W najweselszym baraku

Stanisław Michalkiewicz: W najweselszym baraku michalkiewicz

   Nawet za pierwszej komuny Polska była nazywana “najweselszym barakiem w całym obozie” – bo za komuny polska stanowiła część wspólnoty socjalistycznej, ze Związkiem Radzieckim na czele, nie bez powodu nazywanej “naszym obozem”. Przyczyna leżała w pewnej właściwości naszego narodu w postaci safandulstwa, elegancko zwanego indyferentyzmem.

To safandulstwo sprawiało, że w Polsce nawet większość partyjnych w żadne komunizmy nie wierzyła, a wypracowania Karola Marksa znali przede wszystkim księża – naturalnie nie wszyscy, ale ci, którzy z tak zwanymi “marksistami”, to znaczy – partyjnymi mełamedami – polemizowali.

Na przykład Bolesław Drobner dyskutował kiedyś o Marksie z ks. Janem Piwowarczykiem.

Drobner zarzucił swemu partnerowi, że posługuje się wymyślonym cytatem, którego Marks nie napisał. – Bo pan zna tylko lipskie wydanie, a cytat pochodzi z wydania wcześniejszego – wyjaśnił dobrotliwie ks. Piwowarczyk. Generalnie jednak większość Marksem się nie przejmowała, uważając – podobnie jak w czasach saskich – że ważniejsze jest, by wypić i zakąsić.

   To zresztą może się dla nas wszystkich źle skończyć, zwłaszcza po Liście Pasterskim Episkopatu Polski, zainspirowanym podobno przez Jego Eminencję Grzegorza kardynała Rysia. Poza licznymi herezjami i głupstwami, w jakie ten list obfituje, było tam wezwanie, by 13 kwietnia wszyscy parafianie udali się do najbliższej synagogi. Ciekawe, kto na to wezwanie odpowie, czy to zostało uzgodnione z rabinami, którzy będą sprzedawali głupim gojom bilety wstępu, no i czy synagogi wypełnią się tego dnia tłumami?

Ale jest w tym racjonalne jądro. Oto vaginet obywatela Tuska Donalda, niewątpliwie i jak zwykle inspirowany z zagranicy, pod koniec ubiegłego roku przyjął uchwałę o zwalczaniu antysemityzmu i wspieraniu życia żydowskiego w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju. Jak można się domyślić, vaginet będzie podejmował rozmaite przedsięwzięcia i działania, ale na odcinku – nazwijmy to – doczesnym.

Na przykład za każdą wypowiedź uznaną za “antysemicką”, czy to przez Judenrat “Gazety Wyborczej”, czy  „Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych”, czy formację “Nigdy Więcej” pana Rafała Pankowskiego, co to na tropieniu antysemitników zbudował swoją życiową karierę, obywatel Żurek Waldemar, czy w jego imieniu obywatel Korneluk Dariusz, co to myśli, iż jest prokuratorem krajowym, będą antysemitnika za pośrednictwem nienawistnych sądów pakowali do więzienia.

Chyba nikt nie ma bowiem wątpliwości, że zdecydowana większość nienawistnych sędziów w podskokach podejmie się tego zadania, podobnie jak to było w latach stalinowskich? Ale odcinek, nazwijmy go – doczesny – jest tylko częścią rzeczywistości, więc żeby system został domknięty całościowo, potrzebna była interwencja na odcinku eschatologicznym. Tę lukę wypełnił właśnie wspomniany “List Pasterski”, wobec czego nie ma potrzeby roztrząsania go pod kątem teologicznym, czy w ogóle – racjonalnym – bo nie o to tutaj chodzi.

Chodzi bowiem o to, by niezależnie od oddziaływania na odcinku świeckim, oddziaływać na psychikę obywateli również na odcinku eschatologicznym.  Osiągnięciu takiego  efektu służą opowieści, jak to Żydowie nadal są oczkiem w głowie Stwórcy Wszechświata, jak to mają własną, szybką ścieżkę zbawienia, a w Królestwie Niebieskim – co logicznie wynika ze wspomnianej “szybkiej ścieżki – mają luksusowo urządzone getto, do którego głupie goje nie będą miały wstępu i tak dalej.

W związku z czym antisemitismus jest straszliwą myślozbrodnią, rodzajem grzechu śmiertelnego, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie. O to zadba vaginet obywatela Tuska Donalda – a na tamtym – zadbają o to delegaci Stwórcy Wszechświata na Polskę.

No dobrze – ale po co właściwie system musi być tak szczelnie domknięty? A po to, by – kiedy już Żydowie, na podstawie amerykańskiej  ustawy nr 447 przystąpią do realizowania tak zwanych “roszczeń”, odnoszących się do “własności bezdziedzicznej”-  nie podniósł się żaden głos protestu ze strony głupich tubylczych gojów. Czyż nie dlatego Jego Eminencję Grzegorza kardynała Rysia, co to uwija się wedle wytresowania mniej wartościowego narodu tubylczego w poczuciu właściwej hierarchii, wsparł rabin  Abraham Skórka? Żeby tylko ta skórka opłaciła się Eminencji za wyprawkę.

   No dobrze – ale co w tym wszystkim ma być wesołego? Ano – zgodnie z przewidywaniami poety, którego z pewnością musiały wspierać proroctwa – a który pisze, że “Gdy już znajdziesz się za drutem, opuści troska cię i smutek i radość w sercu twym zagości, żeś do Królestwa wszedł Wolności.” Jak bowiem skądinąd wiadomo, wolność występuje w dwu odmianach, w postaci tzw. wolności zwyczajnej i Wolności Prawdziwej.

Jak zauważył Sławomir Mrożek, Wolność Prawdziwa  jest tam, gdzie nie ma wolności zwyczajnej. Wszystko zatem – jak powiadają gitowcy – “gra i koliduje”, bo jeśli będziemy w rezultacie tych wszystkich przedsięwzięć skazani na zażywanie Prawdziwej Wolności – to czegóż chcieć więcej?

   A jakby tego było mało, to właśnie – jak to w najweselszym baraku w naszym obozie – znakomite przedstawienie przygotowali kandydaci na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wobec sprowadzonego na miejsce notariusza oraz wobec obywatela Czarzastego Włodzimierza i jego zastępców, złożyli “ślubowanie”, które mieli złożyć “wobec prezydenta” ale pan prezydent Nawrocki nie wystosował dla nich zaproszenia. Ciekawe, że w przedstawieniu wzięła udział też dwójka kandydatów na sędziów TK, od których pan prezydent ślubowanie odebrał.

Najwyraźniej musieli uznać, że pierwsze ślubowanie im się nie przyjęło, podobnie, jak  literatowi Andrzejowi Szczypiorskiemu nie przyjął się pierwszy chrzest, jakiemu poddał się w 1982 czy 1983 roku na fali ówczesnej dewocji – i trzeba było ceremonię powtarzać. Dla utytułowanych krętaczy taka sytuacja to prawdziwy dar Niebios.  Stwarza ona bowiem wyjątkową okazję  dla ambicjonerów, którzy pragnęliby ozdobić łysiny wawrzynami naukowymi. Oczyma duszy już widzę, jak  – niczym grzyby po deszczu – mnożą się na uniwersystetach rozprawy doktorskie i habilitacyjne.

W jednych autorzy będą rozkładali na czynniki pierwsze słowo “wobec” – dowodząc ponad wszelką wątpliwość, że “wobec” nie oznacza “ w obecności”, tylko  coś zupełnie innego – a z kolei inni, będą dowodzili czegoś wręcz odwrotnego – ale zarówno jedni, jak i drudzy porobią naukowe kariery, zasypując biblioteki nowymi stosami makulatury.  Czyż to nie jest radosna wiadomość, że nastąpi u nas taki gwałtowny wysyp karier naukowych?

   Co innego – na Węgrzech. Tam w najbliższych dniach szykowane są wybory, które na podstawie rozkazu Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, ma wygrać przeciwnik Wiktora Orbana, Peter Magyar. W związku z tym Wiktor Orban oskarżony został o straszliwe myślozbrodnie, wśród których na plan pierwszy wybijają się przyjazne stosunki z Putinem.

Tymczasem wiadomo, że rozkaz jest inny; przyjazne stosunki, a nawet stosunki podległe, to można, a nawet trzeba uprawiać z Wołodymirem Zełeńskim, podczas gdy Putina mamy “nienawidzić”. Skądinąd co prawda wiadomo, że nienawiść powinna być znienawidzona, ale – jak wspomniałem – z powodu naszego safandulstwa nic u nas nie dzieje się naprawdę – chyba, że zaplanują to Żydowie.

Rosną kadry autorytetów

Rosną kadry autorytetów

Stanisław Michalkiewicz 11 kwietnia 2026 michalkiewicz

Wprawdzie przyzwyczailiśmy się do tego, że prezydent Trump zmienia zdanie czasem z dnia na dzień, a bywa, że i kilka razy dziennie – ale przyzwyczajenie – przyzwyczajeniem, a tymczasem upływ czasu ma charakter obiektywny, to znaczy – niezależny od nastrojów prezydenta Trumpa. Jeśli już brać pod uwagę uzależnienie upływu czasu od nastroju, to bardziej liczy się nastrój premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, Beniamina Netanjahu.

Nawiasem mówiąc, funkcjonariusze Propaganda Abteilung z uporem maniaków nazywają izraelskiego premiera „Biniaminem”, chociaż w języku polskim z powodzeniem funkcjonuje imię „Beniamin” – na pamiątkę najmłodszego z synów patriarchy Jakuba, co to napłodził ich co niemiara, a wśród nich – również spryciulę Józefa – co to w charakterze pierwszego ministra faraona, ograbił Egipcjan i po raz pierwszy w historii świata, wprowadził w tym kraju sowchozy. Podobnie funkcjonariusze Propaganda Abteilung z uporem maniaków piszą „w Ukrainie”, podczas gdy dotychczas, to znaczy – zanim naszą Duszeńką i panem naszego mniej wartościowego narodu tubylczego, który – jak zostało to zatwierdzone – ma być „sługą narodu ukraińskiego” – został znakomicie ukorzeniony Wołodymir Zełeński – pisało się „na Ukrainie”, podobnie jak pisze się „na Węgrzech”, czy „na Białorusi”.

Najwyraźniej Sanhedryn musiał wysłać do funkcjonariuszy Propaganda Abteilung specjalny okólnik, bo wykluczam tu jakąś samowolkę. Wszyscy oni bowiem, z funkcjonariuszami w służbie Judenratu włącznie – poddani są surowej dyscyplinie, więc nic dziwnego, że chodzą, jak w zegarku – i na rozkaz posłusznie ćwierkają: „Biniamin” i „w Ukrainie”.

Ale mniejsza już o funkcjonariuszy, którzy ostatnio upomnieli się o swoje prawa, kiedy to pan prezydent Nawrocki jednego z nich obsztorcował, zresztą bardzo delikatnie. Takie rzeczy zdarzały się i wcześniej. Pamiętam, jak Oriana Fallaci molestowała etiopskiego cesarza Hajle Selasje, dlaczego nie modernizuje on Etiopii, kiedy na świecie dzieje się tyle nowego. Cesarz początkowo puszczał te molestowania mimo uszu, ale wreszcie, zdenerwowany, powiedział do Oriany Fallaci: „proszę pani, na świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”.

I słuszna jego racja, bo chociaż wkrótce potem został obalony przez komunistycznego pułkownika Mengistu Hajle Mariama, a wraz z nim upadło i cesarstwo, to cóż w tym osobliwego, a zwłaszcza – nowego? Przecież takie rzeczy zdarzały się nagminnie, żeby wspomnieć o upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego w roku 476, czy upadku Bizancjum w roku 1453. Znowu w naszych czasach upadł Związek Radziecki, a jeśli ultimatum – bo cały czas do tego zmierzam – prezydenta Trumpa, upływające w Poniedziałek Wielkanocny – nie zostanie przedłużone, to tylko patrzeć jak upadnie złowrogi Iran. Chyba, że nie upadnie, jak to ma w zwyczaju.

Jestem pewien, że takie myśli z szybkością płomienia muszą przelatywać też przez głowę prezydenta Donalda Trumpa, który reaguje na nie coraz to nowymi „koncepcjami”, niczym nasz Kukuniek. Ostatnio zwierzył się, że chciałby się już z tej całej wojny wymiksować, ale cóż on ma tu do gadania w sytuacji, gdy Beniamin Netanjahu właśnie oświadczył, że bezcenny Izrael zrealizował dopiero połowę swoich celów wojennych? W podobnej sytuacji znalazł się podczas kryzysu karaibskiego Fidel Castro. On też chciał się wymiksować, ale sowiecki przywódca Chruszczow, który zainstalował na Kubie rakiety z głowicami jądrowymi, natychmiast przywrócił mu poczucie rzeczywistości mówiąc: „nie nada Fiedia”. Więc i prezydent Trump, podobnie jak Fidel Castro, podobnie zresztą, jak my wszyscy, jest w cęgach reżymu, który nie zna zmiłowania.

Właśnie Kneset uchwalił ustawę przywracającą karę śmierci, ale tylko wobec Palestyńczyków, którym nie będzie przysługiwała żadna apelacja. Ciekawe, czy te procesy będą prowadzili sędziowie tubylczy, czy też obywatel Żurek wydeleguje do Izraela naszych nienawistnych sędziów, którzy – jak wiadomo – zdolni są do wszystkiego? To by może trochę rozładowało napięcie wokół wymiaru sprawiedliwości w naszym bantustanie, a gdyby jeszcze wysłać tam obywatela Korneluka Dariusza, co to myśli, że jest prokuratorem krajowym, to dopiero byłoby wesoło! Już by się tam żaden Palestyńczyk nie nudził – a to jest już coś w sytuacji, kiedy nawet prezydent Donald Trump zdradza objawy znużenia wojną ze złowrogim Iranem i jestem pewien że chętnie przerzuciłby się na Kubę, a w ostateczności – nawet na Grenlandię, która ma tę zaletę, że można by na liczne wyspy na Oceanie Lodowatym przesiedlić Palestyńczyków ze Strefy Gazy, Zachodniego Brzegu, czy Libanu i zostawić ich tam samopas, gwoli naturalnego recyklingu – co zostało przećwiczone w ramach programu pilotażowego podczas kolektywizacji w Rosji. Jak pamiętamy, pewien kontyngent chłopów został przewieziony na Wyspę Zajęczą na Oceanie Lodowatym i tam zostawiony bez niczego. Po roku komisja nie zastała już tam nikogo żywego, a tylko kości, starannie oczyszczone przez morskie ptactwo. I właśnie w tym kierunku winny iść poszukiwania ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej, nad którą łamią sobie głowę nie tylko rosnące rzesze ocalałych z holokaustu, ale i kraje miłujące pokój.

Więc kiedy tak przestępujemy z nogi na nogę w oczekiwaniu, czy świat przetrwa do końca 2026 roku, czy też bezcenny Izrael do spółki ze Stanami Zjednoczonymi, w ramach walki o pokój i demokrację, doprowadzi do podpalenia planety i Apokalipsy, pocieszmy się dobrymi wiadomościami. Oto tylko patrzeć, jak pan Adam Borowski powędruje na pół roku do kryminału za odmowę przeproszenia Wielce Czcigodnego Giertycha Romana. Tak rozkazał nienawistny sąd w Warszawie. To nie byłaby specjalnie dobra wiadomość, chociaż na przykładzie pana Borowskiego widać, że co się odwlecze, to nie uciecze, więc surowa ręka sprawiedliwości ludowej, po latach, bo po latach – ale przecież go dosięgła.

Pozytywne w tym wszystkim jest co innego. Oto przynajmniej pod względem specjalnej ochrony sądowej Wielce Czcigodny Giertych Roman został zrównany z panią reżyserową Holland Agnieszką. Nakręciła ona knota pod tytułem „Zielona Granica”, który nie spodobał się znienawidzonemu Zbigniewowi Ziobrze do tego stopnia, że porównał go do jakichś propagandowych produkcji III Rzeszy. Toteż pani reżyserowa zaciągnęła go przed nienawistny sąd, który – powinność swej służby rozumiejąc – nakazał Zbigniewowi Ziobrze przeprosić panią reżyserową i zapłacić 50 tys złotych grzywny. No bo kto to widział, żeby komuś nie podobały się filmy pani reżyserowej, skoro zwierzchność dopuściła je do rozpowszechniania? Bo trzeba nam wiedzieć, że pani reżyserowa robi u nas, to znaczy – w naszym bantustanie – za autorytet moralny – i to jest przyczyną tej wzmożonej ochrony sądowej. Skoro jednak i w sprawie pana Borowskiego nienawistny sąd zachował się podobnie, to nieomylny to znak, że grono autorytetów moralnych powiększył Wielce Czcigodny Giertych Roman, chociaż – o ile mi wiadomo – ociąga się z poddaniem się drobnej, ale koniecznej, operacji chirurgicznej.

Stanisław Michalkiewicz

Marian Miszalski – wspomnienie

Marian Miszalski – wspomnienie

Wspomnienie    specjalnie dla www.michalkiewicz.pl    8 kwietnia 2026 michalkiewicz

W drugi dzień Świąt Wielkanocnych dotarła do mnie smutna wiadomość o nagłej śmierci Mariana Miszalskiego, mojego Przyjaciela, który zmarł rankiem w Niedzielę Wielkanocną w wieku 78 lat na zawał serca. Mariana poznałem w roku 1970 na Studium Dziennikarskim, gdzie rozpoczęliśmy studia podyplomowe, a zamieszkaliśmy w domu studenckim na Jelonkach. Od razu przypadliśmy sobie do gustu i tak się rozpoczęła nasza przyjaźń, która przetrwała aż do Jego śmierci. Tak się złożyło, że nadawaliśmy na tej samej fali i to chyba najbardziej zbliżyło nas do siebie.

Po studiach Marian wrócił do rodzinnej Łodzi, gdzie zaczął pracować w „Głosie Robotniczym”, podczas gdy ja już zostałem w Warszawie pracując w gazecie „Zielony Sztandar”, wydawanej przez Naczelny Komitet ZSL. Tak się bowiem złożyło, że mój poprzednik, Emil Morgiewicz, trafił do więzienia, jako skazany w procesie „Ruchu” – a że gazeta potrzebowała prawnika, który prowadziłby dział łączności z czytelnikami, udzielając im porad prawnych, to moje studia prawnicze akurat się przydały.

Mimo, że mieszkaliśmy w dwu różnych miastach, utrzymywaliśmy kontakt, który nabrał intensywności zwłaszcza w drugiej połowie lat 70-tych, kiedy to ja przystąpiłem do ówczesnej opozycji demokratycznej w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela i w takim charakterze, wraz z innym moim przyjacielem z lubelskich studiów, wydawaliśmy podziemną gazetę dla ludności wiejskiej pod tytułem „Gospodarz”. Marian w tym czasie związał się z Konfederacją Polski Niepodległej – i tak dotrwaliśmy do „karnawału Solidarności” w roku 1980. W stanie wojennym Marian został internowany od razu i trafił do więzienia w Sieradzu, podczas gdy ja zostałem aresztowany dopiero w maju 1982 roku i trafiłem do obozu dla internowanych w Białołęce, gdzie poznałem m.in, Janusza Korwin-Mikkego z którym przyjaźnię się do tej pory.

Kiedy już zostaliśmy uwolnieni z tych „ośrodków odosobnienia”, znowu nawiązaliśmy łączność, tym razem już bardzo ścisłą, co zaowocowało uruchomieniem w roku 1983 podziemnego Wydawnictwa „Kurs”. Marian zajmował się przede wszystkim redakcją i poszukiwaniem autorów, a ja – wydawaniem nie tylko miesięcznika „Kurs”, ale również książek, których od roku 1983 do roku 1989 wydaliśmy ponad 20 – w tym również ambitne pozycje literackie, jak np. powieść Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”. Głównym celem naszego przedsięwzięcia było zapoznanie czytelnika polskiego z zachodnim nurtem wolności gospodarczej, żeby aktywni w podziemiu ludzie wiedzieli w jakim kierunku kształtować przemiany ustrojowe – jeśli tylko pojawi się taka szansa. W tym celu, oprócz wspomnianego miesięcznika, którego udało nam się wydać 40 numerów – każdy w objętości ponad 60 stron „bitego” maszynopisu, bardzo dużym powodzeniem cieszyły się popularne pozycje francuskiego autora Guy Sormana: „Rewolucja konserwatywna w Ameryce”, „Rozwiązanie liberalne”, czy „Prawdziwi myśliciele naszych czasów”, a także książka Miltona i Róży Friedmanów, której nadaliśmy polski tytuł „Wolny wybór”. Warto dodać, że „Kurs” był przedsięwzięciem samofinansującym się, co dostarczało nam dodatkowej satysfakcji, że nawet w tak niesprzyjających okolicznościach postępujemy zgodnie z głoszonymi zasadami – no bo obaj zostaliśmy w stanie wojennym wyrzuceni z pracy z tzw. „wilczym biletem”.

Kiedy w drugiej połowie lat 80-tych, w ramach przygotowań do sławnej „transformacji ustrojowej” reżim trochę złagodniał, wyjeżdżaliśmy razem do Francji na winobrania, a przy okazji nawiązywaliśmy różne kontakty z osobami działającymi na emigracji. Współpraca w latach 80-tych jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyła i do przyjacielskich sentymentów doszło coś, co można by porównać do „braterstwa broni” – chociaż żadnej zbrojnej działalności oczywiście nie prowadziliśmy. Marian miał na swoim koncie spore osiągnięcia. Jako tłumacz z języka francuskiego udostępnił polskiemu czytelnikowi dzieła Jana Raspaila, m.in. „Obóz świętych”, która – chociaż napisana w roku 1972 – dopiero po bez mała 60 latach okazała się prorocza. Jako autor, dał się poznać za pośrednictwem swoich książek: „Chamy i żydy”, czy „Żydowskie lobby polityczne w Polsce”, „Ukryta wojna – cicha kapitulacja”, czy wreszcie – Najnowsza spiskowa historia Polski” – dotyczących polityki i historii – ale też beletrystyki („Kolekcja własna artysty”).

Przed dwoma laty zmarła Anita, żona Mariana, którą bardzo kochał i bardzo przeżył jej śmierć. Właściwie nie tyle „przeżył”, co cały czas to przeżywał i spotykając go przy różnych okazjach miałem wrażenie, jakby stracił chęć do życia. Kiedy po raz ostatni rozmawiałem z nim podczas Targów Książki w Łodzi, opowiadał mi o swoich problemach kardiologicznych, w związku z czym usilnie namawiałem go, by wziął się za leczenie – ale chociaż mnie słuchał, to nie miałem wrażenia, że bierze sobie moje rady do serca. No i nadeszła Wielka Niedziela, kiedy serce już nie wytrzymało.

Na wieść o śmierci Mariana przypomniałem sobie jego wiersz, napisany bodaj jeszcze w początkach lat 70-tych, którym chciałbym zakończyć to wspomnienie:

Żebyś się ziemio rozwarła

Nie raną w sumieniu, z której jucha czarna

Pod gardło podchodzi, zgagą wstydu piecze.

Żebyś się ziemio rozwarła

Chłodnym cieniem na życie człowiecze

Spełnioną nicością po skończonym trwaniu

Chłodną pościelą po trudnym kochaniu

Z blondynkami dni, brunetkami nocy…

Żebyś się ziemio rozwarła

Nie jamą mogilną, w którą iskra marna

Zgasłym ptakiem spada – tylko ślad na niebie…

Żebyś się ziemio rozwarła

Bruzdą w żyznej glebie

Z której łodyga silna w błękit bije

Błękit targa za siwe brody chmur.

——————————-

Stanisław Michalkiewicz

Czy będziemy się nudzili?

Czy będziemy się nudzili?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    5 kwietnia 2026 michalkiewicz

Wygląda na to, że z prezydentem Donaldem Trumpem nie będziemy się nudzili. Jeszcze podczas jego poprzedniej prezydenckiej kadencji mogliśmy się przekonać, że jest on ekstrawertykiem, więc co tylko ma w sercu, to zaraz ma i na języku – a w miarę upływu lat ta skłonność najwyraźniej jeszcze się rozwinęła. Co więcej – im mniej przyjemności życiowych doznaje, tym szybciej się nudzi i zniechęca. Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w stosunku do Ukrainy, o której prezydent Donald Trump już nie chce nawet słyszeć, a przynajmniej takie sprawa wrażenie. Inna rzecz, że trudno mu się dziwić, kiedy ukraiński prezydent Zełeński od każdego chciałby wyłudzić pieniądze, jak nie pod pretekstem, że Ukraina „broni Europy”, to pod jakimś innym – a w dodatku prezentował butną postawę roszczeniową. Kiedy w Białym Domu, na oczach całego świata, dostał od prezydenta Trumpa po łapach, to trochę się opamiętał, ale odtąd przestał być duszeńką amerykańskiego przywódcy – i tak już zostało.

Teraz słyszymy, że prezydent Trump rozważa przeznaczenie amunicji, która pierwotnie miała być sprzedana Unii Europejskiej z przeznaczeniem na Ukrainę, na Bliski Wschód – ale po 4 tygodniach wojna ze złowrogim Iranem też zaczyna go już nudzić, więc przebąkuje, że następna będzie Kuba. Jużci – Kuba wydaje się łatwiejsza od złowrogiego Iranu, więc być może i o listek do wieńca sławy też tu łatwiej – a poza tym, na Kubie żadnych żywotnych interesów nie ma bezcenny Izrael, więc przerzucając się na Kubę prezydent Trump mógłby uwolnić się od – co tu ukrywać – i krępującej i kompromitującej kurateli Beniamina Netanjahu.

Tedy zastygamy w oczekiwaniu na drugi dzień Świąt Wielkanocnych, kiedy to upływa termin kolejnego ultimatum, przedstawionego złowrogiemu Iranowi. Jeśli prezydent Trump i ten termin przedłuży, to będzie potem mógł już przedstawiać Iranowi kolejne „poważne ostrzeżenia”, podobne do tych, jakie w latach 50-tych i 60-tych przedstawiała Stanom Zjednoczonym Chińska Republika Ludowa.

Więc widzimy że z prezydentem Trumpem nie będziemy się nudzili nawet w sytuacji, gdy w nim samym kolejne wojny budzą już tylko narastające znudzenie. No bo rzeczywiście – cóż w takiej, jednej z drugą wojnie może być interesującego? „A na wojnie świszczą kule, lud się wali jako snopy, a najdzielniej biją króle, a najgęściej giną chłopy” – pisała Maria Konopnicka w wierszu „A jak poszedł król na wojnę”.

Teraz chłopy się wycwaniły, zwłaszcza u nas. Zamiast ginąć, wolą kierować Ministerstwem Obrony Narodowej i zamawiać w zbrojeniowych fabrykach, krajowych i zagranicznych broń i amunicję dla naszej niezwyciężonej armii. To jest lepsze niż dotychczasowa „obrona interesów wszy i rolnictwa”, którą od ponad stu lat zajmowali się ludowcy. Teraz jednak, kiedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, za nic sobie mając wątpliwości Parlamentu Europejskiego nakazała wykonywać umowę z Mercosur, a nawet zawarła drugą – z Australią – to obrona „interesów wszy i rolnictwa” stała się zajęciem jałowym, z którego żadnych konfitur się nie wyciśnie. Zbrojenia, to co innego – toteż Polskie Stronnictwo Ludowe poświęciło się – bo czegóż to nie robi się dla Polski? – zbrojeniu naszej niezwyciężonej armii. W tym celu pan minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz, wniósł do laski pana marszałka Czarzastego projekt ustawy o „SAFE – zero procent”, według skorygowanego przez siebie pomysłu pana prezydenta Karola Nawrockiego. Korekta polega na tym, że pierwotnie dystrybucją środków finansowych na zbrojenie naszej niezwyciężonej, miał zajmować się fundusz pod egidą prezydenta – to według nowej wersji – vaginet obywatela Tuska Donalda.

Wiadomo bowiem, że pierwsze koryto przeznacza się dla świń, drugie – dla naszej niezwyciężonej, a dopiero trzecie – zgodnie ze starożytną rzymską sentencją, że omne trinum perfectum – co się wykłada, że doskonałe jest wszystko potrójne – na zbrojenia. Przy okazji chodzi o to, by sprawdzić, czy pan prezes Glapiński przypadkiem nie koloryzuje mówiąc, iż zbrojenia naszej niezwyciężonej można sfinansować z rezerw Narodowego Banku Polskiego. W tej sytuacji oskarżenia pana prezydenta Nawrockiego o „zdradę” ucichły, jakby ręką odjął i z tego powodu nie pyskuje na niego nawet Wielce Czcigodny poseł Trela, najwyraźniej wzięty do Sejmu na chłopaka do pyskowania.

Za to wszyscy używają sobie teraz na panu prezydencie z powodu wyjazdu do Budapesztu, gdzie spotkał się z tamtejszym premierem Wiktorem Orbanem, z którym wcześniej spotykać się nie chciał z obawy przez strefieniem. Chodziło o to, że Wiktor Orban spotykał się z prezydentem Federacji Rosyjskiej Putinem, podczas gdy nasi Umiłowani Przywódcy nie tylko mają zakazane wszelkie bliskie spotkania III stopnia z Putinem, ale mają surowo przykazane, by go „nienawidzić”. Chodzi o to, że Polska została wytypowana na „sługę narodu ukraińskiego”, więc w ostatniej instancji, to Kijów decyduje, co nam wolno, a czego nie – jeśli oczywiście nie liczyć znudzonego kolejnymi wojnami prezydenta Donalda Trumpa. Tymczasem na Węgrzech już wkrótce mają odbyć się wybory, w których na zwycięzcę zatwierdzony został przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje Piotr Magyar, podczas gdy Wiktor Orban ma je sromotnie przegrać, więc zarówno obywatel Tusk Donald, jak i całe zaplecze Volksdeutsche Partei, nie szczędzi panu prezydentowi Nawrockiemu gorzkich słów potępienia tym bardziej, że „zastanawia się” on, czy przyjąć ślubowanie od szóstki zaufanych kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego, którzy przeforsowaliby delegalizację Konfederacji Korony Polskiej, niezależnie od tego, czy obywatel Żurek Waldemar zdąży do końca roku wsadzić do kryminału Grzegorza Brauna, czy nie. Jak wiadomo, jego proces toczy się w tempie iście stachanowskim, co świadczy o pragnieniu odpowiedniego uporządkowania tubylczej sceny politycznej, żeby wybory w roku 2027 w naszym bantustanie zakończyły się zgodnie z oczekiwaniami Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje i niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza.

Tymczasem po Liście Pasterskim Episkopatu Polski do parafian, w którym Episkopat przyznał, że przez „półtora tysiąca lat” Kościół katolicki mylił się gruntownie w kwestii żydowskiej, w niezależnych mediach głównego nurtu zapadła cisza, niczym w wytwornym salonie, gdy ktoś puści głośnego [i bardzo śmierdzącego md] bąka. Bo rzeczywiście – co tu gadać w sytuacji, gdy w tej jednej sprawie Kościół przez półtora tysiąca lat się mylił? Skoro w jednej sprawie się mylił, to może w innych – też? A jeśli w przeszłości się mylił, to skąd możemy wiedzieć, czy nie myli się teraz? Nic więc dziwnego, że Autorowie Listu skwapliwie korzystają z okazji, by siedzieć cicho, zastygając w oczekiwaniu, czy 13 kwietnia parafianie ruszą gremialnie modlić się w synagogach, czy też nie. Ponieważ nie do końca wiadomo, czy ta sprawa została uzgodniona z rabinami, to wszystko może skończyć się tak, jak w Jerozolimie, gdzie pod pretekstem wojny nie tylko odwołano Drogę Krzyżową, ale izraelska policja nie wpuściła do Bazyliki Grobu Pańskiego Patriarchy Jerozolimy i Kustosza Ziemi Świętej, których chcieli tam odprawić Mszę św. nawet bez udziału publiczności. Jak widzimy, militaryści, nawołujący, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny, mają wiele racji, zwłaszcza w Izraelu, który najwyraźniej wziął sobie tę wskazówkę do serca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Ultimatum i devotio moderna

Ultimatum i devotio moderna

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  29 marca 2026 michalkiewicz

Świat już wstrzymywał oddech przez upływem ultimatum, jakie amerykański prezydent Donald Trump przekazał był złowrogiemu Iranowi, że jeśli do północy z poniedziałku na wtorek, czyli z 23 na 24 marca, cieśnina Ormuz nie zostanie odblokowana dla żeglugi, to USA uderzą z mocą wielką i majestatem na irańskie elektrownie, zaczynając od największej.

Złowrogi Iran odpowiedział, że w takim razie on zaatakuje z mocą wielką nie tylko elektrownie w państwach rejonu Zatoki Perskiej, ale i odsalarnie wody, co byłoby katastrofalne zwłaszcza dla Dubaju i Kataru.

Aliści już w poniedziałek 23 marca rano prezydent Trump oświadczył, że przeprowadził ze złowrogim Iranem niezwykle owocne rozmowy, w związku z czym – no właśnie – nie wiemy, czy ultimatum zostało cofnięte, czy nie. Chodzi o to, że złowrogi Iran oświadczył, iż żadnych rozmów z Amerykanami nie prowadził. To może być prawda, bo dotychczasowe doświadczenia pokazują, iż wszyscy ci, co prowadzili z Ameryką jakieś rozmowy, zostali wkrótce potem pozabijani przez bezcenny Izrael przy pomocy niezwykle inteligentnych rakiet, co to nawet w tłumie potrafią rozróżnić uczciwego obywatela od ukrytego antysemitnika, którego czeka zasłużony zgon. Z kolei, gdy amerykański prezydent, nasz Najważniejszy Sojusznik, twierdzi, że przeprowadził ze złowrogim Iranem niezwykle owocne rozmowy, to nie wypada zaprzeczać. Pewne światło rzuca na tę sprawę okoliczność, że prezydent Trump poinformował o tych rozmowach 23 marca rano. Możliwe tedy jest, że przeprowadził je przez sen – dlatego okazały się takie owocne – i rano jeszcze był pod ich wrażeniem – no a potem już nie wypadało się z tych rewelacji wycofywać.

W tej sytuacji nie mamy wyjścia, jak odwołać się do odkrycia uczonych radzieckich co do przewidywania przyszłości – że wystarczy trochę poczekać – i już w najbliższy wtorek będziemy mogli zorientować się, jak jest i jak będzie – nawet bez pomocy pana generała Marka Dukaczewskiego, którego w takich sytuacjach zawsze wzywa na przesłuchanie do TVN resortowa „Stokrotka”.

Tymczasem pan prezydent Karol Nawrocki do listy swoich sprośnych błędów Niebu obrzydłych, które nieubłaganym palcem wytykają mu, wraz z zarzutami „zdrady”, funkcjonariusze i sympatykowie Volksdeutsche Partei, dołożył jeszcze jedną myślozbrodnię w postaci wizyty w Budapeszcie pod pretekstem przyjaźni polsko-węgierskiej. Jakby nie wiedział, że nasz nieszczęśliwy kraj – owszem – może przyjaźnić się nawet z Węgrami, ale – po pierwsze – jeśli uzyska od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje stosowne pozwolenie, po drugie – gdy na czele rządu węgierskiego nie będzie stał znienawidzony Wiktor Orban, tylko zatwierdzony przez BND Piotr Magyar, a po trzecie – że rząd węgierski nie tylko nie będzie korzystał z ruskiej ropy, ale i nie będzie blokował w Brukseli forsy dla ukraińskich oligarchów.

Żaden z tych warunków nie został spełniony, toteż funkcjonariusze Volksdeutsche Partei, na czele z Księciem-Małżonkiem, który zazdrośnie pilnuje swojego monopolu na komentowanie spraw zagranicznych, nie szczędzą panu prezydentowi Nawrockiemu gorzkich wyrzutów tym bardziej, że na Węgrzech wkrótce odbędą się wybory, które Wiktor Orban ma przegrać – a w każdym razie – taki jest rozkaz Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która właśnie postanowiła ukrywać przed węgierskim premierem wszystko, nad czym namawiają się w Brukseli unijni ważniakowie – bo ktoś puścił bąka, że węgierski minister spraw zagranicznych o wszystkim raportował swemu ruskiemu koledze. W związku z tym nasi funkcjonariusze Propaganda Abteilung radują się, że Wiktor Orban się „doigrał”. Zapominają wszelako, że jak tylko traktat lizboński zostanie znowelizowany – na co wyraził zgodę Parlament Europejski – to i nasz nieszczęśliwy kraj będzie dowiadywał się z gazet, co tam starsi i mądrzejsi postanowili w naszych sprawach – zgodnie z wytycznymi Adolfa Hitlera, który jeszcze w 1943 roku wyjaśniał, iż „małe państwa” w zjednoczonej Europie nie mają racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Tedy – jak mawiał książę Salina z powieści „Lampart” , „wiele musi się zmienić, by wszystko pozostało po staremu”, to znaczy – byśmy znowu stali się Generalną Gubernią.

Toteż nic dziwnego, że gdy Generalny Gubernator w osobie obywatela Tuska Donalda pojechał do Brukseli, żeby „walczyć” ze znienawidzonym ETS, czyli handlem emisjami złowrogiego dwutlenku węgla, Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wytłumaczyła mu, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku, bo ona zadba, żeby wszystkie co głupsze bantustany, dostały stosowną rekompensatę za poniesione straty. Toteż obywatel Tusk Donald już w samolocie wracającym do Warszawy tak pęczniał z dumy, że prawie orbitował w stanie nieważkości wokół własnej osi. ETS polega bowiem na tym, że poszczególne bantustany mają przydzielone limity emisji dwutlenku węgla, a jeśli je przekraczają, to muszą sobie je dokupić od lichwiarzy na giełdzie. Antysemitnikowie rozpuszczają tedy fałszywe pogłoski, że całym tym interesem kieruje stary Żyd w Jerozolimie, który na liczydłach wylicza wszystkie procenty, a Reichsfuhrerin oraz inni ważniakowie brukselscy się do tego akomodują.

A skorom już o antysemitnikach mowa, to burzę w szklance wody wywołał list Episkopatu Polski do parafian. Najwyraźniej jest on efektem ostatnich nominacji Jego Świątobliwości Leona XIV, który postawił J.Em. Grzegorza kardynała Rysia na posadzie ordynariusza Metropolii Krakowskiej, a J.Em. Konrada kardynała Krajewskiego na posadzie ordynariusza Metropolii Łódzkiej – żeby nas tresowali w nowoczesnej pobożności, która z łacińska nazywa się devotio moderna.

Według devotio moderna, Żydowie – jak gdyby nigdy nic – są nadal oczkiem w głowie Stwórcy Wszechświata, mają własną, szybką ścieżkę zbawienia, niezależną od żadnego Mesjasza, a w Królestwie Niebieskim, żeby nie musieli trefić się wskutek stykania z głupimi gojami, będą prawdopodobnie mieli luksusowo wyposażone getto. Tedy na wszelki wypadek obydwaj purpurates ostrzegli wszystkich parafian, że antisemitismus jest straszliwym grzechem, który nie będzie odpuszczony ani na tym świecie, ani – ma się rozumieć – również na tamtym. W Liście była też zachęta, by parafianie, wzorem Jana Pawła II, odwiedzili jakąś synagogę. Jak bowiem pamiętamy, Jan Paweł II bez synagogi nie mógł już wytrzymać.

List początkowo miał zostać odczytany we wszystkich kościołach w kraju, ale widocznie spotkał się z niechęcią przewielebnego duchowieństwa niższych szczebli eklezjastycznej hierarchii, który – będąc na styku z parafianami – lepiej wiedzą, co myślą oni o devotio moderna, więc na wszelki wypadek listu nie odczytywali. Zresztą zniknął on też i ze stron internetowych różnych diecezji – jakby padł ofiarą jakiegoś kościelnego Ministerstwa Prawdy. Myślę, ze niepotrzebnie – bo coraz mniej parafian przejmuje się dzisiaj herezjami, w jakie popadają wysoko postawieni hierarchowie, więc najwyżej część z nich zasiliłaby szeregi lefebrystów *), a reszta – wstrzymała finansowanie parafii do czasu wyjaśnienia, czy dialog z judaszyzmem doprowadzi do likwidacji chrześcijaństwa, czy też Żydowie pozwolą je pozostawić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

================================================

*) mail:
a ja byłem w Palmową w kościele w Radości, Bractwa św. Piusa X,
Okazało się, że na placu przed kościołem postawili ogromny Namiot,
jakieś 25*50 metrów. 
I był wypełniony ludźmi !! Z 500 wiernych chyba,

Ledwo znalazłem miejsce [dali..] na ławce BEZ oparcia, to się kiwałem. 
Zimno, jak.. 

Ogromne wrażenie. 6 konfesjonałów, potem czterech księży rozdaje
Komunię ludziom klęczącym.

Jak za Bieruta, panie… 

Prawdziwa zapamiętałość

Prawdziwa zapamiętałość

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Nasza Polska”    24 marca 2026 michalkiewicz

Jeden z rosyjskich pisarzy – czy nie Sałtykow-Szczedrin? – charakteryzował bohatera jednej ze swoich opowieści, że do wódki miał on już nie tyle nawet skłonność, co prawdziwą zapamiętałość. Coś takiego można było powiedzieć i o nieboszczyku Jacku Kuroniu, oczywiście w okresie dobrego fartu, gdy był ministrem pracy. A książce „Wyjść z socjalizmu”, którą – jako ostatnią i już oficjalnie – wydaliśmy w wydawnictwie „Kurs”, które było wydawnictwem „drugoobiegowym”-Guy Sorman pisze, że Kuroń jest „krzykliwy” i „dziwny” i jednocześnie odkrywa przyczynę tej osobliwości. Chodzi oczywiście o wódkę, w której Kuroń – jak twierdzi autor książki – się „nurza”.

Podobne wrażenie zapamiętałości można odnieść na widok reakcji obywatela Tuska Donalda na każdą propozycję, która miałaby charakter alternatywy wobec programu SAFE. Vaginet obywatela Tuska Donalda bardzo ostrożnie dozował informacje na temat tej pożyczki w wysokości prawie 44 mld euro na dozbrojenie naszej niezwyciężonej armii. Początkowo wiadomo było tylko, że to wielki sukces vaginetu obywatela Tuska Donalda.

Potem do wiadomości publicznej zaczęły przedostawać się również inne szczegóły. Że ta pożyczka – co ujawnił ponad wszelką wątpliwość pan Jacek Saryusz-Wolski – obwarowana będzie mechanizmem warunkującym, znanym jak zły szeląg z Krajowego Planu Odbudowy. Oznacza to, że Komisja Europejska, czyli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, albo – jeśli na czele Komisji Europejskiej będzie stał jakiś inny Reichsfuhrer, co jest nieuchronne, jako, że pożyczka ma być rozłożona na całe lata – w każdej chwili, pod byle pretekstem – na przykład, że polskiemu rządowi śmierdzi z gęby – może wstrzymać przekazanie kolejnych transz pieniędzy.

Po drugie – że wprawdzie ma być ona oprocentowana „korzystnie” – a co to konkretnie znaczy, to jest otoczone mgłą tajemnicy i to mgłą w najlepszym gatunku – ale minister z Kancelarii Prezydenta, pan Bogucki, na konferencji prasowej po spotkaniu u pana prezydenta Nawrockiego we wtorek 10 marca stwierdził, że z uwagi na długi okres spłaty, Polska musiałaby zwrócić dług prawie w podwójnej wysokości, niż pożyczka.

Wreszcie – Wielce Czcigodna vaginessa Sobkowiak-Czarnecka, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę pełnomocnicy dla SAFE, w niepojętym przypływie szczerości wychlapała, że „cztery do pięciu procent” z tych prawie 44 mld euro, od razu, na „dzieńdobry”, trafi na Ukrainę. Podejrzewam, że zataiła prawdę, że nie żadne 5 procent, tylko co najmniej 15, a może nawet 50 procent trafiłoby na Ukrainę.

Po pierwsze dlatego, że Polska nie uchyliła umowy z Ukrainą z 2 grudnia 2016 roku, na podstawie której nasz nieszczęśliwy kraj zobowiązał się do „nieodpłatnego” udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa – również i finansowych – a po drugie – że właśnie w związku z operacją „Epicka furia”, którą Ameryka na polecenie Izraela rozpętała przeciwko Iranowi, prezydent Trump poprosił Ukraińców, żeby pomogli Stanom Zjednoczonym w walce z irańskimi dronami.

Rzecz w tym, że te irańskie drony są stosunkowo tanie w produkcji, że Iran ma ich całą chmarę, a tymczasem Amerykanie owszem – zestrzeliwują je, jak najbardziej – ale rakietami kosztującymi bajońskie sumy. Prezydent Zełeński nie mówi „nie”, ale żąda w zamian amerykańskich pocisków do wyrzutni HIMARS. Ponieważ prezydent Trump zaklął się, że nie da Ukrainie „ani centa”, to musimy postawić pytanie, kto za te pociski dla Ukrainy zapłaci?

A któż, jak nie Polska? Przecież trudno nawet ze świecą znaleźć w Europie rząd podobnie głupi, jak aktualny vaginet obywatela Tuska Donalda, a po drugie – 27 lutego Sejm przyjął uchwałę stwierdzającą, ze Polska jest sługą narodu ukraińskiego – i pozostanie nim tak długo, jak długo będzie to konieczne. Warto dodać, że na nieubłaganym gruncie tej uchwały nieugięcie stoi namaszczony niedawno przez Naczelnika Państwa Kaczyńskiego Jarosława Polskęzbawa na kandydata PiS na premiera, Wielce Czcigodny pan prof. Przemysław Czarnek. Jego wkład do tej rewolucyjnej praktyki polega na tym, że w zamian za czynności służebne ze strony Polski, oczekuje od Ukrainy „szacunku” i „partnerstwa”. Ale dlaczego właściwie Ukraina miałaby Polsce okazywać szacunek, a zwłaszcza – traktować ją po partnersku, skoro przecież Polska tak czy owak jest i pozostanie sługą narodu ukraińskiego? Tego pan prof. Czarnek już nie wyjaśnia, prawdopodobnie dlatego, iż wie, że skoro tak mówi, to nie dlatego, żeby naprawdę w to wierzył – bo uprzejmie zakładam, że aż taki głupi nie jest – tylko żeby uwodzić w ten sposób wyznawców Naczelnika Państwa, którzy łykną wszystko. Zresztą zaraz po namaszczeniu na kandydata na premiera Wielce Czcigodny pan prof. Przemysław Czarnek zadeklarował posłuszeństwo Naczelnikowi, który z kolei – zgodnie z kolejnością dziobania – słucha pana ambasadora Tomasza Róży z amerykańskiej ambasady. Pan Tomasz Róża jest nie tylko amerykańskim ambasadorem, ale i Żydem, więc w ten sposób za jednym zamachem realizuje się podległość nie tylko Ameryce, ale i Izraelowi.

Toteż pan prof. Czarnek posłusznie wykluczył wszelką koalicję z Konfederacją Korony Polskiej Grzegorza Brauna – bo pan ambasador Róża powiedział, że ani prezydent Trump, ani on osobiście „nigdy nie zapomni” Grzegorzowi Braunowi jego odwiedzin w ambasadzie Iranu w Warszawie. Ponieważ i Sławomir Mentzen zakpił sobie niedawno z pana prof. Czarnka, naigrawając się z jego „expose” („kaucje-sraucje”, „wiatraki-sraki”, „eko-sreko” , „elektryki-sryki” i „panele-srele”), a wicemarszałek Bosak wypowiedział się o panu prof. Czarnku z wielką rezerwą, powstaje pytanie, w jaki sposób pan prof. Przemysław Czarnek miałby zostać premierem w sytuacji, gdy PiS szoruje na poziomie 22 procent w sondażach?

Tajemnica to wielka, chyba, że stare kiejkuty, za pośrednictwem pana Róży, albo i bezpośrednio z CIA dostaną rozkaz utworzenia kolejnej partii jednorazowego użytku, podobnie jak wcześniej – Ruchu Palikota, Nowoczesnej, Kukiz-15, czy wreszcie – Polski 2050 – która pod nazwą „Róbmy Sobie Na Rękę” zleje się w koalicję z PiS-em. To jest możliwe. Skoro w roku 2015 Nowoczesna, zanim jeszcze pan Ryszard Petru otworzył usta, by nam powiedzieć, jak będzie przychylał nam nieba, dostała od wdzięcznego narodu aż 11 procent zaufania, to od tamtej pory konfidentów musi być znacznie więcej, więc jeśli stare kiejkuty wydadzą komendę: w prawo zwrot! Do Naczelnika Państwa marsz! – to w takiej koalicji pan prof. Przemysław Czarnek ma szanse.

Wracając do zapamiętałości obywatela Tuska Donalda, to podczas spotkania u pana prezydenta nie chciał on słuchać o żadnej alternatywie dla SAFE, tylko domagał się forsy od prezesa NBP pana Adama Glapińskiego. Najwyraźniej obywatel Tusk Donald wie, że MUSI wziąć tę pożyczkę od Komisji Europejskiej, bo w przeciwnym razie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje powyrywa z tyłka nogi nie tylko jemu, ale również – Księciu-Małżonku, więc nic dziwnego, że nie tylko w vaginecie obywatela Tuska Donalda pojawiła się taka zapamiętałość, ale również – w środowisku mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co, to rozpoznają się po zapachu.

Obywatel Tusk wezwał pana prezydenta Nawrockiego do natychmiastowego podpisania ustawy o SAFE, jako że nasza niezwyciężona armia nie może czekać. To bardzo ciekawy argument, podobny do tego, jakiego użył jeszcze przed I wojną światową Antoni Lange, który zaproponował armii rosyjskiej dostawę miliona krzeseł dowodząc, że taka duża armia nie może stać. Dołączył nawet rysunek modela, wzorowany na składanych krzesełkach, używanych przez bywalców wyścigów konnych. Ku jego zdumieniu w Ministrostwie Wojny w Sankt Petersburgu potraktowano projekt poważnie, bo widocznie jacyś funkcjonariusze przewąchali w tym możliwość zarobków. Niestety wybuchła wojna i projekt diabli wzięli – ale co to szkodzi powtórzyć go teraz?

Pan prezydent Nawrocki skierował do Sejmu projekt ustawy o funduszu militarnym – bo i u nas nie może być tak, by biurokracji cywilnej i wojskowej przy tej okazji nie stworzyć możliwości umaczania pysków w melasie – ale pan marszałek Czarzasty pokazał mu gest Kozakiewicza oświadczając, że ten jego projekt nie będzie poddany pod obrady dopóki pan prezydent nie podpisze ustawy o SAFE. Nieomylny to znak, że nie tylko Volksdeutsche Partei jest ekspozyturą Stronnictwa Pruskiego, ale i Lewica. Mogliśmy przekonać się o tym zresztą już w czerwcu 2012 roku, kiedy to Naczelnik Państwa, wobec sprzeciwu części własnego klubu, właśnie przy pomocy Lewicy przeforsował w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej – na podstawie której Komisja Europejska, zaciągnąwszy w imieniu całej Unii pożyczkę, stręczy nam dzisiaj dar Danaów w postaci programu SAFE.

Jak wyjaśnił prezes NBP Adam Glapiński w środę 11 marca, alternatywna propozycja, funkcjonująca pod nazwą „Polski SAFE zero procent” ma być sfinansowana z rezerw Narodowego Banku Polskiego. Jak to będzie wyglądało technicznie – tego jeszcze nie wiem, ale możliwe, że tak samo, jak dotychczas. Bank Gospodarstwa Krajowego wypuści obligacje na 180 mld złotych – bo tyle podobno potrzebuje nasza niezwyciężona armia – NBP, w ramach „inwestowania”, kupi te obligacje i w ten sposób forsa zostanie wygenerowana. Ale ani obywatela Tuska Donalda, ani Księcia-Małżonka, ani pana prof. Balcerowicza, ani wybitnego ekonomisty Ryszarda Petru, nic nie jest w stanie odciągnąć od programu SAFE. To bardzo zagadkowa sprawa, bo im chyba Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie groziła powyrywaniem nóg z tyłka? Czyżby byli na jakimś procencie od SAFE – o co podejrzewam Judenrat „Gazety Wyborczej” – bo za darmo by tak nie gardłował? Aj waj!

A tu, jakby tego było mało, rysuje się nowy front wojny, na odcinku Trybunału Konstytucyjnego. Jest tam sześć wakatów do obsadzenia. Marszałek Czarzasty Włodzimierz właśnie zarządził przyklepanie przez Sejm sześciu kandydatów na sędziów TK – bo periculum in mora w związku z koniecznością zdelegalizowania Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, o której mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, od pewnego czasu rozprawiają. Z tego, co z czeluści Sejmu można wydedukować, kandydatów zgłosiły organizacje nienawistnych sędziów: „Iustitia” i „Themis” , które podejrzewam iż zostały założone albo z inicjatywy starych kiejkutów („Iustitia”), albo z inicjatywy ABW („Themis”).

Jednak posłowie PiS złożyli do TK wniosek o zabezpieczenie, by wstrzymać wybór tych sześciu kandydatów do 17 marca, kiedy to TK będzie badał legalność ustawy uchwalonej za czasów PiS. Ponieważ jednak vaginet obywatela Tuska nie uznaje obecnego składu TK, to wszystko może rozstrzygnąć się tak, że kandydaci zostaną wprowadzeni do siedziby TK przez policję i bezpieczniaków. Pozostali sędziowie zostaną przez bezpieczniaków wyrzuceni na zbity łeb, a szóstka nominatów rozpocznie urzędowanie, chociaż pan prezydent Nawrocki nie wręczy im nominacji. W ten sposób o ostatecznym kształcie praworządności w naszym bantustanie będą decydowali sierżanci policji i Służby Bezpieczeństwa, a nienawistni sędziowie będą skakali przed nimi z gałęzi na gałąź, aż im będą się podwiewały togi, odsłaniając rozmaite niedyskrecje.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.

Na niemieckim celowniku

Na niemieckim celowniku

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    22 marca 2026 michalkiewicz

Po zawetowaniu przez pana prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o SAFE, obywatel Tusk Donald oskarżył go o „zdradę”, której „historia” mu nie zapomni – a niezależnie od tego, na pana prezydenta runęła lawina gorzkich słów krytyki, których nie szczędzi mu nie tylko środowisko związane bezpośrednio z vaginetem obywatela Tuska Donalda, ale również – mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, a dla których krynicą mądrości etapu jest oczywiście Judenrat „Gazety Wyborczej”, będący – wprawdzie niekonstytucyjnym, ale bardzo wpływowym ośrodkiem władzy w naszym bantustanie – a także wyższe kręgi naszej niezwyciężonej armii, która najwyraźniej już otrząsnęła z siebie odium po stanie wojennym z 1981 roku i szykuje się do nowego zadania – trzymania za twarz mniej wartościowego narodu tubylczego, tym razem nie w ramach PRL-u, a w ramach Generalnego Gubernatorstwa – bo taki mniej więcej status przewidują dla Naszego nieszczęśliwego kraju Niemcy w IV Rzeszy.

Klangor podnoszony przez wspomniane środowiska został uzupełniony deklaracją rzecznika Komisji Europejskiej Tomasza Regniera. Przypomniał on, że plan udzielenia Polsce pożyczki SAFE został przez Komisję Europejską zatwierdzony w iście stachanowskim tempie – chociaż taktownie już powstrzymał się od wychlapania, że najpierw został przez nią zasuflowany vaginetowi w Warszawie – no a teraz – powiada – „musimy go zrealizować”, żeby tam nie wiem co.

Toteż vaginet obywatela Tuska Donalda błyskawicznie podjął uchwałę w postaci tzw. „Planu B”, przewidującego, iż Polska tak czy owak pożyczkę weźmie – również bez ustawowego upoważnienia. Wprawdzie pan prof. Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego ostrzega, iż byłoby to złamanie konstytucji – ale kto by się w vaginecie przejmował takimi drobiazgami, skoro rozkaz przyjęcia pożyczki wyszedł od samej Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która musiała i Donaldu Tusku i Księciu-Małżonku zagrozić, że jeśli będą się wahać („Pan się waha” – jak powiedział pijak do przypadkowo napotkanego w parku wisielca), to ona przypomni, skąd wyrastają im nogi.

Tedy niezależnie od jazgotu w niezależnych mediach głównego nurtu, z których prawie nie wychodzi Wielce Czcigodny Krzysztof Gawkowski, mający w vaginecie obywatela Tuska Donalda fuchę ministra od cyfryzacji, a z którym kojarzy mi się fragment „Refleksji z nieudanych rekolekcji paryskich” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego („A w tłumie wciąż te same twarze – oszusta i potępionego”) – w ostatnią niedzielę wyciągnięty przez BND z naftaliny Komitet Obrony Demokracji skrzyknął na protestacyjną demonstrację przez Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie podobno aż 10 tys. osób.

Ciekawe ilu uczestników tej demonstracji jest konfidentami, jak nie starych kiejkutów, to bezpośrednio – niemieckiej BND, ilu emerytowanymi i czynnymi bezpieczniakami, którzy dostali służbowe polecenia, a ilu – durniami, którzy myślą, że to wszystko naprawdę?. Nie jest też jasne, kto personalnie w imieniu KOD firmował tę demonstrację – bo media nie wspomniały, by pojawił się tam pan Mateusz Kijowski – w swoim czasie idol tubylczej demokracji, ale w międzyczasie trochę zaśmierdziały.

Okazało się poza tym, że Judenrat „Gazety Wyborczej”, jak to się mówi – „dotarł” – do informacji, że ta cała pożyczka SAFE, to tylko taki początek, rodzaj fundamentu, na bazie którego nasz nieszczęśliwy kraj w ciągu najbliższych 10 lat będzie musiał dodatkowo pożyczyć na udelektowanie naszej niezwyciężonej armii jeszcze co najmniej 800 miliardów złotych. Razem ze 180 miliardami, przewidzianymi w ramach SAFE byłby to już okrągły bilion, czyli tysiąc miliardów. Nieomylny to znak, że pomysłodawcy tej operacji musieli uznać, iż Generalna Gubernia, przynajmniej pod pewnym względem, powinna przypominać Prusy.

W XVIII wieku mawiano bowiem, że wszystkie państwa mają armie, a tylko Prusy są wyjątkiem – bo tam armia ma państwo. Ponieważ nasz nieszczęśliwy kraj wprawdzie coraz bardziej upodabnia się do Rzeczypospolitej sprzed III rozbioru, ale Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie zamierza tylko na tym poprzestać i robi wszystko, by Generalna Gubernia przynajmniej pod tym względem dostąpiła germanizacji, to znaczy – upodobniła się do Prus. Naszej niezwyciężonej armii tylko w to graj – bo wiadomo, że najważniejszą rzeczą jest dosłużyć do emerytury, na której dopiero zaczyna się prawdziwe życie – a komu się służy, to rzecz wtórna, bo tak czy owak komuś służyć trzeba.

Uskrzydlony tak szerokim poparciem zarówno płomiennych obrońców demokracji, jak i mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, Judenratu i wierchuszki naszej niezwyciężonej, obywatel Tusk eskalował swoje zarzuty. Stwierdził mianowicie, że cała awantura z wetem pana prezydenta Nawrockiego jest wstępem do „polexitu”, w związku z czym, on „zrobi wszystko” żeby do tego nie dopuścić. Z obfitości serca usta mówią, więc w końcu dowiedzieliśmy się, o co chodzi naprawdę. Bo naprawdę chodzi o to, by Polska przepoczwarzyła się w Generalną Gubernię i to na wieki, a przynajmniej – aż do końca istnienia IV Rzeszy. Zadłużanie państwa, jak nie pod takim, to pod owakim pozorem, jest znakomitą metodą osiągnięcia tego celu.

Przykładem niemieckich wysiłków do podporządkowania sobie Europy Środkowej, jest nie tylko Polska – ale ostatnio – również Węgry. W pierwszej połowie kwietnia mają odbyć się tam wybory, które – wszystko na to wskazuje – przybiorą postać plebiscytu między premierem Wiktorem Orbanem, a jego konkurentem Piotrem Magyarem, ongiś współpracownikiem Orbana, ale teraz – prawdopodobnie obarczonym przez Niemcy zadaniem przejęcia steru państwa węgierskiego, by również z Węgier uczynić Generalne Gubernatorstwo w ramach IV Rzeszy. Tedy w ostatnią niedzielę (”ta ostatnia niedziela…”) odbył się w Budapeszcie pojedynek na demonstracje. Wiktor Orban twierdzi, że demonstracja jego zwolenników była liczniejsza, podczas gdy Piotr Magyar twierdzi, że było odwrotnie. Widać, że – podobnie jak to się dzieje z naszym nieszczęśliwym krajem – z jednej strony duszą Niemcy, a z drugiej – Ukraina, której prezydent niedawno pogroził Wiktorowi Orbanowi, że poda jego adres ukraińskim rezunom.

Tymczasem obywatel Żurek Waldemar postawił prezydentowi Nawrockiemu „ultimatum”, że jeśli nie odbierze ślubowania od wybranych niedawno przez Sejm sześciu kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, to on zastosuje „Plan B”. Ponieważ do zrealizowania pogróżek postawienia prezydenta Nawrockiego przed Trybunałem Stanu, obywatelu Tusku Donaldu brakuje co najmniej 30 głosów członków Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu razem wziętych, to obywatel Żurek Waldemar najwyraźniej zamierza powtórzyć metodę „na rympał”, której użył w przypadku Prokuratury Krajowej.

Jak pamiętamy, grupa „silnych ludzi” wprowadziła faworytów obywatela Żurka Waldemara do gmachu Prokuratury Krajowej, skąd pozostałych prokuratorów wyrzuciła. W rezultacie podczas kolejnej odsłony procesu Grzegorza Brauna, prokurator zażądał wyłączenia jawności rozprawy pod kuriozalnym pretekstem, że jest ona „relacjonowana”. Jest to kolejny dowód, że walka o praworządność, która zatacza coraz szersze kręgi, siłą rzeczy wkroczyła już w rejony psychiatryczne – ale stachanowskie tempo, w jakim ten proces się odbywa pokazuje, iż obywatel Żurek dostał zadanie, by scenę polityczną naszego bantustanu przed nadchodzącymi w przyszłym roku wyborami uporządkować – oczywiście na swoim odcinku.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Kto knuje zdradę?

Kto knuje zdradę?

Stanisław Michalkiewicz (prawy.pl)    21 marca 2026 michalkiewicz

Zdrada panowie, ale stójcie cicho!” – nawołuje poeta. Rzeczywiście, po zawetowaniu przez pana prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o SAFE, nie szczędzono mu gorzkich słów krytyki, w których słowo „zdrada” pojawiało się bardzo często. Przypomina mi to lawinę krytyki, jaka runęła na mnie po opublikowaniu w paryskim „Głosie Katolickim” informacji, że autorytet moralny, prof. K. z Lublina, był wieloletnim tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. [Jerzy Kazimierz Kłoczowski, znany mi osobiście . md]

Na KUL zebrano podpisy pod potępieniem mojego postępku, a „Rzeczpospolita” opublikowała list podpisany przez ponad 30 sygnatariuszy, którzy zarzucili mi „barbarzyństwo moralne”, czy coś w tym rodzaju. Bardzo mnie to zmartwiło, ale gdy wśród sygnatariuszy listu zauważyłem chyba ze czterech konfidentów SB, to przyznam, że to mi znacznie ulżyło.

Mam nadzieję, że i panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu też będzie lżej znosić te kalumnie, jeśli zauważy, że spora część krytyków, to konfidenci, jak nie starych kiejkutów, to niemieckiej BND, a z kolei demonstrujący tak zwane święte oburzenie, to osobnicy przyjmujący takie obstalunki albo za pieniądze, albo za obcmokiwanie ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej”, albo za jedno i drugie.

Gdyby wynajął ich pan prezydent Nawrocki, to ćwierkaliby z całkiem innego klucza – ale pan prezydent nie ma przełożenia na Judenrat, a z pieniędzy też musi się wyliczać przez NIK-iem, więc nic dziwnego, że wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, ćwierkają z klucza krytycznego i potępieńczego. Nowością jest włączenie się do tego chóru przedstawicieli naszej niezwyciężonej armii. Nieomylny to znak, że już strząsnęła z siebie odium po stanie wojennym, w związku z czym demonstruje gotowość przyjęcia zadania trzymania w ryzach mniej wartościowego narodu tubylczego – tym razem już nie gwoli udelektowania Związku Radzieckiego, tylko – IV Rzeszy pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Inna sprawa, że tu chodzi o forsę – a to jest sprawa znacznie poważniejsza, niż jakiej niepodległościowe dyrdymały.

Obywatel Tusk Donald już po ogłoszeniu prezydenckiego weta zapowiedział reakcję swojego vaginetu. Skoro padł zarzut „zdrady” to można by pomyśleć, iż pan prezydent Karol Nawrocki zostanie zaciągnięty przed Trybunał Stanu. Zgodnie z art. 143 konstytucji, samo zaciągnięcie prezydenta przed Trybunał Stanu powoduje „zawieszenie” go w sprawowaniu urzędu, a wtedy obowiązki prezydenta obejmuje marszałek Sejmu, – w tym przypadku – Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz, który zdążył się już na wszystkie strony wygimnastykować zarówno w służbie Związku Radzieckiego, jak i Rzeszy Niemieckiej. Jest atoli pewna trudność, bo zgodnie z art. 143 ust. 2 konstytucji, do postawienia prezydenta przed Trybunałem Stanu potrzebna jest większość 2/3 ustawowej liczby członków Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu.

Tymczasem vaginet obywatela Tuska Donalda może zmobilizować maksymalnie około 340 członków ZG, wliczając w to posłów „niezrzeszonych”, czyli ofiar różnych partyjnych rozłamów i smrodliwych intryg – co oznacza, że do postawienia pana prezydenta Karola Nawrockiego przed Trybunałem Stanu brakuje mu około 30 głosów. W tej sytuacji Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz może tylko stosować obstrukcję wobec prezydenckiego projektu ustawy o alternatywnym sposobie sfinansowania zbrojeń naszej niezwyciężonej.

Ciekawe, że chociaż pan marszałek z góry tę obstrukcję zapowiedział, to żadnemu mądremu, roztropnemu i przyzwoitemu, co to rozpoznają się po zapachu, nie przychodzi do głowy, by zarzucić mu „zdradę”. A przecież prezydencka propozycja „SAFE zero procent” oznacza, że forsa do naszej niezwyciężonej armii w kwocie 180 mld złotych trafiłaby.

Widać wyraźnie, że nie o pieniądze tu chodzi, bo pieniądze są – tylko o coś zupełnie innego. Na ten trop naprowadzają nas nie tylko wynurzenia Madame Sobkowiak-Czarneckiej, która już wcześniej wychlapała, że „cztery do pięciu” procent sumy prawie 44 mld euro, które zaoferowała Polsce Komisja Europejska, od razu trafi na Ukrainę – żeby tamtejsi oligarchowie, co to już zdążyli się trochę wypościć, mogli sobie znowu pyszczki umoczyć w melasie – ale przede wszystkim – deklaracja rzecznika Komisji Europejskiej, z której wynikało, że otrąbiany przez vaginet obywatela Tuska Donalda „sukces” w postaci „załatwienia” tej pożyczki, tak naprawdę został przygotowany przez podległych Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje: brukselskich biurokratów jako rodzaj pułapki, w którą nasz nieszczęśliwy kraj ma wpaść, żeby tym łatwiej przerobić go na Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy.

Jeśli komuś to jeszcze by nie wystarczyło, to mamy dodatkowe potwierdzenie tych podejrzeń. Już następnego dnia po ogłoszeniu weta prezydenta Nawrockiego do ustawy o SAFE, Komisja Europejska rozpoczęła przygotowania do realizowania „Planu B” – chociaż obywatel Tusk Donald jeszcze nie zdążył przekazać jej stosownego wniosku.Jesteśmy ZOBOWIĄZANI do natychmiastowego wdrożenia planu – wychlapał rzecznik KE Tomasz Regnier. Ten „Plan B” polega na tym, że Polska jednak weźmie pożyczkę bez specjalnego ustawowego upoważnienia, chociaż według art. 216 ust. 4 konstytucji, zaciąganie pożyczek przez państwo następuje na zasadach i w trybie określonym w ustawie. Forsa trafi do Banku Gospodarstwa Krajowego na Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, skąd rząd będzie sobie brał i wypłacał – komu tam akurat będzie trzeba.

W tej sytuacji lepiej rozumiemy, po co potrzebna jest osłona całej operacji w postaci klangoru wykonywanego przez chór mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, wzmocniony przez barytony prześwietnej Generalicji naszej niezwyciężonej. Ma to robić wrażenie na maluczkich, których w naszym nieszczęśliwym kraju jest całkiem sporo, a którzy myślą, że to wszystko naprawdę i zapewnić Volksdeutsche Partei jeśli nie zwycięstwo, to przynajmniej jakiś przyzwoity wynik w wyborach w roku 2027. Bo nie tylko PiS przygotowuje sie do nich, namaszczając Wielce Czcigodnego Czarnka Przemysława na kandydata na premiera – ale obóz zdrady i zaprzaństwa również.

Nie tylko na odcinku komisyjno-europejskim, ale również na odcinku praworządności. Mam na myśli m.in. obsadzenie wakatów w Trybunale Konstytucyjnym przez 6 kandydatów rekomendowanych przez organizacje sędziowskie „Iustitia” i „Themis”, które podejrzewam, iż zostały utworzone z inicjatywy Wojskowych Służb Informacyjnych („Iustitia”) oraz ABW („Themis”). Chodzi o to, by „prawidłowo” obsadzony Trybunał Konstytucyjny podjął decyzję o delegalizacji przynajmniej Konfederacji Korony Polskiej, a jeśli by się dało – to i Konfederacji „Imperium Kontratakuje” – żeby w ten sposób oczyścić polityczną scenę naszego bantustanu dla Volksdeutsche Partei i PiS i przywrócić w ten sposób zaprojektowany przez generała Kiszczaka model „okrągłostołowy” – nawet bez konieczności tworzenia przez stare kiejkuty kolejnej partii jednorazowego użytku pod nazwą „Róbmy Sobie Na Rękę”.

Stanisław Michalkiewicz

Vaginet wpada w furię [epicką?]

Vaginet wpada w furię

Stanisław Michalkiewicz  19 marca 2026 michalkiewicz

Nie jest dobrze. Po wtorkowym spotkaniu u pana prezydenta Karola Nawrockiego z udziałem prezesa NBP Adama Glapińskiego w sprawie programu SAFE i alternatywy, rozpętała się furia – z tą różnicą, że tym razem nie chodzi o Wielki Izrael, tylko o Generalną Gubernię. Obywatel Tusk Donald skomentował propozycję, by pieniądze w kwocie 180 mld złotych dla naszej niezwyciężonej armii wygenerować z rezerw NBP, szacowanych na ponad bilion złotych – jako „program SAFE zero złotych” . Głównym argumentem było to, że NBP przez ostatnie lata nie odnotowywał zysków, tylko straty.

Ale jeśli nawet NBP nie odnotowywał zysków, które – w przypadku odnotowania – musiałby przekazać rządowi na pożarcie, to nie znaczy, że nie ma rezerw. Te rezerwy są, zarówno w obcych walutach, jak i w postaci ponad 500 ton złota. Prezes Glapiński w dzień po spotkaniu u prezydenta wspominał, że jeśli cena złota by rosła, np. w związku z „Epicką furią”, albo innymi furiami, to z samej różnicy ceny można wygenerować pieniądze. Ale obywatelu Tusku Donaldu, podobnie, jak Księciu-Małżonku, nic nie przemawiało do przekonania. Przeciwnie – vaginet obywatela Tuska Donalda najwyraźniej zmobilizował stado autorytetów moralnych, zależnych albo od vaginetu, albo od starych kiejkutów, albo wreszcie – od Sanhedrynu, który w Polsce ma przecież swoje żywotne interesy, a także prześwietną Generalicję naszej niezwyciężonej armii.

Całe to towarzystwo zaczęło oskarżać pana prezydenta Nawrockiego jeśli nie o ignorancję – na tym odcinku wyróżniał się zwłaszcza pan prof. Leszek Balcerowicz, który najwyraźniej przyzwyczaił się do przytłaczania wskazanych mu nieubłaganym palcem osób swoim mniemanym autorytetem. Ci, którzy nawet mniemanym autorytetem nikogo nie byliby w stanie przytłoczyć, jak na przykład Wielce Czcigodny pan Trela – dawniej z SLD, obecnie z Lewicy – bez ceregieli oskarżają pana prezydenta o „zdradę”. Widać, że poruszone zostały Moce niebieskie, ziemskie i piekielne – a ta sytuacja skłania do postawienia pytania o przyczyny takiej zapamiętałości i determinacji.

Najwyraźniej w całej tej sprawie nie chodzi o pieniądze dla naszej niezwyciężonej, bo prezes NBP wskazał na źródła alternatywnego finansowania. To, że mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, nie przyjmują tego do wiadomości, to jeszcze nie dowód, że żadnych pieniędzy nie ma. Nikt bowiem nie zaprzecza, że NBP ma rezerwy szacowane na ponad bilion złotych, a w tej sytuacji uruchomienia 20 procent z nich nie jest przedsięwzięciem niewykonalnym. Żeby ominąć konstytucyjny zakaz finansowania deficytu budżetowego kredytem NBP, wystarczyłoby – jak to miało miejsce w latach poprzednich – że Bank Gospodarstwa Krajowego wyemituje obligacje na sumę 180 mld złotych – co jest legalne – a następnie NBP, w ramach „inwestowania” swoich avoirów, „zainwestuje” w te obligacje – co też jest legalne – i po krzyku.

Jak pisze w książce „Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza” nieżyjący już amerykański ekonomista Murray Rothbard, System Rezerwy Federalnej kreuje pieniądze dosłownie z niczego. Zapisuje sobie, dajmy na to, że ma 100 mld dolarów. Tych pieniędzy fizycznie nie ma, ale to nic nie szkodzi, żeby z tej puli napożyczać forsy bankom komercyjnym. Banki komercyjne kredytują z tych pożyczek firmy i obywateli, i w ten sposób z niczego rodzą się prawdziwe pieniądze – bo firmy i obywatele muszą spłacać długi naprawdę. Powoduje to oczywiście inflację – ale to jest „podatek emisyjny” – jak ją nazywał noblista Milton Friedman. Kombinacja z rezerwami NBP aż taka kozacka nie jest, bo te rezerwy rzeczywiście istnieją. Zatem nie o pieniądze tu chodzi.

A jeśli nie o pieniądze, to o co?

Snop światła na tę sprawę rzuca „mechanizm warunkujący”, jakim obwarowana jest pożyczka SAFE. Chodzi o to, że Komisja Europejska pod byle pretekstem – jak to było w przypadku KPO – może wstrzymywać wypłaty kolejnych transz pożyczki. W ten sposób może dyscyplinować nieszczęsnego dłużnika, by skakał przed nią z gałęzi na gałąź. Po drugie – jak w niepojętym przypływie szczerości wychlapała Wielce Czcigodna Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, mająca w vaginecie obywatela Tuska Donalda fuchę pełnomocnika do spraw SAFE – cztery do pięciu procent” od tych prawie 44 miliardów euro od razu powędruje na Ukrainę. To oczywiście nieprawda, bo nie „cztery do pięciu”, tylko prędzej piętnaście – a jak będzie trzeba – to i 50 procent tej sumy trafi na Ukrainę.

Ale to by jeszcze nie uzasadniało aż takiej determinacji, jakiej dowody składa obywatel Tusk Donald, zadowolony ze swego rozumu Książę-Małżonek i zmobilizowane stado mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu. Ponieważ z obfitości serca usta mówią, to wyjaśnienie przyczyn tego zacietrzewienia przyszło od rzecznika Komisji Europejskiej, który wychlapał, że Komisja Europejska Polsce kazała przyjąć program SAFE. To znaczy – przykazała vaginetowi obywatela Tuska Donalda, który otrzymał zadanie wkręcenia naszego nieszczęśliwego kraju w ten program. Bo trzeba nam wiedzieć, że chociaż oprocentowanie SAFE jest podobno „korzystne”, to z uwagi na wieloletni termin spłaty, Polska musiałaby oddać Komisji Europejskiej prawie dwa razy tyle, ile by dostała. Obywatelu Tusku Donaldu to oczywiście nie przeszkadza, bo w roku 2070 prawdopodobnie będzie on już starym nieboszczykiem, podobnie jak i Książę-Małżonek, chociaż sprawia wrażenie niezwykle żywotnego.

Ale co z naszym nieszczęśliwym krajem? Ano – SAFE zostało pomyślane jako instrument trwałego uzależnienia Polski od Komisji Europejskiej, w której coraz więcej kompetencji zagarnia dla siebie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. Najwyraźniej musiała opatrzyć rozkaz przyjęcia przez Polskę programu SAFE zagrożeniem, że w przeciwnym razie powyrywa Donaldu Tusku i Księciu-Małżonku nogi z tyłka. Może nie dosłownie, chociaż i tego wykluczyć z góry przecież nie można – ale mogła uzależnić od tego możliwość kontynuowania świetnych karier. Toteż ze zrozumieniem w tej sytuacji przyjmujemy do wiadomości pogróżki obywatela Tuska Donalda, że w razie zawetowania ustawy o SAFE, vaginet przystąpi do realizowania „Planu B”, to znaczy – wzięcia tej pożyczki na tak zwany „rympał”, bez oglądania się na żadne konstytucyjne dyrdymały.

W tej sytuacji Polska zostałaby, wraz z całą naszą niezwyciężoną armią, wprowadzona na świetlisty szlak, wiodący do Generalnej Guberni – bo w IV Rzeszy taki właśnie los wypadł naszemu nieszczęśliwemu krajowi. Tymczasem, kiedy „takie oto zabawy i spory” się u nas odbywają, „Epicka furia” powoli ogarnia również Europę i to w pobliżu naszego nieszczęśliwego kraju. Właśnie Rumunia zaoferowała Amerykanom swoje terytorium, jako kolejną bazę do ataku na złowrogi Iran. O ile pamiętam, to na terenie Rumunii jest amerykańska baza, podobna do tej u nas, w Redzikowie na Pomorzu. Skoro zatem „Epicka furia” zatacza coraz szersze kręgi, to w pewnym momencie może objąć nie tylko Rumunię, ale i nasz nieszczęśliwy kraj.

Stanisław Michalkiewicz

Wpływ „Epickiej furii” na życie duchowe

Stanisław Michalkiewicz wpływ.michalkiewicz

Jak wiadomo, pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Toteż kiedy za sprawą premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu, który zadzwonił do amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa i przekonał go, by niezwłocznie rozkazał amerykańskim lotniskowcom i innym siłom zbrojnym wykonać „miażdżące” uderzenie na złowrogi Iran, wydawało się, iż na Bliskim Wschodzie wybuchła kolejna wojna.

Wydawało się też, że prawda przestała już obowiązywać, a nawet – że w ogóle przestała się liczyć – bo jej miejsce zajęła propaganda wojenna, która rządzi się zupełnie innymi prawami. Wkrótce jednak się wyjaśniło, że żadnej wojny nie ma. Wprawdzie „ponaddźwiękowe dzidy”, zarówno amerykańskie i izraelskie, a także irańskie zaczęły latać tu i tam, a nawet spadać, a potem wybuchać, siejąc wokół śmierć i zniszczenie – ale okazało się, że nasze zaniepokojenie o losy prawdy było całkowicie nieuzasadnione. I to nawet nie dlatego, że jeszcze za głębokiej komuny Radio Erewań wyjaśniło ponad wszelką wątpliwość, że żadnych wojen już nie będzie, ale za to rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu, ale z całkiem innego powodu. Jak bowiem wkrótce wyjaśnił amerykański sekretarz wojny Peter Hegseth, to, co naiwnie mogliśmy uważać za kolejną wojnę, żadną wojną nie jest, Okazało się, że Stany Zjednoczone „nie są w stanie wojny” ze złowrogim Iranem, a to, co wydawało nam się „wojną”, to tylko Epicka furia”.

Świat odetchnął z ulgą, bo chociaż ponaddźwiękowe dzidy nadal latały tu i tam i wybuchały, to tylko z powodu wspomnianej „furii”, która w dodatku została opatrzona przymiotnikiem „epicka”. I całe szczęście – bo gdyby nie to, moglibyśmy sobie pomyśleć, że mamy do czynienia z furią psychiatryczną, a tak, to wszystko jest w jak najlepszym porządku. Niejasne jest w tym wszystkim tylko to, co konkretnie takiego powiedział amerykańskiemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu.

Oficjalna wersja głosi, że powiedział mu, iż nadarza się okazja, by przy pomocy jednej ponaddźwiękowej dzidy zabić jeśli nawet nie wszystkich, to większość członków najwyższych władz złowrogiego Iranu, którzy zebrali się w Teheranie, by się namawiać, jakie stanowisko zająć podczas kolejnej tury trwających właśnie negocjacji pokojowych ze Stanami Zjednoczonymi. Wprawdzie mordowanie negocjatorów nie jest specjalnie ładne, ale cóż znaczy estetyka w porównaniu z okazją, która raz stracona, może być stracona na zawsze?

Takiej okazji nie przepuściłby zwłaszcza uważny czytelnik dzieła Mikołaja Machiavellego „Książę”, w której autor przypomina, że „Rzymianie nie pozwalali dojrzewać niebezpieczeństwom przez uchylanie się od wojny.” Któż bowiem nie chciałby, by spadł na niego chociaż niewielki ułamek chwały starożytnych Rzymian? Nikogo takiego ani w Ameryce, ani u nas, na szczęście nie ma, więc dzięki temu lepiej rozumiemy skwapliwość prezydenta Trumpa, by z takiej wyjątkowej okazji skorzystać.

Inna sprawa, że na tym świecie pełnym złości zaraz pojawi się jakaś Schwein, jakiś „cham i łyk”, o którym w nieśmiertelnym poemacieCaryca i zwierciadłopisze Janusz Szpotański: „Gdy car prorocze ma widzenia,

zawsze je spłyci cham i łyk.

Dlatego muszą być więzienia,

zsyłka i łagier, kat i stryk”.

Otóż „chamy i łyki” twierdzą, że premier rządu jedności narodowej Beniamin Netanjahu powiedział prze telefon prezydentu Donaldu Trumpu coś zupełnie innego: wiecie, rozumiecie, Trump. Wydajcie natychmiast lotniskowcom rozkaz uderzenia na złowrogi Iran, bo inaczej opublikujemy nagrania, jak na wyspie Epsteina bzykacie panienki i będziecie mieli piekło w domu. Oczywiście nie ma w tym ani słowa prawdy, chociaż z drugiej strony, czy mamy zawdzięczać tylko przypadkowi fakt, że akurat wtedy Pierwsza Dama USA, po raz pierwszy w historii świata zasiadła w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w charakterze przewodniczącej amerykańskiej delegacji? Z podobnym precedensem mieliśmy do czynienia w XIX-wiecznej Francji za cesarza Napoleona III, który też nie folgował sobie z panienkami. Cesarzowa Eugenia jednej takiej nawet zrobiła wygowor: „mademoiselle, zabijasz cesarza” – ale przy okazji wymusiła na cesarskim małżonku zgodę, by mogła przewodniczyć obradom Rady Ministrów. Żeby uniknąć piekła w domu, to znaczy – w pałacu – Napoleon III dla świętego spokoju się zgodził.

Jak tam było w Waszyngtonie, tak tam było; zawsze jakoś było – ale nie to jest takie znowu ważne, tylko co innego – jak mianowicie wojna, a nawet nie wojna, tylko zwyczajna „Epicka furia”, wpływa nie tylko na nasz stosunek do prawdy, ale i na całe nasze życie duchowe. Weźmy takiego pana generała Romana Polko, który na szczęście niczym już nie dowodzi. Na wieść o tym, że złowrogi Iran, zamiast potulnie podkulić ogon pod siebie i złożyć na klęczkach hołd bezcennemu Izraelowi – żeby już nic nie zakłócało realizacji idei Wielkiego Izraela, z którą Beniamin Netanjahu „czuje się związany” – wystrzeliwuje w jego kierunku swoje „ponaddźwiękowe dzidy” – pan generał porównał Iran do szczura zagonionego w pułapkę.

Jestem pewien, że nawet gdyby takie porównanie przyszło mu do głowy w stosunku do ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, to w tej samej chwili splamiłby mundur i to od środka. A dlaczego? A dlatego, że zgodnie z rewolucyjną teorią, wojna która prowadzi prezydent Zełeński jest „sprawiedliwa”, podczas gdy ta, którą prowadzi złowrogi Iran, jest „niesprawiedliwa”. Co prawda, skoro USA nie prowadzą przeciwko Iranowi żadnej „wojny”, to i Iran przeciwko Ameryce i Izraelowi też – ale z drugiej strony ludowe przysłowie powiada: co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. I jak w tym zamieszaniu szukać prawdy? Nie tylko „jak” – ale i po co?

Weźmy takiego premiera Hiszpanii. Skrytykował prezydenta Trumpa, że złamał prawo międzynarodowe, w związku z czym Hiszpania odmówiła amerykańskim samolotom możliwości korzystania z baz na terenie tego kraju.

W odpowiedzi prezydent Trump, rozmawiając z potulnym niemieckim kanclerzem Fryderykiem Merzem, zapowiedział zerwanie z Hiszpanią stosunków handlowych i oświadczył, że w ogóle nie chce z nią mieć nic wspólnego. Czy ktokolwiek może sobie wyobrazić sytuację, w której prezydent Trump w ten sposób podsumowałby pana prezydenta Karola Nawrockiego, albo Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje – obywatela Donalda Tuska? Jeśli nawet ani jeden, ani drugi nie umarłby natychmiast na zawał serca gorejącego, to resztę życia spędziłby na pokucie w nadziei na odpuszczenie grzechu.

Podobnie ze środowiskiem pretendującym do sprawowania rządu dusz w naszym nieszczęśliwym kraju. Żaden z przedstawicieli tego środowiska nawet nie ośmieli się zająknąć na temat roli bezcennego Izraela w tej całej „Epickiej furii” – dlaczego premier rządu jedności narodowej tego kraju „czuje się związany” z ideą „Wielkiego Izraela” i czy przypadkiem próby realizacji tej idei nie doprowadzą do podpalenia świata? Nie tylko zresztą o podpalenie świata tu chodzi – bo pojawiły się fałszywe pogłoski, że jak tylko dojdzie do zmłotowania złowrogiego Iranu, to ścisłe kierownictwo Chabad Lubawicz zamierza („W londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”) obwołać Beniamina Netanjahu Mesjaszem. I jak wtedy będzie wyglądał nasz dialog z judaszyzmem?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Odpryskowe furie psychiatryczne

michalkiewicz

Odpryskowe furie psychiatryczne

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    15 marca 2026

Epicka furia już dziesiąty dzień przewala się nad Bliskim Wschodem, a końca nie widać. Nawet najtwardsi amerykańscy twardziele chyba zaczynają odczuwać jaskółczy niepokój, bo właśnie zapytali prezydenta Donald Trumpa, kiedy skończy się wojna. Prezydent Trump, zamiast odpowiedzieć im wymijająco, że żadnej wojny nie ma – co wyjaśnił już ponad wszelką wątpliwość amerykański sekretarz do spraw wojny – że USA „nie są w stanie wojny z Iranem” – a „Epicka furia” jest jedną z form walki o pokój, która – jak wiadomo – nie skończy się nigdy – w niepojętym przypływie szczerości powiedział, że musi najpierw zasięgnąć opinii premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, Beniamina Netanjahu. I słusznie – bo skoro Beniamin Netanjahu z zagadkowych przyczyn nie tylko tę „Epicką furię” rozpętał, ale w dodatku nakazał prezydentu Trumpu wziąć na siebie główny ciężar furii – no to jasne jest, że tylko on wie, kiedy skończy.

Warto w związku z tym przypomnieć, że w bezcennym Izraelu w październiku mają odbyć się wybory do Knesetu, w których premier Beniamin Netanahu „wystartuje i je wygra”. Nie tylko wygra – bo jego popularność wśród Żydów jest podobna do popularności Adolfa Hitlera wśród Niemców po pokonaniu Francji w 1940 roku, a nawet większa – bo uporczywie krążą fałszywe pogłoski, jakoby Chabad Lubawicz miała go obwołać Mesjaszem – co szalenie skomplikowałoby dialog z judaszyzmem – więc „Epicka furia” powinna utrzymać się aż do tego czasu – a potem się zobaczy. Co prawda w USA w listopadzie też są uzupełniające wybory do Kongresu – ale jestem pewien, że prezydent Trump w sprawie zakończenia „Epickiej furii” będzie słuchał rozkazów Beniamina Netanjahu, bo w przeciwnym razie mógłby mieć piekło w Białym Domu – co, jak wiadomo, gorsze jest od śmierci.

Ponieważ dwukrotnie wydymani przez Amerykanów Kurdowie nie chcieli się dać wydymać po raz trzeci, prezydent Trump rozmyśla o wysłaniu do Iranu komandosów, a jak to nie wystarczy – to i regularnych wojsk. Jak tam będzie – tak tam będzie – bo przecież i prezydent Trump nie wie, co postanowi Beniamin Netanjahu ze swoimi kolaborantami – więc na wszelki wypadek przedstawia Amerykanom rozmaite „koncepcje” – jak powiedziałby Kukuniek.

A skoro już o Kukuńku mowa, to pora wrócić na teren naszego nieszczęśliwego kraju. Przez ostatni tydzień nie tylko cały nasz nieszczęśliwy kraj, ale i połowa miłującego pokój świata, wstrzymywała oddech w oczekiwaniu na ogłoszenie przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego swojego faworyta na przyszłego premiera. Pojawiały się rozmaite „koncepcje” – ale w ubiegłą sobotę, 7 marca wszystko się wyjaśniło. Kandydatem Naczelnika Państwa na przyszłego premiera jest pan prof. Przemysław Czarnek, reprezentujący w PiS frakcję „maślarzy”. W jaki sposób zostanie on tym przyszłym premierem – tego na razie nie wiadomo, bo notowania PiS szorują na poziomie 22 procent, a w dodatku Mateusz Morawiecki przebąkuje o jakimści „stowarzyszeniu”, do którego wyprowadziłby z PiS swoich „harcerzy”, a wreszcie zdolność koalicyjna PiS jest znacznie mniejsza od zdolności koalicyjnej PSL, które ma zdolność stuprocentową, a w patriotycznych porywach – nawet większą.

Tymczasem ambasador USA w Warszawie, pan Tomasz Róża już po raz kolejny przestrzegł Naczelnika Państwa i jego wyznawców przed Grzegorzem Braunem. Jak pamiętamy, po raz pierwszy pan Róża powiedział, że każdy rząd w Polsce z udziałem Grzegorza Brauna byłby dla USA „problemem” – ale to jeszcze nic w porównaniu do jego reakcji na wizytę prezesa Konfederacji Korony Polskiej w ambasadzie Iranu w Warszawie. Powiedział pan Róża, że ani prezydent Trump, ani też on, Braunowi tego nie zapomni.

Nawiasem mówiąc, ja byłem pewien, że w Warszawie odkąd wybuchła „Epicka furia”, żadnej ambasady Iranu już nie ma, że budynek został wysadzony w powietrze, a personel wylądował w dole z wapnem – ale nie. Ambasada istnieje sobie jakby-nigdy-nic – bo przecież nie tylko Ameryka, ale i nasz nieszczęśliwy kraj nie jest w stanie wojny z Iranem – ale to jedna rzecz – a druga rzecz – że chociaż nie jesteśmy w stanie wojny, to do tej ambasady nie wolno chodzić pod rygorem strefienia. Toteż nic dziwnego, że pan Róża nie może ochłonąć ze zgrozy na widok strefionego Grzegorza Brauna, który w związku z tym ma przechlapane w ewentualnych kombinacjach na temat przyszłego rządu z premierem Czarnkiem na czele.

Nie wiadomo, czy Naczelnikowi Państwa wolno będzie zawrzeć koalicję i z Konfederacją – bo przecież Grzegorz Braun tam też był i nieźle musiał ją politycznie zakazić. W jaki zatem sposób pan prof. Przemysław Czarnek miałby zostać premierem – tajemnica to wielka, chyba, że stare kiejkuty dostaną od CIA rozkaz stworzenia kolejnej partii jednorazowego użytku – ale oczywiście większej od „Nowoczesnej” . PiS zawrze z nią koalicję i w ten sposób wybory zakończą się prawidłowo. Światło zostanie wyraźnie oddzielone od ciemności.

Tymczasem już 10 marca ma odbyć się u pana prezydenta Karola Nawrockiego spotkanie obywatela Tuska Donalda, obywatela Władysława Kosiniaka-Kamysza i prezesa NBP, Adama Glapińskiego w sprawie alternatywy dla SAFE. Stosowna ustawa została ostatecznie uchwalona przez Sejm 27 lutego i nie tylko vaginet obywatela Tuska Donalda, ale wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, a także prześwietna Generalicja naszej niezwyciężonej armii, zaczęli, jeden przez drugiego, nie tylko nawoływać pana prezydenta Nawrockiego do jej „niezwłocznego” podpisania, ale i grozić, że w przeciwnym razie, jako „zdrajca”, zostanie zaciągnięty przed Trybunał Stanu.

Kombinacja teoretycznie jest poprawna, bo w przypadku postawienia prezydenta przed Trybunałem, pełnienie przezeń urzędu zostaje „zawieszone”, a w tej sytuacji obowiązki prezydenta pełniłby Wielce Czcigodny Czarzasty Włodzimierz – ale w praktyce jest jeden point faible. Chodzi o to, że prezydenta przed Trybunałem Stanu może postawić dwie trzecie Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu – a nie wiadomo, czy obywatelu Tusku Donaldu udałoby się taką większość zmobilizować.

Na wszelki jednak wypadek pan prezydent uznał, że nie powinien ot tak, po prostu, ustawy o SAFE nie podpisać, tylko przedstawić korzystniejszą alternatywę. Rzecz w tym, że pożyczka SAFE jest oprocentowana „korzystnie”, niemniej jednak…. Po drugie – że jest obwarowana „mechanizmem warunkującym” co oznacza, że Komisja Europejska może pod byle pretekstem wstrzymać przekazywanie kolejnych transz pieniędzy i wreszcie po, trzecie, że – jak wychlapała pani Sobkowiak z vaginetu obywatela Tuska – cztery albo pięć procent kwoty 44 mld euro od razu zostanie przekazane Ukrainie. Obawiam się, że nie 5 a 15, a może nawet 50 procent trafiłoby na Ukrainę, gdzie oligarchowie zaczynają się już niecierpliwić.

Tymczasem pan prezydent wykombinował, że Bank Gospodarstwa Krajowego wyemituje obligacje na sumę 180 mld złotych, NBP kupi te obligacje i będzie forsa na niezwyciężoną armię bez żadnego oprocentowania. Taka kombinacja jest konieczna ze względu na konstytucję, zakazującą finansowania deficytu budżetowego bezpośrednim kredytem NBP – ale ona jest już legalna. Forsa na wojsko zatem jest – ale obywatele Tusk i Kosiniak-Kamysz twierdzą, że jeśli nawet, to pożyczka SAFE MUSI być wzięta. Od razu widać, że nie chodzi o pieniądze, tylko o wkręcenie Polski w mechanizm przepoczwarzania jej w Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy.

Tymczasem 8 marca odbywały się w Polsce skromniutkie „manify” feministek domagających się realizacji „praw kobiet” Jedna z „ekspertek” powiedziała, że zaległości są tak wielkie iż na całkowite zrównanie w prawach musimy poczekać 266 lat.

O co tu chodzi? Wyjaśnia to Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Bania w Paryżu” – „żeby Książę także zachodzić musiał w ciążę”. To rzeczywiście trudna sprawa, więc w tej sytuacji rozumiemy, iż musi to trochę potrwać.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Furie epickie i psychiatryczne

Furie epickie i psychiatryczne

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    12 marca 2026 micha

W trakcie rokowań bezcenny Izrael, a na jego poduszczeniem – również Nasz Najważniejszy Sojusznik, czyli Stany Zjednoczone, napadły na Iran. W Iranie rządzili ajatollahowie, po tym, jak w roku 1978 wybuchł tam bunt przeciwko szachowi Rezie Pahlaviemu. Ówczesna policja polityczna szacha nie żartowała z buntownikami – ale sam szach w pewnym momencie uznał, że dostał mata. Tak w każdym razie powiedział wysłannikowi francuskiego prezydenta Pompidou, hrabiemu Alexandrowi de Marenches, który przybył do Teheranu, żeby się zorientować, co z tym całym szachem. Ale kiedy usłyszał od przybitego szacha, że już nie będzie zabijał „własnego ludu”, szef francuskiego wywiadu wrócił do Paryża i zameldował prezydentowi Pompidou, że szach już jest passe. W tej sytuacji nie było rady;. z Paryża wystartował do Teheranu samolot z ajatollachem Chomeinim na pokładzie, a po jego przybyciu do Teheranu, szach wyemigrował do Egiptu, gdzie w drodze wyjątku przyjął go ówczesny tamtejszy tyran Anwar Sadat i wiceprezydent Hosni Mubarak.

Wprawdzie w 1979 roku Mubarak, który po zamachu na Anwara Sadata, został prezydentem Egiptu, przystąpił do I wojny w Zatoce Perskiej przeciwko Irakowi, ale niewiele mu to pomogło, bo – jako tyran – w roku 2011 został obalony w następstwie „jaśminowej rewolucji”, którą zapoczątkował francuski wywiad w Tunezji po „szczycie” w Deauville w roku 2010, podczas którego Nasza Złota Pani z Berlina, po długim molestowaniu zgodziła się, by Francja zaczęła budować sobie wymarzone kieszonkowe imperium w basenie Morza Śródziemnego. Te „jaśminowe rewolucje” doprowadziły do obalenia nie tylko tunezyjskiego i egipskiego, ale również – libijskiego tyrana w osobie Muammara Kadafiego. Amerykański prezydent Obama miał nadzieję, że siłą inercji demokracja zwycięży również w Syrii, ale to się nie udało, bo nie powstała koalicja ze Stanami Zjednoczonymi na czele, która mogłaby również z syryjskiego tyrana zrobić marmoladę. Prezydent Obama powziął podejrzenie, że stało się tak na skutek intryg zimnego ruskiego czekisty Putina, do którego powziął śmiertelną urazę i w związku z tym zresetował swój poprzedni reset w stosunkach amerykańsko-rosyjskich z 17 września 2009 roku, wykładając 5 mld dolarów na zorganizowanie „Majdanu” na Ukrainie – od czego zaczęła się trwająca do dzisiaj wojna Rosji z Ukrainą.

Wracając do złowrogiego Iranu, to początkowo jego spacyfikowanie zostało zlecone przez państwa miłujące pokój – irackiemu tyranowi Saddamowi Husejnowi. Wojna trwała 8 lat – do roku 1988, Zginęło milion ludzi, straty oszacowano na 400 mld dolarów – ale złowrogi Iran przetrwał. Na domiar złego, Saddam Husajn, któremu nikt nie chciał wypłacić wynagrodzenia za podjęcie się tego zlecenia, sam sobie wypłacił wynagrodzenie, zajmując Kuwejt. Kraje miłujące pokój nie mogły tolerować takiej samowolki i tak oto wybuchła pierwsza wojna w Zatoce Perskiej, w następstwie której kraje niemiłujące pokój zrobiły z Iraku marmoladę, ale sam Saddam na tym etapie się uchował. Niestety zaczął się odgrażać, że w transakcjach eksportu ropy odejdzie od dolara, na rzecz japońskiego jena, albo europejskiego euro.

Takiej myślozbrodni nie można było puścić płazem, w związku z czym wybuchła następna wojna w Zatoce, wskutek której złowrogi Irak został zajęty, a Saddama Husajna tamtejszy niezawisły sąd w procesie norymberskim skazał na śmierć i powiesił.

Tymczasem złowrogi Iran pod kierownictwem ajatollahów się zbroił i nawet dopuścił sobie do głowy, że skoro bezcenny Izrael zaopatrzył się w broń jądrową, to i on też by mógł. Takie zuchwalstwo nie wywołało jeszcze „epickiej furii”, ale wzbudziło wśród krajów miłujących pokój zgorszenie tym większe, że w następstwie tych wszystkich wydarzeń bezcenny Izrael uznał, że oto nadszedł czas, by spełniła się obietnica złożona przez [ich.. md] Stwórcę Wszechświata, że „wielkiemu narodowi” żydowskiemu odda w arendę obszar „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”. W tak zwanym międzyczasie bowiem wszystkie państwa lezące na tym obszarze zostały politycznie obezwładnione, więc w zasadzie nic nie stało na przeszkodzie, by przejść do etapu następnego, to znaczy – do utworzenia Wielkiego Izraela tym bardziej, że premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu oznajmił, że „czuje się związany” tą ideą. Niestety złowrogi Iran sypał piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów – i to był problem.

Ale co robi dobry Stwórca Wszechświata? Dobry Stwórca Wszechświata poraził był priapizmem rozmaite wpływowe osobistości w krajach miłujących pokój, co stworzyło agentowi izraelskiego Mosadu, niejakiemu Epsteinowi okazję, by na wszystkich pozbierać kompromaty w postaci nagrań, jak to bzykają się z panienkami. Jeden z bzykających został właśnie prezydentem Stanów Zjednoczonych, więc premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela najwyraźniej uznał, że czas uderzyć w czynów stal, zmłotował prezydenta Trumpa, by wydał lotniskowcom stosowne rozkazy. Gwoli uśpienia czujności ajatollahów Amerykanie podjęli z nimi rokowania, żeby zrezygnowali z broni jądrowej i programu rakietowego – bo kto to widział, żeby jakiś parszywy kraik zbroił się przeciwko bezcennemu Izraelowi?

I kiedy ajatollahowie namawiali się, co z tym fantem zrobić, nagłe i niespodziewane uderzenie amerykańsko-izraelskie, podobne do japońskiego uderzenia na Pearl Harbor, wielu z nich przyprawiło o natychmiastowy, zasłużony zgon. W bezcennym Izraelu i w diasporze popularność Beniamina Netanjahu sięgnęła wyżyn, na jakie wzbił się Adolf Hitler po pokonaniu Francji, w związku z czym pojawiły się fałszywe pogłoski, że Chabad Lubawicz rozważa mianowanie go Mesjaszem, na którego Żydowie tak długo już czekają – ale dopiero po ostatecznym rozwiązaniu kwestii irańskiej.

Problem w tym, że nie bardzo wiadomo jak tę kwestię ostatecznie rozwiązać, bo Ameryka wprawdzie każdego potrafi zastrzelić na tej samej zasadzie, jak Feliks Dzierżyński każdego mógł aresztować – ale z przekształcaniem złowrogich państw w państwa miłujące pokój, to znaczy – bezcenny Izrael – wychodzi jej trochę gorzej. Po raz drugi CIA wyciągnęła z naftaliny Cyrusa Rezę Pahlaviego – ale czy złowrogi naród irański uzna go za swoją ukochaną duszeńkę? Takie wrażenie można by odnieść obserwując reakcję irańskiej diaspory, którą już w drugim, a nawet trzecim pokoleniu tworzą dawni sympatycy szacha – ale czy złowrogi naród irański tak łatwo zapomni o przyczynach dla których w swoim czasie z taką determinacją obalał szacha?

Na domiar złego Beniamin Netanjahu, próbując zachęcić Irańczyków do buntu, przemawiał do nich po hebrajsku, najwyraźniej uważając, że wszyscy oni ten język rozumieją, a jeśli nawet nie – to się go nauczą, podobnie jak separatyści w Donbasie mieli nauczyć się ukraińskiego. Na razie jednak nikt sobie nie łamie nad tym głowy i kraje miłujące pokój prowadzą przeciwko Iranowi „radosną wojnę”, którą w celu zbudowania swego imperium prowadziła Trzecia Rzesza – co podkreślał ówczesny niemiecki komentator, nieubłaganym palcem wytykając Anglikom, że oni swoje zbudowali oszustwem i podstępem.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Frajerstwo się uwija

Frajerstwo się uwija

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    10 marca 2026 michalkiewicz

27 lutego Sejm uroczyście potwierdził, że Polska jest i pozostanie „sługą narodu ukraińskiego” tak długo, jak to będzie konieczne. Skoro tak, to jasne, że Polska pozostanie sługą narodu ukraińskiego jeśli nawet nie na wieki, to w każdym razie – do końca swego własnego istnienia – bo któż na Ukrainie zrezygnowałby z takiego głupiego sługi? To potwierdzenie przybrało postać uchwały w sprawie „solidarności z Ukrainą i wsparciem dla osób będących ofiarami rosyjskiej agresji”. Solidarności – wiadomo; szczegóły precyzuje umowa z 2 grudnia 2016 roku, która cały czas obowiązuje.

Jeśli chodzi zaś o „ofiary”, to jestem pewien, że z nimi będzie tak samo, jak z „ocalałymi z holokaustu”, których liczba z roku na rok rośnie, bodajże w postępie geometrycznym. Z takiego wynalazku nikt dobrowolnie nie zrezygnuje tym bardziej, że na Ukrainie Żydowie coś tam mają do powiedzenia. Dlatego też Książę-Małżonek, mówiąc w swojej gawędzie, pretensjonalnie zatytułowanej, jako „exposé”, trafił kulą w płot, twierdząc, że „nie możemy” być „frajerami”. Nie tylko „możemy”, ale nawet musimy – o czym świadczy wspomniana uchwała Sejmu, którą Książę-Małżonek, jako najbardziej bufonowaty frajer Rzeczypospolitej, przecież popiera. Taki los wypadł nam.

Tego samego dnia Sejm uchwalił ustawę o SAFE, to znaczy – o pożyczce którą Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje kazała Polsce przyjąć („przyjmuj zaszczyt, psi synu, a nie, to w gardło wtłoczymy!” – pokrzykiwali Kozacy do kandydata na atamana). Patrząc na determinację obywatela Tuska Donalda, podobnie jak Księcia-Małżonka, czy funkcjonariuszy Propaganda Abteilung w niezależnych mediach głównego nurtu, nabieramy pewności, że tym razem Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, podobnie jak niemiecki kanclerz Fryderyk Merz nie chcą słyszeć o żadnym polskim safandulstwie. Ustawa ma być podpisana przez pana prezydenta Karola Nawrockiego.

W tym celu BND musiała uruchomić agenturę wśród prześwietnej Generalicji naszej niezwyciężonej armii, która dostała zadanie młotowania prezydenta Nawrockiego, by stosowną ustawę podpisał. Jeśli by tak się stało, to zwłaszcza w świetle przyjętej przez Sejm 27 lutego uchwały w sprawie wysługiwania się Ukrainie, gwałtownie rośnie ryzyko, że wszystko, co Polska kupi za tę pożyczkę, będzie musiało być „nieodpłatnie” przekazane Ukrainie. W ten sprytny sposób Niemcy, które pożyczki SAFE nie biorą, chcą upiec dwie pieczenie: polskimi rękami „wspierać” Ukrainę, a przy okazji uwiązać nasz nieszczęśliwy kraj w budowanej właśnie IV Rzeszy, jako Generalne Gubernatorstwo.

W tej sytuacji mamy dwie możliwości – albo Książę-Małżonek jest Pierwszym Frajerem Rzeczypospolitej i trzeba będzie na tę okoliczność obmyślić mu jakiś order Krzyża Zbolałego, albo nie jest frajerem, tylko łajdakiem, w dodatku bezczelnym, bo próbuje przytłaczać oponentów dętym autorytetem. Ciekawe, jak zachowa się prześwietna Generalicja naszej niezwyciężonej armii. Jeśli zaczęłaby pana prezydenta Nawrockiego młotować, byłby to pierwszy po stanie wojennym w roku 1981 przypadek takiego politycznego zaangażowania naszej niezwyciężonej. Ano, nie da się ukryć, że lepiej, przyjemniej, a przede wszystkim – bezpieczniej – jest schwycić za mordę własnych obywateli, niż szarpać się z obcymi agentami w ich obronie.

Inna sprawa, że chytry dwa razy traci, bo beneficjentem SAFE może być Ukraina, a prześwietna Generalicja tej forsy nawet nie powącha, oczywiście poza tym, co tam sobie załatwi na boku. W związku z tą powszechną mobilizacją pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby „Władek” Kosiniak-Kamysz dostał cynk, że vaginessy z koalicji !3 grudnia podjęły w czynie społecznym zobowiązanie, że po szczęśliwym przeforsowaniu u pana prezydenta Nawrockiego podpisu pod wspomnianą ustawą, każdemu dygnitarzowi – wszystko jedno – cywilnemu, czy mundurowemu – każda urządzi „nocowanko” – jak to zrobiła pani Julia Wieniawa w nagrodę za wsparcie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pana „Jurka” Owsiaka. „Któż widok ten opisać zdoła? Fiedin, Simonow, Szołochow? Ach, któż w ogóle go wytrzyma?!” – zastanawiał się poeta.

Ale to wszystko furda w porównaniu z paroksyzmami, jakie czekają naszą biedną Ojczyznę w związku z narastającym, politycznym zacietrzewieniem w środowisku nienawistnych sędziów. Jak wiadomo, obywatel Żurek Waldemar pod wpływem uczonych doradców, wykombinował „Plan „B””, czyli metodę „na rympał” ale zachowującą pozory legalności. Ponieważ pan prezydent Nawrocki odmówił podpisania nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, „Plan „B”” przewiduje mobilizację agentury, od której – jak podejrzewam – aż się roi w dwóch organizacjach skupiających nienawistnych sędziów: „Iustitia” i „Themis”. Te wyłoniłyby ze swego grona zaufany skład Krajowej Rady Sądownictwa, a właściwie – Krajowej Rady Konfidentów – zaś koalicja 13 grudnia dostałaby zadanie przyklepania tego składu, co nazywałoby się, że „Sejm wybrał”. W ten sposób obywatel Żurek Waldemar ominąłby pana prezydenta Nawrockiego, któremu mógłby pokazać „gest Kozakiewicza”.

W rezultacie na firmamencie pojawiłyby się dwie Krajowe Rady Sądownictwa; jedna uznawana przez pana prezydenta Nawrockiego, a druga – jako Krajowa Rada Konfidentów – uznaniem pana prezydenta Nawrockiego by się nie cieszyła. Wprawdzie konstytucja nie przewiduje żadnych czynności ze strony pana prezydenta, które byłyby wymagane do ważności takiej Rady – więc pozornie rympał obywatela Żurka Waldemara ma wszelkie widoki powodzenia – jednak musimy odwołać się tu do pełnej mądrości sentencji starożytnych Rzymian, którzy radzili: quidquid agis, prudenter agas et respice finem – co się wykłada, że cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca.

Otóż jednym z ważnych zadań Krajowej Rady Sądownictwa jest rekomendowanie panu prezydentowi sędziów do mianowania. Nietrudno się domyślić, że skoro pan prezydent nie uznawałby Krajowej Rady Konfidentów, to nie uznawałby też żadnych rekomendacji z jej strony, a zatem żadnego sędziego rekomendowanego przez Krajową Radę Konfidentów by nie mianował. Ciekawe, w jaki sposób obywatel Żurek Waldemar zamierza sforsować tę przeszkodę? Ma dwie możliwości – albo starać się o zachowanie pozorów legalności i w tym celu wymusić na koalicji 13 grudnia, by przeforsowała w Sejmie uchwałę, że ci sędziowie będą mianowani przez Sejm – albo plunąć na pozory legalności i przy pomocy policji, powyrzucać z sądów przez okna tak zwanych „neosędziów” i na ich miejsce wprowadzić do gabinetów funkcjonariuszy rekomendowanych przez Krajową Radę Konfidentów – już bez fatygowania Sejmu.

Jak będzie – myślę, że tak, jak postanowi Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. Sądzę, że taki dualizm sądowy w naszym bantustanie mógłby być jej nawet na rękę – bo doskonale wpasowuje się on w ogólny mechanizm obezwładniania naszego nieszczęśliwego kraju, podobnie, jak to było w wieku XVIII. Skoro po ewentualnym przyjęciu SAFE Polska byłaby całkowicie na łasce Komisji Europejskiej i luksemburskich przebierańców z TSUE – bo na tym właśnie polegają skutki „mechanizmu warunkującego” – to burdel i serdel w wymiarze sprawiedliwości musiałby doprowadzić do głębokiego kryzysu zaufania obywateli do własnego państwa. I o to właśnie Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, podobnie jak niemieckiemu kanclerzowi Fryderykowi Merzowi chodzi – żeby Polacy machnęli ręką na Rzeczpospolitą – bo wtedy bez oporów przyjmą przepoczwarzenie się jej w Generalne Gubernatorstwo – a ewentualnych oponentów weźmie za mordę albo nasza niezwyciężona, albo – stare kiejkuty, gotowe – jak wiadomo – na każde skinienie.

Jak widzimy, wszystko zostało znakomicie przemyślane i nawet – skoordynowane – chyba, że powtórzy się sytuacja z grudnia 2016 roku, kiedy to „ciamajdan” jako kulminacja „walki o demokrację” w naszym bantustanie, został zneutralizowany przez wysłannika prezydenta-elekta Donalda Trumpa, czyli Rudolfa Giulianiego. Jak pamiętamy, w przeddzień „ciamajdanu”, czyli 15 grudnia 2016 roku przyleciał on do Warszawy i korzystając z pretekstu, jakim był wspólny znajomy jego i Jarosława Kaczyńskiego, czyli Lejb Fogelman, odbył dwugodzinną rozmowę z Naczelnikiem, po czym siadł w samolot i odleciał do Ameryki. Najwyraźniej wiedział, co się świeci, bo przecież CIA coś tam musi wiedzieć. Toteż, kiedy Volksdeutsche Partei urządziła blokadę sali plenarnej Sejmu, by nie dopuścić do uchwalenia ustawy budżetowej i w ten sposób doprowadzić do skrócenia kadencji Sejmu, Naczelnik wyprowadził swoich posłów do Sali Kolumnowej i ci tam ustawę budżetową uchwalili, czego nie mógł przeboleć nienawistny pan sędzia Igor Tuleya.

Trzy dni później w dzienniku „Die Welt” ukazała się notatka, że trudno, nie udało się – i tylko posłom Volksdeutsche Partei nikt nie powiedział, że wojna się skończyła, więc nadal okupowali salę plenarną, aż wreszcie jakaś dobra dusza poinformowała ich, że już jest po wszystkim i mogą iść do domu. W ten sposób Nasz Najważniejszy Sojusznik, bez żadnych rozruchów, ani żadnej rewolucji, storpedował w zarodku knowania Naszej Złotej Pani z Berlina, która musiała 7 lutego 2017 roku przyjechać z gospodarską wizytą do Warszawy, po której nakazała odłożyć walkę o demokrację na rzecz walki o praworządność, którą niemiecka agentura w Polsce prowadzi a nawet eskaluje, do dnia dzisiejszego.

A nasza niezwyciężona stoi i się przygląda, bo najwyraźniej znikąd nie było rozkazu, by stanąć w obronie naszego nieszczęśliwego kraju. Czyżbyśmy znowu musieli liczyć na Naszego Najważniejszego Sojusznika?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Sprawiedliwa napaść i kara

Sprawiedliwa napaść i kara

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    8 marca 2026

Trudno się dziwić, że skoro całym światem wstrząsnęła amerykańsko-izraelska napaść na Iran, opatrzona pretensjonalnym, kabotyńskim kryptonimem „Epicka furia”, to musiało się to przełożyć również na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju. Przymiotnik „epicka” oznacza coś nadzwyczajnego, czy nawet – heroicznego. Tymczasem w izraelsko-amerykańskiej napaści na Iran niczego heroicznego, ani nawet nadzwyczajnego nie ma. Przeciwnie – jest to zwyczajny napad rabunkowy, jakich tysiące dokonują się codziennie w rozmaitych ciemnych zaułkach miast. Rabunkowego charakteru tej napaści nie zmienia bowiem kontekst, nazwijmy to, „ideowy”.

Chodzi mi oczywiście o ideę „Wielkiego Izraela”, z którą „czuje się związany” premier izraelskiego rządu jedności narodowej Beniamin Netanjahu. Ma ona bardzo stary rodowód, bo sformułowana została we biblijnej Księdze Rodzaju, a obecnie jest już bardzo zaawansowana w realizacji. W myśl tej idei, terytoria leżące między Nilem a Eufratem mają stanowić obszar Wielkiego Izraela.

Jak widzimy, wszystkie państwa leżące na tym obszarze zostały już politycznie obezwładnione z inicjatywy Izraela, który wykorzystał w tym celu potęgę osiłka w postaci Stanów Zjednoczonych i teraz, w następnym etapie, trzeba będzie je tylko okupować i inkorporować do Izraela. Na przeszkodzie realizacji tego etapu stał tylko złowrogi Iran, więc Izrael wykorzystał dorobek swego agenta w USA, niejakiego Epsteina, by zmłotować prezydenta Donalda Trumpa do napaści na ten kraj, najwyraźniej dając mu do zrozumienia, że w przeciwnym razie wyjdą na jaw rozmaite śmierdzące dmuchy.

W charakterze marchewki występuje oczywiście irańska ropa, na której prezydent Trump chciałby położyć rękę, jak to się stało w przypadku Wenezueli. To jest ten „heroiczny” charakter napaści. Jakie wnioski może z tego wyciągnąć świat? Po pierwsze – że wracamy do bismarckowskiej doktryny „siła przed prawem”. Wystarczy uzbroić się w „ponaddźwiękowe dzidy, kobaltowe proce”, żeby z „heroiczną furią” obrabować każdego, kto się akurat nawinie. W takim razie potencjalne ofiary mają dwie możliwości – albo zgodzić się na płacenie haraczu gangsterom, albo też zaopatrzyć się w „ponaddźwiękowe dzidy i atomowe proce” – bo są one w stanie ostudzić „epicką furię” każdego gieroja. Pokazuje to przykład Korei Północnej, której ani Izrael, ani Amerykańscy twardziele nie zaczepiają. Nie chciałbym tam, co prawda, mieszkać, ale nie da się ukryć, że Korea Północna jest państwem suwerennym, które nie kuca ani przed Żydami, ani przed amerykańskimi twardzielami.

Nasza chata, naturalnie z kraja, więc Książę-Małżonek wyraził „solidarność” – ale nie z napadniętym Iranem, tylko z „naszymi sojusznikami”, czyli emiratami arabskimi znad Zatoki Perskiej, które Iran w odwecie zaczął ostrzeliwać swoimi „ponaddźwiękowymi dzidami”. Nie obyło się oczywiście bez zasmrodzenia smrodkiem dydaktycznym, żeby uchronić wyznawców Volksdeutssche Partei oraz Prawa i Sprawiedliwości przed dysonansem poznawczym. O ile bowiem Rosja z powodu „napaści” na Ukrainę, została przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, ponad podziałami potępiona – o tyle nie ma u nas nikogo, kto by się odważył potępić sprawców „epickiej furii”.

Przyczynę wskazuje rewolucyjna teoria, według której wojny, podobnie jak walki o pokój, dzielą się na „sprawiedliwe” i „niesprawiedliwe”. Sprawiedliwą jest wojna, ewentualnie „epicka furia”, którą prowadzimy my, a w ostateczności – nasi sojusznikowie – przeciwko krajom ukazanym nieubłaganym palcem, jako „nieprzyjacielskie”. Natomiast wojna lub walka o pokój, jaką prowadziliby nasi nieprzyjaciele przeciwko nam, albo naszym, niechby nawet przymusowym, sojusznikom, jest oczywiście „niesprawiedliwa”. Zgodnie tedy z dialektyką marksistowską, ta sama wojna może być sprawiedliwa i niesprawiedliwa jednocześnie.

Tedy w ramach rewolucyjnej teorii, pojawiają się u nas teorie odpryskowe, w myśl dyrektywy Klucznika Gerwazego: „Gdy wielki wielkiego dusi, my duśmy mniejszych – każdy swego”. Tedy pan prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski wystąpił z teorią, że „Epicka furia” tak naprawdę ma na celu „osłabienie Rosji”, a jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj – to godzi w złowrogiego Grzegorza Brauna. Jak twierdził książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, nie ma to jak teolog – „i oświeci i uspokoi”. Ale w ostatnich czasach nie tylko teologia stała się dyscypliną akademicką. Obok studiów genderowych, dyscypliną akademicką jest również politologia – no i widzimy, że też nie pozostaje w tyle.

A skoro już o teologii mowa, to właśnie 1 marca została ogłoszona wiadomość, iż na podstawie dekretu Episkopatu Polski, w naszym nieszczęśliwym kraju zostały ustanowione finansowe kary kościelne za rozmaite myślozbrodnie. Górna granica została na razie ustalona na poziomie prawie 100 tys. złotych – ale z pewnością nie jest o ostatnie słowo. Znacznie ciekawsze są delikty, za które może być wymierzona finansowa kara, Są to między innymi „herezja”, „schizma”, czy „apostazja”. O co tu może chodzić?

Pewne światło na tę sprawę rzuca deklaracja J. Em. Grzegorza kardynała Rysia, że myślozbrodnią, a więc rodzajem „herezji” może być antysemityzm. Dotychczas antysemitnikom wiele rzeczy uchodziło płazem – ale teraz system został uszczelniony. Jak nie ze strony nienawistnego sądu państwowego, to ze strony trybunału kościelnego na myślozbrodniarza spadnie finansowa kara – oczywiście w maksymalnie dopuszczalnym wymiarze. Jak to będzie wyglądało w praktyce, kto będzie te należności ściągał? To nie jest jasne, bo wiadomo tylko, kto karę może wymierzyć – ale nie wiadomo, kto ją z delikwenta ściągnie. Czy Urząd Skarbowy, komornik sądowy, czy jeszcze ktoś inny? W przypadku antysemityzmu sprawa wydaje się stosunkowo prosta. Penitent podczas spowiedzi przyznaje, że wie, iż nie lubią go Żydowie, no to i on nie lubi Żydów. Znaczy – antysemitnik. Tedy spowiednik może mu przysolić karę w maksymalnej wysokości – ale pod absolucją. W takiej sytuacji ukarany zaniesie forsę w zębach, bo inaczej pójdzie do piekła i cały czas będzie bolało.

No dobrze – ale co będzie w przypadku „apostazji”? Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłem się nadziwić tym, którzy dokonują urzędowej apostazji. Skoro przestali wierzyć w Stwórcę Wszechświata, to z jakiego powodu żądają, by delegaci Pana Boga na Polskę wydali im stosowną bumagę? Ale to jest jedna z tajemnic natury ludzkiej, o której pisał św. Jan Maria Vianney, dziwując się, dlaczego ludzie nagminnie dopuszczają się jednego z głównych grzechów, mianowicie zazdrości, chociaż – w odróżnieniu od pozostałych grzechów głównych – nie dostarcza on grzesznikowi ani chwili przyjemności, tylko od początku – same udręki? W tej sytuacji jedynym wyjaśnieniem karalności apostazji mogą być przygotowania do wprowadzenia w Polsce podatku kościelnego. W przypadku apostazji delikwent wprawdzie podatku kościelnego już by nie płacił, ale za to musiałby zapłacić, dajmy na to, 100 tys. złotych za akt apostazji. Kto wie, czy w tych warunkach będzie się ona w ogóle opłacała, bo podatek kościelny może być skalkulowany znacznie przystępniej. Coś takiego mogła wymyślić kanclerska głowa – albo handlowa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Kłamstwa, ohydne kłamstwa i rewolucyjna teoria

Kłamstwa, ohydne kłamstwa i rewolucyjna teoria

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 7 marca 2026 michalkiewicz

Właśnie bezcenny Izrael i jego amerykański wasal wykonali „uderzenie wyprzedzające” na złowrogi Iran, który ośmielił się bez pozwolenia budować sobie arsenał nuklearny i rozmaite rakiety, bez których żadne szanujące się państwo istnieć nie może. Dotyczy to również naszego nieszczęśliwego kraju, którego parlament 27 lutego przyjął uchwałę potwierdzającą nie tylko, że Polska jest sługą narodu ukraińskiego – o czym w swoim czasie poinformował nas ówczesny rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pan Jasina – ale że pozostanie nim, „jak długo będzie to konieczne”.

Wynika z tego, że Polska pozostanie sługą narodu ukraińskiego aż do końca świata, albo przynajmniej – do końca własnego istnienia – bo na tym świecie pełnym złości wszystko kiedyś się kończy. W związku z tym 27 lutego Sejm uchwalił też ustawę o SAFE, na podstawie której Polska ma pożyczyć od Komisji Europejskiej prawie 44 mld euro, za które nakupi, albo naprodukuje mnóstwo rozmaitych rakiet i innych takich zabawek, które następnie, na podstawie umowy z 2 grudnia 2016 roku, nieodpłatnie przekaże Ukrainie, żeby tamtejsi oligarchowie mogli sobie żyć dostatniej, zgodnie z zaleceniem militarystów, nawołujących, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny.

To jest wielki sukces naszej dyplomacji, kierowanej przez Księcia-Małżonka – bo przecież Ukraina mogła nam rozkazać, by na pierwszej linii frontu stanęła nasza niezwyciężona armia – ale widocznie jak nie Książę-Małżonek, to Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty, podczas swojej niedawnej pielgrzymki do Kijowa, uprosił prezydenta Zełeńskiego, żeby aż takiej poważnej zastawki naszemu nieszczęśliwemu krajowi nie stosował.

Ach, bierzcie wozy, ach bierzcie dostatek, tylko puszczajcie nas zdrowo” – prosił podobno prezydenta Zełeńskiego Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty – a prezydent Zełeński ulitował się nad nim, zwłaszcza, że Wielce Czcigodny pan marszałek obiecał mu, że przyjmie Ukrainę i do Unii Europejskiej i do NATO. Jednak co ma wisieć – nie utonie – i jak już przekażemy Ukrainie wszystko, co sobie nakupimy, albo i naprodukujemy, to wtedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje a także niemiecki kanclerz Fryderyk Merz, rozkaże albo obywatelu Tusku Donaldu, albo innemu naszemu Umiłowanemu Przywódcy, który akurat zostanie postawiony na czele naszego nieszczęśliwego kraju, by w służalczości wobec Ukrainy posunął się dalej i posłał naszą niezwyciężoną armię na front, zwłaszcza, że wtedy Ukraińców może już zabraknąć. Wprawdzie ukraińska armia codziennie zabija albo rani co najmniej milion Rosjan, podczas gdy na Ukrainie ginie co najwyżej jakiś cywil, albo dziecko – ale już brytyjski premier Beniamin Disraeli zauważył, że są „kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka”.

Na razie jednak nasz nieszczęśliwy kraj, podobnie, jak to było za komuny, nękany jest regularnie czterema kataklizmami. Jeszcze nie skończyła się kalendarzowa zima, która przysporzyła nam tylu zgryzot i paroksyzmów, a już wiosna pokazuje, na co ją stać. Rzeki szum podnoszą – a przecież do kalendarzowej wiosny jeszcze prawie trzy tygodnie. Co to będzie, jak już nadejdzie kwiecień? Zresztą – co tam kwiecień, kiedy zaraz po wiośnie zacznie się gorące lato. Jak my to wszystko wytrzymamy, zwłaszcza, że zaraz po lecie nadchodzi jesień, o której generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski pisał w jednym ze swoich wierzy tak: „Ustrojona w purpury, kapiąca od złota, nie uwiedzie mnie jesień czarem zwiędłych kras – jak pod szminką i pudrem starsza już kokota, na którą młodym chłopcem nabrałem się raz.”?

Na szczęście nie musimy się tą perspektywą aż tak bardzo martwić, bo jeszcze po zakończeniu pierwszej wojny światowej pewien starszy Francuz-rentier powiedział Adamowi Grzymale-Siedleckiemu, że „kokotę zabił samochód” Tak mu się chyba tylko wydawało, bo czyż z samochodem można figlować, albo go molestować? Tymczasem z panienkami, a cóż dopiero – z kokotami – można jak najbardziej. Takich państwa Clintonów stać by było przecież na niejeden samochód, a jednak Wiluś Clinton jeździł do izraelskiego agenta Epsteina na jacuzzi. Całe szczęście, że ani niczego się przy okazji nie dowiedział, ani nawet niczego nie zauważył. Tak właśnie zeznał przed komisją Izby Reprezentantów, którą to wyznanie musiało nieźle rozbawić, podobnie, jak deklaracja znanej na całym świecie z prawdomówności Hilarzycy, która Epsteina w ogóle „nie znała”.

Z drugiej strony, powiedzmy sobie otwarcie i szczerze – co mogliby Państwo Clintonowie powiedzieć innego? Wprawdzie powiadają, że jak nie wiadomo, co powiedzieć, to trzeba powiedzieć prawdę – ale cóż to jest prawda, jeśli nie została przegłosowana albo w parlamencie, albo przynajmniej – w gronie ekspertów? Na przykład – większość ekspertów podobno przegłosowała, że jest globalne ocieplenie, wobec tego zostało ono nie tylko urzędowo zatwierdzone, ale poszły za tym rozmaite „zielone wały” i inne modne wynalazki. Wreszcie – prawda zależy też od kasy.

Za głębokiej komuny felietonista warszawskiej „Kultury” Hamilton, pisał, że w jakiejś tam sprawie – czy przypadkiem nie Ziem Zachodnich? – zgadzają się zarówno ci, co mają jeden światopogląd, jak i ci, co mają drugi światopogląd – bo w Polsce są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy. Będziemy mogli zweryfikować ten pogląd już wkrótce, bo właśnie w dalekiej Ameryce sympatyzujący z prezydentem Donaldem Trumpem pan Dawid Ellison, kupił był firmę Warner Bros Discovery, która jest właścicielem TVN w naszym nieszczęśliwym kraju. Jeszcze iskrówki z tą wiadomością nie zostały chyba u nas przemyślane, bo zarówno pani red. Anita Werner, jak i resortowa „Stokrotka”, czy i pani red. Monika Olejnik, siłą inercji, po staremu nie szczędzi prezydentowi Donaldowi Trumpowi gorzkich słów krytyki, ale tylko patrzeć, jak ścisłe kierownictwo TVN przekaże personelowi komunikat: wiecie, rozumiecie, od dzisiaj macie wychwalać prezydenta Trumpa, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

Ciekawe, z jakiego klucza będzie wtedy ćwierkała pani red. Anita Werner, pani red. „Kasia” Kolenda-Zeleska, pani red. Monika Olejnik, pan red. Grzegorz Kajdanowicz, pan red. Marciniak i pozostałe gwiazdy drobniejszego płazu? Rządowa telewizja (w likwidacji) wszystkich przecież nie wchłonie, podobnie jak Judenrat, w którym te przekształcenia własnościowe też mogą się odbić, no a w „Polsacie” króluje pani red. Gozdyra, która nawet resortową „Stokrotkę” potrafiłaby obsztorcować, gdyby nie odpowiadała poprawnie na jej pytania

A to jest sprawa bardzo ważna – w czym utwierdza nas deklaracja Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy. Stwierdziło ono ponad wszelką wątpliwość, że za obecną eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie odpowiedzialność ponosi „reżym w Teheranie”. Znaczy się – według Ukrainy izraelsko-amerykańskie „uderzenie wyprzedzające” na złowrogi Iran, o ile nie jest szlachetną walką o pokój, to w ostateczności – wojną sprawiedliwą” , podczas gdy „wyprzedzające uderzenie” rosyjskie na Ukrainę jest wojną niesprawiedliwą. Według tej rewolucyjnej teorii, ta sama wojna może bowiem być jednocześnie sprawiedliwa i niesprawiedliwa – w zależności od tego, czy to my wojujemy z naszym nieprzyjacielem – wtedy wojna jest sprawiedliwa – czy też nieprzyjaciel wojuje z nami – to wtedy jest ona niesprawiedliwa. Quod erat demonstrandum.

Stanisław Michalkiewicz

Trump szantażowany przez Izrael?! I co z tego bzykania??

Trump szantażowany przez Izrael?!

Michalkiewicz: To są znakomite materiały

[VIDEO]

5.03.2026 nczas/trump-szantazowany-przez-izrael-michalkiewicz

Stanisław Michalkiewicz w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” przeanalizował sytuację geopolityczną na Bliskim Wschodzie. Krytycznie ocenia politykę prowadzoną przez Benjamina Netanjahu, który dąży do realizacji idei Wielkiego Izraela kosztem stabilności nie tylko regionu, ale być może także całego świata.

Michalkiewicz przedstawia teorię, zgodnie z którą głównym inicjatorem konfliktu i ataku na Iran jest Izrael, a do zaangażowania w tę operację Stanów Zjednoczonych mogły posłużyć materiały kompromitujące prezydenta Donalda Trumpa. Publicysta wskazuje, że premier Izraela, Benjamin Netanjahu, wykorzystał w tym celu haki zdobyte przez siatkę Jeffreya Epsteina, którego uważa za pracownika izraelskich służb.

Argumentuje, że zbieranie tajnych dokumentów od wpływowych osób przez Epsteina stanowi niezbity dowód na jego działalność szpiegowską na rzecz Tel Awiwu. Wprawdzie Trump nie pełnił wówczas funkcji publicznych i nie miał dostępu do sekretów wagi państwowej, jednak izraelski wywiad mógł zebrać kompromitujące nagrania o charakterze obyczajowym.

Trump, którego nazwisko się przewija w aktach Epsteina, nie był żadnym funkcjonariuszem publicznym, w związku z tym od niego żadnych tajnych dokumentów Epstein nie mógł się domagać, natomiast bzykał panienki. To są znakomite materiały. Prawdopodobnie dużo nagrań się zachowało z tego bzykania – sugeruje Michalkiewicz.

Netanjahu mógł podkręcić Trumpa: ’Wiecie, rozumiecie, wy tu uderzcie na ten Iran złowrogi, bo w przeciwnym razie będziecie mieli piekło w domu’. Myślę że pierwsza dama by nie była obojętna – dodał.[Gorzej, niż w domu: Mógłby utracić swój urząd. md]

Michalkiewicz twierdzi, że prawdziwym celem ataku jest usunięcie ostatniej przeszkody na drodze do stworzenia „Wielkiego Izraela”. Zgodnie z tą ideą terytorium owe miałoby sięgać od rzeki egipskiej aż po Eufrat. Publicysta zauważa, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Izraelowi, przy decydującym współudziale zbrojnym USA, udało się już obezwładnić wszystkie inne państwa ościenne, w tym Liban, Syrię oraz Irak.

Złowrogi Iran pozostał jedynym liczącym się krajem, który krzyżuje te plany, dlatego premier Netanjahu postanowił przyspieszyć działania uderzeniowe, oficjalnie zasłaniając się powtarzanym od 50 lat argumentem o zagrożeniu ze strony irańskiego programu jądrowego – uważa Michalkiewicz.

Cała rozmowa do obejrzenia poniżej:

Co ukrywa Książę-Małżonek? [I gdzie? ]

Co ukrywa Książę-Małżonek?

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”   5 marca 2026 michalkiewicz

Postępowanie naszych Umiłowanych Przywódców nie tylko zaczyna coraz głębiej wkraczać w rejony psychiatryczne, ale coraz częściej wywołuje niezamierzony efekt komiczny. Na przykład 26 lutego Książę-Małżonek Sikorski Radosław wygłosił w Sejmie pogadankę, pretensjonalnie zatytułowaną: „expose”, a poświęconą „polityce zagranicznej” naszego bantustanu.

Już samo to wydarzenia dostarcza niezamierzonego efektu komicznego z tej przyczyny, że wszyscy wiedzą, iż uprawianie jakiejkolwiek polityki, a zwłaszcza – polityki zagranicznej – nasi Umiłowani Przywódcy mają od naszych większych i mniejszych sojuszników surowo zakazane. Na przykład obywatel Tusk Donald żadnej „polityki zagranicznej” nie uprawia, tylko wykonuje zadania zlecone mu jak nie przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje, to, przez niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza, a w ostateczności – od jakiegoś funkcjonariusza BND, pracującego na kierunku polskim. Tym bardziej żadnej polityki zagranicznej prowadzić nie może Książę-Małżonek – a w tej sytuacji trudno się dziwić, że posłowie PiS opuścili salę. wie I nie zawiedli się, bo Książę-Małżonek w pewnym momencie zaczął przechwalać się medalami, jakie podczas zimowych Igrzysk Olimpijskich zdobyli zawodnicy występujący w barwach członkowskich bantustanów Unii Europejskiej. W tym miejscu nawet ministrowie z Kancelarii Prezydenta, którzy – podobnie jak i on sam – dotychczas usiłowali hamować narastające rozbawienie, nie wytrzymali i parsknęli zdrowym śmiechem.

Podobną sytuację opisuje Karol Olgierd Borchardt, jak to podczas upalnej pogody szef kuchni transatlantyka zadecydował się podać pasażerom chłodnik litewski. Panie siedzące przy kapitańskim stole ubrały się do obiadu bardzo lekko. Na biodrach miały plażowe fantazje, a biusty przesłoniły jakimiś improwizacjami. I stało się, że kiedy jedna z nich sięgnęła po sól, czy coś takiego, biała pierś uwolniła się z materiału i plusnęła prosto w talerz z chłodnikiem. Nieostrożna pani chwyciła serwetkę i opuściła jadalnię, a pasażerowie, którzy już-już mieli dać upust wesołości, na widok kapitana Mamerta Stankiewicza natychmiast przybrali solenne miny, a tylko sprawiali wrażenie, jakby się dusili. Tymczasem kapitan jadł spokojnie, starając się nie skończyć dania przed innymi biesiadnikami. Wreszcie obiad dobiegł końca, a pasażerowie mogli opuścić jadalnię i dać wyraz swej radości. Padali sobie w objęcia, zaśmiewali się do łez tym skwapliwiej, im dłużej musieli swoje rozbawienie hamować.

Podobnie zareagowali ministrowie z Kancelarii Prezydenta na olimpijskie przechwałki Księcia-Małżonka.

Bo Książę-Małżonek zachowuje się tak, jakby naprawdę myślał, że jest ministrem spraw zagranicznych uprawiającym jakąś politykę. Tymczasem ani wymyślanie Putinowi nie jest żadną polityką, ani pisanie na Twitterze nie jest żadną polityką, ani wreszcie nie jest żadną polityką wysługiwanie się ukraińskim oligarchom. Tymczasem Książę-Małżonek swoją służalczość posuwa do tego stopnia, że z miedzianym czołem powtarza propagandowe wynalazki ukraińskiego Sztabu Generalnego, że Ukraina „broni Europy”, a nawet świata przed rosyjskim imperializmem. Z punktu widzenia ukraińskiego ten wynalazek jest oczywiście całkowicie racjonalny – bo służy jako pozór uzasadnienia ukraińskiej postawy roszczeniowej wobec Europy – ale żeby taki duży chłopczyk, jak Książę-Małżonek wierzył w takie rzeczy i nie wstydził się głośno ich powtarzać – tego już chyba za wiele.

Podobnie z gadaniem o „sprawiedliwym pokoju” na Ukrainie. Co to konkretnie ma znaczyć? Ponieważ prezydent Zełeński nie chce – a chyba instynkt samozachowawczy podpowiada mu – że nie może zgodzić się na ustępstwa terytorialne bez ryzyka, że ukraińskie rezuny uriezają mu głowę, to zrozumiałe, a w tej sytuacji „sprawiedliwy pokój” może oznaczać tylko jedno – że Ukraina liczy na jakąś terytorialną rekompensatę. Tak najwyraźniej myśli wiceminister nauki w vaginecie obywatela Tuska Donalda Andrzej Szeptycki, stojąc na nieubłaganym gruncie „historycznych fracji”. Chodzi o to, że państwo ukraińskie jest wynalazkiem niemieckim. Niemcy w roku 1917 wykroili z części okupowanego przez siebie obszaru teren Ukraińskiej Republiki Ludowej, a Cesarstwo Austro-Węgierskie przekazało temu państwu część obszaru zagarniętego podczas rozbiorów Polski: Galicję Wschodnią, a także obszar dzisiejszego województwa podkarpackiego oraz małopolskiego – mniej więcej do Gorlic a także część województwa lubelskiego – aż do Podlasia.

Ciekawe, co w takim razie ma na myśli Książę-Małżonek, kiedy powtarza slogany o „sprawiedliwym pokoju” dla Ukrainy? Czy służalczość swoją wobec tego państwa gotów jest posunąć tak daleko, by w imieniu naszego bantustanu nie tylko podpisać zgodę na taką cesję terytorium, ale również – by przekonywać nas do tego tak samo arogancko, jak obecnie próbuje przekonywać do programu SAFE? Myślę, że Niemcom taka rekompensata dla Ukrainy kosztem Polski nic by nie przeszkadzała, a w tej sytuacji nie tylko obywatel Tusk Donald, ale i Książę-Małżonek mógłby za tym gardłować bez ryzyka, że narazi się swoim mocodawcom i zleceniodawcom.

Ciekawe, czy pan prezydent Karol Nawrocki mówiąc, że Książę-Małżonek w swoim expose był nie dość „asertywny” wobec Komisji Europejskiej. Jeszcze tego brakowało! Podejrzewam, że na samą myśl o takiej „asertywności” Książę-Małżonek prędzej splamiłby mundur bo obawia się, że razem z obywatelem Tuskiem zostałby zdmuchnięty, jak gromnica.

Tymczasem prezydent Donald Trump, najwyraźniej uskrzydlony wygłoszonym onegdaj orędziem o stanie państwa, odgraża się, że zakończy wojnę na Ukrainie do czerwca, a najpóźniej – do 4 lipca. Pewnie tak nie będzie – ale optymistycznie załóżmy, że amerykański prezydent jakimści sposobem tego dokona. Ponieważ obecnie kością niezgody są terytoria, to czy najprościej nie mógłby przekonać prezydenta Zełeńskiego do skorzystania z terytorialnej rekompensaty. I wilk byłby syty i owca cała – no a Polska ma przecież z Ukrainą umowę z 2 grudnia 2016 roku, więc czy choćby na tej podstawie nie mogłaby nieodpłatnie odstąpić Ukrainie opisaną wyżej część terytorium? Przy okazji można by załatwić dokończenie procesu zjednoczenia Niemiec według granicy z 1937 roku – bo o takiej właśnie wspomina art. 116 niemieckiej konstytucji, no a z reszty terytorium Żydowie mogliby realizować swoje roszczenia majątkowe, zgodnie z amerykańską ustawą nr 447. Ciekawe, jak taką propozycję potraktowałby Książę-Małżonek – no bo nie mam wątpliwości, że obywatel Tusk Donald tylko by temu przyklasnął? Szkoda, że o takiej możliwości nie wspomniał w swoim exposé – by byłby jeszcze weselej.

Stanisław Michalkiewicz

Szkoła liderów demokracji totalnej

Szkoła liderów demokracji totalnej

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    3 marca 2026 michalkiewicz

Ciekawe, jakie właściwie kryteria stosują ugrupowania polityczne w poszczególnych bantustanach Unii Europejskiej, wysuwając kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj, to wszystko wskazuje na to, że nasi Umiłowani Przywódcy traktują Parlament Europejski jako luksusowy przytułek dla tak zwanych „byłych ludzi” – i dotyczy to prawie wszystkich ugrupowań. Tak było na przykład w przypadku pani Beaty Szydło, której kariera sprawiała wrażenie oszałamiającej. Ze stanowiska wójta gminy, niechby nawet ważnej, od razu na stanowisko prezesa Rady Ministrów – to duży przeskok, nawet jak naszą młodą demokrację. Pewne światło na mechanizm tego przeskoku rzuca okoliczność, że pani Beata jest absolwentką Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA.

Zresztą nie ona jedna – bo wśród absolwentów tej Szkoły był nie tylko premier Mieczysław Rakowski, ale i inny Wunderkind naszej polityki, w osobie pana Kazimierza Marcinkiewicza. On też został przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego wysunięty na stanowisko premiera rządu i pozostawał na tym stanowisku dopóki nie zluzował go sam Naczelnik – zaś pana Kazimierza wkrótce przytłoczył nadmiar szczęścia, z którym boryka się podobno aż do dnia dzisiejszego. Byli tam też i prezydenci, na przykład Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, a także obywatel Tusk Donald.

Najwyraźniej ukończenie tej Szkoły wyposaża absolwenta w certyfikat jeszcze lepszy od tego, który swoim konfidentom wystawia Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, dzięki czemu nasz nieszczęśliwy kraj jest przewidywalny aż do bólu. Z informacji na stronach Ambasady USA w Warszawie wynika, że elewi podczas szkoleń uczą się, jak uwzględniać interesy USA, kiedy już zostaną dygnitarzami. Ciekawe czy to jest szczyt ich umiejętności, czy przypadkiem nie zgłębiają też innych zagadnień, z którymi mogą zapoznać ich pierwszorzędni fachowcy z CIA – bo niby dlaczego nie?

Gdyby tak właśnie było, to lepiej rozumielibyśmy przyczyny, dla których taki np. Aleksander Kwaśniewski ani pomyślał, by przy okazji wysyłania polskiego kontyngentu wojskowego do Iraku, załatwić jakieś sprawy dla Polski – na przykład amerykańską zgodę i poparcie dla militarnej konwersji polskiego długu zagranicznego, albo uzyskanie niechby nawet ustnej obietnicy prezydent Busha młodszego, że USA, w rewanżu za tę przysługę, nie będą stosować żadnych nacisków na Polskę w sprawie żydowskich roszczeń majątkowych.

Kiedy w Instytucie Polityki Światowej w Waszyngtonie pytałem, czy możliwe było załatwienie tych spraw, usłyszałem, że sprawa zgody na militarną konwersję polskiego długu była „oczywiście” do załatwienia. Sprawa żydowskich roszczeń była „trudniejsza” – ale usłyszałem, że „trudne sprawy też trzeba podejmować”. Trudno jednak oczekiwać od szczęśliwego absolwenta Szkoły Liderów, by zawracał sobie głowę sprawami tubylczego bantustanu, na którego czele został postawiony – czy nie dzięki pomocy starych kiejkutów?

Ale co się stało, to się nie odstanie, chociaż nie od rzeczy będzie wspomnieć, że gdyby tak prezydent Kwaśniewski choć przez chwilę pomyślał o Polsce, to dzisiaj nie musielibyśmy łamać sobie głowy nad tym, czy w ofercie SAFE nie kryje się jakiś perfidny podstęp. Inna sprawa, że pomyślną rekrutację do tej Szkoły przeszedł też pan Dariusz Joński z Lewicy, więc kiedy obywatel Tusk już odejdzie w stan spoczynku, pewnie usłyszymy i o nim, jako o kandydacie na naszą Umiłowaną Duszeńkę. Może to się zdarzyć szybciej, niż nam się wydaje, nie tylko ze względu na rozsypywanie się Polski 2050, która sprawia już wrażenie partii jednorazowego użytku, ale ze względu na kalkulację, o którą podejrzewam stare kiejkuty w służbie niemieckiej.

Ta sprawa wypłynęła podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ale z obfitości serca gorejącego ujawniła ją expressis verbis moja dawna faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus. Liczy ona, że jak tylko panu prezydentowi Nawrockiemu „coś by się stało”, to wtedy obowiązki prezydenta przejąłby pan Czarzasty, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Najwyraźniej moja dawna faworyta nie dopuszcza do siebie myśli, że „coś” może się stać Wielce Czcigodnemu panu marszałkowi. Skąd taka niezachwiana pewność? Tajemnica to wielka, chyba, że „w londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”.

Co z tym wszystkim ma wspólnego Parlament Europejski? Nic zgoła, poza tym może, że kierowani tam osobnicy skazani są na wydawanie dekretów przeciwko trzęsieniom ziemi, albo przeciwko lodowcom. W takiej sytuacji nawet najtęższe głowy mogą się zmanierować, więc trudno się dziwić, że w końcu musiało dojść do tego, do czego doszło – a mianowicie do głosowania nad tym, kto może rodzić dzieci – czy tylko kobiety, czy też inne płcie.

Przypomina to informację podaną kiedyś przez Sławomira Mrożka, że w pewnym instytucie naukowym przeprowadzono eksperyment przebicia głową muru. „Wynik potwierdził słuszność poprzednich teoretycznych założeń”. W Parlamencie Europejskim 233 posłów zagłosowało przeciw poprawce, że tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę, a 170 wstrzymało się od głosu. Znaczy – nie są pewni.

Osobliwością jest nie tyle może wynik głosowania, co sam fakt jego przeprowadzenia. Potwierdza on bowiem, że Parlament Europejski uważa, iż fakty powinno się ustalać przez głosowanie. To jest przejaw demokracji totalnej, według której przez głosowanie można nawet unieważnić prawo powszechnego ciążenia. Dla usprawiedliwienia Parlamentu Europejskiego, który, swoją drogą, w całości powinien zostać dokładnie przebadany przez jakieś konsylium weterynarzy, warto przypomnieć, że to nie pierwszy przypadek ustalania faktów przez głosowanie. Po raz pierwszy zetknęliśmy się z tym objawem demokracji totalnej, która zatacza coraz szersze kręgi, więc w końcu musiała zahaczyć o rejony psychiatryczne, w roku 1990, kiedy to gang noszący nazwę Światowej Organizacji Zdrowia, przez głosowanie ustalił, ze homoseksualizm nie jest ohydnym zboczeniem płciowym, tylko szlachetną „orientacją”.

Skutki tego aktu demokracji totalnej odczuwamy do dnia dzisiejszego. Na przykład, gdyby tak ktoś publicznie stwierdził, że osoby homoseksualne powinny być leczone, to mógłby zostać oskarżony i zawleczony przed nienawistny sąd o używanie „mowy nienawiści”. Mową nienawiści, jak wiadomo, jest każda opinia, która z tych czy innych powodów nie podoba się albo Judenratowi „Gazety Wyborczej”, albo Jasnogrodowi, albo wreszcie – promotorom rewolucji komunistycznej, którzy próbują ją wreszcie narzucić Europie i Ameryce Północnej. To z tego totalniackiego triumwiratu pochodzą te wszystkie wynalazki, których plusem dodatnim może być tylko to, że normalni ludzie zaczną się wstydzić swego posłuszeństwa wariatom, a ich pepinierę w instytucjach UE zlikwidują, zapędzając urzędujący tam personel do infirmerii.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Korupcja spoiwem demokracji

Korupcja spoiwem demokracji

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 24 lutego 2026 michalkiewicz

Któż z nas nie słyszał zachęty do myślenia pozytywnego? Myślenie pozytywne, w pewnym, być może nawet chamskim uproszczeniu, polega na tym, by we wszystkim dostrzegać – jak powiedziałby Kukuniek – „plusy dodatnie”. Na przykład sprawa programu SAFE. Z deklaracji pana prezydenta Karola Nawrockiego podczas spotkania w Hajnówce wynika, że rząd nie tylko podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ale i później też, nie przedstawił mu żadnych szczegółów na temat tej wysokiej, prawie 44 mld euro, pożyczki zbrojeniowej.

A szczegóły są przynajmniej dwa: po pierwsze – jakiego rodzaju zabezpieczenie tej pożyczki będzie musiała przedstawić Polska – bo nie chce mi się wierzyć, żeby na tym świecie pełnym złości ktokolwiek – a już zwłaszcza brukselskie biurokratyczne gangi – udzielały pożyczek bez zabezpieczenia. Po drugie – czy wśród warunków pożyczki nie ma aby mechanizmu warunkującego – który tyle zgryzot nam przysporzył przy równie hojnym programie KPO? Takie rzeczy lepiej wiedzieć z góry, niż potem obudzić się z fiutem w garści – jak to było udziałem tak zwanych „frankowiczów”. Tymczasem obywatel Tusk Donald albo tego nie wie – bo Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje raczej mu się nie zwierza, tylko zleca zadania – albo nawet czegoś tam się domyśla – ale właśnie dlatego za żadne skarby nie zdradzi nikomu, o co tu naprawdę chodzi.

Jak ten dylemat rozstrzygnąć w kategoriach myślenia pozytywnego? Pierwsza możliwość z jednej strony świadczyłaby dobrze o obywatelu Tusku Donaldu – że sam nie wie, więc żadnych informacji prezydentu Karolu Nawrockiemu przekazać nie może. Że – mówiąc krótko – jest poczciwym durniem, który myśli, że to wszystko naprawdę. Ale jeśli nie wie i wszystkim, którzy wysuwają jakieś wątpliwości zarzuca „zdradę”, to nie tylko jest durniem, ale i łobuzem. Zatem nawet rozpatrując rzecz w kategoriach myślenia pozytywnego, choćby z kurtuazji, musimy tę możliwość odrzucić.

No dobrze – ale druga ewentualność wygląda na jeszcze gorszą; jeśli obywatel Tusk zna szczegóły – ale od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje ma surowo zakazane (wiecie, rozumiecie, Tusk; Maul halten, bo inaczej przypomnę, skąd wam wyrastają nogi!) – ich ujawnianie, a jednocześnie obrzuca epitetami „zdrajców” wszystkich, którzy demonstrują wątpliwości – to by znaczyło, że jest renegatem bez sumienia.

No tak – ale w tej sytuacji nie możemy już nazywać go durniem – a to już jakiś postęp, podobny do tego w genewskich rozmowach na temat zakończenia wojny na Ukrainie. Nie jest to dużo – ale dobre i to. Jak widzimy, myślenie pozytywne przynosi jakieś rezultaty nawet w sytuacjach, wydawałoby się – bez wyjścia. Podobnie jest z Księciem-Małżonkiem. Dopóki był poddanym brytyjskim, to chociaż pojawiały się podejrzenia, że może wysługiwać się wywiadowi brytyjskiemu – nawet jako minister obrony narodowej naszego bantustanu, chodził na dłuższej smyczy, niż po przejściu na służbę niemiecką po tak zwanym „hołdzie berlińskim”.

Po przejściu na stronę Volksdeutsche Partei smycz chyba znacznie się skróciła, bo jakże inaczej wytłumaczyć skwapliwą hojność Księcia-Małżonka, który na wieść, że jeden z najbliższych kolaborantów prezydenta Zełeńskiego, Timur Mindycz przytulił 100 mln dolarów i czmychnął do Izraela, natychmiast zaoferował Ukrainie 100 mln dolarów – żeby nikt nie miał krzywdy?

Ponieważ podejrzewam, że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje podobnie jak inni uczestnicy „koalicji chętnych”, brali od prezydenta Zełeńskiego procenty od sum, którymi futrowali Ukrainę, a sprytny ukraiński komik zapisywał w kapowniku, ile kto wziął i gdzie schował, to Reichsfuhrerin surowo przykazała Księciu-Małżonku, żeby „założył” za Timura Mindycza, nie troszcząc się, rzecz prosta, skąd ten wasal weźmie taką forsę. Od tego są przecież wasale, żeby suzerenowie żyli sobie beztrosko.

W ramach myślenia pozytywnego zakładam bowiem, że z obywatelem Tuskiem Donaldem, czy z Księciem-Małżonkiem prezydent Zełeński ani myślał czymkolwiek się dzielić, wiedząc, że i jeden i drugi jest niemieckim chłopcem na posyłki. Z jednej strony to trochę upokarzające – no ale z drugiej – radosne, bo czyż świadomość, że prezydent Zełeński nie musiał plamić korupcją ani obywatela Tuska Donalda, ani Księcia-Małżonka, nie jest radosna?

Wreszcie na naszych oczach rozgrywa się przedstawienie, dzięki któremu – skoro już o korupcji była mowa – możemy przekonać się o pozytywnym wpływie korupcji politycznej na demokrację. Mam oczywiście na myśli rozpad partii jednorazowego użytku, czyli „Polski 2050”, na dwa kluby poselskie: Polska 2050 pod kierownictwem pani Pełczyńskmiej-Nałęcz i klub „Centrum” pod kierownictwem Wielce Czcigodnej Pauliny Hening-Kloski. Nawiasem mówiąc dotychczas wydawało mi się, że pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz też jest Wielce Czcigodna – ale okazało się, że wcale nie – że nie jest poślicą, tylko prostym ministrem w vaginecie obywatela Tuska Donalda. Pewnie dlatego tak go molestowała, by zrobił z niej wicepremiera, przed czym obywatel Tusk Donald, najwyraźniej przekonany, że stanowisko ministerialne, to i tak za dużo, bronił się rękami i nogami.

Wiadomo bowiem, że uczestników koalicji trzeba korumpować stanowiskami w rządzie i w spółkach Skarbu Państwa, gdzie też można usta umoczyć w melasie – ale bez przesady – żeby nikomu nie przewróciło się w głowie.

Franciszek Fiszer wspominał, jak za panowania Mikołaja II odbywało się na Zamku w Warszawie przyjęcie na cześć cesarza. „Uczta trwała trzy doby. Sprowadzono z Paryża 200 beczek zup, podano dwa tysiące bażantów. Stałem na czele szlachty łomżyńskiej tuż u boku majestatu. Kiedy po trzech dniach wyszliśmy na dziedziniec, Czerkiesi szarżowali i płazowali nas szablami – opowiadał Fiszer. – Płazowali szablami – dlaczego? Pytali zdumieni słuchacze. – Żeby nam się w głowach nie poprzewracało.

Mimo rozłamu zarówno jedna, jak i druga szajka deklaruje, że koalicji 13 grudnia nic nie zagraża. A dlaczego nic nie zagraża? A dlatego, że kto tylko spośród Wielce Czcigodnych posłów Polski 2050 miał zostać skorumpowany, to został – ponieważ nie zanosi się, by ktokolwiek pod tym szyldem w roku 2027 w ogóle dostał się do Sejmu, to każdy wie, że musi obiema rękami trzymać się tego, do czego się dorwał, że w ramach „służby dla Polski” musi wyssać wszystko, co tylko jest do wyssania – żeby starczyło na następną, „pustą” kadencję, a może nawet i na resztę życia.

Gdyby tak nie było, to zaraz by się rozpoczęły tak zwane „rozmowy programowe” to znaczy – komu jaka synekura, czy to w rządzie, czy w zarządach lub radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Vaginet obywatela Tuska Donalda ma niewielką większość w Sejmie, więc musi uwzględniać pragnienia i ambicje każdego fajdanisa – jak powiedziałby marszałek Piłsudski. To oczywiście oznacza korupcję, jako zasadę rządzenia – ale czyż nie dzięki temu właśnie nasza młoda demokracja sprawia wrażenie stabilnej – oczywiście dopóty, dopóki w Berlinie nie podejmą jakiejś innej decyzji? To prawda – ale wiadomo, że na tym świecie nic nie trwa wiecznie.

Stanisław Michalkiewicz

Stary się wali – nowy się wykluwa

Stary się wali – nowy się wykluwa

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    22 lutego 2026 michalkiewicz

Kto by pomyślał, że zakończoną niedawno konferencję monachijską zdominuje myśl wyrażona w rewolucyjnej pieśni „Czerwony sztandar”? Jej fragment bowiem głosi, że „Porządek stary już się wali, żywotem dla nas jego zgon”? Wprawdzie już po amerykańskiej operacji w Wenezueli wysunąłem przypuszczenie, że żywot politycznego porządku światowego, ustanowionego po II wojnie światowej właśnie dobiega kresu – ale każdemu byłoby przyjemnie, gdyby jego przypuszczenia tak szybko znalazły potwierdzenie uczestników konferencji monachijskiej. Z jednej strony – każdemu byłoby przyjemnie – ale z drugiej – zarysy nowego porządku, jaki zaczął wyłaniać się podczas monachijskiej konferencji, nie dla wszystkich muszą być przyjemne.

Na przykład niemiecki kanclerz Merz stwierdził, że skoro Europa ma opierać się przede wszystkim na własnych siłach, to nie ma rady – Bundeswehra musi być najsilniejszą armią w Europie. Oczywiście, jako najtwardsze jądro europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, które muszą nad Europą rozciągnąć też własny parasol atomowy. Wprawdzie niemiecki kanclerz jeszcze chyba trochę gryzł się w język, niemniej jednak „z obfitości serca usta mówią”, więc chociaż w ten zawoalowany sposób dał wyraz pragnieniu, by przy tej okazji Niemcy położyły swój palec na francuskim atomowym cynglu.

Zdaje się, że coś z tego dotarło do francuskiego prezydenta Macrona, bo wprawdzie rytualnie skrytykował on postępowanie obecnej administracji amerykańskiej – ale jednocześnie z naciskiem podkreślił konieczność utrzymania relacji „euroatlantyckich”. Okazuje się, że w nowym porządku mogą odżyć stare lęki – między innymi – francuska obawa przed odrodzeniem niemieckiej potęgi. Oczywiście nie dotyczy to Polski, reprezentowanej w Monachium przez szefa Volksdeutsche Partei, obywatela Tuska Donalda, któremu to nic nie przeszkadza.

Właśnie Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje ogłosiła pożyczkę zbrojeniową dla Polski w wysokości 44 mld euro, której spłacanie ma potrwać co najmniej do 2070 roku, co oznacza, że do tej daty Polska będzie musiała pokornie słuchać Brukseli, a konkretnie – tego kto będzie nastrajał brukselskie kamertony – ale przecież właśnie o to chodzi, by wybić z głowy wszelkie rojenia o „polexicie” i z pokorą przyjąć wyroki przeznaczenia w postaci przekształcenia naszego nieszczęśliwego kraju w Generalną Gubernię.

Dlatego obywatel Tusk Donald już bez żadnego skrępowania obrzucił epitetami „zdrajców” posłów PiS i Konfederacji, którzy w Sejmie głosowali przeciw ustawie o przyjęciu SAFE, czyli wspomnianej pożyczki. Tylko patrzeć, jak na ten sam epitet zarobi pan prezydent Karol Nawrocki, który podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego domagał się bliższych informacji na temat warunków pożyczki – ale chyba bezskutecznie. Czy wynikało to z niechęci obywatela Tuska do dzielenia się z panem prezydentem takimi informacjami, czy może – w co chętnie wierzę – z braku wiedzy szefa vaginetu, który rozmaite traktaty podpisywał bez czytania, na ten temat – dość, że pan prezydent na spotkaniu z obywatelami w Hajnówce poinformował, że tych szczegółów nie zna. Obywatelu Tusku Donaldu, podobnie jak Księciu-Małżonku, czy ministru-ministrowiczu Władysławu Kosiniaku-Kamyszu, może wystarczyć zapewnienie, że to wielki sukces, podczas gdy pan prezydent Nawrocki chciałby wiedzieć trochę więcej, zwłaszcza w sytuacji, gdy polskie finanse publiczne nie są – mówiąc delikatnie – w stanie dobrym.

Diabeł bowiem tkwi w szczegółach – jak to ma miejsce w przypadku właśnie zawetowanej przez pana prezydenta ustawy uznającej gwarę śląską za „język regionalny”. Brzmi to niewinnie – ale zagłębiwszy się w szczegóły widzimy, że to poważna sprawa. Według zasad przyjętych w UE, uznanie jakiegoś narzecza za „język regionalny” pociąga za sobą konieczność stosowania go, jako drugiego języka urzędowego, nie tylko na wszystkich szczeblach edukacji, ale też – w administracji publicznej, sądach, prokuraturze, policji itp.

Wynika z tego konieczność objęcia nauką tego narzecza wszystkich, którzy go nie znają, a chcą zajmować jakieś stanowiska publiczne. Pociąga to za sobą znaczne koszty, o których w zawetowanej ustawie podobno nie wspomniano – co było jedną z oficjalnych przyczyn jej zawetowania.

Od siebie dodam, że praktycznie może oznaczać to szlaban dla wszystkich obywateli, który „regionalnego języka” by nie znali perfect w mowie i w piśmie, w dostępie do stanowisk publicznych przynajmniej na Śląsku. Jeśli to nie jest milowy krok ku separatyzmowi, to ja jestem chińskim mandarynem. W takim razie wejście Śląska do Generalnej Guberni już chyba nie jest przewidziane, zwłaszcza gdyby takie uchwały „językowe” zostały podjęte przez sejmiki wojewódzkie.

Nie jest to możliwość czysto teoretyczna, bo w sytuacji, gdy szanse na podpisanie przez pana prezydenta ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa – żeby wybierali ją sami sędziowie – chociaż widać gołym okiem, że najwięcej do powiedzenia w tej sprawie miałyby organizacje sędziowskie, które podejrzewam o spore nasycenie konfidentami bezpieki – obywatel Żurek Waldemar zademonstrował „plan B”, polegający na tym, by sędziowie – czyli wspomniane organizacje – zaprezentowały Sejmowi skład KRS do zatwierdzenia. Wtedy – zdaniem obywatela Żurka Waldemara – pozory legalności zostałyby zachowane, bo Sejm musiałby jednak nad przedstawionym do zatwierdzenia składem Krajowej Rady Sądownictwa głosować. Pewnie dlatego w rozmowie z panem red. Rymanowskim, pan prezydent Karol Nawrocki nazwał obywatela Żurka Waldemara „terrorystą prawnym”.

A w ogóle, to „wojna na górze” między obywatelem Tuskiem Donaldem i marszałkiem Czarzastym a panem prezydentem, rozwija się nader dynamicznie. Podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego obywatel Tusk Donald powiedział, że „Rada Ministrów” podjęła „decyzję”, iż Polska nie wejdzie do forsowanej przez prezydenta Donalda Trumpa Rady Pokoju – ale chyba żadnego stanowiska rządu na piśmie, ani jego uzasadnienia nie przedstawił – bo pan prezydent Nawrocki w przypływie irytacji powiedział, że obywatel Tusk Donald nie będzie mu dyktować, gdzie może lecieć, a gdzie nie. Takie rzeczy może dyktować najwyżej swoim dzieciom i wnukom – na co obywatel Tusk Donald warknął na pana prezydenta, by od jego „wnuków” trzymał się jak najdalej.

Inna sprawa, że wobec ostatniego stanowiska rządu bezcennego Izraela, którego armia, krok po kroku, posuwa się w głąb Strefy Gazy – że Autonomia Palestyńska ani w Strefie Gazy, ani na Zachodnim Brzegu nie będzie miała nic do gadania, Rada Pokoju służyć ma chyba już tylko do tego, by Donald Trump miał jakąś dożywotnią posadę, gdy przestanie być prezydentem USA. Skoro jednak mu na tym zależy, to, przynajmniej póki prezydentem USA jest, lepiej nie odnosić się do tego pomysłu z lekceważeniem – chyba, że w ramach nowego porządku ktoś postawi wyłącznie na Niemcy – jak to najwyraźniej zrobił obywatel Tusk Donald.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).