Na przekór całemu światu

Stanisław Michalkiewicz: Na przekór całemu światu magnapolonia/na-przekor

   No nie, tego już za wiele! I to właśnie w momencie, gdy świat zmierza ku pokojowi i bezpieczeństwu – bo jakże inaczej rozumieć inaugurację Rady Pokoju na Forum Ekonomicznym w Davos? Wprawdzie są tu pewne niejasności, czy do Rady Pokoju przystępują państwa, czy tylko zaproszone osobistości? Na razie wygląda na to, jakby Radę Pokoju miało tworzyć grono zaproszonych osobistości  – bo na przykład Donald Trump będzie tej Radzie przewodniczył nawet gdy przestanie być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Podobnie węgierski premier Wiktor Orban.

Jeśli w kwietniu przegrałby wybory i przestałby być premierem, to czy automatycznie utraciłby prawo zasiadania w Radzie Pokoju, zwłaszcza, gdyby zapłacił wpisowe w wysokości miliarda dolarów? Z drugiej jednak strony pan prezydent Karol Nawrocki, który został do Rady zaproszony, konsultował się z obywatelem Tuskiem Donaldem i na razie pisemnego akcesu nie złożył, twierdząc, że musi się w tej sprawie wypowiedzieć “parlament”, a może nawet – sam Książę-Małżonek? Gdyby do Rady Pokoju przystępowały państwa, to owszem – ale skoro tylko osobistości, to po cóż ta cała parada – jak powiadał Aleksander Fredro?

Mniejsza wreszcie z tym, bo wszystko się pewnie w miarę upływu czasu “jak figa ucukruje, jak tytuń uleży” – ale tak czy owak, nie da się ukryć, że w kierunku pokoju został zrobiony milowy krok. Toteż od razu się wyjaśniło, że o ile dotąd prezydent Ukrainy Wołodymir Zełeński nie chciał słyszeć o jakichś ustępstwach terytorialnych, a z kolei rosyjski prezydent Putin z naciskiem podkreślał konieczność respektowania rosyjskich zdobyczy na Ukrainie, to teraz obydwaj chcą “tego samego”. Tak w każdym razie twierdzi prezydent Donald Trump po rozmowie z prezydentem Zełeńskim. To znaczy – czego konkretnie chcą?

A czegóż by innego, jak nie pokoju? Wprawdzie starożytni Rzymianie twierdzili, że si duo dicunt idem, non est idem – co się wykłada, że gdy dwóch mówi to samo, to nie jest to samo – ale nie można zaprzeczyć, że i Donald Trump też coś tam musi wiedzieć tym bardziej, że agencja NABU wsadziła do aresztu wydobywczego ongiś piękną Julię Tymoszenko, przedstawiając jej jakieś korupcyjne “zarzuty”, a fałszywe pogłoski utrzymują, że ona w tym areszcie wydobywczym  chlapie na prezydenta Zełeńskiego.

Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie musi być ani słowa prawdy, ale gdyby było, to lepiej byśmy rozumieli, że w końcu  i prezydent Zełeński zaczyna uświadamiać sobie konieczność – co według niemieckiego filozofa Hegla jest istotą wolności. W tej sytuacji tylko Aleksander Łukaszenka, który nie tylko został zaproszony do Rady Pokoju, ale nawet złożył już akces, może utożsamiać się w Białorusią, bo na razie nie widać, by ktoś mógłby mu tam zaszurać.

Wprawdzie pan prezydent Nawrocki kontynuuje rozpoczęte przez prezydenta Dudę zabawy w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską, ale słychać, że rząd litewski jest już nią trochę zniecierpliwiony, więc zamierza się ona przenieść z całym majdanem do Warszawy. Ale sprawa sie komplikuje, bo w Warszawie posadę Pierwszego Białoruskiego Opozycjonisty zajmuje pan Paweł Łatuszka, więc na razie pani Swietłana jeszcze nie wie, czy w Warszawie nie będzie jej za ciasno.

W tej sytuacji Aleksander Łukaszenka może spać spokojnie, nawet na posiedzeniach Rady Pokoju, tym bardziej, że rosyjski prezydent Putin, który też został zaproszony, na razie się waha.

Tymczasem, gdy świat z radością wkracza na świetlisty szlak pokoju i bezpieczeństwa, z którego na pewno nie zepchną go podchody prezydenta Trumpa pod Grenlandię, do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa wtargnęła zorganizowana grupa przestępcza, to znaczy – pardon – nie żadna tam “zorganizowana  grupa przestępcza” tylko prokuratorowie w asyście kilkudziesięciu policjantów.

Wrażenie, jakby to była “zorganizowana grupa przestępcza” mogło wziąć się stąd, że sędziowie tworzący Krajową Radę Sądownictwa próbowali temu wtsargnieciu przeszkodzić – ale co tak naprawdę może niezawisły sędzia, nawet gdyby ubrał sie w togę i założył na szyję tombakowy łańcuch, jeśli “ludzie mający karabiny” olewają jego rozkazy ciepłym moczem? W takich momentach obserwatorzy skłonni są zgadzać się z opinią Mao Tse Tunga, że “władza wyrasta z lufy karabinu”, a nie z żadnych demokratycznych legitymacji.

Wprawdzie obywatel Żurek Waldemar, który na tę okazję nawet się ogolił, próbował nadać temu wtargnięciu pozory legalności – ale przecież on sam tkwi po uszy w sprośnych błędach Niebu obrzydłych. Na przykład uważa, jakoby Prokuratorem Krajowym był jego faworyt, pan Dariusz Korneluk z czarnym podniebieniem, podczas gdy pan prezydent Karol Nawrocki całkiem niedawno stwierdził, że ależ skądże, wcale nie – bo Prokuratorem Krajowym jest w dalszym ciągu pan Dariusz Barski.

Skoro tak, to czy możemy polegać na zapewnieniach obywatela Żurka Waldemara, że wszystko jest gites-tenteges, czy też nabierać podejrzeń, że on sam może być na usługach zorganizowanej grupy przestępczej, która tylko podstępnie przebiera się za prokuratorów czy policjantów? W zamieszaniu, jakie towarzyszyło wtargnięciu wspomnianej grupy do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa, trudno tak na pierwszy rzut oka odróżnić prokuratora od gangstera, czy policjanta od przebierańca tym bardziej, że kiedy już wtargnięcie się dokonało, to grupa zajęła się pruciem szaf w poszczególnych pomieszczeniach.

Cóż innego mogliby robić gangsterzy? Czego tam szukała, czy to znalazła i jaki zamierza zrobić w tego użytek – tego być może i obywatel Żurek Waldemar nie wie, bo gdybym był szefem starych kiejkutów, to też bym się wahał, czy dopuścić go do konfidencji, czy też powierzyć mu wyłącznie obowiązki wykonawcze. A w ogóle, to warto przypomnieć deklarację nie tam jakiegoś obywatela Żurka Waldemara, tylko samego obywatela Tuska Donalda, że jak będzie trzeba, to będzie używał środków “pozaprawnych”.

Czyż ta deklaracja, za którą zresztą poszła rewolucyjna praktyka, nie jest dowodem, iż cała III Rzeczpospolita jest “organizacją przestępczą o charakterze zbrojnym”? Nieżyjący już ekonomista amerykański Maurycy Rothbard twierdził, że gdyby jakaś spółka prawa handlowego była zarządzana tak, jak państwa, to wszyscy członkowie zarządu i rady nadzorczej znaleźliby się w kryminale. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ państwo jest rodzajem monopolu na przemoc, w związku z czym nie ma kto go aresztować – chociaż w Wenezueli pojawiła się pierwsza jaskółka, że może być inaczej.

Tak zresztą twierdzili starożytni Rzymianie, że vim vi repellere licet, co się wykłada, że siłę godzi się siłą odeprzeć.

Ale to wszystko blednie w porównaniu z alarmującymi wieściami, że w momencie, gdy świat właśnie wkracza na świetlisty szlak wiodący ku pokojowi, w partii Polska 2050 rozpętała się “wojna” i “padły oskarżenia o próbę puczu”. Myślę, że działacze Polski 2050 powinni się opamiętać i wojnę zakończyć, bo w przeciwnym razie prezydent Donald Trump obróci na nich swe oczy i każe komandosom pojmać obydwie vaginessy, a następnie wtrącić do aresztu wydobywczego w Nowym Jorku, razem z małżonkami Maduro.

Przed godziną nienawiści

Przed godziną nienawiści

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    25 stycznia 2026

Walka o praworządność, której rozpoczęcie surowo przykazała nam w lutym 2017 roku Nasza Złota Pani Angel Merkel, wchodzi już w fazę groteskową.

Ale taka ewolucja wydaje się nieuchronna, zwłaszcza gdy obywatel Tusk Donald i jego główny kolaborant na tym odcinku, obywatel Żurek Waldemar, zachowują się niczym słonie w składzie porcelany – aż musiał zwrócić im uwagę pan mecenas Rosati z Naczelnej Rady Adwokackiej. On wprawdzie też jest zaangażowany w walkę o praworządność, ale po adwokacku, czyli zgodnie z recenzją, wystawioną adwokatom przez Juliana Tuwima: „Ci nigdy nie oszaleją. Świat się będzie już walił, wąż ognia równik oplecie i kontynenty zapali – a oni, ironiści, mędrkowie wykrętów chytrych, wyciągną z teczki paragraf i rozprostują – na wytrych. I jak klown na arenie, otworzą drzwi tekturowe, przejdą na drugą stronę i dumnie podniosą głowę: voila!

Otóż pan Rosati przestrzegł obywatela Żurka Waldemara, by w walce o praworządność się nie zapamiętywał, bo to wywołuje skutki odwrotne. W ogóle warto odwołać się do Arystotelesa z jego „złotym środkiem”. Jeśli nawet ktoś angażuje się w słuszną sprawę praworządności, to musi to robić w granicach przyzwoitości. W przeciwnym razie skutki mogą być opłakane – jak to się stało w nienawistnym sądzie w Giżycku. Otóż jakiś tamtejszy nienawistny sędzia potraktował serio brednie kolportowane przez obywatela Żurka Waldemara i jego kolabów – że nienawistni sędziowie rekomendowani przez „nielegalną” Krajową Radę Sądownictwa, w ogóle nie są sędziami – no a skoro tak, to wyroki przez nich wydawane nie są żadnymi „wyrokami”.

Wprawdzie obywatel Żurek Waldemar, niby jakiś wioskowy głupek, wbrew logice utrzymywał, że sędziowie, owszem – nielegalni – ale wyroki – już nie – ale nienawistny sędzia w Giżycku rozumował prawidłowo i orzekł, że skoro wyrok wydał przebieraniec nie będący sędzią, to ten wyrok jest „nieistniejący”. Sęk w tym, że chodzi o sprawę rozwodową. Skoro wyrok w tej sprawie jest „nieistniejący”, to o żadnym rozwodzie nie ma mowy, nawet w sytuacji, gdy małżonkowie, którzy myśleli, że są rozwiedzeni, wstąpili już w nowe związki małżeńskie.

W tej sytuacji „obiektywnie” dopuścili się bigamii – ale czy można ich prawomocnie skazać, skoro zostali wprowadzeni w błąd przez przebierańca, który sprawiał wrażenie, jakby był nienawistnym sądem? A na tym przecież nie koniec – bo skoro wyrok rozwodowy jest „nieistniejący” – to małżeństwo trwa nadal ze wszystkimi konsekwencjami, między innymi – z roszczeniami o spełnianie małżeńskich obowiązków. Ładny interes! Czy teraz pan Dariusz Korneluk, który myśli, że jest Prokuratorem Krajowym, deleguje specjalnego urzędnika, na przykład w postaci Prokuratury Ewy Wrzosek, która przy pomocy policji doprowadzi niedoszłych rozwodników do współżycia i będzie nadzorowała, czy wszystko odbywa się zgodnie z prawem i sprawiedliwością? Tak mogłoby być – ale z drugiej strony, czy Prokuratura Ewa Wrzosek, która – jak pamiętamy – niedawno sama została odcięta od stryczka – może decydować w sprawach prawa i sprawiedliwości?

W tej sytuacji trudno się dziwić, że obywatel Żurek Waldemar popada w prostrację. Przestał się golić, a może nawet i myć, więc kiedy zobaczyłem go w telewizji, miałem wrażenie, że to postać z „Atlasu Typów Przestępczych” Cezarego Lombroso i to jako „przestępca z urodzenia”. W dodatku proces pokazowy złowrogiego Zbigniewa Ziobry właśnie spala na panewce, a nie wiadomo, co będzie z rozporządzeniem w sprawie „pierwszego” i „drugiego małżonka” – bo takiego tricku zamierza użyć obywatel Gawkowski od cyfryzacji, żeby tylko dogodzić Wielce Czcigodnej Kotuli Katarzynie, która już nie może wytrzymać, żeby nie wprowadzić „małżeństw” między sodomczykami albo gomorytkami. Najwyraźniej biurokratyzacja zeszła w tych środowiskach już do poziomu instynktów, skoro bez urzędowego certyfikatu nie mogą się nawet bzykać.

Jakby mało było tych rozterek na tle praworządności, to jeszcze nasz nieszczęśliwy kraj staje w rozkroku i to coraz większym, bo właśnie Ameryka coraz bardziej oddala się od Europy, a między nimi rozwiera się zimna czeluść Północnego Atlantyku, od którego wziął swoją nazwę nasz umiłowany sojusz polityczno-wojskowy. Chodzi oczywiście o Grenlandię, bez której amerykański prezydent Donald Trump już nie może żyć, a z kolei „Europa” nie chce oddać tego zamorskiego terytorium po dobroci. W związku z tym „cała Europa” stanęła murem za Danią, a niektóre państwa wysłały tam nawet kontyngenty wojskowe; Norwegia kontyngent dwuosobowy, Francja – 15 osobowy, Niemcy podobny, Szwecja i Wielka Brytania takie same.

Tymczasem prezydent Trump oświadczył, że tym krajom, co wysłały na Grenlandię wspomniane kontyngenty, przysoli cła – 10 procentowe na początek, a potem się zobaczy. Na takie dictum niemiecki kontyngent już po dwóch dniach wrócił na ojczyzny łono. Polska słodszymi od malin ustami obywatela Tuska Donalda oświadczyła, że na Grenlandię naszej niezwyciężonej armii nie wyśle, za co schłostał go bez litości pan generał Polko – że to nie tylko „tchórzostwo”, ale również „błąd”. Sytuację próbował łagodzić reprezentujący stuprocentowe zdolności koalicyjne wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz – żeby nie przesadzać z tą nienawiścią do Donalda Trumpa, bo trudno sobie wyobrazić NATO bez Ameryki – ale z Niemiec dobiegają pomruki, że to znakomita okazja, by wreszcie utworzyć europejskie siły zbrojne niezależne od NATO.

W rezultacie doświadczamy, a właściwie nie tyle może „my”, co funkcjonariusze Propaganda Abteilung, doświadczają potężnego dysonansu poznawczego, bo nie wiedzą, kogo teraz bardziej nienawidzić – czy po staremu zimnego ruskiego czekistę Putina, czy jednak Donalda Trumpa, który nie tylko snuje imperialne mrzonki o Grenlandii, ale wbrew opinii bezcennego Izraela ogłosił budowanie Rady Pokoju. Teoretycznie ma ona położyć kres rządom Hamasu w Strefie Gazy – ale skoro do Rady zaproszeni zostali politycy z Turcji i Kataru, które Hamas wspierają, to to zadanie może okazać się kłopotliwe. Tym bardziej, że Hamas ma zostać rozbrojony – ale nie wiadomo przez kogo, skoro w skład Rady Pokoju wchodzą osobistości, a nie państwa, które ewentualnie mogłyby w tym celu wysłać jakieś wojska. Co więcej – na czele Rady Pokoju ma stanąć Donald Trump i to niezależnie od tego, czy będzie prezydentem USA, czy już nie – a poza tym będzie miał tam ostatnie słowo. Rada Pokoju w ogóle nie musi mieć nic wspólnego ze Strefą Gazy, bo bardziej sprawia wrażenie rządu światowego pod dożywotnim przywództwem Donalda Trumpa.

Jak wspomniałem, bezcenny Izrael podobno nie był w tej sprawie konsultowany, więc okazuje swoje wysokie niezadowolenie nie tylko z powodu braku konsultacji, ale przede wszystkim dlatego, że to przecież Izrael powinien sprawować rządy nad światem, a nie jakieś głupie goje, niechby i amerykańskie. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak Judenrat „Gazety Wyborczej” podpowie, kogo w tym sezonie najbardziej nienawidzimy, zwłaszcza, że Donald Trump zaprosił do Rady Pokoju nie tylko Wiktora Orbana, ale również – pana prezydenta Karola Nawrockiego, na którego klimakteryczną nienawiścią zieje madame Joanna Szczepkowska, nazywając go „rezydentem” i nawet gorzej – bo wiadomo, że z racji korzeni etnicznych i bezpieczniackich, miejsce w pałacu powinno przypaść Rafałowi Trzaskowskiemu.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Lamentacje nad mocarstwowością

Lamentacje nad mocarstwowością

Stanisław Michalkiewicz (prawy.pl)    24 stycznia 2026 michalkiewicz.pl

W sytuacji, gdy chwieją się fundamenty światowego porządku politycznego, ustanowionego po II wojnie światowej, wypada postawić pytanie, o obecną pozycję w świecie naszego nieszczęśliwego kraju. Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, kto odpowiada. Jeśli na to pytanie odpowiada obywatel Tusk Donald, czy jakiś jego kolaborant, to wszystko jawi się nam w różowych barwach. Polska gospodarka jest 20 na świecie – co pokazuje, że nadal musimy odrabiać straty w stosunku do poziomu, jaki Polska osiągnęła za rządów Edwarda Gierka, kiedy to Polska była nie jakąś tam dwudziestą – ale dziesiątą potęgą gospodarczą świata – oczywiście, dopóki wszystko się nie skawaliło.

Co więcej, reprezentant naszego nieszczęśliwego kraju (czy to przypadkiem nie będzie Książę-Małżonek, bo w wiązaniu krawatów ociera się o genialność, a poza tym mówi językami?) ma wziąć udział w spotkaniu grupy G-20, która kręci całym demokratycznym światem, mówiąc mu – jak jest i jak ma być – niczym pan generał Marek Dukaczewski, kiedy tylko nasza resortowa „Stokrotka” wzywa go do TVN.

Co prawda ta znakomita pozycja naszego nieszczęśliwego kraju opiera się głównie na sponsorowanych publikacjach w tak zwanej „prasie międzynarodowej” – ale w dzisiejszych czasach nie ma co grymasić; jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma; tak krawiec kraje, jak mu staje i w ogóle – wedle stawu grobla.

Z kolei kiedy słuchamy choćby Naczelnika Państwa, to z jego wypowiedzi wyłania się inny obraz; lepiej już było, a teraz, pod rządami obywatela Tuska Donalda, nasz nieszczęśliwy kraj osuwa się coraz niżej i jak tak dalej pójdzie, to już nie będzie z niego co zbierać. Jeszcze inny obraz wyłania się z reakcji środowisk żydowskich. Jak wiadomo, nie ustają one w oskarżeniach naszego nieszczęśliwego kraju o „antysemityzm” nawet przy okazji bójki izraelskiego trenera z sędzią sędziującym zawody w judo. Wprawie panuje powszechna opinia, jakoby słowo „judo” było pochodzenia japońskiego, podobnie, jak cała ta dyscyplina sportowa – ale wcale nie musi to być prawda, ponieważ nietrudno zauważyć, iż słowo „judo” jest bardzo podobne do słowa „Jude” – a w tej sytuacji pretensje izraelskiego trenera do sędziego mogą już wyglądać całkiem inaczej.

Taka sytuacja daje naszemu nieszczęśliwemu krajowi szczególną pozycję na arenie międzynarodowej, bo jasne jest, że Żydowie i Nasz Najważniejszy Sojusznik, musi na nas chuchać i dmuchać, zanim zostaniemy wyciśnięci niczym gąbka. Tak właśnie wyrażał się o Żydach pewien średniowieczny niemiecki książę, powiadając, że Żydowie są jak gąbka; kiedy już dostatecznie nasiąkną, to my ich wyciskamy. Mocarstwowej pozycji wprawdzie nam to nie zapewnia, natomiast sprawia, że znajdujemy się w centrum zainteresowania.

Pobudza to oczywiście nasze mocarstwowe ambicje – co wyraża się między innymi w nowej, świeckiej tradycji, którą zapoczątkował prezydent Andrzej Duda, a kontynuuje pan prezydent Karol Nawrocki. Mam oczywiście na myśli zabawy w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską. Jak pamiętamy, z panią Swietłaną bardzo lubił bawić się w mocarstwowość pan prezydent Andrzej Duda, co bezpieczniacy wykorzystali, by w Pałacu Namiestnikowskim pojmać panów Kamińskiego i Wąsika, który tam się schronili – no a pan prezydent Karol Nawrocki tę tradycję właśnie kontynuuje. Ciekawe, że chociaż pani Świetłana także udała się na emigrację i korzysta z „ochrony międzynarodowej”, nikt nie robi jej z tego powodu wyrzutów, których obywatel Tusk Donald i obywatel Żurek Waldemar nie szczędzą złowrogiemu Zbigniewowi Ziobrze, że skoro poprosił o azyl, to znaczy, że się „przyznał” a tymczasem powinien stawić się przez tubylczym nienawistnym sądem.

Pani Swietłana nawet nie próbowała stawać przed żadnym nienawistnym białoruskim sądem, tylko od razu czmychnęła na Litwę. Inna sprawa, że Białoruś nie walczy o praworządność, w odróżnieniu od naszego nieszczęśliwego kraju, któremu prowadzenie walki o praworządność surowo przykazała jeszcze w lutym 2017 roku Nasza Złota Pani. A cóż lepiej wyraża wolę walki o praworządność, niż pokazowe procesy, w których specjalizował się w swoim czasie klasyk demokracji Józef Stalin? Najwyraźniej temu ideałowi pragnie sprostać obywatel Żurek Waldemar z trzódką swoich prokuratorów, na czele z panem Dariuszem Kornelukiem, który podobno jest Prokuratorem Krajowym – ale pan prezydent Karol Nawrocki zaledwie przed kilkoma dniami temu zaprzeczył, utrzymując, że Prokuratorem Krajowym jest nadal pan Dariusz Barski – bo żeby odwołać Prokuratora Krajowego, potrzebna jest zgoda prezydenta, o którą obywatel Tusk Donald nawet nie wystąpił, wprowadzając w Prokuraturze Krajowej praworządność „na rympał”. Obywatelu Żurku Waldemaru i obywatelu Tusku Donaldu zwrócił nawet uwagę szef Rady Adwokackiej pan Rosati, żeby tak się nie zacietrzewiali w sprawie złowrogiego Zbigniewa Ziobry, bo wprawdzie przedstawienie z procesem pokazowym spaliło na panewce, ale opowieści, jakoby Ziobro się „przyznał” i tak dalej, tylko pogłębiają na świecie wrażenie politycznej dintojry ze strony rządu.

Ale prawdziwej rozterki na tle mocarstwowej pozycji naszego nieszczęśliwego kraju doznajemy w związku z operacją wyzwolenia Grenlandii, o której coraz częściej mówi Nasz Najważniejszy Sojusznik, to znaczy – prezydent Donald Trump. Doszło do tego, że na tle obaw o przetrwanie Sojuszu Atlantyckiego, Norwegia wysłała na Grenlandię 2 żołnierzy, Francja – 15 – a poza tym mają tam przybyć – czy może nawet już przybyli – żołnierze z Niemiec i Wielkiej Brytanii, nie mówiąc już o Danii. Polska – co oznajmił obywatel Tusk Donald – żołnierzy na Grenlandię wysłać nie zamierza – w związku z czym wojowniczy generał Polko stwierdził, że to „tchórzostwo” a nawet gorzej – bo „błąd” – jako że nieobecni nie będą mogli wziąć udziału w podziale łupu. Tak zrozumiałem słowa pana generała, że „nieobecny traci”.

Czy jednak na Grenlandii będzie w ogóle jakiś „lup”, jeśli prezydent Donald Trump zapragnie przejść do historii, jako ten, który powiększył terytorium Stanów Zjednoczonych? Medal Pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi Trumpowi podarowała pani Maria Machado, kiedy w Waszyngtonie licytowała się przed prezydentem Trumpem z obecną prezydentessą Wenezueli, panią Delcy Rodriguez, która lepiej się Ameryce nadstawi – ale amerykański prezydent najwyraźniej pamięta o rzymskiej zasadzie „beatus qui tenet”, co się wykłada, że szczęśliwy, który trzyma, więc medal wprawdzie przyjął, ale wolał prezydentessę Delcy Rodriguez.

W tej sytuacji może to dobrze, że pan generał Polko niczym już nie dowodzi i miejmy nadzieję, że tak już zostanie. W przeciwnym razie już chyba ze trzy, albo nawet i cztery razy zostalibyśmy wepchnięci w wojnę – przede wszystkim na Ukrainie, gdzie piękna ongiś Julia Tymoszenko, której agencja NABU właśnie przedstawiła zarzuty korupcyjne, twierdzi, że korumpował się też sam prezydent Zełeński.

W tej sytuacji nie mogę powstrzymać się przez daniem upustu swemu żalowi, że Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński nie posłuchał mojej rady, nie poświęcił się dla Polski, nie poślubił znacznie piękniejszej wówczas, niż teraz Julii Tymoszenko i nie założył dynastii. Obecnie na założenie dynastii jest już mocno za późno, co pokazuje, że okazja raz stracona, jest stracona na zawsze – a przecież mógł być to fundament nowej polityki jagiellońskiej, która już raz zapewniła naszemu nieszczęśliwemu krajowi pozycję mocarstwową.

Stanisław Michalkiewicz

Ściany mają już uszy – i oczy

Ściany mają uszy – i oczy

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    20 stycznia 2026 micha

Późną nocą, już w dzień Trzech Króli, obejrzałem sobie spory fragment programu popularno-naukowego, na który natrafiłem przypadkowo. Z jakiegoś powodu większość osób występujących w nim była Portugalczykami, ale był wśród nich też amerykański fizyk pochodzenia japońskiego Michio Kaku, którego znam z innych telewizyjnych programów. Tematem programu był rok 2077, to znaczy – jak będzie wyglądało wtedy życie i sytuacja ludzkości. Autorzy zwrócili uwagę, że ludzkość przeżyła trzy rewolucje technologiczne, Pierwszą zapoczątkowało wynalezienie silnika parowego, drugą – zastosowanie elektryczności, a trzecią – sztuczna inteligencja.

Sytuacja jest bardzo dynamiczna, bo – jak zwrócili uwagę autorzy programu – moc obliczeniowa komputera zainstalowanego w zwykłym smartfonie jest większa, niż komputera obsługującego w 1969 roku lot „Apolla” na Księżyc. A przecież to nie jest jedyna dziedzina, w której dokonał się tak zdumiewający postęp. W ogóle zasób wiedzy zgromadzony przez ludzkość w ostatnich dekadach jest większy i to zdecydowanie, od zasobu wiedzy nagromadzonego przez cały wcześniejszy okres historii ludzkości.

Program oczywiście tchnął optymizmem, zwłaszcza w związku z zastosowaniem sztucznej inteligencji, którą zresztą nazwano tam „inteligencją rozszerzoną”. Szczególną nadzieję budziła współpraca człowieka z jego najbliższym otoczeniem. Na przykład dzięki inteligencji rozszerzonej można będzie wytwarzać inteligentne mieszkania, meble, ubrania, a nawet klozety. W rezultacie można będzie wydawać polecenia ścianom domu, meblom – żeby na przykład się odpowiednio poprzesuwały, czy w ogóle – żeby posprzątały. Klozet, do którego będziemy zrzucali nasze cielesne sekrecje, będzie je analizował i z dużym wyprzedzeniem ostrzeże nas, że w naszym organizmie zaczyna dziać się coś złego, a gdybyśmy nawet na ulicy dostali ataku serca, to nasze inteligentne ubranie natychmiast wezwie karetkę pogotowia i nic złego nas nie spotka.

Słowem – ściany będą miały uszy, a nawet oczy, co będzie miało mnóstwo plusów dodatnich – ale również – niestety – plusy ujemne.

Skoro bowiem tak sprawy będą się miały, to znaczy, że w swoim najbliższym otoczeniu będziemy mieli nie tylko trzech szpiegów (znajomy pułkownik, którego chciałem pociągnąć za język w sprawie technik inwigilacji, na odczepnego powiedział mi, że jeśli masz w domu telewizor, telefon komórkowy i komputer, to masz trzech szpiegów”), tylko będziemy otoczeni szpiegami, którzy będą informowali kogo trzeba o wszystkich naszych sprawach, w związku z czym inwigilacja będzie totalna. Jest bardzo prawdopodobne, że w tej sytuacji z całej demokracji zostanie pusta skorupa, bo będziemy nie tylko poddani inwigilacji, o jakiej nigdy nie przyśniłoby się Wawrzyńcowi Berii, ale w dodatku rozszerzona inteligencja będzie niepostrzeżenie oddziaływała na nas, to znaczy – na nasze umysły i uczucia. Już teraz spotykamy się z takim oddziaływaniem, o którego sile mogliśmy przekonać się podczas epidemii zbrodniczego koronawirusa. Pomysłodawcy tej epidemii postanowili oddziaływać na nasz instynkt samozachowawczy, co okazało się strzałem w dziesiątkę – a przecież był to zalewie program pilotażowy, dzięki któremu dobroczyńcy ludzkości będą mieli przetarte szlaki do kolejnych eksperymentów.

Bo o ile w jednych dziedzinach osiągnięty został ogromny postęp, to w innych jesteśmy dopiero na początku drogi. Na przykład najbardziej zaawansowany japoński robot , który już sporo potrafi, dysponuje inteligencją na poziomie karalucha. Ale karaluch już chodzi kędy chce, sam szuka, co by tu zjeść i jakby tu dopaść karaluchową, żeby przedłużyć gatunek, więc wszystko jest na dobrej drodze. Specjalista w tej dziedzinie twierdzi, że do roku 2077 roboty będą dysponowały inteligencją być może na poziomie małp człekokształtnych, a przecież nie będzie to w tej dziedzinie ostatnie słowo.

Ale bo też inteligencja rozszerzona rozwinie się do tego stopnia, że co bardziej ostrożni futurologowie już teraz przewidują, że takim sztucznym inteligencjom trzeba będzie jakoś instalować chipy, które blokowałyby możliwość działania na zgubę ludzkości. Czy jednak inteligencja rozszerzona pozwoli się w taki prostacki sposób podejść? Stanisław Lem w „Cyberiadzie” napisanej jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku, w jednym z opowiadań pisze o „zepsutych” robotach, zmagazynowanych w pomieszczeniu przypominającym oświęcimski karcer. W tym gronie dojrzewa bunt, w związku z czym teoria, zgodnie z którą walką klasowa będzie się zaostrzać w miarę postępów socjalizmu, może nabrać nieoczekiwanej aktualności.

Owe cyfry niewinne, wykresy, równania, od zaklęć Czarnej Magii i Apokalipsy, od tajnych słów Kabały stały się straszliwsze” – pisze poeta. I rzeczywiście. Okazuje się, że specjaliści już teraz potrafią utrwalić i o d t w o r z y ć w dowolnym czasie wspomnienia myszy. Stąd już tylko krok do psa, a stamtąd – do człowieka. A w ogóle to czymże są takie utrwalone całościowe wspomnienia, jeśli nie osobowością, która w języku teologicznym nazywana jest „duszą”? Toteż już bez zdziwienia wysłuchałem opinii innego specjalisty, który oznajmił, że w gruncie rzeczy nie ma specjalnych przeszkód, by mózg człowieka można byłoby umieści w komputerze, gdzie mógłby funkcjonować jak-gdyby-nigdy-nic nawet w sytuacji, gdy cielesna powłoka tego osobnika już dawno rozpadłaby się w proch.

W tej sytuacji musimy postawić pytanie o kwestie duszpasterstwa inteligencji rozszerzonej – to znaczy – kto będzie to duszpasterstwo prowadził; czy ludzie wobec sztucznej inteligencji, czy może odwrotnie? Jak z punktu widzenia teologicznego wyglądałaby kwestia nieśmiertelności duszy w przypadku mózgu umieszczonego w komputerze? W obliczu takich zagadnień problem dopuszczenia sodomczyków i gomorytek do sakramentalnej konfidencji wydaje się pozbawiony większego znaczenia. No bo jeśli inteligencja rozszerzona będzie sprawowała duszpasterstwo gatunku ludzkiego, to czy zostanie dopuszczona do tak zwanego „szafarzowania” sakramentami?

Jak wspomniałem, na ten kanał trafiłem przypadkowo – ale skoro telewizor jest jednym ze szpiegów, to któż może zaręczyć, że to był czysty przypadek, a nie sekwencja wydarzeń z zaprogramowanym finałem? Takiej pewności chyba już nigdy nie odzyskamy, podobnie, jak po publikacji Stolicy Apostolskiej, że „w przeszłości” zdarzały się „niewłaściwe interpretacje Ewangelii”. Skoro bowiem w przeszłości zdarzały się „niewłaściwe”, to skąd możemy wiedzieć, czy te obecne na pewno są właściwe?

W tej sytuacji do czegóż się odwołać, jak nie do „Ogrodu Persefony” Swinburne’a, który m.in. pisze tak: „I porzuciwszy gniew, nadzieję, pychę, wolni od pragnień i wolni od burz, dziękczynnych westchnień ślemy modły ciche, ktokolwiek jesteś pośród gwiezdnych głusz. Za to, że minąć dniom żywota dano. Za to, że nigdy raz zmarli nie wstaną. A rzek gwałtownych nurt zmącony pianą, zawinie kiedyś w głąb wieczystą mórz.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Chwieją się fundamenty

Chwieją się fundamenty

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    18 stycznia 2026 michalkiewicz

Ale mają zgryz funkcjonariusze Propaganda Abteilung w niezależnych mediach głównego nurtu w naszym nieszczęśliwym kraju! Do niedawna sytuacja była jasna i niezwykle wygodna. Wrogiem numer jeden by zimny, ruski czekista Putin i wszystkie seanse nienawiści w niezależnych mediach były skierowane przeciwko niemu. Na przeciwnym biegunie znajdowała się Nasza Najukochańsza Duszeńka w osobie ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, którego pozycja była niepodważalna nie tylko z uwagi na pierwszorzędne korzenie, ale także ze względu na to, iż jest on wynalazkiem żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, który zrobił z niego „Sługę Narodu” – a tę rolę odgrywa on z powodzeniem do dnia dzisiejszego. Między tymi dwoma biegunami znajdowały się rozmaite osobistości, które przez funkcjonariuszy Propaganda Ateilung były oceniane w zależności od ich stosunku albo do zimnego ruskiego czekisty, albo do Naszej Ukochanej Duszeńki.

Pierwszy dysonans, niby „zgrzyt żelaza po szkle” powstał po tym, jak w Białym Domu prezydent Donald Trump publicznie obsztorcował Naszą Najukochańszą Duszeńkę. W sukurs zdezorientowanym funkcjonariuszom przyszła wtedy Jabłoneczka, czyli Małżonka Księcia-Małżonka oraz Judenrat „Gazety Wyborczej”, dzięki czemu zarówno funkcjonariusze, jak i mikrocefale, stanowiący krąg czytelniczy wspomnianej „Gazety” mogli zorientować się, co tak naprawdę myślą.

Teraz niestety jest coraz gorzej, bo następuje coś w rodzaju przebiegunowania kuli ziemskiej. Na głównego wroga wyrasta nieoczekiwanie amerykański prezydent Donald Trump, który – zamiast słuchać Naszej Ukochanej Duszeńki, zrobić marmoladę z Putina i na własny koszt odbudować Ukrainę, zaczyna się bisurmanić. Nie chodzi nawet o to, że „złamał prawo międzynarodowe” w przypadku Wenezueli, bo takich rzeczy się wprawdzie nie wybacza, zwłaszcza w sytuacji, gdy walczymy o praworządność – chyba, że chodzi o demokrację. Jeśli chodzi o demokrację, to dozwolone jest wszystko – bo nie ma takich poświęceń, których nie można by dokonać w imię demokracji – podobnie jak za komuny nie było takich poświęceń, których nie można by dokonać dla socjalizmu. Ale prezydent Donald Trump posunął się dalej i deklarując zamiar posięścia Grenlandii, podniósł zbrodniczą rękę na jedność sojuszniczą – a czegoś takiego się nie wybacza, podobnie, jak grzechu antysemityzmu – ani na tym świecie, ani na tamtym.

W tej sytuacji Donaldu Trumpu nic nie pomaga, nawet deklaracja gotowości przyjścia z bratnią pomocą udręczonemu narodowi irańskiemu, jęczącemu w jarzmie okrutnych ajatollahów, z mocy których obiecuje go wyzwolić syn byłego szacha, Cyrus Reza Pahlavi, którego CIA wyciągnęła z naftaliny, żeby zachęcał lud irański do ulicznych demonstracji i obiecywał, że lada dzień do niego dołączy, by poprowadzić go do świetlanej przyszłości – to znaczy – do podporządkowania się bezcennemu Izraelowi.

Rzecz w tym, że premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu, „czuje się związany” ideą „Wielkiego Izraela”, który w myśl tej – jakby to powiedział Kukuniek – „koncepcji”, ma obejmować obszar „od Wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat” Taki obszar obiecał oddać w arendę potomstwu pewnego mezopotamskiego koczownika sam Stwórca Wszechświata [no, ściślej – Jehowa, ich g plemienny.. md] . Do tej pory prawie wszystkie kraje leżące na tym obszarze zostały już przez bezcenny Izrael, przy pomocy Ameryki spacyfikowane, tak, że w następnym etapie trzeba będzie je tylko okupować, ewentualnie – nawet przesiedlić na Wschód – i tylko jeden złowrogi Iran sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów.

Nic zatem dziwnego, że na Florydę przyjechał Beniamin Netanjahu, który prezydentu Trumpu kazał ze złowrogim Iranem zrobić raz na zawsze porządek. W tej sytuacji zaraz wybuchła tam rewolucja przeciwko ajatollahom, a wyciągnięty z naftaliny Cyrus Reza Pahlavi … – i tak dalej. Wszystko to szalenie komplikuje klarowny do niedawna obraz świata, więc funkcjonariusze Propaganda Abteilung miotają się od ściany do ściany, chociaż oczywiście i Jabłoneczka i Judenrat robią co mogą, żeby podać im nić Ariadny, której mogliby się trzymać w tym Labiryncie, dopóki wszystko tak czy owak się nie wyjaśni.

Na szczęście są jeszcze stałe punkty we Wszechświecie w osobie pana prezydenta Nawrockiego, którego madame Joanna Szczepkowska szyderczo nazwała „prezydentem kiboli” po tym, jak nie tylko wziął on udział w pielgrzymce kibiców na Jasną Górę, ale jeszcze ich pozdrowił „czołem”. Na Jasną Górę chodzi teraz, kto tylko może, nawet sodomczykowie i gomorytki – bo Kościół jest „otwarty” – chociaż pan prezydent Nawrocki ich akurat nie pozdrawiał.

Ta cała pani Joanna Szczepkowska za mądra chyba nie jest – bo z jednej strony marzy, by prezydent był „prezydentem wszystkich Polaków”. Z drugiej jednak strony najwyraźniej musi uważać, że „wszyscy Polacy” to jest towarzycho, w którym obraca się i obracana jest ona i w którym wszyscy ze wszystkimi na zmianę, albo i jednocześnie, się bzykają. Tymczasem – jak „wszyscy” to wszyscy – a więc i kibice też. Zawsze mówiłem, że gdy aktorzy recytują Szekspira, to ma to ręce i nogi – ale gdy zaczynają deklamować własne teksty, to wygląda to znacznie gorzej. Więc pan prezydent Nawrocki jest takim stałym punktem we Wszechświecie, do którego może odwołać się podczas rzadkich lucidów intervallów pan minister Marcin Kierwiński który twierdzi, że za to „czoło” obrazili się „żołnierze i funkcjonariusze”. „O film, panie ministrze, obrazili się wachmistrze. O wiersz, panie generale, obrazili się kaprale”.

Innym stałym punktem we Wszechświecie jest złowrogi Zbigniew Ziobro, którego sytuacja za granicą wreszcie się ustabilizowała, bo na Węgrzech dostał azyl i ochronę międzynarodową. Azylantem jest tam również pan Romanowski, w którego sprawie właśnie wylano na zbity łeb sędziego Dariusza Łubowskiego, który uchylił mu europejski nakaz aresztowania, załatwiony na pana Romanowskiego przez obywatela Żurka Waldemara. Najwyraźniej w nienawistnym Sądzie Okręgowym w Warszawie nie brakuje nienawistnych sędziów, na których nie tylko obywatel Żurek Waldemar, ale każdy inny minister może polegać, więc nie ma obawy, że teraz nie posypią się tam piękne wyroki. Na razie jednak Wielce Czcigodny Giertych Roman zarzucił złowrogiemu Ziobrze Zbigniewowi „zdradę” z powodu tego, że azylu udzielił mu premier Wiktor Orban, który wcześniej spotykał się z Putinem, a mimo to amerykański prezydent Donald Trump uważa go za swoją duszeńkę.

No tak – ale co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Wiktor Orban może sobie jeździć, to tu, to tam i spotykać się z kim chce, niechby nawet z Putinem, podczas gdy Wielce Czcigodny Giertych Roman musi stale uważać, żeby przypadkiem się nie strefić tym bardziej, że – o ile mi wiadomo – nadal nie poddał się drobnej operacji chirurgicznej, po której S(r)alon mógłby puścić mu w niepamięć grzechy młodości. Najwyraźniej Wielce Czcigodny Giertych Roman oraz bardziej upodabnia się do Mikołaja Jeżowa, który swoją szajkę oprawców uważał za rodzaj „zakonu”. Znacznie tedy ciekawsze są obawy naszej resortowej „Stokrotki”, czyli pani Moniki Olejnik, która wyraziła obawę, że jak tak dalej pójdzie, to Zbigniew Ziobro utworzy w Budapeszcie „rząd na uchodźstwie”. Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści – powiada przysłowie – zwłaszcza w sytuacji, gdy kula ziemska sprawia wrażenie, jakby się właśnie przebiegunowywała.

Nie ma zatem innej rady, tylko żeby nasza „Stokrotka” wezwała do TVN pana generała Marka Dukaczewskiego, żeby powiedział – jak jest i – jak będzie. Jeśli on nie powie, to już nie wiem kto.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Jak zginąć bezpiecznie?

Jak zginąć bezpiecznie?

Stanisław Michalkiewicz  17 stycznia 2026 michalkiewicz

Cóż za przypadek – jeśli w ogóle są przypadki? Akurat tego samego dnia, kiedy prezydent USA Donald Trump, najwyraźniej odpowiadając na buńczuczne deklaracje Unii Europejskiej w sprawie Grenlandii, powiedział, że „być może” Ameryka będzie musiała „dokonać wyboru” między ambicją przejęcia Grenlandii, a utrzymaniem NATO w „niezmienionym kształcie”, w skrzynce na listy znalazłem kopertę z napisem „Poradnik Bezpieczeństwa”, zawierającą broszurkę pod tym samym tytułem, w której można było znaleźć instrukcje, jak się zachować w przypadku zagrożenia spowodowanego między innymi działaniami wojennymi.

Były tam słuszne wskazówki, żeby „zachować spokój” – co jest wskazane w każdej sytuacji, nie tylko wojennej, żeby słuchać poleceń „sztabów kryzysowych” no i oczywiście – „służb”, a przede wszystkim – żeby wyposażyć się w „plecak ewakuacyjny” ze ściśle określoną, opracowaną przez specjalistów wojskowych, zawartością, a poza tym – żeby przygotować mieszkanie na – właśnie na co? Skoro bowiem w chwili zagrożenia mamy założyć plecaki ewakuacyjne, to chyba nie po to, by siedzieć z plecakami na plecach w mieszkaniu, tylko – by je niezwłocznie opuścić udając się – ano właśnie – chyba w nieznanym kierunku – jak właśnie wezwał mer Kijowa Witalij Kliczko, by „kto tylko może” ewakuował się z miasta po rosyjskim ataku na tamtejszą infrastrukturę krytyczną, z użyciem pocisku balistycznego „Oriesznik”, czyli „Leszczyna”, przeciwko czemu zaprotestować miał „świat”. Z informacji wynikało, że ten protest był dość ograniczony, bo objął ukraińskiego ministra obrony, panią Swietłanę Cichanouską, z którą pan prezydent Andrzej Duda zabawiał się w Belwederze w mocarstwowość, no i panią Kaję Kallas z Unii Europejskiej.

Jak widać, jest to bardzo nieznaczna część świata, który – podobnie jak coraz więcej młodych ludzi – nie jest w stanie skoncentrować się na jednej sprawie dłużej niż 15 minut, w związku z czym niezależne media muszą dostarczać mu coraz to nowego żeru. Pani Kallas pochodzi z jednego z bałtyckich mocarstw, konkretnie – z Estonii i jest żywą ilustracją trafności spostrzeżenia poczynionego przez Konrada Lorenza podczas badań nad zachowaniem zwierząt. Otóż Lorenz zauważył, że zwierzęta wyposażone przez naturę w śmiercionośne narzędzia: kły, pazury, czy rogi – bardzo rzadko walczą na śmierć i życie. Wystarczy, że jedno zorientuje się, iż przeciwnik jest silniejszy, a wtedy ratuje się ucieczką, a zwycięzca nawet pokonanego nie goni. Natomiast zwierzęta nie wyposażone przez naturę w takie narzędzia, np. synogarlice, zadziobują się na śmierć – bo nie wiedzą, kiedy przestać.

W świetle tych ustaleń Konrada Lorenza buńczuczne stanowisko mocarstw bałtyckich wobec Rosji jest całkowicie zrozumiałe, a zwłaszcza bojowy nastrój pani Kai Kallas, która najwyraźniej wzięła sobie za punkt honoru, by nikomu nie dać się wyprzedzić w gorliwości. Polska wprawdzie do mocarstw bałtyckich nie należy – ale nie należy też do państw poważnych, zaliczając się raczej do pozostałych, toteż trudno się dziwić obywatelu Tusku Donaldu, kiedy uważa wojnę na Ukrainie za „naszą wojnę” i podstawia nogę tam, gdzie kują konie. Może to doprowadzić do wepchnięcia Polski w wojnę – od czego prezydent Zełeński dostałby chyba orgazmu z radości – bo rozlanie się wojny na przynajmniej część Europy Środkowej jest od początku ukraińskim marzeniem – a poza tym – o czym nie trzeba głośno mówić – bardzo wielu Ukraińców przyjęłoby z satysfakcją wiadomość, że to nie Ukraińcy będą musieli wyrzynać „Lachów”, tylko zrobią to za nich Rosjanie, dzięki czemu szanse na uzyskanie terytorialnej rekompensaty kosztem Polski za utracone przez Ukrainę na rzecz Rosji obszary na Zadnieprzu, mogłyby nabrać rumieńców.

Nie wybiegajmy jednak zanadto w przyszłość, chociaż z drugiej strony, jeśli Nasz Najważniejszy Sojusznik zaczyna nabierać wątpliwości, czy opłaca mu się utrzymywać NATO w „niezmienionym kształcie”, to wszystko staje się możliwe. Ale jakże ma być inaczej, skoro prezydent Obama w 2014 roku lekkomyślnie wysadził w powietrze ustanawiany przez Amerykanów i Rosjan przez 25 lat porządek lizboński?

Przypomnę, że 20 listopada 2010 roku został on proklamowany na szczycie NATO w Lizbonie. Najważniejszym jego postanowieniem było ustanowienie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. Kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat – prezydent Obama wysadził to w powietrze i w rezultacie w Europie nie ma dziś żadnego porządku politycznego.

W tej sytuacji wszystko jest możliwe, łącznie z wojną, do której popycha Europę „koalicja chętnych”, grupująca państwa, których przywódców podejrzewam o przyjmowanie łapówek od prezydenta Zełenskiego, który nie tylko dzielił się z nimi forsą, jaką Zachód futrował Ukrainę w związku z wojną, ale zapisywał w kapowniku, kto ile wziął i gdzie schował – a teraz grozi, że to wszystko ujawni, więc tamci uwijają się, jak w ukropie, żeby mu dogodzić, nawet za cenę wyszlamowania własnych obywateli – bo jakże inaczej rozumieć pomysł, by UE pożyczyła 90 mld euro dla Ukrainy, która odda tę forsę, ale dopiero jak Rosja wypłaci jej reparacje? Że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wpada na takie pomysły, to nic dziwnego, bo ona chyba najwięcej ma za uszami – ale dlaczego basuje jej obywatel Tusk Donald czy Książę-Małżonek, z którymi prezydent Zełeński ani myślał dzielić się czymkolwiek – to trudniej zgadnąć. Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy to to, że zarówno obywatel Tusk Donald, jak i – siłą rzeczy – Książę-Małżonek, wiszą na cienkiej nitce poparcia, jakiego udziela im Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje – i na tym polega tajemnica polityki zagranicznej naszego bantustanu.

No dobrze – ale jak to się ma do „Poradnika Bezpieczeństwa”, który trafił właśnie do mojej skrzynki na listy? Cóż; wydaje mi się, że jest to typowe dla naszych Umiłowanych Przywódców działanie pozorne – bo jużci – nikt nie może zaprzeczyć, że „władze” nie tylko „ostrzegały”, ale i „przygotowały” kraj i jego obywateli na to, co ich spotka w następstwie bęcwalstwa uprawianego przez vaginet obywatela Tuska Donalda – bo postępowania tego niepodobna nzwać polityką, jako że polityka zazwyczaj ma, a przynajmniej powinna mieć, jakiś cel możliwy do osiągnięcia.

Tymczasem, jeśli poważnie traktować deklaracje vaginetu obywatela Tusk Donalda, to powtarza on brednie „koalicji chętnych” o „sprawiedliwym pokoju” na Ukrainie. Dlaczego „koalicja chętnych” mówi takie rzeczy – to zrozumiałe – bo tego oczekuje od niej prezydent Zełeński w zamian za milczenie w sprawie forsy – ale dlaczego vagineciarze to powtarzają – to już trudniej zrozumieć, chyba, że dojdziemy do wniosku, że nic mądrzejszego nie potrafią nawet powiedzieć. To jednak znaczy, że najbardziej prawdopodobną opcją z „Poradnika Bezpieczeństwa”, będzie ewakuacja na Zaleszczyki, wraz z naszą niezwyciężoną armią, szlakiem marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego.

Stanisław Michalkiewicz

Wokół sukcesu w Zatoce Świń

Wokół sukcesu w Zatoce Świń

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    13 stycznia 2026 michalkiewicz

Właściwie trudno tu mówić o jakiejś niespodziance, skoro Stany Zjednoczone od miesięcy zapowiadały zrobienie porządku z Wenezuelą, a właściwie nie tyle z Wenezuelą, co z Mikołajem Maduro, tamtejszym tyranem, który nie chciał słuchać Amerykanów, tylko obwąchiwał się z Chińczykami i z zimnym ruskim czekistą Putinem, który z kolei nie chce słuchać ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, chociaż przecież powinien – o czym zapewniają nas tubylczy „eksperci” w niezależnych mediach głównego nurtu.

Jeśli w ogóle można mówić o niespodziance, to tylko w tym sensie, że żołnierze ze specjalnego komanda pojmali Mikołaja Maduro w jego własnej sypialni, po czym wraz z jeszcze nieprzytomną z rozkoszy żoną przetransportowali na okręt Iwo Jima, który dostarczył pojmanego tyrana do bazy w Guantanamo, a stamtąd odstawiono go samolotem do Nowego Jorku, gdzie już wkrótce i stanie przez nienawistnym sądem na Brooklynie, który przysoli i jemu i żonie piękny wyrok. Jemu za „terroryzm narkotykowy” i zgromadzenie „karabinów maszynowych” oraz „środków zniszczenia” bez pozwolenia Waszyngtonu. A żonę za co? Tego nie wiemy – ale zawsze możemy odwołać się do chińskiego porzekadła, które nakazuje mężowi, by po powrocie do domu nie zapomniał skarcić żony. Na pewno zasłużyła.

I tak państwo tyranowie mają szczęście, że z Guantanamo nie przewieziono ich na lotnisko w Szymanach, a stamtąd – do Starych Kiejkutów, gdzie amerykańscy specjaliści mogliby ich spokojnie oprawiać, a nasze stare kiejkuty stałyby na świecy, żeby nikt im nie przeszkadzał. Tym razem jednak praworządność zwyciężyła, a na oprawianie przyjdzie czas, jak już oboje tyraństwo znajdą się w więzieniu. To alkowiane pojmanie wenezuelskich tyranów pokazuje, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem – bo wygląda na to, że dygnitarze odpowiedzialni za ochronę prezydenta, musieli zostać przekupieni, a tylko prości ochroniarze, zdaje się – Kubańczycy – zostali zastrzeleni.

Doktryna Marilyn Monroe

No dobrze; złowrogi Maduro z żoną zostali pojmani – ale co dalej z Wenezuelą?Wyjaśnił to w krótkich, żołnierskich słowach prezydent Donald Trump – że teraz Wenezuelą będą „rządzić” Amerykanie – dopóty, dopóki nie nastanie tam „sprawiedliwa transformacja”. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy to ludzie – jak wspomina poeta – „mniej mieli kultury lecz byli szczersi” – nazywało się to okupacją – no ale teraz musi nazywać się jakoś inaczej i to nie tylko dlatego, żeby było ładniej, ale również – żeby zachować pozory demokracji.

Rzecz w tym, że ani prezydent Trump, ani nikt z jego administracji, nie informował Kongresu, że będzie prowadził „specjalną operację wojskową” przeciwko Wenezueli, a ściślej – przeciwko tamtejszemu tyranowi. Tym razem operacja w Zatoce Świń udała się nad podziw, toteż jest prawie pewne, że żaden z twardzieli, zasiadających w amerykańskim Kongresie, nie będzie pyskował. Przewidział to wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler twierdząc, ze zwycięzcy nikt nie sądzi. I słuszna jego racja – bo kto będzie sądzony w nowojorskim nienawistnym sądzie? Mikołaj Maduro z żoną.

Wracając tedy do Wenezueli, to ma być tak: zostanie tam przywrócone prawo i sprawiedliwość, które doznały straszliwych paroksyzmów, kiedy to po objęciu władczy w Wenezueli przez Hugona Chaveza, majątek amerykańskich firm został znacjonalizowany, podobnie, jak w 1959 roku na Kubie. Tam jednak operacja w Zatoce Świń się nie udała – ale co się odwlecze, to nie uciecze – więc i na Kubę może przyjść kryska, podobnie, jak na Kolumbię, która wprawdzie Wenezueli pyskowała, ale pyskowała też Amerykanom. Tedy – jak zapowiedział prezydent Trump – amerykańskie koncerny triumfalnie powrócą do Wenezueli, zaczną sprzedawać tamtejszą ropę i inne precjoza, no a potem się rozejrzą, kogo by tu wciągnąć do tubylczej administracji – żeby w Wenezueli również zwyciężyła demokracja. Wydawałoby się, że najpoważniejszą kandydatką jest pani Maria Machado, ale widać, że prezydent Trump dogadywał się również z aktualną wiceprezydentką, zastępczynią Maduro. Wprawdzie pyskuje ona jeszcze siłą inercji, że to „pogwałcenie suwerenności” i że „jedynym prezydentem” jest Mikołaj Maduro – ale jak również do jej sypialni zapukają amerykańscy komandosi, to zaraz zmięknie jej rura i zgodzi się na wszystko, na co tam będzie trzeba.

Amerykanie bowiem przecież sami wszystkiego nie zjedzą, ale okruszkami ze stołu pańskiego podzielą się również tubylcami. Kto wie, może nawet starczy tych okruszków i dla umiłowanego wenezuelskiego narodu, który właśnie znalazł się na początku drogi do wyzwolenia. My, Polacy, którzy byliśmy wyzwalani najpierw przez Armię Czerwoną, a potem – przez pana Daniela Frieda i Władimira Kriuczkowa – wiemy, że wolność – jaka by tam ona nie była – musi drogo kosztować – bo jakby nic nie kosztowała, to znaczy, że nie byłaby nic warta. Toteż i umiłowany naród wenezuelski musi swoją cenę za wyzwolenie zapłacić – i na tym właśnie ma polegać „sprawiedliwa transformacja”. W ten sposób prezydent Donald Trump spełnia swoją obietnicę uczynienia Ameryki znowu „wielką” – co znaczy tyle, że USA powracają do słynnej doktryny Marilyn Monroe, że USA są jedynym hegemonem na półkuli zachodniej i ani Europejsom, ani Azjatom nie wolno tam mącić wody.

Bismarck zaciera ręce

Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje ponad wszelką wątpliwość, że po krótkich wahaniach świat wraca do formuły Ottona Bismarcka „siła przed prawem”. Wszyscy mądrale podkreślają bowiem, że operacja pojmania złowrogiego Mikołaja Maduro była „sprzeczna z prawem międzynarodowym”, ale jednocześnie zapewniają, że nie będzie z tego powodu żadnych jazgotów. Przeciwnie – jak marzył w 1904 roku rosyjski minister Plehwe, że Rosji przydałaby się „mała zwycięska wojna”, to dlaczego nie miałaby się ona przydać prezydentowi Trumpowi? Dla Rosji wojna japońska zwycięska nie była, a tymczasem w Wenezueli sukces i to jeszcze jaki! Czy w tej sytuacji jakaś Schwein będzie pyskowała przeciwko prezydentu Trumpu, który nie tylko przypiął sobie do wieńca sławy wawrzyn zwycięski, ale jeszcze zapowiada obsypanie Ameryki złotem pochodzącym ze sprzedaży wenezuelskiej ropy i innych tamtejszy bogactw? Jasne, że nie będzie pyskowała, zwłaszcza gdy – jak mawiał kapitan Ryków w „Panu Tadeuszu” – zatka się jej gębę „bankowym papierem” – a tak właśnie będzie, jeśli tylko w Wenezueli nastanie „sprawiedliwa transformacja”. W tej sytuacji szanse Partii Demokratycznej na wygranie wyborów połówkowych a i tych całościowych, raczej dodatkowo zmaleją, dzięki czemu szanse na zahamowanie rewolucji komunistycznej w Ameryce wzrosną, a skoro tam wzrosną, to w zdegenerowanej Europie też.

Ale sukces – jak to sukces – ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Ameryka pokazała, że nie cofnie się przed doprowadzeniem do zrealizowania doktryny Marilyn Monroe – co pokazuje, że okres demokratycznych złudzeń, jaki zapanował po II wojnie światowej, dobiegł końca. Wprawdzie prezydent Obama w 2014 roku lekkomyślnie wysadził w powietrze porządek lizboński – ale mówi się trudno; co się stało, to się nie odstanie.

Teraz najwyraźniej wkraczamy w budowę porządku nakreślonego przez Jerzego Orwella w proroczej książce „Rok 1984”, kiedy to polityka światowa sprowadza się do rywalizacji Oceanii, Eurazji i Wschód-Azji, które – chociaż pozostają w permanentnej, chociaż jałowej wojnie – wspólnymi siłami trzymają podległą sobie ludność za mordę przy pomocy ministerstw Prawdy i Miłości, a także przy wykorzystaniu „godzin nienawiści”. Jak się okazuje, jesteśmy w przededniu takiego podziału świata – bo już jest rozkaz, że nienawiść ma zostać powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona – a od tego do „godzin nienawiści” już tylko krok.

Ma to oczywiście swoje plusy dodatnie, ale i plusy ujemne, bo w tej sytuacji trudno będzie amerykańskim politykom moralizować czy to Chińczyków, czy to Putina, którzy przecież, czy to z Tajwanem, czy z Ukrainą nie robią niczego innego, co właśnie Amerykanie zrobili z Wenezuelą. W tej sytuacji taki na przykład Putin na wszelkie próby moralizanctwa może udzielić wymijającej odpowiedzi, popularnej jeszcze za Chruszczowa – „a u was Murzynów biją”.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

W szponach terroryzmów

W szponach terroryzmów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    11 stycznia 2026 michalkiewicz

Nieubłaganie zbliża się święto Trzech Króli, kiedy to kończy się w naszym nieszczęśliwym kraju okres świątecznej nirwany, a zaczyna się bolesny powrót do rzeczywistości. W tym roku bolesny powrót do rzeczywistości został przyspieszony dzięki pokojowej operacji amerykańskich komandosów w Wenezueli, którzy w sypialni pojmali nie tylko tamtejszego tyrana Mikołaja Maduro, ale również – jeszcze nieprzytomną z rozkoszy jego małżonkę, która przyszła podobno do siebie dopiero w samolocie, który transportował tyrańskie małżeństwo do Nowego Jorku, żeby postawić im zarzuty, a następnie – zaciągnąć przed nienawistny sąd na Brooklynie, który – rozumiejąc powinność swojej służby – przysoli im piękne wyroki, podobnie jak wcześniej panamskiemu tyranowi Noriedze.

Przy okazji wzbogacona została rewolucyjna teoria, bo tyran Maduro usłyszał „zarzuty”, jakoby dopuścił się „terroryzmu narkotycznego”, a ponadto bez pozwolenia Waszyngtonu zgromadził „broń maszynową” i inne „środki zniszczenia”. Jakie zarzuty postawione zostaną pani tyranowej – tego jeszcze nie wiemy – w związku z tym pojawiły się fałszywe pogłoski, że administracja prezydenta Trumpa skieruje do Wenezueli celem objęcia rządów w imieniu Ameryki, Timura Mindycza, co to na Ukrainie przytulił sobie co najmniej 100 mln dolarów, a potem wyjechał do bezcennego Izraela, no i Andrieja Jermaka, co to odgrażał się, że pojedzie na front – ale po co tu jakiś „front”, kiedy lepiej może przysłużyć się prezydentowi Zełeńskiemu i prezydentowi Trumpowi w Wenezueli, gdzie trzeba będzie poprzytulać znacznie większe dochody z eksploatacji tamtejszej ropy naftowej – bo na tym właśnie ma polegać „sprawiedliwa transformacja”.

W związku z tymi wypadkami obywatel Tusk Donald wezwał Europejsów, żeby zwarli szeregi i pośladki, pokazując prezydentu Trumpu mocarstwowy wizerunek Europy. Na razie głuche milczenie było obywatelu Tusku odpowiedzią na ten płomienny apel – albo dlatego, że Europejsy jeszcze nie wyszły ze świątecznej nirwany, a może dlatego, że na wszelki wypadek dystansują się od obywatela Tuska Donalda, pamiętając, jak udawał on, iż mierzy z pistoletu do prezydenta Trumpa. Skoro tyran Maduro został oskarżony o „terroryzm narkotykowy”, to jaki zarzut może zostać postawiony obywatelu Tusku Donaldu? Terroryzm pistoletowy, to jest chyba rzecz pewna, więc tylko patrzeć, jak podczas zwyczajowego „haratania w gałę” w Gdańsku pojawią się na „Orlilku,” amerykańscy komandosi, załadują obywatela Tuska Donalda do bagażnika samochodu, który dostarczy go bezpośrednio do aresztu wydobywczego, gdzie prokuratura Wrzosek Ewa przedstawi mu serię miażdżących zarzutów, a nienawistny sąd, naprędce wyznaczony przez obywatela Żurka Waldemara przysoli mu piękny wyrok, podobnie jak Księciu-Małżonku, który zostanie pojmany w swoim pałacyku w Chobielinie razem z Jabłoneczką, co to obsmarowywała prezydenta Donalda Trumpa w „prasie międzynarodowej”. Skoro wenezuelskiej tyranicy przedstawiono zarzuty, to dlaczego ten przywilej miałby ominąć Jabłoneczkę i nie uderzyć rykoszetem w Księcia-Małżonka? Żadnych przeszkód teologicznych nie ma, podobnie jak nie ma żadnych przeszkód natury teoretycznej, bo skoro już pojawił się „terroryzm narkotykowy”, i „pistoletowy””, to dlaczego rewolucyjna teoria nie miałaby zostać wzbogacona o kolejną odmianę terroryzmu – mianowicie terroryzm prasowy?

W tym właśnie kierunku próbuje podążać rewolucyjna praktyka, w ramach której vaginensi z waginetu obywatela Tuska Donalda, próbują oskarżać pana prezydenta Karola Nawrockiego o „terroryzm antyrządowy” – że to niby terroryzuje vaginet obywatela Tuska Donalda wetowaniem ustaw i uzurpowaniem sobie rozmaitych kompetencji, które zwyczajowo przypadają albo premieru Tusku, albo Księciu-Małżonku. Te oskarżenia pojawiły się w związku z pojedynkiem na orędzia, jaki rozegrał się między obywatelem Tuskiem Donaldem, a panem prezydentem Karolem Nawrockim. Według rządowych niezależnych mediów głównego nurtu, obywatel Tusk Donald zawarł w swoim orędziu same jedynie słuszne stwierdzenia i opinie, podczas gdy pan prezydent Karol Nawrocki – same głęboko niesłuszne, wśród których najbardziej niesłuszna była opinia, by w razie czego bronić również zachodniej granicy Polski. Z kolei media nierządne uznały orędzie pana prezydenta Karola Nawrockiego za jedynie słuszne, a orędzie obywatela Tuska Donalda – za głęboko niesłuszne, zwłaszcza że nie tylko zaczął się przechwalać, iż „prasa zagraniczna” bardzo chwali „polską gospodarkę” w związku z czym jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej, zaś resztę orędzia poświecił „rozliczeniom”, które będą bezlitosne.

Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj nawiedziły zwyczajowe kataklizmy, jakie – podobnie jak dwie klęski – regularnie spadały na nasz bantustan jeszcze za komuny. Pierwsza klęska, to była klęska urodzaju. Druga – klęska nieurodzaju, zaś cztery regularne kataklizmy, to wiosna, lato, jesień i zima. No i – jak to niekiedy bywa w święta Bożego Narodzenia – spadł śnieg i chwycił przymrozek. Od razu okazało się, że sytuacja jest „poważna” w związku z czym zebrał się ogólnopolski sztab kryzysowy z obywatelem Tuskiem Donaldem na czele. Co tam uradzono – tego dokładnie nie wiadomo, żeby nie podsłuchał tych ustaleń zimny ruski czekista Putin. Za to obywatel Tusk Donald wystąpił w ogólnowojskowym swetrze bojowym, który kolorem był podobny do ulubionego bojowego wdzianka ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego. Najwyraźniej i obywatel Tusk Donald musiał się stęsknić za jakimś epizodem heroicznym – ale zimny ruski czekista na razie ani myśli dostarczyć mu okazji, toteż próbuje nadrabiać strojem. W każdym razie atmosfera powagi zapanowała również w niezależnych mediach, zwłaszcza rządowych, które zalecają obywatelom, by bez potrzeby nie wychodzili z domu. I słusznie – bo wyobraźmy sobie tylko, ilu nieszczęść można by uniknąć, gdyby tak ludzie przestali wychodzić z domu?

Czy jednak ten jedynie słuszny postulat jest możliwy do zrealizowania? Tak dobrze niestety nie jest – bo w Sylwestra nie tylko rządowa telewizja (w likwidacji), ale również TVN, jak i Polstat zorganizowały sylwestrowe koncerty. A – powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – cóż to za koncert bez publiczności do której refreniści mogliby wykrzykiwać: jesteście wspaniali, kocham was!? Toteż mimo poważnej sytuacji w związku z globalnym ociepleniem (rewolucyjna teoria głosi, że jest zimno, bo jest ciepło), tym razem obywatele nie tylko mogli, ale nawet powinni opuścić domy, żeby artystom nie było przykro. I tak pospierali się między sobą, kto był lepszy, a kto gorszy – ale wkrótce te spory ucichną w związku z finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pana „Jurka” Owsiaka, którego w tym roku wspiera „Orlen” i cały vaginet, który obsypuje go rozmaitymi cennymi fantami.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Dzielenie skóry na żywym niedźwiedziu

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia/dzielenie-skory-na-zywym-niedzwiedziu/

   W święto Trzech Króli odbył się w Paryżu “szczyt” “koalicji chętnych” z udziałem prezydenta Ukrainy oraz reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Celem tego spotkania miało być przedstawienie gwarancji, jakich “koalicja chętnych” zamierza udzielić Ukrainie, żeby prezydent Zełeński nie martwił się, że pokój będzie aż taki straszny. Warto zwrócić uwagę, że dotychczasowe rozmowy toczą się w gronie sojuszników Ukrainy – a mimo to sprawiają wrażenie trudnych. W przeciwny razie jakże można by rozumieć komunikaty, że nastąpiło “zbliżenie stanowisk” i temu podobne?

Gdyby ukraiński prezydent negocjował z prezydentem Federacji Rosyjskiej, to takie komunikaty byłyby bardziej zrozumiałe, jako że język dyplomatyczny służy nie tyle do wyrażania myśli, co do ich ukrywania. Na przykład jeśli komunikat głosi, że rozmowy przebiegały w atmosferze wzajemnego zrozumienia, to w przełożeniu na język ludzki oznacza, że strony w żadnej sprawie nie doszły do porozumienia – i tak dalej.  Więc wyniki narady “koalicji chętnych” z ukraińskim prezydentem też wyglądają “obiecująco” i “coraz bardziej konkretnie”.

Jeśli chodzi o te “konkrety”, to Wielka Brytania”, która ma podpisane z Ukrainą “stuletnie partnerstwo” oraz Francja, wyraziły gotowość wysłania swoich wojsk, które po zakończeniu wojny nadzorowałyby zawieszenie broni.

   Co z tego wynika? Ano to, że prezydent Żełeński najwyraźniej musiał przyjąć do wiadomości, że “zawieszenie broni”, a raczej – “zamrożenie konfliktu” – będzie się wiązało z utratą przez Ukrainę co najmniej 20, a może nawet 25 procent terytorium państwowego. Podczas spotkania z prezydentem Trumpem  na Florydzie  prezydent Zełeński wprawdzie już przyjmował do wiadomości konieczność pogodzenia się ze stratami terytorialnymi – ale podkreślał, że konieczne jest przeprowadzenie na Ukrainie w tej sprawie referendum.

Nietrudno się domyślić, jakie byłyby wyniki takiego referendum, organizowanego siłą rzeczy pod nadzorem SBU – więc niepodobna potraktować tego warunku inaczej, jak próby odwleczenia tego, co nieuchronne.

Rzecz bowiem w tym, że prezydentowi Zełeńskiemu też  pali się ziemia pod nogami, zwłaszcza po skandalu korupcyjnym, który objął jego najbliższych kolaborantów; Timura Mindycza, co to przytulił sobie co najmniej 100 mln dolarów i uciekł do Izraela oraz Andrzeja Jermaka, co do którego nie wiadomo nie tylko – ile sobie przytulił, ale również – a może przede wszystkim – czy zrobił to za wiedzą, czy jeszcze gorzej – z udziałem prezydenta Zełeńskiego, czy też “bez jego wiedzy i zgody” – żeby użyć również w tej sprawie formuły, która wykazuje swoją użyteczność nie tylko przy lustrowaniu autorytetów moralnych.

Na skomplikowaną sytuację na szczytach ukraińskiej władzy wskazuje również wyrzucanie przez prezydenta Zełeńskiego za burtę ukraińskiej rządowej pirogi na pożarcie krokodylom, kolejnych murzyńskich chłopców i zastępowanie ich innymi, widać bardziej strawnymi zarówno dla prezydenta Zełeńskiego, jak i tamtejszych oligarchów. Nie możemy bowiem tracić z oczu tego, jakim państwem jest Ukraina – że to oligarchia oligarchów.

Różni się ona od Federacji Rosyjskiej tym, że wprawdzie i w Rosji są oligarchowie, ale tam, to prezydent decyduje, kto może być oligarchą, podczas gdy na Ukrainie to oligarchowie decydują, kto może być prezydentem. Znakomitym przykładem tego mechanizmu jest sam prezydent Zełeński, będący wynalazkiem żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, który nie tylko go wylansował, ale sfinansował mu kampanię wyborczą.

   Wracając do paryskiego szczytu, to ma on wszystkie znamiona dzielenia skóry na niedźwiedziu – bo jak wspomniałem – “trudne” negocjacje toczą się w gronie sojuszników Ukrainy, bez udziału Rosji, która w sprawie sposobu zakończenia konfliktu, czy przynajmniej – warunków jego “zamrożenia” – też chyba  będzie miała coś do powiedzenia.

Na przykład – skoro jednym z warunków, od którego Rosja nie zamierza odstąpić – jest zablokowanie uczestnictwa Ukrainy w NATO, to trudno sobie wyobrazić, by Rosja zgodziła się na nadzorowanie rozejmu na Ukrainie przez wojska państw NATO, które w ten sposób siłą rzeczy przybliżyłoby się do granic Federacji Rosyjskiej tak, jakby Ukraina została do NATO przyjęta. W tej sytuacji paryskie “gwarancje” ze strony “koalicji chętnych” trzeba uznać za próbę zablokowania zakończenia wojny na Ukrainie – niezależnie od tego, jakie są prawdziwe zamiary prezydenta Donalda Trumpa w tej kwestii.

   Ostatnia akcja amerykańska w Wenezueli, wprawdzie wywołała krytyczne komentarze w Rosji i Chinach – ale niezależnie od tego przywódcy obydwu tych państw mogą w ukryciu zacierać ręce z radości.  Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje, że prezydent Trump potraktował doktrynę Monroe dosłownie, a to z kolei sprawia, że system polityczny stworzony po II wojnie światowej odchodzi w przeszłość.

Z kolei na naszych oczach rysuje się nowy system polityczny, przewidziany przez Jerzego Orwella w profetycznej książce “Rok 1984”, gdzie czytamy o permanentnej wojnie między trzema potęgami: Eurazją, Oceanią i Wschódazją. Na tym tle szczególnie groteskowa wydaje się obecna sytuacja Organizacji Narodów Zjednoczonych. Staje się ona scenę kabaretową – bo jakże inaczej potraktować deklarację amerykańskiego ambasadora  w ONZ, że USA nie prowadzą z Wenezuelą żadnej “wojny”, ani jej nie “okupują”, a schwytanie Mikołaja Maduro to był akt “egzekwowania prawa”?

W tej sytuacji Ameryce trudniej będzie moralizować Rosję z powodu wojny na Ukrainie, bo Rosja przecież od samego początku utrzymuje, że nie prowadzi żadnej “wojny” tylko “specjalną operację wojskową”. Najwyraźniej  nadchodzą czasy, gdy to, co było anegdotą, staje się polityczną rzeczywistością. Mam oczywiście na myśli anegdotyczną odpowiedź Radia Erewań na pytanie zaniepokojonego słuchacza, czy będzie wojna. Żadnej wojny oczywiście nie będzie – odpowiedziało Radio Erewań – za to rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu.

Toteż nawet zapowiedź prezydenta Trumpa, że teraz USA będą “rządziły” Wenezuelą i za pośrednictwem potężnych amerykańskich koncernów położą rękę na tamtejszych zasobach, która wcześniej z pewnością zostałaby nazwana “okupacją”, dzisiaj nazywa się przygotowaniem do “sprawiedliwej transformacji”. Nie wiadomo jeszcze do końca, czy twarzą tej “sprawiedliwej transformacji” będzie “twardogłowa tygrysica”, Delcy Rodriguez, czy laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Maria Machado.

Gdyby bowiem ją amerykańscy komandosi osadzili na stolcu prezydenta Wenezueli, byłby to nieomylny znak, że demokracja tam zwyciężyła. W takiej jednak sytuacji trudno byłoby uprawiać moralizanctwo nawet wobec Aleksandra Łukaszenki, więc nic dziwnego, że prezydent Putin może mieć powody do zadowolenia. Zadowolony jest również obywatel Tusk Donald, któremu powiedziano, że Polska będzie “państwem wiodącym”, to znaczy – będzie za darmo futrowała Ukrainę, jak dotychczas. I to jest ten najważniejszy konkret.

Dwa odcinki frontu

Dwa odcinki frontu

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    6 stycznia 2026 michalkiewicz

Ty Żydu, gestapowcze!” – cytuje w jednym ze swoich reportaży Anna Strońska wyzwisko kobiety, która w tych dwóch słowach zamknęła dwie największe nienawiści swojego życia. Strońska nie wspomina, by tę kobietę zawlókł przed nienawistny sąd Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, którego działacze uczynili sobie z polowania na nienawistników przyjemny sposób na życie.

Dzisiaj byłoby już inaczej. Dzisiaj obowiązuje rozkaz, że nienawiść ma być znienawidzona, a kiedy wejdzie w życie uchwała Rady Ministrów o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego w naszym bantustanie, to nienawistnicy jak jeden mąż wylądują w dołach z wapnem – z wyjątkiem tych, którzy się w porę pokajają, to znaczy – złożą samokrytykę, a których w związku z tym Żydowie każą zostawić przy życiu, żeby było komu pożyczać pieniądze na wysoki procent. Bo pieniędzy będzie w bród, choćby z tak zwanych „roszczeń” dotyczących „własności bezdziedzicznej”. Kiedy już Żydowie w ramach realizacji „roszczeń” uzyskają tytuły własności, to pozostawionych przy życiu głupich gojów nie powyrzucają z nieruchomości, tylko ich oczynszują – no a potem będą pożyczać im pieniądze na wysoki procent, żeby im starczyło na świadczenia – i będzie gites tenteges.

Żeby jednak ta świetlana przyszłość mogła się zrealizować bez jakichś nieprzyjemnych zgrzytów, trzeba nie tylko najpierw ustanowić ustawy norymberskie przeciw antysemityzmowi, żeby głupie goje poczuły mores, potem odpowiednio nastawić nienawistne sądy, by surowa ręka sprawiedliwości spadała antysemitnikom na karki w postaci ostrza gilotyny, a kiedy już wszyscy zostaną prawidłowo wytresowani, to wtedy przyjdzie pora na zasadniczą część operacji. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że z uchwaleniem norymberskich ustaw przeciw antysemityzmowi będzie jakiś problem.

Zgraja obywatela Tuska Donalda pouchwala, co tam będzie trzeba, być może działając ramię w ramię z Prawem i Sprawiedliwością, podobnie, jak bywało w przypadku Anschlussu, czy upoważnienia prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikacji traktatu lizbońskiego, pod którego rządami nasza biedna ojczyzna przeżywa takie paroksyzmy. Skoro bowiem Mateusz Morawiecki najwyraźniej przystąpił do realizacji kolejnej części swego zadania, to znaczy – neutralizowania PiS poprzez podzielenie go na frakcje, to po delegalizacji Konfederacji Korony Polskiej oraz Konfederacji Sławomira Mentzena, na placu pozostanie tylko Volksdeutsche Partei z satelitami. Wtedy przyjdzie czas na przypomnienie wiekopomnej uchwały Krajowej Rady Narodowej z początków PRL-u, że partii jest za dużo, że wystarczą trzy, zgodnie ze spostrzeżeniem starożytnych Rzymian, że omne trinum perfectum, co się wykłada, że wszystko, co potrójne, jest doskonałe.

Z czasem jednak drogę zacznie torować sobie pogląd, że trzy, to też za dużo. Po co trzy, kiedy przecież wystarczy jedna? Wtedy satelici Volksdeutsche Partei zleją się z Partią Przewodniczką, malkontentów oskarży się o antysemityzm, wylądują w dole z wapnem i wtedy zdobywczym krokiem wejdziemy do Generalnej Guberni, która tym będzie się różniła od poprzedniej Generalnej Guberni, że w tamtej Żydowie też znajdowali się w centrum uwagi – ale jako holokaustnicy, podczas gdy teraz, to znaczy – na obecnym etapie, kiedy to jest rozkaz, by Żydów nosić na rękach, będą też w centrum uwagi, ale nie jako holokaustnicy, tylko – jako Herrenvolk.

A jeśli zmieni się etap, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że nasza Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która teraz nie pozwoli nikomu wyprzedzić się w gorliwości, gdyby padł inny rozkaz, też nie dałaby się nikomu w gorliwości wyprzedzić? W przeciwnym razie trudno byłoby zrozumieć nacisk na powszechny charakter nauczania młodzieży o holokauście, obejmującego również najdrobniejsze szczegóły techniczne.

Wróćmy jednak do owej kobiety, co to w dwóch słowach zamknęła dwie największe nienawiści swojego życia. Kiedy z racji obowiązków zawodowych czytuję regularnie wydawaną przez tubylczy Judenrat „Gazetę Wyborczą”, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że i on, to znaczy – Judenrat – też kieruje się dwiema nienawiściami. Pierwsza nienawiść dotyczy „faszystów”, przy czym faszystą w rozumieniu Judenratu jest każdy, kto Judenratu nie słucha. Z prawdziwym faszyzmem nie ma to oczywiście nic wspólnego, bo prawdziwy faszyzm wcale nie polega na tym, żeby nie lubić Żydów, czy podnosić rękę w rzymskim salucie, tylko na przekonaniu, że państwo jest wszystkim, że poza państwem nie ma życia. Wyraził to bardzo ładnie twórca faszyzmu, Benito Mussolini: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”.

O Żydach – jak widzimy, nie ma tu ani słowa, podobnie jak w sześciu prawdach wiary katolickiej. Tymczasem JE Grzegorz kardynał Ryś, zaraz po ingresie, a jeszcze przed instruktażowym spotkaniem z panem rabinem Schuldrichem zapowiada, że będzie zwalczał antysemityzm, ale nie jako przestępstwo – bo tym będzie się zajmowało „państwo” czyli „tron”, podczas gdy Kościół, czyli „ołtarz”, będzie się zajmował antysemityzmem na odcinku eschatologicznym, jako „grzechem”, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie, w każdym razie – w Archidiecezji Krakowskiej – ani na tamtym. Więc chociaż w katechizmowych sześciu prawdach wiary o Żydach nie ma ani słowa, to widocznie nic nie szkodzi, bo w „Najnowszym Testamencie”, który podobno przygotowywany jest w ramach „dialogu z judaizmem”, na pewno stosowne wzmianki już się znajdą.

Wydawać by się w związku z tym mogło, że skoro tak, to Judenrat powinien Kościół wspierać. Tymczasem lektura „Gazety Wyborczej” prowadzi do całkiem innych wniosków. Podobnie jak dla Judenratu „Trybuny Ludu”, który sprawował rząd dusz w naszym bantustanie za pierwszej komuny, kolejne pokolenie tamtego Judenratu, które tworzy Judenrat obecny, zwalcza Kościół katolicki, jak tylko może i gdzie tylko może. Przy pomocy dwóch wyspecjalizowanych publicystów, pana mec. Nowaka, co to twierdzi, że był w młodości molestowany i pana Obirka, który w swoim czasie, jako ojciec jezuita, mógłby chyba pana mec. Nowaka nawet molestować, Juderat próbuje przyprawić przewielebnemu duchowieństwu katolickiemu wizerunek zbiorowiska porażonego priapizmem, co to molestuje panienki niczym tornado – od Bałtyku po gór szczyty.

Ale to tylko jeden, obyczajowy, czy nawet rozporkowy odcinek frontu ideologicznego, bo Kościół katolicki atakowany jest przez Judenrat również na odcinku politycznym oraz ideologicznym. Świadczy o tym publikacja natchnionego autora, że nie było takiego faszyzmu, z którym Kościół nie byłby za pan brat. Abstrahując od trafności tej opinii, warto zwrócić uwagę, że w tej sytuacji umizgi Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia do rabina Schuldricha i w ogóle – do Żydów, mogą nie przynieść mu spodziewanych rezultatów. Kiedy bowiem przyjdzie do ostatecznego rozwiązania kwestii katolickiej w naszym bantustanie, to Eminencji nic nie pomoże, podobnie, jak innym członkom „reakcyjnego kleru” – bo Juderat najwyraźniej jest zdecydowany odciąć nasz mniej wartościowy naród tubylczy nawet od takiej namiastki szlachty, jaką próbuje być przewielebne duchowieństwo katolickie.

Stanisław Michalkiewicz

Nie jest bezpiecznie… Michalkiewicz

Nie jest bezpiecznie

3 stycznia 2026 Stanisław Michalkiewicz prawy

Któż nie pamięta amerykańskiego filmu “Maratończyk” w którym nieświadomy niczego jegomość, tytułowy maratończyk, torturowany jest przez emerytowanego nazistę, który wierci mu zęby dentystyczną wiertarką bez znieczulenia, a w rezerwach pyta: “bezpiecznie” – czego tamten nie rozumie?

Z dalszej części filmu wynika, że ów nazista chce sprzedać w Nowym Jorku brylanty, jakie w czasie wojny uzbierał sobie od biednych Żydów, którzy teraz rozpoznają go na ulicy, z czego wynikają kłopoty. Wreszcie nazistę dopada nasz maratończyk, który na dzień dobry oświadcza mu: “nie jest bezpiecznie”.


Czy dzisiaj lekkiego dreszczyku nie powinien doznać obywatel Tusk Donald i Książę-Małżonek? Właśnie gruchnęła wieść, że Prezydent Trump zatwierdził uderzenie na Wenezuelę. Nie jest to oczywiście żadna wojna, bo prezydent Trump, gdzie tylko może wojny wygasza, więc uderzenie na Wenezuelę jest fragmentem walki o pokój, którą przewidziało jeszcze za głębokiej komuny Radio Erewań, odpowiadając na pytanie zaniepokojonego słuchacza, czy będzie wojna – że żadnej wojny oczywiście nie będzie, tylko rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu. Jak będzie wyglądała walka o pokój w Wenezueli, tego jeszcze nie wiemy, bo wiemy tylko, że zaraz na początku walki o pokój amerykańscy komandoksi złapali nie tylko prezydenta Mikołaja Maduro i jego żonę, którym – po błyskawicznym przetransportowaniu ich do Nowego Jorku, tamtejszy funkcjonariusz tamtejszego obywatela Żyrka Waldemara przedstawił im “zarzuty” – że nie tylko zbuntowali się przeciwko Ameryce, ale w dodatku zgromadzili “broń maszynową”.

Nietrudno się domyślić, że “za takową psotę pójdą co najmniej w Sybirną robotę” – jak czytamy w “Panu Tadeuszu” – zwłaszcza, gdy Ameryka znormalizuje wreszcie stosunki z Rosją, czemu sprzeciwia się ukraiński prezydent Zełeński. Ponieważ pali mu się ziemia pod nogami i właśnie na pożarcie krokodylom wyrzuca z rządowej ukraińskiej pirogi kolejnych murzyńskich chłopców, zastępując ich innymi – żeby ci inni też zdążyli skorzystać na wojnie i przytulili sobie, chociaż po kilka nędznych milionów dolarów – więc jak już na Ukrainie zakończy się walka o pokój, która pewnie jeszcze potrwa, dopóki ostatni oligarcha nie umoczy pyska w melasie – to kto wie, czy Mikołaj Maduro nie zostanie zesłany do kolonii karnej gdzieś na Kołymie – chociaż na Alasce też mogą być podobne miejsca odosobnienia.

Dobrze mu tak, bo po co buntował się przeciwko Stanom Zjednoczonym – jakby nie wiedział, że prędzej czy później Bóg, jak zwykle, da Ameryce zwycięstwo, a wtedy rozprawi się ona z buntownikami – ale w majestacie prawa: najpierw funkcjonariusze tamtejszego obywatela Żurka Waldemara przedstawią im “zarzuty”, a potem odbędzie się proces, który zakończy się pięknym wyrokiem – żeby żadna Schwein nie ośmieliła się już buntować przeciwko Stanom Zjednoczonym? Ale zwycięstwo to jedna sprawa, a jego zagospodarowanie to sprawa druga. W Wenezueli nie będzie z tym problemu, bo amerykańscy komandosi, tylko patrzeć, jak osadzą na tamtejszym tronie panią Marię Machado – żeby demokracja wreszcie i tu zatriumfowała.

Bo jeśli demokracja ma zatriumfować, to na tronie musi zostać przez komandosów osadzony jakiś płomienny szermierz wolności i demokracji – a taką właśnie rolę Opatrzność wyznaczyła pani Marii Machado, co to od reżymu Mikołaja Maduro cierpiała straszliwe katiusze i nawet musiała stosować minimum konspiracyjne, żeby w przebraniu wieśniaczki wyjechać na uroczystość wręczenia jej Pokojowej Nagrody Nobla, a potem – żeby incognito do Wenezueli przyjechać. Na szczęście dla niej wszystko już wkrótce zakończy się wesołym oberkiem i kiedy tylko komandosi zainstalują ją na stanowisku nowego, demokratycznego prezydenta Wenezueli, to będzie mogła używać życia całą paszczą.

No dobrze – ale skoro tak, to niby dlaczego nie miałoby być bezpiecznie? Ano dlatego, że Wenezuela, to jedna sprawa, a nasz nieszczęśliwy bantustan, to sprawa druga. Mimo tych różnic jest jednak wspólny mianownik – że każdy buntownik przeciwko Ameryce zostanie przykładnie ukarany – oczywiście po uprzednim pojmaniu go wraz z żoną oraz postawieniu mu “zarzutów”. I właśnie dlatego obywatel Tusk Donald, podobnie, jak Książę-Małżonek, powinien poczuć ciarki na plecach. Żyje bowiem mnóstwo świadków, którzy widzieli, jak obywatel Tusk Donald za plecami prezydenta Donalda Trumpa udawał, że mierzy doń z pistoletu, a mnóstwo słyszało, jak wcześniej obywatel Tusk Donald zarzucał prezydentu Donaldu Trumpu, że jest “agentem Putina”. Czy za to nie należy się piękny wyrok, podobnie jak Księciu-Małżonkowi za obsmarowywanie prezydenta  Trumpa przez Małżonkę Księcia-Małżonka, czyli naszą Jabłoneczkę na łamach “prasy międzynarodowej? W obydwu przypadkach piękne wyroki należą się, jak psu buda, więc tylko patrzeć, jak w ramach walki o pokój, w Chobielinie wyląduje desant komandosów, którzy pojmają Księcia-Małżonka wraz z Małżonką, a obywatela Tuska Donalda dopadną podczas jakiegoś “haratania w gałę” na “Orliku”, po czym nakażą obywatelu Żurku Waldemaru, by przedstawił im “zarzuty” – no a potem wyznaczył jakiegoś nienawistnego sędziego, żeby przysolił im piękne wyroki?

Z komandosami, zwłaszcza gdy pojawią się z długą bronią, żartów nie ma, toteż nie wyobrażam sobie, by jakiś narwaniec z naszej niezwyciężonej armii podniósł zbrodniczą rękę przeciwko jedności sojuszniczej w ramach NATO i stanął w obronie obydwu delikwentów. Czego jak czego, ale braku dyscypliny i rozsądku naszej niezwyciężonej armii zarzucić nie można, a gdyby nawet – to przecież komandosi przed rozpoczęciem walki o pokój w naszym bantustanie powyłączaliby profilaktycznie wszystkie “systemy”, wskutek czego nawet piaskarki nie mogłyby wykonać rozkazów sztabów kryzysowych, nie mówiąc już o innych elementach naszego systemu obronnego.

No dobrze – ale kogo w takiej sytuacji prezydent Trump miałby osadzić na stanowisku premiera rządu? Akurat Mateusz Morawiecki rozpoczął realizowanie trzeciej części swojej misji. Pierwsza część polegała na wślizgnięciu się do rządu Beaty Szydło, co nie mogło nastąpić bez wiedzy i zgody starych kiejkutów. Druga część – kiedy już został premierem w wyniku “głębokiej rekonstrukcji rządu”, jaka nastąpiła po felonii prezydenta Andrzeja Dudy, dokonanej po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina w lipcu 2017 roku – i kiedy to popodpisywał wszystko, co Niemcy podsunęli mu do podpisania, no a teraz część trzecia polega na neutralizowaniu PiS-u, żeby w ciągu rozpoczynającego się roku zostały z niego ruiny i zgliszcza.

W tej sytuacji pytanie, jakiego płomiennego szermierza wolności Amerykanie powinni usadowić na stanowisku premiera naszego bantustanu nabiera aktualności? Pan prezydent Nawrocki już jest prezydentem, więc jego kandydatura odpada, więc może resortowa “Stokrotka” zaprosiłaby do TVN pana generała Marka Dukaczewskiego, żeby powiedział, jak ma być? No bo jeśli nie on, to już nie wiem kto.
Stanisław Michalkiewicz

Czegóż chcieć więcej?

Czegóż chcieć więcej?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    4 stycznia 2026 michalkiewicz

Jak zwykle podczas świąt Bożego Narodzenia, to znaczy – od Wigilii, aż do Trzech Króli, nasz nieszczęśliwy kraj pogrążony jest w nirwanie, pod której następuje bolesny powrót do rzeczywistości. Widać to również w niezależnych mediach głównego nurtu, chociaż wprawne oko dostrzeże tam również przygotowania do okresu poświątecznego, kiedy to rzeczywistość znowu zacznie dawać o sobie znać. Oto w ramach wojny obywatela Tuska Donalda z panem prezydentem Karolem Nawrockim, któremu obywatel Tusk Donald i Książę-Małżonek zarzucają rozmaite uzurpacje, pojawił się serial firmowany przez znanego autora Bertolda Kittela, który wyciąga panu prezydentowicz różne wstydliwe zakątki, najwyraźniej przygotowując grunt do tubylczej afery Epsteina.

Pan red. Kittel jest „dziennikarzem śledczym” znanym ze współpracy w panią red. Anną Marszałek, co to w swoim czasie zdemaskowała Romualda Szeremietiewa i jego współpracownika, pana Farmusa, co doprowadziło do spektakularnego aresztowania go na pełnym morzu, kiedy to został zdjęty z promu za pośrednictwem helikoptera. Oczywiście niezależna telewizja również tam przypadkowo się znalazła, podobnie, jak w głębokich lasach koło Wodzisławia Śląskiego, skąd dobiegały odgłosy obchodów urodzin Adolfa Hitlera. Jak pamiętamy pojawiły się wówczas śmierdzące dmuchy, jakoby te urodziny zostały przez niezależną telewizję obstalowane i nawet zadatkowane, w związku z czym prokuratura wszczęła tak zwane energiczne śledztwo. Kiedy jednak pani Żorżeta, będąca podówczas amerykańską ambasadoressą w Warszawie ostrzegła, że jeśli ktokolwiek podniesie rękę na niezależną stację telewizyjną, to władza ludowa mu tę rękę odrąbie, niezależna prokuratura wycofała się z energicznego śledztwa z podwiniętym ogonem.

Podejrzewam w związku z tym, że większość tych „dziennikarzy śledczych” to po prostu kolaboranci bezpieki, która za ich pośrednictwem prowadzi rozmaite polityczne rozgrywki. Taki jeden z drugim oficer prowadzący wtyka dziennikarzowi śledczemu nos w przygotowanego zawczasu gotowca i powiada: wiecie, rozumiecie, pani Aniu, niech to pani opisze własnymi słowami, jak to pani pięknie potrafi – no a potem helikoptery nadlatują nad prom, antyterroryści spuszczają się na linach, aresztują wskazanego nieubłaganym palcem delikwenta, telewizja to wszystko nagrywa i puszcza w czasie najlepszej oglądalności, przerywając reklamami, bezpieczniacy za udaną operację inkasują premie, a dziennikarze śledczy inkasują nagrody, przyznawane przez rozmaite bezpieczniackie odkrywki, dla lepszego kamuflażu funkcjonujące jako organizacje społeczeństwa otwartego. Czegóż chcieć więcej?

Z kolei zaraz jak tylko niezależna prokuratura „postawiła zarzuty” złowrogiemu Antoniemu Macierewiczowi ujawnienia jakichś straszliwych tajemnic, niezależny portal „Onet” drukuje w odcinkach serial autorstwa pani Żemły Edyty o naszej niezwyciężonej armii – jak to Macierewicz z Misiewiczem prześladowali biednych oficerów, jak prześladowani cierpieli katiusze, jak nasza niezwyciężona armia się od tego rozpadała, słowem – mamy medialną padgatowkę pod pokazowy proces – bo wydaje się, że właśnie takimi widowiskami będzie teraz delektowała swoją gawiedź banda obywatela Tuska Donalda.

Trawestując Wojciecha Młynarskiego można powiedzieć, że gdy chleba brak, to rośnie popyt na igrzyska – a któż lepiej się nadaje na głównego winowajcę, jak nie złowrogi Antoni Macierewicz? Co tu ukrywać, nazbierało mu się sporo. Poczynając od lat 70-tych ubiegłego stulecia, kiedy to złowrogi Antoni Macierewcz, razem z Wojciechem Ziembińskim założyli Komitet Obrony Robotników, do którego potem przykleił się obywatel Kuroń Jacek i pan red. Michnik Adam. Potem, jakby tego było mu mało, autorytetom moralnym pościągał kalesony na oczach całej Polski, przywożąc 4 czerwca 1994 roku zalakowane koperty z nazwiskami konfidentów – między innymi z nazwiskiem Kukuńka.

Potem było coraz gorzej; we wrześniu 2006 roku wziął i rozwiązał Wojskowe Służby Informacyjne, które przez 16 lat „wolnej Polski” rozbudowały sobie agenturę, przy pomocy której do dzisiaj kręcą nie tylko całym państwem, ale całym życiem publicznym naszego nieszczęśliwego kraju. Wreszcie przeprowadził kurację przeczyszczającą w naszej niezwyciężonej armii – więc nie ma rady; zgraja obywatela Tuska Donalda, wykonująca zadanie doprowadzenia naszego mniej wartościowego narodu tubylczego do Generalnej Guberni, musi mu urządzić pokazowy proces, a potem zmłotować nienawistny sąd, by wpakował go do turmy. Co ma wisieć – nie utonie. Generał Kiszczak nie zdążył – ale obywatel Tusk Donald ze swoim kolaborantem, obywatelem Żurkiem Waldemarem, to niedopatrzenie nadrobi. Jak widzimy, kontynuacja obejmuje nie tylko PRL, ale i Generalną Gubernię. Czegóż chcieć więcej?

Jakby tego wszystkiego było mało, to jeszcze zaraz po Trzech Królach, kiedy to rozpocznie się bolesny powrót do rzeczywistości, rozpocznie się kolejna faza procesu złowrogiego Grzegorza Brauna, co to zgasił chanukową iluminację w Sejmie, potrzaskał profesoru Janu Grabowskiemu mikrofon, uniemożliwiając mu w ten sposób kontynuowanie opowieści o holokauście, na których pan prof. Grabowski do dzisiaj zarabia na życie, zniszczył choinkę z symbolami Unii Europejskiej, pozrywał ukraińskie flagi, a wreszcie – naruszył cielesność pani doktor Gizele-Mengele. Nazbierało się się tych zbrodni co najmniej tyle samo, co złowrogiemu Antoniemu Macierewiczowi, więc obywatel Żurek Waldemar nakazał nienawistnemu sądu, by proces zakończył się do marca. Skoro zna termin wyroku, to pewnie zna i sam wyrok.

Ale przysolenie pięknego wyroku złowrogiemu Grzegorzowi Braunowi to zaledwie wstęp do operacji niwelowania tubylczej sceny politycznej. Jak wiadomo, zarówno obywatel Żurek Waldemar, jak i minister Kierwiński, a także Książę-Małżonek wyrazili commmunis opinio, że Konfederacja Korony Polskiej powinna zostać zdelegalizowana. Toteż czekamy tylko na prawidłowe obsadzenie wakatów w Trybunale Konstytucyjnym, który wtedy odzyska zaufanie Partii i będzie mógł przystąpić do niwelowania tubylczej sceny politycznej dla potrzeb Generalnej Guberni. Podejrzewam, że na zdelegalizowaniu Konfederacji Korony Polskiej się nie skończy – bo jak już sądzić – to sądzić – więc podobny los spotka pewnie również Konfederację WiN.

Skoro jednocześnie pan Mateusz Morawiecki, kontynuując zadanie, właśnie neutralizuje PiS, to nie ulega wątpliwości, że w Generalnej Guberni na placu pozostanie tylko Volksdeutsche Partei z satelitami – zgodnie z wytycznymi niemieckiej BND z Berlina. Wiadomo bowiem, że w Generalnej Guberni, podobnie zresztą, jak i w IV Rzeszy, pluralismus polegać może na potrójnej jedności: ein Reich, ein Volk i ein Führer, to znaczy – eine Reichsführerin Urszula Wodęleje. Czegóż chcieć więcej?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Zasada przyczynowości

Zasada przyczynowości

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    1 stycznia 2026 michalkiewicz

Co się kryje za zasłoną przyszłości? Od niepamiętnych czasów ludzie chcieli tam zajrzeć – ale to nie jest prosta sprawa. Albo snuli domysły na podstawie bredzenia damy odurzonej wyziewami z głębi ziemskich czeluści, albo próbowali wyśledzić przyszłość z lotu ptaków, ewentualnie z wnętrzności zwierząt zarżniętych ku czci jakiegoś bóstwa – ale nie każdy mógł się tego podjąć, bo to była straszliwa wiedza. Wprawdzie nie tak straszliwa, jak współczesne nauki moczopłciowe, którymi obłąkani docenci duraczą młodzież w parkach jurajskich zwanych pretensjonalnie „uniwersytetami”, ale też budziła szacunek. Toteż odgadywaniem przyszłości zajmowali się augurowie. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, że wszystko jest zapisane w górze, czyli w gwiazdach – i tak powstała astrologia, która również i dzisiaj nie narzeka na brak entuzjastów, zwłaszcza wśród tak zwanych „racjonalistów” – tych samych, co to propagują „Wielką Lechię”. Tu augurów nie potrzeba, bo do wróżenia z gwiazd, czy kart wystarczy tupet. Przekonałem się o tym we wczesnej młodości, gdy pewna Cyganka zaproponowała, że powróży mi z kart. – Z kart, to każdy głupi potrafi – powiedziałem odbierając jej karty. – Niech mi Cyganka powróży bez kart. I powróżyła: „będziesz żył aż do śmierci, aż ci się zawierci” – powiedziała. Każdy przyzna, że to już jest coś. A tu jeszcze, za czasów sowieckich, wśród racjonalistów pojawiła się nowa szkoła odkrywania przyszłości, zalecająca bardzo prostą metodę: wystarczy trochę poczekać.

Ciekawość przyszłości wzrasta zwłaszcza na przełomie lat, czyli w okresie, gdy nasz nieszczęśliwy kraj trwa pogrążony w świątecznej nirwanie. Uprzejmość nakazuje, by wszystkim życzyć wszystkiego najlepszego. Tak bywało do tej pory nawet w Sejmie, gdzie urządzane były „opłatki”, podczas których nad uczestnikami unosiły się gęste opary obłudy. Ciekaw jestem, czy teraz też ta tradycja będzie kontynuowana, czy też ze względu na „rozliczenia”, będące jedynym instrumentem uwodzenia swoich wyznawców przez vaginet obywatela Tuska Donalda, zostanie zerwana, niczym zapalanie Chanuki w Pałacu Namiestnikowskim. Tymczasem Nowy Rok to tylko takie administracyjne makagigi, mające odzwierciedlać zjawiska kosmiczne w postaci obiegu Ziemi dookoła Słońca – i takie tam. Okazuje się, że nie ma niczego, z czego biurokratyczne gangi nie potrafiłyby wycisnąć szmalcu – „tak, jak za okupacji z Żyda”.

Coś jednak musi być na rzeczy, a przynajmniej musiało być, skoro węgierski premier, Paweł hrabia Teleky w liście do Adolfa Hitlera z 24 lipca 1939 roku wspomina o „narodach przewidujących”. („Sytuacja w Europie wciąż jest poważna. Narody przewidujące zaczynają gromadzić zasoby materialne i moralne, aby być gotowym na wszelki wypadek”). Ten hrabia Teleky był człowiekiem poważnym – nie tak, jak nasi ówcześni Umiłowani Przywódcy, którzy w maju 1939 roku deklamowali w Sejmie o „honorze” – a już we wrześniu, jak tylko spadły pierwsze niemieckie bomby, czmychnęli za granicę „szlakiem Marszałka”. Kiedy hrabiemu Teleky zawaliła się jego polityka, to zamiast przedstawiać niezależnym mediom „zakłamane swoje racje” – jak to czynią współcześni statyści – zwyczajnie się zastrzelił. Dzisiaj takich polityków chyba już nie ma; dobrze, jak który nie kradnie – w odróżnieniu od kolaborantów ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, który z miedzianym czołem jeździ po Europie, próbując naciągnąć tamtejszych „chętnych” na kolejne przekazy dla tamtejszych parchów-oligarchów pod pretekstem wojny. Tymczasem „koalicja chętnych” nie bardzo może zmłotować belgijskiego premiera, którego upatrzyła sobie na frajera – tym bardziej, że właśnie powstała „koalicja niechętnych”, którzy o żadnym przekazywaniu ukraińskim parchom-oligarchom zamrożonych ruskich aktywów nie chcą słyszeć.

Mniejsza jednak z tymi przepychankami, bo ciekawsze jest pytanie, czy skoro premier Teleky pisał do Hitlera o „narodach przewidujących”, to czy możliwe jest przewidywanie przyszłości? Na to pytanie musimy odpowiedzieć twierdząco. Świat funkcjonuje bowiem według zasady przyczynowości, która głosi, że z określonych przyczyn muszą wystąpić określone skutki. Ta zasada przyczynowości jest bardzo dobra, a żeby się o tym przekonać, spróbujmy sobie wyobrazić, że jej nie ma. Świat jawiłby się nam wtedy jako chaotyczne kłębowisko, o którym niczego nie moglibyśmy powiedzieć, więc ani nie moglibyśmy opisać świata, ani – tym bardziej – odkryć żadnych praw nim rządzących. Tymczasem dzięki zasadzie przyczynowości możemy i jedno i drugie, to znaczy możemy korzystać z rozumu, który w przeciwnym razie w ogóle nie byłby nam potrzebny, więc pewnie byśmy go nie mieli, jak niektórzy Wielce Czcigodni posłowie w Sejmie.

Czy Polacy są „narodem przewidującym”? To nie jest takie pewne, bo na przykład brytyjski premier Winston Churchill charakteryzował nasz naród jako „lekkomyślny”. Wiedział, co mówi, bo przecież najlepszym dowodem naszej lekkomyślności było to, że zaufaliśmy właśnie jemu. Najciekawsze jest jednak to, że to doświadczenie niczego nas nie nauczyło i nadal pokładamy zaufanie jak nie w jednym cudzoziemskim dygnitarzu, to w drugim. Nic więc dziwnego, ze w tej sytuacji nasz nieszczęśliwy kraj został członkiem „klubu trzeciego miejsca” – czego znakomitą ilustracją był wyjazd obywatela Tuska Donalda do Helsinek, gdzie namawiał się z przedstawicielami mocarstw bałtyckich i Finlandii – jakby tu nastraszyć zimnego ruskiego czekistę Putina.

Najgorsze są nieproszone rady, ale skoro sytuacja w Europie znowu staje się „poważna”, to radziłbym, żeby w charakterze środka odstraszającego ukazać Putinowi panią Kaję Kallas w całej straszliwej postaci. Jeśli ona nie odstraszy Putina, to już nie wiem, co go odstraszy – żeby ogłosił bezwarunkową kapitulację – bo czyż w przeciwnym razie pokój na Ukrainie będzie „sprawiedliwy”? Wbrew pozorom nie jest to pomysł zły, bo ludowe przysłowie poucza, że gdy nawet diabeł nie może, to babę pośle, więc użycie pani Kai Kallas w charakterze środka odstraszającego, byłoby jak najbardziej uzasadnione.

Jakże jednak ma być inaczej z naszym nieszczęśliwym krajem, skoro lekkomyślnie wysuwamy do kierowania państwem osoby możliwie jak najgłupsze? Nie będę wymieniał żadnych nazwisk, bo jeden proces przed nienawistnym sądem mi wystarczy – ale jestem pewien, że każdy wie, o kogo chodzi. Wie – ale gdy chodzi o powierzanie misji sterowania państwem, notorycznie kieruje się lekkomyślnością, jakby nie zdawał sobie sprawy z istnienia zasady przyczynowości. Tymczasem ona jest i działa tak, jak prawo grawitacji – a w tej sytuacji skutki tej przyczyny prędzej czy później muszą się objawić i nic nam nie pomoże skamlanie po kościołach do Pana Jezusa, żeby „uczynił z nami cud”. Nie po to bowiem Stwórca Wszechświata ustanowił zasadę przyczynowości, żeby potem zawieszać ją na każdą prośbę narodów lekkomyślnych.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Prognoza Michalkiewicza na 2026 rok. „Czarno to widzę!”

Prognoza Michalkiewicza na 2026 rok. „Czarno to widzę!”

Autor:Stanisław Michalkiewicz 31.12.2025

Przepowiednia Stanisława Michalkiewicza na 2026 rok.
NCZAS.INFO | Przepowiednia Stanisława Michalkiewicza na 2026 rok. / foto: Pixabay/screen Rumble (kolaż)

Po objawionej na ostatnim „szczycie” UE odmowie przekazania Ukrainie zamrożonych rosyjskich aktywów widać wyraźnie, że entuzjazm wobec dalszego futrowania pieniędzmi tamtejszych parchów-oligarchów zaczyna wygasać. Obok „koalicji chętnych” grupującej przywódców, których podejrzewam o branie łapówek od Ukraińców, powstała „koalicja niechętnych”, której stanowisko najwyraźniej przeważyło.

Wygląda zatem na to, że Ukraina będzie musiała pójść na kompromisy podyktowane przez Amerykanów – bo nie bardzo mi się chce wierzyć, że państwa europejskie ostatecznie zgodzą się na zaciągniecie długu i przekazanie Ukrainie 90 mld euro.

A ponieważ – jak zauważył Napoleon – do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, to w przypadku ich braku trzeba będzie wojnę zakończyć. Jak to się skończy dla Zełenskiego – to sprawa osobna, bo wyborów prezydenckich na pewno nie wygra, więc będzie zadowolony, jeśli zdąży wyjechać do Izraela, szlakiem przetartym przez Timura Mindycza.

Słowem – miała rację ambasadoressa USA przy NATO, która jeszcze na początku wojny twierdziła, iż najbardziej prawdopodobnym jej zakończeniem, będzie zamrożenie konfliktu.

Ryzyko rozbioru

To jednak rodzi dla Polski pewne ryzyko, ale nie dlatego, że – jak utrzymują nasi Umiłowani – po zamrożeniu konfliktu na Ukrainie Putin runie na Europę – tylko że państwa Europy Środkowej, wśród których najbardziej podskakują, pokrzykują, przytupują i machają rękami mocarstwa bałtyckie – mogą doprowadzić do upragnionej wojny z Rosją, którą Niemcy następnie wykorzystają do ponownego rozbioru Europy. Rządząca obecnie Polską niemiecka agentura takie ukoronowanie swoich starań przyjęłaby z zadowoleniem.

Dopóki bowiem z Polsce rządzi niemiecka agentura perspektywy realizacji projektu Trójmorza, do czego nawiązuje nowa amerykańska strategia bezpieczeństwa, oddalają się w mglistość z uwagi na nieprzejednaną wrogość zarówno obywatela Tuska Donalda i jego vaginetu, jak i Naczelnika Państwa i jego gangu wobec Węgier Wiktora Orbana. Jeśli zatem Amerykanie nie doprowadzą do odpowiedniego ukształtowania sceny politycznej w naszym bantustanie, to będziemy skazani na scenariusz niemiecki.

Czarno to widzę!

A on zaczyna rysować się już w szczegółach. Volksdeutsche Partei nie ukrywa przecież, że rozpoczęcie procesu Grzegorza Brauna przed nienawistnym sądem jest zaledwie wstępem do delegalizacji obydwu Konfederacji, która nastąpi niezwłocznie po obsadzeniu wakatów w Trybunale Konstytucyjnym przez nienawistnych sędziów przewidywalnych.

Nienawistny sąd rejestrowy dostanie natomiast rozkaz blokowania pod każdym pretekstem prób zarejestrowania nowych partii w miejsce zdelegalizowanych.

Dodatkowo Mateusz Morawiecki właśnie doprowadza do neutralizacji PiS, w następstwie czego scenę polityczną naszego bantustanu zdominuje Volksdeutsche Partei, która prostą drogą doprowadzi nas do Generalnej Guberni – bo tylko takiego statusu możemy spodziewać się w ramach IV Rzeszy…

Praktyka i zastawki chanukowe. Metamorfoza Czarzastego i „tradycje” Terlikowskiego

Praktyka i zastawki chanukowe.

Metamorfoza Czarzastego

i „tradycje” Terlikowskiego

29.12.2025 Stanisław Michalkiewicz nczas/praktyka-i-zastawki-chanukowe-metamorfoza-czarzastego-i-tradycje-terlikowskiego/

Rabin Szalom Ber Stambler (z prawej) i marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (z lewej) podczas zapalenia świec chanukowych w Sejmie.
NCZAS.INFO | Rabin Szalom Ber Stambler (z prawej) i marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (z lewej) podczas zapalenia świec chanukowych w Sejmie. / Fot. PAP

Powstrzymanie się pana prezydenta Karola Nawrockiego od zaproszenia rabinów reprezentujących również chasydzką sektę Chabad Lubawicz do Pałacu Namiestnikowskiego, by tak celebrowali żydowskie kombatanckie wspominki okraszone religijnym sosem, wywołało falę pełnych zgorszenia komentarzy, nie mówiąc już o ostentacyjnej, ekspiacyjnej liturgii, celebrowanej w Sejmie przez pana marszałka Włodzimierza Czarzastego. Mówiąc o kombatanckich wspominkach, mam oczywiście na myśli powstanie Machabeuszów przeciwko Antiochowi, który wpadł na pomysł nakłonienia Żydów do przyjęcia kultu Zeusa.

Wywołało to bunt Żydów. Powstańcy żydowscy odzyskali wprawdzie w roku 164 przed Chrystusem świątynię jerozolimską, ale w międzyczasie się ona strefiła, bo Antioch umieścił tam posąg Zeusa, więc trzeba było odczynić uroki.

Do tego potrzebna była oliwa do lamp, ale nie taka zwykła, tylko koszerna, opieczętowana przez arcykapłana. W świątyni znaleziono wprawdzie flaszkę z taką oliwą – ale tylko jedną – tymczasem do skutecznego odczynienia uroków potrzebna była znacznie większa ilość oliwy. I tu na scenę wkroczył Stwórca Wszechświata, który sprawił, że ta niewielka ilość koszernej oliwy wystarczyła nie tylko do zaopatrzenia jednej lampy przez jeden dzień, ale na wiele lamp przez całe osiem dni.

Na pamiątkę tego wydarzenia obchodzona jest właśnie Chanuka, to znaczy – zapalanie przez osiem dni świec na specjalnym świeczniku, przy czym nie jest jasne, czy należy je zapalać od lewej do prawej strony, czy odwrotnie – bo są różne szkoły, który sposób bardziej udelektowałby Stwórcę Wszechświata. Ciekawe, od której strony zapalił chanukę pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, bo to by nam dostarczyło informacji, ku której frakcji w Chabad Lubawicz się skłania.

Chanukowy „cud”, czyli metamorfoza marszałka

W ogóle z tym panem marszałkiem Czarzastym to ciekawa sytuacja. Jak pamiętamy, za pierwszej komuny pan marszałek Czarzasty stał na nieubłaganym gruncie przekonania, że żaden Bóg nie istnieje, a te wszystkie religie, z judaizmem włącznie, to „opium dla ludu”, jako że ówczesna elita wierzenie w jakichś Bogów miała surowo zakazane, a nad przestrzeganiem tego zakazu czuwała Partia i Służba Bezpieczeństwa. Jak dajmy na to jakiś partyjny, milicjant czy wojskowy wlazłby do kościoła czy bożnicy gwoli uczestnictwa w liturgiach, to groziły mu rozmaite nieprzyjemności. Podobno z tego powodu generał Jaruzelski nie ośmielił się wejść do kościoła, by uczestniczyć w pogrzebie matki, tylko spacerował tam i nazad przed wejściem.

Jestem pewien, że pan Włdzimierz Czarzasty na pomysł uczestniczenia w niedozwolonych liturgiach nigdy nie wpadł, ankietę personalną w „kadrach” i SB miał czystą jak łza, bo najwyraźniej wystarczały mu liturgie marksistowskie, znaczy się – laickie – jak na przykład wręczenie „dowodziku osobistego” – nad sprawowaniem których czuwał Wydział Ceremoniału i Obrzędowości Świeckiej Komitetu Centralnego PZPR.

Kiedy jednak nastała transformacja ustrojowa, zakaz wierzenia w jakichkolwiek Bogów został uchylony, w związku z czym rozmaite osobistości zaczęły próbować, jaka wiara lepiej im się dopasuje do mądrości etapu. Pan marszałek Czarzasty najwyraźniej musiał postawić na judaizm, o czym świadczy nie tylko jego wiodący udział w celebrowaniu Chanuki, ale również deklaracja, że jako przewodniczący Lewicy grupującej resortowe dzieci i rozmaitych poszukiwaczy sprzeczności, jak na przykład moja faworyta Wielce Czcigodna Scheuring-Wielgus Joanna, będzie nieugięcie stał na nieubłaganym gruncie „rozdziału Kościoła od państwa”.

Chodzi naturalnie tylko o Kościół katolicki, bo jeśli chodzi o sektę Chabad Lubawicz, która podobno uważa, że głupie goje, ot na przykład takie jak pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, w ogóle nie mają duszy, a tylko zewnętrznie są podobni do gatunku ludzkiego – to ona może celebrować swoje liturgie we wszystkich domach publicznych, a więc również – w Sejmie. Panu marszałkowi taka rewolucyjna teoria duszy najwyraźniej musi odpowiadać, bo przecież na poprzednim etapie on też uważał, że nie ma duszy – a któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej od samego zainteresowanego? Jak widzimy, na tym właśnie gruncie musiało w końcu dojść do porozumienia między dawnymi materialistami dialektycznymi a judaizmem.

„Tradycje” red. Terlikowskiego

Ale pan marszałek Czarzasty to jeszcze nic, bo jego metamorfozę wyjaśnić można przy pomocy mechanizmów stosunkowo prostych, żeby nie powiedzieć – prostackich. Ze znacznie poważniejszą zastawką wobec pana prezydenta Karola Nawrockiego wystąpił zawodowy katolik, publicysta i „filozof-gleboznawca, społecznik i demokrata” – pan red. Terlikowski Tomasz. W pełnych goryczy słowach zarzucił panu prezydentowi Nawrockiemu, że „nie występuje jako katolik”. Na uwagę zasługuje argumentacja, jaką nasz „filozof” się posłużył. Otóż składa się ona z dwóch części – świeckiej i eschatologicznej.

W części świeckiej pan red. Terlikowski Tomasz bierze pana prezydenta Karola Nawrockiego pod włos, sugerując mu, iż jego uczestnictwo w chanukowych liturgiach nawiązywałoby do mocarstwowego majestatu dawnej Rzeczypospolitej. Co prawda chyba nie zachowały się opisy, jakoby polscy królowie brali udział w żydowskich liturgiach – czy to Chanuce, czy Święcie Kuczek – ale widocznie pan red. Terlikowski Tomasz liczy na to, że pan prezydent Nawrocki nie będzie pewny, jak to kiedyś bywało i może się zacukać.

Znacznie cięższego kalibru działa wytacza przeciwko panu prezydentowi Nawrockiemu nasz „filozof” na eschatologicznym odcinku frontu ideologicznego. Pan prezydent Nawrocki bowiem powołał się na „wartości chrześcijańskie” – ale pan red. Terlikowski Tomasz ze swadą katolika zawodowego, co to wszystkie tajemnice Trójcy Świętej przejrzał na wylot, wyjaśnia panu prezydentowi Nawrockiemu, że straszliwie się myli, sądząc, iż katolikowi hołdującemu „wartościom chrześcijańskim” nie przystoi uczestniczyć w celebracji liturgii chanukowych. Jest dokładnie odwrotnie.

Chrześcijanin – twierdzi pan red. Terlikowski Tomasz – a zwłaszcza „judeochrześcijanin” – bo po II Soborze Watykańskim jest rozkaz, byśmy wszyscy stopniowo przechodzili na „judeochrześcijaństwo” – więc taki jeden z drugim chrześcijanin nie tylko może, ale nawet powinien uczestniczyć w celebracjach różnych żydowskich kombatackich wspominków, zwanych „świętami”, bo nie jest to niezgodne z „tradycją katolicką”, a wprost przeciwnie – jak najbardziej zgodne, jako że Pan Jezus też Chanukę obchodził.

Argument z Panem Jezusem obchodzącym Chanukę jest oczywiście zaporowy – ale ma też swój point faible. Na przykład powszechnie wiadomo – bo możemy to sobie przeczytać w Ewangelii – że Pan Jezus jeszcze we wczesnym dzieciństwie został poddany pewnej drobnej operacji chirurgicznej. Była ona podobno rezultatem nakazu samego Stwórcy Wszechświata, który nakazał jej przeprowadzenie nie tylko pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi, w którym ponoć z jakichś zagadkowych przyczyn sobie upodobał – ale również wszystkim jego domownikom. Stąd Żydowie nie tylko podtrzymują tradycję przeprowadzania na dzieciach płci męskiej tej drobnej operacji chirurgicznej, ale – jak czytamy w „Dziejach Apostolskich” – próbowali narzucić tę tradycję chrześcijanom, którzy wywodzili się spośród głupich gojów i ów zabieg chirurgiczny uważali za wstrętny – podobnie jak wiele innych elementów tradycji żydowskiej.

W rezultacie ukształtowała się chrześcijańska tradycja, według której ów zabieg chirurgiczny, chociaż podobno miał być nakazany przez samego Stwórcę Wszechświata (swoją drogą, skąd nagle Stwórca Wszechświata miałby przypomnieć sobie o konieczności przeprowadzania drobnej operacji chirurgicznej, skoro przecież mógł stworzyć człowieka od razu bez tej części, która w wyniku wspomnianej operacji powinna zostać usunięta?), został bez specjalnych ceregieli uchylony i żadnej dziury w Niebiesiech z tego powodu nie ma.

W takiej sytuacji musimy postawić pytanie, jaką konkretnie „tradycję” pan red. Terlikowski Tomasz próbuje stręczyć nie tylko panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, ale i nam wszystkim, chrześcijańskim głupim gojom? I w ogóle – czy naprawdę wierzy w tę swoją rewolucyjną teorię, czy też zachowuje się tak jak ta nauczycielka z anegdoty, co to mówiła uczniom na lekcji, że Fenicjanie robili szkło z piasku. – To nie jej wina – wyjaśniał przyjaciołom rodziny pewien uczeń. – Ona tak musi, bo inaczej wyrzuciliby ją z posady…

Prezenty prawdziwe i fałszywe

Prezenty prawdziwe i fałszywe

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 27 grudnia 2025 michalkiewicz

Prawie na dwa tygodnie przez Bożym Narodzeniem w Berlinie zebrała się „koalicja chętnych”, żeby podarować Ukrainie świąteczny prezent. Czas naglił nie tylko z tego powodu, że – jak wyznał amerykański prezydent Trump – USA wycofały się z finansowego udziału w wojnie na Ukrainie – ale również dlatego, że – jak podejrzewam – większość uczestników tak zwanej „koalicji chętnych” mogła brać łapówki od Ukraińców, którzy dzielili się z nimi forsą dla Ukrainy – a prezydent Zełeński pozapisywał w kapowniku, kto ile wziął i gdzie schował.

Teraz, kiedy źródła szmalcu dla Ukrainy, to znaczy – dla tamtejszych parchów-oligarchów – zaczęły wysychać, prezydent Zełeński zażądał dodatkowych transferów, bo w przeciwnym razie wszystko ujawni i Europę pochłonie polityczne trzęsienie ziemi. Toteż „koalicja chętnych” mało jaja nie zniosła, by załatwić ukraińskiemu prezydentowi, któremu też ziemia zaczyna palić się pod stopami, jakąś forsę i Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wpadła na pomysł, by podarować na Gwiazdkę Ukrainie zamrożone rosyjskie aktywa. Warto dodać, że te „aktywa”, to naprawdę obligacje europejskich państw. Żeby zamienić je na gotówkę – a ukraińskich parchów-oligarchów raczej tylko ona interesuje – najpierw trzeba by te obligacje wykupić. Ale to przecież nie Rosja musiałaby je wykupować, tylko te państwa, które je wyemitowały. Oznacza to, że to nie Rosja poniosłaby koszty kontynuowania wojny na Ukrainie i futrowania tamtejszych parchów-oligarchów, tylko europejskie bantustany.

W tej sytuacji najpierw rząd belgijski, u którego te „aktywa” są zdeponowane, zaparł się rękami i nogami przed ich uruchomieniem, a wkrótce powstała koalicja niechętnych”, skupiająca Włochy, Cypr, Maltę, Węgry, Słowację i Republikę Czeską, które najwyraźniej nie zamierzały partycypować w kosztach wykupu cudzych obligacji, żeby tylko dogodzić prezydentowi Zełeńskiemu i jego kolaborantom. Wskutek powstania tzw. „mniejszości blokującej”, plan Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje spalił na panewce. Ale prezydent Zełeński naciskał coraz mocniej, a w tej sytuacji Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która chyba najwięcej ma za uszami, podczas całonocnej narady w Berlinie namówiła europejsów na „Plan B”. Polega on na tym, że Unia Europejska najpierw pożyczy 90 mld euro, potem tę forsę podaruje Ukrainie, żeby prezydent Zełeński miał czym obetrzeć sobie gorzkie łzy i podzielić się z kolaborantami – a Ukraina pożyczkę spłaci – ale dopiero wtedy, gdy Rosja wypłaci jej wojenne reparacje – czyli nigdy. Nie przypominam sobie bowiem, by kiedykolwiek w historii zwycięzca wojenny płacił jakieś haracze pokonanemu – a przecież nie ma chyba wątpliwości, kto na Ukrainie jest kim. To tylko obywatel Tusk Donald obiecał niemieckiemu kanclerzowi, że jeśli Niemcy odmówią, to Polska sama zapłaci odszkodowania polskim ofiarom wojny – a jego wyznawcy ogłosili, że tą obietnicą zapędził Niemcy w kozi róg. Zaiste świętą rację miał autor głoszący, że „głupiec zawsze znajdzie głupca, który go uwielbia”.

Wracając tedy do wspomnianej pożyczki, to jest rzeczą oczywistą, że na skutek łapownictwa Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, dla której podobno to nie pierwszyzna, Europa musiała się opodatkować na kolejną transzę dla Ukrainy, by uniknąć politycznego trzęsienia ziemi. Czy jednak rzeczywiście musiała? Wprawdzie sytuacja prawno-traktatowa Unii Europejskiej została w ostatnich latach szalenie zagmatwana przez administrujące nią gangi – ale, o ile mi wiadomo, w sprawach pożyczek zaciąganych przez Komisję Europejską obowiązuje jednomyślność. Tymczasem słychać, że trzy państwa: Węgry, Słowacja i Republika Czeska się wyłamały.

Mimo to jednak, w sytuacji gdy Zełeński już nie mógł dłużej czekać i coraz bardziej się niecierpliwił, koalicja łapowników przeszła do porządku nad jednomyślnością. Dlaczego przyszło to tak łatwo? Myślę, że między innymi dlatego, że wprawdzie po nocnym molestowaniu Umiłowani Przywódcy dali się Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje zmłotować – ale tylko dlatego, że ich decyzję będą musiały jeszcze potwierdzić poszczególne parlamenty – a nie zawsze dysponują oni tam wystarczającą większością. Więc niby Unia Europejska dała prezydentowi Zełeńskiemu prezent gwiazdkowy, ale nie jest wykluczone, że pod postacią prezentu przekazała mu tylko samo opakowanie.

Podobnie postąpił prezydent Zełeński wobec pana prezydenta Karola Nawrockiego, kiedy 19 grudnia przyjechał do Warszawy. Pan prezydent Nawrocki najwyraźniej pragnął zatrzeć niemiłe wrażenie po głupstwie, które popełnił, ostentacyjnie odrzucając zaproszenie premiera Wiktora Orbana, w ten sposób, że zademonstruje, iż przez prezydentem Zełeńskim nie kuca. Rzeczywiście nie szczędził mu gorzkich słów, że Polska nie czuje się odwdzięczona – na co prezydent Zełeński jeszcze raz zdawkowo podziękował, a na dodatek oświadczył, że Ukraina jest „gotowa” na rozpoczęcie odkopywania przedmiotów ukraińskiego dziedzictwa kulturowego na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, zakopanych tam w roku 1942, a zwłaszcza – w roku 1943. Pan prezydent Nawrocki najwyraźniej połknął haczyk, a obywatel Tusk Donald powodowany Schadenfreude, aż zacierał ręce na taki widok i w porywie serca gorejącego nazwał prezydenta Zełeńskiego „bohaterem” Polski Ludowej. Wszystko to z radości, że udało mu się zmusić mniej wartościowy naród tubylczy do dalszego futrowania Ukrainy i tamtejszych parchów-oligarchów, z którymi głęboką wspólnotę losów musi odczuwać Książę-Małżonek. Książę-Małżonek bowiem, zgodnie z rozkazem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje powtarza, że Ukraina broni całego świata przed Putinem, który – jak tylko zajmie Kijów – to żelaznym wojskiem runie na resztę świata, więc w tej sytuacji nie ma co grymasić – tylko płacić, ile tam zażądają.

Jak widzimy, obyczaj wręczania gwiazdkowych prezentów również w naszym nieszczęśliwym kraju bardzo się zakorzenił, a to za sprawą postępującej okcydentalizacji. Na Zachodzie bowiem – o czym świadczą doniesienia zwłaszcza z Niemiec, gdzie nawet tamtejszy Episkopat wydaje się coraz bliższy obrania sobie nowego Pana Boga, który do sodomczyków i gomorytek będzie wykazywał prawdziwą zapamiętałość, Boże Narodzenie sprowadza się do wymiany prezentów.

A my się do tego dostrajamy, zgodnie z porzekadłem, że „co Francuz wymyśli, to Niemiec zrobi, Polak polubi, a Ruski głupi, wszystko kupi” kupiliśmy tę nową, świecką tradycję, w następstwie której Boże Narodzenie staje się coraz bardziej spowite oparami obłudy. Jednak ostatnie wypadki pokazują, że Ruscy wcale nie są tacy głupi, żeby wszystko kupować, jak leci.

Obawiam się, że to raczej nasz mniej wartościowy i lekkomyślny naród tubylczy, który daje wodzić się za nos nie tylko Żydom, ale nawet szabesgojom, kupuje wszystko, jak leci, głównie zresztą za pożyczone pieniądze, bo starsi i mądrzejsi wmówili mu, że tak wypada. Ale kiedy nirwana się skończy, nastąpi bolesny powrót do rzeczywistości.

Stanisław Michalkiewicz

Dobrze i jeszcze dobrzej

Dobrze i jeszcze dobrzej

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    23 grudnia 2025 michalkiewicz

Jak zwykle w okresie świąt Bożego Narodzenia, nasz nieszczęśliwy kraj od Wigilii, aż do święto Trzech Króli, których Wielce Czcigodny Ryszard Petru naliczył aż sześciu, pogrąża się w nirwanie. W związku z tym również felieton powinien być optymistyczny, zgodnie z rozkazem vaginetu obywatela Tuska Donalda, że „jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej”. Czyż nie świadczy o tym choćby przyjęta przez Knesejm ustawa budżetowa, w której zapisano rekordowy deficyt w kwocie ponad 271 miliardów złotych? A przecież nie jest to ostatnie słowo i jak się sprężymy, to nie tylko „dogonimy”, ale i „przegonimy” – niczym Chruszczow, który buńczucznie zadekretował w swoim czasie, że ZSRR „dogoni i przegoni” Amerykę. Wprawdzie tu i ówdzie, a konkretnie – w Narodowym Funduszu Zdrowia zieje finansowa dziura, ale z tym też sobie poradzimy, zwłaszcza, gdy wrócimy do popularnego w swoim czasie hasła, skierowanego do emerytów i rencistów: „Emeryci – popierajcie Partię czynem, umierajcie przed terminem!” Ponieważ nastała transformacja ustrojowa, w ramach której Partia została przez stare kiejkuty przepoczwarzona w „Lewicę”, wspomniane hasło trzeba będzie przystosować do nowej sytuacji politycznej i zamiast „Partii”, trzeba będzie wstawić doń słowo „vaginet” – a wtedy wszystko, również na odcinku propagandy sukcesu, będzie gites tenteges. Jakże zresztą inaczej, skoro słychać, iż Polska ma zostać zaproszona do ekskluzywnego gremium G-20, w którym wory złota namawiają się, jakby tu zmeliorować świat? Wypada tedy przypomnieć, że nie są to pierwsze przymiarki do zmeliorowania świata. Na przykład bolszewicy uważali, że nie da się poprawić świata, jeśli nie usunie się z niego niewłaściwych klas, podczas gdy wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler uważał inaczej – że nie da się poprawić świata, dopóki nie usunie się z niego niewłaściwych ras, a zwłaszcza jednej. Obecnie G-20 z pewnością zaleci inne metody, na przykład tę, by zamiast eliminować niewłaściwe rasy, a zwłaszcza tę jedną, lepiej będzie spełnić wszystkie jej pragnienia. W związku z tym tylko patrzeć, jak w naszym nieszczęśliwym kraju przyjęte zostanie prawo o zwalczaniu antysemityzmu wśród głupich gojów, natomiast Żydowie zostaną obsypani rozmaitymi przywilejami, dzięki którym będą mogli bez przeszkód przystąpić do egzekwowania od naszego mniej wartościowego narodu tubylczego tak zwanych „roszczeń” majątkowych, dotyczących tzw. „własności bezdziedzicznej”. Dzięki temu Żydowie zamiast znaleźć się w Generalnej Guberni w centrum zainteresowania jako holokaustnicy, znajdą się w GG w centrum zainteresowania, jako Herrenvolk. Czegóż chcieć więcej?

Niczego więcej do szczęścia nam nie potrzeba tym bardziej, że i sytuacja polityczna w Europie rozwija się zgodnie z przewidywaniami Radia Erewań. Oto po zbawiennym, 28-punktowym amerykańskim planie pokojowym dla Ukrainy, w tempie stachanowskim został przez „wielką trójkę”, zwaną inaczej „koalicją chętnych”, skonstruowany alternatywny, 19-punktowy plan pokojowy. Jeszcześmy się nad nim nie nacmokali z zachwytu, a słychać, że prezydent Zełeński ma jeszcze jeden plan, tym razem 20-punktowy, który – tylko patrzeć – jak przedłoży do akceptacji prezydentu Donaldu Trumpu. Fałszywe pogłoski głoszą, że pokój nie powinien zapanować wcześniej, zanim wszyscy ukraińscy oligarchowie nie przytulą oczekiwanych kwot, które w podskokach ma dostarczyć „koalicja chętnych” – jeśli tylko uda się jej zmłotować belgijski rząd, by zajął zamrożone ruskie aktywa i przekazał je Ukrainie – no a tam już oligarchowie będą wiedzieli, co z tym zrobić. W związku z tym inne fałszywe pogłoski utrzymują, że prezydent Zełeński miał zapisywać w kapowniku, ile z dotychczasowych subwencji dla Ukrainy przekazał europejskim sojusznikom, i dlatego oni, w obawie przed pojawieniem się śmierdzących dmuchów, uwijają się jak w ukropie, żeby załatwić dla oligarchów dodatkowe miliardy. Jestem w związku z tym pewien, że tylko patrzeć, jak nastąpi prawdziwy wysyp zbawiennych planów pokojowych, niczym „koncepcji” w głowie Kukuńka, dzięki czemu wszystkie zainteresowane strony będą zadowolone, zgodnie z apelem militarystów, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny. Oczywiście i ten apel trzeba będzie skorygować, bo odtąd już nie będziemy mieli do czynienia z żadną „wojną”, tylko z „walką o pokój”, po której może nie zostać kamień na kamieniu. Ale nawet w obliczu takiej perspektywy należy się cieszyć, bo czyż są jakieś poświęcenia, których nie można by dokonać dla pokoju?

Zanim jednak to nastąpi, europejska „wielka trójka” zadbała o dobrostan psychiczny naszych Umiłowanych Przywódców i skutecznie izoluje ich od wysiłków umysłowych mających na celu ustanowienie w Europie sprawiedliwego pokoju. Dzięki temu obywatel Tusk Donald może przelewać swoje złote myśli na twitterze, a złakniona światowa opinia publiczna śledzi te wysiłki, bijąc rekordy oglądalności. Czyż trzeba nam lepszego dowodu, że Polska wybija się na mocarstwowość? A jeśli jakimś malkontentom byłoby tego za mało, to przecież mogą popatrzeć na Księcia-Małżonka, który albo zwołuje internetowe narady wojenne z udziałem mocarstw bałtyckich, albo dzwoni do różnych osobistości europejskich, dopytując się, co tam w naszych sprawach postanowiły – a one udzielają mu odpowiedzi, wprawdzie wymijających, ale za to pełnych treści? Po co Księciu-Małżonku, czy obywatelu Tusku, „myślniem zbytniem głowy psować”, kiedy starsi i mądrzejsi już tam tak wszystko urządzą, żeby było dobrze?

No bo przecież będzie dobrze, a może nawet jeszcze dobrzej. Właśnie wysłuchałem opinii utytułowanej pani ekspertki z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, która w programie pani red. Marty Sakowskiej zapewniła wszystkich, że Rosja „musi” wojnę przegrać. Najwyraźniej w PISM już postanowiono, tylko Putin jeszcze o tym nie wie i wojuje jakby-nigdy-nic. Wprawdzie niektórzy analitycy przypuszczają, że pani red. Sakowska aż dotąd nie może się pogodzić z odwołaniem jej z intratnej funkcji korespondenta z Waszyngtonie, toteż daje wyraz swemu zgorzknieniu, zapraszając do studia TV „Polsat” osobistych nieprzyjaciół Donalda Trumpa, którzy prześcigają się w krytyce amerykańskiego prezydenta, podobnie jak to było za pierwszej komuny, kiedy w niezależnych mediach głównego nurtu amerykańskim prezydentom nie szczędzono gorzkich słów krytyki – ale czyż to nie był wyraz chwalebnego pluralizmu? W Związku Radzieckim amerykańskich prezydentów też media mogły krytykować, ile dusza zapragnie, więc jakże nie można było pokazać, że my też nie od macochy? Teraz sytuacja jest trochę inna, bo właśnie prezydent Trump ogłosił nową strategię, z której wynika że USA już nie traktują Rosji jako zagrożenia. Ale my tam wiemy swoje – oczywiście dopóki w Berlinie nie zadecydują inaczej. To też jest powód do optymizmu – bo w przeciwnym razie musielibyśmy sami zachodzić w um – a tak, to niech się Niemcy martwią, dzięki czemu my będziemy mogli spokojnie sobie wypić i zakąsić. Czegóż chcieć więcej?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Wykopaliska krymskie i warszawskie

Wykopaliska krymskie i warszawskie

Wykopaliska krymskie i warszawskie

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    20 grudnia 2025 michalkiewicz

Jak było za komuny, tak i teraz, najtwardszym jądrem systemu, który Amerykanie nazywają „Deep state”, była i jest bezpieka. Z kolei jej najtwardszym jądrem jest wywiad wojskowy, wywodzący się [w neo-PRL md] wprost z komuny. Jak pamiętamy, o ile SB została w połowie lat 80-tych rozgromiona, a u progu transformacji ustrojowej, przetrzebiona tak zwaną „weryfikacją”, to wywiad wojskowy przeszedł transformację ustrojową w szyku zwartym i jako Wojskowe Służby Informacyjne, przez 16 lat funkcjonował sobie w „wolnej Polsce”, rozbudowując agenturę w konstytucyjnych organach państwa, a kluczowych segmentach gospodarki, zwłaszcza – w sektorze finansowym i paliwowym – w prokuraturze i niezawisłych sądach, a także w mediach i przemyśle rozrywkowym, gdzie wpływa się na masowe nastroje. Za pośrednictwem tej agentury wywiad wojskowy, czyli „stare kiejkuty”, z którymi rywalizuje o wpływy ABW, kręcą nie tylko całym państwem, ale całym życiem publicznym.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby stare kiejkuty, podobnie jak bezpieczniacy w państwach poważnych, służyły państwu polskiemu. Ktoś bowiem musi państwem rządzić, bo przecież nikt przytomny nie powoli, by rządziła ulica, zwłaszcza w państwach dysponujących bronią ultymatywną. Do rządzenia potrzebne są dwie rzeczy: siła i wiedza. I jednym i drugim dysponuje armia i bezpieka, chociaż przysłuchując się wypowiedziom niektórych generałów naszej niezwyciężonej armii, można co do tej wiedzy, a nawet władz umysłowych, nabrać poważnych wątpliwości. Bezpieczniacy, może z wyjątkiem pana generała Marka Dukaczewskiego, którego resortowa „Strokrotka” do niedawna wzywała do TVN zawsze, gdy coś się albo u nas, albo na świecie działo, a pan generał mówił nie tylko jak jest , ale i – jak będzie – więc bezpieczniacy na ogół „nie gadają, tylko robią” – jak próbuje przechwalać się vaginet obywatela Tuska Donalda.

Nie ulega natomiast najmniejszej wątpliwości, że Wielce Czcigodni parlamentarzyści, z których rekrutują się kolejne vaginety, w zdecydowanej większości, ani wiedzą, ani siłą nie dysponują. Wystarczy wskazać na Wielce Czcigodną Kotulę Katarzynę, czy Martę Wcisło, by pozbyć się wszelkich złudzeń. Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – po co osobom zwerbowanym do wypełnienia list wyborczych, jakaś wiedza? Oficerowie prowadzący, którym przecież zawdzięczają znalezienie się w gronie reprezentantów narodu, w odpowiednim momencie powiedzą im, co mają robić.

Zatem problemem nie jest to, że tak naprawdę państwem zdalnie kieruje bezpieka, tylko to, że – w odróżnieniu od bezpieczniaków z państw poważnych, którzy służą swojemu państwu, mając świadomość, że innego nie będą mieli – nasi bezpieczniacy, pochodzący zresztą w znacznym stopniu ze środowiska polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, służą każdemu, kto tylko im obieca, że będą mogli pasożytować na historycznym narodzie polskim. I to właśnie jest naszym największym problemem politycznym oraz przyczyną kryzysu przywództwa, obejmującego WSZYSTKIE bez żadnego wyjątku środowiska.

I oto właśnie gruchnęła wieść, że nasi bezpieczniacy złapali w jakimś hotelu Rosjanina, pracownika Ermitażu, który na Krymie miał wykopywać jakieś „przedmioty ukraińskiego dziedzictwa kulturowego”. Ciekaw jestem, o co tu może chodzić, bo przecież wiadomo, że Krym został przekazany Ukraińskiej SSR przez Chruszczowa w roku 1954?

Toteż zaraz na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, że chodzi o precjoza, to znaczy – złoto i dewizy – jakie na Krymie, w ogrodach swoich rezydencji, pozakopywali ukraińscy oligarchowie – z korzeniami i bez – zanim jeszcze Putin posłał tam swoje „zielone ludziki” – a ten cały ruski naukowiec wszystko to im powykopywał. To by nawet trzymało się kupy, bo już Mikołaj Machiavelli zauważył w „Księciu”, że „łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny” – toteż nic dziwnego, że ukraińskie parchy-oligarchy zapałały do niego zimną nienawiścią, a kiedy tylko się dowiedziały, że postawił swoją wrażą stopę na prastarej ziemi polskiej, kazały tubylczym bezpieczniakom go schwytać – no a ci, jako „słudzy narodu ukraińskiego”, rozkaz w podskokach wykonali. Nie będziemy musieli długo czekać na wieść, że rezuny urezały mu szyję – oczywiście na podstawie praworządnego wyroku jakiegoś niezawisłego sądu – albo naszego, albo – jeszcze lepiej – ukraińskiego, które znane są na całym świecie z praworządności.

Mniejsza jednak o te fałszywe pogłoski; jak tam będzie, tak tam będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było – twierdził dobry wojak Szwejk. Znacznie ciekawsza jest bowiem sekwencja wydarzeń, zapoczątkowanych ucieczką z Ukrainy do Izraela Timura Mindycza, bliskiego kolaboranta prezydenta Zełeńskiego. Ten cały Timur, oczywiście z pierwszorzędnymi korzeniami, podobnie jak prezydent Zełeński, miał sprywatyzować sobie co najmniej 100 milionów dolarów z pieniędzy, jakie Zachód Ukrainie pożycza, a niemądra Polska daje za darmo.

Jak pamiętamy, na wieść o tym wydarzeniu natychmiast zareagował Książę-Małżonek Sikorski Radosław, deklarując niezwłoczne przekazanie Ukrainie dokładnie 100 milionów dolarów. Już mniejsza o to, dlaczego odezwały się nożyce w osobie Księcia-Małżonka – chociaż i to wywołało falę fałszywych pogłosek, jakoby Timur Mindycz, a nawet sam prezydent Zełeński nie tylko dzielił się otrzymaną forsą ze swoimi dobrodziejami, ale w dodatku zapisywał w kapowniku, ile komu dał i gdzie tamten forsę schował.

A teraz, kiedy Amerykanie przyciskają go do ściany, rzutem na taśmę grozi wielkiej europejskie czwórce: premierowi brytyjskiemu, prezydentowi francuskiemu, niemieckiemu kanclerzowi i Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, że wszystko roztrąbi – o ile tamci nie załatwią mu na koniec dobrego fartu forsy z zamrożonych ruskich aktywów. Toteż „wielka czwórka” na gwałt próbuje zmłotować belgijski rząd, żeby im te aktywa dał – bo inaczej zostaną puszczone śmierdzące dmuchy. Książę-Małżonek, ani obywatel Tusk nie zostali dopuszczeni do konfidencji, co na swój sposób może dobrze o nich świadczyć, ale jednocześnie potwierdza podejrzenia, że są zbyt głupi, by korzystać z wojny, jak to robią starzy wyjadacze z państw poważnych.

Jednak znacznie ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, skąd właściwie Książę-Małżonek miałby wziąć 100 milionów dolarów, zwłaszcza w sytuacji, gdy właśnie uchwalona została ustawa budżetowa, przewidująca deficyt przekraczający 271 mld złotych?

Do dni ostatnich nie potrafiliśmy na to pytanie odpowiedzieć, ale ostatnie zawirowania w Narodowym Banku Polskim, gdzie osoby delegowane tam przez vaginet obywatela Tuska Donalda próbują właśnie wysadzić w powietrze pana prezesa Adama Glapińskiego i przejąć ręczne sterowanie Bankiem, rzuca światło na tę sprawę. Jak bowiem wiadomo, pan prezes Glapiński nakupował do NBP wielkich ilości złota, ponad 530 ton.

Jestem pewien, że ukraińskim oligarchom to złoto by się przydało, a Książę-Małżonek jak zwykle nie potrafił utrzymać języka za zębami, podobnie jak po wysadzeniu bałtyckich gazociągów i – jak to narcyz – nie mógł się powstrzymać, by nie zaimponować światu swoją hojnością – ale przy okazji ujawnił spisek uknuty przeciwko Narodowemu Bankowi Polskiemu przez obywatela Tuska Donalda, któremu mogli przecież zlecić to jego niemieccy przyjaciele na wypadek, gdyby młotowanie Belgii nie dało rezultatów.

Światełko w tunelu?

Światełko w tunelu?

Stanisław Michalkiewicz (www.magnapolonia.org)    18 grudnia 2025

michalkiewicz

Po przyzwoleniu, jakiego w marcu 2023 roku udzielił amerykański prezydent Józio Biden ówczesnemu niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Sholzowi, by Niemcy, w nagrodę za dobre sprawowanie, tzn. – za zerwanie strategicznego partnerstwa z Rosją, urządzali sobie Europę po swojemu, wydawało się, że nie ma ratunku, że zostaliśmy wepchnięci na równię pochyłą, na końcu której jest Generalna Gubernia, albo i coś gorszego. Dodatkową przygnębiającą poszlaką, wskazującą, że wypadki zmierzają w tym właśnie kierunku, była inicjatywa Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, by znowelizować traktat liz boński. Ta nowelizacja, którą w ubiegłym roku rekomendował Parlament Europejski, ma objąć 270 punktów – ale najważniejsze wydają się trzy.

Po pierwsze – likwidacja prawa weta – co oznacza, że członkowskie bantustany mogą być zmuszone do robienia czegoś, co wcześniej uznały za sprzeczne ze swoim interesem państwowym. Po drugie – zmniejszenie liczebności Rady Europejskiej z 27 do 15 członków – co oznacza, że prawie polowa członkowskich bantustanów będzie pozbawiona uczestnictwa w organie władzy prawodawczej UE – bo to Rada Europejska, a nie Parlament Europejski ma w UE władzę prawodawczą. Wreszcie – po trzecie – przekazanie do wyłącznej kompetencji UE 65 obszarów decyzyjnych. Wszystko to składa się na wizję IV Rzeszy – zresztą całkowicie zgodną z wizją Adolfa Hitlera, który w roku 1943, na spotkaniu z gauleiterami powiedział m.in, że „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią Europę prawidłowo zorganizować.

Wydawało się zatem, że nie ma rady – musimy ześliznąć się do poziomu Generalnego Gubernatorstwa, a więc – rodzaju niemieckiej kolonii w IV Rzeszy tym bardziej, że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nawet nie ukrywała, że w tym właśnie celu posłała tu obywatela Tuska Donalda na stanowisko tubylczego premiera.

Na domiar złego, nowa administracja amerykańska pod przewodnictwem prezydenta Trumpa sprawiała wrażenie, że podtrzymuje przyzwolenie udzielone Niemcom przez prezydenta Józia Bidena i pod pretekstem zmuszenia Europy do wzięcia sprawy swojej obronności we własne ręce, godzi się na oddanie jej Niemcom w arendę. Taki obrót spraw byłby dla Niemiec prawdziwym darem Niebios, bo przecież od 1990 roku stały się one wyznawcami doktryny „europeizacji Europy”, a więc cierpliwego i metodycznego, chociaż delikatnego, wypychania Ameryki z europejskiej polityki oraz zwolennikami europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, dzięki którym spełniłyby swoje marzenie o położeniu palca na francuskim atomowym cynglu.

To wrażenie w ostatnich tygodniach nabrało, można powiedzieć, ciała, wskutek ogłoszenia nowej amerykańskiej doktryny, w której Rosja nie jest już uznana za „zagrożenie”, a Europa najwyraźniej została pozostawiona sama sobie – ale to oznaczało tylko tyle, że Ameryka godzi się na oddanie jej Niemcom w arendę. To przygnębiające wrażenie zostało wzmocnione zapowiedzią wprowadzenia regulacji o zwalczaniu antysemityzmu i „wspieraniu życia żydowskiego” w Polsce – co zapowiada z jednego strony terror wobec tubylców, a z drugiej – system przywilejów dla Żydów, dzięki czemu będą oni mogli bezpiecznie, to znaczy – bez obawy jakichś polskich nieprzyjaznych gestów, przystąpić do realizowania programu żydowskich roszczeń majątkowych wobec Polski dotyczących tzw. własności bezdziedzicznej. Oznaczało to, że w Generalnej Guberni nadzór nad mniej wartościowym narodem tubylczym Niemcy powierzą Żydom, którzy staną się dla tubylców rodzajem Herrenvolku. Towarzyszące tym przygotowaniom wydarzenia w postaci rozpoczęcia procesu Grzegorza Brauna oraz zapowiedzi delegalizacji Konfederacji Korony Polskiej, jak tylko vaginet obywatela Tuska Donalda obsadzi Trybunał Konstytucyjny stosowną agenturą, a potem – delegalizacji pozostałych Konfederacji – nie pozostawiały złudzeń.

W świetle tego wszystkiego słowa pocieszenia ze strony amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, brzmiały prawie ironicznie i wyglądały na komplementy pod adresem Polski – komplementy, które Ameryki nic przecież nie kosztują. Aliści w dniach ostatnich media przyniosły informację o drugiej części amerykańskiej doktryny strategicznej, z której wynika niemal exressis verbis, że USA nie porzuciły myśli o dekompozycji Unii Europejskiej, czyli zablokowaniu albo przynajmniej terytorialnym zredukowaniu IV Rzeszy. Można było się tego domyślać, po wystąpieniach Elona Muska, za które Książę-Małżonek wysyłał go nawet na Marsa – ale dzięki tej publikacji zyskaliśmy pewność. Skoro Ameryka próbuje wznowić ściślejszą współpracę z Włochami, Austrią, Węgrami i Polską, to znaczy, że nawiązuje do koncepcji Heksagonale – ale uzupełnionego i poprawionego – ze Stanami Zjednoczonymi, jako protektorem tego przedsięwzięcia.

Wypada tedy przypomnieć, że pod koniec lat 80-tych państwa Europy Środkowej, w obliczu ewakuacji imperium sowieckiego z tej części kontynentu, postanowiły wziąć sprawę swojej niepodległości we własne ręce i na spotkaniu w Budapeszcie w roku 1989, podpisały porozumienie o politycznej współpracy, zwane potocznie od czworga sygnatariuszy (Włoch, Austrii, Węgier i Jugosławii) „Quadragonale”. Do tego porozumienia dołączyła – jeszcze przed aksamitnym rozwodem – Czechosłowacja – jako piąty sygnatariusz, stąd Quadragonale przekształciło się w Pentagonale – oraz Polska jako sygnatariusz szósty – wobec czego Pentagonale przekształciło się w Heksagonale. Ale Niemcy, które od 1990 roku odzyskały w Europie swobodę ruchów, natychmiast przystąpiły do wysadzania Heksagonale w powietrze i za cel pierwszego ataku obrały Jugosławię, która miała być bałkańskim filarem Heksagonale. Doszło tam – jak pamiętamy – do rozpętania krwawej wojny domowej, a pozostali sygnatariusze widząc co grozi za politykowanie za niemieckimi plecami, natychmiast się od tego projektu zdystansowały i odtąd Niemcy wypełniają próżnię po ewakuacji imperium sowieckiego, rozszerzając na wschód Unię Europejską, której są politycznym kierownikiem.

W lipcu 2017 roku Donald Trump podczas swego pobytu w Warszawie powiedział, że „projekt Trójmorza” bardzo mu się podoba i USA będą go „wspierały” O co chodzi? Ano – o Heksagonale, tylko uzupełnione i poprawione – z Ameryką, jako protektorem. Wygrana Józia Bidena i rozpętanie wojny na Ukrainie sprawiło, że ten pomysł sprawiał wrażenie odesłanego do lamusa – ale oto obecnie powraca on i to nie w postaci luźno rzuconego zdania – ale elementu ogłoszonej właśnie amerykańskiej doktryny strategicznej. I co Polska na to?

Niestety nie wygląda na to, by Polska była gotowa na podjęcie tej inicjatywy. Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda wykonuje zadanie doprowadzenia Polski do Generalnej Guberni – ale i Naczelnik Państwa, uważający się za tęgiego strategosa, dał się omotać żydowskiemu, kijowskiemu komikowi i doprowadził do całkowitego zamrożenia stosunków z Węgrami do tego stopnia, że prezydent Nawrocki splamił mundur na samą myśl o s;potkaniu z węgierskim premierem. Jedyna tedy nadzieja w Konfederacjach – o ile BND nie zdąży wcześniej doprowadzić do ich delegalizacji, a Ameryka nie kiwnie palcem by doprowadzić do przesilenia rządowego w Polsce.

Stanisław Michalkiewicz

„Forsa wprawia w ruch ten świat…”. Pioruny a sprawa polska

„Forsa wprawia w ruch ten świat…”. Pioruny a sprawa polska

17.12.2025 Stanisław Michalkiewicz forsa-wprawia-w-ruch-ten-swiat-pioruny-a-sprawa-polska

Stanisław Michalkiewicz.
Stanisław Michalkiewicz. / foto: PAP

Tak zaczynała się piosenka śpiewana przez Lizę Minelli w filmie „Kabaret” opowiadającym o schyłkowej fazie Republiki Weimarskiej w Niemczech, kiedy to tamtejsi Żydowie i celebryci jeszcze używali życia – jak mówi poeta – „całą paszczą”, a tymczasem na horyzoncie majaczył już wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler ze swoimi zwolennikami.

Jak pamiętamy, reprezentował ich cherubinkowaty młodzieniec z Hitlerjugend, śpiewający zaczynającą się od bukolicznego wstępu sentymentalną piosenkę, jak to przyroda i w ogóle wszystko budzi się do życia – ale po nim następowała w refrenie twarda konkluzja, że „przyszłość należy do mnie”. I – jak pamiętamy – tę coraz bardziej stanowczo brzmiącą konkluzję stopniowo podchwytują wszyscy zebrali w piwiarnianym ogródku ludzie, z wyjątkiem pochylonego nad kuflem piwa starowiny, pozostającego w wyraźnej mniejszości.

„Co ci przypomina widok znajomy ten”? Ach, czyż przypadkiem nie piosenkę Macieja Zembatego o Anastazji Pietrownie, która pędziła sankami przez ulice Piotrogrodu, a na jej twarz padały płatki śniegu wielkości złotych pięciorublówek? „A tymczasem na Newie już cumował krążownik »Aurora«”. A potem krążownik „Aurora” wystrzelił – i od tego czasu śpiewamy inne piosenki? Między innymi tę, rozpropagowaną przez Żannę Biczewską: „Nie nada grustit, Gospoda oficery. Czto my potieriali, nikak nie wiernuś. Uż nietu otieczestwa, nietu uż wiery…”.

Ale dość tych sentymentów, bo przecież forsa, która „wprawia w ruch ten świat”, sentymentów nie lubi, a może nawet nie zna, a w każdym razie – nie chce znać? Wracając tedy na nieubłagany grunt forsy, wypada odnotować deklarację amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, który 2 grudnia br. powiedział nie tylko, że Ameryka już „nie uczestniczy finansowo” w wojnie na Ukrainie, ale również – że administracja poprzedniego prezydenta Józia Bidena od roku 2022 wpompowała w Ukrainę co najmniej 350 mld dolarów?

Pioruny w Kijowie walą coraz bliżej

Ale nie zaczęło się to przecież bynajmniej od Józia. Wszystko zaczęło się od 5 mld dolarów, jakie administracja prezydenta Obamy wyłożyła w roku 2014 na zorganizowanie na Ukrainie „majdanu”, którego nieukrywanym celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej strefy Europy. Bo na podstawie decyzji szczytu NATO w Lizbonie, 20 listopada 2010 roku, proklamowane zostało „strategiczne partnerstwo NATO-Rosja”, którego najtwardszym jądrem było ustanowione wcześniej strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. Prawie – bo obecne mocarstwa bałtyckie, które w pierwszej wersji znajdowały się po wschodniej stronie kordonu, teraz – jako członkowie NATO od grudnia 1999 roku – znalazły się po jego stronie zachodniej. Ale Ukraina i Białoruś po staremu były po stronie wschodniej.

Wspomniane 5 mld dolarów doprowadziło nie tylko do wysadzenia w powietrze politycznego „porządku lizbońskiego” – co było – jak można przypuszczać – pierwotną przyczyną obecnej wojny na Ukrainie, ale również – bo Amerykanie wprawdzie sypią szmalem, ale chcą mieć nad nim jakąś kontrolę – stało się też powodem utworzenia przez prezydenta Piotra Poroszenkę, co to zastąpił zbiegłego do Rosji Wiktora Janukowycza – NABU, czyli specjalnej agencji antykorupcyjnej. Ta agencja przez długie lata nie dawała jakichś wyraźnych oznak życia, a w każdym razie „niezależne media głównego nurtu” specjalnie się nią nie interesowały – aż do lipca ubiegłego roku, kiedy to prezydent Zełenski podjął próbę podporządkowania jej rządowi. Mimo wojennej dyscypliny doprowadziło to do gniewnych demonstracji w Kijowie, które może przeszłyby bez echa – ale też do protestu ze strony „Europy”, która też wpompowała w Ukrainę pod pretekstem wojny bajońskie sumy. W rezultacie prezydent Zełenski się wycofał, bo jużci – nie może jednocześnie wojować i z Putinem, i z Ameryką, i z Europą na dodatek. No i się zaczęło.

W odwecie NABU „odkryło” gigantyczną aferę korupcyjną, której głównymi bohaterami byli najbliżsi kolaboranci prezydenta Zełenskiego: Timur Mindycz i Aleksander Cymerman. Timura Mindycza jakiś życzliwy (czy przypadkiem nie prezydent Zełenski?) w ostatniej chwili ostrzegł, dzięki czemu przyjechał on sobie do Warszawy, gdzie wziął nawet udział w nabożeństwie w synagodze sekty Chabad Lubawicz, a następnie, już in odore sanctitatis – odleciał do Izraela, który Żydów nikomu nie wydaje, zwłaszcza, jak przybywają z milionami dolarów.

Wydawało się, że ten grom, który wprawdzie strzelił blisko, już się nie powtórzy – a tymczasem, tuż przed zapowiedzianą wizytą amerykańskiej delegacji w Moskwie, która miała się namawiać z prezydentem Putinem w sprawie „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, usłyszano w Kijowie kolejną potężną detonację.

Tym razem piorun strzelił tuż obok samego prezydenta Zełenskiego, porażając jego „prawą rękę” w osobie Andrzeja Jermaka, ongiś producenta filmowego, a do niedawna – drugą osobę w państwie po prezydencie Zełenskim. Tego grzmotu, który spowodował łoskot znacznie większy od wybuchu zwiastującego rozpoczęcie operacji „dywersji kolejowej” w rejonie przystanku Mika na trasie Warszawa-Lublin – już wyciszyć się nie dało, toteż pan Jermak nie tylko zrezygnował ze wszystkich funkcji, którą to rezygnację prezydent Zełenski ze zrozumieniem przyjął, ale jeszcze taktownie ogłosił, że rusza na front.

Czy ten ruch miałby oznaczać, że na froncie taktownie da się odstrzelić, czy też tylko zszedł z linii strzału, by – tym razem już bez ostentacyjnego udziału w nabożeństwie – wylądować w bezcennym Izraelu? Jak tam było, tak tam było – bo każdy rozumie, że w delikatnym momencie, gdy ważą się przecież losy „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, żaden piorun nie powinien trafić prezydenta Zełenskiego.

Na to ewentualnie przyjdzie czas później, kiedy już nastanie ów „sprawiedliwy pokój” – no a wtedy również prezydent Zełenski może doświadczyć rozmaitych przygód – chyba że przytomnie zdąży dotrzeć do Izraela, gdzie w miłym towarzystwie Timura Mindycza, a być może i swojego wynalazcy – Igora Kołomojskiego – w przerwach między toastami będzie się zaśmiewał z ukraińskich – a pewnie i polskich – głupich gojów.

W Brukseli też pioruny

Jeszcze nie ochłonęliśmy z wrażenia po piorunowym gromie trafiającym w Andrzeja Jermaka, kiedy belgijska policja nie tylko aresztowała gwiazdę Unii Europejskiej Madame Fryderykę Mogherini, która po owocnej służbie dla „Europy” wylądowała na posadzie rektora tamtejszego Collegium Thumanum, przygotowującego dla Unii Europejskiej kadry co to w brukselskiej dżungli zawsze potrafią znaleźć najkrótszą drogę do żerowiska. Nie tylko ją aresztowała, ale nawet przeszukała jej apartamenty.

Czego tam szukała, czy to znalazła i jaki zamierza zrobić z tego użytek – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy – ale i bez tego widzimy, że pioruny zaczynają walić też w – wydawałoby się, że bezpiecznej od wszystkich klimatycznych gwałtowności Brukseli. Czy Niebo w ten sposób dało do zrozumienia również Reichsführerin Urszuli Wodęleje, że nie jest bezpiecznie? Tego z góry wykluczyć się nie da i to z kilku powodów.

Po pierwsze wypada zwrócić uwagę, że belgijska policja aresztowała panią Fryderykę zaraz potem, jak Reichsführerin Urszula Wodęleje w ramach konstruowania nie tylko „sprawiedliwego pokoju” dla Ukrainy, ale również – a może nawet przede wszystkim – wpadła na pomysł, by odbudowywać Ukrainę za pieniądze z „zamrożonych” ruskich aktywów. Nawet nie śmiem sobie wyobrazić, ile z tego prezydent Zełenski czy jakiś inny musiałby „koalicji chętnych” odpalić. Rząd belgijski stanowczo się temu sprzeciwił, nie bez powodu obawiając się, że jak już kurz bitewny opadnie, to od kogo ruscy szachiści zażądać mogą zwrotu owych „zamrożonych” aktywów? Czy przypadkiem nie od rządu belgijskiego? W tej sytuacji konieczność aresztowania pani Fryderyki stała się palącą i naglącą oczywistością. A ponieważ ruskie przysłowie powiada, że nikt nie jest bez grzechu wobec Boga ani bez winy wobec cara, to z powodu sprzeciwu rządu belgijskiego co do skonfiskowania i podarowania Ukrainie zamrożonych aktywów rosyjskich, również Europejski Bank Centralny, 2 grudnia br., odrzucił pomysł Reichsführerin Urszuli Wodęleje. Ale Reichsführerin Urszuli Wodęleje może czasami brakować forsy, jednak nigdy nie brakuje jej pomysłów niczym Kukuńkowi „koncepcji”. Toteż zaraz wpadła na pomysł, że skoro nie da się ruszyć zamrożonych ruskich aktywów, to przecież „Europa” zawsze może zaciągnąć „dług” i z tego sfinansować odbudowę Ukrainy.

Ta niebywała pomysłowość Reichsführerin Urszuli Wodęleje utwierdza mnie w podejrzeniach zarówno co do niej, jak również – całej „koalicji chętnych”, że przebiegły prezydent Zełenski owszem – dzielił się krociami, jakimi „Europa” futrowała Ukrainę – ale starannie zapisywał w kapowniku nie tylko, z kim się podzielił i jakimi kwotami – ale również – kto i gdzie te walory schował. W przypadku Reichsführerin nie byłby to zresztą debiut – ale czy innym uczestnikom „koalicji chętnych” jakaś forsa by się nie przydała? Najwyraźniej prezydent Zełenski, chociaż z korzeniami, mógł w swoim postępowaniu kierować się wskazówką Ewangelii, która doradza, by „czynić sobie przyjaciół niegodziwą mamoną” (Por. Łk 16, 9). Jakże inaczej wyjaśnić pragnienie „koalicji chętnych”, by „stać murem” za Ukrainą, kiedy nie wiadomo nawet w ogólnych zarysach, ile ten mur będzie kosztował? Jeśli tedy moje podejrzenia są uzasadnione, to wydaje się oczywiste, że wojna na Ukrainie prędko się nie skończy, bo – jak przestrzegają militaryści – pokój, chociaż oczywiście „sprawiedliwy” – może być też „straszny”.

Pioruny a sprawa polska

Dotychczas poczciwie przypuszczałem, że nasi Umiłowani Przywódcy są za głupi, żeby czerpać jakieś korzyści z wojny – ale jeśli nawet ogólnie to może być prawda, to – jak przy każdej regule – mogą zdarzyć się wyjątki. Dopiero olśniła mnie skwapliwość, z jaką Książę-Małżonek zadeklarował „w imieniu Polski” przekazanie Ukrainie 100 milionów dolarów – dokładnie tyle, ile miał przytulić Timur Mindycz z kolegami. Taka skwapliwość, taka hojność, a przede wszystkim – taka dokładność – przypadkowa przecież być nie może. Mamy w związku z tym dwa alternatywne podejrzenia. Pierwsze – że vaginet obywatela Tuska Donalda też mógł składać jakieś propozycje prezydentowi Zełenskiemu, a ten w kapowniku – i tak dalej. Drugie – że vaginet obywatela Tuska Donalda – jako „sługa narodu ukraińskiego” – żadnych propozycji prezydentowi Zełenskiemu nie ośmielał się złożyć, a skwapliwość Księcia-Małżonka jest rezultatem iskrówki, jaką do vaginetu wysłała Reichsführerin Urszula Wodęleje: wiecie, rozumiecie; przekażcie telegraficznie Ukrainie 100 mln dolarów, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.