Elon Musk może mieć największy problem w swojej karierze – i tym razem nie chodzi o Twittera czy samochody elektryczne. Jego konstelacja satelitów internetowych Starlink staje się ofiarą nieprzewidywalnego przeciwnika: naszej własnej gwiazdy.
Najnowsze badania NASA ujawniają, że aktywność słoneczna sprowadza satelity Starlink z orbity w znacznie szybszym tempie niż przewidywano, a obecny cykl słoneczny dopiero się rozpędza.
Liczby mówią same za siebie. W 2020 roku spadły zaledwie dwa satelity Starlink. Rok później było ich już 78, w 2022 – 99, a w 2023 – 88. Ale 2024 rok przyniósł dramatyczny skok: 316 satelitów spłonęło w atmosferze. Łącznie konstelacja straciła już 583 obiekty, co oznacza, że mniej więcej co piętnasty satelita Starlink nie przetrwał swojej misji.
Zespół badawczy pod kierunkiem Denny’ego Oliveiry z NASA Goddard Space Flight Center przeanalizował 523 satelity Starlink, które powróciły do atmosfery między 2020 a 2024 rokiem. Odkryli wyraźną korelację z aktywnością słoneczną, która osiągnęła swoje maksimum w październiku 2024 roku. „Wyraźnie pokazujemy, że intensywna aktywność słoneczna obecnego cyklu słonecznego miała już znaczący wpływ na ponowne wejścia w atmosferę Starlink” – czytamy w badaniu opublikowanym w czasopiśmie Frontiers.
Mechanizm zniszczenia jest pozornie prosty, ale jego skutki okazują się destrukcyjne. Gdy Słońce jest aktywne, emituje potężne rozbłyski i koronalne wyrzuty masy, które bombardują górną atmosferę Ziemi naładowanymi cząsteczkami. To powoduje nagrzewanie i rozszerzanie termosfery – warstwy atmosfery na wysokości od 200 do 600 kilometrów, gdzie operują satelity Starlink. Rozszerzona atmosfera oznacza większy opór dla satelitów, które zaczynają tracić wysokość szybciej niż przewidywano.
Podczas szczególnie intensywnych burz magnetycznych satelity, które normalnie pozostawałyby na orbicie przez 15 dni, spadają już po pięciu. W najgorszych przypadkach ich przewidywany czas życia skraca się o nawet dziesięć dni. „Kiedy mamy burze magnetyczne, satelity wracają do atmosfery znacznie szybciej niż oczekiwano” – wyjaśnia Oliveira.
Problem jest tym poważniejszy, że obecny cykl słoneczny okazał się znacznie silniejszy niż przewidywano. Solar Cycle 25, który rozpoczął się w 2019 roku, miał być stosunkowo słaby, podobny do poprzedniego cyklu. Tymczasem już w 2024 roku przekroczył wszystkie prognozy, osiągając 156,7 plam słonecznych w sierpniu, podczas gdy przewidywano maksimum 115 plam w lipcu 2025 roku.
To oznacza, że najgorsze może dopiero nadejść. Maksimum słoneczne może trwać do końca 2025 roku, a niektórzy naukowcy sugerują, że mogliśmy właśnie wejść w fazę stuletniego cyklu Gleissberg, który może oznaczać dekady wzmożonej aktywności słonecznej.
Konsekwencje wykraczają daleko poza straty finansowe SpaceX. Samantha Lawler, astronom z University of Regina, która jako pierwsza opisała problem spadających satelitów Starlink, zwraca uwagę na rosnące zagrożenie dla ludzi na Ziemi. W sierpniu 2024 roku na farmie w Saskatchewan w Kanadzie odnaleziono fragment satelity Starlink o wadze 2,5 kilograma. „Jeśli znaleźliśmy jeden fragment, ile nam umknęło?” – pyta Lawler.
Choć satelity Starlink są projektowane tak, aby całkowicie spalić się w atmosferze, rosnąca liczba re-entries i ich przyspieszony charakter oznaczają większe ryzyko, że fragmenty dotrą do powierzchni Ziemi. Paradoksalnie, satelity spadające z większą prędkością mogą mieć lepsze szanse na przetrwanie atmosfery z powodu zmniejszonej interakcji z powietrzem.
Obecne tempo spadków jest już alarmujące. Jonathan McDowell, astronom z Harvard-Smithsonian, potwierdza: „Teraz mamy reentry Starlink niemal każdego dnia. Czasami kilka”. Z ponad 7000 satelitów Starlink obecnie na orbicie i planami SpaceX dotyczącymi wysłania nawet 42000 satelitów, problem będzie się tylko nasilać.
Wpływ na środowisko również budzi coraz większe obawy. Satelity Starlink składają się głównie z aluminium, które podczas spalania w atmosferze przekształca się w tlenek aluminium. Ten „aluminiowy popiół” może uszkadzać warstwę ozonową i zmieniać albedo górnej atmosfery, potencjalnie wpływając na temperaturę i klimat.
SpaceX twierdzi, że ma sytuację pod kontrolą, regularnie wykonując manewry unikania kolizji – średnio jeden co dwie minuty w drugiej połowie 2024 roku. Ale częstotliwość tych manewrów pokazuje, jak niebezpieczna stała się sytuacja na niskiej orbicie ziemskiej. Jeśli systemy SpaceX zawiodą choćby na krótko podczas silnej burzy słonecznej, może dojść do kaskady kolizji, która sprawi, że niska orbita stanie się bezużyteczna na dekady.
Naukowcy są zgodni: to dopiero początek problemu. Oliveira ostrzega, że „za kilka lat będziemy mieć satelity wracające do atmosfery codziennie”. Z maksimum słonecznym trwającym potencjalnie do 2026 roku i planami dalszego rozszerzania konstelacji Starlink, następne lata mogą przynieść jeszcze więcej dramatycznych scen płonących satelitów na niebie.
Podczas gdy SpaceX kontynuuje agresywne tempo wystrzeliwań – w 2024 roku przeprowadził 98 udanych misji orbitalnych – coraz więcej ekspertów wzywa do przewartościowania podejścia do mega-konstelacji satelitarnych. Problem Starlink może być zwiastunem większego kryzysu w kosmosie, gdzie rosnąca liczba obiektów spotyka się z niestabilną aktywnością naszej gwiazdy macierzystej.
W końcu, jak zauważa jeden z naukowców, „to pierwszy raz w historii, kiedy mamy tak wiele satelitów powracających do atmosfery w tym samym czasie”. I wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek tej kosmicznej katastrofy.
Andrzej Duda: Pan profesor Strzembosz ponosi odpowiedzialność za stan dzisiejszego polskiego wymiaru sprawiedliwości
W środę prezydent był pytany przez dziennikarzy o swoją niedawną wypowiedź w Radiu Wnet, w której ocenił, że „wszystkim sędziom, którzy byli umoczeni w komunizm, (należy – PAP) odebrać stany spoczynku”. Cytował przy tym wypowiedź byłego przewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa i byłego I prezesa Sądu Najwyższego prof. Adama Strzembosza, który mówił, że „wymiar sprawiedliwości i środowisko sędziowskie oczyści się samo”. – Nic się nie oczyściło – stwierdził prezydent, naśladując sposób wypowiedzi profesora.
Pan profesor Strzembosz ponosi odpowiedzialność za stan dzisiejszego polskiego wymiaru sprawiedliwości i za stan, który ja zastałem w 2015 roku (…). Oceny tego wymiaru sprawiedliwości były fatalne, m.in. przez to, że mnóstwo w tym wymiarze sprawiedliwości było ludzi skażonych przynależnością do partii komunistycznej przed 1990 rokiem
– powiedział, podkreślając, że wśród nich byli też sędziowie skazujący opozycjonistów na podstawie dekretów stanu wojennego.
Zdaniem Dudy w sądownictwie „przetrwały patologie” z czasów poprzedniego ustroju.
Wielu sprawców zbrodni komunistycznych nie zostało skazanych, a obserwowaliśmy fatalne, po prostu porażające (…) orzeczenia m.in. Sądu Najwyższego, jeżeli chodzi o różnego rodzaju przestępców komunistycznych. To były efekty właśnie tego, że nie dokonano tej dekomunizacji wymiaru sprawiedliwości w porę i za to współodpowiedzialny jest m.in. pan prof. Strzembosz – ocenił.
Komentarz prof. Strzembosza
Prof. Strzembosz w poniedziałek w rozmowie z WP odniósł się do wypowiedzi Dudy w Radiu Wnet, mówiąc, że „każdy działa tak, jak dyktuje mu serce i jego kultura”.
Pan prezydent nie musi mnie lubić i rozumiem, że chciał jakoś zaznaczyć swój stosunek do mnie. Nie przywiązuję do tego rodzaju zachowań żadnej wagi – powiedział prof. Strzembosz. (PAP)
Grzegorz Braun zdejmuje wystawę LGBT w Sejmie / fot. Fb / Ośrodek Monitorowania Antypolonizmu (kolaż)
Grzegorz Braun zdemontował wystawę promującą dewiację w Sejmie RP.
Nagranie umieszczono na profilu „Ośrodek Monitorowania Antypolonizmu”.
„Pan europoseł Grzegorz Braun odwiedził Sejm RP” – napisano w opisie.
Na nagraniu widzimy, jak Braun zdejmuje ze stelaży tablice pokazujące w pozytywnym świetle zmienno-płciowców i osoby z zaburzeniami seksualnymi. Zdjęte tablice składa na pół i odkłada na podłogę.
W pewnym momencie pojawia się strażnik.
– Panie pośle, przywołuję pana do porządku. Proszę nie niszczyć wystawy – mówi.
– Przywołuję pana do porządku, niszczy pan mienie – twierdzi strażnik.
Potem któraś z obecnych osób pyta, „co pan robi.”
– Zapobiegam zgorszeniu publicznemu – odpowiedział Grzegorz Braun.
– Ale to jest legalna wystawa w Sejmie – powiedział pytający.
– To jest zgorszenie publiczne – odpowiedział Braun, po czym przypomniał, że istnieje pojęcie „moralności publicznej”.
– W sumie dlaczego w polskim sejmie promuje się transseksualistów z Krapkowic (bo o tym traktują te dziwaczne tablice)? Czym się ci nieszczęśnicy zasłużyli dla pomyślności Rzeczpospolitej? – pyta poseł Konfederacji Korony Polskiej Roman Fritz.
W sumie dlaczego w polskim sejmie promuje się transseksualistów z Krapkowic (bo o tym traktują te dziwaczne tablice)? Czym się ci nieszczęśnicy zasłużyli dla pomyślności Rzeczpospolitej?
– Kolejna agitka sodomicka poszła do śmieci. Grzegorz nie odpuszcza i ma rację – skomentował wydarzenie redaktor naczelny „Najwyższego CZASu!” Tomasz Sommer.
Grzegorz Braun zniszczył wystawę w Sejmie poświęconą równości i tolerancji. Doszło do tego po południu, przed głosowaniem nad wotum zaufania dla rządu. Poinformował o tym reporter RMF FM Kacper Wróblewski, który był świadkiem tego incydentu i któremu udało się nagrać całe zdarzenie
Grzegorz Braun niszczy wystawę w Sejmie poświęconą tolerancji wobec osób LGBT/Kacper Wróblewski /RMF FM
Dziś po godz. 15 w sejmowym holu słychać było ogromny huk. Po chwili kolejny. Okazało się, że Grzegorz Braun połamał plansze wystawy poświęconej równości i osobom LGBT. Następnie je podeptał. Straż marszałkowska próbowała interweniować, jednak bezskutecznie.
Przypomnijmy, że w pierwszej turze wyborów prezydenckich europoseł Grzegorz Braun z Konfederacji Korony Polskiej uzyskał 6,34 proc. głosów, co zapewniło mu czwarte miejsce. To ponad milion głosów wyborców – dokładnie 1 242 917.
Tablice zostały już wyprostowane i ponownie umieszczone na stelażach.
Interwencję do marszałka Sejmu w tej sprawie zapowiedziała liderka klubu Lewicy Anna Maria Żukowska. Poinformowała też, że ta sama wystawa – autorstwa stowarzyszenia „Tęczowe Opole” – już raz została zniszczona przez Brauna w marcu tego roku w Opolu. Zawiadomienie w tej sprawie trafiło do prokuratury.
Jeśli chodzi o Sejm, to również nie pierwszy skandal z udziałem europosła. 12 grudnia 2023 roku Grzegorz Braun zgasił świece chanukowe – również w czasie poselskich pytań po expose Donalda Tuska. W Sejmie odbywała się równolegle uroczystość poświęcona żydowskiemu świętu Chanuki. Braun wziął gaśnicę, która stała w sejmowym korytarzu, podszedł do menory chanukowej i zgasił ją, zakłócając odbywający się na terenie Kancelarii Sejmu obrządek religijny. Został wtedy wykluczony z udziału w posiedzeniu.
Wideo przedstawiające kampanię uliczną przeciwko ideologii gender w Warszawie stała się wiralem w Mediach społecznościowych na całym świecie. Aktywiści LGBT, którzy zareagowali na protest, szczekają dosłownie jak psy na wolontariuszy TFP. Ukazuje to absurdalność ich ruchu. Zobaczcie sami:
Globalny oddźwięk nagrania
Nagranie, opublikowane m.in. na YouTube i innych platformach, zostało odtworzone już ponad 25 milionów razy. Relacje na jego temat pojawiły się w mediach w Brazylii, USA, Kolumbii, na Słowacji, w Czechach, Holandii, a nawet w Turcji. Pokazuje to, jak nawet niewielkie protesty – w tym przypadku zaledwie dziesięciu wolontariuszy – mogą dotrzeć z przekazem do milionów odbiorców na całym świecie.
Szczekanie jako jedyny argument
Dlaczego właśnie to nagranie stało się tak popularne? Ponieważ większość ludzi uznaje tę scenę za absurdalną – nawet jeśli nie są przeciwnikami LGBT. Widać wyraźnie, że przeciwnicy TFP nie mają żadnych merytorycznych argumentów. Ich odpowiedzią na racjonalną krytykę jest szczekanie. Film ukazuje, jak nisko upadł ruch LGBT – jego intelektualną pustkę i moralne zepsucie.
Zobacz wideo: Obrońcy rodziny protestują przeciw seksualnej indoktrynacji dzieci. Sodomscy aktywiści odpowiadają szczekaniem.
Odrzucenie Boga prowadzi do zezwierzęcenia
Nagranie odsłania również głębszy problem: kto odrzuca Boga i Jego przykazania, ten sprowadza siebie do poziomu zwierzęcia. Dosłowne szczekanie aktywistów LGBT to wyraziste świadectwo tego zjawiska. Takie zachowanie szokuje wielu i pokazuje, jak daleko człowiek może zbłądzić bez moralnego kompasu.
Agenda LGBT zdemaskowana
Początkowo ruch LGBT domagał się jedynie „tolerancji” i prawa do istnienia. Obecnie narzuca wszystkim swoje fałszywe zasady – coraz więcej osób zaczyna to dostrzegać. To wideo ujawnia ich prawdziwe oblicze. Wiele osób jest zszokowanych tym szaleństwem i odwraca się od tego ruchu. Kampanie uliczne, takie jak ta prowadzona przez TFP, są kluczowe w demaskowaniu tej „genderowej dyktatury”.
Wesprzyj walkę o rodzinę i moralność
To nagranie udowadnia skuteczność działań TFP. Mała grupa może dotrzeć do szerokiej publiczności. Musimy wspierać tych mężczyzn – ich kampanie przekazują przesłanie o rodzinie i chrześcijańskiej moralności milionom ludzi. Pomóż chronić młode pokolenie przed pułapką ideologii LGBT.
Nagranie, które dziś porusza świat, pojawiło się również w spocie wyborczym kandydata na prezydenta RP, Karola Nawrockiego. W materiale tym postawiono fundamentalne pytanie: Czy Polska ma być biało-czerwona, czy tęczowa? Kandydat jasno odpowiada: Polacy są narodem tolerancyjnym, ale dzieci muszą być chronione przed ideologicznymi eksperymentami. „Gwarantuję,” podkreśla Nawrocki, „że jako Prezydent RP dopilnuję, by Polska pozostała biało-czerwona”.
Legnickie złoże węgla brunatnego zaspokoiłoby potrzeby energetyczne Polski na kilka wieków.
Ministerstwo Klimatu i Ochrony Środowiska nie zamierza eksploatować wielkiego złoża węgla brunatnego rozciągającego się miedzy Legnica a Głogowem. Jak informuje Radio Wrocław, jeszcze w tym roku rząd umożliwi zagospodarowanie tego terenu. Dotąd ze względu na ochronę strategicznych zasobów przepisy ograniczały inwestowanie samorządom i mieszkańcom.
– Te obostrzenia przechodzą do historii – ogłosił na antenie wrocławskiej rozgłośni Krzysztof Galos, główny geolog kraju, podsekretarz stanu w ministerstwie klimatu.
Od lat na taką decyzję czeka społeczność gmin Miłkowice, Kunice, Lubin, Ruja, Prochowice i Ścinawa. Na ich terenie zalegają największe w Europie pokłady węgla brunatnego, szacowane na około 15 – 30 miliardów ton. Gdy szesnaście lat temu górnicze lobby próbowało uruchomić ich wydobycie, mieszkańcy zorganizowali protesty na nieznaną wcześniej skalę. Wspierani przez Fundację Rozwój TAK – Odkrywki NIE doprowadzili do największego w Polsce referendum, w którym ponad 90 procent głosujących w 6 gminach opowiedziało się przeciwko eksploatacji złoża Legnica. Determinacja obywateli sprawiła, że plany budowy odkrywkowej kopalni węgla brunatnego między Legnicą a Lubinem przeszły w niebyt. Przypieczętowała to budowa drogi ekspresowej S3 dokładnie przez środek złoża (2014-2018).
Ale w strategicznych dokumentach nic się nie zmieniło. Zapisy o potrzebie ochrony złoża wciąż ograniczają rozwój gmin Miłkowice, Kunice, Lubin, Ruja, Prochowice i Ścinawa.
– Nie można tam budować domów i infrastruktury – skarżył się 4 lata temu w TVP Wrocław wójt Miłkowice Dawid Stachura. – To blokuje rozwój i ma fatalny wpływ na budżet samorządu, Nie możemy nawet zmodernizować wodociągu, bo Ministerstwo Klimatu i Środowiska blokuje nas w inwestycji.
W sytuacji, kiedy cała Europa rezygnuje z węgla brunatnego jako surowca dla energetyki, inercja polskich władz w tym zakresie budziła zdumienie.
„Najdalej w październiku tego roku Ministerstwo Klimatu i Ochrony Środowiska opublikuje listę strategicznych złóż, stanowiących własność górniczą Skarbu Państwa” – podaje Radio Wrocław i powołując się na wiceministra Krzysztofa Galosa zapewnia, że w przygotowywanym wykazie na pewno nie będzie złoża Legnica.
Politycy prawicy, wcześniej zaangażowani w obronę Turowa i energetyki opartej na węglu, z oburzeniem przyjmują te zapowiedzi. Wskazują, że legnickie złoże węgla brunatnego zaspokoiłoby potrzeby energetyczne Polski na kilka wieków.
Przez Tylera DurdenaRogue NGOs Prepare For Nationwide Color Revolution; Walmart Heiress Calls For „Mobilization”
Sieć organizacji pozarządowych (NGO) o znanych powiązaniach z ideologiami politycznymi o podłożu marksistowskim zainicjowała skoordynowane protesty w Los Angeles w zeszły piątek. Niemal natychmiast protesty te przerodziły się w powszechne zamieszki, w tym wandalizm, podpalenia i grabieże, nawiązując do schematów poprzednich mobilizacji Partii Demokratycznej w stylu „kolorowej rewolucji”.
W odpowiedzi prezydent Trump zezwolił na rozmieszczenie oddziałów Gwardii Narodowej i piechoty morskiej w celu zabezpieczenia wrażliwych obszarów i zapobieżenia dalszym niepokojom, podczas gdy grabieże i chaos trwały do późnych godzin nocnych…
Apple store in LA looted last night.
But don’t worry, Gavin Newsom has it under control and the media say it’s totally peaceful.pic.twitter.com/oarl25BmxJ
Apple store in LA looted last night. But don’t worry, Gavin Newsom has it under control and the media say it’s totally peaceful.
Tłumaczenie „X” : Wczoraj wieczorem splądrowano sklep Apple Store w Los Angeles. Ale nie martwcie się, Gavin Newsom ma wszystko pod kontrolą, a media donoszą, że wszystko przebiegało spokojnie.
Istnieją powody, by sądzić, że wczesna, skoordynowana mobilizacja narodowa jest obecnie uruchamiana w celu wywołania rewolucji kolorów w różnych miastach, podobnie jak protesty BLM, które przerodziły się w zamieszki w 2020 r. i były prowadzone przez grupę nazywającą siebie „No Kings”. Organizacja ta wydaje się działać jako front dla szerszych radykalnych sieci lewicowych, przy wsparciu ugruntowanych radykalnych lewicowych organizacji pozarządowych, w tym Indivisible, finansowanej przez Sorosa organizacji non-profit, wcześniej powiązanej z nieudaną rewolucją kolorów przeciwko Tesli Elona Muska na początku tego roku.
Lewicowa agencja informacyjna Common Dreams stwierdziła, że Leah Greenberg z Indivisible jest jedną z czołowych postaci ruchu „No Kings”.
Zaplanowany na ten weekend protest otrzymuje wsparcie organizacyjne — lub przynajmniej logistyczne — od blisko 200 grup, w tym różnych organizacji pozarządowych (przygotuj się na natarcie profesjonalnych protestujących w miastach w pobliżu Twojego miejsca zamieszkania).
Warto zauważyć, że termin ten zbiega się z 14 czerwca, symboliczną datą zbiegającą się z Dniem Flagi, urodzinami prezydenta Trumpa, paradą wojskową w Waszyngtonie i 250. rocznicą powstania Armii Stanów Zjednoczonych, co sugeruje, że za mobilizacją kryją się celowe sygnały polityczne.
Mapa: Ogólnokrajowe działania mobilizacyjne
Dyrektor FBI Kash Patel powiedział mediom Just the News: „FBI bada wszystkie powiązania finansowe odpowiedzialne za te zamieszki”.
Patel może chcieć zbadać finansowanie, w które może być uwikłana córka miliardera Christy Walton (jedna ze spadkobierczyń Walmartu): Lewicowa grupa „50501 Movement”, która współpracuje również z „No Kings”, podzieliła apel Walton o protest w „New York Times”.
„Kto miał Christy Walton, dziedziczkę Walmartu, na swojej karcie bingo, aby zapłacić za reklamy w New York Times promujące ogólnokrajowe protesty 'No Kings’ 14 czerwca? Ktoś?!?” napisał ruch 50501 na Facebooku.
Szaleństwo: Reklama w gazecie opłacona przez Christy Walton, dziedziczkę Walmartu.
Niepokoje i chaos w Los Angeles źle świadczą o Partii Demokratycznej. Wykorzystywanie migrantów i radykalnych lewicowców jako bojowników pierwszej linii przez organizacje pozarządowe — niektóre z nich podpalają pojazdy, rabują i powodują chaos, wymachując obcymi flagami — wyraźnie wzmocniło mandat prezydenta Trumpa od narodu amerykańskiego dotyczący pilnej potrzeby deportacji nielegalnych imigrantów.
„Protesty, do których wzywa lewica w przyszłą sobotę pod hasłem ’Bez królów’, powinny być konsekwentnie nazywane 'lewicowymi protestami przeciwko Dniu Flagi Amerykańskiej’. Ponieważ dokładnie tym są” – napisał autor i komentator James Lindsay w X.
Tłumaczenie „X” : Protesty, do których wzywa lewica w następną sobotę pod hasłem „No Kings” powinny być konsekwentnie nazywane „lewicowymi protestami z okazji Dnia Flagi Amerykańskiej”. Ponieważ dokładnie tym są.
Ogólnie rzecz biorąc, wczesne sygnały wskazują, że w całym kraju trwają przygotowania do „kolorowej rewolucji” przeciwko Trumpowi, wspieranej i finansowanej przez Partię Demokratyczną, aby wpłynąć na sondaże. Demokraci stosują tę samą strategię, której użyli podczas zamieszek BLM w 2020 r.
Coraz większa jest świadomość społeczna, że Partia Demokratyczna wykorzystuje podejrzane sieci organizacji pozarządowych do wywoływania zamieszek w kraju, stosując taktykę podobną do zamieszek BLM z 2020 r. Trwające zamieszki, które potencjalnie mogą rozprzestrzenić się na cały kraj do końca tygodnia, najlepiej scharakteryzować jako wojnę hybrydową — wojnę kulturową i informacyjną przeciwko urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych.
Nadal pozostaje nierozstrzygnięte zasadnicze pytanie: W jakim stopniu te działania, związane z lewicowymi organizacjami pozarządowymi, są pod wpływem lub finansowaniem ze strony podmiotów zagranicznych?
Z perspektywy 4 lat, ponad wszelką wątpliwość widzimy, że stanowisko wiernych przysiędze Hipokratesa lekarzy było uzasadnione. Także krytyka masowego stosowania eksperymentalnie dopuszczonych do obrotu preparatów mRNA, okazała się zasadna – czytamy w liście otwartym ws. represjonowanych lekarzy, którzy nie śpiewali w mainstreamowym chórze podczas ogłoszonej pandemii koronawirusa.
Pod koniec maja przed Okręgowym Sądem Lekarskim w Poznaniu rozpoczęła się sprawa 19 lekarzy. Oskarżono ich o „rozpowszechnianie poglądów antyzdrowotnych”.
Podobne procesy toczą się także przed sądami dyscyplinarnymi izb lekarskich we Wrocławiu i w Gdańsku. Łącznie obwinionych jest ponad 100 lekarzy.
My niżej podpisani, reprezentując różne zawody i środowiska, choć mamy często odmienne poglądy, wszyscy jesteśmy pacjentami.
Jako pacjenci i obywatele, wyrażamy solidarność z 114 uczciwymi lekarzami, wobec których, od czterech lat przed Sądami Izb Lekarskich, trwają postępowania dyscyplinarne.
Procesy dotyczą tych medyków, którzy w latach 2020/21 mieli odwagę zakwestionować politykę władz wobec pandemii. Lekarze domagali się odblokowania państwa, w tym systemu opieki zdrowotnej, przywrócenia normalnego funkcjonowania placówek ochrony zdrowia oraz ostrzegali przed pośpiesznym dopuszczeniem do obrotu nowatorskich szczepionek przeciw C-19.
Przede wszystkim jednak domagali się otwartej i rzetelnej debaty opartej o dowody naukowe. W tym celu na przełomie 2020/21 r. publikowali kolejne apele do władz Rzeczypospolitej Polskiej.
Zamiast debaty na argumenty i dowody naukowe, Minister Zdrowia i Izby Lekarskie, uznały stanowisko sygnatariuszy apeli za „sprzeczne z aktualną wiedzą medyczną”, a rzecznik odpowiedzialności zawodowej wszczął wobec nich serię postepowań dyscyplinarnych.
Postępowania trwały mimo, iż w piśmie z dnia 5 maja 2021 r. Rzecznik Praw Obywatelskich stwierdził: „prezentowanie poglądów, które nie pozostają w zgodzie z przeważającym stanowiskiem nauki, jeśli tylko znajdują oparcie w rzetelnych badaniach naukowych, nie może prowadzić do podejmowania względem lekarzy działań dotyczących odpowiedzialności zawodowej. Ograniczenie możliwości prezentowania naukowych, choć mniejszościowych twierdzeń, może bowiem mieć negatywny wpływ na rozwój działalności naukowej, która dążyć winna do zgłębienia prawdy, tj. „ustalenia obiektywnie weryfikowanego opisu rzeczywistości”.
Z perspektywy 4 lat, ponad wszelką wątpliwość widzimy, że stanowisko wiernych przysiędze Hipokratesa lekarzy było uzasadnione. Także krytyka masowego stosowania eksperymentalnie dopuszczonych do obrotu preparatów mRNA, okazała się zasadna. Potwierdzają to nie tylko publikowane w recenzowanych pismach naukowych wyniki randomizowanych badań, statystyki powikłań poszczepiennych, ale też wycofanie przez departament zdrowia USA rekomendacji dla tych preparatów. Mimo to, sądy lekarskie nagminnie ignorują fakty, odrzucają materiały dowodowe obrony, procedując nadal.
Ponadto, na salach rozpraw, obrońcy lekarzy udowodnili konflikt interesów jakim obciążone są niektóre osoby zasiadające w składach orzekających. Wśród osób i podmiotów, które otrzymywały pieniądze od koncernów farmaceutycznych jest sama Naczelna Izba Lekarska a także biegli powoływani w tych postępowaniach.
Wśród lekarzy, którym – tylko za poglądy i wierność swej misji – grozi utrata uprawnień, są profesorowie, ordynatorzy z kilkudziesięcioletnim stażem na kierowniczych stanowiskach, wybitni specjaliści renomowanych klinik, autorzy licznych publikacji naukowych. Wszyscy zaś to lekarze o nieposzlakowanej opinii cieszący się zaufaniem pacjentów.
Bezzasadne, a więc niesprawiedliwe postępowania dyscyplinarne prowadzone niestety, przy milczącej postawie większości mediów, uznajemy za akt represji pogłębiający destabilizację systemu opieki zdrowotnej, prowadzony na szkodę nas wszystkich – pacjentów, na szkodę Rzeczpospolitej.
Nasz głos nie musi oznaczać pełnej identyfikacji ze stwierdzeniami zawartymi we wspomnianych apelach lekarzy, ale nie możemy milczeć, gdy blokowana jest się wolność debaty naukowej w tak ważnej kwestii jak zdrowie obywateli.
Przede wszystkim zaś nie zgadzamy się, by o uprawnianiach zawodowych polskich lekarzy decydowało lobby koncernów farmaceutycznych, które próbują usunąć z zawodu najuczciwszych i najodważniejszych.
dr nauk med. Halina Bogusz Paweł Nowacki, dokumentalista, producent filmowy, uczestnik opozycji antykomunistycznej w czasach PRL Maciej Pawlicki, reżyser, publicysta, producent filmowy Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich Krzysztof Cugowski, muzyk, kompozytor prof. Ewa Budzyńska, socjolog dr Jolanta Hajdasz, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Marek Kościkiewicz, muzyk, autor tekstów, kompozytor Łukasz Warzecha, publicysta, pisarz Krzysztof Skowroński, Radio WNET Lidia Sankowska-Grabczuk, Koalicja dla Życia i Rodziny dr Józef Orzeł, szef Klubu Ronina Andrzej Gajcy, dziennikarz, pisarz, publicysta Krystian Kratiuk, dziennikarz, pisarz, publicysta, red naczelny Pch24.pl Łukasz Karpiel, redaktor, publicysta Jan Pospieszalski, muzyk, publicysta Wojciech Konikiewicz, muzyk, kompozytor Milo Kurtis, muzyk, aktywista Jacek Hoga, prezes Fundacji Ad Arma Paweł Lisicki, pisarz, publicysta, redaktor naczelny Do Rzeczy Jerzy Karwelis, publicysta
W pełnym pasji przemówieniu na wiecu ‚Patriots for Europe’ w Mormant-sur-Vernisson, premier Węgier Viktor Orbán wezwał francuskich wyborców do przeciwstawienia się dominacji Brukseli i zbliżającej się kulturowej zagładzie Europy. Opisał masową migrację jako celowy plan wymiany ludności, ostrzegł przed eskalacją wojny na Ukrainie i wezwał do narodowego ruchu jedności w całej Europie.
„Francja to wielka potęga, Węgry to mały kraj – ale nasza polityka czyni nas interesującymi” – powiedział Orbán. – „Jesteśmy czarną owcą UE, koszmarem Brukseli, ostatnim bastionem chrześcijaństwa”.Przywołał Victora Hugo i Alberta Camusa, pochwalił węgierski opór z 1956 roku i oświadczył: „Urodziłem się w komunistycznej dyktaturze. Musieliśmy walczyć o naszą wolność. Intelektualni biurokraci w Brukseli nie wiedzą, co to znaczy”.
Orbán oskarżył zachodnie elity o marginalizację rodziny, narodu i chrześcijaństwa. Opisał Węgry jako oblężony kraj przez organizacje pozarządowe, korporacje i media finansowane z zagranicy – i odpowiedział na to nową konstytucją, wartościami chrześcijańskimi, zakazem nielegalnej migracji, jasnymi definicjami płci („ojciec jest mężczyzną, matka jest kobietą”) i surową polityką graniczną.
„Na Węgrzech liczba migrantów wynosi zero. Żadnego antysemityzmu, żadnej przemocy, żadnych niepokojów. Węgry to kraj Węgrów”. – Bruksela karze Węgry milionem euro dziennie za swoje stanowisko – ale Orbán podkreślił: „Wolimy płacić, niż wpuszczać migrantów do kraju. To inwestycja w naszą przyszłość”.
Nazwał politykę migracyjną UE celową wymianą ludności. „To nie jest migracja – to zorganizowana wymiana naszej kultury. Nie będziemy klękać przed Brukselą”. Zajął też jasne stanowisko w sprawie wojny na Ukrainie: „Tej wojny nie da się wygrać. Przynosi tylko śmierć, cierpienie i zniszczenie. Nie chcemy umierać za Ukrainę. Nie chcemy nowego Afganistanu u naszych drzwi”.
Orbán ostrzegł, że Bruksela chce wykorzystać wojnę do wymuszenia unii zadłużenia i wyścigu zbrojeń. Powiedział, że Europa musi bronić się sama. Nawiązując do Zielonych Świątek, mówił o przebudzeniu wspólnego języka wolności w Europie: „Francuzi, Włosi, Holendrzy, Czesi, Polacy, Austriacy i Węgrzy mówią dziś: Brukselo, dość”.
Na zakończenie zawołał: „My, Węgrzy, potrzebujemy waszego zwycięstwa. Bez was nie możemy zdobyć Brukseli — i nie możemy uratować Węgier przed brukselską gilotyną. […] Słabi upadają. Tchórze są upokorzeni. Ale odważni stoją dumnie. Jeśli się zjednoczymy, będziemy silni — i wygramy. Marine, prowadź nas”.
W polskiej prasie ukazała się informacja o zmianie kursu politycznego przez Viktora Orbana. Także ‚Myśl Polska’ pisała o tym następująco:
„The Moscow Times’ [mający swą siedzibę w Amsterdamie – przypis ZB] zamieścił tekst „Główny sojusznik Putina w Unii Europejskiej wezwał do „rozmów” z Rosją ‚językiem siły’. W wywiadzie dla francuskiej stacji telewizyjnej LCI premier Węgier Viktor Orban wezwał do wywarcia presji na Rosję. Szef węgierskiego rządu powiedział, że „Moskwa na arenie międzynarodowej reaguje tylko na przejawy siły i Europa musi zwiększyć swoją potęgę militarną”. Dodał: „Myślę, że Rosjanie rozumieją tylko język siły (…) Europa musi się wzmocnić w perspektywie długoterminowej, konieczne jest strategiczne porozumienie z Rosją (…) Rosjanie są na to zbyt słabi. Nie są w stanie pokonać Ukrainy, więc nie mogą realnie zaatakować NATO”. Ukraińska prasa zwraca uwagę na zmianę akcentów w wypowiedziach Orbana”.
Informacja ta znalazła się też w komentarzach na moim blogu. Blogerzy Ikulalibal i Graz zareagowali jednoznacznie: kijowska fałszywka. Opisane w notce gorące wystąpienie Viktora Orbana zaprzecza jednoznacznie jakoby węgierski premier zmienił swe poglądy i postawę.
Anna Kanigowska – kobieta, której wypowiedzi posłużyły do zbudowania serii szkalujących kandydata na prezydenta artykułów na portalu Onet.pl, jest osobą wielokrotnie skazaną za przestępstwa karne – pisze w specjalnym materiale dla Tysol.pl nasz reporter Monika Rutke.
====================================
Anna Kanigowska, „opiekunka Pana Jerzego”, której wywiad dla Onetu wywołał medialną burzę, była wielokrotnie skazana za oszustwa i fałszerstwa, a w latach 2017–2020 odbywała karę więzienia – mimo to pracowała jako opiekunka osób starszych.
Instytucje odpowiedzialne za opiekę społeczną i zatrudnienie Kanigowskiej uchylają się od odpowiedzialności, tłumacząc się przepisami RODO lub brakiem wiedzy.
Dziennikarze i komentatorzy wskazują, że cała sprawa była częścią celowej operacji medialno-politycznej, zaplanowanej z wyprzedzeniem i uruchomionej w kluczowym momencie kampanii wyborczej.
Wyroki dot. oszustw i fałszerstw
Przypomnijmy, że sąd oficjalnie potwierdził fakt skazania Anny Kanigowskiej. Pierwotnie rzecznik rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Gdańsku do spraw karnych sędzia Mariusz Kaźmierczak informował, że wyrok uległ zatarciu;po dwóch tygodniach sprostował jednak, że tak nie jest. Jakich przestępstw dopuściła się Anna Kanigowska i czego dotyczą wyroki?
Wszystkie dotyczą oszustw i fałszerstw, czyli dość poważnych zarzutów. Wiemy też, że pani Anna Kanigowska odbywała karę w więzieniu za swoje czyny
– przekazał dziennikarz portalu „Niezależna„, Tomasz Grodecki.
Chodzi prawdopodobnie o karę odbywaną łącznie – trzy lata więzienia w latach 2017-2020.
Niestety, nie mogło być rzetelnego materiału bez stanowiska sądów czy prokuratury, które przewlekały sprawę aż do zakończenia wyborów. Dlatego publikacja jest dopiero teraz
– tłumaczy red. Grodecki.
Zatrudnienie skazanej w zawodzie zaufania publicznego
Jak doszło do tego, że osoba wielokrotnie skazana została zatrudniona jako opiekunka, czyli w zawodzie zaufania publicznego? To pozostaje pytaniem, na które Polski Komitet Pomocy Społecznej nie odpowiedział, zasłaniając się RODO. Natomiast zaraz po publikacji wywiadu Anny Kanigowskiej w Onecie zapytaliśmy Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w Gdańsku, czy zareaguje na ujawnienie informacji o podopiecznym, co jest przeciez niezgodne z prawem.
Jesteśmy od tego, żeby nasze osoby i nasi podopieczni czuli się zaopiekowani i tak też jest. Staramy się działać tak, żeby te osoby czuły się bezpiecznie
– mówi Sylwia Ressel, rzecznik prasowy Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Gdańsku.
O to samo zapytaliśmy także w Fundacji, która zatrudniała panią Annę.
Pani Anna nie konsultowała tego z nami (…) jest na zwolnieniu lekarskim, w momencie kiedy udzielała wywiadu była na zwolnieniu lekarskim
– brzmi odpowiedź pracownika Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej Oddział Pomorski.
Władze Gdańska zabierają głos
O sprawę zapytaliśmy także władze samorządowe, odpowiedzialne za realizację zadań opieki społecznej w Gdańsku. Aleksandra Dulkiewicz, prezydent Gdańska, która w 4 grudnia 2023 roku nagrodziła Annę Kanigowską za „wyjątkowe poświęcenie i zaangażowanie w pracy z osobami starszymi i dotkniętymi niepełnosprawnościami” ustami swojego rzecznika przekonywała:
Wszystkie osoby, które pracują na rzecz pomocy społecznej w Polsce, obowiązują przepisy powszechnie obowiązujące no i to jest chyba oczywiste
– tłumaczy Daniel Stenzel, Rzecznik Prasowy Prezydenta Miasta Gdańska Aleksandry Dulkiewicz.
Państwo tutaj nie widzicie nic złego w tym, że się wynosi informacje z domów podopiecznych? Czy to się często zdarza w Gdańsku?
– zapytała Monika Rutke.
Nie mam takiej informacji, żeby ta pani wyniosła jakieś informacje…
– odparł Stenzel.
To jest powszechnie znana informacja, ponieważ udzieliła wywiadu na temat swojego podopiecznego
– zwróciła uwagę Monika Rutke.
Przyznam szczerze, że podziwiam odwagę, jaką ma pani opiekunka, w pewnym sensie demaskując hipokryzję, która dzieje się wokół tego tematu. To wymaga na pewno dużo odwagi
– powiedział rzecznik miasta Gdańska.
Wciąż w tej historii brakuje odpowiedzi na pytania, w jaki sposób pani Anna Kanigowska znalazła pracę w tej fundacji. Czy fundacja wiedziała o przestępczej przeszłości Anny Kanigowskiej? Czy to pani Anna zgłosiła się do Onetu, czy też Onet zgłosił się do pani Anny? Czy to możliwe, że pracownicy Onetu mogli otrzymać przygotowane wcześniej historie?
Cień tajnych służb
Sprawę skomentował prof. Sławomir Cenckiewicz, współtwórca serialu „Reset”, ekspert ds. służb specjalnych.
Opisałem to, jeśli się nie mylę, 9 kwietnia tego roku, czyli na prawie 2 miesiące przed II turą wyborów prezydenckich i ten scenariusz został co do joty zrealizowany. Tam napisałem po raz pierwszy, że przedmiotem działań będzie kwestia mieszkania- kawalerki.
I rzeczywiście była. Historia publikacji materiałów szkalujących kandydata na prezydenta przez niemieckie media w Polsce to opowieść, w której przeplatają się wypowiedzi przestępców, najważniejszych polityków rządu koalicji 13 grudnia, którzy mają dostęp do informacji przygotowywanych przez służby specjalne, w tym Agencję Bezpieczeństwa Bezpiecznego.
Grę w demokrację parlamentarną wygrywają ci, którzy zabiegają najskuteczniej o dobro własnej partii. Dobro Ojczyzny jest dla demokratycznej gry irrelewantne. Tego systemu nie da się naprawić, dlatego należy docelowo zamienić go na monarchię. Dobrze pokazał to przebieg wyborów prezydenckich.
Wielu czytelników PCh24.pl było głęboko zniesmaczonych zachowaniem Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna, którzy nie poparli Karola Nawrockiego tak szybko i dobitnie, jakby można było tego oczekiwać. Zwrócę uwagę na strukturalne ograniczenia, którym poddani byli panowie Mentzen i Braun. Ograniczenia te sprawiają, że wymaganie od nich natychmiastowego i pełnego poparcia kandydata wspieranego przez PiS było wprawdzie moralnie uzasadnione, ale w systemie demokracji parlamentarnej – po prostu skrajnie nierealistyczne.
W demokracji parlamentarnej najważniejszą rolę odgrywają partie. Szefowie partii, nawet jeżeli są ludźmi przekonanymi o konieczności służby Bogu i Ojczyźnie, muszą brać pod uwagę dobrostan samej partii, bo to jedyne narzędzie, którym w tym systemie mogą zrealizować właściwy cel polityki, czyli troskę o wspólnotę.
Innymi słowy, dbanie o dobrostan partii urasta do rangi jednego z głównych celów strategicznych każdego lidera partyjnego.
Byłoby sytuacją idealną, gdyby dobro Ojczyzny było tożsame z dobrem partii. Tak jednak nie zawsze jest. Są sytuacje, w których dobro Ojczyzny wymaga czegoś innego, niż dobrostan partii.
Wydaje się, że właśnie z taką sytuacją mieliśmy w Polsce do czynienia pomiędzy I a II turą wyborów.
W II turze wybór był przecież prosty. Z jednej strony stał Rafał Trzaskowski, kandydat Koalicji Obywatelskiej – formacji otwarcie wrogiej wobec Kościoła i katolicyzmu, człowiek opowiadający się za aborcją i wszelkimi innymi formami zła, które promuje dziś liberalna rewolucja. Z drugiej stał Karol Nawrocki – kandydat bezpartyjny, choć popierany przez PiS, formację wprawdzie o wielu poważnych grzechach, ale bardziej otwartą na polską tradycję; sam kandydat prezentował się jako wierzący katolik, przeciwny aborcji, in vitro czy ideologii LGBT.
W związku z tym każdy odpowiedzialny Polak, który uczestniczy w wyborach, wiedział, co należy zrobić: zagłosować na Karola Nawrockiego, albo w przekonaniu o jego uczciwości, albo przynajmniej z niezgody na prezydenturę Trzaskowskiego.
Skoro do poparcia Karola Nawrockiego wezwany był każdy głosujący Polak, to można powiedzieć, że w jeszcze większym stopniu wezwani do tego byli politycy, a szczególnie liderzy partii.
Innymi słowy, należałoby oczekiwać, że kandydaci, którzy odpadli w I turze, w trosce o dobro Kościoła i Ojczyzny w sposób jednoznaczny i dobitny wyrażą poparcie dla Karola Nawrockiego, starając się w ten sposób zmaksymalizować jego szanse na zwycięstwo i zachować kraj przed katastrofą, która wynikałaby ze zwycięstwa jego przeciwnika.
Jak jednak to zrobić, kiedy liderzy partyjni stoją na czele ugrupowań, które mają na sztandarach wypisane przełamanie „duopolu” PiS i PO, a to oznacza, że dobrostan ich partii jest zależny od utrzymania wiarygodności tego sztandarowego hasła?
W praktyce zarówno Sławomir Mentzen jak i Grzegorz Braun rzeczywiście poparli Karola Nawrockiego, choć bynajmniej nie w sposób, który byłby sposobem pożądanym z perspektywy wyłącznego dobra Ojczyzny.
Sławomir Mentzen przeprowadził rozmowy z oboma kandydatami. Karola Nawrockiego potraktował łagodniej niż Rafała Trzaskowskiego. W sensie technicznym dał jednak obu szansę przemówić do swojego elektoratu, obiektywnie złemu Trzaskowskiemu w mniej więcej tym samym stopniu, co obiektywnie lepszemu Nawrockiemu. Później udał się z Trzaskowskim na piwo. Sam Sławomir Mentzen podkreślał, że zrobił to z przyczyn grzecznościowych, a opinia publiczna odebrała to niesłusznie jako przejaw fraternizacji z kandydatem KO. Nie możemy w sposób pewny poznać niczyich intencji, więc zostaje nam ocenia faktów; piwa z Trzaskowskim w tej perspektywie nie można uznać na pewno za działanie przeciwko Trzaskowskiemu, co – zgodnie z przyjętym paradygmatem konieczności zwalczenia jego prezydentury – należałoby ocenić negatywnie.
Sławomir Mentzen komentując to wydarzenie powiedział, że w sumie jest z niego zadowolony, bo pokazał, że jego ugrupowanie jest niezależne. Z wydarzenia, które obiektywnie nie działało na korzyść Ojczyzny, wyciągnął wniosek o korzystnym oddziaływaniu na partię. Do tego jeszcze wrócę. Ostatecznie nagrał film, w którym w sposób pośredni poparł Karola Nawrockiego, sugerując wyborcom, że należałoby docenić fakt podpisania „Deklaracji Toruńskiej”, dodając jednocześnie, że nie widzi powodów do głosowania na Rafała Trzaskowskiego. Wszystko to zajęło wiele czasu i choć sugerowało wsparcie Sławomira Mentzena dla Karola Nawrockiego, to bynajmniej nie kategorycznie jednoznaczne.
Z kolei Grzegorz Braun długo nie chciał udzielić Karolowi Nawrockiemu poparcia. Zadał mu szereg pytań, na które Nawrocki odpowiedział, ale Konfederacja Korony Polskiej oceniła te odpowiedzi dość sceptycznie. Fakt braku odpowiedzi Trzaskowskiego oraz treść odpowiedzi Nawrockiego opisano hasłem: „Boże, miej w opiece Polskę całą!” co wskazywało na wyraźny dystans względem obu kandydatów. Na krótko przed zapadnięciem ciszy wyborczej Grzegorz Braun przeprowadził w mediach społecznościowych ostrą kampanię uderzająca w Karola Nawrockiego ze względu na fotografię, jaką w mediach społecznościowych opublikował wątpliwej conduity amerykański rabin Boatech Shmuley, a która to prezentowała jego osobę obok samego Nawrockiego.
Dopiero następnego dnia Grzegorz Braun zadeklarował poparcie dla Karola Nawrockiego, inaczej niż Sławomir Mentzen w formie jednoznacznej i kategorycznej.
W sumie zatem ani Sławomir Mentzen, ani Grzegorz Braun, nie przekazali Karolowi Nawrockiemu poparcia szybko i wprost, starając się w ten sposób zmaksymalizować szansę na jego zwycięstwo. Przyjęli inną taktykę. Dlaczego?
Sądzę, że ich decyzje były motywowane samą logiką systemu partyjnego demokracji parlamentarnej, w którym to systemie są zmuszeni do nieustannego ważenia dwóch dóbr – dobra Ojczyzny oraz dobra własnej partii.
Można byłoby powiedzieć, że jest to moralnie naganne, bo dobro Ojczyzny jest zawsze większym dobrem, niż dobro partii. Z tej perspektywy Sławomir Mentzen powinien był poprzeć Karola Nawrockiego od razu, nie bacząc na to, czy Nowa Nadzieja zostanie w efekcie uznana za partię propisowską. Z kolei Grzegorz Braun powinien powstrzymać się od krytyki Nawrockiego i udzielić mu natychmiastowego poparcia, a nie zwlekać, nawet jeżeli – wnioskuję na podstawie wydarzeń – mógł w ten sposób negocjować otrzymanie z kręgów PiS posła, co pozwoliło mu utworzyć w Sejmie koło poselskie.
Problem polega na tym, że demokracja parlamentarna nie toleruje tego rodzaju zachowań. W ramach logiki demokracji parlamentarnej, Sławomir Mentzen powinien unikać jednoznacznego poparcia któregokolwiek z kandydatów, żeby dbać o wizerunek swojego ugrupowania jako „nowej siły” przełamującej „duopol”. Grzegorz Braun powinien robić to samo, a jeżeli miał przy tym okazję do uzyskania konkretnych benefitów od PiS dla swojej partii, powinien to zrobić.
Jeżeli Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun chcą odnosić sukcesy w ramach demokracji parlamentarnej, to nie mogą łamać rządzących nią wewnętrznych zasad, bo zostaną ukarani przez system. To tak, jakby grając w szachy mieć okazję zbić hetmana przeciwnika, ale tego nie zrobić, na przykład dla dobra, jakim jest zadowolenie przeciwnika. Logika gry w szachy wymaga czegoś innego; kto ją narusza, przegrywa.
Dlatego Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun zrobili jedyne, co mogli zrobić, chcąc z jednej strony zadbać o dobro Ojczyzny, a z drugiej o dobro własnej partii, w tym drugim przypadku przyjmując reguły gry demokracji parlamentarnej.
Można zastanawiać się nad konkretnymi narzędziami, które wybrali do realizacji tych celów. Opinie będą na ten temat różne. Jedni powiedzą, że Sławomir Mentzen mógł wyraźniej poprzeć Nawrockiego, albo zadawać Trzaskowskiemu jeszcze trudniejsze pytania. Inni uznają, że Grzegorz Braun nie powinien był atakować Nawrockiego za zdjęcia ze Shmuleyem, tylko powstrzymać się od komentarzy i szybciej ogłosić swoje poparcie.
Zostawiam te rozważania, bo to kwestie szczegółowe. To, co kluczowe, to fakt, że nie da się abstrahować od samego faktu konieczności nieustannego ważenia dwóch dóbr: dobra Ojczyzny i dobra własnej partii. Ci, którzy chcieliby w każdej sytuacji w sposób bezwzględny i bezwarunkowy wybierać dobro Ojczyzny, nie oglądając się w ogóle na dobro własnej partii, mogliby szybko „wypaść z gry” ze względu na kary, jakie nakładałby na nich wewnętrzna logika systemu demokracji parlamentarnej. Stąd płynie wniosek, że w systemie partyjnym nie da się działać jako polityk mając cały czas na względzie wyłącznie dobro Ojczyzny.
Pytanie, przed jakimi staje polityk demokratyczny, brzmi: jak często muszę poświęcać albo narażać dobro Ojczyzny dla interesu mojej partii?
Stawiam zatem pytanie:
Czy da się z sukcesem grać w demokratyczną grę, zachowując się w każdej sytuacji w sposób moralnie godziwy?
Teoretycznie – tak, ale tylko pod warunkiem, że dobrostan partii jest zawsze tożsamy z dobrostanem Ojczyzny. W praktyce takie sytuacje nie występują. Dlatego trudno jest skazać polityków, którzy byliby gotowi do regularnego poświęcania interesu własnej partii dla dobra Ojczyzny, a zarazem odnosiliby sukcesy. Można zaryzykować tezę, że takich polityków po prostu nie ma, bo… system nie toleruje ich istnienia.
Ostatecznie w przestrzeni czystej mechaniki systemowej, grę w partyjną demokrację parlamentarną wygrywa ten, kto maksymalizuje potęgę własnej partii. Interes Ojczyzny nie jest w tej grze w ogóle istotny! Ba, jeszcze gorzej: interes Ojczyzny w tej grze często po prostu przeszkadza.
Można zatem zaryzykować tezę, że grę w partyjną demokrację parlamentarną najczęściej wygrywają ci, którzy w ogóle nie przejmują się interesem Ojczyzny. Co najwyżej udają to zainteresowanie, żeby pozyskać głosy elektoratu kierującego się patriotyczną emocją.
Czytelnik wybaczy mi bardziej osobistą refleksję, ale powiedziałbym, że jednym z przykładów na pozycję wiecznego przegranego był przez długie lata Janusz Korwin-Mikke. Głosił poglądy, które – jak sądzę – uważał za dobre dla Ojczyzny, nie bacząc na to, jakie wywoła to skutki dla jego partii. Dlatego nie był nigdy w stanie wygrać, o czym sam oczywiście doskonale wiedział.
Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun, jak się zdaje, chcieliby wygrywać. Ostatecznie, sama chęć jest w pełni słuszna i godziwa moralnie: tylko zwycięstwo daje szansę na przejęcie władzy, to znaczy realizację właściwego celu polityki, troski o dobro wspólne. Jeżeli są przekonani, że to właśnie oni zatroszczyliby się o to dobro najlepiej, powinni nie tylko grać, ale również wygrywać.
Powtórzę jednak pytanie: Czy da się z sukcesem grać w demokratyczną grę, zachowując się w każdej sytuacji w sposób moralnie godziwy?
Sądzę, że partyjna demokracja parlamentarna jest system wewnętrznie zepsutym i po prostu złym. Dlatego powinna zostać zamieniona na inny system, który pozwalałby zachować maksymalnie największą zbieżność dobra podmiotu rządzącego z dobrem Ojczyzny. Historycznie można wykazać, że za taki system mogłaby być uważana monarchia, zwłaszcza monarchia dziedziczna. W sytuacji, w której król ma całkowitą pewność kontrolowania władzy aż do końca życia, a później przekazania jej osobie, która będzie tę władzę sprawować dalej, nie zachodzi konieczność zabiegania o głosy ludu, która to konieczność w demokracji parlamentarnej, jako ściśle związana z dobrostanem partii, jest właściwym źródłem nakłaniania polityków do ignorowania dobra Ojczyzny.
Nie twierdzę, że monarchia dziedziczna nie ma żadnych wad. Jesteśmy ludźmi, a ludzie nie są idealni. Sądzę jednak, że w sposób skuteczny eliminuje wadę, o której w tym tekście mowa, pozwalając władcy na znacznie szersze uwzględnienie dobra Ojczyzny w prowadzonej polityce.
Na osłodę tym, którzy twierdzą, że ustanowienie monarchii jest nierealistyczne, stwierdzę, że – w mojej ocenie – bliższe monarchicznemu ideałowi byłoby zbudowanie w Polsce silnego systemu prezydenckiego, w którym prezydent sprawowałby władzę wyłącznie przez jedną kadencję, dłuższą niż pięć lat. Musiałby wtedy grać w demokratyczną grę tylko jeden raz, a po zwycięstwie mógłby w większej mierze ignorować reguły gry demokratycznej, godząc się nawet z narażeniem dobrostanu partii, która by go wspierała, jeżeliby taka była. Zaznaczam: „bliższe ideałowi” nie oznacza, że naprawdę bliskie. Bliższe oznacza to, co oznacza, względem niewątpliwego większego oddalenia demokracji parlamentarnej od monarchicznego ideału.
W sumie lepiej jest katolikowi być monarchistą niż demokratą. Ci katolicy, którzy wchodzą do demokratycznej polityki parlamentarnej, nieuchronnie biorą pod uwagę ryzyko działania – co najmniej okazjonalnie – z narażeniem dobra Ojczyzny, a to celem zapewnienia dobrostanu własnej partii. Nieposzlakowanej godziwości działania politycznego partyjna demokracja parlamentarna po prostu nie toleruje – inaczej niż monarchia.
Dnia 10 czerwca 2025 o g. 11 w Sejmie RP odbyło się posiedzenie Komisji Śledczej w ramach reaktywacji projektu Norymberga 2.0, z udziałem posłów Konfederacji Korony Polskiej pod przewodnictwem Grzegorza Brauna.
Ćwierć miliona Polaków zginęło w wyniku nadużyć, jakich w latach 2020-22 dopuściły się władze polskie, pod pretekstem ogólnonarodowej akcji psycho-terrorystycznej pod nazwą „saniitaryzacji” w ramach „walki” z rzekomą pandemią COVID-19. Poza ofiarami śmiertelnymi, wynikającymi z niemal całkowitego zaniechania opieki specjalistycznej w Polsce nad osobami przewlekle chorymi m.in. na schorzenia nowotworowe, kardiologiczne, cukrzycę itd. lata te kosztowały nasz naród również setki tysięcy upadłych średnich i małych przedsiębiorstw, często rodzinnych, które nie wytrzymały terroru obostrzeń „sanitarnych”, załamanie systemu opieki zdrowotnej na czele z powszechnym zastosowaniem wprost niewiarygodnej w cywilizowanym świecie praktyki „wizyt przez telefon” które masowo zastępowały tradycyjną wizytę u lekarza; także – załamanie edukacji, w tym zwłaszcza dzieci, które zamknięte w domach przed swymi komputerami przez dwa lata pozbawione były continuum normalnej nauki szkolnej jak i kontaktu z rówieśnikami. Wiele z nich popadło wskutek tego w depresję, nierzadkie były też próby samobójcze.
Dopuszczono się również nie notowanej w polskiej historii ingerencji w praktyki religijne narodu, łącznie z zamykaniem kościołów, cmentarzy, szykanowaniem pod pretekstem „ochrony przed infekcją” praktyk religijnych, począwszy od Mszy św. po procesje i inne zgromadzenia religijne, czego nie poważyli się uczynić nawet okupanci Polski w jej historii.
Najtrudniejsze do oszacowania pod względem szkodliwości zdrowotnej są skutki – trwające nadal, bo powikłania tzw. późne dopiero się rozpoczynają – zastosowanych w atmosferze zastraszania i szykan w miejscu pracy lub zamieszkania tzw. „szczepień przeciw COVID-19” polegających na masowym podawaniu obywatelom niesprawdzonej, nie w pełni przebadanej farmakologicznie substancji pod nazwą „szczepionki”, choć nie spełniała ona warunków tej definicji. Szczególnie drastycznym elementem tej kampanii było „szczepienie” małych dzieci, czego skutków w postaci poważnych powikłań, o ile nie były śmiertelne, możemy spodziewać się w nadchodzących latach.
Konfederacja Korony Polskiej domaga się ujawnienia całej prawdy o tym strasznym okresie życia Polaków, zawinionym w pełni przez posłusznego dyktatom międzynarodowym ówczesnego premiera rządu Mateusza Morawieckiego, jak i powoływanych przez niego kolejnych ministrów zdrowia, czasem nie mających przygotowania medycznego jak np. min. Niedzielski, ale również przez prezesa partii ówcześnie sprawującej w Polsce władzę, czyli Prawa i Sprawiedliwości prowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego – który odpowiedzialny jest za, w najlepszym razie, winy ignorancji i zaniechania.
Konfederacja Korony Polskiej domaga się pociągnięcia do odpowiedzialności prawnej osób winnych tych nadużyć czy wręcz wyrafinowanych, bo opartych na nowoczesnych metodach psychomanipulacji i zastraszania, przestępstw przeciw zdrowiu i życiu społeczeństwa. https://www.youtube.com/watch?v=jogv-p3Wlds
W nocy z 9 na 10 czerwca rosyjskie oddziały rozpoczęły potężny atak na cele reżimu kijowskiego w zachodnich regionach Ukrainy. Jednym z ważnych celów ataku było lotnisko Dubno w obwodzie rówieńskim.
Źródła podają, że rosyjskie siły zbrojne użyły 3-5 pocisków Kinzhal i około tuzina pocisków Ch-101 i Ch-31P do uderzenia w lotnisko. Użycie dużej liczby drogich pocisków w pewnym stopniu wskazuje na to, że na bazie lotniczej znajdowały się cele, których zniszczenie ma dla strony rosyjskiej istotne znaczenie militarne.
Rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało o atakach na Dubno. Jednak ich dokładny cel nadal nie jest znany.
Wojsko rosyjskie rozpoczęło nocą potężny atak na ukraińskie lotnisko w Dubnie
– wskazano.
Podano również, że ataki dna Równe i inne regiony są odpowiedzią Moskwy na niedawne ataki terrorystyczne reżimu kijowskiego w rosyjskich miastach, a także na operację Spider Web mającą na celu zniszczenie rosyjskich samolotów strategicznych.
Tymczasem szereg źródeł poinformowało o wystrzeleniu 27 pocisków balistycznych 9M723 Iskander-M na cele w Kijowie. Jednak żaden z nich nie trafił w cel. Ukraiński ekspert Aleksandr Kowalenko zauważył, że była to imitacja wystrzeleń, z których część została wygenerowana przez wojnę elektroniczną. Celem takich „wystrzeleń” było wprowadzenie w błąd ukraińskich systemów obrony powietrznej w celu zatuszowania prawdziwych uderzeń na obiekty ukraińskich sił zbrojnych.
*ZAGRALI Z NIEWŁAŚCIWYM POKOLENIEM* W kolejce w supermarkecie kasjerka mówi starszemu mężczyźnie, że powinien przynieść własną torbę, ponieważ plastikowe torby nie są dobre dla środowiska.
Mężczyzna przeprasza i wyjaśnia: „Za moich czasów nie było tego zielonego trendu”.…
W kolejce w supermarkecie kasjerka mówi starszemu mężczyźnie, że powinien przynieść własną torbę, ponieważ plastikowe torby nie są dobre dla środowiska.
Mężczyzna przeprasza i wyjaśnia: „Za moich czasów nie było tego zielonego trendu”.
Sprzedawczyni odpowiada: „To jest nasz problem teraz. Twoje pokolenie nie przywiązywało wystarczającej uwagi do ochrony środowiska”.
Masz rację, mówi jej mężczyzna: nasze pokolenie nie miało wtedy tego zielonego trendu:
– Wtedy butelki po mleku, napojach gazowanych i piwie były zwracane do sklepu i odsyłane do producenta w celu umycia i wysterylizowania przed ponownym napełnieniem, aby te same butelki mogły być używane wielokrotnie. W ten sposób były faktycznie poddawane recyklingowi.
– Chodziliśmy po schodach, ponieważ nie w każdym sklepie lub biurze były schody ruchome, co oszczędzało prąd.
– Chodziliśmy do sklepów, zamiast jeździć 300-konnymi samochodami za każdym razem, gdy musieliśmy przejechać milę.
– Wtedy praliśmy pieluchy dziecięce, ponieważ nie było jednorazowych.
– Suszyliśmy ubrania na sznurkach, a nie w suszarkach elektrycznych. Energia słoneczna i wiatrowa naprawdę wysuszała nasze ubrania.
– Wtedy mieliśmy jeden telewizor lub radio w domu, a nie telewizor w każdym pokoju.
– W kuchni mieliliśmy w moździerzu i ubijaliśmy ręcznie, ponieważ nie było maszyn elektrycznych, które mogłyby to zrobić za nas.
– Kiedy pakowaliśmy coś delikatnego do wysłania, używaliśmy zmiętych starych gazet, aby to zabezpieczyć, a nie folii bąbelkowej.
– Wtedy nie używaliśmy elektrycznych kosiarek do koszenia trawy; używaliśmy kosiarki napędzanej siłą mięśni.
– Ćwiczyliśmy, pracując, więc nie musieliśmy chodzić na siłownię, aby biegać na bieżniach zasilanych prądem.
– Piliśmy prosto z kranu lub ze szklanego kubka, gdy byliśmy spragnieni, zamiast używać plastikowych kubków lub plastikowych butelek za każdym razem, gdy potrzebowaliśmy się napić.
– Zmienialiśmy żyletki do golenia, zamiast wyrzucać całą maszynkę tylko dlatego, że ostrze było tępe.
– W tamtych czasach dzieci jeździły do szkoły na rowerach lub chodziły pieszo, zamiast korzystać z usług mamy lub taty jako taksówkarza.
– Mieliśmy gniazdko elektryczne w każdym pokoju, a nie kilka listew zasilających do zasilania kilkunastu urządzeń.
– I nie potrzebowaliśmy urządzenia elektronicznego do odbierania sygnałów z satelitów oddalonych o tysiące mil w kosmosie, aby znaleźć najbliższą pizzerię.
– Korzystaliśmy z telefonów stacjonarnych, a na dziesięć domów przypadał tylko jeden. Dzisiaj masz ich 10 na dom, a gdy je wyrzucasz, baterie zanieczyszczają ziemię i tysiące litrów wody.
– Dlatego wydaje mi się logiczne, że obecne pokolenie ciągle narzeka na to, jak NIEODPOWIEDZIALNI byliśmy my, starsi ludzie, za to, że nie mieliśmy tego zielonego trendu w naszych czasach.
Przekaż to koniecznie innej „starszej” osobie, która ma już dość wysłuchiwania wykładów na temat ekologii od jakichś „wszystkowiedzących” przedstawicieli nowego pokolenia…
Włodzimierz Karpiński. / foto: Wikimedia, Ryszard Hołubowicz, CC BY-SA 3.0
Prokuratura skierowała akt oskarżenia w głównym wątku warszawskiej afery śmieciowej. W głośnym śledztwie zarzuty usłyszeli były minister oraz wiceminister w rządzie PO-PSL.
Do korupcji miało dochodzić w latach 2020-2023. W tym czasie wydarzyła się ogromna zmiana na rynku odpadów w stolicy. Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, które od kilku lat na zlecenie miasta organizowało przetargi na zagospodarowanie śmieci warszawiaków, zaczęło wtedy korzystać z usług zakładów przetwarzających odpady zlokalizowanych w całej Polsce, a nie tylko w Warszawie i regionie.
MPO przekonywało, że dzięki temu całkowity koszt usługi zagospodarowania odpadów zmniejszył się w 2021 r. w porównaniu z 2020 r. o ok. 40 proc., czyli 300 mln zł. To wtedy pojawili się nowi gracze na rynku warszawskich odpadów. Wśród nich spółka, której prezes i wiceprezes zostali w 2023 r. aresztowani w tzw. aferze śmieciowej.
Aresztowany wtedy został też były wysoki urzędnik Rafała Trzaskowskiego, sekretarz miasta Włodzimierz Karpiński (wcześniej minister skarbu) oraz były wiceminister skarbu Rafał Baniak. Zostali podejrzani o załatwianie wartych 600 mln zł kontraktów z Miejskim Przedsiębiorstwem Oczyszczania w Warszawie. Karpiński usłyszał zarzut przyjęcia korzyści majątkowej w kwocie blisko 5 mln zł.
Kluczowi dla przebiegu śledztwa byli eksprezes spółki śmieciowej FB Serwis Adam P., jej były wiceprezes Wojciech S. i były menedżer Krzysztof K. Nie tylko przyznali się do winy, ale też ze szczegółami opowiedzieli śledczym, jak działał „fundusz korupcyjny” w ich firmie, w jaki sposób i komu przekazywano łapówki i co dzięki nim załatwiano.
Z ustaleń śledztwa wynika, że Karpiński, Baniak i współdziałająca z nim Karolina T. przyjęli korzyści majątkowe wynoszące w sumie ok. 5,2 mln zł.
Prokuratura podaje, że akt oskarżenia kończy główny wątek śledztwa dotyczący wręczania korzyści majątkowych. Postępowanie będzie jednak kontynuowane.
„Rząd Tuska powinien być wdzięczny – otrzymał realne narzędzie do walki z Zielonym Ładem, któremu rzekomo jest teraz tak przeciwny” – pisze na platformie X była premier Beata Szydło, odnosząc się do wtorkowego wyroku Trybunału Konstytucyjnego ws. Zielonego Ładu.
Beata Szydło / Wikipedia
Przełomowy wyrok TK: Zielony Ład niezgodny z Konstytucją
We wtorek Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie, które powinno całkowicie zmienić kierunek polskiej polityki klimatycznej. Uznał, że wprowadzenie regulacji Zielonego Ładu – w tym systemu ETS2 dla budynków i transportu – narusza Konstytucję RP, ponieważ Polska została pozbawiona prawa weta przy ich zatwierdzaniu na forum UE.
Wyrok otwiera furtkę do zablokowania wielu unijnych przepisów klimatycznych, a zdaniem posła Sebastiana Kalety, może też przełożyć się na obniżki cen energii i ciepła w Polsce.
UE nie dostała na podstawie traktatów kompetencji by bez zgody Polski decydować o tym z jakich źródeł energii możemy korzystać i jakimi obciążeniami fiskalnymi mogą być obłożone poszczególne źródła. To sedno orzeczenia TK– wyjaśnił Sebastian Kaleta.
Beata Szydło komentuje
Do wyroku odniosła się była premier Beata Szydło, która podkreśliła, że Donald Tusk otrzymał od Trybunału realne narzędzie do walki z regulacjami Zielonego Ładu.
Przełomowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający niezwykle szkodliwy ETS2 za niezgodny z Konstytucją RP. TK podkreślił również, że regulacje Zielonego Ładu są forsowane niezgodnie z unijnymi Traktatami. Rząd Tuska powinien być wdzięczny – otrzymał realne narzędzie do walki z Zielonym Ładem, któremu rzekomo jest teraz tak przeciwny – skomentowała Beata Szydło.
Kompleksowy raport dotyczący Zielonego Ładu
„European Green Deal” jest na ustach wszystkich polityków unijnego mainstreamu, a przede wszystkim Komisji Europejskiej. Jego implementacja ma być kluczowa dla przyszłości Unii. Jednak nikt z piewców Zielonego Ładu nie chce wprost mówić o kosztach z nim związanych.
Na to zareagowała Solidarność, która zleciła niezależnym ekspertom przygotowanie kompleksowego raportu dot. realizacji założeń polityki klimatycznej. Całość prezentujemy poniżej:
Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok dotyczący implementacji w Polsce Zielonego Ładu. ’’Narzucanie Polsce Zielonego Ładu łamie konstytucję” – stwierdził Trybunał.
TK uznał, że implenetacja przepisów tego programu narusza polską Konstytucję.
Zielony Ład to unijny program, do wprowadzenia którego zmuszane są państwa członkowskie. Zakłada on odejście w polityce energetycznej od węgla, co nieuchronnie prowadzi do drastycznych wzrostów cen za energię i co za tym idzie – innych produktów i usług.
O decyzji Trybunału Konstytucyjnego na platformie X poinformował poseł PiS Sebastian Kaleta, który reprezentował grupę posłów zaskarżających politykę klimatyczną Unii Europejskiej do TK.
Polska nie musi wdrażać Zielonego Ładu. Przełomowy wyrok TK
UE, narzucając Polsce rujnujące naszą gospodarkę rozwiązania Zielonego Ładu, łamie Konstytucję RP z uwagi na fakt, że Polska w tej procedurze pozbawiona była przez organy UE prawa weta
Jak stwierdził, wniosek, wobec którego zapadł wyrok, był przygotowany jeszcze przez ministra Zbigniewa Ziobro, kiedy ten pełnił funkcję Prokuratora Generalnego.
Poseł dodał, że wyrok TK oznacza, iż „jakakolwiek próba implementacji ETS budynkowego czy transportowego będzie naruszać Konstytucję”.
Otwiera to ścieżkę do radykalnego obniżenia cen prądu i ciepła już teraz
– podkreślił poseł Kaleta.
„UE nie dostała na podstawie traktatów kompetencji by bez zgody Polski decydować o tym z jakich źródeł energii możemy korzystać i jakimi obciążeniami fiskalnymi mogą być obłożone poszczególne źródła. To sedno orzeczenia TK” – wyjaśnił.
Od lat mówiłem, że UE okrada Polskę swoją polityką klimatyczną i dzisiaj TK to formalnie i ostatecznie potwierdził. Dzisiejszy wyrok to setki miliardów oszczędności dla polskiej gospodarki – podsumował polityk PiS.
Kompleksowy raport dotyczący Zielonego Ładu
„European Green Deal” jest na ustach wszystkich polityków unijnego mainstreamu, a przede wszystkim Komisji Europejskiej. Jego implementacja ma być kluczowa dla przyszłości Unii. Jednak nikt z piewców Zielonego Ładu nie chce wprost mówić o kosztach z nim związanych.
Na to zareagowała Solidarność, która zleciła niezależnym ekspertom przygotowanie kompleksowego raportu dot. realizacji założeń polityki klimatycznej. Całość prezentujemy poniżej:
Few acronyms stir more visceral reactions among MAHA moms than this one: mRNA.
And with good reason.
We were sold the technology as a miracle, a revolutionary vaccine that would save lives and return us to normal. Most of us didn’t question it. We didn’t pause to ask how it differed from the traditional vaccines we grew up with. We assumed it had been tested, vetted, proven.
Back in 2020, when conservative voices warned that this wasn’t just another vaccine—that it was something fundamentally different, something dangerous—they were easy to dismiss. They spoke of transhumanism, surveillance, and a looming “Internet of Bodies.”
To many of us, it sounded absurd, detached from reality.
Their warnings were drowned out by the more palatable narrative of public health and collective safety.
But time has a way of sifting truth from noise.
Healthy athletes are collapsing on live television. Young men—previously low-risk—are now facing cardiac events at rates medicine has never seen. Cancers once considered rare are exploding in frequency. Something is breaking us, and we’re only beginning to connect the dots.
This divergence has quietly fractured the MAHA movement.
On one side, the blame for our failing health falls on glyphosate, ultra-processed food, and a poisoned environment. On the other: the COVID vaccines. Some believe the former is a smokescreen, a distraction from the real culprit. Others believe both are two prongs of the same weapon—a systemic attack on human biology in the name of “progress.”
With three precise moves, RFK Jr. made it clear: he’s not picking sides in a MAHA culture war. He’s cutting through it. He sees the full battlefield: childhood schedules, experimental tech, long-ignored injuries—as well as our poisoned food, water, and air.
Perhaps that’s what makes him perfect for the job.
1. The $700 Million Strike
No press conference, or media frenzy.
Just a quiet decision that could change everything.
The Kennedy administration canceled a $700 million contract with Moderna: funding earmarked for fast-tracking a new mRNA bird flu vaccine. On paper, it looked like fiscal pruning. But in a rare moment of clarity, HHS issued a statement that peeled back the curtain:
“After a rigorous review, we concluded that continued investment in Moderna’s H5N1 mRNA vaccine was not scientifically or ethically justifiable.”
And then, more forcefully:
“The reality is that mRNA technology remains under-tested, and we are not going to spend taxpayer dollars repeating the mistakes of the last administration, which concealed legitimate safety concerns from the public.”
In one swift paragraph, HHS admitted what many have screamed into the void for years:
The safety concerns were real, and they were covered up.
2. Removing COVID Shots from the Childhood Schedule
This week, RFK Jr. quietly reversed one of the most controversial public health decisions in American history, removing the COVID-19 shots from the childhood vaccine schedule.
This schedule was the gateway for children to be forced into compliance, turned away from pediatrician’s offices, and fed into the lifelong pharma pipeline.
By severing the link between experimental technology and our children, Kennedy struck a moral and financial blow to Big Pharma’s most protected asset.
3. The Study That Could Change Everything
The real linchpin came yesterday, with the announcement of a national, gold-standard study of COVID vaccine injuries.
Led by Dr. Marty Makary and backed by the Kennedy administration, this initiative won’t just gather stories from the injured. It will build the evidence base for the lawsuits, policy reversals, and public accountability that must follow.
It will, for the first time, create a scientific consensus that even pharma-funded institutions can’t ignore.
The medical freedom movement has asked: “Why not ban the shots altogether?”
This is why.
Because science is the weapon that dismantles empires. Not slogans. Not speeches, but evidence.
This study is the keystone in a legal and cultural strategy to bring the truth into the light—and hold those responsible to account.
4. The FDA’s Secret Demand Letter
Then came the fourth blow, perhaps the most underreported of them all.
A letter from the FDA—which quietly appeared on it’s website last week—shows that regulators have demanded Pfizer and Moderna update their labelsto include findings of myocardial injury following vaccination.
The letter cites multiple long-term observational studies, including one showing 278 out of 331 patients experiencing post-vaccine cardiac symptoms.
It warns that failure to comply places the companies in violation of federal law (FDCA section 505(o)(4)). If ignored, their products will be labeled “misbranded,” opening the door to a full market recall.
Kennedy didn’t need a microphone… He simply used the law.
This Is What Reform Looks Like
While critics screamed that he had “gone silent” on vaccines, Kennedy was doing what only a seasoned trial lawyer could do: waging a full-blown legal war on Big Pharma from the inside.
The gears of the pharmaceutical machine are still turning—but they’re grinding slower. Funding is drying up. Legal shields are cracking. The illusion of scientific consensus is fading.
And beneath the surface, something new is being built:
A vaccine policy grounded in informed consent.
A health system based on transparency and trust.
A future where science is used to serve people, not corporations.
Make no mistake:
The war is quiet, but it’s being fought. And for the first time in a generation, truth is gaining the political high ground.
Here for what is sacred.
My name is Lauren Lee. I’m an independent thinker, writer, and political commentator. My mission is to speak up for humanity. If you’re interested in topics like medical freedom, a clean environment, responsible capitalism, consciousness, and family – you’re in the right place.
Organizacja z George’em Sorosem , Fundacją Open Society, prowadzi tajną akcję rekrutacyjną w celu utworzenia „ulicznej jednostki paramilitarnej”, której celem jest wywołanie zamieszek.
Niedawno odkryte ogłoszenie na Craigslist — zamieszczone pod niewinnym tytułem „Operator” — oferuje oszałamiające tygodniowe wynagrodzenie w wysokości od 6500 do 12 500 dolarów dla osób gotowych wchodzić w „niebezpieczne sytuacje” i działać jako część „wyselekcjonowanego zespołu NAJTWARDSZYCH facetów w okolicy”.
Ogłoszenie, teraz „oznaczone do usunięcia”, ale przechwycone przez wielu niezależnych badaczy, opisuje pracę jako wymagającą dużej presji i wysokiego ryzyka, w szczególności skierowaną do kandydatów z wcześniejszym doświadczeniem w wojsku, organach ścigania lub ochronie prywatnej — z dziwnym wyjątkiem żołnierzy piechoty morskiej USA, którzy są wyraźnie zdyskwalifikowani z powodów, które w ogłoszeniu tajemniczo określane są jako „długa historia”.