek węgla. Mikroby metanogenne wykorzystują te dwa gazy i zamieniają je w metan w serii reakcji enzymatycznych.

Bovaer® to dodatek paszowy, który tymczasowo dezaktywuje jeden z tych enzymów, co skutkuje mniejszą produkcją metanu. Wystarczy ¼ łyżeczki dziennie do paszy – działa już po 30 minutach. Potem Bovaer® rozpada się na związki już naturalnie obecne w żwaczu.

Naturalnie metabolizowany przez krowę, Bovaer® trwale obniża emisje metanu, jest bezpieczny dla krowy i nie przenika do mleka ani mięsa

Bovaer® jest dopuszczony i sprzedawany w ponad 65 krajach, w tym UE, UK, Australii, Brazylii, Kanadzie, Japonii i USA.” https://www.dsm-firmenich.com/anh/products-and-services/products/methane-inhibitors/bovaer.html

Od 1 października 2025, duńskie władze zobowiązały wszystkich hodowców do podawania Bovaeru całemu bydłu w kraju.

Efekt? – Katastrofa, według rolników.

Z duńskiej strony Nyheder TV2:

„Coraz więcej krów mlecznych choruje i daje mniej mleka. A w niektórych przypadkach po prostu dostają zapaści.

Podejrzewa się, że przyczyną jest kontrowersyjny dodatek Bovaer, który musi być mieszany z paszą.

Od 1 października 2025, rolnicy zaczęli dodawać obowiązkowy preparat. Celem jest redukcja emisji gazu cieplarnianego – metanu. Bovaer był wcześniej testowany przez kilka lat.

Ale coś poszło nie tak przy jego wprowadzaniu.

Dostaliśmy bardzo dużo telefonów od rolników, którzy zaniepokojeni są tym, co dzieje się w ich stadach – mówi Kjartan Poulsen, przewodniczący Krajowego Związku Duńskich Producentów Mleka.

Dolegliwości krów spowodowały spadek wydajności mlecznej.

Niektóre zwierzęta z zapaścią były leczone i przeżyły, inne musiały zostać uśmiercone.” https://nyheder.tv2.dk/samfund/2025-10-31-koeer-kollapser-siger-landmaend-og-mistaenker-lovpligtigt-foderstof

Sądzicie, że przejęcie i «poprawienie» funkcjonowania układu trawiennego bydła, który ewoluował przez miliony lat, brzmi dystopijnie i jest potencjalnie zgubne dla produkcji żywności? – Spokojnie – DSM na swojej stronie gwarantuje, że jest ono „sprawdzone, bezpieczne i skuteczne”; magiczne słowa, które powinny automatycznie złagodzić wszelkie utrzymujące się obawy wśród klasy chłopskiej.

Gdy więc dziesiątki krów wywracają się na pastwiskach lub w oborach, to na pewno nie przez syntetyczny inhibitor enzymu metanowego, który służy agendzie Klimatycznej™ oraz centralnej kontroli nad żywnością. One z pewnością zachorowały na COVID’a, albo coś w tym rodzaju. Kilka dawek zastrzyków mRNA na pewno postawi je na nogi.

„Szanuj Naukę™, jedz robaki, zamknij twoją brudną, węglową mordę i weź booster’a, fanatyku.

Dziękujemy za uwagę. Z poważaniem, wasz liberalny i kochający duński rząd.”

INFO: https://armageddonprose.substack.com/p/danish-cattle-dropping-like-flies

………………………………

Szybkie podsumowanie informacji z duńskich mediów głównego nurtu (TV2, LandbrugsAvisen, Psst-nyt.dk, Aarhus Universitet) na temat zabójczych skutków stosowania preparatu Bovaer u krów. Fakty z października/listopada 2025, tj. od kiedy preparat stał się w Danii obowiązkowy (od 1 X 2025 dla stad >50 krów).

Generalnie:

  • Masowe gorączki >40°C, biegunki, zapalenia wymion, wzdęcia, spadek produkcji mleka o 1,5–2 kg/krowę/dzień, krowy wywracają się i trzeba je uśmiercić.
  • Potwierdzone zgony: co najmniej kilka krów na gospodarstwo (jedna farma: 1 krowa padła w 24 h, inna: 6 w miesiąc).
  • Rząd i uniwersytet: „Brak dowodów na związek”.
  • Rolnicy: „To trucizna – zatrzymujemy Bovaer”.

1. TV 2 (największa duńska telewizja publiczna)

Artykuł: „Køer kollapser, siger landmænd og mistænker lovpligtigt foderstof” – 31 października 2025 https://nyheder.tv2.dk/samfund/2025-10-31-koeer-kollapser-siger-landmaend-og-mistaenker-lovpligtigt-foderstof

  •  „Coraz więcej krów mlecznych czuje się źle i daje mniej mleka. A w niektórych przypadkach zwierzęta po prostu przewracają się.
  • „Niektóre zwierzęta po leczeniu przeżyły, inne musiały zostać uśpione.”

TV 2 potwierdza: Kiedy rolnicy usuwają Bovaer z paszy krowy wracają do zdrowia.

2. LandbrugsAvisen (największy dziennik rolniczy)

Artykuł: „Det er voldsomt træls med Bovaer nogle steder” – 31 października 2025 https://landbrugsavisen.dk/kvaeg/det-er-voldsomt-traels-med-bovaer-nogle-steder-243539

Pierwszy rolnik z imieniem i twarzą: Huibert van Dorp (600 krów, 13 000 kg EKM/rok):

  • Jedna krowa >41°C gorączki – weterynarza wezwano w niedzielę wieczorem, padła w poniedziałek.”
  • „Dwie inne: wzdęty żwacz, nie mogły wstać.”
  • „Spadek produkcji mleka: minus 1,5–2 kg/krowę/dzień.”
  • Zatrzymałem Bovaer – nie będę truł zwierząt.”

3. Psst-nyt.dk (niezależny portal rolniczy)

Artykuł: „Den første landmand står frem: Bovaer gør mine køer syge” – 31 października 2025

https://youtube.com/watch?v=djryteNxNtI%3Ffeature%3Doembed

https://psst-nyt.dk/den-foerste-landmand-staar-frem-bovaer-goer-mine-koeer-syge/embed/#?secret=hDA6BxiEZP#?secret=fUZWn0M3aJ

Huibert van Dorp (ten sam):

  • Trzy krowy z gorączką 40–41,5°C – leczone penicyliną.”
  • Dwie z potwornymi skurczami żołądka – jedna padła.”
  •  „Nie będę łamał ustawy o dobrostanie zwierząt.”

4. Wcześniejsze doniesienia (kwiecień 2025)

The Expose (duńska wersja) + NoFFF.dk

  • Anonimowy rolnik:6 krów padło w 24 dni, reszta biegunka – pompowaliśmy płyny 3× dziennie.”
  • Drugi: „Gorączka, zapalenie wymienia, odmowa jedzenia.”

5. Oficjalne stanowisko (Aarhus Universitet)

9 października 2025

Prof. Charlotte Lauridsen:

W naszych kontrolowanych badaniach ZERO objawów – ani gorączki, ani biegunek, ani zgonów.” „Obserwujemy sytuację – trwa nowe badanie welfare.”

6. Reakcje organizacji

  • Landsforeningen af Danske Mælkeproducenter:Podpiszcie deklarację: stop Bovaer w przypadku choroby.”
  • Dyrenes Beskyttelse:Zaburza naturalne procesy w żwaczu – więcej badań!
  • SEGES: zbiera anonimowe raporty od rolników.

7. Skala problemu (listopad 2025)

  • Setki telefonów do związku producentów mleka.
  • Dziesiątki gospodarstw zgłaszają padłe krowy.
  • TV 2 i Jyllands-Posten potwierdzają: rolnicy masowo pauzują Bovaer.

Podsumowanie w 3 punktach

  1. Tak – duńskie media mainstreamowe donoszą o padnięciach zwierząt (TV 2, LandbrugsAvisen).
  2. Rolnicy winą obarczają Bovaer – objawy chorobowe znikają po jego odstawieniu.
  3. Naukowcy: brak dowodów – ale trwają nowe badanie.

INFO: Przegląd dokonany automatycznie przez AI

https://babylonianempire.wordpress.com/2024/12/02/w-trosce-o-klimat-bovaer-kolejny-dodatek-w-lancuchu-zywnosciowym-o-nieznanych-konsekwencjach/embed/#?secret=PC2MECSJWp#?secret=ZvjkQf1SHh

Fikołki: „How dare you?!”. Bill Gates wyłącza klimatyczny alarm.

„How dare you?!”. Bill Gates wyłącza klimatyczny alarm

Piotr Relich https://pch24.pl/how-dare-you-bill-gates-wylacza-klimatyczny-alarm

Wielu propagandystom klimatycznym, również tym nad Wisłą, Bill Gates zrobił ostatnio niezłe kuku. W ostatnim wpisie na swoim blogu, tuż przed konferencją COP30 w Belem, właściwie podważył wszelkie założenia narracji rozwijanej konsekwentnie od 2015 roku.

Miliarder i samozwańczy naprawiacz świata ogłosił, że zamiast radykalnie ciąć emisje CO2, lepiej przygotować ludzi na zachodzące zmiany. Jakby tego było mało, uznał mierzenie wzrostu globalnych temperatur za nie-najlepszy wyznacznik postępu w „walce z klimatem”.

Chociaż zmiany klimatyczne będą miały poważne konsekwencje – szczególnie dla mieszkańców najbiedniejszych krajów – nie doprowadzą one do zagłady ludzkości. W najbliższej przyszłości ludzie będą mogli żyć i prosperować w większości miejsc na Ziemi – wyznał Gates.

Jeden z największych promotorów tak zwanego „zrównoważonego rozwoju” z rozbrajającą szczerością przyznaje: dajcie spokój z tym katastrofizmem – nie ma aż takiego zagrożenia (zapewne przez fakt, że wyznaczone cele są i tak poza zasięgiem). Zamiast przeznaczać biliony na dekarbonizację, lepiej zapewnić ludziom lepszą opiekę zdrowotną, zainwestować w zabezpieczenia (systemy irygacyjne, zbiorniki retencyjne, regulowanie rzek, nowe, odporne gatunki roślin). Jego przekaz brzmiał: walczmy ze skutkami, zamiast zawracać kijem Wisłę w karkołomnej próbie regulacji całej planety.

Jakby tego było mało, Amerykanin wezwał pozostałych uczestników konferencji, by uderzyli się w piersi i przyznali, że dotychczasowe metody wcale nie pomogą najbiedniejszym i najbardziej narażonym na skutki zmian klimatu.

Przypomina to trochę apele twórców Wielkiego Resetu, którzy narzekali, że świat poszedł w złym kierunku, choć to przecież elity Światowego Forum Ekonomicznego w dużej mierze odpowiadały za wyznaczanie tego kierunku w przeszłości.

Bo dzisiaj do przemyślenia agendy klimatycznej wzywa człowiek, który jeszcze w 2019 roku napisał CAŁY PODRĘCZNIK o tym, jak wygrać ze zmianami klimatu. Jego refleksja obejmowała światowy transport, energetykę, produkcję żywności, „zielone” technologie, nastroje społeczne i wiele, wiele innych obszarów wymagających rzekomo drastycznej zmiany. Sam był również żywo zainteresowany postępem agendy z powodów finansowych. Inwestował gigantyczne pieniądze w innowacje (Breakthrough Energy), produkcje mięsa in vitro (Beyond Meat), ośrodki pracujące nad GMO (International Rice Research Institute), a nawet rozwiązania z zakresu geoinżynierii – takie jak próby blokady światła słonecznego czy wywoływanie deszczu.

Ale czy miliarder przypadkiem nie przyznał, że do tej pory straszono ludzi bez powodu? Półki dzisiaj uginają się od opracowań z tytułami krzyczącymi o „katastrofie”, „apokalipsie” czy „końcu świata”. Hollywood ugniatało społeczeństwa swoimi hitami („Nie patrz w górę”), największe światowe media celowo zmieniały język na bardziej niepokojący. Nagłówki straszyły zdjęciami huraganów, wysuszonych rzek, płonących lasów, wysp śmieci, wyrzucanych na brzegi zwierząt: w każdym przypadku przypominając o czekającej nas wszystkich katastrofie. Straszono, że mamy zaledwie dekadę, zanim zmiany staną się nieodwracalne.

Jeszcze pamiętamy zmanipulowaną młodzież wychodzącą na ulice w „strajkach klimatycznych”; zachęcaną nierzadko przez nie mniej otumanionych nauczycieli. W konsekwencji na naszych oczach wyrosło pokolenie żyjące w przekonaniu, że nie ma przed sobą żadnej przyszłości. Niektórzy pod wpływem alarmistycznej atmosfery drastycznie zmieniali styl życia; przestawali jeść mięso, przesiadali się na rower i „zbior-kom”, z segregowania śmieci i recyklingu stworzyli całą filozofię „zero-waste”, a w skrajnych wypadkach rezygnowali z dzieci, gdyż miałyby one dorastać w świecie skazanym na rychłą zagładę.

Tymczasem dzisiaj jeden z arcykapłanów klimatycznej apokalipsy, jakby nigdy nic stwierdza: dajcie spokój, nie ma co przesadzać! Jakby powiedziała Greta Thunberg – „How dare you?!”…

Najzabawniejsze jest jednak to, że stary zwolennik degrowthu, fan takich autorytetów zwijania gospodarki jak Vaclav Smil, dzisiaj odwołuje się do argumentu dobrobytu. Kiedy w 2018 r. w Katowicach odbywał się klimatyczny szczyt COP24, zgromadzeni na alternatywnej konferencji w Gliwicach specjaliści przekonywali, że to właśnie budowanie dobrobytu i stawianie na lokalną przedsiębiorczość jest najlepszą metodą walki z kryzysem ekologicznym. Wtedy uznawano takie podejście za „foliarstwo”. Dzisiaj, jak widać, to już mainstream.

Czyżby amerykański miliarder przyznał w końcu rację sceptykom takim jak Bjørn Lomborg, przekonującym, że katastrofizm i działanie pod wpływem strachu nie sprzyja innowacyjności? Dokładnie takie same podejście sugerował ponad pół wieku temu von Hayek, co później zaktualizował William Easterly w książce „Tyrania ekspertów”; mechanizm centralnego planowania ze strony globalnych elit i ekspertów, szantaż polityczny i strach nie jest najlepszą metodą na ratowanie świata.

Jakie płyną z tego wnioski? Gates albo nie znał konsekwencji proponowanych dotychczas działań, albo sam zaufał robionym na własne zlecenie raportom ONZ, albo – co najbardziej prawdopodobne – prawdziwe cele agendy klimatycznej pozostawały przed opinią publiczną ukryte.

W całej tej układance nie sposób nie dojrzeć ręki obecnej administracji Białego Domu. U Gatesa flaga zmieniła się bardzo szybko, gdy tylko Trump wygrał wybory. Podobnie jak u „techno-panów” z Doliny Krzemowej, którzy porzucając sztandar Demokratów, przywdziali czapki MAGA i złożyli „hołd lenny” nowemu władcy. Nie jest tajemnicą, że Gates jeszcze przed zaprzysiężeniem spotkał się osobiście Donaldem Trumpem. Później przynajmniej raz spotkał się z przedstawicielami nowej administracji.

Tymczasem Europa wciąż za punkt honoru obiera sobie bycie prymusem „zrównoważonego rozwoju”. Dobijamy portfele nowym ETS2, zarzynamy produkcję samochodów, płacimy haracz za ideologiczne fanaberie i bawimy się własnym bezpieczeństwem energetycznym, w nadziei, że zakup samochodu elektrycznego czy zwalnianie górników uratuje Polskę przed suszą czy upałami.

Podczas gdy Chiny i Ameryka odjeżdżają nam w coraz szybszym tempie, Europa dokłada wszelkich starań by stać się skansenem, uzależnionym od importu samochodów, energii, a nawet żywności. Skansenem, w którym klepie się biedę – tę samą, która jak głosi dzisiaj Gates – jest największym wrogiem ludzkości w zapobieganiu skutkom zmian klimatu.

Piotr Relich

Biegun południowy zamarza coraz bardziej. Rekordowy mróz wystawia na próbę teorie klimatystów. [Oni nie mylą się. Oni bezczelnie KŁAMIĄ].

Biegun południowy zamarza coraz bardziej. Rekordowy mróz wystawia na próbę teorie klimatystów

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/biegun-poludniowy-zamarza-coraz-bardziej-rekordowy-mroz-wystawia-na-probe-teorie


Piętnastego października 2025 roku stacja Amundsen-Scott na biegunie południowym zarejestrowała temperaturę minus 61,3 stopni Celsjusza. To nie jest przypadkowy skok rtęci w dół. Według danych niemieckiego portalu Report 24, był to najzimniejszy październik od 1981 roku. Tymczasem powinna tam już być wiosna, a temperatury powinny wzrastać. Fakty jednak mówią co innego.

Ten ekstremalny chłód nie jest zjawiskiem odosobnionym. W 2021 roku cały kontynent antarktyczny doświadczył najzimniejszej zimy od rozpoczęcia pomiarów w 1957 roku. Średnia temperatura między kwietniem a wrześniem wyniosła wtedy minus 61 stopni Celsjusza. Nawet CNN, który zazwyczaj nie skąpi dramatycznych nagłówków o topnieniu lodów, zmuszony był przyznać, że kontynent przeżył rekordowo mroźny okres.

Dane ze stacji badawczych rozmieszczonych na kontynencie, takich jak Amundsen-Scott, Wostok czy Dome C, pokazują coś, czego modele klimatyczne zupełnie nie przewidywały. Zamiast liniowego trendu ocieplenia napędzanego przez dwutlenek węgla, biegunek południowy zdominowany jest przez naturalnie występujące, ekstremalne wahania temperatury. W niektórych regionach Antarktydy zaobserwowano nawet trend ochłodzenia trwający przez dziesięciolecia.

Szczególnie uderzający jest przypadek Wschodniej Antarktydy. Ta chłodniejsza i bardziej stabilna część kontynentu przez długie lata nie wykazywała żadnego ocieplenia. Stacja Amundsen-Scott na biegunie południowym, położona właśnie od strony Wschodniej Antarktydy, odnotowywała w ostatnich dekadach ochłodzenie, co wiąże się prawdopodobnie z mniejszą liczbą ciepłych mas powietrza oceanicznego docierających do wnętrza kontynentu.

British Antarctic Survey potwierdza, że wiele długoterminowych pomiarów ze stacji badawczych na Antarktydzie nie wykazuje żadnych znaczących trendów ocieplenia ani ochłodzenia. Temperatury na większości kontynentu pozostawały względnie stabilne przez ostatnie kilkadziesiąt lat. To wyraźnie kłóci się z narracją, że regiony polarne powinny doświadczać najsilniejszego ocieplenia.

Nawet Półwysep Antarktyczny, który przez dziesięciolecia był pokazywany jako przykład gwałtownego ocieplenia, od końca lat dziewięćdziesiątych zaczął się ochładzać. Badania opublikowane w Nature w 2016 roku potwierdziły, że średnia temperatura na półwyspie zmniejszyła się o około 0,5 stopnia Celsjusza na dekadę od końca lat dziewięćdziesiątych, czyli w tym samym tempie, w jakim rosła przez poprzednie pięć dekad. Naukowcy przypisali to naturalnej zmienności klimatycznej związanej z oscylacjami w Pacyfiku.

Za ekstremalnymi wahaniami temperatur na Antarktydzie stoją mechanizmy klimatologiczne, które mają niewiele wspólnego z poziomem dwutlenku węgla w atmosferze. Fale stratosferyczne, stabilność wiru polarnego, pokrywa chmur i naturalne oscylacje oceaniczne, takie jak El Niño czy Southern Annular Mode, okazują się rzeczywistymi motorami pogody w regionach polarnych. Te złożone, naturalne procesy są w stanie generować wahania temperatury przekraczające dziesięć stopni Celsjusza na przestrzeni dekad.

Co więcej, lód morski wokół Antarktydy zachowywał się wbrew przewidywaniom modeli. Mimo cieplejszych temperatur powierzchni morza i powietrza nad Oceanem Południowym, obserwowano niewielki ogólny wzrost zasięgu lodu morskiego od 1979 do 2014 roku. W tym okresie Antarktyda zanotowała nawet rekordowo wysokie maksimum lodu morskiego w latach 2013 i 2014.

Rzeczywistość na Antarktydzie zdaje się ignorować proste równania, według których więcej CO2 równa się wyższym temperaturom wszędzie i zawsze. Prognozy IPCC z lat dziewięćdziesiątych systematycznie przeszacowywały trendy temperaturowe. Kiedy rzeczywiste dane tak wyraźnie odbiegają od modeli, należy postawić fundamentalne pytanie: czy modele klimatyczne są wadliwe, czy teoria klimatu skoncentrowana na CO2 jest niepełna?

Politycy i decydenci, którzy na podstawie przekonania, że nauka jest rozstrzygnięta, podejmują decyzje o daleko idących konsekwencjach gospodarczych, muszą zmierzyć się z niewygodnym faktem. Uporczywy chłód bieguna południowego stanowi poważne wyzwanie dla obowiązującej narracji, którego nie można dłużej ignorować.

Źródła:
https://wattsupwiththat.com/2025/10/25/antarctic-amundsen-scott-station…

https://www.bas.ac.uk/data/our-data/publication/antarctica-and-climate-…

https://www.climate.gov/news-features/features/antarctica-colder-arctic…

https://www.nature.com/articles/535358a

https://www.imperial.ac.uk/news/173588/natural-variation-caused-tempora…

https://rmets.onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1002/joc.6378

https://en.wikipedia.org/wiki/Climate_of_Antarctica

USA odrzuciły opłatę klimatyczną za żeglugę i wywierają presję na UE ws. kontrowersyjnej [tj. idiotycznej] dyrektywy

USA odrzuciły opłatę klimatyczną za żeglugę i wywierają presję na UE ws. kontrowersyjnej dyrektywy CSDDD

23.10.2025 https://www.tysol.pl/a148292-usa-odrzucily-oplate-klimatyczna-za-zegluge-i-wywieraja-presje-na-ue-ws-kontrowersyjnej-dyrektywy-csddd

Administracja Trumpa zwiększa presję na Unię Europejską, aby uchyliła lub zreformowała rozporządzenie w sprawie zanieczyszczenia gazami cieplarnianymi przez korporacje – poinformował portal Politico. Wcześniej podobne stanowisko zajął Katar. Powodem jest unijna dyrektywa CSDDD, która narzuca firmom obowiązek wdrażania planów klimatycznych.

Stało się to niecały tydzień po tym, jak Stany Zjednoczone odniosły zaskakujące zwycięstwo nad proponowaną przez ONZ opłatą klimatyczną za żeglugę. Jeden z członków gabinetu Trumpa opisał to w środę jako lobbing „wszystkie ręce na pokład”.

Nie będzie zerowej emisji?

Państwa członkowskie Międzynarodowej Organizacji Morskiej (IMO) zgodziły się w 2023 r., że do około 2050 r. branża żeglugowa osiągnie zerową emisję netto – usuwając z atmosfery tyle gazu cieplarnianego, ile emituje.

Jednym ze środków zaproponowanych w ramach tego projektu był podatek od zanieczyszczenia klimatu przez przemysł. Branża żeglugowa wpłaciłaby podatek do funduszu utworzonego przez IMO, aby zachęcić do redukcji emisji i zebrać fundusze na działania klimatyczne. Kraje członkowskie IMO zatwierdziły podatek na chaotycznym kwietniowym spotkaniu, z którego Stany Zjednoczone zrezygnowały w połowie. Rozmowy październikowe miały na celu jego formalne przyjęcie.

Chociaż podatek poparli liczni członkowie, w tym Unia Europejska, Brazylia i małe państwa wyspiarskie, takie jak Vanuatu, kraje produkujące ropę naftową, w tym Stany Zjednoczone i Arabia Saudyjska, zdecydowanie się mu sprzeciwiły.

Administracja Trumpa przez tygodnie wzywała kraje do odrzucenia głosowania, przekonując, że Stany Zjednoczone „nie będą tolerować żadnych działań zwiększających koszty dla naszych obywateli, dostawców energii, przedsiębiorstw żeglugowych i ich klientów lub turystów”.

W piątek, dzięki naciskom ze strony USA, udało się udaremnić propozycję Międzynarodowej Organizacji Morskiej ONZ dotyczącą nałożenia pierwszego światowego podatku na zanieczyszczenie klimatu pochodzące z żeglugi. Powszechnie oczekiwano, że organ morski przyjmie opłatę za żeglugę na posiedzeniu w Londynie, ale zamiast tego odroczył inicjatywę o co najmniej rok.

Inni petrogiganci, Rosja i Arabia Saudyjska, lobbowali za przerwą, a członkowie UE, Grecja i Cypr, pomogli w tych wysiłkach, wstrzymując się od głosu końcowego.

Skutkiem byłby wzrost cen

Departament Energii USA przyłączył się do rządu Kataru, ostrzegając UE, że ryzykuje wyższymi cenami „krytycznych dostaw energii”, jeśli nie zmieni lub nie usunie dyrektywy w sprawie należytej staranności w zakresie zrównoważonego rozwoju przedsiębiorstw.

Jako sojusznicy i przyjaciele UE szczerze wierzymy, że CSDDD wyrządzi znaczne szkody UE i jej obywatelom, gdyż doprowadzi do wzrostu cen energii i innych towarów oraz będzie miało mrożący wpływ na inwestycje i handel

– oświadczyli departament i Katarczycy w otwartym liście wysłanym w środę do głów państw europejskich i członków UE.

Podczas późniejszej konferencji prasowej rzecznik Komisji Europejskiej Markus Lammert odmówił omówienia negocjacji Parlamentu Europejskiego w sprawie dyrektywy klimatycznej.

USA mówią o sukcesie

Amerykański sekretarz ds. energii Chris Wright i sekretarz ds. rolnictwa Brooke Rollins poinformowali w środę o presji, jaką wywarli, aby zablokować opłatę morską. Wright powiedział, że zadzwonił do 20 krajów, podczas gdy Rollins zajmowała się takimi krajami jak Jamajka, co określiła jako wysiłek „wszystkich rąk na pokładzie”. Wright powiedział, że w wysiłkach uczestniczyli także sekretarz handlu Howard Lutnick i sekretarz stanu Marco Rubio.

Wright dodał, że osobiście napisał wiadomość na Truth Social, którą Trump opublikował w noc poprzedzającą głosowanie, w której prezydent ostrzegł, że „Stany Zjednoczone NIE będą tolerować tego globalnego, zielonego nowego podatku od oszustw w żegludze”.

To zwycięstwo nie tylko Ameryki, to zwycięstwo świata – ocenił Wright.

UE nie zmieni polityki klimatycznej

UE już zapowiedziała, że nie zrezygnuje ze swojej dyrektywy klimatycznej dla przedsiębiorstw, choć może znieść przepis o odpowiedzialności cywilnej, aby uprościć prawo. Jednak rewizja dyrektywy stanowiła wyzwanie dla Europy, ponieważ prawodawcy są podzieleni co do tego, w jakim stopniu wycofać obowiązki przedsiębiorstw w zakresie sprawozdawczości na temat zrównoważonego rozwoju.

Zasada, którą UE wprowadziła w życie w zeszłym roku, ale która nadal musi zostać przyjęta przez państwa członkowskie, wymagałaby od przedsiębiorstw identyfikowania negatywnych skutków swoich działań w Europie i poza nią oraz zajmowania się nimi.

Rządy państw członkowskich UE są w sprawie dyrektywy CSDDD podzielone.

Kolejny geolog o teorii zmian klimatycznych: „Największe oszustwo naukowe i finansowe w historii”

Geolog o teorii zmian klimatycznych: „Największe oszustwo naukowe i finansowe w historii”

23.10.2025 https://www.tysol.pl/a148290-geolog-o-teorii-zmian-klimatycznych-najwieksze-oszustwo-naukowe-i-finansowe-w-historii

Ian Plimer, australijski geolog i profesor Uniwersytetu w Adelajdzie, cytowany przez Telewizję Republika, nazwał zmiany klimatyczne „największym oszustwem naukowym i finansowym”.

Zdjęcie ilustracyjne Geolog o teorii zmian klimatycznych: „Największe oszustwo naukowe i finansowe w historii”

Powołując się na swoją wiedzę w temacie emisji CO2, stwierdził, że tylko 3% dwutlenku węgla w atmosferze pochodzi z działalności człowieka, a 97% z oceanów, oddychania zwierząt i aktywności wulkanów.

Skrytykował też polityki klimatyczne zwalczające paliwa kopalne jako opierające się na błędnych danych i ze względu na wysokie koszty szkodliwe dla społeczeństw.

Plimer, powołując się na dane satelitarne, wyjaśniał, że roślinność na Ziemi pochłania więcej CO₂, niż emitują ludzie, co zapewnia neutralny bilans emisji.

Możemy dokładnie zmierzyć emisje z węgla, ropy czy przemysłu, a dane pokazują, że roślinność neutralizuje ludzkie emisje.

Ktoś ma w tym interes?

Krytykując obecne polityki klimatyczne, Plimer uznał je za oparte na błędnych obliczeniach i inspirowane interesami ekonomicznymi.

Karmią nas fałszywą narracją

– powiedział, wskazując, że w przeszłości Ziemia miała wyższe stężenia CO2 bez katastrof klimatycznych, co podważa tezę, że CO2 jest głównym czynnikiem globalnego ocieplenia.

W ocenie naukowca ignorowanie danych geologicznych sugeruje absurdalne założenie, że „prawa fizyki i chemii kiedyś działały inaczej”. Plimer zauważył, że polityka klimatyczna generuje wielomiliardowy biznes, który pochłania wielkie sumy z pieniędzy obywateli.

Ta krucjata przeciwko węglowi kosztuje nas drogo, napędzając inflację, wzrost cen energii i kosztów życia, co bezpośrednio uderza w rodziny.

Konsensus to nie dowód

Teoria o wpływie CO2 na zmiany klimatyczne nigdy nie została udowodniona naukowo. Została przyjęta w drodze tzw. konsensusu naukowego. Podobnie zresztą jako konsensus zostało przyjęte antropogeniczne pochodzenie większości emitowanego CO2.

Plimer nie jest pierwszym naukowcem, który wskazuje na morza i oceany jako głównych emiterów CO2 – wskazywał na to swojego czasu prof. Jan Szyszko, profesor nauk leśnych. Już wówczas jednak w mainstreamowym przekazie zaczynała dominować fałszywa narracja dotycząca zmian klimatycznych.

W kręgach naukowych, w których się obracam, przytłaczająca większość jest sceptyczna wobec wpływu działalności człowieka na globalne ocieplenie. Wielu moich kolegów twierdzi, że mantra, według której to człowiek wywołał globalne ocieplenie, jest największym w historii naukowym oszustwem, za które przyjdzie drogo zapłacić przyszłym pokoleniom. Jeśli 97 proc. naukowców jest zgodna, że to działalność człowieka wywołała zmiany klimatu, mogłoby się wydawać, że zrobią oni wszystko, aby pokonać sceptyków klimatycznych w publicznej debacie. Tymczasem wielu naukowców i aktywistów reaguje oburzeniem na samą propozycją takiej debaty, ponieważ ich zdaniem ta kwestia przyczyn zmian klimatycznych została ostatecznie, naukowo potwierdzona. Wszak 97 proc. naukowców jest zgodna, że to emisje gazów cieplarnianych powodowane przez działalność człowieka powodują globalne ocieplenie, więc nie ma potrzeby dalszej dyskusji na ten temat – pisał wcześniej prof. Plimer w „The Australian”, największym australijskim dzienniku. 

Sceptycyzm leży u podstaw nauki. Nauka opiera się na powtarzalnych, potwierdzonych dowodach, a wnioski naukowe nie są formułowane na podstawie głosowania, kompromisu, polityki czy uczuć. Podobnie jak w przypadku prawników, bankierów, związkowców, polityków czy ludzi działających na wszelkich innych polach bycie naukowcem nie oznacza, że automatycznie jest się też uczciwym i honorowym. Istnieją rozmaite walczące między sobą kliki naukowców, które mają swoich liderów, zwolenników, outsiderów i wrogów. Naukowcy odróżniają się od innych profesji tym, że są rzekomo wyuczeni, aby być niezależnymi. O ile oczywiście nie pomacha im się przed oczami wielkim grantem badawczym na ”naukę” klimatyczną.

Rolnicy suplementują roślinom CO2

Warto zauważyć, iż związek między zwiększoną emisją CO2 a lepszym poziomem plonów rolnych zauważają rolnicy. Ci ostatni stosują dwutlenek węgla (CO2) do poprawy plonów, przede wszystkim w uprawach pod osłonami, takich jak szklarnie i growboxy. Dodawanie CO2 do atmosfery zwiększa wydajność fotosyntezy, przyspiesza wzrost roślin, pozwala na uzyskanie większych plonów i lepszej jakości owoców. Rośliny mogą także lepiej radzić sobie z niedoborem wody przy wyższym stężeniu CO2, ponieważ proces transpiracji jest ograniczony.

Donald Trump: „Zmiana klimatu to największy szwindel w historii świata”

Donald Trump: „Zmiana klimatu to największy szwindel w historii świata”

[To święta prawda. Mówię jako fizyk atmosfery, głoszący to od dziesięcioleci. Mirosław Dakowski]

23.09.2025 https://nczas.info/2025/09/23/donald-trump-zmiana-klimatu-to-najwiekszy-szwindel-w-historii-swiata/

Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump. Foto: PAP/Abaca
Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump. Foto: PAP/Abaca

Donald Trump przemawiał w ONZ po 6 latach. Zaczął od tego, że zostawił świat w pokoju… „Podczas mojej pierwszej kadencji świat był spokojny i dostatni. Od tamtej pory broń niszczy pokój, który ustanowiłem na dwóch kontynentach. Era stabilności ustąpiła miejsca okresowi największych kryzysów, z jakimi zmaga się ludzkość” – rozpoczął amerykański prezydent. [To raczej pierduły, prawda? MD]

Dalej dostało się samej ONZ: „Zakończyłem siedem wojen. Mówiono mi, że to niemożliwe. Dwie z nich trwały już od trzech dekad” – pochwalił się Donald Trump na forum ONZ. „To krwawe wojny, w tym między Tajlandią a Kambodżą, Kosowem a Serbią, Kongo a Rwandą, Pakistanem a Indiami, Izraelem a Iranem, Egiptem a Etiopią oraz Armenią a Azerbejdżanem. To bezprecedensowe. Niestety, wolałbym, żeby to ONZ zakończyła te wojny. We wszystkich tych wojnach ONZ nawet nie pomogła rozwiązać konfliktów. Nie otrzymałem ani jednego telefonu z ONZ z prośbą o pomoc w rozwiązaniu tych konfliktów. W ONZ nawet nie działają schody ruchome…”

Trump skrytykował decyzje kilku krajów o uznaniu państwa Palestyna. Według prezydenta Stanów Zjednoczonych uznanie Palestyny ​​jest „nagrodą” za „okrucieństwa” popełnione przez „terrorystów” z Hamasu.

„Konflikt między Izraelem a Hamasem musi się zakończyć”. „Niestety, Hamas konsekwentnie odrzucał wszystkie rozsądne oferty rozmów pokojowych ” – dodał Trump. „Musimy zakończyć tę wojnę. Negocjować pokój natychmiast. Chcemy uwolnienia 20 zakładników ” – dorzucił.

Odniósł się także do Rosji i oskarżył Indie i Chiny o bycie „głównymi sponsorami finansowymi” rosyjskiej machiny wojennej. Wezwał też kraje UE do zaprzestania kupowania rosyjskiej energii.

Donald Trump oskarżył też Organizację Narodów Zjednoczonych o zachęcanie do „inwazji” na niektóre kraje, zwłaszcza zachodnie, poprzez wspieranie nielegalnej imigracji. „Organizacja Narodów Zjednoczonych finansuje ataki na kraje zachodnie i ich granice”, mówił, odnosząc się do pomocy finansowej i prawnej, jakiej organizacja ta udziela migrantom.

„Czas zakończyć nieudany eksperyment z otwartymi granicami” – powiedział prezydent USA i dodał „wasze kraje idą prosto do piekła”, atakując m.in. burmistrza Londynu Sadiqa Khana , pierwszego muzułmańskiego burmistrza zachodniej stolicy.

=======================================

Nazwał też teorię zmian klimatycznych „największym oszustwem, jakie kiedykolwiek popełniono na świecie”. Jego zdaniem, koncepcja śladu węglowego to „misja wymyślona przez ludzi ze złymi intencjami”. „Mówili, że globalne ocieplenie doprowadzi do zagłady świata… Ale potem robiło się coraz zimniej” – powiedział prezydent USA.

– To największy szwindel, jaki kiedykolwiek został popełniony wobec świata – oznajmił Trump, twierdząc, że wszystkie dotychczasowe przepowiednie katastrof klimatycznych się nie spełniły.

Trump stwierdził, że szwindlem jest też ślad węglowy i że oszustwa te zostały dokonane przez „głupich ludzi, którzy kosztowali fortunę swoje kraje i zaprzepaścili ich szansę na sukces”.

——————————-

Prezydent USA obiecał, że „zlikwiduje doszczętnie” wenezuelskich handlarzy narkotyków, a poniekąd pod adresem prezydenta tego kraju Maduro rzucił – „Ostrzegamy każdego terrorystę, który przemyca zatrute narkotyki do Stanów Zjednoczonych Ameryki: zniszczymy go”.

Donald Trump, który przemawiał tuż po Luli w Zgromadzeniu Ogólnym, relacjonował, że spotkał go na korytarzu i „umówiliśmy się, że spotkamy się ponownie w przyszłym tygodniu. Swojego brazylijskiego odpowiednika Luiza Inacio Lula da Silve oskarża o prześladowanie swojego poprzednika Jaira Bolsonaro.

Czas minął i nic się nie wydarzyło. Proroctwo klimatycznej aktywistki okazało się farsą

Czas minął i nic się nie wydarzyło. Proroctwo klimatycznej aktywistki okazało się farsą

[To nie klimakterium klimatyczne... Za młoda. To totalne wypranie mózgu. md]

12.09.2025 nczas/czas-minal-i-nic-sie-nie-wydarzylo-proroctwo-klimatycznej-aktywistki-okazalo-sie-farsa

Aktywistka klimatyczna na French Open w Paryżu alarmowała o katastrofie klimatycznej za 1028 dni. 1028 dni minęło i nic się nie wydarzyło.
Aktywistka klimatyczna na French Open w Paryżu alarmowała o katastrofie klimatycznej za 1028 dni. 1028 dni minęło i nic się nie wydarzyło. / Fot. PAP/Newscom

3 czerwca 2022 roku podczas wielkoszlemowego turnieju French Open w Paryżu jedna z aktywistek klimatycznych postanowiła poinformować świat o „nadchodzącej apokalipsie”. Kobieta wbiegła na kort podczas meczu między Casperem Ruudem a Marinem Ciliciem i zaprezentowała koszulkę z napisem „Pozostało nam 1028 dni”.

Akcja trwała kilka minut, zanim ochrona kortu zdołała usunąć protestującą z murawy. Ekoterrorystka krzyczała hasła związane z walką przeciwko zmianom klimatycznym, wzywając do natychmiastowych działań przed nadchodzącą „katastrofą ekologiczną”. Mecz został na krótko przerwany.

Wielkie odliczanie dobiegło końca

Minęło dokładnie 1028 dni od tego pamiętnego wydarzenia, a świat – ku zaskoczeniu wyznawców klimatycznej religii – wciąż funkcjonuje normalnie. Nie nastąpiła ani globalna katastrofa klimatyczna, ani żadne z apokaliptycznych scenariuszy przewidywanych przez tego typu ludzi.

Planeta Ziemia obstaje przy swoim dotychczasowym harmonogramie geologicznym, ignorując dramatyczne odliczania. Znów okazało się, że natura nie dostosowała się do arbitralnych terminów wyznaczanych przez klimatystów. Choć odegrano cały ten teatrzyk, by przekonać kilku naiwnych, ostatecznie i tak chodziło tylko o to, by pieniądze popłynęły do właściwych kieszeni.

Ciekawe, czy dziewczyna wciąż żyje w świecie alternatywnych rzeczywistości, a jeśli tak, to czy zamierza zaktualizować swoją koszulkę o nową datę.

W USA rozważają zniesienie norm emisji, w UE ich zaostrzenie

W USA rozważają zniesienie norm emisji,

w UE ich zaostrzenie.

Sommer: Naprawdę musimy na to pozwalać?

3.08.2025 https://nczas.info/2025/08/03/w-usa-rozwazaja-zniesienie-norm-emisji-w-ue-ich-zaostrzenie-sommer-naprawde-musimy-na-to-pozwalac/

auto samochod motoryzacja spaliny emisja co2 greta thunberg
Greta Thunberg nałożona na lakierze wysokospalinowego auta / fot. ilustracyjne / fot. reddit.com

W USA rozważane jest całkowite usunięcie norm spalinowych.

Tymczasem w Unii Europejskiej klimatystyczna agenda oparta na ideologii sprawnych umysłowo inaczej trzyma się mocno i rozważane są zaostrzenia w tej kwestii.

W 2009 roku uchwalono w USA ustawę o czystym powietrzu. Przekonywano w niej, że emisja gazów cieplarnianych, w tym tych samochodowych, jest szkodliwa dla zdrowia i życia. Ustawa ta obecnie obowiązuje.

Na jej podstawie w USA lobbowano za silnikami hybrydowymi i elektrycznymi. Wprowadzono przywileje podatkowe dla takich pojazdów. Mocno skorzystała na tym m.in. marka Tesla.

Amerykanie jednak nie dali się zrobić w konia jak Europejczycy. Dalej jeżdżą samochodami z silnikiem Diesla.

Co na to Agencja Ochrony Środowiska? Ano staje po stronie narodu i proponuje zniesienie norm emisji spalin. Postuluje też wycofanie wszelkich zakazów sprzedaży aut z silnikami spalinowymi oraz zaprzestania wydawania pieniędzy podatników na promowanie aut elektrycznych.

Agencja wskazuje, że kupno auta powinno być świadomym wyborem konsumenta. Zniesienie norm miałoby spowodować spadek cen samochodów spalinowych. Oszczędności mogą wynieść 54 mld dolarów w skali roku.

W tym samym czasie w unijnym kołchozie ideolodzy podniesieni do rangi urzędników dyskutują o zaostrzeniu obecnych norm emisji spalin. Trwają prace nad projektem ustawy zakazującej dużym firmom oraz wypożyczalniom samochodów kupowania aut spalinowych od 2030 roku.

„Mimo iż europejskie samochody stanowią tylko ułamek (!) światowej emisji CO2, to unijni urzędnicy coraz bardziej wprowadzają 'ekologiczny’ reżim. Stanowi to duży problem dla producentów samochodów. A przecież spokojnie moglibyśmy wrócić choćby i do norm Euro 6; klimat by na tym nie ucierpiał, a odetchnęlibyśmy z ulgą będąc choć trochę bliżej normalności” – czytamy na pch24.pl.

Do kwestii zmiany podejścia USA do klimatyzmu odniósł się m.in. redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” dr Tomasz Sommer.

Stany Zjednoczone odchodzą właśnie od dogmatu antropogeniczności globalnego ocieplenia. Dwutlenek przestał być już szkodliwy, wiatraki mają działać na rynku albo zginąć, a klimat się zmienia bo.., nie jest stały. Mało tego 'konsensus’ znika” – napisał na X dr Tomasz Sommer.

„I tylko w Berlinie i Generalnej Guberni eko-nazizm się broni. Naprawdę musimy na to pozwalać?” – podsumował redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!”.

„Zielone” inwestycje nie są opłacalne? Największy brytyjski bank wycofuje się z sojuszu klimatycznego

„Zielone” inwestycje nie są opłacalne? Największy brytyjski bank wycofuje się z sojuszu klimatycznego

https://pch24.pl/zielone-inwestycje-nie-sa-oplacalne-najwiekszy-brytyjski-bank-wycofuje-sie-z-sojuszu-klimatycznego

(opr. PCh24.pl)

Transformacja na „zieloną” energię nie tylko nie przynosi oczekiwanych rezultatów, ale też generuje ogromne koszty. Brytyjski bank HSBC – siódmy największy bank na świecie – właśnie ogłosił, że wycofuje się ze światowego sojuszu klimatycznego banków.

Net-Zero Banking Alliance (NZBA) jest międzynarodowym sojuszem banków, założonym w 2021 r. w celu osiągnięcia tzw. neutralności klimatycznej do 2050 roku. Jego założeniem jest m.in. wspieranie działań mających ograniczyć emisję CO2.

Po czterech latach działalności sojuszu euforia klimatyczna nieco minęła. Złożone deklaracje okazują się trudne – a przede wszystkim – bardzo kosztowne do realizacji. Opierały się one na nierealnym założeniu, że przejście na „zieloną” energię nastąpi szybko i bezboleśnie. Banki miały ograniczać finansowanie wydobycia węgla i gazu nawet jeśli nie było innej alternatywy. Oznaczało to pogarszanie warunków kredytowych dla takich inwestycji lub nawet ich blokowanie. Wzrost cen wydobycia węgla w Polsce jest po części spowodowany właśnie brakiem finansowania ze strony instytucji bankowych.

Transformacja na „zieloną” energię miała bazować na zasadzie sprawiedliwości i zrównoważonego rozwoju, jednak w praktyce dotknęła przede wszystkim najuboższych. Spowodowała wzrost cen prądu, żywności, transportu i ogrzewania, a to zmusiło wielu obywateli do rezygnacji nawet z podstawowych potrzeb. Pogoń za rzekomo czystym powietrzem nałożyła też wiele regulacji na przedsiębiorców, powodując inflację i spowalniając rozwój gospodarczy.

Koszty „zielonych” inwestycji zaczęły rosnąć, a tak hucznie ogłaszana poprawa jakości powietrza nie nadeszła. Do tego doszedł kryzys wojenny z 2022 r., w konsekwencji którego do łask wróciły węgiel i gaz ziemny. Wreszcie pogoń za „ekologicznymi” trendami wprowadzała ogromny chaos. Co chwilę zmieniały się regulacje, a presja polityczna rosła. Stanowiło to coraz większy problem dla finansistów, bowiem dla nich największe znaczenie mają przewidywalność i odpowiednia wycena ryzyka.

W konsekwencji na początku 2025 r. wiele amerykańskich instytucji finansowych zdecydowało się wycofać z udziału w klimatycznych sojuszach. Teraz sojusz NZBA opuścił również jeden z europejskich banków – mianowicie brytyjski HSBC, będący jednym z globalnych liderów finansowych i siódmym największym bankiem na świecie.

Źródło: niezalezna.pl AF

Koniec klimatyzmu w USA.

Koniec klimatyzmu w USA. „Największa akcja deregulacyjna w historii Stanów Zjednoczonych”

30.07.2025 AW https://nczas.info/2025/07/30/koniec-klimatyzmu-w-usa-najwieksza-akcja-deregulacyjna-w-historii-stanow-zjednoczonych/

Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay
Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay

Agencja Ochrony Środowiska (EPA) ogłosiła we wtorek, że wycofuje się z formalnego uznania, że zmiany klimatu zagrażają zdrowiu publicznemu i że do zmian przyczyniają się spaliny samochodowe. Decyzje te były podstawą niemal wszystkich regulacji ograniczających m.in. emisję gazów cieplarnianych i spalin.

Proponowaną zmianę ogłosił podczas ceremonii w salonie sprzedaży ciężarówek w Indianapolis szef EPA Lee Zeldin.

– Jeśli ta propozycja zostanie sfinalizowana, dzisiejsze ogłoszenie będzie oznaczać największą akcję deregulacyjną w historii Stanów Zjednoczonych – powiedział Zeldin.

Szef EPA podważył ustalenie EPA z 2009 r., kiedy agencja formalnie uznała zmiany klimatu za zagrożenie dla zdrowia publicznego. Stanowiło to podstawę prawną m.in. dla regulacji emisji gazów cieplarnianych w ramach ustawy o czystym powietrzu. Według Zeldina i jego zwolenników regulacje uderzały w amerykański przemysł, zwiększały ceny konsumentom i osłabiały konkurencyjność biznesu.

Dodatkowo Zeldin zaproponował uznanie, że spaliny samochodowe nie przyczyniają się znacząco do zmian klimatu, a regulacje ws. spalin szkodziły społeczeństwu ze względu na ograniczenie wyboru pojazdów i wyższe ceny.

Cytowani przez NYT krytycy decyzji wskazują, że odwołane regulacje dot. norm spalinowych przyczyniły się do zaoszczędzenia paliwa i redukcji emisji o miliardy ton.

– EPA wycofuje największy pojedynczy krok, jaki postawił jakikolwiek kraj, by oszczędzić ropę naftową, pieniądze i walczyć z globalnym ociepleniem – powiedział Dan Becker z ekologicznego think-tanku Center for Biological Diversity.

Koniec polityki klimatycznej w USA. CO2 już „nie będzie powodowało ocieplenia klimatu”

Koniec polityki klimatycznej w USA. CO2 już „nie będzie powodowało ocieplenia klimatu”

24.07.2025 https://www.tysol.pl/a144084-koniec-polityki-klimatycznej-w-usa-co2-juz-nie-bedzie-powodowalo-ocieplenia-klimatu

Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA) chce znieść niemal dwudziestoletnią opinię prawną mówiącą o tym, że emisje gazów cieplarnianych są szkodliwe dla zdrowia ludzkiego, czyli tzw. stwierdzenie zagrożenia – donosi „Washington Post”.

Fabryka - zdjęcie poglądowe Koniec polityki klimatycznej w USA. CO2 już

Fabryka

Rewolucja w polityce klimatycznej

Tak zwane stwierdzenie zagrożenia, opublikowane w 2009 r., stanowi podstawę prawną szerokiego zakresu przepisów klimatycznych zgodnie z obowiązująca w Stanach Zjednoczonych ustawą o czystym powietrzu (Clean Air Act). 

Projekt wniosku o formalne porzucenie tej polityki jest rozpatrywany przez EPA – podał „Washington Post”. W swoim oświadczeniu Agencja Ochrony Środowiska poinformowała, że wniosek zostanie opublikowany, gdy tylko Agencja go przeanalizuje, a szef EPA Lee Zeldin podpisze. 

Gruntowna reforma przepisów środowiskowych

Jak pisze „Washington Post”, Lee Zeldin zainicjował gruntowną reformę przepisów środowiskowych, ponieważ Trump zobowiązał się do ograniczenia kosztów regulacyjnych i przyspieszenia rozwoju energetyki w USA. W zeszłym tygodniu producenci chemikaliów, elektrownie węglowe i inne zakłady otrzymały zwolnienia pozwalające na ominięcie szeregu przepisów środowiskowych.

Opinia prawna mówiąca o tym, że emisje gazów cieplarnianych są szkodliwe dla zdrowia ludzkiego leży u podstaw przepisów dotyczących emisji w takich branżach jak lotnictwo, motoryzacja i energetyka. Od dawna jest ono w Stanach Zjednoczonych krytykowane przez sceptyków globalnego ocieplenia i konserwatystów, którzy argumentują, że nakazy wynikające z ustawy o czystym powietrzu (Clean Air Act) nie są odpowiednie do objęcia gazów cieplarnianych, które nie respektują granic państwowych.