Może pomógłby Grabski? Z uporem ponawiana propozycja.

Jerzy Przystawa Wrocław, 25 maja 2007

Trwa, a nawet się zaostrza, kolejny strajk lekarzy, zdenerwowany premier bez ogródek sygnalizuje wzięcie zbuntowanych konowałów w kamasze, a do strajku już szykują się nauczyciele. Tymi ostatnimi premier przejmuje się mniej, bo zamknięcie szkół, na krócej czy dłużej, jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a na polskich nauczycieli za granicą nikt specjalnie nie czeka, nie mają więc w zanadrzu jakichś super argumentów, których władza musiałaby się obawiać. Pozostaje jednak faktem, że tych dwu najważniejszych sektorów życia społecznego – edukacji i opieki zdrowotnej – przez 18 lat zreformować się nie udało, pomimo wszystkich niesłychanych osiągnięć ekonomicznych i politycznych kolejnych ekip reformatorskich. Nie pomógł nawet geniusz polskiego cudotwórcy, Leszka Balcerowicza, a prof. Zyta Gilowska skromnie pozostaje w cieniu i nawet nie zabiera głosu w tych finansowych utarczkach. 

Wiemy wszyscy, że największym polskim ekonomistą, finansistą i reformatorem był i jest Leszek Balcerowicz. Dowodzą tego nie tylko hołdownicze listy wypisywane przez polskich inteligentów, ale i deszcz doktoratów honorowych i najróżniejszych nagród międzynarodowych. Nie jest jednak na 100% pewnym, że ta opinia przetrwa przez pokolenia, tym bardziej, że – jak wspomnieliśmy – nawet i on nie potrafił uchronić służby zdrowia i systemu oświatowego przed zapaścią. Nie brakuje i dzisiaj głosów i opinii ludzi mu nieżyczliwych, którzy podważają zarówno jego dorobek naukowy, jak i ekonomiczne, i polityczne osiągnięcia. Natomiast ekonomistą i politykiem polskim, którego pozycja w opinii publicznej pozostaje od 80 lat niepodważalna był prof. Władysław Grabski, dwukrotny premier i minister skarbu w kolejnych rządach i nawet sam Leszek Balcerowicz z uznaniem wypowiada się o nim na swojej stronie internetowej!

Jak z problemem lekarzy i nauczycieli poradziłby sobie Władysław Grabski? Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że według oficjalnych wypowiedzi premiera, jego ekipa sprawuje rządy w okresie, który rządzący uważają za najlepszy w historii Polski, kiedy gospodarka polska kwitnie i dynamicznie się rozwija. Dzisiaj jest świetnie, a jutro będzie jeszcze lepiej. Czasy Władysława Grabskiego to kompletne przeciwieństwo: to czasy w historii Państwa Polskiego chyba najtrudniejsze. Trwa wojna polsko-bolszewicka, Sowieci już zbliżają się do Wisły, Polska nie ma nawet swojej waluty, szaleje inflacja. Za polskim premierem i ministrem skarbu nie stoi żaden Bank Światowy i miliardy dolarów gotowe w każdej chwili wejść na polski rynek. W takim czasie zostać polskim premierem i ministrem skarbu to wielkie wyzwanie, które wymaga nie tylko umiejętności i wiedzy, ale także fizycznej odwagi, a może nawet bohaterstwa! 

O zasługach Władysława Grabskiego napisano wiele i można o nich łatwo przeczytać w Internecie: o reformie walutowej, o utworzeniu polskiego banku emisyjnego, o reformie podatków, o zduszeniu inflacji, o ustabilizowaniu budżetu. Były to reformy Władysława Grabskiego – nie podpowiadał mu ich żaden Soros czy Sachs, przeciwnie, to Grabski był wzorem dla reformatorów finansów w innych krajach europejskich. Są jednak takie reformy Grabskiego, o których jakoś się nigdzie nie pisze i nie wspomina, a zasługują jak najbardziej na uwagę. Szczególnie dzisiaj, wobec problemów płacowych nauczycieli i lekarzy.

Z wypowiedzi rzeczników strajkujących lekarzy i nauczycieli dowiadujemy się, co ich boli – nie to, że jedni i drudzy zarabiają daleko mniej, niż sięgają ich aspiracje, ale przede wszystkim RELACJA ich zarobków do zarobków innych grup zawodowych w Polsce. Tę relację uważają za krzywdzącą, niesprawiedliwą, czują się poniżeni i lekceważeni.

9 października 1923 roku weszła w życie Ustawa o uposażeniu funkcjonarjuszów państwowych i wojska (Dz. U. R. P. Nr. 116 z r. 1923, poz. 924, str. 1389). Genialność tej ustawy polega na jej prostocie:  Wszyscy funkcjonariusze, a więc ludzie opłacani z budżetu państwa, podzieleni zostali na 16 grup uposażenia i ustawa ustalała tabelę, w której każdej z tych grup przyporządkowano odpowiednią ilość punktów. W ten sposób Ustawa porządkowała relacje uposażeń od grupy I (2600 pkt) – w której był tylko Marszałek – Naczelnik Państwa, po grupę XVI, odpowiadającą najniższej płacy (od 130 do 190). Profesorowie zwyczajni należeli do grupy IV (od 1400 do 1800), razem z Komendantem Głównym Policji, generałami brygady, dyrektorami departamentów, wojewodami. Nauczyciel o pełnych kwalifikacjach i stażu mógł awansować do grupy V (od 1100 do 1600) razem z nadinspektorami PP, pułkownikami WP czy wicewojewodami. Początkujący nauczyciel z cenzusem akademickim zaczynał od grupy VIII (od 480) razem z porucznikami WP, podkomisarzami PP, referendarzami Kancelarii Prezesa Rady Ministrów itp. Zawodowy policjant – posterunkowy, zaczynał od grupy XIII (210) razem z wojskowym podmajstrzym i zawodowym żandarmem. W grupie XVI uposażenie zaczynało się od 130 pkt. Aktualne uposażenie określano mnożąc podaną liczbę punktów przez ogólnopolską mnożną, którą co miesiąca ustalał minister finansów. 

Na podstawie tych danych widzimy, że relacja uposażenia profesora uniwersytetu do najwyższej pensji w państwie wynosiła 9:13, a więc wynosiła 70% uposażenia Marszałka Polski. Stosunek pensji najwyżej opłacanego nauczyciela (z 27 letnim stażem) była jak 8 : 13, a więc ok. 60% najwyższego uposażenia. Nauczyciel na pierwszej posadzie otrzymywał ok. jedną piątą pensji Naczelnika Państwa, ale jedną trzecią uposażenia wojewody, natomiast pensja ta była 2,3 raza wyższa od pensji posterunkowego czy zawodowego żołnierza jednej z najniższych rang. 

Ta tabela uposażeń miała swoje głębokie konsekwencje. Przede wszystkim w dziedzinie oświaty i wychowania. Pod tym względem II Rzeczpospolita stanęła na wyżynie niewyobrażalnej i w ciągu 20 lat swego istnienia dokonała wyczynu, jakiego trudno szukać gdzie indziej: wykształciła pokolenie młodzieży zarówno patriotycznej, jak i o wysokich kwalifikacjach zawodowych. Zbudowała korpus nauczycielski, z którego mogliśmy wszyscy być dumni. Należę do pokolenia, które miało szczęście przejść przez szkoły, w których uczuli jeszcze nauczyciele wykształceni przed wojną. Kiedy po studiach sam wróciłem do szkoły – moi nauczyciele już odchodzili. Profesja, która była dumą Rzeczypospolitej zamieniała się systematycznie w najbardziej sfrustrowaną i najniżej opłacaną warstwę zawodową, z której każdy przytomny i do czegokolwiek nadający się człowiek – uciekał gdzie się dało! I tak to trwa do dziś. 

 Powstaje pytanie: dlaczego nikt, przez tyle lat, nie chce nawet słyszeć o tych rozwiązaniach naszych przodków? Dlaczego nie popularyzują ich i nie mówią o nich związki nauczycielskie, dlaczego nie toczy się dyskusja? W 1999 roku opublikowałem książeczkę pt. Nauka jak Niepodległość (SPES, Wrocław, 1999), w której zadałem sobie trud przedrukowania Ustawy z 1923 roku: nikt się nią nie zainteresował, żadna Solidarność nauczycielska, żaden ZNP, żadna grupa profesorska, lamentująca nad niskimi uposażeniami pracowników naukowych?  

Wysuwano, owszem, argument następujący: nie można płacić profesorom tak, jak wojewodom i dyrektorom departamentów, bo wojewodów jest mało, a profesorów dużo. Nie rozumiem jednak – skoro to ma być argument – co stoi na przeszkodzie, żeby wojewodom i dyrektorom departamentów płacić tak, jak profesorom?

A co do tego mają moje ulubione okręgi jednomandatowe? Wszystko. II Rzeczpospolita czerpała swoje kadry z najlepszych uniwersytetów i najlepszych szkół, jakie w owych czasach istniały. Jej kadry przeszły chrzest bojowy i swoje stanowiska zdobywały wiedzą, a także krwią i blizną. Kadry III Rzeczypospolitej wyrosły z instytutów marksizmu-leninizmu, a profesorowie tych instytutów pozakładali prywatne wyższe szkoły, w których swoje mądrości ekonomiczno-politologiczne przekazują niezorientowanej polskiej młodzieży. 18 minionych lat dowiodło, że bez reformy prawa wyborczego nie zmienimy tego stanu rzeczy. 

Czemu nauczyciele odchodzą z zawodu? Pensje ich – a pensje wojewodów. Dziś a przed stu laty.

Jerzy Przystawa

===============

Czytam SOBIE: Nauczyciele żegnają się ze szkołą i zawodem. „Takiego roku nie było”. Gdzie będą pracować?

Więcej: https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Nauczyciele-zegnaja-sie-ze-szkola-i-zawodem.-Takiego-roku-nie-bylo-.-Gdzie-beda-pracowac

Usługi szkoleniowe, przemysł, branża kosmetyczna. Nauczyciele z powodzeniem znajdują pracę w dużych firmach albo zakładają własne działalności i na zawsze żegnają się ze szkołą. Takie osoby można liczyć już w tysiącach. –

========================

Powyższe czytam dziś. 3. VI. 2022. Jeremiady.

A od 30 lat wiadomo, czemu tak się dzieje. Oto kolejny artykuł prof. Jerzego Przystawy z „TAMTYCH LAT”.. md

================================

Święto polskiego nauczyciela?

 Jerzy Przystawa

        14 października jest tradycyjnie, jak „za komuny, obchodzony w Polsce jako tzw. Dzień Nauczyciela. Uczniowie mają labę i nie potrzebują nudzić się na lekcjach, nauczyciele spotykają się na „akademiach ku czci”, otrzymują kwiatki i czekoladki, niektórzy z nich nawet medale, wręczane przez dygnitarzy różnego szczebla. Ponieważ akurat trwa kampania wyborcza do samorządów terytorialnych, więc słowo „edukacja”, odmieniane we wszystkich przypadkach, wypisane jest wśród sloganów wyborczych wszystkich partii politycznych.

W tym reklamowaniu swojego umiłowania „edukacji” i oddania tej sprawie, przoduje, jak zwykle, spadkobierca PZPR – Sojusz Lewicy Demokratycznej. Idzie im najłatwiej, bo mają w tym „boju o edukację” najdłuższy staż i doświadczenie. Ale w gadaniu o roli i znaczeniu edukacji nikt nie chce pozostać w tyle. Szczególnie gorliwie gardłują zagorzali euroentuzjaści. Unia Europejska, której brakuje taniej siły roboczej, ma jeszcze trochę miejsc pracy przy karmieniu świń, sprzątaniu ulic, biur i sklepów, myciu naczyń w hotelach i restauracjach i dobrze wykształcone, polskie panienki, znające parę zachodnich języków byłyby jak znalazł.

Mają więc wzięcie korepetytorzy angielskiego czy niemieckiego i nawet Anglik, Francuz czy Amerykanin może w Polsce całkiem przyzwoicie zarobić. Gorzej z polskimi nauczycielami zbędnych przedmiotów jak, nie przymierzając, fizyka, chemia czy biologia, historia czy, mało w Europie przydatny, język polski. Do nauczania języków obcych mało się nadają, gdyż komuna nie przewidywała naszego „wchodzenia do Europy”, więc jeśli już o jakieś języki dbała to raczej o rosyjski, który znowuż dzisiaj okazuje się być bardziej zbędny od niepotrzebnego. Nie ma się więc co dziwić, że w III RP, tak jak w PRL, nauczyciel jest społecznym pariasem. Jeśli ma szczęście i po ukończeniu studiów znajdzie pracę w szkole, dostanie pensję w wysokości 700 złotych, a więc nie całych 175 USD na miesiąc. Jeśli będzie kontynuował studia i po 4-5 latach pracy zrobi doktorat i uzyska pracę na uczelni, to jako adiunkt uniwersytecki dostanie może i dwa razy więcej.

Nauczyciele polscy, wśród których nie ma już ludzi pamiętających lepsze czasy, robią wrażenie grupy zawodowej pogodzonej ze swoim losem. Odnosi się wrażenie, że nie tylko nie wierzą w możliwość poprawy swego żebraczego statusu, ale nawet nie mają świadomości, że ten status mógłby być inny. Kiedy się im mówi, że polska tradycja jest inna, reagują z niechęcią, jakby to do nich odnosiły się słowa Poety:

Kto z was podniesie skargę, dla mnie jego skarga

Będzie jak psa szczekanie, który tak się wdroży

Do cierpliwie i długo noszonej obroży,

Że w końcu gotów kąsać – rękę, co ją targa.

A przecież polska tradycja jest inna. Tradycja Polski Niepodległej, która wiedziała od zawsze, że takie będą Rzeczypospolite, jakie ich synów chowanie. Przypomnijmy więc, przy okazji tego malowanego dnia nauczyciela, jak prawdziwie Wolna i Niepodległa Rzeczpospolita traktowała swoich nauczycieli i jak chowała swoich synów.

Z datą 9 października 1923 Sejm II Rzeczypospolitej Polskiej uchwalił Ustawę o uposażeniu funkcjonariuszów państwowych i wojska (Dz.U. R. P. Nr. 116 z r. 1923, poz. 924, str. 1389). W Ustawie tej ustanowił 16 grup uposażenia, a w każdej z tych grup pewną ilość szczebli. Tabela obejmowała wszystkich pracowników, jak to się dzisiaj pięknie mówi, sfery budżetowej. W każdej pozycji tabeli podana była ilość punktów, określająca wysokość uposażenia przysługującego odpowiedniej kategorii. Art. 5 tej Ustawy stanowił, że na dzień 1 października 1923 liczbę punktów należy pomnożyć przez 11600 mkp. Kwota ta odpowiadała kosztom utrzymania w pierwszej połowie września 1923 r. Aby uniknąć kłopotów z inflacją, deflacją, wzrostem czy upadkiem gospodarki, Ustawa przewidywała, że konkretną wysokość mnożnej, czy to w markach polskich czy w złotych, każdorazowo, najpóźniej do 20 dnia każdego miesiąca, określi Rada Ministrów, na wniosek Ministra Spraw Wewnętrznych w porozumieniu z Ministrem Skarbu biorąc pod uwagę zmianę wysokości kosztów utrzymania w okresie od dnia 15 ubiegłego miesiąca do dnia 15 bieżącego miesiąca oraz zmianę dodatku regulacyjnego.

Przyjrzyjmy się teraz, jak Ustawa regulowała płace nauczycieli.

Art. 25 stanowił, że Profesorowie zwyczajni szkół akademickich otrzymują uposażenie grupy IV, profesorowie nadzwyczajni otrzymują uposażenie grupy V. Profesorom zwyczajnym i nadzwyczajnym po upływie 3 lat, spędzonych w ostatnim szczeblu odnośnej grupy, dodaje się po 100 punktów.

Kto otrzymywał uposażenie na tym samym poziomie co profesorowie? W wojsku grupę IV stanowili generałowie brygady i kontradmirałowie. Do grupy V zaliczano pułkowników i komandorów. W Policji Państwowej grupę IV miał tylko Komendant Główny, grupa V przysługiwała nadinspektorom. W ministerstwach grupę IV posiadali dyrektorzy departamentów, wojewodowie, Delegat Rządu w Wilnie, Komisarz Generalny R.P w Gdańsku, Prezes Izby Skarbowej. Grupa V przysługiwała wicewojewodom i naczelnikom wydziałów.

Art. 31 stanowił: Nauczyciele posiadający kwalifikacje, przepisane ustawą z dnia 22 września 1922 r. Z wyjątkiem nauczycieli rysunku, pracy ręcznej, śpiewu, muzyki i gimnastyki, nie mających matury gimnazjalnej lub seminarjalnej i ukończonych co najmniej dwuletnich specjalnych kursów zawodowych, otrzymują przy mianowaniu uposażenie grupy VIII, po przesłużeniu 6 lat – grupy VII, po dalszych 9 latach – grupy VI, wreszcie po następnych 12 latach – grupy V.

A zatem nauczyciel z odpowiednim kwalifikacjami i stażem awansował do uposażenia wicewojewody. W ministerstwach grupę VI otrzymywali naczelnicy wydziałów, w wojsku podpułkownicy, w policji inspektorzy. Po 6 latach pracy nauczyciel zarabiał tyle, co kapitan w wojsku, nadkomisarz w PP, sekretarz poselstwa lub wicekonsul. Pracę zaczynał z pensją porucznika albo podkomisarza Policji Państwowej, lekarza powiatowego, powiatowego architekta, Redaktora PAT, Dyrektora Drukarń Państwowych. Zaczynał od uposażenia grupy VIII, a wszystkich było 16, a zatem nie jak teraz od minimalnej płacy ustawowej na poziomie zasiłku dla bezrobotnego. Prezes Dyrekcji Ceł był w grupie V, jak profesor nadzwyczajny, a zwykły poborca celny dopiero w grupie XII, a przecież nie słyszeliśmy o wstrząsających krajem aferach przemytniczych, będących jakoby wynikiem niskiego uposażenia celników!

4 lata temu, w czerwcu 1998, zawiązał się Komitet Ratowania Nauki Polskiej, do którego weszli wybitni profesorowie różnych polskich uczelni. Komitet ten zanosi pokorne supliki do miłościwie nam panujących ministrów, żeby zechcieli wziąć pod uwagę, że nauka polska ginie, że Polska z roku na rok obsuwa się niżej w rankingu cywilizowanych krajów świata. Kiedy jednak przesłałem Wysokiemu Komitetowi Ustawę z 9. X. 1923 i zachęcałem ich do podniesienia tego tematu, moja propozycja została zignorowana. Prywatnie, różni moi Uczeni Koledzy, przekonywali mnie na wyścigi, że pomysł aby zastosować rozwiązania jakie z tak wspaniałym skutkiem stosowała II Rzeczpospolita, jest pomysłem z gatunku science fiction, że nie ma w ogóle o czym mówić, że przed wojną nauczycieli było mało, a teraz jest dużo, że jesteśmy za biedni, a w ogóle to jak to można, żeby nauczycielom i profesorom płacić według jakiegoś rozdzielnika? Przecież nauczyciel nauczycielowi nie równy, a o profesorach to już w ogóle nie ma co mówić!

10 lipca 1998 rozesłałem „List Otwarty przede wszystkim do Wielce Szanownych Profesorów Zwyczajnych i Nadzwyczajnych RP”. W liście tym zwracałem uwagę, że moja propozycja wprowadzenia w życie Ustawy z 9. X. 1923, wbrew temu co twierdzą, nie wymaga dodatkowych nakładów inwestycyjnych na pensje nauczycieli i profesorów! Przecież jeśli nie ma pieniędzy, żeby profesorom płacić tyle ile się płaci wojewodom i dyrektorom departamentów w ministerstwach, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby płacić wojewodom i dyrektorom tyle samo ile się płaci profesorom!? Dlaczegóż, skoro jesteśmy tak biedni, tylko profesorowie i nauczyciele mają to rozumieć i ponosić koszta? Dlaczego wojewodowie, dyrektorzy i generałowie maja być od tego rozumienia zwolnieni? Czyż to nie są Polacy – patrioci, gotowi pocierpieć trochę dla Ojczyzny?

Nie odpowiedzieli na mój list otwarty uczeni mężowie i panie, zatroskani stanem edukacji i nauki polskiej. W moim uniwersytecie, tak jak i we wszystkich innych uniwersytetach w Polsce, działają organizacje związkowe, w tym sławna NSZZ „Solidarność”. Jej członkowie i komisje nie ustają w lamentach nad niskimi płacami naukowców i nauczycieli. Dla nich specjalnie napisałem i wydałem książeczkę pt.: „Nauka jak Niepodległość”. Kosztowała 5 złotych, tyle ile kufel piwa w byle jakiej knajpie. Stała sobie samotnie na wystawie w kiosku uniwersyteckim, nie budząc żadnego zainteresowania. Za darmo przekazałem ją różnym komisjom. Wszystko na próżno. Uczeni i wychowawcy, po 50 latach tak się wdrożyli do cierpliwie i długo noszonej obroży, że nawet po cichu nie dopuszczą myśli, że kraj, jeśli chce być wolny i niepodległy, jeśli chce się liczyć w cywilizacyjnym wyścigu, jeśli chce coś znaczyć wśród narodów Europy i Świata, musi zacząć inaczej traktować nauczycieli i sprawa ta musi mieć priorytet najwyższy.

Rozumieli to dobrze twórcy II Rzeczypospolitej. Przypomnijmy tę datę: 9 października 1923. Zaledwie 5 lat od zakończenia straszliwej I Wojny Światowej i nie całe dwa lata od zakończenia okropnej, rujnującej Wojny Polsko – Bolszewickiej. Sejm, wyłoniony na podstawie niedobrej ordynacji tzw. proporcjonalnej, niestabilny, targany walkami ideologicznymi, jest miejscem potępieńczych niekiedy swarów i gorszących kłótni. Ale kłótnie te toczą między sobą Obywatele – Posłowie Rzeczypospolitej, którzy swego oddania Polsce dowiedli ponad wszelką wątpliwość, i którzy rozumieją, że ich Ojczyzna zdobyta krwią i blizną wymaga ludzi światłych, wykształconych na najwyższym światowym poziomie, i ich podziały, waśnie i wzajemne urazy, nie przeszkadzają im w podjęciu decyzji o przyznaniu profesji wychowawcy młodzieży Pozycji Numer Jeden.

Nauczyciel Polski docenił ofiarę jaką na jego rzecz uczynił zniszczony wojnami kraj. Zrewanżował się swoją pracą, z której Polska miała prawo być dumną. Przez 20 lat niepodległości wykształcił i wychował pokolenie, którego jakość i wartość okazała się w całej pełni w straszliwych latach wojny i okupacji. Nauczyciel Polski swój egzamin przed Historią zdał. Nie jest jego winą, że los skazał to pokolenie na przepadłe, że poszli jak kamienie na szaniec, ale ten szaniec nie okazał się wystarczający.

Dzisiaj, 13 lat po Okrągłym Stole, kiedy Polska została ogłoszona za wolną i niepodległą, widzimy wyraźnie, że ludzie, którzy wzięli na swoje barki losy III RP, pochodzą z innej gleby, z innej ideologii, z innego systemu wartości, niż ci, którzy uchwalali Ustawę z 9. X. 1923. Pierwszy Prezydent tej Rzeczypospolitej chwalił się publicznie, że: gdybym się w szkole lepiej uczył, to dzisiaj byłbym inżynierem i byłbym po drugiej stronie. (Lech Wałęsa w wywiadzie telewizyjnym w lecie 1989 r.) Gdybym się lepiej uczył – byłbym dzisiaj nikim, ale że byłem leniem i obijbokiem, to dzisiaj jestem waszym prezydentem i laureatem Nagrody Nobla. Drugi Prezydent III RP usiłował oszukać swój naród lipnym dyplomem magistra. Czy po takich ludziach można się spodziewać zrozumienia roli i znaczenia wychowawcy – nauczyciela? Roli i znaczenia nauki? Zresztą dla nich Niepodległa Polska to szkodliwy anachronizm, przeszkoda na drodze do Unii Europejskiej, której Niepodległa Polska jest potrzebna jak dziura w moście. Unii Europejskiej potrzebne są ładne polskie panienki do ścielenia łóżek w eleganckich hotelach i sprytni i zdrowi chłopcy do malowania pokoi i remontowania mieszkań, ewentualnie jako parobcy na nielicznych farmach. Do czego tu polskie uniwersytety i świetni wychowawcy-nauczyciele?

Dzisiaj już wiemy, że agenci obcych interesów nie zadbają o polską szkołę, nie zadbają o polskiego nauczyciela, nie stworzą im warunków do pracy takich, jakich wymaga kraj aspirujący do niepodległości i godnej pozycji w świecie.

Jak się wyrwać z tej pułapki i odwrócić ten zabójczy trend? Jak wyjąć Polskę z rąk kompradorów?

Wydaje się, że to, co jeszcze wciąż można zrobić, to doprowadzić jak najszybciej do zmiany systemu wyłaniania elit. Trzeba zmienić ordynację wyborczą do Sejmu i wprowadzić, na wzór brytyjski, jednomandatowe okręgi wyborcze. Póki jeszcze jest cokolwiek do uratowania. Muszą to zrozumieć, jak najszybciej, przede wszystkim, polscy nauczyciele

Cejrowski: Ta ustawa jest nielegalna. Polacy płacą podatki na szkoły, dla Polaków, nie dla uchodźców –

O ukraińskich dzieciach, Hitlerze i Norymberdze. „To nie jest zgodne z polskim prawem”. Szkoła nie ma służyć integracji, ale nauce.

5 kwietnia 2022 https://nczas.com/2022/04/05/cejrowski-o-ukrainskich-dzieciach-hitlerze-i-norymberdze-to-nie-jest-zgodne-z-polskim-prawem-video/

Wojciech Cejrowski w „Studio Dziki Zachód” na antenie Radia WNET dyskutował z Krzysztofem Skowrońskim o pomyśle na dołączanie ukraińskich dzieci do polskiego sytemu edukacji. Jak podkreślał, obecnie odbywa się to ze szkodą zarówno dla polskich, jak i ukraińskich dzieci.

Skowroński podkreślił, że do Polski przybyło 800 tys. ukraińskich dzieci, które teraz trzeba objąć edukacją i opieką.

500 Plus dla Ukraińców, to jest nielegalne. Ta pani, która to ogłosiła w telewizji, powinna wylecieć z roboty (…). Otóż 500 Plus uchwalono po to, by Polacy się rozmnażali, więc teraz możemy Ukraińcom, jeżeli taka jest wola Polaków albo rządu, dać 500 zł, ale nie możemy im dawać 500 Plus z ustawy o 500 Plus – powiedział Wojciech Cejrowski.

Wszystkie inne rozdawnictwa (…) są nielegalne, bo Polacy płacą w podatkach na szkoły. Ukraińcom możemy udostępnić pomieszczenia szkolne, bo chcemy pomóc, ale niech oni tam swoje nauczycielki usadowią, żeby one uczyły w ukraińskich klasach, zgodnie z ukraińskim programem nauczania – wskazał.

Skowroński stwierdził, że jest przecież ustawa, która „to wszystko legalizuje”, więc jest to „zgodne z polskim prawem”.

– No nie jest zgodne z polskim prawem – odparł Cejrowski. Ta ustawa jest nielegalna. Polacy płacą podatki na szkoły, dla Polaków, nie dla uchodźców –wskazał.

– Polacy wybrali parlament, wybrali Senat, wybrali prezydenta i Sejm, Senat i prezydent się na to zgodził, więc to jest legalne, bo na tym polega legalizacja, że Sejm uchwala ustawy. I tyle – przekonywał Skowroński.

– Nie wszystkie ustawy, które uchwala Sejm czy Senat są legalne. To tak nie działa prosto (…) Tak się zasłaniali w Norymberdze różni zbrodniarze, że to było legalne, bo Hitler ustanowił prawo i wygrał w demokratycznych wyborach. Są rzeczy, które są uchwalone w takim trybie demokratycznym, ale nadal nie są legalne – podkreślił Cejrowski.

Ze szkodą dla obu stron

Dalej stwierdził, że całkowicie „nie zgadza się z tym, że to jest dobry pomysł”.

– Dzieci ukraińskie nie znają polskiego, polskie dzieci nie znają ukraińskiego. Sadzamy je we wspólnej klasie. To jest zły pomysł. Dwa różne programy nauczania. Wszystkim się obniża poziom edukacji poprzez takie wymieszanie. Powinny być osobne klasy z programem ukraińskim. Tych dzieci tutaj najechało mnóstwo. Nauczycielki też przyjechały. One znają program nauczania ukraiński i powinny ciągnąć te dzieci. One mają tylko miesiąc przerwy w szkole od początku wojny, w związku z tym można nawet nadrobić tak, żeby nie miały żadnego opóźnienia – zaznaczył.

– Wymieszanie w polskiej klasie powoduje, że nauczycielka niewłaściwa dla połowy uczniów. Połowa uczniów realizuje obcy sobie program – to głupi pomysł. Udostępnijmy im szkoły na drugą zmianę, jeżeli chcemy, ale rozmnożenie też klasy z 30 do 60 powoduje, że wszyscy tracą – wskazał.

W dalszej części programu wyjaśnił również, że szkoła nie ma służyć integracji, ale nauce.

„Rozwiązanie tymczasowe”

Odniósł się także do argumentu, że jest to tylko doraźne rozwiązanie.

– Jeżeli to jest sytuacja tymczasowa, to tym bardziej głupim pomysłem jest mieszanie dwóch systemów nauczania w jednej klasie. Gdyby to miało trwać następne dwa albo trzy lata i docelowo już wiemy dzisiaj, że te ukraińskie dzieci zostaną w Polsce, to wtedy, być może bez zwłoki, powinny być dosypywane do polskich klas, żeby się szybko nauczyły polskiego i żeby przeszły na polski program nauczania. Ale jeżeli na razie pomysł mamy taki, że to jest tymczasowa sytuacja, no to niech się uczą w osobnych klasach – wskazał.

Skowroński dodał jednak, że być może te ukraińskie dzieci zostaną w Polsce na kolejnych 30 lat, a sama wojna przeciągnie się w latach.

– A czemu tylko ty to mówisz, a nie mówi tego premier Morawiecki, wszystkim patrząc w oczy? – zapytał Cejrowski. – To chyba wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że tak może się zdarzyć – odparł dziennikarz.

– No nie, ja bym chciał usłyszeć pytanie, czy polski naród rozważa taką opcję i czy jest jej przychylny. Bo to, że przyjęliśmy spod bomb uciekających ludzi, było naturalnym odruchem tysięcy Polaków. Natomiast czym innym jest koncepcja, że zostawiamy tych wszystkich ludzi, przyjmujemy ich na zawsze – zwrócił uwagę Cejrowski.

– Trzeba określić jasno cel. Ja nie mam pretensji o żaden, tylko cel musi być jasno określony, czy pomagamy tymczasowo w oczekiwaniu, że ci ludzie za chwilę wrócą do siebie, bo się wojna skończy czy spodziewamy się sytuacji takiej, że pomagamy, już docelowo mają się tu osiedlić, bo ta wojna się albo nigdy nie skończy albo nie będzie do czego wracać – dodał.

ARVE Error: The [[arve]] shortcode needs one of this attributes av1mp4, mp4, m4v, webm, ogv, url

W Polsce jest już około 800 000 ukraińskich uczniów i nikt nie wie, co z nimi robić

Piotr Wielgucki https://stowarzyszenierkw.org/polityka/w-polsce-jest-juz-okolo-800-000-ukrainskich-uczniow-i-nikt-nie-wie-co-z-nimi-robic/

Przed chwilą odbyła się konferencja Rafała Trzaskowskiego, utrzymana w wyjątkowo koncyliacyjnym tonie, prezydent Warszawy nawet pochwalił wrogiego ministra Czarnka, który ma się „wsłuchiwać w głos samorządowców”.

Sam też się wsłuchałem, w to co mówi Trzaskowski, chociaż zazwyczaj nie jest to łatwe. Padły konkretne liczby, dające sporo do myślenia, szczególnie w czasach, gdy mało kto myśli, a prawie wszyscy się wzruszają.

W Warszawie uczy się 280 tysięcy dzieci i młodzieży i ta liczba dotyczy wszystkich poziomów nauczania z wyjątkiem szkół wyższych. Jednocześnie Trzaskowski twierdzi, że do stolicy przyjechało 90 tysięcy uczniów z Ukrainy, co stanowi 32% polskich uczniów chodzących do warszawskich szkół.

W całej Polsce ma przebywać ponad 900 000 dzieci, z czego zdecydowana większość to potencjalni uczniowie. O ile przyjęcie 800 tysięcy polskich dzieci, zwłaszcza do szkół podstawowych, nie stanowiłoby większego problemu, o tyle ukraińscy uczniowie w 99% muszą pokonać barierę językową i to dopiero pierwsza poważna bariera.

Po dwóch latach pomoru polska edukacja leży i cienko piszczy, zdecydowana większość odpowiedzialnych nauczycieli mówi wprost, że wszystkie semestry objęte pomorem należałoby powtórzyć. Jak wiadomo takie kroki nie zostały poczynione czemu też trudno się dziwić, społecznie i politycznie jest to operacja nie do przeprowadzenia. Jedyne co pozostało, to próbować nadrobić stracony czas, ale do tego potrzeba spokoju i jasnego obrazu przyszłości.

Tymczasem na szkoły spadł kolejny gigantyczny problem, z którym „nauczyciele jakoś mają sobie poradzić”. W mniejszych miastach, gdzie do szkół trafi po kilkanaście dzieci w różnym wieku, wielkiego dramatu nie będzie, poza tym jednym, że kompletnie nikt nie wie czego te dzieci się mają uczyć, jakim ocenom podlegać i czy w ogóle mają trafić do dzienników i na listy oboczności.

W dużych miastach, jak Warszawa, Wrocław, Kraków, sprawy się mają zupełnie inaczej i nie mówimy już o kilkunastu uczniach na szkołę, tylko kilkuset. Trzaskowski wspominał o tym, jak się Czarnek pochyla nad uwagami samorządowców, ale nie mówił jakie to są uwagi. Gdy się tych rad i pomysłów samorządowców posłucha, to dopiero można się zacząć bać.

Chyba nikt nie jest w stanie policzyć większych i mniejszych reform w obszarze edukacji, ale pewne jest, że za chwilę czeka nas kolejna zmiana i to nie mała. Propozycje idą w dwóch kierunkach: złym i bardzo złym. Pierwszy kierunek najwyraźniej forsowany przez rząd, to automatyczne włącznie uczniów z Ukrainy do polskiego systemu edukacji. Wady tego pomysłu są oczywiste. Nie zyskują na tym polscy uczniowie, ponieważ sama bariera językowa będzie nauczycieli zmuszać do poświecenia znacznie więcej czasu dzieciom obcojęzycznym i Bóg jedyny wie, w jaki sposób mają się w ogóle porozumiewać. Dla ukraińskich uczniów to całkowity bezsens i z wyłączeniem socjalizacji nic nie zyskają na takiej „szkole”. Na Ukrainie jest zupełnie inny system i żeby było śmieszniej, tam obowiązują zlikwidowane w Polsce gimnazja, ale to szczegół, bo różnice w samym programie nauczania są gigantyczne i nie ma mowy o zachowaniu jakiejkolwiek ciągłości.

Drugi kierunek to budowanie ukraińskich szkół w Polsce i na temat konsekwencji tego pomysłu szkoda bić pianę. Jest to taki absurd, że naiwnie liczę na resztki inteligencji w szeregach PiS, co pozwoli od pomysłu odstąpić.

Nikt nie wie ile jeszcze ta zadyma na Ukrainie potrwa, nikt nie wie ilu ostatecznie ukraińskich uczniów w ogóle się zgłosi do polskich szkół, ale na pewno wiemy jedno. Na własne życzenie pakujemy się w kolejne poważne problemy i dzieje się to kosztem dzieci, na których znów eksperymentują politycy.

Praprzyczyną wszystkich problemów jest bezmyślność i podejmowanie wszelkich działań pod wpływem emocji oraz fatalnie pojętej solidarności. Polska zamiast realnie podchodzić do ogromnej fali uchodźców, otworzyła szeroko drzwi i stworzyła cały system zachęt, które sprawiają, że jesteśmy najbardziej atrakcyjnym krajem, bardziej od Niemiec.

Taka „empatia” pozbawiona rozumu skończy się całą serią kryzysów, za które zapłacą Polacy, nie wyłączając polskich uczniów.

Befehl ist Befehl! Policjanci Bawarii zgotowali dzieciom piekło. Akcja 30-35 funkcjonariuszy w pełnym rynsztunku. Wyważone drzwi i przesłuchania w szkole, w której dzieci nie nosiły masek. Ordnung muss sein!!!

Niemcy. Bawarska policja zrobiła nalot na prywatną szkołę, w której dzieciom pozwalano na naukę bez masek. Szkoła nie była zarejestrowana przez bawarski rząd, a rodzice założyli ją w celu ochrony dzieci przed reżimem covidowym.

——————————–

Szkołę w bawarskiej miejscowości w Erlangen założyli rodzice, którzy chcieli uchronić swoje dzieci przed traumą i zdrowotnymi konsekwencjami wprowadzonego w Bawarii reżimu sanitarnego.

Mowa tu m.in. o nakazie zakrywania ust i nosa przez najmłodszych.

Lokalne media podają, że policja zorganizowała nalot na prywatną szkołę po tym, jak ustalono, że działa ona bez zezwolenia rządu Bawarii, a dzieci uczą się na prywatnej posesji.

Po interwencji służb mundurowych placówka została zamknięta.

Jedna z matek, która posyłała swoje dziecko do rzeczonej szkoły, twierdzi, że akcję przeprowadziło około 30-35 funkcjonariuszy w pełnym rynsztunku – mieli być wyposażeni w pałki i broń automatyczną, a drzwi do budynku wyważyć taranem.

W dniu, w którym przeprowadzono akcję, w szkole znajdowały się dzieci w wieku od 4. do 14. lat. Gdy policjanci rozpoczęli nalot, przerażone dzieci zaczęły uciekać na piętro budynku, ale mundurowi zatrzymali je.

Dzieci miały zostać oddzielone od rodziców i przesłuchiwane indywidualnie przez 4 godziny.

Portal Reitschuster.de twierdzi, że policja zastosowała taktykę zastraszania, mówiąc dzieciom, że zostaną umieszczone w domach dla nieletnich, jeśli odmówią podania swoich nazwisk.

Ponadto policjanci skonfiskowali dzieciom przybory szkolne. Mają one zostać zwrócone po zakończeniu dochodzenia.

Źródło: Reitschuster.de, Life Site News

„Mamy tego dość!”. Rodzice PROTESTUJĄ przeciwko zdalnemu nauczaniu . 7 minut.

7 minut

Krótkie, jasne, stanowcze.

Lockdown w szkołach: Epidemia depresji [ma ją 44% !!] i samobójstw [ilość wzrosła o 30%] !

Od 20 grudnia szkoły po raz kolejny przeszły na nauczanie zdalne. – Taką decyzję podjęły władze oświatowe nie bacząc na katastrofalne skutki jakie przyniosły dotychczasowe lockdowny – podkreślają politycy Konfederacji

– Taka sytuacja, z małymi przerwami, trwa już od ponad półtora roku. Jakie są efekty tego szalonego pomysłu widzimy sami a potwierdzają to również liczne raporty. W ciągu roku o 30 procent wzrosła liczba samobójstw i prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży. Z badań wynika również, że 44 procent nastolatków ma objawy depresji. Badania pokazują także, że w trakcie nauki zdalnej uczniowie przyswoili o 20, 30 procent materiału mniej niż podczas nauki w trybie stacjonarnym. Zdaniem Institute for Fiskals Studies redukcja czasu nauki w związku z wprowadzeniem nauczania zdalnego wyniosła – 25% w przypadku szkół  podstawowych i 30% dla szkół średnich. To są oficjalne statystyki różnych ośrodków badawczych.

To oznacza, że edukacja w Polsce została zamordowana. To nie covid zabił edukację ale rząd poprzez lockdown – dosadnie podkreślił poseł Jakub Kulesza z Konfederacji. – Co więcej, rządzący mieli pełne analizy dotyczące konsekwencji takich działań. Na przykład Deklarację z Great Barrington opracowaną przez trzy największe uniwersytety na świecie, która wyraźnie pokazuje jak negatywne konsekwencje na nasze życie mają wszelkie obostrzenia. Również na psychikę, zdrowie i naukę dzieci i młodzieży. Mimo tego rząd nadal brnie w to szaleństwo – dodał Kulesza.

 Innym problemem związanym z nauczaniem zdalnym jest, zdaniem posła Roberta Winnickiego fakt, że około 80 procent młodzieży nie ma odpowiednich warunków do nauki zdalnej. Warunków technicznych i organizacyjnych. – Stworzenie dobrych warunków do nauki wymaga dobrej aranżacji a wiele domów takich warunków nie posiada. A kolejne spostrzeżenie wynika z faktu, że lockdown powiększa nierówności pomiędzy bogatymi a biednymi – ocenił polityk. 

  Emocji nie ukrywał poseł Grzegorz Braun. – W Polsce dokonuje się rzeź niewiniątek,  młode pokolenie zostało spisane na straty. Tym razem to nie zaborcy czy władze okupacyjne ale działający pod fałszywą flagą biało-czerwona aktualny rząd warszawski niszczy życie naszego młodego pokolenia. To nie tylko problemy z psychiką ale również z kondycją fizyczną i uzależnieniami. Ze szkół młodzież została odesłana do komputerów. Państwo zawsze deklarowało, że będzie z tym walczyć a okazało się, że obecnie wręcz stymuluje zjawisko.

Panie ministrze Czarnek! Pan niszczy procesy edukacyjne i wychowawcze polskich dzieci! Państwo, które atakuje najmłodszych wystawia sobie najgorsze świadectwo – ocenił poseł Grzegorz Braun i wspomniał o planach wprowadzenia obowiązku szczepień dla nauczycieli. – To zgroza biorąc pod uwagę, jakie problemy kadrowe ma ocenie polskie szkolnictwo. To jest zbrodnia! Parafrazując klasyka: „Naród, który poddaje eksperymentom, rewolucyjnym przemianom życie dzieci i młodzieży, taki naród nie ma przyszłości” – konstatuje G. Braun i przypomina, że Konfederacja jest jedyną siłą w obecnym parlamencie, która stanowczo przeciwwstawia się takim praktykom.

https://zyciekalisza.pl/artykul/epidemia-depresji-i-samobojstw/1256946