Co to jest Starlink?

Co to jest Starlink? Megakonstelacja, którą trudno zastąpić

10.03.2025 nczas/starlink

Elon Musk. / Foto: Pixabay
Elon Musk. / Foto: Pixabay

Starlink to największa na świecie konstelacja sztucznych satelitów. Niezależnie od stanu infrastruktury na ziemi, udostępniają internet i zapewniają łączność. Jakość i sprawność połączenia, jaką daje Starlink, wynika z dużej liczby satelitów i jest trudna do zastąpienia.

Operatorem konstelacja Starlink jest firma Starlink Services LLC, która w całości jest własnością SpaceX, spółki miliardera Elona Muska. Według danych, jakie SpaceX udostępnił pod koniec lutego na swojej stronie internetowej, na orbitę wyniesiono w sumie 7946 satelitów. Z tego 6751 jest aktywnych.

To właśnie duża liczba satelitów jest cechą, która czyni Starlink wyjątkowym. Karol Wójcicki, popularyzator astronomii i autor strony „Z głową w gwiazdach”, nazywa Starlink mega-konstelacją. Zwraca uwagę, że od początku ery kosmicznej do wyniesienia pierwszego starlinka na orbicie okołoziemskiej znajdowało się łącznie 3-5 tysięcy satelitów. Starlink podwoił tę liczbę.

„Żeby ten system działał prawidłowo i sprawnie, to przebywając w dowolnym miejscu na Ziemi, musimy być w zasięgu co najmniej kilku takich satelitów. Ta sieć będzie działała tylko wtedy, gdy na orbicie będzie bardzo dużo satelitów” – wyjaśnił Wójcicki.

Satelity sieci Starlink poruszają się nad Ziemią przeciętnie na wysokości około 550 kilometrów nad poziomem morza, czyli na tak zwanej niskiej orbicie okołoziemskiej, typowej dla wielu satelitów telekomunikacyjnych. Okrążenie naszej planety zajmuje pojedynczemu starlinkowi około 90 minut.

Duża liczba satelitów na orbicie prowadzi do tego, że połączenie z internetem, jakie zapewnia Starlink, jest dobrej jakości. „Dodatkowo to, że te satelity są na niskiej orbicie okołoziemskiej, sprawia, że sygnał z Ziemi do tych satelitów, jak i pomiędzy nimi, gdy jest ich tak dużo, podróżuje bardzo krótko. Dlatego opóźnienie łączności w tej sieci, tzw. ping, jest bardzo krótki. To pozwala uzyskiwać duże prędkości transferu danych i używać go np. podczas podróży” – wskazał rozmówca PAP.

Starlink powstał z myślą o odbiorcach cywilnych. Miał dostarczać szybki, szerokopasmowy internet do dowolnego miejsca na Ziemi w sposób bezprzewodowy, pozwalający na niezależność od infrastruktury naziemnej. „W Europie może się to wydawać zbędną przyjemnością, ale ktokolwiek podróżował chociażby po Stanach Zjednoczonych, na pewno zdaje sobie sprawę, jak dużym wyzwaniem w wielu regionach jest zasięg telefonii komórkowej, nie mówiąc już o szybkim internecie. Między innymi na takie potrzeby odpowiedzią jest Starlink” – powiedział Wójcicki.

Dzięki konstelacji można mieć szybki internet np. podczas rejsu na oceanie lub lotu samolotem pasażerskim. Można go dostarczyć także tam, gdzie cywilna infrastruktura telekomunikacyjna została wyłączona, uszkodzona lub zniszczona, jak na przykład w Ukrainie, która walczy z rosyjską inwazją.

„To nie jest tak, że satelity +wiszą+ nad Ukrainą. Te satelity są w ciągłym ruchu. Ponieważ w całej konstelacji jest ich tak wiele, co najmniej kilkadziesiąt w danym momencie jest nad terytorium Ukrainy. Przebywają tam przez kilka sekund i lecą dalej, a następne wlatują w zasięg odbiorców na Ukrainie” – tłumaczył popularyzator astronomii.

„Pewnie gdyby Starlink zniknął z Ukrainy, to byłby to istotny problem, ale podejrzewam, że nie jest do końca prawdą to, co Elon Musk mówi, że doprowadziłoby to natychmiast do załamania frontu. Po stronie rosyjskiej nie ma odpowiednika Starlinka, a Rosjanie jakoś sobie radzą z komunikacją” – ocenił z kolei dr hab. Grzegorz Brona, były prezes Polskiej Agencji Kosmicznej, a obecnie prezes spółki Creotech Instruments działającej w sektorze kosmicznym.

Jednak i on przyznał, że zaletą Starlinka jest większa przepustowość w porównaniu z innymi rozwiązaniami.

„Jakość połączenia i jego sprawność obecnie jest trudna do zastąpienia przez rozwiązania innych operatorów” – powiedział natomiast Wójcicki, który sam jest użytkownikiem Starlinka.

Andrzej Wilk z Ośrodka Studiów Wschodnich zwrócił uwagę, że Starlinki są dla Ukrainy newralgicznym elementem. Wyjaśnił, że nad Ukrainą „24 godziny na dobę musi być pełna osłona satelitarna obszaru działań”. „Po prostu Europejczycy nie są w stanie tego udźwignąć” – ocenił ekspert w filmie opublikowanym przez OSW w ubiegłym tygodniu. Zwrócił przy tym uwagę, że francuska firma Eutelsat, twórca sieci OneWeb, ma obecnie ponad 600 satelitów.

Mniejsza liczba europejskich satelitów to mniejsza przepustowość sieci – przyznał Grzegorz Brona. Zwrócił jednak uwagę, że sieć OneWeb choć jeszcze się buduje, ale już osiągnęła zdolność operacyjną.

„OneWeb jest rozwiązaniem przeznaczonym dla biznesu. Obecnie ma znacznie mniej użytkowników i dzięki temu nie ma problemu przepustowością. Ale gdyby z dnia dzień pojawiło się 5 milionów użytkowników, jak ma Starlink, to problemy by wystąpiły z dnia na dzień” – ocenił.

Satelity sieci OneWeb są dalej od Ziemi, na orbicie około 1200 kilometrów. Dzięki temu jedno urządzenie obejmuje większy obszar planety. Do zapełnienia pełnego pokrycia liczba satelitów w konstelacji może być więc mniejsza, choć nadal nie rozwiązywałoby to ewentualnych problemów z przepustowością, jeśli liczba użytkowników się zwiększyła.

Rozwiązania konkurencyjne wobec Starlinka powstają, ale na razie nie osiągnęły takiej skali jak przedsięwzięcie Elona Muska. Pod koniec 2022 r. Unia Europejska zapowiedziała, że jej własna konstelacja Iris zagwarantuje dostęp do internetu na całym jej terytorium od 2027 roku.

Założyciel Amazona Jeff Bezos zamierza z kolei umieścić na orbicie konstelację Kuiper z 3,2 tys. satelitów; pierwsze prototypy umieścił na orbicie w październiku 2023 r. Natomiast Chiny chcą, żeby ich system Guowang liczył 13 tys. satelitów.

Już w kwietniu 2023 r. dziennik „Washington Post” podał, że Rosja próbowała zakłócać transmisję starlinków przy pomocy własnego systemu walki radioelektronicznej. W marcu 2024 r. demokraci z amerykańskiej Izby Reprezentantów wszczęli dochodzenie w sprawie zakupu starlinków przez Rosjan. Chodziło o potencjalne nielegalne pozyskanie terminali z innych państw – Rosjanie mieli m.in. „zapychać” sieć zapewnianą przez satelity, np. korzystając ze streamingu wideo wysokiej jakości.

W niedzielę Musk napisał na portalu X, którego także jest właścicielem, że jeżeli wyłączy system Starlink, to cały front na Ukrainie upadnie. W odpowiedzi minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podał, że starlinki dla Ukrainy finansuje polskie Ministerstwo Cyfryzacji kwotą około 50 milionów dolarów rocznie. Musk odpisał, że to mała część kosztów.

Dr hab. Grzegorz Brona podjął się próby wyliczenia, ile punktów dostępowych do internetu z konstelacji Starlink można utrzymać za 50 mln dolarów rocznie. Za punkt wyjścia przyjął pakiet mobilny o przepustowości 50 GB na miesiąc – przeznaczony dla biznesu i służb kryzysowych. SpaceX oferuje go w Polsce za 1125 zł miesięcznie, czyli 13,5 tys. zł rocznie (pakiety z większym limitem danych są droższe). Za 50 mln dolarów, czyli – w uproszczeniu – około 200 mln zł można opłacić działanie około 15 tysięcy punktów dostępowych w ciągu roku.

To wszystko przy założeniu, że cena będzie taka sama jak dla klientów indywidualnych. Jednak przy zakupie hurtowym – a z takim mamy do czynienia, jeśli chodzi o pomoc Polski dla Ukrainy – można spodziewać się niższej ceny. Jak niskiej? Brona przypuszcza, że jest ona dwu- lub nawet trzykrotnie niższa. Jeśli to prawda, możne się okazać, że za 50 mln dolarów Polska finansuje Ukrainie dostęp do 30-45 tysięcy punktów dostępowych do Starlinka. To o tyle prawdopodobne, że Kijów informował, że ma dostęp do około 42 tysięcy terminali, a Warszawa zakupiła i przekazała około 30 tysięcy.

Elon Musk zmieniał swoje podejście do wojny rosyjsko-ukraińskiej. Jeszcze na początku 2022 roku, tuż po rosyjskiej inwazji wysłał Ukrainie terminale do Starlinka. We wrześniu tego samego roku w liście do Pentagonu miał zażądać, by to administracja USA przejęła finansowanie użycia satelitów przez Ukrainę, co szacował na 400 mln dolarów rocznie. Gdy sprawa wyszła na jaw, ogłosił, że SpaceX nadal będzie finansować usługi dla Ukrainy.

Dwa prototypy satelitów Starlink znalazły się na orbicie w roku 2018, a rok później SpaceX zaczęło wynosić na orbitę urządzenia w wersji operacyjnej. W 2020 r. sieć została udostępniona pierwszym użytkownikom. 28 lutego 2025 r. Starlink poinformował, że liczba jego użytkowników przekroczyła 5 milionów w 125 państwach i terytoriach.

Początkowo sieć Starlink działała na szerokościach geograficznych, które mniej więcej obejmowały Stany Zjednoczone i południową Kanadę, a jednocześnie – część Europy. Wraz z uzupełnianiem kolejnych orbit o kolejne satelity zasięg sieci się zwiększał. Obecnie, jak podaje SpaceX, sieć jest dostępna w Ameryce Północnej, większości państw Ameryki Południowej i Środkowej, a także w Europie z wyjątkiem Rosji, Białorusi i niektórych państw Bałkanów Zachodnich. Dostęp do Starlinka ma także kilkanaście państw Afryki oraz Australia, Nowa Zelandia, Japonia, Indonezja, Malezja i Mongolia. Na liście jest także Jemen, gdzie od dekady trwa wojna domowa.

Karol Wójcicki zwrócił uwagę, że wysłanie na orbitę okołoziemską tak wielkiej liczby satelitów normalnie wiązałoby się z gigantycznymi wydatkami, ale SpaceX udało się zredukować koszty dzięki opracowaniu rakiety, która po starcie wraca na Ziemię i jest w stanie wielokrotnie latać w kosmos.

Pojedynczy Falcon 9, rakieta skonstruowana przez SpaceX, zabierał do ładowni nawet 60 satelitów sieci Starlinik w starszej wersji. Z czasem jednak ich masa rosła. O ile pierwsze starlinki były stosunkowo niewielkimi urządzeniami o masie 200-300 kilogramów, o tyle najnowsza wersja to już około 1250 kilogramów.

Ponieważ starlinki są wysyłane w kosmos grupami, niedługo po wystrzeleniu tworzą na niebie charakterystyczne formacje. Wyglądają wtedy jak ciąg świetlistych punktów, coś jakby sznur gwiazd lub kosmiczny pociąg. Z czasem jednak oddalają się od siebie i rozmieszczają na osobnych orbitach.

Spośród prawie 8 tysięcy satelitów, które wysłano w kosmos, część zakończyła już pracę. Jak wyjaśniał Wójcicki, poszczególne urządzenia mają ustalony czas przydatności do użycia i po jego upływie są deorbitowane i zastępowane nowymi. SpaceX podaje, że do tej pory w kontrolowany sposób z orbity okołoziemskiej sprowadzono do atmosfery 865 satelitów, kolejnych 329 jest w trakcie tego procesu. SpaceX podkreśla, że tylko jeden satelita nadal znajduje się na orbicie i jednocześnie nie ma nad nim kontroli.

(PAP)

Robale są powszechnie stosowane w żywności. Zapewne je zjadasz i o tym nie wiesz.

Robale są powszechnie stosowane w żywności. Zapewne je zjadasz i o tym nie wiesz. Wiemy, jak sprytnie oznaczają takie produkty

10.03.2025 robale-sa-powszechnie-stosowane-w-zywnosci

Świerszcz domowy.
Świerszcz domowy. / Fot. WikiMedia

Jeszcze niedawno żywność z robali była wyśmiewana przez strażników politycznej poprawności i „nowej normalności”. Dziś wiadomo, że robactwo jest coraz powszechniej stosowane w produktach żywnościowych na Zachodzie. Również w UE – a więc i w Polsce – dopuszczone są tego typu produkty. Wiemy, jak są oznaczone.

Aby uniknąć zgodnego z prawem zakupu i zjedzenia zmielonych robaków, należy przyjrzeć się etykiecie produktu, który chce się zakupić. Media zwracają uwagę, że producenci w naszym regionie nie oznaczają wyraźnie, że produkt pochodzi z takiej produkcji.

„Fakt” podaje, że producenci celowo nie eksponują tej informacji. W efekcie wiele osób już mogło zjadać robale i nawet o tym nie wiedzieć.

Najczęściej stosuje się przy tym łacińskie nazwy insektów, z których pochodzą produkty spożywcze.

I tak oto „acheta domesticus” oznacza zjadanie produktu ze świerszcza domowego. „Tenebrio molitor” to mącznik młynarski. „Locusta migratoria” to szarańcza wędrowna, zaś „alphitobius diaperinus” to pleśniak lśniący.

Na etykietach stosowana bywa również angielska nazwa „cricket powder”. Oznacza to proszek ze świerszczy.

Oprócz tego na etykiecie informację o robaczanym pochodzeniu można ukryć pod kodem E120. To koszenila stosowana jako czerwony barwnik. Stosuje się go np. w słodyczach i w napojach. Związek ten pozyskuje się z czerwców kaktusowych. Występuje też pod nazwą kwas karminowy.

Kod E904 z kolei to szelak. Otrzymuje się go z kerria lacca, czyli kolejnego gatunku czerwców. Stosuje się go jako środek glazurujący, który nadaje połysk drażetkom oraz owocom.

Wśród dopuszczonych dodatków znajduje się proszek z mącznika młynarka – od lutego jest dozwolony do użytku w żywności w całej UE – oraz proszek ze świerszcza domowego. Stosuje się go m.in. do pieczywa i wyrobów mącznych, produktów śniadaniowych, pokarmów wysokobiałkowych, batonów proteinowych, szejków oraz odżywek a także do dań instant.

Produkty ze wspomnianych robali stosuje się m.in. do robienia pizzy, naleśników czy ciast. Warto zapewne zapytać w swoich ulubionych lokalach, czy przypadkiem nie serwują klientom tanich i niecywilizowanych źródeł pożywienia.

Media głównego nurtu – np. polsatnews.pl – przekonują, że produkcja robali na pożywienie jest tańsza i – oczywiście – „ekologiczna”. I w ten sposób staje się to „ciekawe” i „dobre”. Raczej nie ma problemu, żeby kto chce, zjadał sobie chrząszcze. O ile wyraźnie jest zaznaczone, że to produkt z robali. A jak widzimy, producenci – a za nimi zapewne lokale i restauracje – tej informacji nie będą eksponować.

Rzeczywistość konfrontuje unijne „elity” – „Przez rozdarcie bańki zakłamania widzą swój własny upadek”

Rzeczywistość konfrontuje unijne „elity” – „Przez rozdarcie bańki zakłamania widzą swój własny upadek”

Autor: Alastair Crooke; unz/reality-confronts-the-euro-ruling-strata

DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 10

Najwyraźniej w interesie Europy nie leży jednoczenie się przeciwko prezydentowi USA z powodu przegranej wojny.

Oni (elity euro) nie mają szans: „Jeśli Trump wprowadzi te cła [25%], USA wpadną w poważny konflikt handlowy z UE” – grozi premier Norwegii. A co jeśli Bruksela odpowie odwetem?

„ Mogą próbować, ale nie mogą” – odpowiedział Trump. Von der Leyen obiecała jednak już podjęcie działań odwetowych. Mimo to, połączone siły brytyjskich sił zbrojnych raczej nie zmuszą Trumpa do wysłania wojsk amerykańskich na Ukrainę w celu ochrony europejskich interesów (i inwestycji!).

W rzeczywistości każdy europejski członek NATO – z różnym stopniem zażenowania – teraz publicznie przyznaje, że żaden z nich nie chce uczestniczyć w zabezpieczaniu Ukrainy bez wsparcia militarnego USA dla tych europejskich sił. To oczywisty plan, mający na celu skłonienie Trumpa do kontynuowania wojny na Ukrainie – podobnie jak groźby Macrona i Starmera dotyczące zerwania umowy wydobywczej, aby skłonić Trumpa do ponownego zaangażowania się w wojnę na Ukrainie. Trump wyraźnie przejrzał tę taktykę.

Problem jednak polega na tym, że Zełenski wydaje się bardziej obawiać zawieszenia broni niż dalszej utraty terytorium na polu bitwy. Wydaje się, że jemu również zależy na kontynuacji wojny (być może chce utrzymać się przy władzy).

Wezwanie Trumpa do zakończenia przegranej wojny na Ukrainie najwyraźniej wywołało pewnego rodzaju dysonans poznawczy wśród europejskich elit. Oczywiście, już od jakiegoś czasu było jasne, że Ukraina nie przywróci granic z 1991 r. i nie zmusi Rosji do zajęcia na tyle słabej pozycji negocjacyjnej, by Zachód mógł dyktować własne warunki zakończenia konfliktu.

Jak pisze Adam Collingwood:

„Trump spowodował ogromną rysę w granicy bańki fantazji… rządząca elita [w następstwie zmiany kursu Trumpa] widzi nie tylko porażkę wyborczą, ale dosłowną katastrofę. Klęska wojenna, która pozostawia [Europę] w dużej mierze bezbronną; gospodarka zdeindustrializowana; rozpadające się usługi publiczne i infrastruktura; wysokie deficyty budżetowe; stagnacja poziomu życia; społeczna i etniczna niezgoda – oraz potężna populistyczna rebelia kierowana przez tak poważnych wrogów jak Trump i Putin w manichejskiej walce z pozostałościami czasów liberalnych – i strategicznie wciśnięta pomiędzy dwóch przywódców, którzy zarówno nimi gardzą, jak i nie szanują ich…”.

„Innymi słowy, przez pęknięcie w bańce fantazji elity Europy widzą swój własny upadek…”

„Każdy, kto potrafił dostrzec rzeczywistość, wiedział, że od jesieni 2023 r. sytuacja na froncie będzie się tylko pogarszać, ale z perspektywy swojego świata fantazji nasze elity nie były w stanie tego dostrzec. Władimir Putin, podobnie jak Deplorables i Gammons w kraju, był atawistycznym demonem, który nieuchronnie zostanie zabity w nieubłaganym marszu w stronę liberalnej, postępowej utopii.

Wielu przedstawicieli europejskich klas rządzących jest wyraźnie wściekłych. Ale co tak naprawdę mogą zrobić Wielka Brytania lub Niemcy? Szybko stało się jasne, że państwa europejskie nie mają potencjału militarnego umożliwiającego skoordynowaną interwencję na Ukrainie. Ale przede wszystkim, jak zauważa Conor Gallagher, to gospodarka europejska, która stoi na skraju załamania – w dużej mierze w wyniku wojny z Rosją – sprawia, że ​​rzeczywistość wychodzi na pierwszy plan.

Nowy kanclerz Niemiec Friedrich Merz stał się najbardziej nieustępliwym europejskim przywódcą, opowiadając się zarówno za rozbudową armii, jak i poborem młodzieży – to europejski model oporu mający na celu powstrzymanie zwrotu Trumpa w stronę Rosji.

Mimo to zwycięska partia CDU/CSU Merza uzyskała jedynie 28% głosów i straciła znaczną część elektoratu. 

Trudno uznać to za wykonalne zadanie, by wspólnie stawić czoła Rosji i Ameryce!

„Pozostaję w bliskim kontakcie z wieloma premierami oraz szefami państw i rządów krajów UE i dla mnie absolutnym priorytetem jest jak najszybsze wzmocnienie Europy, abyśmy mogli krok po kroku osiągnąć niezależność od USA” – powiedział Friedrich Merz.

Alternatywa dla Niemiec (AfD) zajęła drugie miejsce w wyborach w Niemczech, zdobywając 20% głosów. Partia była faworytem wśród osób w wieku 25-45 lat. Zależy jej na dobrych stosunkach z Rosją i zakończeniu wojny na Ukrainie, a także chce współpracować z zespołem Trumpa.

A jednak, co absurdalne, AfD jest wykluczona z „zasad zapory sieciowej”. Jako partia „populistyczna” z silnym elektoratem młodzieży, jest ona automatycznie wygnana na „złą stronę” unijnej zapory. Merz już odmówił dzielenia się z nimi władzą, przez co CDU stała się „centralną” partią, między upadającą SPD, która straciła większość głosów, a AfD i Die Linke , kolejnym odrzuconym ugrupowaniem, które podobnie jak AfD zyskało głosy, zwłaszcza wśród osób poniżej 45. roku życia.

Problem tutaj – i to poważny – polega na tym, że zarówno AfD, jak i Partia Lewicy (8,8%), które otrzymały najwięcej głosów wśród osób w wieku 18–24 lat, są przeciwne wojnie. Łącznie te dwie partie mają ponad jedną trzecią głosów w parlamencie – mniejszość blokującą w przypadku wielu ważnych głosowań, zwłaszcza w sprawie poprawek do konstytucji.

Jak wyjaśnia Wolfgang Münchau, sprawi to Merzowi wielki ból głowy:

„Z jednej strony nowy kanclerz chciał pojechać na szczyt NATO w czerwcu tego roku i zdecydowanie opowiadać się za zwiększeniem wydatków na obronę. I choć Lewica i AfD nienawidzą się pod każdym względem, to zgadzają się, że nie dadzą Merzowi pieniędzy na wzmocnienie Bundeswehry. Ale jeszcze ważniejsze jest to, że nie poprą reformy konstytucyjnych zasad finansowych (hamulca zadłużenia), której Merz i SPD absolutnie chcą.

Zasady są skomplikowane, ale w skrócie mówią, że jeśli Niemcy chcą przeznaczyć więcej pieniędzy na obronę i pomoc Ukrainie, to trzeba będzie dokonać cięć w innych pozycjach budżetu (najpewniej w wydatkach socjalnych). Jednak z politycznego punktu widzenia cięcie wydatków socjalnych w celu wsparcia Ukrainy nie zostanie dobrze przyjęte przez niemiecki elektorat. Ostatnia koalicja poniosła klęskę właśnie w tej kwestii.

Nawet w gronie Zielonych Merz nie zdobędzie większości dwóch trzecich głosów niezbędnej do zmiany konstytucji, a „centrum” po prostu nie ma wystarczającej swobody finansowej, aby rzucić wyzwanie Rosji bez wsparcia finansowego ze strony USA. Von der Leyen będzie próbowała wyczarować gdzieś pieniądze na obronę, ale młodzież niemiecka głosuje przeciwko znienawidzonym partiom establishmentu. Jeśli chcą, mogą zbudować parę lampartów. „Nie znajdą żadnych rekrutów”.

Podczas gdy UE i Wielka Brytania proponują wydanie miliardów na uzbrojenie się przeciwko wyimaginowanej inwazji Rosji, stanie się to na tle wyraźnego oświadczenia Trumpa – dotyczącego groźby rosyjskiej inwazji na NATO – „Nie wierzę w to; Nie wierzę w to ani trochę.

Kolejny europejski slogan obalony przez Trumpa.

Jak więc zareaguje społeczeństwo europejskie, w dużej mierze zmęczone wojną na Ukrainie, na wyższe koszty energii i dalsze cięcia dodatków i usług socjalnych, mające na celu prowadzenie niemożliwej do wygrania wojny na Ukrainie? Starmer został już ostrzeżony, że strażnicy obligacji zareagują negatywnie na kolejne zadłużenie brytyjskiego rządu, biorąc pod uwagę niepewną sytuację finansową.

Nie ma oczywistych rozwiązań dla obecnej sytuacji Europy: z jednej strony jest to dla Merza zagadka egzystencjalna. Z drugiej strony, jest to to samo, do czego dąży cała UE: aby cokolwiek osiągnąć, podstawową koniecznością jest większość parlamentarna.

„Zapora ogniowa”, która pierwotnie miała chronić „centrystów” w Brukseli przed prawicowymi „populistami”, została następnie w Brukseli wzmocniona decyzją Bidena w sprawie polityki zagranicznej skierowaną do wszystkich „aktorów” amerykańskiej polityki zagranicznej, że populizm jest „zagrożeniem dla demokracji” i należy z nim walczyć.

W praktyce jednak okazało się, że w całej UE powstały koalicje blokujące, składające się z nierównych (mniejszościowych) sojuszników, którzy zgodzili się utrzymać centrowców u władzy. Prowadziło to jednak do niekończącej się stagnacji i coraz większego oddalania się od „nas, ludzi”.

Angela Merkel rządziła w ten sposób i odkładała reformę na lata – aż sytuacja stała się (i nadal jest) nierozwiązywalna.

„Czy kolejna koalicja krótkowzrocznych centrystów może powstrzymać recesję gospodarczą, naprawić błędy przywódców i uwolnić kraj ze zgubnej pułapki politycznej? „Myślę, że znamy odpowiedź” – pisze Wolfgang Münchau.

Ale jest większy problem: jak Vance bardzo wyraźnie ostrzegał na niedawnym Monachijskim Forum Bezpieczeństwa, wrogiem Europy nie jest Rosja, ale sama Europa. Vance powiedział, że leży to w fakcie, że istnieje stała biurokracja, która twierdzi, że ma wyłączną prerogatywę autonomicznego zarządzania, ale stopniowo oddala się coraz bardziej od własnej bazy.

Vance opowiadał się za zburzeniem tych barier i powrotem do (porzuconych) zasad dawnej demokracji, pierwotnie podzielanej przez Stany Zjednoczone i Europę. Vance pośrednio atakuje brukselskie (głębokie) państwo administracyjne.

Eurokraci widzą w tym nowym froncie kolejny, wspierany przez Amerykanów atak na ich państwo administracyjne – i w efekcie ich własny upadek.

W Stanach Zjednoczonych uznaje się, że Departament Obrony, Departament Sprawiedliwości i FBI stawia „ instytucjonalny opór Trumpowi ”. Jak twierdzi Margot Cleveland, dowodzi to, że ci, którzy wychwalają potrzebę „instytucjonalnego oporu” i rzekomej niezależności od władzy wykonawczej, są wrogami demokracji – i Trumpa.

Biorąc pod uwagę ścisłe powiązania między USA, Wielką Brytanią i europejskimi państwami cienia, pojawia się pytanie, dlaczego wśród europejskich głów państw i rządów istnieje tak silny równoległy opór wobec Trumpa.

Najwyraźniej w interesie Europy nie leży stawianie skoordynowanego oporu prezydentowi USA z powodu przegranej wojny. Czy europejska gorączka jest zatem podsycana przez szersze (amerykańskie) pragnienie Państwa Głębokiego, by zneutralizować „rewolucję Trumpa” poprzez pokazanie, oprócz sprzeciwu wewnętrznego w USA, że Trump sieje spustoszenie wśród europejskich sojuszników USA? Czy Europa jest popychana tą drogą dalej, niż by się odważyła?

Aby Niemcy zmieniły swój kurs – nawet jeśli dla Merza jest to nie do pomyślenia – wystarczy odrobina wyobraźni, aby wyobrazić sobie ponowne połączenie Niemiec z Eurazją. Dzięki takiemu programowi AfD uzyskała 20% głosów. Prawdopodobnie nie ma innej opcji.

Turbo-Rak: Nowe zjawisko wprawia onkologię w zakłopotanie

Turbo-Rak: Nowe zjawisko wprawia onkologię w zakłopotanie

Nieznane terytorium: Rozwój turbonowotworów, ich możliwy związek ze szczepionkami przeciwko COVID i wyzwanie dla konwencjonalnej onkologii – spostrzeżenia dr. William Makis

DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 10

„Nie mamy do czynienia wyłącznie z bardziej agresywnymi typami raka. Mamy do czynienia z czymś zupełnie nowym, z nowym mechanizmem powstawania tych chorób. I myślę, że tutaj właśnie wkraczają patolodzy, tacy jak dr. Ryan Cole i profesor Burkhart próbują analizować te guzy i dowiedzieć się, co je wyróżnia, co wyróżnia pacjentów, u których rozwijają się te nowotwory. „Stoimy więc w obliczu czegoś nowego”.

„Kolejną cechą tych turbo-nowotworów, którą uważam za szczególnie fascynującą, a o której prawie nikt nie mówi, jest to, że onkolodzy zazwyczaj bardzo dobrze radzą sobie z stawianiem trafnych prognoz. Na przykład, jeśli u kogoś zostanie zdiagnozowany rak piersi w stadium IV i będzie miał dodatni wynik badania hormonalnego, onkolodzy mogą dość dokładnie przewidzieć, jak długo pacjent prawdopodobnie przeżyje – czy to pięć lat, 10 lat czy trzy lata, w zależności od leczenia.

„Prognozy te opierają się na badaniach obejmujących setki tysięcy osób. Są to duże badania kliniczne, na podstawie których oferowane są konwencjonalne metody leczenia. Ale to właśnie w tym miejscu onkolodzy całkowicie niedoszacowali sytuacji. Na platformach takich jak GoFundMe, gdzie rodziny pacjentów onkologicznych zbierają fundusze i dzielą się historiami swojej choroby, można znaleźć tysiące takich przypadków. Mówią, że onkolog przewidywał pięć lat życia, ale ich bliska osoba zmarła w ciągu dwóch, trzech miesięcy. Nigdy nie widziałem, żeby moi koledzy onkolodzy pomylili się w swoich prognozach choćby o czynnik 10.”

Takie rzeczy normalnie się nie zdarzają. Na przykład w przypadku raka jelita grubego rokowanie może wynosić pięć lat, ale pacjent umiera zaledwie dwa, trzy miesiące po postawieniu diagnozy. Zaskakuje to nie tylko onkologa, ale i rodzinę, bo wcześniej powiedziano im, że przy konwencjonalnej terapii zostało im jeszcze co najmniej dwa, trzy, a nawet pięć lat. Ale kilka miesięcy później pacjent umiera.

„To szokuje wszystkich zaangażowanych i wprowadza chaos. Dlaczego więc moi koledzy nagle mylą się w swoich prognozach aż pięcio- lub dziesięciokrotnie? Coś tu jest nie tak. Uważam, że mamy do czynienia z zupełnie nową patofizjologią. Jest to kwestia, którą należy poważnie zbadać. Niestety jednak znajdujemy się w sytuacji, w której niektórzy z moich kolegów, którzy to obserwują – jak profesor Dalgleish – przeglądają literaturę naukową i odkrywają, że istnieją dziesiątki publikacji na temat agresywnych nowotworów, które opisują, jak się rozwijają, w tym studia przypadków i raporty.

„Z drugiej jednak strony wielu lekarzy w uznanych kręgach naukowych i akademickich twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak turborak. Po wpisaniu tego terminu do wyszukiwarki nie pojawia się żadna literatura naukowa. A jeśli zajrzysz na Wikipedię, to zobaczysz, że turborak to teoria spiskowa.

„Twierdzą, że to medycyna alternatywna lub niszowa, ale ona nie istnieje. Ale to nie jest nauka. Nauka nie polega na prostym zaprzeczaniu zjawisku, które ma miejsce na naszych oczach. Twierdzenie, że to nie istnieje, że to nie dzieje się, że nie ma wzrostu zachorowań na raka – to nie jest podejście naukowe. Gdy udokumentowano tysiące przypadków, a rodziny potwierdzają w mediach społecznościowych, że właśnie to im się przydarzyło, ignorowanie tego nie będzie podejściem naukowym. „Nauka oznacza badanie zjawisk, a nie zaprzeczanie im.”

Cały wywiad:

Zełenski i surowce krytyczne. Co kryje umowa z Brytyjczykami? A co „sprzedał” Francuzom?

Zełenski i surowce krytyczne. Co kryje umowa z Brytyjczykami?

https://wpolityce.pl/swiat/722902-zelenski-i-surowce-krytyczneco-kryje-umowa-z-brytyjczykami

Sebastien Lecornu, francuski minister obrony informował 27 lutego, że Paryż już od jesieni 2024 r. prowadzi z Kijowem rozmowy na temat wykorzystania surowców.

W tym tygodniu w mediach społecznościowych wypłynął natomiast dokument, z którego wynika, że Zełenski wcześniej prowadził na ten temat rozmowy także z rządem Wielkiej Brytanii. Chodzi o „Deklarację o 100-letnim Partnerstwie Brytyjsko-Ukraińskim”, podpisaną 16 stycznia tego roku w Kijowie podczas wizyty brytyjskiego premiera Keira Starmera w Ukrainie. Dokument dostępny na stronie internetowej rządu Wielkiej Brytanii liczy sobie 9 filarów plus wnioski końcowe. Filar 5., dotyczący energii, klimatu i transformacji energetycznej zawiera m.in. następujący zapis: „Wspieranie rozwoju ukraińskiej strategii dotyczącej minerałów krytycznych i niezbędnych struktur regulacyjnych wymaganych do wspierania maksymalizacji korzyści z zasobów naturalnych Ukrainy, poprzez możliwe utworzenie Wspólnej Grupy Roboczej”.

Jak ujawnia dziś firma Rasmussen Reports, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski 16 stycznia bieżącego roku podpisał z brytyjskim premierem Keirem Starmerem „Deklarację o 100-letnim Partnerstwie Brytyjsko-Ukraińskim”, która zawiera 9 filarów plus wnioski końcowe. W filarze 5., poświęconym energii, klimatowi i transformacji energetycznej, znajdziemy m.in. zapis, w którym zadeklarowano „wspieranie rozwoju ukraińskiej strategii dotyczącej minerałów krytycznych i niezbędnych struktur regulacyjnych wymaganych do wspierania maksymalizacji korzyści z zasobów naturalnych Ukrainy, poprzez możliwe utworzenie Wspólnej Grupy Roboczej”.

Rasmussen Reports wskazuje, że Zełenski już na trzy dni przed wizytą w Białym Domu podpisał umowę surowcową, tyle że z Brytyjczykami. Agencja badawcza powołuje się przy tym na słowa emerytowanego oficera amerykańskiego wywiadu, Tony’ego Shaffera, który komentował w programie „Wake Up America. Weekend” na antenie Newsmax kłótnię, do której doszło w miniony piątek w Białym Domu między prezydentami USA i Ukrainy. W efekcie Wołodymyr Zełenski przed czasem opuścił Biały Dom i nie doszło do podpisania umowy surowcowej.

Francja też rozmawia z Kijowem o minerałach?

Warto zaznaczyć, że z samego dokumentu podpisanego w styczniu przez Zełenskiego i Starmera nie wynika jeszcze fakt sprzedaży ukraińskich surowców krytycznych Brytyjczykom, choć zapis o „maksymalizacji korzyści z zasobów naturalnych Ukrainy” brzmi faktycznie interesująco, podobnie jak utworzenie wspólnej grupy roboczej.

Przypomnijmy, że nie tylko Brytyjczycy i Amerykanie mogli mieć ochotę na ukraińskie skarby.

Francja od października 2024 roku prowadzi rozmowy z ukraińskim rządem na temat wykorzystania surowców przez francuski przemysł  zbrojeniowy — informował w dniu poprzedzającym wizytę prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu Sebastien Lecornu, szef francuskiego ministerstwa obrony.

I to wszystko tydzień po świętym oburzeniu propozycją amerykańskiego przywódcy Donalda Trumpa w sprawie surowców krytycznych. I dwa dni po tym, jak Unia Europejska sama przedstawiła konkurencyjną propozycję.

Zełenski: Jesteśmy gotowi być elastyczni

Ciekawa jest również wypowiedź Zełenskiego na konferencji tuż przed spotkaniem z Trumpem.

Nie, nie, w tej umowie nie będzie bardzo konkretnych gwarancji bezpieczeństwa, ponieważ na ten temat musimy rozmawiać nie tylko ze Stanami Zjednoczonymi, ale także np. z Europejczykami itd. Stany Zjednoczone nie wystarczą, nawet gdy mówimy o NATO, na czym nam zależy, przy czym ja zdaję sobie sprawę, że nie będzie to łatwe i nikt tak naprawdę w to nie wierzy — podkreślał przywódca Ukrainy.

Tym niemniej rozwiążę ten temat, ponieważ chcę znaleźć drogę do NATO lub podobnych rozwiązań. Wiem, co to dla nas znaczy i wiem, czym jest NATO, i jesteśmy gotowi być elastyczni i mówić o tym, co jeden lub drugi kraj musi zagwarantować — mówił.

Stąd w tej umowie są tylko bardzo podstawowe rzeczy na ten temat. (…) Bez przyszłych gwarancji bezpieczeństwa nie będziemy mieć tak naprawdę ani pokoju, ani nawet faktycznego zawieszenia broni, o którym mówił Trump. A jeśli tego nie będziemy mieć, nic nie zadziała. Więc nic nie będziemy mieć. Nic nie zadziała. I ja to wiem. (…) Dlatego powiedziałem: „okej, jestem gotowy na podstawowe kwestie. I jesteśmy strategicznymi partnerami (…), ale chcę po prostu zrozumieć, co będzie jutro z nami, z naszymi rodzinami, po prostu zrozumieć, gdzie jesteśmy, więc nie potrzebujemy tylko umów o pieniądzach”. Dlatego moje pierwsze pytanie będzie brzmieć: czy Ameryka zaprzestanie pomocy wojskowej, czy nie. Teraz nie ma żadnych działań w celu zamrożenia i jestem bardzo wdzięczny prezydentowi Trumpowi i Kongresowi, wsparciu obu partii i obywateli USA. Ale jutro nie zakończymy wojny, ponieważ to Putin— podkreślał.

Czego więc dokładnie oczekuje Wołodymyr Zełenski i czy przypadkiem nie daje się wciągnąć znanym zachodnioeuropejskim „Russlandversteherom” w grę na  „wypchnięcie” USA z Europy?

jj/X,gov.uknewsmax.com, France Info

„Ukraińskie” F-16 straciły wsparcie USA.

[Cudzysłów – bo to nie ich, lecz im podarowane.. md]

Ukraińskie F-16 straciły wsparcie USA. To zagrożenie dla obrony powietrznej

Juliusz Sabak 2025-03-10 portalobronny/ukrainskie-f-16-stracily-wsparcie-usa

Stany Zjednoczone częściowo wstrzymały wsparcie dla myśliwców F-16 używanych przez Ukrainę do obrony przed rosyjskimi atakami powietrznymi. Administracja USA zdecydowała m.in. o zawieszeniu dostaw kluczowych komponentów dla systemów walki elektronicznej. Może to w dość krótkim czasie znacznie graniczyć możliwości tych maszyn.

„To może pozbawić ukraińskie siły powietrzne najważniejszych środków przeciwdziałania w krytycznym momencie trwającej trzy lata wojny Ukrainy z Rosją” – uważa David Axe, analityk i ekspert lotniczy magazynu Forbes. Należy tu przypomnieć, że Dania, Holandia, Norwegia i Belgia wspólnie zadeklarowały dostarczenie Ukrainie 85 zdolnych do lotu samolotów myśliwskich F-16AM/BM. W siłach powietrznych wymienionych krajów zastępowane są one przez maszyny 5. generacji typu F-35A Lightning II. Dotąd dostarczono 18 myśliwców tego typu, z których jeden rozbił się, prawdopodobnie w wyniku omyłkowego namierzenia przez ukraińską baterię przeciwlotniczą.

W wyniku wstrzymania pomocy USA, również możliwości tych maszyn ucierpią. Donald Trump nie może w żaden sposób „zablokować” czy „wyłączyć” myśliwców produkowanych przez koncern Lockheed Martin, ale wstrzymanie przez USA dostaw części zamiennych z czasem może ograniczyć znacznie możliwości użycia tych maszyn. Najbardziej zagrożone są zdolności walki elektronicznej, samoobrony przed pociskami rakietowymi oraz zakłócania.

Dostarczone Ukrainie myśliwce F-16 są wyposażone w zasobniki do walki radioelektronicznej. Do wsparcia ich eksploatacji US Air Force oddelegowały grupę swojego personelu naziemnego oraz przekazały niezbędne części zamienne i komponenty. Ta pomoc została wstrzymana wraz z innymi rodzajami wsparci ze strony USA.

Zasobnik tego typu służy do ochrony samolotu przed środkami walki elektronicznej przeciwnika, wykrywaniu, identyfikacji oraz zakłócaniu radarów oraz pocisków przeciwlotniczych różnych typów. Jest to rozwiązanie opracowane w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku, ale podlegające stałej modernizacji dzięki budowie modułowej. Zasobniki AN/ALQ-131 są stosowane przede wszystkim przez starsze warianty F-16. Nowsze maszyny, takie jak polskie F-16 Block 52+ posiadają już zabudowane na pokładzie systemy walki elektronicznej.

Możliwości dostarczenia przez sojuszników komponentów do AN/ALQ-131, jak również innych kluczowych części zamiennych samolotu F-16 są ograniczone. Aby zostały przekazane do kraju trzeciego potrzebna jest też zgoda USA, która niekoniecznie zostanie udzielona przez obecną administrację.

„Uderzenie obuchem” i „głębokie pęknięcie”

„Uderzenie obuchem” i „głębokie pęknięcie”

9.03.2025 Tomasz Myslek

James David Vance.
James David Vance. / foto: Wikimedia, Gage Skidmore, CC BY-SA 2.0

Wydaje się, że od końca stycznia br. władze i siły USA już nie tylko przestały być pewnym sojusznikiem władz Unii Europejskiej, Republiki Francuskiej i RFN, ale też stopniowo stają się ich przeciwnikiem. Co zapewne kiedyś w końcu wymusi jakieś istotne zmiany w polityce władz UE – też w tej wewnętrznej, gospodarczej i „klimatycznej”.

Na mocno krytyczne wobec polityki władz i rządów UE przemówienie wiceprezydenta USA w Monachium (14 lutego), setki przedstawicieli euro-komuny, tj. pasożytującej na narodach Europy wielotysięcznej sitwy euro-komunistycznych polityków, wyższej rangi urzędników i funkcjonariuszy mediów, którzy od lat zarządzają krajami Europy, zareagowały panicznym oburzeniem i wielką złością. Oczywiście na razie jeszcze nie zanosi się na jakąś znaczącą zmianę ich poglądów, postaw i konkretnej polityki.

W cieniu licznych tematów i codziennych newsów dot. spraw USA i ich nowej polityki, wielu wydarzeń i wypowiedzi dyplomatycznych – związanych też ze sprawami Ukrainy czy Rosji, od stycznia przemykały kolejne niedobre wieści z unijnej Brukseli. Okazało się, że pomimo wielkiej zmiany sytuacji i polityki w Ameryce, lewicowi komisarze i politycy z większości państw UE chcą nadal kontynuować ich katastrofalny dla narodów Europy „Zielony Ład”, „zrównoważony rozwój”, zgubne przyjmowanie i ogromnie kosztowne utrzymywanie milionów imigrantów, ograniczanie wolności słowa i prasy, cenzurowanie Internetu itd. Nic więc dziwnego, że konserwatywno-wolnościowy, młody [40 lat] i dynamiczny wiceprezydent USA J. D. Vance skrytykował te i inne neo-sowieckie „zagrożenia dla Europy” i dla jej różnych tradycyjnych wolności, w tym dla „demokracji” w rozumieniu amerykańskim.

W okresie od 20 stycznia do 17 lutego br. w USA i na całym Zachodzie wydarzyło się już wystarczająco wiele, żeby doprowadziło to rządzących Europą do jakiegoś otrzeźwienia i do zmiany ich politycznego kursu. Przynajmniej w tak naglących sprawach, jak zatrzymanie masowej nielegalnej imigracji czy niszczenia przemysłu, budownictwa i transportu krajów Europy przez kolejne polityki „ochrony klimatu”, redukcje emisji gazów, ETS-sy itp. absurdalne i wręcz zbrodnicze w swoich skutkach projekty i „polityki” neo-sowieckich (w tym sensie) rządów i władz Unii Europejskiej. Ale przynajmniej do 17 lutego br. nic takiego w unijnej Brukseli, w rządowym Paryżu czy Berlinie nie wydarzyło się, co by wskazywało na jakieś otrzeźwienie rządzących UE polityków, komisarzy i urzędników i na tę zmianę ich kursu. Wręcz przeciwnie – np. 12 lutego komisarze i posłowie UE, podczas posiedzenia parlamentu UE, potwierdzili swój „cel redukcji emisji dwutlenku węgla o 90 procent” do roku 2040.

Okazało się po raz kolejny, że „klimatyczny” obłęd wcale nie opuszcza umysłów rządzących UE eurokomunistów. Bo w okresie od 20 stycznia, gdy Stany Zjednoczone i kilka innych istotnych krajów już powracają do gospodarki opartej na paliwach kopalnych i ich rosnącym wydobyciu, a największe w świecie banki i fundusze inwestycyjne już rezygnują z dalszego finansowania i wspierania absurdalnej „dekarbonizacji”, tak mocno forsowanej przez władze UE od prawie 20 lat, lewicowi władcy UE nadal trwają w oparach swej „klimatycznej” i „zielonej” utopii, która już tak wiele kosztuje europejskie kraje i narody.

Potwierdziły się więc obawy zwolenników wolności i rozsądku w polityce gospodarczej, że przygotowywana w unijnej Brukseli rewizja tzw. Zielonego Ładu wcale nie dotyczy jego celów, ale wyłącznie środków „niezbędnych” do ich osiągnięcia. A toczone w Brukseli od kilku miesięcy dyskusje dotyczą nie likwidacji, ale wyłącznie przesunięcia w czasie lub „uelastycznienia” tzw. dyrektywy wywłaszczeniowej, systemu ETS2 czy zakazu samochodów spalinowych. Jak widać, nawet już znaczny kryzys gospodarczy w Niemczech i innych krajach UE, rekordowe ceny paliw czy rewolucja „zdrowego rozsądku” w USA nie są w stanie zmusić tych eurokomunistów do jakiejś zasadniczej zmiany ich polityki.

W związku z tym wydaje się, że (wbrew opinii niektórych gazet niemieckich, włoskich i innych) nawet ww. stanowcze i pro-wolnościowe przemówienie wiceprezydenta USA, choć niewątpliwie wstrząsnęło rządzącymi w Brukseli i krajach UE euro-socjalistami i lewakami, jednak nie przyniesie jakiegoś przełomu w konkretnej polityce obecnych władz UE i jej najważniejszych rządów – przynajmniej w najbliższych kilku miesiącach.

W stronę obrony wolności i tradycji

Wiceprezydent J. D. Vance, który reprezentował USA w Monachium, w swoim przemówieniu zaznaczył, że „Europa” nie może nadal liczyć na ciągłe i bezwarunkowe poparcie władz USA. I mocno skrytykował władców i rządy UE – między innymi za ich deficyty wolności i demokracji. W ponad 18-minutowym przemówieniu Vance nie skupił się, jak tego oczekiwali organizatorzy tej corocznej „konferencji bezpieczeństwa”, komisarze UE i rządy RFN i innych państw, na oczekiwaniach władz USA co do zwiększenia wydatków państw Europy na wojsko czy na sprawach dot. ich większego zaangażowania w pomaganie kijowskiej Ukrainie. Zamiast tego oskarżył komisarzy i inne władze UE oraz kilka europejskich rządów (w tym także rząd brytyjski) między innymi o silne ograniczanie wolności i demokracji w ich krajach, o cenzurowanie Internetu, prasy i wypowiedzi, o dalsze tolerowanie niekontrolowanej, masowej i nielegalnej imigracji. W związku z tym wywołał dość powszechne „oburzenie europejskich polityków” i „za swoje przemówienie nie otrzymał prawie żadnych braw” od zaskoczonych słuchaczy – w znacznej większości reprezentujących różne władze i rządy Europy (wg DPA).

Vance stwierdził między innymi, że główne zagrożenie dla Europy pochodzi nie z Rosji czy z Chin, lecz z wewnątrz kontynentu i od jego władz. To główne zagrożenie to „odchodzenie Europy od jej dawnych wartości”. Powiedział: – Zagrożenie, które najbardziej mnie martwi, gdy myślę o Europie, to nie Rosja czy Chiny, to nie jakakolwiek inna potęga zewnętrzna. To, co mnie martwi, to zagrożenie wewnętrzne, odejście Europy od niektórych z jej najbardziej podstawowych wartości – tych wspólnych ze Stanami Zjednoczonymi”. Zarzucił rządom państw i władzom Unii Europejskiej cenzorskie zapędy pod pretekstem tzw. „walki z dezinformacją” i z „mową nienawiści”, ignorowanie woli własnych obywateli i zasad wolnościowej demokracji, prześladowanie chrześcijan i ich zasad. Podał przykłady wielu kar dla chrześcijan protestujących przeciwko aborcji czy islamskiej imigracji w Wielkiej Brytanii, w Niemczech i Szwecji. I wręcz porównał niektóre projekty i polityki władz UE i władz brytyjskich do tych ze Związku Sowieckiego. Jako jeden z nagannych przykładów wskazał anulowanie przez krajowe władze [pod naciskiem władz UE] wyborów prezydenckich w Rumunii. Wezwał też Europejczyków do pilnej „zmiany kursu” w kwestii imigracji. Przypomniał im, że „żaden wyborca na tym kontynencie nie poszedł do urn, żeby otworzyć wrota dla milionów nielegalnych imigrantów”. Dodał, że „masowa imigracja” jest „najpilniejszym” problemem, z jakim zmagają się wszystkie kraje Zachodu.

Wiceprezydent USA zwrócił też uwagę, że Ameryka od lat broni przed zagrożeniami zewnętrznymi te europejskie państwa i rządy, które teraz już „nie słuchają swoich narodów”. Słusznie! Zasygnalizował więc wątpienie obecnych władz USA w sens dalszej obrony tych państw i ich władz. Spytał wprost: „Czy jeszcze warto bronić takiej Europy?”.

Prasa o wystąpieniu Vance’a: to afront i zimny prysznic

Jak na te słowa wiceprezydenta USA zareagowała prasa niemiecka czy np. włoska? Niemal wszystkie te gazety były pełne słów oburzenia na stwierdzenia i opinie wiceprezydenta. Np. wielkonakładowa i lewicowa „Süddeutsche Zeitung” napisała, że „powiedzieć, że to był afront, to za mało powiedzieć”. A ponadto: teraz to „już nikt nie wie, jaką wartość ma jeszcze sojusz NATO”.

Zu Recht!

Z kolei tygodnik „Die Zeit” stwierdził, że słowa wiceprezydenta USA były „dla Europy” jak „uderzenie obuchem”. I to jest „epokowy zwrot”, bo „fundamentem relacji UE z USA już przestały być wspólne wartości”. To był „zimny prysznic dla Europy” – stwierdził natomiast dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. A mocno lewicowy „Der Spiegel” pisał: „Czołowi politycy europejscy nadal liczą na to, że USA zmuszą Putina do sprawiedliwego pokoju na Ukrainie. Teraz Trump i Vance uzmysłowili im, że uważają ich za zbędnych”. I „wiceprezydent USA dostrzega w europejskich rządach już większe zagrożenie, niż we Władimirze Putinie [..]. [Vance] nie widzi też wspólnej podstawy do wspólnej obrony”. Więc jego przemówienie „uzmysłowiło Europejczykom” [tj. władcom UE], że teraz „pozostali oni osamotnieni w swoich dążeniach”, stwierdzał Markus Becker. Ocenił, że „reakcje w Europie sprawiają wrażenie bezradnych i rozpaczliwych”, ale „Europejczycy powinni wreszcie zaakceptować prawdę [..], że Stany Zjednoczone już przestały czuć się odpowiedzialne za bezpieczeństwo Europy. Więc najwyższy czas, aby sami się o to zatroszczyli, nawet jeśli będzie to wiele kosztowało” – podsumował komentator „Spiegla”.

Z kolei dziennik „Augsburger Allgemeine” ostrzegał: „Po tym wystąpieniu [Vance’a] nie ma już wątpliwości, że administracja Trumpa stanowi realne zagrożenie dla Europy i Niemiec. Jeden post Trumpa w mediach społecznościowych może już na zawsze zniszczyć wiarygodność NATO i jego gwarancje wsparcia. Jeśli Niemcy już teraz nie obudzą się i nie wyłożą więcej pieniędzy na swoją armię i nie spróbują wykuć europejskiej odpowiedzi dla Trumpa i Putina, to wtedy już nie da się nam pomóc”. Należy podkreślić, że polityków i komentatorów niemieckich jeszcze bardziej oburzyło sugerowanie przez wiceprezydenta Vance’a i Elona Muska czołowym niemieckim politykom – przede wszystkim tym z CDU i bawarskiej CSU, żeby po wyborach współpracowali także z konserwatywną i opozycyjną Alternatywą dla Niemiec.

Donnerwetter!

A np. euro-komunistyczna „La Repubblica” z Rzymu pisała w tytule o rzekomo już rozwijającym się „buncie Europy” przeciwko władzom USA i zwracała uwagę na [w istocie bezsilne i dość żałosne] „protesty” władz RFN i republiki francuskiej przeciwko „ingerencjom ze strony władz USA” i „wykluczaniu Europy” z negocjacji w sprawie Ukrainy. Lewicowa komentatorka Natalia Tocci stwierdziła, że „USA stanowią już bezpośrednie zagrożenie dla Unii Europejskiej”, którą „dodatkowo chcą rozmontować skrajnie prawicowe europejskie ugrupowania polityczne oraz Kreml”.

No proszę – chcą UE „rozmontować”. Co za skandal! W opinii tej euro-komunistki, ze strony USA „doszło do zwrotu akcji”. Celem tego jest „zniszczenie nas”, „celowe osłabienie, a może nawet zniszczenie Europy” (wg PAP). Jakiej „Europy”? Czy Europy chrześcijańskich narodów, wolności i tradycji? Na pewno nie. Bo w pojęciu wszelkiej maści euro-socjalistów i lewaków ta ich „Europa” to jest ta ich euro-komunistyczna, neo-sowiecka sitwa – rządząca krajami i narodami Europy już ponad 40 lat i pasożytująca na nich!

Ww. dziennik napisał też, że „w Europie” [tj. na rządowych salonach i w gabinetach urzędników i funkcjonariuszy UE] zapanował „alarm i stan nerwowości rządów”, czego wyrazem była m.in. decyzja prezydenta Emmanuela Macrona o zwołaniu nagłego „szczytu” szefów rządów 7 państw UE i Wielkiej Brytanii (17 lutego). Jak należało się spodziewać, ich rozmowy nie przyniosły ponoć żadnych wiążących i konkretnych postanowień w sprawach wojskowych, finansowych i ukraińskich.

Super!

Agencje prasowe podały, że ten „szczyt” nie zakończył się żadnym wspólnym komunikatem „ze względu na różnice zdań uczestników” w kwestii możliwego wysłania wojskowych kontyngentów na Ukrainę. A tego samego dnia, nazajutrz po zakończeniu zlotu dyplomatów i mediów w stolicy Bawarii, przewodniczący Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa Christoph Heusgen (były ambasador Niemiec przy ONZ w latach 2017–2021) stwierdził natomiast, że tegoroczna konferencja obnażyła „głębokie pęknięcie w sojuszu USA i Europy”.

Richtig!

Ale najważniejsze wydaje się to, że pod presją licznych ww. i innych perturbacji i problemów już wywołanych w tej ich „Europie” przez „złego” i „nieobliczalnego” Donalda Trumpa i członków jego rządu, już faktycznie zaczyna pękać i kruszyć się niemal cały system polityczny i ustrojowy zwany Unią Europejską.

Gut!

Kaja Godek: Ustawa o „mowie nienawiści” uderzy w rodzinę, Kościół – w nas wszystkich. O veto prezydenta !

Kaja Godek: ustawa o „mowie nienawiści” uderzy w rodzinę, Kościół – w nas wszystkich

pch24/ustawa-o-mowie-nienawisci-uderzy-w-rodzine-kosciol

(Kaja Godek. Fot. Fundacja Życie i Rodzina)

Z jednej strony mamy ochronę religii i osób konkretnego wyznania. Z drugiej strony, w tej samej ustawie – ochronę seksualnej tzw. „orientacji”.

Te dwa rodzaje ochrony nie mogą zaistnieć razem. Kościół ma za zadanie wskazywać ludziom, że homoseksualizm i jego promocja jest złem, jest grzechem. Z drugiej strony nie można mówić nic złego o homoseksualistach. I co z tym zrobić? Uważam, że praktyka w sądach wyglądać będzie tak, że oni mogą liczyć na uniewinnienia, a nas się będzie skazywało – mówi Kaja Godek, liderka Fundacji Życie i Rodzina.

Jak przyjęła Pani wynik czwartkowego głosowania posłów w sprawie tak zwanej mowy nienawiści?

Zwracam uwagę na najważniejszą chyba rzecz w tej sprawie: to jest preludium. Preludium do wprowadzenia różnych ustaw, które realizują agendę LGBT i które albo są w przygotowaniu, albo już czekają gotowe na uchwalenie. Koalicja rządząca doskonale zdaje sobie sprawę, że Polacy nie chcą tych ustaw, że będą ogromne protesty. Dlatego rządzący potrzebują najpierw zadbać o swego rodzaju środek prewencji – żeby zdusić krytykę wobec agendy LGBT. Z tego powodu zaczynają od penalizacji krytyki wobec LGBT. W momencie, kiedy zostanie ona uchwalona, wjadą wszystkie inne punkty agendy LGBT, na przykład związki partnerskie. Możemy się spodziewać nawet postulatu adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Będzie też przyłożona większa presja na wprowadzenie do szkół elementów demoralizacji pod dyktando homolobby.

Nastąpi też ostra rozprawa z Kościołem. Penalizacja krytyki LGBT jest bowiem wymierzona w znacznej mierze w Kościół katolicki, szczególnie w księży. Księża będą mogli iść do więzienia na przykład za przypomnienie, czym jest grzech sodomski albo cytowanie listów św. Pawła, który pisał wprost, że stosunki homoseksualne to zboczenie.

Rozmawiamy o rozszerzeniu zakresu artykułu 257. Kodeksu karnego, traktującego o znieważaniu. Potocznie mówi się, że dotyczy on „mowy nienawiści”. Jest już od dłuższego czasu kilka kategorii chronionych przez ten artykuł, m.in. wyznanie. Jak jednak obserwujemy, sądy orzekają najczęściej w przypadku profanacji czy bluźnierstw albo obelg kierowanych pod adresem katolików bądź czczonych przez nas świętych, że doszło do jakiejś kreacji artystycznej, dozwolonej publicystyki lub mamy do czynienia z niską szkodliwością czynu. Skąd Pani obawy, że w odniesieniu np. do środowisk LGBT będzie dominować inna interpretacja tego samego artykułu?

Dlatego, że rozmawiamy o przepisach, które się wzajemnie wykluczają. Zwracam uwagę – nawiązując do ostatniego przykładu z księżmi – że nie da się równocześnie chronić środowiska LGBT i chronić Kościoła katolickiego czy duchowieństwa.

Księża są zobowiązani głosić naukę Kościoła, a nauka Kościoła w kwestii zboczeń jest absolutnie jasna. I teraz pojawia się mętlik. Z jednej strony mamy ochronę religii i osób konkretnego wyznania.

Z drugiej strony, w tej samej ustawie – ochronę seksualnej tzw. „orientacji”. Te dwa rodzaje ochrony nie mogą zaistnieć razem. Kościół ma za zadanie wskazywać ludziom, że homoseksualizm i jego promocja jest złem, jest grzechem. Z drugiej strony nie można mówić nic złego o homoseksualistach. I co z tym zrobić? Uważam, że praktyka w sądach wyglądać będzie tak, że oni mogą liczyć na uniewinnienia, a nas się będzie skazywało. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.

Jak wygląda już teraz sytuacja w sądownictwie, mogę Państwu wiele opowiadać, i to z pierwszej ręki. Właśnie jestem po wyroku w sprawie, która już drugi raz była rozpatrywana w pierwszej instancji. Sędzia nakazał mi przepraszać homo-aktywistów, czego oczywiście nie zrobię, zamierzam ten wyrok apelować. Jest to proces, jaki wytoczyło mi w 2018 roku, w trybie cywilnym 16 działaczy LGBT, obecnie jest ich 15, jeden po drodze zmarł. Na długo przed tym, jak otrzymałam pozew, oni chodzili po różnych lewicowych mediach i opowiadali, po co im ten proces, co jest w pozwie, i co chcą osiągnąć. Poruszyli między innymi wątek, że ponieważ Kodeks karny nie penalizuje tego, co oni nazywają „mową nienawiści”, to muszą uciekać się do środka zastępczego, jakim jest proces w trybie cywilnym. Opisali swoją taktykę wprost.

To, co dzisiaj przeżywamy my – działacze, osoby publiczne, publicyści krytykujący ruch LGBT a potem mający procesy – to jest rzeczywistość, która czeka wszystkich Państwa. Wszystkich. Bo będzie tak: wpis na Facebooku, w którym krytykujecie lobby LGBT albo chociażby śmiejecie się z osób idących w Paradzie Równości i wyglądających głupio – to już podlegać ma penalizacji. Co więcej, to będzie sprawa karna, zupełnie inny proces niż cywilny. Nie będą musieli szukać na siłę powodów, udowadniać, że zaistniało naruszenie jakichś dóbr. Te zachowania będzie ścigał prokurator!

Dalej: głos krytyczny w szkole przeciwko lekcjom, które zawierają propagandę LGBT, też będzie penalizowany. Nie będziecie mogli bronić swoich dzieci. Dalej, kazanie, w którym ksiądz zacznie cytować świętego Pawła, będzie penalizowane.

Ta rzeczywistość, która dotyka dzisiaj nas – publicystów, działaczy, dziennikarzy, osoby publiczne, stanie się udziałem każdego z Państwa. Każdego będzie można pociągnąć do odpowiedzialności, a nawet trzeba będzie.

Trudno znaleźć księdza, który będzie stosował obelgi wobec homoseksualistów, chociaż potępia ich styl życia; mało który krytyk LGBT rzeczywiście wysuwa realne groźby względem tego środowiska bądź konkretnych osób. Więcej agresji – szyderstw, wulgarnych obelg, gróźb, profanacji obrazów naszych świętych – spotyka się po tej drugiej stronie. A to my, katolicy mamy iść do więzienia bo sobie zażartujemy z kobiety noszącej brodę? 

Jesteśmy w sytuacji w pewnym sensie szczęśliwej, będąc bynajmniej nie pierwszym państwem, gdzie próbuje się wprowadzić podobne przepisy. Widzimy, jakie przyniosły one efekty na Zachodzie: uderzyły w zwykłych ludzi. Problemy w szkołach mieli nauczyciele, którzy powiedzieli uczniom, że istnieją „tylko” dwie płcie – pamiętamy casus pana Jose Luisa Barrona Lopeza z Hiszpanii, który został pozbawiony pensji i zawieszono mu prawo do wykonywania zawodu. W Kanadzie za podobne twierdzenie aresztowano jednego z uczniów szkoły – i to nominalnie katolickiej.

Zwrócę jeszcze uwagę na to sformułowanie: „przestępstwa z nienawiści” czy „mowa nienawiści”.

Definicja słownikowa nienawiści mówi o tym, że jest to określone silne odczucie. Jednak nie pisze się prawa w taki sposób by penalizować odczucia albo wmawiać komuś takie bądź inne intencje. Powinno się penalizować konkretne czyny.

Obecnie zaś całe lobby LGBT, ponieważ brakuje im argumentów, szuka zamiennika dla swojej argumentacji. Posuwa się właśnie do wmawiania intencji albo kładzie nacisk na uczucia. Podam znów przykład ze swojego ostatniego procesu. Tydzień temu przed ogłoszeniem wyroku, zdążyłam złożyć zeznania, że skoro geje gwałcą dzieci, to w interesie dzieci jest powiedzieć o tym i ostrzec rodziców. Dostałam wówczas od pełnomocnika powodów pytanie: „czy pani mówiąc to nie zastanowiła się chociaż chwilę, że jakiś homoseksualista może to usłyszeć i zrobi mu się przykro?”.

W taki sposób środowisko LGBT próbuje zrównać z sobą dwie nieporównywalne wartości: fizyczne bezpieczeństwo dzieci i swoje subiektywne odczucia, pytanie, czy w ogóle prawdziwe. Próbują komponent emocjonalny uczynić ważniejszym niż krzywda, która może stać się dziecku. Byłam naprawdę zszokowana, że dostałam pytanie sprowadzone do dylematu: „dlaczego pani ostrzega przed gwałtami na dzieciach, skoro jakiś homoseksualista może to usłyszeć i się źle z tym poczuje?”.

Dojdziemy za chwilę do świata, w którym wartości są absolutnie odwrócone. Dzieci nie są bezpieczne, nie można ostrzegać przed pedofilami bo skupiamy się na tym, czy delikatne serduszka jednego czy drugiego działacza LGBT nie zadrżą ze smutku.

Liczy Pani trochę na weto prezydenckie? Jak się wydaje, to ostatnia instancja, która może zatrzymać tę tragiczną nowelizację Kodeksu karnego.

Ja nie liczę, ja go zdecydowanie oczekuję. Prezydent nie może zostawić Polaków w tej sytuacji! Szczerze mówiąc, trochę się obawiam. Mam bowiem wrażenie, że prezydent Duda pod koniec swojej drugiej kadencji bardzo liczy na posadę w jakimś gremium międzynarodowym i lubi „polityczną poprawność”. Mam na myśli na przykład podpisanie ustawy o finansowaniu in vitro półtora roku temu. Również inne gesty, które wykonywał pod adresem różnych lewicowych lobbies.

Powiem tak: interesem Polski jest weto do tej ustawy, jednoznaczne weto, a nie np. podpisanie nowelizacji i odesłanie jej do Trybunału Konstytucyjnego, bo w takim przypadku nowa ustawa będzie przynajmniej przez jakiś czas obowiązywała. To powinno być jednoznaczne weto – wyrzucenie tych przepisów do kosza na śmieci. Jeśli weto nie nastąpi, to naprawdę za chwilę będziemy wszyscy mieli duży problem. Jak wspomniałam, ta nowelizacja jest przygotowywana jako preludium do wielu innych ustaw realizujących niebezpieczną agendę LGBT – niebezpieczną dla społeczeństwa, godzącą w wolność religijną, zagrażającą tym osobom, które mają najmniejsze możliwości obrony – czyli dzieciom.

Środowiska prorodzinne powinny, Pani zdaniem jakoś pomóc prezydentowi podjąć odpowiednią decyzję? Czy zamierzają to robić?

Myślę, że każdy obywatel powinien w tym momencie żądać od prezydenta weta. Po drodze jest jeszcze Senat, którego skład nie napawa optymizmem. Natomiast uważam, że senatorowie – ci, którzy myślą jeszcze o Polsce – też powinni protestować przeciw tej ustawie.

Co sądzi Pani o postawie PSL, które poparło nowelizację w Sejmie?

Donald Tusk realizuje plan zniszczenia PSL-u. Wyprowadza PSL właśnie w takie rejony jak głosowanie za ustawą o penalizacji krytyki LGBT. To będzie przecież znany fakt na wsiach, w małych miasteczkach – że to PSL pozwolił, żeby środowiska gejów i lesbijek ośmieliły się i żeby duszono wszelką krytykę wobec nich. To głosowanie PSL-owi zaszkodzi. Tusk nakazując ludowcom głosowanie w ten sposób realizuje sprytny plan wyeliminowania tego ugrupowania ze sceny politycznej poprzez odcięcie od ich własnych wyborców.

Rozmawiał Roman Motoła

Wojna a sprawa polska

Wojna a sprawa polska

wojjo

8 marca, wpis nr 1342 Napisał Jerzy Karwelis dziennikzarazy/wojna-a-sprawa-polska

Tego się właśnie obawiałem: że przyjdą nowe czasy, zaś my będziemy jechali po staremu. Nie tylko w szaleństwie bezmyślnej wojny polsko-polskiej, ale przy całkowicie innym tzw. paradygmacie znowu wrócimy do ulubionego zajęcia klasy politycznej III RP – szukania na gwałt patrona. A właściwie jeszcze gorzej – przy zmianie pozycji utartych i wytartych patronów – czy to niemiecko-unijnego czy amerykańskiego – będziemy szukali nie tego, co dla nas lepsze, tylko zapewniali swych odwiecznych panów o swojej bezwarunkowej lojalności. Tylko tyle i tylko taka nam się ostała nasza, pożal się Boże, polska racja stanu.

Taka postawa do niczego nie pasuje i widzą to… nawet nasi patroni. Bo co im z naszych deklaracji lojalności, jak albo nie wiedzą – ci ONI – co z nimi samymi będzie (Niemcy i Europa) albo głupio im nam powiedzieć (jak Amerykanom), że pobite gary, no bo jak tu patrzeć w służalczą mordkę klienta i powiedzieć mu prawdę, której sam chyba się domyśla wypierając fakty? Że kochamy się, że zasługi, ale teraz radźcie sobie sami? Tylko my tego nie widzimy, albo – znowu gorzej – oni tam na polskiej górce widzą swą bezradność, ale nam jej nie ujawnią, bo byśmy ich zapytali jak to się stało z tym porozumieniem bezradności ponad politycznymi podziałami?

Ujawniły się bowiem dwa stronnictwa, co prawda istniejące od dawna, ale teraz wyraźnie po refleksji dni ostatnich ich sytuacja się zaognia. Postawa jest zadziwiająca – dzieje się, panie, ale my tu będziemy i tak stali przy naszym patronie, nawet jak nas będzie od siebie odpędzał. Mamy więc dwa obozy i pewne oboczności, ale najpierw zajrzymy do namiotów plemiennych; na pierwszy rzut idzie PiS.

Make America Great Forever

Pisowcy mają zagwozdkę. Bez zastanowienia przy takiej rozgrywce rzuciliby się w ramiona Trumpa – co im tam zadrzeć z Europą, czy dać się jednak przypisać do zdrajców orbanowsko -ficowskich. Spokojnie by wystawili się jako (jedyny?) lojalny partner USA, boć to przy nim stali, nawet za Bidena. Ale jest jedna przeszkoda – Rosja. Otóż jest to dla PiS-u nierozwiązywalny dylemat. Z Trumpem choćby do piekła, ale ten Trump właśnie za partnera obrał sobie znienawidzonego przez PiS – Putina. Trzeba by było więc zjeść swój własny język i – pośrednio – dostarczyć tuskom argumentu, że jednak to ten Kaczor to onucowy jest.

Przypomnijmy, że licytowanie się na onucyzm to trwała zabawa polskiej klasy politycznej, kiedy okazało się w rezultacie, że wszyscy są putinowcami, a więc prawdziwi agenci w tym zamieszaniu mogą spać spokojnie. Teraz już widzimy, że osmatyczne poparcie PiS-u dla działań Trumpa jest używane, szczególnie w kampanii na prezydenta, jako bicz onucyzmu PiS-u, trzymanego w ręku tusków. Nie wiadomo dlaczego PiS się tego panicznie boi i zaczyna się tłumaczyć, a tłumaczą się – w polskim mniemaniu – tylko winni. Jest tu więc słaby punkt.

Ale nie najsłabszy. To, że jednocześnie PiS chce się trzymać Trumpa, a ten chce się trzymać Putina, to dla Kaczyńskiego ogólna zagwozdka. Moim zdaniem PiS jest rzeczywiście antyrosyjski, co kiedyś dawało plusy dodatnie temu ugrupowaniu, ale te czasy już minęły. Teraz, kiedy Trump gada z Putinem, odzywa się kandydat jak najbardziej społeczny, czyli Nawrocki, że jak będzie prezydentem to zerwie stosunki dyplomatyczne z Moskwą. Tłumaczy to tym, że Rosja jest państwem zbrodniczym i nie będzie z takim gadał. Ale co, taki Trump to już może? A co – amerykański Donald jest wynajęty do czarnej roboty? To pokazuje głębokie niezrozumienie sytuacji. W obliczu wyjścia Amerykanów z Europy będziemy się musieli dogadywać z Rosją i może modlić, by ta zechciała, albo by Trump to na niej wymusił. A to jest scenariusz nie do pomyślenia dla Kaczyńskiego.

Granie na dudach

Oj tam, Kaczyński – popatrzmy na Dudę. Ten to ma dopiero zagwozdkę: postawił wszystkie polskie karty na Ukrainę i jej zwycięstwo, stał się bardziej ambasadorem jej interesów niż Polski. I zbiera żniwo braku planu „B”. A wystarczyło tylko założyć, że Ukraina tę wojnę przegra, a my się wyprujemy ze wszystkiego, łącznie ze sprawczością w swoim regionie. W końcówce to był już jakiś masochizm – my wszystko, a Kijów… z Niemcami. I okazało się, że Duda tego nie przewidział, co każe nam spytać o jego kalkulacje najbardziej optymistycznego scenariusza. Otóż wychodzi, że celem Dudy było odbicie w tej wojnie co najmniej terenów Ukrainy sprzed inwazji z 2014 roku, jeśli nie zmiana władcy Kremla. To przecież Duda zapewniał, że Rosja przyjdzie jeszcze na kolanach prosić o pokój. Takie były wizje – i to jedyne – horyzontu wsparcia Ukrainy przez Polskę w wykonaniu jej prezydenta. Trzeba przyznać, że rozpaczliwie dziecinne, zwłaszcza że zapalczywość w ich wyznawaniu wskazywała – a fakty to potwierdziły – że Duda innego scenariusza nie miał. A wydarzył się właśnie ten inny.

Najlepiej tę pisowsko-dudzianą zagwozdkę pokazuje ostatnie spotkanie (to 8-10 minutowe) Dudy z Trumpem. Wiadomo bowiem co tam Duda Trumpowi powiedział. Jak się znam na Trumpie to raczej Duda słuchał niż mówił, ale jak się przedarł przez ego pomarańczowo-włosego to ostrzegł go, by Trump nie wierzył Putinowi, bo ten go okłamie, gdyż jest byłym oficerem KGB. Tak, nasz prezydent myślał, że to jakaś rewelacja dla Trumpa, bo ten pewnie był cały czas utrzymywany w błędzie dezinformacji, że Putin był z zawodu burłakiem na Wołdze. Zastanówmy się co o Dudzie i jego ekipie pomyślał wtedy Trump.

On tu wywija z piekłoszczykiem Putinem deal życia, dzieli świat pod pretekstem gadki o marginalnej dla niego Ukrainie, a tu wychodzą Polacy i mu ujawniają rewelację, że jego interlokutor chce go okłamać. A więc – uwaga, uwaga! – nie wolno mu wierzyć. Tak, bo Trump się łudzi biedaczek, że Putin dotrzyma ustaleń tylko dlatego, że będzie mu głupio zawieść zaufanie Trumpa. To jest jakieś szaleństwo polskiego myślenia o sprawach międzynarodowych, które – moim zdaniem – dyskwalifikuje Polaków, a właściwie ich polityczne ekipy, jako poważnych partnerów. Deale na tym poziomie nie polegają na zaufaniu tylko kalkulacji, że takie nowe warunki się opłacają obu stronom i są trwałe tylko do momentu, kiedy okoliczności sprawią, że opłacać się przestaną. Putin dla Trumpa może w tej sytuacji zjadać codziennie niewinne dzieci na śniadanie i nie ma to nic do ważności dealu. A Polacy mu proponują – znowu – politykę opartą na wartościach, do których należy powątpiewanie w zaufanie do osoby, która kłamie zawodowo. Dla Trumpa takie odzywki to kosmos niedojrzałości polskiej klasy politycznej. Widzi, że „dla Polaków można wszystko, zaś z Polakami – nic”.

Znowu Polacy nic nie zrozumieli…

Ciekawe jaka jest w tej sytuacji wizja PiS-u. Że co? Że Trump odejdzie a nas zostawi w wysuniętej kasztelanii? Że będziemy drugim Izraelem, pilnującym jego interesów w Europie? No, bo jaka jest inna wizja? Niech i będzie taka, ale to powrót w stare koleiny. To, że będziemy klientem, to jasne, ale znowu wrócimy do mało autonomicznego partnerstwa. Znowu zaczniemy kupować broń od USA, którą nam oni będą mogli wyłączyć kiedy chcą, a zwłaszcza, jak się będziemy wybierać na Moskwę, gdzie siedzi nowy kolega Trumpa. A jak takie wyłączenia będą wyglądały jak się będziemy bronić? Podobno elektroniczne mapy polskich F kończą się na granicy z Rosją i może nie tylko, bo na granicy z Ukrainą pewnie też.

A to pokazuje, że znowu będziemy niesamodzielni, szastani interesami, jak widać zmiennymi, naszych odwiecznych przyjaciół w dealu opartym na wartościach dawno już nie uprawianych w świecie zaniku soft-power. Oczywiście pod warunkiem, że PiS byłby u władzy i mógłby tak stać z karabinem u nogi. A u władzy nie jest, ale słychać już rachuby, że Trump może u nas postawić na innego niż biednowsko-tuskowego konia. Ale wcale – przy takiej dziecinadzie – nie jest pewne, że wybrałby PiS. No bo co to za partner, który od bandytów wyzywa Trumpa strategicznego koleżkę?

Tak, słyszę te ploteczki o Sowie 2.0, obaleniu tuskowych i romansie z Konfederacją, która w kategorii onucyzmu przecież była nawet wystawiana przed PiS. Ale pewnie będzie gorzej – to znaczy że Trump może całkowicie olać Europę, niech się sama zjada. Poza tym nie wiadomo czego w tej kwestii zażąda Putin, o czym dowiemy się z telewizji.

Ten trop „myślenia” polskiego można rozpoznać dość łatwo. Po pierwszych dniach stuporu wobec wolty Trumpa prawica narodowo-socjalistyczna przycichła, ale narracja się już znalazła. Można ją zauważyć nie tylko w memach wychwalających Trumpa, ale głównie poniżających Zełenskiego. Pajaca, aktorzyny, najlepszego sprzedawcy, ukraińskiego ćwoka w zielonym dresie. To jest poziom polskiego myślenia – od ściany do ściany. A mówimy tu o gościu, co to dostał Orła Białego, najwyższe polskie odznaczenie. Na pstrym, bo amerykańskim, koniu jeździ sława mołojecka u Polaków. Te domorosłe psychoanalizy awantury z Białego Domu mają nam zastąpić myślenie strategiczne. I zastępują, choć to żałośnie żałosne.

Tuski, czyli Make Europe Still Alive

Tusk, też biedaczek, nie ma lekko. No, bo z jednej strony skończyła się zabawa jazdy na gapę, ale wcale nie widać, że jest jakiś tramwaj, do którego się można przesiąść. To znaczy ten tramwaj jest, tylko, że on nie jeździ. Europejski tramwaj nie jeździ już od tak dawna, że – choć duży i zasobny – zardzewiał kompletnie, zaś nie ma go komu popchnąć.

Do tej pory to się siedziało na bocznicy, nadymało, że fajnie, inne tramwaje popylały i zatruwały środowisko, my zaś z wyższością patrzyliśmy się na tych kulisów ze swoich europejskich przedziałów. I jak tu teraz ruszyć de? Po pierwszym szoku, że „jak to?” zaczęła się jak zwykle konferencyjna krzątanina. Narady, konferencje, dysputy. A czas leci. A tu o żadnej solidarności mowy nie ma. Europa z dwa razy większym potencjałem ludzkim i zbrojeniowym (drugi gracz militarny na świecie) nie ma ogarniętego systemu do obrony, co dopiero do wojowania.

Tusk ma słabo, bo widać, że jest w wirze obijania się o ściany. On jest chyba jak Kukiz – ma takie zdanie jak jego poprzedni rozmówca. Raz mówi, że bez USA się nie da, raz, jak pogada w Brukseli, że się da, ba – nawet to lepiej, bo się Europa ogarnie, oczywiście pod światłym przywództwem jego unijnej prezydencji. A tu wszystko przesypuje się przez palce.

Jestem jednak pewien, że akurat Tuski wylądują w „rozwiązaniu” unijnym. Ciągnie swój do swego. A więc pora je tu zarysować, byśmy wiedzieli, w co się angażujemy. Po pierwsze – Niemcy. Nowy kanclerz zadeklarował gigantyczne środki własne na zbrojenia. Niemiec. A to ważne rozróżnienie , bo obok toczy się proces równoległy. Otóż kiedy konie kują geopolitykę, to żaba unijna w postaci Ursuli von der Leyen – podstawia nogę. Finansowaniem dozbrajania Europy ma się zająć Komisja Europejska. I wszystko jasne, że nic z tego nie będzie. Będzie tak, jak z KPO – zrzucą się wszyscy, kasę będzie trzymać i decydować na co wydać Ursula, będzie tymi decyzjami karać i nagradzać, spłacać mają wszyscy, nawet ci, którzy nic nie dostaną, zaś armaty – jak za kowida szczepionki – Ursula będzie zamawiać z Big Militarią esemesami, które znowu się gdzieś skasują. Czyli zarobi, kto ma zarobić, zaś sytuacja militarna się nie zmieni. Takie to mechanizmy szykuje nam wciskająca się tu Unia.

Krążenie jelit

Tak jak w przypadku polskiej klasy politycznej, tak tym bardziej i unijnej nie wierzę, że bez zmiany elit uda się jakoś przejść suchą nogą przez te mokradła. Czasy już inne, a oni kombinują po staremu. To się znowu tylko uda na użytek wewnętrzny, ale tym razem z bardzo szybką zapłatą rachunków za ściemę. Konferencje wydalą z siebie kolejny projekt dłużny, gdy Unia pożyczy „na rynkach” kasę pod zastaw państw-członków, będzie się preferowało zakupy u tych co trzeba, drogo, ale za to późno. Czyli skończy się na tym samym. Moim zdaniem bezwzględnie finansowanie zbrojenia się Europy powinno się odbyć poza organizmem Unii. Inaczej to będzie kosztowna ściema. A taki pozaunijny układ może by wypracował organizacyjną alternatywę dla samej Unii. Może to będzie największy wkład Trumpa w nasz region – nie „obudzenie” Europy, tylko jej przemiana. Mieliśmy bowiem do tej pory dwa scenariusze: trwanie w Unii przy jej gniciu, albo jej gwałtowny koniec, a przynajmniej Polexit, zwany także Polescapem.

Teraz pojawia się trzecia możliwość – powstanie równoległej organizacji konkretu, która poprzez swą podstawową, bo militarną sprawczość, przejdzie szybko na poziom polityczny i przejmie rozsądne zadania europejskie.

Ten trend też, jak ten pisowski, ma swoje memy. A rebour. Tam gdzie jest u pisowców pajac Zełenski, tam zastępuje go pajac Trump. Pomarańczowo-grzywy głupek, który niczego nie rozumie, amerykański chłopek-roztropek z filmów o white trash. Na przemian z zaśpiewami o niszczeniu odwiecznych i uzgodnionych wartości. A przepraszam – jakich wartości? Genderyzmu, cenzury pod pretekstem mowy nienawiści, czy organizowaniu okrągłych stołów w sprawie poradzenia sobie z nieprawilnymi wynikami wyborów? Czyli tym wszystkim, o czym Europejczykom wygarnął wiceprezydent Vance w Monachium? Jak grochem o ścianę. I znowu – nie tylko Polacy – pogrążamy się w spór bez sensu, ale o dużym znaczeniu, bo rachunki za takie zaniechania nie zabrania się za sprawę – są znaczne. Porysujemy sobie znowu kredkami po asfalcie naszej racji stanu, nic nie zrobimy, obrazimy się na rzeczywistość, zamiast wyciągnąć z niej wnioski. Jak się jeden z drugim odwraca ze wzgardą od okropnej rzeczywistości, to ona wcale nie znika, za to można od niej dostać solidnego kopa.

Finis Europae?

Dożyliśmy czasów zerwania zasłon. Żyliśmy sobie na tej widowni udawanego teatru. Życie toczyło się gdzie indziej, za kulisami, które urosły do takich rozmiarów, że to my staliśmy się zapleczem. Teraz nam to nagle uświadomiono, tę naszą bezradność. My się łudzimy, że dopiero jak to zauważyliśmy (co poniektórzy) to to się dopiero teraz zaczęło. I gniewamy się na posłańców realizmu. A ta sytuacja trwa od lat, świat wygląda inaczej niż nam się go pokazywało od dawna. A to, że nam się to podobało to wcale nie oznacza, że ten deficyt będzie trwał wiecznie. Że rachunki, im bardziej opóźnione, nie będą tylko większe. Odsłoniły się nam prawdziwe konstrukcje rzeczywistości, a my co robimy? Dalej wywołujemy swych ulubionych aktorów z odwołanego właśnie spektaklu. I buczymy na widowni, że to co się okazało wcale nam się nie podoba.

Smutne to, bo z tego dałoby się wyjść, ale Europa musiałaby wyjść z samej siebie, a na to jej nie stać. Potrzeba byłoby wymiany elit, a alternatywy dla niej nie bardzo widać, o co się obecna elita stara cały czas. Trzeba by było pewnego poziomu świadomości wśród ludu, a ten jest kompletnie ogłupiały albo przekupiony fundowanymi przez państwo socjalnymi bańkami komfortu. Kto pójdzie bronić Europy? Tęczowo-rurkowa armia która walczyła dotąd jedynie o zaimki? Zostają więc, ach cóż za upokorzenie, jedynie kibole? A po drugiej stronie mamy poważnych przeciwników – kałmuckie mordki, które pójdą z chęcią na Europę jeśli Putin im każe. Nasze nieodwiedzane biblioteki spalą na ogniskach, przy których będą sobie pokazywać prawdziwe europejskie trofea – sedesy i pralki z domów byłych panów świata…

Napisał [i przeczytał] Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

ISW: Po utraceniu danych wywiadowczych z USA Ukraina w odwrocie w obwodzie kurskim

ISW: Po utraceniu danych wywiadowczych z USA Ukraina w odwrocie w obwodzie kurskim

10.03.2025 tysol/po-utraceniu-danych-wywiadowczych-z-usa-ukraina-w-odwrocie

Wstrzymanie przekazywania przez USA danych wywiadowczych Ukrainie może być jednym z czynników, które przyczyniły się do sukcesów wojsk rosyjskich w obwodzie kurskim w Rosji; ukraińskie siły znajdują się tam w odwrocie – powiadomił w najnowszym raporcie amerykański think tank Instytut Studiów nad Wojną (ISW).

Ukraińscy żołnierze, zdjęcie poglądowe ISW: Po utraceniu danych wywiadowczych z USA Ukraina w odwrocie w obwodzie kurskim

Ukraińscy żołnierze, zdjęcie poglądowe / PAP/EPA/OLEG MOVCHANIUK

Szybkie postępy Rosjan w obwodzie kurskim

Od 5 marca, gdy wstrzymana została wymiana danych wywiadowczych między USA a Ukrainą, wojska rosyjskie zaczęły znacznie intensywniej nacierać w obwodzie kurskim i wypierać stamtąd broniące się siły ukraińskie – czytamy w raporcie ośrodka analitycznego ISW z Waszyngtonu.

W opracowaniu zaznaczono, że – według informacji ukraińskiego wywiadu wojskowego – ten okres zbiegł się w czasie z szybszymi postępami Rosjan. Źródło w rządzie Ukrainy potwierdziło, że wstrzymanie wymiany danych przez USA było istotnym czynnikiem, który utrudnił działania ukraińskiej armii.

Według ISW Rosjanie nie traktowali wcześniej wyparcia Ukraińców z obwodu kurskiego jako priorytetu, koncentrując się raczej na operacjach w obwodzie donieckim na wschodzie Ukrainy.

Trudno udowodnić bezpośredni związek między wstrzymaniem wymiany danych wywiadowczych z USA, a początkiem problemów ukraińskiego zgrupowania wojskowego w obwodzie kurskim. Przedstawiciele Kremla deklarowali jednak zamiar wykorzystania wstrzymania amerykańskiej pomocy wojskowej i wymiany danych wywiadowczych, aby „zadać maksymalne straty” siłom ukraińskim przed możliwym wznowieniem wsparcia USA dla Kijowa – zaznaczono w raporcie.

Duża operacja rosyjskich wojsk

Według rosyjskich komentatorów, cytowanych przez agencję Reutera, Rosjanie posunęli się w poniedziałek naprzód w obwodzie kurskim w ramach dużej operacji okrążania wojsk ukraińskich, mającej na celu zmuszenie tysięcy żołnierzy do ucieczki lub kapitulacji.

Jeden z tzw. blogerów wojskowych, czyli publicystów internetowych, popierających inwazję Kremla na Ukrainę, podał, że rosyjskie wojska opanowały miejscowość Iwaszkowski w obwodzie kurskim i próbują zamknąć Ukraińców w „kotle”, atakując co najmniej z siedmiu kierunków.

W niedzielę Rosjanie odbili kolejne trzy miejscowości w obwodzie kurskim. Wcześniej rosyjskie siły specjalne przeprowadziły natarcie, przemieszczając się we wnętrzu gazociągu w pobliżu miasta Sudża i zaskakując w ten sposób Ukraińców.

Dwa dni wcześniej, w piątek, ukraiński projekt DeepState przekazał, że żołnierze Sił Zbrojnych Ukrainy dokładają wszelkich starań, aby powstrzymać ataki rosyjskich wojsk; najbardziej krytyczna sytuacja panuje na granicy między obwodem kurskim na zachodzie Rosji, a obwodem sumskim na północy Ukrainy. (PAP)

Cuda Guadalupe i przyszłość Ameryki Łacińskiej

Cuda Guadalupe i przyszłość Ameryki Łacińskiej

Alejandro Ezcurra [Artykuł sprzed 13 lat, z Archiwum. Coraz aktualniejszy. MD]

(fot. Joaquín Martínez Rosado ) [Oto, jak moderniści paskudzą otoczenie OBRAZU. Usunąc jednak nie maja sił MD]

Badania nad objawieniami Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe ujawniają dziś coraz bardziej poruszające aspekty wydarzenia związanego z początkami ewangelizacji Meksyku, rzucając jednocześnie prorocze światło na wyjątkową przyszłość Ameryki Łacińskiej.

9 grudnia 1531 roku ponad wzgórzem Tepeyac, w odległości około siedmiu kilometrów od azteckiej stolicy, ochrzczonemu Indianinowi Juanowi Diego ukazała się Maryja, prosząc go o przekazanie biskupowi Juanowi de Zumárraga jej życzenia, aby w miejscu objawienia wybudowano kaplicę ku jej czci. Biskup przyjął wizjonera życzliwie, żądając jednak dowodu na potwierdzenie prawdziwości jego słów. Nazajutrz Juan Diego wyjawił Matce Bożej zastrzeżenia biskupa, w wyniku czego 12 grudnia poleciła mu Ona nazbierać na wzgórzu kwiatów i zanieść je biskupowi. Pomimo środka zimy oraz kamienistości i nieurodzajności miejsca, Juan wspiąwszy się na skałę odnalazł tam obsypane kwieciem krzaki róż. Wkrótce też stawił się przed obliczem biskupa z naręczem kwiatów zawiniętych we własny płaszcz (rodzaj poncha utkanego z włókna agawy, zwanego tilma lub ayate).

Biskup Zumárraga i wszyscy świadkowie nie kryli zdumienia, kiedy Juan rozwinął poncho i na ziemię wysypały się róże. Zdumienie ich wkrótce przerodziło się w ekstazę, gdy na skromnym płaszczu Indianina dostrzegli nieopisanej piękności metyski wizerunek Najświętszej Panienki. Wszyscy upadli na kolana w obliczu cudu…

Ta, która miażdży głowę węża, niweczy antychrześcijański spisek

Cud w Guadalupe ma swój proroczy wymiar, ponieważ jego cel przekracza granicę czasu i oświetla przyszłość Ameryki Łacińskiej. Stanowi on początek całego łańcucha dodatkowych cudów, które do dzisiejszego dnia nieustannie się ujawniają.

Pierwszy z owych cudów dokonał się w dzień ostatniego objawienia Juanowi Diego. Złożony ciężką chorobą wuj wizjonera, Juan Bernardino, przeczuwając nadchodzący koniec, ujrzał Najświętszą Panienkę w takiej samej dokładnie postaci, w jakiej objawiła się Ona jego siostrzeńcowi. Przemawiając doń w jego własnym języku náhuatl, Matka Boża zapowiedziała Juanowi Bernardino uzdrowienie, które też natychmiast się dokonało, jako pierwszy tego rodzaju cud w historii Nowego Świata. Maryja wyjawiła wówczas również swoje pragnienie, by nazywano ją Cuatlaxúpeh, co po aztecku znaczy Ta, która miażdży głowę węża.

Przydomek ów, przekształcony przez Hiszpanów w Guadalupe (z powodu podobieństwa brzmieniowego z tym właśnie estremadurskim miastem znanym z maryjnego sanktuarium), spaja w sobie dwa znaczenia. Pierwsze ma związek z Księgą Rodzaju i biblijną niewiastą miażdżącą głowę szatana, drugie natomiast dotyczy pokonania czczonych przez Azteków demonów Coatlicue i Quetzalcoatla. Zadziwiające jest, że na wzgórzu objawienia, Tepeyac, czczono właśnie Coatlicue – matkę Pierzastego Węża. Nieprzypadkowo zatem Matka Boża wybrała owo miejsce. Przesłanie jest czytelne: Maryja przychodzi, by zastąpić pogański kult Coatlicue prawdziwą wiarą w Jedyną Matkę Jedynego Boga. Cudowne objawienie wydarzyło się zaledwie dziesięć lat po zakończeniu podboju Meksyku; ewangelizacja kraju postępowała nader opornie, nawrócenia były nieliczne i kruche (wielu świeżo ochrzczonych powracało do starych wierzeń). Słyszało się także o spisku azteckich kapłanów, planujących wybicie wszystkich przebywających podówczas w Meksyku Hiszpanów (niewiele ponad dwa tysiące) i powrót do przerażających kanibalistycznych rytów. W roku 1529 biskup Zumárraga skarżył się w gorzkim liście do cesarza Karola V, że jeśli Bóg nie pomoże, ziemia ta zostanie całkowicie zaprzepaszczona.

Cudowne podwójne objawienie zdusiło w zarodku wspomniany spisek. Zaledwie w dwa tygodnie później dokonał się jeszcze jeden spektakularny cud: oto 26 grudnia 1531 roku wizerunek Matki Bożej został przeniesiony z wszelkimi honorami z Meksyku do pierwszej pustelni wzniesionej pośpiesznie na samym Tepeyac. Barwny pochód Indian niósł Najświętszą Panienkę pośród kadzideł, muzyki i tańca, aż do pustelni, gdzie tancerze zainscenizowali bitwę. W pewnej chwili wystrzelona przypadkowo z łodzi strzała przeszyła gardło jednego z uczestników uroczystości, który padł martwy na miejscu. Pośród wielkiego poruszenia, krzyku i płaczu zaniesiono ciało Indianina do stóp wizerunku Najświętszej Panienki błagając o przywrócenie mu życia. W tej samej chwili Indianin powstał żywy i zdrowy, a po strzale, którą mu usunięto pozostała zaledwie mała blizna upamiętniająca cudowne zdarzenie.

Wiadomość o trzech cudach rozeszła się błyskawicznie po całym Meksyku, inaugurując falę nawróceń.

Juan Diego – książę i wojownik

Decydującą rolę w tym kontekście odegrała osoba Juana Diego. W przeciwieństwie do utrwalonego w powszechnym mniemaniu – a ukształtowanego przez sentymentalizm – wizerunku biednego i niewykształconego Indianina z najuboższej klasy społecznej, w rzeczywistości Juan Diego pochodził z książęcego rodu o mocno ugruntowanej pozycji społecznej, a był przy tym wojownikiem i człowiekiem wielkiej kultury. Nadane mu przy urodzeniu imię brzmiało Cuauhtlatohuac, co znaczy: Ten, który przemawia jak orzeł. Jego ojciec, Netzahualpilic, był królem Texcoco, matka zaś – księżniczka Tlacayehuatzin – córką samego Montezumy I. W żyłach Juana Diego płynęła zatem najbardziej błękitna z krwi Meksyku, aztecka imperialna i królewska cziczimecka.

Jego dziadkiem ze strony ojca był słynny cziczimecki król Netzahualcoyotl, filozof i poeta, który kontemplując porządek natury doszedł do przekonania o istnieniu jednego, niewidzialnego Boga – Stwórcy Wszechrzeczy. Ku jego czci ów król-myśliciel skomponował siedemdziesiąt psalmów, przypominających Psalmy króla Dawida. Jako książę, Juan Diego był także żołnierzem – wziął nawet udział w wojnie przeciw Aztekom pod rozkazami Pedra de Alvarado, oficera Corteza. Fakt wyboru przez Najświętszą Panienkę na swego rozmówcę Indianina pochodzącego z arystokratycznego rodu przyczynił się zdecydowanie do wzmożenia późniejszej fali nawróceń.

Żywe źródło cudownej symboliki

Na pierwszy plan jednak wysuwa się sam cudowny wizerunek Najświętszej Panienki z Guadalupe, pełen symboliki, który poruszył do głębi serca Meksykanów – narodu obdarzonego wszak szczególnym zmysłem symbolicznym.

Maryję otaczają chmury. O istotach przybywających z Nieba i do niego przynależnych rdzenni mieszkańcy Meksyku zwykli byli mówić, iż wyłonili się z mgieł i chmur. Kiedy zatem w roku 1519 Montezuma II witał Ferdynanda Corteza jako wcielenie Quetzalcoatla, wypowiedział do niego następujące słowa: Moje serce spozierało ku stronom, skąd przybyliście; wyłoniliście się z chmur i mgieł, aby królować w tych królestwach. Podobne powitanie skierowali azteccy kapłani do pierwszych franciszkańskich misjonarzy przybywających do Meksyku w roku 1524: Przybyliście morzem, spośród chmur i mgieł; Bóg wysłał was między nas, byście byli jego oczami, uszami i ustami. Widząc zatem na płaszczu Juana Diego Panią otoczoną chmurami, pojęli Indianie, iż przybywa ona z Nieba, że w niej widzialne stają się oczy, uszy i usta Boga, a także, iż przybywa Ona, aby królować w tych królestwach.

Powyższe skojarzenie wzmacniały trzy inne symbole graficzne pozwalające Indianom dostrzec w Matce Bożej królową całego świata: promienie słoneczne, które biły od Jej postaci i otaczały Ją, a także księżyc u Jej stóp oraz gwiazdy na Jej płaszczu i ponad Jej głową.

12 grudnia to w Meksyku dzień zimowego przesilenia, najważniejszy punkt w religijnym kalendarzu Azteków czczących tego dnia słońce – zwycięzcę ciemności. W wizerunku z okrycia Juana Diego Maryja wyłania się wprost ze słońca. Aztekowie czcili także boga nocnego słońca, Tezcatlipoca. Widząc Maryję depczącą księżyc rozumieli, że wielkości jej nie da się porównać z rodzimym bóstwem, szczególnie iż jeden z ich obyczajów wojennych kazał głosić własne zwycięstwo poprzez przydeptanie nogą głowy pokonanego. W tym kontekście Najświętsza Panienka symbolicznie jawi się jako ta, która odnosi wielkie zwycięstwo nad pogaństwem.

W odróżnieniu jednak od postaw przyjmowanych przez straszliwe azteckie bóstwa, delikatnie pochylona na znak pokory głowa Maryi i złożone do modlitwy, jakby błagające dłonie kazały Indianom przypuszczać, że Pani ta nie jest boginią, lecz matczyną pośredniczką ku Komuś znacznie niż Ona ważniejszemu – ku prawdziwemu Bogu. A ponieważ twarz jej – twarz pięknej młodej Metyski – przywodziła na myśl Indianom ich własne rysy twarzy, Matka Boża z Guadalupe stała się im od razu niezwykle bliska.

Ponadto, Maryja ma na sobie białą koszulę, jaką nosiły meksykańskie dziewczęta, i tunikę w kolorze różowym, charakterystyczną dla zamężnych Meksykanek, fioletowa zaś szarfa, związana nieco powyżej pasa, i nieznaczna wypukłość brzucha sugerują stan błogosławiony. Ubiór Matki Najświętszej symbolizuje więc, że jest ona równocześnie żoną, dziewicą i matką. Powyższa symbolika przemówiła do Indian w sposób niespotykany, wywołując bezprecedensową w historii Kościoła lawinę nawróceń.

W epoce ateizmu cuda przeczą rozumowi

Meksykański wizerunek Matki Najświętszej krył w sobie jednak jeszcze inne cudowne symbole, których odkrycie Stwórca pozostawił wiekom późniejszym, a dokładniej naszym niewiernym i apostatycznym czasom, zapowiadając jakby nowe i najbardziej tajemnicze nawrócenie…

Oto bowiem badania naukowe, którym po raz pierwszy poddano cudowną tilmę w roku 1666, a później w roku 1787, wykazały zgodnie, że wizerunek nie jest dziełem ani pędzla, ani żadnego innego znanego człowiekowi narzędzia oraz że jego doskonałego stanu nie da się wytłumaczyć. Żywotność włókna agawy, z którego wykonano poncho Juana Diego, nie przekracza dwudziestu lat, szczególnie szybko zaś ulega ono zniszczeniu poddane działaniu wilgotnego kalcytowego powietrza, właściwego dla miejsca, w którym do dziś przebywa.

Diagnozę tę potwierdził w roku 1954 światowej sławy hiszpański specjalista w dziedzinie technik malarskich, profesor Francisco Campsa Ribera, zauważając ponadto, iż grubo tkana materia nie mogłaby stanowić podłoża dla rysunku równie delikatnego. Nie znalazł zresztą na niej śladów pędzla.

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt niemożności stwierdzenia na wizerunku z Guadalupe obecności farby. W roku 1936 profesor Uniwersytetu w Heidelbergu, Richard Kühn, Żyd z pochodzenia i przyszły laureat nagrody Nobla w dziedzinie chemii (1938), stwierdził autorytatywnie, że cudowny wizerunek nie zawiera żadnego znanego człowiekowi barwnika, czy to pochodzenia zwierzęcego, czy roślinnego bądź też mineralnego.

Zdjęcia obu stron tilmy wykonane w podczerwieni przez Jesúsa Castaño w 1946 roku potwierdzają brak najmniejszych śladów pędzla lub innego znanego narzędzia. Wraz z Całunem Turyńskim meksykański wizerunek Matki Najświętszej odpowiada więc greckiemu terminowi acheiropoietos (dosłownie: „nie ręką ludzką uczyniony”).

Fakt ten został ponownie potwierdzony na podstawie zdjęć w podczerwieni wykonanych w roku 1979 przez naukowców z NASA, Jody Branda Smitha i Philipa S. Callaghana. Ich badania wykazały, że użyta technika nie jest znana w historii malarstwa. Jest niezwykła, niezrozumiała i niepowtarzalna.

Acheiropoietos

Równie trudno zrozumieć, w jaki sposób nie blakną barwy wizerunku, lecz po upływie bez mała pięciu wieków pozostają nasycone, do tego na tkaninie, która powinna ulec zniszczeniu po zaledwie kilkudziesięciu latach, a do dziś pozostaje w doskonałym stanie.

To jeszcze nie wszystko. W roku 1929 fotograf Alfonso Marcué odkrył w prawym oku postaci Matki Boskiej odbicie obrazu mężczyzny, prawdopodobnie Juana Diego lub biskupa Zumárragi. Niestety, antykatolicka nagonka rozpętana wówczas w Meksyku uniemożliwiła kontynuowanie badań. W roku 1951 grafik, Carlos Salinas, studiujący powiększone zdjęcia wizerunku rozpoznał tę samą figurę odbitą w rogówkach obu oczu. Fakt ów potwierdziła komisja złożona z 20 osób – okulistów, chemików, optyków i plastyków – w wyniku trwających osiem lat badań.

Trzej wybitni okuliści, Rafael Torija Lavoignet, Enrique Graue Díaz-González oraz Amado Jorge Kuri, przebadawszy (każdy z osobna) oczy guadalupskiego wizerunku przy pomocy precyzyjnych instrumentów optycznych, doszli do wspólnego wniosku, iż oczy Matki Bożej sprawiają wrażenie „żywych”. Graue badający je za pomocą nowoczesnego oftalmoskopu odkrył lśnienie źrenic: Wpuszczając wiązkę światła w źrenicę Matki Bożej z Guadalupe, odkrywa się lśnienie tęczówki, a oko nagle zyskuje głębię. To nieprawdopodobne! Jej oczy przypominają oczy żywego człowieka.

Na tym jednak niespodzianki się nie kończą. W grudniu 1981 roku astronomowie z obserwatorium Laplace’a w Meksyku: P. Mario Rojas i Juan Homero Hernández Illescas dowiedli, że gwiazdy widniejące na płaszczu Matki Boskiej odpowiadają pozycjom konstelacji na meksykańskim niebie rankiem dnia objawienia, czyli 12 grudnia 1531 roku. Od prawej strony rozpoznać można gwiazdozbiory Wagi, Skorpiona, Hydry, Centaura oraz Krzyż Południa, od lewej zaś – gwiazdozbiory Wolarza i Wielkiej Niedźwiedzicy oraz Warkocz Bereniki, Psów Gończych, Byka i Smoka. Oto symbolika Królowej Nieba!

Dodajmy jeszcze jeden poruszający szczegół – poncho Juana Diego wisi na metalowej płycie, której temperatura nie przekracza 15°C, a jednak temperatura tkaniny wynosi dokładnie 36,5°C, co odpowiada normalnej temperaturze ludzkiego ciała.

Wspaniała przyszłość katolickiej Ameryki Łacińskiej

Bez wyjątku każde z odkryć dokonanych w XX wieku wymyka się naukowemu wyjaśnieniu. Stajemy zatem wobec cudu, który dokonał się blisko pięć wieków temu i który do dziś dokonuje się wciąż na nowo.

Jak dziś należy odczytać ów cudowny łańcuch zdarzeń i znaków? Jakie przesłanie zwiastuje? Bez wątpienia Najświętsza Panienka pragnie zbliżyć się do wiernych z Meksyku i całej Ameryki Łacińskiej na niespotykaną dotąd skalę. W tej bliskości jest jakiś wielki niebiański zamysł. Dobrotliwe oczy Matki wpatrzone w metyski kontynent zdają się wyrażać szczególne upodobanie.

Co więcej, fakt, iż amerykańska rasa odbija się w miłosiernych oczach Matki, nadaje cudowi z Guadalupe wymiar proroczy. Zwiastuje nam jasną jak słońce pewność, że głównym bohaterem światowego triumfu Niepokalanego Serca Maryi, który sama zapowiedziała w Fatimie, będzie Ameryka Łacińska – kontynent maryjny z samej swej istoty. A będzie bohaterem wyjątkowym, tu bowiem narodzi się nowa chrześcijańska cywilizacja o niewyobrażalnej wielkości.

Alejandro Ezcurra

Chucpa Zdradka. Radosław Sikorski ustawiony do pionu przez Elona Muska i Marca Rubio

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/radoslaw-sikorski-ustawiony-do-pionu-przez-elona-muska-i-marca-rubio-po-niefortunnej

Radosław Sikorski ustawiony do pionu przez Elona Muska i Marca Rubio po niefortunnej wymianie wiadomości na X


Dzisiejsza aktywność ministra Radosława Sikorskiego w mediach społecznościowych zakończyła się dyplomatyczną katastrofą. Zaledwie kilka nieprzemyślanych słów wystarczyło, by wywołać międzynarodowy skandal i narazić Polskę na gniew amerykańskich partnerów.

W czasach, gdy solidarność Zachodu jest kluczowa dla bezpieczeństwa, polski minister postanowił publicznie rzucić wyzwanie zarówno rządowi USA, jak i jednemu z najbardziej wpływowych biznesmenów świata Elonowi Muskowi. Rezultat? Upokarzająca lekcja z dyplomacji, która może kosztować Polskę więcej niż tylko wizerunkową wpadkę.

Dyplomatyczna wpadka polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego wywołała międzynarodowe reperkusje i naraziła Polskę na pogorszenie relacji z kluczowym sojusznikiem. Wszystko zaczęło się 9 marca, gdy Elon Musk, właściciel SpaceX, zwrócił uwagę na strategiczne znaczenie systemu Starlink dla ukraińskich sił zbrojnych, pisząc na platformie X: „Mój system Starlink jest kręgosłupem ukraińskiej armii. Cała ich linia frontu zawaliłaby się, gdybym go wyłączył”.

Zamiast zachować dyplomatyczną powściągliwość, Sikorski natychmiast przystąpił do konfrontacji, twierdząc publicznie, że to Polska finansuje Starlinki dla ukraińskiej armii kwotą około 50 milionów dolarów rocznie. Polski minister posunął się nawet do niejasno sformułowanej groźby poszukiwania innych dostawców, kwestionując wiarygodność SpaceX – firmy, która odgrywa kluczową rolę w systemie bezpieczeństwa NATO.

Reakcja ze strony amerykańskiej była natychmiastowa i miażdżąca. Sekretarz Stanu Marco Rubió bezpośrednio oskarżył Sikorskiego o „zmyślanie”, zaprzeczając jakoby ktokolwiek groził odcięciem Ukrainy od systemu. Polityk przypomniał polskiemu ministrowi o konieczności okazania elementarnej wdzięczności wobec amerykańskiego wsparcia: „Powiedz 'dziękuję’, bo bez Starlinka Ukraina dawno by przegrała tę wojnę, a Rosjanie byliby teraz na granicy z Polską”. 

Jeszcze ostrzej zareagował sam Musk, który nie pozostawił suchej nitki na wypowiedzi Sikorskiego: „Zamknij się, mały człowieczku. Płacisz niewielką część kosztów. I nie ma zamiennika dla Starlinka”. Konfrontacyjny ton polskiego ministra doprowadził do upokarzającej sytuacji, w której światowej sławy przedsiębiorca publicznie sprowadził szefa polskiej dyplomacji do parteru.

Co gorsza, Sikorski najwyraźniej zdał sobie sprawę z powagi swojego błędu, gdyż w kolejnym tweecie napisał do Rubio po prostu „Dziękuję” – co wielu obserwatorów odebrało jako wymuszony akt pokory po wcześniejszym brawurowym wystąpieniu.

Incydent obnażył nie tylko brak dyplomatycznego wyczucia polskiego ministra, ale także typową dla europejskiego establishmentu arogancję wobec amerykańskich sojuszników. Sikorski, powielając schematy myślowe charakterystyczne dla europejskiej lewicy, zdawał się zakładać, że wszyscy muszą podzielać jego punkt widzenia, ignorując przy tym strategiczne znaczenie amerykańskich firm technologicznych dla bezpieczeństwa Europy.

Wpadka dyplomatyczna ma poważne implikacje. W czasie, gdy Polska potrzebuje silnych relacji ze Stanami Zjednoczonymi, minister odpowiedzialny za polską dyplomację publicznie podważa wiarygodność amerykańskiego partnera i kwestionuje jego wkład w pomoc Ukrainie. Sikorski zdaje się nie rozumieć, że bez technologicznego wsparcia USA, symbolizowanego przez system Starlink, europejskie wsparcie finansowe miałoby znacznie mniejsze znaczenie.

Cała sytuacja podkreśla również nieporadność polskiej polityki zagranicznej. Zamiast dyskretnie rozwiązywać ewentualne nieporozumienia kanałami dyplomatycznymi, polski minister spraw zagranicznych wybrał publiczną konfrontację, która zakończyła się jego kompromitacją i zmusiła do uniżonego „dziękuję” po otrzymaniu lekcji od amerykańskich partnerów.

Wymiana pokazała również, że europejskie elity polityczne, do których należy Sikorski, często nie doceniają rzeczywistego wkładu USA i prywatnych amerykańskich firm w bezpieczeństwo Europy, preferując zamiast tego publiczne przepychanki, które ostatecznie szkodzą wizerunkowi Polski na arenie międzynarodowej.

==============

To chucpa. Nauczyła go Jabłoneczka. Mirosław Dakowski

Abp Jędraszewski: Postawienie człowieka w miejscu Boga prowadzi do szaleństwa. To szaleństwo dociera do Polski

Abp Jędraszewski: postawienie człowieka w miejscu Boga prowadzi do szaleństwa. To szaleństwo dociera do Polski

https://pch24.pl/abp-jedraszewski-postawienie-czlowieka-w-miejscu-boga-prowadzi-do-szalenstwa-to-szalenstwo-dociera-do-polski

(fot. prtscr/youtube/Archidiecezja Krakowska)

„Niechaj w tym świętym czasie modlitwy i nawrócenia codziennie we wszystkich kościołach jubileuszowych Archidiecezji Krakowskiej rozbrzmiewa gorące, skierowane do Boga wołanie w intencji nauczania religii w szkołach i odsunięcia niebezpieczeństwa moralnej deprawacji dzieci i młodzieży. Niechaj to samo błaganie pojawi się we wszystkich parafiach w ramach każdej niedzielnej Modlitwy Wiernych” – pisze w liście pasterskim na Wielki Post 2025 metropolita krakowski, abp Marek Jędraszewski.

Hierarcha komentuje na początku słowa Ewangelii z niedzielnej Mszy Świętej, opisujące kuszenie Pana Jezusa. „Pokusa, aby upaść przed szatanem i oddać mu pokłon, nieustannie pojawia się w dziejach ludzkości, dogłębnie targanych walką o rządy nad światem. Zawarte w nich jest wielkie zmaganie o duszę człowieka – zmaganie, w którym główną rolę odgrywają ulubione narzędzia działania złego ducha: pieniądz i kłamstwo, a w ich tle pojawiają się dwa grzechy główne: pycha i chciwość. W obecnych czasach szerzone powszechnie kłamstwo sięga rzeczy najbardziej świętych i fundamentalnych – kłamstwo odnośnie do Boga i do człowieka” – czytamy.

Pierwszym krokiem jest próba podmiany Boga na człowieka, co jednak bynajmniej nie czyni z człowieka „pierwszej istoty na świecie”, na czym właśnie polega kłamstwo szatana. Utraciwszy zaś więź ze Stwórcą, człowiek popada w coraz większy obłęd, dochodząc do absurdów w rodzaju wymyślania rzekomych nowych płci. „W miejsce pięknego, pełnego radości i dumy człowieka, świadomego swej godności bycia Bożym dzieckiem, pojawia się jego karykatura, która z wielką siłą domaga się równocześnie tego, ażeby wszystkie środowiska społeczne, w tym także środowiska związane z naukami przyrodniczymi, padały przed nią na twarz i ją powszechnie uznawały” – pisze abp Jędraszewski.

Autor listu zwraca uwagę, że ten niebezpieczny trend dociera również do Polski.

„Ostatnio ta sytuacja przybiera w Polsce bardzo konkretny i budzący ogromny niepokój kształt. W polskich szkołach pragnie się bowiem za wszelką cenę ograniczyć prawdziwe nauczanie o Bogu i człowieku, a równocześnie wprowadzić – pod płaszczykiem troski o zdrowie – przedmiot, w którym będzie się praktycznie deprawowało umysły i serca nawet małych jeszcze dzieci. Wraz z tym w niektórych środowiskach pojawiają się postulaty, aby wprowadzić ustawowy zakaz ich spowiadania – aby, tym samym, zamknąć im możliwość sakramentalnego powrotu do Boga” – wskazuje. 

Wiemy, że za tymi programami, których korzenie tkwią w założonej dokładnie wiek temu tzw. szkole frankfurckiej o jednoznacznych korzeniach marksistowskich, znajdują się ogromne pieniądze, które płyną ze strony Unii Europejskiej a do niedawna także ze strony USA, jak również od różnych tzw. organizacji pozarządowych. Na kłamstwa odnośnie do Boga i człowieka nigdy bowiem pieniędzy nie brakowało, ani też, niestety, nie brakuje” – dodaje.

Odpowiedzią na ten kryzys powinno być przestrzeganie pierwszego przykazania i pamięć o tym, o czym mówił św. Augustyn: „Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na właściwym miejscu”.

Hierarcha przypomniał też, że początek Wielkiego Postu nawiązuje do Chrystusowego wezwania: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1, 15). Mamy się nawrócić – to znaczy na nowo całym sercem pragnąć żyć cudownymi zbawczymi sokami, wypływającymi z tego winnego krzewu, którym Jest Chrystus, czyli żyć łaskami sakramentów Chrztu i Eucharystii, które swe źródło znajdują w Jego przebitym na krzyżu boku. To nawrócenie wymaga od nas postawy czujności i wierności, aby nie ulec podszeptom złego ducha” – pisze arcybiskup, apelując pod koniec o modlitwę za hospitalizowanego w ciężkim stanie papieża Franciszka.

Źródło: diecezja.pl

„Bez tej technologii Rosja byłaby u waszych granic”, „Zamknij się mały człowieczku”. Marco Rubio i Elon Musk ostro odpowiadają Sikorskiemu

„Bez tej technologii Rosja byłaby u waszych granic”, „Zamknij się mały człowieczku”. Marco Rubio i Elon Musk ostro odpowiadają Sikorskiemu

zamknij-sie-maly-czlowieczku

(fot. PAP/Radek Pietruszka)

„Polska powinna podziękować, bo bez tej technologii Ukraina już dawno przegrałaby tę wojnę, a Rosjanie byliby teraz na granicy z Polską”, napisał szef dyplomacji USA Marco Rubio odpowiadając na wpis szefa polskiego MSZ Radosława Sikorskiego. Wtórował mu Elon Musk, który w odpowiedzi na wpis Sikorskiego napisał „Zamknij się mały człowieczku”.

„Mój system Starlink jest podstawą ukraińskiej armii. Jeśli go wyłączę, cały front upadnie”, napisał w niedzielę na platformie X Elon Musk. „To, czym jestem naprawdę zmęczony, to wieloletnia rzeź i zastój, które Ukraina nieuchronnie przegra”.

„Każdy, komu zależy, kto umie myśleć i naprawdę to rozumie, musi chcieć zatrzymać tę maszynkę do mielenia mięsa. Pokój teraz!”, wezwał miliarder.

W odpowiedzi na słowa Muska szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski opublikował wpis o następującej treści:
„Starlinki dla Ukrainy są finansowane przez polskie Ministerstwo Cyfryzacji kosztem około 50 milionów dolarów rocznie. Abstrahując od etyki grożenia ofierze agresji, jeśli SpaceX okaże się niewiarygodnym dostawcą, będziemy zmuszeni szukać innych dostawców”.

Słowa Sikorskiego spotkały się ze stanowczą reakcją sekretarza stanu USA Marco Rubio. „Nikt nie groził odcięciem Ukrainy od Starlinka”, napisał amerykański polityk. „I podziękuj, bo bez Starlinka Ukraina już dawno przegrałaby tę wojnę, a Rosjanie byliby teraz na granicy z Polską”, dodał. 

W język nie gryzł się także Elon Musk. „To, co napisał Rubio, jest absolutnie prawdziwe”, przekazał w jednym ze wpisów.

Z kolei odnosząc się do wpisu Sikorskiego miliarder napisał: „Zamknij się mały człowieczku. Płacisz niewielką część kosztów. I nie ma zamiennika dla Starlinka”.

Ukraina doszła do punktu, w którym nie ma już za bardzo kim walczyć.

Ukraina doszła do punktu, w którym nie ma już za bardzo kim walczyć. Moskwa wciąż ma mięso armatnie, Kijów już nie

ukraina-nie-ma-juz-kim-walczyc-moskwa-wciaz-ma

Ukraina doszła do punktu, w którym nie ma już za bardzo kim walczyć – mówi w opublikowanym na platformie YouTube komentarzu Rafał Ziemkiewicz.

Publicysta „na spokojnie” analizuje słynną kłótnię między Donaldem Trumpem, a Wołodymyrem Zełenskim w Białym Domu. Jego zdaniem prezydent USA chciał dać do zrozumienia prezydentowi Ukrainy, że pompowanie kolejnych miliardów dolarów w Ukrainę, aby ta stawiała opór Rosji nie ma już sensu.

W ocenie RAZ-a Donald Trump mógłby przekazać na rzecz Ukrainy kolejne pieniądze i kolejną broń, ale tego nie zrobi, ponieważ Zełenski „nie ma kart w ręku”. O jakie karty chodziło Trumpowi? O ludzi! – To jest podstawowy element tej całej rozgrywki – wyjaśnia RAZ.

Może jeszcze kilkadziesiąt tysięcy poborowych gdzieś Zełenski znajdzie. Mało prawdopodobne, żeby dopadł tych, którzy się ukrywają m.in. na terenie Unii Europejskiej i zmusił ich do służby wojskowej, ale nawet jeśli, to potencjał się wyczerpał. Armia ukraińska goni resztką sił – tłumaczy publicysta.

Ziemkiewicz zwraca uwagę, że wprawdzie Rosja też straciła mnóstwo ludzi, ale ona ma dużo większą populację niż Ukraina. Poza tym Rosja „pozbyła się” mniejszości etnicznych”, które „nie były jej potrzebne” oraz „ludzkiego śmiecia”, czyli przestępców odsiadujących wieloletnie wyroki, którzy zostali wysłani na front. – Poza tym Rosja zawsze może kupić sobie dowolną liczbę niewolników z Korei Północnej i nimi ten front zatykać. Rosja jeszcze ma mięso armatnie. Ukraina nie ma mięsa armatniego – dodaje.

I to jest problem, a nie broń dla Ukrainy. Broń można by gdzieś jeszcze znaleźć, broń można by teoretycznie wyprodukować, ale ktoś musi broń obsługiwać, a ludzie na Ukrainę masowo nie pojadą – podsumowuje Rafał Ziemkiewicz.

Koszty Starlinków dla Ukrainy pokrywa polskie Ministerstwo Cyfryzacji, czyli podatnik.

Polacy płacą Ukraińcom za Internet od Elona Muska

9.03.2025 polacy-placa-ukraincom-za-internet-od-elona-muska

Radosław Sikorski
Radosław Sikorski. / foto: PAP

Koszty Starlinków dla Ukrainy pokrywa polskie Ministerstwo Cyfryzacji – napisał w odpowiedzi na niedzielny wpis Elona Muska na X szef polskiego MSZ Radosław Sikorski. Jeśli SpaceX okaże się niewiarygodnym dostawcą, będziemy zmuszeni szukać innych – zaznaczył.

Musk – szef Departamentu Wydajności Państwa (DOGE) USA i właściciel firmy SpaceX dostarczającej internet przez satelity systemu Starlink – napisał w niedzielę na platformie X: „Mój system Starlink jest podstawą ukraińskiej armii. Jeśli go wyłączę, cały front upadnie”.

„Starlinki dla Ukrainy są finansowane przez polskie Ministerstwo Cyfryzacji kosztem około 50 milionów dolarów rocznie. Abstrahując od etyki grożenia ofierze agresji, jeśli SpaceX okaże się niewiarygodnym dostawcą, będziemy zmuszeni szukać innych dostawców” – odpowiedział Muskowi na X Sikorski.

Ministrowi Sikorskiemu przypominamy, że Ministerstwo Cyfryzacji nie ma żadnych własnych pieniędzy, tylko wydaje to, co zrabowało Polakom. Zdanie powinno więc brzmieć: „Starlinki dla Ukrainy są finansowane przez polskich podatników.”

Musk w swoim wpisie niedzielnym zaznaczył, że „to, czym jestem naprawdę zmęczony, to wieloletnia rzeź i zastój, które Ukraina nieuchronnie przegra” – dodał. „Każdy, komu zależy, kto umie myśleć i naprawdę to rozumie, musi chcieć zatrzymać tę maszynkę do mielenia mięsa. Pokój teraz!” – wezwał miliarder.

W zamieszczonym obok wpisie zaapelował do nałożenia sankcji na „10 największych oligarchów Ukrainy, szczególnie tych z willami w Monako”. „To (wojna) zakończyłoby się błyskawicznie, to rozwiązanie tego problemu” – uznał Musk.

SpaceX dostarczyła Ukrainie od początku rosyjskiej inwazji dziesiątki tysięcy terminali podłączonych do sieci satelitarnej Starlink. Urządzenia te zapewniają ukraińskim żołnierzom utrzymanie łączności w trudnych warunkach frontowych.

Opozycja euro-pikusiów przeciw inicjatywom Trumpa

Europejska opozycja przeciw inicjatywom Trumpa

9.03.2025 Autor:Bogdan Dobosz https://nczas.info/2025/03/09/europejska-opozycja-przeciw-inicjatywom-trumpa

Donald Trump. Foto: PAP/EPA
Donald Trump. Foto: PAP/EPA

Emanuel Macron, prezydent Francji, który miesiącami przeciągał rozmowy z Putinem, teraz „ostrzega przed pokojem, który byłby kapitulacją”. W wywiadzie dla „Financial Times” opublikowanym w piątek, 14 lutego, prezydent Francji Macron powątpiewał, czy jego rosyjski odpowiednik Władimir Putin jest „szczerze” gotowy na „trwałe” zawieszenie broni. To ten sam prezydent, który jeszcze długie tygodnie po rosyjskiej inwazji starał się dalej z Putinem negocjować. Teraz prezydent Francji ostrzegał, że pokój byłby równoznaczny z „kapitulacją” Ukrainy.

Pokój, który jest kapitulacją, to zła wiadomość dla wszystkich – powiedział Emmanuel Macron, w pośredniej odpowiedzi na inicjatywy Donalda Trumpa. W czasie zawierania tzw. porozumień mińskich Paryż uważał inaczej. Podobnie było zaraz po agresji rosyjskiej i ciągłych telefonach na Kreml. Teraz Emmanuel Macron podkreśla, że to Europejczycy muszą zasiąść do stołu negocjacyjnego w sprawie przyszłej architektury bezpieczeństwa kontynentu i zwołał spotkanie w Paryżu.

Słowa i czyny Macrona to pośrednio echa wystąpienia wiceprezydenta USA JD Vance’a na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium. Wywołało ono szok establishmentu UE. Niemcy protestowały przeciw ingerencji USA w „wewnętrzne sprawy” kraju i swoje wybory, Wielka Brytania rządzona przez lewicową Partię Pracy czerwieniła się za zarzut prześladowania chrześcijan modlących się za dzieci nienarodzone, Rumunia łykała wstyd za łamanie demokracji i unieważnione wybory prezydenckie, a inne kraje mogły brać do siebie krytykę za ograniczanie wolności słowa, cenzurę czy wpuszczanie do siebie mas imigrantów, które niszczą ich społeczeństwa.

Vance przypomniał „tubylczym” politykom, że „żaden wyborca na tym kontynencie nie poszedł do urn, żeby otworzyć wrota dla milionów niekontrolowanych imigrantów”. Poruszył również kwestię wolności słowa, wyjaśniając, że ta wolność wyraźnie „słabnie”, zwłaszcza w Europie, a administracja Donalda Trumpa będzie „walczyć w obronie wolności słowa”, bo „w Waszyngtonie jest nowy szeryf w mieście”.

Cenzura, ignorowanie opinii wyborców i prześladowanie chrześcijan to według Vance’a największe zagrożenie dla Europy. Politykę moderacji mediów społecznościowych w Europie porównał do cenzury z czasów sowieckich. Zakpił też z krytyki Muska: „Jeśli amerykańska demokracja przetrwała 10 lat łajania ze strony Grety Thunberg, wy przetrwacie kilka miesięcy Elona Muska” i zacytował przy tym wezwanie Jana Pawła II („Nie lękajcie się!”) nawołując, by europejscy liderzy nie bali się woli własnych wyborców… Cytat z papieża wywołał nawet ripostę Donalda Tuska, który tłumaczył, że „każdy, kto cytuje słowa Jana Pawła II (…) powinien pamiętać, że miały one na celu wzmocnienie oporu narodu polskiego przeciwko dominacji rosyjskiej”. Jak zwykle kłamał, bo słowa te dotyczyły akurat komunizmu, który teraz premier sam wspiera w formie marksizmu kulturowego, który rozpanoszył się na poziomie eurokołchozu.

Wróćmy jednak do Francji, której media pisały o „lekcji udzielonej Europejczykom” w tematach imigracji, demokracji, wolności słowa. „Le Figaro” stwierdzał, że już „pierwszego dnia Konferencji Bezpieczeństwa, wybrzmiała godzina konfrontacji między Stanami Zjednoczonymi a Starym Kontynentem”, a „w ciągu miesiąca rozpadł się sojusz zawarty przez zachodnich zwycięzców II wojny światowej, wzmocniony czterdziestoletnią zimną wojną”. „Le Figaro” stwierdzało, że przemówienie Vance’a było „chaotyczne” i „pełne jadu”.

Podobnie inne gazety. „Le Point” oceniało, że „J. D. Vance szokuje Europejczyków jadowitym przemówieniem” i prowadzi „kampanię na rzecz swojego modelu demokracji, »wolności słowa«, tej koncepcji wolności wypowiedzi, która nie zna europejskich ograniczeń przeciwko mowie nienawiści, wezwaniom do przemocy, propagowania rasizmu, antysemityzmu”. „Bohater i zwolennik Trumpa wśród wieśniaków z Ohio wygłosił miażdżącą krytykę Starego Kontynentu” – z wyższością stwierdzał komentator tygodnika, dla którego było to „kazanie” i „frontalny atak, który wywołał u publiczności dreszcze”.

Dziennik „Le Monde” stwierdzał, że w Monachium J. D. Vance „wypowiedział Europie wojnę ideologiczną”. Gazeta porównywała nawet przemówienie wiceprezydenta USA z 2025 roku, do wystąpienia w tym miejscu Putina w roku 2007. „Dwie daty, dwa wrogie przemówienia, które wywołały symetryczny szok wśród elit obronnych i dyplomatycznych, które co roku gromadzą się w stolicy Bawarii”. Gazeta „Le Parisien” skupiła się na kwestii regresu „wolności słowa” w Europie i sprawie aborcji oraz „rzekomym” prześladowaniom obrońców życia poczętego. Publiczne France Info komentowało przemówienie Vance’a krótko: „W Monachium wiceprezydent USA JD Vance jeszcze bardziej pogłębił przepaść między Waszyngtonem a jego europejskimi sojusznikami, szczególnie Niemcami”.

Mainstreamowe media francuskie miały trudności z przełknięciem jasno stawianych tez i obroną wartości, które do tej pory klasyfikowały jako „język skrajnej prawicy”. W przypadku polityka nr 2 wielkiego mocarstwa, przypinanie takiej łatki nie jest już tak proste, więc mają problem. Wpływ zmiany administracji w USA na politykę UE widać już zaledwie miesiąc od inauguracji prezydentury Donalda Trumpa.

Po mediach do kontrataku przystąpiły też elity polityczne. Na wezwanie Macrona do Paryża polecieli unijni politycy… Francuskie media nazajutrz pisały, że „kilkunastu europejskich przywódców zaprezentowało mniej więcej zjednoczony front przeciwko Trumpowi i Putinowi”. Przypomniano, że „na zakończenie trzyipółgodzinnego spotkania nie zapadła żadna spektakularna decyzja”, a „Europejczycy” próbują pozostać w grze…

Koniec kroplówki dla lewactwa

Odcięcie amerykańskiej kroplówki finansowej przez prezydenta Donalda Trumpa dla różnych „postępowych” organizacji wywołało prawdziwy kociokwik całej lewicy światowej. Przypomnijmy, że 20 stycznia Donald Trump podpisał rozporządzenie wstrzymujące na 90 dni wszystkie międzynarodowe programy pomocowe. Za większość pomocy zagranicznej USA odpowiada USAID (istniejącą od 1961 r. Amerykańska Agencja ds. Rozwoju Międzynarodowego) i Departament Stanu. Na razie lewicowi sędziowie blokują dekret Trumpa, ale na wiele organizacji „pozarządowych” padł blady strach utraty dotacji… rządowych.

W roku 2022 przekazano rożnym organizacjom 61,7 mld dolarów. Pokaźna część tej kasy zasilała lewicowych darmozjadów. USAID działał w ponad 100 krajach świata, a z amerykańskich pieniędzy korzystały również organizacje pozarządowe działające w Polsce, jak m.in. Polskie Forum Migracyjne, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Kampania Przeciw Homofobii, czy też wydawcy „Krytyki Politycznej”, „Kultury Liberalnej” i „Tygodnika Powszechnego”. Kociokwik słychać też we Francji. Miejscowa prasa ubolewa, że 10 tysiącom dzieci w Demokratycznej Republice Konga grozi śmierć głodowa… Stany Zjednoczone są bowiem głównym źródłem finansowania Action Against Hunger France.

Czy jednak o dzieci tutaj chodzi? Pojawiły się głosy, że USAID stała się „największą korupcyjną maszyną w dziejach ludzkości”, a amerykańska lewica za setki miliardów dolarów budowała „nowy wspaniały świat”. Portal Atlatnico pytał nawet, czy „fala uderzeniowa” tej decyzji Trumpa dotrze i do Francji? Portal przypominał, że „prasa postanowiła skupić się wyłącznie na aspekcie humanitarnym” decyzji, ale pieniądze i działania USAID „ewidentnie nie ograniczają się wyłącznie do celów humanitarnych”. Atlantico zauważa, że „ogromna część europejskich mediów jest w dużej mierze zaopatrywana ze środków USAID, co idzie w parze z infiltracją ze strony Stanów Zjednoczonych”. Na liście organizacji pozarządowych, które żyły z pieniędzy USA są m.in. stowarzyszenia, takie jak Connexio, które specjalizuje się w „szkoleniach dla migrantów”, Secours Islamique Français, Médecins du Monde, Lekarze bez Granic, czy Acted, które działa na rzecz „solidarności międzynarodowej”. W sumie około 182 tylko francuskich organizacji pozarządowych skorzystało z dofinansowania ze środków USAID.

Ciekawa jest opinia, że mówienie o „organizacjach pozarządowych” jest dość paradoksalne, ponieważ są one bezpośrednio zależne od finansowania rządowego i tylko dlatego mogą istnieć. Atlantico wskazuje, że tzw. pomoc humanitarna „stała się narzędziem w służbie geopolityki”. USAID regularnie wspierał organizacje pozarządowe propagujące teorie płci, programy klimatyczne, lobbing LGBT itp. Wbrew temu, co sugerują po decyzji Trumpa media, jednak pomoc żywnościowa i pomoc wojskowa nie zostaną zawieszone. USAID była wykorzystywana do promowania idei LGBT np. w Afryce Subsaharyjskiej, finansowała stowarzyszenia LGBT na Węgrzech czy w Polsce. Donald Trump prawdopodobnie rozwiąże USAID, a następnie ponownie włączy tę agencję do Departamentu Stanu. Wygrana Donalda Trumpa będzie miała wpływ na trendy polityczne, społeczne i kulturowe na całym świecie a „wstrząsy tektoniczne burzą stare chore porządki” – zauważa Atlantico i dodaje, że United States Agency for International Development (USAID), która w teorii miała nieść pomoc na całym świecie, w praktyce zajmowała się „przerabianiem tego świata wedle lewackiej, obłąkańczej modły”.