Jak sito gubi diamenty

Jak sito gubi diamenty

Izabela BRODACKA

Postulat aby sito nie gubiło diamentów towarzyszy nam od czasów realnego socjalizmu. Co roku jesteśmy świadkami podobnego spektaklu. Absolwenci podstawówek usiłują znaleźć miejsce w liceum. Zdesperowani rodzice krążą między szkołami usiłując wepchnąć dziecko najpierw do jakiejś szkoły o ustalonym prestiżu a potem do jakiejkolwiek szkoły średniej.

W tym roku sytuacja jest wyjątkowo trudna i wręcz podejrzana. Dla wielu dzieci zabrakło miejsca w jakimkolwiek liceum podczas gdy mamy obecnie podobno do czynienia z niżem demograficznym. Nic dziwnego, że wśród zdesperowanych rodziców i wśród dzieci krążą różne teorie spiskowe. Jedni twierdzą, że bezwzględne pierwszeństwo w przyjęciu do liceum mają dzieci ukraińskie. Bardzo w to wątpię, bo łatwo byłoby to sprawdzić śledząc listy przyjęć. Każda szkoła wyznacza liczbę punktów, które musi zdobyć dziecko aby w tej szkole znaleźć miejsce. Punkty są przyznawane za wyniki egzaminu ósmoklasisty, za oceny na świadectwie, za udział w konkursach oraz za wolontariaty.

Zamiast uczyć się do egzaminu dzieciaki walcząc o dodatkowe punkty wyprowadzają psy w schroniskach na spacer, startują w konkursach tańca i wycinanek łowickich. Walka o miejsce w liceum staje się rodzajem wolnej amerykanki w której dozwolone są wszystkie chwyty.

Czy faktycznie miejsce w liceum powinno być zagwarantowane wyłącznie dla dzieci z szóstkami na świadectwie? Wielu nauczycieli szkół podstawowych nie chcąc zamykać dzieciom drogi do liceum ofiarowuje  im na pożegnanie piątki i szóstki nie koniecznie im należne. Potem okazuje się, że dziecko z szóstką z matematyki na świadectwie nie umie dodawać ułamków. Postulat „żeby sito nie gubiło diamentów” oznacza troskę aby system rekrutacji do szkół średnich i na wyższe uczelnie nie eliminował osób wybitnie utalentowanych na rzecz mniej utalentowanych lecz posiadających bardziej znaczące atuty.

Przede wszystkim protekcje i koneksje. Uczyłam w tych czasach w szkole średniej, która pomimo przyzwoitej kadry nauczycieli starej daty stała się typową szkołą czerwonej burżuazji. Mocno partyjny dyrektor szkoły miał zwyczaj przed rozpoczęciem rekrutacji mówić otwartym tekstem: „ jeżeli ktoś ma jakieś protekcje proszę to zgłaszać teraz żeby potem nie było pretensji”. Stanowczo zaprotestowałam, gdy na miejsce dziewczynki która świetnie zdała egzaminy wepchnął tępą i bezczelną córkę dyrektora znanych linii lotniczych. Przyjął niechętnie również tę pierwszą komentując ironicznie: „Nie wybierasz się czasem lotem czarterowym gdzieś na zachód?”. Gdybym nawet chciała nie mogłabym się wybrać, gdyż nagminnie nie dostawałam paszportu o czym zapewne doskonale wiedział. 

W Szkole Teatralnej i w Akademii Sztuk Pięknych listy przyjętych były podobno ustalone na kilka lat naprzód. Oczywiście co roku przyjmowano kilku zdolnych prowincjuszy, bo ktoś musiał być mięsem armatnim tych prestiżowych uczelni. Absolwentki Akademii Sztuk Pięknych bez zaplecza w sferach elity, której herbem był sowiecki tank, uczyły potem plastyki w szkołach i przedszkolach. Tak było ale wcale nie minęło.

Świadczą o tym perypetie obecnych ósmoklasistów.  Znam przypadek dziewczynki która z egzaminu z matematyki  otrzymała 97%, z angielskiego 100% i została przyjęta do peryferyjnego liceum do którego dojazdy zajmą  jej dwie godziny dziennie. Inne dzieci z jej szkoły nie dostały się nigdzie. Staranie o miejsce w liceum to strategia wymagająca nie tyle wiedzy i talentu lecz przede wszystkim cierpliwości i zapobiegliwości. Nie chcę rozwodzić się na temat metod pozaprawnych, ale pewien rodzić powiedział mi z całą otwartością: „Wolę zainwestować w miejsce w liceum publicznym niż płacić cztery lata za miejsce w liceum prywatnym o wiele gorszym od publicznego”. To dobry przykład zjawiska o którym Boy Żeleński pisał: „Oto jak nas, biednych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi” Jak twierdzą dzieci i ich trzeźwo myślący rodzice dobra szkoła publiczna to taka, która nie uczy ale wymaga. Kiepska szkoła nie uczy i nie wymaga.

Optymalna strategia to dostać się do szkoły z dobrą renomą. W Warszawie będzie to Staszic, Batory czy Jeziorański. Natomiast uczyć się trzeba na korepetycjach w trakcie których nauczyciele prezentują talenty dydaktyczne jakich brakuje im często w miejscu pracy. Szkoły prywatne chcąc nie chcąc stały się przechowalnią dla dzieci, które nie znalazły miejsca w szkołach publicznych. Bardzo często są to dzieci z defektami intelektualnymi czy osobowościowymi. Poziom nauczania i wymagań jest na ogół z konieczności niższy niż w liceach publicznych. Zwolennicy prywatyzacji oświaty i służby zdrowia twierdzą, że droższa usługa to lepsza usługa i że po krótkim okresie fluktuacji zapanuje rynek usług oświatowych i medycznych honorujący prawa rynkowe a przede wszystkim prawo popytu i podaży. Stąd szumne hasła: „ pieniądz idzie za uczniem” czy ostatnio: „ pieniądz idzie za pacjentem”.

Nie potrafią zinterpretować zdumiewającego dla nich faktu, że na uczelniach prywatnych gorszych od publicznych ( a miały być lepsze) studiuje na ogół młodzież niezamożna ( a mieli studiować bogaci) z małych ośrodków, której nie stać na korepetycje, utrzymanie w wielkim mieście uniwersyteckim czy na łapówki. Okazało się, że nie uruchomił się mechanizm mający w założeniu dogmat „ droższe = lepsze”. Wręcz przeciwnie, plaga kiepskich prywatnych uczelni, których jedynym przeznaczeniem jest drukowanie dyplomów, wydała różne Collegium Tumanum obsługujące sfery polityczne i rządowe.

Podobnie utopijne jest hasło „ pieniądz idzie za pacjentem”. Dla lekarzy optymalna jest możliwość leczenia prywatnych pacjentów w publicznych placówkach bez ponoszenia kosztów utrzymania budynku, zakupu aparatury i odpowiedzialności związanej z własnością. Pacjentom też łatwiej jest zapłacić za kilka wizyt w prywatnej przychodni a potem korzystać z bezpłatnej opieki w szpitalu. Jak mówią ludzie wschodu: „Dopóki można coś załatwić dając bakczysz nie jest jeszcze źle, tragedia zaczyna się gdy nie ma komu dać łapówki albo nikt nie chce jej brać”. 

Nihil novi sub sole. To перестройка или передышка?

Nihil novi sub sole 

Izabela BRODACKA

Klinika przy ulicy Hożej 80 w Warszawie, róg Emilii Plater powstała około 1910 roku dla Sanatorium Towarzystwa Pielęgnowania Chorych pod wezwaniem Świętego Józefa. W skład zespołu wchodził pawilon dla chorych oraz dwupiętrowy pawilon chirurgiczny.

W latach 1931-32 klinikę przebudowano według projektu Ludwika Tokara. Nadbudowano budynek narożny oraz rozbudowano go wzdłuż ulicy Hożej. 
Budynek przetrwał okupację niemiecką. W czasie Powstania Warszawskiego mieścił się tam szpital polowy dla walczącego Śródmieścia. 

Natychmiast po “wyzwoleniu” w budynku urządzono szpital rządowy. Urządzono zamkniętą klinikę dla partyjnej komunistycznej nomenklatury wyposażoną w najnowszy sprzęt, zatrudniającą najlepszych lekarzy i oferującą wybranym luksusowe warunki. Leki stosowane przy leczeniu uprzywilejowanych pacjentów były niedostępne w aptekach i zwykłych szpitalach. Na przykład pacjenci kliniki rządowej dziury w zębach mieli wypełniane amerykańskimi plombami kompozytowymi podczas gdy zwykli śmiertelnicy szczerzyli zęby zeszpecone czarnym amalgamatem. Podobno właśnie po plombach rozpoznawano na Zachodzie przy autopsji zwłoki ofiar pochodzących z krajów Europy Środkowo Wschodniej. 

Bodajże w 1964 roku usuwała sobie w tej klinice wrastające paznokcie pani Tomiła Blinowska, słynna Mizia żona Franciszka Blinowskiego członka czy zastępcy członka KC PZPR,  posła na sejm i wówczas przewodniczącego PKPG. Mizia była znana mojej matce i ciotce z Kresów. Była z nimi po prostu na tej samej pensji. Wówczas to Franciszek Blinowski komunizujący gołodupiec emablował poleskie panny i szukał żony w odwiedzanych dworach oraz mieszczańskich zamożnych domach. Wśród nich była Tomiła Luberadzka i ją właśnie udało mu się upolować. Rodzina Tomiły zapewniła mu wygodne życie na Kresach. 

Zrewanżował się zapewniając jej luksusowe życie, godne komunistycznej partyjnej nomenklatury, w powojennej Polsce. W tym usuwanie wrastających paznokci (miał rację stary Marks mówiąc, że historia powtarza się jako farsa) w rządowej klinice przy Emilii Plater gdzie zajmowała w tym celu dwupokojowy apartament. Wiem, bo odwiedziłam ją tam z konieczności. Miałam za zadanie oddać jej jakąś książkę. Chciała poczęstować mnie kawą z ciasteczkami serwowaną przez pielęgniarką w fikuśnym fartuszku. Wybiegłam zbulwersowana. W tych czasach, dokładnie jak obecnie, wepchnięcie się do szpitala graniczyło z cudem. Trzeba natomiast przyznać, że chorych  już przyjętych wówczas leczono a nie poddawano protokołowi terapii daremnej. Dlatego niektórzy uważają, że za komuny ze Służbą Zdrowia było lepiej. 

W sobotę 26 kwietnia 1986 roku, gdy poprzedniej nocy wybuchł reaktor w Czarnobylu, byłam z synkiem w Rokicinach Podhalańskich w pensjonacie sióstr zakonnych. Tego samego dnia wróciłam do Warszawy. Dowiedziałam się, że młodsze dziecko spędziło cały upalny dzień w przedszkolnym ogródku, a pozostałe były ze szkołą na wycieczce po Warszawie. Nikt nie powiadomił wychowawców o zagrożeniu, usiłowano utrzymać katastrofę w tajemnicy. 

Tymczasem w klinice rządowej podawano specjalnie wezwanym  prominentom i ich rodzinom w najgłębszej tajemnicy płyn Lugola. Płyn Lugola to wodny roztwór jodu i jodku potasu. Sporządzenie go nie wymaga szczególnej wiedzy ani trudno dostępnych składników. W warunkach awaryjnych można skorzystać ze sporządzonego w domu  roztworu zwykłej jodyny. Komunistyczne władze wolały jednak narazić swoich obywateli, w tym małe dzieci, na poważne choroby niż przyznać się do katastrofy elektrowni należącej przecież do sąsiada, a nie do Polski. 

Przypadki śmierci pacjentów, którym nie udzielono pomocy nie są także niczym nowym. Wszyscy pamiętamy zapewne  „łowców skór” czyli grupę pracowników łódzkiego pogotowia ratunkowego (lekarzy, sanitariuszy i dyspozytorów), którzy handlowali informacjami o zgonach pacjentów z właścicielami zakładów pogrzebowych i celowo uśmiercali chorych Pavulonem aby nie stracić zysku z prowizji. Ten zysk to horrendum – 300 złotych od „skóry” czyli od zabitego w okrutny sposób człowieka. Pavulon to środek zwiotczający mięśnie, w tym oddechowe. Kiedy duszący się pacjent umierał pan doktor spokojnie palił papierosa. 

Nie pamiętam daty ale już w tak zwanej wolnej Polsce w pogotowiu przy Hożej zmarła wybitna działaczka Związku Niewidomych pani Siekierzyńska. Czekając na pomoc spadła w korytarzu z krzesełka i skonała w kałuży krwi. Wezwany do jej domu lekarz pogotowia stwierdził (sic!) histerię choć był to wylew. Ordynator pogotowia odmawiał jakiejkolwiek  informacji na ten temat, lekarz czy nie lekarz, (nie udało się tego ustalić) wyjechał pospiesznie  na Ukrainę.

Saloniki dla vipów, operowanie wrastających paznokci. Jak w tytule- to nic nowego pod słońcem. Życie społeczne wraca dokładnie w stare błotniste koryto. Przemoc ideologiczna- przecież wszystko jedno czy pod czerwonym czy pod zielonym sztandarem. Przemoc fiskalna. Przemoc prawna. Wyroki pisane przez polityków, wydawane przez dyspozycyjnych sędziów i egzekwowane przez aparat władzy wobec niewinnych osób takich jak choćby ksiądz Olszewski. No i zwierzęta – równe i równiejsze. Te równiejsze wobec prawa, w kolejce do lekarza,  a nawet na oddziale ratunkowym. Optymiści twierdzą, że jest to efekt bezwładności zjawisk społecznych. Twierdzą, że zmiana starych nawyków i stereotypów to tylko kwestia czasu. Ja to widzę bardziej pesymistycznie.

 Uważam, że trzeba sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie. Tak zwana transformacja ustrojowa była to перестройка или передышка? Po rosyjsku bo przemiany w Europie Środkowo-Wschodniej były realizowane dokładnie według „modelu Andropowa” to znaczy według koncepcji kontrolowanej transformacji ustrojowej, zapoczątkowanej w ZSRR. Zakładała ona przeprowadzenie ewolucyjnych reform gospodarczych i politycznych pod ścisłą kontrolą aparatu bezpieczeństwa. Miało to na celu dominację ekonomiczną starych oraz na nowo wykreowanych elit. Ekipa Tuska i on sam należą do tych elit wystruganych ze zgniłego banana. Ich podstawową cechą jest służalczość i oportunizm. 

KTO RZĄDZI POLSKIMI SAMORZĄDAMI?

KTO RZĄDZI POLSKIMI SAMORZĄDAMI?

Izabela Brodacka

W świecie idealnym samorządy rządzą się same. Ale we współczesnej Polsce daleko nam do idealnego świata. Za komuny samorządność lokalna była absolutną fikcją. Partia komunistyczna, dla niepoznaki zwana robotniczą, przekonywała, że najlepszym rozwiązaniem ustrojowym w zakresie sprawowania władzy centralnej, jak i lokalnej, jest wzorowanie się na rozwiązaniach marksistowsko-leninowskich, czyli takich, w których obywatele piją koniak ustami samozwańczych liderów. Jednym z najbardziej gorliwie realizowanych zadań owej partii było przekonywanie obywateli, że Związek Radziecki jest związkiem radosnym. Miastami i gminami rządzili naczelnicy wyznaczani przez partię, a lokalni sekretarze owej partii mieli nad nimi ideologiczną i faktyczną kontrolę. Byli też fikcyjni radni, których zadaniem było popieranie partii czynem, przydzielanie mieszkań komunalnych rodzinie i znajomym oraz kupowanie szynek i baleronów w sklepach za żółtymi firankami dla siebie, czyli uprzywilejowanych członków nadzwyczajnej, komunistycznej kasty.

A kiedy padła komuna (już dobrze wiemy, że na cztery łapy), rozpoczęła się dyskusja o tym jak mają wyglądać w Polsce samorządy. Prekursorem myśli samorządowej był prof. Jerzy Regulski, człowiek o pięknej wojennej karcie patriotycznej, ekonomista, inżynier i wielbiciel społeczeństwa obywatelskiego. Za swoje dokonania z zakresu projektowania demokratycznej ustawy samorządowej otrzymał zasłużenie Order Orła Białego. Ale profesor był idealistą. Wierzył bowiem w to, że można zbudować społeczeństwo obywatelskie bez świadomych i oświeconych obywateli, czyli bez elit. Miał przekonanie, że ludzie dobrzy, szlachetni, poprzez aktywność społeczną będą uczyć się demokracji lokalnej. Życie negatywnie zweryfikowało idealizm profesora Regulskiego. Prawdziwe polskie elity straciliśmy przecież w Katyniu i w Powstaniu Warszawskim. Sowieci na ich miejsce dostarczyli nam, na swoich tankach, kilkadziesiąt tysięcy niepiśmiennych utrwalaczy władzy ludowej i organizatorów Obławy Augustowskiej.

Już w pierwszych, prawdziwie demokratycznych, samorządowych wyborach lokalnych, w 1990 roku, ( nie tych oszukanych, kontraktowych jak te do Parlamentu z 4 czerwca 1989 roku) do władzy dostali się w ogromnej skali, cwaniacy polityczni. Zdołali oni zdominować ideowych radnych z komitetów obywatelskich, najczęściej mających rodowód solidarnościowy. Stworzyli oni nową samorządową kastę rządzącą Polską lokalną. To w wyniku tych mechanizmów i partyjno-samorządowych układów marszałek Struzik rządzi Mazowszem „od zawsze” i wiele wskazuje na to, że „na zawsze”. A ich sposób rządzenia ilustruje wystąpienie radnego niezrzeszonego, który na sesji rady gminy tak wyjaśnił świadomie tworzone zawiłości planu budżetu jego gminy: „Te zawiłe paragrafy, działy i rozdziały są po to, żeby chłopy nie wiedziały gdzie się ich pieniądze z podatków podziały”.

W pierwszych latach funkcjonowania samorządów wójtów i burmistrzów wybierały rady. To okazało się fatalnym rozwiązaniem. Tworzono bowiem przedziwne większościowe koalicje, a raczej sitwy, które rządziły praktycznie bez kontroli i w swoim partykularnym interesie. Obecnie włodarze wybierani są w wyborach powszechnych. Niestety nie poprawiło to wcale sytuacji. Współczesna technologia wyborcza jest równie patologiczna, a wygląda, na ogół, następująco. Liderzy dominujących partii wyznaczają swoich wojewódzkich pełnomocników. Są oni nazywani baronami, być może przez respekt dla tradycji arystokratycznych. Oni z kolei namaszczają spośród wiernych członków swojej partii kandydatów na wójtów i burmistrzów. Ci szczęśliwcy kandydujący z dużych partii, zwłaszcza z partii rządzącej, która w danej gminie wygrywa wybory parlamentarne, stają się faktycznie i niemal automatycznie włodarzami. Ich walory kompetencyjne, czy atrybuty moralne nie mają tu żadnego znaczenia. Ale wpływ baronów partyjnych na tym się nie kończy. On się tak naprawdę po wyborach zaczyna. Lokalny lider partii przyprowadza wójtowi, czy burmistrzowi jego zastępców, członków swojej partii, albo koterii towarzyskich, biznesowych, często deweloperskich. W ten sposób partia rządzi samorządami. Czasem ci zastępcy nie mieszkają w gminie, w której współrządzą. Tak jest w Konstancinie. Zastępcy są z Komorowa i Podkowy Leśnej. Nie znają charakteru gminy, jej specyfiki i potrzeb mieszkańców. Jeśli namaszczony burmistrz próbuje się wyemancypować dzieje się jak w Konstancinie-Jeziornie: Tam burmistrza Michała Wiśniewskiego wyznaczyła na swojego kandydata ówczesna Platforma Obywatelska. W jej imieniu poseł Piotr Kandyba, (ten od rekordowych kilometrówek, którego w szpitalach i przychodniach lekarskich przyjmują kawką w specjalnych pokoikach), gorąco i wytrwale promował pana Wiśniewskiego na stanowisko burmistrza Konstancina. Promowany kandydat PO wygrał wybory w Konstancinie i … odwrócił się od swych partyjnych mocodawców, którzy uczynili go kandydatem. W efekcie został wyrzucony z obecnej Koalicji Obywatelskiej. Obecnie z posłem pielgrzymującym za kilometrówki nie szczędzą sobie wzajemnie werbalnych szturchańców i burmistrz stał się zagorzałym wrogiem szefowej lokalnych struktur KO i jednocześnie radnej Konstancina-Jeziorny.

Nie tylko konflikty partyjne i personalne niszczą samorząd. Cała gama zjawisk patologicznych charakteryzuje polskie samorządy, zaczynając od stołecznej Warszawy, przez miasta duże, średnie, małe. Przynależność do partii rządzącej jest tam furtką, a czasem okazałą bramą do karier i karierek. Nepotyzm, niepisane prawo wspierania swoich i eliminowania wrogów politycznych doprowadza partyjniaków bez wykształcenia, kompetencji i niezbędnego doświadczenia do zarządów i rad nadzorczych miejskich spółek. Przedszkolanki w wodociągach i kierowcy w zarządach szpitali powiatowych nie gwarantują dobrego rządzenia. A pazerni deweloperzy w prezydentach miast, burmistrzach, wójtach i radnych mają rzeczników swoich lukratywnych interesów.

Gdzie tu sens gdzie tu logika?

Gdzie tu sens gdzie tu logika?

Izabela BRODACKA

To moja ulubiona anegdota. Mały Jasio stoi na korytarzu szkoły i powtarza: „gdzie tu sens, gdzie tu logika?”. „ Co się stało ?”- pyta go przechodzący dyrektor. „Zepsułem powietrze w klasie a pani wyrzuciła mnie za drzwi, gdzie tu sens, gdzie tu logika?”-odpowiada zdumiony Jasio.

To pytanie powinni zadawać sobie codziennie obywatele naszego kraju. Nie wszystko da się wytłumaczyć konstruując różne historiozoficzne, a nawet spiskowe teorie. Większość kłopotów rodaków wynika z niezwykłej, wręcz piramidalnej głupoty rządzących. Jakaś komentatorka życia społecznego oświadczyła, że płaci podatki i sprząta po swoim psie więc jest wzorcowym obywatelem. W czasach mojej młodości nikt nie sprzątał po psach. Psia kupka rozkłada się na trawie w ciągu dwóch tygodni użyźniając przy okazji trawnik. Torebka plastikowa rozkłada się podobno od 100 do 1000 lat. Kupka zapakowana w plastikową torebkę wywieziona na wysypisko będzie tam zatem tkwiła bezużytecznie kilkaset lat. Gdzie tu sens gdzie tu logika?

Dawid Riesman w książce „Samotny tłum” zauważył że I think (myślę) zostało w publicznych wypowiedziach zastąpione przez I feel ( czuję). I to dużo tłumaczy. Nie jest istotne, że ktoś ma narządy płciowe mężczyzny. Ważne jest, że czuje się kobietą. Prawo jest po jego stronie. Może zmusić nauczycieli i urzędników państwowych żeby zwracali się do niego jak do kobiety wbrew stanowi faktycznemu i jakiejkolwiek logice. A jeżeli ktoś czuje się biskupem. Czy nauczyciele i urzędnicy mają zwracać się do niego: „ wasza eminencjo”?. A jeżeli ktoś czuje się Napoleonem?. Czy zamiast umieścić go w Tworkach mamy obowiązek omawiać z nim przyczyny klęski pod Waterloo?

Istnieje wiele nielogicznych stereotypów, zupełnie bezsensownych, których trwałość jest wyłącznie wynikiem wielu lat tresowania społeczeństwa przez ośrodki wyznaczające kryteria politycznej poprawności.

My wszyscy z niego”- napisał o Miłoszu mój kolega Wojtek Karpiński dedykując mi swoją książkę. „Ja nie jestem z niego”- zaprotestowałam stanowczo. Dyplomata reprezentujący sowiecką władzę w Polsce każe nam rozczulać się nad różnymi stadiami brzydkiego etapu jego życia jakim była kolaboracja z reżimem maskowana czy tłumaczona fascynacją. To tak jakby chory na weneryczną chorobę kazał nam podziwiać różne jej stadia. Szankier miękki, osutka, szankier twardy. Po wielu latach Miłosz z trudem dochodzi do wniosku, że system komunistyczny to samo zło. Do stwierdzenia, które było w Polsce oczywiste dla każdego, taksówkarza, robotnika, sprzedawcy rzodkiewki na bazarze, a nawet dla partyjnych towarzyszy.

Pocieszyło mnie, że nie byłam w swoich poglądach odosobniona. Podobnie o Miłoszu myślał Sergiusz Piasecki czemu dał wyraz w tekście pod tytułem: „Były poputczik Miłosz”:

Miłosz rozczula do łez swym strasznym losem aktualnego „samobójcy”, który wybrał gorzki chleb emigracyjny, byle tylko nie iść na kompromis ze swym sumieniem poety. I znikła gdzieś w tumanie słów i frazesów istotna postać poputczika, który przez wiele lat reprezentował za granicą narzucony Polsce rząd bolszewicki jako prawowitą władzę, opartą na demokracji ludowej i prowadzącą Polskę w krainę socjalizmu”.

O dziwo w wierszu z 1935 roku pod tytułem „Obłoki” Miłosz niejako antycypuje swoją postawę życiową pisząc:

„i wiem, że we mnie pycha, pożądanie
i okrucieństwo, i ziarno pogardy
dla snu martwego splatają posłanie,
a kłamstwa mego najpiękniejsze farby
zakryły prawdę”.

Rozbrajająca szczerość. Jednak zdumiewający fakt, że zwykły попутчик sowieckiego terroru może być przez kogokolwiek traktowany jako wzorzec moralny i duchowy przywódca narodu każe nam zadawać nieodmiennie to samo pytanie: „gdzie tu sens, gdzie tu logika?”

Idąc dalej – zastanówmy się. Przeciętny obywatel PRL miał trudności z uzyskaniem przepustki nawet w Słowackie Tatry. Przeciętny kryminalista miał kłopoty z przekazaniem rodzinie nawet krótkiego grypsu. Tymczasem prześladowani opozycjoniści – jak Michnik – wyjeżdżali na zachodnie stypendia, oraz pisali i wydawali w więzieniu książki. I gdzie tu sens gdzie tu logika?

Posunę się jeszcze dalej. Żeby wydostać się z komunistycznego raju ludzie ginęli zastrzeleni na berlińskim murze, topili się próbując przepłynąć Bałtyk w kajaku, porywali samoloty, podróżowali setki kilometrów na osiach wagonu. Jeżeli nawet otrzymali paszport dostawali lecąc na przykład do USA prawo do zakupienia za swoje ciężko zarobione pieniądze pięciu dolarów. Pięciu dolarów, które nie wystarczały nawet na bilet autobusowy.

Jeżeli natomiast ktoś z rodziny przysyłał im do Polski dewizy mieli prawo odebrać zamiast tych dewiz wyłącznie bony. Fikcyjną, niewymienialną walutę uprawniająca do zakupu niedostępnych w sklepach towarów w specjalnym sklepie zwanym Peweksem.

I oto w 1968 roku tysiące osób żydowskiego pochodzenia, najczęściej mocno zasłużonych w instalowaniu w Polsce stalinowskiego terroru, otrzymuje prawo wyjazdu na Zachód z całym majątkiem. Wyjazdu w aurze ofiar, wypędzonych, prześladowanych. Na tym upragnionym przez wielu Polaków Zachodzie otrzymują pomoc, stanowiska uniwersyteckie, mieszkania. Nie muszą spędzać kilku lat w obozie jak wielu Polaków, którzy nie wrócili do kraju po stanie wojennym. Niejeden Polak chciałby być tak prześladowany jak Żydzi w 1968 roku, chciałby móc wyjechać z całą rodziną i z całym majątkiem.

Oczywiście nie można wykluczyć, że wyjazdy związane były z dramatami. Dzieci dowiadywały się nagle, że w kraju uważanym za własny są persona non grata. Bywało, że nic nie wiedziały o swoim pochodzeniu, nie miało ono dla nich ani dla otoczenia najmniejszego znaczenia. Wielu badaczy w tym Witold Jedlicki postrzega wydarzenia 1968 roku jako rozgrywkę dwóch wrogich frakcji w PZPR czemu Jedlicki dał wyraz w znanej pozycji pod tytułem „ Chamy I Żydy”. Są jednak tacy którzy zadają sobie pytanie. Wyjechać na upragniony przez wszystkich Zachód wywożąc cały majątek. I to ma być kara, to ma być prześladowanie? I gdzie tu sens gdzie tu logika?

Żyjemy w świecie, który zapomniał o logice.

Co zmienia Sztuczna Inteligencja?

Co zmienia Sztuczna Inteligencja?

Izabela BRODACKA

Na takie pytanie, postawione na najwyższym poziomie ogólności można odpowiedzieć: Zmienia wszystko. Ale to niewiele wyjaśnia. Czym jest AI, Artificial Intelligence, Sztuczna Inteligencja? Jest to zdolność komputerów, o gigantycznej pamięci, do naśladowania ludzkiego myślenia i kreatywności w tworzeniu odpowiedzi na zadane pytanie i polecenie. Wykorzystuje przy tym ona, na zasadzie logicznych algorytmów, wszelkie zasoby wiedzy zgromadzone na dany temat. Odpowiada w każdym języku, adekwatnie do języka zadanego pytania, czy postawienia problemu. AI potrafi w minutę odpowiedzieć na skomplikowane pytanie, albo wyemitować długi, skomplikowany i merytorycznie wartościowy tekst. Dla przykładu, w odpowiedzi na postawione zadanie, potrafi błyskawicznie napisać długą pracę, taką jak praca magisterska, czy doktorska.

W której dziedzinie życia Sztuczna Inteligencja powoduje największe zmiany? Wydaje się, że w edukacji. W całym cywilizowanym świecie prowadzona jest dyskusja na temat koniecznych zmian w systemie edukacji. W sposobie nauczania i uczenia. W obliczu galopującego upowszechnienia wiedzy generowanej przez Sztuczną Inteligencję konieczne są zmiany celów kształcenia, ukierunkowanie nauczania na twórcze, samodzielne myślenie, krytycyzm w przyswajaniu informacji i umiejętność dokonywania wartościowych selekcji treści. Niezbędne są również zmiany w przyjętych metodach nauczania i wyborze wartościowych treści.

Wiele krajów dokonuje reform swoich systemów edukacyjnych idących we wskazanych kierunkach. Liderem w tej dziedzinie jest Singapur. W związku z pojawieniem się AI zreformowano tam system edukacji, począwszy od szkoły podstawowej, aż do kształcenia uniwersyteckiego. Uznano, że tradycyjny system klasowo-lekcyjny i bazowanie na nauczaniu opartym na zapamiętywaniu treści, nie przystaje do wymagań i oczekiwań współczesnego świata. Singapurski system edukacji jest słusznie uznawany za jeden z najlepszych na świecie. Mają oni w tej dziedzinie znakomite doświadczenia i bogatą tradycję reformowania edukacji w oparciu o aktualne potrzeby rzeczywistości. Słynny, genialny przywódca Singapuru, premier Lee Kuan Yew, w 1965 roku, gdy ten kraj wybił się na niepodległość, zreformował system edukacji zwiększając nakłady na tę dziedzinę życia publicznego czterdzieści sześć razy i jednocześnie bardzo znacząco podnosząc pensję nauczycielskie, przy zasadniczym zwiększeniu wymagań formalnych stawianych tej grupie zawodowej. Na efekty tego poczynania nie trzeba było długo czekać. Singapur ma znakomite szkoły kształcące wybitnych specjalistów w wielu dziedzinach, a ich Uniwersytet Narodowy jest w rankingu szkół wyższych, ósmy na świecie.

A co dzieje się w naszym, polskim systemie oświatowym w związku z wyzwaniami stawianymi przez Sztuczną Inteligencję? Otóż, nie dzieję się nic. Tak jakby rządzący naszą edukacją nie dostrzegali tego problemu. Złośliwcy twierdzą, że pani minister Nowacka, która czytając z kartki, „przejęzyczyła się” mówiąc, że to Polacy wybudowali na swoim terenie obozy koncentracyjne, w czasie drugiej wojny światowej, sama posługuje się specyficzną, własną „sztuczną inteligencją”.

Ale nie pora na żarty. Sprawa jest bardzo poważna. Kierująca polskim Ministerstwem Edukacji Narodowej nie potrafi dostrzegać kardynalnych wyzwań współczesnej edukacji i skutecznie na nie odpowiadać. W zamian za to zajmuje się kwestiami ideologicznymi. Chce na siłę, obligatoryjnie, wprowadzać do polskich szkół przedmiot o nazwie wychowanie zdrowotne. Pod tą ładną nazwą kryje się koncepcja deprawacji i demoralizacji dzieci i młodzieży poprzez wprowadzanie treści zachęcających do podejmowania przedwczesnych i nieodpowiedzialnych zachowań seksualnych. Dotychczas przedmiot ten był nieobowiązkowy, do wyboru. I odrzuciło go 80% uczniów. Większość rodziców, nauczycieli i pedagogów, praktyków realizujących wartościowe programy wychowawcze, skrytykowała ten przedmiot i jego program. Doktor Szymon Grzelak, wybitny terapeuta i twórca programów profilaktycznych, merytorycznie, spokojnie i jednoznacznie uznał ten ministerialny przedmiot za nieodpowiedni i groźny dla wychowania młodych ludzi. Wręcz za demoralizujący. Niestety, te opinie i druzgocąco krytyczne oceny nie zostały wzięte pod uwagę przez panią minister o lewicowych poglądach.

Właśnie, lewica i jej poglądy. Tu leży przysłowiowy „Azorek” pogrzebany. Ugrupowanie to, mające śladowe poparcie w społeczeństwie, zaledwie rzędu kilku procent, odpowiada za polską edukację. To jest piramidalny absurd i nieodpowiedzialność rządzących. W krajach dobrze zarządzanych o dojrzałej demokracji, system edukacji jest funkcją poglądów i postaw obywateli, rodziców dziatwy szkolnej.

We współczesnej Polsce jest, niestety, inaczej. Władza nie liczy się z poglądami i wartościami wyznawanymi przez obywateli. A przecież minister i ministrant mają ten sam źródłosłów: To są słudzy. Jak zatem jest możliwe, że partia SLD, która ma poglądy i program jednoznacznie i zdecydowanie odrzucany przez zdecydowaną większość społeczeństwa polskiego odpowiada za jedną z najważniejszych dziedzin życia społecznego jaką jest edukacja? Czy SLD może zatem służyć narodowi polskiemu i realizować jego aspiracje? Ewidentnie nie może. Najwyższa więc pora aby zmienić ten stan rzeczy i postawić na czele Ministerstwa Edukacji Narodowej ludzi, którzy dostrzegają i rozumieją znaki czasu i potrafią realizować aspiracje edukacyjne Polaków.

Sztuczna inteligencja ma jednak poważne skutki uboczne. Po pierwsze zmienia rynek pracy.. Niepotrzebni stają się ludzie na niższych stanowiskach urzędniczych. Będą oni nieuchronnymi ofiarami postępu.

Sztuczne ułatwienia likwidują naturalne umiejętności i zdolności. Większość Warszawiaków nie trafia obecnie nigdzie, w swoim własnym mieście, bez GPS. Wygoda związana z GPS niszczy ich orientacje przestrzenną. Sztuczna Inteligencja zwalnia natomiast od myślenia. Młodzież nagminnie prosi AI o rozwiązania zadań i pisanie rozprawek.

Każdy medal ma po prostu dwie strony.

Jak ośmiorniczki zmieniły się w ośmiornicę

Jak ośmiorniczki zmieniły się w ośmiornicę.

Izabela BRODACKA

Od dawna przedstawiciele niezwykle ważnych i wartościowych społecznie zawodów, nauczyciele i lekarze zarabiali grosze. To się radykalnie zmieniło. Obecnie tylko nauczyciele pozostali biedakami. Lekarze zarabiają znakomicie. Jeśli Państwo nie pamiętają, to uprzejmie przypomnę, że pensje lekarzy wystrzeliły w kosmos, w okresie fałszywej pandemii, w wyniku decyzji premiera Morawieckiego. Z osób piastujących publiczne stanowiska najlepiej zarabiają: sekretarz generalny ONZ, szef NATO i prezydent Stanów Zjednoczonych.

Jednak znacznie od nich lepiej zarabia dwudziestoośmioletni młodzieniec z Warszawy, lekarz bez specjalizacji. W zeznaniu podatkowym za rok 2025 ujawnił dochody w wysokości około 1 600 000 złotych! Ten szczęśliwiec jest politykiem Koalicji Obywatelskiej, radnym dzielnicy Ursus, dyrektorem Oddziału SOR w Warszawskim Szpitalu Południowym. Nazywa się Dawid Kacprzyk. W kampanii wyborczej do samorządu otrzymał mocne poparcie partii i osobistą pomoc posła Arłukowicza, który roznosił jego ulotki i publicznie się z nim fotografował. Oczywiście, gdy wybuchła afera pazernego doktorka, pan poseł za Św. Piotrem oznajmił: „Nie znam tego człowieka”.

Dziennikarze niezależnej, nowej Telewizji Kanał Zero, zaczęli badać jak jest zorganizowany szpital, w którym tak dobrze płacą i otworzyli nie puszkę, a wielką beczkę Pandory, z której, po jej otwarciu, obrzydliwie cuchnie.

Okazało się bowiem, że w tym szpitalu, bynajmniej nie na peryferiach, urządzono szybką ścieżkę badań diagnostycznych i leczenia swojaków z Koalicji Obywatelskiej. Integralną częścią tego medycznego luksusu dla politycznej kasty KO, był elegancki salon VIP. To oczywiste, poseł, czy inny senator nie będzie przecież siedzieć kilku, czy kilkunastu godzin w ciasnej i tłocznej poczekalni z pospólstwem. Redaktor Patryk Słowik, który ujawnił tę gigantyczną, a charakterystyczną dla elity rządzącej aferę dysponuje listą prominentnych beneficjentów. Nie ujawnia ich jednak oczekując aż zrobi to prokuratura stawiając im zarzuty. A jak prokuratura ich nie ujawni, zrobi to redaktor Słowik. Ten scenariusz jest prawdopodobny.

Dotychczas poznaliśmy tylko jedną uczestniczkę szpitalnego saloniku VIP i beneficjentkę badań bez kolejki. Jest nią pani poseł kilku kadencji, będąca członkiem naszego parlamentu od kilkunastu lat, pani Pępek, która sama się ujawniła. Nie znają Państwo tej damy? Ja też nie. To jak tłumaczyła korzystanie z badań poza kolejką, w której długo czekają zwykli pacjenci, świadczy o tym, że ona nie jest najostrzejszą kredką w parlamentarnym piórniku i tłumaczy dlaczego niczego nie robi w Senacie. Nie widzi bowiem w pomijaniu kolejki niczego karygodnego. To może lepiej, że ona niczym w Senacie się nie zajmuje.

Afera Warszawskiego Szpitala Południowego zatacza coraz większe kręgi. W Kanale Zero, w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim, wystąpił doktor Emil Jędrzejewski, chirurg z kilkudziesięcioletnim stażem, mający najwyższy stopień specjalizacji medycznej, bardzo ceniony w środowisku medycznym fachowiec, były ordynator Oddziału Chirurgicznego Warszawskiego Szpitala Południowego. Poważny mężczyzna, pułkownik wojska.

Właśnie, były ordynator. Został bowiem zwolniony z pracy po tym jak napisał do prezydenta Rafała Trzaskowskiego o tym, że w szpitalu bardzo źle się dzieje, a pan ordynator SOR , bez potrzebnych kompetencji, fatalnie zarządza tym newralgicznym z punktu widzenia funkcjonowania szpitala, oddziałem. Doktora Emila Jędrzejewskiego zwolniła Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy, odpowiedzialna w stolicy za opiekę zdrowotną, a prywatnie koleżanka partyjna i osobista Dawida Kacprzyka.

Podczas tego wywiadu doktor Jędrzejewski był bardzo powściągliwy, wypowiadał się bardzo ostrożnie. Pomimo tego padły z jego ust oskarżenia najcięższego kalibru, jakie mogą spotkać lekarza. Powiedział bowiem, że z winy lekarza Kacprzyka i w wyniku jego niekompetencji, umierali ludzie. Opowiedział ponadto o procederze podrabiania, fałszowania kart zgonu.

A jedna z historii mogła przerazić nawet człowieka o najmocniejszym układzie nerwowym. Powiedział bowiem, że zdarzyło się na tym SORze, że po wielu godzinach oczekiwania zmarł pacjent. Po czym dla ukrycia faktu nieudzielenia mu pomocy, zlecono wykonanie tomografii komputerowej nieboszczykowi.

Nazajutrz po tym wywiadzie, pan doktor Emil Jędrzejewski zostaw wezwany w charakterze świadka do prokuratury, żeby złożył zeznania. Pod prokuraturą czekał na niego tłum dziennikarzy i fotoreporterów. Ci z mediów rządowych agresywnie i arogancko wykrzykiwali ponawiając pytanie czy ma dowody na swoje oskarżenia. Było oczywiste, że funkcjonariusze mediów reżimowych dostali instrukcje, że trzeba zaatakować, przestraszyć i spostponować sygnalistę, który odważył się ujawnić afery ich politycznych mocodawców. Pan doktor nie odpowiedział dziennikarzom ani prokuratorowi na żadne pytanie. Powiedział, że będzie odpowiadał na nie w obecności swego obrońcy.

Rzecznik prokuratury łamiąc prawo poinformował o odmowie składania zeznań przez świadka. Pan doktor Emil Jędrzejewski był wezwany do prokuratury w charakterze świadka, nie oskarżonego. Tylko w przypadku oskarżonych prokuratura ma prawo wydawać takie oświadczenie. Nota bene, nawet oskarżony ma prawo do odmowy składania zeznań, nie musi oskarżać sam siebie.

Premier Tusk oświadczył, jeszcze przed przesłuchaniem, że pan doktor Jędrzejewski nie jest świadkiem wiarygodnym. Zdaniem premiera, agresywny patol Jacek Murański, kryminalista i człowiek skazywany za fałszywe oskarżenia, „to postać znana i wiarygodna”. Pan doktor tak pochlebnej oceny od premiera nie otrzymał. Osobą Dawida Kacprzyka prokuratura się nie interesuje. Nie chce go przesłuchiwać. Ale on jest ostrożny i przewidujący. Zatrudnił już do własnej obrony słynnego mecenasa, Jacka Dubois, który w jawny i otwarty sposób sprzyja Koalicji Obywatelskiej. Ba, z jej nadania jest funkcjonariuszem KO, zastępcą Przewodniczącego Trybunału Stanu.

I czego jeszcze Państwo nie rozumiecie?

Ci wszyscy artyści

Ci wszyscy artyści

Izabela BRODACKA

Pewien mój znajomy zgromadził archiwa – jak to nazywaliśmy – „stalinianów”, czyli utworów będących zapłatą artystów za konfitury, którymi karmiła ich władza ludowa. Na teczce z wycinkami kolega umieścił napis „ Who is who?” z dodaną na końcu drugiego who literką czytaną po angielsku jako dżej. Prymitywny dowcip a jednak nas cieszył. Mieliśmy zamiar wydać fragmenty tych utworów jeszcze za konspiry ale wydawca się wycofał, a nam zabrakło rozpędu. Ubiegł nas Stefan Kobierzycki wydając „Liber Lizusorum”, małą książeczkę z nie najlepszym wyborem tekstów. Chyba niesłusznie i odrobinę megalomańsko uznaliśmy, że to wydanie ma działać jak wypalanie traw przed pożarem lasu. Faktycznie po wyśmienitej, wyczerpującej „Czerwonej mszy” Bohdana Urbankowskiego oraz tym skromnym „ Liber Lizusorum” Stefana Kobierzyckiego niewiele można już pozornie dodać.

A jednak w naszych zbiorach są utwory publikowane tylko w latach pięćdziesiątych, tak kompromitujące, że nobliwi ( u mnie ten przymiotnik wywodzi się od nagrody Nobla, a nie od zasady „noblesse oblige”) twórcy starannie usuwali je z bibliotek. Czy do kogokolwiek dzisiaj przemawia jednak drukowany tekst? Ja jestem – jak to się mówi – z epoki Gutenberga co oznacza, że przemawia do mnie wyłącznie drukowany tekst. Nie oznacza to natomiast że mam przeszło 600 lat jak to insynuował pewien dowcipny słuchacz seminarium poświęconego tym problemom. Mam odrobinę mniej.

W nadziei że przytaczane teksty również do kogoś przemówią na pierwszy ogień biorę Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Oto jego wiersz drukowany w kalendarzu Szpilek z 1955 roku.

Powiastka o czterech wytrwałych reakcjonistach

Czterej wytrawni reakcjoniści

Postanowili urządzić wyścig

na ciemnogrodzkim stadionie, lecz nie

naprzód, jak trzeba, tylko w tył, wstecznie.

Cały Ciemnogród wyległ na wały,

ażeby widzieć bieg pełen chwały,

jak się tych czterech do tyłu ściga,

rozkoszna rzec by można, fatyga.

Ponure ciotki, badaczki kałów,

I dwa tysiące stu klerykałów,

I spekulanci, i organiści-

Wszystko to chciało oglądać wyścig”.

Pewna młoda polonistka zapewniała mnie, że jest to pastisz. Twierdziła, że Gałczyński przewrotnie sobie kpi z partii, rządu, zadań socjalistycznego artysty i komunistycznych dogmatów. Atmosfera czasów stalinowskich w Polsce jest faktycznie trudna do uchwycenia i opisania. Próbował to zrobić Sławomir Koper, ale nie do końca mu się to udało. Te czasy czekają na wnikliwego obserwatora i świadka epoki, lecz świadkowie niestety nadal boją się ujawniania tajemnic, a poza tym nieodpowiedzialnie wymierają nie pozostawiając swego świadectwa.

Wracając do Gałczyńskiego. Był on typowym człowiekiem żyjącym w rozkroku. Wiedział dobrze, że komunistycznej władzy trzeba coś rzucić w rewanżu za przywileje. Za wczasy w Nieborowie, wysokie nakłady, czy willę w Aninie. Jego tęsknoty czy aspiracje były jednak zupełnie nie komunistyczne ani nawet nie socjalistyczne. Nie obchodziła go w najmniejszym stopniu jakaś tam sprawiedliwość społeczna. Ze wszystkich sił manifestował przynależność do elity i to nie tylko twórczej lecz nawet rodowej. Jego żona, znana z jego licznych wierszy Natalia, była jak obydwoje twierdzili ( sama to słyszałam) jakąś tam księżniczką, gruzińską czy może inną. Trudno w to uwierzyć gdyż Natalia z domu nazywała się Awałow, a jej ojciec był zwykłym ruskim sołdatem.

Bezsporny wielki talent Gałczyńskiego faktycznie pozwalał mu igrać językiem i znaczeniami własnych utworów. Wiedział jednak dobrze na której półce stoją konfitury.

Drugie miejsce w dzisiejszym konkursie lizusostwa przypada Wisławie Szymborskiej. Podaję fragment jej wiersza pod tytułem „Malowidło w Pałacu Zimowym” ze zbioru „Kraj Rad w poezji polskiej”, Wydawnictwo Łódzkie.

Więc zapadaj się jak w topiel w głąb zwierciadła,

Jazdo moru, jazdo głodu, pańska jazdo,

z każdą chwilą podobniejsza do widziadła

kawalerio kapitału, na dno, na dno”.

Nie cytuję całego wiersza bo jest tak kiepski, że szkoda wysiłku na przepisywanie gniotów . Nie zamierzam też przeprowadzać pełnej szacunku egzegezy tego wiersza. Mamy tu nie tylko służalczość wobec systemu, służalczość bezsporną, której Szymborska dała pełny wyraz poparciem dla prześladowania biskupa Kaczmarka. Widać tu przede wszystkim głębokie, prostackie resentymenty, nienawiść wobec „ pańskiej jazdy”, którą noblistka uporczywie wysyła na dno.

Trzecie miejsce w moim konkursie otrzymuje Ryszard Kapuściński za wiersz pod tytułem „ Brygada Dzierżyńskiego”

Chce

poszarpać wróg

naszą zwartość

Zwalić to co jak ciało bliskie

Przyszedł

w słowach Sekretarza Partii

na hutę – Towarzysz Dzierżyński

Nie postacią w płaszczu skórzanym

Nie twarzą z siwiejącą bródką

lecz

uporem

czujnością nieznaną

ludzką wiarą-

w pamięci im utkwił”.

Nie będę nudzić czytelników całością tych bredni. Pomyślmy, że Kapuściński tak nieporadnie sławiący czerwonego kata Dzierżyńskiego jest nam przedstawiany jako ikona rzetelnego, niezależnego dziennikarstwa? Kiedy to stał się rzetelny? Od kiedy był niezależny?

Rozważając rolę jaka odegrali tak zwani artyści w instalowaniu stalinizmu w Polsce na ogół usiłuje się pomniejszyć ich winy przypisując im heglowskie ukąszenie, czyli ślepą i naiwną wiarę w nowy ustrój mający zapewnić sprawiedliwość społeczną.

Pojęcie to wprowadził czy spopularyzował Czesław Miłosz w „Zniewolonym umyśle”. O wiele surowiej ocenia się na ogół koniunkturalistów, którzy służyli totalitarnemu systemowi dla wygody, dla zysku, dla przywilejów. Ich oskarża się o hipokryzję i o nich śpiewał Kazik „ Wszyscy artyści to prostytutki”.

Ja skłaniałabym się raczej do zdania François de La Rochefoucauld, który twierdził, że „hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie”. Stokroć wolę człowieka który za bohaterką „Metamorfoz” Owidiusza powiada „video meliora proboque deteriora sequor” ( wiem co jest dobre niestety idę za gorszym) od tych, którzy wiernie służyli komunie tłumacząc się fascynacją jej ideami, czyli Miłoszowym heglowskim ukąszeniem i nadal chcą być na świeczniku, odgrywać rolę społecznego autorytetu.

Ukraina zmierza w kierunku nazizmu

Ukraina zmierza w kierunku nazizmu

Izabela BRODACKA

Prezydent Ukrainy Wołodymir Zełenski nadał prezydenckim dekretem imię „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” ukraińskiej, elitarnej jednostce wojskowej, Centrum Wojskowych Operacji Specjalnych „Północ”. Polski MSZ na ten skandal nie zareagował. Nie wezwał notą dyplomatyczną ambasadora Ukrainy, żeby żądać wyjaśnień. Odezwał się pełniący obowiązki kierownika ambasady RP w Kijowie Piotr Łukasiewicz pisząc, że „każdy naród ma prawo wybrać sobie swoich bohaterów”.

Naprawdę ? To Niemcy mają prawo stawiać pomniki Hitlera, Goebbelsa, Goeringa i innych oprawców i czcić „bohaterów” SS? Zaprotestował izraelski Instytut Yad Vashem, jako, że w mordach wołyńskich zginęło wielu Żydów.

Brak należytej reakcji rozzuchwala Zełeńskiego. Właśnie zapowiedział sprowadzenie z Niemiec szczątków zbrodniarza Stiepana Bandery i uroczysty ich pochówek w kijowskim mauzoleum bohaterów Ukrainy. To już jest bezczelna prowokacja.

Kim byli „bohaterowie” „UPA” ? W lutym 1943 roku, na Wołyniu, we wschodniej części Polski, rozpoczęła się zbrodnicza operacja strategiczna mająca na celu wymordowanie wszystkich Polaków zamieszkujących tamte tereny. Inaczej niż przedstawiają ją i próbują wyjaśnić historycy ukraińscy, nie było to oddolne, spontaniczne działanie ukraińskiego chłopstwa. Była to koncepcja opracowana centralnie, przez dowództwo UPA i przez tę zbrodniczą organizację zrealizowana, przy pomocy ukraińskiej ludności cywilnej.

Apogeum tych zbrodni nastąpiło 11 lipca 1943 roku. W tym samym czasie Ukraińcy zaatakowali 99 polskich wsi. Palono polskie domy, budynki gospodarcze, kościoły, szkoły i budynki użyteczności publicznej. Kobiety, mężczyzn, dzieci i starców zabijano za pomocą broni palnej, a także noży, siekier i narzędzi rolniczych: wideł, łopat, kos i sierpów. Okrutni zbrodniarze zarąbywali dzieci siekierami, nabijali je na widły, a kobietom rozpruwano nożami brzuchy i wyciągano z nich maleństwa. Nikomu nie darowano życia. Nieliczni zdołali uciec z miejsca kaźni. Kościół katolicki traktowano jako symbol trwania polskości. Okrutni siepacze UPA mordowali polskich księży. Gdy podpalali kościoły, księży przybijali gwoździami do płonących drzwi świątyń.

Kiedy Rosja napadła na Ukrainę, my Polacy w odruchu serca, solidarności i empatii otworzyliśmy naszą granicę z Ukrainą. Przyjmowaliśmy do naszych domów i mieszkań ukraińskie kobiety z dziećmi. Zapewniliśmy Ukraińcom zasiłki socjalne, opiekę zdrowotną, edukację dla ich dzieci, wszelkie wsparcie i opiekę, zupełnie za darmo i bezinteresownie. Praktycznie rozbroiliśmy naszą armię wyposażając wojsko ukraińskie w nasz najlepszy sprzęt, broń i uzbrojenie. W naszych magazynach wojskowych pozostały już niemal tylko pepesze, na konopnych sznurkach, z okresu II wojny światowej, a żołnierze sami, za własne pieniądze, musieli kupować sobie buty. Do dzisiaj opłacamy dla ukraińskiej armii starlinki.

Wzięliśmy na utrzymanie Ukrainę. Nasz państwowy budżet utrzymuje dwa państwa i dwa narody. I co nas spotyka? Brak wdzięczności, policzek i plucie nam i naszym bliskim, ofiarom rzezi, holokaustu wołyńskiego przez przywódcę Ukrainy. O ile nasza bezinteresowna, szlachetna pomoc, obywateli, zwykłych ludzi, jest godna podziwu i szacunku, to polityka naszego rządu jest niezrozumiałym i godnym politowania szczytem nieudolności i naiwności.

W stosunkach międzynarodowych istnieje zasada wzajemności. Pozytywne odpowiadanie na ukraińskie żądania bez stawiania warunków jest dowodem braku powagi i kompetencji w prowadzeniu polityki zagranicznej naszego państwa. Nasze rządy dają Ukraińcom coraz więcej niczego nie żądając i niczego nie oczekując. Obecna władza, nielegalnie przyjęła pożyczkę SAFE, bez wiedzy o warunkach jej spłaty, czyli oprocentowaniu tego wielomiliardowego zobowiązania finansowego, które będą spłacać nasze wnuki. W Jakiej wysokości? Tego nie wie nikt. Z tej pożyczki sfinansujemy wojskową produkcję zbrojeniową niemieckich firm, przeznaczoną dla Ukrainy.

Wśród polskich elit politycznych jest bardzo silne i wpływowe lobby pro ukraińskie. Przewodzi jemu premier Tusk i minister spraw zagranicznych Sikorski. Jednak najdalej w bezgranicznej i bezwarunkowej miłości do Ukraińców i ich politycznych aspiracji zaszedł szef sejmowej komisji spraw zagranicznych, Paweł Kowal. To on usprawiedliwiał wojną brak ekshumacji pomordowanych, później blokował dostęp polskim dziennikarzom do drastycznych sytuacji jakie się okazały podczas ograniczonych ekshumacji ofiar bestialstwa UPA. Ostatnio zaś ten pro ukraiński polityk przebąkuje o ustawowej konieczności zmuszenia polskich obywateli do udziału w wojnie na Ukrainie. (sic!).

Prezydent Duda wręczył prezydentowi Zełeńskiemu najwyższe polskie odznaczenie państwowe, Order Orła Białego. Po skandalu z nazwaniem jednostki wojskowej imieniem „bohaterów UPA”, Prezydent Karol Nawrocki zamierza odebrać Ukraińcowi ten order. Prof. Michał Kleiber, kanclerz Kapituły Orła Białego popiera ten wniosek. 8 czerwca, w poniedziałek, Kapituła podejmie w tej kwestii decyzję. Postawa naszego prezydenta jest godna uznania. Niestety stała się ona pretekstem do atakowania prezydenta przez premiera za rzekome eskalowanie napięcia politycznego między Polską, a Ukrainą. Czyli właściwą reakcją na ten skandal byłoby udawanie, że nic się nie stało?

Natomiast przywódca USA wie jak należy rozmawiać z tymi, którzy postępują niewłaściwie. Jak wówczas gdy zrugał Zełenskiego w Gabinecie Owalnym Białego Domu i upomniał, żeby nie pajacował, nabrał pokory i starał się realnie oceniać rzeczywistość, bo nie ma pieniędzy na prowadzenie wojny, uzbrojenia i potrzebnej ilości wojska. A poza tym poradził, żeby na spotkania z prezydentem Stanów Zjednoczony przyjeżdżał ubrany w garnitur i krawat.

W sprawie rzezi wołyńskiej nie chodzi nam o odwet, czy zemstę. Zależy nam na szacunku dla ofiar, prawie do ich godnego pochowania i na prawdzie o tamtej piramidalnej tragedii naszych rodaków. To musi dotrzeć do wszystkich Ukraińców, także do ich prezydenta.

Poseł to ma klawe życie

Poseł to ma klawe życie *

Izabela BRODACKA

Nic tak nie łączy polityków jak pieniądze, a dokładnie zgoda na dostęp do atrakcyjnych dóbr, przywilejów i świadczeń finansowanych z budżetu państwa. Znakomitym przykładem potwierdzającym tę tezę jest sytuacja polskich parlamentarzystów. Oprócz przyzwoitej kilkunastotysięcznej pensji, otrzymują oni kilka tysięcy nieopodatkowanej diety, okazały ryczałt na organizację, wynajem, wyposażenie i utrzymanie biur poselskich oraz telefony służbowe bez limitu połączeń i z pełnym dostępem do Internetu. Za pieniądze z naszych podatków, kupują meble, komputery, ekspresy do kawy i wszystko czego dusza zapragnie.

Ostatnio emocje rozgrzał temat tak zwanych poselskich kilometrówek, czyli pieniędzy otrzymywanych za jazdę własnymi samochodami. Niezorientowanym śpieszę wyjaśnić, że chodzi o deklarowaną przez posłów liczbę przejechanych kilometrów, za które otrzymują pieniądze. Za każdy kilometr jest określona kwota. Jest też suma maksymalna jaką można dostać. To jest około pięćdziesięciu tysięcy złotych w skali roku. Ergo, cała masa posłów dokonuje trudnego zadania matematycznego. ( Robi, to z powodzeniem także, o dziwo, pani poseł Anna Żukowska, która w rozmowie z redaktorem Jackiem Prusinowskim z Kanału Zero, wykazała się brakiem znajomości tabliczki mnożenia.) Dzielą oni owe pięćdziesiąt tysięcy przez stawkę za kilometr i wychodzi im gigantyczny dystans. Tę odległość deklarują jako drogę przejechaną i otrzymują górę pieniędzy. A jako, że nie muszą przedstawiać celu swych podróży, wystarczy zwykłe oświadczenie.

Oczywiście taka sytuacja nie dotyczy zwykłych śmiertelników. Każdy obywatel gdy wybiera się w podróż służbową musi wypełnić rutynowy formularz delegacji. Pisze w nim dokąd pojechał, po co, o której wyjechał i kiedy wrócił. Posłowie papierka z opisem delegacji wypełniać nie muszą.

To dorabianie kilometrówkami do poselskiego uposażenia obiecał zlikwidować pan marszałek Szymon Hołownia. Nie zlikwidował. Później zadeklarował koniec tego zjawiska, towarzysz marszałek Włodzimierz Czarzasty. Też mu się nie udało. Nie chcieli, nie umieli, tego nie wiem. A może uznali, że musi być jakiś obiektywny, a atrakcyjny element integracji braci poselskiej. Rzeczywiście, kilometrówki łączą. Niemal wszyscy je biorą, wielu w maksymalnym wymiarze, a przynależność partyjna nie ma tu znaczenia. W pierwszej dziesiątce, pięciu posłów jest z PIS, dwóch z PSL: lider rankingu Jarosław Rzepa i Mirosław Maliszewski. Jeden jest z KO: Piotr Kandyba. Jeden, po wyrzuceniu z PIS, niezrzeszony Łukasz Mejza. Jeden z SLD: Tomasz Trela. Poza dwoma pierwszymi w tym zestawieniu, którzy przytulili odpowiednio 49 808 i 49 100 złotych, kolejna ósemka złożyła oświadczenia na sumę, dokładnie 48 300 złotych. Czyli wszyscy przejechali w skali roku dokładnie taki sam dystans! Co do kilometra!

Co to znaczy? Otóż dokładnie to, że jest to lipa i bujda, nomen omen, na kółkach. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest mniejsze niż wygrania szóstki w totolotka.

Trzeba wiedzieć, że parlamentarzystom przysługuje prawo do bezpłatnego przejazdu wszelkimi środkami komunikacji publicznej na terenie Polski. Samolotami, pociągami, autobusami dalekobieżnymi i miejskimi, tramwajami i trolejbusami, a nawet… promami morskim i rzecznymi. Mogą też jeździć za darmo taksówkami na podstawie rachunków za przejazd.

Dlaczego więc deklarują horrendalne liczby przejechanych kilometrów własnymi samochodami? Odpowiedź jest taka, jakiej z rozbrajającą szczerością udzielił znany holenderski trener piłki nożnej Leo Benhakker na pytanie: „Leo, why?- For money” Pieniądze stanowią główną motywację udziału w polityce. Redaktor Robert Mazurek z Kanału Zero, zestawił ceny posiłków serwowanych posłom w stołówce sejmowej z cenami w studenckim barze Uniwersytetu Warszawskiego „Buwbar”. Dla przykładu porcja parówek w Sejmie kosztuje 2 złote i 50 groszy, a bigos całe 8 złotych. W barze dla studentów cena burgera to 38 złotych, a samych frytek, złotych 16. Dlatego, że posiłki w Sejmie są dotowane z budżetu państwa.

Jak posłowie tłumaczą swoje przejazdy? „Lider”, poseł Jarosław Rzepa milczy.

Podróże Łukasza Mejzy kosztowały w ubiegłym roku podatników ponad 200 000 złotych. Poseł KO, Piotr Kandyba, twierdzi natomiast, że jest posłem pielgrzymującym. Twierdzi, że peregrynuje do wyborców. Problem polega na tym, że mieszka w Piasecznie, które faktycznie styka się z Warszawą. Do Sejmu ma blisko. A jego podwarszawski okręg wyborczy jest bardzo mały i obiektywnie nie ma gdzie odbywać dalekich podróży.

Są w tej historii także bohaterowie super groteskowi. Pani minister Barbara Nowacka, która pobiera okazałą kilometrówkę mieszka w Warszawie, przy ulicy Wiejskiej. Tak, przy tej samej ulicy, przy której jest gmach Sejmu. Ponadto, jako minister jeździ służbową limuzyną z kierowcą. Nawet gdyby bardzo chciała zadeklarowanej liczby przejechanych kilometrów nie miałaby czasu, ani miejsca zrealizować. Zresztą ministrowie i wiceministrowie, których z racji istnienia rządu koalicyjnego jest tłum, też pobierają kilometrówki. Podobnie jest z szefami Klubów Parlamentarnych. Maja oni służbowe samochody z kierowcami, a pomimo tego rozliczają przejazdy samochodami prywatnymi. Ministrom z najwyższą wśród nich kilometrówką przewodzi minister Spraw Zagranicznych, Radosław Sikorski. Ale prawdziwą „gwiazdą” tej historii (afery?) jest pani posłanka SLD Anna Maria Wanna Żukowska. Ona deklaruje ogromną liczbę przejechanych kilometrów samochodem prywatnym, z tym, że … nie ma samochodu. Zdolna kobieta. W dodatku jako szefowa Klubu Parlamentarnego SLD. Jeździ samochodem służbowym prowadzonym przez opłacanego z budżetu kierowcę.

Sprawa kilometrówek bulwersuje społeczeństwo. Ma długą historię. Jest, jako się rzekło, sprawą ponadpartyjną. Tłumaczy ją ludzka zachłanność i pazerność, chęć nachapania się bezwstyd polityków. W sprawie kasy, politycy wszystkich partii łączą się ponad podziałami. Pamiętajmy o tej liście liderów kilometrówek, kiedy będziemy przy urnach wyborczych. Możemy tylko tyle i aż tyle.

===================

Starość nie radość

Starość nie radość

Izabela BRODACKA

Pisałam kiedyś o sąsiedzie wpakowanym wbrew jego woli, wyrokiem sądu do DPS, gdzie zmarł na gangrenę po kilku tygodniach. Na moim ekranie pojawiło się nagle wiele filmików poświęconych wykorzystywaniu i oszukiwaniu osób starszych przez własne rodziny. Filmiki te operują polskimi realiami lecz wyraźnie widać, że dotyczą stosunków amerykańskich. Są zresztą bardzo niedbale tłumaczone i do tych realiów dostosowywane, prawdopodobnie przez sztuczną głupotę (tak nazywam Chat GPT ) oraz jakiś translator.

Na przykład bohaterowie mieszkają w Warszawie ale mają widok na Tatry, albo słyszą szum morskich fal. Wyroki wydawane są przez ławę przysięgłych, choć takiej instytucji nie ma w polskim systemie prawnym. Przypisano komuś przestępstwo federalne gdy taki termin nie istnieje w naszym prawie. Indyk zjadany jest w Święto Zmarłych, na które prymitywnie przerobiono amerykańskie Święto Dziękczynienia. Szkoda czasu na recenzowanie tych filmików. Wszystkie, a obejrzałam kilka z nich, oparte są na tym samym optymistycznym schemacie. Starsza osoba obrażona, zlekceważona, okradziona przez rodzinę pokazuje pazury i wygrywa w ostatecznym starciu z ludźmi, którzy jej nie docenili, chcieli wymazać ze swego życia, ubezwłasnowolnić aby przejęć kontrolę nad jej własnością. Wredne dzieci i krewni na ogół nie wiedzą, że poniewierana osoba ma ukryty ogromny majątek, albo wygrała miliony na loterii, a dowiadują się o tym dla siebie zbyt późno.

Z tych filmików dowiedziałam się jednego, że problem wykorzystywania osób starszych istnieje i jest żywotny również w USA oraz, że w prawie amerykańskim istnieje na to specjalny paragraf. W Polsce specjalnego paragrafu nie ma natomiast istnieje ogromna, ciemna liczba przestępstw przeciwko osobom w podeszłym wieku, przestępstw popełnianych na ogół bezkarnie przez najbliższą rodzinę.

Znajoma adwokatka powiedziała mi kiedyś: „pamiętaj, że w Polsce osoba po siedemdziesiątce jest praktycznie ubezwłasnowolniona, bez wyroku sądu”. Wydawało mi się, że przesadza lecz niestety szybko przekonałam się, że ma rację. Szefowa słynnego Ruchu Obrony Życia została przez rodzone dzieci oddana wbrew jej woli do prywatnego zakładu opiekuńczego daleko od Warszawy, jej mieszkanie zostało sprzedane, a pamiątki wyrzucone na śmietnik. Ta pani błagała odwiedzających ją znajomych o pożyczenie pieniędzy na autobus, ale nikt nie odważył się jej powiedzieć, że nie ma dokąd wracać. Dzieci tej pani należały do grona tak zwanych katolików postępowych (podstępowych – jak mawiał mój mąż) Nie odważyłam się o jej przypadku napisać, bo wywołałoby to skandal, a ona bardzo dbała o dobre imię swojej rodziny. Zmarła w zakładzie we frustracji i zapomnieniu.

Wśród dalekich znajomych była podobna historia. Syn oddał obydwoje rodziców do taniego prywatnego domu opieki pod pretekstem, że mieli brudno w mieszkaniu. Starsi państwo doskonale sobie radzili choć gruntowne porządki nie były już na ich siły. Starszy pan, przedwojenny oficer, zaatakował salową czy pielęgniarkę laską gdy wpychała mu na siłę do ust leki, których nie chciał przyjmować. Został przywiązany pasami do łóżka i szybko zmarł z upokorzenia. Jego żona poddała się terrorowi niższego personelu medycznego więc żyła nieco dłużej. Syn przyznawał się bezceremonialnie, że podpisał za rodziców zgodę na umieszczenie ich w domu opieki, ale nikt z personelu i dyrekcji tego domu nie zamierzał się tym oszustwem przejmować.

Trzeci ze znanych mi bulwersujących przypadków bezprawnego krzywdzenia osób starszych dotyczy pewnego profesora PW, który oddał swoją matkę, drobną cichą staruszkę, do domu opieki gdzie złamano jej żebra podczas przymusowej kąpieli. Nie wiem czy starsza pani zgodziła się sama na usunięcie jej z jej własnego mieszkania czy obiecano jej, że jej pobyt w domu opieki będzie tylko tymczasowy. Jej główną przewiną było, że zbierała plastikowe kubki. Znam gorsze grzechy niż starcze zbieractwo.

Kolejna historia. Wraz ze znajomą ze Związku Artystów Plastyków odwiedziłyśmy pewnego jej kolegę w zakładzie prowadzonym przez siostry zakonne przy ulicy Zawrat. Starszy pan skarżył się, że umieścił go tam wbrew jego woli syn i błagał o dostarczenie mu bloku rysunkowego i kredek. Kiedy następnego dnia pojawiałyśmy się przy ulicy Zawrat po panu nie było ani śladu, nikt nie chciał z nami rozmawiać i nie zostałyśmy nawet wpuszczone do środka.

Raz tylko udało się nam pomóc starszej osobie w opresji. Była to samotna kobieta mieszkająca na Żoliborzu, na której mieszkanie ostrzył sobie zęby szef wspólnoty mieszkaniowej. Pani faktycznie zbierała niepotrzebne jej rzeczy lecz czyste i porządne, nie zbierała śmieci. Biegła sądowa, psychiatra napisała, że staruszka ma wszawicę, grzybicę i świerzb co nie tylko było kłamstwem lecz wręcz kpiną ze zdrowego rozsądku. Lekarka oszustka wystawiła zaświadczenie nie wchodząc nawet do pokoiku staruszki.

W sądzie prowadzącym sprawę o przymusowy pobyt starszej pani w umieralni ( trudno inaczej nazwać ośrodek gdzieś na Powiślu gdzie w wieloosobowej sali została przywiązana do łózka z cewnikiem i w pampersie), oświadczyłyśmy ze znajomą, że podejmujemy nad staruszką pełną opiekę.

Pamiętam, że zapytałam przydzielonego jej adwokata z urzędu czy mogę tak bezczelnie kłamać. Odpowiedział, że nie tylko mogę lecz muszę, bo sąd jest instytucją głupią i perfidną. Jednak sędzia okazała się mądra i orzekła uwolnienie starszej pani. Wyniosłyśmy jej zbiory na śmietnik, załatwiły przynoszenie obiadów z baru mlecznego i dozorowanie stanu mieszkania przez opiekunkę społeczną. Kilka lat staruszka żyła w dobrostanie, chodziła na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, a w pewnej chwili sama zażądała żeby załatwić jej pobyt u sióstr na Zamienieckiej. Nie było to łatwe, bo to naprawdę wspaniały zakład. Siostry opiekuńcze, serdeczne, otwarte na współpracę.

Podsumowując.

Starsze osoby są również w Polsce często traktowane jako problem rodzinny, jako problem społeczny, jako zasób majątkowy, który warto jak najszybciej uruchomić. Nie są traktowane jak ludzie.

Jedenaste przykazanie

Jedenaste przykazanie

Izabela BRODACKA

Jedenaste przykazanie mogłoby moim zdaniem brzmieć: „nie obgaduj bliźniego swego”. Ósme przykazanie „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” mi nie wystarcza. Bez ważnej przyczyny nie należy również rozpowszechniać niekorzystnych, choć nawet prawdziwych, informacji na cudzy temat. Czy właściwe jest na przykład ujawnianie preferencji seksualnych osób nie afiszujących się swoimi upodobaniami i nie indoktrynujących innych w tej dziedzinie? Czy wolno ujawniać jakie ktoś przyjmuje leki albo jakie choroby go trapią? Oczywiście, takie informacje dotyczące osób publicznych mogą mieć wpływ na funkcjonowanie społeczności lecz na ogół są używane nie po to żeby stanąć w prawdzie lecz są traktowane jako broń w politycznej walce albo jako źródło satysfakcji czerpanej z upokorzenia kogoś.

Wiadomo, że nic tak nie zbliża ludzi jak znalezienie wspólnego wroga czy wspólnej ofiary. Nie ma to związku z pochodzeniem czy wychowaniem. Już w młodszych grupach przedszkolnych dzieci spontanicznie znajdują sobie ofiarę- dziecko rude, albo zbyt grube, albo źle ubrane żeby wykluczyć je z zabawy i z tego wykluczenia czerpać satysfakcję. Coś, co pojawia się nieuchronnie, niezależnie od epoki, kultury i szerokości geograficznej mamy prawo nazywać archetypem. To archetyp kozła ofiarnego. Prześladowanie wybranej ofiary cementuje grupę a czasami nawet ją stwarza. Ten sam archetypiczny mechanizm pojawia się w szkole w jednostce wojskowej i w więzieniu. Naiwnością jest twierdzenie, że „ fala” w komunistycznym wojsku to zjawisko prowokowane przez kadrę ( trepów) aby łatwiej kształtować pożądaną przez tych trepów żołnierską postawę. Fala jest zjawiskiem ponadczasowym i ponadustrojowym.

Rozwój środków komunikacji pogłębia ten problem. Dziecko prześladowane w jednej szkole nie znajdzie azylu w innej, odnajdą je internetowi łowcy głów i oberwie dodatkowo za ucieczkę. Jego hańba, jego naznaczenie, nie ogranicza się do niewielkiej grupy. Dzięki mediom społecznościowym staje się publiczną tajemnicą. Dziecko nie może zwrócić się ze swoim problemem do wychowawców bo automatycznie staje się „sześdziesioną” czyli kapusiem zasługującym na jeszcze cięższe prześladowania. Stąd między innymi ogromny i trudny do wyjaśnienia wzrost liczby samobójstw dziecięcych, jaki obecnie rejestrujemy.

Pozostaje pytanie dlaczego prześladowanie kogoś może być źródłem satysfakcji. Znany amerykański psycholog Eric Berne twierdzi, że ludzkość dzieli się dychotomicznie na tych, którzy czyją się gorzej gdy ktoś inny czuje się gorzej i na tych, którzy czują się wówczas lepiej. Ci, którzy czują się lepiej praktykują gry opisane przez Berne’a w książce „ W co grają ludzie”. Czerpanie satysfakcji z czyjegoś upokorzenia Berne traktuje jako formę neurozy. Przyczyną tej neurozy może być zbyt mała liczba „ głasków”, które dany osobnik otrzymał w dzieciństwie. Bo jak twierdzi analiza transakcyjna, trzon teorii Berne’a, dojrzałe relacje międzyludzkie sprowadzają się do wymiany głasków. To co często uważa się za zakłamanie i hipokryzję jest po prostu niepisaną transakcją. Jesteśmy dla siebie nawzajem mili, mówimy sobie komplementy, gdyż podtrzymujemy w ten sposób wzajemnie swoje dobre samopoczucie. Natomiast osoba, która uważa się za prawdomówną to najczęściej złośliwy weredyk, który każdemu wytknie jego słabości czerpiąc z tego neurotyczną satysfakcję, a „stanąć w prawdzie” najczęściej oznacza niepotrzebne osądzanie i rozliczanie bliźnich.

Do psychologii pojęcie archetypu wprowadził Carl Gustav Jung w oparciu o termin Jacoba Burckhardta : das Urbild – „obraz pierwotny”. Jung dowodził istnienia archetypów w oparciu o fakt występowania u ludzi i w dziełach, typowych i powtarzających się motywów. Chciałabym uściślić definicję Junga. Z archetypem mamy do czynienia gdy pewien wzorzec kulturowy powtarza się nieuchronnie, niezależnie od innych okoliczności. Jest to nieuchronność podobna do nieuchronności kształtu kryształu. Jeżeli w roztworze soli kuchennej zawiesimy nitkę z węzełkiem pojawi się kryształ o ściśle określonym kształcie i żadne starania ani inne okoliczności tego kształtu nie są w stanie zmienić. W innym chemicznie roztworze pojawi się kryształ o innym kształcie wynikającym z praw krystalografii. Nie pomoże zmiana naczynia w którym przechowujemy roztwór czy wywiezienie go do innego kraju.

Archetypem jest na przykład pojęcie „Trójcy Świętej”. Pojawia się ono w wielu religiach i kulturach niezależnie od współrzędnych geograficznych i czasowych. W Egipcie występuje triada Amon, Mut, Chonsu. W hinduizmie Brahma, Wiszu, Śiwa. W Babilonie Anu, Enlil, Ea. Jak mówią Rosjanie- „Бог любит Троицу”. Archetyp kozła ofiarnego to uniwersalny mechanizm kulturowy i psychologiczny, polegający na niesłusznym obarczeniu jednostki lub grupy winą za problemy społeczności w celu rozładowania napięcia i zjednoczenia grupy. Zainteresowanym polecam pozycję „Kozioł ofiarny” której autorem jest René Girard. Skąd jednak trzyletnie dzieci wiedzą, że wykluczając wybrane dziecko z grupy tworzą tę grupę albo ją cementują? Działają spontanicznie, a nagrodą (wypłatą) jest pierwotna satysfakcja z wykluczenia kogoś, stygmatyzowania go, upokarzania.

Zadawałam sobie pytanie czy warto wspominać tych wszystkich członków i zastępców członka, którzy kształtowali naszą rzeczywistość przez długie lata komunistycznego zniewolenia. Czy warto wypominać poetom wiersze które napisali, prawnikom wyroki które wydawali, funkcjonariuszom bezpieki zbrodnie które popełnili.

Rozliczanie jest konieczne gdy jest w interesie czy w obronie wspólnoty wyższego rzędu, rodziny, społeczeństwa, kraju i narodu. Wtedy nie ma miejsca na wymianę głasków i również na nadstawianie drugiego policzka. Ale właśnie wtedy trzeba stanąć w prawdzie. Rozlicznie innych powinno posługiwać się prawdą i tylko prawdą.

Porządkując piwnicę znalazłam zbiór kopii tekstów drukowanych w latach pięćdziesiątych, nazwanych przez mego kolegę z podziemia „staliniana”. Postanowiłam z tego znaleziska skorzystać.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej niszczy europejskie wartości

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej niszczy europejskie wartości

Izabela Brodacka

TSUE wydając swoje wyroki, bardzo często odwołuje się do pojęcia „wartości europejskich”.

Co to są wartości jako takie? Aksjologia, nauka o teorii wartości mówi, że wartości to są istotne, najważniejsze normy i zasady cenione i realizowane przez pojedynczych ludzi i społeczeństwa. Czym są europejskie wartości ukształtowane historycznie, okrzepłe w tradycji naszego kontynentu i wyznawane oraz praktykowane w naszej części świata?

To przede wszystkim zasady Dekalogu, chrześcijańska miłość bliźniego, miłosierdzie, prawa jednostki, wolność, prymat prawa naturalnego nad stanowionym, humanitaryzm, prawo narodów do odrębności i samostanowienia i wiele innych. Na takich fundamentalnych zasadach budowali jedność Europy jej ojcowie założyciele, niemiecki działacz katolicki, lider Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), kanclerz RFN, człowiek wielkiej, heroicznej wiary, ojciec księdza katolickiego, Konrad Adenauer. Gorliwy włoski katolik, wpływowy polityk, minister spraw zagranicznych i premier Włoch, Alcide De Gasperi. Był on twórcą włoskiej Chrześcijańskiej Demokracji. Zmarł w opinii świętości. Obecnie trwa jego proces beatyfikacyjny. Francuski dwukrotny premier, a wcześniej minister spraw zagranicznych i minister finansów Francji, Robert Schuman. Istotnym elementem światopoglądu i programu politycznego tych mężów stanu były prawa dzieci i troska o szczególną ochronę najmłodszych obywateli.

Podobnie jest w naszej polskiej tradycji. Heroiczna działalność i postawa lekarza i pedagoga, Janusza Korczaka, który podczas niemieckiej okupacji poszedł ze swoimi wychowankami do komór śmierci, jest przykładem bezgranicznego szacunku do dzieci, ich ochrony i opieki nad nimi. Innym naszym wybitnym pedagogiem zajmującym się dziećmi zaniedbanymi wychowawczo był Kazimierz Lisiecki, tak zwany Dziadek, a w okresie powojennym te idee realizowała i propagowała Maria Łopatkowa.

Na straży dziecięcego życia zawsze stał i stoi Kościół Katolicki. Wydaje się, że nie ma w Polsce środowiska, które propagowałoby demoralizację dzieci i dążyło do ich krzywdzenia. Czy aby na pewno? Katastrofa nadchodzi, ba już nadeszła z Unii Europejskiej. Funkcjonuje tam sąd, którego członków nie wybiera się demokratycznie. Wybierają ich rządy państw członkowskich Unii Europejskiej. Siłą faktów, to znaczy unijnych parytetów, w tym sądzie dominują Niemcy i Francuzi. Oni są najliczniejszymi narodami na naszym kontynencie. To gremium jest powołane do tego, żeby orzekać o wydarzeniach zaistniałych w krajach europejskich w kontekście ich zgodności z prawem europejskim, to znaczy z traktatami. A raczej było do tego powołane.

Obecnie TSUE decyduje o tym co jego zdaniem jest legalne, a co jest nielegalne w UE. Zupełnie ignoruje krajowe ustawodawstwa, także Konstytucje krajów członkowskich. Co gorsza ten samozwańczy super sąd europejski sam wyznacza standardy oceny zdarzeń i co jest bez precedensu w historii europejskiego prawodawstwa powołuje się sam na siebie, na wcześniejsze swoje wyroki.

Niedawno orzekł, że tak zwane „małżeństwa” jednopłciowe, gdziekolwiek byłyby zawierane, czy na Bali, na Wyspach Gili Gili, Hula Gula, Las Vegas, czy w Irlandii, muszą być zalegalizowane w kraju pochodzenia „małżonków”, poprzez wpisanie do właściwych ksiąg stanu cywilnego.

Rządowe instrukcje w tej sprawie w Polsce są jasne i jednoznaczne: Wpisywać. A co będzie jeśli następny rząd będzie stał na gruncie Konstytucji RP. Jej 18 rozdział jasno mówi: „Małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny”. Czy urzędnicy urzędów stanu cywilnego muszą ignorować ustalenia Konstytucji swego kraju? Czy stracą posady jeżeli odmówią wpisywania tych „małżeństw”?

Ostatnią rewelacją TSUE jest jej wyrok w sprawie ustawy, którą pięć lat temu przyjął rząd Węgier, jeszcze pod przewodnictwem premiera Orbana, w sprawie ochrony dzieci przed demoralizacją i deprawacją ideologii LGBT plus. TSUE to sąd bardzo zajęty, Węgrzy musieli czekać na rozstrzygnięcie aż pięć lat. Wyrok tego sądu nad sądami unieważnia węgierską ustawę chroniącą dzieci. Stwierdza, że nie wolno przedstawiać dzieciom krytycznych opinii na temat ideologii LGBT plus i nie wolno rodzicom zakazywać dzieciom zmiany płci. Mało tego kuriozum. W orzeczeniu TSUE czytamy, iż to „prześwietne” i „wszechwładne” gremium zakazuje powoływania się państwom członkowskim na własną tradycję i tożsamość narodową.

O zgrozo, oni tak naprawdę napisali. Czy to znaczy, że wszelka tożsamość narodowa jest zakazana i będzie zwalczana? Czy Francuzi będą zmuszeni do porzucenia wina, serów i bagietek? Czy Włosi muszą zrezygnować z makaronu, pizzy i espresso? Czy Niemcom zakażą jedzenia kapusty i picia piwa? A nam czego zakażą? Bigosu, kiełbasy i pierogów? Chyba nie należy tak gorzko żartować?

Wszelako pojęcie tożsamości narodowej jest bardzo ogólne i przez to bardzo pojemne. Można pod nie podciągnąć praktycznie wszystko, a z pewnością to na czym sędziom TSUE będzie zależeć, żeby wydać wyrok, zakazać, zakwestionować, zastraszyć. Podzielić i rządzić.

O co tu tak naprawdę chodzi? Obawiam się, że o wprowadzenie nowego totalitaryzmu. Nie przez wojenną przemoc. Nie. To nie udało się ani Hitlerowi, ani Stalinowi. Chodzi o wprowadzenie europejskiego totalitaryzmu poprzez arbitralne prawo. Wszystko na to wskazuje, że to ma być nowy komunizm. Wprowadzany systematycznie, powoli, ale konsekwentnie i skutecznie. Zgodnie z metaforą powolnego gotowania żaby. Obecnie nas Europejczyków w taki sposób „gotuje” TSUE. Zakazuje się nam podróżowania, skutecznego ogrzewania naszych domów i mieszkań, przemieszczania się w naszych miastach, korzystania z naszych samochodów, dostępu do lekarzy, czytania wartościowych książek i realizowania własnych aspiracji życiowych.

A celem jest europejskie totalitarne państwo z obywatelami, o których Niemiec, Klaus Schwab, prominentny przedstawiciel „narodu panów”, były szef Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, powiedział: „Nie będą mieli niczego i będą szczęśliwi”.

Prawda przeciw prawdzie

Prawda przeciw prawdzie

Izabela Brodacka

Okres przedwyborczy charakteryzuje niepohamowany wykwit czy może raczej wyciek prawdy. Ja jednak mam wątpliwości czy faktycznie ujawnianie wszystkiego co jest prawdą jest sensowne i godne polecenia. Oczywiście mając świadomość roli jaką odgrywa prawda jako oręż w politycznej walce, albo co gorsza w politycznej wendecie.

Czy warto na przykład ujawniać, że pewien prominentny działacz, guru kontraktowej opozycji, zginął w wypadku samochodowym w dość szczególnych okolicznościach. Z racji wieku i wychowania miałabym kłopoty z ich opisaniem. Napisz – „ umarł szczęśliwy albo jeszcze lepiej uszczęśliwiony i będzie git” – poradził mi znajomy, świetny tłumacz. Ten polityk był niewątpliwie obleśnym staruchem lecz jaki to ma związek z jego polityczną i społeczną działalnością?

Jego działalności też nigdy nie popierałam, ale nie byłoby słuszne zastąpienie wnikliwej analizy jego szkodliwej dla naszego kraju roli (naszego kraju – a nie tego kraju) przytaczaniem drastycznych szczegółów wypadku.

Czy warto ujawniać, że dziadek pewnego znanego polityka był komendantem obozu niemieckiego przeznaczonego dla Niemców, przeciwników hitleryzmu? W czasie II Wojny Światowej dziadek polityka był jako Niemiec bezspornie naszym wrogiem. Dla Niemców, którzy nie chcieli hajlować też zapewne był wrogiem, ale oni załatwili swoje porachunki w Norymberdze. Dziadek niewątpliwie był faszystą i to w dosłownym sensie tego słowa.. Ale czy istnieje coś takiego jak gen faszyzmu i czy jest on dziedziczny? A może dziadek był po prostu podły. Ale czy podłość się dziedziczy?

Czy warto ujawniać, że ordynator pewnego szpitala psychiatrycznego sam cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. Poza tym jest on czynnym homoseksualistą, korzysta z usług młodocianych męskich prostytutek, a nieustanna obawa przed zarażeniem HIV może być przyczyną wahań jego nastroju o sporej amplitudzie i okresie wynoszącym mniej więcej dwa tygodnie. Trudno uwierzyć, że pomaga on swoim pacjentom lecz być może, wręcz przeciwnie, lepiej ich rozumie niż inni lekarze. Za Hipokratesem można mu tylko powiedzieć– „medice cura te ipsum”. 

To co można by ujawnić to nie są prawdy, to są jak mawiał mój ojciec „ prawdule”. Chyba że na historię i politykę patrzy się z perspektywy dziurki od klucza. Jak na łączenie kropek jak to mówią współcześni komentatorzy karier politycznych. A może tak jak opisywał czasy stanisławowskie Karol Zbyszewski w prześmiewczej, niedoszłej pracy doktorskiej, pod tytułem „Niemcewicz od przodu i tyłu”.

Z drugiej strony nie sposób nie doceniać wpływu prywatnych relacji ludzi polityki i kultury z pewnymi tajemniczymi osobistościami i sposobu w jaki zaważyły ta kontakty na ich postrzeganiu rzeczywistości, oraz zapewne wpływu na bieg wydarzeń. Taką tajemniczą postacią był niejaki Henryk Krzeczkowski, guru Marcina Króla i Wojciecha Karpińskiego. Krzeczkowski urodził się w Stanisławowie w rodzinie żydowskiej jako Herman Gerner, jako ateista, agent NKWD nazywał się Henryk Meysztowicz, a zmarł jako katolik, Henryk Krzeczkowski pochowany w Tyńcu gdzie grzebią się redaktorzy Tygodnika Powszechnego zwanego nie bez przyczyny „ Obłudnikiem Powszechnym”. Wojciech Karpiński opisał swego mentora w książce pod tytułem „ Henryk”. Jest ona dowodem jak pewne demoniczne postacie wpływają na życie innych ludzi, na kulturę, a nawet na historię. Swego czasu na temat Krzeczkowskiego niewiele wiedziałam. Były jednak pewne znaki. Oto ktoś z dalekich znajomych otrzymał w latach pięćdziesiątych dla rodziny dwa sąsiednie domy w prestiżowej dzielnicy Żoliborza. W tych czasach było to praktycznie niemożliwe. Warszawa była ruiną, dekret Bieruta pozbawił własności prawowitych właścicieli, cudze mieszkania zajmowali ruscy agenci i partyjni aparatczycy. Zwykli ludzie gnieździli się w piwnicach. Po kilkudziesięciu latach dowiedziałam się od córki tego człowieka, że częstym gościem w ich domu był Krzeczkowski. Przy czym córka go praktycznie nie znała i zupełnie nie kojarzyła znaczenia jego postaci. Nic więcej nie wiem, czy ma tu jakiś sens łączenie kropek?

Inną jeszcze bardziej tajemniczą postacią był Józef Retinger. James Bond niech się przy nim schowa. Trudno wyliczyć osobistości, które znał i wydarzenia historyczne w których uczestniczył. Kropki które nieudolnie łączę to fakt, że w czasie okupacji niemieckiej AK kilkakrotnie skazywało go na śmierć, że był podejrzewany o związek z zamachem na generała Sikorskiego, że był zwolennikiem czy jednym z twórców koncepcji rządu światowego i zjednoczonej Europy no i że miał kontakt ze Zdzisławem Najderem, agentem bezpieki, występującym pod pseudonimem „ Zapalniczka” Warto wysłuchać spotkania poświęconego „Zapalniczce”, które odbyło się niedawno w Sali IPN „ Przystanek Historia” w Warszawie przy ulicy Marszałkowskiej.

Najder jako jeden z nielicznych przyznał się do swojej agenturalnej działalności. To go różni od innych artystów- aktorów, pisarzy czy malarzy, którzy w większości byli zwykłymi donosicielami a w najlepszym przypadku agentami wpływu. Wspólna z innymi kapusiami jest natomiast motywacja jaką zwykle oni podają aby usprawiedliwić swoje postępowanie. Otóż kapusie na ogół twierdzą, że prowadzili z SB grę, że przeciągali funkcjonariuszy na dobrą stronę mocy. Twierdzą jak Wałęsa, że ich donosy były nieistotne, że oszukiwali oficerów prowadzących.

Tymczasem większość z nich, w tym Najder, donosiła tylko dla kariery. Dla paszportu, zagranicznych stypendiów i stanowisk w IBL czy na Uniwersytetach. Najder był człowiekiem twórczym. Jego upadek dowodzi, że wśród ludzi utalentowanych zdarzali się kapusie. Jeżeli jednak prześledzimy jakąkolwiek trudną do innego wyjaśnienia karierę pisarza, malarza czy aktora w tle zawsze pojawia się funkcjonariusz komunistycznych organów albo donosiciel SB. Co nam pozostawili? Czy kogokolwiek dziś interesuje „Pamiątka z celulozy” czy zmagania Woroszylskiego z pokąsaniem go przez Hegla? Wbrew temu co sądzi o sobie ta samozwańcza elita zostawili po sobie intelektualną pustynię.

Kolejny shitstorm czyli burza w szklance wody

Kolejny shitstorm czyli burza w szklance wody

Izabela BRODACKA

Opozycyjne media wałkują nieustannie temat nepotyzmu w służbie zdrowia. Senator Tomasz Lenz kazał zoperować synowi wrastający paznokieć bez kolejki i bez właściwej rejestracji szpitalnej. Dyrektor do spraw administracyjnych szpitala w Knurowie zabrał aparat EKG i pojechał karetką po wymagającą natychmiastowej pomocy matkę posłanki Krystyny Szumilas. Oczywiście, że jest to niewłaściwe szczególnie w sytuacji gdy na świadczenia brakuje 23 miliardy, a cały system ochrony zdrowia jest w zapaści. Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że do szpitala można się dostać tylko po protekcji. I to jest prawdziwy skandal, a nie fakt, że ktoś ratuje matkę.

Osoby ze wschodu, które znam z racji ich pracy w Polsce mówią, że nie jest jeszcze źle gdy można dać bakczysz i w ten sposób załatwić swoją sprawę. Sytuacja jest naprawdę tragiczna gdy nic nie da się załatwić nawet za łapówkę, bo nikt nie chce jej wziąć.

Pracownik szpitala aby ratować starszą osobę przywłaszcza sobie na chwilę karetkę szpitalną. Przychodzi mi na myśl film „Znachor” powstały w oparciu o powieść Dołęgi -Mostowicza. Otóż prokurator oskarżający znachora Antoniego Kosibę zadaje pytanie. Czy miał on prawo przywłaszczyć sobie narzędzia lekarskie aby ratować życie młodej kobiety o której nie wiedział, że jest jego córką. Biegły rozpoznaje na sali sądowej w Kosibie wybitnego chirurga Rafała Wilczura, Wilczur odzyskuje pamięć i wszystko dobrze się kończy. Nikt nie ma wątpliwości, że kradzież chirurgicznych narzędzi była usprawiedliwiona.

Podobna burza w szklance wody miała miejsce gdy ujawniono, że Krystyna Janda zaszczepiła się przeciwko covid-19 poza kolejką. A przecież nie to było prawdziwym skandalem. Prawdziwym skandalem była liczba nadmiarowych zgonów wynikających najczęściej z tego, że szpitale pod pozorem pandemii odmawiały chorym zabiegów ratujących życie. Prawdziwym skandalem był zakaz wstępu do lasów i parków, które logicznie rzecz biorąc powinny być uznane za najbezpieczniejsze miejsca. Skandalem jest wyrok, sądu w Brukseli, który nakazał Polsce zapłatę firmie Pfizer 5 mld 644 mln zł za zamówione, a nieodebrane szczepionki przeciwko covid -19.  Skandalem było szczepienie pacjentów z demencją przebywających w DPS i na oddziałach psychiatrycznych bez ich zgody. Kompromitującym skandalem było również odwołanie wszelkich restrykcji aby móc wpuścić do kraju nie kontrolowanych w żaden sposób emigrantów z Ukrainy. Jak mówili złośliwi – Putin powinien otrzymać nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny za błyskawiczne zwalczenie groźnej epidemii.

Te wszystkie pozorne skandale, te burze w szklance wody przypominają skandale związane z niewłaściwym strojem jakiejś osobistości. Trzeba sobie jednak uświadomić, że na przykład Michnik ma o wiele więcej do wyjaśnienia społeczeństwu niż fakt że pojawił się w czerwcu 2011 roku w Pałacu Prezydenckim w crocsach. Doprowadzenie do ruiny służby zdrowia, zbankrutowanie NFZ, likwidowanie porodówek, zamykanie szpitali i oddziałów szpitalnych, reglamentowanie badań i wprowadzanie odpłatności za te badania to są prawdziwe skandale rządów KO, a nie fakt, że pani Szumilas usiłowała ratować swoją matkę. Skandalem jest również fakt, że matka pani Szumilas, jak wiele osób w jej wieku, byłaby w zwykłej sytuacji objęta protokołem terapii daremnej i odmówiono by jej wszelkiej pomocy. Skandalem jest samo istnienie protokołu terapii daremnej, a nie to że ktoś usiłuje ratować bliską osobę. Nepotyzm jest oczywiście nieelegancki. Zasady fair play są jednak dobre tylko w sporcie, a nie są w trudnych sytuacjach życiowych.

Pozwolę sobie opisać autentyczną historię. Jestem osobą bardzo nieelegancką. Dobrze rozumiem Rosjanina, który podobno popełnił samobójstwo zostawiwszy kartkę „Мне надоело одеваться и раздеваться” (Znudziło mi się ubierać i rozbierać). Uznano więc kiedyś, że nadaję się do prowadzenia magazynu z darami z zagranicy jak pies do pilnowania jabłek. Pewnego dnia zgłosiła się do mnie kobieta z trzyletnią dziewczynką. Pokazała mi jej ciałko pokryte skręconymi bliznami. Okazało się, że dziewczynka wpadła w trakcie wesela do odstawionego gara z gorącym barszczem. Wezwany lekarz pogotowia orzekł, że stan dziecka jest beznadziejny, podał mu środki przeciwbólowe i chciał odjechać.

Zrozpaczona matka wręczyła mu ogromną łapówkę. Sąsiad który sprzedał byczki zgodził się pożyczyć jej pieniądze. Wtedy lekarz wezwał helikopter i w warszawskim szpitalu dziecko uratowano. Matka prosiła o załatwienie jej leku likwidującego bliznowiec, o nazwie contratubex. Takim lekiem dysponował wyłącznie szpital wojskowy. Pielęgniarka z tego szpitala po prostu ukradła dla zupełnie obcego dziecka słoik tego leku. Matka dziecka powiedziała mi, że jest bardzo wdzięczna lekarzowi, że wziął łapówkę. Gdyby się bał, dziecko by nie przeżyło.

Doskonale ujmuje te dylematy następująca anegdota. Pewien angielski gentleman podczas nurkowania spotyka ogromnego rekina. Wyjmuje nóż a rekin na to: „a fe, jak tak można, rybę nożem?”. Gentleman chowa nóż i spokojnie pozwala się zjeść.

A poważnie – są sytuacje gdzie trzeba zawiesić zwykle obowiązujące zasady. Irena Gut-Opdyke była młodą Polką, która podczas wojny pracowała jako gosposia u niemieckiego majora Wehrmachtu, Eduarda Rügemera, w Tarnopolu. Irena ukrywała 12 Żydów w piwnicy willi majora. Gdy Rügemer odkrył kryjówkę, nie wydał ich, pod warunkiem, że Irena zostanie jego kochanką. Zgodziła się na to, by ratować życie ukrywanych osób. Czy należało ogolić jej głowę i sądzić ją za skandaliczny związek z hitlerowcem? Prawdziwym skandalem był fakt, że Niemcy najechali nasz kraj, że nas mordowali, że jakiś przybłęda Rügemer mógł być panem życia i śmierci Polaków i Żydów a nie fakt, że młoda Polka źle się prowadziła. Irena została uhonorowana tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Wracając do naszych polskich aktualnych spraw. Prawdziwym skandalem jest pełzający zamach stanu jaki funduje nam Tusk i stan do którego doprowadził nasze państwo.

I na tym trzeba się skupić.

Wspomnienia z przeszłości. O zastępcach członka.

Wspomnienia z przeszłości.

Izabela Bordacka

Wiele lat temu spędzałam z rodzicami urlop w jakimś ośrodku wczasowym nad rzeką Świder. O ile pamiętam był to ośrodek Instytutu Łączności. W ośrodku przebywał również partyjny aparatczyk Wilhelm Billig z rodziną. Zajmowali osobną willę i nie pospolitowali się z naukowcami z instytutu. Nie jadali w stołówce należącej do ośrodka. Obsługiwały ich specjalne pokojówki w białych fartuszkach i czepeczkach, a dzieci Billiga nie uczestniczyły w zabawach i nie odzywały się ani słowem do innych dzieciaków. Po Billiga przyjeżdżała codziennie ogromna czarna limuzyna, była to chyba sowiecka Czajka. Tak komunistyczni aparatczycy realizowali w praktyce utopijne idee Rewolucji Francuskiej: liberté, égalité, fraternité czyli: wolność, równość i braterstwo.

Wilhelm Billig musiał być w partyjnej hierarchii raczej ważną figurą bo do 1968 roku był – jak podaje Wikipedia – zastępcą członka. Jak wszyscy komunistyczni partyjni aparatczycy musiał być niezwykle wszechstronny gdyż nieustannie zajmował najwyższe stanowiska w różnych resortach. Przez pewien czas był nawet Pełnomocnikiem Rządu do spraw Pokojowego Wykorzystania Energii Jądrowej. W Instytucie Fizyki nosił wysoko głowę i też nie odpowiadał na pozdrowienia naukowego planktonu, który to plankton bardzo krytycznie zresztą oceniał jego kwalifikacje. W tej sprawie opieram się wyłącznie na zdaniu kolegów, specjalistów.

Kilka lat później, bodajże w 1969 roku spotkałam w schronisku na Kalatówkach jakiegoś staruszka, który prosił żeby przeprowadzić go przez Czerwone Wierchy gdyż sam bał się wybrać na tak trudny – jego zdaniem – szlak. Nie bardzo miałam na to ochotę gdyż na Czerwonych Wierchach bywałam wielokrotnie ale raczej w wieku szkolnym i przedszkolnym. Turystyczny szlak prowadzący przez Krzesanicę, Małołączniak i Ciemniak to typowa „ceprostrada”, droga którą można bez trudu przepędzić krowy.

Nie mogłam jednak odmówić w górach opieki komuś kto wyraźnie jej potrzebował więc powędrowaliśmy razem. Ponieważ staruszek wydawał mi się znajomy zapytałam go o nazwisko. Przedstawił się , był to Billig. Nie poznałam go bo był skurczony jak przebity balon, z którego zeszło powietrze. Gdy już schodziliśmy do Doliny Kościeliskiej odważyłam się go zapytać kim naprawdę jest z zawodu. Powiedział, że filologiem klasycznym.
„Jakim tam filologiem?”- zaśmiewał się złośliwy kolega z Instytutu Fizyki Jądrowej w Świerku, któremu opowiedziałam o tym dziwnym spotkaniu. To przecież zwykły „krawiec mężczyźniany”.

Błyskotliwą karierę Billiga przerwała „wojna Chamów z Żydami” jak to trafnie nazwał w 1962 roku Witold Jedlicki, czyli wojna dwóch frakcji w PZPR, które przez całe lata, nie tylko w PRL lecz również w III RP walczyły i walczą o dominację i władzę w Polsce. Myślałam więc, że nazwisko Billiga utonęło w mroku dziejów. Jednak kilka dni temu wyrzucając do śmietnika zalegające piwnicę stare pisma znalazłam tekst pod tytułem : „Andrzej Frycz Modrzewski i bracia polscy – pierwsi polscy komuniści” podpisany Wilhelm Billig. A więc mówił prawdę. Był klasycznym filologiem, ale nie w sensie nauczyciela łaciny.

Był klasycznym filologiem komunistycznym podobnie jak wielki językoznawca Józef Stalin. Tekst Billiga okazał się nudny i sztampowy. Przedstawiał w nim Andrzeja Frycza Modrzewskiego jako obrońcę klas uciśnionych i bezlitosnego demaskatora szlacheckiego sobiepaństwa, a braci polskich jak jakąś komunistyczną jaczejkę. Bez skrupułów wyrzuciłam pismo do śmietnika, a właściwie do pojemnika na makulaturę.

Czego można było po tym tekście oczekiwać?. Billig to typowy przedstawiciel instalatorów stalinizmu w Polsce. Jak podaje Wikipedia Billig od 1929 do 1938 należał do KPP. Od 1941 do 1944 do WKP(b), od 1944 do 1948 do PPR od 1948 do PZPR. W Latach 1939 1940 był inspektorem w Rejonowym Wydziale Oświaty w Łunińcu, następnie dyrektorem szkoły w tym samym Łunińcu.

To moje rodzinne strony, ciekawe, że wielu politruków PRL zaczynało swoją karierę na polskim Polesiu. Potem pracował w redakcji „Sztandaru Wolności” w Mińsku oraz był kierownikiem radia Związku Patriotów Polskich w Moskwie. Został pierwszym powojennym szefem Polskiego Radia, prezesem Centralnego Urzędu Radiofonizacji Kraju,, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Poczt i Telegrafów, następnie w Ministerstwie Łączności, oraz jak już pisałam, był pełnomocnikiem rządu do spraw wykorzystania energii jądrowej. Był typowym uczestnikiem karuzeli stanowisk charakterystycznej dla stosunków społecznych powojennej Polski. Karierę na Polesiu oprócz Billiga zaczynali również Blinowski i Jędrychowski. Startowali jako szeregowi agitatorzy. Potem trafiali pod skrzydła Związku Patriotów zdominowanego przez Wandę Wasilewską a potem stawali się w Polsce prominentami i ekspertami od wszystkiego. Jak się naprawdę nazywali i co przeszli w sowieckim raju trudno ustalić.
Billig stał się bardziej ludzki i mniej nadęty gdy stracił przywileje. Zgodnie z zasadą, że polityk dojrzewa gdy już spadnie. Zdarza się jednak inaczej. Znany wykładowca fizyki, autor podręczników szkolnych Bronisław Buras stojąc kiedyś przed drzwiami swego gabinetu i czytając kartkę z napisem „profesor doktor Bronisław Buras” powiedział. „ cztery słowa i cztery kłamstwa” . Nie wiem co miał na myśli. Jeżeli faktycznie jego oficjalny życiorys był tylko legendą świadczy to, że był człowiekiem samoświadomym, dużego formatu. On też zaczynał karierę w szkole na Polesiu i też padł ofiarą kampanii antysemickiej czyli wewnętrznych partyjnych porachunków, o które niesłusznie oskarża się teraz społeczeństwo polskie.

Stefan Jędrychowski, Wilhelm Billig. Kto dziś pamięta te nazwiska?. I czy warto przypominać tych wszystkich zastępców członka? Najnowsza historia Polski jest jak dziecięca układanka, z której zginęła połowa fragmentów więc nie sposób zobaczyć pełnego obrazu. Lecz trzeba sobie uświadomić, że duża część brakujących klocków pozostaje w rękach jeszcze żyjących świadków historii. I ich obowiązkiem właśnie wobec historii jest ujawnianie tego co wiedzą i pamiętają.

Czy polscy biskupi zmieniają doktrynę wiary?

Czy polscy biskupi zmieniają doktrynę wiary?

Izabela BRODACKA

O teologii nie ośmieliłabym się zwykle pisać. I tym razem nie będzie to właściwie tekst o teologii. Będzie o polityce i próbie usprawiedliwienia czegoś, czego nie da się usprawiedliwić. To brzmi niejasno i tajemniczo.

Zatem po kolei. Napiszę o skandalu. Jego niechlubnymi bohaterami są polscy biskupi. Otóż w ubiegłym tygodniu Konferencja Episkopatu Polski, najwyższy organ władzy kolegialnej Polskiego Kościoła Katolickiego, wydał list przeznaczony do przeczytania z ambon w minioną niedzielę.

Wielu księży jednak nie zdecydowało się go przeczytać. I chwała im za to. Bogu dzięki mamy jeszcze wierzących, inteligentnych i odważnych kapłanów. A co było w tym liście? Były słowa skandaliczne i sformułowania budzące grozę, bo kwestionujące doktrynę katolicką i dwu tysiącletnią tradycję Kościoła. Napisano bowiem, że nadal obowiązuje starotestamentalne przymierze Boga z Żydami, że oni są nadal narodem wybranym, że są naszymi starszymi braćmi w wierze, że judaizm jest najbliższym wyznaniem dla katolicyzmu, ba, że jest częścią naszej wiary.

W ten sposób, de facto, biskupi zakwestionowali ofiarę Chrystusa, Jego nauczanie, a także twierdzenia Świętego Pawła, Św. Piotra, Ojców i Świętych Kościoła, papieży i doktorów teologii o nowym przymierzu i warunkach zbawienia. Św. Piotr w swoim I liście, w jego II rozdziale wprost napisał o odrzuceniu przez Boga narodu żydowskiego, który nie uznał w Chrystusie Mesjasza, a Bóg nawiązał nowe przymierze z kościołem, nowym „ludem wybranym i umiłowanym”.

Natomiast w rzeczonym liście biskupów jest mowa o antysemityzmie. O wielowiekowych prześladowaniach Żydów wynikających z nauczania Kościoła. Głównym inspiratorem tego listu jest ksiądz kardynał Grzegorz Ryś. Tak, ten sam, który naucza, że antysemityzm jest grzechem, ale antypolonizm nim nie jest. A co z antysemityzmem wobec Arabów, którzy przecież też są semitami? O tym już ksiądz kardynał nie mówi.

W tym liście jest napisane o antysemityzmie, z którym musimy walczyć. Wprost napisano: „Antysemityzm jest śmiertelnym deficytem miłości i największym grzechem”. Jak się wydaje problem polega na tym, że w Polsce, szczęśliwie, problem antysemityzmu nie występuje. Dzięki Bogu Żydzi nie są prześladowani, mogą żyć, pracować, działać publicznie w każdej dziedzinie życia i wyznawać swoją wiarę i swoje poglądy bez przeszkód.

W Europie Zachodniej, na przykład w Niemczech i we Francji jest, niestety, inaczej. Odnotowuje się tam liczne akty terrorystyczne, czynne napaści na synagogi, akty bezczeszczenia żydowskich grobów i manifestacje antyżydowskie. W Polsce natomiast Żydzi cieszą się, szczęśliwie, pełną swobodą. Michael Schudrich jest nazywany naczelnym rabinem Polski. [muszę skorygować: To nieprawda. Ten człowiek może być „naczelnym” rabinem tylko dla swej gromadki talmudystów w Polsce. MD]

Jest gościem honorowym wszystkich państwowym uroczystości, sadzanym w pierwszym rzędzie, obok najwyższych polskich dostojników państwowych. W Polsce nikt nie napada na synagogi. Muzeum żydowskie Polin ma szczodre finansowanie z budżetu państwa, Dni Kultury Żydowskiej, są to imprezy finansowane z budżetów miast i wspierane przez polskie władze państwowe i samorządowe.

Inaczej wyglądają losy chrześcijan w Palestynie i w Izraelu [i w Libanie.. md] . Chrześcijanie są tam mordowani i rugowani. Na Zachodnim Brzegu Jordanu pozostała już tylko jedna wioska chrześcijańska. A jej mieszkańcy są napadani w swych domach, bici i zabijani, a ich domostwa są grabione i podpalane przez nowych żydowskich osadników izraelskich.

Przywódca Izraela, premier Benjamin Netanjahu został uznany przez trybunał międzynarodowy, po długim i skrupulatnie prowadzonym procesie, za zbrodniarza przeciwko ludzkości. Największa świętość chrześcijan, Bazylika Grobu i Zmartwychwstania Pana Jezusa została zamknięta przez władze Izraela. Izrael rozpętał nową wojnę z Iranem. Wcześniej zamienił w gruzowisko Strefę Gazy mordując dziesiątki tysięcy jej cywilnych mieszkańców. W tym kobiety dzieci i starców.

I w takiej sytuacji geopolitycznej, w przeddzień Wielkanocy, największego święta chrześcijan, polscy biskupi zarzucają katolikom antysemityzm i gloryfikują „żydowski naród wybrany”. Robią jeszcze coś zupełnie niewyobrażalnego i piramidalnie kuriozalnego. Nawołują polskich katolików do apostazji.

Tak. Tak. Niestety, to nie jest ponury żart. Otóż w tym liście piszą o kategorycznej potrzebie masowego odwiedzania synagog przez katolików w dniu 13 kwietnia, w 40 rocznicę pobytu papieża Jana Pawła II w rzymskiej synagodze, w której padło historyczne stwierdzenie papieża, że ”Żydzi są naszymi starszymi braćmi w wierze” [nie padło!! to też kłamstwo. md] i modlenia się w nich! Polscy biskupi nawołują swoich wiernych do zmiany miejsca sprawowania kultu! A jak to mogłoby wyglądać w przypadku każdej kobiety? Jak wiadomo kobiety nie mogą przebywać i modlić się w głównym pomieszczeniu synagogi. Są odsyłane na balkon, gdzie przebywają z dziećmi i gdzie nie ma atmosfery modlitwy. W synagodze modlą się tylko mężczyźni.

Niestety podwaliny pod takie przekonania i tego typu apele biskupów położył nasz polski papież Jan Paweł II. Najpierw w 1986 roku w synagodze rzymskiej, a później w 2000 roku, w Moguncji gdy zwrócił się do dwóch najwyższych przedstawicieli judaizmu, rabina aszkenazyjskiego i rabina sefardyjskiego tymi słowy : „Wy jesteście naszymi starszymi braćmi w wierze”. Słowa te znalazły zresztą odzwierciedlenie w nowym Katechizmie Kościoła Katolickiego.

Zastanówmy się jednak jaki był doraźny, polityczny cel wystosowania takiego listu przez Episkopat Polski? Wszystko wskazuje na to, że biskupi chcieli usprawiedliwić aktualne polityczne i militarne działania syjonistów izraelskich. Skoro są oni nadal narodem wybranym, a przymierze z Bogiem wciąż obowiązuje, to wszelka krytyka ich, choćby najbardziej zbrodniczych działań, jest grzechem antysemityzmu, a ich wojny i okrucieństwo są uzasadnione i usprawiedliwione. W tym kontekście nazwanie głównego pomysłodawcy i autora tego koszmarnego listu, księdza kardynała Grzegorza Rysia, „rysiem w owczej skórze” jest najdelikatniejszym epitetem na jaki polski katolik może sobie pozwolić.

До чего народ доходит – самовар в упряжке ходит. [Nie bój się, ciemnoto..]

До чего народ доходит – самовар в упряжке ходит 

Ten tytuł tłumaczy się Do czego to ludzkość dochodzi- samowar w uprzęży chodzi.

Izabela BRODACKA

Kiedy w drugiej połowie XIX wieku na Polesie dotarła kolej kluczową linią, która otworzyła ten region, była Kolej Warszawsko-Terespolska, otwarta w 1867roku, łącząca Warszawę z Terespolem. Następnie intensywnie rozwijano linie w kierunku wschodnim, na Brześć i dalej w głąb Polesia. Inną kluczową linią była Kolej Nadwiślańska (1877):  wiodąca do Kowla.

  Kiedy na Polesiu pojawiły się również pierwsze samochody kupowane przez zamożnych ziemian i arystokrację wśród ludu poleskiego czyli wśród „ tutejszych” krążyły dowcipne, podobne do tytułowego wierszyki, zagadki i porzekadła. Nikogo nie trzeba było jednak ani do pociągu ani do tych samochodów przekonywać. „Tutejszych” po prostu nie było stać na samochód a nawet na bryczkę. Co najwyżej na zwykły drabiniasty wóz na nieogumionych kołach.

Gdy jednak żądni nowinek ziemianie zastąpili konie ciągnące kierat napędzający młocarnię lokomobilą podobne lokomobile, „samoróbki” pojawiły się wszędzie na wsi. Okazało się, że niepiśmienni, rzekomo ciemni chłopi mają swój rozum i potrafią nie tylko docenić, lecz nawet skonstruować to co jest naprawdę dobre technicznie i opłacalne. Podobnie rolnicy z najdłuższej polskiej wsi Ochotnicy, po czterech latach przedwojennej szkoły podstawowej budowali sami piękne domy, doprowadzali prąd, konstruowali traktory „ samoróbki” o niskim zawieszeniu, które mogły wjeżdżać na strome ochotnickie pola pod Lubaniem i Gorcem. Nadal pomimo braku wykształcenia technicznego są rozchwytywani w kraju i za granicą jako budowlańcy.

Do ideologicznych nowinek, do zimnego wychowu cieląt, które oddzielone od matek masowo zdychały na mrozie, do odkryć Miczurina czy Łysenki można było przekonać tych rzekomo ciemnych ludzi tylko siłą. Dlatego niejaki Kroński i jemu podobni filozofowie chcieli w Polsce uczyć ( i niestety uczyli) podstaw marksizmu kolbą karabinu.  „My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji” (T. Kroński w liście do Cz. Miłosza, 7 grudnia 1948) Kroński uważany jest za ojca duchowego Kołakowskiego, Baczki i Pomiana.

И хватает ли этого? ( I czy to nie wystarczy?)- chciałoby się powiedzieć. Ludzie, którzy instalowali stalinizm w naszym kraju w czasach gdy nasi krewni i przyjaciele ginęli okrutnie torturowani w kazamatach bezpieki każą nam teraz traktować siebie jako szlachetnych marzycieli uwiedzionych i oszukanych przez zbrodniczą ideologię. Tymczasem tak naprawdę kolaborujący ze stalinizmem albo byli idiotami albo sprzedajnymi współuczestnikami stalinowskich zbrodni. Tertium non datur.

Dlaczego teraz mamy ich traktować jak guru, jako szlachetnych dysydentów w kraju gdzie opozycjonistą był każdy robotnik i każdy rzekomo ciemny chłop gdyż nienawidziliśmy ze wszystkich sił komunistycznego ustroju i jego przedstawicieli. Nienawidzili tego ustroju również szeregowi partyjni towarzysze najczęściej wcieleni do partii przymusowo i nie korzystający z przywilejów przysługujących faktycznym instalatorom stalinizmu – partyjnej nomenklaturze i sprostytuowanym literatom.

Niestety wracamy do czasów kiedy przekonuje się nas siłą do różnych rzekomo wspaniałych rozwiązań czy wynalazków. Jak na razie nie jest to kolba karabinu – jak to sobie wymarzył Krońsk i- lecz wszystko jeszcze przed nami. Pętla ekonomiczna może być równie skuteczna jako środek perswazji jak klasyczna garota. Mamy na słowo uwierzyć, że wiatraki i panele fotowoltaiczne mogą skutecznie zastąpić węgiel, że energetyka jądrowa jest najbezpieczniejsza na świecie, że samochody elektryczne są również tanie i bezpieczne.

A tak naprawdę nie musimy wierzyć, mamy bez dyskusji dostosować się do wszelkich przepisów i zarządzeń, które odbierają naw wolność ekonomiczną a nawet wolność słowa. Na przykład samochody elektryczne, które ze względu na skłonność do samozapłonu nie są wpuszczane do wielu podziemnych garaży i na promy morskie – mają przymusowo zastąpić wszelkie inne samochody we flocie przedsiębiorstw, w tym nawet prywatnych. Starsze samochody mają być nie wpuszczane do śródmieścia wielu miast na przykład Warszawy i Krakowa, co uniemożliwi starszym niezamożnym ludziom dojazd choćby do lekarza. Dotknie ich zatem wykluczenie komunikacyjne.

I my mamy wierzyć w te wszystkie bzdury pod przymusem. Na uczelniach rozwija się badania nad globalnym ociepleniem oraz identyfikacją płciową, blokując wszelkie próby dyskusji na te tematy. To nie tylko kwestia przekupywania naukowców grantami i wyjazdami na zagraniczne sympozja.

Jak wiemy kilka dni temu przegłosowano rezolucję [ja tam nie wiem… md], która penalizuje odmowę przyjęcia ideologii gender oraz jej krytyką. Przegłosowało ją Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Krytyka czy tylko próba dyskusji na temat globalnego ocieplenia i roli w tym zjawisku dwutlenku węgla też jest na polskich Uniwersytetach niemile widziana. Nowa szkoła intelektualna każe traktować temperaturę – 25C i umierających z zimna ludzi jako dowód właśnie globalnego ocieplenia. Dokładnie tak jak w wierszu Asnyka pod tytułem: „ Historyczna nowa szkoła”, która „Nie powstrzyma się w zapędzie, aż dowiedzie, że król Herod dobroczyńcą był dla sierot”.

Niechęć wobec nowinek technologicznych nazywa się współcześnie neo-luddyzmem w nawiązaniu do radykalnego ruchu społecznego z początkowego okresu rewolucji przemysłowej (1811–1813), którego przedstawiciele w obawie utraty pracy w wyniku wynalezienia maszyn tkackich niszczyli te maszyny i krosna. Byli za to surowo karani. Byli jednak karani wyłącznie za niszczenie cudzego mienia.

Nikt natomiast nie zabraniał nikomu używania kołowrotka czy tkania na prymitywnych krosnach. Stało się to po prostu nieopłacalne. Nikt nie zabraniał również ubogim ludziom palenia w piecach zebranymi szyszkami czy używania lamp naftowych chociaż w miastach, w luksusowych mieszkaniach, zakładało się oświetlenie gazowe. Nie wprowadzano jednak postępu kolbą karabinu, mnożeniem zakazów. To wynalazek czysto sowiecki.

Dzyndzylyndzy

Dzyndzylyndzy

Izabela BRODACKA

Ten tytuł to nie byle co! To program artystyczny niejakiego Sajnóga. ( jak u licha odmienia się tak oryginalne nazwiska?) Wiele lat temu wpadło mi w ręce pisemko zatytułowane „brulion”. Ku najwyższemu zdumieniu przeczytałam kilka zdań, które cytuję dosłownie (za co przepraszam) lecz nikt chyba nie byłby w stanie zaprezentować poziomu tej twórczości w sposób bardziej cywilizowany.

<Flupy z pi..dy

Zbigniew Sajnóg

– mam flupy – usłyszałem

od dziewczyny i myślę: co?

– co? – pytam

– no, leci mi z pi..dy. >

==========================================

Zrozumiałam, że dziewczyna pana Sajnóga ma poważne kłopoty zdrowotne, ale czy podobne wynurzenia naprawdę można traktować jak utwór literacki? W tym samym numerze był jakiś tekst Manueli Gretkowskiej. Brulion, Sajnóg, Gretkowska – zostali raz na zawsze wykreśleni z mojej ( i chyba większości) listy lektur oraz zainteresowań choć zdarzali się i tacy, jak pewien znany socjolog, mój kolega, który bardzo głęboko się Gretkowską interesował. Nie chciałam słuchać co miał na jej temat do powiedzenia i przez wiele lat nie miałam na szczęście okazji napotkać jej nazwiska.

Usłyszałam je ostatnio w tak odrażającym kontekście, że aż trudno mi w to uwierzyć. Trudno uwierzyć w to, że osoba uważająca się zapewne za kulturalną, a w dodatku uważna za pisarkę może wypisywać takie obrzydlistwa na temat kogokolwiek, a w szczególności na temat pierwszej damy kraju. W takiej sytuacji człowiek czuje się jak ktoś, komu pijany menel napluł na buty i musi przejść nad tym do porządku dziennego, bo nie będzie go przecież odwoził do izby wytrzeźwień, gdzie potraktowano by go na powitanie zimnym prysznicem.

Taki zimny prysznic przydałby się z pewnością Gretkowskiej. Przecież nie chodzi o to, że jakieś słowa są z natury brzydkie a inne ładne. Ohydne są intencje, które stoją za użytymi słowami. Anegdoty sądowe mówią o pewnej wieśniaczce, która została ukarana przez sąd za to że obraziła sąsiada słowami „ty sufraganie”. Wieśniaczka wyraźnie nie znała tego słowa, bynajmniej nie obraźliwego, lecz jej intencje były złe i za te intencje została ukarana.

Inna anegdota mówi o góralu, który nazwał cesarza Franciszka Józefa starym pierdołą. Krakowscy językoznawcy na żądanie sądu austriackiego wystawili opinię, że w języku polskim „stary pierdoła oznacza ze wszech miar szanowanego i lubianego uroczego staruszka” i góral został uniewinniony . Czy te anegdoty opisują autentyczne wydarzenia czy są wymyślone nie wiem i nie mam zamiaru prowadzić w tym kierunku badań. Są jednak nad wyraz wymowne.

Nie chodzi o to jakie zwroty w języku polskim są zdaniem Gretkowskiej ładne a jakie brzydkie, chodzi o prymitywną nienawiść, która nią zawładnęła i której daje wyraz w wyjątkowo ohydny sposób. Takim „ pisarkom” jak Gretkowska czy Masłowska wydaje się zapewne, że wulgaryzmy, wyniesione z domu rodzinnego czy wyuczone w jakiejś melinie, a użyte w druku, są rodzajem manifestu twórczego czy też wyrazem bólu egzystencjalnego i że tak jak francuscy poètes maudits ( poeci wyklęci) przejdą do historii literatury, a ich nazwiska trafią jeżeli nie pod strzechy to przynajmniej do szkolnych podręczników.

W ich rojeniach nie ma nic nowego. Można zdefiniować artystę jako człowieka, który zajmuje się sztuką. Jednak wtedy sztuka staje się pojęciem pierwotnym, niedefiniowalnym. Można definiować sztukę jako to co uprawia artysta. Dziełem sztuki zgodnie z tą definicją może być jak wiemy porcelanowy pisuar ( „Fontanna” Marcela Duchampa 1917),  a nawet odchody artysty (Piero Manzoni – Merda d’artista 1961): Artysta swą intencją zamienia każdy przedmiot w dzieło sztuki.

Przyjęcie tej drugiej definicji otwiera szeroko drzwi do świątyni sztuki wszelakiej maści hochsztaplerom i oszustom. A także Sajnógom, Gretkowskim, Masłowskim i im podobnym. Skąd się zatem biorą artyści? To nie tylko kwestia dobrej woli i determinacji. Artystę ktoś musi namaścić i wylansować. W ZSRR pisarz musiał ukończyć Akademię Literatury. W Polsce na szczęście nie, ale malarz aby być dopuszczony do wystaw musiał mieć ukończone studia w Akademii Sztuk Pięknych. Miejsca w tej uczelni były jak głosi wieść gminna zajęte na jakieś dziesięć lat naprzód. Podobnie było w Szkole Teatralnej.

Poza tym należało się wypłacać komunistycznej władzy donoszeniem, a w przypadku pisarzy produkowaniem bzdetów w rodzaju „ Nr 16 produkuje” czy „ Pamiątka z celulozy”. No ale za to otrzymywało się mieszkania, nagrody stalinowskie czy też leninowskie ( ważne, że były wysokie) i wysokie nakłady książek, które potem zapełniały składnice makulatury. Namaszczeni przez PZPR i Urząd Cenzury spłacali najpierw swój dług wobec mecenatu komunistycznego państwa donosami i produkcyjniakami, a potem przerzucili się czy zostali przerzuceni na front opozycji.

Socjalizm z ludzką twarzą powinien przecież mieć następcę w liberalizmie czy kapitalizmie z ludzką twarzą A publika miała śledzić w napięciu kolejne stadia brzydkiej choroby twórców jaką było kolaborowanie ze stalinizmem. Kolejne metamorfozy Konwickiego, Woroszylskiego czy Kołakowskiego i ich rozstawanie się z marksizmem miało być osią rozważań obywateli i bodźcem do ich przebudzenia z socjalistycznego snu. Ale obywatele mieli w nosie zarówno „ Pamiątki z celulozy” jak I wszystkie „Poematy dla dorosłych”. Stalinowska grupa interesu oblepiła szczelnie kulturę nie czekając na światłe rady Antonio Gramsciego i zostawiła po sobie kulturalną pustynię, plażę na której prym wiodą „Dzyndzylyndzy” i „ Flupy z pi..dy”( przepraszam).

Nie sposób oszacować ile autentycznych talentów zostało zmarnowanych przez rozpychającą się w kulturze do dziś dnia tę grupę i jej progeniturę. Samozwańczo uznających się za artystów, opozycjonistów, wzorce osobowe i Bóg wie jeszcze co. Jak jednak mówi Pismo Święte: „wraca pies do wymiocin swoich”. Środowisko, które wydało człowieka, które go ukształtowało zawsze się odezwie. W chwili wielkiego napięcia emocjonalnego człowiek zaczyna mówić językiem dzieciństwa, wyniesionym z domu. Być może to spotkało Gretkowską. Ale dlaczego my wszyscy mamy to znosić?

Orange tu jest !

Orange tu jest !

Izabela BRODACKA

W pewnej wsi małopolskiej miało miejsce zdarzenie, w które trudno uwierzyć. Do pola rolnika podjechał van, wysiadło z niego kilku panów i bez pytania o zgodę, bez jakiejkolwiek dokumentacji, bez wylegitymowania się czy nawet tylko bez przedstawienia się przeciągnęli kabel światłowodowy na słupach telefonii stacjonarnej i tak utrudniających rolnikowi wjazd na pole maszynami rolniczymi, o ustawienie których to słupów nikt go nie pytał i za korzystanie z jego ziemi nikt mu nie płacił. Twierdzili, że są podwykonawcami spółki Orange lecz nikt nie był w stanie tego sprawdzić. Dodajmy, że były to słupy z kiepskiego drewna, chwiejące się i już w chwili montażu nadgniłe. Szalejące w górach wichury po pewnym czasie zwaliły kilka tych słupów uszkadzając linię przesyłową. Spółka Orange oskarża o uszkodzenie jej własności rolnika, a nie klimat. Natomiast nad prawem własności rolnika nikt się nie pochyla.

To nie jest odosobniony przypadek. Właściciele gruntów skarzą się, że nie jest honorowane w jakikolwiek sposób ich prawo własności. Nikt ich nie pyta o zgodę na zainstalowanie na ich działce urządzeń należących do spółki i nikt nie zamierza im płacić za zajęcie ich terenu.

Warto zastanowić się w jaki sposób spółka Orange znalazła się w Polsce, jak zdobyła takie znaczenie i w jaki sposób przejęła Telekomunikację Polską. Utrata kluczowych dla państwa polskiego przemysłów i struktur organizacyjnych to nie tylko pokłosie reform Balcerowicza i tak zwanej transformacji ustrojowej. Transformacja ustrojowa trwa nieustannie, nadal wyprzedawane są za grosze ważne sektory naszej gospodarki i nadal traktuje się nasz kraj jak kraj Zulu gdzie nie jest honorowane prawo lokalne, ani nawet międzynarodowe, gdzie wystarczy przekupić lokalnych kacyków aby niepodzielnie władać gospodarką i tubylcami a gdy zaczynają się buntować wystarczy napuścić na siebie lokalnych Tutsi i Hutu i będą się zaciekle (choć raczej w przenośni) wyrzynać przez długie lata, zamiast obrócić się przeciwko kolonizatorom.

Warto prześledzić krok po kroku w jaki sposób straciliśmy tak ważną strukturę jak sieć telekomunikacyjną kraju. Oto kluczowe etapy tego wrogiego przejęcia.

Pierwszy etap to lata 2000–2001. Jest nim wejście do Polski France Télécom (przyszłe Orange S.A.). To czasy rządu Jerzego Buzka ( 1997- 2001) czyli koalicji AWS-UW. W 2000 r. Skarb Państwa sprzedaje wówczas 35 % akcji TP S.A. (Telekomunikacji Polskiej) konsorcjum France Télécom i Kulczyk Holding, a w 2001 r. konsorcjum zwiększa swój udział o kolejne 12,5 %. Dzięki temu konsorcjum staje się największym inwestorem instytucjonalnym w TP S.A.

Drugi etap to rok 2005. Wówczas France Télécom staje się głównym udziałowcem PTK Centertel Premierami są wówczas Marek Belka ( 2004-2005) i Kazimierz Marcinkiewicz (2005- 2006). Jest to rząd mniejszościowy PiS.

W 2005 r. France Télécom odkupuje udziały Kulczyk Holding w spółce PTK Centertel, dążąc do pełnej kontroli nad operatorem komórkowym powiązanym z Telekomunikacją Polską.

Trzeci etap przypada na lata 2008–2010. Dochodzi wówczas do całkowitej prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej. Premierem jest Donald Tusk z koalicji PO-PSL ( 2007- 2014)

Prywatyzacja TP S.A. została zakończona w maju 2010 r., gdy Skarb Państwa sprzedał pozostałe akcje w ofercie publicznej, pozostawiając France Télécom (Orange S.A.) jako kontrolującego akcjonariusza z większością akcji.

Czwarty etap zachodzi w 2012 roku. Ma wówczas miejsce – rebranding marki na Orange. Rządzi Donald Tusk w ramach koalicji PO-PSL ( 2007-2014)

16 kwietnia 2012 r. Telekomunikacja Polska S.A. oficjalnie przyjęła markę Orange Polska jako główną markę handlową i korporacyjną, co było efektem wcześniejszej kontroli i strategicznej integracji z francuską grupą Orange.

Piąty i ostatni etap ma miejsce w 2013 gdy dochodzi do formalnego połączenia spółek. Rządzi wówczas Donald Tusk oraz koalicja PO-PSL .

31 grudnia 2013 r. TP S.A. oraz PTK Centertel i Orange Polska sp. z o.o. zostały połączone w jedną spółkę pod nazwą Orange Polska S.A. – to formalne zamknięcie procesu integracji struktur tej grupy w Polsce.

Proponuję krótkie obliczenia. Rząd francuski ma tylko około 13% w Spółce Orange SA lecz dysponuje pakietem kontrolnym. Orange Polska SA kontroluje 56 % struktury telekomunikacyjnej Polski. Pomnożenie tych liczb O,13x 0,56 daje około 0,07 czyli około 7%. Oznacza to, że dysponując 7% udziałów rząd francuski kontroluję polską infrastrukturę telekomunikacyjną. Nic dziwnego, że Spółka Orange traktuje obywateli polskich podobnie jak ludność innych krajów, w których kontroluje sieć telekomunikacyjną.

Są to między innymi Tunezja. Sierra Leone, Senegal, Republika Środkowo Afrykańska. Mauritius, Liberia, Mali, Maroko. Ghana Senegal, . Kamerun, Wybrzeże Kości Słoniowej, Madagaskar, Gwinea.

Minister spraw zagranicznych obecnych rządów Radosław Sikorski, na opublikowanych przez „Wprost” taśmach w rozmowie z byłym ministrem finansów Jackiem Rostowskim, mówi o sojuszu polsko-amerykańskim: „Bullshit kompletny. Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom. Frajerzy, kompletni frajerzy. Mamy bardzo płytką dumę i niską samoocenę .. taką murzyńskość”. Pomijając naruszenie przez dyplomatę zasad politycznej poprawności ( zamiast „murzyńskość” powinien przecież powiedzieć „afroamerykańskość”) i jawny brak dyplomacji być może miał trochę racji. Oczywiście nie w kwestii oceny sojuszu z USA lecz w kwestii trwającej od początków transformacji ustrojowej zgody na przejmowanie kluczowych dla kraju resortów przez obce kapitały i w kwestii zgody na traktowanie obywateli naszego kraju jak obywateli III Świata. Podobnie miał trochę racji, równie jak Sikorski niedyplomatyczny Bartłomiej Sienkiewicz oceniając w 2013 roku państwo polskie jako państwo z tektury które jest -cytując tylko część jego sformułowania- „ ….kamieni kupą”. Bo to państwo godzi się na kolonizację jego przemysłów i struktur i nie chroni swoich obywateli przed pomiataniem nimi.

Bitwa o węgiel, wojna o Polskę.

Bitwa o węgiel

Izabela BRODACKA

Wiele lat temu czekałyśmy z koleżanką na pociąg na dworcu Centralnym w Warszawie. W pewnej chwili usłyszałyśmy komunikat: „opóźnienie pociągu wynosi 30 minut. Opóźnienie może się zwiększyć, zmniejszyć lub ulec zmianie”.

Pamiętam, że zaśmiewałyśmy się z tego idiotyzmu jak nastolatki. Nie przyszedł mi wówczas do głowy słynny cytat z komedii „ Rewizor” Mikołaja Gogola: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”, bo nie przyszło mi do głowy, że za kilkadziesiąt lat usłyszę, że atak zimy z którym nie radzi sobie rząd to przejaw globalnego ocieplenia. Wydawało mi się, że idiotyzm władz i służb z czasów realnego socjalizmu jest jedyny w historii i wręcz niepowtarzalny.

Okazuje się, że idiotyzm naszych obecnych rządzących jest nieporównywalnie większy. Sama słyszałam wywody, że atak zimy jest przejawem zmiany klimatu a zmiana to właśnie ocieplenie, z którym należy walczyć przez zmniejszanie emisji CO2.

Kiedy to piszę kilka tysięcy polskich gospodarstw zostało w konsekwencji ataku zimy i związanymi z nim awariami sieci przesyłowych pozbawionych prądu. Palenie drewnem w kominkach starego typu grozi marznącym ludziom grzywną wysokości 5 tysięcy.

Atak zimy to według idiotów przejaw globalnego ocieplenia, emisję CO2 chcą zmniejszać przeznaczając ogromne tereny na farmy fotowoltaiczne i wycinając w tym celu lasy. A przecież CO2 jest gazem życia bo jest podstawowym surowcem asymilacji. Usunięcie zjawiska asymilacji z programów szkolnych nie zmieni tego faktu. Jeżeli więc chce się zmniejszać jego stężenie w powietrzu trzeba sadzić i pielęgnować jak najwięcej drzew. Wycinanie lasów pod farmy fotowoltaiczne zwiększa stężenie CO2 w powietrzu. Jest więc z punktu widzenia ideologów „płonącej planety” czystym idiotyzmem. Jak poza tym mają działać fotowoltaiczne panele przykryte, jak obecnie, grubą warstwą śniegu?

„Plany rządu III RP w postaci likwidacji energetyki węglowej pod dyktando UE – to gorsze niż zbrodnia. To błąd”- pisze w 2020 roku w swoim kompendium wiedzy o energetyce dedykowanym Konfederacji nie żyjący już niestety pan mgr inż. Marek Zadrożniak. Pan Zadrożniak uważał Konfederację za jedyną siłę zdolną przeciwstawić się szaleństwu jakim jest cytuję: „likwidowanie „do gołej ziemi” polskiej energetyki węglowej (węgiel kamienny i brunatny), która na dziś ( to znaczy w 2020 roku) stanowi 86 % polskich Elektrowni Zawodowych (36 674 MW w 2019 r.)”.

Głupota i wręcz szaleństwo władz ( nie tylko obecnych) sprowadza się do tego, że kluczowe decyzje dotyczące energetyki podejmują politycy, najczęściej z wykształcenia humaniści, nie mający pojęcia o technice. Natomiast nie potrafią oni i nie chcą korzystać z pomocy specjalistów tej klasy jak pan Marek Zadrożniak.

Zlikwidowanie energetyki węglowej miało być według planów rządu realizowane przez pozostawienie w 2035 r. tylko 3 163 MW ( megawatów) mocy osiągalnej z elektrowni węglowych, przy obecnie istniejącej mocy równej 31 541 MW i przy prognozach zapotrzebowania na moc w roku 2035 ocenianych na 39 285 MW. „Skąd rządzący wezmą w roku 2035 brakujące 36 122 MW mając do dyspozycji jedynie 3 163 MW mocy osiągalnej z węgla kamiennego i brunatnego?– pyta Zadrożniak.

Zgodnie z przedstawionym publicznie rządowym projektem polityki energetycznej Polski do 2040 roku, w 2030 roku w Polsce miały pozostać tylko dwie-trzy kopalnie energetycznego węgla kamiennego, a jak 7 września 2020 oświadczył ówczesny minister klimatu Michał Kurtyka, nowy system energetyczny miał opierać się na klastrach i spółdzielniach energetycznych. Michał Kurtyka absolwent prestiżowej paryskiej École polytechnique  oraz SGH stopień doktora uzyskał za pracę na temat transformacji polskiego systemu energetycznego. Nie ma co ukrywać, że do energetyki miał raczej podejście ekonomiczne. Klastry i spółdzielnie energetyczne to typowe idée fixe humanisty które inżynier Zadrożniak uważał za brednie.

Pan Zadrożniak porównuje likwidację polskiej energetyki zagrażającą bytowi państwa polskiego z „ bitwą o handel” przeprowadzaną przez Hilarego Minca w latach 1947-1949, której celem było zlikwidowanie prywatnej przedsiębiorczości czyli tak zwanej „ prywatnej inicjatywy”. Przez analogię likwidację polskiej energetyki Zadrożniak nazywa „ bitwą o węgiel” dzięki której pozostałoby Polakom jedynie 3 163 MW mocy osiągalnej z elektrowni węglowych, przy obecnie istniejącej mocy równej 31 541 MW.

Trzeba zrozumieć, że te plany doprowadzą do zniszczenia życia całego regionu śląskiego, w którym z węgla żyje bezpośrednio nawet do 83 tys. górników (2019 r.). Tymczasem jak pisze Zadrożniak za 60 mld zł przeznaczonych na planowaną transformację można by wybudować 10 supernowoczesnych bloków węglowych o sprawności 48,9 % / 45,6 % i mocy 1075 MW każdy (jak blok 11 w Kozienicach), które przez kolejne 40 – 50 i więcej lat produkowałyby niezbędną do życia Polakom energię elektryczną. Stare, 40 letnie, wyeksploatowane bloki, mają sprawność tylko około 30 % i niewątpliwie powinny być zastąpione nowymi.

Polska pozbawiona własnych źródeł energii będzie zmuszona kupować drogą energię od Niemiec.

Po to jest – już w końcowej fazie – budowana trzecia, dwutorowa linia przesyłowa 400 kV w kierunku Niemiec ( choć według oficjalnych deklaracji linia ta ma przesyłać do Polski prąd z farm wiatrowych na Bałtyku) zaś czwarta linia Eisenhüttenstadt–Baczyna – ma być zbudowana po 2030 roku, co w sumie da możliwości przesyłowe na poziomie mocy stanowiącej więcej niż połowę obecnego polskiego zapotrzebowania. W tym samym zapewne celu – twierdzi autor – zlikwidowano supernowoczesny blok węglowy 1000 MW Ostrołęka, który kosztował do chwili przerwania budowy 1 310 mln zł. Natomiast Niemcy jak wiadomo bezceremonialnie wracają w energetyce do węgla zarówno kamiennego jak i brunatnego.

Starałam się przybliżyć Państwu poglądy wybitnego fachowca pana Marka Zadrożniaka nie tylko dla jego pamięci, lecz dla powstrzymania tragicznej w skutkach i nieracjonalnej reformy energetycznej oraz szaleństwa ideologii „ zielonego ładu”.