Prowadzę od wielu lat jednoosobowe wydawnictwo, już chyba jako jeden z ostatnich w Polsce, bo docierają do mnie coraz częściej kolejne sygnały o wycofujących się z rynku niewielkich oficynach wydawniczych i prywatnych, niegdyś rodzinnych księgarniach.
Nic w tym dziwnego, skoro koszty prowadzenia tego typu działalności rosną w tempie geometrycznym, rynek zdominowany jest przez księgarnie sieciowe i hurtownie pobierające od wydawców „marże” w wysokości 55%. Do tego dochodzi malejąca z każdym rokiem liczba czytelników. Za tzw. „ubezpieczenie zdrowotne” zapłaciłem dzisiaj, jak co miesiąc, kilkaset złotych. O „służbie zdrowia” w Polsce i jej powolnym konaniu mówią wszyscy od ponad 30 lat, emeryci czekają w wielomiesięcznych [ja – w wieloletniej.. md] kolejkach do specjalistów, a z rozmysłem realizowany upadek roli rodziny powoduje, że seniorzy u schyłku swoich dni z przerażeniem spoglądają w przyszłość.
A jednak, rynek medyczny w naszym nieszczęśliwym kraju ma się doskonale. Bo, gdyby było inaczej, czy kogokolwiek interesowałyby targi medyczne pod jakże patetyczną nazwą Warsaw Medical Expo, tłumaczoną na język tubylczy „Międzynarodowe Targi Medyczne”? Właśnie trwają, a ruch w interesie nie jest mały, bo ogromna hala wystawowa w kompleksie Ptak Expo w podwarszawskim Nadarzynie wynajęta została dla tego przedsięwzięcia na trzy dni, od 15 do 17 września. Na stronie targowejuczestnik może przeczytać, że biorąc w nich udział „pozna najnowsze trendy branżowe”, „nawiąże nowe kontakty biznesowe” i „zdobędzie cenną wiedzę” oraz „pozna nowości rynku”.
Któż tam szuka cennej wiedzy, którą większość Polaków zna doskonale? Zapewne jacyś wybitni specjaliści, jak na przykład ci z kolejnej fundacji (!), która wbrew postępującej patologii w tym obszarze „powstała w 2026 roku, aby wspierać podmioty medyczne w procesie zmian oraz sprostaniu wyzwaniom, jakie niosą dziś nowe technologie i ograniczenia finansowe systemu opieki zdrowotnej w Polsce”. Odsyłam do zapoznania się z listą owychekspertów[zajrzyj koniecznie, czytelniku !!], którzy reklamują się pisząc „pomagamy poprzez wdrażanie nowoczesnych technologii, cyfrowej transformacji oraz innowacji organizacyjnych i finansowych”. To bardzo pouczająca lektura. I zapewne zachęcająca do wspierania.
Targi podzielono na liczne sektory, co pozwala mieć nadzieję, że już od piątku będzie w Polsce tylko lepiej. Choć kilka z nich może rozbudzać ciekawość, jak na przykład „innowacje i R&D”, „marketing, media i komunikacja medyczna”, czy „pozostałe/trudne do jednoznacznej klasyfikacji”. I, chociaż strona, jak napisano na jej dole, „przeznaczona jest wyłącznie dla profesjonalistów medycznych” pozwoliłem sobie spojrzeć na listę patronów tej imprezy. Dzięki temu wiem, że nasza przyszłość jest w dobrych rękach. Patronatem honorowym targi objęły takie instytucje, jak Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych, czy Marszałek Województwa Mazowieckiego. Wśród partnerów merytorycznych znalazło się Polskie Centrum Badań i Certyfikacji, co pozwala mieć nadzieję, że nie przytrafią się nam już nigdy nieprzebadane i nie zatwierdzone do użytku preparaty eksperymentalne. Tym bardziej, że obok widnieje logo Obserwatorium Bezpieczeństwa, na którego stronie czytamy, że jest pierwszą w Polsce organizacją pozarządową i ekspercką typu think tank zajmującą się sprawami bezpieczeństwa miast, samorządu terytorialnego oraz instytucji publicznych, skoncentrowaną na profesjonalnej działalności badawczej, doradczej i edukacyjnej.
Zauważyłem też mało wysublimowaną grafikę przypominającą krzyżujące się igły z podpisem Centrum NanoBioMedyczne, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wiem, że nazwiska profesorów tej uczelni pojawiały się licznie w nagłówkach mediów (tych niepoprawnych niestety) w minionych latach walki z zarazą, więc podejrzewam, że przynajmniej część tamtejszej palestry ryzykowała zdrowiem i życiem dla dobra ogólnego. Nie podnosi mnie to jednak na duchu. Podobnie, jak merytoryczny patronat Polskiego Towarzystwa Lekarzy Menedżerów. Być może, gdyby więcej było wokół nas lekarzy, niż menedżerów, czułbym się spokojniej.
Podczas targów wręczano medale i dyplomy. Na przykład, za innowacje roku. „Dla produktu, technologii lub rozwiązania, które wprowadza nowatorskie podejście, usprawnia dotychczasowe procesy lub odpowiada na potrzeby rynku w nowy sposób”. Ale też dla lidera jakości i profesjonalizmu. „Dla firmy lub marki, która konsekwentnie utrzymuje wysokie standardy jakości, rzetelności i profesjonalnej obsługi, budując zaufanie”.
Jedna z konferencji targów nosiła tytuł „Bezpieczna i odporna ochrona zdrowia”. Mam nieodparte wrażenie, że jedyne odpowiadające otaczającej nas rzeczywistości słowo w tym tytule odnosi się właśnie do odporności. Naszej odporności na to wszystko, co wyprawia się obok nas, ponad nami, bez naszej wiedzy i zgody. Ale, za nasze przede wszystkim pieniądze.
Sławomir M. Kozak
jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się
Wstrząs z 11 września 2001 roku był tak głęboki, że pomimo początkowego sceptycyzmu, minęło cztery lub pięć lat, zanim niezależni badacze, zarówno zawodowi, jak i naukowi, przedstawili dowody na poważne wady oficjalnej wersji wydarzeń. Z biegiem lat, w miarę jak problemy z oficjalną wersją wydarzeń narastały i narastały, informowałem o tych odkryciach. W liczne rocznice wydarzeń przypominałem czytelnikom, że istnieje więcej dowodów przeciwko oficjalnej wersji wydarzeń niż na jej poparcie. Nie będę dziś powtarzał wszystkich tych informacji, ponieważ zapełniłoby to całą książkę. Zamiast tego zaproponuję Państwu inny sposób myślenia o wydarzeniu, które w pewnym sensie miało charakter definiujący.
============================
W Polsce analizował tę zbrodnię w wielu książkach Sławomir M. Kozak. Pierwszą jest „”Operacja Dwie Wieże”, dostępne są też następne na ten temat. Mirosław Dakowski
===============================================
Zanim zaczniemy, weźmy pod uwagę, że już w 2006 roku – na długo przed pojawieniem się dowodów na to, że oficjalna wersja wydarzeń jest kłamstwem – sondaż Zogby’ego wykazał, że 42% Amerykanów uważało, że rząd zataił kluczowe dowody i odmówił ich zbadania. Jak mogliby uwierzyć inaczej, skoro główny śledczy ds. pożarnictwa w Nowym Jorku protestował przeciwko nielegalnemu usuwaniu i przemycaniu dowodów kryminalistycznych z wież World Trade Center i gruzów budynku nr 7 z kraju przed ich zbadaniem?
ak mogliby uwierzyć inaczej, skoro neokonserwatywna administracja Cheneya/Busha/syjonistów przez rok odmawiała nawet zwołania komisji – nie śledztwa, lecz politycznie wybranej – w celu potwierdzenia oficjalnej wersji wydarzeń, zwłaszcza po tym, jak współprzewodniczący komisji i jej główny radca prawny później napisali książki, w których ogłosili, że komisja jest skazana na porażkę, że informacje przed nią zatajono i że komisja rozważała wszczęcie postępowania karnego?
Oczywiście, przeklęte amerykańskie media przedstawiały wszelkie wątpliwości jako teorie spiskowe. Każdy, kto sceptycznie odnosił się do oficjalnej wersji wydarzeń, był „teoretykiem spiskowym” – co potwierdzi dziś test sztucznej inteligencji wykorzystujący oficjalną wersję wydarzeń jako bazę danych.
Jeśli dobrze pamiętam – a nie będę wracał i ponownie czytał swoich felietonów z tych wszystkich lat ani przeszukiwał moich archiwów w celu znalezienia dokumentów, ponieważ moja pamięć działa doskonale – pierwszy profesjonalny atak na oficjalną wersję wydarzeń z 11 września wyszedł od profesora fizyki z Uniwersytetu Brighama Younga.
Jako profesor fizyki rozumiał coś o siłach. Wiedział, że Wieże Bliźniacze zostały zbudowane zgodnie z przepisami budowlanymi, aby wytrzymać uderzenie samolotu pasażerskiego. Wiedział, że uderzenie samolotu pasażerskiego w masywną konstrukcję ze stali i betonu zniszczy samolot, a nie budynek – tak jak samolot, który rzekomo uderzył w Pentagon, budynek niezaprojektowany do wytrzymania uderzenia samolotu, rozpadł się bez śladu, podczas gdy sam budynek został ledwie uszkodzony. Oficjalna wersja nie wyjaśniła, dlaczego samolot pasażerski, który rzekomo uderzył w Pentagon, rozsypał się w pył, podczas gdy uderzenia samolotów pasażerskich w Wieże Bliźniacze spowodowały, że potężne budynki rozsypały się w pył.
Profesor fizyki nazywał się Steven E. Jones. Pozyskał pył z wież World Trade Center, gdzie występował w dużych ilościach. Jako naukowiec wiedział, że pył zawierał dowody rzeczowe. Zbadał i przetestował pył, znajdując niezbite dowody na to, że zawierał on zarówno przereagowany, jak i nieprzereagowany nanotermit, substancję stosowaną w kontrolowanych rozbiórkach.
We wrześniu 2006 roku administracja BYU, pod presją rządu federalnego, udzieliła profesorowi Jonesowi, profesorowi etatowemu, płatnego urlopu w celu zbadania jego kontrowersyjnych publicznych wypowiedzi. Pomyślcie o tym przez chwilę. Czy słyszeliście kiedyś o profesorze z uprawnieniami zawodowymi, który zostałby odsunięty od pracy i objęty śledztwem za opublikowanie wyników? Moim zdaniem, bazując na moich doświadczeniach w Waszyngtonie i na uniwersytecie, administracja BYU otrzymała od administracji George’a W. Busha polecenie uciszenia profesora Jonesa – w przeciwnym razie finansowanie federalne zostanie cofnięte. Profesor Jones zdał sobie sprawę, o ile dobrze pamiętam, że jego kariera dobiegła końca i otrzymał 850 000 dolarów na rezygnację. Zwolnienie Jonesa było ostrzeżeniem przed losem, jaki czeka każdego fizyka, który odstąpi od oficjalnej narracji.
Zadajcie sobie pytanie: Dlaczego profesor fizyki miałby zrujnować swoją karierę, fałszując raport – raport, którego nieścisłości do dziś nie udowodniono? Dlaczego błąd – jeśli rzeczywiście nim był – miałby uzasadniać zawieszenie, które prowadzi do wszczęcia śledztwa? Oczywiste jest, że skorumpowany reżim syjonistyczny pod rządami George’a W. Busha chciał uciszyć osobę mówiącą prawdę.
W 2009 roku Jones, wspólnie z naukowcem Nielsem Harritem z Uniwersytetu w Kopenhadze i innymi naukowcami, ponownie wykazał obecność nanotermitu („Active Thermic Material Discovered in Dust from the 9/11 World Trade Center Catastrophe”, Open Chemical Physics Journal , kwiecień 2009).
Amerykańska nauka jest w dużym stopniu uzależniona od finansowania federalnego, a ta kwestia była zbyt drażliwa dla naukowców, którzy na nim polegają. Moim zdaniem, żaden fizyk na świecie nie jest na tyle głupi, by uwierzyć w oficjalną wersję wydarzeń z 11 września. Wiedzą jednak, że kwestionowanie tej wersji oznacza koniec ich kariery – tak jak w przypadku profesora Jonesa. Biorąc pod uwagę kredyty hipoteczne, kredyty samochodowe i edukację dzieci, nie będą zatem narażać swojej kariery ani swoich rodzin, wspierając badania sprzeczne z oficjalną wersją. Nikczemna Wikipedia nadal klasyfikuje wszystkie ustalenia faktyczne naukowców jako „teorie spiskowe”.
W 2006 roku, pięć lat po wydarzeniach, architekt Richard Gage dostrzegł poważne braki w oficjalnej wersji wydarzeń. Założył organizację „Architekci i Inżynierowie dla Prawdy o 11 Września”. Na jaw wyszły niezliczone informacje, które dowiodły, że sfabrykowanie oficjalnej wersji wydarzeń z 11 września było niemożliwe.
Wyjaśnienie dotyczące Budynku 7, wynalezione przez NIST, zostało obalone przez nauczyciela fizyki w liceum, który udowodnił, że budynek zawalił się z przyspieszeniem swobodnego spadku [g=9.81m/s2 md] , co można osiągnąć jedynie poprzez kontrolowane wyburzenie. Wynalazek NIST został następnie ponownie obalony przez inżynierów konstrukcyjnych i sądowych z Uniwersytetu Alaski – najwyraźniej jedynego uniwersytetu w Ameryce, który zgodził się zaryzykować utratę federalnego finansowania dla prawdy.
Waszyngton i jego skorumpowane media nazwały fakty „teorią spiskową”, ale nie zdołały zdyskredytować niezależnych doniesień. Gdyby to była teoria spiskowa, establishment poparłby dochodzenie, ponieważ udowodniłoby to jej istnienie. Zamiast tego reżim starał się zapobiec dochodzeniu i je zdyskredytować. Fakty były zgodne z oficjalną narracją. Wszystko inne było teorią spiskową. Amerykańskie media, posłuszne reżimowi, uwierzyły w tę fikcję.
Inżynierowie budownictwa lądowego i konstrukcji budowlanych stoją przed tym samym problemem co profesorowie fizyki. Jeśli otwarcie powiedzą, co myślą, ryzykują utratę klientów. Waszyngton i jego skorumpowane media z powodzeniem przedstawiają prawdziwe oświadczenia jako przejaw antyamerykanizmu. Każdy, kto odbiega od oficjalnej narracji, zostaje nie tylko nazwany teoretykiem spiskowym w foliowej czapeczce, ale także antyamerykańskim sympatykiem „muzułmańskich terrorystów” i w konsekwencji traci swoich pracodawców.
Każdy, kto nadal wierzy w oficjalną wersję wydarzeń z 11 września, został poddany praniu mózgu. Głupota znacznej części społeczeństwa amerykańskiego jest wykorzystywana do tłumienia prawdy. Waszyngton zdał sobie sprawę, że narracja, która wzbudza strach w intelektualnie wrażliwej części społeczeństwa amerykańskiego, jest sukcesem.
Mija ćwierć wieku od tak zwanego „ataku na Amerykę”, a świat nadal nie uzyskał odpowiedzi na pytanie o jego szczegóły, a przede wszystkim rzeczywistych sprawców. Przez wszystkie te lata powstały tysiące „teorii spiskowych” próbujących wyjaśnić te kwestie i najmocniej trzyma się ta powołana do życia przez amerykański rząd, w myśl której cztery samoloty pasażerskie, którymi tego zamachu dokonano porwało 19 arabskich porywaczy z nożykami do cięcia kartonu i nienawiścią do Stanów Zjednoczonych w sercach.
Nie będę już dziś przywoływał po raz kolejny wszelkich argumentów zbijających tę idiotyczną narrację. Moi starsi czytelnicy zdążyli się z nimi zapoznać dokładnie, bo przecież napisałem na ten temat kilka książek i setki artykułów. Tych młodszych, którzy przyszli na świat już po tych wydarzeniach, a dziś wchodzą w dorosłość, zachęcam po prostu do sięgnięcia po nie. Można je łatwo znaleźć, choćby na mojej stronie internetowej (www.oficyna-aurora.pl).
Podpowiadam tylko, że o tym tragicznym, nie tylko dla Ameryki, ale całego świata dniu, wspominałem przez 18 lat również w książkach nie dotyczących bezpośrednio zdarzenia nazywanego dziś powszechnie mianem „9/11”. Odwoływałem się do niego w licznych pozycjach nie mających tego określenia w tytule, poświęconych innym przypadkom czy ludziom występującym w historii przełomu XX i XXI wieku.
Najlepszym przykładem takiej książki jest„TerraMar. Utopia elit”, w której przybliżyłem kluczową dla tej sprawy postać, a której nikt z nią oficjalnie nie łączy. To Robert Maxwell. Magnat prasowy, agent wielu wywiadów i niemal oficjalny łącznik między służbami świata zachodniego i wschodniego w okresie zimnej wojny. To on był głównym sprzedawcą opisywanego przeze mnie w kilku książkach niesławnego oprogramowania PROMIS, które nie tylko dało szansę wejść we wszystkie systemy komputerowe agencji amerykańskich 11 września 2001 roku, w tym te zarządzające bezpieczeństwem na lotniskach i wspierające kontrolę ruchu lotniczego, ale też pozwoliło kilku służbom wywiadowczym na pełną infiltrację państwa polskiego jeszcze w latach poprzedzających tzw. transformację ustrojową.
Czyli w dużej mierze jego ówczesna działalność odbija się, nam Polakom, czkawką do dzisiaj. Z całą pewnością można też przyjąć, że to on położył podwaliny pod obecne wydarzenia bombardujące cały świat każdego dnia. Dosłownie, w kontekście toczących się aktualnie dwóch największych wojen, ale też w kwestii realizowanych nieprzerwanie założeń Agendy 2030, które kontynuują wszystkie jego dzieci.
Pisałem w przywołanej książce, że Christine Maxwell jest żoną Rogera Maliny, fizyka po słynnym MIT. Ukończył on również wydział astronomii na Uniwersytecie Kalifornijskim. Pracował dla NASA, zajmował się badaniem ciemnej materii i ciemnej energii. Brzmi fascynująco, choć odrobinę ponuro. (…) Początkowo, Christine była redaktorką, zajmującą się literaturą naukową, w wydawnictwie Pergamon Press, należącym do jej ojca. To właśnie Pergamon i inne firmy Roberta Maxwella zajmujące się oprogramowaniem i informacją już na początku lat 70., opracowywały komputerowe narzędzia informacyjne. Zostały później przejęte nie tylko przez wielkie firmy globalistyczne, ale także przez FBI i agencje wywiadowcze. Otworzyły ogromne możliwości dla izraelskich programów szpiegowskich. Christine została później współzałożycielką firmy Chiliad, zajmującej się oprogramowaniem do inteligentnej eksploracji danych na żądanie, z wykorzystaniem technologii wyszukiwania w języku naturalnym. Oprogramowanie tej firmy było podstawą technologii pozyskiwania informacji i tworzenia bazy danych antyterrorystycznych dla FBI. To ta baza „pomogła” powiązać arabskich zamachowców z wydarzeniami 11 września 2001 roku!
O ile Christine zdecydowanie odwoływała się do swej brytyjskości i ogólnie, świata anglosaskiego, o tyle jej siostra Isabel Maxwell pozostaje fanatyczną syjonistką, która swe życie poświęciła budowaniu przedsiębiorstw pracujących dla państwa Izrael. Już w latach 90. Isabel i jej mąż David Hayden, z pomocą Christine i także jej męża, stworzyli jedną z pierwszych wyszukiwarek internetowych, Magellan. Została natychmiast wykorzystana przez AT&T, Time Warner, IBM, Netcom i Microsoft. Swą pierwszą spółkę, McKinley Group, założoną w roku 1992, sprzedali w roku 1996, za 4,5 miliona dolarów konkurencyjnej firmie, Excite. W latach 1997-2001 Isabel była prezesem Commtouch Inc., izraelsko-amerykańskiej firmy zajmującej się przesyłaniem wiadomości e-mail i bezpieczeństwem internetowym. Commtouch został później zintegrowany z pocztą Google, czyli Gmail. Pośród jej udziałowców roiło się od ludzi związanych z głośną aferą Jonathana Pollarda. Firma weszła na giełdę NASDAQ w roku 1999, a w 2014 zmieniła nazwę na CYREN. Wielce prawdopodobne jest, że to właśnie Christine i Isabel, przy wsparciu Mosadu, pomogły Sergey’owi Brin i Larry’emu Page stworzyć, i wprowadzić na rynek wyszukiwarkę Google.
Trzeba wyjątkowego uporu, by nie dostrzec, że dzięki takim właśnie osobom, wywiadowi izraelskiemu nie tylko udało się wejść tylnymi drzwiami na teren Doliny Krzemowej, ale też pozyskać z czasem jej najważniejszych graczy, jak choćby Bill Gates, czy Paul Allen. W roku 2001, Isabel zadeklarowała, że „będzie pracować tylko nad sprawami ważnymi dla Izraela”, a żeby to podkreślić, przyjęła równocześnie stanowisko prezesa Centrum Peresa na rzecz Pokoju. (…)
Nie sposób pominąć w tym miejscu postaci jej syna, Alexa Djerassi, który od razu po ukończeniu szkoły został zatrudniony w roku 2008, przez Hillary Clinton do pracy na rzecz jej ówczesnej kampanii prezydenckiej. Fakt, że kampania okazała się porażką nie wpłynął na jego karierę, wręcz przeciwnie, otrzymał pracę w Departamencie Stanu, początkowo jako „specjalny asystent”, ale szybko awansował na szefa sztabu w Biurze Asystenta Sekretarza Stanu, w Wydziale Spraw Bliskowschodnich. W tej roli był doradcą strategicznym i nadzorował stosunki USA z Izraelem, Arabią Saudyjską i Iranem.
Jej bracia, Ian i Kevin, uruchomili nie tak dawno działalność pod nazwą „Zwalczanie terroryzmu i ekstremizmu dżihadystycznego” (COJiT)! W zakładce „o nas” piszą, że „CoJiT jest zarejestrowaną spółką non-profit z ograniczoną odpowiedzialnością (Co. No. 11730673), której głównym celem jest prowadzenie edukacji na rzecz społeczeństwa w Wielkiej Brytanii i poza nią, w dziedzinie zwalczania terroryzmu dżihadu, i ekstremizmu w ogóle, jego przyczyn, cech, i konsekwencji oraz reakcji na niego”. Oczywiście, ponad dwie dekady po 9/11, zajmowanie się dżihadystami zakrawa na kpinę, stąd poczesne miejsce wśród dziś najistotniejszych, światowych „izmów”, zajmuje zapewne nacjonalizm. Wśród osób związanych z COJiT znaleźć można ludzi współpracujących na co dzień z rządem Wielkiej Brytanii, a szczególnie z instytucjami kojarzonymi z Ministerstwem Obrony, uczelniami wojskowymi i przemysłem zbrojeniowym.
Najsłynniejszą z rodzeństwa stała się oczywiście ukochana córeczka Roberta – Ghislaine, którą media całego świata starają się usilnie przedstawiać, jako wspólniczkę słynnego Jeffreya Epsteina, podczas gdy w rzeczywistości w tym duecie to ona grała pierwsze skrzypce. To Robert Maxwell wybrał tego pedofila na przyszłego partnera swej córki już w latach 80. ub. wieku, a w ich wieloletniej działalności stręczenie nieletnich możnym tego świata nie było wcale największą zbrodnią.
Są to sprawy tak intrygujące i ważne dla nas wszystkich, że trudno pojąć, iż ludzi w ogóle to nie zajmuje. Być może rozwinę kiedyś ten wątek, choć coraz mniejszą znajduję przyjemność w pisaniu dla garstki zainteresowanych. Jak wspominałem w książce kończąc jeden z rozdziałów, przez ponad pół wieku rodzina Maxwellów miała bardzo duży wpływ na rozwój nie tylko branży oprogramowania komputerowego, ale też Internetu i mediów społecznościowych. A także, jak wiele na to wskazuje, globalnej sieci szpiegowskiej. Jest to aspekt w ogóle pomijany przez media, co zrozumiałe, ponieważ łatwiej Epsteina sprowadzić do roli psychopatycznego pedofila, działającego bądź to dla zaspokojenia własnych, bądź cudzych, perwersyjnych żądz, aniżeli doszukiwać się rzeczywistych motywów, którymi się kierował i prawdziwych beneficjentów tych działań.
Kilka miesięcy temu administracja Trumpa poinformowała pompatycznie o upublicznieniu tzw. akt Epsteina. W rzeczywistości jednak te dane zawierały ponad 6 mln stron, z czego 3,5 mln pozostaje nadal tajnych. Co najciekawsze, to fakt, że te pozostające z gryfem tajności zawierają zbiór wiadomości i korespondencji z bardzo szczególnego okresu. To przedział kilku miesięcy przed i paru miesięcy po dacie, którą dziś przyszło nam wspominać. Czy zatem 9/11 nie pozostaje nadal jedną z najbardziej intrygujących zagadek historii współczesnej?
trwają przygotowania do debaty „Czy Polska ma szansę uniknąć stania się ‘strefą zgniotu’ w konflikcie z Rosją prowokowanym przez trzy państwa: Francję, Wielką Brytanię i Niemcy?”
Odbędzie się ona 21 września (poniedziałek, początek godz. 19), w lokalu Praskiego Centrum Aktywności Kocham Pragę, przy ulicy Targowej 32 w Warszawie.
W tej chwili obsługę medialną zapowiedziały cztery telewizje internetowe: Centrum Edukacyjne Polska, Chrobry Szlak Tv, Reduta.tv i wRealu24.tv. Lista mediów zaangażowanych w promowanie przekazu Debaty nie jest wyczerpana.
Pomysł przeprowadzenia Debaty zrodził się w wyniku zagrożenia Polski, jakie niosą prowokacyjne wobec Rosji działania Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec oraz zaangażowania szefa polskiego rządu Donalda Tuska w realizacje tych prowokacyjnych działań.
Kulminacją prowokacji wobec Rosji mają być manewry wojsk Francji. Wielkiej Brytanii i Niemiec na terenie Polski w listopadzie 2026. Cele manewrów dotyczą symulowanych ataków samolotów Rafale, zdolnych do przenoszenia pocisków nuklearnych, na rosyjskie cele w Petersburgu i w Obwodzie Kaliningradzkim. Jest to kolejna prowokacja polegająca na przekraczaniu „czerwonych linii” wyznaczonych przez Putina, który powiedział, że w przypadku zagrożenia, bezpieczeństwo obwodu królewieckiego będzie bronione przy użyciu wszelkich dostępnych w Rosji środków.
Jacek Frankowski, pomysłodawca i organizator spotkania wyjaśniając ideę debaty pisze:
Nie muszę dopowiadać, jaki kraj zagrożony jest użyciem przez Rosję wszelkich dostępnych środków, w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa Obwodu Kaliningradzkiego, które wywołują listopadowe militarne manewry na terenie Polski.
Chciałbym, żeby paneliści uczestniczący w Debacie wyrazili opinię, jakie wg nich Polska powinna podjąć działania, żeby nie stać się „strefą zgniotu”.
Punktem wyjścia dla dyskusji będzie rozmowa z doktorem Markiem Laskiewiczem, politologiem mieszkającym w Wielkiej Brytanii, który przewiduje zagrożenie przeniesienie się działań wojennych z terytorium Ukrainy na teren Polski. Dr Laskiewicz w programie wyraża swoją opinię w kwestii działań, jakie powinna podjąć Polska, żeby nie stać się ofiarą prowokacyjnych działań państw podżegaczy. Nagranie dostępne jest TUTAJ.
Marek Laskiewicz w koncepcji Debaty, pełnić będzie rolę „prowokatora” dyskusji, przedstawiając przewidywania zagrożenia Polski nuklearnym konfliktem z Rosja i wygłaszając receptę na uniknięcie zagrożenia przez stworzenie „strefy buforowej” oddzielającej polskie terytorium będącego strefą NATO, od Obwodu Kaliningradzkiego.
Liczę, na twórcze podejście panelistów do zagadnienia zagrożonego bezpieczeństwa Polski, którego jednym z wywoływaczy jest niezdolność myślenia o ułożeniu konstruktywnych relacji z Rosją.
Rusofobia, wbrew narracji post-piłsudczyków, nie jest wyrazem patriotyzmu. Rusofobia to gotowość rzucenia losu Ojczyzny na ofiarny stos w imię wrogiego nastawienia do innego narodu. Patriotyzm, wg kultywujących myśl Romana Dmowskiego, to miłość do Ojczyzny i konsekwentna troska o byt i trwanie Narodu.
W chwili obecnej udział w Debacie zadeklarowali: Jacek Frankowski jako moderator, Marek Laskiewicz, Roman Fritz, Marek Skalski, Arkadiusz Miksa, Dariusz Rozwadowski, Rafał Mossakowski, Sławomir M. Kozak i Kamil Klimczak.
Zaproszenia do udziału w Debacie zostaną wysłane także do Kancelarii Prezydenta, KPRM, Prezydium Sejmu i Konferencji Episkopatu Polski.
Liczymy także na odniesienia do tematu Debaty europosłów w formie filmowych wypowiedzi, wyrażających w dotychczasowych wystąpieniach sprzeciw wobec działań podżegaczy wojennych. Grono, chociaż nieliczne, ale znaczące potencjałem intelektualnym.
W miarę postępu działań organizatorskich będę przekazywał zainteresowanym informacje na bieżąco.
Środek sezonu ogórkowego. Polacy wypoczywają od codziennego znoju, politycy opuścili sejmowe ławy, media donoszą o rakiecie, która zaatakowała pole uprawne w powiecie biłgorajskim lub odnotowują kolejne pożary rozprzestrzeniające się po całej Europie. Z ociąganiem, wiedząc, że informacje i tak docierają do ludzi za pośrednictwem Internetu, pokazują zmasowany, dobrze skoordynowany atak migracyjny na Hiszpanię, ale nie starają się wyciągać z tego wniosków, unikają rzetelnej dyskusji na temat przyczyn i ewentualnych konsekwencji tych wydarzeń, także dla naszej przyszłości. Tymczasem, kilku dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia zauważyło, że władze państwa polskiego po raz kolejny zawarły, z pominięciem drogi konstytucyjnej, umowę o niezwykłej wadze. Nie opadły jeszcze na dobre emocje związane z kolejną rocznicą Powstania Warszawskiego, a dowiadujemy się, że reprezentujący Polskę minister obrony narodowej podpisał ze swym niemieckim odpowiednikiem tajną umowę o współpracy w dziedzinie obronności! Chciałoby się powiedzieć, pakt bezprecedensowy, ale przecież byłaby to nieprawda, ponieważ jego poprzednik z opozycyjnego chwilowo ugrupowania uczynił to samo w roku 2016, łamiąc i wtedy polskie prawo, a Polacy dowiedzieli się o tym dopiero po kilku latach. Polecam zapoznanie się z materiałem, który odsłania zagrożenia, jakie dla nas płyną z tego powodu.
Poniżej przypominam urywki jednego z rozdziałów książki „Requiem dla Amelii Earhart”, której tytuł może sugerować, że nic nie mówi o sprawach, które poruszyłem wcześniej. A jednak mówi całkiem sporo, bo one wszystkie mają wspólny mianownik.
„W jednej z pierwszych książek starałem się opisać, jak doszło do powstania organizacji mającej na początku XXI wieku sterroryzować cały świat. Pisałem: ‘W 1928 roku, Egipcjanin Hassan Al-Banna założył nacjonalistyczną grupę o nazwie Bractwo Muzułmańskie. Banna zauroczony był poglądami człowieka, który niedługo potem odcisnął tragiczny ślad w historii świata. Tym osobnikiem był Adolf Hitler. Banna pisywał nawet do niego wiernopoddańcze listy. Już wkrótce Bractwo stało się swego rodzaju odnogą niemieckiego wywiadu.
Nacjonalizm arabski miał z niemieckim nazizmem coraz więcej wspólnego, a niechęć obu ideologii wzbudzali zarówno żydzi, jak i elementy zachodniej kultury. Niemcy wspierając działalność Bractwa w Egipcie, wzmacniali de facto piątą kolumnę egipskiej armii. Na wieść o wybuchu wojny Bractwo złożyło zapewnienie wywołania powstania i pomocy oddziałom generała Rommla.
Bractwo rosło w siłę. Powstała nawet sekcja palestyńska, której szefem został wielki mufti Jerozolimy. Współtworzył on międzynarodową dywizję SS składającą się z arabskich nazistów. Dywizja ta, o nazwie Muzułmańskiej Dywizji Handzar, miała w swych ambitnych planach podbicie całej Afryki. Po wojnie Bractwo znalazło się na indeksie, a wywiad brytyjski wyłapał jego najaktywniejszych członków. Jednak, jak to w wywiadowczym zwyczaju bywa, postanowiono ich wykorzystać. Trafili do Egiptu, gdzie przez trzy lata szkolono ich do wykonywania zadań specjalnych. Brytyjczycy zamierzali wykorzystać grupę do walki z nowo tworzącym się państwem Izrael. Brytyjczyków wspierał w tych działaniach wywiad francuski, który uwolnił wielkiego muftiego i wysłał go również do Egiptu.
Kiedy okazało się, że plany spaliły na panewce, Brytyjczycy przekazali swe muzułmańskie aktywa rodzącej się służbie wywiadowczej USA. CIA postanowiła wykorzystać arabskich nazistów, na terenie Środkowego Wschodu, w formie przeciwwagi dla arabskich komunistów, pozyskanych przez Związek Sowiecki. Pomysł nie spodobał się władzom egipskim i Gamal Abdel Naser, ówczesny przywódca tego państwa wydał polecenie likwidacji członków Bractwa. I tak, w latach 50. Egipt przestał być bezpiecznym dla nich miejscem. Ratując sytuację, CIA przerzuciła ocalonych z czystki do Arabii Saudyjskiej. Duchowi przywódcy Bractwa rozpoczęli wkrótce w tamtejszych szkołach religijnych nauczanie zasad opartych na zlepku ideologii nazistowskiej z islamskim wahhabizmem. W jednej z tamtejszych medres, z ogromnym zainteresowaniem nauk tych wysłuchiwał młody Arab, o którym w przyszłości miał usłyszeć cały świat. Nazywał się Osama Bin Laden. Kiedy w roku 1979 Sowieci wkroczyli do Afganistanu, amerykańskie służby specjalne zdecydowały o wysłaniu im w sukurs swych bojowników z Arabii Saudyjskiej.
Z uwagi na złe konotacje ideologiczne Bractwa, postanowiono zmienić ich wizerunek. Nowi pomagierzy Ameryki przyjęli nazwę Maktab al-Khadamat al-Mujahidin (mudżahedini). I to oni wykrwawili sowieckich żołnierzy w niedostępnych afgańskich górach. Wkrótce po tym przestali być potrzebni. Arabia Saudyjska, z pewnością wypełniając wolę Ameryki, nie miała już ochoty dłużej ich gościć i zamknęła przed nimi drzwi. W zamian za spokój na swym terenie zobowiązała się jednak wspierać ich finansowo. Tak brzmi wersja oficjalna, jednak jestem pewien, że szykując nowe przedsięwzięcie, należało odciąć wszelkie związki Bractwa z Arabią Saudyjską, państwem bądź co bądź przyjaznym USA i umiejscowić arabskich terrorystów, przynajmniej w społecznej świadomości, w innym kraju. Animatorzy wywiadowczych gier postanowili część z nich po prostu uśpić, zachowując pełną nad nimi kontrolę, co miało się przydać w różnych jeszcze misjach. Tego, że takie zadania nadal spełniają, dowodzi fakt powstania z członków radykalnego odłamu Bractwa organizacji Hamas, a jak już podkreślałem niejednokrotnie, przeświadczony jestem, że ojcem chrzestnym tego tworu jest Izrael. Skoro przez tyle lat służby specjalne tak wielu różnych państw przekazywały ich sobie z ręki do ręki, podejrzenie to wydaje się być w pełni uzasadnione. Osama Bin Laden, który po tajemniczej śmierci swego mentora Azzama, zaczął odgrywać pierwsze skrzypce w Bractwie, powołał do życia Al Kaidę. Musiało być na nią zapotrzebowanie i pomału przygotowywano zręby nowej organizacji. Tak oto powstała Baza. Baza dla kolejnego zadania militarnego. Baza dla wydarzeń 11 września 2001 roku i wszystkich późniejszych konsekwencji tego dnia.’
Czytelników bardziej tematem zainteresowanych, a ręczę, że warto, odsyłam do artykułu, będącego recenzją książki Ian’a Johnson’a, autorstwa Leslie Evans’a, zatytułowanego „Dziwna kariera Ahmada Kamala i jak pomógł CIA wprowadzić radykalny islam do Europy”. Otóż Evans pisze, o czym wspomniałem wcześniej, że protoplastami wykorzystywania radykalnego islamu dla walki politycznej, byli Niemcy, jednak kierowali oni ten oręż przede wszystkim w stronę Sowieckiej Rosji. Wysiłki Hitlera mające na celu rozszerzenie wpływów nazistowskich na sowieckich muzułmanów były kierowane przez Gerharda von Mende, byłego profesora i bojówkarza SA, który pracował dla Ministerstwa Rzeszy. Centrum tej operacji był zatem Berlin, natomiast po II Wojnie Światowej, Amerykanie postanowili wykorzystać te struktury, przenosząc centralę swych działań do Monachium. To tam postanowiono wybudować pierwszy w Europie meczet, pozyskując muzułmanów dla swoich potrzeb. Jak pisał Johnson – Amerykanie, Niemcy Zachodnie i różni islamiści przez lata rywalizowali o to, kto ostatecznie ukończy budynek i przejmie nad nim kontrolę.
Pomysł wyszedł od niemieckiego byłego nazisty, który kierował muzułmańską operacją propagandową na rzecz Hitlera podczas II wojny światowej. CIA przejęła niemiecki plan i odegrała kluczową rolę w zaszczepieniu go islamskim radykałom, którzy z kolei postrzegali go, jako szansę religijnej ekspansji. Johnson pisze, że Monachium było przyczółkiem, z którego Bractwo Muzułmańskie rozprzestrzeniło się na zachodnie społeczeństwo. Amerykański konsulat w Monachium był drugim, co do wielkości, na świecie. Służył jako punkt nasłuchowy dla wszystkiego, co było związane z ZSRR. Gerhard von Mende przeżył wojnę. W chaosie zbombardowanych Niemiec, okupowanych przez ZSRR na wschodzie oraz przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję na zachodzie, udało mu się ukryć i udawać akademickiego biurokratę. Już wkrótce znalazł się na liście płac brytyjskiego MI5. Dość szybko rozpoczął działalność dla służb zachodnioniemieckich i oczywiście amerykańskich. Błyskawicznie odtwarzał kontakty z byłymi radzieckimi żołnierzami muzułmańskimi i uciekinierami najróżniejszych narodowości. Nieprzypadkowo właśnie w Monachium powołano do życia dwie najbardziej znane stacje radiowe. W roku 1949 powstało Radio Wolna Europa, nadające do wszystkich krajów Europy Wschodniej, a w 1951 Radio Liberty, które nadawało na falach krótkich audycje skierowane głównie na obszar ZSRR.
Dziś, po kolejnych doświadczeniach ostatnich lat, w świetle przytoczonych wyżej materiałów, możemy chyba z lepszej perspektywy spojrzeć na kontynuację islamskiego ekspansjonizmu w Europie. Niemiecki zalew krajów europejskich imigrantami, tym razem pod egidą polityki unijnej, nie jest niczym innym, jak konsekwentną realizacją planów i działań rozpoczętych w latach 30 minionego wieku, starannie podsycanych w czasie zimnej wojny i dziś rozniecanych na nowo. My również wpadliśmy w wir polityki zmierzającej do pełnej bałkanizacji tej części świata, wsłuchując się w zagłuszane, chyba niezbyt skutecznie, wiadomości płynące do nas z tych rozgłośni przez lata, w języku polskim”.
Myślę, że warto się nad tym wszystkim pochylić, pamiętając też, że zaledwie kilka miesięcy temu podpisana została inna, tym razem niemiecko-ukraińska umowa o partnerstwie strategicznym. A moją książkę (także w formie ebook) polecam również z tego powodu, że przedstawiam w niej, jako pierwszy i jak dotąd jedyny badacz tajemnicy zaginięcia Amelii Earhart powody, dla których rząd Stanów Zjednoczonych nie jest nadal zainteresowany jej rozwikłaniem.
Na stronie amerykańskiego Stowarzyszenia Poszukiwaczy Amelii Earhart poleca ją jego lider – Mike Campbell, były rzecznik Sił Powietrznych USA, dziennikarz i autor książek na temat tej jednej z największych zagadek lotniczych w historii świata.
Sławomir M. Kozak
jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się
W roku 2022, kiedy jeszcze udzielałem się w internetowej telewizji PL1, nagrałem w swoim cyklicznym programie „Po prostej” materiał zatytułowany „Klub Bilderberg, a Powstanie Warszawskie”. Trafił on zresztą do książki „Rocznik sadystyczny 2020/2022”, której lekturę nadal polecam.
Jako że mamy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego, pozwalam sobie ten tekst Państwu przypomnieć, uzupełniając go o kilka szczegółów, których w oryginale nie było.
Niedaleko miejscowości Arnhem, nad Dolnym Renem w Holandii, w ramach operacji Market Garden, we wrześniu 1944 roku, wylądowała brytyjska 1 Dywizja Powietrznodesantowa, a po niej polska 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa. Jak podaje Wikipedia, desant został zaskoczony przez dwie odpoczywające w okolicy dywizje pancerne Waffen-SS. W wyniku walk alianci ponieśli klęskę (brytyjska dywizja przestała istnieć), a miasto zostało prawie całkowicie zniszczone.
3,5 kilometra na zachód od tego miasta, leży mieścina Oosterbeek, a kolejny kilometr na zachód od jej centrum, znajduje się hotel o znanej już powszechnie dziś nazwie „Bilderberg”. Pisząc o nim kilkanaście lat wcześniej w książce „Oko Cyklopa”, byłem postrzegany jako zwolennik teorii spiskowych.
To tu, w roku 1954, odbyło się pierwsze spotkanie grupy osób, które, choć mają zakaz ujawniania podejmowanych przez siebie decyzji, kreują światową politykę, a z pewnością tę europejską. Podobnych organizacji jest na naszym globie kilka, jednak to grupa Bilderberg jest uważana za główny „rząd równoległy”, który w tajemnicy ustala polityczną i gospodarczą agendę Unii Europejskiej. Składa się ze 120 najpotężniejszych i najbardziej wpływowych mężczyzn i kobiet na świecie – w tym głów państw, polityków wysokiego szczebla, rodzin królewskich, czołowych przemysłowców, finansistów, naukowców i ludzi mediów – spotykają się oni każdego roku – pod koniec maja i na początku czerwca. Wszelkie spotkania, odbywające się obecnie w innych już miejscach, otacza nimb tajemnicy, dlatego trudno dowiedzieć się o szczegółach, jednak czasami, głównie za sprawą personelu, który je obsługuje, dziennikarzom udaje się pozyskać odrobinę danych. Podczas spotkań prowadzone są „nieformalne” dyskusje na temat „bieżących spraw”.
Spotkania Bilderbergów odbywają się w różnych krajach Europy, w luksusowych hotelach, a co czwarty rok, w latach wyborczych, co nie jest przypadkiem, w Stanach Zjednoczonych. Najczęściej, w Chantilly w stanie Wirginia, które znajduje się w niedużej odległości od Waszyngtonu, co pozwala amerykańskim politykom i członkom establishmentu ze wschodniego wybrzeża USA uczestniczyć w konferencji bez kłopotów, ponieważ nie muszą opuszczać kraju i tłumaczyć się ze swojej kilkudniowej nieobecności.
Delegaci pochodzą z USA, Kanady i Europy. Jednak Amerykanie mają tam najsilniejszą pozycję, od dziesięcioleci regularnie uczestniczyli w spotkaniach (i pomagali w jej finansowaniu) tacy ludzie, jak na przykład David Rockefeller i były Sekretarz Stanu Henry Kissinger; Lloyd Bentsen, były sekretarz skarbu USA, bankowe szychy, takie jak prezesi lub przewodniczący z Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, Goldman Sachs, Citigroup, HSBC, Deutsche Bank, JP Morgan Chase, American Express, szefowie Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Bywali też przedstawiciele wywiadu i armii, jak generał Keith Alexander (były szef NSA, czyli Amerykańskiej wewnętrznej Agencji Wywiadowczej); nieżyjący już Donald Rumsfeld – były sekretarz obrony i jeden z architektów wojny w Iraku; były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – generał Colin Powell; czy sekretarz generalny NATO. Uczestniczyli w tych spędach czołowi amerykańscy politycy, jak sekretarz stanu John Kerry, senatorowie John Edwards, Tom Daschele, Chuck Hagel, Hillary Clinton, ale także członkowie brytyjskiego parlamentu i europejskie rodziny królewskie.
Bywają tam jednak osobnicy nie mający w żyłach grama błękitnej krwi, jak choćby sprawca naszych niedawnych nieszczęść Bill Gates, którego ojciec, zagorzały eugenik był w grupie inicjatywnej Klubu.
Wspomniana przeze mnie na początku polska Brygada Spadochronowa, dowodzona przez generała Stanisława Sosabowskiego, miała wziąć udział w walkach w Polsce i stanowiła zasadniczy element koncepcji sztabowej Naczelnego Wodza w Londynie, według której „głównym zadaniem Armii Krajowej było przygotowanie i zwycięskie przeprowadzenie powstania zbrojnego, z chwilą wkroczenia na ziemie polskie regularnych wojsk polskich odtworzonych na obczyźnie”. Nasi ówcześni alianci zdecydowali jednak inaczej i zrzucili ją w ramach operacji „Market Garden” na pola Holandii. Cała ta operacja była jedną, wielką porażką dowództwa sił sprzymierzonych, mało tego – uważa się, że Niemcy odnieśli wówczas swoje ostatnie, ogromne zwycięstwo taktyczne, ponieważ ich kontrofensywa spowodowała większe straty wśród sprzymierzonych, niż te, które alianci odnieśli podczas lądowania w Normandii.
Polacy walczyli dzielnie, pomimo nie najlepiej przygotowanych planów marszałka Montgomery’ego, który rywalizował o pierwszeństwo w dotarciu do terenów przemysłowych III Rzeszy z lepszym o klasę dowódcą amerykańskiej 3 Armii – generałem George’m Pattonem. Choć, wbrew temu, co mówią dziś podręczniki, nie o ambicje chodziło, ale to temat na odrębną pogawędkę.
Nasi żołnierze walczyli, mimo fatalnego rozpoznania dokonanego przez aliancki wywiad i późniejszych błędów generała Eisenhowera. Generał Sosabowski, za bitwę pod Arnhem został odznaczony Krzyżem Walecznych. Pomimo tego, generał Browning, Brytyjczyk, który skonfliktował się z Sosabowskim już na etapie przygotowań do operacji Market Garden, doprowadził swymi knowaniami do odebrania mu dowództwa Brygady. A, po wojnie, w lipcu 1948 roku ten wybitny, doświadczony polski generał, został zdemobilizowany.
Przypomnijmy, że miał wówczas na utrzymaniu żonę i syna, których udało mu się ściągnąć po wojnie do siebie. Warto wspomnieć i o tym, że jego syn Jacek, postrzelił się śmiertelnie, z pistoletu ojca, na rok przed wybuchem wojny. Drugi syn – Stanisław Janusz, który z matką dołączył do generała w Anglii, jeszcze jako dziecko stracił w wypadku lewe oko. W życiu dojrzałym, wykazał nieprzeciętny hart ducha. Był lekarzem, doktorem nauk medycznych, majorem Wojska Polskiego, oficerem Kedywu Armii Krajowej, uczestnikiem kampanii wrześniowej, powstańcem warszawskim i kawalerem Orderu Virtuti Militari. 1 sierpnia 1944 roku dowodził oddziałem, który uwolnił więzioną w magazynach SS na Umschlagplatz, 50-osobową grupę żydów z Węgier i Grecji, jeńców tak zwanej Gęsiówki, obozu zlokalizowanego przy zbiegu ulic Gęsiej i Zamenhofa. Wkrótce potem, podczas kolejnej akcji, został ciężko ranny w twarz i stracił prawe oko.
Generał Sosabowski musiał więc zapewnić byt żonie i ociemniałemu synowi. Nie mając możliwości powrotu do Ojczyzny, bez żadnego wsparcia ze strony niedawnych aliantów, zmuszony był pracować jako robotnik magazynowy w fabryce silników elektrycznych. Jak sam o sobie później mówił – on, generał polskich spadochroniarzy prowadził przez kolejnych kilkanaście lat żywot fabrycznego szeregowca! Tak odwdzięczyli się temu wybitnemu patriocie i Polakowi rzekomi sojusznicy, jeszcze nie tak dawno dający polskiemu państwu gwarancje w wojnie koalicyjnej z III Rzeszą. Pamiętajmy o tym, zwłaszcza dziś, kiedy po raz kolejny zachęcają nas do egzotycznych koalicji.
Dlaczego w ogóle łączę te dwa, z pozoru odrębne w czasie, różne przecież wydarzenia historyczne, jak bitwa pod Arnhem i powołanie do życia organizacji w nieodległym Oosterbeek, 10 lat później?
Bo, jak wspominałem, nasza Brygada Spadochronowa miała się bić bezpośrednio o Polskę, zrzucona na jej terytorium między innymi przez naszych, polskich lotników, odtwarzać państwowe struktury, polską administrację i wobec idących od wschodu „wyzwolicieli” występować w roli gospodarzy państwa polskiego. Nie było im to dane, wobec zdrady sprzymierzonych, którzy z tymi „wyzwolicielami” zaledwie 9 miesięcy wcześniej, w Teheranie, inne poczynili ustalenia, a w Jałcie, w niecały miesiąc po ich wejściu do zrujnowanej Warszawy, Churchill, Roosevelt i Stalin, bez udziału Polaków, dopinali kształt powojennej Europy.
Jak co roku, będziemy niedługo obchodzili kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Tego powstania, w wyniku którego zabito 200 tysięcy osób spośród ludności cywilnej, a kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy- powstańców zginęło lub trafiło do niewoli. Przez resztę życia tysiące ocalałych musiały żyć z traumą doznanych krzywd, gwałtów, w kalectwie, na skutek gehenny doznanej w obozach koncentracyjnych lub w trakcie walk w samym powstaniu, jak wspominany wcześniej syn generała Sosabowskiego. Stolicę dumnego państwa, nazywaną Paryżem północy, zrównano z ziemią, bezpowrotnie grabiąc i niszcząc jej wielowiekowy kształt architektoniczny, dorobek kulturalny i naukowy. W tym samym czasie, żołnierze Sosabowskiego seniora, wykrwawiali się na polach Holandii, niedaleko Arnhem.
Trzy miesiące przed wybuchem Powstania, do Polski zrzucono człowieka, który w przekonaniu wielu historyków, odegrał kluczową rolę w zainicjowaniu tej hekatomby miasta i jego mieszkańców. Spotkał się wówczas z przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego. Jego udział w podjęciu przez nich decyzji o rozpoczęciu Powstania jest właściwie pewien.
Jeszcze jako doradca premiera Władysława Sikorskiego, Józef Retinger bywał z nim wszędzie, niczym cień. Tylko raz zabrakło go przy premierze, 4 lipca 1943 roku, kiedy doszło do zamachu w Gibraltarze. W swoim podłym życiu zdążył być wcześniej doradcą prezydentów Alvaro Obregona i Plutarcha Callesa, w trakcie krwawej, antykatolickiej rewolucji meksykańskiej. Był też przedstawicielem Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych, organizacji w zasadzie tożsamej ówcześnie z Socjalistyczną Międzynarodówką Robotniczą. Tę postać szczegółowo opisał Henryk Pająk w książce „Retinger – mason i agent syjonizmu”. Gorąco polecam tę pozycję.
Retinger, był zresztą agentem kilku różnych wywiadów: na pewno sowieckiego, brytyjskiego i amerykańskiego. Jego mocodawcy musieli być zdeterminowani wysyłając go, kiedy miał już 56 lat na nocny skok spadochronowy do Kraju, w ramach operacji „Salamander”. Mając doskonałe rozeznanie w charakterze jego misji, podjęto kilka prób wykonania wyroku śmierci na tego dywersanta, zarówno przez oddział likwidacyjny Komendy Głównej Armii Krajowej, jak i Grupę Szańca oraz władze Narodowych Sił Zbrojnych. Niestety, z rozmaitych powodów, skończyły się one niepowodzeniem. Nie mamy na to czasu, by rozważać teraz w czyje ręce trafił majątek, w złocie i dolarach, który z Londynu wiózł wówczas ze sobą do Kraju i na co został on spożytkowany.
W nielicznych opracowaniach na jego temat pojawia się on na ogół w kwestii polskiej dopiero w londyńskim otoczeniu gen. Sikorskiego, tymczasem nieznaną szerzej ciekawostkę na jego temat ujawnił w jednym ze swych materiałów pan Krzysztof Zagozda, filolog i publicysta. Otóż, w lutym 1939 roku, w mieszkaniu profesora KUL Stefana Glasera, na tajnym spotkaniu pojawił się przybyły z Londynu Retinger, który już wtedy przygotowywał przyszły, polski rząd na emigracji, mający skupić się w nieodległym czasie wokół gen. Sikorskiego! Wówczas był to naturalnie rząd nielegalny. W niezwykle interesującym nagraniu zatytułowanym O tym Polacy wiedzieć nie mają! Krzysztof Zagozda odwołuje się do omówienia jego składu, jakiego dokonał biskup Józef Gawlina wykazując bezpośrednie związki poszczególnych uczestników z masonerią. Byli to Stanisław Kot, Stanisław Stroński, August Zaleski, Aleksander Ładoś, Adam Koc, Henryk Strasburger, Karol Popiel, Zygmunt Graliński.
Ten sam Retinger, po wojnie miał wolny wstęp na salony Downing Street 10 w Londynie, Białego Domu w Waszyngtonie, ale też tych za murami Watykanu. Jak to się dzisiaj pisze w poprawnych politycznie opracowaniach, w owym czasie „był orędownikiem zjednoczenia Europy”.
Już co najmniej od roku 1950 angażował się w zorganizowanie spotkania ludzi mogących mieć wpływ na losy świata, oczywiście poza plecami opinii publicznej. Uważam, że działał wówczas na polecenie wywiadu brytyjskiego. Wśród inicjatorów tej grupy znalazł się książę Bernard, Niemiec z pochodzenia, o którym Daniel Estulin w książce „Prawdziwa historia Klubu Bilderberg” pisze, że „na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku służył w jednostce Reiter SS i zasiadał w radzie Farben Bilder, spółki zależnej I. G. Farben. Estulin, powołując się na Gyeorgosa Hatonna, badacza tej historii, twierdzi też, że „książę Bernard, tworząc „supertajną grupę kształtującą politykę”, oparł się na swoich nazistowskich doświadczeniach w zarządzaniu, a nazwa Bilderberg pochodzi od nazwy Farben Bilder na pamiątkę inicjatywy podjętej przez zarząd Farben – stworzenia „koła przyjaciół” Heinricha Himmlera, czyli elity bogatych przywódców, którzy hojnie wynagradzali Himmlera za ochronę, jakiej im udzielał przez cały okres istnienia Trzeciej Rzeszy.
Jak wspominałem, pierwsze spotkanie odbyło się 28 maja 1954 roku, na ścianie hotelu wisi do dziś skan zaproszenia wysyłanego w kwietniu tamtego roku do uczestników. Józef Retinger występował w jego trakcie w charakterze sekretarza i uczestniczył we wszystkich kolejnych mityngach, aż do swojej śmierci. Jak twierdził Giovanni Agnelli, nieżyjący już prezes Fiata, lord Rothschild i Laurence Rockefeller, kluczowi członkowie dwóch najbardziej wpływowych rodzin na świecie, osobiście wybrali ze światowej elity sto osób do realizacji swego sekretnego celu regionalizacji Europy. Agnelli powiedział: „Integracja europejska jest naszym celem, a tam, gdzie politykom się nie udało, my, przemysłowcy, mamy nadzieję odnieść sukces”.
Estulin pisze też, że intencją przyświecającą każdemu spotkaniu Grupy Bilderberg jest uzgadnianie polityki, spraw gospodarczych i strategii we wspólnym rządzeniu światem. Ich głównym polem działalności było zawsze NATO, ponieważ dawało im pretekst do realizacji planów «ciągłej wojny», a przynajmniej polityki «nuklearnego szantażu». Tak jest po dziś dzień.
Oczywiście, tego typu ośrodków całkowicie prywatnych i mających przełożenie na politykę jest mnóstwo, jednak najważniejsze z nich, to Komisja Trójstronna, w skład której wchodzi kilkaset osób z Europy, Stanów Zjednoczonych i Japonii – nastawiona na kształtowanie polityki głównie w części azjatyckiej, Rada Stosunków Zagranicznych skoncentrowana na Stanach Zjednoczonych i najważniejsza dla nas Grupa Bilderberg, która ma bezpośrednie i najistotniejsze przełożenie na to, co dzieje się w naszym, europejskim obszarze. Do swego stałego grona dopraszają corocznie ludzi z różnych państw, którzy realizują koncepcje globalistów lub mogą coś znaczyć w przyszłości, oczywiście z namaszczenia tej grupy i na których lojalność można bezwarunkowo liczyć. Naturalnie, od co najmniej 30 lat zapraszane są również osoby z Polski, nie inaczej było i w tym roku.
W roku 2016 z kolei, na 4 lata przed wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej i na 6 lat przed wydarzeniami nadal rozgrywającymi się za naszą wschodnia granicą, w książce „Operacja Terror” pisałem:
Wiemy, że o kształcie polityki nie decydują ci, którzy wrzucają do urn swe głosy, a ci, którzy je potem liczą. W demokracji, z zasady, nie rządzi lud, a ci, którzy stoją w cieniu i robią wiele, by nie zmieniło się nic. Dlatego demokracja jest i będzie broniona do ostatniej kropli krwi. Oczywiście, krwi owego ludu. Intensyfikacja spotkań znaczących polityków amerykańskich z ich odpowiednikami brytyjskimi w czasie krótko poprzedzającym tak zwany Brexit, świadczy o tym, że w planach na najbliższe lata, może dekadę, nie ma miejsca na Wielką Brytanię w Unii.
Nasilenie takich spotkań pomiędzy premierem brytyjskim i prezydentem Rosji świadczy również o tym, że figury na szachownicy są właśnie bardzo starannie rozstawiane. Tym bardziej, że w tym samym czasie Cameron, który zaszczycił Polskę jedną wizytą kilka lat wcześniej, w ostatnich miesiącach nawiedzał nas czterokrotnie. Tylko, że podczas wizyt w naszym kraju nawoływał do umacniania wschodniej flanki, przyjaźni z Ukrainą i tę samą Rosję Polakom zohydzał. Amerykański sekretarz Kerry w tym samym czasie bywał regularnym gościem w Kijowie, pewnie nie tylko dlatego, że jego syn prowadzi tam poważne interesy.
Zastanawiające jest, czy globalistyczne siły powołały już nam do życia nowy rząd na uchodźstwie, bo coraz więcej wydarzeń wokół nas mogłoby wskazywać na powtórkę scenariusza sprzed lat. Tym razem jest jednak o wiele gorzej, bo całkowite rozbrojenie polskiej armii nie daje nam nadziei na choćby miesięczną obronę państwa. Wojsko nie potrafi zestrzelić jednej rakiety, niezależnie od kierunku, z którego nadlatuje. W potencjalnym konflikcie nadlecą ich setki. W jednym ataku.
Do Powstania Warszawskiego, nucąc zwrotkę powstania poprzedniego „poszli nasi w bój bez broni”. Młodzi ludzie nie mieli zbytniego wyboru i szli na czołgi z pieśnią mówiącą, że „na Tygrysy mamy visy”. Choć w rzeczywistości nawet tych visów nie mieli, bo decydenci pokroju Retingera dopilnowali i tego. Podobnie jak tego, by na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ludność pozostała bezbronna. Tym razem nawet o benzynę nie będzie łatwo, a i butelki już w większości plastikowe, z unijnymi nakrętkami dyndającymi u ich szyjek. Z pewnością nie zabraknie tylko szmat, bo coraz więcej ich dookoła nas.
Sławomir M. Kozak
(fotografia hotelu Bilderberg – Krzysztof Błędowski)
z powodów zdrowotnych znalazłem się w oddaleniu od siedziby wydawnictwa, nie mogąc prowadzić sprzedaży książek będących w ofercie Oficyny Aurora. Ale tak się złożyło, że zdążyłem odebrać z drukarni niewielki nakład najnowszej pozycji zatytułowanej „Ostatni lot PLF 101”. Mogę ją wysyłać tylko za pośrednictwem Poczty Polskiej i taką możliwość niniejszym Państwu proponuję. Wiem, że ta książka jest droga, ale zapewniam moich Czytelników, że jest warta swojej ceny. To książka o dużym formacie (A4), niemała objętościowo (ponad 500 stron), z kolorowymi środkami i wydana na dobrym papierze. Koszt jej produkcji był znaczny. Ale też, nie jest to pozycja dla każdego odbiorcy, tylko dla tych, dla których temat 10 kwietnia 2010 roku pozostaje wciąż niezagojoną raną. Opowiadaną przez człowieka, dla którego lotnictwo nie było tylko ciekawostką, ale sensem życia. Wiem, że wydaną być może zbyt późno, ale nie mogła z różnych powodów ukazać się wcześniej. Profesor Mirosław Dakowski powiedział o niej, że „przydałaby się te 15 lat temu”. Z pewnością. Jednak uważam, że jako zapis tamtych dni pozostanie długo aktualna, nie tylko dla pamiętającego ten czas mojego pokolenia, ale też dla tego, które nie musiało się z tym etapem naszej historii mierzyć bezpośrednio.
Wszystkim Czytelnikom moim i strony www.dakowski.pl w opcji zakupu proponuję ważny do końca maja rabat zwalniający z opłaty za wysyłkę po wpisaniu w koszyku zakupowym kodu REDUTA.
Dzisiaj zapraszam do kolejnego spojrzenia z murów reduty na otaczającą nas rzeczywistość. Polecam wysłuchanie mojej pogadanki z redaktorem Jackiem Frankowskim na temat Iranu i relacji tego kraju ze Stanami Zjednoczonymi oraz państwami europejskimi na przestrzeni ostatnich kilku dekad.
Zachęcam także do obejrzenia cyklicznego programu panów Andrzeja Kozery i Romualda Starosielca z serii „Minął tydzień”.
Podsumowanie miesiąca z kolei, w kontekście wojny w Iranie, przedstawił doktor Leszek Sykulski w rozmowie z redaktorem kanału „Chrobry Szlak” Kamilem Klimczakiem.
I wreszcie, proponuję zapoznanie się z najnowszą działalnością prokuratury, czyli walkę z polskim wydawnictwem wydającym jakże ważne dla Polaków książki. Na dedykowanej temu wydarzeniu konferencji Korony Konfederacji Polskiej o skandalicznym ataku na wydawnictwo Magna Polonia opowiada jego właściciel, obnażając przy tym brak podstawowej wiedzy historycznej pośród współczesnych zwolenników palenia książek nieprawomyślnych.
Sławomir M. Kozak
jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się – postaw kawę
Na nikim nie robi już wrażenia określenie sił prowadzących wojnę napastniczą na Bliskim Wschodzie mianem koalicji czy też gangu Epsteina. Jako, że w aktach tego agenta globalistycznej kliki co najmniej kilkadziesiąt razy pojawiło się nazwisko obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, mało kto kwestionuje powody, dla których Donald Trump dokonuje marszu na Iran wspólnie i w porozumieniu z Benjaminem Netanjahu. Opowiadam o tym, politycznie samobójczym moim zdaniem posunięciu w pogadance „Epickie fiasko”. Prawdopodobnie, przyszłe opracowania, kiedy Trump zniknie już ze sceny politycznej, wykażą zasadność kierowanych wobec niego podejrzeń. Niemniej jednak, chciałbym wskazać na wątek zupełnie pomijany, a godny tego, by się nad nim pochylić.
Jak pisałem w książce „TerraMar utopia elit”, wspólniczka, a w moim przekonaniu prowadząca Epsteina Ghislaine Maxwell uruchomiła w latach 90. sieć lokali o nazwie Kit Kat Club, które prasa opisywała, jako „salony gromadzące kobiety ze świata sztuki, polityki i socjety”, pomagające paniom w biznesie i handlu. Nie oznacza to, że panie widywały tam tylko inne kobiety, kluby z ogromną przyjemnością odwiedzali mężczyźni, zwłaszcza ci „dobrze urodzeni”. U Ghislaine Maxwell bywał choćby Jeffrey Archer, torysowski poseł, który zdążył też być pisarzem, ale i obiektem różnego rodzaju oskarżeń o oszustwa podatkowe, aż trafił za kraty za krzywoprzysięstwo. Był również bliskim współpracownikiem konserwatywnego członka Parlamentu Harveya Proctora, któremu pomagał, finansując jego odbudowywanie wizerunku po tym, kiedy ten ostatni skazany został za akty „rażącej nieprzyzwoitości” wobec dwóch nastoletnich chłopców.
Nie ma tu miejsca na opisywanie dość poważnej intrygi, której autorem był jeszcze ojciec Ghislaine, a która sugerować miała, że padła ona ofiarą zbyt usilnych karesów Proctora i została przez niego w efekcie zgwałcona. Była to chyba pierwsza akcja Ghislaine w branży wywiadowczej, ona sama była wówczas bardzo młoda, rzecz nagłośniły zależne od Roberta media, ale sprawa spaliła na panewce, bo ktoś chyba zorientował się, że Proctor ma zupełnie inne skłonności i próba uwikłania go w gwałt na Ghislaine nikogo nie przekona, a dodatkowo może „spalić” dobrze zapowiadającą się agentkę. (…)
Najsłynniejszymi jednak gośćmi Kit Kat Club, a dokładniej jego filii w Nowym Jorku, byli niewątpliwie Donald Trump i Melania Knauss, którzy tam się ponoć poznali. To właśnie Ghislaine i Epsteinowi przypisywano doprowadzenie do spotkania tej, najsłynniejszej pary Ameryki. Z przyszłym prezydentem, który zaprzyjaźnił się z Ghislaine dużo wcześniej, wspólnie pojawili się po raz pierwszy na przyjęciu, w klubie Trumpa – Mar-a-Lago. Melania była od 16 roku życia modelką, w byłej jeszcze Jugosławii, gdzie się urodziła. Od wczesnych lat 90. robiła zawrotną karierę, początkowo w Mediolanie, a później w Paryżu.
Jak podaje Wikipedia, obecna pierwsza dama Ameryki „w 1996 przyjechała do Nowego Jorku z wizą turystyczną niepozwalającą na legalną pracę. Niedługo po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych wzięła udział w kolejnej rozbieranej sesji zdjęciowej; akty autorstwa Alexandre Alé de Basseville’a zostały opublikowane w 1997 w jednym z francuskich magazynów. (…) W roku 2000 wzięła udział w rozbieranej sesji zdjęciowej dla brytyjskiej edycji magazynu „GQ”, która odbyła się na pokładzie prywatnego odrzutowca należącego do Donalda Trumpa”. Nie wiemy, w jakiej mierze ta podniebna sesja pomogła jej w karierze modelki, faktem jest, że posiadała wówczas, według Wikipedii „wizę pracowniczą typu H1B, którą musiała odnawiać do 2001, kiedy to stała się posiadaczką zielonej karty, pozwalającej na stały pobyt w USA”. Niewątpliwie więc pomogła jej w zmianie statusu, bo już pięć lat później otrzymała obywatelstwo amerykańskie. Nie wiemy oczywiście, czy w karierze przed przybyciem do Stanów ktokolwiek ją wspierał, ale warto przyjrzeć się francuskiej scenie modowej tamtych lat.
Jak pisałem w tej samej książce, w słynnym czarnym notesie Epsteina znalazło się między innymi nazwisko Jean-Luc Brunel, które stało się powszechnie znane w grudniu 2020 roku, kiedy ten 74-letni wówczas mężczyzna został zatrzymany przez policję na lotnisku Charlesa de Gaulle’a przed wejściem na pokład samolotu mającego lecieć do Senegalu. Paryscy prokuratorzy powiedzieli wówczas dziennikarzom, że Brunel został przesłuchany w ramach wszczętego rok wcześniej śledztwa w sprawie domniemanego gwałtu i napaści na tle seksualnym na nieletnich, molestowania seksualnego oraz handlu ludźmi w celu wykorzystania seksualnego nieletnich dziewcząt. Początkowo prowadził w Paryżu agencję Karin Models, to dzięki niemu sławę zyskały takie modelki, jak Christy Turlington, czy Sharon Stone. Później założył agencję modelek MC2, która zdaniem prokuratorów służyła, jako przykrywka dla kręgu handlarzy seksualnych Epsteina. Nawiasem mówiąc, jako że nauki ścisłe były mu bliskie, całkiem prawdopodobne jest, iż odwołał się, tworząc tę nazwę, do słynnego równania Einsteina o równoważności energii i masy, nieprzypadkowo.
„E”, czyli energia, to przecież on sam – Epstein. MC2 może natomiast oznaczać dziewczęta, czyli masę naenergetyzowaną przez niego, zgodnie z założeniem, że masa bezwładna obiektu lub układu, jest miarą zawartej w nim energii.
Kiedy Epstein przebywał w więzieniu po raz pierwszy, w roku 2008, Brunel odwiedził go 70 razy. Służby zajęły się Brunelem, kiedy okazało się, że z księciem Andrzejem łączyła go, poza zwykłą znajomością, wspólna kochanka. Nie oznacza to, że był wymiarowi sprawiedliwości wcześniej nieznany. Jego postać przewijała się podczas pierwszej sprawy Epsteina, w kontekście gwałtów dokonywanych w latach 70, 80 i 90 ubiegłego wieku, ale we Francji okres przedawnienia za tego typu przestępstwa mija po 20 latach, a świadków tych zdarzeń nie było. Tym razem, po fali oskarżeń wobec Epsteina i księcia Andrzeja, przeciwko Brunelowi wystąpiły imiennie cztery kobiety. Pętla wokół niego zaczęła się zaciskać. Został oskarżony o gwałty na modelkach i handel nimi. Jesienią tamtego roku w jednej z gazet pojawiło się nieznane wcześniej zdjęcie Brunela, na tle dziewięciu dziewcząt, zrobione na należącej do Epsteina wyspie Little St. James. Podobno, w ciągu długoletniej współpracy z Epsteinem, dostarczył mu ponad 1000 młodych kobiet! Drobnym wydaje się w świetle tej informacji postawiony mu zarzut o przetransportowanie trzech 12-letnich sióstr, wprost z paryskiego osiedla do Stanów w formie „prezentu urodzinowego” dla Epsteina.
Zresztą, ten ostatni miał w Paryżu własne mieszkanie, które Brunel miał wykorzystywać do swych przestępstw. Wiadomo jednak, że nie ograniczał się do szaleństw w jednym miejscu, ponieważ w manifestach lotniczych wykazano co najmniej 25 jego podróży samolotami należącymi do Epsteina. Brunel taktownie odczekał ponad rok, a 19 lutego 2022 roku, wkrótce po tym, kiedy książę Andrzej zawarł ugodę z oskarżającą go kobietą, poszedł za przykładem Epsteina i w celi więzienia o podwyższonym rygorze bezpieczeństwa La Sante, po prostu się powiesił. La Sante słynie z tego, że umieszcza się w nim szczególnie niebezpiecznych przestępców, to właśnie tam odsiaduje dożywotni wyrok niejaki Carlos, pseudonim „Szakal”, czyli super terrorysta Ramirez Sanchez. Jak podały władze, chociaż telewizja przemysłowa jest powszechnie stosowana na korytarzach i w bramach francuskich zakładów karnych, zdecydowana większość cel nie jest objęta monitoringiem wizyjnym. Ma to na celu zapewnienie pewnego stopnia prywatności oraz zagwarantowanie, że nie zostaną naruszone europejskie przepisy dotyczące praw człowieka. No, to mu zagwarantowali.
MC2 rozwiązano zaraz po śmierci Epsteina, we wrześniu 2019 roku, ale czynny pozostał oddział agencji w Tel Awiwie.
Naturalnie, nie wiemy, czy ścieżki Brunela i obecnej pierwszej damy USA kiedykolwiek się przecięły. Wydaje się jednak, że byłoby to nieprawdopodobne, gdyby modelka tej klasy i zarządca głównych europejskich wybiegów nie mieli okazji się nie tylko spotkać, ale wręcz współpracować. Warto też zwrócić uwagę na to, że Brunel zmuszony był ewakuować się z Europy na początku roku 2000 przenosząc swoje interesy do Stanów Zjednoczonych. W tym samym, jakże przełomowym dla Melanii roku. Wskazuję na to, jako na zupełnie inny, możliwy aspekt uzależnienia Trumpa od dokonań Epsteina i jego wspólników w ostatniej dekadzie ubiegłego jeszcze wieku. Nie uwalnia to prezydenta od związków z samym Epsteinem i nie usprawiedliwia jego niezrozumiałych dla świata posunięć politycznych oraz militarnych, ale być może rację miał Einstein mówiąc, że czysto logiczne rozumowanie nie da nam żadnej wiedzy o realnym świecie.
Sławomir M. Kozak
jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się –
Uwielbiam filmy. Dobre filmy, rzecz jasna. O ich wpływie na naszą rzeczywistość pisałem wielokrotnie, opisując choćby rolę ich twórców w kreowaniu u odbiorców pożądanych zachowań, jak też budowaniu oczekiwań, wobec nieświadomych na ogół niczego, milionów widzów.
W książce „Projekt Phoenix” opisałem dwa tego typu obrazy – „Pearl Harbor” i bardzo szczegółowo „Helikopter w ogniu”. Polecam tę lekturę, bo pozwala otworzyć oczy na pozornie nie mający nic wspólnego ze światem realnym przemysł filmowy Hollywood.
Pisałem wówczas, odnosząc się do tzw. ataku na Amerykę, że filmy te „ukazały się w interesującym nas 2001 roku. Oba traktują o amerykańskich zmaganiach wojennych. I oba ukazały się na ekranach amerykańskich kin w odstępie kilku miesięcy. Pierwszy, to ‘Pearl Harbor’, drugi zaś, to ‘Helikopter w ogniu’. Premiera pierwszego miała miejsce kwartał przed wydarzeniami 9/11, drugiego – kwartał po nich. Czy jest to dziełem przypadku? Wątpię.
‘Pearl Harbor’ miał w moim przekonaniu przygotować Amerykanów do zamachów 11 września. Miał podgrzać atmosferę i przypomnieć o, najbardziej spektakularnym w historii, ataku na wojska amerykańskie. Miał przyzwyczajać do kojarzenia 9/11 z ‘nowym Pearl Harbor’. Poniekąd słusznie, bo oba te dramaty nie mogłyby przecież zaistnieć bez przygotowania pod nie gruntu przez te same służby specjalne. Film podniósł Amerykanom i widzom całego świata poziom adrenaliny, zjednoczył ich w poczuciu krzywdy, by pchnąć do odwetu.
Film drugi natomiast, miał być swoistym remedium na to, co już się wydarzyło. Miał wzmocnić poczucie jedności, usprawiedliwić straceńcze misje i uświadomić potrzebę współdziałania. Nie tylko w obrębie plutonu, kompanii czy jednostki, ale nawet w ramach całej koalicji państw współuczestniczących w ‘wojnie z terrorem’. Przecież ten film obejrzały setki tysięcy młodych ludzi z całego świata. Wielu z nich znalazło się niebawem w wojskowych obozach rozsianych po bezkresnych pustyniach Iraku bądź w górzystym Afganistanie. Przybyli do obcego sobie świata, z rozmaitych miejsc o różnych tradycjach i kulturze, by odkryć, że stanowią jednolicie ubraną oraz wyposażoną armię, jaką jeszcze niedawno oglądali na ekranach rodzimych kin. Wkrótce mieli wyruszyć na pierwszy patrol, wziąć udział w miejskiej potyczce i zobaczyć z bliska śmierć kolegów, których dopiero zdążyli poznać”.
Dekadę później odnosiłem się do kolejnych arcydzieł Hollywood.
„Kiedy 35 lat temu rozpoczynałem swoją życiową przygodę z lotnictwem, na ekrany światowych kin, wchodził film ‘Top Gun’, który stał się szybko prawdziwym hitem. W Polsce zrobił furorę, rozprowadzany w ogromnych ilościach na kasetach VHS, albowiem to właśnie schyłek lat 80. XX w. był czasem rozkwitu popularności magnetowidów. W trakcie nauki w Ośrodku Szkolenia Kontroli Ruchu Lotniczego, oglądaliśmy go z kolegami z zapartym tchem, w oryginalnej wersji dźwiękowej, mając w założeniu osłuchiwać się z językiem angielskim i specyficznym żargonem. Film opowiadał o szkole lotniczej Miramar w Stanach Zjednoczonych, nazywanej Top Gun i przeżyciach uczących się w niej pilotów marynarki wojennej. Wartka akcja, wpadająca w ucho muzyka w modnym wówczas stylu teledyskowym i doskonałe zdjęcia, sprawiły, że film okrzyknięto mianem kultowego, i przez lata, żaden inny produkt Hollywood nie odebrał mu palmy pierwszeństwa w tym gatunku kinematografii. To właśnie ten film wyniósł na szczyty międzynarodowej sławy aktora Toma Cruise, grającego w nim pilota myśliwca F14 Tomcat.
Nikt z nas nie widział w nim jeszcze gwiazdora, którym wtedy zaczynał się stawać. Przez wszystkie lata kariery pozostawał w kręgu zainteresowania mediów, które rozpisywały się nie tylko o jego dokonaniach zawodowych, ale też o życiu prywatnym. Nie mieli z tym kłopotu, ponieważ Cruise dostarczał dziennikarzom tematów z dużą determinacją, stając się główną twarzą tzw. kościoła scjentologicznego, który reklamował zachęcając przede wszystkim świat aktorski do przekazywania scjentologom procentu od dochodów obiecując, że w zamian zdobędą moce, które wyniosą ich kariery w kosmos popularności. Niewątpliwie, aktor przyciąga do kin mnóstwo widzów, od kilku już dekad.
Takie tytuły, jak ‘Ostatni samuraj’, ‘Wojna światów’, ‘Walkiria’, czy kolejne części ‘Mission Impossible’, ugruntowały jego silną pozycję na rynku. Jego sprawność fizyczna i niechęć do korzystania z pomocy kaskaderów, działają na ludzi, niczym magnes. Nieustannie na szczycie, wiecznie młody i bogaty, z pewnością przysporzył swym promotorom wielu wyznawców, choć jego aktywność na tym polu była tak natrętna, że z czasem zniechęcił do siebie sporą grupę koleżanek i kolegów po fachu. Być może była to zwykła zazdrość środowiska nie mogącego wybaczyć mu, bądź to majątku wycenianego na 600 mln dolarów, bądź to atrakcyjnych partnerek, którymi zwykł się otaczać, a przypomnijmy, iż do dziś zdążył się ożenić i rozwieść trzykrotnie.
W Hollywood nikogo to nie razi, choć pojawiały się pogłoski, że to małżeństwa fikcyjne, będące przykrywką dla jego rzeczywistej orientacji seksualnej, o której całkiem głośno w kulisach. Otwarcie mówi się bowiem, że doborem jego małżonek zajmował się osobiście lider tego kościoła, który ponoć nie tylko zobowiązuje swych wyznawców do dożywotniej wierności i regularnego zasilania skarbca, ale posuwa się do aktów upokorzeń wobec nich, czy nawet zmuszania fanek do aborcji, a sam ruch znalazł się na celowniku FBI w związku z podejrzeniami o handel ludźmi. (…)
Niemniej jednak, poza tym wszystkim, chciałbym zwrócić uwagę na element w zasadzie niezauważany, a będący moim zdaniem rzeczywistym motorem napędowym sukcesu aktora, jakim była amerykańska armia. Pod koniec lat 80 ubiegłego wieku, kiedy żelazna kurtyna formalnie opadała z głuchym łoskotem, chętnych do wojskowego życia w Stanach nie było. Młodych ludzi należało w jakiś sposób zachęcić do poświęcenia dla ojczyzny, mimo braku oficjalnego wroga. ‘Top Gun’ spełnił swoją misję wyśmienicie. Do armii ruszyły rzesze młodzieży chcącej utożsamiać się z przystojnym i odważnym Maverickiem. A do tego, pilotem! Punkty werbunkowe lokalizowano obok kin. Ilość zgłoszeń do US Navy, przy której pomocy film powstał, jak opisywał to producent John Davis, wzrosła o 500%. Młodzież ta nie miała jeszcze pojęcia o tym, że trzy lata później rozpocznie się wojna w Zatoce Perskiej, a wkrótce kolejne.
Od ‘Pustynnej Tarczy’ począwszy, przez ‘Pustynną Burzę’, ‘Nagły Grom’ i wszystkie pozostałe misje pokojowe i stabilizacyjne. Ale Pentagon wiedział przecież doskonale. Później było jeszcze gorzej, bo we wrześniu 2001 roku, amerykańscy myśliwcy nie mieli okazji popisać się umiejętnościami na własnym niebie i ten blamaż ciążył dowództwu niczym kamień u szyi, przez kolejne dwie dekady. Tak zrujnowany wizerunek trudno odbudować. Niezbędne są wielomilionowe nakłady i skuteczna propaganda. I tu znowu wątek osobisty. W roku 2020, kiedy z czynną pracą w lotnictwie się rozstawałem, widzowie wyczekiwali już na tzw. sequel, czyli obraz zatytułowany ‘Top Gun – Maverick’, który miał się pojawić w kinach, w czerwcu.
Wszystko zaprzepaściła tzw. pandemia i na kontynuację przeboju kasowego przyszło nam czekać dwa lata. Tę, drugą część, podobnie, jak pierwszą, miał reżyserować Tony Scott, noszący się rzekomo z tym zamiarem już 10 lat temu. Ponoć, na dzień przed spotkaniem w tej sprawie z Tomem Cruise, popełnił samobójstwo. Z realizacją pomysłu czekano do roku 2018 i podjął się jej reżyser polskiego pochodzenia, Joseph Kosinski. Film wszedł na ekrany pod koniec maja 2022 roku i z ust tych, którzy zdążyli go obejrzeć, słychać mnóstwo pochwał. Ja też go z chęcią zobaczę i liczę na emocje nie mniejsze, niż ponad trzy dekady temu. Maverick powrócił, tym razem w roli instruktora. Na innym typie samolotu, po przejściach, ale ciągle ten sam. Jak to szybko minęło.
‘Top Gun’, w swych dwóch odsłonach, stał się klamrą czasową mojego związku z lotnictwem, jakże dla mnie pięknego i ważnego. Wiem jednak, że miał niebagatelny wpływ także na życie (i to dosłownie) tysięcy innych ludzi. Obawiam się więc, że jeśli moja ocena powodu popularności tego obrazu jest trafiona, to w ciągu najbliższych paru lat ponownie odciśnie on swe piętno, nie tylko na miłośnikach kina”.
Film obejrzałem. I myślę, że się nie pomyliłem. Na przestrzeni tych niespełna czterech lat, od kiedy napisałem te słowa, amerykańscy piloci (pewnie wielu spośród ówczesnych kinowych widzów) zrzucili setki tysięcy ton bomb na co najmniej kilka państw.
Czasem oglądam filmy izraelskie. Są dobrze zrobione, obsadzone świetnymi aktorami i osadzone w realiach niedostępnych dla twórców nieobeznanych z realiami życia na Bliskim Wschodzie. Ukazują też mentalność Izraelczyków, a to ma niezaprzeczalny walor poznawczy. A, jako że kończę właśnie pracę nad książką, której głównym motywem jest wojna sześciodniowa, z tym większym zainteresowaniem oglądałem kolejne odcinki serialu emitowanego przez Apple TV, zatytułowanego „Teheran”. Jak pisze o nim choćby portal WP film „wyróżnia się surowym realizmem i dbałością o psychologiczną głębię. Fabuła koncentruje się na losach Tamar Rabinyan (Niv Sultan), młodej hakerki pracującej dla Mosadu, która zostaje wysłana do stolicy Iranu – swojego rodzinnego miasta. Jej misja szybko przeradza się w walkę o przetrwanie w skrajnie wrogim środowisku, gdzie każdy błąd może kosztować życie. Na początku zadaniem Tamar było unieszkodliwienie irańskich systemów obronnych i sabotaż programu nuklearnego. Kiedy operacje kończą się fiaskiem, bohaterka traci wsparcie wywiadu, a granice między jej życiem prywatnym a misją zawodową zaczynają się niebezpiecznie zacierać.
W drugim sezonie, w którym gościnnie wystąpiła Glenn Close, napięcie sięga zenitu, a niepowodzenia agentki sprowadzają bezpośrednie zagrożenie na jej najbliższych, potęgując moralne dylematy wpisane w jej profesję. Trzeci sezon zmusza Tamar do desperackiej walki o odzyskanie zaufania Mosadu i zachowanie życia w obliczu narastającego zagrożenia. Największą castingową sensacją nowych epizodów jest dołączenie do serialu Hugha Lauriego (znanego z roli Doktora House’a). Aktor wystąpił w roli Erica Petersona, inspektora dozoru jądrowego. Trzeci sezon zadebiutował w styczniu 2026 r. i wszystkie osiem odcinków są już dostępne do obejrzenia. Oglądanie serialu nabiera dziś wyjątkowego znaczenia ze względu na kontekst geopolityczny. USA i Izrael rozpoczęły otwarty konflikt zbrojny z Iranem. Zresztą sama premiera trzeciego sezonu na świecie była opóźniana przez Apple TV ze względu na wojnę w Strefie Gazy”.
Film jest niezły, obsada, jak pisałem wcześniej, starannie dobrana, by rzecz cała podobała się publiczności, ale podsumowanie tego opisu wzbudzić może u czytającego zażenowanie i pytanie o człowieczeństwo redagujących takie rzeczy „dziennikarzy”. Mordowanie ludności w Strefie Gazy nie zostało bowiem zakończone, trwa nadal, a obecnie tę jej część, której udało się uciec, wybija się na oczach całego świata na terenie Syrii i Libanu.
Natomiast, premiera być może była opóźniana, ale raczej po to, by w ostatnim odcinku główna bohaterka pracująca dla Izraela zdążyła powstrzymać eksplozję bomby atomowej budowanej przez Iran. Ratując przy tym od niechybnej śmierci nieświadomą niczego ludność Teheranu. Udało się jej i, szczęśliwie dla wszystkich, odcinek wyemitowano 28 lutego 2026 roku. W dniu uderzenia na Iran koalicji pokojowego świata Zachodu. Zakończenie serialu, czasowo perfekcyjnie zgrano z rzeczywistością, na miarę naszego kultowego „Rancza Wilkowyje”, którego ostatni odcinek ukazujący Pasterkę, co roku możemy oglądać na ekranach tych samych telewizorów dokładnie w Wigilię Bożego Narodzenia.
A to, że ten atak zaczął się akurat w dniu Szabatu Pamięci, bezpośrednio poprzedzającego święto Purim, nie umniejsza przecież trafności tego skojarzenia. Co, mam nadzieję, Czytelnik zrozumie. I wybaczy.
Globalistycznej elicie wojna z Iranem spadła, jak z nieba, niczym grad pocisków zrzuconych na obiekty Teheranu. Wszystko odbyło się równo dwa tygodnie po siódmej chyba w obecnej kadencji Trumpa wizycie izraelskiego przywódcy w Białym Domu. 2 marca Netanjahu oświadczył z dumą, że „Ali Chamenei stał się celem precyzyjnej, zakrojonej na szeroką skalę operacji przeprowadzonej przez izraelskie siły powietrzne, kierowanych przez dokładne dane wywiadowcze IDF, podczas gdy przebywał w swojej centralnej siedzibie w samym sercu Teheranu, wraz z innymi wysokimi rangą urzędnikami”. Pozwolę sobie przypomnieć co o tego typu danych wywiadowczych piszę w swej najnowszej książce „Zatopić Wolność” odnosząc się do podobnego sukcesu sił izraelskich podczas pierwszych godzin tzw. wojny sześciodniowej.
Nawiązuję tam do wspomnień Grace Halsell, pisującej wówczas przemówienia dla prezydenta Lyndona Johnsona, które kończyła mówiąc, że „podobnie jak miliony Amerykanów, byłam podekscytowana potęgą małego Izraela. Być może autorka nie byłaby tak podniecona wyczynami małego Izraela, gdyby wiedziała, jaką siecią uzależnień został spętany jej ówczesny prezydent. I, że to amerykańskie, nieoznakowane samoloty pozwoliły na wcześniejsze dokonanie precyzyjnego zwiadu powietrznego oraz ustalenie miejsca stacjonowania większości maszyn mogących podjąć walkę. Dzięki szczegółowym fotografiom lotniczym zostały zneutralizowane zanim piloci zdołali zająć miejsca za ich sterami. Dziś znane już są zeznania amerykańskich załóg, którym przez lata kneblowano usta groźbą najsurowszych konsekwencji w przypadku wspominania o tej operacji. Jeden z nich opowiadał przed kamerami wiele lat później, że brał udział w lotach zwiadowczych, których dokonywały cztery rozpoznawcze samoloty amerykańskie nad terytorium Egiptu. Lotnictwo izraelskie nie posiadało tego typu maszyn. Publikowane później w magazynach Time i Life fotografie zniszczonych celów rozpoznawał, jako te, które identyfikowali dla swego alianta. (…) Administracja Johnsona czyniła wysiłki zmierzające do obalenia egipskiego rządu i dała przyzwolenie Izraelowi na rozpoczęcie wojny sześciodniowej. Izraelski atak zniszczył większość egipskich i syryjskich sił powietrznych na ziemi, a te straty dały asumpt zarówno Naserowi, jak i pozostałym przywódcom arabskim do publicznego oskarżenia amerykańskich sił o przystąpienie do wojny po stronie Izraela”.
Wiemy, że i tym razem uderzono podczas ataku na Iran w obiekty syryjskie. Teraz jednak poruszono już nie tylko opinię arabską, ale tę większą, szeroko pojmowanego świata islamu. Uderzenie, w którym podczas pierwszych godzin zginęli nie tylko przywódcy Islamskiej Republiki Iranu, ale też ponad półtorej setki dziewczynek w wieku od 7 do 12 lat, ze szkoły podstawowej w Minab, nie byłoby możliwe bez wsparcia wywiadowczego tych samych służb, które zasilają od lat choćby ukraiński system dowodzenia. I każdy muzułmanin wie doskonale, z których państw się one wywodzą. Śmierć Chamenei nie sprawiła, że Iran pozostanie bez przywództwa. Jest o wiele gorzej, bo został już formalnie okrzyknięty męczennikiem a na irańskie maszty wciągnięto czerwone flagi dżihadu.
Do koalicji po stronie amerykańsko-izraelskiej dołączyła Wielka Brytania i Francja. To źle wróży Europie. „Nasi” politycy, w swym bezmyślnym służalstwie też zdążyli już poinformować świat, że o mającym nastąpić ataku wiedzieli wcześniej. Mam nadzieję, że tylko wiedzieli…
Netanjahu walczy o swoje własne przetrwanie, zdając sobie sprawę, że z tą ilością zarzutów korupcyjnych, które ma na głowie, musi jak najdłużej trwać w konflikcie zbrojnym. To zresztą podobny schemat do tego wykorzystywanego przez przywódcę ukraińskiego, któremu mandat prezydencki już dawno wygasł. Ale, o przetrwanie walczy też „elita” globalistyczna, która, jak powiedziała prokurator generalna USA, w wyniku ujawnienia akt Epsteina powinna być aresztowana w całości, co trudno uczynić, bo nie miałby kto zarządzać Ameryką.
Być może jest coś na rzeczy, skoro operację antyirańską nazwano EPIC FURY (EPSTEIN FILES). Operację, której nie dokonano by, gdyby wiedziano, że Iran posiada broń atomową. To z tego powodu, znienawidzeni przez wielu, przywódcy mającej broń nuklearną Korei Północnej śpią spokojnie. Podobnie, jak ludność Pakistanu, któremu zresztą Izrael w latach 80. XX wieku próbował (pospołu z Indiami!) zniszczyć potencjał atomowy. Stało się inaczej i pakistańskie służby współpracują od tamtej pory ze swymi zachodnimi aliantami wiernie, począwszy od zaangażowania w teatr dla gojów o nazwie 9/11. Obecnie, w przededniu uderzenia na Iran, odegrały podobne przedstawienie maskujące, atakując afgańskich talibów. Na konsulat amerykański w Karachi ruszył tłum protestujących przeciw wojnie z Iranem, a ochrona zabiła 10 osób. Kolejnych 10 zastrzelono niedaleko ambasady USA w stolicy Pakistanu, Islamabadzie. To państwo ma granicę z Iranem o długości ponad 900 kilometrów.
Czy temat akt Epsteina jest jednym z powodów dzisiejszej sytuacji na Bliskim Wschodzie? Dziennikarze dopiero się rozpędzali z ich analizowaniem, gdy już na czołówkach gazet znalazł się temat o wiele gorętszy. Przypomnę jednak urywek książki „TerraMar utopia elit”.
„Mało kto wspomina przy tym o jeszcze jednym, poważnym i dającym gigantyczne pieniądze przestępstwie, jakim jest nieuprawniony transport organów dla przeszczepów. A przecież w ostatnich kilku dekadach ten biznes wszedł na sam szczyt najbardziej dochodowych interesów mafijnych. Zastraszająca liczba młodych ludzi ginie bez wieści we wszystkich krajach świata, by nigdy się nie odnaleźć. I nie zawsze trafiają do lupanarów w portowych dzielnicach wielkich miast, czy na prywatne orgie pedofilskie, a okazują się właśnie bezwolnymi dawcami organów dla starych i najczęściej chorych milionerów. Piszę najczęściej, bo zdarzają się przecież oferty przetaczania „młodej krwi”, nie z powodu konieczności, a tylko z nadziei jej biorców na wieczną młodość i jurność.
Od lat, pojawiają się też gdzieniegdzie, ponure informacje o pochodnej adrenaliny, jaką jest adrenochrom. Trudno dotrzeć, z powodów zrozumiałych, do jakichkolwiek wiarygodnych danych na ten temat, jednak wątek ten przewija się na tyle często w kontekście handlu dziećmi, że nie mogę go pominąć. Podobno jest to substancja psychoaktywna, powodująca zmiany percepcji, sposobu myślenia i odczuwania emocji. Niektórzy uważają, że pozyskiwana jest z nadnerczy żywych dawców i nie mogą być transplantowane ze zwłok. Inni twierdzą, że ten swoisty narkotyk można pobrać z szyszynek ludzi będących o krok od śmierci, na przykład torturowanych, wskazując na używanie go przez satanistyczne grupy w ich zboczonych rytuałach. Ponadto, jest to substancja silnie uzależniająca, co ma powodować tak wielkie na nią zapotrzebowanie, a co za tym idzie, nieustające na świecie porwania dzieci. Jej działanie podobne jest do tego, jakie daje psylocybina oraz LSD. Tropiciele wątków dotyczących tego „narkotyku elit”, jak się o nim mówi, uważają, że może powodować choroby psychiczne, a nawet zmiany genetyczne. Być może coś jest na rzeczy, jeśli sięgniemy do opisu długotrwałych efektów chorobowych, występujących u plemion, które praktykowały kanibalizm. Jak podają niektóre źródła, kanibalizm rytualny nie jest reliktem zamierzchłej przeszłości, stąd daleki bym był od odrzucenia również takiej przyczyny ciągle obecnych w naszym życiu, uprowadzeń młodych osób. Teorie te pojawiają się zarówno w książkach, jak i coraz częściej, filmach.
Ciekawe jest, że wzór sumaryczny adrenochromu, to C9H9NO3, który przedstawiony w formie graficznej, przypomina do złudzenia motyw królika. Stąd, przez słynne „króliczki” Playboya, całkiem niedaleko już do postaci reklamowanej w „świecie Disneya”, o którym więcej piszę na dalszych stronach”.
Sławomir M. Kozak
Książka „Zatopić Wolność” ukaże się w kwietniu tego roku.
Akta Epsteina nadal cieszą się niesłabnącą popularnością. Uważam, że nawet to ich częściowe i dalece niepełne ujawnienie ma przynajmniej jeden, niepodważalny walor. Sprawiło, że wielu ludziom na świecie, także w Polsce, otworzyły się oczy na bezwzględność elit, zarówno politycznych, jak i biznesowych, w dążeniu do realizacji globalistycznych planów.
Uświadomiło też całym rzeszom niedowiarków, że tak zwane teorie spiskowe są spiskową praktyką dziejów, a ich negowaniem nie spowoduje się, iż znikną z historii i otaczającej nas rzeczywistości. To nic dziwnego, że ludzie nie chcą dopuszczać do swej świadomości istnienia wokół ogromu przestępstw i okropności, a przecież wiele spraw nadal pozostaje w cieniu.
W książce „TerraMar utopia elit” nie tylko przytaczałem „dokonania” ludzi współpracujących z tym konsorcjum, dla którego Epstein był jedynie frontmanem, ale wspominałem o ich dalekosiężnych planach, ciągle zamilczanych. Cytując klasyka można by je podsumować słowami: mają rozmach sk…….y.
„Rozprawa sądowa Ghislaine Maxwell rozpoczęła się od takiej oto wymiany zdań.
Prawnik: Czy jest pani obywatelką Stanów Zjednoczonych?
Ghislaine: Tak.
Prawnik: Czy jest pani także obywatelką Anglii?
Ghislaine: Tak.
Prawnik: Czy jest pani obywatelką jeszcze jakiegoś innego terytorium?
Ghislaine: TerraMar.
Cóż to za twór, spytacie Państwo? Czyżbyśmy wszyscy przespali jedną i tę samą lekcję geografii? Uspokajam – nie ma się czego wstydzić. Nie istnieje takie państwo, ląd czy kontynent, który nosiłby taką nazwę. Jest to zbitka łacińskich słów określających Ziemię (Terra) i Morze (Mar).
Globalistyczni geniusze wpadli oto na pomysł, żeby powołać do życia zupełnie nowy obszar, dotąd niesklasyfikowany, jako odrębny region geograficzny. Zawiera on, według tej koncepcji, wszystkie akweny międzynarodowe, od powierzchni wody po samo dno, a nawet głębiej. Globaliści uznali, że skoro wody te nie należą formalnie do żadnego państwa, to można je bezkarnie zawłaszczyć.
Wbrew pozorom, idea nie jest pozbawiona przebłysku geniuszu, stąd takie ich określenie, którego użyłem w poprzednim zdaniu. Oto bowiem, stosując w miarę prosty zabieg, można stać się właścicielem niezmierzonych bogactw i zupełnie niewyobrażalnych możliwości. To właśnie jest owo „Mar”. W grę wchodzi jednak nie tylko cała fauna i flora oceanów, ale to wszystko, co może leżeć na dnie oraz pod nim. Do tego, niepoliczalne ilości wysp, wysepek i atoli. I to oznacza „Terra”. Ale, co nie mniej ważne, a może w obecnych czasach nawet najbardziej istotne, to możliwość podwodnego, niekontrolowanego przemieszczania wszelkich ładunków i … osób”.
O wyspach Epsteina pisałem nie tylko w książce, ale też w niedawno publikowanym felietonie „Epstein i jego wyspy szczęśliwe”. I pomyśleć, że wszystkie te niegodziwości i łajdactwa miały swój prapoczątek niewiele ponad sto lat temu, gdy grupa ówczesnych globalistów postanowiła położyć swe brudne ręce na amerykańskim systemie monetarnym. A wszystko odbyło się podczas tajnego spotkania, które miało miejsce także na wyspie. Na niesławnej Jekyll Island, w stanie Georgia. Udział w nim brali Frank Arthur Vanderlip, senator Nelson Aldrich (obaj reprezentowali Rockefellera), Henry Pomeroy Davidson, Charles D. Norton i Benjamin Strong (przedstawiciel J.P. Morgana), a także Abram Piatt Andrew (z amerykańskiego Departamentu Skarbu) i Paul Warburg (przedstawiciel Rotschildów w Anglii i Francji). Jego brat Felix, ożenił się z Friedą, córką Jacoba Shiff, kierującego potężnym bankiem Kuhn, Loeb & Co.
Przy okazji, warto nadmienić, że to z tej instytucji popłynęło 20 milionów dolarów dla Lwa Trockiego na zbudowanie władzy sowieckiej w Rosji.
To wręcz niewiarygodne, ale znowu wraca zagadnienie podważania kulistości Ziemi. Zaczynam ponownie otrzymywać linki do tekstów przekonujących, że nasza planeta jest płaska, a wszystko czego uczyliśmy się o niej przez lata jest kłamstwem. Nie przykładałbym do tego większej wagi, uznając to za jeden z elementów tiktokowego folkloru, gdyby nie fakt, iż tych materiałów pojawia się coraz więcej. Chciałbym zatem przypomnieć to, co na ten temat mówiłem już blisko trzy lata temu, ponieważ od tego czasu nic się w tej kwestii nie zmieniło, a wręcz przybiera na sile ogłupianie ludzi i zajmowanie ich umysłów tematami zastępczymi, kanalizując zainteresowanie sprawami naprawdę istotnymi i ważnymi dla nas wszystkich.
Polecam poświęcenie kilkunastu minut zaledwie, by wyleczyć się z idiotyzmów sprzedawanych nam przez ludzi, którzy mają nas za skutecznie odmóżdżonych i idących niczym owce w kierdlu ku zagładzie. Szczególnie ludziom młodym, którzy nie obejrzeli tego materiału wcześniej, bo w czasie jego pierwotnej emisji byli jeszcze uczniami szkół, w których nauczyciele sami mieli zbyt mało wiedzy lub odwagi, by nauczać i dla zachowania etatu złajdaczyli się służeniem propagandzie.
Podważając osiągnięcia dorobku naukowego ludzkości wtłaczali w głowy młodzieży bzdury o ocieplaniu klimatu, kilkudziesięciu odmianach płci, szkodliwości świeżego powietrza i tym podobne. Najdalej za rok niektórzy z tych młodych Polaków będą dokonywali swojego pierwszego w życiu wyboru, który może się okazać ich ostatnim. Oby tak się nie stało. Im dedykuję to nagranie.
Korzystając z okazji chcę zachęcić także do obejrzenia nagrania z nowego cyklu „Minął tydzień”, w którym z komentującym wydarzenia minionego tygodnia Romualdem Starosielcem rozmowę prowadzi Andrzej Kozera.
Jak pisałem w książce „Przewodnik po piekle”, wydanej w roku 2025, „nie milkną echa niedawnej wypowiedzi Donalda Trumpa o planach ‘zaopiekowania się’ Kanałem Panamskim i chęci zakupu Grenlandii, traktowanych z początku przez wielu z przymrużeniem oka, a chciałbym przypomnieć, że już w połowie ubiegłego roku pochylałem się nad tym zagadnieniem w jednym z felietonów.
Wyrażałem wówczas swoje spostrzeżenia na temat dokonującego się na naszych oczach przebiegunowania świata w odniesieniu do postępującej zmiany kierunków przepływu węglowodorów i transportu dóbr wszelkich w ogóle. Oczywiście, wszystko to ma ścisły związek z konfliktami zbrojnymi, a w dużej mierze wręcz wojnami, toczonymi w kilku regionach naszego globu. W ciągu półrocza nie tylko nie ustały, ale rozlewają się na coraz większe obszary.
W związku z tymi roszadami na geopolitycznej mapie świata, południowe trasy stają się coraz mniej opłacalne dla takich państw, jak Rosja czy Chiny. Z tego powodu, od dłuższego już czasu Rosja inwestuje w tzw. Północną Drogę Morską, wzdłuż rosyjskiego wybrzeża Arktyki. Rosjanie zapowiedzieli, że już w roku 2030 droga ta, która obecnie dostępna jest tylko dziewięć miesięcy w roku, będzie czynna dla ruchu między Atlantykiem i Pacyfikiem przez cały rok. Bardzo poważnie rozbudowują flotę lodołamaczy o napędzie atomowym, budują porty przeładunkowe i magazyny gazu.
Taki szlak skróciłby transport między Azją i Europą o 30%, a liczba korzystających z niego statków byłaby wielokrotnie wyższa od pływających dziś przez Kanał Sueski. Projekt ten ma też ogromne znaczenie militarno-strategiczne. Arktyka, to obszar wokół Bieguna Północnego, który obejmuje zarówno Ocean Arktyczny, jak i najdalej na północ wysunięte tereny tzw. „Arktycznej Piątki”, czyli Rosji, Kanady, USA, Danii i Norwegii. Jak wskazuje analiza waszyngtońskiego Instytutu Arktyki ‘podczas, gdy Arktyka tradycyjnie charakteryzowała się dobrą współpracą i niewielkimi napięciami, sytuacja ta ulega zmianie. Raport amerykańskiego Congressional Research Service (CRS) na temat Arktyki dowodzi, że Arktyka jest coraz częściej postrzegana, jako obszar geopolitycznej rywalizacji między USA, Chinami i Rosją’.
W ostatnich dniach grudnia 2023 roku amerykański Departament Stanu poinformował, że Stany Zjednoczone zamierzają rozszerzyć zewnętrzne granice swojego szelfu kontynentalnego. Według Wikipedii, „szelf stanowi podwodne przedłużenie kontynentów i wyznacza granicę ich powierzchni, jak również przybliżoną granicę wpływu morza na kontynent”.
Do sporu w tej sprawie doszło podczas sesji Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego – agendy ONZ zajmującej się zasobami w rejonie oceanów będących poza jurysdykcją państwową, która odbyła się w marcu 2024 roku, w Kingstone, na Jamajce. Rosyjski minister Spraw Zagranicznych wydał wtedy oświadczenie, według którego Rosja nie będzie uznawała powiększonych jednostronnie przez USA granic szelfu kontynentalnego, wbrew zasadom i procedurom ustalonym w 1982 r. przez Konwencję ONZ o prawie morza.
Zmiany te nie tylko redukują znaczenie i wpływ Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego, ale też zwiększają obszar amerykańskiego stanu posiadania o milion kilometrów kwadratowych. Co zrozumiałe, decyzja taka nie pozostaje bez związku z północnym szlakiem oceanicznym. Powstało tym samym kolejne, bardzo niebezpieczne zarzewie konfliktu i to w zupełnie nie zauważanej przez media Arktyce.
Należy też dodać, że od pewnego czasu Rosja i Chiny prowadzą zaawansowane rozmowy dotyczące perspektyw współpracy z krajami niearktycznymi z rozszerzonego składu BRICS dla określenia wspólnych interesów państw tego układu w zakresie logistyki w tym regionie, a co dla wielu osób może wydać się zaskakujące, programy polarne mają w swoim portfolio Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska i Iran.
Wspominałem też, że „pomysł zakupu terenów Grenlandii Trump formułował już podczas swojej poprzedniej kadencji, co nie trafiło wówczas na podatny, nomen omen, grunt. Obecnie sytuacja się zmienia, ponieważ grunt z wolna mięknie. Oczywiście, w znaczeniu ściśle politycznym, bo w sensie geologicznym ponad 80% jego powierzchni nadal pokrywa lód, a pod nim kryją się niezliczone bogactwa naturalne. Amerykańskie media sugerują, co prawda, że właśnie o te pokłady mineralne toczy się gra, choć jest to przecież w tym wszystkim, by użyć adekwatnego określenia, zaledwie wierzchołek góry lodowej.
Grenlandia, do roku 1953 była duńską kolonią, jednak od tego czasu wiele się tam zmieniło. W roku 1979 duński parlament przyznał jej autonomię, a trzy lata później mieszkańcy tej największej na świecie wyspy opowiedzieli się w referendum za wystąpieniem z Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, co stało się w roku 1985.
I tak, Grenlandia, w przeciwieństwie do Danii, nie jest dziś członkiem Unii Europejskiej, a choć historycznie i politycznie związana jest z Europą, to geograficznie znajduje się w Ameryce Północnej. W roku 2008, w wyniku kolejnego referendum, jej autonomia została poszerzona. Rządowi Grenlandii przekazano ponad 30 obszarów, w tym kwestie polityki morskiej, czy zasobów naturalnych. Zgodnie z projektem konstytucji, który opublikowano w kwietniu 2023 roku, Grenlandia zyskuje możliwość zawierania korzystnych dla siebie umów, na przykład o wolnym stowarzyszeniu, a jej elity mając świadomość rosnącego znaczenia na arenie międzynarodowej, pomimo braku spektakularnych sukcesów gospodarczych, próbują zwiększać swe wpływy polityczne w dyskusjach z Kopenhagą.
Dodać warto, że rdzenna ludność, czyli Inuici, stanowiący blisko 90% populacji, mają ścisłe więzi ze swymi pobratymcami z Kanady, co dodatkowo ogranicza potencjalne aspiracje strategiczne Unii Europejskiej wobec Grenlandii. Ponadto, Stany Zjednoczone od dawna mają już tam swoją bazę wojsk powietrznych z systemem wczesnego ostrzegania przed pociskami balistycznymi, z której korzysta również dowództwo amerykańskich sił kosmicznych.
W pierwszym tygodniu stycznia, w tej właśnie bazie w Thule, wizytę złożył najstarszy syn Donalda Trumpa i choć oficjalnie poleciał w ten rejon świata turystycznie, by nagrać przy okazji materiał filmowy do swego podcastu, to przecież moment, w którym to się stało, nie był dziełem przypadku. Donald Trump Jr jest już od dłuższego czasu prominentnym graczem w ruchu politycznym swego ojca. Prezydent -elekt nie krył zresztą tego umieszczając na swoim koncie społecznościowym nagranie samolotu z napisem TRUMP, lądującego w stolicy kraju – Nuuk, pośród ośnieżonych gór, z podpisem: ‘Don Jr. i moi przedstawiciele lądują na Grenlandii’. A później dodając, że ‘przyjęcie było świetne. Oni i Wolny Świat potrzebują bezpieczeństwa, ochrony, siły i POKOJU! To umowa, która musi dojść do skutku. MAGA. SPRAW, BY GRENLANDIA ZNÓW BYŁA WIELKA!’. Dla wzmocnienia efektu, Trump przeprowadził jeszcze rozmowę telefoniczną z mieszkańcami wyspy.
Najistotniejszym, w mojej opinii, jest aspekt militarny tej rozgrywki. I nie jest to nagły ‘wyskok’ Trumpa, jak chcieliby to postrzegać niektórzy, a konsekwentna realizacja amerykańskiej strategii, którą prezydent-elekt wykorzystuje umiejętnie dla celów politycznych. Już 1 października 2023 roku, zarządzanie wojskową bazą Thule, obecnie przemianowaną na Pituffik, przejęła grenlandzka firma Inuksuk. Jej nazwa, w języku Inuitów, to rodzaj znaku lub rzeźby zbudowanej z kamieni, która nie tylko ma znaczenie duchowe i jest wpisane w inuicką mitologię, ale służy przede wszystkim, jako punkt orientacyjny, czy drogowskaz kierujący do terenu łowieckiego. W największym skrócie oznacza ‘tu byłem’. A, zatem, firma zaznaczyła wyraźnie ten obszar jako inuicki, choć działający dla inwestora amerykańskiego. Waszyngton przeznaczył na potrzeby Grenlandii, w ramach kontraktu określonego na razie do roku 2035, blisko 28 miliardów koron duńskich (około 16 mld złotych).
Duński rząd ocknął się dopiero po ostatniej wypowiedzi Trumpa, w której po raz kolejny odwoływał się on do kwestii bezpieczeństwa i zaledwie w kilka godzin po niej duński minister obrony Troels Lund Poulsen ogłosił, że ‘Kopenhaga zainwestuje miliardy duńskich koron w poprawę obronności kraju’, jednak trudno zakładać, żeby Dania była zdolna konkurować na tym polu ze Stanami Zjednoczonymi.
Baza, która ma być rozbudowywana, służy Dowództwu Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej do wykrywania i przechwytywania pocisków rosyjskich w potencjalnym konflikcie z tym państwem. Będzie wkrótce największą siedzibą bombowców strategicznych i samolotów patrolowych P-8A Poseidon monitorującym ruchy rosyjskich okrętów podwodnych. Najprawdopodobniej, w związku z obecną sytuacją międzynarodową, Pentagon powróci też do koncepcji z lat 60. XX wieku, kiedy zakładano, w ramach projektu „Iceworm”, umieszczenie w lodowych tunelach Grenlandii 600 pocisków średniego zasięgu Minuteman, w wersji Iceman. Niewykluczone jest także rozlokowanie na wschodnich wybrzeżach Grenlandii hipersonicznych systemów rakietowych dalekiego zasięgu „Dark Eagle”, zdolnych do rażenia celów w rosyjskich regionach arktycznych, w Archangielsku, Krasnojarsku, czy Omsku. I o to toczy się gra”.
W świetle tych manewrów wokół Grenlandii lepiej można dziś zrozumieć chęć porzucenia przez Trumpa niektórych agend ONZ, jak choćby tych, które dotąd wiązały USA prawem morza. Ale, czy Amerykę stać będzie na odtworzenie na Grenlandii projektu „Iceworm”?
Nie chciałem już wracać do akt Epsteina, bo wystarczająco dużo czasu poświęciłem tej kwestii pisząc książkę „TerraMar utopia elit”, a zainteresowanie nią uważam za wciąż niskie wobec wagi podejmowanych tam zagadnień. Chyba nadal zbyt mało pojmujemy zagrożenia, które dotyczą w dzisiejszym świecie również naszych dzieci. I to jest przerażające.
To jest prawdziwa istota akt Epsteina. Z tego właśnie powodu są one ważne. Dowiadujemy się z nich rzeczy niewyobrażalnych i dotąd niezauważalnych, a jednak obecnych w naszym życiu. Po raz kolejny przywołam zatem urywek mojej książki:
Dla dzisiejszych przywódców świata, tych wyzutych z uczuć, cynicznych globalnych liderów, my już przestajemy się liczyć. Wymieramy. Zarówno naturalnie, jak i z innych powodów, o których napisano w ostatnich dwóch latach miliony słów. To, jak zawsze, jest wojna o aktywa, ale świat ludzi starszych nie stanowi w tej nowej rzeczywistości, żadnej wartości. Ludzie w wieku poprodukcyjnym stali się niepotrzebni. Nie tylko dlatego, że są ekonomicznym ciężarem, któremu trzeba zapewniać środki na trwanie przy życiu, nie mają też w ogromnej większości chęci lub zdolności rozrodczych, by dać życie nowemu pokoleniu. Ci odrobinę młodsi będą, wraz z szaleńczym przyspieszeniem wdrażania tak zwanej sztucznej inteligencji, wypierani z rynku pracy, paradoksalnie są więc jeszcze bardziej uciążliwi, bo w teorii dłużej będą obciążali całkiem nieskuteczny, zdegenerowany i rozkradziony system ubezpieczeń socjalnych i służby zdrowia. Ich czas nadejdzie już wkrótce, w roku 2030, zgodnie ze znaną nam Agendą. Ta bardziej dalekowzroczna, widzi ich jeszcze przy życiu w roku 2050.
A Polska jest pod względem demograficznym, jednym z „najstarszych” państw w Europie. To są, dla szumowin pokroju Schwaba, ludzie już skazani. Szansę będą miały tylko dzieci, ponieważ można je ukształtować według własnych oczekiwań. Ideałem byłoby, aby trafiały od wczesnych lat młodzieńczych w okowy systemu, wyzbyci dziadków, a z czasem zapewne również rodziców. Oni nie marzą o depopulacji wszystkich, część będzie musiała przecież pracować, brać jakieś kredyty i je spłacać, wreszcie pracować za przysłowiową miskę ryżu. To nowe pokolenie musi zostać ograniczone liczbowo i zniewolone. Ale, przede wszystkim, aby to się udało, musi być uczone od samego początku zupełnie nowego pojmowania świata. Tego, czego starsi nie będą już im w stanie przekazać, zaszczepić w nich groźnego wirusa (!) religii, tradycji, wiedzy i poczucia wolności.
Aby tak się stało, należy pod byle pozorem, a czająca się ciągle wokół nas pandemia, taki pozór daje, przechwycić te dzieci, wyrwać je ledwie wiążącym koniec z końcem rodzicom, stającym oko w oko z bezrobociem, próbującym pracy na kilku etatach, a z czasem z bezdomnością. Uniemożliwią, naturalne przez wieki związki wielopokoleniowych rodzin, tym samym nie będzie sposobności, by dziećmi zaopiekowali się dziadkowie, bo ich już po prostu nie będzie. W ciągu ostatnich miesięcy, rozrywano te naturalne więzy rodzinne ze stoickim spokojem, eliminując starców w domach opieki społecznej, już umierających bez bliskiej osoby obok. Te szwabskie sługusy, wbrew pozorom, nie koncentrowały się w czasie tych dwóch lat na pilnowaniu, byśmy nosili maski i robili testy. Oczywiście, analizowały zapewne stopień zniewolenia społeczeństw, ale przede wszystkim, prowadziły ogólnoświatowy eksperyment w zakresie pracy i, co ważniejsze, nauki zdalnej. I chyba wynik końcowy wyszedł im korzystnie.
Zapewne, dla wielu z czytających te słowa, będzie to brzmiało niedorzecznie, wręcz obrazoburczo, ale czyż nie przerabialiśmy przez ostatnie dwa lata właśnie takich, nienormalnych dotąd zachowań? Powtarzam, ich sukces, oczywiście długofalowy, zależy od dzieci. Ta wojna bardziej fizyczna, jak każda tego typu, pozostawi efekt w postaci sierot. Już wkrótce w kolejce po nie ustawią się te same organizacje, które „ratują” dzieci z rejonów wszelkich konfliktów bądź kataklizmów. Część z nich może trafić w naprawdę niewłaściwe miejsca, stać się ofiarami najbardziej dramatycznych praktyk, o ile przeżyją. Handel ludźmi, to najbardziej lukratywny interes na świecie. Tym bardziej opłacalny, im ludzie ci są zdrowsi i młodsi.
Ale, pomówmy też o tych, którym uda się przeżyć. Wszystko wskazuje na to, że będą one poddawane indoktrynacji, zwyczajnemu praniu mózgu, już od najmłodszych lat. Nieprzypadkowo, w ostatnich miesiącach tak agresywnie zbliżano się do coraz młodszych dzieci z bandyckimi szczepionkami, chcąc je segregować, klasyfikować, znakować i zaganiać do globalnej szkoły nowych czasów. Dziwi, nawiasem mówiąc, wyjątkowy zanik dbałości o własne dzieci u rodziców, którzy bezmyślnie, bez żadnych dowodów skuteczności tych preparatów, a często przy głośnym krzyku sprzeciwu innych, pozwalali je podawać swoim najmłodszym. Ale, to się już stało i na to wpływu nie mamy. Ta nowa (jak wszystko odtąd dookoła) szkoła, będzie szkołą nauczającą nie tylko zdalnie, ale według jednej sztancy. I, nie jest to przedsięwzięcie ograniczające się do danego miasta, powiatu, województwa, czy nawet kraju. O, nie. To będzie naprawdę komuna w sensie ścisłym.
W dalszej części tekstu piszę o programie pilotażowym, wprowadzanym już w państwach anglosaskich, którego główne założenie sprowadza się do tego, by „zniwelować przepaść cyfrową, która przyczynia się do nierówności w edukacji i ogranicza przyszłe możliwości wielu dzieci (…) Dzięki temu następne pokolenie będzie mogło stać się częścią globalnej gospodarki”.
Nie wiem, jak trzeba byłoby to napisać wyraźniej, żeby zrozumieć, że bez zaakceptowania tego systemu następne pokolenie NIE będzie mogło stać się częścią globalnej gospodarki. A to oznacza całkowite z niej wykluczenie.
Ujawnienie tzw. akt Epsteina wywołało globalne poruszenie i nawet w Polsce cieszą się one znacznym zainteresowaniem. Póki co, udostępniono 3,5 miliona stron, ale to nie wszystko, bo w odwodzie czekają kolejne, ponad 2 miliony. Z nimi, być może, będzie się już mierzył następca obecnego prezydenta USA. Żądni sensacji wertują je w poszukiwaniu polskich nazwisk, powstają już nawet na ten temat memy. A przecież wystarczy kupić książkę „TerraMar utopia elit”, w której już w 2022 roku opisałem to, co dziś zajmuje tłumy. Przybliżyłem w niej główne postaci tego wieloletniego przedsięwzięcia, jakim było pozyskiwanie haków na głównych macherów światowej polityki i gospodarki. Epstein, niczym współczesny flecista (sic!) z Hameln, nie tylko w prosty sposób podtopił w ten sposób dzisiejsze szczury, ale wyprowadził też na skraj przepaści liczne zastępy dzieci. I nie mówię tu wyłącznie o wykorzystywanych przez lata nieletnich, ale o całej rzeszy ludzi ogłupionych usypiającą muzyką lewackiej odmiany demokracji, w której wystarczy pozyskać grupkę dla zniewolenia mas. W mojej książce Czytelnik znajdzie przynajmniej jedno polskie nazwisko i nie będzie ono miało nic wspólnego z … (!) tenisem.
Jednak, w tym miejscu przywołam urywek rozdziału „Wyspy szczęśliwe”:
Little St. James, to otoczony błękitem karaibskich wód 30-hektarowy kawałek ziemi, który można sobie obejrzeć w dostępnych nadal zasobach internetowych. Esptein kupił go za niecałe 8 milionów dolarów, w roku 2022 wysepkę wystawiono na sprzedaż już za 125 milionów. W 1997 roku, na wyspie znajdował się dom główny, trzy domki dla gości, domek dozorcy, prywatny system odsalania wody, lądowisko dla helikopterów i dok. Ponadto na wyspie znajduje się budynek w kształcie pudełka z niebieskimi paskami, który początkowo był zwieńczony złotą kopułą. Oficjalnie, miał się w nim znaleźć pawilon muzyczny, ale intrygujący wygląd sugerować może, że miał to być rodzaj osobliwej świątyni. Pierwotny budynek na planach miał kształt ośmiokąta, przekrój prostokątny i posiadał dwa boczne pomieszczenia wystające z zewnętrznych ścian. Był on także znacznie niższy w perspektywie, a kopuła wychodziła z ośmiokąta na dachy bocznych budynków. Budynek, który ostatecznie powstał, jest wyższy od planowanego i ma kształt sześcianu. Wiele osób mówi o tym, że pod wyspą zlokalizowana jest sieć tuneli, na niektórych fotografiach widoczne są nawet, niezbyt rzucające się w oczy, wejścia do nich. Jest to bardzo prawdopodobne, tym bardziej w świetle podejrzeń o wykorzystywanie przez właściciela do podróży na wyspę nie tylko statków powietrznych, ale też łodzi podwodnej.
Na wyspie bywały, w okresie jej użytkowania, setki młodych dziewcząt i bogatych, wpływowych znajomych pedofilskiej pary. Spośród osób znanych, wysepkę odwiedził z pewnością Stephen Hawking, David Gross, czy Lisa Randall. Widzimy wyraźnie, że w życiu Epsteina, ważną rolę odgrywały znajomości z naukowcami różnych branż, przeważnie jednak podobali mu się ci, którzy mieli dokonania w dziedzinach związanych z wpływem na ludzkie życie, a wręcz podejrzewać można, iż chodziło mu chyba o życie wieczne. Dotyczy to zresztą pozostałych miliarderów w jego otoczeniu, z których ci młodsi, jak Branson, czy Musk, eksperymentowali z neurochirurgią, tworzeniem biologicznych robotów i podróżami kosmicznymi, a starsi, jak Gates, skupiali się na badaniach dotyczących ludzkiego DNA, eliminowaniu osobników starych i słabych. Wiele źródeł informuje, wbrew sprzeciwom zainteresowanego, o częstych wizytach w tym pięknym zakątku u gościnnego Epsteina, w latach 2002 – 2005, Billa Clintona. Niejaki Jes Staley, bankier pracujący przez 34 lata w J.P. Morgan, bywał także częstym jego gościem. W roku 2021, na fali licznych doniesień medialnych o tej zażyłości, Staley zrezygnował z zarządzania brytyjską firmą Barclays. Ponoć na tej właśnie wyspie, David Copperfield oświadczył się Claudii Schiffer. To jedyny taki romantyczny akcent owej „wyspy orgii”. Możliwe, że powołany do życia, jako tak zwany „fakt medialny”, dla odwrócenia uwagi opinii publicznej i rozjaśnienia mroków spowijających tę posiadłość.
Z pewnością bywała tam najbardziej znana z ofiar seksualnych nadużyć Epsteina, Virginia Roberts, która później zmieniła nazwisko i podczas procesu sądowego występowała już jako Virginia Giuffre. Ghislaine Maxwell dostrzegła nastolatkę w klubie Donalda Trumpa, Mar-a-Lago, gdzie pracował jej ojciec i „zatrudniła” ją u Epsteina. W czasie pobytu na wyspie, dziewczyna spotkała tam Clintona. Virginia zeznała również, że w roku 2001, kiedy miała 17 lat, zmuszono ją trzykrotnie do spotkania z księciem Andrzejem, który ją w czasie tych wizyt gwałcił. Skoro jesteśmy przy wyspach, to warto tu wspomnieć o jeszcze jednej, mało rozpoznanej, koncepcji naszej globalistycznej „elity”. Nazwali ją „Projektem 10 wysp”. Co prawda, objętych nim wysp jest ponoć 26, ważne, że w sprawę zaangażowała się administracja Clintona, a później Obamy, długo wcześniej, zanim schwabski dewiant biegający po plaży w damskiej bieliźnie, zdołał opublikować swoje rojenia o czwartej rewolucji, zrównoważonym rozwoju i tym podobne brednie.
Zaczęto lokować na wyspach karaibskich, panele fotowoltaiczne, wiatraki i instalacje odsalające wodę morską, by wspomóc ich społeczności w dostępie do prądu i czystej wody. Zielona rewolucja na wyspach. Z założenia, mająca wesprzeć ich zdolności turystyczne. Idea szczytna, ale po pierwsze, nie do zrealizowania jednorazowo na tych terenach, z powodu częstych i niezwykle silnych huraganów, które te konstrukcje po prostu obracają w niwecz. Naturalnie, daje to, praktycznie dożywotnią, okazję do ich odbudowywania. Po drugie, programem pomocowym objęto wyspy według specjalnego klucza, który różnicuje je pod względem zaangażowania ich przywódców w projekty, narzucane przez USA, a dotyczące pełnej kooperacji w zakresie walki w handlu żywym towarem, narkotykami i bronią. Rzecz wygląda, z pozoru, na logiczną i nacechowaną dbałością o wspólny interes, z tym, że z jakichś powodów, społeczność tych wysp nie pali się do tego pomysłu. I nic dziwnego, skoro od roku 1999, handel tego typu nie maleje, a wręcz rośnie. Wyspy, zwłaszcza te, o których mowa, od wieków były punktami przerzutowymi dla różnego rodzaju gangów i nic się w tym zakresie nie zmieniło do dziś.
Tyle, że obecnie odbywa się to pod przykrywką pomocy humanitarnej, walki z rejonami zagrożonymi ubóstwem, rozwojem turystyki, budową zielonego ładu. Ogromne firmy kładą pomiędzy wyspami podwodne przewody i kable światłowodowe, mające zapewniać energię i łączność z Florydą, budują hotele, a nadal ta, doskonalsza komunikacja i internetowe bazy danych, nie pozwalają sprawniej poszukiwać osób zaginionych, które znikają z coraz piękniejszych, hotelowych pokoi. Rośnie gigantyczna liczba przedsiębiorstw z sektora publicznego i prywatnego, pieniądze zarabiają dobrze znani nam inwestorzy, jak Bill Gates, Jeff Bezos, George Soros, Richard Branson, Reid Hoffman, Mark Zuckerberg i reszta „globalnych liderów”. Oni też kupują te wyspy i kompleksy turystyczne, w których wypoczywają ich wierni piewcy, czyli dziennikarze, wydawcy, aktorzy, politycy. Z kolei, firmy sprzedające swoje „zielone” rozwiązania technologiczne, wspierają kolejne administracje podczas każdych wyborów i biznes kręci się, jak dobrze naoliwiona maszyna. A ludzie nadal giną, wzrasta liczba przypadków pracy niewolniczej, dzieci wykorzystywane są do koszmarnych celów.
Bill Gates, poza hektarami ziemi rolnej w Stanach, ma wyspę Buguye, największą w republice Belize. To w jego hotelach na Karaibach oddają się uciechom życia Meryl Streep, czy Justin Trudeau. Wspólnie z saudyjskim księciem Bin Talal, mają zresztą sto kilkadziesiąt (!) hoteli na całym świecie. Branson kupił wyspę Necker na Karaibach, ale też wyspę Moskito, a nawet australijską Makepeace i połacie ziemi w Afryce. Epstein zdążył kupić tylko dwie, bo oprócz Little Saint James, kupił sąsiednią, Great Saint James, a z wyspy Saint Thomas, kilkukilometrowym, podwodnym kablem, zasilił je w prąd.
Liderzy sekty NXIVM, o której piszę na kolejnych stronach, kupili wyspę Wakaya, niedaleko Fiji. Tych przykładów można by mnożyć, z tym, że brakuje stron w tym opracowaniu, a gazety, radio i telewizja, wolą nas zarzucać drugorzędnymi, bezpieczniejszymi tematami, bo „młodzi liderzy” pomniejszego płazu, płaszcząc się przed większymi okazami „elity”, wolą byśmy się nie denerwowali, skoro i tak życie zatruli nam pandemią i niemal perfekcyjnie Wells’owską, bo przecież w oryginale przez dwóch, różnych Wells’ów, przy użyciu innych technik przedstawioną, „wojną światów”.
Niektóre media głównego nurtu w Polsce zaczęły nagle dostrzegać to, o czym te spoza niego wspominają od dawna, czyli o drugim dnie działań wojennych za naszą wschodnią granicą. Oto, zarówno Bussiness Insider, Gazeta Prawna, i kilka innych, piszą o tym, że „spółki z otoczenia Trumpa” będą zarabiały na ukraińskich złożach. Nawiasem mówiąc, dziennik Rzeczpospolita wykazał się najlepszym refleksem pisząc o takiej możliwości już w połowie ubiegłego roku, wkrótce po podpisaniu umowy o wydobyciu minerałów, którą oba państwa zawarły 30 kwietnia 2025. Swoistym poczuciem humoru wykazała się Wirtualna Polska tytułując swój materiał tezą, że na inwestycje w złoża litu przyjaciel prezydenta USA Ronald Lauder „dostał zgodę od Kijowa”. Zgrywusy.
Skoro tak wielu wybitnych żurnalistów rzuciło się do opisywania tego „fenomenu”, ja skoncentruję się na osobie głównego bohatera tych doniesień, człowieka, na spotkania z którym pędzili do Stanów Zjednoczonych chyba wszyscy dotychczasowi przywódcy III RP zaraz po swoich wygranych w prezydenckich wyborach. Nie zawsze informacje o tych mityngach pojawiały się w kalendarzu oficjalnym. Postać Ronalda Laudera przewijała się w moich publikacjach kilkakrotnie.
W książce „TerraMar utopia elit” wspominałem, że w roku 1987, kiedy był ambasadorem USA w Austrii, pomógł uzyskać paszport saudyjski na fałszywe nazwisko człowiekowi, który stał się popularny wiele lat później. Był to Jeffrey Epstein. Ale, pisałem też o nim w wydanej już w roku 2011 książce „Czarny Wrzesień”, plasując go w grupie osób, bez których nie miał prawa powieść się 10 lat wcześniej tak zwany „Atak na Amerykę”.
„(…) to człowiek, którego nazwisko jest doskonale znane wszystkim paniom. Miliarder i właściciel Estee Lauder Cosmetics, firmy produkującej perfumy. Cóż ten „dżentelmen” może mieć wspólnego z naszym tematem?
Otóż nie tak niewiele, jak mogłoby się wydawać. Był przewodniczącym komisji prywatyzacyjnej NY Governor George Pataki’s. To właśnie Lauder wywierał ponoć główny nacisk na prywatyzację kompleksu WTC. Miał też swój udział w prywatyzacji niepozornej Bazy Powietrznej Stewart. Przypomnijmy, tej bazy, nad którą 11 września 2001 roku zbiegły się tory lotów „uprowadzonych” samolotów, mających rzekomo uderzyć właśnie w WTC.
W Herzliya, w Izraelu, uruchomił szkołę dla Mosadu, pod nazwą Lauder School of Government Diplomacy and Strategy (Szkoła Dyplomacji Rządowej i Strategii imienia Laudera, tłum. smk).
Lauder aktywnie uczestniczy między innymi w Jewish National Fund, World Jewish Congress, American Jewish Joint Distribution Committee i oczywiście ‘pokojowo’ walczącej z antysemityzmem, Anti-Defamation League. W czerwcu 2007 roku, został prezesem Światowego Kongresu Żydów.” A przecież założył też w kilkunastu miastach Europy szkoły, a w ławkach tej warszawskiej zasiadały latorośle premiera Morawieckiego.
Ale, ja tu nie chcę zajmować nikogo opowieściami o przeszłości, a tylko wskazać ciekawostki biznesowe, na których upublicznienie tubylczy pracownicy mediów chyba jeszcze nie dostali zielonego światła. Oto, jak już w grudniu ubiegłego roku podawała gazeta Arctic Today, opierając się na informacjach z „szeroko zakrojonego śledztwa przeprowadzonego przez duńską gazetę Politiken”, Lauder już dawno zaczął interesować się … Grenlandią. Według byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego USA Johna Boltona Ronald Lauder jako pierwszy podsunął Donaldowi Trumpowi pomysł „zakupu” Grenlandii, a po cichu nabył udziały w tamtejszych przedsiębiorstwach. Proponował nawet prezydentowi, że mógłby być pośrednikiem w rozmowach Danią.
Arctic Today przypomina, że pierwsze wzmianki obecnego prezydenta USA na temat tej „inwestycji” padły już w roku 2019, co wywołało wówczas dyplomatyczny konflikt. Powołując się na dziennikarskie śledztwo Politiken, platforma podaje, że Lauder jest członkiem Greenland Development Partners, konsorcjum inwestorów zarejestrowanego w amerykańskim stanie Delaware, które nabyło udziały w Greenland Investment Group. Ta ostatnia wyraziła zainteresowanie udziałem w przetargu na realizację dużego projektu hydroenergetycznego nad jeziorem Tasersiaq, największym jeziorem Grenlandii. Projekt ma stanowić źródło energii dla przyszłej huty aluminium. Na jej czele stoi Josette Sheeran, była zastępca sekretarza stanu USA pod rządami Condoleezzy Rice oraz była szefowa Światowego Programu Żywnościowego ONZ.
Jak podaje Arctic Today „zaangażowanie Laudera po raz pierwszy stało się widoczne dzięki Greenland Water Bank, mniejszej firmie, w której on i grupa inwestorów również nabyli udziały. Firma ta butelkuje wodę ze źródła Lyngmark w Qeqertarsuaq na wyspie Disko i sprzedaje ją lokalnie pod marką Imivik”. A przecież to zaledwie wierzchołek góry (nomen omen) lodowej. Przypomnę przy tej okazji, że Condoleezie Rice poświęciłem wiele miejsca w książkach „Operacja Dwie Wieże” i „Oko Cyklopa”.
Według jednego z grenlandzkich wspólników Ronalda Laudera, tamtejsza woda jest najlepszą na świecie, a „Lauder i jego współpracownicy z grupy inwestorów bardzo dobrze rozumieją rynek dóbr luksusowych i mają do niego dostęp”. Niemniej, analitycy, „z którymi rozmawiał Politiken, twierdzą, że trudno postrzegać inwestycje Laudera jako czysto komercyjne, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego historię z Trumpem i rolę, jaką odegrał w promowaniu idei kontroli Stanów Zjednoczonych nad Grenlandią”.
W swym artykule Elias Thorsson pisze też, że partnerzy Laudera z Grenlandii mają szerokie kontakty. Jeden z nich, Sven Hardenberg jest byłym wysokim urzędnikiem państwowym i dyrektorem wykonawczym w sektorze energetycznym, natomiast Wæver Johansen jest byłym ministrem, a obecnie przewodniczącym rządzącej partii Siumut w Nuuk. Jego żona, Vivian Motzfeldt, minister spraw zagranicznych Grenlandii, wcześniej zasiadała w zarządzie Greenland Water Bank.
Eksperci są zgodni w swych obawach dotyczących tego inwestora.
„Istnieją powody, by zachować czujność” – powiedział Rasmus Sinding Søndergaard z Duńskiego Instytutu Studiów Międzynarodowych. „Zwłaszcza gdy w grę wchodzi ktoś taki jak Ronald Lauder”. Marc Jacobsen, badacz geopolityki Arktyki z Duńskiej Akademii Obrony, zgodził się z tą opinią. „Byłoby szaleństwem być naiwnym w tej sytuacji” – powiedział Jacobsen. „To ewidentnie strategiczna inwestycja z jego strony”.
Tymczasem, w wydaniu z 17 stycznia br. Associated Presspisze, że Trump twierdzi, iż może obłożyć cłami te kraje, które będą się sprzeciwiały objęciem Grenlandii kontrolą przez USA.
Miejmy nadzieję, że rząd w Polsce jednak zrozumie swoje miejsce w świecie i choć raz zachowa powściągliwość w angażowaniu nas w gry, na które nie mamy wpływu. Bo, cokolwiek wydarzy się w tej sprawie w pozornie odległej Grenlandii, ma szansę rozlać się na całą Europę i dotrzeć do naszego umęczonego już dostatecznie kraju. I nie będzie to miły zapach luksusowych perfum…
W poprzednim tekścieBĄDŹ WIERNY. IDŹ. [„Niezależni sędziowie”].pozostawiłem Czytelników przed obliczem 92-letniego sędziego Hellersteina prowadzącego postępowanie przeciwko wenezuelskiej parze prezydenckiej z retorycznym pytaniem – komu ma służyć wyciągnięcie go z historycznej formaliny?
Podpowiedzią było przypomnienie jego najważniejszego dokonania sprzed lat, czyli wyeliminowania zagrożenia, jakie mógł za sobą nieść choćby jeden proces cywilny w sprawie zamachów na Amerykę z 11 września 2001 roku. Jegomość ten zlikwidował swymi działaniami jakąkolwiek na to szansę. Wykazał swoją skuteczność.
„W przypadku każdej zbrodni podstawowym pytaniem, z jakim muszą się zmierzyć osoby pragnące ustalić jej sprawcę jest pytanie o jej beneficjentów, o to kto na niej skorzystał? Jakie powody były na tyle ważne dla sprawcy, że posunął się do jej popełnienia. Odpowiedź na te pytania prowadzi do wykonawcy lub zleceniodawcy przestępstwa. (…) Na tydzień przed 9/11 Izrael doznał wstrząsu postawieniem przez Organizację Narodów Zjednoczonych znaku równości między syjonizmem a nazizmem. Izrael został określony przez reprezentantów tysięcy organizacji pozarządowych uczestniczących w Światowej Konferencji Narodów Zjednoczonych Przeciwko Rasizmowi, w Durbanie, w Afryce Południowej, państwem rasistowskim. W Konferencji wzięli udział przedstawiciele rządów 153 krajów.
Deklaracja przyjęta przez 3000 organizacji zszokowała żydowskich uczestników. Shimon Peres, minister Spraw Zagranicznych Izraela, nazwał antyizraelską deklarację hańbą. W efekcie delegaci izraelscy opuścili Konferencję. Towarzyszyła im w tym delegacja USA.
Forum uznało Izrael za państwo, w którym ‘systematycznie popełniane są przestępstwa na tle rasistowskim, włączając w to zbrodnie wojenne, akty ludobójstwa i czystek etnicznych’. (…) Dziś, nikt już nie podnosi tematu izraelskiego rasizmu, a każdy kto wypowiada się z niechęcią o prowadzonych na całym świecie operacjach przeciwko ‘terroryzmowi’ staje się automatycznie wrogiem pokoju i niemalże zdrajcą. Świat pogodził się z koniecznością prowadzenia długoterminowej wojny z wszechobecnymi ‘terrorystami’ i odwrócił się od Arabów. Wszystko więc zmieniło się po wydarzeniach 11 września.”
W tym momencie Czytelnik zastanawia się zapewne, w jaki magiczny sposób przeskoczę do Wenezueli, od której zaczęła się moja opowieść. Otóż, nic prostszego.
Natychmiast po operacji wojskowej w Wenezueli, na portalu X pojawił się wpis „Dobra robota Donaldzie Trump” z tagiem venezuelalibre. Jego autorem był Nat Rothschild. Niedługo potem z tego komunikatora skorzystał także Benjamin Netanjahu pisząc„Gratulacje prezydencie Trump za odważne i historyczne przywództwo w imię wolności i sprawiedliwości. Składam hołd Pańskiej zdecydowanej determinacji i błyskotliwym działaniom Pańskich dzielnych żołnierzy”.
Wbrew powszechnej propagandzie przejęcie złóż ropy naftowej i metali ziem rzadkich w Wenezueli nie jest czynnikiem najważniejszym, choć stanowi oczywiście znaczący bonus dla USA – nie tyle nawet zwiększając zasoby amerykańskie, co zmniejszając chińskie, a w dłuższej perspektywie, deregulując ich ceny na rynkach, uderzając też w interesy rosyjskie.
Jednak bezpośrednim i natychmiastowym beneficjentem zmian wydaje się być państwo, którego działalność na Bliskim Wschodzie utrudniała długoletnia współpraca Wenezueli z Iranem. Przestrzegała przed tym Liga Antydefamacyjna w swoim raporcie. Z kolei w grudniu 2025 roku stacja Fox Newsoświadczyła wprost, że Wenezuela stała się „najważniejszą bazą operacyjną Hezbollahu na półkuli zachodniej, wzmocnioną przez rosnące wpływy Iranu i ochronę reżimu Maduro”.
Jedyną korzyścią, jaką dostrzegam w mediach społecznościowych jest to, że decydenci odsłaniają się w nich i bez zahamowań ukazują swe oblicza. Na rodzimym podwórku obserwujemy to notorycznie, ale wyskoki naszej elitki infantylno-agenturalnej, jak nazywa ją prof. Adam Wielomski, niczego do świata polityki nie wnoszą, podczas gdy wyznania ambasadora Stanów Zjednoczonych w Izraelu mają wagę ogromną.
To właśnie Mike Huckabee za pośrednictwem wspominanej tu już platformy X poinformował świat, że obalenie Maduro przez Stany Zjednoczone jest dobrą wiadomością dla Izraela ze względu na partnerstwo Wenezueli z Iranem i Hezbollahem. To prawda, partnerstwo było silne, wzmocnione 11 czerwca 2022 roku podpisaniem w Teheranie umowy o współpracy mającej niwelować amerykańskie sankcje na Iran w zakresie dostaw ropy, wyrobów petrochemicznych, nauki, technologii, rolnictwa i kultury. Wraz z Nicolasem Maduro na dokumencie złożył podpis ówczesny prezydent Iranu Ebrahim Ra’isi. Ten sam, który już dwa lata później zginął wraz z ministrem spraw zagranicznych i siedmioma osobami w niewyjaśnionej do dziś katastrofie śmigłowca.
Ale, to przecież jeszcze nie wszystko, bo interes jest dobry tylko wtedy, gdy przy jednym ogniu można upiec dwie pieczenie albo i więcej. Ażeby to unaocznić, muszę odwołać się, pozornie tylko bez związku, do fragmentu mojej książki „Przewodnik po piekle”:
„piszę te słowa w szóstą rocznicę, niewyobrażalnego wcześniej, zwłaszcza dla narodów arabskich, przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. Dokonał tego, 14.04.2018 r., na mocy ustawy Kongresu USA, uchwalonej 24.10.1995 r., starający się dziś ponownie o fotel prezydenta tego państwa, Donald Trump. Od uchwalenia tej ustawy, wszyscy kolejni prezydenci podpisywali rozporządzenia odraczające jej realizację, obawiając się, że będzie ona zagrożeniem dla procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie.
Przypominam o tym reprezentantom tzw. prawicy, mającym nadzieję na gwałtowną zmianę sytuacji międzynarodowej po ewentualnej wygranej Trumpa, w jesiennych wyborach. Na marginesie wspomnę, że już miesiąc później, w maju 2018 r. podpisał on niesławną ustawę 447 – JUST Act. Dokładnie dwa lata potem, w maju 2020 r. w Izraelu do władzy powrócił Netanjahu. Z początkiem czerwca, obaj politycy rozpoczęli działania nad bliskowschodnim procesem pokojowym w nowej odsłonie.
Do prac nad nim Trump oddelegował swego zięcia, do którego obie strony mają bezgraniczne zaufanie. Jared Kushner i jego asystent Avi Berkowitz, uwijali się, jak w ukropie. 13 sierpnia zawarte zostało między USA, Izraelem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi wstępne porozumienie o normalizacji stosunków na Bliskim Wschodzie. 11 września wolę dołączenia do układu zgłosił Bahrajn i już 4 dni później w Waszyngtonie państwa arabskie z USA w roli świadka, podpisały tzw. Porozumienie Abrahamowe.
W październiku Sudan zawarł pakt z Izraelem. W ostatnich dniach urzędowania, w grudniu 2020, Trump ogłosił, że układ z Izraelem chce podpisać Maroko. Oba państwa sygnowały ten akt 6.01.2021 r., gdy na Kapitolu trwał już amerykański majdan. Polska wersja Wiki, opisując skutki porozumień Abrahamowych pisze, że analitycy zwracają uwagę ‘na idący wraz z zawarciem porozumienia spadek znaczenia kwestii Autonomii Palestyńskiej dla świata krajów arabskich’.
Być może tym należy tłumaczyć zadziwiającą bierność tych krajów, wobec tego, co dzieje się w Strefie Gazy od 7.10.2023 r. Jeden z przywódców Al-Fatah stwierdził wręcz, że porozumienie było „jednym z powodów” ataku organizacji Hamas na Izrael. Ale to można doczytać już tylko w anglojęzycznej wersjiWikipedii.
Podobnie, jak wzmiankę o tym, że przy okazji porozumień powstać miał Fundusz Abrahama, który ‘miał zebrać 3 mld. dolarów w celu pobudzenia handlu i rolnictwa w regionie, zapewnienia dostępu do czystej wody i przystępnej cenowo energii elektrycznej oraz ‘umożliwienia realizacji strategicznych projektów infrastrukturalnych.”
Po zaledwie kilku miesiącach od czasu, kiedy napisałem te słowa, zatrute owoce porozumienia widoczne są gołym okiem. A przecież nie wszystkie jeszcze dojrzały. Architekci Porozumienia Abrahama przećwiczywszy ich skuteczność, zwłaszcza w zderzeniu z całkowitą bezradnością reszty świata wobec ich działań, uznali, że podobne rozwiązanie można i należy wdrażać w innym regionie świata. Powołali do życia, nie nagłaśniając tego zbytnio, Porozumienie Izaaka. Naturalnie, w polskojęzycznej wersji Wikipedii nie ma o nim wzmianki, ale sięgnijmy do tej oryginalnej:
„Porozumienie Izaaka, to inicjatywa dyplomatyczna, gospodarcza i kulturalna mająca na celu wzmocnienie współpracy między Izraelem a krajami Ameryki Łacińskiej. Nazwa nawiązuje do porozumień Abrahama, czyli umów z 2020 r., które doprowadziły do normalizacji stosunków między Izraelem, a kilkoma państwami arabskimi. Po raz pierwszy ogłoszono ją w czerwcu 2025 r. przez ambasadora Argentyny w Izraelu, rabina Shimona Axela Wahnisha, który wcześniej pełnił funkcję osobistego rabina prezydenta Argentyny Javiera Milei. Ogłoszenie nastąpiło po przyznaniu prezydentowi Javierowi Milei nagrody Genesis Prize na początku 2025 roku. Dodatkowe szczegóły dotyczące porozumień Izaaka zostały ogłoszone po ceremonii wręczenia nagrody, zwanej także „żydowskim Noblem”. Aby pomóc w realizacji Porozumień Izaaka, Fundacja nagrody Genesis (GPF) utworzyła organizację non-profit American Friends of Isaac Accords (AFOIA) z siedzibą w Nowym Jorku. Fundacja zapewniła finansowanie początkowe w wysokości 1 miliona dolarów. Była to kwota nagrody przyznanej prezydentowi Milei, który odmówił jej przyjęcia i poprosił GPF o przekazanie środków na tę inicjatywę.”
Jeśli ktoś nie lubi czytać zbyt długich opracowań, może sobie zajrzeć na materiał YT, gdzie to wszystko skoncentrowane jest niczym w soczewce. Może też obejrzeć kolejne, jakże wzruszające nagranie o nadchodzącej, inspirującej zmianie (Inspiring Change).
Rozumiemy teraz lepiej kontrowersje, jakie towarzyszyły wyborowi Milei w grudniu roku 2023 na przywódcę Argentyny, szczególnie w kontekście zapowiadanej przez niego chęci konwersji na judaizm. Już we wrześniu 2024 roku wydał dekret, który ograniczył prawo dostępu do informacji publicznej. Od tego czasu urzędnicy, w tym również prezydent, nie mają obowiązku przekazywania do wiadomości opinii publicznej informacji takich jak harmonogramy spotkań czy treści dokumentów służbowych. W tym samym roku otrzymał jedyne, jak dotąd odznaczenie – ukraiński Order Wolności. Ale, dla osłody, już w roku 2025 magazyn Time umieścił go na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie.
Warto nadmienić, że według wytycznych American Friends of the Isaac Accords, kraje Ameryki Łacińskiej, które zamierzają przystąpić do Porozumienia Izaaka powinny:
przenieść ambasady do Jerozolimy, uznając suwerenność Izraela nad tym spornym miastem
zmienić klasyfikację Hamasu i Hezbollahu zgodnie z izraelską doktryną bezpieczeństwa
zmienić wzorce głosowania w ONZ i OPA, gdzie Ameryka Łacińska historycznie głosowała za prawami Palestyńczyków
zawrzeć umowy o wymianie informacji wywiadowczych dotyczące wpływów chińskich, irańskich, kubańskich, boliwijskich i wenezuelskich
otworzyć sektory strategiczne: wodny, rolniczy, cyfrowego zarządzania i bezpieczeństwa dla izraelskich firm.
Czy w świetle jednego z elementów tego ostatniego punktu Porozumienia nie jest łatwiej zrozumieć całkowitą bezradność rządu w Polsce w kwestii umowy Mercosur? „Negocjacje” w tej sprawie trwały co prawda ćwierć wieku, ale właśnie je przegraliśmy ostatecznie, co zatwierdzi swoim podpisem szefowa Komisji Europejskiej w sobotę, 17 stycznia bieżącego roku w odległym Paragwaju.
Większość komentatorów uznaje to za sukces polityki niemieckiej, choć moim zdaniem Niemcy zaledwie najmniej na tym stracą. A my, jak zawsze, najdotkliwiej doświadczymy gorzkiego smaku zatrutych owoców (i warzyw) tych wszystkich porozumień.
O uprowadzeniu przez władze amerykańskie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro i jego żony zdołano powiedzieć już bardzo wiele, a w wyniku tej operacji Polska znowu podzieliła się na jej zwolenników, bezrefleksyjnie popierających każde działanie prezydenta Trumpa, jak i przeciwników, mówiących o bezprecedensowym pogwałceniu wszelkich, cywilizowanych norm.
Jako zwolennik działania w poszanowaniu prawa, także międzynarodowego, nie staję oczywiście w grupie pierwszej. Niemniej, dla zachowania rzetelności dziennikarskiej warto przypomnieć, że usunięcia urzędującej głowy państwa nie można określić mianem aktu bez precedensu. Jak podaje Wikipedia w odniesieniu do wydarzeń z grudnia 1979 roku: „Komandosi przeszkoleni przez KGB z grupy Alfa, pod dowództwem pułkownika Grigorija Bojarinowa, wylądowali na lotnisku w Kabulu i zaatakowali pałac prezydencki – Amin został zastrzelony, a jego następcą został Babrak Karmal, cieszący się zaufaniem radzieckich decydentów długoletni agent KGB. W akcji zginął dowódca komandosów, pułkownik Bojarinow, zastrzelony przez pomyłkę przez własnych żołnierzy (dla mistyfikacji radzieccy żołnierze zostali przebrani w mundury afgańskiej armii). Formalnie radziecka interwencja nastąpiła na prośbę rządu Karmala, jednak prośbę tę Karmal podpisał na terytorium ZSRR, a do Kabulu przybył kilka dni po rozpoczęciu inwazji.”
Podobne scenariusze, przez dziesięciolecia, stosowały liczne administracje amerykańskie wobec przywódców co najmniej kilku państw, dokonując skutecznej wymiany rządów, oczywiście zawsze dla dobra ich obywateli i zaprowadzenia demokracji. Ten sam scenopis zostanie wykorzystany lada chwila w Iranie, zresztą nie po raz pierwszy, o czym napiszemy przy innej okazji. Zresztą, w tej historii oba te kraje, czyli Wenezuelę i Iran łączy dużo więcej.
Wobec prezydenta Wenezueli wysunięto zarzuty o zarządzaniu narkotykowym kartelem, który miał rzekomo zalewać Stany Zjednoczone niesławnym fentanylem. Oczywiście, w to nie wierzą już nawet czytelnicy amerykańskich tabloidów, którzy zdają sobie sprawę z tego, że to na terenie ich własnego państwa funkcjonuje prawdziwe zagłębie produkcji tego zabójczego narkotyku, a import półproduktów w głównej mierze prowadzi przez Meksyk i Kanadę. Ale, do rzeczywistych powodów tej operacji powrócimy w kolejnych materiałach.
Dziś pragnę zwrócić Państwa uwagę na kwestię zupełnie pomijaną w mediach głównego nurtu. Otóż, rozprawę wenezuelskiej pary prezydenckiej prowadzi niejaki Alvin Hellerstein, sędzia federalnego Sądu Okręgowego Stanów Zjednoczonych dla Południowego Okręgu Nowego Jorku. Jak podają encyklopedie, ten ortodoksyjny żyd wychował się w Nowym Jorku, uczęszczał do Bronx Science High School, Columbia College i Columbia Law School. Po ukończeniu studiów prawniczych pracował jako sekretarz sędziego Edmunda Palmieri, służył w Korpusie Sędziów Adwokatów Generalnych Armii Stanów Zjednoczonych i przez kilkadziesiąt lat prowadził prywatną praktykę, zanim w 1998 roku został mianowany sędzią federalnym przez prezydenta Billa Clintona. Był również przewodniczącym Rady ds. Edukacji Żydowskiej. Już wkrótce miał okazję stać się najbardziej znanym sędzią w całym kraju, a to za sprawą ataku na Amerykę z 11 września 2001 roku.
W 2003 roku Hellerstein zgodził się rozpatrzyć połączoną sprawę główną przeciwko trzem liniom lotniczym, ICTS International NV i firmom ochroniarskim Pinkerton’s Airport Security, właścicielom World Trade Center oraz producentowi samolotów Boeing Co. Sprawę wnieśli ludzie, którzy odnieśli obrażenia podczas ataków z 11 września, przedstawiciele osób, które zginęły, oraz podmioty, które poniosły straty materialne. We wrześniu 2004 r., tuż przed upływem trzyletniego terminu przedawnienia, ubezpieczyciele World Trade Center złożyli pozew przeciwko American Airlines, United Airlines i firmie Pinkerton zajmującej się ochroną lotnisk, zarzucając im, że ich zaniedbania umożliwiły porwanie samolotów.
12 stycznia 2006 r. Hellerstein oddalił ostatnie pozostałe roszczenie dotyczące szkód materialnych przeciwko miastu Nowy Jork, pozostawiając jednocześnie w toku kilka innych pozwów przeciwko innym stronom, między innymi Port Authority of New York and New Jersey. Według agencji Reuters ‘sześciu ubezpieczycieli domagało się od miasta zwrotu kosztów poniesionych w związku z zawaleniem się 47-piętrowego budynku biurowego w pobliżu bliźniaczych wież’. Hellerstein orzekł, że Nowy Jork posiada immunitet państwowy.
Służby ratownicze World Trade Center (np. policja i straż pożarna) oraz władze miasta starły się w sprawie pokrycia kosztów leczenia ratowników, którzy przeżyli zawalenie się bliźniaczych wież. 17 października 2006 r. Hellerstein odrzucił wniosek miasta Nowy Jork o oddalenie pozwów, w których domagano się wypłaty świadczeń zdrowotnych.
7 lipca 2008 r. sędzia Hellerstein wydał orzeczenie przeciwko grupie krewnych ofiar zamachów z 11 września oraz ratownikom, którzy przeszukiwali gruzy zawalonych bliźniaczych wież. Grupa ta oskarżyła miasto Nowy Jork o znieważenie szczątków ludzkich, które znalazły się wśród gruzów wywiezionych na miejskie wysypiska śmieci. Sędzia stwierdził, że:
miasto nie ma obowiązku ponownego przeszukiwania gruzów z Ground Zero w poszukiwaniu fragmentów ludzkich szczątków i przenoszenia ich do miejsca, w którym mógłby powstać cmentarz (pozostawiając w ten sposób materiał z Ground Zero na wysypiskach śmieci Fresh Kills). Powodowie nie mają prawa własności do niezróżnicowanej, niemożliwej do zidentyfikowania masy ziemi, która może, ale nie musi zawierać szczątki bliskich powodów. Nie każda krzywda może zostać naprawiona w drodze postępowania sądowego.
Hellerstein wezwał miasto do budowy pomnika i rezerwatu przyrody w tym miejscu. Adwokat rodzin ofiar Norman Siegel skrytykował to orzeczenie – ‘nie jesteśmy gotowi pozostawić setek szczątków ofiar zamachów z 11 września na wysypisku śmieci jako ich ostatecznego miejsca spoczynku’.”
Stanowisko Hellersteina wywołało powszechną falę oburzenia, która znalazła odzwierciedlenie w mediach. Ich większość przedstawiała jednak sędziego jako człowieka niezwykle prawego i uczciwego. W roku 2010, w New York Times ukazał się na jego temat artykuł, zatytułowany „Sędzia o dużej empatii w sprawach zamachów 9/11 przez niektórych postrzegany jest jako osoba stronnicza”.
„Przez prawie trzy dekady pracy jako prawnik w kancelarii w centrum miasta, Alvin K. Hellerstein z biurowca przy Maiden Lane dzielił widok na wieże World Trade Center z dziesiątkami innych współpracowników. Jednak jako sędzia Sądu Okręgowego Stanów Zjednoczonych na Manhattanie miał wyjątkowe spojrzenie na te wieże — a konkretnie na cierpienie, które trwało długo po atakach terrorystycznych, które zrównały je z ziemią w 2001 roku. Jako sędzia federalny nadzorujący sprawy dotyczące śmierci, szkód majątkowych i obrażeń ciała wynikających z wydarzeń z 11 września, 76-letni sędzia Hellerstein wykazał się wyraźną empatią zarówno wobec rodzin ofiar, jak i pracowników, którzy zachorowali po akcji ratowniczej i porządkowej.”
Nawiasem mówiąc, podobnie teraz, kiedy nazwisko sędziego powróciło na łamy gazet, autorka magazynu FORWARD. Jewish. Independent. Nonprofitprzypomniała urywek tego samego artykułu „w którym przeanalizowano jego odrzucenie proponowanej ugody między miastem Nowy Jork a ponad 10 000 ratowników i pracowników sprzątających, którzy twierdzili, że ich zdrowie ucierpiało w strefie Ground Zero. W artykule jeden z prawników stwierdził, że ‘frustrujące’ jest to, iż Hellerstein wydawał się ‘kierować koncepcją sprawiedliwości, która nie jest ujęta w prawodawstwie’.”
„Dziewięćdziesiąt sześć rodzin ofiar zamachów z 11 września odmówiło złożenia wniosku do Funduszu Odszkodowawczego. Chcieli wiedzieć, kto był odpowiedzialny za zamachy z 11 września i dlaczego nikt za to nie odpowiedział. Jednak w sądzie musieli zmierzyć się z sędzią Alvinem K. Hellersteinem, który miał inną koncepcję. Od samego początku starał się on doprowadzić do ugody poza sądem. Opierał się w dużej mierze na prawie rządu do ukrywania dowodów przed wnioskodawcami i szeroko interpretował prawo rządu do zachowania tajemnicy.
Sędzia Hellerstein postanowił również odwrócić tradycyjną procedurę sądową, zgodnie z którą odpowiedzialność jest ustalana przed omówieniem odszkodowań, mając nadzieję, że więcej spraw zostanie rozstrzygniętych poza sądem, gdy rodziny zorientują się, ile pieniędzy mogą otrzymać. Hellerstein zasugerował podczas rozprawy, że hojna oferta finansowa przekona powodów do rezygnacji z poszukiwania prawdy: ‘Pieniądze są uniwersalnym środkiem smarującym’ – powiedział, przyznając później, że jego komentarz był ‘niezręczny’. Dodał, sugerując rodzinom, aby zrezygnowały z poszukiwania prawdy: ‘w jakiś sposób musimy przejść przez 11 września 2001 r. jako kraj i jako jednostki’. Niektóre rodziny wyraziły swoje oburzenie tymi uwagami.
Następnie Hellerstein zaprosił Sheilę L. Birnbaum, członkinię palestry, którą wyznaczył na ‘mediatora’. Jej rolą było doprowadzenie do pozasądowego porozumienia finansowego między liniami lotniczymi, a rodzinami. Napisała, że jedną z ‘przeszkód w osiągnięciu porozumienia’ było to, że wiele rodzin ‘nie miało okazji opowiedzieć o swojej stracie i wyrazić swoich uczuć przed przedstawicielem sądu’ i miało nadzieję ‘osobiście otrzymać wyrazy współczucia z powodu swojej straty od linii lotniczych’. W związku z tym zorganizowała ‘spotkania terapeutyczne’, podczas których rodziny mogły ‘osobiście usłyszeć’ od niej oraz od przedstawicieli linii lotniczych i firm odpowiedzialnych za bezpieczeństwo ‘szczere wyrazy współczucia’ z powodu ich straty ‘zarówno na poziomie oficjalnym, jak i osobistym’. Rodziny miały okazję wyładować emocje, wylać łzy, a następnie były gotowe do rozmów o pieniądzach.
W ten sposób amerykański sąd manipulując rodzinami uniknął obowiązku powiedzenia im prawdy. Po latach batalii sądowych większość rodzin zawarła ugodę bez procesu. Zawarto porozumienie z liniami lotniczymi i firmami ochrony, którego warunki pozostają poufne. Łączna kwota ugody z tymi rodzinami wyniosła prawie 500 milionów dolarów, co daje średnio ponad 5 milionów dolarów dla każdej rodziny. Nie wiadomo, aby któraś z tych rodzin kwestionowała później oficjalną wersję wydarzeń z 11 września.”
Rzeczywiście, rodziny zgromadziły wówczas bogaty zbiór dokumentów i zeznań. Jednak żaden z tych materiałów nie został nigdy przedstawiony przed ławą przysięgłych. Wszystkie sprawy, które trafiły do Federalnego Sądu Okręgowego na Manhattanie, zostały rozstrzygnięte w trybie poufnym pod kierownictwem sędziego Alvina K. Hellersteina, który nadzorował każdą z nich.
Oznaczało to, że uniknięto procesu cywilnego w sprawie 11 września, a sędzia Hellerstein w swoich publicznych wystąpieniach wyrażał z takiego wyniku swoje ogromne zadowolenie. W roku 2011, chyba w pełni zasłużenie, uzyskał status starszego sędziego.
A, żeby nic nie było w pełni oczywiste, sięgnijmy jeszcze na chwilę do innego fragmentu przywoływanego wcześniej biogramu „bohatera” naszej opowieści, który miał także swój udział w rozgrywce z roku 2023, jaka toczyła się między prezydentem Trumpem, a jego ówczesnymi rywalami:
„Po tym, jak prokuratura okręgowa Manhattanu postawiła prezydentowi Donaldowi Trumpowi zarzuty karne, Trump przeniósł sprawę do sądu federalnego, gdzie została ona przydzielona sędziemu Hellersteinowi. Sędzia Hellerstein przekazał sprawę z powrotem do sądu stanowego. Po tym, jak Trump został skazany przez sąd stanowy, ponownie przeniósł sprawę do sądu federalnego przed sędziego Hellersteina, a ten ponownie przekazał sprawę z powrotem do sądu stanowego. Trump złożył odwołanie, a Sąd Apelacyjny Stanów Zjednoczonych dla Drugiego Okręgu przydzielił sprawę sędziemu Hellersteinowi w celu rozpatrzenia czy wyrok skazujący Trumpa powinien zostać przeniesiony do sądu federalnego ze względu na prawo immunitetu prezydenckiego”.
Jak wiemy, ten widowiskowy ping pong zakończył się wraz z wygraną Trumpa w wyborach prezydenckich w 2024 roku, a 10 stycznia 2025 roku sąd udzielił mu bezwarunkowego zwolnienia.
Sędzia Alvin Hellerstein ma dziś… 92 lata (!) i właśnie został wyciągnięty z otchłani dziejów, by ponownie służyć swą niepospolitą wiedzą i doświadczeniem…, właśnie – komu? Trawestując „Przesłanie Pana Cogito” aż chce się zawołać – czyż nie było młodszych?