Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 24 września 2026 michalkiewicz
Czegóż to nie wypisują niezależne media głównego nurtu? Coraz mniej ma to wspólnego z rzeczywistością, a coraz więcej – z tak zwanym „chciejstwem” to znaczy – z marzeniami, jak powinno być. Jakże inaczej potraktować opinię, według której Rosja nie jest już mocarstwem, bo jej mocarstwową pozycję zajęła Polska? Ciekawe, kto inspiruje tego rodzaju opinie. Obawiam się, że źródłem inspiracji może być Książę-Małżonek i podlegająca mu nasza – pożal się Boże – „dyplomacja”, którą złośliwy Władysław Bartoszewski nazwał w swoim czasie „dyplomatołkami”. Rzeczywiście – kiedy się słucha wypowiedzi niektórych z nich, to niepodobna oprzeć się takiemu wrażeniu. Jakże inaczej traktować opinię, według której amerykański prezydent Trump to matoł, który dobiera sobie jeszcze głupszych od siebie, by negocjowali z zimnym ruskim czekistą Putinem zakończenie wojny na Ukrainie? Gdyby zamiast swojego zięcia, czy tego drugiego, Witkoffa, słuchał naszych dyplomatów, to już dawno byłoby po harapie. Niestety jest odwrotnie, dlatego świat cierpi niewypowiedziane katiusze.
W tej sytuacji trudno się dziwić, że i szef naszej dyplomacji, czyli Książę-Małżonek, złożył niezapowiedzianą wizytę na Ukrainie, żeby już nie opierać się na raportach, co to nie warte są nawet funta kłaków, tylko obejrzeć na własne oczy, usłyszeć na własne uszy i wyrobić sobie opinię. Jeśli wierzyć Księciu-Małżonku, to był on na Ukrainie rozchwytywany przez tamtejszych dygnitarzy, dla których on też musiał stanowić wielką osobliwość. Nawiasem mówiąc, Książę-Małżonek, sprokurował sobie na tę okazję wdzianko, łączące ze sobą i dyplomatyczny szyk i żołnierską prostotę. Jestem pewien, że wdzianko, podobnie zresztą, jak i sam Książę-Małżonek, musiały na Ukrainie i na Ukraińcach zrobić niezapomniane wrażenie.
W dodatku, jakimści sekretnym sposobem dowiedział się o wszystkim zimny ruski czekista Putin i w przekonaniu, że Książę-Małżonek, jak wszyscy inni, przybywający do Kijowa cudzoziemcy, będzie wracał do Warszawy koleją, wysłał drony, a właściwie jednego, który zbombardował lokomotywę stojącą na bocznym torze niedaleko polskiej granicy. Tymczasem Książę-Małżonek jak zwykle Putina przechytrzył i w pociągu ewakuacyjnym wcale go nie było.
Wyobrażam sobie, jak boleśnie musiał Putin przeżuwać gorycz tej porażki tym bardziej, że – jakby tego było mało – Książę-Małżonek argusowym okiem spenetrował prawdę, że w Okręgu Królewieckim Putin zgromadził nawet spore zapasy ponaddźwiękowych dzid – ale nie ma tam żołnierzy, którzy by ich pilnowali, więc może by tak skorzystać z okazji? Natychmiast zareagował pan Pieskow, zapowiadając ściągnięcie do Królewca dywizji syberyjskich. Po co tedy było informować o tym pana Pieskowa?
Ale i bez tego czekają nas wielkie zgryzoty. Oto niedawno zakończyło się Forum Ekonomiczne w Karpaczu, gdzie uczestnicy obliczyli wartość strat, jakie Polska poniosła pomagając Ukrainie w latach 2022-2025. Okazało się, że zbliża się ona do 500 mld złotych – ale to może okazać się niewiele w porównaniu do kosztów, jakie mogą się pojawić, gdy tylko Polska przystąpi do realizacji pomysłu Wielce Czcigodnego Pawła Kowala. Proponuje on, by te 500 mld złotych ściągnąć, ale nie z Ukrainy – uchowaj Boże! – tylko … z Rosji. To by oznaczało nie tylko niebotyczny wzrost tych strat, ale również – konieczność przystąpienia do składania ofiar z ludzi. Ale jeśli jest rozkaz, by służyć Ukrainie, to nie ma rady – ofiary muszą być.
Tymczasem, dopóki nie padnie salwa, nasi Umiłowani Przywódcy zabawiają się w wojnę. Niedawno pan minister Kierwiński, za pośrednictwem systemu ostrzegawczych syren, wył tak głośno, że w środku nocy poderwał na równe nogi mieszkańców województwa lubelskiego i podkarpackiego, wysyłając im jednocześnie „alerty RCB”, żeby niezwłocznie udali się w „bezpieczne miejsce”. Problem polega na tym, ze w naszym nieszczęśliwym kraju nikt nie wie, gdzie to bezpieczne miejsce się znajduje, zwłaszcza gdy Putin zablokował drogę na Zaleszczyki. Toteż, jak tak dalej pójdzie, może się powtórzyć sytuacja, o której czytamy w bajce Ezopa o pastuszku, który kilkakrotnie podrywał na równe nogi całą wieś pod pretekstem, że wilki atakują owce. Kiedy już wieśniacy się z tymi alarmami oswoili, wilki naprawdę napadły na owce, ale wtedy nikt się nie ruszył.
Inna sprawa, że nasz nieszczęśliwy kraj pogrąża się w wojnie niezależnie od Putina. Oto obywatel Żurek Waldemar postanowił dokonać podmianki na stanowisku rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości i z zagadkowych powodów upodobał sobie w panu prof. Sławomirze nomen omen Cudaku. Od razu na mieście rozpełzły się fałszywe pogłoski, jakoby pan Cudak był z wykształcenia piekarzem i członkiem PZPR, a jego kariera naukowa wystrzeliła w górę dopiero, gdy został pułkownikiem. Zapewne w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy, chociaż z drugiej strony pan prof. Cudak pułkownikiem chyba jest naprawdę. To by zresztą rzucało pewne światło na upodobania obywatela Żurka Waldemara, który – jak to pisze Mickiewicz w bajce o zającu i żabie – ma wprawdzie swoją żabę, co przed nim ucieka, ale i swojego zająca, którego się boi.
Więc ingres pana prof. Cudaka do AWS odbywał się wprawdzie w asyście licznych zastępów policji, jednak co z tego, skoro jedna – ale za to Wielce Czcigodna posłanka Maria Kurek, własną piersią zasłoniła mu wejście do gabinetu i w ten sposób uniemożliwiła zasięście własnym zadem na fotelu rektora? W dodatku Wielce Czcigodna pani Kurek przebywa w tym gabinecie aż do dzisiaj, pijąc tylko wodę z kranu i w ogóle. W związku z tym Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz jeszcze z jednym posłem-desperatem planują rozwiercenie zamków, by w ten sposób dostarczyć Wielce Czcigodnej pani Marii żywność i medykamenty. Co na to powiedzą siepacze obywatela Żurka? Najwyraźniej w otwartym właśnie sezonie łowieckim czekają nas piękne sceny myśliwskie tym bardziej, że operacja siłowego przejęcia AWS jest chyba tylko próbą generalną opanowania przy pomocy „silnych ludzi” Trybunału Konstytucyjnego.
Pan Berek ma misję obsadzić TK „naszymi” sędziami, by nie tylko uporządkować tubylczą scenę polityczną, delegalizując niewłaściwe partie, ale również – wysadzić w powietrze pana prezydenta Nawrockiego, pod pretekstem zastosowania procedury z art. 131 konstytucji. Tedy pan prof. Czarnek zapowiada mobilizację narodu polskiego w obronie Trybunału. Wokół niego mają zaleć „setki tysięcy” obywateli, tworząc z własnych ciał nieprzebytą zaporę dla „naszych” sędziów. Problem w tym, że nikt nie wie, kiedy szturm się rozpocznie – czy już – czy dopiero w październiku. Może Putin by wiedział, ale trudno oczekiwać, by Naczelnik Państwa pozwolił panu prof. Czarnkowi zasięgać u niego informacji.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
„Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu. Jeżeli Ukraińcy byli w stanie wyłączyć połowę rosyjskich zdolności rafineryjnych w ciągu sześciu miesięcy, my moglibyśmy zrobić to w sześć tygodni i wyłączyć drugą połowę” – powiedział 11 września, w trakcie spotkania YES (Yalta European Strategy) w Kijowie Radosław Sikorski.
Sikorski nie jest publicystą czy politykiem z drugiego garnituru. To Minister Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej. Choćby z tego powodu każda z jego wypowiedzi ma swój ciężar gatunkowy. Nic więc dziwnego, że nie trzeba było długo czkać na reakcje. „Jeśli chodzi o ocenę własnych sił zbrojnych przez Warszawę, szef polskiej dyplomacji wyraźnie ma amatorski pogląd na potęgę militarną naszego kraju, nie rozumiejąc, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne są dalekie od wykorzystania pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że gdyby Polska przystąpiła do działań zbrojnych przeciwko Rosji, nasz kraj wykorzystałby cały arsenał dostępnych sił i zasobów, a polska państwowość przestałaby istnieć w ciągu dwóch, trzech dni” – odpowiedział w rekcji na słowa szefa polskiego MSZ sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaj Patruszew. Patruszew to postać znacząca. W przeszłości był dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (1999–2008). Uznawany jest za jednego z tzw. siłowików i człowieka z bliskiego otoczenia Władimira Putina.
„Dziś Sikorski i inni członkowie polskich elit twierdzą, że przywracają Polsce wielkość. W rzeczywistości jednak rozbudzają niezdrowe ambicje, ogłaszając plany odbudowy „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji i ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Sikorski, opętany militaryzmem, odmawia słuchania słów prezydenta Rosji, że Rosja nikomu nie zagraża i że nasz kraj nie ma podstaw do działań militarnych przeciwko Europie” – dodał Patruszew. W język nie gryzła się także Maria Zacharowa. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ określiłam wypowiedź Sikorskiego jako objaw „rusofobii mózgu”.
Paradoksalnie, z czysto wojskowego punktu widzenia Sikorski ma rację. Przewaga NATO, a nawet wyłącznie jego europejskiego komponentu, w zakresie lotnictwa i środków napadu powietrznego jest znacząca. W istocie NATO jest w stanie całkowicie zaburzyć rytmikę gospodarki Rosji, a nawet zapewne zdekapitować jej elitę polityczną i wojskową. To jedna strona medalu.
Druga strona medalu jest jednak taka, że nie da się wygrać wojny wyłącznie w powietrzu. Kalkulacja, że pozbycie się Władimira Putina i jego politycznego zaplecza doprowadzi do przejęcia władzy w Rosji przez siły prozachodnie, jest przejawem politycznego chciejstwa. Nietrafność tej kalkulacji oznacza co najmniej długotrwałą konwencjonalną wojnę. Brudną i mało chwalebną, pełną błota, krwi i śmierci, na którą Europejczycy będą musieli wysłać swoje dzieci. Czy Francuzi, Włosi, Hiszpanie, a w szczególności Brytyjczycy, będą mieli ochotę wykrwawiać się? Czy też po raz kolejny „nie będą ginąć za Gdańsk”?
Wojna konwencjonalna nie jest jednak scenariuszem najgorszym. Pamiętajmy, że Federacja Rosyjska wciąż dysponuje znaczącym arsenałem jądrowym i posiada skuteczną możliwość jego użycia. Postawiona przed alternatywą własnej klęski lub użycia broni ostatecznej, z dużym prawdopodobieństwem wybierze to drugie.
Jednak nawet jeśli broń jądrowa pozostanie w arsenałach, potencjalny scenariusz dla Polski nadal jest tragiczny. Sikorski ma rację, wskazując na niedoskonałość rosyjskiej obrony przeciwdronowej i przeciwrakietowej. Jednak arsenał ofensywny Federacji Rosyjskiej jest nienaruszony. W przypadku wojny z NATO zostanie on użyty bez najmniejszych zahamowań. Polska i kraje nadbałtyckie będą w oczywisty sposób pierwszymi celami.
O ile z punktu widzenia interesu całego Sojuszu Północnoatlantyckiego mogłaby być to akceptowalna cena za osiągnięcie strategicznego sukcesu, o tyle dla nas jest to cena całkowicie nieakceptowalna. Oznacza nie tylko straty ludzkie i materialne, ale stwarza realne zagrożenie dla dalszego biologicznego przeżycia narodu. Dlatego polski minister spraw zagranicznych, który w pierwszej kolejności winien troszczyć się o dobro własnego narodu i państwa, nigdy nie powinien wypowiadać takich słów.
Warto jednak postawić sobie pytanie, czy Radosław Sikorski w istocie realizuje interesy państwa polskiego? Cały jego życiorys sprawia, że jest to pytanie nie tylko zasadne, ale wręcz oczywiste.
W roku 1981 Sikorski, w wieku zaledwie 18 lat, wyjechał do Wielkiej Brytanii. Po wprowadzeniu stanu wojennego pozostał na Wyspach, a w 1982 r. otrzymał tam azyl polityczny. Oficjalne biogramy MSZ podają, że w latach 1981–1989 był uchodźcą politycznym w Wielkiej Brytanii. W czasie swojego pobytu za granicą studiował w Pembroke College w Oksfordzie, kończąc studia w 1986 r. Był aktywny w Oxford Union, kierował Oxford University Polish Society i należał do Bullingdon Club. W tym środowisku poznał m.in. Borisa Johnsona, a brytyjska prasa później pisała również o jego kontaktach ze środowiskiem Davida Camerona i George’a Osborne’a. „The Guardian” określał go wręcz jako polityka blisko znającego wielu czołowych konserwatystów.
Sikorski w 1987 r. przyjął brytyjski paszport. Według dostępnych biografii obywatelstwa brytyjskiego zrzekł się w 2006 r. Sam Sikorski wspominał też, że pojawiały się w Polsce sugestie, jakoby jego studia finansował brytyjski wywiad; zaprzeczał temu, twierdząc, że otrzymywał zwykły grant ILEA.
Jeszcze w latach 80. wszedł do brytyjskiego środowiska medialnego. Pracował jako freelancer m.in. dla „The Spectator” i „The Observer”, a jako korespondent wojenny „The Sunday Telegraph” relacjonował wojnę w Afganistanie. Zresztą Afganistan jest istotnym punktem przedmiotowego życiorysu. To tutaj doszło do styku ze Stanami Zjednoczonymi i ich służbami. Sikorski przebywał wśród mudżahedinów w okresie, gdy byli oni intensywnie wspierani przez USA przeciwko ZSRR. Jako reporter opisywał m.in. użycie amerykańskich Stingerów.
Pod koniec lat 80. Sikorski związał się zawodowo z USA. Został korespondentem amerykańskiego konserwatywnego magazynu „National Review”, relacjonując m.in. walki w Afganistanie i Angoli. To wprowadziło go w krąg amerykańskiej prawicy antykomunistycznej i było fundamentem jego późniejszej kariery politycznej w Polsce. Na początku obecnego stulecia Sikorski objął stanowisko resident fellow w American Enterprise Institute, został też dyrektorem wykonawczym New Atlantic Initiative. AEI było dla niego czymś więcej niż zwykłym miejscem zatrudnienia. Sikorski kierował programem zajmującym się relacjami transatlantyckimi, Rosją, NATO i demokratyzacją państw postsowieckich. Raport AEI z 2005 r. pokazuje, że organizował konferencje z udziałem m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, Davida Fruma, Danielle Pletki, Michaela Rubina oraz przedstawicieli administracji i dyplomacji wielu krajów.
Ta relacja nie skończyła się po wejściu Sikorskiego do polskiego rządu. AEI odnotowuje, że jako minister spraw zagranicznych występował w instytucie, m.in. w sprawach stosunków polsko-amerykańskich i bezpieczeństwa Europy Wschodniej. AEI przypominało przy tym, że wcześniej kierował New Atlantic Initiative. Po odejściu z wysokich stanowisk państwowych związał się z Center for Strategic and International Studies jako „Distinguished Statesman”. CSIS ogłosiło to oficjalnie w 2016 r. Instytucja należy do najważniejszych amerykańskich think tanków zajmujących się bezpieczeństwem i polityką zagraniczną.
Żona Sikorskiego, Anne Applebaum, jest wpływową amerykańską dziennikarką, od dziesięcioleci obecną w amerykańskim środowisku medialnym i eksperckim. Tajemnicą Poliszynela są jej powiązania z amerykańskim deep state. Jeden z synów Radosława Sikorskiego i Applebaum, Tadeusz Sikorski, został podporucznikiem US Army w Cyber Corps, czyli formacji armii amerykańskiej zajmującej się działaniami i bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni.
Czy polityk o takich powiązaniach, nie tylko politycznych, ale i rodzinnych, z obcym mocarstwem powinien kierować polską polityką zagraniczną? – na to pytanie kolejne koalicje rządzące odpowiadają twierdząco. Wydaje się jednak, że w przypadku wystąpienia poważnej sprzeczności interesów pomiędzy Ameryką a Polską Sikorski zostanie postawiony co najmniej w sytuacji konfliktu lojalności. To wielkie ryzyko. Tym większe, iż potęgowane cechami osobowościowymi samego Sikorskiego.
Nie jest żadnym sekretem, że Sikorski jest przeczulonym na własnym punkcie megalomanem, z obsesją posuniętą do granic narcyzmu. Najlepszą ilustracją jest tutaj anegdotyczna już historia malowniczego dworku Chobielin. W 2014 r. Sikorski, wtedy minister spraw zagranicznych, zabiegał (skutecznie) o formalne wydzielenie swojej posiadłości z miejscowości Chobielin. W oficjalnym uzasadnieniu czytaliśmy, że MSZ tłumaczyło, iż „często ważni goście zagraniczni, mają duże trudności z dotarciem na miejsce, częstokroć błądząc po lokalnych, trudno przejezdnych drogach”. Tak oto Sikorski został „sołtysem na Chobielinie” i nie musiał już dłużej pospolitować się z ludem. Ta dykteryjka byłaby jeszcze zabawniejsza, gdyby nie fakt, że dotyczy polskiego ministra spraw zagranicznych. Człowieka, który z formalnego punktu widzenia jest szefem naszej dyplomacji, choć dyplomacji w jego wypowiedziach próżno szukać.
W przełomowym czasie globalnego kryzysu, gdy z ruin świata jednobiegunowego wyłoni się nowa globalna konstrukcja, polityką zagraniczną Polski kieruje człowiek nieposiadający do tego osobistych predyspozycji, cechujący się za to co najmniej zastanawiającymi powiązaniami zagranicznymi. Jeśli porównalibyśmy go do nawigatora, a nasz kraj do okrętu, musielibyśmy dojść do wniosku, że Sikorski od dłuższego czasu wyraźnie naprowadza nas na rafy. Jest w tym zdeterminowany i konsekwentny. Nie powstrzyma go premier zaczytany w urojone raporty CIA. Nie powstrzyma go prezydent reprezentujący w obszarze polityki zagranicznej styl jednocześnie troglodycki i fiksacyjnie antyrosyjski. Nie powstrzyma go nikt w Polsce, bo nie ma tu nikogo, kto dysponowałby jednocześnie siłą, determinacją i perspektywą intelektualną, by to uczynić.
Pozostaje nam liczyć na cud. Nie przesadnie wielki, taki w sam raz na naszą skalę. Ot, choćby taki, że wielcy tego świata zdecydują, że to jeszcze nie moment na wojnę. Po czym przywołają swoich podwykonawców do porządku.
Zacytuję Państwu kilka ostatnich kawałków, które obiły się pewnie Państwu o uszy, ale obijały się w oderwaniu, osobno, tak jakby pojedyncze instrumenty narracyjnej orkiestry ćwiczyły w solo swoje kwestie. Ja spróbuję złożyć je w jeden utwór, by obnażyć pewną manipulację. Otóż tak właśnie tworzy się narracyjną manipulację: aby nie wyszło, że mamy do czynienia z całą orkiestrą, z rozpisanym na instrumenty zwartym utworem, nagrywa się w ludzkim umyśle pojedyncze ścieżki. Te mocą kognitywnych procesów scalają się w ludzkim mózgu w jeden utwór narracyjny i nagranie jest zakończone. Pacjent jest nagrany. Ale ponieważ nie dzieje się to naraz, przy całej orkiestrze, nie tylko nie widać jej samej, nie tylko nie widać, że to wielościeżkowy i rozpisany utwór, ale nie widać też… dyrygenta. Pozwólcie, że teraz rozczytam tę partyturę, najpierw po instrumencie, a potem spróbuję z Wami przysłuchać się tak zdekonstruowanej melodii.
Po pierwsze – jaki jest tytuł tej melodii: oficjalny i ten prawdziwy i ukryty, czyli co jest grane? Grana jest wojna. Co jest do uzyskania? Ano mnóstwo rzeczy: przykrycie nieudolności rządu prowadzącej do zapaści finansów publicznych, chęć skupienia ludu pod flagą atakowanego państwa, bez względu na jakość rządzących, zakłócenie niekorzystnego procesu wyborczego, pognębienie opozycji wciskaną jej niefrasobliwością, czy zrobienie ogólnopolskiego karnawału tropienia onucyzmu. Do tego dochodzą, najczęściej zlecone, cele globalistyczno-unijne, z których chyba najważniejszym jest użycie wrażenia zagrożenia, powtarzam – wrażenia, wojennego do przyspieszenia procesu centralizmu Unii i kontynentu pod osłoną cenzury na wzór czasów wojennych. Już tu wiele razy mówiłem, że po jeźdźcu Apokalipsy Zaraza przygalopował obecnie jeździec Wojna. Wszyscy zaś jadą na szkapach karmionych strachem. To jest główne paliwo tych obu procesów, z czego jeździec Zaraza zdaje się był tylko testem jak daleko można zajechać na obroku paniki. Testem zdaje się, że udanym, widząc teraz rącze cwały następnego konia – Wojny. Ten jest dźgany do galopu medialnymi ostrogami w dawkach o wiele bardziej przekraczających te promujące zabawnego wirusa z nie wiadomo skąd wziętymi przyssawkami.
Uwertura
A więc uwertura tego koncertu jest napisana na pięcioliniach strachu. Ale, jak to w uwerturze, pojawiają się tu pierwsze sygnały, wariacje przyszłych tematów. Tu, po pierwsze, trzeba – dla uproszczenia, ale i urealnienia – spersonifikować odgrywany temat. Mamy więc go – Putina. Tu jest centrum całego zła. Gdyby Putin wpadł pod walec w wieku dziecięcym – wszystko na świecie potoczyłoby się inaczej, czyli lepiej, bo gorzej już być nie może. Czasami jego, Putina, przywary rozlewają się na jego naród: ruskie, kacapy, zawsze z małej litery, pogarda do wschodnich ćwoków.
Ale bez przesady – nagrany globalnie widz musi być przygotowany na przyszłe zmiany, jeśli chodzi o stosunek do Rosji, nie może więc być nagrany na twardo i przeciwko każdemu kacapowi. No bo jak Niemcy – zaraz i to zimą? – będą chcieli wrócić z Rosją do business as usual, to nie mogą być spalone dziś wszystkie mosty, po których będą niedługo jeździć europejskie euro w jedną stronę, zaś paliwko z gazem – w drugą. Muszą też – odwrotnie – być hodowani dobrzy bojarzy i zły car, tak by któregoś z nich móc wyciągnąć w przyszłości za uszy, by z nim robić interesy.
W tej putinowskiej uwerturze pojawiać się zaczynają pewne elementy, rozwinięte później w części allegro i andante: jest to kontrapunkt. W sumie brzmi w całości jako całkiem sensowny akord, choć złożony jest z kognitywnego oksymoronu, odgrywanego w różnych tonacjach. Ten kontrapunkt polega na jednoczesnym naciskaniu wydawałoby się gryzących się dźwiękowo, a właściwie pojęciowo, klawiszy: jeden to klawisz strachu, drugi to klawisz zadowolenia z naszego przygotowania na niebezpieczeństwo. Wydawałoby się, że ten drugi niweluje brzmienie tego pierwszego, ale tak nie jest – to właśnie musi wybrzmieć razem: strach i tromtadractwo.
I tak jest z Putinem i Rosją. W tym samym dniu w narracyjnych rewelacjach raz jest ci on na ostatnich nogach i grozi nam śmiertelnie. Może nam zrobić kuku, ale my się nie boimy i tak potrząśniemy swoją kartonową szabelką, że kacapom walonki pospadają jak będą pociesznie uciekać za Ural. Z drugiej strony, w tym samym zdaniu, boimy się Putina i pogardzamy nim, nie tylko z powodów wyższości kulturowej, ale i pewności, że jak przyjdzie co do czego, to damy mu bobu. Tylko tym wciskanym mu w brzuch strachem przed nami motywujemy fenomen, że się jeszcze z nami nie zaczął. Po pierwsze – zbłaźnił się przegryw i utknął na Ukrainie, po drugie nie ma sił walczyć, bo gdyby miał, to… by nas zaatakował. Ma to przecież w genach ruskiego imperializmu.
I tak ten gryzący się akord mieszania sprzecznych rzeczy brzmi dumnie na chwałę naszej potęgi. Dlatego to się trzyma kupy – Putin jest słaby, ale i niebezpieczny. Ktoś kiedyś użył argumentu z „tamtej strony”, że choć słaby może w desperacji ugryźć, bo jest przyparty do muru. Trzeba się więc strzec przed zębami, ale nikt z tych „analityków” nie wyjaśnił jednego – skoro słaby, acz niebezpieczny, bo samobójczo zdesperowany, może dziabnąć przyparty, to po co go… przypierać?
A co, że my go nie przypieramy? No, jak – piszemy przecież, że dzięki naszemu wspólnemu wysiłkowi wojennemu właśnie go przyparliśmy i ledwo dyszy! To jest tak, albo siak. Jak by nie było w tej uwerturze, mamy dwa elementy – upostaciowienie tematu przyszłych wariacji i podstawowy akord dwóch sprzecznych motywacji naszych działań: strachu i lekceważenia jego źródła.
Allegro
Pora na allegro, a więc symfonia tu przyspiesza. Straszymy. Posłuchajmy Radka Sikorskiego: „Wojna jest już kinetyczna, jeżeli mamy wybuch rakiety manewrującej, na posterunku straży granicznej drżą szyby, a w województwach wyją syreny, to już nie jest jakieś tam blokowanie stron internetowych”. A dwa dni wcześniej – tu mamy już pełny kontrapunkt zaznaczony w uwerturze – tromtadracka pogarda: „Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu, nawet jeśli do tego potencjału nie wliczymy sił amerykańskich. Jeśli Ukraina wyłączyła połowę rosyjskich rafinerii w ciągu sześciu miesięcy, to my wyłączylibyśmy drugą połowę w sześć tygodni.”
Już na następny dzień po tej wypowiedzi dron rozwalił pociąg obok pociągu z VIP-ami wracającymi z kijowskiej konferencji, gdzie podobne dęcie w pustą dętkę swoich urojeń było na porządku dziennym. Na następny dzień miał więc Sikorski „sprawdzam”, ze strony Putina jak słyszymy, bo przecież to na bank on był z tymi dronami na przejściu granicznym. (Choć szury rozprawiają o dętej prowokacji, widowisku dla VIP-ów, które to Ukraińcy zgotowali, by jeszcze raz podkręcić termometr wojennej temperatury. O piątej rano Ukraińcy wiedzieli gdzie uderzy dron, który walnął dokładnie tam gdzie ostrzegali, tyle, że pół godziny później. Ale pal licho, może tam mają taki wywiad, że wiedzą gdzie celują Rosjanie zanim ich dron wystartuje). Czyli Rosja, jak słyszymy od samego Radka, zaatakowała kinetycznie, i to – też Radek – nie pierwszy raz, a my co? Nie zdjęliśmy rękawic? Nie odgryźliśmy się na rafineriach w sześć tygodni? Bez Amerykanów? To jak – jesteśmy tak silni i nie reagujemy, choć obiecaliśmy? Na drugi dzień zweryfikowano te nasze groźby i okazało się, że to zwykłe tromtadractwo.
Andante
Teraz andante, czyli część wolniejsza. Skoro postraszyliśmy, to teraz kontrapunkt: nie ma się czego bać bośmy silni, zwarci, gotowi. Następny cytat: „Absolutnie jesteśmy gotowi [do wojny]. To, co robimy, to tylko wzmacniamy naszą siłę, naszym pierwszym zadaniem jest odstraszanie.” – to wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka. Pani wiceminister „od SAFE” jest kolejnym, wręcz systemowym przykładem, rządu Tuska, który dowodzi prawdziwości tezy, w której palce maczał nasz Mikołaj z Fromborka: słabszy pieniądz wypiera lepszy. Wystarczy, okazuje się, parę grantów i stypendium w Niemczech, by stać się w Polsce bezpośrednim pasem transmisyjnym kasy z Najjaśniejszej do niemieckiej Najciemniejszej. A pas – jak to pas – nie musi nawet wiedzieć co po nim lata, ma tylko kręcić w jedną stronę.
Ta więc persona zapewniła nas głosem lekko drżącym (organizm jeszcze się broni przed wypowiadaniem najcięższych głupot z przekonaniem, pani nowa jest, uczy się dopiero) o naszym całkowitym przygotowaniu się do wojny. Zobaczmy więc, zaglądając do części tematów z części allegro – Radek mówił, że jak nas zaatakują, to się odwiniemy. To nie jest mistrzostwo odstraszania. Ono zaczyna się od publicznych gwarancji, nie deklaracji, że pierwszy cios w ogóle ustaniemy. Bo dopiero wtedy można się odwinąć, a więc popatrzmy:
Dzień po „deklaracji Sikorskiej” kiedy drony walnęły w przejście graniczne odezwały się syreny (hura!) w kilku wschodnich powiatach. Syreny informują o tym, że jest zagrożenie i żeby coś ze sobą zrobić. Inaczej nie miałoby to sensu i używalibyśmy ich tylko raz do roku, na 1 sierpnia. Jednocześnie (hura! hura, bo w przypadkach poprzednich ani syren, ani smsów nie było, albo były po fakcie) odezwało się RCB i przesłało esemesami ostrzeżenie. Ostrzeżenia brzmiało mniej więcej tak: „Zagrożenie atakiem powietrznym. Znajdź bezpieczne schronienie.” No, przy braku schronów i miejsc ukrycia i nawet wiedzy gdzie takie miejsca są, jeśli w ogóle są, to taki komunikat można przyrównać do dobrej rady, typu: na chłodny spacer weź szalik, albo – wojenne – trzymaj głowę nisko.
Scherzo, czyli część żartobliwa
No, ale gdyby nas zaatakowali to byśmy im wszystko zbili i nie trzeba byłoby się cywilom chować, taką mam (ich) koncepcję. Tak? No to popatrzmy. Panie Radek – w poprzednich przypadkach nic nie strąciliśmy, oprócz jednego dachu jakiemuś nieszczęśnikowi, zaś po każdym wypadku zbierał się na miejscu rząd i robił konferencję prasową, z której wynikało, że wszystko jest w porządku – tak miało być, miało wlecieć, walnąć gdzie Bóg da, bo my wiemy (może od Ukraińców?), że to spadnie na rzepak.
A jak dronów i rakiet będzie (jak na Ukrainie) atakować ze 200-300 na raz? Będzie tyle konferencji? Rząd się powieli? Bilokuje? Wyleci 300 odrzutowców i walnie w toto cały nas zasób z naszych wszystkich szesnastu patriotów? W 300 rakiet i dronów? Tak wytrzymamy napad, by się odwinąć?
No dobra – powiedzmy, że cywile się gdzieś tam upchali i odpowiedzieliśmy im naszymi „środkami napadu powietrznego”. Ok. Nawet nie chce porównywać potencjału obu stron – Rosji i NATO, tego bez USA, jak słyszymy. Nie mam zapędów sadystycznych porównywania przetrzepanych magazynów europejskich na fazę „długiej ręki” wojny ukraińskiej i rozhulanej od lat machiny rosyjskiego przemysłu pracującego w reżymie wojennym od czasu, kiedy zawaliła się Kremlowi koncepcja szybkiej operacji specjalnej. Proszę zajrzeć do doktryny rosyjskiej – Rosja zagwarantowała sobie reakcję nuklearną na wszelkie działania mogące zachwiać jej suwerennością lub kluczową i strategiczną infrastrukturą. Może więc do tej kategorii zaliczyć i atak na rafinerie. A to, że nie robi tego w stosunku do Ukrainy, to już jej suwerenna decyzja. I trzeba raczej zaglądać w oczy Putinowi i modlić się, by tego nie robił. I paradoksalnie – Putin moim zdaniem prędzej walnie nukiem w NATO, niż w Ukrainę. W Ukrainę nie może, bo surowo mu tego zabronił chiński partner. A jak NATO walnie Radkiem w rafinerie, to Putin nie będzie się musiał Xi tłumaczyć z odwinięcia, bo ten zrozumie.
No i same rafinerie, jako cel. Wiadomo – Rosję boli, bo to jej dochody. A czy zaboli świat i Polskę? No, zaboli i to śmiertelnie. No bo może pan Radek nie wie, że nasza ropa to w wielu przypadkach chrzczona przez marże pośredników ropa rosyjska. Ormuz stoi i stać będzie i jak jeszcze stanie Rosja, to nawet amerykańskiej ropy z Wenezueli może nie starczyć, a jak starczy to po paskarskich cenach. A więc te groźby to strzał w Radka, ale i w nasze kolano, za pomocą rakiety dalekiego zasięgu.
Grande Finale
Pora więc na finał. No i rozbrzmiał akord na całego, teraz już nie w pojedynczych liniach melodycznych, ale złożonych tu w jeden utwór. Jedni grają na strach, inni na lekceważenie jego źródeł, najgorsze, że są to czasami ci sami ludzie. I to jest całe clou. Wydaje się to niespójne: z jednej strony ten sam gość straszy wojną, z drugiej kłamie na żywca, przekonuje żeśmy gotowi i im pokarzemy, które to kłamstwo widzi dziecko w przedszkolu, które ostatnio musiało zbiegać do piwnicy, bo tak. Nic nie latało, nic nie świstało, nikt nawet nie ogłosił, że to ćwiczenia.
To jest ten kontrapunkt, który jest grany w celu wywołania zamieszania. Mamy się i bać, i olewać, czyli być podatni na bujanie od ściany do ściany. Przy takim bujaniu nikt nie spyta o podstawowe rzeczy: to gdzie mam biec na esemes z RCB, gdzie jest mój schron? Czy polskiego nieba będziemy bronić nad Ukrainą, wyprztykując się z naszych i tak rachitycznych zasobów środków obrony powietrznej? O czym dowiadujemy się od ukraińskiego MON-u, bo nam to nie honor się przyznać przed swoimi. Czy nasze dywizje – ile ich jest? – w ogóle wyjdą z koszar? Kiedy przyjdą nam z pomocą ci z NATO, jak słyszymy bez USA? Ilu ich będzie i czy będą chcieli umierać za Jasionkę?
Tylko bujanie, oliwione groźbą onucyzmu i wojenną cenzurą, jest w stanie powstrzymać lud od zadawania takich pytań. Drogi polityczne są zagwożdżone, nawet opozycja milczy w tej śmiertelnej ciszy współsprawstwa w nieprzygotowaniu. System przedstawicielski sam się wybrał, naród nie ma żadnego przełożenia na swoich reprezentantów.
A może to wszystko przygotowanie do wersji „pobite gary”, czyli: nikt nie chce pokoju? Takiemu Zełenskiemu rządzi się (i kradnie) pod parasolem wojny całkiem fajnie. Można się nauczyć lub/i brać przykład. Sytuacje ekstraordynaryjne są dla władzy najlepsze – znikają ostatki kontroli politycznej, systemowej i społecznej. Nikt władzy nie weryfikuje wyborczo – ba, można złapać kogo się chce za mordę za szpiegostwo lub tylko pożyteczny onucyzm. Mnożna przeciągać, wstrzymywać, przyspieszać wybory wedle woli, bankrutować kraj. Prowadzić komisaryczny nadzór nad państwem – w naszym przypadku chyba już tylko jako likwidator polskiej masy upadłościowej.
Koncertmistrz
Do tego potrzebna jest ta cała orkiestra, którą trzeba słyszeć na raz. Ale jest jeden wyjątek – nie dyrygent Tusk, ale koncertmistrz, pierwsze skrzypce: Radek Sikorski. Mam niepowstrzymaną pewność, że jego rewelacje to odreagowanie kompleksu atencjusza. Po prostu musi zabłysnąć, a więc wyrywa się do solówek, swoich własnych interpretacji tematów, by zawrócić w głowach zaskoczonej brutalną prostolinijnością przekazu publiczności. Ma mówić mało i mądrze – do cytowania. To, co ten gościu wygaduje wyzwala w rzeczywistości efekt odwrotny – wzbudza śmiech pogardy. Albo sypnie coś tajnego, a więc go (go! – Polskę!) nie zapraszają, albo walnie jaką tromtadracką bzdurę, z której nawet nie wiadomo jak się później inni mieliby tłumaczyć. Zachód to obśmiał z zażenowaniem, Putin popukał się w głowę swej rzeczniczki, choć część polskiego komentariatu zawyła z zachwytu jak to (słownie) Radek przywalił Putinowi, który się (jak Donek?) wściekł. Tak – poszło Putinowi w pięty i teraz nie wie, co ze sobą zrobić. Polska mu pokazała – na twitterze.
Radek chce zwrócić na siebie uwagę. Tak, polska dyplomacja, ba – racja stanu jest w rękach zakompleksionego typka, zakochanego w sobie z wzajemnością, którego skuteczność liczy sobie sam za pomocą zasięgów na platformach społecznościowych. Wicepremier, tak – wicepremier polskiego rządu, może i konkurent wobec Nawrockiego na najbliższą kadencję. Daleko zajechaliśmy panowie i panie. Ale samiście (samiśmy?) sobie winni i nie wyrzekać później mi (i wnukom), że wszystko przez jakiś marginalny dziś PiS, że miało być inaczej, a wyszło jak zwykle. Atencjusz z kompleksami w polską racją stanu w ręku.
Polski minister Sikorski to niebezpieczny głupiec, tuba skompromitowanych europejskich elit.
Działający w Rosji analityk Stanisław Krapiwnik nie zostawił suchej nitki na przechwałkach polskiego ministra spraw zagranicznych, jakoby NATO mogło „szybko pokonać” Rosję w wojnie konwencjonalnej. Zrobił to w wywiadzie udzielonym fundacji Strategic Culture. Jego własny regularny podcast można znaleźć pod nazwą „In The Eyes of Truth”.
Szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski z zadufaniem oznajmił podczas forum publicznego w Kijowie 11 września, że europejskie siły powietrzne NATO mogą zmiażdżyć Rosję w otwartym starciu. Powiedział też, że naloty NATO mogą zniszczyć rosyjski sektor rafineryjny w ciągu sześciu tygodni. Sikorski, będący jednocześnie wicepremierem Polski, powołał się przy tym na dane, wedle których łączna flota powietrzna NATO ma liczyć 2500 samolotów bojowych, podczas gdy Rosja dysponuje tylko 300 myśliwcami. Przekonywał więc, że nawet bez udziału militarnego Stanów Zjednoczonych europejscy sojusznicy mogliby z łatwością pokonać Rosję.
Absurdalna treść wypowiedzi wysokiego rangą polskiego polityka przekracza granice zdrowego rozsądku i graniczy z przestępczym szaleństwem. Czy nie wie on, że rosyjska doktryna nuklearna przewiduje użycie arsenału jądrowego w przypadku wojny konwencjonalnej zagrażającej istnieniu państwa, co oznaczałoby koniec Europy?
„Sikorski jest członkiem europejskiej idiokracji” – skomentował Krapiwnik, były kapitan armii USA, mieszkający w Rosji i dobrze poinformowany analityk wojskowy zajmujący się konfliktem na Ukrainie. Stwierdził, że liczby przytaczane przez Sikorskiego nie trzymają się kupy, nawet jeśli przyjąć je za dobrą monetę.
Według wyliczeń Krapiwnika NATO dysponuje tylko dwukrotną przewagą liczebną floty samolotów bojowych nad Rosją, a nie ośmiokrotną, jak twierdzi polski minister. Uproszczone kalkulacje Sikorskiego nie uwzględniają jednak gotowości bojowej ani doświadczenia wojennego, które – zdaniem Krapiwnika – rosyjscy piloci posiadają w większym stopniu niż piloci europejskich państw NATO.
Dodatkowo rosyjskie systemy obrony powietrznej – S-300, S-400 i S-500 – mają przewyższać skutecznością systemy posiadane przez państwa europejskie, w szczególności amerykański system Patriot, który – jak twierdzi – okazał się niezbyt skuteczny w obronie Ukrainy. Co więcej, rosyjski arsenał zaawansowanych dronów mógłby, zniszczyć europejskie ośrodki decyzyjne już na samym początku ewentualnego konfliktu zbrojnego.
Z czysto militarnego punktu widzenia postawa polskiego polityka jest nierozsądna, by nie rzec – lekkomyślnie prowokacyjna. Dlaczego zatem wygłasza on tak wojownicze komentarze?
Krapiwnik zauważa, że Sikorski jest typowym przedstawicielem „europejskiej idiokracji” – elitarnej klasy politycznej w Brukseli, Berlinie, Londynie i Paryżu, która popada w coraz większą desperację, widząc, jak prowadzona przez NATO na Ukrainie wojna zastępcza przeciwko Rosji przeradza się w katastrofalną porażkę.
Krapiwnik twierdzi, że „problem w tym, że im [elitom NATO] brakuje już Ukraińców” do kontynuowania tej wojny. Sikorski i podżegające do wojny elity próbują więc rozniecić wśród zwykłych Europejczyków panikarskie nastroje wojenne, by skłonić ich do popierania konfliktu z Rosją.
Starają się równocześnie odwrócić w ten sposób uwagę od kryzysu gospodarczego, który same wywołały, realizując przez lata strategię mającą na celu „strategiczne pokonanie” Rosji. Tak zwani europejscy przywódcy polityczni – jak Ursula von der Leyen, Friedrich Merz, Emmanuel Macron czy Brytyjczyk Andy Burnham, a także szef NATO Mark Rutte – uparcie dążą do pogłębiania konfliktu z Rosją, który prowadzi donikąd.
Polityka ta doprowadziła europejskie gospodarki na skraj bankructwa i zdziesiątkowała Ukrainę. Europejska klasa polityczna i służalcze wobec niej media nie potrafią przyznać się do porażki; muszą kontynuować kurs na wojnę, odrzucając wszelkie ścieżki racjonalnej dyplomacji.
Skoro jednak zaczyna brakować już ukraińskiego „mięsa armatniego”, europejskie elity próbują przekonać szersze społeczeństwo, że wojna z agresywną rzekomo Rosją jest nieunikniona i zakończy się łatwym zwycięstwem.
„Europejskie elity nie troszczą się ani o Ukraińców, ani o własnych obywateli… traktują ich jedynie jak »biomateriał« do prowadzenia wojny” – podsumowuje Krapiwnik.
Stąd właśnie te skandaliczne wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji, twierdzącego, że NATO łatwo pokonałoby Rosję. On i europejskie elity chcą wojny; oni tej wojny potrzebują. Można jednak mieć pewność, że to nie ich dzieci będą ginąć na froncie… chyba że ich szaleńcze podżeganie do konfliktu doprowadzi do nuklearnej katastrofy.
================
O autorze: Finian Cunningham, były redaktor i publicysta współpracujący z czołowymi organizacjami medialnymi. Jest autorem licznych tekstów na temat spraw międzynarodowych, publikowanych w wielu językach.
Autorstwo: Finian Cunningham Tłumaczenie: Pesymista Źródło zagraniczne: Strategic-Culture.su
Wypowiedzi Radosław Sikorskiego w Kijowie, w których przekonywał, że w razie konfliktu zbrojnego – Rosja zostanie pokonana w sześć tygodni – odbiły się szerokim echem w Moskwie. Wypowiedział się na ten temat, na [portalu aif.ru, doradca prezydenta Władimira Putina Nikołaj Patruszew:
„Polski minister spraw zagranicznych Radsław Sikorski, przemawiając w Kijowie, powiedział, że jeśli Rosja zaatakuje Polskę, Warszawa pokona Moskwę, ponieważ ma ona przytłaczającą przewagę militarną. Co to jest, pusta brawura czy te słowa należy traktować poważnie?
————————————————————————————–
Na to pytanie aif.ru zwrócił się do asystenta prezydenta Rosji Nikołaja Patruszewa.
Witalij Cepljajew, aif.ru: Nikołaj Platonowiczu, spotkał się pan kiedyś z Sikorskim. Jak traktować jego słowa?
Nikołaj Patruszew: Tak, spotkałem się z Sikorskim wiele lat temu. Zaskoczył mnie swoją ignorancją w dziedzinie historii i Rosji. Z radością stwierdził, że nigdy nie był w Petersburgu, nie miał pojęcia o soborze św. Izaaka i innych ikonicznych miejscach miasta.
Dziś Sikorski i inni przedstawiciele polskiej elity twierdzą, że restytuują polską wielkość. W rzeczywistości reanimują niezdrowe ambicje, ogłaszając plany ożywienia „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji oraz ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Zafascynowany militaryzmem, Sikorski nie chce słyszeć słów prezydenta Rosji, że Rosja nikomu nie zagraża, a nasz kraj nie ma powodu, by prowadzić operacje wojskowe przeciwko Europie.
Wygląda na to, że polscy przywódcy zapomnieli lekcje historii. Zapomnieli, jak oddziały Minina i Pożarskiego na początku XVII wieku wyrzuciły ich przodków z naszego kraju. Zapomnieli, ile pieniędzy Imperium Rosyjskie inwestowało w Królestwo Polskie, które, nawiasem mówiąc, było znacznie bogatsze i wolne niż inne części imperium. Warszawa depcze także pamięć o roli Związku Radzieckiego w wyzwoleniu Polski spod okupacji nazistowskiej, w przywróceniu suwerenności i władzy oraz w powojennym dobrobycie.
Innymi słowy, w swoim rusofobicznym szaleństwie Sikorski, podobnie jak jego długoletni poprzednicy, raz po raz pokazuje niechęć do zapewnienia pokojowego istnienia Polski, dobrobytu jej mieszkańców, a zamiast tego depcze na tym samym historycznym bagnie.
Jeśli chodzi o ocenę siły Warszawy, szef polskiej dyplomacji wyraźnie dyletancko ocenia siłę militarną naszego kraju, nie chcąc zrozumieć, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne wcale nie wykorzystują pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że w przypadku przystąpienia Polski do działań wojennych z Rosją nasz kraj wykorzysta cały arsenał sił i środków, które ma do dyspozycji, a państwowość Polska przestanie istnieć w ciągu 2-3 dni”.
Wiceminister spraw zagranicznych Rosji, Aleksandr Gruszko odniósł się do niedawnych zdecydowanych wypowiedzi Radosława Sikorskiego na temat zdecydowanego odstraszania Moskwy.
„Szczerze mówiąc, nie chcę komentować wypowiedzi Sikorskiego, ponieważ uważam, że powinni je komentować ludzie w białych fartuchach” – zauważył Gruszko. „To zaskakujące, że minister spraw zagranicznych wygłasza takie oświadczenia, które, po raz kolejny, eskalują napięcia i stwarzają zagrożenia dla samej Polski. Wyglądało na to, że jako minister spraw zagranicznych był opłacany za robienie wszystkiego, co w jego mocy, aby wzmocnić [osłabić?? md] bezpieczeństwo Polski” – dodał rosyjski wiceminister.
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wezwał NATO do organizowania bardziej intensywnych ćwiczeń wojskowych w pobliżu rosyjskiego obwodu królewieckiego. Wypowiedź padła podczas dorocznego konferencji Yalta European Strategy w Kijowie organizowanej przez fundację ukraińskiego oligarchy Wiktora Pinczuka.
„Gdyby Rosja nas zaatakowała, a my podjęlibyśmy rękawice, uważam, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu” – powiedział Sikorski.
Szef polskiej dyplomacji oszacował, że państwa NATO dysponują łącznie około 2,5 tys. samolotów. Podkreślił, że przewaga nad rosyjskim lotnictwem pozostałaby znacząca nawet bez uwzględnienia sił Stanów Zjednoczonych. Wspomniał również o myśliwcach F-35, pociskach manewrujących JASSM i innych środkach pozwalających na atakowanie celów na dużych odległościach.
Te wypowiedzi skomentowała również rzeczniczka rosyjskiego MSZ, Maria Zacharowa, która stwierdziła, że wypowiedź szefa polskiej dyplomacji jest przykładem „rusofobii, która uderzyła do głowy”.
Głównym propagandowym celem narracji o „naszej wojnie” jest utrzymanie polskiej opinii publicznej w dotychczasowym stanie ogłupienia – umysłowej inercji umożliwiającej kontynuację dotychczasowej grabieży polskich zasobów oraz procesu zasiedlania Polski przez Ukraińców.
Wariant radykalny polegający na bezpośrednim włączeniu Polski do wojny ułatwiłby rozpoczęcie kolejnego etapu polegającego na ostatecznym włączeniu polskich resztek w obce struktury władzy politycznej i finansowej.
– Jeśli Rosja zdecydowałaby się zaatakować nas, to pokonalibyśmy ją bardzo szybko – powiedział w sobotę podczas wystąpienia na kongresie Yalta Euopean Strategy w Kijowie wicepremier i szef MSZ Radosław Sikorski.
11 i 12 września w Kijowie odbyła się kolejna edycja organizowanej przez fundację ukraińskiego miliardera Wiktora Pinczuka konferencji Yalta European Strategy. Wzięło w niej udział około 700 polityków i ekspertów z 28 krajów. Głównym tematem była kwestia zakończenia wojny Ukrainy z Rosją. /Najwyższy Czas/
„Ten śliniący się imbecyl nawet nie zdaje sobie sprawy, że Starlink jest podstawą ukraińskich łączności wojskowych” – napisał na platformie X Elon Musk określając szefa polskiej dyplomacji w odpowiedzi na wpis Radosława Sikorskiego.
Sikorski upomina Muska
Wicepremier i szef MSZ zwrócił się publicznie do Elona Muska, właściciela SpaceX, z pytaniem, dlaczego nie powstrzymuje Rosji przed wykorzystywaniem systemów satelitarnych Starlink w atakach na Ukrainę.
„Hej, wielki człowieku (ang. big man), @elonmusk, dlaczego nie powstrzymasz Rosjan przed używaniem Starlinków do celowania w ukraińskie miasta?” „Zarabianie na zbrodniach wojennych może zaszkodzić twojej marce” – Sikorski.
Ostra riposta miliardera
Elon Musk w odpowiedzi nie gryzł się w język.
„Ten śliniący się imbecyl nawet nie zdaje sobie sprawy, że Starlink jest podstawą ukraińskich łączności wojskowych” – skomentował słowa szefa polskiego MSZ miliarder.
Starlinki
Starlink to system, który dostarcza m.in. łączność internetową. Opracowała go firma należąca do SpaceX Elona Muska. Został udostępniony Ukrainie jako pomoc w walce z Rosjanami – zresztą opłaca go Polska. Ukraińscy specjaliści odkryli terminal Starlink na pokładzie zestrzelonego rosyjskiego drona BM-35. Wprawdzie Starlink nie działa w Rosji, ale działa nad Ukrainą, co wykorzystują Rosjanie.
Kilka dni temu uczestniczyłam w spotkaniu z ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim. Poszłam tam jako osoba, która od lat obserwuje politykę, zna jej zakulisowe mechanizmy i widzi długofalowe konsekwencje podejmowanych decyzji.
Mimo to muszę przyznać, że w atmosferze starannie wyreżyserowanej narracji bardzo szybko poczułam głęboki dyskomfort. Nie chodziło o różnice polityczne. Chodziło o coś znacznie bardziej fundamentalnego – o poczucie, że jestem świadkiem zaprojektowanej komunikacji nie po to, aby informować, lecz aby sterować emocjami słuchaczy i formatować ich świadomość. Sala była niemal w całości wypełniona jego zwolennikami – w dużej mierze ludźmi wykształconymi, inteligentnymi, obytymi, teoretycznie w pełni zdolnymi do krytycznego myślenia. Kolokwialnie mówiąc: „wyższa półka”.
A jednak, ku mojemu zdumieniu, w chwili gdy minister wszedł na scenę, nastąpiła wyraźna metamorfoza. Publiczność, do tej pory zdawałoby się trzeźwa, zaczęła zachowywać się tak, jakby uczestniczyła w seansie Kaszpirowskiego. Z niemal nabożnym uwielbieniem wpatrzeni w prelegenta, bezkrytycznie przyjmowali każdą jego wypowiedź – nawet tę pozbawioną logiki czy stojącą w sprzeczności z faktami.
Wystarczył jeden kontrowersyjny głos z sali, by wywołać wśród zebranych wyraźne oburzenie. Jak śmiano zakłócić tak piękną celebrację? Co gorsza, ministrowi puściły nerwy i w emocjonalnej odpowiedzi obraził Grzegorza Brauna. Poważny błąd jak na polityka, który uważa siebie za figurę „światowego formatu”. Określając swojego politycznego adwersarza mianem „kreatury”, dał wyraz całkowitemu brakowi klasy.
Podsumowując: wystąpienie ministra było formalnie poprawne, lecz treściowo jałowe. Dominowały w nim uogólnienia, sugestie, półprawdy, tanie odwołania do emocji oraz uproszczenia, które trudno pogodzić z powagą tematów dotyczących bezpieczeństwa państwa. Można było odnieść wrażenie, że przekaz został precyzyjnie skrojony na miarę publiczności, która wypełniała salę. Nie był to obiektywny przekaz faktów, ani próba dialogu, lecz kierunkowe formowanie opinii publicznej. Ludzie ci mieli usłyszeć tylko jedną „prawdę” – i w nią uwierzyć. Przez cały czas w tle wystąpienia pulsował jeden podprogowy komunikat: Rosja jest wrogiem, Rosja dąży do wojny, a my – bez względu na koszty – musimy w niej brać udział. To nic innego jak emocjonalne oswajanie społeczeństwa z możliwością wojennej mobilizacji i po raz kolejny poniesienia polskiej ofiary.
Właśnie to budzi mój największy niepokój, ponieważ na szczeblu rządowym nie widać woli dialogu, ani próby porozumienia. Dominuje zaciekły, brutalny i nierozsądny kurs, prowadzący do konfrontacji. A wobec braku zaplecza i realnych możliwości militarnych, bez zdolności realnego oporu, bez rozsądnego strategicznego planu – taka polityka staje się wyjątkowo ryzykowna. To prosta droga do całkowitego i bezwarunkowego poświęcenia narodu i Polski.
Pojawia się więc pytanie, które powinno wybrzmieć głośno: czy rząd działa w interesie narodu polskiego? Dlaczego w państwie, które ponoć jest demokratyczne, nie istnieje przestrzeń na debatę? Dlaczego każdy głos odmienny od odgórnej narracji jest natychmiast dyskredytowany, atakowany, wyśmiewany? Dlaczego młody człowiek, który odważył się zadać pytanie niezgodne z linią rządową, został potraktowany jak intruz, wróg, element „niebezpieczny”?
Odpowiedź jest bolesna, ale prosta: w dzisiejszej demokracji rację ma ten, który głośniej krzyczy, a nie ten, który mówi prawdę. I w tym krzyku coraz częściej ginie zdrowy rozsądek, a wraz z nim – bezpieczeństwo państwa.
Patrząc z tej perspektywy, rodzi się kolejne pytanie: czy demokracja rzeczywiście jest najlepszym systemem, w którym możemy żyć? Od kilku stuleci powtarza się ten sam paradoks: im głośniej świat mówi o demokracji, wolności i równości, tym szybciej te hasła stają się narzędziem do skoncentrowania władzy w rękach nielicznych. Mechanizmy polityczne, które obserwujemy dzisiaj, nie są zjawiskiem nowym ani zaskakującym. To logiczny ciąg procesów ukształtowanych jeszcze w czasach Cromwella – jednego z architektów nowoczesnego państwa i zarazem zwiastuna politycznej techniki, która do dziś funkcjonuje. Cromwell, ogłaszając reformy, nie zburzył hierarchii; jedynie przeniósł jej środek ciężkości. Władza przestała być osobistym przywilejem monarchy, a stała się siecią operacji podejmowanych bez wiedzy i zgody obywateli. To właśnie on zapoczątkował tradycję politycznego „zarządzania z cienia”, cichej władzy, gdzie odpowiedzialność rozmywa się w jej strukturach i biurokracji.
W kolejnych wiekach filozofowie, tacy jak Thomas Hobbes i John Locke nadali temu procesowi ideologiczne uzasadnienie. Hobbes twierdził, że człowiek w stanie natury jest egoistyczny i zagraża innym, dlatego potrzebuje silnej władzy, która zapewni mu bezpieczeństwo. Natomiast Locke głosił wolność jednostki i prawo do własności, co stało się później inspiracją dla rewolucji amerykańskiej. W teorii ich koncepcje wolności, praw jednostki i umowy społecznej miały chronić obywateli przed nadużyciami. W praktyce stały się fundamentem rewolucji, wojen, tragedii, które cały czas są przedstawiane jako triumf wolności. Jednak niezależnie od wzniosłych słów, rzeczywistość często wyglądała inaczej. W imię demokracji i wolności powstawały systemy, które realną władzę dawały tylko w ręce nielicznych. Ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych zostali uwiecznieni jako bojownicy o wolność – choć wielu z nich było właścicielami niewolników, których traktowali na równi z bydłem. Dali wolność sobie, ale już nie innym. To jest fundamentalna sprzeczność, o której dziś często się milczy. Demokratyczna władza, którą ustanowili, nie miała precedensu w historii, a w krótkim czasie stała się potężniejsza i bardziej opresyjna niż ta, którą obalono w imię „wolności” i „sprawiedliwości”. Ich rewolucja nie była buntem „narodu”, lecz interesem wąskiej, zamożnej elity, która przejęła władzę po usunięciu króla i natychmiast w brutalny sposób umocniła własną dominację. Mechanizm ten powtarza się z zadziwiającą regularnością: jakże często szczytne hasła mobilizują masy, a efekt końcowy służy przede wszystkim tym, którzy je tworzą. Jak zawsze wielkim przegranym pozostaje „naród”, podporządkowany nowej formie despotyzmu.
To samo widzieliśmy podczas rewolucji francuskiej, kiedy obietnica równości zamieniła się w politykę terroru, a później w militarne imperium. Podobnie w czasie rewolucji bolszewickiej – podżegane masy ruszyły do walki w imię sprawiedliwości, a skończyły w gułagach pod butem aparatu represji. Dwie wojny światowe, choć przedstawiane jako starcia o wolność i niepodległość, w istocie również wynikały z walki o władzę, zasoby, wpływy i przebudowę świata według interesów garstki decydentów. Za każdym razem społeczeństwa wierzyły, że walczą o wyższą ideę.
Za każdym razem kończyło się to konsolidacją władzy i bogactwa w rękach tych, którzy kierowali procesem. Dzisiejszy świat, chociaż technologicznie i organizacyjnie nieporównywalny z tamtym, powiela te same schematy. Różnica polega na tym, że współczesna władza nie ma za przeciwnika monarchy, a zwykłego człowieka. Jest rozproszona, mglista, ukryta w zależnościach pomiędzy korporacjami, instytucjami finansowymi, aparatem państwowym i globalnymi sieciami gospodarczymi. Decyzje o strategicznym znaczeniu podejmowane są w salach zarządów wielkich firm, w zamkniętych gremiach technologicznych, w strukturach inwestycyjnych zarządzających niewyobrażalnymi kapitałami. Nie podlegają one żadnej społecznej, a już najmniej demokratycznej debacie czy kontroli. To właśnie tam znajduje się dziś ta niewidzialna dla większości władza. Nie potrzeba żadnej tajnej organizacji ani też wielkiego spisku – wystarczy, że interesy kilku kluczowych podmiotów nakładają się na siebie, a odpowiedzialność za skutki ich działań rozpływa się w gąszczu zbudowanej do tego celu sieci. Tak naprawdę polityka jest jedynie sceną, na której toczą się wydarzenia zaplanowane w gabinetach wspomnianych struktur.
Współczesna władza, tak jak każdy totalitaryzm, na potrzeby propagandy potrzebuje wyrazistego wroga, więc walczy ze złym, nieodpowiedzialnym „mordercą Putinem”, skrzętnie ukrywając swoje zbrodnie. Zawsze jest też gotowa ratować innych naszym kosztem. W tym kontekście rośnie ryzyko konfliktu globalnego. Niektórzy podsycając narrację konfrontacji, wierzą, że współczesny świat jest zbyt mocno powiązany gospodarczo, by dopuścić do globalnej wojny. To jest jednak myślenie życzeniowe. Technologia, która miała dać nam bezpieczeństwo, stworzyła narzędzia zdolne zniszczyć planetę w ciągu godzin. Wraz z jej rozwojem rosną możliwości, szybkość podejmowania decyzji i skala możliwych błędów. Połączone jest to z wyścigiem zbrojeń, regionalnymi starciami, niestabilnością polityczną i narastającą presją ekonomiczną. W tym układzie wystarczy kilka źle skoordynowanych posunięć, aby wywołać reakcję łańcuchową, której nikt już nie będzie wstanie zatrzymać. Właśnie to logiczne ryzyko, a nie emocjonalny strach, każe patrzeć na przyszłość z niepokojem.
W poprzednich epokach nawet najbardziej okrutni przywódcy nie mieli możliwości unicestwienia całej cywilizacji jedną swoją decyzją. Dzisiaj społeczeństwa, odcięte od rzetelnych informacji, żyją w przekonaniu, że ryzyko jest abstrakcją. W tym ujęciu spotkanie z ministrem jest tego potwierdzeniem. Dlatego społeczeństwo musi usłyszeć prosty i klarowny przekaz: mechanizmy polityczne, gospodarcze, finansowe i technologiczne działają według własnej logiki – logiki zysku, przewagi i ekspansji – a nie odpowiedzialności i dobra jednostki. Jednostka dla systemowej władzy nie istnieje. Społeczeństwo musi zrozumieć, że żadna jednostka nastawiona na zysk (bank, korporacja) nie będzie dbała o dobro strony, którą wyzyskuje. Świat zmierza w kierunku globalnej katastrofy, a obowiązkiem obywateli jest powiedzieć „dość”, zanim proces ten przekroczy punkt, z którego nie będzie powrotu. Historia daje nam rozwiązania, niemniej jednak należy ją konsekwentnie analizować i wyciągać właściwe wnioski. Smutna prawda jest taka, że demokracja jest dobra, ale tylko teoretycznie, praktyka na przestrzeni kilku stuleci pokazuje zupełnie coś innego.
Społeczeństwa, które nie dostrzegają tych mechanizmów, stają się ofiarą. A te, które wierzą, że „ktoś na górze zajmie się ich sprawami”, oddają swoją przyszłość w ręce struktur, których nawet nie rozumieją, czego wspomniana sala jest niezbitym dowodem. Natomiast Radosław Sikorski jest pokornym przedstawicielem systemowej władzy – stanowiska, które zajmował i decyzje które podejmował potwierdzają ten fakt. Można różnić się światopoglądem, interpretacją wydarzeń czy oceną poszczególnych polityków, ale jedno wydaje się oczywiste: gdy polityka staje się kwestią kreowania emocji, gdy jedynie słuszna narracja zastępuje debatę, a uproszczenia – analizę, społeczeństwo przestaje być podmiotem, a staje się narzędziem manipulacji. Wówczas demokracja przeistacza się potwora pożerającego wszystko, co napotka na swojej drodze.
Reasumując: żyjemy w układzie politycznym wywodzącym się z czasów Cromwella. Na przestrzeni kilku wieków wiele razy podrywano narody do walki w imię wolności, demokracji, obalenia tyrana i lepszego życia. Niestety dla walczących mas wszystkie te próby kończyły się jeszcze większymi opresjami niż te, z którymi walczono (rewolucja amerykańska, francuska, bolszewicka oraz I i II wojna światowa). Jesteśmy w przededniu kolejnej wojny, do której w imię demokracji i wolności dążą konkretne siły polityczne, której efektem będzie odebranie społeczeństwu własności i ubezwłasnowolnienie, czego zapowiedzią jest słynne hasło Światowego Forum Ekonomicznego: „Nie będziesz miał niczego, ale będziesz szczęśliwy”.
Patrząc na obecną globalną sytuację geopolityczną, której jesteśmy częścią, należy postawić kolejne pytanie: czy system w którym żyjemy, nie wyczerpał już swoich prób walki o demokrację, wolność i sprawiedliwość? Czy może należałoby sięgnąć do przeszłości, odkurzyć model jednego władcy i dać mu kolejną szansę?
W przeciwieństwie do demokratycznych przywódców, monarcha z natury rzeczy kierował się długofalowym interesem własnego państwa, bo wiedział, że władzę przekaże swojemu następcy. Dla niego bogaty naród oznaczał bogate i silne państwo, a silne państwo to fundament jego własnej potęgi. Jego interes prywatny niemal automatycznie łączył się z interesem publicznym. Natomiast demokratyczny prezydent, premier czy posłowie, funkcjonujący w cyklach cztero- czy pięcioletnich kadencji, nie mają nic trwałego do stracenia i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje decyzje. Ich horyzont myślenia jest krótkodystansowy i bardziej interesuje ich utrzymanie wpływów, stanowisk i zaplecza politycznego niż dbałość o kondycję państwa. Dlatego nie będą kierowali się interesem narodu, tylko wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi będą działali zgodnie z przekazanymi im poleceniami.
Spotkanie z Radosławem Sikorskim było w mikroskali przykładem demokracji i manipulacji społeczeństwem. Prawda jest taka, że w żadnym systemie społeczeństwo nie miało i nie będzie miało realnej władzy. A więc być może nadszedł już moment, by rozpocząć poważną dyskusję i działania na rzecz zmiany systemu na taki, który będzie dbał o nasze dobro i interes państwa polskiego.
Były premier Leszek Miller w mocnych słowach odniósł się do decyzji Radosława Sikorskiego. Wskazał na jedno kluczowe pytanie, jakie trzeba byłoby zadać szefowi polskiego MSZ.
– Zamierzam też, z budżetu, który już mam w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, jeszcze przed końcem roku przelać 100 mln dolarów na pomoc wojskową dla Ukrainy w ramach programu PURL, z którego kupujemy (uzbrojenie) amerykańskie Ukrainie – oświadczył w rozmowie z dziennikarzami Sikorski.
Do jego słów odniósł się w programie Moniki Jaruzelskiej były premier Leszek Miller.
– Tu muszę znowu wrócić do opozycji, bo minister mówi, że ma 100 mln dolarów. Pierwsza reakcja opozycji musi być taka: panie ministrze, proszę wskazać podstawę prawną pana decyzji, dlatego że może pan działać tylko w granicach i w oparciu o prawo – to jaka jest podstawa prawna? – powiedział Miller.
– No ciekaw jestem, co by Sikorski odpowiedział. Ale nie tak ogólnie, że gdzieś podpisano jakąś umowę itd., tylko podstawa prawna– dodał.
– Ale uchwała rządu nie może być, tak po prostu i już? – zapytała Jaruzelska.
– No co najmniej uchwała Rady Ministrów, tak. Już nie mówiąc o tym, że być może jakaś specjalna ustawa, nawet taka epizodyczna. W każdym razie, w takiej sytuacji jak teraz, to opozycja ma pole do popisu. Oczywiście, narażać się będzie zawsze, że „wkłada kołek w szprychy i sypie piasek w tryby”. Proszę wybaczyć, to jest zadanie opozycji – odparł były premier.
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun oraz Janusz Waluś na meczu Legii Warszawa. / foto: Facebook: Grzegorz Braun
Grzegorz Braun był widziany w towarzystwie Janusza Walusia na stadionie Legii Warszawa podczas czwartkowego meczu stołecznej drużyny ze Spartą Praga. W lidera Konfederacji Korony Polskiej uderzył – z tego powodu – szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski.
W czwartek przy Łazienkowskiej 3 w Warszawie mecz Legii ze Spartą oglądał m.in. prezydent Karol Nawrocki. Po raz kolejny na tym stadionie pojawił się także Janusz Waluś.
Tym razem jednak nie na Żylecie – jak to było we wrześniu podczas meczu z Pogonią Szczecin – ale na trybunie rodzinnej. A wraz z nim był Grzegorz Braun.
Przypomnijmy, że w 1993 r. Waluś został uznany winnym zabójstwa komunisty Chrisa Haniego, szefa Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej. Hani miał na swoim koncie szereg popełnionych zbrodni.
„Czerwiec 1980 – ataki bombowe na SASOL (firmę zajmująca się wydobyciem węgla i przetwórstwem paliw), straty oszacowano na siedem milionów dolarów; Grudzień 1982 – atak bombowy na ELEKTROWNIĘ ATOMOWĄ w Koeberg w pobliżu Kapsztadu; Maj 1983 – atak bombowy (samochód pułapka) na kwaterę południowoafrykańskich sił powietrznych w Pretorii. Rezultatem ataku jest 19 osób zabitych i ponad 200 rannych” – przypomniał na portalu X Paweł Wyrzykowski.
W 1985 r. doszło do dwóch ataków – rakietowego na rafinerię Mobile Oil oraz bombowego na cukiernię w Durbanie, gdzie zginęło 5 osób.
„Czerwiec 1986 – dwa ataki z użyciem samochodów pułapek w Johannesburgu, kilkanaście osób zabitych, kilkadziesiąt rannych; Październik 1987 – samochód pułapka w Durbanie, pięciu rannych; Maj 1987 – wybuch bomby przed sądem, pięciu policjantów zabitych” – wyliczał dalej.
„Lipiec 1987 – wybuch samochodu pułapki przed siedzibą wojska w centrum Johannesburga, rannych 68 osób; Kwiecień 1988 – wybuch trzech bomb przed teatrem w Pretorii, zniszczony budynek, kilkudziesięciu rannych” – dodał. Dalej, w czerwcu 1988 r., doszło do dwóch zamachów – bombowy przed bankiem w Rodeport (ponad 20 rannych i 4 zabitych) oraz bombowy przed galerią sztuki, w którym zginął zamachowiec.
„Lipiec 1988 – wybuch bomby umieszczonej w samochodzie pułapce przed stadionem Ellis Park w Johannesburgu, dwoje ludzi zabitych, 35 rannych” – napisał Wyrzykowski.
Hani zginął w 1993 roku z rąk Walusia. Za to zabójstwo Polak spędził blisko 30 lat w więzieniu w RPA. W 2024 r. wrócił do Polski.
Lider Konfederacji Korony Polskiej, po tym jak w sieci pojawiły się jego zdjęcia z Walusiem, zrobione podczas meczu, został zaatakowany m.in. przez Radosława Sikorskiego.
„Od antysemityzmu do mordowania jeden krok” – grzmiał na portalu X szef polskiej dyplomacji.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji wezwało w czwartek [27 XI] na rozmowę polskiego ambasadora Krzysztofa Krajewskiego i poinformowało o zamknięciu 30 grudnia Konsulatu Generalnego RP w Irkucku. Resort w Moskwie podkreślił, że podejmuje tę decyzję w odpowiedzi na działania strony polskiej.
„27 listopada do MSZ Rosji został wezwany polski ambasador Krzysztof Krajewski, któremu wręczona została nota z powiadomieniem, że w odpowiedzi na działania polskich władz, które od 23 grudnia wycofują zgodę na funkcjonowanie Konsulatu Generalnego Federacji Rosyjskiej w Gdańsku, strona rosyjska podjęła decyzję o wycofaniu zgody na funkcjonowanie Konsulatu Generalnego RP w Irkucku” – napisano w komunikacie rosyjskiego resortu spraw zagranicznych.
19 listopada szef MSZ Radosław Sikorski poinformował, że podjął decyzję o wycofaniu zgody na funkcjonowanie rosyjskiego konsulatu w Gdańsku. Kolejnym krokiem jest zamknięcie ambasad co jest równoznaczne z zerwaniem stosunków dyplomatycznych.
Beata Wajda z Klubu Myśli Polskiej napisała: „Zaszkodził (minister Sikorski – red.) przede wszystkim Polakom którzy mieszkają w Rosji na Syberii którzy będą musieli jechać tysiące kilometrów aby załatwić ważną sprawę”. Z kolei Mirosław Waźkowski w grupie Klub Myśli Polskiej dodał: „No i komu zrobiono pod górkę? Wiadomo Polakom, którzy żyją na Syberii”.
15 lipca Ministerstwo Spraw Zagranicznych przekazało Stolicy Apostolskiej démarche – oficjalny protest dyplomatyczny.
Teraz Watykan odpowiedział resortowi Radosława Sikorskiego – i niedwuznacznie wskazał, co sądzi o polskim proteście. Mówiąc krótko: to całkowita kompromitacja.
Démarche polskiego MSZ dotyczyło wypowiedzi dwóch biskupów na Jasnej Górze – Wiesława Meringa i Antoniego Długosza. Obaj mówili na temat migracji oraz polityki, nie kryjąc krytycznych słów pod adresem obecnej koalicji rządzącej. Dosadnie rzecz ujął zwłaszcza bp Wiesław Mering.
Wypowiedzi mogły nie podobać się politykom Koalicji Obywatelskiej, ale obaj biskupi korzystali po prostu z wolności słowa. Co kluczowe, wypowiadali się de facto całkowicie prywatnie – nie reprezentowali ani własnej diecezji (obaj są emerytami), ani Konferencji Episkopatu ani oczywiście Jasnej Góry. Ministerstwo Spraw Zagranicznych postanowiło tymczasem potraktować ich jak urzędników Watykanu – i zgłosiło wspomniany protest.
Już sama idea była absurdalna, ale wykonanie – jeszcze gorsze. Dosłownie w każdym akapicie pojawił się jakiś błąd. Autor démarche oskarżał dwóch biskupów, ale potrafił znaleźć cytaty tylko z jednego, Wiesława Meringa – nie było zatem wiadomo, co zarzuca Antoniemu Długoszowi. Podał błędną datę wystąpienia pierwszego z biskupów. Następnie zacytował, ale… z błędem. Wreszcie popełnił kilka bardzo poważnych błędów merytorycznych, wskazujących, że nie zna w ogóle rzeczywistości kościelnej. Uznał biskupów za „przedstawicieli KEP”, choć, jak pisałem wcześniej, występowali na Jasnej Górze tylko na mocy własnego urzędu. Potem odwołał się do konkordatowej zasady niezależności i autonomiczności Stolicy Apostolskiej i Polski, sugerując, że biskupi… reprezentowali Watykan, co jest oczywiście kompletnie nieprawdziwe. Zasugerował, że Stolica Apostolska powinna ukarać biskupów odwołaniem – choć odwoływać nie ma ich z czego, bo są emerytami. Wreszcie powołał się na Kodeks Prawa Kanonicznego, ale źle zinterpretował przytoczony kanon. Mówiąc krótko – błąd na błędzie. To wstyd, że démarche w tej formie zostało w ogóle przekazane Stolicy Apostolskiej.
Teraz udzielono odpowiedzi. Jak przekazało mediom Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Stolica Apostolska nie zgodziła się ze stawianymi biskupom zarzutami. Według informacji z MSZ watykański Sekretariat Stanu poinformował, że potwierdza „chęć pełnego poszanowania podstawowego prawa obywateli polskich do wyrażania swoich opinii, gwarantowanego przez Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej”. Ponadto Stolica Apostolska miała wyrazić nadzieję, że „komunikacja z Rządem RP będzie zawsze przebiegać zgodnie z dobrymi praktykami dyplomatycznymi i w duchu konstruktywnego dialogu, aby uniknąć jednostronnej instrumentalizacji”. Dodatkowo miano wyjaśnić, że biskupi działali w swoim własnym imieniu, a nie w imieniu KEP. W ten sposób Watykan udzielił polskiemu MSZ potrójnej lekcji.
Po pierwsze, Stolica Apostolska przypomniała, że w Polsce istnieje wolność słowa, o czym resort Radosława Sikorskiego najwyraźniej zapomniał.
Po drugie, zwrócono uwagę, że biskupi są biskupami właśnie, a nie urzędnikami Watykanu czy Episkopatu – tym samym pouczając MSZ o podstawach funkcjonowania Kościoła katolickiego.
Po trzecie, podkreślając pragnienie zachowania komunikacji z rządem Polski w zgodzie z dobrymi praktykami dyplomatycznymi wyraźnie zasugerowano, że takich praktyk MSZ nie dochował, naruszając kanony dyplomacji.
Słowem – odpowiedź profesjonalnych dyplomatów na żenujący dokument, zdradzający elementarny brak przygotowania i znajomości rzeczy.
Rząd Koalicji Obywatelskiej od samego początku gra antyklerykalizmem. Niezależnie od osobistej winy lub jej braku, sposób potraktowania ks. Michała Olszewskiego był wyrazistym pokazem rzekomej siły władzy wobec Kościoła. Później zaczęła się walka z lekcjami religii w szkole prowadzona przez resort edukacji – nawet po metaforycznych trupach katechetów, którym trudno będzie znaleźć nowe zatrudnienie. Wreszcie zaczęto forsować zupełnie niekatolicką i de facto niezgodną z polskim porządkiem konstytucyjnym edukację zdrowotną. Wszystko w imię wrogiej Kościołowi rewolucji.
Niedawno dziwiliśmy się, dlaczego przedstawicieli Rzeczpospolitej zabrakło na spotkaniu w Waszyngtonie. Nie trzeba się dziwić – takie są efekty braku kompetencji w polityce zagranicznej. Démarche przekazane do Watykanu, jak dość wyraźnie zwróciła uwagę sama Stolica Apostolska, wyraźnie to obrazuje.
Ajajajajajaj! My tu się onanizujemy naszą młodą demokracją, urządzamy wybory prezydenckie z obywatelem Trzaskowskim Rafałem, jako naszą duszeńką umiłowaną z korzeniami jerozolimskiemi i bezpieczniackimi, skaczemy sobie do oczu w związku z próbami przeforsowania w naszym bantustanie „wariantu rumuńskiego”, który wyłoniłby prawdziwego zwycięzcę wyborów prezydenckich, najwybitniejsi jurysprudensi mało jaja nie zniosą z powodu zacietrzewienia wokół Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, co to według vaginetu obywatela Tuska Donalda, Judenratu, Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje oraz Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu „nie jest żadnym sądem”, tylko bandą przebierańców, podczas gdy prawdziwym sądem – według pana prof. Safiana Marka, szefa Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, co to powstała w roku 1990, jak tylko rozwiązała się PZPR, będąca – jak wiadomo – transmisją bezpieki do środowiska sędziowskiego, no i oczywiście – wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu – prawdziwym, znaczy się – nastojaszczym sądem jest Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego.
A dlaczego? Tajemnica to wielka, toteż nic dziwnego, że zaraz na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, że wszyscy sędziowie tej nastojaszczej Izby, jeden w drugiego są konfidentami – jak nie Wojskowych Służb Informacyjnych, to Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która prowadziła operację „Temida”, mającą na celu werbunek agentury wśród sędziów. Czy druga postępowa sędziowska organizacja „Themis” jest rezultatem tej operacji, czy to tylko przypadkowa zbieżność nazwy – tajemnica to wielka – ale oczyma duszy widzę, że mimo, iż jakaś Mocna Ręka wcisnęła hamulec i na razie zatrzymała forsowanie u nas wariantu rumuńskiego, to ani chybi już w najbliższych dniach wybuchnie nowa wojna na górze, która mianowicie Izba Sądu Najwyższego powinna rozpatrywać protesty, co to spływają tam szeroką falą – no i która Izba ma ogłosić, że wybory prezydenckie, co to przyniosły zwycięstwo obywatelowi Nawrockiemu Karolowi były ważne.
Więc kiedy my się tu onanizujemy tymi wszystkimi sprawami, od których rozstrzygnięcia świat albo się zawali, albo przeciwnie – nie zawali się – jak piorun z jasnego nieba gruchnęła wieść, że oto w Szwecji, w luksusowym hotelu należącym do familii Wallenbergów, właśnie wyznaczyła sobie rendez-vous słynna Grupa Bildelberg, której ojcem-założycielem był Józef Retinger, jegomość nie tylko z pierwszorzędnymi korzeniami, ale w dodatku z epizodem jezuickim, jak nie przymierzając – pan prof. Stanisław Obirek, który teraz, wraz z panem mec. Arturem Nowakiem obsrywa Kościół katolicki. Wprawdzie nie brakowało ludzi twierdzących, że to agent sowiecki, angielski, a nawet – watykański – ale czego to ludzie nie gadają? W każdym razie wszystkie drzwi były dla niego otwarte – i te w Londynie i te w waszyngtońskim Białym Domu.
Przypominam o tym ojcu-założycielu, bo na to rendez-vous Grupy Bilderberg zaproszony został Książę-Małżonek, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra spraw zagranicznych. Czy Książę-Małżonek jest gościem, że tak powiem głównym, czy tylko towarzyszy Małżonce Księcia-Małżonka, naszej Jabłoneczce, czyli Annie Applebaum, co to ma korzenie co najmniej porównywalne z korzeniami pana Józefa Hieronima Retingera – tego oczywiście się nie dowiemy – ale nawet gdyby Książę-Małżonek świecił tylko światłem odbitym, to i tak stoi wyżej w hierarchii od takiego – dajmy na to – obywatela Tuska Donalda, któremu Sejm właśnie uchwalił votum zaufania.
Nikomu bowiem nie przyszło do głowy, by zapraszać na to spotkanie obywatela Tuska Donalda, którego nawet podczas pielgrzymki do Kijowa odproszono z wagonu, w którym siedzieli przedstawiciele państw poważnych – podobno nawet do wagonu bydlęcego. Aż tak źle to pewnie nie było – ale przypuszczam, że przez taki gest przywódcy państw poważnych chcieli dać do zrozumienia własnym opiniom publicznym, by nie traktowały serio fałszywych pogłosek o partnerskim traktowaniu naszego bantustanu. Takich rzeczy nie wypada głośno mówić – ale zawsze można użyć aluzji.
Tak właśnie zrobił gen. Wojciech Jaruzelski, nakazując w pierwszych dniach stanu wojennego internować Edwarda Gierka i jego pierwszego ministra – Piotra Jaroszewicza. Przecież nie dlatego, by Edward Gierek stwarzał jakiekolwiek zagrożenie dla ustroju socjalistycznego, czy sojuszów. Taka myśl w ogóle nie przyszłaby mu nigdy do głowy. Zatem chodziło o co innego; o pokazanie Polakom, że oto partia przestała się liczyć. Wsadziliśmy za kraty I sekretarza – wprawdzie byłego – niemniej jednak – i co? Ano – i nic! Ani jeden głos nie podniósł się w jego obronie, chociaż jeszcze półtora roku wcześniej 3 miliony partyjniaków wiwatowały na jego cześć.
Skłania to do postawienia pytania o prawdziwą hierarchię we władzach naszego bantustanu, która nawyraźniej nie pokrywa się z hierarchią konstytucyjną, podobnie jak prawdziwa hierarchia nie pokrywała się z formalną za czasów Stanisława Mikołajczyka i Bolesława Bieruta. W książce „Gwałt na Polsce” Mikołajczyk twierdzi, że na czele prawdziwego rządu w Polsce stoi generał NKWD Iwan Sierow, nazywany przezeń „generałem Malinowem”. Drugą osobą w hierarchii jest szef NKWD w sowieckiej ambasadzie. Trzecią – ambasador ZSRR w Warszawie, Lebiediew, a czwartą – Jakub Berman, który formalnie piastował stanowisko prostego wiceministra. Ale to on był ważniejszy i od Bolesława Bieruta i od premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego.
Zatem dlaczego Książę-Małżonek, nawet gdyby świecił światłem odbitym, nie miałby być ważniejszy od obywatela Tuska Donalda? Warto przypomnieć, że Książę-Małżonek został z nicości, jeszcze jako poddany brytyjski, awansowany od razu na wiceministra Obrony Narodowej w rządzie premiera Olszewskiego, no a potem w rządach charyzmatycznego premiera Buzka, co to miał aż dwa pseudonimy operacyjne, nadane mu przez SB, był wiceministrem spraw zagranicznych, a w rządzie premiera Kazimierza („yes, yes, yes!”) Marcinkiewicza a potem premiera Jarosława Kaczyńskiego – ministrem Obrony Narodowej, z którego to stanowiska się dymisjonował zaledwie 5 miesięcy przez upadkiem tego rządu – po czym jesienią 2007 roku kandydował już do Sejmu z listy Volksdeutsche Partei, a nowy premier obywatel Tusk Donald od razu przyznał mu fuchę ministra spraw zagranicznych, którą ma również w aktualnym vaginecie.
Jak widzimy, jest prawdziwym człowiekiem Renesansu – ale nie o to chodzi, tylko o to – komu naprawdę podlega?
Stanisław Michalkiewicz 30 kwietnia 2025 Michalkiewicz
Ogromne zdumienie wzbudził w Polsce czas trwania expose Księcia-Małżonka w Sejmie na temat polityki zagranicznej. Trwało ono bodajże aż siedem czy nawet osiem godzin. Takie rzeczy się w parlamentach zdarzają; Kazimierz Chłędowski, który za panowania Najjaśniejszego Pana był w rządzie „ministrem dla Galicji”, w swoich pamiętnikach wspomina o trwającej prawie dwie doby obstrukcji, przy pomocy której grupa posłów chciała zapobiec przegłosowaniu jakieś ustawy. Wyznaczony poseł przemawiał przez dwie doby bez przerwy – co musiało być wyczynem heroicznym, bo wprawdzie podczas tego obstrukcyjnego przemówienia mógł się posilać – ale co z naturalnymi potrzebami?
Kazimierz Chłędowski o tym nie wspomina, a przecież i w ciągu siedmiu, czy ośmiu godzin naturalne potrzeby też mogą dać znać o sobie.
W tej sytuacji wyczyn Księcia-Małżonka z pewnością przejdzie do historii parlamentaryzmu tym bardziej, że Kiążę-Małżonek złożył też deklarację, że to jego expose było „wyjątkowo trudne”. Ja go całkowicie rozumiem; mówić przez kilka godzin o czymś, czego nie ma, to nie jest łatwa sprawa. „Nia w tym dziwa, co kobyła siwa, a w tym dziwa, co wozu nie wiazie” – głosi białoruskie przysłowie, cytowane przez Józefa Mackiewicza.
Rzeczywiście – Książę-Małżonek miał prezentować polską politykę zagraniczną, a tymczasem każde dziecko wie, że prowadzenie jakiejkolwiek polityki, a zagranicznej – w szczególności – Polska, a zwłaszcza vaginet obywatela Tuska Donalda – ma od naszych sojuszników surowo zakazane. Toteż nie wynaleziono jeszcze takiego aparatu fotograficznego, który utrwaliłby jakieś osiągnięcia Księcia-Małżonka na niwie polityki międzynarodowej – oczywiście poza wiązaniem krawatów, w której to sztuce Książę-Małżonek rzeczywiście ociera się o genialność. Wracając zaś do expose, to na usprawiedliwienie Księcia-Małżonka musimy dodać, że trwało ono tak długo również dlatego, że inni Umiłowani Przywódcy skorzystali z okazji, by nad tymi wynurzeniami Księcia-Małżonka dyskutować. Chodzi o to, by parlamentarzysta jakoś zaznaczył swoją obecność w parlamencie – żeby nikt nie zastosował do niego fraszki Jana Kochanowskiego „Na pana Kondrata”: „Milczycie w obiad mój panie Kondracie? Czy tylko na chleb gębę swą chowacie?”
Toteż kiedy we francuskim Zgromadzeniu Narodowym jakaś Schwein zdetonowała bombę, wskutek czego na sali plenarnej zapanował chaos i egipskie ciemności, pewien deputowany, który ani przedtem, ani potem nie zabierał głosu, przytomnie krzyknął: „panowie, posiedzenie Izby trwa nadal!” – i w ten sposób przeszedł do historii parlamentaryzmu.
Jeśli chodzi o Księcia-Małżonka, to – oczywiście poza krawatami, które wiąże w sposób iście perfekcyjny – może przejść do historii parlamentaryzmu dzięki minom, w których robieniu też się z powodzeniem specjalizuje. Pamiętam scenę, kiedy Książę-Małżonek podczas jakiegoś pobytu w Moskwie w okresie pierwszego „resetu” prezydenta Obamy w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, siedział naprzeciw zimnego ruskiego czekisty Putina. Robił wtedy szalenie srogie miny, ale Putinowi nawet brew nie drgnęła.
W podobnej sytuacji znalazł się kiedyś dobry wojak Szwejk, kiedy jako rosyjskiego szpiega przesłuchiwał go wachmistrz z Putimia. Też był pod urokiem Szwejka i nawet wyjaśnił frajtrowi dlaczego. – Ale mają wychowanie wojskowe! – mówił z podziwem. – Ja bym już ze trzy razy narobił w portki, a temu nawet brew nie drgnęła. Podczas swego expose Książę-Małżonek też robił miny, ale przede wszystkim nawygrażał Putinowi za wszystkie czasy, informując go, że nie będzie rządził ani w Polsce, ani na Ukrainie, ani na Litwie, ani na Łotwie, ani w Estonii, ani nawet – w Mołdawii. Wyobrażam sobie, jak ta deklaracja musiała zasmucić Putina – chociaż z drugiej strony w sprawie Ukrainy to Książę-Małżonek mógł się trochę zagalopować.
Właśnie w tym samym czasie amerykański prezydent Donald Trump, najwyraźniej zirytowany deklaracjami ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, że on „nigdy” nie zgodzi się na oddanie Krymu Rosji powiedział, że w takim razie może „stracić całe państwo”. Bo rzeczywiście; gdyby tak USA zniechęcone uporem Ukrainy nie tylko wycofały się z rokowań pokojowych, ale w dodatku – również wstrzymałyby Ukrainie pomoc wojskową i finansową, to finał nie tak znowu trudno przewidzieć. Wprawdzie prezydent Zełeński dlaczegoś uważa, że nawet wycofawszy się z rokowań pokojowych USA nadal, jak gdyby nigdy nic, futrowałyby Ukrainę forsą i dostawami najnowocześniejszej i najkosztowniejszej broni, podczas gdy Ukraina nawet by nie kiwnęła palcem w sprawie umowy o minerały i zaporoską elektrownię atomową – ale to mogą być tylko takie fantasmagorie ukraińskiego prezydenta.
Powiedzmy sobie szczerze – co właściwie ma teraz mówić, co podawać do wierzenia ukraińskiemu ludowi, którego lekkomyślnie wkręcił w maszynkę do mięsa? Natomiast w sprawie Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i innych mocarstw światowych, Książę-Małżonek może mieć rację, chyba, że – jak to w swoim czasie ujął zmarły właśnie papież Franciszek – zbyt głośno będzie ujadał zza NATO-wskiego płotu u granic Rosji. Nic tak nie gorszy, jak prawda, więc pamiętamy, jakie z powodu tych słów papież Franciszek wzbudził zgorszenie. Najbardziej zgorszył się pan red. Tomasz Terlikowski, chociaż w innych sprawach, na przykład – w stosunku do sodomczyków, a także „kobiet” – papież Franciszek był zasadniczo postępowy – co wspaniałomyślnie przyznawał nawet Judenrat z Czerskiej.
Wracając do Księcia-Małżonka, to może aż tak źle nie będzie, między innymi dlatego, że Książę-Małżonek nie jest prawdziwym księciem. Jest on zaledwie Księciem-Małżonkiem, a i to – tylko z mojej nominacji. Co innego, gdyby był księciem prawdziwym. Wtedy sytuacja byłaby poważniejsza – o czym świadczy deklaracja Lloyd George’a: „Książę całkowicie wyekwipowany, kosztuje więcej, niż dwa pancerniki, jest bardziej niebezpieczny, niż dwa pancerniki i trwa dłużej.”
Jak widzimy na tej podstawie, z powodu Księcia-Małżonka nie musimy się aż tak bardzo martwić, gdyż tym swoim słowotokiem chciał może tylko dać wszystkim do zrozumienia, że język dyplomatyczny nie służy do wyrażania myśli, tylko do ich ukrywania. W takim razie spróbujmy rozebrać sobie z uwagą, jakąż to myśl Książę-Małżonek próbował ukryć w nieprawdopodobnej gęstwinie frazesów i felietonowych bon-motów? Odpowiedź nie nastręcza specjalnych trudności: to, że ostatnie słowo w sprawie postępowania naszego nieszczęśliwego kraju, będzie należało do Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje i jej tubylczego namiestnika, obywatela Tuska Donalda, któremu Książę-Małżonek przecież podlega ciałem i duszą.
W swych „kalkulacjach” szef MSZ zapomniał, że waluty nie wygrywają wojen. Koszt produkcji w FR jest wielokrotnie niższy niż w UE i US. Nie wspominając już o lepszej technologii i mocach produkcyjnych.
Obecny potencjał wszystkich krajów członkowskich NATO, liczony w środkach wydanych na obronność, to blisko 1500 mld dolarów. Budżet obronny Rosji to 145 mld dolarów – wyliczył szef MSZ Radosław Sikorski podczas corocznego expose o zadaniach polityki zagranicznej.
Minister spraw zagranicznych wygłasza w Sejmie exposé. Wystąpieniu Radosława Sikorskiego przysłuchuje się prezydent Andrzej Duda. Po jego wypowiedzi odbędzie się debata na temat celów polskiej polityki zagranicznej.
– Europejscy sojusznicy, podążając za przykładem Polski, zwiększają nakłady na obronność. Od 2016 roku, czyli tuż przed objęciem władzy przez Donalda Trumpa, państwa NATO (nie licząc USA) zwiększyły wydatki z 255 do 506 mld dolarów, co stanowi wzrost o 98 proc. – wyliczył Sikorski. – Od czasu rosyjskiego najazdu na Ukrainę wzrost nakładów jeszcze przyspieszył – dodał.
Szef MSZ podczas wystąpienia zaproponował przeprowadzenie kalkulacji. – Załóżmy, że wszystkie kraje NATO przeznaczają 3,5 proc. swojego PKB na obronność, tak jak USA. Dawałoby to nam kwotę 1,9 bln dolarów, czyli 13 razy więcej niż Rosja – wyliczył Sikorski w Sejmie.
Minister poszedł jednak dalej i wykonał taką samą symulację, zakładając, że każdy kraj wydaje tyle, ile Polska, czyli 4,7 proc. PKB. – W przypadku wzrostu zagrożenia byłoby to prawdopodobne. Uzyskalibyśmy wtedy kwotę 2,5 bln dolarów, czyli 17 razy więcej niż Rosja – wskazał.
– Te liczby pokazują skalę naszego potencjału. I to dopóki NATO jest efektywnym sojuszem, Rosja nie ma z nami szans – podsumował Sikorski.
Trwa wymiana ciosów między Orbánem i Tuskiem. Zaogniło ją oświadczenie premiera Węgier, w którym powtórzył, że jego kraj nie poprze przedłużenia sankcji na Rosję, jeśli Ukraina nie wznowi tranzytu rosyjskiego gazu i że z powodu unijnych sankcji Węgry straciły 19 mld euro. „To niedopuszczalne, byśmy ponosili ekonomiczne konsekwencje sankcji, by pomóc Ukrainie” – stwierdził.
Donald Tusk ripostował: „Jeśli Viktor Orbán naprawdę zablokuje europejskie sankcje w kluczowym momencie wojny, będzie absolutnie jasne, że w tej wielkiej grze o bezpieczeństwo i przyszłość Europy gra w drużynie Putina, a nie w naszej. Ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu”.
Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Szef dyplomacji Węgier, Peter Szijjarto napisał: „Agentowi Sorosa może być trudno to zrozumieć, ale jeśli chodzi o drużyny, gramy dla drużyny węgierskiej. Reprezentujemy węgierskie interesy. Nie chcemy nadal płacić ceny za cudze wojny i nie pozwolimy nikomu zagrozić naszemu bezpieczeństwu dostaw energii”. Odezwał się też Radek Sikorski: „George Soros nie płacił za studia Donalda na mojej uczelni w Oksfordzie, ale za studia Viktora”.
A jak było ze „studiami” Sikorskiego? W swoich notkach biograficznych podaje, że posiada dwa dyplomy ukończenia studiów na Oksfordzie: Bachelor of Arts i Master of Arts. Tyle że otrzymanie tego drugiego, wg rzecznik Uniwersytetu, nie jest równoważne z ukończeniem studiów wyższego stopnia. Każdy bakałarz może o niego wystąpić w siedem lat po immatrykulacji, a za wydanie dyplomu uczelnia pobiera niewielką opłatę w wysokości 10 funtów. Tak, więc Sikorski kłamie, i to świadomie. A tak w ogóle to, kto bakałarzowi załatwił studia w Oksfordzie, i kto sponsorował jego pobyt w Wielkiej Brytanii? Otóż był nim, poza pewną brytyjską służbą specjalną o trzyliterowym skrócie, Zygmunt Bauman, o którym Sikorski zawsze wypowiadał się czule, i któremu wielokrotnie odwdzięczał się. To dzięki Sikorskiemu Bauman odnalazł się w Polsce, a nawet brylował na dyplomatycznych salonach. Otóż, podległy MSZ-owi Instytut Polski zaprosił go do Wilna, gdzie wygłosił odczyt oraz miał wykład na tamtejszym uniwersytecie.
Gdy wydawało się, że był to „ostatni zajazd na Litwie”, Sikorski zorganizował Baumanowi pobyt we Wrocławiu, gdzie na Uniwersytecie Wrocławskim wygłosił prelekcję. Próbowali ją przerwać studenci i działacze Narodowego Odrodzenia Polski. Sprzeciwiali się zapraszaniu ludzi z taką przeszłością. Wykrzykiwali hasła: „Przecz z komuną”, „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „Żołnierze wyklęci – pamiętamy”. Na prośbę prezydenta miasta i na żądanie konsula Niemiec, interweniowała policja. O pomoc „w walce z grupami nacjonalistycznymi” zaapelował do ministra spraw wewnętrznych prezydent Wrocławia. „Nic nie usprawiedliwia chamstwa nacjonalistycznego. Z chuliganami trzeba uporać się całkowicie jednoznacznie. Nie będę tolerował nacjonalistycznej hołoty we Wrocławiu” – apelował. Po incydencie, w specjalnym liście przeprosił i wychwalił Baumana minister nauki. W obronie Baumana stanął premier Tusk. Wszyscy podkreślali, że Bauman to „szanowany naukowiec”.
A kim był fetowany w polskiej ambasadzie w Wilnie? Zygmunt Maurycowicz Bauman w latach 1945-1953 był funkcjonariuszem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, specjalnego oddziału wojskowego tropiącego żołnierzy podziemia niepodległościowego, odpowiednika sowieckiej NKWD. Był też agentem zbrodniczej Informacji Wojskowej. W internecie można znaleźć dokument – wniosek dowódcy KBW gen. Juliusza Hibnera (właściwie Dawida Szwarca) do ministra Bezpieczeństwa Publicznego o zatwierdzenie kandydatury Baumana na stanowisko Szefa Oddziału Propagandy i Agitacji Zarządu Politycznego KBW. Szczególnie przerażająco brzmi fragment wniosku: „Jako Szef Wydziału Pol-Wych operacji bierze udział w walce z bandami. Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów. Odznaczony Krzyżem Walecznych”, co oznacza, że profesor-major karierę naukową rozpoczął wydając na śmierć żołnierzy AK, NSZ i WiN.
W wywiadzie dla angielskiej gazety nazwał KBW jednostką analogiczną do dzisiejszych prowadzących wojnę z terroryzmem, a likwidację żołnierzy wyklętych porównał z dzisiejszą walką z terroryzmem.
A było to w czasie, gdy w zakładaniu Państwa Islamskiego brali udział ochotnicy z Europy. I w tym miejscu pojawia się Radek Sikorski – idąc za głosem swego mentora, w lipcu 2016 ogłosił, że pierwszym laureatem Nagrody Solidarności w wysokości 1 miliona euro został Mustafa Dżemilew – islamista, lider Tatarów krymskich, których znaczny kontyngent walczył u boku Państwa Islamskiego i brał udział w eksterminacji bliskowschodnich chrześcijan, pod opieką tureckiego wywiadu (tego samego, który logistycznie wspiera przemieszczanie się tzw. uchodźców z Azji do Europy).
W tym samym czasie profesor-major pouczał w Oksfordzie: Jeśli Europa w ciągu 30 lat nie przyjmie co najmniej 30 milionów imigrantów, stanie w obliczu upadku demograficznego, który spowoduje upadek cywilizacji europejskiej”. I tu pytanie, czy Sikorski chodził na wykłady Baumana. Wygląda na to, że tak, bo stosunkiem do imigrantów i do islamskich terrorystów został dogłębnie zainfekowany, bo rząd Tuska, w którym był ministrem, z wielką życzliwości spoglądał na politykę „Herzlich willkommen” i równocześnie wyganiał na obczyznę miliony Polaków. Nawiasem mówiąc, gdy Sikorski apelował do nich o powrót, ci ripostowali: Wrócimy, Sikorski, wrócimy, wtedy, kiedy wy wyjedziecie (…) znasz bajeczkę o wężu, nie? No to… SSSSssspierdalaj.
Krótko mówiąc – bandyta, który miał na rękach krew polskich patriotów, zamiast być ściganym, reprezentował Polskę w świecie, był fetowany w ambasadach Rzeczypospolitej. Swoją drogą ciekawe, ilu Wilniuków, miał profesor z naganem na sumieniu, i czy jego zapraszanie do polskiej ambasady nie było tańcem na grobach polskich ofiar NKWD, prekursorki KBW. Z drugiej strony trzeba też zrozumieć Radka. Co prawda, ubeków rozsławiających imię Polski w świecie mamy tysiące, głównie w Izraelu, gdzie schronili się po Marcu ‘68, nie brakowało ich też w samym MSZ, ale tak wybitnych jak Bauman można było policzyć na palcach jednej ręki.
Bauman reprezentował nasz kraj (no i Polonię brytyjską) także na Lwowskim Forum Wydawców. Tam reklamowany był przez MSZ, jako jeden z najwybitniejszych światowych myślicieli z tytułem profesora (o tytule majora ani słowa). I jeszcze jedno – wtedy, gdy doszło, na polecenie konsula niemieckiego we Wrocławiu, do interwencji Policji, mieliśmy także buńczuczne działania autonomistów śląskich, pełzającą germanizację Opolszczyzny, wykupywanie ziemi na Pomorzu, ustanowienie przez Bundestag Dnia Pamięci o Wypędzonych i rosnące do wręcz astronomicznych rozmiarów wpływy niemieckie w Polsce.
W ślad za wymianą ciosów z węgierskim ministrem, Radek Sikorski odwołał z Budapesztu ambasadora RP, bo Węgry nie wydały posła Romanowskiego. Ale nie odwołał ambasadora ze Sztokholmu, który odmówił wydania Stefana Michnika, sądzonego w Polsce za ciężkie zbrodnie. Nie odwołał też ambasadora z Tel Awiwu, który odmówił wydania komunistycznego zbrodniarza Salomona Morela. No i, wreszcie – nie odwołał ambasadora z Londynu, który odmówił wydania Heleny Wolińskiej-Brus. A dlaczego nie odwołał? Może dlatego, że Helena, (pierwotnie Fejga Mindla Danielak) była żoną Włodzimierza Brusa, który wraz z nią, w marcu 1968 roku schronił się w Wielkiej Brytanii, został profesorem na Oksfordzie i też majstrował przy „studiach” i „dyplomach” Sikorskiego.
Beniamin Zylberberg, bo tak się pierwotnie Brus nazywał, był oficerem politycznym w Armii Berlinga. Z wojska odszedł w stopniu podpułkownika. Był profesorem ekonomii politycznej w kilku instytutach przy KC PZPR i autorem propagandowych broszur, wychwalających sowiecką demokrację i gospodarkę, określających przedwojenne władze polskie, jako bezwzględną faszystowską dyktaturę. Był też członkiem Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej dla Pracowników Nauki, i miał decydujący wpływ na tytuły, awanse naukowe i dyplomy. Jak samo o sobie pisał, w atmosferze antysemickiej nagonki będącej następstwem tzw. wydarzeń marcowych, zmuszony został do emigracji. Na Oksfordzie wykładał razem z podesłanym tam wcześniej przez KGB mjr. Baumanem i zajmował się analizą gospodarki socjalistycznej. Już na emigracji podjął tajną współpracę ze wschodnio-niemiecką służbą bezpieczeństwa Stasi. Równocześnie wspierał „opozycję demokratyczną” w Polsce, kiedy to – przypomnijmy – w awangardzie „transformacji ustrojowej” stanęli ideowo związani z trockistami rewizjoniści partyjni, ludzie kwestionujący zdolność Polaków do niepodległego bytu, dla których opowiadanie się za polskością to faszyzm, którzy wprowadzili pojęcie „lewicy laickiej” i nauczali, że polski ruch niepodległościowy zbudowali stalinowcy, że elitą mają być synowie i wnuki przybyłych w taborach dywizji NKWD, myślicielami Bauman i Brus, bohaterami Michnik i Kuroń, a autorytetami pospolici złodzieje.
A co do samej Wolińskiej-Brus, to przypomnijmy, że była żydowskim prokuratorem oskarżającym z ramienia Naczelnej Prokuratury Wojskowej w procesach politycznych, kończących się mordami sądowymi. Gdy w 2007 roku, czyli wtedy, gdy Sikorski był ministrem, sąd w Warszawie wydał europejski nakaz aresztowania Wolińskiej, wniosek o ekstradycję został odrzucony przez Londyn z uzasadnieniem, iż ścigana była ofiarą czystek etnicznych w Polsce, a sama oskarżona stwierdziła, że przedstawione jej zarzuty mają charakter antysemicki. A co do wymienionego wcześniej Salomona Morela, to dodajmy: Sikorski niczego nie nauczył się na Oksfordzie, a z historii szkolony jest przez własną żonę, która w swoich książkach historię fałszuje, wybielając zbrodniczą rolę komunistów żydowskich w mordowaniu polskich patriotów, takich jak Salomon Morel, który będąc komendantem więzienia w Jaworznie (czyli „żydowskiego obozu śmierci”) w sposób sadystyczny, z niezwykłym bestialstwem mordował Polaków, szczególnie polską młodzież.
„Chłystek i bufon, narcyz i gamoń, Radek-nieporadek, burak z Chobielina, fryzjerczyk, Mistrz Blitzkriegu na Twitterze, Towarzysz Radosław I Skromny, miszcz polskiej dyplomacji, Człowiek Którego Cień zasłonił Metternicha, Kandahar i część Bydgoszczy”. Dorobił się też nicku „Radsik”. Internauci nie zostawiają na nim suchej nitki. Floyd: I po Oxfordzie nie powiedzą do Radka „Milordzie”. Zachowuje się na salonach jak krowa na wrotkach. Lola: Dracula wiecznie żywy! skacowany ryj menela, i do tego te tłuste włosy. Rosjanie mówią: „morda kirpicia prosit”, czyli „gęba, która prosi się o cegłę”… ale łeb od czasy do czasu mógłby sobie umyć. Jesienny liść:Ten facet tak układa usta, jakby był Ruskiem. Może prawdziwego podmienili w Afganistanie? Mnie cały czas nie daje spokoju myśl, w jaki sposób ukończył Oksford!!! Zaciukał nożem kogoś podobnego do siebie, i zabrał mu dyplom? Jet: Za długo był w Afganistanie. Towarzyszu Sikorski, odstawcie te prochy. Pixi: „Fryzjerczyk PSIkorski, o takich Czesław Miłosz pisał „Wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie”. Przezwisk ma dużo i wszystkie komiczne. Ale czy obraźliwe, zwłaszcza w zestawieniu z „bydło” używanym przez krajowego mentora Sikorskiego, przez blogerów nazwanego „profesor Bydłoszewski”). Jeśli dodamy do tego wypowiedzi jego żony, też mającej dyplom z Oksfordu, to konkluzja może być tylko jedna – w Wielkiej Brytanii też mają Collegium Humanum.
Kariera Radka to gotowy scenariusz na film „Dyzma w MSZ”. Powieść o podobnym tytule opowiada o karierze gbura i chama, który na skutek dziwnego zbiegu okoliczności omal nie zostaje premierem. Sikorski też, jak Dyzma z Kresów, wyjeżdża w świat – z Bydgoszczy do Afganistanu; żeni się ze szlachcianką (chociaż jerozolimską), która wprowadza go do lepszego towarzystwa, i omal nie zostaje… prezydentem. Karierę dżentelmena z pod-bydgoskiego PGR-u podsumował karykaturzysta: „Jeśli ktoś jest chamem, to i Oksford mu nie pomoże” – mówi na rysunku jeden gość do drugiego. A co do powieści – kiedy sprawa z Dyzmą się wydaje, ogłaszają, że to „oszust, cham, i niespełna rozumu”. A co do „szlachty jerozolimskiej” –obecność portretu gen. Władysława Sikorskiego na ścianie dworku w Chobielinie wyjaśniał tak: „To jest brat dziadka”. Jeden z gości nie wykazał się jednak taktem i palnął: „A to ciekawe, bo generał nie miał brata”. Także „elitarność” żony Radka nie ma długiej historii: dziadkowie byli żydowskimi pachciarzami na wschodnich kresach Rzeczypospolitej, skąd, na początku XX wieku, wyjechali do Ameryki i zasiedli tamtejsze Nalewki.
No i mamy ministra, który jednego dnia porównuje bałtycką rurę do układu Ribbentrop-Mołotow, a drugiego kłania się Niemcom w pas i składa „hołd pruski”. Który jednego dnia widzi Rosję w NATO, a drugiego domaga się wymazania jej z mapy świata. No i, komentując informację o udzieleniu Asadowi azylu w Rosji, poraża geopolitycznym przemyśleniem: „Panowie Snowden, Depardieu i Janukowycz mają czwartego do brydża”. W geopolitycznych analizach wtóruje mu drugi dyplomatyczny matoł – Donald Tusk: „Wydarzenia w Syrii uświadomiły światu, że Rosja i jej sojusznicy mogą zostać pokonani”. No i żona Sikorskiego: „Sceny, które widzimy w Damaszku, zobaczymy w Moskwie i Teheranie. Upadek Asada to rosyjski Afganistan”. Co jeszcze świadczy o tym, że dyplom Oksfordu kupił? Nie przyswoił sobie mądrości Winstona Churchilla, że „prawdziwym dyplomatą jest ten, kto dwa razy pomyśli, zanim nic nie powie”. Poza nędznym wykształceniem cierpi też na przypadłość, która w języku jidysz, czyli języku przodków żony, nazywana jest „myszygene kopf”.
Jest jeszcze inny powód, który to wszystko tłumaczy – Sikorski pała wielką miłością do oficerów WSI, którzy pięknie przed nim trzaskają obcasami. Zawsze łaskawym okiem patrzył na wszelkie wywiady, nie mówiąc o jego powszechnie znanej sympatii do wywiadu brytyjskiego. Wziął pod ochronę wielu funkcjonariuszy WSI, mimo iż ci pokątnie rozpowszechniali informacje o tym, kto finansował jego studia w Oksfordzie, dlaczego będąc wiceministrem obrony częściej kontaktował się z rezydentem brytyjskiego wywiadu niż ze swoim szefem, że ma lukę w życiorysie, bo podczas pobytu w Afganistanie miał być przez kilka miesięcy przetrzymywany przez Sowietów i „namawiany” do współpracy. Innym elementem tej gry są rosyjskie media, które zarzucają Sikorskiemu, że od 1984 r., był agentem brytyjskiego wywiadu MI-6 i wykorzystywał „przykrycie” dziennikarza dla wypełnienia zadań służb wywiadowczych w Afganistanie. Poprzez lustrację, Macierewicz próbował pozbyć się agentów związanych z Moskwą. Nie był jednak równie skrupulatne, gdy chodziło o ludzi kojarzonych z innymi wywiadami. Nie widać było w nim dociekliwości, ilu polityków jest na żołdzie obcych służb.Mówiąc o zagrożeniach, mówił wyłącznie o absolwentach moskiewskiego MGIMO. Tymczasem najwięcej szkód w MSZ (a wcześniej w MON) poczynił nie absolwent MGIMO, ale… absolwent Oksfordu.
Przestańmy się pastwić nad Radkiem. Oddajmy mu sprawiedliwość. Wprawdzie za granicą sprawy knoci, wprawdzie dyplomację wywodzi na manowce, ale w TVN i „Wyborczej” jest zwycięzcą. Także pogłoski o śmierci politycznej Sikorskiego są mocno przesadzone. Parasol ochronny rozciąga nad nim nie tylko nowojorska żydokomuna, Mark Zuckerberg i „New York Times”, czyli ci, którzy nie tylko nie lubią Ameryki, ale nie lubią Polski. I nie przypadkowo prasowy organ trockistów „Foreign Policy” umieścił Sikorskiego na liście „100 czołowych myślicieli świata”. Przypomnijmy też lorda George’a Weidenfelda, wiceprezydenta Światowego Kongresu Żydów, który wydał Radkowi certyfikat koszerności, mówiąc, że uważa go za „największego przyjaciela w Polsce”.
W obronie występów Baumana we Wrocławiu stanął kumpel Sikorskiego, który też ma azjatyckie rysy oraz super narodowe nazwisko (to nic, że przyswojone), Bartłomiej Sienkiewicz, który wygwizdanie profesora z KBW nazywał „bandyckim uderzeniem w podstawy cywilizacji”. Z kolei dla Tuska incydent był „wstępem do poważnego nieszczęścia” (chociaż i tu blogerska brać wykazała się niezłym refleksem: „Może wnuk żołnierza Wehrmachtu myślał, że to niemieckie nazwisko?”). Na koniec postawmy Sikorskiemu pytanie: Czy w trakcie swej przebogatej „naukowej” kariery na Oksfordzie odnotował przypadek promowania przez ambasadę Izraela wyczynów żydowskiego policjanta w warszawskim getcie? Jak zareagowaliby ziomkowie jego żony, gdyby na Uniwersytecie w Hajfie wykład miał profesor stawiający pierwsze kroki w naukowej karierze, jako wachman w Auschwitz? Bauman, stalinowski politruk sprowadzał mordowanie żołnierzy wyklętych do „walki z faszystowskimi bandami”. I okazuje się, że po nim, po tę samą broń sięga minister po Oksfordzie z dyplomem magistra za 10 funtów.
„Historia powtarza się, jako tragedia i farsa” – tak głosił Karol Marks, i tu, raz w życiu, miał rację. Polska obejmowała już prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Było to w 2011 roku. Premierem był – tak, jak dziś – Donek Tusk, szefem MSZ – tak, jak dziś – Radek Sikorski i prezydentem – też tak, jak dziś – działacz nieboszczki Unii Wolności. Ale podobieństw jest więcej. W 2011 roku polska prezydencja kosztowała nas 430 mln zł, cztery razy więcej niż poprzednia prezydencja duńska. Dziś ma nasz kosztować pół miliarda, cztery razy więcej niż poprzedzająca ją prezydencja węgierska. I też będzie propagandowym spektaklem o znikomym lub żadnym związku z narodowym interesem. I też będzie okazją do załatwienia na boku rozmaitych siucht.
Obejmując od Nowego Roku rotacyjne przewodnictwo, Polska stanęła na czele Europy, co oznacza, że Tusk i Sikorski będą otwierali posiedzenia Rady UE i… oddawali głos Urszuli von der Leyen. Szczególną dumę z tego powodu odczuwa Radek Applebaum, który dzięki temu będzie mógł przed całą Europą zademonstrować swój nowy garnitur (jak zwykle z przydługimi rękawami) i swoją nową fryzurę (wyglądającą jak skrzyżowanie dwóch stylów fryzjerskich: na głupiego Jasia i na hitlerka).
Kiedy Tusk w swoim przemówieniu wygłoszonym podczas inaugurującej prezydencję uroczystej gali w Teatrze Wielkim, dumny z siebie ogłosił: „Europa ma szczęście, że to Polska będzie wypełniała misję”, i dał wyraz przekonaniu, iż „Europa powinna czuć się z tego powodu szczęśliwa”, powiało grozą. Bo jakże tu mówić o czymś takim w państwie mającym rekordowy deficyt budżetowy, rekordowy dług publiczny i rozbrojoną przez przyjaciół z Ukrainy armię.
W dodatku tego samego dnia rolnicy z całej Polski zjechali traktorami do Warszawy z protestem „5 razy stop”: stop umowie z Mercosur (którą niedawno, za zgodą Tuska, podpisała von der Leyen), stop Zielonemu Ładowi, stop importowi rolnemu z Ukrainy i niszczeniu polskich lasów oraz stop wygaszaniu polskiej gospodarki, czyli temu wszystkiemu, co Tusk i Sikorski ustalili, jako priorytety prezydencji.
Każdy kraj sprawujący przez pół roku prezydencję, ustala priorytety na ten okres, w których umieszcza przedsięwzięcia, na których szczególnie mu zależy, które mają służyć realizacji jego interesów narodowych i promować kraj. Tymczasem „nasze” priorytety zakrawają o żart. „Bezpieczeństwo zdrowotne” – postulat słuszny, ale nie leżący w traktatowej kompetencji Unii, chyba że Tusk chce wyjaśnić aferę z von der Leyen, która za miliardy euro kupiła od Pfizera niepotrzebne szczepionki. „Ochrona ludzi i granic” to kpina, bo Tusk w swoich działaniach wspiera nielegalną imigracją. Za priorytetem „Odporność na obcą ingerencję i dezinformację”, ciągnie się smród nowej inicjatywy brukselskiej i pichconej pośpiesznie w Sejmie ustawy o zwalczaniu „mowy nienawiści”. „Bezpieczeństwo i swoboda działalności gospodarczej” – priorytet też jak najbardziej słuszny. Tylko, co z tego, kiedy w tej materii rządząca koalicja nie tylko nic nie robi, ale wręcz topi polską gospodarkę. Priorytet piąty – „Transformacja energetyczna”. Tu Tuskowi z pewnością chodzi o kontynuację rujnującej polską gospodarkę, złej dla Polski a dobrej dla Niemiec, polityki klimatycznej. No i wreszcie „Konkurencyjne i odporne rolnictwo”, które umową Brukseli z Mercosur, na którą zgodził się Tusk, dobijane polskie rolnictwo.
W „priorytetach” nie ma nic o wstrzymaniu umowy Mercosur. Nie ma nic o wypowiedzeniu paktu migracyjnego i uproszczeniu procedur deportacyjnych. Nie znalazło się w nich wypowiedzenie Zielonego Ładu i zreformowanie polityki klimatycznej, bo obecna podnosi koszty energii i ogranicza konkurencyjność polskich firm. Jest za to dużo pro ukraińskiego amoku i obłędnej narracji o interesach Ukrainy w zniesieniu barier w handlu. Tak dużo, że odnosi się wrażenie, że priorytetem nie jest Polska i polskie interesy, ale Ukraina, i że to… Prezydencja Ukraińska.
Za czasów Sikorskiego, w latach 2007-2014, gmach MSZ przy alei Szucha w Warszawie wypełnił się podopiecznymi „wujka Bronka”, potomkami funków KPP i oraz ludźmi Urbana. Najatrakcyjniejsze stanowiska i ambasady otrzymali powiązani z nieboszczką Unią Wolności przedstawiciele żydokomuny. Na rzecznika prasowego przydzielono mu Marcina Bosackiego – wieloletniego szefa działu zagranicznego „Gazety Wyborczej”, a na rzecznika polskiej prezydencji w UE Konrada Niklewicza, wcześniej przez 13 lat dziennikarza tejże gazety (a dziś w zarządzie stołecznej spółki Tramwaje Warszawskie, dla której Trzaskowski sprowadził wagony aż z Korei Południowej). „Duch Michnika” niepodzielnie zawładnął gabinetami dyrektorskimi ministerstwa, na czele którego stanął człowiek jeszcze niedawno szczycący się w swojej posiadłości w Chobielinie szyldem „Strefa zdekomunizowana”, który „Wyborczą” tępił za stosowanie wobec rywali politycznych kłamstw, insynuacji i oszczerstw.
Ale nie tylko ludzie Michnika. Pod kierownictwem Sikorskiego MSZ stało się miejscem inwazji ludzi z wojska, i niebywałego przyspieszenia nabrała dynamika „naprawy” MSZ. Do gmachu przy alei Szucha w Warszawie weszli szeroką ławą, nawet szerszą niż w stanie wojennym. Wzięli wszystko. Na czele tej „transformacji” zatrudnienie znaleźli wybrańcy Sikorskiego ze służb kwatermistrzowskich MON, którzy potraktowali ministerstwo jak ziemię podbitą i – o dziwo – zajęła się głównie… inwestycjami. Machina inwestycji w postaci zamówień publicznych rozkręciła się na całego, a z nią puszczona w ruch machina korupcyjnaz mnóstwem prostackich, wręcz wulgarnych przekrętów. MSZ to budżet wynoszący prawie 2 miliardy złotych. Takimi wielkimi pieniędzmi zawiadywała brygada fachowców z MON pod czujnym okiem fachowców z WSI i pełnomocnika ministra ds. antykorupcyjnych (też skądinąd ściągniętego przez Sikorskiego z MON). Zatrudnieni przez Sikorskiego mundurowi fachowcy mieli bardzo słabe pojęcie o dyplomacji, ale mieli za to doświadczenie z przekrętami z czasów gdy MON było „pod Sikorskim”. Na usprawiedliwienie owego szczególnego „trudu”, jakiego podjął się Radek przyznać trzeba, że za reformy o takim przesłaniu zabrał się dopiero po rozwiązaniu wszystkich palących kwestii międzynarodowych i po pełnym zabezpieczeniu polskiej racji stanu na arenie międzynarodowej.
I tak: Pełnomocnik ministra ds. inwestycji zagranicznych w randze pułkownika zakupił rezydencję dla ambasadora w Waszyngtonie nafaszerowaną azbestem, której remont trwał kilka lat i kosztował milion USD. Inny kwatermistrz Sikorskiego wynajął dla przedstawicielstwa przy ONZ (uprzednio sprzedając dotychczasową pałacową siedzibę) od stosownych nowojorskich Żydów, stosowne pomieszczenia w biurowcu. Polonia chicagowska alarmował, że na remont siedziby konsulatu wydano kwotę, za którą można było kupić nowy budynek. Przy pomocy „kwatermistrzów” Sikorski sprzedał siedzibę konsulatu w Kolonii (a pałacową willę kupił i właścicielem biurowca, do którego Sikorski przeniósł konsulat, była żydowska rodzina z Polski). Gdy sprzedał siedzibę Instytutu Kulturalnego w Paryżu, rzecznik MSZ podał wartość transakcji na 13 mln euro, ale miejscowa Polonia uważała, że uzyskał za nią 60 mln.Oburzona paryska Polonia wysuwała inny zarzut: „Sikorski sprzedałby nawet arrasy wawelskie. Żarty się skończyły. Złodzieje sprzedali już wszystko w kraju, a teraz zabrali się za ambasady i konsulaty. W Polsce wszystko rozgrabione, to trzeba szukać możliwości „kręcenia lodów” zagranicą, trzeba mieszać, żeby dało się kraść. Na sprzedażach, wynajmach, nowych umowach dzierżawy można się dobrze obłowić.”.
A konia z rzędem temu, kto podliczy przekręty Sikorskiego z kartą płatniczą, którą dysponował w MSZ. Znany, mówiąc oględnie, z oszczędnego gospodarowania prywatnymi funduszami, w tym przypadku robił wyjątek – środków zgromadzonych na karcie nie oszczędzał. Nie można mu przy tym odmówić dużej konsekwencji i inwencji w czerpaniu profitów z władzy. Tu poszedł „na całość” – często i chętnie używa karty za granicą w całkiem prywatnych celach. Resortowa plotka głosi, że przyłapano go nawet na opłacaniu służbową kartą wizyt w nocnych klubach, a nawet zakupu … grzebienia
Wspomnianym wcześniej modernizacyjnym „wariactwom” ministra towarzyszyły ciągłe reorganizacje, zwłaszcza tych departamentów, które zajmowały się inwestycjami i… przechowywały dokumentację przetargową. W ramach jednej z nich, dyrektorem w Sekretariacie Ministra został pełnomocnik ministra ds. antykorupcyjnych (który w założeniu miał śledzić „przekroczenia uprawnień funkcjonariuszy publicznych w ramach realizacji zamówienia publicznego”). Znamiona korupcji politycznej nosiło również inne pociągnięcie kadrowe Sikorskiego – awansowanie (przez niewtajemniczoną gawiedź uznane za degradację) dyrektora Departamentu Azji na podrzędne wydawałoby się stanowisko dyrektora Biura Infrastruktury i równoczesne przydzielenie mu na zastępcę doktoranta z Akademii Obrony Narodowej. I chyba to ostatnie w sedno owych kuriozalnych reform trafia najlepiej. I jeszcze jedno – Pod rządami Radka w MSZ zapanował wojskowy dryl. Sikorski, który do dyplomacji trafił z MON, a do MON ze zbrojnej formacji afgańskich mudżahedinów, wprowadził nieznane tu wcześniej iście partyzanckie metody rządzenia. Słowem kluczem stał się wojskowy rozkaz: Wykonać! Odmowa wykonania rozkazu lub krytykowanie pomysłów ministra nie kończyła się co prawda sądem polowym i plutonem egzekucyjnym, ale karnym usunięciem ze stanowiska.
Kwatermistrze zabrali się też za zamówienia publiczne w związku z polską prezydencją. W czerwcu 2011 r. zawarli kontrakt z konsorcjum, w skład którego wchodziła spółka CAM Media na „kompleksową obsługę spotkań i konferencji w trakcie przewodnictwa w Radzie UE” o wartości, 34 mln zł. Jak firma pozyskała kontrakt? Jakie były jej relacje biznesowe z Agorą? Ile zleceń dla CAM Media wynikało z przetargów, a ile było zlecanych z tzw. wolnej ręki? Jak dzielono przetargi celem obejścia przepisów? Dlaczego nie publikowano ogłoszeń w Biuletynie Zamówień Publicznych? Dlaczego MSZ płaciło 600 tys. złotych za zorganizowanie konferencji prasowej, którą i tak przygotowali pracownicy MSZ i którą i tak prowadził rzecznik prezydencji Konrad Niklewicz (…). W temacie będzie tu informacja, że głównym udziałowcem tajemniczej firmy jest luksemburska spółka CAM West, a jej menedżerami Żydzi urodzeni w Maroku. Przekrętu dokonano według wielokrotnie przećwiczonego schematu. Znane są relacje biznesowe firmy, która pozyskała kontrakt, Dużo na ten temat wiedzieli nie tylko kwatermistrzowie Sikorskiego, ale i „Gazeta Wyborcza” oraz Konrad Niklewicz, rzecznik prasowy prezydencji. A gdzie była tu Polska i jej interes? Szkoda gadać!
„Niestety nie działa, jest wyprodukowany w ten sposób, że jest niezrównoważony” – tak, z dużym technicznym znawstwem, Witold Waszczykowski, który w 2015 r. objął stolec ministra spraw zagranicznych, opisał na sali sejmowej drewnianego bączka, gadżet promujący polską prezydencję w UE. Po czym audyt w MSZ podsumował wyciągając pudełko z ołówkami, reklamówkami i innymi gadżetami. Do innych afer też się odniósł, chociaż nieco mniej dociekliwie: „Szereg błędów i niedociągnięć, wiele procedur i przepisów wewnętrznych nie było przestrzeganych”. Ujawnił też, że za rządów Sikorskiego ministerstwo zakupiło stół do masażu. A czego Waszczykowski nie powiedział? Czego nie uwzględnił w, z założenia, symulowanym „audycie”? Dlaczego audyt wyglądał tak, jak audyty PiS w całej administracji rządowej, czyli polegał na przestrzeganiu konstytuującej III RP zasady: „Wy nie ruszacie naszych, a my nie ruszamy waszych”? Waszczykowski nie powiedział też, że prezydencja Sikorskiego to był absurdalny, propagandowy spektakl, którego związek z narodowym interesem był znikomy lub żaden, i że kosztował nas 430 milionów, ale nie z powodu bączka, ołówków i reklamówek,lecz z powodu załatwianych na boku geszeftów Sikorskiego.
Na koniec jeszcze inna afera, też z półki „Jak Polskę sprzedać i zlikwidować”. W styczniu zakończono budowę i uroczyście otwarto nowy gmach ambasady RP w Berlinie. W jej budowę utopiono dziesiątki milionów złotych. Tylko za jeden z poprzednich projektów architektonicznych skarb państwa zapłacił 16 milionów. Kto za to odpowiada? Kwatermistrze ściągnięci przez Sikorskiego z MON, w tym jeden, który bezustannie awansując został ambasadorem w Berlinie. Ile tu znaczył parasol ochronny WSI, a ile łaskawe oko ministra? Tego jeszcze nikt nie zbadał. W marcu 2012 r. Sikorski ogłosiło konkurs na nowy projekt architektoniczny ambasady. Wybrał (on i jego kwatermistrze) koncept zaproponowany przez biuro warszawskiej pracowni JEMS Architekci. „Gazeta Wyborcza” rozpływa się w pochwałach na temat projektu i jego „politycznej poprawności”. Ale dziwnie nie pochwaliła się (przez wrodzoną dziennikarską dyskrecję i skromność?), że jego autorzy zaprojektowali wcześniej siedzibę Agory przy ulicy Czerskiej w Warszawie. Uwagę zwraca też wykonawca robót – austriacka firma STRABAG. Problem w tym, że zakupiona przez Olega Deripaskę, bliskiego znajomego Władimira Putina, związanego z poprzedzającym katastrofę Smoleńską remontem polskich samolotów rządowych w Samarze. Jak to możliwe, że akurat on budował? Gdzie ABW i jej funkcjonariusze zatrudnieni w MSZ? Skandal jest tym większy, że usytuowana kilkaset metrów od Bramy Brandenburskie ambasada była przez kilkanaście lat nieczynną ruiną sterczącą na nasz wstyd i hańbę w prestiżowym punkcie miasta, w oczekiwaniu na pierwszą nadarzającą się okazję do zrobienia geszeftu.
Na koniec wiadomość z ostatniej chwili – Radek ujawnił w serwisie X swoje wynagrodzenie za grudzień 2024 roku (9 892,24 zł netto). Większość komentujących uznała, że tak ważny państwowy urzędnik, powinien być lepiej opłacany i że ranga jego stanowiska jest niedopasowana do wynagrodzenia. „To pensja śmiesznie niska w związku z urzędem, jaki Pan piastuje. Pensje Ministrów i Urzędników powinny zdecydowanie być podniesione. Dwukrotnie” – zwrócił uwagę jeden z nich. „Trochę dziadowskim Państwem jesteśmy. Najwyżsi urzędnicy powinni więcej zarabiać” – wtórował drugi. Tylko jeden napisał pod postem: „do tego kilometrówki, diety, mieszkaniówki i setki innych dodatków, które potrafią pomnożyć pensje trzykrotnie”, i doczekał się odpowiedzi: „Nie otrzymuję z MSZ kilometrówek, premii ani dodatków. Nie mam też mieszkania służbowego ani diet poselskich. Natomiast zrezygnowałem z funkcji europosła i nie przyjąłem propozycji zostania komisarzem UE”. Sikorski nie powiedział jednak nic o „dobrze zarabiającej żonie”, o pieniądzach z Emiratów i o dochodach wypracowanych przy pomocy wojskowych kwatermistrzów z czasów poprzedniej polskiej prezydencji w UE.
„Ciekawym spostrzeżeniem podzielił się z polskimi telewidzami nasz minister spraw zagranicznych – Radosław Sikorski. Indagowany przez Monikę Olejnik o pochodzenie swojej żony, Anne Applebaum, Radosław Sikorski wypalił: Ja bym powiedział, że jest już świecka tradycja, że pierwszymi damami powinny zostać osoby pochodzenia żydowskiego”, pisze na łamach tygodnika „Do Rzeczy” Dariusz Wieromiejczyk.
W ocenie publicysty opinia wygłoszona przez szefa MSZ jest „warta zastanowienia”, ponieważ Sikorski to polityk, który „od 30 lat uczestniczy w dworskich ceremoniałach polskich elit – zarówno tych prawicowych, jak i liberalnych”.
Wieromiejczyk żartuje, że opisany stan rzeczy nie jest tylko świecką tradycją czy modą, ponieważ przypomina on raczej prastary obyczaj polityczny, ukształtowany w Chinach przed dwoma tysiącami lat.
„Już w czasach dynastii Han, panującej od II w. p.n.e., dobrze urodzone chińskie księżniczki wydawane były za barbarzyńskich królów i wodzów, rządzących graniczącymi z Państwem Środka plemionami. Setki wszechstronnie wykształconych młodych kobiet oddano, dla celów politycznych, w ręce rozmaitych dzikusów”, czytamy.
„Jest faktem godnym uwagi, że wszechstronnie utalentowana i pochodząca z wpływowej amerykańskiej rodziny małżonka Radosława Sikorskiego powstrzymuje się od pisania lirycznych lamentów poświęconych jesiennej słocie, kapuście i kiszonym ogórkom. Wielu jej wyrzeczeń, których rozmiarów trudno się nam nawet domyślić, powinniśmy być jednak świadomi, a w konsekwencji zapewne i wdzięczni”, podsumowuje autor „Do Rzeczy”.
Odkąd stało się jasne, że Donald Trump zostanie 47. prezydentem USA, polska klasa rządząca zaczęła sobie nagle przypominać, jak bardzo lubi tego polityka. Najpierw w tym tonie wypowiadał się Rafał Trzaskowski, a teraz Radosław Sikorski.
Pierwszym, który nagle zaczął chwalić Donalda Trumpa, był Rafał Trzaskowski. Prezydent Warszawy w TVN24 zachwycał się realistycznym podejściem do polityki amerykańskiego prezydenta.
W czwartek na temat wyniku wyborów prezydenckich w USA wypowiedział się szef polskiego MSZ – Radosław Sikorski. Politykowi przypomniało się, jak „wielokrotnie chwalił Trumpa”.
– Wybory mają swoje konsekwencje. Będziemy mieli teraz bardziej mięsisty język, bardziej jednoznaczny i bardziej stanowcze stawianie pewnych ważnych spraw. Proszę przejrzeć np. moje wypowiedzi z ostatnich paru miesięcy – powiedział.
Minister stwierdził dalej, że „wielokrotnie chwalił prezydenta Trumpa”.
– Nie tylko za to, że mówi, że państwa sojuszu NATO powinny więcej wydawać na zbrojenia, chwaliłem także formę stanowczą, dobitną, bo gdy mówiono w języku dyplomacji, do niektórych w Europie nie docierało – stwierdził.
Warto tu jednak przypomnieć, że Sikorski nazywał Trumpa m.in. „człowiekiem Putina” i twierdził, że popycha on USA w kierunku wojny domowej.