Jak Trump staje się podobny do władzy radzieckiej – pod jednym względem

Jak Trump staje się podobny do władzy radzieckiej pod jednym względem

1.02.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas.

Nie wiem, czy prezydent Stanów Zjednoczonych – Naszego Najważniejszego Sojusznika – byłby z tego zadowolony – ale nie da się ukryć, że pod pewnymi względami staje się on podobny do władzy radzieckiej. Właściwie to nawet nie „pod pewnymi względami”, tylko pod jednym względem. Jak bowiem zauważył Aleksander Sołżenicyn – „z władzą radziecką nie będziesz się nudził”.

Podobnie jest z prezydentem Donaldem Trumpem. Z nim nudzić się też niepodobna – o czym możemy przekonać się co najmniej od miesiąca.

Weźmy taką Wenezuelę. Od dłuższego czasu wokół tego państwa gromadziły się czarne chmury, a chmur tych przybywało w miarę, jak wokół Wenezueli koncentrowały się amerykańskie wojska zarówno lądowe, jak i powietrzne czy morskie. Donald Trump zresztą wcale tego nie ukrywał, przeciwnie – podkreślał z naciskiem, że zamierza z tą całą Wenezuelą zrobić porządek – ale najwyraźniej nikt mu chyba nie wierzył. Aż tu nagle, kiedy nikt niczego się nie spodziewał, tamtejszy prezydent Mikołaj Maduro został porwany z własnej sypialni razem z żoną, która zaczęła przychodzić do siebie dopiero na pokładzie samolotu, który „z szybkością płomienia” – jak powiedzieliby Chińczycy – wiózł ją do aresztu wydobywczego w Nowym Jorku.

I kiedy „eksperci” jazgotali, że Stany Zjednoczone „złamały prawo” międzynarodowe, okazało się, że prezydent Trump jakoś dogadał się z reżymem wenezuelskim, o czym świadczyła nie tylko wizyta pani Mari Machado, która prezydentowi Trumpowi podarowała medal Pokojowej Nagrody Nobla, ale też wenezuelskiej prezydentessy, która najwyraźniej nastawiła się Stanom Zjednoczonym lepiej od noblistki, bo prezydent Trump właśnie z nią będzie teraz robił interesy na sprzedaży wenezuelskiej ropy. Fałszywe pogłoski utrzymują, że za pośrednictwem Kataru, który ropę tę będzie sprzedawał, a zyskami dzielił się z prezydentem Trumpem po bratersku, on zaś z kolei okruchami ze stołu pańskiego będzie zalepiał otwory gębowe wenezuelskim reżymowcom. W sytuacji gdy najwyraźniej zostało to przyklepane w imieniu wenezuelskiego reżymu przez tamtejszą prezydentessę, więc dzisiaj już żadna Schwein o żadnym złamanym „prawie międzynarodowym” nie wspomina. Czegóż chcieć więcej?

A tymczasem, kiedy ważyły się losy Wenezueli, na Florydzie lądował samolot z premierem rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniaminem Netanjahu. Najwyraźniej musiał on przekonać prezydenta Donalda Trumpa do zmiażdżenia złowrogiego irańskiego reżymu tym łatwiej, że już w przeddzień rozpoczęła się tam antyreżymowa rewolucja. I kiedy wszystko rozwijało się pomyślnie, do tego stopnia że wyciągnięty został z naftaliny „następca tronu”, który zapowiedział swoje przybycie, wystąpiły komplikacje. Oto złowrogi reżym irański powyłączał telefony i Internet, w związku z czym nie było innego wyjścia, jak namówić Elona Muska, by uruchomił „Starlinki” – bo w przypadku rewolucji łączność z centralą jest najważniejsza. Aliści – według krążących po Waszyngtonie fałszywych pogłosek, o których zameldował mi mój tamtejszy Honorable Correspondant, kontrwywiad irański namierzył korzystających z tej łączności agentów Mosadu i CIA, których reżym zaczął wyaresztowywać. [Ponad 800 – i obiecali ich powiesić. A szkoda byłaby, bo długo szkoleni. Więc – wycofano się z postępów postępu. md]

W tej sytuacji nie było innej rady, jak odwołać rewolucję, dzięki czemu prezydent Trump będzie mógł do zakończonych ośmiu wojen dodać dziewiątą, której nie tyle nie „zakończył”, co raczej jej zapobiegł. Na jak długo – aaa – to zależy od strat, jakie poniosły obie zainteresowane agentury – ale jasne jest, że ich odbudowa będzie musiała trochę potrwać. Ma się rozumieć, że rewolucja, która już nabierała rumieńców, zakończyła się jakby ręką odjął, a „następca tronu” znowu powędrował do naftaliny – aż do następnego razu. Teraz w Iranie trwa – jak to nazwał Kurt Vonnegut w „Rzeźni numer pięć”, „przeczesywanie terenu”, które można by porównać do gry miłosnej po orgazmie zwycięstwa, gdyby nie to, że ofiary są prawdziwe. Ale to przewidział już szkocki poeta Robert Burns, kiedy pisał, że „zwycięskich buntów nie ma, nigdy ich nie widziano, bo jeśli bunt zwycięży, przybiera inne miano”. Tak czy owak, póki sytuacja się nie wyjaśniła dzięki „dyplomacji Zatoki Perskiej”, która przekonała prezydenta Trumpa, by z Iranem na razie dał sobie spokój, to emocji było co niemiara, a eksperci kreślili coraz to nowe scenariusze. Czegóż chcieć więcej?

Tymczasem, gdy jeszcze nie ochłonęliśmy po emocjach związanych ze złowrogim Iranem, z inicjatywy prezydenta Donalda Trumpa pojawiła się – jakby to powiedział Kukuniek – „koncepcja” Rady Pokoju, której celem ma być zaprowadzenie porządku z Strefie Gazy. Na czym to ma polegać, tego jeszcze nie wiemy, ale w odpowiedniej chwili zostanie nam to objawione. Na razie wiemy, że prezydent Trump zaprosił do niej około 60 osobistości, wśród nich – prezydenta Putina i prezydenta Łukaszenkę.

Wspominam o nich również dlatego, że zaproszony został również węgierski premier Wiktor Orban i pan prezydent Karol Nawrocki, który niedawno zabawiał się w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską – teraz miałby kolegować z Aleksandrem Łukaszenką w Radzie Pokoju. Dla węgierskiego premiera Wiktora Orbana to żaden problem, ale pan prezydent najwyraźniej musi przeżywać jakiś dysonans poznawczy, bo podobno „konsultował się” z obywatelem Tuskiem Donaldem, który do Rady Pokoju w ogóle nie został zaproszony. W tej sytuacji jest prawie pewne, że obywatel Tusk Donald będzie panu prezydentowi Nawrockiemu odradzał przystąpienie do Rady Pokoju – jak to pies ogrodnika, co to sam nie zje i nikomu nie da.

Nawiasem mówiąc, z „koncepcji” Rady Pokoju wynika, że ma ona być rodzajem prestiżowej posady dla Donalda Trumpa, kiedy już przestanie być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Ma on bowiem dożywotnio tej Radzie przewodniczyć i mieć tam ostatnie słowo, tak że bez niego nie będzie mogła ona niczego postanowić. Jeśli pomysł wypali, to byłby to majstersztyk, zwłaszcza na tle usiłowań nieudolnych, przedsiębranych przez Aleksandra Kwaśniewskiego czy Andrzeja Dudę, którzy nawet sobie nic nie potrafili załatwić, nie mówiąc już o naszym nieszczęśliwym kraju. Zatem – czegóż chcieć więcej?

Ale to jeszcze nic w porównaniu z podchodami Donalda Trumpa pod Grenlandię. Najwyraźniej zamierza on przejść do historii jako jeden z tych nielicznych prezydentów USA, którzy powiększyli terytorium państwowe. Czy mu się to uda – tu musimy zastosować metodę uczonych radzieckich, co to wynaleźli sposób przewidywania przyszłości: wystarczy trochę poczekać.

Ale już na tym etapie widać, że Donald Trump zdołał osiągnąć kilka celów: testuje europejskich sojuszników, którzy zaczęli mu podskakiwać w sprawie Ukrainy, zaognił „stosunki transatlantyckie”, wskutek czego brukselski gang musi się zreflektować, no i zepchnął wojnę na Ukrainie na tak daleki plan, że tylko patrzeć, jak dołączy ona do tak zwanych „wojen zapomnianych”. Czegóż chcieć więcej?

Puls pulsuje

Puls pulsuje

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    1 lutego 2026 michalkiewicz

Przez ostatnie trzy dni nie trzymałem ręki na pulsie krajowej polityki, ponieważ 24 stycznia wyjechałem do Londynu, 25 stycznia miałem spotkanie z londyńską Polonią w POSK, a 26 późnym wieczorem wróciłem na ojczyzny łono. Ale chociaż nie trzymałem ręki na pulsie życia politycznego naszego nieszczęśliwego kraju, to puls życia politycznego dał o sobie znać i w Londynie. Pojawiły się bowiem fałszywe pogłoski, że jakiś tropiciel nazistów zadzwonił do tamtejszej gminy, że naziści szykują sobie sabat i że trzeba położyć temu kres. Na szczęście kierownictwo POSK podeszło do sprawy ze zrozumieniem i nie urządziło w niedzielę nagłego remontu, więc spotkanie przy pełnej sali, do której trzeba było donosić krzesła, a poświęcone odpowiedzi na pytanie: „czy będzie wojna”, odbyło się bez przeszkód.

Najwyraźniej w Wielkiej Brytanii muszą czytać „Gazetę Wyborczą”, której Judenrat nie ustaje w popularyzowaniu obecności „nazistów” – dlaczegoś akurat w Polsce. Kropla, jak wiadomo, drąży skałę, więc trudno się dziwić, że opinia, iż naziści urządzili sobie legowisko faszystowskie akurat w Polsce zatacza coraz szersze kręgi. Jest to zrozumiałe tym bardziej, że na przykład o żadnych „nazistach” , dajmy na to, na Ukrainie – nie wolno nawet pomyśleć, bez ryzyka utraty przyzwoitości, bez której trzeba porzucić marzenia nie tylko o politycznej karierze, ale nawet – o pozostaniu na wolności.

Z przyzwoitymi tak już jest, że jeden drugiemu przyzwoitość kontroluje, co jest łatwiejsze tym bardziej, że – jak wiadomo – jeden przyzwoity rozpoznaje drugiego przyzwoitego po zapachu. Do tego oczywiście trzeba mieć specjalnego nosa – ale w Judenracie z tym akurat nie ma problemu.

Gdyby pojawiły się jakieś problemy, na przykład w związku z katarem ścisłego kierownictwa, to jest jeszcze jedno kryterium przyzwoitości, w postaci pana Jerzego Owsiaka. Pan Jerzy Owsiak wprawdzie po zamordowaniu pana Pawła Adamowicza zapowiedział swoje odejście, ale – niczym w swoim czasie car Iwan Groźny – przychylił się do próśb zrozpaczonego ludu, który najwyraźniej nie przeżyłby kolejnego osierocenia i nadal patronuje Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, co to ma grać „do końca świata i jeden dzień dłużej”. To bardzo ambitny program, bo najwyraźniej zakłada, że nawet w przypadku końca świata forsa nadal do czegoś się przyda. Toteż nic dziwnego, że czciciele nieubłaganego postępu prześcigają się w coraz to bardziej osobliwych pomysłach na licytowanie. Ponieważ akurat wtedy, gdy odbywał się finał Wielkiej Orkiestry nie trzymałem ręki na pulsie, to o wszystkich pomysłach nie wiem, ale o niektórych dowiedziałem się wcześniej.

Szczególne wrażenie zrobiła na mnie oferta pani Julii Wieniawy, która postanowiła przeznaczyć na licytację w Wielkiej Orkiestrze „nocowanko” ze swoim udziałem. Z tym „nocowankiem” jednak jest tak, jak z Orderem Podwiązki, którego dewiza brzmi „Honi soit qui mal y pense” – co się wykłada, że wstyd temu, kto o tym źle pomyśli. Nie jest zatem wykluczone, że szczęśliwiec, który szarpnie się na licytowanie „nocowanka”, może potem odczuwać niedosyt – ale trudno: a la guerre comme a la guerre, więc jakieś straty muszą być. Już i tak opinią publiczną wstrząsnęła krytyka pana Jerzego Owsiaka ze strony pani Doroty Rabczewskiej, znanej jako „Doda Elektroda”, która pogniewała się z panem Owsiakiem na tle dobrostanu zwierząt. Chodzi o to, że gwoli stworzenia wrażenia większego przytupu, podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, puszczane są fajerwerki, które u co wrażliwszych zwierząt powodują traumy i katiusze. Akurat umarła Brigitte Bardot, która dla zwierząt zrobiłaby jeszcze więcej, niż dla ludzi, więc nic dziwnego, że ambitne osoby już się uwijają wokół wypełnienia tego wakatu.

Inne ambitne osoby korzystają z Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy na swój sposób. Na przykład Wielce Czcigodna Anna Maria Żukowska wprawdzie wpłaciła na rzecz Orkiestry („bo mówiła żony ciotka; tych co płacą nic nie spotka” – przekonywał poeta”) – ale oświadczyła jednocześnie, że „nienawidzi” uprawianego przez pana Owsiaka „szantażu moralno-politycznego”, że „każdy MUSI brać w tej akcji udział”, a w ogóle, to nie podoba się jej „upolitycznienie” WOŚP. Wprawdzie „szantaż”, nawet „moralno-polityczny” to nic dobrego, ale z drugiej strony deklarowanie otwartym tekstem, że się tego szantażu „nienawidzi”, może skutkować przedstawieniem Wielce Czcigodnej Annie Marii Żukowskiej „zarzutów”, a konkretnie jednego – uprawiania „mowy nienawiści”, z powodu której coraz więcej obywateli naszego nieszczęśliwego kraju przeżywa rozmaite zgryzoty – a tylko patrzeć, jak będą lądowali w areszcie wydobywczym, albo – w przypadku pecha – nawet w dole z wapnem. Po spektakularnym wprowadzaniu praworządności na tak zwany „rympał” w Krajowej Radzie Sądownictwa, gdzie pod nadzorem prokuratorów osobnicy ubrani w policyjne mundury pruli szafy niezawisłych sędziów, można spodziewać się najgorszego. Wprawdzie pani przewodnicząca Krajowej Rady Sądownictwa, w ten sposób zbezczeszczonej, złożyła skargę do prokuratury – ale co to da?

Dyć przecież Generalnym Prokuratorem obywatel Tusk Donald zrobił obywatela Żurka Waldemara, a ten z kolei posługuje się obywatelem Kornelukiem Dariuszem, który myśli, że jest Prokuratorem Krajowym, chociaż niedawno pan prezydent Karol Nawrocki przyjął pana Dariusza Barskiego i zaświadczył, że Prokuratem Krajowym jest właśnie on. Jakby tego było mało, to jeszcze Sąd Najwyższy, a konkretnie – Izba Odpowiedzialności Zawodowej orzekła, że decyzje obywateli: Bodnara Adama z czarnym podniebieniem i Żurka Waldemara o odwołaniu rzeczników dyscyplinarnych, których szafy w KRS-sie pruli osobnicy ubrani w policyjne mundury, „w świetle obowiązującego prawa nie było ani legalne, ani skuteczne”. W dodatku to orzeczenie zostało wydane przez tak zwanych „legalnych sędziów” a nie jakichś „neosędziów”. Ale obywatel Żurek Waldemar idzie w zaparte. Niech tam sobie sędziowie będą „legalni”, ale co z tego, skoro Izba Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego nie jest legalna?. A tak właśnie twierdzi Judenrat „Gazety Wyborczej”, który w takich sprawach ma ostatnie słowo.

W tej sytuacji nie ma rady, trzeba by zwrócić się do pana Jerzego Owsiaka, żeby on się w tej sprawie wypowiedział. Wprawdzie Wielce Czcigodna Anna Maria Żukowska zarzuca mu „upolitycznienie” Wielkiej Orkiestry, ale – powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – praktykowana w III Rzeszy Winterhilfswerke, czyli Akcja Pomocy Zimowej, też nie była wolna od akcentów politycznych i nawet serduszka były podobne.

Od polityki uciec niepodobna – twierdziła koleżanka Anna Bojarska i słuszna jej racja. Skoro tak, to co byłoby lepsze – czy gdyby w sprawie legalności Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego wypowiedział się pan Jerzy Owsiak, czy żeby swoją opinię przedstawił ostatni szef Wojskowych Służb Informacyjnych, pan generał Marek Dukaczewski, co to – gdy tylko w naszym nieszczęśliwym kraju coś ważnego się dzieje – przybywa do TVN i przed resortową Stokrotką” wyznaje, jak jest, a przede wszystkim – jak będzie?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

„Europa” jak Polska

„Europa” jak Polska

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   31 stycznia 2026 michalkiewicz

Ku powszechnemu zaskoczeniu, przybywszy do Davos na Światowe Forum Ekonomiczne, ukraiński prezydent Zełeński wygłosił przemówienie, w których w pełnych goryczy słowach skrytykował Europę za to, że nie poświęca się w sposób dostateczny, by Ukraina mogła wygrać wojnę. Pikanterii dodaje okoliczność, że to przemówienie prezydent Zełeński wygłosił nazajutrz po zatwierdzeniu przez Parlament Europejski przekazania przez UE Ukrainie 90 miliardów euro.

Przypomnijmy, że kiedy Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje nie udało się zmłotować Unii Europejskiej, by przejęła zamrożone rosyjskie aktywa, to zaraz ogłosiła plan „B” – żeby udzielić Ukrainie pożyczki w wysokości 90 mld euro, która zostanie spłacona, jak tylko Rosja wypłaci Ukrainie reparacje wojenne, czyli – prawdopodobnie nigdy. Inna sprawa, że i przekazanie zamrożonych rosyjskich aktywów przyniosłoby dla obywateli UE skutki podobne.

Chodzi o to, że te aktywa to w większości, a może nawet w całości, obligacje wystawione ongiś dla Rosji przez państwa UE. Żeby mogły one być zamienione na gotówkę – a dopiero wtedy Ukraina mogłaby zrobić z nich użytek – to najpierw musiałyby zostać wykupione – ale prze- cież nie przez Rosję, tylko przez kraje, które te obligacje wyemitowały. Zatem tak czy owak, beknąć będą musieli obywatele UE.

Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, zrobiła to samo, co państwa wojujące w I wojnie światowej. Były one przygotowane do wojny która nie powinna trwać dłużej, jak pół roku. Tymczasem pół roku minęło, a wojna ani myślała się skończyć. W tej sytuacji państwom wojującym zaczęło brakować środków na jej kontynuowanie. Ponieważ nie mogły obrabować obywateli państw nieprzyjacielskich, to obrabowały własnych obywateli, zawieszając standard złota i narzucając przymusowy kurs walutowy. Przewidział to wszystko Alexis de Tocqueville pisząc, że nie ma takiego okrucieństwa, ani takiej niesprawiedliwości, jakiej nie dopuściłby się nawet łagodny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy.

Ale chociaż z inicjatywy Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, którą w związku z tym podejrzewam o branie pieniędzy od prezydenta Zełeńskiego, który przezornie zapisywał w kapowniku, kto z dobroczyńców Ukrainy ile od niego wziął i gdzie schował, a teraz zagroził, że to wszystko ujawni, jeśli nie dostanie dodatkowej forsy, obywatele Unii Europejskiej zostali obrabowani na co najmniej 90 mld euro, które będą musieli oddać. Reichfuhrerin Urszula Wodęleje właśnie wygrała głosowanie w PE o votum nieufności w związku nie tylko z podpisaniem umowy z Mercosur, ale i zapowiedzią, że ta umowa wejdzie w życie natychmiast, chociaż PE właśnie skierował ją do TSUE, żeby sprawdzić, czy jest zgodna z unijnymi traktatami. Tę z kolei sytuację przewidział Franciszek ks. de La Rochefoucauld pisząc, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.

Pomijając już widoczną na tym tle solidarność biurokratów i łapowników, niepodobna nie zauważyć, że w Davos Unia Europejska, w także Wielka Brytania, zostały przez prezydenta Zełeńskiego potraktowane tak, jak Polska. Przypomnijmy, że kiedy się okazało, że Polska, realizując umowę z 2 grudnia 2016 roku przekazała nieodpłatnie Ukrainie znaczną część swoich zasobów państwowych, a ponadto wzięła na swoje utrzymanie około 2 mln obywateli Ukrainy, więc już niczego więcej dla tego państwa nie jest w stanie zrobić, prezydent Zełeński, a także tamtejsi banderowcy, szalenie się wobec Polski usztywnili, nie zamierzając ustąpić nawet w sprawie ekshumacji ofiar „rzezi wołyńskiej”, nie mówiąc już o eksportowaniu produktów rolniczych z Ukrainy na teren UE, przeciwko czemu daremnie protestowali polscy rolnicy, których interesów jakoby broniło Polskie Stronnictwo Ludowe.

Teraz jednak, po podpisaniu umowy z Mercosur i głosowaniu w PE nad wnioskiem o votum nieufności wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje wyjaśniło się, że PSL nie broni niczyich interesów poza własnymi – a interes własny PSL polega na tym, by jego zaplecze polityczne utrzymało synekury w gminach wiejskich i małych miasteczkach i w zamian za to tworzyło Stronnictwu aparat wyborczy, dzięki któremu jest ono w stanie zawsze przeturlać się przez klauzulę zaporową, a dzięki stuprocentowej, a w patriotycznych porywach nawet większej zdolności koalicyjnej, może wprowadzać swoich ludzi do rządu i używać życia całą paszczą.

No a teraz, kiedy ze strachu przez zdemaskowaniem przez prezydenta Zełeńskiego cała „koalicja chętnych” załatwiła dla Ukrainy 90 mld euro, ukraiński przywódca, najwyraźniej musiał dojść do wniosku, że więcej już od Unii Europejskiej nie dostanie, więc pryncypialnie zrugał „Europę” w Davos, przymilając się w ten sposób do prezydenta Donalda Trumpa. Wprawdzie prezydent Donald Trump już co najmniej od roku nie dał Ukrainie ani centa, ale ponieważ NABU zaczęła robić tam kurację przeczyszczającą, w ramach której do aresztu wydobywczego została wtrącona piękna w swoim czasie Julia Tymoszenko, która podobnie chlapie na samego prezydenta Zełeńskiego, to sprytny „sługa narodu” zorientował się, że jeśli nie chce zostać skrócony o głowę – bo na Ukrainie bywa, że z Żydami się nie ceregielą tak jak w Polsce i nawet żadnych „Dni Judaizmu” nikt tam nie celebruje – powinien umizgać się do amerykańskiego prezydenta i schronić się pod jego skrzydła.

Jest w tym również jądro racjonalne – bo tylko wysłannicy prezydenta Trumpa utrzymują kontakt i rozmawiają z Rosjanami, podczas gdy europejska „koalicja chętnych” tylko gada, co tam kiedyś zrobi, ale z Putinem nie rozmawia, żeby nawet w ten sposób nie narazić się prezydentowi Zełeńskiemu, który w kapowniku – i tak dalej. No to dlaczego prezydent Zełeński miałby nadal traktować ich z rewerencją, zwłaszcza gdy musiał dojść do wniosku, że więcej forsy już od UE nie dostanie? Tymczasem amerykańscy negocjatorzy, pan Witkoff i zięć, prosto z Kremla polecieli do Kataru, żeby delegacji ukraińskiej przekazać, co też usłyszeli od zimnego ruskiego czekisty Putina.

Nietrudno się domyślić, co mogą powiedzieć, bo ruscy szachiści od samego początku mówią to samo, a teraz dodają tylko żądania terytorialne, na które prezydent Zełeński zgodzić się nie może bez ryzyka skrócenia o głowę, zwłaszcza gdyby nie zdążył w porę ewakuować się do Izraela szlakiem Timura Mindycza. W tej sytuacji jedyna rada, to odwlekać jakiekolwiek uzgodnienia – bo w ten sposób „negocjacje” mogą się ciągnąć i ciągnąć, a Wołodymir Zełeński będzie względnie bezpieczny, jako „sługa narodu”, co to prowadzi walkę o pokój. Prezydentowi Trumpowi najwyraźniej to nie przeszkadza, bo forsy Ukrainie już nie daje, a zorientował się, że Rosja, to nie Wenezuela, więc zaprosił prezydenta Putina i prezydenta Łukaszenkę do Rady Pokoju.

Jak się okazuje, Unia Europejska bez Ameryki jest w takim samym położeniu, jak Polska pod rządami Naczelnika Państwa, czy obywatela Tuska Donalda, wobec których prezydent Zełeński okazał się takim samym niewdzięcznikiem, jak w Davos wobec Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii, z którą ma podpisane „stuletnie partnerstwo”.

Stanisław Michalkiewicz

Na przekór całemu światu

Na przekór całemu światu

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”   29 stycznia 2026 michalkiewicz

No nie, tego już za wiele! I to właśnie w momencie, gdy świat zmierza ku pokojowi i bezpieczeństwu – bo jakże inaczej rozumieć inaugurację Rady Pokoju na Forum Ekonomicznym w Davos?

Wprawdzie są tu pewne niejasności, czy do Rady Pokoju przystępują państwa, czy tylko zaproszone osobistości? Na razie wygląda na to, jakby Radę Pokoju miało tworzyć grono zaproszonych osobistości – bo na przykład Donald Trump będzie tej Radzie przewodniczył nawet gdy przestanie być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Podobnie węgierski premier Wiktor Orban. Jeśli w kwietniu przegrałby wybory i przestałby być premierem, to czy automatycznie utraciłby prawo zasiadania w Radzie Pokoju, zwłaszcza, gdyby zapłacił wpisowe w wysokości miliarda dolarów? Z drugiej jednak strony pan prezydent Karol Nawrocki, który został do Rady zaproszony, konsultował się z obywatelem Tuskiem Donaldem i na razie pisemnego akcesu nie złożył, twierdząc, że musi się w tej sprawie wypowiedzieć „parlament”, a może nawet – sam Książę-Małżonek?

Gdyby do Rady Pokoju przystępowały państwa, to owszem – ale skoro tylko osobistości, to po cóż ta cała parada – jak powiadał Aleksander Fredro? Mniejsza wreszcie z tym, bo wszystko się pewnie w miarę upływu czasu „jak figa ucukruje, jak tytuń uleży” – ale tak czy owak, nie da się ukryć, że w kierunku pokoju został zrobiony milowy krok. Toteż od razu się wyjaśniło, że o ile dotąd prezydent Ukrainy Wołodymir Zełeński nie chciał słyszeć o jakichś ustępstwach terytorialnych, a z kolei rosyjski prezydent Putin z naciskiem podkreślał konieczność respektowania rosyjskich zdobyczy na Ukrainie, to teraz obydwaj chcą „tego samego”. Tak w każdym razie twierdzi prezydent Donald Trump po rozmowie z prezydentem Zełeńskim. To znaczy – czego konkretnie chcą? A czegóż by innego, jak nie pokoju? Wprawdzie starożytni Rzymianie twierdzili, że si duo dicunt idem, non est idem – co się wykłada, że gdy dwóch mówi to samo, to nie jest to samo – ale nie można zaprzeczyć, że i Donald Trump też coś tam musi wiedzieć tym bardziej, że agencja NABU wsadziła do aresztu wydobywczego ongiś piękną Julię Tymoszenko, przedstawiając jej jakieś korupcyjne „zarzuty”, a fałszywe pogłoski utrzymują, że ona w tym areszcie wydobywczym chlapie na prezydenta Zełeńskiego.

Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie musi być ani słowa prawdy, ale gdyby było, to lepiej byśmy rozumieli, że w końcu i prezydent Zełeński zaczyna uświadamiać sobie konieczność – co według niemieckiego filozofa Hegla jest istotą wolności. W tej sytuacji tylko Aleksander Łukaszenka, który nie tylko został zaproszony do Rady Pokoju, ale nawet złożył już akces, może utożsamiać się w Białorusią, bo na razie nie widać, by ktoś mógłby mu tam zaszurać.

Wprawdzie pan prezydent Nawrocki kontynuuje rozpoczęte przez prezydenta Dudę zabawy w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską, ale słychać, że rząd litewski jest już nią trochę zniecierpliwiony, więc zamierza się ona przenieść z całym majdanem do Warszawy. Ale sprawa się komplikuje, bo w Warszawie posadę Pierwszego Białoruskiego Opozycjonisty zajmuje pan Paweł Łatuszka, więc na razie pani Swietłana jeszcze nie wie, czy w Warszawie nie będzie jej za ciasno. W tej sytuacji Aleksander Łukaszenka może spać spokojnie, nawet na posiedzeniach Rady Pokoju, tym bardziej, że rosyjski prezydent Putin, który też został zaproszony, na razie się waha.

Więc kiedy świat z radością wkracza na świetlisty szlak pokoju i bezpieczeństwa, z którego na pewno nie zepchną go podchody prezydenta Trumpa pod Grenlandię, do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa wtargnęła zorganizowana grupa przestępcza, to znaczy – pardon – nie żadna tam „zorganizowana grupa przestępcza” tylko prokuratorowie w asyście kilkudziesięciu policjantów. Wrażenie, jakby to była „zorganizowana grupa przestępcza” mogło wziąć się stąd, że sędziowie tworzący Krajową Radę Sądownictwa próbowali temu wtargnięciu przeszkodzić – ale co tak naprawdę może niezawisły sędzia, nawet gdyby ubrał się w togę i założył na szyję tombakowy łańcuch, jeśli „ludzie mający karabiny” olewają jego rozkazy ciepłym moczem?

W takich momentach obserwatorzy skłonni są zgadzać się z opinią Mao Tse Tunga, że „władza wyrasta z lufy karabinu”, a nie z żadnych demokratycznych legitymacji. Wprawdzie obywatel Żurek Waldemar, który na tę okazję nawet się ogolił, próbował nadać temu wtargnięciu pozory legalności – ale przecież on sam tkwi po uszy w sprośnych błędach Niebu obrzydłych. Na przykład uważa, jakoby Prokuratorem Krajowym był jego faworyt, pan Dariusz Korneluk z czarnym podniebieniem, podczas gdy pan prezydent Karol Nawrocki całkiem niedawno stwierdził, że ależ skądże, wcale nie – bo Prokuratorem Krajowym jest w dalszym ciągu pan Dariusz Barski.

Skoro tak, to czy możemy polegać na zapewnieniach obywatela Żurka Waldemara, że wszystko jest gites-tenteges, czy też nabierać podejrzeń, że on sam może być na usługach zorganizowanej grupy przestępczej, która tylko podstępnie przebiera się za prokuratorów czy policjantów? W zamieszaniu, jakie towarzyszyło wtargnięciu wspomnianej grupy do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa, trudno tak na pierwszy rzut oka odróżnić prokuratora od gangstera, czy policjanta od przebierańca tym bardziej, że kiedy już wtargnięcie się dokonało, to grupa zajęła się pruciem szaf w poszczególnych pomieszczeniach. Cóż innego mogliby robić gangsterzy?

Czego tam szukała, czy to znalazła i jaki zamierza zrobić w tego użytek – tego być może i obywatel Żurek Waldemar nie wie, bo gdybym był szefem starych kiejkutów, to też bym się wahał, czy dopuścić go do konfidencji, czy też powierzyć mu wyłącznie obowiązki wykonawcze. A w ogóle, to warto przypomnieć deklarację nie tam jakiegoś obywatela Żurka Waldemara, tylko samego obywatela Tuska Donalda, że jak będzie trzeba, to będzie używał środków „pozaprawnych”.

Czyż ta deklaracja, za którą zresztą poszła rewolucyjna praktyka, nie jest dowodem, iż cała III Rzeczpospolita jest „organizacją przestępczą o charakterze zbrojnym? Nieżyjący już ekonomista amerykański Maurycy Rothbard twierdził, że gdyby jakaś spółka prawa handlowego była zarządzana tak, jak państwa, to wszyscy członkowie zarządu i rady nadzorczej znaleźliby się w kryminale. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ państwo jest rodzajem monopolu na przemoc, w związku z czym nie ma kto go aresztować – chociaż w Wenezueli pojawiła się pierwsza jaskółka, że może być inaczej. Tak zresztą twierdzili starożytni Rzymianie, że vim vi repellere licet, co się wykłada, że siłę godzi się siłą odeprzeć.

Ale to wszystko blednie w porównaniu z alarmującymi wieściami, że w momencie, gdy świat właśnie wkracza na świetlisty szlak wiodący ku pokojowi, w partii „Polska 2050” rozpętała się „wojna” i „padły oskarżenia o próbę puczu”. Myślę, że działacze „Polski 2050” powinni się opamiętać i wojnę zakończyć, bo w przeciwnym razie prezydent Donald Trump obróci na nią swe oczy i każe komandosom pojmać obydwie vaginessy, a następnie wtrącić do aresztu wydobywczego w Nowym Jorku, razem z małżonkami Maduro.

Stanisław Michalkiewicz

Wokół złowrogiego Iranu

Wokół złowrogiego Iranu

Stanisław Michalkiewicz  27 stycznia 2026 michalkiewicz

Kiedy w państwie jest sytuacja rewolucyjna? Zgodnie z twierdzeniami klasyka, sytuacja rewolucyjna jest wtedy, gdy spełnione są jednocześnie trzy warunki. Po pierwsze – że muszą być powody do masowego niezadowolenia. Ten warunek jest stosunkowo najłatwiejszy do spełnienia, bo – powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – w jakim państwie nie ma powodów do niezadowolenia? Takiego państwa na świecie nie ma – o czym zaświadcza ludowe przysłowie, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. A skoro tak, to niezadowoleni zawsze się znajdą, podobnie – jak „ubodzy” – w czym upewnia nas sam Pan Jezus, informując, że „ubogich zawsze będziecie mieli” wśród was. Czyż to stwierdzenie nie powinno być przestrogą dla zwolenników społecznych inżynierii, których celem jest „powszechny dobrobyt”? Jakże dobrobyt może być „powszechny”, skoro „zawsze” wśród nas mają być „ubodzy”? Inna sprawa, że ubóstwo ubóstwu nierówne. Kiedy w 1977 roku pierwszy raz byłem w Paryżu, zauważyłem na Polach Elizejskich żebraka. Był to jednak żebrak francuski, więc skracał sobie czas oczekiwania na jałmużnę słuchaniem transmisji jakiegoś meczu z tranzystorowego radia. W porównaniu do żebraka z Bangladeszu, będącego bez portek, był on prawdziwym krezusem. „Stąd nauka jest dla żuka”, że nie chodzi o urawniłowkę w dobrobycie, tylko o ogólny jego poziom, w którym nawet ubogim będzie żyło się dostatniej – jak w Polsce za Gierka.

Drugim warunkiem sytuacji rewolucyjnej jest to, by to niezadowolenie uzewnętrzniało się w postaci rozmaitych manifestacji. „Sire – burzy się proletariat” – to jest właśnie sygnał, że sytuacja staje się rewolucyjna.

Staje się – ale się nie stanie, dopóki nie zostanie spełniony warunek trzeci. To znaczy – że musi istnieć jakieś wpływowe państwo, któremu będzie zależało na dokonaniu przewrotu politycznego w państwie, w którym ma zaistnieć sytuacja rewolucyjna.

Tak właśnie było w Rosji w roku 1917, kiedy to społeczeństwo było zmęczone przedłużającą się wojną, podniecone pogłoskami o Rasputinie i w ogóle – zdradzie w najwyższych kręgach państwa (najbardziej podejrzana była cesarzowa Aleksandra, nieszczęśliwa żona Mikołaja II, razem z nim i resztą rodziny później kanonizowana przez Cerkiew Prawosławną) – ale może do rewolucji by nie doszło, gdyby nie chirurgiczna operacja niemieckiego Sztabu Generalnego, który przesłał do Rosji ładunek bolszewików z Leninem na czele i w ten sposób zaaplikował Cesarstwu Rosyjskiemu coś w rodzaju zarazka dżumy.

Lenin i bolszewicy posłużyli się starą metodą, dzięki której w Rzymie obaleni zostali bracia Grakchowie. Polega ona na przelicytowywaniu przeciwników w demagogii. Było to tym łatwiejsze, że nawet przeciwnicy bolszewików zostali sparaliżowani wiarą w „lud”, któremu pod żadnym pozorem nie wolno było się sprzeciwiać, tylko przeciwnie – należało mu basować. A w tej dziedzinie bolszewicy przelicytowali wszystkich. Земля крестьянам, фабрики рабочим [„Ziemla krestianam, fabryki raboczim!”] – wołał Lenin – a rosyjskie masy mu uwierzyły – bo kto by nie chciał wziąć sobie ziemi, czy fabryki? Gdyby tak ktoś ich ostrzegł, że już wkrótce będą w tych fabrykach poddani „nieprierywce”, a chłopi będą konać z głodu we wsiach otoczonych kordonami wojsk NKWD, to może i jedni i drudzy by się zreflektowali – chociaż pewności nie ma. „Tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego” – napisał Franciszek ks. de La Rochefoucauld.

Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia dzisiaj w Iranie, gdzie – jak próbują wmówić nam niezależne media głównego nurtu – tamtejszy lud właśnie przekształca demonstracje uliczne w „rewolucję”.

Iran, a kwestia izraelska

Na tę sytuację składa się oczywiście szereg zagadkowych przyczyn, ale przyczyną pierwotną jest pewna stara idea, z którą „czuje się związany” premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu. Ta idea jest opisana w plemiennej historii żydowskiej, podlanej religijnym sosem, a znanej w świecie jako „Stary Testament” . Czytamy tam że Stwórca Wszechświata, który z zagadkowych przyczyn upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku, zawarł z nim rodzaj geszeftu – że jak ów koczownik będzie Stwórcę Wszechświata wychwalał pod niebiosa i go słuchał, to Stwórca Wszechświata w rewanżu uczyni koczownika ojcem „wielkiego narodu”, któremu odda w arendę teren od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”.

To jest właśnie obszar Wielkiego Izraela” – i z tą ideą „czuje się związany” izraelski premier rządu jedności narodowej. Realizacja tej idei jest już dość zaawansowana. Wszystkie kraje leżące na tym obszarze zostały bowiem przez Izrael, który w tym celu wykorzystuje siłę Stanów Zjednoczonych, w znacznym stopniu obezwładnione tak, że teraz wystarczyłoby przejść do następnego etapu, to znaczy – do okupacji i częściowej eksterminacji tamtejszej ludności – żeby było bezpiecznie.

Niestety piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów sypie złowrogi Iran, z którym trzeba w związku z tym raz na zawsze zrobić porządek.

Rewolucja islamska

Początkowo Iran nie był wcale „złowrogi”, przeciwnie – uważany był za jedną z twierdz amerykańskich na Środkowym Wschodzie. Tamtejszy władca, Mohammad Reza Pahlavi, słuchał się Ameryki, kupował tam broń za dochody ze sprzedaży ropy i było gites tenteges. Nigdy jednak nie jest tak dobrze, by nie mogłoby być jeszcze lepiej, toteż i szach Reza Pahlavi chciał swój kraj reformować. W tym celu pragnął ograniczyć wpływy muzułmańskiego duchowieństwa i zaczął nim pomiatać, a poza tym forsował w Iranie reformę rolną, lansując kołchozy. To stało się powodem narastającego masowego niezadowolenia – a tymczasem we Francji przebywał na emigracji ajatollah Chomeini. Francja wówczas, podobnie zresztą jak i teraz, niechętnym okiem patrzyła na panoszenie się Ameryki w świecie. Toteż – jak czytamy w książce Sekrety szpiegów i książąt”, stanowiącej wywiad-rzekę z hrabią Aleksanrdrem de Marenches, ówczesnym szefem francuskiego wywiadu – kiedy w Iranie rozpoczęły się zamieszki – prezydent Pompidou wysłał go do Teheranu, by zorientował się co też szach zamierza z tym zrobić. Okazało się, że szach niczego nie zamierza, bo – jak powiedział – nie będzie zabijał swojego ludu – toteż nie było innej rady, jak przetransportować do Teheranu ajatollaha Chomeiniego, podczas gdy szach wraz z rodziną, znalazł schronienie u egipskiego tyrana, gdzie zresztą rychło umarł.

Wynajęcie Saddama Husajna

Pod egidą ajatollaha Chomeiniego została w Iranie utworzona republika islamska, rodzaj teokracji, w której rządzi przewielebne muzułmańskie duchowieństwo. Może nie byłoby w tym nic osobliwego, gdyby nie to, że ajatollah, z uwagi na rozmaite urazy z przeszłości, zaczął lansować doktrynę dwóch szatanów: wielkiego i mniejszego . Wielkim Szatanem zostały Stany Zjednoczone, a mniejszym – Izrael.

Nietrudno się domyślić, że zarówno Ameryce, jak i Izraelowi było z tego powodu bardzo nieprzyjemnie i postanowili położyć temu kres. W tym celu wynajęły irackiego tyrana w osobie Saddama Husajna, który wkrótce wdał się z Iranem w wyniszczającą, trwającą 8 lat wojnę (1980-1988), która jednak nie doprowadziła do zdławienia republiki islamskiej w Iranie. Na domiar złego Saddam Husajn, któremu Amerykanie zapomnieli wypłacić honorarium za wynajęcie go do wojowania z Iranem, uznał, że może sam je sobie odebrać i w związku z tym zajął Kuwejt.

Doprowadziło to do tzw. pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, w ramach której Saddam Husajn został boleśnie skarcony – ale zostawiony nie tylko przy życiu, ale nawet – przy władzy. Niestety, zamiast docenienia, że żywy-zdrowy – zaczął się bisurmanić do tego stopnia, że zapowiedział, iż w transakcjach eksportu irackiej ropy odstąpi od dolara na rzecz europejskiego euro lub japońskiego jena. Takiej zbrodni nikt, a zwłaszcza kraje miłujące pokój, nie mogły puścić płazem, toteż wybuchła druga wojna w Zatoce, w następstwie której Irak został zawojowany, a Saddam Husajn schwytany i postawiony przez tamtejszym nienawistnym sądem, który w ramach parodii procesu norymberskiego – który też był swego rodzaju parodią – skazany został na karę śmierci i przykładnie powieszony, żeby już nikomu takie myślozbrodnie walutowe nie przychodziły do głowy. Iran buduje arsenał jądrowy

W tej sytuacji nietrudno było się domyślić, że złowrogi Iran wyciągnie wnioski, a właściwie jeden wniosek – że nie zagwarantuje sobie bezpieczeństwa inaczej, jak tylko budując arsenał jądrowy. Taki wniosek nasuwał się tym łatwiej, że w Azji Środkowej niektóre państwa albo już sobie taki arsenał zbudowały, albo właśnie zaczęły go budować. Nie mówię o Chinach, które ten proces rozpoczęły wcześniej – ale o Indiach, które pierwszy test jądrowy wykonały w roku 1974. Sąsiedni Pakistan, którego prezydent powiedział, że będziemy mieli broń jądrową nawet gdybyśmy mieli jeść trawę, decyzję o budowie arsenału podjął na początku lat 70-tych, ale pierwszy test przeprowadzony został w 1998 roku.

O ile jednak na budowę arsenałów nuklearnych przez Indie i Pakistan Ameryka patrzyła przez palce, bo te arsenały mają służyć ich wzajemnemu wyniszczeniu – o tyle kiedy wniosek o konieczności budowy własnego arsenału nuklearnego wyciągnął złowrogi Iran, reakcja amerykańska była już inna. Chodzi o to, że irański arsenał ma być narzędziem oporu przeciwko zakusom bezcennego Izraela, w ramach wspomnianej starożytnej doktryny politycznej na cały Środkowy Wschód. A ponieważ każdy amerykański prezydent obejmując urząd składa coś w rodzaju hołdu lennego bezcennemu Izraelowi, deklarując, iż obrona tego państwa jest na pierwszym miejscu listy priorytetów amerykańskiej polityki międzynarodowej i to bez względu na to, co Izrael robi, to nic dziwnego, że USA uznały, iż irański arsenał jądrowy, w odróżnieniu od indyjskiego, pakistańskiego, a nawet – północnokoreańskiego – zagraża interesom amerykańskim, w związku z czym postanowiły zablokować jego budowę. Pretekstu do tego dostarcza też oczywiście retoryka irańskich ajatollahów, którzy – jak to duchowni – bez przerwy opowiadają o szatanach – jak nie „małym”, to „Wielkim” – ale tak naprawdę chodzi o to, że budowa tego arsenału godzi w program budowy Wielkiego Izraela, z którą to ideą, „czuje się związany” tamtejszy premier rządu jedności narodowej.

Ogon wywija psem. Powszechnie bowiem wiadomo, że z uwagi na potężne wpływy polityczne lobby izraelskiego w USA (zainteresowanych tą sprawą odsyłam do książki Lobby izraelskie w USA”, autorstwa dwóch amerykańskich politologów) to władze Izraela wywierają wpływ na politykę Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza w dziedzinach czy regionach pozostających w izraelskim zainteresowaniu, więc można powiedzieć, że ogon wywija psem. Przykłady można mnożyć – ale nie chodzi tu o mnożenie przykładów, tylko o uświadomienie sobie, że amerykańscy twardziele doskonale wiedzą, iż przed Żydami muszą skakać z gałęzi na gałąź, bo w przeciwnym razie ci doprowadzą każdego do załamania kariery oraz do finansowego wyszlamowania do gołej skóry przez tamtejsze sądy, które w takich sprawach są tak samo nienawistne jak i nasze.

Toteż kiedy izraelski premier rządu jedności narodowej polecił prezydentowi Donaldowi Trumpowi wykonać uderzenie na irańskie instalacje nuklearne, ten obstalunek wykonał. Czy jednak aby na pewno? Wygląda na to, że przechwałek było tu więcej niż dokonań. Toteż zaniepokojony premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela przyleciał na Florydę i nakazał prezydentowi Donaldowi Trumpowi „poparcie” dla izraelskiego ataku na Iran, którego celem byłoby rzeczywiste zniszczenie tamtejszych instalacji nuklearnych. Wizyta izraelskiego premiera miała miejsce 29 grudnia – ale Mosad – w porozumieniu z CIA – musiał już wcześniej uruchomić inercyjne irańskie masy, by wystąpiły przeciwko reżymowi ajatollahów. Zgodnie z warunkami sytuacji rewolucyjnej, pojawiły się też powody do masowego niezadowolenia w postaci załamania kursu irańskiej waluty do dolara, co spowodowało wzrost cen, którego przyczyną są też sankcje wymierzone w Iran, jako kara za nieposłuszeństwo wobec starszych i mądrzejszych. Zatem powody do niezadowolenia są, zaczęło się ono też manifestować na ulicach, a wreszcie przemówił sam prezydent Trump, zachęcając tamtejszy uciśniony lud, by nie tylko nie schodził z ulic, ale – by przejmował państwowe instytucje, bo pomoc „jest już w drodze”.

Jaka alternatywa?

Zanim jeszcze sam prezydent Trump tak ostentacyjnie pokazał, że wszystkie przesłanki sytuacji rewolucyjnej w Iranie już wystąpiły, CIA wyciągnęła z naftaliny swoją tajną broń w osobie przebywającego w USA na emigracji „następcy irańskiego tronu” Cyrusa Rezę Pahlaviego, który przez niezależne media głównego nurtu i w Ameryce i u nas wezwał lud irański by nie schodził z ulic, dopóki on sam nie zjawi się w Iranie z mocą wielką i majestatem. W tak zwanym międzyczasie jednak ktoś musiał przytomnie dojść do wniosku, że wyciągnięty z naftaliny Cyrus to nie jest najlepszy pomysł i że najpierw lepiej spróbować dogadać się z irańskimi i reżymowcami, podobnie jak Amerykanie dogadują się z reżymowcami w Wenezueli w nadziei, ze irańskich reżymowców będzie można przekupić, jak reżymowców wenezuelskich – wobec których CIA ma w rezerwie jeszcze madame Marię Machado, która przezornie załatwiła sobie audiencję u Leona XIV. W Iranie może jednak być trudniej, bo ajatollahowie, przynajmniej niektórzy, podobnie jak spora część tamtejszego ludu, może traktować wyznawany przez siebie islam poważniej i w związku z tym może obawiać się skutków pójścia na kompromis nawet z małym szatanem, a cóż dopiero – z Wielkim. Jak bowiem wiadomo, w takiej sytuacji można trafić do piekła, gdzie cały czas będzie bolało.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

==============================

MD:

Jakoś p. Redaktor nie zdążył przeczytać, że okropni ajatollahowie wyłapali 800 miłujących lud Iranu agentów Mossadu i postanowili ich wywiesić. Stąd Izrael i jego sługa USA nagle przerwali „akcję Iran”. Por.:

Cień Mossadu nad irańskimi protestami – czy izraelski wywiad sterował rewolucją

Na przekór całemu światu

Stanisław Michalkiewicz: Na przekór całemu światu magnapolonia/na-przekor

   No nie, tego już za wiele! I to właśnie w momencie, gdy świat zmierza ku pokojowi i bezpieczeństwu – bo jakże inaczej rozumieć inaugurację Rady Pokoju na Forum Ekonomicznym w Davos? Wprawdzie są tu pewne niejasności, czy do Rady Pokoju przystępują państwa, czy tylko zaproszone osobistości? Na razie wygląda na to, jakby Radę Pokoju miało tworzyć grono zaproszonych osobistości  – bo na przykład Donald Trump będzie tej Radzie przewodniczył nawet gdy przestanie być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Podobnie węgierski premier Wiktor Orban.

Jeśli w kwietniu przegrałby wybory i przestałby być premierem, to czy automatycznie utraciłby prawo zasiadania w Radzie Pokoju, zwłaszcza, gdyby zapłacił wpisowe w wysokości miliarda dolarów? Z drugiej jednak strony pan prezydent Karol Nawrocki, który został do Rady zaproszony, konsultował się z obywatelem Tuskiem Donaldem i na razie pisemnego akcesu nie złożył, twierdząc, że musi się w tej sprawie wypowiedzieć “parlament”, a może nawet – sam Książę-Małżonek? Gdyby do Rady Pokoju przystępowały państwa, to owszem – ale skoro tylko osobistości, to po cóż ta cała parada – jak powiadał Aleksander Fredro?

Mniejsza wreszcie z tym, bo wszystko się pewnie w miarę upływu czasu “jak figa ucukruje, jak tytuń uleży” – ale tak czy owak, nie da się ukryć, że w kierunku pokoju został zrobiony milowy krok. Toteż od razu się wyjaśniło, że o ile dotąd prezydent Ukrainy Wołodymir Zełeński nie chciał słyszeć o jakichś ustępstwach terytorialnych, a z kolei rosyjski prezydent Putin z naciskiem podkreślał konieczność respektowania rosyjskich zdobyczy na Ukrainie, to teraz obydwaj chcą “tego samego”. Tak w każdym razie twierdzi prezydent Donald Trump po rozmowie z prezydentem Zełeńskim. To znaczy – czego konkretnie chcą?

A czegóż by innego, jak nie pokoju? Wprawdzie starożytni Rzymianie twierdzili, że si duo dicunt idem, non est idem – co się wykłada, że gdy dwóch mówi to samo, to nie jest to samo – ale nie można zaprzeczyć, że i Donald Trump też coś tam musi wiedzieć tym bardziej, że agencja NABU wsadziła do aresztu wydobywczego ongiś piękną Julię Tymoszenko, przedstawiając jej jakieś korupcyjne “zarzuty”, a fałszywe pogłoski utrzymują, że ona w tym areszcie wydobywczym  chlapie na prezydenta Zełeńskiego.

Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie musi być ani słowa prawdy, ale gdyby było, to lepiej byśmy rozumieli, że w końcu  i prezydent Zełeński zaczyna uświadamiać sobie konieczność – co według niemieckiego filozofa Hegla jest istotą wolności. W tej sytuacji tylko Aleksander Łukaszenka, który nie tylko został zaproszony do Rady Pokoju, ale nawet złożył już akces, może utożsamiać się w Białorusią, bo na razie nie widać, by ktoś mógłby mu tam zaszurać.

Wprawdzie pan prezydent Nawrocki kontynuuje rozpoczęte przez prezydenta Dudę zabawy w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską, ale słychać, że rząd litewski jest już nią trochę zniecierpliwiony, więc zamierza się ona przenieść z całym majdanem do Warszawy. Ale sprawa sie komplikuje, bo w Warszawie posadę Pierwszego Białoruskiego Opozycjonisty zajmuje pan Paweł Łatuszka, więc na razie pani Swietłana jeszcze nie wie, czy w Warszawie nie będzie jej za ciasno.

W tej sytuacji Aleksander Łukaszenka może spać spokojnie, nawet na posiedzeniach Rady Pokoju, tym bardziej, że rosyjski prezydent Putin, który też został zaproszony, na razie się waha.

Tymczasem, gdy świat z radością wkracza na świetlisty szlak pokoju i bezpieczeństwa, z którego na pewno nie zepchną go podchody prezydenta Trumpa pod Grenlandię, do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa wtargnęła zorganizowana grupa przestępcza, to znaczy – pardon – nie żadna tam “zorganizowana  grupa przestępcza” tylko prokuratorowie w asyście kilkudziesięciu policjantów.

Wrażenie, jakby to była “zorganizowana grupa przestępcza” mogło wziąć się stąd, że sędziowie tworzący Krajową Radę Sądownictwa próbowali temu wtsargnieciu przeszkodzić – ale co tak naprawdę może niezawisły sędzia, nawet gdyby ubrał sie w togę i założył na szyję tombakowy łańcuch, jeśli “ludzie mający karabiny” olewają jego rozkazy ciepłym moczem? W takich momentach obserwatorzy skłonni są zgadzać się z opinią Mao Tse Tunga, że “władza wyrasta z lufy karabinu”, a nie z żadnych demokratycznych legitymacji.

Wprawdzie obywatel Żurek Waldemar, który na tę okazję nawet się ogolił, próbował nadać temu wtargnięciu pozory legalności – ale przecież on sam tkwi po uszy w sprośnych błędach Niebu obrzydłych. Na przykład uważa, jakoby Prokuratorem Krajowym był jego faworyt, pan Dariusz Korneluk z czarnym podniebieniem, podczas gdy pan prezydent Karol Nawrocki całkiem niedawno stwierdził, że ależ skądże, wcale nie – bo Prokuratorem Krajowym jest w dalszym ciągu pan Dariusz Barski.

Skoro tak, to czy możemy polegać na zapewnieniach obywatela Żurka Waldemara, że wszystko jest gites-tenteges, czy też nabierać podejrzeń, że on sam może być na usługach zorganizowanej grupy przestępczej, która tylko podstępnie przebiera się za prokuratorów czy policjantów? W zamieszaniu, jakie towarzyszyło wtargnięciu wspomnianej grupy do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa, trudno tak na pierwszy rzut oka odróżnić prokuratora od gangstera, czy policjanta od przebierańca tym bardziej, że kiedy już wtargnięcie się dokonało, to grupa zajęła się pruciem szaf w poszczególnych pomieszczeniach.

Cóż innego mogliby robić gangsterzy? Czego tam szukała, czy to znalazła i jaki zamierza zrobić w tego użytek – tego być może i obywatel Żurek Waldemar nie wie, bo gdybym był szefem starych kiejkutów, to też bym się wahał, czy dopuścić go do konfidencji, czy też powierzyć mu wyłącznie obowiązki wykonawcze. A w ogóle, to warto przypomnieć deklarację nie tam jakiegoś obywatela Żurka Waldemara, tylko samego obywatela Tuska Donalda, że jak będzie trzeba, to będzie używał środków “pozaprawnych”.

Czyż ta deklaracja, za którą zresztą poszła rewolucyjna praktyka, nie jest dowodem, iż cała III Rzeczpospolita jest “organizacją przestępczą o charakterze zbrojnym”? Nieżyjący już ekonomista amerykański Maurycy Rothbard twierdził, że gdyby jakaś spółka prawa handlowego była zarządzana tak, jak państwa, to wszyscy członkowie zarządu i rady nadzorczej znaleźliby się w kryminale. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ państwo jest rodzajem monopolu na przemoc, w związku z czym nie ma kto go aresztować – chociaż w Wenezueli pojawiła się pierwsza jaskółka, że może być inaczej.

Tak zresztą twierdzili starożytni Rzymianie, że vim vi repellere licet, co się wykłada, że siłę godzi się siłą odeprzeć.

Ale to wszystko blednie w porównaniu z alarmującymi wieściami, że w momencie, gdy świat właśnie wkracza na świetlisty szlak wiodący ku pokojowi, w partii Polska 2050 rozpętała się “wojna” i “padły oskarżenia o próbę puczu”. Myślę, że działacze Polski 2050 powinni się opamiętać i wojnę zakończyć, bo w przeciwnym razie prezydent Donald Trump obróci na nich swe oczy i każe komandosom pojmać obydwie vaginessy, a następnie wtrącić do aresztu wydobywczego w Nowym Jorku, razem z małżonkami Maduro.

Przed godziną nienawiści

Przed godziną nienawiści

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    25 stycznia 2026

Walka o praworządność, której rozpoczęcie surowo przykazała nam w lutym 2017 roku Nasza Złota Pani Angel Merkel, wchodzi już w fazę groteskową.

Ale taka ewolucja wydaje się nieuchronna, zwłaszcza gdy obywatel Tusk Donald i jego główny kolaborant na tym odcinku, obywatel Żurek Waldemar, zachowują się niczym słonie w składzie porcelany – aż musiał zwrócić im uwagę pan mecenas Rosati z Naczelnej Rady Adwokackiej. On wprawdzie też jest zaangażowany w walkę o praworządność, ale po adwokacku, czyli zgodnie z recenzją, wystawioną adwokatom przez Juliana Tuwima: „Ci nigdy nie oszaleją. Świat się będzie już walił, wąż ognia równik oplecie i kontynenty zapali – a oni, ironiści, mędrkowie wykrętów chytrych, wyciągną z teczki paragraf i rozprostują – na wytrych. I jak klown na arenie, otworzą drzwi tekturowe, przejdą na drugą stronę i dumnie podniosą głowę: voila!

Otóż pan Rosati przestrzegł obywatela Żurka Waldemara, by w walce o praworządność się nie zapamiętywał, bo to wywołuje skutki odwrotne. W ogóle warto odwołać się do Arystotelesa z jego „złotym środkiem”. Jeśli nawet ktoś angażuje się w słuszną sprawę praworządności, to musi to robić w granicach przyzwoitości. W przeciwnym razie skutki mogą być opłakane – jak to się stało w nienawistnym sądzie w Giżycku. Otóż jakiś tamtejszy nienawistny sędzia potraktował serio brednie kolportowane przez obywatela Żurka Waldemara i jego kolabów – że nienawistni sędziowie rekomendowani przez „nielegalną” Krajową Radę Sądownictwa, w ogóle nie są sędziami – no a skoro tak, to wyroki przez nich wydawane nie są żadnymi „wyrokami”.

Wprawdzie obywatel Żurek Waldemar, niby jakiś wioskowy głupek, wbrew logice utrzymywał, że sędziowie, owszem – nielegalni – ale wyroki – już nie – ale nienawistny sędzia w Giżycku rozumował prawidłowo i orzekł, że skoro wyrok wydał przebieraniec nie będący sędzią, to ten wyrok jest „nieistniejący”. Sęk w tym, że chodzi o sprawę rozwodową. Skoro wyrok w tej sprawie jest „nieistniejący”, to o żadnym rozwodzie nie ma mowy, nawet w sytuacji, gdy małżonkowie, którzy myśleli, że są rozwiedzeni, wstąpili już w nowe związki małżeńskie.

W tej sytuacji „obiektywnie” dopuścili się bigamii – ale czy można ich prawomocnie skazać, skoro zostali wprowadzeni w błąd przez przebierańca, który sprawiał wrażenie, jakby był nienawistnym sądem? A na tym przecież nie koniec – bo skoro wyrok rozwodowy jest „nieistniejący” – to małżeństwo trwa nadal ze wszystkimi konsekwencjami, między innymi – z roszczeniami o spełnianie małżeńskich obowiązków. Ładny interes! Czy teraz pan Dariusz Korneluk, który myśli, że jest Prokuratorem Krajowym, deleguje specjalnego urzędnika, na przykład w postaci Prokuratury Ewy Wrzosek, która przy pomocy policji doprowadzi niedoszłych rozwodników do współżycia i będzie nadzorowała, czy wszystko odbywa się zgodnie z prawem i sprawiedliwością? Tak mogłoby być – ale z drugiej strony, czy Prokuratura Ewa Wrzosek, która – jak pamiętamy – niedawno sama została odcięta od stryczka – może decydować w sprawach prawa i sprawiedliwości?

W tej sytuacji trudno się dziwić, że obywatel Żurek Waldemar popada w prostrację. Przestał się golić, a może nawet i myć, więc kiedy zobaczyłem go w telewizji, miałem wrażenie, że to postać z „Atlasu Typów Przestępczych” Cezarego Lombroso i to jako „przestępca z urodzenia”. W dodatku proces pokazowy złowrogiego Zbigniewa Ziobry właśnie spala na panewce, a nie wiadomo, co będzie z rozporządzeniem w sprawie „pierwszego” i „drugiego małżonka” – bo takiego tricku zamierza użyć obywatel Gawkowski od cyfryzacji, żeby tylko dogodzić Wielce Czcigodnej Kotuli Katarzynie, która już nie może wytrzymać, żeby nie wprowadzić „małżeństw” między sodomczykami albo gomorytkami. Najwyraźniej biurokratyzacja zeszła w tych środowiskach już do poziomu instynktów, skoro bez urzędowego certyfikatu nie mogą się nawet bzykać.

Jakby mało było tych rozterek na tle praworządności, to jeszcze nasz nieszczęśliwy kraj staje w rozkroku i to coraz większym, bo właśnie Ameryka coraz bardziej oddala się od Europy, a między nimi rozwiera się zimna czeluść Północnego Atlantyku, od którego wziął swoją nazwę nasz umiłowany sojusz polityczno-wojskowy. Chodzi oczywiście o Grenlandię, bez której amerykański prezydent Donald Trump już nie może żyć, a z kolei „Europa” nie chce oddać tego zamorskiego terytorium po dobroci. W związku z tym „cała Europa” stanęła murem za Danią, a niektóre państwa wysłały tam nawet kontyngenty wojskowe; Norwegia kontyngent dwuosobowy, Francja – 15 osobowy, Niemcy podobny, Szwecja i Wielka Brytania takie same.

Tymczasem prezydent Trump oświadczył, że tym krajom, co wysłały na Grenlandię wspomniane kontyngenty, przysoli cła – 10 procentowe na początek, a potem się zobaczy. Na takie dictum niemiecki kontyngent już po dwóch dniach wrócił na ojczyzny łono. Polska słodszymi od malin ustami obywatela Tuska Donalda oświadczyła, że na Grenlandię naszej niezwyciężonej armii nie wyśle, za co schłostał go bez litości pan generał Polko – że to nie tylko „tchórzostwo”, ale również „błąd”. Sytuację próbował łagodzić reprezentujący stuprocentowe zdolności koalicyjne wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz – żeby nie przesadzać z tą nienawiścią do Donalda Trumpa, bo trudno sobie wyobrazić NATO bez Ameryki – ale z Niemiec dobiegają pomruki, że to znakomita okazja, by wreszcie utworzyć europejskie siły zbrojne niezależne od NATO.

W rezultacie doświadczamy, a właściwie nie tyle może „my”, co funkcjonariusze Propaganda Abteilung, doświadczają potężnego dysonansu poznawczego, bo nie wiedzą, kogo teraz bardziej nienawidzić – czy po staremu zimnego ruskiego czekistę Putina, czy jednak Donalda Trumpa, który nie tylko snuje imperialne mrzonki o Grenlandii, ale wbrew opinii bezcennego Izraela ogłosił budowanie Rady Pokoju. Teoretycznie ma ona położyć kres rządom Hamasu w Strefie Gazy – ale skoro do Rady zaproszeni zostali politycy z Turcji i Kataru, które Hamas wspierają, to to zadanie może okazać się kłopotliwe. Tym bardziej, że Hamas ma zostać rozbrojony – ale nie wiadomo przez kogo, skoro w skład Rady Pokoju wchodzą osobistości, a nie państwa, które ewentualnie mogłyby w tym celu wysłać jakieś wojska. Co więcej – na czele Rady Pokoju ma stanąć Donald Trump i to niezależnie od tego, czy będzie prezydentem USA, czy już nie – a poza tym będzie miał tam ostatnie słowo. Rada Pokoju w ogóle nie musi mieć nic wspólnego ze Strefą Gazy, bo bardziej sprawia wrażenie rządu światowego pod dożywotnim przywództwem Donalda Trumpa.

Jak wspomniałem, bezcenny Izrael podobno nie był w tej sprawie konsultowany, więc okazuje swoje wysokie niezadowolenie nie tylko z powodu braku konsultacji, ale przede wszystkim dlatego, że to przecież Izrael powinien sprawować rządy nad światem, a nie jakieś głupie goje, niechby i amerykańskie. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak Judenrat „Gazety Wyborczej” podpowie, kogo w tym sezonie najbardziej nienawidzimy, zwłaszcza, że Donald Trump zaprosił do Rady Pokoju nie tylko Wiktora Orbana, ale również – pana prezydenta Karola Nawrockiego, na którego klimakteryczną nienawiścią zieje madame Joanna Szczepkowska, nazywając go „rezydentem” i nawet gorzej – bo wiadomo, że z racji korzeni etnicznych i bezpieczniackich, miejsce w pałacu powinno przypaść Rafałowi Trzaskowskiemu.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Lamentacje nad mocarstwowością

Lamentacje nad mocarstwowością

Stanisław Michalkiewicz (prawy.pl)    24 stycznia 2026 michalkiewicz.pl

W sytuacji, gdy chwieją się fundamenty światowego porządku politycznego, ustanowionego po II wojnie światowej, wypada postawić pytanie, o obecną pozycję w świecie naszego nieszczęśliwego kraju. Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, kto odpowiada. Jeśli na to pytanie odpowiada obywatel Tusk Donald, czy jakiś jego kolaborant, to wszystko jawi się nam w różowych barwach. Polska gospodarka jest 20 na świecie – co pokazuje, że nadal musimy odrabiać straty w stosunku do poziomu, jaki Polska osiągnęła za rządów Edwarda Gierka, kiedy to Polska była nie jakąś tam dwudziestą – ale dziesiątą potęgą gospodarczą świata – oczywiście, dopóki wszystko się nie skawaliło.

Co więcej, reprezentant naszego nieszczęśliwego kraju (czy to przypadkiem nie będzie Książę-Małżonek, bo w wiązaniu krawatów ociera się o genialność, a poza tym mówi językami?) ma wziąć udział w spotkaniu grupy G-20, która kręci całym demokratycznym światem, mówiąc mu – jak jest i jak ma być – niczym pan generał Marek Dukaczewski, kiedy tylko nasza resortowa „Stokrotka” wzywa go do TVN.

Co prawda ta znakomita pozycja naszego nieszczęśliwego kraju opiera się głównie na sponsorowanych publikacjach w tak zwanej „prasie międzynarodowej” – ale w dzisiejszych czasach nie ma co grymasić; jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma; tak krawiec kraje, jak mu staje i w ogóle – wedle stawu grobla.

Z kolei kiedy słuchamy choćby Naczelnika Państwa, to z jego wypowiedzi wyłania się inny obraz; lepiej już było, a teraz, pod rządami obywatela Tuska Donalda, nasz nieszczęśliwy kraj osuwa się coraz niżej i jak tak dalej pójdzie, to już nie będzie z niego co zbierać. Jeszcze inny obraz wyłania się z reakcji środowisk żydowskich. Jak wiadomo, nie ustają one w oskarżeniach naszego nieszczęśliwego kraju o „antysemityzm” nawet przy okazji bójki izraelskiego trenera z sędzią sędziującym zawody w judo. Wprawie panuje powszechna opinia, jakoby słowo „judo” było pochodzenia japońskiego, podobnie, jak cała ta dyscyplina sportowa – ale wcale nie musi to być prawda, ponieważ nietrudno zauważyć, iż słowo „judo” jest bardzo podobne do słowa „Jude” – a w tej sytuacji pretensje izraelskiego trenera do sędziego mogą już wyglądać całkiem inaczej.

Taka sytuacja daje naszemu nieszczęśliwemu krajowi szczególną pozycję na arenie międzynarodowej, bo jasne jest, że Żydowie i Nasz Najważniejszy Sojusznik, musi na nas chuchać i dmuchać, zanim zostaniemy wyciśnięci niczym gąbka. Tak właśnie wyrażał się o Żydach pewien średniowieczny niemiecki książę, powiadając, że Żydowie są jak gąbka; kiedy już dostatecznie nasiąkną, to my ich wyciskamy. Mocarstwowej pozycji wprawdzie nam to nie zapewnia, natomiast sprawia, że znajdujemy się w centrum zainteresowania.

Pobudza to oczywiście nasze mocarstwowe ambicje – co wyraża się między innymi w nowej, świeckiej tradycji, którą zapoczątkował prezydent Andrzej Duda, a kontynuuje pan prezydent Karol Nawrocki. Mam oczywiście na myśli zabawy w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską. Jak pamiętamy, z panią Swietłaną bardzo lubił bawić się w mocarstwowość pan prezydent Andrzej Duda, co bezpieczniacy wykorzystali, by w Pałacu Namiestnikowskim pojmać panów Kamińskiego i Wąsika, który tam się schronili – no a pan prezydent Karol Nawrocki tę tradycję właśnie kontynuuje. Ciekawe, że chociaż pani Świetłana także udała się na emigrację i korzysta z „ochrony międzynarodowej”, nikt nie robi jej z tego powodu wyrzutów, których obywatel Tusk Donald i obywatel Żurek Waldemar nie szczędzą złowrogiemu Zbigniewowi Ziobrze, że skoro poprosił o azyl, to znaczy, że się „przyznał” a tymczasem powinien stawić się przez tubylczym nienawistnym sądem.

Pani Swietłana nawet nie próbowała stawać przed żadnym nienawistnym białoruskim sądem, tylko od razu czmychnęła na Litwę. Inna sprawa, że Białoruś nie walczy o praworządność, w odróżnieniu od naszego nieszczęśliwego kraju, któremu prowadzenie walki o praworządność surowo przykazała jeszcze w lutym 2017 roku Nasza Złota Pani. A cóż lepiej wyraża wolę walki o praworządność, niż pokazowe procesy, w których specjalizował się w swoim czasie klasyk demokracji Józef Stalin? Najwyraźniej temu ideałowi pragnie sprostać obywatel Żurek Waldemar z trzódką swoich prokuratorów, na czele z panem Dariuszem Kornelukiem, który podobno jest Prokuratorem Krajowym – ale pan prezydent Karol Nawrocki zaledwie przed kilkoma dniami temu zaprzeczył, utrzymując, że Prokuratorem Krajowym jest nadal pan Dariusz Barski – bo żeby odwołać Prokuratora Krajowego, potrzebna jest zgoda prezydenta, o którą obywatel Tusk Donald nawet nie wystąpił, wprowadzając w Prokuraturze Krajowej praworządność „na rympał”. Obywatelu Żurku Waldemaru i obywatelu Tusku Donaldu zwrócił nawet uwagę szef Rady Adwokackiej pan Rosati, żeby tak się nie zacietrzewiali w sprawie złowrogiego Zbigniewa Ziobry, bo wprawdzie przedstawienie z procesem pokazowym spaliło na panewce, ale opowieści, jakoby Ziobro się „przyznał” i tak dalej, tylko pogłębiają na świecie wrażenie politycznej dintojry ze strony rządu.

Ale prawdziwej rozterki na tle mocarstwowej pozycji naszego nieszczęśliwego kraju doznajemy w związku z operacją wyzwolenia Grenlandii, o której coraz częściej mówi Nasz Najważniejszy Sojusznik, to znaczy – prezydent Donald Trump. Doszło do tego, że na tle obaw o przetrwanie Sojuszu Atlantyckiego, Norwegia wysłała na Grenlandię 2 żołnierzy, Francja – 15 – a poza tym mają tam przybyć – czy może nawet już przybyli – żołnierze z Niemiec i Wielkiej Brytanii, nie mówiąc już o Danii. Polska – co oznajmił obywatel Tusk Donald – żołnierzy na Grenlandię wysłać nie zamierza – w związku z czym wojowniczy generał Polko stwierdził, że to „tchórzostwo” a nawet gorzej – bo „błąd” – jako że nieobecni nie będą mogli wziąć udziału w podziale łupu. Tak zrozumiałem słowa pana generała, że „nieobecny traci”.

Czy jednak na Grenlandii będzie w ogóle jakiś „lup”, jeśli prezydent Donald Trump zapragnie przejść do historii, jako ten, który powiększył terytorium Stanów Zjednoczonych? Medal Pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi Trumpowi podarowała pani Maria Machado, kiedy w Waszyngtonie licytowała się przed prezydentem Trumpem z obecną prezydentessą Wenezueli, panią Delcy Rodriguez, która lepiej się Ameryce nadstawi – ale amerykański prezydent najwyraźniej pamięta o rzymskiej zasadzie „beatus qui tenet”, co się wykłada, że szczęśliwy, który trzyma, więc medal wprawdzie przyjął, ale wolał prezydentessę Delcy Rodriguez.

W tej sytuacji może to dobrze, że pan generał Polko niczym już nie dowodzi i miejmy nadzieję, że tak już zostanie. W przeciwnym razie już chyba ze trzy, albo nawet i cztery razy zostalibyśmy wepchnięci w wojnę – przede wszystkim na Ukrainie, gdzie piękna ongiś Julia Tymoszenko, której agencja NABU właśnie przedstawiła zarzuty korupcyjne, twierdzi, że korumpował się też sam prezydent Zełeński.

W tej sytuacji nie mogę powstrzymać się przez daniem upustu swemu żalowi, że Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński nie posłuchał mojej rady, nie poświęcił się dla Polski, nie poślubił znacznie piękniejszej wówczas, niż teraz Julii Tymoszenko i nie założył dynastii. Obecnie na założenie dynastii jest już mocno za późno, co pokazuje, że okazja raz stracona, jest stracona na zawsze – a przecież mógł być to fundament nowej polityki jagiellońskiej, która już raz zapewniła naszemu nieszczęśliwemu krajowi pozycję mocarstwową.

Stanisław Michalkiewicz

Ściany mają już uszy – i oczy

Ściany mają uszy – i oczy

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    20 stycznia 2026 micha

Późną nocą, już w dzień Trzech Króli, obejrzałem sobie spory fragment programu popularno-naukowego, na który natrafiłem przypadkowo. Z jakiegoś powodu większość osób występujących w nim była Portugalczykami, ale był wśród nich też amerykański fizyk pochodzenia japońskiego Michio Kaku, którego znam z innych telewizyjnych programów. Tematem programu był rok 2077, to znaczy – jak będzie wyglądało wtedy życie i sytuacja ludzkości. Autorzy zwrócili uwagę, że ludzkość przeżyła trzy rewolucje technologiczne, Pierwszą zapoczątkowało wynalezienie silnika parowego, drugą – zastosowanie elektryczności, a trzecią – sztuczna inteligencja.

Sytuacja jest bardzo dynamiczna, bo – jak zwrócili uwagę autorzy programu – moc obliczeniowa komputera zainstalowanego w zwykłym smartfonie jest większa, niż komputera obsługującego w 1969 roku lot „Apolla” na Księżyc. A przecież to nie jest jedyna dziedzina, w której dokonał się tak zdumiewający postęp. W ogóle zasób wiedzy zgromadzony przez ludzkość w ostatnich dekadach jest większy i to zdecydowanie, od zasobu wiedzy nagromadzonego przez cały wcześniejszy okres historii ludzkości.

Program oczywiście tchnął optymizmem, zwłaszcza w związku z zastosowaniem sztucznej inteligencji, którą zresztą nazwano tam „inteligencją rozszerzoną”. Szczególną nadzieję budziła współpraca człowieka z jego najbliższym otoczeniem. Na przykład dzięki inteligencji rozszerzonej można będzie wytwarzać inteligentne mieszkania, meble, ubrania, a nawet klozety. W rezultacie można będzie wydawać polecenia ścianom domu, meblom – żeby na przykład się odpowiednio poprzesuwały, czy w ogóle – żeby posprzątały. Klozet, do którego będziemy zrzucali nasze cielesne sekrecje, będzie je analizował i z dużym wyprzedzeniem ostrzeże nas, że w naszym organizmie zaczyna dziać się coś złego, a gdybyśmy nawet na ulicy dostali ataku serca, to nasze inteligentne ubranie natychmiast wezwie karetkę pogotowia i nic złego nas nie spotka.

Słowem – ściany będą miały uszy, a nawet oczy, co będzie miało mnóstwo plusów dodatnich – ale również – niestety – plusy ujemne.

Skoro bowiem tak sprawy będą się miały, to znaczy, że w swoim najbliższym otoczeniu będziemy mieli nie tylko trzech szpiegów (znajomy pułkownik, którego chciałem pociągnąć za język w sprawie technik inwigilacji, na odczepnego powiedział mi, że jeśli masz w domu telewizor, telefon komórkowy i komputer, to masz trzech szpiegów”), tylko będziemy otoczeni szpiegami, którzy będą informowali kogo trzeba o wszystkich naszych sprawach, w związku z czym inwigilacja będzie totalna. Jest bardzo prawdopodobne, że w tej sytuacji z całej demokracji zostanie pusta skorupa, bo będziemy nie tylko poddani inwigilacji, o jakiej nigdy nie przyśniłoby się Wawrzyńcowi Berii, ale w dodatku rozszerzona inteligencja będzie niepostrzeżenie oddziaływała na nas, to znaczy – na nasze umysły i uczucia. Już teraz spotykamy się z takim oddziaływaniem, o którego sile mogliśmy przekonać się podczas epidemii zbrodniczego koronawirusa. Pomysłodawcy tej epidemii postanowili oddziaływać na nasz instynkt samozachowawczy, co okazało się strzałem w dziesiątkę – a przecież był to zalewie program pilotażowy, dzięki któremu dobroczyńcy ludzkości będą mieli przetarte szlaki do kolejnych eksperymentów.

Bo o ile w jednych dziedzinach osiągnięty został ogromny postęp, to w innych jesteśmy dopiero na początku drogi. Na przykład najbardziej zaawansowany japoński robot , który już sporo potrafi, dysponuje inteligencją na poziomie karalucha. Ale karaluch już chodzi kędy chce, sam szuka, co by tu zjeść i jakby tu dopaść karaluchową, żeby przedłużyć gatunek, więc wszystko jest na dobrej drodze. Specjalista w tej dziedzinie twierdzi, że do roku 2077 roboty będą dysponowały inteligencją być może na poziomie małp człekokształtnych, a przecież nie będzie to w tej dziedzinie ostatnie słowo.

Ale bo też inteligencja rozszerzona rozwinie się do tego stopnia, że co bardziej ostrożni futurologowie już teraz przewidują, że takim sztucznym inteligencjom trzeba będzie jakoś instalować chipy, które blokowałyby możliwość działania na zgubę ludzkości. Czy jednak inteligencja rozszerzona pozwoli się w taki prostacki sposób podejść? Stanisław Lem w „Cyberiadzie” napisanej jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku, w jednym z opowiadań pisze o „zepsutych” robotach, zmagazynowanych w pomieszczeniu przypominającym oświęcimski karcer. W tym gronie dojrzewa bunt, w związku z czym teoria, zgodnie z którą walką klasowa będzie się zaostrzać w miarę postępów socjalizmu, może nabrać nieoczekiwanej aktualności.

Owe cyfry niewinne, wykresy, równania, od zaklęć Czarnej Magii i Apokalipsy, od tajnych słów Kabały stały się straszliwsze” – pisze poeta. I rzeczywiście. Okazuje się, że specjaliści już teraz potrafią utrwalić i o d t w o r z y ć w dowolnym czasie wspomnienia myszy. Stąd już tylko krok do psa, a stamtąd – do człowieka. A w ogóle to czymże są takie utrwalone całościowe wspomnienia, jeśli nie osobowością, która w języku teologicznym nazywana jest „duszą”? Toteż już bez zdziwienia wysłuchałem opinii innego specjalisty, który oznajmił, że w gruncie rzeczy nie ma specjalnych przeszkód, by mózg człowieka można byłoby umieści w komputerze, gdzie mógłby funkcjonować jak-gdyby-nigdy-nic nawet w sytuacji, gdy cielesna powłoka tego osobnika już dawno rozpadłaby się w proch.

W tej sytuacji musimy postawić pytanie o kwestie duszpasterstwa inteligencji rozszerzonej – to znaczy – kto będzie to duszpasterstwo prowadził; czy ludzie wobec sztucznej inteligencji, czy może odwrotnie? Jak z punktu widzenia teologicznego wyglądałaby kwestia nieśmiertelności duszy w przypadku mózgu umieszczonego w komputerze? W obliczu takich zagadnień problem dopuszczenia sodomczyków i gomorytek do sakramentalnej konfidencji wydaje się pozbawiony większego znaczenia. No bo jeśli inteligencja rozszerzona będzie sprawowała duszpasterstwo gatunku ludzkiego, to czy zostanie dopuszczona do tak zwanego „szafarzowania” sakramentami?

Jak wspomniałem, na ten kanał trafiłem przypadkowo – ale skoro telewizor jest jednym ze szpiegów, to któż może zaręczyć, że to był czysty przypadek, a nie sekwencja wydarzeń z zaprogramowanym finałem? Takiej pewności chyba już nigdy nie odzyskamy, podobnie, jak po publikacji Stolicy Apostolskiej, że „w przeszłości” zdarzały się „niewłaściwe interpretacje Ewangelii”. Skoro bowiem w przeszłości zdarzały się „niewłaściwe”, to skąd możemy wiedzieć, czy te obecne na pewno są właściwe?

W tej sytuacji do czegóż się odwołać, jak nie do „Ogrodu Persefony” Swinburne’a, który m.in. pisze tak: „I porzuciwszy gniew, nadzieję, pychę, wolni od pragnień i wolni od burz, dziękczynnych westchnień ślemy modły ciche, ktokolwiek jesteś pośród gwiezdnych głusz. Za to, że minąć dniom żywota dano. Za to, że nigdy raz zmarli nie wstaną. A rzek gwałtownych nurt zmącony pianą, zawinie kiedyś w głąb wieczystą mórz.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Chwieją się fundamenty

Chwieją się fundamenty

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    18 stycznia 2026 michalkiewicz

Ale mają zgryz funkcjonariusze Propaganda Abteilung w niezależnych mediach głównego nurtu w naszym nieszczęśliwym kraju! Do niedawna sytuacja była jasna i niezwykle wygodna. Wrogiem numer jeden by zimny, ruski czekista Putin i wszystkie seanse nienawiści w niezależnych mediach były skierowane przeciwko niemu. Na przeciwnym biegunie znajdowała się Nasza Najukochańsza Duszeńka w osobie ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, którego pozycja była niepodważalna nie tylko z uwagi na pierwszorzędne korzenie, ale także ze względu na to, iż jest on wynalazkiem żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, który zrobił z niego „Sługę Narodu” – a tę rolę odgrywa on z powodzeniem do dnia dzisiejszego. Między tymi dwoma biegunami znajdowały się rozmaite osobistości, które przez funkcjonariuszy Propaganda Ateilung były oceniane w zależności od ich stosunku albo do zimnego ruskiego czekisty, albo do Naszej Ukochanej Duszeńki.

Pierwszy dysonans, niby „zgrzyt żelaza po szkle” powstał po tym, jak w Białym Domu prezydent Donald Trump publicznie obsztorcował Naszą Najukochańszą Duszeńkę. W sukurs zdezorientowanym funkcjonariuszom przyszła wtedy Jabłoneczka, czyli Małżonka Księcia-Małżonka oraz Judenrat „Gazety Wyborczej”, dzięki czemu zarówno funkcjonariusze, jak i mikrocefale, stanowiący krąg czytelniczy wspomnianej „Gazety” mogli zorientować się, co tak naprawdę myślą.

Teraz niestety jest coraz gorzej, bo następuje coś w rodzaju przebiegunowania kuli ziemskiej. Na głównego wroga wyrasta nieoczekiwanie amerykański prezydent Donald Trump, który – zamiast słuchać Naszej Ukochanej Duszeńki, zrobić marmoladę z Putina i na własny koszt odbudować Ukrainę, zaczyna się bisurmanić. Nie chodzi nawet o to, że „złamał prawo międzynarodowe” w przypadku Wenezueli, bo takich rzeczy się wprawdzie nie wybacza, zwłaszcza w sytuacji, gdy walczymy o praworządność – chyba, że chodzi o demokrację. Jeśli chodzi o demokrację, to dozwolone jest wszystko – bo nie ma takich poświęceń, których nie można by dokonać w imię demokracji – podobnie jak za komuny nie było takich poświęceń, których nie można by dokonać dla socjalizmu. Ale prezydent Donald Trump posunął się dalej i deklarując zamiar posięścia Grenlandii, podniósł zbrodniczą rękę na jedność sojuszniczą – a czegoś takiego się nie wybacza, podobnie, jak grzechu antysemityzmu – ani na tym świecie, ani na tamtym.

W tej sytuacji Donaldu Trumpu nic nie pomaga, nawet deklaracja gotowości przyjścia z bratnią pomocą udręczonemu narodowi irańskiemu, jęczącemu w jarzmie okrutnych ajatollahów, z mocy których obiecuje go wyzwolić syn byłego szacha, Cyrus Reza Pahlavi, którego CIA wyciągnęła z naftaliny, żeby zachęcał lud irański do ulicznych demonstracji i obiecywał, że lada dzień do niego dołączy, by poprowadzić go do świetlanej przyszłości – to znaczy – do podporządkowania się bezcennemu Izraelowi.

Rzecz w tym, że premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu, „czuje się związany” ideą „Wielkiego Izraela”, który w myśl tej – jakby to powiedział Kukuniek – „koncepcji”, ma obejmować obszar „od Wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat” Taki obszar obiecał oddać w arendę potomstwu pewnego mezopotamskiego koczownika sam Stwórca Wszechświata [no, ściślej – Jehowa, ich g plemienny.. md] . Do tej pory prawie wszystkie kraje leżące na tym obszarze zostały już przez bezcenny Izrael, przy pomocy Ameryki spacyfikowane, tak, że w następnym etapie trzeba będzie je tylko okupować, ewentualnie – nawet przesiedlić na Wschód – i tylko jeden złowrogi Iran sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów.

Nic zatem dziwnego, że na Florydę przyjechał Beniamin Netanjahu, który prezydentu Trumpu kazał ze złowrogim Iranem zrobić raz na zawsze porządek. W tej sytuacji zaraz wybuchła tam rewolucja przeciwko ajatollahom, a wyciągnięty z naftaliny Cyrus Reza Pahlavi … – i tak dalej. Wszystko to szalenie komplikuje klarowny do niedawna obraz świata, więc funkcjonariusze Propaganda Abteilung miotają się od ściany do ściany, chociaż oczywiście i Jabłoneczka i Judenrat robią co mogą, żeby podać im nić Ariadny, której mogliby się trzymać w tym Labiryncie, dopóki wszystko tak czy owak się nie wyjaśni.

Na szczęście są jeszcze stałe punkty we Wszechświecie w osobie pana prezydenta Nawrockiego, którego madame Joanna Szczepkowska szyderczo nazwała „prezydentem kiboli” po tym, jak nie tylko wziął on udział w pielgrzymce kibiców na Jasną Górę, ale jeszcze ich pozdrowił „czołem”. Na Jasną Górę chodzi teraz, kto tylko może, nawet sodomczykowie i gomorytki – bo Kościół jest „otwarty” – chociaż pan prezydent Nawrocki ich akurat nie pozdrawiał.

Ta cała pani Joanna Szczepkowska za mądra chyba nie jest – bo z jednej strony marzy, by prezydent był „prezydentem wszystkich Polaków”. Z drugiej jednak strony najwyraźniej musi uważać, że „wszyscy Polacy” to jest towarzycho, w którym obraca się i obracana jest ona i w którym wszyscy ze wszystkimi na zmianę, albo i jednocześnie, się bzykają. Tymczasem – jak „wszyscy” to wszyscy – a więc i kibice też. Zawsze mówiłem, że gdy aktorzy recytują Szekspira, to ma to ręce i nogi – ale gdy zaczynają deklamować własne teksty, to wygląda to znacznie gorzej. Więc pan prezydent Nawrocki jest takim stałym punktem we Wszechświecie, do którego może odwołać się podczas rzadkich lucidów intervallów pan minister Marcin Kierwiński który twierdzi, że za to „czoło” obrazili się „żołnierze i funkcjonariusze”. „O film, panie ministrze, obrazili się wachmistrze. O wiersz, panie generale, obrazili się kaprale”.

Innym stałym punktem we Wszechświecie jest złowrogi Zbigniew Ziobro, którego sytuacja za granicą wreszcie się ustabilizowała, bo na Węgrzech dostał azyl i ochronę międzynarodową. Azylantem jest tam również pan Romanowski, w którego sprawie właśnie wylano na zbity łeb sędziego Dariusza Łubowskiego, który uchylił mu europejski nakaz aresztowania, załatwiony na pana Romanowskiego przez obywatela Żurka Waldemara. Najwyraźniej w nienawistnym Sądzie Okręgowym w Warszawie nie brakuje nienawistnych sędziów, na których nie tylko obywatel Żurek Waldemar, ale każdy inny minister może polegać, więc nie ma obawy, że teraz nie posypią się tam piękne wyroki. Na razie jednak Wielce Czcigodny Giertych Roman zarzucił złowrogiemu Ziobrze Zbigniewowi „zdradę” z powodu tego, że azylu udzielił mu premier Wiktor Orban, który wcześniej spotykał się z Putinem, a mimo to amerykański prezydent Donald Trump uważa go za swoją duszeńkę.

No tak – ale co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Wiktor Orban może sobie jeździć, to tu, to tam i spotykać się z kim chce, niechby nawet z Putinem, podczas gdy Wielce Czcigodny Giertych Roman musi stale uważać, żeby przypadkiem się nie strefić tym bardziej, że – o ile mi wiadomo – nadal nie poddał się drobnej operacji chirurgicznej, po której S(r)alon mógłby puścić mu w niepamięć grzechy młodości. Najwyraźniej Wielce Czcigodny Giertych Roman oraz bardziej upodabnia się do Mikołaja Jeżowa, który swoją szajkę oprawców uważał za rodzaj „zakonu”. Znacznie tedy ciekawsze są obawy naszej resortowej „Stokrotki”, czyli pani Moniki Olejnik, która wyraziła obawę, że jak tak dalej pójdzie, to Zbigniew Ziobro utworzy w Budapeszcie „rząd na uchodźstwie”. Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści – powiada przysłowie – zwłaszcza w sytuacji, gdy kula ziemska sprawia wrażenie, jakby się właśnie przebiegunowywała.

Nie ma zatem innej rady, tylko żeby nasza „Stokrotka” wezwała do TVN pana generała Marka Dukaczewskiego, żeby powiedział – jak jest i – jak będzie. Jeśli on nie powie, to już nie wiem kto.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Jak zginąć bezpiecznie?

Jak zginąć bezpiecznie?

Stanisław Michalkiewicz  17 stycznia 2026 michalkiewicz

Cóż za przypadek – jeśli w ogóle są przypadki? Akurat tego samego dnia, kiedy prezydent USA Donald Trump, najwyraźniej odpowiadając na buńczuczne deklaracje Unii Europejskiej w sprawie Grenlandii, powiedział, że „być może” Ameryka będzie musiała „dokonać wyboru” między ambicją przejęcia Grenlandii, a utrzymaniem NATO w „niezmienionym kształcie”, w skrzynce na listy znalazłem kopertę z napisem „Poradnik Bezpieczeństwa”, zawierającą broszurkę pod tym samym tytułem, w której można było znaleźć instrukcje, jak się zachować w przypadku zagrożenia spowodowanego między innymi działaniami wojennymi.

Były tam słuszne wskazówki, żeby „zachować spokój” – co jest wskazane w każdej sytuacji, nie tylko wojennej, żeby słuchać poleceń „sztabów kryzysowych” no i oczywiście – „służb”, a przede wszystkim – żeby wyposażyć się w „plecak ewakuacyjny” ze ściśle określoną, opracowaną przez specjalistów wojskowych, zawartością, a poza tym – żeby przygotować mieszkanie na – właśnie na co? Skoro bowiem w chwili zagrożenia mamy założyć plecaki ewakuacyjne, to chyba nie po to, by siedzieć z plecakami na plecach w mieszkaniu, tylko – by je niezwłocznie opuścić udając się – ano właśnie – chyba w nieznanym kierunku – jak właśnie wezwał mer Kijowa Witalij Kliczko, by „kto tylko może” ewakuował się z miasta po rosyjskim ataku na tamtejszą infrastrukturę krytyczną, z użyciem pocisku balistycznego „Oriesznik”, czyli „Leszczyna”, przeciwko czemu zaprotestować miał „świat”. Z informacji wynikało, że ten protest był dość ograniczony, bo objął ukraińskiego ministra obrony, panią Swietłanę Cichanouską, z którą pan prezydent Andrzej Duda zabawiał się w Belwederze w mocarstwowość, no i panią Kaję Kallas z Unii Europejskiej.

Jak widać, jest to bardzo nieznaczna część świata, który – podobnie jak coraz więcej młodych ludzi – nie jest w stanie skoncentrować się na jednej sprawie dłużej niż 15 minut, w związku z czym niezależne media muszą dostarczać mu coraz to nowego żeru. Pani Kallas pochodzi z jednego z bałtyckich mocarstw, konkretnie – z Estonii i jest żywą ilustracją trafności spostrzeżenia poczynionego przez Konrada Lorenza podczas badań nad zachowaniem zwierząt. Otóż Lorenz zauważył, że zwierzęta wyposażone przez naturę w śmiercionośne narzędzia: kły, pazury, czy rogi – bardzo rzadko walczą na śmierć i życie. Wystarczy, że jedno zorientuje się, iż przeciwnik jest silniejszy, a wtedy ratuje się ucieczką, a zwycięzca nawet pokonanego nie goni. Natomiast zwierzęta nie wyposażone przez naturę w takie narzędzia, np. synogarlice, zadziobują się na śmierć – bo nie wiedzą, kiedy przestać.

W świetle tych ustaleń Konrada Lorenza buńczuczne stanowisko mocarstw bałtyckich wobec Rosji jest całkowicie zrozumiałe, a zwłaszcza bojowy nastrój pani Kai Kallas, która najwyraźniej wzięła sobie za punkt honoru, by nikomu nie dać się wyprzedzić w gorliwości. Polska wprawdzie do mocarstw bałtyckich nie należy – ale nie należy też do państw poważnych, zaliczając się raczej do pozostałych, toteż trudno się dziwić obywatelu Tusku Donaldu, kiedy uważa wojnę na Ukrainie za „naszą wojnę” i podstawia nogę tam, gdzie kują konie. Może to doprowadzić do wepchnięcia Polski w wojnę – od czego prezydent Zełeński dostałby chyba orgazmu z radości – bo rozlanie się wojny na przynajmniej część Europy Środkowej jest od początku ukraińskim marzeniem – a poza tym – o czym nie trzeba głośno mówić – bardzo wielu Ukraińców przyjęłoby z satysfakcją wiadomość, że to nie Ukraińcy będą musieli wyrzynać „Lachów”, tylko zrobią to za nich Rosjanie, dzięki czemu szanse na uzyskanie terytorialnej rekompensaty kosztem Polski za utracone przez Ukrainę na rzecz Rosji obszary na Zadnieprzu, mogłyby nabrać rumieńców.

Nie wybiegajmy jednak zanadto w przyszłość, chociaż z drugiej strony, jeśli Nasz Najważniejszy Sojusznik zaczyna nabierać wątpliwości, czy opłaca mu się utrzymywać NATO w „niezmienionym kształcie”, to wszystko staje się możliwe. Ale jakże ma być inaczej, skoro prezydent Obama w 2014 roku lekkomyślnie wysadził w powietrze ustanawiany przez Amerykanów i Rosjan przez 25 lat porządek lizboński?

Przypomnę, że 20 listopada 2010 roku został on proklamowany na szczycie NATO w Lizbonie. Najważniejszym jego postanowieniem było ustanowienie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. Kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat – prezydent Obama wysadził to w powietrze i w rezultacie w Europie nie ma dziś żadnego porządku politycznego.

W tej sytuacji wszystko jest możliwe, łącznie z wojną, do której popycha Europę „koalicja chętnych”, grupująca państwa, których przywódców podejrzewam o przyjmowanie łapówek od prezydenta Zełenskiego, który nie tylko dzielił się z nimi forsą, jaką Zachód futrował Ukrainę w związku z wojną, ale zapisywał w kapowniku, kto ile wziął i gdzie schował – a teraz grozi, że to wszystko ujawni, więc tamci uwijają się, jak w ukropie, żeby mu dogodzić, nawet za cenę wyszlamowania własnych obywateli – bo jakże inaczej rozumieć pomysł, by UE pożyczyła 90 mld euro dla Ukrainy, która odda tę forsę, ale dopiero jak Rosja wypłaci jej reparacje? Że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wpada na takie pomysły, to nic dziwnego, bo ona chyba najwięcej ma za uszami – ale dlaczego basuje jej obywatel Tusk Donald czy Książę-Małżonek, z którymi prezydent Zełeński ani myślał dzielić się czymkolwiek – to trudniej zgadnąć. Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy to to, że zarówno obywatel Tusk Donald, jak i – siłą rzeczy – Książę-Małżonek, wiszą na cienkiej nitce poparcia, jakiego udziela im Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje – i na tym polega tajemnica polityki zagranicznej naszego bantustanu.

No dobrze – ale jak to się ma do „Poradnika Bezpieczeństwa”, który trafił właśnie do mojej skrzynki na listy? Cóż; wydaje mi się, że jest to typowe dla naszych Umiłowanych Przywódców działanie pozorne – bo jużci – nikt nie może zaprzeczyć, że „władze” nie tylko „ostrzegały”, ale i „przygotowały” kraj i jego obywateli na to, co ich spotka w następstwie bęcwalstwa uprawianego przez vaginet obywatela Tuska Donalda – bo postępowania tego niepodobna nzwać polityką, jako że polityka zazwyczaj ma, a przynajmniej powinna mieć, jakiś cel możliwy do osiągnięcia.

Tymczasem, jeśli poważnie traktować deklaracje vaginetu obywatela Tusk Donalda, to powtarza on brednie „koalicji chętnych” o „sprawiedliwym pokoju” na Ukrainie. Dlaczego „koalicja chętnych” mówi takie rzeczy – to zrozumiałe – bo tego oczekuje od niej prezydent Zełeński w zamian za milczenie w sprawie forsy – ale dlaczego vagineciarze to powtarzają – to już trudniej zrozumieć, chyba, że dojdziemy do wniosku, że nic mądrzejszego nie potrafią nawet powiedzieć. To jednak znaczy, że najbardziej prawdopodobną opcją z „Poradnika Bezpieczeństwa”, będzie ewakuacja na Zaleszczyki, wraz z naszą niezwyciężoną armią, szlakiem marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego.

Stanisław Michalkiewicz

Wokół sukcesu w Zatoce Świń

Wokół sukcesu w Zatoce Świń

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    13 stycznia 2026 michalkiewicz

Właściwie trudno tu mówić o jakiejś niespodziance, skoro Stany Zjednoczone od miesięcy zapowiadały zrobienie porządku z Wenezuelą, a właściwie nie tyle z Wenezuelą, co z Mikołajem Maduro, tamtejszym tyranem, który nie chciał słuchać Amerykanów, tylko obwąchiwał się z Chińczykami i z zimnym ruskim czekistą Putinem, który z kolei nie chce słuchać ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, chociaż przecież powinien – o czym zapewniają nas tubylczy „eksperci” w niezależnych mediach głównego nurtu.

Jeśli w ogóle można mówić o niespodziance, to tylko w tym sensie, że żołnierze ze specjalnego komanda pojmali Mikołaja Maduro w jego własnej sypialni, po czym wraz z jeszcze nieprzytomną z rozkoszy żoną przetransportowali na okręt Iwo Jima, który dostarczył pojmanego tyrana do bazy w Guantanamo, a stamtąd odstawiono go samolotem do Nowego Jorku, gdzie już wkrótce i stanie przez nienawistnym sądem na Brooklynie, który przysoli i jemu i żonie piękny wyrok. Jemu za „terroryzm narkotykowy” i zgromadzenie „karabinów maszynowych” oraz „środków zniszczenia” bez pozwolenia Waszyngtonu. A żonę za co? Tego nie wiemy – ale zawsze możemy odwołać się do chińskiego porzekadła, które nakazuje mężowi, by po powrocie do domu nie zapomniał skarcić żony. Na pewno zasłużyła.

I tak państwo tyranowie mają szczęście, że z Guantanamo nie przewieziono ich na lotnisko w Szymanach, a stamtąd – do Starych Kiejkutów, gdzie amerykańscy specjaliści mogliby ich spokojnie oprawiać, a nasze stare kiejkuty stałyby na świecy, żeby nikt im nie przeszkadzał. Tym razem jednak praworządność zwyciężyła, a na oprawianie przyjdzie czas, jak już oboje tyraństwo znajdą się w więzieniu. To alkowiane pojmanie wenezuelskich tyranów pokazuje, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem – bo wygląda na to, że dygnitarze odpowiedzialni za ochronę prezydenta, musieli zostać przekupieni, a tylko prości ochroniarze, zdaje się – Kubańczycy – zostali zastrzeleni.

Doktryna Marilyn Monroe

No dobrze; złowrogi Maduro z żoną zostali pojmani – ale co dalej z Wenezuelą?Wyjaśnił to w krótkich, żołnierskich słowach prezydent Donald Trump – że teraz Wenezuelą będą „rządzić” Amerykanie – dopóty, dopóki nie nastanie tam „sprawiedliwa transformacja”. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy to ludzie – jak wspomina poeta – „mniej mieli kultury lecz byli szczersi” – nazywało się to okupacją – no ale teraz musi nazywać się jakoś inaczej i to nie tylko dlatego, żeby było ładniej, ale również – żeby zachować pozory demokracji.

Rzecz w tym, że ani prezydent Trump, ani nikt z jego administracji, nie informował Kongresu, że będzie prowadził „specjalną operację wojskową” przeciwko Wenezueli, a ściślej – przeciwko tamtejszemu tyranowi. Tym razem operacja w Zatoce Świń udała się nad podziw, toteż jest prawie pewne, że żaden z twardzieli, zasiadających w amerykańskim Kongresie, nie będzie pyskował. Przewidział to wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler twierdząc, ze zwycięzcy nikt nie sądzi. I słuszna jego racja – bo kto będzie sądzony w nowojorskim nienawistnym sądzie? Mikołaj Maduro z żoną.

Wracając tedy do Wenezueli, to ma być tak: zostanie tam przywrócone prawo i sprawiedliwość, które doznały straszliwych paroksyzmów, kiedy to po objęciu władczy w Wenezueli przez Hugona Chaveza, majątek amerykańskich firm został znacjonalizowany, podobnie, jak w 1959 roku na Kubie. Tam jednak operacja w Zatoce Świń się nie udała – ale co się odwlecze, to nie uciecze – więc i na Kubę może przyjść kryska, podobnie, jak na Kolumbię, która wprawdzie Wenezueli pyskowała, ale pyskowała też Amerykanom. Tedy – jak zapowiedział prezydent Trump – amerykańskie koncerny triumfalnie powrócą do Wenezueli, zaczną sprzedawać tamtejszą ropę i inne precjoza, no a potem się rozejrzą, kogo by tu wciągnąć do tubylczej administracji – żeby w Wenezueli również zwyciężyła demokracja. Wydawałoby się, że najpoważniejszą kandydatką jest pani Maria Machado, ale widać, że prezydent Trump dogadywał się również z aktualną wiceprezydentką, zastępczynią Maduro. Wprawdzie pyskuje ona jeszcze siłą inercji, że to „pogwałcenie suwerenności” i że „jedynym prezydentem” jest Mikołaj Maduro – ale jak również do jej sypialni zapukają amerykańscy komandosi, to zaraz zmięknie jej rura i zgodzi się na wszystko, na co tam będzie trzeba.

Amerykanie bowiem przecież sami wszystkiego nie zjedzą, ale okruszkami ze stołu pańskiego podzielą się również tubylcami. Kto wie, może nawet starczy tych okruszków i dla umiłowanego wenezuelskiego narodu, który właśnie znalazł się na początku drogi do wyzwolenia. My, Polacy, którzy byliśmy wyzwalani najpierw przez Armię Czerwoną, a potem – przez pana Daniela Frieda i Władimira Kriuczkowa – wiemy, że wolność – jaka by tam ona nie była – musi drogo kosztować – bo jakby nic nie kosztowała, to znaczy, że nie byłaby nic warta. Toteż i umiłowany naród wenezuelski musi swoją cenę za wyzwolenie zapłacić – i na tym właśnie ma polegać „sprawiedliwa transformacja”. W ten sposób prezydent Donald Trump spełnia swoją obietnicę uczynienia Ameryki znowu „wielką” – co znaczy tyle, że USA powracają do słynnej doktryny Marilyn Monroe, że USA są jedynym hegemonem na półkuli zachodniej i ani Europejsom, ani Azjatom nie wolno tam mącić wody.

Bismarck zaciera ręce

Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje ponad wszelką wątpliwość, że po krótkich wahaniach świat wraca do formuły Ottona Bismarcka „siła przed prawem”. Wszyscy mądrale podkreślają bowiem, że operacja pojmania złowrogiego Mikołaja Maduro była „sprzeczna z prawem międzynarodowym”, ale jednocześnie zapewniają, że nie będzie z tego powodu żadnych jazgotów. Przeciwnie – jak marzył w 1904 roku rosyjski minister Plehwe, że Rosji przydałaby się „mała zwycięska wojna”, to dlaczego nie miałaby się ona przydać prezydentowi Trumpowi? Dla Rosji wojna japońska zwycięska nie była, a tymczasem w Wenezueli sukces i to jeszcze jaki! Czy w tej sytuacji jakaś Schwein będzie pyskowała przeciwko prezydentu Trumpu, który nie tylko przypiął sobie do wieńca sławy wawrzyn zwycięski, ale jeszcze zapowiada obsypanie Ameryki złotem pochodzącym ze sprzedaży wenezuelskiej ropy i innych tamtejszy bogactw? Jasne, że nie będzie pyskowała, zwłaszcza gdy – jak mawiał kapitan Ryków w „Panu Tadeuszu” – zatka się jej gębę „bankowym papierem” – a tak właśnie będzie, jeśli tylko w Wenezueli nastanie „sprawiedliwa transformacja”. W tej sytuacji szanse Partii Demokratycznej na wygranie wyborów połówkowych a i tych całościowych, raczej dodatkowo zmaleją, dzięki czemu szanse na zahamowanie rewolucji komunistycznej w Ameryce wzrosną, a skoro tam wzrosną, to w zdegenerowanej Europie też.

Ale sukces – jak to sukces – ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Ameryka pokazała, że nie cofnie się przed doprowadzeniem do zrealizowania doktryny Marilyn Monroe – co pokazuje, że okres demokratycznych złudzeń, jaki zapanował po II wojnie światowej, dobiegł końca. Wprawdzie prezydent Obama w 2014 roku lekkomyślnie wysadził w powietrze porządek lizboński – ale mówi się trudno; co się stało, to się nie odstanie.

Teraz najwyraźniej wkraczamy w budowę porządku nakreślonego przez Jerzego Orwella w proroczej książce „Rok 1984”, kiedy to polityka światowa sprowadza się do rywalizacji Oceanii, Eurazji i Wschód-Azji, które – chociaż pozostają w permanentnej, chociaż jałowej wojnie – wspólnymi siłami trzymają podległą sobie ludność za mordę przy pomocy ministerstw Prawdy i Miłości, a także przy wykorzystaniu „godzin nienawiści”. Jak się okazuje, jesteśmy w przededniu takiego podziału świata – bo już jest rozkaz, że nienawiść ma zostać powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona – a od tego do „godzin nienawiści” już tylko krok.

Ma to oczywiście swoje plusy dodatnie, ale i plusy ujemne, bo w tej sytuacji trudno będzie amerykańskim politykom moralizować czy to Chińczyków, czy to Putina, którzy przecież, czy to z Tajwanem, czy z Ukrainą nie robią niczego innego, co właśnie Amerykanie zrobili z Wenezuelą. W tej sytuacji taki na przykład Putin na wszelkie próby moralizanctwa może udzielić wymijającej odpowiedzi, popularnej jeszcze za Chruszczowa – „a u was Murzynów biją”.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

W szponach terroryzmów

W szponach terroryzmów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    11 stycznia 2026 michalkiewicz

Nieubłaganie zbliża się święto Trzech Króli, kiedy to kończy się w naszym nieszczęśliwym kraju okres świątecznej nirwany, a zaczyna się bolesny powrót do rzeczywistości. W tym roku bolesny powrót do rzeczywistości został przyspieszony dzięki pokojowej operacji amerykańskich komandosów w Wenezueli, którzy w sypialni pojmali nie tylko tamtejszego tyrana Mikołaja Maduro, ale również – jeszcze nieprzytomną z rozkoszy jego małżonkę, która przyszła podobno do siebie dopiero w samolocie, który transportował tyrańskie małżeństwo do Nowego Jorku, żeby postawić im zarzuty, a następnie – zaciągnąć przed nienawistny sąd na Brooklynie, który – rozumiejąc powinność swojej służby – przysoli im piękne wyroki, podobnie jak wcześniej panamskiemu tyranowi Noriedze.

Przy okazji wzbogacona została rewolucyjna teoria, bo tyran Maduro usłyszał „zarzuty”, jakoby dopuścił się „terroryzmu narkotycznego”, a ponadto bez pozwolenia Waszyngtonu zgromadził „broń maszynową” i inne „środki zniszczenia”. Jakie zarzuty postawione zostaną pani tyranowej – tego jeszcze nie wiemy – w związku z tym pojawiły się fałszywe pogłoski, że administracja prezydenta Trumpa skieruje do Wenezueli celem objęcia rządów w imieniu Ameryki, Timura Mindycza, co to na Ukrainie przytulił sobie co najmniej 100 mln dolarów, a potem wyjechał do bezcennego Izraela, no i Andrieja Jermaka, co to odgrażał się, że pojedzie na front – ale po co tu jakiś „front”, kiedy lepiej może przysłużyć się prezydentowi Zełeńskiemu i prezydentowi Trumpowi w Wenezueli, gdzie trzeba będzie poprzytulać znacznie większe dochody z eksploatacji tamtejszej ropy naftowej – bo na tym właśnie ma polegać „sprawiedliwa transformacja”.

W związku z tymi wypadkami obywatel Tusk Donald wezwał Europejsów, żeby zwarli szeregi i pośladki, pokazując prezydentu Trumpu mocarstwowy wizerunek Europy. Na razie głuche milczenie było obywatelu Tusku odpowiedzią na ten płomienny apel – albo dlatego, że Europejsy jeszcze nie wyszły ze świątecznej nirwany, a może dlatego, że na wszelki wypadek dystansują się od obywatela Tuska Donalda, pamiętając, jak udawał on, iż mierzy z pistoletu do prezydenta Trumpa. Skoro tyran Maduro został oskarżony o „terroryzm narkotykowy”, to jaki zarzut może zostać postawiony obywatelu Tusku Donaldu? Terroryzm pistoletowy, to jest chyba rzecz pewna, więc tylko patrzeć, jak podczas zwyczajowego „haratania w gałę” w Gdańsku pojawią się na „Orlilku,” amerykańscy komandosi, załadują obywatela Tuska Donalda do bagażnika samochodu, który dostarczy go bezpośrednio do aresztu wydobywczego, gdzie prokuratura Wrzosek Ewa przedstawi mu serię miażdżących zarzutów, a nienawistny sąd, naprędce wyznaczony przez obywatela Żurka Waldemara przysoli mu piękny wyrok, podobnie jak Księciu-Małżonku, który zostanie pojmany w swoim pałacyku w Chobielinie razem z Jabłoneczką, co to obsmarowywała prezydenta Donalda Trumpa w „prasie międzynarodowej”. Skoro wenezuelskiej tyranicy przedstawiono zarzuty, to dlaczego ten przywilej miałby ominąć Jabłoneczkę i nie uderzyć rykoszetem w Księcia-Małżonka? Żadnych przeszkód teologicznych nie ma, podobnie jak nie ma żadnych przeszkód natury teoretycznej, bo skoro już pojawił się „terroryzm narkotykowy”, i „pistoletowy””, to dlaczego rewolucyjna teoria nie miałaby zostać wzbogacona o kolejną odmianę terroryzmu – mianowicie terroryzm prasowy?

W tym właśnie kierunku próbuje podążać rewolucyjna praktyka, w ramach której vaginensi z waginetu obywatela Tuska Donalda, próbują oskarżać pana prezydenta Karola Nawrockiego o „terroryzm antyrządowy” – że to niby terroryzuje vaginet obywatela Tuska Donalda wetowaniem ustaw i uzurpowaniem sobie rozmaitych kompetencji, które zwyczajowo przypadają albo premieru Tusku, albo Księciu-Małżonku. Te oskarżenia pojawiły się w związku z pojedynkiem na orędzia, jaki rozegrał się między obywatelem Tuskiem Donaldem, a panem prezydentem Karolem Nawrockim. Według rządowych niezależnych mediów głównego nurtu, obywatel Tusk Donald zawarł w swoim orędziu same jedynie słuszne stwierdzenia i opinie, podczas gdy pan prezydent Karol Nawrocki – same głęboko niesłuszne, wśród których najbardziej niesłuszna była opinia, by w razie czego bronić również zachodniej granicy Polski. Z kolei media nierządne uznały orędzie pana prezydenta Karola Nawrockiego za jedynie słuszne, a orędzie obywatela Tuska Donalda – za głęboko niesłuszne, zwłaszcza że nie tylko zaczął się przechwalać, iż „prasa zagraniczna” bardzo chwali „polską gospodarkę” w związku z czym jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej, zaś resztę orędzia poświecił „rozliczeniom”, które będą bezlitosne.

Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj nawiedziły zwyczajowe kataklizmy, jakie – podobnie jak dwie klęski – regularnie spadały na nasz bantustan jeszcze za komuny. Pierwsza klęska, to była klęska urodzaju. Druga – klęska nieurodzaju, zaś cztery regularne kataklizmy, to wiosna, lato, jesień i zima. No i – jak to niekiedy bywa w święta Bożego Narodzenia – spadł śnieg i chwycił przymrozek. Od razu okazało się, że sytuacja jest „poważna” w związku z czym zebrał się ogólnopolski sztab kryzysowy z obywatelem Tuskiem Donaldem na czele. Co tam uradzono – tego dokładnie nie wiadomo, żeby nie podsłuchał tych ustaleń zimny ruski czekista Putin. Za to obywatel Tusk Donald wystąpił w ogólnowojskowym swetrze bojowym, który kolorem był podobny do ulubionego bojowego wdzianka ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego. Najwyraźniej i obywatel Tusk Donald musiał się stęsknić za jakimś epizodem heroicznym – ale zimny ruski czekista na razie ani myśli dostarczyć mu okazji, toteż próbuje nadrabiać strojem. W każdym razie atmosfera powagi zapanowała również w niezależnych mediach, zwłaszcza rządowych, które zalecają obywatelom, by bez potrzeby nie wychodzili z domu. I słusznie – bo wyobraźmy sobie tylko, ilu nieszczęść można by uniknąć, gdyby tak ludzie przestali wychodzić z domu?

Czy jednak ten jedynie słuszny postulat jest możliwy do zrealizowania? Tak dobrze niestety nie jest – bo w Sylwestra nie tylko rządowa telewizja (w likwidacji), ale również TVN, jak i Polstat zorganizowały sylwestrowe koncerty. A – powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – cóż to za koncert bez publiczności do której refreniści mogliby wykrzykiwać: jesteście wspaniali, kocham was!? Toteż mimo poważnej sytuacji w związku z globalnym ociepleniem (rewolucyjna teoria głosi, że jest zimno, bo jest ciepło), tym razem obywatele nie tylko mogli, ale nawet powinni opuścić domy, żeby artystom nie było przykro. I tak pospierali się między sobą, kto był lepszy, a kto gorszy – ale wkrótce te spory ucichną w związku z finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pana „Jurka” Owsiaka, którego w tym roku wspiera „Orlen” i cały vaginet, który obsypuje go rozmaitymi cennymi fantami.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Dzielenie skóry na żywym niedźwiedziu

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia/dzielenie-skory-na-zywym-niedzwiedziu/

   W święto Trzech Króli odbył się w Paryżu “szczyt” “koalicji chętnych” z udziałem prezydenta Ukrainy oraz reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Celem tego spotkania miało być przedstawienie gwarancji, jakich “koalicja chętnych” zamierza udzielić Ukrainie, żeby prezydent Zełeński nie martwił się, że pokój będzie aż taki straszny. Warto zwrócić uwagę, że dotychczasowe rozmowy toczą się w gronie sojuszników Ukrainy – a mimo to sprawiają wrażenie trudnych. W przeciwny razie jakże można by rozumieć komunikaty, że nastąpiło “zbliżenie stanowisk” i temu podobne?

Gdyby ukraiński prezydent negocjował z prezydentem Federacji Rosyjskiej, to takie komunikaty byłyby bardziej zrozumiałe, jako że język dyplomatyczny służy nie tyle do wyrażania myśli, co do ich ukrywania. Na przykład jeśli komunikat głosi, że rozmowy przebiegały w atmosferze wzajemnego zrozumienia, to w przełożeniu na język ludzki oznacza, że strony w żadnej sprawie nie doszły do porozumienia – i tak dalej.  Więc wyniki narady “koalicji chętnych” z ukraińskim prezydentem też wyglądają “obiecująco” i “coraz bardziej konkretnie”.

Jeśli chodzi o te “konkrety”, to Wielka Brytania”, która ma podpisane z Ukrainą “stuletnie partnerstwo” oraz Francja, wyraziły gotowość wysłania swoich wojsk, które po zakończeniu wojny nadzorowałyby zawieszenie broni.

   Co z tego wynika? Ano to, że prezydent Żełeński najwyraźniej musiał przyjąć do wiadomości, że “zawieszenie broni”, a raczej – “zamrożenie konfliktu” – będzie się wiązało z utratą przez Ukrainę co najmniej 20, a może nawet 25 procent terytorium państwowego. Podczas spotkania z prezydentem Trumpem  na Florydzie  prezydent Zełeński wprawdzie już przyjmował do wiadomości konieczność pogodzenia się ze stratami terytorialnymi – ale podkreślał, że konieczne jest przeprowadzenie na Ukrainie w tej sprawie referendum.

Nietrudno się domyślić, jakie byłyby wyniki takiego referendum, organizowanego siłą rzeczy pod nadzorem SBU – więc niepodobna potraktować tego warunku inaczej, jak próby odwleczenia tego, co nieuchronne.

Rzecz bowiem w tym, że prezydentowi Zełeńskiemu też  pali się ziemia pod nogami, zwłaszcza po skandalu korupcyjnym, który objął jego najbliższych kolaborantów; Timura Mindycza, co to przytulił sobie co najmniej 100 mln dolarów i uciekł do Izraela oraz Andrzeja Jermaka, co do którego nie wiadomo nie tylko – ile sobie przytulił, ale również – a może przede wszystkim – czy zrobił to za wiedzą, czy jeszcze gorzej – z udziałem prezydenta Zełeńskiego, czy też “bez jego wiedzy i zgody” – żeby użyć również w tej sprawie formuły, która wykazuje swoją użyteczność nie tylko przy lustrowaniu autorytetów moralnych.

Na skomplikowaną sytuację na szczytach ukraińskiej władzy wskazuje również wyrzucanie przez prezydenta Zełeńskiego za burtę ukraińskiej rządowej pirogi na pożarcie krokodylom, kolejnych murzyńskich chłopców i zastępowanie ich innymi, widać bardziej strawnymi zarówno dla prezydenta Zełeńskiego, jak i tamtejszych oligarchów. Nie możemy bowiem tracić z oczu tego, jakim państwem jest Ukraina – że to oligarchia oligarchów.

Różni się ona od Federacji Rosyjskiej tym, że wprawdzie i w Rosji są oligarchowie, ale tam, to prezydent decyduje, kto może być oligarchą, podczas gdy na Ukrainie to oligarchowie decydują, kto może być prezydentem. Znakomitym przykładem tego mechanizmu jest sam prezydent Zełeński, będący wynalazkiem żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, który nie tylko go wylansował, ale sfinansował mu kampanię wyborczą.

   Wracając do paryskiego szczytu, to ma on wszystkie znamiona dzielenia skóry na niedźwiedziu – bo jak wspomniałem – “trudne” negocjacje toczą się w gronie sojuszników Ukrainy, bez udziału Rosji, która w sprawie sposobu zakończenia konfliktu, czy przynajmniej – warunków jego “zamrożenia” – też chyba  będzie miała coś do powiedzenia.

Na przykład – skoro jednym z warunków, od którego Rosja nie zamierza odstąpić – jest zablokowanie uczestnictwa Ukrainy w NATO, to trudno sobie wyobrazić, by Rosja zgodziła się na nadzorowanie rozejmu na Ukrainie przez wojska państw NATO, które w ten sposób siłą rzeczy przybliżyłoby się do granic Federacji Rosyjskiej tak, jakby Ukraina została do NATO przyjęta. W tej sytuacji paryskie “gwarancje” ze strony “koalicji chętnych” trzeba uznać za próbę zablokowania zakończenia wojny na Ukrainie – niezależnie od tego, jakie są prawdziwe zamiary prezydenta Donalda Trumpa w tej kwestii.

   Ostatnia akcja amerykańska w Wenezueli, wprawdzie wywołała krytyczne komentarze w Rosji i Chinach – ale niezależnie od tego przywódcy obydwu tych państw mogą w ukryciu zacierać ręce z radości.  Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje, że prezydent Trump potraktował doktrynę Monroe dosłownie, a to z kolei sprawia, że system polityczny stworzony po II wojnie światowej odchodzi w przeszłość.

Z kolei na naszych oczach rysuje się nowy system polityczny, przewidziany przez Jerzego Orwella w profetycznej książce “Rok 1984”, gdzie czytamy o permanentnej wojnie między trzema potęgami: Eurazją, Oceanią i Wschódazją. Na tym tle szczególnie groteskowa wydaje się obecna sytuacja Organizacji Narodów Zjednoczonych. Staje się ona scenę kabaretową – bo jakże inaczej potraktować deklarację amerykańskiego ambasadora  w ONZ, że USA nie prowadzą z Wenezuelą żadnej “wojny”, ani jej nie “okupują”, a schwytanie Mikołaja Maduro to był akt “egzekwowania prawa”?

W tej sytuacji Ameryce trudniej będzie moralizować Rosję z powodu wojny na Ukrainie, bo Rosja przecież od samego początku utrzymuje, że nie prowadzi żadnej “wojny” tylko “specjalną operację wojskową”. Najwyraźniej  nadchodzą czasy, gdy to, co było anegdotą, staje się polityczną rzeczywistością. Mam oczywiście na myśli anegdotyczną odpowiedź Radia Erewań na pytanie zaniepokojonego słuchacza, czy będzie wojna. Żadnej wojny oczywiście nie będzie – odpowiedziało Radio Erewań – za to rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu.

Toteż nawet zapowiedź prezydenta Trumpa, że teraz USA będą “rządziły” Wenezuelą i za pośrednictwem potężnych amerykańskich koncernów położą rękę na tamtejszych zasobach, która wcześniej z pewnością zostałaby nazwana “okupacją”, dzisiaj nazywa się przygotowaniem do “sprawiedliwej transformacji”. Nie wiadomo jeszcze do końca, czy twarzą tej “sprawiedliwej transformacji” będzie “twardogłowa tygrysica”, Delcy Rodriguez, czy laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Maria Machado.

Gdyby bowiem ją amerykańscy komandosi osadzili na stolcu prezydenta Wenezueli, byłby to nieomylny znak, że demokracja tam zwyciężyła. W takiej jednak sytuacji trudno byłoby uprawiać moralizanctwo nawet wobec Aleksandra Łukaszenki, więc nic dziwnego, że prezydent Putin może mieć powody do zadowolenia. Zadowolony jest również obywatel Tusk Donald, któremu powiedziano, że Polska będzie “państwem wiodącym”, to znaczy – będzie za darmo futrowała Ukrainę, jak dotychczas. I to jest ten najważniejszy konkret.

Dwa odcinki frontu

Dwa odcinki frontu

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    6 stycznia 2026 michalkiewicz

Ty Żydu, gestapowcze!” – cytuje w jednym ze swoich reportaży Anna Strońska wyzwisko kobiety, która w tych dwóch słowach zamknęła dwie największe nienawiści swojego życia. Strońska nie wspomina, by tę kobietę zawlókł przed nienawistny sąd Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, którego działacze uczynili sobie z polowania na nienawistników przyjemny sposób na życie.

Dzisiaj byłoby już inaczej. Dzisiaj obowiązuje rozkaz, że nienawiść ma być znienawidzona, a kiedy wejdzie w życie uchwała Rady Ministrów o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego w naszym bantustanie, to nienawistnicy jak jeden mąż wylądują w dołach z wapnem – z wyjątkiem tych, którzy się w porę pokajają, to znaczy – złożą samokrytykę, a których w związku z tym Żydowie każą zostawić przy życiu, żeby było komu pożyczać pieniądze na wysoki procent. Bo pieniędzy będzie w bród, choćby z tak zwanych „roszczeń” dotyczących „własności bezdziedzicznej”. Kiedy już Żydowie w ramach realizacji „roszczeń” uzyskają tytuły własności, to pozostawionych przy życiu głupich gojów nie powyrzucają z nieruchomości, tylko ich oczynszują – no a potem będą pożyczać im pieniądze na wysoki procent, żeby im starczyło na świadczenia – i będzie gites tenteges.

Żeby jednak ta świetlana przyszłość mogła się zrealizować bez jakichś nieprzyjemnych zgrzytów, trzeba nie tylko najpierw ustanowić ustawy norymberskie przeciw antysemityzmowi, żeby głupie goje poczuły mores, potem odpowiednio nastawić nienawistne sądy, by surowa ręka sprawiedliwości spadała antysemitnikom na karki w postaci ostrza gilotyny, a kiedy już wszyscy zostaną prawidłowo wytresowani, to wtedy przyjdzie pora na zasadniczą część operacji. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że z uchwaleniem norymberskich ustaw przeciw antysemityzmowi będzie jakiś problem.

Zgraja obywatela Tuska Donalda pouchwala, co tam będzie trzeba, być może działając ramię w ramię z Prawem i Sprawiedliwością, podobnie, jak bywało w przypadku Anschlussu, czy upoważnienia prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikacji traktatu lizbońskiego, pod którego rządami nasza biedna ojczyzna przeżywa takie paroksyzmy. Skoro bowiem Mateusz Morawiecki najwyraźniej przystąpił do realizacji kolejnej części swego zadania, to znaczy – neutralizowania PiS poprzez podzielenie go na frakcje, to po delegalizacji Konfederacji Korony Polskiej oraz Konfederacji Sławomira Mentzena, na placu pozostanie tylko Volksdeutsche Partei z satelitami. Wtedy przyjdzie czas na przypomnienie wiekopomnej uchwały Krajowej Rady Narodowej z początków PRL-u, że partii jest za dużo, że wystarczą trzy, zgodnie ze spostrzeżeniem starożytnych Rzymian, że omne trinum perfectum, co się wykłada, że wszystko, co potrójne, jest doskonałe.

Z czasem jednak drogę zacznie torować sobie pogląd, że trzy, to też za dużo. Po co trzy, kiedy przecież wystarczy jedna? Wtedy satelici Volksdeutsche Partei zleją się z Partią Przewodniczką, malkontentów oskarży się o antysemityzm, wylądują w dole z wapnem i wtedy zdobywczym krokiem wejdziemy do Generalnej Guberni, która tym będzie się różniła od poprzedniej Generalnej Guberni, że w tamtej Żydowie też znajdowali się w centrum uwagi – ale jako holokaustnicy, podczas gdy teraz, to znaczy – na obecnym etapie, kiedy to jest rozkaz, by Żydów nosić na rękach, będą też w centrum uwagi, ale nie jako holokaustnicy, tylko – jako Herrenvolk.

A jeśli zmieni się etap, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że nasza Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która teraz nie pozwoli nikomu wyprzedzić się w gorliwości, gdyby padł inny rozkaz, też nie dałaby się nikomu w gorliwości wyprzedzić? W przeciwnym razie trudno byłoby zrozumieć nacisk na powszechny charakter nauczania młodzieży o holokauście, obejmującego również najdrobniejsze szczegóły techniczne.

Wróćmy jednak do owej kobiety, co to w dwóch słowach zamknęła dwie największe nienawiści swojego życia. Kiedy z racji obowiązków zawodowych czytuję regularnie wydawaną przez tubylczy Judenrat „Gazetę Wyborczą”, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że i on, to znaczy – Judenrat – też kieruje się dwiema nienawiściami. Pierwsza nienawiść dotyczy „faszystów”, przy czym faszystą w rozumieniu Judenratu jest każdy, kto Judenratu nie słucha. Z prawdziwym faszyzmem nie ma to oczywiście nic wspólnego, bo prawdziwy faszyzm wcale nie polega na tym, żeby nie lubić Żydów, czy podnosić rękę w rzymskim salucie, tylko na przekonaniu, że państwo jest wszystkim, że poza państwem nie ma życia. Wyraził to bardzo ładnie twórca faszyzmu, Benito Mussolini: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”.

O Żydach – jak widzimy, nie ma tu ani słowa, podobnie jak w sześciu prawdach wiary katolickiej. Tymczasem JE Grzegorz kardynał Ryś, zaraz po ingresie, a jeszcze przed instruktażowym spotkaniem z panem rabinem Schuldrichem zapowiada, że będzie zwalczał antysemityzm, ale nie jako przestępstwo – bo tym będzie się zajmowało „państwo” czyli „tron”, podczas gdy Kościół, czyli „ołtarz”, będzie się zajmował antysemityzmem na odcinku eschatologicznym, jako „grzechem”, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie, w każdym razie – w Archidiecezji Krakowskiej – ani na tamtym. Więc chociaż w katechizmowych sześciu prawdach wiary o Żydach nie ma ani słowa, to widocznie nic nie szkodzi, bo w „Najnowszym Testamencie”, który podobno przygotowywany jest w ramach „dialogu z judaizmem”, na pewno stosowne wzmianki już się znajdą.

Wydawać by się w związku z tym mogło, że skoro tak, to Judenrat powinien Kościół wspierać. Tymczasem lektura „Gazety Wyborczej” prowadzi do całkiem innych wniosków. Podobnie jak dla Judenratu „Trybuny Ludu”, który sprawował rząd dusz w naszym bantustanie za pierwszej komuny, kolejne pokolenie tamtego Judenratu, które tworzy Judenrat obecny, zwalcza Kościół katolicki, jak tylko może i gdzie tylko może. Przy pomocy dwóch wyspecjalizowanych publicystów, pana mec. Nowaka, co to twierdzi, że był w młodości molestowany i pana Obirka, który w swoim czasie, jako ojciec jezuita, mógłby chyba pana mec. Nowaka nawet molestować, Juderat próbuje przyprawić przewielebnemu duchowieństwu katolickiemu wizerunek zbiorowiska porażonego priapizmem, co to molestuje panienki niczym tornado – od Bałtyku po gór szczyty.

Ale to tylko jeden, obyczajowy, czy nawet rozporkowy odcinek frontu ideologicznego, bo Kościół katolicki atakowany jest przez Judenrat również na odcinku politycznym oraz ideologicznym. Świadczy o tym publikacja natchnionego autora, że nie było takiego faszyzmu, z którym Kościół nie byłby za pan brat. Abstrahując od trafności tej opinii, warto zwrócić uwagę, że w tej sytuacji umizgi Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia do rabina Schuldricha i w ogóle – do Żydów, mogą nie przynieść mu spodziewanych rezultatów. Kiedy bowiem przyjdzie do ostatecznego rozwiązania kwestii katolickiej w naszym bantustanie, to Eminencji nic nie pomoże, podobnie, jak innym członkom „reakcyjnego kleru” – bo Juderat najwyraźniej jest zdecydowany odciąć nasz mniej wartościowy naród tubylczy nawet od takiej namiastki szlachty, jaką próbuje być przewielebne duchowieństwo katolickie.

Stanisław Michalkiewicz

Nie jest bezpiecznie… Michalkiewicz

Nie jest bezpiecznie

3 stycznia 2026 Stanisław Michalkiewicz prawy

Któż nie pamięta amerykańskiego filmu “Maratończyk” w którym nieświadomy niczego jegomość, tytułowy maratończyk, torturowany jest przez emerytowanego nazistę, który wierci mu zęby dentystyczną wiertarką bez znieczulenia, a w rezerwach pyta: “bezpiecznie” – czego tamten nie rozumie?

Z dalszej części filmu wynika, że ów nazista chce sprzedać w Nowym Jorku brylanty, jakie w czasie wojny uzbierał sobie od biednych Żydów, którzy teraz rozpoznają go na ulicy, z czego wynikają kłopoty. Wreszcie nazistę dopada nasz maratończyk, który na dzień dobry oświadcza mu: “nie jest bezpiecznie”.


Czy dzisiaj lekkiego dreszczyku nie powinien doznać obywatel Tusk Donald i Książę-Małżonek? Właśnie gruchnęła wieść, że Prezydent Trump zatwierdził uderzenie na Wenezuelę. Nie jest to oczywiście żadna wojna, bo prezydent Trump, gdzie tylko może wojny wygasza, więc uderzenie na Wenezuelę jest fragmentem walki o pokój, którą przewidziało jeszcze za głębokiej komuny Radio Erewań, odpowiadając na pytanie zaniepokojonego słuchacza, czy będzie wojna – że żadnej wojny oczywiście nie będzie, tylko rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu. Jak będzie wyglądała walka o pokój w Wenezueli, tego jeszcze nie wiemy, bo wiemy tylko, że zaraz na początku walki o pokój amerykańscy komandoksi złapali nie tylko prezydenta Mikołaja Maduro i jego żonę, którym – po błyskawicznym przetransportowaniu ich do Nowego Jorku, tamtejszy funkcjonariusz tamtejszego obywatela Żyrka Waldemara przedstawił im “zarzuty” – że nie tylko zbuntowali się przeciwko Ameryce, ale w dodatku zgromadzili “broń maszynową”.

Nietrudno się domyślić, że “za takową psotę pójdą co najmniej w Sybirną robotę” – jak czytamy w “Panu Tadeuszu” – zwłaszcza, gdy Ameryka znormalizuje wreszcie stosunki z Rosją, czemu sprzeciwia się ukraiński prezydent Zełeński. Ponieważ pali mu się ziemia pod nogami i właśnie na pożarcie krokodylom wyrzuca z rządowej ukraińskiej pirogi kolejnych murzyńskich chłopców, zastępując ich innymi – żeby ci inni też zdążyli skorzystać na wojnie i przytulili sobie, chociaż po kilka nędznych milionów dolarów – więc jak już na Ukrainie zakończy się walka o pokój, która pewnie jeszcze potrwa, dopóki ostatni oligarcha nie umoczy pyska w melasie – to kto wie, czy Mikołaj Maduro nie zostanie zesłany do kolonii karnej gdzieś na Kołymie – chociaż na Alasce też mogą być podobne miejsca odosobnienia.

Dobrze mu tak, bo po co buntował się przeciwko Stanom Zjednoczonym – jakby nie wiedział, że prędzej czy później Bóg, jak zwykle, da Ameryce zwycięstwo, a wtedy rozprawi się ona z buntownikami – ale w majestacie prawa: najpierw funkcjonariusze tamtejszego obywatela Żurka Waldemara przedstawią im “zarzuty”, a potem odbędzie się proces, który zakończy się pięknym wyrokiem – żeby żadna Schwein nie ośmieliła się już buntować przeciwko Stanom Zjednoczonym? Ale zwycięstwo to jedna sprawa, a jego zagospodarowanie to sprawa druga. W Wenezueli nie będzie z tym problemu, bo amerykańscy komandosi, tylko patrzeć, jak osadzą na tamtejszym tronie panią Marię Machado – żeby demokracja wreszcie i tu zatriumfowała.

Bo jeśli demokracja ma zatriumfować, to na tronie musi zostać przez komandosów osadzony jakiś płomienny szermierz wolności i demokracji – a taką właśnie rolę Opatrzność wyznaczyła pani Marii Machado, co to od reżymu Mikołaja Maduro cierpiała straszliwe katiusze i nawet musiała stosować minimum konspiracyjne, żeby w przebraniu wieśniaczki wyjechać na uroczystość wręczenia jej Pokojowej Nagrody Nobla, a potem – żeby incognito do Wenezueli przyjechać. Na szczęście dla niej wszystko już wkrótce zakończy się wesołym oberkiem i kiedy tylko komandosi zainstalują ją na stanowisku nowego, demokratycznego prezydenta Wenezueli, to będzie mogła używać życia całą paszczą.

No dobrze – ale skoro tak, to niby dlaczego nie miałoby być bezpiecznie? Ano dlatego, że Wenezuela, to jedna sprawa, a nasz nieszczęśliwy bantustan, to sprawa druga. Mimo tych różnic jest jednak wspólny mianownik – że każdy buntownik przeciwko Ameryce zostanie przykładnie ukarany – oczywiście po uprzednim pojmaniu go wraz z żoną oraz postawieniu mu “zarzutów”. I właśnie dlatego obywatel Tusk Donald, podobnie, jak Książę-Małżonek, powinien poczuć ciarki na plecach. Żyje bowiem mnóstwo świadków, którzy widzieli, jak obywatel Tusk Donald za plecami prezydenta Donalda Trumpa udawał, że mierzy doń z pistoletu, a mnóstwo słyszało, jak wcześniej obywatel Tusk Donald zarzucał prezydentu Donaldu Trumpu, że jest “agentem Putina”. Czy za to nie należy się piękny wyrok, podobnie jak Księciu-Małżonkowi za obsmarowywanie prezydenta  Trumpa przez Małżonkę Księcia-Małżonka, czyli naszą Jabłoneczkę na łamach “prasy międzynarodowej? W obydwu przypadkach piękne wyroki należą się, jak psu buda, więc tylko patrzeć, jak w ramach walki o pokój, w Chobielinie wyląduje desant komandosów, którzy pojmają Księcia-Małżonka wraz z Małżonką, a obywatela Tuska Donalda dopadną podczas jakiegoś “haratania w gałę” na “Orliku”, po czym nakażą obywatelu Żurku Waldemaru, by przedstawił im “zarzuty” – no a potem wyznaczył jakiegoś nienawistnego sędziego, żeby przysolił im piękne wyroki?

Z komandosami, zwłaszcza gdy pojawią się z długą bronią, żartów nie ma, toteż nie wyobrażam sobie, by jakiś narwaniec z naszej niezwyciężonej armii podniósł zbrodniczą rękę przeciwko jedności sojuszniczej w ramach NATO i stanął w obronie obydwu delikwentów. Czego jak czego, ale braku dyscypliny i rozsądku naszej niezwyciężonej armii zarzucić nie można, a gdyby nawet – to przecież komandosi przed rozpoczęciem walki o pokój w naszym bantustanie powyłączaliby profilaktycznie wszystkie “systemy”, wskutek czego nawet piaskarki nie mogłyby wykonać rozkazów sztabów kryzysowych, nie mówiąc już o innych elementach naszego systemu obronnego.

No dobrze – ale kogo w takiej sytuacji prezydent Trump miałby osadzić na stanowisku premiera rządu? Akurat Mateusz Morawiecki rozpoczął realizowanie trzeciej części swojej misji. Pierwsza część polegała na wślizgnięciu się do rządu Beaty Szydło, co nie mogło nastąpić bez wiedzy i zgody starych kiejkutów. Druga część – kiedy już został premierem w wyniku “głębokiej rekonstrukcji rządu”, jaka nastąpiła po felonii prezydenta Andrzeja Dudy, dokonanej po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina w lipcu 2017 roku – i kiedy to popodpisywał wszystko, co Niemcy podsunęli mu do podpisania, no a teraz część trzecia polega na neutralizowaniu PiS-u, żeby w ciągu rozpoczynającego się roku zostały z niego ruiny i zgliszcza.

W tej sytuacji pytanie, jakiego płomiennego szermierza wolności Amerykanie powinni usadowić na stanowisku premiera naszego bantustanu nabiera aktualności? Pan prezydent Nawrocki już jest prezydentem, więc jego kandydatura odpada, więc może resortowa “Stokrotka” zaprosiłaby do TVN pana generała Marka Dukaczewskiego, żeby powiedział, jak ma być? No bo jeśli nie on, to już nie wiem kto.
Stanisław Michalkiewicz

Czegóż chcieć więcej?

Czegóż chcieć więcej?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    4 stycznia 2026 michalkiewicz

Jak zwykle podczas świąt Bożego Narodzenia, to znaczy – od Wigilii, aż do Trzech Króli, nasz nieszczęśliwy kraj pogrążony jest w nirwanie, pod której następuje bolesny powrót do rzeczywistości. Widać to również w niezależnych mediach głównego nurtu, chociaż wprawne oko dostrzeże tam również przygotowania do okresu poświątecznego, kiedy to rzeczywistość znowu zacznie dawać o sobie znać. Oto w ramach wojny obywatela Tuska Donalda z panem prezydentem Karolem Nawrockim, któremu obywatel Tusk Donald i Książę-Małżonek zarzucają rozmaite uzurpacje, pojawił się serial firmowany przez znanego autora Bertolda Kittela, który wyciąga panu prezydentowicz różne wstydliwe zakątki, najwyraźniej przygotowując grunt do tubylczej afery Epsteina.

Pan red. Kittel jest „dziennikarzem śledczym” znanym ze współpracy w panią red. Anną Marszałek, co to w swoim czasie zdemaskowała Romualda Szeremietiewa i jego współpracownika, pana Farmusa, co doprowadziło do spektakularnego aresztowania go na pełnym morzu, kiedy to został zdjęty z promu za pośrednictwem helikoptera. Oczywiście niezależna telewizja również tam przypadkowo się znalazła, podobnie, jak w głębokich lasach koło Wodzisławia Śląskiego, skąd dobiegały odgłosy obchodów urodzin Adolfa Hitlera. Jak pamiętamy pojawiły się wówczas śmierdzące dmuchy, jakoby te urodziny zostały przez niezależną telewizję obstalowane i nawet zadatkowane, w związku z czym prokuratura wszczęła tak zwane energiczne śledztwo. Kiedy jednak pani Żorżeta, będąca podówczas amerykańską ambasadoressą w Warszawie ostrzegła, że jeśli ktokolwiek podniesie rękę na niezależną stację telewizyjną, to władza ludowa mu tę rękę odrąbie, niezależna prokuratura wycofała się z energicznego śledztwa z podwiniętym ogonem.

Podejrzewam w związku z tym, że większość tych „dziennikarzy śledczych” to po prostu kolaboranci bezpieki, która za ich pośrednictwem prowadzi rozmaite polityczne rozgrywki. Taki jeden z drugim oficer prowadzący wtyka dziennikarzowi śledczemu nos w przygotowanego zawczasu gotowca i powiada: wiecie, rozumiecie, pani Aniu, niech to pani opisze własnymi słowami, jak to pani pięknie potrafi – no a potem helikoptery nadlatują nad prom, antyterroryści spuszczają się na linach, aresztują wskazanego nieubłaganym palcem delikwenta, telewizja to wszystko nagrywa i puszcza w czasie najlepszej oglądalności, przerywając reklamami, bezpieczniacy za udaną operację inkasują premie, a dziennikarze śledczy inkasują nagrody, przyznawane przez rozmaite bezpieczniackie odkrywki, dla lepszego kamuflażu funkcjonujące jako organizacje społeczeństwa otwartego. Czegóż chcieć więcej?

Z kolei zaraz jak tylko niezależna prokuratura „postawiła zarzuty” złowrogiemu Antoniemu Macierewiczowi ujawnienia jakichś straszliwych tajemnic, niezależny portal „Onet” drukuje w odcinkach serial autorstwa pani Żemły Edyty o naszej niezwyciężonej armii – jak to Macierewicz z Misiewiczem prześladowali biednych oficerów, jak prześladowani cierpieli katiusze, jak nasza niezwyciężona armia się od tego rozpadała, słowem – mamy medialną padgatowkę pod pokazowy proces – bo wydaje się, że właśnie takimi widowiskami będzie teraz delektowała swoją gawiedź banda obywatela Tuska Donalda.

Trawestując Wojciecha Młynarskiego można powiedzieć, że gdy chleba brak, to rośnie popyt na igrzyska – a któż lepiej się nadaje na głównego winowajcę, jak nie złowrogi Antoni Macierewicz? Co tu ukrywać, nazbierało mu się sporo. Poczynając od lat 70-tych ubiegłego stulecia, kiedy to złowrogi Antoni Macierewcz, razem z Wojciechem Ziembińskim założyli Komitet Obrony Robotników, do którego potem przykleił się obywatel Kuroń Jacek i pan red. Michnik Adam. Potem, jakby tego było mu mało, autorytetom moralnym pościągał kalesony na oczach całej Polski, przywożąc 4 czerwca 1994 roku zalakowane koperty z nazwiskami konfidentów – między innymi z nazwiskiem Kukuńka.

Potem było coraz gorzej; we wrześniu 2006 roku wziął i rozwiązał Wojskowe Służby Informacyjne, które przez 16 lat „wolnej Polski” rozbudowały sobie agenturę, przy pomocy której do dzisiaj kręcą nie tylko całym państwem, ale całym życiem publicznym naszego nieszczęśliwego kraju. Wreszcie przeprowadził kurację przeczyszczającą w naszej niezwyciężonej armii – więc nie ma rady; zgraja obywatela Tuska Donalda, wykonująca zadanie doprowadzenia naszego mniej wartościowego narodu tubylczego do Generalnej Guberni, musi mu urządzić pokazowy proces, a potem zmłotować nienawistny sąd, by wpakował go do turmy. Co ma wisieć – nie utonie. Generał Kiszczak nie zdążył – ale obywatel Tusk Donald ze swoim kolaborantem, obywatelem Żurkiem Waldemarem, to niedopatrzenie nadrobi. Jak widzimy, kontynuacja obejmuje nie tylko PRL, ale i Generalną Gubernię. Czegóż chcieć więcej?

Jakby tego wszystkiego było mało, to jeszcze zaraz po Trzech Królach, kiedy to rozpocznie się bolesny powrót do rzeczywistości, rozpocznie się kolejna faza procesu złowrogiego Grzegorza Brauna, co to zgasił chanukową iluminację w Sejmie, potrzaskał profesoru Janu Grabowskiemu mikrofon, uniemożliwiając mu w ten sposób kontynuowanie opowieści o holokauście, na których pan prof. Grabowski do dzisiaj zarabia na życie, zniszczył choinkę z symbolami Unii Europejskiej, pozrywał ukraińskie flagi, a wreszcie – naruszył cielesność pani doktor Gizele-Mengele. Nazbierało się się tych zbrodni co najmniej tyle samo, co złowrogiemu Antoniemu Macierewiczowi, więc obywatel Żurek Waldemar nakazał nienawistnemu sądu, by proces zakończył się do marca. Skoro zna termin wyroku, to pewnie zna i sam wyrok.

Ale przysolenie pięknego wyroku złowrogiemu Grzegorzowi Braunowi to zaledwie wstęp do operacji niwelowania tubylczej sceny politycznej. Jak wiadomo, zarówno obywatel Żurek Waldemar, jak i minister Kierwiński, a także Książę-Małżonek wyrazili commmunis opinio, że Konfederacja Korony Polskiej powinna zostać zdelegalizowana. Toteż czekamy tylko na prawidłowe obsadzenie wakatów w Trybunale Konstytucyjnym, który wtedy odzyska zaufanie Partii i będzie mógł przystąpić do niwelowania tubylczej sceny politycznej dla potrzeb Generalnej Guberni. Podejrzewam, że na zdelegalizowaniu Konfederacji Korony Polskiej się nie skończy – bo jak już sądzić – to sądzić – więc podobny los spotka pewnie również Konfederację WiN.

Skoro jednocześnie pan Mateusz Morawiecki, kontynuując zadanie, właśnie neutralizuje PiS, to nie ulega wątpliwości, że w Generalnej Guberni na placu pozostanie tylko Volksdeutsche Partei z satelitami – zgodnie z wytycznymi niemieckiej BND z Berlina. Wiadomo bowiem, że w Generalnej Guberni, podobnie zresztą, jak i w IV Rzeszy, pluralismus polegać może na potrójnej jedności: ein Reich, ein Volk i ein Führer, to znaczy – eine Reichsführerin Urszula Wodęleje. Czegóż chcieć więcej?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Zasada przyczynowości

Zasada przyczynowości

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    1 stycznia 2026 michalkiewicz

Co się kryje za zasłoną przyszłości? Od niepamiętnych czasów ludzie chcieli tam zajrzeć – ale to nie jest prosta sprawa. Albo snuli domysły na podstawie bredzenia damy odurzonej wyziewami z głębi ziemskich czeluści, albo próbowali wyśledzić przyszłość z lotu ptaków, ewentualnie z wnętrzności zwierząt zarżniętych ku czci jakiegoś bóstwa – ale nie każdy mógł się tego podjąć, bo to była straszliwa wiedza. Wprawdzie nie tak straszliwa, jak współczesne nauki moczopłciowe, którymi obłąkani docenci duraczą młodzież w parkach jurajskich zwanych pretensjonalnie „uniwersytetami”, ale też budziła szacunek. Toteż odgadywaniem przyszłości zajmowali się augurowie. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, że wszystko jest zapisane w górze, czyli w gwiazdach – i tak powstała astrologia, która również i dzisiaj nie narzeka na brak entuzjastów, zwłaszcza wśród tak zwanych „racjonalistów” – tych samych, co to propagują „Wielką Lechię”. Tu augurów nie potrzeba, bo do wróżenia z gwiazd, czy kart wystarczy tupet. Przekonałem się o tym we wczesnej młodości, gdy pewna Cyganka zaproponowała, że powróży mi z kart. – Z kart, to każdy głupi potrafi – powiedziałem odbierając jej karty. – Niech mi Cyganka powróży bez kart. I powróżyła: „będziesz żył aż do śmierci, aż ci się zawierci” – powiedziała. Każdy przyzna, że to już jest coś. A tu jeszcze, za czasów sowieckich, wśród racjonalistów pojawiła się nowa szkoła odkrywania przyszłości, zalecająca bardzo prostą metodę: wystarczy trochę poczekać.

Ciekawość przyszłości wzrasta zwłaszcza na przełomie lat, czyli w okresie, gdy nasz nieszczęśliwy kraj trwa pogrążony w świątecznej nirwanie. Uprzejmość nakazuje, by wszystkim życzyć wszystkiego najlepszego. Tak bywało do tej pory nawet w Sejmie, gdzie urządzane były „opłatki”, podczas których nad uczestnikami unosiły się gęste opary obłudy. Ciekaw jestem, czy teraz też ta tradycja będzie kontynuowana, czy też ze względu na „rozliczenia”, będące jedynym instrumentem uwodzenia swoich wyznawców przez vaginet obywatela Tuska Donalda, zostanie zerwana, niczym zapalanie Chanuki w Pałacu Namiestnikowskim. Tymczasem Nowy Rok to tylko takie administracyjne makagigi, mające odzwierciedlać zjawiska kosmiczne w postaci obiegu Ziemi dookoła Słońca – i takie tam. Okazuje się, że nie ma niczego, z czego biurokratyczne gangi nie potrafiłyby wycisnąć szmalcu – „tak, jak za okupacji z Żyda”.

Coś jednak musi być na rzeczy, a przynajmniej musiało być, skoro węgierski premier, Paweł hrabia Teleky w liście do Adolfa Hitlera z 24 lipca 1939 roku wspomina o „narodach przewidujących”. („Sytuacja w Europie wciąż jest poważna. Narody przewidujące zaczynają gromadzić zasoby materialne i moralne, aby być gotowym na wszelki wypadek”). Ten hrabia Teleky był człowiekiem poważnym – nie tak, jak nasi ówcześni Umiłowani Przywódcy, którzy w maju 1939 roku deklamowali w Sejmie o „honorze” – a już we wrześniu, jak tylko spadły pierwsze niemieckie bomby, czmychnęli za granicę „szlakiem Marszałka”. Kiedy hrabiemu Teleky zawaliła się jego polityka, to zamiast przedstawiać niezależnym mediom „zakłamane swoje racje” – jak to czynią współcześni statyści – zwyczajnie się zastrzelił. Dzisiaj takich polityków chyba już nie ma; dobrze, jak który nie kradnie – w odróżnieniu od kolaborantów ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, który z miedzianym czołem jeździ po Europie, próbując naciągnąć tamtejszych „chętnych” na kolejne przekazy dla tamtejszych parchów-oligarchów pod pretekstem wojny. Tymczasem „koalicja chętnych” nie bardzo może zmłotować belgijskiego premiera, którego upatrzyła sobie na frajera – tym bardziej, że właśnie powstała „koalicja niechętnych”, którzy o żadnym przekazywaniu ukraińskim parchom-oligarchom zamrożonych ruskich aktywów nie chcą słyszeć.

Mniejsza jednak z tymi przepychankami, bo ciekawsze jest pytanie, czy skoro premier Teleky pisał do Hitlera o „narodach przewidujących”, to czy możliwe jest przewidywanie przyszłości? Na to pytanie musimy odpowiedzieć twierdząco. Świat funkcjonuje bowiem według zasady przyczynowości, która głosi, że z określonych przyczyn muszą wystąpić określone skutki. Ta zasada przyczynowości jest bardzo dobra, a żeby się o tym przekonać, spróbujmy sobie wyobrazić, że jej nie ma. Świat jawiłby się nam wtedy jako chaotyczne kłębowisko, o którym niczego nie moglibyśmy powiedzieć, więc ani nie moglibyśmy opisać świata, ani – tym bardziej – odkryć żadnych praw nim rządzących. Tymczasem dzięki zasadzie przyczynowości możemy i jedno i drugie, to znaczy możemy korzystać z rozumu, który w przeciwnym razie w ogóle nie byłby nam potrzebny, więc pewnie byśmy go nie mieli, jak niektórzy Wielce Czcigodni posłowie w Sejmie.

Czy Polacy są „narodem przewidującym”? To nie jest takie pewne, bo na przykład brytyjski premier Winston Churchill charakteryzował nasz naród jako „lekkomyślny”. Wiedział, co mówi, bo przecież najlepszym dowodem naszej lekkomyślności było to, że zaufaliśmy właśnie jemu. Najciekawsze jest jednak to, że to doświadczenie niczego nas nie nauczyło i nadal pokładamy zaufanie jak nie w jednym cudzoziemskim dygnitarzu, to w drugim. Nic więc dziwnego, ze w tej sytuacji nasz nieszczęśliwy kraj został członkiem „klubu trzeciego miejsca” – czego znakomitą ilustracją był wyjazd obywatela Tuska Donalda do Helsinek, gdzie namawiał się z przedstawicielami mocarstw bałtyckich i Finlandii – jakby tu nastraszyć zimnego ruskiego czekistę Putina.

Najgorsze są nieproszone rady, ale skoro sytuacja w Europie znowu staje się „poważna”, to radziłbym, żeby w charakterze środka odstraszającego ukazać Putinowi panią Kaję Kallas w całej straszliwej postaci. Jeśli ona nie odstraszy Putina, to już nie wiem, co go odstraszy – żeby ogłosił bezwarunkową kapitulację – bo czyż w przeciwnym razie pokój na Ukrainie będzie „sprawiedliwy”? Wbrew pozorom nie jest to pomysł zły, bo ludowe przysłowie poucza, że gdy nawet diabeł nie może, to babę pośle, więc użycie pani Kai Kallas w charakterze środka odstraszającego, byłoby jak najbardziej uzasadnione.

Jakże jednak ma być inaczej z naszym nieszczęśliwym krajem, skoro lekkomyślnie wysuwamy do kierowania państwem osoby możliwie jak najgłupsze? Nie będę wymieniał żadnych nazwisk, bo jeden proces przed nienawistnym sądem mi wystarczy – ale jestem pewien, że każdy wie, o kogo chodzi. Wie – ale gdy chodzi o powierzanie misji sterowania państwem, notorycznie kieruje się lekkomyślnością, jakby nie zdawał sobie sprawy z istnienia zasady przyczynowości. Tymczasem ona jest i działa tak, jak prawo grawitacji – a w tej sytuacji skutki tej przyczyny prędzej czy później muszą się objawić i nic nam nie pomoże skamlanie po kościołach do Pana Jezusa, żeby „uczynił z nami cud”. Nie po to bowiem Stwórca Wszechświata ustanowił zasadę przyczynowości, żeby potem zawieszać ją na każdą prośbę narodów lekkomyślnych.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Prognoza Michalkiewicza na 2026 rok. „Czarno to widzę!”

Prognoza Michalkiewicza na 2026 rok. „Czarno to widzę!”

Autor:Stanisław Michalkiewicz 31.12.2025

Przepowiednia Stanisława Michalkiewicza na 2026 rok.
NCZAS.INFO | Przepowiednia Stanisława Michalkiewicza na 2026 rok. / foto: Pixabay/screen Rumble (kolaż)

Po objawionej na ostatnim „szczycie” UE odmowie przekazania Ukrainie zamrożonych rosyjskich aktywów widać wyraźnie, że entuzjazm wobec dalszego futrowania pieniędzmi tamtejszych parchów-oligarchów zaczyna wygasać. Obok „koalicji chętnych” grupującej przywódców, których podejrzewam o branie łapówek od Ukraińców, powstała „koalicja niechętnych”, której stanowisko najwyraźniej przeważyło.

Wygląda zatem na to, że Ukraina będzie musiała pójść na kompromisy podyktowane przez Amerykanów – bo nie bardzo mi się chce wierzyć, że państwa europejskie ostatecznie zgodzą się na zaciągniecie długu i przekazanie Ukrainie 90 mld euro.

A ponieważ – jak zauważył Napoleon – do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, to w przypadku ich braku trzeba będzie wojnę zakończyć. Jak to się skończy dla Zełenskiego – to sprawa osobna, bo wyborów prezydenckich na pewno nie wygra, więc będzie zadowolony, jeśli zdąży wyjechać do Izraela, szlakiem przetartym przez Timura Mindycza.

Słowem – miała rację ambasadoressa USA przy NATO, która jeszcze na początku wojny twierdziła, iż najbardziej prawdopodobnym jej zakończeniem, będzie zamrożenie konfliktu.

Ryzyko rozbioru

To jednak rodzi dla Polski pewne ryzyko, ale nie dlatego, że – jak utrzymują nasi Umiłowani – po zamrożeniu konfliktu na Ukrainie Putin runie na Europę – tylko że państwa Europy Środkowej, wśród których najbardziej podskakują, pokrzykują, przytupują i machają rękami mocarstwa bałtyckie – mogą doprowadzić do upragnionej wojny z Rosją, którą Niemcy następnie wykorzystają do ponownego rozbioru Europy. Rządząca obecnie Polską niemiecka agentura takie ukoronowanie swoich starań przyjęłaby z zadowoleniem.

Dopóki bowiem z Polsce rządzi niemiecka agentura perspektywy realizacji projektu Trójmorza, do czego nawiązuje nowa amerykańska strategia bezpieczeństwa, oddalają się w mglistość z uwagi na nieprzejednaną wrogość zarówno obywatela Tuska Donalda i jego vaginetu, jak i Naczelnika Państwa i jego gangu wobec Węgier Wiktora Orbana. Jeśli zatem Amerykanie nie doprowadzą do odpowiedniego ukształtowania sceny politycznej w naszym bantustanie, to będziemy skazani na scenariusz niemiecki.

Czarno to widzę!

A on zaczyna rysować się już w szczegółach. Volksdeutsche Partei nie ukrywa przecież, że rozpoczęcie procesu Grzegorza Brauna przed nienawistnym sądem jest zaledwie wstępem do delegalizacji obydwu Konfederacji, która nastąpi niezwłocznie po obsadzeniu wakatów w Trybunale Konstytucyjnym przez nienawistnych sędziów przewidywalnych.

Nienawistny sąd rejestrowy dostanie natomiast rozkaz blokowania pod każdym pretekstem prób zarejestrowania nowych partii w miejsce zdelegalizowanych.

Dodatkowo Mateusz Morawiecki właśnie doprowadza do neutralizacji PiS, w następstwie czego scenę polityczną naszego bantustanu zdominuje Volksdeutsche Partei, która prostą drogą doprowadzi nas do Generalnej Guberni – bo tylko takiego statusu możemy spodziewać się w ramach IV Rzeszy…

Praktyka i zastawki chanukowe. Metamorfoza Czarzastego i „tradycje” Terlikowskiego

Praktyka i zastawki chanukowe.

Metamorfoza Czarzastego

i „tradycje” Terlikowskiego

29.12.2025 Stanisław Michalkiewicz nczas/praktyka-i-zastawki-chanukowe-metamorfoza-czarzastego-i-tradycje-terlikowskiego/

Rabin Szalom Ber Stambler (z prawej) i marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (z lewej) podczas zapalenia świec chanukowych w Sejmie.
NCZAS.INFO | Rabin Szalom Ber Stambler (z prawej) i marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty (z lewej) podczas zapalenia świec chanukowych w Sejmie. / Fot. PAP

Powstrzymanie się pana prezydenta Karola Nawrockiego od zaproszenia rabinów reprezentujących również chasydzką sektę Chabad Lubawicz do Pałacu Namiestnikowskiego, by tak celebrowali żydowskie kombatanckie wspominki okraszone religijnym sosem, wywołało falę pełnych zgorszenia komentarzy, nie mówiąc już o ostentacyjnej, ekspiacyjnej liturgii, celebrowanej w Sejmie przez pana marszałka Włodzimierza Czarzastego. Mówiąc o kombatanckich wspominkach, mam oczywiście na myśli powstanie Machabeuszów przeciwko Antiochowi, który wpadł na pomysł nakłonienia Żydów do przyjęcia kultu Zeusa.

Wywołało to bunt Żydów. Powstańcy żydowscy odzyskali wprawdzie w roku 164 przed Chrystusem świątynię jerozolimską, ale w międzyczasie się ona strefiła, bo Antioch umieścił tam posąg Zeusa, więc trzeba było odczynić uroki.

Do tego potrzebna była oliwa do lamp, ale nie taka zwykła, tylko koszerna, opieczętowana przez arcykapłana. W świątyni znaleziono wprawdzie flaszkę z taką oliwą – ale tylko jedną – tymczasem do skutecznego odczynienia uroków potrzebna była znacznie większa ilość oliwy. I tu na scenę wkroczył Stwórca Wszechświata, który sprawił, że ta niewielka ilość koszernej oliwy wystarczyła nie tylko do zaopatrzenia jednej lampy przez jeden dzień, ale na wiele lamp przez całe osiem dni.

Na pamiątkę tego wydarzenia obchodzona jest właśnie Chanuka, to znaczy – zapalanie przez osiem dni świec na specjalnym świeczniku, przy czym nie jest jasne, czy należy je zapalać od lewej do prawej strony, czy odwrotnie – bo są różne szkoły, który sposób bardziej udelektowałby Stwórcę Wszechświata. Ciekawe, od której strony zapalił chanukę pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, bo to by nam dostarczyło informacji, ku której frakcji w Chabad Lubawicz się skłania.

Chanukowy „cud”, czyli metamorfoza marszałka

W ogóle z tym panem marszałkiem Czarzastym to ciekawa sytuacja. Jak pamiętamy, za pierwszej komuny pan marszałek Czarzasty stał na nieubłaganym gruncie przekonania, że żaden Bóg nie istnieje, a te wszystkie religie, z judaizmem włącznie, to „opium dla ludu”, jako że ówczesna elita wierzenie w jakichś Bogów miała surowo zakazane, a nad przestrzeganiem tego zakazu czuwała Partia i Służba Bezpieczeństwa. Jak dajmy na to jakiś partyjny, milicjant czy wojskowy wlazłby do kościoła czy bożnicy gwoli uczestnictwa w liturgiach, to groziły mu rozmaite nieprzyjemności. Podobno z tego powodu generał Jaruzelski nie ośmielił się wejść do kościoła, by uczestniczyć w pogrzebie matki, tylko spacerował tam i nazad przed wejściem.

Jestem pewien, że pan Włdzimierz Czarzasty na pomysł uczestniczenia w niedozwolonych liturgiach nigdy nie wpadł, ankietę personalną w „kadrach” i SB miał czystą jak łza, bo najwyraźniej wystarczały mu liturgie marksistowskie, znaczy się – laickie – jak na przykład wręczenie „dowodziku osobistego” – nad sprawowaniem których czuwał Wydział Ceremoniału i Obrzędowości Świeckiej Komitetu Centralnego PZPR.

Kiedy jednak nastała transformacja ustrojowa, zakaz wierzenia w jakichkolwiek Bogów został uchylony, w związku z czym rozmaite osobistości zaczęły próbować, jaka wiara lepiej im się dopasuje do mądrości etapu. Pan marszałek Czarzasty najwyraźniej musiał postawić na judaizm, o czym świadczy nie tylko jego wiodący udział w celebrowaniu Chanuki, ale również deklaracja, że jako przewodniczący Lewicy grupującej resortowe dzieci i rozmaitych poszukiwaczy sprzeczności, jak na przykład moja faworyta Wielce Czcigodna Scheuring-Wielgus Joanna, będzie nieugięcie stał na nieubłaganym gruncie „rozdziału Kościoła od państwa”.

Chodzi naturalnie tylko o Kościół katolicki, bo jeśli chodzi o sektę Chabad Lubawicz, która podobno uważa, że głupie goje, ot na przykład takie jak pan marszałek Włodzimierz Czarzasty, w ogóle nie mają duszy, a tylko zewnętrznie są podobni do gatunku ludzkiego – to ona może celebrować swoje liturgie we wszystkich domach publicznych, a więc również – w Sejmie. Panu marszałkowi taka rewolucyjna teoria duszy najwyraźniej musi odpowiadać, bo przecież na poprzednim etapie on też uważał, że nie ma duszy – a któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej od samego zainteresowanego? Jak widzimy, na tym właśnie gruncie musiało w końcu dojść do porozumienia między dawnymi materialistami dialektycznymi a judaizmem.

„Tradycje” red. Terlikowskiego

Ale pan marszałek Czarzasty to jeszcze nic, bo jego metamorfozę wyjaśnić można przy pomocy mechanizmów stosunkowo prostych, żeby nie powiedzieć – prostackich. Ze znacznie poważniejszą zastawką wobec pana prezydenta Karola Nawrockiego wystąpił zawodowy katolik, publicysta i „filozof-gleboznawca, społecznik i demokrata” – pan red. Terlikowski Tomasz. W pełnych goryczy słowach zarzucił panu prezydentowi Nawrockiemu, że „nie występuje jako katolik”. Na uwagę zasługuje argumentacja, jaką nasz „filozof” się posłużył. Otóż składa się ona z dwóch części – świeckiej i eschatologicznej.

W części świeckiej pan red. Terlikowski Tomasz bierze pana prezydenta Karola Nawrockiego pod włos, sugerując mu, iż jego uczestnictwo w chanukowych liturgiach nawiązywałoby do mocarstwowego majestatu dawnej Rzeczypospolitej. Co prawda chyba nie zachowały się opisy, jakoby polscy królowie brali udział w żydowskich liturgiach – czy to Chanuce, czy Święcie Kuczek – ale widocznie pan red. Terlikowski Tomasz liczy na to, że pan prezydent Nawrocki nie będzie pewny, jak to kiedyś bywało i może się zacukać.

Znacznie cięższego kalibru działa wytacza przeciwko panu prezydentowi Nawrockiemu nasz „filozof” na eschatologicznym odcinku frontu ideologicznego. Pan prezydent Nawrocki bowiem powołał się na „wartości chrześcijańskie” – ale pan red. Terlikowski Tomasz ze swadą katolika zawodowego, co to wszystkie tajemnice Trójcy Świętej przejrzał na wylot, wyjaśnia panu prezydentowi Nawrockiemu, że straszliwie się myli, sądząc, iż katolikowi hołdującemu „wartościom chrześcijańskim” nie przystoi uczestniczyć w celebracji liturgii chanukowych. Jest dokładnie odwrotnie.

Chrześcijanin – twierdzi pan red. Terlikowski Tomasz – a zwłaszcza „judeochrześcijanin” – bo po II Soborze Watykańskim jest rozkaz, byśmy wszyscy stopniowo przechodzili na „judeochrześcijaństwo” – więc taki jeden z drugim chrześcijanin nie tylko może, ale nawet powinien uczestniczyć w celebracjach różnych żydowskich kombatackich wspominków, zwanych „świętami”, bo nie jest to niezgodne z „tradycją katolicką”, a wprost przeciwnie – jak najbardziej zgodne, jako że Pan Jezus też Chanukę obchodził.

Argument z Panem Jezusem obchodzącym Chanukę jest oczywiście zaporowy – ale ma też swój point faible. Na przykład powszechnie wiadomo – bo możemy to sobie przeczytać w Ewangelii – że Pan Jezus jeszcze we wczesnym dzieciństwie został poddany pewnej drobnej operacji chirurgicznej. Była ona podobno rezultatem nakazu samego Stwórcy Wszechświata, który nakazał jej przeprowadzenie nie tylko pewnemu mezopotamskiemu koczownikowi, w którym ponoć z jakichś zagadkowych przyczyn sobie upodobał – ale również wszystkim jego domownikom. Stąd Żydowie nie tylko podtrzymują tradycję przeprowadzania na dzieciach płci męskiej tej drobnej operacji chirurgicznej, ale – jak czytamy w „Dziejach Apostolskich” – próbowali narzucić tę tradycję chrześcijanom, którzy wywodzili się spośród głupich gojów i ów zabieg chirurgiczny uważali za wstrętny – podobnie jak wiele innych elementów tradycji żydowskiej.

W rezultacie ukształtowała się chrześcijańska tradycja, według której ów zabieg chirurgiczny, chociaż podobno miał być nakazany przez samego Stwórcę Wszechświata (swoją drogą, skąd nagle Stwórca Wszechświata miałby przypomnieć sobie o konieczności przeprowadzania drobnej operacji chirurgicznej, skoro przecież mógł stworzyć człowieka od razu bez tej części, która w wyniku wspomnianej operacji powinna zostać usunięta?), został bez specjalnych ceregieli uchylony i żadnej dziury w Niebiesiech z tego powodu nie ma.

W takiej sytuacji musimy postawić pytanie, jaką konkretnie „tradycję” pan red. Terlikowski Tomasz próbuje stręczyć nie tylko panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, ale i nam wszystkim, chrześcijańskim głupim gojom? I w ogóle – czy naprawdę wierzy w tę swoją rewolucyjną teorię, czy też zachowuje się tak jak ta nauczycielka z anegdoty, co to mówiła uczniom na lekcji, że Fenicjanie robili szkło z piasku. – To nie jej wina – wyjaśniał przyjaciołom rodziny pewien uczeń. – Ona tak musi, bo inaczej wyrzuciliby ją z posady…