Serce dziecięcia króla i markizy. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (37)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (37)

Nadchodzi zmierzch… Serce dziecięcia króla i markizy.

Marie-Madeleine-Marguerite d’Aubray1, markiza de Brinvilliers, znana jednak bardziej jako Madame de Brinvilliers, parająca się tą samą profesją co jej dobra znajoma La Voisin, z którą zapewne nie jeden raz współpracowała, a przynajmniej dobrze się znała, wraz z kochankiem, z zawodu żołnierzem, natomiast z zamiłowania alchemistą, Godinem de Sainte-Croix, przy użyciu sławnego proszku dziedziczenia, albo może specyfiku o nazwie aqua tofana2, co w sumie na jedno wychodzi, w 1666 roku pozbawiła życia swego ojca Antoine’a Dreux d’Aubraya, a w cztery lata później braci Antoine’a i François’a, aby móc zagarnąć rodzinny majątek.

Markiza była okrutną kobietą. Być może przyczyną tego były okropieństwa, w jakich uczestniczyła, będąc dzieckiem. Matka zmarła, wydając ją na świat, ojciec mało się nią interesował, a wychowaniem zajmowała się służba. Niektórzy ze służących od czasu, gdy skończyła lat siedem, regularnie ją gwałcili.

Nie wiadomo, czy w odwecie za okrucieństwa i poniżenia, czy też może dlatego, że rozbudzono w niej takie potrzeby, w wieku lat dziesięciu rozpoczęła kazirodcze współżycie z jednym z braci…

Chociaż ci, którzy ją znali, wiedzieli, że jest trucicielką, woleli nie gmatwać się w tę sprawę, a mąż, trwożąc się o własne życie, w przerażeniu ukrył się w swoim majątku.

Lękał się jej nawet i kochanek, kawaler de Sainte Croix, który zostawił puzderko z czerwonej skóry, na którym wypisał: Otworzyć, jeśli umrę wcześniej niż markiza de Brinvilliers.

Pech chciał, że zmarł on 31 lipca roku 1672, a ironią losu będzie to, że śmiercią naturalną, nie zaś od jadu kochanki, przed czym drżał z lęku.

Może i nic by się nie stało, gdyby w 1675 roku owo puzderko z czerwonej skóry, zamiast do markizy, nie trafiło w niepowołane ręce. Kiedy je otwarto, znaleziono w nim wyznania kawalera, jego oskarżenia i opisy mordów, jakich się dopuściła de Brinvilliers, a nawet próbki trucizn.

Markiza zatem, nie czekając, by ratować głowę, tego samego roku czmychnęła do Anglii, a gdy zaczął się jej tam palić grunt pod nogami, przeniosła się do Holandii, by ostatecznie znaleźć dach nad głową i schronienie przed ręką sprawiedliwości w pewnym klasztorze nieopodal Liege, w którym ją jednak odnalazł i dopadł stróż prawa przebrany za księdza, a który tak się wczuł w rolę, że nie wzbudził podejrzenia mniszek.

Śledztwo rozpoczęte w roku 1675 trwało blisko dwanaście miesięcy. Oskarżona w procesie ostatecznie przyznała się do wszystkiego, co jej zarzucano. Skazano ją tedy na śmierć i ścięto w Paryżu 16 lipca 1676 roku. Po ścięciu zaś trupa spalono na stosie, a prochy wrzucono do Sekwany.

Wszelako, zanim ją skrócono o głowę, w akcie publicznej pokuty, ujawniła wszystkie swoje zbrodnie… Posypały się więc i nazwiska…

We Francji rozpętała się afera trucicielska…

W 1675 roku markiza de Brinvilliers wyjawiła nazwisko La Voisin, tak że i ta ostatnia została zamieszana w proces. Nim jednak i ją dopadła sprawiedliwość, musiało minąć jeszcze kilka lat. La Voisin była bowiem bardzo wysoko ustosunkowana i władze niższego szczebla bały się ją ruszyć, iżby nie spowodować lawiny, która pogrzebałaby licznych przedstawicieli najpotężniejszych rodów Francji, a przez to narazić się na niełaskę możnych tego świata…

Niemniej rok 1675 stał się jednak początkiem końca działalności okrutnej dzieciobójczyni… La Voisin przez moment poczuła na karku chłodny oddech nadchodzącej śmierci… potraktowała go jednak z nonszalancją… zresztą, kiedy by miała czas na refleksję, skoro nieustannie była pijana?…

Stała tam, na placu kaźni, wespół z towarzyszącym jej markizem Montferrat, wpatrując się rozszerzonymi na poły ze strachu, na poły z podniecenia, oczami w umierającą panią de Brinvilliers.

Montferrat tymczasem uśmiechał się tylko ironicznie, co rusz rzucając spod oka spojrzenia, a to na konającą trucicielkę, a to na stojącą obok dzieciobójczynię…

* * *

Dawna metresa Ludwika XIV, karmelitanka bosa Louise Françoise de La Baume Le Blanc de La Vallière, która przyjęła imię siostry Ludwiki od Miłosierdzia, wdniu 3 czerwca 1675 roku złożyła śluby wieczyste… a po kilkudziesięciu latach życia w klasztorze, dnia 6 czerwca 1710 roku, zmarła w opinii świętości… Spoczęła w zwyczajnej mogile prowincjonalnego cmentarza, tak daleko od świata, w którym niegdyś żyła, że dalej już nie można było…

* * *

Tymczasem królowi coraz bardziej brzydła markiza de Montespan i znosił ją z coraz większym trudem. Nie umiał się jej jednak pozbyć. Nie wiadomo, czy to działały czary, czy był po prostu zbyt mało stanowczy…

* * *

Dzień 19 czerwca 1675 roku był słoneczny, ciepły, ale nie upalny, lekuchny wiaterek bowiem wiał orzeźwiająco. Liście na drzewach falowały w jego oddechu, budząc zielone rozedrgane cienie. Marguerite-Marie Alacoque klęczała w kaplicy, adorując Najświętszy Sakrament. Słońce przeświecało przez witraże, kładąc na posadzce barwne plamy światła. Dzień 19 czerwca 1675 roku bynajmniej nie zapowiadał się na jakiś szczególny…

W pewnej chwili jednak rozmodlona dziewczyna, zamiast pozłocistej monstrancji, spostrzegła postać Pana Jezusa… Oto znów ją nawiedził… Z piersi zakonnicy wyrwał się radosny szloch szczęścia…

Tymczasem Pan, ukazując jej swoje rozpłomienione Serce, powiedział, co już niejednokrotnie mówił i wcześniej, że chociaż owo Serce tak bardzo ukochało ludzi, że aż do bolesnego skonu, to w zamian doświadcza tylko pogardy, niewdzięczności i obelg i świętokradztwa przez brak poszanowania Go w Najświętszym Sakramencie. A już w szczególności ze strony osób, które swoje życie Jemu poświęciły, osób duchownych. Dlatego też zażądał, izby każdy pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się uroczystością wynagradzającą, ku czci Jego Najświętszego Serca, i aby na intencję owego wynagradzania Jezusowi wyrządzanych Mu zniewag, lud, oczyściwszy swe serca, przyjmował Eucharystię…

* * *

Jako się rzekło, królowi coraz bardziej brzydła markiza de Montespan i znosił ją z coraz większym trudem. Miał co prawda i drugą metresę, markizę de Maintenon (nie wspominając o kochankach przelotnych, czy też niemających pozycji porównywalnej do pozycji którejkolwiek z wymienionych dam), ale nie mógł się zdecydować, którą z nich ostatecznie wynieść na piedestał, a którą z niego definitywnie strącić.

Dla pani de Montespan sytuacja musiała się wydać tak groźna, że zdecydowała się na osobisty udział, w roku 1677, w kolejnej już, czwartej czarnej mszy sprawowanej na jej nagim ciele. Tym razem miał to być najokropniejszy z tych rytuałów, ponieważ miano złożyć w ofierze – po kryjomu i przedwcześnie urodzone dziecko tej kochanki króla…

Dama zażądała od La Voisin i księdza, takiego rytuału, który sprawi, że jeśli król ją porzuci, ma umrzeć on sam, królowa i jego druga kochanka…

Wynikły jednakowoż pewne komplikacje… Dziecko było tak małe i suche, że aby można było pobrać choćby odrobinę jego posoki, nie wystarczyło poderżnięcie gardełka, ale konieczne się okazało wyjęcie z dziecięcia króla i markizy serca, rozpłatanie go i dopiero z jego wnętrza wydobycie tej odrobinki krwi, którą celebrans dodał do konsekrowanego wina, do Przenajświętszej Krwi Pańskiej…

Nie był to najlepszy prognostyk… Serce… to niewinne serce diabłu oddane w ofierze… Serce winno być spopielone a jego popiół dodany do afrodyzjaków… nie zaś wykorzystane w czarnej mszy tak, jak zostało wykorzystane… to się kłóciło z rytuałem.

Najwidoczniej jednak owa demoniczna liturgia przyniosła oczekiwany przez markizę skutek, w 1677 urodziła bowiem Ludwikowi XIV jeszcze jedną córkę – Françoise-Marie, a w rok później w 1678 ostatnie już dziecko, syna Louis-Alexandre’a…

* * *

Król jednakże nadal nie był jej wierny. A skoro tak, to markiza, przepełniona wściekłością, nie mając zamiaru dzielić się nim z kimkolwiek, uknuła straszliwy plan – zamordowania Ludwika, bo jeżeli nie mogła go mieć na wyłączność, to niech lepiej sczeźnie, niech jego truchło zbutwieje w trumnie i w proch się rozsypie.

Sama przecie nie mogła się tego podjąć. Aż wreszcie, co prawda z trudem, bo z trudem, udało się jej jednak przekonać La Voisin do zamachu na monarchę i swoje rywalki.

Knując spisek, nie była jednak w stanie przewidzieć, iż nie będzie mu dane dojść do realizacji. Tak się bowiem dla markizy pechowo złożyło, że w tym samym czasie paryska policja w końcu zrozumiała, że to nie bajki, nie plotki, czy niedorzeczne opowieści, lecz miasto i kraj naprawdę oplata cała przestępcza pajęczyna złożona z groźnych czarowników, czarownic i morderców.

Oto bowiem rankiem 4 stycznia 1679 roku aresztowano słynną wróżbitkę, a jak się później okazało również i trucicielkę paryską, Marie Bosse, bardziej znaną jako La Bosse. Wróżbitka bowiem w ostatnich dniach grudnia 1678 roku, po pijanemu, przechwalała się, jak wielkie korzyści finansowe czerpie z handlu truciznami, które rozprowadzała za pośrednictwem całej sieci salonów wróżbiarskich. A ponieważ te jej przechwałki dotarły do niepowołanych uszu, na skutek donosu została wzięta pod obserwację policyjną i… wpadła.

Ponieważ w trakcie najścia domu wiedźmy, policjanci przyłapali jej syna na kazirodczym stosunku z siostrą, aresztowano wszystkich. W śledztwie zaś wyszło na jaw, iż ta rodzina miała inklinacje nie tylko do czarów, wróżb i trucicielstwa, ale także en bloc, do kazirodztwa, co wówczas było karane śmiercią.

Trucicielka, mając świadomość, że skóry już nie uratuje, ostatecznie przyznała się do wszystkiego, a ponadto obficie sypnęła nazwiskami wspólników. W tym i La Voisin. Jedno z najważniejszych ok głęboko zakonspirowanej sieci trucicieli ostatecznie pękło, a sama sieć jęła dość szybko się rozpadać, przy okazji odsłaniając trudne do opisania potworności…

La Bosse, wespół z córką Manon oraz synami François i Guillame, jak też i niektórymi ze wspólników zbrodni, zostali skazani na spalenie na stosie. Wyrok wykonano w Paryżu w dniu 8 maja 1679 roku…

Ale owego, bądź co bądź, podniecającego, rozpalającego krew w żyłach, widowiska już La Voisin, nie było dane oglądać…

Temu wszystkiemu przyglądał się jednak ze zblazowaną miną ów tajemniczy, nikomu w Paryżu bliżej nieznany, cudzoziemski szlachcic, markiz de Montferrat, bywalec salonów, piwnic i poddasza wiedźmy z rue de la Tannerie…

===============================================================

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215

1Madame de Brinvilliers właśc. Marie-Madeleine-Marguerite d’Aubray, Marquise de Brinvilliers, z domu margrabina d’Aubray (1630-1676) – francuska trucicielka.

2Trucizny produkowane na bazie związków arsenu.

[popularnie: „arszenik” . W kryminalistyce przełom nastąpił dopiero w 1836 roku, gdy brytyjski chemik James Marsh opracował czułą metodę wykrywania śladowych ilości arsenu. md]

Królestwo całego stworzenia. Wizje Raju. Andrzej Sarwa. Cz. 5.

CZĘŚĆ 5

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa

Zwierzęta po śmierci: mistyczne świadectwa i duchowa obecność

Więź między człowiekiem a zwierzęciem bywa tak silna, że wielu ludzi nie potrafi uznać jej końca nawet po śmierci ukochanego pupila. W różnych kulturach, religiach i tradycjach duchowych istnieje głęboko zakorzenione przekonanie, że ta relacja może trwać dalej – poza granicami czasu i materii.

Świadectwa osób, które doświadczyły spotkań ze swoimi zmarłymi zwierzętami, są liczne i różnorodne. Pojawiają się w snach, wizjach, doświadczeniach bliskich śmierci, a nawet w formie zmysłowych manifestacji – stukotu łap, znanego zapachu sierści, obecności wyczuwalnej obok łóżka.

Niektórzy opisują te przeżycia jako niemal fizycznie realne, inni jako głęboko duchowe i transformujące. Wspólne dla nich jest poczucie spokoju i obecności – jakby ukochane zwierzę wciąż czuwało u boku, prowadziło, wspierało, pocieszało.

W mistycznych przeżyciach ludzi, którzy otarli się o śmierć, zwierzęta często pojawiają się jako przewodnicy. W jednej z relacji pies, który zmarł wiele lat wcześniej, przybiegł z radością po zielonej łące, by w zaświatach powitać swojego właściciela i poprowadzić go ku światłu.

W innym świadectwie kot zmarły wiele miesięcy wcześniej ukazał się we śnie swojej opiekunce – zdrowy, pełen życia, niosąc jej ukojenie w żałobie.

Autorowi niniejszego opracowania, czterokrotnie po śmierci przyśniła się suczka Rudzia, która przy nim była przez 14 lat. Za pierwszym razem w pierwszą noc po odejściu zajrzała do jego sypialni, po czym szybko wyszła stamtąd, chociaż ją prosił, żeby została, w drugim śnie przyprowadziła stadko kundli, jakby chciała im pokazać, gdzie żyła, kolejne dwa sny to już było całkowite oddalanie się, ostateczne odejście.

Te spotkania nie są tylko nostalgiczną fantazją; dla wielu są namacalnym dowodem, że więź z ukochanym zwierzęciem przekracza śmierć.

Choć te doświadczenia wymykają się naukowemu potwierdzeniu, dla wielu stanowią głębokie źródło pocieszenia i duchowego zrozumienia. Pokazują, że więź między człowiekiem a zwierzęciem może być czymś więcej niż tylko ziemskim przywiązaniem – może być trwałą, transcendentną relacją, która nie zna granic śmierci.

Niebo dla zwierząt?

Wizja nieba, w którym obecne są także zwierzęta, od wieków inspiruje refleksje teologiczne i duchowe, niosąc nadzieję oraz pocieszenie. W tradycji chrześcijańskiej, pojawia się obraz przyszłej rzeczywistości, w której całe stworzenie – nie tylko ludzie – zostanie odkupione i przemienione. Takie rozumienie nieba obejmuje ideę harmonijnego współistnienia wszystkich istot, wolnych od cierpienia, bólu i śmierci.

W Biblii odnaleźć można sugestie, że zwierzęta są częścią boskiego planu. Prorocy Starego Testamentu, jak Izajasz, kreślą wizje przyszłego pokoju, w którym drapieżniki współżyją z ofiarami, a człowiek i zwierzę żyją bez lęku i przemocy. Nowy Testament, zwłaszcza Księga Objawienia, mówi o nowym niebie i nowej ziemi – rzeczywistości całkowicie odnowionej, gdzie wszelkie zło i cierpienie zostają wymazane. Choć centralnym punktem tej wizji jest relacja Boga z ludzkością, widać w niej również nadzieję na uzdrowienie całego stworzenia, które „jęczy i wzdycha”, oczekując objawienia się dzieci Bożych, jak pisze św. Paweł.

Zgodnie z tą eschatologiczną nadzieją, odkupienie ma charakter uniwersalny. Nie ogranicza się jedynie do człowieka, lecz ogarnia całość kosmosu, w tym zwierzęta. Ich cierpienie, obecne w świecie dotkniętym grzechem, nie pozostaje bez znaczenia. W przyszłym, przemienionym świecie także one mają odzyskać swój udział w pierwotnej harmonii stworzenia. Taki obraz nieba stanowi wyraz wiary w dobroć Boga, który uznaje wartość każdej istoty i pragnie odnowienia całego stworzenia.

Pojmowanie obecności zwierząt w życiu wiecznym bywa interpretowane zarówno dosłownie, jak i symbolicznie. Dla jednych to rzeczywista obietnica, że w Królestwie Bożym spotkamy się także z naszymi ukochanymi zwierzętami. Dla innych – symbol głębokiej duchowej harmonii, która nastanie w przyszłości. W obu przypadkach zwierzęta odgrywają ważną rolę w odzwierciedlaniu Bożego planu, w którym żadna część stworzenia nie zostaje zapomniana.

Taka perspektywa rzuca nowe światło na relację człowieka ze światem przyrody. Oznacza, że nasze współczucie i miłość wobec zwierząt mają duchowe znaczenie i są odbiciem większej, boskiej troski. Przyszłość, w której wszystkie istoty żyją w pokoju, staje się nie tylko nadzieją na osobiste zbawienie, lecz także na pełnię sprawiedliwości wobec całego stworzenia.

W podsumowaniu, wizja nieba otwartego także na zwierzęta ukazuje uniwersalność Bożego miłosierdzia oraz głęboki sens harmonii całego stworzenia. W tej odnowionej rzeczywistości każda istota ma swoje miejsce, a życie – wolne od bólu – zostaje przywrócone do swojej pierwotnej, zamierzonej przez Boga pełni. Taka nadzieja staje się nie tylko wyrazem wiary w przyszłość, ale także wezwaniem do odpowiedzialności za świat, w którym już teraz żyjemy razem ze zwierzętami jako współuczestnikami stworzenia.

Raj – królestwo wiecznego życia i wiecznego szczęścia

Św. Bazyli Wielki mówi: „Nie dość Mu [Bogu] było przywrócić do życia tych, którzy byli w śmierci, ale obdarzył ich także Boską godnością i przygotował im odpoczynek wieczny przekraczający szczęśliwością wszelkie wyobrażenie człowieka” (Żywot i pisma świętego Bazylego Wielkiego, opracował Hieromnich Gabriel Hagioryta, Jan Misiejuk, brak miejsca i roku wydania, s. 33).

Św. Efrem Syryjczyk powiada natomiast tak: „Jezus Chrystus obiecał tym, którzy weń wierzą, dobra wieczne, nieprzemijające” (Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku, Hajnówka 2000, s. 20), oraz: „W komnacie sprawiedliwych nie usłyszysz płaczu, ni westchnienia – tam wciąż pieśni pochwalne i wieczna radość. (…) Ludziom sprawiedliwym Stwórca podaruje niekończące się życie i wieczną wolność”. (Tamże, s. 70-78).

Paul Evdokimov, opierając się na nauczaniu Pseudo-Dionizego Areopagity, tak się wypowiada na temat szczęśliwości rajskiej:

„W stanie szczęśliwości, »upodobniwszy się do Chrystusa, radując się jego widzialną teofanią, […] jak uczniowie podczas Bożego Przemienienia oświeceni promieniami jego światłości, […] będziemy uczestniczyć w niepojętym zjednoczeniu, […] jako synowie zmartwychwstania podobni do aniołów i do Syna Bożego«. Integralna osoba ludzka wchodzi we wspólnotę z Wcielonym Synem Bożym, którego wizji dostępuje. Oglądając Go twarzą w twarz, człowiek poznaje Boga w jego światłości. W zjednoczeniu jednak wizja i poznanie są bezsilne, sama natura pozostaje bowiem nieosiągalna”. ( Paul Evdokimov, Poznanie Boga w tradycji wschodniej. Patrystyka, liturgia, ikonografia, przełożyła z francuskiego Alina Liduchowska, Kraków 1996, s. 60).

Także i św. Zofia Rzymska swymi słowami potwierdza wiarę w rajskie szczęście, zwracając się bowiem do swych trzech córek, Wiary, Nadziei i Miłości, które szły na śmierć, tak powiadała:

„Nastał czas, kiedy przez swój wieniec męczeński będziecie ślubować Oblubieńcowi i razem z Nim wejdziecie do jasnych komnat”. (Święte niewiasty. Mały leksykon hagiograficzny, zebrał i opracował Jarosław Charkiewicz, Hajnówka 2001, s. 19).

A po śmierci św. Bazylego Nowego pewien pobożny człowiek rodem z Konstantynopola miał takie oto widzenie rajskich szczęśliwości:

„Zobaczył on piękny i wielki dom, ozdobiony złotem i drogocennymi kamieniami, z napisem nad bramą: «Schronienie i wieczny odpoczynek wielebnego Bazylego Nowego». Bogobojny mąż przystanął i podziwiał krasę tego domu, gdy oto wyszedł do niego piękny młodzieniec i powiedział:

– Czemu się tak dziwisz? Zaraz ujrzysz coś znacznie bardziej zdumiewającego. Z tymi słowami rozwarł bramę domu, a przed oczami zdziwionego człowieka ukazały się piękne, wysokie komnaty. W jednej z komnat zobaczył on wielebnego Bazylego siedzącego na tronie królewskim, pośród wielkiej sławy i w otoczeniu wielu światłych mężów i młodzieńców. Wokół rosły piękne i pełne wszelkich dóbr sady, a z wewnątrz dochodził głos: «Taka nagrodę otrzymają po opuszczeniu świata wszyscy, którzy kochali Boga i gorliwie mu służyli»” (Żywot świętego Bazylego Nowego. Mytarstwa świętej Teodory, przekład z języka rosyjskiego Anna Jemeljaniuk, Hajnówka 1999, s. 53-54).

Żyjący w IX wieku św. Andrzej Salon miał taką oto wizję Raju:

„Ujrzałem siebie ubranego w jaśniejące przedziwnym światłem szaty; przepasany byłem królewskim pasem; głowę moją zdobił wieniec z kwiatów, a serce i rozum przepełniała radość na widok rajskiego piękna. Drzewa, które tu rosły, wydawały wspaniałą won. Jedne wiecznie kwitły, a inne rodziły cudowne owoce nieziemskich kształtów. Na gałęziach tych drzew siedziały niezliczone rajskie ptaki i śpiewały tak pięknie, że zapomniałem, gdzie jestem. Pośrodku Raju płynęła nawadniająca ogrody rzeka. Po obu jej brzegach rozciągały się winnice pełne złotych gron. Wiatr roznosił aromatyczną woń, szeleścił koronami drzew i krzewów” (Żywoty świętych. Księga druga. Październik, Lublin 1997, s. 52 ).

Dla prawosławnego chrześcijanina przedsmakiem rajskiej szczęśliwości jest Eucharystia:

„Eucharystia w świadomości chrześcijan Wschodu jest bramą do Nieba, która przenosi ich w świat piękna, pokoju i świętości. Wprowadzając w świat istniejący poza czasem i przestrzenią daje doświadczenie życia wiecznego, a zarazem napełnia duchową mocą do twórczego przeobrażenia świata ziemskiego”. (G. Kuprianowicz, K. Leśniewski, Monaster św. Onufrego w Jabłecznej, Jabłeczna 1995, s. 11.)

Na Sądzie Ostatecznym przyjdzie moment, gdy Jezus Chrystus nagrodzi sprawiedliwych: „Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: «Pójdźcie błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; Byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie». Wówczas zapytają sprawiedliwi: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?» A król im odpowie: «Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.»” (Mt 25, 34–40).

Jak zatem widzimy, Jezus będzie sądził ludzi przede wszystkim z miłości. Nie znaczy to, że nic więcej w życiu nie jest ważne, ale miłość jest najważniejsza. Zresztą Chrystus podkreślał to nie jeden raz. Nagrodą zaś, jaką sobie każdy człowiek może zaskarbić i zdobyć jest życie wieczne w królestwie Boga. W królestwie, za którym każdy człowiek odczuwa tęsknotę, szczególnie wówczas, gdy życie doczesne nie szczędzi mu trosk i bólu. Tęsknota owa jest jakby wpisana w ludzką naturę, dlatego przyjście Pana na Sąd i wypowiedzenie do sprawiedliwych tych wspaniałych słów: „weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!”, zabrzmi w ich uszach niczym cudowna muzyka, bowiem nareszcie ziści się to, o czym ludzkość marzyła – tak jednostki, jak i społeczeństwa – i to od chwili wypędzenia z Raju. Pragnienie szczęścia bowiem jest w sercach wszystkich – starców i dzieci, bogatych i ubogich, mądrych i nieuczonych, mężczyzn i kobiet. Każdy z ludzi pragnie wiecznego odpoczynku:

„Jak łania pragnie

wody ze strumieni,

tak dusza moja pragnie

Ciebie, Boże!

Dusza moja pragnie Boga,

Boga żywego:

kiedyż więc przyjdę i ujrzę

oblicze Boże?

(Ps 42 (41), 2–3)

„Odmień nasz los, o Panie,

jak strumienie w [ziemi] Negeb.

Którzy we łzach sieją,

żąć będą w radości”.

(Ps 126 (125), 4–5)

Szczęścia, jakiego będą doświadczać błogosławieni, nie da wyrazić się słowami. Będzie ono niepodobne do czegokolwiek, co znamy z doczesności. To bowiem, co w obecnym życiu wydaje się nam wspaniałością, nie jest nawet lichym podobieństwem tego, co Bóg przygotował zbawionym. Tak jak osoba niewidoma nie jest sobie w stanie wyobrazić rozmaitości form, barw, wszelkich cudów natury, tak samo i my, nie potrafimy wyobrazić sobie cudowności Raju. Nie mamy bowiem na to stosownych pojęć i określeń. Nawet jeżeli święci opowiadają nam o jakimś aspekcie życia błogosławionych w Królestwie Niebieskim, co znają z objawienia Bożego, to i tak niewiele nam to mówi. Jak bowiem ktoś, kto nie wie co to miód, może rozumieć jego słodycz?

Św. Efrem Syryjczyk tak mówi na temat szczęścia zbawionych: „Doskonali rozradują się w Królestwie, przyłączą się do anielskich zastępów, usłyszą radosny głos trąby i śpiewając pieśń zwycięstwa, pokonają śmierć. Drzwi raju same otworzą się dla sprawiedliwych, gdy tylko do nich podejdą; na spotkanie im wyjdzie Cherubin, okazując im cześć i uderzając w struny fletni” (Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku, przekład z rosyjskiego Andrzej Wojnowski, Hajnówka 2000, s. 81).

Raj, Królestwo Niebieskie, Nowa Jerozolima, to ustawiczne obcowanie z Bogiem, brak cierpienia, niewysłowiona radość, szczęście, uczta Boga z ludźmi, gody Baranka, spełnienie wszelkich pragnień człowieczych…

Ale też jak powiada św. Antoni Wielki: „Wiedzieć ci trzeba, że i w przyszłym wieku (życiu pośmiertnym) podzielisz swoją cząstkę z tymi, z którymi w tym (doczesnym) życiu dzielisz radość i smutek (Żywot i pouczenia św. Antoniego Wielkiego, Hajnówka 2000, s. 17)”, co będzie zaiste jeszcze jednym powodem do radości!

Pismo Święte wiele razy mówi na temat Raju, informując iż jest on nagrodą sprawiedliwych i dając nam pewne, choć przecież dość mgliste wyobrażenie na jego temat: „…ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. (1 Kor 2, 9), a co w wizji ujrzał św. Jan Apostoł: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły i morza już nie ma. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem zstępujące z nieba od Boga przystrojone jak oblubienica zdobna klejnotami dla swego męża. I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: «Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi i będą oni Jego ludem, a On będzie „BOGIEM Z NIMI”. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły». I rzekł Zasiadający na tronie: «Oto czynię wszystko nowe». I mówi: «Napisz: (…) Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia. Zwycięzca to odziedziczy i będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem. (…) I przyszedł jeden z siedmiu aniołów (…) i ukazał mi Miasto Święte – Jeruzalem zstępujące z nieba od Boga, mające chwałę Boga. Źródło jego światła podobne do kamienia drogocennego jakby do jaspisu o przejrzystości kryształu. (…) A świątyni w nim nie dojrzałem: bo jego świątynią jest Pan Bóg wszechmogący oraz Baranek. I Miastu nie trzeba słońca ni księżyca, by mu świeciły, bo chwała Boga je oświetla, a jego lampą – Baranek. I w jego świetle będą chodziły narody, i wniosą do niego królowie ziemi swój przepych. I za dnia bramy jego nie będą zamknięte: bo już nie ma tam nocy. I wniosą do niego przepych i skarby narodów. A nic nieczystego do niego nie wejdzie ani ten, co popełnia ohydę i kłamstwo. I ukazał mi wodę rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka. Pomiędzy rynkiem Miasta a rzeką, po obu brzegach, drzewo życia, rodzące dwanaście owoców – wydające swój owoc każdego miesiąca, a liście drzewa [służą] do leczenia narodów. Nic godnego klątwy już [odtąd] nie będzie. I będzie w nim tron Boga i Baranka, a słudzy Jego będą Mu cześć oddawali. I będą oglądać Jego oblicze, a imię Jego – na ich czołach. I [odtąd] już nocy nie będzie. A nie potrzeba im światła lampy i światła słońca, bo Pan Bóg będzie świecił nad nimi i będą królować na wieki wieków”. (Ap 21, 1 i n.; 22, 1–5).

Ów Raj, owo Jeruzalem Nowe, to przyszły dom błogosławionych, o którym Jezus powiedział: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuje wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”. (J 14, 2–3).

Dlatego wierzący w Chrystusa nie powinni zapominać, że: „Nie mamy tutaj [w doczesności] trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść”. (Hbr 13, 14).

A ów Raj jest przecież dla każdego sprawiedliwego „w zasięgu ręki”. Czyż bowiem Dobremu Łotrowi, gdy ten prosił: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. (Łk 23, 42) Zbawiciel nie powiedział: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju”. (Łk 23, 43)?

Dlatego każdy prawosławny chrześcijanin powinien mieć świadomość, kim jest, i dokąd powinien zmierzać: „Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga, który sądzi wszystkich, do duchów sprawiedliwych, które już doszły do celu. (Hbr 12, 22–23).

Ponieważ: „On [Bóg] w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie”. (1 P 1, 3–4) gdzie na świętych czeka wieczne życie we wspólnocie z Jezusem, który podczas Ostatniej Wieczerzy zapewniał swych uczniów: „Lecz powiadam wam: Odtąd nie będę już pił z tego owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić go będę z wami nowy, w królestwie Ojca mojego”. (Mt 26, 29 BT), a „Szczęśliwy ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym”. (Łk 14, 15 BT), bowiem „…cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić”. (Rz 8, 18), a Bóg zapewnia swoim słowem: „Zwycięscy dam spożyć owoc z drzewa życia, które jest w raju Boga”. (Ap 2, 7 BT)

Ojcowie Kościoła, wypowiadając się, na temat Królestwa Bożego, pouczają, by nie próbować go sobie wyobrażać na sposób ziemski, choć pewne informacje na jego temat posiadamy. Na przykład św. Efrem Syryjczyk tak naucza: „W mieszkańcach Raju nie znajdziesz gniewu, bo wolni są oni od drażliwości; nie szkodzą sobie wzajemnie, nie żywią gniewu, bo wolni są od wszelkiej zawiści”. (Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku…, s. 83).

Dla św. Grzegorza Teologa Raj jest czymś tajemniczym, o czym należy mówić z szacunkiem i bojaźnią Bożą. Dla św. Jana Złotoustego to, co znajdujemy w Biblii, na temat Raju jest symboliczne i zagadkowe. Istota Raju zawiera się według niego w tych oto słowach:

„Odkupieni przez Pana powrócą,

przybędą na Syjon z radosnym śpiewem,

ze szczęściem wiecznym na twarzach:

osiągną radość i szczęście,

ustąpi smutek i wzdychanie”. (Iz 35, 10).

Co znaczy, że nie będzie tam chorych i ubogich, nie będzie starości i śmierci, nie będzie uciskających i uciśnionych, nie będzie gniewu i zawiści, ani złorzeczenia, ani władzy jednych ludzi nad drugimi, ani chciwości i zabiegania o materialne dobra. Tam wszelkie namiętności wygasną. Nasza skażona natura ulegnie przeobrażeniu i staniemy się doskonali. Przede wszystkim jednak największą radość będzie sprawiać wspólnota z Jezusem, z aniołami i mocami niebieskimi, z którymi błogosławieni będą jednego ducha i jednej myśli. W Raju będzie prawdziwe życie, wolne od jakichkolwiek trosk i lęków.

Św. Bazyli Wielki naucza, iż Raj to „kraina życia”, gdzie się nie umiera z powodu grzechów, ale ma się wspólnotę z Jezusem. Raj to miejsce, gdzie zło zostało wyrwane z korzeniem, gdzie nie ma ni nocy, ni snu, ni materialnych pokarmów i napojów, podtrzymujących nasze słabości. Nie ma tam chorób ani lekarstw, nie ma sądów, nie ma handlu, ni rzemiosł, ni pieniędzy – początku zła, przyczyny wojen, i korzenia wrogości.

Ale Królestwo Niebieskie to nie życie w bezczynności, pasywne i senne, jak to się niektórym może wydawać. To nie bezbarwna egzystencja trwająca w bezruchu przez wieki wieków. Wręcz przeciwne! To życie przepełnione działaniem przewyższającym znane ludzkie wyobrażenia. Przyszłość błogosławionych w Raju to życie i ruch! Życie twórcze, całkiem różne od życia doczesnego. W przyszłym życiu, w Królestwie Boga, więcej będzie ruchu i działania niż w obecnym, niezakłóconego niczym co złe lub przykre. Błogosławieni zawsze młodzi i piękni udadzą się do nowych, niewyobrażalnie cudnych światów. Zamieszkają w świecie wiecznie nowym, wiecznie świetlistym, wiecznie wspaniałym, wiecznie świętym: „Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie”. (2 Kor 5, 1).

Sprawiedliwi w Raju będą zawsze piękni i zawsze młodzi. Chociaż wszyscy zbawieni będą cieszyć się doskonałą błogością, w niebie będą różne stopnie szczęśliwości, czy też, mówiąc innymi słowy, różne stopnie nagrody, w zależności od zasług, jakie sobie zaskarbili podczas życia w doczesności. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ nie każdy jednakowo się zasłużył.

Lecz – jak naucza św. Grzegorz z Nyssy, nikt nikomu nie będzie zazdrościł, każdy bowiem będzie się cieszył tym, co mu zostało dane. Wprost przeciwnie! Dodatkowym powodem do radości, będzie dla błogosławionych obserwowanie szczęścia innych.

Zresztą według słów św. Izaaka Syryjskiego zazdrość w Raju, gdzie nie ma miejsca na smutek (a zazdrość powoduje między innymi właśnie smutek), nie jest możliwa. Wszystkich zbawionych, łączyć będzie jedno uczucie, miłość.

Dodatkowe szczęście zbawionych będzie wypływać i z tego, że w rajskiej ojczyźnie będą mogli radować się towarzystwem swych najbliższych (o ile oczywiście i oni będą błogosławieni), z którymi w doczesności dzielili tak radości, jak i smutki.

W Raju znów spotkają się kochający małżonkowie, rodzice będą mogli się cieszyć swoimi dziećmi, a przyjaciele przyjaciółmi. Mamy więc realną szansę po zmartwychwstaniu odzyskać to, co straciliśmy – zda się bezpowrotnie – w życiu doczesnym.

Według opinii Ojców Kościoła, błogosławieni w Raju będą się rozpoznawać nie tyle po kształcie ciała, które, choć po zmartwychwstaniu będzie tożsame z tym, które istniało w doczesności, nie będzie jednak podobne do ciała skażonego i śmiertelnego, ale raczej przez wizje dusz innych błogosławionych. I w ten sposób będą się także rozpoznawać i ci, którzy się nigdy w doczesności nie widzieli.

Czy będą też z nami zwierzęta?… także i te najbliższe naszym sercom, które kiedyś towarzyszyły nam w doczesności… te które kochaliśmy i które nas kochały?…

Ufajmy, że tak… że będą… jako dar – łagodny uśmiech Boga, który pamięta każde stworzenie. I który mówi: „To, co stworzyłem, nie zginie. Bo było dobre.”

Nota bibliograficzna

Choć niniejsza książka nie rości sobie prawa do naukowego charakteru, opiera się na solidnym fundamencie Tradycji chrześcijańskiej – zarówno zachodniej, jak i wschodniej. W rozważaniach dotyczących obecności zwierząt w perspektywie wieczności uwzględniono głosy świętych, myślicieli duchowych i duszpasterzy, którzy traktowali stworzenie z głębokim szacunkiem jako dzieło Boga. Książka nie korzysta ze źródeł teologii modernistycznej, lecz czerpie z tekstów zgodnych z duchem Tradycji Kościoła – także prawosławnego. Poniżej przedstawiono wybraną literaturę, która była inspiracją do refleksji i może posłużyć czytelnikowi do dalszego pogłębienia tematu. Oczywiście, autor opracowania korzystał z wielu innych źródeł i publikacji dotyczących tego zagadnienia, jednak dla zachowania przejrzystości, nie ma potrzeby zbytniego rozbudowywania tej listy.

Wybrana literatura

Randy Alcorn, Heaven: Biblical Answers to Common Questions about Our Eternal Home, Tyndale House Publishers, Amazon 2011

Clive Staples Lewis, The Problem of Pain, Harper, San Francisco 2000

Billy Graham, Till Armageddon: A Perspective on Suffering, Word Books, Waco 1981

Joni Eareckson Tada, When God Weeps: Why Our Suffering Matters to the Almighty, Grand Rapids 1997

„О животных” [w:] Азбука веры – https://azbyka.ru/ob-otnoshenii-k-zhivotnym

Архимандрит Рафаил (Карелин), Церковь и мир на пороге Апокалипсиса, Подворье Свято-Троицкой Сергиевой Лавры, 2010 (https://www.litres.ru/book/rafail-karelin/cerkov-i-mir-na-poroge-apokalipsisa-31518422/chitat-onlayn/?page=4 – dostęp: 26 maj 2025)

Ольга Гуманова, Попадут ли животные в рай? (źródło: pravda.ru – https://www.pravda.ru/faith/1062944-animals/, dostęp: 26 maj 2025)

Славен Любомиров, Будут ли животные в Раю? А в Царстве Небесном? Будут ли наши домашние животные с нами в Раю?, (źródło: https://proza.ru/2020/07/08/1507, dostęp: 26 maj 2025)

Иеромонах Серафим Роуз, Православное понимание книги Бытия, Российское Отделение Валаамского Общества Америки, 1998 (źródło: https://www.eparhia-saratov.ru/Content/Books/196/genesis.pdf, dostęp: 26 maj 2025)

Koniec

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Jak prawosławne chrześcijaństwo postrzega zwierzęta? CZĘŚĆ 4

CZĘŚĆ 4

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa


=======================================================

Kościół prawosławny

Jedność całego stworzenia w Bogu


Kościół prawosławny podkreśla, że całe stworzenie – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – jest odbiciem Bożej chwały i pierwotnie funkcjonowało w doskonałej harmonii. Już w Księdze Rodzaju (1–2) świat zostaje nazwany „dobrym”, a zwierzęta zajmują w nim określone miejsce, współtworząc z ludźmi pełny porządek zamysłu Stwórcy. Ta wizja jedności i pokoju, zakorzeniona w świętych tekstach i wczesnej tradycji, pozostaje fundamentem prawosławnej teologii stworzenia.

Święty Maksym Wyznawca (ok. 580–662) był jednym z najwybitniejszych teologów bizantyńskich i mistyków wczesnego prawosławia. W jego antropologii i kosmologii centralne miejsce zajmuje koncepcja deifikacji (theosis) – zjednoczenia całego stworzenia z Bogiem. Maksym postrzegał człowieka jako pośrednika między Bogiem a stworzeniem, kogoś, kto ma „zjednoczyć w sobie” to, co rozdzielone – duchowe i materialne.

Zgodnie z jego nauką, człowiek ma rolę liturgiczną i kapłańską wobec świata. Oznacza to nie tylko odpowiedzialność za stworzenie, ale przede wszystkim jego duchowe przekształcanie – uświęcanie świata i ofiarowywanie go Bogu jako aktu dziękczynienia. Człowiek, jako istota rozumna i wolna, zdolna do miłości i kontemplacji, ma być tym, który prowadzi cały kosmos ku Bogu, przez swoje życie, modlitwę i działanie.

Maksym twierdził, że upadek człowieka zaburzył tę pierwotną jedność, ale przez Chrystusa możliwe jest jej przywrócenie. W tym sensie nie tylko ludzie, ale całe stworzenie uczestniczy w historii zbawienia i zostaje objęte ostatecznym planem Bożym.

Podsumowując – św. Maksym nauczał, że człowiek ma głębokie powołanie kapłańskie wobec stworzenia, a jego zadaniem jest nie tylko zarządzanie światem, lecz jego przemienienie i oddanie Bogu w duchu miłości, wdzięczności i kontemplacji.

W tym kontekście prowadzenie wszystkich istot do ich pierwotnego, boskiego źródła oznacza:

Uznawanie i docenianie piękna i wartości stworzenia jako odbicia Bożej chwały.

Życie w harmonii z naturą, nie niszcząc jej, ale pielęgnując ją.

Ofiarowywanie Bogu owoców stworzenia poprzez swoją pracę i modlitwę.

Bycie łącznikiem między światem materialnym a duchowym.

Poprzez swoje własne zjednoczenie z Bogiem, pociąganie za sobą całe stworzenie do tej jedności.

To powołanie zostało naruszone przez upadek, ale poprzez Chrystusa i działanie Ducha Świętego, człowiek jest powołany do odnowienia tej kapłańskiej roli.

Dlatego w tradycji prawosławnej często podkreśla się odpowiedzialność człowieka za los stworzenia i wzywa do życia w sposób, który odzwierciedla tę kapłańską godność.

Ludzie nie tylko sprawują opiekę nad stworzeniem, lecz także ponoszą odpowiedzialność za to, by wszystko, co zostało stworzone, mogło powrócić do Boga w pełnej jedności.

W tradycji prawosławnej upadek ludzkości, opisany w Księdze Rodzaju (rozdział 3), jest momentem, w którym nie tylko człowiek, ale i całe stworzenie zostało dotknięte grzechem. Upadek ludzki zakłócił pierwotną harmonię, która istniała między ludźmi a zwierzętami oraz między wszystkimi elementami kosmosu. W wyniku tego zdarzenia, świat został uwikłany w cierpienie, a harmonia między stworzeniem a Bogiem została zaburzona.

Jednak w przeciwieństwie do teologii zachodniej, która często postrzega zwierzęta jako duchowo oddzielone od Bożego planu zbawienia, prawosławna myśl teologiczna podkreśla, że odkupienie stworzenia obejmuje także zwierzęta. Zgodnie z tą tradycją, cały kosmos ma uczestniczyć w ostatecznym odnowieniu przez Boga. Oznacza to, że zwierzęta, stanowiące integralną część stworzonego porządku, nie są wykluczone z Bożego planu odkupienia. Przeciwnie, mają w nim swoje miejsce, uczestnicząc w boskim przekształceniu wszechrzeczy.

Jak prawosławne chrześcijaństwo postrzega zwierzęta?

Wschodni Kościół Prawosławny charakteryzuje się wyjątkowym, głęboko mistycznym i integralnym rozumieniem stworzenia, które kładzie silny nacisk na duchowe więzi łączące wszystkie istoty. W tej tradycji stworzenie postrzegane jest jako przeniknięte boską obecnością, a każda jego część – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – uczestniczy w duchowej harmonii. Takie podejście znacząco różni się od zachodniej tradycji katolickiej. Teologia katolicka tradycyjnie rozróżnia bowiem duszę rozumną i nieśmiertelną, przypisaną wyłącznie człowiekowi, oraz duszę śmiertelną (zwaną też zmysłową lub wegetatywną), którą posiadają zwierzęta i która ustaje wraz ze śmiercią ciała. W przeciwieństwie do tego, teologia prawosławna nie wprowadza takiego rozróżnienia. Całe stworzenie, w tym zwierzęta, traktowane jest jako integralna część świętego porządku Bożego, odzwierciedlającego Jego obecność i boskie piękno.

Ale także, niektórzy z teologów prawosławnych postrzegają zwierzęta i w taki sposób, jak to czyni Archimandryta Rafael (Karelin):

Chrześcijaństwo naucza, że uczucia religijne są główną i istotną cechą duszy jako obrazu i podobieństwa Boga. To jest główna różnica między człowiekiem a zwierzęciem. Świat emocjonalny zwierzęcia jest nie mniej dynamiczny niż świat emocjonalny człowieka. Zwierzęta w swej pierwotnej formie posiadają to, co można nazwać rozumem, czyli zdolność do znajdywania związku między przyczynami i odległymi skutkami oraz dokonywania wyborów w zmieniających się sytuacjach. Zwierzęta mają instynkty bardziej subtelne niż ludzie, ale nigdy nie odkryto u nich uczuć religijnych. Oto zasadnicza różnica między człowiekiem a tymi, którzy przywykli być nazywani jego „młodszymi braćmi”. (Архимандрит Рафаил (Карелин), Церковь и мир на пороге Апокалипсиса)

Olga Gumanowa w rozmowie z hieromnichem Nikanorem (Lepieszewem) usłyszała taką opinie na temat zwierząt w odnowionym świecie:

Na ikonie Narodzenia Chrystusa widzimy wołu i osiołka pochylających się nad Dzieciątkiem Bożym leżącym w żłobie. Niektóre sceny szopek bożonarodzeniowych przypominają Arkę Noego: są na nich owce z pasterzami i karawana wielbłądów. Hieromnich Nikanor (Lepeszew), wykładowca w Chabarowskim Seminarium Duchownym, opowiedział portalowi Pravda.Ru o tym, jak Kościół traktuje naszych mniejszych braci.

– Ojcze Nikanorze, czy według nauki prawosławnej zwierzęta mają duszę?

— W Księdze Rodzaju zwierzęta, ryby i ptaki nazywane są „duszami żywymi”. Swoją obecnością różnią się one na przykład od roślin, ciał niebieskich itp. Ale z Pisma Świętego wiemy też, że „dusza zwierząt jest we krwi” i umiera razem z ciałem. To jest jej główna różnica w stosunku do nieśmiertelnych dusz ludzkich, które żyją dalej po śmierci ciała. W ten sposób wśród mieszkańców świata widzialnego kształtuje się pewna hierarchia duchowa, oparta na obecności bądź nieobecności duszy, a także jej nieśmiertelności bądź śmiertelności. A ze wszystkich stworzeń Bożych tylko człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo swego Stwórcy.

— Istnieje pogląd, że wszystkie zwierzęta, które zostały pokochane przez którąkolwiek z osób, które tam dotarły, pójdą do Królestwa Niebieskiego. Co na ten temat mówili święci ojcowie?

— W chwili Drugiego Przyjścia Chrystusa, jak mówi Apostoł Paweł, „jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”. Oznacza to, że uwolni ona wszystko i wszystkich, co wchłonęła w czasie swego panowania w świecie materialnym. Nic, co stworzył Pan, nie popadnie w całkowite zapomnienie; Stworzenie Boże zostanie przywrócone w całej swojej pełni. Prorok Izajasz mówi, że w odnowionym wszechświecie będzie także miejsce dla zwierząt: „Wtedy wilk zamieszka z barankiem, a lampart z koźlęciem będzie leżał; cielę, młody lew i wół będą razem”. A czcigodny Nektarij z Optiny, który bardzo lubił koty, powiedział, że ze wszystkich zwierząt to właśnie one pierwsze wejdą do nieba.

Teologowie mają jednak różne opinie na temat tego, czy wszystkie martwe wcześniej zwierzęta zostaną wskrzeszone wraz z nadejściem wiecznego Królestwa Chrystusa. Niektórzy uważają, że tak. Inni uważają, że jeśli chodzi o zwierzęta, to dla Stwórcy nie liczą się poszczególne zwierzęta, nie przedstawiciele jednego czy drugiego gatunku, ale wyłącznie sam gatunek.

Osobiście jestem wielkim miłośnikiem naszych mniejszych braci i dlatego myślę, że w oczach Boga każde Jego stworzenie jest wyjątkowe i wartościowe. A sposób, w jaki święci traktowali swoich niemych przyjaciół, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Wspomnijmy Gerasima z Jordanii z jego lwem, św. Serafina z Sarowa z niedźwiedziem, św. Brendana Żeglarza z wielorybem i wielu innych ascetów. Nie mogę jednak upierać się przy swoim punkcie widzenia, ponieważ wszystko to jest sferą prywatnych osądów teologicznych, a takie czy inne poglądy na tę kwestię w żaden sposób nie wpływają na nasze zbawienie. Tak więc prawdę poznamy dopiero po Sądzie Ostatecznym. (Ольга Гуманова, Попадут ли животные в рай?).

Wielu świętych i mistyków prawosławnych, którzy żyli w bliskim kontakcie z naturą, jest znanych z głębokich duchowych relacji ze zwierzętami. Ich doświadczenia ukazują, że zwierzęta, podobnie jak ludzie, są częścią Bożego stworzenia i w jakiś sposób uczestniczą w duchowym życiu świata. Prawosławni mistycy często opisują swoje spotkania ze zwierzętami jako duchowe, a nie jedynie fizyczne, co wskazuje na ich szczególne miejsce w kosmicznym porządku.

Dodatkowo, koncepcja „kosmicznej liturgii” w teologii prawosławnej sugeruje, że całe stworzenie, w tym zwierzęta, bierze udział w oddawaniu czci Bogu. Kosmiczna liturgia oznacza, że wszystkie istoty, poprzez swoje istnienie, wypełniają boski plan, oddając chwałę Stwórcy. To zrozumienie stworzenia nie kończy się na wymiarze ziemskim, ale ma głęboki wymiar duchowy, który obejmuje także zwierzęta jako cząstkę większej harmonii.

Choć Kościół prawosławny nie naucza wyraźnie, że zwierzęta mają nieśmiertelne dusze, jego mistyczne podejście pozostawia pewną otwartość na spekulacje. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta będą częścią odnowionego stworzenia w życiu pozagrobowym, jednak prawosławna teologia, ze swoim podkreśleniem duchowej jedności stworzenia, sprawia, że ich rola w boskim planie może być znacznie głębsza, niż tradycyjnie się zakłada. W tej perspektywie zwierzęta mogą być postrzegane jako istoty, które mają swoją rolę w duchowym cyklu stworzenia, być może nawet uczestnicząc w jego ostatecznym odnowieniu.

Spojrzenie na duszę


W teologii prawosławnej, nawiązującej do myśli wielu Ojców Kościoła, obecna jest koncepcja trójdzielnej struktury duszy, która służyła do zrozumienia hierarchicznego porządku stworzenia, obejmującego ludzi, zwierzęta i rośliny. To ujęcie ukazuje złożoność życia, przypisując różnym jego formom odmienne zdolności i funkcje: duszę wegetatywną dla wzrostu i odżywiania, duszę zmysłową dla percepcji i instynktów, oraz unikalną dla człowieka duszę rozumną, będącą nośnikiem obrazu Bożego. Choć nie jest to dogmat w ścisłym tego słowa znaczeniu, koncepcja ta podkreśla duchową głębię świata, w którym każde stworzenie, na swoim poziomie istnienia, posiada swój sens i cel w Bożym planie. Koncepcja trójdzielnej duszy nie jest dogmatem Kościoła prawosławnego w takim samym sensie jak dogmaty trynitarne czy chrystologiczne. Była to raczej powszechnie przyjmowana filozoficzna i teologiczna rama w pewnym okresie historii Kościoła.

Święty Maksym Wyznawca w swojej teologii rozwija klasyczną myśl patrystyczną dotyczącą struktury człowieka i jego miejsca w stworzeniu. Wyróżnia on trzy poziomy ‘życia’ lub ‘funkcji’ duszy, które współistnieją w człowieku: życie wegetatywne (τὸ φυσικόν), odpowiedzialne za odżywianie, wzrost i rozmnażanie, wspólne wszystkim istotom żywym, w tym roślinom i zwierzętom; życie zmysłowe (τὸ αἰσθητικόν), obejmujące zdolność do odczuwania, ruchu i emocji, dzielone przez ludzi i zwierzęta; oraz życie rozumne i duchowe (τὸ λογικόν), właściwe jedynie człowiekowi, charakteryzujące się rozumem, wolą i zdolnością do poznania Boga oraz zjednoczenia się z Nim.

Zgodnie z tym ujęciem, człowiek stanowi unikalne połączenie wszystkich poziomów stworzenia. Posiada ciało, podobne w swoich funkcjach do roślin i zwierząt, zmysły, które łączą go ze światem zwierzęcym, ale przede wszystkim ducha, który jest skierowany ku Bogu. Dzięki tej złożonej naturze człowiek jest postrzegany jako mikrokosmos – zawiera w sobie niejako cały stworzony świat i poprzez swoje duchowe życie ma potencjał, by ten świat zjednoczyć z Bogiem.

Tradycja hezychastyczna, rozwijająca się szczególnie w środowisku mnichów góry Athos w XIII i XIV wieku, rzeczywiście skupiała się na wewnętrznej modlitwie, pokucie i oczyszczeniu serca jako drodze do jedności z Bogiem. Święty Grzegorz Palamas, jej najwybitniejszy teologiczny rzecznik, bronił tej praktyki i jej duchowych owoców, argumentując, że przez łaskę człowiek może realnie uczestniczyć w Bożych energiach (a nie istocie Boga), co stanowi podstawę przebóstwienia (theosis).

W tej wizji świat materialny nie jest odrzucony ani przeklęty, ale stworzony przez Boga jako „bardzo dobry” (por. Rdz 1,31). Człowiek, który przez modlitwę i ascezę zjednoczył się z Bogiem, promieniuje świętością także na otaczający świat – jego obecność staje się uzdrawiająca nie tylko dla ludzi, ale także dla przyrody, która pod wpływem grzechu została skażona. W hezychazmie pojawia się zatem wątek kosmiczny: święty człowiek jest kapłanem stworzenia, który przez swoje życie i modlitwę przywraca stworzeniu jego pierwotną harmonię.

Niektórzy święci i starcy z tej tradycji byli znani z głębokiego współczucia i relacji ze zwierzętami, co odzwierciedlało duchową jedność z całym stworzeniem.

Z tego też powodu zwierzęta często rozpoznają świętych i reagują na nich w sposób niezwykły. W świętym człowieku nie widzą już drapieżnika czy zagrożenia, ale przyjaciela, który emanuje pokojem i przywraca im ich naturalny stan harmonii. Świętość w tym kontekście nie ogranicza się jedynie do osobistego udoskonalenia moralnego, ale ma charakter kosmiczny, polegając na przemianie całej rzeczywistości wokół świętego w kierunku Boskiej harmonii i jedności.

Tak więc, jak możemy zauważyć, na najwyższym poziomie znajduje się dusza rozumna, przysługująca jedynie człowiekowi. To ona czyni go istotą stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, obdarzoną wolną wolą, zdolnością do miłości, rozumienia dobra i zła oraz do duchowego wzrastania. Dzięki niej człowiek może dążyć do – zjednoczenia z Bogiem – co stanowi ostateczny cel życia duchowego. Ludzka dusza jako jedyna jest nieśmiertelna w ścisłym teologicznym sensie, a człowiek, jako istota świadoma i moralnie odpowiedzialna, odpowiada przed Bogiem za swoje czyny.

Drugi poziom zajmuje dusza wrażliwa, wspólna dla ludzi i zwierząt. Choć zwierzęta nie posiadają rozumu w znaczeniu właściwym człowiekowi, mają zdolność do odczuwania, przeżywania emocji i reagowania na otoczenie. W ich życiu obecne są instynkty, świadomość, cierpienie i radość. Ich istnienie nie sprowadza się więc wyłącznie do funkcji biologicznych – nosi w sobie pewną głębię i wewnętrzne życie, choć nie ma ono charakteru duchowej relacji z Bogiem w ludzkim sensie. Brak im moralnej odpowiedzialności, ale ich egzystencja pozostaje zanurzona w Bożym porządku i dlatego zasługuje na szacunek oraz troskę.

Najniższy poziom reprezentuje dusza wegetatywna, właściwa roślinom. Choć pozbawione są zmysłów i świadomości, również posiadają życie: wzrastają, rozmnażają się, reagują na środowisko. W prawosławnej wizji stworzenia także ten rodzaj życia odzwierciedla obecność Bożego tchnienia – wszak nic, co istnieje, nie jest oderwane od Boga.

Łącząc przedstawione perspektywy w spójną całość, można stwierdzić, że teologia prawosławna, czerpiąc z myśli Ojców Kościoła takich jak święty Maksym Wyznawca, a także z tradycji hezychastycznej, oferuje dynamiczne spojrzenie na miejsce człowieka, zwierząt i roślin w Bożym stworzeniu.

W przeciwieństwie do bardziej statycznego, scholastycznego podejścia zachodniego, które kładzie nacisk na jasne rozróżnienie dusz, teologia prawosławna akcentuje wewnętrzne zróżnicowanie bytów i ich dynamiczne powiązanie ze Stwórcą. Kluczową rolę odgrywa tu pojęcie nous (νοῦς), często tłumaczone jako duchowy intelekt, które w człowieku stanowi najwyższą zdolność duszy, umożliwiającą świadomą relację z Bogiem, modlitwę i przebóstwienie.

Zwierzęta posiadają duszę (psychḗ) o charakterze wrażliwym i instynktownym, która choć śmiertelna i nieposiadająca nous w ludzkim rozumieniu, jest realna i znacząca w Bożym porządku. Ich życie, choć związane z naturalnymi popędami, nie jest wykluczone z duchowego znaczenia, a tradycja hezychastyczna wskazuje, że święci, poprzez swoje życie w łasce, mogą przywracać pierwotną harmonię stworzenia, co sprawia, że zwierzęta rozpoznają w nich nie wroga, lecz przyjaciela.

Rośliny natomiast posiadają duszę wegetatywną, odpowiedzialną za podstawowe funkcje życiowe. Choć pozbawione zmysłów i świadomości, również one odzwierciedlają Boże tchnienie w stworzeniu.

Prawosławna tradycja ukazuje zatem stworzenie jako uporządkowaną całość, w której wszystko ma swoje miejsce, a człowiek pełni wyjątkową rolę. Dzięki rozumowi (nous) i zdolności do duchowego wzrostu (theosis), człowiek jest powołany do tego, by przywracać jedność i harmonię światu roślin i zwierząt. Nie chodzi tu tylko o zarządzanie światem przyrody, ale o głęboką odpowiedzialność duchową – udział w uzdrawianiu stworzenia zgodnie z zamysłem Boga.

W tym kontekście wielu prawosławnych teologów, zwłaszcza tych o bardziej mistycznym nastawieniu, zastanawia się nad losem zwierząt po śmierci. Choć dusza zwierzęcia (psyche) różni się od duchowej świadomości człowieka, niektórzy teologowie nie wykluczają, że ich istnienie może w jakiś sposób trwać dalej – choć nie tak samo jak w przypadku ludzi. Zamiast kategorycznych odpowiedzi, proponują raczej postawę nadziei i otwartości na tajemnicę. W ich ujęciu możliwe jest, że także zwierzęta znajdą swoje miejsce w przyszłym, odnowionym świecie, który według chrześcijańskiej nadziei zostanie kiedyś całkowicie przemieniony.

To podejście jest spójne z szerszą wizją odkupienia w prawosławiu. Skoro całe stworzenie, jak naucza apostoł Paweł, zostało dotknięte skutkami grzechu, to również uczestniczy w nadziei na odkupienie i wyzwolenie z zepsucia. Choć Kościół prawosławny nie ustanowił dogmatu dotyczącego wieczności dusz zwierząt, jego duchowość nie wyklucza ich z eschatologicznej perspektywy. Przeciwnie, istnieje głębokie przekonanie, że Boża miłość obejmuje wszystko, co stworzone, i wszystko to może zostać przemienione w ostatecznym czasie.

Życie zwierząt, choć nie mają one osobowej relacji z Bogiem w takim sensie jak ludzie, posiada swoją wartość w Bożym planie stworzenia. Ich obecność, cierpienie, piękno i rola w harmonii natury wskazują na ich uczestnictwo w misterium życia. Z tej perspektywy prawosławie zachęca do pokornej kontemplacji tajemnic Bożych, ufając Jego miłości, która przekracza granice ludzkiego rozumu. Ostateczne miejsce zwierząt w nowym stworzeniu pozostaje tajemnicą, ale ich udział w przemienieniu, podobnie jak całej przyrody, nie jest wykluczony z eschatologicznej nadziei.

Wschodni Ojcowie Kościoła a nieśmiertelność zwierząt


Ortodoksyjne chrześcijaństwo nie formułuje jednoznacznej, dogmatycznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta zmartwychwstaną i znajdą swoje miejsce w życiu wiecznym. Nie oznacza to jednak braku refleksji na ten temat. Wręcz przeciwnie – bogata, mistyczna i głęboko teocentryczna teologia prawosławna pozostawia przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta mogą być częścią odnowionego stworzenia.

W tradycji prawosławnej pojawiają się liczne przesłanki, które wskazują na możliwość uczestnictwa zwierząt w przyszłym świecie. Skoro były one obecne w pierwotnym Raju, a wizje proroka Izajasza (11:6–9) malują obraz eschatologicznego pokoju, w którym wilk zamieszkuje z barankiem, a dziecko bezpiecznie bawi się przy legowisku węża, to nic nie stoi na przeszkodzie, by sądzić, że także w odnowionym świecie nie zabraknie miejsca dla naszych zwierzęcych mniejszych braci.

List św. Pawła do Rzymian (8:21) przynosi kolejną istotną myśl – że „całe stworzenie” jęczy i wzdycha, oczekując wyzwolenia od zepsucia. To bardzo silna teologiczna podstawa dla przekonania, że odkupienie nie dotyczy wyłącznie ludzi, lecz całego kosmosu. Zwierzęta, będące częścią tego stworzenia, nie są więc wyłączone z planu zbawczego – przeciwnie, ich cierpienie również zostanie przemienione i odkupione.

Święty Grzegorz z Nyssy (335 – ok. 394–395)

Jeden z najwybitniejszych teologów wczesnego chrześcijaństwa – rozwijał wizję zbawienia, która obejmuje nie tylko ludzi, ale całe stworzenie. Jego teologia opierała się na przekonaniu, że Boży plan odkupienia ma charakter kosmiczny i że wszystko, co zostało dotknięte skutkami grzechu i śmierci, zostanie przemienione w Chrystusie. Grzegorz nie formułował wprost tezy o zbawieniu zwierząt w takim samym sensie jak ludzi, ale jego myśl pozostawia wyraźną przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta również będą uczestniczyć w przyszłej odnowie.

W swoich pismach Grzegorz podkreślał, że ostatecznym celem Bożego działania jest przywrócenie pierwotnej harmonii i pełni, którą świat utracił w wyniku grzechu. W jego wizji nie tylko człowiek, ale cały kosmos – zwierzęta, rośliny i cała natura – ma zostać objęty procesem odkupienia i przemienienia. Odnowione stworzenie nie będzie już miejscem cierpienia, śmierci ani rozkładu, lecz stanie się pełnią życia zanurzoną w Bożej obecności.

Grzegorz swoją eschatologiczną wizję opierał na Piśmie Świętym, zwłaszcza na słowach apostoła Pawła z Listu do Rzymian: „Stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych” (Rz 8,21). Dla niego te słowa nie były jedynie metaforycznym opisem, ale głęboką prawdą duchową – wyrazem nadziei, że cały świat, który „jęczy i wzdycha” oczekując odkupienia, rzeczywiście zostanie przemieniony.

Choć św. Grzegorz nie precyzował, w jaki sposób zwierzęta będą istnieć po tej przemianie, jasno wynika z jego myśli, że nie są one wyłączone z Bożego planu odnowy. Zwierzęta, jako część stworzonego porządku, są nosicielami Bożego zamysłu i uczestnikami Jego miłości. Skoro wszystko zostało powołane do istnienia przez Bożą wolę i miłość, to również wszystko może mieć udział w ostatecznym zjednoczeniu z Bogiem.

Takie ujęcie stawia zwierzęta w centrum eschatologicznej nadziei. Ich istnienie nie jest przypadkowe ani jedynie biologiczne; przeciwnie, ma również wymiar duchowy, choć różny od ludzkiego. W wizji Grzegorza stworzenie jako całość odzyska swoją pierwotną harmonię i zostanie przemienione – nie przez unicestwienie, ale przez uświęcenie.

Tym samym Grzegorz z Nyssy oferuje perspektywę niezwykle otwartą na tajemnicę Bożego działania. Jego teologia pozostawia miejsce dla nadziei, że w przyszłym świecie odnowiona rzeczywistość będzie obejmować nie tylko ludzi, ale całą przyrodę, która – choć pozbawiona rozumu w ludzkim sensie – od samego początku uczestniczy w Bożym dziele stworzenia i jest przez Niego umiłowana.

Święty Bazyli Wielki (ok. 330 – 379)

Ten wybitny Ojciec Kościoła pozostawił głęboko inspirującą refleksję na temat stworzenia i miejsca, jakie w nim zajmują zwierzęta. W jego teologii nie ma miejsca na pogardliwe spojrzenie na świat przyrody. Wręcz przeciwnie – w swoich pismach, zwłaszcza w Hexaemeronie, serii homilii poświęconych sześciu dniom stworzenia, podkreśla, że każde stworzenie – bez względu na rozmiar, funkcję czy formę – zostało ukształtowane z mądrością i zamiarem przez Boga.

Bazyli głosił wprost, by nie uważać niczego w stworzeniu za bezwartościowe, ponieważ wszystkie rzeczy zostały powołane do istnienia mądrze i w jakimś celu. Te słowa są nie tylko wyrazem szacunku wobec natury, ale teologiczną deklaracją, że nic, co wyszło z ręki Boga, nie jest przypadkowe, zbędne ani pozbawione znaczenia. W tym podejściu zwierzęta nie są tylko tłem dla ludzkiego życia, ale pełnoprawnymi uczestnikami boskiego planu.

Jego pisma sugerują, że zwierzęta mają wewnętrzną wartość duchową – nie dlatego, że posiadają rozum na miarę człowieka, ale dlatego, że zostały stworzone przez Boga i są przez Niego utrzymywane w istnieniu. Taka wizja prowadzi do wezwania do dobroci i odpowiedzialności ze strony człowieka, który powinien traktować zwierzęta z szacunkiem, miłością i troską – nie jako istoty podrzędne, lecz jako braci i siostry w wielkiej wspólnocie stworzenia. W ten sposób Bazyli przypomina, że duchowość chrześcijańska nie kończy się na modlitwie i ascezie, ale sięga również relacji człowieka z całym światem stworzonym.

Święty Jan Damasceński (ok. 675 – ok. 749)

Ten jeden z najważniejszych Ojców Kościoła Wschodniego pisał z głębokim przekonaniem o ostatecznej przemianie całego stworzenia w Chrystusie. Jego wizja zbawienia nie ograniczała się jedynie do ludzkiej duszy, lecz obejmowała cały kosmos – wszystko to, co zostało powołane do istnienia przez Boże Słowo. Uważał, że uwielbienie nie będzie dotyczyło wyłącznie ludzi, lecz cała rzeczywistość zostanie przemieniona, rozświetlona i uświęcona przez obecność Boga.

W jego ujęciu zbawienie to nie tylko powrót człowieka do Boga, ale pełna metamorfoza świata, który zostaje przekształcony w sposób, jaki przekracza nasze ziemskie wyobrażenia. Taka kosmiczna perspektywa otwiera drogę do rozumienia, że również zwierzęta – jako część Bożego stworzenia – mogą uczestniczyć w tym przyszłym uwielbieniu. Nawet jeśli ich obecność w życiu wiecznym nie jest opisana w sposób szczegółowy i dosłowny, myśl Jana Damasceńskiego sugeruje, że zwierzęta nie zostaną wykluczone z tej ostatecznej harmonii. Ich istnienie może trwać w nowej, przemienionej formie – jako wyraz Bożego piękna, pokoju i pełni stworzenia, które powraca do swego źródła.

Prawosławna duchowość nie koncentruje się wyłącznie na indywidualnym zbawieniu dusz, lecz widzi ostateczny cel w przemianie całego stworzenia. Ten kosmiczny wymiar eschatologii zakłada nie tyle ucieczkę od świata, co jego pełne przekształcenie w światło, pokój i harmonię. W tej wizji niebo nie jest zamkniętym ogrodem dla wybranych, lecz odnowioną rzeczywistością, w której wszystko, co zostało stworzone przez Boga – a więc również zwierzęta – odnajduje swoje miejsce, cel i ostateczne spełnienie.

Święci a świętość zwierząt w tradycji prawosławnej


Tradycja prawosławna od wieków ukazuje głęboką więź między świętymi a światem przyrody, szczególnie zaś zwierzętami. Opowieści o ascetach i mnichach, których życie przepełnione było modlitwą, kontemplacją i czystością serca, obfitują w sceny, w których harmonia między człowiekiem a stworzeniem zostaje cudownie przywrócona. Nie są to jedynie barwne legendy czy pobożne opowieści dla prostaczków, lecz duchowe świadectwa głęboko zakorzenione w teologii i kosmologii prawosławia. Ukazują one świat jako przestrzeń, w której obecność Boga przenika wszystko – od najpotężniejszych zjawisk przyrody po najmniejsze stworzenia.

Zwierzęta, choć nie posiadają rozumnej duszy w sensie właściwym człowiekowi, w tych przekazach jawią się jako istoty niezwykle wrażliwe na Boską obecność. W relacjach z osobami głęboko zjednoczonymi z Bogiem zdają się przekraczać swoje naturalne instynkty, okazując ufność, spokój, a nawet opiekuńczość. Stają się niejako współuczestnikami świętości, odpowiadając na nią w sposób prosty, lecz przejmujący. Ich postawa jest często interpretowana jako echo pierwotnej harmonii raju – stanu sprzed upadku, w którym wszelkie stworzenia żyły ze sobą w zgodzie, wolne od lęku, przemocy i obcości.

W duchowości prawosławnej wielu świętych i ascetów rozwijało głęboką komunię z naturą, a mistyczne relacje ze zwierzętami stanowiły część ich życia modlitewnego i kontemplacyjnego. Historie te ukazują, że świętość nie ogranicza się do abstrakcyjnej duchowości oderwanej od świata materialnego. Przeciwnie – objawia się ona właśnie w codziennym współistnieniu ze stworzeniem, w trosce o nie, w czułości i szacunku dla wszelkiego życia. Czystość serca świętych nie tylko przyciąga Bożą łaskę, ale staje się także źródłem uzdrowienia i odnowy dla otaczającego ich świata.

Wrażliwość zwierząt na duchową obecność świętych interpretowana jest w prawosławiu jako znak przywracania utraconej jedności, tej samej, która została zburzona przez grzech pierworodny. Dzięki świętości, możliwe staje się odtworzenie relacji sprzed upadku – relacji opartej na pokoju, wzajemnym zaufaniu i przenikaniu się światów duchowego i cielesnego. Opowieści o świętych i ich relacjach ze zwierzętami ukazują się jako duchowe świadectwa, stanowiąc teologiczną ilustrację prawosławnego przekonania o jedności całego stworzenia, w którym wszystko – od człowieka po zwierzęta i rośliny – przeniknięte jest Bożym tchnieniem.

To, co zostało dotknięte przez upadek, może na nowo stać się pełne łaski. Takie duchowe zrozumienie świata daje nadzieję, że nie tylko człowiek, ale całe stworzenie może zostać przemienione w Chrystusie i na powrót włączone w boski porządek. Zwierzęta w tej wizji nie są już tylko tłem ludzkiej historii – są jej cichymi towarzyszami, istotami, które w tajemniczy sposób uczestniczą w drodze człowieka ku Bogu.

Świadectwem tej głębokiej więzi między człowiekiem a światem stworzenia są liczne opowieści o świętych, w których zwierzęta odgrywają rolę znaków Bożej obecności i pośredników łaski. Przyjrzyjmy się niektórym z nich:

Święty Eustachy (II wiek) był rzymskim generałem, człowiekiem światowym, przywykłym do władzy, wojny i porządku pogańskiego imperium. Jednak jego życie zmieniło się w sposób całkowicie nieoczekiwany – za sprawą spotkania z jeleniem. Pewnego dnia, podczas polowania, ujrzał przed sobą niezwykłe zwierzę: jelenia, między którego rozłożystym porożem zajaśniał wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. Wstrząśnięty tym mistycznym objawieniem, Eustachy zrozumiał, że to nie było zwykłe zwierzę, lecz znak. To wydarzenie odmieniło go całkowicie i doprowadziło do nawrócenia na chrześcijaństwo.

Ta legenda, obecna zarówno w tradycji prawosławnej, jak i katolickiej, ma głębokie znaczenie duchowe. Nie jest jedynie barwną opowieścią, lecz symbolem prawdy przenikającej cały stworzony świat. Przypomina, że Bóg, jako Stwórca wszechrzeczy, nie ogranicza się do przemawiania jedynie przez ludzi czy święte pisma – może objawić się także poprzez zwierzęta i naturę. W historii Eustachego jeleń staje się nie tylko narzędziem objawienia, lecz posłańcem, nośnikiem światła, który prowadzi człowieka ku wewnętrznej przemianie.

To wydarzenie znajduje swoje echo w Biblii, zwłaszcza w opowieści o oślicy Balaama, która dzięki mocy Bożej przemówiła ludzkim głosem:

Wstał więc Balaam rano, osiodłał swoją oślicę i pojechał z książętami Moabu. Jego wyjazd rozpalił gniew Pana i anioł Pana stanął na drodze przeciw niemu, by go zatrzymać. On zaś w towarzystwie dwóch sług jechał na swojej oślicy. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę. Wtedy stanął anioł Pana na ciasnej drodze między winnicami, a mur był z jednej i z drugiej strony. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana, przyparła do muru i przytarła nogę Balaama do tego muru, a on ponownie zaczął bić oślicę. Anioł posunął się dalej i stanął w miejscu tak ciasnym, że nie było można go wyminąć ani z prawej, ani też z lewej strony. Gdy oślica ujrzała znowu anioła Pana, położyła się pod Balaamem. Rozgniewał się więc Balaam bardzo i zaczął okładać oślicę kijem. Wówczas otworzył Pan usta oślicy, i rzekła do Balaama: «Cóż ci uczyniłam, żeś mnie zbił już trzy razy?» Balaam odpowiedział oślicy: «Dlatego żeś sobie drwiła ze mnie. Gdybym tak miał miecz w ręku, już bym cię zabił!» Oślica jednak rzekła do Balaama: «Czyż nie jestem twoją oślicą, na której jeździsz, odkąd jesteś, aż po dzień dzisiejszy? Czyż miałam zwyczaj czynić ci coś podobnego?» Odpowiedział: «Nie!» Wtedy otworzył Pan oczy Balaama i zobaczył on anioła Pana, stojącego na drodze z obnażonym mieczem w ręku. Ukląkł więc i oddał pokłon twarzą do ziemi. Anioł zaś Pana rzekł do niego: «Czemu aż trzy razy zbiłeś swoją oślicę? Ja jestem tym, który przyszedł, aby ci bronić przejazdu, albowiem droga twoja jest dla ciebie zgubna. Oślica ujrzała mnie i trzy razy usunęła się z drogi. Gdyby się nie usunęła, byłbym cię dawno zabił, a ją przy życiu zostawił». (Lb 22:21–33)

Takie historie, choć niezwykłe, wskazują na fundamentalny aspekt prawosławnej duchowości – przekonanie, że całe stworzenie jest przepojone obecnością Boga i może być narzędziem Jego woli.

Historia świętego Eustachego uczy zatem, że Bóg objawia się nie tylko poprzez to, co oczywiste i racjonalne, lecz także przez to, co ciche, pokorne i uważane za zwykłe – przez zwierzęta, naturę, ciszę. To przypomnienie, że każde stworzenie może być nośnikiem tajemnicy, a zwierzęta, choć nie posługują się naszym językiem, wciąż mogą przemawiać w sposób duchowy i głęboki, prowadząc człowieka ku spotkaniu z Tajemnicą.

Święty Tryfon (III wiek) zapisał się w pamięci chrześcijan nie tylko jako męczennik oddany Bogu, lecz także jako święty, który z wyjątkową troską pochylał się nad losem zwierząt. Choć jego życie zakończyło się tragicznie z powodu prześladowań za wiarę, liczne opowieści przekazywane przez wieki ukazują go jako człowieka dostrzegającego Bożą obecność we wszystkich żywych istotach i okazującego miłość oraz współczucie zarówno ludziom, jak i zwierzętom.

Jedna z najbardziej niezwykłych historii związanych z tym świętym opowiada o opętanej gęsi. Według legendy ptak ów nagle zaczął zachowywać się agresywnie i niepokojąco – atakował ludzi, był niespokojny i sprawiał wrażenie pozbawionego rozumu. Nikt nie potrafił wyjaśnić tej nagłej zmiany, dopóki nie wezwano świętego Tryfona. Gdy przybył i zobaczył, co się dzieje, nie zwątpił. Z głęboką wiarą pomodlił się, a wkrótce potem gęś uspokoiła się – demoniczny duch, który ją dręczył, opuścił ją, przywracając ptakowi spokój i łagodność.

Choć ta historia może wydawać się niecodzienna, niesie ze sobą ważne przesłanie teologiczne, wpisujące się w szerszą prawosławną wizję świata. Zgodnie z nauką Kościoła, całe stworzenie – nie tylko człowiek – uczestniczy w duchowej walce między dobrem a złem. Zwierzęta, mimo braku rozumnej duszy w ludzkim rozumieniu, mogą być w pewien sposób dotknięte obecnością duchową – zarówno łaską Bożą, jak i wpływem sił ciemności. Modlitwa świętego, która przywróciła pokój nie tylko ludziom, lecz także ptakowi, jest symbolem harmonii, jaką Bóg pragnie przywrócić w całym ożywionym stworzeniu.

Opowieść o świętym Tryfonie i gęsi ukazuje, że świętość nie zna granic, a Boża miłość obejmuje całe stworzenie. Jest to również przypomnienie, że troska o świat zwierząt – zarówno w wymiarze fizycznym, jak i duchowym – stanowi część chrześcijańskiego powołania do współuczestnictwa w odnowie świata, w którym każde stworzenie odnajdzie swoje miejsce w pokoju i świetle Bożej obecności.

Święty Mamas z Cezarei (ok. 260–275) męczennik i przyjaciel dzikich stworzeń urodził się w Cezarei (Azja Mniejsza) w rodzinie chrześcijan Teodota i Rufiny. Oboje zginęli w więzieniu za wiarę – ojciec zmarł przed jego narodzinami, matka zaraz po porodzie. Osierocony chłopiec trafił pod opiekę chrześcijańskiej wdowy Ammii, która wychowała go w wierze i miłości do Chrystusa.

Już jako dziecko Mamas wyróżniał się mądrością i odwagą. Naśladował Chrystusa nie tylko słowem, ale i czynem – dzięki jego wpływowi wielu młodych nawracało się na chrześcijaństwo. W wieku piętnastu lat został aresztowany za wiarę i poddany torturom. Po cudownym ocaleniu zamieszkał samotnie na górze w pobliżu Cezarei, gdzie prowadził życie modlitwy, postu i kontemplacji.

W swojej pustelni Mamas zyskał niezwykłą więź z naturą. Dzikie zwierzęta – lwy, kozice, jelenie – gromadziły się wokół niego, słuchając Ewangelii. Żywił się ich mlekiem i dzielił się nim z ubogimi, przygotowując ser, który rozdawał potrzebującym. Żył jak pasterz w harmonii ze stworzeniem, będąc symbolem pokoju między człowiekiem a naturą.

Pewnego dnia, gdy żołnierze przyszli go pojmać, święty przyjął ich z gościnnością, częstują mlekiem i potwierdzając swoją tożsamość. Wiedząc, że czeka go męczeństwo, sam udał się do miasta – towarzyszył mu lew. Rzucony dzikim zwierzętom na arenie, nie został przez nie skrzywdzony. Ostatecznie zginął przebity trójzębem przez pogańskiego kapłana.

Jego postać, wspominana m.in. przez św. Bazylego Wielkiego, stała się symbolem cichości, odwagi i świętości zakorzenionej nie tylko w miłości do Boga, ale i do całego stworzenia. Do dziś św. Mamas uważany jest za opiekuna dzieci, pasterzy i zwierząt.

Święta Maria Egipcjanka (ok. 344–421). Życie tej świętej to jedna z najbardziej poruszających opowieści o pokucie, nawróceniu i duchowym heroizmie w historii chrześcijaństwa. Urodzona w Egipcie około 344 roku, jako młoda kobieta prowadziła życie pełne grzechu, oddając się rozwiązłości w Aleksandrii przez siedemnaście lat. Przełom nastąpił, gdy udała się do Jerozolimy, by – jak początkowo sądziła – kontynuować swój styl życia wśród pielgrzymów.

Jednak cudowne wydarzenie przed Bazyliką Grobu Świętego zmieniło wszystko. Niewidzialna siła nie pozwoliła jej wejść do świątyni. Zrozumiała wówczas, że jej grzechy oddzielają ją od Boga. Błagając Matkę Bożą o przebaczenie, przyrzekła porzucić dawne życie i udała się na pustynię za Jordanem. Tam przez czterdzieści siedem lat żyła w całkowitej samotności, pokucie i modlitwie, nie widząc żadnego człowieka.

Na rok przed jej śmiercią spotkał ją mnich Zosimus, który udzielił jej Komunii Świętej. Kiedy rok później powrócił, zastał Marię martwą, leżącą na ziemi. Obok jej ciała dostrzegł napis w piasku z prośbą o pochowanie. Nie mając siły ani narzędzi, starzec zrozpaczony wołał do Boga o pomoc. Wtedy – jak mówi tradycja – z pustyni wyłonił się lew.

Zachowanie tego potężnego zwierzęcia zdumiewa: zamiast być groźnym, lew zbliżył się łagodnie, jakby świadomy świętości miejsca i osoby. Posłuszny gestowi mnicha, zaczął kopać łapami grób dla Marii. Dopiero gdy ciało zostało pochowane ze czcią, lew spokojnie odszedł w głąb pustyni.

To niezwykłe spotkanie człowieka, świętości i zwierzęcia do dziś porusza wyobraźnię wiernych. Lew – symbol dzikości – w obecności Marii Egipcjanki stał się narzędziem Bożej opatrzności. Jej duchowa moc, zdobyta przez lata pokuty, promieniowała tak silnie, że nawet dzikie stworzenie odpowiedziało na nią posłuszeństwem i pokojem.

Św. Maria Egipcjanka jest dziś patronką pokutników i ludzi zmagających się z nałogami. Jej życie uczy, że nawet największy grzesznik może stać się świętym, a świętość – prawdziwa, głęboka i ukryta – może przyciągać nie tylko ludzi, ale i zwierzęta.

Święty Marek Asceta (ok. 390 – po 450 r.), znany również jako Marek Postnik, był wybitnym pisarzem duchowym Kościoła wschodniego i jednym z mnichów żyjących na egipskiej pustyni. Urodził się w Atenach pod koniec IV wieku. Około czterdziestego roku życia przyjął tonsurę zakonną z rąk św. Jana Chryzostoma. Następne sześćdziesiąt lat spędził na pustyni Nitryjskiej w Dolnym Egipcie, prowadząc surowe życie ascetyczne, pełne modlitwy i postu.

Znany był nie tylko ze swojej głębokiej wiedzy – znał całe Pismo Święte na pamięć – ale i z ogromnego współczucia wobec stworzenia Bożego. Szczególnie wzruszający był jego stosunek do zwierząt. Pewnego dnia, widząc ślepe szczenię hieny, zapłakał nad jego losem i modlitwą wyprosił u Boga cud – zwierzę odzyskało wzrok. W geście wdzięczności matka hiena przyniosła mu owczą skórę, ale święty polecił jej, by więcej nie zabijała owiec należących do ubogich.

W tradycji chrześcijańskiej uznaje się, że Marek otrzymywał Komunię Świętą z rąk aniołów. Jego duchowe pisma, dotyczące m.in. pokuty, trzeźwości i prawa duchowego, zaliczane są do klasyki patrystyki. Jako asceta i cudotwórca, Marek przez całe życie łączył kontemplację Boga z głęboką troską o świat stworzony.

Święty Gerasym z Jordanu (V wiek), jest kolejnym przykładem świętego ukazującego miejsce zwierząt w duchowym porządku tradycji prawosławnej. Jego historia o lwie, któremu usunął cierń z łapy, stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych świadectw mistycznej więzi świętych ze światem przyrody. Legenda głosi, że Gerasym, mnich z Pustyni Judzkiej, spotkał rannego lwa, cierpiącego z powodu tkwiącego głęboko w łapie ciernia. Święty, kierując się współczuciem, wyjął cierń i opatrzył zwierzęciu ranę. Od tego momentu lew stał się jego wiernym towarzyszem, nie odstępując go na krok.

Więź między Gerasymem a lwem nie była zwykłą relacją człowieka ze zwierzęciem – była znakiem duchowej harmonii, przywróconej dzięki świętości. Kiedy Gerasym odszedł z tego świata, według tradycji lew opłakiwał jego śmierć, odmawiając pożywienia aż do własnej śmierci. Ta niezwykła lojalność i żałoba lwa rodzą głębokie pytania o możliwość duchowej więzi pomiędzy człowiekiem a światem zwierząt. W opowieści tej ukryte jest prawosławne przekonanie, że zwierzęta – choć nie posiadają rozumnej duszy jak ludzie – są zdolne do odczuwania, tworzenia więzi i uczestnictwa, na swój sposób, w tajemnicy Bożej miłości.

Święty Izaak Syryjczyk (VII wiek) nauczał, że prawdziwie uduchowiona osoba odczuwa współczucie wobec każdej żywej istoty – od ludzi, przez ptaki i zwierzęta czworonożne, aż po najmniejsze owady, a nawet upadłe duchy. Jego miłosierdzie obejmowało cały świat stworzenia, ukazując, że świętość nie ogranicza się wyłącznie do relacji z Bogiem i innymi ludźmi, lecz rozciąga się na wszystko, co istnieje.

W swoich pismach święty Izaak podkreślał, że serce człowieka napełnione miłością płonie współczuciem do całego stworzenia, dostrzegając w każdym bycie ślad Bożej obecności. Ta wizja duchowości ukazuje, że prawdziwe zjednoczenie z Bogiem przejawia się w głębokim współodczuwaniu i trosce o każde stworzenie, nie czyniąc z człowieka surowego pana natury, lecz jej współuczestnika i opiekuna.

Słowa świętego Izaaka kwestionują przekonanie, że zwierzęta nie mają duchowej wartości. Przeciwnie, w jego nauczaniu zwierzęta jawią się jako istoty godne miłości, szacunku i miłosierdzia, co jeszcze bardziej podkreśla teologiczne przekonanie o ich integralnym miejscu w Bożym planie stworzenia. W ten sposób święty Izaak wpisuje się w szeroką tradycję prawosławną, która głosi, że cały kosmos jest przeniknięty Bożym tchnieniem i powołany do udziału w odnowionej harmonii.

Święty Modest z Jerozolimy (VII wiek) zajmuje w tradycji prawosławnej szczególne miejsce jako patron zwierząt. Jako patriarcha Jerozolimy, Modest modlił się za chore i cierpiące zwierzęta, wierząc głęboko, że troska o nie jest integralną częścią chrześcijańskiego obowiązku miłości wobec całego stworzenia. Jego modlitwy za zwierzęta przetrwały do dziś i są wciąż odmawiane przez prawosławnych wiernych, szczególnie w intencjach dotyczących opieki nad stworzeniem.

Duchowość świętego Modesta wyróżniała się głębokim współczuciem wobec wszystkich istot żywych. W przeciwieństwie do zachodniej tradycji, która przez wieki często traktowała zwierzęta głównie w sposób instrumentalny lub przedmiotowy, prawosławne podejście, jakie reprezentował Modest, ukazuje je jako pełnoprawną część Bożego stworzenia, godną miłości, szacunku i troski. Jego życie i modlitwy przypominają, że świat natury nie jest oddzielony od duchowej rzeczywistości, lecz przeniknięty obecnością Boga, a każde stworzenie ma swoje miejsce w wielkim planie zbawienia.

Święty Sergiusz z Radoneża (XIV wiek) jest kolejnym przykładem świętego, którego życie świadczy o głębokiej harmonii z całym stworzeniem. W głębi rozległych lasów Radoneża, w czasach, gdy okolica roiła się od dzikich drapieżników, jego samotna cela stała się prawdziwą enklawą pokoju. Żywot Sergiusza wspomina, że wygłodniałe watahy wilków często przemierzały pobliskie gęstwiny, a niedźwiedzie zapuszczały się w okolice jego pustelni. Jednakże moc żarliwej modlitwy pustelnika chroniła go przed wszelkim niebezpieczeństwem – dzikie zwierzęta nie tylko go nie atakowały, lecz wydawały się rozpoznawać w nim obecność łaski.

Szczególną więź święty nawiązał z jednym z niedźwiedzi. Pewnego dnia, widząc przed swoją celą wychudzonego z głodu zwierza, litując się nad jego losem, położył na pniu kawałek chleba. Od tego czasu niedźwiedź zaczął regularnie odwiedzać pustelnię świętego, a Sergiusz dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem, często ofiarowując mu nawet ostatni jego kęs.

Ta cicha przyjaźń między ascetą a dzikim zwierzęciem staje się wymownym obrazem duchowej mocy świętości, która przywraca utraconą jedność stworzenia. W obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem nawet dzikie bestie tracą swoją naturalną dzikość, odnajdując spokój i pokój. Historia świętego Sergiusza przypomina, że prawdziwa świętość nie tylko przemienia serce człowieka, ale także jego otoczenie – natura, rozpoznając świętość, odpowiada na nią pokojem i zaufaniem.

Święty Paweł Obnorski (13171429), uczeń świętego Sergiusza z Radoneża, kontynuował tradycję głębokiej harmonii z przyrodą, która cechowała jego duchowego mistrza. Żyjąc na przełomie XIV i XV wieku, Paweł wybrał życie w surowej pustelni pośród nieprzebranych lasów, wśród dzikiej przyrody, gdzie jego świętość zajaśniała w niezwykły sposób.

Żywoty opisują, że w jego obecności zwierzęta zatracały swoją wrodzoną dzikość. Liczne ptaki zlatywały się do jego celi, siadając mu na głowie i ramionach, by jeść z jego rąk okruszki chleba. Drapieżne zwierzęta, które w naturalnych warunkach budziłyby strach, w pobliżu świętego stawały się łagodne i potulne. Świadkowie wspominają widok, który musiał napawać zdumieniem: wokół starca krążyły duże ptaki, mniejsze siadały na nim bez lęku, a niedźwiedź cierpliwie czekał na resztki posiłku, nie wzbudzając strachu ani w lisach, ani w zającach, które swobodnie biegały wokół niego.

Takie sceny nie były dla dawnych chrześcijan zwykłą ciekawostką – odczytywano je jako znak przywrócenia pierwotnego pokoju stworzenia. Święty Paweł, poprzez swoją czystość serca i żarliwą modlitwę, na powrót wprowadzał w świat Boży ład, ukazując, że człowiek zjednoczony z Bogiem potrafi żyć w pokoju nie tylko z innymi ludźmi, ale także z całą przyrodą. Jego życie świadczy o tym, że świętość obejmuje nie tylko relację z Bogiem i ludźmi, lecz również z całym stworzeniem – z ptakami, dzikimi zwierzętami, całą przyrodą, która na nowo odnajduje w obecności świętego swój utracony pokój.

Święta księżna Fiewronia z Muromia (ok. 1175–1228) jest w prawosławnej tradycji czczona nie tylko jako wzór małżeńskiej wierności i mądrości, ale także jako osoba obdarzona niezwykłą wrażliwością na piękno i potrzeby stworzenia. Znana ze swojej łagodności i głębokiej duchowości, otaczała troską nie tylko ludzi, lecz także świat natury, który w jej obecności odnajdywał spokój i bezpieczeństwo.

Szczególnie wymownym symbolem tej więzi stała się jej relacja z najbardziej płochliwymi mieszkańcami lasów – zającami. Te stworzenia, znane ze swojej ostrożności i instynktownej skłonności do ucieczki, w obecności świętej Fiewronii traciły lęk. Zamiast szukać schronienia, odnajdywały przy niej spokój, jakby wyczuwając świętość emanującą z jej osoby.

W tradycji prawosławnej to niezwykłe zjawisko jest traktowane jako głęboki znak – przypomnienie, że prawdziwa świętość przywraca harmonię nie tylko między ludźmi, ale i między człowiekiem a całym światem stworzonym. Święta Fiewronia, poprzez swoją łagodność i miłosierdzie, ukazywała, że pokój i miłość mogą obejmować wszystkie istoty, a nawet najbardziej nieufne stworzenia odnajdują ukojenie w obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem.

Jej postać do dziś pozostaje symbolem tej szczególnej więzi człowieka z naturą – więzi opartej nie na dominacji czy lęku, ale na współczuciu, szacunku i wzajemnym zaufaniu, które są odblaskiem Bożej miłości do całego stworzenia.

Święty Herman z Alaski (1757–1837) jest jedną z najjaśniejszych postaci wśród prawosławnych misjonarzy, a jego życie stanowi przykład głębokiej harmonii między człowiekiem a światem natury. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie na jednej z wysp u wybrzeży Alaski, gdzie łączył kontemplację z niestrudzoną troską o tubylczą ludność, głosząc jej Ewangelię nie tylko słowem, ale i przykładem.

Jedną z najbardziej poruszających cech jego życia była niezwykła więź, jaką nawiązał z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te surowe tereny. Jego uczeń, mnich Ignacy, wspominał, że ojciec Herman karmił suszonymi rybami liczne ptaki, które zakładały gniazda w pobliżu jego skromnej celi. Szczególnie uderzające było to, że gronostaje – znane ze swojej płochliwości i skrytości, zwłaszcza w okresie kiedy miały młode – mieszkały pod jego domostwem i bez lęku przyjmowały pokarm bezpośrednio z jego rąk.

Nie tylko małe zwierzęta odnajdywały przy nim spokój. Święty Herman dzielił się pożywieniem również z niedźwiedziami, które w jego obecności traciły swoją dzikość i podchodziły bez strachu. Pustelnia Hermana, choć położona w sercu dzikiej natury, stała się oazą pokoju, w której zwierzęta i człowiek współistnieli w zadziwiającej harmonii.

Szczególnie znamienny jest fakt, że po śmierci ojca Hermana ptaki i inne zwierzęta opuściły to miejsce. Dla wiernych i jego uczniów był to wymowny znak: natura, rozpoznając świętość i dobroć tego człowieka, znajdowała przy nim schronienie; a wraz z jego odejściem zgasło światło, które przyciągało całą tę zwierzęcą wspólnotę.

Życie świętego Hermana z Alaski jest świadectwem, że prawdziwa świętość nie oddziela człowieka od natury, lecz jednoczy go z nią w głębokiej wspólnocie, opartej na pokoju, miłości i wzajemnym szacunku – odbiciu pierwotnej harmonii raju.

Święty Serafin z Sarowa (1759–1833) należy do grona najbardziej znanych i czczonych świętych w prawosławnej Rosji, a jego życie stanowi jedno z najpiękniejszych świadectw duchowej jedności człowieka z całym stworzeniem. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie w rozległych lasach Sarowa, gdzie w samotności, modlitwie i ascezie rozwijał głęboką więź nie tylko z Bogiem, ale również z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te odludne tereny.

Dla świętego Serafina natura była nieodłączną częścią Bożego porządku, a zwierzęta – jego braćmi i siostrami, współuczestnikami życia, w którym wszelkie stworzenie odzwierciedla ślady swego Stwórcy. Traktował je z braterską miłością, widząc w nich istoty obdarzone życiem przez tę samą Boską rękę, która stworzyła człowieka.

Wśród zwierząt odwiedzających jego pustelnię były niedźwiedzie, jelenie, wilki i liczne ptaki. Szczególne miejsce w tych opowieściach zajmuje historia wielkiego niedźwiedzia, który regularnie przychodził do Serafina, przyciągnięty łagodnością i świętością starca. Święty nie tylko nie obawiał się tego potężnego zwierzęcia, ale dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem – czerstwym chlebem, który raz w tygodniu otrzymywał z klasztoru.

Goście odwiedzający jego pustelnię byli świadkami owych niezwykłych spotkań: widzieli, jak dzikie zwierzęta podchodziły do świętego bez cienia lęku, jakby rozpoznawały w nim obecność Bożej łaski i pokoju. W tych obrazach spełniała się prorocza wizja proroka Izajasza, który zapowiadał, że w odnowionym stworzeniu „wilk zamieszka wraz z barankiem” (Iz 11,6) – wizja harmonii, jaka panowała w rajskim ogrodzie przed upadkiem.

Serafin z Sarowa, karmiąc dzikie zwierzęta, ukazywał, że świętość przywraca zerwaną więź między człowiekiem a naturą, czyniąc możliwym istnienie pokoju tam, gdzie wcześniej panował strach i wrogość. Swoim życiem przypominał, że prawdziwa bliskość z Bogiem owocuje bliskością ze wszystkim, co żyje – że w sercu oddanym Bogu znajduje się miejsce także dla najmniejszych i najbardziej niepozornych stworzeń.

Przyjaźń świętego Serafina z niedźwiedziem pozostaje do dziś jednym z najpiękniejszych symboli duchowej odnowy całego stworzenia, w którym człowiek, zwierzęta i natura żyją we wzajemnym szacunku, pokoju i miłości, zjednoczeni przez niewidzialną nić Bożej obecności.

Święty Paisjusz Hagioryta (1924–1994), mnich z Góry Athos, znany był nie tylko ze swojej głębokiej mądrości duchowej i daru pocieszania, ale także z niezwykłej miłości i czułości wobec zwierząt. Uważał je za czyste, niewinne stworzenia Boże i często powtarzał, że całe stworzenie jest jednym wielkim hymnem na chwałę Stwórcy.

W swojej celi ascety na Górze Athos żył w otoczeniu dzikich zwierząt, które traktował jak braci i siostry. Przyjaźnił się z szakalami, zającami, łasicami, żółwiami, jaszczurkami, wężami i ptakami. Zwierzęta nie bały się go – przeciwnie, przychodziły do niego, jakby rozpoznając w nim serce pełne pokoju.

Z czułością wspominał, jak nosił wodę dla myszy i ptaków mieszkających w jego chacie, nie odganiał ich, lecz dzielił się z nimi wszystkim, co miał. Dla św. Paisjusza każde stworzenie, nawet najmniejsze, miało wartość, ponieważ niosło w sobie odblask Bożej dobroci. Zwierzęta były dla niego nauczycielami pokory i prostoty – darzonymi szacunkiem współuczestnikami życia duchowego.

Miłość Paisjusza do świata przyrody była nie tylko uczuciem, ale także duchową postawą – głębokim, kontemplacyjnym rozpoznaniem Bożej obecności we wszystkim, co żyje. Jego życie pokazuje, że prawdziwa świętość nie oddziela się od stworzenia, ale przywraca pierwotną harmonię między człowiekiem a światem.

Te historie, pełne mistycznych więzi ze zwierzętami, stanowią mocne świadectwo prawosławnego przekonania, że święci, dzięki swojej duchowej czystości, przywracają pierwotną harmonię. Dzięki nim zwierzęta jawią się nie tylko jako element Bożego stworzenia, lecz także jako istoty, z którymi ludzie mogą nawiązać głęboką duchową więź, odwołującą się do rajskiego porządku.

Zwierzęta w perspektywie theosis i odnowienia


W teologii prawosławnej centralnym pojęciem jest theosis, czyli proces upodobniania się do Boga, zjednoczenia z Nim poprzez łaskę. Jest to duchowa przemiana, która dotyczy nie tylko indywidualnego człowieka, ale obejmuje całą rzeczywistość stworzoną. Z perspektywy prawosławnej zbawienie nie jest jedynie aktem indywidualnym, ale ma charakter kosmiczny – obejmuje cały wszechświat, który również został dotknięty skutkami grzechu i oczekuje ostatecznego odkupienia. To rozumienie zbawienia uwydatnia głęboki związek między człowiekiem a całym stworzeniem, w którym każdy element przyrody, w tym zwierzęta, odgrywa ważną rolę w Bożym planie odnowy.

W Liście do Rzymian Święty Paweł pisze: „Stworzenie bowiem oczekuje z niecierpliwością objawienia się dzieci Bożych… aby samo stworzenie zostało wyzwolone z niewoli rozkładu i doprowadzone do wolności i chwały dzieci Bożych”. To zdanie jest fundamentalne dla prawosławnej duchowości, która wierzy, że całe stworzenie – nie tylko człowiek, ale także przyroda, zwierzęta i cała materia – bierze udział w Bożym planie odnowy. Jest to przekonanie, które nie jest jedynie metaforą, lecz prawdziwą nadzieją na to, że wszystko, co istnieje, może zostać przemienione przez Boską energię i ostatecznie zjednoczone z Bogiem.

Podobną wizję przedstawia Księga Objawienia, która mówi o obietnicy „nowego nieba i nowej ziemi”. W tej ostatecznej rzeczywistości, przemienionej przez Bożą obecność, nie będzie już cierpienia, śmierci ani rozkładu. Teologowie prawosławni podkreślają, że Biblia nie wyklucza z tej odnowy żadnego elementu stworzenia – w tym także zwierząt. Przeciwnie, skoro cała natura została stworzona jako „bardzo dobra” i wraz z człowiekiem została poddana przemijaniu, to także cała natura ma uczestniczyć w obietnicy przywrócenia harmonii. Z tej perspektywy zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, mają swoje miejsce w Bożym planie odnowy i ostatecznego zbawienia.

Duchowość prawosławna mocno akcentuje jedność całego kosmosu oraz głęboki związek człowieka z naturą. Święci Ojcowie Kościoła, jak choćby św. Izaak Syryjczyk, mówili o miłości do każdego stworzenia – nawet do najmniejszego robaczka – jako o znaku prawdziwego zjednoczenia z Bogiem. Taka miłość jest nie tylko odzwierciedleniem boskiego współczucia, ale także potwierdzeniem, że wszystko, co żyje, ma swoje miejsce w Bożym sercu. W tym sensie, prawosławna teologia dostrzega w stworzeniu nie tylko materialny świat, ale także jego duchowy wymiar, w którym każde stworzenie, w tym zwierzęta, jest częścią Boskiego planu.

Z tej perspektywy, nie wydaje się nieprawdopodobne, że zwierzęta, podobnie jak cała reszta stworzenia, będą obecne w przemienionym świecie, który będzie częścią Bożej chwały. Może będą istniały w innej, oczyszczonej i duchowo przemienionej formie, ale nadal będą częścią tej samej rzeczywistości, która została stworzona przez Boga, umiłowana i przeznaczona do udziału w Jego chwale. Theosis, czyli droga człowieka ku Bogu, jest więc nie tylko zapowiedzią przemiany ludzkości, ale także całego stworzenia w świetle Bożej miłości. Ponieważ teologia prawosławna kładzie duży nacisk na odnowę wszystkich rzeczy, możliwe jest, że zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, będą istnieć w odnowionym świecie, choć może w formie, której jeszcze nie rozumiemy.

W ten sposób prawosławna wizja zbawienia nie ogranicza się tylko do ludzi, ale obejmuje cały świat, w tym zwierzęta, które w ostatecznym odkupieniu mogą również uczestniczyć w pełni Bożego planu odnowy i harmonii.

Prawosławne chrześcijaństwo i przyszłość stworzenia


Kościół prawosławny nigdy nie wypowiadał się jednoznacznie na temat tego, czy zwierzęta trafiają do nieba po śmierci. W oficjalnym nauczaniu Kościoła nie ma precyzyjnego dogmatu, który rozstrzygałby tę kwestię raz na zawsze. Jednak prawosławna duchowość i teologia, głęboko zakorzenione w mistyce i kontemplacji tajemnicy stworzenia, pozostawiają w tej sprawie przestrzeń dla nadziei. Z perspektywy prawosławnej, zbawienie i ostateczne odnowienie nie dotyczą tylko ludzi, ale całego stworzenia, które jest częścią Bożego planu odnowy.

Prawosławna eschatologia, czyli nauka o rzeczach ostatecznych człowieka i świata, ma wymiar kosmiczny. Obejmuje nie tylko zbawienie dusz ludzkich, ale także całą rzeczywistość stworzoną, która oczekuje przemiany i pełnego objawienia się Królestwa Bożego. Według tej tradycji, ostateczne odnowienie świata obejmuje wszystkie jego elementy – materię, przyrodę, czas, a więc także istoty żywe, w tym zwierzęta. Mistycy prawosławni często podkreślali, że Boże miłosierdzie i miłość nie mają granic, a cała rzeczywistość jest przeniknięta Jego obecnością, co sugeruje, że Boża troska obejmuje nie tylko ludzi, ale i całe stworzenie.

Ósmy dzień tygodnia” – wieczny szabat

uleczenie Wszechświata

Po zmartwychwstaniu umarłych, Sądzie Ostatecznym i końcu świata nastąpi czas odnowienia, przebudowania, przeobrażenia, uleczenia Wszechświata, a potem dla całego stworzenia nastanie dzień odpoczynku i ukojenia – błogosławiony i wieczny szabat. Nastanie radość zmartwychwstania, radość wiecznego życia, radość niekończącego się zmierzchem dnia Królestwa. Rozpocznie się nowa Pascha biorąca początek w końcu czasów, ale sama niemająca końca: „Albowiem oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię; nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą”. (Iz 65, 17–18).

Figurą ósmego dnia jest Przemienienie Pańskie na Górze Tabor, gdy ukazał się on swoim uczniom w świetlistej postaci, w towarzystwie Mojżesza i Eliasza. Kościół Wschodni w swej liturgii przypomina wiernym o tym fakcie, zwiastującym takie samo przeobrażenie dla każdego z błogosławionych: „Przemieniłeś się na górze, Chrystusie Boże, ukazawszy uczniom Twym chwałę Twą, o ile zdołali ją ujrzeć. Zaświeć i nam grzesznym Twoje światło zawsze istniejące, przez modlitwy Matki Boskiej, Dawco światłości chwała Ci!” (Troparion na Przemienienie Pańskie – Nauka o nabożeństwach, Warszawa 1938, s. 71)

Św. Symeon Nowy Teolog uważa, że „ósmy dzień” jest obrazem przyszłego wieku, który nie będzie miał końca. Znany nam czas doczesności rozpoczął się w jakiejś chwili i w jakiejś chwili się skończy. Cały akt stwórczy zamknął się w siedmiu dniach, ósmy zaś dzień, nie został jednak zaliczony do poprzedzających go siedmiu dlatego, by znajdując się „poza czasem”, wskazywał na to, iż nie ma ni początku, ni końca. Ale chociaż obecnie jeszcze obiektywnie owego ósmego dnia nie ma dla nas, to przecież istniał on przedwiecznie, istnieje i nastanie przy końcu czasów, aby przywrócić poprzedni stan nigdy niekończącej się teraźniejszości. Wskazuje on też na przeznaczenie inteligentnych i wolnych stworzeń Bożych, aniołów i ludzi, którzy, choć mieli początek, nie mają końca.

Wskazują na to słowa Pisma Świętego: „Twoje [Boże] lata trwają poprzez wszystkie pokolenia. Ty niegdyś założyłeś ziemię i niebo jest dziełem rąk Twoich. Przeminą one, Ty zaś pozostaniesz. I całe one jak szata się zestarzeją: Ty zmieniasz je jak odzienie i ulegają zmianie, Ty zaś jesteś zawsze ten sam i lata Twoje nie mają końca”. (Ps 102 (101), 25–28). „Niebiosa zwijają się jak zwój księgi, wszystkie ich zastępy opadają, jak opada listwie z winnego krzewu i jak opadają liście z drzewa figowego”. (Iz 34, 4).

Dlatego: „Podnieście oczy ku niebu i na dół popatrzcie ku ziemi! Zaiste, niebo jak dym się rozwieje i ziemia zwiotczeje jak szata, a jej mieszkańcy wyginą jak komary. Lecz moje zbawienie będzie wieczne, a sprawiedliwość moja zmierzchu nie zazna”. (Iz 51, 6) i „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni”. (Mt 24, 35; 5, 18).

Po zniszczeniu obecnego, doczesnego świata, które poprzedzą straszliwe kataklizmy, nastąpi jego odrodzenie i odnowienie: „Przy odrodzeniu, (…) Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały…”. (Mt 19, 28).

To samo miał na myśli św. Apostoł Paweł mówiąc o uwolnieniu stworzenia – czyli całej przyrody ożywionej i nieożywionej – przez Boga od „niewoli zniszczenia”: „Stworzenie bowiem zostało poddane marności (…) w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych”. (Rz 8, 20-23)

O tym samym nauczał również św. Apostoł Piotr: „Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość”. (2 P 10, 13), oraz św. Apostoł i Ewangelista Jan, opowiadając swą wizję, jakiej doznał, przebywając na zesłaniu na wyspie Patmos: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły”. (Ap 21, 1).

Wiara w koniec świata i późniejsze jego odnowienie i uleczenie jest jednym z fundamentów nauki Kościoła Prawosławnego. Dlaczego jednak świat ma zostać odnowiony, dlaczego ma zostać odnowione całe stworzenie? Otóż – jak wyjaśnia św. Cyryl Jerozolimski – stary świat, jako ten który za sprawą Diabła uległ zepsuciu i został skalany, każdym rodzajem grzechu, nie może się ostać i musi spłonąć w kosmicznym pożarze, aby mógł pojawić się nowy, lepszy.

Ponieważ dziejów obecnie istniejącego świata nie można oddzielić od historii człowieka, któremu on służy, więc podobnie jak człowiek musi zostać odnowiony, aby nadal mógł mu służyć.

Skoro ludzkość nie jest przeznaczona na zatracenie, dlaczego wobec tego świat miałby zostać zniszczony i więcej się nie odrodzić? Odrodzi się on, ale już jako nieskalany brudem zła i grzechu. Dlatego podobnie jak człowiek zostanie odnowiony i przebóstwiony po zmartwychwstaniu, tego samego dostąpi świat i stworzenie. I doskonały człowiek nigdy już nie okaleczy świata.

Św. Bazyli Wielki powiada, że odnowienie, przemienienie świata jest konieczne, aby mógł się on „dopasować się” do nowego stanu człowieka, do jego „innej formy życia”, które będzie wymagało – co logiczne – także innych warunków.

Zdają się wskazywać na to słowa Pisma Świętego: „Jeszcze raz wstrząsnę nie tylko ziemią, ale i niebem. Te zaś słowa jeszcze raz wskazują, że nastąpi zniszczenie tego, co zniszczalne, a więc tego, co zostało stworzone, aby pozostało to, co niewzruszone”. (Hbr. 12, 26). „Bo tak mówi Pan Zastępów: Jeszcze raz, [a jest to] jedna chwila, a Ja poruszę niebiosa i ziemię, morze i ląd”. (Ag. 2, 6).

Czy jednak należy rozważać to, jako całkowite unicestwienie obecnego świata i stworzenie przez Boga na jego miejsce jakiegoś innego, nowego? Św. Augustyn biskup Hippony, uważa, że choć jest to oczywiście możliwe, to nastąpi raczej odnowienie świata obecnie istniejącego, który jednak wpierw, w kosmicznym pożarze, przez ów niebieski ogień zostanie oczyszczony z wszelkiego zła, jakiego był świadkiem i uczestnikiem w czasie trwania historii człowieka. Tego samego zdania jest także św. Symeon Nowy Teolog.

W odnowionym Wszechświecie nie będzie już więcej miejsca dla kogokolwiek i czegokolwiek skażonego. Będzie on mieszkaniem świętych czystych istot – ludzi i mieszkańców niebios. Cnota i świętość trwale zamieszkają w nowym świecie.

Natomiast wszyscy grzesznicy nie znajdą tam miejsca dla siebie, bo piekło, siedziba ich przebywania i męki, zostanie usunięta gdzieś na zewnątrz Wszechświata. Gdzieś w ciemności zewnętrzne (cokolwiek by to miało oznaczać, jedno oznacza na pewno, że będzie to na zewnątrz Królestwa Bożego). Lecz gdzie to będzie, tego nie wiemy, tego bowiem Bóg nie zechciał nam objawić. O tym jednak, że będzie to, gdzieś poza odnowionym Wszechświatem, mówi Pismo Święte: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kocha kłamstwo i nim żyje”. (Ap 22, 15 BT). „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. (1 Kor 6, 9-10 BT).

Św. Izaak Syryjczyk uważa, że w nowym Wszechświecie żadne z zamieszkujących go stworzeń nie będzie pamiętać świata obecnego. Pierwsze stworzenie zostanie całkowicie zapomniane, a umysł ludzki nie zechce już nigdy powrócić do wspomnień czasów przesiąkniętych złem, będzie on bowiem przywiązany do dobra, szczęścia, miłości, radości i słodyczy nowego istnienia w Królestwie Bożym, w Raju Nowej Jerozolimy.

W jednym z końcowych wersetów Apokalipsy św. Jana pojawia się pozornie niepokojące stwierdzenie: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje” (Ap 22,15). W kontekście Nowego Jeruzalem, opisywanego jako ostateczne spełnienie Bożego planu zbawienia, wers ten odnosi się do tych, którzy nie mają wstępu do tej rzeczywistości – do świata pełnego światła, pokoju i jedności z Bogiem. Wśród nich wymienia się „psy”, co współczesnemu czytelnikowi może wydać się zaskakujące, zwłaszcza w kontekście refleksji nad miejscem zwierząt w życiu wiecznym. Warto jednak zrozumieć, że w tym fragmencie nie chodzi o zwierzęta w sensie dosłownym. Słowo „psy” ma tu znaczenie symboliczne, głęboko zakorzenione w kulturze starożytnego Bliskiego Wschodu i świata biblijnego.

W tradycji żydowskiej i wczesnochrześcijańskiej psy były kojarzone nie z wiernymi towarzyszami człowieka, jak bywa dziś, lecz z nieczystością, agresją, życiem na marginesie ludzkiej wspólnoty. Były zwierzętami dzikimi, żywiącymi się padliną, bytującymi na wysypiskach śmieci i poza społeczeństwem. W tym kontekście określenie „pies” było często używane jako metafora moralnej nieczystości, przewrotności, a nawet duchowego buntu wobec Boga. W niektórych fragmentach Pisma Świętego odnosiło się ono do osób szerzących fałszywe nauki lub żyjących w grzechu. Przykładem może być List do Filipian, w którym św. Paweł przestrzega: „Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników” (Flp 3,2), mając na myśli ludzi, którzy wypaczają Ewangelię.

W Apokalipsie św. Jana „psy” stają się zatem symbolem tych, którzy świadomie wybrali życie w kłamstwie, przemocy, bałwochwalstwie i moralnym chaosie. Autor księgi, posługując się twardym i wyrazistym językiem prorockim, nie potępia zwierząt jako takich, lecz odwołuje się do ówczesnych skojarzeń kulturowych, by ukazać radykalne oddzielenie zła od dobra w ostatecznym porządku zbawienia. Nie ma tu zatem miejsca na dosłowną interpretację, wedle której zwierzęta – a zwłaszcza psy – byłyby wykluczone z nieba.

Wręcz przeciwnie, wiele innych fragmentów biblijnych i teologicznych tradycji chrześcijańskich, zwłaszcza w ich mistycznych nurtach, ukazuje stworzenie jako mające udział w Bożym planie odkupienia. Psy w Apokalipsie nie są więc argumentem przeciw obecności zwierząt w niebie, lecz silną metaforą duchowej postawy sprzeciwiającej się miłości i prawdzie. W refleksji nad zwierzętami w eschatologii należy zatem odróżnić język symboliczny od dosłownego i pamiętać, że Biblia posługuje się obrazami, które dla starożytnych miały zupełnie inne znaczenia niż dla współczesnych odbiorców.

Nadzieja na to, że i zwierzęta znajdą się w niebie znajduje teologiczne uzasadnienie w doktrynie kosmicznego przemienienia, zakorzenionej głęboko w prawosławnej myśli. Mówi ona, że całe stworzenie – nie tylko ludzie, ale wszystko, co wyszło z rąk Boga – zostanie przemienione i odnowione w Chrystusie. Ta odnowa nie polega na zniszczeniu i stworzeniu czegoś całkowicie nowego, lecz na przekształceniu wszystkiego w świat wolny od grzechu, śmierci i zepsucia. Również zwierzęta, które dzieliły z człowiekiem los po upadku – cierpiały, umierały, podlegały rozkładowi – mogą wedle tej wizji zostać objęte łaską przemienienia. Ich udział w przyszłym świecie może być formą ich zbawienia, nie tyle przez zasługę, co przez miłosierdzie Boga, który wszystko czyni nowym.

W tym ujęciu, obecność zwierząt w nowym stworzeniu nie jest już tylko kwestią emocjonalnych pragnień czy ludzkiej tęsknoty, ale staje się realną możliwością zakorzenioną w głębokiej refleksji teologicznej i duchowym doświadczeniu Kościoła.

Prawosławne teksty teologiczne na temat zwierząt

Filokalia, klasyczny zbiór pism prawosławnych ojców duchowych i mistyków, otwiera przed czytelnikiem wizję duchowej rzeczywistości, w której cały kosmos – nie tylko człowiek – ma udział w Bożym życiu. W tej tradycji świat przyrody nie jest traktowany jako duchowo neutralne tło dla ludzkiego zbawienia. Wręcz przeciwnie – natura, a więc również zwierzęta, rośliny i cała materia stworzona, uczestniczy w tajemnicy istnienia, niosąc w sobie ślad obecności Logosu, Boskiego Słowa, przez które wszystko zostało stworzone.

W duchowości Filokalii nie istnieje sztywne przeciwstawienie świata materialnego i duchowego. Wszystko, co stworzone, ma swoje miejsce w Bożym planie i jest powołane do przemiany. Człowiek, stworzony na obraz Boga i obdarzony zdolnością do theosis – przebóstwienia – nie osiąga świętości w izolacji od reszty stworzenia, lecz w głębokiej jedności z nim. Gdy człowiek oczyszcza swoje serce, modli się i powraca do Boga, przywraca również harmonię i porządek w relacjach ze światem. W tej odnowionej jedności zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, odnajdują swój pierwotny spokój, sens i miejsce w kosmicznym porządku.

Prawosławna mistyka dostrzega, że grzech pierworodny miał konsekwencje nie tylko dla człowieka, ale i dla całego stworzenia. Została zakłócona pierwotna jedność między człowiekiem a światem, który go otaczał – nastąpiło pęknięcie w relacjach, które wcześniej były pełne pokoju i wzajemnej współpracy. Jednak nadzieja, jaka przebija z duchowości Filokalii, jest równie głęboka jak świadomość tego pęknięcia. Powrót człowieka do Boga, jego nawrócenie i duchowa przemiana, są drogą do odnowienia nie tylko siebie, ale i całego stworzenia. Człowiek, stając się ‘kapłanem kosmosu’, jak to ujmowali niektórzy ojcowie, ofiarowuje świat Bogu, a przez to umożliwia jego duchowe odrodzenie.

Prawosławna teologia, wierna swojej apofatycznej – czyli otwartej na tajemnicę – naturze, nie wypowiada się jednoznacznie na temat losu zwierząt po śmierci. Jednak pozostawia miejsce dla nadziei, że również one mogą mieć udział w eschatologicznym przemienieniu świata. W tej perspektywie zwierzęta nie są wyłącznie biernymi elementami stworzenia, lecz cichymi towarzyszami człowieka na jego drodze do Boga – istotami, które również mogą zostać objęte Bożym współczuciem, miłosierdziem i odnową.

Prawosławne modlitwy za zwierzęta

W tradycji prawosławnej istnieje żywa i bogata duchowo praktyka modlitwy za zwierzęta, która – choć nienagłośniona – sięga głęboko w historię Kościoła Wschodniego. W przeciwieństwie do zachodniego chrześcijaństwa, gdzie modlitwy za zwierzęta były przez wieki raczej marginalne i sporadyczne, w prawosławiu odnajdujemy świadectwa świętych, mnichów i wspólnot, które traktowały zwierzęta jako istotną część stworzenia zasługującą na modlitewną troskę.

Jedną z najbardziej znanych postaci związanych z duchową opieką nad zwierzętami jest święty Modestos, patriarcha Jerozolimy żyjący w VII wieku. W prawosławnej tradycji czczony jest jako patron zwierząt. Jego imię i modlitwy w intencji uzdrowienia chorych zwierząt są do dziś obecne w praktyce duchowej niektórych wspólnot monastycznych. Modestos uczył, że troska o stworzenia nie jest jedynie obowiązkiem rolnika czy pasterza, ale również chrześcijanina, który pragnie naśladować Bożą miłość obejmującą całe stworzenie. W swojej modlitwie błagał Boga o zdrowie i ochronę zwierząt, podkreślając ich wartość w Bożym planie i codziennym życiu ludzi.

Modlitwa za zwierzęta, według tej tradycji, wyraża przekonanie, że także one zasługują na Bożą opiekę i współczucie. Nie są jedynie elementem przyrody czy zasobem do wykorzystania, lecz stworzeniami obdarzonymi przez Boga miejscem i celem. W modlitwach tych pobrzmiewa głębokie przeświadczenie, że całość stworzenia jest święta, a ludzkie życie duchowe powinno obejmować także odpowiedzialność za dobrostan istot nieludzkich.

W wielu Kościołach prawosławnych dzień 16 grudnia, czyli wspomnienie św. Modestosa, obchodzony jest jako szczególny moment modlitwy za zwierzęta. W niektórych wspólnotach praktykuje się wówczas specjalne nabożeństwa błogosławieństwa zwierząt. Praktyka ta, choć różni się w zależności od regionu i tradycji lokalnej, przypomina, że zwierzęta są przedmiotem troski nie tylko ze względów praktycznych, ale także duchowych.

W niektórych klasztorach modlitwa za zwierzęta nie ogranicza się do jednego dnia w roku. Mnisi i mniszki regularnie modlą się za stworzenia żyjące w ich otoczeniu – za zwierzęta domowe, gospodarskie, a nawet dzikie. Takie praktyki wynikają z przekonania, że współczucie, pokora i miłość do wszelkiego życia to nie tylko cnoty moralne, ale droga do duchowego zjednoczenia z Bogiem, który jest Stwórcą i Podtrzymującym wszystko, co żyje.

W związku z przypadającym 16 grudnia wspomnieniem św. Modesta Jerozolimskiego, patrona zwierząt, w niektórych parafiach prawosławnych odprawiane są specjalne nabożeństwa błogosławienia zwierząt. Przykładem może być parafia greckoprawosławna św. Eliasza Proroka w Santa Cruz w Stanach Zjednoczonych, gdzie corocznie, w okolicach tego dnia, organizowana jest uroczysta modlitwa w intencji zwierząt. Podczas jednego z takich nabożeństw, 12 listopada 2012 roku, ojciec Dennis Vierling pobłogosławił kilkanaście psów, kota i żółwia, modląc się o ich zdrowie i ochronę. Właściciele zwierząt byli wzruszeni indywidualnym podejściem duchownego do każdego z ich pupili, a sam kapłan podkreślał, że zwierzęta domowe są źródłem radości i towarzystwa, a modlitwa za nie wyraża wdzięczność za ich obecność w życiu człowieka. Błogosławieństwo zwierząt, choć nie stanowi powszechnej praktyki we wszystkich Kościołach prawosławnych, jest głęboko zakorzenione w niektórych lokalnych tradycjach i może przybierać różne formy w zależności od regionu. W prawosławnych tradycjach greckiej i rosyjskiej istnieje również zwyczaj błogosławienia zwierząt gospodarskich, takich jak konie czy krowy, które towarzyszą człowiekowi w codziennym życiu i pracy. Modlitwy te obejmują nie tylko prośbę o ich fizyczne dobro, ale także wyrażają troskę o duchowe znaczenie ich istnienia. Zgodnie z nauczaniem Kościoła prawosławnego całe stworzenie jest święte, a relacja człowieka ze światem przyrody powinna być oparta na szacunku, trosce i odpowiedzialności. W tym ujęciu każde stworzenie – od roślin po zwierzęta – współuczestniczy w Bożym dziele stworzenia i wciąż pozostaje objęte Bożą miłością oraz opieką.


Ciąg dalszy nastąpi

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Czy katolicyzm dopuszcza zwierzęta w niebie? CZĘŚĆ 3

CZĘŚĆ 3

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa

Kościoły chrześcijańskie

i ich stanowisko w sprawie zwierząt

w życiu pozagrobowym


Kościół katolicki


Czy katolicyzm dopuszcza zwierzęta w niebie?


Teologowie katoliccy przez wieki snuli rozważania na temat tego, czy zwierzęta posiadają dusze, jakie dusze i czy mogą mieć udział w życiu wiecznym.

A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!» Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (Rodz. 1: 26–27).

Teologia katolicka, choć tradycyjnie skupiona na godności i przeznaczeniu człowieka, nie pozostawała obojętna wobec kwestii zwierząt w Bożym planie. Już od czasów Ojców Kościoła zachodniego dostrzegano w świecie przyrody ślad obecności Stwórcy. Zwierzęta postrzegano przede wszystkim jako element Bożego ładu: narzędzia pouczające o cnotach, znaki Bożej troski o stworzenie oraz środki służące dobru człowieka, zarówno fizycznemu, jak i duchowemu. W pismach wielu teologów i świętych oraz w dokumentach papieskich pojawiały się jednak sugestie o możliwym uczestnictwie zwierząt w życiu pozagrobowym, choć zagadnienie ich duszy bywało przedmiotem sporów. Zachodni autorzy, rzadko formułując bezpośrednią wizję udziału zwierząt w eschatologii, traktowali je jako obrazowe nośniki duchowych prawd i moralnych nauk, jednocześnie wyrażając wrażliwość na ich piękno i mądrość zawartą w Bożym stworzeniu.

Święty Augustyn z Hippony (354–430)

Święty Augustyn, wybitny myśliciel Zachodu, przedstawia w swoich pismach przyrodę jako harmonijnie zaprojektowany przez Boga porządek, w którym każde stworzenie ma swoje miejsce: od minerałów i roślin, poprzez zwierzęta obdarzone życiem i zmysłami, aż po istoty rozumne i nieśmiertelne, czyli ludzi, aniołów i samego Stwórcę. W dziele „De Genesi ad litteram” zauważa, że w przyrodzie objawia się dwojaka działalność Opatrzności – naturalna, która daje wzrost drzewom i ziołom, oraz dobrowolna, realizowana przez dzieła aniołów i ludzi – a wszystkie ciała niebieskie i ziemskie porządkują się według Bożych praw, we właściwym rytmie dnia i nocy. W „Państwie Bożym” formułuje hierarchię: zwierzęta, choć stoją niżej niż ludzie i są pozbawione rozumu, przewyższają rośliny dzięki obdarzeniu ich życiem i zdolnością odczuwania. Ich cierpienie, jak słusznie podkreśla, nie jest karą za własne winy, lecz skutkiem upadku człowieka – „jęczeniem stworzenia” oczekującego odkupienia. Zarazem jednak zwierzęta ukazują niezwykłe piękno, będące świadectwem potęgi i mądrości Stwórcy. Choć ich rola jest przede wszystkim użytkowa – dostarczają pokarmu, pracują, pełnią funkcje dydaktyczne – to wierne wypełnianie własnej natury staje się dla człowieka lekcją pokory: jeśli one służą Bożemu zamysłowi, tym bardziej on, obdarzony rozumem, powinien uznać w przyrodzie głos Opatrzności. W ten sposób Augustyn, mimo że nie przewiduje zbawienia zwierząt w tym samym sensie co ludzi, ukazuje całe stworzenie jako integralną część kosmicznej liturgii, w której nawet najskromniejsze istoty manifestują chwałę Boga i oczekują w jedności z ludźmi ostatecznego odnowienia świata.

Święty Ambroży z Mediolanu (ok. 339–397)

Święty Ambroży z Mediolanu w swoim „Hexaëmeronie” (Komentarzu do sześciu dni stworzenia) rozwijał głęboką teologiczną refleksję nad całym stworzeniem, włączając w nią również zwierzęta. Uważał, że poznanie własnej natury człowieka wymaga zrozumienia natury wszystkich żywych istot: roślin, czworonożnych i pełzających zwierząt, ptaków i wszystkich „natur każdego rodzaju”, które pojawiają się w Księdze Rodzaju. Ich instynkty, zachowania i miejsce w „porządku Pisma” świadczą o Bożej mądrości i trosce, a ich życie stanowi pouczające lekcje cnót – wierności, pokory, czujności i prostoty. Zwierzęta w tej wizji nie są jedynie podporządkowanymi człowiekowi narzędziami; Ambroży traktuje je jak „księgę stworzenia”, z której każdy może uczyć się drogi do Boga. W ten sposób łączy wrażliwość wschodnich Ojców z intelektualną precyzją zachodniej teologii, pokazując, że całe stworzenie, w tym i zwierzęta, zostało powołane, by chwalić Stwórcę i prowadzić człowieka ku głębszemu uznaniu Bożej Opatrzności.

Święty Hieronim ze Strydonu (ok. 347–420)

W zachodniej tradycji patrystycznej święty Hieronim ze Strydonu zajmuje szczególne miejsce jako autor licznych komentarzy biblijnych i listów, w których z duchową głębią i wnikliwością odnosił się do świata przyrody, w tym zwierząt. Choć nie prowadził systematycznej refleksji teologicznej nad ich naturą czy eschatologicznym losem – jak czynili to niektórzy Ojcowie Kościoła Wschodniego – jego pisma obfitują w alegoryczne i moralne odniesienia do stworzeń, traktowanych jako żywe symbole rzeczywistości duchowej.

Zwierzęta w jego dziełach służą przede wszystkim jako obrazy pomocnicze w wyjaśnianiu prawd wiary i moralności. Lew, orzeł, wielka ryba, pszczoła, mrówka czy osioł – te stworzenia pojawiają się nie po to, by analizować ich istotę, ale by unaocznić duchowe zmagania, cnoty, grzechy, a także logikę Bożej opatrzności. Na przykład w swoich komentarzach do Pisma Świętego Hieronim zauważa, że „zwierzęta są posłuszne głosowi Pana, podczas gdy ludzie często są nieposłuszni”, co czyni z nich wzór naturalnej harmonii z wolą Bożą. Wskazuje również na pracowitość mrówek, przezorność pszczół i troskę ptaków o swoje młode jako przykłady godne naśladowania przez człowieka.

W Żywocie świętego Pawła z Tebaidy – dziele przypisywanym Hieronimowi – pojawia się scena, w której lew pomaga pochować ciało zmarłego pustelnika. Ten symboliczny epizod odczytywany był później jako wyraz głębokiej prawdy duchowej: że nawet dzikie stworzenia, gdy napotkają autentyczną świętość, mogą stać się uczestnikami Bożych dzieł.

Choć świat przyrody nie zajmuje u Hieronima pozycji centralnej, to jednak stale obecny jest jako tło i narzędzie duchowego pouczenia. Jego pisma ukazują stworzenia nie tylko jako istoty służące człowiekowi, ale także jako odblask Bożej mądrości i porządku – ciche, pokorne świadectwo większej, niewidzialnej rzeczywistości.

Hieronim interpretował przyrodę przede wszystkim w sposób alegoryczny. Zwierzęta stawały się dla niego znakami – obrazami pomagającymi wyrazić tajemnice duszy ludzkiej, duchowe zmagania oraz drogę wzrostu wewnętrznego. Każde stworzenie, nawet najmniejsze, mogło – w jego ujęciu – pouczać człowieka o Bożej opatrzności, cnotach niezbędnych w życiu duchowym czy wewnętrznej walce o świętość.

W jednym z krótkich, ale sugestywnych fragmentów Hieronim podkreślał, że zwierzęta są posłuszne głosowi Boga, podczas gdy ludzie często okazują się nieposłuszni. Uważał to za wyraz prostoty i naturalnego posłuszeństwa stworzeń wobec Bożej woli – kontrastujący z ludzką skłonnością do buntu.

Podziwiał również prostotę życia zwierząt. Wskazywał, jak dzikie bestie potrafią przetrwać w trudnych warunkach, jak ptaki gnieżdżą się w skałach, a zwierzęta leśne znajdują schronienie w norach – i wszystkie są zadowolone z tego, co mają. W jego oczach była to godna naśladowania postawa ascetyczna, oparta na ubóstwie i ufności w Bożą opiekę.

Zachęcał także do tego, by uczyć dzieci obserwacji natury: jak mrówki zbierają pożywienie, pszczoły budują barcie, a ptaki uczą swe pisklęta latać. W takich obrazach widział źródło nauki o pracowitości, przezorności i trosce o innych.

W całym swoim dorobku literackim Hieronim chętnie posługiwał się symbolicznymi przedstawieniami zwierząt. Lew, wielka ryba, orzeł – te i inne stworzenia służyły mu jako środki wyrazu duchowych treści: siły, wierności, duchowego wzlotu. Zwierzęta nie były dla niego jedynie elementem świata materialnego, lecz także niemymi świadkami większej, duchowej rzeczywistości.

Choć Hieronim nie spekulował o eschatologicznym losie zwierząt, w jego pismach wyraźnie wybrzmiewa przekonanie o ich miejscu w Bożym planie stworzenia. Zwierzęta nie były dla niego tylko pomocą dla człowieka; ich życie i zachowanie stanowiły przypomnienie o prostocie, pokorze i harmonii z naturą – wartościach, których człowiek, zagubiony w świecie własnych ambicji i nieuporządkowanych pragnień, powinien się od nich uczyć.

Podobne podejście odnajdujemy również u innych zachodnich Ojców Kościoła. Zwierzęta były obecne w homiliach i komentarzach jako obrazy moralne, świadectwa Bożej mądrości i przypomnienia o naturalnym porządku świata. Jednak w odróżnieniu od tradycji wschodniej, autorzy zachodni rzadziej rozważali możliwość dalszego istnienia zwierząt po śmierci, koncentrując się przede wszystkim na godności i nieśmiertelności duszy ludzkiej.

Podsumowując, nauczanie świętego Hieronima ukazuje świat zwierząt jako nieustanną lekcję pokory i prostoty. Zwierzęta, choć nie obdarzone nieśmiertelną duszą, niosą w sobie echo Bożej mądrości i dobroci. Ich obecność w świecie przypomina o harmonii stworzenia i o tym, że każdy element natury – nawet najmniejszy – istnieje z woli Boga i dla Jego chwały.


Święty Grzegorz Wielki (ok. 540–604)

W zachodniej tradycji patrystycznej święty Grzegorz Wielki, papież i doktor Kościoła, zajmuje szczególne miejsce dzięki pogłębionej refleksji nad duchowym znaczeniem stworzenia. W swoim monumentalnym dziele Moralia in Iob – komentarzu do Księgi Hioba – wielokrotnie odnosił się do świata przyrody, zwłaszcza zwierząt, dostrzegając w nim nie tylko świadectwo Bożej potęgi, ale również źródło głębokich pouczeń duchowych.

W interpretacji Grzegorza zwierzęta nie były traktowane jako istoty posiadające osobowość w sensie teologicznym ani zdolność do świadomej relacji z Bogiem. Nie podejmowano także spekulacji na temat ich losu po śmierci. Mimo to każde stworzenie, powołane do istnienia przez Boga, mogło zostać odczytane jako przypowieść – obraz odsłaniający rzeczywistości niebiańskie. W jego ujęciu nawet najbardziej zwyczajne zwierzę mogło stać się nośnikiem duchowego znaczenia, o ile zostało „rozważone mądrze”.

Dla Grzegorza natura nie była rzeczywistością odseparowaną od duchowości, lecz symbolicznym językiem, którym Stwórca przemawia do człowieka. Całość stworzenia – zarówno widzialna, jak i niewidzialna – służyła objawieniu prawdy o Bogu oraz o Jego planie zbawienia.

W Moralia in Iob pojawia się również refleksja nad Behemotem i Lewiatanem – potężnymi istotami wspomnianymi w Księdze Hioba. Grzegorz interpretował je jako uosobienie sił świata stworzonego, które choć budzą lęk, pozostają całkowicie poddane Bożemu panowaniu. Symbolizowały one moce natury, z pozoru nieokiełznane, lecz w istocie podporządkowane woli i mądrości Boga.

W wizji Grzegorza świat przyrody – zwłaszcza świat zwierząt – jawił się jako otwarta księga. Każda jej karta, właściwie odczytana, mogła ukazać prawdy duchowe dotyczące Boga, człowieka i stworzenia. Celem nie była kontemplacja natury samej w sobie, ale odkrywanie w niej obecności Boga i Jego działania.

Choć Grzegorz, podobnie jak inni zachodni Ojcowie, nie rozwijał rozbudowanej teologii zwierząt ani nie przypisywał im nieśmiertelnych dusz, jego podejście nacechowane było pokorą i duchową czujnością. Każde stworzenie – od najmniejszego ptaka po mitycznego Lewiatana – mogło stać się znakiem prowadzącym człowieka ku większym, niewidzialnym rzeczywistościom.

W ten sposób świat zwierząt został włączony w wielką opowieść o Bogu i Jego działaniu w stworzeniu. W ujęciu świętego Grzegorza przyroda, rozumiana symbolicznie i duchowo, miała prowadzić nie ku podziwowi dla niej samej, lecz ku kontemplacji Tego, który ją stworzył.

Święty Cyprian z Kartaginy (200–258)

W zachodniej tradycji patrystycznej święty Cyprian z Kartaginy jawi się jako ten, który z wrażliwością i duchową głębią przyglądał się światu natury, dostrzegając w nim źródło subtelnych, lecz istotnych nauk duchowych. W swoich pismach wskazywał na instynkty zwierząt i porządek wzrostu roślin jako na znaki przypominające człowiekowi o jego powołaniu. Zgodne z naturą zachowanie stworzeń odczytywane było jako ciche, lecz wymowne napomnienie: by także człowiek postępował zgodnie z prawem wpisanym w jego istotę – prawem prowadzącym ku życiu wiecznemu.

Dla Cypriana przyroda była symbolicznym odzwierciedleniem duchowych dążeń człowieka. Biskup Kartaginy w obrazach zwierząt odnajdywał wzorce chrześcijańskich cnót. Jego obserwacje natury stawały się sugestywnymi przypowieściami, uczącymi pokory, cierpliwości i wytrwałości, kluczowych w duchowym wzrastaniu.

Natura, według Cypriana, nie była jedynie tłem dla życia człowieka, lecz księgą objawienia – miejscem, w którym odczytywać można prawdy o kondycji ludzkiej i o Bogu. Cierpliwość i pokora, obecne w świecie stworzonym, ukazywały się jako cnoty wymagające naśladowania i kultywowania. Kontemplacja przyrody miała więc charakter nie tyle estetyczny, co moralny i duchowy – prowadziła do głębszego zrozumienia własnego życia i powołania do świętości.

W spojrzeniu świętego Cypriana świat przyrody uczył nie słowem, lecz przykładem. Stworzenia ukazywały wierność swojej naturze, podczas gdy człowiek – obdarzony wolnością – miał tendencję do błądzenia. Dlatego to właśnie stworzenia mogły stać się dla człowieka milczącymi nauczycielami, wskazującymi drogę ku większemu porządkowi i harmonii – tej, którą wyznacza prawo Boże wpisane w całe stworzenie.

Święty Hilary z Poitiers (ok. 315–367)

W pismach świętego Hilarego z Poitiers, biskupa i doktora Kościoła, odnaleźć można głęboką refleksję nad miejscem stworzenia w teologii chwały Bożej. Rozważając wzmiankę o palmach i cedrach Pańskich:

Sprawiedliwy zakwitnie jak palma,
rozrośnie się jak cedr na Libanie.
Zasadzeni w domu Pańskim
rozkwitną na dziedzińcach naszego Boga.
Wydadzą owoc nawet i w starości,
pełni soków i zawsze żywotni,
aby świadczyć, że Pan jest sprawiedliwy,
moja Skała, nie ma w Nim nieprawości.

(Ps. 92 (91): 13–16).

Hilary nie ograniczał się do alegorycznej interpretacji, w której rośliny symbolizują sprawiedliwych. W jego ujęciu każde stworzenie – zarówno rośliny, jak i zwierzęta – uczestniczy w oddawaniu chwały Bogu, wpisując się w kosmiczną liturgię. W obserwacji porządku natury i instynktownych zachowań zwierząt dostrzegał nie tylko mądrość stworzenia, lecz także odzwierciedlenie Bożego ładu: jeśli najmniejsze istoty znają swój bieg i miejsce, to człowiek, wyposażony w rozum, tym bardziej ma rozpoznać i uznać swego Stwórcę. Odwołując się do słów św. Pawła, podkreślał on, że „wszystko zostało stworzone i pojednane przez Chrystusa i w Chrystusie”, co świadczy o jedności mocy Ojca i Syna. Zwierzęta, wierne swemu przeznaczeniu i kierujące się wrodzonym instynktem, ukazują harmonijny porządek ustanowiony przez Boga – ład, który człowiek winien przyjąć z pokorą i wdzięcznością.

Odnosi się do tego komentując między innymi słowa tego psalmu:

Z Twoich komnat nawadniasz góry,

aby owocem Twych dzieł nasycić ziemię.

Każesz rosnąć trawie dla bydła

i roślinom, by człowiekowi służyły,

aby z roli dobywał chleb

i wino, co rozwesela serce ludzkie,

by rozpogadzać twarze oliwą,

by serce ludzkie chleb krzepił.

Drzewa Pana mają wody do syta,

cedry Libanu, które zasadził.

Tam ptactwo zakłada gniazda,

na cyprysach są domy bocianów.

Wysokie góry dla kozic,

a skały są kryjówką dla borsuków.

Tyś stworzył księżyc, aby czas wskazywał;

słońce poznało swój zachód.

Mrok sprowadzasz i noc nastaje,

w niej krąży wszelki zwierz leśny.

Lwiątka ryczą za łupem,

domagają się żeru od Boga.

Gdy słońce wzejdzie, wracają

i kładą się w swych legowiskach.

Człowiek wychodzi do swojej pracy,

do trudu swojego aż do wieczora.

Jak liczne są dzieła Twoje, Panie!

Ty wszystko mądrze uczyniłeś:

ziemia jest pełna Twych stworzeń.

Oto morze wielkie, długie i szerokie,

a w nim jest bez liku żyjątek

i zwierząt wielkich i małych.

Tamtędy wędrują okręty,

i Lewiatan, którego stworzyłeś na to,

aby w nim igrał.

Wszystko to czeka na Ciebie,

byś dał im pokarm w swym czasie.

Gdy im udzielasz, zbierają;

gdy rękę swą otwierasz, sycą się dobrami.

Gdy skryjesz swe oblicze, wpadają w niepokój;

gdy im oddech odbierasz, marnieją

i powracają do swojego prochu.

Stwarzasz je, gdy ślesz swego Ducha

i odnawiasz oblicze ziemi. (Ps 104, 13-30)

Dla Hilarego przyroda nie była jedynie przedmiotem estetycznej kontemplacji, lecz żywym znakiem duchowej rzeczywistości, wezwaniem do poznania Boga i życia zgodnego z Jego wolą.

Święty Izydor z Sewilli (ok. 560–636)

Święty Izydor z Sewilli, w swoim monumentalnym dziele Etymologiae, a zwłaszcza w Księdze XII poświęconej zwierzętom, ukazuje głębokie przekonanie o wewnętrznym porządku stworzenia, odzwierciedlającym mądrość Boga. Choć jego dzieło ma charakter przede wszystkim encyklopedyczny, gromadzący wiedzę starożytną i wczesnochrześcijańską, to w licznych opisach zwierząt pobrzmiewa również myśl symboliczna, zgodna z tradycją alegorycznego odczytywania rzeczywistości.

Dla Izydora każde stworzenie – zarówno rośliny, jak i zwierzęta – ma swoje miejsce i cel w Bożym planie. Nadając imiona istotom żywym, Adam – jak zauważa Izydor – nie kierował się przypadkiem, lecz określał je zgodnie z ich naturą i przeznaczeniem, w języku pierwotnym, który tradycja identyfikuje z hebrajskim. Analizy etymologiczne, jak ta dotycząca słowa animantia, wskazują na związek życia i ducha, co otwiera możliwość głębszej refleksji nad sensem istnienia stworzeń.

Izydor nie rozwinął jednak ani rozbudowanej teologii stworzenia, ani duchowego bestiariusza. Jego opisy opierają się na wiedzy naturalnej, etymologii oraz obserwacjach, które nierzadko przejęte są ze źródeł pogańskich. Niemniej, przypisywane niektórym zwierzętom cechy – jak odwaga lwa czy przebiegłość lisa – mogły być interpretowane moralnie, jako znaki i symbole pouczające człowieka.

W takim ujęciu przyroda nie tyle objawia Bożą wolę w sensie mistycznym, ile raczej ukazuje porządek i celowość stworzenia jako wyraz Boskiej mądrości. Dla Izydora świat stworzony jest uporządkowanym systemem, który człowiek może poznawać zarówno intelektem, jak i w świetle wiary. W tym sensie Etymologiae stają się nie tylko zbiorem wiedzy, lecz także świadectwem przekonania, że w stworzeniu można dostrzec odblask harmonii, jaką zamierzył Bóg.

Jego podejście do zwierząt jest skąpe, fragmentaryczne i podporządkowane encyklopedycznej strukturze Etymologiae. Dopiero późniejsi autorzy, korzystając z tych materiałów, rozwinęli pełniejsze, symboliczne i teologiczne ujęcia roślin i zwierząt jako elementów kosmicznej liturgii czy eschatologicznego odnowienia stworzenia.

Święty Tomasz z Akwinu (1224–1274)

Tomasz z Akwinu był jednym z najwybitniejszych filozofów i teologów katolickich, który w swojej pracy połączył filozofię Arystotelesa z nauką Kościoła. W swojej systematyce duszy, Akwinata wyróżniał trzy podstawowe rodzaje dusz, odpowiadające różnym formom życia: duszę wegetatywną, duszę wrażliwą i duszę rozumną.

Dusza wegetatywna, jak zauważył Akwinata, jest charakterystyczna dla roślin. Ta forma duszy odpowiada za podstawowe funkcje życiowe, takie jak wzrost, rozmnażanie i odżywianie. Rośliny, zgodnie z jego rozumowaniem, nie mają zdolności do odczuwania ani podejmowania świadomych decyzji, ponieważ ich dusza nie obejmuje zdolności do percepcji ani ruchu.

Z kolei dusza wrażliwa, jak zauważył Akwinata, jest obecna u zwierząt. To ona pozwala im poruszać się, reagować na bodźce zewnętrzne oraz odczuwać emocje, takie jak strach czy przyjemność. Zwierzęta są więc zdolne do odczuwania, ale ich dusza nie sięga wyżej, nie posiada bowiem zdolności do rozumowania czy podejmowania świadomych decyzji w sposób, w jaki robią to ludzie.

Najwyższą formą duszy w systematyce Akwinaty jest dusza rozumna, która jest przypisana człowiekowi. Dusza ta nie tylko pozwala na podstawowe czynności życiowe, jak wzrost czy rozmnażanie, ale również wyposażona jest w intelekt i wolną wolę. To właśnie ta zdolność do rozumowania i wybierania stanowi o wyjątkowości człowieka w stworzeniu. Dusza rozumna, zdaniem Akwinaty, jest również nieśmiertelna, co oznacza, że po śmierci ciała może trwać i doświadczyć zbawienia w niebie, w bezpośredniej obecności Boga.

Zgodnie z poglądami św. Tomasza z Akwinu, jedynie dusze rozumne – zdolne do intelektualnego poznania i duchowego rozwoju – są nieśmiertelne. Ponieważ zwierzęta nie dysponują racjonalnym umysłem, ich dusze zanikają wraz z ciałem po śmierci. Przez wiele wieków ta koncepcja stała się dominującym stanowiskiem katolickiej teologii: choć zwierzęta są częścią Bożego stworzenia, nie uczestniczą w życiu pozagrobowym tak jak ludzie. Współczesne rozważania teologiczne jednak coraz częściej otwierają przestrzeń dla ponownego przemyślenia tego zagadnienia.

Akwinata przyznawał jednakowoż, iż ostateczne przeznaczenie stworzenia nie zależy jedynie od ludzkiej racjonalności. I to jest bardzo ważne. Akwinata, będąc teologiem, zawsze podkreślał prymat Bożej woli i mocy. Uznawał, że Bóg jako Stwórca ma suwerenną władzę nad całym stworzeniem i Jego plany mogą wykraczać poza ludzkie rozumienie.

Podkreślał, że Bóg ma pełną wolność, by w swojej mądrości i miłości postanowić, czy zwierzęta będą częścią ostatecznego odnowienia, czy też nie. Chociaż ów teolog nie spekulował szeroko na temat zbawienia zwierząt, jego teocentryczne podejście otwierało teoretyczną możliwość, że Bóg w swojej nieskończonej dobroci może włączyć je w jakiś sposób w eschatologiczne odnowienie.

Należy zaakcentować, iż Akwinata dostrzegał, że zwierzęta są integralną częścią boskiego porządku, dlatego w swojej teologii stworzenia podkreślał harmonię i celowość całego wszechświata, w którym każde stworzenie, w tym zwierzęta, pełni określoną rolę i przyczynia się do chwały Bożej.

Chociaż sam nie twierdził jednoznacznie, że zwierzęta będą miały udział w życiu pozagrobowym, sugerował, że Bóg może w swojej łasce zdecydować się na włączenie ich do ostatecznego odnowienia stworzenia. To jest kluczowa interpretacja jego stanowiska. Akwinata nie wykluczał możliwości takiego działania ze strony Boga, choć nie czynił tego pewnikiem teologicznym. Jego argumentacja opierała się głównie na naturze duszy i jej zdolnościach, ale pozostawiał otwartą furtkę dla Bożej suwerenności.

Jego stanowisko wskazuje zatem na pewną elastyczność w rozumieniu roli zwierząt w planie Bożym. Chociaż jego filozoficzne argumenty prowadziły do wniosku o śmiertelności dusz zwierząt, jego teologiczna perspektywa uwzględniała Bożą wolę jako ostateczny czynnik.

Mimo że dominujące stanowisko w katolickiej teologii przez wieki uznawało, iż zwierzęta nie mają duszy nieśmiertelnej, teologiczne spekulacje na temat ich miejsca w ostatecznym odnowieniu stworzenia były otwarte i zarezerwowane dla Bożej decyzji. Choć doktryna o nieśmiertelności duszy odnosiła się głównie do człowieka, kwestia losu zwierząt w eschatologii nie była dogmatycznie zamknięta i pozostawiała przestrzeń dla teologicznych rozważań opartych na Bożej wszechmocy i miłosierdziu.

A zatem, jak z powyższego wynika można zauważyć złożoność poglądów św. Tomasza z Akwinu. Z jednej strony, jego filozofia duszy prowadziła go do wniosku o śmiertelności dusz zwierząt. Z drugiej strony, jego teocentryczna perspektywa i uznanie Bożej suwerenności otwierały teoretyczną możliwość, że Bóg w swoim planie zbawienia może uwzględnić również zwierzęta, choć nie było to centralnym elementem jego nauczania. Reasumując: Akwinata nie wykluczał tej możliwości, pozostawiając ostateczną decyzję w rękach Boga.

Święty Franciszek z Asyżu (1181/82–1226)


Święty Franciszek z Asyżu, w przeciwieństwie do bardziej filozoficznego podejścia Tomasza z Akwinu, przyjął znacznie bardziej duchowe i współczujące spojrzenie na zwierzęta, widząc w nich naszych braci i siostry w Bożym stworzeniu, a także nie tylko część boskiego porządku, lecz stworzenia równie cenne w oczach Stwórcy. Franciszek traktował zwierzęta z ogromnym szacunkiem, widząc w nich istoty, które również mają swoje miejsce w Bożym planie. Był przekonany, że wszystko stworzenie, w tym zwierzęta, posiada swoje wyjątkowe miejsce w sercu Boga.

Jego podejście do zwierząt było głęboko duchowe i pełne empatii. Święty Franciszek nazywał zwierzęta swoimi braćmi i siostrami, uznając je za równych sobie w Bożym planie stworzenia. Dla niego każdy element natury, w tym zwierzęta, miał swój duchowy sens i wartość. Jednym z najbardziej znanych przykładów jego miłości do stworzeń jest historia, która mówi o tym, jak Franciszek głosił kazanie ptakom. Podobno zwrócił się do zgromadzonych ptaków, mówiąc im o Bożej miłości i o tym, jak ważne jest, by dziękowały Bogu za dar życia. Historia ta ilustruje jego głębokie przekonanie, że zwierzęta mogą doświadczać Bożej miłości w taki sam sposób, jak ludzie, i są częścią Jego boskiego planu zbawienia.

Święty Franciszek z Asyżu postrzegał zwierzęta nie tylko jako element stworzenia, lecz jako pełnoprawnych współuczestników Bożego świata. Jego słynna „Pieśń stworzeń” (Cantico di Frate Sole) wychwala Boga za wszelkie elementy stworzenia – Słońce, Księżyc, Wiatr, Wodę, Ziemię, a także za „braci mniejszych”, czyli zwierzęta.

Chociaż święty Franciszek z Asyżu nie pisał wprost o życiu pozagrobowym zwierząt, jego nauki i sposób życia jednoznacznie wskazują, że postrzegał je jako integralną część Bożego królestwa. Franciszek wierzył, że wszystkie stworzenia, zarówno te ludzkie, jak i zwierzęce, mają swoje miejsce w Bożym planie i są obdarzone Bożą miłością. Jego szacunek i miłość do zwierząt, którym przypisywał szczególną wartość i godność, miały znaczący wpływ na późniejsze katolickie refleksje na temat miejsca zwierząt w życiu wiecznym.

Święci i zwierzęta w tradycji katolickiej

duchowa więź stworzenia z człowiekiem

Tradycja katolicka od wieków ukazuje głęboką więź między świętymi a światem stworzenia, w szczególności zwierzętami. Opowieści o świętych, mnichach, pustelnikach czy mistykach – takich jak św. Franciszek z Asyżu, św. Antoni Pustelnik czy św. Marcin de Porres – przepełnione są obrazami harmonii między człowiekiem a przyrodą. Zwierzęta pojawiające się u ich boku nie są jedynie elementem legendarnym, ale stanowią wyraz duchowej prawdy o jedności stworzenia, która – choć naruszona przez grzech – może zostać uzdrowiona dzięki świętości.

W relacjach ze świętymi zwierzęta często zdają się przekraczać swoje naturalne instynkty, okazując spokój, posłuszeństwo, a nawet czułość. W katolickiej interpretacji ich zachowanie jest nie tylko echem utraconej rajskiej harmonii, ale również znakiem przywracania porządku stworzenia w Chrystusie. Choć w teologii katolickiej zwierzęta nie posiadają nieśmiertelnej, rozumnej duszy tak jak człowiek, to ich obecność w życiu świętych traktowana jest jako przejaw działania łaski, jako milczące świadectwo Bożej obecności w całym stworzeniu.

To podejście jest bliskie duchowości prawosławnej, o której będzie na dalszych stronach tej książki, w której święci – szczególnie mnisi i starcy – również ukazywani są jako ci, którzy dzięki oczyszczeniu serca żyją w pokoju z całym stworzeniem. W prawosławiu jednak akcent kładzie się bardziej na przebóstwienie (theosis) człowieka i jego udział w Boskiej energii, która promieniuje także na świat materialny. Dlatego w hagiografii wschodniej często podkreśla się, że dzikie zwierzęta słuchają świętych nie tylko z powodu ich łagodności, ale dlatego, że rozpoznają w nich obecność przemieniającej energii Bożej.

W katolicyzmie z kolei relacja ta bywa częściej interpretowana w kontekście odkupienia i odnowy stworzenia dokonującej się przez Chrystusa. Świętość nie jest więc jedynie osobistym przebóstwieniem, lecz współuczestnictwem w dziele zbawienia świata. Mistyczna relacja świętych ze zwierzętami nabiera tu także wymiaru moralnego: troska o stworzenie, szacunek wobec życia i odpowiedzialność za świat są traktowane jako konkretne formy realizowania miłości bliźniego i życia w łasce.

W katolickim rozumieniu zwierzęta mogą być znakami symbolicznymi Bożych prawd, ale nie pośredniczą w łasce w sposób sakramentalny, tak jak chrzest, Eucharystia czy inne sakramenty – ich obecność przy świętych może być rozumiana jako znak Bożej opatrzności, harmonii, a czasem ostrzeżenia lub duchowego przesłania. W prawosławiu częściej mówi się o „duchowej wrażliwości” stworzenia, które instynktownie odpowiada na Bożą obecność – w katolicyzmie natomiast większy nacisk kładzie się na działanie Bożej łaski, która przez człowieka ogarnia także świat materialny.

Mimo tych różnic, oba podejścia łączy przekonanie, że stworzenie – choć zranione – nie zostało odrzucone, lecz może zostać przemienione i przywrócone do pierwotnej harmonii. Święci są w tym sensie nie tylko świadkami łaski, ale i jej pośrednikami wobec świata, który czeka na „objawienie się synów Bożych” (por. Rz 8,19).

Zwierzęta jako świadkowie świętości

Świadectwem tej duchowej więzi są liczne opowieści z życia katolickich świętych:

Święty Jan Ewangelista (ok. 6 – ok. 100 r. n.e.) – ukochany uczeń Jezusa, autor Ewangelii i Apokalipsy, ostatnie lata swego życia spędził w Efezie, gdzie tłumy przybywały, by słuchać jego pełnych mądrości słów. Choć wiek i obowiązki powstrzymywały niektórych przed podróżą, św. Jan nie zapominał o nich – przemierzał kraj, by osobiście głosić Ewangelię.

Podczas jednej z takich podróży, wracając do Efezu, natknął się na zranioną kuropatwę. Mały ptak z trudem poruszał się, ciągnąc za sobą uszkodzone skrzydełko i cicho kwiląc. Zamiast zobaczyć w niej zdobycz, jak uczyniłoby wielu, Jan wzruszony jej cierpieniem, ostrożnie podniósł ptaszynę, zaniósł do domu, opatrzył ranę i zatroszczył się o nią jak o najmniejszego brata.

Kuropatwa szybko odzyskała siły i odtąd wiernie towarzyszyła świętemu – siadała mu na ramieniu, radośnie latała wokół, gdy wracał do domu, i jadła z jego ręki. Święty Jan z czułością ją pieścił, a jej obecność była dla niego źródłem radości. Kiedy ptaszyna wreszcie zakończyła życie, starzec zapłakał po niej jak po przyjacielu, dając świadectwo głębokiego szacunku i miłości do stworzenia.

Święty Antoni Wielki (ok. 251–356) – pustelnik, cudotwórca i przyjaciel stworzeń. W jednej z legend o świętym Antonim, ojcu pustelników, opowiada się o niezwykłym cudzie, który ukazuje jego współczucie nie tylko wobec ludzi, lecz także zwierząt.

Pewnego razu potężny król Hiszpanii pogrążył się w rozpaczy – jego żona została opętana przez złe duchy, a żaden lekarz ani zaklinacz nie zdołał jej pomóc. W końcu wezwał świętego Antoniego, którego sława cudotwórcy rozchodziła się daleko poza granice pustyni, gdzie żył w odosobnieniu.

Antoni przybył na królewski dwór i po żarliwej modlitwie uwolnił królową od dręczących ją mocy. Dwór ogarnęła fala wdzięczności, lecz święty, nie szukając chwały, cicho opuścił pałac.

Na zamkowym dziedzińcu spotkał niespodziewanego posłańca – maciorę, która żałośnie kwicząc, ciągnęła go za habit. Z początku chciał ją zignorować, lecz kiedy zobaczył jej ślepe, pokraczne prosię, zrozumiał, że nawet stworzenie pozbawione mowy potrafi błagać o pomoc. Ulitował się, dotknął delikatnie zwierzątka – i stał się cud: prosię odzyskało wzrok i zdrowie.

Od tej pory nie odstępowało Antoniego ani na krok. Choć wielokrotnie próbowano je odgonić, pozostało przy świętym przez wiele lat jako jego wierny towarzysz. Dlatego na wielu ikonach i rzeźbach święty Antoni przedstawiany jest z małym prosiątkiem u boku – symbolem współczucia, jakie okazywał każdemu stworzeniu, bez względu na to, czy było królem, czy niemym zwierzęciem.

Chociaż św. Antoni Wielki żył w Egipcie i jest związany z początkami monastycyzmu na Wschodzie, jego kult rozprzestrzenił się na cały Kościół katolicki, w tym do Hiszpanii. Nie ma dowodów na to, by osobiście przebywał w Hiszpanii, ale jego wpływ jest tam widoczny w tradycjach ludowych i religijnych.

Święty Patryk (ok. 385–461), urodzony pod koniec IV wieku, znany jest przede wszystkim jako apostoł Irlandii, jego duchowa wrażliwość obejmowała również świat przyrody. Pochodzący z Galii (dzisiejsza Francja), młody Patryk trzykrotnie został porwany przez piratów i jako niewolnik pasł owce w Irlandii. To doświadczenie nie tylko ukształtowało jego wewnętrzne życie modlitwy, ale również pozwoliło mu poznać język i obyczaje mieszkańców wyspy. Po odzyskaniu wolności wstąpił do stanu duchownego, a później – z polecenia papieża – powrócił na Zieloną Wyspę jako misjonarz.

W jednej z opowieści o świętym Patryku uwydatnia się jego głęboka empatia wobec zwierząt. Gdy wraz z uczniami dotarł na wzgórze ofiarowane mu przez uzdrowionego króla, napotkał łanię z młodymi. Uczniowie chcieli je schwytać, sądząc, że to dar od Boga. Patryk jednak ich powstrzymał, mówiąc: „Te łagodne stworzenia witają nas w nowym domu – jak możecie myśleć o ich skrzywdzeniu?”

Z czułością wziął jedno z koźląt na ramiona i zaniósł je na szczyt wzgórza, niczym dobry pasterz. Łania, okazując niezwykłą ufność, podążyła za nim i odtąd pozostała przy nim – stała się jego niemym, wiernym towarzyszem. Ta scena nie tylko ukazuje jego łagodność, ale jest symbolem duchowego pokoju, który promieniował z jego osoby i przywracał harmonię między człowiekiem a stworzeniem.

Znany jest także epizod o wypędzeniu wszystkich węży z Irlandii – w tradycji odczytywany symbolicznie jako zwycięstwo dobra nad złem, światła nad ciemnością. Patryk kochał świat stworzony, ale stanowczo przeciwstawiał się temu, co budziło zagrożenie duchowe.

W ikonografii przedstawia się go często z pastorałem oplatanym przez węża oraz w towarzystwie łani – obraz ten przypomina, że świętość nie oznacza ucieczki od świata, lecz jego przemianę i uświęcenie przez miłość, łagodność i wiarę.

Święty Sulpicjusz Sewerus (IV w.) był pustelnikiem, który żył w IV wieku w Galii, w zachodniej części dzisiejszej Francji, w okolicach Wandei. Jego życie było pełne modlitwy, kontemplacji i prostoty, a jego pustelnia była mała i skromna, ledwie wystarczająca, by pomieścić go samego. Święty Sulpicjusz był przykładem ogromnej dobroci i współczucia, które objawiał zarówno w stosunku do ludzi, jak i zwierząt.

Jednym z najbardziej znanych wydarzeń z jego życia jest spotkanie z wilkiem. Pewnego wieczoru, kiedy Sulpicjusz spożywał swoją skromną wieczerzę, do jego chatki wszedł wilk. Zamiast się go przestraszyć, pustelnik podzielił się z nim posiłkiem, traktując go jak równego sobie towarzysza. Od tego dnia wilk codziennie przychodził, by zjeść razem z nim, a po posiłku lizał mu rękę w geście wdzięczności.

Pewnego dnia, gdy Sulpicjusz gościł przyjaciela, wilk, nie znajdując swojego gospodarza, ukradł chleb z chatki. Sulpicjusz, zauważając brak jednego bochenka, modlił się za wilka, zmartwiony jego zniknięciem. Po siedmiu dniach wilk wrócił, pełen skruchy, a Sulpicjusz przyjął go z miłością i ponownie podzielił się z nim posiłkiem, dając mu naukę o dobroci i skrusze.

Ta historia ukazuje, jak wielka moc ma dobroć – dzięki niej, nawet dzikie zwierzęta mogą znaleźć swoją drogę do moralności. Święty Sulpicjusz Sewerus żył w harmonii z naturą i dbał o jej stworzenia, traktując je z szacunkiem i współczuciem.

Święta Brygida z Kildare (ok. 451–525) – patronka Irlandii i orędowniczka zwierząt, jedna z największych świętych tego kraju – była córką pieśniarza i niewolnicy. Ochrzczona przez ucznia św. Patryka, od wczesnej młodości odznaczała się pokorą i głęboką miłością do Boga. Dzięki swej dobroci i cnotom odzyskała wolność, lecz odrzuciła światowe życie i udała się na pustkowie, aby w odosobnieniu służyć Panu.

Zamieszkała w dziupli starego dębu, gdzie prowadziła życie pustelnicze. Zwierzęta leśne, wyczuwając jej łagodność, zbliżały się bez lęku. Brygida dzieliła z nimi skromny posiłek, leczyła chore stworzenia i otaczała je opieką. Jej obecność przywracała harmonię – nawet dzikie zwierzęta znajdowały przy niej spokój.

Najbardziej znana jest opowieść o lisie: pewien wieśniak, który przypadkowo zabił oswojonego pupila króla, został skazany na śmierć. Mógł ocalić życie tylko wtedy, gdyby przyniósł równie łagodnego lisa. Jego żona zwróciła się o pomoc do św. Brygidy. Na jej wezwanie z lasu wyszedł lis, który, jak udomowione zwierzę, podążył za świętą aż do zamku. Poruszony jego zachowaniem król darował życie wieśniakowi i sam doznał duchowej przemiany. Lis, wypełniwszy swą misję, wrócił do ostępów leśnych.

W innym cudzie na klasztornym podwórzu pojawił się ścigany dzik. Zwierzęta w panice uciekały, myśliwi byli tuż za nim – Brygida wybiegła, uczyniła znak krzyża i przemówiła do dzika. Natychmiast się uspokoił, a myśliwi, świadomi cudu, porzucili pogoń. Dzik pozostał przy klasztorze jako łagodny towarzysz wspólnoty.

Jako przełożona klasztoru Brygida troszczyła się nie tylko o siostry i ubogich, lecz także o bezbronnych i bezradnych mieszkańców lasu, traktując je z miłością i czułością jako Boże stworzenia. W irlandzkiej tradycji czczona jest nie tylko jako patronka kraju, lecz także jako ta, która wprowadzała pokój i łagodność tam, gdzie się pojawiała – zarówno wśród ludzi, jak i w świecie przyrody.

Święty Benedykt (ok. 480–543) pochodził z bogatej rzymskiej rodziny i miał przed sobą świetlaną przyszłość. Zamiast jednak cieszyć się dostatnim życiem w mieście, wybrał samotność i modlitwę – osiadł na pustkowiu Subiaco, gdzie prowadził surowe życie pustelnika.

W jego odosobnieniu towarzyszył mu kruk – ptak, którego Benedykt przygarnął jako pisklę. Wychował go z troską i czułością. Choć w dawnych legendach kruki karmią świętych, tu role się odwróciły – to święty karmił ptaka. Kruk stał się jego wiernym przyjacielem i pozostał u jego boku na dobre i złe.

Z czasem do Benedykta zaczęli przybywać młodzi ludzie, zafascynowani jego mądrością i świętością. Założył dla nich klasztor, w którym zamieszkał razem z braćmi i… krukiem – ulubieńcem całej wspólnoty.

Pewnego dnia do klasztoru przyszedł zazdrosny człowiek, który próbował otruć Benedykta, przynosząc mu zatruty chleb. Święty, natchniony przez Boga, przejrzał podstęp. Podał chleb swojemu krukowi i rzekł: – „Weź ten chleb i zanieś tam, gdzie nikt go nie znajdzie.”

Posłuszny ptak uniósł niebezpieczny dar i ukrył go w bezpiecznym miejscu. Ocalił w ten sposób życie swego opiekuna.

Benedykt założył jeszcze słynny klasztor na Monte Cassino, który dał początek zakonowi benedyktynów. Zmarł w 543 roku, otoczony szacunkiem i miłością braci zakonnych. A kruk, który był z nim przez wszystkie lata samotności i wspólnoty, na zawsze pozostał symbolem jego mądrości, pokory i więzi ze stworzeniem.

Święty Kewin z Glendalough (VI wiek), irlandzki mnich i pustelnik, pozostaje jedną z najbardziej fascynujących postaci w duchowej tradycji chrześcijańskiej. Jego życie, pełne ascezy, modlitwy i kontemplacji, ukazuje, jak głęboka świętość może przywrócić pierwotną harmonię pomiędzy człowiekiem a światem natury.

Pewnego razu, podczas Wielkiego Postu, w trakcie modlitewnej kontemplacji ze złożonymi dłońmi, Kewin doświadczył niezwykłego wydarzenia: kos uwił w jego dłoniach gniazdo i złożył tam jajko. Święty, pełen cierpliwości i szacunku dla życia, pozostał nieruchomy, pozwalając ptakowi wysiedzieć jajko aż do momentu wyklucia się pisklęcia. Dopiero wtedy, gdy młode przyszło na świat, Kewin powrócił do klasztoru, by świętować radość Zmartwychwstania. Legenda głosi, że w tym czasie sam kos troszczył się o niego, przynosząc mu leśne jagody i orzechy.

Nie była to jedyna opowieść świadcząca o nadzwyczajnej relacji owego świętego z naturą. Zimą Kewin zanurzał się po szyję w lodowatej wodzie jeziora, oddając się modlitwie. Towarzyszyła mu wtedy wydra, która przynosiła świeże ryby, a pewnego razu wyłowiła z wody brewiarz, który święty nieopatrznie upuścił. W czasach głodu ta sama wydra dostarczała łososie mnichom z Glendalough, jednak gdy któryś z braci zaproponował, by ją zbić i wykorzystać jej futro na rękawiczki, zwierzę opuściło ich na zawsze.

Inna legenda opowiada o krowie, która zabłąkała się do pustelni Kewina. Zwierzę, wykazując niezwykłą łagodność, lizało jego stopy i szaty. Kiedy wróciło do swego właściciela, poganina imieniem Dima, dało tak obfitą ilość mleka, że wydało się to cudowne. Zaintrygowany Dima postanowił śledzić krowę i w ten sposób odkrył pustelnię świętego. Uznając cud za znak Boży, przyjął chrzest, a wkrótce potem powstała w Glendalough chrześcijańska wspólnota.

Z kolei król O’Toole z Glendalough, posiadający oswojoną gęś, prosił Kewina o jej uzdrowienie. Święty zgodził się pod warunkiem, że otrzyma ziemię tak rozległą, jak daleko poleci ta gęś. Po cudownym uleczeniu ptak przeleciał nad całą doliną, wyznaczając teren przyszłego klasztoru.

Jeszcze inna historia wspomina o łani, która codziennie dostarczała mleko dla dziecka oddanego pod opiekę mnichów. Po śmierci łani, zabitej przez wilka, święty nakazał drapieżnikowi, aby odtąd to on przynosił mleko, do czasu aż dziecko nie będzie go już potrzebować.

Podczas jednego z polowań dzik, uciekający przed psami, znalazł schronienie u stóp modlącego się świętego. Psy, zamiast zaatakować, położyły się spokojnie obok niego. Kiedy myśliwi ujrzeli nad świętym stado ptaków, uznali to za boski znak i odstąpili od zabicia zwierzęcia.

Opowieści o świętym Kewinie ukazują niezwykłą harmonię pomiędzy człowiekiem a stworzeniem. Świat zwierząt zdawał się rozpoznawać jego świętość i instynktownie szukał u niego schronienia. Szczególnie historia kosa budującego gniazdo w dłoniach świętego, stała się symbolem cierpliwości, pokory i głębokiej duchowości, a także znak harmonii człowieka z całym Bożym stworzeniem.

Duchowe znaczenie tych opowieści jest ogromne. Święty Kewin ukazuje, że prawdziwa świętość polega nie tylko na modlitwie i samotnej kontemplacji, lecz także na tworzeniu przestrzeni, w której możliwa jest pełna jedność człowieka z naturą. Zwierzęta, ufające świętemu, współistniały z nim w pokoju, a ich obecność przypominała o kosmicznej harmonii zamierzonej przez Boga. Modlitwa i świętość Kewina nie tylko kształtowały jego osobistą relację z Bogiem, ale miały moc przemiany całego otaczającego go świata w przestrzeń pokoju, wzajemnego zaufania i miłości.

Święty Malo, znany także jako Maklowiusz (ok. 520–621), urodził się w Brytanii w bogobojnej rodzinie. Już jako chłopiec wykazywał głęboką wrażliwość i pragnienie służby Bogu. Uczył się w szkole klasztornej, a gdy dorósł, został kapłanem i wyruszył z misją do Bretanii.

Już w czasie podróży wydarzył się cud – z powodu sztormu statek przybił do niewielkiej wyspy, gdzie święty odprawił wielkanocną mszę. Gdy wypowiedział słowa „Baranku Boży”, ziemia pod nimi zadrżała. Okazało się, że modlitwa odprawiona była nie na wyspie, lecz… na grzbiecie wieloryba! Zwierzę spokojnie zanurzyło się w morzu dopiero po zakończeniu mszy.

Święty Malo całe życie wędrował po lasach i odludziach, głosząc Ewangelię. Zawsze łagodny i cierpliwy, szczególną miłością otaczał zwierzęta. Karmił je, przemawiał do nich z czułością, a one odwzajemniały się mu zaufaniem.

Pewnego dnia spotkał wieśniaka, który rozpaczał po śmierci maciory z ośmioma prosiętami. Malo dotknął zwierzęcia swoją laską – i oto cud: maciora ożyła. Innym razem, gdy wilk pożarł osła klasztornego, święty skarcił go i polecił, by sam ciągnął wóz. Wilk posłusznie to uczynił i przez lata służył zakonnikom.

Dobroć Malo obejmowała nawet najmniejsze stworzenia. Gdy pewnego dnia zdjął habit podczas pracy w ogrodzie, ptaszek uwił gniazdo w jego kapturze. Święty przez wiele dni nie sięgał po ubranie, by nie przeszkadzać. Dopiero gdy pisklęta się wykluły i odleciały, odzyskał swój habit.

U schyłku życia został biskupem Aleth, gdzie kochali go zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Zmarł w opinii świętości, a jego wspomnienie do dziś żyje w sercach mieszkańców Bretanii i wszystkich, którzy kochają przyrodę.

Święty Awentyn (VI w.) – przyjaciel dzikich zwierząt, zwany apostołem Gaskonii, żył w VI wieku i prowadził życie ciche, pełne modlitwy, prostoty i dobroci. Szczególnie umiłował samotność w pobliskim lesie, gdzie codziennie udawał się na modlitwę. To właśnie tam, pośród drzew i śpiewu ptaków, rozmawiał z Bogiem i wstawiał się za cierpiącymi ludźmi.

Pewnego dnia, podczas modlitwy, usłyszał ciężki oddech i szelest gałęzi. Z mroku lasu wyłonił się ranny niedźwiedź. Nie okazując strachu, święty patrzył spokojnie, jak zwierzę podchodzi coraz bliżej. Niedźwiedź uniósł łapę, w której tkwił głęboko cierń, i jęknął żałośnie. Awentyn, poruszony jego bólem, delikatnie wyjął kolec. Niedźwiedź zamruczał z ulgą, otarł się wdzięcznie o pustelnika i spokojnie oddalił się w las.

Ta niezwykła scena ukazuje nie tylko świętość Awentyna, ale i jego głęboki szacunek wobec wszystkich stworzeń. Zwierzęta wyczuwały jego łagodność i ufały mu bez lęku – nawet dziki, leśny niedźwiedź przyszedł do niego jak do przyjaciela.

Do dziś w kościele pod wezwaniem św. Awentyna znajduje się drewniana rzeźba przedstawiająca ten moment – święty wyciąga cierń z łapy zwierzęcia, które klęczy u jego stóp.

Święty Cainnech z Aghaboe (ok. 515–600), irlandzki opat, znany też jako św. Kenneth, był jednym z najbardziej czczonych mnichów wczesnośredniowiecznej Irlandii. Uczeń św. Finiana, przyjaciel św. Kolumbana, założyciel klasztorów i gorliwy kaznodzieja, szczególnie umiłował samotność i modlitwę w górskiej pustelni. Co roku, na czas Wielkiego Postu, udawał się do swojej leśnej pieczary, by w ciszy oddać się postowi i kontemplacji.

Z wiekiem, osłabiony, zabierał ze sobą młodszego współbrata – Damiana. Pewnej zimowej nocy, obudził ich śpiew ptaka. Okazało się, że był to drozd – samiec pocieszający swą partnerkę wysiadującą jaja. Święty Cainnech, poruszony tym przejawem troski i piękna stworzenia, postanowił otoczyć ptaki opieką. Gdy brat Damian odkrył gniazdo ukryte w bluszczu, opat zabronił je niepokoić, a codziennie przynosili ptakom resztki chleba.

Gdy pewnego dnia nadeszła gwałtowna burza, Cainnech bardzo zaniepokoił się o los drozdów. Wyszedł z pieczary i ujrzał niezwykły widok – anioła, który osłaniał skrzydłami ptasie gniazdo. Po burzy odnaleźli w nim matkę i trzy zdrowe pisklęta. Z wdzięcznością modlili się do Boga za ten znak Jego opieki nad najmniejszymi stworzeniami.

Do końca Wielkiego Postu zostawiali drozdom okruchy chleba, a w Wielką Sobotę święty Cainnech pobłogosławił gniazdo. Od tamtej pory ludzie nazywali drozda „ptaszkiem świętego Cainnecha” – symbolem Bożej troski i dobroci świętego opata wobec wszelkiego stworzenia.

Święty Cuthbert z Lindisfarne (VII wiek) to jedna z najbardziej poruszających postaci ukazujących duchową więź człowieka z przyrodą. Angielski biskup, znany ze swojej surowej ascezy i głębokiego oddania Bogu, często udawał się na samotne modlitwy nad morzem. Tradycja głosi, że spędzał tam nocą długie godziny, stojąc po pas w lodowatej wodzie, w modlitewnym skupieniu. Kiedy kończył modlitwę i wracał na brzeg, działo się coś niezwykłego – z wody wynurzały się dwie wydry, które delikatnie osuszały jego przemarznięte stopy swoim miękkim futrem, a następnie ogrzewały je oddechem.

Mnisi, świadkowie tego zdumiewającego zjawiska, nie postrzegali go jedynie jako osobliwości natury. Widzieli w nim wyraźny znak Bożej łaski i potwierdzenie świętości Cuthberta. Zachowanie wydr, które nie było jedynie instynktowne, odczytali jako świadectwo pierwotnej harmonii stworzenia – tej samej, którą utraciliśmy po upadku, lecz która w obecności świętości człowieka na nowo się ujawniała.

Opowieść o świętym Cuthbercie niesie duchowe przesłanie aktualne także dziś. Przypomina, że świat przyrody nie jest bezduszną masą, lecz częścią Bożego stworzenia, tęskniącą za odnowieniem i pokojem. Ukazuje, że świętość człowieka ma moc przywracania harmonii w otoczeniu, tak jak w czasach Edenu, gdy zwierzęta i ludzie żyli w zgodzie i wzajemnym szacunku. Choć zwierzęta nie wyrażają wiary słowami, potrafią rozpoznać świętość i odpowiedzieć na nią ufnością, bliskością, a nawet troską. Ta historia daje nadzieję, że wszelkie stworzenie, zgodnie z Bożą obietnicą, ma udział w Jego planie zbawienia.

Święta Melangell z Walii, znana też jako Monacella (VII wiek) zasłynęła jako orędowniczka zajęcy i drobnych zwierząt. Pochodząc z walijskiej rodziny królewskiej, porzuciła życie na dworze, by udać się na pustkowie i poświęcić modlitwie oraz samotności, całkowicie oddając się Bogu. Jej życie stało się świadectwem głębokiej miłości do stworzenia i szacunku dla wszelkich istot żywych.

Pewnego dnia, gdy myśliwy ścigał zające i zapędził jednego z nich do lasu, przestraszone zwierzę znalazło schronienie pod płaszczem Melangell. Widząc to niezwykłe zdarzenie i dostrzegając świętość młodej kobiety, myśliwy zrezygnował z zabicia zwierzęcia. W geście szacunku i uznania ofiarował Melangell ziemię, aby mogła stworzyć miejsce, w którym dzikie stworzenia mogłyby żyć w pokoju i bezpieczeństwie, z dala od przemocy.

Dziś Melangell czczona jest jako patronka zajęcy i wszystkich małych zwierząt. Jej historia niesie głębokie duchowe przesłanie: ukazuje, że świętość człowieka potrafi przywrócić harmonię między ludźmi a światem przyrody. Opowieść o Melangell podkreśla chrześcijański obowiązek troski o każde stworzenie, jako część Bożego dzieła. Zwierzęta, rozpoznając w niej obecność łaski, szukały u niej schronienia, co czyni z Melangell symbol szczególnej więzi między człowiekiem a światem natury. Jej życie uczy, że opieka nad słabszymi, także nad zwierzętami, jest integralnym elementem życia w zgodzie z Bożym zamysłem.

Święta Werburga (ok. 650 – ok. 700), księżniczka i ksieni, była władczynią hrabstwa Hampton w Anglii. Choć urodziła się w królewskim rodzie, prowadziła życie głęboko pobożne, pełne pokory i miłosierdzia – także wobec zwierząt.

Pewnego dnia doniesiono jej, że dzikie gęsi pustoszą pola uprawne. Zamiast nakazać ich zabicie, święta poleciła słudze… przyprowadzić je do zamku. Ten z niedowierzaniem, ale posłusznie udał się na pole i ku jego zdumieniu, ptaki posłusznie ruszyły za nim, jakby rozumiały wolę Werburgi. Noc spędziły zamknięte w zagrodzie.

Następnego ranka rozległo się potężne gęganie – ptaki domagały się wolności. Święta kazała je wypuścić i pobłogosławiła: „Niech was Bóg błogosławi, ptaki wędrowne!” Całe stado wzbiło się w niebo… ale zaraz zawróciło, krążąc niespokojnie nad zamkiem. Werburga, poruszona ich zachowaniem, domyśliła się prawdy – jedna z gęsi została skradziona. Po jej odzyskaniu, pogłaskała ją i odesłała do reszty stada ze słowami: „Leć, ptaku, w świat ze swymi braćmi i siostrami!”

Od tej pory dzikie gęsi już nigdy nie nawiedziły jej włości. Święta Werburga zapisała się w pamięci jako nie tylko opiekunka ludzi, ale i wrażliwa, pełna łagodności przyjaciółka wszystkich stworzeń Bożych.

Błogosławiona Genowefa z Brabantu (VIII w.) – opiekunka ludzi i zwierząt, córka szlachetnych i pobożnych rodziców, od najmłodszych lat odznaczała się łagodnością, pobożnością i miłosierdziem. Choć żyła w czasach, gdy kobiety rzadko bywały uczone, dzięki błaganiom i bystremu umysłowi nauczyła się czytać i pisać. Wyszła za mąż za rycerza Zygfryda, który zasłynął w boju z Maurami. Po ślubie osiedliła się w jego zamku, gdzie szybko zdobyła serca poddanych dobrocią i troską o chorych.

Kiedy Zygfryd ruszył ponownie na wojnę, Genowefa została sama pod opieką burgrabiego Golla. Ten, odrzucony w swych niegodziwych zamiarach, pomówił ją o zdradę. Zygfryd, zaślepiony gniewem, rozkazał uwięzić żonę. W lochu Genowefa urodziła syna i tylko dzięki pomocy córki strażnika, Berty, udało jej się przeżyć.

Skazana na śmierć, została wypędzona z dzieckiem do lasu. Tam, w dzikiej puszczy, znalazła schronienie w jaskini. Właśnie wtedy rozwinął się jej niezwykły, niemal święty związek ze światem zwierząt: łania, zesłana przez Bożą opatrzność, zaczęła ją karmić mlekiem i ogrzewać zimą. Zwierzęta nie tylko jej nie zagrażały – stały się jej towarzyszami i opiekunami. Jej syn wychowany w tym leśnym azylu, nauczył się nie czynić krzywdy żadnemu stworzeniu. Z zachwytem obserwował ptaki, motyle, a znalezione gniazda otaczał troską.

Przez sześć lat Genowefa żyła w ubóstwie i odosobnieniu, ale w harmonii z naturą i zwierzętami, które – jak łania – stawały się jej rodziną. Kiedy jej siły opadły, syn – pełen dziecięcej wiary – modlił się o zdrowie matki, i Genowefa, wbrew wszelkim nadziejom, wróciła do sił.

Zygfryd, dręczony wyrzutami sumienia i przekonany w końcu o jej niewinności, udał się na polowanie, gdzie natrafił na trop łani – tej samej, która przez lata karmiła jego żonę i syna. Trop zaprowadził go do jaskini, gdzie wreszcie odnalazł Genowefę i ich dziecko. Wzruszenie było ogromne. Matka, dziecko i ojciec zostali złączeni na nowo, a łania – cicha bohaterka tej historii – pozostała symbolem opieki, wierności i pokoju między człowiekiem a stworzeniem.

Genowefa została uznana za błogosławioną nie tylko za cierpliwość i przebaczenie, ale również za swoją głęboką, niemal mistyczną więź z naturą i miłość do wszelkiego Bożego stworzenia.

Święty Godryk z Finchale (ok. 1065 – 1170), angielski pustelnik i mistyk, zamieszkał w głębi lasów północnej Anglii, gdzie wiodąc życie modlitwy i ubóstwa, okazywał niezwykłą miłość do wszystkich stworzeń Bożych.

Pewnego dnia podczas wielkiego polowania okoliczni możni wraz z psami ścigali jelenia. Zwierzę, wyczerpane i przerażone, wpadło do chaty świętego, jakby instynktownie szukając ratunku. Godryk nie zawahał się – otoczył je opieką, ukrył w pustelni i wyszedł naprzeciw zbliżającym się myśliwym. Gdy pytali o trop, odpowiedział krótko: „Bóg to wie.” Jego świętość i powaga sprawiły, że zrezygnowali z dalszego pościgu.

Jeleń został u niego na noc, a potem wracał jeszcze wielokrotnie. Inne zwierzęta – sarny, daniele, ptaki – również znajdowały u Godryka schronienie, szczególnie w czasie polowań czy mrozów. Zimą jego pustelnia stawała się azylem: otwarte drzwi zapraszały ptaki, które przysiadały na jego rękach, karmione i ogrzewane.

Św. Godryk był nie tylko pustelnikiem, lecz także serdecznym przyjacielem zwierząt – cichym obrońcą tych, którzy nie mieli głosu. Jego życie świadczyło, że miłość do Boga wyraża się także w miłości do Jego stworzenia.

Święty Izydor Oracz (ok. 1070–1130) – patron rolników i przyjaciel stworzeń, patron Madrytu i rolników, żył na przełomie XI i XII wieku w Hiszpanii. Był prostym wieśniakiem – ubogim, lecz bogatym w łaskę Bożą. Pracował jako oracz w majątku ziemskim, a jego życie cechowała pokora, pobożność i niezwykła troska o stworzenia Boże.

Zawsze z szacunkiem traktował swoje woły – nigdy ich nie bił, nie poganiał krzykiem. Zwierzęta słuchały go jak przyjaciela, a on odpowiadał im spokojem i troską. Gdy w zimie woził zboże do młyna, zatrzymywał się na drodze i rzucał ptakom garści ziaren ze słowami: „Macie, ptaszyny – Pan Bóg daje zboże wszystkim stworzeniom.”

Choć dzielił się hojnie, jego worek nigdy się nie wyczerpywał – we młynie otrzymywał zawsze tyle mąki, ile inni.

Podczas siewu w jesieni Izydor rzucał ptakom ziarna ze słowami: „W imię Boże rzucam to ziarno na rolę. Niech ptaszki nie głodują, a Bóg błogosławi mojemu siewowi.” W ten sposób łączył codzienną pracę z wiarą i współczuciem dla najmniejszych istot.

Choć był oddanym pracownikiem, każdego ranka przerywał orkę, by udać się na mszę. Niektórzy donosili na niego, zarzucając lenistwo. Gdy pan majątku postanowił go sprawdzić, ujrzał cud – Izydor rzeczywiście modlił się w kościele, a na polu pracował anioł z parą białych wołów. Wzruszony pan poznał prawdę i odtąd traktował Izydora z wielkim szacunkiem.

Jego przykład poruszył serca wielu – współpracownicy uczyli się od niego łagodności i wdzięczności, a całe gospodarstwo zyskało opinię miejsca sprawiedliwości i pokoju. Święty Izydor zmarł ok. 1130 roku, pozostawiając po sobie legendę człowieka, który kochał Boga, ludzi i każde stworzenie.

Święty Norbert z Xanten (ok. 1080–1134), założyciel zakonu norbertanów, słynął z niezwykłej sprawiedliwości i dobroci – nie tylko wobec ludzi, ale także wobec zwierząt.

Pewnego dnia zakonnicy wracający z lasu przynieśli do klasztoru martwego kozła, odebranego wilkowi. Zwierzę, czując się pokrzywdzone, poszło za nimi aż pod klasztorną bramę i spokojnie tam usiadło, czekając. Gdy św. Norbert dowiedział się, co zaszło, nie wahał się ani chwili: „Oddajcie wilkowi to, co mu odebraliście – nie macie prawa do tej zdobyczy.” Zakłopotani bracia naprawili swój błąd, a wilk spokojnie odszedł i więcej się nie pojawił.

Innym razem ten sam wilk niespodziewanie pomógł jednemu z braci pilnować klasztornego bydła. Przez cały dzień jak wierny pies strzegł stada, a wieczorem zapukał do klasztornych drzwi łapą, domagając się zapłaty. Gdy bracia chcieli go odpędzić, św. Norbert rzekł: „Kto puka, ma powód. Jeśli pomógł w pracy, należy mu się wdzięczność.” Kazał natychmiast nakarmić zwierzę, uznając jego trud.

W postawie św. Norberta objawiła się głęboka mądrość i współczucie – uznawał prawa nawet dzikiego stworzenia, a każdemu, kto służył z dobrego serca, okazywał szacunek.

Święty Franciszek z Asyżu (1181/82–1226) – ‘brat wszystkich stworzeń’ był jednym z największych mistyków średniowiecza i wielkim miłośnikiem przyrody. Wszystkie stworzenia Boże nazywał swoimi braćmi i siostrami, widząc w nich odbicie dobroci Stwórcy. Zwierzęta nie tylko go słuchały – zdawały się go rozumieć i kochać.

Podczas jednego z kazań, które głosił, świergot jaskółek zagłuszył jego słowa. Zamiast się irytować, Franciszek zwrócił się do ptaków łagodnie: „Siostrzyczki jaskółki, proszę, uciszcie się na chwilę, bym mógł dokończyć kazania.” I ptaki umilkły natychmiast.

W innej sytuacji, widząc tłum ptaków na drzewach, zatrzymał się i przemówił:

„Bracia moi ptaszkowie, chwalcie Boga, który dał wam skrzydła, lekkie pióra i wolność nieba!”

Ptaki nie uciekły, lecz zgromadziły się wokół niego i zdawały się słuchać z uwagą, po czym otrzymały jego błogosławieństwo.

Podczas wędrówki spotkał młodzieńca niosącego synogarlice na sprzedaż. Franciszek, poruszony losem ptaków, poprosił o nie, a następnie zapewnił im schronienie w klasztorze. Ptaki szybko oswoiły się ze świętym – siadały mu na ramionach i latały wokół niego.

Najbardziej znana jest jednak opowieść o wilku z Gubbio, który terroryzował mieszkańców okolicy. Franciszek, wbrew ostrzeżeniom, poszedł do lasu i przemówił do zwierzęcia z odwagą i łagodnością: „Bracie wilku, w imię Chrystusa zakazuję ci krzywdzić ludzi i ich dobytek.”

Wilk położył się u jego stóp i zawarł „pokój” z mieszkańcami, którzy zobowiązali się go karmić. Od tej pory żył z nimi w zgodzie, a cud ten poruszył całe miasto.

Franciszek głosił nawet kazania rybom. Gdy ludzie nie chcieli słuchać jego słów, zwrócił się do stworzeń wodnych: „Skoro ludzie nie chcą słuchać, będę głosił Słowo Boże wam, siostry ryby”. Wtedy ryby podpłynęły do brzegu, wynurzyły głowy z wody i trwały w ciszy, jakby słuchały kazania. Po błogosławieństwie świętego odpłynęły spokojnie i był to to jeszcze jeden cudowny znak jedności stworzenia z Bogiem.

Franciszek często przebywał samotnie na górze Alwerno, gdzie oddawał się postom i modlitwie. Towarzyszył mu sokół, który codziennie budził go do modlitwy. To właśnie tam, w głębi duchowego uniesienia, otrzymał stygmaty – rany Chrystusa – które nosił do śmierci.

Zmarł w 1226 roku, mając zaledwie 45 lat. Gdy odchodził, niezliczone ptaki krążyły nad klasztorem, jakby żegnały swego brata, opiekuna i przyjaciela.

Błogosławiona Salomea (ok. 1211–1268) – polska księżniczka z rodu Piastów, szwagierka św. Kingi, żona węgierskiego księcia Kolomana Halickiego, a po jego śmierci – klaryska i założycielka życia zakonnego w Polsce. Niezwykłe połączenie królewskiej godności i głębokiej pokory uczyniło ją jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci XIII wieku.

Po śmierci męża Salomea wstąpiła do zakonu klarysek, początkowo w Zawichoście, a następnie – po przeniesieniu wspólnoty – w podkrakowskiej Skałce. Tam oddała się surowemu życiu kontemplacyjnemu, pełnemu umartwień, modlitwy i ciszy. Otoczona naturą, żyła w głębokim zjednoczeniu nie tylko z Bogiem, ale i ze światem stworzonym.

W przekazach hagiograficznych zachowały się opowieści o tym, że dzikie zwierzęta z pobliskich lasów przychodziły do ogrodu klasztornego, gdy Salomea tam przebywała. Nie czyniły żadnych szkód – nie niszczyły roślin, nie płoszyły ptaków, nie wzbudzały lęku. Ich obecność w pobliżu błogosławionej była odczytywana przez współczesnych jako znak świętości i wewnętrznej harmonii, którą roztaczała wokół siebie.

Salomea uważana była za osobę głęboko wrażliwą na piękno stworzenia. W ciszy klasztoru potrafiła kontemplować Boga obecnego w każdym żywym istnieniu, a jej łagodność i czystość serca zbliżały ją do pierwotnej, rajskiej relacji człowieka ze światem natury.

Święta Kinga (1234–1292), węgierska królewna z dynastii Arpadów i żona Bolesława V Wstydliwego, już we wczesnej młodości wyróżniała się duchową wrażliwością i współczuciem dla stworzenia. Część swojego życia spędziła w Sandomierzu, gdzie – jeszcze przed zawarciem małżeństwa – przebywała pod opieką przyszłej teściowej Grzymisławy oraz wychowawcy Mikuły. Miasto to było wówczas istotnym ośrodkiem politycznym i duchowym Małopolski, a pobyt Kingi w tym miejscu odegrał ważną rolę w jej duchowej formacji i przygotowaniu do roli księżnej.

W 1241 roku, w obliczu najazdu tatarskiego, Kinga wraz z rodziną musiała opuścić Sandomierz. Po okresie uchodźstwa powróciła do Małopolski, lecz zrujnowane wojną zamki w Sandomierzu i Krakowie zmusiły ją do zamieszkania w Nowym Korczynie.

Choć wczesne źródła milczą o jej bezpośrednim kontakcie ze zwierzętami w tym czasie, życie Kingi jako klaryski w klasztorze w Starym Sączu – który sama ufundowała – ujawnia głębokie przywiązanie do stworzenia Bożego. Prowadziła proste, kontemplacyjne życie w otoczeniu przyrody, darząc miłością, współczuciem, a także opieką zwierzęta. Hagiografowie wspominają jej opiekuńczość wobec zwierząt gospodarskich oraz codzienne, ciche gesty życzliwości wobec wszelkich stworzeń. Współsiostry zauważały, że traktowała każde życie jako objaw Bożej obecności i opieki.

Chociaż najbardziej znana jest z legendy o pierścieniu wrzuconym do kopalni soli, prawdziwa duchowość św. Kingi przejawiała się również w jej harmonijnym, pełnym szacunku stosunku do natury – w tym do zwierząt, które obejmowała swoją modlitwą, czułością i troską.

Święty Roch (ok. 1295–1327) urodził się w Montpellier we Francji. Pochodził z bogatej i wpływowej rodziny – jego ojciec był gubernatorem miasta. Po śmierci rodziców młody Roch, inspirowany przykładem św. Franciszka z Asyżu, rozdał cały majątek ubogim i wstąpił do zakonu franciszkanów, jako tercjarz.

Gdy we Włoszech wybuchła epidemia dżumy, udał się tam jako pielgrzym, by służyć chorym. Modlitwą i czułą opieką przynosił ulgę i uzdrowienie – gdziekolwiek się pojawiał, zaraza ustępowała. Ludzie, widząc jego pokorę i cuda, jakie działy się za jego sprawą, otaczali go szacunkiem, traktując jak posłańca Bożego.

Jednak i on sam w końcu padł ofiarą choroby. Osłabiony, poraniony i opuszczony, został wypędzony z miasta przez tych samych ludzi, którym wcześniej pomagał. Skrył się w leśnej chacie, zdany wyłącznie na łaskę Boga. Tam dokonał się jeden z najbardziej wzruszających epizodów jego życia.

Z pomocą przyszedł mu pies. Zwierzę należało do bogatego pana imieniem Gotard. Codziennie pies wykradał z pańskiego stołu chleb i biegł do lasu, by zanieść go choremu Rochowi. Nie tylko przynosił pożywienie ale także, liżąc jego ręce, okazywał czułość i pocieszenie. Ten gest psiej wierności i dobroci był jak żywy znak Bożej opatrzności.

Gdy Gotard odkrył, dokąd biega jego ulubieniec, poszedł jego śladem i znalazł świętego w chacie, słabego, ale otoczonego miłością czworonożnego opiekuna. Wzruszony głęboko tym widokiem, otoczył Rocha opieką i zabrał go do swojego domu. Tam święty odzyskał zdrowie.

Wdzięczny Gotard nie tylko zawstydził tych, którzy wcześniej odrzucili Rocha, ale sam – poruszony jego świętością i prostotą – wstąpił do franciszkanów. Od tamtej pory św. Roch był wzywany jako patron w czasie zarazy, a wierni zaczęli przedstawiać go z psem u boku – wiernym towarzyszem, który zrozumiał cierpienie lepiej niż ludzie.

Święty Roch zmarł ok. 1327 roku. W ikonografii niemal zawsze towarzyszy mu pies z bochenkiem chleba w pysku – symbol miłosierdzia, jakie może objawić się przez najpokorniejsze stworzenia.

Święty Jan z Dukli (ok. 1414–1484) – franciszkanin, kaznodzieja, pustelnik, patron Polski i Lwowa. Jego życie, głęboko zakorzenione w duchowości franciszkańskiej, było przepełnione pokorą, umiłowaniem ciszy, modlitwy i bliskości natury.

W młodości Jan porzucił wygodne życie i udał się w głąb lasów w okolicach Krosna, gdzie zamieszkał jako pustelnik. Tam, w leśnej samotni, doświadczył niezwykłej harmonii z przyrodą. Tradycja głosi, że dzikie zwierzęta – wilki, jelenie, zające – nie tylko nie unikały jego obecności, ale wręcz jej szukały. Zwierzęta, które zwykle stroniły od człowieka, przychodziły do jego pustelni, jakby wyczuwając świętość i łagodność płynącą z jego serca.

Święty Jan karmił ptaki z ręki, a jego pustelnia stała się miejscem pokoju i ciszy, której nie zakłócała nawet dzika przyroda. Współcześni i potomni widzieli w tej szczególnej więzi z naturą znak głębokiej jedności człowieka ze stworzeniem, zgodnej z franciszkańskim ideałem braterstwa wszystkich istot.

Choć z czasem Jan powrócił do życia wspólnotowego i oddał się posłudze kaznodziejskiej, jego duch pozostał przesiąknięty prostotą pustelnika i szacunkiem dla świata przyrody.

Błogosławiony Władysław z Gielniowa (ok. 1440–1505) – bernardyn, wybitny kaznodzieja, poeta religijny, gorliwy czciciel Męki Pańskiej i jeden z najbardziej znanych mistyków XV–wiecznej Polski.

Choć jego hagiografie nie koncentrują się bezpośrednio na relacji ze zwierzętami, to przekazy i legendy związane z jego życiem wskazują na głęboki szacunek dla stworzenia i łagodność, która promieniowała także na świat przyrody. W tradycji bernardyńskiej, do której należał, ceniono pokorę wobec wszelkich istot żywych i uważano, że harmonia z naturą jest wyrazem wewnętrznego pokoju i bliskości z Bogiem.

Ludowe opowieści przypisują mu dar łagodzenia dzikich zwierząt. W jednym z podań miał spokojnie przejść przez las pełen dzikich bestii, które nie uczyniły mu krzywdy. Obecność błogosławionego działała uspokajająco – zwierzęta, nawet te drapieżne, jakby rozpoznawały w nim człowieka Bożego.

Władysław z Gielniowa prowadził życie surowe i pełne modlitwy, często przebywając samotnie w lesie lub ogrodach klasztornych, co sprzyjało kontemplacji i obcowaniu z naturą. W jego kazaniach i pieśniach, pełnych metafor biblijnych i obserwacji przyrody, przebija się duchowe postrzeganie świata jako odbicia Bożego piękna.

Święty Szymon z Lipnicy (ok. 1438–1482) – bernardyn, kaznodzieja, gorliwy sługa ubogich i chorych, który zmarł niosąc pomoc ofiarom zarazy w Krakowie.

Wychowany w duchu franciszkańskiej prostoty i miłości do całego stworzenia, św. Szymon żył w głębokim zjednoczeniu z Bogiem i światem przyrody. Choć większość zapisów z jego życia koncentruje się na jego posłudze kaznodziejskiej i heroicznej pomocy podczas epidemii, przekazy hagiograficzne oraz tradycja klasztorna wspominają o jego wrażliwości na cierpienie nie tylko ludzi, ale i zwierząt.

Legenda głosi, że ptaki gromadziły się wokół jego celi, przyciągane spokojem i duchowym światłem, które z niego emanowało. Święty miał umieć „rozpoznać smutek stworzeń” – szczególnie ptaków, które według relacji siadały na parapecie jego okna lub spoczywały przy nim w chwilach modlitwy. Jego współczucie obejmowało każde stworzenie, co zgodne było z duchem św. Franciszka z Asyżu, patrona zakonu, do którego należał.

Zmarł w 1482 roku, zaraziwszy się podczas opieki nad chorymi. Jego życie było świadectwem miłosierdzia i pokory – nie tylko wobec ludzi, ale również wobec stworzenia.

Błogosławiony Józef Anchieta (1534–1597) urodził się w 1534 roku na Wyspach Kanaryjskich. W wieku siedemnastu lat wstąpił do jezuitów, a niedługo później wyruszył na misję do dzikiej, nieznanej jeszcze Europie Brazylii. Tam przez ponad czterdzieści lat z oddaniem głosił Ewangelię tubylcom, pocieszał zniewolonych, i nieustannie żył w bliskiej więzi z przyrodą.

Anchieta miał niezwykły dar – zwierzęta lgnęły do niego jak do przyjaciela. Kiedy odmawiał modlitwy, ptaki siadały na jego ramionach i śpiewały nad głową, jakby modliły się z nim. Gdy podczas morskiej podróży na pokład statku opadła chmara papug, pasażerowie chcieli je łapać, lecz Józef powstrzymał ich, nakarmił ptaki i wziął je pod opiekę. Od tej chwili papugi nie odstępowały go ani na krok.

W Brazylii znana jest także historia małpy niszczącej trzcinę cukrową. Żadne sidła nie potrafiły jej schwytać, aż do chwili, gdy Józef przemówił do niej jak do rozumnej istoty. Upomniał ją łagodnie, zakazując kradzieży i zapraszając po jedzenie, jeśli będzie głodna. Zwierzę – jakby rozumiało słowa – zamilkło, odeszło i nigdy już nie szkodziło. Z czasem stało się ulubieńcem pracowników.

Anchieta rozumiał świat natury głębiej niż inni. Pewnej nocy, obozując w dżungli, zostawił przed namiotem pęk bananów. Rano wokół obozowiska odkryto ślady dzikich zwierząt, które przyszły, zjadły owoce i odeszły spokojnie. Józef wierzył, że nawet dzikie stworzenia mogą odpowiedzieć na gest miłości.

Zmarł w 1597 roku. Jego życie było świadectwem niezwykłej harmonii między człowiekiem a stworzeniem – harmonii płynącej z łagodności, wiary i głębokiego szacunku dla każdego życia.

Błogosławiony Marcin de Porres (1579–1639) – opiekun najmniejszych, także tych z ogonem urodził się w 1579 roku w Limie, stolicy Peru. Był synem hiszpańskiego szlachcica i czarnoskórej kobiety. Od dzieciństwa odznaczał się wielką pokorą, łagodnością i wrażliwością na cierpienie – zarówno ludzi, jak i zwierząt. Został bratem zakonnym w klasztorze dominikanów i poświęcił swoje życie pomocy ubogim, chorym oraz dzieciom porzuconym przez rodziców. Dzięki jego staraniom w Limie powstał przytułek dla sierot.

Jednak miłość Marcina obejmowała wszystkie stworzenia Boże, nawet te, które większość ludzi odtrącała. W klasztorze, gdzie mieszkał, pojawiła się plaga szczurów niszczących sprzęty i szaty liturgiczne. Zakrystian chciał je wytruć, lecz Marcin – nie chcąc, by stała się im krzywda – poprosił o pozwolenie na inne rozwiązanie.

Postawił koszyk na podłodze i z wielką cierpliwością, łagodnym głosem zaczął przywoływać szczury, zapraszając je do środka. Gdy kosz się zapełnił, wyniósł go do ogrodu klasztornego i tam zwierzętom wyjaśnił: mają nowe miejsce do życia i obiecał, że codziennie przyniesie im pożywienie, jeśli tylko przestaną wracać do klasztoru. I tak się stało – odtąd gryzonie nie zakłócały już życia wspólnoty, a brat Marcin wiernie je dokarmiał do końca swoich dni.

Ten prosty gest miłości wobec stworzeń, które zwykle wzbudzają odrazę, stał się symbolem jego świętości. Dlatego w Ameryce Południowej Marcin de Porres jest znany jako patron szczurów – tych najmniejszych, odrzuconych, ale przez Boga nie zapomnianych.

Zmarł w 1639 roku, a jego kult szybko rozprzestrzenił się wśród ludu, który widział w nim świętego bliskiego każdemu stworzeniu.

Te historie nie są jedynie opowieściami o cudach – są ilustracją katolickiej wizji świętości jako rzeczywistości, która przemienia nie tylko człowieka, ale i wszystko, co go otacza. W oczach świętych, każde stworzenie ma swoje miejsce w Bożym planie i uczestniczy, choćby milcząco, w wielkiej liturgii stworzenia.

Święty Jan Bosko (1815–1888), włoski kapłan i wychowawca młodzieży, całe swoje życie poświęcił trosce o opuszczone i ubogie dzieci, zwłaszcza w robotniczym Turynie XIX wieku. Kierując się wiarą i wielką miłością do młodych ludzi, założył Zgromadzenie Salezjańskie, którego misją stało się wspieranie rozwoju duchowego, intelektualnego i zawodowego młodzieży. Był niezwykle wrażliwy na potrzeby drugiego człowieka, ale również otwarty na świat przyrody. Jego życie pełne było wydarzeń mistycznych i głębokiego zjednoczenia z Bogiem, co znajdowało wyraz również w jego niezwykłej relacji z naturą — a szczególnie z tajemniczym, szarym psem, który wielokrotnie pojawiał się w chwilach niebezpieczeństwa, stając się dla niego nie tylko opiekunem, ale i znakiem Bożej Opatrzności.

A oto co sam napisał na temat owego zwierzęcia:

Szary pies był tematem wielu rozmów i domysłów. Niektórzy z was musieli go widzieć, a może nawet go pogłaskać. Teraz, pomijając dziwne opowieści, które krążą na jego temat, przedstawię wam to, co jest czystą prawdą.

Częste zaczepki i obelgi, których byłem ofiarą, sprawiły, że unikałem samotnych powrotów z Turynu. W tamtych czasach ostatnim budynkiem przed Oratorium był szpital psychiatryczny; dalej rozciągały się zarośla bukszpanu i akacji.

Pewnego ciemnego, dość późnego wieczoru wracałem sam do domu, nie bez obaw, gdy nagle obok mnie pojawił się duży pies. Na pierwszy rzut oka mnie przestraszył, lecz nie przejawiał wrogości — przeciwnie, łasił się, jakby był moim wiernym towarzyszem. Szybko zyskaliśmy wzajemne zaufanie, a on odprowadził mnie aż do Oratorium. To, co wydarzyło się tamtego wieczoru, powtarzało się później wielokrotnie. Mogę więc śmiało powiedzieć, że szary pies oddał mi wiele ważnych przysług. Opowiem o niektórych z nich.

Pod koniec listopada 1854 roku, w mglisty i deszczowy wieczór, wracałem z miasta. Aby uniknąć samotnej, długiej trasy, zszedłem na drogę prowadzącą z Consolata do Cottolengo. W pewnym momencie zauważyłem dwóch mężczyzn idących w niewielkiej odległości przede mną. Ich kroki przyspieszały lub zwalniały zależnie od mojego tempa. Kiedy próbowałem przejść na drugą stronę ulicy, aby ich minąć, zręcznie stawali mi na drodze. Chciałem zawrócić, lecz było już za późno — nagle, wykonując dwa skoki do tyłu, rzucili mi na twarz płaszcz i próbowali mnie obezwładnić. Jeden z nich wciskał mi w usta chustkę, próbując mnie uciszyć. Nie mogłem krzyczeć.

Wtedy pojawił się szary pies. Z rykiem przypominającym niedźwiedzia rzucił się na jednego z napastników, pazurami sięgając jego twarzy, drugiego zaatakował z otwartą paszczą. Napastnicy musieli się wycofać.

— Co to za pies?! — wołali, drżąc z przerażenia.

— Zawołam go — odpowiedziałem — ale zostawcie przechodniów w spokoju!

— Zawołaj go natychmiast! — krzyknęli.

Szary pies wciąż warczał jak rozwścieczony wilk. Napastnicy uciekli, a pies odprowadził mnie aż do Ośrodka Cottolengo. Tam, odzyskawszy spokój po całym zajściu i posiliwszy się napojem, który ofiarność tego miejsca potrafiła znaleźć w odpowiedniej chwili, wróciłem do domu w bezpiecznym towarzystwie.

Za każdym razem, gdy wieczorem nie towarzyszył mi żaden człowiek, widziałem, jak szary pies wyłania się zza budynków i podąża za mną. Wielu młodych z Oratorium go widywało. Pewnego razu stał się nawet bohaterem niewielkiego zamieszania. Gdy wszedł na dziedziniec, ktoś chciał go przepędzić, inny rzucał kamieniami.

— Nie róbcie tego — powiedział Giuseppe Buzzetti — to pies księdza Bosko!

Od tej chwili wszyscy zaczęli go głaskać i… towarzyszyć mi. Tego dnia byłem w refektarzu na kolacji z kilkoma klerykami, księżmi i moją matką. Gdy pies niespodziewanie wszedł do sali, wszyscy zamarli.

— Nie bójcie się — powiedziałem — to mój Szary. Pozwólcie mu podejść.

I rzeczywiście, zataczając szeroki łuk wokół stołu, podszedł do mnie radosny. Pogłaskałem go i podałem mu zupę, chleb — wszystko odrzucił. Nie chciał nawet powąchać tych dań.

— Więc czego chcesz? — zapytałem. Pies tylko machał ogonem i poruszał uszami. — Jedz, pij albo po prostu bądź wesoły — dodałem.

Opierając głowę o mój obrus, jakby chciał coś powiedzieć i życzyć mi dobrej nocy, dał znak pożegnania. Z radością i zdziwieniem został wyprowadzony przez młodzież za drzwi. Pamiętam, że tego wieczoru wróciłem do domu późno — znajomy podwiózł mnie swoim powozem.

Ostatni raz widziałem Szarego w 1866 roku, kiedy szedłem z Murialdo do Moncucco, do mojego przyjaciela, Luigiego Moglii. Proboszcz z Buttigliera odprowadził mnie kawałek, a zapadła już noc. Pomyślałem wtedy: Och, gdybym tylko miał przy sobie mojego Szarego! Jak bardzo by mi się przydał…

W tej samej chwili, gdy wszedłem na łąkę, by nacieszyć się ostatnim światłem dnia, pies nagle wybiegł mi naprzeciw, pełen radości. Towarzyszył mi przez pozostałe trzy kilometry.

Kiedy dotarliśmy do domu przyjaciela, poproszono mnie, byśmy weszli tylnym wejściem — obawiano się, że Szary może natknąć się na dwa duże psy domowe.

— Rozszarpałyby się nawzajem — powiedział Moglia.

Długo rozmawialiśmy z całą rodziną, potem zasiedliśmy do kolacji. Mój towarzysz odpoczywał spokojnie w kącie. Po posiłku przyjaciel powiedział:

— Trzeba dać kolację także Szaremu.

Wziął trochę jedzenia, ale… psa już nigdzie nie było. Przeszukano cały dom i ogród — drzwi i okna były zamknięte, a domowe psy nie wydały żadnego dźwięku. Przeszukano również piętro — wszystko na próżno. Szary pies zniknął bez śladu.

To ostatnia wiadomość, jaką miałem o Szarym Piesku, o którym tyle mówiono i którego tak wielu próbowało zrozumieć. Nigdy nie poznałem jego właściciela. Wiem tylko jedno: to zwierzę było dla mnie prawdziwą opatrznością — pojawiał się zawsze wtedy, gdy najbardziej go potrzebowałem. (San Giovanni Bosco, Memorie dell’Oratorio di s. Francesco di Sales, Roma [1946], s. 251-254).

Księdza Bosko często pytano o jego związek z niezwykłym psem. On sam mówił: „Gdybym stwierdził, że był to anioł, dałbym powód do śmiechu, ale nie można powiedzieć, że był to pies pospolity”. Niektórzy nazywali tego psa „Szarym” i opowiadali o jego pojawieniu się w różnych miejscach i czasach. Widziano go w 1893 roku, kiedy dwie siostry salezjanki wracały z Asyżu do Cannary. Pojawił się również w 1930 roku w Barranquilli w Kolumbii, podczas budowy siedziby Córek Maryi Wspomożycielki. Był także obecny między 1898 a 1900 rokiem w Nawarrze, na pograniczu Hiszpanii i Francji, gdy siostry zbierały kasztany.

I mnie, autorowi niniejszego opracowania wydaje się, że także spotkałem Szarego w dniu śmierci mojej Mamy.

Ciąg dalszy nastąpi

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Królestwo całego stworzenia. Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt? CZĘŚĆ 2

CZĘŚĆ 2

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa

Chrześcijaństwo i jego odpowiedź na pytanie o zwierzęta w niebie

Podstawy biblijne


Księga Rodzaju, otwierająca Biblię, stanowi fundament chrześcijańskiego spojrzenia na stworzenie świata, miejsce człowieka w Bożym planie i rolę zwierząt w porządku natury. Już od pierwszych stron tej starożytnej opowieści widać, jak ściśle powiązane są losy ludzi i zwierząt – istot, które nie zostały stworzone przypadkowo, lecz z intencją i celem, stanowiąc integralny element harmonijnego świata ukształtowanego przez Boga.

W pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju Bóg tworzy świat w sposób uporządkowany, etapami, wprowadzając w niego życie – najpierw rośliny, potem zwierzęta, a wreszcie człowieka. Najpierw pojawia się opis stworzenia zwierząt wodnych i ptaków, a następnie zwierząt lądowych. Każde z tych stworzeń Bóg uznaje za „dobre”, co oznacza, że mają one wewnętrzną wartość – są ważne same w sobie, nie tylko z uwagi na ich przyszłą rolę w życiu człowieka. Co istotne, zwierzęta powstają wcześniej niż człowiek, co podkreśla ich niezależność i wyjątkowe miejsce w porządku stworzenia. Nie są jedynie dodatkiem do świata ludzi – są jego równoprawnymi mieszkańcami. (Rdz 1,20–25 ).

Następnie pojawia się człowiek – stworzony na obraz i podobieństwo Boga – który otrzymuje zadanie panowania (hebr. radah) nad resztą stworzenia: nad rybami, ptakami, ssakami – słowem nad wszystkimi zwierzętami, a także nad całą ziemią:

„Rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!»”.

„Radah” tłumaczone jest tutaj zwykle jako „panować”, „rządzić”, „sprawować władzę”, ale jego znaczenie jest wielowymiarowe i zależy od kontekstu. Może oznaczać zarówno władzę królewską, autorytet i odpowiedzialność, jak i – w negatywnym sensie – twarde, opresyjne panowanie, jeśli użyte jest np. w kontekście przemocy lub ucisku.

Wydaje się jednak, że w tym kontekście [nakaz 'czynienia sobie ziemi poddaną’ i 'panowania’] nie powinien oznaczać tyranii czy wyzysku, lecz raczej sugerować odpowiedzialne zarządzanie, opiekę i troskę. Człowiek bowiem nie zostaje stworzony jako bezwzględny władca, lecz jako zarządca Bożego ogrodu, ponoszący odpowiedzialność za dobrostan wszystkiego, co w nim żyje. Jest to władza, która nie wyklucza, ale integruje – obejmuje troską każde żywe stworzenie.

Historycznie, interpretacja słów Księgi Rodzaju o 'czynieniu sobie ziemi poddaną’ i 'panowaniu’ nad innymi stworzeniami w teologii katolickiej często przyjmowała silnie antropocentryczną perspektywę, choć rozumienie tego ewoluowało. W tym kontekście zwierzęta i przyroda były widziane jako służące człowiekowi, a ich wartość była mu podporządkowana. Święty Tomasz z Akwinu, odmawiając zwierzętom nieśmiertelnej duszy, wykluczał ich z życia wiecznego. Argumentacja za troską o zwierzęta koncentrowała się głównie na ludzkim obowiązku unikania okrucieństwa, rzadko uwzględniając ich własną, integralną wartość w Bożym stworzeniu.

W chrześcijaństwie wschodnim rozwijała się nieco odmienna, bardziej mistyczna wizja relacji człowieka z przyrodą. Choć również nie ma tam dogmatu o „zbawieniu zwierząt”, duchowość prawosławna jest bardziej otwarta na ich obecność w Bożym planie. Święci, jak Serafin z Sarowa czy Gerasimos z Jordanii, żyli w bliskiej harmonii z dzikimi zwierzętami, co tradycyjnie interpretowano jako symbol przywróconej jedności między człowiekiem a stworzeniem, takiej jak w rajskim Edenie.

W centrum prawosławnej duchowości stoi theosis, teoza, czyli przebóstwienie – proces upodobnienia się do Boga. To nie tylko osobista przemiana, ale też kosmiczne odnowienie całej rzeczywistości. Święty Izaak Syryjczyk pisał, że serce człowieka zjednoczonego z Bogiem współczuje całemu stworzeniu – nawet najmniejszym robakom.

Opis stworzenia w Biblii podkreśla, że piątego dnia Bóg powołał do istnienia zwierzęta morskie i ptaki, a szóstego – zwierzęta lądowe oraz ludzi. Choć ludzie zostali wyróżnieni stworzeniem na obraz Boży, nie implikuje to ich absolutnej dominacji. Jest to raczej wskazanie na ich wyjątkową rolę jako istot duchowych, powołanych do pielęgnowania świata, a nie jego destrukcji. Zwierzęta stanowią integralną część jednego, wspólnego systemu stworzenia, w którym każda istota posiada swoje miejsce, znaczenie i godność.

W pierwotnym stanie, zanim doszło do grzechu i upadku, relacja między człowiekiem a zwierzętami była pełna harmonii i pokoju. Poniższe wersety pokazują, że zarówno ludziom, jak i zwierzętom Bóg daje ten sam rodzaj pożywienia – rośliny.

I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. (Rdz 1:29–30).

To świat bez przemocy, bez drapieżnictwa i krwi. Rajska rzeczywistość była miejscem, gdzie życie istniało w doskonałej równowadze, a relacje między wszystkimi stworzeniami opierały się na współistnieniu, nie zaś na dominacji.

Ten idealny stan gwałtownie się załamuje, wraz z historią upadku człowieka. Adam i Ewa, sprzeciwiając się Bożemu nakazowi, spożywają owoc z Drzewa Poznania dobra i zła. W tym przełomowym momencie w świat wkracza grzech, a za nim śmierć, cierpienie i głęboki rozłam. Ziemia zostaje przeklęta, praca staje się uciążliwym trudem, a relacje człowieka z przyrodą naznacza lęk, przemoc i zmaganie. Wąż, kluczowy sprawca kuszenia Ewy, zostaje potępiony i skazany na czołganie się po ziemi – symbol poniżenia i kary. Wraz z upadkiem ludzkości cierpi całe stworzenie, w tym zwierzęta, które odtąd nie zaznają już rajskiej harmonii, lecz egzystują w świecie bólu i nieustannej walki o przetrwanie. (zob: Rdz 3).

Pomimo tej tragedii, Księga Rodzaju nie zostawia nas bez nadziei. W opowieści o potopie pojawia się ponownie motyw Bożej troski o wszystkie stworzenia. Kiedy Bóg postanawia oczyścić ziemię z powodu grzechu ludzi, nie zapomina o zwierzętach. Noe otrzymuje nakaz, aby zebrać po parze każdego gatunku, by przetrwały katastrofę. To nie tylko akt praktyczny, ale głęboko symboliczny – wskazujący na wartość życia każdego stworzenia i jego niezbywalne miejsce w Bożym planie. Po potopie Bóg zawiera przymierze nie tylko z ludźmi, ale także ze wszystkimi żywymi istotami:

Potem Bóg tak rzekł do Noego i do jego synów: «Ja, Ja zawieram przymierze z wami i z waszym potomstwem, które po was będzie; z wszelką istotą żywą, która jest z wami: z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi. Zawieram z wami przymierze, tak iż nigdy już nie zostanie zgładzona wodami potopu żadna istota żywa i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemię». Po czym Bóg dodał: «A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, z każdym człowiekiem; i nie będzie już nigdy wód potopu na zniszczenie żadnego jestestwa. Gdy zatem będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze wieczne między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi». (Rdz 9, 8–16).

Podkreśla to słowami: „z wszelkim zwierzęciem na ziemi”. Zwierzęta zostają włączone w Boże obietnice i błogosławieństwa – są objęte tym samym przymierzem, które gwarantuje, że ziemia nie zostanie już więcej zniszczona przez potop. To wyraźny znak, że zwierzęta nie są dodatkiem do ludzkiej historii, ale jej współuczestnikami.

Motyw odkupienia i przywrócenia harmonii między ludźmi a zwierzętami kontynuowany jest również w proroctwach Izajasza. Prorok ukazuje wizje przyszłości, w której świat powróci do pierwotnego stanu pokoju. Opisuje niezwykłą scenę: wilk przebywa z barankiem, lampart leży obok koźlęcia, cielę i lew razem odpoczywają, a nad nimi czuwa małe dziecko. To wizja nie tylko metaforyczna – to obraz przyszłości, w której zostają odwrócone skutki upadku. Przemoc i strach znikają, a świat natury, dotknięty grzechem, zostaje uzdrowiony.

Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem,

pantera z koźlęciem razem leżeć będą,

cielę i lew paść się będą społem

i mały chłopiec będzie je poganiał.

Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie,

młode ich razem będą legały.

Lew też jak wół będzie jadał słomę.

Niemowlę igrać będzie na norze kobry,

dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii.

Zła czynić nie będą ani zgubnie działać

po całej świętej mej górze,

bo kraj się napełni znajomością Pana,

na kształt wód, które przepełniają morze.

(Iz 11:6–9 BT).

Również u proroka Izajasza czytamy o „nowych niebiosach i nowej ziemi”, w których wilk i baranek będą się paść razem, a lew będzie jadł słomę jak wół. Nawet wąż – symbol upadku – nie zostaje całkowicie unicestwiony, lecz ograniczony: jego pokarmem będzie proch, co może symbolizować całkowite odebranie mu mocy kuszenia. Te wizje pokazują, że Boże odkupienie obejmuje nie tylko ludzi, ale całe stworzenie. Zwierzęta, które cierpiały z powodu grzechu człowieka, mają także udział w przyszłej chwale.

«Wilk i baranek paść się będą razem;

lew też będzie jadał słomę jak wół;

a wąż będzie miał proch ziemi jako pokarm.

Zła czynić nie będą ani zgubnie działać

na całej świętej mej górze» – mówi Pan.

(Iz 65:25 BT).

W ten sposób Księga Rodzaju i proroctwa Izajasza łączą się w jednej wielkiej opowieści o stworzeniu, upadku i odkupieniu. Zwierzęta są obecne na każdym etapie tej historii – od harmonii raju, przez dramat grzechu, aż po nadzieję na przyszłe pojednanie. Ich obecność w biblijnym przekazie nie jest przypadkowa ani drugorzędna. Są one częścią Bożego świata – świata, który Bóg uznał za dobry i który pragnie w pełni odnowić. Ostateczna wizja przyszłości to nie tylko raj dla ludzi, ale odnowione stworzenie, w którym każda istota – człowiek, zwierzę, roślina – znajdzie swoje miejsce w harmonii i pokoju.

Zwierzęta w niebie według Biblii

Pytanie o los zwierząt w niebie jest bardziej złożone i spowite tajemnicą. Tradycyjna teologia katolicka, rozróżniając naturę duszy ludzkiej i zwierzęcej, naucza o odmienności ich losu po śmierci. Niemniej jednak, Kościół z ostrożnością podchodzi do definitywnego wykluczenia zwierząt z nieba, pozostawiając tę sferę otwartą dla teologicznej refleksji i chrześcijańskiej nadziei. Nie brakuje inspirujących przypomnień o wspólnym pochodzeniu wszelkiego życia: „zwierzęta również mają tchnienie życia otrzymane od Boga”. W eschatologicznym obrazie przyszłości, po przeminięciu obecnego świata, Apokalipsa świętego Jana przedstawia wizję odnowionego stworzenia, gdzie symboliczne proroctwo „wilk zamieszka z barankiem” staje się obietnicą uniwersalnego pokoju i harmonii, obejmującą być może także naszych zwierzęcych towarzyszy. Wielu teologów na przestrzeni wieków, rozważało możliwość obecności zwierząt jako integralnej części odkupionego stworzenia, zastrzegając jednak, że ich pośmiertny byt może różnić się od eschatologicznego losu człowieka. Ostatecznie, wizja nieba może obejmować zwierzęta nie na zasadzie ich zasługi, lecz jako wyraz bezgranicznej miłości Boga do całego stworzenia i Jego pragnienia, by je odnowić, a nie unicestwić. Bo przecież Pan Bóg wszystko co stworzył, stworzył z miłości. I „widział, że było dobre”.

Fraza „Bóg widział, że było dobre” pojawia się wielokrotnie w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju, w którym opisane jest dzieło stworzenia. Jest to refren towarzyszący każdemu etapowi Bożego działania, podkreślający Jego zadowolenie z tego, co uczynił. Po stworzeniu światła i oddzieleniu go od ciemności czytamy: Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności.” (Rdz 1,4). Następnie, po oddzieleniu wód i utworzeniu sklepienia niebieskiego: „Bóg widział, że były dobre” (Rdz 1,10). Potem Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre.” (Rdz 1,12). Po stworzeniu ciał niebieskich – słońca, księżyca i gwiazd – znów pojawia się ten sam werbalny znak uznania: „A widział Bóg, że były dobre.” (Rdz 1,18). Również po powołaniu do istnienia zwierząt wodnych i ptaków czytamy: „Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: «Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi».” (Rdz 1,21). Wreszcie, po stworzeniu zwierząt lądowych oraz człowieka, następuje kulminacja tego refrenu: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31). Zastosowanie w tym ostatnim wersecie wzmocnienia „bardzo dobre” wyraźnie akcentuje pełnię i doskonałość stworzenia w oczach Boga. Tym samym powtarzająca się fraza nie tylko nadaje rytm opowiadaniu, ale stanowi wyraźne teologiczne świadectwo miłości Stwórcy do swego dzieła.

Choć Pismo Święte nie zawiera jednego wersetu stwierdzającego wprost: „Bóg stworzył wszystko z miłości”, to cała jego narracja – od stworzenia świata aż po ofiarę Jezusa Chrystusa – jednoznacznie ukazuje tę prawdę. Fundamentem owego przekonania jest objawienie natury Boga, Jego działanie wobec stworzenia oraz niezmienne pragnienie zbawienia człowieka. Najgłębszym teologicznym uzasadnieniem jest sama istota Boga. Święty Jan pisze: „Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.” (1 J 4,8.16). Skoro miłość nie jest jedynie cechą Boga, lecz Jego istotą, to każde Jego działanie – w tym akt stworzenia – musi z niej wypływać. Miłość z natury jest dawaniem siebie, dzieleniem się dobrem i pragnieniem szczęścia ukochanego. Stworzenie świata i człowieka było więc aktem bezinteresownej dobroci – udzieleniem istnienia i licznych darów.

W Księdze Rodzaju z naciskiem powtarza się stwierdzenie: „A Bóg widział, że było dobre”. To Boże uznanie stworzenia za „dobre” wskazuje nie tylko na jego wewnętrzną harmonię i piękno, ale także na głęboką życzliwość i miłość Stwórcy wobec wszystkiego, co powołał do istnienia. Miłość z natury dąży do dobra ukochanej istoty – a stworzenie jest tego konkretnym przejawem. Kulminacją tej miłości jest stworzenie człowieka: „rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam»” (Rdz 1,26). Ukształtowanie człowieka jako bytu obdarzonego rozumem, wolną wolą i zdolnością do relacji z Bogiem świadczy o jego unikalnej pozycji w Bożym planie. Miłość pragnie relacji i dzielenia się sobą – a powołanie człowieka do komunii z Bogiem jest dowodem jego szczególnego umiłowania.

Cała historia zbawienia, ukazana w Biblii, to dzieje Bożej miłości i wierności wobec człowieka. Od przymierza z Noem, przez Abrahama, Mojżesza, aż po nowe i wieczne przymierze w Chrystusie – Bóg nieustannie podejmuje inicjatywę, by człowieka zbawić. Miłość bowiem jest wierna i dąży do trwałej więzi. Kulminacją objawienia Bożej miłości jest ofiara Syna Bożego: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.” (J 3,16). Chrystus przyszedł nie do świata sprawiedliwego, lecz grzesznego – to jeszcze bardziej uwydatnia bezwarunkowy, ofiarny charakter Bożej miłości.

Miłość objawia się również w Bożym miłosierdziu wobec upadłego człowieka. Bóg nie odrzuca stworzenia mimo jego winy, lecz cierpliwie dąży do jego nawrócenia. Jak pisze św. Paweł: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest… nie pamięta złego…” (1 Kor 13,4). Ten opis doskonale oddaje postawę Boga wobec ludzkości. Choć zatem w Biblii nie znajdziemy literalnego stwierdzenia „Bóg stworzył świat z miłości”, to całość objawienia – od aktu stworzenia, przez dzieje przymierzy, aż po krzyż Chrystusa – nie pozostawia wątpliwości. Stworzenie nie było dziełem przypadku ani potrzeby, lecz wolnym aktem Bożej miłości, która pragnie dzielić się sobą, prowadzić stworzenie ku zbawieniu i wiecznej wspólnocie z Trójjedynym Bogiem.

Podsumowując tedy nasze rozważania o miejscu ludzi i zwierząt w niebie, zarówno w perspektywie obecnej, po śmierci, jak i w eschatologicznej przyszłości po zmartwychwstaniu, możemy nakreślić następujący obraz. W chwili śmierci dusze ludzi zbawionych wchodzą w stan głębokiej komunii z Bogiem, doświadczając przedsmaku wiecznej szczęśliwości. Natomiast po końcu świata i zmartwychwstaniu, ci sami zbawieni otrzymają uwielbione ciała i zamieszkają w nowym, przemienionym świecie, w pełni uczestnicząc w radości zbawienia.

Jeśli natomiast chodzi o los zwierząt po śmierci, tradycyjna teologia chrześcijańska nie udziela jednoznacznej, dogmatycznie potwierdzonej odpowiedzi. Przeważa przekonanie, że zwierzęta nie posiadają nieśmiertelnej duszy w tym samym sensie co człowiek, a zatem nie przechodzą do życia wiecznego w sposób świadomy. Niemniej jednak, w myśli chrześcijańskiej obecna jest głęboka nadzieja, zakorzeniona w nieskończonej miłości Boga do całego stworzenia, że zwierzęta w jakiś sposób mogą uczestniczyć w odnowionym wszechświecie, stając się częścią nowej harmonii, której obietnicę zawiera Pismo Święte.

Jednym z najbardziej poruszających obrazów proroczych odnoszących się do przyszłości stworzenia jest proroctwo z Księgi Izajasza, które przedstawia wizję mesjańskiego pokoju: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał.” (Iz 11,6–9). Choć ten fragment bywa interpretowany symbolicznie, wielu teologów – w tym Ojcowie Kościoła – widzi w nim zapowiedź nowego stworzenia, w którym harmonia obejmie całość natury.

Również Psalm 104 ukazuje Bożą opatrzność wobec całego stworzenia: „Wszystko to czeka na Ciebie, byś dał im pokarm w swym czasie. Gdy im udzielasz, zbierają; gdy rękę swą otwierasz, sycą się dobrami. Gdy skryjesz swe oblicze, wpadają w niepokój; gdy im oddech odbierasz, marnieją i powracają do swojego prochu. Stwarzasz je, gdy ślesz swego Ducha i odnawiasz oblicze ziemi.” (Ps 104,27–30). W tym opisie cyklu życia widzimy zarówno zależność stworzeń od Boga, jak i nadzieję na ich odnowienie przez Jego Ducha (hebr. ruach), który ożywia i odnawia ziemię.

Jednym z najmocniejszych tekstów Nowego Testamentu odnoszących się do przyszłości całego stworzenia jest List św. Pawła do Rzymian: „Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy, oczekując – odkupienia naszego ciała.” (Rz 8,19–21). Św. Paweł ukazuje tu stworzenie jako uczestnika dramatycznej historii zbawienia – również ono cierpi, oczekuje wyzwolenia i ma udział w nadziei chwały. To jeden z najmocniejszych biblijnych argumentów sugerujących, że Boże dzieło odkupienia obejmuje nie tylko ludzi, lecz cały stworzony świat.

W Księdze Apokalipsy znajdujemy wizję nowej rzeczywistości po końcu czasów:

„I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły, i morza już nie ma.” (Ap 21,1). I dalej: „I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: «Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni Jego ludem, a On będzie ‘BOGIEM Z NIMI’. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły». I rzekł Zasiadający na tronie: «Oto czynię wszystko nowe».” (Ap 21,3–4).

Choć zwierzęta nie są wymienione wprost, kontekst odnowienia całego stworzenia – w tym również w Apokalipsa poprzez obraz drzewa życia i wody żywej – pozwala interpretować tę wizję jako obejmującą wszystkie byty stworzone:

I ukazał mi rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka. Pomiędzy rynkiem Miasta a rzeką, po obu brzegach, drzewo życia, rodzące dwanaście owoców – wydające swój owoc każdego miesiąca – a liście drzewa [służą] do leczenia narodów. Nic godnego klątwy już [odtąd] nie będzie. (Ap 22, 1–3).

Wreszcie, słowa Jezusa z Ewangelii Mateusza: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię.” (Mt 10,29), ukazują Bożą troskę o nawet najmniejsze stworzenia. Choć to zdanie nie mówi o losie zwierząt po śmierci, to ukazuje, że każde stworzenie ma znaczenie w oczach Boga – a to może być przesłanką do wiary, że Jego miłość i plan odkupienia obejmuje również ich rzeczywistość.

W Dziejach Apostolskich znajduje się niezwykle wymowna wizja św. Piotra. Choć nie odnosi się bezpośrednio do obecności zwierząt w niebie, jej głównym przesłaniem jest objawienie uniwersalności zbawienia – przekroczenie dotychczasowego podziału na czyste i nieczyste, odnoszącego się do ludzi, zarówno Żydów, jak i pogan. Pośrednio jednak wizja ta może stanowić punkt wyjścia do teologicznej refleksji nad miejscem zwierząt w Bożym planie. Ukazując całe stworzenie, w tym różnorodne zwierzęta, i opatrzona słowami Boga: „Co Bóg oczyścił, ty nie miej za skalane”, sugeruje, że wszystko, co wyszło spod Bożej ręki, posiada wartość i jest godne szacunku.

Następnego dnia, gdy oni byli w drodze i zbliżali się do miasta, wszedł Piotr na dach, aby się pomodlić. Była mniej więcej szósta godzina. Odczuwał głód i chciał coś zjeść. Kiedy przygotowywano mu posiłek, wpadł w zachwycenie. Widzi niebo otwarte i jakiś spuszczający się przedmiot, podobny do wielkiego płótna czterema końcami opadającego ku ziemi. Były w nim wszelkie zwierzęta czworonożne, płazy naziemne i ptaki powietrzne. «Zabijaj, Piotrze i jedz!» – odezwał się do niego głos. «O nie, Panie! Bo nigdy nie jadłem nic skażonego i nieczystego» – odpowiedział Piotr. A głos znowu po raz drugi do niego: «Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił». Powtórzyło się to trzy razy i natychmiast wzięto ten przedmiot do nieba. (Dz 10, 9–16).

Podsumowując, choć Biblia nigdzie nie mówi wprost, że „zwierzęta będą w niebie”, to liczne fragmenty sugerują, że Boże zbawienie dotyczy całego stworzenia. Miłość Boga, która ogarnia wszelkie istoty, oraz biblijne wizje odnowionego świata pozwalają mieć nadzieję, że zwierzęta także znajdą swoje miejsce w wiecznej harmonii nowego stworzenia.

Niebo i stworzenie w apokryfach

Obecność zwierząt w pismach apokryficznych i pseudoepigraficznych – zarówno żydowskich, jak i chrześcijańskich – może świadczyć o tym, że idea udziału całego stworzenia w eschatologicznym porządku zbawienia była głęboko zakorzeniona w wyobraźni religijnej i duchowej starożytnych wspólnot. Choć teksty te nie mają statusu natchnionych w kanonie biblijnym, ukazują pewien nurt przekonań, według którego zwierzęta nie były traktowane wyłącznie jako tło historii zbawienia, lecz jako realne elementy Bożego planu. Ich obecność w wizjach nieba, sądu lub nowego stworzenia może być odczytywana jako teologiczna intuicja, że miłosierdzie i sprawiedliwość Boga obejmują całą rzeczywistość – również tę pozaludzką. Świadczy to o szerokim, całościowym rozumieniu odkupienia, w którym cały kosmos, a nie tylko człowiek, ma uczestniczyć w ostatecznym pojednaniu z Bogiem.

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o obecność zwierząt w niebie, warto sięgnąć nie tylko do tekstów kanonicznych, ale także do bogatego dziedzictwa literatury apokryficznej. Choć pisma te nie tworzą jednolitej doktryny, ukazują szerokie spektrum wyobrażeń eschatologicznych, w których zwierzęta odgrywają nieraz znaczącą, choć nie zawsze oczywistą rolę. W wielu z tych dzieł odnaleźć można sugestie, obrazy lub symbole, które wskazują na możliwość udziału całego stworzenia – również zwierząt – w rzeczywistości niebiańskiej.

W apokaliptycznej części 1 Księgi Henocha, znanej jako Apokalipsa Zwierząt, autor przedstawia historię Izraela za pomocą alegorii zwierzęcych: ludzie są reprezentowani jako różne gatunki zwierząt, a sam Bóg jako pasterz. Choć te obrazy mają charakter symboliczny, już sama decyzja o przedstawieniu dziejów zbawienia poprzez świat zwierzęcy sugeruje głębokie powiązanie ich losu z boskim planem. (1 Księga Henocha, rozdz. 85–90).

W 2 Księdze Henocha, zwanej również Henochem Słowiańskim, znajdujemy opisy poziomów niebios, gdzie różne aspekty stworzenia, w tym także zwierzęta, oddają chwałę Bogu. Choć wzmianki o nich są krótkie i marginalne, to jednak wskazują na obecność stworzeń innych niż aniołowie czy dusze ludzkie w przestrzeni nieba.

„A ci mężowie wzięli mnie stamtąd i zaprowadzili do trzeciego nieba, i tam umieścili mnie w pośrodku Raju. Spojrzałem w dół i ujrzałem plony tych miejsc – tak wspaniałe, jakich nigdy wcześniej nie widziano ze względu na ich niezwykłą dobroć. Zobaczyłem wszystkie drzewa pełne słodkich kwiatów i wonnych owoców, a każdy ich owoc wydzielał zapach cudowny i przepełniający powietrze. Pośród tych drzew znajdowało się drzewo życia, na miejscu, gdzie Pan przebywa, gdy wstępuje do Raju. Drzewo to było niewypowiedzianie dobre i pełne wonności, piękniejsze niż cokolwiek innego na ziemi. Ze wszystkich stron lśniło niczym złoto, szkarłat i ogień, a jego korona rozciągała się szeroko, obejmując wszystko dookoła. Rodziło ono owoce wszystkich rodzajów. Jego korzeń tkwił głęboko w ogrodzie, na krańcu ziemi. A raj ten znajduje się pomiędzy śmiertelnością a nieśmiertelnością. Z tego miejsca wypływają dwa źródła – jedno wydaje mleko, drugie miód – a ich odnogi przynoszą oliwę i wino. Dzielą się one na cztery strumienie, które płyną łagodnym nurtem i wpływają do Raju Edenu, położonego pomiędzy śmiertelnością a nieśmiertelnością. Stamtąd rozlewają się na całą ziemię, zataczając krąg niczym inne żywioły. W tym miejscu nie istnieje drzewo, które nie rodziłoby owoców, a każda przestrzeń jest pełna błogosławieństwa. A jest tam trzystu bardzo jasnych aniołów, którzy strzegą ogrodu i z nieustannym słodkim śpiewem oraz nigdy niecichnącymi głosami służą Panu przez wszystkie dni i godziny. I rzekłem: „Jakże słodkie jest to miejsce!” A ci mężowie odpowiedzieli mi: „To miejsce, Enochu, zostało przygotowane dla sprawiedliwych – tych, którzy cierpliwie znoszą wszelkie utrapienia zadawane im przez tych, co ranią ich dusze; którzy odwracają swe oczy od nieprawości, sądzą sprawiedliwie, karmią głodnych chlebem, przyodziewają nagich, podnoszą upadłych, wspierają zranione sieroty; którzy postępują nienagannie przed obliczem Pana i służą jedynie Jemu. Dla nich właśnie to miejsce zostało przeznaczone jako wieczne dziedzictwo.” (2 Hen 8:1–10; 9:1)

a dalej:

„Spojrzałem i ujrzałem inne latające istoty (…) zwane feniksami i chalkydri, cudowne i wspaniałe. Miały nogi i ogony w kształcie lwa oraz głowy krokodyla. Ich ciało lśniło purpurowym blaskiem, przypominającym barwy tęczy. Były olbrzymie, miały dziewięćset miar wysokości, a ich skrzydła, jak skrzydła aniołów, było ich [po] dwanaście na każdą z tych istot. Służyły słońcu, niosąc ciepło i rosę, wykonując polecenie Boga”. (2 Hen 12:1)

Wówczas żywioły słońca – feniksy i chalkydri – zaczynają śpiewać. Dlatego każdy ptak trzepoce skrzydłami, radując się z obecności Dawcy Światła. Na Jego rozkaz rozbrzmiewa ich śpiew. Dawca Światła przybywa, by przynieść blask całemu światu, a poranna straż nabiera kształtu – są nią promienie słońca. (2 Hen 15:1–2)

Owe feniksy i chalkydri to mityczne stworzenia, które pojawiają się w tekstach apokryficznych, szczególnie w kontekście wizji nieba i boskich chórów uwielbiających stwórcę. Choć te postacie mają swoje korzenie w różnych tradycjach religijnych, ich symbolika i rola w opowieściach biblijnych, zarówno kanonicznych, jak i apokryficznych, są wyjątkowe, a ich obecność w niebiańskich sferach stanowi wyraz boskiej chwały.

Feniksy i chalkydri, mimo że mogą wydawać się elementami fantastycznymi, pełnią w literaturze apokryficznej znaczącą rolę jako świadkowie boskiej chwały. Ich obecność w niebie świadczy o wielkiej różnorodności stworzenia, które zdolne jest do uwielbiania Boga. Jednocześnie stanowią symbol jedności duchowego i materialnego porządku – nawet najbardziej „dzikie” czy mityczne stworzenia są włączone w doskonały niebiański ład. Zajmując miejsca na krańcach niebios, pełnią funkcje ochronne i strzegą przejść między sferami, oddając chwałę Bogu, który jest Stwórcą wszystkiego, co istnieje, w niebie i na ziemi.

„Testament Dwunastu Patriarchów” zawiera fragment mówiący o tym, że i zwierzęta należy uważać za istoty, podobnie jak ludzi, zasługujące na miłosierdzie, trudno zatem sobie wyobrazić, że zostaną one przez Pana Boga poddane anihilacji:

„A teraz, moje dzieci, nakazuję wam, abyście przestrzegali przykazań Pana, abyście okazali miłosierdzie bliźniemu waszemu i mieli litość nad wszystkimi, nie tylko nad ludźmi, ale także nad zwierzętami. Bo dla tej rzeczy Pan mi błogosławił; a gdy wszyscy moi bracia byli chorzy, ja uszedłem bez choroby, bo Pan zna zamiary każdego. (Testamenty Dwunastu Patriarchów/Testament Zabulona: 5, 1–2)”.

W tradycji chrześcijańskiej szczególnie wyrazistym przykładem obecności zwierząt w niebie jest Apokalipsa Pawła, znana także jako Visio Pauli. Można w owym tekście znaleźć takie zdania:

„Gdy byłem w ciele, w którym zostałem porwany do trzeciego nieba, doszło mnie słowo Pańskie o tej treści: Powiedz temu ludowi: (…) Pamiętajcie więc i wiedzcie, że całe stworzenie jest poddane Bogu, lecz jedynie ludzkość grzeszy. Ma [człowiek] władzę nad całym stworzeniem, a grzeszy bardziej niż cała natura”. (ApPw. 3).

„Wiedzcie, synowie ludzcy, że całe stworzenie zostało poddane Bogu; ale tylko rodzaj ludzki, grzesząc, gniewa Boga.” (ApPw. 5).

A w dalszej części owej wizji Apostoł widzi ziemię obiecaną zbawionym po powtórnym przyjściu Chrystusa, nową ziemię, i opisuje ją tak:

„I rozejrzałem się po tej ziemi i zobaczyłem rzekę płynącą mlekiem i miodem. A na brzegu rzeki były zasadzone drzewa pełne owoców: teraz każde drzewo rodziło dwanaście owoców w roku, a miały różne i rozmaite owoce: i widziałem kształt, wygląd tego miejsca i całe dzieło Boga, i zobaczyłem tam palmy dwudziestołokciowe i inne dziesięciołokciowe: a ta ziemia była siedem razy jaśniejsza od srebra. A drzewa były pełne owoców od korzenia aż do górnych gałęzi. (Od korzenia każdego drzewa aż do jego serca było dziesięć tysięcy gałęzi z dziesiątkami tysięcy gron, [i było dziesięć tysięcy gron na każdej gałęzi,] i było dziesięć tysięcy daktyli w każdym gronie. I tak było również z winoroślą. Każda winorośl miała dziesięć tysięcy gałęzi, a każda gałąź miała na sobie dziesięć tysięcy kiści winogron, a każda kiść miała na sobie dziesięć tysięcy winogron. I były tam inne drzewa, miriady miriad ich, a ich owoce były w tej samej proporcji.) I powiedziałem do anioła: Dlaczego każde drzewo wydaje tysiące owoców? Anioł odpowiedział i rzekł do mnie: Ponieważ Pan Bóg swojej hojności daje swoje dary w obfitości godnym; bo i oni z własnej woli umartwiali się, gdy byli na świecie, czyniąc wszystko dla Jego świętego imienia.” (ApPw. 22).

potem zaś dodaje:

„Patrzyłem i widziałem, jak niebo trzęsło się jak drzewo, które porusza wiatr; i nagle rzucili się na twarze przed tronem; i widziałem dwudziestu czterech starszych i cztery zwierzęta oddające cześć Bogu; i widziałem ołtarz i zasłonę i tron, i wszyscy się radowali, a dym słodkiej woni unosił się obok ołtarza tronu Bożego.” (ApPw. 44).

W Apokalipsie Pawła, choć brak w niej wielu bezpośrednich wzmianek o zwierzętach w niebie czy na odnowionej ziemi, te fragmenty opisujące wizję Apostoła sugerują ich obecność. Widział tam bowiem całe Boże dzieło, co pozwala przypuszczać, że obejmowało ono również zwierzęta. Opis nieba jako bujnego, rajskiego ogrodu z cudownymi, oddającymi chwałę Bogu drzewami, może pośrednio sugerować realność zwierząt jako integralnej części niebiańskiej harmonii, a nie jedynie alegorii. Mimo więc tego, że zwierzęta nie są tam wymienione wprost, poza owymi czterema, charakterystyka tegoż rajskiego środowiska naturalnie implikuje ich obecność jako mieszkańców tak wspaniałego świata.

W Dziejach Pawła i Tekli pojawia się interesujący wątek relacji między świętą a dzikimi bestiami. Lwica, która miała ją rozszarpać, ostatecznie staje się obrończynią świętej. Cudowna przemiana zwierzęcia pod wpływem świętości postaci może być odczytana jako zapowiedź ostatecznego pojednania między człowiekiem a naturą w przyszłym świecie:

„Tekla została (…) rozebrana do naga, opasana chustą i rzucona na miejsce przeznaczone do walki ze zwierzętami. Następnie wypuszczono na nią lwy i niedźwiedzie. Lecz lwica, która była najdziksza ze wszystkich, podbiegła do Tekli i padła jej do stóp. Na to tłum kobiet głośno krzyknął. Wtedy w jej kierunku z niebywałą agresją rzuciła się niedźwiedzica; lecz lwica stanęła jej na drodze i rozszarpała ją. Następnie lew, przyzwyczajony do pożerania ludzi (…), rzucił się na nią, ale lwica starła się z nim i oba zwierzęta zginęły. Wtedy kobiety zmartwiły się jeszcze bardziej, ponieważ lwica, która pomogła Tekli, była martwa. Następnie wyprowadzono wiele innych dzikich zwierząt, lecz Tekla stała z rękami wyciągniętymi ku niebu i modliła się. Kiedy skończyła się modlić, odwróciła się i zobaczyła dół z wodą, i rzekła: Teraz jest właściwy czas, abym została ochrzczona”. (DPTekli, 9, 1–2)

W Pasterzu Hermasa, alegorycznym dziele o drodze duchowego wzrastania, zwierzęta – głównie dzikie bestie – symbolizują pokusy i niebezpieczeństwa duchowe. Jednak w miarę postępów bohatera, pojawia się obraz przestrzeni wolnej od bestii, co może być interpretowane jako wyraz duchowego pokoju, który ma także wymiar kosmiczny.

Wspólnym motywem wszystkich tych tekstów, mimo różnic teologicznych i literackich, jest powrót do stanu pierwotnej harmonii – do Edenu lub jego eschatologicznego odpowiednika. Zwierzęta, czy to obecne symbolicznie, czy też wyraźnie opisane, są częścią tej odnowionej rzeczywistości. Apokryficzne wizje nieba nie są zatem jedynie projekcją nagrody dla ludzi, lecz także obrazem kosmicznego pojednania, w którym całe stworzenie, zgodnie ze słowami Pawła z Listu do Rzymian, „wzdycha i jęczy”, oczekując pełnego odkupienia. W tym świetle obecność zwierząt w niebie, choć rzadko przedstawiana w sposób bezpośredni i jednoznaczny, jawi się jako naturalna i wewnętrznie spójna część wizji ostatecznego zbawienia.

W logionie 3 Ewangelii Tomasza Jezus mówi: „Jezus powiedział: «Jeśli ci, którzy wam przewodzą, powiedzą wam: Oto królestwo jest w niebie, wtedy ptaki niebieskie będą przed wami. Jeśli powiedzą wam: Jest w morzu, wtedy ryby będą przed wami. Ale królestwo jest w was i poza wami».” Choć tekst ten nie mówi bezpośrednio o obecności zwierząt w niebie, sugeruje, że królestwo Boże obejmuje całe stworzenie, zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

Obecność zwierząt w apokryfach i pseudoepigrafach żydowskich oraz chrześcijańskich ukazuje, że idea ich udziału w eschatologicznym porządku zbawienia była głęboko zakorzeniona w duchowej wyobraźni starożytnych wspólnot. Choć teksty te nie mają statusu natchnionych w kanonie biblijnym, ukazują nurt przekonań, według którego zwierzęta nie były traktowane wyłącznie jako tło historii zbawienia, lecz jako realne elementy Bożego planu.

W 1 Liście św. Klemensa do Koryntian można zaś znaleźć takie słowa:

„Kolejne wiosny, lata, jesienie i zimy w pokoju jedne drugim ustępują miejsca. Wiatry, we właściwych porach i w wyznaczonych im dziedzinach, spełniają wiernie swoją służbę. Źródła wód, bijące nieustannie, stworzone dla radości i zdrowia, hojnie poiły i poją człowieka, bez chwili przerwy niosąc życie. Najmniejsze nawet zwierzęta spotykają się w zgodzie i pokoju. Wszystko to wielki Pan i Stwórca wszechświata ustanowił, aby istniało w harmonii, pokoju i posłuszeństwie Jego woli. Wszystkim czyni dobro, a szczególnie nam, którzy szukamy schronienia w Jego miłosierdziu przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa – Jemu chwała i majestat na wieki wieków. Amen”. (1 Klem. do Kor. 20, 1–12).

Powyższy cytat ukazuje harmonię panującą w stworzeniu, co można odczytywać jako zapowiedź nadziei na przywrócenie pokoju także między ludźmi a zwierzętami w czasach ostatecznych. Wspólnym motywem wszystkich wcześniej przytoczonych tekstów apokryficznych jest bowiem wizja odnowionego świata, w którym zapanuje pokój i zgoda pomiędzy wszystkimi stworzeniami. Choć nie zawsze wyrażone jest to wprost, obecność zwierząt w eschatologicznych wizjach sugeruje ich istotną rolę w Bożym planie zbawienia.

Czy zwierzęta mają duszę?

Czy różni się ona od duszy ludzkiej?

Zagadnienie duszy u zwierząt i jej ewentualnych różnic w stosunku do duszy ludzkiej jest przedmiotem wielowiekowej refleksji teologicznej i filozoficznej. W samym Piśmie Świętym termin „dusza” (hebrajskie nefesz, greckie psyche) odnosi się do „żywego istnienia”, co oznacza, że zarówno ludzie, jak i zwierzęta są określane jako „dusza żywa”, jak czytamy w Księdze Rodzaju (Rdz 1,20–21; Rdz 2,7). Niemniej jednak, Biblia podkreśla wyjątkowość człowieka, który jako jedyny został stworzony na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1,26–27). Tradycja chrześcijańska interpretuje to podobieństwo jako obdarzenie człowieka wolną wolą, zdolnością do poznania Boga, odpowiedzialnością moralną oraz nieśmiertelną duszą. W tradycji katolickiej, szczególnie w filozofii świętego Tomasza z Akwinu, rozróżnia się duszę zwierzęcą, która jest cielesną zasadą życia i zdolnością do odczuwania, od duszy ludzkiej, która jest rozumna i nieśmiertelna. Według tego klasycznego ujęcia, dusza ludzka, będąc duchową, nie umiera wraz z ciałem, lecz trwa w wieczności, natomiast dusza zwierzęca nie jest nieśmiertelna i zanika wraz ze śmiercią biologiczną organizmu. Warto jednak zauważyć, że współczesna teologia oraz niektórzy Ojcowie Kościoła, jak na przykład święty Bazyli Wielki i święty Ireneusz z Lyonu, dopuszczają myśl, że Bóg, w swojej nieskończonej miłości i łasce, może zachować zwierzęta w nowym stworzeniu, jeśli taka będzie Jego wola, nie z racji ich własnych zasług, lecz z Bożej suwerennej decyzji. I raczej nie będzie zważał na to co napisał Akwinata, czy inni teologowie.

Czy zwierzęta będą w niebie po zmartwychwstaniu?

Choć Pismo Święte nie wypowiada się wprost na temat obecności zwierząt w niebie po zmartwychwstaniu, zawiera inspirujące wskazówki i symbolikę, które skłaniają do refleksji. Prorok Izajasz w swojej wizji przyszłego pokoju i harmonii zapowiada: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera położy się obok koźlęcia… nie będą wyrządzać szkody ani zniszczenia…” (Iz 11,6–9). Z kolei List do Rzymian wyraża tęsknotę całego stworzenia: „Stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych… będzie wyzwolone z niewoli skażenia…” (Rz 8,19–21). Te fragmenty sugerują, że Boży plan odkupienia i przemiany obejmuje całe stworzenie, a nie tylko ludzkość, i że w przyszłości nastąpi przywrócenie pierwotnej harmonii. Wizja „nowego nieba i nowej ziemi” opisana w Apokalipsie świętego Jana (Ap 21) przedstawia nie tylko duchowy stan, ale także fizyczną, całkowicie odnowioną rzeczywistość. Jeśli ta nowa rzeczywistość ma zawierać wszystko, co dobre, czyste i piękne, to nic logicznie nie wyklucza obecności w niej zwierząt. Co więcej, można przypuszczać, że te zwierzęta, które za życia były szczególnie bliskie człowiekowi, mogą znaleźć swoje miejsce w nowym stworzeniu jako szczególne znaki Bożej dobroci i miłości do całego stworzonego świata. Bo że Bóg będący Miłością stworzył wszystko z miłości, to już wiemy.

Zmartwychwstanie ciał, o którym mówi Pismo Święte i nauka Kościoła, jest obietnicą, która dotyczy wyłącznie ludzi. To oni, w dniu ostatecznym, zostaną wskrzeszeni, a ich ciała zostaną przemienione i na nowo zjednoczone z nieśmiertelnymi duszami. Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian zapewnia: „Bóg zaś i Pana wskrzesił i nas również swą mocą wskrzesi z martwych.” (1 Kor 6,14). Podobnie, w Ewangelii według świętego Jana czytamy: „Nadchodzi bowiem godzina, w której wszyscy, którzy spoczywają w grobach, usłyszą głos Jego…” (J 5,28). Ciała, które powstaną z martwych, będą uwielbione, nieśmiertelne i wolne od wszelkiego cierpienia, zdolne do pełnego uczestnictwa w duchowym życiu w obecności Boga (por. 1 Kor 15,42–44).

W odniesieniu do zwierząt tradycyjna teologia nie mówi o zmartwychwstaniu w ścisłym tego słowa znaczeniu. Niemniej jednak istnieje nadzieja oraz przestrzeń dla teologicznej refleksji nad możliwością ich udziału w nowym stworzeniu – jeśli taka będzie wola Boża. Zwierzęta mogą zostać przywrócone do istnienia jako część odkupionego kosmosu. Kościół nie wypowiada się w tej sprawie jednoznacznie, pozostawiając ją tajemnicy Bożego planu.

Zgodnie z klasycznym ujęciem, dusza ludzka jest duchowa i nieśmiertelna, natomiast dusza zwierzęca jest zasadą życia – materialną i śmiertelną. A jednak, jeśli Bóg może przywrócić do istnienia ludzkie ciało, które uległo spaleniu, rozproszeniu, zostało pożarte przez zwierzęta lub obróciło się w proch – to czy nie mógłby także zechcieć przywrócić do istnienia istot zwierzęcych, wraz z ich ciałami i duszami? Któż mógłby Mu to uniemożliwić? Czy Bóg w czymkolwiek podlega ograniczeniu?

Zmartwychwstanie jest obietnicą daną człowiekowi, który powstanie w ciele uwielbionym. Obecność zwierząt w nowym stworzeniu pozostaje zaś otwartą kwestią – zawierzoną wolności i miłosierdziu Stwórcy.

Czy nauki Pana Jezusa dają zwierzętom nadzieję na niebo?

Nowy Testament nie wypowiada się jednoznacznie na temat tego, czy zwierzęta trafiają do nieba. Nie znajdziemy tam prostego potwierdzenia, że czworonogi, ptaki czy inne stworzenia znajdą się w wieczności razem z ludźmi. Jednak w wielu miejscach między wierszami przebija się myśl, że Boży plan odkupienia obejmuje nie tylko człowieka, ale całe stworzenie – w tym także zwierzęta.

Jezus sam wielokrotnie odwołuje się do zwierząt, ukazując je jako istoty pozostające pod troskliwą opieką Boga. W Ewangelii Mateusza mówi: „Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi.” (Mt 6,26). To proste, codzienne porównanie staje się nośnikiem głębokiej prawdy teologicznej: zwierzęta są ważne dla Boga, nie są Mu obojętne, nawet jeśli nie posiadają takiej samej świadomości czy moralności jak człowiek. W Ewangelii Łukasza Jezus rozwija tę myśl jeszcze bardziej: „Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych.” (Łk 12,6). W obu fragmentach wybrzmiewa czułość Boga wobec stworzenia i troska, która nie pomija nawet najmniejszych istot. Te słowa mogą sugerować, że życie zwierząt ma duchowe znaczenie, które nie kończy się wraz ze śmiercią.

Najbardziej dobitnie ideę odkupienia całego stworzenia wyraża apostoł Paweł w Liście do Rzymian. W jednym z przytaczanych już wcześniej najbardziej poruszających fragmentów pisze:

Stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. (Rz 8,19–22).

Ten fragment staje się dla wielu teologów i wierzących podstawą do rozważań o przyszłości zwierząt w kontekście zbawienia. Paweł nie mówi tu jedynie o ludzkości – jego słowa obejmują całe stworzenie, które cierpi i czeka na wyzwolenie. W tej wizji nie chodzi tylko o odkupienie dusz ludzkich, ale o przywrócenie pierwotnej harmonii całemu stworzeniu – także roślinom i zwierzętom, które od początku były częścią Bożego planu.

W tych natchnionych słowach widać tęsknotę za światem, w którym nie ma już cierpienia, przemocy ani śmierci – takim, jaki Bóg zaplanował od początku i do którego, zgodnie z biblijną nadzieją, świat zmierza. To otwiera przestrzeń dla wyobrażenia, że zwierzęta, choć może nie zbawiane w taki sam sposób jak ludzie, również mają swój udział w ostatecznym odnowieniu wszystkiego. Ich obecność w przyszłym świecie, w pełni miłości i pokoju, nie jest więc wykluczona – przeciwnie, może być integralną częścią nowego stworzenia, które „uzyska wolność chwały dzieci Bożych”.

Święty Paweł, pisząc w Liście do Rzymian o „synach Bożych”, odnosi się do wierzących, którzy przez wiarę i życie w Duchu Świętym zostali adoptowani do Bożej rodziny i uczestniczą w synostwie Bożym. Nie jest to tytuł zarezerwowany wyłącznie dla Jezusa Chrystusa, lecz obejmuje wszystkich, którzy zostali „przybrani za dzieci” przez Boga – czyli chrześcijan dążących do świętości i zjednoczenia z Nim.

W kontekście Rz 8,19–22 „objawienie się synów Bożych” oznacza moment ostatecznego ukazania, kim naprawdę są ci, którzy trwają w łasce – chwilę ich pełnego zbawienia, kiedy nastąpi przemienienie wiernych Bogu. To wydarzenie ma nie tylko wymiar osobisty czy duchowy, lecz także kosmiczny. Paweł naucza, że całe stworzenie z utęsknieniem oczekuje tego momentu, ponieważ wówczas również ono zostanie „wyzwolone z niewoli zepsucia”.

Zatem: synowie Boży to odkupieni ludzie, którzy przez swoje życie w zjednoczeniu z Bogiem stają się narzędziami Jego przemiany. Ich ostateczne uwielbienie będzie początkiem pełnego odnowienia całego stworzenia. To fundamentalna myśl dla teologii katolickiej i prawosławnej, podkreślająca nie tylko indywidualne zbawienie, ale również eschatologiczne uzdrowienie całego kosmosu.

Symbolika zwierząt i nowe stworzenie


Księga Objawienia, znana również jako Apokalipsa świętego Jana, to niezwykle bogaty i symboliczny tekst, ukazujący duchowe tajemnice i przyszłość stworzenia. Choć wiele obrazów w tej księdze ma charakter metaforyczny, nie brakuje w niej odniesień do zwierząt. Nawet jeśli pełnią one funkcję symboliczną, zdają się wskazywać na ich obecność w eschatologicznej rzeczywistości. Zwierzęta pojawiają się nie tylko jako alegorie, lecz także jako istoty współuczestniczące w kulcie Boga, co rzuca światło na ich możliwe miejsce w przyszłym świecie.

W jednej z niezwykle poruszających scen święty Jan opisuje, jak usłyszał, że „wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią, i na morzu, i wszystko, co w nich przebywa, mówiło: «Zasiadającemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc, na wieki wieków!» A czworo Zwierząt mówiło: «Amen»” (Ap 5,13-14). To uniwersalne uwielbienie obejmuje nie tylko istoty duchowe czy ludzi, lecz także wszelkie stworzenie, w tym zwierzęta. Sugeruje to, że mają one nie tylko świadomość istnienia Boga, ale również uczestniczą w chwale nieba. Nie są wykluczone z Bożej obecności – przeciwnie, stanowią jej część.

Jeszcze jedno niezwykłe zwierzę pojawia się w kulminacyjnym momencie objawienia – biały koń. W 19 rozdziale Apokalipsy Jezus przedstawiony jest jako powracający Zwycięzca, siedzący na majestatycznym, białym rumaku. To nie tylko potężny symbol sprawiedliwości i triumfu, lecz także subtelna sugestia, że w odnowionym porządku Bożym zwierzęta również odgrywają rolę – są obecne, realne i towarzyszą Chrystusowi w Jego chwale. Koń, choć oczywiście może pełnić funkcję metafory, nie jest przedstawiony jako abstrakcja – to konkretna istota, wpisująca się w wielką wizję końca czasów.

Księga Objawienia kulminuje w jednej z najbardziej pełnych nadziei wizji w całej Biblii – wizji nowego nieba i nowej ziemi. W rozdziale 21, w wersetach od 1 do 4, Jan opisuje, jak pierwsze niebo i pierwsza ziemia przemijają, a na ich miejsce przychodzi nowy świat – odnowiony, oczyszczony, nieskażony bólem i śmiercią. „I ujrzałem nowe niebo i nową ziemię… i śmierci już nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły”. W tej wizji nie ma już cierpienia, a wszystko, co zostało stworzone, ma szansę na nowe życie. W takim świecie, w którym zostaje przywrócona pierwotna harmonia i pokój, obecność zwierząt – będących częścią pierwotnego stworzenia – wydaje się naturalna, wręcz nieodzowna.

Choć Nowy Testament nie wypowiada się wprost o losie zwierząt po śmierci, przesłanie wyłaniające się z całej Biblii – od Księgi Rodzaju, przez nauczanie Jezusa, aż po apokaliptyczne wizje świętego Jana – ukazuje zwierzęta jako istoty głęboko zakorzenione w Bożym planie. Są obecne w stworzeniu, dotknięte skutkami grzechu, ale też objęte nadzieją na odkupienie. Ich obecność w przyszłym świecie, w odnowionym stworzeniu, nie jest więc ideą obcą – przeciwnie, wpisuje się w całościowy obraz Bożego działania, które zmierza ku pełni i pojednaniu całego stworzenia z Bogiem.

Chrześcijańska nadzieja nie dotyczy zatem jedynie dusz ludzkich, lecz całej rzeczywistości, która – zgodnie ze słowami świętego Pawła – „jęczy i wzdycha w bólach rodzenia”, czekając na odnowę. Zwierzęta, które były z człowiekiem od początku, dzieląc z nim zarówno radość Edenu, jak i ciężar upadku, mogą być także jego towarzyszami w chwale nowego stworzenia. I choć pytanie o niebo dla zwierząt pozostaje częściowo otwarte, przesłanie Biblii tchnie nadzieją, że w Bożym świecie jest miejsce dla wszystkich Jego stworzeń – także tych, które nie mówią ludzkim głosem, ale których obecność była i jest błogosławieństwem.

Powiedzmy to raz jeszcze – choć Nowy Testament nie mówi wprost, że zwierzęta trafią do nieba, wiele nauk Jezusa i fragmentów pism apostolskich zdaje się sugerować, że całe stworzenie ma udział w Bożym planie zbawienia. Jezus zapowiada „odnowienie wszystkich rzeczy” – a skoro w akcie stworzenia zwierzęta były obecne i nazwane „dobrymi”, to można przypuszczać, że i one będą częścią tej odnowy. List do Kolosan mówi, że Chrystus „pojedna z sobą wszystko, zarówno to, co na ziemi, jak i to, co w niebiosach” – sformułowanie to jest niezwykle szerokie i otwiera możliwość, że odkupienie nie ogranicza się jedynie do ludzi. Równie wymowne są słowa z Listu do Rzymian, gdzie Paweł pisze, że całe stworzenie „wzdycha i jęczy w bólach rodzenia”, oczekując objawienia się synów Bożych. To „stworzenie” to nie tylko ludzie – to cały świat, zwierzęta, przyroda – wszystko, co zostało dotknięte skutkami grzechu i co czeka na odkupienie.

Z perspektywy biblijnej można zatem powiedzieć, że zwierzęta – obecne w ogrodzie Eden, dotknięte skutkami grzechu, współcierpiące z człowiekiem, a także chwalące Boga w Objawieniu – są głęboko wpisane w Boży plan.

Ciąg dalszy nastąpi

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Czy w Bożym Królestwie jest miejsce dla zwierząt? Cz I.

[umieściłem już całość. Ale to za długie, trudno się czyta. Teraz umieszczę w 5 częściach, co dzień jedna. MD]

==========================================

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa

Pamięci mojej Matki

Wprowadzenie

Czy w Bożym Królestwie jest miejsce dla zwierząt?

Kiedy byłem dzieckiem, czułem się wspaniale wśród natury, a nie potrzebowałem chodzić daleko – wystarczyło wyjść z domu, bo mieszkałem na jednym z przedmieść Sandomierza, gdzie kończyło się miasto, a zaczynał świat inny, cichy, cudowny. Tam rozpościerały się pola i głębokie wąwozy, wśród drzew rozbrzmiewały ptasie trele, w rozlewiskach i w strumyku na dnie parowu słychać było rechot żab, a w powietrzu tańczyły motyle – lekkie, ulotne, jak beztroskie myśli. Pachniały zioła, polne kwiaty, zboża dojrzewające w słońcu. Wszystko było pełne cudownego życia. Nie zachwycałem się przyrodą świadomie. Była, po prostu była – jak powietrze. Jak sen, który przychodzi co noc, ale dopiero po latach pytasz, co właściwie znaczył.

Wszystko zmieniło się w jeden zimowy wieczór. Pamiętam ciepło pokoju, miękkość drżących płomyków choinkowych świeczek, zapach igliwia i wigilijną wieczerzę. I ten moment, gdy Mama wręczyła mi książkę autorstwa Marii Kownackiej i Marii Kowalewskiej – dwa tomy zatytułowane Głos przyrody. W środku – prosta dedykacja: „Bliżej przyrody – bliżej Boga.”

Te słowa zapadły we mnie niczym ziarno w nieuprawianą wcześniej, ale żyzną i urodzajną glebę.

Książka wciągnęła mnie całkowicie. Chłonąłem ją, a każda strona odkrywała świat, który znałem, ale nie rozumiałem. Nagle drzewa, ptaki i zwierzęta zyskały swoje historie, miejsca i charaktery. Natura przestała być tłem, stając się opowieścią. Tak narodziła się we mnie fascynacja: cicha, głęboka, wierna. Przyszła, by już nigdy nie odejść.

Zawdzięczam to mojej Mamie…

I dziś – z serca, całym sobą – dziękuję Jej za ten dar.

Z czasem jednakże przyszła refleksja głębsza, niemal bolesna.

Zacząłem się zastanawiać: co czeka nas „tam”, po drugiej stronie? W nowym świecie, o którym mówi religia… czy naprawdę będziemy sami? Czy zabraknie tych wszystkich istot, które tak bardzo kochaliśmy i które kochały nas? Zwierząt, które nam towarzyszyły, uczyły czułości, bezinteresownej miłości i były z nami, gdy nikt inny nie potrafił, czy nie chciał być tak bliski, tak wierny?

Nie potrafiłem pogodzić się z teologicznymi opiniami, które przedstawiały niebo wyłącznie jako domenę dusz, pozbawioną jakichkolwiek znanych nam ziemskich elementów. Czyżby Bóg miał zapomnieć o tym, co sam z miłości powołał do istnienia? Czy miałby porzucić to, co uznał za „dobre”? Było to dla mnie nie do przyjęcia. Właśnie wtedy pojawiła się myśl – by poszukać odpowiedzi, zrozumieć i spróbować to opisać.

Ta opowieść to nie traktat ani rozprawa, lecz próba pogodzenia wiary z głosem serca. To może jest tylko niewielka iskra nadziei, ale wierzę, że rozświetli drogę tym, którzy czują podobnie jak ja. Tym, którzy wierzą, że Bóg nie unicestwi Swego stworzenia; że niebo nie będzie puste, ale pełne światła, śpiewu i wszelkiego życia. Że znajdziemy się w miejscu o pięknie niemożliwym do opisania. I że będzie tam wszystko, co kochaliśmy na ziemi – również nasze zwierzęta…

Czy zatem będą one obecne w zaświatach? To pytanie, choć proste, porusza najdelikatniejsze struny ludzkiej duszy. Ma ono wymiar teologiczny, filozoficzny, etyczny i duchowy. Odzwierciedla istotę naszej relacji ze stworzeniem, które towarzyszy nam od zawsze – w codzienności, samotności, radości i cierpieniu. Zwierzęta – tak bliskie, a zarazem tajemnicze – są milczącymi świadkami naszego życia. Ich pośmiertny los staje się odbiciem naszego rozumienia dobra, miłości i Bożego planu dla całego stworzenia.

W chrześcijaństwie zwierzęta są postrzegane na wiele sposobów – nie tylko jako towarzysze człowieka, obecne w jego codziennym życiu, służące pomocą czy dostarczające pożywienia, lecz przede wszystkim jako część Bożego stworzenia. Mają one bez wątpienia swoje miejsce i cel w Jego odwiecznym zamyśle. Refleksja nad ich rolą prowadzi do głębszego pytania o to, czy, a jeśli tak, to w jaki sposób uczestniczą one w Bożym planie zbawienia oraz co ich los mówi o dobroci i mądrości Stwórcy.

Zwierzęta zajmują istotne miejsce nie tylko w refleksji teologicznej, lecz także w kulturze i życiu społecznym człowieka. W wielu tradycjach symbolizują wartości duchowe lub posiadają znaczenie mistyczne. W mitologiach i wierzeniach ludowych często pojawiają się jako posłańcy bogów, opiekunowie dusz czy duchowi przewodnicy. Ich miejsce w zaświatach rozpatrywane jest w świetle tych symbolicznych ról, a pytania o ich los po śmierci wykraczają poza religijne spekulacje – stają się częścią zbiorowej wyobraźni i wrażliwości duchowej zakorzenionej w kulturze.

Pytanie o obecność zwierząt w zaświatach, choć zakorzenione w teologii, wykracza poza jej ramy, stając się również zagadnieniem kulturowym, etycznym i filozoficznym, które porusza wielu wierzących. Współczesna etyka, podkreślając moralną odpowiedzialność człowieka wobec zwierząt i przyrody, rzuca nowe światło na to odwieczne pytanie. W kontekście rozważań o obecności zwierząt w niebie pojawiają się fundamentalne kwestie dotyczące ich wartości moralnej, roli w wiecznym planie stworzenia, a także ich cierpienia, zmysłowości i potencjalnego wymiaru duchowego.

Rozważania o przyszłości całego stworzenia wykraczają poza teologiczne spekulacje. W ramach eschatologii, nauki o rzeczach ostatecznych człowieka i świata, różne tradycje często ukazują zwierzęta jako ważny element odnowienia, co znajduje odzwierciedlenie w apokaliptycznych wizjach harmonijnego zjednoczenia Bożego stworzenia. Sugerują one przyszłość, gdzie cała rzeczywistość – ludzka, zwierzęca i roślinna – powraca do swojego pierwotnego, idealnego miejsca w Bożym porządku.

Czy w niebie znajdzie się miejsce dla zwierząt? To pytanie, choć może z pozoru wydawać się proste, w rzeczywistości porusza najczulsze struny ludzkiego serca i ducha. Nierozerwalna więź człowieka ze zwierzętami – jako przyjaciółmi, towarzyszami i powiernikami codzienności – skłania wielu wierzących do refleksji nad ich losem w perspektywie życia wiecznego. Czy po drugiej stronie Tęczowego Mostu, który zapowiada wieczną szczęśliwość (o ile tam właśnie zmierzają nasze kroki), czeka na nas ponowne spotkanie z tymi, którzy tak wiele znaczyli dla nas w doczesności?

Od lat krąży piękna, anonimowa opowieść o Tęczowym Moście – miejscu, gdzie po śmierci trafiają zwierzęta szczególnie bliskie ludziom. Choć nie ma ona biblijnego umocowania, warto ją wspomnieć. Pierwotnie poetycka, z powodzeniem może być opowiedziana prozą, nie tracąc głębi i emocjonalnego przesłania. To historia niosąca nadzieję, kojąca żal i przypominająca o trwałej więzi z ukochanymi istotami. Pewnie wymyślił ją i przelał na papier ktoś, kto straciwszy swojego czworonogiego przyjaciela, nie mógł się pogodzić z tym, że stracił go na zawsze:

Tuż u progu nieba rozciąga się przestrzeń zwana Tęczowym Mostem.

Gdy odchodzi zwierzę, które było komuś szczególnie bliskie, trafia właśnie w owo miejsce. Rozciągają się tam rozległe łąki i łagodne wzgórza, stworzone po to, by nasi ukochani przyjaciele mogli biegać i bawić się do woli. Jest tam zawsze pod dostatkiem jedzenia, wody i słońca, a każde zwierzę otoczone jest ciepłem, bezpieczeństwem i spokojem.

Wszystkie stworzenia, które za życia były chore lub stare, odzyskują tu zdrowie i witalność. Te, które były zranione albo okaleczone, wracają do pełni sił – tak, jak je pamiętamy z naszych najpiękniejszych wspomnień i snów. Zwierzęta są szczęśliwe i beztroskie. A jednak… każdemu z nich czegoś brak. Tęsknią. Każde czeka na kogoś wyjątkowego – na ukochanego człowieka, którego musiały zostawić za sobą.

Wspólnie biegają i bawią się każdego dnia, aż przychodzi chwila, gdy jedno z nich nagle się zatrzymuje i patrzy w dal. Uszy unoszą się czujnie, oczy błyszczą, a całe ciało napina się w gotowości. Po chwili rzuca się do biegu – coraz szybciej i szybciej pędzi przez zieloną trawę, niesione przeczuciem bliskiego spotkania.

Zostałeś rozpoznany.

Gdy wreszcie się spotykacie, przytulacie się do siebie w milczeniu, w radosnym zjednoczeniu, którego nic już nie przerwie. Twój przyjaciel delikatnie liże cię po policzku, twoje dłonie znów dotykają znajomej sierści, a oczy spotykają się z tym samym, ufnym spojrzeniem, którego nigdy nie zapomniałeś.

I wtedy – już razem – przekraczacie Tęczowy Most…

W tym sensie Tęczowy Most nie jest ostatecznym celem, lecz miejscem przejściowym – krainą radości i ulgi, ale też wyczekiwania. To tam dusze zwierząt żyją w pokoju, zachowując pamięć i miłość wobec tych, których musiały na jakiś czas opuścić. Dopiero w momencie ponownego spotkania z ukochaną osobą ich podróż się dopełnia. Wspólnie wkraczają do ostatecznego, odnowionego świata – do wiecznego domu, który od początku był obiecany zarówno ludziom, jak i całemu Bożemu stworzeniu.

I znów powraca to pytanie, nie dające nam spokoju: Czy zwierzęta znajdą się w niebie?

Niniejsza książka jest podróżą w poszukiwaniu na to odpowiedzi z perspektywy chrześcijaństwa. Przyjrzymy się, jak w owej religijnej tradycji wyobrażane są zaświaty i czy jest w nich miejsce dla naszych „braci mniejszych” – jak św. Franciszek z Asyżu nazwał zwierzęta. Zajrzymy do Pisma Świętego, by zobaczyć, jakie wizje przyszłości ono przedstawia w kontekście zwierząt. Porozmawiamy o tym, czy zwierzęta mają duszę, czy ich miłość i wierność zasługują na wieczne trwanie. Zastanowimy się, czy raj jest przeznaczony wyłącznie dla ludzi, czy może stanowi wielką, Bożą przestrzeń, w której znajdzie się miejsce dla wszystkich Jego stworzeń.

Ta książka jest próbą zrozumienia głębokich więzi łączących nas ze zwierzętami – nie tylko tu, na Ziemi, ale być może również w wymiarze duchowym. Zachęca czytelnika do refleksji nad tym, jak traktujemy naszych mniejszych braci i czy uczucie, które nas z nimi łączy w doczesnym życiu, może trwać także w wieczności.

Zanim jednak przejdziemy dalej, przyjrzyjmy się dwóm kluczowym zagadnieniom: ewolucji rozumienia nieba – czym było, czym jest obecnie i jak jest pojmowane, gdzie się teraz znajduje i jaka będzie jego lokalizacja po końcu świata – oraz naturze śmierci, obejmującej jej rozumienie, źródła, przyczyny i skutki, a także pytanie, dlaczego dotyka zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Zacznijmy od śmierci i cierpienia.

Śmierć i cierpienie


Śmierć to jedno z najbardziej fundamentalnych, a zarazem tajemniczych doświadczeń, które dotyka każdego człowieka i każde żywe stworzenie. Z biologicznego punktu widzenia stanowi kres życia organizmu – zatrzymanie jego funkcji, rozpad ciała i powrót do elementarnych form materii. W Księdze Rodzaju znajdujemy słowa, które ukazują nie tylko fizyczny wymiar śmierci, ale i jej nieuchronność: „prochem jesteś i w proch się obrócisz!” (Rdz 3,19 – ten i wszystkie dalsze cytaty biblijne za Biblią Tysiąclecia). Śmierć oznacza więc rozpad cielesnej struktury, którą istoty żywe otrzymały przy stworzeniu.

Nie ogranicza się jednak jedynie do aspektu biologicznego. Posiada także głęboki wymiar duchowy, oznaczając oddzielenie człowieka od Boga, który jest źródłem życia. Taka śmierć może wydarzyć się jeszcze za życia – gdy człowiek świadomie odrzuca Bożą miłość i trwa w grzechu. Jest to stan oddalenia, duchowej pustki i utraty sensu. W perspektywie eschatologicznej śmierć nie oznacza końca, lecz przejście – chwilę, w której człowiek staje przed tajemnicą wieczności. Wtedy rozstrzyga się jego los: wspólnota z Bogiem lub ostateczne odrzucenie, będące skutkiem wolnych wyborów.

Śmierć nie była pierwotnym zamysłem Stwórcy. Człowiek został stworzony do życia w harmonii z Bogiem, z sobą samym, z innymi oraz ze światem przyrody. Księga Mądrości mówi wprost: „śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą” (Mdr 2,24). Apostoł Paweł dopełnia tę myśl, pisząc: „przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…” (Rz 5,12). Już w Raju Bóg ostrzega człowieka: „z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2,17). Jednak człowiek ulega pokusie szatana, który mówi: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,4–5). Kłamstwo to otwiera drogę grzechu, którego skutki są odczuwalne do dziś. Człowiek traci dar nieśmiertelności i jedność z Bogiem. Jak podsumowuje Paweł: „Zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6,23).

Wszyscy dziedziczymy zranioną naturę – skłonność do grzechu i jego skutki. Ciało, które otrzymaliśmy jako dar, nie posiada już przymiotu wiecznego trwania. Nawet Jezus Chrystus, przyjmując ludzką naturę, poddał się prawu śmierci, lecz uczynił to dobrowolnie, dla naszego zbawienia. Jego śmierć nie była jednak końcem, ale bramą do zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. Chrześcijańska wiara głosi nadzieję życia wiecznego – dar łaski Bożej. „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,23). Śmierć, choć nieunikniona, nie jest więc czymś ostatecznym.

Grzech pierworodny przyniósł jednak nie tylko śmierć. Skaził również życie, które ją poprzedza: wprowadził choroby, cierpienie, niedostatek, niepokój. Cierpienie stało się jednym z najdotkliwszych skutków upadku. Już od narodzin nosimy w sobie zranioną kondycję, która czyni nas podatnymi nie tylko na błędy moralne, ale i na rozmaite formy bólu – fizycznego, psychicznego i duchowego. Nasze ciała są kruche, narażone na choroby i słabość, a ostatecznie na rozpad.

Chrystus, stając się człowiekiem, w pełni doświadczył tej kondycji. Dobrowolnie przyjął cierpienie i śmierć, by stać się uczestnikiem naszego losu i ofiarować drogę odkupienia. Jego krzyż ukazuje sens cierpienia, które w świetle wiary nie jest już tylko absurdem, lecz może stać się miejscem spotkania z Bogiem i źródłem przemiany.

Choć śmierć ciała należy do porządku upadłego świata, nie oznacza unicestwienia. Chrześcijańska nadzieja sięga dalej – do życia wiecznego, które przekracza granice biologicznego istnienia. Nie jest to naturalne przedłużenie życia, ale nowa rzeczywistość, która wypływa z Bożej łaski i miłości. Śmierć, choć bolesna, może być przejściem ku pełni – drogą, która prowadzi do uczestnictwa w życiu Boga.

Zanim jednak nastąpi to przejście, człowiek doświadcza wielu form cierpienia: choroby, utraty, osamotnienia, niesprawiedliwości. Grzech pierworodny zakłócił porządek całego stworzenia. Ból i zmaganie stały się częścią ludzkiego losu. Wiara nie usuwa cierpienia, lecz nadaje mu sens – jako miejsca spotkania z Chrystusem i możliwości duchowego wzrostu.

Wiemy zatem dlaczego człowiek cierpi, natomiast cierpienie zwierząt pozostaje jednym z najtrudniejszych pytań, przed jakimi stajmy. Zwierzęta nie mają moralnej odpowiedzialności, nie grzeszą świadomie, a mimo to doświadczają bólu. Ich cierpienie, niewinne i nieme, porusza szczególnie głęboko. Doświadczają chorób, przemocy, głodu, samotności – często z winy człowieka, ale również wskutek działania bezwzględnych praw przyrody. Pojawia się pytanie: dlaczego cierpią istoty, które nie zawiniły?

Jedną z możliwych odpowiedzi jest spojrzenie na stworzenie jako rzeczywistość zranioną przez grzech człowieka. Upadek człowieka nie pozostał bez wpływu na świat – zakłócił porządek całej natury. Jak pisze św. Paweł, „całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,22), oczekując odkupienia. Zwierzęta nie cierpią z własnej winy, ale dlatego, że należą do świata poranionego. Ich ból nie jest jednak bez znaczenia. Można go postrzegać jako ciche uczestnictwo w tajemnicy krzyża, jako nieme wołanie o odnowienie i uzdrowienie. Choć nieświadome w ludzkim sensie, zwierzęta współcierpią ze światem, odsłaniając jego głęboką tęsknotę za zbawieniem.

To cierpienie domaga się od człowieka nie tylko współczucia, lecz także konkretnej odpowiedzialności. W obliczu bólu niewinnych istot człowiek staje przed wezwaniem do troski, ochrony i czujnej obecności wobec powierzonego mu świata. Cierpienie zwierząt, choć niezawinione i trudne do zrozumienia, może mieścić się w tajemniczym Bożym zamyśle obejmującym całe stworzenie. Ich bezbronność przypomina, że odkupienia oczekuje nie tylko ludzkość, ale cały świat, który w Chrystusie ma zostać odnowiony.

Ich ból, pozbawiony winy i świadomego wyboru, może być echem większego cierpienia – zapisem rozdarcia, które dotknęło całą rzeczywistość. Nie jest to kara, ale skutek głębszego pęknięcia, jakie powstało wraz z grzechem człowieka. W tym sensie cierpienie zwierząt może wskazywać na tajemnicę współcierpienia stworzenia i przypominać o powszechnym oczekiwaniu na odkupienie. Ich los nie jest obojętny wobec Boga; przeciwnie – stanowi część historii zbawienia, w której nic, co stworzone, nie zostaje pominięte.

To ciche cierpienie przypomina, że zbawienie nie dokona się w oderwaniu od reszty świata, ale w zjednoczeniu z nim, gdy wszystko zostanie poddane Chrystusowi. Ból zwierząt, choć trudny do pogodzenia z ludzkim rozumieniem sprawiedliwości, może być nie tylko dramatem, lecz także wołaniem o przemianę i znakiem nadziei, że Bóg nie pozostawi bez odpowiedzi żadnego cierpienia.

Niebo – czym jest i gdzie się znajduje?

Ludzkie wyobrażenia o niebie często bywają zaskakująco uproszczone. Wielu wierzącym wydaje się, że ci, którzy dostąpili zbawienia, spędzają wieczność na nieustannym chodzeniu w kręgu, odziani w długie, białe szaty sięgające pięt, akompaniując sobie na lirach i nieustannie wyśpiewując „Hosanna”. Jeśli taka miałaby być istota wiecznej szczęśliwości, to z pewnością nie wydawałaby się ona szczególnie pociągająca. Monotonia i nuda, nuda i monotonia – trudno wyobrazić sobie coś mniej zachęcającego. Na szczęście, te potoczne wizje mają niewiele wspólnego z tym, co objawia nam Biblia i Święta Tradycja. Jak poucza katolicka eschatologia, rzeczywistość nieba jest o wiele bardziej złożona i pełna. Zanim jednak zagłębimy się w naturę szczęścia wiekuistego, spróbujmy odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: czym właściwie jest to niebo?

Nie da się ukryć, że jest to kwestia niezwykle trudna i zdefiniowanie tego miejsca nieustającej szczęśliwości nie jest zadaniem łatwym, o ile w ogóle w pełni możliwym. W powszechnym myśleniu zakorzeniło się przekonanie, że niebo znajduje się ponad naszymi głowami, gdzieś za chmurami. Przez wieki takie wyobrażenie było bliskie wielu katolikom. Jednakże, w dobie lotów kosmicznych i dynamicznego rozwoju astronomii, teologowie zdecydowanie odrzucają to – a przynajmniej tak się wydaje – naiwne wyjaśnienie. Za chmurami rozciąga się bezkresny Kosmos, pełen gwiazd i planet tworzących rozległe galaktyki. „Nie, to na pewno nie jest niebo – Kraina Wiecznej Szczęśliwości” – argumentują jedni. Dla innych natomiast, te współczesne odkrycia stawiają pytanie, czy to niebo nie jest umiejscowione właśnie w którejś z niezbadanych głębin Kosmosu. Niemniej jednak, są to poglądy nieoficjalne, a nasza refleksja skupi się na nauczaniu Kościoła.

Całe nieporozumienie wynika prawdopodobnie z faktu, że ludziom najłatwiej jest mówić o tym, co nadprzyrodzone, odwołując się do porównań ze światem przyrodzonym, materialnym – z tym wszystkim, co ich otacza od narodzin aż po śmierć, czego mogą dotknąć, zobaczyć, usłyszeć, słowem, do tego, co jest pojmowalne zmysłami. Tymczasem, rzeczywistość nieba, będąca z natury swej nadprzyrodzoną, nie ma bezpośrednich analogii w naszej ziemskiej egzystencji. Jeśli Czytelnik oczekuje, że w tym miejscu dowie się, czym dokładnie jest niebo i gdzie się ono znajduje, to niestety musi przygotować się na pewne rozczarowanie.

Odpowiedzieć możemy jedynie w duchu katolickiej teologii: „Niebo określamy jako stan i miejsce, w którym aniołowie i święci zażywają nadprzyrodzonego szczęścia wiecznego” (Ks. M. Ziółkowski, Eschatologia, Sandomierz 1963, s. 135). A zatem, niebo jest przede wszystkim stanem – stanem wiecznej szczęśliwości. Ale definicja teologiczna wspomina również o nim jako o miejscu. To prawda, lecz niestety, ani na kartach Pisma Świętego, ani w chrześcijańskiej Tradycji nie znajdujemy wyraźnego wskazania: „oto tu” lub „oto tam” znajduje się niebo. Ponieważ to, co nadprzyrodzone, wymyka się porównaniom z tym, co przyrodzone, po prostu nie można w ten sposób rozumować. Być może niebo jest jakimś konkretnym miejscem w materialnej rzeczywistości niewyobrażalnie rozległego Kosmosu, a być może istnieje w innym wymiarze, niedostępnym naszym niedoskonałym zmysłom, tuż obok nas? Ponieważ nie sposób rozstrzygnąć tej kwestii w sposób zadowalający i ostateczny, pozostawmy ją na boku. Reasumując: niebo istnieje, lecz gdzie dokładnie się znajduje, tego niestety nie wiemy. Wiemy natomiast, czym jest: stanem nieustającej i wiecznej szczęśliwości.

O szczęśliwości wiekuistej słów kilkoro

Na szczęście, o wiele więcej możemy dowiedzieć się na temat samego szczęścia, którego po śmierci doświadczają zbawieni. Możemy zgłębić jego rodzaje i przymioty, choć z pewnością nie poznamy wszystkiego. Wynika to z prostej przyczyny: zbyt mało na ten temat zostało objawione na kartach Pisma Świętego – to po pierwsze. Po drugie zaś, ludzki język, stworzony do opisywania materii i skończoności, nie jest w stanie w pełni oddać natury ducha i nieskończoności.

Dla tych, którzy przekroczyli próg ziemskiego życia i w wieczności zostali zaliczeni do grona zbawionych, główną i największą nagrodą jest bezpośrednie obcowanie z Bogiem. Jak mówi Biblia, widzenie Go twarzą w twarz. Określa się to mianem „widzenia uszczęśliwiającego”. Każdy człowiek od narodzin aż po kres swojego cielesnego istnienia nieustannie poszukuje doskonałości i szczęścia. Ponieważ w materialnym świecie nie ma niczego doskonale trwałego i nie można w nim osiągnąć pełni szczęśliwości, to to pragnienie, ten pęd ku doskonałości i szczęściu może w pełni zrealizować się dopiero po śmierci, w wieczności. I to zrealizować się w jeden jedyny, konkretny sposób: poprzez osiągnięcie stanu widzenia Boga „twarzą w twarz”, nieustannego obcowania z Nim i uczestniczenia w chwale Najwyższego. Ponieważ pełnią doskonałości i szczęśliwości jest sam Bóg, istotą szczęścia zbawionych w niebie jest właśnie to bezpośrednie i nieustanne obcowanie z Nim.

To obcowanie dostarcza niebywałej, nieopisanej ludzkim językiem i nieporównywalnej z niczym, czego doświadcza się w życiu cielesnym, rozkoszy. Mówią o tym święci Ojcowie i mistycy. Święty Augustyn woła: „Wezwałeś mnie głośno i zerwałeś zasłonę mojej głuchoty. Zajaśniałeś cudnym blaskiem i rozproszyłeś ciemność mojej ślepoty. Wydałeś woń, a ja zacząłem oddychać i oddech mój ciągle kieruję do Ciebie. Skosztowałem Cię, a teraz jestem głodny i spragniony Ciebie. Dotknąłem Cię i zapłonąłem w Twoim pokoju” (Św. Augustyn, Wyznania, X 27, [w:] Henryk Wójtowicz, Antologia modlitwy patrystycznej, Sandomierz 1971, s. 71). A święty Jan od Krzyża dodaje: „Rozpalona całkowicie dusza w tym boskim zjednoczeniu nasyca się cała obfitością chwały i miłości, odczuwa, że aż do najgłębszej istoty zalewa ja potok chwały, pełen rozkoszy, i że z jej żywota płyną strumienie wody żywej…” (Św. Jan od Krzyża, Żywy płomień miłości, w przekł. O. Bernrda od Matki Bożej, Kraków 1939, s. 34).

Jednak uszczęśliwiające widzenie Boga to nie jedyna, choć najważniejsza z nagród, jakie po śmierci czekają na tych, którzy swoim ziemskim życiem wybrali wieczne przebywanie w raju. Tych nagród jest więcej. Drugą z nich jest miłość uszczęśliwiająca, trzecią zaś takaż radość. Nie będziemy rozwodzić się szczegółowo nad tymi kwestiami, aby nie nużyć Czytelnika. Nie można jednak nie wspomnieć o innych przymiotach nadprzyrodzonej rajskiej nagrody. Otóż błogosławieni nie odczuwają smutku, bólu i cierpienia, czują się całkowicie i doskonale wolni, a wszelkie ich pragnienia i potrzeby są w pełni zaspokajane. Co więcej, naturalnym dla niemal każdego człowieka jest pęd ku poznaniu, pragnienie zgłębiania otaczającej nas rzeczywistości. I właśnie w niebie będzie istniała możliwość ustawicznego pogłębiania tej sfery, poznawania tego wszystkiego, co danego człowieka interesuje. Naturalnie, poznanie kompletne, zdobycie absolutnie całej mądrości przez istotę ludzką, nie będzie możliwe, bowiem gdyby ją posiadła w całości, stałaby się – przynajmniej pod względem rozumu – równa Bogu. A czyż stworzenie może dorównać Stwórcy?

I wreszcie, na koniec, dwie istotne kwestie. Pierwsza – wiadomo, że człowiek, jako istota stworzona przez Boga, został obdarzony wolną wolą. Rodzi się w związku z tym pytanie: czy osoba, która dostąpiła chwały wiekuistej, może grzeszyć? Odpowiedź może być tylko jedna: oczywiście tak, teoretycznie. Gdyby nie mogła, nie dałoby się mówić, że ową wolną wolę posiada. Ale grzeszenie przez nią jest jednak praktycznie zupełnie niemożliwe. Dlaczego? Z kilku powodów. Wymienimy tu tylko dwa, co chyba w zupełności wystarczy. Po pierwsze, dostąpiwszy już zbawienia, dusza wie i rozumie, że niczego ponadto – niczego lepszego – nie jest w stanie osiągnąć i jest tak ugruntowana, utwierdzona w dobru, że popełnienie przez nią grzechu staje się zgoła niemożliwe. A po drugie – posłużmy się przykładem: który z ludzi, posiadający wspaniały pałac, obficie zaopatrzoną spiżarnię, niewyczerpane zasoby pieniędzy, słowem, posiadający wszystko to, co stanowi o doczesnym szczęściu i dobrobycie, chciałby zupełnie dobrowolnie rzucić to wszystko i przenieść się do ziemianki, a żywić się tym, co w pocie czoła uda mu się wyhodować na kamienistej i nieurodzajnej glebie, albo zgoła znaleźć w lesie czy na łące – jagodami, korzonkami czy liśćmi? Oprócz tego wszystkiego, grzech, będący duchowym zanieczyszczeniem, wywołuje w zbawionych duszach naturalną odrazę, podobnie jak u nas, żyjących, obrzydzenie budzą ekskrementy.

Czym było niebo w dawnym rozumieniu?

W odróżnieniu od dzisiejszego rozumienia przestrzeni kosmicznej, biblijne i starożytne pojęcie „nieba” (hebr. šāmayim, gr. ouranos) odnosiło się przede wszystkim do sfery rozciągającej się bezpośrednio nad ziemią oraz do siedziby Boga, aniołów i świętych. Zdaje się to w sposób wyraźny potwierdzać Pismo Święte:

Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. (Mk 16,19).

Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba. (Łk 24,50–51).

Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: «Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba». (Dz 1,9–11).

Żydzi często wyobrażali sobie niebo jako strukturę wielopoziomową, gdzie „trzecie niebo” było miejscem szczególnej Bożej obecności, a co Nowy Testament ilustruje słowami św. Pawła Apostoła opisującego swoje własne doświadczenie:

Znam człowieka w Chrystusie, który przed czternastu laty – czy w ciele – nie wiem, czy poza ciałem – też nie wiem, Bóg to wie – został porwany aż do trzeciego nieba. I wiem, że ten człowiek – czy w ciele, nie wiem, czy poza ciałem, został porwany do raju i słyszał tajemne słowa, których się nie godzi człowiekowi powtarzać. (2 Kor 12,2).

Ówczesny obraz kosmosu był zasadniczo trójpoziomowy, obejmując ziemię jako domenę ludzi, niebo jako królestwo boskie oraz podziemia jako sferę oddzielenia od życia, zamieszkiwaną przez byty duchowe i zmarłych. W myśleniu starożytnym, zarówno żydowskim, jak i grecko–rzymskim, świat podziemny nie był jedynie miejscem nieświadomości czy spoczynku ciał, lecz stanowił rzeczywistość pełną duchowych znaczeń. W tradycji biblijnej, a szczególnie w księgach Nowego Testamentu, podziemia są zamieszkiwane przez świadome istoty duchowe – dusze zmarłych w stanie oczekiwania (jak Szeol/Hades, niekoniecznie będące miejscem potępienia), a także byty anielskie – upadli aniołowie związani z tradycją apokryficzną (np. z Księgą Henocha) oraz byty demoniczne, których egzystencja toczy się w oddzieleniu od świata żyjących i od boskiego światła nieba, symbolizując miejsce oddzielenia od Boga. Gdy List do Filipian głosi, że „Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych” (Flp, 2, 5–11), nie odnosi się to do martwych ciał czy biologicznych szczątków, lecz do duchowego wymiaru całego stworzenia, które obejmuje również byty z głębi – upadłych aniołów, dusze zmarłych i wszelkie istoty przebywające poza sferą ziemską i niebiańską, które mimo to zostają włączone w kosmiczny akt uznania panowania Chrystusa. Takie ujęcie odzwierciedla szeroką, eschatologiczną wizję objęcia przez Chrystusa całej rzeczywistości – nie tylko tego, co w górze i na powierzchni, ale również tego, co ukryte i oddzielone od światła, ale nadal podległe Bożemu panowaniu. W tym kontekście niebo symbolizowało czystość, niezmierzoną chwałę oraz radykalne oddalenie od wszelkiego zła, co implikowało jego niedostępność dla tych, którzy byli obciążeni grzechem.

Pytanie zatem o fizyczną lokalizację „nieba” w naszym współczesnym rozumieniu czasu i przestrzeni prowadzi do wniosku, że nie istnieje ono w obrębie naszych znanych wymiarów. Jest raczej usytuowane „poza” nimi, co jednak niekoniecznie implikuje fizyczną odległość. Wręcz przeciwnie, teologia podkreśla, że Bóg może być obecny bliżej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Idea ta znajduje głębokie uzasadnienie w Piśmie Świętym. Św. Paweł w przemowie na Areopagu stwierdza, że „w rzeczywistości jest On [Bóg] niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,27–28), co wskazuje na radykalną bliskość Boga względem każdego człowieka. Psalmista wyraża tę samą prawdę, pytając:

Gdzież się oddalę przed Twoim duchem?

Gdzie ucieknę od Twego oblicza?

Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś;

jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę.

Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki,

zamieszkał na krańcu morza:

tam również Twa ręka będzie mnie wiodła

i podtrzyma mię Twoja prawica.

Jeśli powiem: «Niech mię przynajmniej ciemności okryją

i noc mnie otoczy jak światło»:

sama ciemność nie będzie ciemna dla Ciebie,

a noc jak dzień zajaśnieje:

<mrok jest dla Ciebie jak światło>

(Ps 139,7–12),

i podkreśla Bożą wszechobecność, która przenika nawet najodleglejsze zakamarki stworzenia. W Księdze Izajasza Bóg powiada: „Tak bowiem mówi Wysoki i Wzniosły, którego stolica jest wieczna, a imię Święty: Zamieszkuję miejsce wzniesione i święte, lecz jestem z człowiekiem skruszonym i pokornym, aby ożywić ducha pokornych i tchnąć życie w serca skruszone.” (Iz 57,15), co ukazuje paradoks Jego transcendencji i immanencji. Jezus w Ewangelii według św. Jana zapewnia: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać.” (J 14,23), ukazując zamieszkanie Boga w sercu człowieka. Z kolei w Liście do Kolosan św. Paweł powiada o „Chrystusie pośród was – nadziei chwały” (Kol 1,27), co jeszcze dobitniej wskazuje na wewnętrzną obecność Boga w wierzących. Te teksty biblijne stanowią fundament teologicznej refleksji nad bliskością Boga, który nie tylko przekracza świat, ale także go przenika i w nim zamieszkuje. W tym kontekście, niebo zyskuje również wymiar duchowy, będąc rozumianym jako stan serca głęboko zjednoczonego z Bogiem, co jest możliwe do doświadczenia już teraz, choć jeszcze nie w pełni eschatologicznej.

Jak teraz rozumiane jest niebo?

Współczesna teologia katolicka, czerpiąc z bogactwa Pisma Świętego i wielowiekowej Tradycji Kościoła, odchodzi od dosłownego, geograficznego czy astronomicznego rozumienia nieba. Zamiast tego, akcentuje, że niebo jest przede wszystkim stanem egzystencji charakteryzującym się pełną i niezakłóconą komunią z Bogiem. Ten stan wiecznego szczęścia polega na bezpośrednim oglądaniu Boga „twarzą w twarz” (łac. visio beatifica), co wyklucza wszelki ból, grzech oraz doświadczenie śmierci. Fundamentalne znaczenie dla otwarcia tej perspektywy ma zmartwychwstanie i wniebowstąpienie Jezusa Chrystusa, który, jak sam powiedział, „idzie przygotować nam miejsce”:

Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. (J 14,2–3).

W tym stanie błogosławionej obecności przy Bogu trwają aniołowie oraz dusze świętych, czyli tych, którzy już osiągnęli zbawienie. Z perspektywy eschatologicznej, teologia katolicka naucza, że po powszechnym zmartwychwstaniu ciał, niebo stanie się również miejscem ich istnienia w uwielbionej, przemienionej formie.

Jak niebo będzie wyglądało po końcu świata?

Jakież to niebo zajaśnieje naszym oczom po kresie znanego obecnego świata? W wizji zapisanej w Objawieniu, a zwłaszcza w Apokalipsie świętego Jana, maluje się obraz radykalnej przemiany. Bóg, w swojej nieskończonej mocy i miłości, powoła do istnienia „nowe niebo i nową ziemię”. W tym odmienionym wszechświecie ci, którzy dostąpili zbawienia, przyobleką się w ciała zmartwychwstałe – uwielbione i nieśmiertelne, wolne od wszelkich ziemskich ograniczeń. Co więcej, w tej nowej rzeczywistości niebo i ziemia nie będą już oddzielnymi sferami. Nastąpi ich zjednoczenie, urzeczywistniając pragnienie Boga, by „zamieszkać z ludźmi”. W tej bliskości wszelki cierpienie, żal i sama śmierć zostaną na zawsze unicestwione. To będzie pełne i ostateczne urzeczywistnienie Bożego odwiecznego planu – wieczna i niczym niezmącona wspólnota Stwórcy, odkupionej ludzkości i całego odnowionego stworzenia.

Niebo to spełnienie obietnicy i – według Pisma Świętego – cel człowieka. Człowiek nie został bowiem stworzony dla przemijania, lecz został powołany do życia wiecznego w komunii z Bogiem. Ostateczny cel ludzkiego życia to nie poetycka przenośnia, lecz realna, nadprzyrodzona rzeczywistość, przewyższająca wszelkie wyobrażenia i będąca doskonałym spełnieniem naszego istnienia.

Pismo Święte mówi wyraźnie o niebie jako o miejscu przebywania Boga: „Pan w niebie tron swój ustawił, a swoim panowaniem obejmuje wszechświat” (Ps 103,19), a Pan Jezus uczy nas modlić się: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” (Mt 6,9). Niebo nie jest przestrzenią fizyczną w sensie ziemskim, lecz rzeczywistością zarówno duchową, jak i ontologiczną – będąc zarazem stanem doskonałego zjednoczenia z Bogiem, jak i rzeczywistością miejsca, w którym objawia się Boża chwała. Przebywają tam święci, aniołowie i zbawieni, uczestnicząc w pełni życia wiecznego: „Ukażesz mi ścieżkę życia, pełnię radości u Ciebie, rozkosze na wieki po Twojej prawicy.” (Ps 16,11). W Nowym Testamencie niebo opisywane jest również jako „dom Ojca”, w którym jest „wiele mieszkań” (J 14,2), oraz jako „miasto Boga żywego, Jeruzalem niebieskie” (Hbr 12,22; por. Ap 21), co wskazuje na realność tej rzeczywistości, choć przekraczającej kategorie czasu i przestrzeni znane ludzkiemu doświadczeniu.

Niebo to także stan duszy całkowicie oczyszczonej z grzechu i przywiązania do stworzeń, która kontempluje Boga twarzą w twarz – w visio beatifica, czyli w widzeniu uszczęśliwiającym. Św. Paweł pisze: „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany” (1 Kor 13,12), a św. Jan dodaje: „Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest.” (1 J 3,2). W tym stanie człowiek nie tylko poznaje Boga, ale uczestniczy w Jego życiu i miłości.

Niebo jest stanem doskonałej radości, pokoju i wolności: „I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły».” (Ap 21,4). „Kto bowiem wszedł do Jego odpoczynku, odpocznie po swych czynach, jak Bóg po swoich.” (Hbr 4,10). Niebo nie niszczy wolności – przeciwnie, doskonali ją. Dusza, widząc Boga, już nie pragnie i nie może chcieć niczego innego, bo Bóg jest Dobrem Najwyższym: „Któż, o Panie, podobny do Ciebie?” (Ps 35,10). Grzech staje się niemożliwy nie przez przymus, ale z powodu pełni miłości i doskonałego wyboru dobra.

Kościół naucza, że człowiek to jedność duszy i ciała. Po śmierci dusza udaje się na sąd szczegółowy, a ciało rozpada się – lecz na końcu czasów nastąpi powszechne zmartwychwstanie: „Wielu zaś, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się: jedni do wiecznego życia, drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie” (Dn 12,2). Wtedy zbawieni otrzymają ciała chwalebne – przemienione, nieśmiertelne, wolne od cierpienia i pełne światła – na wzór zmartwychwstałego Chrystusa:

Podobnie rzecz się ma ze zmartwychwstaniem. Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne – powstaje chwalebne; sieje się słabe – powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe – powstaje ciało duchowe. Jeżeli jest ciało ziemskie powstanie też ciało niebieskie. Tak też jest napisane: Stał się pierwszy człowiek, Adam, duszą żyjącą, a ostatni Adam duchem ożywiającym. Nie było jednak wpierw tego, co duchowe, ale to, co ziemskie; duchowe było potem. Pierwszy człowiek z ziemi – ziemski, drugi Człowiek – z nieba. Jaki ów ziemski, tacy i ziemscy; jaki Ten niebieski, tacy i niebiescy. A jak nosiliśmy obraz ziemskiego [człowieka], tak też nosić będziemy obraz [człowieka] niebieskiego. (por. 1 Kor 15,42–49).

Niebo nie jest samotną kontemplacją. Zbawieni tworzą wspólnotę – „społeczność świętych”, prawdziwe miasto Boga, Kościół triumfujący: „Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie” (Hbr 12,22). W tej wspólnocie obecni są aniołowie, patriarchowie, prorocy, Apostołowie, męczennicy i wszyscy zbawieni.

Niebo to ojczyzna człowieka: „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować.” (Flp 3,20–21). Pełnia istnienia i wieczny pokój są możliwe dla tych, którzy wytrwają w łasce: „Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia” (Ap 2,10).

W obecnym czasie dusze zbawionych, które umarły w łasce Bożej i zostały oczyszczone, już cieszą się wspólnotą z Bogiem – to święci w chwale. Choć nie posiadają jeszcze ciał, ich istnienie nie jest niepełne – lecz czeka na dopełnienie w zmartwychwstaniu. Po końcu czasów, w nowej rzeczywistości stworzonej przez Boga – w „nowym niebie i nowej ziemi” (Ap 21,1) – człowiek będzie żył w pełni: duszą i ciałem, w zjednoczeniu z Bogiem, innymi zbawionymi i całym odkupionym stworzeniem.

Ciąg dalszy nastąpi

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa

Pamięci mojej Matki

=====================================

Wprowadzenie

Czy w Bożym Królestwie jest miejsce dla zwierząt?

Kiedy byłem dzieckiem, czułem się wspaniale wśród natury, a nie potrzebowałem chodzić daleko – wystarczyło wyjść z domu, bo mieszkałem na jednym z przedmieść Sandomierza, gdzie kończyło się miasto, a zaczynał świat inny, cichy, cudowny. Tam rozpościerały się pola i głębokie wąwozy, wśród drzew rozbrzmiewały ptasie trele, w rozlewiskach i w strumyku na dnie parowu słychać było rechot żab, a w powietrzu tańczyły motyle – lekkie, ulotne, jak beztroskie myśli. Pachniały zioła, polne kwiaty, zboża dojrzewające w słońcu. Wszystko było pełne cudownego życia. Nie zachwycałem się przyrodą świadomie. Była, po prostu była – jak powietrze. Jak sen, który przychodzi co noc, ale dopiero po latach pytasz, co właściwie znaczył.

Wszystko zmieniło się w jeden zimowy wieczór. Pamiętam ciepło pokoju, miękkość drżących płomyków choinkowych świeczek, zapach igliwia i wigilijną wieczerzę. I ten moment, gdy Mama wręczyła mi książkę autorstwa Marii Kownackiej i Marii Kowalewskiej – dwa tomy zatytułowane Głos przyrody. W środku – prosta dedykacja: „Bliżej przyrody – bliżej Boga.”

Te słowa zapadły we mnie niczym ziarno w nieuprawianą wcześniej, ale żyzną i urodzajną glebę.

Książka wciągnęła mnie całkowicie. Chłonąłem ją, a każda strona odkrywała świat, który znałem, ale nie rozumiałem. Nagle drzewa, ptaki i zwierzęta zyskały swoje historie, miejsca i charaktery. Natura przestała być tłem, stając się opowieścią. Tak narodziła się we mnie fascynacja: cicha, głęboka, wierna. Przyszła, by już nigdy nie odejść.

Zawdzięczam to mojej Mamie…

I dziś – z serca, całym sobą – dziękuję Jej za ten dar.

Z czasem jednakże przyszła refleksja głębsza, niemal bolesna.

Zacząłem się zastanawiać: co czeka nas „tam”, po drugiej stronie? W nowym świecie, o którym mówi religia… czy naprawdę będziemy sami? Czy zabraknie tych wszystkich istot, które tak bardzo kochaliśmy i które kochały nas? Zwierząt, które nam towarzyszyły, uczyły czułości, bezinteresownej miłości i były z nami, gdy nikt inny nie potrafił, czy nie chciał być tak bliski, tak wierny?

Nie potrafiłem pogodzić się z teologicznymi opiniami, które przedstawiały niebo wyłącznie jako domenę dusz, pozbawioną jakichkolwiek znanych nam ziemskich elementów. Czyżby Bóg miał zapomnieć o tym, co sam z miłości powołał do istnienia? Czy miałby porzucić to, co uznał za „dobre”? Było to dla mnie nie do przyjęcia. Właśnie wtedy pojawiła się myśl – by poszukać odpowiedzi, zrozumieć i spróbować to opisać.

Ta opowieść to nie traktat ani rozprawa, lecz próba pogodzenia wiary z głosem serca. To może jest tylko niewielka iskra nadziei, ale wierzę, że rozświetli drogę tym, którzy czują podobnie jak ja. Tym, którzy wierzą, że Bóg nie unicestwi Swego stworzenia; że niebo nie będzie puste, ale pełne światła, śpiewu i wszelkiego życia. Że znajdziemy się w miejscu o pięknie niemożliwym do opisania. I że będzie tam wszystko, co kochaliśmy na ziemi – również nasze zwierzęta…

Czy zatem będą one obecne w zaświatach? To pytanie, choć proste, porusza najdelikatniejsze struny ludzkiej duszy. Ma ono wymiar teologiczny, filozoficzny, etyczny i duchowy. Odzwierciedla istotę naszej relacji ze stworzeniem, które towarzyszy nam od zawsze – w codzienności, samotności, radości i cierpieniu. Zwierzęta – tak bliskie, a zarazem tajemnicze – są milczącymi świadkami naszego życia. Ich pośmiertny los staje się odbiciem naszego rozumienia dobra, miłości i Bożego planu dla całego stworzenia.

W chrześcijaństwie zwierzęta są postrzegane na wiele sposobów – nie tylko jako towarzysze człowieka, obecne w jego codziennym życiu, służące pomocą czy dostarczające pożywienia, lecz przede wszystkim jako część Bożego stworzenia. Mają one bez wątpienia swoje miejsce i cel w Jego odwiecznym zamyśle. Refleksja nad ich rolą prowadzi do głębszego pytania o to, czy, a jeśli tak, to w jaki sposób uczestniczą one w Bożym planie zbawienia oraz co ich los mówi o dobroci i mądrości Stwórcy.

Zwierzęta zajmują istotne miejsce nie tylko w refleksji teologicznej, lecz także w kulturze i życiu społecznym człowieka. W wielu tradycjach symbolizują wartości duchowe lub posiadają znaczenie mistyczne. W mitologiach i wierzeniach ludowych często pojawiają się jako posłańcy bogów, opiekunowie dusz czy duchowi przewodnicy. Ich miejsce w zaświatach rozpatrywane jest w świetle tych symbolicznych ról, a pytania o ich los po śmierci wykraczają poza religijne spekulacje – stają się częścią zbiorowej wyobraźni i wrażliwości duchowej zakorzenionej w kulturze.

Pytanie o obecność zwierząt w zaświatach, choć zakorzenione w teologii, wykracza poza jej ramy, stając się również zagadnieniem kulturowym, etycznym i filozoficznym, które porusza wielu wierzących. Współczesna etyka, podkreślając moralną odpowiedzialność człowieka wobec zwierząt i przyrody, rzuca nowe światło na to odwieczne pytanie. W kontekście rozważań o obecności zwierząt w niebie pojawiają się fundamentalne kwestie dotyczące ich wartości moralnej, roli w wiecznym planie stworzenia, a także ich cierpienia, zmysłowości i potencjalnego wymiaru duchowego.

Rozważania o przyszłości całego stworzenia wykraczają poza teologiczne spekulacje. W ramach eschatologii, nauki o rzeczach ostatecznych człowieka i świata, różne tradycje często ukazują zwierzęta jako ważny element odnowienia, co znajduje odzwierciedlenie w apokaliptycznych wizjach harmonijnego zjednoczenia Bożego stworzenia. Sugerują one przyszłość, gdzie cała rzeczywistość – ludzka, zwierzęca i roślinna – powraca do swojego pierwotnego, idealnego miejsca w Bożym porządku.

Czy w niebie znajdzie się miejsce dla zwierząt? To pytanie, choć może z pozoru wydawać się proste, w rzeczywistości porusza najczulsze struny ludzkiego serca i ducha. Nierozerwalna więź człowieka ze zwierzętami – jako przyjaciółmi, towarzyszami i powiernikami codzienności – skłania wielu wierzących do refleksji nad ich losem w perspektywie życia wiecznego. Czy po drugiej stronie Tęczowego Mostu, który zapowiada wieczną szczęśliwość (o ile tam właśnie zmierzają nasze kroki), czeka na nas ponowne spotkanie z tymi, którzy tak wiele znaczyli dla nas w doczesności?

Od lat krąży piękna, anonimowa opowieść o Tęczowym Moście – miejscu, gdzie po śmierci trafiają zwierzęta szczególnie bliskie ludziom. Choć nie ma ona biblijnego umocowania, warto ją wspomnieć. Pierwotnie poetycka, z powodzeniem może być opowiedziana prozą, nie tracąc głębi i emocjonalnego przesłania. To historia niosąca nadzieję, kojąca żal i przypominająca o trwałej więzi z ukochanymi istotami. Pewnie wymyślił ją i przelał na papier ktoś, kto straciwszy swojego czworonogiego przyjaciela, nie mógł się pogodzić z tym, że stracił go na zawsze:

Tuż u progu nieba rozciąga się przestrzeń zwana Tęczowym Mostem.

Gdy odchodzi zwierzę, które było komuś szczególnie bliskie, trafia właśnie w owo miejsce. Rozciągają się tam rozległe łąki i łagodne wzgórza, stworzone po to, by nasi ukochani przyjaciele mogli biegać i bawić się do woli. Jest tam zawsze pod dostatkiem jedzenia, wody i słońca, a każde zwierzę otoczone jest ciepłem, bezpieczeństwem i spokojem.

Wszystkie stworzenia, które za życia były chore lub stare, odzyskują tu zdrowie i witalność. Te, które były zranione albo okaleczone, wracają do pełni sił – tak, jak je pamiętamy z naszych najpiękniejszych wspomnień i snów. Zwierzęta są szczęśliwe i beztroskie. A jednak… każdemu z nich czegoś brak. Tęsknią. Każde czeka na kogoś wyjątkowego – na ukochanego człowieka, którego musiały zostawić za sobą.

Wspólnie biegają i bawią się każdego dnia, aż przychodzi chwila, gdy jedno z nich nagle się zatrzymuje i patrzy w dal. Uszy unoszą się czujnie, oczy błyszczą, a całe ciało napina się w gotowości. Po chwili rzuca się do biegu – coraz szybciej i szybciej pędzi przez zieloną trawę, niesione przeczuciem bliskiego spotkania.

Zostałeś rozpoznany.

Gdy wreszcie się spotykacie, przytulacie się do siebie w milczeniu, w radosnym zjednoczeniu, którego nic już nie przerwie. Twój przyjaciel delikatnie liże cię po policzku, twoje dłonie znów dotykają znajomej sierści, a oczy spotykają się z tym samym, ufnym spojrzeniem, którego nigdy nie zapomniałeś.

I wtedy – już razem – przekraczacie Tęczowy Most…

W tym sensie Tęczowy Most nie jest ostatecznym celem, lecz miejscem przejściowym – krainą radości i ulgi, ale też wyczekiwania. To tam dusze zwierząt żyją w pokoju, zachowując pamięć i miłość wobec tych, których musiały na jakiś czas opuścić. Dopiero w momencie ponownego spotkania z ukochaną osobą ich podróż się dopełnia. Wspólnie wkraczają do ostatecznego, odnowionego świata – do wiecznego domu, który od początku był obiecany zarówno ludziom, jak i całemu Bożemu stworzeniu.

I znów powraca to pytanie, nie dające nam spokoju: Czy zwierzęta znajdą się w niebie?

Niniejsza książka jest podróżą w poszukiwaniu na to odpowiedzi z perspektywy chrześcijaństwa. Przyjrzymy się, jak w owej religijnej tradycji wyobrażane są zaświaty i czy jest w nich miejsce dla naszych „braci mniejszych” – jak św. Franciszek z Asyżu nazwał zwierzęta. Zajrzymy do Pisma Świętego, by zobaczyć, jakie wizje przyszłości ono przedstawia w kontekście zwierząt. Porozmawiamy o tym, czy zwierzęta mają duszę, czy ich miłość i wierność zasługują na wieczne trwanie. Zastanowimy się, czy raj jest przeznaczony wyłącznie dla ludzi, czy może stanowi wielką, Bożą przestrzeń, w której znajdzie się miejsce dla wszystkich Jego stworzeń.

Ta książka jest próbą zrozumienia głębokich więzi łączących nas ze zwierzętami – nie tylko tu, na Ziemi, ale być może również w wymiarze duchowym. Zachęca czytelnika do refleksji nad tym, jak traktujemy naszych mniejszych braci i czy uczucie, które nas z nimi łączy w doczesnym życiu, może trwać także w wieczności.

Zanim jednak przejdziemy dalej, przyjrzyjmy się dwóm kluczowym zagadnieniom: ewolucji rozumienia nieba – czym było, czym jest obecnie i jak jest pojmowane, gdzie się teraz znajduje i jaka będzie jego lokalizacja po końcu świata – oraz naturze śmierci, obejmującej jej rozumienie, źródła, przyczyny i skutki, a także pytanie, dlaczego dotyka zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Zacznijmy od śmierci i cierpienia.

Śmierć i cierpienie


Śmierć to jedno z najbardziej fundamentalnych, a zarazem tajemniczych doświadczeń, które dotyka każdego człowieka i każde żywe stworzenie. Z biologicznego punktu widzenia stanowi kres życia organizmu – zatrzymanie jego funkcji, rozpad ciała i powrót do elementarnych form materii. W Księdze Rodzaju znajdujemy słowa, które ukazują nie tylko fizyczny wymiar śmierci, ale i jej nieuchronność: „prochem jesteś i w proch się obrócisz!” (Rdz 3,19 – ten i wszystkie dalsze cytaty biblijne za Biblią Tysiąclecia). Śmierć oznacza więc rozpad cielesnej struktury, którą istoty żywe otrzymały przy stworzeniu.

Nie ogranicza się jednak jedynie do aspektu biologicznego. Posiada także głęboki wymiar duchowy, oznaczając oddzielenie człowieka od Boga, który jest źródłem życia. Taka śmierć może wydarzyć się jeszcze za życia – gdy człowiek świadomie odrzuca Bożą miłość i trwa w grzechu. Jest to stan oddalenia, duchowej pustki i utraty sensu. W perspektywie eschatologicznej śmierć nie oznacza końca, lecz przejście – chwilę, w której człowiek staje przed tajemnicą wieczności. Wtedy rozstrzyga się jego los: wspólnota z Bogiem lub ostateczne odrzucenie, będące skutkiem wolnych wyborów.

Śmierć nie była pierwotnym zamysłem Stwórcy. Człowiek został stworzony do życia w harmonii z Bogiem, z sobą samym, z innymi oraz ze światem przyrody. Księga Mądrości mówi wprost: „śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą” (Mdr 2,24). Apostoł Paweł dopełnia tę myśl, pisząc: „przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…” (Rz 5,12). Już w Raju Bóg ostrzega człowieka: „z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2,17). Jednak człowiek ulega pokusie szatana, który mówi: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,4–5). Kłamstwo to otwiera drogę grzechu, którego skutki są odczuwalne do dziś. Człowiek traci dar nieśmiertelności i jedność z Bogiem. Jak podsumowuje Paweł: „Zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6,23).

Wszyscy dziedziczymy zranioną naturę – skłonność do grzechu i jego skutki. Ciało, które otrzymaliśmy jako dar, nie posiada już przymiotu wiecznego trwania. Nawet Jezus Chrystus, przyjmując ludzką naturę, poddał się prawu śmierci, lecz uczynił to dobrowolnie, dla naszego zbawienia. Jego śmierć nie była jednak końcem, ale bramą do zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. Chrześcijańska wiara głosi nadzieję życia wiecznego – dar łaski Bożej. „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,23). Śmierć, choć nieunikniona, nie jest więc czymś ostatecznym.

Grzech pierworodny przyniósł jednak nie tylko śmierć. Skaził również życie, które ją poprzedza: wprowadził choroby, cierpienie, niedostatek, niepokój. Cierpienie stało się jednym z najdotkliwszych skutków upadku. Już od narodzin nosimy w sobie zranioną kondycję, która czyni nas podatnymi nie tylko na błędy moralne, ale i na rozmaite formy bólu – fizycznego, psychicznego i duchowego. Nasze ciała są kruche, narażone na choroby i słabość, a ostatecznie na rozpad.

Chrystus, stając się człowiekiem, w pełni doświadczył tej kondycji. Dobrowolnie przyjął cierpienie i śmierć, by stać się uczestnikiem naszego losu i ofiarować drogę odkupienia. Jego krzyż ukazuje sens cierpienia, które w świetle wiary nie jest już tylko absurdem, lecz może stać się miejscem spotkania z Bogiem i źródłem przemiany.

Choć śmierć ciała należy do porządku upadłego świata, nie oznacza unicestwienia. Chrześcijańska nadzieja sięga dalej – do życia wiecznego, które przekracza granice biologicznego istnienia. Nie jest to naturalne przedłużenie życia, ale nowa rzeczywistość, która wypływa z Bożej łaski i miłości. Śmierć, choć bolesna, może być przejściem ku pełni – drogą, która prowadzi do uczestnictwa w życiu Boga.

Zanim jednak nastąpi to przejście, człowiek doświadcza wielu form cierpienia: choroby, utraty, osamotnienia, niesprawiedliwości. Grzech pierworodny zakłócił porządek całego stworzenia. Ból i zmaganie stały się częścią ludzkiego losu. Wiara nie usuwa cierpienia, lecz nadaje mu sens – jako miejsca spotkania z Chrystusem i możliwości duchowego wzrostu.

Wiemy zatem dlaczego człowiek cierpi, natomiast cierpienie zwierząt pozostaje jednym z najtrudniejszych pytań, przed jakimi stajmy. Zwierzęta nie mają moralnej odpowiedzialności, nie grzeszą świadomie, a mimo to doświadczają bólu. Ich cierpienie, niewinne i nieme, porusza szczególnie głęboko. Doświadczają chorób, przemocy, głodu, samotności – często z winy człowieka, ale również wskutek działania bezwzględnych praw przyrody. Pojawia się pytanie: dlaczego cierpią istoty, które nie zawiniły?

Jedną z możliwych odpowiedzi jest spojrzenie na stworzenie jako rzeczywistość zranioną przez grzech człowieka. Upadek człowieka nie pozostał bez wpływu na świat – zakłócił porządek całej natury. Jak pisze św. Paweł, „całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,22), oczekując odkupienia. Zwierzęta nie cierpią z własnej winy, ale dlatego, że należą do świata poranionego. Ich ból nie jest jednak bez znaczenia. Można go postrzegać jako ciche uczestnictwo w tajemnicy krzyża, jako nieme wołanie o odnowienie i uzdrowienie. Choć nieświadome w ludzkim sensie, zwierzęta współcierpią ze światem, odsłaniając jego głęboką tęsknotę za zbawieniem.

To cierpienie domaga się od człowieka nie tylko współczucia, lecz także konkretnej odpowiedzialności. W obliczu bólu niewinnych istot człowiek staje przed wezwaniem do troski, ochrony i czujnej obecności wobec powierzonego mu świata. Cierpienie zwierząt, choć niezawinione i trudne do zrozumienia, może mieścić się w tajemniczym Bożym zamyśle obejmującym całe stworzenie. Ich bezbronność przypomina, że odkupienia oczekuje nie tylko ludzkość, ale cały świat, który w Chrystusie ma zostać odnowiony.

Ich ból, pozbawiony winy i świadomego wyboru, może być echem większego cierpienia – zapisem rozdarcia, które dotknęło całą rzeczywistość. Nie jest to kara, ale skutek głębszego pęknięcia, jakie powstało wraz z grzechem człowieka. W tym sensie cierpienie zwierząt może wskazywać na tajemnicę współcierpienia stworzenia i przypominać o powszechnym oczekiwaniu na odkupienie. Ich los nie jest obojętny wobec Boga; przeciwnie – stanowi część historii zbawienia, w której nic, co stworzone, nie zostaje pominięte.

To ciche cierpienie przypomina, że zbawienie nie dokona się w oderwaniu od reszty świata, ale w zjednoczeniu z nim, gdy wszystko zostanie poddane Chrystusowi. Ból zwierząt, choć trudny do pogodzenia z ludzkim rozumieniem sprawiedliwości, może być nie tylko dramatem, lecz także wołaniem o przemianę i znakiem nadziei, że Bóg nie pozostawi bez odpowiedzi żadnego cierpienia.

Niebo – czym jest i gdzie się znajduje?

Ludzkie wyobrażenia o niebie często bywają zaskakująco uproszczone. Wielu wierzącym wydaje się, że ci, którzy dostąpili zbawienia, spędzają wieczność na nieustannym chodzeniu w kręgu, odziani w długie, białe szaty sięgające pięt, akompaniując sobie na lirach i nieustannie wyśpiewując „Hosanna”. Jeśli taka miałaby być istota wiecznej szczęśliwości, to z pewnością nie wydawałaby się ona szczególnie pociągająca. Monotonia i nuda, nuda i monotonia – trudno wyobrazić sobie coś mniej zachęcającego. Na szczęście, te potoczne wizje mają niewiele wspólnego z tym, co objawia nam Biblia i Święta Tradycja. Jak poucza katolicka eschatologia, rzeczywistość nieba jest o wiele bardziej złożona i pełna. Zanim jednak zagłębimy się w naturę szczęścia wiekuistego, spróbujmy odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: czym właściwie jest to niebo?

Nie da się ukryć, że jest to kwestia niezwykle trudna i zdefiniowanie tego miejsca nieustającej szczęśliwości nie jest zadaniem łatwym, o ile w ogóle w pełni możliwym. W powszechnym myśleniu zakorzeniło się przekonanie, że niebo znajduje się ponad naszymi głowami, gdzieś za chmurami. Przez wieki takie wyobrażenie było bliskie wielu katolikom. Jednakże, w dobie lotów kosmicznych i dynamicznego rozwoju astronomii, teologowie zdecydowanie odrzucają to – a przynajmniej tak się wydaje – naiwne wyjaśnienie. Za chmurami rozciąga się bezkresny Kosmos, pełen gwiazd i planet tworzących rozległe galaktyki. „Nie, to na pewno nie jest niebo – Kraina Wiecznej Szczęśliwości” – argumentują jedni. Dla innych natomiast, te współczesne odkrycia stawiają pytanie, czy to niebo nie jest umiejscowione właśnie w którejś z niezbadanych głębin Kosmosu. Niemniej jednak, są to poglądy nieoficjalne, a nasza refleksja skupi się na nauczaniu Kościoła.

Całe nieporozumienie wynika prawdopodobnie z faktu, że ludziom najłatwiej jest mówić o tym, co nadprzyrodzone, odwołując się do porównań ze światem przyrodzonym, materialnym – z tym wszystkim, co ich otacza od narodzin aż po śmierć, czego mogą dotknąć, zobaczyć, usłyszeć, słowem, do tego, co jest pojmowalne zmysłami. Tymczasem, rzeczywistość nieba, będąca z natury swej nadprzyrodzoną, nie ma bezpośrednich analogii w naszej ziemskiej egzystencji. Jeśli Czytelnik oczekuje, że w tym miejscu dowie się, czym dokładnie jest niebo i gdzie się ono znajduje, to niestety musi przygotować się na pewne rozczarowanie.

Odpowiedzieć możemy jedynie w duchu katolickiej teologii: „Niebo określamy jako stan i miejsce, w którym aniołowie i święci zażywają nadprzyrodzonego szczęścia wiecznego” (Ks. M. Ziółkowski, Eschatologia, Sandomierz 1963, s. 135). A zatem, niebo jest przede wszystkim stanem – stanem wiecznej szczęśliwości. Ale definicja teologiczna wspomina również o nim jako o miejscu. To prawda, lecz niestety, ani na kartach Pisma Świętego, ani w chrześcijańskiej Tradycji nie znajdujemy wyraźnego wskazania: „oto tu” lub „oto tam” znajduje się niebo. Ponieważ to, co nadprzyrodzone, wymyka się porównaniom z tym, co przyrodzone, po prostu nie można w ten sposób rozumować. Być może niebo jest jakimś konkretnym miejscem w materialnej rzeczywistości niewyobrażalnie rozległego Kosmosu, a być może istnieje w innym wymiarze, niedostępnym naszym niedoskonałym zmysłom, tuż obok nas? Ponieważ nie sposób rozstrzygnąć tej kwestii w sposób zadowalający i ostateczny, pozostawmy ją na boku. Reasumując: niebo istnieje, lecz gdzie dokładnie się znajduje, tego niestety nie wiemy. Wiemy natomiast, czym jest: stanem nieustającej i wiecznej szczęśliwości.

O szczęśliwości wiekuistej słów kilkoro

Na szczęście, o wiele więcej możemy dowiedzieć się na temat samego szczęścia, którego po śmierci doświadczają zbawieni. Możemy zgłębić jego rodzaje i przymioty, choć z pewnością nie poznamy wszystkiego. Wynika to z prostej przyczyny: zbyt mało na ten temat zostało objawione na kartach Pisma Świętego – to po pierwsze. Po drugie zaś, ludzki język, stworzony do opisywania materii i skończoności, nie jest w stanie w pełni oddać natury ducha i nieskończoności.

Dla tych, którzy przekroczyli próg ziemskiego życia i w wieczności zostali zaliczeni do grona zbawionych, główną i największą nagrodą jest bezpośrednie obcowanie z Bogiem. Jak mówi Biblia, widzenie Go twarzą w twarz. Określa się to mianem „widzenia uszczęśliwiającego”. Każdy człowiek od narodzin aż po kres swojego cielesnego istnienia nieustannie poszukuje doskonałości i szczęścia. Ponieważ w materialnym świecie nie ma niczego doskonale trwałego i nie można w nim osiągnąć pełni szczęśliwości, to to pragnienie, ten pęd ku doskonałości i szczęściu może w pełni zrealizować się dopiero po śmierci, w wieczności. I to zrealizować się w jeden jedyny, konkretny sposób: poprzez osiągnięcie stanu widzenia Boga „twarzą w twarz”, nieustannego obcowania z Nim i uczestniczenia w chwale Najwyższego. Ponieważ pełnią doskonałości i szczęśliwości jest sam Bóg, istotą szczęścia zbawionych w niebie jest właśnie to bezpośrednie i nieustanne obcowanie z Nim.

To obcowanie dostarcza niebywałej, nieopisanej ludzkim językiem i nieporównywalnej z niczym, czego doświadcza się w życiu cielesnym, rozkoszy. Mówią o tym święci Ojcowie i mistycy. Święty Augustyn woła: „Wezwałeś mnie głośno i zerwałeś zasłonę mojej głuchoty. Zajaśniałeś cudnym blaskiem i rozproszyłeś ciemność mojej ślepoty. Wydałeś woń, a ja zacząłem oddychać i oddech mój ciągle kieruję do Ciebie. Skosztowałem Cię, a teraz jestem głodny i spragniony Ciebie. Dotknąłem Cię i zapłonąłem w Twoim pokoju” (Św. Augustyn, Wyznania, X 27, [w:] Henryk Wójtowicz, Antologia modlitwy patrystycznej, Sandomierz 1971, s. 71). A święty Jan od Krzyża dodaje: „Rozpalona całkowicie dusza w tym boskim zjednoczeniu nasyca się cała obfitością chwały i miłości, odczuwa, że aż do najgłębszej istoty zalewa ja potok chwały, pełen rozkoszy, i że z jej żywota płyną strumienie wody żywej…” (Św. Jan od Krzyża, Żywy płomień miłości, w przekł. O. Bernrda od Matki Bożej, Kraków 1939, s. 34).

Jednak uszczęśliwiające widzenie Boga to nie jedyna, choć najważniejsza z nagród, jakie po śmierci czekają na tych, którzy swoim ziemskim życiem wybrali wieczne przebywanie w raju. Tych nagród jest więcej. Drugą z nich jest miłość uszczęśliwiająca, trzecią zaś takaż radość. Nie będziemy rozwodzić się szczegółowo nad tymi kwestiami, aby nie nużyć Czytelnika. Nie można jednak nie wspomnieć o innych przymiotach nadprzyrodzonej rajskiej nagrody. Otóż błogosławieni nie odczuwają smutku, bólu i cierpienia, czują się całkowicie i doskonale wolni, a wszelkie ich pragnienia i potrzeby są w pełni zaspokajane. Co więcej, naturalnym dla niemal każdego człowieka jest pęd ku poznaniu, pragnienie zgłębiania otaczającej nas rzeczywistości. I właśnie w niebie będzie istniała możliwość ustawicznego pogłębiania tej sfery, poznawania tego wszystkiego, co danego człowieka interesuje. Naturalnie, poznanie kompletne, zdobycie absolutnie całej mądrości przez istotę ludzką, nie będzie możliwe, bowiem gdyby ją posiadła w całości, stałaby się – przynajmniej pod względem rozumu – równa Bogu. A czyż stworzenie może dorównać Stwórcy?

I wreszcie, na koniec, dwie istotne kwestie. Pierwsza – wiadomo, że człowiek, jako istota stworzona przez Boga, został obdarzony wolną wolą. Rodzi się w związku z tym pytanie: czy osoba, która dostąpiła chwały wiekuistej, może grzeszyć? Odpowiedź może być tylko jedna: oczywiście tak, teoretycznie. Gdyby nie mogła, nie dałoby się mówić, że ową wolną wolę posiada. Ale grzeszenie przez nią jest jednak praktycznie zupełnie niemożliwe. Dlaczego? Z kilku powodów. Wymienimy tu tylko dwa, co chyba w zupełności wystarczy. Po pierwsze, dostąpiwszy już zbawienia, dusza wie i rozumie, że niczego ponadto – niczego lepszego – nie jest w stanie osiągnąć i jest tak ugruntowana, utwierdzona w dobru, że popełnienie przez nią grzechu staje się zgoła niemożliwe. A po drugie – posłużmy się przykładem: który z ludzi, posiadający wspaniały pałac, obficie zaopatrzoną spiżarnię, niewyczerpane zasoby pieniędzy, słowem, posiadający wszystko to, co stanowi o doczesnym szczęściu i dobrobycie, chciałby zupełnie dobrowolnie rzucić to wszystko i przenieść się do ziemianki, a żywić się tym, co w pocie czoła uda mu się wyhodować na kamienistej i nieurodzajnej glebie, albo zgoła znaleźć w lesie czy na łące – jagodami, korzonkami czy liśćmi? Oprócz tego wszystkiego, grzech, będący duchowym zanieczyszczeniem, wywołuje w zbawionych duszach naturalną odrazę, podobnie jak u nas, żyjących, obrzydzenie budzą ekskrementy.

Czym było niebo w dawnym rozumieniu?

W odróżnieniu od dzisiejszego rozumienia przestrzeni kosmicznej, biblijne i starożytne pojęcie „nieba” (hebr. šāmayim, gr. ouranos) odnosiło się przede wszystkim do sfery rozciągającej się bezpośrednio nad ziemią oraz do siedziby Boga, aniołów i świętych. Zdaje się to w sposób wyraźny potwierdzać Pismo Święte:

Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. (Mk 16,19).

Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba. (Łk 24,50–51).

Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: «Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba». (Dz 1,9–11).

Żydzi często wyobrażali sobie niebo jako strukturę wielopoziomową, gdzie „trzecie niebo” było miejscem szczególnej Bożej obecności, a co Nowy Testament ilustruje słowami św. Pawła Apostoła opisującego swoje własne doświadczenie:

Znam człowieka w Chrystusie, który przed czternastu laty – czy w ciele – nie wiem, czy poza ciałem – też nie wiem, Bóg to wie – został porwany aż do trzeciego nieba. I wiem, że ten człowiek – czy w ciele, nie wiem, czy poza ciałem, został porwany do raju i słyszał tajemne słowa, których się nie godzi człowiekowi powtarzać. (2 Kor 12,2).

Ówczesny obraz kosmosu był zasadniczo trójpoziomowy, obejmując ziemię jako domenę ludzi, niebo jako królestwo boskie oraz podziemia jako sferę oddzielenia od życia, zamieszkiwaną przez byty duchowe i zmarłych. W myśleniu starożytnym, zarówno żydowskim, jak i grecko–rzymskim, świat podziemny nie był jedynie miejscem nieświadomości czy spoczynku ciał, lecz stanowił rzeczywistość pełną duchowych znaczeń. W tradycji biblijnej, a szczególnie w księgach Nowego Testamentu, podziemia są zamieszkiwane przez świadome istoty duchowe – dusze zmarłych w stanie oczekiwania (jak Szeol/Hades, niekoniecznie będące miejscem potępienia), a także byty anielskie – upadli aniołowie związani z tradycją apokryficzną (np. z Księgą Henocha) oraz byty demoniczne, których egzystencja toczy się w oddzieleniu od świata żyjących i od boskiego światła nieba, symbolizując miejsce oddzielenia od Boga. Gdy List do Filipian głosi, że „Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych” (Flp, 2, 5–11), nie odnosi się to do martwych ciał czy biologicznych szczątków, lecz do duchowego wymiaru całego stworzenia, które obejmuje również byty z głębi – upadłych aniołów, dusze zmarłych i wszelkie istoty przebywające poza sferą ziemską i niebiańską, które mimo to zostają włączone w kosmiczny akt uznania panowania Chrystusa. Takie ujęcie odzwierciedla szeroką, eschatologiczną wizję objęcia przez Chrystusa całej rzeczywistości – nie tylko tego, co w górze i na powierzchni, ale również tego, co ukryte i oddzielone od światła, ale nadal podległe Bożemu panowaniu. W tym kontekście niebo symbolizowało czystość, niezmierzoną chwałę oraz radykalne oddalenie od wszelkiego zła, co implikowało jego niedostępność dla tych, którzy byli obciążeni grzechem.

Pytanie zatem o fizyczną lokalizację „nieba” w naszym współczesnym rozumieniu czasu i przestrzeni prowadzi do wniosku, że nie istnieje ono w obrębie naszych znanych wymiarów. Jest raczej usytuowane „poza” nimi, co jednak niekoniecznie implikuje fizyczną odległość. Wręcz przeciwnie, teologia podkreśla, że Bóg może być obecny bliżej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Idea ta znajduje głębokie uzasadnienie w Piśmie Świętym. Św. Paweł w przemowie na Areopagu stwierdza, że „w rzeczywistości jest On [Bóg] niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17,27–28), co wskazuje na radykalną bliskość Boga względem każdego człowieka. Psalmista wyraża tę samą prawdę, pytając:

Gdzież się oddalę przed Twoim duchem?

Gdzie ucieknę od Twego oblicza?

Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś;

jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę.

Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki,

zamieszkał na krańcu morza:

tam również Twa ręka będzie mnie wiodła

i podtrzyma mię Twoja prawica.

Jeśli powiem: «Niech mię przynajmniej ciemności okryją

i noc mnie otoczy jak światło»:

sama ciemność nie będzie ciemna dla Ciebie,

a noc jak dzień zajaśnieje:

<mrok jest dla Ciebie jak światło>

(Ps 139,7–12),

i podkreśla Bożą wszechobecność, która przenika nawet najodleglejsze zakamarki stworzenia. W Księdze Izajasza Bóg powiada: „Tak bowiem mówi Wysoki i Wzniosły, którego stolica jest wieczna, a imię Święty: Zamieszkuję miejsce wzniesione i święte, lecz jestem z człowiekiem skruszonym i pokornym, aby ożywić ducha pokornych i tchnąć życie w serca skruszone.” (Iz 57,15), co ukazuje paradoks Jego transcendencji i immanencji. Jezus w Ewangelii według św. Jana zapewnia: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać.” (J 14,23), ukazując zamieszkanie Boga w sercu człowieka. Z kolei w Liście do Kolosan św. Paweł powiada o „Chrystusie pośród was – nadziei chwały” (Kol 1,27), co jeszcze dobitniej wskazuje na wewnętrzną obecność Boga w wierzących. Te teksty biblijne stanowią fundament teologicznej refleksji nad bliskością Boga, który nie tylko przekracza świat, ale także go przenika i w nim zamieszkuje. W tym kontekście, niebo zyskuje również wymiar duchowy, będąc rozumianym jako stan serca głęboko zjednoczonego z Bogiem, co jest możliwe do doświadczenia już teraz, choć jeszcze nie w pełni eschatologicznej.

Jak teraz rozumiane jest niebo?

Współczesna teologia katolicka, czerpiąc z bogactwa Pisma Świętego i wielowiekowej Tradycji Kościoła, odchodzi od dosłownego, geograficznego czy astronomicznego rozumienia nieba. Zamiast tego, akcentuje, że niebo jest przede wszystkim stanem egzystencji charakteryzującym się pełną i niezakłóconą komunią z Bogiem. Ten stan wiecznego szczęścia polega na bezpośrednim oglądaniu Boga „twarzą w twarz” (łac. visio beatifica), co wyklucza wszelki ból, grzech oraz doświadczenie śmierci. Fundamentalne znaczenie dla otwarcia tej perspektywy ma zmartwychwstanie i wniebowstąpienie Jezusa Chrystusa, który, jak sam powiedział, „idzie przygotować nam miejsce”:

Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. (J 14,2–3).

W tym stanie błogosławionej obecności przy Bogu trwają aniołowie oraz dusze świętych, czyli tych, którzy już osiągnęli zbawienie. Z perspektywy eschatologicznej, teologia katolicka naucza, że po powszechnym zmartwychwstaniu ciał, niebo stanie się również miejscem ich istnienia w uwielbionej, przemienionej formie.

Jak niebo będzie wyglądało po końcu świata?

Jakież to niebo zajaśnieje naszym oczom po kresie znanego obecnego świata? W wizji zapisanej w Objawieniu, a zwłaszcza w Apokalipsie świętego Jana, maluje się obraz radykalnej przemiany. Bóg, w swojej nieskończonej mocy i miłości, powoła do istnienia „nowe niebo i nową ziemię”. W tym odmienionym wszechświecie ci, którzy dostąpili zbawienia, przyobleką się w ciała zmartwychwstałe – uwielbione i nieśmiertelne, wolne od wszelkich ziemskich ograniczeń. Co więcej, w tej nowej rzeczywistości niebo i ziemia nie będą już oddzielnymi sferami. Nastąpi ich zjednoczenie, urzeczywistniając pragnienie Boga, by „zamieszkać z ludźmi”. W tej bliskości wszelki cierpienie, żal i sama śmierć zostaną na zawsze unicestwione. To będzie pełne i ostateczne urzeczywistnienie Bożego odwiecznego planu – wieczna i niczym niezmącona wspólnota Stwórcy, odkupionej ludzkości i całego odnowionego stworzenia.

Niebo to spełnienie obietnicy i – według Pisma Świętego – cel człowieka. Człowiek nie został bowiem stworzony dla przemijania, lecz został powołany do życia wiecznego w komunii z Bogiem. Ostateczny cel ludzkiego życia to nie poetycka przenośnia, lecz realna, nadprzyrodzona rzeczywistość, przewyższająca wszelkie wyobrażenia i będąca doskonałym spełnieniem naszego istnienia.

Pismo Święte mówi wyraźnie o niebie jako o miejscu przebywania Boga: „Pan w niebie tron swój ustawił, a swoim panowaniem obejmuje wszechświat” (Ps 103,19), a Pan Jezus uczy nas modlić się: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” (Mt 6,9). Niebo nie jest przestrzenią fizyczną w sensie ziemskim, lecz rzeczywistością zarówno duchową, jak i ontologiczną – będąc zarazem stanem doskonałego zjednoczenia z Bogiem, jak i rzeczywistością miejsca, w którym objawia się Boża chwała. Przebywają tam święci, aniołowie i zbawieni, uczestnicząc w pełni życia wiecznego: „Ukażesz mi ścieżkę życia, pełnię radości u Ciebie, rozkosze na wieki po Twojej prawicy.” (Ps 16,11). W Nowym Testamencie niebo opisywane jest również jako „dom Ojca”, w którym jest „wiele mieszkań” (J 14,2), oraz jako „miasto Boga żywego, Jeruzalem niebieskie” (Hbr 12,22; por. Ap 21), co wskazuje na realność tej rzeczywistości, choć przekraczającej kategorie czasu i przestrzeni znane ludzkiemu doświadczeniu.

Niebo to także stan duszy całkowicie oczyszczonej z grzechu i przywiązania do stworzeń, która kontempluje Boga twarzą w twarz – w visio beatifica, czyli w widzeniu uszczęśliwiającym. Św. Paweł pisze: „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany” (1 Kor 13,12), a św. Jan dodaje: „Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest.” (1 J 3,2). W tym stanie człowiek nie tylko poznaje Boga, ale uczestniczy w Jego życiu i miłości.

Niebo jest stanem doskonałej radości, pokoju i wolności: „I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły».” (Ap 21,4). „Kto bowiem wszedł do Jego odpoczynku, odpocznie po swych czynach, jak Bóg po swoich.” (Hbr 4,10). Niebo nie niszczy wolności – przeciwnie, doskonali ją. Dusza, widząc Boga, już nie pragnie i nie może chcieć niczego innego, bo Bóg jest Dobrem Najwyższym: „Któż, o Panie, podobny do Ciebie?” (Ps 35,10). Grzech staje się niemożliwy nie przez przymus, ale z powodu pełni miłości i doskonałego wyboru dobra.

Kościół naucza, że człowiek to jedność duszy i ciała. Po śmierci dusza udaje się na sąd szczegółowy, a ciało rozpada się – lecz na końcu czasów nastąpi powszechne zmartwychwstanie: „Wielu zaś, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się: jedni do wiecznego życia, drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie” (Dn 12,2). Wtedy zbawieni otrzymają ciała chwalebne – przemienione, nieśmiertelne, wolne od cierpienia i pełne światła – na wzór zmartwychwstałego Chrystusa:

Podobnie rzecz się ma ze zmartwychwstaniem. Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne – powstaje chwalebne; sieje się słabe – powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe – powstaje ciało duchowe. Jeżeli jest ciało ziemskie powstanie też ciało niebieskie. Tak też jest napisane: Stał się pierwszy człowiek, Adam, duszą żyjącą, a ostatni Adam duchem ożywiającym. Nie było jednak wpierw tego, co duchowe, ale to, co ziemskie; duchowe było potem. Pierwszy człowiek z ziemi – ziemski, drugi Człowiek – z nieba. Jaki ów ziemski, tacy i ziemscy; jaki Ten niebieski, tacy i niebiescy. A jak nosiliśmy obraz ziemskiego [człowieka], tak też nosić będziemy obraz [człowieka] niebieskiego. (por. 1 Kor 15,42–49).

Niebo nie jest samotną kontemplacją. Zbawieni tworzą wspólnotę – „społeczność świętych”, prawdziwe miasto Boga, Kościół triumfujący: „Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie” (Hbr 12,22). W tej wspólnocie obecni są aniołowie, patriarchowie, prorocy, Apostołowie, męczennicy i wszyscy zbawieni.

Niebo to ojczyzna człowieka: „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować.” (Flp 3,20–21). Pełnia istnienia i wieczny pokój są możliwe dla tych, którzy wytrwają w łasce: „Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia” (Ap 2,10).

W obecnym czasie dusze zbawionych, które umarły w łasce Bożej i zostały oczyszczone, już cieszą się wspólnotą z Bogiem – to święci w chwale. Choć nie posiadają jeszcze ciał, ich istnienie nie jest niepełne – lecz czeka na dopełnienie w zmartwychwstaniu. Po końcu czasów, w nowej rzeczywistości stworzonej przez Boga – w „nowym niebie i nowej ziemi” (Ap 21,1) – człowiek będzie żył w pełni: duszą i ciałem, w zjednoczeniu z Bogiem, innymi zbawionymi i całym odkupionym stworzeniem.

Chrześcijaństwo i jego odpowiedź na pytanie o zwierzęta w niebie

Podstawy biblijne


Księga Rodzaju, otwierająca Biblię, stanowi fundament chrześcijańskiego spojrzenia na stworzenie świata, miejsce człowieka w Bożym planie i rolę zwierząt w porządku natury. Już od pierwszych stron tej starożytnej opowieści widać, jak ściśle powiązane są losy ludzi i zwierząt – istot, które nie zostały stworzone przypadkowo, lecz z intencją i celem, stanowiąc integralny element harmonijnego świata ukształtowanego przez Boga.

W pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju Bóg tworzy świat w sposób uporządkowany, etapami, wprowadzając w niego życie – najpierw rośliny, potem zwierzęta, a wreszcie człowieka. Najpierw pojawia się opis stworzenia zwierząt wodnych i ptaków, a następnie zwierząt lądowych. Każde z tych stworzeń Bóg uznaje za „dobre”, co oznacza, że mają one wewnętrzną wartość – są ważne same w sobie, nie tylko z uwagi na ich przyszłą rolę w życiu człowieka. Co istotne, zwierzęta powstają wcześniej niż człowiek, co podkreśla ich niezależność i wyjątkowe miejsce w porządku stworzenia. Nie są jedynie dodatkiem do świata ludzi – są jego równoprawnymi mieszkańcami. (Rdz 1,20–25 ).

Następnie pojawia się człowiek – stworzony na obraz i podobieństwo Boga – który otrzymuje zadanie panowania (hebr. radah) nad resztą stworzenia: nad rybami, ptakami, ssakami – słowem nad wszystkimi zwierzętami, a także nad całą ziemią:

„Rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!»”.

„Radah” tłumaczone jest tutaj zwykle jako „panować”, „rządzić”, „sprawować władzę”, ale jego znaczenie jest wielowymiarowe i zależy od kontekstu. Może oznaczać zarówno władzę królewską, autorytet i odpowiedzialność, jak i – w negatywnym sensie – twarde, opresyjne panowanie, jeśli użyte jest np. w kontekście przemocy lub ucisku.

Wydaje się jednak, że w tym kontekście [nakaz 'czynienia sobie ziemi poddaną’ i 'panowania’] nie powinien oznaczać tyranii czy wyzysku, lecz raczej sugerować odpowiedzialne zarządzanie, opiekę i troskę. Człowiek bowiem nie zostaje stworzony jako bezwzględny władca, lecz jako zarządca Bożego ogrodu, ponoszący odpowiedzialność za dobrostan wszystkiego, co w nim żyje. Jest to władza, która nie wyklucza, ale integruje – obejmuje troską każde żywe stworzenie.

Historycznie, interpretacja słów Księgi Rodzaju o 'czynieniu sobie ziemi poddaną’ i 'panowaniu’ nad innymi stworzeniami w teologii katolickiej często przyjmowała silnie antropocentryczną perspektywę, choć rozumienie tego ewoluowało. W tym kontekście zwierzęta i przyroda były widziane jako służące człowiekowi, a ich wartość była mu podporządkowana. Święty Tomasz z Akwinu, odmawiając zwierzętom nieśmiertelnej duszy, wykluczał ich z życia wiecznego. Argumentacja za troską o zwierzęta koncentrowała się głównie na ludzkim obowiązku unikania okrucieństwa, rzadko uwzględniając ich własną, integralną wartość w Bożym stworzeniu.

W chrześcijaństwie wschodnim rozwijała się nieco odmienna, bardziej mistyczna wizja relacji człowieka z przyrodą. Choć również nie ma tam dogmatu o „zbawieniu zwierząt”, duchowość prawosławna jest bardziej otwarta na ich obecność w Bożym planie. Święci, jak Serafin z Sarowa czy Gerasimos z Jordanii, żyli w bliskiej harmonii z dzikimi zwierzętami, co tradycyjnie interpretowano jako symbol przywróconej jedności między człowiekiem a stworzeniem, takiej jak w rajskim Edenie.

W centrum prawosławnej duchowości stoi theosis, teoza, czyli przebóstwienie – proces upodobnienia się do Boga. To nie tylko osobista przemiana, ale też kosmiczne odnowienie całej rzeczywistości. Święty Izaak Syryjczyk pisał, że serce człowieka zjednoczonego z Bogiem współczuje całemu stworzeniu – nawet najmniejszym robakom.

Opis stworzenia w Biblii podkreśla, że piątego dnia Bóg powołał do istnienia zwierzęta morskie i ptaki, a szóstego – zwierzęta lądowe oraz ludzi. Choć ludzie zostali wyróżnieni stworzeniem na obraz Boży, nie implikuje to ich absolutnej dominacji. Jest to raczej wskazanie na ich wyjątkową rolę jako istot duchowych, powołanych do pielęgnowania świata, a nie jego destrukcji. Zwierzęta stanowią integralną część jednego, wspólnego systemu stworzenia, w którym każda istota posiada swoje miejsce, znaczenie i godność.

W pierwotnym stanie, zanim doszło do grzechu i upadku, relacja między człowiekiem a zwierzętami była pełna harmonii i pokoju. Poniższe wersety pokazują, że zarówno ludziom, jak i zwierzętom Bóg daje ten sam rodzaj pożywienia – rośliny.

I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. (Rdz 1:29–30).

To świat bez przemocy, bez drapieżnictwa i krwi. Rajska rzeczywistość była miejscem, gdzie życie istniało w doskonałej równowadze, a relacje między wszystkimi stworzeniami opierały się na współistnieniu, nie zaś na dominacji.

Ten idealny stan gwałtownie się załamuje, wraz z historią upadku człowieka. Adam i Ewa, sprzeciwiając się Bożemu nakazowi, spożywają owoc z Drzewa Poznania dobra i zła. W tym przełomowym momencie w świat wkracza grzech, a za nim śmierć, cierpienie i głęboki rozłam. Ziemia zostaje przeklęta, praca staje się uciążliwym trudem, a relacje człowieka z przyrodą naznacza lęk, przemoc i zmaganie. Wąż, kluczowy sprawca kuszenia Ewy, zostaje potępiony i skazany na czołganie się po ziemi – symbol poniżenia i kary. Wraz z upadkiem ludzkości cierpi całe stworzenie, w tym zwierzęta, które odtąd nie zaznają już rajskiej harmonii, lecz egzystują w świecie bólu i nieustannej walki o przetrwanie. (zob: Rdz 3).

Pomimo tej tragedii, Księga Rodzaju nie zostawia nas bez nadziei. W opowieści o potopie pojawia się ponownie motyw Bożej troski o wszystkie stworzenia. Kiedy Bóg postanawia oczyścić ziemię z powodu grzechu ludzi, nie zapomina o zwierzętach. Noe otrzymuje nakaz, aby zebrać po parze każdego gatunku, by przetrwały katastrofę. To nie tylko akt praktyczny, ale głęboko symboliczny – wskazujący na wartość życia każdego stworzenia i jego niezbywalne miejsce w Bożym planie. Po potopie Bóg zawiera przymierze nie tylko z ludźmi, ale także ze wszystkimi żywymi istotami:

Potem Bóg tak rzekł do Noego i do jego synów: «Ja, Ja zawieram przymierze z wami i z waszym potomstwem, które po was będzie; z wszelką istotą żywą, która jest z wami: z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi. Zawieram z wami przymierze, tak iż nigdy już nie zostanie zgładzona wodami potopu żadna istota żywa i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemię». Po czym Bóg dodał: «A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, z każdym człowiekiem; i nie będzie już nigdy wód potopu na zniszczenie żadnego jestestwa. Gdy zatem będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze wieczne między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi». (Rdz 9, 8–16).

Podkreśla to słowami: „z wszelkim zwierzęciem na ziemi”. Zwierzęta zostają włączone w Boże obietnice i błogosławieństwa – są objęte tym samym przymierzem, które gwarantuje, że ziemia nie zostanie już więcej zniszczona przez potop. To wyraźny znak, że zwierzęta nie są dodatkiem do ludzkiej historii, ale jej współuczestnikami.

Motyw odkupienia i przywrócenia harmonii między ludźmi a zwierzętami kontynuowany jest również w proroctwach Izajasza. Prorok ukazuje wizje przyszłości, w której świat powróci do pierwotnego stanu pokoju. Opisuje niezwykłą scenę: wilk przebywa z barankiem, lampart leży obok koźlęcia, cielę i lew razem odpoczywają, a nad nimi czuwa małe dziecko. To wizja nie tylko metaforyczna – to obraz przyszłości, w której zostają odwrócone skutki upadku. Przemoc i strach znikają, a świat natury, dotknięty grzechem, zostaje uzdrowiony.

Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem,

pantera z koźlęciem razem leżeć będą,

cielę i lew paść się będą społem

i mały chłopiec będzie je poganiał.

Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie,

młode ich razem będą legały.

Lew też jak wół będzie jadał słomę.

Niemowlę igrać będzie na norze kobry,

dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii.

Zła czynić nie będą ani zgubnie działać

po całej świętej mej górze,

bo kraj się napełni znajomością Pana,

na kształt wód, które przepełniają morze.

(Iz 11:6–9 BT).

Również u proroka Izajasza czytamy o „nowych niebiosach i nowej ziemi”, w których wilk i baranek będą się paść razem, a lew będzie jadł słomę jak wół. Nawet wąż – symbol upadku – nie zostaje całkowicie unicestwiony, lecz ograniczony: jego pokarmem będzie proch, co może symbolizować całkowite odebranie mu mocy kuszenia. Te wizje pokazują, że Boże odkupienie obejmuje nie tylko ludzi, ale całe stworzenie. Zwierzęta, które cierpiały z powodu grzechu człowieka, mają także udział w przyszłej chwale.

«Wilk i baranek paść się będą razem;

lew też będzie jadał słomę jak wół;

a wąż będzie miał proch ziemi jako pokarm.

Zła czynić nie będą ani zgubnie działać

na całej świętej mej górze» – mówi Pan.

(Iz 65:25 BT).

W ten sposób Księga Rodzaju i proroctwa Izajasza łączą się w jednej wielkiej opowieści o stworzeniu, upadku i odkupieniu. Zwierzęta są obecne na każdym etapie tej historii – od harmonii raju, przez dramat grzechu, aż po nadzieję na przyszłe pojednanie. Ich obecność w biblijnym przekazie nie jest przypadkowa ani drugorzędna. Są one częścią Bożego świata – świata, który Bóg uznał za dobry i który pragnie w pełni odnowić. Ostateczna wizja przyszłości to nie tylko raj dla ludzi, ale odnowione stworzenie, w którym każda istota – człowiek, zwierzę, roślina – znajdzie swoje miejsce w harmonii i pokoju.

Zwierzęta w niebie według Biblii

Pytanie o los zwierząt w niebie jest bardziej złożone i spowite tajemnicą. Tradycyjna teologia katolicka, rozróżniając naturę duszy ludzkiej i zwierzęcej, naucza o odmienności ich losu po śmierci. Niemniej jednak, Kościół z ostrożnością podchodzi do definitywnego wykluczenia zwierząt z nieba, pozostawiając tę sferę otwartą dla teologicznej refleksji i chrześcijańskiej nadziei. Nie brakuje inspirujących przypomnień o wspólnym pochodzeniu wszelkiego życia: „zwierzęta również mają tchnienie życia otrzymane od Boga”. W eschatologicznym obrazie przyszłości, po przeminięciu obecnego świata, Apokalipsa świętego Jana przedstawia wizję odnowionego stworzenia, gdzie symboliczne proroctwo „wilk zamieszka z barankiem” staje się obietnicą uniwersalnego pokoju i harmonii, obejmującą być może także naszych zwierzęcych towarzyszy. Wielu teologów na przestrzeni wieków, rozważało możliwość obecności zwierząt jako integralnej części odkupionego stworzenia, zastrzegając jednak, że ich pośmiertny byt może różnić się od eschatologicznego losu człowieka. Ostatecznie, wizja nieba może obejmować zwierzęta nie na zasadzie ich zasługi, lecz jako wyraz bezgranicznej miłości Boga do całego stworzenia i Jego pragnienia, by je odnowić, a nie unicestwić. Bo przecież Pan Bóg wszystko co stworzył, stworzył z miłości. I „widział, że było dobre”.

Fraza „Bóg widział, że było dobre” pojawia się wielokrotnie w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju, w którym opisane jest dzieło stworzenia. Jest to refren towarzyszący każdemu etapowi Bożego działania, podkreślający Jego zadowolenie z tego, co uczynił. Po stworzeniu światła i oddzieleniu go od ciemności czytamy: Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności.” (Rdz 1,4). Następnie, po oddzieleniu wód i utworzeniu sklepienia niebieskiego: „Bóg widział, że były dobre” (Rdz 1,10). Potem Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre.” (Rdz 1,12). Po stworzeniu ciał niebieskich – słońca, księżyca i gwiazd – znów pojawia się ten sam werbalny znak uznania: „A widział Bóg, że były dobre.” (Rdz 1,18). Również po powołaniu do istnienia zwierząt wodnych i ptaków czytamy: „Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: «Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi».” (Rdz 1,21). Wreszcie, po stworzeniu zwierząt lądowych oraz człowieka, następuje kulminacja tego refrenu: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31). Zastosowanie w tym ostatnim wersecie wzmocnienia „bardzo dobre” wyraźnie akcentuje pełnię i doskonałość stworzenia w oczach Boga. Tym samym powtarzająca się fraza nie tylko nadaje rytm opowiadaniu, ale stanowi wyraźne teologiczne świadectwo miłości Stwórcy do swego dzieła.

Choć Pismo Święte nie zawiera jednego wersetu stwierdzającego wprost: „Bóg stworzył wszystko z miłości”, to cała jego narracja – od stworzenia świata aż po ofiarę Jezusa Chrystusa – jednoznacznie ukazuje tę prawdę. Fundamentem owego przekonania jest objawienie natury Boga, Jego działanie wobec stworzenia oraz niezmienne pragnienie zbawienia człowieka. Najgłębszym teologicznym uzasadnieniem jest sama istota Boga. Święty Jan pisze: „Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.” (1 J 4,8.16). Skoro miłość nie jest jedynie cechą Boga, lecz Jego istotą, to każde Jego działanie – w tym akt stworzenia – musi z niej wypływać. Miłość z natury jest dawaniem siebie, dzieleniem się dobrem i pragnieniem szczęścia ukochanego. Stworzenie świata i człowieka było więc aktem bezinteresownej dobroci – udzieleniem istnienia i licznych darów.

W Księdze Rodzaju z naciskiem powtarza się stwierdzenie: „A Bóg widział, że było dobre”. To Boże uznanie stworzenia za „dobre” wskazuje nie tylko na jego wewnętrzną harmonię i piękno, ale także na głęboką życzliwość i miłość Stwórcy wobec wszystkiego, co powołał do istnienia. Miłość z natury dąży do dobra ukochanej istoty – a stworzenie jest tego konkretnym przejawem. Kulminacją tej miłości jest stworzenie człowieka: „rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam»” (Rdz 1,26). Ukształtowanie człowieka jako bytu obdarzonego rozumem, wolną wolą i zdolnością do relacji z Bogiem świadczy o jego unikalnej pozycji w Bożym planie. Miłość pragnie relacji i dzielenia się sobą – a powołanie człowieka do komunii z Bogiem jest dowodem jego szczególnego umiłowania.

Cała historia zbawienia, ukazana w Biblii, to dzieje Bożej miłości i wierności wobec człowieka. Od przymierza z Noem, przez Abrahama, Mojżesza, aż po nowe i wieczne przymierze w Chrystusie – Bóg nieustannie podejmuje inicjatywę, by człowieka zbawić. Miłość bowiem jest wierna i dąży do trwałej więzi. Kulminacją objawienia Bożej miłości jest ofiara Syna Bożego: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.” (J 3,16). Chrystus przyszedł nie do świata sprawiedliwego, lecz grzesznego – to jeszcze bardziej uwydatnia bezwarunkowy, ofiarny charakter Bożej miłości.

Miłość objawia się również w Bożym miłosierdziu wobec upadłego człowieka. Bóg nie odrzuca stworzenia mimo jego winy, lecz cierpliwie dąży do jego nawrócenia. Jak pisze św. Paweł: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest… nie pamięta złego…” (1 Kor 13,4). Ten opis doskonale oddaje postawę Boga wobec ludzkości. Choć zatem w Biblii nie znajdziemy literalnego stwierdzenia „Bóg stworzył świat z miłości”, to całość objawienia – od aktu stworzenia, przez dzieje przymierzy, aż po krzyż Chrystusa – nie pozostawia wątpliwości. Stworzenie nie było dziełem przypadku ani potrzeby, lecz wolnym aktem Bożej miłości, która pragnie dzielić się sobą, prowadzić stworzenie ku zbawieniu i wiecznej wspólnocie z Trójjedynym Bogiem.

Podsumowując tedy nasze rozważania o miejscu ludzi i zwierząt w niebie, zarówno w perspektywie obecnej, po śmierci, jak i w eschatologicznej przyszłości po zmartwychwstaniu, możemy nakreślić następujący obraz. W chwili śmierci dusze ludzi zbawionych wchodzą w stan głębokiej komunii z Bogiem, doświadczając przedsmaku wiecznej szczęśliwości. Natomiast po końcu świata i zmartwychwstaniu, ci sami zbawieni otrzymają uwielbione ciała i zamieszkają w nowym, przemienionym świecie, w pełni uczestnicząc w radości zbawienia.

Jeśli natomiast chodzi o los zwierząt po śmierci, tradycyjna teologia chrześcijańska nie udziela jednoznacznej, dogmatycznie potwierdzonej odpowiedzi. Przeważa przekonanie, że zwierzęta nie posiadają nieśmiertelnej duszy w tym samym sensie co człowiek, a zatem nie przechodzą do życia wiecznego w sposób świadomy. Niemniej jednak, w myśli chrześcijańskiej obecna jest głęboka nadzieja, zakorzeniona w nieskończonej miłości Boga do całego stworzenia, że zwierzęta w jakiś sposób mogą uczestniczyć w odnowionym wszechświecie, stając się częścią nowej harmonii, której obietnicę zawiera Pismo Święte.

Jednym z najbardziej poruszających obrazów proroczych odnoszących się do przyszłości stworzenia jest proroctwo z Księgi Izajasza, które przedstawia wizję mesjańskiego pokoju: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał.” (Iz 11,6–9). Choć ten fragment bywa interpretowany symbolicznie, wielu teologów – w tym Ojcowie Kościoła – widzi w nim zapowiedź nowego stworzenia, w którym harmonia obejmie całość natury.

Również Psalm 104 ukazuje Bożą opatrzność wobec całego stworzenia: „Wszystko to czeka na Ciebie, byś dał im pokarm w swym czasie. Gdy im udzielasz, zbierają; gdy rękę swą otwierasz, sycą się dobrami. Gdy skryjesz swe oblicze, wpadają w niepokój; gdy im oddech odbierasz, marnieją i powracają do swojego prochu. Stwarzasz je, gdy ślesz swego Ducha i odnawiasz oblicze ziemi.” (Ps 104,27–30). W tym opisie cyklu życia widzimy zarówno zależność stworzeń od Boga, jak i nadzieję na ich odnowienie przez Jego Ducha (hebr. ruach), który ożywia i odnawia ziemię.

Jednym z najmocniejszych tekstów Nowego Testamentu odnoszących się do przyszłości całego stworzenia jest List św. Pawła do Rzymian: „Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić. Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy, oczekując – odkupienia naszego ciała.” (Rz 8,19–21). Św. Paweł ukazuje tu stworzenie jako uczestnika dramatycznej historii zbawienia – również ono cierpi, oczekuje wyzwolenia i ma udział w nadziei chwały. To jeden z najmocniejszych biblijnych argumentów sugerujących, że Boże dzieło odkupienia obejmuje nie tylko ludzi, lecz cały stworzony świat.

W Księdze Apokalipsy znajdujemy wizję nowej rzeczywistości po końcu czasów:

„I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły, i morza już nie ma.” (Ap 21,1). I dalej: „I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: «Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni Jego ludem, a On będzie ‘BOGIEM Z NIMI’. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły». I rzekł Zasiadający na tronie: «Oto czynię wszystko nowe».” (Ap 21,3–4).

Choć zwierzęta nie są wymienione wprost, kontekst odnowienia całego stworzenia – w tym również w Apokalipsa poprzez obraz drzewa życia i wody żywej – pozwala interpretować tę wizję jako obejmującą wszystkie byty stworzone:

I ukazał mi rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka. Pomiędzy rynkiem Miasta a rzeką, po obu brzegach, drzewo życia, rodzące dwanaście owoców – wydające swój owoc każdego miesiąca – a liście drzewa [służą] do leczenia narodów. Nic godnego klątwy już [odtąd] nie będzie. (Ap 22, 1–3).

Wreszcie, słowa Jezusa z Ewangelii Mateusza: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię.” (Mt 10,29), ukazują Bożą troskę o nawet najmniejsze stworzenia. Choć to zdanie nie mówi o losie zwierząt po śmierci, to ukazuje, że każde stworzenie ma znaczenie w oczach Boga – a to może być przesłanką do wiary, że Jego miłość i plan odkupienia obejmuje również ich rzeczywistość.

W Dziejach Apostolskich znajduje się niezwykle wymowna wizja św. Piotra. Choć nie odnosi się bezpośrednio do obecności zwierząt w niebie, jej głównym przesłaniem jest objawienie uniwersalności zbawienia – przekroczenie dotychczasowego podziału na czyste i nieczyste, odnoszącego się do ludzi, zarówno Żydów, jak i pogan. Pośrednio jednak wizja ta może stanowić punkt wyjścia do teologicznej refleksji nad miejscem zwierząt w Bożym planie. Ukazując całe stworzenie, w tym różnorodne zwierzęta, i opatrzona słowami Boga: „Co Bóg oczyścił, ty nie miej za skalane”, sugeruje, że wszystko, co wyszło spod Bożej ręki, posiada wartość i jest godne szacunku.

Następnego dnia, gdy oni byli w drodze i zbliżali się do miasta, wszedł Piotr na dach, aby się pomodlić. Była mniej więcej szósta godzina. Odczuwał głód i chciał coś zjeść. Kiedy przygotowywano mu posiłek, wpadł w zachwycenie. Widzi niebo otwarte i jakiś spuszczający się przedmiot, podobny do wielkiego płótna czterema końcami opadającego ku ziemi. Były w nim wszelkie zwierzęta czworonożne, płazy naziemne i ptaki powietrzne. «Zabijaj, Piotrze i jedz!» – odezwał się do niego głos. «O nie, Panie! Bo nigdy nie jadłem nic skażonego i nieczystego» – odpowiedział Piotr. A głos znowu po raz drugi do niego: «Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił». Powtórzyło się to trzy razy i natychmiast wzięto ten przedmiot do nieba. (Dz 10, 9–16).

Podsumowując, choć Biblia nigdzie nie mówi wprost, że „zwierzęta będą w niebie”, to liczne fragmenty sugerują, że Boże zbawienie dotyczy całego stworzenia. Miłość Boga, która ogarnia wszelkie istoty, oraz biblijne wizje odnowionego świata pozwalają mieć nadzieję, że zwierzęta także znajdą swoje miejsce w wiecznej harmonii nowego stworzenia.

Niebo i stworzenie w apokryfach

Obecność zwierząt w pismach apokryficznych i pseudoepigraficznych – zarówno żydowskich, jak i chrześcijańskich – może świadczyć o tym, że idea udziału całego stworzenia w eschatologicznym porządku zbawienia była głęboko zakorzeniona w wyobraźni religijnej i duchowej starożytnych wspólnot. Choć teksty te nie mają statusu natchnionych w kanonie biblijnym, ukazują pewien nurt przekonań, według którego zwierzęta nie były traktowane wyłącznie jako tło historii zbawienia, lecz jako realne elementy Bożego planu. Ich obecność w wizjach nieba, sądu lub nowego stworzenia może być odczytywana jako teologiczna intuicja, że miłosierdzie i sprawiedliwość Boga obejmują całą rzeczywistość – również tę pozaludzką. Świadczy to o szerokim, całościowym rozumieniu odkupienia, w którym cały kosmos, a nie tylko człowiek, ma uczestniczyć w ostatecznym pojednaniu z Bogiem.

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o obecność zwierząt w niebie, warto sięgnąć nie tylko do tekstów kanonicznych, ale także do bogatego dziedzictwa literatury apokryficznej. Choć pisma te nie tworzą jednolitej doktryny, ukazują szerokie spektrum wyobrażeń eschatologicznych, w których zwierzęta odgrywają nieraz znaczącą, choć nie zawsze oczywistą rolę. W wielu z tych dzieł odnaleźć można sugestie, obrazy lub symbole, które wskazują na możliwość udziału całego stworzenia – również zwierząt – w rzeczywistości niebiańskiej.

W apokaliptycznej części 1 Księgi Henocha, znanej jako Apokalipsa Zwierząt, autor przedstawia historię Izraela za pomocą alegorii zwierzęcych: ludzie są reprezentowani jako różne gatunki zwierząt, a sam Bóg jako pasterz. Choć te obrazy mają charakter symboliczny, już sama decyzja o przedstawieniu dziejów zbawienia poprzez świat zwierzęcy sugeruje głębokie powiązanie ich losu z boskim planem. (1 Księga Henocha, rozdz. 85–90).

W 2 Księdze Henocha, zwanej również Henochem Słowiańskim, znajdujemy opisy poziomów niebios, gdzie różne aspekty stworzenia, w tym także zwierzęta, oddają chwałę Bogu. Choć wzmianki o nich są krótkie i marginalne, to jednak wskazują na obecność stworzeń innych niż aniołowie czy dusze ludzkie w przestrzeni nieba.

„A ci mężowie wzięli mnie stamtąd i zaprowadzili do trzeciego nieba, i tam umieścili mnie w pośrodku Raju. Spojrzałem w dół i ujrzałem plony tych miejsc – tak wspaniałe, jakich nigdy wcześniej nie widziano ze względu na ich niezwykłą dobroć. Zobaczyłem wszystkie drzewa pełne słodkich kwiatów i wonnych owoców, a każdy ich owoc wydzielał zapach cudowny i przepełniający powietrze. Pośród tych drzew znajdowało się drzewo życia, na miejscu, gdzie Pan przebywa, gdy wstępuje do Raju. Drzewo to było niewypowiedzianie dobre i pełne wonności, piękniejsze niż cokolwiek innego na ziemi. Ze wszystkich stron lśniło niczym złoto, szkarłat i ogień, a jego korona rozciągała się szeroko, obejmując wszystko dookoła. Rodziło ono owoce wszystkich rodzajów. Jego korzeń tkwił głęboko w ogrodzie, na krańcu ziemi. A raj ten znajduje się pomiędzy śmiertelnością a nieśmiertelnością. Z tego miejsca wypływają dwa źródła – jedno wydaje mleko, drugie miód – a ich odnogi przynoszą oliwę i wino. Dzielą się one na cztery strumienie, które płyną łagodnym nurtem i wpływają do Raju Edenu, położonego pomiędzy śmiertelnością a nieśmiertelnością. Stamtąd rozlewają się na całą ziemię, zataczając krąg niczym inne żywioły. W tym miejscu nie istnieje drzewo, które nie rodziłoby owoców, a każda przestrzeń jest pełna błogosławieństwa. A jest tam trzystu bardzo jasnych aniołów, którzy strzegą ogrodu i z nieustannym słodkim śpiewem oraz nigdy niecichnącymi głosami służą Panu przez wszystkie dni i godziny. I rzekłem: „Jakże słodkie jest to miejsce!” A ci mężowie odpowiedzieli mi: „To miejsce, Enochu, zostało przygotowane dla sprawiedliwych – tych, którzy cierpliwie znoszą wszelkie utrapienia zadawane im przez tych, co ranią ich dusze; którzy odwracają swe oczy od nieprawości, sądzą sprawiedliwie, karmią głodnych chlebem, przyodziewają nagich, podnoszą upadłych, wspierają zranione sieroty; którzy postępują nienagannie przed obliczem Pana i służą jedynie Jemu. Dla nich właśnie to miejsce zostało przeznaczone jako wieczne dziedzictwo.” (2 Hen 8:1–10; 9:1)

a dalej:

„Spojrzałem i ujrzałem inne latające istoty (…) zwane feniksami i chalkydri, cudowne i wspaniałe. Miały nogi i ogony w kształcie lwa oraz głowy krokodyla. Ich ciało lśniło purpurowym blaskiem, przypominającym barwy tęczy. Były olbrzymie, miały dziewięćset miar wysokości, a ich skrzydła, jak skrzydła aniołów, było ich [po] dwanaście na każdą z tych istot. Służyły słońcu, niosąc ciepło i rosę, wykonując polecenie Boga”. (2 Hen 12:1)

Wówczas żywioły słońca – feniksy i chalkydri – zaczynają śpiewać. Dlatego każdy ptak trzepoce skrzydłami, radując się z obecności Dawcy Światła. Na Jego rozkaz rozbrzmiewa ich śpiew. Dawca Światła przybywa, by przynieść blask całemu światu, a poranna straż nabiera kształtu – są nią promienie słońca. (2 Hen 15:1–2)

Owe feniksy i chalkydri to mityczne stworzenia, które pojawiają się w tekstach apokryficznych, szczególnie w kontekście wizji nieba i boskich chórów uwielbiających stwórcę. Choć te postacie mają swoje korzenie w różnych tradycjach religijnych, ich symbolika i rola w opowieściach biblijnych, zarówno kanonicznych, jak i apokryficznych, są wyjątkowe, a ich obecność w niebiańskich sferach stanowi wyraz boskiej chwały.

Feniksy i chalkydri, mimo że mogą wydawać się elementami fantastycznymi, pełnią w literaturze apokryficznej znaczącą rolę jako świadkowie boskiej chwały. Ich obecność w niebie świadczy o wielkiej różnorodności stworzenia, które zdolne jest do uwielbiania Boga. Jednocześnie stanowią symbol jedności duchowego i materialnego porządku – nawet najbardziej „dzikie” czy mityczne stworzenia są włączone w doskonały niebiański ład. Zajmując miejsca na krańcach niebios, pełnią funkcje ochronne i strzegą przejść między sferami, oddając chwałę Bogu, który jest Stwórcą wszystkiego, co istnieje, w niebie i na ziemi.

„Testament Dwunastu Patriarchów” zawiera fragment mówiący o tym, że i zwierzęta należy uważać za istoty, podobnie jak ludzi, zasługujące na miłosierdzie, trudno zatem sobie wyobrazić, że zostaną one przez Pana Boga poddane anihilacji:

„A teraz, moje dzieci, nakazuję wam, abyście przestrzegali przykazań Pana, abyście okazali miłosierdzie bliźniemu waszemu i mieli litość nad wszystkimi, nie tylko nad ludźmi, ale także nad zwierzętami. Bo dla tej rzeczy Pan mi błogosławił; a gdy wszyscy moi bracia byli chorzy, ja uszedłem bez choroby, bo Pan zna zamiary każdego. (Testamenty Dwunastu Patriarchów/Testament Zabulona: 5, 1–2)”.

W tradycji chrześcijańskiej szczególnie wyrazistym przykładem obecności zwierząt w niebie jest Apokalipsa Pawła, znana także jako Visio Pauli. Można w owym tekście znaleźć takie zdania:

„Gdy byłem w ciele, w którym zostałem porwany do trzeciego nieba, doszło mnie słowo Pańskie o tej treści: Powiedz temu ludowi: (…) Pamiętajcie więc i wiedzcie, że całe stworzenie jest poddane Bogu, lecz jedynie ludzkość grzeszy. Ma [człowiek] władzę nad całym stworzeniem, a grzeszy bardziej niż cała natura”. (ApPw. 3).

„Wiedzcie, synowie ludzcy, że całe stworzenie zostało poddane Bogu; ale tylko rodzaj ludzki, grzesząc, gniewa Boga.” (ApPw. 5).

A w dalszej części owej wizji Apostoł widzi ziemię obiecaną zbawionym po powtórnym przyjściu Chrystusa, nową ziemię, i opisuje ją tak:

„I rozejrzałem się po tej ziemi i zobaczyłem rzekę płynącą mlekiem i miodem. A na brzegu rzeki były zasadzone drzewa pełne owoców: teraz każde drzewo rodziło dwanaście owoców w roku, a miały różne i rozmaite owoce: i widziałem kształt, wygląd tego miejsca i całe dzieło Boga, i zobaczyłem tam palmy dwudziestołokciowe i inne dziesięciołokciowe: a ta ziemia była siedem razy jaśniejsza od srebra. A drzewa były pełne owoców od korzenia aż do górnych gałęzi. (Od korzenia każdego drzewa aż do jego serca było dziesięć tysięcy gałęzi z dziesiątkami tysięcy gron, [i było dziesięć tysięcy gron na każdej gałęzi,] i było dziesięć tysięcy daktyli w każdym gronie. I tak było również z winoroślą. Każda winorośl miała dziesięć tysięcy gałęzi, a każda gałąź miała na sobie dziesięć tysięcy kiści winogron, a każda kiść miała na sobie dziesięć tysięcy winogron. I były tam inne drzewa, miriady miriad ich, a ich owoce były w tej samej proporcji.) I powiedziałem do anioła: Dlaczego każde drzewo wydaje tysiące owoców? Anioł odpowiedział i rzekł do mnie: Ponieważ Pan Bóg swojej hojności daje swoje dary w obfitości godnym; bo i oni z własnej woli umartwiali się, gdy byli na świecie, czyniąc wszystko dla Jego świętego imienia.” (ApPw. 22).

potem zaś dodaje:

„Patrzyłem i widziałem, jak niebo trzęsło się jak drzewo, które porusza wiatr; i nagle rzucili się na twarze przed tronem; i widziałem dwudziestu czterech starszych i cztery zwierzęta oddające cześć Bogu; i widziałem ołtarz i zasłonę i tron, i wszyscy się radowali, a dym słodkiej woni unosił się obok ołtarza tronu Bożego.” (ApPw. 44).

W Apokalipsie Pawła, choć brak w niej wielu bezpośrednich wzmianek o zwierzętach w niebie czy na odnowionej ziemi, te fragmenty opisujące wizję Apostoła sugerują ich obecność. Widział tam bowiem całe Boże dzieło, co pozwala przypuszczać, że obejmowało ono również zwierzęta. Opis nieba jako bujnego, rajskiego ogrodu z cudownymi, oddającymi chwałę Bogu drzewami, może pośrednio sugerować realność zwierząt jako integralnej części niebiańskiej harmonii, a nie jedynie alegorii. Mimo więc tego, że zwierzęta nie są tam wymienione wprost, poza owymi czterema, charakterystyka tegoż rajskiego środowiska naturalnie implikuje ich obecność jako mieszkańców tak wspaniałego świata.

W Dziejach Pawła i Tekli pojawia się interesujący wątek relacji między świętą a dzikimi bestiami. Lwica, która miała ją rozszarpać, ostatecznie staje się obrończynią świętej. Cudowna przemiana zwierzęcia pod wpływem świętości postaci może być odczytana jako zapowiedź ostatecznego pojednania między człowiekiem a naturą w przyszłym świecie:

„Tekla została (…) rozebrana do naga, opasana chustą i rzucona na miejsce przeznaczone do walki ze zwierzętami. Następnie wypuszczono na nią lwy i niedźwiedzie. Lecz lwica, która była najdziksza ze wszystkich, podbiegła do Tekli i padła jej do stóp. Na to tłum kobiet głośno krzyknął. Wtedy w jej kierunku z niebywałą agresją rzuciła się niedźwiedzica; lecz lwica stanęła jej na drodze i rozszarpała ją. Następnie lew, przyzwyczajony do pożerania ludzi (…), rzucił się na nią, ale lwica starła się z nim i oba zwierzęta zginęły. Wtedy kobiety zmartwiły się jeszcze bardziej, ponieważ lwica, która pomogła Tekli, była martwa. Następnie wyprowadzono wiele innych dzikich zwierząt, lecz Tekla stała z rękami wyciągniętymi ku niebu i modliła się. Kiedy skończyła się modlić, odwróciła się i zobaczyła dół z wodą, i rzekła: Teraz jest właściwy czas, abym została ochrzczona”. (DPTekli, 9, 1–2)

W Pasterzu Hermasa, alegorycznym dziele o drodze duchowego wzrastania, zwierzęta – głównie dzikie bestie – symbolizują pokusy i niebezpieczeństwa duchowe. Jednak w miarę postępów bohatera, pojawia się obraz przestrzeni wolnej od bestii, co może być interpretowane jako wyraz duchowego pokoju, który ma także wymiar kosmiczny.

Wspólnym motywem wszystkich tych tekstów, mimo różnic teologicznych i literackich, jest powrót do stanu pierwotnej harmonii – do Edenu lub jego eschatologicznego odpowiednika. Zwierzęta, czy to obecne symbolicznie, czy też wyraźnie opisane, są częścią tej odnowionej rzeczywistości. Apokryficzne wizje nieba nie są zatem jedynie projekcją nagrody dla ludzi, lecz także obrazem kosmicznego pojednania, w którym całe stworzenie, zgodnie ze słowami Pawła z Listu do Rzymian, „wzdycha i jęczy”, oczekując pełnego odkupienia. W tym świetle obecność zwierząt w niebie, choć rzadko przedstawiana w sposób bezpośredni i jednoznaczny, jawi się jako naturalna i wewnętrznie spójna część wizji ostatecznego zbawienia.

W logionie 3 Ewangelii Tomasza Jezus mówi: „Jezus powiedział: «Jeśli ci, którzy wam przewodzą, powiedzą wam: Oto królestwo jest w niebie, wtedy ptaki niebieskie będą przed wami. Jeśli powiedzą wam: Jest w morzu, wtedy ryby będą przed wami. Ale królestwo jest w was i poza wami».” Choć tekst ten nie mówi bezpośrednio o obecności zwierząt w niebie, sugeruje, że królestwo Boże obejmuje całe stworzenie, zarówno ludzi, jak i zwierzęta.

Obecność zwierząt w apokryfach i pseudoepigrafach żydowskich oraz chrześcijańskich ukazuje, że idea ich udziału w eschatologicznym porządku zbawienia była głęboko zakorzeniona w duchowej wyobraźni starożytnych wspólnot. Choć teksty te nie mają statusu natchnionych w kanonie biblijnym, ukazują nurt przekonań, według którego zwierzęta nie były traktowane wyłącznie jako tło historii zbawienia, lecz jako realne elementy Bożego planu.

W 1 Liście św. Klemensa do Koryntian można zaś znaleźć takie słowa:

„Kolejne wiosny, lata, jesienie i zimy w pokoju jedne drugim ustępują miejsca. Wiatry, we właściwych porach i w wyznaczonych im dziedzinach, spełniają wiernie swoją służbę. Źródła wód, bijące nieustannie, stworzone dla radości i zdrowia, hojnie poiły i poją człowieka, bez chwili przerwy niosąc życie. Najmniejsze nawet zwierzęta spotykają się w zgodzie i pokoju. Wszystko to wielki Pan i Stwórca wszechświata ustanowił, aby istniało w harmonii, pokoju i posłuszeństwie Jego woli. Wszystkim czyni dobro, a szczególnie nam, którzy szukamy schronienia w Jego miłosierdziu przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa – Jemu chwała i majestat na wieki wieków. Amen”. (1 Klem. do Kor. 20, 1–12).

Powyższy cytat ukazuje harmonię panującą w stworzeniu, co można odczytywać jako zapowiedź nadziei na przywrócenie pokoju także między ludźmi a zwierzętami w czasach ostatecznych. Wspólnym motywem wszystkich wcześniej przytoczonych tekstów apokryficznych jest bowiem wizja odnowionego świata, w którym zapanuje pokój i zgoda pomiędzy wszystkimi stworzeniami. Choć nie zawsze wyrażone jest to wprost, obecność zwierząt w eschatologicznych wizjach sugeruje ich istotną rolę w Bożym planie zbawienia.

Czy zwierzęta mają duszę?

Czy różni się ona od duszy ludzkiej?

Zagadnienie duszy u zwierząt i jej ewentualnych różnic w stosunku do duszy ludzkiej jest przedmiotem wielowiekowej refleksji teologicznej i filozoficznej. W samym Piśmie Świętym termin „dusza” (hebrajskie nefesz, greckie psyche) odnosi się do „żywego istnienia”, co oznacza, że zarówno ludzie, jak i zwierzęta są określane jako „dusza żywa”, jak czytamy w Księdze Rodzaju (Rdz 1,20–21; Rdz 2,7). Niemniej jednak, Biblia podkreśla wyjątkowość człowieka, który jako jedyny został stworzony na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1,26–27). Tradycja chrześcijańska interpretuje to podobieństwo jako obdarzenie człowieka wolną wolą, zdolnością do poznania Boga, odpowiedzialnością moralną oraz nieśmiertelną duszą. W tradycji katolickiej, szczególnie w filozofii świętego Tomasza z Akwinu, rozróżnia się duszę zwierzęcą, która jest cielesną zasadą życia i zdolnością do odczuwania, od duszy ludzkiej, która jest rozumna i nieśmiertelna. Według tego klasycznego ujęcia, dusza ludzka, będąc duchową, nie umiera wraz z ciałem, lecz trwa w wieczności, natomiast dusza zwierzęca nie jest nieśmiertelna i zanika wraz ze śmiercią biologiczną organizmu. Warto jednak zauważyć, że współczesna teologia oraz niektórzy Ojcowie Kościoła, jak na przykład święty Bazyli Wielki i święty Ireneusz z Lyonu, dopuszczają myśl, że Bóg, w swojej nieskończonej miłości i łasce, może zachować zwierzęta w nowym stworzeniu, jeśli taka będzie Jego wola, nie z racji ich własnych zasług, lecz z Bożej suwerennej decyzji. I raczej nie będzie zważał na to co napisał Akwinata, czy inni teologowie.

Czy zwierzęta będą w niebie po zmartwychwstaniu?

Choć Pismo Święte nie wypowiada się wprost na temat obecności zwierząt w niebie po zmartwychwstaniu, zawiera inspirujące wskazówki i symbolikę, które skłaniają do refleksji. Prorok Izajasz w swojej wizji przyszłego pokoju i harmonii zapowiada: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera położy się obok koźlęcia… nie będą wyrządzać szkody ani zniszczenia…” (Iz 11,6–9). Z kolei List do Rzymian wyraża tęsknotę całego stworzenia: „Stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych… będzie wyzwolone z niewoli skażenia…” (Rz 8,19–21). Te fragmenty sugerują, że Boży plan odkupienia i przemiany obejmuje całe stworzenie, a nie tylko ludzkość, i że w przyszłości nastąpi przywrócenie pierwotnej harmonii. Wizja „nowego nieba i nowej ziemi” opisana w Apokalipsie świętego Jana (Ap 21) przedstawia nie tylko duchowy stan, ale także fizyczną, całkowicie odnowioną rzeczywistość. Jeśli ta nowa rzeczywistość ma zawierać wszystko, co dobre, czyste i piękne, to nic logicznie nie wyklucza obecności w niej zwierząt. Co więcej, można przypuszczać, że te zwierzęta, które za życia były szczególnie bliskie człowiekowi, mogą znaleźć swoje miejsce w nowym stworzeniu jako szczególne znaki Bożej dobroci i miłości do całego stworzonego świata. Bo że Bóg będący Miłością stworzył wszystko z miłości, to już wiemy.

Zmartwychwstanie ciał, o którym mówi Pismo Święte i nauka Kościoła, jest obietnicą, która dotyczy wyłącznie ludzi. To oni, w dniu ostatecznym, zostaną wskrzeszeni, a ich ciała zostaną przemienione i na nowo zjednoczone z nieśmiertelnymi duszami. Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian zapewnia: „Bóg zaś i Pana wskrzesił i nas również swą mocą wskrzesi z martwych.” (1 Kor 6,14). Podobnie, w Ewangelii według świętego Jana czytamy: „Nadchodzi bowiem godzina, w której wszyscy, którzy spoczywają w grobach, usłyszą głos Jego…” (J 5,28). Ciała, które powstaną z martwych, będą uwielbione, nieśmiertelne i wolne od wszelkiego cierpienia, zdolne do pełnego uczestnictwa w duchowym życiu w obecności Boga (por. 1 Kor 15,42–44).

W odniesieniu do zwierząt tradycyjna teologia nie mówi o zmartwychwstaniu w ścisłym tego słowa znaczeniu. Niemniej jednak istnieje nadzieja oraz przestrzeń dla teologicznej refleksji nad możliwością ich udziału w nowym stworzeniu – jeśli taka będzie wola Boża. Zwierzęta mogą zostać przywrócone do istnienia jako część odkupionego kosmosu. Kościół nie wypowiada się w tej sprawie jednoznacznie, pozostawiając ją tajemnicy Bożego planu.

Zgodnie z klasycznym ujęciem, dusza ludzka jest duchowa i nieśmiertelna, natomiast dusza zwierzęca jest zasadą życia – materialną i śmiertelną. A jednak, jeśli Bóg może przywrócić do istnienia ludzkie ciało, które uległo spaleniu, rozproszeniu, zostało pożarte przez zwierzęta lub obróciło się w proch – to czy nie mógłby także zechcieć przywrócić do istnienia istot zwierzęcych, wraz z ich ciałami i duszami? Któż mógłby Mu to uniemożliwić? Czy Bóg w czymkolwiek podlega ograniczeniu?

Zmartwychwstanie jest obietnicą daną człowiekowi, który powstanie w ciele uwielbionym. Obecność zwierząt w nowym stworzeniu pozostaje zaś otwartą kwestią – zawierzoną wolności i miłosierdziu Stwórcy.

Czy nauki Pana Jezusa dają zwierzętom nadzieję na niebo?

Nowy Testament nie wypowiada się jednoznacznie na temat tego, czy zwierzęta trafiają do nieba. Nie znajdziemy tam prostego potwierdzenia, że czworonogi, ptaki czy inne stworzenia znajdą się w wieczności razem z ludźmi. Jednak w wielu miejscach między wierszami przebija się myśl, że Boży plan odkupienia obejmuje nie tylko człowieka, ale całe stworzenie – w tym także zwierzęta.

Jezus sam wielokrotnie odwołuje się do zwierząt, ukazując je jako istoty pozostające pod troskliwą opieką Boga. W Ewangelii Mateusza mówi: „Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi.” (Mt 6,26). To proste, codzienne porównanie staje się nośnikiem głębokiej prawdy teologicznej: zwierzęta są ważne dla Boga, nie są Mu obojętne, nawet jeśli nie posiadają takiej samej świadomości czy moralności jak człowiek. W Ewangelii Łukasza Jezus rozwija tę myśl jeszcze bardziej: „Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych.” (Łk 12,6). W obu fragmentach wybrzmiewa czułość Boga wobec stworzenia i troska, która nie pomija nawet najmniejszych istot. Te słowa mogą sugerować, że życie zwierząt ma duchowe znaczenie, które nie kończy się wraz ze śmiercią.

Najbardziej dobitnie ideę odkupienia całego stworzenia wyraża apostoł Paweł w Liście do Rzymian. W jednym z przytaczanych już wcześniej najbardziej poruszających fragmentów pisze:

Stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na Tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. (Rz 8,19–22).

Ten fragment staje się dla wielu teologów i wierzących podstawą do rozważań o przyszłości zwierząt w kontekście zbawienia. Paweł nie mówi tu jedynie o ludzkości – jego słowa obejmują całe stworzenie, które cierpi i czeka na wyzwolenie. W tej wizji nie chodzi tylko o odkupienie dusz ludzkich, ale o przywrócenie pierwotnej harmonii całemu stworzeniu – także roślinom i zwierzętom, które od początku były częścią Bożego planu.

W tych natchnionych słowach widać tęsknotę za światem, w którym nie ma już cierpienia, przemocy ani śmierci – takim, jaki Bóg zaplanował od początku i do którego, zgodnie z biblijną nadzieją, świat zmierza. To otwiera przestrzeń dla wyobrażenia, że zwierzęta, choć może nie zbawiane w taki sam sposób jak ludzie, również mają swój udział w ostatecznym odnowieniu wszystkiego. Ich obecność w przyszłym świecie, w pełni miłości i pokoju, nie jest więc wykluczona – przeciwnie, może być integralną częścią nowego stworzenia, które „uzyska wolność chwały dzieci Bożych”.

Święty Paweł, pisząc w Liście do Rzymian o „synach Bożych”, odnosi się do wierzących, którzy przez wiarę i życie w Duchu Świętym zostali adoptowani do Bożej rodziny i uczestniczą w synostwie Bożym. Nie jest to tytuł zarezerwowany wyłącznie dla Jezusa Chrystusa, lecz obejmuje wszystkich, którzy zostali „przybrani za dzieci” przez Boga – czyli chrześcijan dążących do świętości i zjednoczenia z Nim.

W kontekście Rz 8,19–22 „objawienie się synów Bożych” oznacza moment ostatecznego ukazania, kim naprawdę są ci, którzy trwają w łasce – chwilę ich pełnego zbawienia, kiedy nastąpi przemienienie wiernych Bogu. To wydarzenie ma nie tylko wymiar osobisty czy duchowy, lecz także kosmiczny. Paweł naucza, że całe stworzenie z utęsknieniem oczekuje tego momentu, ponieważ wówczas również ono zostanie „wyzwolone z niewoli zepsucia”.

Zatem: synowie Boży to odkupieni ludzie, którzy przez swoje życie w zjednoczeniu z Bogiem stają się narzędziami Jego przemiany. Ich ostateczne uwielbienie będzie początkiem pełnego odnowienia całego stworzenia. To fundamentalna myśl dla teologii katolickiej i prawosławnej, podkreślająca nie tylko indywidualne zbawienie, ale również eschatologiczne uzdrowienie całego kosmosu.

Symbolika zwierząt i nowe stworzenie


Księga Objawienia, znana również jako Apokalipsa świętego Jana, to niezwykle bogaty i symboliczny tekst, ukazujący duchowe tajemnice i przyszłość stworzenia. Choć wiele obrazów w tej księdze ma charakter metaforyczny, nie brakuje w niej odniesień do zwierząt. Nawet jeśli pełnią one funkcję symboliczną, zdają się wskazywać na ich obecność w eschatologicznej rzeczywistości. Zwierzęta pojawiają się nie tylko jako alegorie, lecz także jako istoty współuczestniczące w kulcie Boga, co rzuca światło na ich możliwe miejsce w przyszłym świecie.

W jednej z niezwykle poruszających scen święty Jan opisuje, jak usłyszał, że „wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią, i na morzu, i wszystko, co w nich przebywa, mówiło: «Zasiadającemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc, na wieki wieków!» A czworo Zwierząt mówiło: «Amen»” (Ap 5,13-14). To uniwersalne uwielbienie obejmuje nie tylko istoty duchowe czy ludzi, lecz także wszelkie stworzenie, w tym zwierzęta. Sugeruje to, że mają one nie tylko świadomość istnienia Boga, ale również uczestniczą w chwale nieba. Nie są wykluczone z Bożej obecności – przeciwnie, stanowią jej część.

Jeszcze jedno niezwykłe zwierzę pojawia się w kulminacyjnym momencie objawienia – biały koń. W 19 rozdziale Apokalipsy Jezus przedstawiony jest jako powracający Zwycięzca, siedzący na majestatycznym, białym rumaku. To nie tylko potężny symbol sprawiedliwości i triumfu, lecz także subtelna sugestia, że w odnowionym porządku Bożym zwierzęta również odgrywają rolę – są obecne, realne i towarzyszą Chrystusowi w Jego chwale. Koń, choć oczywiście może pełnić funkcję metafory, nie jest przedstawiony jako abstrakcja – to konkretna istota, wpisująca się w wielką wizję końca czasów.

Księga Objawienia kulminuje w jednej z najbardziej pełnych nadziei wizji w całej Biblii – wizji nowego nieba i nowej ziemi. W rozdziale 21, w wersetach od 1 do 4, Jan opisuje, jak pierwsze niebo i pierwsza ziemia przemijają, a na ich miejsce przychodzi nowy świat – odnowiony, oczyszczony, nieskażony bólem i śmiercią. „I ujrzałem nowe niebo i nową ziemię… i śmierci już nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły”. W tej wizji nie ma już cierpienia, a wszystko, co zostało stworzone, ma szansę na nowe życie. W takim świecie, w którym zostaje przywrócona pierwotna harmonia i pokój, obecność zwierząt – będących częścią pierwotnego stworzenia – wydaje się naturalna, wręcz nieodzowna.

Choć Nowy Testament nie wypowiada się wprost o losie zwierząt po śmierci, przesłanie wyłaniające się z całej Biblii – od Księgi Rodzaju, przez nauczanie Jezusa, aż po apokaliptyczne wizje świętego Jana – ukazuje zwierzęta jako istoty głęboko zakorzenione w Bożym planie. Są obecne w stworzeniu, dotknięte skutkami grzechu, ale też objęte nadzieją na odkupienie. Ich obecność w przyszłym świecie, w odnowionym stworzeniu, nie jest więc ideą obcą – przeciwnie, wpisuje się w całościowy obraz Bożego działania, które zmierza ku pełni i pojednaniu całego stworzenia z Bogiem.

Chrześcijańska nadzieja nie dotyczy zatem jedynie dusz ludzkich, lecz całej rzeczywistości, która – zgodnie ze słowami świętego Pawła – „jęczy i wzdycha w bólach rodzenia”, czekając na odnowę. Zwierzęta, które były z człowiekiem od początku, dzieląc z nim zarówno radość Edenu, jak i ciężar upadku, mogą być także jego towarzyszami w chwale nowego stworzenia. I choć pytanie o niebo dla zwierząt pozostaje częściowo otwarte, przesłanie Biblii tchnie nadzieją, że w Bożym świecie jest miejsce dla wszystkich Jego stworzeń – także tych, które nie mówią ludzkim głosem, ale których obecność była i jest błogosławieństwem.

Powiedzmy to raz jeszcze – choć Nowy Testament nie mówi wprost, że zwierzęta trafią do nieba, wiele nauk Jezusa i fragmentów pism apostolskich zdaje się sugerować, że całe stworzenie ma udział w Bożym planie zbawienia. Jezus zapowiada „odnowienie wszystkich rzeczy” – a skoro w akcie stworzenia zwierzęta były obecne i nazwane „dobrymi”, to można przypuszczać, że i one będą częścią tej odnowy. List do Kolosan mówi, że Chrystus „pojedna z sobą wszystko, zarówno to, co na ziemi, jak i to, co w niebiosach” – sformułowanie to jest niezwykle szerokie i otwiera możliwość, że odkupienie nie ogranicza się jedynie do ludzi. Równie wymowne są słowa z Listu do Rzymian, gdzie Paweł pisze, że całe stworzenie „wzdycha i jęczy w bólach rodzenia”, oczekując objawienia się synów Bożych. To „stworzenie” to nie tylko ludzie – to cały świat, zwierzęta, przyroda – wszystko, co zostało dotknięte skutkami grzechu i co czeka na odkupienie.

Z perspektywy biblijnej można zatem powiedzieć, że zwierzęta – obecne w ogrodzie Eden, dotknięte skutkami grzechu, współcierpiące z człowiekiem, a także chwalące Boga w Objawieniu – są głęboko wpisane w Boży plan.



Kościoły chrześcijańskie

i ich stanowisko w sprawie zwierząt

w życiu pozagrobowym


Kościół katolicki


Czy katolicyzm dopuszcza zwierzęta w niebie?


Teologowie katoliccy przez wieki snuli rozważania na temat tego, czy zwierzęta posiadają dusze, jakie dusze i czy mogą mieć udział w życiu wiecznym.

A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!» Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (Rodz. 1: 26–27).

Teologia katolicka, choć tradycyjnie skupiona na godności i przeznaczeniu człowieka, nie pozostawała obojętna wobec kwestii zwierząt w Bożym planie. Już od czasów Ojców Kościoła zachodniego dostrzegano w świecie przyrody ślad obecności Stwórcy. Zwierzęta postrzegano przede wszystkim jako element Bożego ładu: narzędzia pouczające o cnotach, znaki Bożej troski o stworzenie oraz środki służące dobru człowieka, zarówno fizycznemu, jak i duchowemu. W pismach wielu teologów i świętych oraz w dokumentach papieskich pojawiały się jednak sugestie o możliwym uczestnictwie zwierząt w życiu pozagrobowym, choć zagadnienie ich duszy bywało przedmiotem sporów. Zachodni autorzy, rzadko formułując bezpośrednią wizję udziału zwierząt w eschatologii, traktowali je jako obrazowe nośniki duchowych prawd i moralnych nauk, jednocześnie wyrażając wrażliwość na ich piękno i mądrość zawartą w Bożym stworzeniu.

Święty Augustyn z Hippony (354–430)

Święty Augustyn, wybitny myśliciel Zachodu, przedstawia w swoich pismach przyrodę jako harmonijnie zaprojektowany przez Boga porządek, w którym każde stworzenie ma swoje miejsce: od minerałów i roślin, poprzez zwierzęta obdarzone życiem i zmysłami, aż po istoty rozumne i nieśmiertelne, czyli ludzi, aniołów i samego Stwórcę. W dziele „De Genesi ad litteram” zauważa, że w przyrodzie objawia się dwojaka działalność Opatrzności – naturalna, która daje wzrost drzewom i ziołom, oraz dobrowolna, realizowana przez dzieła aniołów i ludzi – a wszystkie ciała niebieskie i ziemskie porządkują się według Bożych praw, we właściwym rytmie dnia i nocy. W „Państwie Bożym” formułuje hierarchię: zwierzęta, choć stoją niżej niż ludzie i są pozbawione rozumu, przewyższają rośliny dzięki obdarzeniu ich życiem i zdolnością odczuwania. Ich cierpienie, jak słusznie podkreśla, nie jest karą za własne winy, lecz skutkiem upadku człowieka – „jęczeniem stworzenia” oczekującego odkupienia. Zarazem jednak zwierzęta ukazują niezwykłe piękno, będące świadectwem potęgi i mądrości Stwórcy. Choć ich rola jest przede wszystkim użytkowa – dostarczają pokarmu, pracują, pełnią funkcje dydaktyczne – to wierne wypełnianie własnej natury staje się dla człowieka lekcją pokory: jeśli one służą Bożemu zamysłowi, tym bardziej on, obdarzony rozumem, powinien uznać w przyrodzie głos Opatrzności. W ten sposób Augustyn, mimo że nie przewiduje zbawienia zwierząt w tym samym sensie co ludzi, ukazuje całe stworzenie jako integralną część kosmicznej liturgii, w której nawet najskromniejsze istoty manifestują chwałę Boga i oczekują w jedności z ludźmi ostatecznego odnowienia świata.

Święty Ambroży z Mediolanu (ok. 339–397)

Święty Ambroży z Mediolanu w swoim „Hexaëmeronie” (Komentarzu do sześciu dni stworzenia) rozwijał głęboką teologiczną refleksję nad całym stworzeniem, włączając w nią również zwierzęta. Uważał, że poznanie własnej natury człowieka wymaga zrozumienia natury wszystkich żywych istot: roślin, czworonożnych i pełzających zwierząt, ptaków i wszystkich „natur każdego rodzaju”, które pojawiają się w Księdze Rodzaju. Ich instynkty, zachowania i miejsce w „porządku Pisma” świadczą o Bożej mądrości i trosce, a ich życie stanowi pouczające lekcje cnót – wierności, pokory, czujności i prostoty. Zwierzęta w tej wizji nie są jedynie podporządkowanymi człowiekowi narzędziami; Ambroży traktuje je jak „księgę stworzenia”, z której każdy może uczyć się drogi do Boga. W ten sposób łączy wrażliwość wschodnich Ojców z intelektualną precyzją zachodniej teologii, pokazując, że całe stworzenie, w tym i zwierzęta, zostało powołane, by chwalić Stwórcę i prowadzić człowieka ku głębszemu uznaniu Bożej Opatrzności.

Święty Hieronim ze Strydonu (ok. 347–420)

W zachodniej tradycji patrystycznej święty Hieronim ze Strydonu zajmuje szczególne miejsce jako autor licznych komentarzy biblijnych i listów, w których z duchową głębią i wnikliwością odnosił się do świata przyrody, w tym zwierząt. Choć nie prowadził systematycznej refleksji teologicznej nad ich naturą czy eschatologicznym losem – jak czynili to niektórzy Ojcowie Kościoła Wschodniego – jego pisma obfitują w alegoryczne i moralne odniesienia do stworzeń, traktowanych jako żywe symbole rzeczywistości duchowej.

Zwierzęta w jego dziełach służą przede wszystkim jako obrazy pomocnicze w wyjaśnianiu prawd wiary i moralności. Lew, orzeł, wielka ryba, pszczoła, mrówka czy osioł – te stworzenia pojawiają się nie po to, by analizować ich istotę, ale by unaocznić duchowe zmagania, cnoty, grzechy, a także logikę Bożej opatrzności. Na przykład w swoich komentarzach do Pisma Świętego Hieronim zauważa, że „zwierzęta są posłuszne głosowi Pana, podczas gdy ludzie często są nieposłuszni”, co czyni z nich wzór naturalnej harmonii z wolą Bożą. Wskazuje również na pracowitość mrówek, przezorność pszczół i troskę ptaków o swoje młode jako przykłady godne naśladowania przez człowieka.

W Żywocie świętego Pawła z Tebaidy – dziele przypisywanym Hieronimowi – pojawia się scena, w której lew pomaga pochować ciało zmarłego pustelnika. Ten symboliczny epizod odczytywany był później jako wyraz głębokiej prawdy duchowej: że nawet dzikie stworzenia, gdy napotkają autentyczną świętość, mogą stać się uczestnikami Bożych dzieł.

Choć świat przyrody nie zajmuje u Hieronima pozycji centralnej, to jednak stale obecny jest jako tło i narzędzie duchowego pouczenia. Jego pisma ukazują stworzenia nie tylko jako istoty służące człowiekowi, ale także jako odblask Bożej mądrości i porządku – ciche, pokorne świadectwo większej, niewidzialnej rzeczywistości.

Hieronim interpretował przyrodę przede wszystkim w sposób alegoryczny. Zwierzęta stawały się dla niego znakami – obrazami pomagającymi wyrazić tajemnice duszy ludzkiej, duchowe zmagania oraz drogę wzrostu wewnętrznego. Każde stworzenie, nawet najmniejsze, mogło – w jego ujęciu – pouczać człowieka o Bożej opatrzności, cnotach niezbędnych w życiu duchowym czy wewnętrznej walce o świętość.

W jednym z krótkich, ale sugestywnych fragmentów Hieronim podkreślał, że zwierzęta są posłuszne głosowi Boga, podczas gdy ludzie często okazują się nieposłuszni. Uważał to za wyraz prostoty i naturalnego posłuszeństwa stworzeń wobec Bożej woli – kontrastujący z ludzką skłonnością do buntu.

Podziwiał również prostotę życia zwierząt. Wskazywał, jak dzikie bestie potrafią przetrwać w trudnych warunkach, jak ptaki gnieżdżą się w skałach, a zwierzęta leśne znajdują schronienie w norach – i wszystkie są zadowolone z tego, co mają. W jego oczach była to godna naśladowania postawa ascetyczna, oparta na ubóstwie i ufności w Bożą opiekę.

Zachęcał także do tego, by uczyć dzieci obserwacji natury: jak mrówki zbierają pożywienie, pszczoły budują barcie, a ptaki uczą swe pisklęta latać. W takich obrazach widział źródło nauki o pracowitości, przezorności i trosce o innych.

W całym swoim dorobku literackim Hieronim chętnie posługiwał się symbolicznymi przedstawieniami zwierząt. Lew, wielka ryba, orzeł – te i inne stworzenia służyły mu jako środki wyrazu duchowych treści: siły, wierności, duchowego wzlotu. Zwierzęta nie były dla niego jedynie elementem świata materialnego, lecz także niemymi świadkami większej, duchowej rzeczywistości.

Choć Hieronim nie spekulował o eschatologicznym losie zwierząt, w jego pismach wyraźnie wybrzmiewa przekonanie o ich miejscu w Bożym planie stworzenia. Zwierzęta nie były dla niego tylko pomocą dla człowieka; ich życie i zachowanie stanowiły przypomnienie o prostocie, pokorze i harmonii z naturą – wartościach, których człowiek, zagubiony w świecie własnych ambicji i nieuporządkowanych pragnień, powinien się od nich uczyć.

Podobne podejście odnajdujemy również u innych zachodnich Ojców Kościoła. Zwierzęta były obecne w homiliach i komentarzach jako obrazy moralne, świadectwa Bożej mądrości i przypomnienia o naturalnym porządku świata. Jednak w odróżnieniu od tradycji wschodniej, autorzy zachodni rzadziej rozważali możliwość dalszego istnienia zwierząt po śmierci, koncentrując się przede wszystkim na godności i nieśmiertelności duszy ludzkiej.

Podsumowując, nauczanie świętego Hieronima ukazuje świat zwierząt jako nieustanną lekcję pokory i prostoty. Zwierzęta, choć nie obdarzone nieśmiertelną duszą, niosą w sobie echo Bożej mądrości i dobroci. Ich obecność w świecie przypomina o harmonii stworzenia i o tym, że każdy element natury – nawet najmniejszy – istnieje z woli Boga i dla Jego chwały.


Święty Grzegorz Wielki (ok. 540–604)

W zachodniej tradycji patrystycznej święty Grzegorz Wielki, papież i doktor Kościoła, zajmuje szczególne miejsce dzięki pogłębionej refleksji nad duchowym znaczeniem stworzenia. W swoim monumentalnym dziele Moralia in Iob – komentarzu do Księgi Hioba – wielokrotnie odnosił się do świata przyrody, zwłaszcza zwierząt, dostrzegając w nim nie tylko świadectwo Bożej potęgi, ale również źródło głębokich pouczeń duchowych.

W interpretacji Grzegorza zwierzęta nie były traktowane jako istoty posiadające osobowość w sensie teologicznym ani zdolność do świadomej relacji z Bogiem. Nie podejmowano także spekulacji na temat ich losu po śmierci. Mimo to każde stworzenie, powołane do istnienia przez Boga, mogło zostać odczytane jako przypowieść – obraz odsłaniający rzeczywistości niebiańskie. W jego ujęciu nawet najbardziej zwyczajne zwierzę mogło stać się nośnikiem duchowego znaczenia, o ile zostało „rozważone mądrze”.

Dla Grzegorza natura nie była rzeczywistością odseparowaną od duchowości, lecz symbolicznym językiem, którym Stwórca przemawia do człowieka. Całość stworzenia – zarówno widzialna, jak i niewidzialna – służyła objawieniu prawdy o Bogu oraz o Jego planie zbawienia.

W Moralia in Iob pojawia się również refleksja nad Behemotem i Lewiatanem – potężnymi istotami wspomnianymi w Księdze Hioba. Grzegorz interpretował je jako uosobienie sił świata stworzonego, które choć budzą lęk, pozostają całkowicie poddane Bożemu panowaniu. Symbolizowały one moce natury, z pozoru nieokiełznane, lecz w istocie podporządkowane woli i mądrości Boga.

W wizji Grzegorza świat przyrody – zwłaszcza świat zwierząt – jawił się jako otwarta księga. Każda jej karta, właściwie odczytana, mogła ukazać prawdy duchowe dotyczące Boga, człowieka i stworzenia. Celem nie była kontemplacja natury samej w sobie, ale odkrywanie w niej obecności Boga i Jego działania.

Choć Grzegorz, podobnie jak inni zachodni Ojcowie, nie rozwijał rozbudowanej teologii zwierząt ani nie przypisywał im nieśmiertelnych dusz, jego podejście nacechowane było pokorą i duchową czujnością. Każde stworzenie – od najmniejszego ptaka po mitycznego Lewiatana – mogło stać się znakiem prowadzącym człowieka ku większym, niewidzialnym rzeczywistościom.

W ten sposób świat zwierząt został włączony w wielką opowieść o Bogu i Jego działaniu w stworzeniu. W ujęciu świętego Grzegorza przyroda, rozumiana symbolicznie i duchowo, miała prowadzić nie ku podziwowi dla niej samej, lecz ku kontemplacji Tego, który ją stworzył.

Święty Cyprian z Kartaginy (200–258)

W zachodniej tradycji patrystycznej święty Cyprian z Kartaginy jawi się jako ten, który z wrażliwością i duchową głębią przyglądał się światu natury, dostrzegając w nim źródło subtelnych, lecz istotnych nauk duchowych. W swoich pismach wskazywał na instynkty zwierząt i porządek wzrostu roślin jako na znaki przypominające człowiekowi o jego powołaniu. Zgodne z naturą zachowanie stworzeń odczytywane było jako ciche, lecz wymowne napomnienie: by także człowiek postępował zgodnie z prawem wpisanym w jego istotę – prawem prowadzącym ku życiu wiecznemu.

Dla Cypriana przyroda była symbolicznym odzwierciedleniem duchowych dążeń człowieka. Biskup Kartaginy w obrazach zwierząt odnajdywał wzorce chrześcijańskich cnót. Jego obserwacje natury stawały się sugestywnymi przypowieściami, uczącymi pokory, cierpliwości i wytrwałości, kluczowych w duchowym wzrastaniu.

Natura, według Cypriana, nie była jedynie tłem dla życia człowieka, lecz księgą objawienia – miejscem, w którym odczytywać można prawdy o kondycji ludzkiej i o Bogu. Cierpliwość i pokora, obecne w świecie stworzonym, ukazywały się jako cnoty wymagające naśladowania i kultywowania. Kontemplacja przyrody miała więc charakter nie tyle estetyczny, co moralny i duchowy – prowadziła do głębszego zrozumienia własnego życia i powołania do świętości.

W spojrzeniu świętego Cypriana świat przyrody uczył nie słowem, lecz przykładem. Stworzenia ukazywały wierność swojej naturze, podczas gdy człowiek – obdarzony wolnością – miał tendencję do błądzenia. Dlatego to właśnie stworzenia mogły stać się dla człowieka milczącymi nauczycielami, wskazującymi drogę ku większemu porządkowi i harmonii – tej, którą wyznacza prawo Boże wpisane w całe stworzenie.

Święty Hilary z Poitiers (ok. 315–367)

W pismach świętego Hilarego z Poitiers, biskupa i doktora Kościoła, odnaleźć można głęboką refleksję nad miejscem stworzenia w teologii chwały Bożej. Rozważając wzmiankę o palmach i cedrach Pańskich:

Sprawiedliwy zakwitnie jak palma,
rozrośnie się jak cedr na Libanie.
Zasadzeni w domu Pańskim
rozkwitną na dziedzińcach naszego Boga.
Wydadzą owoc nawet i w starości,
pełni soków i zawsze żywotni,
aby świadczyć, że Pan jest sprawiedliwy,
moja Skała, nie ma w Nim nieprawości.

(Ps. 92 (91): 13–16).

Hilary nie ograniczał się do alegorycznej interpretacji, w której rośliny symbolizują sprawiedliwych. W jego ujęciu każde stworzenie – zarówno rośliny, jak i zwierzęta – uczestniczy w oddawaniu chwały Bogu, wpisując się w kosmiczną liturgię. W obserwacji porządku natury i instynktownych zachowań zwierząt dostrzegał nie tylko mądrość stworzenia, lecz także odzwierciedlenie Bożego ładu: jeśli najmniejsze istoty znają swój bieg i miejsce, to człowiek, wyposażony w rozum, tym bardziej ma rozpoznać i uznać swego Stwórcę. Odwołując się do słów św. Pawła, podkreślał on, że „wszystko zostało stworzone i pojednane przez Chrystusa i w Chrystusie”, co świadczy o jedności mocy Ojca i Syna. Zwierzęta, wierne swemu przeznaczeniu i kierujące się wrodzonym instynktem, ukazują harmonijny porządek ustanowiony przez Boga – ład, który człowiek winien przyjąć z pokorą i wdzięcznością.

Odnosi się do tego komentując między innymi słowa tego psalmu:

Z Twoich komnat nawadniasz góry,

aby owocem Twych dzieł nasycić ziemię.

Każesz rosnąć trawie dla bydła

i roślinom, by człowiekowi służyły,

aby z roli dobywał chleb

i wino, co rozwesela serce ludzkie,

by rozpogadzać twarze oliwą,

by serce ludzkie chleb krzepił.

Drzewa Pana mają wody do syta,

cedry Libanu, które zasadził.

Tam ptactwo zakłada gniazda,

na cyprysach są domy bocianów.

Wysokie góry dla kozic,

a skały są kryjówką dla borsuków.

Tyś stworzył księżyc, aby czas wskazywał;

słońce poznało swój zachód.

Mrok sprowadzasz i noc nastaje,

w niej krąży wszelki zwierz leśny.

Lwiątka ryczą za łupem,

domagają się żeru od Boga.

Gdy słońce wzejdzie, wracają

i kładą się w swych legowiskach.

Człowiek wychodzi do swojej pracy,

do trudu swojego aż do wieczora.

Jak liczne są dzieła Twoje, Panie!

Ty wszystko mądrze uczyniłeś:

ziemia jest pełna Twych stworzeń.

Oto morze wielkie, długie i szerokie,

a w nim jest bez liku żyjątek

i zwierząt wielkich i małych.

Tamtędy wędrują okręty,

i Lewiatan, którego stworzyłeś na to,

aby w nim igrał.

Wszystko to czeka na Ciebie,

byś dał im pokarm w swym czasie.

Gdy im udzielasz, zbierają;

gdy rękę swą otwierasz, sycą się dobrami.

Gdy skryjesz swe oblicze, wpadają w niepokój;

gdy im oddech odbierasz, marnieją

i powracają do swojego prochu.

Stwarzasz je, gdy ślesz swego Ducha

i odnawiasz oblicze ziemi. (Ps 104, 13-30)

Dla Hilarego przyroda nie była jedynie przedmiotem estetycznej kontemplacji, lecz żywym znakiem duchowej rzeczywistości, wezwaniem do poznania Boga i życia zgodnego z Jego wolą.

Święty Izydor z Sewilli (ok. 560–636)

Święty Izydor z Sewilli, w swoim monumentalnym dziele Etymologiae, a zwłaszcza w Księdze XII poświęconej zwierzętom, ukazuje głębokie przekonanie o wewnętrznym porządku stworzenia, odzwierciedlającym mądrość Boga. Choć jego dzieło ma charakter przede wszystkim encyklopedyczny, gromadzący wiedzę starożytną i wczesnochrześcijańską, to w licznych opisach zwierząt pobrzmiewa również myśl symboliczna, zgodna z tradycją alegorycznego odczytywania rzeczywistości.

Dla Izydora każde stworzenie – zarówno rośliny, jak i zwierzęta – ma swoje miejsce i cel w Bożym planie. Nadając imiona istotom żywym, Adam – jak zauważa Izydor – nie kierował się przypadkiem, lecz określał je zgodnie z ich naturą i przeznaczeniem, w języku pierwotnym, który tradycja identyfikuje z hebrajskim. Analizy etymologiczne, jak ta dotycząca słowa animantia, wskazują na związek życia i ducha, co otwiera możliwość głębszej refleksji nad sensem istnienia stworzeń.

Izydor nie rozwinął jednak ani rozbudowanej teologii stworzenia, ani duchowego bestiariusza. Jego opisy opierają się na wiedzy naturalnej, etymologii oraz obserwacjach, które nierzadko przejęte są ze źródeł pogańskich. Niemniej, przypisywane niektórym zwierzętom cechy – jak odwaga lwa czy przebiegłość lisa – mogły być interpretowane moralnie, jako znaki i symbole pouczające człowieka.

W takim ujęciu przyroda nie tyle objawia Bożą wolę w sensie mistycznym, ile raczej ukazuje porządek i celowość stworzenia jako wyraz Boskiej mądrości. Dla Izydora świat stworzony jest uporządkowanym systemem, który człowiek może poznawać zarówno intelektem, jak i w świetle wiary. W tym sensie Etymologiae stają się nie tylko zbiorem wiedzy, lecz także świadectwem przekonania, że w stworzeniu można dostrzec odblask harmonii, jaką zamierzył Bóg.

Jego podejście do zwierząt jest skąpe, fragmentaryczne i podporządkowane encyklopedycznej strukturze Etymologiae. Dopiero późniejsi autorzy, korzystając z tych materiałów, rozwinęli pełniejsze, symboliczne i teologiczne ujęcia roślin i zwierząt jako elementów kosmicznej liturgii czy eschatologicznego odnowienia stworzenia.

Święty Tomasz z Akwinu (1224–1274)

Tomasz z Akwinu był jednym z najwybitniejszych filozofów i teologów katolickich, który w swojej pracy połączył filozofię Arystotelesa z nauką Kościoła. W swojej systematyce duszy, Akwinata wyróżniał trzy podstawowe rodzaje dusz, odpowiadające różnym formom życia: duszę wegetatywną, duszę wrażliwą i duszę rozumną.

Dusza wegetatywna, jak zauważył Akwinata, jest charakterystyczna dla roślin. Ta forma duszy odpowiada za podstawowe funkcje życiowe, takie jak wzrost, rozmnażanie i odżywianie. Rośliny, zgodnie z jego rozumowaniem, nie mają zdolności do odczuwania ani podejmowania świadomych decyzji, ponieważ ich dusza nie obejmuje zdolności do percepcji ani ruchu.

Z kolei dusza wrażliwa, jak zauważył Akwinata, jest obecna u zwierząt. To ona pozwala im poruszać się, reagować na bodźce zewnętrzne oraz odczuwać emocje, takie jak strach czy przyjemność. Zwierzęta są więc zdolne do odczuwania, ale ich dusza nie sięga wyżej, nie posiada bowiem zdolności do rozumowania czy podejmowania świadomych decyzji w sposób, w jaki robią to ludzie.

Najwyższą formą duszy w systematyce Akwinaty jest dusza rozumna, która jest przypisana człowiekowi. Dusza ta nie tylko pozwala na podstawowe czynności życiowe, jak wzrost czy rozmnażanie, ale również wyposażona jest w intelekt i wolną wolę. To właśnie ta zdolność do rozumowania i wybierania stanowi o wyjątkowości człowieka w stworzeniu. Dusza rozumna, zdaniem Akwinaty, jest również nieśmiertelna, co oznacza, że po śmierci ciała może trwać i doświadczyć zbawienia w niebie, w bezpośredniej obecności Boga.

Zgodnie z poglądami św. Tomasza z Akwinu, jedynie dusze rozumne – zdolne do intelektualnego poznania i duchowego rozwoju – są nieśmiertelne. Ponieważ zwierzęta nie dysponują racjonalnym umysłem, ich dusze zanikają wraz z ciałem po śmierci. Przez wiele wieków ta koncepcja stała się dominującym stanowiskiem katolickiej teologii: choć zwierzęta są częścią Bożego stworzenia, nie uczestniczą w życiu pozagrobowym tak jak ludzie. Współczesne rozważania teologiczne jednak coraz częściej otwierają przestrzeń dla ponownego przemyślenia tego zagadnienia.

Akwinata przyznawał jednakowoż, iż ostateczne przeznaczenie stworzenia nie zależy jedynie od ludzkiej racjonalności. I to jest bardzo ważne. Akwinata, będąc teologiem, zawsze podkreślał prymat Bożej woli i mocy. Uznawał, że Bóg jako Stwórca ma suwerenną władzę nad całym stworzeniem i Jego plany mogą wykraczać poza ludzkie rozumienie.

Podkreślał, że Bóg ma pełną wolność, by w swojej mądrości i miłości postanowić, czy zwierzęta będą częścią ostatecznego odnowienia, czy też nie. Chociaż ów teolog nie spekulował szeroko na temat zbawienia zwierząt, jego teocentryczne podejście otwierało teoretyczną możliwość, że Bóg w swojej nieskończonej dobroci może włączyć je w jakiś sposób w eschatologiczne odnowienie.

Należy zaakcentować, iż Akwinata dostrzegał, że zwierzęta są integralną częścią boskiego porządku, dlatego w swojej teologii stworzenia podkreślał harmonię i celowość całego wszechświata, w którym każde stworzenie, w tym zwierzęta, pełni określoną rolę i przyczynia się do chwały Bożej.

Chociaż sam nie twierdził jednoznacznie, że zwierzęta będą miały udział w życiu pozagrobowym, sugerował, że Bóg może w swojej łasce zdecydować się na włączenie ich do ostatecznego odnowienia stworzenia. To jest kluczowa interpretacja jego stanowiska. Akwinata nie wykluczał możliwości takiego działania ze strony Boga, choć nie czynił tego pewnikiem teologicznym. Jego argumentacja opierała się głównie na naturze duszy i jej zdolnościach, ale pozostawiał otwartą furtkę dla Bożej suwerenności.

Jego stanowisko wskazuje zatem na pewną elastyczność w rozumieniu roli zwierząt w planie Bożym. Chociaż jego filozoficzne argumenty prowadziły do wniosku o śmiertelności dusz zwierząt, jego teologiczna perspektywa uwzględniała Bożą wolę jako ostateczny czynnik.

Mimo że dominujące stanowisko w katolickiej teologii przez wieki uznawało, iż zwierzęta nie mają duszy nieśmiertelnej, teologiczne spekulacje na temat ich miejsca w ostatecznym odnowieniu stworzenia były otwarte i zarezerwowane dla Bożej decyzji. Choć doktryna o nieśmiertelności duszy odnosiła się głównie do człowieka, kwestia losu zwierząt w eschatologii nie była dogmatycznie zamknięta i pozostawiała przestrzeń dla teologicznych rozważań opartych na Bożej wszechmocy i miłosierdziu.

A zatem, jak z powyższego wynika można zauważyć złożoność poglądów św. Tomasza z Akwinu. Z jednej strony, jego filozofia duszy prowadziła go do wniosku o śmiertelności dusz zwierząt. Z drugiej strony, jego teocentryczna perspektywa i uznanie Bożej suwerenności otwierały teoretyczną możliwość, że Bóg w swoim planie zbawienia może uwzględnić również zwierzęta, choć nie było to centralnym elementem jego nauczania. Reasumując: Akwinata nie wykluczał tej możliwości, pozostawiając ostateczną decyzję w rękach Boga.

Święty Franciszek z Asyżu (1181/82–1226)


Święty Franciszek z Asyżu, w przeciwieństwie do bardziej filozoficznego podejścia Tomasza z Akwinu, przyjął znacznie bardziej duchowe i współczujące spojrzenie na zwierzęta, widząc w nich naszych braci i siostry w Bożym stworzeniu, a także nie tylko część boskiego porządku, lecz stworzenia równie cenne w oczach Stwórcy. Franciszek traktował zwierzęta z ogromnym szacunkiem, widząc w nich istoty, które również mają swoje miejsce w Bożym planie. Był przekonany, że wszystko stworzenie, w tym zwierzęta, posiada swoje wyjątkowe miejsce w sercu Boga.

Jego podejście do zwierząt było głęboko duchowe i pełne empatii. Święty Franciszek nazywał zwierzęta swoimi braćmi i siostrami, uznając je za równych sobie w Bożym planie stworzenia. Dla niego każdy element natury, w tym zwierzęta, miał swój duchowy sens i wartość. Jednym z najbardziej znanych przykładów jego miłości do stworzeń jest historia, która mówi o tym, jak Franciszek głosił kazanie ptakom. Podobno zwrócił się do zgromadzonych ptaków, mówiąc im o Bożej miłości i o tym, jak ważne jest, by dziękowały Bogu za dar życia. Historia ta ilustruje jego głębokie przekonanie, że zwierzęta mogą doświadczać Bożej miłości w taki sam sposób, jak ludzie, i są częścią Jego boskiego planu zbawienia.

Święty Franciszek z Asyżu postrzegał zwierzęta nie tylko jako element stworzenia, lecz jako pełnoprawnych współuczestników Bożego świata. Jego słynna „Pieśń stworzeń” (Cantico di Frate Sole) wychwala Boga za wszelkie elementy stworzenia – Słońce, Księżyc, Wiatr, Wodę, Ziemię, a także za „braci mniejszych”, czyli zwierzęta.

Chociaż święty Franciszek z Asyżu nie pisał wprost o życiu pozagrobowym zwierząt, jego nauki i sposób życia jednoznacznie wskazują, że postrzegał je jako integralną część Bożego królestwa. Franciszek wierzył, że wszystkie stworzenia, zarówno te ludzkie, jak i zwierzęce, mają swoje miejsce w Bożym planie i są obdarzone Bożą miłością. Jego szacunek i miłość do zwierząt, którym przypisywał szczególną wartość i godność, miały znaczący wpływ na późniejsze katolickie refleksje na temat miejsca zwierząt w życiu wiecznym.

Święci i zwierzęta w tradycji katolickiej

duchowa więź stworzenia z człowiekiem

Tradycja katolicka od wieków ukazuje głęboką więź między świętymi a światem stworzenia, w szczególności zwierzętami. Opowieści o świętych, mnichach, pustelnikach czy mistykach – takich jak św. Franciszek z Asyżu, św. Antoni Pustelnik czy św. Marcin de Porres – przepełnione są obrazami harmonii między człowiekiem a przyrodą. Zwierzęta pojawiające się u ich boku nie są jedynie elementem legendarnym, ale stanowią wyraz duchowej prawdy o jedności stworzenia, która – choć naruszona przez grzech – może zostać uzdrowiona dzięki świętości.

W relacjach ze świętymi zwierzęta często zdają się przekraczać swoje naturalne instynkty, okazując spokój, posłuszeństwo, a nawet czułość. W katolickiej interpretacji ich zachowanie jest nie tylko echem utraconej rajskiej harmonii, ale również znakiem przywracania porządku stworzenia w Chrystusie. Choć w teologii katolickiej zwierzęta nie posiadają nieśmiertelnej, rozumnej duszy tak jak człowiek, to ich obecność w życiu świętych traktowana jest jako przejaw działania łaski, jako milczące świadectwo Bożej obecności w całym stworzeniu.

To podejście jest bliskie duchowości prawosławnej, o której będzie na dalszych stronach tej książki, w której święci – szczególnie mnisi i starcy – również ukazywani są jako ci, którzy dzięki oczyszczeniu serca żyją w pokoju z całym stworzeniem. W prawosławiu jednak akcent kładzie się bardziej na przebóstwienie (theosis) człowieka i jego udział w Boskiej energii, która promieniuje także na świat materialny. Dlatego w hagiografii wschodniej często podkreśla się, że dzikie zwierzęta słuchają świętych nie tylko z powodu ich łagodności, ale dlatego, że rozpoznają w nich obecność przemieniającej energii Bożej.

W katolicyzmie z kolei relacja ta bywa częściej interpretowana w kontekście odkupienia i odnowy stworzenia dokonującej się przez Chrystusa. Świętość nie jest więc jedynie osobistym przebóstwieniem, lecz współuczestnictwem w dziele zbawienia świata. Mistyczna relacja świętych ze zwierzętami nabiera tu także wymiaru moralnego: troska o stworzenie, szacunek wobec życia i odpowiedzialność za świat są traktowane jako konkretne formy realizowania miłości bliźniego i życia w łasce.

W katolickim rozumieniu zwierzęta mogą być znakami symbolicznymi Bożych prawd, ale nie pośredniczą w łasce w sposób sakramentalny, tak jak chrzest, Eucharystia czy inne sakramenty – ich obecność przy świętych może być rozumiana jako znak Bożej opatrzności, harmonii, a czasem ostrzeżenia lub duchowego przesłania. W prawosławiu częściej mówi się o „duchowej wrażliwości” stworzenia, które instynktownie odpowiada na Bożą obecność – w katolicyzmie natomiast większy nacisk kładzie się na działanie Bożej łaski, która przez człowieka ogarnia także świat materialny.

Mimo tych różnic, oba podejścia łączy przekonanie, że stworzenie – choć zranione – nie zostało odrzucone, lecz może zostać przemienione i przywrócone do pierwotnej harmonii. Święci są w tym sensie nie tylko świadkami łaski, ale i jej pośrednikami wobec świata, który czeka na „objawienie się synów Bożych” (por. Rz 8,19).

Zwierzęta jako świadkowie świętości

Świadectwem tej duchowej więzi są liczne opowieści z życia katolickich świętych:

Święty Jan Ewangelista (ok. 6 – ok. 100 r. n.e.) – ukochany uczeń Jezusa, autor Ewangelii i Apokalipsy, ostatnie lata swego życia spędził w Efezie, gdzie tłumy przybywały, by słuchać jego pełnych mądrości słów. Choć wiek i obowiązki powstrzymywały niektórych przed podróżą, św. Jan nie zapominał o nich – przemierzał kraj, by osobiście głosić Ewangelię.

Podczas jednej z takich podróży, wracając do Efezu, natknął się na zranioną kuropatwę. Mały ptak z trudem poruszał się, ciągnąc za sobą uszkodzone skrzydełko i cicho kwiląc. Zamiast zobaczyć w niej zdobycz, jak uczyniłoby wielu, Jan wzruszony jej cierpieniem, ostrożnie podniósł ptaszynę, zaniósł do domu, opatrzył ranę i zatroszczył się o nią jak o najmniejszego brata.

Kuropatwa szybko odzyskała siły i odtąd wiernie towarzyszyła świętemu – siadała mu na ramieniu, radośnie latała wokół, gdy wracał do domu, i jadła z jego ręki. Święty Jan z czułością ją pieścił, a jej obecność była dla niego źródłem radości. Kiedy ptaszyna wreszcie zakończyła życie, starzec zapłakał po niej jak po przyjacielu, dając świadectwo głębokiego szacunku i miłości do stworzenia.

Święty Antoni Wielki (ok. 251–356) – pustelnik, cudotwórca i przyjaciel stworzeń. W jednej z legend o świętym Antonim, ojcu pustelników, opowiada się o niezwykłym cudzie, który ukazuje jego współczucie nie tylko wobec ludzi, lecz także zwierząt.

Pewnego razu potężny król Hiszpanii pogrążył się w rozpaczy – jego żona została opętana przez złe duchy, a żaden lekarz ani zaklinacz nie zdołał jej pomóc. W końcu wezwał świętego Antoniego, którego sława cudotwórcy rozchodziła się daleko poza granice pustyni, gdzie żył w odosobnieniu.

Antoni przybył na królewski dwór i po żarliwej modlitwie uwolnił królową od dręczących ją mocy. Dwór ogarnęła fala wdzięczności, lecz święty, nie szukając chwały, cicho opuścił pałac.

Na zamkowym dziedzińcu spotkał niespodziewanego posłańca – maciorę, która żałośnie kwicząc, ciągnęła go za habit. Z początku chciał ją zignorować, lecz kiedy zobaczył jej ślepe, pokraczne prosię, zrozumiał, że nawet stworzenie pozbawione mowy potrafi błagać o pomoc. Ulitował się, dotknął delikatnie zwierzątka – i stał się cud: prosię odzyskało wzrok i zdrowie.

Od tej pory nie odstępowało Antoniego ani na krok. Choć wielokrotnie próbowano je odgonić, pozostało przy świętym przez wiele lat jako jego wierny towarzysz. Dlatego na wielu ikonach i rzeźbach święty Antoni przedstawiany jest z małym prosiątkiem u boku – symbolem współczucia, jakie okazywał każdemu stworzeniu, bez względu na to, czy było królem, czy niemym zwierzęciem.

Chociaż św. Antoni Wielki żył w Egipcie i jest związany z początkami monastycyzmu na Wschodzie, jego kult rozprzestrzenił się na cały Kościół katolicki, w tym do Hiszpanii. Nie ma dowodów na to, by osobiście przebywał w Hiszpanii, ale jego wpływ jest tam widoczny w tradycjach ludowych i religijnych.

Święty Patryk (ok. 385–461), urodzony pod koniec IV wieku, znany jest przede wszystkim jako apostoł Irlandii, jego duchowa wrażliwość obejmowała również świat przyrody. Pochodzący z Galii (dzisiejsza Francja), młody Patryk trzykrotnie został porwany przez piratów i jako niewolnik pasł owce w Irlandii. To doświadczenie nie tylko ukształtowało jego wewnętrzne życie modlitwy, ale również pozwoliło mu poznać język i obyczaje mieszkańców wyspy. Po odzyskaniu wolności wstąpił do stanu duchownego, a później – z polecenia papieża – powrócił na Zieloną Wyspę jako misjonarz.

W jednej z opowieści o świętym Patryku uwydatnia się jego głęboka empatia wobec zwierząt. Gdy wraz z uczniami dotarł na wzgórze ofiarowane mu przez uzdrowionego króla, napotkał łanię z młodymi. Uczniowie chcieli je schwytać, sądząc, że to dar od Boga. Patryk jednak ich powstrzymał, mówiąc: „Te łagodne stworzenia witają nas w nowym domu – jak możecie myśleć o ich skrzywdzeniu?”

Z czułością wziął jedno z koźląt na ramiona i zaniósł je na szczyt wzgórza, niczym dobry pasterz. Łania, okazując niezwykłą ufność, podążyła za nim i odtąd pozostała przy nim – stała się jego niemym, wiernym towarzyszem. Ta scena nie tylko ukazuje jego łagodność, ale jest symbolem duchowego pokoju, który promieniował z jego osoby i przywracał harmonię między człowiekiem a stworzeniem.

Znany jest także epizod o wypędzeniu wszystkich węży z Irlandii – w tradycji odczytywany symbolicznie jako zwycięstwo dobra nad złem, światła nad ciemnością. Patryk kochał świat stworzony, ale stanowczo przeciwstawiał się temu, co budziło zagrożenie duchowe.

W ikonografii przedstawia się go często z pastorałem oplatanym przez węża oraz w towarzystwie łani – obraz ten przypomina, że świętość nie oznacza ucieczki od świata, lecz jego przemianę i uświęcenie przez miłość, łagodność i wiarę.

Święty Sulpicjusz Sewerus (IV w.) był pustelnikiem, który żył w IV wieku w Galii, w zachodniej części dzisiejszej Francji, w okolicach Wandei. Jego życie było pełne modlitwy, kontemplacji i prostoty, a jego pustelnia była mała i skromna, ledwie wystarczająca, by pomieścić go samego. Święty Sulpicjusz był przykładem ogromnej dobroci i współczucia, które objawiał zarówno w stosunku do ludzi, jak i zwierząt.

Jednym z najbardziej znanych wydarzeń z jego życia jest spotkanie z wilkiem. Pewnego wieczoru, kiedy Sulpicjusz spożywał swoją skromną wieczerzę, do jego chatki wszedł wilk. Zamiast się go przestraszyć, pustelnik podzielił się z nim posiłkiem, traktując go jak równego sobie towarzysza. Od tego dnia wilk codziennie przychodził, by zjeść razem z nim, a po posiłku lizał mu rękę w geście wdzięczności.

Pewnego dnia, gdy Sulpicjusz gościł przyjaciela, wilk, nie znajdując swojego gospodarza, ukradł chleb z chatki. Sulpicjusz, zauważając brak jednego bochenka, modlił się za wilka, zmartwiony jego zniknięciem. Po siedmiu dniach wilk wrócił, pełen skruchy, a Sulpicjusz przyjął go z miłością i ponownie podzielił się z nim posiłkiem, dając mu naukę o dobroci i skrusze.

Ta historia ukazuje, jak wielka moc ma dobroć – dzięki niej, nawet dzikie zwierzęta mogą znaleźć swoją drogę do moralności. Święty Sulpicjusz Sewerus żył w harmonii z naturą i dbał o jej stworzenia, traktując je z szacunkiem i współczuciem.

Święta Brygida z Kildare (ok. 451–525) – patronka Irlandii i orędowniczka zwierząt, jedna z największych świętych tego kraju – była córką pieśniarza i niewolnicy. Ochrzczona przez ucznia św. Patryka, od wczesnej młodości odznaczała się pokorą i głęboką miłością do Boga. Dzięki swej dobroci i cnotom odzyskała wolność, lecz odrzuciła światowe życie i udała się na pustkowie, aby w odosobnieniu służyć Panu.

Zamieszkała w dziupli starego dębu, gdzie prowadziła życie pustelnicze. Zwierzęta leśne, wyczuwając jej łagodność, zbliżały się bez lęku. Brygida dzieliła z nimi skromny posiłek, leczyła chore stworzenia i otaczała je opieką. Jej obecność przywracała harmonię – nawet dzikie zwierzęta znajdowały przy niej spokój.

Najbardziej znana jest opowieść o lisie: pewien wieśniak, który przypadkowo zabił oswojonego pupila króla, został skazany na śmierć. Mógł ocalić życie tylko wtedy, gdyby przyniósł równie łagodnego lisa. Jego żona zwróciła się o pomoc do św. Brygidy. Na jej wezwanie z lasu wyszedł lis, który, jak udomowione zwierzę, podążył za świętą aż do zamku. Poruszony jego zachowaniem król darował życie wieśniakowi i sam doznał duchowej przemiany. Lis, wypełniwszy swą misję, wrócił do ostępów leśnych.

W innym cudzie na klasztornym podwórzu pojawił się ścigany dzik. Zwierzęta w panice uciekały, myśliwi byli tuż za nim – Brygida wybiegła, uczyniła znak krzyża i przemówiła do dzika. Natychmiast się uspokoił, a myśliwi, świadomi cudu, porzucili pogoń. Dzik pozostał przy klasztorze jako łagodny towarzysz wspólnoty.

Jako przełożona klasztoru Brygida troszczyła się nie tylko o siostry i ubogich, lecz także o bezbronnych i bezradnych mieszkańców lasu, traktując je z miłością i czułością jako Boże stworzenia. W irlandzkiej tradycji czczona jest nie tylko jako patronka kraju, lecz także jako ta, która wprowadzała pokój i łagodność tam, gdzie się pojawiała – zarówno wśród ludzi, jak i w świecie przyrody.

Święty Benedykt (ok. 480–543) pochodził z bogatej rzymskiej rodziny i miał przed sobą świetlaną przyszłość. Zamiast jednak cieszyć się dostatnim życiem w mieście, wybrał samotność i modlitwę – osiadł na pustkowiu Subiaco, gdzie prowadził surowe życie pustelnika.

W jego odosobnieniu towarzyszył mu kruk – ptak, którego Benedykt przygarnął jako pisklę. Wychował go z troską i czułością. Choć w dawnych legendach kruki karmią świętych, tu role się odwróciły – to święty karmił ptaka. Kruk stał się jego wiernym przyjacielem i pozostał u jego boku na dobre i złe.

Z czasem do Benedykta zaczęli przybywać młodzi ludzie, zafascynowani jego mądrością i świętością. Założył dla nich klasztor, w którym zamieszkał razem z braćmi i… krukiem – ulubieńcem całej wspólnoty.

Pewnego dnia do klasztoru przyszedł zazdrosny człowiek, który próbował otruć Benedykta, przynosząc mu zatruty chleb. Święty, natchniony przez Boga, przejrzał podstęp. Podał chleb swojemu krukowi i rzekł: – „Weź ten chleb i zanieś tam, gdzie nikt go nie znajdzie.”

Posłuszny ptak uniósł niebezpieczny dar i ukrył go w bezpiecznym miejscu. Ocalił w ten sposób życie swego opiekuna.

Benedykt założył jeszcze słynny klasztor na Monte Cassino, który dał początek zakonowi benedyktynów. Zmarł w 543 roku, otoczony szacunkiem i miłością braci zakonnych. A kruk, który był z nim przez wszystkie lata samotności i wspólnoty, na zawsze pozostał symbolem jego mądrości, pokory i więzi ze stworzeniem.

Święty Kewin z Glendalough (VI wiek), irlandzki mnich i pustelnik, pozostaje jedną z najbardziej fascynujących postaci w duchowej tradycji chrześcijańskiej. Jego życie, pełne ascezy, modlitwy i kontemplacji, ukazuje, jak głęboka świętość może przywrócić pierwotną harmonię pomiędzy człowiekiem a światem natury.

Pewnego razu, podczas Wielkiego Postu, w trakcie modlitewnej kontemplacji ze złożonymi dłońmi, Kewin doświadczył niezwykłego wydarzenia: kos uwił w jego dłoniach gniazdo i złożył tam jajko. Święty, pełen cierpliwości i szacunku dla życia, pozostał nieruchomy, pozwalając ptakowi wysiedzieć jajko aż do momentu wyklucia się pisklęcia. Dopiero wtedy, gdy młode przyszło na świat, Kewin powrócił do klasztoru, by świętować radość Zmartwychwstania. Legenda głosi, że w tym czasie sam kos troszczył się o niego, przynosząc mu leśne jagody i orzechy.

Nie była to jedyna opowieść świadcząca o nadzwyczajnej relacji owego świętego z naturą. Zimą Kewin zanurzał się po szyję w lodowatej wodzie jeziora, oddając się modlitwie. Towarzyszyła mu wtedy wydra, która przynosiła świeże ryby, a pewnego razu wyłowiła z wody brewiarz, który święty nieopatrznie upuścił. W czasach głodu ta sama wydra dostarczała łososie mnichom z Glendalough, jednak gdy któryś z braci zaproponował, by ją zbić i wykorzystać jej futro na rękawiczki, zwierzę opuściło ich na zawsze.

Inna legenda opowiada o krowie, która zabłąkała się do pustelni Kewina. Zwierzę, wykazując niezwykłą łagodność, lizało jego stopy i szaty. Kiedy wróciło do swego właściciela, poganina imieniem Dima, dało tak obfitą ilość mleka, że wydało się to cudowne. Zaintrygowany Dima postanowił śledzić krowę i w ten sposób odkrył pustelnię świętego. Uznając cud za znak Boży, przyjął chrzest, a wkrótce potem powstała w Glendalough chrześcijańska wspólnota.

Z kolei król O’Toole z Glendalough, posiadający oswojoną gęś, prosił Kewina o jej uzdrowienie. Święty zgodził się pod warunkiem, że otrzyma ziemię tak rozległą, jak daleko poleci ta gęś. Po cudownym uleczeniu ptak przeleciał nad całą doliną, wyznaczając teren przyszłego klasztoru.

Jeszcze inna historia wspomina o łani, która codziennie dostarczała mleko dla dziecka oddanego pod opiekę mnichów. Po śmierci łani, zabitej przez wilka, święty nakazał drapieżnikowi, aby odtąd to on przynosił mleko, do czasu aż dziecko nie będzie go już potrzebować.

Podczas jednego z polowań dzik, uciekający przed psami, znalazł schronienie u stóp modlącego się świętego. Psy, zamiast zaatakować, położyły się spokojnie obok niego. Kiedy myśliwi ujrzeli nad świętym stado ptaków, uznali to za boski znak i odstąpili od zabicia zwierzęcia.

Opowieści o świętym Kewinie ukazują niezwykłą harmonię pomiędzy człowiekiem a stworzeniem. Świat zwierząt zdawał się rozpoznawać jego świętość i instynktownie szukał u niego schronienia. Szczególnie historia kosa budującego gniazdo w dłoniach świętego, stała się symbolem cierpliwości, pokory i głębokiej duchowości, a także znak harmonii człowieka z całym Bożym stworzeniem.

Duchowe znaczenie tych opowieści jest ogromne. Święty Kewin ukazuje, że prawdziwa świętość polega nie tylko na modlitwie i samotnej kontemplacji, lecz także na tworzeniu przestrzeni, w której możliwa jest pełna jedność człowieka z naturą. Zwierzęta, ufające świętemu, współistniały z nim w pokoju, a ich obecność przypominała o kosmicznej harmonii zamierzonej przez Boga. Modlitwa i świętość Kewina nie tylko kształtowały jego osobistą relację z Bogiem, ale miały moc przemiany całego otaczającego go świata w przestrzeń pokoju, wzajemnego zaufania i miłości.

Święty Malo, znany także jako Maklowiusz (ok. 520–621), urodził się w Brytanii w bogobojnej rodzinie. Już jako chłopiec wykazywał głęboką wrażliwość i pragnienie służby Bogu. Uczył się w szkole klasztornej, a gdy dorósł, został kapłanem i wyruszył z misją do Bretanii.

Już w czasie podróży wydarzył się cud – z powodu sztormu statek przybił do niewielkiej wyspy, gdzie święty odprawił wielkanocną mszę. Gdy wypowiedział słowa „Baranku Boży”, ziemia pod nimi zadrżała. Okazało się, że modlitwa odprawiona była nie na wyspie, lecz… na grzbiecie wieloryba! Zwierzę spokojnie zanurzyło się w morzu dopiero po zakończeniu mszy.

Święty Malo całe życie wędrował po lasach i odludziach, głosząc Ewangelię. Zawsze łagodny i cierpliwy, szczególną miłością otaczał zwierzęta. Karmił je, przemawiał do nich z czułością, a one odwzajemniały się mu zaufaniem.

Pewnego dnia spotkał wieśniaka, który rozpaczał po śmierci maciory z ośmioma prosiętami. Malo dotknął zwierzęcia swoją laską – i oto cud: maciora ożyła. Innym razem, gdy wilk pożarł osła klasztornego, święty skarcił go i polecił, by sam ciągnął wóz. Wilk posłusznie to uczynił i przez lata służył zakonnikom.

Dobroć Malo obejmowała nawet najmniejsze stworzenia. Gdy pewnego dnia zdjął habit podczas pracy w ogrodzie, ptaszek uwił gniazdo w jego kapturze. Święty przez wiele dni nie sięgał po ubranie, by nie przeszkadzać. Dopiero gdy pisklęta się wykluły i odleciały, odzyskał swój habit.

U schyłku życia został biskupem Aleth, gdzie kochali go zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Zmarł w opinii świętości, a jego wspomnienie do dziś żyje w sercach mieszkańców Bretanii i wszystkich, którzy kochają przyrodę.

Święty Awentyn (VI w.) – przyjaciel dzikich zwierząt, zwany apostołem Gaskonii, żył w VI wieku i prowadził życie ciche, pełne modlitwy, prostoty i dobroci. Szczególnie umiłował samotność w pobliskim lesie, gdzie codziennie udawał się na modlitwę. To właśnie tam, pośród drzew i śpiewu ptaków, rozmawiał z Bogiem i wstawiał się za cierpiącymi ludźmi.

Pewnego dnia, podczas modlitwy, usłyszał ciężki oddech i szelest gałęzi. Z mroku lasu wyłonił się ranny niedźwiedź. Nie okazując strachu, święty patrzył spokojnie, jak zwierzę podchodzi coraz bliżej. Niedźwiedź uniósł łapę, w której tkwił głęboko cierń, i jęknął żałośnie. Awentyn, poruszony jego bólem, delikatnie wyjął kolec. Niedźwiedź zamruczał z ulgą, otarł się wdzięcznie o pustelnika i spokojnie oddalił się w las.

Ta niezwykła scena ukazuje nie tylko świętość Awentyna, ale i jego głęboki szacunek wobec wszystkich stworzeń. Zwierzęta wyczuwały jego łagodność i ufały mu bez lęku – nawet dziki, leśny niedźwiedź przyszedł do niego jak do przyjaciela.

Do dziś w kościele pod wezwaniem św. Awentyna znajduje się drewniana rzeźba przedstawiająca ten moment – święty wyciąga cierń z łapy zwierzęcia, które klęczy u jego stóp.

Święty Cainnech z Aghaboe (ok. 515–600), irlandzki opat, znany też jako św. Kenneth, był jednym z najbardziej czczonych mnichów wczesnośredniowiecznej Irlandii. Uczeń św. Finiana, przyjaciel św. Kolumbana, założyciel klasztorów i gorliwy kaznodzieja, szczególnie umiłował samotność i modlitwę w górskiej pustelni. Co roku, na czas Wielkiego Postu, udawał się do swojej leśnej pieczary, by w ciszy oddać się postowi i kontemplacji.

Z wiekiem, osłabiony, zabierał ze sobą młodszego współbrata – Damiana. Pewnej zimowej nocy, obudził ich śpiew ptaka. Okazało się, że był to drozd – samiec pocieszający swą partnerkę wysiadującą jaja. Święty Cainnech, poruszony tym przejawem troski i piękna stworzenia, postanowił otoczyć ptaki opieką. Gdy brat Damian odkrył gniazdo ukryte w bluszczu, opat zabronił je niepokoić, a codziennie przynosili ptakom resztki chleba.

Gdy pewnego dnia nadeszła gwałtowna burza, Cainnech bardzo zaniepokoił się o los drozdów. Wyszedł z pieczary i ujrzał niezwykły widok – anioła, który osłaniał skrzydłami ptasie gniazdo. Po burzy odnaleźli w nim matkę i trzy zdrowe pisklęta. Z wdzięcznością modlili się do Boga za ten znak Jego opieki nad najmniejszymi stworzeniami.

Do końca Wielkiego Postu zostawiali drozdom okruchy chleba, a w Wielką Sobotę święty Cainnech pobłogosławił gniazdo. Od tamtej pory ludzie nazywali drozda „ptaszkiem świętego Cainnecha” – symbolem Bożej troski i dobroci świętego opata wobec wszelkiego stworzenia.

Święty Cuthbert z Lindisfarne (VII wiek) to jedna z najbardziej poruszających postaci ukazujących duchową więź człowieka z przyrodą. Angielski biskup, znany ze swojej surowej ascezy i głębokiego oddania Bogu, często udawał się na samotne modlitwy nad morzem. Tradycja głosi, że spędzał tam nocą długie godziny, stojąc po pas w lodowatej wodzie, w modlitewnym skupieniu. Kiedy kończył modlitwę i wracał na brzeg, działo się coś niezwykłego – z wody wynurzały się dwie wydry, które delikatnie osuszały jego przemarznięte stopy swoim miękkim futrem, a następnie ogrzewały je oddechem.

Mnisi, świadkowie tego zdumiewającego zjawiska, nie postrzegali go jedynie jako osobliwości natury. Widzieli w nim wyraźny znak Bożej łaski i potwierdzenie świętości Cuthberta. Zachowanie wydr, które nie było jedynie instynktowne, odczytali jako świadectwo pierwotnej harmonii stworzenia – tej samej, którą utraciliśmy po upadku, lecz która w obecności świętości człowieka na nowo się ujawniała.

Opowieść o świętym Cuthbercie niesie duchowe przesłanie aktualne także dziś. Przypomina, że świat przyrody nie jest bezduszną masą, lecz częścią Bożego stworzenia, tęskniącą za odnowieniem i pokojem. Ukazuje, że świętość człowieka ma moc przywracania harmonii w otoczeniu, tak jak w czasach Edenu, gdy zwierzęta i ludzie żyli w zgodzie i wzajemnym szacunku. Choć zwierzęta nie wyrażają wiary słowami, potrafią rozpoznać świętość i odpowiedzieć na nią ufnością, bliskością, a nawet troską. Ta historia daje nadzieję, że wszelkie stworzenie, zgodnie z Bożą obietnicą, ma udział w Jego planie zbawienia.

Święta Melangell z Walii, znana też jako Monacella (VII wiek) zasłynęła jako orędowniczka zajęcy i drobnych zwierząt. Pochodząc z walijskiej rodziny królewskiej, porzuciła życie na dworze, by udać się na pustkowie i poświęcić modlitwie oraz samotności, całkowicie oddając się Bogu. Jej życie stało się świadectwem głębokiej miłości do stworzenia i szacunku dla wszelkich istot żywych.

Pewnego dnia, gdy myśliwy ścigał zające i zapędził jednego z nich do lasu, przestraszone zwierzę znalazło schronienie pod płaszczem Melangell. Widząc to niezwykłe zdarzenie i dostrzegając świętość młodej kobiety, myśliwy zrezygnował z zabicia zwierzęcia. W geście szacunku i uznania ofiarował Melangell ziemię, aby mogła stworzyć miejsce, w którym dzikie stworzenia mogłyby żyć w pokoju i bezpieczeństwie, z dala od przemocy.

Dziś Melangell czczona jest jako patronka zajęcy i wszystkich małych zwierząt. Jej historia niesie głębokie duchowe przesłanie: ukazuje, że świętość człowieka potrafi przywrócić harmonię między ludźmi a światem przyrody. Opowieść o Melangell podkreśla chrześcijański obowiązek troski o każde stworzenie, jako część Bożego dzieła. Zwierzęta, rozpoznając w niej obecność łaski, szukały u niej schronienia, co czyni z Melangell symbol szczególnej więzi między człowiekiem a światem natury. Jej życie uczy, że opieka nad słabszymi, także nad zwierzętami, jest integralnym elementem życia w zgodzie z Bożym zamysłem.

Święta Werburga (ok. 650 – ok. 700), księżniczka i ksieni, była władczynią hrabstwa Hampton w Anglii. Choć urodziła się w królewskim rodzie, prowadziła życie głęboko pobożne, pełne pokory i miłosierdzia – także wobec zwierząt.

Pewnego dnia doniesiono jej, że dzikie gęsi pustoszą pola uprawne. Zamiast nakazać ich zabicie, święta poleciła słudze… przyprowadzić je do zamku. Ten z niedowierzaniem, ale posłusznie udał się na pole i ku jego zdumieniu, ptaki posłusznie ruszyły za nim, jakby rozumiały wolę Werburgi. Noc spędziły zamknięte w zagrodzie.

Następnego ranka rozległo się potężne gęganie – ptaki domagały się wolności. Święta kazała je wypuścić i pobłogosławiła: „Niech was Bóg błogosławi, ptaki wędrowne!” Całe stado wzbiło się w niebo… ale zaraz zawróciło, krążąc niespokojnie nad zamkiem. Werburga, poruszona ich zachowaniem, domyśliła się prawdy – jedna z gęsi została skradziona. Po jej odzyskaniu, pogłaskała ją i odesłała do reszty stada ze słowami: „Leć, ptaku, w świat ze swymi braćmi i siostrami!”

Od tej pory dzikie gęsi już nigdy nie nawiedziły jej włości. Święta Werburga zapisała się w pamięci jako nie tylko opiekunka ludzi, ale i wrażliwa, pełna łagodności przyjaciółka wszystkich stworzeń Bożych.

Błogosławiona Genowefa z Brabantu (VIII w.) – opiekunka ludzi i zwierząt, córka szlachetnych i pobożnych rodziców, od najmłodszych lat odznaczała się łagodnością, pobożnością i miłosierdziem. Choć żyła w czasach, gdy kobiety rzadko bywały uczone, dzięki błaganiom i bystremu umysłowi nauczyła się czytać i pisać. Wyszła za mąż za rycerza Zygfryda, który zasłynął w boju z Maurami. Po ślubie osiedliła się w jego zamku, gdzie szybko zdobyła serca poddanych dobrocią i troską o chorych.

Kiedy Zygfryd ruszył ponownie na wojnę, Genowefa została sama pod opieką burgrabiego Golla. Ten, odrzucony w swych niegodziwych zamiarach, pomówił ją o zdradę. Zygfryd, zaślepiony gniewem, rozkazał uwięzić żonę. W lochu Genowefa urodziła syna i tylko dzięki pomocy córki strażnika, Berty, udało jej się przeżyć.

Skazana na śmierć, została wypędzona z dzieckiem do lasu. Tam, w dzikiej puszczy, znalazła schronienie w jaskini. Właśnie wtedy rozwinął się jej niezwykły, niemal święty związek ze światem zwierząt: łania, zesłana przez Bożą opatrzność, zaczęła ją karmić mlekiem i ogrzewać zimą. Zwierzęta nie tylko jej nie zagrażały – stały się jej towarzyszami i opiekunami. Jej syn wychowany w tym leśnym azylu, nauczył się nie czynić krzywdy żadnemu stworzeniu. Z zachwytem obserwował ptaki, motyle, a znalezione gniazda otaczał troską.

Przez sześć lat Genowefa żyła w ubóstwie i odosobnieniu, ale w harmonii z naturą i zwierzętami, które – jak łania – stawały się jej rodziną. Kiedy jej siły opadły, syn – pełen dziecięcej wiary – modlił się o zdrowie matki, i Genowefa, wbrew wszelkim nadziejom, wróciła do sił.

Zygfryd, dręczony wyrzutami sumienia i przekonany w końcu o jej niewinności, udał się na polowanie, gdzie natrafił na trop łani – tej samej, która przez lata karmiła jego żonę i syna. Trop zaprowadził go do jaskini, gdzie wreszcie odnalazł Genowefę i ich dziecko. Wzruszenie było ogromne. Matka, dziecko i ojciec zostali złączeni na nowo, a łania – cicha bohaterka tej historii – pozostała symbolem opieki, wierności i pokoju między człowiekiem a stworzeniem.

Genowefa została uznana za błogosławioną nie tylko za cierpliwość i przebaczenie, ale również za swoją głęboką, niemal mistyczną więź z naturą i miłość do wszelkiego Bożego stworzenia.

Święty Godryk z Finchale (ok. 1065 – 1170), angielski pustelnik i mistyk, zamieszkał w głębi lasów północnej Anglii, gdzie wiodąc życie modlitwy i ubóstwa, okazywał niezwykłą miłość do wszystkich stworzeń Bożych.

Pewnego dnia podczas wielkiego polowania okoliczni możni wraz z psami ścigali jelenia. Zwierzę, wyczerpane i przerażone, wpadło do chaty świętego, jakby instynktownie szukając ratunku. Godryk nie zawahał się – otoczył je opieką, ukrył w pustelni i wyszedł naprzeciw zbliżającym się myśliwym. Gdy pytali o trop, odpowiedział krótko: „Bóg to wie.” Jego świętość i powaga sprawiły, że zrezygnowali z dalszego pościgu.

Jeleń został u niego na noc, a potem wracał jeszcze wielokrotnie. Inne zwierzęta – sarny, daniele, ptaki – również znajdowały u Godryka schronienie, szczególnie w czasie polowań czy mrozów. Zimą jego pustelnia stawała się azylem: otwarte drzwi zapraszały ptaki, które przysiadały na jego rękach, karmione i ogrzewane.

Św. Godryk był nie tylko pustelnikiem, lecz także serdecznym przyjacielem zwierząt – cichym obrońcą tych, którzy nie mieli głosu. Jego życie świadczyło, że miłość do Boga wyraża się także w miłości do Jego stworzenia.

Święty Izydor Oracz (ok. 1070–1130) – patron rolników i przyjaciel stworzeń, patron Madrytu i rolników, żył na przełomie XI i XII wieku w Hiszpanii. Był prostym wieśniakiem – ubogim, lecz bogatym w łaskę Bożą. Pracował jako oracz w majątku ziemskim, a jego życie cechowała pokora, pobożność i niezwykła troska o stworzenia Boże.

Zawsze z szacunkiem traktował swoje woły – nigdy ich nie bił, nie poganiał krzykiem. Zwierzęta słuchały go jak przyjaciela, a on odpowiadał im spokojem i troską. Gdy w zimie woził zboże do młyna, zatrzymywał się na drodze i rzucał ptakom garści ziaren ze słowami: „Macie, ptaszyny – Pan Bóg daje zboże wszystkim stworzeniom.”

Choć dzielił się hojnie, jego worek nigdy się nie wyczerpywał – we młynie otrzymywał zawsze tyle mąki, ile inni.

Podczas siewu w jesieni Izydor rzucał ptakom ziarna ze słowami: „W imię Boże rzucam to ziarno na rolę. Niech ptaszki nie głodują, a Bóg błogosławi mojemu siewowi.” W ten sposób łączył codzienną pracę z wiarą i współczuciem dla najmniejszych istot.

Choć był oddanym pracownikiem, każdego ranka przerywał orkę, by udać się na mszę. Niektórzy donosili na niego, zarzucając lenistwo. Gdy pan majątku postanowił go sprawdzić, ujrzał cud – Izydor rzeczywiście modlił się w kościele, a na polu pracował anioł z parą białych wołów. Wzruszony pan poznał prawdę i odtąd traktował Izydora z wielkim szacunkiem.

Jego przykład poruszył serca wielu – współpracownicy uczyli się od niego łagodności i wdzięczności, a całe gospodarstwo zyskało opinię miejsca sprawiedliwości i pokoju. Święty Izydor zmarł ok. 1130 roku, pozostawiając po sobie legendę człowieka, który kochał Boga, ludzi i każde stworzenie.

Święty Norbert z Xanten (ok. 1080–1134), założyciel zakonu norbertanów, słynął z niezwykłej sprawiedliwości i dobroci – nie tylko wobec ludzi, ale także wobec zwierząt.

Pewnego dnia zakonnicy wracający z lasu przynieśli do klasztoru martwego kozła, odebranego wilkowi. Zwierzę, czując się pokrzywdzone, poszło za nimi aż pod klasztorną bramę i spokojnie tam usiadło, czekając. Gdy św. Norbert dowiedział się, co zaszło, nie wahał się ani chwili: „Oddajcie wilkowi to, co mu odebraliście – nie macie prawa do tej zdobyczy.” Zakłopotani bracia naprawili swój błąd, a wilk spokojnie odszedł i więcej się nie pojawił.

Innym razem ten sam wilk niespodziewanie pomógł jednemu z braci pilnować klasztornego bydła. Przez cały dzień jak wierny pies strzegł stada, a wieczorem zapukał do klasztornych drzwi łapą, domagając się zapłaty. Gdy bracia chcieli go odpędzić, św. Norbert rzekł: „Kto puka, ma powód. Jeśli pomógł w pracy, należy mu się wdzięczność.” Kazał natychmiast nakarmić zwierzę, uznając jego trud.

W postawie św. Norberta objawiła się głęboka mądrość i współczucie – uznawał prawa nawet dzikiego stworzenia, a każdemu, kto służył z dobrego serca, okazywał szacunek.

Święty Franciszek z Asyżu (1181/82–1226) – ‘brat wszystkich stworzeń’ był jednym z największych mistyków średniowiecza i wielkim miłośnikiem przyrody. Wszystkie stworzenia Boże nazywał swoimi braćmi i siostrami, widząc w nich odbicie dobroci Stwórcy. Zwierzęta nie tylko go słuchały – zdawały się go rozumieć i kochać.

Podczas jednego z kazań, które głosił, świergot jaskółek zagłuszył jego słowa. Zamiast się irytować, Franciszek zwrócił się do ptaków łagodnie: „Siostrzyczki jaskółki, proszę, uciszcie się na chwilę, bym mógł dokończyć kazania.” I ptaki umilkły natychmiast.

W innej sytuacji, widząc tłum ptaków na drzewach, zatrzymał się i przemówił:

„Bracia moi ptaszkowie, chwalcie Boga, który dał wam skrzydła, lekkie pióra i wolność nieba!”

Ptaki nie uciekły, lecz zgromadziły się wokół niego i zdawały się słuchać z uwagą, po czym otrzymały jego błogosławieństwo.

Podczas wędrówki spotkał młodzieńca niosącego synogarlice na sprzedaż. Franciszek, poruszony losem ptaków, poprosił o nie, a następnie zapewnił im schronienie w klasztorze. Ptaki szybko oswoiły się ze świętym – siadały mu na ramionach i latały wokół niego.

Najbardziej znana jest jednak opowieść o wilku z Gubbio, który terroryzował mieszkańców okolicy. Franciszek, wbrew ostrzeżeniom, poszedł do lasu i przemówił do zwierzęcia z odwagą i łagodnością: „Bracie wilku, w imię Chrystusa zakazuję ci krzywdzić ludzi i ich dobytek.”

Wilk położył się u jego stóp i zawarł „pokój” z mieszkańcami, którzy zobowiązali się go karmić. Od tej pory żył z nimi w zgodzie, a cud ten poruszył całe miasto.

Franciszek głosił nawet kazania rybom. Gdy ludzie nie chcieli słuchać jego słów, zwrócił się do stworzeń wodnych: „Skoro ludzie nie chcą słuchać, będę głosił Słowo Boże wam, siostry ryby”. Wtedy ryby podpłynęły do brzegu, wynurzyły głowy z wody i trwały w ciszy, jakby słuchały kazania. Po błogosławieństwie świętego odpłynęły spokojnie i był to to jeszcze jeden cudowny znak jedności stworzenia z Bogiem.

Franciszek często przebywał samotnie na górze Alwerno, gdzie oddawał się postom i modlitwie. Towarzyszył mu sokół, który codziennie budził go do modlitwy. To właśnie tam, w głębi duchowego uniesienia, otrzymał stygmaty – rany Chrystusa – które nosił do śmierci.

Zmarł w 1226 roku, mając zaledwie 45 lat. Gdy odchodził, niezliczone ptaki krążyły nad klasztorem, jakby żegnały swego brata, opiekuna i przyjaciela.

Błogosławiona Salomea (ok. 1211–1268) – polska księżniczka z rodu Piastów, szwagierka św. Kingi, żona węgierskiego księcia Kolomana Halickiego, a po jego śmierci – klaryska i założycielka życia zakonnego w Polsce. Niezwykłe połączenie królewskiej godności i głębokiej pokory uczyniło ją jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci XIII wieku.

Po śmierci męża Salomea wstąpiła do zakonu klarysek, początkowo w Zawichoście, a następnie – po przeniesieniu wspólnoty – w podkrakowskiej Skałce. Tam oddała się surowemu życiu kontemplacyjnemu, pełnemu umartwień, modlitwy i ciszy. Otoczona naturą, żyła w głębokim zjednoczeniu nie tylko z Bogiem, ale i ze światem stworzonym.

W przekazach hagiograficznych zachowały się opowieści o tym, że dzikie zwierzęta z pobliskich lasów przychodziły do ogrodu klasztornego, gdy Salomea tam przebywała. Nie czyniły żadnych szkód – nie niszczyły roślin, nie płoszyły ptaków, nie wzbudzały lęku. Ich obecność w pobliżu błogosławionej była odczytywana przez współczesnych jako znak świętości i wewnętrznej harmonii, którą roztaczała wokół siebie.

Salomea uważana była za osobę głęboko wrażliwą na piękno stworzenia. W ciszy klasztoru potrafiła kontemplować Boga obecnego w każdym żywym istnieniu, a jej łagodność i czystość serca zbliżały ją do pierwotnej, rajskiej relacji człowieka ze światem natury.

Święta Kinga (1234–1292), węgierska królewna z dynastii Arpadów i żona Bolesława V Wstydliwego, już we wczesnej młodości wyróżniała się duchową wrażliwością i współczuciem dla stworzenia. Część swojego życia spędziła w Sandomierzu, gdzie – jeszcze przed zawarciem małżeństwa – przebywała pod opieką przyszłej teściowej Grzymisławy oraz wychowawcy Mikuły. Miasto to było wówczas istotnym ośrodkiem politycznym i duchowym Małopolski, a pobyt Kingi w tym miejscu odegrał ważną rolę w jej duchowej formacji i przygotowaniu do roli księżnej.

W 1241 roku, w obliczu najazdu tatarskiego, Kinga wraz z rodziną musiała opuścić Sandomierz. Po okresie uchodźstwa powróciła do Małopolski, lecz zrujnowane wojną zamki w Sandomierzu i Krakowie zmusiły ją do zamieszkania w Nowym Korczynie.

Choć wczesne źródła milczą o jej bezpośrednim kontakcie ze zwierzętami w tym czasie, życie Kingi jako klaryski w klasztorze w Starym Sączu – który sama ufundowała – ujawnia głębokie przywiązanie do stworzenia Bożego. Prowadziła proste, kontemplacyjne życie w otoczeniu przyrody, darząc miłością, współczuciem, a także opieką zwierzęta. Hagiografowie wspominają jej opiekuńczość wobec zwierząt gospodarskich oraz codzienne, ciche gesty życzliwości wobec wszelkich stworzeń. Współsiostry zauważały, że traktowała każde życie jako objaw Bożej obecności i opieki.

Chociaż najbardziej znana jest z legendy o pierścieniu wrzuconym do kopalni soli, prawdziwa duchowość św. Kingi przejawiała się również w jej harmonijnym, pełnym szacunku stosunku do natury – w tym do zwierząt, które obejmowała swoją modlitwą, czułością i troską.

Święty Roch (ok. 1295–1327) urodził się w Montpellier we Francji. Pochodził z bogatej i wpływowej rodziny – jego ojciec był gubernatorem miasta. Po śmierci rodziców młody Roch, inspirowany przykładem św. Franciszka z Asyżu, rozdał cały majątek ubogim i wstąpił do zakonu franciszkanów, jako tercjarz.

Gdy we Włoszech wybuchła epidemia dżumy, udał się tam jako pielgrzym, by służyć chorym. Modlitwą i czułą opieką przynosił ulgę i uzdrowienie – gdziekolwiek się pojawiał, zaraza ustępowała. Ludzie, widząc jego pokorę i cuda, jakie działy się za jego sprawą, otaczali go szacunkiem, traktując jak posłańca Bożego.

Jednak i on sam w końcu padł ofiarą choroby. Osłabiony, poraniony i opuszczony, został wypędzony z miasta przez tych samych ludzi, którym wcześniej pomagał. Skrył się w leśnej chacie, zdany wyłącznie na łaskę Boga. Tam dokonał się jeden z najbardziej wzruszających epizodów jego życia.

Z pomocą przyszedł mu pies. Zwierzę należało do bogatego pana imieniem Gotard. Codziennie pies wykradał z pańskiego stołu chleb i biegł do lasu, by zanieść go choremu Rochowi. Nie tylko przynosił pożywienie ale także, liżąc jego ręce, okazywał czułość i pocieszenie. Ten gest psiej wierności i dobroci był jak żywy znak Bożej opatrzności.

Gdy Gotard odkrył, dokąd biega jego ulubieniec, poszedł jego śladem i znalazł świętego w chacie, słabego, ale otoczonego miłością czworonożnego opiekuna. Wzruszony głęboko tym widokiem, otoczył Rocha opieką i zabrał go do swojego domu. Tam święty odzyskał zdrowie.

Wdzięczny Gotard nie tylko zawstydził tych, którzy wcześniej odrzucili Rocha, ale sam – poruszony jego świętością i prostotą – wstąpił do franciszkanów. Od tamtej pory św. Roch był wzywany jako patron w czasie zarazy, a wierni zaczęli przedstawiać go z psem u boku – wiernym towarzyszem, który zrozumiał cierpienie lepiej niż ludzie.

Święty Roch zmarł ok. 1327 roku. W ikonografii niemal zawsze towarzyszy mu pies z bochenkiem chleba w pysku – symbol miłosierdzia, jakie może objawić się przez najpokorniejsze stworzenia.

Święty Jan z Dukli (ok. 1414–1484) – franciszkanin, kaznodzieja, pustelnik, patron Polski i Lwowa. Jego życie, głęboko zakorzenione w duchowości franciszkańskiej, było przepełnione pokorą, umiłowaniem ciszy, modlitwy i bliskości natury.

W młodości Jan porzucił wygodne życie i udał się w głąb lasów w okolicach Krosna, gdzie zamieszkał jako pustelnik. Tam, w leśnej samotni, doświadczył niezwykłej harmonii z przyrodą. Tradycja głosi, że dzikie zwierzęta – wilki, jelenie, zające – nie tylko nie unikały jego obecności, ale wręcz jej szukały. Zwierzęta, które zwykle stroniły od człowieka, przychodziły do jego pustelni, jakby wyczuwając świętość i łagodność płynącą z jego serca.

Święty Jan karmił ptaki z ręki, a jego pustelnia stała się miejscem pokoju i ciszy, której nie zakłócała nawet dzika przyroda. Współcześni i potomni widzieli w tej szczególnej więzi z naturą znak głębokiej jedności człowieka ze stworzeniem, zgodnej z franciszkańskim ideałem braterstwa wszystkich istot.

Choć z czasem Jan powrócił do życia wspólnotowego i oddał się posłudze kaznodziejskiej, jego duch pozostał przesiąknięty prostotą pustelnika i szacunkiem dla świata przyrody.

Błogosławiony Władysław z Gielniowa (ok. 1440–1505) – bernardyn, wybitny kaznodzieja, poeta religijny, gorliwy czciciel Męki Pańskiej i jeden z najbardziej znanych mistyków XV–wiecznej Polski.

Choć jego hagiografie nie koncentrują się bezpośrednio na relacji ze zwierzętami, to przekazy i legendy związane z jego życiem wskazują na głęboki szacunek dla stworzenia i łagodność, która promieniowała także na świat przyrody. W tradycji bernardyńskiej, do której należał, ceniono pokorę wobec wszelkich istot żywych i uważano, że harmonia z naturą jest wyrazem wewnętrznego pokoju i bliskości z Bogiem.

Ludowe opowieści przypisują mu dar łagodzenia dzikich zwierząt. W jednym z podań miał spokojnie przejść przez las pełen dzikich bestii, które nie uczyniły mu krzywdy. Obecność błogosławionego działała uspokajająco – zwierzęta, nawet te drapieżne, jakby rozpoznawały w nim człowieka Bożego.

Władysław z Gielniowa prowadził życie surowe i pełne modlitwy, często przebywając samotnie w lesie lub ogrodach klasztornych, co sprzyjało kontemplacji i obcowaniu z naturą. W jego kazaniach i pieśniach, pełnych metafor biblijnych i obserwacji przyrody, przebija się duchowe postrzeganie świata jako odbicia Bożego piękna.

Święty Szymon z Lipnicy (ok. 1438–1482) – bernardyn, kaznodzieja, gorliwy sługa ubogich i chorych, który zmarł niosąc pomoc ofiarom zarazy w Krakowie.

Wychowany w duchu franciszkańskiej prostoty i miłości do całego stworzenia, św. Szymon żył w głębokim zjednoczeniu z Bogiem i światem przyrody. Choć większość zapisów z jego życia koncentruje się na jego posłudze kaznodziejskiej i heroicznej pomocy podczas epidemii, przekazy hagiograficzne oraz tradycja klasztorna wspominają o jego wrażliwości na cierpienie nie tylko ludzi, ale i zwierząt.

Legenda głosi, że ptaki gromadziły się wokół jego celi, przyciągane spokojem i duchowym światłem, które z niego emanowało. Święty miał umieć „rozpoznać smutek stworzeń” – szczególnie ptaków, które według relacji siadały na parapecie jego okna lub spoczywały przy nim w chwilach modlitwy. Jego współczucie obejmowało każde stworzenie, co zgodne było z duchem św. Franciszka z Asyżu, patrona zakonu, do którego należał.

Zmarł w 1482 roku, zaraziwszy się podczas opieki nad chorymi. Jego życie było świadectwem miłosierdzia i pokory – nie tylko wobec ludzi, ale również wobec stworzenia.

Błogosławiony Józef Anchieta (1534–1597) urodził się w 1534 roku na Wyspach Kanaryjskich. W wieku siedemnastu lat wstąpił do jezuitów, a niedługo później wyruszył na misję do dzikiej, nieznanej jeszcze Europie Brazylii. Tam przez ponad czterdzieści lat z oddaniem głosił Ewangelię tubylcom, pocieszał zniewolonych, i nieustannie żył w bliskiej więzi z przyrodą.

Anchieta miał niezwykły dar – zwierzęta lgnęły do niego jak do przyjaciela. Kiedy odmawiał modlitwy, ptaki siadały na jego ramionach i śpiewały nad głową, jakby modliły się z nim. Gdy podczas morskiej podróży na pokład statku opadła chmara papug, pasażerowie chcieli je łapać, lecz Józef powstrzymał ich, nakarmił ptaki i wziął je pod opiekę. Od tej chwili papugi nie odstępowały go ani na krok.

W Brazylii znana jest także historia małpy niszczącej trzcinę cukrową. Żadne sidła nie potrafiły jej schwytać, aż do chwili, gdy Józef przemówił do niej jak do rozumnej istoty. Upomniał ją łagodnie, zakazując kradzieży i zapraszając po jedzenie, jeśli będzie głodna. Zwierzę – jakby rozumiało słowa – zamilkło, odeszło i nigdy już nie szkodziło. Z czasem stało się ulubieńcem pracowników.

Anchieta rozumiał świat natury głębiej niż inni. Pewnej nocy, obozując w dżungli, zostawił przed namiotem pęk bananów. Rano wokół obozowiska odkryto ślady dzikich zwierząt, które przyszły, zjadły owoce i odeszły spokojnie. Józef wierzył, że nawet dzikie stworzenia mogą odpowiedzieć na gest miłości.

Zmarł w 1597 roku. Jego życie było świadectwem niezwykłej harmonii między człowiekiem a stworzeniem – harmonii płynącej z łagodności, wiary i głębokiego szacunku dla każdego życia.

Błogosławiony Marcin de Porres (1579–1639) – opiekun najmniejszych, także tych z ogonem urodził się w 1579 roku w Limie, stolicy Peru. Był synem hiszpańskiego szlachcica i czarnoskórej kobiety. Od dzieciństwa odznaczał się wielką pokorą, łagodnością i wrażliwością na cierpienie – zarówno ludzi, jak i zwierząt. Został bratem zakonnym w klasztorze dominikanów i poświęcił swoje życie pomocy ubogim, chorym oraz dzieciom porzuconym przez rodziców. Dzięki jego staraniom w Limie powstał przytułek dla sierot.

Jednak miłość Marcina obejmowała wszystkie stworzenia Boże, nawet te, które większość ludzi odtrącała. W klasztorze, gdzie mieszkał, pojawiła się plaga szczurów niszczących sprzęty i szaty liturgiczne. Zakrystian chciał je wytruć, lecz Marcin – nie chcąc, by stała się im krzywda – poprosił o pozwolenie na inne rozwiązanie.

Postawił koszyk na podłodze i z wielką cierpliwością, łagodnym głosem zaczął przywoływać szczury, zapraszając je do środka. Gdy kosz się zapełnił, wyniósł go do ogrodu klasztornego i tam zwierzętom wyjaśnił: mają nowe miejsce do życia i obiecał, że codziennie przyniesie im pożywienie, jeśli tylko przestaną wracać do klasztoru. I tak się stało – odtąd gryzonie nie zakłócały już życia wspólnoty, a brat Marcin wiernie je dokarmiał do końca swoich dni.

Ten prosty gest miłości wobec stworzeń, które zwykle wzbudzają odrazę, stał się symbolem jego świętości. Dlatego w Ameryce Południowej Marcin de Porres jest znany jako patron szczurów – tych najmniejszych, odrzuconych, ale przez Boga nie zapomnianych.

Zmarł w 1639 roku, a jego kult szybko rozprzestrzenił się wśród ludu, który widział w nim świętego bliskiego każdemu stworzeniu.

Te historie nie są jedynie opowieściami o cudach – są ilustracją katolickiej wizji świętości jako rzeczywistości, która przemienia nie tylko człowieka, ale i wszystko, co go otacza. W oczach świętych, każde stworzenie ma swoje miejsce w Bożym planie i uczestniczy, choćby milcząco, w wielkiej liturgii stworzenia.

Święty Jan Bosko (1815–1888), włoski kapłan i wychowawca młodzieży, całe swoje życie poświęcił trosce o opuszczone i ubogie dzieci, zwłaszcza w robotniczym Turynie XIX wieku. Kierując się wiarą i wielką miłością do młodych ludzi, założył Zgromadzenie Salezjańskie, którego misją stało się wspieranie rozwoju duchowego, intelektualnego i zawodowego młodzieży. Był niezwykle wrażliwy na potrzeby drugiego człowieka, ale również otwarty na świat przyrody. Jego życie pełne było wydarzeń mistycznych i głębokiego zjednoczenia z Bogiem, co znajdowało wyraz również w jego niezwykłej relacji z naturą — a szczególnie z tajemniczym, szarym psem, który wielokrotnie pojawiał się w chwilach niebezpieczeństwa, stając się dla niego nie tylko opiekunem, ale i znakiem Bożej Opatrzności.

A oto co sam napisał na temat owego zwierzęcia:

Szary pies był tematem wielu rozmów i domysłów. Niektórzy z was musieli go widzieć, a może nawet go pogłaskać. Teraz, pomijając dziwne opowieści, które krążą na jego temat, przedstawię wam to, co jest czystą prawdą.

Częste zaczepki i obelgi, których byłem ofiarą, sprawiły, że unikałem samotnych powrotów z Turynu. W tamtych czasach ostatnim budynkiem przed Oratorium był szpital psychiatryczny; dalej rozciągały się zarośla bukszpanu i akacji.

Pewnego ciemnego, dość późnego wieczoru wracałem sam do domu, nie bez obaw, gdy nagle obok mnie pojawił się duży pies. Na pierwszy rzut oka mnie przestraszył, lecz nie przejawiał wrogości — przeciwnie, łasił się, jakby był moim wiernym towarzyszem. Szybko zyskaliśmy wzajemne zaufanie, a on odprowadził mnie aż do Oratorium. To, co wydarzyło się tamtego wieczoru, powtarzało się później wielokrotnie. Mogę więc śmiało powiedzieć, że szary pies oddał mi wiele ważnych przysług. Opowiem o niektórych z nich.

Pod koniec listopada 1854 roku, w mglisty i deszczowy wieczór, wracałem z miasta. Aby uniknąć samotnej, długiej trasy, zszedłem na drogę prowadzącą z Consolata do Cottolengo. W pewnym momencie zauważyłem dwóch mężczyzn idących w niewielkiej odległości przede mną. Ich kroki przyspieszały lub zwalniały zależnie od mojego tempa. Kiedy próbowałem przejść na drugą stronę ulicy, aby ich minąć, zręcznie stawali mi na drodze. Chciałem zawrócić, lecz było już za późno — nagle, wykonując dwa skoki do tyłu, rzucili mi na twarz płaszcz i próbowali mnie obezwładnić. Jeden z nich wciskał mi w usta chustkę, próbując mnie uciszyć. Nie mogłem krzyczeć.

Wtedy pojawił się szary pies. Z rykiem przypominającym niedźwiedzia rzucił się na jednego z napastników, pazurami sięgając jego twarzy, drugiego zaatakował z otwartą paszczą. Napastnicy musieli się wycofać.

— Co to za pies?! — wołali, drżąc z przerażenia.

— Zawołam go — odpowiedziałem — ale zostawcie przechodniów w spokoju!

— Zawołaj go natychmiast! — krzyknęli.

Szary pies wciąż warczał jak rozwścieczony wilk. Napastnicy uciekli, a pies odprowadził mnie aż do Ośrodka Cottolengo. Tam, odzyskawszy spokój po całym zajściu i posiliwszy się napojem, który ofiarność tego miejsca potrafiła znaleźć w odpowiedniej chwili, wróciłem do domu w bezpiecznym towarzystwie.

Za każdym razem, gdy wieczorem nie towarzyszył mi żaden człowiek, widziałem, jak szary pies wyłania się zza budynków i podąża za mną. Wielu młodych z Oratorium go widywało. Pewnego razu stał się nawet bohaterem niewielkiego zamieszania. Gdy wszedł na dziedziniec, ktoś chciał go przepędzić, inny rzucał kamieniami.

— Nie róbcie tego — powiedział Giuseppe Buzzetti — to pies księdza Bosko!

Od tej chwili wszyscy zaczęli go głaskać i… towarzyszyć mi. Tego dnia byłem w refektarzu na kolacji z kilkoma klerykami, księżmi i moją matką. Gdy pies niespodziewanie wszedł do sali, wszyscy zamarli.

— Nie bójcie się — powiedziałem — to mój Szary. Pozwólcie mu podejść.

I rzeczywiście, zataczając szeroki łuk wokół stołu, podszedł do mnie radosny. Pogłaskałem go i podałem mu zupę, chleb — wszystko odrzucił. Nie chciał nawet powąchać tych dań.

— Więc czego chcesz? — zapytałem. Pies tylko machał ogonem i poruszał uszami. — Jedz, pij albo po prostu bądź wesoły — dodałem.

Opierając głowę o mój obrus, jakby chciał coś powiedzieć i życzyć mi dobrej nocy, dał znak pożegnania. Z radością i zdziwieniem został wyprowadzony przez młodzież za drzwi. Pamiętam, że tego wieczoru wróciłem do domu późno — znajomy podwiózł mnie swoim powozem.

Ostatni raz widziałem Szarego w 1866 roku, kiedy szedłem z Murialdo do Moncucco, do mojego przyjaciela, Luigiego Moglii. Proboszcz z Buttigliera odprowadził mnie kawałek, a zapadła już noc. Pomyślałem wtedy: Och, gdybym tylko miał przy sobie mojego Szarego! Jak bardzo by mi się przydał…

W tej samej chwili, gdy wszedłem na łąkę, by nacieszyć się ostatnim światłem dnia, pies nagle wybiegł mi naprzeciw, pełen radości. Towarzyszył mi przez pozostałe trzy kilometry.

Kiedy dotarliśmy do domu przyjaciela, poproszono mnie, byśmy weszli tylnym wejściem — obawiano się, że Szary może natknąć się na dwa duże psy domowe.

— Rozszarpałyby się nawzajem — powiedział Moglia.

Długo rozmawialiśmy z całą rodziną, potem zasiedliśmy do kolacji. Mój towarzysz odpoczywał spokojnie w kącie. Po posiłku przyjaciel powiedział:

— Trzeba dać kolację także Szaremu.

Wziął trochę jedzenia, ale… psa już nigdzie nie było. Przeszukano cały dom i ogród — drzwi i okna były zamknięte, a domowe psy nie wydały żadnego dźwięku. Przeszukano również piętro — wszystko na próżno. Szary pies zniknął bez śladu.

To ostatnia wiadomość, jaką miałem o Szarym Piesku, o którym tyle mówiono i którego tak wielu próbowało zrozumieć. Nigdy nie poznałem jego właściciela. Wiem tylko jedno: to zwierzę było dla mnie prawdziwą opatrznością — pojawiał się zawsze wtedy, gdy najbardziej go potrzebowałem. (San Giovanni Bosco, Memorie dell’Oratorio di s. Francesco di Sales, Roma [1946], s. 251-254).

Księdza Bosko często pytano o jego związek z niezwykłym psem. On sam mówił: „Gdybym stwierdził, że był to anioł, dałbym powód do śmiechu, ale nie można powiedzieć, że był to pies pospolity”. Niektórzy nazywali tego psa „Szarym” i opowiadali o jego pojawieniu się w różnych miejscach i czasach. Widziano go w 1893 roku, kiedy dwie siostry salezjanki wracały z Asyżu do Cannary. Pojawił się również w 1930 roku w Barranquilli w Kolumbii, podczas budowy siedziby Córek Maryi Wspomożycielki. Był także obecny między 1898 a 1900 rokiem w Nawarrze, na pograniczu Hiszpanii i Francji, gdy siostry zbierały kasztany.

I mnie, autorowi niniejszego opracowania wydaje się, że także spotkałem Szarego w dniu śmierci mojej Mamy.

Kościół prawosławny

Jedność całego stworzenia w Bogu


Kościół prawosławny podkreśla, że całe stworzenie – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – jest odbiciem Bożej chwały i pierwotnie funkcjonowało w doskonałej harmonii. Już w Księdze Rodzaju (1–2) świat zostaje nazwany „dobrym”, a zwierzęta zajmują w nim określone miejsce, współtworząc z ludźmi pełny porządek zamysłu Stwórcy. Ta wizja jedności i pokoju, zakorzeniona w świętych tekstach i wczesnej tradycji, pozostaje fundamentem prawosławnej teologii stworzenia.

Święty Maksym Wyznawca (ok. 580–662) był jednym z najwybitniejszych teologów bizantyńskich i mistyków wczesnego prawosławia. W jego antropologii i kosmologii centralne miejsce zajmuje koncepcja deifikacji (theosis) – zjednoczenia całego stworzenia z Bogiem. Maksym postrzegał człowieka jako pośrednika między Bogiem a stworzeniem, kogoś, kto ma „zjednoczyć w sobie” to, co rozdzielone – duchowe i materialne.

Zgodnie z jego nauką, człowiek ma rolę liturgiczną i kapłańską wobec świata. Oznacza to nie tylko odpowiedzialność za stworzenie, ale przede wszystkim jego duchowe przekształcanie – uświęcanie świata i ofiarowywanie go Bogu jako aktu dziękczynienia. Człowiek, jako istota rozumna i wolna, zdolna do miłości i kontemplacji, ma być tym, który prowadzi cały kosmos ku Bogu, przez swoje życie, modlitwę i działanie.

Maksym twierdził, że upadek człowieka zaburzył tę pierwotną jedność, ale przez Chrystusa możliwe jest jej przywrócenie. W tym sensie nie tylko ludzie, ale całe stworzenie uczestniczy w historii zbawienia i zostaje objęte ostatecznym planem Bożym.

Podsumowując – św. Maksym nauczał, że człowiek ma głębokie powołanie kapłańskie wobec stworzenia, a jego zadaniem jest nie tylko zarządzanie światem, lecz jego przemienienie i oddanie Bogu w duchu miłości, wdzięczności i kontemplacji.

W tym kontekście prowadzenie wszystkich istot do ich pierwotnego, boskiego źródła oznacza:

Uznawanie i docenianie piękna i wartości stworzenia jako odbicia Bożej chwały.

Życie w harmonii z naturą, nie niszcząc jej, ale pielęgnując ją.

Ofiarowywanie Bogu owoców stworzenia poprzez swoją pracę i modlitwę.

Bycie łącznikiem między światem materialnym a duchowym.

Poprzez swoje własne zjednoczenie z Bogiem, pociąganie za sobą całe stworzenie do tej jedności.

To powołanie zostało naruszone przez upadek, ale poprzez Chrystusa i działanie Ducha Świętego, człowiek jest powołany do odnowienia tej kapłańskiej roli.

Dlatego w tradycji prawosławnej często podkreśla się odpowiedzialność człowieka za los stworzenia i wzywa do życia w sposób, który odzwierciedla tę kapłańską godność.

Ludzie nie tylko sprawują opiekę nad stworzeniem, lecz także ponoszą odpowiedzialność za to, by wszystko, co zostało stworzone, mogło powrócić do Boga w pełnej jedności.

W tradycji prawosławnej upadek ludzkości, opisany w Księdze Rodzaju (rozdział 3), jest momentem, w którym nie tylko człowiek, ale i całe stworzenie zostało dotknięte grzechem. Upadek ludzki zakłócił pierwotną harmonię, która istniała między ludźmi a zwierzętami oraz między wszystkimi elementami kosmosu. W wyniku tego zdarzenia, świat został uwikłany w cierpienie, a harmonia między stworzeniem a Bogiem została zaburzona.

Jednak w przeciwieństwie do teologii zachodniej, która często postrzega zwierzęta jako duchowo oddzielone od Bożego planu zbawienia, prawosławna myśl teologiczna podkreśla, że odkupienie stworzenia obejmuje także zwierzęta. Zgodnie z tą tradycją, cały kosmos ma uczestniczyć w ostatecznym odnowieniu przez Boga. Oznacza to, że zwierzęta, stanowiące integralną część stworzonego porządku, nie są wykluczone z Bożego planu odkupienia. Przeciwnie, mają w nim swoje miejsce, uczestnicząc w boskim przekształceniu wszechrzeczy.

Jak prawosławne chrześcijaństwo

postrzega zwierzęta?

Wschodni Kościół Prawosławny charakteryzuje się wyjątkowym, głęboko mistycznym i integralnym rozumieniem stworzenia, które kładzie silny nacisk na duchowe więzi łączące wszystkie istoty. W tej tradycji stworzenie postrzegane jest jako przeniknięte boską obecnością, a każda jego część – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – uczestniczy w duchowej harmonii. Takie podejście znacząco różni się od zachodniej tradycji katolickiej. Teologia katolicka tradycyjnie rozróżnia bowiem duszę rozumną i nieśmiertelną, przypisaną wyłącznie człowiekowi, oraz duszę śmiertelną (zwaną też zmysłową lub wegetatywną), którą posiadają zwierzęta i która ustaje wraz ze śmiercią ciała. W przeciwieństwie do tego, teologia prawosławna nie wprowadza takiego rozróżnienia. Całe stworzenie, w tym zwierzęta, traktowane jest jako integralna część świętego porządku Bożego, odzwierciedlającego Jego obecność i boskie piękno.

Ale także, niektórzy z teologów prawosławnych postrzegają zwierzęta i w taki sposób, jak to czyni Archimandryta Rafael (Karelin):

Chrześcijaństwo naucza, że uczucia religijne są główną i istotną cechą duszy jako obrazu i podobieństwa Boga. To jest główna różnica między człowiekiem a zwierzęciem. Świat emocjonalny zwierzęcia jest nie mniej dynamiczny niż świat emocjonalny człowieka. Zwierzęta w swej pierwotnej formie posiadają to, co można nazwać rozumem, czyli zdolność do znajdywania związku między przyczynami i odległymi skutkami oraz dokonywania wyborów w zmieniających się sytuacjach. Zwierzęta mają instynkty bardziej subtelne niż ludzie, ale nigdy nie odkryto u nich uczuć religijnych. Oto zasadnicza różnica między człowiekiem a tymi, którzy przywykli być nazywani jego „młodszymi braćmi”. (Архимандрит Рафаил (Карелин), Церковь и мир на пороге Апокалипсиса)

Olga Gumanowa w rozmowie z hieromnichem Nikanorem (Lepieszewem) usłyszała taką opinie na temat zwierząt w odnowionym świecie:

Na ikonie Narodzenia Chrystusa widzimy wołu i osiołka pochylających się nad Dzieciątkiem Bożym leżącym w żłobie. Niektóre sceny szopek bożonarodzeniowych przypominają Arkę Noego: są na nich owce z pasterzami i karawana wielbłądów. Hieromnich Nikanor (Lepeszew), wykładowca w Chabarowskim Seminarium Duchownym, opowiedział portalowi Pravda.Ru o tym, jak Kościół traktuje naszych mniejszych braci.

– Ojcze Nikanorze, czy według nauki prawosławnej zwierzęta mają duszę?

— W Księdze Rodzaju zwierzęta, ryby i ptaki nazywane są „duszami żywymi”. Swoją obecnością różnią się one na przykład od roślin, ciał niebieskich itp. Ale z Pisma Świętego wiemy też, że „dusza zwierząt jest we krwi” i umiera razem z ciałem. To jest jej główna różnica w stosunku do nieśmiertelnych dusz ludzkich, które żyją dalej po śmierci ciała. W ten sposób wśród mieszkańców świata widzialnego kształtuje się pewna hierarchia duchowa, oparta na obecności bądź nieobecności duszy, a także jej nieśmiertelności bądź śmiertelności. A ze wszystkich stworzeń Bożych tylko człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo swego Stwórcy.

— Istnieje pogląd, że wszystkie zwierzęta, które zostały pokochane przez którąkolwiek z osób, które tam dotarły, pójdą do Królestwa Niebieskiego. Co na ten temat mówili święci ojcowie?

— W chwili Drugiego Przyjścia Chrystusa, jak mówi Apostoł Paweł, „jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”. Oznacza to, że uwolni ona wszystko i wszystkich, co wchłonęła w czasie swego panowania w świecie materialnym. Nic, co stworzył Pan, nie popadnie w całkowite zapomnienie; Stworzenie Boże zostanie przywrócone w całej swojej pełni. Prorok Izajasz mówi, że w odnowionym wszechświecie będzie także miejsce dla zwierząt: „Wtedy wilk zamieszka z barankiem, a lampart z koźlęciem będzie leżał; cielę, młody lew i wół będą razem”. A czcigodny Nektarij z Optiny, który bardzo lubił koty, powiedział, że ze wszystkich zwierząt to właśnie one pierwsze wejdą do nieba.

Teologowie mają jednak różne opinie na temat tego, czy wszystkie martwe wcześniej zwierzęta zostaną wskrzeszone wraz z nadejściem wiecznego Królestwa Chrystusa. Niektórzy uważają, że tak. Inni uważają, że jeśli chodzi o zwierzęta, to dla Stwórcy nie liczą się poszczególne zwierzęta, nie przedstawiciele jednego czy drugiego gatunku, ale wyłącznie sam gatunek.

Osobiście jestem wielkim miłośnikiem naszych mniejszych braci i dlatego myślę, że w oczach Boga każde Jego stworzenie jest wyjątkowe i wartościowe. A sposób, w jaki święci traktowali swoich niemych przyjaciół, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Wspomnijmy Gerasima z Jordanii z jego lwem, św. Serafina z Sarowa z niedźwiedziem, św. Brendana Żeglarza z wielorybem i wielu innych ascetów. Nie mogę jednak upierać się przy swoim punkcie widzenia, ponieważ wszystko to jest sferą prywatnych osądów teologicznych, a takie czy inne poglądy na tę kwestię w żaden sposób nie wpływają na nasze zbawienie. Tak więc prawdę poznamy dopiero po Sądzie Ostatecznym. (Ольга Гуманова, Попадут ли животные в рай?).

Wielu świętych i mistyków prawosławnych, którzy żyli w bliskim kontakcie z naturą, jest znanych z głębokich duchowych relacji ze zwierzętami. Ich doświadczenia ukazują, że zwierzęta, podobnie jak ludzie, są częścią Bożego stworzenia i w jakiś sposób uczestniczą w duchowym życiu świata. Prawosławni mistycy często opisują swoje spotkania ze zwierzętami jako duchowe, a nie jedynie fizyczne, co wskazuje na ich szczególne miejsce w kosmicznym porządku.

Dodatkowo, koncepcja „kosmicznej liturgii” w teologii prawosławnej sugeruje, że całe stworzenie, w tym zwierzęta, bierze udział w oddawaniu czci Bogu. Kosmiczna liturgia oznacza, że wszystkie istoty, poprzez swoje istnienie, wypełniają boski plan, oddając chwałę Stwórcy. To zrozumienie stworzenia nie kończy się na wymiarze ziemskim, ale ma głęboki wymiar duchowy, który obejmuje także zwierzęta jako cząstkę większej harmonii.

Choć Kościół prawosławny nie naucza wyraźnie, że zwierzęta mają nieśmiertelne dusze, jego mistyczne podejście pozostawia pewną otwartość na spekulacje. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta będą częścią odnowionego stworzenia w życiu pozagrobowym, jednak prawosławna teologia, ze swoim podkreśleniem duchowej jedności stworzenia, sprawia, że ich rola w boskim planie może być znacznie głębsza, niż tradycyjnie się zakłada. W tej perspektywie zwierzęta mogą być postrzegane jako istoty, które mają swoją rolę w duchowym cyklu stworzenia, być może nawet uczestnicząc w jego ostatecznym odnowieniu.

Spojrzenie na duszę


W teologii prawosławnej, nawiązującej do myśli wielu Ojców Kościoła, obecna jest koncepcja trójdzielnej struktury duszy, która służyła do zrozumienia hierarchicznego porządku stworzenia, obejmującego ludzi, zwierzęta i rośliny. To ujęcie ukazuje złożoność życia, przypisując różnym jego formom odmienne zdolności i funkcje: duszę wegetatywną dla wzrostu i odżywiania, duszę zmysłową dla percepcji i instynktów, oraz unikalną dla człowieka duszę rozumną, będącą nośnikiem obrazu Bożego. Choć nie jest to dogmat w ścisłym tego słowa znaczeniu, koncepcja ta podkreśla duchową głębię świata, w którym każde stworzenie, na swoim poziomie istnienia, posiada swój sens i cel w Bożym planie. Koncepcja trójdzielnej duszy nie jest dogmatem Kościoła prawosławnego w takim samym sensie jak dogmaty trynitarne czy chrystologiczne. Była to raczej powszechnie przyjmowana filozoficzna i teologiczna rama w pewnym okresie historii Kościoła.

Święty Maksym Wyznawca w swojej teologii rozwija klasyczną myśl patrystyczną dotyczącą struktury człowieka i jego miejsca w stworzeniu. Wyróżnia on trzy poziomy ‘życia’ lub ‘funkcji’ duszy, które współistnieją w człowieku: życie wegetatywne (τὸ φυσικόν), odpowiedzialne za odżywianie, wzrost i rozmnażanie, wspólne wszystkim istotom żywym, w tym roślinom i zwierzętom; życie zmysłowe (τὸ αἰσθητικόν), obejmujące zdolność do odczuwania, ruchu i emocji, dzielone przez ludzi i zwierzęta; oraz życie rozumne i duchowe (τὸ λογικόν), właściwe jedynie człowiekowi, charakteryzujące się rozumem, wolą i zdolnością do poznania Boga oraz zjednoczenia się z Nim.

Zgodnie z tym ujęciem, człowiek stanowi unikalne połączenie wszystkich poziomów stworzenia. Posiada ciało, podobne w swoich funkcjach do roślin i zwierząt, zmysły, które łączą go ze światem zwierzęcym, ale przede wszystkim ducha, który jest skierowany ku Bogu. Dzięki tej złożonej naturze człowiek jest postrzegany jako mikrokosmos – zawiera w sobie niejako cały stworzony świat i poprzez swoje duchowe życie ma potencjał, by ten świat zjednoczyć z Bogiem.

Tradycja hezychastyczna, rozwijająca się szczególnie w środowisku mnichów góry Athos w XIII i XIV wieku, rzeczywiście skupiała się na wewnętrznej modlitwie, pokucie i oczyszczeniu serca jako drodze do jedności z Bogiem. Święty Grzegorz Palamas, jej najwybitniejszy teologiczny rzecznik, bronił tej praktyki i jej duchowych owoców, argumentując, że przez łaskę człowiek może realnie uczestniczyć w Bożych energiach (a nie istocie Boga), co stanowi podstawę przebóstwienia (theosis).

W tej wizji świat materialny nie jest odrzucony ani przeklęty, ale stworzony przez Boga jako „bardzo dobry” (por. Rdz 1,31). Człowiek, który przez modlitwę i ascezę zjednoczył się z Bogiem, promieniuje świętością także na otaczający świat – jego obecność staje się uzdrawiająca nie tylko dla ludzi, ale także dla przyrody, która pod wpływem grzechu została skażona. W hezychazmie pojawia się zatem wątek kosmiczny: święty człowiek jest kapłanem stworzenia, który przez swoje życie i modlitwę przywraca stworzeniu jego pierwotną harmonię.

Niektórzy święci i starcy z tej tradycji byli znani z głębokiego współczucia i relacji ze zwierzętami, co odzwierciedlało duchową jedność z całym stworzeniem.

Z tego też powodu zwierzęta często rozpoznają świętych i reagują na nich w sposób niezwykły. W świętym człowieku nie widzą już drapieżnika czy zagrożenia, ale przyjaciela, który emanuje pokojem i przywraca im ich naturalny stan harmonii. Świętość w tym kontekście nie ogranicza się jedynie do osobistego udoskonalenia moralnego, ale ma charakter kosmiczny, polegając na przemianie całej rzeczywistości wokół świętego w kierunku Boskiej harmonii i jedności.

Tak więc, jak możemy zauważyć, na najwyższym poziomie znajduje się dusza rozumna, przysługująca jedynie człowiekowi. To ona czyni go istotą stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, obdarzoną wolną wolą, zdolnością do miłości, rozumienia dobra i zła oraz do duchowego wzrastania. Dzięki niej człowiek może dążyć do – zjednoczenia z Bogiem – co stanowi ostateczny cel życia duchowego. Ludzka dusza jako jedyna jest nieśmiertelna w ścisłym teologicznym sensie, a człowiek, jako istota świadoma i moralnie odpowiedzialna, odpowiada przed Bogiem za swoje czyny.

Drugi poziom zajmuje dusza wrażliwa, wspólna dla ludzi i zwierząt. Choć zwierzęta nie posiadają rozumu w znaczeniu właściwym człowiekowi, mają zdolność do odczuwania, przeżywania emocji i reagowania na otoczenie. W ich życiu obecne są instynkty, świadomość, cierpienie i radość. Ich istnienie nie sprowadza się więc wyłącznie do funkcji biologicznych – nosi w sobie pewną głębię i wewnętrzne życie, choć nie ma ono charakteru duchowej relacji z Bogiem w ludzkim sensie. Brak im moralnej odpowiedzialności, ale ich egzystencja pozostaje zanurzona w Bożym porządku i dlatego zasługuje na szacunek oraz troskę.

Najniższy poziom reprezentuje dusza wegetatywna, właściwa roślinom. Choć pozbawione są zmysłów i świadomości, również posiadają życie: wzrastają, rozmnażają się, reagują na środowisko. W prawosławnej wizji stworzenia także ten rodzaj życia odzwierciedla obecność Bożego tchnienia – wszak nic, co istnieje, nie jest oderwane od Boga.

Łącząc przedstawione perspektywy w spójną całość, można stwierdzić, że teologia prawosławna, czerpiąc z myśli Ojców Kościoła takich jak święty Maksym Wyznawca, a także z tradycji hezychastycznej, oferuje dynamiczne spojrzenie na miejsce człowieka, zwierząt i roślin w Bożym stworzeniu.

W przeciwieństwie do bardziej statycznego, scholastycznego podejścia zachodniego, które kładzie nacisk na jasne rozróżnienie dusz, teologia prawosławna akcentuje wewnętrzne zróżnicowanie bytów i ich dynamiczne powiązanie ze Stwórcą. Kluczową rolę odgrywa tu pojęcie nous (νοῦς), często tłumaczone jako duchowy intelekt, które w człowieku stanowi najwyższą zdolność duszy, umożliwiającą świadomą relację z Bogiem, modlitwę i przebóstwienie.

Zwierzęta posiadają duszę (psychḗ) o charakterze wrażliwym i instynktownym, która choć śmiertelna i nieposiadająca nous w ludzkim rozumieniu, jest realna i znacząca w Bożym porządku. Ich życie, choć związane z naturalnymi popędami, nie jest wykluczone z duchowego znaczenia, a tradycja hezychastyczna wskazuje, że święci, poprzez swoje życie w łasce, mogą przywracać pierwotną harmonię stworzenia, co sprawia, że zwierzęta rozpoznają w nich nie wroga, lecz przyjaciela.

Rośliny natomiast posiadają duszę wegetatywną, odpowiedzialną za podstawowe funkcje życiowe. Choć pozbawione zmysłów i świadomości, również one odzwierciedlają Boże tchnienie w stworzeniu.

Prawosławna tradycja ukazuje zatem stworzenie jako uporządkowaną całość, w której wszystko ma swoje miejsce, a człowiek pełni wyjątkową rolę. Dzięki rozumowi (nous) i zdolności do duchowego wzrostu (theosis), człowiek jest powołany do tego, by przywracać jedność i harmonię światu roślin i zwierząt. Nie chodzi tu tylko o zarządzanie światem przyrody, ale o głęboką odpowiedzialność duchową – udział w uzdrawianiu stworzenia zgodnie z zamysłem Boga.

W tym kontekście wielu prawosławnych teologów, zwłaszcza tych o bardziej mistycznym nastawieniu, zastanawia się nad losem zwierząt po śmierci. Choć dusza zwierzęcia (psyche) różni się od duchowej świadomości człowieka, niektórzy teologowie nie wykluczają, że ich istnienie może w jakiś sposób trwać dalej – choć nie tak samo jak w przypadku ludzi. Zamiast kategorycznych odpowiedzi, proponują raczej postawę nadziei i otwartości na tajemnicę. W ich ujęciu możliwe jest, że także zwierzęta znajdą swoje miejsce w przyszłym, odnowionym świecie, który według chrześcijańskiej nadziei zostanie kiedyś całkowicie przemieniony.

To podejście jest spójne z szerszą wizją odkupienia w prawosławiu. Skoro całe stworzenie, jak naucza apostoł Paweł, zostało dotknięte skutkami grzechu, to również uczestniczy w nadziei na odkupienie i wyzwolenie z zepsucia. Choć Kościół prawosławny nie ustanowił dogmatu dotyczącego wieczności dusz zwierząt, jego duchowość nie wyklucza ich z eschatologicznej perspektywy. Przeciwnie, istnieje głębokie przekonanie, że Boża miłość obejmuje wszystko, co stworzone, i wszystko to może zostać przemienione w ostatecznym czasie.

Życie zwierząt, choć nie mają one osobowej relacji z Bogiem w takim sensie jak ludzie, posiada swoją wartość w Bożym planie stworzenia. Ich obecność, cierpienie, piękno i rola w harmonii natury wskazują na ich uczestnictwo w misterium życia. Z tej perspektywy prawosławie zachęca do pokornej kontemplacji tajemnic Bożych, ufając Jego miłości, która przekracza granice ludzkiego rozumu. Ostateczne miejsce zwierząt w nowym stworzeniu pozostaje tajemnicą, ale ich udział w przemienieniu, podobnie jak całej przyrody, nie jest wykluczony z eschatologicznej nadziei.

Wschodni Ojcowie Kościoła a nieśmiertelność zwierząt


Ortodoksyjne chrześcijaństwo nie formułuje jednoznacznej, dogmatycznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta zmartwychwstaną i znajdą swoje miejsce w życiu wiecznym. Nie oznacza to jednak braku refleksji na ten temat. Wręcz przeciwnie – bogata, mistyczna i głęboko teocentryczna teologia prawosławna pozostawia przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta mogą być częścią odnowionego stworzenia.

W tradycji prawosławnej pojawiają się liczne przesłanki, które wskazują na możliwość uczestnictwa zwierząt w przyszłym świecie. Skoro były one obecne w pierwotnym Raju, a wizje proroka Izajasza (11:6–9) malują obraz eschatologicznego pokoju, w którym wilk zamieszkuje z barankiem, a dziecko bezpiecznie bawi się przy legowisku węża, to nic nie stoi na przeszkodzie, by sądzić, że także w odnowionym świecie nie zabraknie miejsca dla naszych zwierzęcych mniejszych braci.

List św. Pawła do Rzymian (8:21) przynosi kolejną istotną myśl – że „całe stworzenie” jęczy i wzdycha, oczekując wyzwolenia od zepsucia. To bardzo silna teologiczna podstawa dla przekonania, że odkupienie nie dotyczy wyłącznie ludzi, lecz całego kosmosu. Zwierzęta, będące częścią tego stworzenia, nie są więc wyłączone z planu zbawczego – przeciwnie, ich cierpienie również zostanie przemienione i odkupione.

Święty Grzegorz z Nyssy (335 – ok. 394–395)

Jeden z najwybitniejszych teologów wczesnego chrześcijaństwa – rozwijał wizję zbawienia, która obejmuje nie tylko ludzi, ale całe stworzenie. Jego teologia opierała się na przekonaniu, że Boży plan odkupienia ma charakter kosmiczny i że wszystko, co zostało dotknięte skutkami grzechu i śmierci, zostanie przemienione w Chrystusie. Grzegorz nie formułował wprost tezy o zbawieniu zwierząt w takim samym sensie jak ludzi, ale jego myśl pozostawia wyraźną przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta również będą uczestniczyć w przyszłej odnowie.

W swoich pismach Grzegorz podkreślał, że ostatecznym celem Bożego działania jest przywrócenie pierwotnej harmonii i pełni, którą świat utracił w wyniku grzechu. W jego wizji nie tylko człowiek, ale cały kosmos – zwierzęta, rośliny i cała natura – ma zostać objęty procesem odkupienia i przemienienia. Odnowione stworzenie nie będzie już miejscem cierpienia, śmierci ani rozkładu, lecz stanie się pełnią życia zanurzoną w Bożej obecności.

Grzegorz swoją eschatologiczną wizję opierał na Piśmie Świętym, zwłaszcza na słowach apostoła Pawła z Listu do Rzymian: „Stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych” (Rz 8,21). Dla niego te słowa nie były jedynie metaforycznym opisem, ale głęboką prawdą duchową – wyrazem nadziei, że cały świat, który „jęczy i wzdycha” oczekując odkupienia, rzeczywiście zostanie przemieniony.

Choć św. Grzegorz nie precyzował, w jaki sposób zwierzęta będą istnieć po tej przemianie, jasno wynika z jego myśli, że nie są one wyłączone z Bożego planu odnowy. Zwierzęta, jako część stworzonego porządku, są nosicielami Bożego zamysłu i uczestnikami Jego miłości. Skoro wszystko zostało powołane do istnienia przez Bożą wolę i miłość, to również wszystko może mieć udział w ostatecznym zjednoczeniu z Bogiem.

Takie ujęcie stawia zwierzęta w centrum eschatologicznej nadziei. Ich istnienie nie jest przypadkowe ani jedynie biologiczne; przeciwnie, ma również wymiar duchowy, choć różny od ludzkiego. W wizji Grzegorza stworzenie jako całość odzyska swoją pierwotną harmonię i zostanie przemienione – nie przez unicestwienie, ale przez uświęcenie.

Tym samym Grzegorz z Nyssy oferuje perspektywę niezwykle otwartą na tajemnicę Bożego działania. Jego teologia pozostawia miejsce dla nadziei, że w przyszłym świecie odnowiona rzeczywistość będzie obejmować nie tylko ludzi, ale całą przyrodę, która – choć pozbawiona rozumu w ludzkim sensie – od samego początku uczestniczy w Bożym dziele stworzenia i jest przez Niego umiłowana.

Święty Bazyli Wielki (ok. 330 – 379)

Ten wybitny Ojciec Kościoła pozostawił głęboko inspirującą refleksję na temat stworzenia i miejsca, jakie w nim zajmują zwierzęta. W jego teologii nie ma miejsca na pogardliwe spojrzenie na świat przyrody. Wręcz przeciwnie – w swoich pismach, zwłaszcza w Hexaemeronie, serii homilii poświęconych sześciu dniom stworzenia, podkreśla, że każde stworzenie – bez względu na rozmiar, funkcję czy formę – zostało ukształtowane z mądrością i zamiarem przez Boga.

Bazyli głosił wprost, by nie uważać niczego w stworzeniu za bezwartościowe, ponieważ wszystkie rzeczy zostały powołane do istnienia mądrze i w jakimś celu. Te słowa są nie tylko wyrazem szacunku wobec natury, ale teologiczną deklaracją, że nic, co wyszło z ręki Boga, nie jest przypadkowe, zbędne ani pozbawione znaczenia. W tym podejściu zwierzęta nie są tylko tłem dla ludzkiego życia, ale pełnoprawnymi uczestnikami boskiego planu.

Jego pisma sugerują, że zwierzęta mają wewnętrzną wartość duchową – nie dlatego, że posiadają rozum na miarę człowieka, ale dlatego, że zostały stworzone przez Boga i są przez Niego utrzymywane w istnieniu. Taka wizja prowadzi do wezwania do dobroci i odpowiedzialności ze strony człowieka, który powinien traktować zwierzęta z szacunkiem, miłością i troską – nie jako istoty podrzędne, lecz jako braci i siostry w wielkiej wspólnocie stworzenia. W ten sposób Bazyli przypomina, że duchowość chrześcijańska nie kończy się na modlitwie i ascezie, ale sięga również relacji człowieka z całym światem stworzonym.

Święty Jan Damasceński (ok. 675 – ok. 749)

Ten jeden z najważniejszych Ojców Kościoła Wschodniego pisał z głębokim przekonaniem o ostatecznej przemianie całego stworzenia w Chrystusie. Jego wizja zbawienia nie ograniczała się jedynie do ludzkiej duszy, lecz obejmowała cały kosmos – wszystko to, co zostało powołane do istnienia przez Boże Słowo. Uważał, że uwielbienie nie będzie dotyczyło wyłącznie ludzi, lecz cała rzeczywistość zostanie przemieniona, rozświetlona i uświęcona przez obecność Boga.

W jego ujęciu zbawienie to nie tylko powrót człowieka do Boga, ale pełna metamorfoza świata, który zostaje przekształcony w sposób, jaki przekracza nasze ziemskie wyobrażenia. Taka kosmiczna perspektywa otwiera drogę do rozumienia, że również zwierzęta – jako część Bożego stworzenia – mogą uczestniczyć w tym przyszłym uwielbieniu. Nawet jeśli ich obecność w życiu wiecznym nie jest opisana w sposób szczegółowy i dosłowny, myśl Jana Damasceńskiego sugeruje, że zwierzęta nie zostaną wykluczone z tej ostatecznej harmonii. Ich istnienie może trwać w nowej, przemienionej formie – jako wyraz Bożego piękna, pokoju i pełni stworzenia, które powraca do swego źródła.

Prawosławna duchowość nie koncentruje się wyłącznie na indywidualnym zbawieniu dusz, lecz widzi ostateczny cel w przemianie całego stworzenia. Ten kosmiczny wymiar eschatologii zakłada nie tyle ucieczkę od świata, co jego pełne przekształcenie w światło, pokój i harmonię. W tej wizji niebo nie jest zamkniętym ogrodem dla wybranych, lecz odnowioną rzeczywistością, w której wszystko, co zostało stworzone przez Boga – a więc również zwierzęta – odnajduje swoje miejsce, cel i ostateczne spełnienie.

Święci a świętość zwierząt w tradycji prawosławnej


Tradycja prawosławna od wieków ukazuje głęboką więź między świętymi a światem przyrody, szczególnie zaś zwierzętami. Opowieści o ascetach i mnichach, których życie przepełnione było modlitwą, kontemplacją i czystością serca, obfitują w sceny, w których harmonia między człowiekiem a stworzeniem zostaje cudownie przywrócona. Nie są to jedynie barwne legendy czy pobożne opowieści dla prostaczków, lecz duchowe świadectwa głęboko zakorzenione w teologii i kosmologii prawosławia. Ukazują one świat jako przestrzeń, w której obecność Boga przenika wszystko – od najpotężniejszych zjawisk przyrody po najmniejsze stworzenia.

Zwierzęta, choć nie posiadają rozumnej duszy w sensie właściwym człowiekowi, w tych przekazach jawią się jako istoty niezwykle wrażliwe na Boską obecność. W relacjach z osobami głęboko zjednoczonymi z Bogiem zdają się przekraczać swoje naturalne instynkty, okazując ufność, spokój, a nawet opiekuńczość. Stają się niejako współuczestnikami świętości, odpowiadając na nią w sposób prosty, lecz przejmujący. Ich postawa jest często interpretowana jako echo pierwotnej harmonii raju – stanu sprzed upadku, w którym wszelkie stworzenia żyły ze sobą w zgodzie, wolne od lęku, przemocy i obcości.

W duchowości prawosławnej wielu świętych i ascetów rozwijało głęboką komunię z naturą, a mistyczne relacje ze zwierzętami stanowiły część ich życia modlitewnego i kontemplacyjnego. Historie te ukazują, że świętość nie ogranicza się do abstrakcyjnej duchowości oderwanej od świata materialnego. Przeciwnie – objawia się ona właśnie w codziennym współistnieniu ze stworzeniem, w trosce o nie, w czułości i szacunku dla wszelkiego życia. Czystość serca świętych nie tylko przyciąga Bożą łaskę, ale staje się także źródłem uzdrowienia i odnowy dla otaczającego ich świata.

Wrażliwość zwierząt na duchową obecność świętych interpretowana jest w prawosławiu jako znak przywracania utraconej jedności, tej samej, która została zburzona przez grzech pierworodny. Dzięki świętości, możliwe staje się odtworzenie relacji sprzed upadku – relacji opartej na pokoju, wzajemnym zaufaniu i przenikaniu się światów duchowego i cielesnego. Opowieści o świętych i ich relacjach ze zwierzętami ukazują się jako duchowe świadectwa, stanowiąc teologiczną ilustrację prawosławnego przekonania o jedności całego stworzenia, w którym wszystko – od człowieka po zwierzęta i rośliny – przeniknięte jest Bożym tchnieniem.

To, co zostało dotknięte przez upadek, może na nowo stać się pełne łaski. Takie duchowe zrozumienie świata daje nadzieję, że nie tylko człowiek, ale całe stworzenie może zostać przemienione w Chrystusie i na powrót włączone w boski porządek. Zwierzęta w tej wizji nie są już tylko tłem ludzkiej historii – są jej cichymi towarzyszami, istotami, które w tajemniczy sposób uczestniczą w drodze człowieka ku Bogu.

Świadectwem tej głębokiej więzi między człowiekiem a światem stworzenia są liczne opowieści o świętych, w których zwierzęta odgrywają rolę znaków Bożej obecności i pośredników łaski. Przyjrzyjmy się niektórym z nich:

Święty Eustachy (II wiek) był rzymskim generałem, człowiekiem światowym, przywykłym do władzy, wojny i porządku pogańskiego imperium. Jednak jego życie zmieniło się w sposób całkowicie nieoczekiwany – za sprawą spotkania z jeleniem. Pewnego dnia, podczas polowania, ujrzał przed sobą niezwykłe zwierzę: jelenia, między którego rozłożystym porożem zajaśniał wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. Wstrząśnięty tym mistycznym objawieniem, Eustachy zrozumiał, że to nie było zwykłe zwierzę, lecz znak. To wydarzenie odmieniło go całkowicie i doprowadziło do nawrócenia na chrześcijaństwo.

Ta legenda, obecna zarówno w tradycji prawosławnej, jak i katolickiej, ma głębokie znaczenie duchowe. Nie jest jedynie barwną opowieścią, lecz symbolem prawdy przenikającej cały stworzony świat. Przypomina, że Bóg, jako Stwórca wszechrzeczy, nie ogranicza się do przemawiania jedynie przez ludzi czy święte pisma – może objawić się także poprzez zwierzęta i naturę. W historii Eustachego jeleń staje się nie tylko narzędziem objawienia, lecz posłańcem, nośnikiem światła, który prowadzi człowieka ku wewnętrznej przemianie.

To wydarzenie znajduje swoje echo w Biblii, zwłaszcza w opowieści o oślicy Balaama, która dzięki mocy Bożej przemówiła ludzkim głosem:

Wstał więc Balaam rano, osiodłał swoją oślicę i pojechał z książętami Moabu. Jego wyjazd rozpalił gniew Pana i anioł Pana stanął na drodze przeciw niemu, by go zatrzymać. On zaś w towarzystwie dwóch sług jechał na swojej oślicy. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę. Wtedy stanął anioł Pana na ciasnej drodze między winnicami, a mur był z jednej i z drugiej strony. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana, przyparła do muru i przytarła nogę Balaama do tego muru, a on ponownie zaczął bić oślicę. Anioł posunął się dalej i stanął w miejscu tak ciasnym, że nie było można go wyminąć ani z prawej, ani też z lewej strony. Gdy oślica ujrzała znowu anioła Pana, położyła się pod Balaamem. Rozgniewał się więc Balaam bardzo i zaczął okładać oślicę kijem. Wówczas otworzył Pan usta oślicy, i rzekła do Balaama: «Cóż ci uczyniłam, żeś mnie zbił już trzy razy?» Balaam odpowiedział oślicy: «Dlatego żeś sobie drwiła ze mnie. Gdybym tak miał miecz w ręku, już bym cię zabił!» Oślica jednak rzekła do Balaama: «Czyż nie jestem twoją oślicą, na której jeździsz, odkąd jesteś, aż po dzień dzisiejszy? Czyż miałam zwyczaj czynić ci coś podobnego?» Odpowiedział: «Nie!» Wtedy otworzył Pan oczy Balaama i zobaczył on anioła Pana, stojącego na drodze z obnażonym mieczem w ręku. Ukląkł więc i oddał pokłon twarzą do ziemi. Anioł zaś Pana rzekł do niego: «Czemu aż trzy razy zbiłeś swoją oślicę? Ja jestem tym, który przyszedł, aby ci bronić przejazdu, albowiem droga twoja jest dla ciebie zgubna. Oślica ujrzała mnie i trzy razy usunęła się z drogi. Gdyby się nie usunęła, byłbym cię dawno zabił, a ją przy życiu zostawił». (Lb 22:21–33)

Takie historie, choć niezwykłe, wskazują na fundamentalny aspekt prawosławnej duchowości – przekonanie, że całe stworzenie jest przepojone obecnością Boga i może być narzędziem Jego woli.

Historia świętego Eustachego uczy zatem, że Bóg objawia się nie tylko poprzez to, co oczywiste i racjonalne, lecz także przez to, co ciche, pokorne i uważane za zwykłe – przez zwierzęta, naturę, ciszę. To przypomnienie, że każde stworzenie może być nośnikiem tajemnicy, a zwierzęta, choć nie posługują się naszym językiem, wciąż mogą przemawiać w sposób duchowy i głęboki, prowadząc człowieka ku spotkaniu z Tajemnicą.

Święty Tryfon (III wiek) zapisał się w pamięci chrześcijan nie tylko jako męczennik oddany Bogu, lecz także jako święty, który z wyjątkową troską pochylał się nad losem zwierząt. Choć jego życie zakończyło się tragicznie z powodu prześladowań za wiarę, liczne opowieści przekazywane przez wieki ukazują go jako człowieka dostrzegającego Bożą obecność we wszystkich żywych istotach i okazującego miłość oraz współczucie zarówno ludziom, jak i zwierzętom.

Jedna z najbardziej niezwykłych historii związanych z tym świętym opowiada o opętanej gęsi. Według legendy ptak ów nagle zaczął zachowywać się agresywnie i niepokojąco – atakował ludzi, był niespokojny i sprawiał wrażenie pozbawionego rozumu. Nikt nie potrafił wyjaśnić tej nagłej zmiany, dopóki nie wezwano świętego Tryfona. Gdy przybył i zobaczył, co się dzieje, nie zwątpił. Z głęboką wiarą pomodlił się, a wkrótce potem gęś uspokoiła się – demoniczny duch, który ją dręczył, opuścił ją, przywracając ptakowi spokój i łagodność.

Choć ta historia może wydawać się niecodzienna, niesie ze sobą ważne przesłanie teologiczne, wpisujące się w szerszą prawosławną wizję świata. Zgodnie z nauką Kościoła, całe stworzenie – nie tylko człowiek – uczestniczy w duchowej walce między dobrem a złem. Zwierzęta, mimo braku rozumnej duszy w ludzkim rozumieniu, mogą być w pewien sposób dotknięte obecnością duchową – zarówno łaską Bożą, jak i wpływem sił ciemności. Modlitwa świętego, która przywróciła pokój nie tylko ludziom, lecz także ptakowi, jest symbolem harmonii, jaką Bóg pragnie przywrócić w całym ożywionym stworzeniu.

Opowieść o świętym Tryfonie i gęsi ukazuje, że świętość nie zna granic, a Boża miłość obejmuje całe stworzenie. Jest to również przypomnienie, że troska o świat zwierząt – zarówno w wymiarze fizycznym, jak i duchowym – stanowi część chrześcijańskiego powołania do współuczestnictwa w odnowie świata, w którym każde stworzenie odnajdzie swoje miejsce w pokoju i świetle Bożej obecności.

Święty Mamas z Cezarei (ok. 260–275) męczennik i przyjaciel dzikich stworzeń urodził się w Cezarei (Azja Mniejsza) w rodzinie chrześcijan Teodota i Rufiny. Oboje zginęli w więzieniu za wiarę – ojciec zmarł przed jego narodzinami, matka zaraz po porodzie. Osierocony chłopiec trafił pod opiekę chrześcijańskiej wdowy Ammii, która wychowała go w wierze i miłości do Chrystusa.

Już jako dziecko Mamas wyróżniał się mądrością i odwagą. Naśladował Chrystusa nie tylko słowem, ale i czynem – dzięki jego wpływowi wielu młodych nawracało się na chrześcijaństwo. W wieku piętnastu lat został aresztowany za wiarę i poddany torturom. Po cudownym ocaleniu zamieszkał samotnie na górze w pobliżu Cezarei, gdzie prowadził życie modlitwy, postu i kontemplacji.

W swojej pustelni Mamas zyskał niezwykłą więź z naturą. Dzikie zwierzęta – lwy, kozice, jelenie – gromadziły się wokół niego, słuchając Ewangelii. Żywił się ich mlekiem i dzielił się nim z ubogimi, przygotowując ser, który rozdawał potrzebującym. Żył jak pasterz w harmonii ze stworzeniem, będąc symbolem pokoju między człowiekiem a naturą.

Pewnego dnia, gdy żołnierze przyszli go pojmać, święty przyjął ich z gościnnością, częstują mlekiem i potwierdzając swoją tożsamość. Wiedząc, że czeka go męczeństwo, sam udał się do miasta – towarzyszył mu lew. Rzucony dzikim zwierzętom na arenie, nie został przez nie skrzywdzony. Ostatecznie zginął przebity trójzębem przez pogańskiego kapłana.

Jego postać, wspominana m.in. przez św. Bazylego Wielkiego, stała się symbolem cichości, odwagi i świętości zakorzenionej nie tylko w miłości do Boga, ale i do całego stworzenia. Do dziś św. Mamas uważany jest za opiekuna dzieci, pasterzy i zwierząt.

Święta Maria Egipcjanka (ok. 344–421). Życie tej świętej to jedna z najbardziej poruszających opowieści o pokucie, nawróceniu i duchowym heroizmie w historii chrześcijaństwa. Urodzona w Egipcie około 344 roku, jako młoda kobieta prowadziła życie pełne grzechu, oddając się rozwiązłości w Aleksandrii przez siedemnaście lat. Przełom nastąpił, gdy udała się do Jerozolimy, by – jak początkowo sądziła – kontynuować swój styl życia wśród pielgrzymów.

Jednak cudowne wydarzenie przed Bazyliką Grobu Świętego zmieniło wszystko. Niewidzialna siła nie pozwoliła jej wejść do świątyni. Zrozumiała wówczas, że jej grzechy oddzielają ją od Boga. Błagając Matkę Bożą o przebaczenie, przyrzekła porzucić dawne życie i udała się na pustynię za Jordanem. Tam przez czterdzieści siedem lat żyła w całkowitej samotności, pokucie i modlitwie, nie widząc żadnego człowieka.

Na rok przed jej śmiercią spotkał ją mnich Zosimus, który udzielił jej Komunii Świętej. Kiedy rok później powrócił, zastał Marię martwą, leżącą na ziemi. Obok jej ciała dostrzegł napis w piasku z prośbą o pochowanie. Nie mając siły ani narzędzi, starzec zrozpaczony wołał do Boga o pomoc. Wtedy – jak mówi tradycja – z pustyni wyłonił się lew.

Zachowanie tego potężnego zwierzęcia zdumiewa: zamiast być groźnym, lew zbliżył się łagodnie, jakby świadomy świętości miejsca i osoby. Posłuszny gestowi mnicha, zaczął kopać łapami grób dla Marii. Dopiero gdy ciało zostało pochowane ze czcią, lew spokojnie odszedł w głąb pustyni.

To niezwykłe spotkanie człowieka, świętości i zwierzęcia do dziś porusza wyobraźnię wiernych. Lew – symbol dzikości – w obecności Marii Egipcjanki stał się narzędziem Bożej opatrzności. Jej duchowa moc, zdobyta przez lata pokuty, promieniowała tak silnie, że nawet dzikie stworzenie odpowiedziało na nią posłuszeństwem i pokojem.

Św. Maria Egipcjanka jest dziś patronką pokutników i ludzi zmagających się z nałogami. Jej życie uczy, że nawet największy grzesznik może stać się świętym, a świętość – prawdziwa, głęboka i ukryta – może przyciągać nie tylko ludzi, ale i zwierzęta.

Święty Marek Asceta (ok. 390 – po 450 r.), znany również jako Marek Postnik, był wybitnym pisarzem duchowym Kościoła wschodniego i jednym z mnichów żyjących na egipskiej pustyni. Urodził się w Atenach pod koniec IV wieku. Około czterdziestego roku życia przyjął tonsurę zakonną z rąk św. Jana Chryzostoma. Następne sześćdziesiąt lat spędził na pustyni Nitryjskiej w Dolnym Egipcie, prowadząc surowe życie ascetyczne, pełne modlitwy i postu.

Znany był nie tylko ze swojej głębokiej wiedzy – znał całe Pismo Święte na pamięć – ale i z ogromnego współczucia wobec stworzenia Bożego. Szczególnie wzruszający był jego stosunek do zwierząt. Pewnego dnia, widząc ślepe szczenię hieny, zapłakał nad jego losem i modlitwą wyprosił u Boga cud – zwierzę odzyskało wzrok. W geście wdzięczności matka hiena przyniosła mu owczą skórę, ale święty polecił jej, by więcej nie zabijała owiec należących do ubogich.

W tradycji chrześcijańskiej uznaje się, że Marek otrzymywał Komunię Świętą z rąk aniołów. Jego duchowe pisma, dotyczące m.in. pokuty, trzeźwości i prawa duchowego, zaliczane są do klasyki patrystyki. Jako asceta i cudotwórca, Marek przez całe życie łączył kontemplację Boga z głęboką troską o świat stworzony.

Święty Gerasym z Jordanu (V wiek), jest kolejnym przykładem świętego ukazującego miejsce zwierząt w duchowym porządku tradycji prawosławnej. Jego historia o lwie, któremu usunął cierń z łapy, stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych świadectw mistycznej więzi świętych ze światem przyrody. Legenda głosi, że Gerasym, mnich z Pustyni Judzkiej, spotkał rannego lwa, cierpiącego z powodu tkwiącego głęboko w łapie ciernia. Święty, kierując się współczuciem, wyjął cierń i opatrzył zwierzęciu ranę. Od tego momentu lew stał się jego wiernym towarzyszem, nie odstępując go na krok.

Więź między Gerasymem a lwem nie była zwykłą relacją człowieka ze zwierzęciem – była znakiem duchowej harmonii, przywróconej dzięki świętości. Kiedy Gerasym odszedł z tego świata, według tradycji lew opłakiwał jego śmierć, odmawiając pożywienia aż do własnej śmierci. Ta niezwykła lojalność i żałoba lwa rodzą głębokie pytania o możliwość duchowej więzi pomiędzy człowiekiem a światem zwierząt. W opowieści tej ukryte jest prawosławne przekonanie, że zwierzęta – choć nie posiadają rozumnej duszy jak ludzie – są zdolne do odczuwania, tworzenia więzi i uczestnictwa, na swój sposób, w tajemnicy Bożej miłości.

Święty Izaak Syryjczyk (VII wiek) nauczał, że prawdziwie uduchowiona osoba odczuwa współczucie wobec każdej żywej istoty – od ludzi, przez ptaki i zwierzęta czworonożne, aż po najmniejsze owady, a nawet upadłe duchy. Jego miłosierdzie obejmowało cały świat stworzenia, ukazując, że świętość nie ogranicza się wyłącznie do relacji z Bogiem i innymi ludźmi, lecz rozciąga się na wszystko, co istnieje.

W swoich pismach święty Izaak podkreślał, że serce człowieka napełnione miłością płonie współczuciem do całego stworzenia, dostrzegając w każdym bycie ślad Bożej obecności. Ta wizja duchowości ukazuje, że prawdziwe zjednoczenie z Bogiem przejawia się w głębokim współodczuwaniu i trosce o każde stworzenie, nie czyniąc z człowieka surowego pana natury, lecz jej współuczestnika i opiekuna.

Słowa świętego Izaaka kwestionują przekonanie, że zwierzęta nie mają duchowej wartości. Przeciwnie, w jego nauczaniu zwierzęta jawią się jako istoty godne miłości, szacunku i miłosierdzia, co jeszcze bardziej podkreśla teologiczne przekonanie o ich integralnym miejscu w Bożym planie stworzenia. W ten sposób święty Izaak wpisuje się w szeroką tradycję prawosławną, która głosi, że cały kosmos jest przeniknięty Bożym tchnieniem i powołany do udziału w odnowionej harmonii.

Święty Modest z Jerozolimy (VII wiek) zajmuje w tradycji prawosławnej szczególne miejsce jako patron zwierząt. Jako patriarcha Jerozolimy, Modest modlił się za chore i cierpiące zwierzęta, wierząc głęboko, że troska o nie jest integralną częścią chrześcijańskiego obowiązku miłości wobec całego stworzenia. Jego modlitwy za zwierzęta przetrwały do dziś i są wciąż odmawiane przez prawosławnych wiernych, szczególnie w intencjach dotyczących opieki nad stworzeniem.

Duchowość świętego Modesta wyróżniała się głębokim współczuciem wobec wszystkich istot żywych. W przeciwieństwie do zachodniej tradycji, która przez wieki często traktowała zwierzęta głównie w sposób instrumentalny lub przedmiotowy, prawosławne podejście, jakie reprezentował Modest, ukazuje je jako pełnoprawną część Bożego stworzenia, godną miłości, szacunku i troski. Jego życie i modlitwy przypominają, że świat natury nie jest oddzielony od duchowej rzeczywistości, lecz przeniknięty obecnością Boga, a każde stworzenie ma swoje miejsce w wielkim planie zbawienia.

Święty Sergiusz z Radoneża (XIV wiek) jest kolejnym przykładem świętego, którego życie świadczy o głębokiej harmonii z całym stworzeniem. W głębi rozległych lasów Radoneża, w czasach, gdy okolica roiła się od dzikich drapieżników, jego samotna cela stała się prawdziwą enklawą pokoju. Żywot Sergiusza wspomina, że wygłodniałe watahy wilków często przemierzały pobliskie gęstwiny, a niedźwiedzie zapuszczały się w okolice jego pustelni. Jednakże moc żarliwej modlitwy pustelnika chroniła go przed wszelkim niebezpieczeństwem – dzikie zwierzęta nie tylko go nie atakowały, lecz wydawały się rozpoznawać w nim obecność łaski.

Szczególną więź święty nawiązał z jednym z niedźwiedzi. Pewnego dnia, widząc przed swoją celą wychudzonego z głodu zwierza, litując się nad jego losem, położył na pniu kawałek chleba. Od tego czasu niedźwiedź zaczął regularnie odwiedzać pustelnię świętego, a Sergiusz dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem, często ofiarowując mu nawet ostatni jego kęs.

Ta cicha przyjaźń między ascetą a dzikim zwierzęciem staje się wymownym obrazem duchowej mocy świętości, która przywraca utraconą jedność stworzenia. W obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem nawet dzikie bestie tracą swoją naturalną dzikość, odnajdując spokój i pokój. Historia świętego Sergiusza przypomina, że prawdziwa świętość nie tylko przemienia serce człowieka, ale także jego otoczenie – natura, rozpoznając świętość, odpowiada na nią pokojem i zaufaniem.

Święty Paweł Obnorski (13171429), uczeń świętego Sergiusza z Radoneża, kontynuował tradycję głębokiej harmonii z przyrodą, która cechowała jego duchowego mistrza. Żyjąc na przełomie XIV i XV wieku, Paweł wybrał życie w surowej pustelni pośród nieprzebranych lasów, wśród dzikiej przyrody, gdzie jego świętość zajaśniała w niezwykły sposób.

Żywoty opisują, że w jego obecności zwierzęta zatracały swoją wrodzoną dzikość. Liczne ptaki zlatywały się do jego celi, siadając mu na głowie i ramionach, by jeść z jego rąk okruszki chleba. Drapieżne zwierzęta, które w naturalnych warunkach budziłyby strach, w pobliżu świętego stawały się łagodne i potulne. Świadkowie wspominają widok, który musiał napawać zdumieniem: wokół starca krążyły duże ptaki, mniejsze siadały na nim bez lęku, a niedźwiedź cierpliwie czekał na resztki posiłku, nie wzbudzając strachu ani w lisach, ani w zającach, które swobodnie biegały wokół niego.

Takie sceny nie były dla dawnych chrześcijan zwykłą ciekawostką – odczytywano je jako znak przywrócenia pierwotnego pokoju stworzenia. Święty Paweł, poprzez swoją czystość serca i żarliwą modlitwę, na powrót wprowadzał w świat Boży ład, ukazując, że człowiek zjednoczony z Bogiem potrafi żyć w pokoju nie tylko z innymi ludźmi, ale także z całą przyrodą. Jego życie świadczy o tym, że świętość obejmuje nie tylko relację z Bogiem i ludźmi, lecz również z całym stworzeniem – z ptakami, dzikimi zwierzętami, całą przyrodą, która na nowo odnajduje w obecności świętego swój utracony pokój.

Święta księżna Fiewronia z Muromia (ok. 1175–1228) jest w prawosławnej tradycji czczona nie tylko jako wzór małżeńskiej wierności i mądrości, ale także jako osoba obdarzona niezwykłą wrażliwością na piękno i potrzeby stworzenia. Znana ze swojej łagodności i głębokiej duchowości, otaczała troską nie tylko ludzi, lecz także świat natury, który w jej obecności odnajdywał spokój i bezpieczeństwo.

Szczególnie wymownym symbolem tej więzi stała się jej relacja z najbardziej płochliwymi mieszkańcami lasów – zającami. Te stworzenia, znane ze swojej ostrożności i instynktownej skłonności do ucieczki, w obecności świętej Fiewronii traciły lęk. Zamiast szukać schronienia, odnajdywały przy niej spokój, jakby wyczuwając świętość emanującą z jej osoby.

W tradycji prawosławnej to niezwykłe zjawisko jest traktowane jako głęboki znak – przypomnienie, że prawdziwa świętość przywraca harmonię nie tylko między ludźmi, ale i między człowiekiem a całym światem stworzonym. Święta Fiewronia, poprzez swoją łagodność i miłosierdzie, ukazywała, że pokój i miłość mogą obejmować wszystkie istoty, a nawet najbardziej nieufne stworzenia odnajdują ukojenie w obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem.

Jej postać do dziś pozostaje symbolem tej szczególnej więzi człowieka z naturą – więzi opartej nie na dominacji czy lęku, ale na współczuciu, szacunku i wzajemnym zaufaniu, które są odblaskiem Bożej miłości do całego stworzenia.

Święty Herman z Alaski (1757–1837) jest jedną z najjaśniejszych postaci wśród prawosławnych misjonarzy, a jego życie stanowi przykład głębokiej harmonii między człowiekiem a światem natury. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie na jednej z wysp u wybrzeży Alaski, gdzie łączył kontemplację z niestrudzoną troską o tubylczą ludność, głosząc jej Ewangelię nie tylko słowem, ale i przykładem.

Jedną z najbardziej poruszających cech jego życia była niezwykła więź, jaką nawiązał z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te surowe tereny. Jego uczeń, mnich Ignacy, wspominał, że ojciec Herman karmił suszonymi rybami liczne ptaki, które zakładały gniazda w pobliżu jego skromnej celi. Szczególnie uderzające było to, że gronostaje – znane ze swojej płochliwości i skrytości, zwłaszcza w okresie kiedy miały młode – mieszkały pod jego domostwem i bez lęku przyjmowały pokarm bezpośrednio z jego rąk.

Nie tylko małe zwierzęta odnajdywały przy nim spokój. Święty Herman dzielił się pożywieniem również z niedźwiedziami, które w jego obecności traciły swoją dzikość i podchodziły bez strachu. Pustelnia Hermana, choć położona w sercu dzikiej natury, stała się oazą pokoju, w której zwierzęta i człowiek współistnieli w zadziwiającej harmonii.

Szczególnie znamienny jest fakt, że po śmierci ojca Hermana ptaki i inne zwierzęta opuściły to miejsce. Dla wiernych i jego uczniów był to wymowny znak: natura, rozpoznając świętość i dobroć tego człowieka, znajdowała przy nim schronienie; a wraz z jego odejściem zgasło światło, które przyciągało całą tę zwierzęcą wspólnotę.

Życie świętego Hermana z Alaski jest świadectwem, że prawdziwa świętość nie oddziela człowieka od natury, lecz jednoczy go z nią w głębokiej wspólnocie, opartej na pokoju, miłości i wzajemnym szacunku – odbiciu pierwotnej harmonii raju.

Święty Serafin z Sarowa (1759–1833) należy do grona najbardziej znanych i czczonych świętych w prawosławnej Rosji, a jego życie stanowi jedno z najpiękniejszych świadectw duchowej jedności człowieka z całym stworzeniem. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie w rozległych lasach Sarowa, gdzie w samotności, modlitwie i ascezie rozwijał głęboką więź nie tylko z Bogiem, ale również z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te odludne tereny.

Dla świętego Serafina natura była nieodłączną częścią Bożego porządku, a zwierzęta – jego braćmi i siostrami, współuczestnikami życia, w którym wszelkie stworzenie odzwierciedla ślady swego Stwórcy. Traktował je z braterską miłością, widząc w nich istoty obdarzone życiem przez tę samą Boską rękę, która stworzyła człowieka.

Wśród zwierząt odwiedzających jego pustelnię były niedźwiedzie, jelenie, wilki i liczne ptaki. Szczególne miejsce w tych opowieściach zajmuje historia wielkiego niedźwiedzia, który regularnie przychodził do Serafina, przyciągnięty łagodnością i świętością starca. Święty nie tylko nie obawiał się tego potężnego zwierzęcia, ale dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem – czerstwym chlebem, który raz w tygodniu otrzymywał z klasztoru.

Goście odwiedzający jego pustelnię byli świadkami owych niezwykłych spotkań: widzieli, jak dzikie zwierzęta podchodziły do świętego bez cienia lęku, jakby rozpoznawały w nim obecność Bożej łaski i pokoju. W tych obrazach spełniała się prorocza wizja proroka Izajasza, który zapowiadał, że w odnowionym stworzeniu „wilk zamieszka wraz z barankiem” (Iz 11,6) – wizja harmonii, jaka panowała w rajskim ogrodzie przed upadkiem.

Serafin z Sarowa, karmiąc dzikie zwierzęta, ukazywał, że świętość przywraca zerwaną więź między człowiekiem a naturą, czyniąc możliwym istnienie pokoju tam, gdzie wcześniej panował strach i wrogość. Swoim życiem przypominał, że prawdziwa bliskość z Bogiem owocuje bliskością ze wszystkim, co żyje – że w sercu oddanym Bogu znajduje się miejsce także dla najmniejszych i najbardziej niepozornych stworzeń.

Przyjaźń świętego Serafina z niedźwiedziem pozostaje do dziś jednym z najpiękniejszych symboli duchowej odnowy całego stworzenia, w którym człowiek, zwierzęta i natura żyją we wzajemnym szacunku, pokoju i miłości, zjednoczeni przez niewidzialną nić Bożej obecności.

Święty Paisjusz Hagioryta (1924–1994), mnich z Góry Athos, znany był nie tylko ze swojej głębokiej mądrości duchowej i daru pocieszania, ale także z niezwykłej miłości i czułości wobec zwierząt. Uważał je za czyste, niewinne stworzenia Boże i często powtarzał, że całe stworzenie jest jednym wielkim hymnem na chwałę Stwórcy.

W swojej celi ascety na Górze Athos żył w otoczeniu dzikich zwierząt, które traktował jak braci i siostry. Przyjaźnił się z szakalami, zającami, łasicami, żółwiami, jaszczurkami, wężami i ptakami. Zwierzęta nie bały się go – przeciwnie, przychodziły do niego, jakby rozpoznając w nim serce pełne pokoju.

Z czułością wspominał, jak nosił wodę dla myszy i ptaków mieszkających w jego chacie, nie odganiał ich, lecz dzielił się z nimi wszystkim, co miał. Dla św. Paisjusza każde stworzenie, nawet najmniejsze, miało wartość, ponieważ niosło w sobie odblask Bożej dobroci. Zwierzęta były dla niego nauczycielami pokory i prostoty – darzonymi szacunkiem współuczestnikami życia duchowego.

Miłość Paisjusza do świata przyrody była nie tylko uczuciem, ale także duchową postawą – głębokim, kontemplacyjnym rozpoznaniem Bożej obecności we wszystkim, co żyje. Jego życie pokazuje, że prawdziwa świętość nie oddziela się od stworzenia, ale przywraca pierwotną harmonię między człowiekiem a światem.

Te historie, pełne mistycznych więzi ze zwierzętami, stanowią mocne świadectwo prawosławnego przekonania, że święci, dzięki swojej duchowej czystości, przywracają pierwotną harmonię. Dzięki nim zwierzęta jawią się nie tylko jako element Bożego stworzenia, lecz także jako istoty, z którymi ludzie mogą nawiązać głęboką duchową więź, odwołującą się do rajskiego porządku.

Zwierzęta w perspektywie theosis i odnowienia


W teologii prawosławnej centralnym pojęciem jest theosis, czyli proces upodobniania się do Boga, zjednoczenia z Nim poprzez łaskę. Jest to duchowa przemiana, która dotyczy nie tylko indywidualnego człowieka, ale obejmuje całą rzeczywistość stworzoną. Z perspektywy prawosławnej zbawienie nie jest jedynie aktem indywidualnym, ale ma charakter kosmiczny – obejmuje cały wszechświat, który również został dotknięty skutkami grzechu i oczekuje ostatecznego odkupienia. To rozumienie zbawienia uwydatnia głęboki związek między człowiekiem a całym stworzeniem, w którym każdy element przyrody, w tym zwierzęta, odgrywa ważną rolę w Bożym planie odnowy.

W Liście do Rzymian Święty Paweł pisze: „Stworzenie bowiem oczekuje z niecierpliwością objawienia się dzieci Bożych… aby samo stworzenie zostało wyzwolone z niewoli rozkładu i doprowadzone do wolności i chwały dzieci Bożych”. To zdanie jest fundamentalne dla prawosławnej duchowości, która wierzy, że całe stworzenie – nie tylko człowiek, ale także przyroda, zwierzęta i cała materia – bierze udział w Bożym planie odnowy. Jest to przekonanie, które nie jest jedynie metaforą, lecz prawdziwą nadzieją na to, że wszystko, co istnieje, może zostać przemienione przez Boską energię i ostatecznie zjednoczone z Bogiem.

Podobną wizję przedstawia Księga Objawienia, która mówi o obietnicy „nowego nieba i nowej ziemi”. W tej ostatecznej rzeczywistości, przemienionej przez Bożą obecność, nie będzie już cierpienia, śmierci ani rozkładu. Teologowie prawosławni podkreślają, że Biblia nie wyklucza z tej odnowy żadnego elementu stworzenia – w tym także zwierząt. Przeciwnie, skoro cała natura została stworzona jako „bardzo dobra” i wraz z człowiekiem została poddana przemijaniu, to także cała natura ma uczestniczyć w obietnicy przywrócenia harmonii. Z tej perspektywy zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, mają swoje miejsce w Bożym planie odnowy i ostatecznego zbawienia.

Duchowość prawosławna mocno akcentuje jedność całego kosmosu oraz głęboki związek człowieka z naturą. Święci Ojcowie Kościoła, jak choćby św. Izaak Syryjczyk, mówili o miłości do każdego stworzenia – nawet do najmniejszego robaczka – jako o znaku prawdziwego zjednoczenia z Bogiem. Taka miłość jest nie tylko odzwierciedleniem boskiego współczucia, ale także potwierdzeniem, że wszystko, co żyje, ma swoje miejsce w Bożym sercu. W tym sensie, prawosławna teologia dostrzega w stworzeniu nie tylko materialny świat, ale także jego duchowy wymiar, w którym każde stworzenie, w tym zwierzęta, jest częścią Boskiego planu.

Z tej perspektywy, nie wydaje się nieprawdopodobne, że zwierzęta, podobnie jak cała reszta stworzenia, będą obecne w przemienionym świecie, który będzie częścią Bożej chwały. Może będą istniały w innej, oczyszczonej i duchowo przemienionej formie, ale nadal będą częścią tej samej rzeczywistości, która została stworzona przez Boga, umiłowana i przeznaczona do udziału w Jego chwale. Theosis, czyli droga człowieka ku Bogu, jest więc nie tylko zapowiedzią przemiany ludzkości, ale także całego stworzenia w świetle Bożej miłości. Ponieważ teologia prawosławna kładzie duży nacisk na odnowę wszystkich rzeczy, możliwe jest, że zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, będą istnieć w odnowionym świecie, choć może w formie, której jeszcze nie rozumiemy.

W ten sposób prawosławna wizja zbawienia nie ogranicza się tylko do ludzi, ale obejmuje cały świat, w tym zwierzęta, które w ostatecznym odkupieniu mogą również uczestniczyć w pełni Bożego planu odnowy i harmonii.

Prawosławne chrześcijaństwo i przyszłość stworzenia


Kościół prawosławny nigdy nie wypowiadał się jednoznacznie na temat tego, czy zwierzęta trafiają do nieba po śmierci. W oficjalnym nauczaniu Kościoła nie ma precyzyjnego dogmatu, który rozstrzygałby tę kwestię raz na zawsze. Jednak prawosławna duchowość i teologia, głęboko zakorzenione w mistyce i kontemplacji tajemnicy stworzenia, pozostawiają w tej sprawie przestrzeń dla nadziei. Z perspektywy prawosławnej, zbawienie i ostateczne odnowienie nie dotyczą tylko ludzi, ale całego stworzenia, które jest częścią Bożego planu odnowy.

Prawosławna eschatologia, czyli nauka o rzeczach ostatecznych człowieka i świata, ma wymiar kosmiczny. Obejmuje nie tylko zbawienie dusz ludzkich, ale także całą rzeczywistość stworzoną, która oczekuje przemiany i pełnego objawienia się Królestwa Bożego. Według tej tradycji, ostateczne odnowienie świata obejmuje wszystkie jego elementy – materię, przyrodę, czas, a więc także istoty żywe, w tym zwierzęta. Mistycy prawosławni często podkreślali, że Boże miłosierdzie i miłość nie mają granic, a cała rzeczywistość jest przeniknięta Jego obecnością, co sugeruje, że Boża troska obejmuje nie tylko ludzi, ale i całe stworzenie.

Ósmy dzień tygodnia” – wieczny szabat

uleczenie Wszechświata

Po zmartwychwstaniu umarłych, Sądzie Ostatecznym i końcu świata nastąpi czas odnowienia, przebudowania, przeobrażenia, uleczenia Wszechświata, a potem dla całego stworzenia nastanie dzień odpoczynku i ukojenia – błogosławiony i wieczny szabat. Nastanie radość zmartwychwstania, radość wiecznego życia, radość niekończącego się zmierzchem dnia Królestwa. Rozpocznie się nowa Pascha biorąca początek w końcu czasów, ale sama niemająca końca: „Albowiem oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię; nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą”. (Iz 65, 17–18).

Figurą ósmego dnia jest Przemienienie Pańskie na Górze Tabor, gdy ukazał się on swoim uczniom w świetlistej postaci, w towarzystwie Mojżesza i Eliasza. Kościół Wschodni w swej liturgii przypomina wiernym o tym fakcie, zwiastującym takie samo przeobrażenie dla każdego z błogosławionych: „Przemieniłeś się na górze, Chrystusie Boże, ukazawszy uczniom Twym chwałę Twą, o ile zdołali ją ujrzeć. Zaświeć i nam grzesznym Twoje światło zawsze istniejące, przez modlitwy Matki Boskiej, Dawco światłości chwała Ci!” (Troparion na Przemienienie Pańskie – Nauka o nabożeństwach, Warszawa 1938, s. 71)

Św. Symeon Nowy Teolog uważa, że „ósmy dzień” jest obrazem przyszłego wieku, który nie będzie miał końca. Znany nam czas doczesności rozpoczął się w jakiejś chwili i w jakiejś chwili się skończy. Cały akt stwórczy zamknął się w siedmiu dniach, ósmy zaś dzień, nie został jednak zaliczony do poprzedzających go siedmiu dlatego, by znajdując się „poza czasem”, wskazywał na to, iż nie ma ni początku, ni końca. Ale chociaż obecnie jeszcze obiektywnie owego ósmego dnia nie ma dla nas, to przecież istniał on przedwiecznie, istnieje i nastanie przy końcu czasów, aby przywrócić poprzedni stan nigdy niekończącej się teraźniejszości. Wskazuje on też na przeznaczenie inteligentnych i wolnych stworzeń Bożych, aniołów i ludzi, którzy, choć mieli początek, nie mają końca.

Wskazują na to słowa Pisma Świętego: „Twoje [Boże] lata trwają poprzez wszystkie pokolenia. Ty niegdyś założyłeś ziemię i niebo jest dziełem rąk Twoich. Przeminą one, Ty zaś pozostaniesz. I całe one jak szata się zestarzeją: Ty zmieniasz je jak odzienie i ulegają zmianie, Ty zaś jesteś zawsze ten sam i lata Twoje nie mają końca”. (Ps 102 (101), 25–28). „Niebiosa zwijają się jak zwój księgi, wszystkie ich zastępy opadają, jak opada listwie z winnego krzewu i jak opadają liście z drzewa figowego”. (Iz 34, 4).

Dlatego: „Podnieście oczy ku niebu i na dół popatrzcie ku ziemi! Zaiste, niebo jak dym się rozwieje i ziemia zwiotczeje jak szata, a jej mieszkańcy wyginą jak komary. Lecz moje zbawienie będzie wieczne, a sprawiedliwość moja zmierzchu nie zazna”. (Iz 51, 6) i „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni”. (Mt 24, 35; 5, 18).

Po zniszczeniu obecnego, doczesnego świata, które poprzedzą straszliwe kataklizmy, nastąpi jego odrodzenie i odnowienie: „Przy odrodzeniu, (…) Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały…”. (Mt 19, 28).

To samo miał na myśli św. Apostoł Paweł mówiąc o uwolnieniu stworzenia – czyli całej przyrody ożywionej i nieożywionej – przez Boga od „niewoli zniszczenia”: „Stworzenie bowiem zostało poddane marności (…) w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych”. (Rz 8, 20-23)

O tym samym nauczał również św. Apostoł Piotr: „Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość”. (2 P 10, 13), oraz św. Apostoł i Ewangelista Jan, opowiadając swą wizję, jakiej doznał, przebywając na zesłaniu na wyspie Patmos: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły”. (Ap 21, 1).

Wiara w koniec świata i późniejsze jego odnowienie i uleczenie jest jednym z fundamentów nauki Kościoła Prawosławnego. Dlaczego jednak świat ma zostać odnowiony, dlaczego ma zostać odnowione całe stworzenie? Otóż – jak wyjaśnia św. Cyryl Jerozolimski – stary świat, jako ten który za sprawą Diabła uległ zepsuciu i został skalany, każdym rodzajem grzechu, nie może się ostać i musi spłonąć w kosmicznym pożarze, aby mógł pojawić się nowy, lepszy.

Ponieważ dziejów obecnie istniejącego świata nie można oddzielić od historii człowieka, któremu on służy, więc podobnie jak człowiek musi zostać odnowiony, aby nadal mógł mu służyć.

Skoro ludzkość nie jest przeznaczona na zatracenie, dlaczego wobec tego świat miałby zostać zniszczony i więcej się nie odrodzić? Odrodzi się on, ale już jako nieskalany brudem zła i grzechu. Dlatego podobnie jak człowiek zostanie odnowiony i przebóstwiony po zmartwychwstaniu, tego samego dostąpi świat i stworzenie. I doskonały człowiek nigdy już nie okaleczy świata.

Św. Bazyli Wielki powiada, że odnowienie, przemienienie świata jest konieczne, aby mógł się on „dopasować się” do nowego stanu człowieka, do jego „innej formy życia”, które będzie wymagało – co logiczne – także innych warunków.

Zdają się wskazywać na to słowa Pisma Świętego: „Jeszcze raz wstrząsnę nie tylko ziemią, ale i niebem. Te zaś słowa jeszcze raz wskazują, że nastąpi zniszczenie tego, co zniszczalne, a więc tego, co zostało stworzone, aby pozostało to, co niewzruszone”. (Hbr. 12, 26). „Bo tak mówi Pan Zastępów: Jeszcze raz, [a jest to] jedna chwila, a Ja poruszę niebiosa i ziemię, morze i ląd”. (Ag. 2, 6).

Czy jednak należy rozważać to, jako całkowite unicestwienie obecnego świata i stworzenie przez Boga na jego miejsce jakiegoś innego, nowego? Św. Augustyn biskup Hippony, uważa, że choć jest to oczywiście możliwe, to nastąpi raczej odnowienie świata obecnie istniejącego, który jednak wpierw, w kosmicznym pożarze, przez ów niebieski ogień zostanie oczyszczony z wszelkiego zła, jakiego był świadkiem i uczestnikiem w czasie trwania historii człowieka. Tego samego zdania jest także św. Symeon Nowy Teolog.

W odnowionym Wszechświecie nie będzie już więcej miejsca dla kogokolwiek i czegokolwiek skażonego. Będzie on mieszkaniem świętych czystych istot – ludzi i mieszkańców niebios. Cnota i świętość trwale zamieszkają w nowym świecie.

Natomiast wszyscy grzesznicy nie znajdą tam miejsca dla siebie, bo piekło, siedziba ich przebywania i męki, zostanie usunięta gdzieś na zewnątrz Wszechświata. Gdzieś w ciemności zewnętrzne (cokolwiek by to miało oznaczać, jedno oznacza na pewno, że będzie to na zewnątrz Królestwa Bożego). Lecz gdzie to będzie, tego nie wiemy, tego bowiem Bóg nie zechciał nam objawić. O tym jednak, że będzie to, gdzieś poza odnowionym Wszechświatem, mówi Pismo Święte: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kocha kłamstwo i nim żyje”. (Ap 22, 15 BT). „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. (1 Kor 6, 9-10 BT).

Św. Izaak Syryjczyk uważa, że w nowym Wszechświecie żadne z zamieszkujących go stworzeń nie będzie pamiętać świata obecnego. Pierwsze stworzenie zostanie całkowicie zapomniane, a umysł ludzki nie zechce już nigdy powrócić do wspomnień czasów przesiąkniętych złem, będzie on bowiem przywiązany do dobra, szczęścia, miłości, radości i słodyczy nowego istnienia w Królestwie Bożym, w Raju Nowej Jerozolimy.

W jednym z końcowych wersetów Apokalipsy św. Jana pojawia się pozornie niepokojące stwierdzenie: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje” (Ap 22,15). W kontekście Nowego Jeruzalem, opisywanego jako ostateczne spełnienie Bożego planu zbawienia, wers ten odnosi się do tych, którzy nie mają wstępu do tej rzeczywistości – do świata pełnego światła, pokoju i jedności z Bogiem. Wśród nich wymienia się „psy”, co współczesnemu czytelnikowi może wydać się zaskakujące, zwłaszcza w kontekście refleksji nad miejscem zwierząt w życiu wiecznym. Warto jednak zrozumieć, że w tym fragmencie nie chodzi o zwierzęta w sensie dosłownym. Słowo „psy” ma tu znaczenie symboliczne, głęboko zakorzenione w kulturze starożytnego Bliskiego Wschodu i świata biblijnego.

W tradycji żydowskiej i wczesnochrześcijańskiej psy były kojarzone nie z wiernymi towarzyszami człowieka, jak bywa dziś, lecz z nieczystością, agresją, życiem na marginesie ludzkiej wspólnoty. Były zwierzętami dzikimi, żywiącymi się padliną, bytującymi na wysypiskach śmieci i poza społeczeństwem. W tym kontekście określenie „pies” było często używane jako metafora moralnej nieczystości, przewrotności, a nawet duchowego buntu wobec Boga. W niektórych fragmentach Pisma Świętego odnosiło się ono do osób szerzących fałszywe nauki lub żyjących w grzechu. Przykładem może być List do Filipian, w którym św. Paweł przestrzega: „Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników” (Flp 3,2), mając na myśli ludzi, którzy wypaczają Ewangelię.

W Apokalipsie św. Jana „psy” stają się zatem symbolem tych, którzy świadomie wybrali życie w kłamstwie, przemocy, bałwochwalstwie i moralnym chaosie. Autor księgi, posługując się twardym i wyrazistym językiem prorockim, nie potępia zwierząt jako takich, lecz odwołuje się do ówczesnych skojarzeń kulturowych, by ukazać radykalne oddzielenie zła od dobra w ostatecznym porządku zbawienia. Nie ma tu zatem miejsca na dosłowną interpretację, wedle której zwierzęta – a zwłaszcza psy – byłyby wykluczone z nieba.

Wręcz przeciwnie, wiele innych fragmentów biblijnych i teologicznych tradycji chrześcijańskich, zwłaszcza w ich mistycznych nurtach, ukazuje stworzenie jako mające udział w Bożym planie odkupienia. Psy w Apokalipsie nie są więc argumentem przeciw obecności zwierząt w niebie, lecz silną metaforą duchowej postawy sprzeciwiającej się miłości i prawdzie. W refleksji nad zwierzętami w eschatologii należy zatem odróżnić język symboliczny od dosłownego i pamiętać, że Biblia posługuje się obrazami, które dla starożytnych miały zupełnie inne znaczenia niż dla współczesnych odbiorców.

Nadzieja na to, że i zwierzęta znajdą się w niebie znajduje teologiczne uzasadnienie w doktrynie kosmicznego przemienienia, zakorzenionej głęboko w prawosławnej myśli. Mówi ona, że całe stworzenie – nie tylko ludzie, ale wszystko, co wyszło z rąk Boga – zostanie przemienione i odnowione w Chrystusie. Ta odnowa nie polega na zniszczeniu i stworzeniu czegoś całkowicie nowego, lecz na przekształceniu wszystkiego w świat wolny od grzechu, śmierci i zepsucia. Również zwierzęta, które dzieliły z człowiekiem los po upadku – cierpiały, umierały, podlegały rozkładowi – mogą wedle tej wizji zostać objęte łaską przemienienia. Ich udział w przyszłym świecie może być formą ich zbawienia, nie tyle przez zasługę, co przez miłosierdzie Boga, który wszystko czyni nowym.

W tym ujęciu, obecność zwierząt w nowym stworzeniu nie jest już tylko kwestią emocjonalnych pragnień czy ludzkiej tęsknoty, ale staje się realną możliwością zakorzenioną w głębokiej refleksji teologicznej i duchowym doświadczeniu Kościoła.

Prawosławne teksty teologiczne na temat zwierząt

Filokalia, klasyczny zbiór pism prawosławnych ojców duchowych i mistyków, otwiera przed czytelnikiem wizję duchowej rzeczywistości, w której cały kosmos – nie tylko człowiek – ma udział w Bożym życiu. W tej tradycji świat przyrody nie jest traktowany jako duchowo neutralne tło dla ludzkiego zbawienia. Wręcz przeciwnie – natura, a więc również zwierzęta, rośliny i cała materia stworzona, uczestniczy w tajemnicy istnienia, niosąc w sobie ślad obecności Logosu, Boskiego Słowa, przez które wszystko zostało stworzone.

W duchowości Filokalii nie istnieje sztywne przeciwstawienie świata materialnego i duchowego. Wszystko, co stworzone, ma swoje miejsce w Bożym planie i jest powołane do przemiany. Człowiek, stworzony na obraz Boga i obdarzony zdolnością do theosis – przebóstwienia – nie osiąga świętości w izolacji od reszty stworzenia, lecz w głębokiej jedności z nim. Gdy człowiek oczyszcza swoje serce, modli się i powraca do Boga, przywraca również harmonię i porządek w relacjach ze światem. W tej odnowionej jedności zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, odnajdują swój pierwotny spokój, sens i miejsce w kosmicznym porządku.

Prawosławna mistyka dostrzega, że grzech pierworodny miał konsekwencje nie tylko dla człowieka, ale i dla całego stworzenia. Została zakłócona pierwotna jedność między człowiekiem a światem, który go otaczał – nastąpiło pęknięcie w relacjach, które wcześniej były pełne pokoju i wzajemnej współpracy. Jednak nadzieja, jaka przebija z duchowości Filokalii, jest równie głęboka jak świadomość tego pęknięcia. Powrót człowieka do Boga, jego nawrócenie i duchowa przemiana, są drogą do odnowienia nie tylko siebie, ale i całego stworzenia. Człowiek, stając się ‘kapłanem kosmosu’, jak to ujmowali niektórzy ojcowie, ofiarowuje świat Bogu, a przez to umożliwia jego duchowe odrodzenie.

Prawosławna teologia, wierna swojej apofatycznej – czyli otwartej na tajemnicę – naturze, nie wypowiada się jednoznacznie na temat losu zwierząt po śmierci. Jednak pozostawia miejsce dla nadziei, że również one mogą mieć udział w eschatologicznym przemienieniu świata. W tej perspektywie zwierzęta nie są wyłącznie biernymi elementami stworzenia, lecz cichymi towarzyszami człowieka na jego drodze do Boga – istotami, które również mogą zostać objęte Bożym współczuciem, miłosierdziem i odnową.

Prawosławne modlitwy za zwierzęta

W tradycji prawosławnej istnieje żywa i bogata duchowo praktyka modlitwy za zwierzęta, która – choć nienagłośniona – sięga głęboko w historię Kościoła Wschodniego. W przeciwieństwie do zachodniego chrześcijaństwa, gdzie modlitwy za zwierzęta były przez wieki raczej marginalne i sporadyczne, w prawosławiu odnajdujemy świadectwa świętych, mnichów i wspólnot, które traktowały zwierzęta jako istotną część stworzenia zasługującą na modlitewną troskę.

Jedną z najbardziej znanych postaci związanych z duchową opieką nad zwierzętami jest święty Modestos, patriarcha Jerozolimy żyjący w VII wieku. W prawosławnej tradycji czczony jest jako patron zwierząt. Jego imię i modlitwy w intencji uzdrowienia chorych zwierząt są do dziś obecne w praktyce duchowej niektórych wspólnot monastycznych. Modestos uczył, że troska o stworzenia nie jest jedynie obowiązkiem rolnika czy pasterza, ale również chrześcijanina, który pragnie naśladować Bożą miłość obejmującą całe stworzenie. W swojej modlitwie błagał Boga o zdrowie i ochronę zwierząt, podkreślając ich wartość w Bożym planie i codziennym życiu ludzi.

Modlitwa za zwierzęta, według tej tradycji, wyraża przekonanie, że także one zasługują na Bożą opiekę i współczucie. Nie są jedynie elementem przyrody czy zasobem do wykorzystania, lecz stworzeniami obdarzonymi przez Boga miejscem i celem. W modlitwach tych pobrzmiewa głębokie przeświadczenie, że całość stworzenia jest święta, a ludzkie życie duchowe powinno obejmować także odpowiedzialność za dobrostan istot nieludzkich.

W wielu Kościołach prawosławnych dzień 16 grudnia, czyli wspomnienie św. Modestosa, obchodzony jest jako szczególny moment modlitwy za zwierzęta. W niektórych wspólnotach praktykuje się wówczas specjalne nabożeństwa błogosławieństwa zwierząt. Praktyka ta, choć różni się w zależności od regionu i tradycji lokalnej, przypomina, że zwierzęta są przedmiotem troski nie tylko ze względów praktycznych, ale także duchowych.

W niektórych klasztorach modlitwa za zwierzęta nie ogranicza się do jednego dnia w roku. Mnisi i mniszki regularnie modlą się za stworzenia żyjące w ich otoczeniu – za zwierzęta domowe, gospodarskie, a nawet dzikie. Takie praktyki wynikają z przekonania, że współczucie, pokora i miłość do wszelkiego życia to nie tylko cnoty moralne, ale droga do duchowego zjednoczenia z Bogiem, który jest Stwórcą i Podtrzymującym wszystko, co żyje.

W związku z przypadającym 16 grudnia wspomnieniem św. Modesta Jerozolimskiego, patrona zwierząt, w niektórych parafiach prawosławnych odprawiane są specjalne nabożeństwa błogosławienia zwierząt. Przykładem może być parafia greckoprawosławna św. Eliasza Proroka w Santa Cruz w Stanach Zjednoczonych, gdzie corocznie, w okolicach tego dnia, organizowana jest uroczysta modlitwa w intencji zwierząt. Podczas jednego z takich nabożeństw, 12 listopada 2012 roku, ojciec Dennis Vierling pobłogosławił kilkanaście psów, kota i żółwia, modląc się o ich zdrowie i ochronę. Właściciele zwierząt byli wzruszeni indywidualnym podejściem duchownego do każdego z ich pupili, a sam kapłan podkreślał, że zwierzęta domowe są źródłem radości i towarzystwa, a modlitwa za nie wyraża wdzięczność za ich obecność w życiu człowieka. Błogosławieństwo zwierząt, choć nie stanowi powszechnej praktyki we wszystkich Kościołach prawosławnych, jest głęboko zakorzenione w niektórych lokalnych tradycjach i może przybierać różne formy w zależności od regionu. W prawosławnych tradycjach greckiej i rosyjskiej istnieje również zwyczaj błogosławienia zwierząt gospodarskich, takich jak konie czy krowy, które towarzyszą człowiekowi w codziennym życiu i pracy. Modlitwy te obejmują nie tylko prośbę o ich fizyczne dobro, ale także wyrażają troskę o duchowe znaczenie ich istnienia. Zgodnie z nauczaniem Kościoła prawosławnego całe stworzenie jest święte, a relacja człowieka ze światem przyrody powinna być oparta na szacunku, trosce i odpowiedzialności. W tym ujęciu każde stworzenie – od roślin po zwierzęta – współuczestniczy w Bożym dziele stworzenia i wciąż pozostaje objęte Bożą miłością oraz opieką.


Zwierzęta po śmierci: mistyczne świadectwa

i duchowa obecność

Więź między człowiekiem a zwierzęciem bywa tak silna, że wielu ludzi nie potrafi uznać jej końca nawet po śmierci ukochanego pupila. W różnych kulturach, religiach i tradycjach duchowych istnieje głęboko zakorzenione przekonanie, że ta relacja może trwać dalej – poza granicami czasu i materii.

Świadectwa osób, które doświadczyły spotkań ze swoimi zmarłymi zwierzętami, są liczne i różnorodne. Pojawiają się w snach, wizjach, doświadczeniach bliskich śmierci, a nawet w formie zmysłowych manifestacji – stukotu łap, znanego zapachu sierści, obecności wyczuwalnej obok łóżka.

Niektórzy opisują te przeżycia jako niemal fizycznie realne, inni jako głęboko duchowe i transformujące. Wspólne dla nich jest poczucie spokoju i obecności – jakby ukochane zwierzę wciąż czuwało u boku, prowadziło, wspierało, pocieszało.

W mistycznych przeżyciach ludzi, którzy otarli się o śmierć, zwierzęta często pojawiają się jako przewodnicy. W jednej z relacji pies, który zmarł wiele lat wcześniej, przybiegł z radością po zielonej łące, by w zaświatach powitać swojego właściciela i poprowadzić go ku światłu.

W innym świadectwie kot zmarły wiele miesięcy wcześniej ukazał się we śnie swojej opiekunce – zdrowy, pełen życia, niosąc jej ukojenie w żałobie.

Autorowi niniejszego opracowania, czterokrotnie po śmierci przyśniła się suczka Rudzia, która przy nim była przez 14 lat. Za pierwszym razem w pierwszą noc po odejściu zajrzała do do jego sypialni, po czym szybko wyszła stamtąd, chociaż ją prosił, żeby została, w drugim śnie przyprowadziła stadko kundli, jakby chciała im pokazać, gdzie żyła, kolejne dwa sny to już było całkowite oddalanie się, ostateczne odejście.

Te spotkania nie są tylko nostalgiczną fantazją; dla wielu są namacalnym dowodem, że więź z ukochanym zwierzęciem przekracza śmierć.

Choć te doświadczenia wymykają się naukowemu potwierdzeniu, dla wielu stanowią głębokie źródło pocieszenia i duchowego zrozumienia. Pokazują, że więź między człowiekiem a zwierzęciem może być czymś więcej niż tylko ziemskim przywiązaniem – może być trwałą, transcendentną relacją, która nie zna granic śmierci.

Niebo dla zwierząt?

Wizja nieba, w którym obecne są także zwierzęta, od wieków inspiruje refleksje teologiczne i duchowe, niosąc nadzieję oraz pocieszenie. W tradycji chrześcijańskiej, pojawia się obraz przyszłej rzeczywistości, w której całe stworzenie – nie tylko ludzie – zostanie odkupione i przemienione. Takie rozumienie nieba obejmuje ideę harmonijnego współistnienia wszystkich istot, wolnych od cierpienia, bólu i śmierci.

W Biblii odnaleźć można sugestie, że zwierzęta są częścią boskiego planu. Prorocy Starego Testamentu, jak Izajasz, kreślą wizje przyszłego pokoju, w którym drapieżniki współżyją z ofiarami, a człowiek i zwierzę żyją bez lęku i przemocy. Nowy Testament, zwłaszcza Księga Objawienia, mówi o nowym niebie i nowej ziemi – rzeczywistości całkowicie odnowionej, gdzie wszelkie zło i cierpienie zostają wymazane. Choć centralnym punktem tej wizji jest relacja Boga z ludzkością, widać w niej również nadzieję na uzdrowienie całego stworzenia, które „jęczy i wzdycha”, oczekując objawienia się dzieci Bożych, jak pisze św. Paweł.

Zgodnie z tą eschatologiczną nadzieją, odkupienie ma charakter uniwersalny. Nie ogranicza się jedynie do człowieka, lecz ogarnia całość kosmosu, w tym zwierzęta. Ich cierpienie, obecne w świecie dotkniętym grzechem, nie pozostaje bez znaczenia. W przyszłym, przemienionym świecie także one mają odzyskać swój udział w pierwotnej harmonii stworzenia. Taki obraz nieba stanowi wyraz wiary w dobroć Boga, który uznaje wartość każdej istoty i pragnie odnowienia całego stworzenia.

Pojmowanie obecności zwierząt w życiu wiecznym bywa interpretowane zarówno dosłownie, jak i symbolicznie. Dla jednych to rzeczywista obietnica, że w Królestwie Bożym spotkamy się także z naszymi ukochanymi zwierzętami. Dla innych – symbol głębokiej duchowej harmonii, która nastanie w przyszłości. W obu przypadkach zwierzęta odgrywają ważną rolę w odzwierciedlaniu Bożego planu, w którym żadna część stworzenia nie zostaje zapomniana.

Taka perspektywa rzuca nowe światło na relację człowieka ze światem przyrody. Oznacza, że nasze współczucie i miłość wobec zwierząt mają duchowe znaczenie i są odbiciem większej, boskiej troski. Przyszłość, w której wszystkie istoty żyją w pokoju, staje się nie tylko nadzieją na osobiste zbawienie, lecz także na pełnię sprawiedliwości wobec całego stworzenia.

W podsumowaniu, wizja nieba otwartego także na zwierzęta ukazuje uniwersalność Bożego miłosierdzia oraz głęboki sens harmonii całego stworzenia. W tej odnowionej rzeczywistości każda istota ma swoje miejsce, a życie – wolne od bólu – zostaje przywrócone do swojej pierwotnej, zamierzonej przez Boga pełni. Taka nadzieja staje się nie tylko wyrazem wiary w przyszłość, ale także wezwaniem do odpowiedzialności za świat, w którym już teraz żyjemy razem ze zwierzętami jako współuczestnikami stworzenia.

Raj – królestwo wiecznego życia

i wiecznego szczęścia

Św. Bazyli Wielki mówi: „Nie dość Mu [Bogu] było przywrócić do życia tych, którzy byli w śmierci, ale obdarzył ich także Boską godnością i przygotował im odpoczynek wieczny przekraczający szczęśliwością wszelkie wyobrażenie człowieka” (Żywot i pisma świętego Bazylego Wielkiego, opracował Hieromnich Gabriel Hagioryta, Jan Misiejuk, brak miejsca i roku wydania, s. 33).

Św. Efrem Syryjczyk powiada natomiast tak: „Jezus Chrystus obiecał tym, którzy weń wierzą, dobra wieczne, nieprzemijające” (Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku, Hajnówka 2000, s. 20), oraz: „W komnacie sprawiedliwych nie usłyszysz płaczu, ni westchnienia – tam wciąż pieśni pochwalne i wieczna radość. (…) Ludziom sprawiedliwym Stwórca podaruje niekończące się życie i wieczną wolność”. (Tamże, s. 70-78).

Paul Evdokimov, opierając się na nauczaniu Pseudo-Dionizego Areopagity, tak się wypowiada na temat szczęśliwości rajskiej:

„W stanie szczęśliwości, »upodobniwszy się do Chrystusa, radując się jego widzialną teofanią, […] jak uczniowie podczas Bożego Przemienienia oświeceni promieniami jego światłości, […] będziemy uczestniczyć w niepojętym zjednoczeniu, […] jako synowie zmartwychwstania podobni do aniołów i do Syna Bożego«. Integralna osoba ludzka wchodzi we wspólnotę z Wcielonym Synem Bożym, którego wizji dostępuje. Oglądając Go twarzą w twarz, człowiek poznaje Boga w jego światłości. W zjednoczeniu jednak wizja i poznanie są bezsilne, sama natura pozostaje bowiem nieosiągalna”. ( Paul Evdokimov, Poznanie Boga w tradycji wschodniej. Patrystyka, liturgia, ikonografia, przełożyła z francuskiego Alina Liduchowska, Kraków 1996, s. 60).

Także i św. Zofia Rzymska swymi słowami potwierdza wiarę w rajskie szczęście, zwracając się bowiem do swych trzech córek, Wiary, Nadziei i Miłości, które szły na śmierć, tak powiadała:

„Nastał czas, kiedy przez swój wieniec męczeński będziecie ślubować Oblubieńcowi i razem z Nim wejdziecie do jasnych komnat”. (Święte niewiasty. Mały leksykon hagiograficzny, zebrał i opracował Jarosław Charkiewicz, Hajnówka 2001, s. 19).

A po śmierci św. Bazylego Nowego pewien pobożny człowiek rodem z Konstantynopola miał takie oto widzenie rajskich szczęśliwości:

„Zobaczył on piękny i wielki dom, ozdobiony złotem i drogocennymi kamieniami, z napisem nad bramą: «Schronienie i wieczny odpoczynek wielebnego Bazylego Nowego». Bogobojny mąż przystanął i podziwiał krasę tego domu, gdy oto wyszedł do niego piękny młodzieniec i powiedział:

– Czemu się tak dziwisz? Zaraz ujrzysz coś znacznie bardziej zdumiewającego. Z tymi słowami rozwarł bramę domu, a przed oczami zdziwionego człowieka ukazały się piękne, wysokie komnaty. W jednej z komnat zobaczył on wielebnego Bazylego siedzącego na tronie królewskim, pośród wielkiej sławy i w otoczeniu wielu światłych mężów i młodzieńców. Wokół rosły piękne i pełne wszelkich dóbr sady, a z wewnątrz dochodził głos: «Taka nagrodę otrzymają po opuszczeniu świata wszyscy, którzy kochali Boga i gorliwie mu służyli»” (Żywot świętego Bazylego Nowego. Mytarstwa świętej Teodory, przekład z języka rosyjskiego Anna Jemeljaniuk, Hajnówka 1999, s. 53-54).

Żyjący w IX wieku św. Andrzej Salon miał taką oto wizję Raju:

„Ujrzałem siebie ubranego w jaśniejące przedziwnym światłem szaty; przepasany byłem królewskim pasem; głowę moją zdobił wieniec z kwiatów, a serce i rozum przepełniała radość na widok rajskiego piękna. Drzewa, które tu rosły, wydawały wspaniałą won. Jedne wiecznie kwitły, a inne rodziły cudowne owoce nieziemskich kształtów. Na gałęziach tych drzew siedziały niezliczone rajskie ptaki i śpiewały tak pięknie, że zapomniałem, gdzie jestem. Pośrodku Raju płynęła nawadniająca ogrody rzeka. Po obu jej brzegach rozciągały się winnice pełne złotych gron. Wiatr roznosił aromatyczną woń, szeleścił koronami drzew i krzewów” (Żywoty świętych. Księga druga. Październik, Lublin 1997, s. 52 ).

Dla prawosławnego chrześcijanina przedsmakiem rajskiej szczęśliwości jest Eucharystia:

„Eucharystia w świadomości chrześcijan Wschodu jest bramą do Nieba, która przenosi ich w świat piękna, pokoju i świętości. Wprowadzając w świat istniejący poza czasem i przestrzenią daje doświadczenie życia wiecznego, a zarazem napełnia duchową mocą do twórczego przeobrażenia świata ziemskiego”. (G. Kuprianowicz, K. Leśniewski, Monaster św. Onufrego w Jabłecznej, Jabłeczna 1995, s. 11.)

Na Sądzie Ostatecznym przyjdzie moment, gdy Jezus Chrystus nagrodzi sprawiedliwych: „Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: «Pójdźcie błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; Byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie». Wówczas zapytają sprawiedliwi: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?» A król im odpowie: «Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.»” (Mt 25, 34–40).

Jak zatem widzimy, Jezus będzie sądził ludzi przede wszystkim z miłości. Nie znaczy to, że nic więcej w życiu nie jest ważne, ale miłość jest najważniejsza. Zresztą Chrystus podkreślał to nie jeden raz. Nagrodą zaś, jaką sobie każdy człowiek może zaskarbić i zdobyć jest życie wieczne w królestwie Boga. W królestwie, za którym każdy człowiek odczuwa tęsknotę, szczególnie wówczas, gdy życie doczesne nie szczędzi mu trosk i bólu. Tęsknota owa jest jakby wpisana w ludzką naturę, dlatego przyjście Pana na Sąd i wypowiedzenie do sprawiedliwych tych wspaniałych słów: „weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!”, zabrzmi w ich uszach niczym cudowna muzyka, bowiem nareszcie ziści się to, o czym ludzkość marzyła – tak jednostki, jak i społeczeństwa – i to od chwili wypędzenia z Raju. Pragnienie szczęścia bowiem jest w sercach wszystkich – starców i dzieci, bogatych i ubogich, mądrych i nieuczonych, mężczyzn i kobiet. Każdy z ludzi pragnie wiecznego odpoczynku:

„Jak łania pragnie

wody ze strumieni,

tak dusza moja pragnie

Ciebie, Boże!

Dusza moja pragnie Boga,

Boga żywego:

kiedyż więc przyjdę i ujrzę

oblicze Boże?

(Ps 42 (41), 2–3)

„Odmień nasz los, o Panie,

jak strumienie w [ziemi] Negeb.

Którzy we łzach sieją,

żąć będą w radości”.

(Ps 126 (125), 4–5)

Szczęścia, jakiego będą doświadczać błogosławieni, nie da wyrazić się słowami. Będzie ono niepodobne do czegokolwiek, co znamy z doczesności. To bowiem, co w obecnym życiu wydaje się nam wspaniałością, nie jest nawet lichym podobieństwem tego, co Bóg przygotował zbawionym. Tak jak osoba niewidoma nie jest sobie w stanie wyobrazić rozmaitości form, barw, wszelkich cudów natury, tak samo i my, nie potrafimy wyobrazić sobie cudowności Raju. Nie mamy bowiem na to stosownych pojęć i określeń. Nawet jeżeli święci opowiadają nam o jakimś aspekcie życia błogosławionych w Królestwie Niebieskim, co znają z objawienia Bożego, to i tak niewiele nam to mówi. Jak bowiem ktoś, kto nie wie co to miód, może rozumieć jego słodycz?

Św. Efrem Syryjczyk tak mówi na temat szczęścia zbawionych: „Doskonali rozradują się w Królestwie, przyłączą się do anielskich zastępów, usłyszą radosny głos trąby i śpiewając pieśń zwycięstwa, pokonają śmierć. Drzwi raju same otworzą się dla sprawiedliwych, gdy tylko do nich podejdą; na spotkanie im wyjdzie Cherubin, okazując im cześć i uderzając w struny fletni” (Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku, przekład z rosyjskiego Andrzej Wojnowski, Hajnówka 2000, s. 81).

Raj, Królestwo Niebieskie, Nowa Jerozolima, to ustawiczne obcowanie z Bogiem, brak cierpienia, niewysłowiona radość, szczęście, uczta Boga z ludźmi, gody Baranka, spełnienie wszelkich pragnień człowieczych…

Ale też jak powiada św. Antoni Wielki: „Wiedzieć ci trzeba, że i w przyszłym wieku (życiu pośmiertnym) podzielisz swoją cząstkę z tymi, z którymi w tym (doczesnym) życiu dzielisz radość i smutek (Żywot i pouczenia św. Antoniego Wielkiego, Hajnówka 2000, s. 17)”, co będzie zaiste jeszcze jednym powodem do radości!

Pismo Święte wiele razy mówi na temat Raju, informując iż jest on nagrodą sprawiedliwych i dając nam pewne, choć przecież dość mgliste wyobrażenie na jego temat: „…ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. (1 Kor 2, 9), a co w wizji ujrzał św. Jan Apostoł: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły i morza już nie ma. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem zstępujące z nieba od Boga przystrojone jak oblubienica zdobna klejnotami dla swego męża. I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: «Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi i będą oni Jego ludem, a On będzie „BOGIEM Z NIMI”. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły». I rzekł Zasiadający na tronie: «Oto czynię wszystko nowe». I mówi: «Napisz: (…) Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia. Zwycięzca to odziedziczy i będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem. (…) I przyszedł jeden z siedmiu aniołów (…) i ukazał mi Miasto Święte – Jeruzalem zstępujące z nieba od Boga, mające chwałę Boga. Źródło jego światła podobne do kamienia drogocennego jakby do jaspisu o przejrzystości kryształu. (…) A świątyni w nim nie dojrzałem: bo jego świątynią jest Pan Bóg wszechmogący oraz Baranek. I Miastu nie trzeba słońca ni księżyca, by mu świeciły, bo chwała Boga je oświetla, a jego lampą – Baranek. I w jego świetle będą chodziły narody, i wniosą do niego królowie ziemi swój przepych. I za dnia bramy jego nie będą zamknięte: bo już nie ma tam nocy. I wniosą do niego przepych i skarby narodów. A nic nieczystego do niego nie wejdzie ani ten, co popełnia ohydę i kłamstwo. I ukazał mi wodę rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka. Pomiędzy rynkiem Miasta a rzeką, po obu brzegach, drzewo życia, rodzące dwanaście owoców – wydające swój owoc każdego miesiąca, a liście drzewa [służą] do leczenia narodów. Nic godnego klątwy już [odtąd] nie będzie. I będzie w nim tron Boga i Baranka, a słudzy Jego będą Mu cześć oddawali. I będą oglądać Jego oblicze, a imię Jego – na ich czołach. I [odtąd] już nocy nie będzie. A nie potrzeba im światła lampy i światła słońca, bo Pan Bóg będzie świecił nad nimi i będą królować na wieki wieków”. (Ap 21, 1 i n.; 22, 1–5).

Ów Raj, owo Jeruzalem Nowe, to przyszły dom błogosławionych, o którym Jezus powiedział: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuje wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”. (J 14, 2–3).

Dlatego wierzący w Chrystusa nie powinni zapominać, że: „Nie mamy tutaj [w doczesności] trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść”. (Hbr 13, 14).

A ów Raj jest przecież dla każdego sprawiedliwego „w zasięgu ręki”. Czyż bowiem Dobremu Łotrowi, gdy ten prosił: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. (Łk 23, 42) Zbawiciel nie powiedział: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju”. (Łk 23, 43)?

Dlatego każdy prawosławny chrześcijanin powinien mieć świadomość, kim jest, i dokąd powinien zmierzać: „Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga, który sądzi wszystkich, do duchów sprawiedliwych, które już doszły do celu. (Hbr 12, 22–23).

Ponieważ: „On [Bóg] w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie”. (1 P 1, 3–4) gdzie na świętych czeka wieczne życie we wspólnocie z Jezusem, który podczas Ostatniej Wieczerzy zapewniał swych uczniów: „Lecz powiadam wam: Odtąd nie będę już pił z tego owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić go będę z wami nowy, w królestwie Ojca mojego”. (Mt 26, 29 BT), a „Szczęśliwy ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym”. (Łk 14, 15 BT), bowiem „…cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić”. (Rz 8, 18), a Bóg zapewnia swoim słowem: „Zwycięscy dam spożyć owoc z drzewa życia, które jest w raju Boga”. (Ap 2, 7 BT)

Ojcowie Kościoła, wypowiadając się, na temat Królestwa Bożego, pouczają, by nie próbować go sobie wyobrażać na sposób ziemski, choć pewne informacje na jego temat posiadamy. Na przykład św. Efrem Syryjczyk tak naucza: „W mieszkańcach Raju nie znajdziesz gniewu, bo wolni są oni od drażliwości; nie szkodzą sobie wzajemnie, nie żywią gniewu, bo wolni są od wszelkiej zawiści”. (Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku…, s. 83).

Dla św. Grzegorza Teologa Raj jest czymś tajemniczym, o czym należy mówić z szacunkiem i bojaźnią Bożą. Dla św. Jana Złotoustego to, co znajdujemy w Biblii, na temat Raju jest symboliczne i zagadkowe. Istota Raju zawiera się według niego w tych oto słowach:

„Odkupieni przez Pana powrócą,

przybędą na Syjon z radosnym śpiewem,

ze szczęściem wiecznym na twarzach:

osiągną radość i szczęście,

ustąpi smutek i wzdychanie”. (Iz 35, 10).

Co znaczy, że nie będzie tam chorych i ubogich, nie będzie starości i śmierci, nie będzie uciskających i uciśnionych, nie będzie gniewu i zawiści, ani złorzeczenia, ani władzy jednych ludzi nad drugimi, ani chciwości i zabiegania o materialne dobra. Tam wszelkie namiętności wygasną. Nasza skażona natura ulegnie przeobrażeniu i staniemy się doskonali. Przede wszystkim jednak największą radość będzie sprawiać wspólnota z Jezusem, z aniołami i mocami niebieskimi, z którymi błogosławieni będą jednego ducha i jednej myśli. W Raju będzie prawdziwe życie, wolne od jakichkolwiek trosk i lęków.

Św. Bazyli Wielki naucza, iż Raj to „kraina życia”, gdzie się nie umiera z powodu grzechów, ale ma się wspólnotę z Jezusem. Raj to miejsce, gdzie zło zostało wyrwane z korzeniem, gdzie nie ma ni nocy, ni snu, ni materialnych pokarmów i napojów, podtrzymujących nasze słabości. Nie ma tam chorób ani lekarstw, nie ma sądów, nie ma handlu, ni rzemiosł, ni pieniędzy – początku zła, przyczyny wojen, i korzenia wrogości.

Ale Królestwo Niebieskie to nie życie w bezczynności, pasywne i senne, jak to się niektórym może wydawać. To nie bezbarwna egzystencja trwająca w bezruchu przez wieki wieków. Wręcz przeciwne! To życie przepełnione działaniem przewyższającym znane ludzkie wyobrażenia. Przyszłość błogosławionych w Raju to życie i ruch! Życie twórcze, całkiem różne od życia doczesnego. W przyszłym życiu, w Królestwie Boga, więcej będzie ruchu i działania niż w obecnym, niezakłóconego niczym co złe lub przykre. Błogosławieni zawsze młodzi i piękni udadzą się do nowych, niewyobrażalnie cudnych światów. Zamieszkają w świecie wiecznie nowym, wiecznie świetlistym, wiecznie wspaniałym, wiecznie świętym: „Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie”. (2 Kor 5, 1).

Sprawiedliwi w Raju będą zawsze piękni i zawsze młodzi. Chociaż wszyscy zbawieni będą cieszyć się doskonałą błogością, w niebie będą różne stopnie szczęśliwości, czy też, mówiąc innymi słowy, różne stopnie nagrody, w zależności od zasług, jakie sobie zaskarbili podczas życia w doczesności. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ nie każdy jednakowo się zasłużył.

Lecz – jak naucza św. Grzegorz z Nyssy, nikt nikomu nie będzie zazdrościł, każdy bowiem będzie się cieszył tym, co mu zostało dane. Wprost przeciwnie! Dodatkowym powodem do radości, będzie dla błogosławionych obserwowanie szczęścia innych.

Zresztą według słów św. Izaaka Syryjskiego zazdrość w Raju, gdzie nie ma miejsca na smutek (a zazdrość powoduje między innymi właśnie smutek), nie jest możliwa. Wszystkich zbawionych, łączyć będzie jedno uczucie, miłość.

Dodatkowe szczęście zbawionych będzie wypływać i z tego, że w rajskiej ojczyźnie będą mogli radować się towarzystwem swych najbliższych (o ile oczywiście i oni będą błogosławieni), z którymi w doczesności dzielili tak radości, jak i smutki.

W Raju znów spotkają się kochający małżonkowie, rodzice będą mogli się cieszyć swoimi dziećmi, a przyjaciele przyjaciółmi. Mamy więc realną szansę po zmartwychwstaniu odzyskać to, co straciliśmy – zda się bezpowrotnie – w życiu doczesnym.

Według opinii Ojców Kościoła, błogosławieni w Raju będą się rozpoznawać nie tyle po kształcie ciała, które, choć po zmartwychwstaniu będzie tożsame z tym, które istniało w doczesności, nie będzie jednak podobne do ciała skażonego i śmiertelnego, ale raczej przez wizje dusz innych błogosławionych. I w ten sposób będą się także rozpoznawać i ci, którzy się nigdy w doczesności nie widzieli.

Czy będą też z nami zwierzęta?… także i te najbliższe naszym sercom, które kiedyś towarzyszyły nam w doczesności… te które kochaliśmy i które nas kochały?…

Ufajmy, że tak… że będą… jako dar – łagodny uśmiech Boga, który pamięta każde stworzenie. I który mówi: „To, co stworzyłem, nie zginie. Bo było dobre.”

Nota bibliograficzna

Choć niniejsza książka nie rości sobie prawa do naukowego charakteru, opiera się na solidnym fundamencie Tradycji chrześcijańskiej – zarówno zachodniej, jak i wschodniej. W rozważaniach dotyczących obecności zwierząt w perspektywie wieczności uwzględniono głosy świętych, myślicieli duchowych i duszpasterzy, którzy traktowali stworzenie z głębokim szacunkiem jako dzieło Boga. Książka nie korzysta ze źródeł teologii modernistycznej, lecz czerpie z tekstów zgodnych z duchem Tradycji Kościoła – także prawosławnego.

Poniżej przedstawiono wybraną literaturę, która była inspiracją do refleksji i może posłużyć czytelnikowi do dalszego pogłębienia tematu. Oczywiście, autor opracowania korzystał z wielu innych źródeł i publikacji dotyczących tego zagadnienia, jednak dla zachowania przejrzystości, nie ma potrzeby zbytniego rozbudowywania tej listy.

Wybrana literatura

Randy Alcorn, Heaven: Biblical Answers to Common Questions about Our Eternal Home, Tyndale House Publishers, Amazon 2011

Clive Staples Lewis, The Problem of Pain, Harper, San Francisco 2000

Billy Graham, Till Armageddon: A Perspective on Suffering, Word Books, Waco 1981

Joni Eareckson Tada, When God Weeps: Why Our Suffering Matters to the Almighty, Grand Rapids 1997

„О животных” [w:] Азбука веры – https://azbyka.ru/ob-otnoshenii-k-zhivotnym

Архимандрит Рафаил (Карелин), Церковь и мир на пороге Апокалипсиса, Подворье Свято-Троицкой Сергиевой Лавры, 2010 (https://www.litres.ru/book/rafail-karelin/cerkov-i-mir-na-poroge-apokalipsisa-31518422/chitat-onlayn/?page=4 – dostęp: 26 maj 2025)

Ольга Гуманова, Попадут ли животные в рай? (źródło: pravda.ru – https://www.pravda.ru/faith/1062944-animals/, dostęp: 26 maj 2025)

Славен Любомиров, Будут ли животные в Раю? А в Царстве Небесном? Будут ли наши домашние животные с нами в Раю?, (źródło: https://proza.ru/2020/07/08/1507, dostęp: 26 maj 2025)

Иеромонах Серафим Роуз, Православное понимание книги Бытия, Российское Отделение Валаамского Общества Америки, 1998 (źródło: https://www.eparhia-saratov.ru/Content/Books/196/genesis.pdf, dostęp: 26 maj 2025)

============================

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Czy zwierzęta mają duszę? Czy w niebie znajdzie się dla nich miejsce?

Czy zwierzęta mają duszę?

Czy w niebie znajdzie się dla nich miejsce?

Jeśli szukasz odpowiedzi na te pytania, to sięgnij po książkę: Stworzenie i wieczność. Czy w niebie będą zwierzęta? Andrzeja J. Sarwy. Autor dokonał bardzo ciekawej analizy zagadnienia rzadko podejmowanego w literaturze religijnej. Jeśli chcesz wiedzieć jakie jest miejsce zwierząt w Bożym planie zbawienia i ich los w życiu wiecznym, to książka dla Ciebie!

Gdzie trafiają zwierzęta po śmierci?

Czy zwierzęta będą w niebie? To pytanie, które zadaje sobie wielu ludzi – zarówno wierzących, jak i poszukujących. Andrzej Juliusz Sarwa w swojej książce prowadzi czytelnika przez bogatą tradycję chrześcijańską. Wyrusz z autorem w tę ciekawą podróż przez wieki – od biblijnych przesłanek i apokryfów, przez nauczanie Ojców Kościoła, aż po współczesne refleksje teologiczne.

Sarwa omawia stanowiska Kościoła katolickiego i prawosławnego. W książce znajdziesz cytaty wielkich świętych, takich jak: święty Augustyn, święty Franciszek, czy święty Tomasz z Akwinu. Autor analizuje symbolikę zwierząt i możliwość posiadania przez nie duszy. W książce znajdziesz rozważania na temat duchowej więzi zwierząt z ludźmi oraz nad rolą stworzenia w odkupieniu i ostatecznym odnowieniu świata.

Symbolika zwierząt w Kościele katolickim

Symbolika zwierząt w tradycji katolickiej ma głębokie korzenie biblijne i teologiczne. Jest to bardzo interesujący temat. Zwierzęta często pojawiają się w Piśmie Świętym jako znaki duchowych prawd. Baranek symbolizuje Chrystusa, lew siłę i królewskość, a gołębica Ducha Świętego. W sztuce sakralnej i hagiografii liczne zwierzęta towarzyszą świętym, podkreślając ich świętość i jedność ze stworzeniem – jak wilk u świętego Franciszka czy lew u św. Hieronima.

W średniowiecznej teologii każde stworzenie miało swoje przypisane znaczenie, będąc częścią Bożego planu objawienia. Zwierzęta nie tylko symbolizują cnoty i wady, ale też wskazują na głęboką więź świata materialnego z duchowym. Współcześnie wypycha się ze świadomości wykształconych ludzi wagę i znaczenie symboliki. Przełam schematy współczesności i zdobądź wiedzę, która uczyni cię wyjątkowym; odkoduj znaczenie symboli!

Gdzie trafiają zwierzęta po śmierci? – książka dla miłośników zwierząt

Stworzenie i wieczność. Czy w niebie będą zwierzęta to książka dla tych, którzy szukają odpowiedzi na pytanie – gdzie trafiają zwierzęta po śmierci? Jeśli kochasz zwierzęta to książka, którą powinieneś przeczytać. Jeśli pożegnałeś swojego pupila, a smutek nie mija, choć mija czas, to sięgnij po tę książkę koniecznie!

Poszukiwanie nadziei i głębia duchowej relacji człowieka z przyrodą jest obecna w kulturze i religijności od stuleci. Autor tego wyjątkowego opracowania porusza tematy: śmierci, cierpienia, nieba i wiecznego szczęścia, ukazując je w świetle chrześcijańskiej eschatologii. Z tej publikacji dowiesz się, że nie tylko święty Franciszek ukochał zwierzęta i miał za życia szczególną więź ze światem przyrody.

Stworzenie i wieczność. Czy w niebie będą zwierzęta” to doskonała lektura! Polecamy ją szczególnie miłośnikom zwierząt! Osoby wierzące, poszukujące, duchowni i wszyscy pragnący zgłębić metafizyczny wymiar stworzenia dowiedzą się wiele ciekawych rzeczy z tej wyjątkowej książki! Polecamy!

Tytuł: Stworzenie i wieczność. Czy w niebie będą zwierzęta?

Autor: Andrzej Juliusz Sarwa

Wydawnictwo: Armoryka

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Kalif Al–Hakim i druzowie

Kalif Al–Hakim i druzowie

Andrzej Sarwa

Najpierw kalif Al–Hakim bi–Amr Allah w roku 1009 wydał polecenie, zrównania z ziemią Bazyliki Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Później zaś rozkazał, by Hamza ibn Ali ibn Ahmad, perski ismailita, w maju roku 1017 ogłosił rozpoczęcie nowej ery, w której wyznawać się będzie nową religię, al–MuwahhidunMonoteizm i że Al–Hakim jest Bogiem wcielonym, co zostało potwierdzone stosownym dekretem. Jej wyznawców nazwano druzami. Była to i jest wyznawana nadal religia tajna. Do czasów kalifa Al–Hakima chrześcijanie mogli bez najmniejszych przeszkód pielgrzymować do Grobu Pańskiego, ale ten czas się skończył. Nie dość, że muzułmańscy władcy już nie patrzyli przychylnym okiem na chrześcijańskich pątników z Europy, to na dodatek i tak nie było dokąd i po co wędrować, bo bazylika Grobu Pańskiego została zburzona… Nie było zatem innego wyjścia i trzeba było złu zaradzić. Nadchodziła epoka wojen krzyżowych, a wraz z nimi przeszczepianie kabalistyczno–ezoterycznych idei (w tym i druzyjskich) z Bilskiego Wschodu do Europy, idei które powoli wytyczały szlaki nowym prądom duchowym i kulturowym, podkopując powoli, bo powoli, ale jednak fundamenty cywilizacji łacińskiej, której całkowity upadek możemy właśnie dziś obserwować.

* * *

W tym czasie, gdy chrześcijanie byli zajęci obliczaniem coraz to nowych dat dnia Sądu Ostatecznego, w Egipcie kalif Al–Hakim bi–Amr Allah zajmował się zgoła czym innym. Początkowo jako pobożny muzułmanin wybudował w Kairze wspaniały meczet noszący po dziś dzień jego imię, później jednak – nie wiadomo czy ogarnięty religijnym obłędem, czy może raczej owładnięty przez demoniczne dżiny, choć początkowo dość wyrozumiały i łagodny dla chrześcijaństwa zaczął je w sposób gwałtowny i bezwzględny zwalczać, choć matkę miał chrześcijankę. Prześladował duchowieństwo i wiernych oraz na ogromną skalę burzył kościoły.

W ciągu dziesięciu lat najdzikszego religijnego terroru, trwającego od roku 1004 do 1014 rozkazał obrabować i spalić ponad trzydzieści tysięcy chrześcijańskich świątyń i monasterów! Szczytowym zaś dokonaniem tegoż kalifa było, w roku 1009, w Jerozolimie, zrównanie z ziemią Bazyliki Grobu Pańskiego, po której nie został kamień na kamieniu.

Szaleństwo Al–Hakima po roku 1014 przybrało jeszcze inną formę. Oto zaczął się skłaniać ku naukom ismailitów, głosicieli i wyznawców ezoterycznych doktryn zawierających pierwiastki filozofii platońskiej wymieszane z gnostyckim mistycyzmem, które były zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych. Kalif ostatecznie przystał do tegoż ruchu, z którego wyemanowała nowa grupa religijna – druzowie.

Była to kulminacja działalności władcy, który już na początku swoich rządów zapowiedział nadejście nowej ery – ery prawdziwego monoteizmu. A sam ogłosił się inkarnacją Boga, który objawił się w ludzkim ciele, po to, aby naprawić wszystko, co zostało wypaczone przez islam, chrześcijaństwo, judaizm i inne religie.

Ostatecznie kalif rozkazał, by Hamza ibn Ali ibn Ahmad, perski ismailita, który w roku 1014 przybył do Egiptu i zaczął tu nauczać, w maju roku 1017 ogłosił rozpoczęcie tejże ery, w której wyznawać się będzie nową religię, al–MuwahhidunMonoteizm i że Al–Hakim jest Bogiem wcielonym, co zostało potwierdzone stosownym dekretem.

Doktryna, której wyznawcy ostatecznie zostali nazwani druzami, przypisująca sobie pochodzenie od Abrahama, w rzeczywistości jest systemem synkretycznym zawierającym w sobie elementy najrozmaitszych filozofii i religii – gnostycyzmu, neoplatonizmu, pitagoreizmu, ismailizmu, judaizmu rabinicznego, heterodoksyjnego chrześcijaństwa, hinduizmu, buddyzmu, monoteizmu egipskiego sięgającego – być może – czasów Echnatona, zaratusztrianizmu, manicheizmu i oryginalnej myśli samego Hamzy, a może i kalifa al–Hakima także. Na ich bazie powstała odrębna i częściowo tajna teologia, interpretująca święte księgi – Koran, Pismo Święte Nowego Testamentu i własne dzieło Kitab al–Hikma – na sposób i egzo– i ezoteryczny, podkreślająca znaczenie roli umysłu i wiedzy, a nie wiary, dzięki czemu człowiek może ostatecznie osiągnąć stan przebóstwienia. Ponieważ nie jesteśmy jednak doskonali, to aby owo osiągnąć, musimy przejść przez cykl licznych narodzin i śmierci, odradzając się w coraz to nowych ciałach. Dopiero po zakończeniu tej wędrówki dusza dotrze do końca cyklu narodzin i zjednoczy się z Al–aqal al kulliUmysłem Kosmicznym.

To jest wiedza egzoteryczna, jawna, dostępna dla wszystkich. Jest jednak jeszcze inna wiedza, znana wyłącznie wtajemniczonym, bo druzowie podzielili się na dwie klasy – nieświadomych profanów dżuhhal i wtajemniczonych oświeconych – ukkal. Tyle że na jej temat nic nie wiadomo. Owszem są różne domysły, przypuszczenia, hipotezy, ale… od XI wieku aż po dziś dzień nie znalazł się nikt, kto zdradziłby tajemnicę… Aż trudno w to uwierzyć, niemniej takie są fakty.

Hamza ibn Ali ibn Ahmad, początkowo popierany przez kalifa, w końcu stracił jego zaufanie. Przyczyną tego była chęć wprowadzenia zbyt radykalnych reform – bezwzględnej walki z dawną tradycją, postulowanie wprowadzenia zakazu wielożeństwa, rozwodów, powtórnych małżeństw i innych zwyczajów, do których ludzie byli przywiązani.

Hamza był też atakowany przez innych teologów, w tym również swojego bliskiego współpracownika, któremu na imię było Ad–Darazi. Ostatecznie został przepędzony i nie tylko ślad po nim zaginął, ale został praktycznie zapomniany.

Nie minęło wiele czasu, a podobny los spotkał kalifa.

Al–Hakim uwielbiał samotne nocne wędrówki i z jednej z nich, na którą się wybrał w środę, 13 lutego, 1021 roku, już nie wrócił. Poszukiwania nic nie dały. Bóg i zarazem kalif, czyli władca wiernych, przepadł bez wieści… Co się z nim stało? Czy spotkał go jakiś wypadek? A może został porwany i uwięziony? Być może stracił pamięć? A może został zamordowany? Cóż, wszystkie te przyczyny są prawdopodobne, druzowie jednak wierzą, iż wstąpił do nieba…

Po zniknięciu Hamzy i Al–Hakima przywództwo nad druzami objął Baha’uddin Ali ibn Ahmad ibn ad Dayf (979–1043), który przed śmiercią, w roku 1043 zakazał głoszenia nowej wiary, a przyjmowanie nowych członków do społeczności druzów zostało zabronione, w oczekiwaniu na powrót Al–Hakima, na Dzień Sądu Ostatecznego, na złoty wiek, i na Nowy Porządek Świata, który ma nastać.

Na Dzień Sądu i Nową Ziemię czekali także i chrześcijanie. Lecz to trzeba było odłożyć na później, najpierw bowiem należało odzyskać Jerozolimę i Grób Pański.

Zachód ruszył tedy na wojenną wyprawę przeciw Saracenom… Co też się i udało. Grób Pański odzyskano, a Bazylikę wnoszącą się nad nim odbudowano… Teraz trzeba było już tylko strzec zdobyczy. Stróżami Grobu zostali król jerozolimski oraz świeccy i zakonni rycerze… Do czasu…

Lecz i to odeszło w mroki przeszłości… królowie… kalifowie… rycerze… mnisi… wojny… zwycięstwa… klęski… łupy… krew… łzy… kary zsyłane przez niebiosa… głód… swary i waśnie… i śmierć czarna… i upadek dawnych autorytetów… a potem – Stary Świat uległ transformacji, ale za to Świat Nowy otworzył swe bramy dla tego, co w Starym Świecie zaczęło przemijać… i odtąd nic już nie było tak jak wcześniej… bo odwieczny ład kruszał i butwiał, świat zaś i ludzkość dryfowały w stronę ładu nowego… czy lepszego, jak ludziom wmawiano?…

A jakiż to był jego początek? Nader prozaiczny… Bunt i sprzeciw wobec zastanego porządku… Bo po co naprawiać? Lepiej zniszczyć i… zastąpić swoim porządkiem, według własnych prywatnych wyobrażeń… A może… a może podszeptów diabelskich?…

=======================

mail:

To przy okazji niech się  lud dowiaduje, że krucjaty to nie była żadna zbrodnia na biednych muślimach, ale odzyskiwanie tego co przez wieki należało do świata chrześcijańskiego

Znaki i przepowiednie nadchodzącego końca świata

Znaki i przepowiednie nadchodzącego końca świata

zebrał i opracował:

Andrzej J. Sarwa

WPROWADZENIE

Motto:

Czas zwycięży nad nami, wiatr rozpędzi wszystko
Aleksandry, Cezary – imperia skrwawione
Troja, Rzym niezdobyty padły w rumowisko
I nawet Anglie kiedyś będą obalone…

Anonim

Nic nie jest wieczne. Wszystko, co miało początek, musi mieć i koniec. Nasz świat, nasza Ziemia nie stanowią wyjątku od tej reguły. Kiedyś nastanie także i ich kres.

Kiedy jednak to nastąpi? Czy koniec świata jest bliski, czy może jeszcze bardzo odległy? Czy przed ludzkością dziesięciolecia, czy tysiąclecia istnienia w tej rzeczywistości? Czy potrafimy z całą pewnością podać godzinę, dzień, miesiąc, rok, w którym nastanie ów koniec?

Jest sporo osób, które uważają, że ową datę da się wyliczyć z precyzją i dokładnością. Czy rzeczywiście? Czy ludzkości kiedykolwiek przekazano aż tak dokładne wskazówki i tak ścisłe dane, iż można pokusić się o precyzyjne wyznaczenie daty końca świata? Chyba jednak nie. Niemniej we wszystkich religiach – tak objawionych, jak i pogańskich mamy jasno powiedziane, iż koniec świata nastanie, a poprzedzać go będą pewne konkretne wydarzenia i znaki. Wydarzenia i znaki, które opisano w świętych księgach, objawieniach, przepowiedniach, wyroczniach…

A ponieważ wedle tych przepowiedni i znaków wyraźnie widać, iż końca świata nie można traktować jako bardzo odległej perspektywy, warto o nich opowiedzieć.

Sceptyk wszakże może zapytać: „No dobrze, ale czy jest choć jedna przepowiednia, która już się spełniła? Czy jakieś znaki wieszczące takie, czy inne wydarzenia rzeczywiście je zapowiedziały?”

Odpowiedzieć na to można: oczywiście! Takich znaków i przepowiedni, które już się wypełniły, jest wiele i nie musi się ich szukać ani w świętych księgach, ani w objawieniach stricte religijnych. Aby nie sięgać zbyt daleko – można je odnaleźć choćby u wybitnych poetów żyjących nie tak znów dawno. Przeczytajmy choćby ten wiersz Michaiła Lermontowa (1814–1841), wieszczący nadejście krwawej rewolucji w Rosji i chociaż w niewielu słowach, ale przecież genialnie opisujący tak wydarzenia, jak owoce i jej przywódcę:

Przepowiednia

Nadejdzie rok, rok czarny krwi, pożarów,

Gdy padnie w proch korona z głów carów,

Zapomni tłum o dawnej czci dla pana

I karmą wielu będzie krew przelana;

Gdy czystych żon przed nożem i niesławą

Zwalone w gruz już nie osłoni prawo,

Ni dzieci ich niewinnych, – gdy wśród sioła

Zarazy duch powstanie i wywoła

Z zapartych chat ukryty trwożnie lud…

I będzie żarł wnętrzności twardy głód,

I ogniem łun zapłonie każda rzeka…

Zabłyśnie wtedy władcza twarz człowieka

I poznasz go, i pojmiesz, patrząc z bliska,

Dlaczego nóż w prawicy jego błyska…

I biada ci! Twój lęk, twej widok trwogi

Zbudzi w nim, wiedz! Li tylko śmiech złowrogi;

I wszystko w okrutne i ponure,

Jak jego płaszcz i skroń wzniesiona w górę…

(Michał Lermontow, Przepowiednia, przeł. T. Stępniowski, [w:] M. Lermontow, Wiersze i poematy, Warszawa 1980.)1

Jeszcze jaśniej można to odczytać z oryginalnego tekstu. Kto zna rosyjski, może sam się przekonać:

Предсказание

Настанет год, России черный год,

Когда царей корона упадёт;

Забудет чернь к ним прежнюю любовь,

И пища многих будет смерть и кровь;

Когда детей, когда невинных жен

Низвергнутый не защитит закон;

Когда чума от смрадных, мертвых тел

Начнет бродить среди печальных сел,

Чтобы платком из хижин вызывать,

И станет глад сей бедный край терзать;

И зарево окрасит волны рек:

В тот день явится мощный человек,

И ты его узнаешь – и поймешь,

Зачем в руке его булатный нож;

И горе для тебя!– твой плач, твой стон

Ему тогда покажется смешон;

И будет все ужасно, мрачно в нем,

Как плащ его с возвышенным челом.

Ale nie tylko wielcy poeci, ludzie wykształceni, czy wybitni są autorami przepowiedni, z których większość się już wypełniła, lecz i ludzie prości, analfabeci, jak choćby Mitar Tarabić (1829–1899) prosty chłop z wsi Kremna w Serbii, który doświadczał wizji proroczych. A przepowiedział on między innymi:

  • zamordowanie w 1903 r. króla Aleksandera i Dragi Obrenowić,
  • wybuch w 1912 r. wojny na Bałkanach,
  • wybuch w 1914 r. I wojny światowej,
  • rozpad Cesarstwa Austro–Węgierskiego,
  • zabójstwo w 1934 r. króla Aleksandra,
  • II wojnę światową i rolę, jaką w niej odegrać miał Josip Broz Tito,
  • powstanie Izraela,
  • rozpad Jugosławii.

A oto kilka oryginalnych przepowiedni owego niepiśmiennego chłopa odnoszących się do naszych czasów, cytuję za serwisem internetowym INFRA:

„…kiedy świat zacznie po drugiej wielkiej wojnie żyć w pokoju i dostatku, wszystko to będzie jak gorzka iluzja, ponieważ wielu zapomni o Bogu i będą czcili tylko swoją własną ludzką inteligencję… A czy wiesz (…), czym jest ludzka inteligencja w porównaniu z wolą i wiedzą Boga? Jest drobiną mniejszą od kropli w oceanie.

Człowiek zbuduje pudło, w którym będzie swego rodzaju przyrząd z obrazami, ale oni nie będą mogli porozumiewać się ze mną już zmarłym.

Cały świat opanuje dziwna zaraza i nikt nie będzie mógł znaleźć na nią lekarstwa. Wszyscy będą mówić: «Wiem, wiem, bo jestem uczony i mądry» – ale nikt nic nie będzie wiedział. Ludzie będą myśleli i myśleli, ale nie będą umieć znaleźć właściwego leku, którym byłaby boska pomoc, wokół nich i w nich samych.

Człowiek uda się do innych światów i znajdzie tam martwe pustynie i wciąż, niech mu Bóg wybaczy, będzie myślał, że wie lepiej niż sam Bóg. Nie zobaczy tam nic, z wyjątkiem wiecznego spokoju Boga, ale odczuje swoim sercem i duszą ogrom piękna i mocy Boga. Ludzie będą jeździć pojazdami po Księżycu i latać do gwiazd.

Będą szukać życia, ale życia podobnego do naszego nigdzie nie znajdą. Ono tam będzie, ale oni nie będą w stanie go pojąć i rozpoznać, że to jest życie. Ten, który tam idzie, niech mu Bóg wybaczy, nie wierząc w Boga, jak przystoi honorowemu i uczciwemu człowiekowi, kiedy wróci, powie: «O, wy ludzie, którzy wymawiacie imię Boga z wątpliwością, idźcie tam, gdzie ja byłem, i wtedy zobaczycie, co znaczy boski umysł i moc».

Im więcej ludzie będą wiedzieli, tym mniej będą kochać i opiekować się innymi. Nienawiść będzie tak wielka między nimi, że będą ich bardziej obchodzić ich urządzenia niż krewni. Człowiek będzie bardziej polegał na swoich urządzeniach niż na swoim najbliższym sąsiedzie… (…) Ci, którzy będą czytali i pisali różne księgi z liczbami, będą myśleli, że wiedzą najwięcej. Ci wyuczeni ludzie pozwolą, by ich życie toczyło się zgodnie z obliczeniami. Będą żyli i czynili dokładnie tak, jak im te liczby powiedzą. Wśród tych wyuczonych ludzi znajdą się źli i dobrzy. Ci źli będą czynić zło. Zatrują powietrze i wodę i zasieją pomór na morza, rzeki i ziemię, i ludzie zaczną nagle umierać z powodu różnych dolegliwości.2 Ci dobrzy i mądrzy dostrzegą, że ta cała praca i wysiłki nie są warte grosza i że prowadzą do zniszczenia świata, i zamiast poszukiwać mądrości w liczbach, zaczną jej szukać w medytacjach”.3

Już choćby z powyższego jasno widać, że przepowiednie i proroctwa nie powstają po zaistniałych wydarzeniach, jak twierdzą ateistyczni materialiści, ale przepowiadają wydarzenia, na długo przedtem, nim mają one miejsce. Oczywiście, odnośnie proroctw starotestamentowych, kiedy nie można dokładnie wyliczyć czasu powstania danej księgi, danego proroctwa, trudno wchodzić w spór ze „sceptycznymi racjonalistami”. Niemniej warto powiedzieć, że według badań przeprowadzonych przez uczonych, Biblia zawiera dwa i pół tysiąca proroctw, z których dosłownie, w stu procentach, spełniło się już dwa tysiące, pozostałe czekają na wypełnienie się.

Pozwolę więc sobie przytoczyć zestawienie kilkunastu z takich wypełnionych proroctw starotestamentowych, które sporządził Dr Hugh Ross:

  • „W jakiś czas przed rokiem 500 przed Chrystusem prorok Daniel obwieścił, że długo oczekiwany Mesjasz Izraela rozpocznie działalność publiczną w 483 lata po ogłoszeniu dekretu o odbudowie Jerozolimy (Daniel 9:25–26). Ponadto przewidział on, że Mesjasz zostanie ‘zgładzony’, uśmiercony, oraz że wydarzenie to będzie miało miejsce przed powtórnym zniszczeniem Jerozolimy. Istnieje bogaty materiał dowodowy wskazujący na to, że owe proroctwa zostały dokładnie wypełnione w życiu (i ukrzyżowaniu) Jezusa Chrystusa. Dekret dotyczący odbudowy Jerozolimy został wydany przez króla Persji Artakserksesa na ręce kapłana hebrajskiego Ezry w roku 458 przed Chrystusem. 483 lata później Jezus Chrystus rozpoczął nauczać publicznie w Galilei. (Należy tutaj zwrócić uwagę na to, że z powodu zmian w kalendarzu rozpoczęcie działalności Chrystusa większość historyków datuje na rok 26 n.e. Ponadto interwał czasowy od 1 roku p.n.e do 1 roku n.e. wynosi 1 rok.) Ukrzyżowanie Jezusa nastąpiło zaledwie w kilka lat później, a po kolejnych czterech dekadach, w roku 70 n.e. Jerozolima została zburzona. (Prawdopodobieństwo przypadkowego wypełnienia pierwszych przepowiedni wynosi mniej więcej 1 do 105).
  • Mniej więcej w roku 700 p.n.e. prorok Micheasz podał nazwę wioski Betlejem jako miejsce urodzenia Mesjasza izraelskiego (Micheasz 5:1,2). Wypełnienie tego proroctwa w postaci narodzin Chrystusa jest jednym z najbardziej znanych i najpowszechniej celebrowanych faktów historycznych.(Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 105).
  • W V wieku p.n.e. prorok o imieniu Zachariasz oznajmił, że Mesjasz zostanie zdradzony za cenę niewolnika ‘trzydzieści sztuk srebra’, zgodnie z prawem żydowskim – jak również, że pieniądze te zostaną użyte do kupna pola cmentarnego dla biednych ludzi spoza Jerozolimy (Zachariasz 11:12–13). Zarówno Biblia, jak i świeccy historycy podają, że Judasz Iskariot otrzymał trzydzieści srebrników za zdradzenie Jezusa. Wymienione źródła wskazują również na to, że pieniądze te zostały użyte do nabycia ‘pola garncarza’, na cmentarz dla cudzoziemców (Mateusz 27:3,10). (Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 1011).
  • Około 400 lat, zanim wynaleziono ukrzyżowanie, król Dawid i prorok Zachariasz opisali śmierć Mesjasza w słowach, które w wierny sposób przedstawiają ten rodzaj egzekucji. Następnie, obaj autorzy twierdzą, że ciało zostanie przekłute, a kości nie zostaną złamane, w przeciwieństwie do tego, czego normalnie dokonywano po ukrzyżowaniu (Psalm 22 i 34:20; Zachariasz 12:10). Zarówno historycy, jak i autorzy Nowego Testamentu potwierdzają wypełnienie tych przepowiedni: Jezus z Nazaretu umarł na rzymskim krzyżu, a jego niezwykle szybka śmierć wyeliminowała konieczność normalnego łamania kości. Włócznia została wbita w jego bok, aby sprawdzić, czy zmarł. (Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 1013).
  • Prorok Izajasz przepowiedział, że król–zdobywca imieniem Cyrus zniszczy, zdawałoby się niezdobyty Babilon, oraz że podporządkuje sobie Egipt wraz z większą częścią znanego podówczas świata. Ten sam człowiek, stwierdza Izajasz, pozwoli żydowskim wygnańcom powrócić wolno do ich kraju bez potrzeby zapłaty okupu (Izajasz 44:28; 45:1 i 45;13). Izajasz zapisał to proroctwo na 150 lat przed urodzeniem Cyrusa i na 180 lat, zanim Cyrus dokonał wymienionych czynów (a Cyrus rzeczywiście dokonał ich wszystkich), oraz na 80 lat, zanim Żydzi zostali wzięci do niewoli. (Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 1013).
  • Potężny Babilon o powierzchni 196 mil kwadratowych (500 km2) był otoczony nie tylko fosą, ale również podwójnymi murami obronnymi o wysokości 330 stóp (100 m) i grubości 90 stóp (27 m). Miasto bezsprzecznie uważano za miejsce nie do zdobycia, a jednak dwóch biblijnych proroków ogłosiło jego zagładę. Prorocy ci twierdzili również, że ruiny tego miasta będą unikane przez podróżnych, że miasto nie będzie już więcej zamieszkałe oraz że jego kamienie nie zostaną nawet powtórnie użyte do budowy (Izajasz 13:17, 22 oraz Jeremiasz 51:26, 43). Ich opis jest zgodny z dobrze udokumentowaną historią tej słynnej twierdzy. (Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 109).
  • Dokładna lokalizacja i kolejność budowy dziewięciu przedmieść Jerozolimy zostały przewidziane przez Jeremiasza około 2600 lat temu. Nawiązując do tego projektu budowlanego, Jeremiasz mówił o „czasach ostatecznych”, to znaczy o okresie powtórnego odrodzenia Izraela jako narodu na ziemiach Palestyny (Jeremiasz 31:38, 40). Odrodzenie to stało się faktem w roku 1948, a budowa owych dziewięciu przedmieść odbyła się dokładnie w miejscach i w kolejności przewidzianych przez proroka. (Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 1018).
  • Prorok Mojżesz przewidział (wraz z pewnymi dodatkami dokonanymi przez Jeremiasza i Jezusa), że starożytny naród żydowski zostanie dwukrotnie podbity i że za każdym razem zostanie uprowadzony do niewoli, za pierwszym razem przez Babilończyków (na okres 70 lat), a następnie przez czwarte królestwo światowe (którym, jak wiemy, był Rzym). Drugi zdobywca, jak podaje Mojżesz, miał zabrać złapanych Żydów statkami do Egiptu, sprzedając ich lub rozdając ich za darmo jako niewolników we wszystkich częściach świata. Obydwie przepowiednie zostały spełnione co do joty; pierwsza w 607 p.n.e. a druga w 70 n.e. Ów namiestnik Boga orzekł również, że Żydzi pozostaną rozproszeni po całym świecie przez wiele pokoleń, lecz nie zasymilują się z ludami innych narodów, oraz że pewnego dnia Żydzi powrócą do ziemi palestyńskiej, aby powtórnie odbudować swoje państwo. (V Moj. – Księga Powtórzonego Prawa 29; Izajasz 11:11–3; Ozeasz 3:4–5; Łukasz 21:23–24). Powyższe prorocze wypowiedzi związane są z 3500–letnim okresem historii i doczekały się całkowitego wypełnione na naszych oczach (w ciągu naszego życia).(Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 1020).
  • Jeremiasz przewidział, że żyzna i bogata w wodę ziemia Edomu (dzisiaj część Jordanii) stanie się opuszczonym i nieurodzajnym pustkowiem (Jeremiasz 49:15–20; Ezechiel 25:12–14). Jego opis dokładnie przedstawia historię tego ponurego regionu. (Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 105).
  • Jozue prorokował, że Jerycho zostanie odbudowane za sprawą jednego człowieka. Powiedział on również, że najstarszy syn owego człowieka umrze podczas rozpoczęcia budowy, a najmłodszy jego syn w umrze w chwili jej ukończenia (Jozue 6:26). Około pięciu wieków później jego przepowiednia wypełniła się poprzez życie i dzieje rodziny Chiela z Betelu (I Księga Królewska 16:33–34 (Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 107).
  • Dzień cudownego odejścia Eliasza z Ziemi został przewidziany dokładnie i jednogłośnie, według naocznych świadków przez grupę pięćdziesięciu proroków (II Księga Królewska 2:3–11).(Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 109).
  • Jahaziel4 prorokował, że król Jehoszafat i grupka mężczyzn zwyciężą olbrzymią, dobrze wyposażoną i wytrenowaną armię bez walki. Zgodnie z przepowiednią, król Jehoszafat ze swoimi żołnierzami był świadkiem, jak jego nieprzyjaciele zostali w nadprzyrodzony sposób zgładzeni, co do jednego żołnierza. (Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 108).
  • Jeden z nienazwanych proroków Boga (prawdopodobnie Szemiah) powiedział, że przyszły król Judy o imieniu Josiah, zbierze kości wszystkich kapłanów okultyzmu króla Izraela Jeroboama (‘kapłanów wysokich miejsc’) i spali je na ołtarzu Jeroboarma (I Księga Królów 13:2 i II Księga Królów 23:15–18). Wydarzenie to miało miejsce, mniej więcej 300 lat po tym, jak zostało przepowiedziane. (Prawdopodobieństwo przypadkowego spełnienia = 1 do 1013)”.5

A zatem? Zatem można wierzyć, że skoro wypełniły się przytoczone wcześniej proroctwa i przepowiednie, wypełnią się też inne, również i te, które odnoszą się do czasów ostatecznych i dnia końca świata. Na początek przyjrzyjmy się temu, co na temat nadchodzącego kresu czasów naucza chrześcijaństwo. Później zajmiemy się także tym, co na ten temat mówią i inne wielkie religie, na końcu zaś zaznajomimy się z wizjami i objawieniami prywatnymi.

WSPÓŁCZESNE, NIEPOKOJĄCE ZNAKI, ZAPOWIADAJĄCE KONIEC CZASÓW

Ponieważ jest ich bardzo dużo, zaprezentuje tylko niektóre z nich:

  • W lipcu 1983 r. formalnie przecież ekskomunikowany, duchowny mariawicki ks. prof. Paweł Rudnicki, za zgodą papieża Jana Pawła II przez sześć dni odprawiał mszę w papieskiej kaplicy w Castel Gandolfo.6
  • Tenże sam Ojciec Święty wielokrotnie modlił się, wespół z poganami, a nawet czcicielami węża i to nie tylko w Asyżu, co najmocniej nagłośnili jego przeciwnicy, być może dlatego, że po upływie czasu, niezbyt odległego od tamtych wydarzeń, sprofanowaną bazylikę trzęsienie ziemi obróciło w gruzy, lecz i w innych miejscach naszego globu, o których było już ciszej.
  • Najbardziej wstrząsające wrażenie zrobiło to, jak z wielką czcią całował Koran, i że od hinduistów przyjął na czoło znak boga Siwy, którego chrześcijanie zawsze uważali za Szatana i że podczas pielgrzymki do Jerozolimy w roku 2000, zasiadł na tronie ozdobionym odwróconym krzyżem. Niby oficjalnie wyjaśniano, iż jest to nawiązanie do krzyża św. Piotra, ale w obecnych czasach nikomu taka forma krzyża bynajmniej nie kojarzy się z księciem apostołów, tylko z diabłem i satanistami… i to dało naprawdę wielu ludziom do myślenia… i to naprawdę wielu ludzi zgorszyło i przeraziło…
  • Kolejny znak: gołąb, którego 30 stycznia 2005 roku Jan Paweł II wypuścił z okna pałacu apostolskiego, nie odfrunął w niebo, ciesząc się wolnością, tylko w popłochu zawrócił i skrył w komnatach papieskich… czemu?…
  • Był też inny gołąb, gołąb Benedykta XVI, którego na dwa tygodnie przed abdykacją, tuż po wypuszczenie przez okno na wolność, z wściekłą zajadłością zaatakowała mewa?…
  • Straszna burza, jaka się rozpętała nad Watykanem i uderzenie pioruna w kopułę Bazyliki św. Piotra prawie natychmiast po ogłoszeniu abdykacji przez Benedykta XVI? To czymże było, jeśli nie znakami wskazującym na nadejście bardzo trudnych czasów?…
  • Po Janie Pawle II i Benedykcie XVI nastał Franciszek I, podczas konklawe biała mewa usiadła na kominie, z którego wydobywa się dym (czarny lub biały) informujący o tym, czy papież został wybrany w danym głosowaniu, czy nie. Pojawienie się mewy jest znakiem i zapowiedzią nadchodzących nieszczęść i nieuniknionej ruiny i zagłady.
  • Po objęciu rzymskiej stolicy biskupiej przez Jorge Mario Bergoglio można wreszcie było poznać już wieści o zgorszeniach, jakie się działy w urzędach watykańskich, diecezjach i klasztorach całego świata. O zatajanej dotychczas pedofilii i innych obrzydliwych plugawych skandalach prawie już jawnych… o zgorszeniach, z których lubieżnicy byli wręcz dumni!
  • Informacje, jakie można znaleźć w Internecie, wręcz mrożą, a szczególnie te z dnia na dzień coraz to bardziej sensacyjne, ujawniające coraz to więcej i więcej – delikatnie mówiąc – kontrowersyjnych wypowiedzi, zachowań, decyzji, czy wręcz wyskoków urzędującego papieża Franciszka. Jak choćby ten, który przebił swoją wagą wszystkie inne Franciszkowe decyzje dotyczące księży-przestępców. Oto bowiem papież okazał szczególne miłosierdzie dla skazanego za pedofilię przez sąd w Cremonie na 4 lata i 9 miesięcy piastującego wysokie kościelne stanowiska monsignore’a Mauro Inzoli’ego. Przywrócił bowiem do stanu duchownego tego prałata, który wcześniej – ze względu na głośne bardzo skandale, których już nie było szansy zatuszować – został zeń usunięty. Ksiądz Inzoli wykorzystywał seksualnie dwunastoletnich chłopców nawet i w konfesjonale, przekonując ich, że jest to bardzo miłe Bogu! To, że ze względu na wyjątkowo wystawny tryb życia – zamiłowanie do drogich cygar, ubrań, restauracji, samochodów – dorobił się nawet przydomka „Ksiądz Mercedes”, w zestawieniu z tamtymi przestępstwami ledwo zasługuje na wzmiankę… Ale biskup rzymski Franciszek nie miał przecież serca z kamienia, więc pierwotną karę złagodził niepomiernie i nie tylko że przywrócił prałata do stanu duchownego z prawem używania stroju duchownego, to pozwolił mu również na odprawianie mszy7. Tak jakby to dla Inzoli’ego było czymś ważnym. No… chyba że ze względów prestiżowych.
  • Ale prócz takich historii pojawiały się coraz to obficiej mnożące się złowieszcze znaki, których nie można już było odczytywać inaczej, jak tylko w ten sposób, że zapowiadają zbliżanie się czegoś bardzo, bardzo złego…
  • Najbardziej wymowne było dwukrotne, samoistne pękniecie pastorału w dłoni papieża Franciszka, które można odczytać na jeden tylko sposób – że Niebo pokazuje, iż nie ma on władzy pasterskiej! Po raz pierwszy wydarzyło się to podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej w roku 2014, a po raz drugi w Sarajewie – rok później. Nie mniej wymowny był też jego upadek w 2016 roku przed obrazem Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej, Królowej Polski, której cudowny wizerunek wpierw „adorował” na siedząco. Niebo wszakże pokazało, że przed Matką Boga i Władczynią kraju, który się akurat odwiedza, należy przestrzegać zasad i etykiety. Nie chciał uklęknąć, to został powalony na ziemię…
  • W dniu 13 października 2016 roku, mimo iż przypadała 99 rocznica ostatniego objawienia fatimskiego, podczas którego dokonał się „cud Słońca”, papież nawet słowem się do tego nie odniósł, albowiem zajmował się czymś zdecydowanie przyjemniejszym – miłym spotkaniem z protestantami i umieszczeniem pomnika Lutra na scenie w auli Pawła VI. Najpierw przyozdobił ów pomnik swoim papieskim gustownym żółtym szaliczkiem, zarzucając go na szyję figury owego arcyheretyka, a potem w ciepłych słowach zwrócił się do zebranych. Tyle że ustawił ów pomnik tak, iż wyglądało, że Franciszek wespół z Lutrem przewodniczy spotkaniu.

Pośród złowieszczych znaków koniecznie należy wymienić niebywały skandal w klasztorze Monte Cassino. Pozwolę sobie posłużyć się cytatem:

„Włoskie media szeroko opisują sprawę byłego opata klasztoru na Monte Cassino, Pietro Vittorellego.

Vittorelli został oskarżony o bardzo poważne oszustwa finansowe. – Miał przywłaszczyć sobie pół miliona euro z kasy klasztoru.

W malwersacjach pomagał mu jego brat, pośrednik finansowy. – Obracał pieniędzmi tak długo, by ukryć ich pochodzenie. Wówczas wracały do opata.

Pieniądze pochodziły z dotacji państwowych.

Vitorelli wydawał je na pełne przepychu życie: – wille, luksusowe hotele, narkotyki, rozpustę.

Opat miał nabyć między innymi cztery domy w okolicach Rzymu. Podróżował po całym świecie, szastając pieniędzmi. – W ciągu jednego miesiąca potrafił wydać ponad 30 tysięcy euro.

W 2010 roku zajęła się nim policja ze względu na nadużycie ekstazy i kokainy.

Opat odwiedzał europejskie kluby gejowskie, w których uprawiał seks nawet z przypadkowo spotkanymi mężczyznami. Miał też płacić duże pieniądze za „usługi” młodych arabskich mężczyzn. W jednej z podrzymskich willi przyjmował kochanków. Udostępniał im zdjęcia swoich ust i swojego ciała, opatrując je sprośnymi komentarzami.

Opactwu na Monte Cassino przewodził od roku 2007.

W czerwcu 2013 roku złożył rezygnację – oficjalnie z powodów zdrowotnych..”..8

Nie mniejsze skandale były wywołane przez kardynała Theodore Edgara McCarricka, Marciala Maciela Degollado, arcybiskupa Józefa Wesołowskiego i wielu, wielu innych, o których nie warto nawet wspominać.

* * *

Przyszło nam żyć w czasach, gdy postęp cwałuje. Pęd ku Nowemu Wspaniałemu Światu jest coraz szybszy. Wehikuł postępu mknie z tak zawrotną prędkością, że podróżujący nie są nawet w stanie zauważać tego, co w szalonym pędzie przesuwa się za oknami…

Sacrum… profanum… już owych rzeczy, spraw nie sposób od siebie odróżnić…

I nie ma już prawdy, jest za to prawd wiele, ponieważ każdy z ludzi może teraz mieć swoją prawdę. No bo przecież za czasów Chrystusa nie istniały urządzenia rejestrujące, więc tak naprawdę to nie wiadomo co on rzeczywiście głosił – Jego słowa są „względne” więc „każdy może je oceniać zgodnie z własnym sumieniem”… a „Szatan nie istnieje, to tylko konstrukt myślowy mający symbolizować zło…9

Zresztą… czy Jezus jest Bogiem? Przecież z ust najwyższego dostojnika kościelnego padły te słowa:

Wierzę w Boga, nie w katolickiego Boga, nie istnieje Bóg katolicki, istnieje Bóg i ja wierzę w Jezusa Chrystusa, jego wcielenie. Jezus jest moim nauczycielem i moim pasterzem, ale Bóg, Ojciec, Abba, jest światłem i stwórcą. To jest moja Istota”10. Czyli Bóg (bóg?) jest jeden, w jednej osobie, a nie w Trójcy Świętej Jedyny, a Jezus to tylko Jego (jego?) inkarnacja zaledwie, a nie rzeczywiście odrębna Osoba (osoba?)…

A skoro tak… to można wreszcie zrozumieć, dlaczego „ojciec Bergoglio” (który lubi, gdy go tak nazywać) chowa krzyż za pasem, po to, aby nie drażnił religijnych uczuć żydów i muzułmanów. Nie klęka przed Najświętszym Sakramentem, bo go nogi bolą, ale chętnie, po wielokroć, klęka przed muzułmankami i więźniami, którym w Wielki Czwartek umywa stopy, całuje i jakoś wtedy nogi go nie bolą… No i głosi, że każdy człowiek pójdzie do nieba, twierdząc, że piekło nie istnieje, ani mąk piekielnych nie ma, że dobrzy trafią do „domu Ojca”, a źli zostaną unicestwieni, anihilowani?… „Ci, którzy okażą skruchę, otrzymają wybaczenie i zajmą miejsce pośród kontemplujących Boga. Natomiast ci, którzy nie wyrażą żalu, nie będą mogli otrzymać przebaczenia – znikną. Piekło nie istnieje, istnieje unicestwienie grzesznych dusz” – powiedział „ojciec Bergoglio” w wywiadzie dla lewicowej włoskiej „La Repubblica”.11 A skoro tak, to co jest? Tylko miłość, miłość i miłosierdzie, miłosierdzie!

Straszny sen

Którejś nocy, przed kilkoma laty miałem taki oto przerażający sen:

Był to radosny czas w dziejach Kościoła sandomierskiego. Oto bowiem wreszcie kolejny pasterz diecezji uznał, iż trzeba szybciej kroczyć z postępem i nie dać się wyprzedzać innym hierarchom.

Ogłosił zatem, że noc z 21 na 22 czerwca będzie dniem palenia konfesjonałów. Miało to oznaczać symboliczne uwolnienie wiernych z opresji tego starego groźnego, ponurego Kościoła i jednocześnie stanowić nawiązanie do radosnych starosłowiańskich tradycji i rytuałów, w których nowy, przyjazny wiernym Kościół nie dostrzegał już niczego groźnego, co by mogło zagrażać zbawieniu dusz. Wszak piekło jest puste, czy może nawet w ogóle go nie ma, a każdy i tak osiągnie wieczne zbawienie, bez względu na to, jaką drogą podąża. Bez względu na to w kogo lub w co wierzy, komu lub czemu cześć oddaje, albo nawet i w nic nie wierzy i nikogo nie czci – byleby kochał, kochał, kochał…

Biskup podszedł do mikrofonu i wypowiedział tylko dwa zdania, z których pierwsze było dosłownym wersetem z Koranu otwierającym każdy z jego rozdziałów-sur:

W imię Boga litościwego i miłosiernego! Dość ucisku, dość niewoli – radujmy się!

Na te słowa krzyk wielki, zgiełk, piski, gwizdy i zamęt wielki powstał w katedrze. Tłum rzucił się, z czym kto tam miał i rozbijał stare, barokowe konfesjonały, a potem ich kawały, deski, a nawet drzazgi wynosił do ogrodu znajdującego się na południowym stoku Wzgórza Katedralnego i rozniecał z nich ogniska.

W ciemnościach nocy wysoko strzelały krwawe płomienie, wokół których tańczyły gromady ludzi. A niektórzy tańczyli nawet nago… Co młodsi skakali przez ogień, inni upijali się lub oszałamiali narkotykami, leżąc na wilgotnej od rosy trawie, a jeszcze inni łączyli się w pary, i prowadząc się za ręce, kierowali się w nieodległy mrok…

Obudziłem się przerażony. Bo gdyby ów sen miał się ziścić, to ostatnie czego by jeszcze światu brakowało, to byłby jeden światowy autorytet polityczny stojący na czele jednego rządu światowego, do czego wzywa nawet biskup Rzymu Franciszek…”12

Wielki ucisk i intronizacja pachamamy

Wydaje się, że świat jest przeklęty z powodu jawnego bałwochwalstwa popieranego przez Rzym w tygodniach poprzedzających niesławny Synod Amazoński. Rzeczywiście, bezpośrednio po intronizacji groteskowego i małpiego posągu pogańskiej bogini pachamamy w Wiecznym Mieście, seria nieszczęść spustoszyła ludzkość, co może być niczym innym jak boską karą za bluźnierstwo przywódców Kościoła.

Chociaż incydent z pachamamą z 2019 r. – jakkolwiek nikczemny – stał się niemal wszechobecne znaną i często opłakiwaną legendą w kronikach skandalu kościelnego, przypomnijmy pokrótce omawiane wydarzenia, abyśmy mogli lepiej uzasadnić (obecną sytuacje), co jest (wprawdzie) rewelacyjnie brzmiącą tezą.

4 października 2019 roku pogański idol pachamama został w pełni pokazany w Ogrodach Watykańskich. Tam „ona” stała się centrum czegoś, co można określić jedynie jako panteistyczną liturgię dżungli, z wieloma (w tym kapłanami) padającymi na twarz przed chtoniczną statuą, na co patrzyli kardynałowie kurii, a nawet sam „papież”. Świętokradcze wydarzenie zaostrzyło się, gdy „papież” błogosławił bożka.

7 października pachamama została wystawiona przed głównym ołtarzem w Bazylice Świętego Piotra – w miejscu grobu św., wznoszona w pochodzie. „Papież” przyłączył się do tej smutnej, małej parady i modlił się przed posągiem pachamamy.

Zapytany o rzekomą bałwochwalczą ceremonię w Bazylice Świętego Piotra, o. Paulo Suess – niemiecki ksiądz (i teolog wyzwolenia), który służył jako sekretarz generalny rady biskupów brazylijskich tubylczych duszpasterstwa (CIMI) i który jest zdolnym figurantem „duch synodu amazońskiego” – zbagatelizował skandal, mówiąc:

„Więc co? Nawet jeśli był to pogański rytuał, to nadal było nabożeństwem. Obrzęd zawsze ma coś wspólnego z uwielbieniem. Pogaństwa nie można lekceważyć jako nic. Co to jest zapłata? W naszych dużych miastach jesteśmy nie mniej poganie niż w dżungli”. Warto o tym pomyśleć. (Chrześcijanie stają się jak poganie dopow.)

15 października media katolickie zaczęły donosić, że Kościół Santa Maria in Traspontina, zgodnie z szerszym, totemistycznym środowiskiem Synodu Amazońskiego, pokazywał oburzający i poniżający obraz tubylczej kobiety topless karmiącej łasicę.

Wreszcie, 21 października, pokonany pobożną gorliwością w zanieczyszczeniu domu Bożego, Aleksander Tschugguel wyrwał pięć posągów Pachamamy z Santa Maria Traspontina i w akcie przynoszącym katartyczne zadośćuczynienie wiernym na całym świecie wyrzucił drewniane boginie z Ponte Sant’Angelo do trzewi Tybru. Powinno to być wstrząsające wezwanie do pokuty dla prałatów, którzy usankcjonowali splamienie świętej ziemi.

Jednak wielu pasterzy Kościoła pozostało upartych i – wymieniając pogańskie bełkoty i głuchoniemych kamiennych bożków na autentyczną liturgię i jedynego, prawdziwego, żywego Boga Trójjedynego – podwoiło swoje zauroczenie regresywnym naturalizmem. (…)

25 października „papież” złożył przeprosiny nie za jawne bałwochwalstwo w Watykanie, ale za usunięcie wstrętnego wizerunku pachamamy, błagając o przebaczenie tych, których uraził „pochówek na morzu” fałszywej bogini. „Papież” stwierdził następnie, że posągi zostały odzyskane z Tybru, sugerując, że można je wyeksponować podczas Mszy św. Na zakończenie Synodu 27 października.

Podczas Mszy św. Na zakończenie Synodu, zamiast fizycznie obecnego wizerunku pachamamy, papież Franciszek przyjął miskę używaną w obrzędach religijnych połączonych z bożkiem i umieścił ją na ołtarzu (wbrew normom liturgicznym). I tak haniebny spektakl, jakim był synod Amazoński, zatrzymał się. (pachamama – matka ziemia – roślina (panteizm) – natura – czyli intronizacja natury – matki ziemi – pachamamy, dopow.) (…)

Pismo mówi nam, że „bogami pogan są diabły” (Psalm 96: 5). I tak, chociaż wydaje się być poza grymasem, że klęska pachamamy co najmniej przekracza próg, aby zostać sklasyfikowanym jako typowe bałwochwalstwo w stylu Starego Testamentu, prawdą jest również, że promowanie kultu pachamamy przez Rzym było przynajmniej materialne (i być może dla niektórych formalne) igraszki z kultem diabła.

Być może, jeśli nasi ojcowie w wierze zbiorowo odzyskają zmysły, odwrócą bieg i wycofają się, świat może ujrzeć złagodzenie cierpień.

Ponieważ Rzym, siedzibę wikariusza Chrystusa na ziemi, można uznać za stolicę świata, diabelstwo, które dopuszczono tam podczas fatalnego Synodu Amazońskiego, było rodzajem twórczego anty-chrztu, poświęcenia ziemi mocom. z piekła. Czy to przez czynny gniew Boży, czy tylko przez pobłażliwą wolę Bożą, pozwalającą mrocznym mocom na czasowe przyzwolenie, człowiek przechodzi okres kary. Na dowód tego możemy wskazać na Pismo Święte:

(Kapł. 26: 16–17 „Jeżeli zaś nie będziecie Mnie słuchać i nie będziecie wykonywać tych wszystkich nakazów, jeżeli będziecie gardzić moimi ustawami, jeżeli będziecie się brzydzić moimi wyrokami, tak że nie będziecie wykonywać moich nakazów i złamiecie moje przymierze, to i Ja obejdę się z wami odpowiednio: ześlę na was straszne nieszczęście, wycieńczenie i gorączkę, które prowadzą do ślepoty i rujnują zdrowie. Wtedy na próżno będziecie siali wasze ziarno. Zjedzą je wasi nieprzyjaciele. Zwrócę oblicze przeciwko wam, będziecie pobici przez nieprzyjaciół. Ci, którzy was nienawidzą, będą rządzili wami, a wy będziecie uciekać nawet wtedy, kiedy was nikt nie będzie ścigał”.

Błagajmy więc biskupów, aby prosili Boga o przebaczenie za to, co wydarzyło się w październiku ubiegłego roku. Być może, jeśli nasi ojcowie w wierze, członkowie Magisterium Kościoła, zbiorowo odzyskają zmysły, odwrócą bieg i publicznie wycofają się z zepsucia, które z dumą ogłoszono światu kilka miesięcy temu, świat – dzięki nieskończonemu miłosierdziu Boga – może ujrzymy twoje udręki złagodzone.13 Ale co ważniejsze, czy nasi duchowi ojcowie okażą skruchę, tak jak ci, którzy kochają Boga, opłakują Go, gdy jest urażony. (cyt za: https://gloria.tv/post/LkbjHDz8RbXn1tGDyES3bF1ym – dostęp: 5 sie 2023).

Prof. Roberto de Mattei: incydent z anglikanami na Lateranie ukazuje skalę zamętu

W mocnych słowach prof. Roberto de Mattei skomentował to, co się wydarzyło 18 kwietnia w Bazylice św. Jana w Rzymie, określając odbywającą się tam ceremonię anglikańską mianem „pantomimy” i „zniewagą”, która wymaga potężnego zadośćuczynienia. Jak dodaje historyk, „Opatrzność Boża dopuściła do ukazania otchłani zamętu, w jakim pogrążony jest dziś Kościół”.

Włoski profesor, znawca historii Kościoła przytoczył sekwencję wydarzeń, by skomentować „epizod, który wydaje mu się poważny i znaczący”. O anglikańskiej celebracji – podobnie jak wiele innych osób – dowiedział się z oficjalnego komunikatu Kapituły św. Jana na Lateranie, opublikowanego 20 kwietnia 2023 r. Napisano w nim: „Kapituła Laterańska w osobie Jego Ekscelencji Guerino Di Tora, Wikariusza Kapituły, wyraża głębokie ubolewanie z powodu tego, co wydarzyło się we wtorek 18 kwietnia w Bazylice św. Jana w Rzymie. W rzeczywistości grupa około 50 kapłanów w towarzystwie swojego biskupa, wszyscy należący do wspólnoty anglikańskiej, odprawiała nabożeństwo przy głównym ołtarzu katedry w Rzymie, naruszając normy kanoniczne. Biskup Di Tora wyjaśnił również, że godny ubolewania incydent był spowodowany brakiem komunikacji”.

Prof. de Mattei zauważa, że bp Di Tora jest wikariuszem archiprezbitera Bazyliki Laterańskiej, kardynała Angelo De Donatis, który z kolei jest wikariuszem generalnym papieża Franciszka dla diecezji rzymskiej. Biskup Di Tora przypisał to zdarzenie „brakowi komunikacji”. Z kolei gazeta „Il Messaggero” wyjaśniała, że jeden z anglikanów spośród grupy, która odwiedzała Rzym miał poprosić rzymskiego zakonnika o przesłanie na Lateran prośby, by móc odprawić mszę.

De Mattei komentuje, że „wydaje się jednak dziwne, by grupa pięćdziesięciu kapłanów uzyskała pozwolenie na koncelebrowanie przy głównym ołtarzu Bazyliki Laterańskiej bez okazywania celebretu, dokumentu wydawanego przez władze kościelne, pozwalającego księżom na godziwe sprawowanie Mszy i sakramentów. Gdyby to była tylko kwestia nieporozumienia, trzeba by powiedzieć, że niedopatrzenie władz laterańskich było tak wielkie, iż naraża odpowiedzialnych na śmieszność. Nawet zakładając, że tak było, nadal nie można przyjąć dobrej wiary anglikanów, gdyż nie mogli oni nie wiedzieć, że sprawowana przez nich posługa religijna pozostawała w otwartej sprzeczności z przepisami kanonicznymi Kościoła Rzymskiego. W każdym razie ich działanie ma posmak prowokacyjny, niezależnie od tego, czy władze laterańskie były współwinne, czy nie. Ale oprócz przypisania odpowiedzialności pozostaje bardzo poważny zakres wydarzenia” – pisze Włoch.

I wyjaśnia, że rzymska katedra nie jest jak katedra św. Piotra, jak wielu uważa. Jest katedrą św. Jana na Lateranie, zwaną „Arcybazyliką”, najważniejszą z czterech głównych bazylik papieskich. „Łaciński napis wyryty na marmurze fasady Arcybazyliki głosi: Omnium Urbis et Orbis Ecclesiarum Mater et Caput — Matka i Głowa Kościoła Powszechnego”.

Lateran po prostu jest „miejscem papieskiego tronu, symbolem władzy i magisterium Biskupa Rzymu. I to właśnie na ołtarzu Biskupa Rzymu (czyli ołtarzu papieskim) odbyła się anglikańska ceremonia. To na tronie zarezerwowanym dla papieża zasiadał biskup, który przewodniczył nabożeństwu. Jonathan Baker był przez wiele lat przywódcą masońskim, jest rozwiedziony i ożenił się ponownie, na co zezwala kościół anglikański, ale przede wszystkim w oczach Kościoła katolickiego nie jest nawet biskupem” – zauważa prof. de Mattei.

Wyjaśnia on istotę schizmy, jaka się dokonała w następstwie działań króla Anglii Henryka VIII (1534–1547). To za jego panowania wszystkie święcenia kapłańskie były udzielane zgodnie z obrządkiem rzymskim i uznawane za ważne. W 1550 r. wszedł w życie Modlitewnik powszechny Edwarda VI, w którym rzymski pontyfikał został zastąpiony nowym – według teologii katolickiej – wadliwym ordynałem (wady formy i intencji). Ten porządek nie tylko zaprzeczył sakramentowi święceń kapłańskich, ale wyeliminował także Mszę św. – „wszelką ideę ofiary i konsekracji chleba i wina w Ciało i Krew Jezusa Chrystusa” – zastępując ją „wieczerzą”.

Królowa Elżbieta I (1558-1603) wybrała na arcybiskupa Canterbury Matthew Parkera, wyświęconego na kapłana już według edwardiańskiego porządku, a więc nieważnie. Parker z kolei wyświęcił innych biskupów anglikańskich zgodnie z ordynałem Edwarda VI, więc wszyscy ci nowi „biskupi” także są nieważnie wyświęceni, a w konsekwencji cały episkopat anglikański jest nielegalny z punktu widzenia Kościoła katolickiego.

Potwierdził to m.in. papież Leon XIII w Liście Apostolicae curae z 13 września 1896 r., który odnowił dekrety swoich poprzedników, uroczyście ogłaszając, że z powodu braku formy i intencji „święcenia dokonane według obrządku anglikańskiego były i są absolutnie nieważne i całkowicie nielegalne”. Papież Benedykt XVI potwierdził ten dekret w konstytucji apostolskiej Anglicanorum coetibus z 4 listopada 2009 r.

Innymi słowy, komentuje de Mattei, „biskupi anglikańscy nie są biskupami, księża nie są kapłanami, a msze, które odprawiają, nie są prawdziwymi Mszami”. Tym samym, papieski ołtarz św. Jana na Lateranie stał się „sceną pantomimy, obrażającej autorytet Stolicy Apostolskiej i wiarę katolicką. Oświadczenie takie jak to wydane przez Kapitułę Laterańską, poza dobrymi intencjami, jest całkowicie niewystarczające, ponieważ to, co się wydarzyło, jest zniewagą, która zasługuje na solidne zadośćuczynienie. A jeśli z czyjejś strony nie było złośliwości, sprawa wydaje się tym poważniejsza, że oznacza to, iż Opatrzność Boża dopuściła do ukazania otchłani zamętu, w jakim pogrążony jest dziś Kościół” – puentuje znawca historii Kościoła. (cyt za: Źródło: voiceofthefamily.com, przeł. AS: https://pch24.pl/heretyk-anglikanski-i-mason-odprawil-msze-w-papieskiej-bazylice-na-lateranie/

[w:]

https://pch24.pl/prof-de-mattei-incydent-z-anglikanami-na-lateranie-ukazuje-skale-zametu/ – dostęp: 5 sie 2023].

Najnowszych znaków wskazujących na zbliżający się koniec czasów jest więcej. Teraz należy czekać na odbudowę Świątyni Jerozolimskiej…

PROROCTWA I ZNAKI KOŃCA ŚWIATA W CHRZEŚCIJAŃSTWIE

Koniec świata według Biblii, świętych i Ojców Kościoła

Nauka o końcu obecnego świata, sądzie ostatecznym i wyrugowaniu zła raz na zawsze z historii człowieka jest charakterystyczna dla religii żydowskiej i chrześcijańskiej. Ojciec Aleksander Mień zauważa:

„Ani jedna starożytna religia nie dawała wiary w możliwość całkowitego i ostatecznego wykorzenienia zła ze świata stworzonego, chociaż w wielu z nich wyczuwalna była konieczność moralnego odrodzenia. Jedynie prorocy Starego Testamentu przepowiadali nadejście Sądu Bożego, który oczyści i przeobrazi porządek świata. Sąd ten zapoczątkowany został jeszcze w Starym Testamencie, gdy grzechy ludu Bożego pociągały za sobą odwet. Niebywałej jednak ostrości nabiera on z rozpoczęciem nauczania Jezusa Chrystusa. „A sąd polega na tym, że Światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło (J 3, 19)”.

Sąd trwa do dzisiaj w skali globalnej; przepowiedziane to zostało w Ewangeliach i Apokalipsie. Czytamy, że „ludzie będą mdleć ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi” (Łk 21, 26), że pojawi się Bestia, na której głowach napisane będą imiona bluźniercze („A cała ziemia w podziwie powiodła wzrokiem za Bestią /…/ i Bestii pokłon oddali, mówiąc: Któż jest podobny do Bestii?”). Zatruta ziemia, powietrze, trzecia część oceanów świata, wyginęła trzecia część żywych stworzeń (Ap 8, 7 nn; 13, 1 nn). I Bestii dane było wszcząć walkę ze świętymi i „zwyciężyć ich”. Wszyscy krzyczą „pokój i pomyślność”, lecz nowe kataklizmy wstrząsną ziemią…

Były takie czasy, gdy o tego rodzaju proroctwach wypowiadano się z szyderstwem. Jednakże w naszym wieku14, wieku Oświęcimia i Hiroszimy, nawet ludzie dalecy od wiary, mimowolnie zaczęli mówić językiem apokaliptycznym.

Dobro i zło świata polaryzuje się, bitwa między nimi nabiera coraz bardziej zaciętego charakteru. Nikt nie może pozostać obojętny. Burze dziejowe to zwiastuny Sądu Ostatecznego i tak samo jak nasiona dobra, które kiełkują w ludziach, przygotowują ostateczny triumf Prawdy Bożej”.15

Tak więc, w miarę upływającego czasu coraz bardziej zbliżamy się ku końcowi świata, powtórnemu przyjściu Pana Jezusa i strasznemu dniowi Sądu Powszechnego i Ostatecznego.

Chociaż czas tych wydarzeń nie jest znany, ponieważ tak postanowił Pan Bóg, to jednak ujawnił On ludziom pewne znaki, jakie będą je poprzedzać. Owe znaki to: głoszenie Ewangelii na całym świecie przez długi okres, który Pismo Święte określa jako Królestwo Chrystusa, nawrócenie Żydów, przyjście z nieba proroków Eliasza i Henocha16 celem ostatniej próby nawrócenia ludzkości, objawienie się wielu fałszywych proroków i Antychrysta, który będzie atakował Cerkiew Bożą i jej wierzących członków z bezprzykładną gwałtownością i obłędem, powszechna apostazja od wiary, trzęsienia ziemi, wojny, choroby – na niespotykaną dotąd w dziejach ludzkości skalę, dziwne znaki na niebie, poruszenie ciał niebieskich, zniszczenie świata przez ogień.

Czasy ostateczne zawsze intrygowały ludzi, sporo jest też tekstów zaliczanych do literatury pobożnościowej, a dotyczących właśnie tychże czasów. A oto jeden z nich, który prezentujemy jako przykład:

SŁOWO ŚWIĘTEGO PROROKA IZAJASZA

SYNA AMOSA

z lamentem i płaczem po objawieniu mu przez Ducha Świętego, co ma się wydarzyć w dni ostatnie (…)

Tak powiada Pan:

Słuchajcie, synowie człowieczy, i posłuchajcie słów z ust moich. Nakłońcie uszu swoich ku radom języka mego. Wy ludźmi moimi jesteście, a jam jest Pan Bóg wasz. Wykupiłem was krwią swoją z diabelskiej niewoli i nazwałem was, że synami moimi jesteście. Ale wy nie jak ojcowi służyliście, nie ulegliście mi jako Panu, lecz obcy byliście chwale mojej. I w cuda moje nie uwierzyliście a odrzuciliście wszystkie przykazania moje. Przeto będzie ręka moja na was w dni ostatnie i wyleję na was gniew swój, i odtrącę was od serca swego. Bo ziemia napełniła się bezprawiem, zagasła pokora, a chlubą pycha stała się. Zawiść i kłamstwa was toczą, nieprawość się rozpleniła. Prawda została zgładzona, a kłamstwo spowiło ziemię. Dzieci znieważają ojców swoich, ojcowie zaś na dzieci spoglądać będą ze wstrętem. I brat brata znienawidzi, i przyjaciel przyjacielowi zazdrościć będzie. I odda matka dziecko swe na rozpustę, a dzieci przed rodzicami wstydu mieć nie będą. A nauczyciele ich obłudnicy i pijanice, a mnisi ich rozpasani w czynach i słowach. A książęta ich będą niemiłosierni, a sędziowie niesprawiedliwi. I nie będzie, kto by ochronił sierotę przed ręką możnego, i zapłaczą sieroty i wdowy, bo nie masz dla nich pomocnika ni obrońcy. Bo książęta nie zapanują nad możnymi, a możni nie zaznają litości nękając ubogich. I zapragnie kobieta posiąść mężczyznę, a nie mężczyzna kobietę. I będą znaki na słońcu i na księżycu, i głód zapanuje we wszystkich krajach waszych. I będzie zamęt i rozpacz w narodach, i lamenty po miastach. I włożę zapalczywość do serc władców waszych i wojny wybuchną we wszystkich krańcach. I nie ustanie w walce ród z rodem, i nie przerwie walki plemię z plemieniem i miasto z miastem. Powstanie ojciec naprzeciw syna swojego z orężem, i syn na ojca swojego dobędzie miecza. Brat na brata swojego ukuje włócznię a przyjaciel na przyjaciela naszykuje strzałę. I niewolni wyszydzą wolnego, a żywy martwemu zazdrościć będzie. Biada wtedy ciężarnym i karmiącym! Sprowadzę bowiem pułki obce na ziemię waszą i będziecie powodem radości dla wrogów. Dopuszczę, by ci, co was nienawidzą, czerpali z was zyski, i ci, co nie znają Boga, by wami władali. I pohańce zniewolą córy wasze za ogrom nieprawości waszej, i dziewice wasze zniesławią. I wysługiwać się będą poganom synowie i córki wasze, a krew wasza popłynie jak woda obficie. Mężni wasi od miecza zginą, i umykać będziecie przed wrogami swymi. Uciekać zaczniecie i od strachu samego, gdy nikt was nie goni, i zlękniecie się tam, gdzie nikt was nie straszy. I jeden zbrojny stu was pogoni, a przed stoma pobieży was tysiąc, bo zalęgnie się strach w sercach waszych. A ciała wasze będą na strawę ptakom powietrznym i zwierzętom ziemskim, a kości obnażone na hańbę przed każdym stworzeniem. I oto miasto, co dziś żyje, jutro już puste będzie, a inne zdobyte, i zejdą się z siedmiu miast, by zaludnić jedno.

O, biada ci, przeklęty rodzie człowieczy, bo ja do was mówiłem, a wyście mnie nie słuchali, uczyłem was, lecz wy nie zważaliście. Bo byliście niczym żmija głucha, stulająca uszy swoje, by nie słyszeć głosu zaklinaczy. Dlatego spuszczę na was rękę moją z gniewem, oblicze moje w zapalczywości okażę, a oko moje jako lew spojrzy na was srodze. Odtrącę was od serca mojego, sprowadzę na was gniew swój, swoją zapalczywość na was wyleję. (…)

Pomnożyliście wszelką, obłudę i wszelką niesprawiedliwość umiłowaliście. przeto uczynię wam niebo jakby miedziane, o ziemię jakby żelazną, i nie ześle niebo rosy swojej ani ziemia nie da owocu swojego. I opustoszeje ziemia wasza, zeschną drzewka oliwne i pola nie dadzą pokarmu. Jeśli kto wysieje sto miar zboża, to zbierze jedną. (…)

I uczynię pustym każde miasto wasze i cerkwie opustoszeją, i nie będzie komu do nich przychodzić ani nawet żebraka przy bramie cerkiewnej nie będzie. I domy wasze przeznaczę na wyniszczenie (…) Złoto zaś i srebro, i szaty bogate po drogach leżeć będą, ale nie będzie nikogo, kto by je brał czy ich dotykał bo wszyscy z głodu mrzeć będą. Krasa dziewczęca w nice się obróci. I wtedy każdy nasyci się ciałem bliskiego swego. I zjedzą ojcowie dzieci swoje, a dzieci rodziców swych nie oszczędzą, boście napełnili ziemię bezprawiem, i umiłowali nieprawość, i światłoście porzucili i ciemność przyjęli, i wszystkie lata żywota swego żyliście w rozpuście, szaleństwie i śmiechu.

(…) nie będzie wtedy świątyni bez trupa ani starczy grabarzy, by pogrześć zmarłych, bo każdy chorobą tknięty będzie i smutek serca wasze ogarnie. Ześlę śmierć srogą, i cesarz nie ujmie się za ludem swoim lud za cesarzem. Nie zlituje się ojciec nad synem ani syn nad ojcem. I nie będzie u was miejsca radości, lecz płacz i lament. Wtedy (…) wszyscy wołać będą i krzyczeć: Biada nam bracia, cośmy uczynili, i oto giniemy już marnie! I nie zobaczą ust śmiejących się, lecz wzywające, ani krtani weselącej się, lecz wołającą. I nie będzie u was wtedy ani śmiechu, zabawy, ani wszelkich harców diabelskich. I nie będzie koni szybkich ani szat ozdobnych, a zaczniecie padać umierając, przyjaciel z przyjacielem a brat z bratem się obłapiając. I wtedy dziecko umrze matce na rękach, a matka skona objąwszy się z córką. I będzie u was tylko jęk gorzki i od krzyku głosów waszych ziemia zadrży, słońce ściemnieje, a księżyc przemieni się w krew (…) I wtedy Antychryst jawnie chodzić zacznie z biesami swoimi, zwodząc i gubiąc ludzi. A będzie do czasu, póki z niebios nie zstąpi Pan Bóg Sabaoth, odpłacając każdemu według uczynków jego”.17

A teraz przyjrzyjmy się po kolei poszczególnym znakom, które mają poprzedzić ostateczny kataklizm i zniszczenie naszej planety, a także powtórne przyjście Jezusa w chwale:

Ewangelia będzie głoszona na całym świecie18

Pierwszym i najważniejszym ze znaków zbliżającego się końca czasów, w zgodnej opinii teologów będzie głoszenie Ewangelii Jezusa wszystkim ludom na całej ziemi.

Oczywiście nie musi to oznaczać, że wszyscy się nawrócą i przyjmą Chrystusa za swego pana, istotne jest to, że każdy człowiek będzie miał szansę na poznanie Go, na usłyszenie o Nim, a to czy Ewangelię przyjmie, czy też ją odrzuci będzie jego wolnym wyborem. O tym fakcie, jako o znaku zbliżającego się końca świata wyraźnie mówi Pismo Święte:

„A ta Ewangelia o królestwie będzie głoszona po całej ziemi, na świadectwo wszystkim narodom. I wtedy nadejdzie koniec”.

(Mat 24, 14 BT19)

Jezus jednakże wyraźnie zaznacza, że owo głoszenie Ewangelii nie musi przynieść spodziewanego efektu:

„Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”

(Łuk 18, 8 BT)

Żydzi nawrócą się do Chrystusa20

Drugim – chociaż niekoniecznie chronologicznie drugim – ze znaków zbliżającego się końca świata i Dnia Sądu będzie „dopełnienie liczby Izraela”, czyli uznanie przez naród żydowski Jezusa za oczekiwanego Mesjasza. Nie oznacza owo, że k a ż d y Żyd musi Jezusa uznać za Chrystusa, ale wystarczy że uczni to większa część tego narodu, że uczyni to wielka liczba Żydów. Na ów temat także znajdujemy informacje w Biblii:

„Wiele dni bowiem synowie Izraela będą bez króla i bez zwierzchnika (…). Lecz potem nawrócą się synowie Izraela i będą szukać Pana Boga swego i króla swego Dawida21; z drżeniem pospieszą do Pana, do Jego dóbr u kresu dni”.

(Oz 3, 4 – 5 BT)

„Nie chcę jednak, bracia, pozostawiać was w nieświadomości co do tej tajemnicy (…) że zatwardziałość dotknęła tylko części Izraela aż do czasu, gdy wejdzie [do Kościoła] pełnia pogan. I tak cały Izrael będzie zbawiony, jak to jest napisane: przyjdzie z Syjonu wybawiciel, odwróci nieprawość od Jakuba”.

(Rzym. 11, 25–26 BT)

Powszechna apostazja ludzkości od prawdziwej wiary i pojawienie się Antychrysta22

Kolejnym znakiem, świadczącym, że zbliża się koniec, będzie powszechne odstępstwo ludzi od prawdziwej wiary, ukoronowane pojawianiem się Antychrysta. W tym samym czasie niepomiernie będzie wzrastać niesprawiedliwość, a także wystygnie miłość w sercach ludzkich. Chociaż ludzkość od czasu upadku Prarodziców zawsze grzeszyła, to jednak nigdy nie aż tak i nie w taki sposób, odrzucając wszelkie pozytywne wzorce i ideały, jak to będzie miało miejsce w czasach ostatecznych. Ludzkość ulegnie zdemonizowaniu na niespotykaną dotąd skalę. Pojawi się wielu fałszywych nauczycieli religijnych propagujących pod pozorami prawdy nauki demonów. Czynić będą oni znaki i cuda kłamliwe, aby zwieść jak największą liczbę ludzi i odciągnąć ich od Boga. Wtedy też nienawiść, zazdrość, rozpusta, morderstwa, wojny będą na porządku dziennym, aż w końcu objawi się Antychryst, czyli istota ludzka całkowicie oddana złu. Prawdziwy syn Szatana, który będzie żądał aby mu oddawano cześć boską. Nastanie także wówczas czas ostatecznego wyboru – ludzie zostaną opieczętowani znakiem Szatana na czołach lub rękach i tylko ci będą pełnoprawnymi członkami tamtoczesnego społeczeństwa. Osoby wierne Bogu, które nie przyjmą diabelskiego znamienia będą prześladowane. A to co Biblia mówi na temat Antychrysta:

„Dzieci, jest już ostatnia godzina, i tak, jak słyszeliście, Antychryst nadchodzi (…)”

(1 Jan 2, 18 BT)

Będzie kłamcą i oszustem, przepełnionym demoniczną pychą:

„Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna”.

(1 Jan 2, 22 BT)

„Niechaj was w żaden sposób nikt nie zwodzi, bo [dzień ten nie nadejdzie], dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć, tak że zasiądzie w świątyni Boga dowodząc, że sam jest Bogiem”.

(2 Tes. 2, 3 – 4 BT)

Nawiązując do tego Hieromnich Gabriel Hagioryta poucza:

„Zgodnie z opinia współczesnych starców i przepowiedniami świętych Ojców, mieczem zwycięstwa i samoobrony dla ostatnich chrześcijan będzie MODLITWA JEZUSOWA.23 Chrześcijaństwo przez krótki czas będzie prześladowane, działalność Cerkwi ograniczona, nie będzie istniała możliwość częstej spowiedzi i regularnego przyjmowania św. Eucharystii, wtedy jedynym pocieszeniem i źródłem łaski Świętego Ducha będzie modlitwa Jezusowa. Za jej pośrednictwem zjednoczymy się z Jezusem Chrystusem, Który dla swoich wiernych sług wszelkie cierpienia czasów ostatecznych uczyni znośnymi i w miarę łagodnymi.

Dlatego Bóg Najwyższy w owym trudnym okresie wielu pobożnym ludziom ześle dar modlitwy Jezusowej. Ona im dopomoże przetrwać wszelkie próby i pokusy, i zostać wiernymi sługami Chrystusa do końca, który będzie początkiem niekończącej się wieczności.

Dlatego też poznanie i odmawianie modlitwy Jezusowej obowiązuje wszystkich chrześcijan, którym drogie i upragnione jest życie wieczne”.24

Przybycie Henocha i Eliasza

Jak wiemy z Biblii, dwóch starotestamentowych proroków – Henoch i Eliasz – aż dotąd nie umarło, bowiem zostali oni w ciałach zabrani przez Boga do nieba, gdzie żyją, oczekując czasów końca, kiedy to mają wrócić na ziemię, aby po raz ostatni dać ludzkości szansę nawrócenia się i porzucenia Szatana. W czasach ostatecznych mają pojawić się w Jerozolimie, aby – przez głoszenie zbawiennych nauk – wpłynąć na ludzi, nakłaniając ich do refleksji i opamiętania, jednocześnie nawołując do nawrócenia się na drogę prawdy. To zdarzenie zapowiedział sam Jezus:

„Istotnie, Eliasz przyjdzie najpierw i naprawi wszystko..”.

(Mar. 9, 11 BT)

Zdaje się owo potwierdzać także dość zagadkowy fragment Objawienia św. Apostoła Jana, w którym jest mowa o dwóch świadkach, którzy będą prorokować i nawoływać ludzi do pokuty:

„Dwom Moim świadkom dam władzę, a będą prorokować obleczeni w wory, przez tysiąc dwieście sześćdziesiąt dni”

(Obj. 11, 3 BT)

Oczywiście Antychryst, czując się zagrożonym z ich strony, nie pozwoli, aby wywierali ów zbawienny wpływ na chrześcijan, których będą utwierdzać w wierze, dając im przykład świętego życia. Nie pozwoli, aby Henoch i Eliasz działali bezkarnie. Dlatego też zostaną oni zabici, a ich ciała leżeć będą na ulicach Jerozolimy, ale Bóg nie dopuści, by ponieśli tak sromotną klęskę:

„A po trzech i pół dniach duch życia z Boga w nich wstąpił i stanęli na nogi. A wielki strach padł na tych, co ich oglądali. Posłyszeli oni donośny głos z nieba do nich mówiący: «Wstąpcie tutaj!» I w obłoku wstąpili do nieba, a ich wrogowie ich nie zobaczyli”.

(Obj. 11, 11 – 12 BT)

I wówczas już ostatecznie przebierze się miara gniewu Bożego, a ludzkość dotknie fala potwornych kataklizmów.

Niezwykłe znaki, klęski, wojny, choroby, głód, trzęsienia ziemi25

Kolejny znak zbliżającego się końca świata i paruzji Jezusa to kataklizmy na niespotykaną dotąd skalę, dziwne znaki na niebie, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, nowe, nieznane wcześniej choroby oraz nieustanne wojny, a także głód nękający znaczną część ludzkości. Będą się wówczas działy rzeczy tak niezwykłe, że aż moce niebieskie będą poruszone. Co można rozumieć, iż zostanie w jakiś totalny sposób zachwiana równowaga w naturze, i to nie tylko na ziemi, ale być może i w jej najbliższym sąsiedztwie, w kosmosie.

„Będziecie słyszeć o wojnach i o pogłoskach wojennych; uważajcie, nie trwóżcie się tym. To musi się stać, ale to jeszcze nie koniec! Powstanie bowiem naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będzie głód i zaraza, a miejscami trzęsienia ziemi. Lecz to wszystko jest dopiero początkiem boleści”.

(Mat. 24, 6 – 8 BT)

„W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą spadać z nieba i moce niebieskie zostaną wstrząśnięte”.

(Mar. 13, 24 – 25 BT)

„Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte”.

(Łuk. 21, 25 – 26 BT)

A gdy już dopełni się miara zła, zepsucia i niegodziwości świat zostanie zniszczony przez ogień:

„A to samo słowo zabezpieczyło obecnie niebo i ziemię jako zachowane dla ognia na dzień sądu i zguby bezbożnych ludzi. (…) Jak złodziej zaś przyjdzie dzień Pański, w którym niebo ze świstem przeminie, gwiazdy się w ogniu rozsypią, a ziemia i dzieła na niej zostaną znalezione.

(2 Piotr 3, 7; 10 BT)

Wtedy objawi się Pan, aby odbyć na sąd nad narodami.

Chcę jeszcze powrócić do pojawienia się Antychrysta i opieczętowania posłusznych mu (bądź oszukanych) ludzi na rękach lub czołach, tak aby każdy kto nie został opieczętowany nie mógł ani kupować, ani sprzedawać. Otóż Cerkiew Prawosławna, a przede wszystkim partykularny Kościół Grecji zaniepokoiło wprowadzanie kodu kreskowego i kart elektronicznych, co ma jakoby oznaczać „początek końca”. Na dowód tego jak bardzo zacytuję tekst anonimowo wydanej – w środowiskach prawosławnych polskich, anonimowej broszury, będącej częściowym przekładem broszury wydanej w Moskwie, a zajmującej się podobną tematyką:

NUMER KODOWY. PIECZĘĆ ANTYCHRYSTA

WSTĘP

Ludzie wierzący w Boga a nawet socjologowie czasów obecnych dostrzegają i coraz bardziej uświadamiają odrażający i upadły obraz człowieka współczesnego w dotychczasowej historii chrześcijaństwa. Aktualny stan rodzaju ludzkiego potwierdza nadejście czasów Apokalipsy, czasów ostatecznych, okresu antychrysta i rychłego drugiego przyjścia Jezusa Chrystusa na ziemię. Zasadniczymi znakami epoki są: odstępstwo od Boga, zorganizowany i wojujący ateizm, przedpotopowa sodomska rozpusta i rozwiązłość obyczajów oraz niesłychane odkrycia elektroniczno–satelitarne, które w całej swej doskonałości zostaną wykorzystane podczas dyktatorskiej władzy antychrysta. Zatem nie bez powodu świat trwoży się i niepokoi, widząc narastający anarchizm polityczno–ekonomiczny i przeczuwając katastroficzne jego następstwa mieszkańcom Ziemi.

Jedyne i prawdziwe wyjście z zaistniałego labiryntu anarchii i pokus może ukazać i zapewnić Cerkiew Prawosławna, która mocą Świętego Ducha większość wydarzeń apokaliptycznych przepowiedziała swym wiernym i jest w stanie udzielić im niezbędnej porady oraz okazać skuteczną i zbawienną pomoc duchową.

Pierwsze wzmianki o czasach ostatecznych znajdujemy w Piśmie Świętym Starego i Nowego Testamentu. W Starym – proroctwa Daniela, rozdział siódmy. W Nowym: oprócz Ewangelii, wspomina o nich Św. Ap. Paweł w II liście do Tesaloniczan, rozdział drugi; oraz św. Ewangelista Jan Teolog w Apokalipsie, ukazał nawet liczbę zwierzęcia: Sprawił (antychryst), Że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i ubodzy, wolni i niewolnicy otrzymają znamię na prawej ręce albo na czole, tak, że nikt nie będzie mógł kupić, ani sprzedać, kto nie będzie miał znamienia: imienia bestii lub liczby jej imienia. Tu jest potrzebna mądrość. Kto ma rozum, niech przeliczy liczbę bestii, liczba to bowiem człowieka. A liczba jego sześćset sześćdziesiąt sześć (13, 16–18).

1. SYSTEM 66626

„Świat dzisiaj został zaplątany w sieci przemyślanej, tajemniczej zmowy, której promotorem jest – książę tego świata. Pod jego wpływem i kierownictwem wybrana elita intelektualistów, bankierów, działaczy politycznych i wpływowych liderów opracowała plan zagarnięcia władzy w całym świecie. Ich wspólny i dawny cel – wzięcie pod swoją kontrolę każdego kontynentu, wszelkich organizacji publicznych i każdego człowieka z osobna, mieszkającego na kuli ziemskiej. W jaki sposób to osiągnąć? Oczywiście przy pomocy komputera. Ogólnoświatową kontrolę można zrealizować, rejestrując każdego człowieka w komputerze. W czasie specjalnie zwołanej Konferencji liderów Wspólnego Rynku w Brukseli, w lutym 1975 r. radca Eldman oficjalnie stwierdził, że został opracowany system elektroniczny, który wyprowadzi świat z powstałego chaosu. Eldman oficjalnie „odkrył” gigantyczny Komputer „Bestię”, zajmujący trzy piętra w 13–kondygnacyjnym budynku, zbudowanym na planie zniekształconego krzyża.

Ta potworna maszyneria potrafi bezbłędnie i szybko przyswoić numer każdemu człowiekowi na świecie. Po tym, gdy każdy otrzyma swój numer, rozpocznie się jego tatuowanie laserem pod skórę prawej ręki lub na czole, w sposób niedostrzegalny dla oczu. Maszyneria „Bestia”. Cóż to takiego? Gra słów, zła ironia czy tylko przypadek? Na nieszczęście smutna rzeczywistość. W ten sposób, „imię” komputera identyfikuje się ze zwierzęciem, o którym pisze św. Apostoł Jan w Apokalipsie. Godnym uwagi pozostaje fakt, że liczba Międzynarodowego Kodu Bankowego Komputerów, jest zgodna z przepowiednią: 666.

W słowniku biblijnym teologa Adama Klarka (1398) powiedziane jest: liczba zwierzęcia będzie zbudowana 18–tu cyfr: 6+6+6. Na podstawie tego systemu cyfr powstała Międzynarodowa Karta Kredytowa, powołana do tego aby w najbliższym czasie zawiesić i anulować system pieniężny a także wszelka wolutę świata stając się, Jedyną Światową Walutą antychrysta. Pierwsze trzy jej cyfry – międzynarodowy kod – 666, zatem kod kraju (na przykład, USA – 102).

Kod miasta, numer osobisty itd. Asocjacja EAN dodała do ówczesnego Związku dziesięć trzycyfrowych kodów (prefiksów) – z 460 po 469 – zadbali. Z zachodnich publikacji wiadomo jest, że karty te są już przygotowane i będą wydawane przez „jedyną i centralną organizację”, której sztab znajduje się w Brukseli. W czasach obecnych ostatnim stopniem do wykrystalizowania się zwierzęcia, jest międzynarodowa karta kredytowa, posiadająca kod „666”.

Tym, którzy nie znają Pisma Świętego i Bożego ostrzeżenia o tych dniach, nawet do głowy nie przyjdzie, że wszystkie udogodnienia techniki komputerowej, przejście na „elektroniczny pieniądz” – jest dziełem antychrysta, przygotowaniem do zawładnięcia władzy nad światem. Niebezpieczeństwo tych czasów dla chrześcijan, polega na tym, że możemy wpaść w sieci szatana tego nie wiedząc i nie zauważając, będąc po prostu oszukani. Nie tylko ten, który przyjmuje znak zwierzęcia, lecz również ten który korzysta z jakichkolwiek dokumentów z imieniem lub liczbą imienia zwierzęcia (666), jest uczestnikiem systemu antychrysta.

Ci, którzy przyjmą pieczęć na siebie będą ostatecznie należeli do szatana, ponieważ jest to forma oddania pokłonu „zwierzęciu”. W danym wypadku, liczba „666” symbolizuje liczbę imienia antychrysta, który będzie ogólnoświatowym władcą w ciągu 3,5 roku przed swoim ostatnim porażeniem i śmiercią. Dlatego każdy, który przyjmie jego znamię, stanie się własnością szatana, jego zwolennikiem.

2. SYSTEM KODOWY

Komputery są tak zbudowane, że nie przyjmują liczb. Dlatego naukowcy wynaleźli system kreskowy przez zestawienie określonych znaków w postaci poprzecznych linii, które specjalnymi elektronicznymi przyrządami wylicza komputer, rozszyfrowuje i natychmiast podaje odpowiednie informacje. Między znakami zawarte są liczby w celu ich interpretacji. Pod wyszczególnionymi kreskami nie są ukazane cyfry. Te właśnie znaki, oznaczają liczbę „6”.

Kod „666” stanowi standard Wspólnego Rynku. Odnalezienie „szóstki” nie jest trudne do sprawdzenia. Należy porównywać je z krótkimi liniami, pod którymi ukazana jest cyfra „6”. „Tutaj potrzebna jest mądrość. Kto ma rozum, niech obliczy liczbę zwierzęcia; jest to bowiem liczba człowieka. A liczba jego jest sześćset sześćdziesiąt sześć” (Obj. 13, 18). Takie znaki, KODY KRESKOWE spotykamy na wszelkich produktach i towarach. Za ich pośrednictwem i udziałem komputerów, będzie kontrolowany handel i uwarunkowane kupno i sprzedaż żywności.

3. NOWY PORZĄDEK ŚWIATOWY

W czasopiśmie „Wołanie Ewangelii nr 9”, pojawił się interesujący artykuł pod redakcją D. Englida, na temat komputera „bestii”, znajdującym się w rezydencji Unii Europejskiej. Niewidzialny tatuaż na czole; może być wykonany w sposób niewidzialny. Człowiek w specjalnym pomieszczeniu wyciąga rękę w określone miejsce lub odwraca się do niego twarzą. W tym czasie laserowy przyrząd zacznie działać.

Znak taki wyświetlony zostanie przy pomocy promieni ultrafioletowych, przyrządów laserowych a także innych centrów płatniczych. Liderzy Wspólnego Rynku sugerują, że w czasach obecnych cały świat potrzebuje takiego systemu pieniężnego, który wyprowadziłby świat ze zbliżającej się katastrofy elektronicznej, która anulowałaby dowolne systemy pieniężne. Wówczas nikt nie mógłby kupować, ani sprzedawać bez tej liczby. Wystarczy pracownikowi Techniki Obliczeniowej (EWM) nacisnąć na klawisz i będzie on posiadał dane o każdym mieszkańcu ziemi. W San Laosie został zbudowany komputer, który będzie obsługiwał wszystkie banki USA. Komputer ten jest zdolny w ciągu siedmiu sekund wydać dane o możliwościach płatniczych dowolnego obywatela kraju. W Waszyngtonie został zbudowany komputer, który posiada informacje o każdym obywatelu Ameryki: czy posiada on kartę kredytową, czy zapłacił podatki, służy w wojsku, jaką religię wyznaje i jakiej partii politycznej jest członkiem. Nikt nie jest w stanie się ukryć.

Na jednym z posiedzeń ONZ w 1977 było postawione pytanie: „Co czynić z tymi, którzy odmówią udziału w nowym ogólnoświatowym systemie?” – padła odpowiedź: „Numer osobisty tych obywateli będzie kasowany czarną linią w Światowym Banku, a sami oni będą podlegać niezwłocznej i koniecznej zagładzie. Nie są nam potrzebni przeciwnicy nowego światowego porządku, przeciwnicy „dobra powszechnego”. Został już opracowany program działania, który „przyswoi każdemu człowiekowi świata określoną liczbę””.

4. KARTY ELEKTRONICZNE

Obecnie symboliczna liczba „zwierzęcia” 666 jest powszechnie stosowana i uporczywie propagowana przez mocarzy tego świata, na każdym kontynencie.

W najbliższym czasie wszystkie karty kredytowe i inne stosowane zostaną zamienione JEDNĄ KARTA. Będzie to już dokument antychrysta. Na nowych kartach nie będzie już wypukłych liter i cyfr, napisy na nich nie będą miały większego znaczenia. Istota rzeczy będzie polegała na niewidzialnych, ultrafioletowych znakach – kodach kreskowych i płytce magnetycznej na odwrotnej stronie karty.

Jednocześnie z rozprzestrzenianiem się na całym świecie kart kredytowych, zawierających personalne dane jej posiadacza, które może odczytać komputer podczas kupna lub sprzedaży, przygotowuje się wprowadzenie tak zwanej „PŁYTKI PODSKÓRNEJ”.

Jej wielkość nie przekracza jednego milimetra kwadratowego. Na tej minimalnej powierzchni można wpisać wszelkie dane osobiste jej posiadacza: adres, imię i nazwisko, obroty finansowe, miejsce pracy oraz numer osobisty z komputera centralnego. Te miniaturowe płytki będą wprowadzane pod skórę prawej ręki lub czoło zupełnie bezboleśnie i dla zwykłego wzroku są one nie dostrzegalne. Wypróbowane one zostały na zwierzętach. Kilka zagubionych psów, z wszytą pod skórą płytką zostało odnalezionych przy pomocy satelitów. Następnym krokiem będzie wszczepienie wyżej wymienionej płytki pod skórę dzieciom. W przypadku kradzieży lub sprzedaży dziecka, nie będzie problemu z jego odnalezieniem przy pomocy satelity. Z czasem płytka ta zamieni plastikową kartkę również i dla dorosłych, ponieważ nie sposób jej zagubić lub zapomnieć w domu.

5. NOWY SYSTEM KONTROLI27

Wystąpienie doktora Kola Sandersena, inżyniera konstruktora w dziedzinie komputerowych mikroschematów, latem 1993 r. W Spokan, stan Waszyngton (wg gazety „Rosyjskije wiesti”):

„Wiele lat temu, pracowałem w charakterze inżyniera konstruktora mikrosystemów w mieście Feniksie, stan Arizona. Wielka grupa specjalistów opracowywała projekt, który był połączony równoległymi opracowaniami w Bostonie i Chanford.

W procesie doskonalenia mikrosystemów, powoli zmniejszały się ich rozmiary, stając się zupełnie miniaturowe tzn. całkowicie gotowe do implantacji (wszczepienia do organizmu).

Naszym celem było – udoskonalenie mikrosystemu do takich rozmiarów, aby zmieścił się on w igiełce strzykawki. Był duży problem z zasilaniem, trzeba było znaleźć takie miejsce w ciele człowieka, gdzie temperatura ciała często się zmienia. Są dwa takie miejsca: RĘKA i CZOŁO człowieka.

W tym czasie przeczytałem Pismo Święte i księgę: Objawienie Apostola Jana (13, 16) On też sprawia, że wszyscy, mali i wielcy, bogaci i niewolnicy otrzymują znamię na swojej prawej ręce albo na swoim czole.

W procesie pracy nad projektem rozpatrywany był zasadniczy cel: oznakowanie wszystkich mieszkańców naszej planety. Pragnę dodać, że na Florydzie w przedszkolach, sierocińcach jest wiele dzieci, którym zostały wszczepione mikrosystemy. Na ten cel były wydawane państwowe pieniądze, a także pieniądze CRU. Istnieją 23 satelity, które potrafią odczytywać informację nawet z obiektów bardzo małych np. znaczka pocztowego.

Niektóre satelity są na tyle czułe, że potrafią określić temperaturę ciała człowieka z dokładnością 0,4 stopnia. Posiadaczom mikrosystemu niemożliwością jest ukrycie się od nich w jakikolwiek sposób.

Dlatego uprzedzam ludzkość przed przyjęciem w jakiejkolwiek formie mikrosystemu, który może doprowadzić człowieka do pełnego zniewolenia przez organy zarządzające oraz możliwości absolutnej kontroli!”

6. UMOWA Z SZENGEN28

14 czerwca 1985 r. W niewielkim miasteczku Szengen, w Luksemburgu, na granicy trzech państw została podpisana tajna umowa między przedstawicielami kilku krajów europejskich o likwidacji kontroli granicznej w ramach powstającego europejskiego domu. Bez względu na to, że została „deklarowana tak wspaniała inicjatywa”, – umowa ta została ukryta i ogłosił ja dopiero po trzech i pół latach, francuski senator P. Mason. „Wolność, równość, braterstwo” bez granic – ta wielka triada znów świeci się nad Europą. Niestety obecne pokolenie zdążyło całkowicie zapomnieć, że słowa te historia pisała tylko krwawymi literami, a ich urzeczywistnienie osiągała za pośrednictwem gilotyny. Z wygód płynących z nowej deklaracji skorzystało miliony ludzi, którzy obecnie beż żadnych przeszkód, nudnych formalności mogą przejeżdżać z kraju do kraju. Niedługo jednak na jasnym przedtem horyzoncie pojawiły się wzbudzające trwogę i przestrach relacje: okazało się, że na każdego człowieka bez wyjątku, który stał się obywatelem Szengenu i wjeżdżającego w jego granice, jest stale zbierana i szczegółowo opracowywana elektroniczna „teczka”, która zawiera wszechstronne informacje, również osobistego charakteru. Okazało się, że powstały już narodowe filie informacyjne, związane z głównym komputerem, znajdującym się w Strasburgu. Zaniepokojonym tymi faktami Europejczykom powiedziano: „Kroki te podjęto ze względu na bezpieczeństwo, w celu walki z terroryzmem, przestępczością i handlem narkotykami”. Jednak obywatele wielkiego Szengenu zaczęli już podejrzewać, że zamiast bezgranicznej wolności otrzymują oni tajną dyktaturę niesłychanych rozmiarów. „Ktoś” celowo buduje jedyne państwo policyjne z silnym systemem kontroli. Rozpoczęły się protesty. Europa zachodnia zgodnie ze swym starym zwyczajem wzięła się za swoje ulubione zajęcie – walkę o prawa człowieka, lecz o wiele bardziej interesujące i głębokie procesy zachodziły w ostatnim z przyłączonych do Szengenu krajów – w prawosławnej Grecji, w prawidłowy sposób oceniającej niezwykłą sytuację.

W tym czasie gdy Francuzi i Niemcy buntowali się przeciwko pomniejszaniu ich swobód, prawosławni Grecy spojrzeli na wielki Szegen zupełnie inaczej. Budowa wielkiego Szengenu z jego totalną ogólnoeuropejską, a zatem w przyszłości i światową kontrolą przypomniało im o gigantycznym i ostatnim państwie w historii ludzkości, o którym opowiada Apokalipsa. Ich nieufność wzrosła w momencie, gdy w Szengenie rozpoczęto wprowadzanie nowych paszportów. Rzecz charakterystyczna, że paszporty te posiadają niewielka płytkę magnetyczną, zdolną zakodować dwa tysiące słów, czyli wszelki informacje o jej posiadaczu. Ich objętość równa się średniego formatu książce. W ten sposób wszelkie poczynania i operacje handlowe każdego obywatela Szengenu są kontrolowane i rejestrowane w komputerze centralnym w Strasburgu.

Próbie wprowadzenia nowych paszportów, w postaci kart elektronicznych w Grecji towarzyszyły burzliwe demonstracje i wydarzenia. W czerwcu 1997 r. niezliczone rzesze duchowieństwa i wiernych zgromadziły się przed gmachem Parlamentu Greckiego w Atenach, usilnie protestując przeciwko zdradzieckiej deklaracji. Przeciwko takowym barbarzyńskim zamiarom i knowaniom wystąpiły organizacje społeczne Grecji, Święta Góra Atos oraz kilkakrotnie Grecki Kościół Prawosławny, który:

1. Uprzedził swych wiernych by nie przyjmowali paszportu elektronicznego, ze względu na zawarty w nim apokaliptyczny symbol antychrysta i możliwość kontroli jego właściciela.

2. Sprzeciwił się przyjęciu pieczęci na rękę lub czoło człowieka. Jej przyjęcie będzie wyrzeczeniem się Chrystusa i podporządkowanie siebie antychrystowi – diabłu.

3. Wystąpił z propozycją by rząd Grecji ubiegał się w Unii Europejskiej o zamianę kodu „666” na jakikolwiek inny. Pomimo, że technicznie w stadium początkującym podobna zamiana była możliwa, obecnie mocarze tego świata pod żadnym pretekstem nie chcą dopuścić do jego zamiany, ponieważ jak wiadomo kod 666 zawiera także aspekt religijno–symboliczny Nowej Epoki (New Age). Ponadto wspomniana odezwa Synodu Cerkwi Greckiej ukazuje i wyjaśnia szczegóły omawianego tematu. W aspekcie Pisma Św., w szczególności Apokalipsy (13, 16–18).

ZAKOŃCZENIE

W związku z powyższym wierni wszystkich Kościołów Prawosławnych nie powinni przyjąć nowych paszportów w postaci kart elektronicznych z symbolem antychrysta, tym bardziej pod żadnym pozorem nie dopuścić do przyjęcia pieczęci antychrysta na prawą rękę lub czoło, ponieważ:

1. Za pośrednictwem dokumentu elektronicznego można kontrolować jego właściciela. Ogranicza to prawo wolności każdego człowieka.

2. Posiadanie wszelkich danych o każdym mieszkańcu Ziemi, może być wykorzystane na jego szkodę. W czasie władzy antychrysta, zostaną one wykorzystane podczas prześladowań wierzących w Chrystusa.

3. Pełna kontrola posiadacza znaku antychrysta, będzie nosiła znamiona uzależnienia i dyktatury.

4. Najtragiczniejszym skutkiem przyjęcia znaku antychrysta, będzie wyrzeczenie się Chrystusa i wieczne potępienie.

5. Wybranie i nagminne korzystanie z zestawu trzech szóstek (666) nie jest przypadkowe, posiada charakter kultowy. Jest tajemniczym symbolem przeciwnika Chrystusa i jego zwolenników.

6. Żadna władza ani państwo nie ma prawa wymuszać na swoich obywatelach przyjęcia symbolu diabła i gnębiciela ludzkości – antychrysta. W wypadku złamania fundamentalnych praw człowieka i przymusowego pieczętowania, stokrotnie lepiej wybrać śmierć doczesną i życie wieczne z Chrystusem, aniżeli podporządkować się dynastii samozwańczego boga – antychrysta i tyranii diabła”.29

Zapoznawszy się z obawami Kościoła Wschodniego dotyczącymi kodu 666, wróćmy do przerwanego wątku i odpowiedzmy na pytanie co się wydarzy gdy już wszystkie znaki końca świata się wypełnią? Co wówczas nastąpi? Odpowiedź na to mamy w następnym rozdziale.

Paruzja Pana Jezusa Chrystusa i Sąd Ostateczny

Oblubieniec Ten przyjdzie o północy,

I błogosławiony sługa, który spotka Go czuwając:

Niegodny zaś ten, kto wpadnie w znużenie.

Pilnuj się duszo moja,

Od snu odpędzaj się,

Wtedy nie śmierci będziesz oddana,

A w Królestwie nie z tego świata znajdziesz się:

Przyjm wołanie:

Święty, Święty, Święty jesteś, Boże,

Bogarodzico zmiłuj się nad nami”.30

Na pytanie dlaczego Pan Bóg zwleka z osądzeniem ludzi, aż do Dnia Ostatniego dają nam odpowiedź te oto słowa:

„Pan Bóg, jako Sędzia człowieka, a przy tym Sędzia sprawiedliwy i wszechmogący, mógłby ukarać grzesznika i oddać każdemu według uczynków jego (Rz. 2, 6) natychmiast po dokonaniu przestępstwa, ale jako miłosierny i wszechdobry, nie chce On śmierci grzesznika, lecz chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni przyszli do uznania prawdy,… nie chcąc, aby niektórzy zginęli, ale żeby się wszyscy do pokuty nawrócili (Ez. 33, 11; 1 Tym. 2, 4; 2 P. 3, 9). Dlatego też jest tak bardzo cierpliwy, zwleka do czasu ze Swoją karą, oczekując od grzesznika poprawy. Boski wymiar sprawiedliwości w ten sposób ani trochę nie ulega złagodzeniu, albowiem, jeżeli grzesznik, przy całej cierpliwości Bożej do niego, nie poprawi się, przy niejednokrotnym doświadczaniu na sobie miłości Bożej, zostanie nieugięty i zlekceważy dary łaski Bożej, to miłosierdzie Boże od niego, w końcu, wcześniej czy później, odstąpi – i wystawi on siebie na wyjątkowo surowy sąd Boga jeżeli nie w życiu ziemskim, to już na pewno w przyszłym, wiecznym. Bóg odda każdemu według uczynków (Rz. 2, 6). Wszyscy bowiem staniemy przed sądem Chrystusa”.31

Dlatego to św. Andrzej z Krety modli się tymi słowami:

„Zmiłuj się, Panie, wołam do Ciebie, zmiłuj się nade mną, kiedy przyjdziesz z Aniołami swymi oddać każdemu według uczynków jego”.32

A św. Jan Złotousty w swojej Boskiej Liturgii umieszcza taką oto prośbę:

„O chrześcijański koniec życia naszego, bezbolesny, nieskalany, spokojny i o dobre usprawiedliwienie na strasznym sądzie Chrystusa, prośmy”.33

Pan Bóg nie dopuści do unicestwienia przez moce ciemności udręczonej ludzkości, gdy bowiem będzie się wydawało, że dla wierzących nie ma już żadnej nadziei, gdy rozszalały żywioł ognia będzie niszczył naszą planetę, niespodziewanie przyjdzie z niebios Pan Jezus w otoczeniu hufców anielskich i zniszczy zło.34

„Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielka mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie”.

(Łuk. 21, 27 – 28 BT)

Św. Efrem Syryjczyk jeszcze bardziej podnosi nas na duchu mówiąc:

„Sprawiedliwi ujrzą Oblubieńca35 nadchodzącego ze Wschodu36; obdarzy ich skrzydłami, by zaraz mogli wzlecieć i pokłonić się Jemu”.37

Ale św. Andrzej z Krety tak powiada, uświadamiając nam że Powtórne Przyjście Pańskie będzie także pełne grozy:

„Kiedy Ty, Miłosierny, zasiądziesz jako Sędzia i okażesz budzącą bojaźń chwałę Twoją, Zbawco, o, jakiż wtedy będzie strach, piec będzie gorzeć i wszyscy drżeć będą przed wspaniałością trybunału Twego”.38

Wtedy na głos trąby umarli powstaną z martwych i stawią się przed obliczem Sędziego. Jego powtórne przyjście będzie zaskoczeniem dla wszystkich39, bowiem:

„…dzień Pański przyjdzie tak, jak złodziej w nocy. Kiedy bowiem będą mówić: «Pokój i bezpieczeństwo» – tak niespodzianie przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie ujdą”.

(1 Tes. 5, 2 – 3 BT)

Powtórne przyjście Pana Jezusa będzie nie tylko nagłe, niespodziane, ale także widoczne dla wszystkich ludzi żyjących wówczas na Ziemi40:

„Bo jak błyskawica, gdy zabłyśnie, świeci od jednego krańca widnokręgu aż do drugiego, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego”.

(Łuk. 17, 24 BT)

wtedy:

„…ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego, i wtedy będą narzekać wszystkie narody ziemi; i ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebieskich z wielką mocą i chwałą. Pośle On swych aniołów z trąbą o głosie potężnym, i zgromadzą Jego wybranych z czterech stron świata, od jednego krańca nieba aż do drugiego”.

(Mat. 24, 30 – 31 BT)

Wtedy nastanie czas powszechnego zmartwychwstania wszystkich bez wyjątku. Wtedy nastanie czas sądu, który był zapowiadany tak przez proroków starotestamentowych, jak i przez samego Pana Jezusa, a w ślad za Nim także i Jego uczniów. O tym, że będzie Sąd Powszechny i Ostateczny i jaki on będzie, Chrystus Pan powiedział wystarczająco dużo, aby mieć na ten temat pełne wyobrażenie. Bardzo jasno mówił Jezus o dniu sądu karcąc miasta, które odrzuciły Jego dobrą nowinę:

„«Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i w popiele by się nawróciły. Toteż powiadam wam: Tyrowi i Sydonowi lżej będzie w dzień sądu niż wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz. Bo gdyby w Sodomie działy się cuda, które się w tobie dokonały, zostałaby aż do dnia dzisiejszego. Toteż powiadam wam: Ziemi sodomskiej lżej będzie w dzień sądu niż tobie»”.

(Mat. 11, 21 – 24 BT)

Ciężko na sądzie będzie tym, którzy odrzucili Jezusa Chrystusa:

„Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni na wskutek nawoływania Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw temu plemieniu i potępi je; ponieważ ona z krańców ziemi przybyła słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon”.

(Mat. 12, 41 – 42 BT)

Ale też, jak twierdzi św. Efrem Syryjczyk:

„Jezus Chrystus pochwali tego, który czuwa, i ujrzy on Syna Człowieczego tej nocy41, która wprawi świat w drżenie”.42

Grzegorz, towarzysz św. Bazylego Nowego w wizji ujrzał obraz Sądu Ostatecznego:

„(…) Grzegorz popadł w pewne wątpliwości co do wiary. Starannie czytając Stary Testament dopuścił się myśli, że właściwie i sprawiedliwie wierzą Żydzi. Dość długo tak sądził. (…) miał Grzegorz cudowne widzenie, w którym przed oczami jego duszy pojawił się obraz Sądu Ostatecznego. Zobaczył on siedzącego na tronie Wiecznego Sędziego, a dalej po prawicy Sędziego stojących ludzi pobożnych i po lewicy grzeszników, sądzonych za swoje grzechy. Grzegorz dojrzał tam razem skazanych żydów i pogan, którzy zostali strąceni do ognia piekielnego. A obok odbyło się wysławianie bogobojnych dusz”.43

Pan Jezus zapowiedział też, że Sąd Ostateczny będzie bardzo skrupulatny:

„A powiadam wam: Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu. Bo na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony”.

(Mat. 12, 36 BT)

gdy:

„…Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania”.

(Mt. 16, 27 BT)

a wówczas:

„…zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swej lewej stronie”.

(Mat. 25, 32 – 33 BT)

Mówiąc o sądzie, Jezus używał pewnych obrazów, przenośni i przypowieści – o pszenicy i kąkolu, pannach mądrych i głupich, talentach.44

Pewność mającego nastąpić w nieokreślonej przyszłości sądu powszechnego wyrażana była wielokrotnie przez uczniów Jezusa. Św. Apostoł Piotr stwierdził jasno:

„On [Jezus] nam rozkazał ogłosić ludowi i dać świadectwo, że Bóg ustanowił Go sędzią żywych i umarłych. Wszyscy prorocy świadczą o tym, że każdy, kto w Niego wierzy, przez Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów”. (Dz. Ap. 10, 42 – 43 BT)

Podobnie wypowiada się św. Paweł, w mowie jaką wygłosił na ateńskim Areopagu:

„Nie zważając na czasy nieświadomości, wzywa Bóg teraz wszędzie i wszystkich ludzi do nawrócenia, dlatego że wyznaczył dzień, w którym sprawiedliwie będzie sądzić świat przez Człowieka, którego na to przeznaczył, po uwierzytelnieniu Go wobec wszystkich przez wskrzeszenie Go z martwych”. (Dz. Ap. 17, 30 – 31 BT)

Św. Symeon Nowy Teolog na temat nauki o Powszechnym Sądzie mówi, że została ona objawiona przez Boga w czasach starotestamentowych, potwierdzona zaś przez Pana Jezusa oraz Jego uczniów oświeconych przez Ducha Świętego. Stanowi ona dogmat wiary, który został włączony do Symbolu Nicejsko–Konstantynopolitańskiego jako jeden z artykuł, który brzmi: „I powtórnie przyjdzie [Jezus] w chwale sądzić żywych i umarłych”. Prawda wiary dotycząca Sądu ostatecznego jest także wyrażana w licznych cerkiewnych tekstach liturgicznych.45

Obecne życie jest czasem miłości i cierpliwości Boga, życie po zmartwychwstaniu jest czasem egzaminu, sądu i sprawiedliwości Boga. W tym życiu otrzymujemy możliwość oczyszczenia się z grzechu przez chrzest i pokutę, życie przyszłe natomiast to czas osądu naszych czynów i dokonań.46

Archimandryta Łazarz wskazując nam możliwość oczyszczenia się z grzechów za życia, jednocześnie przestrzega przed fałszywym wstydem, wskazując na to, iż większego wstydu możemy doznać podczas Sądu Ostatecznego:

„Wstydzisz się ojca duchownego, ale jak zniesiesz swój wstyd, gdy zjawisz się na Strasznym Sądzie Bożym, gdzie twoje grzechy, jeśliś się od nich nie oczyścił tutaj szczerą pokutą, ujawnią się przed samym Bogiem, Aniołami i wszystkimi ludźmi: znajomymi i nieznajomymi? A zatem, pragnąc tutaj oczyścić się od grzechów i uniknąć wiecznych mąk, powinieneś koniecznie, z całą szczerością, spowiadać się ojcu duchownemu ze swoich grzechów”.47

Św. Efrem Syryjczyk naucza, że:

„Szczęśliwy, kto ma nadzieję w Chrystusie, który nadchodzi znów w chwale sądzić wszechświat w prawdzie; podobny będzie drzewu rosnącemu nad wodami i nie przestanie przynosić owoców. (…) Mający nadzieje w Chrystusie wyśpiewywać będzie z radością Jego chwałę w dniu zmartwychwstania”.48

Odpowiadając na bardzo logiczne pytanie, dlaczego Bóg za popełniane grzechy karze już teraz, chociaż sąd odkłada na koniec czasów, można – za św. Janem Złotoustym – odpowiedzieć, że widocznie jest On cierpliwy, dając jeszcze szansę na poprawę, nie stosując w tym wieku kary o s t a t e c z n e j, ale odkładając ją na dzień ostatni. Wtedy bowiem skończy się czas miłosierdzia i czas cierpliwości, a zacznie się czas sprawiedliwości:

„Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre”.

(2 Kor. 5, 10 BT)

A św. Efrem Syryjczyk powiada tak:

„Nadzieja, która uwolniła nasze ciało od niewoli, której poddani zostali Adam i Ewa, usprawiedliwi cię na sądzie i wywyższy w jego dniu”.49

oraz:

„Mający nadzieję w Chrystusie wyśpiewywać będzie z radością Jego Chwałę w dniu zmartwychwstania”.50

Tymczasem diabeł rozbudza w naszych duszach wątpliwości co do celowości bycia dobrym i sprawiedliwym przed Bogiem, podsuwając nam myśli, że jest to bezużyteczne, że Bóg zagroził nam Sądem po to tylko, aby wzbudzić w nas strach, a w rzeczywistości ani Sąd, ani kara wieczna nam nie grożą. Tym samym zaniedbując nasze zbawienie sami siebie rzucamy w otchłań piekielną.51

A tymczasem Sąd Boga to nie żadna bajka, On bowiem sam jasno nauczał o tym, a co można znaleźć na kartach Biblii – wszak bogacz, który był niemiłosierny dla ubogiego Łazarza został osądzony i ukarany, panny głupie, które nie przygotowały się na przyjście oblubieńca zostały wyproszone z domu weselnego, a prorok Izajasz mówi jeszcze dobitniej:

„…przyjdzie każdy człowiek, by Mi oddać pokłon – mówi Pan. A gdy wyjdą, ujrzą trupy ludzi, którzy się zbuntowali przeciw Mnie: bo robak ich nie zginie i nie zagaśnie ich ogień, i będą oni odrazą dla wszelkiej istoty żyjącej”.

(Iz. 66, 24)

Wszak za bunt przeciw Mojżeszowi straszna kara przyszła na Koracha, Datana i ich zwolenników – ziemia rozstąpiła się i pochłonęła ich. Zaś Ananiasz i Safira, za próbę oszukania Apostołów zostali natychmiast ukarani śmiercią.52 Zatem Bóg sądzi ludzi nieustannie, dlatego i Ostateczny Sąd Boży nastąpi i nie ma podstaw by w tę prawdę wiary, objawioną nam przez samego Zbawiciela, wątpić.

Teraz jesteśmy niczym ziarno pszeniczne i niczym winne jagody, gdy dojrzewają one, nadchodzi czas żniw i czas winobrania. Tak też będzie i z ludźmi, w których duszach Pan posiał obficie ziarno Swego Słowa, a przyjdzie zebrać plon jaki ono wydało właśnie w dniu Sądu. Dał nam też wskazówki, jak się mamy bronić przed grzechem i szatanem, bezcenną Krwią Swojego Syna obmył nas z grzechów i ofiarował nam środki do zbawienia. Dlatego też Jego sprawiedliwość wymaga sądu nad światem.53

Mówiąc o paruzji Pana Jezusa należałoby zwrócić uwagę na słowa Oscara Cullmann’a:

„(…) Nowy Testament wyraźnie odróżnia przyjście Chrystusa w chwale od Jego pierwszego przyjścia w poniżeniu. Substancjalnie więc, jeżeli już nie formalnie, ma się prawo mówić o powrocie Jezusa Chrystusa. On, związany jak zawsze z historią boskiego zbawienia, dokona tego ostatecznego aktu zwyciężając ostatecznie Mocarstwa i Potęgi (I Kor. XV, 24 i nast.), które już pozbawił władzy w Swym Zmartwychwstaniu (II Tym, I, 10)”.54

Zapoznaliśmy się z nauczaniem Kościoła Wschodniego dotyczącego znaków końca świata oraz powtórnego przyjścia Pana Jezusa Chrystusa na Ziemię. W tym miejscu czytelnicy mogą zapytać: – A czy tego samego i w taki sam sposób nauczają także inne Kościoły i chrześcijańskie wyznania?

Nie, tego samego naucza jedynie Kościół rzymskokatolicki i Kościoły tzw. staro-protestanckie, natomiast niektóre z Kościołów i wyznań ewangelicznych mają nieco odmienne nauczanie, chociaż główny jego „zrąb”, czy też ogólny kształt są bardzo podobne do nauczania katolików i prawosławnych. Na przykład Chrześcijanie Dnia Sobotniego nauczają, że sąd ostateczny i koniec obecnego świata poprzedzą dwa ważne wydarzenia, wielka bitwa nosząca miano Armagedonu, a po niej okres pokoju przez tysiąc lat. Oto co pastor Stanisław Kosowski pisze na ten temat wielkiej bitwy zwanej wojną Boga Wszechmogącego (Armagedonem):

„(…) opisuje [się] ją na kilka różnych sposobów, a wszystkie zapowiedzi mówią o całkowitym zniszczeniu życia, straszliwym spustoszeniu powierzchni Ziemi, i o chaosie, w jakim pogrąży się cały glob.

Wiele przemawia za tym, że zagłada ta będzie spowodowana przez ludzi, a Bóg nie będzie jej dłużej powstrzymywał, gdyż na Ziemi nie będzie już Jego dzieci. Niezwykle ważna i sugestywna jest w tym względzie wizja, w której ap. Janowi ukazano „czterech aniołów stojących na czterech krańcach ziemi, powstrzymujących cztery wiatry ziemi”, którym nakazano aby wstrzymywali ostateczną zawieruchę, „dopóki nie opatrzymy pieczęcią sług Boga naszego” (Obj 7, 1–3).

Ujmując rzecz w największym skrócie, wizja ta mówi o Bożej opiece nad światem. To nie geniusz czy przezorność ludzi, podobnie jak nie szczęśliwe przypadki sprawiają, że wisząca nad ludzkością zagłada, już kilkakrotnie w drugiej połowie XX wieku jak gdyby została „odłożona”. Chrześcijanie D.S, wierzą, że sprawił to Bóg, gdyż dzieło „pieczętowania”, czyli zwiastowania Ewangelii i wybierania ludzi do zbawienia, jeszcze się nie zakończyło.

Ale w jakimś momencie, w dniu, który zna jedynie Bóg, gdy nawróci się ostatni z ludzi, jakich Bóg przejrzał do zbawienia – ochrona ta zostanie zdjęta! A wtedy zbuntowane narody zetrą się w opętańczym i morderczym konflikcie, w którym użyją środków masowej zagłady na niespotykana skalę! W Piśmie Świętym czytamy bowiem, że „ta ziemia spustoszona będzie dla obywateli swoich, dla owocu wynalazków ich”. (Mich 7, 13 BG55).

Ogrom nadchodzącego kataklizmu przewyższy wszystko, co kiedykolwiek zdarzyło się w historii naszej planety, zniszczeniu ulegnie atmosfera, kataklizm dotknie ziemie i morze:

„I niebo znikło, jak niknie zwój, który się zwija, a wszystkie góry i wyspy ruszone zostały z miejsc swoich. I wszyscy królowie ziemi i możnowładcy, i wodzowie, i bogacze, i mocarze, i wszyscy niewolnicy i wolni, pokryli się w jaskiniach i w skałach górskich. I mówili do gór i skał: Padnijcie na nas i zakryjcie nas przed obliczem tego, który siedzi na tronie, i przed gniewem Baranka, albowiem nastał ów wielki dzień ich gniewu i któż się może ostać?” (Obj 6, 14 – 17).

„A siódmy wylał czaszę swoją na powietrze, i rozległ się ze świątyni od tronu donośny głos mówiący: Stało się. I nastąpiły błyskawice i donośne grzmoty, i wielkie trzęsienie ziemi, jakiego nie było, odkąd człowiek istnieje na ziemi, tak potężne było to trzęsienie. I rozpadło się wielkie miasto na trzy części, i legły w gruzach miasta pogan. I wspomniano przed Bogiem o wielkim Babilonie, że należy mu dać kielich wina zapalczywego gniewu Bożego. I znikły wszystkie wyspy i gór już nie było”. (Obj 16, 17–20)

Ale Biblia zwraca również uwagę na sferę niebieską, na znaki i zjawiska kosmiczne, które także mogą odegrać rolę w ostatecznej zagładzie.

– Mówi się tam więc o nadzwyczajnym zaćmieniu słońca („słońce pociemniało jak czarny wór” – Obj 6, 12), i księżyca („a cały księżyc poczerwieniał jak krew” – Obj 6, 12) oraz o „spadaniu gwiazd” (Obj 6, 13).

– W proroczych rozdziałach Ewangelii (Mt r. 24 i Łk r. 21) Jezus Chrystus mówi, że „ludzie omdlewać będą z trwogi w oczekiwaniu tych rzeczy, które przyjdą na świat, bo moce niebios poruszą się” (Łk 21, 26); przekład Biblii Tysiąclecia oddaje końcową myśl: „Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte”.

– Nie można wykluczyć, że w Ziemię uderzy ogromna kometa, asteroid lub planetoida, a nieboskłon zasnują chmury dymy i pyłów, wzniesione w wyniku potwornych eksplozji ładunków termojądrowych, użytych w wojnie nuklearnej, lub po zderzeniu Ziemi z kawałem materii kosmicznej – co uniemożliwi dotarcie do Ziemi światła i ciepła słonecznego…

– Na podstawie starotestamentowego proroctwa Izajasza, r. 24., nie można też wykluczyć, że w wyniku potężnych wstrząsów i eksplozji, lub potężnego uderzenia z zewnątrz, Ziemia zmieni swoją orbitę („Chwiejąc chwiać się będzie ziemia jako pijany, a przeniesiona będzie jak budka..”.).

Choć co ogólnego rozwoju wydarzeń nie można już dziś mieć jakichkolwiek wątpliwości – mówią Chrześcijanie D.S. – wiele kwestii szczegółowych pozostaje dziś wciąż jeszcze w sferze prognoz i hipotez. Równocześnie jest to próba zrozumienia proroczych zapowiedzi i wizji, oglądanych przez Bożych proroków. Jest znamienne, że współczesny świat naukowy także obawia się tych właśnie niebezpieczeństw, przyznając zarazem bezradnie, że ludzkość nie jest przygotowana by stawić im czoła!”56

Po tych straszliwych wydarzeniach nastanie jednak czas obejmujący okres między Armagedonem, a sądem ostatecznym, kiedy na naszej planecie nic się nie będzie działo. Będzie to okres tzw. Millennium. Ponownie oddaję głos pastorowi Stanisławowi Kosowskiemu:

W okresie Millennium Ziemia będzie się znajdować w stanie chaosu: pusta, martwa, niezamieszkana i – być może – zabłąkana jako planeta na bezdrożach nieba.

Niesprawiedliwi wciąż będą w stanie śmierci (Chrześcijanie D.S. nie wierzą w nieśmiertelną duszę, lecz w zmartwychwstanie umarłych), a sprawiedliwi na początku Millennium będą zabrani do Boga. Jedynymi „lokatorami” Ziemi będą w tym okresie szatan i jego demony; zrzuceni z Bożych Niebios na Ziemie po zwycięstwie Jezusa Chrystusa na Golgocie, już nigdy nie będą mogli opuścić tej części kosmosu, w której krąży nasz glob! Ich przymusowa bezczynność i rozpaczliwe położenie, zostały obrazowo opisane w księdze Objawienia jako „związanie” i „wtrącenie do otchłani” (Obj 20, 1–3), gdzie maja pozostać przez „tysiąc lat”.

Ten okres czasu sprawiedliwi spędzą wraz z Chrystusem Panem u Boga, gdzie oprócz przeżywania radości zbawienia, prawdopodobnie będą mieli wgląd w Boże decyzje odnośnie wszystkich spraw i istot, jakie były zaangażowane w kosmiczny konflikt Dobra i Zła. Wiele wskazuje na to, że będzie to dla nich stanowić przygotowanie do – mającego nastąpić po Millennium – Sądu Ostatecznego. Mając na uwadze ten aspekt, Pismo Święte mówi, że „święci będą sądzić świat”, a także „sądzić będą aniołów” (1 Kor 6, 2–3; Obj 20, 4–6).

Kiedy „tysiąc lat” dobiegnie kresu, nastanie czas ostatecznej konfrontacji między Bogiem a szatanem. Trzy wydarzenia nastąpią równocześnie: (1) zmartwychwstanie wszystkich niesprawiedliwych z całej historii Ziemi, (2) tym samym „rozwiązany” zostanie szatan i jego demony, i (3) nastanie czas Sądu Ostatecznego (…)57.

Po tych budzących lęk i grozę wydarzeniach, po Sądzie Ostatecznym, na którym zostanie określony na wieczność los każdego człowieka, nastanie czas radości, szczęścia i pokoju na Nowej Ziemi, gdzie błogosławieni będą żyć na wieki razem z Bogiem.

Na zakończenie omawiania wierzeń chrześcijańskich dotyczących znaków końca świata wspomnę jeszcze o wierzeniach eschatologicznych Kościoła zielonoświątkowego.

Zielonoświątkowcy, podobnie jak wiele innych Kościołów ewangelicznych, są oczekują, iż już niedługo nastanie koniec dziejów. Mając zaś na uwadze słowa Pana Jezusa nakazujące ewangelizację narodów, ściśle stosują się do nich. Wierzą, że wraz z ponownym przyjściem Jezusa Chrystusa nadejdzie także czas powstania doczesnego tysiącletniego królestwa, w którym sprawiedliwi będą żyć i cieszyć się szczęściem, oczekując dnia Sądu Ostatecznego. Źli i potępieni będą cierpieć wieczne męki, zbawieni zaś połączą się z tymi sprawiedliwymi, którzy przed nimi odeszli do wieczności i tam wespół z nimi, zyskawszy nieśmiertelność, cieszyć się będą wiecznym szczęściem.58

W tym miejscu należy się zatrzymać nad niezmiernie interesującą kwestią eschatologiczną, mianowicie nad kwestią „porwania”, czy inaczej „pochwycenia” Kościoła. Wiarę w mające nadejść takie wydarzenie głosi większość wspólnot ewangelicznych, w tym i zielonoświątkowcy. Nie wdając się w szczegóły i spory między nimi dotyczące kwestii kiedy to nastąpi, przed, czy po powszechnym ucisku jakiego sprawiedliwi doświadczą w czasach poprzedzających koniec świata, ogólnie zaprezentuje to zagadnienie opierając się na objaśnieniach znanego zielonoświątkowego pisarza Henryka Turkanika.

Eschatologia wspomnianych wspólnot oddziela powtórne przyjście Jezusa Chrystusa od przemiany ciał i zabrania sprawiedliwych do nieba (do „Domu Ojca”). Twierdzi się, że w jakimś momencie Kościół zostanie zabrany („porwany”, „pochwycony”), a potem nastąpią końcowe wydarzenia na Ziemi (skoncentrowane w Izraelu), w trakcie których, w momencie najbardziej dramatycznym – przyjdzie Jezus Chrystus, by założyć w Jerozolimie Swoje Tysiącletnie Królestwo, w którym najzaszczytniejsza rola (współrządzenie z Chrystusem i ewagelizowanie świata) przypadnie Żydom.

Pochwycenie Kościoła

„…tak też będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie na polu: jednego zabiorą, a drugiego zostawią. Dwie będą mleć na żarnach: jedną zabiorą, a drugą zostawią. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, którego dnia Pan przyjdzie!” (Mt 24, 39–42 BP59)

Te niezwykle intrygujące słowa od dwóch tysięcy lat rozpalały niejedną wyobraźnię, ale jakoś bliżej nie zainteresowały teologów ani prawosławnych, ani katolickich, ani też staroprotestanckich. Dopiero Kościoły ewangeliczne zwróciły na nie uwagę i na podstawie tych słów, i innych wersetów biblijnych, zbudowały naukę o „porwaniu”, „wzięciu” Kościoła.

A chociaż poszczególne wspólnoty ewangeliczne różnią się nieco w szczegółach, nie ma to jednak dla nas większego znaczenia, bo w ogólnym zarysie nauka owa u wszystkich z nich jest taka sama, i wygląda mniej więcej tak:

Oto gdy dopełni się liczba sprawiedliwych, gdy ostatni spośród nich zostanie zabrany światu i przyłączony do Kościoła Jezusa, wtedy Pan przybędzie z nieba, aby zabrać z Ziemi tych wszystkich, którzy przez dobre i sprawiedliwe życie wykazali, że należą do niego.60

To zdarzenie Jezus zapowiedział przed swoim wniebowstąpieniem tymi słowami:

„W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było powiedziałbym wam o tym, bo idę przygotować wam miejsce. A kiedy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i zabiorę was do siebie, abyście i wy tam byli, gdzie Ja jestem”. (J 14, 2–3 BP)

Owo pochwycenie Kościoła zapoczątkuje cały ciąg wydarzeń. Zaraz potem nastąpi wielki ucisk, zstąpienie Chrystusa na Ziemię, powstanie tysiącletniego Królestwa, po upływie tego czasu wybuchnie ostatni bunt – rokosz przeciwko Bogu, a następnie odbędzie sąd ostateczny.61

Czym będzie owo pochwycenie? Jak będzie wyglądało, przebiegało? Czy w czasach starotestamentowych coś podobnego miało miejsce kiedykolwiek w stosunku do kogokolwiek?

Odpowiadając na pierwsze pytanie należy powiedzieć, że będzie to połączenie ciała Kościoła (złożonego z członków – wiernych, sprawiedliwych chrześcijan) ze swą głową – Jezusem. I że będzie to dla nich zdarzenie radosne, najwspanialsza chwila, na którą czeka się od początku istnienia chrześcijaństwa.62

Na temat samego pochwycenia jego przebiegu i jego istoty Paweł Apostoł tak oto mówi:

„A mówimy to wam na podstawie słowa Pana, że my, żywi i pozostawieni na powtórne przyjście Pana, nie uprzedzimy zmarłych, że na dany znak, na głos archanioła i dźwięk trąby Bożej, sam Pan zstąpi z nieba, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Następnie my, pozostawieni wśród żyjących, razem z nimi zostaniemy uniesieni w przestworza, na obłoki naprzeciwko Pana, i tak już na zawsze z Panem pozostaniemy. Tą więc nauką pocieszajcie się wzajemnie”.

(1 Tes 4, 15–18 BP)

A zatem sprawiedliwi opuszczą Ziemię. Opuszczą ją na zawsze. Przybycie jednak Jezusa „na obłoki” nie zostanie dostrzeżone przez mieszkańców Ziemi, z wyjątkiem tych, których Pan weźmie do siebie. Można to wywnioskować z zacytowanego wcześniej ustępu z 24 rozdziału ewangelisty Mateusza.

Henryk Turkanik w swej znakomitej książce mówi, że pochwycenie obejmie porwanie, dołączenie, przemienienie, triumf i błogość:

„1/ Porwanie /wyrwanie, pochwycenie/. Grecki język nowotestamentowy używa tu czasownika harpadzo (1 Tes. 4, 17). W języku polskim znaczy on „raptownie, z wielka siłą i prędkością porywam ku sobie”. W ten sposób Chrystus „porwie” swój Kościół. Stanie się to nagle i z wielka mocą. „Porwani” zostaną w jednym momencie wyzwoleni, wyrwani od wszelkich kłopotów duchowej i cielesnej natury, od prześladowań, od grzechu, od śmierci, od gniewu przyszłego /Tes. 1, 10; Rz. 5,9/.

2/ Dołączenie. Będzie to dołączenie ciała do /członków/ do Głowy. (…) Po raz pierwszy cały Kościół, wszyscy jego członkowie, z każdego wieku i pokolenia i ze wszystkich zakątków ziemi połączą się razem.

3/ Przemienienie. Ciała wierzących zostaną przemienione w mgnieniu oka i staną się podobne do chwalebnego ciała zmartwychwstałego Chrystusa (…) Nasze zbawienie będzie nareszcie całkowite – co do ducha, duszy i ciała /1 Tes. 5, 23/.

4/ Triumf. Powietrze jest obecnie domeną władania diabła. Stamtąd kieruje on tymi, którzy jemu podlegają (…) I właśnie w tym miejscu, gdzie szatan ma swoją kwaterę, odbędzie się spotkanie Chrystusa z Kościołem (…) Zwycięscy ze swymi zwycięskimi zastępami. Większego i wspanialszego triumfu nie można sobie wyobrazić!

5/ Błogość. Miejsce smutku, boleści, rozczarowań zajmie cudowna błogość i radość, która będzie zupełna i której już nikt nie będzie w stanie odebrać /Jan 16, 22/. Będzie to spełnienie się owej błogosławionej nadziei, o której wspomina apostoł Paweł w Liście do Tytusa /2, 13/”63

Czy w Starym Testamencie znajdziemy opisy takiego pochwycenia, porwania? Owszem, tak, ale odnośnie dwóch osób tylko – Henocha i Eliasza, a nie całej, liczącej pewnie wiele miliardów osób, rzeszy. Czy jednak owo pochwycenie będzie wyglądało tak samo, czy chociaż podobnie? Jest to prawdopodobne, tyle że skala zjawiska będzie o wiele, wiele większa. A oto co Stary Testament mówi o tych dwóch prorokach, którzy za życia zostali przez Pana zabrani do nieba:

„Henoch po urodzeniu się Metuszelacha żył w przyjaźni z Bogiem trzysta lat i miał synów i córki. Ogólna liczba lat życia Henocha: trzysta sześćdziesiąt pięć. Żył więc Henoch w przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg”.

(Rodz. 5, 22–24 BT)

Powyższy cytat w zasadzie niczego, poza tym, że Henoch znikł, bo zabrał go Bóg, nie mówi. O wiele bardziej interesujący jest opis wzięcia Eliasza do nieba:

„A gdy Jehowa miał zabrać Eliasza w wichrze do niebios, Eliasz i Elizeusz szli z Gilgal. I odezwał się Eliasz do Elizeusza: „Posiedź tu, proszę, gdyż Jehowa posłał mnie aż do Betel”. Lecz Elizeusz rzekł: „Jako żyje Jehowa i jako żyje twoja dusza, nie opuszczę cię”. Poszli więc do Betel. Wtedy wyszli do Elizeusza synowie proroccy, którzy byli w Betel, i powiedzieli mu: „Czy ty wiesz, że dzisiaj Jehowa zabiera twojego pana, by już nie był twoim zwierzchnikiem?” Na to on rzekł: „Ja też dobrze o tym wiem. Milczcie”. Potem Eliasz powiedział do niego: „Elizeuszu, posiedź tu, proszę, gdyż Jehowa posłał mnie do Jerycha”. Lecz on rzekł: „Jako żyje Jehowa i jako żyje twoja dusza, nie opuszczę cię”. Przyszli więc do Jerycha. Wówczas synowie proroccy, którzy byli w Jerychu, podeszli do Elizeusza i powiedzieli mu: „Czy ty wiesz, że dzisiaj Jehowa zabiera twojego pana, by już nie był twoim zwierzchnikiem?” A on rzekł: „Ja też dobrze o tym wiem. Milczcie”. Potem Eliasz powiedział do niego: „Posiedź tu, proszę, gdyż Jehowa postał mnie nad Jordan”. Lecz on rzekł: „Jako żyje Jehowa i jako żyje twoja dusza, nie opuszczę cię”. Obaj więc poszli dalej. A pięćdziesięciu mężów spośród synów prorockich poszło i w pewnej odległości stało w zasięgu wzroku; oni zaś stanęli obaj nad Jordanem. Wtedy Eliasz wziął swoją urzędową szatę i zwinąwszy ją, uderzył wody, a one się rozstąpiły w jedną i drugą stronę, tak iż obaj przeszli po suchej ziemi. A gdy tylko przeszli na drugą stronę, Eliasz rzekł do Elizeusza: „Proś, co mam dla ciebie uczynić, zanim zostanę od ciebie zabrany”. Elizeusz odrzekł: „Proszę, niech mi przypadną dwie części twego ducha”. Wówczas on rzekł: „Poprosiłeś o trudną rzecz. Jeżeli będziesz mnie widział, gdy będę od ciebie zabierany, to tak ci się stanie; lecz jeśli nie – nie stanie się to”. A gdy tak szli, rozmawiając i idąc, oto ognisty rydwan wojenny oraz konie ogniste – i zaczęły ich obu rozdzielać; i Eliasz począł wstępować w wichrze ku niebiosom. Elizeusz przez cały czas widział to i wołał: „Ojcze mój, ojcze mój, rydwanie wojenny Izraela i jego konnico!” I już więcej go nie widział”.

(2 Król, 2,1–12 NŚ64)

Czy tak będzie wyglądało porwanie Kościoła? Być może. W ogniu i w wichrze. Które – jak można wywnioskować ze słów Eliasza: m o ż e ale nie musi być w i d z i a n e przez ludzi, którzy mają pozostać na Ziemi.65

Henryk Turkanik zdecydowanie uważa, że:

„Tak jak zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa nastąpiło niepostrzeżenie, gdy Jerozolima jeszcze była pogrążona w głębokim śnie, tak też zmartwychwstanie i przyjęcie Kościoła zostanie niezauważone przez spoczywający w głębokim śnie świat. Nie będzie on świadkiem tej wspaniałej i uroczystej chwili, gdy niezliczone zastępy wierzących z różnych stron ziemi zostaną wprowadzone w dom ojcowski. Nikt też nie będzie w stanie udzielić odpowiedzi, gdzie i w jaki sposób nagle tyle milionów ludzi zniknęło z ziemi.

(…) Jest rzeczą zrozumiałą, że nastąpi dementowanie zaistniałych faktów. Jednakże fakt pozostanie faktem (…) Wydarzenie to spowoduje zapewne powszechne zamieszanie i rwetes. Trudno snuć domysły na temat reakcji żyjącej ludzkości na zniknięcie „świętoszków”, gdyż w tym czasie zaistnieją wydarzenia, które nie pozwolą myśleć o przyszłości”.66

Teraz Ziemia i pozostali na niej ludzie doświadczą straszliwych kataklizmów – wojen, głodu, epidemii, trzęsień ziemi na niespotykaną dotąd skalę. Niemoralność i niewiara zagoszczą w ludzkich sercach z taka sama mocą, jak to miało miejsce za dni Noego, czy też w Sodomie i Gomorze. Rządy nad światem zaś obejmie „trójca szatańska”, składająca się z Szatana–smoka mającego siedem głów, dziesięć rogów i siedem koron na głowach – jako „antyboga”; antychrysta czyli bestię z morza o siedmiu głowach, dziesięciu rogach i siedmiu koronach na rogach – jako antysyna; fałszywego proroka, czyli bestię wychodzącą z ziemi mającą rogi podobne do rogów Baranka–Jezusa, ale mówiąca jak smok. – będzie to antyduch święty.

W tych też czasach zostanie wskrzeszone państwo rzymskie, nastanie czas wylania sądu nad Ziemią, którą dotknie wiele ciężkich plag. Ale także nadejdzie czas powszechnego powrotu Żydów do Ziemi Świętej oraz odbudowa Świątyni. Trzecia Świątyni posłuży jednak antychrystowi do ogłoszenia się w niej bogiem.

Gdy nieprawość i bluźnierstwo sięgną zenitu, pojawią się dwaj prorocy wzywający zepsuty świat do upamiętnia. Nic to jednak nie pomoże. Nastanie też straszliwy ucisk i prześladowanie Żydów, którzy widząc ustanie składania ofiar w Świątyni i na dodatek sprofanowanie jej, odwrócą się od antychrysta, którego uważali za Mesjasza. Ostatecznie też uznają Jezusa za Pomazańca i dopiero wówczas Bóg zawrze pokój z Izraelem, dokona sądu nad odstępczym Kościołem, który zostanie unicestwiony i wówczas dopełni się miara czasu i Bożej cierpliwości.

Gdy władza szatana i antychrysta dojdzie do szczytowego punktu, a zło, bezbożność i bałwochwalstwo spowoduje upodlenie ludzi poniżej poziomu człowieczeństwa, wtedy Chrystus, Król królów i Pan panów /Obj. 19, 16/, swoim nagłym przyjściem położy kres szatańskiej rebelii.67

To drugie przyjście Jezusa, wraz ze swymi świętymi i z aniołami, zobaczą wszyscy mieszkańcy ziemi. Aniołowie zgromadzą z wygnania po całej Ziemi „resztkę Izraela”, aby mogła uczestniczyć w błogosławieństwach Chrystusa.68

Na koniec nastąpi pogrom trójcy szatańskiej i wojsk antychrysta w wielkiej apokaliptycznej bitwie zwanej Armagedonem. Antychryst i fałszywy prorok zostaną wrzuceni do jeziora ognistego, smok zaś, czyli Diabeł, będzie związany na tysiąc lat i zamknięty w otchłani, a Pan Jezus dokona sądu nad ludzkością.

Teraz rozpocznie się tysiącletnie Królestwo Chrystusa i nastąpi zmartwychwstanie męczenników, którzy „byli pobici dla Słowa Bożego”.

A gdy minie tysiąc lat Szatan zostanie uwolniony i na nowo rozpocznie swą akcję zwodzenia ludzi. Bez trudu znajdzie licznych zwolenników i razem z nimi oblegnie miasto święte i lud Boży. Ale buntownicy pod wodzą Szatana poniosą sromotna i ostateczna klęskę. Z nieba – jak mówi Jan w Apokalipsie – spadnie na nich ogień i ich pochłonie. Będzie to już ostatnia wojna w dziejach wszechświata, i ostateczne zwycięstwo Boga.69

Wreszcie nadejdzie czas drugiego zmartwychwstania, kiedy to zostaną wzbudzeni z martwych wszyscy ci ludzie, którzy nie zostali wzbudzeni w pierwszym zmartwychwstaniu.

Teraz nastąpi Sąd Ostateczny. Każdy zostanie osądzony i na każdego będzie wydany wyrok – jedyny, ostateczny, prawomocny i nieodwołalny. Nie będzie od niego żadnej apelacji. Sprawiedliwi, zbawieni odziedziczą krainę wiecznego szczęścia, niesprawiedliwi, grzesznicy trafią do krainy ciemności i wiecznej zguby.70

Na koniec Ziemia i niebiosa zostaną zniszczone, a na ich miejsce Pan Bóg stworzy „nowe niebiosa i nową Ziemię”, na nową Ziemię zstąpi z nieba Jeruzalem Nowe. Na nowej Ziemi Bóg zamieszka wespół ze swym wiernym mu ludem. I tak zakończy się historia pełnej zła i cierpień doczesności, a rozpocznie się nowe życie doskonałego człowieka w nowym doskonałym świecie w wieczności.

CHRZEŚCIJAŃSKIE NIEBIBLIJNE PRZEPOWIEDNIE O KOŃCU ŚWIATA

Objawienia końca czasów…

Koniec świata zawsze intrygował i rozpalał wyobraźnię wielu osób. Dużo na temat końca świata spekulowano, dużo na ów temat spekuluje się nadal.

Poniżej zaprezentuje kilka znanych, mniej znanych, lub prawie wcale nieznanych, objawień, proroctw i przepowiedni. Jako pierwsze będą dwa – Proroctwo św. Malachiasza, biskupa Armagh w Irlandii, oraz Przepowiednia pseudo–Malachisza powstała bez wątpienia w XX wieku, będąca autorstwa jakiejś osoby, która się pod św. Malachiasza podszywała.

Ta ostatnia przepowiednia – napisana prostym, żeby nie powiedzieć prymitywnym językiem – krążyła po Polsce w licznych odpisach w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, budząc w ludziach nadzieję na rychłe wyzwolenie się z jarzma komunizmu.

Proroctwo św. Malachiasza

Jak wspomniałem wcześniej w Polsce, najpierw w ręcznych odpisach, potem na kartkach powielaczowych broszur, wreszcie i prawdziwych książek krążyło wśród ludzi tajemnicze proroctwo św. Malachiasza, którym się teraz zajmiemy. Na początek jednak wyjaśnienie, tak naprawdę, to nie można w tym przypadku mówić o proroctwie (nie spełnia kryteriów), a jedynie o przepowiedni. Ponieważ jednak utarło się określenie „proroctwo”, więc i ja go będę używał zamiennie z „przepowiednią”.

Kim był św. Malachiasz? Poniższa nota biograficzna została zaczerpnięta nie z wyobraźni piszącego (niestety, w innych opracowaniach dotyczących świętomalachiaszowej przepowiedni, treść noty biograficznej czerpana jest przeważnie z wyobraźni piszących, aby „proroctwo”, także przez nich wymyślone, uwiarygodnić i uczynić bardziej jeszcze tajemniczym), a z poważnego dzieła. Oprócz owej noty w cytacie znajdują się jeszcze krytyczne uwagi odnoszące się do przepowiedni św. Malachiasza, a ona sama zostanie dokładnie omówiona.

„Malachiasz, święty (3 List.), prymas irlandzki, ur. 1094 w Armagh, w Irlandii, wśród ludu w barbarzyństwie pogrążonego, z możnych rodziców (…). W dzieciństwie wychowywany przez matkę, niewiastę pełną chrześcijańskiego ducha, wzrastał ustawicznie w bojaźni Bożej, przy tym uczęszczał do szkoły, niemałe czynił w nauce postępy, tak, iż wszyscy podziwiali go, oraz uwielbiali. Wyszedłszy z lat dziecinnych, oddał się pod kierunek Imara, pobożnego ascety, który w pobliżu kościoła armgahańakiego wybudował był sobie celę i prowadził żywot surowy. Krok ten Malachiasza wzbudził najprzód zdumienie powszechne, a chociaż potem wielu poszło za jego przykładem, jednak przewyższył wszystkich w świątobliwości. Arcybiskup miejscowy (Celsus) uznał go godnym diakonatu, lecz prawie gwałtu potrzeba było użyć, żeby Malachiasza do przyjęcia święcenia nakłonić. Wyświęcony następnie (w 25 r. życia) na kapłana, z polecenia tegoż bpa nauczał lud, żyjący dotąd bez prawa, bez karności, prawie nie znający Boga, a nauczał gorliwie, wytępiał zwyczaje zabobonne, wprowadzał na ich miejsce po kościołach ustawy i zwyczaje ś. Kościoła rzymskiego, organizował zaniedbane nawet w katedralnym kościele śpiewy, nakłaniał do częstej i pilnej spowiedzi, do bierzmowania, do małżeństw, co wszystko albo mało było znanym, albo zupełnie zaniechanym. Żeby zaś przy zaprowadzaniu instytucji kościelnych nie zbłądzić i nie obrazić w czymkolwiek ducha Kościoła powszechnego, Malachiasz z błogosławieństwem duchownego ojca Imara, za pozwoleniem swego bpa, udał się do Lesmor, gdzie mieszkał bp Malchus. Mąż to był święty, rodem Irlandczyk, żył długi czas poprzednio w klasztorze Winton, w Anglii, zanim na stolicę w Lesmor został wyniesiony; przyświecał swej owczarni cnotą, nauką, i cudami. Malachiasz przebył u niego lat kilka i wrócił, gdy ci, którzy go wysłali, dłużej bez niego obejść się nie mogąc, napowrót go powołali. W rodzinnym miejscu Bóg mu przegotował nową pracę. Wuj jego oddał mu wszystkie swoje posiadłości, w skład których wchodził i Bangor, pod warunkiem, żeby przywrócił istniejący tamże (pod Bangor) niegdyś wielki klasztor. Malachiasz jako miłośnik ubóstwa, zatrzymał tylko niewielką przestrzeń, resztę oddał komu innemu, a wziąwszy 10 braci, przystąpił z nimi do budowy klasztoru, którego został rządcą zarazem i regułą. Szczupła garstka braci pod jego zarządem coraz wzrastała; imię bowiem Malachiasza, którego Bóg już wtedy obdarzył łaską cudów, szeroko się rozeszło. Niedługo potem obrany został na wakującą od dawna stolicę biskupią w Connereth. Wymawiał się jak mógł od tego zaszczytu, w końcu jednak, posłuszny radzie swego ojca duchownego Imara i poleceniu arcybiskupa irlandzkiego Celsa, przyjął wybór (w 30 r. życia). Owczarnia, która się jego duchownej pieczy dostała, była w opłakanym stanie: ludzie wydawali się raczej dzikimi zwierzętami niż ludźmi; chrześcijanami byli z imienia tylko, z uczynków poganami; kapłanów była liczba niewielka, a i ci wśród takiej ludności nie mieli co robić; po kościołach nie słyszałeś ani nauk, ani śpiewu. – Każdego innego zraziłby taki stan diecezji; Malachiasz ufny w pomoc Pańską, jako dobry pasterz, nie najemnik, wziął się z całą, usilnością do naprawy złego. Ponieważ do Kościoła nikt prawie nie uczęszczał, on chodził po ulicach, i rynkach swej stolicy, po miastach i wioskach, szukając, żeby kogo pozyskać Chrystusowi. Podróż odbywał pieszo, z pewną liczbą swych uczniów. Pracę jego uwieńczył Bóg pomyślnym skutkiem: po pewnym przeciągu czasu lud zaczął się pozbywać swej dzikości; prawa barbarzyńskie zostały wyrugowane i zastąpione rzymskimi; miejsce zwyczajów zabobonnych zajęły obrzędy i zwyczaje kościelne; odbudowano kościoły, a w nich duchowieństwo sprawowało uroczyście sakramenta, do których pilnie i godnie przystępowano; ustało nałożnictwo; słowem, wszystko odmieniło się na lepsze. Na nieszczęście Irlandia podzielona była między kilka drobnych królów, wśród których prawie ciągle trwały spory i wzajemne najazdy. Jeden z takich królów najechał Connereth i spustoszył. Malachiasz z 30 przeszło uczniami musiał sobie szukać innego miejsca. To stało się powodem do założenia klasztoru w Ibrach. Malachiasz tu osiadł i przewodniczył braciom. Chociaż był biskupem i przełożonym, nie wahał się pełnić najniższych posług razem z innymi, skoro przyszła na niego kolej. Tymczasem umarł arcybiskup armaghański Cels, który Malachiasza był wyświęcił na diakona, kapłana i biskupa. Czując zbliżający się koniec, następcą po sobie wybrał św. biskupa z Connereth i o tej woli swojej zawiadomił duchowieństwo, biskupów, oraz możnych panów, zaklinając wszystkich na ś. Patryka, żeby się temu nie sprzeciwiali. Cześć ku temu ś. Apostołowi Irlandii była tak wielka, że ustanowienie Celsa przyjęli; tylko pycha niektórych magnatów stanęła temu na przeszkodzie. Przez nadużycie stolica armaghańska już prawie od 15 pokoleń była dziedziczną w kilku rodzinach. Niektórzy poprzedników Celsa byli nawet żonatymi i bez żadnych święceń. Tacy metropolici stanowili biskupów także bez święceń, przenosili ich samowolnie z jednej stolicy na drugą, tworzyli nowe stolice, żeby dogodzić widokom prywatnym itp. W tym, między innymi, tkwiła przyczyna, że karność kościelna, upadła, religia poszła w poniewierkę, a obyczaje pogańskie wzięły górę. Cels, mąż dobry i bogobojny, ciężko nad takim stanem rzeczy ubolewał i sądził,, że najlepiej mu zaradzi, gdy Malachiaszowi następstwo po sobie zapewni. Lubo Malachiasz, jak nadmieniliśmy, prawie przez wszystkich arcybiskupem uznany został, stolicy jednak objąć nie chciał, już to przez pokorę już dla tego, że ją przemocą zajął niejaki Maurycy, popierany przez rodziny, które godność arcybiskupią za swoją dziedziczną uważały. Maurycy postępował jak tyran, nie jak biskup, a tym sposobem wszystkich dobrze myślących niejako zmusił nalegać na Malachiasza, żeby rząd metropolii w swoje wziął ręce. Przez 3 lata upierał się pokorny Malachiasz, pod pozorem, że nie może w pokoju tego dokonać, a zamieszek też przyczyniać nie chce; dopiero gdy zebrani na synod biskupi, tłumaczenie jego odrzuciwszy klątwą mu zagrozili, przyjął arcybiskupstwo pod warunkiem atoli, że skoro rzecz się odmieni na lepsze i pokój zostanie przywróconym, on do swej owczarni i ubóstwa. Biskupi na ten warunek się zgodzili i Malachiasz rozpoczął swoje urzędowanie; osiadł jednak nie w samym Armagh, lecz w bliskości, czekając, aż przywłaszczyciel sam ustąpi. Po dwóch latach Maurycy umarł nagle, miejsce jego zajął niejaki Nigellus, jako krewny, lecz biskupi z królem na czele postanowili Malachiasza uroczyście zainstalować. Żeby temu przeszkodzić, krewni Nigella ułożyli spisek: zaczajeni w lesie na przyległym wzgórzu, mieli wypaść nagle, gdy orszak będzie przechodził, i króla wraz z biskupem, oraz wielu innymi zamordować. Uprzedzony o zasadzce, Malachiasz udał się do bliskiego kościoła i, gdy się modlił, powstała burza, która cały plan sprzysiężonym popsuła: kilku z nich nazajutrz znaleziono spalonych wraz z drzewami, od piorunów zapalonymi, innych na pół umarłych, inni się rozproszyli. Gdy tym sposobem Bóg usunął przeciwników, Malachiasz objął spokojnie metropolitalną stolicę całej Irlandii (w 38 r. życia). (…) Po trzech latach bezustannej pracy, gdy Kościół odzyskał swobodę, gdy pokój i chrześcijańskie obyczaje przywrócone zostały, Malachiasz ustanowił po sobie na prymasostwie Gelazego, sam zaś wrócił do poprzedniej diecezji (…) Teraz pragnął Malachiasz utwierdzić wszystko powagą Stolicy Apostolskiej, chciał mianowicie dla stolicy armaghańskiej, jako prymacjalnej, oraz dla drugiej stolicy, którą poprzednik jego Cels wyniósł do godności metropolii, arcybiskupowi armaghańskiemu podległej, uzyskać palljusze. W tym celu udał się (1139) przez Szkocję, Anglię i Francję do Rzymu, po drodze zwiedzając znaczniejsze klasztory. Ze wszystkich najwięcej mu się podobało Clairvaux (…), gdzie zastał ś. Bernarda. W Rzymie bawił cały miesiąc, oddając się nabożeństwu w miejscach świętych, przy grobach męczenników. Papież Innocenty II często z nim rozmawiał, wypytywał o urządzenia irlandzkie, zwyczaje ludu, stan kościołów i t.p., zatwierdził nową metropolię, Malachiasza mianował legatem apostolskim na cały kraj (…) I teraz Malachiasz drogę swoją skierował na Clairvaux, gdzie zostawił na pewien czas czterech braci zakonnych, towarzyszów swej podroży, żeby się pod kierunkiem ś. Bernarda wykształcili i tegoż samego ducha zakonnego w irlandzkich klasztorach później zaszczepić mogli. (…) Chociaż godnością biskupa i legata Stolicy św. ozdobiony, Malachiasz żył jak najskromniejszy zakonnik; owszem, im więcej był wywyższanym, tym bardziej sam się poniżał: ubiór, stół i mieszkanie podzielał z zakonnikami, podróże odbywał prawie zawsze pieszo. Bóg obdarzył go łaską cudów jeszcze za życia, darem proroctwa i nawracania grzeszników. Życzeniem jego, zapewne z nieba natchnionym, było umrzeć w dzień Zaduszny i być pogrzebanym obok ś. Patryka, albo w Clairvaux, gdyby go śmierć zastała za granicą. Tak się też stało. Dowiedziawszy się, że na Stolicy św. zasiadł Eugeniusz III, uczeń ś. Bernarda, i chwilowo we Francji przebywał (Marz. 1147 – Maj 1148), mając także nadzieję, że on w udzieleniu paliuszów dla stolic irlandzkich będzie chętniejszym, wybrał się raz jeszcze w drogę do Francji. Była to ostatnia jego podróż. Jak poprzednio, tak i teraz drogę obrócił na Szkocję i Anglię. Tu spotkał przeszkodę niespodzianą: król bowiem, zostając w złych z Papieżem stosunkach, nie dozwolił Malachiaszowi wsiąść na okręt. Gdy Papież z Francji już wyjechał (ok. Maja 1148), przybył do Clairvaux. Tu w dzień ś. Łukasza (18 Paźdź.) po Mszy ś. zachorował i musiał położyć się w łóżko. Choroba z początku nie wydawała się groźną, wszyscy się pocieszali nadzieją, że niedługo przejdzie; tylko sam chory innego był zdania i na śmierć się z ochotą gotował przyjął ostatnie sakramenta z wielkim nabożeństwem, a ponieważ cały konwent przy tym akcie chciał być obecnym, Malachiasz powstał z łoża, o własnej sile przeszedł z piętra do dolnej sali, gdzie byli bracia zebrani, i po otrzymaniu Oleju ś. oraz Wiatyku, również o swej mocy na górę wrócił. W dzień Wszystkich śś. pod wieczór gorączka się wzmogła i on, jak przepowiedział, w dzień Zaduszny Bogu ducha oddał (2 List. 1148 r.), mając lat 54 (…) Ś. Malachiasz kanonizowanym był przez Pap. Klemensa III r. 1191. (…)

Temu to świętemu przypisywane jest proroctwo o Papieżach (Propheta de summis Pontificibus), poczynając od Celestyna II (1143–44) aż końca świata. Są to krótkie, bo po większej części w dwóch tylko wyrazach zawarte, symboliczne orzeczenia. Wszystkich jest 112 (…). O ile te symbole dotąd się sprawdziły, zawierają one: aluzje do herbu samego, np. Draco depressus, Klemens IV (1265–1268) mający w herbie orła, który w szponach trzyma smoka; Ex rosa leonina, Honoiusz IV (1285 – 87), mający w herbie lwa, który trzyma różę; Fructus Jovis jubavit, Juliusz II (1503 – 1513), którego herb jest dąb, drzewo Jowiszowe; Montium custos, Aleksander VII (1655 – 67) (…) ma w herbie górę o sześciu wierzchołkach i in;. – aluzje do herbu i imienia ojca: Leo Florentinus, Adrian VI (1522 – 23), herb lew, syn Florencjusza; – do herbu i nazwiska rodzinnego: De meliore sydere, Inocenty VII (1404 – 1406), Cosmatus de Melioratis, w herbie miał gwiazdę; Sus in Cribo, Urban III (1185 – 87) z rodu Cribellów, w herbie świnia; do herbu i imienia własnego: Amator Crucis, antypapież Feliks V, Amadeusz Ks. Sabaudzki, w herbie krzyż; do herbu i stanowiska poprzednio zajmowanego: Ensis Laurentii, Grzegorz VIII (1187), poprzednio kardynał tyt., ś. Wawrzyńca (po łac. Laurentego – przyp. A.S.), w herbie dwa miecze; De rosa Atrebatensi, Klemens VI (1342 – 52), w herbie róże, poprzednio biskup Arras; Bos albanus in portu, Aleksander VI (1492 – 1503), kardynał albański i portueński, w herbie wół; – do samego stanowiska: De cerva leone, Paweł II (1464 – 71), poprzednio komendariusz kościoła cerveńskiego, kardynał tytularny św. Marka (symbol jego lew); De capra et albergo, Pius II (1458 – 64), poprzednio sekretarz kardynałów: Capranica i Albergati; – inne aluzje odnoszą się do miejsca urodzenia samego, albo łącznie ze stanowiskiem poprzednio zajmowanym itp. Niekiedy, ale to rzadko, owe symbole malują charakter panowania: jak np. Crux de cruce, spełniło się na ś. Papieżu Piusie IX, bo ten ciągle dźwigał krzyż prześladowania ze strony domu sabaudzkiego (w herbie krzyż), który popierał rewolucję, w celu opanowania Rzymu i posiadłości Stolicy Apostolskiej. Kilka jest też takich, że nie wiadomo do czego ich stosować. (…) Proroctwo to pierwszy raz wydał r. 1595 Arnold Wion, benedyktyn, w nader dziś rzadkim dziele p. t. Lignum vitae, ornamentum et decus Ecclesiae, in 5 libros divisum, in quibus totius ss. religionis de Benedicti initia etc. Describuntur, Venet. 1595, part. I p. 307–311 (…) Obok tekstu zamieścił Wion wytłumaczenie o ile każde proroctwo się spełniło. To tłumaczenie dał mu Alfons Ciaconus, dominikanin; obejmuje ono pierwsze 74 proroctwa, od Celestyna II do Urbana VIII (…) Dzieło Wion’a przełożył na język niemiecki; Stengel (…), gdzie powtórzył proroctwo zwane, malachiaszowym. Z tegoż źródła przedrukowywali je inni (…) Przyczyny, dla których jedni odrzucają zupełnie to proroctwo, są mniej więcej te: 1) Nieprawdopodobnym jest, żeby ono aż do czasów Wiona pozostało w ukryciu, gdyby rzeczywiście od Malachiasza pochodziło (…) 2) Ś. Bernard, który tak szczegółowo opisał żywot ś. Malachiasza i wspomina o nadanym mu przez Boga darze proroctwa, żadnych pisanych proroctw nie wymienia. 3) Proroctwo to miesza papieży prawych z widocznymi antypapieżami, żadnej między jednymi a drugimi nie czyniąc różnicy. 4) Sprzeciwia się słowom Ewangelii (…) że ostatnie chwile świata znane są samemu Bogu tylko. Dla tych powodów niektórzy do tego się posuwają, że utrzymują, jakoby przepowiednie o których mowa zmyślone zostały podczas konklawe r. 1590, przez stronników kardynała Simoncelli, a przez Wiona i Ciaconiego uznane zostały za malachiaszowe. Lecz nie mamy najmniejszej racji, żeby obu tym autorom zarzucać złą wiarę. Wion wspomina, że ogłasza to proroctwo z dawnego rękopisu i że czyni to na żądanie wielu. Więc było ono znane p r z e d Wionem. Niesłusznie przeciwnicy twierdzą, że stronnicy kardynała Simoncelli je zmyślili; żaden bowiem z historyków ówczesnych, piszących o konklawe z r. 1590, nie wspomina, żeby ten kardynał był podawany na kandydata do tiary (papabilis). Na przytoczone zaś zarzuty można odpowiedzieć: Ze słów ś. Bernarda to tylko widać, że co Malachiasz ustanowił w obrębie porządku i karności kościelnej, jako legat Stolicy Ap., było ze czcią spisywane i to się rozchodziło; jeśli zaś proroctwo o papieżach napisał Malachiasz w Rzymie r. 1139, to ono łatwo mogło pozostać w ukryciu i być gdzie indziej nie znanym, zwłaszcza że w Rzymie mniej byli skorymi w uznawaniu tego rodzaju objawień, i stąd nic dziwnego, że dopiero Wion wydobył je z ukrycia. Dwa więc pierwsze dowody przeciwko autentyczności jego, oparte jedynie na milczeniu współczesnych, tracą swoją wartość, a tracą tym bardziej, że skądinąd nie są poparte ani wewnętrznymi, ani zewnętrznymi dowodami nieautentyczności. Owszem, za autentycznością może przemawiać język, noszący cechy łaciny z XII w. Nie upieramy się jednak za tym, że Malachiasz, nie kto inny, jest autorem. Dwa drugie dowody tyczą raczej prorockiej powagi, niż autentyczności. I tu również dowody przeciwników są słabe. Nie można bowiem zaprzeczyć, że przedmiot sam (los królestwa Bożego na ziemi) jest godnym objawienia, a to przede wszystkim winno być na uwadze. Że autor miesza antypapieżów z papieżami prawymi i że nawet pierwsi wprzód są przez niego wymienianymi niż drudzy (Wiktor IV, Kalikst III, Paschalis III przed Aleksandrem III; Klemens VII, Benedykt XIII i Klemens VIII przed Urbanem VI), to niczego nie dowodzi: jak w historii, tak i w proroctwie jedni obok drugich być muszą, bo jedni i drudzy wpływ na losy Kościoła wywierają; chronologicznego zaś porządku przestrzeganie nie należy wcale do warunków proroctwa i tego się od proroków nie wymaga. W cytowanych ustępach Ewangelii jest tylko mowa, że ściśle oznaczyć czas końca świata nie jest i nie będzie dane ludziom; nasz też autor tego nie czyni, roku ani dnia nie oznacza. Tak więc i przeciwko prorockiej prawdzie nic, ściśle mówiąc, zarzucić nie można. Owszem, dziwne a dosłowne sprawdzenie się jego na wielu papieżach jak tego wyżej podaliśmy przykłady, przemawiać się zdają na korzyść autora, że był rzeczywiście od Boga natchnionym do objawienia przyszłości. Jeżeli zaś niektórych jego części wytłumaczyć sobie nie umiemy, to pamiętać należy, że i w prorokach Starego Testamentu wiele jest tajemnic niezgłębionych, lub takich, którym najrozmaitsze tłumaczenie może być przypisywane. W każdym razie wolno nam w natchnienie autora wierzyć lub nie wierzyć, dopóki Kościół nie zawyrokuje.71

Jako uzupełnienie powyższego cytatu koniecznie dodać należy, co proroctwo malachiaszowe mówi na temat papieży wieku XX i XXI, oraz ilu ich jeszcze – według niego – licząc od Benedykta XVI ma być do końca świata, wreszcie co głosi na temat ostatniego papieża, panującego w czasach końca świata.

Tym razem posłużę się dziełem Ks. Marcina Ziółkowskiego, w którym można znaleźć co następuje:

Papieże z XX w. według tego proroctwa mają następujące przydomki: św. Pius X (1903 – 1914) – Ignis ardens (Ogień gorejący), Benedykt XV (1914 – 1922) – Religio depopulata (Religia spustoszona), Pius XI (1922 – 1939) – Fides intrepida (Wiara nieustraszona), Pius XII (1939 – 1958) – Pastor Angelicus (Pasterz Anielski), Jan XXII [(1958) – 1963]72Pastor et nauta (Pasterz i żeglarz). W świetle tej przepowiedni następni papieże mają przydomki: [Paweł VI (1963 – 1978)] – Flos florum (Kwiat kwiatów); [Jan Paweł I (1978)] – De mediate lunae (Ze środka księżyca); [Jan Paweł II (1978 – 2005)] – De labore solis (Z pracy słońca); [Benedykt XVI (2005 –) – Gloria olivae (Chwała gałązki oliwnej)73. Wreszcie proroctwo to tak się kończy: In persecutione extrema sanctae Romanae ecclesiae sedebit Petrus Romanus II, qui pascet oves in multis tribulationibus, quibus transactis, civitas septicollis diruetur, et Judex tremendus iudicabit populum suum. (W czasie ostatniego prześladowania świętego Kościoła Rzymskiego będzie zasiadał Piotr Rzymianin II74, który będzie pasł owce wśród wielu utrapień, po przebyciu których miasto położone na siedmiu wzgórzach będzie zburzone, i straszliwy Sędzia będzie sądził lud swój).75

Z powyższego wynika, ze obecny papież, Benedykt XVI jest przedostatnim papieżem przed końcem świata i wielu czytelników może doczekać końca jego pontyfikatu i przekonać się, czy jego następca rzeczywiście będzie ostatnim z biskupów Rzymu.

Teraz chciałbym się zatrzymać na cytacie z Eschatologii… Ziółkowskiego, dotyczącym papieży XX–wiecznych, a konkretnie Piusa XI, którego pontyfikat przypadał na lata 1914 – 1922. Nosi on przydomek „Religio depopulata” – „Religia spustoszona”. Nie można było chyba celniej scharakteryzować jego pontyfikatu. Czyż to właśnie nie podczas jego trwania religia na świecie rzeczywiście nie została spustoszona? Na te lata przypada I wojna światowa, rewolucja październikowa w Rosji i powszechna ateizacja świata.

Niemniej ciekawym jest przydomek Jana Pawła I – „De mediate lunae” – „Ze środka księżyca”, który porównuje tego papieża do meteorytu, który przelatuje i gaśnie, a według średniowiecznych wierzeń odrywa się właśnie ze środka księżyca. Istotnie, pontyfikat tego papieża można przyrównać do przelotu meteorytu, trwał bowiem od 26 sierpnia do 28 września 1978 roku…

Pontyfikaty papieży mają różny czas trwania, średnio jednak niezbyt długi. Za mojego kilkudziesięcioletniego życia panowało już sześciu Biskupów Rzymu.

Teraz zaś przejdźmy do Proroctwa pseudo–Malachiasza. Chociaż jak już pisałem jest ono dość nieudolną podróbką profetycznego tekstu, warto – jak sądzę – z nim się także zaznajomić. Tekst owego proroctwa, czy raczej przepowiedni pochodzi z książki Proroctwo Michaldy. Trzy księgi. Objawienia z Fatimy. Proroctwo pseudo–Malachiasza, wydanej w Tarnowie w roku 1996 przez Oficynę Wydawniczą „Karat”.

A oto, co zawiera się w proroctwie Pseudo–Malachiasza:

„Pseudo–Malachiasz przepowiedział wybuch II wojny światowej, którą miało rozpocząć prześladowanie Żydów w Europie przez człowieka, którego wyda plemię germańskie. Będzie to człowiek niskiego pochodzenia, który doczeka się tak wielkich zaszczytów i honorów, o których mu się nigdy nie śniło. Naród jego zwać go będzie wodzem. Atoli tenże mąż stanu będzie narzędziem w rękach karzącej Opatrzności Boskiej, celem ukarania połowy świata. Jednakże ma on przez Opatrzność ściśle zakreślone granice działania, a skoro granice te przekroczy, rola jego się skończy.

Jasnowidz przepowiedział miedzy innymi znaki poprzedzające tę wojnę: zagarnięcie przez Niemcy państw położonych na południu, to jest Austrii i Czech, zaś na północy Holandii, Danii, Luxemburga, co jak zaobserwowaliśmy dosłownie się potwierdziło. Dla Francji przepowiedział „przepiłowanie” jej na dwie części, co jak wiemy, miało już miejsce w czasie okupacji hitlerowskiej tego kraju (połowa Francji była okupowana, a połowa nie). Jasnowidz przepowiedział dalej upadek królewskich tronów. Przepowiedział powrót do Kościoła Rzymskiego trzech wielkich mocarstw: Rosji, Niemiec i Anglii. Powiedział, jak to jeszcze przed wybuchem tej wojny II światowej – przyp. red.) Opatrzność rzuci most ku pojednaniu się tych trzech odszczepieńców w następujący sposób. W owym czasie będziecie świadkami, jak głowa Kościoła prawosławnego raz na zawsze runie. Faktem jest, że car Mikołaj II upadł w roku 1917. Następnie będziecie świadkami upadku głowy Kościoła ewangelickiego, Wilhelma II, co również miało miejsce w roku 1918. Zapowiada dalej upadek głowy Kościoła anglikańskiego (czyli monarchii brytyjskiej, co jak widzimy po ostatnich skandalach w łonie angielskiej rodziny królewskiej – a to każdorazowy król bądź królowa Zjednoczonego Królestwa jest głową Kościoła anglikańskiego – może nastąpić bardzo szybko.

Ciekawym jest tu, że ów Pseudo–Malachiasz przewiduje w toku nawracania się tych Kościołów, że Rosja, jako nowo nawrócony kraj ma oddać Kościołowi Rzymskiemu ogromne usługi. Niemniej ciekawym jest to, iż przepowiada, iż Turcja ma przyjąć wiarę katolicką i w Stambule (Konstantynopolu) zatriumfuje krzyż. Jasnowidz widzi dalej, że jeśli narody nie nawrócą się z drogi bezprawia, to wybuchnie nowa wojna (już po zakończeniu II wojny światowej), która przybierze w dziejach straszliwy rozmiar, przyniesie okropności i straszliwe cierpienia. Mówi, że w tym czasie Chrystus będzie przepędzony z ognisk rodzinnych, ze szkół i z życia publicznego, a także z poszczególnych parlamentów i wszędzie usłyszycie krzyk: precz z Chrystusem. Wszędzie rozwijać się będzie bezbożność i niemoralność. Prasa ateistyczna kierowana przez wybitnych przeciwników Jezusa zrobi swoje. Węzeł małżeński stanie się pośmiewiskiem, dziesiątki milionów nienarodzonych dzieci zostanie w bestialski sposób zamordowanych, poprzez wyrwanie ich z łon matek przez chciwe zysku ręce lekarzy, którzy zamiast ratować życie, będą je odbierać. W późniejszych czasach w świetle prawa zabijać się będzie także ludzi starych i nieuleczalnie chorych (zauważmy, że są już kraje na świecie, które zalegalizowały eutanazję – przyp. red.). Dalej głosi jasnowidz, że młodzież będzie wychowywana w duchu liberalnym. Musicie być przygotowani na to, że będziecie rządzeni żelazną ręką i setki tysięcy was pójdzie do więzień i w niewolę. Słyszę i widzę lament niewinnych dzieci i sierot, a nawet wstawiennictwo Matki Bożej do Jej Syna nie zdoła powstrzymać karzącej ręki Bożej.

Chrystus jako pokorny wypędzony odejdzie, i długo Go prosić będziecie, by zechciał powrócić. Pozostawi On narody własnemu losowi.

Pseudo–Malachiasz prorokuje dalej, że mężowie stanu kierujący państwami, będą czynić to, czego czynić by nie chcieli, popadając coraz bardziej w pomieszanie pojęć, jak przy wznoszeniu wieży Babel. A będzie to skutkiem dopustu Bożego.

Dopóki wszystkie narody bez różnicy nie upadną przed Bogiem na kolana, dopóty Chrystus nie zjawi się. Ale – o zgrozo – wpierw zginie 2/3 ludzkości. I dopiero wtedy narody zrozumieją swoje błędy i nawrócą się do prawdziwego Boga.

W owych czasach bólu i łez będziecie mieć wielu bogów zanim Chrystus przyjdzie z powrotem.

Jasnowidz przepowiada plemieniu germańskiemu (czyli Niemcom – przyp. red.), że nie dostrzega ono, iż obok niego wyrasta na wschodzie siła, której nie docenia, a której to sile w gigantycznej walce mającej nastąpić ulegnie.

Jasnowidz widzi następujący obraz:

Ze wschodu maszeruje przez północne prowincje Niemiec nowożytne pogaństwo, zajmujące nawet stolicę Germanii. Tam, połączone z niedowiarstwem niemieckim, wspólnie maszeruje ramię przy ramieniu do brzegów Renu, celem podboju i zniszczenia kultury Zachodu.

Jednakże tak neopogański Wschód, razem ze swymi germańskimi sprzymierzeńcami, zostanie w straszliwej bitwie pobity i śmiertelnie osłabiony.

W tym czasie splot wydarzeń politycznych dojrzewa we Włoszech.

Wybucha rewolucja wewnętrzna, podczas której rebelianci zajmą i obsadzą Watykan, a papież uciekać będzie po trupach własnych kardynałów do południowej Francji.

Wiele okazji będzie dla wiernych da zdobycia palm męczeństwa.

Co do duchowieństwa, to wiele jest spośród niego słabego charakteru, jednakże widzę biskupów trzymających się zwarcie i nie ma wpośród nich przeniewiercy.

Nawet przyroda w tych straszliwych zmaganiach, oraz prześladowaniach przyjmie szaty żałobne. Po tej straszliwej bitwie nad Renem papież ukoronuje w Kolonii w czasie owego straszliwego zniszczenia, szczególnie katedr, po opuszczeniu niewoli, pierwszego monarchę Francji. Monarcha ten ma być wiernym katolikiem. Będzie on bardzo świątobliwy.

Gdy zjednoczone siły neopogańskie zagrożą światu, powstanie na Zachodzie drugi front złożony z narodów chrześcijańskich południa kontynentu europejskiego, z pewnym księciem na czele, podążającym ze swą armią na odsiecz napadniętej Francji.

Ponieważ dzięki nowej armii i jej dowódcy świat zostanie uwolniony od zguby, przeto papież osobiście nałoży mu koronę na głowę potem z nim, pod osłoną jego wojska, powróci na tron papieski.

Papież nakaże ogłosić po kościołach całego świata pokój i zwoła nowy Sobór Powszechny, a równocześnie zmobilizuje najbardziej wytrawnych prawników całego świata katolickiego celem zastanowienia się nad udoskonaleniem prawa, które mogłoby się stać jednym z instrumentów naprawy moralności szczególnie młodzieży pozbawionej jakichkolwiek dobrych wzorców.

Papież z berłem w ręku krocząc po ziemi nasiąkniętej krwią wskaże wtedy w sposób majestatyczny wszystkim narodom drogę, żądając od wszystkich wypełniania prawa Bożego, co wszyscy chętnie spełnią.

Triumf Kościoła katolickiego przez upadek wszelkiej herezji będzie tak wielki, że jasnowidz nazywa go najpierwszym, a zarazem ostatnim triumfem od czasów apostolskich.

Przepowiada również, że wielki monarcha francuski przywróci poszczególnym narodom ład i porządek, realizując swoje zadanie przy pomocy miecza sprawiedliwości.

A biada wszystkim tym, którzy dobra bliźniego lub majątki kościelne sobie przywłaszczyli, zmuszeni bowiem będą zwrócić wszystko z podwójnym procentem.

Jak poprzednia sytuacja w świecie była smutna i beznadziejna, kiedy to sprawiedliwe uważane było za niesprawiedliwe, zło zaś dobrze przyjęte i praktykowane było, obecnie nastąpi era dobra.

W chwili przebiegu tej wielkiej bitwy nad Renem, powstanie we Francji straszliwa rewolucja, jakiej tam jeszcze nigdy nie było. Jako oznakę tejże rewolucji we Francji, daję wam przykład następujący: Jako na wiosnę drzewa figowe wypuszczają listki, a wy po tym poznajecie początek wiosny, tak po powolnym dojrzewaniu walki wzajemnej poznacie, że okres ten się zbliża. W owym czasie dwie partie – jedna silniejsza, druga słabsza – pójdą do bitwy i wszystkim będzie się zdawało, że partia słabsza przegra. Ale wszechmoc Boża zostanie okazana, partia słabsza zwycięży silniejszą i Bóg dopomoże do uratowania odradzającej się Francji.

Rewolucja francuska trwająca od trzech do pięciu miesięcy zakończy się tak szczęśliwie, że przyniesie odrodzenie narodowi francuskiemu. Walki we Francji będą tak silne, że nawet wszystkie siły przyrody zastaną poruszone.

Paryż jako miasto mające monopol na wszystkie grzechy świata zrównany będzie z ziemią i podpalony przez swoich mieszkańców.

W pierwszym rządzie będzie spalony pałac sprawiedliwości, jako odwet za tyle procesów niesprawiedliwych wobec wierzących, a szczególnie zakonników i zakonnic dawnych czasów.

Ojcowie czasów powojennych, oprowadzający po terenie Paryża dzieci swoje, często zapytywani będą, co oznaczają te stare mury, resztki kamieni i cegieł. Odpowiedzą wtedy, że miejsca obecnie obsiane zbożem, stanowiły niegdyś teren stołecznego miasta Paryża, który zginął bezpowrotnie.

Jasnowidz mówi o Francji dosłownie: O Francjo! Jakże ściągasz na siebie gniew Boży, ale jednocześnie jakże się modlisz, aby wyjednać Boskie miłosierdzie.

Francja to kraj, który na przestrzeni wieków wydał wielu świętych. Kościół katolicki znowu musi stanąć w pierwszym rzędzie, jako przystań dla wszystkich, którzy szukają pomocy i ratunku.

Równocześnie z widzeniem walki nad Renem, widzi Pseudo–Malachiasz że szala zwycięstwa przechyla się na stronę Kościoła. Jest to zwycięstwo moralne, odzyskanie wielu dusz, które nie pójdą na wieczne zatracenie.

Widzi on nadzwyczajne kataklizmy rozciągające się na wiele narodów, za odejście od przestrzegania Bożych praw i przykazań, a szczególnie na nieprzejednanych ateistów i zatwardziałych grzeszników, których widok największych nawet nieszczęść nie jest w stanie skruszyć.

W owym czasie wojen i kataklizmów zginie dwie trzecie ludzkości. Powstaną bowiem w tym czasie nieznane dotąd choroby, straszliwy głód i spustoszenia całych połaci ziemi. Szczęśliwi ci, którym dane będzie doczekać nowych czasów, niestety będzie ich niewielu.

Zapewniam was, że w czasie owych straszliwych wydarzeń musicie być przygotowani na nawiedzenia karzące ręki Bożej. Każdy gorliwy chrześcijanin modlić się będzie i wzywać miłosierdzia Bożego.

Ostrzegam wszystkich braci w wierze przed jakimkolwiek lekceważeniem lub niedocenieniem moich słów.

Za czasów Noego podobnie było i nikt nie wierzył w mający nadejść potop, dopiero gdy ludziom woda usta zalewała, uwierzyli.

Na placu boju tej gigantycznej bitwy wszystkich narodów padnie pogaństwo, a nie wiara, gdyż Chrystus przyszedł z wiernymi swymi pozostać do końca. Niech wam to będzie otuchą, abyście wytrwali w dobrym i nie dali się skusić złemu.

W wyniku tej wojny nastąpi zjednoczenie wszystkich narodów, a ludzie wrócą do dawnej prostoty. Ludzie kochać się będą jak bracia, a przykazanie miłości bliźniego stanie się nie pustym słowem, ale będzie wiernie wypełniane.

Jasnowidz widzi też zmierzch ustrojów republikańskich i powrót monarchii.

Dobitnie podkreśla restaurację monarchii Habsburgów, które przez zasługę poświęcenia się Sercu Jezusowemu doczeka się dawnej swej chwały.

Dla nas żyjących jest to tylko wzorem, że Chrystus tych wiernych, którzy jego sercu się poświęcają, nie zawiedzie i Swoją opieką otoczy.

Jasnowidz widzi przyszłą Polskę jako monarchię. Rosję pozostawia jako maleńkie państewko, gdyż wszystkie narody stanowiące zlep dzisiejszego kolosu, usamodzielnią się.

Odnośnie Polski, mówi: Nieszczęśliwy ten naród bohaterski, zdradzony i opuszczony przez wszystkich przyjaciół i sojuszników, ponownie straci swą niepodległość. Lecz powstając majestatycznie jak feniks z popiołów mężnie zrzuci pęta niewoli i stanie się jednym z najświetniejszych państw Europy.

Ludzie, nie dziwcie się, jeśli Polska, wierna zasadom Chrystusowym, świadoma swych praw, nie zechce zrezygnować z ani jednej piędzi ziemi do niej należącej.

Język polski usłyszycie na wszystkich uczelniach Europy. Polsce przypadnie na przyszłość dzieło najtrudniejsze: mianowicie akcja krzewienia miłości bliźniego i przebaczania.

Niemcy po wszystkich okrucieństwach, których się dopuścili, dążyć będą do tego, by Ojcu św. na kolanach złożyć swój hołd. Przyniosą oni wiele radości i wiele dobrego Kościołowi.

Wojna ludów doczeka się takiego okresu, że nastąpi obustronny przesyt i strony walczące odwrócą broń, zmieniając ją na pługi. Ludzie nie znajdą ładu między sobą, a sąsiad sąsiada zamorduje za kawałek gruntu, albo i kawałek chleba. Gdy taki czyn wejdzie w orbitę działań wojennych, wielkie wydarzenia na świecie przesuwać się będą jak w kalejdoskopie, a świat cały będzie przed powszechnym przewrotem społecznym we wszystkich krajach.

Równocześnie z wojną na terenie Europy, będzie też trwać wojna z muzułmanami.

Jasnowidz widzi ponadto zniszczenia prawie wszystkich miast stołecznych w Europie. W Wiedniu, w miejscu katedry świętego Szczepana róść będzie trawa powyżej kolan.

Okres ukrywania się papieża po ucieczce z Watykanu będzie trwać mniej więcej dwieście dni.

Walki nad Renem i we Francji najwięcej 2–3 miesiące trwać będą.

W tym czasie ukaże się nadzwyczajne zjawisko w przyrodzie: grzmoty i pioruny i błyskawice w okresie zimowym w Europie.

Równocześnie powietrze będzie zatrute, podobnie jak za czasów Mojżesza w Egipcie. Ciemności mające ogarnąć glob ziemski na 3 dni (zjawisko kosmiczne) wywołają wielką panikę.

Jasnowidz zaleca wówczas nieopuszczanie mieszkań, tylko trwanie tam, gdzie ciemność została, do czasu aż ciemność ustąpi.

Do wojny będzie również wciągnięta Szwajcaria i nie będzie skrawka ziemi, gdzie by tej wojny nie było.

Po zakończeniu walk, nastąpi okres pokojowy. Olbrzymi rozkwit wiary do tego stopnia, że domy prywatne zamienią się w kaplice, a pomiędzy kapłanami będzie szlachetna rywalizacja w wyścigu pracy nad powierzoną im trzodą.

Wierni szanować będą duchownych. Wszystkie nieszczęścia, klęski i wojny na świecie – wedle przewidywań Pseudo–Malachiasza – mogłyby nie nadejść, gdyby ludzie w porę nawrócili się do Boga pokutując za popełnione grzechy i w modlitwie błagając Boga o miłosierdzie nad światem.

Chrystus przez długie wieki przyglądał się upadkowi moralnemu ludzkości i w różny sposób działał na poszczególne dusze ludzkie – oddzielnie i zbiorowo na narody. Atoli ludzkość obojętna była na przestrzeganie przykazań i żyła w grzechach.

Jest jednak jeszcze czas powstrzymać karzącą dłoń Pana. Trzeba się tylko nawrócić, modlić, pościć i pokutować.

Miłosierdzie Boże jest wielkie. Nawróćcie się, pokładając ufność w Panu”.76

***

Powyższy tekst mimo że opowiada o przerażających okropnościach kończy się optymistycznie. Jednakże z Pisma Świętego Nowego Testamentu niezbicie wynika, że nie będzie happy endu. Przyjdzie bowiem powszechna apostazja, wojny, głód, trzęsienia ziemi, epidemie, klęska będzie gonić klęskę, nędza nędzę, zło zło, aż do czasu gdy Chrystus w chwale powróci na ziemię, aby odbyć sąd ostateczny nad ludzkością.

Inne objawienia prywatne

Sądzę, że warto teraz zatrzymać się nad innymi objawieniami prywatnymi, a takich objawień: Jezusa, Maryi, aniołów i świętych w dziejach chrześcijaństwa było wiele i wiele z nich dotyka kwestii rzeczy ostatecznych człowieka i świata.

Po pobieżnej nawet analizie, wydaje się, iż najwięcej – uznanych za autentyczne – było prywatnych objawień maryjnych. I co ciekawe – prawie wszystkie z nich stanowiły przestrogę dla grzesznej ludzkości, oraz wołanie o nawrócenie, dla odwrócenia gniewu Bożego.

Nadzwyczaj istotne i bardzo charakterystyczne jest to, iż wszystkie one – bez wyjątku – wieszczą wielki kataklizm jaki spadnie na ludzkość, o ile ta się nie nawróci.

Jako pierwsze zaprezentuję objawienie mało znane, które trafiło do moich rąk w dość dziwny sposób, otóż na krótko przed śmiercią przysłał mi jego tekst arcybiskup Marcel Lefebvre, sugerując iż jest w nim mowa o nim i o jego misji, w kontekście eschatologicznym.

Z tego objawienia może – jak sugerują niektórzy – wynikać iż odnosi się ono do czasów Antychrysta. Według innych, że dotyczy ono raczej czasów wielkiego kryzysu w Kościele, jaki nastanie przed „czasami Antychrysta”. Tak, czy inaczej treść jest ciekawa i zagadkowa. A objawienie to jest prawie w ogóle nie znane w Polsce.

Objawienie Matki Bożej z Quito

Dnia 2 lutego 1634 roku matka Maria–Anna od Jezusa Torres modliła się przed Najświętszym Sakramentem, gdy niespodziewanie zgasła lampa paląca się przed ołtarzem. Kiedy próbowała zapalić ją ponownie, niezwykła światłość zalała świątynię.

„Córko droga mojemu sercu, jestem Maryją Dobrego Zdarzenia, twoją Matką i Opiekunką, która niosąc na lewym ramieniu swojego najświętszego Syna i trzymając berło w prawej ręce przychodzę do ciebie z dobrą nowiną: za dziesięć miesięcy i dziesięć dni zamkniesz oczy na światło materialnego świata, by otworzyć je w blasku Światłości Wiecznej”.

„Och, gdyby wszyscy śmiertelnicy i religijne dusze poznały czym jest niebo, co to jest posiadanie Boga, jakże inaczej żyłyby i nie odmawiałyby żadnej ofiary, aby posiadać go jeszcze bardziej. Ale niektóre z nich dają się oślepić fałszywym blaskiem godności i wielkości ludzkiej, podczas gdy inne zaślepia miłość własna i nie domyślają się nawet, że popadają w oziębłość – uniemożliwiając w klasztorach religijną gorliwość, pokorę, wyrzeczenie się samego siebie, nieustanne praktykowanie cnót religijnych, braterskie miłosierdzie płynące z tej dziecinnej prostoty, która czyni dusze drogimi mojemu boskiemu Synowi i mnie Jego Matce”.

Po tych słowach Matka Boża Dobrego Zdarzenia zaczęła mówić o Zakonie Niepokalanego poczęcia, zaś specjalnie o klasztorze Poczęcia w Quito.

„Klasztor ten będzie zwalczać piekielna wściekłość, aby go zniszczyć, unicestwić, ale ja i Opatrzność Boska będziemy czuwać, by został zachowany, wspomagając praktykowanie cnót przez mieszkanki… Wiedz również, moja ukochana córko, że moja matczyna miłość strzec będzie klasztorów założonych na tej ziemi przez członków tego zgromadzenia. Liczne znajdą się na granicy unicestwienia, ale w cudowny sposób się odrodzą. Jeden zostanie zamknięty zgodnie z wolą Boga: dowiesz się który, kiedy będziesz w niebie”.

Gasnąca lampa: proroczy symbol.

„Lampa paląca się przed uwięzioną Miłością, a którą widziałaś gasnącą, ma wiele znaczeń. Pierwsze: W końcu XIX wieku i podczas dużej części wieku XX zaroi się na tej ziemi, wówczas „wolnej” republice77, od rozmaitych herezji. Cenne światło wiary zgaśnie w duszach z powodu prawie całkowitego zepsucia obyczajów w tych czasach. Nadejdą wielkie klęski: fizyczne, moralne, publiczne i prywatne. Niewielka liczba dusz, która zachowa kult wiary i cnót cierpieć będzie okrutną niewymowna boleść, wiele z nich zejdzie do grobu wskutek okrutnych cierpień i zostanie zaliczona do męczenników ofiarujących się za Kościół i ojczyznę. Aby wyzwolić się z niewoli tych herezji, potrzebna będzie wielka siła woli, wytrwałość, odwaga i ogromna ufność w Bogu, dary miłosiernej miłości mojego Boskiego Syna dla tych, których On wybrał dla tej odnowy. Przyjdzie taki moment, gdy wszystko wydawać się będzie stracone i sparaliżowane, a to dlatego, by poddać próbie wiarę i ufność sprawiedliwych i wtedy nastąpi szczęśliwy początek całkowitego odrodzenia”.

„Drugie. Moje zgromadzenia zostaną opuszczone, będą pochłonięte morzem goryczy bez dna i wydawać się będzie, że utonęły na skutek przeciwności. Ileż prawdziwych powołań będzie zaprzepaszczonych przez ich nieumiejętne formowanie, z braku ostrożnego prowadzenia. Przełożone nowicjuszek powinny mieć ducha modlitwy i dar poznawania różnorodności dusz”.

Rozwiązłość obyczajów.

„Trzeci powód, dla którego lampa zgasła, to atmosfera tego czasu przepełniona duchem nieczystości, który niby morze ohydne zaleje ulice, place i miejsca publiczne. To wyuzdanie będzie tak wielkie, iż nie będzie już na świecie dziewiczej duszy”.

„Czwartą przyczyną jest to, iż po opanowaniu wszystkich klas społecznych, sekty z wielką zręcznością dążyć będą do zawładnięcia rodzinami, z zatraceniem dzieci włącznie. Diabeł szczycić się będzie żerowaniem w perfidny sposób w sercach dzieci. Dziecięca niewinność przetrwa w zaledwie niewielkim zakresie”.

Dym Szatana w Kościele Bożym.

„Powołania kapłańskie zostaną wtedy zmarnowane, co będzie prawdziwą klęską. Księża odejdą od swoich świętych obowiązków i zejdą z drogi wytyczonej przez Boga. Wtedy też Kościół doświadczy głębokich ciemności z powodu nieobecności Hierarchy i Ojca, który czuwałby z miłością, łagodnością, siłą i przezornością, a wielu z nich straci ducha Bożego wystawiając swoją duszę na wielkie niebezpieczeństwo”.

Ulubiony Hierarcha.

„Proś usilnie, wołaj nieustannie i płacz gorzkimi łzami w skrytości swego serca, błagając naszego Ojca Niebieskiego, aby z miłości do Eucharystycznego Serca mojego Najświętszego Syna, dla Jego najdroższej Krwi wylanej z taką hojnością oraz głębokiej goryczy i bólu Jego męki i śmierci ulitował się nad Swoimi Sługami i położył kres tym strasznym czasom wysyłając Kościołowi Hierarchę, który odnowiłby ducha kapłanów. Tego syna, którego miłuje mój Boski Syn i ja kochamy szczególną miłością, napełniamy wieloma łaskami pokory serca, poddania się rozmaitym natchnieniom, siły, aby bronić praw Kościoła i serca, który ogarnie, niby nowy Chrystus, wielkich i najmniejszych, nie pomijając najbardziej nieszczęśliwych. Poprowadzi do klasztorów dusze poświęcone służbie Bożej z doskonałością, łagodnością tak, aby uczynić im lekkie jarzmo Pana.

Będzie miał w swym ręku władzę nad świątynią, by wszystko czynione było z właściwą wagą i miarą, aby Bóg został uwielbiony. Ten Hierarcha i Ojciec stanowić będzie przeciwwagę dla oziębłości dusz poświęconych kapłaństwu i religii. Szatan przywłaszczy sobie tę ziemię z winy ludzi bez wiary, którzy, jak czarne chmury zasłonią jasne niebo Ziemi poświęconej Najświętszemu Sercu mojego Boskiego Syna. Ponieważ republika dopuści się wszelkich występków, poniesie wszystkie rodzaje kar: zarazę, głód, niezgodę, odszczepieństwo i utratę niezliczonych dusz”.

Nadejdzie okropna noc.

„I aby rozproszyć te czarne chmury zasłaniające promienny dzień wolności Kościoła, wybuchnie straszliwa wojna i popłynie krew kapłanów i zakonników… Ta noc będzie przerażająca do tego stopnia, że wydawać się będzie, iż zło zatryumfowało. Wtedy nadejdzie moja godzina: w zdumiewający sposób zniszczę dumę Szatana miażdżąc go swoimi stopami, zamknę w czeluściach piekielnych, oswobadzając wreszcie Kościół i Ziemię z jego okrutnej tyranii”.

Piąty powód, dla którego zgasła lampa jest taki, że osoby posiadające olbrzymie bogactwa z obojętnością patrzeć będą na uciskany Kościół, prześladowaną cnotę, triumfujące zło. Nie użyją swych bogactw, aby zwalczyć zło, ulegając wszelkim nałogom i występkom. Ach, moja córko, gdyby przyszło ci żyć w tych okropnych czasach, umarłabyś z bólu widząc, że dokonuje się wszystko to, co ci zapowiedziałam. Miłość mojego Najświętszego Syna i moja do tej Ziemi jest tak wielka, iż pragniemy, aby od tej chwili ofiary i dobre uczynki przyczyniły się do skrócenia czasu tej straszliwej katastrofy”.

***

Chociaż spotkałem się z opiniami, że objawienie to odnosi się do czasów ostatecznych, czasów Antychrysta, to trudno mi się do końca z takim poglądem zgodzić. Niewątpliwie mówi ono o czasie kryzysu w świecie i w Kościele, ale nie upoważnia jednak do wyciągania wniosku, iż będzie to już ostatni kryzys po którym nastąpi koniec świata.

Zwolennicy poglądu, iż jednak owo objawienie mówi o czasach ostatecznych, na podparcie swych twierdzeń wskazują inne objawienie maryjne – z La Salette. Istotnie, w objawieniu z La Salette jest wyraźnie mowa o czasach Antychrysta, i rzeczywiście jego treść przedziwnie koresponduje z objawieniem z Quito.

Rosja a czasy ostateczne – Ostatni Car – nadejście antychrysta

W bardzo ciekawym tekście Jegora Chołmogorowa, noszącym tytuł Апокалипсис сегодня (Apokalipsa dzisiaj)78 można znaleźć niezwykle intrygujące informacje dotyczące znaczenia i roli Rosji, jaką ma ona odegrać w czasach ostatecznych. Poniżej przekład tego artykułu:

„Rosja jeszcze nie powiedziała światu ostatniego słowa. Najważniejsze przed nami. Ponieważ Rosja to kraj apokaliptyczny, to kraj końca świata”.

Rosjanie zawsze czuli, iż są „narodem końca świata”, narodem, którego misja nie polega na tym, by świat poprawić, ale by świat pochować. Rosjaninie mogą wystąpić i jako narzędzie radykalnego zła i jako narzędzie Boga – jak głosił Konstantin Leontjew – i powinni z powagą zagrać tę rolę. Rosjanie bowiem, to naród apokalipsy.

Wszakże w samej Rosji występuje cała mozaika różnorakich interpretacji tyczących się znaków końca świata. Istnieje i gatunek szalonych „interpretatorów Apokalipsy”, które wyliczają „czasy i terminy” (co wszak jest zabronione w Piśmie Świętym) i twierdzą, iż „Gorbaczow – to trzeci róg Zwierzęcia”, a „pieczęcią antychrysta” będą znakować pojutrze na sąsiedniej ulicy. Ale istnieją i ludzie, którzy, zasłaniając się niewiedzą, w ogóle nie chcą zastanawiać się nad tym – czym ów koniec będzie i jak się dokona, a na znaki ostatnich czasów odpowiadają: „– Jaki antychryst? Ja go nie widzę!”

Tymczasem wygląda to tak: historię światową w czasach po narodzeniu Chrystusa można podzielić na dwa okresy – do 2/15 marca 1917 roku i po tym dniu. Dzień ów to data graniczna, nosząca symboliczną nazwę Dno79, wtedy to spiskowcy wymusili na carze Mikołaju II dokument abdykacyjny. To tego konkretnego dnia właśnie dokonała się w Rosji rewolucja, która później rozwinęła się w krwawe wydarzenia. Tego dnia Rosja została bez cara i runęły jej wielowiekowe filary i od tego właśnie dnia świat został bez tego, który powstrzymywał przybycie antychrysta – „syna zatracania”, mającego doprowadzić świat do ostatecznej katastrofy. Tego dnia rozpoczęło się „odwrotne odliczanie” ku wypełnianiu się proroctwa św. Pawła Ap., który na ów temat tak pisał:

W sprawie przyjścia Pana naszego Jezusa Chrystusa i naszego zgromadzenia się wokół Niego, prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć bądź przez ducha, bądź przez mowę, bądź przez list, rzekomo od nas pochodzący, jakoby już nastawał dzień Pański. Niech was w żaden sposób nikt nie zwodzi, bo [dzień ten nie nadejdzie], dopóki nie przyjdzie najpierw odstępstwo i nie objawi się człowiek grzechu, syn zatracenia, który się sprzeciwia i wynosi ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub tym, co odbiera cześć, tak że zasiądzie w świątyni Boga dowodząc, że sam jest Bogiem. Czy nie pamiętacie, jak mówiłem wam o tym, gdy wśród was przebywałem? Wiecie, co go teraz powstrzymuje, aby objawił się w swoim czasie. Albowiem już działa tajemnica bezbożności. Niech tylko ten, co teraz powstrzymuje, ustąpi miejsca, wówczas ukaże się Niegodziwiec, którego Pan Jezus zgładzi tchnieniem swoich ust i wniwecz obróci [samym] objawieniem swego przyjścia. Pojawieniu się jego towarzyszyć będzie działanie szatana, z całą mocą, wśród znaków i fałszywych cudów, [działanie] z wszelkim zwodzeniem ku nieprawości tych, którzy giną, ponieważ nie przyjęli miłości prawdy, aby dostąpić zbawienia. Dlatego Bóg dopuszcza działanie na nich oszustwa, tak iż uwierzą kłamstwu, aby byli osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale upodobali sobie nieprawość. (2 Tes. 1–12 BT)

Tymi słowami Apostoł uspokajał swoich współczesnych, przekonanych iż koniec świata jest tuż–tuż. W liście wszakże nie wyjawił – kim jest ten co „teraz powstrzymuje” nadejście antychrysta. Wszakże cała Święta Tradycja Kościoła, biorąca początek w czasach apostolskich, przechowuje pogląd, iż jest nim rzymski cesarz i jego mocarstwo – imperium rzymskie.

Uważano tak nawet wtedy, gdy cesarze rzymscy byli jeszcze poganami i domagali się dla siebie boskiej czci, zasługując raczej na miano „sług antychrysta”. Wszakże chrześcijanie, których tracili oni za odmowę popełnienia bałwochwalstwa uważali inaczej – „do tego czasu, do kiedy ludzie będą bać się rzymskiego państwa, nikt nie podporządkuje się antychrystowi. Kiedy zaś ono zostanie zburzone, wówczas zapanuje anarchia i będzie się on, antychryst, starał przejąć władzę i ludzką, i boską.

Władza imperium, u podstaw której leży porządek prawny i sprawiedliwy sąd jest całkowitym przeciwieństwem takiej władzy, jaką będzie wprowadzał antychryst, władzy opartej na kłamstwie, perfidii, przeinaczaniu każdego moralnego nakazu. Koniec świata zatem będzie poprzedzać anarchia – triumf samowoli, nie ograniczonej żadnym prawem moralnym, żadnym rozumem, a następnie anarchia owa przemieni się w tyranię – zwycięstwo samowoli jednostki – nosiciela radykalnego, szatańskiego zła.

Póki istnieje imperialny porządek i ład – anarchia nie jest możliwa, a jeśli nie jest możliwa, niemożliwy jest także i antychryst. Dlatego chrześcijański pisarz Tertulian, niezmiernie wrogi poganom, nagle wchodzi z nimi w niespodziewany spór – kto ma większą cześć dla cesarza? Chrześcijanie czy poganie? I odpowiada: „– Cezar jest raczej nasz, bo ustanowił go nasz Bóg… Chrześcijanie proszą Boga o długie życie dla cesarza, o silne wojsko, o uczciwość poddanych i świata zewnętrznego… wiemy, jakie przerażające nieszczęścia grożą światu przy jego końcu, a które są odraczane, póki istnieje państwo rzymskie. Nie chcemy tych okropności i modlimy się o długie lata dla rzymskiego państwa”. A przecież Tertulian, nie miał pewności, że cesarze staną się chrześcijanami, choć w końcu, wraz z Konstantynem, i do tego doszło.

I od tej pory, gdy imperium stało się chrześcijańskie, świadomie przyjęło na siebie rolę narzędzia Boga, zapewniając całemu podległemu mu światu – według określenia rosyjskiego filozofa, archimandryty Konstantina (Zajcewa) „ogromną aparaturę ratunku” – świątynie, klasztory, pielgrzymki do świątyń, doświadczonych duchowych opiekunów, księgi świętych ojców – a wszystko to było dostępnie dla tych z ludzi, którzy zapragnęli rzeczywiście żyć po chrześcijańsku. I cała ta „aparatura” znajdowała się pod niezawodną ochroną i nadzorem Imperium, które w swoich granicach gwarantowało ludziom możliwość modlenia się do Boga beż żadnych przeszkód.

Jednakże cesarstwo rzymskie, w roku 1453, upadło ostatecznie wraz ze zdobyciem Konstantynopola przez Turków. A gdy Bizancjum uległo zagładzie wiele osób oczekiwało końca świata, lecz właśnie wówczas, na północy, powstał „trzeci Rzym”, a dziedzictwo imperialne nie uległo przerwaniu.

Zaraz po swym chrzcie Rusini przeczuwali, że w historii chrześcijaństwa jest dla nich przygotowana jakaś szczególna rola. Chociaż stali się chrześcijanami później niż Grecy, to jednak została wyznaczona im jakaś szczególniejsza i ważniejsza misja do spełnienia w dziejach świata, niż ta którą mieli Grecy.

Gdy Moskwa stała się „trzecim Rzymem” powiadano, że „dwa Rzymy upadły, trzeci trwa, a czwartego już nie będzie i chrześcijańskie cesarstwo nie przejdzie już na nikogo”. A gdy trzeci Rzym upadnie, będzie to oznaczało, że „czas jest bliski” i zacznie się odliczanie do apokaliptycznych wydarzeń.

Cesarze rosyjscy godnie pełnili swoją rolę – stworzyli wielkie imperium, ujarzmili olbrzymie obszary, schrystianizowali dziesiątki narodów, utrzymywali pokój w Europie i świecie, powstrzymując destrukcyjne siły, które po rewolucji francuskiej postawiły sobie za cel pochłonięcie całej Europy. Znaczenie Rosji podkreślali i główni podpalacze „światowego pożaru”: „ani jedna rewolucja w Europie i w całym świecie nie może odnieść ostatecznego zwycięstwa, dopóki istnieje dzisiejsze państwo rosyjskie” – głosili Marks i Engels. Dlatego cała nienawiść rewolucyjnych i destrukcyjnych sił skoncentrowała się na rosyjskich carach. Ostatniemu z Romanowych – cesarzowi Mikołajowi II wypadło w całej rozciągłości wypić kielich i kłamstwa i zdrady, które trwają i po jego zabójstwie. „Wokół zdrada, tchórzostwo i oszustwo” – pisał pozostawiony w samotności car mówiąc o teraźniejszości, a święty patriarcha Tichon jakby mu odpowiadając, mówił o przyszłości: „Noc będzie długa, długa i ciemna, ciemna…”.

Wraz z upadkiem carskiego imperium rosyjskiego odszedł ze świata ów, „który powstrzymuje” i zaczął się proces zwany apostazją albo odstępstwem. Przez bardzo konkretne działania jest przygotowywane miejsce dla nadchodzącego antychrysta. Większość z osób i sił politycznych, które przygotowują grunt pod nadejście owego – jak go sami nazywają – Wielkiego Duchowego Nauczyciela, albo doskonale zdaje sobie sprawę, albo przynajmniej domyśla się komu służy. Większość z tych osób i sił politycznych, które przewodzą w dzisiejszym świecie nie ma żadnych podstaw, by nie pragnąć przyjścia antychrysta i nie pomagać mu, bo widzą w tym własny interes.

W politycznym aspekcie apostazji pierwszy i początkowy cel został osiągnięty przez zniszczenie imperium rosyjskiego i przemianę Rosji w kraj, który albo jest zajęty swymi wewnętrznymi problemami, albo całkowicie wpisuje się w ogólne budowanie płaszczyzny Nowego Światowego Porządku. Na dzień dzisiejszy to się udało – mimo iż dla budowniczych nowego porządku Rosja stanowi wciąż potencjalne niebezpieczeństwo, o tyle, o ile zawsze realna jest groźba jej odrodzenia się jak imperium, więc dlatego wciąż są podejmowane próby by ją dobić. A przecież n i k t nie może przeszkadzać w kształtowaniu się jednolitej światowej drogi politycznej, która prowadzi do jednego – do wystąpienia antychrysta i towarzyszących mu totalnych systemów kontroli. Apokalipsa św. Jana przepowiada, że służyć mu będą królowie i książęta ziemi, co oznacza, że system wielkich mocarstw przetrwa, zachowa się, ale będzie całkowicie podległy antychrystowi przez globalne systemy kontroli – finansów, informacji, a także i życia duchowego.

Jest i drugi aspekt apostazji – moralny. Wszyscy dziś czujemy, co coś jest nie tak, że w naszym świecie odbywa się coś głęboko nieprawidłowego, nawet w codziennym zachowaniu ludzi. „Z pewnością, wszyscy powariowali” – myślimy, przy czym tego odczucia nie da się przypisać jakiemuś starczemu gderaniu. Ale to jeszcze nie koniec procesu, koniec nastanie wtedy, kiedy ludzi moralnych zostanie zaledwie garstka i będę przez pozostałych uważani za nienormalnych, apostazja zaś ogarnie całą ludzkość.

Wreszcie, istnieje jakby duchowa suma apostazji, jej religijny „mianownik” – z pewnością najstraszniejszy – odrzucenie pojmowania religii jako prawdy. Aż do naszych czasów prawosławni wierzyli w prawosławie, heretycy w swoje herezje, bezbożnicy w swój ateizm i każdy starał się przekonać drugiego, że to właśnie on posiada prawdę. Owa duchowa apostazja zaś przejawia się w tym, że teraz przestaje się wierzyć, że prawda w ogóle istnieje. Ludzie przestali w nią wierzyć i zaprzestali wysiłków w walce o nią. Dziś nikt nie jest przekonany o tym, że posiada prawdę

Owo zjawisko religijnej apostazji ma dwa oblicza – dla niechrześcijanin jest to „religia przyszłości” jak ją nazwał ojciec Serafim (Rouz) – religia w której właściwa „religijność” czyli wiara w Boga i zwracanie się do niego zostanie zastąpione przez magię i dążenie by otrzymać specjalne „moce” i „wiedzę”, żeby opanować świat. Niewątpliwie zarówno antychryst, jak i jego „prawa ręka” – fałszywy prorok będą sługami owej magicznej religii.

Dla chrześcijan natomiast prezentem, jaki im sprawił wiek XX jest ekumenizm – czyli nauka o potrzebie zjednoczenia wszystkich wyznań chrześcijańskich, bez względu na to jakie dogmaty przyjmują, dla „służenia ludzkości” – właśnie tak: nie Bogu, a ludzkości! W efekcie tego prawosławni wchodzą w relacje nie tylko z katolikami i protestantami, ale w ramach tzw. „spotkań ekumenicznych” także z poganami i czcicielami demonów, z którymi wspólnie się modlą. Strach patrzeć jak prawosławni biskupi własnymi rękami wznoszą bałwany – „słupy totemowe”, przechodzą przez „oczyszczający ogień”, albo odprawiają „nabożeństwo” wespół z tybetańskimi lamami, czy czcicielami demona zniszczenia i śmierci – bogini Kali, ale to wszystko to tylko zewnętrzne oznaki rozłamu prawosławia w czasach apostazji, rozłamu na dwa niejako prądy określone symbolicznie w Apokalipsie jako Kościoły: laodycejski i filadelfijski. W pierwszym święta gorliwość w wierze została zamieniona na „letniość”, obojętność i troskę jedynie o bogactwo i zewnętrzny blichtr, o nim to Chrystus powiada: „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust”. (Ap 3, 15–17 BT) O drugim zaś jest powiedziane: „…ty chociaż moc masz znikomą, zachowałeś moje słowo i nie zaparłeś się mego imienia. (…) Skoro zachowałeś nakaz mojej wytrwałości i Ja cię zachowam od próby, która ma nadejść na cały obszar zamieszkany, by wypróbować mieszkańców ziemi” (Ap 3, 8,10 BT). Takie „filadelfijskie” chrześcijaństwo przeznaczone jest dla niewielu tylko wybranych, nawet w świecie prawosławnym, dla większości zaś krajów, narodów i kościołów, i dla dzisiejszej Rosji, następuje niestety, „epoka laodycejska”, którą przepowiadał wielebny Serafim Sarowski (1754–1833): „Mnie, biednemu Serafimowi, Pan objawił że na rosyjskiej ziemi będą wielkie nieszczęścia, prawosławna wiara zostanie zdeptana, archijereje80 Kościoła Bożego i inne duchowe osoby odstąpią od czystości prawosławia, i za to Pan ciężko ich ukarze”.

Wydawałoby się, że świat niepohamowanie posuwa się ku temu, iż antychryst przyjdzie lada dzień, ale w tym pogrążaniu się w przepaści, czeka jeden, ostatni, cudowny przystanek. Jak przepowiadał na początku XX wieku starzec Aristokles Atoski: „Dojdzie do jakiegoś niezwykłego wybuchu, i objawi się cud Boży. I będzie na ziemi życie całkiem inne, ale niezbyt długo”. Wówczas gnijącemu i cuchnącemu światu będzie dane przeżyć cudowne zmartwychwstanie z rozkładu i śmierci. I to zmartwychwstanie powinno przyjść przez Rosję.

„Przed końcem będzie rozkwit” – tak słowami starca Barnaby Getsemańskiego, można podsumować liczne proroctwa rosyjskich ascetów XIX i XX wieku. Wszyscy mówili o szybkim natarciu czasów końca, przepowiadali straszną katastrofę dla Rosji pod uciskiem bezbożników, zniszczenie świątyń i zepsucie narodu i rozkład państwa rosyjskiego. Ale proroctwa te kończyły się optymistycznym wskazaniem na odrodzenie. „Objawi się wielki cud Boży,… wszystkie drzazgi i odłamki, wolą Boga i jego siłą, zbiorą się i połączą się i odtworzy się okręt (Rosja) w swojej piękności i podąży swoją drogą, przez Boga przeznaczoną. Taki oto będzie dla wszystkich jawny cud” – mówił wielebny Anatol Optinski w lutym 1917 roku.

Owa dość ogólna zapowiedź mogłyby wyglądać raczej na „pobożne życzenie” niż na zapowiedź czegoś rzeczywistego, gdyby nie szczegółowy „scenariusz”, który można skonstruować na podstawie tego, co da się odnaleźć w bardzo licznych proroctwach, tak że trudno to uznać za przypadek. A wedle tego scenariusza:

„Czeka nas jeszcze jeden, ostatni rozkwit prawosławia, tym razem na całym świecie – na czele z Rosją, a odbędzie się to po straszliwej wojnie, w której wyginie od połowy do dwóch trzecich ludzkości. I wtedy dopiero będzie głoszona Ewangelia na całym świecie, bo do tego czasu nie głoszono Ewangelii Chrystusa, lecz Ewangelię zniekształconą przez heretyków. Będzie to okres światowej pomyślności, lecz nie na długo. Wtedy też w Rosji będzie panował prawosławny car, którego Pan objawi narodowi rosyjskiemu. Wkrótce jednak świat ponownie się zdeprawuje i już nie będzie więcej zdolny by się naprawić i wówczas dopuści Pan Bóg do intronizacji antychrysta”.

Szkic tej przepowiedni powstał jeszcze w Bizancjum, na długo przed czasami w których żyjemy. W pierwotnych greckich tekstach mówiło się o „wielkim północnym kraju”, ponieważ nazwa Rusi nie była jeszcze znana. Mówiło się o wielkiej bitwie pomiędzy „izraelitami” (to jest prawosławnymi chrześcijanami) i „izmaelitami”, to jest południowymi, muzułmańskimi narodami, które zaczną wielki marsz na chrześcijan. Kiedy chrześcijanom będzie się wydawać, że już znikąd nie ma ratunku, nagle powstanie „grecki cesarz” (w sensie prawosławny) i z wielką mocą „złamie wrogów”. W niedługi zaś czas potem wstąpi on na tron, a na całej ziemi zapanuje pomylność i krótka „cisza”, zapowiedziana w Apokalipsie, co będzie zwiastunem bliskości końca świata. Ów stary schemat proroctwa o „czasach przedostatnich”, czasach schyłku, istotnie się nie zmienił, co najwyżej można go uzupełnić i objaśnić w świetle zdarzeń historycznych, które stały się dla nas bardziej zrozumiałe.

Te zdarzenia będzie poprzedzał największy stopień kryzysu i opuszczenia Rosji przez wszystkich. Bóg usunie wszystkich przywódców, żeby tylko na Niego patrzył lud rosyjski. Ze środka – również zapowiedzianego – światowego kryzysu, wszyscy spojrzą na dźwigającą się Rosję. Początkiem tych wydarzeń będzie przywrócenie w Rosji prawdziwego Kościoła i pojawienie się prawdziwego cara, który zostanie wybrany przez samego Pana i będzie rządził Rosją przez krótki czas do nadejścia antychrysta. „Będzie on człowiekiem płomiennej wiary, wielkiego umysłu i żelaznej woli” – jak mówił o nim rosyjski asceta, św. Teofan Połtawski, zmarły w 1940 roku na emigracji.

Niegdyś obdarzony duchem proroczym mnich Abel przepowiedział wiele przyszłych zdarzeń: carowi Pawłowi I jego zabójstwo, Aleksandrowi I zniszczenie Moskwy przez Francuzów, a carowi Mikołajowi II jego męczeńską śmierć. Wygłosił on także i przepowiednię o Ostatnim Carze. „Jego pojawienie się nie wzbudzi w ludziach żadnych wątpliwości, ani rozbieżności w osądach, tak że nie będą się spierać: „– Oto tu car, oto tam”, lecz wszyscy jednomyślnie się zgodzą i powiedzą: „– To on!”. Mnich Abel pozostawił też wskazówkę co do imienia owego cara – „tylko dwóch władców o takim imieniu zasiadało na rosyjskim tronie, ale nie nie na tronie carów”. Z wszystkich ruskich wielkich książąt jedynie dwa imiona można dopasować do owej przepowiedni: Władimir i Gieorgij. Ostatni car nie będzie bezpośrednim potomkiem Romanowów lecz będzie z nimi spokrewniony przez matkę – w ten sposób zostanie zachowana ciągłość dziedzictwa carskiej Rosji.

„Jest tylko jeden wódz, zdolny nam przywrócić Rosję – to św. Włodzimierz! Rosję trzeba na ochrzcić. Tylko na nowo chrzczona Ruś może znowu stać się prawosławnym cesarstwem. Czy jednak możliwe jest to duchowe odrodzenie? Ale to nie tylko nasz – rosyjski problem, to problem światowy. Od tego albo innego rozwiązania zależy pytanie o wiek świata i o bliskość nadejścia Ósmego Dnia Tygodnia81” – pisał ojciec Konstantyn (Zajcew). Najważniejszą sprawą dla nowego cara będzie przywrócenie czystości prawosławia, likwidacja „Kościoła laodycejskiego”, usunięcie heretyków–ekumenistów z hierarchii kościelnej i uleczenie rozłamu w Kościele prawosławnym. Byłoby wtedy możliwe zwołanie, pod przewodnictwem takiego cara, najpierw soboru ogólnorosyjskiego, który by oczyścił hierarchię z odstępców i połączyłby wszystkie zdrowe siły, a później Soboru Powszechnego, na którym by doszło połączenia wszystkich świętych Kościołów Chrystusowych przeciwko antychrześcijańskiemu kierunkowi w jakim podąża świat. Car stanie się jedynym przywódcą ogólnoświatowym, ale za jego panowania nadejdzie antychryst. Wszakże z tym ostatnim wydarzeniem powiązana jest Wielka Wojna stale wzmiankowana w przepowiedniach. Na przykład uczeń Teofana Połtawskiego, schimonach Antoni (Czernow) głosił, że „w czasach ostatecznych Rosja stanie się monarchią. To zaś w całym świecie wywoła wrogą reakcję. Wrogowie niczym szarańcza podążą ku Rosji i zacznie się wojna, podczas której cały świat uzbroi się przeciwko niej, bowiem antychryst przedstawi światu Rosję jako wroga, z tego powodu, iż ogłosi się ona krajem prawosławnym”.

Św. Mateusz Wresfieński (1861–1950), założyciel Prawdziwego Kościoła Prawosławnego Grecji, przepowiedział, że wojna owa pochłonie miliardy istnień ludzkich, a bezpośrednią przyczyną jej wybuchu będzie Serbia, Mówił on także, iż przed zmartwychwstaniem Rosji odbędzie się trzecia wojna światowa, która rozpocznie się w Jugosławii. Zwycięży w niej Rosja, która po owej wojnie utrwali na świecie ład i pomyślność, chociaż nie powiększy swojego terytorium o ziemie pokonanych przeciwników, a nawet będzie obszarowo mniejsza niż na początku XX wieku. Weźmie natomiast we władanie ziemie prawosławnego Wschodu, na przykład Ziemię Świętą. Owo cesarstwo rosyjskie nie będzie zamożne, ale co ciekawe, za rządów Ostatniego Cara Syberia zostanie przemieniona w kwitnący, płodny kraj, który będzie karmić całą Rosję.

Arcybiskup Rosyjskiego Kościoła Zagranicznego Serafim (Iwanow), przepowiadał znów, że po tym zwycięstwie rozpocznie się głoszenie Ewangelii, a prawdziwe prawosławie rozszerzy się na cały świat. Większość narodów świata przyjmie chrześcijaństwo. Przez pewien czas ludzie będą żyć w pokoju i szczęściu, ale rychło rozpocznie się na całym świecie całkowity upadek wiary, jak to zostało zapowiedziane w Piśmie Świętym. Wtedy pojawi się antychryst i nastąpi koniec świata. Liczne proroctwa głoszą, że okres dobrobytu i pokoju potrwa 15 lat (nie podają jednak od którego momentu należy go liczyć, czy od intronizacji Ostatniego Cara, czy od nastaniu na ziemi pokoju). Ostatni Car przeniesie się do Jerozolimy i przeżyje tam 7,5 roku. Będzie to ostatni okres pokojowej egzystencji ludzkości. Potem przyjdzie apostazja, która otworzy drogę antychrystowi, a ludzie będą gotowi rzucić się w „głębokości szatańskie”, które im antychryst zaproponuje.

Ta apostazja będzie miała charakter duchowego zwiedzenia, oszustwa. Ludzie zobaczą w antychryście jakąś bardzo uduchowioną i wyjątkową osobowość i przepędzą Ostatniego Cara, aby ustąpił miejsca antychrystowi. Gdy się to stanie, kiedy pojawi się „syn zatracenia”, Ostatni Car uda się na Golgotę, gdzie będzie się wznosił krzyż. Zdejmie swoją koronę i zawiesi ją na krzyżu. Krzyż zaś wraz z koroną zostaną zabrane do nieba, zaś car umrze. Będzie to ostatnie, duchowe, zwycięstwo prawdziwego chrześcijanina nad nosicielem szatańskiego ducha.

Przybycie antychrysta pogrąży świat w topieli, nadejdą jego przedśmiertne skurcze – wojny, trzęsienia ziemi, nienawiść, głód, a wszystko to zamiast szczęścia i dobrobytu obiecanego przez antychrysta. Nastaną także straszliwe prześladowania prawdziwych chrześcijan, ale kto wytrwa w wierności Panu Jezusowi, ten będzie zbawiony.

Dla tego ostatniego królestwa, dla tej ostatniej bitwy istnieje Rosja. I to jest sens jej historycznego bytu”.82

Do tej pory mówiliśmy o tym, że ma nadejść antychryst, że w końcowym okresie dziejów ludzkości zdobędzie on nieograniczoną władzę nad światem, ale nadal nie wiemy jaki jest jego ostateczny cel, p o c o ma tę władzę posiąść. Kto i dlaczego za tym wszystkim stoi? W kolejnym rozdziale znajduje się więc zwięzłe wyjaśnienie tego zagadnienia:

Szatan i jego sługa antychryst – ich plany i cele

Na koniec trzeba jeszcze odpowiedzieć na pytanie: w jakim celu objawi się antychryst i jaki jest cel jego przybycia? Otóż należy pamiętać, że antychryst jest jakby podwładnym (jeśli wolno użyć takiego określenia) Szatana, Lucyfera, a plany tego ostatniego są bardzo proste i wcale nieskomplikowane. Oto bowiem Lucyfer chce na Ziemi zająć miejsce Boga, chce – jako jedyna istota – odbierać cześć boską. Aby to osiągnąć musi wpierw zwieść ludzi. W tym celu przez osoby mu podporządkowane rozpowszechnia fałszywe nauki i doktryny, które pozornie przypominają biblijne. W rzeczywistości Lucyfer neguje każde przykazanie Boga, tworząc na jego miejsce jego odwrotność. Szatan będzie się starał wzbudzić nienawiść do Jezusa na niespotykaną dotąd skalę, co już mu się znakomicie udaje. Gdy ludzkość – w prawie całej swej masie – ulegnie temu zwiedzeniu nadjedzie czas, że Szatan będzie mógł bez żadnych problemów utworzyć na Ziemi fałszywe „królestwo boże”, w którym bogiem będzie on, a w jego imieniu władzę będzie sprawował fałszywy mesjasz, czyli właśnie antychryst.

Aby jednak w pełni zrozumieć rolę antychrysta, winniśmy poznać plany jego pana – Szatana. Według anonimowego autora, w tekście Antychryst – przeciwnik Chrystusa plany owe wyglądają mniej więcej tak:

  • „Odbudować fałszywą świątynię Salomona w Jerozolimie.
  • Zupełnie zdemoralizować mieszkańców naszej planety poprzez intensywną propagandę mediów oraz władz wszystkiego, co sprzeczne z planem Boga – czyli wprowadzić doktrynę lucyferiańską.
  • ‘Znaleźć’ Arkę Przymierza i umieścić ją w odbudowanej świątyni.
  • Przeprowadzić tzw. Operację Niebieski Strumień (Blue Beam Project), w której być może ‘odnajdzie’ się Arka Przymierza.
  • Podczas tej operacji (mówi się o trzęsieniu ziemi) ukażą się ‘dokumenty’ wyjaśniające, w jaki cały świat mylił się odnośnie religijnych wierzeń. (Typowy przykład Browna – Da Vinci Code).
  • Zniszczyć wszystkie religie światowe w III Wojnie światowej włącznie z Judaizmem i Chrześcijaństwem.
  • Posadzić na tronie niezwykle mocnego króla i zarazem kapłana (na wzór Melchizedeka) – Antychrysta, fałszywego mesjasza.
  • Antychryst przejmie OFICJALNIE władzę nad światem usuwając trzech innych władców – Nowy Porządek Świata (NWO).
  • Spowodować FAŁSZYWE porwanie do nieba FAŁSZYWYCH ponownie narodzonych chrześcijan, lub sług Lucyfera.
  • Rozpocząć prześladowania prawdziwych naśladowców Jezusa w 3.5 rocznym okresie Wielkiego Ucisku.
  • Stoczyć walkę z Bogiem na Ziemi w tzw. bitwie Armagedonu.
  • To wszystko ma jeden zasadniczy cel.
  • Ustanowienie Lucyfera jako boga nad ziemią. Ustanowienie przedstawiciela Lucyfera – Antychrysta. ”83

Ten am autor w dalszym swym wywodzie podaje takie oto, niezwykle ciekawe informacje:

„Słowo Boże niewiele nam mówi o Antychryście ale podaje nam wystarczającą ilość detali, abyśmy mogli zidentyfikować z łatwością tego człowieka. Niemniej Biblia ostrzega nas proroczo przed fałszywymi Chrystusami, Mesjaszami czy prorokami i wskazuje nam znaki, według których możemy rozpoznać i odróżnić fałsz od Prawdy. (…)

Istnieje wiele teorii na ten temat i sedna sprawy dowiemy się, kiedy ów osobnik się ujawni. Według badań Biblii, zapowiadającej Antychrysta od prawie 2000 lat oraz teorii konspiracyjnych, na arenie świata ma się pojawić fałszywy Mesjasz. Wiadomo, że chrześcijanie oczekują powrotu Mesjasza – Chrystusa w celu zaprowadzenia przez Niego Królestwa Bożego. Tymczasem Żydzi nadal oczekują swojego Mesjasza, ponieważ rzeczywistego Mesjasza – (Ja–szua) odrzucili oraz odrzucają Go nadal.

Mamy dwie grupy ludzi oczekujących Mesjasza, ale każda z nich widzi go zupełnie inaczej

Syjoniści planujący odbudowę Świątyni Salomona w Jerozolimie planują posadzenie na tronie królewskim… Mesjasza!

Istnieje teoria konspiracyjna Blue Beam Project (Projekt Niebieskiego Promienia) i według tych planów władcy świata ‘odkryją’ jakieś niezwykłe zwoje, w których okaże się, że dotychczasowe wierzenia, czy w Biblię, czy Koran czy inne księgi okażą się całkowicie mylne oraz oczywiście okaże się, że jedynie w tych zwojach jest szczera Prawda. Być może zostanie ‘odkryta’ Arka Przymierza i to, co zostanie ‘znalezione’ w Arce będzie dowodem na to, że świat mylił się w swoich wierzeniach religijnych ponieważ je mylnie interpretował.

Odkryciu temu mają towarzyszyć cuda na niebie! Mają być wyświetlane z satelitów potężne obrazy na niebie, z których będą przekazywane w wielu językach informacje o ‘prawdziwym’ Mesjaszu i ‘prawdziwej’ religii. Ewangelia Judasza czy DaVinci Code to najprawdopodobniej przygrywka do reszty tego oszukańczego spektaklu.

Władcy świata, wielbiciele Lucyfera będą chcieli nam udowodnić, że posłannictwo Mesjasza było przez wszystkich źle rozumiane i właśnie wtedy ukaże się na scenie świata ostatni król, czyli fałszywy Mesjasz – Antychryst.

Będzie on demonstrował nadprzyrodzoną demoniczną moc i większość mieszkańców świata weń uwierzy.

Niesamowity wzrost filmów i programów okultystyczno–satanistycznych czy na temat UFO czy też zjawisk nadprzyrodzonych wydaje się być formą przyzwyczajania nas do tego, że rzeczywiście siły nadprzyrodzone istnieją, że są one powiązane z rzeczywiście, a UFO czy ‘obcy’ to istoty, które nas stworzyły i teraz chcą nam pomóc. Globaliści nazywają ich Annuaki.

Oczywiście wszystkie inne religie zostaną zniszczone przez hordy Lucyfera a Babilon Wielki otrzyma szczególnie srogą karę, tym razem od samego Boga. Wielbienie Antychrysta będzie wymagane od władców świata po groźbą kary śmierci!”84

Analizując bez emocji, na chłodno, sytuację, jaką już dziś obserwujemy na świecie, nie możemy się oprzeć wrażeniu, iż czasy antychrysta zbliżają się do nas wielkimi krokami, że czas zwiedzenia, wielkiego ucisku i oficjalnego kultu szatana jest tuż, u drzwi. A wedle wszystkich tych znaków i przepowiedni sprawiedliwi doznają potwornych prześladowań, które odbywać się będą na niespotykaną dotąd w historii ludzkości skalę. Ucisk jakiego doznawali ludzie pod rządami Stalina czy Hitlera będzie niczym w porównaniu z uciskiem jaki nadchodzi.

Będzie to czas odsiewania plew od ziarna, bowiem ci którzy ulękną się prześladowań i ulegną demonicznemu, lucyferiańskiemu zwiedzeniu i poddadzą się pod władzę antychrysta, w ostatecznym rozrachunku przegrają nie tylko życie doczesne, ale i szanse na życie wieczne w szczęściu i chwale. Ci natomiast, którzy wytrwają do końca, nie wahając się nawet poświęcić życie dla Jezusa, na koniec odbiorą „niewiędnący wieniec chwały”.

Skoro zapoznaliśmy się ze znakami, proroctwami i przepowiedniami końca świata, jakie przechowuje tradycja chrześcijańska, zawartymi zarówno w Biblii, jak i w objawieniach prywatnych, czy nawet w opiniach niektórych osób zajmujących się badaniem zagadnienia czasów końca, pora zaznajomić się też ze znakami i przepowiedniami w innych religiach – w islamie i zaratusztrianizmie.

PROROCTWA I ZNAKI KOŃCA ŚWIATA W ISLAMIE

Dzień ostatni

O ludzie! „

Bójcie się waszego Pana!

Zaprawdę, trzęsienie ziemi tej Godziny

będzie rzeczą straszną!

W tym Dniu, który wy zobaczycie,

każda karmiąca matka zapomni, kogo karmiła;

a każda ciężarna kobieta

złoży swój ciężar”.

(Koran XXII, 1 – 2 – J.B.85)

Nic, co materialne, nie jest wieczne, a zatem i świat, skoro miał początek, musi mieć też i koniec. Kiedy to nastąpi, nikt nie wie, bowiem tajemnicę ową zachował Allah dla siebie.

Bardzo jasne wyjaśnienie tej kwestii można znaleźć w jednym z hadisów86:

„Kalif Omar Ibn Al–chattab powiedział: W czasie gdy siedzieliśmy u Wysłannika Allaha, pewnego dnia przyszedł do nas mężczyzna w bardzo białym ubraniu, z czarnokruczymi włosami, nie widać było po nim śladu podróży. Nikt z nas nie znał go. Siadł naprzeciwko Proroka, podkurczywszy nogi położywszy ręce na jego udach i powiedział: „O Muhammadzie, powiedz mi o islamie”. Wysłannik Allaha powiedział: „Islam to to, że oświadczasz – Nie ma Boga, oprócz Allaha, a Muhammad jest wysłannikiem Allaha” – wykonujesz modlitwy, dajesz zakat87, pościsz w miesiącu ramadan i odbywasz pielgrzymkę do Mekki, jeżeli to jest w twoich możliwościach. Przybysz powiedział: „Mówisz prawdę”. Zdziwiliśmy się, że pytał Proroka i zgodził się z nim. (…) Nieznajomy powiedział: „Powiedz mi o As–Sa’a88„. Prorok powiedział mu: „Zapytany o As–Sa’a nie wie więcej niż pytający”. Przybysz powiedział: „Powiedz mi o jej znakach nadejścia”. Prorok odpowiedział: „Jeśli niewolnica urodzi swoją panią i jeśli zobaczysz bosych, gołych, potrzebujących pasterzy budujących wysokie budowle”. Przybysz odszedł, a po długim czasie Prorok powiedział: „O Omarze czy wiesz kto pytał?” Odpowiedziałem „Allah i Jego Wysłannik lepiej wiedzą ode mnie. Prorok powiedział: To był Gabriel, przyszedł żeby uczyć was waszej religii”.89

Ali Abi Issa w komentarzu do tego hadisu pisze tak:

„O końcu świata Prorok (…) powiedział:

„Zapytany o As–sa’a nie wie więcej niż pytający”. Oznacza to, że wszystkie stworzenia Allaha nie wiedzą o czasie końca świata, gdyż Allah (…) zachował ten termin dla siebie. (…)

W tym hadisie Prorok (…) wspomniał natomiast o dwóch znakach zbliżania się końca świata.

Pierwszy, „jeżeli niewolnica urodzi swoją panią”.

Uczeni islamscy dopatrują się tutaj nadejścia takich czasów, w których nastąpi upadek systemu moralnego na tyle, że zanika wdzięczność dzieci wobec rodziców. Dlatego dzieci będą traktować swoich rodziców tak jak swoich niewolników (z góry, wyniośle, z pogardą…).

Drugi znak – „Jeżeli zobaczysz bosych, gołych, potrzebujących pasterzy budujących wysokie budowle”.

Oznacza to, że ludzie najniższych warstw społecznych stanowić będą najwyższą warstwę społeczną. W innym hadisie Prorok (…) opisał koniec świata następująco:

„Uczciwy będzie podejrzany, podejrzany będzie wiarygodny, a najgorsi ludzie będą przemawiać w imieniu wszystkich”.90

Natomiast Koran tak mów na temat Ostatniej Godziny91:

Będą ciebie pytać o Godzinę:

kiedy ona przybije do przystani?

Powiedz:

«Widza o niej jest tylko u mego Pana!

Nie ujawni jej, we właściwym czasie,

nikt inny, jak tylko On!

Ciąży ona na niebiosach i na ziemi;

przyjdzie do was niespodziewanie.»”

(Koran VII, 187 – J.B.)

oraz:

Do Boga należy wszystko,

co skryte w niebiosach i na ziemi,

a rozkaz dotyczący Godziny

będzie jak mgnienie oka

albo jeszcze mniej”.

(Koran XVI, 77 – J.B.)

Wtedy nastanie kres tego świata, a Bóg wskrzesi ciała zmarłych na Sąd.

Muzułmańska literatura religijna tak mówi na temat wiary w Dzień Sądu Ostatecznego:

„Dzień Sądu Ostatecznego, czyli OSTATNI DZIEN, to Dzień Zmartwychwstania, kiedy ludzie będą ożywieni, by zdać rachunek ze swoich uczynków. Nazwano go tak, gdyż po nim nie będzie żadnego dnia, a mieszkańcy Raju będą rozkoszować się w swoich komnatach, zaś mieszkańcy Piekła będą cierpieć w swoich”92

Do najważniejszych znaków zbliżającego się końca należeć będą: rosnąca bezbożność ludzkości i odrzucenie przez nią drogi prawdy bożej, osiągające apogeum w czasach ostatecznych, pojawienie się Mahdiego – męża bożego próbującego skierować świat ku Allahowi. Mahdiego będzie wspomagał Prorok Jezus.

W tym miejscu należy się czytelnikowi kilka słów wyjaśnienia na temat roli jaką Jezus odgrywa w Islamie.

Nie jest on uznawany za syna Allaha, ani za półboga, ani za nadczłowieka, ale za takiego samego człowieka jak wszyscy inni, żyjący przed nim i po nim. Z jedną wszakże różnicą – został on powołany do istnienia w sposób inny niż reszta ludzi (rodzących się wskutek obcowania płciowego mężczyzny i kobiety), ani też w sposób w jaki Allah stworzył Adama i Ewę. Kwestia narodzin Jezusa to tajemnica, którą muzułmanie akceptują, bezgranicznie wierząc Koranowi, że Jezus został powołany do życia bez udziału mężczyzny, zaś zapowiedź jego narodzenia wiernej i dziewiczej Maryi oznajmił przysłany do niej anioł Gabriel. Muzułmanie za bluźnierstwo uznają poglądy chrześcijańskich teologów protestanckich, jakoby Jezus syn Maryi (po arabsku: Isa ibn Mariam) miał braci i siostry zrodzone w późniejszym czasie ze związku Maryi i Józefa.

Muzułmanie nie wierzą także w ukrzyżowanie i późniejsze zmartwychwstanie Jezusa, uważając, iż ukrzyżowano jakąś inną osobę, a w późniejszych czasach stworzono opowieść pasującą do wypracowanych przez chrześcijan koncepcji teologicznych, głoszących iż Jezus jest Synem Bożym.

Według muzułmanów Allah zaćmił umysły nienawidzących Jezusa Żydów, którzy chcieli go uśmiercić, tak iż uwierzyli w jego śmierć. Tymczasem Bóg wybawił tego Proroka z rąk jego wrogów i zabrał go do nieba.

„Tak więc ktoś został istotnie ukrzyżowany (niektórzy muzułmańscy egzegeci utrzymują iż istnieją dowody ukrzyżowania Judasza przez Piłata sympatyzującego z ruchem żydowskich mesjanistów. Koptyjscy chrześcijanie traktują więc Piłata z Pontu, namiestnika rzymskiego w Judei i jego żonę jako świętych, przyp. tłum.) Nie był to jednak Jezus (…). Kogoś innego ukrzyżowano zamiast niego. Bóg zabrał Jezusa (…) i uratował go przed śmiercią z rąk jego siepaczy, tak jak to zawsze czynił w przypadku wcześniejszych proroków zagrożonych śmiercią z rąk wrogów. Allah (…) ukoronował misję Jezusa na ziemi wybawieniem go od gwałtownej śmierci i podniósł go do niebios. Zgodnie z proroctwem Muhammada (…), pojawi się on ponownie na ziemi wraz z Mahdim aby stoczyć zwycięski pojedynek z szatańskim Antychrystem – Dżalem93, przywódcą armii niewiernych chcących podbić ziemie islamu i zniszczyć Mekkę oraz Medynę. Będzie to sygnalizować nadejście nowej ery w dziejach świata i islamu. Po stoczeniu zwycięskiej walki Jezus (…) zniszczy symbole krzyża i będzie żył około czterdziestu lat jako żonaty muzułmanin. Potem umrze naturalną śmiercią, kończąc swoją przerwaną misję na ziemi. Zostanie on pogrzebany w Medynie pomiędzy grobami Proroka Muhammada (…) i jego następcy Abu Bakra (…). Jezus pojawi się w Damaszku, w okresie gdy Mahdi pojawi się w Mekce, a tymczasowo zwycięskie hordy wrogów islamu będą przewalać się przez Bliski Wschód w kierunku miejscowości Lod w Palestynie. Nuzul czyli cudowne podniesienie Jezusa (…) przez Allaha do niebios po nieudanym spisku Żydów – jest częścią wiary islamu. Z proroctwa wynika, iż Jezus ponownie pojawi się na wschodnim minarecie wielkiego meczetu w Damaszku (Meszid Umayyad), skąd zejdzie jak normalny człowiek. Będzie on następcą czyli kalifem odrodzonej Ummy islamu po śmierci Mahdiego. Czy wniebowstąpił on duszą i ciałem lub tylko duszą po naturalnej śmierci ziemskiego ciała – nie jest kwestią istotną dla wiary islamu. Jego sposób wniebowstąpienia nie jest artykułem wiary, ponieważ dla muzułmanów ważnym jest fakt objawienia przez Allaha (…) mówiący o tym, iż Jezus (…) nie został ukrzyżowany, lecz został podniesiony do niebios przez Allaha”.94

Po wyjaśnieniu bardzo ważnej kwestii, jaką jest muzułmańska nauka na temat Jezusa wrócę do przerwanego wątku:

Znakiem zbliżającego się końca świata będą trzęsienia ziemi na niespotykaną dotąd skalę. Owe trzęsienia ziemi będą tak potworne, że spowodują niewyobrażalną wprost panikę wszystkich ludzi. A potem nastąpi kataklizm na skalę kosmiczną – w wyniku (być może) owych niesłychanych trzęsień ziemi (a może z innego powodu), góry rozsypią się w pył, a powierzchnia naszej planety stanie się równa i płaska, morza zaś wyparują, Ziemia i Księżyc zderzą się ze sobą, gwiazdy będą spadać, a całe niebiosa ulegną zniszczeniu.

Po zakończeniu Dnia Ostatniego jednak Ziemia i Wszechświat zostaną przemienione.

Tradycja muzułmańska w oparciu o Koran i Hadisy przekazuje także, iż nadejście Ostatniej Godziny poprzedzą zadziwiające wydarzenia, takie jak pojawienie się siejących zgrozę i przerażenie narodów Gog i Magog, pojawienie się zwierząt posługujących się ludzką mową, upadek mądrości, a nawet ogólnej wiedzy u przeciętnego człowieka, rozprzestrzenienie się nałogów, przede wszystkim pijaństwa, liczebną przewagę kobiet nad mężczyznami, wzrost na niespotykana skalę nieuczciwości, nieprawości, nierówności społecznej, wreszcie pojawienie się zwodziciela i oszusta podającego się Mesjasza, a w rzeczywistości będącego Antychrystem (Massih Dadżal).95

Gdy wszystko to dziać się będzie nastąpi też czas trąbienia. Pierwsze trąbienie wywoła niesłychana panikę zarówno na Ziemi jak i w niebiosach:

W tym Dniu, kiedy zadmą w trąbę,

ci, którzy są w niebiosach i na ziemi,

będą przerażeni

z wyjątkiem tych, których Bóg zechce oszczędzić – i wszyscy przybędą do Niego upokorzeni.

I zobaczysz góry,

które uważałeś za nieruchome,

jak będą przechodzić,

podobnie jak przechodzą chmury”.

(Koran XXVII, 87–88 – J.B)

Drugie trąbienie, które będzie mieć miejsce w czterdzieści dni po pierwszym trąbieniu obudzi zmarłych. Dusze przyobleką się znów w materialną postać i staną przed obliczem Najwyższego, na sąd.

Podobnie jak śmierci, tak i zmartwychwstaniu podlegają wszyscy – zarówno dobrzy jak i źli, chociaż różne czekają ich losy. W dniu tym ludzie dotąd żyjący umrą, by zaraz zmartwychwstać.

(…) nadejdzie Godzina (…)

i (…) Bóg wskrzesi tych,

którzy znajdują się w grobach”.

(Koran XXII, 7 – J.B.)

O Dniu Zmartwychwstania mówią liczne wersety Koranu:

Żydzi mówią:

Chrześcijanie nie stoją na niczym!”;

a chrześcijanie mówią:

Żydzi nie stoją na niczym!”

a przecież oni recytują Księgę!

Podobne słowa mówią ci, którzy nie wiedzą.

Bóg rozsądzi miedzy nimi

w Dniu Zmartwychwstania

to, w czym się oni różnili”.

(Koran, II, 113 – J.B.)

albo:

Tym, którzy nie uwierzyli,

upiększano życie na tym świecie,

a wyśmiewano się z tych, którzy uwierzyli;

ale ci, którzy są bogobojni, będą nad nimi

w Dniu Zmartwychwstania”

(Koran, II, 212 – J.B.)

albo:

I niech nie sądzą ci, którzy skąpią

z tego, co dał im Bóg ze Swojej łaski,

że to jest lepsze dla nich.

W Dniu Zmartwychwstania

będą oni nosić na szyi obrożę

z tego, czego skąpili”

(Koran III, 180 – J.B.)

albo:

… w Dniu Zmartwychwstania

zostaną wam w pełni dane nagrody”.

(Koran III, 185 – J.B.)

albo:

A kto będzie spierał się z Bogiem

(…) w Dniu Zmartwychwstania?”

(Koran IV, 109 – J.B.)

albo:

Bóg rozsądzi między wami

w Dniu Zmartwychwstania”

(Koran IV, 141 – J.B.)

Każdy z umarłych znów zyska materialne ciało, ale zmartwychwstanie w takim samym stanie umysłu i serca, w jakim rozstał się z tym światem. Nie będzie też miał świadomości upływu czasu. Każdemu z umarłych będzie się zdawało, że oto właśnie obudził się ze snu po przespanej nocy, gdy ranek zaświtał.96

W tym Dniu, kiedy nastanie Godzina,

grzesznicy będą się zaklinać,

iż oni nie przebywali nawet godziny.

W ten sposób zostali oszukani.

A powiedzą ci,

którzy otrzymali wiedzę i wiarę:

«Wy znajdowaliście się w księdze Boga

aż do Dnia Zmartwychwstania

a oto Dzień Zmartwychwstania,

lecz wy nie wiedzieliście.»”

(Koran XXXI, 55–56 – J.B.)

I właśnie tego dnia, w Dniu Zmartwychwstania wobec zgromadzonych tłumów wystąpi Prorok Jezus, aby zaświadczyć, że jedynie słuszną i prawdziwą była droga islamu. Będzie to zarazem dzień końca świata, w którym nastąpi powszechny kataklizm na skalę kosmiczną. Wszystko ulegnie rozproszeniu i zniszczeniu, a ciała niebieskie zmienią swój bieg.

Podczas Sądu Ostatecznego, pełnego grozy, wszelkie więzy ludzkie zostaną zerwane, każdy będzie myślał tylko o sobie, zapominając nawet o więzach rodzinnych tak dalece, że gotów będzie poświęcić osobę, za życia w doczesności najbardziej ukochaną, byleby tylko uratować własną skórę. Oczywiście nie zda się to na nic. Na Sąd Ostateczny zostaną wezwani wszyscy ludzie, dżinny i Iblis (Szatan):

Oni wyjdą z grobów

z opuszczonymi spojrzeniami.

Będą podobni do szarańczy rozsypanej,

śpieszący z wyciągniętymi szyjami ku wzywającemu.

Niewierni będą mówili:

«To jest trudny dzień!»

(Koran LIV, 7–8 – J.B.)

Allah osobiście dokona publicznej oceny każdego z ludzi stojących przed Nim. Nie pomoże wówczas wstawiennictwo orędowników: między innymi Jezusa i Muhammada (Mahometa) wspomaganych przez aniołów, bowiem w dniu tym nie będzie już miejsca na miłosierdzie, lecz wyłącznie na sprawiedliwość.

Każdy człowiek w pełni uświadomi sobie znaczenie wszelkich czynów popełnionych za życia ziemskiego, zarówno dobrych jak i złych, i w pewnym sensie dokona samooceny, niezależnie od ocenienia go przez Boga. Twarze sprawiedliwych staną się śnieżnobiałe, zaś złych czarne. Każdy otrzyma tabliczkę z odpisem swych czynów. Jednym zostanie umieszczona na piersi, innym przedłożona przed oczy, a u złych i skazanych na potępienie, zawieszona na plecach.

Chociaż nie będzie żadnego usprawiedliwienia dla tych, którzy byli dostatecznie pouczeni o Jedynym Bogu lecz odrzucili wiarę i popełniali złe czyny, to jednakże dla tych, którzy nie mieli możności przyjęcia islamu, lub też nie z własnej woli byli prowadzeni drogą kłamstwa, Najwyższy okaże wyrozumiałość i łaskę.

Po dokonaniu sądu nad ludźmi Allah nagrodzi sprawiedliwych, zaś złych ukarze. Miejscem kary jest piekło, w którym strasznym mękom będą poddani niesprawiedliwi. Zostaną oni naznaczeni i napiętnowani ogniem na czołach, bokach i plecach.

A tym, którzy zbierają złoto i srebro,

a nie rozdają ich na drodze Boga

obwieść karę bolesną!

W Dniu, kiedy te metale będą rozpalone

w ogniu Gehenny

i będą napiętnowane nimi

ich czoła, ich boki i grzbiety:

Oto zebraliście dla siebie.

Zakosztujcie więc tego, co zebraliście!”

(Koran IX, 34 – 35 – J.B.)

Jak naucza islam, kara ognia i piekło są wieczne. Chociaż część teologów niektóre z tekstów koranicznych interpretuje w inny sposób, dowodząc, że i kara w zaświatach również kiedyś będzie mieć kres, ponieważ w naturze człowieka leży ustawiczne doskonalenie się.

Jedynie ci, którzy będąc wiernymi muzułmanami, nie zdążyli przed śmiercią w pełni odpokutować za grzechy i dostatecznie naprawić skutków złych czynów popełnionych za życia, którzy żałowali, zostaną umieszczeni przez Allaha w piekle na pewien określony czas, gdzie przez mękę oczyszczą się zupełnie, aby wejść do raju.

Razem z ludźmi zostaną osądzone również dżinny, Iblis i demony, które pod różnymi imionami pogańskich bożków odbierały od ludzi cześć należną wyłącznie Allahowi. I tak na męki wieczne pójdą bogowie Greków, Rzymian, Medów i Persów, ludów Indii, Chin, Ameryk, Afryki, bogowie Słowian, Germanów, Celtów – słowem bożkowie wszystkich narodów, języków i epok.

Potępieni ludzie oskarżą ich wówczas, że zostali przez nich zwiedzeni, ale Iblis wyśmieje ich mówiąc:

Powiedział szatan,

kiedy sprawa została rozstrzygnięta:

«Zaprawdę, Bóg dał wam obietnicę,

obietnicę prawdy!

I ja wam dałem obietnicę,

lecz ja was oszukałem;

ja nie miałem nad wami żadnej władzy.

Ja tylko wzywałem was,

a wyście mi odpowiedzieli.

Nie gańcie mnie więc,

lecz gańcie siebie samych!

Ani ja wam nie pomogę,

ani wy mi nie pomożecie (…)»

(Koran XIV, 22 – J.B.)

Zmartwychwstanie ciał – Haszr

Islam głosi jako jeden ze swych podstawowych dogmatów „(…) wiarę w ożywienie ludzi po śmierci, ponieważ Allah mówi:

Tak jak zaczęliśmy nasze pierwsze stworzenie, podobnie powtórzymy je – oto obowiązująca nas obietnica. Niechybnie jej dotrzymamy”.

(Koran, sura 21, werset 104)

ALBA–AS – ożywienie, zmartwychwstanie to wyraźna prawda, którą potwierdza Księga97, Sunna98 i zgodna opinia muzułmanów. (…)

Muzułmanie są co do tego zgodni, że nastąpi powrót do Boga, aby zostali wynagrodzeni wszyscy za to, co czynili. Allah mówi:

Co? Czy zatem uważaliście, iż stworzyliśmy was bez żadnego celu, oraz że nie będziecie na powrót do Nas sprowadzeni?”

(Koran, sura 23, werset 115). (…)”99

Jak zatem wspomniałem, jednym z podstawowych dogmatów islamu, jest wiara w zmartwychwstanie ciał100, co konsekwentnie, mocno i wielokrotne podkreśla Koran. Ponieważ Bóg jest wszechmocny i przepotężny przywrócenie zmarłym ciał nie stanowi dlań najmniejszego nawet problemu:

Czyż nie widział człowiek,

jak stworzyliśmy go z kropli nasienia?

I oto on jest jawnym przeciwnikiem!

I przytacza Nam przykład,

a zapomniał o swoim stworzeniu.

Mówi on:

»Kto ożywi kości, kiedy są one zetlałe?«

Powiedz:

»Ożywi je Ten,

kto stworzył je po raz pierwszy.

On o wszelkim stworzeniu jest wszechwiedzący«.

(Koran XXXVI, 77 – 79 – J. B.)

Można przypuszczać, że ciała ludzi przywróconych życiu będą się jakościowo różnić od tych, jakie nosimy w doczesności.

Staną się nieśmiertelne, kompletne i doskonałe, zewnętrznie tożsame z formą ciała starego, tyle że pozbawione wszelkiej szpetoty, będą piękne. Jednocześnie nikt nie utraci samoświadomości i będzie się czuł tą samą istotą, którą był w doczesności.

Uwielbione ciała zachowają różnicę płci. Ciała nie będą także odczuwać cierpień, zmęczenia, bólu, chorób itp., czyli tego wszystkiego co odczuwają teraz. (Oczywiście mowa w tym miejscu o ciałach ludzi zbawionych, ciała ludzi potępionych będą – niestety – odczuwać wszelkie rodzaje cierpienia).

Ciekawą kwestią jest biologiczny wiek zmartwychwstałych. Można chyba domniemywać, że będą to ciała ludzi młodych i urodziwych. Sądzić też można, że ciała zmartwychwstałe odznaczać się będą jasnością i blaskiem, czyli będą wydzielać jakiś rodzaj promieniowania. Co to ma być i na jakiej zasadzie jasność owa będzie emanować, trudno nawet zgadywać.

Innym z przymiotów ciał uwielbionych będzie ich niesamowita wprost zwinność i możliwość przemieszczania się w przestrzeni – bez względu na odległość – w mgnieniu oka.

Wreszcie substancja, z jakiej zbudowane zostaną ciała zmartwychwstałych okaże się jakościowo różna od tej, znanej obecnie. Będą zatem miały one możliwość nie tylko przemieszczania się z miejsca na miejsce w ciągu chwili, ale również przenikania przez materię subtelną i gęstszą.

Sąd Ostateczny – Kijama

„Życie doczesne oraz wszystko, co się dzieje na świecie, kończy się w wyznaczonym dniu. Wszystko będzie w tym dniu unicestwione, nosi on nazwę Kijama, co znaczy Dzień Ostateczny”.101

Chociaż Sąd Ostateczny odbędzie się bez wątpienia w sposób uroczysty po zmartwychwstaniu ciał, a odbędzie się nad żywymi i umarłymi, to tak naprawdę zaczyna się on już w doczesności. Ponieważ islam uważa, że życie przyszłe jest jedynie kontynuacją obecnego.102 I w tej kwestii Koran mówi nadzwyczaj jasno:

I każdemu człowiekowi

przywiązaliśmy do szyi jego los,

i w Dniu Zmartwychwstania

My wyciągniemy księgę,

którą on znajdzie rozpostartą:

Przeczytaj twoją księgę!

Ona dziś wystarczy tobie

jako wystawiony ci rachunek!”

(Koran XVII, 14 – J.B.)

Gdy więc zatem dusza opuści martwe ciało nie rozpoczyna – jeśli tak można się wyrazić – nowego życia, lecz jej nowa egzystencja jest kontynuacją doczesnej rzeczywistości, tyle że odsłaniającą tę ukrytą do tej pory rzeczywistość. Z czego można wysnuć wniosek, że zarówno niebo, jak i piekło zaczynają się już teraz, w doczesności. Ludzie ślepi duchowo podczas życia w ciele, pozostaną takimi samymi również i po śmierci, a nawet i po zmartwychwstaniu, w życiu przyszłym. A zatem duchowa ślepota doczesności zostaje przeniesiona w życie wieczne.103

Dokładnie to samo można powiedzieć o duszy, „która doznawała doskonałego spokoju, wstąpi [ona] po śmierci do raju, potwierdzając w ten sposób prawdę, iż raj przyszłego życia jest tylko dalszym ciągiem spokoju ducha, który był już udziałem człowieka w doczesnym życiu. Poza tym wszystkim jest jasne, że – zgodnie ze Świętym Koranem – życie przyszłe jest dalszym ciągiem obecnego i że śmierć nie oznacza bynajmniej przerwy, lecz stanowi jedynie ogniwo, bramę, która odsłania przed naszym okiem zamknięte dla niego rzeczywistości obecnego życia”.104

„Abu Huraira relacjonuje, że Prorok powiedział: „Bóg osłoni swym cieniem:

– Dobrego imama.

– Tego, którego serce otwarte jest od chwili wejścia do meczetu do czasu jego powrotu z meczetu.

– Młodego człowieka, który modląc się wzrasta ku Bogu.

– Dwoje ludzi, którzy kochają się z miłości do Boga.

– Tego, kto rozmyśla o Bogu w samotności i modli się tak, że aż mu łzy same płyną z oczu.

– Tego, kto kokietowany przez piękną kobietę, majętną czy mająca pozycje – odpowiada: „Ja się boję Boga”.

– Tego, kto daje ofiarę na biednych w tajemnicy w taki sposób, że lewa ręka nie wie co dała prawa”. 105

Czy sąd na duszą należy rozumieć jako analogiczny z ludzkim, ziemskim, kiedy to występują: sądzący, podsądny, oskarżyciel i obrońca oraz istnieje określona procedura? Na pewno nie. To raczej dusza mając pokazane całe jej życie, dokonuje samooceny, uświadamiając sobie co wybrała, a Bóg swoim autorytetem potwierdza to.

Jak już wcześniej wspomniałem, po śmierci następuje oficjalne potwierdzenie wyboru, jakiego człowiek dokonał żyjąc na ziemi. Wynika to z wolnej woli, którą rodzaj ludzki został obdarowany w chwili stworzenia. Bóg dając ludzkiej istocie wolność wyboru czynu, dał jej jednocześnie i rozum, który pozwala rozróżnić, który czyn dokąd zaprowadzi: czy do wiekuistej szczęśliwości, czy na wiekuistą mękę.

Jeśli człowiek żyje zgodnie z prawem nadanym przez Stwórcę, wybiera niebo, jeśli zaś owo prawo świadomie i dobrowolnie łamie i przekracza, wybiera piekło.

W Dniu Sądu Ostatecznego nie będzie możliwości wstawiania się sprawiedliwych za niesprawiedliwymi, nawet przez Mahometa czy Jezusa. Chyba, że Allah zgodzi się w szczególny sposób obdarować któregoś z proroków prawem do wstawiennictwa w odniesieniu do tych osób, które On, Litościwy, zechce ocalić. Innej możliwości wstawienniczej nie będzie.

Podczas Sądu Ostatecznego – jak wspomniano już wcześniej – podsądnym zostaną przedstawieni świadkowie, którymi będą prorocy, oraz dowody w postaci spisów czynów zamieszczonych w księgach sporządzanych w ciągu całego życia przez dwu aniołów stojących przy każdej z istot ludzkich – jeden z nich stoi po prawej stronie i spisuje dobre czyny, drugi po lewej i spisuje grzechy.

Księgi Czynów aż do Dnia Sądu pozostają nieujawnione i do tego czasu istnieje możliwość dokonania w nich zmian. Jeśli grzesznik odpokutuje i zadośćuczyni za swoje grzechy, wówczas jego zapis dokonany przez anioła stojącego po jego lewej stronie może zostać wymazany. Jeśli jednak w pozostanie zatwardziały w grzechu, w Dniu Sądu jego Księga Czynów zostanie publicznie ujawniona.

W tym miejscu nasuwa się pytanie: Co z ludami, żyjącymi przed Mahometem? Otóż, wcześniej Allah także zsyłał proroków, i darowywał poszczególnym ludom ich święte księgi. Zatem będzie – po przyzwaniu proroków na świadków – sądził każdego według praw jakie obowiązywały:

W tym Dniu, kiedy nastanie Godzina (…)

Zobaczysz każdą nację przyklękającą;

każda nacja będzie wezwana do swej księgi:

«Dzisiaj będzie wam zapłacone

za to, co czyniliście…»”

(Koran, XLV, 28 – J.B.)

oraz:

My przyjdziemy ze świadkiem

do każdego narodu..”.

(Koran, IV, 41 – J.B.)

Ale niewierni nie tak łatwo zrezygnują z obrony. Będą kłamać, zaprzeczać, przysięgać fałszywie, że nie popełnili żadnego nagannego czynu. Ale na nic się zdadzą ich kłamliwe mowy obrończe, bowiem Allah w cudowny sposób sprawi, że zaczną świadczyć przeciw nim ich własne członki, którymi posługiwali się wiodąc grzeszne życie.

Allah bowiem, nie chcąc w tym Dniu wysłuchiwać kolejnych kłamstw, w cudowny sposób sprawi, że zamilkną:

Dzisiaj My nakładamy pieczęć na ich usta,

lecz mówią ich ręce

i ich nogi świadczą

o tym, co oni zarobili”

(Koran XXXVI, 65 – J.B.)

albo:

W Dniu, kiedy wrogowie Boga

staną przed ogniem,

zostaną podzieleni.

A kiedy przybliżą się do niego,

ich słuch, spojrzenie i skóra

będą świadczyć przeciwko nim

z powodu tego, co czynili.

I będą mówili swojej skórze:

«Dlaczego świadczysz przeciwko nam?»”

(Koran XLI, 19–21 – J.B.)

Jak z tego, co zostało powiedziane wyżej, wynika, przed Allahem nic się nie ukryje i w Dniu Sądu wszystkie uczynki, każdego człowieka i dżinna wyjdą na jaw, a oni odbiorą za nie stosowna zapłatę.

A po ogłoszeniu wyroków każdy będzie musiał przejść przez most wiodący nad otchłanią piekielną. Sprawiedliwi pokonają go bez trudu i znajdą odpoczynek w Ogrodzie Rajskim, niesprawiedliwi zaś karani będą w piekle. Potępieni będą wrzucani do piekła, ale i wówczas nie okażą pokory, a wręcz przeciwnie, pozostaną pyszni i zarozumiali, co wywoła nie tylko zdziwienie aniołów pilnujących piekła, ale i piekła samego:

A dla tych, którzy nie uwierzyli

w swojego Pana – cierpienie Gehenny.

Jakże to nieszczęsne miejsce przybycia!

Kiedy oni zostaną tam wrzuceni,

posłyszą jej ryk, ona się bowiem gotuje

i omal nie wybuchnie z wściekłości.

Za każdym razem, gdy wrzucają do niej czeredę,

zapytują ich strażnicy Gehenny:

«Czyż nie przychodził do was ostrzegający?»

Oni mówią:

«Tak! Przychodził do nas ostrzegający,

lecz my uznaliśmy go za kłamcę

i powiedzieliśmy:

Bóg nie zesłał niczego;

jesteście jedynie w wielkim błędzie.’»

I jeszcze powiedzieli:

«Gdybyśmy posłuchali albo zrozumieli,

to nie bylibyśmy wśród towarzyszy

płomienia palącego.»

I oni przyznali się do swojego grzechu.

Precz więc, towarzysze płomienia palącego!”

(Koran, LXVII, 6–11 – J.B.)

PROROCTWA I ZNAKI KOŃCA ŚWIATA W ZARATUSZTRIANIZMIE

Fraszo–kereti – Dzień Ostatni

Jak świat miał początek, tak samo będzie miał i koniec, ale zanim to nastąpi czekają ludzkość i Ziemię wielkie i straszne wydarzenia.

Zaratusztrianizm głosi pogląd, iż świat od stworzenia po swój kres ma trwać dwanaście tysięcy lat. Okres ów z kolei dzieli się na cztery epoki po trzy tysiące lat każda, niektóre z nich już przeminęły, niektóre dopiero nadejdą.

I tak, w okresie pierwszych trzech tysięcy lat Ahura Mazda stworzył duchowe istoty niebieskie. Podczas drugiego z okresów liczących trzy tysiące lat Ahura Mazda stworzył świat i dobre stworzenia na nim, ale wówczas – niejako równolegle – Angra Mainju stworzył wszystko co złe. W trzecim „trójtysiącleciu” rozpoczęła się i trwała zacięta walka pomiędzy Dobrem a Złem, a przy końcu tego okresu narodził się Zaratusztra i otrzymał objawienie od Boga. W ostatnim trzechtysiącletnim okresie, przy końcu każdego z tysiącleci pojawi się Zbawiciel – jeden z synów Zaratusztry, po to aby wspomagać ludzi w dobru i wspierać ich w walce ze złem.

W tym miejscu chcę wspomnieć, iż od najdawniejszych czasów w jakiś szczególny sposób próbowano łączyć zaratusztrianizm z chrześcijaństwem, a Jezusa Chrystusa postrzegano niekiedy, jako osobę Zbawiciela zapowiedzianego przez Zaratusztrę.106 Poniższy fragment jednej z Ewangelii apokryficznych, Ewangelii Dzieciństwa Arabskiej, (jest ona parafrazą powstałej w środowisku nestoriańskim, prawdopodobnie w V wieku, Ewangelii Dzieciństwa Syryjskiej, prawdopodobnie została napisana w Egipcie) zdaje się to potwierdzać:

I było, [że] kiedy narodził się Pan Jasū’ w Bajt Lahm w [kraju] Jahūdā w czasach Īrūdīsa króla, szli oto Magowie z krajów Wschodu do Ūrašalīm, jak przepowiedział Zarādušt, i mieli ze sobą ofiary [ze] złota, kadzidlanego drzewa i mirry. Oddali więc Mu pokłon i przekazali Mu swe dary. Wówczas wzięła Święta Mirjam jedną z pieluch [Jezusa] i wręczyła im ją dla błogosławieństwa, a oni przyjęli ją jak najlepiej.

I w tej chwili ukazał się anioł na podobieństwo gwiazdy, która najpierw była ich przewodnikiem. Poszli więc kierowani jej światłem, aż doszli do swych krajów.

A kiedy zgromadzili się [wszyscy razem], ich królowie i władcy zapytali: „Co widzieliście? Co robiliście? Jak poszliście i jak wróciliście? Co przynieśliście ze sobą?” Wtedy pokazali im ową pieluchę, którą wręczyła im Święta Mirjam, i urządzili z tego powodu święto. Rozpalili ogień zgodnie z ich zwyczajem i oddali mu cześć i wrzucili doń ową pieluchę. Objął ja ogień i przeniknął. Kiedy zaś zgasł ogień, wyciągnięto pieluchę, a ta była taka, jaka była na początku – jak gdyby ogień jej nie musnął.

Zaczęli ją więc całować i kłaść na swoje głowy i na oczy. Mówili: „Prawda to bez wątpienia i wielka to rzecz, że ogień nie był w stanie jej spalić czy uszkodzić”. Wzięli pieluchę i przechowywali ją u siebie w wielkiej czci.

(Ewangelia Dzieciństwa Arabska, VII, 1 – 2 i VIII, 1 – 2)107

Również na kartach Ewangelii św. Mateusza znajduje się jeden zagadkowy fragment, opowiadający o tym samym zdarzeniu, co opowiedziane wyżej, chociaż w sposób mniej bajeczny:

Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejemie Judzkim, za króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali:

Gdzie jest ten nowonarodzony król żydowski? Widzieliśmy bowiem gwiazdę jego na Wschodzie i przyszliśmy oddać mu pokłon. (…)

I wszedłszy do domu, ujrzeli dziecię z Marią, matką jego, i upadłszy oddali mu pokłon, potem otworzywszy swoje skarby, złożyli mu w darze złoto, kadzidło i mirrę.

(Mat. 2, 1–2, 11 – NP108)

Kto to był? Kim byli ci dziwni pątnicy, którzy swym pojawieniem się zakłócili spokój judejskiego miasteczka?

W polskich przekładach Biblii, konsekwentnie określa się ich mianem „mędrców”. Tak jest w Biblii Jakuba Wujka, Biblii Gdańskiej, Nowym Przekładzie, czy Biblii Tysiąclecia. Jedynie przekład świadków Jehowy, tzw. Nowego Świata, nazywa ich „astrologami”.

Angielska Biblia króla Jakuba także mówi o nich „mędrcy”, mniej jednoznacznie wygląda to w przekładach rosyjskich, gdzie się ich określa słowem „волхвы”. Słowo „wołchwy” bowiem oznacza nie tylko mędrców, ale również wróżbitów, czarodziejów, magów i jest znaczeniowo bliskie greckiemu określeniu „μάγοι” użytemu w greckim oryginale Ewangelii św. Mateusza.109 Słowo to używane jest na określenie ludzi zawodowo uprawiających magię, zajmujących się czarami. Ale co by mogło sprowadzić do Betlejem pogańskich czarowników? To pytanie nasuwa się – niejako odruchowo – współczesnemu człowiekowi. Tym bardziej, że legenda, widząca w owych magach królów, jeszcze bardziej zaciemnia sprawę.

Ale w czasach antycznych słowo „mag” nieodmiennie kojarzono z kapłanem religii zoroastryjskiej, która wówczas wyznawana była nie tylko na ogromnym terytorium państwa perskiego, ale miała licznych zwolenników w granicach imperium rzymskiego.110

Czy mogło mieć miejsce spotkanie z nowonarodzonym Jezusem i złożenie mu hołdu przez kapłanów religii Zaratusztry? Sprawa nie jest prosta. Ale?… Kto wie?… Tym bardziej, że znane są sympatie jakie Żydzi żywili do Persów za umożliwienie im powrotu z niewoli babilońskiej i odbudowanie Świątyni w Jerozolimie.

Na pewno też daje do myślenia fakt, że choć na kartach Starego Testamentu jednoznacznie i wielokrotnie potępieni są bogowie Egiptu, Babilonii, Fenicji i Grecji, nigdzie nie występuje się przeciw religii perskiej.111

Sądzę zatem, że można zaryzykować stwierdzenie, że jeśli św. Mateusz pisze o „magach” (μάγοι), ma nie kogo innego na myśli, tylko kapłanów zaratusztriańskich.

Powróćmy jednak do przerwanego wątku:

Święte teksty zoroastryjskie mówią, iż wreszcie, na samym końcu, u schyłku ostatniego tysiąclecia, pojawi się ostatni i właściwy Zbawiciel – Saoszjant, trzeci z synów Zaratusztry.112

Każdy z tych zbawicieli zostanie poczęty z nasienia Zaratusztry, które w cudowny sposób przechowało się w jeziorze Kąsaoja (Kansavya).

Na temat owych zbawicieli tak pisze Ks. Szczepan Szydelski:

„Naprzód zjawi się Hushedar113 i gdy dojdzie do lat 30, rozpocznie walkę przeciw złym potęgom. Sam Ahura ześle też duchy, anioła Neriosangha i Sraosha, aby pomagali Peshyotanu, synowi Vistaspy króla, obrońcy religii Zarathustry. Z ich więc pomocą demoni i nieprzyjaciele będą strąceni na dno piekła. Znikną wtenczas z ziemi złość, zazdrość, rozpusta, gniew. „Skończy się w ten sposób czas wilka, a rozpocznie się czas jagnięcia”.

Po drugim tysiącu lat Hushedermah będzie dalej zwyciężał nieprzyjaciół i ród wężów. Ale wzmocni się wówczas także Aryman (Angra Mainju – A.S.) i wąż Azi Dahak odzyska swobodę. Ahura Mazda ześle jednak znowu anioła Neriosangha i Sraosha i wzbudzi Keresaspę, który raz już pokonał i związał węża Dahaka. Keresaspa i tym razem maczugą rozwala łeb wężowi i zabija go. Znika znowu zło z ziemi i rozpoczyna się ostatnie tysiąclecie.

Przy końcu ostatniego tysiąclecia zjawi się Saoshyant, ostatni i właściwy mesjasz religii Zarathustry (…) Saoshyant dokona zmartwychwstania wszystkich i sprowadzi nowe życie na świat”.114

Gdy zbliży się czas nadejścia Zbawiciela to na świecie poczną się dziać rzeczy dziwne i niepokojące. Oto Słońce będzie stać w zenicie przez dziewięć dni i dziewięć nocy bez przerwy. Potem, przez trzy lata, żadne rośliny nie będą sprzątane z pól, a jednak nie uschną ani nie zniszczeją. Auszedar oczyści religię i przywróci wśród ludzi szacunek do niej. Następnie wszyscy członkowie wilczego gatunku zostaną zgromadzeni w jednym miejscu i tam połączą się w jednego demonicznego osobnika, który – jak podają święte pisma – będzie szeroki na 415 kroków, a długi na 433 kroki.

Wtedy czciciele Ahura Mazdy zgromadzą się w armię i pod wodzą Auszedara ruszą do walki z tym demonem. Ale zanim rozpoczną bój odprawią Jasnę115, dzięki czemu demon nie będzie się im mógł oprzeć. Demon zostanie zaatakowany najróżniejszymi rodzajami broni, a także trucizną jakiej dostarczy ziemia i rośliny. Ze zniszczonego demona wysnuje się czarna chmura szarańczy.

W tysiącleciu Auszedara nastąpią też inne klęski, jak np. wielkie deszcze, które spowodują głód. Będą też okrutne zimy, gdy śnieg będzie padał nieprzerwanie przez kilka miesięcy. Owa straszliwa zima tak osłabi dzikie zwierzęta, że będą one szukać opieki ludzi.

Na początku następnego tysiąclecia słońce będzie w zenicie przez dwanaście dni i nocy, a rośliny nie zbierane z pól będą na nich stać przez sześć lat i nie zmarnieją.

Wówczas to wszystkie węże zgromadzą się w wyznaczonym miejscu i utworzą jednego ogromnego węża, szerokiego na 833 kroki, a długiego na 666 kroków.

Czciciele Ahura Mazdy utworzą potężną armię i ruszą do boju z tą demoniczna istotą, dokonując wpierw świętego obrzędu Jasny. Oczywiście pokonają go, a z pokonanego wysnuje się czarna chmura szarańczy.

Ale wówczas stanie się coś jeszcze straszniejszego, oto okrutny demon Zohak uwolni się z pęt i kajdan, obejmie zwierzchnictwo nad demonami i ludźmi, którzy uczynią wiele szkód ogniowi, wodzie i światu roślin. Żywioły i rośliny udadzą się na skargę do Ahura Mazdy, a ten sprawi, iż demon Zohak będzie unicestwiony.

Przy końcu tego tysiąclecia Zbawiciel uda się na trzydzieści lat do Ahura Mazdy.

A potem nastanie ostatni okres – czas końca, kres świata, ciał zmartwychwstanie, pokonanie demonów i odnowienie Ziemi.116

Święte Pisma wyraźnie mówią o tym, iż ludzie powinni słuchać prawdy objawionej Zaratustrze przez Ahura Mazdę, a także o tym, iż czeka ich za to ostateczna nagroda, a obecny świat odnowienie i uleczenie z wszelkiego zła i niedostatku:

„Chcę teraz mówić o rzeczach, uczniowie, abyście się ich nauczyli, i co jest dla ludzi poświęconych, co służy Ahurze ku chwale, a Vohu Mano ku czci, co podług Ashy (ducha prawdy) jest nauką prawdziwą, co jest błogosławieństwem, opromienionym przez światła.

Słuchajcie uszyma rzeczy najlepszej i przyjmujcie jasnym rozumem wyznania, jakie odróżniają męża od żony, gdy przed chwilą wielkiego rozstrzygnięcia nawołujemy do tej nauki.

Na początku były te obydwa duchy (Ahura Mazda i Angra Mainyu) bliźniakami, którzy w myśleniu, w słowach i uczynkach podług dobrego i złego byli nazywani.

Gdy się te duchy razem spotkały, stworzyły naprzód życie i nieżycie, a na końcu piekło dla złych, a królestwo niebieskie dla sprawiedliwych.117

Z tych dwóch duchów Zły wybrał uczynki złe, ale duch święty (Spenta Mainyu), który się odziewa w trwałe niebo, wybrał sobie sprawiedliwość i tych, którzy przez swoje własne uczynki chcieliby się przypodobać Ahura Mazdzie.

Także dewy (…) nie zrobiły dobrego wyboru, gdy kusiciel omamił je, gdy one jeszcze się naradzały, także wybrały złe myślenie. Wskutek tego wpadły we władzę Aeshmy, z którym razem psują życie Maratana (mistycznego praczłowieka).

Jemu (Maratanowi) jednak z pomocą przyszli Vohu Mano i Asha i Armaiti i udzielili mu siły ciała i stanu, aby on jako pierwszy z nich (ze sprawiedliwych) przyszedł do ciebie przez metal roztopiony i przez nagrody.

Wtenczas, gdy przyjdzie kara na grzeszników, wtenczas, o Mazdo, Vohu Mano objawi twoje królestwo tym, którzy, Ahuro, kłamstwo (Drug) wydają w ręce Ashy (Prawdy).

Obyśmy mogli być tymi, którzy dokonają odnowienia świat, i mądrymi nauczycielami, i przynieśli przez naszą świętość radość (światu nowemu). Niechaj dlatego duch nasz będzie tam, gdzie mądrość mieszka.

Nad tymi więc wówczas, którzy szli za duchami kłamstwa, zaciąży kara zniszczenia; ci zaś, którzy trwają w świętej nauce, niechaj mają na zawsze udział w szczęściu Vohu Mana, Mazdy i Ashy.

Jeśli głosicie obietnice, jakie Mazda dał, powodzenie i nieszczęście, i że dla złych przeznaczona jest trwała męka a dla sprawiedliwych zbawienie – wtenczas w przyszłości pójdzie wam podług waszego życzenia”.

(Awesta – Jasna 30, 1 – 11)118

Fraszo–kereti (w pahlawi Fraszegird), to nazwa stosowana na oznaczenie Dnia Ostatniego, ale termin ten faktycznie oznacza „uzdrowienie” lub „odnowienie”. Bo taka jest idea Ahura Mazdy – uzdrowić i odnowić wszechświat skalany przez Angra Mainju – Złego Ducha. A Fraszegird rozpocznie się z chwilą objawienia się ostatniego i właściwego Zbawiciela – Saoszjanta.

Zanim to jednak nastąpi nastaną na ziemi czasy straszne, których nadejście będzie można rozpoznać po zapowiadających je znakach, które są opisane w świętych księgach.

Zaratusztra w widzeniu zesłanym mu przez Ahura Mazdę miał ukazane przyszłe dzieje świata. Zobaczył w wizji drzewo, z którego pnia wyrastało siedem gałęzi: jedna ze złota, jedna ze srebra, jedna z mosiądzu, jedna z miedzi, jedna z cyny (albo ołowiu), jedna ze stali i jedna z żelaza.

Ahura Mazda wyjaśnił prorokowi, iż owo drzewo wyobraża świat, zaś gałęzie, które wyrastają z jego pnia symbolizują siedem okresów historii ludzkości, poczynając od momentu objawienia prawdziwej religii, przyjęcia jej przez króla Wisztaspę, zburzenia posągów demonów, aż po kres świata. (Na przedostatni, szósty okres, okres stalowy, podobno przypadły czasy panowania szacha Chosrowa, syna Kawada, kiedy to bezbożny Mazdak, syn Bamdada jął szerzyć fałszywą religię).

Potem nastanie wiek żelaza (ten wiek trwa obecnie). Wtedy władzę nad światem obejmą okrutne demony. Wtedy to poczną się dziać rzeczy straszliwe! A takie znaki zapowiadać będą, iż zbliża się koniec ostatniego tysiąclecia i nadchodzi najgorszy okres w dziejach ludzkości, a po nim koniec świata.

Oto ze Wschodu setki rodzajów, tysiące rodzajów, miriady rodzajów demonów „rasy Gniewu”, ze zmierzwionymi włosami popędzą na Zachód. I zajmą Iran, ziemię świętą, gdzie Ahura Mazda objawił światu prawdziwą religię. Tak, straszliwe demony z rozczochranymi włosami przybędą ze Wschodu w nieprzebranej liczbie! Będą maszerować pod czerwonymi sztandarami, a na głowach będą mieć czerwone czapki. Gdy nadciągną, ziemia zadrży, Księżyc rozbłyśnie feerią barw, Słońce się zaćmi, a bieg planet ulegnie zakłóceniu. Setki, tysiące, miriady demonów przybędą z czerwonym sztandarem diabła Shedaspih Kilisyakih.

Owe demony, choć niewielkiego wzrostu, będą jednak wyćwiczone w niszczeniu. Podniosą swe sztandary i będą mordować ludzi. Będą pustoszyć kraje, niszczyć dobytek, niszczyć miasta, wsie i pojedyncze zagrody. Demoniczne istoty będą wyznawać jakąś podłą religię. Będą bezlitosne, a ich rządy złe i okrutne. W ich słowach nie znajdzie się prawdy, a w ich obietnicach szczerości. Ich prawa nikogo nie ochronią, ani nie zapewnią nikomu bezpieczeństwa. Cały Iran ulegnie wówczas spustoszeniu.

Gdy nastaną owe czasy zło ogarnie wszystkich ludzi. Jedni drugich będą oszukiwać i wyzyskiwać. Nienawiść zapanuje na świecie: najlepsi przyjaciele staną się wrogami, w ojcu nie będzie miłości do syna, w bracie do brata, w matce do córki, a zięć z winy teścia stanie się żebrakiem.

W owych czasach będzie się także obserwować złowrogie zjawiska w świecie przyrody – blask słońca przygaśnie, rok, miesiąc i dzień staną się krótsze, ziemia wyjałowieje, zbiory zbóż zmniejszą się siedmiokrotnie, drzewa i krzewy skarleją i plon z nich zmniejszy się wielokrotnie, a owoce które wydadzą będą bez smaku.

Ale także i w ludziach zajdą niekorzystne zmiany, skarłowacieją, zmniejszy się ich zręczność i siła, ale za to staną się sprytnymi oszustami, nie będą mieć w szacunku ni chleba ni soli, ni miłości do rodzinnego kraju.

Wtedy to nastanie także powszechny upadek zdrowej religijności, za to namnoży się całe mnóstwo rozmaitych sekt, które zwiodą wielu, prowadząc ich prostą droga do piekła. Stanie się, że święta religia zoroastryjska całkiem straci na znaczeniu, herezja i nieczystość rozpełznie się po ziemi, a święte ognie przygasną. Nastanie czas ogólnego chaosu i ulegnie zburzeniu porządek społeczny. Panowie wielkich rodów, a także kapłani popadną w wielkie ubóstwo, ich córki zostaną żonami prostaków z gminu. Aż w końcu zaniknie nawet religijność wśród kapłanów, którzy poczną popełniać występki nie bojąc się piekła.

W sercach większości ludzi, niczym bożek, zagości chciwość i będą oni wyznawcami fałszywej religii. I chociaż ich ciała staną się tłuste, ich dusze będą cierpieć głód.

Wtedy chmury i mgła zaciemnią całe niebo. Poczną wiatry – zimny i gorący – niszczyć plony, zboże i owoce. Także i deszcz nie będzie padać we właściwym czasie, co również się przyczyni do nieurodzajów. Nastanie susza tak straszna, że nawet ilość wody w rzekach się znacznie zmniejszy.

Krowy i owce będą wydawać na świat swoje młode w wielkich bólach i z ogromnym trudem. Nowo narodzone będą słabe i cherlawe, o lichej sierści i cienkiej skórze. Dojne krowy i owce będą dawać gorsze mleko, i mało z niego będzie się zbierać śmietany. Zmniejszy się też siła i sprawność wołów, staną się wolniejsze i mniej wytrzymałe.

Życie tych ludzi, którzy pozostali wierni religii mazdejskiej będzie w tych czasach niezwykle trudne. Będą oni dyskryminowani i prześladowani tak bardzo, że z tęsknotą poczną wyglądać śmierci.

Młodzież zoroastryjska pocznie masowo porzucać prawdziwą wiarę i przechodzić na stronę wyznawców fałszywych kultów. Wysoką pozycję społeczną zdobędą ludzie podłego stanu. Władze państwowe za nic będą mieć obywateli, będą ich mieć w pogardzie, a za byle co będą ich zabijać niczym muchy.

Bezpieczeństwo i sława i pomyślność zostaną utracone przez Irańczyków, czcicieli Ahura Mazdy, a przejdą na ich wrogów i wrogów Prawdy – chciwców, nieczystych, spółkujących z miesiączkującymi kobietami, homoseksualistów i zaspokajających także i inne nienaturalne żądze.

Ale trzeba pamiętać, iż wszystko to mieć będzie kres, i kto będzie zważał tylko na ciało aby było tłuste, tego głodna i chuda dusza pogrąży się w piekle, kto natomiast będzie zważał na duszę, a ciało – przez niedole zesłane przez świat – w doczesnym życiu będzie miał wychudzone, ten po śmierci nie dozna strapienia, i stanie się tłusty, gdy będzie przebywał w raju.119

W księdze Jamasp Namak, która ponoć powstała w czasach króla Wisztaspy, a jest przypisywana mędrcowi i astrologowi Jamaspie (w kolofonie do Jamasp Namak podano, że jest to kopia starszego egzemplarza, sporządzona przez Rânâ, syna Herbada Jesang, syna Herbada Dâdâ, syna Herbada Jesang, syna Herbada Mobada, syna Herbada Kayâmdin, syna Herbada Mobada, syna Herbada Kâmdina, syna Herbada Zartusht, syna Mobada Harmazdyâr, syna Herbada Râmyâr. Kopia ta została sporządzona ze starszej kopii Herbada Karvâ, syna Bikajiva Broach. Rânâ sporządził swoja kopię w roku 1560), wymienia się takie oto znaki poprzedzające i zapowiadające koniec świata:

Pierwszy znak będzie ten, iż noce staną się bardziej jasne. Drugi to ten, że gwiazda Haptoiring (Wielka Niedźwiedzica) zmieni swe miejsce na niebie. Trzeci znak to pogorszenie stosunków międzyludzkich. Czwarty znak, to szybki, wręcz gwałtowny upadek i zanik wiary w ludziach. Piąty to ten, że ludzie należący do warstwy średniej staną się ważni i potężni. Szósty – że niegodziwe osoby będą uchodzić za cnotliwe. Siódmy, że złe duchy staną się bardziej uciążliwe niż dotychczas. Ósmy – rozpleni się zła magia. Dziewiąty znak będzie taki, że szkodliwe stworzenia, takie jak wilki, tygrysy będą wyrządzały zwierzętom wiele szkód. Dziesiąty znak to ten, że prawdziwa religia będzie uciskana. Jedenasty będzie taki, że w sposób bezprawny i bezpodstawny będzie się zwalczać religię, a jej wyznawców siłą pozbawiać ich własności, a także mówić o nich wiele złego. Dwunasty znak – ani lato, ani zima nie będą spełniać swych zadań w przyrodzie. Trzynasty zaś to ten, iż ludzie będą myśleć tylko o przyjemnościach. Czternasty znak jest taki, że zwiększy się śmiertelność ludzi i wielu będzie umierać przedwcześnie. Piętnasty znak – osoby godne szacunku będą niewierne i niesprawiedliwe. Ostatni i szesnasty znak, to ten, że morze zaleje wiele krajów. Potem nadejdzie Saoszjant.120

Objawienie się Saoszjanta – Zbawiciela i wydarzenia czasów ostatecznych

Ahura Mazda objawił Zaratustrze, iż musi dojść do ostatecznej rozprawy ze złem, w związku z czym koniec obecnego świata jest wydarzeniem nieuniknionym. Zaratusztra miał tę świadomość, iż on sam nie dożyje tego momentu, ale wiedział też, że ma obowiązek przygotować ludzkość na jego nadejście. Dlatego zapowiedział, iż mamy oczekiwać Zbawiciela, który będzie przewodził nam w ostatecznej walce ze złem.121 Święte teksty mówią na ten temat jasno:

Temu, kto znienawidzi dewy i wrogów Saoszjanta,

Temu dusza mającego nadejść Saoszjanta, Władcy Domu,

Będzie przyjacielem, bratem, ojcem, o Mazda Ahura!

(Awesta – Jasna 45, 11)122

Imię Saoszjant oznacza „Ten, który przyniesie dobrodziejstwo”123. Zaratusztrianie wierzą, iż Saoszjant będzie naturalnym synem Zaratusztry, który w czasach ostatecznych narodzi się w cudowny sposób:

Paweł Hulka tak to zwięźle opisał:

„Według wierzeń perskich (…) czas istnienia świata, czyli trwania walki Ahura Mazdy z Ahrimanem, był ograniczony i dzielił się na okresy, z których ostatni, 3000–letni, przedstawiał najwyższe napięcie walki dobra ze złem. Z nadejściem tego okresu miały się dziać różne rzeczy niezwykłe: ziemię miały nawiedzić straszne trzęsienia i kataklizmy, na słońcu i księżycu miały się ukazywać znaki niebywałe.

W świetle tych przepowiedni eschatologicznych nad światem ku końcowi zapanuje trwoga i niepokój, a na świętą ziemię Iranu zwalą się ze wszystkich stron wrogowie.

Wiernym, którzy zechcą się ratować nie pozostanie nawet tyle czasu, by uratować żony, dzieci, mienie. Gdy zło dojdzie do najwyższego napięcia, wtedy z jeziora Frazdan wyjdzie syn Zaratustry, Hushedar, bohater pierwszego tysiąclecia. Zgromadzi on straszne zastępy bojowników i przy pomocy Sraoszy i aniołów Mazdy pobije wojska wrogów i zburzy świątynie pogańskie. Przeminą na ziemi czasy wilka i zaczną się czasy baranka.

Drugi syn Zaratustry, Hushedar mag zapanuje nad drugim tysiącleciem, zwyciężywszy złe duchy i smoki, i obdarzy świat upragnionym pokojem.

W tych czasach pokoju zrobi lecznictwo takie postępy, że człowieka nie będzie można zabić ani mieczem, ani nożem. Potrzeba pożywienia będzie tak mała, że stopniowo ludzie odzwyczają się zupełnie od jedzenia.

Ale w tych czasach szczęśliwych zacznie się masowe odpadanie od wiary prawdziwej, przez co Ahriman zyska trzecią część całej ludzkości, splugawi ogień, wodę i rośliny, i dopiero mężny Keresaspa zwycięży zło i założy tysiącletnie królestwo.

W tych czasach w jeziorze Kasawa będzie się kąpać dziewica, która z nasienia Zaratustry, przechowywanego w jeziorze, pocznie i porodzi Saoszyanta, czyli Zbawiciela.

Wielkim czynem Zbawcy będzie odbudowanie całego świata, które rozpocznie się od wskrzeszenia wszystkich umarłych. Gdy umarli zmartwychwstaną, wtedy wszystkie góry i pagórki ziemi rozpłyną się w ogniu, niby wosk, i rozleją się rzeką lawy gorejącej, a wszyscy zmartwychwstali będą musieli przejść przez tę rzekę ognia. Dla dobrych będzie ta lawa ognia nieszkodliwą, niby ciepłe mleko, ale złych będzie ona paliła żarem nieznośnym w ciągu trzech dni i trzech nocy.

Ale źli nie zostaną skazani na męki wieczne, bo to byłoby triumfem zła. Męka ognia, której przez trzy dni będą poddani, będzie męką oczyszczającą, po czym wszyscy ludzie padną sobie w objęcia, wielbiąc dobrego a mądrego Ahura Mazdę.

Na ostatku zostanie stoczona walka rozstrzygająca między duchami nieba i piekieł, w której ci ostatni zostaną porażeni ostatecznie. (…)

Stary świat zła i fałszu przeminie, a nowy, doskonały stanie się siedliskiem dobra i prawdy, królestwem bożym, w którym wszystkie istoty żyć będą w niezmąconej szczęśliwości na wieki.124

Tan–i pasen – zmartwychwstanie ciał i Sąd Ostateczny

Przy końcu czasów, a dokładniej obecnego czasu „Zmieszania”, po objawieniu się Saoszjanta, nastąpi zmartwychwstanie ciał. Najwięcej najpełniejszych informacji na temat czasów ostatecznych zawiera 30 rozdział księgi Bundahiszn, na podstawie którego opiszę to, co ma się wydarzyć:

Gdy będą się zbliżać czasy Saoszjanta – czyli gdy ostatnie tysiąclecie dziejów świata będzie się mieć ku końcowi – na ziemi zaczną się dziać dziwne rzeczy.

Wtedy to zacznie się zmieniać ludzka natura, powracając do swej pierwotnej czystości. W czasach po stworzeniu świata pierwsi ludzi Maszje (Mashye) i Maszjane (Mashyane) odżywiali się wyłącznie wodą, dopiero z czasem nasz gatunek począł karmić się roślinami, potem mlekiem, a wreszcie mięsem. W czasach ostatecznych nastąpi powrót do pierwotnej natury człowieka. I tak najpierw ludzie przestaną jeść mięso, potem pić mleko, wreszcie spożywać chleb, warzywa, owoce, aż dojdzie do tego, iż będą pić samą wodę. Apetyt ludzi tak się zmniejszy, że jeden posiłek będzie im starczał na trzy dni. Wreszcie, na dziesięć lat przed przyjściem Saoszjanta dojdzie do tego, że ludzie w ogóle przestaną jeść i będą żyli.

Gdy to się stanie, objawi się Saoszjant. Po swym przyjściu na ziemię wskrzesi wszystkich ludzi, zarówno dobrych, jak i złych, co dla Ahura Mazdy nie sprawi żadnej trudności, bo skoro niegdyś stworzył wszystko z niczego, to tym prościej będzie dlań odtworzyć coś, co już niegdyś istniało. W tamtym czasie zmartwychwstania kości zażądają ducha od ziemi, krwi od wody, włosów od roślin, życia od ognia, bo wszak w momencie śmierci cielesnej, człowiek „rozpływał się” w przyrodzie.

Najpierw więc powstanie z martwych Gajomard (być może jest on tożsamy z Jimą) – praczłowiek, potem Maszje i Maszjane – prarodzice, a za nimi wszyscy inni, tak źli jak i dobrzy. Proces powstawania z martwych rodzaju ludzkiego nie będzie wydarzeniem ani jednorazowym, ani błyskawicznym, nie stanie się to w mgnieniu oka, lecz będzie rozłożone na pięćdziesiąt siedem lat. Każdy ma zmartwychwstać w miejscu, w którym zakończył swe ziemskie życie. Wszyscy zmartwychwstali rozpoznają swoich bliskich, i będą wiedzieć: „że to jest mój ojciec, to jest moja matka, to jest mój brat, to jest moja żona, a to są moi bliscy”.125

Po zmartwychwstaniu ludzie dobrzy i źli będą się różnili między sobą wyglądem, tak iż nie będzie problemu rozpoznać jakim kto był za życia.

Wówczas też niesprawiedliwi będą się skarżyć i robić wyrzuty sprawiedliwym, że ci nie ostrzegli ich przed skutkiem grzesznych czynów.

Po zmartwychwstaniu ciał nastąpi Zgromadzenie Sadvastaran, czyli Sąd Ostateczny. Będzie on miał ogromne znaczenie dla wszystkich ludzi, tak tych, którzy zostali wzbudzeni z martwych, jak tych, którzy w ciele dożyją tego wydarzenia. Podczas tego Sądu cały rodzaj ludzki zgromadzi się razem, i każdy zobaczy swoje dobre, albo złe czyny. Podczas Sądu niegodziwy człowiek stanie się widoczny niczym biała owca pośród stada czarnych owiec. Wtedy źli ludzie zaczną biadać i narzekać, będą też oskarżać swoich bliskich i przyjaciół, że ci ostatni nie powstrzymali ich za życia w ciele od popełniania niegodziwości i nie przestrzegli, czym się niegodziwe życie zakończy.

Ze świętych tekstów zoroastryjskich wynika niezbicie, iż ów Sąd ma ostatecznie położyć kres Królestwu Zła:

„Chcę teraz mówić o rzeczach, uczniowie, abyście się ich nauczyli, i co jest dla ludzi poświęconych, co służy Ahurze ku chwale, a Vohu Mano ku czci, co podług Ashy (…) jest nauką prawdziwą, co jest błogosławieństwem, opromienionym przez światła.

Słuchajcie uszyma rzeczy najlepszej i przyjmujcie jasnym rozumem wyznania, jakie odróżniają męża od żony, gdy przed chwilą wielkiego rozstrzygnięcia nawołujemy do tej nauki.

Na początku były te obydwa duchy (Ahura Mazda i Angra Mainju) bliźniakami, którzy w uczynkach podług dobrego i złego byli nazywani.

Gdy się te duchy razem spotkały, stworzyły naprzód życie i nieżycie, a na końcu piekło dla złych, a królestwo niebieskie dla sprawiedliwych.

Z tych dwóch duchów Zły wybrał uczynki złe, ale Duch Święty (Spenta Mainyu), który się odziewa w trwałe niebo, wybrał sobie sprawiedliwość i tych, którzy przez swoje własne uczynki chcieliby się przypodobać Ahura Mazdzie.

Także dewy nie zrobiły dobrego wyboru, gdy kusiciel omamił je, gdy one jeszcze się naradzały, także wybrały złe myślenie. Wskutek tego wpadły we władzę Aeshmy, z którym razem psują życie Maratana (mitycznego praczłowieka).

Jemu (Maratanowi) jednak z pomocą przyszli Vohu Mano i Asha i Armaiti i udzielili mu siły ciała i stanu, aby on jako pierwszy z nich (ze sprawiedliwych) przyszedł do ciebie przez metal roztopiony i przez nagrody.

Wtenczas, gdy przyjdzie kara na grzeszników, wtenczas o Mazdo, Vohu Mano objawi twoje królestwo tym, którzy, Ahuro, Kłamstwo (Drug) wydadzą w ręce Ashy (Prawdy).

Obyśmy mogli być tymi, którzy dokonają odnowienia świata, i mądrymi nauczycielami, i przynieśli przez naszą świętość radość (światu nowemu). Niechaj dlatego duch nasz będzie tam, gdzie mądrość mieszka.

Wówczas niemoc zagłady opanuje kłamstwo, a razem zbiorą się na żywot wieczny w mieszkaniu Vohu Mano i Mazdy i Ashy ci wszyscy, którzy się cieszą dobrym imieniem.

Jeśli głosicie obietnice, jakie Mazda dał, powodzenie i nieszczęście, i że dla złych przeznaczona jest trwała męka, a dla sprawiedliwych zbawienie – wtenczas pójdzie wam podług waszego życzenia”.

(Awesta – Jasna 30, 1 – 11)126

Wówczas wreszcie nastąpi ostateczne oddzielenie sprawiedliwych, dobrych ludzi od grzeszników, i każdy otrzyma zapłatę za swe czyny. Sąd Ostateczny będzie nie tylko potwierdzeniem wyroku jaki zapadł nad duszą w czasie sądu indywidualnego zaraz po śmierci ciała, czy indywidualnym osądzeniem tych, którzy dożyli czasów końca – Fraszegirdu, ale uroczystym osądzeniem całej ludzkości, oficjalnym potępieniem zła, a wywyższeniem dobra.

„A gdy na bezbożników przyjdzie sąd każący, wtenczas Vohumano przygotuje, o Mądry, królestwo twoje, abyś tym zaradził, o Panie, którzy w ręce Ashy (Prawdy) mieli oddać Druj (Kłamstwo)”.

(Awesta – Jasna 30, 8)127

bo:

„W jaki sposób ludzie postępują w życiu, taką otrzymają zapłatę,

Dusze prawych w nieśmiertelności będą radosne,

a kłamcy będą w wieczności cierpieć męki. (…)”

(Awesta – Jasna 45, 7)128

Jak już wspomniałem nastąpi oddzielenie sprawiedliwych od niesprawiedliwych, z których pierwsi wejdą do raju, drudzy zaś znajdą się w piekle, gdzie będą przebywać przez trzy dni, cierpiąc okrutne, niewyobrażalne wprost męki.

W tym czasie zostaną oddzieleni rodzice od dzieci, małżonkowie od siebie, rodzeństwo od siebie…

Dobrzy będą użalać się i płakać nad złymi, widząc jaki los ich spotkał, źli będą rozpaczać z powodu cierpień jakich będą doznawać wyłącznie z własnej winy.

W tym miejscu można zadać pytanie, kiedy możemy spodziewać się końca świata i wydarzeń ostatecznych?

Według proroctw zaratusztriańskich aktualnie żyjemy w ostatnim „trójtysiącleciu”. Ścisła data końca świata nie może być jednak wyznaczona, ale możemy spróbować podać ją w przybliżeniu. I tak, zaratusztrianie przyjmują, iż Zaratusztra żył około 1000 r p.n.e., a wiadomo, iż żył on u schyłku poprzedniego, przedostatniego trójtysiąclecia, dlatego można przyjąć, iż koniec świata powinien nastąpić w okolicach roku 2000 n.e., ale czy przed, czy po tej okrągłej dacie – nie wiadomo.

A w jaki sposób nastanie kres obecnej rzeczywistości? Święte teksty mówią wyraźnie, że niebieski ogień, który oczyści wszystko:

„Jemu to (Człowiekowi) z pomocą przyszli Vohu Mano (Dobra Myśl) i Asza (Sprawiedliwość, Ład) i Armaiti (Pobożność) i udzielili siły ciału, tak iż stało się niezniszczalne i kontynuowało życie, po przejściu przez roztopiony metal odebrało nagrodę”

(Awesta – Jasna 30, 7 – SBE)

Święte pisma mówią, iż koniec świata nastąpi, gdy kometa o nazwie Gochihr (inaczej Gochihar) uderzy w ziemię. Ogień i „aureola” komety będzie topić wszystkie metale i minerały, i będzie doszczętnie palić świat w ogólnym kosmicznym pożarze. W wyniku tego po powierzchni ziemi popłyną rzeki gotującego się, roztopionego metalu.

To roztopienie wszelkich kruszców znajdujących się na ziemi, i utworzenie przez nie rzeki płynnego ognia, który ma wypróbować ludzkość, będzie straszliwym wydarzeniem, a wśród ludzi zapanuje przerażenie, porównywane do przerażenia stada owiec, gdy w jego środek wpadnie wilk.

Ognista aureola meteorytu, która spowoduje najpierw stopienie wszelkich kruszców występujących na ziemi, dokona także oczyszczenia naszej planety – wypali wszelki brud i zło.

Podczas tego budzącego grozę wydarzenia wszyscy ludzie zostaną poddani ostatniej próbie. Wszystkie metale jakie są zawarte w górach roztopią się i spłyną wrzącą rzeką przez którą każdy będzie musiał przejść.

Dusze tak prawych, jak i niegodziwych, wypuszczone naówczas z piekła, będą przechodzić przez tę kipiel gorejącego metalu.

Dla dobrych nurt rzeki płynnego ognia wyda się jakby ciepłym mlekiem, złych natomiast będzie palił ogniem i spowoduje niewyobrażalne wprost męczarnie. Podczas owego przejścia niegodziwi zostaną oczyszczeni z brudu swoich grzechów.

Kiedy to się zakończy, ludzie będą pytać jeden drugiego głęboko wzruszeni, gdzie byli przez okres od śmierci do tej chwili, czy między zbawionymi, czy między potępionymi? Bliscy – krewni i przyjaciele, będą się wzajemnie rozpoznawać. Wszyscy ludzie od tej pory będą już jednej myśli i jednego ducha, z radością będą chwalić Ahura Mazdę i Archaniołów.

Dorośli ludzie po zmartwychwstaniu i oczyszczeniu się w rzece ognia otrzymają nieśmiertelne ciała, które będą mieć wygląd dojrzałych czterdziestolatków. Każdy ze zmartwychwstałych sprawiedliwych będzie miał własną rodzinę – mężowie otrzymają żony, i wszyscy żyć będą w zgodzie, szczęściu i harmonii, ale nie będą się rozmnażać, bowiem nie będzie to już potrzebne.

Po to, aby ludzie mogli po zmartwychwstaniu otrzymać nieśmiertelne ciała, konieczna będzie wpierw specjalna ofiara jaką Saoszjant złoży z byka Hadhayosha, z którego tłuszczu i białej Haomy sporządzi cudowny eliksir, którego spożycie zapewni dopiero ludziom wieczną młodość i nieśmiertelność.

Następnie Saoszjant i jego asystenci – piętnastu młodzieńców i piętnaście dziewic – w odpowiedni do zasług sposób wynagrodzą każdego z ludzi.

Gdy to się już dopełni, nastanie czas ostatecznej walki pomiędzy Ahura Mazdą a jego przeciwnikiem. Ahura Mazda w asyście anioła Sraoszy trzymając święte kusti129 w ręce i odmawiając modlitwy, pokonają złe duchy, które zostaną strącone do piekła.

Gdy to się już stanie, wrzący potok spłynie do samego piekła, gdzie unicestwi Angra Mainju – Złego Ducha, przeciwnika Pana Mądrego, i tak ostatecznie zło zniknie na zawsze. Jak wiadomo, wcześniej w wielkiej bitwie dobra ze złem, aniołów (jazatów) z demonami (dewami) ci ostatni zostali pokonani i unicestwieni.

Ostatecznie samo piekło zostanie oczyszczone przez ogień, a po oczyszczeniu o jego obszar zostanie powiększona ziemia. Ta ostatnia po odnowieniu wolą Ahura Mazdy stanie się równiną wolną od jakichkolwiek wzniesień, zniknie nawet góra, o która wspierał się most Czinwat. Święte pisma mówią także i o tym, że odnowiona ziemia zostanie także uwolniona od lodu, co wskazuje na to, iż po końcu świata będzie na całej planecie panował przyjazny dla ludzi łagodny klimat.

Po ostatecznym pokonaniu wszelkiego zła zgromadzą się w jednym miejscu Ahura Mazda, Archaniołowie, jazadowie i cały odnowiony, uwolniony od grzechu i cierpień, rodzaj ludzki. Całe stworzenie zostanie odnowione.

Wtedy nie będzie konieczna ludziom do życia jakakolwiek praca. Wszyscy, w nieśmiertelnych ciałach podobnych do doskonałych ciał czterdziestoletnich (tzn., że każdy, bez względu na to w jakim wieku zmarł, po zmartwychwstaniu będzie wyglądał jakby miał czterdzieści lat), będą nieśmiertelni, i nie będą gnębić ich żadne troski, ani kłopoty.

Najistotniejszym zajęciem odnowionej ludzkości stanie się składanie hołdów wdzięczności Panu Mądremu, i dziękczynienie mu za wszystko dobro i szczęście, jakie dał naszemu rodzajowi. Wszyscy będą się kochać wzajemnie – każda istota ludzka będzie kochać bliźnich jak samą siebie. I nic nie ograniczy możliwości i działań człowieka – ani niedostatek wiedzy, ani jakakolwiek ułomność, czy jakiekolwiek inne przyczyny.

Ahura Mazda odrodzi także do doskonałości świat roślin i zwierząt. Świat ten będzie cudowny! Na całej Ziemi zapanuje nieustanna wiosna, a cała planeta stanie się wspaniałym, kwitnącym ogrodem.130

O tym, że nic już nie zmąci radości i pokoju świętych ludzi i dobrych duchów, mówi choćby ten fragment Chorda–Awesty:

„Składamy ofiarę strasznej królewskiej Sławie, uczynionej przez Mazdę,

która przyjdzie do zwycięskiego Saoszjanta i jego pomocników,

Albowiem on przywróci świat do pierwotnej doskonałości,

Świat nigdy się nie będzie starzał, nie będzie nigdy umierał,

nie nachyli się ku upadkowi, i nigdy nie będzie gnił,

lecz będzie żył wiecznie w wolności i szczęściu.

Zmartwychwstaną umarli, podniosą się do nieśmiertelności,

a świat będzie czynił co według woli [Mazdy] jest doskonałością.

(Awesta: Chorda–Awesta, Jaszt 19, 88 – 90)131

Bibliografia

A’la Al–Maududi S. A., Zrozumieć Islam, brak miejsca wydania, 1995.

Abdalati H., Spojrzenie w Islam, brak miejsca wydania, 1993.

al–Tantawi A., Ogólny zarys religii Islamu, Białystok 1999.

Andrzej z Krety Św., Wielki Kanon Pokutny, przekł. i oprac. ks. dr Henryk Paprocki, Hajnówka 2000.

Antychryst – przeciwnik Chrystusa, [w:] Serwis Internetowy „Zbawienie” – www.zbawienie.com (22 Września 2009).

Apokryfy Nowego Testamentu, pod redakcją Ks. M. Starowieyskiego, t. I – „Ewangelie Apokryficzne”, Lublin 1986.

Avesta: Khorda Avesta (Book of Common Prayer), [w:] Sacred Books of the East, 1898, [w:] Internet – http://www.avesta.org.

Biblia Gdańska, Warszawa 1834.

Biblia Poznańska [w:] [w:] Internet – http://www.biblia.net.pl/biblia.php.

Biblia przekład Nowego Świata, [w:] Internet http://www.biblia.net.pl/biblia.php.

Biblia Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 2003.

Biblia, to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Nowy przekład, Warszawa [1979].

Bolszakow S., Na szczytach ducha, Hajnówka 1998.

Boyce M., Zaratusztrianie, przeł. Zofia Józefowicz–Czabak i Bolesław J. Korzenowski, Łódź 1988.

Bóg żywy. Katechizm Kościoła Prawosławnego, Kraków 2001.

The Bundahishn („Creation”) or Knowledge from the Zand [w:] Sacred Books of the East, t. 5, rozdz. 30, 9, Oxford 1897, [w:] Internet – http://www.avesta.org.

Cullmann O., Le retour du Christ–espérence de l’Eglise selon le Nouveau Testament, Cahiers Theologiques de l’Actualité Protestante Nr 1, 3 éd. Delachaux Niestle.

Denkard, Book 8. Contents of the Nasks (Ancient Canon of Zoroastrianism), [w:] Sacred Books of the East, Oxford 1897.

Efrem Syryjczyk Św., Myśli pobożne na każdy dzień roku, Hajnówka 2000.

Электронные карточки и печать Антихриста, Москва 1999.

Encyklopedja Kościelna podług teologicznej Encyklopedji Wetzera i Weltego z licznemi jej dopełnieniami. Przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób, wydana przez X. Michała Nowodworskiego, Warszawa 1880, t. XIII.

Hadisy, Warszawa 1984 (1404 h.).

Холмогоров Е., Апокалипсис сегодня [w:] „СПЕЦНАЗ РОССИИ” N 05 (56) АПРЕЛЬ 2001 ГОДА, [w:] Пророчества о конце мира и последнем Царе – Конференция газеты БЛАГОВЕСТ [w:] БЛАГОВЕСТ. ДИСКУССИОННЫЙ КЛУБ – http://www.cofe.ru/blagovest/ubb/noncgi/Forum3/HTML/000291.html (9.12.2009).

Hulka P., Twórca religij Iranu Zaratustra i jego nauka, Warszawa, brak roku wyd.

Η Καινη Διαθηκη, Αθηναι 1973.

Jamasp Namak („The Book of Jamaspi”), 1903, [w:] Internet – http://www.avesta.org.

Kartir’s Inscription At Naqsh–I Rajab, [w:] Avesta – Zoroastrian Archives, [w:] Internet – www.avesta.org.

Klinger J. Ks., Geneza sporu o epiklezę. Eschatologiczny a memorialny aspekt Eucharystii w Kanonie pierwszych wieków, Warszawa 1969.

Koran, przeł. Józef Bielawski, Warszawa 1986.

Lermontow M., Przepowiednia, przeł. T. Stępniowski, [w:] M. Lermontow, Wiersze i poematy, Warszawa 1980.

Liturgia św. Jana Złotoustego, θεσσαλονικη, brak roku wydania.

M.A. Maulvi, Islam. Religia ludzkości, Warszawa 1931.

Mień A., Sakrament słowo obrzęd. Prawosławna Służba Boża, Łuków 1992.

Numer kodowy. Pieczęć Antychrysta, brak miejsca i roku wydania.

O grzechu osądzania bliźnich, [w:] „Bratczyk”, Nr 200, Sierpień 1999.

О конце мира, Москва 2000.

Porównanie wyznań. Rzymsko–katolickiego, prawosławnego, ewangelicko–augsburskiego, ewangelicko–reformowanego, Warszawa 1988.

Ross H., Wypełnione proroctwa: dowody na nieomylność Biblii, tłumaczył Piotr Nieżurawski & Jan Szołtysek, źródło: NWO – http://newworldorder.com.pl (grudzień 2009).

Rzeczy ostateczne człowieka i świata (widziane oczami Chrześcijan Dnia Sobotniego) – oprac. S. Kosowski, wydruk komputerowy w posiadaniu autora.

Sakrament spowiedzi. O grzechach jawnych i tajnych namiętnościach duszy. Wyjątki z książki Archimandryty Łazarza, „Bratczyk”, nr 196, marzec 2000.

Sawicki S., Porwanie Kościoła, druk ulotny, b. m. i r. w.

Serwis Internetowy Grupy INFRA – http://www.infra.org.pl/wiat–tajemnic/jasnowidze–i–proroctwa/228–proroctwa–mitara–tarabia.

Słowo świętego Proroka Izajasza syna Amosa, [w:] Literatura na Świecie Nr 12/1980.

Suliga J. W., Wielcy magowie świata. Dzieje ezoterycznej tradycji Zachodu, t. I, Warszawa 1997.

Светлов Э., Вестники Царства Божия, Брюссель 1972.

Szydelski Sz., Eschatologia irańska a biblijna, Lwów 1938.

Turkanik H., Powtórne Przyjście Pana Jezusa Chrystusa, Warszawa 1985.

Tymiński M., Kościół Zielonoświątkowy w Polsce, [w:] Kościół Zielonoświątkowy w Polsce, [w:] Internet – http://www.kz.pl/index.php?p=13&id=3&i=5.

Vassiliadis N.P., The mystery of death, Athens 1997.

Zand–i Vohuman Yasht, [w:] Sacred Books of the East, t. 5, Oxford 1897, rozdz. 2, 1–64, [w:] Internet – http://www.avesta.org.

Ziółkowski M. Ks., Eschatologia, Sandomierz 1963.

Zoroastrian millennium prophecies [w:] „Pahlavi Rivayat” [w:] Internet – http://www.avesta.org.

Zoroastrian millennium prophecies, [w:] Pahlavi Rivayat, rozdz. 25, 1990, [w:] Internet – http://www.avesta.org.

Żywot świętego Bazylego Nowego. Mytarstwa świętej Teodory, oprac. Hieromnich Gabriel Hagioryta, Jan Misiejuk, brak miejsca i roku wydania.

1Michał Lermontow, Przepowiednia, przeł. T. Stępniowski, [w:] M. Lermontow, Wiersze i poematy, Warszawa 1980.

2Podkr. red.

3Serwis Internetowy Grupy INFRA – http://www.infra.org.pl/wiat-tajemnic/jasnowidze-i-proroctwa/228-proroctwa-mitara-tarabia (4 grudznia 2009).

4Joziel – Lewita, syn Zachariasza, potomek Asafa, głównego psalmisty króla Dawida. Posiadając dar proroctwa, przepowiedział królowi żydowskiemu Jehoszafatowi swoje zwycięstwo nad połączonymi siłami Ammonitów i Moabitów, wygrane bez żadnej bitwy (2 Kronik 20:14-18). Joziel zapewnił Jehoszafata, że Bóg będzie po jego stronie w nadchodzącej bitwie i wezwał go, by nie bał się nadchodzącego dnia.

5Dr Hugh Ross, Wypełnione proroctwa: dowody na nieomylność Biblii, tłumaczył Piotr Nieżurawski & Jan Szołtysek, źródło: NWO – http://newworldorder.com.pl (dostęp: grudzień 2009).

6Za: Stanisław Rybak, Kościół Starokatolicki Mariawitów, [w:] http://b.snauka.pl/koci-starokatolicki-mariawitw.html, (dostęp: 31 lipca 2018).

7Pedofilia, spretato don Inzoli: la decisione di papa Francesco dopo la condanna, [w:] »La Repubblica.it – News in tempo reale – Le notizie e i video di politica, cronaca, economia, sport» – http://milano.repubblica.it/cronaca/2017/06/28/news/pedofilia_papa_francesco_don_inzoli_dimissioni_stato_clericale_crema-169374109/?refresh_ce, (dostęp: 31 lipca 2018); Bądź szczęśliwy geju, papież jest z ciebie zadowolony…, [w:] „NEon.24.pl. Forum Polaków” – http://ram.neon24.pl/post/143876,badz-szczesliwy-geju-papiez-jest-z-ciebie-zadowolony, (dostęp: 31 lipca 2018).

8Homo-skandal na Monte Cassino, 30.11.2015, Autor: EMJOT, [w:] FORUMDLAZYCIA LIFESTYL, [w:] https://forumdlazycia.wordpress.com/2015/11/30/homo-skandal-na-monte-cassino/, [dostęp: 15 czerwca 2022 r.].

9Szokujące słowa gen. jezuitów: Szatan nie istnieje, [w:] „Fronda.pl. Portal poświęcony” – http://www.fronda.pl/a/szokujace-slowa-gen-jezuitow-szatan-nie-istnieje,94106.html (dostęp: 18 lipca 2018).

10Bp Donald J. Sanborn, Od modernizmu do apostazji Bergoglio nie wierzy w katolickiego Boga, [w:] „Ultra Montes” – http://www.ultramontes.pl/sanborn_bergoglio_nie_wierzy.htm (dostęp: 18 lipca 2018).

11Vaticano, Papa Francesco: ‘L’Inferno non esiste’. Antonio Socci: ‘Tesi eretica, non può restare a San Pietro’, [w:] „Libero Quotidiano.it” – http://www.liberoquotidiano.it/news/italia/13323359/vaticano-papa-francesco-inferno-non-esiste-sconcerto-antonio-socci-tesi-eretiche-non-puo-restare-san-pietro.html. Zob. też: Krystian Kratiuk, Świadczyć, że piekło jest, [w:] „Polonia Christiana” (2018-07-06). Słowa papieża zostały zdementowane przez urzędników watykańskich, ale sam papież w ogóle nie odniósł się do treści artykułu, w związku z powyższym nie wiemy, w czy tak naprawdę wierzy. Można jednak domniemywać, że gdyby źle zinterpretowano jego słowa dotyczące nieistnienia piekła, to bez wątpienia ponownie by się wypowiedział na ten temat i to w taki sposób ucinający wszelkie spekulacje. Po opublikowaniu słów Franciszka, w Bazylice św. Piotra oberwał się tynk, co wiele osób uznało za znak-ostrzeżenie z Nieba.

12Papież Franciszek: związki z Jezusem są niebezpieczne i szkodliwe, [w:] „Newsbook.pl”, 18.07.2017 – https://newsbook.pl/2017/07/18/papiez-franciszek-zwiazki-z-jezusem-sa-niebezpieczne-i-szkodliwe/ (dostęp:17 lipca 2018).

13Wkrótce po intronizacji Pachamamy przez biskupa Rzymu, Franciszka, ogłoszono pandemię.

14Autor ma na myśli miniony wiek XX.

15Cyt. za: A. Mień, Sakrament słowo obrzęd. Prawosławna Służba Boża, Łuków 1992, s. 96 – 97.

16Niektórzy teologowie uważają, że nie będzie to Henoch, lecz Mojżesz; inni znów utożsamiają Henocha z Mojżeszem.

17Słowo świętego Proroka Izajasza syna Amosa, [w:] Literatura na Świecie Nr 12/1980, s. 111 – 114 – cytowany tekst to pseudoepigraficzna wizja czasów końca świata, powstała prawdopodobnie na terenie Bułgarii po XIII wieku, tekst jest znany także z rękopisów ruskich XVI – XVIII–wiecznych.

18Bóg żywy. Katechizm Kościoła Prawosławnego, Kraków 2001, s. 415.

19BT – Biblia Tysiąclecia.

20Bóg żywy. Katechizm Kościoła Prawosławnego…, s. 417.

21Czyli Mesjasza, który ma pochodzić z królewskiego rodu Dawida; z tego właśnie rodu pochodził Jezus z Nazaretu.

22Bóg żywy. Katechizm Kościoła Prawosławnego…, s. 414 i 417.

23Jest to wielokrotne, w skupieniu, wymawianie słów: «Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym». Modlitwa Jezusowa powoduje przemianę ludzkiego serca, zbliżenie się do Boga, a nawet dar widzenia Boskiego niestworzonego światła. Hieroschimnich Michał z Nowego Waałamu w Finlandii tak mówił na ten temat: „Oczywiście „Boga, w Jego istocie nikt nie widział, lecz Ten, Który jest w łonie Ojca, objawił Go”. Z Pisma Świętego wiemy, że i Cherubini, i Serafini ujrzawszy Boga zakrywali swe oblicza. Człowiek może poznać jedynie Bożą chwałę, Jego niestworzone energie i nieopisane światło Taboru, które widzieli trzej wybrani Apostołowie. Światło Przemienienia Chrystusa stał się godny ujrzeć także i Motowiłow podczas rozmowy ze św. Serafimem. Jest to objawienie Świętego Ducha, Bożego Królestwa przychodzącego w chwale. Łaski tej dostąpił także św. Tychon Zadoński, zanim jeszcze został biskupem, jak również Ihumen Antoni Putiłow w swej młodości, pomijając dawnych wielkich świętych mężów, jak św. Symeon Nowy Teolog, św. Grzegorz Palamas i wielu innych. Wszyscy oni dostąpili tego wielkiego daru Bożego dzięki modlitwie Jezusowej” – cyt. za: S. Bolszakow, Na szczytach ducha, Hajnówka 1998, s. 30 – 31.

24Tamże, s. 39 – 40.

25Bóg żywy. Katechizm Kościoła Prawosławnego…, s. 413.

26por. Tamże: Электронные карточки и печать Антихриста, Москва 1999, s. 42 – 48.

27por. Tamże: Электронные карточки…, s. 23 – 30.

28por. Tamże: Электронные карточки…, s. 20 – 22.

29Numer kodowy. Pieczęć Antychrysta, brak miejsca i roku wydania, s. 1 – 15.

30Troparion z poniedziałku, wtorku i środy Wielkiego Tygodnia, cyt. za: cyt. za: A. Mień, Sakrament słowo obrzęd…, s. 107.

31O grzechu osądzania bliźnich, [w:] „Bratczyk”, Nr 200, Sierpień 1999, s. 5 – 6.

32Święty Andrzej z Krety, Wielki Kanon Pokutny, przekł. i oprac. ks. dr Henryk Paprocki, Hajnówka 2000, s. 45.

33Liturgia św. Jana Złotoustego, θεσσαλονικη, brak roku wydania, s. 36.

34Nikolaos P. Vassilidis, The mystery of death.The mystery of death, Athens 1997, s. 483.

35Jezusa.

36Według tradycji starochrześcijańskiej Pan Jezus Chrystus przybędzie od W s c h o d u, ze wschodniej strony nieba, czy też z kosmicznego wschodu.

37Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku, Hajnówka 2000, s. 81.

38Święty Andrzej z Krety, Wielki Kanon Pokutny…, s. 125.

39О конце мира, Москва 2000, s. 43.

40Porównanie wyznań. Rzymsko-katolickiego, prawosławnego, ewangelicko-augsburskiego, ewangelicko-reformowanego, Warszawa 1988, s. 125.

41Według starochrześcijańskiej tradycji powtórne przyjście Pana nastąpi w nocy.

42Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku…, s. 33.

43Żywot świętego Bazylego Nowego. Mytarstwa świętej Teodory…, s. 51.

44Nikolaos P. Vassilidis, The mystery of death…, s. 484.

45Tamże, s. 485.

46Tamże, s. 486.

47Sakrament spowiedzi…, s. 38.

48Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku…, s. 43.

49Tamże, s. 42.

50Tamże, s. 43.

51Nikolaos P. Vassiliadis, The mystery of death…, s. 487.

52Tamże, s. 487.

53Tamże, s. 489.

54Oscar Cullmann, Le retour du Christ–espérence de l’Eglise selon le Nouveau Testament, Cahiers Theologiques de l’Actualité Protestante Nr 1, 3 éd. Delachaux Niestle, s. 15, cyt. za: Ks. Jerzy Klinger, Geneza sporu o epiklezę. Eschatologiczny a memorialny aspekt Eucharystii w Kanonie pierwszych wieków, Warszawa 1969, s. 11.

55BG – Biblia Gdańska.

56Rzeczy ostateczne człowieka i świata (widziane oczami Chrześcijan Dnia Sobotniego) – oprac. S. Kosowski, wydruk komputerowy w posiadaniu autora.

57Tamże.

58M. Tymiński, Kościół Zielonoświątkowy w Polsce, [w:] Kościół Zielonoświątkowy w Polsce, [w:] Internet – http://www.kz.pl/index.php?p=13&id=3&i=5.

59Biblia Poznańska, [w:] Internet – http://www.biblia.net.pl/biblia.php.

60H. Turkanik, Powtórne Przyjście Pana Jezusa Chrystusa, Warszawa 1985, s. 45.

61Tamże.

62Tamże, s. 46.

63Tamże, s. 47-48.

64Biblia przekład Nowego Świata, [w:] Internet – http://www.biblia.net.pl/biblia.php.

65S. Sawicki, Porwanie Kościoła, druk ulotny, b. m. i r. w.

66Henryk Turkanik, Powtórne Przyjście…, s. 68.

67Tamże, s. 123.

68Tamże, s. 124.

69Tamże, s. 169.

70Tamże, s. 175.

71Encyklopedja Kościelna podług teologicznej Encyklopedji Wetzera i Weltego z licznemi jej dopełnieniami. Przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób, wydana przez X. Michała Nowodworskiego, Warszawa 1880, t. XIII, s. 103 – 110.

72W nawiasach kwadratowych dodałem dane, których brakuje w cyt. dziele.

73Albo chwała oliwki.

74Można tu zauważyć charakterystyczną zbieżność – pierwszym władcą Rzymu był Romulus, ostatnim cesarzem zachodniorzymskim był Romulus Augustulus; pierwszym papieżem rzymskim był św. Piotr Apostoł, ostatnim wg przepowiedni ma być Piotr Rzymianin II.

75Ks. M. Ziółkowski, Eschatologia, Sandomierz 1963, s. 349-351.

76Proroctwo Pseudo-Malachiasza [w:] „Proroctwo Michaldy. Trzy księgi. Objawienia z Fatimy. Proroctwo Pseudo-Malachiasza”, Tarnów 1996, s. 97-107.

77Oznacza to, że będzie panował ustrój demokratyczny, w przeciwieństwie do monarchicznego, typowego dla wieku XVII.

78Егор Холмогоров, АПОКАЛИПСИС СЕГОДНЯ [w:] „СПЕЦНАЗ РОССИИ” N 05 (56) АПРЕЛЬ 2001 ГОДА, [w:] Пророчества о конце мира и последнем Царе – Конференция газеты БЛАГОВЕСТ [w:] БЛАГОВЕСТ. ДИСКУССИОННЫЙ КЛУБ – http://www.cofe.ru/blagovest/ubb/noncgi/Forum3/HTML/000291.html (dostęp: 9.12.2009).

79W potocznym języku oznacza to „wywrócenie wszystkiego do góry nogami”.

80Archijerej – wyższy duchowny w Kościele prawosławnym.

81„Ósmy dzień tygodnia” – ostatni okres w dziejach ludzkości, okres po końcu świata, wieczny szabat, wieczny odpoczynek.

82Егор Холмогоров, АПОКАЛИПСИС СЕГОДНЯ…

83Antychryst – przeciwnik Chrystusa, [w:] Serwis Internetowy „Zbawienie” – www.zbawienie.com (dostęp: 22 września 2009).

84Tamże.

85J.B. – Koran w przekładzie Józefa Bielawskiego, Warszawa 1986.

86Hadis (arab. الحديث al–hadith, w liczbie mnogiej أحاديث ahadith) – opowieść przytaczająca wypowiedź proroka Mahometa, jego czyn lub milczącą aprobatę. Każdy hadis składa się z tekstu (matn) i łańcucha przekazicieli (isnad). Hadisy tworzą sunnę (Tradycję) – najważniejsze po Koranie źródło muzułmańskiego prawa szarii. (Wikipedia – http://pl.wikipedia.org/wiki/Hadis).

87Jałmużnę.

88Arab. godzina – w tym przypadku chodzi o Ostatnią Godzinę, czyli datę końca świata.

89Hadis nr 2 [w:] A. A. Issa, Tamże, s. 5.

90Tamże, s. 10-11.

91Chodzi oczywiście o godzinę zmartwychwstania i sądu ostatecznego.

92M. ibn Salih Al–Usajmin, Tamże, s. 45.

93Dotąd nie ustalono jednakowej pisowni imienia Antychrysta, za najpoprawniejszą jednak uważam Dadżdżal.

94H. Abdalati, Spojrzenie w Islam, brak miejsca wydania, 1993, s. 204-205.

95A. al–Tantawi, Ogólny zarys religii Islamu, Białystok 1999, s. 84–86.

96Wydaje się, że zmartwychwstali zmarli nie będą mieć też świadomości tego, iż pomiędzy zgonem a ponownym przyobleczeniem się w ciało znajdowali się w Barzach.

97Księga – Koran.

98Sunna – drugie po Koranie źródło wiary i wiedzy islamu. Sunna jest, szczegółową instrukcją życia muzułmańskiego. Jest to zbiór spisanych faktów i wydarzeń z życia Proroka Muhammada.

99M. ibn Salih Al–Usajmin, Tamże, s. 45-46.

100S. M. H. Tabatabai, Tamże, s. 99-101.

101S. A. A’la Al–Maududi, Zrozumieć Islam, brak miejsca wydania, 1995, s. 68 – 69.

102M.A. Maulvi, Islam. Religia ludzkości, Warszawa 1931, s. 8.

103Tamże, s. 9.

104Tamże.

105Hadisy, Warszawa 1984 (1404 h.), s. 9.

106J. W. Suliga, Wielcy magowie świata. Dzieje ezoterycznej tradycji Zachodu, t. I, Warszawa 1997, s. 257 – 258.

107Apokryfy Nowego Testamentu, pod redakcją Ks. M. Starowieyskiego, t. I – „Ewangelie Apokryficzne”, Lublin 1986.

108Biblia, to jest Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Nowy przekład, Warszawa [1979]

109Η Καινη Διαθηκη, Αθηναι 1973, s. 7

110 Э. Светлов, Вестники Царства Божия, Брюссель 1972, s. 358-359

111 Tamże, s. 359.

112 Sz. Szydelski, Eschatologia irańska…, s. 24; Denkard, Book 8. Contents of the Nasks (Ancient Canon of Zoroastrianism), [w:] Sacred Books of the East, Oxford 1897. Nask 13, 1-16, [w:] Internet – http://www.avesta.org (dostęp: 12 grudnia 2009).

113 Inaczej Aushedar, Auszedar.

114 Sz. Szydelski, Tamże, s. 38–39.

115 Ceremonię religijną.

116 Zoroastrian millennium prophecies, [w:] Pahlavi Rivayat, rozdz. 25, 1990, [w:] Internet – http://www.avesta.org (dostęp: 14 grudnia 2009).

117 Kartir’s Inscription At Naqsh–I Rajab, [w:] Avesta – Zoroastrian Archives, [w:] Internet – www.avesta.org (dostęp: 14 grudnia 2009).

118 Sz. Szydelski, Eschatologia irańska, s. 22-23.

119 Zand-i Vohuman Yasht, [w:] Sacred Books of the East, t. 5, Oxford 1897, rozdz. 2, 1-64, [w:] Internet – http://www.avesta.org (dostęp: 14 grudnia 2009).

120 Jamasp Namak („The Book of Jamaspi”), 1903, [w:] Internet – http://www.avesta.org (dostęp: 14 grudnia 2009).

121 M. Boyce, Zaratusztrianie, s. 63.

122 Sz. Szydelski, Eschatologia irańska, s. 50.

123 M. Boyce, Zaratusztrianie, s. 63.

124 P. Hulka, Twórca religij, s. 92-95.

125 The Bundahishn („Creation”) or Knowledge from the Zand [w:] Sacred Books of the East, t. 5, rozdz. 30, 9, Oxford 1897, [w:] Internet – http://www.avesta.org (dostęp: 14 grudnia 2009).

126 Sz. Szydelski, Eschatologia irańska, s. 22–23.

127 Tamże, s. 50.

128 Tamże.

129 Sznur modlitewny.

130 Zoroastrian millennium prophecies [w:] „Pahlavi Rivayat” [w:] Internet – http://www.avesta.org (dostęp: 14 grudnia 2009).

131 Avesta: Khorda Avesta (Book of Common Prayer), [w:] Sacred Books of the East, 1898, [w:] Internet – http://www.avesta.org (dostęp: 14 grudnia 2009).

Wyszarpywanie prawdy. Epstein to przecież kontynuacja.

Aleksander Rybczyński – Wyszarpywanie prawdy

polskacanada.com/aleksander-rybczynski-wyszarpywanie-prawdy

Ujawnione w ostatnich dniach dokumenty z afery Epsteina, odsłaniające sieć wpływów, okultystycznych praktyk i wykorzystywania nieletnich przez elity obiegły świat. Te wstrząsające materiały kwestionują integralność zachodniej cywilizacji, poniżają najbardziej podstawowe wartości humanistyczne. Jak to możliwe, że coś tak potwornego działo się przez dziesięciolecia w samym sercu zachodniego establishmentu?

Mało tego; bulwersujące materiały dowodowe operacji “Lolita Express” były ukrywane przez lata, trzymane w archiwach, stojących na straży zakłamania i deprawacji. Sprawiedliwymi okazują się być jedynie wybitni artyści, ale ich odważne świadectwa prawdy były odrzucane, marginalizowane i ośmieszane.

Film Stanleya Kubricka ‘Eyes Wide Shut’ w artystycznej wizji przedstawił kulturę zbrodniczego rytuału elit, za co być może reżyser zapłacił życiem – zmarł nagle, sześć dni po pokazaniu finalnego cięcia filmu. Jego dzieło zostało początkowo odrzucone przez krytyków jako chora fantazja twórcy (dopiero dziś uznawane jest za arcydzieło). Podobnie oparty na faktach i doświadczeniu usuniętego z pracy śledczego film z 2023 roku ‘Sound of Freedom’ był wyszydzony przez propagandową ‘krytykę’ jako skrajnie prawicowa fantazja i teoria spiskowa. Okazuje się, że prawdę trzeba zawsze wyszarpywać.

Przykładem tego na zaśmieconym, polskim podwórku jest twórczość Andrzeja Juliusza Sarwy, autora wybitnego dzieła, jakim jest Kwadrologia, saga rodu Białeckich.

To historia zła ciągnąca się od XIV wieku po współczesność. Cztery tomy: “Wieszczba krwawej głowy”, “Cmentarz Świętego Medarda”, “Tuman krwawej mgły” i “Syn Cienistej Strony” nigdy nie zostały przez mainstream dostrzeżone. Są ignorowane, przemilczane przez środowisko literackie.

Ale teraz, gdy ujawniono dokumenty z afery Epsteina, brzmią jak komentarz do najświeższych skandali, pokazując mechanizmy władzy i zepsucia elit.

“Zło przychodzi podstępnie, jest modnie ubrane, zna wszystkie języki, ma dobre maniery i budzi zaufanie.” Czytając te słowa trudno nie pomyśleć o tym, jak przez dziesięciolecia działał Epstein, jego towarzystwo, odurzone władzą i pławiące się w luksusach. Wiadomo, że nad wszystkim czuwali mocodawcy, opętani ideą absolutnej kontroli nad światem i zamieszkującym go “motłochem”. Ich ochroną są skorumpowani, szantażowani i bezwolni politycy, przez manipulacje i najgorsze intrygi wyniesieni na najwyższe stanowiska.

Sarwa opisuje arystokratów urządzających dzikie orgie, ofiary z dzieci praktykowane przez możnych, okultystyczne rytuały elit, tajne loże kierujące biegiem dziejów, rozpustnych monarchów i ich haremy.

To nie fantazja, każda z tych informacji jest potwierdzona w przypisach, oparta na dokumentach historycznych. I nagle okazuje się, że to wszystko nie zniknęło wraz z XVIII wiekiem, że mechanizmy opisywane przez sandomierskiego pisarza w najlepsze kwitną dzisiaj, będąc potwarzą dla wszystkich, którzy zachowali choć odrobinę przyzwoitości.

Powieści Andrzeja Juliusza Sarwy są ignorowane, ostentacyjnie odsunięte z kanonu lektur, których zadaniem jest hipnotyzowanie wrażliwości, przeprowadzanie zabiegu lobotomii prawdy i eliminacja zdolności do samodzielnego myślenia. Dlaczego? Bo piętnują zło w każdym obszarze życia, opierając się na faktach historycznych, z którymi trudno dyskutować. Jak mówi sam autor: ‘Lepiej moje książki przemilczeć, bo przecież nawet mały kamyk może spowodować lawinę.

Czytając o Ludwiku XV i przepoczwarzającym się hrabim de Saint-Germain, o rewolucji francuskiej i jej bestialstwie, o magach i okultystach przy tronach władzy, o filozofach oświecenia parających się czarną magią, można zrozumieć, w jaki sposób współcześni stoczyli się na samo dno.

Andrzej Sarwa demaskuje szatański plan, rozciągnięty na wieki: “Oto nasza robota posuwa się co prawda do przodu, lecz z oporami, a można by wszystko przyspieszyć. Dwa filary ma katolicka Europa – Polskę i Francję. Jeden z nich jest już prawie zrąbany i niezadługo runie, wystarczy tylko lekko dmuchnąć”. To słowa z powieści, ale mechanizm opisany przez autora działa do dziś, jak dobrze naoliwiona gilotyna.

Książki Sarwy są źródłem tajemnej wiedzy, odsłaniają kulisy historii zmierzającej do kresu. W powieściach czas traci swoją monotonną wymierność, wieki mijają jak chwila, a ulotne momenty ciążą jak wieczność. Poznajemy nie tylko prawdę o zakłamywanych, mrocznych dziejach ludzkości, ale możemy nawet dowiedzieć się, od kiedy w Polsce działa przerażająca machina oblężnicza złego, bombardująca nasze serca, rozum i sumienie.

Saga rodu Białeckich to powieść przygodowa, sensacyjny thriller i świadczący o głębokiej erudycji autora esej historyczny.

Najważniejsze jednak, że te historyczne książki są powieściami współczesnymi. Fabuła, sięgając do mało znanych, odległych faktów, opisuje aktualną rzeczywistość cywilizacji na skraju zagłady i ostatecznego upadku. Afera Epsteina to tylko kulminacja długiej historii, kolejny element układający się w mozaikę, której pełnego obrazu wolelibyśmy nie oglądać.

Wydaje się, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, ale autor ma swoją odpowiedź na pytanie o nadzieję: “Ja nie mam nadziei, ja mam pewność, bo nie mam wątpliwości, że nad naszymi losami, od początku do końca czuwa Pan Bóg, który przybędzie i wszystko naprawi. Nadzieję trzeba mieć tylko, że to zwycięstwo jest blisko. Z zastrzeżeniem, że ‘blisko’ jest pojęciem, którego nie jesteśmy w stanie zdefiniować… Patrzmy więc uważnie, by rozpoznawać znaki czasów. Bądźmy czujni i przygotowani”.

Może właśnie teraz, gdy świat ma okazję poznać przerażające fakty o elitach i ich praktykach, nadszedł moment, by sięgnąć po te książki.

Wbrew tym, którzy próbują przemilczeć aferę albo wykorzystać ją jako element propagandowego perpetuum mobile, nadszedł moment prawdy. Czas, by miłośnicy literatury przestali się sugerować sztucznie tworzonym rynkiem księgarskim, stronniczymi recenzjami i promocją politycznie poprawnych wartości. Bo kiedy fikcja staje się rzeczywistością, warto ją poznać.

Aleksander Rybczyński

AR jest absolwentem historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Opublikował ponad dziesięć zbiorów wierszy, w tym debiutancki tomik “Jeszcze żyjemy”, za który otrzymał w 1983 Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Zajmuje się także krytyką artystyczną, prozą, publicystyką, dziennikarstwem, fotografią, filmem oraz pracą redakcyjną i wydawniczą. W przygotowaniu do druku sensacyjna powieść emigracyjna “Niewidoczna strona”

=======================================

PAKIET: Saga rodu Białeckich (4 tomy) – Andrzej J. Sarwa

Cena199,99 zł

=================

więcej: ksiegarnia-armoryka.pl/Saga_rodu_Bialeckich_4_tomy_Andrzej_Sarwa

========================

Jeszcze więcej: ksiegarnia-armoryka.pl/publikacje-wydawnictwa-armoryka

CHŁOPIEC I PIES. Dwie drogi. Andrzej Sarwa.

Andrzej Sarwa AZOR opowiadania o psach 8.

CHŁOPIEC I PIES

Malec, z wyglądu liczący cztery, najwyżej pięć lat, ubrany w krótkie szare spodenki na szelkach, sięgające dość wysoko nad kolana, w prążkowane jasnobeżowe rajtuzki założone pod te spodenki, kremową koszulkę zapiętą pod szyję, na którą naciągnięty był robiony na drutach, gęstym i zwartym ściegiem, ciemnogranatowy sweter „w serek”, wreszcie buciki wiązane na sznurówki, stał na środku niebrukowanej drogi i spoglądał na tkwiącego bez ruchu, dokładnie naprzeciwko, psa.

Nie był to jakiś rasowy zwierzak, ale zwyczajny nieduży kundelek. Zresztą, dla członka społecznych wyżyn, elity, który jakimś cudem zaplątałby się w te rejony zamieszkałe przez biedotę, zarówno chłopiec, jak i pies byli jednakowymi kundlami.

Ale malec jeszcze nie wiedział, że jest nikim, a i piesek chyba też nie zdawał sobie z tego sprawy, bo stał i uśmiechał się do chłopca, odsłaniając białe ząbki.

Że co? Że psy nie potrafią się uśmiechać? Ech! Potrafią i to jeszcze jak cudnie!

Późnojesienny ranek był chłodny, tak chłodny, że aż przywabił szron, który osiadł na przydrożnej trawie, na nie do końca jeszcze uschłych chwastach, sterczących nierównym rzędem wzdłuż pobocza i na pajęczynach, które były rozpięte pomiędzy badylami.

W miniaturowych lodowych kryształkach rodziły się brylantowe błyski, bo słońce nieśmiało wisiało ponad horyzontem i słało swoje promienie ku ziemi, chociaż o tej porze roku prawie już one nie grzały.

Piesek miał niezbyt długą sierść. Barwy był niejednolitej, miejscami kawy z mlekiem, miejscami szarej, a miejscami ciemnoburej. Jedynie dość okazałe, o regularnym kształcie, spiczaste uszy były prawie czarne i takiż sam zawinięty do góry ogon, nos, mordka i obwódki wokół oczu. Pies wpatrywał się swoimi ciemnoorzechowymi ślepkami, w których co rusz budziły się jantarowe błyski, w jasnoszare, czy może raczej szaroniebieskie oczy chłopczyka, od czasu do czasu unosząc nos w górę, kierując go w stronę dziecka, wyraźnie chcąc się z nim zaprzyjaźnić. A potem przekrzywił łebek i wdzięczył się, od czasu do czasu nieśmiało pomerdując ogonkiem.

Zdawać by się mogło, że chce powiedzieć do malca:

– No stary, chodź ze mną, pokażę ci coś niezwykłego.

A chłopiec, jakby rozumiejąc myśli kundelka, na głos mu odpowiedział:

– Nie mogę piesku, nie mogę. Nie wypiłem garnuszka mleka, nie zjadłem kromki chleba, które mi babcia przygotowuje na śniadanie. No i nie mam czapki. Mogę się zaziębić. Babcia nie pozwala mi wychodzić na dwór bez czapki, kiedy jest już zimno.

Lecz kundel nie dawał za wygraną:

– Eee, tam. Nic ci nie będzie. Najwyżej raz nie zjesz śniadania i trochę zmarzniesz. Zobacz, jaki ja mam zapadnięty brzuszek, bo tylko tyle zjem, ile znajdę gdzieś na śmietniku, albo mi jakaś dobra dłoń czasem z łaski rzuci. I kapotkę mam też nieszczególną. Nie jest tak kudłata, jak u innych psów i często mi zimno. No, stary! Chodź!

Chłopczyk zrobił krok w stronę kundelka, ale ten jakby zmienił zdanie i kilka razy podniósł łapę do góry.

– Może jednak masz rację, może trzeba pokazać się babci, zjeść chleb i wypić mleko. No i nie zapomnieć o czapce! Wracaj, wracaj, a ja tu zaczekam na ciebie.

– Zaczekasz piesku?

Kundel się znów uśmiechnął, jednocześnie ściągając wargi i odsłaniając rząd śnieżnobiałych ząbków.

– Wiesz? Polubiłem cię piesku, chyba najbardziej na świecie!

– Ja ciebie też, chłopczyku.

* * *

Malec zawrócił w stronę domu. Skrzypnęła furtka, stuknęły drzwi. Poczuł charakterystyczny zapach sieni – mieszaninę wilgotnej stęchlizny i świeżo ukiszonej kapusty.

– Babciu, babciu! – zawołał, ale odpowiedziało mu milczenie.

Nacisnął klamkę i otworzył kolejne drzwi prowadzące z sieni w głąb domu, poznaczone przez korniki, pomalowane brązową farbą o ciemnoczerwonawym odcieniu, przestąpił próg i znalazł się w izbie.

Ale nie było tam ani babci, ani garnuszka z gorącym mlekiem, ani kromki suchego chleba. Pod kuchnią także nie buzował ogień. Lodowaty ziąb snuł się od ścian pobielanych przez lata niezliczonymi warstwami wapna, które łuszczyło się i opadało na glinianą polepę podłogi. Tu i ówdzie tynk już całkiem się skruszył i spod białawej powłoki wyzierała, czerwieniejąc, stara, zmurszała, na wpół zlasowana cegła. Szron gęstymi igiełkami zasiedlił kąty izby, wspinając się coraz wyżej i wyżej, a w blaszanym wiadrze woda przyniesiona ze studni od wierzchu zasklepiona była już taflą lodu.

– Babciu, babciu! – zawołał chłopczyk.

Nie usłyszał jednak odpowiedzi.

Uchylił więc drzwi drugiej z izb i zajrzał do środka. Lecz i tutaj babci nie było…

Poczuł ssanie w żołądku. Budził się w nim głód. Przypomniał sobie babcine słowa: „wnusiu, jak jesteś bardzo głody, a garnki puste, to napij się wody”.

Wziął więc blaszany garnuszek i rozbiwszy nim lód na wodzie w wiaderku, zaczerpnął do pełna i pił, długo pił, drobnymi łykami, aż poczuł piekący ból w przełyku.

I znowu pomniał sobie słowa babci: „wnusiu nie pij zimnej wody, bo się rozchorujesz”.

Ale przecież babci nie było, a pusty brzuszek domagał się czegokolwiek, byle tylko go napełnić.

W starym sosnowym kredensie pomalowanym na taki sam kolor jak drzwi prowadzące do sieni poza kilkoma wyszczerbionymi talerzami ułożonymi jeden na drugim były tylko drobne mysie kupy…

– Babciu! Babciu!

Milczenie.

Łóżka w drugiej izbie były równo zasłane, pościel ułożona w kant, po wierzchu okryta zgniłozielonymi starymi i wypłowiałymi już mocno kapami w jakieś roślinne wzory.

W tej drugiej izbie nie było pieca, tylko metalowa „koza”, w której również nikt nie rozpalił ognia.

– Babciu! Babciu!

Milczenie.

– Cóż – chłopczyk powiedział sam do siebie. – Jestem sam.

Rozejrzał się bezradnie, ale się nie rozpłakał, chociaż miał na to wielką ochotę. Wiedział jednak, że płacz mu w niczym nie pomoże. Rozejrzał się więc za czapką i rękawiczkami, takimi z jednym palcem, trochę co prawda podartymi, lecz starannie zacerowanymi, tak że na tę zimę powinny mu jeszcze wystarczyć…

* * *

– I co chłopczyku? – zapytał piesek, gdy ujrzał malca z powrotem na dworze. – Czy zjadłeś kromkę chleba? Czy wypiłeś garnuszek ciepłego mleka?

– Nie piesku.

– A to czemu?

– Babcia gdzieś się zapodziała – nie ma jej. Zajrzałem w każdy kącik naszego domku, lecz jej nie znalazłem…

– A mama, a tatuś? Czy też ich nie było?

– Nie piesku, oboje są w pracy. Gdy wychodzą rankiem, ja jeszcze śpię, a kiedy wracają wieczorem, ja już śpię.

– Czyli tak jakbyś ich w ogóle nie miał?

Chłopczyk się zastanowił i oparł:

– Chyba tak. Z wyjątkiem niedzieli.

– Więc tak naprawdę miałeś tylko babcię?

– Chyba tak.

– A teraz już jej nie ma?

– Nie ma, piesku. Dziś po raz pierwszy od zawsze jej nie widziałem. I mleka nie było i chleba i ognia pod kuchnią i w piecyku też nie było napalone…

– Pewnie odeszła – powiedział piesek.

– Pewnie tak, lecz dlaczego?

– Cóż, tak już jest postanowione, że wszyscy któregoś dnia odchodzą. Zostawiają wszystko i wszystkich, których kochali… i których się bali… i odchodzą…

– Czy pieski też?

– I pieski też.

– A dokąd?

– Pewnie tam dokąd się udają wszystkie zwierzęta, bo przecie i one są Bożymi stworzeniami. Kiedy nadejdzie zaś dzień twojego odejścia, to sam zobaczysz, dokąd udają się ludzie… a może też i psy?… kto wie?…

– A czy to daleko?

– Pewnie daleko, bo już nikt i nigdy nie może ich zobaczyć, chyba że we śnie.

– Chyba że we śnie… dobre i to – powiedział chłopczyk. – Ale powiedz, piesku, co mam teraz robić?

– Teraz chłopczyku musisz odejść stąd i pójść swoją drogą.

– Nie rozumiem piesku. Jaką swoją drogą?

– Bo każdy z nas ma swoją jedyną, wyjątkową drogę, którą sam musi wybrać i iść, iść nią każdego dnia dalej i dalej. Aż osiągnie jej kres.

– Więc muszę sam wybrać, w którą udać się stronę?

– Tak, chłopczyku, sam.

– A jeśli źle wybiorę?

– Cóż… i to może się zdarzyć… ale wybrać musisz.

– Muszę?

– Niestety. Chyba że wolisz, by ktoś wybrał za ciebie i poprowadził tam, dokąd byś nie chciał.

– A ty piesku? Czy i ty masz jakąś swoją drogę?

– Mam chłopczyku. To ta sama i taka sama droga jak twoja. I pamiętaj, że z własnej woli cię nie opuszczę, chyba że mnie kopniakami i kijem przepędzisz.

– Ja? Jesteś taki miły i już się zaprzyjaźniliśmy. A poza tym nie mam na caaałym świecie nikogo, nikogusieńko… a samemu i strach i smutno.

– I ja cię uważam za przyjaciela.

– To wspaniale! – zawołał chłopczyk. A potem zamyślił się na chwilę i zapytał:

– Powiedz mi piesku, czy wtedy gdy się spotkaliśmy i ty powiedziałeś: „No stary, chodź ze mną, pokażę ci coś niezwykłego”, to wtedy już wiedziałeś, że babcia odeszła?

– Być może – odparł piesek – ale nie pytaj, lecz wybierz drogę i ruszajmy naprzód. Spójrz – chmury się kłębią białe, śniegowe i wiatr się zrywa coraz silniejszy, trzeba by się gdzieś skryć.

– To może powędrujmy tym parowem, tym głębokim, tam nas wietrzysko nie dopadnie.

– Masz rację, może przeleci górą… a może cały parów zawieje i nas w nim… i taki będzie zarówno początek, jak i kres naszej drogi…

* * *

Szli. Noga za nogą. Zmęczenie dawało się im we znaki. Dzień stawał się coraz bardziej ponury, białawe chmury kłębiły się na niebie, aż w końcu rozdarły się i sypnęły śniegiem.

– Piesku, piesku i co teraz?

Piesek spojrzał na chłopczyka, ogonkiem zamerdał i powiedział:

– Idziemy, idziemy. Nie trzeba się ani zatrzymywać, ani zawracać, ani nawet oglądać. Spójrz, tu nie ma nikogo. Tylko ty i ja.

– A tamta wiewiórka-rudaska, która przycupnęła na gałęzi i zerka na nas oczkami jak paciorki? A sikorka? A pan kos z żółtym dziobkiem wystrojony w czarny fraczek? A pan dzięcioł w czerwonej czapeczce?

– Ach! No tak, ale akurat z nimi nam nie po drodze.

– Dlaczego, piesku?

– Bo oni nie muszą wędrować tam, dokąd ty wędrujesz, drogą, której nie znasz. Oni swoją drogę znają, dla nich jest prosta i oczywista.

– Jakże to? A dla mnie nie?

– Ty możesz wybierać, a oni nie.

– Więc czemu idziesz razem ze mną?

– Bo mam obowiązek cię strzec. Ale też i chcę tego, bo przecież jesteśmy przyjaciółmi!

– Obowiązek? – chłopczyk zrobił zdziwioną minę, ponieważ nic z tego nie zrozumiał, ale ostatecznie potakująco pokiwał głową, jakby pojął wszystko, co mu piesek powiedział, bo nie chciał wyjść na głuptasa.

– Gdybym cię zostawił, byłbyś tu sam, bezradny. A samotność to coś bardzo, bardzo smutnego… dlatego też nigdy cię nie zostawię, nawet gdy przyjdzie taki czas, że nie będziesz już mógł mnie widzieć odzianego w tę biedną psią kapotkę.

Malec nie zrozumiał tych słów.

* * *

Zmierzchało, a potem niebo przybrało granatową barwę, jednocześnie przystrajając się gwiazdami. Wielki księżyc o pyzatej twarzy wytoczył się skądś spoza wzgórz i pracowicie, z uporem, wspinał się na nieboskłon.

Chłopczyk się zatrzymał. Bardzo był zmęczony. Bardzo.

Spojrzał bezradnie na kundelka.

Kundelek też się zatrzymał. Brzuszkiem przylgnął do ziemi i powiedział:

– Posłuchaj, mały przyjacielu, ten etap naszej wspólnej drogi tutaj dobiegł kresu i dalej już nie będziemy mogli iść obok siebie, rozmawiając jak dwójka najlepszych kolegów, choć tego bym bardzo chciał. Ale pamiętaj, nawet jeśli już mnie nie będziesz widział, to i tak zawsze będę bardzo blisko ciebie, tuż, na wyciągnięcie ręki.

Chłopczyk chciał pieska zapytać czemu tak i jakim to sposobem, ale kundelek, uśmiechając się do niego, jakby domyślając się pytania, na które najwyraźniej nie miał chęci odpowiadać, rzekł:

– Późno już. Jesteś wyczerpany. Przycupnij obok mnie, przytul do mojego futerka, i postaraj się odpocząć.

– Dobrze – chłopiec skinął głową, o nic już nie pytając, przytulił się do psa, poczuł błogie ciepło, a zmęczenie gdzieś się ulotniło…

* * *

– Już czas. Obudź się chłopczyku.

Piesek trącił zimnym mokrym nosem policzek zaspanego malca, a ten z trudem otworzył oczy, przetarł je piąstkami i zapytał:

– Co się stało?

– Niedługo będzie świtać. Spójrz wprost przed siebie na niebo. Czy widzisz tę jasną gwiazdę?

– Widzę.

– To Gwiazda Zaranna. Ona zapowiada pojawienie się Słońca. Za niedługo zacznie się dla ciebie nowy dzień. Gdy się odrobinę rozjaśni, idź w kierunku owej gwiazdy, ona wskaże ci drogę. Najlepszą drogę, chociaż może niekoniecznie najwygodniejszą. Jeżeli jednak z niej nie zboczysz, dotrzesz do Szczęśliwego Miejsca, gdzie nikt nie cierpi, nikt się nie smuci i nikt nie jest głody chleba i miłości.

– Nie rozumiem, piesku…

– Przyjdzie czas, że zrozumiesz. Popatrz jeszcze raz na tę gwiazdę.

Chłopiec podniósł oczy ku niebu, a kiedy je opuścił, kundelka już nie było, tylko z miejsca, na którym wcześniej leżał, wysnuła się ciepła poświata…

* * *

Malec dość długo wpatrywał się w gwiazdę aż w końcu, ostrożnie i powolutku począł iść w stronę, którą mu ona wskazywała.

Wreszcie dotarł do miejsca, w którym wąwóz się rozgałęział na niejako główny, którego bieg zwężał się tak bardzo, iż był zaledwie ścieżyną na dodatek pełną dziur i wykrotów, a obydwie jego strony porastał zwarty gąszcz kolczastych tarnin, dzikich róż i głogów. Natomiast w lewo nie ścieżynka wiodła, lecz szeroka droga, gładka i wygodna i żadnych kłujących krzów tam nie było.

Malec jednak pamiętał, co powiedział mu piesek, że ma iść prosto w stronę, którą wskaże mu Gwiazda Zaranna, więc szedł. Potykał się, przewracał, a nawet jakaś kolczasta gałąź, rozdrapała mu policzek aż do krwi.

Na koniec bardzo zmęczony się zatrzymał i bezradnie spojrzał na dalszy bieg ścieżki. Łzy zaszkliły mu się w oczach.

– Piesku kochany, ja chyba nie dam rady… bardzo, bardzo trudna to droga – westchnął.

– Och! – usłyszał nad głową jakiś stłumiony głos. Zerknął i ze zdziwieniem połączonym ze strachem dostrzegł wielką sowę, która ogromnymi okrągłymi oczami wpatrywała się w niego.

– Och – powtórzyła sowa – możesz sobie ułatwić tę wędrówkę!

– Jak to?

– A tak to, że najlepiej zrobisz, wracając do rozgałęzienia dróg, skręcisz w tę wygodną i postarasz się obejść ową lichą ścieżyną. Bo wierz mi, ja wiem, że one obydwie, choć daleko bardzo od tego miejsca, ale jednak znów łączą się ze sobą… No może nie do końca łączą, ale są tak blisko siebie, że ktoś sprytny, sprawny, zdeterminowany ma szansę przeskoczyć z jednej na drugą.

– Naprawdę? I każdemu się to udaje?

– Nie każdemu, ale niektórym i owszem. Nie męcz się tu więcej, wracaj! Może i tobie się uda.

– A jeśli się nie uda? – spytał chłopczyk.

Lecz sowa już na to pytanie nie odpowiedziała, tylko odfrunęła, kędyś w mrok, z nieprzyjemnym poszelestem skrzydeł.

* * *

Chłopiec teraz maszerował wygodną drogą. Gdzieś, w oddali, miasto budziło się do życia, a w oknach domów, zapalały się światła.

Spojrzał w niebo i zobaczył, że bynajmniej nie przybliża się do Gwiazdy Zarannej, lecz podąża w całkiem innym kierunku…

To go przestraszyło, ale sam siebie uspokoił słowami zasłyszanymi od sowy, że gdzieś w oddali obydwie drogi nieomal znów zbiegną się ze sobą… i przeskoczyć tylko…

Rozpoczynał się nowy dzień, słońce wspinało się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu w jego blasku nie mógł już dostrzec światła Gwiazdy Zarannej.

Stracił pewną przewodniczkę… zostało mu więc tylko kierować się przeczuciem i przypuszczeniami, że zmierza we właściwą stronę…

Szedł, szedł wytrwale…

Dzień nachylił się ku wieczorowi, a on szedł. Był sam, smutny i wylękniony, chociaż droga słała mu się pod stopami gładka, niczym atłas…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

TO DRZEWO – I KUNDELEK. Andrzej Sarwa

Andrzej Sarwa AZOR opowiadania o psach

7.

DRZEWO I KUNDELEK

Panu naszemu, który widział, że wszystko,

co uczynił, było bardzo dobre i psy też

Był upalny dzień, zapyloną drogą wijąca się gdzieś hen, daleko, w stronę horyzontu, wędrowało dwóch mężczyzn. Niby podążali w tym samym kierunku, niby szli blisko siebie, ale przecież nie byli towarzyszami podróży. Od czasu do czasu tylko jeden z nich łypał na drugiego złym okiem, wędrowali jednak w milczeniu.

Słońce prażyło niemiłosiernie, jakby chciało świat spopielić, cała przyroda dyszała ciężko, ale na tych dwóch nie widać było najmniejszego nawet śladu zmęczenia. Kiedy jednak spotkali spory zagajnik starodrzewu, zboczyli z drogi i weszli w jego mroczną głąb, aby postronny obserwator mógł uznać, że nie do końca tak jest i że jednak szukają cienia, a w cieniu wytchnienia i ulgi. Wędrowcy nie zwolnili jednak tempa marszu i nadal stawiali pewne, długie kroki, jakby doskonale wiedzieli, dokąd mają dotrzeć. I wreszcie dotarli. Dotarli do polany zarosłej trawą i ziołami, na której środku rosło samotne drzewo. Było jeszcze dość młode, ale piękne, wysmukłe i z wyglądu krzepkie.

Pierwszy z wędrowców, ten, który przez cały czas trzymał się lewej strony drogi, zbliżył się do niego, ogarnął je pieszczotliwym wzrokiem, pogładził chropawą korę i wyrył na niej znak trójkąta, tak jakby brał je w posiadanie i cechował swoim znamieniem. Może planował później je wyciąć i wykorzystać do czegoś? Pewnie tak było.

Kiedy pierwszy z wędrowców odszedł, a jego sylwetka zagubiła się gdzieś pomiędzy pniami starodrzewu, drugi mężczyzna, ten, który wcześniej trzymał się prawej strony drogi, stojący dotąd z boku, teraz podszedł do pnia, ogarnął go smutnym wzrokiem, objął ramionami, dłonią przesunął po znaku trójkąta, który pod tym dotykiem znikł, a na koniec ukląkł, skłonił głowę i wsparł się czołem o szorstką korę. A wtedy listki na drzewie poczęły drżeć, jakby w przeczuciu zbliżającej się burzy…

W końcu i drugi z wędrowców dźwignął się na nogi i ruszył w tę samą stronę co ów, który pierwszy się oddalił… a po paru chwilach i on jakby rozsnuł się śród kolumnady pni…

Niebo się zmroczyło, gwałtowny podmuch wichru raz i drugi szarpnął konarami samotnika rosnącego na środku polany, strącił z nich dobrą przygarść liści, zakręcił nimi w jakimś szalonym wirze, a potem ustał i ucichł…

* * *

– Spójrz synu, jakie zgrabne drzewo! Zetnijmy je, będą ze dwie belki na powałę domu. Tyle że jedna dłuższa, a druga krótsza, więcej się z tego nie wyciosa.

Słowa te wyrzekł stary brodaty, posiwiały i już lekko przygarbiony od znojnej, ciężkiej roboty, choć w miarę krzepki jeszcze mężczyzna, dźwigający ciesielską siekierę. A skierował je do towarzyszącego mu wysokiego, z wyglądu silnego i nad wyraz proporcjonalnie zbudowanego młodzieńca, który tak na oko mógł mieć jakieś 20-23 lata, który niósł piłę. Taką zwykłą, dwuchwytową, o potocznej nazwie „moja, twoja”.

– Nie – ono jeszcze nie dojrzało, jeszcze nie nadszedł jego czas. Drzewo tylko tak dorodnie wygląda, ale jak się je ociosze, zesłabnie i nie udźwignie tego ciężaru, jaki ma się na nim utrzymać. Nich jeszcze pożyje…

* * *

Gdy drzewo dojrzało, to ścięto je i z grubsza oczyszczono. Konary i drobniejsze gałązki zebrano w stos i spalono, iżby wiatr, rozwiawszy popiół, użyźnił dookolną glebę. A potem smukły pień powieziono do warsztatu cieśli.

Nie był to już ten warsztat, co jeszcze przed kilku laty, stary majster bowiem umarł, a młody w pojedynkę nie mógł brać tylu zleceń, ile ich brali we dwóch. Zresztą młody postanowił rzucić ciesielkę, nie była ona bowiem jego misją, a było nią coś zgoła innego…

Kiedy przywlekli mu ten pień i wyprzęgli suchotniczego, zabiedzonego konika, który go z trudem przyciągnął, młody cieśla najpierw, jakby na przywitanie, lekko dmuchnął szkapinie w chrapy, niezwykle delikatnie i czule pogładził ją po nich, przytulił swój policzek do łba zwierzęcia, poklepał je po szyi i zwrócił się do stojącej nieopodal wyglądającej na jakieś czterdzieści kilka lat kobiety:

– Mamo, bardzo cię proszę, przynieś trochę miodu. Tego, co to już się zestalił i stwardniał. Odłup go nieco, ale nie skąp, daj tak od serca, dobrze?

Sam zaś nadal głaskał konia i szeptał mu coś do ucha. Matka przyniosła spory kęs zbrylonego miodu. Podziękował jej spojrzeniem.

– No, staruszku, skosztujże jakie to pyszne, podetknął koniowi słodką i wonną bryłkę pod sam pysk.

A ów wziął ją delikatnie aksamitnymi wargami i przez jakiś czas międlił językiem, jakby rozkoszując się smakiem, aż w końcu przełknął.

– Smaczne było, staruszku? Pewnie nigdy czegoś takiego w swoim smutnym życiu nie próbowałeś…

Koń jakby rozumiejąc, zarżał cichuśko.

Zobaczywszy to czarny kot i rudawy pies popędziły teraz na wyprzódki, kot, by otrzeć się o nogi młodego cieśli, a pies, by podstawić mu łeb do pogłaskania, bo każdy chciał dostać swoją porcję czułości.

– No już, już, wystarczy – mówił cieśla, ale nie odmawiał im pieszczot.

A kiedy zwierzaki wreszcie odbiegły, każdy w swoją stronę, zwrócił się do ludzi, którzy dostarczyli mu surowy pień drzewa.

– To już ostatnia robota, jaką biorę. Następną zlecajcie komuś innemu.

– Ale ty jesteś najlepszym cieślą na całą okolicę!

– To już ostatnia robota, jaką biorę – powtórzył dobitnie. – Powiedzcie mi tylko, co mam zrobić z tego pnia?

– Gładko ociosaj w kant, podziel na dwie części – dłuższą i krótszą, wyżłób zakłady na poprzeczne łączenie… tyle…

– Zatem mam zrobić… krzyż?…

– Właśnie…

* * *

Gdy już młody cieśla, którego teraz nazywano nauczycielem, po trzech latach wędrówek i nieustannego opowiadania o miłości, prawdzie i dobru znów dotarł przed kolejną Paschą do świętego miasta Jeruzalem, witany przez tłumy niczym król, chociaż jechał na oklep na oślątku, źrebięciu oślicy, i to na dodatek jeszcze pożyczonym, nie zaś na szlachetnym arabskim rumaku przybranym w złoty czaprak, tak wystraszył tych, którzy mieli władzę, pieniądze i rządy dusz, iż umyślili sobie, aby go zgładzić. Postanowili więc unicestwić raz na zawsze dobro, miłość, prawdę i życie.

A kiedy już go opluli, kiedy wyszydzili, kiedy sponiewierali, skatowali, to nałożyli mu na barki starannie ociosaną belkę. Od razu wyczuł pod palcami własną robotę. Przymknął oczy, lekko się zachwiał pod ciężarem i powoli wyruszył w swą ostatnią drogę…

Tłumy pobożnych, rozsądnych i przyzwoitych zebrane w podwójnym szpalerze wzdłuż trasy wiodącej na Miejsce Czaszki, szydziły z niego i ryczały ze śmiechu… garstka niewiast płakała… a z tych dwunastu mężczyzn, którzy mu byli uczniami, przyjaciółmi, synami nieomal, raptem tylko jeden nie uciekł w popłochu, drugi zaś, ten co go zdradził i sprzedał za garść grosiwa, ten się był już zdążył powiesić w rozpaczy…

I mijał go też konik, ten sam zabiedzony, który ongiś przyciągnął pień, a któremu dał skosztować słodyczy miodu… i chciał konik pomóc, chciał ten pień łbem podeprzeć, chciał ulżyć umęczonemu, zaczął więc rozpychać zwarty szereg gapiów, już był tuż-tuż, tuż-tuż, ale właściciel smagnął go rzemiennym batem raz, drugi, dziesiąty klnąc przy tym głośno i ordynarnie… i upadł konik na kolana… i serce mu pękło…

* * *

Wisiał obnażony między niebem a ziemią. Wisiał na drzewie, które ongiś napotkał w lesie, na drzewie, które sam ociosał, na drzewie hańby, między złoczyńcami. Przybity za ręce i nogi wielkimi gwoździami z kutego żelaza o tępych kwadratowych łbach…

A tuż przy jego stopach stała matka i jedyny uczeń, który się nie uląkł, ani się też swojego mistrza nie powstydził. W ich twarzach dało się wyczytać udrękę, lecz oczy mieli suche. Może już wszystkie łzy wypłakali? Kto to wie?…

Omijając nogi rozlicznych gapiów, próbował podpełznąć do krzyża rudawy kundelek, lecz jakiś pobożny lewita wymierzył mu tak potężnego kopniaka, że pies ze skowytem runął na kamieniste zbocze, kalecząc boki i łamiąc żebro.

A zawieszony na drzewie, uprażony na słońcu, spragniony, napojony octem i żółcią, by mu jeszcze przydać męki, zawołał wielkim głosem:

– Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?!

Kundelek znów podjął próbę, by podpełznąć do stóp swego pana i znów kolejny kopniak odrzucił go precz…

A zawieszony na drzewie, mimo bólu rozdzierającego mu całe ciało, rozejrzał się wokół. W słońcu srebrzyły się gaje oliwne, gdzieś, hen, za miastem, zieleniały połacie pól porosłych młodziuchną pszenicą, w powietrzu smużył się zapach wiosennych kwiatów… wtedy przymknął oczy, pojedyncza łza stoczyła się po policzku, po raz ostatni wypuścił powietrze z płuc i zwiesił głowę na piersi… bo w końcu ból rozdarł mu serce na strzępy…

Ciało osunęło się bezwładnie, a wtedy żołnierze podeszli… i zobaczyli, że już umarł, więc nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda.

I tak wisiał na tym drzewie hańby, aż słońce się zaćmiło, aż ziemia zadrżała, aż zasłona w świątyni rozdarła się na dwoje… aż cała natura skamieniała zdjęta grozą… aż ptaki zamilkły i nawet wiatr wstrzymał oddech… i tylko jeden, jedyny pies, który wreszcie doczołgał się do stóp Zamordowanego, patrząc w oczy jego matki, zawył długo i przeciągle, ale tylko jeden, jedyny raz…

Tymczasem on wciąż wisiał na krzyżu, na drzewie hańby… A wiatr, który łagodnie owiewał Jego przesycone gorączką ciało, które jeszcze nie zdążyło ostygnąć, wstawiał się za Nim u owego Drzewa, które już drzewem hańby być przestało, błagając drżącym i świszczącym głosem:

Skłoń gałązki, drzewo święte,

Ulżyj członkom tak rozpiętym.

Odmień teraz oną srogość,

Którąś miało z przyrodzenia.

Spuść lekuchno i cichuchno

Ciało Króla Niebieskiego…

– Zaiste, ten był Synem Bożym – zbielałymi ze strachu wargami wyszeptał rzymski setnik, ów, który włócznią przebił Mu bok. Powtórzył to raz jeszcze, wycierając krew, która trysnęła z boku skazańca na jego chore, zarastające powoli bielmem, oczy. A one w jednej chwili odzyskały całą jasność i całą moc i całą ostrość widzenia, bo ta krew je uleczyła!

– Oj, a jakże mi to udowodnisz? Synem Bożym, zaraz Synem Bożym… – uczony w Piśmie nachalnie schwycił żołnierza za rękę. – No, udowodnij, że był Synem Bożym. To tylko twoja wiara, a ta nie ma nic wspólnego z wiedzą. No… to, co mi na to odpowiesz?…

Rzymianin szarpnął się gwałtownie.

– Odejdź! Zostaw!

– Ale… wiara… wiedza… nie musisz wierzyć… dam ci wiedzę… będziesz wiedział… Nie masz wiedzy, jesteś jak ślepiec… błądzisz po omacku… ja ci dam wiedzę! Będziesz znał dobro i zło.

Lecz żołnierz, który właśnie odzyskał wzrok, już nie słuchał parskającego śliną i gwałtownie gestykulującego natręta. Szybkim, sprężystym krokiem podszedł do matki Ukrzyżowanego i do młodzieńca, który jej towarzyszył.

– Posłuchajcie, zrobiłem, co musiałem. Jestem żołnierzem… Czy możecie mi wybaczyć?…

– Wiem. Jak ci na imię, synu? – zapytała kobieta.

– Longinus… – zawahał się przez chwilę, a potem dodał – matko…

* * *

Przed pieczarą grobową, do której wejście zakryto potężnym okrągłym głazem, płonęło niewielkie ognisko. Skądś z zarośli, dobiegały tajemnicze szepty nocy, jakieś trzaski, ptasie kwilenia, pohukiwanie sów, widać było niewyraźne cienie drgające na żwirowej ścieżce prowadzącej w głąb ogrodu.

Rzymscy żołnierze, pod wodzą setnika Longinusa, trzymali straż. Tak im nakazano. Zimno było, więc każdy chciał się znaleźć jak najbliżej ognia.

Naraz coś poruszyło się w krzakach, dało się słyszeć trzask łamanych suchych gałązek.

Jeden z Rzymian gwałtownie powstał i zacisnął dłoń na rękojeści krótkiego miecza zwanego gladius, wpatrując się w ciemność, z której dobiegły te niepokojące odgłosy.

Ale zaraz odetchnął z ulgą, widząc, że to tylko pies, ten sam pies, który był na Golgocie, a teraz, choć pobity i pokrwawiony, przywlókł się do grobu swojego Pana.

Żołdacy zaczęli ciskać w niego kamieniami, ale kundelek nie dawał się odpędzić.

Odbiegał nieco tylko na bezpieczną odległość, a potem z uporem znów pełzł, przywierając brzuszkiem do ziemi, w stronę kamienia tarasującego wejście do grobu.

– Dajcież mu już spokój – powiedział Longinus. – Popatrzcie, bezrozumne stworzenie, a jakie wierne, jakie oddane. Chodź, no chodź do mnie – wyciągnął rękę w stronę zwierzęcia, chodź tu i zagrzej się, bo i ty zmarzłeś.

Pies nieufnie popatrzył na żołnierzy, ale ostatecznie posłuchał i zbliżył się do ognia. Położył się na brzuchu, wyciągnął przednie łapy i wsparł o nie łeb.

Nie spał. Szeroko otwartymi brązowymi oczami wpatrywał się w kamień tarasujący wejście do pieczary. Jakby na coś czekał.

Czas płynął wolno, ale wreszcie niebo na wschodzie zaczęło lekko szarzeć. I naraz… ni stąd, ni zowąd… w mgnieniu oka zrobiło się widno niczym w upalne południe, ale tylko w pobliżu grobowca.

Nie wiedzieć skąd pojawili się jacyś młodzi mężczyźni, w jaśniejących szatach, z których przy każdym poruszeniu wydobywały się ogniste refleksy i rozświetlał je blask i lśniły niczym błyski zwiastujące nadchodzącą burzę.

Jeden z nich skinął dłonią, a kamień grobowy sam z siebie z hukiem się odtoczył i runął na płask, odsłaniając wnętrze pieczary.

Wtedy z jej mrocznego wnętrza wykwitł tak potężny strumień złocistobiałej światłości, jakby to samo słońce na niebie eksplodowało.

Oślepieni i wystraszeni strażnicy, odrzuceni tym blaskiem precz od grobu, upadli na ziemię tracąc przytomność.

Tylko Longinus trwał świadomy na tym samym miejscu nieporuszony, pies zaś z radosnym skomleniem rzucił się w stronę wejścia do pieczary.

Wtedy jeden z młodzieńców w świetlanych szatach przytrzymał go za kark, a potem wziął na ręce.

I już nie było widać psa, który jakby roztopił się w nieziemskim blasku, choć jeszcze przez jakiś czas dało się słyszeć jego szczęśliwe, przepełnione radością skomlenie i poszczekiwanie…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

BARDZO KRÓTKA HISTORIA DOBREGO PIESKA. V. Andrzej Sarwa

Andrzej Sarwa AZOR. opowiadania o psach

3.

MALUSZEK

BARDZO KRÓTKA HISTORIA DOBREGO PIESKA

W sobotę 11 listopada 2017 roku było dość zimno, a powietrze przesycała wilgoć przemieszana z czymś jeszcze, z czymś nieokreślonym… jakby jakimś chwytającym za duszę smutkiem…

Przyszedł cichutki, wystraszony, prowadzony na długiej parcianej smyczy, z przybrudzoną niebieską obróżką na szyi. Chudy kundelek, wynędzniały, z zapadniętymi bokami, ze zmatowiałymi ślepkami.

„Czyżby tracił wzrok? Jak sobie poradzimy ze ślepym psem?… – przemknęło mi przez głowę. – I to jeszcze na dodatek starym, bo – jak określili weterynarze – miał dziesięć, a może nawet jedenaście lat… a na dobitkę chorym i to poważnie chorym na serce”.

Ponieważ sam takiej przypadłości doświadczam, to dobrze wiem, czym ona jest.

Ale decyzja o przygarnięciu sędziwego, słabiutkiego i zabiedzonego psa podjęta była świadomie. Powodów po temu było kilka – leciwy i niezdrowy, więc jest szansa, że mnie nie przeżyje, bo gdyby miało być inaczej, a po mojej śmierci, jeśli by nie miał kto, lub nie chciał się nim nikt zaopiekować, to co by to stworzenie czekało? Jaki los? Co prawda byli tacy, którzy pukali się w głowę, doradzając przyjęcie pod dach szczeniaka, ale nawet ich słuchać nie chciałem.

– Czy udręczonemu zwierzęciu, które w życiu zaznało tylko głodu, i poniewierki, kija i kopniaków nie trzeba dać choćby trochę serca i zapewnić bezpieczny dach nad głową? Czy nie zasługuje na codzienną pełną miseczkę czegoś pożywnego, smakowitego, a nie tylko na skórkę suchego chleba czy resztki z obiadu i – jeśli się „panu” albo „pani” przypomni – może i odrobinę wody?

Tak więc decyzja zapadła. Ostateczna i nieodwołalna.

Dopełniliśmy formalności, a właściwie zrobiła to moja córka Marta, bo to ona – oficjalnie – miała być jego właścicielką. Podpisała papiery i został z nami…

– Nazwałyśmy go Słodziak, bo jego prawdziwego imienia nie udało się nam poznać – powiedziała jedna z pań, które przywiozły psiaka.

– Słodziak? – skrzywiłem się i raz jeszcze bacznie przyjrzałem się kundelkowi. – Dla mnie to Maluszek. Tak właśnie, Maluszek.

– No to… niech będzie Maluszek, jeśli pan woli. I powiem państwu, że naprawdę mu się udało, bo takie psy praktycznie nie mają szansy na adopcję.

– A to czemu?

– Bo stary, bo poważnie chory, bo najwyraźniej po przejściach, bo mały, bo czarny, no i bez ogona.

– No tak – skinąłem głową – jakiś łotr obciął mu ogonek przy samym tyłeczku…

Maluszek jak gdyby zrozumiał, o czym mowa i pewnie chcąc wkupić się w nasze łaski śmiesznie, kilka razy, pokręcił tym swoim kuperkiem, bo zamerdać nie miał przecież czym.

W końcu trzasnęła furtka, samochód parkujący przed naszym domem odjechał…

Zostaliśmy z Maluszkiem sam na sam…

Piesek stanął przede mną i spojrzał mi w oczy, najwyraźniej z obawą co go teraz czeka…

* * *

Nasza kundliczka Rudzia – prawie jamnik! – raz i drugi ostrożnie obwąchała nowego domownika, a potem trąciła go swoim czarnym nochalem, uśmiechając się całym pyskiem i zapraszając Maluszka do zabawy. Poskakali trochę w ogródku na trawniku, udając, że walczą ze sobą, a potem – gdy znudzona Rudzia – zostawiła go samego, zawołałem pieska do domu.

Dreptał posłusznie, trzymając się mojej nogi, jakby był do niej przyklejony i bał się, bardzo się bał, czego nie był w stanie ukryć… chociaż chyba nawet nie próbował…

– Piesku, nie bój się już, nie drżyj – szepnąłem, nachylając się ku niemu, a on ten szept usłyszał, ale czy zrozumiał? Chyba nie. Najpierw bowiem się skulił, a później zadzierając łebek, spojrzał tylko na mnie tymi swoimi zmętniałymi ślepkami, w których była jakaś jedna, jedyna najogromniejsza prośba. Jaka? Tego jeszcze wtedy nie umiałem zgadnąć… i musiało minąć sporo czasu, żebym pojął, o co on wtedy bezgłośnie wylękniony żebrał: „Nie bij mnie…” – takie to, bez wątpienia, było to jego nieme błaganie…

Zdezorientowany rozglądał się po domu.

– Zrobimy eksperyment – powiedziałem. – Zobaczymy, co też on jada. W kuchennej szafce leżała garstka wysuszonych na kamień skórek chleba, które pewnie miały jakieś tam przeznaczenie kulinarne. Wziąłem jedną z nich i podsunąłem Maluszkowi pod nosek. Nieomal rzucił się na nią i w mgnieniu oka rozgryzł, przełknął i patrząc się na mnie, najwyraźniej czekał na więcej. Chudzina…

– Oj bracie! Toś ty musiał mieć w życiu niebywały wręcz dobrobyt! Idziemy!

Podreptał posłusznie, stukając pazurkami o podłogę. Otworzyłem lodówkę, odkroiłem kawał kiełbasy, a on wpatrywał się w nią, z nieskrywaną nadzieją przełykając ślinę.

– Chodźmy dalej, tu cię nie będę karmił.

Rozsiadłem się wygodnie w swoim pokoiku na wersalce, Maluszek zaś przycupnął na swojej chudej, kościstej dupinie tuż przed moimi nogami. Odkrawałem plasterek po plasterku i podawałem mu wprost do pyszczka, a on te kęsy w mgnieniu oka pochłaniał, jakby w obawie, że tylko może raz coś tak niezwykłego mu się przytrafiło, albo, że mu je ktoś odbierze. A może i jedno i drugie.

Zdrętwiała mi noga, więc ją odruchowo wyprostowałem. Pies gwałtownie odskoczył ode mnie, przewrócił się na bok i począł trząść się ze strachu, znów z przerażeniem patrząc mi w oczy. Wyciągnąłem rękę w jego stronę, żeby go pogłaskać, ale jego strach jeszcze się wzmógł. Odwrócił się na grzbiet, podkulił łapy, odsłaniając brzuszek, jakby chcąc mi w ten sposób powiedzieć: „Widzisz, jestem całkiem bezbronny, bez reszty ci się podporządkowuję i oddaję ci moje życie…” Jednocześnie w jego zamglonych ślepkach znów dostrzegłem tę niemą prośbę: „Proszę… nie bij mnie… proszę…”

– Maluszku! Coś ty?! Nie bój się chłopaczyno! Masz tu jeszcze trochę kiełbasy. Nie chcę być twoim panem, ale przyjacielem!

Lecz on wciąż leżał na grzbiecie, odsłaniając najwrażliwsze części ciała, dygocąc ze strachu.

Zamilkłem i zamarłem w bezruchu z tym kawałkiem kiełbasy wyciągniętym w jego stronę.

Uspokajał się. Powoli, z wahaniem usiadł, nieufnie zerknął na moją nogę, ale ostatecznie, przezwyciężywszy strach, zjadł kolejną porcję bynajmniej nie najtańszej z wędlin. Tę gorszą zostawiłem dla ludzi, bo przecież piesek na powitanie musiał być naprawdę godnie przyjęty.

Przydreptała Rudzia, zerknęła na kundelka, zerknęła na mnie, zerknęła na kiełbasę… Swoją porcję ostrożnie wzięła w zęby, jakby niezdecydowana do końca czy aby to jej posmakuje. Ostatecznie jednak pogryzła i przełknęła. Królewna!

* * *

Maluszek dostał – wzgardzone niegdyś przez Rudzię – wygodne, mięciuchne i dość obszerne legowisko, w którym podesłaliśmy mu stary, sprany niebieski ręcznik frotowy, który wypożyczyły nam dziewczyny ze schroniska, żeby zapachem przypominał mu wcześniejsze miejsce – jego klatkę, czy też kojec, bo same nowe zapachy mogłyby niezbyt dobrze wpływać na psiaka, wywołując lęk, niepokój, poczucie zagrożenia.

Ale niezadługo ów ręcznik przestał pełnić funkcję Maluszkowego posłania i został zastąpiony piękną, puszystą, mięciuchną i ciepłą skórką baranią.

Zmieniliśmy mu także obróżkę ze starej niebieskiej, na nowiutką czerwoną.

* * *

Mijał dzień za dniem… jesień się kończyła, zaczynała zima. Codzienne spacery we troje – ja z Maluszkiem na smyczy i Rudzia przodem biegająca wolno. Ach! Co to były za szczęśliwe wyprawy! Ile śladów na śniegu, ile zapachów! Oboje z nosami przy ziemi. Oboje przepełnieni psim szczęściem.

Ale nie zawsze tak było, przychodziły i dni zimne, wietrzne i dżdżyste, słoty ciągnące się tygodniami albo na odmianę ściskał mróz, a zadymka zasypywała nasze spacerowe ścieżki.

I tak to – raz smutniej raz weselej upływał czas. Słońce wschodziło, słońce zachodziło, topniały śniegi, zieleniały trawy, złociły się kępy podbiałów i kaczeńców, żółciły się, oblepione kwiatami, drzewa dereniowe, morelowe sady białe od kwiecia wabiły pierwsze pszczoły, a potem upojnie, gorzkawo, migdałowo pachniały rozkwitłe śliwy, delikatne wonie smużyły się z kremowobiałych kwiatów grusz, różowiły się jabłonie…

Maje oszalałe od barw i zapachów: fioletowych bzów-lilaków, kremowobiałych baldachów bzów dzikich, głogów czerwonych i białych, od kalin, jaśminów, od bladoróżowych róż dzikich, które się porozsiadały po zdziczałych ogrodach, po miedzach i po ugorach…

* * *

Maluszek nabierał ciała, już nie miał zmętniałych ślepek. Coraz częściej się uśmiechał i zdawało się, że teraz wreszcie jest w pełni szczęśliwy.

Cóż, jednak nie. Rudzia w końcu zobaczyła w nim konkurenta, który nie odstępował mnie na krok, a gdy pracowałem przy biurku, nieustannie warował u moich stóp z główką ułożoną na wyciągniętych łapach.

I Rudzia zaczęła przepędzać Maluszka z każdego miejsca. Najpierw odebrała mu wymoszczone baranią skórą legowisko. Potem przegnała go z drugiej skórki, którą Marta rozesłała mu gdzie indziej. Ale i stamtąd został wyrugowany. Moja wersalka, gdzie uwielbiał leżeć, także stała się dla pieska zakazana. Ostatecznie zostało mu miejsce na dywanie, ale jeszcze częściej goła podłoga.

W końcu wymyśliliśmy, że w ciasnym kąciku między moim biurkiem a wersalką rozścielemy mu starą narzutę, pod którą ukryjemy miękką i cieplutką skórę baranią. I dopiero na to Rudzia dała się nabrać. Chociaż… chyba nie do końca, ale miejsce było tak mało atrakcjine, że łaskawie go nie zajęła.

Lecz Maluszek, chociaż czasem tam się kładł, robił to jakby ukradkiem i gdy tylko Rudzia pojawiała w pobliżu, dyskretnie opuszczał i to legowisko…

* * *

Choć nie był najważniejszy w naszym małym dwupsowym stadku, gdzie Rudzia wywalczyła sobie pozycję liderki, Maluszek odnosił sukcesy w innych obszarach, ot jak choćby w taki sposób, że jego zdjęcie znalazło się na pierwszej stronie okładki zbiorku opowiadań o psach (i to w trzech językach) zaprezentowanej na targach książki w Krakowie! A gdy dodać do tego e-book i audiobook, to widać było pełen Maluszkowy celebrycki sukces! Tyle że dla piesków takie rzeczy nie mają żadnego, ale to żadnego znaczenia.

Chyba ważniejsze dla niego było to, że założyliśmy naszą chłopacką bandę, której przywódcą został, co oczywiste, Maluszek i razem wędrowaliśmy po dróżkach i ścieżkach, a w domu zawsze trzymaliśmy się razem.

Tak czy inaczej – teraz już nie był sparszywiałym kościotrupkiem bez sierści, jakim go znaleziono, gdy – ponoć – z najwyższym trudem wlókł się środkiem ruchliwej ulicy, która bardziej prowadziła go pod koła rozpędzonych samochodów, niż w jakiekolwiek dobre miejsce, ale widocznie czasem i nieszczęśliwe pieski otrzymują w prezencie od Pana Boga odrobinę ulgi w cierpieniu i garstkę miłości…

* * *

Czas ciągle gnał, gnał nieubłaganie… Minął rok i minęła ta przerażająca hukiem fajerwerków Noc Sylwestrowa, gdy ludzie bezrozumnie się cieszą, iż znów o krok przybliżyli się do śmierci, i gdy to przerażony Maluszek najchętniej skryłby się pod ziemią, lecz najczęściej chował się w brodziku pod prysznicem w łazience, albo przynajmniej na płytkach podłogi w pobliżu umywalki.

Tam był jego azyl, chociaż może to niezbyt odpowiednie słowo, bardziej chyba pasuje tu inne – kryjówka, z której korzystał także, gdy grzmiało za oknem, pioruny z łoskotem uderzały w ziemię, a błyskawice zimnym blaskiem rozświetlały niebo.

A później znów słońce wychodziło spoza chmur, a potem liście dzikiego wina nabierały ciemnopąsowej barwy, klony okrywały się złotem i czerwienią, brzozy i wiązy żółkły, brązowiały dęby, a po wąwozach zbierała się mgła… I znów nieubłaganie zbliżała się kolejna Noc Sylwestrowa…

* * *

Maluszek słabł. Coraz więcej posiwiałych kudełków pojawiało się na jego grzbiecie, kontrastując z czarnym futerkiem, podpalanym na brzuszku i szyi i białawym na pyszczku.

Coraz bardziej słabło Maluszkowe serduszko. Coraz bardziej i coraz częściej kaszlał… a jakby tego było mało, zaczęły się i inne dolegliwości. Być może zaczął mu się formować bolesny guz u wylotu przewodu pokarmowego, bo czynności fizjologiczne sprawiały mu tak dotkliwy ból, że nie umiał pohamować niesamowitego, wręcz przeraźliwego zawodzenia ostatecznie przechodzącego w straszny krzyk, bo inaczej nie dało się tego głosu nazwać.

Weterynarz tylko raz odważył się pieska uśpić i zbadać, co też on ma w tych swoich kiszeczkach. Oczyścił to i owo, ale niczego konkretnego – jak powiedział – nie wymacał. Maluszek z trudem wybudził się z narkozy.

I od tamtej pory już wiedzieliśmy, że nie pozostaje nic innego, jak tylko wspomagać go lekarstwami i oczekiwać, aż nadejdzie ostateczny kres jego chorób… tyle że zdawało się nam, iż to – tak naprawdę – nigdy nie może się wydarzyć.

* * *

Minęła nędzna wiosna 2020 roku – roku diabła, roku dotkniętego przekleństwem obsesyjnego lęku mas przed śmiercią, która rzekomo chciała ich dopaść i unicestwić, anihilować… lęku przed odejściem w niebyt, bo nawet i ci, którzy się uważali za osoby religijne, skłaniali się raczej ku wierze, że po ustaniu krążenia ustaje wszystko i nie ma już niczego…

Przyszedł ładniejszy nieco czerwiec i wtedy Rudzia zaczęła odmawiać wychodzenia na spacery, więc chodziliśmy tylko my dwaj – nasza chłopacka banda, czyli ja i Maluszek.

Ptaki, których trele wiosną niosą się zewsząd, z koron drzew, z zarośli i z jakichś niedookreślonych miejsc teraz zamilkły – zapanowała jakaś i przygnębiająca i jakby groźna cisza.

Było coraz smutniej…

W końcu i Maluszek coraz niechętniej dreptał przede mną, co kilka, kilkanaście kroków przystając zdyszany i bardzo zmęczony… I ten kaszel… kaszel, który go dręczył i za dnia i w nocy… Leki przestawały już skutkować.

Nasze spacery, każdego dnia krótsze, dawały nam coraz mniej przyjemności, a były tylko jakimś codziennym rytuałem i niczym już więcej…

I tak przemijało lato…

* * *

Maluszek jadł coraz mniej. Niby jeszcze w czasie obiadu siadał przy moich nogach i wpatrywał się we mnie, ale już nie prosił o co smakowitsze kąski, jakie mu zwykle podtykałem pod nosek. Siadał tak i patrzył tak, bo to też stanowiło rodzaj pewnego rytuału.

* * *

Niedzielny dzień 6 września 2020 roku obudził się smutny, a z nieba zaciągniętego chmurami zaczął padać drobny deszcz.

Wbrew obawom, że psy nie zechcą pójść na spacer, to jednak wyjątkowo chętnie, jak nigdy od wielu już miesięcy, wybiegły za furtkę.

Rudzia wyprzedzała mnie, jak to miała w zwyczaju, a Maluszek z roześmianą mordką węszył, buszował w trawie i pogryzał jej źdźbła. Tak szczęśliwego nie widziałem go chyba nigdy, od kiedy zamieszkał pod naszym dachem!

„– Mój Boże – pomyślałem – wreszcie mu się poprawiło! Najwyraźniej zdrowieje!”

Ciągnął smycz z takim zapałem, że ledwo mogłem za nim nadążyć! I był to wspaniały spacer, przeszliśmy całą tę trasę, jaką przemierzaliśmy od lat, najpierw z Rudzią, a potem z obojgiem, a która w ciągu ostatniego półrocza skurczyła się nam więcej niż o połowę!

Mżawka się nasiliła, aby dość szybko przejść w spokojny słaby deszcz. Przyśpieszyliśmy.

Gdy dotarliśmy do podwórka i zatrzasnąłem furtkę, do drzwi domu szliśmy już w ulewie.

Poczekaliśmy w przedpokoju, aż Marta powyciera ubłocone łapy i zmoknięte futerka.

Rudzia położyła się zaraz na skórce baraniej w pokoju Marty, a Maluszek nie odstępował mnie nawet na krok. Gdy pracowałem na komputerze, leżał na podłodze obok moich stóp, gdy zaś siadałem na wersalce, żeby rozprostować kręgosłup, wskakiwał i przycupnąwszy obok, wpatrywał mi się w oczy, długo, głęboko, jakoś tak dziwnie, jak nigdy dotąd, aż przechodził mnie dreszcz.

W czasie obiadu zawzięcie się domagał, żeby się z nim dzielić, czego nie robił już od tygodni, więc mu nie skąpiłem najlepszych kąsków, za co dziękował mi uśmiechniętą mordką. Byłem pewny, że on naprawdę zdrowieje…

* * *

Nastawał wieczór. Za oknem deszcz się nasilił. Strugi wody spływały po szybach, grube krople bębniły w parapet.

Gdy zaczęło zmierzchać, psy dostały kolację, którą zjadły ze smakiem.

A potem… potem Maluszek zaczął kaszleć, coraz bardziej i bardziej…

Dżdżysta noc… Mrok jakiś przerażający i to bębnienie kropel w blaszane parapety…

Maluszek kaszlał, już prawie bez przerwy. Noc zgęstniała, a ulewa się nasilała.

W końcu kaszel jakby trochę zelżał. Piesek odrobinę uspokojony położył się na podłodze, wciskając się pod moją wersalkę. Pomyślałem, że może to na dzisiaj koniec jego cierpień, że teraz się uspokoi, uśnie i rano wszystko będzie dobrze, jak każdego wcześniejszego poranka.

Byłem zmęczony, bardzo zmęczony, położyłem się więc i ja. Przyłożyłem głowę do poduszki i po jakimś czasie znalazłem się na pograniczu jawy i snu. Nie wiem, jak długo spałem, ale chyba dość krótko, bo bardzo prędko wróciłem do całkowitej przytomności, kiedy to Marta weszła do pokoju i powiedziała przez łzy:

– Tato… Maluszek umiera…

Podźwignąłem się, usiadłem na wersalce, a potem wstałem i poszedłem za nią.

Leżał w łazience na gołych i zimnych płytkach posadzki tak biedny i wystraszony jak jeszcze chyba nigdy przedtem.

Marta usiadła na podłodze obok niego. Spojrzał na nią z nadzieją, że mu pomoże, że go ochroni, jak zawsze, gdy grzmiało, albo eksplodowały sztuczne ognie. Podźwignął się nawet nieco, przytulił się pyszczkiem do jej policzka, a potem znowu osunął się na płytki, na gołe białe, zimne płytki i ułożył głowę na wyciągniętych łapach.

Piesek bardzo chciał odpocząć, ale wrócił kaszel tak straszny, że aby się nie udusić musiał siadać. I tak to trwało i trwało… aż zaczęła się agonia… a gdy zaczął już charczeć… było jasne, że jego psia droga ostatecznie dobiega kresu, lecz było też widać, jak bardzo i boi się i nie chce umierać…

A podobno psy mają tylko instynkt i nie mają samoświadomości, rozumu, uczuć ani duszy… Skąd zatem ten lęk przed umieraniem, przed śmiercią? No skąd? Odpowiedzcie mi nieprzyjemni mądrale!

Przykucnąłem naprzeciw Maluszka, a on od czasu do czasu resztką sił kierował swoje brązowe ślepka to na mnie, to na Martę, jakby prosząc, byśmy go osłonili przed tym, co nadchodziło groźne i przerażające, tak jak zawsze dotąd chroniliśmy go przed pomrukami burzy, czy hukiem noworocznych fajerwerków…

A może miał nadzieję, że to jeszcze nie teraz? Przecież był w tym swoim schowanku, w swojej – jak dotąd zawsze bezpiecznej skrytce, w tym swoim azylu, a my byliśmy przy nim, tuż obok, obydwoje.

Ale to już było dogasanie…

Odchodzenie się przeciągało, za oknem mroczyła się długa noc i straszna ulewa potokami spływała z chmur.

Patrzyłem przez łzy na Maluszka i doszedłem do przekonania, że on chyba już pogodził się z losem i że gotów byłby umrzeć, ale teraz trzymał się życia wyłącznie dla nas – dla mnie i dla Marty, najwyraźniej nie chcąc nam sprawić zawodu, bo widząc nas czuwających obok, uznał, że swoim odejściem przysporzyłby nam smutku i pewnie jeszcze więcej łez… więc cierpiał i walczył z agonią…

– Martuniu – powiedziałem, idąc do swojego pokoju – zostaw go samego, on przy tobie nie odejdzie.

Więc z mokrymi oczami zostawiła go w tej łazience na tych zimnych płytkach obok umywalki, podniosła się z posadzki i odeszła, ale on jeszcze resztką sił dźwignął się na łapy i przywlókłszy do mojego pokoju, usiadł tuż przed moimi stopami i spojrzał mi w oczy.

A ja… a ja niczego nie mogłem… bezsilny…

– Maluszku-Paluszku… zostawiasz mnie samego… nie będzie już naszej chłopackiej bandy… Maluszku kochany… chłopaczyno… – szeptałem.

Już nie mógł dłużej siedzieć i gdzieś odszedł, a ja nie podążyłem za nim, bo wiedziałem, że jeśli pójdę, to znowu agonia się przeciągnie…

W końcu ze zmęczenia przysnąłem i znowu obudził mnie głos Marty:

– Tato… Maluszek… tym razem już…

Tak… już. Teraz wiedziałem, że to już…

Nie było go w łazience. Leżał w saloniku pod oknem, na gołych deskach podłogi, tam, gdzie nigdy się nie kładł ani on, ani Rudzia… tam sobie znalazł ostatnie miejsce pod naszym dachem…

Jego ostatni wydech był podzielony jakby na trzy odrębne – pierwszy był najsilniejszy, drugi słabszy, a wraz z trzecim wyszła z niego resztka powietrza razem z małą dobrą psią duszyczką… a małe schorowane serduszko wreszcie przestało go boleć… i opuściły go już wszystkie lęki.

Był poniedziałek 7 września, godzina 1:20.

Za oknem nieustający szum ulewy… woda wciąż spływała potokami z chmur… więc nie można go było wynieść na dwór, musiał zostać do rana tu, gdzie odszedł poza granicę życia. Więc został.

Marta owinęła go narzutą, którą kładła na tej jego baraniej skórce… na tej skórce, na której nawet bał się leżeć.

Był u nas przez dwa lata i niespełna dziewięć miesięcy…

Płakałem, Marta płakała, niebo płakało… Rudzia obwąchała tego małego trupka i odeszła na bok i też miała jakieś takie wilgotne oczy.

I to był koniec.

Została po nim czerwona obróżka, której nie pozwalał sobie zdejmować, bo była dla niego jakby symbolem tego, że jest nasz, a my należymy do niego.

Wahałem się, czy mu nie zostawić tej obróżki, ale ostatecznie zdjąłem ją rano ze stężałej już pośmiertnie szyi.

Nie, ja nie wierzę, że ta obróżka ta stara czerwona obróżka to wszystko, co zostało po Maluszku, a jego już nie ma… że go w ogóle nie ma, że się rozpłynął w nicości, że żył owe trzynaście czy czternaście lat, z czego dziesięć w nieopisanej nędzy i udręczeniu, a potem po prostu przestał istnieć…

Czy cierpienia zwierząt niezawinione, niezasłużone nie mają żadnego znaczenia i żadnego sensu?…

Mam nadzieję, że Pan Bóg patrzy na to wszystko inaczej niż my i że w swoim domu ma tyle miejsca, że może tam dać schronienie wszystkim dobrym ludziom i wszystkim zwierzętom.

Czy zatem spotkamy się jeszcze mój mały przyjacielu – Maluszku-Paluszku, chłopaczyno kochana? Czy kiedyś spotkamy się jeszcze? Bo z oczu ciągle płyną te łzy głupie, jakbyś najbliższą był dla mnie rodziną…

A gdy już przycupniesz u stóp Najwyższego, popatrz mu głęboko w oczy i wstaw się za mną… On zrozumie… i może cię wysłucha?…

I to już koniec historii małego dobrego pieska, który miał tak smutne życie i tyle krzywdy doznał od ludzi, że nigdy nie przestał się ich bać…

* * *

To co Rudziu? Komu teraz z brzegu?

W tej wędrówce we mgle i pomroce

Albo w słońcu po puszystym śniegu

Po tej drodze ludzkiej i sobaczej?

Już Maluszek wyprzedził nas w biegu…

Moje serce zdławione wciąż płacze…

Chodź kochana! Biegnijmy za psiną!

Dobiegnijmy za nim do bram raju,

Za którymi już nic nie zaboli,

Gdzie psy dobre anieli witają!…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

Zanim Francja zakwitła rewolucją – Mazdak – prekursor „postępu”

Andrzej Sarwa

Zanim Francja zakwitła rewolucją – Mazdak – prekursor „postępu”

W Iranie, za panowania szacha Kawada I (488-531 r.), powstała herezja wywodząca się i z manicheizmu i zaratusztrianizmu (głównie jednak z tego pierwszego), odpowiednio „przetworzonych”. Reformy religijnej dokonał naczelny kapłan zartusztriański Mazdak, który był krypto-manichejczykiem, a potem naukę Maniego wzbogacił o doktrynę społeczną, którą można streścić krótko: „wszystko należy porozdawać, a zwłaszcza kobiety”. Populistyczne idee Mazdaka, i popierającego go szacha szybko się rozprzestrzeniły, przyjęte z entuzjazmem głównie przez pospólstwo, natomiast rody arystokratyczne dystansowały się od nich. Omamiony i zwiedziony szach zdecydował się uczynić z mazdakizmu religię państwową, i była takową przez lat czterdzieści.

Mazdak, ogłosił że „Bóg posłał na Ziemię środki do życia, z tym wszakże, by ludzie rozdzielili je sprawiedliwie między sobą” i by nikt nie posiadał więcej od innych. Wedle celnego i dosadnego stwierdzenia imama Ta’abariego, czyli: Abu Jafara Muhammada ibn Jarira at-Tabari”’ (838-923), irańskiego sunnickiego historyka i teologa: „ten pies rozgrabił mienie ludzi, zerwał zasłony z haremów i motłochowi oddał władzę”. W nauczaniu Mazdaka nie było niczego nowego – nie on pierwszy (a i nie on ostatni) głosił podobne idee. Nowe było jedno: to, iż apelował o rozdzielenie majątków pomiędzy wszystkich ludzi, oraz to, by kobiety stały się wspólną własnością wszystkich mężczyzn.

Najdziwniejsze zaś to, że nauki owe wygłaszał ze stopni tronu szacha Kawada, władcy Iranu, prawowitego spadkobiercy Sasanidów, który stał się jednym z jego pierwszych uczniów, i który objął go swym patronatem. W pewnym jednak czasie swoją gorliwość w sprawach nowej wiary Kawad przypłacił wygnaniem.

Jak wspomniano, biedota przyjęła reformy z radością, natomiast wśród wyższych warstw społecznych, a przede wszystkim wśród arystokracji, wprowadzano je terrorem.

Wszystkich, którzy sprzeciwiali się idei równości społecznej i majątkowej, oraz wspólnocie kobiet, po prostu fizycznie likwidowano.

Szach, mając nadzieję umocnić swoją władzę i ograniczyć władzę arystokracji chętnie poparł nauki Mazdaka. W roku 496 został jednak obalony i uwięziony. Udało mu się wszakże wydostać na wolność i po trzech latach wygnania powrócił do kraju, biorąc srogi odwet na tych, którzy pozbawili go władzy. Wymordował sporą część arystokratów i przez czterdzieści lat w Iranie panował mazdakicki terror.

Nie wiadomo, jakby się skończył ów „eksperyment społeczny”, gdyby w końcu synowi władcy, późniejszemu szachowi Chosrowowi (Chosrow, Chosroes) I Anoszirwanowi (531-579 r.) nie udało się pokonać Mazdaka i jego zwolenników.

Syn i spadkobierca Kawada, Chosrow I Anoszirwan, nie podzielał religijnych poglądów ojca i ukarał Mazdaka śmiercią, dokonując jednocześnie niebywałej masakry w szeregach jego zwolenników, zabijając jednego dnia setki tysięcy mazdakitów na ogromnej przestrzeni kilkuset hektarów. W tym miejscu może zrodzić się pytanie: dlaczego nowy szach aż tak bardzo nienawidził Mazdaka i mazdakitów?

Abu-Fardż Al-Isfahani, arabski historyk i pisarz żyjący w X wieku, autor Księgi pieśni, tak oto opowiada historię tej nienawiści: „Pewnego razu u Kawada gościła jego małżonka i królewicz Chosrowow Anoszirwan. Wtem do prywatnej komnaty władcy wszedł Mazdak. Gdy ujrzał królową, powiedział do szacha: „Daj mi ją, chcę bowiem zaspokoić z nią swe pożądanie”. Ponieważ – jak już wiemy – mazdakici głosili wspólnotę żon, a władca był bardzo bogobojny i oddany sprawom wiary, odpowiedział Mazdakowi: „Bierz ją”. Ale w tym momencie królewicz rzucił się do nóg Mazdaka, prosił go i błagał, by pozwolił matce odejść. W końcu ucałował Mazdaka w stopę, i wówczas Mazdak puścił ich wolno. To zdarzenie mocno zapadło królewiczowi w duszę”.

I właśnie wtedy Chosrow zaprzysiągł śmierć Mazdakowi. Gdy Chosrowow otrzymał pełnię władzy w państwie, wszechmocny dotychczas kapłan przybył do niego, z pouczeniem, że nadmiar pieniędzy i dóbr u jednych, jest źródłem niedostatku u innych.

„– Nadal tu jesteś, synu wszetecznicy? – zdziwił się Chosrow. Przysięgam na Boga, że do tej pory smród twoich skarpet nie opuścił mojego nosa, od chwili, gdy całowałem twoją stopę”.

***

Doktryna Maniego inspirowała wiele umysłów i była źródłem, z którego wielokrotnie czerpano, a obok głównego nurtu religii manichejskiej pojawiło się wiele innych, i to nie tylko płynących w tym samym mniej więcej kierunku, ale i w odwrotnym. Jak to możliwe? Można zachować główny zrąb doktryny, a wypracować całkiem różną od ortodoksyjnej naukę społeczną.

Jeśli bowiem przyjmiemy, że materia jest zła, dobre zaś tylko uwięzione w niej dusze – iskry Światłości, to niekoniecznie musimy dojść do wniosku, że właśnie osobiste wyrzeczenia i umartwienia muszą odgrywać pozytywną rolę w odwiecznej walce Dobra ze Złem.

Jeśli nasze pojawienie się w materialnym ciele zostało spowodowane aktem twórczym złego boga, to grzech nie jest wynikiem wolnej woli, lecz determinuje go wola i działanie sił ciemności. W takim wypadku nie ponosimy żadnej odpowiedzialności. Jeśli więc wszystko, co czynimy, bierze początek w woli Arymana, to nie ma ani zasługi, ani tym bardziej winy, a skoro nie ma winy, nie ma też i kary, ani za życia, ani po śmierci. Dlaczego wobec tego mamy się umartwiać, zamiast żyć w taki sposób, jaki daje nam najwięcej zadowolenia i rozkoszy?

———————————–

Zastanówmy się teraz, co mogło sprawić, że taki heretyk jak Mazdak omotał władcę, i co sprawiło, że Kawad mógł popaść w tak odrażającą herezję?

Ówczesny Iran trudno byłoby nazwać państwem we współczesnym rozumieniu tego słowa. Stanowił on bowiem rodzaj federacji wielu rodów i grup społecznych, nad którymi szach pełnił raczej nominalne, a nie rzeczywiste zwierzchnictwo. Często się zdarzało, że zarządcy prowincji, satrapowie (mazrabanowie) sami przybierali tytuł szacha. A wśród innych poddanych króla królów znajdowali się inni rzeczywiści królowie, jak na przykład dziedziczni zarządcy mniejszych od prowincji jednostek terytorialnych. Prócz nich było również siedem naj-starożytniejszych irańskich rodów. I dla przedstawicieli owych rodów zarezerwowane były najważniejsze stanowiska w państwie. Następną warstwę społeczną tworzyli ludzie o mniejszym znaczeniu, którzy jednak także niezależnie się rządzili w swoich dobrach, mając własne sądownictwo i wojsko. Niby ich obowiązkiem było stawić się na wojnę, gdy szach im to nakaże, lecz często lekceważyli takie wezwania, a gdy już się pojawiali ze swymi oddziałami, nigdy do końca nie można było być ich być pewnym, bo zdarzało się im przechodzić na stronę wroga. Wreszcie istniała jeszcze jedna grupa – ludzi wolnych. Byli to właściciele ziemscy, a jednocześnie wojownicy, którzy niegdyś Cyrusowi, a potem Ardaszyrowi ofiarowali władzę nad Persją.

Kawad, syn Peroza, wstapił na tron w roku 488. Jego ojciec, wojował z Heftalitami, czyli „Białymi Hunami”, wojnę przegrał i wraz z synem dostał się do niewoli. Król Heftalitów zażądał ogromnego okupu – dwudziestu worków złota i siostry szacha za żonę. Ale Peroz mógł zebrać zaledwie połowę sumy, zatem w zamian za dziesięć brakujących worków zostawił syna jako zakładnika, a sam powrócił do Persji. Tak więc młodość następcy tronu przebiegała w środowisku nieirańskim, a na dodatek jako półniewolnika. Aby wykupić Kawada, Irańczyków obłożono specjalnym podatkiem, ale z powodu wojen, klęsk i potęgi arystokracji skarbiec szacha nie mógł się prędko napełnić. Ostatecznie jednak udało się zebrać brakującą sumę i królewicz powrócił do ojczyzny.

Pozostało jednak jeszcze jedno żądanie władcy Heftalitów do spełnienia – szach miał mu oddać swoją siostrę za żonę. Ale Pers nie miał zamiaru wywiązać się z tej obietnicy i zamiast siostry, posłał inną kobietę. Gdy jednak oszustwo się wydało, oszukany narzeczony rozpoczął wojnę na nowo. Peroz zginął, jego wojsko zostało zdziesiątkowane, a obóz i harem wpadły w ręce Heftalitów.

Na tronie zasiadł teraz brat Peroza, Balasz (484-488). Szach, widząc przemoc silnych i niemoc słabych, spróbował „otrzeć łzy wdów i sierot” i jął karać tych właścicieli, z których wsi uciekali chłopi. Ale wojsku nie podobał się taki władca, dlatego poprało Sufraja, który gromił Heftalitów, a Balasz, po zaledwie czterech latach rządów musiał tron opuścić. Sufraj kazał go oślepić i królem królów uczynił Kawada. Uważał bowiem, że Kawad, który wychował się między Heftalitami, łatwiej się z nimi porozumie. Ucisk silnych przez słabych trwał nadal.

Ferdousi w Szahname (czyli napisanej w wieku X Księdze królewskiej) tak opowiada o pierwszym spotkaniu Kawada z Mazdakiem: W kraju głód. Prości ludzie jęczą u królewskich bram. Mazdak, wspaniały i elokwentny staje przed władcą i zadaje mu zagadkę: „– Jeżeli jeden umiera od jadu, a drugi ze skąpstwa nie daje mu odtrutki, jak nazwać tego drugiego?” Szach odpowiada: „– Ten skąpiec jest mordercą i należy go stracić”. Mazdak odchodzi, ale wraca następnego dnia. Pyta: „Więzień umarł w lochu z głodu, dozorca bowiem więzienny, mając chleb, przestał karmić więźnia. Jaka kara należy się dozorcy?” Kawad odrzekł: „Śmierć”.

Otrzymawszy takie odpowiedzi na zadane szachowi zagadki, Mazdak czym prędzej pośpieszył z dobrą nowiną do głodujących i polecił im rabować cudze spichrze. Zaczęła się powszechna grabież i niszczenie. Wieść o tym dotarła do Kawada. Ten rozgniewany wezwał Mazdaka, ale ów nie czekając na pytanie, czy zarzuty – rzekł tak: „– Ten, kto chce być sprawiedliwym władcą, nie powinien postępować jak sknera skąpiący odtrutki i jak dozorca więzienny skazujący więźniów na śmierć głodową. Iran to kraj pustych żołądków i pełnych spichlerzy, i to drugie jest przyczyną tego pierwszego”.

I szach, zgadzając się z argumentacją Mazdaka, poparł motłoch. Czy też lud. Jak kto woli. Dlaczego jednak przyjął naukę mazdakitów? Perscy i arabscy historycy proponowali dwa wyjaśnienia tej, bądź co bądź, zagadki. Pierwsze tłumaczenie to takie, że władcy obrzydły wojny i mordy, i zagłębił się w rozważaniach dotyczących spraw ostatecznych. Albo też, że „szach był ochoczy do kobiet”. A przecież Mazdak ogłosił ich wspólnotę.

Mazdak twierdził, że skoro wszyscy ludzie pochodzą od tych samych przodków – Prarodziców, to mają równe prawa do kobiet i majątków. To, twierdził on, położy kres wszelkim kłótniom i niezgodom, które biorą przyczynę z majątkowej nierówności. Mazdak zatem proklamował wspólnotę kobiet wraz ze swobodnym i równym dostępem do nich wszystkich mężczyzn, głosząc, że winny być one tak samo dostępne, jak ogień, woda i pożywienie.

Trudno się dziwić, że cała młodzież przeżywająca burzę hormonów, a i zdeprawowane warstwy społeczeństwa, a wreszcie sam szach, z radością przyjęły naukę Mazdaka. A ona, jak pożar lasu, rozprzestrzeniała się z ogromną prędkością, obejmując coraz większe obszary społeczeństwa. Cała Persja popadła w „seksualny kryzys” i „erotyczną anarchię”. Ruch mazdakicki stał się tak popularny i potężny, że kto chciał, zachodził do czyjegokolwiek domu i mógł zawładnąć żoną, córką i mieniem jego właściciela. Kawad zaś nie przeciwstawiał się temu. A to dlatego, że ponoć sam też „lubił kobiety”, a dwa, że mazdakici grozili mu, że zrzucą go z tronu, jeśli spróbuje się im przeciwstawić.

W końcu doszło do tego, że nikt nie wiedział, kim są ojcowie rodzących się dzieci, zatem dzieci owe nie były uznawane przez prawowitych mężów kobiet, które miały stosunki seksualne z wieloma obcymi mężczyznami. Wreszcie i dzieci – nieznające swych prawdziwych ojców, nie tylko nie uznawały, ale i gardziły mężczyznami, którzy ich wychowywali jako ojcowie. Chaos w Persji był całkowity.

Skutki tego nie kazały na siebie długo czekać. Kawad – jak wcześniej wspomniano – został pozbawiony tronu i wtrącony do więzienia. Różnie się mówi o wypadkach, które teraz nastąpiły. Taabari opowiada, że dozorca więzienny Kawada, uległszy pokusie jego żony i jednocześnie siostry (jak to zalecał zaratusztrianizm), przepuścił żonę do męża. Znalazłszy się w lochu, kobieta kazała zapakować Kawada w dywan i wynieść na zewnątrz. Dozorcy więziennemu powiedziała, że w dywanie znajduje się kobieca bielizna pobrudzona krwią menstruacyjną. Dozorca, lękając się zanieczyścić, pozwolił dywan wynieść. Gdy tylko Kawad znalazł się na wolności, zbiegł do Heftalitów.

Wedle Szahname Ferdousiego, Kawada skazano na śmierć, a wyrok polecono wykonać Razmechirowi, synowi Sufraja, tego samego, który wyniósł Kawada na tron. Wszakże Razmechir nie odważył się podnieść ręki na szacha i puścił go wolno. Tak było, czy inaczej władca Heftalitów przygarnął wygnańca i ożenił go ze swoja córką. Wówczas Kawad zaczął codziennie błagać teścia, by dał mu wojsko, pomógł zniszczyć wrogów i ponownie osadził go na tronie Iranu.

Jak łatwo się domyślić Kawad dostał wojsko, wrócił do ojczyzny i pokarał śmiercią przeciwników. Za Kawadem stała armia Heftalitów oraz mazdakici, którzy teraz mogli podnieść głowy. Iran znów zaczęto rabować. A rabował każdy, kto nie był leniwy. Skarbiec szacha stał się pusty, a rabunek nie ustawał. Na dodatek Heftalici zażądali wynagrodzenia za pomoc w odbudowaniu mazdakickiej władzy i odgrażali się, że jeśli nie dostaną tego, co im się należy sami to i tak wezmą, z naddatkiem.

***

Bardzo istotne jest, by zauważyć, że mazdakizm był przede wszystkim głęboką nauką religijną, a dopiero potem ruchem społecznym. I w takiej właśnie kolejności należy mu się przyglądać. Jak wspomniano wcześniej, była to wykrzywiona religia zaratusztriańska z elementami gnostycyzmu i znaczną dawką manicheizmu.

Mazdakizm – podobnie jak zaratusztrianizm i manicheizm – uznawał naukę o dwu pierwiastkach: Dobru i Złu – Świetle i Ciemności. Jednakże Ciemność utożsamiał z chaosem, pozbawionym rozumu i woli. Światłość zaś była przepełniona wolną wolą i rozumem. Natomiast gnostycką była nauka o najwyższym władcy, zasiadającym na tronie wspieranym przez cztery siły duchowe – poznania, rozumu, pamięci i radości, podobnie jak obok tronu szacha zasiadało czterech wysokich urzędników.

Tak oto powstał zgrabny system „kosmicznej administracji”, której zrozumienie było dostępne tylko dla wybranych. Zatem: świat dzielił się nie na biednych i bogatych, a na wybranych i niewybranych, tych, którzy pojęli wielką tajemnicę i pogrążonych w zamęcie ciemności, nieznających imion czterech sił duchowych. Na bazie tej nauki zawiązała się konspiracyjna sekta z własnymi stopniami wtajemniczenia i bezwzględnym posłuszeństwem względem tych, którzy posiedli wyższe stopnie wtajemniczenia. Najistotniejsze jest jednak to, że Mazdak nauczał, iż owe cztery siły duchowe, gdy zjednoczą się w człowieku, czynią zeń boga.

Społeczna część doktryny Mazdaka zakładała natomiast: po pierwsze – bezwarunkową koncentrację władzy w rękach sprawiedliwego króla, jedynego pasterza nad jednym stadem. Po drugie – zakładała też, że aby mógł być tylko jeden pasterz i jedno stado, musi być też wspólne mienie i kobiety.

Mazdakici twierdzili – pisze Abu Ali Ahmed ibn Muhammad znany jako ibn Miskawaich lub Ibn Miskaweich (?-1030), arabski historyk i filozof – że odbiorą bogatym i oddadzą biednym; ci, którzy mają nadmiar pieniędzy, pożywienia, kobiet i innych dóbr nie stanowili dla nich żadnej wartości, w przeciwieństwie do tych drugich. Skorzystali na tym podli ludzie… Pomagali oni Mazdakowi i jego współpracownikom, póki ich sprawa się nie umocniła… Lud mu uwierzył, olśniewał go bowiem i skłaniał do szukania pociechy w bogactwie i kobietach. Mówił, że to pobożność, która podoba się Bogu.

Twierdził także, że w jeden tylko sposób można pomóc Dobru – starając się zniszczyć zastaną strukturę świata, twór Zła. Ponieważ wszyscy jesteśmy materialni, wszyscy jesteśmy sobie równi i w nikim nie tkwi więcej boskiego światła. Rozdzielone bowiem zostało równo między poszczególnych ludzi.

Nierówność społeczna powstrzymuje uwolnienie światłości z więzów materii. Jeśli klasy, warstwy zostaną zniesione i wszyscy ludzie zostaną dopuszczeni do sprawiedliwego, bo równego, udziału w dobrach, zniknie przyczyna nienawiści i walk nękających nasz glob od zarania dziejów. To z kolei przyczyni się do uzyskania przewagi Dobra nad Złem.

Jak już powiedziano, Mazdak był mobedem, czyli magiem zaratusztriańskim. Funkcję tę sprawował oficjalnie i wykazywał się nawet taką gorliwością, że został najwyższym kapłanem. Osiągnąwszy pierwszą godność duchowną, uznał, że ma już możliwość zrealizować swoje zamierzenia. Przygotował się do tego skrupulatnie. Przy pomocy zaufanych sług i zwolenników połączył w stołecznym chramie ołtarz, na którym płonął święty ogień, długim tunelem z podziemiami. W tunelu owym umieścił człowieka, który miał odpowiadać na pytania zadane ogniowi.

***

Trudno przewidzieć jak potoczyłyby się dalsze dzieje Persji, gdyby nie… kobiety.

Mazdak przyjął bowiem z klasycznego manicheizmu pogląd, że kobieta jako ta, która przekazuje życie nowym pokoleniom, jest istotą złą i odmówił jej człowieczeństwa. Potraktowawszy je jako rzeczy – przedmioty służące dawaniu rozkoszy mężczyźnie, ogłosił – co już wiemy – kobiety wspólną własnością.

Posunięcie to miało, jak przypuszczam, również inne, bardziej prozaiczne znaczenie. Mimo popularności, jaką „prorok” zdobył wśród ludzi dzięki reformom społecznym, chciał ją jeszcze bardziej rozszerzyć i ugruntować. Wspólne kobiety miały służyć temu celowi. Czyż któraś z dawnych religii mogła zaoferować coś bardziej atrakcyjnego?

Nic też dziwnego, że szeregi mazdakitów z dnia na dzień rosły. Musiał chyba być bardzo pewny swej siły, skoro porwał się w końcu na królową, o czym już wcześniej było mówione. Ostatecznie chuci z nią nie zaspokoił, ulegając prośbom Chosrowa – następcy tronu, ale sama próba wejścia do sypialni władczyni stała się przyczyną zaciekłej nienawiści królewicza do Mazdaka. I był to początek klęski tego ostatniego. Syn szacha zaczął montować opozycję wśród arystokracji i magów.

Trwało to długo, ponieważ ludzkie obawy o własną skórę powstrzymywały tych spośród niezadowolonych, na których stawiał Chosrow. Jednocześnie wszelkimi możliwymi sposobami starano się zdjąć bielmo z oczu władcy.

Ten jednak był nieugięty. Powolny Mazdakowi nie słuchał najbardziej nawet rzeczowych dowodów prawowiernych mobedów. „Prorok” ze swej strony rozumiał, że musi za wszelką cenę przeciągnąć na swoją stronę królewicza, który jego wiary nie przyjął. Lecz nigdy się to Mazdakowi nie udało, ale na zmiany w kraju trzeba było czekać aż do chwili, gdy Chosrow wstąpił na tron.

Mazdak postawił na pospólstwo, bo sądził, że nie ma w państwie większej ponad nie siły. Mniemał także, że jeśli się je uzbroi, zawsze go obroni, lękając się o utratę przywilejów. Ale nawet zakładając, że Mazdak miał jak najczystsze intencje, do czego miała doprowadzić jego polityka? Wspólnota kobiet zniszczyła rodzinę, a przez to ugodziła w porządek społeczny i państwo. Wspólnota majątków sprawiła, iż ludzie nie mieli już żadnego bodźca do wydajnej pracy, i ten bowiem, który wykonywał swoje obowiązki uczciwie, i ten, który tylko udawał, że je wykonuje, równo korzystali z dóbr.

Sytuacja była wręcz tragiczna i nic nie wskazywało na to, że nastanie obiecywana przez mazdakitów świetlana era. I wówczas szach odwołał się do tradycyjnego sposobu ratowania państwa, a przede wszystkim własnego tronu. Zebrał wojska perskie, heftalickie i arabskie, które się do nich przyłączyły i poprowadził je na Bizancjum. Owa wyprawa wojenna zakończyła się sukcesem i nie tylko zwróciła poniesione na nią nakłady, napełniła skarb, i odbudowała prestiż Iranu, ale dała też dobrobyt drobnym rolnikom perskim, którzy w tej wyprawie wojennej stanowili trzon armii.

Wszakże osłabienie arystokracji przyniosło swój plon. Od tej chwili los Mazdaka – wbrew jego pewności, że włos mu z głowy nie spadnie – był przesądzony. Wszak nie stały za nim możne rody, lecz motłoch. A motłoch to nikt. I choć Mazdak mniemał inaczej, to właśnie tak było. Na dodatek Kawad następcą tronu ogłosił nie swojego starszego syna, dowódcę wojsk mazdakickich, i gorącego zwolennika „proroka”, lecz młodszego, Chosrowa, który zarówno nienawidził brata, jak i mazdakitów, którym ten przewodził.

Państwo jednak nie mogło wrócić do równowagi, ginęło w chaosie. I wtedy, w roku 528, w pałacu króla królów doszło do dysputy między Chosrowem i wspierającymi go magami (kapłanami zaratusztriańskimi), a Mazdakiem. Królewicz wygłosił płomienną przemowę, dowodząc, że innowacje Mazdaka powodują jedynie spustoszenie kraju, a gdy głosi się powszechną równość, nikt w społeczeństwie nie chce zajmować najniższej pozycji. I dlatego panuje powszechny chaos.

Ale ponieważ owe słowne argumenty jakoś nie przekonały Mazdaka, królewicz uznał, że należy je wesprzeć działaniami siłowymi, a nie rozumowymi. I dlatego ostatecznie Chosrow wydał rozkaz wymordowania mazdakitów. Najwybitniejszych i najbardziej wpływowych spośród nich kazał żywcem zakopać do ziemi, głowami w dół. Aby naocznie się przekonali, jak to jest, gdy zamieni się miejscami głowę z nogami. Ponieważ bardzo chcieli odwrócić porządek – to niech teraz odczują na własnej skórze, jaki to daje efekt.

Mazdakowi nie zostawiono czasu na żal za niedośnieniem jego majaku do końca. Uporawszy się z problemem w stolicy, rozpoczęto oczyszczanie całego kraju. I chociaż nie zabito wszystkich mazdakitów, jednakże ów ruch polityczno-społeczny nie mógł już zagrażać władcy i państwu.

***

Uznanie mazdakizmu za formę manicheizmu byłoby oczywiście zwykłym nieporozumieniem. Nie można jednak zaprzeczyć, że to właśnie myśl manichejska odpowiednio przetworzona przez Mazdaka stała się zaczynem nowego światopoglądu i nowej, wynikającej z niego etyki.

Taki „manicheizm” skierowany do świata, mógł i musiał doprowadzić do powstania doktryny powszechnej równości w życiu doczesnym, po odpowiednim przetworzeniu jego podstawowych założeń, co zrealizowało się w mazdakizmie. Ten ostatni nie mógłby nigdy wyrosnąć na ortodoksyjnym zaratusztriańskim zaczynie.

W trzy lata po śmierci Kawada Chosrow przeprowadził szybkie reformy – uporządkował podatki, wojsko i sądownictwo. Urzędnika, który zaryzykował zaprotestować przeciwko reformom, rozkazał ukamienować kałamarzami. Gdy Kawad opierał się na motłochu, tak Chosrow oparł się na znaczącym mieszczaństwie i drobnych właścicielach ziemskich, którzy stanowili trzon jego armii i nienawidzili mazdakitów. Wszystkich zaś, którzy nadal hołdowali mazdakizmowi, lub choćby tęsknili do niego, niszczono bezlitośnie. Lecz przecież nie udało się unicestwić tego systemu wartości religijnych i społecznych do końca.

Chosrow I Anoszirwan rozprawił się z mazdakitami, ale ich nauka nie zginęła. Trwała jeszcze długie lata. Gdy w muzułmańskim już Chorosanie wybuchło powstanie w roku 747, powstanie, które obaliło dynastię Omajjadów i oddało tron kalifom Abbasydzkim, mazdakici walczyli w wojskach Abu Muslima, po stronie Abbasydów. I już w pierwszych wiekach islamu pojawiła się heretycka wspólnota muzułmańska nosząca nazwę al-mazdakija. A jej wpływ i nauka miała wielkie wpływ na wiele innych sekt powstałych w świecie muzułmańskim. Powstaniec Sunbad opowiadał swoim zwolennikom, że Abu Muslim, który walczył w szeregach kalifa Abbasa i oddał za niego życie oraz Mazdak i Mahdi wspólnie śpią w górach, a obudzą się, by odbudować na ziemi sprawiedliwość. Głosił on, że Mazdak był szyitą, dlatego zwolennicy nauki Mazdaka winni walczyć ramię w ramię z szyitami, aby pomścić krew Abu Muslima”. Mazdakityzm nietrudno zauważyć też w hierarchicznej organizacji sekty ismailitów i w wojenno-komunistycznej republice karmatów w Bahrajnie, aż po 1848 rok, gdy powstanie Baby wstrząsnęło Persją.

=-========================================

Fragment książki Andrzeja Sarwy:

Czciciele Ognia, Czasu i Szatana. Religie Iranu: zaratusztrianizm, mitraizm, manicheizm, jazydyzm.

– Panie, jak pan myślisz? Czy cierpienia zwierząt mają jakikolwiek sens? Sarwa o psach. IV.

Andrzej Sarwa

AZOR,opowiadania o psach

4. AZOR

Stary człowiek wyblakłymi oczyma wpatrywał się gdzieś w jeden punkt. Był jakby odcięty od reszty świata, którego cząstką już się chyba nawet nie czuł. Trwał, bo trwał, lecz z owego trwania tak naprawdę nic nie wynikało. Niby miał wyjście, skończyć ze sobą, lecz w rzeczywistości nic by ono nie zmieniło, niczego nie naprawiło. Więc czy tak, czy inaczej trwał – z tym kamieniem niemal rozgniatającym mu duszę, w jakiejś stężałej rzeczywistości, zamrożonej chwili bólu, z którym nie umiał sobie poradzić. Nijak. W żaden sposób.

Nie patrzył na mnie, kiedy, jakby mimochodem, zadał pytanie:

– Panie, jak pan myślisz? Czy cierpienia zwierząt mają jakikolwiek sens?

Wzruszyłem ramionami, bo nie wiedziałem, co mógłbym mu odpowiedzieć, a on najwyraźniej nie czekał na moją opinię i zaczął mówić. Początkowo cicho, monotonnie, by dopiero z czasem snuć opowieść z większą ekspresją.

– Było widne jeszcze późnojesienne popołudnie. Jakoś tak chyba pod koniec listopada… A może był to już grudzień? Pierwsze dni? Miałem jakieś piętnaście-szesnaście lat… Może rok mniej, może rok więcej… już nie pamiętam… Było szaro i ponuro. Nad ranem poprószył pierwszy tegoroczny śnieg, który teraz, mimo dojmującego zimna, jednak powoli się roztapiał.

Wracałem ze szkoły do domu i naraz ze śmietniska sąsiedniego domu doleciało mnie żałosne skomlenie psiaka. Podszedłem do płotu i wtedy go zobaczyłem. Małe ciałko, pokryte białą, brudną sierścią, taką surową, skudloną, widać, że nie głaskaną, drżące od chłodu. I te ciemne… ciemnoorzechowe ślepka wpatrujące się we mnie prosząco. A i wylęknione ponad wszelką miarę też. Szczeniak zamilkł na chwilę, a potem znów raz czy dwa zaskomlił cichuśko.

Pobiegłem do domu: „Mamo, mamo, na śmietniku obok jest szczeniak, mogę go przynieść do domu?” Kiwnęła głową na zgodę. To miał być mój pierwszy w życiu pies!

Wróciłem czym prędzej, wyciągnąłem rękę ponad dość niskim płotem zbitym z prostych, heblowanych, ale już poszarzałych od słot i wiatrów sztachet, a on – mała bezradna kuleczka, podpełzł do niej, sunąc niezdarnie po tym wierzchołku okazałej sterty śmieci. Uniosłem go za skórę na karku, wziąłem na ręce i zaniosłem do domu.

Po co go brałem? Nie wiem. Dziś żałuję… taki odruch… ale nic poza tym… taki – panie – odruch…

Przez zimę nie było łatwo. Pies brudził, trochę dokuczał, ale też i rósł. My przyzwyczajaliśmy się do niego, a on do nas.

Zdawało mi się, że chyba chciał mnie pokochać, ale ja, panie, jakoś nie odwzajemniałem tych jego pragnień. Zresztą nikt z domowników ich nie odwzajemniał. Pies rósł i serce mu dziczało. Bo tak to już bywa, czy to z człowiekiem, czy ze zwierzęciem, że nieodpłacone uczucie sprawia, że serce dziczeje…

Ale on mnie i tak kochał. Bezinteresownie, po psiemu. Chociaż rzadko bywałem w domu. No bo szkoła, koledzy… Lecz kiedy wracałem, przychodził mi do kolan i podstawiał łeb do głaskania. Tyle że ja go zbywałem. Odchodził więc i kładł się gdzieś nieopodal z łbem ułożonym na wyciągniętych łapach wpatrzony we mnie… Miał nadzieję… Wtedy tego nie rozumiałem… a dziś już, panie, za późno…

Azor… nazwaliśmy go Azor… Nie jakoś tam wymyślnie, ale tak najzwyczajniej… Do wiosny wyrósł na sporego kundla, w którego żyłach musiało płynąć dużo krwi owczarka podhalańskiego, chociaż aż tak kudłaty nie był.

Gdy przyszła marcowa odwilż i śniegi stopniały, gdy powoli w krzakach i na przydrożach pokrzywy zaczynały wypuszczać młodziutkie listki, a pączki na drzewach jęły nabrzmiewać sokami, Azor coraz częściej bywał wypędzany za drzwi.

Był dobrym psem. Dobrym i łagodnym, mimo iż, jak mówiłem, serce mu już dziczało, chociaż jeszcze potrafił się uśmiechać, bo widać nadzieja w nim nie umarła tak do końca. Nadzieja na miłość. Moją miłość. A może na czyjąkolwiek?… No i, póki co, był wolny…

Któregoś dnia matka przyniosła do domu obrożę i smycz. I wtedy poczułem się panem. Jego władcą.

A kim ja, panie, wtedy byłem? Nikim, panie, nikim. Pętakiem, któremu się zdawało, że Bóg wie, do czego w życiu dojdzie… Jakaś władza mi się marzyła pewnie… a tu, panie, życie biło mnie w dupę, ile wlezie. No to jak trafił się pies, tom przynajmniej nad nim chciał mieć tę władzę… A że w peerelowskiej Polsce władza była synonimem przemocy…

Kiedym go brał na spacer, na tej cholernej smyczy, tom go, panie, lał kijem z jakąś taką zajadłością, że aż mi się jakby świadomość zwężała. Czy miałem z tego jakąkolwiek przyjemność? Nie, żadnej… potem mi głupio było i smutno… i przed tym psem i przed samym sobą się tego wstydziłem… a potem znów mnie nachodziło… a on, Azor, nie rozumiał, za co to i dlaczego? Za to jego miłosne nieomal wpatrywanie się w moje oczy?…

Lecz i to się skończyło… Kiedyś uciekł z podwórka i pognał do pracy za moją matką, pech chciał, że po drodze mu się napatoczył jakiś milicjant… obwarczał go, tego milicjanta znaczy, zęby pokazał… widać wiedział, panie, że toto nic warte… lecz przecież go nie ugryzł…

Ale milicjant nie odpuścił… Śledztwo zrobił, sukinsyn. Doszedł czyj to pies i przylazł, panie do naszej chałupy… podpity był, to i mocny i ważny. Wyciągnął pistolet z kabury i szukał psa, żeby go zastrzelić.

Ojciec schował Azora w domu, a potem poszło psisko na łańcuch…

Stary człowiek zmienił się na twarzy, głos mu uwiązł w gardle, widać było, iż się powstrzymuje, żeby nie zapłakać…

– Panie – jął mówić dalej. – Panie, to już by lepiej psinie było, żeby zdechła na tym śmietniku. Byłoby to dwa-trzy dni i po sprawie, mróz by wszystko szybko załatwił, a on, panie, na tym łańcuchu, umierał ze dwanaście lat… co dzień umierał…

I to przeze mnie. Przyniosłem go, poznęcałem nad nim i porzuciłem. Nawet mu nigdy żreć nie dałem… ojciec mu nosił jakieś resztki, ale co to były za resztki, samiśmy żyli w biedzie, to nawet nie bardzo było co temu psu dać… a wodę to on widział chyba wtedy, gdy deszcz padał.

Budę miał taką, jakby jej wcale nie było, jak lało, to leżał w wodzie, jak śnieg sypał, to i jego przysypywał, a w mróz, panie… nie wiem, panie… Jezu Chryste… nie wiem, jakie to stworzenie męki cierpiało…

Stary człowiek z całej mocy pohamował się, żeby nie załkać.

– Mój Boże… i tak mijały lata… rok za rokiem… w tej męce straszliwej… jakby nie wiadomo czym, to psisko zawiniło, a on przecie był dobry i na początku umiał się uśmiechać… I tylko ciepła pragnął i ręki, która by go po łbie pogłaskała… ale zaznał tylko kija… łańcucha i dziurawej budy… A im więcej tych lat mijało, serce w nim coraz bardziej kamieniało i jedno tylko miał uczucie – nienawiści. Panie, jak się czasem urwał, to byłby zagryzł każdego, kto by mu się nawinął. Jeden tylko był człowiek – mój ojciec, co mógł go na nowo spętać i zniewolić…

Któregoś rana, było to latem, słonko wspinało się na niebo, ciepło było i ptaki aż zanosiły się od śpiewu, przyszedł ojciec i powiedział; „Azor zdechł”. „To trzeba go zakopać” – powiedziała matka. Ja się w ogóle nie odezwałem, anim nawet nie wyszedł, nie popatrzył na tego umęczonego trupa.

Ale ojciec go nie zakopał, odpiął łańcuch od budy i powlókł na tym łańcuchu gdzieś w zdziczały zarośnięty wąwóz, którego dno zalegało grzęzawisko i moczar. Cisnął go z rozmachem, aż błoto chlupnęło i Azor zapadł się w bagno, a ono zamknęło się nad nim i tam został…

Ciężkie milczenie zawisło w powietrzu… ciężkie i jakby mroczne… Nie miałem odwagi się odezwać. Zresztą, cóż niby miałbym rzec?

Aż w końcu stary człowiek, odwróciwszy głowę, wpatrzony tępym wzrokiem w odległy kąt izby, chrapliwym, łamiącym się głosem powiedział:

– A teraz, panie, niedługo trzeba będzie stanąć na Boskim sądzie… i straszliwie się boję, że Pan Bóg każe mi spojrzeć Azorowi w oczy…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

BARRY. Opowiadania o psach. III. Andrzej Sarwa.

Andrzej Sarwa

AZOR opowiadania o psach

5.

BARRY

Słońce powoli kryło się za horyzontem, upał zelżał, choć od nagrzanej ziemi wciąż czuć było ciepło. Na zadaszonej werandzie domku letniskowego, przy plastykowym owalnym stole nakrytym wzorzystym, w nie najlepszym smaku, tanim obrusem, nabytym zapewne w jakimś supermarkecie, siedziały cztery osoby, dwie młode, wyglądające na jakieś trzydzieści – trzydzieści dwa lata kobiety i dwóch mężczyzn, tak na oko o jakieś pięć lat starszych od pań.

Panie plotkowały o strojach, kosmetykach, obgadywały koleżanki, panowie pilnowali grilla, na którym odymiała się karkówka, kaszanka, kiełbasa nadziewana jakimś świństwem, dwie marchewki, dwa ogórki przekrojone wzdłuż, no i jeszcze plasterki cukinii, bo cukinia musiała być! Cukinia była „trendy”. Te ostatnie „frykasy” były przeznaczone dla kobiet, no bo przecież musiały dbać o linię!

Na świeżo wystrzyżonym trawniku, nieopodal tujowego nieformowanego żywopłotu leżał pies. Cudny kundel, dość mocno kudłaty, z okazałym czarnym nosem i takiej samej barwy pyskiem, niezbyt dużymi, odrobinkę filuternie zmrużonymi ślepkami lśniącymi niczym starannie wypolerowane kawałki bursztynu. Uszy miał ciemnobrązowe klapnięte, czoło i policzki zaś, aż po nos, podpalane, szyję i barki otaczała mu kryza z popielatej, upstrzonej beżowymi plamkami sierści. Uśmiechnięty pysk natomiast odsłaniał rząd białych zdrowych ząbków. Grzbiet miał prawie czarny, brzuch i ogon zaś jasnobeżowe.

Kiełbasa na ruszcie zaczęła skwierczeć, pies zwęszył jej charakterystyczny zapach i przełknął ślinę. Uwielbiał, kiedy jego ukochany pan rozpalał grilla, bo zawsze, gdy już wszyscy zjedli, co mieli zjeść i wypili, co mieli wypić, coś tam z resztek, jakieś niedojedzone kawałki dostawał. Nie żeby było to szczególnie smaczne, ale dawał mu je jego pan! I to się dla Barriego przede wszystkim liczyło.

– To, co Marcin? Urlop? – z pytaniem do gospodarza zwrócił się popijający piwo wprost z puszki jego kolega.

– Nareszcie, Olek, nareszcie!

– To dokąd się wybieracie? – Olek drążył temat.

– A nie zgadniesz!

– Do Zakopca?

Marcin przecząco pokręcił głową.

– Nad morze?

– Można tak powiedzieć.

– To gdzie? Do Jastarni? Jak zeszłego roku?

Marcin pogardliwie wydął wargi.

Olek przenikliwie świdrował go zmrużonymi oczkami.

– No nie, nie mów, że…

– Właśnie! Spełnię marzenie Iwony!

– Na Kanary? Nie mów?! Na Kanary?!

– Na Kanary, chłopie. Właśnie! Stać nas!

Olkowi zrzedła mina. Upił kilka drobnych łyków piwa i siedział milczący.

– A właściwie to dlaczego ty tego piwa nie nalejesz sobie do szklanki? Jak kulturalni ludzie?

– Bo tak lubię. A co? Nie wolno? Przymus jakiś, żeby ze szklanki?

Marcin wzruszył ramionami i nie odpowiedział.

– Barry! – zawołał w końcu. – Barry, chodź tu! – Klepnął się w kolano.

Pies w kilku susach był przy nim, wsparł się łapami o krawędź krzesła i usiłował polizać mężczyznę po nosie. Ten trzepnął go otwartą dłonią w łeb i Barry potulnie usiadł, a potem położył mu się u stóp, od czasu do czasu tylko podnosząc oczy i z miłością zerkając na twarz Marcina.

Panie na jednorazowe kartonowe talerzyki nałożyły odymione i rozparzone kawałki kiełbasy i po sporym płacie karkówki. Podały plastykowe sztućce.

– To nie będziecie jadły tej marchewki? – kpiąco zapytał Olek.

– Będziemy, będziemy, tyle że z piwem się nie komponuje – odparła Iwona.

– Jak to z piwem? To ty masz zamiar pić piwo?

– A czemu nie? Najwyżej pół szklanki. Na smaka.

– To kto będzie prowadził?

– Ja. A bo co?

– Po piwie?

– Oj tam, oj tam. Zanim się stąd ruszymy, to wszystko ze mnie wyparuje.

Zabrali się za jedzenie, od czasu do czasu rzucając jakieś resztki Barriemu. A pies był wniebowzięty. Jego serce przepełniała miłość do Marcina. Bezinteresowna, wcale nie za te ochłapy karkówki i niedogryzki kiełbasy, ale za to, że był jego psem, a on jego panem…

– A kiedy wy będziecie urlopować? – Marcin zwrócił się z pytaniem do Olka.

– My? A dopiero w połowie września.

– To wiesz co?

– Co?

– Może byście wzięli do siebie Barriego na te dwa tygodnie, jak nas nie będzie. Co? Postawię ci za to wiskacza. Co?

Olek wzruszył ramionami.

– A niby czemu? Co mnie obchodzi twój pies. Wiesz, że nie lubię psów, a Gośka się ich boi.

– Jakoś tego nie widać – odparł Marcin i wskazał głową na Gośkę, która akurat ciągnęła Barriego za uszy, a on z uśmiechniętym pyskiem lizał ją po rękach.

Olek wzruszył ramionami. Rozmowa wyraźnie się już nie kleiła. Gdyby nie ta zazdrość, którą poczuł, dowiedziawszy się o urlopie na Kanarach, to może by i przygarnął Barriego, ale tak? Stać ich na taką drogą wycieczkę, to niech sobie do psa kogoś wynajmą, albo oddadzą gdzieś do schroniska na przechowanie. Podniósł się gwałtownie z krzesła.

– Gośka, idziemy!

– Już? Jeszcze młoda godzina, jutro niedziela…

– Idziemy.

Nie oglądając się za siebie, ruszył w kierunku furtki.

– Co go ugryzło? – zapytała Iwona.

– A bo ja wiem?… – odparła Gośka. – No to trzymajcie się. Cześć. Do następnego!

– Pa! Do później! Zadzwoń!

* * *

– Mamo… – Marcin nie bardzo wiedział jak zacząć. – Mamo…

– No wyduś z siebie wreszcie, co tam chcesz mi powiedzieć!

– Bo wiesz… jedziemy na urlop.

– No wiem. I co z tego?

– No bo nie mamy co zrobić z psem.

– Nawet nie zaczynaj tego tematu! W ubiegłym roku powiedziałam ci, że to ostatni raz i żebyś mi już tym nigdy głowy nie zawracał! Pies… nie wiadomo po co ci ten pies…

– No ale…

– Co ale, co ale? Po tym jego ostatnim pobycie nie mogłam mieszkania dosprzątać. Wszędzie kudły! Aż się odkurzacz zatykał!

– Obiecuję, że to by już było ostatni raz. Wyjazd mamy pojutrze, to kogo ja mogę znaleźć do psa? Sama widzisz, jak jest. Mamo, proszę.

– A dajże mi już święty spokój! Nalać ci rosołu? Zostało z wczoraj.

Marcin wzruszył ramionami.

– To ja już pójdę. Przyślemy ci kartkę z Kanarów.

Matka skinęła głową.

– Przyślijcie. I dajcie znać, jak już tam wylądujecie, co?

– Damy. SMS-a wyślę.

* * *

Barry kochał Marcina całym swoim małym serduszkiem. Bo może i jego serduszko było małe, ale ta jego miłość była czymś tak ogromnym i nieopisanym, że ani psia, ani ludzka mowa nie potrafiłyby jej nijak wyrazić. Może co najwyżej, odrobinę, cichusie skomlenie?

– Barry, chodź, no chodź do mnie!

Marcin wziął psa na smycz i wyszli z domu. Kundel merdał ogonem jak najęty. Co raz zerkając na pana, bezustannie uśmiechał się do niego. I tak szli. W nogę.

Mężczyzna pilotem otworzył drzwi wypasionej bryki, na którą starczyło popatrzeć, by wiedzieć, że pieniędzy mu nie brakuje. No, chyba że to na kredyt… Bo to i było na kredyt.

Barry usłyszawszy dwukrotne piśnięcie pilota i delikatny trzask odblokowującego się zamka podreptał szybciej i zaskomlił cichuśko, stanąwszy przy drzwiach. Barry bowiem uwielbiał jeździć samochodem.

– No dobra, wskakuj – Marcin szeroko otworzył drzwi, a pies natychmiast usadowił się na siedzeniu.

* * *

– Co psu dolega? – zapytał weterynarz, przyglądając się Barriemu.

– Właściwie to nic, panie doktorze.

– Czyli taka wizyta profilaktyczna?

– No… niezupełnie…

– To znaczy?

– Chciałbym go uśpić.

– Słucham?

– No… uśpić… zastrzyk jakiś, zapłacę… ile trzeba.

Weterynarz podszedł do Barriego, obejrzał psa, obmacał, zajrzał do pyska, obejrzał zęby, dziąsła, osłuchał.

– Ile lat ma ten pies?

– Cztery.

– Jest zdrowy, absolutnie zdrowy. Skąd taki absurdalny pomysł, żeby go uśpić? Sumienia pan nie ma?

– No wie pan, panie doktorze. Jutro wylatujemy na Kanary – zaakcentował to ostatnie słowo, chcąc zrobić wrażenie na lekarzu.

– I co z tego?

– Nie mam co z nim zrobić. Pan mu zrobi ten zastrzyk, on uśnie… bez bólu i… po kłopocie.

– Taki fajny psiak… – weterynarz pokręcił głową.

– To jak będzie?

– Jak? Ano tak. Tam są drzwi, zabieraj się pan stąd! I to już!

– To go pan nie uśpi? – Marcin wskazał na Barriego.

– Uśpić to ja bym uśpił, ale pana. Jak można być tak podłym? Spieprzaj pan stąd, bo nie ręczę za siebie!

* * *

Marcin przypiął cienki, ale mocny łańcuszek z połyskliwej stali do psiej obroży z kolczatką i wyszli z domu. Barry merdał ogonem, ale już się nie uśmiechał. Nienawidził tej kolczatki, ale nie miał wpływu na to, co mu założy na szyję jego ukochany pan, jego bóg. Przecież był tylko psem i nie miał nic do gadania…

– Wskakuj – burknął mężczyzna, otwierając drzwi samochodu, a Barry posłusznie wskoczył na siedzenie.

Zawarczał silnik, samochód ruszył ostro, aż kamyki rozsypane na podjeździe prysnęły spod kół.

Wyjechali za miasto i skręcili w znajomą Barriemu drogę. Gdzieś, hen, na horyzoncie zielonkawoliliową krechą znaczył się las. Marcin miał tego dnia ciężką nogę, toteż nie minęło wiele czasu, a dotarli do lasu.

Samochód wjechał w przesiekę. Marcin ujechał kilkadziesiąt metrów i zatrzymał wóz. Wysiadł, pociągając za sobą Barriego. Podszedł do bagażnika, otworzył, wyciągnął masywny bejsbol i spoglądał to na pałkę, to na psa. Ostatecznie jednak odłożył bejsbol na miejsce i zatrzasnął klapę.

– No, chodź. Chodź Barry.

Pies posłusznie dreptał mu przy nodze. Miałby chęć powęszyć trochę, pogrzebać nosem w zrudziałej zeszłorocznej ściółce, ale ta kolczatka…

Marcin nie szedł daleko. Bał się, żeby nie zbłądzić. Niby znał ten las, bo często tu przyjeżdżali z Olkiem i Gośką na grzyby, ale to Olek zawsze był przewodnikiem, a on bezmyślnie za nim łaził, nie starając się nigdy zapamiętać drogi.

Skręcił z przesieki w dość luźny podszyt, ale że nie chciało mu się przedzierać przez krzaki i zaczynał padać deszcz, doszedł do pierwszego z brzegu młodego dębczaka, który nie wiedzieć czemu wyrósł tu między sosnami i przykucnąwszy, mocno przywiązał do niezbyt grubego, ale wytrzymałego już pnia łańcuch, na którym przyprowadził tu Barriego.

Potem dźwignął się gwałtownie i nie patrząc na psa, prawie pędem ruszył w stronę samochodu. Wychodząc z krzaków na otwartą przestrzeń przesieki, zaplątał nogę w mocnej i sprężystej witce jeżyny i runął na ziemię. Wstał, otrzepał spodnie i mimochodem zerknął w stronę, gdzie przywiązał psa. Przypadkiem wybrał takie miejsce, że Barriego widać było z drogi. Spostrzegł, że kundel próbuje ruszyć jego śladem, lecz łańcuch i kolczatka skutecznie mu to uniemożliwiają.

Marcin już nie oglądał się za siebie, chociaż do jego uszu dobiegło żałosne, błagalne skomlenie. Nieomal wskoczył do samochodu, przekręcił kluczyk w stacyjce i ostro ruszył w stronę szosy. Im bardziej się oddalał, tym sumienie mu cichło. Sumienie… tak… sumienie… Bo przecież był człowiekiem, a każdy człowiek je ma. I nawet to wytarte i stłamszone, od czasu do czasu daje o sobie znać…

* * *

Ciepły, spokojny lipcowy dzień, południe. Las pogrążony w letargu, ale bardzo specyficznym, bo jednak przepełnionym szmerami, głosami ptaków, trzaskami uschłych gałązek. Powietrze przesycone wonią sosen. Smużący się od ziemi zapach przerośniętej grzybnią ściółki. Gruby dywan igieł tłumiący kroki.

Olek z Gośką i swoją dwójką – Nikolą, na którą wołali Ola i Sylwanem „zdrobnionym” na Sylwka – lat siedem i dziewięć, spędzali wolny czas tu, gdzie lubili najbardziej, pośród wysmukłych pni starych sosen. Dzieciaki tylko przez krótki czas były onieśmielone magiczną atmosferą boru, a gdy tylko odzyskały pewność siebie, zaczęły wrzeszczeć i szaleć, buszując śród krzaków porastających pobocza leśnej drogi.

– Ola, Sylwek! Bo się ubrudzicie! – wołała Gośka, ale pociechy w ogóle na to nie reagowały.

Naraz jednak umilkły i rodzice zauważyli, że nagle się zatrzymawszy, wpatrują się w coś leżącego na ziemi.

– Matko kochana! A co tam znowu?!

Olek z Gosią pośpieszyli do dzieciaków i równie jak one stanęli jak wryci w ziemię.

– Matko… to Barry? – szepnęła Gośka.

Leżący na ziemi, skrajnie wyczerpany psiak, na dźwięk tego imienia, z trudem odrobinę uniósł głowę.

– Reaguje na imię. Tak, to Barry… – powiedział wstrząśnięty tym widokiem mężczyzna. – Gocha, ty go odwiąż, a ja biegnę po wodę do auta.

Wrócił w parę chwil, niósł wodę w plastykowej butelce i stary koc z bagażnika…

* * *

– Gosiu, znowu dzwoni Marcin, to już chyba ze dwudziesty raz. No i co mam zrobić?

– Nie odbieraj. A najlepiej go zablokuj.

– Wiesz… kumpel… od przedszkola…

– Taaak? – przeciągle zapytała Gośka. – Od przedszkola? Kawał gnoja i tyle. Jakbym wiedziała, co zrobi Barriemu, to bym psa przygarnęła na te dwa tygodnie.

– No… tak… kto mógł wiedzieć, ale zawsze to kumpel…

– Ty to nie tylko naiwny jesteś, ale wręcz głupi! Jeśli zrobił coś takiego własnemu psu, ponoć ulubieńcowi, to znaczy, że i tobie by zrobił, jakby miał w tym jakiś interes, albo taką potrzebę.

– Nie przesadzaj! Nie porównuj człowieka z psem!

Gośka nic już nie powiedziała, tylko wzruszyła ramionami. Wiedziała swoje.

Nieomal w tej samej chwili usłyszeli pukanie do drzwi.

Olek odruchowo podszedł i otworzył.

Na klatce schodowej stał Marcin. W ręce trzymał ozdobną torebkę, zapewne z jakimiś drobnymi upominkami z Kanarów.

– Jak tu wszedłeś? Domofonu nie…

Przybyły nie dał mu dokończyć.

– A razem z waszą sąsiadką, zna mnie przecież dobrze, to i wpuściła.

Na dźwięk głosu swojego pana Barry, wciąż jeszcze słaby, ale według diagnozy weterynarza na najlepszej drodze do pełnego odzyskania sił, z cichuśkim skomleniem przydreptał do przedpokoju i próbował polizać but Marcina.

Ten ostatni zbladł i w milczeniu rozszerzonymi oczami wpatrywał się w kundelka.

– Co? – ducha zobaczyłeś? – Ty bydlaku! – Gośka z rozognionymi oczami i wypiekami na twarzy podskoczyła do Marcina.

– No, no! Tylko sobie za dużo nie pozwalaj!

– A to gnojek! Jeszcze mi tu będzie się odszczekiwał! Mogliśmy cię zgłosić na policję!

– To trzeba było, dostałbym ze 300 złotych grzywny. Wielkie mi co! Stać mnie.

Barry przysiadł na tylnych łapach i wciąż z miłością szukał oczyma oczu pana.

Ale ten nie mógł wytrzymać jego spojrzenia. Wzrokiem umykał na boki, aż w końcu, nie umiejąc sobie najwyraźniej poradzić z samym sobą, wziął zamach i z całych sił kopnął Barriego, aż ten przeleciawszy w powietrzu przez całą długość przedpokoju, z głuchym łomotem uderzywszy w zamknięte drzwi łazienki, osunął się na podłogę.

Gośka nie wytrzymała. Zdjęła parasol z wieszaka i z całej siły zaczęła nim tłuc Marcina po głowie, po ramionach, tułowiu. Ten zaś, zasłaniając się rękami, cofał ku schodom, porzuciwszy paczkę z prezentami przy drzwiach. Kopnęła ją z rozmachem w jego stronę i z hukiem zatrzasnęła drzwi.

Podeszła do psa, wzięła go na ręce, położyła na kanapie i obmacała dokładnie czy kopniak nie wyrządził mu jakieś większej krzywdy. Ale pies był cały, tylko to jego małe, wierne serduszko cierpiało okrutnie. Barry nie rozumiał, dlaczego jego pan…

– No już dobrze, dobrze piesku. Od teraz będziesz mój. I nikt cię nie skrzywdzi, póki ja żyję.

Gośka przytuliła się policzkiem do pyska Barriego, a ten spojrzał na nią wilgotnymi od łez oczami i delikatnie polizał po ręce…

* * *

Olek nerwowo zaklął. Pies znowu wlazł mu pod nogi. Bo Barry, kiedy już wreszcie dotarło do niego, że teraz tu ma dom i swoją panią, starał się jak mógł o akceptację. I nie tylko jej, lecz wszystkich domowników – i Olka i dzieci. Tyle że nie zawsze wychodziło mu to zgrabnie…

– Gośka! Zrób coś z tym psem!

– A co niby miałabym zrobić? Taki jest, jaki jest i już.

Ale i ją Barry również zaczynał powoli irytować. Cóż… miał swoje przyzwyczajenia, tego czy tamtego nauczono go w poprzednim domu, lecz nie zawsze co tam było pochwalane, czy choćby dopuszczalne, tutaj było tak samo widziane. Więc Barry czuł się pogubiony, jeśli nie wręcz ogłupiały.

Była przecież nadzieja, że powoli, bo powoli, ale wszystko się w relacjach pies–Gośka–Olek–dzieci ostatecznie dobrze poukłada.

Była nadzieja…

* * *

Dni mijały szybko, lato chłódło i powoluśku mroczniało. Ptaki już nie zanosiły się śpiewem, ale wciąż jeszcze w południe bywało wręcz upalnie.

Przyszedł pierwszy dzień września.

Rozgardiasz jak to z początkiem roku szkolnego. Zeszyty, podręczniki i reszta „osprzętowienia”…

Uff! W końcu się uspokoiło.

Teraz można już było spokojnie pomyśleć o zbliżającym się urlopie. Gośce było jednak smutno, gdy o tym myślała. Tydzień w Zakopcu, a reszta „wolnego” w domu… Zaległe prace, odkładane przez cały rok, na ten czas właśnie. Na ten czas, który miał przecie być czasem odpoczynku. Ale przynajmniej będzie tydzień oddechu od wychowanego bezstresowo potomstwa. Dobre i to.

Gośka raz jeszcze westchnęła głęboko i zerknęła na zegarek. Olek powinien już dawno przyjść z roboty. Co najmniej dwie godziny temu… Poczuła ukłucie niepokoju. Zwykle, gdy miał wrócić później, dzwonił i uprzedzał ją o tym. Tymczasem dziś…

W tej samej chwili obawa ją opuściła, bo usłyszała chrobot klucza w zamku i radosne skomlenie Barriego.

Olek wszedł do przedpokoju, poklepał psa po łbie i chwiejnym krokiem zbliżył się do żony.

– Piłeś? – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Ba! Pewnie!

– Też mi powód do dumy!

– A pewnie, bo i był!

– Jakiż to?

– A taki!

Mąż sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i naśladując gesty prestidigitatora, wydobył kopertę i podał ją Gośce.

Z nieufnością zajrzała do środka…

– Nie!

– Tak!

– Nie!

– Tak!

– Bilety na Kanary! Dla całej naszej czwórki! Jak żeś to zrobił?

– Nie było łatwo, ale dałem radę! Wiesz… kredyt… jeden mniej, jeden więcej… Nie możemy być gorsi od… innych…

Gośka się zasępiła.

– No tak, ale już się zaczął rok szkolny…

– Jak dzieciaki opuszczą te parę dni, to świat się nie zawali. Co, nie?

– Fakt. Ale jest jeszcze jeden problem…

– No?

– Barry.

– Cholera! Rzeczywiście. I co zrobimy?

– A bo ja wiem? – Gośka wzruszyła ramionami.

– To może zostawimy go pod blokiem? Jak wrócimy z Kanarów, to znów go weźmiemy do domu.

– Wiesz co? To chyba nie najlepsze rozwiązanie. Bo tak po prawdzie, to po co nam ten pies?

– Przecież uratowaliśmy mu życie.

– No właśnie. I starczy.

* * *

– Plątał się od jakiegoś czasu pod blokiem. Najwyraźniej ktoś się go pozbył.

Olek, łżąc, unikał wzroku dziewczyny, która akurat miała dyżur w schronisku dla zwierząt. Ta jednak nie przyglądała mu się i bąknąwszy tylko:

– Dziękuję, że się pan nim zajął – podeszła do Barriego, wyciągając do niego rękę.

Pies zerkał na nią nieufnie, ale ostatecznie ostrożnie, zachowując bezpieczną odległość, powąchał dłoń dziewczyny.

A potem poszło już gładko. Pozwolił się pogłaskać, odwzajemniając pieszczotę liźnięciem w nos.

– To ja już pójdę – Olek szarpnął klamkę furki prowadzącej poza obręb schroniska.

– Zaraz, nie tak prędko, najpierw muszę otworzyć.

Kobieta przekręciła klucz w zamku.

– Proszę, może pan wyjść.

Barry widząc oddalającego się Olka, z cichuśkim skomleniem podbiegł do siatki, ale ta skutecznie go zatrzymała. Olek zaś wsiadł do samochodu i bez ociągania się ostro ruszył z parkingu w kierunku drogi prowadzącej do domu…

* * *

– Od kiedy Barriego nie ma, to jakoś pusto w domu. A właściwie co się z nim stało? – zapytała Iwona, spoglądając na Marcina.

– Pamiętasz, przed wyjazdem na Kanary poszedłem z nim na spacer.

– No właśnie, a wróciłeś sam? W tym całym rozgardiaszu, w tym pospiechu nie zapytałam. Myślałam, że zawiozłeś go do kogoś ze znajomych. Może do któregoś z kumpli?

– No… nie… wyrwał mi się ze smyczą i pogonił jakiegoś kota… chodziłem, szukałem, wołałem. Na darmo. Pewnie odbiegł gdzieś daleko i pewnie trzepnął go samochód. No… nie ma Barriego i tyle.

– To czemuś mi nic nie powiedział? Denerwował mnie ostatnimi czasy, to fakt, ale go też już troszkę polubiłam.

– A po co ci miałem psuć humor przed wyjazdem?

– Kochany jesteś.

Iwona cmoknęła męża w policzek.

– Wiesz co, Marcin?

– No co?

– To może weźmy drugiego psa.

– Eee… to jednak kłopot…

– Ale ja pięknie proszę… Plizzzz… Najlepiej ze schroniska. Jakiegoś szczeniaczka.

Marcin wił się niczym piskorz, ale nie umiał ani się wymówić, ani wymigać.

Iwona wręcz go zawlokła do przytułku dla bezdomnych zwierzaków.

* * *

Chodzili pomiędzy kojcami, na ich widok jedne psy się przymilały, inne uciekały wylęknione, a jeszcze inne szczekały i warczały groźnie.

– O, jaki piękny szczeniaczek! – zawołała Iwona, pokazując palcem kosmatką kuleczkę o oczkach błyszczących niczym paciorki i uśmiechniętym pyszczku. Tego bym chciała.

Pani ze schroniska przecząco pokręciła głową:

– Ten jest już zamówiony. Ale może byście państwo wzięli starszego psa? Ma – według weterynarzy najwyżej cztery lata. Łagodny, spokojny, tylko strasznie smutny. Widać, że bardzo tęskni.

– Noo… nie wiem… szykowałam się na szczeniaczka… ale zobaczyć można. Przecież to nic nie kosztuje.

– To chodźmy.

W głębi klatki, na podłodze zbitej z surowych desek, wybrudzonej przez dziesiątki psich łap, które tu przez lata gościły, leżał pies.

Był to kundel, dość mocno kudłaty, z okazałym czarnym nosem i takiej samej barwy pyskiem. Uszy miał ciemnobrązowe klapnięte, czoło i policzki zaś, aż po nos, podpalane, szyję i barki otaczała mu kryza z popielatej, upstrzonej beżowymi plamkami sierści. Grzbiet miał prawie czarny, brzuch i ogon zaś jasnobeżowe. I smutny, bardzo smutny pysk…

– Patrz Marcin! Zupełnie jak nasz Barry!

Marcin zerknął niechętnie i mruknąwszy coś pod nosem, chciał odejść z tego miejsca.

– Barry, jak Boga kocham – identyko!

Pies, usłyszawszy to imię, podniósł łeb, powęszył kilkakroć, marszcząc nos, a potem z piskiem i przepełnionym radością skomleniem rzucił się w kierunku Iwony.

– Ja pierdzielę, Barry!

– Jaki znów Barry! Okazałaś mu zainteresowanie, to chce ci się przypodobać, żebyś go stąd zabrała. I tyle. Mało to podobnych do siebie kundli?

Pracownica schroniska, która im towarzyszyła w tym obchodzie, przyjrzała się bacznie mężczyźnie.

– Ja jednak myślę, że to państwa pies i że was rozpoznał. Znudził się wam i chcieliście zamienić go na nowszy model, Wiele osób tak robi. Niestety…

– Nie, to niemożliwe – Marcin zaczerwienił się po uszy. – I niech nas pani nie obraża!

– A jednak! Proszę spojrzeć na tego psa – wskazała brodą na Barriego.

Iwona zdumiona spoglądała to na męża, to na kobietę, to na zwierzaka, nie wiedząc, o co tutaj chodzi i co by mogła powiedzieć.

Tymczasem kundelek wspinał się przednimi łapami po oczkach siatki i drapiąc ją, skomlił przymilnie, zawzięcie merdając ogonem i nieśmiało próbując się uśmiechać.

– Coś się pani pomyliło – burknął Marcin i szarpnąwszy żonę za rękaw, dodał stanowczym tonem – wychodzimy stąd! Już! Psa ci się, cholera, zachciało, nie wiem cholera, po jaką cholerę. Cholera jasna!

I poszli.

Barry zaś przez kilkanaście minut jeszcze stał wsparty łapami o siatkę i z ogromnym smutkiem patrzył na dróżkę, z nadzieją, że go jednak ostatecznie nie porzucą, że wrócą ci, którym kiedyś oddał całe swoje małe serduszko…

Lecz nie wrócili…

Więc w końcu ze spuszczonym łebkiem powlókł się zdruzgotany z zamglonymi łzami ślepiami i położył w najodleglejszym kącie kojca…

* * *

– Grażyna! Zobacz! – zawołała jedna z dziewczyn, które tego dnia miały dyżur w schronisku dla zwierząt.

– Co takiego?

– Tego psa.

– A co z nim?

Wołana podeszła do klatki Barriego. Pochyliła się i bacznie wpatrywała w zwierzę.

– Julka, czy?…

– Tak, nie żyje…

– Przecież jeszcze wczoraj był zdrowy! Może tych dwoje dało mu coś trującego?

– Nie, Grażynko. Jestem pewna, że ten psiak kiedyś do nich należał… a oni go odrzucili…

– Ale psy od tego nie zdychają!

– Jesteś pewna?

Grażyna wzruszyła ramionami.

– No nie wiem… Trzeba zadzwonić do Zakładu, niech go zabiorą do utylizacji…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

Podsumowanie dorobku pisarza Andrzeja Sarwy

Paweł Czerwiński – podsumowanie dorobku pisarza Andrzeja Sarwy

Zapoznaj się z pisarstwem Andrzeja Sarwy dzięki opracowaniu Andrzej Sarwa w 70. rocznicę urodzin autorstwa Pawła Czerwińskiego.

To wyjątkowe podsumowanie dorobku pisarza, kontynuujące wcześniejsze publikacje dr Małgorzaty Ogorzałek. Książka ukazuje osiągnięcia autora w okresie od 2015 do 2023 roku, dając niepowtarzalną okazję do odkrycia różnorodności jego twórczości i dostrzeżenia nowych aspektów jego pisarstwa.

Opracowanie Pawła Czerwińskiego jako przewodnik po twórczości wybitnego autora

Nie ważne, czy jesteś wiernym czytelnikiem jego dzieł czy też dopiero zaczynasz odkrywać jego talent – ta publikacja z pewnością dostarczy ci głębszego zrozumienia dla twórczości tego wybitnego autora. Dzięki opracowaniu Pawła Czerwińskiego poznaj inspiracje i osiągnięcia tego wspaniałego, sandomierskiego pisarza. Czytając tę książkę, odkryjesz, jak wyjątkowe są dokonania tego pisarza i jak szeroką wiedzę zdobył przez całe życie i wykorzystuje ją w swojej twórczości.

Tytuł: Andrzej Sarwa w 70. rocznicę urodzin

Autor: Paweł Czerwiński

Wydawnictwo: Armoryka

Opowiadania o psach 2. RUDZIA

2. RUDZIA

Andrzej Sarwa

AZOR – opowiadania o psach

=================================

2. RUDZIA

Popołudnie. Jesienne. Nijakie. Właśnie zaczynał się listopad 2011 roku. Był wtorek, drugiego, Dzień Zaduszny. Jakieś resztki słonecznych promieni połyskujących chwilami w szczelinach między chmurami zasnuwającymi niebo… Chłód i smutek smużący się od z wolna obumierających roślin, od drzew bezlistnych już prawie, szykujących się na przetrwanie zimy.

Wyszliśmy z żoną, z Elą, przed dom. Zagadaliśmy do sąsiada, a on – ni stąd, ni zowąd – nim zdążyliśmy w jakikolwiek sposób zareagować schwyciwszy jakiegoś nieznanego nam psiaka, który przerażony kulił się w jego ogródku, pod rachitycznym krzakiem mahonii, dosłownie przerzucił go przez niski – na szczęście – płot na naszą stronę.

– Masz! Trzymaj! Będziesz miał psa! – zawołał do mnie z drwiącym uśmieszkiem i takim samym niesympatycznym spojrzeniem.

– No nie! – zaprotestowałem. – Zabieraj to zwierzę! Zabieraj! No już!

– A po co mi pies? – odparł niegrzecznie i wzruszył ramionami.

– To nam go podrzucasz?! – zirytowałem się.

Spoglądaliśmy z Elą zdezorientowani to na sąsiada, to na małego rudego kundelka, który przylgnął brzuszkiem do ziemi i tylko spoglądał na nas wystraszonymi brązowymi ślepkami, w których od czasu do czasu skrzyły się ciemnobursztynowe refleksy.

W pierwszym odruchu chcieliśmy szczeniaka przepędzić na ulicę, bo nigdy wcześniej nie mieliśmy psa, a w związku z tym i miłości do psów także, ale jednak coś nas ścisnęło za serca. Może właśnie te przerażone ślepka? Może…

– No dobrze. Niech na razie zostanie – zdecydowała Ela – a potem będziemy mu szukać domu. Przecież chyba ktoś go zechce?… – powiedziała, ale jakoś tak bez przekonania.

– To ja mu przyniosę coś do zjedzenia.

Psiak, chociaż przestraszony to jednak przecież wręcz pochłonął garsteczkę suchej kociej karmy, bo niczego innego nie było, co by mi się zdawało dla niego odpowiednie. Wypił też odrobinę wody. I znów przywarł brzuszkiem do ziemi.

– O! Skąd macie psa? – zapytał kolega, pan Andrzej, który zajechawszy na parking naprzeciwko naszego domu, zbliżył się do ogrodzenia, a potem wszedł na podwórko.

– A on nas go nim obdarował – wskazałem głową na sąsiada.

– A pan jak go zdobył?

Sąsiad wzruszył ramionami.

– A bo ja wiem? Wczołgał się szparą pod bramą na moje podwórko.

– Coś takiego! A nie wie pan, czyj on może być? Może któremuś z sąsiadów uciekł i teraz nie umie trafić do domu? – drążył pan Andrzej.

– To jakiś obcy pies, nie z naszej ulicy. Było Wszystkich Świętych, nazjeżdżało się ludzi na groby, pewnie ktoś przywiózł psa ze sobą, wjechał w tę naszą boczną uliczkę i wyrzucił go tutaj z samochodu.

– Może i tak… Dzieciom się znudził, to się go tatuś z mamusią pozbyli.

Pan Andrzej pochylił się, przykucnął, wyciągnął rękę i przewrócił pieska na grzbiet.

– Choleeera! Toż to suka! To będziesz pan miał duży kłopot! – zwrócił się do mnie.

– Jaki znowu kłopot?! Jaki kłopot?! – zezłościłem się.

– No… suka to przecie większy kłopot niż pies.

– Panie! Znajdziemy jej dom!

– Panie! A kto panu weźmie sukę? Jeszcze kundla, a na wygląd prawie jamnika?

W duchu przyznałem mu rację, ale zaczynało zmierzchać, a psiak tu wciąż jednak był i coraz bardziej wystraszony wpatrywał się w nas smutnymi oczkami.

– Elu, to co robimy?

– Do domu go nie weźmiemy. Co to, to nie! – powiedziała twardo.

A później starym wełnianym swetrem wymościła legowisko w płytkiej skrzynce po pomidorach i wsunęła ją pod ławkę stojącą pod pergolą gęsto obrośniętą aktinidią i winogradem.

Piesek jakby odgadł, że to miejsce dla niego, więc wpełzł tam posłusznie i zwinął się w kłębek.

* * *

– Asiu – odezwałem się do córki. – I co począć z tym psem?

– Jak to co? Zostanie u nas – odpowiedziała.

– Ale myśmy nigdy psa nie mieli!

– To teraz będziemy.

– Mama się nie zgodzi!

Wzruszyła ramionami.

– Lepiej chodźmy zobaczyć, jak szczeniaczek się miewa.

Kundelek leżał na tym starym czerwonym swetrze i trząsł się z zimna. Popatrzyliśmy z Asią po sobie.

– On tu nie może zostać. Zobacz, jak dygoce. Przecież mamy listopad, w dzień jest bardzo zimno, a co dopiero w nocy?

– I co teraz?

– Jak się mama położy spać, zabierzemy go do ganku.

– A jak nabrudzi? – zapytałem?

– To posprzątam, ale musisz do niego zajrzeć, zanim mama rano wstanie.

* * *

Nabrudził, oczywiście, że nabrudził. Cały ganek był zasikany. Asia pospiesznie wstała, powycierała i zmyła wszystko dokładnie. Otworzyliśmy drzwi na oścież, żeby wywietrzały niemiłe zapachy.

* * *

– Nie, żadnego psa. Mamy już cztery koty! U nas nie zostanie! Szukajcie mu jakiegoś innego domu – powiedziała Ela stanowczym głosem. – A na razie… no cóż… niech mieszka w ganku, bo na dworze już bardzo zimno, ale to tylko na razie!

Więc wraz z córką rozpoczęliśmy poszukiwania.

Tymczasem psina mieszkała u nas i trzeba było jakoś ją nazwać, choćby po to, żeby ją przywołać do miseczki z jedzeniem.

Padło kilka propozycji, ostatecznie daliśmy jej na imię Rudzia… Rudzia… wiadomo. Była psem-dziewczynką i miała rude futerko…

* * *

Zadzwonił telefon. Odebrałem.

– To jak ten piesek wygląda? – usłyszałem głos drugiej z moich córek, Marty, która mieszkała w Warszawie.

– Jak mam ci go opisać? Zwyczajnie wygląda. Kundel jak kundel. Rudy, bardzo przypominający jamnika. Miły pyszczek, ale mocno niezgrabne łapy…

– Przyślij mi zdjęcie.

– O! Jest bardzo ładny! Zostawcie go.

Ja coraz bardziej miękłem i byłem gotów się zgodzić, dlatego powiedziałem:

– Jeśli przekonasz mamę…

* * *

– Proszę mi więcej nie zawracać głowy…

– Ale teraz już ostatecznie się zdecydowaliśmy… naprawdę chcemy oddać tego psa w dobre ręce…

– Już trzy razy się państwo decydowali i trzy razy zmieniali zdanie. Nie. Ja już tego psa nie wezmę.

– Ale my…

– A to już wasz problem.

Trzasnęła słuchawką.

– No to, Elu, teraz nie mamy wyboru. Pies musi zostać u nas…

– Najwyraźniej… – westchnęła. – A zresztą, może to i lepiej? To dobry i grzeczny szczeniaczek. Niczego nie drze, niczego nie niszczy. Ani razu nie nabrudził w domu.

– Oj, raz jednak tak, w tę pierwszą noc, kiedyśmy po kryjomu przed tobą zabrali Rudzię z ogródka do ganku. Ale to ze strachu.

Żona zerknęła na mnie:

– Wiem, wiem.

I tak Rudzia została naszym psem… Naszym najsłodszym kundelkiem… nie, nie kundelkiem – kundliczką.

* * *

Rudzia się bała. Mimo że minął już spory kęs czasu, wciąż nie była pewna, czy aby się jej nie pozbędziemy, tak jak to zrobili poprzedni właściciele.

Jak na pięcio – czy też sześciomiesięcznego – wedle oceny weterynarza – szczeniaka była nadzwyczaj poważna i grzeczna. Ale nie trudno było tę zagadkę rozwiązać. Wystarczyło, że podniosłem do góry rękę, żeby się na przykład podrapać po głowie, a psina przywierała brzuszkiem do ziemi, trzęsła się przerażona i sikała pod siebie.

Najwyraźniej mimo tego, że przeżyła ledwie te kilka miesięcy, już zaznała okrucieństwa. A bito ją zdecydowanie bardzo mocno, bo pod palcami dało się wyczuć, że jedno z żeber było złamane i krzywo się zrosło.

Rudzia więc, jak już powiedziałem wcześniej, bardzo się bała. Gdy zabierałem ją na spacery, szła tuż przy mojej nodze, nieomal ocierając się o łydkę. Zadzierała główkę do góry i spoglądała mi w oczy… jakby pytając: „Czy ty mnie na pewno chcesz? Czy nie masz zamiaru mnie przepędzić?”

I tak się to toczyło przez pierwsze dwa czy trzy tygodnie… a potem… potem Rudzia powoluśku się uspokoiła, bo przecież brzuszek zawsze był pełny, podobnie jak miseczka z wodą, ciepłe posłanie wymoszczone przy kaloryferze, ludzkie dłonie, które nie biły, lecz wyłącznie obdarowywały ją pieszczotami…

Poczuła się zatem bezpieczna i nabrała pewności siebie, a gdy po jakimś czasie na dobre zaprzyjaźniła się z naszym kocurem Włóczkiem, który jednego z grudniowych wieczorów 2007 roku, zamieszkał z nami, jej życie stało się chyba absolutnie szczęśliwe…

* * *

Codzienne spacery we trójkę – ja, Włóczek i Rudzia – to dopiero była frajda! Zapuszczaliśmy się w gęstwinę zdziczałego opuszczonego sadu i na ugorujące pola, których sfałdowane połacie porosłe wysokimi trawami i zielskiem były pełne zapachów, ptasich tropów, mysich norek, krecich kopców. Było więc za czym się uganiać z noskiem przy ziemi.

No i te szalone biegi i wyścigi, jakie urządzali z Włóczkiem we dwójkę i te zabawy w zagryzanie się na niby, a w przerwach ich zabaw – umizgi i zabieganie o moje względy, o pieszczoty, o głaskanie. I byliśmy szczęśliwi, na tyle jak bardzo można być szczęśliwym w tej nędznej rzeczywistości, w której tkwimy…

* * *

Tak mijały dnie, tygodnie, miesiące. Zima ustąpiła miejsca wiośnie, potem wiosna latu, a potem nastała jesień i następna zima…

I cóż by tu można więcej napisać o szczęśliwym życiu moich zwierzaków? Chyba tyle tylko, że świat byłby lepszy, gdyby wszystkie Boże stworzenia mogły tak przyjemnie i beztrosko żyć jak wtedy żyli Rudzia i Włóczek…

Ale… nic nie trwa w nieskończoność…

I nadszedł taki dzień, wtorek 4 czerwca 2013 roku, gdy Włóczek wyszedłszy wczesnym rankiem z domu, już nigdy do niego nie wrócił…

* * *

– Włóczek! Włóczuś! – nawoływałem, przemierzając wraz z Rudzią miejsca, w których najczęściej bywaliśmy i w których najbardziej lubili się bawić.

Na próżno…

W końcu go znaleźliśmy… martwego… na śmietniku w pobliżu budowy wielkiego hotelu. Już się rozkładał. Miał wybite wszystkie zęby. Ktoś się zabawił. „Koty som fauszywe, co nie? Zabić kota!” Zabili… Jakby mało było, cisnęli na śmietnik. Zbezcześcili…

Przynieśliśmy go z Elą do ogródka za domem, pogrzebali w miejscu, gdzie jako mały kociak lubił się przed nami chować śród traw i kwiatów… tak dla zabawy… Tu już nikt i nigdy go nie skrzywdzi… Zazieleni się trawą… zakwitnie hiacyntami… liliami zapachnie… W słodkim kwietnym nektarze pracowita pszczoła poniesie go do ula…

* * *

Odtąd już nic nie było takie samo jak wcześniej…

Skończyły się beztroskie zabawy śród ugorów. I chyba zioła pachniały odtąd inaczej i śnieg inaczej smakował i Rudzia przez dłuuugi, dłuuugi czas jeszcze stawała zamyślona na środku ścieżki wydeptanej śród traw, wpatrując się w jej odległy kraniec jakby w oczekiwaniu na przyjaciela, który pewnego razu niespodzianie zniknął z jej psiego życia… O czym wtedy myślała? Któż to może wiedzieć…

Że co? Że psy nie myślą? Jeżeli tak uważasz toś wyjątkowo głupi…

* * *

A potem odeszła i Ela… na zawsze… gdy karetka pogotowia ratunkowego ostatni raz zabierała ją z domu do szpitala, Rudzia stanęła przed furtką prowadzącą na ulicę i po raz pierwszy w życiu boleśnie, długo, przeciągle zawyła…

* * *

A potem i ja zniknąłem na długie tygodnie, a gdym wrócił do domu przesiąknięty szpitalnym odorem ta szczególna nić, jaka łączyła mnie z Rudzią – pękła… pękła na dobre…

Moja psina poczuła się zdradzona i porzucona przez wszystkich, którzy dotąd byli jej przyjaciółmi i których bez reszty swoim małym psim serduszkiem bezinteresownie pokochała.

I ja to zrozumiałem.

A chociaż po wielu, wielu dniach życie niby znów popłynęło starym łożyskiem, to już nie było ono takie, jak wcześniej, jak na początku.

Słońce zblakło, niebo wypłowiało, liście i źdźbła i kwiaty poszarzały, serca skurczyły się, zastygły, stężały…

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

* * *

11 listopada 2017 przygarnęliśmy z miejscowego schroniska starego dręczonego przez lata całe psa Maluszka i od tej pory Rudzia już miała nie być sama. Ale wbrew nadziejom pomiędzy psami nie zawiązała nić przyjaźni… Szkoda…

* * *

Noc z 19 na 20 listopada 2019 roku była męcząca. Spałem źle, a na dodatek dręczyły mnie koszmary.

Nad ranem, może była trzecia, a może już bliżej czwartej, przyśniło mi się, że znalazłem się w jakimś obcym, nieprzyjemnym miejscu. Na dodatek coś mnie tam zatrzymało, dłużej niż wcześniej planowałem. Zapadł zmrok, a po jakimś czasie smolista ciemność. Denerwowałem się bardzo, bo miałem świadomość, że gdzieś tam, w innym miejscu, w miejscu odległym, w jakimś wcześniej nieznanym mi domu, czeka na mnie żona…

Wiedziałem, że jeśli bym nawet natychmiast wyjechał, to nie dotrę do niej o umówionej porze i że czeka mnie cała noc w podróży.

A ona o tym nie wie. I pewnie będzie się niepokoić, więc się martwiłem.

Z kieszeni wyjąłem telefon, lecz nie umiałem znaleźć jej numeru. Nerwowo przeglądałem cały spis, który się wyświetlił. Daremnie…

Zmartwiony i przejęty ucieszyłem się na widok kolegi.

– Słuchaj – powiedziałem. – Muszę skontaktować się z Elą, a ze swojego telefonu nie mogę. Zerknij, może tobie się uda odnaleźć jej numer.

Nie udało się jednak.

– To chyba cię poproszę, żebyś zadzwonił do niej ze swojego telefonu… zadzwonisz?…

– Zadzwonię…

Wybrał numer i podał mi aparat. Usłyszałem sygnał wołania, a jednocześnie… zarys psiej sylwetki i całkiem wyraźnie grzbiet porośnięty rudą sierścią… czyżby to była Rudzia? Tak, bez wątpienia Rudzia! Skąd się tu wzięła?

Nie wiem dlaczego, ale przyszła mi taka myśl: „O psa też się Ela martwi…”

Usłyszałem w słuchawce głos:

– Halo?

– Elu, to ja. Przepraszam, ale absolutnie nie zdążę przyjechać, tak jak planowałem. I chyba podróż zajmie mi całą noc.

– Dobrze. Czekam na ciebie. Przyjedź jak najszybciej.

– Przyjadę, ale najpierw muszę do ciebie wysłać psa.

– Psa?

– Rudzię… ale zaraz potem i ja ruszę w drogę…

Dziwna nielogiczna logika snu, czy jak to tam nazwać.

Obudziłem się zmęczony tym majakiem, a i nieco wystraszony.

„– Czekam na ciebie. Przyjedź jak najszybciej” – wciąż brzmiało mi w uszach, chociaż siedziałem na brzegu wersalki z otwartymi już oczami…

„– Przyjadę, ale najpierw muszę do ciebie wysłać psa” – wzdrygnąłem się na wspomnienie tych słów. Co miały znaczyć? Dokąd miałem wysyłać Rudzię? Przecież Ela nie żyła. Ja tak, to co innego, pewnie kiedyś, wcześniej czy później do niej dołączę, ale pies?… Pies nie może trafić w zaświaty… tak przynajmniej mnie uczono…

Wszystko to nie miało sensu. A właściwie to by miało i odczytanie snu byłoby proste – Ela na mnie czeka, a ja za niedługo do niej dołączę. Tam… gdzieś… Tam, po drugiej stronie…

Zatem sen mógł być zapowiedzią mojej śmierci i przekroczenia granicy pomiędzy doczesnością a wiecznością.

I raczej nie mogło tu być miejsca na psa…

„– Czy jednak na pewno?” – natrętna myśl zagnieździła mi się w głowie.

* * *

20 listopada. Szary, smutny, późnojesienny dzień. Dął zimny przenikający aż do szpiku kości wiatr, a ołowiane chmury zasnuwały niebieską powałę. Gawrony ochryple złowróżbnie krakały. Kilkoma z nich podmuchy bezładnie miotały ponad wierzchołkami drzew, pędząc je w górę i gwałtownie ciskając w dół, a wówczas one rozpostarłszy skrzydła, szybowały, zda się bezładnie, póki następny gwałtowny poryw nie cisnął nimi w stronę, w którą chyba nie chciałyby się skierować.

Rudzia nie czuła się dobrze. Od dłuższego już czasu. Od wielu miesięcy. Wizyty u weterynarza… i to niejedna… Nie znaleziono niczego niepojącego… Wszystko w normie… Może tylko nadwaga… I zdecydowanie za duży brzuch!… Pewnie uczulenie. Trzeba ją zacząć czym innym karmić.

– Martwię się o Rudzię – powiedziała Marta. – Chyba musimy znów ją zabrać do weterynarza.

– Dobrze, chociaż jak zwykle powie, że nic jej nie jest. Jeśli już mamy ją zawieźć na badanie, to tym razem lekarz powinien jej zrobić RTG brzucha. Wkładaniem termometru do tyłka i zaglądaniem w zęby niczego się nie wykryje.

* * *

Rudzia dreptała posłusznie w kierunku drzwi gabinetu lekarskiego, choć ostry zimny wiatr dmuchał jej prosto w ślepka.

– Najpierw może zrobimy badanie krwi? – zapytał weterynarz.

– Dobrze.

– Osłucham ją jeszcze.

– I?… – zapytałem, gdy skończył.

– Wszystko w porządku.

– To skąd te dolegliwości?

– Może trzeba zmienić dietę?…

– To już przerabialiśmy.

Bezradnie rozłożył ręce.

– Może by trzeba zrobić prześwietlenie tego brzuszka? – zasugerowałem dość stanowczym tonem.

– Właściwie… to chyba można… Niech ja pan trzyma, żeby się nie ruszała.

Trzymałem.

– Wie pan, Rudzia ma ogromną śledzionę. W całej swojej praktyce jeszcze tak powiększonej nie widziałem… Dobrze byłoby zrobić jeszcze USG.

– Niech pan zrobi.

W milczeniu golił Rudzi brzuszek. Pies znosił to w spokoju.

– Teraz trzeba położyć ją na grzbiecie…

– I co? – zapytałem, gdy badanie dobiegało końca.

– Nie mam dobrych informacji… jest guz na „głowie” śledziony i drugi gdzieś w okolicy żołądka.

– Guz… to znaczy, że…

Potwierdził skinieniem głowy.

– A leczenie?

– Leczenie? Można usunąć śledzionę, ale przeżywalność psów po takim zabiegu to na ogół zaledwie kilka miesięcy… Można spróbować leczenia hormonalnego… można, ale przysporzy się psu cierpień…

– Rokowanie?

– Trudno powiedzieć – bezradnie rozłożył ręce. Obecnie obserwuję dwa psy z takim samym schorzeniem. Jeden żyje już półtora roku, drugi rok. Póki więc Rudzia nie ma bólów… to ja bym tego nie ruszał.

* * *

„Więc co, Elu?” – pomyślałem. „Więc co? Co dalej? Czyżby najprostsze wyjaśnienie? Pierwsza odejdzie Rudzia, którą jeszcze ja wyprawię na tę stronę, po której ty już się znajdujesz, a niedługo potem i ja dołączę do was?…”

* * *

I płynął czas, dziwny czas, smutny czas…

* * *

24 kwietnia 2020, wieczór. Rudzia poczuła się bardzo źle. Cierpi. To widać. Jak jej pomóc? Od kilku dni dostaje tabletki chlorelli, sama się o nie upomina, bo pewnie czuje się po nich lepiej. Ale znów się pogorszyło.

Jeszcze jedna porcja chlorelli i – na próbę i ryzyko pyłek pszczeli. Po kilkunastu minutach wyraźna ulga i poprawa. Rudzia śpi spokojnie do rana. Tylko ten bardzo, bardzo ciężki oddech i pochrapywanie…

25 kwietnia 2020, ranek. Kilka tabletek chlorelli i sporo pyłku. Przypiąłem Maluszkowi smycz do obroży, otworzyłem drzwi na dwór.

Rudzia wybiegła na zewnątrz, a potem naszą wąską uliczką popędziła niczym strzała. Biegła i skakała niczym szczeniak, który kiedyś, przed laty trafił tutaj, pod nasz dach.

Ale powrót ze spaceru już nie był tak żwawy i radosny. Zmęczona przysiadała co kilka kroków na poboczu i spoglądała mi w oczy, jakby chcąc prosić o wybaczenie, że nie ma siły iść szybciej. Moja Rudzia…

Południe – może trochę wcześniej, a może trochę później, ale jakoś tak.

Od kilku dni mojej psinie znów nasiliły się dolegliwości, choć przez pewien czas wydawało się, że jest dużo lepiej, że być może nie jest aż tak groźnie, jak usłyszeliśmy na jesieni? Ale nie… nie było lepiej. Jednak nie.

Marta z Asią zabrały Rudzię do lekarza.

W napięciu czekałam, aż wrócą.

Zapytałem:

– I co?

– Doktor Świstak zrobił biopsję. Jest płyn w brzuszku i krew w węzłach chłonnych…

* * *

Od czerwca Rudzia zaczęła odmawiać chodzenia na codzienne spacery, więc wędrowaliśmy utartym szlakiem tylko we dwóch – ja i Maluszek. I było nam smutno… i wciąż dręczyła mnie jedna myśl:

„Moja Rudzia… Rudzia ma raka… kilka lat temu martwiłem się, że to ja umrę pierwszy, a ona zostanie na poniewierkę… ale… ale może jeszcze tak naprawdę nic nie było przesądzone?…”

* * *

Czas mijał. Już nie chodziłem z Maluszkiem na spacery. Rudzia na nowo zaczęła mi towarzyszyć, ale chociaż podratowana lekarstwami to jednak pełni sił nie odzyskała dlatego nasze wspólne wyprawy, nie przekraczały stu metrów…

Na razie jeszcze jesteśmy razem. Oby jak najdłużej, a co będzie za jakiś czas? Bo ten płynie nieubłaganie. Czy Rudzia, czy ja?… nie wiem komu z brzegu… kto po kim zapłacze…

* * *

Rudzia odeszła… ja zapłakałem…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

AZOR. Opowiadania o psach I.

Andrzej Sarwa

AZOR

opowiadania o psach

A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre.

Rdz 1, 31.

=================================

1.

JA I PSY

Och! Boże! Jak ja nienawidziłem psów! I jak psy, bez wyjątku wszystkie, nienawidziły mnie. Czemu? Nie wiem, to jedna z tych dziwacznych i zdumiewających zagadek, które niekiedy życie stawia przed nami. A ta zagadka była właśnie taka… nie tylko zdumiewająca, ale i absolutnie niemożliwa do zrozumienia… jakaś… jakby metafizyczna. Każdy bowiem pies na mój widok stawał się agresywny i to do tego stopnia, że nie tylko szczekał i warczał, ale odnosiło się wrażenie, że gdyby mógł, to by mnie pogryzł, o ile nawet nie zagryzł.

A więc: jakże ja nienawidziłem psów! Wszystkich bez wyjątku! Wszystkich. A psy, wszystkie bez wyjątku nienawidziły mnie. Wszystkie.

Idąc ulicą, gdy wypatrzyłem bodaj jakiego kundelka, nawet takiego wielkości królika, nieomal kamieniałem ze strachu, modląc się w duszy, żeby i on mnie nie wypatrzył. A kiedy już tak się stało, że na psisko się natknąłem i zajrzeliśmy sobie w oczy, wielką sztuką z mojej strony było, by bestię tak ominąć, iżby nie narazić się na pogryzienie.

I tak mijały lata. Ale – o dziwo – nigdy żaden pies mnie nie ugryzł! I tego również w żaden sposób nie potrafiłem zrozumieć. To też było zdumiewającą zagadką, szczególnie mając w pamięci tę zajadłą wściekłość, jaka się u każdego osobnika z psiego plemienia objawiała na mój widok.

Często wstyd mi było przed samym sobą i przed innymi ludźmi, a najbardziej chyba przed moją żoną, ona bowiem nie raz i nie dwa na widok psa, którego musieliśmy ominąć, albo takiego, który akurat biegł w naszą stronę, bo tak mu było po drodze, mawiała:

– Schowaj się za mnie, to może cię nie wypatrzy.

I ja z palącym wstydem się chowałem.

Mijaliśmy się, ja struchlały, pies natomiast rozjuszony, ponieważ nic to chowanie się za plecy żony nie dawało, lecz jakoś zawsze każde takie spotkanie kończyło się dla mnie szczęśliwie. Co było też osobliwe.

Tłumaczyłem sobie niechęć psów do mnie, a moją do psów tym, że wręcz uwielbiałem koty, a koty mnie, że koty, jak sięgałem pamięcią, zawsze były tuż obok. Za dnia i w nocy… to z kotami dzieliłem się jedzeniem, to z kotami sypiałem w tym samym łóżku, głaskałem je, a one mruczały. Pamiętam takie, które wychodziły mi naprzeciw, kiedy wracałem ze szkoły, bądź też czekały na mnie niemal w połowie drogi do domu i takie, które mi asystowały przy odrabianiu lekcji, siedząc na ramieniu. Pamiętam i takie, które, drzemiąc, cichuśko mruczały, gdy ja zagłębiałem się w lekturę jakiejś pasjonującej książki, odkrywając nowe światy… One po prostu były. Stanowiły cząstkę mojego świata, w którym nigdy byś psa nie uświadczył…

Takie wyjaśnienie, wyjaśnienie zda się racjonalne, któregoś dnia okazało się błędne.

Pamiętam… letni ciepły dzień… minionej nocy zmarła moja Mama… Szliśmy wraz z żoną na miasto naszą wąską, pełną zieleni uliczką załatwiać formalności pogrzebowe. Nie uszliśmy jednak zbyt daleko od domu, może sto metrów, a może nawet mniej, gdy naraz, jakby spod ziemi, wyrósł tuż przede mną wielki, brązowy, podpalany sięgający mi prawie do pasa pies… żona zdrętwiała z przerażenia, że tym razem już mi się nie upiecze, że pies rzuci się na mnie i w najlepszym razie, jeśli mnie nie zabije, to przynajmniej pogryzie.

Tymczasem jednak ja, niczym w transie, postąpiłem te dwa czy trzy kroki dzielące mnie od psa, wyciągnąłem rękę i zacząłem głaskać go po głowie, a pies stał nieruchomo, poddając się tej pieszczocie.

I w tej samej chwili jakby coś pękło i we mnie i w każdym z członków psiego plemienia.

Pokochałem je wszystkie, a one przestały na mój widok dostawać ataków szału i wściekłości.

Do dziś nie wiem, co to był za pies, ani co się z nim stało później, gdy poszliśmy dalej swoją drogą. Nigdy wcześniej ani nigdy później go już nie widziałem…

A za jakiś czas inny pies, kundelek, a właściwie kundliczka zagościła pod moim dachem…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

===============================

A będzie ich osiem

MD