Ponad co piąta osoba w Polsce „pracuje dla państwa”

Ile osób pracuje dla państwa?

Ile osób pracuje dla państwa?

10.09.2024, https://poinformowani.pl/artykul/68206-ile-osob-pracuje-dla-panstwa

    Polska wyróżnia się na tle innych krajów Unii Europejskiej pod względem zatrudnienia w sektorze publicznym. Z najnowszych danych wynika, że w instytucjach państwowych pracuje około 3,5 miliona Polaków, co stanowi znaczną część rynku pracy. Ten wysoki udział budzi wiele pytań o efektywność działania sektora publicznego i jego wpływ na gospodarkę.

    Duży odsetek zatrudnionych w sektorze publicznym

    Polska jest jednym z krajów, w których udział osób pracujących dla państwa jest wyjątkowo wysoki. Według raportu przygotowanego przez Fundację Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), w sektorze publicznym zatrudnionych jest około 21,6% (wg innych danych 23.6%) wszystkich pracujących.

    To oznacza, że ponad co piąta osoba w Polsce wykonuje pracę w instytucji publicznej, co czyni nasz kraj jednym z europejskich liderów w tej dziedzinie. Dla porównania, w Niemczech czy Hiszpanii ten odsetek wynosi około 15%, natomiast w Danii, która przoduje w Europie, aż 35%.

    Dla porównania w Japonii dla sektora publicznego pracuje 7,7% wszystkich pracujących, a w USA 13,4%.

    Kto pracuje dla państwa?

    Pracownicy sektora publicznego w Polsce obejmują szeroką grupę zawodową – od administracji publicznej, przez służby mundurowe, aż po edukację i służbę zdrowia. Najwięcej osób zatrudnionych jest w administracji publicznej, wojsku, policji oraz w ZUS-ie. 

    Edukacja i służba zdrowia 

    Jednym z sektorów, który budzi szczególne wątpliwości ekspertów, jest edukacja. Mimo że liczba uczniów w Polsce od lat systematycznie spada, zatrudnienie w tym sektorze utrzymuje się na stałym poziomie. Zdaniem Aleksandra Łaszka, takie zjawisko może być nieefektywne i wymaga reform. Podobne obawy pojawiają się w kontekście służby zdrowia, gdzie pracuje około pół miliona osób. Mimo rosnącej liczby prywatnych placówek medycznych, sektor publiczny pozostaje jednym z największych pracodawców.

    Przemysł również pod kontrolą państwa

    Państwo odgrywa również istotną rolę w przemyśle, zatrudniając znaczącą liczbę pracowników w kluczowych sektorach. W górnictwie, które jest silnie uzależnione od polityki państwowej, pracuje ponad 120 tysięcy osób. Pomimo rosnących kosztów i spadającej rentowności, ta branża pozostaje jedną z kluczowych gałęzi gospodarki publicznej. W innych sektorach, takich jak przetwórstwo, transport czy energetyka, państwo także ma duży udział – zatrudniając odpowiednio około 90 tysięcy, 270 tysięcy i 110 tysięcy osób.

    Wynagrodzenia w sektorze publicznym

    Jednym z czynników, które przyciągają pracowników do sektora publicznego, są stosunkowo wysokie wynagrodzenia. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze publicznym jest średnio o 30% wyższe niż w sektorze prywatnym, co czyni pracę dla państwa atrakcyjną dla wielu osób. Niektórzy eksperci zauważają jednak, że różnica ta może wynikać z bardziej ustabilizowanego zatrudnienia i przywilejów pracowniczych, a niekoniecznie z efektywności czy produktywności.

    Jak zwiększyć efektywność?

    Pomimo dużej liczby osób pracujących dla państwa, efektywność sektora publicznego w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Z raportów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, że w ciągu najbliższej dekady polskie PKB mogłoby wzrosnąć nawet o 17 punktów procentowych, gdyby podjęto odpowiednie reformy mające na celu zwiększenie wydajności administracji publicznej. Eksperci zwracają uwagę, że jednym z problemów jest brak elastyczności oraz niski poziom cyfryzacji, co ogranicza możliwości szybkiej modernizacji.

    Zatrudnienie w sektorze publicznym w Polsce jest na jednym z najwyższych poziomów w Europie, co stawia nasz kraj w gronie liderów pod względem liczby osób pracujących dla państwa. Choć sektor publiczny oferuje stabilne zatrudnienie i relatywnie wysokie wynagrodzenia, problemem pozostaje jego efektywność. Reformy zmierzające do poprawy wydajności, zwłaszcza w edukacji i służbie zdrowia, mogłyby w znaczący sposób wpłynąć na rozwój gospodarczy kraju.

    Dzielne dziecko uciekło z edukacji zdrowotnej. Do toalety, skąd płacząc zadzwoniło do rodziców o ratunek. „Grooming” w szkole!!

    RatujŻycie.pl

    Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

    Było to w ostatni wtorek w mieście w województwie pomorskim. Jedenastoletni Jaś (imię zmienione na prośbę rodziców) wyszedł z sali lekcyjnej pod pretekstem skorzystania z toalety. W szkolnej łazience wyjął telefon i zadzwonił do rodziców. 

    Zaalarmował ich, że właśnie zaczęła się lekcja edukacji zdrowotnej, a dyrektor i nauczyciel zmusili go do pójścia na zajęcia, choć wcześniej rodzice złożyli oświadczenie o rezygnacji z EZ. Jaś mówił półgłosem, aby nikt go nie podsłuchał, był zdenerwowany, szukał pomocy u mamy i taty.

    Ojciec chłopca natychmiast wsiadł w samochód i pojechał do szkoły z interwencją, a matka skontaktowała się z Fundacją Życie i Rodzina z pytaniem, co robić. Szkoła złamała prawo, a dziecko zostało narażone na wysłuchiwanie treści, na które rodzice nie wyrazili zgody.

    Ponadto placówka naraziła dziecko na znaczny stres w sytuacji, w której nigdy nie powinno się znaleźć. Jaś płakał, a nauczyciel edukacji zdrowotnej zawstydzał go przed całą klasą.

    Fundacja udzieliła już rodzinie Jasia pierwszych instrukcji i przedstawiła możliwe opcje działania, w tym interwencji prawnej, którą zaoferowaliśmy. Pozostajemy w kontakcie z rodzicami chłopca, poinstruowaliśmy także, co na przyszłość robić w podobnej sytuacji.

    Wspieram

    Dyrekcja wspomnianej szkoły ubzdurała sobie, że rezygnację z edukacji zdrowotnej można złożyć dopiero we wrześniu i to dopiero po zebraniu, na którym zostanie rodzicom przedstawiony program nauczania przedmiotu. Do tego czasu wszystkie dzieci traktuje jako zapisane na EZ i nie mogą one opuścić zajęć. A kiedy ma być zebranie? W drugiej połowie miesiąca… Jaki to sprytny plan, by jak najwięcej uczniów zostało poddane lewackiemu praniu mózgu – chociaż przez pierwsze tygodnie roku szkolnego.

    To nie jedyna niebezpieczna sytuacja, do jakiej doszło w ostatnich dniach w polskich szkołach.

    Otrzymuję informacje, że niektóre placówki nie przyjmują rezygnacji w formie oświadczeń rodzicielskich. Twierdzą, że ważna rezygnacja może być złożona jedynie na dokumentach, które sami podsuną. Część szkół produkuje własne formularze, ale spotkałam się także z co najmniej kilkunastoma sygnałami, że dyrektorzy czekają na formularz z Ministerstwa Edukacji Narodowej. Twierdzą, że tylko na arkuszach z MEN rezygnacja ma moc prawną. Na pytanie, kiedy ministerstwo dostarczy arkusze, padała odpowiedź: nie wiemy, pewnie przed 25 wrześniaTo próba złamania sumień rodziców i zmuszenia dzieci do uczestnictwa w demoralizujących lekcjach.

    Wspieram

    Poprosiłam zespół prawny Fundacji o dokładną analizę przepisów i dzielę się z Panem następującymi informacjami:

    – Dyrektorzy nie mają prawa wymagać złożenia rezygnacji z EZ wyłącznie na formularzu, który sami stworzą. Brak jest podstawy prawnej dla takiej praktyki.

    – Tym bardziej nie mają prawa nakazywać, aby czekać na formularze, które miałoby wyprodukować ministerstwo lub kuratorium oświaty. 

    – Nie istnieje żaden akt prawny, który by zawierał wzornik rezygnacji z edukacji zdrowotnej. Przepisy nakazują jedynie złożyć oświadczenie w formie pisemnej – rodzice za uczniów niepełnoletnich, uczniowie pełnoletni osobiście.

    – Rozporządzenie MEN mówi o terminie granicznym 25 września 2025 r., jednak nie podaje początku terminu. Rezygnacje złożone przed 1 września są skuteczne. Można je ponowić po rozpoczęciu roku, ale nie jest to niezbędne.

    – Szkoła nie może odmówić przyjęcia rezygnacji. Dyrektor szkoły jest organem administracji publicznej i jako taki nie może odmówić przyjęcia żadnego pisma. Ma je przyjąć, odnotować w dzienniku korespondencji i poświadczyć wpływ na kopii. Jeśli pracownik sekretariatu uporczywie odmawia przyjęcia pisma, można wysłać je listem poleconym za potwierdzeniem odbioru. Najlepiej poprosić potem o poświadczenie, że takie pismo wpłynęło pocztą.

    – W razie problemów dobrze jest zgłosić sprawę do organu prowadzącego szkołę (wójt, burmistrz, prezydent miasta itp.).

    Wspieram

    Szanowny Panie,

    Wprowadzając na siłę edukację zdrowotną Barbara Nowacka twierdzi, że chce nauczyć dzieci, jak obronić się przed niekorzystnymi zjawiskami. Wymienia m.in. tzw. grooming. Ten neologizm oznacza działania podejmowane w celu pozyskania dziecka, nawiązania z nim relacji, aby następnie wykorzystać dziecko (najczęściej seksualnie).

    To, co wydarzyło się w szkole na Pomorzu, to był właśnie grooming połączony z wykorzystaniem relacji podległości uczeń – nauczyciel.

    Mały Jaś obronił się przed wykorzystaniem bo miał zaufanie do rodziców i u nich szukał wsparcia. Bo to najbliższa rodzina jest dla dziecka źródłem bezpieczeństwa, a nie nauczyciel z pasją instruujący dzieci o różnorodnościach seksualnych, tolerancji dla LGBT i aborcji.

    W chwili obecnej MEN stosuje grooming systemowo wobec dzieci w szkołach, a także usypia czujność rodziców, aby tym łatwiej dostać dzieci do rąk – choćby na ten jeden rok – i następnie potraktować je treściami, które często wyczerpują definicję pornografii.

    Nie dajmy niszczyć polskich dzieci.

    Raz jeszcze podaję link do oświadczenia o rezygnacji z edukacji zdrowotnej: 

    https://ratujzycie.pl/wp-content/uploads/2025/08/rezygnacja-z-edukacji-zdrowotnej-oswiadczenie.pdf.

    Z wyrazami szacunku i serdecznymi pozdrowieniami,

    Kaja GodekKaja Godek
    Fundacja Życie i Rodzina
    www.RatujZycie.pl

    PS – W ostatnich dniach do Fundacji zgłaszają się setki zaniepokojonych rodziców. Możemy im pomagać dzięki naszym Darczyńcom – dziękuję za każde wsparcie, jakiego Pan udziela w tym gorącym czasie. 

    WSPIERAM

    NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
    NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
    TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
    DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
    IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
    KOD SWIFT: BIGBPLPW

    MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM:

     https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

    RatujŻycie.pl

    Unia Europejska upada na własne życzenie – kryzys dobrobytu czy celowy sabotaż?

    Unia Europejska upada na własne życzenie

    – kryzys dobrobytu czy celowy sabotaż?

    https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/unia-europejska-upada-na-wlasne-zyczenie-kryzys-dobrobytu-czy-celowy-sabotaz


    Europa stoi na krawędzi gospodarczego kryzysu, którego skutki najboleśniej odczują zwykli obywatele. Elity polityczne podejmują decyzje, które na pierwszy rzut oka wydają się irracjonalne, a które budzą pytania o prawdziwe motywacje stojące za kolejnymi pakietami klimatycznego szaleństwa, oszczędności, sankcji i cięć socjalnych.

    We Francji, premier François Bayrou stoi w obliczu politycznego końca, próbując przepchnąć drastyczny pakiet oszczędnościowy o wartości 44 miliardów euro. Plan zakłada zamrożenie świadczeń socjalnych i emerytur na poziomie z 2025 roku oraz likwidację dwóch świąt narodowych, w tym symbolicznego Poniedziałku Wielkanocnego i Dnia Zwycięstwa (8 maja). Bayrou ostrzega, że „kraj jest w niebezpieczeństwie z powodu nadmiernego zadłużenia”, ale jednocześnie francuski rząd kontynuuje wysyłanie miliardów euro pomocy wojskowej do Ukrainy.

    „Nasz kraj jest zagrożony, ponieważ istnieje ryzyko nadmiernego zadłużenia” – mówił Bayrou na konferencji prasowej, ostrzegając, że Francja znajduje się w „momencie prawdy” dotyczącym swojej sytuacji finansowej. Tymczasem sondaże pokazują, że większość Francuzów sprzeciwia się tym cięciom, a opozycja od skrajnej prawicy po lewicę zjednoczyła się przeciwko premierowi, zapowiadając głosowanie nad wotum nieufności 8 września.

    Podobna sytuacja ma miejsce w Niemczech, gdzie kanclerz Friedrich Merz ogłosił, że niemiecka gospodarka nie jest już w stanie utrzymać obecnego poziomu świadczeń socjalnych. „System opieki społecznej w jego obecnym kształcie wyczerpał swoje możliwości” – stwierdził Merz, wskazując na rekordowe 47 miliardów euro wydane na świadczenia socjalne w 2024 roku.

    Merz koncentruje się na migrantach jako głównym obciążeniu systemu, twierdząc, że stanowią oni nieproporcjonalnie dużą część beneficjentów pomocy społecznej w porównaniu do ich udziału w populacji. Jednocześnie Niemcy zmniejszają pomoc dla Ukrainy o 4 miliardy euro, wdrażając jednocześnie cięcia krajowe o wartości 11 miliardów euro.

    Najbardziej dalekosiężną przyczyną obecnych problemów gospodarczych Europy jest jednak przyjęcie przez Unię Europejską programu tzw. Zielonego Ładu, który w praktyce okazuje się być kosztownym eksperymentem ideologicznym. Restrykcyjne regulacje środowiskowe i wysokie koszty energii zmuszają europejskie przedsiębiorstwa do przenoszenia produkcji poza kontynent, prowadząc do deindustrializacji Europy. Proces ten, zamiast redukować globalne emisje, jedynie przesuwa je do krajów o niższych standardach środowiskowych, jednocześnie pozbawiając Europę miejsc pracy i dochodów.

    Polityka klimatyczna UE przyczynia się bezpośrednio do eksplozji cen energii, co z kolei obniża konkurencyjność europejskiego przemysłu. Ceny energii elektrycznej w UE stale rosły po 2021 roku (z wyjątkiem krótkiego spadku w drugiej połowie 2023 r.), osiągając rekordowy poziom 0,2937 euro za kWh w pierwszej połowie 2023 roku.  Te ceny są wielokrotnie wyższe niż w innych częściach świata, co bezpośrednio przekłada się na utratę konkurencyjności europejskiego przemysłu.

    Zielony Ład, zakładający osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku, staje się de facto programem deindustrializacji kontynentu. Masowe zamykanie fabryk i zakładów przemysłowych nieuchronnie prowadzi do gwałtownego wzrostu bezrobocia. Miliony pracowników, szczególnie w regionach silnie uzależnionych od przemysłu ciężkiego, mogą znaleźć się bez perspektyw na godne życie.  Scenariusz ten niepokojąco przypomina sytuację z okresu transformacji postkomunistycznej, kiedy to całe społeczności popadły w nędzę po zamknięciu nierentownych państwowych zakładów.

    Najbardziej zastanawiające są jednak konsekwencje unijnych sankcji wobec Rosji. Pomimo wprowadzenia już 18 pakietów sankcji, ostatni przyjęty w lipcu 2025 roku, efekty tych działań wydają się odwrotne od zamierzonych. Sankcje miały osłabić gospodarkę rosyjską, tymczasem doprowadziły do paradoksalnej sytuacji, w której Europa płaci więcej za te same surowce energetyczne, tylko że poprzez pośredników.

    Zamiast kupować rosyjski gaz bezpośrednio za 1 euro, Europejczycy nabywają ten sam rosyjski gaz przez pośredników z Indii i Turcji za 4 euro. Dodatkowe 3 euro zasila rosyjskie zyski i prowizje pośredników, podczas gdy europejscy obywatele płacą czterokrotnie wyższe rachunki za energię. W efekcie, mimo sankcji, przychody Rosji z eksportu paliw kopalnych nadal są ogromne – w trzecim roku wojny osiągnęły 242 miliardy euro.

    Chiny (78 miliardów euro), Indie (49 miliardów euro) i Turcja (34 miliardy euro) odpowiadają za 74% całkowitych przychodów Rosji z eksportu paliw kopalnych. Wartość importu Indii i Turcji wzrosła rok do roku odpowiednio o 8% i 6%. Te kraje następnie odsprzedają przetworzone produkty naftowe do Europy, generując dodatkowe przychody podatkowe dla Rosji.

    Równocześnie Europa proklamuje “niezależność energetyczną”, stając się całkowicie zależną od amerykańskiego LNG, które kosztuje cztery razy więcej niż rosyjski gaz. Europejska gospodarka płaci cenę tej polityki – ceny energii są pięciokrotnie wyższe niż w Stanach Zjednoczonych, co prowadzi do ucieczki przemysłu do Chin i USA. Europejska de-industrializacja postępuje, podczas gdy przedstawiciele Brukseli mówią o moralnej wyższości.

    Analizując obecną sytuację, należy zadać fundamentalne pytanie: czy decydenci europejscy są po prostu nieudolnymi idealistami, czy też działają w czyimś interesie? Istnieją przesłanki sugerujące, że obecna polityka UE może być wynikiem jednej z dwóch możliwości.

    Pierwsza hipoteza wskazuje na skrajny ideologiczny dogmatyzm, gdzie celem jest wdrożenie utopijnej wizji “zielonej gospodarki” bez względu na koszty społeczne i ekonomiczne. Według szacunków Institut Rousseau w raporcie “The Road to Net Zero”, osiągnięcie zeroemisyjności UE do 2050 r. ma kosztować 40 bln euro, co w przeliczeniu daje około 32 tys. zł rocznie na każdego pracującego Europejczyka.  Te koszty są nakładane na europejskie społeczeństwa mimo rosnącego sprzeciwu obywateli.

    Druga hipoteza sugeruje, że może chodzić o celowe osłabianie konkurencyjności europejskiej gospodarki na korzyść mocarstw zewnętrznych, przede wszystkim Chin. Jak wskazują niektórzy komentatorzy, “projekt podporządkowania wszystkich państw i narodów UE niedorzeczności nazywanej Zielonym Ładem, okazał się – w konsekwencji – projektem postępującego podporządkowywania ich Chinom”.  Podczas gdy Europa dobrowolnie rezygnuje ze swojego potencjału przemysłowego, Chiny systematycznie zwiększają swoją dominację w globalnych łańcuchach dostaw.

    Sytuacja demograficzna i migracyjna dodatkowo komplikuje obraz. System opieki społecznej przyciąga więcej beneficjentów niż płatników, tworząc matematycznie niemożliwy do utrzymania układ. W Niemczech do 2050 roku na każdego emeryta przypadać będzie zaledwie 1,3 pracownika. Jednak kwestionowanie tej arytmetyki szybko spotyka się z oskarżeniami o rasizm.

    Najbardziej szokujący jest jednak kontrast między cięciami krajowymi a pomocą zagraniczną. Europa wdraża programy oszczędnościowe o wartości 100 miliardów euro rocznie, jednocześnie wysyłając 162 miliardy euro pomocy dla Ukrainy. Europejczycy ograniczają własne wydatki, aby finansować zagraniczne działania wojenne, którym większość z nich się sprzeciwia.

    Sondaże ujawniają skalę problemu: 61% Europejczyków uważa, że ich kraje zmierzają w złym kierunku, a ich przedstawiciele zdają się ignorować te głosy. Tymczasem 93,3 miliona Europejczyków stoi w obliczu ubóstwa, koszty mieszkań gwałtownie wzrosły, inflacja żywności pozostaje dotkliwa, a rachunki za energię niszczą konkurencyjność przemysłową.

    Projekt europejski przekształcił się w kontynentalny pakt samobójczy przebrany za moralne przywództwo. Europejscy przywódcy są tak zaangażowani w moralizatorstwo, że wolą doprowadzić do bankructwa własnych obywateli niż przyznać, że ich polityka jest matematycznie niemożliwa do utrzymania.

    Historia będzie z niedowierzaniem patrzyć na to, jak europejscy liderzy przekształcili najbogatszy kontynent w przestrogę przed niebezpieczeństwami moralnej pozy kosztem praktycznego zarządzania. Osiągnęli niemożliwe: zubożenie europejskich obywateli przy jednoczesnym wzbogaceniu swoich wrogów, gratulując sobie przy tym swojej etycznej wyższości.

    Cyrk trwa, namiot płonie, a europejscy podatnicy nadal kupują bilety na własne zubożenie.

    Źródła:

    https://www.france24.com/en/france/20250825-french-pm-bayrou-vote-of-co…
    https://www.cnbc.com/2025/08/26/french-pm-takes-confidence-vote-gamble-…
    https://peoplesdispatch.org/2025/08/27/will-another-french-prime-minist…
    https://www.naturalnews.com/2025-08-27-merz-warns-welfare-state-no-long…
    https://energyandcleanair.org/publication/eu-imports-of-russian-fossil-…
    https://foreignpolicy.com/2025/01/03/europe-russia-ukraine-war-energy-i…

    Masakra w katolickiej szkole w Minneapolis. Transpłciowy napastnik otworzył ogień do dzieci podczas Mszy Świętej

    Masakra w katolickiej szkole w Minneapolis. Transpłciowy napastnik otworzył ogień do dzieci podczas Mszy Świętej

    Masakra w katolickiej szkole w Minneapolis. Transpłciowy napastnik otworzył ogień do dzieci podczas Mszy Świętej

    Rafał Topolski 03/09/2025 polskakatolicka/masakra-w-katolickiej-szkole-w-minneapolis-transplciowy-napastnik-otworzyl-ogien-do-dzieci-podczas-mszy-swietej

    Atak na katolicką szkołę

    W czwartek, 28 sierpnia 2025 roku, w katolickiej szkole Zwiastowania NMP w Minneapolis w Stanach Zjednoczonych rozegrała się tragedia. Podczas szkolnej Mszy Świętej, w której uczestniczyli uczniowie od zerówki po ósmą klasę, uzbrojony napastnik otworzył ogień do wnętrza kościoła. Zablokował drzwi, uniemożliwiając ucieczkę wiernym.

    Według oficjalnych danych, zginęło dwoje dzieci, a osiemnaście osób zostało rannych. Policja potwierdziła, że sprawca działał sam, a po dokonaniu masakry odebrał sobie życie.

    Komendant policji w Minneapolis, Brian O’Hara, określił atak jako „celowe działanie wymierzone w niewinne dzieci i wiernych”.

    Kim był sprawca?

    Napastnikiem okazał się 22-letni Robert Westman, który kilka lat wcześniej przeszedł proces tranzycji i posługiwał się imieniem Robin. Według akt sądowych, do 2020 roku używał jeszcze imienia Robert. Jako nastolatek otrzymał zgodę rodziców na rozpoczęcie tranzycji, jednak w pozostawionym manifeście pisał, że żałuje tej decyzji i czuje się ofiarą ideologicznej indoktrynacji.

    Na kilka godzin przed zamachem Westman opublikował w internecie 11-minutowe nagranie, w którym prezentował swój arsenał broni oraz wygłaszał przesłanie pełne szyderstw i nienawiści. Kopie nagrania krążą w sieci, choć oryginał został szybko usunięty przez platformy społecznościowe.

    Nienawistne symbole i manifest

    Broń i magazynki, których używał sprawca, były oznaczone wulgarnymi hasłami i odniesieniami do religii chrześcijańskiej. Widniały na nich m.in. napisy:

    • „Gdzie jest twój Bóg?”,
    • „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy” – słowa Chrystusa z Ostatniej Wieczerzy,
    • „Zabij Trumpa”,
    • satanistyczne symbole i „666”.

    Na jednym z karabinów pojawiło się pytanie „Wierzysz w Boga?”, co stanowiło nawiązanie do masakry w Columbine z 1999 roku.

    W manifeście Westman pisał o nienawiści do chrześcijaństwa oraz o swoim planie zakończenia życia samobójstwem po dokonaniu masakry. 

    Reakcje i kontrowersje

    Świadkowie tragedii relacjonowali dramatyczne sceny rodziców wybiegających z dziećmi z kościoła. Wiele osób odniosło rany fizyczne i psychiczne, a całe społeczności katolickie w Minneapolis pogrążyły się w żałobie.

    Burmistrz miasta, podczas wystąpienia przed kościołem, apelował o działania polityczne zamiast modlitw, co wywołało ogromne kontrowersje i oburzenie wśród wiernych.

    Tymczasem media głównego nurtu w USA i Europie, relacjonując wydarzenia, w dużej mierze pomijały kwestię ideologicznych motywów sprawcy, koncentrując się na problemie dostępu do broni.

    Nienawiść do chrześcijaństwa jako motyw przewodni

    Choć część komentatorów twierdzi, że Westman nie miał wyraźnego motywu, analiza jego manifestu oraz symboli wskazuje na głęboką wrogość wobec chrześcijaństwa i wartości religijnych.

    Wideo opublikowane przez Westmana w mediach społecznościowych daje jasny obraz. Widzimy na nim wizerunek naszego Pana Jezusa Chrystusa w koronie cierniowej, przyklejonego taśmą do celu na strzelnicy.

    Szyderstwa z Eucharystii, cytaty z masakry w Columbine, satanistyczne znaki oraz wyraźne deklaracje ideologiczne pokazują spójną linię nienawiści.

    Ta masakra stała się kolejnym dramatycznym dowodem na to, że kryzys tożsamości, radykalna fałszywa ideologia i problemy psychiczne mogą prowadzić do aktów przemocy wobec bezbronnych ludzi.

    Tragiczne konsekwencje

    Na miejscu zginęło dwoje dzieci, a kilkanaście osób walczy o życie w szpitalach. Setki uczniów i rodziców będą przez lata mierzyć się z traumą po tym wydarzeniu.

    Społeczność katolicka w Minneapolis pogrążona jest w żałobie i modlitwie. Rodziny ofiar proszą o wsparcie duchowe i psychologiczne.

    Masakra w katolickiej szkole w Stanach Zjednoczonych to kolejny bolesny przykład, jak nienawiść i ideologiczne zaślepienie mogą przerodzić się w tragedię. Społeczeństwo amerykańskie staje dziś przed pytaniem, jak skutecznie chronić dzieci i wspólnoty religijne przed podobnymi aktami przemocy w przyszłości.

    Ludzie z tzw. „śmiercią mózgową” są wykorzystywani jako szczury laboratoryjne do przeszczepów narządów zwierzęcych poddanych edycji genów

    Ludzie z tzw. „śmiercią mózgową” są wykorzystywani jako szczury laboratoryjne do przeszczepów narządów zwierzęcych poddanych edycji genów

    Data: 2 settembre 2025Author: Uczta Baltazara babylonianempire/ludzie-z-tzw-smiercia-mozgowa-sa-wykorzystywani-jako-szczury

    Przypomnijmy najpierw:

    Oto, w jaki sposób osobom pobierającym organy udaje się doprowadzić pacjentów do „śmierci mózgowej”

    Najpierw lekarze zatrzymują pracę serca, następnie odcinają dopływ krwi do mózgu, aby doprowadzić do „śmierci mózgowej”, a następnie ponownie uruchamiają serce w klatce piersiowej, aby upewnić się, że jest w dobrym stanie i można je wszczepić komuś innemu.

    ==========================================================

    Podczas niekończącego się poszukiwania zdolnych do życia narządów, lekarze znaleźli nowy, makabryczny sposób na ominięcie zarówno kryteriów śmierci mózgu, jak i śmierci krążeniowej: normotermiczną perfuzję regionalną, w skrócie NRP.

    Ośrodki transplantacyjne w całym kraju odłączają od aparatury podtrzymującej życie osoby, które podpisały zakaz reanimacji (DNR), czekają na zatrzymanie akcji serca, a następnie natychmiast odcinają dopływ krwi do mózgu, aby celowo doprowadzić do jego śmierci. Następnie ich organy są reanimowane, ale dana osoba nie budzi się, ponieważ krążenie w jej mózgu zostało odcięte.

    W ten sposób, za pomocą oszustwa, spełnia się zasadę martwego dawcy i wymogi prawne Uniform Determination of Death Act (UDDA).

    Najpierw pacjent zostaje uznany za zmarłego zgodnie z kryterium śmierci krążeniowej UDDA. Następnie, ponieważ lekarze planują ponownie uruchomić serce pacjenta, celowo powodują śmierć mózgu pacjenta, aby teraz byli prawnie objęci klauzulą śmierci mózgu UDDA. Protokół procedury NRP z University of Nebraska stwierdza: “Początkowy etap podwiązania naczyń krwionośnych do głowy jest konieczny, aby zapewnić, że przepływ krwi do mózgu nie nastąpi. Gdy przepływ krwi do serca zostanie ustanowiony, serce zacznie bić”.

    Jak bardzo martwy jesteś, jeśli lekarze mogą ponownie uruchomić twoje serce w twojej klatce piersiowej? – https://www.lifesitenews.com/opinion/heres-how-organ-harvesters-get-away-with-making-patients-brain-dead/

    ………………………………………….

    Chińczyk uznany za „martwego mózgowo” został wykorzystany do przeszczepu płuc od świni poddanej edycji genów i zmarł po dziewięciu dniach.

    Podobne nieetyczne i niepokojące eksperymenty miały miejsce w Stanach Zjednoczonych.

    Naruszając w niepokojący sposób prawa człowieka, chińscy naukowcy wykorzystali niedawno 39-letniego mężczyznę z „martwym mózgiem” jako żywiciela ksenoprzeszczepu, wszczepiając mu płuco pochodzące od świni poddanej edycji genetycznej. Naukowcy z Chin poinformowali w czasopiśmie Nature Medicine, że mężczyzna pozostawał stabilny hemodynamicznie przez cały czas trwania eksperymentu: „Przez cały okres pooperacyjny dynamiczne parametry fizjologiczne i hemodynamiczne pozostawały stabilne, wskazując na stabilność fizjologiczną i homeostazę biorcy w okresie obserwacji trwającym 216 godzin”.

    Według doniesień prasowych, „martwy” mężczyzna żył przez dziewięć dni, wytwarzając przeciwciała przeciwko obcemu organowi, zanim zmarł:

    “Jednak 24 godziny po przeszczepie płuco wykazywało oznaki gromadzenia się płynu i uszkodzenia, prawdopodobnie początkowo z powodu zapalenia związanego z przeszczepem. Pomimo podawania biorcy silnych leków immunosupresyjnych, przeszczepiony narząd był stopniowo atakowany przez przeciwciała, co z czasem doprowadziło do jego znacznego uszkodzenia.”

    Ilość orwellowskiej dwulicowości w tym opisie jest oszałamiająca. Jak można utrzymać martwego człowieka przy życiu? W jaki sposób martwy człowiek może być na tyle stabilny, aby można go było wykorzystać jako obiekt testowy do wszczepienia organu zwierzęcego? Jak martwy człowiek może produkować przeciwciała? Jak martwy człowiek może umrzeć ponownie po dziewięciu dniach?

    Odpowiedź jest oczywiście taka, że osoby z „martwym mózgiem” nie są martwe. Mają bijące serca, wchłaniają tlen i uwalniają dwutlenek węgla przez płuca, metabolizują składniki odżywcze, eliminują odpady, zwalczają infekcje i odrzucają obce narządy. Zachowują się dokładnie tak, jak przewidywalibyśmy, że zachowywałyby się osoby z uszkodzeniem mózgu i nie ma absolutnie żadnych dowodów na to, że ich dusze odeszły. Ale te neurologicznie uszkodzone osoby zostały przedefiniowane jako martwe w celu legalnego pozyskania ich cennych, zdolnych do życia narządów do przeszczepów. I właśnie dlatego, że „martwi mózgowo” ludzie wciąż żyją i są stabilni (ale zostali pozbawieni praw człowieka), lekarze od lat używają ich jako żywicieli testowych dla ksenoprzeszczepów.

    W przeszłości ksenotransplantacje, czyli przeszczepianie narządów innych gatunków ludziom, kończyły się niepowodzeniem z powodu niezgodności i odrzucenia. W 2022 r. amerykański pacjent jako pierwszy otrzymał genetycznie zmodyfikowany przeszczep serca od świni. Świnia-dawca została poddana usunięciu niektórych genów świni i dodaniu ludzkich genów, aby jej serce było mniej prawdopodobne, że zostanie rozpoznane jako obce przez ludzkiego biorcę. David Bennett Sr. żył 45 dni, zanim najwyraźniej zmarł z powodu świńskiego wirusa, który przedostał się do jego nowego serca.

    W sierpniu 2023 r. dwóch „martwych mózgowo” mężczyzn zostało wykorzystanych jako obiekty testowe, gdy naukowcy z University of Alabama i NYU Langone Transplant Institute chirurgicznie wszczepili genetycznie zmodyfikowane świńskie nerki do ich brzuchów. „Za świadomą zgodą rodziny zmarły otrzymywał wsparcie krążeniowo-oddechowe w warunkach krytycznej opieki przez cały czas trwania badania”. Jeden z tych bezradnych, „martwych mózgowo” mężczyzn był utrzymywany przy życiu jak szczur laboratoryjny przez ponad miesiąc, podczas gdy lekarze badali, jak długo będzie funkcjonować ksenoprzeszczepiona nerka. Pod koniec tych eksperymentów obaj mężczyźni zostali poświęceni do badań patologicznych.

    Eksperymenty trwają nadal. W marcu 2024 roku chińscy naukowcy przeszczepili wątrobę świni z edytowanymi genami do „martwego mózgowo” człowieka. Naukowcy z firmy biotechnologicznej Clonorgan z siedzibą w Chengdu usunęli trzy antygeny świni ze zwierzęcia dawcy za pomocą technologii edycji genów i zastąpili je trzema ludzkimi białkami. Lider zespołu Dou Kefeng powiedział, że ponieważ funkcje wątroby są złożone, wątroby świń poddane edycji genów nie mogą obecnie całkowicie zastąpić wątroby ludzkiej. Eksperyment „zapewnia teoretyczne podstawy i dane wspierające kliniczne zastosowanie ksenotransplantacji” – dodał. Po 10 dniach eksperyment został zakończony, a pacjent został poświęcony, aby można było zbadać wątrobę.

    Czy jesteśmy gotowi powiedzieć dość? A może nasze pragnienia przeważają nad moralnością, gdy rozważamy potencjalne korzyści, jakie mogą przynieść takie eksperymenty? „Śmierć mózgowa” nie jest śmiercią, lecz utylitarnym konstruktem społecznym i fikcją prawną. „Martwi” ludzie wciąż żyją i zasługują na to, by traktować ich jak osoby, a nie jak szczury laboratoryjne.

    INFO: https://www.lifesitenews.com/analysis/brain-dead-people-are-being-used-as-lab-rats-for-gene-edited-animal-organ-transplants/

    Współpraca z pedofilami, kryminalistami, kłamstwa, dewiacje. Oto Kinsey – ojciec rewolucji „edukacji” seksualnej

    2 września 2025

    Współpraca z pedofilami, kłamstwa, dewiacje. Oto Kinsey – ojciec rewolucji „edukacji” seksualnej

    Filip Adamus https://pch24.pl/wspolpraca-z-pedofilami-klamstwa-dewiacja-oto-kinsey-ojciec-rewolucji-seksualnej/

    (Oprac. PCh24.pl)

    Alfred Kinsey to „naukowiec” kluczowy dla rewolucji seksualnej. To na podstawie jego prac oparto nową – liberalną wizję erotyzmu, a ideał cnoty odesłano do lamusa. Jednak wbrew renomie tego badacza, Kinsey z pewnością nie był bezstronnym obserwatorem. Jego „nowoczesna” wizja seksualności nie jest owocem rozumowego badania, a próbą usprawiedliwienia własnych dewiacji i obsesji erotycznych. Swoje przedsięwzięcie Kinsey oparł bowiem w rzeczywistości na manipulacjach i zignorowaniu naukowych standardów. W walce z zasadami moralnymi, którym sam nie potrafił sprostać, posunął się nie tylko do manipulacji, ale również zbrodni. Współpracował z oprawcami dzieci, a przesyłane przez nich materiały wykorzystywał, by przekonywać, że pedofilia jest sama w sobie nieszkodliwa. To nie rozum, a obłęd i dewiacja legły u podstaw zepsucia obyczajów i porzucenia moralności seksualnej.

    Dewiacje i obsesje „bezstronnego badacza”

    Rola Kinsey’owskich badań w odejściu od zakazów sodomii, kultury cnoty i czystości przedmałżeńskiej jest niepodważalna. Amerykańskie periodyki naukowe poświęcone prawu odwoływały się ponad 6 000 razy do jego prac, komentując odchodzenie od ustaw strzegących dobrych obyczajów. Kinsey był zdecydowanym przeciwnikiem takich standardów. Wedle promotorów jego myśli, udowodnił, że seksualność przez tradycyjne normy moralne i religię jest jedynie upośledzana… Pełny rozwój uzyskuje zaś, gdy nie hamuje się przed niczym… Agitował więc za porzuceniem „pruderyjnych” wzorców.

    Agitował? Czy tak w ogóle wolno powiedzieć o – jak chcieliby spadkobiercy Kinseya – „naukowcu” i „badaczu”? Nie tylko można – ale i nie sposób wyrazić się inaczej. Jak bowiem dowodzi ciesząca się międzynarodową sławą dr Judith Reisman, praca specjalisty daleko odbiegała od wymaganej od badaczy bezstronności. O tych wypaczeniach autorytet „rewolucji seksualnej” doskonale wiedział, przestrzegany przez renomowanych naukowców i krytyków. Mimo to nigdy nie skorygował swoich błędów. Obawiał się ich ujawnienia, a w konsekwencji podważenia jego kampanii przeciwko czystości i obyczajowi… Obsesyjnie skonfliktowany z nimi Kinsey nie zamierzał na to pozwolić.

    Ten konflikt spadkobiercy i zwolennicy Kinsey’a długo starali się ukryć. W wielu opisach i notach przedstawia się go jako człowieka przez długi czas stroniącego od aktywności seksualnej, statecznego naukowca. To wizja zupełnie odległa od prawdy. Ma utwierdzać przekonanie, że jego propozycje to owoc refleksji sine ira et studio. Do dziś komentatorzy mają w zwyczaju twierdzić, że zainteresowanie erotyzmem obudziła w zoologu Uniwersytetu Indiana dopiero grupa studentów prosząc go, by przeprowadził na kampusie kurs przedmałżeński…

    Według Judith Reisman, to zręcznie opracowana propaganda. W świetle dostępnej wiedzy o liberalnym seksuologu pozostaje jednak nie do utrzymania. Biografowie Kinseya, a także jego listy czy wspomnienia studentów jeszcze z czasów, gdy wykładał jedynie zoologię, potwierdzają, że Kinsey był nękanym przez seksualne obsesje dewiantem.

    Owe obsesje dały o sobie znać we wczesnych latach jego kariery, przede wszystkim w czasie wyjazdów naukowych ze studentami. Miały one służyć badaniu galasówkowatych. Jednak Alfred Kinsey wykorzystywał te wyprawy również w innym celu… W czasie jednego z takich obozów nawiązał homoseksualną relację z uczącym się pod jego kierunkiem Ralphem Vorisem. Ten ostatni od 1926 roku aż do ostatnich dni prowadził z Kinseyem intymną korespondencję, którą wykładowca starał się zachować w tajemnicy – w swoich pismach nie zwracał się do adresata po imieniu, a tytułował go „Panem mężczyzną”.

    Jak doszło do tego sodomickiego romansu na profesjonalnym, zdawałoby się przecież, wyjeździe? Wiele wyjaśniają relacje innych studentów, którzy mieli wątpliwą przyjemność przebywać z Kinseyem w terenie. Jak wspominało dwóch uczestników wyprawy, starali się oni zachować dystans wobec pracownika akademickiego, który miał „liczne epizody nagości”. W trakcie wyjazdu odbywały się również… sesje grupowego onanizmu. Zdaniem Jamesa Jonesa – przychylnego Kinseyowi biografa– relacje poświadczają, że podczas obozów, w których brał udział jako nauczyciel akademicki, przechadzał się nago między studentami, publicznie oddawał mocz, a także uczestniczył w kąpielach podopiecznych.

    To ekscentryczne zachowanie znacząco różni się od standardu, którego oczekiwano by po pracowniku uniwersyteckim. Z pewnością ekshibicjonizm i gotowość na homoseksualne relacje ze studentami również dziś wydają się jak na te okoliczności niesłychanie ryzykowne. Przed dekadami tym bardziej oznaczały spore ryzyko wizerunkowe. Fakt, że Kinsey nie mógł się im oprzeć dowodzi, że miotały nim seksualne obsesje.

    Wybryki podczas wyjazdów uniwersyteckich czy gromadzenie nudystycznych magazynów pokazują, że w sprawach seksualnych Kinsey pozostawał jak najdalej od chłodnego obiektywizmu… Tym bardziej fałsz tej narracji udowadnia przyjrzenie się „od kuchni” jego pracy nad przełomowymi dla moralności seksualnej książkami Sexual Behaviour in the Human Male oraz Sexual Behaviour in the Human Female.

    Te dwa tomy to opus magnum Kinseya, w których miał on rzekomo dać „naukowe” podwaliny pod program seksualnej emancypacji. Ich rewolucyjna wartość tkwiła w liczbach: autorzy przekonywali, że znakomita większość Amerykanów regularnie oddaje się czynnościom erotycznym zakazanym przez prawo oraz powszechnie uznawanym za niemoralne. Uderzająca częstość dewiacji miała uzasadniać zmianę optyki na ich temat.

    Z kart Kinseyowskich książek czytelnicy dowiedzieć się mogli m.in., że dla przeciętnego mieszkańca USA homoerotyzm to chleb powszedni. Autorzy twierdzili, że ustawy przeciwko sodomii, prostytucji i tym podobnym łamało 95 proc. mężczyzn w USA. Ich zdaniem, 69 procent Amerykanów stale korzystało z usług prostytutek; 45 proc. miało dopuszczać się cudzołóstwa, a od 10 do aż 37 procent przynajmniej raz doświadczyło „orgazmu w stosunku homoseksualnym”. Wreszcie niemal co piąty młody mężczyzna – bo 17 proc. – utrzymywał, wedle Kinseya, erotyczne stosunki ze zwierzętami.

    Ale jak autorzy zdobyli podobną „wiedzę”? Tu właśnie zaczyna się historia manipulacji i zbrodni, jakie wykorzystał Kinsey, by usprawiedliwić również własne skłonności i propagować odłączenie seksualności od religii oraz zasad moralnych.

    Kłamstwo – oręż rewolucji seksualnej

    Podobne dane już na pierwszy rzut oka nakazują przecież ostrożność. Czy naprawdę są reprezentatywne dla amerykańskiego społeczeństwa lat 30-tych i 40-tych? Nawet dziś statystyka przypisująca 17 procentom populacji doświadczenia zoofilskie wydaje się mocno naciągana. Stałe korzystanie niemal 70 proc. społeczeństwa z usług prostytutek czy sugerowana przez Kinseya częstość homoerotyzmu, również trącą przesadą…

    W rzeczywistości wywarcie na czytelnikach przekonania o powszechności tych zjawisk było uprzednio przyjętym, propagandowym celem. Wraz ze swoim zespołem ten „badacz” na każdym kroku odbiegał od wymogów naukowości, by „sprzedać” społeczeństwu tę rewolucyjną agendę…

    Kluczową manipulacją Kinseya było opieranie swoich twierdzeń na zupełnie nieadekwatnej próbie… Wyniki, które następnie „badacze” przełożyli na całe społeczeństwo zbierano w dużej mierze wśród… osadzonych w więzieniach, w tym sprawców przestępstw seksualnych. W sumie niemal 2 000 osób spośród liczącej zdaniem statystyków około 4 000 – 6 000 uczestników próby Kinsey’a, na podstawie której napisano Sexual Behaviour in the Human Male, stanowili kryminaliści. Ustalenie dokładnej ilości badanych nie jest łatwe ze względu na statystyczne nieścisłości.

    Według dr Judith Reisman, badanych najprawdopodobniej było w sumie 4 120, a 39 proc. ankietowanych miało na koncie przestępstwa na tle erotycznym oraz objawy psychopatii. 7-procentowy udział w grupie badanych przypadł „męskim prostytutkom”, 16-procentowy – zdeklarowanym homoseksualistom. To takie jednostki opowiadały zespołowi Kinseya historię swoich seksualnych doświadczeń. Na podstawie ich relacji ukuto wizję wyzwolonej erotyki, jaka legła u podstaw rewolucji obyczajowej…

    Dlaczego Kinsey miałby zdecydować się na podobny krok i pozyskiwać dane od więźniów? Przeciętny człowiek nie da się nawet i w XXI wieku łatwo namówić na opowiedzenie obcemu o wszystkich swoich doświadczeniach erotycznych. W Stanach Zjednoczonych czasu Kinseya tak poufałe opowieści pozyskać było jeszcze trudniej. Wstyd i skrępowanie wiarygodnie wyjaśniają tę nieśmiałość. Sprawiło to, że Kinsey narzekał na niechętny udział w jego przedsięwzięciu…

    Do czasu aż sięgnął po więźniów. Dla nich współpraca była czystą korzyścią: oderwaniem od rutyny życia za kratami, odrobiną rozrywki i kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie mieli więc oporów, by współpracować. Psychopaci i dewianci czerpali zaś z tego oczywistą satysfakcję…

    Ale przecież wytrawny naukowiec mógł domyślać się, że oparcie badań na dewiantach i osobach skonfliktowanych z prawem jest – mówiąc delikatnie – ryzykowne z metodycznego punktu widzenia… Kinsey miał dla tego „zręczne” wyjaśnienie. Miał subiektywną pewność, że osadzeni nie różnili się pod względem seksualnym od reszty populacji. Oni po prostu mniej podlegali wiktoriańskiemu zakłamaniu…

    Próba badawcza skażona była jeszcze z innego powodu. Nie została dobrana przypadkowo – a w oparciu o zgłoszenia ochotników. Wybitny psycholog Abraham Maslow, blisko współpracując z Kinseyem i sprzyjając jego liberalnemu podejściu do seksualności, udowodnił, że oznaczało to wypaczenie wyników. Reakcja słynnego dziś „seksuologa” na to ostrzeżenie wiele mówi o jego rzekomym obiektywizmie i motywach.

    Maslow w jednym ze swoich eksperymentów dowiódł, że badania nad ludzką seksualnością prowadzone w oparciu o zgłoszenia ochotników, nie mają wartości. Przeważają w nich znacząco osoby o skłonnościach dewiacyjnych. Dysponując wiedzą o tym „błędzie ochotnika” Maslow zachęcał, by Kinsey wziął pod uwagę to niebezpieczeństwo. Seksuolog przekonywał jednak, że jego próba będzie wolna od zniekształceń. Wobec tego zgodzili się, by Maslow eksperymentalnie zweryfikował to założenie. Późniejszy współtwórca „psychologii humanistycznej” dowiódł, że ochotnicy zgłaszający się do badań Kinseya cechują się ekscentryczną seksualnością, a ci bardziej uporządkowani nie podejmują współpracy.

    Jaka była reakcja tego „naukowca”? Niezwłocznie zerwał jakąkolwiek korespondencję i współpracę z Maslowem. Nie zgodził się też wspomnieć o jego wnioskach w swojej książce… Jednocześnie w Sexual behaviour in the human male perfidnie dziękował temu badaczowi za odkrycie „błędu ochotnika” – sugerując, że sam go uniknął. Chciał w ten sposób zataić przed czytelnikami to, czego sam mógł być pewien – jego badania kulały metodologicznie. Zamiast poprawić swój warsztat, Kinsey zwiódł swoich odbiorców.

    Kiedy przestrzegałem go przed błędem, nie zgodził się ze mną i był pewien, że jego przypadkowy test będzie w porządku – opowiadał o swoim udziale w projekcie Abraham Maslow. – Zatem przygotowaliśmy rozstrzygający, połączony test. Popracowałem nad moimi wszystkimi pięcioma grupami w Brooklyn College i poczyniłem naprawdę duży wysiłek, aby skłonić ich wszystkich, by zgodzili się odpowiedzieć na pytania Kinseya. Mieliśmy wyniki testów dominacji osobowości w przypadku wszystkich z nich, a następnie Kinsey dał mi nazwiska studentów, którzy rzeczywiście pojawili się na rozmowie. Tak jak się spodziewałem, błąd ochotnika został potwierdzony, i cała podstawa statystyczna danych Kinseya okazała się chwiejna. Ale następnie on odmówił publikacji tego i nie zgodził się, by choćby wspomnieć o tym w swoich książkach – czytamy w książce „Kinsey. Zbrodnia i Nauka” – polskim tłumaczeniu pracy dr Judith Reisman.

    Nie tylko Maslow ostrzegał ojca seksualnej rewolucji przed kiepską jakością naukową jego pracy. Na palące statystyczne niedociągnięcia wskazywał nawet recenzent grantu badawczego, jaki Kinsey otrzymał od Fundacji Rockefellera. Warren Weaver, bo tak się nazywał, zgłaszał w liście do przełożonych z 1951 roku – po publikacji książek Kinseya – brak reakcji zespołu i władz fundacji na „bezsprzecznie podstawowe niedociągnięcia statystyczne” przedsięwzięcia.

    Kinseyowski opór i niechęć do zmian sprawiły, że jego „badania” stały się niereplikowane. Oznacza to, że żaden uczony nie może powtórzyć jego przedsięwzięcia, by sprawdzić, czy uzyska podobne wyniki. Możliwość takiej weryfikacji to kryterium empiryczności prac badawczych i warunek „naukowego” charakteru.

    Projekt Kinseya jest go pozbawiony, bo dopuszczał on m.in. nieokreśloną i nieopisaną ingerencję badaczy w zebrany materiał. Zestaw pytań, jakie zadawano ankietowanym, nie był zawsze ten sam. Na podstawie własnej decyzji współpracownicy Kinseya dopytywali o różne fakty. Wreszcie jego ankieterzy zastrzegli sobie prawo „poprawiania” usłyszanych odpowiedzi. Jeśli uznali, że uczestnik badań ukrywa fakty, ulegając pruderyjnemu zahamowaniu, mieli szacować, jak wiele informacji zataił. Mieli również spekulować, co „naprawdę” mogły oznaczać jego zbyt skryte słowa. Żaden klucz takich uzupełnień nigdy nie został ujawniony i nie wiadomo, w ilu sytuacjach rzeczywiście go zastosowano.

    Rozumiejąc przecież doniosłość tych błędów Kinsey nigdy nie chciał postarać się o większą rzetelność. Ba! Najwyraźniej w ogóle miał naukowy warsztat „w poważaniu”. Nie postarał się nawet o to, by jego zespół miał na usługach profesjonalnego i doświadczonego statystyka. Przeciwnie – rolę tę powierzył Claydeowi Martinowi, niedoświadczonemu badaczowi, który nie był do tej roli przygotowany ani z wykształcenia, ani nigdy wcześniej nie zajmował się tą dziedziną. Tak jak reszta zespołu, miał jednak inną „zaletę”.

    Partnerzy Kinseya: „naukowi” i… seksualni

    Ta grupa była bowiem przynajmniej w równym stopniu przedsięwzięciem „towarzyskim”, co badawczym. Zgodnie z przekonaniem, że erotyzm wymaga pełnego uwolnienia i swobodnej eksploracji, uczestnicy prac wspólnie „eksperymentowali” też między sobą.

    Grupa Kinseya była po prostu homoseksualnym klubem… O fakcie tym świadczy chociażby historia krótko współpracującego z tym gronem Vincentego Nowlisa. Mężczyzna zrezygnował z udziału w pracach zespołu po dość niespodziewanym wydarzeniu. Koledzy zjawili się w jego pokoju z żądaniem, by się rozebrał. Jak wspominał Nowlis w rozmowie z BBC, „było jasne, że miała nastąpić aktywność seksualna”. Zszokowany zaprotestował i poddał współpracę.

    Podobnych oporów nie mieli jednak trzej najwierniejsi wspólnicy Kinseya: Paul Gebhard, W. Pomeroy i Clayde Martin. Ci trzej bywali – jak to określał jeden z biografów – „kochankami” przełożonego. Być może to zdecydowało o ich doborze… Bowiem, gdy szef przedsięwzięcia zaprosił ich do współpracy, nie posiadali ani doktoratów, ani poważniejszych osiągnięć naukowych. Rolę w ambitnym i niełatwym badaniu otrzymali dlatego, że zgodzili się podzielić z Kinseyem historią swoich seksualnych doświadczeń, dając pewność co do braku „uprzedzeń”.

    Mężczyźni ci otwarci byli na homoseksualne doświadczenia z Kinseyem, a także jego żoną. Na materiałach przechowywanych przez Instytut Kinseya widać, jak Clara Kinsey oddaje się erotycznym uniesieniom w objęciach współpracowników i sodomickich partnerów męża. Taki układ powstał „zarówno w celach badawczych, jak i prywatnych”, pisał James Jones – historyk i biograf Kinseya. Pisał w książce przychylnej – trzeba dodać – i reklamowanej dziś przez niektóre środowiska LGBT…

    Niecodzienne relacje w zespole rzucają jasne światło na niechęć do metodologicznej staranności oraz manipulacje… Grupa „badając” zachowania seksualne była sędzią we własnej sprawie. Sam Kinsey brał aktywny udział w życiu homoerotycznego półświatka USA… Według jego brytyjskiego biografa Johathana Gathorne-Hardy’ego, ten rzekomo obiektywny badacz erotyzmu gościł w herbaciarniach – jak nazywano miejsca przeznaczone do dewiacyjnych uciech. Oddawał się tam nawet najbardziej obrzydliwym praktykom. Na normalizacji homoseksualizmu nie mogło mu zatem nie zależeć.

    „Naukowa” działalność miała jedynie spełnić rolę wytrycha, który umożliwiłby rewolucyjne oderwanie seksualności od religii i prawa naturalnego. Być może podczas całego przedsięwzięcia Kinsey istotnie myślał o sobie jako o obiektywnym badaczu. Jeśli tak – to poczucie to czerpał nie z ostrożności naukowca, ale fanatycznej wierności ideologicznym założeniom. „Naukowość” uznawał za brak jakichkolwiek zahamowań i gotowość do nawet najbardziej wstrząsających praktyk. Ostatecznie każdą formę erotyzmu uznał za „normalną” – w tym… pedofilię.

    Pedofile jako „przeszkoleni ankieterzy”

    Kinsey wraz z zespołem posunął się do szokującej współpracy z oprawcami dzieci. Kontakt z nimi – również wolny od „uprzedzeń” i obiekcji – był oczywistą konsekwencją filozofii ojca rewolucji seksualnej. Skoro każda forma erotyzmu wymagała otwartego badania, to również i ta, szczególnie perwersyjna i krzywdząca wobec innych, bezbronnych ofiar. Dane o seksualnym funkcjonowaniu dzieci trudno było jednak uzyskać od rodziców. Wobec czego zespół Kinseya nawiązywał współpracę ze zbrodniarzami.

    Na podstawie zapewnień nadesłanych m.in. przez pedofilów, Kinsey doszedł do wniosku, że dzieci od swoich pierwszych dni gotowe są na seksualną aktywność. Zapewniał, że chłopcy od niemowlęctwa doświadczają orgazmów. Opis takiego „szczytowania” ujawnia mroczną i wstrząsającą prawdę o tym, jakim człowiekiem naprawdę był autorytet liberalnej seksuologii:

    Kinsey przekonywał, że w odróżnieniu od dorosłych mężczyzn, chłopcy mogą doświadczać kilkukrotnego orgazmu. Jak miałby się on wyrażać? W swojej klasyfikacji Kinsey twierdził, że o szczytowaniu dziecka może świadczyć na przykład delikatna, niemal bezobjawowa reakcja, ale również… „gwałtowne konwulsje całego ciała, okrzyki, niekiedy z obfitymi łzami, spazmatyczne drżenie ciała”, a nawet stan, w którym „genitalia stają się nadwrażliwe, niektórzy cierpią straszliwy ból i mogą krzyczeć, (…) będą odrywać się od partnera i dokonywać gwałtownych prób szczytowania chociaż czerpią określoną przyjemność z tej sytuacji

    Uważny czytelnik musi zaniemówić, gdy uświadamia sobie, co tak naprawdę „seksuolog” opisywał w ten sposób jako orgazm dzieci… Przekonywał o erotycznym spełnieniu dzieci molestowanych i gwałconych przez pedofilów, z którymi współpracował.

    Dwaj najbardziej obrzydliwi degeneraci, z jakimi nawiązał kontakt Kinsey, to Rex King i Fritz von Balluseck. Pierwszy wykorzystać miał na różne sposoby niemal… 800 dzieci, nawet niemowlęta, najmując się jako opiekun. Drugi był zaś… hitlerowskim komendantem okupowanego Jędrzejowa. Molestował młodych Polaków, dając im wybór: „albo ja, albo komora gazowa”…

    Mając sprawozdanie z krzywdy i bólu, jaki ci zbrodniarze zadawali dzieciom, Kinsey wmawiał światu, że strach, przerażenie i poszukiwanie ratunku to tak naprawdę… świadectwo satysfakcji. Podobną interpretację wysnuć może jedynie obsesyjny wykolejeniec.

    Obłęd tego „naukowca” potwierdzają również zdjęcia dziecięcych twarzy, na których doszukiwał się ekspresji w czasie „szczytowania”. Jeśli do tych samych fotografii zastosować ewolucyjne interpretacje ekspresji emocjonalnej, wedle dr Judith Reisman staje się jasne, że ukazują one strach i cierpienie…

    Na tak zbrodniczej i tendencyjnej podstawie zbudowano teorię Kinseya o erotycznym życiu dzieci już od najmłodszych lat. Do listy „dowodów” na to, że gotowość do współżycia wyprzedza dojrzewanie, „seksuolog” dołożył fizjologiczne reakcje dzieci, takie jak spontaniczna erekcja chłopców, nawilżanie się narządów rozrodczych dziewcząt przed pokwitaniem czy (sic!) „ruchy miednicowe”. W rzeczywistości reakcje te wyjaśnia z jednej strony spontaniczna aktywność neuronów i mięśni oraz potrzeba rozwoju i utrzymania organizmu w zdrowej kondycji. Nie ma żadnych dowodów na ich seksualne znaczenie.

    A jednak Kinsey doszukał się go i w takich niewinnych zachowaniach – tak jak dostrzegł rzekomą przyjemność krzywdzonych ofiar pedofilów. Można zresztą sądzić, że sam Kinsey osobiście pobierał „materiał spermatyczny” od młodych chłopców podczas spotkań z nimi „w celach badawczych”.

    Jak „naukowcy” kryli oprawcę polskich dzieci

    Zespół Kinseya nie tylko współdziałał z degeneratami „naukowo”, ale również krył ich przed organami sciągania. Jak udowadniała niemiecka prasa – m.in. „Tagesspiegel”, czy „Frankfurter Allgemeine Zeitung” – Kinsey nie zrobił nic, by o ciągnących się jeszcze długo po wojnie zbrodniach von Ballusecka poinformować niemieckie władze. A wiedział o nich wszystko.

    Podczas swojego procesu sądowego w 1957 roku von Balluseck wyznał, że sam Kinsey prosił go o sporządzanie dokumentacji zbrodni. Zachęcał, by kontynuował „badania”, a nawet przestrzegał pedofila listownie, by „był ostrożny” w swoich działaniach.

    Niezgodę zespołu na współpracę z władzami w celu ukarania zbrodniarza potwierdził jeden z najbliższych współpracowników Kinseya, Paul Gebhard. Jego wyznanie na ten temat trafiło do książki Ethical Issues in sex therapy and research, wydanej w Bostonie w 1977 roku.

    „Kinseyów” będzie tylko więcej

    Ta haniebna współpraca Kinseya z piekłoszczykami to odrażające przypomnienie, do czego zdolny jest rozum przekonany o swojej „oświeceniowej roli”. Etykieta walki z zabobonem sprawiła, że Kinsey nie cofnął się przed niczym – ani zbrodnią, ani kłamstwem – by propagować własne tezy. Jego kariera do złudzenia przypomina „sukces” innych sławnych zwolenników emancypacji seksualności. Na przykład Freuda…

    Dziś wiemy już, że twórca psychoanalityki wybiórczo informował o sukcesach swojej metody, by ją popularyzować… Dokładnie tę samą drogę wybrał John Money – autor pierwszej w historii „zmiany płci”. Choć zakończyła się ona tragedią, prekursor tej praktyki uparcie twierdził, że był to sukces – a jego krytyka to przejaw wpływów „skrajnej prawicy”.  Kinsey podobnie za wszelką cenę próbował przekonać świat, iż tysiące lat kultury i wzorce prawa naturalnego są niczym niepoparte – a jego pseudonauka może je zanegować. Ta „mesjanistyczna” rola uświęciła w jego przekonaniu środki, które stosował, z sukcesem dając podwaliny pod nowe myślenie o seksualności człowieka.

    Sukces tej propagandy przywodzi na myśl utopię oświeceniowego filozofa Henriego de Saint-Simona. Ten myśliciel wyobrażał sobie świat porewolucyjny jako miejsce, w którym naukowcy będą darzeni religijnym kultem – wchodząc w rolę kasty „niosącej światło” zabobonnemu ludowi… Taki charakter miała właśnie działalność Kinseya. Zbrodnie i najgorsze nadużycia uszły na sucho dzięki etykiecie walki z obskurantyzmem. Dla „racjonalistów” wyrafinowany dewiant stał się bożyszczem wyłączonym z chłodnego osądu – co by nie padło z jego ust, to nauka miała przez nie przemawiać…

    Jednak dla zdrowego rozumu działalność Kinseya to tylko przypomnienie o wartości tradycyjnej etyki seksualnej. Jej sednem jest podporządkowanie erotyzmu celowi, dla jakiego został powołany – prokreacji i budowaniu rodziny. Tak długo jak seksualność służy tej roli, tak służy człowiekowi i jego przyrodzonym celom. Gdy zaczyna obierać inne perspektywy, człowiek staje się jej sługą…

    Tak właśnie stało się z Kinseyem, który przekonany, że seksualność jest jak gdyby zabawką służącą fizjologicznemu ujściu, pozbył się resztek rozsądku. Był gotów nawet płacz i przerażenie dręczonych dzieci uznać za przejaw szczytowania.

    W jego pseudonauce błąd nazywa się wpływem badacza na wyniki i ich interpretację. W sensie moralnym zaś Kinsey to modelowy przykład człowieka, który pozwolił opanować swój rozum zmysłom i zaprząc własny intelekt wyłącznie do próby racjonalizowania i apologii swoich pragnień…

    Jego marny życiorys to sedno propozycji, jakie rewolucja seksualna ma dla nas wszystkich. „Wolna miłość” oznacza zrzeczenie się rozumowej kontroli nad sferą kluczową dla postrzegania siebie i psychicznego dobrostanu. Erotyka, używana wyłącznie dla przelotnych doznań, z czasem skłania do coraz bardziej ryzykownych zachowań… Ich zaś gorzkie konsekwencje próbuje się tłumaczyć zewnętrznym wpływem… byle tylko utrzymać źródło satysfakcji…

    Tak właśnie czyni lobby homoseksualne, które zepsute owoce wypaczonego erotyzmu usilnie przypisuje społeczeństwu i kulturze. To ludzie, którzy utracili zdolność do zmierzenia się z faktami. Takim właśnie człowiekiem był Kinsey. Takiego człowieka zbudować chce rewolucja seksualna. Bo każdy, kto popełnia grzech, staje się niewolnikiem grzechu. Kluczowa wartość moralnych zasad i zakazów tkwi właśnie w tym. Nie są one zagrożeniem dla wolności i obiektywnego badania, lecz ich najlepszym strażnikiem.

    Filip Adamus

    Roześmiane „ministry” Barbara Nowacka i Katarzyna Lubnauer a deprawacja dzieci jak u Kinseya

    Centrum Życia i Rodziny
     Szanowni Państwo,
    Ministerstwo edukacji rozpoczęło masową kampanię, której celem jest przekonanie rodziców do wysyłania dzieci na zajęcia z edukacji zdrowotnej.

    Roześmiane „ministry” Barbara Nowacka i Katarzyna Lubnauer przekonują w krótkich dynamicznych filmikach, jak bardzo dbają o nauczycieli i że edukacja zdrowotna „przyda się w życiu”.
    Media społecznościowe zostały zasypane grafikami przekonującymi, że na tych zajęciach uczeń dowie się m.in. dlaczego profilaktyka onkologiczna może uratować życie, jak chronić się przed dezinformacją w sieci oraz że warto dbać o środowisko naturalne w swoim otoczeniu.Ten drugi aspekt rzeczywiście może się rodzicom przydać – szczególnie w kontekście działań ministerstwa z edukacją zdrowotną.
    Historia wprowadzania tego przedmiotu do polskich szkół, to od samego początku historia „ściemniania” i ukrywania niewygodnych faktów!
    Dlatego tylu rodziców nadal tkwi w nieświadomości i w przekonaniu, że ich dzieci na tych lekcjach będą uczyły się pożytecznych i przydatnych życiowo kwestii!
    My natomiast robimy wszystko, aby jak najbardziej nagłośnić fakt, że w ramach edukacji zdrowotnej dzieci będą oswajane z zagadnieniami takimi jak masturbacja, orientacja psychoseksualna, transpłciowość czy aborcja. Że będą niepotrzebne erotyzowane. Że w kontekście życia seksualnego program ignoruje naturalny kontekst rodziny, miłości i trwałych relacji.
    Czasu zostało niewiele. Dziecko można wypisać z zajęć do 25 września.
    Dlatego:
    • w ubiegłym tygodniu rozesłaliśmy kilkanaście tysięcy petycji z apelem o dymisję Barbary Nowackiej oraz kilkadziesiąt tysięcy wzorów oświadczenia o wypisaniu dziecka z zajęć edukacji zdrowotnej
    • wczoraj w trakcie konferencji pod Ministerstwem Edukacji Narodowej, w obecności mediów po raz kolejny pokazaliśmy, jakie szkody wyrządzi młodym Polakom jest kurs ministerstwa;
    • dziś wysyłamy do naszych lokalnych współpracowników w całej Polsce kilka tysięcy ulotek, które będą rozdawać w swoich parafiach, wspólnotach, środowiskach i szkołach ich dzieci;
    • a już wkrótce – dokładnie 13 września – organizujemy wielki społeczny protest przeciw deprawacji naszych dzieci!
    Zapraszam Państwa bardzo serdecznie do udziału w tym wydarzeniu, a zarazem proszę o wsparcie i zaangażowanie całej tej kampanii: od tego zależy moralność tysięcy młodych Polaków!ManifestacjaWSPIERAM OBRONĘ POLSKIEJ MŁODZIEŻY!

    Dlaczego napisałem wyżej o historii „ściemniania” i ukrywania?
    Proszę pozwolić, że przypomnę jak wyglądało wprowadzanie tego przedmiotu.
    Podstawa programowa przedmiotu edukacja zdrowotna ukazała się na stronach ministerstwa… w czwartek 31 października 2024 roku po godz. 17:00.
    Zapewne Państwo byli już wtedy po pracy, przygotowując się do wyjazdu na groby bliskich lub szykując spotkania w rodzinnym gronie. Podobnie i media: wydania gazet były już zamknięte, wieczorne wiadomości gotowe, a dyżury na portalach pełnili pojedynczy dziennikarze.To znacznie ograniczyło rozgłos towarzyszący wprowadzaniu tak kontrowersyjnych tematów. Ponadto realnie skróciło czas udziału w konsultacjach społecznych (według prawa jest to 21 dni), bo niewiele osób ma ochotę ślęczeć przed komputerem w dni świąteczne.
    Tamtą „ściemę” udało się nam i całej Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły ujawnić i tym samy nagłośnić temat.
    W rezultacie do MEN w ramach konsultacjach spłynęło mnóstwo głosów sprzeciwu – do czego zresztą zachęcaliśmy. Udało się nam zorganizować 1 grudnia w stolicy wielki protest, który odbił się szerokim echem w mediach i dał impuls do organizacji podobnych zgromadzeń w innych miastach. Równocześnie prowadziliśmy aktywne działania w mediach społecznościowych, docierając z tymi informacjami do tysięcy Polaków.W kolejnych miesiącach dotarliśmy do wielu polskich rodziców – tydzień w tydzień odwiedzaliśmy miejscowości w całej Polsce, gdzie wyświetlaliśmy film „To nic takiego” nt. prawdziwych korzeni edukacji seksualnej i przestrzegaliśmy przed edukacją zdrowotną.

    Odnieśliśmy sukces: resort wycofał się i zapowiedział, że edukacja zdrowotna będzie przedmiotem nieobowiązkowym. Przez zaciśnięte zęby ogłosiła to sama minister Nowacka.
    CHCĘ WESPRZEĆ TAKIE DZIAŁANIA!
    Z kolei ostatnie miesiące to czas ukrywania jednego z głównych autorów podstawy programowej tego przedmiotów – prof. Zbigniewa Izdebskiego.
    Czemu? Pozwolę sobie najpierw zacytować niektóre z jego wypowiedzi:Moim cichym wyzwaniem jest przyczynienie się do tego, by jak najwięcej kobiet w Polsce umiało wybrać fizyczną przyjemność, a nie czekanie latami na „głębokie uczucie”, jeśli tylko tego chcą.Kobieta także, jak mężczyzna, ma prawo nie umawiać się na związek, tylko na sam seks.Albo: Mamy prawo decydować o tym, aby prowadzić satysfakcjonujące i bezpieczne życie seksualne. To jest takie życie seksualne, które daje nam na prawo do decydowania czy, kiedy i ile dzieci posiadać (…) kobieta ma prawo do bezpiecznej aborcji.Te słowa chyba jasno pokazują, że prof. Izdebski jest zdecydowanym propagatorem wyzwolenia seksualnego i oderwania współżycia od relacji małżeńskiej!
    Co więcej, prof. Izdebski za swojego mistrza uważa innego seksuologa prof. Andrzeja Jaczewskiego, który twierdził, że stosunki seksualne pomiędzy dorosłymi, a 9-letnimi dziećmi nie powinny być karane!
    Przy takich poglądach nie dziwią doniesienia medialne o stałej współpracy prof. Izdebskiego z:
    • Instytutem im. Alfreda Kinseya, którego wątpliwej rzetelności badania – najprawdopodobniej oparte na relacjach notorycznych pedofilów – stały się zaczynem rewolucji seksualnej lat 60;
    • Planned Parenthood, czyli główną siecią klinik, w których w USA zabija się nienarodzone dzieci!
    Dlaczego zatem MEN nie chwali się, że ten jednym z głównych autorów tego „prozdrowotnego” przedmiotu jest właśnie osoba o takich poglądach?
    Ludzi o takich poglądach minister Nowacka upoważniła do zajmowania się jednym z najbardziej intymnych i delikatnych wymiarów życia ludzkiego. Upoważniła do formowania postaw młodego pokolenia w tym wymiarze, co w przyszłości będzie rzutowało na budowę struktur społecznych, w tym rodzinnych, a pośrednio na sytuację demograficzną i ekonomiczną kraju.Myślę, że gdyby większość rodziców dowiedziała się, według czyjego pomysłu będą realizowane te zajęcia, na które będą uczęszczać ich dzieci – natychmiast by je wypisała.Ale nie dowiedzą się o tym z mediów mainstreamowych, dlatego musimy dołożyć wszelkich starań, by dotrzeć do nich z tą prawdą!
    CHCĘ, BY RODZICE WIEDZIELI!
    Szanowni Państwo,właśnie po to 13 września organizujemy protest pod hasłem „Stop likwidacji polskiej edukacji!”: aby dotrzeć do każdego polskiego rodzica z rzetelną informacją i aby władze usłyszały zdecydowany głos sprzeciwu wobec ich planów.Powiemy „NIE!” ogłupianiu i demoralizowaniu najmłodszych! Powiemy „NIE!” usuwaniu treści patriotycznych z podstawy programowej! Powiemy „NIE!” marginalizowaniu roli religii w polskiej szkole!Jeśli to możliwe, gorąco zachęcam do udziału. Wierzę, że tak jak poprzednio zgromadzimy tysiące Polaków i że będzie to czerwona kartka dla pani minister!Zapraszam zatem wszystkich Państwa 13 września na godz. 12.00 do Warszawy na Plac Zamkowy w pobliże kościoła św. Anny.
    Bardzo liczę na Państwa obecność i zaangażowanie w działania, które podejmujemy. Tylko masowe wypisywanie uczniów z zajęć edukacji zdrowotnej może powstrzymać ministerstwo przed dokręcaniem śruby demoralizacji.Pisałem o tym niedawno – ich celem jest powrót do pierwotnego planu i objęcie systemową deprawacją wszystkich dzieci.I nie ma dla nich znaczenia, co na ten temat myślą rodzice.Dlatego raz jeszcze proszę o rozpowszechnianie naszych petycji, informowanie w swoich środowiskach o możliwości wypisania dziecka ze szkodliwych zajęć i przekazywanie zaproszenia na protest w Warszawie.
    Ale bardzo Państwa proszę także o finansowe wsparcie naszych działań związanych z informowaniem rodziców. Tylko dziś spakowaliśmy kilka tysięcy ulotek na temat edukacji zdrowotnej, które trafią wkrótce w ręce rodziców w całej Polsce i przyczynią się do wypisania kolejnych dzieci z deprawujących zajęć – musimy opłacić fakturę za ich wydruk i dystrybucję.
    Przygotowujemy również plakaty, które w stołecznych parafiach i na warszawskich ulicach będą zachęcały do udziału w proteście, a także bannery, które znajdą się na scenie podczas wydarzenia. To koszty rzędu co najmniej 6 000 zł.
    Dlatego bardzo Państwa proszę o finansowe wsparcie działań na rzecz ochrony polskich dzieci dobrowolnym datkiem w wysokości 50 zł, 100 zł lub 200 zł czy nawet 500 zł bądź innymi, jaki uznają Państwo za właściwy.

    WSPIERAM TAKIE DZIAŁANIA!

    Kończąc tę wiadomość, podzielę się z Państwem informacjami, które dochodzą do nas z terenu.
    Są miejsca, gdzie całe klasy wypisują się z edukacji zdrowotnej, ale są i takie, w których wypisują się jedynie pojedyncze osoby.
    Nie zatrzymujemy się więc ani na moment – to ostatnie chwile, aby ostrzec rodziców i dotrzeć do nich z przekazem odkłamującym resortową propagandę.. Liczę na Państwa wsparcie i zaangażowanie w tym wyjątkowym czasie!Serdecznie pozdrawiamMarcin Perłowski - Dyrektor Centrum Życia i Rodziny, Wiceprezes Zarządu    WSPIERAM DZIAŁANIA CENTRUM ŻYCIA I RODZINY! 
    Dane do przelewu:Centrum Życia i Rodziny
    Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81
    Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SA
    Z dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”SWIFT: PKOPPLPW
    IBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056
    Centrum Życia i Rodziny
    Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa
    tel. +48 22 629 11 76

    Barbara Nowacka – rewolucjonistka w akcji

    Łukasz Warzecha: Barbara Nowacka – rewolucjonistka w akcji

    Łukasz Warzecha pch24/lukasz-warzecha-barbara-nowacka-rewolucjonistka-w-akcji

    (PCh24.pl)

    W konkursie na najgorszego ministra edukacji w historii III RP pani Barbara Nowacka miałaby ogromne szanse na wygraną. Można bowiem uznać, iż nie mieliśmy dotąd w Polsce tak skrajnie zideologizowanego ministra edukacji.  

    Ideologizacja edukacji jest oczywiście przedmiotem sporu. Wiadomo, jak to działa: strona, która aktualnie nie jest u władzy, zawsze będzie oskarżać stronę w danym momencie rządzącą o ideologizację edukacji. To nudny i zgrany standard, nawet jeżeli czasami w tych oskarżeniach coś jest.

    Nie jest też tak, że strona konserwatywna jest tutaj bez winy i że nie można jej postawić żadnych zarzutów. Czasami i ona przeginała. Zwłaszcza że edukacja to dziedzina bardzo szczególna – nie tylko dlatego, że przygotowuje przyszłych obywateli Rzeczypospolitej, a więc również kształtuje przyszłość naszego państwa (jak oczywistość powinno brzmieć słynne motto Jana Zamoyskiego: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – dokładnie tak przecież jest). Również dlatego, że nieuchronnie na tym polu ścierają się dwa porządki i uprawnienia. Z jednej więc strony mamy władzę państwową, wybieraną demokratycznie, a zatem dysponującą mandatem do kształtowania państwa w określony sposób, w tym w sferze edukacji; z drugiej zaś rodziców, którzy chcą zachować konstytucyjne prawo do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami, te zaś mogą być sprzeczne z linią danej władzy. Właściwie nie ma z tego dylematu dobrego i uniwersalnego wyjścia. Tu cały czas trwa spór.

    W niektórych dziedzinach może on być rozwiązywany poprzez swobodę wyboru, tak jak to jest z nauczaniem religii: kto chciał i czyi rodzice chcieli, ten uczęszczał na lekcje religii; kto nie chciał, mógł na nie nie chodzić. Wydaje się to wyjściem dość rozsądnym, bo nawet jeżeli szkoła jest – lub chcielibyśmy, aby była – generalnie posadowiona na jasno zdefiniowanych wartościach, stanowiących fundament naszej zachodniej cywilizacji, to jednak w sprawie uczestniczenia w konkretnych zajęciach szanuje autonomię rodziców i ich wolę.

    Ale nie z każdego sporu da się tak wybrnąć. Weźmy choćby nauczanie historii. Jak pogodzić realistyczną, stańczykowską w duchu interpretację polskiej historii XIX wieku z ambicjami romantycznych kręgów politycznych, aby utwierdzać w uczniach straceńcze postawy insurekcyjne? A cóż dopiero, gdy mówimy o Powstaniu Warszawskim. Nie da się przecież zrobić osobnych zajęć „historia dla romantyków” i osobnych „historia dla realistów”.

    Co więcej, ideologia wpycha się coraz śmielej w dziedziny, które jeszcze nie tak dawno opierały się wyłącznie na nauce. Tak jest w wciskaniem kolejnych elementów zielonej indoktrynacji do przedmiotów przyrodniczych. Przedstawianie OŹE jako rozwiązania bezwzględnie najlepszego czy twierdzenie, że zasoby naturalne planety się kończą – o tezie na temat antropogenicznych zmian klimatu nie mówiąc – to nie jest przekaz neutralny, ale nacechowany światopoglądowo. Zwłaszcza jeśli jednocześnie nie przedstawia się uczniom poglądów alternatywnych, mimo że są doskonale naukowo podbudowane.

    Albo teoria ewolucji. Oczywiste jest, że trzeba o niej nauczać. Ale czy nie powinno się jednocześnie wskazywać jej mielizn, skoro są one przedmiotem naukowej krytyki od dawna, i czy nie powinno się choćby krótko wspomnieć o alternatywnych hipotezach, takich jak inteligentny projekt?

    To są wszystko poważne pytania, ukazujące właściwie niemal nierozstrzygalny spór i napięcie pomiędzy rządową edukacją a rodzicielskim wychowaniem, przynajmniej w przypadku rodziców świadomych. Ten spór mógłby zostać złagodzony, gdyby państwo zaczęło prywatyzować edukację choć w części i zostawiło szkołom znacznie większą swobodę wyboru programu. Rodzice mogliby wtedy wysłać dziecko do szkoły „oświeceniowej” albo „konserwatywnej” wedle swojego upodobania. Dziś niby taką możliwość też mają, ale w bardzo niewielkim zakresie.

    Wszystko to pokazuje, że polska szkoła jest systemem chwiejnej i dynamicznej równowagi. Raz ten, raz inny minister przeciąga trochę szalę na swoją stronę, coś dodaje, coś odejmuje, a rządy się przecież zmieniają. Pozostaje mieć nadzieję, że uczniowie w toku nauki nie zostają nadmiernie zdominowani przez tę czy inną stronę. To znaczy – tak było do momentu nastania pani Nowackiej. Wbrew pozorom, nawet pan Przemysław Czarnek nie był takim rewolucjonistą edukacyjnym. Ba, przy bliższym spojrzeniu jego rządy w MEN jawią się nawet jako relatywnie umiarkowane.

    Pani Nowacka natomiast zerwała swego rodzaju niepisany konsens, który zakładał trzymanie się w tych przechyłach w pewnych granicach, uznawanych przez prawie wszystkich. Ta ciotka rewolucji całkiem otwarcie oznajmiła, że nie zamierza się przejmować zastrzeżeniami czy w ogóle wrażliwością drugiej strony na najbardziej podstawowym poziomie i wdroży własną skrajną agendę.

    Sztandarowym jej elementem jest edukacja nazywana obłudnie zdrowotną. Przedmiot, który miał być obowiązkowy, pod wpływem protestów ostatecznie taki na razie nie będzie, ale perfidnie założono, że domyślnie dziecko ma być na niego zapisane, a ewentualnie będzie je można wypisać, składając oświadczenie do 25 września.

    ***

    Wypisz dziecko z edukacji zdrowotnej

    Kliknij TUTAJ i pobierz wzór pisma, wypełnij i złóż w szkole

    ***

    Wbrew pozorom, to wcale nie elementy wprost seksualizacyjne są w podstawie tego przedmiotu najgorsze – je widać wyraźnie. Zaimplementowano do niej również wiele wątków nie mniej niebezpiecznych, ale znacznie trudniejszych do zidentyfikowania.

    Podstawę programową dla klas IV-VI otwierają „wartości i podstawy”. W opisie wymagań ogólnych czytamy, że uczeń „okazuje szacunek sobie i rozwija poczucie własnej wartości; okazuje szacunek i empatię w relacjach międzyludzkich i jest gotów przyjąć perspektywę drugiego człowieka”, a także „prezentuje postawę optymizmu życiowego, sprzyjającego zdrowiu”. „Poczucie własnej wartości” zostało wyniesione przez lewicę na piedestał, a zwolennicy postępu przekonują, że powinno ono być całkowicie niezależne od własnych osiągnięć czy sposobu, w jaki jesteśmy oceniani przez otoczenie – co oczywiście sprzyja atomizacji społecznej i skrajnym egoizmom.

    Czym z kolei miałoby być przyjmowanie perspektywy drugiego człowieka i właściwie dlaczego uczeń miałby być edukowany w takich kwestiach? Co to ma w ogóle wspólnego ze zdrowiem? Jak w ramach przedmiotu, który ma się nim zajmować, można wymagać od ucznia czegoś, co sprowadza się w dużej mierze do rezygnacji z obrony własnych zapatrywań? Wreszcie – czym jest ów „optymizm życiowy”? Czy uczeń ma być przekonywany, że nie powinien patrzeć na życie jak realista, ale jak optymista?  

    W tym samym dziale „Wartości i podstawy”, tyle że dla szkoły ponadpodstawowej, czytamy, że uczeń „rozumie, że godność ludzka i szacunek wobec człowieka wykluczają wszelkie formy dyskryminacji ze względu na różnorodność ludzkiej natury”. Nie trzeba tłumaczyć, że jest to klasyczny wstęp do lewicowej indoktrynacji. Zastosowano tutaj słowa klucze, które wypełnione konkretną treścią staną się narzędziem prania mózgów: dyskryminacja – którą lewica rozciąga na praktycznie każdą krytykę postępowych w swoim mniemaniu trendów – oraz „różnorodność ludzkiej natury”, pod którym to pojęciem lewica rozumie rozmaite destrukcyjne upodobania i zachowania.

    Jeszcze jeden przykład, tym razem z podstawy dla klas VII-VIII szkoły podstawowej, z działu „zdrowie społeczne”: uczeń „rozpoznaje manipulację w środowisku społecznym i rodzinnym oraz asertywnie na nią reaguje”. Czym jest manipulacja w środowisku rodzinnym, a tym bardziej – czym jest „asertywna” reakcja na nią? I dlaczego szkoła ma się tym w ogóle zajmować? Ten punkt podstawy programowej brzmi jak nawiązanie wprost do komunistycznej indoktrynacji w czasach Peerelu: uczeń ma być uodporniony na wraże przekazy płynące od rodziców i ma na nie odpowiednio reagować. Najlepiej donosząc do NKWD.

    Edukacja zdrowotna jest więc po prostu programem indoktrynacji, wykraczającej dalece poza cokolwiek, co dotychczas widziała polska szkoła. Oczywiście dłużej klasztora niż przeora. Pani Nowacka wreszcie odejdzie, zwłaszcza że ma jak najgorszą opinię również w środowisku nauczycielskim. Wreszcie odejdzie również ten rząd. Wtedy przed następcami stanie pytanie, jak przywrócić zburzoną równowagę – o ile w ogóle da się to zrobić.

    Łukasz Warzecha

    Postęp w Niemczech: Zaskakująca seria zgonów polityków AfD. Krótko przed wyborami zmarło… sześciu

    Niemcy: Zaskakująca seria zgonów polityków AfD. Krótko przed wyborami zmarło… sześciu

    ====================

    MD: A ja dziś umieściłem alarmujące: W Niemczech trzej kandydaci partii AfD zginęli w tajemniczy sposób przed wyborami

    ===============================================

    https://pch24.pl/niemcy-zaskakujaca-seria-zgonow-politykow-afd-krotko-przed-wyborami-zmarlo-szesciu

    (Demonstracja poparcia dla AfD przed Bundestagiem, fot. youtube/aljazeera)

    Zaskakujące zgony w Niemczech. 14 września w Nadrenii Północnej-Westfalii – najludniejszym landzie kraju. W ostatnim czasie zmarło jednak aż sześciu mężczyzn, którzy kandydowali z ramienia partii AfD.

    Najpierw cztery, teraz kolejne dwa zgony. Według policji, nie ma poszlak wskazujących na udział osób trzecich. W dwóch ostatnich przypadkach jeden z mężczyzn miał chorować na wątrobę, drugi miał popełnić samobójstwo. Obaj kandydaci byli na partyjnej liście rezerwowej.

    Szef AfD w Nadrenii Północnej-Westfalii i poseł do Bundestagu Kay Gottschalk stwierdził, że obecnie nie można mówić o morderstwach, ale kwestię przyczyny zgonów należy zbadać. Podobnie wypowiedział się inny poseł partii, Stephan Brandner, wskazując, że seria zgonów jest statystycznie zastanawiająca i trudna do wyjaśnienia.

    Jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem, by w tak krótkim czasie przed wyborami zmarło tylu polityków jednej partii – podkreślił.

    Policja nie podała przyczyny zgonów pierwszych czterech zmarłych działaczy AfD, wskazując na kwestie osobiste. Wiadomo jedynie, że dwóch z nich ciężko chorowało, a dwóch pozostałych zmarło nieoczekiwanie.

    Źródło: jungefreiheit.de Pach

    Jak zachodnie media pomogły przekształcić ludobójstwo w Izraelu w „fake news”

    Jak zachodnie media pomogły przekształcić ludobójstwo w Izraelu w „fake news”

    Zamiar zniszczenia Gazy przez Izrael stałby się jasny znacznie wcześniej, gdybyśmy posłuchali palestyńskich dziennikarzy, a nie wykrętów i oszustw BBC.

    Uzasadnienie masakry i głodu ludności Gazy, które oficjalnie potwierdzono jako wywołany przez Izrael głód, przez Izraelczyka od samego początku opierało się na serii łatwych do obalenia kłamstw: [przez Palestyńczyków] ścinaniu głów niemowląt, pieczeniu niemowląt w piecach i masowych gwałtach.

    Nie powinno nikogo dziwić, że Izrael kontynuował rozpowszechnianie równie oburzających kłamstw, jednocześnie niszcząc – jak to bywa w przypadku wszystkich reżimów dopuszczających się ludobójstwa – najbardziej podstawową infrastrukturę niezbędną do przetrwania mieszkańców Gazy.

    Zablokowano dostawę pomocy humanitarnej do UNRWA, agencji ONZ, zniszczono szpitale enklawy, a personel medyczny został zamordowany, uwięziony i torturowany.

    Izrael twierdził, że posiada dokumenty dowodzące, że ONZ była przykrywką dla Hamasu – dokumenty, których nigdy nie przedstawił. W międzyczasie zaatakowano wszystkie 36 szpitali w Strefie Gazy – ataki te, których ukrytym uzasadnieniem było to, że zostały zbudowane na terenie „centrów dowodzenia i kontroli” Hamasu, choć centrów tych nigdy nie odnaleziono.

    Aby poprzeć tę narrację, Izrael aresztował czołowych lekarzy regionu, którzy pracowali całą dobę, opiekując się niekończącym się strumieniem okaleczonych mężczyzn, kobiet i dzieci, przebranych za domniemanych „członków Hamasu”.

    Jak musi postępować każdy reżim dopuszczający się ludobójstwa – zwłaszcza taki, który stara się zachować pozory demokracji, posiadającej „najbardziej moralną armię” na świecie – Izrael nieustannie starał się ukryć swoje okrucieństwa.

    Odmówiono zachodnim dziennikarzom wstępu do Gazy, a następnie eliminowano palestyńskich dziennikarzy z enklawy jednego po drugim, aż zamordowano ponad 200 z nich, w tym 11 w ciągu ostatnich kilku tygodni, w tym pracowników Middle East Eye i Al Jazeery. Pozostali zostali zmuszeni do ucieczki za granicę w poszukiwaniu bezpieczeństwa.

    Zachodni korpus prasowy, który ledwo pisnął o swojej marginalizacji przez poprzednie 22 miesiące ludobójstwa, zbiorowo wzruszył ramionami, gdy jego koledzy w Gazie byli powoli eksterminowani. Nie ma tu nic do oglądania.

    Tak było do tego miesiąca, kiedy Izrael świętował atak lotniczy, w którym zginęło sześciu palestyńskich dziennikarzy, w tym cały pięcioosobowy zespół relacjonujący wydarzenia dla Al-Dżaziry z miasta Gaza.

    Moment ataku był niezwykle dogodny. Izrael wzywa 60 000 żołnierzy do ostatecznego natarcia na pozostałości miasta Gaza, gdzie około miliona Palestyńczyków – połowa z nich to dzieci – ukrywa się i głoduje.

    Ci cywile zostaną zabici lub zapędzeni do obozu koncentracyjnego, który Izrael nazywa „miastem humanitarnym”, położonego w pobliżu granicy z Egiptem. Tam będą oczekiwać na ostateczną deportację – prawdopodobnie do Sudanu Południowego, upadłego państwa, któremu Izrael dostarczył broń, która podsyciła wojnę domową i przemoc.

    Kampania oszczerstw

    Izrael uzasadniał zabójstwo załogi Al-Dżaziry, twierdząc, że jeden z nich, Anas al-Sharif, reporter nagrodzony Nagrodą Pulitzera, był potajemnie „terrorystą Hamasu”.

    To twierdzenie nie było mniej absurdalne niż wymówki, których Izrael używał, by usprawiedliwić wykluczenie pracowników pomocy humanitarnej oraz zabicie i uwięzienie setek pracowników służby zdrowia w Strefie Gazy.

    Lekarze w Gazie – którzy od prawie dwóch lat codziennie muszą mierzyć się z liczbą ofiar śmiertelnych, zazwyczaj kojarzoną z poważnymi klęskami żywiołowymi, i którym odmawia się podstawowych leków i sprzętu – rzekomo mieli mnóstwo czasu na spiskowanie z bojownikami Hamasu. Przynajmniej tak chce nas przekonać Izrael.

    Jak nam powiedziano, Sharif znajdował też czas między przerwami w swoim napiętym 22-miesięcznym harmonogramie pracy reporterskiej – głównie przed kamerami – na „kierowanie atakami rakietowymi na izraelskich cywilów” jako dowódca Hamasu.

    Przypuszczalnie posiadał nadludzkie moce, które pozwalały mu przetrwać dwa lata bez snu i, niczym cząstka kwantowa, znajdować się w dwóch różnych miejscach naraz.

    Teraz wiemy dokładnie, skąd wzięła się ta absurdalna historia: z czegoś, co Izrael nazywa „Komórką Legitymizacji”. Nazwa tego wydziału wywiadu, który z pewnością nigdy nie miał zostać ujawniony, mówi sama za siebie. Jego misją było legitymizacja izraelskich okrucieństw za pomocą opowieści zniesławiających ofiary, czyniąc w ten sposób ludobójstwo bardziej strawnym dla izraelskiej i zachodniej publiczności.

    Izraelski portal informacyjny +972 ujawnił istnienie tej komórki kilka dni po zabójstwie Sharifa w tym miesiącu, podając, że została ona utworzona po 7 października 2023 r. – dniu, w którym Hamas i inne grupy wydostały się z obozu jenieckiego w Strefie Gazy i rozpętały krwawą łaźnię po 17 latach brutalnego oblężenia.

    Głównym celem Komórki Legitymacyjnej było pomaganie Izraelowi w rozpowszechnianiu w zachodnich mediach informacji przedstawiających szpitale w Strefie Gazy jako siedliska terroryzmu, a tamtejszych dziennikarzy jako „tajnych agentów Hamasu”.

    Fałszywe dowody

    Powołując się na trzy izraelskie źródła wywiadowcze, +972 podało, że motywem utworzenia przez Izrael komórki legitymizującej nie były względy bezpieczeństwa, lecz czysto propagandowe – czyli to, co w Izraelu nazywa się „hasbarą”.

    Według doniesień, komórce zależało na ustaleniu jakiegokolwiek związku między garstką dziennikarzy w Strefie Gazy a Hamasem, aby zasiać wątpliwości w umysłach odbiorców na Zachodzie, usprawiedliwić zabijanie przedstawicieli tamtejszej prasy i uniemożliwić im ujawnianie okrucieństw popełnianych przez Izrael.

    Zgodnie z wieloletnimi ostrzeżeniami krytyków Izraela, ci urzędnicy wywiadu poinformowali stację telewizyjną +972, że działalność komórki jest postrzegana jako „kluczowa dla przedłużania wojny przez Izrael”. Celem było powstrzymanie rosnącego sprzeciwu społecznego Zachodu wobec ludobójstwa, zanim stanie się on tak duży, że zmusi stolice zachodnie – patronów Izraela – do powstrzymania izraelskiej machiny śmierci.

    Inne źródło dodało: „Chodziło o to, aby [izraelskie wojsko] mogło działać bez nacisków, tak aby kraje takie jak Ameryka nie zaprzestały dostaw broni”.

    Według tych źródeł izraelscy urzędnicy tak bardzo chcieli przekazać odbiorcom na Zachodzie informacje o przedłużającym się ludobójstwie, że „poszli na skróty” – uprzejmy eufemizm oznaczający po prostu fabrykowanie dowodów.

    Po tym, jak w lipcu 2024 r. zamordowano reportera Al-Dżaziry Ismaiła al-Ghoula i jego kamerzystę, Izrael powołał się na dokument z 2021 r. rzekomo znaleziony na „komputerze Hamasu”, aby argumentować, że był on „członkiem skrzydła wojskowego” i brał udział w ataku na Izrael 7 października 2023 r.

    Jednakże w rzekomym dokumencie stwierdzono, że Ghoul otrzymał stopień wojskowy w 2007 roku, gdy miał 10 lat.

    W przypadku Sharifa, został on oskarżony z wyprzedzeniem. W październiku 2024 roku Izrael twierdził, że on i pięciu innych dziennikarzy Al-Dżaziry byli potajemnie członkami skrzydła wojskowego Hamasu, czyli Islamskiego Dżihadu. W marcu jeden z nich, Hossam Szabat, został zamordowany.

    Oszustwo „fałszywych wiadomości”

    Nie tylko dziennikarze Al-Dżaziry na miejscu w Strefie Gazy zostali zniesławieni. Izrael, uzależniony od swoich ekstrawaganckich kłamstw, twierdził, że sama stacja z Dohy otrzymała instrukcje redakcyjne od Hamasu.

    Kilka miesięcy po rozpoczęciu ludobójstwa w Izraelu premier Izraela Benjamin Netanjahu stworzył niepotwierdzoną narrację, jakoby Al-Dżazira była „nadawcą terrorystycznym”, który „aktywnie uczestniczył w masakrze 7 października”.

    Dało to Izraelowi uzasadnienie do zakazania w zeszłym roku nadawania stacji Al-Dżazira oraz do zaprzestania jej działalności w nielegalnie okupowanej Wschodniej Jerozolimie, a od września także na Zachodnim Brzegu.

    Istniało bezpośrednie podobieństwo do strategii Izraela wobec UNRWA, która wykorzystywała najbardziej bezczelne kłamstwa jako broń, aby wydalić agencję z Gazy i pozostawić jej mieszkańców na łasce izraelskich żołnierzy oraz wspieranej przez Izrael i Stany Zjednoczone grupy najemników, błędnie nazywającej się Gaza Humanitarian Foundation (GHF).

    Plan GHF zakładał wydalenie ludności z tak zwanych „ośrodków pomocy” za pomocą śmiercionośnych strzałów. Paradoksalnie, pozwoliło to na kontynuowanie izraelskiej polityki głodu – za którą Netanjahu jest ścigany przez Międzynarodowy Trybunał Karny – pod przykrywką rzekomej inicjatywy humanitarnej.

    Od lipca Komitet Ochrony Dziennikarzy ostrzegał, że życie Sharifa jest w bezpośrednim niebezpieczeństwie i że jest on „celem kampanii oszczerstw prowadzonej przez izraelskie wojsko”, którą uznał za wstęp do jego zabójstwa.

    Prawdziwe intencje Izraela zostały jasno przedstawione w zeszłym miesiącu przez rzecznika armii Avichaya Adraee, który oskarżył Sharifa w jego relacji z Gazy o szkodzenie wizerunkowi Izraela poprzez promowanie „fałszywej kampanii głodu Hamasu”.

    Adraee argumentował, że Sharif jest częścią „machiny wojskowej Hamasu”, ponieważ donosi o tym samym narastającym głodzie, przed którym ONZ, Światowa Organizacja Zdrowia i główne organizacje obrońców praw człowieka ostrzegały od miesięcy – a który w zeszłym tygodniu osiągnął najwyższy poziom głodu według Zintegrowanej Klasyfikacji Faz Bezpieczeństwa Żywnościowego (IPC).

    Podobnie jak Izrael spowodował głód w Strefie Gazy, oczerniając i marginalizując organizacje pomocowe ONZ, tak samo uniemożliwia odpowiednie relacjonowanie wydarzeń związanych z głodem, oczerniając i mordując palestyńskich dziennikarzy.

    W poniedziałek Izrael zbombardował szpital Nassera w Chan Junis, zabijając 21 osób, w tym pięciu dziennikarzy pracujących dla Middle East Eye oraz agencji prasowych Reuters i AP.

    W obu przypadkach wyolbrzymione twierdzenia o powiązaniach z Hamasem służą podobnemu celowi. Jeśli zachodnia opinia publiczna da się oszukać i uwierzy, że palestyńscy dziennikarze piszą pod nadzorem Hamasu, doniesienia o izraelskich okrucieństwach mogą zostać uznane za „fake newsy” – a ludobójstwo może się jeszcze bardziej przedłużyć, nawet gdy na ekranach naszych ekranów zapełnią się zdjęcia wychudzonych dzieci.

    Kwestia „proporcjonalności”

    Dokonując egzekucji na Sharifie, Izrael twierdził, że ma dowody na to, że był on „aktywnym terrorystą Hamasu” i „przywódcą komórki w brygadzie rakietowej”. Jednak nawet opublikowane dokumenty – z których żaden nie został udostępniony do niezależnego wglądu – wykazały, że został zwerbowany w 2013 roku i opuścił grupę w 2017 roku.

    Nawet jeśli uznać te twierdzenia za prawdziwe — co byłoby wyjątkowo lekkomyślne, biorąc pod uwagę długą i konsekwentną historię kłamstw Izraela — sugerują one, że Sharif nie miał żadnych powiązań z Hamasem przez osiem lat, zanim stał się celem ataków ze strony Izraela.

    Innymi słowy, nawet według wyimaginowanych „dowodów” izraelskiej komórki ds. legalności, Sharif cieszył się statusem cywila, gdy Izrael zamordował go i pięciu innych dziennikarzy. Atak na namiot dziennikarzy był zatem rażącą zbrodnią wojenną.

    Ale choć kłamstwa Izraela są całkowicie zrozumiałe – w końcu na tym polega oficjalny przemysł hasbara – najbardziej zdumiewające jest to, że zachodnie media nadal po cichu szerzą kłamstwa Izraela.

    Najpopularniejsza niemiecka gazeta, Bild, opublikowała na pierwszej stronie tekst, który równie dobrze mógłby zostać napisany przez izraelskie wojsko: „Terrorysta przebrany za dziennikarza zabity w Strefie Gazy”. Bez potwierdzeń, bez cudzysłowów. Po prostu stwierdzenie faktu.

    Brytyjskie media nie wypadły lepiej; większość z nich w swoich nagłówkach i doniesieniach szeroko eksponowała bezpodstawne, „legitymizujące” oszczerstwa Izraela przeciwko Sharifowi.

    Co zdumiewające, BBC w swoim sztandarowym programie „News at Ten” bez wahania zaakceptowało przedstawienie Sharifa przez Izrael jako uzasadnionego celu i bezkrytycznie rozpowszechniało założenie, że Izrael obrał sobie za cel tylko jego.

    Postawiono obsceniczne, wysoce stronnicze pytanie: „Pojawia się kwestia proporcjonalności. Czy zabicie pięciu dziennikarzy jest uzasadnione, skoro celem jest tylko jeden?”

    https://twitter.com/i/status/1955061697779053044

    Tłumaczenie „X” : Jeszcze bardziej obsceniczne „dziennikarstwo” z BBC News. Oto jak relacjonują zamordowanie pięciu dziennikarzy w Strefie Gazy przez Izrael: „Pojawia się pytanie o proporcjonalność. Czy uzasadnione jest zabicie pięciu dziennikarzy, skoro celem był tylko jeden?”

    „Proporcjonalna” wersja wydarzeń opiera się na założeniu, że Izrael miał prawo odpowiedzieć śmiercionośną siłą na pewien powód – rzekome powiązania Sharifa z terroryzmem – i stawia pytanie jedynie o to, czy ten powód uzasadniał skalę śmiercionośnej reakcji Izraela.

    Izrael nie mógł oczekiwać niczego więcej. Zgodnie z działaniami Komórki Legitymacyjnej, uniemożliwił BBC News relacjonowanie izraelskiej zbrodni wojennej przeciwko dziennikarzom, wywołując zamiast tego debatę na temat tego, czy takie działanie było właściwe i mądre.

    Przypływ się odwrócił

    Piers Morgan, którego niezwykle popularny internetowy program „Uncensored” jest jedną z najważniejszych platform dyskusyjnych, na których spotykają się zwolennicy i krytycy Izraela, pokazuje, jak łatwo Izrael może wpływać na przekazy medialne.

    Morgan doskonale ilustruje, jak zachodni dziennikarze łatwo akceptują rasistowskie założenia na temat dziennikarzy spoza Zachodu, nawet jeśli wydają się one kwestionować.

    Krótko po zabójstwie Sharifa, Morgan zaprosił Jamala Elshayyala, dyrektora programu „360” w Al-Dżazirze. Musiał on rozmawiać z Jotamem Confino, dziennikarzem, który kiedyś pracował dla izraelskiej stacji telewizyjnej i24 News, która odegrała kluczową rolę w rozpowszechnianiu izraelskiego „oszustwa z obciętymi głowami niemowląt”, a obecnie pisze dla prawicowych i żarliwie pro-izraelskich gazet, takich jak „The Telegraph” i „New York Sun”.

    Rolą Confino w debacie było wzmocnienie izraelskich argumentów, że Sharif był terrorystą z Hamasu. Elshayyal odpowiedział, wymieniając izraelską praktykę od dziesięcioleci polegającą na zabijaniu dziennikarzy, którzy ośmieszają kraj, zwłaszcza Palestyńczyków. Zwrócił uwagę na haniebną egzekucję palestyńsko-amerykańskiej dziennikarki Shireen Abu Akleh w 2022 roku i późniejsze ujawnienie licznych kłamstw, których Izrael użył, aby ukryć swój udział w jej zabójstwie.

    Podkreślił również ogólne zagrożenia dla bezpieczeństwa dziennikarzy biorących udział w kampaniach oszczerstw, takich jak ta przeciwko Sharifowi, opierających się na przekonaniu, że zabijanie dziennikarzy, których poglądy polityczne nie podobają się ich zwolennikom, jest usprawiedliwione.

    Jak można było się spodziewać, argument ten zupełnie nie odzwierciedlał intencji Morgana.

    Ponieważ nie było dowodów na to, że Sharif był dowódcą komórki Hamasu, Confino skierował swój atak w stronę szerszych oskarżeń, że dziennikarz Al-Dżaziry mógł sympatyzować z Hamasem.

    Ale to go nie zadowalało. Zwrócił się ku Elshayyalowi, argumentując, że nie jest w stanie bronić Sharifa, ponieważ ten wyrażał antyizraelskie poglądy w mediach społecznościowych.

    Co niezwykłe, Morgan dołączył do Confino i wypytywał Elshayyala o jego poglądy polityczne, namawiając go do potępienia Hamasu za atak z 7 października 2023 r. Co ciekawe, Confino nie został poproszony o potępienie Izraela za o wiele poważniejsze ludobójstwo.

    Ta głęboko niepokojąca i rasistowska wymiana zdań sugerowała założenie, że arabscy ​​dziennikarze muszą udowodnić zachodnim dziennikarzom swoją wiarygodność ideologiczną, zanim ich poglądy i życie zaczną mieć znaczenie.

    Elshayyal był tam nie tylko po to, by bronić Sharifa, ale także prawa dziennikarzy do swobodnego relacjonowania wydarzeń bez obawy przed groźbami śmierci, niezależnie od ich przynależności politycznej. Zamiast tego czuł się zobowiązany do obrony swojego prawa do udziału w debacie ze względu na własne poglądy polityczne.

    Program prowadzony przez wybitnego brytyjskiego dziennikarza, którego wyraźnym celem było potępienie izraelskich zbrodni wojennych, takich jak systematyczne mordowanie dziennikarzy w Strefie Gazy, szybko przerodził się w polowanie na czarownice wymierzone w dziennikarzy krytykujących Izrael.

    Życie do wyrzucenia

    W zachodnich doniesieniach brakuje następującego kontekstu: Izrael zabił w ciągu ostatnich dwóch lat w Strefie Gazy ponad 240 palestyńskich dziennikarzy – więcej niż wszyscy dziennikarze zginęli podczas obu wojen światowych, wojny koreańskiej, wojny w Wietnamie, wojen w byłej Jugosławii i wojny w Afganistanie razem wzięci.

    To schemat – jaskrawy – na który zachodni dziennikarze zdają się być całkowicie ślepi, chociaż Izrael nadal zabrania im relacjonowania wydarzeń w Strefie Gazy, mimo że od niemal dwóch lat trwa tam ludobójstwo.

    Irene Khan, Specjalna Sprawozdawczyni ONZ ds. wolności opinii i wypowiedzi, niedawno oświadczyła, że ​​Izrael „prowadzi bardzo starannie zaplanowany, ukierunkowany program ataków, mający na celu tłumienie wszelkich niezależnych doniesień na temat Strefy Gazy”.

    Pobłażliwość zachodnich mediów wobec bezczelnych kłamstw Izraela nie tylko narusza zasady etyki dziennikarskiej. Sprawia również, że wszyscy dziennikarze, którzy nadal relacjonują wydarzenia w Strefie Gazy, stają się celem ataków.

    Wysyła wiadomość do Izraela, że ​​jej życie jest uważane za stracone i że nawet najbardziej błahe wymówki dotyczące jej morderstwa będą traktowane poważnie.

    Jeszcze bardziej przewrotne jest to, że zachodni dziennikarze sami normalizują precedens, który stanowi ogromne zagrożenie zarówno dla ich własnego życia z rąk państw zbójeckich, jak i dla przyszłości relacjonowania wojennego.

    Wzory kłamstw

    Narracje, które „legitymizują” Izrael, działają jedynie dzięki otwartości zachodnich dziennikarzy na kampanie dezinformacyjne – i przygotowaniu zachodniej opinii publicznej na ich akceptację.

    Działają, ponieważ elity polityczne i medialne Zachodu z pokolenia na pokolenie wpajają nam głęboko zakorzeniony rasizm.

    Izrael powołał swoją komórkę legitymizacji tylko dlatego, że wie, jak łatwo wykorzystać obawy Zachodu. Przedstawia swoje argumenty za pośrednictwem zachodnich mówców – biegle posługujących się językami ojczystymi słuchaczy – którzy wykorzystują długotrwałe kolonialne obawy przed „barbarzyńcami u bram” i zagrożeniami dla „zachodniej cywilizacji”.

    Jednak w miarę jak rzeź w Izraelu trwa z miesiąca na miesiąc, społeczeństwu Zachodu coraz trudniej uwierzyć w te narracje.

    Im dłużej trwają dywanowe bombardowania Strefy Gazy przez Izrael i masowe głodzenie tamtejszej ludności, tym trudniej ukryć kłamstwa Izraela, a coraz wyraźniejszy obraz sytuacji wskazuje nie na wojnę w ramach „samoobrony”, lecz na ambicje ludobójcze.

    Wstrząsające zdjęcia wychudzonych dzieci, przedstawione po miesiącach otwartego przyznawania się Izraela do głodzenia ludności Gazy, mówią same za siebie – są tak oczywiste, że nie wymagały oficjalnego potwierdzenia przez Międzynarodowy Trybunał Karny.

    W zeszłym tygodniu +972 ujawniło, że wbrew wielomiesięcznym twierdzeniom Izraela, jakoby większość ofiar śmiertelnych w Strefie Gazy stanowili bojownicy Hamasu, dane podane przez izraelskie wojsko pokazują, że ponad cztery na pięć ofiar śmiertelnych to w rzeczywistości cywile.

    Ten stosunek jest ewidentnie celowy. W nagraniu audio, które niedawno wyciekło do izraelskiej telewizji Channel 12, generał dywizji Aharon Haliva, który kierował izraelskim wywiadem wojskowym przez pierwsze sześć miesięcy po ataku Hamasu 7 października 2023 roku, mówi, że zabicie dziesiątek tysięcy Palestyńczyków jest „konieczne dla przyszłych pokoleń”.

    Dodał: „Za każdą osobę zabitą 7 października musi zginąć 50 Palestyńczyków. Teraz nie ma znaczenia, czy to dzieci”.

    Innymi słowy, od samego początku celem izraelskiego wojska było dokonywanie masowych mordów, aby zmusić Palestyńczyków do trwałego pacyfikacji i skłonić ich do zaakceptowania bezterminowej niewoli.

    Im częściej społeczeństwo widzi obrazy całkowitego zniszczenia Gazy i dowiaduje się o zniszczeniu tamtejszych szpitali oraz głodzie spowodowanym przez Izrael, tym bardziej zastanawia się, dlaczego liczba ofiar śmiertelnych w ciągu ostatniego roku prawie nie wzrosła.

    Twierdzenie Izraela, że ​​liczba 62 000 ofiar została wyolbrzymiona przez kontrolowane przez Hamas Ministerstwo Zdrowia, brzmi absurdalnie. Izrael zniszczył budynki rządowe w Strefie Gazy, co praktycznie uniemożliwia im policzenie ofiar.

    Większość czytelników, europejczyków, podobnie jak eksperci, zaczyna podejrzewać, że rzeczywista liczba ofiar śmiertelnych wynosi setki tysięcy.

    Wszystko to stałoby się jasne znacznie wcześniej, gdybyśmy byli bardziej skłonni słuchać palestyńskich dziennikarzy, zamiast wykrętów i kłamstw BBC i Piersa Morgana.

    Oni i reszta zachodnich dziennikarzy odegrali kluczową rolę w „legitymizacji” ludobójstwa Izraela. Zachodni dziennikarze udowodnili, że są całkowicie niewiarygodnymi arbitrami prawdy w Gazie.

    Jednakże ludobójstwo daje nam bardziej ogólną lekcję na temat tego, co uznajemy za wiadomości w kraju i za granicą, kto może kształtować wiadomości i dlaczego.

    Tuszowanie ludobójstwa w Strefie Gazy — i współudział w nim Zachodu — dostarcza niezwykle szczegółowego obrazu rasistowskich i kolonialnych motywów, które dominują w tym, co nazywamy wiadomościami.

    Czy jesteśmy gotowi nauczyć się tej lekcji?

    Źródło: Jak zachodnie media pomogły przekształcić ludobójstwo Izraela w „fake news”

    Hurghada: Udawali turystów, a stali na czele międzynarodowego gangu narkotykowego. Ukraińcom grozi kara śmierci.

    Udawali turystów, w rzeczywistości stali na czele międzynarodowego gangu narkotykowego. Ukraińcom grozi kara śmierci

    2.09.2025 https://nczas.info/2025/09/02/udawali-turystow-w-rzeczywistosci-zajmowali-sie-tym-ukraincom-grozi-kara-smierci/

    Hurghada.
    Hurghada. / Fot. Sowr, CC BY 2.0, Wikimedia Commons

    W luksusowym hotelu w egipskiej Hurghadzie zatrzymano parę Ukraińców, którzy podszywali się pod turystów, a w rzeczywistości stali na czele międzynarodowego gangu narkotykowego. W hotelowym pokoju produkowali narkotyki z efedryny i przygotowywali je do przemytu na dużą skalę, głównie do Europy. Za popełnione przestępstwa grozi im kara śmierci.

    W grupie działało jeszcze trzech Egipcjan, w tym chemik farmaceuta odpowiedzialny za produkcję substancji psychotropowych.

    Para Ukraińców, Olena T. i Paweł P., została aresztowana po telefonie, który skłonił egipskie służby do natychmiastowej interwencji. W trakcie nalotu znaleziono znaczne ilości efedryny, podejrzanych tabletek i proszków, a także duże sumy pieniędzy w różnych walutach.

    Egipskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poinformowało, że gang od dawna specjalizował się w przerabianiu narkotyków na medykamenty, by ukryć ich przemyt. Narkotyki miały być przewożone prawdopodobnie przez lotnisko w Hurghadzie.

    Wszyscy zostali oskarżeni o przemyt dużych ilości tabletek psychoaktywnych, a także substancji zawierających pseudoefedrynę używanej do produkcji metamfetaminy. Oskarżeni przyznali się do winy. W Egipcie za tego typu przestępstwa grozi kara śmierci.