14. i 15.08.23 – Protest w Olsztynie i Gietrzwałdzie w obronie Sanktuarium
10/08/2023przez antyk2013

ZAMIAST POLAKOM – MORDERCOM POLAKÓW
Krzysztof Baliński
Wokół rocznicy apogeum ludobójstwa Ukraińców na Polakach działy się rzeczy zadziwiające. Wyglądały na paniczne ruchy obozu władzy wywołane najpewniej przez sondaże pokazujące, że bierność w tej sprawie zagraża wynikom PiS w wyborach oraz postawą sporej części społeczeństwa, coraz wyraźniej zniecierpliwionego ukraińską butą i nieustępliwością, którą w kilku krótkich słowach wyraził Drobowycz z ukraińskiego IPN, że nie będzie żadnej zgodny na ekshumację ofiar, dopóki Polska wcześniej nie odbuduje na swoim terytorium wszystkich pomników UPA. W ramach nieudolnie, naprędce, na chybcika skleconej akcji, premier odwiedził wieś Puźniki, gdzie w sposób upokarzający dla pomordowanych Polaków „uczcił” ofiary dwoma kijami, stawiając w szczerym polu zbity z gałęzi krzyż.
Kiedy pojawiła się informacja, że nasz „strategiczny partner” wykonał wiekopomny gest – zezwolił na poszukiwania, ekshumację i upamiętnienia mogił Polaków zamordowanych przez UPA na terenie Ukrainy, szybko okazało się, że zgoda dotyczy tylko jednej wsi i otrzymał ją nie IPN, czyli instytucja do tego powołana, ale Fundacja Wolność i Demokracja (WiD), i że jak nie było, tak nie ma zgody na ekshumację szczątków dzieci, kobiet i starców, ofiar ukraińskich rezunów leżących w tysiącach dołów śmierci. Okazało się też, że nie chodzi o ekshumację, bo groby pomordowanych w Puźnikach są od dawna znane, ale jedynie o wypromowanie Fundacji Wolność i Demokracja.
Okazało się też, że Fundacja, która ma w statucie „pomoc Polakom na Wschodzie”, zajmuje się wyłącznie pomocą Ukraińcom na Wschodzie. Na swojej internetowej witrynie epatuje, a nawet szczyci się: wyekspediowaniem na Ukrainę blisko 100 „TIR-ów” z pomocą humanitarną dla Ukrainy, ewakuacją 7,2 tys. ukraińskich rodzin z kompleksowym wsparciem rzeczowym i finansowym, pomocą dla kilkunastu ukraińskich szpitali wojskowych oraz opracowaniem i dystrybucją „Biznesowego ABC dla uchodźców z Ukrainy”. Okazało się też, że druga fundacja, też zasilana pieniędzmi rządowymi i też mająca w statucie „pomoc Polakom na Wschodzie”, powołała Wschodni Fundusz Dobroczynności, w ramach którego prowadzi zbiórkę pieniędzy „na rzecz ofiar wojny w Ukrainie, dla potrzebujących przebywających zarówno po polskiej jak i ukraińskiej stronie granicy, uchodźców przebywających w Polsce oraz osób w potrzebie, które przebywają w Ukrainie”. Ale to nie wszystko – Fundacja Pomoc Polakom na Wschodzie, bo taką nadała sobie nazwę, na swojej witrynie internetowej szczyci się: „Przy dystrybucji pomocy korzystamy z rozgałęzionej sieci kontaktów z organizacjami polskiej mniejszości narodowej, polskimi szkółkami i parafiami rzymskokatolickimi”. Tak więc, zamiast służyć Polakom na Wschodzie przerabia tamtejszych Polaków na sługi narodu ukraińskiego.
Do fundacji WiD płynie rzeka rządowych pieniędzy. Tylko w latach 2017-2021 z ministerstwa edukacji, spraw zagranicznych, kultury i z Senatu otrzymała 64 mln zł dotacji. W roku 2021 r. najwięcej, bo blisko 11 mln przekazała Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, na której czele stał wówczas Michał Dworczyk. Założyciel fundacji, zausznik i najbliższy współpracownika premiera utrzymuje, że po uzyskaniu mandatu poselskiego, zrezygnował z funkcji prezesa zarządu Fundacji i obecnie nie ma wpływu na jej działania. To jednak nie do końca prawda. Bo zgodnie ze statutem, to jemu przysługuje prawo powoływania i odwoływania członków rady fundacji, którzy później decydują o wyborze jej władz. Z fundacją od lat związana jest również żona Mychajło Dworczuka (bo jego pierwotne nazwisko brzmi tak) Agnieszka. Do zarządu, jako wiceprezes, dołączył Maciej Dancewicz, wcześniej naczelnik wydziału w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który zasiadał w komisji ekspertów rozpatrujących wnioski fundacji ubiegających się o dofinansowanie. Członkiem rady programowej WiD jest Rafał Dzięciołowski, pełniący jednocześnie funkcję prezesa Fundacji Solidarności Międzynarodowej, która w latach 2017-2021 wsparła działalność WiD kwotą 2,5 mln zł. Dzięciołowski to również członek rady innej fundacji – „Niezależne Media”, założonej przez Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”, ukraińskiej gazety dla Polaków, też futrowanej olbrzymimi pieniędzmi rządowymi. W radzie WiD zasiada Zofia Romaszewska, której córka to prezes telewizji Biełsat finansowo wspomaganej przez „WiD”. I tu zapytać należy: Czy to nie jest gigantyczny konflikt interesów, jawna niegospodarność groszem publicznym, i czy nie powinien tego zbadać instytucje, które zajmują się legalnością wydatkowania pieniędzy publicznych takie, jak NIK, prokuratura i CBA?
Trzeba też zapytać: Dlaczego zgodę na ekshumację lub raczej jej atrapę otrzymała pozarządowa fundacja związana z Dworczykiem, czyli powiązana z lobby ukraińskim w rządzie, a nie dostał jej publiczny IPN? Czy nie chodziło o jednorazowy gest, który miała być wykorzystany propagandowo w celu umocnienia lobby ukraińskiego w rządzie? Czy nie chodziło o obniżenie rangi IPN, a nawet wyeliminowania z prac badawczo-ekshumacyjnych, prof. Krzysztof Szwagrzyka oraz Leona Popka, którzy dotychczas się tym zajmowali? Czy nie chodziło o przyzwolenie Ukraińcom na wysuwanie kolejnych żądań, „w zamian za Puźniki”?
20 lipca ambasador Ukrainy stwierdził, że prace trwające w Puźnikach świadczą, że na Ukrainie nie ma całkowitego zakazu prowadzenia poszukiwań i ekshumacji szczątków Polaków, ofiar rzezi wołyńskiej. Według niego, prace zaczęły się w 2019 roku, ale zostały zakłócone najpierw przez pandemię COVID-19, a potem przez rosyjską inwazję i że „nawet w takich warunkach Ukraina wydała zgodę” na prowadzenie poszukiwań w Puźnikach. Wasyl Zwarycz uznał też, że znaczny postęp nastąpił już w kwestii pojednania: „Koncentrujemy nasze wysiłki i czynimy to konsekwentnie na uczczeniu pamięci niewinnych ofiar Wołyńskiej Tragedii” (tak nazwał ludobójstwo Polaków na Wołyniu!). I…, na tym samym wydechu, zażądał, aby Polska odnowiła pomnik ku czci OUN-UPA na górze Monastyrz, czyli nagrobek upamiętniający bojowców OUN-UPA, którzy mordowali Polaków. Tu przypomnijmy, że na rzecz odnowienia tego pomnika od dawna działa też Fundacja Wolność i Demokracja, co potwierdził szef ukraińskiego IPN w wywiadzie dla „Naszego Słowa”.
Czy nie chodziło o wykorzystanie teatralnego gestu premiera w Puźnikach, dla wzmocnienia tezy, że Kijów zezwolił na ekshumacje? Czy nie chodziło o stworzenie ukraińskim mediom okazji do podania, że premier Polski odwiedził „miejsce zbrodni dokonanej przez Sowietów”? Dnia 8 lipca 2023, czyli w dniu wbicia przez Morawieckiego krzyża z patyków na skraju lasu w nieistniejącej już wsi Puźniki, ukraiński portal „Suspilne Nowyny” cytuje historyka twierdzącego, że UPA zaatakowała „wieś – centrum polsko-bolszewickiej agresji”, z powodu żołnierzy AK i współpracujących z sowietami Polaków”. Portal pisze, że według doniesień ukraińskiego podziemia w Puźnikach działał oddział polskiego podziemia nacjonalistycznego, a przyczyną zniszczenia wsi była „działalność jednostki zbrojnej AK, która z nadejściem władzy radzieckiej na teren naszego obwodu automatycznie przekształciła się w tak zwany ‘istribitielnyj batalion’, które formowano pod egidą NKWD”. Krótko mówiąc, Fundacja WiD, która w swoim statucie ma „promowanie wiedzy o antykomunistycznym podziemiu w Polsce”, wypromowała ukraińską narrację o AK. A co w tym było najbardziej pikantne? O tym, że w Puźnikach Ukraińcy zamordowali bagnetami, nożami i siekierami kobiety, dzieci i starców, a nie „istribitielnyj batalion” milczał zasiadający w radzie WiD, znany z publikacji o Polakach zamordowanych na Wschodzie, Tadeusz Płużański. Tak, jak milczał, że fundusze fundacji, zamiast na pomordowanych na Wschodzie idą na tych, którzy mordowali Polaków na Wschodzie.
Mateusz Morawiecki pojechał na Ukrainę, nazwał rzeź wołyńską ludobójstwem, i wcale nie wywołał tymi słowami kryzysu w relacjach Warszawy z Kijowem, Ukraińcy nie wypowiedzieli umowy z 2 grudnia 2016 roku o bezpłatnym udostępnieniu Ukrainie wszystkich zasobów państwa polskiego i nie zerwali przyjaźni, jaka rozkwitła między Polakami i Ukraińcami „wobec tragedii, jakiej doświadcza Ukraina”. Nie uraził też przeżywających wojenną traumę ukraińskich przesiedleńców, których „Polska tak gościnnie przyjęła”. Dlaczego? Bo to była zasłona dymna, pozorowane działanie, wyreżyserowane przedstawienie, kamuflaż potajemnie uzgodniony z Zełenskim i skoordynowany z ambasadorem Ukrainy. Bo chodziło o naprawienie wyjątkowo prostackiej wypowiedzi Dudy o „bieganiu z widłami”, o spacyfikowanie coraz silniejszych nastrojów antyukraińskich w Polsce, o pozwolenie Ukraińcom, by, „w zamian za Puźniki”, mogli wysuwać inne żądania.
Gdy minister finansów nieopatrznie ujawniła, że Polska wydała na pomoc Ukrainie 50 miliardów złotych, z pomocą pospieszył ambasador Ukrainy, informując, że od chwili rosyjskiej agresji Polska udzieliła Ukrainie pomocy tylko w wysokości 3,4 mld dolarów, tj. 14 mld zł. Czemu jeszcze służyła prymitywna teatralna inscenizacja Kijowa i Warszawy? Stworzeniu premierowi okazji do głoszenia: „Zawsze będziemy bronić dobrego imienia Polski, jej bezpieczeństwa, a interes żadnego innego państwa nigdy nie będzie stał ponad interesem Rzeczypospolitej. Prezydenckiemu ministrowi do wygłoszenia: „To, co najważniejsze dziś, to obrona interesu polskiego rolnika”. Ministrowi edukacji i nauki popisania się bon motem: „Politycy z Ukrainy muszą wiedzieć, że jesteśmy sojusznikami, ale nie frajerami”. Wiceszefowi MSZ-u, to jest resortu, którego rzecznik przyznał, że „Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”, do złożenia deklaracji: „My kierujemy się polityką polskiego interesu narodowego. Wspieramy Ukrainę w takim zakresie, jaki jest w polskim interesie narodowym”.
Ten ostatni nieopatrznie wygadał się jednak: „Podchodzimy z wyrozumiałością do emocji, jakie przeżywają Ukraińcy będący obiektem barbarzyńskiej agresji. Emocje bywają jednak złym doradcą, i nie pomagają w osiąganiu dyplomatycznych celów, np. w staraniach o zwiększenie skali i form pomocy”. Sekundował mu Przemysław Czarnek: My pomagamy, pomagaliśmy i pomagać będziemy, bo to jest w interesie narodu polskiego (…) Nam jest potrzebna niepodległa Ukraina i dlatego w naszym interesie i każdego Polaka jest pomagać”. Intrygę ostatecznie zdemaskował minister Kułeba, oznajmiając: „Strona ukraińska ma bardzo spokojny stosunek do jakichś wewnętrznych politycznych procesów w Polsce. To ich sprawa. Zdajemy sobie sprawę z tego, że mają swoje procesy, swoje interesy. Ale także ten kryzys minie, wszystko się ułoży, bo żywotne interesy Ukrainy i Polski są całkowicie jednakowe. Kiedy mówię żywotne, to są to naprawdę sprawy życia i śmierci państwa”.
Na nasilenie żądań zwiększenia pomocy nie musieliśmy długo czekać. Jeszcze tego samego dnia minister oświaty przekazał „subwencję oświatową” dla ukraińskich uczniów w wysokości 200 mln zł., a minister cyfryzacji przekazał ukraińskiemu ministrowi cyfryzacji 500 akumulatorów Tesla o wartości 25 mln zł., „dzięki którym nauczyciele będą prowadzić lekcje, a Ukraińcy pozostaną w kontakcie”. Ponieważ o hojności Polaków polski Żyd poinformował ukraińskiego Żyda 1 sierpnia, bloger zapytał: PiS dał te akumulatory w podzięce za Rzeź Woli? Czy z jakiej to okazji? Zabrali się też do przygotowania opinii publicznej, że chociaż walczyli jak lwy, będą musieli ustąpić Ukrainie w eksporcie zboża, bo Nec Hercules contra plures, bo presja Komisji Europejskiej, bo nie podoba się to administracji USA, bo będą ukraiński retorsje w postaci embarga na produkty drobiowe z Polski.
Duda, Morawiecki, Kaczyński – wszyscy wzięli udział w tym przestępczym dziele. Podzielili między sobą role. Grali po tamtej stronie. Przy czym nie była to tylko zmowa. Było gorzej – Duda zniechęcał Zełenskiego do wydania zgody na ekshumacje, bo to kłóciłoby się z całą jego wizją ukrainizacji Polski i burzyło całą misternie utkaną żydowsko-amerykańską intrygę z powołaniem UkroPolin. Zwykle coś utajnia się przed wrogami. W tym przypadku nie chodziło jednak o Ruskich, Szwabów czy totalną opozycję, lecz o zwykłych Polaków, w tym towarzyszy partyjnych z PiS. I tu pytanie: Jeśli rządzący dogadują się za kulisami, to czy nie jest to spisek, czyli przestępstwo?
Nie będzie przeprosin. Nie będzie zgody na ekshumację. Rządzące Ukrainą oligarchiczne i hajdamacki klany nie ustąpią, bo w międzyczasie zbudowali silną żydobanderowską tożsamość Ukrainy. Wiedzą przy tym, że patron zza Wielkiej Wody nie zgadza się na polską martyrologię, gdyż monopol na tym polu przysługuje tylko Żydom. Wiedzą też, że amerykańscy Żydzi wybaczyli banderowcom unicestwienie ukraińskich Żydów, bo są znakomitym materiałem dla potrzeb dywersji wobec Rosji, i nawet żydowskim niedobitkom na Ukrainie nie pozwalają powiedzieć na Banderę złego słowa.
Sprawdzą się wszystkie złowieszcze prognozy. „Strona polska” zgodzi się na wszystko: Na zbudowanie 100 pomników Bandery w miejscach wskazanych przez ambasadora Ukrainy (nie wyłączając miejsca obok pomnika Lecha Kaczyńskiego na Placu Piłsudskiego). Na wyasygnowanie 100 mln zł w celu renowacji pomników UPA. Na zalanie Polski 100 milionami ton ukraińskiego zboża. Na bezzwrotną 100-milionową pożyczkę, którą – dla udobruchania rezunów – Duda osobiście zawiezie do Kijowa. Na restytucję mienia poukraińskiego w Bieszczadach. Na wypłacanie 100 euro miesięcznego świadczenia 100 tysiącom Ukraińców wysiedlonych z Bieszczad w wyniku Akcji Wisła. Na przeszkolenie 100 tysięcy funkcjonariuszy Policji i prokuratury w ramach „Treningu przeciwdziałania przestępstwom z nienawiści wobec Ukraińców i uchodźców”.
Nad Wisłą niewiele się zmieni. Polska będzie dalej wspierać Ukrainę, aż do „wyzwolenia wszystkich okupowanych terytoriów” czyli po wsze czasy, za darmo i bez jakichkolwiek zobowiązań ze strony obdarowanych. Dalej będzie utrzymywać tabuny ukraińskich „uchodźców” z Dzikich Pól. Dalej będzie realizować, zamiast polskiej, ukraińską rację stanu. A lud pracujący miast i wsi Podkarpacia dalej będzie głosował na PiS.
Ukraiński minister cyfryzacji Mychajło Fedorow podziękował Elonowi Muskowi za akumulatory Tesla Powerwall.
A to Polska kupiła Ukraińcom ten sprzęt.
Minister cyfryzacji Ukrainy Mychajło Fedorow opublikował na Twitterze nagranie, w którym dziękuje Elonowi Muskowi za ponad 500 akumulatorów Tesla Powerwall.
Nie wymienił Polski, która zapłaciła za akumulatory, co zauważyli internauci. Fedorow poinformował, że baterie mają dostarczać energię elektryczną do szkół, szpitali i przedszkoli.
https://www.salon24.pl/u/lukaszwarzecha/1317132,sprawdzmy-wplywy-ukrainskie-w-polsce
Niektórzy wydają się mieć obsesję na punkcie domniemanych wpływów rosyjskich w Polsce. Takie jednak z pewnością istnieją. Spójrzmy jednak na działania i wypowiedzi niektórych uczestników życia publicznego. Czy nie powinniśmy zacząć sprawdzać wpływów ukraińskich?
Sytuacja wokół Ukrainy mocno się zmieniła w stosunku do tego, ca pamiętamy choćby jeszcze z drugiej połowy ubiegłego roku. I w kontekście międzynarodowym, i polskim. Tego pierwszego omawiał tu nie będę. Dość wskazać, że sytuacja zbliża nas do dwóch wariantów rozstrzygnięcia. W pierwszym konflikt stanie się tlącą się wojną lokalną, taką jak w Donbasie po 2014 r., w której Ukraina będzie w dość ograniczonym stopniu wspierana przez Zachód – ze wszystkimi tego konsekwencjami. W drugim – ze względu na naciski na Kijów z jednej strony, a z drugiej na Moskwę ze strony przede wszystkim Pekinu– zostanie wypracowany rozejm najpewniej w stylu „koreańskim”. Każdy z tych wariantów będzie oznaczał faktyczną utratę części terytorium przez Ukrainę. Kluczowe dla jej dalszej egzystencji będzie utrzymanie dostępu do Morza Czarnego, natomiast tromtadracyjna narracja, powtarzana przez dużą część polskich polityków, o nieuchronności odzyskania przez Ukrainę całości terytoriów, włącznie z tymi zajętymi przez Rosję w 2014 r., ponosi już teraz sromotną klęskę.
Zarazem opinia publiczna coraz wyraźniej dostrzega rozbieżne polsko-ukraińskie interesy oraz niepożądane konsekwencje obecności w Polsce nie tylko uchodźców, ale też zwykłych łapówkarzy i dezerterów. Te zmieniające się nastroje każą z kolei rządzącym podążać za nimi przynajmniej w warstwie retorycznej – choć nie wiadomo, czy idą za tym działania, skoro przedstawiciele władzy wspominają o chętnym uczestnictwie Polski w przekazywaniu Kijowowi myśliwców F-16, a mniejszej wagi prezenty sprawiają Ukrainie cały czas (choćby niedawno baterie Tesli, za które w opublikowanym w mediach społecznościowych filmie przedstawiciel ukraińskiego rządu zapomniał jakoś Polsce podziękować, za to dziękował… Elonowi Muskowi).
Swego rodzaju punktem zwrotnym w nastrojach – sondaże tego na razie nie pokazały, ale bardzo możliwe, że wkrótce tak się stanie – było wezwanie polskiego ambasadora Bartosza Cichockiego do ukraińskiego MSZ w związku z wypowiedzią prezydenckiego ministra Marcina Przydacza. Przydacz zasugerował, że Ukraina mogłaby wykazywać się w ramach wdzięczności za polską pomoc większym zrozumieniem dla naszych problemów zbożowych. Jest w tej sytuacji spora dawka ironii. Bartosz Cichocki to jeden z najzagorzalszych ukrainofilów w polskiej elicie, który wielokrotnie, szczególnie w pierwszym okresie wojny, dalece wykraczał poza swoje kompetencje ambasadorskie i wypowiadał się jak polityczny decydent, a nie urzędnik jedynie reprezentujący państwo polskie. Z kolei Marcin Przydacz, wcześniej wiceszef MSZ, to również jeden z największych zwolenników proukraińskiego kursu, choć mimo wszystko zachowujący w tych sprawach relatywnie sporą dawkę zdrowego rozsądku.
Zbliżają się wybory, więc rządzący werbalnie swoje stanowisko utwardzają. Co i czy cokolwiek konkretnie z tego wyniknie – zobaczymy.
Natomiast w najgorszej, także psychologicznie, sytuacji jest frakcja zajadłych ukrainofilów, której niekwestionowanym liderem jest pan prezydent Andrzej Duda. Mam nadzieję, że ktoś kiedyś zdoła wyjaśnić motywację, stojącą za jego uzależnieniem od przychylności Wołodymyra Zełenskiego. Czy chodzi – jak chcą niektórzy – o staranie się o przyszłe stanowisko międzynarodowe (choć wydaje się, że zachowanie Andrzeja Dudy wykracza dalece poza takie motywy) czy może mamy do czynienia z problemem najczyściej psychologicznym – nie sposób stwierdzić. Tak czy owak, jest to widowisko coraz bardziej zadziwiające, a zarazem coraz bardziej żenujące.
Część osób, które wcześniej etatowo śledziły rzekomą rosyjską narrację, nagle nabrała wody w usta, dowodząc swojego skrajnego koniunkturalizmu. Tak jest z ministrem Stanisławem Żarynem, który nagle ogłuchł na wygłaszane przez przedstawicieli obozu władzy poglądy identyczne w tymi, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej potępiał etatowo u publicystów. Tak jest też z wiceministrem spraw zagranicznych Pawłem Jabłońskim, który jeszcze w maju gromił zwolenników „polityki transakcyjnej” z Ukrainą czy oburzał się na stwierdzenie, że Polska rozbraja się na rzecz Ukrainy, by w lipcu i sierpniu kompletnie przestać reagować na wysyp podobnych stwierdzeń.
Z kolei część tej grupy zaczyna reagować na rozwój sytuacji coraz bardziej nerwowo i agresywnie. Stąd choćby teksty takie jak Jakuba Maciejewskiego z „Sieci”, w którym ten bardzo głęboko emocjonalnie zaangażowany po stronie Kijowa publicysta nazywa tygodnik „Do Rzeczy” prorosyjskim, a o mnie samym pisze „Łukasz Jarosławowicz”. Trzeba to widzieć po prostu jako wyraz skrajnej desperacji i próbę zakrzyczenia rzeczywistości, zmieniającej się w kierunku kompletnie niezgodnym z życzeniowym myśleniem takich Maciejewskich. Ale czy wyłącznie jako to?
W życie weszła fatalna ustawa o powołaniu komisji do spraw rosyjskich wpływów. Dlaczego uważam ją za fatalną – nie tylko ja zresztą – pisałem i mówiłem obszernie w wielu miejscach, również na moim kanale YT, nie będę więc tutaj tych argumentów powtarzał. Można jedynie podkreślić, że argument o sprzyjaniu Rosji jest używany w polskim życiu politycznym jak kij bejsbolowy, nie niesie ze sobą żadnej wartości, za to rzucany przy każdej okazji uniemożliwia skutecznie odnalezienie faktycznych rosyjskich wpływów. Po nowelizacji, zaproponowanej przez pana prezydenta, ustawa jest trochę mniej groźna i w mniejszym stopniu narusza prawa obywatelskie – w tym prawo do sądu – ale w swojej istocie pozostaje tak samo fatalna.
Zarazem jasne jest, że jakieś rosyjskie wpływy w polskim życiu publicznym były i zapewne są. Tyle że od ich wykrywania nie jest komisja, powoływana przez parlament – faktycznie przez rządzącą większość – ale służby. Skoro już jednak w ogóle zajmujemy się wpływami rosyjskimi, to dlaczego tylko nimi? Czy zadziwiające działania i wypowiedzi niektórych uczestników polskiego życia publicznego nie powinny zwrócić uwagi na możliwość istnienia różnego rodzaju wpływów ukraińskich?
Do postawienia tego pytania skłania mnie zadziwiająca, absolutnie skandaliczna wypowiedź byłego szefa dyplomacji Jacka Czaputowicza, który pytany w Polsat News o komentarz do słów ministra Przydacza powiedział: „Są państwa silne jak lwy, są państwa przebiegłe jak lisy i są państwa jak hieny i szakale. I my prowadzimy taką politykę hien i szakali. Przychodzi na myśl szmalcownictwo polityczne, w jakie się wpiszemy być może niedługo”.
Można by uznać, że pan Czaputowicz zwariował. Istotą polityki zagranicznej państw jest pilnowanie swoich interesów i egoizm – mądry, uwzględniający także interesy wspólne, ale jednak egoizm. Taką zresztą politykę prowadzi sama Ukraina, momentami bardzo bezczelnie. Czy Czaputowicz nagle zapomniał, na czym polega polityka międzynarodowa? A może chodzi o coś innego? Tylko o co?
Ale przecież nie jest sam. Przykład oszalałej wręcz szarży Jakuba Maciejewskiego już podawałem. Tenże Maciejewski spędził sporo czasu na Ukrainie podczas wojny. Czy tego typu wyjazdy, kontakty z ukraińskim wojskiem, z konieczności – również ze służbami są neutralne i bez wpływu na postawę danej osoby? Nie wiem, ale pytanie wydaje się zasadne. Być może jest w stanie na nie odpowiedzieć ktoś lepiej ode mnie w tych sprawach zorientowany.
Prześledźmy wypowiedzi posła Koalicji Obywatelskiej Pawła Kowala, który od miesięcy wypowiada się w takim tonie, jakby był deputowanym do ukraińskiej Werhownej Rady, a nie polskiego Sejmu. Kowal od lat zaangażowany jest w sprawy wschodnie, w tym zwłaszcza ukraińskie, pilotując przez lata między innymi konferencję Polska Polityka Wschodnia, organizowaną przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego na zamku w Wojnowicach. Może mieć oczywiście swoje poglądy na temat tego, jaką Polska powinna prowadzić politykę na wschodzie. Lecz czy poziom tego zaangażowania i tak ostentacyjne kładzenie nacisku na ukraiński interes, również tam, gdzie jest on w ewidentnym konflikcie z interesem polskim, nie powinno jednak skłaniać do zadania pytania, czy nie stoją za tym jakieś innego rodzaju czynniki niż nadmiar lektury pism Giedroycia?
A co z postacią z innego obszaru – Cezarym Kaźmierczakiem, prezesem Związku Przedsiębiorców i Pracodawców? Kaźmierczak w promowaniu ukraińskiego interesu stoi zdecydowanie na pierwszej linii, posuwając się nawet do wezwań, aby polski rząd pozostawił polskich rolników samym sobie. Co ciekawe, do grona współpracowników ZPP i Warsaw Enterprise Institute, siostrzanych organizacji, rok temu dołączył Adam Eberhardt, wcześniej dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich, który jeszcze pełniąc tę funkcję wielokrotnie odbywał wojaże, w tym po Ukrainie, z Kaźmierczakiem i Tomaszem Wróblewskim, szefem WEI. Dzisiaj ZPP za rządowe pieniądze organizuje konferencje o odbudowie Ukrainy i – w mojej opinii – stara się przedstawiać jako główny pośrednik dla polskich firm w tej sprawie. Pośrednicy, jak wiadomo, raczej nie pracują pro bono. O co tu chodzi?
Takich przykładów można by wymienić dużo. Pytanie brzmi, dlaczego w sferze publicznej dotychczas właściwie nie pada pytanie o poziom i naturę wpływów ukraińskich. Przecież Ukraina miała środki, aby takie wpływy kształtować jeszcze przed wojną (teraz też je zapewne posiada). Oferowała stanowiska wykładowców, stypendia, wsparcie finansowe różnego rodzaju projektów. Działała metodami podobnymi jak choćby Niemcy, choć oczywiście na mniejszą skalę. Dziś jesteśmy w momencie, kiedy te wpływy może się starać wykorzystać – tym silniej, im wyraźniej widoczna będzie rozbieżność między naszymi interesami.
Badamy wpływy rosyjskie? Dobrze. Ale zbadajmy także ukraińskie.
https://www.fronda.pl/a/Czy-kasta-sedziowska-to-potomkowie-zydokomuny-2,218806.html
Kasta sędziowska próbuje dziś zbudować w Polsce system trybunalski. Sędziowie pozbawieni wszelkiej kontroli mieliby sprawować tak naprawdę najwyższą władzę. Prawo i Sprawiedliwość próbuje ukrócić tę anarchię, co spotyka się z niezwykle zajadłymi atakami; nic dziwnego, to wojna. Kasta sędziowska wywodzi się pośrednio, a niekiedy jeszcze wciąż bezpośrednio, z komunistycznego wymiaru (nie)sprawiedliwości. Sądownictwo w PRL miało w niemałym stopniu żydokomunistyczny charakter. Długo by mówić o zbrodniach, jakich na polskich patriotach dopuszczali się przedstawiciele żydokomuny, antenaci dzisiejszej kasty sędziowskiej. A czym była sama żydokomuna? O tym znakomicie pisał amerykański badacz fenomenu żydowskiego zaangażowania w XX-wieczne ruchy intelektualne i polityczne, prof. Kevin MacDonald.
Nakładem wydawnictwa Aletheia ukazała się monumentalna, 616 stronicowa, praca naukowa profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego Kevina MacDonalda „Kultura krytyki. Ewolucjonistyczna analiza zaangażowania Żydów w XX-wieczne ruchy intelektualne i polityczne”. Praca poświęcona jest stworzonym przez Żydów nurtom intelektualne, które skutecznie niszczyły cywilizacje zachodnią w XX wieku, oraz temu jak destrukcja cywilizacji zachodniej służyła realizacji interesów społeczności żydowskiej. Na marginesie drobiazgowego opisu rzeczywistości, dosłownie na kilku stronach, MacDonald przybliżył czytelnikom rolę żydokomuny w Polsce po II wojnie światowej.
Według MacDonalda przedwojenną ekspozyturą żydokomuny w Polsce była Komunistyczna Partia Polski. KPP była sowiecką agenturą w Polsce, wspierała agresje ZSRS na Polskę w 1920 i 1939 roku, antypolską politykę sowietów na okupowanych ziemiach Polski, terror i eksterminacje.
Zdaniem MacDonalda podobnie jak w innych krajach Europy zajętych przez sowietów po drugiej wojnie światowej, tak i w Polsce, grupa żydowskich komunistów przejęła władze w Polsce. Żydokomuna rządząca powojenną Polską wywodziła się z tradycyjnych rodzin żydowskich. Wyrosła z kultury judaistycznej, posługiwała się jidysz jako językiem ojczystym, nie miała nic wspólnego z kultura polską. Świat postrzegała przez kalki żydowskiej socjalizacji i tożsamości. Jako komuniści pozostawała w swoim żydowskim środowisku, jej idolami byli inni żydowscy komuniści. W ZSRS widziała opokę dla swoje żydowskiej tożsamości. Kochała ZSRS, bo w ZSRR władza znajdowała się w rękach Żydów, sowieci zapewniali rozwój kultury żydowskiej, ZSRS surowo karało za antysemityzm. Polski nienawidziła, uznawała Polskę za wrogi i prymitywny kraj.
W powojennej Polsce, zdaniem MacDonalda, „komuniści żydowscy na najwyższych stanowiskach w państwie, tworzyli nadal spójną i wyodrębnioną grupę”. Ich solidarność etniczna była niezwykle dostrzegalna dla zniewolonych Polaków. Żydzi by być solidarnymi względem siebie nie musieli składać werbalnych deklaracji. Od 1948 do 1956 roku pełnia władzy nad zniewoloną Polską była w rękach Żydów. Żydokomuna w powojennej Polsce realizowała „radzieckie interesy polityczne, gospodarcze i kulturalne” i „agresywnie urzeczywistniała interesy specyficznie żydowskie, jak choćby eksterminacje narodowej opozycji politycznej”. „Zdominowany przez Żydów rząd komunistyczny zabiegał o odrodzenie i utrwalenie społeczności żydowskiej w Polsce”. Równocześnie żydokomuna prowadziła „wytężoną kampanie ograniczania wpływów politycznych i kulturowych kościoła katolickiego”.
By tworzyć pozory samorządności w powojennej Polsce, tych Żydów, „którzy pod względem fizycznym mogli uchodzić za Polaków (…) zachęcano do zmiany nazwisk na polsko brzmiące i podawania się za Polaków”. Żydokomuna w powojennej Polsce uważała Żydów nie komunistów za lojalne i wyobcowane z polskości zaplecze kadrowe dla nowego reżimu. „Pochodzenie żydowskie szczególnie ceniono przy naborze do służby bezpieczeństwa”. Żydokomuna była całkowicie świadoma, że władze ma dzięki sowietom, i może ją utrzymać tylko za pomocą terroru. Dodatkowo żydokomuna z bezpieki siała terror wobec Polaków, jej działania było motywowane nienawiścią rasową do Polaków. Powojenna Polska rządzona z nadania sowieckiego przez Żydów, wbrew Polakom, zapewniała Żydom korzyści finansowe z władzy.
Według MacDonalda w wyniku destalinizacji w 1956 roku ograniczono udział Żydów we władzy. Pogorszenie pozycji finansowej żydokomuny w powojennej Polsce rekompensowała hojna pomoc finansowa dla Żydów ze strony amerykańskich Żydów. To i fakt, że dzieci i wnuki żydowskich komunistów wracały do swojej judaistycznej żydowskiej tożsamości, należy uznać „za mocny dowód na rzecz tezy, ze wielu komunistów żydowskich w rzeczywistości było krypto Żydami”. Im słabsza była pozycja Żydów w systemie sowieckim, tym silniejsza była ich solidarność rasowa. „Kiedy ostatecznie upadli, szybko odrzucili wszelkie pozory polskiej tożsamości o otwarcie deklarowali żydowską tożsamość. Zwłaszcza w Izraelu, dokąd wyjeżdżała większość polskich Żydów”. W Izraelu Żydzi zdejmowali kostium komunistów i stawali się syjonistami.
Żydokomunę w powojennej Polsce trzeba traktować jako ugrupowanie żydowskie realizujące partykularne interesy polityczne i ekonomiczne Żydów. Dążące do zniszczenia kościoła katolickiego i polskiego nacjonalizmu, eksterminacji nieżydowskich elit narodowych, niszczenia kultury polskiej, wyzyskiwania ekonomicznego Polaków, wspierania interesów ekonomicznych Żydów i kultury żydowskiej. Środowisko Żydów, którzy nie wyrzekli się swojej żydowskiej tożsamości. „Zdominowane przez Żydów władze komunistyczne w Polsce walczyły z polskim nacjonalizmem i autorytetem politycznym i kulturowym kościoła katolickiego, głównym źródłem spójności tradycyjnego społeczeństwa polskiego”.
hit-kampanii krycha
: | Śmiertelnie poważne |
---|
Wielu dziś prorokuje……będzie wojna, nie będzie wojny, bośmy wyjątkowo bezpieczni, kto wygra wybory , kto przegra etc.?
Nieśmiało dołączę do nich.
Śniło mi się….
że nadchodzi nowe nieszczęście.
Nie o wojnie śniłam ale o czymś podobnym. O planowanej akcji “zdrowotnej”. W świecie naukowym mają nowy pomysł, jak pozbyć się kłopotliwej populacji i poprawić klimat.
Wiemy, że już trwają kosztowne badania, WHO zapowiada nowe mutacje ….Póki co trzeba nam tłumnie spotykać się na marszach, bawić na piknikach, śpiewać chóralnie etc.
Nie wiadomo kiedy “naukowcy” wynajdą nowy eliksir a władze zarządzą testozę i kwarantannę.
Ponoć jeszcze nie teraz….nie w czasie kampanii.
Nie umieramy też ponad limit, bo już nie ma limitów.
Liczba tzw. nadmiarowych zgonów, tych z epoki szczęśliwie minionej plandemii nie jest już podawana przez ministerstwo śmierci.
Jest nadzieja….wracam do snu.
Mamy zatem cudowny sezon zdrowia i szczęścia, który władze wykorzystają w kampanii.
Księgowi na tzw. szczeblach dostrzegą szansę na kolejne “wsparcie” życia i śmierci Polaków i…
podwyższą ZASIŁEK POGRZEBOWY!
Tak wiele oszczędzono na zmarłych w czasie plandemii, że teraz będzie można pohulać….tak mi się przyśniło.
Byłby to dobry krok w kierunku sukcesu wyborczego oraz ku uciesze polskich rodzin.
Także ku tzw. poszerzeniu i ubogaceniu ofert firm funeralnych,
To byłby prawdziwy i oczekiwany HIT
Bez podatku oczywiście.
Śmierć stałaby się lżejsza….
Poprzednicy obniżyli kwotę zasiłku, władze obecne z radością to przyklepały.
Śniło mi się, że teraz dostrzegły szansę.
Kampania wyborcza to idealny czas na Trumna+
Może ktoś śnił o innych propozycjach “wsparcia”?
Pozdrawiam
krycha
zmierzch-bogow2023-08-04 Sławomir M. Kozak
Tak niewiele było trzeba czasu, żeby prawie wszystko stanęło na głowie. Poprzestawiano znaczenia słów, podstawowe pojęcia i wartości. W książce „Covidowe Jeże” tłumaczyłem, że nie planowałem jej napisania i wydania, „podobnie jak nikt spośród nas, jeszcze na początku roku 2020 nie sądził, że wkrótce spadnie mu niespodziewanie na głowę sufit z żyrandolem i spora część stropu.
Póki co, dach się jeszcze trzyma, choć zaczyna przeciekać. Marną jest pociecha, że nie dopadło to tylko nas i większość osób dookoła spotkał podobny los, bo każdy zajęty jest ratowaniem swego dobytku i w podpieraniu powały belkami musimy radzić sobie sami. Pisząc, że ‘nikt spośród nas’ nie przewidział nadchodzącej nawały i nie rozpoznał oznak zbliżającej się burzy, wyrażam opinię o zdecydowanej większości mieszkańców naszego globu, mając jednak świadomość, że podczas gdy my spaliśmy obezwładnieni pozornym dobrobytem i spokojem, inni szykowali za rogiem zaprzęgi, by w chwili naszej dezorientacji, przerażenia i słabości, podciągnąć wozy pod nasze domostwa i rozpocząć grabież. I to o nich, kryjących się dotąd w burzowej ciemności naszej niewiedzy, wykorzystujących wyjące niczym huragan media, ulewę rządowych dezinformacji i zagłuszające wszystko grzmoty organizacji międzynarodowych, piszę w tym notatniku ‘czasów zarazy’. By pozostało świadectwo, kiedy zapomnimy, wybaczymy lub odejdziemy. (…) Bo, przecież najbardziej nawet ołowiane niebo, rozświetlają co pewien czas flesze błyskawic. I, jeśli znajdziemy chwilę na to, by spojrzeć wówczas dookoła, rozpoznamy nie tylko uwijające się po naszym gospodarstwie postacie rabusiów, ale także ich twarze. Dlatego ważne, byśmy wykorzystali każdy rozbłysk światła w ciemności wokół nas i zapamiętali jak najwięcej szczegółów. Zajęci ratowaniem dobytku, samotnie stojąc po kostki w gruzie, nie mamy możliwości, by ich dopaść, osądzić i ukarać. Ale, kiedy nadejdzie świt, a po burzy zawsze wraca słońce, pomożemy najbliższym wokół nas w stanięciu na nogi, sąsiadom w łataniu strat i odbudujemy nasz świat. Nie musi to być nowy, wspaniały świat według oczekiwań naszych grabieżców.
Wierzę głęboko w to, że odbudujemy go podług naszych założeń, a nie na wskazanych nam osuwających się piaskach ułudy lepszego życia. Wyjdziemy z tego doświadczenia silniejsi, a nasze dzieci i wnuki będą z niego czerpały latami. Ważne, byśmy budowę zaczęli na ocalałych i trwałych fundamentach, bo to one są najważniejsze i stanowią o przetrwaniu oraz sile kolejnych pokoleń. Pora wrócić do najważniejszych wartości, od których odstąpiliśmy w minionym okresie mamieni mirażem dostatku i wygody. Czas najwyższy skończyć z upokarzaniem się przed barbarzyńskimi hordami najeźdźców i okazać pokorę Bogu, z którym wojnę rozpoczęli. Wykorzystując chwilową ciemność ograniczyli dostęp do świątyń, aspersoria zalali płynem dezynfekującym, pozamykali bramy do grobów naszych bliskich, na biskupów wylali kubły pomyj, na ściany kościołów wiadra farb, zastraszyli księży, rugują z życia najważniejsze święta katolickie, próbując zastąpić pogańskimi rytuałami i wynosząc je do rangi uroczystości państwowych”.
Pisałem to zaledwie trzy lata temu, kiedy jeszcze wrogo patrzono na ludzi nieskażonych telewizyjną histerią, nie dających narzucić sobie serwowanych zewsząd idiotyzmów. Dziś, czas ten wielu uznało za koszmar dawno miniony, sen, marę, coś nierzeczywistego, w czym nie brali nigdy udziału. Tak jest zapewne wygodniej, lżej, bo jakże inaczej wytłumaczyć nie tylko innym, ale sobie przede wszystkim, że stało się jednak po stronie kłamstwa i obłudy. Nie mnie oceniać szewców, krawców i młynarzy. Oni, na ogół, stanęli w prawdzie. Ilu ich zresztą pozostało? Bardziej bolesne, że zawiedli niektórzy reprezentanci zawodów zaufania publicznego, czyli ludzie, którzy zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej wykonują profesje o wysokim znaczeniu społecznym, wymagające szczególnych kwalifikacji zawodowych, ale też moralnych.
Dotyczy to przede wszystkim funkcjonariuszy publicznych. Wikipedia, definiuje ich, jako osoby pełniące funkcję publiczną bez względu na formę zatrudnienia, które z uwagi na szczególną pozycję zawodową lub posiadane kompetencje związane ze sprawowaniem władzy publicznej korzystają na gruncie polskiego prawa karnego ze szczególnej ochrony prawnej, ale jednocześnie podlegają szczególnej odpowiedzialności karnej (!). Prawo dookreśla tę grupę osób w konkretnym artykule polskiego Kodeksu karnego[1], a przypomnieć należy, że według niego funkcjonariuszami publicznymi są, zarówno Prezydent RP, jak i posłowie, senatorowie i radni. Ale są też nimi sędziowie, prokuratorzy, komornicy, kuratorzy sądowi, osoby orzekające w organach dyscyplinarnych, pracownicy administracji rządowej, samorządu terytorialnego, funkcjonariusze organu powołanego do ochrony bezpieczeństwa publicznego, funkcjonariusze Służby Więziennej, osoby pełniące czynną służbę wojskową – uwaga – z wyjątkiem terytorialnej służby wojskowej pełnionej dyspozycyjnie, którą to służbę, przypominam na marginesie, wprowadzono w listopadzie 2016 r. ustawą o zmianie ustawy o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej. Obfitował ten rok w ciekawe ustawy! Jednocześnie, prawo mówi, że funkcjonariuszem publicznym jest również „osoba zajmująca kierownicze stanowisko w innej instytucji państwowej”, co jest pojęciem wyjątkowo pojemnym. Stąd, nie tak dawna próba „resetu” tych zapisów. Czy nadal, wymienione wyżej zawody, bądź zajęcia, cieszą się publicznym, czyli naszym zaufaniem?
Oczywiście, grzechem byłoby generalizowanie i podciąganie większości pod wspólny mianownik, ale nie wolno jednak stosować, ulubionej przez kibiców wymówki, że nic się przecie, Polacy, nie stało. Warto pamiętać, mając świadomość, że wiele wyzwań jest nadal przed nami wszystkimi (!), z pewnością o wiele trudniejszych od tych, z którymi rzekomo (chwilowo) się uporaliśmy.
A przecież nie doszedłem jeszcze do lekarzy, dziennikarzy i, co najsmutniejsze, księży. Poza wymiarem moralnym – reprezentantów inteligencji, która nie dość, że dopiero co zawierzyła fałszywej pandemii, gorąco do niej przekonując, dziś w imię równie niespójnej narracji wiecznych apatrydów, zachęca nas do wojny. Ale, czego oczekiwać, skoro historycy okupują urzędy administracji państwowej, uchodząc za ekspertów w każdej, poza wyuczoną, dziedzinie, a muzycy brylują w sejmowych ławach? I jedni, i drudzy straszą oto polski naród grupą Wagnera, stojącą ponoć u naszych granic.
Czy ludzie rzekomo inteligentni mogą nie odczuwać dysonansu poznawczego wiedząc, że Richard Wagner, od którego nazwiska przyjął „ksywę” dowódca grupy był, używając modnych dziś określeń, niemieckim szowinistą i antysemitą? Że, „Walkiria” obnażała obsesję kompozytora na punkcie sił zła, a dzieło jego życia, „Pierścień Nibelunga”, było muzycznym wyrazem jego wiary w niemieckich nadludzi zarządzających światową sceną, niczym pogańscy bogowie Wotan i Thor? To przecież zauroczony jego muzyką Hitler powiedział, że aby zrozumieć nazistowskie Niemcy, trzeba znać twórczość Wagnera. Nawiasem mówiąc, uczniem słynnego kompozytora był Gustav Mahler, którego studia u Wagnera finansował baron Albert de Rothschild.
Czy dopuszczają współcześni inteligenci, podejmujący w imieniu państwa polskiego brzemienne dlań decyzje myśl, że jedyna, prywatna firma wojskowa działająca pod egidą służb Federacji Rosyjskiej, głoszącej ideę denazyfikacji Ukrainy, mogłaby bez przyzwolenia, choć jeden dzień nosić imię człowieka wielbiącego germańskich i nordyckich bogów? Czy potrafiliby nam wyjaśnić, dlaczego spadkobiercy kultu Thora pochodzącego z dynastii Azów wykrwawiają od miesięcy oddziały brygady szturmowej „Azow”? Tej, która swe „korzenie” wywodzi od tych samych „bogów”? Czy naprawdę wszyscy uwierzyli gromadzie błaznów – na pomieszanie dobrego i złego?
Za rogiem kolejna rocznica Sierpnia, którą spadkobiercy korowskiej inteligencji ludowej będą czcili, jak co roku, od kiedy zdradzili ideały robotników i oddali za bezcen matecznik polskiej solidarności.
Na krzyżach Stoczni Gdańskiej nadal jednak widnieją pierwsze słowa przestrogi poety o narodowej pamięci.
Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,
Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,
Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.
Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.
(Cz. Miłosz, Waszyngton, 1950)
Sławomir M. Kozak
Stanisław Michalkiewicz: W kanikularną posuchę michalkiewicz-w-kanikularna-posuche
Nie wiadomo, kiedy właściwie odbędą się wybory, bo na mieście krążą fałszywe pogłoski, że na pana prezydenta Dudę wywierane są naciski, żeby przesunął je z połowy października, na połowę listopada. Listopad – wiadomo – “niebezpieczna dla Polaków pora” – jak twierdził wielki książę Konstanty Pawłowicz w “Nocy listopadowej” Stanisława Wyspiańskiego. Oczywiście chodzi o Polaków prawdziwych, jak na przykład Jarosław Kaczyński, czy Mateusz Morawiecki, a nie jakichś farbowanych na “ryżo” lisów, jak, dajmy na to – Donald Tusk – co to w dodatku przewodzi Volksdeutsche Partei.
W takiej sytuacji przesuwanie wyborów na listopad mogłoby stanowić kolejną dywersję pana prezydenta Dudy wobec Naczelnika Państwa. Tymczasem jeszcze nie zagoiły się rany po poprzedniej, kiedy to pan prezydent najpierw podpisał ustawę o utworzeniu nadzwyczajnej komisji do badania ruskich wpływów w naszej – pożal się Boże! – polityce, ale po dwóch dniach, wystraszony obsztorcówą ze strony pana ambasadora Marka Brzezińskiego, zawetował własny podpis. Nie tylko zawetował, ale zaproponował własny projekt, który obecnie, po pewnych perypetiach, został zatwierdzony i wchodzi w życie.
To znaczy – niezupełnie wchodzi, to najsampierw Sejm musi wybrać tę komisję – ale nie z parlamentarzystów, tylko z fachowców spoza Sejmu. Już ta okoliczność sprawia, że zainteresowanie wyborem komisji nie jest aż takie duże tym bardziej, że właśnie Sejm, podobnie jak i Senat, rozjeżdża się na wakacje. Ale nawet jak już z wakacji wróci, to też nie bardzo wiadomo, po co właściwie powoływać tę komisję, skoro pan prezydent Duda wyrwał jej żądło w postaci możliwości orzekania 10-letniego szlabanu na piastowanie funkcji publicznych? Tymczasem właśnie ono było pomyślane jako tajna broń na Donalda Tuska – ale dywersja pana prezydenta Dudy położyła kres tym nadziejom.
Tymczasem wybory, wszystko jedno; w październiku, czy listopadzie, jednak się zbliżają i ten czas trzeba czymś wypełnić i to nie byle czym, tylko rewelacjami mogącymi zelektryzować opinię publiczną. I tu objawiła się – co tu ukrywać – degrengolada Donalda Tuska, który wszedł na drogę, jaką nastręczyły mu jakieś “skisłe Szekspiry majtek damskich”. Tylko tymi złowrogimi podszeptami tłumaczę sobie wynajęcie pani Joanny Parniewskiej z Krakowa, której stworzono nawet okazję do odegrania w Sejmie psychodramy.
Całe przedstawienie jednak okazało się na nic, bo pani Parniewska, zamiast – jak tresuje swoich podopiecznych fundacja “nie bzykajcie się!” – zademonstrowania spazmów i innych symptomów straszliwej traumy – zaczęła się przechwalać, jaką to nie jest “kochanką” – co postawiło w szalenie niezręcznym położeniu Wielce Czcigodną Wandę Nowicką oraz moją faworytę, Wielce Czcigodną Joannę Scheuring-Wielgus, która tylko co wróciła z Rwandy, gdzie łączyła się z Murzynami.
W tej sytuacji nie było sensu dalej lansować pani Joanny, jako heroiny walki o prawa kobietów – ale to z kolei postawiło pod znakiem zapytania sens urządzania 1 października “marszu miliona serc” złamanych – bo w krążących po mieście fałszywych pogłoskach, jakoby kulminacyjnym momentem tej imprezy miałoby być bliskie spotkanie III stopnia Donalda Tuska z panią Joanną, nie było ani słowa prawdy. Tymczasem nawet podczas Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie przewidziane zostały “momenty” w postaci zeznań ofiar molestowania.
Z komunikatów wynika, że ofiary molestowania musiały zostać odpowiednio pouczone przez pierwszorzędnych fachowców, bo podobno nawet papież Franciszek “intensywnie słuchał”. Co prawda również mojej faworycie udało się go zainteresować przypadkiem pana Lisińskiego z fundacji “nie bzykajcie się!” do tego stopnia, że go pocałował – na szczęście tylko w rękę, bo – jak się potem okazało – pan Lisiński został zdemaskowany jako naciągacz.
W tej sytuacji świat musiałby wstrzymywać oddech w oczekiwaniu, czy pan Szymon Holownia “zleje się” z Polskim Stronnictwem Ludowym, czy jednak się nie “zleje”, gdyby nie rząd “dobrej zmiany”. Nawiasem mówiąc, według ostatnich doniesień, pan Hołownia jednak się “zleje”, z czego naturalnie wszyscy się radują, jako że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Tymczasem rząd “dobrej zmiany” doprowadził do gwałtownego zaostrzenia stosunków na odcinku polsko-ukraińskim. Ambasador Rzeczypospolitej w Kijowie został “wezwany” do tamtejszego MSZ, a ambasador Ukrainy w Warszawie – “zaproszony”.
Chodzi oczywiście o zboże, którym trzy koncerny; dwa amerykańskie, a jeden – obecnie – niemiecki, mające na Ukrainie latyfundia o powierzchni 17 mln hektarów, zasypały polskie magazyny. Graniczące z Ukrainą rządy państw środkowoeuropejskich zwróciły się do Komisji Europejskiej z supliką, by pozwoliła im na podjęcie suwerennej decyzji o przedłużeniu embarga po 15 września, ale pan premier Morawiecki buńczucznie oświadczył, że Polska “i tak” to embargo przedłuży.
Ukraińcy, jakby nie wiedzieli, że to przecież nie naprawdę, a tylko ze względu na przedwyborczą pokazuchę, zaczęli narzekać, że “populizm” i w ogóle, więc rząd “dobrej zmiany” na wszelki wypadek nie odważył się sytuacji zaostrzać. Może to zbytek ostrożności, bo – jak się własnie okazało – ukraińska kontrofensywa utknęła z powodu intensywnego wzrostu roślinności. Wcześniej utykała najpierw z powodu mrozów, potem – z powodu roztopów i błota, później – ze względu na kurz, którego na Ukrainie nigdy nie brakowało, na co uskarżał się jeszcze podczas II wojny światowej feldmarszałek von Manstein – no a teraz – z powodu roślinności.
Jesienią co prawda liście opadną, ale wtedy zaczną się szarugi i błoto, a potem sciśnie mróz – i tak aż do ostatecznego zwycięstwa. Tymczasem mój Honorable Correspondant zwraca mi uwagę, że ta roslinność, to może być pozór – na co wskazywałby rekordowy poziom ukraińskich rezerw walutowych. Podejrzewa on, że na dostawach broni Ukraina robi znakomite interesy, bo nikt nie patrzy jej na ręce, komu co odprzedaje, dzięki czemu można ominąć rozmaite surowe międzynarodowe restrykcje, od jakich w tej branży się roi.
Taki monsieur Zacharoff sprzedawał broń wszystkim stronom wojującym, co było sprawiedliwe, bo nikt nie miał krzywdy, ale to dawne, dobre czasy, podczas gdy teraz obowiązuje “sprawiedliwość społeczna”, w związku z tym biurokraci we wszystko wtykają swoje mięsiste nosy. Ale to nie nasza rzecz, chociaż trochę i nasza, bo Polska, na podstawie umowy z 2 grudnia 2016 roku, broń i amunicję daje Ukrainie za darmo – ale widocznie taki los wypadł nam, żebyśmy się poświęcali dla pokoju i demokracji.
Toteż rząd “dobrej zmiany” uczepił się prowokacji, której tym razem dopuścił się białoruski uzurpator Aleksander Łukaszenka. Oto dwa białoruskie śmigłowce prowokacyjnie przeleciały nad Białowieżą. Początkowo nasza niezwyciężona armia twierdziła, że nic nie przeleciało, ale widocznie rada w radę uradzono, że jednak przeleciało – bo taka prowokacja to przecież dla rządu prawdziwy dar Niebios! Znowu okazało się, że jak nie Putin, to Łukaszenka jest dobry na wszystko, a zwłaszcza – na kanikularną posuchę, kiedy już nie ma czym ekscytować opinii publicznej. Od razu odezwała się ambadoressa USA przy NATO, słowem – Polska jednym susem wskoczyła do pierwszego szeregu mocarstw światowych.
Czegóż chcieć więcej?
Stanisław Michalkiewicz
Polecamy również: Banderyzm kwitnie na Ukrainie. Problem narasta
![]() |
Szanowni Państwo, Bezczelnych kłamstw aborcjonistek nie da się już dłużej znieść! To, co działo się w Polsce w ostatnich dniach, mogę określić jako wielki festiwal manipulacji, kłamstwa i okrucieństwa. Najpierw historia pani Joanny, którą eksploatowano medialnie i politycznie przez ponad tydzień. Bohaterka ze skrzywdzonej, nieśmiałej „zwykłej kobiety” zmieniła się w pewną swoich praw i przekonaną o własnej sile nową liderkę proaborcyjnych protestów i to… ze sporym doświadczeniem. Jak się okazało, ta pani ma już na swoim koncie wiele tzw. performansów w obronie „praw kobiet” i w swoich artystycznych występach nie żałuje widzom ani szokującej formy, ani też wyzywających i wulgarnych treści. Nie chcę tu jednak wydawać wyroków w tej sprawie. Jestem przekonany o jednym – każda osoba w kryzysie zasługuje na opiekę i troskę, także ze strony organów państwa i odpowiednich służb. Jednak to, w jaki sposób organizacje proaborcyjne wykorzystały tę tragiczną historię, to już zupełnie co innego. ![]() Nie minęło długo, zanim ta narracja okazała się wierutną bzdurą – policja zjawiła się na miejscu w sprawie podejrzenia możliwego targnięcia się na życie – ale wtedy jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczęły wypływać inne historie. „Pani Ola”, która zainspirowana odwagą pani Joanny opowiedziała o swoim doświadczeniu poronienia, które było badane przez prokuraturę. O tej tragedii opowiedziały oczywiście… „Wysokie Obcasy”. Zwieńczeniem tego proaborcyjnego szaleństwa były manifestacje solidarności z panią Joanną i spotkanie Zespołu Parlamentarnego ds. „praw reprodukcyjnych”. I kolejny zalew zmanipulowanych wersji wydarzeń. Nie chcę tu jednak opowiadać od nowa całej historii. Wszystkich Państwa zapraszam natomiast do lektury artykułu na portalu Marsz.info, gdzie cała sprawa została gruntownie omówiona.Wspieram demaskowanie kłamstw aborcjonistek!Chciałbym natomiast zwrócić Państwa uwagę na to, jak z wykorzystaniem tragedii kobiet, dziewczynek (nie mówiąc już o nienarodzonych dzieciach, które są również niekwestionowanymi ofiarami każdej z tych historii) kręci się kolejne propagandowe kłamstwa. A wszystko to przy aprobacie i wsparciu mainstreamowych mediów. Choć aprobata czy wsparcie to właściwie za małe słowa. Te media są po prostu na usługach środowisk feministycznych i lewicowych. I nie jest to jedna stacja czy jeden tytuł prasowy. To medialny moloch, który wiedzie w Polsce prym, śmiąc przy tym nazywać się „wolnymi mediami”. Do odbiorców takich przekazów nie trafi ani słowo o tym, że w całej historii pani Joanny, „pani Oli” czy którejkolwiek ze spraw przytaczanych w tych dniach, chodziło przecież o życie. O życie małego, niewinnego dziecka. A co słyszymy od zwolenników zabijania nienarodzonych? „Taki żelek… mój żelek” – mówi pani Joanna. Żeby nie było wątpliwości: mówi w ten sposób o szczątkach swojego nienarodzonego dziecka. Pani poseł (!) Anna Maria Żukowska twierdzi, że aborcja to przecież tylko „większe krwawienie miesiączkowe”. A inna reprezentantka Polaków, Joanna Scheuring-Wielgus wprost przyznaje, że pomaga w aborcjach i jest z tego dumna. Niestety, dla takich osób liczy się tylko jedna strona: kobieta. Nikt nie pomyśli nawet o dziecku. Co najwyżej pogardliwie nazwie je „żelkiem” albo „większym skrzepem”. Nie wiem, jak Państwo, ale ja w takich chwilach czuję po prostu ogromne rozgoryczenie. To niewiarygodne, że w Polsce doszliśmy do takiego momentu, gdy można w największych mediach mówić z taką dumą o tym, że pomaga się zabijać dziesiątki niewinnych istot.Pomagam walczyć z aborcyjną propagandą!Takie sytuacje wymagają od nas szczególnej mobilizacji i gotowości do dawania świadectwa oraz służby eksperckim głosem na temat ochrony życia poczętego. Dlatego w czasie tych dni, gdy w mediach królowały historie o „prawach kobiet”, przedstawiciele Centrum Życia i Rodziny pojawiali się tam także z przypomnieniem o tym, że aborcja nie jest „prawem”, a w każdej z tych opowieści chodzi tak naprawdę o dwie osoby: zarówno matkę, jak i dziecko. Gościliśmy w mediach ogólnopolskich: w Polskim Radiu 24 i w programach informacyjnych Telewizji Polskiej (zarówno w „Wiadomościach”, jak i „Panoramie” czy „Teleexpressie”), a także na antenie TVP Info: w serwisach informacyjnych i w programie „Minęła 20” oraz na łamach portali Marsz.info i PCh24. I mogę z radością powiedzieć, że tak jest coraz częściej. Nasza praca jest doceniana, a szczere oddanie obronie najważniejszych wartości jest zauważane. Kluczowym polem naszej medialnej obecności pozostaje jednak portal Marsz.info. To miejsce, gdzie możemy demaskować fałszywą narrację feministek i środowisk proaborcyjnych. Miejsce, gdzie możemy też wprost pokazywać prawdziwe twarze polityków, którzy nie wahają się wykorzystywać kobiet i ich dramatów, ilekroć tylko jest to dla nich opłacalne. Ale to też przestrzeń, gdzie przede wszystkim oddajemy głos życiu, przytaczając historie matek, które w swojej miłości poszły o krok dalej, ponad własne „ja” i zdecydowały się dać życie dziecku niekiedy w niewyobrażalnie trudnych okolicznościach. Pokazywanie piękna miłości rodzicielskiej, która przewyższa trudy codzienności, to także część naszej misji. Dlatego w ramach wolnego dostępu na platformie YouTube zdecydowaliśmy się udostępnić widzom nasz film „Miłość większa niż strach” (link w PS). ![]() I myślę, że zgodzicie się Państwo ze mną, że w takich momentach, gdy środowiska wrogie życiu i rodzinie zdają się krzyczeć tak głośno, że nieomal zagłuszają prawdę, potrzebujemy wytężonej pracy organizacji pro-life. Postawienie tamy takiej kłamliwej narracji nie jest łatwe. Aby przebić się do równie szerokiego grona odbiorców, jakie mają proaborcjonistki, z przekazem o wartości życia, o odpowiedzialności czy miłości rodzicielskiej potrzebna jest konkretna pomoc finansowa. Przekłada się ona na wynagrodzenie dla pracowników naszego zespołu, którzy każdego dnia, każdy w swoim dziale, solidnie pracują na rzecz życia i rodziny, a w momentach „próby” wychodzą zza biurek, by dawać świadectwo w mediach. Przyczynia się także do wyprodukowania dobrych filmów i do promocji dobrych wartości w Internecie. Dlatego bardzo proszę Państwa o wsparcie działalności Centrum Życia i Rodziny dobrowolnym datkiem w wysokości 30 zł, 60 zł czy 100 zł lub nawet większej, jeśli mają Państwo taką możliwość. Tylko dzięki pomocy osób, które są świadome tego, jak ważna jest to walka, możemy nadal realizować naszą misję obrony życia i rodziny! Wspieram walkę z aborcjonistami! W najbliższych miesiącach będziemy zapewne jeszcze niejednokrotnie świadkami podobnych ataków na życie nienarodzonych dzieci. To gorący okres, z czego zapewne zdają sobie Państwo doskonale sprawę. Przed nami przecież wybory, a to oznacza, że ta próba „przeciągania liny” pomiędzy różnymi siłami politycznymi i społecznymi będzie jeszcze ostrzejsza i bardziej brutalna. Ale to także czas, w którym nie możemy się poddać! Musimy bronić życia i rodziny, bronić wartości, na których chcemy budować przyszłość dla kolejnych pokoleń. Bez wyraźnego i bezkompromisowego głosu, który trafi do opinii publicznej, to się nie uda. Dzięki Państwa wsparciu takim właśnie głosem może być Centrum Życia i Rodziny. Serdecznie pozdrawiam |
![]() Dane do przelewu: Centrum Życia i Rodziny Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SAZ dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny” SWIFT: PKOPPLPWIBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056 |
29 lipca 2023 r. | Nr 30/2023 (630) |
Über alles mtodd Szanowni Państwo! Czym różni się prawo niemieckie od polskiego? Czy tym czym węgiel? Wiadomo przecież, że węgiel jest nieekologiczny i niedobry wtedy kiedy jest polski. Kiedy potrzebują go Niemcy, wówczas staje się nagle dobrym, zielonym i praworządnym węglem. W „trosce o klimat” Niemcy postanowili także zniszczyć europejskie rolnictwo. Nie wspominają przy tym, że faktycznie chodzi o sprowadzanie „badziewia”, zwanego żywnością, z Ameryki Południowej, bo ta kupi od Niemców samochody elektryczne, których nikt nie chce. [Nas zalewa raczej badziewie z Ukrainy, ale wnioski podobne. MD] A co robi niemiecki parlament, kiedy toczy się postępowanie prokuratorskie przeciwko wysokiemu urzędnikowi? Zakazuje procedowania. Proste! Prawo niemieckie dopuszcza też, żeby złodziej zatrzymał ukradzione dobra, bo przecież po wielu latach mógłby się do nich przyzwyczaić, zwłaszcza do tych zrabowanych w Polsce. Tak jest ze wszystkim w imię zasady:„Deutschland, Deutschland über alles”. Spróbujmy wreszcie to zauważyć, póki znowu nie będzie za późno. A może by tak prócz reparacji wojennych zacząć wytaczać rządowi niemieckiemu pozwy prywatne za, zbrodnie wszelakie, których się dopuścili na Polakach? Kara za ludobójstwo się nie przedawnia. Z pozdrowieniami Małgorzata Todd |
PS. Więcej na ten temat w „Polecam”. [w oryg. md] |
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Od 1 sierpnia Fundacja Życie i Rodzina zmieniła logo, kolory i domenę w Internecie. Aby jeszcze skuteczniej bronić życia, zbudowaliśmy profesjonalny portal www.RatujZycie.pl z udoskonalonymi funkcjonalnościami i odnowionym wyglądem.
Powyżej widzi Pan nowe logo ŻiR-u, o głębokiej symbolice.
Malinowa czerwień to kolor zdecydowany, a jednocześnie ciepły. Kojarzy się z energią, dynamizmem, odwagą – tak jak działania podejmowane przez Fundację w obronie życia i rodziny. Od zawsze jesteśmy na pierwszej linii, gdy aborcjonizm i ideologia LGBT zagrażają fundamentalnym wartościom. Dostrzegamy i nagłaśniamy sytuacje, w których niewinnym dzieje się krzywda. Wiemy, że całkowita bezbronność wymaga zdecydowanej obrony. Robimy dobre rzeczy, o których inni boją się nawet pomyśleć. Jesteśmy solidarni z ofiarami, a nie ze sprawcami.
Logo ma kształt sygnetu, w którym dostrzeże Pan dwa kształty: dziecko na końcowym etapie ciąży (a może to już nawet maleńki noworodek?) oraz zaznaczony miękką linią kształt embrionu – wczesnego stadium życia człowieka – to ten moment, gdy niektórzy uważają, że to jeszcze nie dziecko. I Pan, i ja wiemy, że możesz być bardzo mały, ale jesteś człowiekiem już od poczęcia. I wiemy, że należy Ci się pełnia praw wynikających z bycia człowiekiem. Choć jeszcze ukryty w łonie mamy, jesteś jednym z nas. Tak, zawsze walczyliśmy i będziemy walczyć o prawo do życia dla każdego dziecka, niezależnie od tego, na jakim etapie właśnie się znajduje.
Domena www.RatujZycie.plw sposób oczywisty nawiązuje do potrzeby ratowania poczętych dzieci. Jej adres jest wezwaniem – mamy świadomość, że świata nie zmieniają pojedynczy ludzie, lecz jest to wysiłek wielu osób. W Fundacji łączymy ludzi chcących bronić dzieci, dajemy narzędzia do działania, szkolimy i aktywizujemy. Jedni włączają się ofiarowując swój czas jako wolontariusze, inni nie mogąc się włączać – wspierają finansowo, dzięki czemu pokrywamy koszty kampanii. Każdego – niezależnie od rodzaju zaangażowania – prosimy o modlitwę.
„Ratuj życie” to słowa, które odnoszą się nie tylko do aborcji. Od lat ekspansja lobby LGBT powoduje liczne zagrożenia dla dzieci już narodzonych, a przez to także dla nas wszystkich, dla całych społeczeństw. Obrona normalności przed zakusami groźnego lobby to druga silna noga działalności Fundacji. Z pewnością kojarzy Pan działania takie jak projekt ustawy #StopLGBT, liczne petycje i kampanię uliczną edukującą o skutkach ulegania homolobby. Dlatego wezwanie do ratowania życia jest aktualne w obu przypadkach – wobec dzieci nienarodzonych i tych już po narodzinach. Chcemy bezpieczeństwa dla każdego dziecka. Tak samo jak chce tego Pan i tak wiele osób w naszej Ojczyźnie.
Proszę wejść na portal www.RatujZycie.pl. Czy uważa Pan, że to zmiany na plus? Chętnie poznam Pańskie zdanie. Może odpisze mi Pan odpowiadając na niniejszy list bezpośrednio? Można też skorzystać z danych adresowych w dziale www.RatujZycie.pl/kontakt.
Mam także gorącą prośbę: wszyscy wiemy, jak bywa z informatyką… Jeśli zauważy Pan, że coś jeszcze niedomaga, gdzieś na portalu trzeba coś usprawnić – proszę o znak. Ta pomoc będzie nieoceniona, byśmy mogli stawać się jeszcze lepsi – dla nienarodzonych i już narodzonych, dla wszystkich Przyjaciół Fundacji.
Serdecznie Pana pozdrawiam wraz z zespołem i Wolontariuszami ŻiR-u!
Kaja Godek
Inicjatywa #ZATRZYMAJABORCJĘ
Inicjatywa #STOPLGBT
Fundacja Życie i Rodzina
ratujzycie.pl
PS – Wszystkie koszty finansowe – także usprawnień informatycznych na portalu oraz zmian graficznych – pokrywamy dzięki Pańskiemu wsparciu. Dziękuję za każdy dobry gest!
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW
LUB POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
https://www.salon24.pl/u/beszad/1316772,powstanie-ktore-nigdy-nie-zgaslo
==============================
Czy powstanie warszawskie zostało przegrane? A może ono wciąż się toczy? Już nie na ulicach, ale w głębi każdego z nas. Czuje się pewien smutek, który płynie nie tylko ze świadomości wyniszczenia fizycznego, ale chyba bardziej ze spustoszenia duchowego. A pozbawienie narodu jego najszlachetniejszej części dotyczy nie tylko powstania.
Eksterminacja prawdziwych elit sprawiła, że zastąpione one zostały elitami samozwańców, wyrażających szczególną skłonność do cynizmu i zaprzedawania narodowej wspólnoty za korzyści własne lub partyjne. Tak na marginesie mam dziwne wrażenie, że słowo „zdrada” zostało wymazane ze współczesnych słowników (boimy się go używać, by nie uchodzić za radykałów?) – a przecież odnosiło się ono do wartości niezwykle ważnych: do wierności, prawdy, honoru… Jednak zaraz za tą gorzką refleksją przychodzi myśl, że smutek ma moc oczyszczającą (o tym za chwilę)…
Nie brakuje dziś opinii, że powstanie było błędem. Czy wypowiadając tak jednoznaczne sądy, mamy na uwadze ówczesną świadomość? Nawet emigracyjne władze w Londynie nie dysponowały wówczas wiedzą, że już na konferencji teherańskiej w 1943 roku Polska została przez aliantów przekazana w rosyjską strefę wpływów (dowiedział się o tym dopiero Mikołajczyk podczas wizyty w Moskwie, gdy w swej naiwności szukał dla powstańców wsparcia u samego Stalina). Jakże więc odmienna była perspektywa skutków walki w 1944 roku od optyki dzisiejszej! Nawet ci, którzy już dobrze sowietów poznali, wiedzieli, że żadnej alternatywy nie ma. Gdyby powstanie nie wybuchło, sowieci w swej przewrotności zarzuciłoby żołnierzom AK kolaborację z Niemcami. Późniejszy opór przed sowietyzacją Polski byłby może o wiele silniejszy, ale i tak zostałby utopiony w polskiej krwi.
Chciałbym tu jednak wrócić do wspomnianego oczyszczenia przez cierpienie i smutek, które stały się nieodłącznymi składnikami polskiej tożsamości. To właśnie na tym gruncie kiełkuje dziś prawdziwa nadzieja. Jeśli ona nie sięga poza przemijanie i śmierć, staje się tylko płytkim optymizmem. Bo nadzieja nie lubi być wiązana z żadnymi wartościami doczesnymi – nawet z wolnością i dobrobytem, czy tym bardziej ze zwycięstwem i potęgą. Staje się wtedy początkiem kolejnego zniewolenia, co wyraźnie widać po dzisiejszym Zachodzie (relatywizujący hedonizm) i po Wschodzie (rosyjski imperializm) – obydwa oparte na kłamstwie.
Nadzieja musi mieć otwarte okno na horyzont przekraczający śmierć, bo tylko wtedy może być pełna i trwała. To właśnie dlatego Polska w dziejach narodów zajmuje pozycję szczególną. Doświadczenie bolesnego rozdarcia w narodzie też jest nam potrzebne, żeby nie zasnąć w miękkich fotelach. Nawet poczucie bycia mniejszością pośród „śpiących” i „drwiących”. Tak, bo mimo ciszy to ostatnie powstanie wciąż trwa. A pod szarą, z pozoru zastygłą powłoką, magma jest najgorętsza… To samo czułem 40 lat temu, gdy przechadzałem się uliczkami Warszawy.
– Jak wspominałem już grubo ponad rok temu, Chiny mając po lutym 2022 roku empiryczne dowody iluzoryczności „potęgi militarnej” Rosji, z drugiej zaś strony pełną świadomość własnych, rosnących dynamicznie wewnętrznych problemów społecznych i gospodarczych, postanowiły bezwzględnie wykorzystać trudne położenie Moskwy w każdym możliwym wymiarze. Uwerturą do tego było faktyczne przejęcie kontroli nad Kazachstanem, a następnie nad kolejnymi republikami środkowoazjatyckimi. Sukcesy te pozwoliły Xi osłabić wewnętrzne ataki ze strony krytyków jego polityki w Chinach. Na wyraźnie eksponowanych sukcesach tej polityki, zdołał on utrzymać swoją pozycję w partii i w państwie – pisze w swoim najnowszym wpisie prof. Grzegorz Górski
——————
Pojawił się „układ przejściowy”?
Przez ostanie dwa i pół miesiąca nie kontynuowałem rozważań dotyczących „nowego porządku”. Dlaczego? Z jednej, fundamentalnej przyczyny.
Moje rozważania mają na celu naszkicowanie owego potencjalnego i optymalnie korzystnego dla Polski „nowego układu”. Przedstawiłem ogólnie kilka jego elementów w momencie, gdy rozwój wydarzeń radykalnie przyspieszył. W przeciętnym odbiorze, jest to proces jeszcze słabo dostrzegalny, ale z pewnością przełom maja i czerwca, a następnie kolejne tygodnie przyniosły tak niezwykłe i nieoczekiwane zmiany, że zmuszają do ich uwzględnienia w przygotowywanym schemacie.
Czy to oznacza, że jesteśmy już blisko wygenerowania owego „nowego porządku”, a tym samym takiego czy innego zamrożenia wojny ukraińsko – rosyjskiej?
Moim zdaniem nie, bowiem właśnie wydarzenia ostatnich tygodni pokazują postęp w ucieraniu jakichś przejściowych rozwiązań, które nie są wszakże ostatecznym rozwiązaniem. Niemniej także owa forma przejściowa może stawać się elementem „nowego porządku”, warto więc poświęcić jej naszą uwagę. Tym bardziej, że najwyraźniej istoty rysującej się dynamicznie konstrukcji, zdają się nie zauważać właściwie żadne ośrodki w Polsce.
Co było zatem najważniejszym wydarzeniem, katalizującym ten „układ przejściowy”? W moim przekonaniu – z wielu powodów – „bunt” Prigożyna, który był zwieńczeniem procesu trwającego od ponad roku w relacjach chińsko – rosyjskich, a zarazem uwerturą do możliwych wielkich przetasowań. Przyjrzyjmy się z grubsza najważniejszym wedle mnie elementom tego procesu.
Chiny wasalizują Rosję
We wrześniu ub. roku w Samarkandzie podczas szczytu Szanghajskiej Organizacji Handlowej odbył się akt pierwszy publicznego upokarzania Rosji przez jej najbliższych „sojuszników”. Pod możnym protektoratem przewodniczącego Xi w rolę oprawców Putina wcielili się tam przywódcy środkowoazjatyckich „stanów’, którzy powetowali sobie – czując za plecami wsparcie Chin – trwające od dekad upokorzenia ze strony Moskwy.
„Wsparcie” jakie Rosja otrzymała tam od swoich „sojuszników”, oznaczało po prostu brutalne wykorzystanie jej izolacji będącej efektem zachodnich sankcji. Rosja już wtedy zaczęła drogo płacić swoim „sojusznikom” za przełamywanie blokady i już nie tylko Chiny stały się bezpośrednim profitentem jej położenia.
Jak wspominałem już grubo ponad rok temu, Chiny mając po lutym 2022 roku empiryczne dowody iluzoryczności „potęgi militarnej” Rosji, z drugiej zaś strony pełną świadomość własnych, rosnących dynamicznie wewnętrznych problemów społecznych i gospodarczych, postanowiły bezwzględnie wykorzystać trudne położenie Moskwy w każdym możliwym wymiarze. Uwerturą do tego było faktyczne przejęcie kontroli nad Kazachstanem, a następnie nad kolejnymi republikami środkowoazjatyckimi. Sukcesy te pozwoliły Xi osłabić wewnętrzne ataki ze strony krytyków jego polityki w Chinach. Na wyraźnie eksponowanych sukcesach tej polityki, zdołał on utrzymać swoją pozycję w partii i w państwie.
Jednak niewątpliwe sukcesy które uzyskał, zachęciły go do wykorzystania coraz trudniejszego położenia Rosji. Kulminacją tej części gry była jego wizyta w końcu marca tego roku w Moskwie. Przychylam się do tych opinii, że okoliczności i przebieg tej wizyty pokazują, że chiński lider w symboliczny sposób upokorzył Putina, dając do zrozumienia, iż to on – jak niegdyś mongolscy chanowie – utrzymuje go u steru władzy, nadając mu „jarłyk na Rosję”.
Co niezmiernie istotne w kontekście naszego głównego „punktu zwrotnego”, kilka tygodni wcześniej w Pekinie zameldował się A. Łukaszenka. Werbalnie wspierający Putina od pierwszego dnia wojny na Ukrainie, w praktyce wijący się jak piskorz przed ostatecznym wchłonięciem przez Rosję, wykonał – jak się okazało – ruch genialny. Homagium złożone Pekinowi, natychmiast zmieniło jego pozycję wobec Moskwy i to w stopniu zupełnie nieoczekiwanym. Kontynuując zresztą swoją grę, Łukaszenka tydzień po wizycie w Pekinie odwiedził Teheran i tam również uzyskał wsparcie dla siebie od kolejnego gracza, mającego rosnący wpływ na Moskwę.
W tym samym czasie – w połowie marca – dzięki pośrednictwu Chin nastąpiło wznowienie relacji pomiędzy Arabią Saudyjską i Iranem. Krok ten był oczywiście kolejną konsekwencją pozbawionej jakiejkolwiek racjonalności polityki ekipy Bidena na Bliskim Wschodzie i odczytany został jako wymierzony przeciw USA. Jednak w nie mniejszym stopniu był to kolejny cios wymierzony przez Chińczyków Rosjanom. W jego konsekwencji bowiem, zapewnili sobie oni pełną możliwość nieskrępowanego ekonomicznego szantażowania Rosji. Ta bowiem utrzymując się właściwie wyłącznie z eksportu ropy i gazu do Chin i poprzez Chiny, straciła w tym momencie jakiekolwiek możliwości szantażowania Pekinu nie tyle nawet dostawami surowców, ile nawet względnie swobodnego kształtowania ich cen.
To tylko kilka, najbardziej spektakularnych elementów „wielkiej gry” Pekinu. Gry, w której w moim przekonaniu docelowo chodzi przynajmniej o przywrócenie status quo ante sprzed traktatów nerczyńskiego, ajguńskiego i pekińskiego w XVII i XIX wieku. A także podporządkowania sobie Rosji jako junior partnera.
Białoruś z jarłykiem?
I tu dochodzimy do uwarunkowań związanych z „puczem Prigożyna”. Oczywiście próba interpretowania tego wydarzenia w kategoriach jakiejś wyrafinowanej gry samego Putina, czy kogoś z jego otoczenia, nie zasługuje na choćby dwa słowa analizy. To bezsens, choć Kreml jako rasowy gracz usiłował wyciągnąć z tego nieszczęścia jakieś minimalne choćby korzyści. Na nic się to zdało, a odpowiedzi qui bono to „szaleństwo” się odbyło udziela to, kto był architektem rozwiązania kryzysu.
Gdyby ktoś w przeddzień całej tej awantury powiedział, że rolę tę pełnić będzie Łukaszenka, wszyscy pukaliby się w głowę. A jednak to on „poprosił” Prigożyna o zaprzestanie szturmu na Moskwę i „zaprosił” jego siły na Białoruś. Działo się to w momencie, w którym rajd wagnerowców osiągał fazę krytyczną, po której mogło dojść do rzeczywistej dekompozycji ośrodków władzy w Moskwie.
Łukaszenka „ratujący” reżim Putina mógł działać wyłącznie mając świadomość tego, że występuje w tej roli jako umocowany przez Pekin. A tam – jak ze zdumieniem konstatowali zachodni obserwatorzy – gdy siły wagnerowców zajęły główny rosyjski węzeł wojskowy i zarządziły zbrojny marsz na Moskwę 24 czerwca, chińscy urzędnicy milczeli.
Dziwne? Nie, bo Pekin utwierdzał właśnie swoją pozycję rozdającego karty w Rosji. Pokazał Putinowi i jego ludziom, jak niewiele trzeba, aby zastąpić ich choćby sprzymierzonym z Prigożynem Łukaszenką. I ostentacyjnie pokazywał, że Rosja nie jest już czynnikiem samodzielnie kształtującym swoją pozycję w „wielkiej grze”.
Cios był tak potężny, że Putin – mimo zapowiedzi – nawet nie próbował wyciągać jakichkolwiek konsekwencji wobec autora buntu. To sygnał jak słaba i jak zależna od Pekinu jest dziś jego władza. Do tego Pekin wzmocnił swój potencjał na Białorusi, a nie ulega też wątpliwości, że siły rosyjskie stacjonujące w tym kraju, będą bacznie przyglądały się komu służyć.
A po co to Pekinowi? – zada ktoś pytanie. Jest tu jeszcze jeden element, który koniecznie trzeba wziąć pod uwagę. W reakcji na ustalenia szczytu NATO w Wilnie w odniesieniu do Chin, Pekin zadeklarował, że „wykorzysta szeroki zakres, politycznych, ekonomicznych i militarnych narzędzi, by wzmocnić globalne oddziaływanie i projekcję siły”, a „wszelkie działania zagrażające uzasadnionym prawom i interesom Chin spotkają się ze zdecydowaną reakcją”. Nikt nie powinien wątpić w to, że Pekin ma już możliwości realizowania tych zapowiedzi w bezpiecznej dla siebie, bardzo odległej strefie buforowej.
Polska wobec nowego wyzwania
Ten wielki game changer ostatnich tygodni rzutuje bardzo silnie na naszą sytuację z dwóch powodów.
Po pierwsze czyniąc z Rosji de facto narzędzie chińskich gier przeciwko Ameryce, radykalnie zwiększa zagrożenie zaangażowania Polski w zupełnie niekontrolowane, chaotycznie kreowane i potencjalnie ekstremalnie groźne zdarzenia prowokowane przez Pekin na konto Moskwy.
Po drugie – co już odczuliśmy w Wilnie – radykalnie zmienia optykę amerykańską. Akcja chińska zwiększyła w obliczu wyborów prezydenckich w USA presję na szybkie pivotowanie [umiejętność przetrwania md] Rosji, w celu osłabienia nieoczekiwanej ekspansji chińskiej. To zaś uaktywniło natychmiast zapotrzebowanie amerykańskiej polityki na rolę „wypróbowanych specjalistów od Rosji”.
I tak oto weszliśmy w fazę najbardziej niebezpieczną dla Polski, bowiem – co było już sygnalizowane kilka tygodni temu – w Waszyngtonie pojawiło się zapotrzebowanie na jakiegoś nowego Ribbentropa, który znalazł w Moskwie nowego Mołotova. Ale o tym w następnym tekście.
Grzegorz Górski
2.08.2023 Autor: cisza
Notka nie dotyczy tzw. zamrażarek sejmowych; te trzymają się dobrze, są szczelne i długo pilnowane przez ważne osoby w państwie – nawet kilka kadencji.
Chodzi o zamrażarki, które nazwałam specjalnymi…pod specjalnym nadzorem.
Każdorazowo przed kolejnymi wyborami, mamy wysyp afer, aktów oskarżenia, podejrzeń o korupcje, co “dopiero wykrytych” przestępstw, “nieznanych” dokumentów etc.
Ja jednak domyślam się nieśmiało, że to towar wyjmowany stopniowo z zamrażarek specjalnych, odmrażany i odświeżany na użytek temperatury barwnych kampanii; na długi finisz właśnie.
Normalnie jest tak: czas przechowywania mrożonek różni się w zależności od rodzaju produktu i posiadanej zamrażarki.
W zamrażalkach specjalnych jest inaczej, bo towar inny:)
Co by się stało, gdyby znalazł się jakiś niezależny od polityków fachowiec od zamrażarek i odmroziłby ten trefny towar natychmiast i hurtowo?
Kampania utraciłaby impet zbyt wcześnie….
Byłby wtedy straszny jazgot w telewizorniach a kilku lub kilkuset “działaczy społecznych” spędziłoby jakiś czas “w odosobnieniu”.
A’propos; ktoś jeszcze pamięta “złotą klatkę” -w Arłamowie?
Po takich wakacjach ścigani powróciliby na widok publiczny z braku dowodów lub po dokonaniu samokrytyki….
Kampania wyborcza straciłaby chwilowo swój urok i bohaterów a zwycięskie władze zmuszone byłyby szybko gromadzić nowy towar, by zdążyć przed tzw. ciszą:)
Tak więc rozmrażanie towaru następuje stopniowo, w zależności od potrzeb i sondaży.
W razie potrzeby towar nadaje się do powtórnego zamrożenia.
Istnieje też towar zamrożony na “wieczne nierozmrożenie”; tego pilnują wszyscy – afera covidowa, sprawcy lockdown’ów, spece z ministerstwa cichej śmierci.
Tej sprawy nie wolno zamrozić!
p.s.
Z wiarygodnych, wysoko ustawionych źródeł wiem, że to, co opisałam jest wysoce prawdopodobne.
Przy niedzieli, po obiadku, przy kawie; proponuję coś lżejszego ale istotnego!
“Nie mogę już słuchać radia, nie mogę dłużej oglądać telewizji” /link poniżej/
Z powodu języka właśnie. I nie chodzi o mowę nienawiści, bo tej nie ma znowu aż tak dużo, ale o to, jak wypowiadają się politycy, dziennikarze, zaproszeni do studia goście, odpytywani w sondach ulicznych Polacy. Wielu nie wymawia „ą” i „ę”, słyszę – „om”. Zamiast „robią” jest „robiom”, zamiast „idą” – „idom”, zamiast „chcą” – „chcom”. Przy czym im rozmówca młodszy, tym gorzej.
Podobnie jak mówienie „czeba” zamiast „trzeba” czy „sużba” zamiast „służba”. Że nie wspomnę już o kompletnym nieprzestrzeganiu normy, która nakazuje zgodność dźwięcznych końcówek. Czyli jeśli się mówi „trzeba wykonać robotę”, to „tę robotę”, a nie „tą robotę”. Jeśli się mówi „trzeba zmienić politykę”, to „tę politykę”, a nie „tą politykę” /…../
Skoro bowiem mówimy niechlujnie, to znaczy także, że myślimy niechlujnie.
Skoro nie chce nam się dbać o nasze wspólne dobro, jakim jest język, to jak może nam się chcieć dbać o inne nasze dobra wspólne. Bądźmy patriotami, mówmy poprawnie po polsku.
Ktokolwiek występuje w mediach, na wiecach, spotkaniach wyborczych, tzw. piknikach (sic!) powinien, choćby z szacunku dla publiczności i siebie samego poznać minimum zasad poprawnego wypowiadania się!
Gdy jest upośledzony pod względem emisji głosu, gdy jego głos jest nieznośny dla uszu słuchaczy, to wszelkie wygłaszane, nawet wzniosłe treści są bełkotem. Bywa, że taki ma to gdzieś….
Wszak są dostępne kursy logopedyczne, kursy emisji głosu, retoryki!!!
Dumna, zadowolona z siebie i władcza osoba ma to w nosie….. sama się nie słyszy; przemawia, krzyczy, podpiera się wyuczonymi gestami.
Partie wydają miliony na tzw. wizerunek, na infantylne spoty, ogromne bilbordy a nie widzą niechlujnej mowy swoich VIP-ów.?
“Pamiętajmy, że głos jest naszą wizytówką, jednym z pierwszych elementów, które mówią o nas. Przekazuje więcej niż tylko wypowiadane słowa i pokazuje innym to, kim jesteśmy. Ludzie poznają nas po głosie, ponieważ jest on integralną częścią nas i to my, jako osoby, nadajemy mu kształt (brzmienie).
W świecie pedagogiki wokalnej dużo mówi się o tembrze, czyli jakości i kolorze głosu. Używamy do jego opisania takich epitetów, jak: ciepły, metaliczny, srebrzysty, okrągły, pionowy, spłaszczony, zakopany, piskliwy, matowy, mglisty, zebrany, itp.
Nasze głosy brzmią tak różnorodnie przede wszystkim dlatego, że jesteśmy różnie zbudowani.
Barwa dźwięku, tembr – cecha dźwięku, która pozwala odróżnić brzmienia różnych instrumentów lub głosu”.
Gdy krzyki, gestykulacja, postawa polityka nie wywołuje oczekiwanego aplauzu, w grę może wchodzić bijatyka!
Kto wie? Do wyborów wszystko jest możliwe….
p.s 1. Kto wrażliwszy dobrze wie, kogo miałam na myśli pisząc tę notkę:) Edytując dałam fotkę mówcy ale ją zniknięto….
U mnie – papiery nie znikają..
————————————–
p.s.2 – Ponoć znana z piszczenia posłanka lewoskrętna zastosowała terapię.
– Niejaki Gomułka grzmiał “po linii i na bazie” ale….. nie musiał zabiegać o poparcie:)
Rzeszów News kontroler-miejskich-autobusow-pobity
Nie miał biletu, zaczął się szarpać z kontrolerem, ciosem w twarz powalił go na podłogę. Sprawcą okazał się mieszkający w Rzeszowie 18-latek z Ukrainy.
Do całego zdarzenia doszło we wtorek, 25 lipca, w autobusie linii nr 2. Na przystanku przy alei Kopisto w Rzeszowie do pojazdu weszli kontrolerzy. Gdy autobus był już na ulicy Lisa-Kuli, okazało się, że jeden z pasażerów nie miał biletu.
– Między nim a kontrolerem doszło do przepychanki. Gapowicz złapał za szyję kontrolera, uderzył go w twarz. Kontroler upadł. Kierowca, widząc zdarzenie, zamknął drzwi i pojechał na policję – mówi Maciej Chłodnicki, rzecznik Zarządu Transportu Miejskiego w Rzeszowie.
Interweniowali funkcjonariusze Komisariatu Policji I przy ulicy Jagiellońskiej. Ustalili, że poszkodowanym jest 48-letni kontroler ZTM. – Nie wymagał pomocy medycznej – twierdzi podkom. Tomasz Drzał z Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie.
Sprawcą pobicia kontrolera okazał się 18-letni obywatel Ukrainy, który od pewnego czasu mieszka w Rzeszowie. – Został wylegitymowany, policjanci pojechali z nim do mieszkania, by sprawdzić, czy rzeczywiście mieszka pod podanym adresem – wyjaśnia Drzał.
Gdy to się potwierdziło, 18-latka zwolniono. – Zarzutów jeszcze mu nie przedstawiono – zaznacza Tomasz Drzał. Policja prowadzi postępowanie pod kątem „naruszenia czynności narządów ciała i kierowania gróźb karalnych” pod adresem kontrolera.
Sam poszkodowany wniosek o ściganie sprawcy złożył dzień po zdarzeniu, 26 lipca. Kontroler może też pozwać 18-latka na drodze cywilnej. – To już jego osobista decyzja, kontroler aktualnie jest na zwolnieniu lekarskim – mówi Maciej Chłodnicki.
Wybory parlamentarne zbliżają się wielkimi krokami, a kampania wyborcza wchodzi na… ostatnią prostą. Warto w związku z tym przypomnieć kilka kwestii związanych z najważniejszą sprawą ostatnich czterech lat, czyli tzw. pandemią koronawirusa.
Piszę ten tekst zaraz po lekturze felietonu Dariusza Wieromiejczyka na łamach tygodnika „Do Rzeczy”. Publicysta przypomniał sprawę bodajże największego w ostatnim 30-leciu… „aktu terroru wobec państwa”. Jeśli nie pamiętacie Państwo o co chodziło, to spieszę z przypomnieniem.
2 sierpnia 2021 „aktem terroru wobec państwa” minister zdrowia Adam Niedzielski nazwał podpalenie w Zamościu kontenera, służącego za tymczasowy punkt szczepień przeciwko COVID-19.
– Doszło do aktu terroru, który jest skierowany nie tylko do tych osób, które tu pracują, ale aktu terroru wobec państwa – mówił wówczas Niedzielski.
– Mieliśmy do czynienia z kampanią fake newsów z kampanią oszczerstw, kłamstw, które po prostu były puszczane w eter. Ich dementowanie, które w zasadzie jest niemożliwe przy takim natłoku informacji, prowadziło absolutnie nie do podjęcia dyskusji, tylko prowadziło do coraz większych oszczerstw, coraz większej eskalacji, również agresji w sieci. (…) Te osoby, które również inspirowały tego sprawcę, na pewno mają świadomość, że nie jest to tylko i wyłącznie atak na ten kontener, który stoi za mną, ale to jest atak na państwo polskie. W zasadzie nie ma innego słowa, nie ma innego określenia, jak właśnie powiedzenie, że mamy do czynienia z aktem terroru – kontynuował minister zdrowia.
– Zero tolerancji dla takich zachowań. Z całą surowością, z całą konsekwencją będziemy ścigali tych bandytów, bo tak to trzeba nazwać – podsumował 2 sierpnia 2021 roku w Zamościu Adam Niedzielski.
Proszę zwrócić uwagę na język, jakiego używał wówczas minister Niedzielski: „akt terroru”, „bandyci”, „coraz większa eskalacja”, „kampania oszczerstw”, „zero tolerancji”. Nigdy wcześniej ani później nie mieliśmy, w jego wykonaniu, z tego typu narracją. Być może była to celowa zagrywka „piarowa”, która miała przedstawić Niedzielskiego, jako ostatniego sprawiedliwego, który nie dość, że uratuje Polskę i Polaków przed koronawirusem, to jeszcze ochroni wszystkich przed nową formacją terrorystyczno-bandycką, jak większość mediów i polityków przedstawiała ludzi, którzy mieli wątpliwości co do skuteczności preparatów anty-covidowych. Wszyscy oni zostali wrzuceni do jednego worka jako ANTYSZCZEPIONKOWCY.
Taktyka oczerniania i przedstawiania osób mających wątpliwości co do tzw. szczepionek przeciw COVID była bardzo prosta. Nie skupiano się na merytorycznych pytaniach i uwagach dotyczących np. niepożądanych odczynów poszczepiennych; tylko rzucano hasło: przeciwnicy szczepień twierdzą, że są w nich czipy, za pomocą których masoni będą sterować każdym zaszczepionym. Była to klasyczna metoda dezinformacji i szkalowania – wybrać jakąś najgłupszą, najbardziej ordynarną i prymitywną skrajność, a potem przedstawić ją jako „normę”, jako coś, co jest powszechne u „przeciwników”.
Anty-szczpionkowcem okazywał się każdy, kto pytał o pojawiające się w mediach informacje jakoby w umowie zawartej przez Komisję Europejską z koncernami produkującymi szczepionki przeciw Covid-19 znalazły się klauzule o zwolnieniu od odpowiedzialności cywilnej producentów za ewentualne niekorzystne działania ich produktu.
„Szurami” byli wszyscy, którzy ośmielili się przypomnieć, że Szwajcaria nie zdecydowała się na zakup tzw. szczepionek wyprodukowanych przez szczepionki firmę Pfizer (BNT162b2) oraz Moderna (mRNA1273) z uwagi na szybkość ich przygotowania i wiążące się z tym niewyjaśnione do końca wątpliwości co do skuteczności i możliwości negatywnych działań.
Mordercami z kolei nazywano ludzi, którzy mówili otwartym tekstem, że szczepionki nie zatrzymają transmisji wirusa oraz… mogą wywoływać chorobę u osób, którym je podano.
Na moment zatrzymajmy się w tym miejscu, bowiem nazywanie drugiej osoby mordercą, to oskarżenie i obelga najwyższego kalibru.
Warto w tym miejscu przypomnieć dwie sprawy.
Pierwsza to wygibasy dialektyczne, z jakimi mieliśmy do czynienia w październiku 2022, kiedy na posiedzeniu specjalnej komisji Parlamentu Europejskiego ds. pandemii COVID-19 głos zabrała prezes Pfizera ds. międzynarodowych rynków rozwiniętych Janine Small. Została ona zapytana przez holenderskiego europosła Roba Roosa (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy): „Czy szczepionka Pfizera przeciw COVID-19 była testowana pod kątem zatrzymywania transmisji wirusa przed wprowadzeniem na rynek?”.
Small odpowiedziała: „Odnosząc się do pytania o to, czy wiedzieliśmy o zatrzymywaniu immunizacji przez szczepionkę, zanim weszła ona na rynek, odpowiadam: nie. Wiecie państwo, musieliśmy działać bardzo szybko wraz z rozwojem nauki, żeby zrozumieć, co dzieje się na rynku. Biorąc to pod uwagę, musieliśmy robić wszystko z pewną dozą ryzyka. (…) Ryzykowaliśmy, wydając dwa miliardy dolarów na badania i produkcję naszych szczepionek, żeby się upewnić, że jesteśmy w stanie pomóc w zwalczeniu pandemii. Dlatego czuję się dobrze, kiedy w najnowszej pracy z Imperial College w Londynie wykazano, że w pierwszym roku kampanii szczepień ocaliliśmy cztery miliony ludzi. Z tego powodu czuję, że byliśmy na miejscu, kiedy świat nas potrzebował. Nie chcę wyobrażać sobie, w jakiej sytuacji teraz byłby świat, gdyby firmy takie jak nasza nie podjęły tego ryzyka, nie przeprowadzałyby badań klinicznych i nie rozwijałyby ich na taką skalę, żeby się upewnić, że mamy szczepionkę, którą możemy rozprowadzać na świecie. Naprawdę rozumiem pana frustrację, ale wierzę, że w pewnym momencie doceni pan, co firmy farmaceutyczne zrobiły, żeby opracować szczepionkę z taką prędkością i na taką skalę”.
Dzień później Rob Roos napisał na Twitterze: „Pilne: podczas wysłuchania na temat COVID-19 prezeska Pfizera przyznała: szczepionki nigdy nie były badane pod kątem zapobiegania transmisji. Szczepcie się dla innych zawsze było kłamstwem. Jedyny cel paszportów covidowych to zmuszanie ludzi do szczepienia się. Świat musi o tym wiedzieć”.
Z ratunkiem dla Small przyszły media, które stwierdziły, że Roos zapytał o coś innego, a prezes Pfizera ds. międzynarodowych rynków rozwiniętych mówiła o czymś innym. Do akcji wkroczył sam guru wyznawców tzw. pandemii, czyli Krzysztof Pyrć, wirusolog z Małopolskiego Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. – W przypadku szczepionki przeciw COVID-19 jasno zdefiniowano, że szczepionka chroni przed ciężką chorobą i śmiercią, ponieważ takie badania zostały przeprowadzone i takimi danymi dysponowaliśmy. Ostatnio ktoś wymyślił bajkę, że przy wprowadzeniu szczepionki obiecywano, że zahamuje ona transmisję. Co najlepsze, teraz udowadnia, że ta jego bajka nie jest wymyślona i na tej podstawie kwestionuje skuteczność szczepionek. Fikołek logiczny i kłamstwo – stwierdził promotor szczepionek Pfizera.
Wypowiedź Pyrcia pochodzi z października 2022 roku. 3 lutego 2021 roku na stronie gov.pl opublikowano komunikat pt. „#SzczepimySię dla siebie i innych”, w którym napisano „Od roku świat zmaga się z pandemią COVID-19. Ale od niedawna dysponujemy pierwszym skutecznym rozwiązaniem zapobiegającym rozprzestrzenianiu się koronawirusa powodującego tę chorobę. Szczepienia – bo o nich mowa, to sposób na przerwanie łańcucha zachorowań, a w konsekwencji możliwość uniknięcia kolejnych ograniczeń społeczno-gospodarczych”.
„Szczepienia przeciwko COVID-19 są bezpłatne i dobrowolne. Szczepionka to również najbardziej skuteczna metoda, która chroni przed zakażeniem nawet w 95 procentach. Każda zaszczepiona osoba potencjalnie ochroni przed zakażeniem nawet kilkanaście kolejnych osób. Już 50 procent zaszczepionej populacji istotnie wpłynie na zmniejszenie ryzyka rozprzestrzeniania się koronawirusa”, czytamy dalej.
Czyli z jednej strony mamy oficjalny komunikat PAŃSTWA POLSKIEGO, a z drugiej „ekspertyzę” wirusologa, który doradza temuż państwu… Ekspertyza jest totalnym zanegowaniem komunikatu państwa. I co? I nic…
Druga sprawa: jak tłumaczono fakty mówiące, że pół roku od podania pierwszej dawki w grupie zaszczepionych ochotników Pfizera zmarło więcej osób niż w grupie kontrolnej? Tłumaczono: „mowa o 21 zgonach wśród zaszczepionych i 17 w grupie kontrolnej na 43 tys. uczestników – to za mały odsetek, żeby wyciągać z tego jakieś wnioski”. No tak – preparat, który miał być w 100 procentach bezpieczny jednak taki nie jest. I co w związku z tym? I nic…
Prawdziwym kuriozum było z kolei odpowiadanie na informacje, że w ciągu jednego tygodnia w Irlandii „wszyscy zmarli na COVID-19 byli zaszczepieni”. Jak to wyjaśniono? Ano tak, że zmarły osoby starsze, w wieku 80 lat i więcej. „W Irlandii zaszczepieni są praktycznie wszyscy powyżej 80. roku życia, a nawet powyżej 60. roku życia. Nie ma więc osób starszych, schorowanych i nieszczepionych. Tymczasem im ktoś jest starszy, tym mimo szczepienia jest mniej odporny na wirusa, a młodym i niezaszczepionym z racji wieku i tak wirus daje fory”. No tak – preparat, który miał ratować zdrowie i życie każdego, kto go przyjmie przed COVID-19 nie uratował wszystkich.
I co w związku z tym? I nic…
Takich przykładów można przytoczyć tysiące. Tzw. dezinformatorzy czuwali 24 godziny na dobę – BA! NADAL CZUWAJĄ – żeby jedynie obowiązująca narracja, czyli SZCZEPIONKA ALBO ŚMIERĆ była nieustannie umacniana.
Wróćmy jednak do początku tych przemyśleń – podpalenia w Zamościu kontenera, służącego za tymczasowy punkt szczepień przeciwko COVID-19. Z dzisiejszej perspektywy widzimy, że Niedzielski tak mocno zaangażował się w sprawę, ponieważ sondaże wskazywały, iż wówczas większość Polaków mimo wszystko popierała akcję szczepień, co potwierdzały kolejne raporty ministerstwa zdrowia na temat liczby zaszczepionych. Nie wiemy, ile osób zaszczepiło się, bo wierzyło w jej działanie, a ile, żeby na przykład pojechać na wakacje, bądź dostać się do lekarza specjalisty do czego zmusiły ich zamordystyczne przepisy.
Minęło jednak kilkanaście miesięcy. Rozpoczęła się wojna na Ukrainie. Sondaże się zmieniły. Liczba osób, które chciały przyjąć kolejną dawkę preparatu spadła niemal do zera. Co zrobił wówczas „ostatni sprawiedliwy” Adam Niedzielski? Oskarżył firmę Pfizer, że „planuje dostarczyć do Europy setki milionów szczepionek, choć jest to całkowicie bezcelowe z punktu widzenia zdrowia publicznego” i podkreślił, że „konieczna jest gruntowna zmiana kontraktów szczepionkowych”. Odkrył też, że „akceptacja (zakupu) tych szczepionek powoduje ogromne obciążenie finansowe nawet dla władz rozwiniętych krajów europejskich, utrudniając zabezpieczenie pozostałych potrzeb zdrowotnych”.
Jak to wszystko ma się do narracji obowiązującej przed 24 lutego 2022? Nijak. Pamięć przeciętnego wyborcy jest niczym pamięć złotej rybki. Po to właśnie przypominam powyższe fakty, żeby pamiętać o nich na „ostatniej prostej”.
Tomasz D. Kolanek
Kategoria: Archiwum, Biologia, medycyna, Co piszą inni, Gospodarka, Kontrowersyjne, Nauka o Ziemi, Polecane, Polityka, Polska, Świat, Ważne
Autor: AlterCabrio , 1 sierpnia 2023
Te problemy są absurdalnie skrajne z jakiegoś powodu. Celem nie jest rozwiązanie ich samych. Tu chodzi o zmianę psychiki społeczeństwa. Gdy opinia publiczna spędzi kilka lat z głowami podzielonymi między „skrajnie prawicowym ekstremizmem”, a tym, co jest zatwierdzone przez Ministerstwo Prawdy, wtedy wystarczająco wielu ludzi zostanie przerobionych na niemyślących proli, aby można było przedstawić projekt ustawy z szerokim i umyślnie nieokreślonym celem, jakim jest zakazanie skrajnie prawicowego ekstremizmu we wszystkich jego formach.
−∗−
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
−∗−
Photo: Alexas_Fotos
Wszyscy słyszeliśmy bzdury o krowach stanowiących zagrożenie dla kontynuacji życia na ziemi – że metan spowodowany wzdęciami u krów spowoduje zmiany klimatu szybciej niż odrzutowiec Johna Kerry’ego.
Każdy myślący człowiek (podgatunek Homo sapiens, który chyli się ku upadkowi, ale jeszcze nie jest zagrożony) zgodzi się, że pogląd, iż zwierzę żyjące w harmonii z naturą od ponad dwóch milionów lat, jeśli nie zostanie eksterminowane, może zniszczyć ziemię w ciągu czternastu lat, jest naprawdę absurdalna.
A jednak ci, których zdolność rozumowania spada, są skłonni uwierzyć w to twierdzenie. Przypuszczalnie te osoby to te same osoby, które zaczynają wierzyć, że mężczyźni mogą rodzić dzieci i że jednostka może stać się kimś, kim nie jest, po prostu „identyfikując się” jako taka.
Ale tym z nas, którzy widzą absurdalność w tak wyraźnie bezsensownych przekonaniach, nie jest do śmiechu, gdy obserwujemy, że te koncepcje są rozpowszechniane przez globalistyczne rządy za pośrednictwem uległych mediów… i, co gorsza, są akceptowane przez więcej niż garstkę osób.
Dla przykładu, niedawno w jednym z wydań Natural News, ukazał się artykuł zatytułowany „13 krajów zgadza się na wywołanie globalnego GŁODU poprzez zniszczenie rolnictwa, mówiąc, że produkcja żywności jest ZŁA dla planety”.
[Te kraje to: Argentyna, Australia, Brazylia, Burkina Faso, Chile, Czechy, Ekwador, Niemcy, Panama, Peru, Hiszpania, Stany Zjednoczone i Urugwaj. LINK – tłum.]
W artykule tym opisują konferencję prowadzoną przez amerykańskiego cara klimatycznego Johna Kerry’ego, na której przedstawiciele trzynastu krajów zobowiązali się do zmniejszenia populacji krów na całym świecie w celu zwalczania zmian klimatycznych.
Cóż, ta konferencja faktycznie się odbyła, a tematem dyskusji był metan wytwarzany przez krowy, a trzynastu uczestników zgodziło się, że potrzebne są jakieś środki.
Ale to nie jest tak, że trzynaście krajów uchwaliło przepisy mające na celu wyeliminowanie krów.
Możemy cofnąć się o krok i zbadać, co tak naprawdę się wydarzyło. W ten sposób możemy nie tylko dowiedzieć się, czy czerwone mięso zostanie wkrótce wyeliminowane na całym świecie. Możemy również uzyskać pewien wgląd w to, w jaki sposób globalistyczne rządy dążą do osiągnięcia swoich celów.
W większości krajów rola ministra środowiska to niskie stanowisko ministerialne, przyznawane w darze lojalnemu członkowi partii. Większość ministrów środowiska wypowiada się trochę autorytatywnie, ale rzadko wprowadza znaczące zmiany. Prześledźmy więc wątki tego, co się wydarzyło.
Zasadniczo jest to proces, który jest obecnie konsekwentnie eksploatowany przez globalistów.
Wikipedia dzieli teraz wszystkie publikacje, ekspertów i innych jako mówiących prawdę lub skrajnie prawicowych zwolenników spisku. Prawdziwym problemem tutaj nie jest smrodzenie krów [farting], podobnie jak to, czy mężczyźni mogą mieć dzieci. To wyłącznie ćwiczenia.
Jeśli więc cofniemy się o krok i zastanowimy się, co to wszystko oznacza – dlaczego jest tak rozpowszechnione i dlaczego proces ten jest tak konsekwentnie wykorzystywany – możemy dojść do następującego wniosku:
Te problemy są absurdalnie skrajne z jakiegoś powodu. Celem nie jest rozwiązanie ich samych. Tu chodzi o zmianę psychiki społeczeństwa.
Gdy opinia publiczna spędzi kilka lat z głowami podzielonymi między „skrajnie prawicowym ekstremizmem”, a tym, co jest zatwierdzone przez Ministerstwo Prawdy, wtedy wystarczająco wielu ludzi zostanie przerobionych na niemyślących proli, aby można było przedstawić projekt ustawy z szerokim i umyślnie nieokreślonym celem, jakim jest zakazanie skrajnie prawicowego ekstremizmu we wszystkich jego formach.
Aby zapewnić uchwalenie takiej ustawy, znaczna większość ludzi będzie musiała już dojść w swoim nowym procesie myślowym do etapu, na którym poczują, że prawo jest nie tylko uzasadnione, ale niezbędne. Oczekuje się, że ci ludzie, którzy wciąż będą zdolni myśleć, podporządkują się.
Celem nie jest eliminacja krów. Celem jest eliminacja myślenia i sprzeciwu. Jeśli będziemy o tym pamiętać jako o procesie, a nie o zamierzonym wyniku, mamy wtedy większą zdolność skupienia się na krytycznej kwestii.
Z pewnością są podmioty, które chciałyby wyeliminować czerwone mięso i w zamian karmić ludzi owadami. Ale nie to jest tutaj głównym problemem.
Głównym celem jest ni mniej, ni więcej, tylko wyeliminowanie indywidualnego [samodzielnego] myślenia i sprzeciwu. Jest to niezbędne do stworzenia w pełni kolektywistycznego państwa i leży w samym sercu ogólnego globalistycznego celu.
___________________
Why Flatulent Cows Matter, Jeff Thomas, July 31, 2023
−∗−
Stanisław Michalkiewicz 2.08.2023 dialog-dziada-z-obrazem
Z okazji osiemdziesiątej rocznicy rzezi wołyńskiej, podczas której Ukraińcy z niespotykanym okrucieństwem, któremu dziwowali się nawet Niemcy, wymordowali co najmniej 100, a być może 150 lub nawet 200 tysięcy Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej – bo nie było przy tym księgowego, który by te ofiary policzył – odbyły się przedstawienia z udziałem JE abp. Stanisława Gądeckiego oraz pana premiera Mateusza Morawieckiego.
Przedstawienie z udziałem Ekscelencji odbywało się według formuły „przemawiał dziad do obrazu – a obraz do niego ani razu”. Ekscelencja zaprezentował bowiem swemu rozmówcy, greckokatolickiemu arcybiskupowi Światosławowi Szewczukowi, listę polskich oczekiwań w ramach „dążenia do prawdy” i „pojednania”. Tamten spokojnie wysłuchał tej tyrady, po czym udzielił przewielebnemu arcybiskupowi Gądeckiemu odpowiedzi wymijającej.
Wspomniał tam o „obustronnych ranach”, mając pewnie na myśli podobno autentyczny przypadek, kiedy to ukraiński rezun, zarzynając kolejnego Polaka, skaleczył się w rękę – a poza tym nietrudno sobie wyobrazić, jakie katusze musieli przeżywać biedni Ukraińcy, wyrzynając całe polskie wsie.
„Ulitujcie się nad nami, biednymi zbirami” – czytamy u Dostojewskiego. Jednym słowem: pełna symetria, w całkowitej zgodności z podstawową tezą ukraińskiej polityki historycznej, według której w 1943 roku na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej trwała „wojna domowa”. Jest to teza oczywiście fałszywa, bo żeby można było mówić o „wojnie” – wszystko jedno: domowej czy nie – muszą być przynajmniej dwie strony wojujące.
Tymczasem tam niczego takiego nie było. Była jedna strona mordująca i druga mordowana, a celem tego przedsięwzięcia było stworzenie narodowi ukraińskiemu odpowiedniej przestrzeni życiowej, z której – mówiąc nawiasem – korzysta do dnia dzisiejszego, zaświadczając przed światem, że zbrodnia jednak popłaca.
Krótko mówiąc: Ukrainiec nie cofnął się nawet o krok – bo jak inaczej ocenić sformułowanie, że pojednanie „wymaga wzniesienia się ponad zwykłą miarę sprawiedliwości, zwłaszcza ze strony tego, który w większym stopniu – często w sposób uzasadniony – czuje się ofiarą”. Najwyraźniej ukraiński hierarcha oczekuje, że Polacy, którzy „czują się ofiarami”, łaskawie dodając, że „często w sposób uzasadniony”, „wzniosą się ponad zwykłą miarę sprawiedliwości” – a skoro tak, to kto wie, czy nie będą musieli przyzwyczaić się do kultu Stefana Bandery? Jak pisze Stanisław Lem w „Głosie Pana” – „nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie”.
Pewne światło na tę sprawę rzuca spostrzeżenie abp. Światosława Szewczuka, który wspominał o „balsamie Ducha Świętego”, którym ma być „dialog i przebaczenie”. Tym razem wygląda na to, że dysponentem wspomnianego „balsamu” jest amerykański prezydent Józio Biden – bo nietrudno się domyślić, że przedstawienie w warszawskiej katedrze w ogólnych zarysach wyreżyserowali pierwszorzędni fachowcy z Departamentu Stanu – o czym świadczy deklaracja we wspólnym „orędziu”, że Ukraińcy tym razem walczą za wolność „naszą i waszą”. Ta podawana do wierzenia teza ukraińskiego Sztabu Generalnego stanowi znakomity pozór moralnego uzasadnienia dla prezentowanej przez Ukraińców wobec całego świata postawy roszczeniowej, a wobec Polski – nawet mocarstwowej, o czym przekonaliśmy się z wystąpień ambasadora Zwarycza i szefa ukraińskiego IPN pana Drobowycza.
Inna sprawa, że przecież nie można głośno mówić, iż Stany Zjednoczone w roku 2014 kupiły sobie Ukrainę za 5 miliardów dolarów, żeby wkręcić ją w maszynkę do mięsa i w ten sposób „osłabiać Rosję” – jak w niepojętym przypływie szczerości zeznał amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin. No a teraz pojawiły się skrzydlate wieści, że Amerykanie prowadzą dyskretne rozmowy z Rosją – prawdopodobnie o tym, jakby tu tę całą kłopotliwą Ukrainę jakoś korzystnie sprzedać. I co będzie, co Ekscelencje napiszą w kolejnym pojednawczym orędziu, gdy już sprzedadzą?
Z kolei pan premier Morawiecki, jak przystało na polityka szykującego się do wyborów, pojechał na Ukrainę, gdzie odwiedził miejsca po dwóch wsiach wymordowanych i zrównanych z ziemią przez UPA: Ostrówki i Puźniki, gdzie zaćwierkał zgodnie z potrzebą chwili: „Nie możemy na to (to znaczy na wbijanie przez Putina klina między Ukraińców i Polaków – SM) pozwolić – szczególnie w tym czasie, kiedy ukraińscy żołnierze walczą o swoją wolność i niepodległość, ale także o nasze bezpieczeństwo i naszą przyszłość”. Brzmi to niepokojąco, bo skoro Ukraińcy tak się poświęcają dla naszego bezpieczeństwa i przyszłości, to jak już kurz opadnie, pewnie przedstawią nam rachunek.
A jeśli kurz nie będzie chciał opaść, to pewnie będziemy musieli dotrzymać im towarzystwa – zwłaszcza gdy na szczycie NATO w Wilnie nie dojdzie do wypracowania „jednolitej strategii wobec Ukrainy” – o czym wspominał wcześniej były sekretarz generalny NATO, a obecnie doradca prezydenta Zełenskiego, pan Anders Rasmussen. Pan premier Morawiecki oświadczył też, że „nie spocznie”, dopóki „ostatnia ofiara zbrodni wołyńskiej nie zostanie odszukana”. Gdybyśmy przywiązywali wagę do tego, co mówi pan premier Morawiecki, musielibyśmy obawiać się o jego zdrowie, a nawet życie – bo trudno sobie wyobrazić, żeby pan premier wytrzymał bez odpoczynku następne 80 lat.
Na szczęście nie musimy do takich deklaracji przywiązywać wagi, bo po wyborach wszystkie te zaklęcia zostaną zapomniane, podobnie jak została zapomniana deklaracja o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim, podpisana w sierpniu 2012 roku w Warszawie – z jednej strony przez JE abp. Józefa Michalika, a z drugiej przez patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla. Nawiasem mówiąc, również tamta deklaracja była rezultatem słynnego „resetu”, jakiego 17 września 2009 dokonał amerykański prezydent Barack Obama, który już wtedy musiał dysponować „balsamem Ducha Świętego” i posmarował nim gdzie i kogo było trzeba. Ale potem zmienił zdanie, posmarował pięcioma miliardami dolarów Ukrainę, dzięki czemu dzisiaj „balsam Ducha Świętego” smaruje Ukraińców, a kto wie, czy również nie JE abp. Stanisława Gądeckiego?
![]() |