Myślimy pozytywnie

Myślimy pozytywnie

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   11 sierpnia 2026 michalkiewicz

Po upadku i wybuchu rakiety na terenie gminy Turobin w województwie lubelskim pojawiły się krytyczne opinie na temat sposobu, w jaki nasza niezwyciężona armia zareagowała na tę rosyjską prowokację. Tak w każdym razie określił ten incydent ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha, który spenetrował prawdę jeszcze zanim nasza niezwyciężona armia i lubelscy prokuratorzy dotarli na miejsce, żeby sprawdzić – co i jak. Uprzejmie tedy zakładam, że musiały go wspierać proroctwa, bo w przeciwnym razie pojawiłaby się przestrzeń do brzydkich podejrzeń, że we wspomnianym incydencie maczała palce strona ukraińska. Byłaby to jednak myślozbrodnia, a jest rozkaz, by od myślozbrodni, zwłaszcza wymierzonych w naród ukraiński trzymać się z daleka, bo z myślozbrodniarzami rozmowa będzie krótka w ramach walki z mową nienawiści. Zgodnie bowiem z aktualną mądrością etapu nienawiść musi zostać powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona.

Skoro tedy już wiemy, czego się trzymać, to nie pozostaje nam nic innego, jak oddać się myśleniu pozytywnemu, zgodnie z ludowym przysłowiem, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. O ile tedy ruska prowokacja ma wszelkie cechy zła w postaci czystej, to jednak, dzięki myśleniu pozytywnemu, my to zło potrafimy przekuć w dobro – zgodnie ze spostrzeżeniem bohatera powieści „Gubernator” Roberta Penn Warrena, który zauważył, że dobro najlepiej robić ze zła. Najwyraźniej wzięli to sobie do serca gorejącego nie tylko przedstawiciele naszej niezwyciężonej armii, ale przede wszystkim – nasi Umiłowani Przywódcy – chociaż oczywiście nie wszyscy, tylko uczestnicy koalicji 13 grudnia, która zrzesza kolaborantów Volksdeutsche Partei. Rada w radę uradzili, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a najlepszą ocenę wystawiła wiceministrowa obrony, pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, według której „wszystkie” procedury krajowe i zagraniczne „zadziałały prawidłowo”. W ramach myślenia pozytywnego spróbujmy tedy rozwinąć tę – jakże krzepiącą ocenę – żebyśmy i my doznali z tej okazji pokrzepienia serc. Zacznijmy od rakiety. Od razu widać, że zimny ruski czekista Putin też się podciągnął w prowokacjach, przynajmniej od incydentu w Przewodowie, gdzie zginęli dwaj polscy obywatele.

Tym razem nie tylko nikt nie zginął, ale w dodatku rakieta nie spadła ani na oddalony o 50 km Lublin, ani nawet na oddalone o 500 metrów zabudowania, tylko taktownie eksplodowała w szczerym polu. Towarzyszący temu huk spowodował uruchomienie syren alarmowych, które – zgodnie z przepisami, najpierw wydały z siebie sygnał pulsujący – jako ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem, a potem – jak powiadają – również sygnał o odwołaniu alarmu. Utwierdza nas to w przekonaniu o słuszności „przepisów drogi na morzu”, które – czerpiąc natchnienie z „Odysei” – zakazują zmieniania kursu statku na podstawie głosu syreny. Nawiasem mówiąc, średniowieczny poeta Dante Alighieri w „Boskiej komedii” pisze, że syreny wprawdzie charakteryzowały się czarującym głosem, ale z bliska śmierdziały zdechłymi rybami.

Ale to bynajmniej nie koniec dobrodziejstw, jakie spadły na nasz nieszczęśliwy kraj razem z ruską rakietą. Cały świat, a jeśli nawet nie cały, to jego najważniejsze części nadesłały nam wyrazy solidarności i poparcia, podobnie jak w 1939 roku. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak w miarę rozwoju sytuacji zostaniemy „natchnieniem narodów” – jak w roku 1940, kiedy to dostąpiliśmy radosnego przywileju braterstwa broni z Naszymi Sojusznikami – zanim jeszcze zostali oni sojusznikami naszego sojusznika. Akurat dobrze się składa, że Narodowy Bank Polski nakupił złota, podobno ponad 600 ton, więc w razie czego będzie można z tego pokryć koszty naszego korzystania z radosnego przywileju braterstwa broni – jak to było po zakończeniu II wojny światowej.

Zanim jednak do tego dojdzie, ukraiński prezydent Zełeński, po powrocie z Waszyngtonu zatrzymał się w Lublinie, gdzie przyjął na audiencji obywatela Tuska Donalda, któremu przekazał wiadomość, że prezydent Trump obiecał mu udostępnienie licencji na produkcję pocisków do systemu „Patriot”. Podobno „w londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”, że ze względów bezpieczeństwa Polska tę licencję od Ukrainy odkupi i będzie produkowała pociski u siebie, a potem – zgodnie z umową z 2 grudnia 2016 roku – nieodpłatnie przekaże je Ukrainie, która już będzie wiedziała, co dalej z nimi zrobić – ot na przykład – odsprzedać je Polsce.

Dzięki temu i oligarchowie będą zadowoleni i Polska bezpieczna – na wypadek, gdyby ruskiemu czekiście Putinowi znowu strzelił do głowy pomysł jakiejś prowokacji. Żeby tedy uniknąć nieporozumień, vaginet obywatela Tuska Donalda odda ukraińskim oligarchom na własność odnośne polskie zakłady produkcyjne, a oni w rewanżu zainstalują tam „saloniki VIP-ów”, gdzie nasi Umiłowani Przywódcy będą mogli bez konieczności oczekiwania w jakichś kolejkach wypić i zakąsić. Kto wie – może bracia Rysiczowie sprowadzą tam znowu panienki, żeby nasi Umiłowani Przywódcy mogli się przyjemnie zrelaksować po tylu poświęceniach, jakich codziennie dokonują dla Polski?

Na tym przykładzie od razu widać, ile korzyści daje przestawienie się na myślenie pozytywne. Najwyraźniej nie mogą tego pojąć działacze futbolowi, zorganizowani w gangu UEFA. Uradzili oni, żeby zbojkotować Mistrzostwa Świata z futbolu na znak protestu przeciwko projektowi odsprzedania 20 czy nawet 25 procent udziałów w Mundialu zięciowi prezydenta Donalda Trumpa, panu Jaredowi Kushnerowi. W ten sposób Gianni Infantino, szef futbolowego gangu o zasięgu światowym, czyli FIFA, zamierza wkraść się w łaski amerykańskiego prezydenta. Co z tego będzie miał – to osobna sprawa – ale my, w ramach myślenia pozytywnego odnotujmy, że jeśli nawet prezydent Trump nie podporządkowuje wszystkiego polityce prorodzinnej, to w każdym razie cały czas o niej pamięta.

Podobnie postępował francuski prezydent Juliusz Grevy, wybrany na to stanowisko w grudniu 1885 roku. Podobnie jak Donald Trump swego, tak i Julisz Grevy kochał swego zięcia Daniela Wilsona, który nawet mieszkał z nim razem w Pałacu Elizejskim i nie przepuszczał żadnej okazji, by czerpać z tego profity. Toteż paryska ulica wyśpiewywała, jeśli nie: „Quel bonheur d’avoir un beau-pere” (jakie to szczęście mieć teścia), to dla odmiany: „Quel malheur d’avoir un gendre” (co za nieszczęście mieć zięcia). Nie skończyło się to dobrze, bo ostatnia piosenka, jaką paryska ulica skomponowała francuskiemu prezydentowi brzmiała: „Mon pauvre vieux, il faut partir” (no stary, wynoś się). Oczywiście Ameryka to nie Francja, a poza tym amerykański zięć ma pierwszorzędne korzenie, więc dopóki prezydent Trump go wspiera, nic złego go nie spotka – co przewidział jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński pisząc, że „mówiła żony ciotka: tych co płacą, nic nie spotka.

Stanisław Michalkiewicz

Naprzeciw Przeznaczeniu

Naprzeciw Przeznaczeniu

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    9 sierpnia 2026 michalkiewicz

Niełatwe są takie rozstania na dworcach małych miasteczek. Niełatwe są takie rozstania, coś w gardle ściska i piecze. Konduktor dał znak do wsiadania i para buchnęła na peron…”. Tak za pierwszej komuny, kiedy to jeszcze kursowały po Polsce parowe pociągi, piosenka wzruszająco opowiadała o wyjeździe młodego człowieka do wojska – bo wtedy była jeszcze obowiązkowa służba wojskowa. Zmieniło się oblicze świata; po 35 latach od transformacji ustrojowej parowe pociągi zniknęły – może z wyjątkiem Wolsztyna, gdzie odbywają się sentymentalne pokazy parowozów – a i powszechnego poboru do wojska póki co na razie nie ma – ale rozstania – nie tylko „na dworcach małych miasteczek” – po staremu mogą być bolesne.

Wprawdzie z pozoru mogłoby się zdawać, że towarzyszy im nastrój radosnego oczekiwania – bo chyba tak należałoby zakwalifikować atmosferę wokół proklamowania w Sejmie przez Mateusza Morawieckiego nowego klubu parlamentarnego, czy „grilla”, jaki 31 lipca celebrowało stowarzyszenie Rozwój Plus i zaproszeni goście. Nawiasem mówiąc, organizatorzy „grilla” uzyskali dyspensę od księdza proboszcza na kiełbaski – bo właśnie był piątek – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że dyspensy musiały być dwie; jedna od księdza proboszcza podczas gdy drugiej udzielić miał Rabin Hood – bo w menu była gęsina, a nawet wieprzowe kiełbaski też miały certyfikat koszerności. Ano – jak dyspensować to dyspensować; od nadmiaru dyspens nikt jeszcze się nie pochorował, a przecież grunt, aby zdrowie było. Nie o to w ogóle chodzi, tylko o to, że nawet to rozstanie wygląda na niełatwe. Wprawdzie Mateusz Morawiecki ogłosił powstanie osobnego klubu parlamentarnego, ale okazuje się, że Biuro Polityczne PiS nie zdecydowało o wykluczeniu „rozłamowców” z PiS, bo decyzję taka może podjąć tyko rzecznik dyscyplinarny, pan Karol Karski, który najwyraźniej się do tego nie spieszy. Mamy zatem sytuację, gdy klub parlamentarny jest już osobny, ale jego uczestnicy po staremu są członkami PiS.

Tymczasem Wielce Czcigodni Parlamentarzyści – jak to w sierpniu – rozjechali się ad aquas, w związku z czym życie polityczne w naszym nieszczęśliwym kraju częściowo zamarło, chociaż oczywiście potępieńcze swary nie ustają ani na chwilę, więc nikt nie zauważa specjalnej różnicy. Właśnie Mateusz Morawiecki rzucił obywatelu Tusku Donaldu rękawicę do „debaty” – ale obywatel Tusk na razie rękawicy nie podjął, zaś jego pretorianie powiadają, iż Mateuszowi Morawieckiemu nie tyle o „debatę” chodzi – co o stworzenie niezależnym mediom okazji, by go pokazywały – niechby i z Tuskiem.

Coś może być na rzeczy, bo według najnowszego sondażu, na pierwszym miejscu jest Volksdeutsche Partei z 27 procentami poparcia, na drugim – PiS – ale już tylko z 16 procentami. Zaraz za nim Konfederacja z 14 procentami, potem – Konfederacja Korony Polskiej w poparciem ponad 9 procent – i dopiero potem Mateusz Morawiecki z niecałymi 8 procentami. Podium zamyka Lewica, której spadło do 7 procent z hakiem – a reszta – poniżej kreski. Z tego sondażu widać, że Volksdeutsche Partei nie zaszkodzi żadna afera. Dopóki popiera ją Judenrat i BND, niczego nie musi się obawiać, a wszelkie afery spływają po niej, jak woda po kaczce.

Można nawet odnieść wrażenie, jakby z afer, w które co i rusz zostaje umoczona, czerpie dodatkową siłę. Oto zaraz po powrocie prezydenta Zełeńskiego, który w drodze z Waszyngtonu do Kijowa zatrzymał się w Lublinie, gdzie przyjął na audiencji obywatela Tuska Donalda, informując go o licencji, jaką Ukrainie obiecał prezydent Trump na produkcję pocisków do systemu „Patriot” oraz przestrzegając przed tolerowaniem antyukraińskich nastrojów – mieszkańców Tarnawy Dużej w gminie Turobin w woj. lubelskim około godziny 3 nad ranem obudził ogromny huk. Potem rozwyły się syreny – najpierw głosem modulowanym, ostrzegając przed niebezpieczeństwem, a jeszcze później – głosem jednostajnym, na odwołanie alarmu. Dopiero rano przybyły na miejsce tak zwane służby – bo okazało się, że w polu, w odległości 500 m. od najbliższych zabudowań, coś spadło i wybuchło, wybijając w ziemi lej o średnicy 10 i głębokości 5 metrów. Wkrótce rozjazgotały się niezależne media głównego nurtu, jedne przez drugie zapewniając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Najlepszej wykładni udzieliła wiceministrowa obrony, Wielce Czcigodna Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, że jest znakomicie, bo „wszystkie procedury” zadziałały „prawidłowo”. I rzeczywiście; najpierw rakieta – bo okazało się, że na tarnawskie pola spadła rakieta. Ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha, zanim jeszcze lubelska prokuratura ustaliła, co i jak – zapewnił świat, że jest to rakieta ruska. W ten sposób nie tylko usunięte zostały wszelkie wątpliwości, ale i nasze instancje zyskały pewność z jakiego klucza nawijać. Rada w radę uradzono tedy, że to „ruska prowokacja”. Wynika z tego, że i Putin musiał się w prowokacjach podciągnąć, bo – w odróżnieniu od tego co stało się przed laty w Przewodowie – tym razem nie tylko nikt nie zginął, ale rakieta taktownie wybuchła w szczerym polu. Dzięki temu można było podać do wiadomości publicznej, że sytuacja „od samego początku” była „pod kontrolą”, a „efy szesnaste” nie tylko monitorowały sytuację, ale też „mogły” rakietę zestrzelić. Czemu tego nie zrobiły – tajemnica to wielka. Złośliwcy mówią, że owszem – „mogły”, ale tak naprawdę nie mogły, bo wcześniej Polska przekazała nieodpłatnie Ukrainie pociski do systemu „Patriot”, a nowych jeszcze nie podwieziono.

Nawiasem mówiąc, coś może być na rzeczy, bo jeszcze prezydent Zełeński nie zdążył się nacieszyć obiecaną licencją na produkcję tych pocisków dla Ukrainy, jak prezydent Trump z obietnicy się wycofał. W tej sytuacji nie było co marudzić, tylko pozbierać odłamki i zasypać lej, żeby nie zostawiać kompromitujących śladów. Bo pan generał Leon Komornicki twierdzi, że to „kompromitacja” – ale kto by go tam słuchał, skoro jest już na emeryturze? Skoro dół został zasypany, to wszystko wróciło do normy – a norma jest taka, że po staremu wymyślamy Putinowi, licząc, że wszystkie następne prowokacje też będą prowadzone taktownie. Tak też muszą uważać nasi sojusznicy z NATO, którzy zapewnili nas o swojej solidarności – jak w 1939 roku – więc tylko patrzeć, jak nasz nieszczęśliwy kraj stanie się „natchnieniem narodów” – jak to było w roku 1940, dopóki Nasi Sojusznicy nie dogadali się z sojusznikiem Naszych Sojuszników, Ojcem narodów, Chorążym Pokoju, Klasykiem Demokracji Józefem Stalinem. Najwyraźniej taki los wypadł nam, a skoro tak, to próżno wierzgać przeciwko ościeniowi, tylko wyjść naprzeciw Przeznaczeniu.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Nikt nam nie zrobi nic

Nikt nam nie zrobi nic

Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia”    8 sierpnia 2026 michalkiewicz

Co tu dużo gadać; możemy uważać się za szczęściarzy. Nawet nie dlatego, że rakieta, która spadła na Lubelszczyźnie w gminie Turobin, została najpierw „przechwycona” ale mimo to spadła, wybiła w ziemi lej o średnicy 10 metrów, więc prawdopodobnie mogła nawet wybuchnąć, ale to wszystko drobiazg, w porównaniu z tym, że od samego początku wszystko było pod kontrolą. Tak w każdym razie zapewniają nas nasze władze, więc nie wypada zaprzeczać. Obywatel Tusk Donald twierdzi nawet, że mogliśmy ją zestrzelić, ale widocznie ze względu na jakieś wyższe konieczności tego nie zrobiono. Złośliwcy, których nigdzie, a już zawłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju nie brakuje twierdzą, że owszem, „mogliśmy” ale tak naprawdę nie mogliśmy, bo wcześniej policki do baterii systemu „Patriot” Ministerstwo Obrony przekazało Ukrainie.

Jak zatem widzimy czarno na białym, wszystko jest w jak najlepszym porządku – ale przecież nie dlatego, a zwłaszcza – nie przede wszystkim dlatego możemy uważać się za szczęściarzy. Za szczęściarzy możemy się uważać dzięki temu, że wśród naszych Umiłowanych Przywódców mamy człowieka na miarę czasów w osobie Księcia-Małżonka, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda piastuje fuchę ministra spraw zagranicznych. Nie chodzi o to, by Książę-Małżonek prowadził jakąś zagraniczną politykę, bo przecież każde dziecko wie, że prowadzenie polityki zagranicznej władze naszego nieszczęśliwego kraju mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane – ale dlatego, że jest on postacią wybitną. Nie tylko jest zadowolony ze swego rozumu, czemu nieustannie składa dowody na Twitterze i gdzie tylko może, nie tylko dlatego, że w sztuce wiązania krawatów ociera się o genialność, ale przede wszystkim dlatego, że – jak się właśnie okazało – wspierają go proroctwa.

Dlatego tak jest – tajemnica to wielka, bo formalnie rzecz biorąc, Książę-Małżonek jest – jak to mówią starsi i mądrzejsi – „głupim gojem” – ale z drugiej strony nie możemy zapominać, że „Spiritus flat ubi vult” – co się wykłada, że Duch tchnie, kędy chce – a poza tym ludowe przysłowie powiada, że jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści. „Z kija” – a cóż dopiero – z Księcia-Małżonka, który choćby ze względu na bycie Księciem-Małżonkiem powinien cieszyć się specjalnym względami Stwórcy Wszechświata. I chyba się cieszy – bo czyż w przeciwnym razie wspierałyby go proroctwa?

Prawdę na tym odcinku spenetrowali już dawno władcy Cesarstwa Austriackiego, o czym świadczy znana sentencja: „bella gerant alii, tu felix Austria nube” – co się wykłada, że niech inni toczą wojny, a ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa. Nic więc dziwnego, że ostatnio pojawiły się na mieście pogłoski, że nie ma lepszego kandydata na przyszłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, jak Książę-Małżonek zwłaszcza gdyby został on przekształcony w Generalną Gubernię – a to przecież tylko kwestia czasu. Zwracam uwagę, że mimo iż te pogłoski od pewnego czasu krążą po mieście, pan ambasador Tomasz Róża nie wyraził wobec tej kandydatury żadnych zastrzeżeń, podczas gdy w przypadku Grzegorza Brauna od razu wszedł zaporowo, że sobie „nie wyobraża”. Widać zatem jak na dłoni, że Księcia-Małżonka wspierają nie tylko Moce niebieskie, ale i Różne Inne, których z ostrożności procesowej wolę nie wymieniać. Wyjaśnienia w tym względzie dostarcza Pismo Święte głosząc, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie nie ma przed sobą przyszłości, więc jeśli nawet Nasz Najważniejszy Sojusznik czasami sprawia wrażenie królestwa podzielonego, to najwyraźniej musi spajać je jakiś najtwardszy rdzeń, który to wszystko utrzymuje w całości ponad podziałami.

A co się tyczy proroctw, jakie wspierają Księcia-Małżonka, to wszyscy pamiętamy, jak przestrzegał nas przez ruskimi prowokacjami, w których mogą być wykorzystane ukraińskie rakiety, czy drony. Putin – jak wiadomo – zdolny jest do wszystkiego, więc dlaczego nie do posłużenia się w zbrodniczych prowokacjach ukraińskimi rakietami, albo choćby dronami? Okazuje się jednak, że chyba nawet nie musiał, bo przecież z ukraińskich rakiet albo dronów trzeba by się było tłumaczyć – jak w przypadku Przewodowa, gdzie – zgodnie ze słowami piosenki Bułata Okudżawy – „jeszcze dziś winnych szuka świat” – więc w tej sytuacji rozsądek nakazuje posłużyć się rakietą ruską. Oczywiście – jak poucza nas Pismo Święte – „z obfitości serca usta mówią” – i pewnie dlatego ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha nie tylko od razu spenetrował prawdę, że w gminę Turobin uderzyła ruska rakieta, ale nawet oznajmił to światu zanim jeszcze nasza niezwyciężona armia natrafiła na jej ślad – żeby świat wiedział, czego się trzymać i jak nawijać.

Warto tedy dodać, że prezydent Zełeński w drodze powrotnej z Waszyngtonu, zatrzymał się w Lublinie, gdzie na audiencji przyjął obywatela Tuska Donalda, informując go, że teraz Ukraina dostanie licencję na produkcję pocisków do „Patriotów” – a poza tym przestrzegając go przed dalszym tolerowaniem „pogromów” obywateli ukraińskich w Polsce, o których każdego dnia donosi Judenrat oraz inne niezależne media głównego nurtu. Na reakcję nie trzeba było długo czekać; skoro strategiczny partner Republiki Federalnej Niemiec kieruje taką przestrogę obywatelu Tusku, to on powinność swej służby rozumiejąc, wyda już odpowiednie rozkazy.

Toteż obywatel Żurek Waldemar ma początek utworzył specjalny zespół prokuratorów, który wszystkim, wskazanym przez Judenrat, albo przedstawicieli diaspory ukraińskiej, pogromowcom pokaże ruski miesiąc, wybijając im ze łbów wszelką „nienawiść”, gdy będzie trzeba – to razem z mózgami. To jest zresztą dla obywatela Tuska Donalda i jego vaginetu ważny egzamin. Albo potrafi on opanować „przedpogromową” sytuację własnymi siłami, albo sprawę wezmą w swoje ręce starsi i mądrzejsi, którzy już tam będą wiedzieli co robić, by w Warszawie zapanował porządek. Wprawdzie swąd po Oświęcimiu jeszcze całkiem się nie rozwiał – ale od czego wiadoma, dwumilionowa diaspora, którą na wieści o „pogromach” z pewnością mogą świerzbieć ręce? W tej sytuacji Putin jest oczywiście na wagę złota, bo wcale nie jest wykluczone, że rakieta, która spadła w gminie Turobin, rzeczywiście była wystrzelona z Rosji. I to jest dodatkowy powód, byśmy mogli uważać się za szczęściarzy – chociaż najważniejszy jest oczywiście ten, że jest z nami Śmig… to znaczy – pardon; nie żaden „Śmigły-Rydz”, tylko oczywiście – Książę-Małżonek.

Stanisław Michalkiewicz

Rozbieramy z uwagą klangor

Stanisław Michalkiewicz: Rozbieramy z uwagą klangor

Że wśród naszych Umiłowanych Przywódców odsetek bałwanów przekracza i to zdecydowanie, średnią krajową – to wszyscy wiedzą, a jeśli nawet jakimś cudem jeszcze nie wiedzą, to przynajmniej – podejrzewają. Zresztą na niektórych Umiłowanych Przywódców wystarczy popatrzeć, by zaraz nabrać najgorszych podejrzeń. Żadnych nazwisk oczywiście wymieniał nie będę, bo nadal wisi nade mną kondemnatka – ale każdy może podstawić sobie jakieś ulubione nazwisko – a ja nie będę protestował.

Czym innym jednak są podejrzenia, a nawet – tak zwana wiedza potoczna, którą nienawistne sądy w swoim żargonie  nazywają „notoryjnością powszechną” – a czym innym – twarde dowody i to dostarczone przez samych delikwentów. No i właśnie dowodów na bęcwalstwo dostarczył nam osobiście obywatel Tusk Donald, a myślę, że nie jest w tym odosobniony, bo przecież otoczony jest zgrają doradców doskonałych, do których w swoim czasie zaliczał się Mateusz Morawiecki. Ale incipiam.

   Kilka dni temu pan prezydent Karol Nawrocki wręczył nominacje na asesorów sądowych ponad 200 osobom. Asesorem sądowym może zostać aplikant, który zdał sędziowski egzamin. Więc pan prezydent wręczył nominacje na asesorów sądowych ponad 200 takim osobom. Najpierw klangor z tego powodu podniósł obywatel Żurek Waldemar – że zbrodnia to niesłychana. Początkowo myślałem, że Żurku Waldemaru nie podobają się ci asesorowie, ponieważ mogli zostać rekomendowani przez „nieprawidłowo obsadzoną” Krajową Radę Sądownictwa.

Ale przecież, odkąd w Krajowej Radzie Sądownictwa zasiada swoim zadem Wielce Czcigodna Anna Maria Żydowska, to znaczy – pardon; oczywiście Anna Maria Żukowska  i Wielce Czcigodna Kamila Gasiuk-Pichowicz, co to najpierw była w Nowoczesnej, a potem została skierowana do Volksdeutsche Partei, to nieomylny to znak, że KRS została obsadzona prawidłowymi zadami. Wkrótce jednak wszystko się wyjaśniło – że pan prezydent Karol Nawrocki nie poczekał z wręczeniem nominacji asesorskich na kontrasygnatę obywatela Tuska Donalda.

W związku z tym, w atmosferze klangoru podniesionego przez stado autorytetów moralnych, obywatel Tusk Donald rzutem na taśmę uratował socjalistyczną praworządność, składając podpis na jakiejś kartce oprawionej w czerwone okładki. Powiedział przy tym, że pan prezydent Karol Nawrocki „nie dopełnił obowiązku”, czyli nie zwrócił się do niego po kontrasygnatę.

   Sęk jednak w tym, ze konstytucja z 1997 roku takiej kontrasygnaty wcale nie wymaga. Art. 144 wprawdzie formułuje zasadę, że „akty urzędowe” prezydenta wymagają dla swej ważności kontrasygnaty premiera, który w ten sposób przyjmuje odpowiedzialność przed Sejmem za to, co podpisał – ale ust. 3 tego artykułu konstytucji enumeratywnie wylicza wyjątki – kiedy taka kontrasygnata nie jest wymagana. W punkcie 17 ustępu 3 art. 144 konstytucji czytamy zatem, że kontrasygnata prezesa Rady Ministrów nie jest wymagana przy „powoływaniu sędziów”.

Wystarczyłoby zatem, gdyby obywatel Tusk Donald, albo któryś ze zgrai jego doradców doskonałych, albo w ostateczności – obywatel Żurek Waldemar – zwyczajnie zajrzał do konstytucji i sprawdził, jak się sprawy mają. Aliści nawet gdyby zajrzał, to – kto wie – mógłby nabrać wątpliwości. Chodzi o to, że wspomniany punkt mówi o „powoływaniu sędziów” natomiast o asesorach – cyt. W związku z tym ci jurysprudensi mogliby sobie wykombinować, że jeśli chodzi o  powoływanie sędziów, to może kontrasygnata rzeczywiście wymagana nie jest – ale za to przy mianowaniu asesorów – już jest obowiązkowa.

Na co mogliby się powołać? Ano – na to, że punkt 17 ustępu 3 art. 144 konstytucji ma charakter wyjątku, a wyjątków nie powinno się interpretować rozszerzająco. Jeśli zatem punkt 17 mówi o powoływaniu sędziów, a o asesorach nie wspomina, to znaczy, ze w przypadku mianowania asesorów trzeba najsampierw uzyskać kontrasygnatę. W przeciwnym razie nominacje będą nieważne, a w konsekwencji – nieważne będą też wszystkie orzeczenia wydane przez tych mianowańców.

   Na pierwszy rzut oka trzyma się to kupy – ale na drugim rzut oka widać, że mamy tu do czynienia z tak zwanym kretynizmem prawniczym. Ten kretynizm prawniczy to prawdziwa plaga, prawdziwa epidemia, która z zagadkowych przyczyn poraziła tubylczy wymiar sprawiedliwości. Pewne światło na przyczyny tej epidemii rzuca okoliczność, że w 1968 roku wydziały prawa tubylczych uniwersytetów zalała inwazja tak zwanych „marcowych docentów” – to znaczy – hebesów cieszących się poparciem bezpieki.

W latach 70-tych umocnili oni swoją pozycję, no a pełen rozkwit ich potęgi przypadł na lata 80-te, po wprowadzeniu stanu wojennego. Na zasadzie „uczył Marcin Marcina”, „marcowi docenci” wykształcili masę kretynów prawniczych, którzy potem obsadzili stanowiska w wymiarze sprawiedliwości – i tak już zostało.

Zwłaszcza gdy w roku 1990, kiedy to PZPR, jako pas transmisyjny bezpieki do sądownictwa została zastąpiona przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich  „Iustitia”, do którego dołączyło stowarzyszenie „Themis” – nawet w swojej nazwie nawiązujące do operacji „Temida”, którą prowadziła ABW w celu werbunku agentury w środowisku sędziowskim.

   No dobrze – ale jak jest naprawdę z tym mianowaniem asesorów  – czy w tym przypadku kontrasygnata jest konieczna dla ważności decyzji prezydenta, czy przeciwnie – nie jest wymagana?  Z pomocą przychodzą nam zasady wykładni prawa, których za moich czasów studenci uczyli się już na pierwszym roku. Jedną z tych zasad jest  „argumentum a maiori ad minus” – wskazująca, że komu wolno czynić więcej, temu wolno czynić mniej.

Jeśli zatem prezydentowi wolno bez kontrasygnaty premiera mianować sędziów – nawet Sądu Najwyższego – to tym bardziej wolno mu bez kontrasygnaty mianować asesorów – bo stanowisko asesora w hierarchii stoi niżej od stanowiska sędziego.  Inną zasadą wykładni jest argumentum a minori ad maius, która stanowi, że komu nie wolno czynić mniej, temu – tym bardziej – nie wolno czynić więcej, Trzecią wreszcie (bo Rzymianie uważali, że omne trinum perfectum, to znaczy – doskonałe jest wszystko, co potrójne) – zasadą wykładni jest argumentum a contrario – to znaczy – wnioskowanie z przeciwieństw.

Na przykład art 7 konstytucji stanowi, że „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. W przypadku obywateli formuła działania praworządnego jest inna: dozwolone jest wszystko, co nie jest zakazane a w przypadku organów władzy – dozwolone jest tylko to, co dozwolone.

Ale na to, co dozwolone, naprowadzają nas zasady wykładni, które wyżej przedstawiłem. Klangor podniesiony przez premiera Tuska i jego otoczenie pokazuje, że to hebesy – co utwierdza nas w przekonaniu, że naszym nieszczęśliwym krajem kieruje banda bęcwałów.

Koszerne krokodyle

Koszerne krokodyle

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    6 sierpnia 2026 michalkiewicz

W nasz nieszczęśliwy kraj uderzają jak nie upały, to burze i to raz za razem, tak, że sztaby kryzysowe ledwo nadążają z obmyślaniem profilaktyki i środków zaradczych, a tymczasem Judenrat „Gazety Wyborczej” z uporem godnym lepszej sprawy próbuje sprawować rząd dusz – jeśli nawet nie nad całym naszym nieszczęśliwym krajem, to przynajmniej nad kurczącym się imperium mikrocefali, co to chlipią swoją intelektualną zupę z sagana nadzorowanego przez makbetowskie wiedźmy.

Ta wytrwałość – nie powiem – przynosi nawet rezultaty, choćby w postaci przyczółków na terenie zdominowanym dotychczas przez reakcyjny kler. Jednym z nich jest najnowszy nabytek Judenratu w osobie zawodowego katolika, pana red. Tomasza Terlikowskiego, który bezkompromisowo chłoszcze biskupów za to, że nie słuchają zbawiennych nauk pana red. Michnika i zamiast skoczyć w otchłań demokracji, hołdują sprośnym i w dodatku Niebu obrzydłym mniemaniom o wyższości ustroju monarchicznego. Tymczasem o żadnej takiej wyższości mowy być nie może, bo jest rozkaz, by wszędzie, gdzie tylko się da, budować demokrację – ale oczywiście „socjalistyczną” – o czym przekonywał mnie jeszcze w maju 1982 roku pewien oficer SB, dając mi szansę ocalenia skóry, być może nawet za cenę zwerbowania mnie do współpracy. – A może byśmy wspólnie budowali Polskę – ale socjalistyczną? – mówił wymachując mi przed nosem wskazującym palcem. Nie skorzystałem wtedy z tej propozycji, więc pojechaliśmy do ośrodka odosobnienia w Białołęce, gdzie pierwszą osobą, którą zobaczyłem, był kolega Janusz Korwin-Mikke, w kalesonach grający na spacerniku w siatkówkę. Ten widok dodał mi otuchy, oddalając jednocześnie wszelkie pokusy budowania demokracji.

No bo jakże ulegać pokusom demokracji, kiedy na przykład, gdyby tak na bezludnej wyspie znalazła się jakaś dama, dajmy na to – pani red. Agnieszka Gozdyra od „debaty” – a obok niej – pan red. Jankowski, ten od „Punktu widzenia” i ja – to zawsze byśmy panią Agnieszkę przegłosowali. W tej sytuacji trudno się dziwić, że nawet Judenrat melancholijnie zauważa, że „antydemokratyczne poglądy są zaraźliwe, jak wirusy” i zarażamy się nimi „przebywając w jednym pomieszczeniu” ze wstecznikami, co to pragnęliby cofnąć parowóz dziejów. Jeśli to prawda, to nie ma rady; trzeba będzie przeprowadzić ścisłą izolację postępaków od wsteczników, coś w rodzaju apartheidu – bo w przeciwnym razie antydemokratyczna zaraza zdominuje świat, który i bez tego cierpi straszliwe paroksyzmy, choćby z powodu złowrogiego klimatu, który najwyraźniej podjął walkę z Ludzkością. Co upadło, to przepadło, ale żeby zasługa nie została zapomniana, to przypominam, iż ostrzegałem, by nie rozpoczynać walki z klimatem, bo wtedy klimat nie będzie miał innego wyjścia, jak podjąć walkę z Ludzkością.

Żeby przynajmniej była to jedyna wojna, jaka toczy się na świecie. Ale gdzie tam! Oto na Ukrainie już czwarty rok wojują Rosjanie i wspierani przez NATO Ukraińcy, najwyraźniej zdecydowani na jej kontynuowanie do ostatniego Ukraińca. Na pierwszy rzut oka trudno to zrozumieć, ale gdy sięgniemy pod powierzchnię zjawisk, to wszystko zaczyna się powoli wyjaśniać. Jak twierdzą znawcy przedmiotu, finansowa pomoc, jaką świadczy Unia Europejska dla Ukrainy, w jednej trzeciej jest prywatyzowana przez tamtejszych oligarchów, a w tej sytuacji trudno się dziwić, że mogą być oni zainteresowani w jej kontynuowaniu, tak długo, jak tylko się da. Podobno po europejskiej stronie jest tak samo, chociaż tutaj obowiązuje większa dyskrecja. Inna sprawa, że nawet w tych warunkach pojawiają się śmierdzące dmuchy, na przykła

d wokół szczepionek marki Pfizer. Wielkie ich ilości zamówić miała Reichsfuhrerin Urszula Wodęlele – ale zimny ruski czekista Putin, uderzając na Ukrainę, z dnia na dzień pandemię zbrodniczego koronawirusa zlikwidował, w związku z czym żadne szczepionki nikomu nie były już potrzebne. Pfizer jednak towar dostarczył i domaga się zapłaty. Reichsfuhrerin, niezależnie od tego, ile tam sobie przytuliła, zgodnie z ustawą o zasobach własnych Unii Europejskiej, tylko zaciąga kredyt i „zamawia”, podczas gdy spłacaniem zobowiązań zajmują się już członkowskie bantustany. Toteż belgijski niezawisły sąd na żądanie Pfizera nakazał, by i nasz nieszczęśliwy kraj spłacił swoją część długu, w związku z czym wierzyciel zajął konto Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, na którym gromadzone są należności z tytułu kontrolowania ruchu lotniczego w polskiej przestrzeni powietrznej. Chodzi – bagatela – o prawie 6 mld złotych. Ani to mało, ani dużo, zwłaszcza gdy porównać to z długiem publicznym naszego nieszczęśliwego kraju, który grubo przekroczył już 3 biliony złotych – ale dla PAŻP to raczej dużo. Będzie ona związku z tym składać apelację – ale jeśli belgijskie sądy są tak samo niezawisłe, jak nasze, to czarno to widzę. Forsa wręczona niezawisłemu sądowi ad captandam benevolentiam znika, jak materia w czarnej dziurze, więc trudno spodziewać się czegoś innego, niż oddalenie apelacji. I tylko Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje zachowuje pogodne usposobienie, nadstawiając swoje oblicze do pocałowania również obywatelowi Tuskowi, który całuje – no bo co ma robić? Trudno o lepszą ilustrację całkowitej bezkarności uczestników okupującego Europę biurokratycznego gangu, który zachowuje się, jak rzymska societas leonina, czyli spółka lwia, w której korzyści przypadają gansterom, a zobowiązania obciążają członkowskie bantustany.

Inną znów wojną, jaka wstrząsa światem jest wojna ze złowrogim Iranem, w jaką wkręcił amerykańskich twardzieli bezcenny Izrael. Ponieważ w bezcennym Izraelu w październiku są demokratycznej wybory, więc tamtejszy premier rządu jedności narodowej, jak-gdyby-nigdy-nic kontynuuje ludobójstwo w Strefie Gazy i w Libanie, dzięki czemu tamtejsi Żydowie popierają go co najmniej tak samo, jak „naziści” Adolfa Hitlera po pokonaniu Francji. Okazuje się, że aż tak dużej różnicy między Żydami i „nazistami” nie ma. Właśnie niezależne media doniosły, że izraelscy Żydowie zmienili status krokodyli nilowych. Chodzi o to, że szef tamtejszej służby więziennej wpuścił krokodyle do fosy okalającej wielkie więzienie dla Palestyńczyków, którzy w zdecydowanej większości wtrąceni zostali tam bez żadnego wyroku, ani nawet – bez żadnego zarzutu.

Specjalnie nie orientuję się w Talmudzie, ale podobno chodzi o to, by krokodyle zyskały status koszerności – bo wtedy, jeśli nawet jakiegoś Palestyńczyka zjedzą, to będzie to zgodne z zasadami ustanowionymi przez Stwórcę Wszechświata. Wtedy przynajmniej Stwórca Wszechświata będzie zadowolony – więc czegóż chcieć więcej?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Niemcy zrywają listek figowy?

Niemcy zrywają listek figowy?

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    4 sierpnia 2026

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=6081

Wprawdzie Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński nie zmienia zdania tak często, jak np. prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, ale – odróżnieniu od Ameryki – Polska nie ma z Izraelem gorącej linii, dzięki czemu Naczelnik Państwa nie musi z dnia na dzień zmieniać zdania, jak prezydent Donald Trump. Niemniej jednak, chociaż z opóźnieniem, również i do niego dochodzą rozkazy, wskutek czego Naczelnik Państwa raz oznajmia swoim wyznawcom jedno, ale po pewnym czasie – zupełnie coś innego. Tak właśnie było w przypadku stowarzyszenia „Rozwój plus”, które z gronem swoich wyznawców niedawno założył Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki. Ta decyzja Wielce Czcigodnego wywołała rodzaj burzy w szklance wody, bo w tej szklance wody już dawniej szalały szkwały między tak zwanymi „maślarzami” a „harcerzami” – ale Naczelnik Państwa sprawiał wrażenie, jakby nad wszystkim panował. Wezwał tedy byłego premiera przed swoje oblicze i po naradzie obydwaj uraczyli swoich wyznawców komunikatem, że odtąd PiS będzie miało „dwa płuca”, dzięki czemu będzie „dyszyt’” tak „wolno”, jak „czeławiek” w Związku Radzieckim. Wkrótce okazało się, że tych płuc będzie więcej, bo „maślarze” też utworzyli stowarzyszenie „Polska przede wszystkim” – zamiast partii, która na firmamencie tubylczej sceny politycznej naszego bantustanu pojawiła się pod nazwą „Forsa jest najważ…” – to znaczy pardon; nie żadna tam „forsa” tylko oczywiście Polska. Polska jest najważniejsza. Kogóż tam nie było! I Joanna Kluzik-Rostkowska i Paweł Kowal – oczywiście Wielce Czcigodny – i Adam Bielan i Michał Kamiński, słowem – każdego zwierzęcia po parze, niczym w Arce Noego. A propos Arki Noego, to kiedyś w tramwaju usłyszałem rozmowę dwóch kinomanów. Jeden dzieli się z drugim wrażeniami po obejrzeniu filmu „W poszukiwaniu zaginionej arki”. W pewnej chwili słuchający opowieści zapytał, czy tu chodzi o Arkę Noego – ale jego rozmówca natychmiast wyprowadził go z błędu: – „Jaka znowu Arka Noego!? Nie Arka Noego, tylko normalna arka!” W tej sytuacji uczeni teologowie powinni zgłębić różnice między „normalną arką” i arką nienormalną – bo a cotrario taka też musiała istnieć.

Wracając do „Polski”, co to miała być „najważniejsza”, to nie przetrwała nawet czterech lat. Schyłek nastąpił, kiedy zlała się z pobożnym Jarosławem Gowinem, w następstwie czego działacze gotowi wszystko zrobić dla Polski, co to „jest najważniejsza”, porozłazili się po rozmaitych partiach, które dawały lepsze widoki na zdobycie mandatu, z którym – jak wiadomo – wiąże się forsa. Wprawdzie nie ona jest „najważniejsza” tylko „Polska” – ale co można zrobić dla Polski, jak nie ma forsy? Wyjaśnił to jeszcze przed wojną niemiecki autor „Opery za trzy grosze” Bertold Brecht: „Toć raj na ziemi stworzyć każdy chce. Ale czy forsę ma? Niestety nie!” I tak oto Wielce Czcigodny Paweł Kowal ostatecznie wylądował w Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda, gdzie wyświadcza dla Polski rozmaite przysługi według wskazówek berlińskich, a poza tym służy Ukrainie, która – jak wiadomo – pozostaje w strategicznym partnerstwie z Niemcami. Dużej forsy podobno z tego nie ma, chociaż ukraińscy oligarchowie podobno nie narzekają, więc pewnie i Wielce Czcigodny Paweł Kowal – też nie. Tymczasem Mateusz Morawiecki, co to rozpoczął służbę Polsce jeszcze u schyłku pierwszej komuny, jako tajny współpracownik NRD-owskiej STASI o dwóch pseudonimach operacyjnych: „Student” i Jakub”, po praktykach w bankowości, gdzie nabrał doświadczenia na odcinku forsy, został doradcą doskonałym obywatela Tuska Donalda.

Aliści, kiedy w 2015 roku przyszło do podmianki na stanowisku lidera sceny politycznej naszego bantustanu, został w korcu maku wyszukany przez Naczelnika Państwa, który zrobił go wicepremierem w rządzie Wielce Czcigodnej Beaty Szydło, a w roku 2017, w następstwie „głębokiej rekonstrukcji rządu”, po felonii, jakiej wobec Naczelnika dopuścił się pan prezydent Andrzej Duda, został premierem rządu „dobrej zmiany” i w tym charakterze podpisywał wszystko, co tam Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje podsunęła mu do podpisania. Toteż kiedy ogłosił powołanie stowarzyszenia „Rozwój Plus”, pojawiły się podejrzenia, że w ten sposób realizuje trzecią część zadania w postaci rozbijania PiS. Widocznie jednak zbajerował Naczelnika opowieściami o „dwóch płucach”. Kiedy jednak na firmamencie sceny politycznej naszego bantustanu pojawiła się nowa partia „Unia Centrum” z panią Pauliną Hening-Kloską na fasadzie, za którą murem stanął pan Michał Kobosko, co to wcześniej stręczył nam na jasnego idola ojczyka Szymona Hołownię, a jeszcze wcześniej – uczestniczył we wpływowym waszyngtońskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, Naczelnik zrozumiał, że żarty się skończyły.

W Radzie Atlantyckiej bowiem zasiadają ważne generały z Pentagonu, wysokiej rangi bezpieczniaki w CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, eksperci w rodzaju Daniela Frieda, co to w 1989 roku, razem z Władimirem Kriuczkowem z sowieckiego KGB, projektował transformację ustrojową dla naszego bantustanu – a między nimi – pan Michał Kobosko, to może to być inicjatywa poważniejsza, niż „Polska jest najważniejsza” – tym bardziej, że stare kiejkuty sięgnęły do najgłębszych rezerw, wydobywając z naftaliny pana Janusza Onyszkiewicza, co to po uwiądzie starczym „partii zagranicy”, czyli Unii Demokratycznej, pętał się po rozmaitych Komitetach Obrony Demokracji – jako autorytet moralny, cokolwiek wprawdzie zaśmierdziały, niemniej jednak. Kiedy w dodatku Wielce Czcigodny Przemysław Czarnek dopuścił się samowolki, postulując wstrzymanie przez Polskę wszelkiej pomocy dla Ukrainy, Naczelnik Państwa najwyraźniej poczuł, że cugle wymykają mu się z rąk. Toteż nie tylko natychmiast przywrócił Wielce Czcigodnego Przemysława Czarnka do pionu, ale postawił płomiennym sługom Polski ultimatum, że w ciągu tygodnia muszą zrezygnował z uczestnictwa we wszelkich „stowarzyszeniach”. Słowem – nie ma żadnych „dwóch płuc”, tyko jedne – cały czas te same, to znaczy te, którymi oddycha sam Naczelnik.

Na to ultimatum natychmiast zareagował Wielce Czcigodny Jacek Sasin i swoje stowarzyszenie rozwiązał, podczas gdy Mateusz Morawiecki, jak-gdyby-nigdy-nic, po staremu zapowiada na 31 lipca „grilla” swego stowarzyszenia „Rozwój Plus”, podczas którego ma się namawiać, jakby tu służyć Polsce w nowej sytuacji. Wyznawcy Naczelnika Państwa twierdzą wprawdzie, że to jest kolejna intryga naszego wirtuoza intrygi. Chodzi o to, żeby stworzyć wrażenie, że Mateusz Morawiecki się zbuntował – a kiedy już wszyscy się na to nabiorą, wtedy, tuż przed wyborami, buntownicy ponownie „zleją się” z PiS-em. Tak właśnie kombinował generał Wojciech Jaruzelski, którego intrygę streścił w poetyckich strofach Janusz Szpotański: „Nie płoszmy ptaszka. Niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje (…) aż o poranku za oknem dojrzy kontury tanku, potem na schodach usłyszy kroki. Wnet się posypią piękne wyroki!

Czy jednak to nie jest zbyt piękne, by było prawdziwe? Pamiętajmy bowiem, że Naczelnik Państwa wprawdzie jest wirtuozem intrygi, ale takim, co to z reguły na końcu potyka się o własne nogi. Zatem zatwardziałość Wielce Czcigodnego Mateusza Morawieckiego równie dobrze może dowodzić, że on też już nie żartuje, tylko realizuje trzecią część swego zadania w postaci neutralizowania PiS. Chodzi o to, że wobec proklamowania strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, którego nieuchronnym następstwem jest wymiksowywanie Polski z polityki europejskiej, w naszym bantustanie nie są już potrzebne żadne listki figowe, którą to rolę przez ponad 30 lat wypełniał Naczelnik Państwa na czele formacji, co to zmieniały wprawdzie nazwy, ale nie porzucały „postawy służebnej” wobec Naszych Sojuszników. Skoro tedy Nasz Sojusznik wrócił do polityki, jaką na wschodzie Europy forsował w roku 1917, pozwalając na powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, żeby przy jej pomocy szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków, to po co tu jeszcze jakieś listki figowe? Ani Niemcom, ani Ukrainie, Polska nie jest już do niczego potrzebna, więc i ultimatum Naczelnika Państwa wobec Wielce Czcigodnego Mateusza Morawieckiego może w tej sytuacji być tylko rodzajem bezsilnego złorzeczenia.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ostatnia szansa na nawrócenie

Ostatnia szansa na nawrócenie

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    2 sierpnia 2026 michalkiewicz

Wprawdzie to już tylko formalność, ale formalnościom też musi stać się zadość, więc chociaż o północy z czwartku na piątek upłynął termin ultimatum, jakie Naczelnik Państwa przedstawił Mateuszowi Morawieckiemu i jego pretorianom – żeby nie tylko zlikwidowali stowarzyszenie „Rozwój Plus”, ale i rewokowali w specjalnie sporządzonych lojalkach – że będą słuchać Naczelnika – ale gwoli zadośćuczynienia formalnościom, utrata członkostwa w PiS zostanie 28 lipca zatwierdzona przez Biuro Polityczne, to znaczy – pardon; nie żadne „Biuro Polityczne”, które było organem PZPR, tylko oczywiście Komitet Polityczny.

Nie ulega wątpliwości – jak mawiała stara niania – że Biu… – ach, co ja piszę; nie żadne „Biuro”, tylko oczywiście – Komitet Polityczny wszystko zatwierdzi i w ten oto sposób „rozłam” w PiS stanie się faktem. Jak z kronikarskiego obowiązku wspominałem, część wyznawców Naczelnika Państwa uważa, że to tylko taka ustawka, której celem jest wciągnięcie obywatela Tuska w pułapkę: niech sobie myśli, że PiS się rozpadło, („Nie płoszmy ptaszka; niech mu się zdaje, że naszej partii siły nie staje…”), a tymczasem na pół roku przed przyszłorocznymi wyborami, Mateusz Morawiecki ponownie „zleje się” z Naczelnikiem Państwa i w ten oto sposób osiągnięte zostanie ostateczne zwycięstwo.

To jasne, że wyznawcy Naczelnika Państwa w coś przecież wierzyć muszą, więc dlaczego nie w ustawkę, która to wiara ufundowana jest zresztą na przekonaniu, iż Naczelnik jest wirtuozem intrygi? Może i jest – ale warto zwrócić uwagę, że nader często potyka się o własne nogi. Tak było w przypadku Kazimierza Marcinkiewicza, tak było w przypadku Andrzeja Dudy i tak właśnie jest w przypadku Mateusza Morawieckiego.

Warto bowiem zwrócić uwagę, że stowarzyszenie Rozwój Plus powstało w kwietniu br. – to znaczy akurat wtedy, gdy Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą – co oznacza, że realizują politykę, jaką Cesarstwo Niemieckie prowadziło w Europie Środkowo-Wschodniej w roku 1917, zezwalając na utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by za pomocą tego narzędzia szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Ponieważ za sprawą Judenratu i innych ośrodków propagandowych, znaczna część Polaków jak ognia boi się posądzenia o „ruskie onuctwo” i szachowanie Rosji przez Niemcy przy pomocy Ukrainy uważa za wielkie osiągnięcie, to w cieniu tego wielkiego osiągnięcia już zupełnie nie zauważa, że Ukraina ma jeszcze jedno zadanie – mianowicie – trzymania w ryzach Polaków.

Z tych powodów wolę trzymać się teorii spiskowej, według której Mateusz Morawiecki właśnie realizuje trzecią część swego zadania w postaci neutralizacji PiS. Żaden listek figowy nie jest już w Polsce Niemcom do niczego potrzebny, no i właśnie to pokazują najnowsze sondaże. Na pozycji lidera plasuje się Volksdeutsche Partei z satelitami z poparciem ponad 28 procent. Na drugim miejscu PiS – ale z wynikiem niecałych 16 procent, na trzecim – Konfederacja z wynikiem 13,5 procenta, na kolejnym – Konfederacja Korony Polskiej z wynikiem 12,3 procenta, potem jeszcze Lewica (7,9 proc.) i wreszcie – grupa Mateusza Morawieckiego z wynikiem 7,5 proc. Nie zapominajmy jednak o innych następstwach rozłamu. Z Mateuszem Morawieckim wyszło z PiS 40 parlamentarzystów. Każdy z nich zdążył się jakoś tam ukorzenić w terenie, to znaczy – we własnym okręgu wyborczym. W tej sytuacji bardzo ważna jest okoliczność, czy taki parlamentarzysta będzie wyrywany z korzeniami, czy też przynajmniej część korzeni nadal będzie służyła Naczelnikowi Państwa, którego siła polega m.in. na przekonaniu, że każdy powinien się dla niego poświęcać.

Dopóki ta wiara jest podzielana przez część opinii publicznej, dopóty Naczelnik Państwa może swoich wyznawców uwodzić – ale w miarę rozwoju sytuacji, a zwłaszcza – w miarę topnienia wpływów PiS w terenie – również możliwości uwodzicielskie będą się kurczyły. Od razu bowiem między rozłamowcami rozpoczęły się tzw. potępieńcze swary. „Maślarze” zauważyli ze zgrozą, że Mateusz Morawiecki był doradcą Donalda Tuska – co im przedtem – to znaczy – ani w roku 2015, ani w roku 2017, kiedy Morawiecki zostawał premierem rządu „dobrej zmiany” z namaszczenia Naczelnika – absolutnie nie przeszkadzało – podobnie jak i to, że na stanowisku premiera rządu Mateusz Morawiecki podpisywał wszystko, co mu tam Niemcy podsunęli do podpisu.

Inni jednak mogą zacząć dociekać, dlaczego w takim razie Naczelnik Państwa upodobał sobie akurat w Mateuszu Morawieckim i do kogo jeszcze musi się akomodować – a wtedy uwodzicielskie możliwości Naczelnika mogą skurczyć się jeszcze bardziej. I o to właśnie w tej trzeciej części zadania, którą właśnie wykonuje Mateusz Morawiecki, chodzi.

Ale przebudowa sceny politycznej naszego bantustanu to jedna sprawa, bo drugą sprawą jest toczący się równolegle proces coraz mocniejszego chwytania za twarz tubylczych Polaków. Na wieść o strategicznym partnerstwie niemiecko-ukraińskim, główny cadyk warszawskiego Judenratu, pan red. Adam Michnik rzucił hasło – „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”. Z punktu widzenia „krajowych cudzoziemców”, za jakich uchodzą Żydowie, przynależność do tej czy innej z mniej wartościowych tubylczych nacji jest sprawą płynną. Toteż kiedy pan red. Michnik doszedł do wniosku, że wobec proklamowania strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego Polska już jest passe – rzucił wspomniane hasło – natychmiast zostało ono podchwycone przez funkcjonariuszy Propaganda Abteilung, którzy natychmiast ruszyli ławą, by piętnować polską „ksenofobię” i inny tubylcze myślozbrodnie. Dodając tak zwanego „dramatyzmu” Judenrat „Gazety Wyborczej” zaczął lansować pogląd – donos, że w Polsce narasta „atmosfera przedpogromowa” wobec goszczących u nas 2 mln Ukraińców.

To bardzo poważna zastawka, która może stanowić podstawę do ewentualnej interwencji w Polsce, gdyby się okazało, że własnymi siłami tubylcza administracja nie jest w stanie tych wszystkich myślozbrodni stłumić. Jest oczywiście mało prawdopodobne, by za pacyfikowanie Polaków wzięli się bezpośrednio Niemcy – bo jeszcze swąd po Oświęcimiu do końca się nie rozwiał – ale od czego ukraińska diaspora? Ta mogłaby otrzymać nie tylko wolną rękę, nie tylko zachętę, ale i wsparcie w postaci broni i pieniędzy do urządzenia tubylczym Polakom „wołynki” – żeby raz na zawsze zrozumieli, że nie powinno się wierzgać przeciwko ościeniowi. Propagandową padgatowką do tego mogą służyć codzienne doniesienia o atakach – jak nie na ukraińskie dziewczęta, to na ukraińskich chłopców – aż przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, na łamach prowadzonej przez warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej”, dała wyraz swoim uczuciom wobec mniej wartościowego narodu tubylczego, a nawet „kraju”. Przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska wprost wije się ze wstydu za „mój kraj” w w ogóle – zalewa ją „gorycz”. Jeśli tedy mniej wartościowy naród tubylczy się nie opamięta, to nieuchronnie spadnie na niego surowa ręka sprawiedliwości ludowej. Doprawdy – ostatnia chwila do nawrócenia.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Nikt nam nie zrobi nic

Stanisław Michalkiewicz: Nikt nam nie zrobi nic     magnapolonia

   Co tu dużo gadać; możemy uważać się za szczęściarzy. Nawet nie dlatego, że rakieta, która spadła na Lubelszczyźnie w gminie Turobin, została najpierw „przechwycona” ale mimo to spadła, wybiła w  ziemi lej o średnicy 10 metrów, więc prawdopodobnie mogła nawet wybuchnąć, ale to wszystko drobiazg, w porównaniu z tym, że od samego początku wszystko było pod kontrolą. Tak w każdym razie zapewniają nas nasze władze, więc nie wypada zaprzeczać. Obywatel Tusk Donald twierdzi nawet, że mogliśmy ją zestrzelić, ale widocznie ze względu na jakieś wyższe konieczności tego nie zrobiono.

Złośliwcy, których nigdzie, a już zawłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju  nie brakuje twierdzą, że owszem, „mogliśmy” ale tak naprawdę nie mogliśmy, bo wcześniej pociski do baterii systemu „Patriot” Ministerstwo Obrony przekazało Ukrainie, Jak zatem widzimy czarno na białym, wszystko jest w jak najlepszym porządku – ale przecież nie dlatego, a zwłaszcza – nie przede wszystkim dlatego możemy uważać się za szczęściarzy.

Za szczęściarzy możemy się uważać dzięki temu, że wśród naszych Umiłowanych Przywódców mamy człowieka na miarę czasów w osobie Księcia-Małżonka, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda piastuje fuchę ministra spraw zagranicznych. Nie chodzi o to, by Książę-Małżonek prowadził jakąś zagraniczną politykę, bo przecież każde dziecko wie, że prowadzenie polityki zagranicznej władze naszego nieszczęśliwego kraju mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane – ale dlatego, że jest on postacią wybitną.

Nie tylko jest zadowolony ze swego rozumu, czemu nieustannie składa dowody na Twitterze i gdzie tylko może, nie tylko dlatego, że w sztuce wiązania krawatów ociera się o genialność, ale przede wszystkim dlatego, że – jak się właśnie okazało – wspierają go proroctwa.

   Dlatego tak jest – tajemnica to wielka, bo formalnie rzecz biorąc, Książę-Małżonek jest – jak to mówią starsi i mądrzejsi –  „głupim gojem” – ale z drugiej strony nie możemy zapominać, że „Spiritus flat ubi vult” – co się wykłada, że Duch tchnie, kędy chce – a poza tym ludowe przysłowie powiada, że jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści. „Z kija” – a cóż dopiero – z Księcia-Małżonka, który choćby ze względu na bycie Księciem-Małżonkiem powinien cieszyć się specjalnym względami Stwórcy Wszechświata. I chyba się cieszy – bo czyż w przeciwnym razie wspierałyby go proroctwa?

Prawdę na tym odcinku spenetrowali już dawno władcy Cesarstwa Austriackiego, o czym świadczy znana sentencja: „bella gerant alii, tu felix Austria nube” – co się wykłada, że niech inni toczą wojny, a ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa.  Nic więc dziwnego, że ostatnio pojawiły się na mieście pogłoski, że nie ma lepszego kandydata na przyszłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, jak Książę-Małżonek  zwłaszcza gdyby został on przekształcony w Generalną Gubernię – a to przecież tylko kwestia czasu.

Zwracam uwagę, że mimo iż te pogłoski od pewnego czasu krążą po mieście, pan ambasador Tomasz Róża nie wyraził wobec tej kandydatury żadnych zastrzeżeń, podczas gdy w przypadku Grzegorza Brauna od razu wszedł zaporowo, że sobie „nie wyobraża”. Widać zatem jak na dłoni, że Księcia-Małżonka wspierają nie tylko Moce niebieskie, ale i Różne Inne, których z ostrożności procesowej wolę nie wymieniać.

Wyjaśnienia w tym względzie dostarcza  Pismo Święte głosząc, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie nie ma przed sobą przyszłości, więc jeśli nawet Nasz Najważniejszy Sojusznik czasami sprawia wrażenie królestwa podzielonego, to najwyraźniej musi spajać je jakiś najtwardszy rdzeń, który to wszystko utrzymuje w całości ponad podziałami.

   A co się tyczy proroctw, jakie wspierają Księcia-Małżonka, to wszyscy pamiętamy, jak przestrzegał nas przez ruskimi prowokacjami, w których mogą być wykorzystane ukraińskie rakiety, czy drony. Putin – jak wiadomo – zdolny jest do wszystkiego, więc dlaczego nie do posłużenia się w zbrodniczych prowokacjach ukraińskimi rakietami, albo choćby dronami?

Okazuje się jednak, że chyba nawet nie musiał, bo przecież z ukraińskich rakiet albo dronów trzeba by się było tłumaczyć – jak w przypadku Przewodowa, gdzie – zgodnie ze słowami piosenki Bułata Okudżawy – „jeszcze dziś winnych szuka świat” – więc w tej sytuacji rozsądek nakazuje posłużyć się rakietą ruską.

Oczywiście – jak poucza nas Pismo Święte – „z obfitości serca usta mówią” – i pewnie dlatego ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha nie tylko od razu spenetrował prawdę, że w gminę Turobin uderzyła ruska rakieta, ale nawet oznajmił to światu zanim jeszcze nasza niezwyciężona armia natrafiła na jej ślad  – żeby świat wiedział, czego się trzymać i jak nawijać.

   Warto tedy dodać, że prezydent Zełeński w drodze powrotnej z Waszyngtonu, zatrzymał się w Lublinie, gdzie na audiencji przyjął obywatela  Tuska Donalda, informując go, że teraz Ukraina dostanie licencję na produkcję pocisków do „Patriotów” – a poza tym przestrzegając go przed dalszym tolerowaniem „pogromów” obywateli ukraińskich w Polsce, o których każdego dnia donosi Judenrat oraz inne niezależne media głównego nurtu.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać; skoro strategiczny partner Republiki Federalnej Niemiec kieruje taką przestrogę obywatelu Tusku, to on powinność swej służby rozumiejąc, wyda już odpowiednie rozkazy. Toteż  obywatel Żurek Waldemar  ma początek utworzył specjalny zespół prokuratorów, który wszystkim, wskazanym przez Judenrat, albo przedstawicieli diaspory ukraińskiej, pogromowcom pokaże ruski miesiąc, wybijając im ze łbów wszelką „nienawiść”, gdy będzie trzeba – to razem z mózgami.

To jest zresztą dla obywatela Tuska Donalda i jego vaginetu ważny egzamin. Albo potrafi on opanować „przed-pogromową” sytuację własnymi siłami, albo sprawę wezmą w swoje ręce starsi i mądrzejsi, którzy już tam będą wiedzieli co robić, by w Warszawie zapanował porządek. Wprawdzie swąd po Oświęcimiu jeszcze całkiem się nie rozwiał – ale od czego wiadoma, dwumilionowa diaspora, którą na wieści o „pogromach” z pewnością mogą świerzbieć ręce? W tej sytuacji Putin jest oczywiście na wagę złota, bo wcale nie jest wykluczone, że rakieta, która spadła w gminie Turobin, rzeczywiście była wystrzelona z Rosji.

I to jest dodatkowy powód, byśmy mogli uważać się za szczęściarzy – chociaż najważniejszy jest oczywiście ten, że jest z nami Śmig… to znaczy – pardon; nie żaden „Śmigły-Rydz”, tylko oczywiście – Książę-Małżonek.

Wśród wirtuozów intrygi

Stanisław Michalkiewicz serwis „Prawy.pl”  1 sierpnia 2026 michalkiewicz

Nie jest tajemnicą, że Naczelnik Państwa cieszy się, przynajmniej w kręgu swoich wyznawców, opinią wirtuoza intrygi, chociaż wielu obserwatorów dodaje, że takiego, który z reguły na końcu potyka się o własne nogi.

Za jeszcze większego wirtuoza intrygi uchodził książę Beneventu Karol Maurycy Talleyrand-Perigord. Sowiecki historyk Tarle twierdzi, że przede wszystkim był on łapownikiem – ale jeśli nawet, to musiał być przecież jakiś powód, dla którego wszyscy dawali mu łapówki. Najpierw służył rewolucji, potem – Napoleonowi, którego w końcu zdradził, a właściwie zdradzał, kiedy jeszcze zajmował to stanowisko. – „Po cóżeś Wasza Cesarska Mość tu przyjechał – szeptał w ucho rosyjskiemu cesarzowi Aleksandrowi I w 1808 roku w Erfurcie. – Napoleon przegra, już prędko przegra”. Była to oczywista zdrada, ale z drugiej strony niepodobna odmówić słuszności Talleyrandowi, kiedy mówił: zawsze służyłem Francji, niezależnie od ustroju mojego państwa.

Jaka szkoda, że nie możemy przypisać podobnych słów żadnemu z Naszych Umiłowanych Przywódców!

Polsce nie służą oni na pewno; przeważnie – jakimś Naszym Sojusznikom, a w najlepszym razie – sobie. Wracając to Talleyranda, to nawet kiedy umarł, wielu ludzi dopatrywało się w tym jakiejś kolejnej, piekielnej intrygi: „co on chce przez to powiedzieć?” Podobnie za intryganta uważany był Otto Bismarck, chociaż – w odróżnieniu od Talleyranda – w publicznych deklaracjach bywał nawet brutalnie szczery – na przykład formułując zasadę „siła przed prawem”, którą teraz, pod dyktando bezcennego Izraela, próbuje stosować amerykański prezydent Donald Trump. Otóż kiedy Bismarck zadeklarował, iż podróż niemieckiego księcia do Hiszpanii nie ma żadnego, ale to żadnego znaczenia politycznego, rosyjski cesarz Aleksander III na marginesie raportu zanotował: „czto to zatiewajet etot obier-skot, no czto imienno – nieizwiestno(coś knuje to ober-bydlę, ale co konkretnie – nie wiadomo).

Toteż nic dziwnego, że cała Polska, a nawet – jak powiadają – cały świat wstrzymał oddech w oczekiwaniu na orędzie, jakie 24 lipca w samo południe Naczelnik Państwa wygłosił. Orędzie potwierdziło wprawdzie, że PiS się rozpadło, a Biuro Polityczne wkrótce ten fakt sformalizuje – ale nadal nie wiemy, co w związku z tym będzie z nami, to znaczy – z Polską i ze światem?

Na szczęście wyjaśniła się sytuacja polityczna na Ukrainie. Żeby lepiej zrozumie istot sprawy, musimy przypomnieć, że Ukraina jest oligarchią oligarchów, którzy decydują, kto będzie prezydentem i w ogóle – podczas gdy w Rosji, to prezydent decyduje, kto może być oligarchą. Jak wiadomo, w bieżącym roku Ukraina dostała od Unii Europejskiej najpierw 90, a potem – jeszcze 70 mld euro.

Nic dziwnego, że w gronie tamtejszych oligarchów musiało dojść do nieporozumień – ile kto może sobie sprywatyzować. W związku z tym prezydent Zełeński musiał spuścić z wodą panią premier Swirydenko – co nie wywołało żadnego większego rezonansu – ale również ministra obrony narodowej Fedorowa. Tu interesy jakiejś grupy oligarchów musiały zostać naruszone, bo wynajęli oni mnóstwo młodych ludzi w Kijowie, żeby demonstrowali za przywróceniem Fedorowa na stanowisko ministra obrony. Uprzejmie zakładam, że ci młodzi ludzie musieli być wynajęci i opłaceni, podobnie jak nasze „Ostatnie Pokolenie” – bo w przeciwnym razie musiałbym uznać, że nie mają oni większych zmartwień, jak to, kto będzie ministrem obrony Ukrainy.

Widocznie jednak inni oligarchowie mieli lepsze argumenty, bo prezydent Zełeński owszem – oferował Fedorowowi nawet stanowisko Doradcy Doskonałego – ale powrót do Ministerstwa Obrony – wykluczony. Tedy pełniącym obowiązki ministra został pan Chmara, a nowym dowódcą tamtejszej niezwyciężonej armii – generał Drapaty, którego ukraińskie media wprost nie mogą się nachwalić – jaki dzielny i w ogóle. Znaczy – teraz on poprowadzi niezwyciężoną ukraińską armię do ostatecznego zwycięstwa.

Jak wiadomo, musi ono nadejść, bo tak zostało zatwierdzone – ale nie tak prędko – bo kiedy oligarchom będzie lepiej, jak nie podczas wojny? Korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny – nawołują militaryści – i słuszna ich racja. Dopóki bowiem wojna trwa, dopóty „Europa” będzie ukraińskich oligarchów futrowała miliardami euro – więc czegóż chcieć więcej?

Inaczej jest na Bliskim Wschodzie. Po 60-dniowym zawieszeniu broni nie zostało nawet wspomnienie i Stany Zjednoczone znowu obrzucają złowrogi Iran ponaddźwiękowymi dzidami, a złowrogi Iran w odwecie obrzuca ponaddźwiękowymi dzidami niektórej kraje Zatoki Perskiej i zwasalizowaną przez Izrael Jordanię. Powoduje to wiele szkód, a nawet giną amerykańscy żołnierze – bo strat ludzkich mniej wartościowego narodu irańskiego nikt nie liczy – ale nikt już nie wie, o co właściwie w tej wojnie chodzi.

Czyż nie z tego właśnie powodu bezcenny Izrael ogłosił, że on w tym konflikcie udziału nie weźmie – chociaż przecież żyje mnóstwo ludzi pamiętających, że to właśnie bezcenny Izrael wkręcił w tę wojnę amerykańskich twardzieli. Do tej pory podobno kosztowała ich ona co najmniej 40 miliardów dolarów, ale to przecież dopiero początek, ponieważ zaprzyjaźnieni ze złowrogim Iranem Huti z Jemenu właśnie włączyli się do wojny, zablokowali cieśninę Bab el Mandab na południowym skraju Morza Czerwonego, a nawet ostrzelali próbujące tamtędy przepłynąć dwa saudyjskie tankowce z ropą. Wygląda na to, że ani przez Cieśninę Ormuz, ani przez Cieśninę Bab el Mandab żadnej żeglugi nie będzie, w związku z czym cena ropy znowu poszybowała w górę do poziomu 100 dolarów za baryłkę.

Wprawdzie Ameryka tamtejszej ropy nie kupuje, ale ogólny wzrost cen odbija się również na cenach paliw w USA 20 lipca br. litr benzyny kosztował w Ameryce 1,146 dolara, podczas gdy na Białorusi – 93 centy, a w Rosji – nawet 92 centy. Za to w Polsce – 1,8 dolara. Ciekawe, że na Ukrainie benzyna jest tańsza niż w Polsce (1,7 USD za litr), ale za to w bezcennym Izraelu trzeba płacić aż 2,5 dolara za litr. No a tu jeszcze ci Huti! Prezydent Trump w desperacji obiecał Arabii Saudyjskiej nawet pozwolenie na cywilny program nuklearny – ale pod warunkiem, że najpierw „uzna” ona bezcenny Izrael. Wygląda na to, że wojna na Bliskim Wschodzie będzie się ślimaczyła co najmniej do października, kiedy to w Izraelu maja odbyć się wybory. Rzecz w tym, że dopóki premier Beniamin Netanjahu prowadzi wojnę, to znaczy – ludobójstwo w Stefie Gazy i w Libanie, to Żydowie w Izraelu popierają go prawie tak samo, jak Niemcy Adolfa Hitlera po pokonaniu Francji w roku 1940.

W tej sytuacji prezydent Trump nie ma wyboru; musi tańczyć, jak mu Żydowie zagrają, bo w przeciwnym razie AIPAC (American Israel Public Affairs Committee) zrobi z niego i ze wszystkich tych amerykańskich twardzieli marmoladę.

Stanisław Michalkiewicz

Za parawanem nieudolności

Za parawanem nieudolności

Stanisław Michalkiewicz „Magazyn Polonia” 30 lipca 2026 michalkiewicz

Wprawdzie gdy piszę ten felieton, świat jeszcze nie może odetchnąć z ulgą, bo wprawdzie spotkanie „ostatniej szansy” Mateusza Morawieckiego z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim nie doprowadziło do porozumienia – ale termin ultimatum upływa dopiero o północy z czwartku na piątek, więc świat na razie wstrzymuje oddech – ale nie całkiem, bo za to na Ukrainie wszystko już się wyjaśniło. Pewne światło na tę sprawę rzucają ostatnie publikacje, których autorzy dają do zrozumienia, o co naprawdę chodziło w tamtejszych zagadkowych roszadach nie tylko na szczytach demokratycznego rządu, ale i niezwyciężonej armii.

Na pozór wyglądało to tak, że prezydent Zełeński, który najwyraźniej wziął sobie do serca wezwanie militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny”, wyrzuca z rządowej pirogi krokodylom na pożarcie kolejnych murzyńskich chłopców i dziewczęta, z panią Swirydenko na czele, ale żeby zrozumieć nie tyle sam mechanizm, co personalny klucz, musimy przypomnieć tak zwane tło. A tło polega na tym, że Ukraina dostała ostatnio sporo pieniędzy; najpierw 90 mld euro, a potem – jeszcze 70 mld – więc nic dziwnego, że na tym tle mogło dojść do nieporozumień w klubie gangsterów. Nie tyle może zaraz „gangsterów”, bo nie wiadomo, czy na Ukrainie są w ogóle jeszcze jacyś gangsterowie, czy już wszyscy przeprowadzili się do naszego nieszczęśliwego kraju – tylko tamtejszych oligarchów – ile który sobie z tego sprywatyzuje.

Wskazywałyby na to wspomniane publikacje, jakoby zdymisjonowany minister obrony, pan Fedorow, w którego obronie odbywają się uliczne demonstracje, sprzeciwiał się korupcji w niezwyciężonej armii i w ogóle. Toteż został spuszczony z wodą, a pełniący obowiązki ministra obrony pan Chmara, podobnie jak nowy dowódca niezwyciężonej armii już niczemu się nie sprzeciwiają. No bo czemu tu się sprzeciwiać, jak wszelkie nieporozumienia między oligarchy zostały już wyjaśnione? Toteż wszyscy teraz skupiamy się na obmyślaniu sposobów, jakby tu dojść do ostatecznego zwycięstwa, którego nie może doczekać się również Książę-Małżonek. Książę-Małżonek, najwyraźniej opierając się na informacjach podsuwanych mu przez ukraiński Sztab Generalny – bo przecież chyba nie od naszych – pożal się Boże – „dyplomatołków”, wyjaśnia, o co chodzi.

Gdyby – powiada – Ukraina wojnę przegrała, to już następnego dnia zimny ruski czekista Putin z Medyki runąłby żelaznym wojskiem na Europę Zachodnią, a najpierw – na nasz nieszczęśliwy kraj – i co my byśmy wtedy zrobili? W swoim czasie wyjaśnił to pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz.

Wtedy my, chwycilibyśmy za plecaki ucieczkowe i rzucilibyśmy się do ucieczki na pozycje, które z góry sobie upatrzyli Nasi Umiłowani Przywódcy – bo chyba każdy rozumie, że tylko oni mogliby nam wszystkim przygotować „mieszkań wiele”. Gdzie? To jest właśnie największa tajemnica państwowa, na którą pewne światło rzuca deklaracja Mieczysława Moczara jeszcze z lat 40-tych ubiegłego stulecia. Wyjaśnił on, że „dla nas, partyjniaków” prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki, a granice – dzisiaj na Łabie, a jutro – kto wie – może na Gibraltarze? Musimy przy tym pamiętać, że Związek Radziecki ma to do siebie, iż zmienia położenie; raz stolicę ma w Moskwie, a innym razem – w Brukseli – a poza tym wszystko się zgadza – zwłaszcza, że „partyjniacy” po staremu u nas rządzą i dzielą. „My tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli” – deklaruje Towarzysz Szmaciak w nieśmiertelnym poemacie Janusza Szpotańskiego.

Aliści jedną rzecz trzeba w tym wszystkich wziąć pod uwagę, że uciekać na z góry upatrzone pozycje nie mogą przecież wszyscy obywatele. Szanse powodzenia taka ucieczka ma w przypadku obywateli zdrowych, natomiast obywatele chorzy tylko by opóźniali marsz ku ostatecznemu zwycięstwu. I dopiero na tym tle możemy ocenić skuteczność narodowej strategii, którą kolejne rządy sprytnie ukrywają pod pozorami niedołęstwa. To niedołęstwo doprowadziło już do objawów załamania w systemie ochrony zdrowia, którego skutkiem jest tak długi czas oczekiwania na procedury lecznicze, że obywatel cierpiący na jakieś dolegliwości nie będzie mógł się ich doczekać.

A jak nie doczeka, to co z ni będzie? Ano – zwyczajnie umrze i w ten sposób III Rzeczpospolita odniesie co najmniej dwie oczywiste korzyści. Po pierwsze, takiego nieboszczyka nie trzeba będzie już leczyć, tylko skieruje się go do prosektorium, a tam – jak pamiętamy z piosenki popularnej za moich czasów w środowisku studentów akademii medycznych – „w prosektorium trup na trupie; każdy student grzebie w kościach, bo to już nie boli gościa!” Jak go nie boli, to chyba oczywiste, że nie ma co wydawać pieniędzy na jego leczenie.

Ale to nie jest największa oszczędność. Wyobraźmy sobie tylko, że leczenie przyniosło rezultaty i że taki, jeden z drugim obywatel znowu powrócił do wegetacji. Toż to prawdziwa studnia bez dna! Nie tylko trzeba by mu wypłacać jakieś zasiłki, ale Bóg jeden wie, jak długo trzeba by mu wypłacać emeryturę. Tymczasem wystarczy tylko doprowadzić do sytuacji, że na wizytę u doktora trzeba czekać latami. Takiej wizyty może doczekać tylko obywatel o końskim zdrowiu, podczas gdy obarczony dolegliwościami – nie doczeka.

Oczywiście o takich rzeczach nie tylko nie wolno, ale w ogóle nie trzeba głos o mówić. Głośno można i trzeba mówić o przejściowych trudnościach, które – dzięki staraniom Partii i Rządu – tylko patrzeć, jak szczęśliwie pokonamy – a tymczasem czas oczekiwania na wizytę u doktora nie tylko się wydłuża, ale w dodatku – mogą się wyczerpać „limity” – a na to już nikt nic nie może poradzić, bo to jest rodzaj dopustu Boskiego.

I tak to, skrywając tę niezwykle skuteczną strategię depopulacyjną pod pozorami nieudolności urzędników od szczebla najwyższego do najniższego i niewydolności „systemu” za który przecież nikt żadnej odpowiedzialności ponosić nie może, można doprowadzić nie tylko do niebywałej poprawy poziomu zdrowotności społeczeństwa, a przede wszystkim – do oszczędności na zbędnych – jak się okazuje – wydatkach, dzięki czemu uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przekazać na Ukrainę i tym samym oddalić przerażającą wizję, która najwyraźniej musi spędzać sen z powiek Księciu-Małżonku, że aż zwierzył się ze swoich udręk panu redaktorowi Kraśce.

Jednak w naszym fachu nie ma strachu i dopóki nasze losy złożymy w wypróbowane ręce pani Jol;anty Sobierańskiej-Grendy, co to w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra zdrowia oraz w wypróbowane ręce pana Andrzeja Domańskiego, co to potrafi wycisnąć forsę nawet z kamienia, a przede wszystkim – w ręce obywatela Tuska Donalda, który już wiele razy pokazał, iż powinność swej służby Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje rozumie, to możemy być pewni, że o co, jak o co – ale o ostateczne zwycięstwo zadbać potrafimy. A podczas wojny – jak to podczas wojny – ofiary muszą być, więc w ogóle nie ma o czym mówić.

Stanisław Michalkiewicz

Na naszych oczach

Na naszych oczach

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    26 lipca 2026 michalkiewicz

Dziś moja moc się przesili; dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny” – będzie mógł za mickiewiczowskim Konradem z III części „Dziadów” powtórzyć w najbliższy czwartek Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński. Akurat we czwartek upływa bowiem termin ultimatum, jakie Naczelnik przedstawił swojej trzódce, która zaczęła mu się rozbisurmaniać w stowarzyszeniach. Pierwsze takie stowarzyszenie pod nazwą „Rozwój Plus” założył były premier rządu „dobrej zmiany” czyli Mateusz Morawiecki – oczywiście Wielce Czcigodny. Według mojej ulubionej teorii spiskowej, Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki przystąpił w ten sposób do trzeciej części swego zadania, które wyznaczyli mu jego mocodawcy w naszym nieszczęśliwym kraju.

Pierwsza część zadania polegała na przeniknięciu ze struktur Volksdeutsche Partei do struktur Prawa i Sprawiedliwości. Bo trzeba nam pamiętać, że Mateusz Morawiecki, po przepoczwarzeniu się z historyka na finansistę i bankstera, w tym charakterze był doradcą doskonałym obywatela Tuska. I Naczelnik Państwa w korcu maku musiał znaleźć akurat jego. Nie tylko znaleźć, ale w dodatku uczynić wicepremierem w rządzie Beaty Szydło, utworzonym jesienią 2015 roku. Jak zatem widzimy, pierwszą część zadania Mateusz Morawiecki wykonał. W roku 2017, kiedy to prezydent Andrzej Duda dopuścił się felonii przeciwko swemu wynalazcy, czyli Naczelnikowi Państwa, po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina wetując PiS-owskie ustawy sądowe, osłabiony tą zdradą Naczelnik Państwa musiał pójść na jeszcze głębszy kompromis i pod koniec 2017 roku przeprowadził głęboką rekonstrukcję rządu. Polegała ona przede wszystkim na spuszczeniu z wodą pani Szydło do luksusowego przytułku dla „byłych ludzi”, czyli – Parlamentu Europejskiego – a mianowaniu na miejsce premiera właśnie Mateusza Morawieckiego. Dodatkowym elementem głębokiej rekonstrukcji było też spuszczenie z wodą Antoniego Macierewicza, który naraził się nie tylko autorytetom moralnym ze stajni Judenratu pana red. Michnika, ale również – starym kiejkutom, no i naszej niezwyciężonej armii.

Wtedy Wielce Czcigodny Mateusz Morawiecki przystąpił do realizacji drugiej części swego zadania, polegającej na podpisywaniu w imieniu Polski wszystkiego, co mu Niemcy, czy to bezpośrednio, czy za pośrednictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, podsunęli do podpisania. No a teraz przystąpił do realizacji części trzeciej, polegającej na neutralizacji PiS.

Do stowarzyszenia „Rozwój Plus” przystąpiło około 40 parlamentarzystów PiS – a w każdym razie – tylu podpisało się pod „listem otwartym” do Naczelnika Państwa, tłumacząc mu, że nie zrezygnują z członkostwa w tym stowarzyszeniu, oczywiście „dla dobra Polski”. Naczelnik Państwa bowiem, kiedy tylko okazało się, że stare kiejkuty lansują partię „Unia Centrum” z panią Pauliną Hening-Kloską na fasadzie – ale i z panem Michałem Kobosko oraz wyciągniętym z naftaliny panem Januszem Onyszkiewiczem w tle, zorientował się, że żarty się skończyły i postawił swojej trzódce wspomniane ultimatum – że mają zlikwidować wszystkie stowarzyszenia. Pan Jacek Sasin z frakcji „maślarzy” natychmiast swoje stowarzyszenie zlikwidował, ale Mateusz Morawiecki swojego ani myśli likwidować. Przeciwnie – niezależnie od wspomnianego listu otwartego – zaplanował na 31 lipca ostentacyjnego „grilla”.

Wyznawcy Naczelnika Państwa, który uchodzi wśród nich za wirtuoza intrygi uważają, iż to tylko taka ustawka, która ma zwrócić uwagę opinii publicznej na PiS, którego notowań nie zwiększyła nominacja pana Przemysława Czarnka na kandydata na przyszłego premiera. Intryga miałaby polegać na tym, że teraz zamarkują rozłam, a na pół roku przed przyszłorocznymi wyborami rozłamowcy morawieccy „zleją się” z kaczyńską Macierzą i będzie gites tenteges. Inni jednak uważają, że to nie żadna ustawka, tylko operacja serio.

Obawiam się, że tym razem może nie być żadnej ustawki. Chodzi o to, że po proklamowaniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Niemcy postanowiły zlikwidować w naszym bantustanie PiS-owski listek figowy. Dotychczas bowiem był on użyteczny, bo pozwalał Naczelnikowi Państwa uwodzić patriotycznie zorientowaną część opinii publicznej, dzięki czemu można było stopniowo podporządkowywać nasz nieszczęśliwy kraj Niemcom pod osłoną tromtadrackiej retoryki. Teraz jednak, gdy Niemcy przyjęły linię polityczną Cesarstwa Niemieckiego z 1917 roku i uczyniły sobie w Europie Wschodniej strategicznego partnera z Ukrainy, by za jej pośrednictwem szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków, ten listek figowy przestał być już potrzebny.

Polski patriotyzm ma się odtąd manifestować w postaci posłuszeństwa wobec Ukrainy. Widać to nie tylko na podstawie dyrektyw dla policji, prokuratury i niezawisłych sądów, które odtąd mają okrutnie karać wszelkie zbrodnie „z nienawiści”, to znaczy – wszelkie czyny skierowane przeciw Ukraińcom – ale również na podstawie skwapliwości, z jaką nasi Umiłowani Przywódcy rzucili się na ochłap, który przygotował dla nich prezydent Zełeński w postaci obiecanki, że „otworzy” archiwa SBU i służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy dotyczące „tragicznych wydarzeń na Wołyniu” i pozwoli na ekshumacje. Nie mogą się tedy prezydenta Zełeńskiego nachwalić, jednocześnie powtarzając mantrę, że „polska racja stanu” polega na służeniu narodowi ukraińskiemu. W tej sytuacji model sceny politycznej, zaprojektowany na przełomie lat 80-tych i 90-tych w Magdalence jest już passe – co może otworzyć drogę do jej pożytecznej przebudowy – chociaż niekoniecznie. Oto w dniach ostatnich niemiecki kanclerz Merz ofuknął amerykańskiego prezydenta Trumpa za intencję interwencji w niemieckie wybory. Chodzi o amerykańską inicjatywę wspierania w Europie wolności słowa i wolności wyznania. Z drugiej jednak strony

amerykański ambasador w Warszawie, pan Tomasz Róża deklaruje, że „nie wyobraża sobie” żadnego polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej. Co prawda pan Róża swoją deklarację złożył znacznie wcześniej, zanim prezydent Trump zapowiedział wspieranie w Europie wolności słowa i wyznania, które tak wzburzyło niemieckiego kanclerza, więc być może wkrótce zacznie on ćwierkać z innego klucza – ale to wszystko wydaje się widłami na wodzie pisane. Na razie mamy do czynienia z pogłębiającym się strategicznym partnerstwem niemiecko-ukraińskim, które sprawia, że ani Niemcom, ani Ukrainie Polska nie jest już do niczego potrzebna, więc trzeba odpowiednio do tego ukształtować tubylczą scenę polityczną – i właśnie na naszych oczach to się odbywa.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Na etapie surowości

Na etapie surowości

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   25 lipca 2026 michalkiewicz

Ach, co za zawód, w dodatku – miłosny! Nic więc dziwnego, że Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna jest nieutulona w żalu, a z kolei obywatel Tusk Donald nie ukrywa irytacji. Chodzi oczywiście o zawetowanie przez pana prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o „statusie osoby najbliższej”, będącej wstępem do legalizacji tak zwanych „małżeństw” jednopłciowych. Sodomczykowie i gomorytki już od dawna próbowały mobilizować tak zwaną postępową półinteligencję w tym kierunku, podając pozory uzasadnienia, nie tylko logicznego, ale i sentymentalnego.

Pozór uzasadnienia natury logicznej jest taki, że bez odrębnej ustawy sodomczykowie i gomoryki nie mogłyby po sobie dziedziczyć, ani uzyskiwać informacji medycznych w szpitalach. Kiedy jeszcze byłem prezesem UPR, przekonywałem działacza sodomczykowskiego stowarzyszenia „Lambda”, że to nieprawda. – Jak to „nie możecie” dziedziczyć, kiedy przecież możecie? Jeśli zapiszecie sobie nawzajem majątki w testamencie, to nikt tego przecież nie podważy, podobnie, jak pełnomocnictwa do uzyskiwania informacji medycznej. – No tak – powiedział ów działacz – ale wtedy musielibyśmy płacić wyższy podatek spadkowy.

– Tak mi pan mów – ja na to. – UPR jest za zniesieniem podatku od spadków i darowizn, więc możecie śmiało na nas głosować.

Pozór argumentacji sentymentalnej jest taki, że sodomczykowie i gomorytki nie mogą się „kochać”. Pierwsze słyszę, żeby ludzie, wszystko jedno; sodomczykowie, czy normalni, nie mogli się kochać bez ustawy. Chyba, że brak ustawy powoduje zaburzenia erekcji u mężczyzn, albo anorgazmię u kobiet – ale medycyna na ten temat milczy. Zatem mamy do czynienia z pozorami uzasadnień logicznych, a nawet – sentymentalnych, więc nie ulega wątpliwości – jak mawiała stara niania – że chodzi o legalizację tak zwanych „małżeństw” jednopłciowych – a pan prezydent Karol Nawrocki jeszcze podczas kampanii zapowiadał, że do tego nie dopuści. I nie dopuścił.

Co będzie dalej – to zależy od tego, w jakim kierunku będzie popychać nasz nieszczęśliwy kraj pani mecenas Sylwia Gregorczyk- Abram, którą koalicja 13 grudnia właśnie wybrała na Rzecznika Praw Obywatelskich. Ten urząd ma wprawdzie charakter operetkowy, bo taki Rzecznik w gruncie rzeczy może wysyłać pisma do różnych instytucji – a to przecież wolno robić każdemu obywatelowi – ale każde wystąpienie operetkowego rzecznika ma oczywiście swój propagandowy ciężar gatunkowy, którego zwłaszcza w demokracji podszytej bezpieczniakami – a z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w naszym nieszczęśliwym kraju, w dodatku popychanym w tym właśnie kierunku przez biurokratyczne gangi brukselskie i luksemburskich przebierańców.

Dodajmy do tego, że pani mecenas Sylwia Gregorczyk-Abram jest – być może zadaniowaną przez stare kiejkuty – osobą, która dla nieubłaganego postępu gotowa jest na wszystko. Tak właśnie uważa „minister-koordynator” bezpieczniaków w vaginecie obywatela Tuska Donalda, wielce Czcigodny Siemoniak Tomasz, więc jest oczywiste, że niczego dobrego po pani mecenas spodziewać się nie powinniśmy.

Tak się akurat złożyło, że tego samego dnia w Zamościu przypadkowo („a czy w ogóle są przypadki? – pyta poeta) przez tamtejszą niezawisłą sędzię, madame Dagmarę Grzyb, 21-letnia Oliwia Olejniczak została skazana na grzywnę w wysokości 3 tys złotych za to, że – jak relacjonuje na łamach pisma „Fakt” funkcjonariuszka Propaganda Abteilung Piechota Karolina – „bredziła” o „przepędzeniu z Polski murzyństwa”.

Najwyraźniej wytyczne Propaganda Abteilung nakazują traktować postulaty w sprawie „murzyństwa”, jako „bredzenie”. Rzeczywiście, kto to widział, żeby sekować „murzyństwo” kiedy przecież jest rozkaz, by traktować je, jako sól ziemi – koniecznie czarnej? Toteż pani sędzia Grzyb, podobnie jak w swoim czasie pan sędzia Michnik, czy pan sędzia Widaj, powinność swej służby w lot zrozumiała, a w dodatku – zakadziła smrodem dydaktycznym, że deklaracje Oliwii Olejniczak miały na celu „wzbudzenie strachu, lęku, głębokiej wrogości wobec migrantów”. Słowem – napiętnowała ją przykładnie, niczym pani sędzia Maria Gurowska (nee Sand) generała Emila Fieldorfa.

Ten przypadek („a czy w ogóle są przypadki?”) pokazuje, że wchodzimy w etap surowości, w dodatku zgodnie z wytycznymi wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera. W „Rozmowach przy stole” dowodził on, że „nasz dzisiejszy wymiar sprawiedliwości już dawno doprowadziłby Rzeszę do rozpadu, gdybym nie stworzył korekty w postaci samopomocy państwowej. Oficer i sędzia – to dwaj nosiciele światopoglądu, a to oznacza władzę.”

Wprawdzie Hitler nie precyzuje o jakiego oficera tu chodzi, ale i bez tego rozumiemy, że chodzi o oficera prowadzącego, których przecież i u nas nie brakuje zwłaszcza gdy w roku 1990, kiedy tylko rozwiązała się PZPR, będąca transmisją bezpieki do środowiska sędziowskiego, zaraz utworzone zostało Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, a wkrótce potem – stowarzyszenie „Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje do operacji „Temida”, którą prowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego w celu werbunku agentury w środowisku sędziowskim.

Nawiasem mówiąc, w III Rzeszy zdarzali się sędziowie z prawdziwego zdarzenia, o czym świadczy sprawa generała Hoepnera. Ponieważ Hitler nie był zadowolony ze sposobu, w jaki ten generał w roku 1942 dowodził swoją armią, nie tylko pozbawił go dowództwa, ale w ogóle usunął z wojska. Generał, który był w wieku emerytalnym, odwołał się do sądu i powołując się na „prawa nabyte”, proces wygrał ku wściekłości Fuhrera. U nas nic takiego chyba by się nie zdarzyło, zwłaszcza pod dyrekcją obywatela Żurka Waldemara, który prowadzi nas świetlistym szlakiem ku Generalnej Guberni, w której już żadnych niespodzianek nie będzie.

Nie tylko zresztą u nas. Oto w słodkiej Francji Zgromadzenie Narodowe zalegalizowało eutanazję. Co prawda ograniczyło ją tylko do obywateli Republiki Francuskiej, co oznacza, że tego radosnego przywileju zostało pozbawione „murzyństwo” oraz pozostałe bicoty i meteki – ale jestem pewien, że tamtejsza pani Sylwia Gregorek-Abram naprawi to niedopatrzenie i wkrótce nie tylko obywatele Republiki Francuskiej, ale również „murzyństwo” oraz inne bicoty i meteki będą mogly korzystać z przywileju „dobrej śmierci”. Oczywiście to dopiero pierwszy krok na drodze nieubłaganego postępu, na której końcu każdy będzie musiał zrobić ten ostateczny krok – a jeśli Państwo mu w tym dopomoże, to choćby z tego powodu będzie szczęśliwy, niezależnie od tego, czy pójdzie do Nieba, czy nie.

Stanisław Michalkiewicz

Żerowisko w ochronie zdrowia. Jak system żeruje na bezsilności obywateli

Żerowisko w ochronie zdrowia. Jak system żeruje na bezsilności obywateli

25.07.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/zerowisko-w-ochronie-zdrowia-jak-system-zeruje-na-bezsilnosci-obywateli

Jak zauważył Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych. Dlatego właśnie z Związku Radzieckim tacy na przykład pisarze mieli specjalne przydziały – co nawet znalazło wyraz w ówczesnej, postępowej literaturze, a konkretnie – w wierszu Włodzimierza Majakowskiego.

Opisuje on panującą mizerię, w następstwie której jego własna narzeczona zapadła na chorobę oczu i poszła do doktora. Oddajmy mu głos: „Wracz nabołtał: cztob głaza gladieli, nużna tiepłota, nużna zieleń”. (Doktor jej nagadał: żeby oczy patrzyły, trzeba ciepła, trzeba zieleniny). Więc Majakowski pisze dalej: „Mnie legcze czem drugim. Ja Majakowski. Siżu i jem kusok konskij” (Mnie lżej niż innym. Ja Majakowski. Siedzę i jem kawałek koniny). A co dla narzeczonej? „A k’liubimoj w gosti dwie markowieńki niesu za zielonyj chwostik”. (A idąc w gości do ukochanej, niosę jej dwie marcheweczki, trzymając je za zieloną natkę).

Słonimski wspomina, jak to przed wojną PEN Club wydał w „Bristolu” przyjęcie na cześć Majakowskiego. Ten, gwoli zademonstrowania lekceważenia dla burżuazyjnych konwenansów, sięgnął ręką do salaterki z kiszonymi ogórkami i ostentacyjnie zakąsił. W odpowiedzi Słonimski z drugiej salaterki nabrał pełną garścią majonezową sałatkę. Widząc tę demonstrację, Majakowski odłożył ogórek na talerzyk i już nie epatował polskich burżujów lekceważeniem tutejszych konwenansów.

No, a kiedy za sprawą dziejowych ustaleń naszych sojuszników z naszym sojusznikiem w Jałcie socjalizm zawitał i do nas, zaraz objawiły się typowe dla tego ustroju niedobory. Typowe – bo jak pisze Józef Mackiewicz w „Drodze donikąd” – jak tylko Armia Czerwona w 1939 roku „wkroczyła” na Kresy Wschodnie, zaraz wszystkiego zabrakło. Stwarzało to pewne kłopoty agitatorom, ale wybrnęli z nich obietnicą, że teraz, owszem, są trudności, ale już wkrótce wszystko „podwiozą”. Jednak na pewnym wiecu pewien uczestnik zapytał, czy w Związku Radzieckim jest dużo nędzy. Użył jednak polskiego słowa „nędza”, a nie rosyjskiego: „niszczeta”. Agitator odparł, że owszem, nędzy jest pod dostatkiem i wkrótce „podwiozą”. Wywołało to huragan śmiechu, ale kiedy panowie z NKWD skapowali, w czym rzecz, zaraz zainteresowali się pytającym. „Co z nim się stało – nie wiem” – śpiewał Maciej Zembaty w „piosence polskiej o charakterze rosyjskim”: „A potem przekazałem na punkt NKWD. Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się”. Nędzę nam podwieziono.

Gospodarka chronicznych niedoborów

Z powodu tych niedoborów partia zaraz utworzyła sklepy za żółtymi firankami, w których zwierzęta równiejsze od innych mogły zaspokajać różne swoje potrzeby. Ciekawe, że chociaż od tamtej pory minęły dziesięciolecia, a podobno nawet zmieniło się oblicze świata, potomstwo zwierząt równiejszych od innych nadal uważa, że jest równiejsze. Weźmy na przykład taką panią reżyserową Holland Agnieszkę. Nie waha się ona pouczać mniej wartościowy naród tubylczy, co ma myśleć i jak się powinien zachowywać – a czyni to z poczuciem takiej wyższości, jakby odziedziczyła ją po królu, swoim ojcu.

Jednak sklepy za żółtymi firankami zostały na VIII Plenum w październiku 1956 roku pryncypialnie skrytykowane i zniknęły, przynajmniej oficjalnie. Jednak w miarę rozwoju socjalizmu coraz częściej pojawiały się tak zwane „trudności wzrostu”, czyli – mówiąc wprost – chroniczne niedobory, toteż partia postanowiła odświeżyć tradycję sklepów za żółtymi firankami – ale ożenić ją z elementami gospodarki rynkowej. Tak pojawiły się „peweksy”, w których można było kupić towary niedostępne na zwykłym rynku – jednak albo za „cenne dewizy”, albo tak zwane „bony”, których wartość wyrażana była w amerykańskich dolarach. Wprawdzie handel dewizami był zakazany pod groźbą kary, ale „bonami” – już nie – toteż stosowne ogłoszenia pojawiały się nawet w gazetach.

Inną formą sklepów za żółtymi firankami były tak zwane „sklepy komercyjne”, w których można było kupić np. mięso poza przydziałami kartkowymi – ale po wyższej cenie. Nawiasem mówiąc, te wynalazki wprowadzały osobliwości językowe, bo na przykład „peweksy” nazywały się oficjalnie „przedsiębiorstwami eksportu wewnętrznego”. Eksport wewnętrzny, to nic innego jak wydalanie do środka, podobnie jak sklepy komercyjne, czyli – mówiąc wprost – handlowe. Była w tym osobliwa logika, bo zwykłe sklepy z handlem miały rzeczywiście coraz mniej wspólnego. Był to raczej rodzaj rozdzielni, w których pieniądze nie miały znaczenia, jeśli nie były wsparte przydziałem, czyli „kartką”. Pociągało to za sobą pewne skutki społeczne, bo osoby rozdzielające dobra były uważane, a co ciekawsze – same też się uważały za przedstawicieli władzy.

Salonik VIP, czyli socjalizm w ochronie zdrowia

Dzisiaj za sprawą zbrodniczego liberalizmu będącego też „herezją wszech czasów” przejściowe trudności wzrostu na odcinku zaopatrzenia w mięso i w jego przetwory przestały nam już dokuczać – ale socjalizm nie były socjalizmem, gdyby nie wytwarzał niedoborów. Skoro na odcinku zaopatrzenia w mięso i jego przetwory ustrój socjalistyczny jakby przestał obowiązywać, ale przecież zlikwidowany w ogóle nie został, więc nic dziwnego, że niedobory dały znać o sobie w dziedzinie, w której socjalizm zatriumfował, to znaczy – w sektorze ochrony zdrowia. I co Państwo powiedzą?

Zaraz też pojawiły się na tym odcinku sklepy za żółtymi firankami, oczywiście znacznie wytworniejsze niż ich zgrzebni protoplaści z czasów stalinowskich. Nawiasem mówiąc, Józef Stalin w kwestii ustroju socjalistycznego bywał czasami bardzo elastyczny. Tak było na przykład w roku 1940, podczas tak zwanej „wojny zimowej” z Finlandią. Pojawiła się mianowicie konieczność zbudowania linii kolejowej na bezludnych obszarach Karelii. Stalin wezwał Naftalego Aronowicza Frenkla, twórcę „systemu kotłów” w sowieckich łagrach, który pociągnął za sobą co najmniej tyle samo – o ile nie więcej – ofiar niż „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Warto o tym pamiętać, kiedy Żydowie próbują narzucić światu swój monopol na martyrologię – a tymczasem okazuje się, że owszem – bywali ofiarami – ale też znakomicie sprawdzali się w roli katów.

Wracając do Frenkla, to Stalin zapytał go, czy nie podjąłby się wybudowania wspomnianej linii kolejowej w trzy miesiące. Frenkiel poprosił o jeden dzień do namysłu, a potem powiedział Stalinowi, że owszem – ale pod warunkiem, że na tej budowie nie będą obowiązywały zasady ustroju socjalistycznego. I Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju się zgodził!

Ustrój socjalistyczny ze wszystkimi przypadłościami objawił się nam ostatnio najpierw w warszawskim Szpitalu Południowym – ale zaczynają dobiegać skrzydlate wieści, że podobnie jest gdzie indziej. Działacze Volksdeutsche Partei próbują podważać objawione fakty, w czym pomaga im, jak tylko może, niezależna prokuratura, a tylko patrzeć, jak włączą się do operacji nienawistne sądy. Beneficjenci ustroju socjalistycznego próbują kierować ostrze nienawiści opinii publicznej w stronę lekarzy – ale ich wina jest tu stosunkowo niewielka w porównaniu z hałastrą korzystającą z synekur związanych z ochroną zdrowia. Lekarze – owszem – korzystają z możliwości, jakich dostarcza im żerowisko – ale przynajmniej leczą ludzi, podczas gdy reszta uczestników żerowiska nawet nie udaje, że to robi.

Powstanie żerowiska

Przypomnijmy tedy, jak doszło do tej sytuacji, jaka jest natura „systemu”, na który Volksdeutsche Partei i vaginet obywatela Tuska Donalda zamierza zwalić odpowiedzialność. To jest sprytny wybieg, bo „systemu” nie można wpakować do lochu, nawet jeśli mądrale z prokuratury i nienawistnych sądów czarno na białym udowodnią, że skoro winien jest „system”, to ludzi krzywdzić nam nie wolno. Musimy tedy cofnąć się w czasie do roku 1997, kiedy to rządy nad naszym nieszczęśliwym krajem objęła koalicja AW„S” – UW, a premierem został charyzmatyczny Jerzy Buzek, kawaler dwojga pseudonimów operacyjnych SB. Poprzedni rząd SLD-PSL oskarżany był, całkiem zresztą słusznie, że „zawłaszczył państwo”, to znaczy – obsadził swoimi zaufańcami wszystkie synekury w sektorze publicznym i w dodatku obwarował je gwarancjami prawnymi, że nawet zmiana rządu niczego tu nie zmieniała.

Toteż charyzmatyczny premier Buzek postanowił wprowadzić cztery wiekopomne reformy, których celem było stworzenie nowych synekur w sektorze publicznym, żeby stworzyć żerowisko dla zaufańców dla nowej koalicji AW„S” – UW. Jedną z nich była reforma ochrony zdrowia, która polegała na tym, że utworzone zostały Kasy Chorych: 16 terenowych i siedemnasta – mundurowa. Hasłem reformy było, by pieniądze „szły za pacjentem”. Może i szły, ale prawie natychmiast wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, między pieniędzmi i pacjentem został zerwany – za to powstało żerowisko. Dla kogo? Beneficjentów żerowiska stworzyła nowa wiekopomna reforma – reforma samorządowa. Polegała ona na dodaniu do istniejących samorządów gminnych, dwóch dodatkowych szczebli samorządowych – samorządów powiatowych i sejmików wojewódzkich. Tu już nawet nikt się nie krył, że chodzi o żerowisko – bo najpierw zostały powołane te dodatkowe samorządy, a dopiero potem zaczęto się zastanawiać, jakie by tu kompetencje im poprzydzielać – bo przecież pozory musiały być zachowane. Cztery wiekopomne reformy przyniosły skokowy wzrost liczby synekur w sektorze publicznym i skokowy wzrost kosztów funkcjonowania państwa – na początek o 100 mld złotych rocznie.

Aliści w roku 2001 AW„S” i UW zostały zastąpione przez koalicję SLD-PSL, która znowu chciała „zawłaszczyć państwo”. Okazało się wszelako, że charyzmatyczny premier Buzek swoim zaufańcom też stworzył gwarancje prawne, że nawet zmiana rządu – i tak dalej. Toteż premier Miller nie miał innego wyjścia, jak rozgonić Kasy Chorych, a na ich miejsce zainstalować nowy biurokratyczny gniot w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia, który można by już obsadzić prawidłowo. I tak jest do dnia dzisiejszego.

Skoro stworzone zostało żerowisko, w którym niczym w „czarnej dziurze” znikają coraz większe pieniądze, to dlaczego tu się dziwić tym, którzy wydrążyli sobie nisze ekologiczne w radach nadzorczych i zarządach – bo jużci – czymś przecież „zarządzać” muszą, no nie? Tymczasem szczucie nie idzie nawet w ich kierunku, a jeśli nawet – to wybiórcze, wedle barw politycznych. Nikt przecież nie mówi, że samorządy powiatowe i sejmiki wojewódzkie trzeba by rozpędzić – i nikt nie zauważyłby różnicy.

Pieniądz nie „za”, ale „razem” z pacjentem

I na koniec przypomnę, jak to w roku 1995 w Centrum im. Adama Smitha zrobiliśmy badania, jaką część dochodu rodziny pracowników najemnych spoza rolnictwa państwo konfiskuje nie tylko w podatkach, ale również innych przymusowych świadczeniach finansowych, np. składkach na ubezpieczenie społeczne czy zdrowotne. Okazało się, że aż 83 procent! W tej sytuacji ci ludzie już sami poradzić sobie nie mogą i skazani są na tzw. konsumpcję zbiorową, m.in. postaci ochrony zdrowia.

Gdyby jednak zreformować system finansowy państwa tak, by nie konfiskowało ono tej rodzinie więcej jak 20 procent dochodu, to ci ludzie sami poradziliby sobie z ochroną zdrowia i edukacją dzieci bez niczyjej łaski. Wtedy pieniądze nie szłyby ZA pacjentem, tylko RAZEM Z NIM – bo nikt by ich mu nie odebrał. W takiej sytuacji pacjent byłby przez doktorów noszony na rękach – i tylko zniknęłoby żerowisko dla Naszych Umiłowanych Przywódców.

Czy jednak do tego dojdzie? Wątpię – bo Nasi Umiłowani Przywódcy nie po to zblatowali sobie telewizje, by mówiły one ludziom prawdę – tylko po to, by wmawiały im, że żerowisko musi być, że inaczej nie można, bo wtedy nastałaby Sodomia i Gomoria.

I dopóki ludzie w to wierzą, dopóty będą bezlitośnie eksploatowani, jak nie przez Volksdeutsche Partei, to przez wyznawców Naczelnika Państwa.

Za parawanem nieudolności

Stanisław Michalkiewicz: Za parawanem nieudolności magnapolonia

   Wprawdzie gdy piszę ten felieton, świat jeszcze nie może odetchnąć z ulgą, bo wprawdzie spotkanie „ostatniej szansy” Mateusza Morawieckiego z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim nie doprowadziło do porozumienia – ale termin ultimatum upływa dopiero o północy z czwartku na piątek, więc świat na razie wstrzymuje oddech – ale nie całkiem, bo za to na Ukrainie wszystko już się wyjaśniło.

Pewne światło na tę sprawę rzucają ostatnie publikacje, których autorzy dają do zrozumienia, o co naprawdę chodziło w tamtejszych zagadkowych roszadach nie tylko na szczytach demokratycznego rządu, ale i niezwyciężonej armii.

Na pozór wyglądało to tak, że prezydent Zełeński, który najwyraźniej wziął sobie do serca wezwanie militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny”, wyrzuca z rządowej pirogi krokodylom na pożarcie kolejnych murzyńskich chłopców i dziewczęta, z panią Swyrydenko na czele, ale żeby zrozumieć nie tyle sam mechanizm, co personalny klucz, musimy przypomnieć tak zwane tło. A tło polega na tym, że Ukraina dostała ostatnio sporo pieniędzy; najpierw 90 mld euro, a potem – jeszcze 70 mld – więc nic dziwnego, że na tym tle mogło dojść do nieporozumień w klubie gangsterów.

Nie tyle może zaraz „gangsterów”, bo nie wiadomo, czy na Ukrainie są w ogóle jeszcze jacyś gangsterowie, czy już wszyscy przeprowadzili się do naszego nieszczęśliwego kraju – tylko tamtejszych oligarchów – ile który sobie z tego sprywatyzuje. Wskazywałyby na to wspomniane publikacje, jakoby zdymisjonowany minister obrony, pan Fedorow, w którego obronie odbywają się uliczne demonstracje, sprzeciwiał się korupcji w niezwyciężonej armii i w ogóle. Toteż został spuszczony z wodą, a pełniący obowiązki ministra obrony pan Chmara, podobnie jak nowy dowódca niezwyciężonej armii  już niczemu się nie sprzeciwiają.

No bo czemu tu się sprzeciwiać, jak wszelkie nieporozumienia między oligarchy zostały już wyjaśnione? Toteż wszyscy teraz skupiamy się na obmyślaniu sposobów, jakby tu dojść do ostatecznego zwycięstwa, którego nie może doczekać się również Książę-Małżonek. Książę-Małżonek, najwyraźniej opierając się na informacjach podsuwanych mu przez ukraiński Sztab Generalny – bo przecież chyba nie od naszych – pożal się Boże – „dyplomatołków”, wyjaśnia, o co chodzi.

Gdyby – powiada – Ukraina wojnę przegrała, to już następnego dnia zimny ruski czekista Putin z Medyki runąłby żelaznym wojskiem na Europę Zachodnią, a najpierw – na nasz nieszczęśliwy kraj – i co my byśmy wtedy zrobili? W swoim czasie wyjaśnił to pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz. Wtedy my, chwycilibyśmy za plecaki ucieczkowe i rzucilibyśmy się do ucieczki na pozycje, które z góry sobie upatrzyli Nasi Umiłowani Przywódcy – bo chyba każdy rozumie, że tylko oni mogliby nam wszystkim przygotować „mieszkań wiele”.

Gdzie? To jest właśnie największa tajemnica państwowa, na którą pewne światło rzuca deklaracja Mieczysława Moczara jeszcze z lat 40-tych ubiegłego stulecia. Wyjaśnił on, że „dla nas, partyjniaków” prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki, a granice – dzisiaj na Łabie, a jutro – kto wie – może na Gibraltarze?

Musimy przy tym pamiętać, że Związek Radziecki ma to do siebie, iż zmienia położenie; raz stolicę ma w Moskwie, a innym razem – w Brukseli – a poza tym wszystko się zgadza – zwłaszcza, że „partyjniacy” po staremu u nas rządzą i dzielą.

„My tutaj rządzim i my dzielim; bez nas by wszystko diabli wzięli – deklaruje Towarzysz Szmaciak w nieśmiertelnym poemacie Janusza  Szpotańskiego.

   Aliści jedną rzecz trzeba w tym wszystkich wziąć pod uwagę, że uciekać na z góry upatrzone pozycje nie mogą przecież wszyscy obywatele. Szanse powodzenia  taka ucieczka ma w przypadku obywateli zdrowych, natomiast obywatele chorzy tylko by opóźniali marsz ku ostatecznemu zwycięstwu. I dopiero na tym tle możemy ocenić skuteczność narodowej strategii, którą  kolejne rządy sprytnie ukrywają pod pozorami niedołęstwa.

To niedołęstwo doprowadziło już do objawów załamania w systemie ochrony zdrowia, którego skutkiem jest tak długi czas oczekiwania na procedury lecznicze, że obywatel cierpiący na jakieś dolegliwości nie będzie mógł się ich doczekać. A jak nie doczeka, to co z ni  będzie? Ano – zwyczajnie umrze i w ten sposób III Rzeczpospolita odniesie co najmniej dwie oczywiste korzyści.

Po pierwsze, takiego nieboszczyka nie trzeba będzie już leczyć, tylko skieruje się go do prosektorium, a tam – jak pamiętamy z piosenki popularnej za moich czasów w środowisku studentów akademii medycznych – „w prosektorium trup na trupie; każdy student grzebie w kościach, bo to już nie boli gościa!” Jak go nie boli, to chyba oczywiste, że nie ma co wydawać pieniędzy na jego leczenie. Ale to nie jest największa oszczędność. Wyobraźmy sobie tylko, że leczenie przyniosło rezultaty i że taki, jeden z drugim obywatel znowu powrócił do wegetacji.

Toż to prawdziwa studnia bez dna! Nie tylko trzeba by mu wypłacać jakieś zasiłki, ale Bóg jeden wie, jak długo trzeba by mu wypłacać emeryturę. Tymczasem wystarczy tylko doprowadzić do sytuacji, że na wizytę u doktora trzeba czekać latami. Takiej wizyty może doczekać tylko obywatel o końskim zdrowiu, podczas gdy obarczony dolegliwościami – nie doczeka. Oczywiście o takich rzeczach nie tylko nie wolno, ale w ogóle nie trzeba głos o mówić.

Głośno można i trzeba mówić o przejściowych trudnościach, które – dzięki staraniom Partii i Rządu – tylko patrzeć, jak szczęśliwie pokonamy – a tymczasem czas oczekiwania na wizytę u doktora nie tylko się wydłuża, ale w dodatku – mogą się wyczerpać „limity” – a na to już nikt nic nie może poradzić, bo to jest rodzaj dopustu Boskiego.

   I tak to, skrywając tę niezwykle skuteczną strategię depopulacyjną pod pozorami nieudolności urzędników od szczebla najwyższego do najniższego i niewydolności „systemu” za który przecież nikt żadnej odpowiedzialności ponosić nie może, można doprowadzić nie tylko do niebywałej poprawy poziomu zdrowotności społeczeństwa, a przede wszystkim wydatkach, dzięki czemu uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przekazać na Ukrainę i tym samym oddalić przerażającą wizję, która najwyraźniej musi spędzać sen z powiek Księciu-Małżonku, że aż zwierzył się ze swoich udręk panu redaktorowi Kraśce.

Jednak w naszym fachu nie ma strachu i dopóki nasze losy złożymy w wypróbowane ręce pani Jolanty Sobierańskiej-Grendy, co to w vaginecie obywatela Tuska ma fuchę ministra zdrowia oraz w wypróbowane ręce pana Andrzeja Domańskiego, co to potrafi wycisnąć forsę nawet z kamienia, a przede wszystkim – w ręce obywatela Tuska Donalda, który już wiele razy pokazał, iż powinność swej służby Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje rozumie, to możemy być pewni, że o co, jak o co – ale o ostateczne zwycięstwo zadbać potrafimy.

A podczas wojny – jak to podczas wojny – ofiary muszą być, więc w ogóle nie ma o czym mówić.

Żółte firanki

Żółte firanki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    21 lipca 2026 michalkiewicz

Jak zauważył Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych. Dlatego właśnie z Związku Radzieckim tacy na przykład pisarze mieli specjalne przydziały – co nawet znalazło wyraz w ówczesnej, postępowej literaturze, a konkretnie – w wierszu Włodzimierza Majakowskiego. Opisuje on panującą mizerię, w następstwie której jego własna narzeczona zapadła na chorobę oczu i poszła do doktora.

Oddajmy mu głos: „Wracz nabołtał: cztob głaza gladieli, nużna tiepłota, nużna zieleń”. (Doktor jej nagadał: żeby oczy patrzyły, trzeba ciepła, trzeba zieleniny). Więc Majakowski pisze dalej: „Mnie legcze, czem drugim. Ja Majakowski. Siżu i jem kusok konskij” (Mnie lżej, niż innym. Ja Majakowski. Siedzę i jem kawałek koniny). A co dla narzeczonej? „A k’liubimoj w gosti dwie markowieńki niesu za zielonyj chwostik”. (A idąc w gości do ukochanej, niosę jej dwie marcheweczki, trzymając je za zieloną natkę).

Słonimski wspomina, jak to przed wojną PEN Club wydał w „Bristolu” przyjęcie na cześć Majakowskiego. Ten, gwoli zademonstrowania lekceważenia dla burżuazyjnych konwenansów, sięgnął ręką do salaterki z kiszonymi ogórkami i ostentacyjnie zakąsił. W odpowiedzi Słonimski z drugiej salaterki nabrał pełną garścią majonezową sałatkę. Widząc tę demonstrację Majakowski odłożył ogórek na talerzyk i już nie epatował polskich burżujów lekceważeniem tutejszych konwenansów.

No a kiedy, za sprawą dziejowych ustaleń naszych sojuszników z naszym sojusznikiem w Jałcie, socjalizm zawitał i do nas, zaraz objawiły się typowe dla tego ustroju niedobory. Typowe – bo jak pisze Józef Mackiewicz w „Drodze donikąd” – jak tylko Armia Czerwona w 1939 roku „wkroczyła” na Kresy Wschodnie, zaraz wszystkiego zabrakło. Stwarzało to pewne kłopoty agitatorom, ale wybrnęli z nich obietnicą, że teraz, owszem, są trudności, ale już wkrótce wszystko „podwiozą”. Jednak na pewnym wiecu pewien uczestnik zapytał, czy w Związku Radzieckim jest dużo nędzy. Użył jednak polskiego słowa „nędza”, a nie rosyjskiego: „niszczeta”. Agitator odparł, że owszem, nędzy jest pod dostatkiem i wkrótce „podwiozą”. Wywołało to huragan śmiechu, ale kiedy panowie z NKWD skapowali, w czym rzecz, zaraz zainteresowali się pytającym. „Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się” – śpiewał Maciej Zembaty w „piosence polskiej o charakterze rosyjskim”: „A potem przekazałem na punkt NKWD. Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się”.

Z powodu tych niedoborów, partia zaraz utworzyła sklepy za żółtymi firankami, w których zwierzęta równiejsze od innych mogły zaspokajać różne swoje potrzeby. Ciekawe, że chociaż od tamtej pory minęły dziesięciolecia, a podobno nawet zmieniło się oblicze świata, potomstwo zwierząt równiejszych od innych nadal uważa, że jest równiejsze. Weźmy na przykład taką panią reżyserową Holland Agnieszkę. Nie waha się ona pouczać mniej wartościowy naród tubylczy, co ma myśleć i jak się powinien zachowywać – a czyni to z poczuciem takiej wyższości, jakby odziedziczyła ją po królu, swoim ojcu. Jednak sklepy za żółtymi firankami zostały na VIII Plenum w październiku 1956 roku pryncypialnie skrytykowane i zniknęły, przynajmniej oficjalnie. Jednak w miarę rozwoju socjalizmu coraz częściej pojawiały się tak zwane „trudności wzrostu”, czyli – mówiąc wprost – chroniczne niedobory, toteż partia postanowiła odświeżyć tradycję sklepów za żółtymi firankami – ale ożenić ją z elementami gospodarki rynkowej.

Tak pojawiły się „peweksy”, w których można było kupić towary niedostępne na zwykłym rynku – jednak albo za „cenne dewizy”, albo tak zwane ”bony”, których wartość wyrażana była w amerykańskich dolarach. Wprawdzie handel dewizami był zakazany pod groźbą kary, ale „bonami” – już nie – toteż stosowne ogłoszenia pojawiały się nawet w gazetach. Inną formą sklepów za żółtymi firankami były tak zwane „sklepy komercyjne”, w których można było kupić np. mięso poza przydziałami kartkowymi – ale po wyższej cenie. Nawiasem mówiąc, te wynalazki wprowadzały osobliwości językowe, bo na przykład „peweksy” nazywały się oficjalnie „przedsiębiorstwami eksportu wewnętrznego”. Eksport wewnętrzny, to nic innego, jak wydalanie do środka, podobnie, jak sklepy komercyjne, czyli – mówiąc wprost – handlowe. Była w tym osobliwa logika, bo zwykłe sklepy z handlem miały rzeczywiście coraz mniej wspólnego. Był to raczej rodzaj rozdzielni, w których pieniądze nie miały znaczenia, jeśli nie były wsparte przydziałem, czyli „kartką”. Pociągało to za sobą pewne skutki społeczne, bo osoby rozdzielające dobra były uważane, a co ciekawsze – same też się uważały za przedstawicieli władzy.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, będącego też „herezją wszechczasów”, przejściowe trudności wzrostu na odcinku zaopatrzenia w mięso i w jego przetwory przestały nam już dokuczać – ale socjalizm nie były socjalizmem, gdyby nie wytwarzał niedoborów. Skoro na odcinku zaopatrzenia w mięso i jego przetwory ustrój socjalistyczny jakby przestał obowiązywać, ale przecież zlikwidowany w ogóle nie został, więc nic dziwnego, że niedobory dały znać o sobie w dziedzinie, w której socjalizm zatriumfował, to znaczy – w sektorze ochrony zdrowia. I co Państwo powiecie? Zaraz też pojawiły się na tym odcinku sklepy za żółtymi firankami, oczywiście znacznie wytworniejsze, niż ich zgrzebni protoplaści z czasów stalinowskich.

Nawiasem mówiąc Józef Stalin w kwestii ustroju socjalistycznego bywał czasami bardzo elastyczny. Tak było na przykład w roku 1940, podczas tak zwanej „wojny zimowej” z Finlandią”. Pojawiła się mianowicie konieczność zbudowania linii kolejowej na bezludnych obszarach Karelii. Stalin wezwał Naftalego Aronowicza Frenkla, twórcę „systemu kotłów” w sowieckich łagrach, który pociągnął za sobą co najmniej tyle samo, o ile nie więcej ofiar, niż „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Warto o tym pamiętać, kiedy Żydowie próbują narzucić światu swój monopol na martyrologię – a tymczasem okazuje się, że owszem – bywali ofiarami – ale też znakomicie sprawdzali się w roli katów. Wracając do Frenkla, to Stalin zapytał go, czy nie podjąłby się wybudowania wspomnianej linii kolejowej w trzy miesiące. Frenkiel poprosił o jeden dzień do namysłu, a potem powiedział Stalinowi, że owszem – ale pod warunkiem, że na tej budowie nie będą obowiązywały zasady ustroju socjalistycznego. I Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju się zgodził!

Ustrój socjalistyczny ze wszystkimi przypadłościami objawił się nam ostatnio najpierw w warszawskim Szpitalu Południowym – ale zaczynają dobiegać skrzydlate wieści, że podobnie jest gdzie indziej. Działacze Volksdeutsche Partei próbują podważać objawione fakty, w czym pomaga im, jak tylko może, niezależna prokuratura, a tylko patrzeć, jak włączą się do operacji nienawistne sądy. Beneficjenci ustroju socjalistycznego próbują kierować ostrze nienawiści opinii publicznej w stronę lekarzy – ale ich wina jest tu stosunkowo niewielka, w porównaniu z hałastrą korzystającą z synekur związanych z ochroną zdrowia. Lekarze – owszem – korzystają z możliwości jakich dostarcza im żerowisko – ale przynajmniej leczą ludzi, podczas gdy reszta uczestników żerowiska nawet nie udaje, że to robi.

Przypomnijmy tedy, jak doszło do tej sytuacji, jaka jest natura „systemu”, na który Volksdeutsche Partei i vaginet obywatela Tuska Donalda zamierza swalić odpowiedzielność. To jest sprytny wybieg, bo „systemu” nie można wpakować do lochu, nawet jeśli mądrale z prokuratury i nienawistnych sądów czarno na białym udowodnią, że skoro winien jest „system”, to ludzi krzywdzić nam nie wolno. Musimy tedy cofnąć się w czasie do roku 1997, kiedy to rządy nad naszym nieszczęśliwym krajem objęła koalicja AW”S” – UW, a premierem został charyzmatyczny Jerzy Buzek, kawaler dwojga pseudonimów operacyjnych SB. Poprzedni rząd SLD-PSL oskarżany był, całkiem zresztą słusznie, że „zawłaszczył państwo”, to znaczy – obsadził swoimi zaufańcami wszystkie synekury w sektorze publicznym i w dodatku obwarował je gwarancjami prawnymi, że nawet zmiana rządu niczego tu nie zmieniała. Toteż charyzmatyczny premier Buzek postanowił wprowadzić cztery wiekopomne reformy, których celem było stworzenie nowych synekur w sektorze publicznym, żeby stworzyć żerowisko dla zaufańców dla nowej koalicji AW”S”-UW.

Jedną z nich była reforma ochrony zdrowia, która polegała na tym, że utworzone zostały Kasy Chorych: 16 terenowych i siedemnasta – mundurowa. Hasłem reformy było, by pieniądze „szły za pacjentem”. Może i szły, ale prawie natychmiast, wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, między pieniędzmi i pacjentem został zerwany – za to powstało żerowisko. Dla kogo? Beneficjentów żerowiska stworzyła nowa wiekopomna reforma – reforma samorządowa. Polegała ona na dodaniu do istniejących samorządów gminnych, dwóch dodatkowych szczebli samorządowych – samorządów powiatowych i sejmików wojewódzkich. Tu już nawet nikt się nie krył, że chodzi o żerowisko – bo najpierw zostały powołane te dodatkowe samorządy, a dopiero potem zaczęto się zastanawiać, jakie by tu kompetencje im poprzydzielać – bo przecież pozory musiały być zachowane. Cztery wiekopomne reformy przyniosły skokowy wzrost liczby synekur w sektorze publicznym i skokowy wzrost kosztów funkcjonowania państwa – na początek o 100 mld złotych rocznie.

Aliści w roku 2001 AW”S” i UW zostały zastąpione przez koalicję SLD-PSL, która znowu chciała „zawłaszczyć państwo”. Okazało się wszelako, ze charyzmatyczny premier Buzek swoim zaufańcom też stworzył gwarancje prawne, że nawet zmiana rządu – i tak dalej. Toteż premier Miller nie miał innego wyjścia, jak rozgonić Kasy Chorych, a na ich miejsce zainstalować nowy biurokratyczny gniot w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia, który można by już obsadzić prawidłowo. I tak jest do dnia dzisiejszego.

Skoro stworzone zostało żerowisko, w którym, niczym w „czarnej dziurze” znikają coraz większe pieniądze, to dlaczego tu się dziwić, że ci, którzy wydrążyli sobie nisze ekologiczne w radach nadzorczych i zarządach – bo jużci – czymś przecież „zarządzać” muszą, no nie? Tymczasem szczucie nie idzie nawet w ich kierunku, a jeśli nawet – to wybiórcze, wedle barw politycznych. Nikt przecież nie mówi, że . samorządy powiatowe i sejmiki wojewódzkie trzeba by rozpędzić – i nikt nie zauważyłby różnicy.

I na koniec przypomnę, jak to w roku 1995 w Centrum im. Adama Smitha zrobiliśmy badania, jaką część dochodu rodziny pracowników najemnych spoza rolnictwa państwo konfiskuje nie tylko w podatkach, ale również innych przymusowych świadczeniach finansowych, np. składkach na ubezpieczenie społeczne czy zdrowotne. Okazało się, że aż 83 procent! W tej sytuacji ci ludzie już samo poradzić sobie nie mogą i skazani są na tzw. konsumpcję zbiorową, m.in. postaci ochrony zdrowia. Gdyby jednak zreformować system finansowy państwa tak, by nie konfiskowało ono tej rodzinie więcej, jak 20 procent dochodu, to ci ludzie sami poradziliby sobie z ochroną zdrowia i edukacją dzieci bez niczyjej łaski. Wtedy pieniądze nie szłyby ZA pacjentem, tylko RAZEM Z NIM – bo nikt by ich mu nie odebrał. W takiej sytuacji pacjent byłby przez doktorów noszony na rękach – i tylko zniknęłoby żerowisko dla Naszych Umiłowanych Przywódców. Czy jednak do tego dojdzie? Wątpię – bo Nasi Umiłowani Przywódcy nie po to zblatowali sobie telewizje, by mówiły one ludziom prawdę – tylko po to, by wmawiały im, ze żerowisko musi być, że inaczej nie można, bo wtedy nastałaby Sodomia i Gomoria. I dopóki ludzie w to wierzą, dopóty będą bezlitośnie eksploatowani, jak nie przez Volksdeutsche Partei, to przez wyznawców Naczelnika Państwa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) 19 lipca 2026 michalkiewicz

Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu.

Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej. Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”.

Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce.

Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie. Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy.

Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.

Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”.

Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji. Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”.

Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie.

Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfedrację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.

Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.

Stanisław Michalkiewicz

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Nowy wynalazek starych kiejkutów

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    19 lipca 2026

Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu. Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej.

Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”. Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce. Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie.

Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy. Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.

Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”. Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji.

Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”. Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie. Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfederację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.

Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Judenrat uprawia pedagogikę wstydu

Judenrat uprawia pedagogikę wstydu

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 18 lipca 2026 michalkiewicz

Jak się okazuje, historia się powtarza. Judenraty, a zwłaszcza warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej” coraz śmielej realizuje koncepcję „fołksfrontu”, którą w latach 30-tych ubiegłego wieku forsował Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, Józef Stalin. Koncepcja „fołksfrontu” sprowadzała się do walki z nieuczciwą konkurencją, za jaką bolszewikowie uważali socjalistów narodowych, czyli – jak ich nazywali – „faszystów”. Bolszewikowie bowiem, za sprawą spółki autorskiej „Marks&Engels” dopuścili sobie do głowy, że rozwikłali zagadkę praw dziejowych, podczas gdy narodowi socjaliści uważali, że tajemnicę praw dziejowych rozgryźli oni. W związku z tym koncepcja – jak powiedziałby Kukuniek – „fołksfrontu” sprowadzała się do tego, żeby „faszystom” zrobić „no pasaran”, najlepiej przy pomocy tzw. „pożytecznych idiotów”, których przeciwko „faszystom” mobilizowaliby kręcący całym interesem bolszewikowie, za pośrednictwem Judenratów, których podówczas było w Europie znacznie więcej niż dzisiaj – chociaż i dzisiaj ich nie brakuje.

I właśnie wybitny funkcjonariusz warszawskiego Judenratu, pan red. Jarosław Kurski, który pnie się tam do coraz wyższych grządek i jak tylko pan red. Adam Michnik, zamknąwszy oczy, wyląduje na łonie Abrahama, to niekwestionowanym wodzem Judenratu zostanie właśnie on. Gdyby jego bratu, Jackowi, nie powinęła się noga, to byłoby bardzo ciekawie; na czele postępowego Judenratu stałby Jarosław, a na czele Judenratu „faszystowskiego” stałby Jacek. Wyobrażam sobie, jak podczas spotkań rodzinnych obydwaj zaśmiewaliby się do rozpuku z głupich gojów.

Więc w ramach odgrzewania ubiegłowiecznych, fołksfrontowych kotletów, pan red. Jarosław Kurski, komentując rocznice wydarzeń w Jedwabnem i na Wołyniu, mobilizuje głupich gojów do aktywności, przestrzegając, że jeśli „dobrzy ludzie” nie będą robić nic, to wtedy nieuchronnie zatriumfuje „faszyzm”. No dobrze – ale kto to są, ci „dobrzy ludzie”? Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania, lepiej… no, mniejsza z tym), że „dobrzy ludzie” to ludzie wskazani przez Judenraty. No a kogo wskazują Judenraty”? Judenraty wskazują tych, którzy ich słuchają, to chyba jasne – bo jeśli nie słuchają Judenratów, to pewnie słuchają „faszystów”. Dlatego w czasach stalinowskich Judenraty nawoływały: „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” W „fołksfrontach” świadoma dyscyplina musi być, więc stąd zachowania stadne i „my wszyscy”. Zatem już wiemy, że „dobrzy ludzie” to nic innego, jak „my wszyscy”, co to zgodnie z mądrością etapu raz są „za towarzyszem Stalinem”, a jeśli mądrość etapu się zmieni – to nawet przeciwko „kultowi jednostki”. W tej zmienności jest jednak element stały; to Judenraty, ściślej biorąc tworzące je grono cadyków, decydują o tym kiedy i jak zmienia się mądrość etapu. Zawsze wtedy i tak, żeby Żydowie mogli wyciągnąć z tego możliwie najwięcej korzyści.

Wypada przypomnieć, skąd się wzięło „Jedwabne”. Już w roku 1996 ówczesny sekretarz Światowego Kongresu Żydów, Izrael Singer ostrzegł mniej wartościowy naród polski, że jeśli nie zadośćuczyni żydowskim roszczeniom majątkowym, odnoszącym się do tzw. własności bezdziedzicznej, to Polska „będzie upokarzana na terenie międzynarodowym”. W związku z tym u doktora Jana Tomasza Grossa Judenrat obstalował książkę „Sąsiedzi”, która miała przekonać opinię światową, że żydowskich mieszkańców Jedwabnego wymordowali tamtejsi Polacy, podczas gdy Niemcy przyglądali się temu, sparaliżowani zgrozą, wskutek czego nie mogli temu przeciwdziałać. Z tej okazji pan dr Jan Tomasz Gross został obcmokany przez Judenrat jako „historyk” i w dodatku od razu „światowej sławy” – chociaż żadnym historykiem nie jest, tylko socjologiem. Po takim przygotowaniu, w którym aktywnie uczestniczyli również funkcjonariusze tubylczego, warszawskiego Judenratu, zostały urządzone wielkie uroczystości z udziałem cadyków, a nawet samego Rabina Hooda. Na uroczystość został wezwany też Aleksander Kwaśniewski, mający podówczas fuchę tubylczego prezydenta, który „w imieniu narodu polskiego” za zbrodnię w Jedwabnem „przeprosił”. Teraz też oznajmił, że gdyby go poproszono, to jeszcze raz by „przeprosił”. Widać, że na Aleksandrze Kwaśniewskim każdy może polegać, więc nie mam wątpliwości, że gdyby 10 lipca 1941 roku Niemcy poprosili go, żeby podpalił stodołę z Żydami w środku, to też by nie odmówił.

Trochę później – ale lepiej później, niż wcale – pan prof. Marek Chodakiewicz i pan dr Tomasz Sommer wydali obszerną i drobiazgowo udokumentowaną, dwutomową publikację, przedstawiającą prawdziwy przebieg wydarzeń w Jedwabnem. Z tą publikacją nikt nie dyskutuje, bo dyskusja z udokumentowanymi faktami byłaby ryzykowna, nawet dla funkcjonariuszy Judenratu, których byle co nie skonfunduje. I to jest przyczyna, dla której pan red. Jarosław Kurski sięga do repertuaru fołksfrontu” z lat 30-tych ubiegłego wieku, wymyślając organizatorom alternatywnych uroczystości w Jedwabnem od „faszystów”. Nawiasem mówiąc, osoby miotające pod adresem swoich politycznych, czy innych przeciwników oskarżenia o „faszyzm”, nie wiedzą, o czym mówią.

Przekonałem się o tym podczas audycji telewizyjnej, gdzie tym epitetem rzucano na prawo i lewo. Zaproponowałem wtedy, żeby – gwoli zorientowania się, o czym mówimy – odwołać się do źródła, czyli do twórcy faszyzmu, Benito Mussoliniego. Przedstawił on formułę, wyrażającą istotę tej ideologii: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jak się okazuje faszyzm wcale nie polega na zwalczaniu Żydów (nawiasem mówiąc, w zorganizowanym przez Mussoliniego „marszu na Rzym” uczestniczyło kilkuset Żydów-faszystów), ani na rzymskim salucie. Istotą faszyzmu jest przekonanie, że państwu wszystko wolno – na przykład – ustalać fakty historyczne przez głosowanie, czy przez arbitralne decyzje Judenratu. W tej sytuacji oskarżenie o sprzyjanie faszyzmowi można by skierować pod adresem Judenratu „Gazety Wyborczej”, Żydowie-faszyści? A dlaczego nie? Skoro byli stalinowcami, to – gdyby Hitler się nie pomylił i za „naród panów” uznałby Żydów, a nie Niemców, to bardzo możliwe, że Żydowie byliby w awangardzie hitleryzmu, tak samo, jak byli w awangardzie bolszewizmu.

W tej sytuacji straszenie „faszyzmem” ze strony samozwańczych „dobrych ludzi”, jest elementem „pedagogiki wstydu”, którą Judenrat próbuje aplikować naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu. Chodzi w niej o wzbudzenie w Polakach bliżej nieuzasadnionego poczucia winy wobec Żydów, by już w żadnej sprawie nie ośmielili się im sprzeciwić, by tym łatwiej można było ich zoperować.

Stanisław Michalkiewicz

Tromtadracja w służbie bezpieczeństwa

Stanisław Michalkiewicz: Tromtadracja w służbie bezpieczeństwa

Za pierwszej komuny popularna była anegdotka o bacy, którego agitator namawiał do wstąpienia do kołchozu. – Oddalibyście baco do kołchozu konia? – Oddołbym. – A krowę też byście oddali? – Oddołbym. – A owiecki? Owiecki też byście oddali? – Ni, owiecek nie oddom. – Jakże to baco? Konia byście oddali, krowę byście oddali, a owiecek nie chcecie oddać? Dlaczego? – Bo mom.

Dlaczego o tym wspominam? Właśnie media doniosły o „historycznym” głosowaniu kongresmenów Partii Demokratycznej w Izbie Reprezentantów Kongresu w sprawie pomocy dla Izraela. Jak wiadomo, rząd Stanów Zjednoczonych regularnie wspiera Izrael kwotą około 4 mld dolarów rocznie. Autorzy książki „Lobby izraelskie w USA” piszą, że Izrael jest jedynym państwem, które z tej pomocy nie musi się rozliczać, więc pożycza tę forsę Ameryce na wysoki procent. Chętnie w to wierzę, bo od dziesiątków lat każdy prezydent USA przy zaprzysiężeniu składa Izraelowi coś w rodzaju hołdu lennego.

Prezydent przyrzeka mianowicie, że Ameryka będzie „wspierała” Izrael, bez względu na to, co on będzie robił. Znakomitą ilustracją tej lennej zależności Stanów Zjednoczonych od Izraela była wizyta Benjamina Netanjahu jeszcze za pierwszych jego rządów. Akurat izraelski Kneset podjął uchwałę o włączeniu Jerozolimy  do terytorium państwowego Izraela. Było to sprzeczne z linią polityki amerykańskiej, która wtedy stała na stanowisku, że Jerozolima powinna zachować status międzynarodowy.

Jednak Beniamin Netanjahu przemawiając w Kongresie powiedział, że „Jerozolima nie będzie podzielona już nigdy. NIGDY!” – powtórzył z naciskiem. Na tę sprzeczną z linią polityki amerykańskiej deklarację część kongresmanów wstała i zaczęła izraelskiego premiera oklaskiwać na stojąco. Widząc to, inni kongresmani, wprawdzie z ociąganiem, niemniej jednak, też zaczęli wstawać i klaskać. Niechby no tak który nie wstał, to zaraz amerykańscy Żydowie zrobiliby z niego marmoladę.

Dlatego teraz, kiedy premier Netanjahu przemawia w Kongresie, to żaden tamtejszy twardziel  się nie ociąga, tylko wstaje i klaszcze, zanim jeszcze mówca rozpocznie swoje przemówienie.

Cóż zatem takiego się stało, że aż ponad stu twardzieli z Partii Demokratycznej poparło poprawkę o skasowaniu pomocy dla Izraela? Nie jest tajemnicą, że Partia Demokratyczna robi bokami, więc każdy sposób uwodzenia tamtejszych suwerenów wydaje się dobry, a zwłaszcza – sposób bezpieczny. Ten sposób zaś był całkowicie bezpieczny, bo ponad 300 członków Izby Reprezentantów głosowało za odrzuceniem tej poprawki, czyli – za utrzymaniem dotychczasowej pomocy dla Izraela.

Trudno by kongresmani z Partii Demokratycznej nie wiedzieli, jaki będzie wynik głosowania, więc mogli podjąć próbę uwodzenia amerykańskich suwerenów – że oto są przeciwko wspieraniu Izraela – całkowicie bezpiecznie.

Tak samo zachował się Wielce Czcigodny prof. Przemysław Czarnek, kierując do Sejmu projekt przewidujący wstrzymanie dalszego futrowania Ukrainy. Z pewnością potrafi on liczyć do 460, więc nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że jego projekt nie ma żadnych szans w głosowaniu. Zatem nie chodziło mu o to, by w jakikolwiek sposób ugodzić w Ukrainę  i jej interesy, tylko – by stworzyć wrażenie, że gdyby PiS miał władzę, to natychmiast futrowanie Ukrainy by wstrzymał. A  dlaczego zależało mu na wywołaniu takiego wrażenia?

Bo PiS coraz wyraźniej zaczyna czuć na plecach gorący oddech Konfederacji, która – zwłaszcza Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – od samego początku opowiadała się przeciwko bezmyślnemu, nieodpłatnemu futrowaniu Ukrainy przez Polskę.

Teraz, kiedy na naszych oczach legła w gruzy cała polityka wschodnia zarówno w wydaniu PiS, jak i Platformy Obywatelskiej, w społeczeństwie narasta nie tylko świadomość tej katastrofy, ale i niechęć do dalszych poświęceń dla Ukrainy. Stało się to jasne zwłaszcza po proklamowaniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego.

Ta proklamacja oznacza, że Niemcy na razie porzuciły linię Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, na rzecz linii, jaką przyjęło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917, pozwalając na utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, żeby szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków. W rezultacie Polska nie jest już ani Niemcom, ani Ukrainie do niczego potrzebna, więc obserwujemy cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z polityki europejskiej,

Tak było w Londynie, gdzie Polska w ogóle nie została zaproszona i tak było we Francji, gdzie „koalicja antybalistyczna” powstała też bez Polski – której uczestnictwu sprzeciwiła się Ukraina – podobnie jak bez mocarstw bałtyckich. Tak oto na naszych oczach kształtuje się na wschodniej flance NATO rodzaj „szarej strefy”, która w perspektywie może z jednej strony być niemieckim posagiem, wniesionym z okazji reaktywowania strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego i sprowadzeniu Ukrainy do pierwotnej roli, dając jej tylko terytorialną rekompensatę kosztem Polski za tereny utracone już teraz na rzecz Rosji.

Bo przecież to cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z europejskiej polityki nie jest celem samym w sobie, tylko narzędziem, przy pomocy którego będzie można osiągnąć cel w postaci przesunięcia Ukrainy na zachód, Niemiec – na wschód, a pozostałą resztę przeznaczyć dla Żydów, którzy będą wreszcie mogli zrealizować swoje majątkowe roszczenia w ramach obcinania kuponów od holokaustu.

Cóż mamy o tym myśleć, zwłaszcza po niedawnym potwierdzeniu przez specjalistkę Departamentu Stanu od holokaustu, panią Helenę Germain. Nawiasem mówiąc, któż może być lepszym specjalistą od holokaustu, jak nie Germanowie płci obojga? Nie o to jednak chodzi, tylko o deklarację pani Germany, że „nie wyobrażamy sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i Konfederacji Korony Polskiej. 

Krótko mówiąc, w Polsce może być tylko rząd na miarę wyobraźni specjalistów Departamentu Stanu od holokaustu.

Gdyby coś takiego powiedział w 1981 roku Leonid Breżniew, to w USA i „Wolnej Europie” podniósłby się klangor pod Niebiosa – że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów i demokracji. Tymczasem nasi Umiłowani Przywódcy, jak jeden mąż, a właściwie – jak jeden mężyk stanu  w rodzaju Księcia-Małżonka – podkulili pod siebie ogony.

W dodatku Naczelnik Państwa natychmiast postawił do pionu Wielce Czcigodnego Przemysława Czarnka, potwierdzając w ten sposób podejrzenia, że jest on tylko wydmuszką Jarosława Kaczyńskiego, jak wielu innych absolwentów Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA, gdzie przyszli dygnitarze szkolą się, jak realizować  amerykańskie interesy, kiedy już stare kiejkuty dopuszczą ich do żerowiska.

O różnicę łajdactwa

O różnicę łajdactwa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  14 lipca 2026 michalkiewicz

A to dopiero kij w mrowisko wsadził pan marszałek Krzysztof Bosak z Konfederacji! Właściwie nie powiedział niczego, o czym byśmy już wcześniej nie wiedzieli – bo od 2019 roku, kiedy to w „Monitorze Polskim”, po prawie trzech latach od jej podpisania, pod pozycją 50, ukazała się umowa między rządami polskim i ukraińskim, na podstawie której nasz nieszczęśliwy kraj zobowiązał się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa – o czym traktował, a właściwie – o czym traktuje punkt 12 tej umowy – bo nie słyszałem, by została ona przez kogoś wypowiedziana – a ówczesny rzecznik warszawskiego MSZ, pan Łukasz Jasina, poinformował nas – jak się okazało – całkiem słusznie – że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego” – to żadne rewelacje nie powinny już nas dziwić.

Mimo to jednak ujawnienie przez pana marszałka Bosaka, że rząd obywatela Tuska Donalda, w tajemnicy przed panem prezydentem i Sejmem, przekazał Ukrainie zakupione wcześniej za ciężkie pieniądze w USA pociski do wyrzutni systemu „Patriot”, wzbudziła żywy rezonans opinii publicznej tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z napięciami w stosunkach polsko-ukraińskich w związku z nadaniem przez prezydenta Zełeńskiego imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” jednej z tamtejszych jednostek wojskowych, w związku z czym pan prezydent Karol Nawrocki ogłosił decyzję o odebraniu ukraińskiemu prezydentowi nadanego mu wcześniej przez prezydenta Andrzeja Dudę Orderu Orła Białego.

Dodatkowym powodem wspomnianego rezonansu jest okoliczność, że – jak informują media – premier Tusk przekazał te pociski na żądanie niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza, akurat w kwietniu, kiedy to Niemcy i Ukraina proklamowały „strategiczne partnerstwo”. Wprawdzie wicepremier i minister obrony w vaginecie obywatela Tuska, Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział „odtajnianie” dokumentów związanych z polskimi donacjami dla Ukrainy „od 2022 roku” – ale obywatel Tusk niezależnie do tego schronił się za murami tajności, oświadczając, że „nie możemy” o tym „dyskutować”, w kontekście „jakiejś niemądrej walki politycznej”.

Ale może nie tylko o tajność tu chodzi, bo jeśli obywatel Tusk oznajmia, że dyskutować „nie możemy” to równie dobrze dlatego, że ktoś, a właściwie KTOŚ mógł mu tej dyskusji surowo zabronić. Gdyby tedy potwierdziły się pogłoski, że przekazanie pocisków Ukrainie dokonało się na polecenie władz niemieckich, to nie można by też wykluczyć, że to właśnie one mogły zabronić obywatelu Tusku Donaldu brania udziały w „dyskusjach” na ten temat, a o „kontekście” związanym z „niemądrą walką polityczną” , mógł sobie dośpiewać z własnej inicjatywy – bo przecież o niemieckim zakazie dyskutowania wspomnieć też mu nie było wolno – a jakiś pozór uzasadnienia wypadało podać. I tutaj, niczym prawdziwy dar Niebios, przydaje się Putin.

To ciekawe, że mimo transformacji ustrojowej i odwrócenia sojuszów , w następstwie czego zmieniło się podobno oblicze świata, władze naszego demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego w dodatku zasady sprawiedliwości społecznej, posługują się tym samym schematem, co za pierwszej komuny. Jak pamiętamy, wtedy też o wielu sprawach nie należało dyskutować, ani w ogóle – głośno mówić – bo była to woda na młyn zachodnioniemieckich rewizjonistów i odwetowców, wśród których najgroźniejsi byli dwaj: „Hupka i Czaja”.

Teraz na rewizjonistów ani odwetowców powoływać się nie wypada, jako że świetlistym szlakiem ku Generalnej Guberni, a może nawet czemuś gorszemu, prowadzi nas Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która z zagadkowych przyczyn w Donaldu Tusku sobie upodobała, podobnie jak wcześniej Nasza Złota Pani, co to nie tylko uchroniła go od zguby, załatwiając mu Nagrodę im. Karola Wielkiego, a potem Mocną Ręką przeniosła na brukselskie salony, gdzie zrobiła zeń człowieka – ale na szczęście Putin nie tylko rozpętał wojnę przeciwko sojuszniczej Ukrainie, więc możemy mu śmiało przypisać rolę Hupki i Czai.

Skoro tedy z uwagi na Hupkę i Cza… to znaczy – pardon – oczywiście nie ze względu na żadnego Hupkę, czy Czaję, tylko oczywiście – ze względu na Putina, każda dyskusja byłaby „wodą na młyn” – to my wszystko verstehen – ale pozostaje jeszcze owa „niemądra” walka polityczna”, która nawet i bez Putina jakąkolwiek dyskusję na ten temat by wykluczała. O co tu może chodzić?

Zgodnie z zasadą, że idioci są szczerzy, w związku z czym wystarczy pozwolić im mówić, pewne światło na tę sprawę rzucił rzecznik vaginetu obywatela Tuska Donalda, Wielce Czcigodny pan minister Szłapka. Z jego wypowiedzi wynika, że chodzi o nic innego, jak o różnicę łajdactwa. O nic innego wszak walka polityczna między obecnym vaginetem obywatela Tuska Donalda, a ekipą powołaną wcześniej przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, toczyć się nie może. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to podczas majdanu w Kijowie Naczelnik Państwa wznosił kabotyńskie okrzyki „Sława Ukrainie” i „Herojam sława!” Cóż innego mógłby wykrzykiwać tam Donald Tusk, albo nawet – Aleksander Kwaśniewski, co to przy każdej okazji, a nawet i bez okazji demonstruje zadowolenie ze swego rozumu, nie tylko politycznego, ale w ogóle?

Wreszcie wypada przypomnieć, że w roku 2016 obywatel Tusk Donald był w opozycji, podczas gdy z nominacji Naczelnika Państwa premierem rządu była pani Beata Szydło, a ministrem obrony narodowej w jej gabinecie był Antoni Macierewicz. Parafa pod umową z 2 grudnia 2016 roku wskazywałaby, iż złożył ją właśnie Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz, którego dzisiaj, na odcinku korupcyjnym, prześladuje Wielce Czcigodny Giertych Roman, podobnie jak złowrogiego Grzegorza Brauna prześladuje na odcinku eklezjalnym i właśnie ogłosił jego ekskomunikę. Co prawda nie ma pewności, czy decyzja Wielce Czcigodnego Giertycha Romana nie wymaga dla swej ważności jakiejś kontrasygnaty, a przynajmniej – potwierdzenia ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej” – ale jestem pewien, że wkrótce jakaś mieszana komisja wszystkie te wątpliwości rozwieje. Niewątpliwie bowiem wchodzimy w etap surowości, w którym zarówno Judenrat, jak i jego kolaboranci, będą „srogie głosić kary”. Nie tylko zresztą głosić, ale i stosować – bo jak jest rozkaz surowości, to żartów nie będzie.

Wracając do Wielce Czcigodnego obywatela Szłapki, to właśnie przypomniał on, ze poprzednia ekipa z nadania Naczelnika Państwa, przekazała – na pewno „nieodpłatnie” – aż 44 pakiety pomocowe dla Ukrainy, podczas gdy vaginet obywatela Tuska Donalda – tylko 5.

Jeśli jeszcze minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz prawidłowo będzie odtajniał dokumenty w sprawie donacji dla Ukrainy, to licytacja o różnicę łajdactwa może dla ekip kojarzonych z Naczelnikiem Państwa okazać się druzgocąca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.