Prezydent USA Donald Trump trzyma rozporządzenie wykonawcze po podpisaniu go podczas inauguracji w hali Capital One Arena w Waszyngtonie, 20 stycznia 2025 r. / Foto: PAP/EPA
Prezydent Donald Trump podpisał w poniedziałek osiem rozporządzeń i dyrektyw wykonawczych, w tym o zniesieniu 78 działań swojego poprzednika ws. imigracji oraz o wycofaniu USA z porozumienia paryskiego o klimacie. Zapowiedział też ułaskawienie dużej liczby skazanych za udział w szturmie na Kapitol.
Wśród dekretów, podpisanych przez Trumpa w hali Capital One Arena przy pełnej publiczności, jest rozporządzenie znoszące 78 „rozporządzeń wykonawczych, rozkazów, memorandów i innych” wydanych przez prezydenta Joego Bidena, wstrzymanie wydawania nowych regulacji przez agencje rządowe, wstrzymanie zatrudnienia do „osiągnięcia pełnej kontroli nad państwem”, rozkaz do wszystkich agencji, by podjęły działania zmierzające do obniżenia cen, rozkaz powrotu wszystkich urzędników federalnych do pracy w biurze z pracy zdalnej, rozporządzenie wycofujące USA z paryskiego porozumienia klimatycznego, a także dyrektywy zakazujące „państwowej cenzury” oraz „zakończenia używania wymiaru sprawiedliwości jako broni”.
Jak wynika z opublikowanego tekstu pierwszego z rozporządzeń, wycofywane przez Trumpa działania Bidena to nie tylko regulacje dotyczące migracji, ale też rozporządzenia z czasów ogłoszonej pandemii, a także dotyczące środowiska, pracowników czy „inkluzywności”.
Podczas przemówienia, które poprzedziło podpisywanie dekretów, Trump twierdził, że zamierza zwolnić „większość” urzędników i zapowiedział, że jeden z podpisanych dokumentów jest rozkazem do wszystkich rządowych agencji, by zachować wszelkie dokumenty dotyczące „politycznego prześladowania” przeciwników poprzedniej administracji i rozpocząć ujawnianie „wszelkich nadużyć władzy”. Zaznaczył, że chodzi tu również o urzędników, których prezydent Biden prewencyjnie ułaskawił przed opuszczeniem urzędu, m.in. członków komisji śledczej Izby Reprezentantów ds. szturmu na Kapitol.
Potępiając Bidena za ułaskawienia ich oraz członków własnej rodziny, Trump zapowiedział, że po powrocie do Białego Domu podpisze szereg kolejnych dokumentów, w tym ułaskawienia dla dużej liczby „zakładników 6 stycznia”, tj. ludzi skazanych za udział w szturmie na Kapitol z 2021 roku. Trump stwierdził, że większość z nich nie zrobiła nic złego.
– Wszystko, co oni chcą zrobić, to ścigać zakładników 6 stycznia. 76-letnia babcia została aresztowana ostatnio, chyba dlatego że popatrzyła na Kapitol albo coś w tym stylu. Teraz nie będziemy już tolerować tego g… – powiedział Trump.
Do podpisania pierwszych rozporządzeń doszło w niecodziennej scenerii na oczach dziesiątków tysięcy widzów przybyłych na prezydencką paradę przeniesioną do hali sportowej z powodu zimna. Podczas parady występowały zespoły marszowe ze szkół w całym kraju, w tym szkół, gdzie uczyli się Trump i wiceprezydent JD Vance. Przed Trumpem wystąpił też specjalny wysłannik prezydenta ds. Bliskiego Wschodu Steven Witkoff, który opowiadał o zawartym rozejmie w Strefie Gazy i zaprosił na scenę rodziny zakładników Hamasu.
Przedstawił też cztery zasady, którymi Trump ma się kierować w polityce na Bliskim Wschodzie i ogólnie w polityce zagranicznej. Jak wymienił, są to: poszanowanie suwerenności państw i ich wolności od ingerencji innych krajów, rozwój gospodarczy jako „most ku stabilności”, „odważnej dyplomacji” i podejmowania trudnych decyzji oraz zasada wzajemności i odpowiedzialności.
– Stany Zjednoczone wymagają wzajemnych działań od naszych partnerów. Skończyliśmy z dźwiganiem ciężaru finansowego za narody, które nie są chętne, by go ponosić – powiedział Witkoff.
– WHO nas oszukiwało, wszyscy oszukiwali USA. To już się nie będzie dziać – ogłosił Donald Trump, podpisując rozporządzenie wykonawcze ws. wycofania Stanów Zjednoczonych ze Światowej Organizacji Zdrowia. USA pod przewodnictwem Trumpa opuściła WHO również w 2020 r.
Decyzja Waszyngtonu według prawa oznacza wstrzymanie wszelkich płatności oraz opuszczenie organizacji za 12 miesięcy, jednak prezydent nie zamierza tyle czekać. Administracja Trumpa zarzuciła organizacji „niewłaściwe zarządzanie pandemią COVID-19” oraz „nieprzyjęcie pilnie potrzebnych reform”.
Republikanin zarzucił oenzetowskiej agencji pobieranie niesprawiedliwie zawyżonych środków od Stanów Zjednoczonych. Wkład USA odpowiada za ok. 18 proc. budżetu WHO, który na lata 2024-2025 wynosi 6,8 mld dolarów. Światowa Organizacja Zdrowia w trakcie tzw. pandemii koronawirusa przeszła reformę systemu finansowania, który znacznie zwiększa rolę prywatnych darczyńców, w tym największego indywidualnego sponsora WHO – Fundacji Gatesów.
Rozporządzenie wykonawcze Trumpa ma wstrzymać udział USA w negocjacjach na temat tzw. traktatu pandemicznego; umowy międzynarodowej, która umożliwia WHO prowadzenie globalnej polityki zdrowotnej kosztem części kompetencji państw narodowych.
Znaczna część propozycji przepisów kolejnych projektów traktatu wywołała liczne kontrowersje, skupiające się wokół możliwości ograniczenia suwerenności państw członkowskich, zwiększenia kompetencji WHO czy potencjału ograniczenia prawa do wolności słowa pod pozorem zwalczania „dezinformacji” oraz „informacji wprowadzających w błąd”. Traktat miał być gotowy w maju 2025 r.
Tegoroczny temat to „Współpraca na rzecz inteligentnej ery”, a Światowe Forum Ekonomiczne stwierdza, że wydarzenie „gromadzi światowych liderów, aby zająć się kluczowymi globalnymi i regionalnymi wyzwaniami”, takimi jak „reagowanie na wstrząsy geopolityczne, stymulowanie wzrostu gospodarczego w celu poprawy standardów życia i zarządzanie sprawiedliwą i inkluzywną transformacją energetyczną”.
W poniedziałek 20 stycznia w Davos w Szwajcarii rozpocznie się spotkanie Światowego Forum Ekonomicznego 2025
Tegoroczny temat to „Współpraca na rzecz inteligentnej ery”, a Światowe Forum Ekonomiczne stwierdza, że wydarzenie „gromadzi światowych liderów, aby zająć się kluczowymi globalnymi i regionalnymi wyzwaniami”, takimi jak „reagowanie na wstrząsy geopolityczne, stymulowanie wzrostu gospodarczego w celu poprawy standardów życia i zarządzanie sprawiedliwą i inkluzywną transformacją energetyczną”.
Niewątpliwie media będą rozpisywały się na temat pięknych słów wielu znanych mówców, ale podejrzewam, że nie będzie żadnej wzmianki o ekskluzywnym spotkaniu około 175 wyjątkowych osób. Spotkaniu, które odbywa się każdego roku w piątek i ma na celu stosowne zakończenie tygodnia.
To jest kolacja szabatowa Światowego Forum Ekonomicznego, podczas której świętujemy żydowski szabat.
Bloger Robert Scoble pisze: „Klaus Schwab, założyciel i prezes wykonawczy Światowego Forum Ekonomicznego, powiedział mi, że jest to jego ulubione wydarzenie z całego tygodnia”.
„Nie możesz wejść bez prywatnego zaproszenia i to była jedna z tych rzeczy, w które po prostu nie możesz uwierzyć, że jesteś ich częścią. Szczypałem się, żeby mieć pewność, że nie śnię”.
Redaktor naczelna Jewish Insider Melissa Weiss, która mieszka w Tel Awiwie, wyjaśnia: „Doroczna kolacja szabatowa, która odbywa się na zakończenie tygodniowego spotkania od 25 lat, jest sponsorowana przez Światowe Forum Ekonomiczne, a jej gospodarzami są założyciel WEF Klaus Schwab i jego żona Hilde”.
Cytuje rabina Avrahama Berkowitza, który, jak ujawnia, już od dwóch dekad co roku jeździ do Davos i bierze udział w planowaniu dorocznej kolacji.
Mówi: „Jeśli chodzi o szabas, to jest to koniec tygodnia intensywnych spotkań, nawiązywania kontaktów i interesów.”
„Wtedy ludzie przychodzą na ostatni ważny posiłek: jest on duchowy, ma swój cel, jest Jidyszkajt”.
Jak powiedział Berkowitz [Melissie] Weiss, siłą napędową wydarzenia jest izraelski biznesmen Yossi Vardi, a wygląda na to, że zmarły prezydent Izraela Szimon Peres był „dorocznym stałym bywalcem kolacji”.
W artykule z 2023r. dodano, że „były ambasador Stuart Eizenstat przekazuje d’var Torę, funkcję tę pełnił po śmierci laureata Nagrody Nobla, Elie Wiesela”.
Berkowitz zachwyca się: „Od głów państw po liderów przemysłu, nowe firmy technologiczne, laureatów Nagrody Nobla, naukowców – to niesamowita mieszanka niesamowitej różnorodności narodu żydowskiego i przyjaciół narodu żydowskiego”.
Weiss donosi: „Chociaż lista gości na kolację szabatową dostępną wyłącznie na zaproszenie pozostaje tajna, Berkowitz zauważył, że tegoroczne WEF może pochwalić się wieloma znanymi osobistościami żydowskimi, w tym Andy Jassym, Eduardo Elsztainem, Orit Gadiesh, Davidem Rubinsteinem, Stevem Schwartzmanem, Jaredem Kushnerem, Markiem Benioffem, Andrew Rossem Sorkinem, Alexem Sorosem, Rebeccą Blumenstein, Adamem Grantem, Garym Cohnem, Gideonem Lichfieldem z Wired, izraelską ekonomistką Shirą Greenberg, rabinem Yonatanem Nerilem, Ruth Porat z Google, Jonathanem Medvedem z OurCrowd, Edwardem Felsenthalem i gubernatorem Banku Izraela Amirem Yaronem”.
Autorka odnotowuje również, że samo miasto Davos ma znaczące powiązania żydowskie: „Miasto szczyci się długą żydowską historią i stało się letnim kurortem dla ortodoksyjnych Żydów szukających odskoczni. Jest tu co najmniej jeden w pełni koszerny hotel i jesziwa, która działa przez cały rok dla około 200 młodych mężczyzn”.
W swoim poście Scoble nie szczędzi pochwał kluczowej postaci – Vardiemu, który, jak stwierdził, sprawia, że jego pobyt w Davos jest „po prostu niesamowity”.
Pisze: „Jestem mu głęboko wdzięczny za to, co osobiście dla mnie zrobił. Kolacja szabatowa, na którą zabrał mnie wczoraj wieczorem, była po prostu niesamowita.”
„Sfilmowałem tam intymną tradycyjną ceremonię. To jedyne nagranie, które zachowuję dla siebie i będę cenił te chwile bardziej niż mój spacer z Markiem Zuckerbergiem.”
„Kim jest Yossi? Ma dostęp do prezydenta Izraela i jest bardzo wpływowy w Davos”.
To już daje do myślenia, ale przyjrzyjmy się bliżej podejrzanym postaciom zamieszanym w to wszystko.
Avraham Berkowitz jest wysłannikiem Chabad Lubavitch, „największej żydowskiej organizacji religijnej na świecie”, która utrzymuje sieć ponad 3600 instytucji w ponad 1000 miast w 70 krajach.
Magazyn Politicozidentyfikował organizację Chabad jako organizację blisko związaną z nowym prezydentem USA i uczestnikiem Światowego Forum Ekonomicznego Donaldem Trumpem.
Sam Berkowitz został opisany przez Jewish Herald Voice jako „rabin podróżujący po całym świecie” [globe-trotting rabbi], który „od 20 lat przewodniczy dorocznej kolacji szabatowej na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos”.
W dokumencie napisano, że jest „starszym koordynatorem misji specjalnych” w siedzibie Chabad, co wiązało się z reprezentowaniem Chabadu w Organizacji Narodów Zjednoczonych i pełnieniem funkcji dyrektora wykonawczego Federacji Gmin Żydowskich w Rosji.
W 2022 roku Chabad opisał działania Berkowitza prowadzone z ukraińskimi uchodźcami w sąsiedniej Mołdawii.
„Wskazywał na wyjątkową pozycję Ukrainy jako kolebki ruchu chasydzkiego i mówił, w jaki sposób ukraińscy Żydzi czerpią siłę od mistrzów chasydzkich, którzy pochodzili z tego regionu, zwłaszcza od rabina – świętej pamięci Menachema M. Schneersona – który urodził się w Mikołajowie na Ukrainie prawie 120 lat temu”.
Berkowitz był również dyrektorem Global Chabad Development Fund.
Innym przedstawicielem Chabadu na dorocznych spotkaniach Światowego Forum Ekonomicznego jest Berel Lazar, naczelny rabin Rosji i powiernik prezydenta Rosji Władimira Putina.
Zdaje się mieć bardzo dobre powiązania. Finansista Nathaniel Rothschild powiedział: „Jestem bardzo dobrym przyjacielem rabina Lazara… Spotkałem rabina Lazara w Szwajcarii na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos i byłem pod wrażeniem, patrząc na tę postać, w końcu nawiązaliśmy kontakt i zaczęliśmy rozmawiać, a od tego momentu zaczęła się przyjaźń i zacząłem odwiedzać jego centrum w Rosji, wiele razy w roku”.
Trzecim ważnym ogniwem łączącym Światowe Forum Ekonomiczne z Chabad jest postaćArthura Schneiera (na zdjęciu w środku).
Żydowska Agencja Telegraficznaujawnia: „Założyciel i prezes Światowego Forum Ekonomicznego, Klaus Schwab, jadł śniadanie z rabinem Arthurem Schneierem w swojej synagodze Park East w Nowym Jorku, gdy dwa samoloty uderzyły w World Trade Center”.
„Dzięki pomocy Schneiera, Schwab postanowił uczcić pamięć o światowej katastrofie, przenosząc swoje forum — tradycyjnie odbywające się w szwajcarskim kurorcie narciarskim Davos — do Nowego Jorku”.
Robert Scoblerozpoczął swoją karierę jako propagator technologii w firmie Microsoft i od tamtej pory zajmuje się w zasadzie tym samym.
W 2022 roku bardzo wyraźnie nawiązywał do mrożącego krew w żyłach programu Wielkiego Resetu Klausa Schwaba, gdy napisał na swoim blogu: „Gdy dodasz autonomiczne pojazdy, humanoidalne roboty i inne duże zmiany technologiczne, takie jak rozszerzona rzeczywistość i istoty wirtualne, które pojawią się w 2023 roku, zobaczysz nie tylko wstrząs gospodarczy, ale niemal całkowitą zmianę tego, co to znaczy być człowiekiem”.
Yossi Vardi, u którego Scoble ma tak wielki „dług”, jest opisywany przez Wikipedię jako „izraelski przedsiębiorca i inwestor, znany ze swego zaangażowania we wczesny rozwój izraelskiego sektora high-tech i izraelskiego przemysłu internetowego.
„Przez ponad 47 lat brał udział w zakładaniu i rozwoju ponad 85 firm z branży high-tech z różnych sektorów, w tym oprogramowania, energetyki, Internetu, telefonii komórkowej, elektrooptyki i technologii wodnej.”
„Został mianowany Dyrektorem Urzędu Inwestycyjnego w Ameryce Północnej i Konsulem ds. Ekonomicznych w Konsulacie Izraela w Nowym Jorku. Na tym stanowisku przyczynił się do powstania izraelsko-amerykańskiego Binational Industrial Research and Development Foundation (BIRD-F) i pełnił funkcję doradcy misji izraelskiej przy ONZ.”
„Po powrocie do Izraela pełnił funkcję pierwszego dyrektora generalnego Ministerstwa Energii. Vardi przewodniczył również Israel National Oil Company i był członkiem zarządu Oil Rafineries Ltd”.
Dowiedzieliśmy się także, że Vardi jest współprzewodniczącym European Union – Israel Strategic Business Dialogue, zasiadał w zarządzie Development Corporation for Israel (Obligacje Państwa Izrael) i zasiadał w radzie doradczej Banku Izraela.
Oprócz członkostwa w WEF Vardi pełnił funkcję doradcy Amazon, Banku Światowego i Programu Rozwoju ONZ „w kwestiach polityki energetycznej i strategii w krajach rozwijających się”.
Był przewodniczącym Jerusalem Foundation, niezwykle złowrogiej organizacji syjonistycznej, której strona internetowa ogłosiła dwie dekady temu, że idea państwa palestyńskiego musi zostać „usunięta z agendy międzynarodowej” i że „delegitymizacja narracji palestyńskiej staje się kluczowym warunkiem wstępnym każdego kompleksowego rozwiązania kwestii palestyńskiej”.
Vardi jest również wymieniany wśród uczestników konferencji inwestycyjnej GoforIsrael, „gromadzącej czołowych globalnych inwestorów i najlepsze możliwości w Izraelu”.
Od pierwszej edycji konferencji w 1997r. wśród jej sponsorów korporacyjnych i uczestników znaleźli się m.in.: Veolia, Sanofi, France Telecom, Deloitte, Novartis, HSBC, China Equity i London Stock Exchange.
W wydarzeniu brali również udział m.in. były prezydent Izraela Isaac Herzog, były premier Izraela i ultra-syjonista Naftali Bennett, były prezydent Francji Nicolas Sarkozy, premier Izraela Benjamin Netanjahu – obecnie objęty międzynarodowym nakazem aresztowania za zbrodnie wojenne – oraz globalny finansista David de Rothschild.
Poznamy po owocach, ale słowa jakie padły oznaczają deklaracje olbrzymich zmian:
Koniec „zielonego ładu”
Deportacja nachodźców
Wojskowa ochrona granicy
Koniec cenzury
Przywrócenie prawa i porządku w miastach Ameryki
Koniec z inżynierią społeczną związana z rasą i płcią. „Są tylko dwie płcie – mężczyzna i kobieta”.
Przywrócenie do służby żołnierzy, którzy zostali zwolnieni po odmowie przyjęcia „szczepionek na covid”.
Trump podsumował odchodzącą administrację. Niektóre fragmenty z przemówienia opisujące patologię za którą jest odpowiedzialna lewica, pasowały do krajów zachodniej Europy, w tym Polski:
Mamy system edukacji, który uczy, aby nasze dzieci wstydziły się samych siebie, aby nienawidziły kraju pomimo miłości, którą tak rozpaczliwie staramy się im dostarczyć. Wszystko to będzie zmieniało się od dzisiaj i będzie zmieniało się szybko.
Teraz mamy rząd, który nie może poradzić sobie z najmniejszym kryzysem u siebie, jednocześnie wchodząc w kolejne katastrofalne wydarzenia rozgrywające się za granicą niezdolny bronić naszych fantastycznych i bogobojnych obywateli. Zamiast tego chroniący i broniący niebezpiecznych przestępców wielu wypuszczonych z więzień i zakładów dla obłąkanych, którzy nielegalnie napłynęli do naszego kraju z całego świata.
Nasza suwerenność będzie odzyskana. Nasze bezpieczeństwo przywrócone, a szale sprawiedliwości zostaną znów wyrównane. Niesprawiedliwe wykorzystywanie departamentu sprawiedliwości w naszym rządzie jako broni dobiegnie końca.
Znalazły się też fragmenty buńczuczne i szowinistyczne ze stwierdzeniem, że Ameryka wytworzyła najlepszą cywilizacje na świecie.
Przemówienie Trumpa, sądząc po wpisach na X, wywołało przerażenie wśród zdegenerowanej lewicy.
Będziemy mierzyć nas sukces nie tylko wygranymi bitwami, ale także wojnami, które uda nam się zakończyć, a przede wszystkim wojnami do których nie przystępujemy/ tłumaczenie Onet_YouTube/
Prezydent Donald Trump podczas inauguracyjnego przemówienia zapowiedział, że przywróci do służby żołnierzy, którzy odmówili przyjęcia preparatów na kowida.
Prezydent Donald Trump ogłosił, że „przywróci do służby wszystkich żołnierzy, którzy zostali niesłusznie wydaleni z naszej armii za sprzeciw wobec szczepionki przeciwko COVID”.
– Z pełnymi zaległymi pensjami – podkreślił Trump, co spotkało się z aplauzem podczas przemówienia inauguracyjnego.
Ta obietnica nawiązuje do obietnicy Pete’a Hegsetha, kandydata prezydenta Trumpa na sekretarza Departamentu Obrony.
– Dziesiątki tysięcy żołnierzy zostało wyrzuconych z powodu eksperymentalnej szczepionki – powiedział Hegseth. – Zostaną przeproszeni i przywróceni do służby, przywróceni do służby z pensją i stopniem – podkreślił.
„Około 8000 żołnierzy zostało zmuszonych do opuszczenia służby za odmowę wykonania rozkazu” – przypomniał „Military Times”.
Trump ogłosił również, że oficjalną polityką rządu federalnego będzie to, że uznawane będą tylko dwie płci. Prezydent planował również być „twórcą pokoju”. Obiecał, że przyniesie pokój Ukrainie, Bliskiemu Wschodowi i zapobiegnie III wojnie światowej.
„Zakończę wojnę na Ukrainie. Zatrzymam chaos na Bliskim Wschodzie i zapobiegnę wybuchowi III wojny światowej” — powiedział Trump w niedzielny wieczór w CapitalOne Arena w Waszyngtonie.
Prezydent ma również podpisać wiele dekretów wykonawczych w nadchodzących dniach, aby zwiększyć niezależność energetyczną Ameryki, powstrzymać nielegalną imigrację i pozbyć się „różnorodności, równości i integracji” w rządzie federalnym.
Roman Koszowski /Foto Gość Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w [innych] religiach prawdziwe jest i święte
Deklaracja Soboru Watykańskiego II o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich.
DRN 1. W naszej epoce, w której ludzkość coraz bardziej się jednoczy i wzrasta wzajemna zależność między różnymi narodami, Kościół tym pilniej rozważa, w jakim pozostaje stosunku do religii niechrześcijańskich. W swym zadaniu popierania jedności i miłości wśród ludzi, a nawet wśród narodów, główną uwagę poświęca temu, co jest ludziom wspólne i co prowadzi ich do dzielenia wspólnego losu. Jedną bowiem społeczność stanowią wszystkie narody, jeden mają początek, ponieważ Bóg sprawił, że cały rodzaj ludzki zamieszkuje cały obszar ziemi, jeden także mają cel ostateczny, Boga, którego Opatrzność oraz świadectwo dobroci i zbawienne zamysły rozciągają się na wszystkich, dopóki wybrani nie zostaną zjednoczeni w Mieście Świętym, które oświeci chwała Boga, gdzie narody chodzić będą w Jego światłości.
Ludzie oczekują od różnych religii odpowiedzi na głębokie tajemnice ludzkiej egzystencji, które jak niegdyś, tak i teraz do głębi poruszają ludzkie serca; czym jest człowiek, jaki jest sens i cel naszego życia, co jest dobrem, a co grzechem, jakie jest źródło i jaki cel cierpienia, na jakiej drodze można osiągnąć prawdziwą szczęśliwość, czym jest śmierć, sąd i wymiar sprawiedliwości po śmierci, czym wreszcie jest owa ostateczna i niewysłowiona tajemnica, ogarniająca nasz byt, z której bierzemy początek i ku której dążymy.
DRN 2. Od pradawnych czasów aż do naszej epoki znajdujemy u różnych narodów jakieś rozpoznanie owej tajemniczej mocy, która obecnie jest w biegu spraw świata i wydarzeniach ludzkiego życia; nieraz nawet uznanie Najwyższego Bóstwa lub też Ojca. Rozpoznanie to i uznanie przenika ich życie głębokim zmysłem religijnym. Religie zaś związane z rozwojem kultury starają się odpowiedzieć na te same pytania za pomocą coraz subtelniejszych pojęć i bardziej wykształconego języka.
Tak więc w hinduizmie ludzie badają i wyrażają boską tajemnicę poprzez niezmierną obfitość mitów i wnikliwe koncepcje filozoficzne, a wyzwolenia z udręk naszego losu szukają albo w różnych formach życia ascetycznego, albo w głębokiej medytacji, albo w uciekaniu się do Boga z miłością i ufnością.
Buddyzm, w różnych swych formach, uznaje całkowitą niewystarczalność tego zmiennego świata i naucza sposobów, którymi ludzie w duchu pobożności i ufności mogliby albo osiągnąć stan doskonałego wyzwolenia, albo dojść, czy to o własnych siłach, czy z wyższą pomocą, do najwyższego oświecenia.
Podobnie też inne religie, istniejące na całym świecie, różnymi sposobami starają się wyjść naprzeciw niepokojowi ludzkiego serca, wskazując drogi, to znaczy doktryny oraz nakazy praktyczne, jak również sakralne obrzędy.
Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi. Głosi zaś i obowiązany jest głosić bez przerwy Chrystusa, który jest „drogą, prawdą i życiem” (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko z sobą pojednał. Przeto wzywa synów swoich, aby z roztropnością i miłością przez rozmowy i współpracę z wyznawcami innych religii, dając świadectwo wiary i życia chrześcijańskiego, uznawali, chronili i wspierali owe dobra duchowe i moralne, a także wartości społeczno-kulturalne, które u tamtych się znajdują.
DRN 3. Kościół spogląda z szacunkiem również na mahometan, oddających cześć jedynemu Bogu, żywemu i samoistnemu, miłosiernemu i wszechmocnemu, Stwórcy nieba i ziemi, Temu, który przemówił do ludzi; Jego nawet zakrytym postanowieniom całym sercem usiłują się podporządkować, tak jak podporządkował się Bogu Abraham, do którego wiara islamu chętnie nawiązuje. Jezusowi, którego nie uznają wprawdzie za Boga, oddają cześć jako prorokowi i czczą dziewiczą Jego Matkę Maryję, a nieraz pobożnie Ją nawet wzywają. Ponadto oczekują dnia sądu, w którym Bóg będzie wymierzał sprawiedliwość wszystkim ludziom wskrzeszonym z martwych. Z tego powodu cenią życie moralne i oddają Bogu cześć głównie przez modlitwę, jałmużny i post.
Jeżeli więc w ciągu wieków wiele powstawało sporów i wrogości między chrześcijanami i mahometanami, święty Sobór wzywa wszystkich, aby wymazując z pamięci przeszłość szczerze pracowali nad zrozumieniem wzajemnym i w interesie całej ludzkości wspólnie strzegli i rozwijali sprawiedliwość społeczną, dobra moralne oraz pokój i wolność.
DRN 4. Zagłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama. Kościół bowiem Chrystusowy uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków. Wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary, i że wyjście ludu wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła. Przeto nie może Kościół zapomnieć o tym, że za pośrednictwem owego ludu, z którym Bóg w niewypowiedzianym miłosierdziu swoim postanowił zawrzeć Stare Przymierze, otrzymał objawienie Starego Testamentu i karmi się korzeniem dobrej oliwki, w którą wszczepione zostały gałązki dziczki oliwnej narodów. Wierzy bowiem Kościół, że Chrystus, Pokój nasz, przez krzyż pojednał Żydów i narody i w sobie uczynił je jednością.
Zawsze też ma Kościół przed oczyma słowa Apostoła Pawła odnoszące się do jego ziomków, „do których należy, przybrane synostwo i chwała, przymierze i zakon, służba Boża i obietnice; ich przodkami są ci, z których pochodzi Chrystus wedle ciała” (Rz 9,4-5), Syn Dziewicy Maryi. Pamięta także, iż z narodu żydowskiego pochodzili Apostołowie, będący fundamentami i kolumnami Kościoła, oraz bardzo wielu spośród owych pierwszych uczniów, którzy ogłosili światu Ewangelię Chrystusową.
Według świadectwa Pisma świętego Jerozolima nie poznała czasu nawiedzenia swego i większość Żydów nie przyjęła Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnieniu. Niemniej, jak powiada Apostoł, Żydzi nadal ze względu na swych przodków są bardzo drodzy Bogu, który nigdy nie żałuje darów i powołania. Razem z Prorokami i z tymże Apostołem Kościół oczekuje znanego tylko Bogu dnia, w którym wszystkie ludy będą wzywały Pana jednym głosem i „służyły Mu ramieniem jednym” (Sf 3,9).
Skoro więc tak wielkie jest dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i Żydom, święty Sobór obecny pragnie ożywić i zalecić obustronne poznanie się i poszanowanie, które osiągnąć można zwłaszcza przez studia biblijne i teologiczne oraz przez braterskie rozmowy. A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym. Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma świętego. Niechże więc wszyscy dbają o to, aby w katechezie i głoszeniu słowa Bożego nie nauczali niczego, co nie licowało z prawdą ewangeliczną i z duchem Chrystusowym.
Poza tym Kościół, który potępia wszelkie prześladowania, przeciw jakimkolwiek ludziom zwrócone, pomnąc na wspólne z Żydami dziedzictwo, opłakuje – nie z pobudek politycznych, ale pod wpływem religijnej miłości ewangelicznej – akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, które kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane były przeciw Żydom. Chrystus przy tym, jak to Kościół zawsze utrzymywał i utrzymuje, mękę swoją i śmierć podjął dobrowolnie pod wpływem bezmiernej miłości, za grzechy wszystkich ludzi, aby wszyscy dostąpili zbawienia. Jest więc zadaniem Kościoła nauczającego głosić krzyż Chrystusowy jako znak zwróconej ku wszystkim miłości Boga i jako źródło wszelkiej łaski.
DRN 5. Nie możemy zwracać się do Boga jako do Ojca wszystkich, jeśli nie zgadzamy się traktować po bratersku kogoś z ludzi na obraz Boży stworzonych. Postawa człowieka wobec Boga Ojca i postawa człowieka wobec ludzi, braci, są do tego stopnia z sobą związane, że Pismo święte powiada: „Kto nie miłuje, nie zna Boga” (1 J 4,8). Stąd upada podstawa do wszelkiej teorii czy praktyki, które między człowiekiem a człowiekiem, między narodem a narodem wprowadzają różnice co do godności ludzkiej i wynikających z niej praw. Toteż Kościół odrzuca jako obcą duchowi Chrystusowemu wszelką dyskryminację czy prześladowanie stosowane ze względu na rasę czy kolor skóry, na pochodzenie społeczne czy religię. Dlatego też święty Sobór, idąc śladami świętych Apostołów Piotra i Pawła, żarliwie zaklina chrześcijan, aby „dobrze postępując wśród narodów” (1 P 2,12), jeśli to tylko możliwe i o ile to od nich zależy, zachowywali pokój ze wszystkimi ludźmi, tak by prawdziwie byli synami Ojca, który jest w niebie.
To wszystko, co wyrażone zostało w niniejszej Deklaracji, w całości i w szczegółach zyskało uznanie Ojców świętego Soboru. A My, na mocy udzielonej Nam przez Chrystusa władzy apostolskiej, wraz z Czcigodnymi Ojcami w duchu Świętym to zatwierdzamy, postanawiamy i ustalamy, i te postanowienia soborowe polecamy ogłosić na chwałę Bogu.
W Rzymie, u Św. Piotra, dnia 28 października roku 1965. Ja, PAWEŁ, Biskup Kościoła Katolickiego (następują podpisy Ojców)
BKP: Owoce Soboru Watykańskiego II po 60 latach – transformacja Kościoła katolickiego w pseudo-kościół New Age
(сzęść 3)
[Obok publikuję tekst oficjalny „Nostra aetate” , bo nie byłem świadomy jego znaczenia. „Dignitatis humanae” też jest dostępne, ale nie przytaczam całości, by się nie zgorszyć. Mirosław Dakowski]
W ostatnim liście zajmowaliśmy się deklaracją „Nostra aetate” Soboru Watykańskiego II. Zawiera nie tylko treści heretyckie, ale kryje w sobie ducha pogaństwa. Następnie będziemy kontynuować jej analizę, a także przeanalizujemy kilka cytatów z heretyckiej deklaracji „Dignitatis humanae”.
Cytat z „Nostra aetate”: Tak więc w hinduizmie ludzie badają i wyrażają boską tajemnicę … i uciekają do Boga z miłością i ufnością”.
Teolodzy na Soborze prawdopodobnie nie wiedzieli, że Hindusi nie uznają jednego Boga Stwórcy, lecz z miłością i ufnością uciekają jak do swojego boga do krów, wężów i innego robactwa. To prawda: „Bogowie pogańscy są bożkami” (Ps 96,5).
Cytat z NA: „Buddyzm naucza sposobów, którymi ludzie w duchu pobożności i ufności mogliby albo osiągnąć stan doskonałego wyzwolenia, albo dojść, czy to o własnych siłach, czy z wyższą pomocą, do najwyższego oświecenia”.
Każdy człowiek jest w niewoli grzechu pierworodnego i może osiągnąć przebaczenie grzechów, doskonałe wyzwolenie i najwyższe oświecenie tylko w Jezusie Chrystusie, przez nawrócenie, pokutę i naśladowanie Chrystusa. Własnym wysiłkiem i z wyższą pomocą, co w pogaństwie oznacza przy pomocy demonów lub anioła światłości – diabła – może osiągnąć jedynie w najwyższym stopniu fałszywe oświecenie i fałszywe wyzwolenie.
Reinkarnacja zaprzecza osobowemu i prawdziwemu Bogu, nieśmiertelnej duszy ludzkiej, grzechowi, sądowi Bożemu, zbawiającej śmierci Chrystusa za nasze grzechy, niebu i piekłu! Koan nie jest oświeceniem, ale utratą sumienia i rozumu. Nirwana i tzw. oświecenie prowadzą do opętania przez demony. Ta obsesja nie objawia się krzykiem czy pianą z ust, ale uporem, nienawiścią i okrucieństwem wobec Chrystusa i prawd Ewangelii. Chrześcijańscy męczennicy stanęli twarzą w twarz z tym demonicznym opętaniem pogan, którzy torturowali ich w nieludzki sposób i zmuszali do zaparcia się Chrystusa.
Cytat z NA: „Podobnie teżinne religie… wskazują drogi, to znaczy doktryny oraz nakazy praktyczne, jak również sakralne obrzędy”.
Pogańskie pseudo-religie podczas tak zwanych sakralnych obrzędów składają ofiary nie Bogu, ale demonom (1 Kor 10,20). Męczennicy woleli oddać swoje życie niż uczestniczyć w tzw. sakralnym obrzędzie i w ten sposób wyrzec się Chrystusa! Poganie wskazujądrogi, doktryny oraz nakazy praktyczne, które jednak prowadzą do zagłady. Drogi te są przeciwieństwem prawdziwej drogi do zbawienia, która jest w Jezusie Chrystusie, Zbawicielu ludzkości.
Cytat z NA: „Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych jest prawdziwe i święte”.
Dlaczego dokument nie określa konkretnie, co w pogańskich pseudo-religiach jest prawdziwe, a co święte? Czcić demony w zwierzętach – krowach, wężach czy szczurach?
Św. Tomasz z Akwinu mówi: „Uczenie się od diabła jest zbrodnią”.
Cytat z NA: „Ze szczerym szacunkiem patrzy na ich maniery, życie, zasady i doktrynę”.
Jeśli ze szczerym szacunkiem, ale bez prawdziwej krytyki, patrzy na ich maniery, musi podziwiać smarowanie krowim łajnem i picie jej moczu, gdyż krowę uważa się za boginię. To nie tylko oznaka utraty rozsądku i rozumu, ale przede wszystkim utraty zbawczej wiary! Różnica między pogaństwem a chrześcijaństwem jest wyrażona w Piśmie Świętym: „Nie ma jedności między światłem a ciemnością, ani między Chrystusem a Beliarem” (2 Kor 6,14-15).
Cytat z NA: „Bo one (kulty pogańskie) nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi”.
Pogańskie pseudo-religie – kulty – nie są promieniem Prawdy, lecz jej notorycznym zaprzeczaniem. Za pogaństwem nie stoi Duch prawdy, Duch Boży, ale duch kłamstwa i śmierci, diabeł. Duch ten nie oświeca, ale zwodzi wszystkich ludzi, którzy nie miłują prawdy!
Sformułowania stosowane przez autorów „Nostra aetatae” są heretyckie, manipulacyjne i sprzeczne z duchem Pisma Świętego i Tradycji.
Rzeczywistość jest taka, że „Nostra aetatae” zawiera wyraźne herezje przeciwko pierwszemu przykazaniu Bożemu (Pwt 5,6-9), a jednocześnie przeciwko całej Tradycji chrześcijańskiej. Dowodem są zgubne owoce powstałe 60 lat po Soborze.
Poniższe cytaty pochodzą z innego dokumentu Soboru Watykańskiego II „Dignitatis humanae”. Cały dokument jest oszustwem. Terminologia jest celowo dwuznaczna, tak aby kłamstwo było zamaskowane i pojawiało się w pozytywnych kategoriach. Jest to manewr uniemożliwiający zrozumienie, co promuje dokument, mimo że jego autorzy o tym wiedzą. Dopiero za wiele lat zbieramy zabójcze owoce tych dokumentów Soboru Watykańskiego II.
W dokumencie celowo używa się terminów takich jak „religia” i „ludzie” zamiast „Kościół katolicki” i „katolicy”. Jednak katolicy zakładają, że termin religia jest synonimem Kościoła katolickiego. W rzeczywistości pod pojęciem religii chodziło o stworzenie warunków dla inwazji wszelkich kultów pogańskich na terytoria chrześcijańskie.
Cytat z „Dignitatis humanae”: „Dlatego prawo do owej wolności (religijnej) przysługuje trwale również tym, którzy nie wypełniają obowiązku szukania prawdy”.
Dokument Soboru Watykańskiego II przyznaje prawo do wolności kultom i sektom pogańskim, które nie wypełniają obowiązkuszukania prawdy. Wolność po co? Do bezprawia i do bezkarnego szerzenia przestępczości. Jaki jest skutek tej pseudo-wolności? Chrześcijanom na swoim terytorium nie wolno już publicznie demonstrować swojej wiary i tradycji chrześcijańskiej, aby rzekomo nie urazić uczucia religijne niechrześcijan i nie ograniczać ich wolności. Chrześcijanom oskarża się o ekstremizm, fanatyzm i fundamentalizm oraz dziś przeciwko nim już używają tzw. prawa antydyskryminacyjne. Głoszenie prawd Ewangelii jest karane jako mowa nienawiści. To jest owoc ducha i dokumentów Soboru Watykańskiego II.
Cytat z DH: „Dialog… przez co jedni drugim wykładają prawdę, jaką znaleźli albo sądzą, że znaleźli”.
To tragedia, że Sobór nie chciał odróżnić prawdy od kłamstwa! Całkowicie zdegradował prawdę Ewangelii, mieszając ją z pogańskimi mitami! Wiadomo, że dialog między prawdą a kłamstwem nie jest możliwy, dlatego dokument ukazuje nonsens, że jedni drugim wykładają prawdę, jaką znaleźli albo sądzą, że znaleźli. Prawda Ewangelii, która zapewnia nam zbawienie, jest diametralnie przeciwna kłamliwym mitom pogańskim, które prowadzą dusze do zatracenia. Jeśli ktoś trwa w kłamstwie i uparcie sądzi, że znalazł prawdę, trudno z nim prowadzić dialog. Niestety, ten pseudo-dialog zastąpił prawdziwą misję, a ponadto otworzył drzwi anty-misji pogaństwa do Kościoła.
Cytat z DH: „W rozpowszechnianiu zaś wiary religijnej i wprowadzaniu praktyk trzeba zawsze wystrzegać się wszelkiej działalności, która miałaby posmak nieuczciwego nakłaniania”.
Pod manipulacyjnym określeniem „nieuczciwe nakłanianie” zadanie Kościoła, którym jest misją, prowadzącą do zbawienia dusz nieśmiertelnych, jest w rzeczywistości zakazana! Nadano temu obraźliwą nazwę „przeciąganie” lub „prozelityzm”. Prawdziwą misją jest wybawienie dusz z mocy ciemności i panowania szatana (por. Dz 26). Cóż za bzdury z wymogiem, aby nie sprawiać nawet wrażenia nieuczciwego nakłaniania. Paradoksem jest to, że wprowadzanie chrześcijańskich praktyk, które ucieleśniają wiarę, jest de facto zakazane, natomiast z drugiej strony pogańskie przesądy i mity nazywane są kulturą, która jest nienaruszalna.
Misjonarze często byli i męczennikami za prawdę Ewangelii. Jeśliby św. Paweł i apostołowie rządzili się dyrektywami i duchem Soboru Watykańskiego II, chrześcijaństwo zostałoby zduszone w zarodku. Ale to jest właściwie ukryty cel Soboru Watykańskiego II – upadek chrześcijaństwa i transformacja Kościoła w antykościół New Age. Dziś pseudopapież Franciszek już go uzupełnia w duchu Soboru Watykańskiego II.
Cytat z DH: „…aby wspólnotom religijnym nie przeszkadzano w swobodnym okazywaniu szczególnej siły ich nauki”.
Cóż za manipulacja! Z jednej strony Sobór zabrania chrześcijanom wprowadzaniu praktyk chrześcijańskich przy rozpowszechnianiu wiary, aby nie wywołać choćby wrażenia nieuczciwego nakłaniania, ale nie można przeszkadzać poganom swobodnego okazywania nawet szczególnej siłyich nauki. Czym jest ta szczególna siła, której nie powinno przeszkadzać? To demoniczna siła. To siła kłamstw i związanych z nimi praktyk okultystycznych, którymi są przesądy, różne formy wróżenia, biała i czarna magia, ofiary składane demonom, a nawet ofiary z ludzi. Aztekowie co roku rozcinali klatki piersiowe około 20 000 żywych jeńców i ofiarowali ich serca demonom. Oto pogańskie tradycje stojące za szczególną demoniczną siłą śmierci. Kulty pogańskie kojarzą się z muzyką satanistyczną, narkotykami, transem i przestępczością. Chrześcijanie nie powinni przeszkadzać tej mocy, ale muszą dać jej swobodę, zgodnie z poleceniem Soboru Watykańskiego II.
To kolejny dowód, że Sobór Watykański II ma samobójczego ducha. Stoi na przeszkodzie Prawdzie, Duchu Świętemu i zbawieniu dusz, a promuje demoniczną pseudoduchowość, która utrzymuje dusze w ciemności i prowadzi je do wiecznej zagłady. Pan Jezus powiedział apostołowi Pawłowi: „Obronię cię przed poganami, do których cię posyłam, abyś otworzył im oczy i odwrócił od ciemności do światła, od władzy szatana do Boga. Aby przez wiarę we Mnie otrzymali odpuszczenie grzechów” (Dz 26, 17-18). Za Pismem Świętym stoi Duch Boży, Duch Prawdy, w przeciwieństwie do Soboru Watykańskiego II, za którym stoi duch kłamstw i śmierci. Sobór Watykański II zamiast misji chrześcijańskiej promuje antymisję pogaństwa w Kościele, mając na celu przekształcenie go w antykościół New Age z duchem antychrysta. Pseudo-papież Bergoglio, który wykluczył się z Kościoła Chrystusowego, został głową tego antykościoła.
Nie zalecam nadmiernego skupienia na osobie Tuska. Przedtem był Morawiecki, a ambicję robienia tego, na większą skalę niż dotychczas, ma Trzaskowski. Kluczowe znaczenie ma zrozumienie pojęcia „współczesny komunizm”.
Współczesny komunizm
Każdy kolejny „nowy porządek” jest próbą stworzenia nowej Utopii. Dotychczas, każda próba realizacji kończyła się piekłem na ziemi.
Współczesny komunizm po fiasku poprzednich jest kolejną próbą. Ze względu na ideologiczne źródło jest neomarksizmem. Bazuje również na głównych tezach manifestu komunistycznego Spienellego, uznanego przez UE jako główny fundament dalszej „integracji”. Przepraszam za ten banał, ale wciąż są ludzie, którzy nie wiedzą nawet tego.
W głębszym sensie każda realizacja ideologii tego typu jest satanizmem. Tego akurat nie wie większość współczesnej ludzkości, a część osób publicznych, które to wiedzą – resztki stanu kapłańskiego i resztki narodowej elity – boi się o tym mówić ze względu na negatywny i często agresywny odbiór tej diagnozy.
Po raz kolejny globalna struktura chce budować świat bez Boga, łamiąc wszystkie przykazania. Po raz kolejny zapowiada coś co jest destrukcją wszystkich dotychczasowych osiągnięć ludzkiego ducha – systemów prawno – etycznych z fundamentem prawdy, dobra i piękna. I znów może się to wydawać komuś banalne, ale tak właśnie wygląda istota problemu.
Sojusznicy i sprzyjające patologie. Narzędzia
Postmodernizm
Gender
Woke
„Zielony ład”
Podstawowe cele nie są skomplikowane. Współczesny człowiek ma utracić wolność i własność, które w swoich szczątkowych formach będą przyznawane w formie koncesji lub krótkotrwałej nagrody poszczególnym jednostkom lub grupom.
Jedną z najważniejszych rzeczy dla neokomunistów jest demoralizacja i ogłupianie dzieci i młodzieży realizowane za pomocą tzw. „edukacji”
Ze względu na rozległość tematu zdecydowałem się ograniczyć do jednego przykładu – edukacji Nowackiej porównując ją z edukacją w bolszewickiej Rosji.
Cytat pochodzi z książki “Marksizm w edukacji. Szkolnictwo jako oręż w budowie nowego człowieka”
W pierwszej kolejności usuwano z programów nauczania religię
oraz wszystkie przedmioty kojarzące się z nauczaniem klasycznym (…)
Zlikwidowano zadawanie prac domowych.
Istotną rolę odgrywała również seksualizacja, której poddane zostało całe społeczeństwo rosyjskie, w tym również dzieci i młodzież.
W bolszewickiej Rosji na masową skalę promowana była również darmowa aborcja na życzenie (…)
“Edukacja” w czasach Eurokomunizmu. System totalnej kontroli wzorowany na sowieckim systemie oświaty przy wykorzystaniu współczesnych narzędzi cyfrowych
Jesteśmy w ciemnej dolinie. Za synodalnością stoją plany o głębokich reformach. Nieustanne powoływanie się na Ducha Świętego ociera się o przypisywanie Bożej inspiracji czysto ludzkich działań – mówił w PCh24 TV dr Paweł Milcarek.
27 października zakończył się Synod o Synodalności. Papież Franciszek jego dokument końcowy uznał za swój własny. Nakazał biskupom na całym świecie implementować synodalność w diecezjach i przygotowywać specjalne raporty, które będą prezentowane w Watykanie. O tym, czym jest synodalność, mówił w rozmowie z PCh24 TV dr Paweł Milcarek. Jak powiedział, widać, że za tym wszystkim stoją także plany i marzenia o głębokich reformach.
Jak dodał, są też intencje dania odpowiedzi na kryzys Kościoła, ale one giną w ogólnym parciu do zmian. Zanim pojawił się pomysł z Synodem o Synodalności, w katolickiej publicystyce mówiło się o konieczności nowego soboru. On sam, podkreślił, uważał przeciwnie, to znaczy że ważniejsze jest, aby Kościoły lokalne zmierzyły się z kryzysem na poziomie lokalnym, organizując swoje synody. Było to nawiązanie do wcześniejszych czasów.
Według dr. Milcarka otrzymaliśmy coś zupełnie innego. Synod równocześnie w całym Kościele, ale bez rzeczywistej inicjatywy lokalnych wspólnot. To nie żywe Kościoły lokalne proponują rozwiązania, które następnie są podejmowane przez Kościół powszechny. Decyzje zapadają odgórnie.
W jego ocenie sprawozdania, które napływają z niektórych wspólnot – szczególnie z Kościoła niemieckiego – pokazują coś jeszcze innego. Nie chodzi w nich o nawrócenie czy gorliwość. Raczej o dostosowanie Kościoła do standardów współczesnego społeczeństwa. To zupełnie inna perspektywa.
Według dr. Pawła Milcarka trudno jest zdefiniować synodalność w ujęciu Franciszka. Nie jest to nic, co Kościół już praktykował. Wprowadzając Synod o Synodalności Franciszek stworzył coś hybrydowego. Nie można powiedzieć, że to synod lokalny, ale przecież nie jest to także sobór. To coś pomiędzy; ale na końcu i tak wszystko zależy od papieża. Można nawet powiedzieć, że „papież” to teraz nie tylko osoba, ale i nazwa całej instytucji synodalnej, uznał dr Milcarek.
Jak podkreślił, oczywiście są tacy, którzy zachwycili się sprawnością działania tego mechanizmu. Jednak ci, którzy znają kulisy takich zgromadzeń, dobrze wiedzą, jak łatwo nimi manipulować. Chodzi choćby o to, komu daje się głos, a komu nie.
Dr Milcarek przypomniał, jak wyglądało to w trakcie synodów o rodzinie w latach 2014-2015, zakończonych po-synodalną adhortacją w dość istotnym zakresie abstrahującą od tego, co uradzili uczestnicy obu zgromadzeń.
Rozmówca PCh24 TV zwrócił też uwagę na włączenie do Synodu o Synodalności różnych aktywistów. Teoretycznie świeccy nie od dziś uczestniczą w synodach, ale jest ważna różnica. Synody starożytności, wskazał, dawały głos ludziom z różnych stanów kościelnych, ale zawsze z konkretnego miejsca. Oni „byli dani” Kościołowi, nie wybierano ich.
Natomiast dziś mamy do czynienia z jakimś odsączaniem, selekcją. Uczestnicy zgromadzeń synodalnych to często ludzie, którzy albo zostali wybrani przez biskupów, albo sami, jako aktywiści, zgłosili się do udziału. Trudno ich traktować jako prawdziwą reprezentację całego Kościoła.
Red. Paweł Chmielewski pytał też o rolę Ducha Świętego w procesie synodalnym; protagoniści synodalności nieustannie się na Ducha powołują, często mówią o Jego „niespodziankach”.
Dr Milcarek powiedział, że może jest zbyt powściągliwy czy wręcz ascetyczny w tej kwestii, ale wydaje mu się, że nierzadko wchodzi to na niebezpieczny teren drugiego przykazania: „Nie wzywaj imienia Pana Boga swego nadaremno”. Kiedyś uczono katolików ostrożności, żeby nie nadużywać Bożego imienia i spraw świętych w każdej sytuacji, a tymczasem podczas tego procesu synodalnego niemal wszystko uznawano za „działanie Ducha Świętego”.
Rozmówca PCh24 TV powiedział, że ludzie siedzieli razem przy stole, rozmawiając na wyznaczone tematy i unikając polemik, nazywano to rozmową w Duchu Świętym. Czy to jednak oznacza, że Duch Święty rzeczywiście uczestniczył w tych rozmowach? Jeśli tak, to na jakim poziomie? Jak to w ogóle rozumieć? Czy ci, którzy decydowali o kolejności wypowiedzi i pomijali niektórych mówców, również byli narzędziami Ducha Świętego? Według dr. Milcarka to brzmi jak przesadne i niebezpieczne przypisywanie Boga do działań czysto ludzkich. Jak stwierdził red. Chmielewski, to przypomina jakiś „pan-pneumatyzm”.
Według dr Milcarka, kiedy po latach emocje opadną, a uczestnicy tego procesu, już z dystansem, zaczną opisywać swoje doświadczenia, dowiemy się pewnie różnych ciekawych szczegółów. Być może pojawią się książki, w których będą mówić o manipulacji i oskarżać Kościół o to, że w ogóle jest, jako taki, instytucją opartą o manipulację… Takie sytuacje miały już miejsce w przeszłości, przypomniał.
Zdaniem redaktora naczelnego kwartalnika „Christianitas” Kościół katolicki w dobie synodalności jest w trudnej sytuacji. Konkretnie oznacza to, że jesteśmy w jakiejś naprawdę ciemnej dolinie. Nie w „ciemnej nocy Kościoła”, ale właśnie – w ciemnej dolinie. Istnieją nadal punkty odniesienia, podkreślił. Jest nauka Kościoła. Jednak wiele autorytetów zawodzi, przekonuje nas do rozwiązań, które są wprost sprzeczne z tym, co uważamy za katolickie pewniki. Dr Milcarek stwierdził, że wyobraża sobie jednak równocześnie pokolenia tych katolików, którzy znajdowali się w innych momentach niejasności, kiedy dookoła odrywały się całe fragmenty Kościoła.
To choćby czasy reformacji. Przecież nie było to tak, mówił, że ktoś ogłaszał oficjalnie, że tworzy nowy Kościół. Pojawiały się nowe nauki, rzekomo lepsze dyscypliny i tak dalej; czasem nie było reakcji z Rzymu albo była spóźniona. Nie zawsze było wiadomo, co czynić. Sobór Trydencki zaczął się wiele lat po początku reformacji. Trwał długo, nie było wiadomo, czy się w ogóle skończy. W jego ocenie możemy się tym w pewnym sensie pocieszać: trudne, złe sytuacje, bywały w historii rozmaite. Katolicy czuli się wtedy osamotnieni, zagrożeni… Trochę tak jest również dzisiaj.
Jak podsumował gość PCh24 TV, powinniśmy robić to, co do nas należy w tych miejscach, gdzie mamy faktyczną odpowiedzialność. Z czasem wytworzy się z tego ruch, który przygotuje odrodzenie Kościoła.
Tekst został oparty o nagranie opublikowane na kanale PCh24 TV.
[z książki Vladimir Volkoff, „Kroniki anielskie”, Wyd. KKK, Dębogóra]
[Lenin:] Chcecie wiedzieć, co się stanie, gdy ludzie nabiorą pewności, że Bóg istnieje? Chrystus przegra, bo Jego gra opiera się na miłości i wolności. A tam, gdzie jest pewność, nie ma wolności.
I święty Adam mógłby równie dobrze nie tknąć owocu z Drzewa Dobra i Zła.
– Powiem więcej – Feliks Edmundowicz mimo woli podniósł głos, jakby rozgrzane wnętrzności powodowały gotowanie się jego umysłu – jeśli człowiek zyska pewność istnienia Boga, to drugim Adamem będzie Iljicz, a nie Chrystus. I to dzięki wam. Skutek ? Zbawienie stanie się niemożliwe, gdyż zniszczone zostanie narzędzie zbawienia.
Ale to jeszcze nie wszystko, Piotrze Piotrowiczu. Jest jeszcze lepiej, znacznie lepiej.
Przyznacie, że człowiek został stworzony z pewnymi fizycznymi i duchowymi potrzebami. Musi jeść, pić, rozmnażać się. Musi też wierzyć. Zupełnie jakby miał jakiś tajemniczy gruczoł wydzielający hormon wiary. Naturalnym obiektem tej wiary jest Bóg. Bóg lepiej lub gorzej pojmowany, Bóg osobowy lub nieosobowy, dobry lub zły, pojedynczy lub mnogi. Taki czy inny – ale zawsze Bóg. Przypuśćmy jednak, że ów instynkt, być może najsilniejszy spośród wszystkich, jakimi zostaliśmy obdarzeni, zostaje nagle zaburzony. Że staje w obliczu, jak by to powiedzieć wakatu. Że ten gigantyczny gejzer wiary, który tryska z nas nieustannie, pozbawiony zostaje przedmiotu. Co się wtedy stanie?
– Nastąpi atrofia – mruknął Piotr Piotrowicz.
– Tak. Matki w końcu tracą mleko, a prawiczki popadają w impotencję. Ale tylko wtedy, gdy ich gruczoły nie znajdą ujścia dla swoich wydzielin. Jeśli udowodnimy, że Bóg istnieje, to przejmiemy kontrolę nad narządem wiary, tak jak się przejmuje fabrykę maszyn ciężkich, żeby uczynić z niej fabrykę armat. Tylko tak możemy sprawić, że ludzie będą wierzyli w to, czego nie ma, bo już nie będą mogli wierzyć w to, co jest. Nieważne, że będą wiedzieli, że Bóg jest, i tak będą woleli wierzyć w coś innego, bo ludzie generalnie wolą wierzyć niż wiedzieć – to ich główna cnota, ich zasadnicza, nie-burżuazyjna cecha. A i dla nas to lepiej, bo nas z kolei interesuje działanie, a wiara bardziej sprzyja dowodzeniu akcją niż pewność.
Piotra Piotrowicza zdumiało takie podejście. – Szczerze mówiąc – przyznał – nigdy o tym nie myślałem w ten sposób.
Człowiek – podjął Feliks Edmundowicz – lubi wierzyć. Zabierzcie mu Jowisza, zapatrzy się w Izydę. Zabierzcie Izydę, zacznie wierzyć w Matkę Boską. Zabierzcie mu religię, uwierzy w sztukę, pieniądze, spirytyzm, zen, jogę, marksizm, psychoanalizę. Nie rozumiecie, że człowiekowi, który już nie wierzy, można wmówić wszystko?
Piotr Piotrowicz zgodził się, ze rozmowa o wierze otwiera nowe perspektywy. – A jednak – rzekł zamyślony – jeśli będą wiedzieli, że Bóg istnieje… będą się mieli na baczności.
Pierwszy raz tego wieczoru usta Feliksa Edmundowicza wykrzywił uśmiech. – Właśnie – powiedział. – Kiedy będą mieli się na baczności przed Bogiem, dla Chrystusa będą straceni. Gdyby nam udało się ich do tego doprowadzić, wygramy. Oblubienica Baranka weźmie sobie za kochanka Antychrysta.
I święty patron Czeki, asceta tortur parsknął śmiechem.
Iljicz wybuchnął długim i okrutnym śmiechem. – Wyobrażam sobie miny naszych brodatych popów. Ale to jeszcze nic przy rzymskich, bezwąsych purpuratach i samym Świętym Ojczulku! Mam nadzieję, że ktoś im zrobi zdjęcie, kiedy się dowiedzą. A najzabawniejsi będą ci wszyscy mali ateiści z drugiej linii, ci aptekarze-wolnomyśliciele, wolteriańscy weterynarze, którzy drwili sobie ze swoich pobożnych matek i sądzili, że dowodzą nieistnienia Boga, robiąc sekcję żaby! I ci ateistyczni seminarzyści, jak ten muzyk Józef Wissarionowicz! Ten to się dopiero zdziwi! Aż mu walonki z nóg pospadają! Bardzo mnie to cieszy, naprawdę. Ach! Piotrze Piotrowiczu, pozwólcie, że was ucałuje. Z całego serca! Od dziś będą spełniane wszystkie wasze życzenia. Książki, ochrona, wygody, może panienki (niektórzy to lubią), sam nie wiem, co jeszcze…
Iljicz wstał, obszedł biurko i przykleił wargi do bladego i szorstkiego policzka Piotra Piotrowicza.
Zaraz, zaraz – rzekł profesor – powoli zaczynam rozumieć… Jeśli Bóg istnieje, a ja wam pomogę z nim walczyć, to podejmuję ryzyko, duże ryzyko…
Iljicz ponownie się roześmiał. – Ano tak. Przyznaję, pod tym materacem leży maleńkie ziarnko grochu. Ale co tam! Jesteście przecież uczonym! Nie możecie zamykać oczu naprawdę. A poza tym, wiecie. .. – lewe oko zamknęło się na chwilę- istnieją sposoby, żeby sobie z Nim poradzić. Wystarczy powiedzieć: Jestem tylko biednym grzesznikiem, a On musi wam wybaczyć.
No, dobrze. Muszę was teraz pożegnać. Od jutra dostajecie do dyspozycji samo- chód i dwóch ochroniarzy. Jak znam tych księżulków, to gotowi wam jeszcze poderżnąć gardło. Pod warunkiem, że zareagują dostatecznie szybko. Prawdopodobnie jednak zaczną od przechwalania się. „Ha ! – powie pop Makary do swojego sąsiada, nauczyciela. – Sami widzicie, Mojseiczu, że przez te wszystkie lata to ja miałem rację !”. Dopiero potem do nich dotrze, że obaj zostali zapędzeni w kozi róg. Ale nigdy nic nie wiadomo. No, dobranoc, dobranoc.
I mały człowieczek, wczepiony w ramiona profesora, wypchnął go czule za drzwi. Feliks Edmundowicz wyszedł tuż za nim, wyprostowany, kręcąc sobie brodę charakterystycznym gestem duchownego.
========================
Członkom bandy Kitajców, którzy sami byli mali, piwniczka wydawała się znacznie wyższa i przestronna, niż była w rzeczywistości. Murowane ściany ustroili po swojemu. Przykleili do nich, przypięli, przyczepili i przybili gwoździami każdą skradzioną i jeszcze nie sprzedaną błyskotkę. Były tam bożonarodzeniowe girlandy, lusterka wszystkich kształtów, wyszywane cekinami sukienki, wisiory ze sztucznych brylantów, ozdóbki z diamencikami, kawałki jedwabnych tkanin, hiszpańskie grzebienie, orientalne wachlarze, ornaty, złote i srebrne talerze, biżuteria, balowe mantylki i papierki po cukierkach.
Przywódca Kitajców, Fied’ka, miał trzynaście lat. Pozostali byli jeszcze młodsi. Ich rodziców przeważnie zmasakrowali bolszewicy, z wyjątkiem kilkorga, których zabili Biali. Kitajcom nie robiło to różnicy. Dziewczynki zebrały i kradły, co się dało. Chłopcy żebrali i zabijali. Czasem, kiedy potrzebna była większa grupa, dziewczynki przyłączały się do chłopców, atakując na ulicy jakiegoś spekulanta lub innego pijanego bogacza, zdzierając mu z głowy czapkę, zabierając ubranie i bieliznę i okładając go bez litości swymi małymi, uzbrojonymi w ostre kamienie pięściami, niczym jaskiniowcy polujący na mamuta.
Mieli swoje prawa. Kto je złamał, tracił miejsce w grupie. I nie pozostawało mu nic innego, jak umrzeć z głodu lub zimna. Pewnego zdrajcę na wszelki wypadek od razu utopiono raz w ścieku, przytrzymując mu głowę pod wodą tak długo, aż wyzionął ducha. Ostatnio wiodło im się bardzo kiepsko. Kilkoro zostało złapanych i odesłanych do ochronki lub poprawczaka. Ale jeszcze gorzej wpadła konkurencyjna banda Arbatców. Czeka otoczyła ich (całe trzy setki dziewcząt i chłopców), wywiozła do kamieniołomu i rozwaliła z karabinów maszynowych. Nieliczni, którym udało się przeżyć, przyłączyli się do Kitajców, którzy mimo dzielącej obie bandy nienawiści przyjęli ich po bratersku.
Fiedka kazał rozpalić ogień z resztek boazerii pałacu Jusupowów. Dymiło, ale dym pachnie swojsko. A wszystkie porozwieszane na ścianach i błyszczące w półmroku złociste i srebrzyste przedmioty dodawały piwniczce przytulności. Była to meta Steńki Razina, grota Ali-Baby, a dla niektórych sypialnia rodzinnego domu, gdzie przed ikoną zawsze paliła się lampka oliwna. Fiedka porozstawiał czujki i straże w promieniu trzystu metrów od meliny. Sam leżał wyciągnięty na zrabowanej skórze białe go niedźwiedzia, pieścił swoją faworytkę – dwunastoletnią Nadię i słuchał swego osobistego trefnisia, mądrali Swena (nazywanego Świnią), także dwunastoletniego okularnika (w okularach, trzymających się na jednym tylko zauszniku, błyszczało już tylko jedno szkło), który śliniąc się z emocji, opowiadał mu przygody Rocambole’a. Tańczące płomienie ognia wydobywały z cienia postarzałe, ogorzałe i naznaczone bliznami pyszczki pół tuzina innych chłopców.
– I wtedy, wiesz, kiedy on wchodzi do tej piwnicy, to tam- ten mówi mu spokojnie, prosto w oczy, a tamten szuka w kieszeni noża, ..
– Czekaj, Świnia. Mów jasno – rzekł Fiedka surowo. Prosto w oczy – komu? I on w to znaczy kto, a tamten – to kto? – No, jasne że Rocambole, a tamten to…
Na zewnątrz rozległy się dwa przeciągłe gwizdnięcia. Starszy facet. Cisza. Jeden krótki gwizd. Burżuj.
– Poczekaj, Świnia. Zaraz dokończysz. Czterech ludzi ze mną. Będziemy rżnąć. Głos Fiedki nawet nie zadrżał.
– Jeśli macie rżnąć – rzekła Nadia, potykając się na obscenicznym słowie – to ja idę z wami. Jeszcze nigdy nie widziałam, jak się kogoś zarzyna. Dziewczynka była blada, miała jasnozielone oczy, wciśnięte w twarz ponad zadartym i usianym piegami noskiem. Nie miała brwi, co nadawało jej wyraz zdziwienia lub bezczelności.
Piwniczka miała połączenie z kanałem ściekowym. Wspięli się po żelaznej drabince, a Fiedka wysunął głowę na zewnątrz. Stary zbliżał się pospiesznym krokiem. Nagle stanął jak wryty, jak gdyby zobaczył na trotuarze odciętą głowę. W tych czasach wszystko było możliwe. Starzec wyglądał raczej na zagłodzonego, ale miał na głowie czapkę z lisa. Jego aksamitna pelisa była już nieco wytarta. Ale to był dobry aksamit i istniała szansa, że płaszcz został podbity wiewiórczym, a może nawet sobolim futrem.
Taktyka Fiedki była prosta: z przodu dywersja, z tyłu atak, z przodu ostateczny cios. Zajął pozycję na chodniku, na wprost ofiary. Za starcem, jeden po drugim, pojawiali się kumple z bandy, otaczając go stopniowo z obu stron i tworząc obręcz, zaciskającą się powoli, w miarę jak się do niego zbliżali, niemal bezszelestnie stawiając kroki w kradzionych, filcowych butach, pod którymi śnieg skrzypiał cicho, lecz złowieszczo. Starzec cofnął się.
Dzieci – rzekł – drogie dzieci, Boże dziatki…
Fiedka gwizdnął w chwili, gdy z kanału wychodziła Nadia.
Trzej chłopcy cicho podeszli do starca od tyłu.. Jeden skoczył mu na plecy, drugi rzucił się do nóg. Kiedy upadł na ziemię, trzeci uderzył go w głowę ołowianą rurą. – Zostawcie go mnie! – rozkazał Fiedka. Dobrze ich wytresował – posłuchali natychmiast. Cofnęli się.
Fiedka wiedział, że patrzy na niego stojąca z tyłu Nadia i że w najbliższych dniach udowodni jej, że jest mężczyzną. Na razie, mimo licznych wysiłków, jeszcze mu się to nie udało. Pochylił się nad rozciągniętą na śniegu pelisą i odchylił kołnierz. Tak, pod spodem było wiewiórcze futro, a na szyi złoty łańcuszek. Eh, ci burżuje! Wszyscy tacy sami. Wierzący czy ateiści, monarchiści czy republikanie – i tak nie zdejmują z szyi krzyżyka, który matka im zawiesiła podczas chrztu.
A za złoto Jakow Jakowlewicz dawał nie wiadomo skąd zdobytą mleczną czekoladę. Fiedka bardzo lubił mleczną czekoladę.
– No, dziadku – rzekł, spluwając tą stroną ust, gdzie brakowało mu jednego zęba – jak tam zdrówko? Bida z nędzą, co? Starość nie radość, jak mówią. Ale nie martw się, my ci pomożemy. A co z polityką? Może z niej jesteś przynajmniej zadowolony? Coraz lepiej się teraz żyje w Rosji, hę? Prawda, że lepiej, gnoju? i Fiedka spojrzał przez ramię na Nadię, która złożywszy dłonie, aż dygotała z ciekawości.
Piotr Piotrowicz, leżąc na plecach w śniegu, patrzył wytrzeszczonymi oczami na wykrzywioną ponad nim twarz chłopca. Miłego chłopca, którego rąk nie widział. Przypomniał sobie chłopca, którym sam niegdyś był.
Posłuchaj – wymamrotał – widzisz, że jestem stary. Pomóż mi wstać. Za moich czasów uczono, że należy pomagać starszym.
Nagle Piotr Piotrowicz zobaczył jego ręce. Były uzbrojone w deskę nabitą gwoździami. Pozostali chłopcy potrząsali taką samą bronią.
– Do dzieła, chłopaki! – krzyknął Fiedka. Jest wasz. Ale walcie po głowie, żeby nie podrzeć pelisy.
– To niepotrzebne, niepotrzebne. Pełnym obrzydzenia gestem Iljicz wskazywał na kajdanki, które eskorta uznała za stosowne założyć autorowi dowodu na istnienie Boga. Gorszkow z ulgą szybko rozkuł profesora i usłyszawszy: „Zostawcie nas, chłopcze”, zniknął z ulgą jeszcze większą. Piotr Piotrowicz już całkowicie wytrzeźwiał! Lodowato zimny samochód, trzęsący się po śnieżnych wybojach, przywrócił mu jasność myślenia. Jako człowiek, który całe życie posługiwał się intelektem, doskonale potrafił ocenić piramidę paradoksów, na szczycie której teraz się znalazł. On, ateista, dowiódł istnienia Boga, i on, rewolucjonista, miał teraz stanąć przed przywódcą rewolucjonistów – zabójców Boga. Wszystko to było tak absurdalne, że kiedy wprowadzono go do bezbożnego świętego świętych, właściwie nie odczuwał nawet strachu. Miał swoje powody. Jakiś czekista pewnie by go torturował lub po prostu wpakował kulkę w łeb! Ale Włodzimierz Iljicz, prawnik, człowiek wykształcony, a nawet po trosze szlachcic, być może zrozumie, że chodzi wyłącznie o pewną konstrukcję intelektualną, którą wystarczy zabrać sprzed oczu szerokiej publiczności, żeby przestała być groźna.
Ale sama obecność, wygląd i osoba Włodzimierz Iljicza natychmiast pogrążyły go w poniżającym przerażeniu, fizycznej trwodze, która sprawiła, że o mały włos nie spytał, czy może na chwilę wyjść. Fizyka czy metafizyka? A przecież drobny człowieczek, pochylony nad swoim małym i zastawionym trzema telefonami biurkiem (można się było domyślić, że czubki jego butów ledwo muskają rozłożoną na podłodze baranią skórę), nie miał w sobie nic imponującego. Ze swą łysą głową, ryżawą i przekrzywioną na bok bródką – przypominał wiejskiego belfra.
Na widok wchodzącego Piotra Piotrowicza kurtuazyjnie zerwał się na równe nogi, częstując go krótkim śmiechem i przepraszając za doznane niewygody. Trudno było uwierzyć, że ten mały człowieczek był potężniejszy od wszystkich carów razem wziętych. Ale to nie jego potęga powodowała skręt jelit profesora. A zatem co? Czy to, co było o nim powszechnie wiadomo? Kokoszkin i Szingariow zamordowani z jego błogosławieństwem w szpitalnych łóżkach? Wprawiające go w dobry humor lincze reakcjonistów lub liberałów? Rozkosz amatora, z jaką używał takich zwrotów jak: „zatłuc”, „bezlitosny terror”, „masowy terror”, których profesjonaliści, z czystej przyzwoitości, unikają, a o których on wiedział, ze znajdą natychmiastowe zastosowanie?
Potajemne zlecenie mordu na carskiej rodzinie, kiedy to w piwnicy zmasakrowano cara, carową, chorego carewicza, cztery młodziutkie carewny i ich wiernych służących? Nie, Piotr Piotrowicz zawsze wiedział, że umysł Iljicza w danym momencie skupiał się zawsze tylko na jednym przedmiocie, ograniczając go w sposób definitywny, i widział w tym korzyść dla rewolucji, dla której ów rewolucjonista poświęciłby Wszystko.
Brak litości był jego cnotą, a Piotr Piotrowicz nie bał się cnoty. Coś innego mroziło mu krew w żyłach i nie był to nawet strach o własne życie. Nie miał się cze- go bać ze strony tego człowieka, którego bał się i tak. Przez kilka chwil Iljicz przyglądał się swemu gościowi spod przymkniętego lewego oka i wygiętej w łuk prawej brwi. Potem uprzejmie wskazał mu wyplatane krzesło o prostym oparciu.
Gdy tylko Piotr Piotrowicz usiadł, Iljicz chwycił drugie krzesło za oparcie i unosząc je jedną ręką, z siłą, której nikt by się nie spodziewał po tak drobnym mężczyźnie, postawił je tuż obok pierwszego i usiadł, kolanami niemal dotykając kolan swego rozmówcy, co stwarzało wrażenie niezwykłej bliskości. – A więc, powiedzcie mi. . . – zaczął przyjaźnie, a jego łysina świeciła pod szklanym abażurem niczym aureola w naprawdę sądzicie, żeście dowiedli jego istnienia?
Piotrowi Piotrowiczowi zależało na życiu, odpowiedział więc szybko – za szybko: – Ależ nie, nie, wielce szanowny Włodzimierzu Iljiczu, nie można powiedzieć, że dowiodłem. Wręcz przeciwnie.
Iljicz gwałtownie odsunął się do tyłu. – A to szkoda – rzekł sucho. – Jeśli to prawda, to naraziłem Was na stratę czasu i bardzo za to przepraszam. Jak wiecie, w naszych czasach nie jest bezpiecznie żartować sobie publicznie na takie tematy i śledztwem będzie się musiała zająć Czeka. Krótko mówiąc, wrócicie w „nie tak bardzo odległe” miejsce, z którego przybyliście (roześmiał się niewesoło, używszy tego eufemizmu, za caratu służącego za określenie zachodniej Syberii), ale pewnie nie będzie wam tam tak wygodnie, jak tutaj. (wypowiadał się w ładnym stylu – brzmiało to jak tekst z książki szalenie „kulturalnego” autora). A jednak, mam nadzieję, Piotrze Piotrowiczu, że grzeszycie teraz skromnością lub niepotrzebnym lękiem i ze z Bożą pomocą uda nam się skłonić wasz mózg do pracy tu i teraz, w tym względnie cywilizowanym miejscu.
Piotr Piotrowicz obrzucił przelotnym spojrzeniem wyklejone mapami ściany, okna bez zasłon, słowniki i atlasy na regałach, portret Marksa, tabliczkę „Zakaz palenia” oraz głośno huczący holenderski piec i pomyślał, że faktycznie, lepiej mu było w tym spartańsko urządzonym biurze niż w betonowej klatce w podziemiach budynku Wszechrosyjskiego Towarzystwa Ubezpieczeniowego. Rachunek prawdopodobieństwa dowodzi, że znacznie mniej się ryzykuje, przebywając w oku cyklonu lub w leju po bombie.
Iljicz wstał i przemierzał pokój z założonymi rękami – prawą dłoń wsunął pod lewą pachę, a lewą pod prawą, co nadawało mu wygląd małej beczki na wodę. – Piotrze Piotrowiczu – rzekł – znam waszą reputację. Jesteście uczonym, nie – Bogu dzięki – jakimś żartownisiem. Przestaliście w i e r z y ć szesnaście lat temu, brylowaliście w lutym, my z głupoty pozbawiliśmy was stanowiska, ale wy nie mieliście nam tego za złe. Krótko mówiąc, jakoś tak odruchowo mam do was zaufanie i jeśli mówicie, żeście dowiedli istnienia Boga, to wierzę wam bez dwóch zdań. Zanim jednak pójdziemy dalej, powiedzcie mi jedno: czy to odkrycie zmieniło coś w waszym życiu?
Piotr Piotrowicz zastanowił się przez chwilę. Iljicz naciskał: – Zaczęliście może całować ściany, bić pokłony, robiąc sobie siniaki na czole i wybaczać Wszystkim naokoło, w tym carowi?
Nie, Włodzimierzu Iljiczu. Nic takiego nawet nie przyszło mi do głowy.
Świetnie, doskonale. I kiedy mówicie, żeście dowiedli istnienia Boga, to macie na myśli fakt, że zbudowaliście równanie opisujące wszechświat, a jego rozwiązaniem, czyli powiedzmy dla uproszczenia, wartością x, jest Bóg?
Włodzimierzu Iljiczu, mam nadzieję, że nie mylicie beznamiętnego badania naukowego z zaangażowaniem politycznym. To prawda, że moje obliczenia, jakby to powiedzieć, poprowadziły mnie w kierunku, który wskazujecie, ale daję wam słowo honoru, że nigdy nie wyjawię wyników, do których doszedłem. Za bardzo jestem przywiązany do zdobyczy rewolucji w tej dziedzinie, jak i Ww każdej innej…
Powoli, powoli. Najpierw odpowiedzcie mi na następujące pytanie: czy Bóg, którego odkryliście, jest po prostu wolterowskim Zegarmistrzem, platońskim daimonem czy też Wielkim Piłkarzem, który silnym kopniakiem wprawił w ruch wszechświat?
– Hm, nie bardzo… Włodzimierzu Iljiczu, udowodniłem matematycznie, że Bóg jest zarazem jednią i trójcą, że stworzył świat i działa w nim jako mediator.
Krótko mówiąc, ten Bóg, którego istnienie żeście udowodnili, to nie jakiś tam bóg, ale ten, który wskrzesza zmarłych, każe rodzić dziewicom i zakazuje chabaniny w poście?
Piotr Piotrowicz nie miał odwagi odpowiedzieć. Iljicz, który teraz przestał chodzić, wpatrywał się w niego, lekko się kołysząc, jakby czuł się trochę niepewnie. Przez grzeczność, Piotr Piotrowicz także chciał wstać.
Iljicz roztargnionym gestem pchnął go z powrotem na krzesło. Jego oczy błyszczały – zwłaszcza to, które miał półprzymknięte.
Tak, tak… Co za okazja! Co za okazja! – wymamrotał. – Teraz mam cię w garści, mój drogi. Zawsze powtarzam – kto kogo… I to ja dorwałem ciebie, teraz jestem już pewien. Przekonasz się, ze ukrzyżowanie to była bułka z masłem.
Wybuchnął porozumiewawczym śmiechem, a gdy jego oczy pozbyły się już owego chorobliwego blasku, śmiał się dotąd, aż Piotr Piotrowicz także wydał z siebie kilka uprzejmych czknięć, mówiąc sobie w duchu, że teraz już wie, co go tak przeraża w tym człowieku. Wśród ludzi są tacy, którzy kochają, i tacy, którzy nienawidzą, ale ogólnie rzecz biorąc, wszyscy bardziej kochają niż nienawidzą. Ten człowiek bardzo nienawidził i wcale nie kochał. Niczego. Nikogo. Nigdy. Och, mógł do woli bawić się z dziećmi w kotka i myszkę, albo głaskać z roztargnieniem swoją sukę Aidę, ale i tak nie było na świecie ani jednej rzeczy, ani jednego przyjaciela, ani jednej kobiety, którą kiedykolwiek obdarzyłby miłością. Nie kochał też samego siebie. Czy kochał rewolucję? Nie. Całą jego energię pochłaniała nienawiść do Boga.
Wszystko postawiłeś na jedną kartę, Jezusku – monologował Iljicz. – Tym razem jednak przegrałeś.
Piotr Piotrowicz zastanawiał się, czy przywódca narodu czasem nie oszalał. Kiedy jednak usiadł za biurkiem, żeby pedantycznie przełożyć parę nożyczek na prawo od linijki i na lewo od niebiesko-czerwonego ołówka, jego oczy były doskonale przytomne.
Porozmawiajmy jeszcze przez chwilę. Jeśli pokażecie swoje obliczenia jakiemukolwiek innemu matematykowi – bo to właśnie jest, zdaje się, kryterium obiektywizmu, prawda? – to dojdzie on do takiego samego wyniku jak wy? – Włodzimierzu Iljiczu, nie zachowałem tych obliczeń i przysięgam, że…
Ale moglibyście je odtworzyć?
Nie zrobię tego. Słowo honoru.
Nie macie chyba zaników pamięci, co?
Piotr Piotrowicz pomyślał, że Iljicz rzuca mu ostatnią deskę ratunku i wybełkotał z wdzięcznością: – Tak, właśnie tak. Ostatnio coraz bardziej…
Ale nie tym razem – rzekł Iljicz zimno. – I to w waszym własnym interesie ~ dorzucił z porozumiewawczym uśmiechem. – Ile wam zajmie odtworzenie obliczeń?
Czy ja wiem… Kilka godzin.
– Świetnie. Czy są w naszym kraju matematycy zdolni pojąć wasz tok rozumowania?
Doskonale. (Iljicz wstał i znowu zaczął chodzić, opleciony własnymi ramionami). Drogi Piotrze Piotrowiczu, rewolucja miała swoje trudne czasy. Zdarzało jej się nawet wisieć na włosku. Gdyby Kołczak był piechurem, a nie marynarzem, ja, który do was mówię, już leżałbym w jesionowej skrzynce, a Jego Cesarska i Pobożna Wysokość Wielki Książę Kirył Władimirowicz byłby dziś carem Wszechrosji.
Teraz jest nieco lepiej, ale wciąż jeszcze bywa różnie i to wcale nie z przyczyn ekonomicznych, bo Rosjanom, dzięki Bogu, nie przeszkadza zdychanie z głodu. Zresztą, po wprowadzeniu NEP-u powinno być lepiej. Nie, tym, który wciąż próbuje nam wsadzić kij w szprychy, jest... O n.
Kto? – spytał Piotr Piotrowicz, bojąc się, że rozumie, i bojąc się, ze nie rozumie.
Zawsze ten sam, rzecz jasna.
Czyli kto? Kto? ~ naciskał uczony niemal histerycznym tonem. Iljicz ze złością zmrużył lewe oko.
No ten, przeciw któremu zrobiliśmy rewolucję. Nie myślicie chyba, że rozpętaliśmy ją przeciw carowi? Jedynym przeciwnikiem na naszą miarę jest Galilejczyk, jak Go nazwał Julian Apostata, wyznając, że został przez Niego pokonany. Król żydowski. Słowo Wcielone. Syn Człowieczy. Syn Boży. Mesjasz. Pomazaniec Boży. Nazwijcie Go, jak chcecie.
Proszę wybaczyć, Włodzimierzu Iljiczu. Może to zmęczenie, może wódka (nie nawykłem), a może późna pora lub po prostu strach… Ale mam wrażenie, że słyszę coś, co jest zupełnie niemożliwe. Wierzycie w Jezusa Chrystusa? Wy?
Iljicz sprawiał wrażenie, jakby nie usłyszał pytania. – Jednak, chwała Bogu – ciągnął – z waszą pomocą wytrącimy Mu broń z ręki. Wasza dzisiejsza wizyta, drogi Piotrze Piotrowiczu, jest czymś absolutnie niespodziewanym. Powiedziałbym nawet: opatrznościowym. Wiecie, że nie oszczędzaliśmy dotąd na środkach. Neron i Dioklecjan to przy nas smarkacze. Ale ja, głupiec, zupełnie nie wyciągnąłem wniosków z historii. Mówiłem sobie: za mało ich zabili. Zabijmy ich więcej, a w końcu go zniszczymy. Ale to nie poskutkowało. Bo On jest bardzo silny, rozumiecie? Kiedy zaczyna zwyciężać, idzie Mu gorzej. Ale męczony, rośnie w siłę z każdym ciosem. Nie rozumiałem tego. Postanowiłem więc dobrać się do tego ich Kościoła. I stworzyłem inny – taki, w którym popi mogą się rozwodzić ze swoimi wąsatymi popadiami i żenić z młódkami. To jednak nie działa. On nadal jest silny, bo słabość to Jego siła. Ale wy, jeśli Bóg pozwoli, zapędzicie Go w kozi róg. Tak, zaiste sam Bóg was zsyła. Nareszcie rozumiem. Piotr Piotrowicz wyprostował się z godnością, z godnością uczciwego człowieka nauki, i patrząc w oczy absolutnemu panu i władcy stu osiemdziesięciu milionów ludzi, rzekł:
– Szanowny Włodzimierzu Iljiczu, nie wiem, czy kpicie sobie ze mnie, ale to, co mówicie, jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Zechciej cie mi to wytłumaczyć. Włodzimierz Iljicz roześmiał się uprzejmie i wyrozumiale. – Powierzę wam pewną tajemnicę. Ja sam nigdy nic nie rozumiałem z tej historii. Ale kiedy ma się w ręku twarde fakty… Fakty, które na naszym poziomie…
Podniósł słuchawkę jednego z trzech telefonów i wykręcił dwucyfrowy numer. , a wygląda na to, że daliście nam broń, jedyną broń…
Po czym rzucił w słuchawkę : – Feliks Edmundowicz? Wybaczcie, że kazałem Wam czekać. Nie, Boże broń, nie sądzę, żebyście musieli zabierać mojego przyjaciela, Piotra Piotrowicza, do waszego mrocznego królestwa. Wygląda na to, że gotów jest mówić bez tych waszych środków perswazji. Jest tylko, co zrozumiałe, nieco zaskoczony i pobudzony. I sądzę, że jesteście bardziej kompetentni ode mnie, żeby mu to wszystko wytłumaczyć. To nie moja dziedzina, rozumiecie. Czekam na was.
Iljicz odłożył słuchawkę i znowu roześmiał się krótko i szczerze.
– Widzicie, Piotrze Piotrowiczu, nie bardzo wiedziałem, jak się zachowacie. Musicie mi więc wybaczyć, że na wszelki wypadek poprosiłem naszego wspaniałego Feliksa Edmundowicza, by czekał w gotowości. To wszystko jest dla nas absolutnie zbawienne (proszę się nie doszukiwać gry słów). .. Gdybyście nie wykazywali chęci do współpracy, musielibyśmy prosić, żeby Feliks Edmundowicz was do niej nakłonił. A ponieważ jesteście naprawdę sympatyczni, dziękuję Bogu, że to on będzie mówił do was, a nie odwrotnie. Sami zobaczycie – jest niesamowity.
============================
Piwnice budynku Wszechrosyjskiego Towarzystwa Ubezpieczeniowego wydrążono w głąb. W taki sposób, by utworzyć wiele podziemnych pięter (a raczej negatywów pięter), na których mieściło się mnóstwo betonowych cel. Niektóre z nich, niskie i po- dłużne, tworzyły coś w rodzaju grobowca dla jeszcze żywych trupów. Inne miały kształt szafek, W których można było przebywać Wyłącznie na stojąco. Jeszcze inne, tak zwane „dyscyplinarki”, były tak zbudowane, aby nie można W nich było ani stać, ani siedzieć, ani się położyć.
Pewnego dnia będzie tutaj można otworzyć niezwykłe muzeum. Przesłuchiwany przez Bezzuba ksiądz wrzucony został do nieco większej celi – metr na dwa. Teraz klęczał i podzwaniając łańcuchami, bił pokłony, dysząc, rzężąc i uderzając krwawiącym czołem o betonową podłogę, po czym odrzucał głowę w tył, wbijając pytający wzrok w betonowy sufit, jakby to była kopuła cerkwi lub sklepienie niebios. Po jakimś czasie ujrzał, jak z kąta celi wydostaje się światło. Wcale go to nie zaskoczyło i odwrócił się ku światłu z jękiem wdzięczności. – Wyślij swoje anioły, Panie! Wyślij swoje anioły! Wszak Cię ostrzegłem. Nie pozwól mu! Niech się nie waży! Powstrzymaj go, Panie! Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zabij go! Bo nie ma innego wyjścia.
===============================
Profesor wiedział, kim jest Feliks Edmundowicz. Wszyscy wiedzieli, kim jest Feliks Edmundowicz – naczelny oprawca nowej władzy. Ponieważ jednak profesor był zwolennikiem nowej władzy, nie myślał o nim w ten sposób. Dla niego był to ktoś, kto się poświęcał, wykonując brudną, acz niezbędną robotę i ukręcając łeb reakcjonistycznej hydrze. Nie bądźmy sentymentalni. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą – mówi ludowe przysłowie. Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Nie wleciał przez nie nawet najlżejszy podmuch. Światło nawet na moment nie przygasło.
Zjawił się nagle, niczym duch. Czarne spodnie, czarny sweter, czarna koszula, czarne włosy sterczące nad owalnym czołem, pięknie wykaligrafowane, niemal chińskie brwi- władcze, wypielęgnowane, gładkie i szpiczaste. Było w nim coś za- równo z don Kichota, jak i Mefistofelesa.
Feliksie Edmundowiczu, oto Piotr Piotrowicz Czebrukow. Tak, Feliksie Edmundowiczu, raczej mam do niego zaufanie. On zaś chciałby zrozumieć. Wiecie, że to nie moja działka. To wy, dzięki Bogu, studiowaliście u rzymskich katolików. Seriös. Gründlich. Nie jak nasi tłuści i żonaci popi. Oczywiście, przeczuwałem… Marks też musiał przeczuwać… Ale jestem wam wdzięczny, żeście mi uświadomili. … A teraz wyjaśnijcie to jemu.
Piotrowi Piotrowiczowi nagle zrobiło się zimno. To ci dwaj mężczyźni emanowali zimnem – jeden siedzący za biurkiem, roześmiany, z dłońmi pod pachami, zmrużonym okiem, prowokującą bródką – można by rzec: karykatura z „Krokodyla”; drugi – stojący, z małą, jeleniowatą głową, chwiejącą się pod zielonym abażurem, jakby była oderwana od czarnego korpusu, także wydzielający chłód, niczym lodówka. A może było inaczej, może wcale nie emanowali zimnem, tylko pochłaniali całe ciepło. Normalnie wszystkie rzeczy – ściany, karty do gry, ludzka skóra – odbija wydzielane przez nas ciepło. Oni nie.
Feliks Edmundowicz zaczął mówić przymilnym głosem, mocno z polska akcentując przedostatnie sylaby i wymawiając „l” jak „ł”.
– Pozwolicie, że spytam: jesteście ateistą?
– Ależ oczywiście. Macie mnie za zacofanego?
– I dowiedliście istnienia Boga?
– Dowodzi się, drogi panie, tego, co jest. Nie tego, czego by się chciało dowieść. – Świetnie. I mimo to nadal jesteście ateistą?
Piotr Piotrowicz nigdy się nad tą kwestią nie zastanawiał. Jednak natychmiast ocenił jej daleko idące konsekwencje.
– Moja ateistyczna Weltanschauuung nie uległa zmianie. Muszę jednak ugiąć się przed tą matematyczną prawdą: Bóg istnieje. Lub raczej – ponieważ słowo „istnieje” komplikuje sprawę – Bóg jest..Równanie uniwersalne nie znajduje innego rozwiązania.
– I wasza Weltanschauuung nawet w obliczu tego faktu pozostaje niewzruszona? Zapał naukowy Piotra Piotrowicza był tak silny, że zapomniał o strachu i zimnie. Zastanowił się przez chwilę, a Feliks Edmundowicz uprzejmie czekał na odpowiedź. – Wiecie – rzekł w końcu profesor z lekkim śmiechem – zaczynam rozumieć, co macie na myśli. Zasadniczo byłoby to logiczne, nieprawdaż, by od chwili, gdy ma się pewność, zacząć się zachowywać jak wierzący. Mnie to jednak nawet nie przyszło do głowy. Pewność i wiara to dwie różne sprawy. Chcę przez to powiedzieć, że fakt, iż x/y = B to jedno, a poszczenie w piątki to drugie.
I nigdy nie przyszło wam do głowy – spytał Iljicz – że teraz możecie być pewni własnej nieśmiertelności? Albo raczej, że rezerwujecie sobie miejsce w piekielnym kotle? –
– Otóż, proszę sobie wyobrazić, że nie. Po prostu, stwierdziłem, że rozwiązałem równanie. Tylko tyle. Dwaj pochłaniający ciepło mężczyźni pokiwali do siebie głowami.
A co wiecie o Ewangelii? – spytał Feliks Edmundowicz głosem kaznodziei. – – No, cóż. Naturalnie, kazano mi ją czytać, kiedy byłem mały – rzekł Piotr Piotrowicz, wciąż rozdarty między pragnieniem przedstawienia sytuacji obiektywnie a obawą, że w oczach tych dwóch ateistów, którzy mieli władzę nad jego życiem i śmiercią, wyjdzie na wierzącego. Ale niewiele mi zostało w głowie. Pamiętam tylko, że pełno tam cudów.
– Cudów. Świetnie. (Zabrzmiało to tak, jakby Feliks Edmundowicz postawił mu dobrą ocenę). Ale może nie aż tak wiele, jak wam się wydaje. Są tam też pewne nauki. Jednak z naszego punktu widzenia, macie rację – to cuda są najważniejsze.
– Nigdy w to nie wierzyłem – rzekł Piotr Piotrowicz, jakby uprzedzając cios.
– I nadal nie wierzycie? – spytał Feliks Edmundowicz. – Mimo waszego odkrycia?
– To znaczy… Oczywiście, macie rację. Jeśli zmienia się hipotezę, to całe rozumowanie także się zmienia. Założenie, że 1 = 1, to coś innego niż przyjęcie, ze świat można poprawnie opisać wyłącznie zakładając, że 1 = 3, to… tak, oczywiście… Coś, co jest absurdalne w świecie, gdzie 1 = 1 jest całkowicie naturalne w świecie, gdzie 1 = 3.
Robimy postępy. Ale nie o to mi chodziło. Jeśli chodzi o te cuda… niczego nie zauważyliście? Co?
Nie mogę powiedzieć, bym… Piotr Piotrowicz rzucił spojrzenie Iljiczowi, który z ramionami przyciśniętymi do ciała, przekrzywioną na jedną stronę bródką i miną groźnego, ale i nie pozbawionego poczucia humoru karła, wydawał się szczerze ubawiony.
Proszę sobie wyobrazić, jak w każdej chwili życia Jezus musiał walczyć z pokusą czynienia cudów. Oczyścił dziesięciu trędowatych, a przecież było ich dziesięć tysięcy. Wskrzesił Łazarza, a przecież w Izraelu każdego dnia umierało mnóstwo ludzi. Jezus szedł przez życie, powstrzymując się od czynienia cudów. Musicie zrozumieć, że dla Niego, Stwórcy świata, rozmnożenie dwóch ryb do liczby pięciu tysięcy nie było trudniejsze niż dla nas przemnożenie pięciuset przez dwa. Trzeba sobie zdać sprawę, że Słowo Wcielone było w sytuacji agenta wykonującego misję. Jaką misję? Oto jest pytanie. W każdym razie, tajną.
Sam powiedział, że mógł uniknąć ukrzyżowania – gdyby tylko poprosił, dwanaście anielskich legionów przybyłoby Mu na ratunek. Ale nie wysłał tej prośby do Centrali. A przecież nie chciał zostać ukrzyżowany, To też powiedział. Mogę warn podsunąć odpowiednie cytaty, jeśli was to interesuje. Skąd więc to zachowanie, tak niezrozumiałe dla każdego, kto nie jest zawodowcem? A stąd, że tajemnica stanowi część misji. Faryzeusze krzyczeli do Niego: „Zejdź z krzyża, jeśli potrafisz!”. Oczywiście, że potrafił. Ale nie zszedł. Bo gdyby to zrobił, zdradziłby tajemnicę. A to oznaczałoby klęskę misji.
Kiedy wysłałem szpiega do Kołczaka, a Kołczak go zamknął, ów człowiek, chociaż mógł się ze mną skontaktować, nie poprosił, bym rzucił na jego ratunek Armię Czerwoną. Gdyby bowiem jego list został przechwycony, tajemnica wyszłaby na jaw. Umierał więc bez słowa skargi. I prawie się nie zastanawiał, dlaczego nic w jego sprawie nie robię. A ja nie robiłem nic, ponieważ agent zdemaskowany jest bezużyteczny. (Feliks Edmundowicz mówił tonem nieskończenie cierpliwym, jakby przemawiał do upośledzonego na umyśle). Nie wiem, czy wyrażam się jasno. Nie zwykłem mówić do uczonych.
Rozumiem doskonale.
Świetnie. Jak więc widzicie, czynnik tajemnicy jest nie- zwykle ważny. Ojciec zgadza się, by Jego Syn zmarł na krzyżu, by fakt, że jest Synem, nie wyszedł na jaw przed czasem, a tylko On jest panem czasu. Zwróciliście na to uwagę? Wróćmy teraz do cudów. Od pierwszego poczynając. W Kanie brakuje wina, Maria interweniuje – wie, że Syn może uratować sytuację. On początkowo odpowiada: „Jeszcze nie zacząłem mojej misji. Chcesz, żebym się zdradził, pokazując, że mogę przemieniać wodę w wino, bo wino i woda do Mnie należą, a przemiana jednego w drugie jest dla Mnie równie łatwa, co powiedzenie: oto woda, o, przepraszam, chciałem powiedzieć – wino?”. A jednak w końcu to czyni, bo wypełniając misję i tak zdradzamy się na każdym kroku.
Nie ryzykuje jedynie ten, kto nic nie robi. A przecież czasem trzeba wyciągnąć sztylet, zatelefonować lub poszukać czegoś w sejfie. Chodzi jednak o to, żeby zdradzić się w jak najmniejszym stopniu. Właśnie ta umiejętność, ta zawodowa przezorność wygląda z kart Ewangelii. Syn uzdrawia paralityków i ślepców, wskrzesza umarłych, ale jakże oszczędnie! Zwykle dopiero wtedy, gdy Go o to proszą. I często zaleca dyskrecję. „Nikomu ani słowa. Zachowaj to w tajemnicy”. Czasem tylko mówi: „Idź i pokaż się kapłanom”. Jakby przekazywał hasło. Półgłosem. Zawsze półgłosem. Dlaczego? Otóż dlatego, że bez tajemnicy Jego misja przestałaby mieć rację bytu. A przecież mógłby powiedzieć: „Jestem Mesjaszem. Dowód? Proszę bardzo! Mówię tej górze, by rzuciła się w morze…”. I góra natychmiast rzuciłaby się w morze, bo kiedy ja postanawiam strzelić palcami, to mój kciuk i środkowy palec natychmiast robią „klik!” (Jego palce strzeliły głośno). Ale On tego nie zrobił. Dlaczego? Swoją tożsamość odkrywał za pomocą aluzji, pytań i sugestii – i czynił to nawet wobec swoich agentów, których po kolei werbował. „Za kogo mnie uważacie?”. „Rzekłeś”. „Mój Ojciec”. Tak. Tylko tak. Ale nigdy Wprost: „Jestem Synem Bożym”. Ani: „Jestem Synem Człowieczym”. Dlaczego? Teolodzy mają na to gotową odpowiedź: nie chciał gwałcić naszej wolności. Słusznie, tylko co to właściwie znaczy? Czy my wahamy się pogwałcić wolność ludzi dla ich własnego dobra? A przecież On miał klucze do dobra absolutnego…
Można powiedzieć, że w pewnym sensie jest On Wszechmocny, ale być może, w jakiejś chwili słabości zrezygnował ze swojej wszechmocy, a my prześliznęliśmy się przez oczka sita. I oto jesteśmy. Mamy naszą szansę. Mamy szansę Go pokonać. Sam nam ją dał. A ponieważ Go nienawidzimy, zamierzamy wykorzystać okazję, którą w swojej naiwności nam podsunął. Czy wyrażam się jasno? Rozumiecie, co mówię?
Piotr Piotrowicz wymamrotał ironicznie, że jest w stanie zrozumieć funkcje różniczkowe, a przy niewielkim wysiłku nawet całkowe.
Feliks Edmundowicz ciągnął więc niewzruszony: – Co jest celem Boga? „Bóg stał się człowiekiem, by człowiek mógł stać się Bogiem”. Cyprian z Kartaginy. Historia zbawienia to zaledwie epizod w historii przebóstwienia człowieka. Jeśli Bogu nie uda się przebóstwić człowieka, Jego akt stworzenia okaże się chybiony. Co, nie ukrywam, sprawiłoby nam wielką przyjemność. (Iljicz pokiwał głową i kilkakrotnie stuknął niebiesko-czerwonym ołówkiem w leżące na biurku papiery). Żeby jednak dokonać przemiany człowieczeństwa w Bóstwo, potrzebne jest pewne narzędzie. I to właśnie narzędzie próbujemy w miarę możliwości sabotować. Jak na razie, szło nam kiepsko. . . Ale wy daj ecie nam do ręki broń, która pozwoli nam je zniszczyć.
Zaraz, zaraz – rzekł Piotr Piotrowicz. – Cały wasz wywód prowadzony jest tak, jakby Bóg naprawdę istniał. Ale przecież wy nie jesteście matematykami. Nie dowiedliście Jego istnienia. Czy to znaczy, że… wierzycie…?
Jego spojrzenie wędrowało od jednej twarzy do drugiej. Na ustach Iljicza igrał uprzejmy uśmiech. – Niech wam to nie zaprząta głowy, miły Piotrze Piotrowiczu. My funkcjonujemy na innym poziomie, niż wy. I mamy inne źródła informacji. To nie jest tak, że istnieje tylko dowód matematyczny i prosta wiara ludu.. .
– Feliksie Edmundowiczu, mówcie dalej.
A zatem, kontynuuję. Jak wiecie, Bóg nigdy nie objawił się ludziom. Wprawdzie ukazał się Mojżeszowi, ale w postaci zawoalowanej. Co to oznacza? Teolodzy sądzą, że widok Boga byłby dla nas niczym oglądanie słońca z bliska ~ światło o niewyobrażalnie wielkiej mocy oślepiłoby nas i spłonęlibyśmy na miejscu. Faktycznie, niewykluczone, że widok Boga musiałby zniszczyć człowieka w jego obecnym stanie. Ale możliwe też, że to taka sama bajeczka jak ta o wilkołaku w szafce z konfiturami. Nieważne.
Plan Boży nie przewiduje, by człowiek ujrzał Boga – wszystko się do tego sprowadza. W waszym dowodzie nie chodzi o to, żeby Boga zobaczyć, a co za tym idzie, nie ryzykujemy, że zostaniemy oślepieni. Mamy Go odkryć za pomocą poznania, które nie jest dla nas groźne, ale i tak sprzeczne z Bożym planem.
Teraz rozumiecie zapewne, dlaczego nas to interesuje. Zajmijmy się teraz owym narzędziem przebóstwienia człowieka, które zwie się wiarą. Jest to narzędzie sensu stricte. Kiedy Jezus mówi o wierze przenoszącej góry, należy to brać dosłownie. Wiara to buldożer. Wróćmy do cudów. Zdarzają się tylko wtedy, gdy wiara jest wystarczająco silna. Wiara została poczytana Abrahamowi za cnotę. Wiara jest dla człowieka przepustką do tamtego świata. Spójrzcie na mnichów, którzy dla niej gotowi są zrezygnować z doświadczeń męskości. Spójrzcie na męczenników, którzy dla niej pozwalają rozszarpać swoje ciało na kawałki. Wiara to obrona przed upadkiem. Wiara to znaczona karta Pana Boga. Cała zawiera się w jednej formule, równie genialnej co wzór Einsteina: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. Gdyby nie był w niebie, czyli gdzie indziej, nie byłoby wiary. Albowiem wiara zakłada brak pewności. Przypomnijcie sobie Pawła z Tarsu. Powiedział, że Grecy szukają mądrości, Żydzi znaków, a jedyne, co można im zaoferować, to ukrzyżowany Bóg. Czyż nie oznacza to, że wiara jest jedyną możliwą drogą? Postanowiliśmy więc zniszczyć wiarę, która jako jedyna może doprowadzić do realizacji Bożego planu. Użyliśmy wszystkich dostępnych środków terroru propagandy, infiltracji.
Ale okazało się, że te środki, jakże skuteczne w walce politycznej – w końcu to za ich pomocą zniszczyliśmy monarchistów, liberałów, mienszewików, a za chwilę przeciągniemy na naszą stronę zagraniczne mocarstwa są zupełnie nieskuteczne W walce z wiarą. Wiara wciąż się nam opiera. Niezrozumiałe? Przeciwnie. To przez ten Chrystusowy kruczek: kto traci, ten zyskuje. On po prostu gra w inną grę niż my. Włodzimierz lljicz jest człowiekiem praktycznym, więc powiedzieliśmy sobie (obaj mężczyźni wymienili spojrzenie, które można by uznać za niemal frywolne), że musimy się nauczyć w nią grać. Ale nie wiedzieliśmy, W jaki sposób. Zresztą, jak by to powiedzieć, nie było to zgodne z naszym temperamentem. Nasz cel jest jasny: doprowadzić do tego, żeby Bóg zostawił człowieka w spokoju, żeby przestał kołatać do jego drzwi. I najprostszą metodą jest mu je otworzyć. A jak? Mamy wrażenie, że właśnie Wy możecie nas tego nauczyć.
***
Cela księdza była teraz skąpana w tak silnym świetle, że musiał zamknąć oczy i przycisnąć do nich pięści, gdyż powieki nie stanowiły już dostatecznej ochrony dla jego źrenic. Wciąż jednak rzęził:
Wyślij swoje anioły, Panie Zastępów! Wyślij swoje anioły, bo będziemy zgubieni. Ocal nas. Ocal drugiego Judasza.
***
Powstaje następujące pytanie – ciągnął Feliks Edmundowicz. Co się stanie, gdy ludzie zyskają pewność, że Bóg istnieje? To prawda, nie wszyscy zrozumieją wasze matematyczne wywody ale ludzie mają zaufanie do lepiej od siebie wykształconych. Nikt nie podważa odkryć Newtona czy Einsteina, a jeśli pewnego dnia kosmonauci polecą na Księżyc, to cała ludzkość przyjmie to za fakt, choć nie będzie im w tej podróży towarzyszyła. Tylko, że taki kredyt zaufania nie ma nic wspólnego z wiarą. Wynika z tak zwanego poznania pośredniego, a to coś innego. Zatem na słowo kilku uczonych ludzie przyjmą, że Bóg istnieje, podobnie jak przyjmują, że E = mc2. Czy ich życie się zmieni? Zakładam, że będą starali się zabezpieczyć.
Spróbują dowiedzieć się od Bóstwa, jaki jest aktualny kurs grzechów i kar, dobrych uczynków i nagród. I jeśli tę wiedzę posiądą, będą ją stosowali najlepiej jak potrafią, w swoim dobrze pojętym interesie. Jeśli zaś nie posiądą, to zgodnie z własnym instynktem spróbują prognozować i podejmować ryzyko. Wszyscy dobrze wiemy, że istnieje policja, a mimo to popełniamy przestępstwa. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Zdaję sobie sprawę, że przed Nim raczej trudno się ukryć. Skoro jednak Bóg nie może na poważnie domagać się, żebyśmy byli doskonali (sam nas stworzył, wie, jacy jesteśmy), to mamy jakiś margines tolerancji. Ludzie będą mieli nadzieję, że ten margines jest spory i nie staną się wiele lepsi. Będą natomiast, być może, chodzili w niedziele i święta do kościoła. Trzeba będzie zbudować więcej cerkwi. Ale będą do tego podchodzili jak do służby wojskowej. Z obowiązku. Żeby sobie uzbierać więcej zasług. A przecież nawet ja, który wywodzę się z Kościoła rzymskokatolickiego, dobrze wiem, że zasługi to tylko element dyscyplinujący i Duch Święty nic do tego nie ma. Może będą dawali większe jałmużny, ale tylko tak, jak się płaci podatki. I będą co tydzień przyjmowali komunię , tak jak się przyjmuje lekarstwo. Jak widzicie, dalekie to wszystko od planu Jezusa Chrystusa, który mówi: „Weź swój krzyż i pójdź za Mną”.
W wierze jest swoisty dynamizm, ponieważ jest ona chwiejna. W wiedzy tego dynamizmu nie ma, właśnie dlatego, że z definicji jest ona czymś pewnym. Czy słyszeliście, by ktoś oddał życie za wzór matematyczny?
– No może… Galileusz – nieśmiało mruknął Piotr Piotrowicz.
– Galileusz! Ależ on się wycofał! A jeśli nawet Giordano Bruno zginął na stosie, to wcale nie dla nauki, ale dla wolności, czyli znowu dla Chrystusa. Jest inny problem, powiecie. Ludzie przestaną się zapisywać do organizacji ateistycznych, zatriumfują kółka różańcowe, a komuniści i ich partie poniosą klęskę. I co z tego! Co nam po partiach i samych komunistach? Zdecydowanie wolimy kółko różańcowe bez Chrystusa od bolszewickiej komórki partyjnej wciąż jeszcze zajętej walką z Chrystusem. Włodzimierz Iljicz ma takie powiedzonko które lubi powtarzać: „Kto kogo dopadnie?”. Tylko to się liczy. Tak, ludeczkowie zamiast się gimnastykować, będą chodzili na pielgrzymki, zamiast Międzynarodówkę będą śpiewać kantyczki i będą adorować ikony zamiast haseł na murach. I co z tego? My pierwsi się nawrócimy. Tu obecny Włodzimierz Iljicz każe się wybrać patriarchą (sami wiecie, że jeśli chodzi o infiltrację, to nie ma sobie równych), a ponieważ oszczędzamy na ekumenizmie, w trymiga zostanie papieżem. Słowo będzie nasze! Bóg może działać jedynie przez Kościół _ sam narzucił taką regułę, więc skoro to my będziemy Kościołem. . .? Nie macie chyba złudzeń co do związku: Marks – Lenin? Marks tylko użycza nam swego nazwiska. W innych czasach Włodzimierz Iljicz byłby Ariuszem, Julianem Apostatą, Konstantynem Kopronimem, papieżycą Joanną – Bóg wie kim jeszcze. Jest Antychrystem lub jest nikim. (Iljicz wydawał się rozbawiony; kołysał głową, a jego łysina rzucała świetlne refleksy, kiedy znalazła się w kręgu światła abażuru).
[ciąg dalszy tej przemiłej historii umieszczę, przypomnę. Ponieważ każdy, nawet pijany czekista wam powie, że Бог Тройцу любит , będzie i trzecia część. MD]
DOWÓD na istnienie Stwórcy a wodzowie Wielkiej Satanistycznej Rewolucji Październikowej.
[czy zauważyli państwo, jak ostatnio przemilcza się ten Wielki Krok Naprzód, ku Postępowi ??Przypominam więc. Mirosław Dakowski]
[z książki Vladimir Volkoff, „Kroniki anielskie”, Wyd. KKK, Dębogóra 2007]
rewolucja to postępujący ateizm…
DOWÓD
Binokle profesora Piotra Piotrowicza Czebrukowa, tusza, „liberalne” seplenienie, ssanie fajki i popluwanie z wyższością, gest, którym wylewał herbatę na spodek, żeby za chwilę hałaśliwie ją wypić, oraz – nade wszystko – głębokie przekonanie, że wszystko wie najlepiej, były cechami charakterystycznymi rosyjskich intelektualistów jego epoki. Pod powierzchownym pedantyzmem kryła się głęboka nieśmiałość i skromność, mające ścisły związek z fizyczną niezdarnością. Profesor potrzebował aż pół godziny, żeby zasznurować buty i nie ożenił się z obawy, że nie zdoła poradzić sobie z kobietą. Ta nieśmiałość i skromność maskowały z kolei jeden z największych umysłów przełomu wieków.
Tak, Piotr Piotrowicz Czebrukow, który mówiąc o butach, wygłaszał nikomu niepotrzebny wykład o systemach metrycznych lub imperatywie kategorycznym, który przytłaczał słuchaczy swoimi wywodami o Nibelungach lub streptokokach, o których nie miał pojęcia, poza murami uniwersytetu nigdy nie wspominał o dziedzinie, w której był prawdziwym znawcą owej no man 's land, leżącej na pograniczu fizyki i matematyki. To właśnie w tej dziedzinie był prawdziwym geniuszem. Z owych wyżyn, gdzie zbiegają się drogi wszystkich nauk ścisłych, rzucał czasem tu i tam jakieś okruchy. Opowiadano, że kiedy miał piętnaście lat, mruknął do Mendelejewa: „A może by pan ułożył to wszystko w tablicę?”, ponoć Ciołkowskiemu podsunął pomysł silnika rakietowego, a pewnego dnia rzekł zamyślonym tonem do Pawłowa: „Dobrze znam Czajkowskiego. Wyznał mi, że na sam widok butelki wódki wpada w dobry humor. Nie sądzi pan, że to daje do myślenia?”.
Wszystko to było bliskie prawdy, on jednak zupełnie się tym nie przechwalał.
Jak na intelektualistę przystało, Piotr Piotrowicz był ateistą – jednym z tych, których Dymitr Karamazow nazywał pogardliwie: „Bernardy” -i jako taki marzył o rewolucji. Nie, żeby był marksistą. Oddajmy sprawiedliwość rosyjskim intelektualistom: po 1905 roku po drugiej stronie Niemna nie było już ani jednego inteligentnego umysłu, wierzącego w pseudo-filozoficzne dywagacje wielkiego Karola, może z wyjątkiem kilku domorosłych uczonych i półgłówków.
W tym względzie Rosja znacznie wyprzedziła kraje Zachodu.
Ale profesor Czebrukow w mgnieniu oka doszedł do wniosku, że rewolucja to postępujący ateizm, a to wystarczyło, żeby stał się jej zagorzałym zwolennikiem. W lutym 1917 roku utworzono dla niego Katedrę Fizyki Metafizycznej (miał wielu przyjaciół wśród przyjaciół Kiereńskiego) i od lutego do października był najszczęśliwszym z ludzi, igrając z prędkością Światła, przewidując odkrycia mechaniki kwantowej, przeprowadzając dowód twierdzenia Euklidesa z jednoczesnym wykazaniem jego względności, żonglując kwadraturą koła i perpetuum mobile (oba te pojęcia były doskonale możliwe w Czebrukowowskim świecie), rozwiązując paradoksy Zenona z Elei oraz wynajdując mimochodem urządzenie, które nazwał telepyskiem (po rosyjsku – telemorda), czyli telefon z ekranem, którego nawet siedemdziesiąt lat później nikt jeszcze nie umiał „skomercjalizować”.
Rozzuchwalił się do tego stopnia., że podczas wykładu poruszył dwa tematy, które mu szczególnie leżały na sercu – równanie uniwersalne oraz matematyczny dowód nieistnienia Boga. Krótko ostrzyżeni studenci w okularach przyjęli je owacyjnie.
Październik bynajmniej go nie zaskoczył. Fizyk dostatecznie dobrze rozumiał tę formę biologii, jaką jest Historia, by zaakceptować fakt, że Październik jest nieuniknionym, naturalnym, nieślubnym dzieckiem Lutego. Jednak Październik przyszedł na świat w towarzystwie dwóch siepaczy, których trudno pominąć milczeniem: Głodu i Terroru.
Faktem jest, że na początku Piotr Piotrowicz nie dostrzegał obecności terroru. Przyjął bowiem, że stosują go jego przyjaciele przeciwko jego wrogom, co zdawało się czynić go w pełni usprawiedliwionym. Mniej też cierpiał od innych, gdy jego pięciopokojowe mieszkanie niedaleko Arbatu zostało przekształcone na „komunałkę”, w której miał do swojej dyspozycji już tylko dawny pokój służącej (na jego szczęście, za caratu pokoje służących znajdowały się na tym samym piętrze co pokoje państwa, były przestronne, widne i wyposażone we wszelkie wygody).
Trzeba było również czasu, by zaczął mu doskwierać głód – było mu w zasadzie obojętne, czy je kapustę, czy końskie mięso, nie miał zbyt czułego podniebienia i nie ulegał żadnym przesądom. Kiedy jednak zabrakło nawet koni, zaczął się niepokoić potencjalnym brakiem węglowodanów. Jakże teraz będzie pracowało dwadzieścia miliardów jego neuronów, jeśli nie dostarczy im kwasów rybonukleinowych i dezoksyrybonukleinowych? Co poczną, biedactwa, bez panny Adenozyny Trój- fosforanownej?
Aż nadszedł dzień, w którym Piotr Piotrowicz naprawdę zaczął cierpieć. Stało się to wówczas, gdy pewien ubrany w skórzaną kurtkę Łotysz z naganem przy pasie przyniósł mu napisane na maszynie pismo zakazujące dalszego prowadzenia wykładów. Powód? Fakt, że jeden z odczytów rozpoczął słowami: „Hipoteza: Bóg istnieje.. .”, a co gorsza, w pisemnej wersji wykładu dopuścił, aby słowo „Bóg” zostało napisane wielką literą. – No nie! – wykrzyknął Piotr Piotrowicz, na chwilę zapominając o swojej nieśmiałości.
Przecież nowa Władza nie może zabronić abstrakcyjnych spekulacji.. . – Jeśli o to chodzi- odparł Łotysz – to zdecydowanie odradzam. Do spekulantów Iljicz każe strzelać jak do kaczek.
Od tej chwili Piotr Piotrowicz stał się bardziej lękliwy, unikał towarzystwa i był sobą jedynie w zaciszu swego pokoiku, nad kartką papieru zabazgraną ezoterycznymi formułami. Szedł na targ, żeby sprzedać samowar lub portret przodka, przynosił do domu kilka zgniłych ziemniaków, na prymusie przygotowywał sobie filiżankę gorącej kawy i zasiadając do pracy z rękami odzianymi w mitenki, gratulował sobie, że jest w intelektualnej zgodzie z aktualnymi zwycięzcami.
Ci ostatni krzyżowali księży na drzwiach cerkwi (na wspomnienie tych straszliwych pokazów siły dobroduszny Piotr Piotrowicz marszczył nos, uznając je wszelako za niezbędne dla edukacji narodu), on zaś za pomocą [a + b] przeprowadzał dowód, że Bóg nie istnieje – różne metody w służbie tej samej sprawy rodzą trwałe związki. Jego dobra wola w służeniu rewolucji sięgała tak daleko, że uznał nawet, iż czasowy zakaz prowadzenia wykładów z fizyki metafizycznej, choć bardzo dla niego dotkliwy, także jest pożałowania godną koniecznością, mającą korzenie w ignorancji, w której ancien régime utrzymuje masy ludowe.
Ale to wszystko nie było jeszcze takie najgorsze. Kilka miesięcy później były profesor Piotr Piotrowicz Czebrukow był już nie do poznania. Wychudzony, ze zmiętymi i poszarzałymi policzkami, żywił się już tylko obierkami i głąbami kapusty, a ogrzewał, paląc zagryzmolone równaniami papiery. I przechodził na drugą stronę ulicy, gdy tylko dostrzegł skórzaną kurtkę lub kaburę nagana. Nikt nie rozumiał, co się z nim dzieje.
Kiedy pewnego wieczora Piotr Piotrowicz wracał do domu, dokonawszy szczęśliwej wymiany pary emaliowanych spinek do mankietów na dwa wysuszone śledzie, usłyszał za sobą wilgotne kroki po niebieskawym śniegu. Obrócił się, przestraszony. Skórzana kurtka przyciągała światło ulicznej latarni. Przyspieszył kroku, potykając się w zaspach. Tamten zbliżał się szybko i radośnie, jakby maszerował w siedmiomilowych butach.
Piotrze Piotrowiczu! Profesorze! To ja, Gorszkow! Gorszkow był jednym z najgorszych studentów, jakich Piotrowi Piotrowiczowi kiedykolwiek zdarzyło się uczyć. Nigdy nie postawił mu stopnia lepszego niż dwója i nigdy nie omieszkał wykorzystać okazji, by go ośmieszyć. Takie spotkanie nie wróżyło nic dobrego. Ale jak tu uciec w przemoczonych trzewikach? Tak więc Piotr Piotrowicz zatrzymał się. Gorszkow rzucił się w ramiona swego dawnego kata i trzykrotnie ucałował jego obwisłe i zaczerwienione policzki, ściskając profesora w swych niedźwiedzich łapach.
– Piotrze Piotrowiczu! Kopę lat! Jakież cudowne wspomnienia z tamtych złotych, szczenięcych czasów! Pamięta pan? Tkwiliśmy wtedy jeszcze w ogólnej ciemnocie, a pańska myśl lśniła pod sklepieniem naszych czaszek niczym światło elektryczne, które woźny zapalał w auli po zmroku! A jak się panu wiedzie, panie profesorze, odkąd nasz ziemski raj został, że tak powiem, oficjalnie ogłoszony? Profesorowi wiodło się nijak i zdążył już zapomnieć o skłonności Gorszkowa do przesadnie kwiecistego stylu. Czuł się jednak odrobinę pewniej i pośpiesznie odpowiedział ludową sentencją, która zapewne miała ukryć jego prawdziwe, bynajmniej nie ludowe korzenie oraz działalność nie mającą nic wspólnego z proletariatem: – Bogu dzięki, bywało gorzej.
No tak! W czasie gdy kampania przeciwko opium dla ludu rozwijała się w najlepsze, on machinalnie wypowiedział to zakazane słowo! Dziecinnym gestem zakrył dłonią usta i zaczął się nieskładnie tłumaczyć: – Rozumiecie, Gorszkow, to tylko takie powiedzenie… Bogu dzięki… wiecie lepiej ode mnie, że dzięki Bogu… nigdy nie wierzyłem w Boga.
Po czym zamilkł na dobre, przekonany, że oto trzykrotnie podpisał na siebie wyrok śmierci. Jego myśl czepiała się nagana, na którym kilka chwil wcześniej Gorszkow czule położył rękę. Gorszkow jednak nie wydawał się przywiązywać zbytniej wagi do tych wysoce niestosownych wypowiedzi. Klepnął Piotra Piotrowicza po plecach. – Ach, profesorze, profesorze! Życie to huśtawka – źle oheblowana deska położona na beczce. Raz na górze, raz na dole. Był pan jednym z orłów inteligencji w mrokach naszej epoki, ja zaś pyłkiem u pańskich stóp. Dziś, dzięki Bogu (tak, Gorszkow powiedział: dzięki Bogu!) i koniunkturze, wiedzie mi się świetnie i pochlebiam sobie, że budzę większy strach niż pan. Jeśli zaś idzie o pana… Tłuszczu między łopatkami tyle co nic, a i z przodu niewiele zostało! (Wypowiedzi tej towarzyszyło kilka przesadnie żywiołowych, acz współczujących klepnięć).
A co by pan powiedział, profesorze, na wzmacniający kieliszeczek naszej kochanej, proletariackiej wódeczki? Służymy ludowi w pocie czoła, a raczej pięści, ale on, drogi ojczulek-lud, też o nas, chwała Bogu (Gorszkow najwyraźniej musiał być wysoko postawiony, skoro w ogóle nie bał się chwalić Boga), nie zapomina. Grzechem byłoby nie podzielić się z moim starym nauczycielem odrobiną dobrodziejstw dzisiejszych czasów.
Ruszyli z miejsca. Piotr Piotrowicz, częściowo uspokojony, kulił się pod swoją czapką-uszanką, choć jego górna warga, jak za dawnych lat, nadal była wyniośle wydęta. Gorszkow, wysoki, z długimi, odzianymi w piękne boty nogami i ramieniem opiekuńczo otaczającym plecy staruszka, wypuszczał w mroźne powietrze wielkie kłęby pary.
Kiedy Piotr Piotrowicz zdał sobie sprawę, do jakiej dzielnicy, ku któremu placowi i budynkowi prowadzi go przez zwały zmrożonego śniegu jego dawny uczeń, smutno zadumał się nad swoją naiwnością – jakże mógł choć przez chwilę pomyśleć, że mu wybaczono? Ów pretensjonalny gmach, składający się z cokołu z łukowatymi oknami, na którym wspierały się trzy poziomy żłobionych kolumn, nad nimi zaś wznosiło się piętro podwójnych okien, Wyżej piętro okien pojedynczych, a na samej górze schodkowy fronton, ten gmach, gdzie za Mikołaja Krwawego spokojnie sprzedawano polisy ubezpieczeniowe, dziś słynął z tego, że nikt, kto raz tam wszedł (z wyjątkiem tych, którzy w nim pracowali), nie wyszedł z niego żywy, a ludzie zmuszeni przejść obok niego, przesadnie odwracali wzrok.
Naturalnie, należało wiać. Jak jednak uciec żwawemu Gorszkowowi? Piotr Piotrowicz z rezygnacją podniósł oczy na wielkie gmaszysko, przypominające tort Weselny lub parostatek o nakładających się na siebie i zakotwiczonych W nocy pokładach. Wszystkie jego okna były szczelnie zasłonięte i oświetlone tylko od Wewnątrz (przesłuchania z lampą świecącą prosto w twarz były najłagodniejszym sposobem traktowania wrogów ludu).
„A więc – powiedział do siebie z pewnym rodzajem obojętności – to właśnie tutaj przyjdzie mi umrzeć?”. Nie tak łatwo jest jednak wpaść w rozpacz. Poza wszystkim, przeszłość polityczna profesora Czebrukowa była bez zarzutu. Co zaś do jego obecnych badań, to przecież nikt o nich nie wiedział. Zresztą, wszystkiemu mógł zaprzeczyć… Ze skurczem przerażenia fizyk metafizyczny zastanawiał się, czy aby nie zapomniał spalić ostatniej strony swoich równań.
Sala była przestronna. Poprzez dym papierosowy profesor z trudem dostrzegał przepych sufitowych stiuków. Wielki, wysoki pod sklepienie piec ceramiczny napełniał całe pomieszczenie ciepłem, od którego bolały przemarznięte palce rąk i nóg. W parkiecie, zasłanym łuskami słonecznika, rybimi ogonami i kośćmi kurcząt, brakowało kilku desek. Stojące na kominku, marmurowe popiersie Aleksandra II Wyzwoliciela najwyraźniej posłużyło za cel w jakichś zawodach strzeleckich – brakowało nosa i jednego policzka, a stojące z tyłu lustro było gwiaździście popękane.
Mahoniowy stół uginał się pod przystawkami, drobiem, szynką, kiełbasą, butelkami wódki, koniaku, szampana i piwa. Na wyściełanych fotelach i wiedeńskich krzesłach siedziało dwunastu rozchełstanych mężczyzn, którzy jedli gołymi rękami.
– Oto, rzec można, nasza stołóweczka – wyjaśnił Gorszkow, wciąż jeszcze przyjaźnie.
-Braciszkowie, przedstawiam wam prawdziwego intelektualistę, dziedzica wielkiej tradycji nauki rosyjskiej, pod którego rządami na uniwerku zdarłem moje jedyne portki, kiedy byłem jego studentem. A Bóg mi świadkiem, że gorszego nigdy nie miał. Zawsze dostawałem od niego dwóję z minusem, a i to tylko z dobroci serca. Ale jak zobaczycie, jego inteligencja nie wyklucza zrozumienia dla władzy. Nakarmimy go i napoimy, a jeśli zechce nam zrobić mały wykład, to ręczę, że nie zrozumiecie ani słowa – taki bystry jest ten mój Piotr Piotrowicz. Siadaj, profesorze. Masz tu jesiotra, wędzonego węgorza, trochę kawiorku, chyba że wolisz pierożki albo kulebiak. A tu masz – nie, Sieriożka, psi synu, daj mi czystą szklankę dla profesora! – a tu masz naszą boską wódeczkę.
Choć prawdziwy intelektualista i dziedzic wielkiej tradycji nauki rosyjskiej nie zrobił na nich większego wrażenia, braciszkowie posunęli się uprzejmie, robiąc mu miejsce, a nawet przysuwając talerze, nadal jednak, pomijając kilka krótkich wybuchów zbiorowej wesołości, tkwili samotnie pogrążeni w marzeniach, ssąc papierosy, masując sobie w zamyśleniu podrapane i opuchnięte pięści, zatapiając bezbarwne spojrzenie w kieliszku lub napełniając sobie talerz tym, co komu w rękę wpadło.
Potem zaś żarli, żarli – głusi i ślepi na wszystko dookoła, jakby przemienieni w wielki, uzbrojony w zęby przewód pokarmowy. Od czasu do czasu ktoś wstawał i ciężko wzdychał: „Trzeba wracać !”.
I głośno czkając, kuśtykał ku schodom do piwnicy. Piotr Piotrowicz poświęcał im jeszcze mniej uwagi niż oni jemu. Wyglądało na to, że wystraszył się zupełnie bez powodu – zaproszenie Gorszkowa było absolutnie szczere. Pierwszy raz od bardzo dawna profesor mógł jeść ipić do syta. Inie żałował sobie. Odrobinę zażenowany brakiem sztućców, łapczywie nagarniał na talerz przyozdobiony znakiem Wszechrosyjskiego Towarzystwa Ubezpieczeniowego pasztet z łososia, węgorza w galarecie i udka cietrzewi, po czym za jednym zamachem zaczął pozbywać się długotrwałego uczucia głodu oraz strachu, którego jeszcze przed chwilą doznawał.
Gorszkow, rozrzewniony apetytem starego nauczyciela, dolewał mu nieustannie do małego, kryształowego kieliszka, ozdobionego tym samym znakiem. Kiedy uznał, że profesor już się zregenerował, rzekł: – Słuchajcie, braciszkowie! Piotr Piotrowicz opowie nam teraz o wzorze unikalnym…
Oto właśnie, drogi przyjacielu, dowód ignorancji – przerwał mu Piotr Piotrowicz, wycierając usta chusteczką. – Wzór unikalny? A cóż to za dziwoląg? Chciałeś zapewne powiedzieć: równanie uniwersalne? Uszczęśliwiony Gorszkow mrugnął do swych towarzyszy. – A nie mówiłem? To prawdziwy uczony, ten mój Piotr Piotrowicz. Te dwóje z minusem, które mi zawsze stawiał i to jeszcze z dobroci serca. ..
Wraz z żubrówką po żyłach Piotra Piotrowicza rozpłynęło się uczucie błogości, zaczął więc tłumaczyć pojęcie równania uniwersalnego, mówiąc sobie w duchu (zachował jeszcze resztki trzeźwości umysłu), że to bezpieczny temat.
Zresztą, czyż nie był wśród przyjaciół? Zaczął więc od stwierdzenia, że materia jako taka nie istnieje. Natychmiast wywołał skandal.
-Jak to nie istnieje? – ryknął brodacz. – Jestem materialistą. Może i ja nie istnieję, co? Uważaj, co mówisz, profesorku! Piotr Piotrowicz nie dał się zbić z tropu. – Mój młody przyjacielu – odparł . Właśnie wystawił pan sobie świadectwo „ignorantissimusa” pierwszej klasy. Chyba sobie pan nie wyobraża, że ten stół jest jednorodnym ciałem stałym, z pustą przestrzenią między nogami?
Oczywiście, że jest ciałem stałym! Mam oczy i widzę! A ty poczujesz to bardzo wyraźnie, jak ci go rozwalę na łbie.
– Ach, drogi panie, wciąż jest pan na etapie dawania wiary zmysłom? Cóż, skoro jest pan do tego stopnia prymitywny, to pewnie zechce mi pan wmówić, że powietrze nie istnieje, a wdychamy pustkę? Tak, pozornie, stół składa się z cząsteczek, które zbudowane są z atomów, a te z kolei z jeszcze drobniejszych cząstek, a wszystkie one oddzielone są od siebie przestrzeniami, które można porównać do przestrzeni międzyplanetarnych. Rozumie pan, co mówię? W rzeczywistości jednak wspomniane przeze mnie cząstki nie wyglądają jak ziarenka piasku, ale raczej jak wibracje. Materia jest skupieniem energii, to znaczy światła. Chemia zaś jest w gruncie rzeczy formą matematyki.
Brodacz nie wiedział, co powiedzieć, jednak słowa profesora rozbudziły ciekawość pozostałych, którzy zaczęli zadawać pytania. Chcesz powiedzieć, że to krzesło jest skondensowanym światłem? – śmiali się, chrupiąc korniszony pięknymi, białymi zębami zjadaczy razowego chleba. I trącali się łokciami, mówiąc: „Ależ ma gadane, co?”. Piotr Piotrowicz zaś odnalazł swój dawny, profesorski ton, naszpikowany różnymi „a zatem” i „nieprawdaż” oraz krągłymi, wyjaśniającymi gestami nadgarstków i nie dał się onieśmielić sukcesem, jaki właśnie odnosił (bardziej ze względu na swoją elokwencję niż głoszone poglądy).
– Czyli co, profesorze? Znalazłeś w końcu to równanie uniwersalne? – spytał Gorszkow.
– Tak, grosso modo. Naturalnie, można je jeszcze uszczegółowić, nic bowiem nie wskazuje na to, byśmy znali wszystkie istniejące pierwiastki, nie mówiąc już o tym, że tablica Mendelejewa powinna zostać uzupełniona o substancje syntetyczne.
– Co to za wzór? – spytał jakiś chudzielec w okularach. – To coś jak H2O, tylko trochę bardziej skomplikowane?
– Powtarzam, przyjacielu, że nie chodzi o wzór, ale o równanie – rzekł Piotr Piotrowicz, dokładając sobie kawioru. – W ostatecznym rozrachunku, wszystko da się sprowadzić do liczb, prawda? Jeśli oznaczymy wodór liczbą x, a tlen liczbą y, to wzór matematyczny wody nie będzie miał kształtu H20, ale (x + 2y). A zatem, biorąc pod uwagę, że 103 pierwiastki mają podobną strukturę elektronową, możemy wyrazić wszechświat w formie jednego równania, gdyż nawet odległości dają się zmierzyć w latach świetlnych.
– A nos naszego Sierożki? Jego też można zmierzyć w latach świetlnych? – spytał jakiś blondynek, dusząc się ze śmiechu i wskazując palcem swego sąsiada o wykrzywionej twarzy, gruzłowatym czole oraz długim i ponurym nosie.
– Czy tylko nasz Boży świat? i – jeśli chodzi o Sierożkę, to niech mnie Bóg broni, bym miał go obrazić – odparł Piotr Piotrowicz, który tak sie rozzuchwalił, że celowo wypowiedział Boże imię. A Sieriożka składa się ze skondensowanego światła lub, jeśli wolicie, z energii elektrycznej, zatem można go opisać w kategoriach elektrycznych, podobnie jak dom, śledzia czy gwiazdy na niebie.
– Sierożka, jesteś elektrycznością. Uważaj na krótkie spięcia! – rzucił Gorszkow, który był w siódmym niebie. Ale powiedz, profesorze, mógłbyś tu, w naszej obecności, napisać to swoje równanie uniwersalne? Zaraz ci znajdziemy kawałek kartki…
– Potrzebowałbym do tego – odpowiedział Piotr Piotrowicz – kartki wielkiej jak fasada tego budynku. Właśnie w tym momencie alkohol, którzy gotował się w jego żołądku, dotarł do głowy i sprawił, że profesor zatracił poczucie czasu i miejsca, w którym się znajdował. Mocno poczerwieniał, na skórę wystąpił mu pot, a oczy zmętniały mu do tego stopnia, że ledwo zauważył dziwaczną parę, która właśnie weszła do sali, a którą widział jak przez mgłę. Najpierw pomyślał, że to człowiek trzymający na smyczy wielkiego, czarnego psa, a chwilę później stwierdził z pewną obojętnością, że ów pies to idący na czworakach, młody pop w sutannie, którego dozorca popędzał wolnym końcem łańcucha obwiązanego wokół szyi.
– Choć do nas, Bezzub. Posłuchaj profesora! – krzyknął Gorszkow. – Odkrył równanie uniwersalne.
– Taa, to bardzo pouszające – przytaknął mu Sierożka. Bezzub podszedł bliżej, ciągnąc mocno za łańcuch. Miał postawę szypra z kutrów pływających po Wołdze i wielką głowę, której czoło szczelnie zakrywały ostrzyżone „pod garnek” włosy. Na przedzie brakowało mu dwóch zębów. – Co jest? O co chodzi? – spytał.
W końcu mi powie, gdzie schował złote błyskotki od Świętego Jana Chrzciciela – zagrzmiał Bezzub. – Popi pies! – dorzucił, wymierzając mu kopniaka. – Ale muszę czasem wrzucić coś na ząb. No dobra, co to jest to równanie uniwersalne? Opadł na fotel naprzeciwko Piotra Piotrowicza, wziął do ręki kawał kiełbasy i ugryzł. Rozpłaszczony u jego stóp pop patrzył nieruchomym wzrokiem na stół zastawiony jedzeniem.
Równanie uniwersalne w rzekł Piotr Piotrowicz (nagle, nie wiedzieć czemu, poczuł pragnienie, by olśnić Bezzęba; może dlatego, że Bezzub w doskonały sposób uosabiał Lud – taki, jakim go sobie wyobrażali lutowi intelektualiści) – równanie uniwersalne to tylko początek. Równanie bowiem ma sens tylko wtedy, gdy można je rozwiązać. – Z Bożą pomocą – wtrącił się Gorszkow coraz bardziej rozczulony – rozwiążesz je, ojczulku. – A można wiedzieć – spytał Bezzub chrupiąc kiełbasę – co może być tym rozwiązaniem? . Piotr Piotrowicz zaczynał czuć, jak pod wpływem alkoholu jego jaźń ulega rozdwojeniu (tak naprawdę, ludzie pijani nie widzą podwójnie – to oni stają się podwójni).
Piotr Piotrowicz numer l, bardziej z owej dwójki przytomny, zaczął po cichu bić na alarm. Według niego już sam fakt, że wspomniał o równaniu uniwersalnym, był dowodem braku roztropności. Ujawnienie rozwiązania równałoby się samobójstwu. Piotr Piotrowicz numer 2 czuł, że oto nadeszła chwila, żeby zakończyć wymuszoną emeryturę i zacząć zdumiewać tłumy. Jednak to Numer l zyskał chwilową przewagę – spróbował zmienić temat rozmowy. – A czy ja ze swej strony mogę spytać, obywatelu Bezzubie – przemówił wyraźnie artykułując każde słowo – jakież to imię daliście swemu psu i czym go karmicie? I czknął śmiechem, wierząc, że popisał się subtelnym dowcipem, który jednak – jeśli jego plan się powiedzie – zaowocuje humanitarnym gestem. Nieważne, że nienawidził rasy księży – ten jeden, niezgłębionym wzrokiem wpatrzony w szynki, budził w nim litość. Bezzub odpowiedział niezmieszany: – Karmię go możliwie najrzadziej i to jedzeniem, które nie wymaga żucia, bo on już prawie nie ma zębów. A wołam na niego Popi Pies.
Bezzub lubił mówić i zachowywać się w sposób prostacki, ale wyczuwało się w nim pewną bystrość i inteligencję. Piotr Piotrowicz numer l zastanawiał się, jak by tu zaproponować siedzącemu na ziemi księdzu kawałek szynki lub jesiotra, nie traktując go ani jak psa (co byłoby dla niego obraźliwe), ani jak popa (co byłoby obraźliwe dla Bezzuba, na przychylności którego bardzo zależało Piotrowi Piotrowiczowi numer 2). – Czy ppozwolicie, towarzyszu Bezzubie – spytał tonem pełnym najwyższej uprzejmości – że zaproszę jjego śświątobliwość do udziału Ww tej pprzeppysznej kolacji?
Spółgłoski wychodziły z jego ust z coraz większym trudem, miał jednak nadzieję, że ironia będzie uchodzić za kurtuazję, a kurtuazja za ironię. Bezzub wzruszył ramionami. – Chcesz żreć, Popi Psie? Z ust umęczonego księdza pierwszy raz wydobyły się słowa. – Pić. Wody.
Gorszkow ruszył na poszukiwanie szklanki, którą Piotr Piotrowicz numer l, zachwycony swoim fortelem, osobiście napełnił. Podzwaniając łańcuchami, ksiądz chwycił ją w ręce. Kiedy jego opuchnięte i obite usta wysączyły już ostatnią kroplę, oddał szklankę i wbijając swoje straszne, wyblakłe spojrzenie w uczonego, wyszeptał: – A to rozwiązanie? Co z rozwiązaniem…?
– O, właśnie! – podchwycił Bezzub. – Do czego właściwie służy to wasze równanie? Pomoże zelektryfikować wieś?
Piotr Piotrowicz numer 2, błyskawicznie wyrywając się przed Piotra Piotrowicza numer l, teraz już całkowicie przejął kontrolę nad konwersacją. – He, he, towarzyszu Bezzub, chyba sami w to nie wierzycie. Odkąd człowiek pojawił się na ziemi, nieustannie zadaje sobie to samo pytanie: Jak się tu dostałem? Po co? I po co istnieje cokolwiek? A co by było, gdyby nie istniało nic…? To z pewnością najbardziej odpowiednie zajęcie dla ludzkiego umysłu. Może jednak, szukaj ąc odpowiedzi, człowiek niepotrzebnie zwraca się ku filozofom i założycielom religii. Może już dawno znalazłby odpowiedź, gdyby spytał ludzi nauki, co? Nie sądzicie, towarzyszu, że ludzie nauki byliby najbardziej kompetentni, żeby udzielić odpowiedzi?
Mówiąc to, Piotr Piotrowicz przekrzywił głowę z przebiegłą miną.
No dobra – rzekł Bezzub beznamiętnie, choć nadal czujnie – i co ci ludzie nauki odpowiadają?
Gdzieś w tle Piotr Piotrowicz numer 1 wykręcał sobie palce i błagał swojego sobowtóra, żeby go oszczędził, żeby oszczędził samego siebie, oraz próbował przypomnieć mu, gdzie się znajduje i do kogo mówi, ale Numer 2 widział go tylko mgliście, jakby gestykulującą w milczeniu sylwetkę na peronie kolej owym lub w koszmarnym śnie i nie zadał sobie nawet trudu, by odpowiedzieć, że doskonale Wie, co robi, że jest pośród przyjaciół, a poza tym zamierza mówić w sposób tak zawoalowany, że nikt go nie zrozumie.
– Ludzie nauki… – zaczął pompatycznie i zaraz urwał. ~ Zupełnie nie wiem, jak wam przybliżyć te w końcu dosyć złożone pojęcia. Otóż, ludzie nauki zaczynają od zebrania razem wszystkich elementów danego problemu (tak, dobrze słyszycie: wszystkich), nie poddając ich żadnej subiektywnej selekcji, a następnie je porządkują. To się nazywa budowanie równania. A skoro problem jest uniwersalny, zatem potrzebne jest równanie uniwersalne. O takim właśnie mówiliśmy. A teraz, jeśli pozwolicie, doleję sobie wódeczki. Jeśli chodzi o moje obliczenia, to nie są one jeszcze całkiem zakończone, ale już teraz mogę wam przekazać trzy absolutnie niepodważalne wnioski, do których doszedłem. Niepodważalne, ponieważ obiektywne. Oznacza to tyle, że jeśli jakikolwiek inny matematyk dokonałby tych samych obliczeń, doszedłby do identycznych wyników. Spółgłoski wciąż utykały gdzieś pomiędzy górnymi a dolnymi zębami profesora, jednak potok elokwencji jakoś sobie z tym problemem radził, a przyzwyczajenie do słów, które wypowiadał, rekompensowało bełkotliwość jego dykcji.
Punkt pierwszy. Otóż, drodzy studenci, pierwszym pytaniem, jakie stawia sobie człowiek nauki, który stwierdził istnienie świata, jest to, czy ów świat jest zorientowany, czy jest wektorem, zmierzającym od jakiegoś punktu w konkretnym kierunku, czy też może jest chaosem, czymś w rodzaju atomowego raka. Długo sądziłem, że tak właśnie jest. I mam zaszczyt i przyjemność poinformować was, że byłem w wielkim błędzie! Analiza równania uniwersalnego nie tylko dowodzi, że energia lub światło, z którego zbudowany jest świat, ma swoje źródło w początkowej eksplozji usytuowanej w punkcie alfa, ale również i tego, że jest ona w ciągłym ruchu. Innymi słowy, by rzecz całą uprościć, możemy powiedzieć, że kontinuum czasowo-przestrzenne, w którym się znajdujemy, stanowi wiązkę krzywych, wychodzących z punktu O układu współrzędnych i zmierzających w jakimś kierunku. Mają one swój początek i będą miały koniec.
– A ja, durny, zawsze sądziłem, że krzywe są nieskończone! – rzucił Gorszkow, z politowaniem kiwając głową nad własną głupotą.
– Zmierzają one w jakimś kierunku, ale i łączą się z sobą. Ujmując rzecz w kategoriach antropocentrycznych, można więc powiedzieć, że świat ma jakiś zamysł, a raczej, że jest zamysłem.
W tym momencie siedzący na ziemi ksiądz mruknął pod nosem: „Sofia!Sofia!”, nikt jednak nie zwrócił na to uwagi. Bezzub zaś spytał nieufnie: – Czyim zamysłem? Piotr Piotrowicz odpowiedział z uśmiechem, który jemu samemu wydał się przebiegły: – Bóg raczy wiedzieć. Tymczasem słuchacze, początkowo rozbawieni tonem profesora, zaczęli się nudzić. Kilku wstało i opuściło salę, jednak inni, których wewnętrzny alkomat wskazywał już poziom metafizyczny, zgromadzili się wokół złotoustego szarlatana i udawanym za- interesowaniem zachęcali go, by mówił dalej.
Dowiódłszy, że świat ma źródło – ciągnął profesor – trzeba naturalnie zapytać, czym ono jest. I jedyną odpowiedzią, jakiej możemy udzielić, jest ta oto, że źródło to jest tym, czym jest. I tu, panowie studenci, mamy do czynienia z czymś niezwykle ciekawym, albowiem wszystkie obliczenia, że się tak wyrażę, normalne, w których przyjmuje się, że l = l, prowadzą do wniosku, ze owo Źródło równa się O. Inaczej mówiąc, n i e i s t n i e j e. Jeśli jednak nie istnieje, to i świat nie istnieje. Nie istnieje też badacz, będący częścią tego świata, co już jest oczywistym absurdem. Dlatego też, szukając nieco po omacku, dochodzimy do następującego wniosku. Jeśli owo Źródło ma istnieć i świat ma istnieć, i badacz też ma istnieć, to musimy założyć.. .
Piotr Piotrowicz zniżył głos i uniósł palec. Jego oczy zwilgotniały, jak to się zwykle dzieje, gdy odkrywamy lub wyjawiamy rzeczy nadzwyczajnie piękne. – Trzeba, panowie, założyć… – Tutaj nie ma żadnych panów – przerwał mu brodacz. – Są towarzysze. – Piotr Piotrowicz zgromił go wzrokiem. W tym momencie Numer l, dostrzegając swą ostatnią szansę, pociągnął Numer 2 za rękaw – jeszcze był czas, żeby udać irytację i zamilknąć. „Skoro tak się zachowujecie, to nic wam nie powiem”.
Ale Numer 2 za bardzo chciał mówić. Koniuszkiem języka zwilżył wargi. _-Dobrze już, dobrze. Otóż, trzeba założyć, towarzysze, że na poziomie źródła, w absolutnej sprzeczności z zasadą tożsamości oraz obiegową opinią… Zrobił pauzę i dokończył, podkreślając każde słowo uderzeniem dłoni o stół: – …że 1 = 3. Jeśli przyjmiemy takie założenie, towarzysze, to cała reszta układa nam się w całość.
I spojrzał na nich drwiąco, z miną iluzjonisty, który właśnie wyj ął z kapelusza trzy króliki.
Brodacz się skrzywił. Sierożka wzruszył ramionami. Dwaj inni towarzysze studenci także uczynili gest rozczarowania. Oczekiwali nie wiedzieć jakiej sensacji. A tu co? Jeden równa się trzy. A to ci dopiero! Jednakże Bezzub oparł się ciężko o stół i przestał jeść, Gorszkow nagle się zachmurzył, a w panującej na sali ciszy dał się słyszeć śmiech księdza. –
No, dobra – rzekł Gorszkow – myślę, ze pora położyć naszego profesora do łóżka. Zaczyna gadać od rzeczy. Zrobił gest, jakby chciał wstać.
Siedź – rzucił ostro Bezzub. – Twój profesorek zaczyna mnie ciekawić. -~ No, Piotrze Piotrowiczu, pora wracać – naciskał Gorszkow. – Naprawdę. Jeden równa się trzy! I co jeszcze? Proszę, niech się pan zbiera. Jego oczy też wilgotniały, ale z zupełnie innych powodów. Właśnie odkrył, że lubi tego zmiętego i trochę pompatycznego człowieka, który nigdy nie postawił mu oceny wyższej niż dwa z minusem, i że chce go ocalić nawet wbrew jemu samemu.
Ale Piotr Piotrowicz numer 2 nie słuchał. – Gorszkow – powiedział – zawsze byliście leniem, ale ten tu obywatel – wskazał podbródkiem na Bezzuba – wydaje się głodny wiedzy. Bezzub chwycił Gorszkowa za ramię i siłą posadził go z powrotem.
Ano jestem, tak jak mówi, głodny wiedzy. To cię dziwi? (wziął do lewej ręki śledzia, potrzymał go chwilę nad otwartymi ustami i odgryzł kawałek). Jedź dalej, profesorku.
A zatem – ciągnął profesor, dziękując Bezzubowi uprzejmym skinieniem głowy – stwierdziliśmy po pierwsze, że wszechświat porusza się od punktu alfa do punktu omega, a po drugie (przy „a po drugie” ton Piotra Piotrowicza stał się nieco przekorny), że doświadczenie każe nam przyjąć hipotezę pierwotnej monady będącej jednocześnie triadą. Chętnie napiłbym się jeszcze wódeczki.
Wystarczy, profesorze – jęknął Gorszkow, odsuwając butelkę, ale Bezzub, nadal czujny, osobiście napełnił kieliszek Piotra Piotrowicza. – Pozostaje tylko określić, nieprawdaż, relację między pierwotną monadą a wszechświatem, czyli zdefiniować siłę, która pchnęła wszechświat naprzód lub, jeśli wolicie – gdyż pojęcie czasu jest tutaj zupełnie niestosowne – wciąż powoduje jego ruch do przodu, w każdej nieskończenie małej frakcji jego istnienia. Nie wiem, czy mnie rozumiecie.
Nie szkodzi, jedź dalej – rzucił Bezzub.
– Tu dochodzimy do niezwykle skomplikowanych obliczeń, które jednakowoż za każdym razem sprowadzają się do niezwykle prostej konstrukcji iw efekcie otrzymujemy coś, co można by nazwać energią matematyczną, czyli zwykłą proporcję.
– Zwykłą. . . co? – spytał Bezzub, mrużąc kałmuckie oczy. – No więc, a/b = b/c, nieprawdaż – rzekł Piotr Piotrowicz, zaskoczony, że ktoś może nie mieć pojęcia o tak podstawowej zasadzie, nadal jednak liberalny, liberalny do szpiku kości i wciąż gotowy wszystko wyjaśniać Ciemnemu Ludowi, zniżając się do jego poziomu, choćby to miało drogo go kosztować. – Jakby to wyjaśnić? Stosunek mocy stwórczej i stworzenia wydaje się nie- możliwy, jeśli jednak założycie istnienie pośrednika…
Znacie starą zagadkę: w pokoju znajdują się dwie matki, dwie córki, jedna babka i jedna wnuczka; ile to w sumie osób?
– Sześć – wrzasnął brodacz. – Pięć kobitek – wymamrotał Sierożka, który podsypiał z głową W resztkach szprotek. – Cztery? – spytał Gorszkow. Bezzub milczał. -Oczywiście, trzy – rzekł profesor uroczyście. – Ojciec jest dla syna tym, kim syn jest dla wnuka. Cała tajemnica wszechświata mieści się w tym odwiecznym frazesie.
Zapadła długa cisza. A siedzący pod stołem ksiądz szczeknął: – Właśnie dowiodłeś istnienia Boga, łajdaku.
==============================================
W tym czasie w całym kraju burzono cerkwie. W miastach maszyny rozpruwały mury, a kopuły waliły się w tumanach różowego pyłu, przy wtórze pękających szyb i trzasku złoconego drewna. Na wsi nieokrzesani robotnicy przystawiali drabiny do cebulowatych, pokrytych złotymi łuskami kopuł, osadzonych ponad pięć wieków wcześniej na szczytach kaplic, i rąbali je siekierami: trrach! Wokół wieńczących je krzyży zarzucano sznury i mużykowie zatrudnieni przez odzianych w skórzane kurtki komisarzy politycznych ciągnęli za nie rytmicznie – iii rraz! Stu trzydziestu biskupów umierało w reżimowych więzieniach. W tamtym roku zamordowano 2691 księży, 1962 mnichów, 3447 zakonnic. Dzieci w szkołach recytowały z pamięci: „Elementy składowe człowieka o wadze 70 kg: Mięśnie i skóra – 50 kg; Kości – 15 kg. Narządy wewnętrzne – 5 kg. Dusza – 0 gramów”.
———————————
Wokół stołu zapadła cisza. Do uczonego dotarło, że pop ma rację. Oto ateista dowiódł, że wiara wierzącego ma sens. Który z nich jest zwycięzcą?
Bezzub zwrócił się do Gorszkowa: – To twój przyjaciel, tak?
Gorszkow westchnął z głębi serca. – Taaa… – powiedział. Czuł się odpowiedzialny. – Ja zadzwonię.
Wstał i chwiejnie powlókł się do wiszącego na ścianie telefonu. Jako jeden z nielicznych miał prawo dzwonić do Iljicza bezpośrednio i zwykle poczytywał to sobie za powód do dumy. Teraz chętnie zrezygnowałby z tego przywileju. Czuł niesmak na myśl o zadenuncjowaniu swego starego nauczyciela, którego już zdążył polubić. Ale przeprowadzenie dowodu na istnienie Boga to nie była zdrada stanu – to była zdrada absolutna. Iljicz musiał się o tym dowiedzieć jak najszybciej.
Gdyby jeszcze nie było przy tym Bezzuba, Gorszkow podjąłby może próbę odprowadzenia Piotra Piotrowicza do domu, w nadziei, że pozostali, pijani w sztok, zapomną te strzępki jego wywodów, które w ogóle zdołali zrozumieć. Ale Bezzub nie był pijany, Bezzub zrozumiał wszystko, Bezzub nigdy niczego nie zapominał. A jak mówi stare rosyjskie przysłowie: koszula bliższa ciału. Wykręcił numer. A w biurze wielkiego szefa zaczęła migotać żaróweczka, która w trosce o jego uszy, zastępowała dzwonek telefonu.
===========================
[ciąg dalszy tej miłej historii umieszczę, przypomnę. Ponieważ każdy, nawet pijany czekista wam powie, że Бог Тройцу любит , będzie i trzecia część. MD]
[z książki Vladimir Volkoff, „Kroniki anielskie”, Wyd. KKK, Dębogóra]
W owym czasie… Nie mam tu na myśli czasu ludzkiego, ale nasz, anielski, o ile bowiem Ojciec trwa w doskonale pozaczasowej wieczności, o tyle cherubini i serafini potrzebują czegoś w rodzaju czasu, by śpiewać „Święty, święty, święty. . .”
A zatem, w owym czasie z ludzkiego padołu podniósł się cień. Była to odrażająca, brązowa maź z pękającymi bąblami na powierzchni. Rozciągała się daleko, jak okiem sięgnąć. Anielska straż, odpowiedzialna za czystość kosmosu, wszczęła alarm. Nadbiegliśmy natychmiast i pochyliliśmy się nad krawędzią świata.
Nic jednak nie było widać, poza tą czarną kulą, której czerń nie była czernią nocy —karej siostry dnia, ale czernią otchłani, nicości lub raczej mrowiącej się robactwem zgnilizny. Ku naszym nozdrzom unosił się straszliwy odór. Mały, wrażliwy aniołek wykrzyknął: „To nasi nieszczęśni ludzie są sprawcami tego czegoś!”. I zaczął płakać, wycieraj ąc łzy piąstkami.
Ogarnęła nas fala litości. Jak można pragnąć własnej zguby? Jak można z własnej woli tarzać się w brudzie i krwi? Nawet myśleć o tym straszno. Jego Wysokość Rafał, szef naszego wywiadu, zarządził śledztwo. I oto, co się okazało.
Ludzie są, rzecz jasna, nieprzeźroczyści, jako że mają odbijać miłość Ojca. My zaś, przeciwnie, jesteśmy transparentni niczym szkło, gdyż ma się ona w nas załamywać niczym światło. Dlatego też uzasadnione jest mówienie o „ludzkiej naturze”, podczas gdy sformułowanie „natura anielska” jest nieścisłe. Jesteśmy nazbyt przezroczyści, byśmy mogli mieć naturę. Ale nie każda „nieprzezroczystość” jest taka sama. Czym innym jest odbijanie światła, a czym innym jego pochłanianie. A właśnie taka odrażająca metamorfoza zaczęła zachodzić w mieszkańcach ziemi. Im więcej światła przelewał na nich Ojciec, tym więcej oni wytwarzali cienia. Odwrotnie niż drzewa, które wchłaniają światło, przetwarzając je na chlorofil, ludzie pożerają je, produkując czerń.
Skąd się w nich wzięła taka perwersja? Zdania ekspertów były, jak zwykle, podzielone. Według jednych, stało się to na skutek walki klas. Według innych, winne było rozpowszechnienie się lichwy. Jeszcze inni uważali, że problem tkwił w prawie wyborczym kobiet. Wszyscy jednak zgadzali się co do jednego: wielkie znaczenie miało osłabienie wiary i upadek państwa. Jego Wysokość Rafał wysłał Afa i Kecefa, by wybadali sprawę na miejscu.
Dobrze ich znacie.
Af, książę gniewu, wykuty z czarno-czerwonych łańcuchów ognia, ten sam, który pewnego dnia połknął Mojżesza aż po jego obrzezany członek.
I Kecef, jeden z pięciu aniołów zagłady, których Aaron musiał zamknąć w Przybytku, by nad nimi zapanować.
Obaj, bez cienia lęku, zapuścili się w cuchnący obłok. Wylądowali w samym środku miasta, zdziwieni (choć byli przecież na to przygotowani), jak bardzo gęsta jest owa ciemność. Nigdy jeszcze takiej nie widzieli! Wszystko zdawało się poczwórnie ciężkie – skrzydła ciążyły ptakom niczym ołów, a w gęstym powietrzu trudno było unieść nogę, by uczynić choć krok. Ludzie mają tę właściwość, że odciskają na swym otoczeniu piętno, przekazując mu własne zeszpecenie.
– To potworne! – rzekł Af.
– Cóż za obrzydlistwo! – rzekł Kecef.
Ruszyli w drogę.
Na ulicach czołgali się młodzi i na oko zdrowi ludzie, niezdolni do utrzymania własnego ciężaru. Palili hasz, trzymając między kolanami żebracze miseczki. Pod rozchełstanymi, sztywnymi od błota ubraniami Widać było prowokujące tatuaże, które zmieniały ich ciała w żywe afisze. Bezkształtne samice powolnie kołysały obleczonymi w pstrokate szmatki tyłkami. Kosmaci samcy podrygiwali, potrząsając obwisłymi cyckami i opiętymi w kalesony genitaliami. Jakiś otyły i nieogolony karzeł, ciężki jak sztaba ołowiu, wyciągał do przechodniów rękę z obrazkami, na których splątane pary kopulowały w dziwacznych pozycjach.
Cały ten orszak sunął ulicą, z trudem podnosząc nogi, niczym we śnie. Wycieńczeni ludzie, niektórzy pozbawieni nosa, wystawili na widok publiczny swoje wrzody i wrzaskliwie domagali się prawa do propagowania własnego stylu życia.
Rada miejska powitała ich z szacunkiem na schodach ratusza i pośpiesznie zajęła się ich postulatami.
W gimnazjonach całe grupki sklejały się z sobą na kształt winnych gron – od przodu, od tyłu, od dołu, od góry i z wszystkich stron równocześnie, licząc głośno i wyraźnie różne pozycje, w których można dokonać owego podstawowego aktu połączenia ciał. Pod portykami młodzi, nadzy chłopcy rywalizowali o palmę pierwszeństwa, dokonując wiadomych pomiarów.
Nad brzegiem kloacznych dołów jeszcze nie w pełni rozkwitłe, ale już ciężarne dziewczęta za pomocą żelaznych haków wyrywały ze swych wnętrzności płody i wrzucały je do ścieku.
Af i Kecef mieli już dość tego widoku. Odlecieli.
Po powrocie złożyli raport aniołom- rzeczoznawcom (w znakomitej większości wywodzą się oni spośród Tronów), którzy stwierdzili, że miasto zostało dotknięte rakiem ego. Ego to ludzki narząd, o którym my, anioły, nie mamy pojęcia. To on pozwala im odróżniać dobro od zła (najczęściej dość lekkomyślnie) i sprawia, że Ojciec kocha ich bardziej niż nas.
Jednak ego często ulega degeneracji i rozrasta się do potwornych rozmiarów. Na nieszczęście, ten rak nie był śmiertelny – rozdęcie ego nie może go unicestwić, a co za tym idzie, sprawia, że rak rozrasta się w nieskończoność. Ludzka wspólnota, pełzająca wśród tych wszystkich wydzielin i nurzająca się z rozkoszą we własnych wydalinach, w końcu powinna się w nich utopić.
Ale jednostki, z oczami zamglonymi rozpusta, z rozmiękczonymi mózgami i rozcieńczoną krwią, wciąż jeszcze nosiły w głębi jestestwa niezniszczalne ziarno Boskiego planu, niczym żarzący się węgiel. Zgodziwszy się z wnioskami raportu Afa i Kecefa, rzeczoznawcy zalecili natychmiastową interwencję.
Naturalnie, przeprowadzono śledztwo weryfikujące. Trzeba było sprawdzić, czy same ofiary naprawdę nie mogą podjąć działań uzdrawiających. Może zostało kilka osób mniej unurzanych w tym bagnie i z nostalgią wspominających świat, w którym nieopanowany rozrost ego nie był jedyną receptą na życie?
Może znajdzie się choć jeden człowiek na tyle czysty, by zapoczątkować proces zdrowienia? Skonsultowano się w tej kwestii z pewnym sprawiedliwym o imieniu Abraham, jednak on, mimo najlepszych chęci, nie znalazł w owym mieście nawet dziesięciu istot ludzkich zdolnych do zbawienia całej wspólnoty.
Sprawa potoczyła się więc innym torem. Wmieszali się aniołowie z chórów cnót i panowań. Przestudiowano wszystkie raporty – główne i poboczne. Wszak mówi się, że „młyny Boże mielą powoli, ale dokładnie”.
W końcu, pewnego pięknego dnia, Af i Kecef zostali wezwani przed oblicze Jego Wysokości Michała, który w naszych służbach kieruje Wydziałem Akcji i Interwencji.
– Zatankujcie do pełna współczucie – polecił – i wróćcie do miasta.
– Na czym polega nasze zadanie?
– Dowiecie się na miejscu.
Na miejscu sytuacja uległa zmianie. Na gorsze. Nawet stąd wszyscy widzieliśmy, że obłok zrobił się jeszcze bardziej czarny, ale dopiero tam, na dole, można było ocenić ogrom nieszczęścia Sodomy. Mieszkańcy miasta od dawna już wyczerpali repertuar przyjemności, które choć nie zawsze są dozwolone, to jednak pozostają w zgodzie z naturą. Postanowili więc naruszyć jej porządek, pogwałcić ją i nadużyć na wszelkie możliwe sposoby.
Potem znaleźli straszliwe upodobanie w obrzydliwości. W końcu, doszli do ostatniego stadium rozwiązłości, którym jest okrucieństwo.
Af i Kecef dotknęli stopą ziemi o zmierzchu. Uliczki tonęły już w ciemnościach, podczas gdy kominy wciąż jeszcze były różowe. Aniołowie maszerowali wyniośle, a ich skrzydła lśniły czystym srebrem. We wszystkich mijanych przez nich spelunkach rozgrywały się sceny miłosne.
Cóż za karykatura! Istoty te używały siebie wzajemnie bez opamiętania i odpychały się ze złością z powodu wzajemnego pożądania.
Prawdziwa miłość to relacja, to dystans. Tu była ona sklejeniem, zespoleniem i splątaniem ciał – trzydziestosześciogłową bestią. W nozdrza podróżników z innego świata uderzał odrażający smród.
Aniołowie doszli do głównego placu. Na ich widok szmer przebiegł miastem – oto do Sodomy przybyły bezbronne rajskie ptaki!
Mieszkańcy wszelakich płci stłoczyli się na progach domów i balkonach, a w ich wygłodniałych oczach i płynnych gestach, którymi odrzucali w tył długie włosy, można było wyczytać to samo pożądanie. Uskrzydlone istoty, kroczące przez zakurzone ulice, były obietnicą czegoś zupełnie nowego, a przecież rozpusta jest tak monotonna, że każda nowość jest zdolna ożywić nawet najbardziej otępiałe zmysły. Dopaść tego, co nieuchwytne, zapanować na tym, co wolne – oto wyzwanie, które rozbudza apetyt, nawet gdy jest się juz nasyconym.
Sodomici ruszyli ku przybyszom.
Tu na scenę wkracza pewien pijaczyna.
Ludzie mają skłonność do nadużywania wszelkich dobrych rzeczy, w tym także wina, które Pan im dał, by – jak mówi Psalmista – rozweselało ich serca. Diabły szybko się w tym połapały i nabrały zwyczaju ukrywania się w bukłakach i butelkach. Dzięki temu fortelowi często udaje im się napytać ludzkości biedy.
Jednak ludzie są tak dziwnie ukształtowani, że za ich przyczyną nakładają się niekiedy na siebie dwa zła, by w efekcie dać jedno dobro. Nie wiadomo dokładnie, co tego dnia stało się Lotowi, poza tym, że wypił sporo za dużo, dzięki czemu dostał napadu gościnności. I gdy w głębi ulicy ujrzał dwóch nieznajomych, naszła go chętka, żeby ich do siebie zaprosić. Wyszedł więc z szynku. Nie zataczał się – przeciwnie, dreptał ku nim drobnym kroczkiem, z głową przekrzywioną, półotwartymi, brudnymi ustami, rozchełstany i rozsiewający zapach porzeczek.
– Panowie, jaśni panowie… Uczyńcie mi honor… w moje skromne progi. .. lepsze niż gospoda. .. wasz dom jest moim domem. .. to jest, chciałem powiedzieć: mój dom jest waszym do- mem. ..
Popatrzyli na niego, powściągając nazbyt wielki blask swoich oczu.
– Ależ nie trzeba. Nazbyt pan uprzejmy.
On jednak nalegał.
– Chyba przyda się wam dobra kąpiel po długiej podróży? Jutro ruszycie dalej, gdy tylko zechcecie.
No cóż, wiecie, jak to z nami jest – nie możemy odmówić, kiedy szczerze proszą.
Af i Kecef zaszli więc pod dach owego człeka, który zapewne nie był sprawiedliwy (w przeciwnym wypadku, Abraham z pewnością by nam o tym powiedział), ale w którym dobro jeszcze nie całkiem wygasło.
Tłum, dyszący ochotą zabawienia się z aniołami, musiał na razie obejść się smakiem. Lot zamknął drzwi na klucz, zasunął sztaby i zabarykadował bramę -nigdy dość ostrożności, gdy bierze się za kogoś odpowiedzialność. Na stole, pokiereszowanym przez kilka pokoleń rodu Lota, płonęła lampka oliwna. Parowała stojąca na nim zupa grochowa, w której pływały obrzynki chleba. Rodzina stłoczona była wokół stołu. Lot perorował, jego małżonka rzucała gościom ciekawe spojrzenia, a dwie nieco gapowate córki – jedna z łuszczącym się lakierem na paznokciach, a druga z wargami pomazanymi tanią barwiczką – tęsknym wzrokiem patrzyły na swych kawalerów; dwóch otyłych młodzieńców, którzy od dzieciństwa słysząc w kółko o rozpuście, całkiem stracili na nią ochotę i przychodzili tu jedynie po to, żeby napchać sobie kałduny na koszt starego Lota.
Czuło się tu ciepło i wilgoć… Coś, co ludzie nazywają rodziną. Mają oni swoje sekrety, które dla nas na zawsze pozostaną niedostępne. Po kolacji adoratorzy, którzy zamiast adorować, głośno bekali, poszli do domu, gości położono na siennikach, małżonkowie udali się do swego pokoju, a córki do swego. Pogaszono światła.
Na zewnątrz zaś trwało święto – niebezpieczne święto, które lada moment miało przerodzić się w szaleństwo. Przez szpary okiennic wdzierało się światło kolorowych lampionów, barwiąc biel pościeli łamiącymi się plisami. Pomruk Sodomy wznosił się coraz głośniej.
Aniołowie nie spali. Af, oparty plecami o poduszkę, patrzył prosto przed siebie oczami płonącymi niczym błękitne, rozżarzone węgle. Kecef utkwił oczy w suficie. Rozmyślali nad losem swego gospodarza. Rak ego nie całkiem go jeszcze przeżarł. Liczne grzechy zostały odkupione gościnnością. Trzeba było zatem uchronić go od losu, jaki miał się stać udziałem jego krajan.
Zaskrzypiały drzwi. Do pokoju wchodzą dwie dziewczyny w koszulach nocnych. Trzymają się za ręce i chichoczą. Jedna wkłada palec do buzi, druga idzie tanecznym krokiem. Ich włosy zostały skropione tandetnym pachnidłem.
– Panowie nie śpią? My, małe dziewczynki, boimy się ciemności.
Obie parskają głupkowatym śmiechem.
Aniołowie spoglądają na nie bez wyrazu. — Możecie sobie wybrać – mówi odważniejsza z nich. – Nam jest wszystko jedno. Obaj jesteście śliczni.
Musimy z tym skończyć. To się już staje groteskowe.
Położyły się na dywanie.
Rzecz sama w sobie nie była niemożliwa. Dowodzi tego rasa olbrzymów, będąca potomkami aniołów i ludzkich córek. Jako hamulec mogła, rzecz jasna, zadziałać moralność i lojalność względem gospodarza. Prawdziwym powodem była jednak litość – nasza anielska litość, której towarzyszy szacunek, podczas gdy litość ludzka jest zaprawiona pogardą. Te wijące się na podłodze samice, żebrzące i ofiarujące same siebie, stanęły na granicy upodlenia.
Aniołowie kary pragnęliby wziąć je w ramiona niczym płaczące dzieci, poskładać je w całość jak zepsute lalki i nauczyć je miłości – tak, właśnie miłości.
– Musicie się nauczyć szanować same siebie – rzekł Af, sztywny jak płomień.
– I szanować innych – dorzucił Kecef, parząc niczym lód.
– Pudło – stwierdziła jedna z dziewcząt. – Zabierajmy się stąd.
– Chyba żartujesz – odparła druga z sióstr. – Kiedyś musimy z tym skończyć. To się już staje groteskowe.
– Masz rację – zgodziła się pierwsza siostra.
– Mam prawie piętnaście lat, a ty skończyłaś czternaście. Panowie, jesteście pewni? Nasi adoratorzy do niczego się nie nadają, nie odróżniliby dziewczyny od pnia drzewa. A ojciec nie pozwala nam wychodzić z domu. Przecież nie możemy tak dłużej żyć! – zakończyła płaczliwie.
Aniołowie potrząsnęli głowami, a nikt nie potrząsa głową w sposób bardziej ostateczny niż anioł.
W tym momencie hałas z ulicy przybrał na sile, a drzwiami wstrząsnął łomot. Wydawało się, że cała Sodoma zgromadziła się przed domem Lota. Tłuszcza dyszała żądzą rozdziewiczenia.
— Ciekawe, jak będą wyglądali bez piórek – ryknął jakiś głos z tłumu.
Na dole odbywał się festiwal już nawet nie rozwiązłości, ale gniewu. Drzwi nie chciały ustąpić, a to doprowadzało tłum do wściekłości, z której czerpał on prawdziwą rozkosz. Podstawę ludzkiej wrażliwości i cywilizacji stanowi wszystko, co zakazane. Trudno to zrozumieć nam, aniołom. My jesteśmy strumieniem. Oni są tamą.
Ci na dole krzyczeli, zdzierając sobie gardła, kaleczyli sobie pięści o zamki, łamali paznokcie na rynnach, obnażali się, rozdzierali szaty, ciskali się na wszystkie strony, a trzymane w rękach lampiony kołysały się frenetycznie, rzucając na tłum plamy różnobarwnego światła. Podczas kolacji Lot również sporo wypił i teraz na jego gościnność nałożyła się jeszcze pewna wojowniczość, z której czer- pał wielką satysfakcję. Z wysokości swego balkonu zawieszonego nad głowami tłuszczy wykrzykiwał do sąsiadów:
– Chcecie moich gości? Nie dostaniecie ich! Są pod moją opieką, opieką Lota, syna Lota! Żeby ich chronić, nie cofnę się przed niczym. Zobaczycie!
I pobiegł po łuk i strzały.
– Nie wystawiaj się, panie, z naszego powodu na niebezpieczeństwo – rzekł do niego Af. – Tak naprawdę, nic nam nie grozi.
– Gościnność rzecz święta — odparł Lot. — Taka słabość się po mnie nie pokaże.
Kecef zdumiał się bardzo: – A zapewniono nas, że nie ma w Sodomie ani jednego sprawiedliwego.
– No bo nie ma! — odrzekł Lot.
– Jesteś ty.
Lot roześmiał mu się prosto w nos.
– Ja? Sprawiedliwy? Od razu widać, że przybyliście z bardzo daleka.
Nagle, patrząc na swoje roznegliżowane córki, spochmurniał.
– Wiem, co to powinność. Jesteście moimi gośćmi. Ot, co.
Wrócił na balkon i wystrzelił świszczącą strzałę ponad głowami tłumu miotającego się u jego stóp. Tego tylko było trzeba rozwydrzonej tłuszczy – nieskuteczne ciosy doprowadziły histerię do apogeum. Nie zważając na ciężar swych ciał, ludzie zaczęli wznosić z nich cyrkowe piramidy, przesuwając się chwiejnie w stronę balkonu. Jakaś banda obojnaków zerwała balustradę z brązu i szykowała się do forsowania drzwi. Grupka lesbijek niosła naręcza chrustu i słomy.
— Mężu mój – zakrzyknęła żona Lota, stając za jego plecami. — Chcesz, żeby posiekano nas na kawałki z powodu tych dwóch cudzoziemców? Otwórz drzwi! Przecież oni mogą być nawet Żydami lub Gomorejczykami!
Córki Lota siedziały w kącie pokoju przerażone i zachwycone. Wreszcie w ich życiu zaczęło się coś dziać. Z podziwem patrzyły na ojca, którego pijaństwo wynosiło na szczyty heroizmu.
W istocie, Lot oczami duszy widział już swoją zgubę, ale było mu to zupełnie obojętne. Niech pękną drzwi! Niech spłonie dom! Sam gotów był zginąć, byle tylko uratować tych dwóch cudzoziemców. Kiedy najbliższa ludzka piramida zaczęła się kołysać na jego wysokości, a jarmarczny wojownik usadowiony na ramionach swych towarzyszy splunął mu w twarz, Lot krzyknął:
— Stójcie!
– Pochwycił za włosy swoje córki i wyciągnął je na balkon.
– Czego chcecie? Młodości, świeżości, dziewictwa? No to macie! Są wasze! Ale wara od moich gości!
To było doprawdy śmieszne. Ten stary pijak, którego za chwilę mieli usmażyć w jego własnym domu, ofiarował im okup w postaci owoców swoich lędźwi. Cała Sodoma ryknęła bezlitosnym śmiechem.
– Co ty sobie myślisz? Twoje córki też weźmiemy. I twoją żonkę – dla trędowatych.
Do tej pory aniołowie nie poruszyli się i nie przemówili ani razu. Bez trudu mogli unieść się ku niebu i odlecieć do gwiazd. Nie na tym jednak polegało ich zadanie. Rozochocony tłum ryknął:
– Do kotła z aniołami!
Och, jak pociągająca była ta szczególna zwierzęcość! Anioł szeleszczący skrzydłami, cały w nastroszonych piórach – o ileż wspanialej byłoby dosiąść jego zamiast kozy! Drzwi zaczęły pękać pod naporem ciosów. Płonęły wiązki chrustu. Wojownik z piramidy uczepił się już rękami poręczy balkonu.
– Moje oczy! Tysiąc głosów – jeden okrzyk.
Wystarczyło, by Kecef uniósł dłoń i uwolnił jedną trylionową cząstkę zamkniętego w niej światła. Piramida zawaliła się w jednej chwili i mieszkańcy Sodomy kręcili się teraz w miejscu, zatykając sobie rękami oczodoły, potykając się, obijając o siebie na- wzajem, upadając na ziemię, gryząc jedni drugich oraz samych siebie, rozpaczliwie otwierając usta i napełniając je walającymi się w rynsztoku odpadkami.
Gdy oczy są martwe, pozostaje w nich tylko nienawiść, jeśli w ciemności ludzkiego wnętrza nie otworzą . się inne oczy, niczym na ogonie pawia. Tacy są ludzie.
Af i Kecef nie mogli już tego znieść. Zapłakali. Każda z tych istot, godzinę wcześniej zespolonych w dzikich uściskach, dających sobie wzajemnie rozkosz, drapiących swe ciała w akcie pieszczoty i rozdających sobie ukąszenia w miejsce pocałunków, krzyczała teraz „Moje oczy!”. Żadna nie zakrzyknęła, choćby raz jeden: „Twoje oczy!”
Tak, bez wątpienia. Rak ego toczył tych ludzi stworzonych na obraz i podobieństwo Boga. Co za nieszczęście! Z anielskich oczu trysnął słony potok i spłynął na ziemię, roznosząc po niej nieskończenie słoną Bożą sól. W mgnieniu oka mieszkańcy Sodomy pobieleli i zamienili się w kamień — pochyleni lub wyprostowani, klęczący, zwinięci w kłębek lub pochwyceni w pełnym biegu, z ramionami uniesionymi, otwartymi ustami. . .
A gorące łzy obu aniołów tryskały na ziemię, niczym cztery niewyczerpane fontanny. Zasłaniając oczy łokciem, Lot krzyknął:
– Cóż nam niesiecie, przybysze?
Af odpowiedział mu przez łzy: — Gniew Boży.
Kecef dorzucił: — Boże współczucie.
Af zaś rzekł: — Kiedyż wreszcie ludzie pojmą, że to jedno i to samo?
Na niebie pojawił się księżyc. Sodoma lśniła bielą – delikatną, kosmatą i krystaliczną. Potem zerwał się wiatr i powietrze napełniło się drobnym pyłem. Lekkim, bardzo lekkim. W Sodomie niemal całkowicie wróciła przejrzystość. Zniknął cały ciężar.
Af ujął Lota za rękę, Lot wziął za rękę żonę, Kecef chwycił dłonie córek. Wszyscy wyszli z miasta.
Idąc, aniołowie powtarzali: „Nie otwierajcie oczu, nie odwracajcie się, nie patrzcie”, gdyż dobrze wiedzieli, co grozi tym, którzy przyglądają się Bożemu współczuciu. Lot, który zupełnie otrzeźwiał, był milczący i posłuszny.
Córki, urzeczone przez prowadzącego je anioła, także podporządkowały się bez słowa. Natomiast żona Lota rozmyślała o tym, jak trudno będzie zacząć wszystko od nowa na obczyźnie. Zawsze była przywiązana do Sodomy, która miała wprawdzie swoje wady, ale przecież była jej domem. Tak naprawdę, wcale nie pochwalała drastycznych środków, jakie przedsięwziął Bóg, by oczyścić miasto. Nagle przypomniała sobie o małym kociołku, który był jej szczególnie drogi, i bez którego nie mogła przecież gotować. Wyrwała dłoń z ręki męża:
– Poczekaj chwilę, muszę tylko wrócić po. ..
Obróciła się na pięcie i otworzyła oczy. Był ranek. Przed nią rozciągała się olśniewająca pustynia. Sponad niej unosiła się mgła – to parowała woda z anielskich łez. Trzeszczały pokryte warstwą soli palmy. Na ziemi leżała przyobleczona w sól lalka. W oddali słychać było poświstywanie północnego wiatru. Słońce, wyglądające niczym biały dysk, ledwie widoczny poprzez sklepienie z chmur, tworzyło tęcze w niezliczonych pryzmatach. W powietrzu unosił się słony pył. Oczy żony Lota pochwyciły go w locie niczym dwa wiry. Nie miała nawet czasu krzyknąć. Była już tylko słupem soli.
Platforma crowdfundingowa Patronite usunęła reportaż „Zgnilizna” autorstwa Izy Michalewicz, dotyczący śledztwa w sprawie gwałtu na 11-letnim chłopcu we wrocławskim aquaparku. – Moja rola reporterki na ten moment właśnie się skończyła. Skończyło się zadawanie niewygodnych pytań i pisanie o tym, o czym wszyscy milczą – komentuje autorka.
Oficjalny powód ocenzurowania materiału to możliwe naruszenia prawa prasowego oraz zasad dotyczących rozpowszechniania informacji z rozpraw prowadzonych z wyłączeniem jawności.
Michalewicz zainteresowała się sprawą po tym, jak sama padła ofiarą molestowania seksualnego w tym samym aquaparku. Po zgłoszeniu własnego incydentu na policję, dowiedziała się o sprawie z 2022 roku za pośrednictwem grupy facebookowej. Dziennikarka uzyskała zgodę Sądu Okręgowego na wgląd do akt sprawy, mimo że proces toczył się z wyłączeniem jawności.
„Zrobiłam wszystko zgodnie z prawem. Reportaż w żaden sposób nie naprowadził na zidentyfikowanie rodziny” – broni się dziennikarka, która opublikowała tekst na Patronite w celu pozyskania wsparcia finansowego od czytelników.
Michalewicz wyraziła rozczarowanie decyzją o usunięciu reportażu. Zasugerowała, że padła ofiarą zastraszania. „Zastraszanie mnie i zaszczuwanie jednak odnosi skutek” – pisze.
„Moja rola reporterki na ten moment właśnie się skończyła. Skończyło się zadawanie niewygodnych pytań i pisanie o tym, o czym wszyscy milczą” – napisała na swoim profilu na Facebooku. To najprawdopodobniej koniec jej zaangażowania w nagłaśnianie podobnych spraw w przyszłości.
Dzień przed Sylwestrem w saunarium wrocławskiego Aquaparku przy ulicy Borowskiej, padłam ofiarą mo**stowania sek**alnego. Mężczyzna siedzący obok mnie w zewnętrznym basenie dotykał mnie w miejscu intymnym. Zorientowałam się, gdy masaż wodny zaczął być zbyt agresywny i włożyłam rękę między nogi chwytając za męskie łapsko. Wołanie ochrony było bezskuteczne: przy basenie nie kręcił się żaden pracownik. Mężczyzna zaskoczony moim krzykiem spojrzał na mnie i spokojnie wyszedł z basenu.
Nikt nie zareagował.
Pokonując wstyd, upokorzona, roztrzęsiona i ociekająca wodą domagałam się interwencji przy kasach. Pracownik ochrony zrobił ze mną krótki spacer bez wychodzenia na teren zewnętrzy obiektu, po czym powiedział: „Jak pani zobaczy tego mężczyznę, to niech pani nie krzyczy, tylko przyjdzie i mi go pokaże”. I sobie poszedł.
Napisałam do rzeczniczki Aquaparku z żądaniem zabezpieczenia monitoringu.
„Bardzo nam przykro z powodu tego, co panią spotkało” – odpowiedziała Adrianna Pawlicka. „Zapewniamy, że nasz obiekt ma odpowiednie procedury bezpieczeństwa. W strefie saunarium w czasie zgłoszonego przez panią zdarzenia znajdował się ratownik oraz saunamistrzowie. Pracownik ochrony zareagował od razu po wezwaniu przez obsługę kas oraz udzielił pomocy”.
Odpisałam: „Pracownik ochrony nie udzielił mi pomocy tak, jak powinien to zrobić. Tylko najpierw zapytał GDZIE BYŁAM DOTYKANA. A następnie przeszedł się ze mną po saunie (a nie po całym terenie) i powiedział, że jak zauważę człowieka to mam przyjść i mu zgłosić. Rozumiem, że jako ofiara mo**stowania miałam sama wypatrywać zbocze*ca. A potem mokra i ubrana tylko w podomkę znów zawitać do hallu.
Nie macie od lat odpowiednich procedur bezpieczeństwa, a z pewnością reagowania na przemoc se**ualną. Dodam jeszcze tylko, że zadaniem ratownika, jak sama nazwa wskazuje, jest ratowanie, a saunamistrza – praca w saunie. O tym, gdzie jest miejsce waszej ochrony powinniście wiedzieć sami. Bo z pewnością nie za kasami w hallu.
Ale odpowiedzi już nie było.
Sprawę zgłosiłam na policję. Funkcjonariuszka, która mnie przyjmowała, powiedziała, że Aquapark od lat walczy z policją. – Jak to walczy? – zapytałam. – Mają swój wewnętrzny regulamin i my nie możemy im mówić, jak powinni pracować.
Zamieściłam ostrzeżenie na jednej z wrocławskich kobiecych grup na fb. Jak się okazało – nie jestem jedyną ofiarą złego dotyku. Mało tego: jedna z kobiet napisała, że na terenie Aquaparku w 2022 roku mężczyzna zgwa**ił jedenastoletniego chłopca.
Zaczęłam sprawdzać.
Media pisały o tym tylko na etapie informacji (aresztowania sprawcy na trzy miesiące). Nie doszukałam się, czy sprawca został ukarany i jaki był rozmiar tej kary. Za to Aquapark wydał oświadczenie, że pouczył pracowników, aby wnikliwie obserwować teren obiektu. Jest tam 300 kamer, nie ma ich tylko w toaletach i przebieralniach.
„Ponadto teren strzeżony jest przez wyspecjalizowaną firmę ochroniarską, a na terenie basenów rekreacyjnych jednym z zadań ratowników i personelu sprzątającego jest monitorowanie sytuacji na basenie — mówił mediom ówczesny rzecznik Patryk Załęczny. – Po całym zajściu, wobec którego toczy się nadal śledztwo, spotkaliśmy się z całym personelem, aby porozmawiać o bezpieczeństwie na terenie obiektu i jeszcze bardziej uczulić osoby na konkretnych stanowiskach, by zwracały szczególną uwagę na okolice, gdzie nasze kamery z racji prawa nie mogą być włączone”.
Postanowiłam sprawdzić, co wydarzyło się na terenie basenów w lipcu 2022 roku i jak wówczas sprawdziły się procedury Aquaparku. Zwróciłam się więc do Sądu Okręgowego we Wrocławiu najpierw z prośbą o ustalenie sygnatury akt i pytaniem, jaki finał miała sprawa. A następnie poprosiłam o wgląd, zobowiązując się do zachowania w poufności wszelkich danych wrażliwych w opisaniu sprawy.
„Mam doświadczenie w pracy nad takimi tematami, a zapoznanie się z tymi aktami jest mi niezbędne do rzetelnego zgłębienia tematu” – dodałam.
Proces toczył się z wyłączeniem jawności, ale sąd zezwolił mi na przeczytanie akt. Przejrzałam i wynotowałam osiem tomów w pięć godzin. Chłopiec w chwili zdarzenia miał 11 lat, a krzywda, którą wyrządził mu wykwalifikowany pracownik Banku Millenium zostanie z nim na długie lata. A może na całe życie.
Napisałam dla Was reportaż na Patronite, bo uważam temat za społecznie bardzo ważny.