Św. Antoni Padewski. Największy franciszkański cudotwórca

Św. Antoni Padewski. Największy franciszkański cudotwórca

https://pch24.pl/sw-antoni-padewski-najwiekszy-franciszkanski-cudotworca

(Oprac. GS/PCh24.pl)

Ferdynand Bulonne, czyli Święty Antoni z Padwy, zalicza się do największych cudotwórców w historii Kościoła. Liczba cudów, do jakich się przyczynił jest imponująca. „Jeśli cudów szukasz, idź do Antoniego! Wszelkich łask dowody odbierzesz od niego” – śpiewamy w pieśni będącej przeróbką średniowiecznego responsorium ku czci tego świętego. Nie ma na świecie katolika, który – poszukując zguby – chociażby raz się do niego nie zwrócił o pomoc.

Nazywamy go powszechnie Antonim z Padwy, ale nie był wcale Włochem, lecz Portugalczykiem. Przyszedł na świat w Lizbonie i już w młodości wstąpił do Kanoników Regularnych Świętego Augustyna. Przebywał w Lizbonie, a następnie w Coimbrze. Został teologiem, a w 1219 roku przyjął święcenia kapłańskie. W 1220 roku był świadkiem pogrzebu pięciu franciszkanów zamordowanych przez mahometan w Maroko. Wstrząśnięty tym wydarzeniem wstąpił do franciszkanów i w misjonarskim zapale próbował udać się do Afryki. Bóg miał jednak wobec niego inne plany. Po spotkaniu ze Świętym Franciszkiem wiodący do tej pory pustelnicze życie Antoni został generalnym kaznodzieją zakonu (a potem także prowincjałem). Kazania Antoniego – głoszone w całych Włoszech, a także we Francji – zaczęły przyciągać tłumy słuchaczy. Mając niewątpliwy oratorski talent, a do tego fenomenalną pamięć, stał się rychło najznamienitszym kaznodzieją Kościoła, pokornym i charyzmatycznym misjonarzem, mającym dar docierania do ludzkich serc. I cudotwórcą…

Zasłuchane ryby

Na jego kazania spieszyli wszyscy. W Padwie gromadził ogromne, kilkudziesięciotysięczne tłumy. Wystarczyła wieść, że się pojawi i będzie je głosił, a nawykli do wygód rycerze i szlachcianki – jak pisał średniowieczny kronikarz – „wstawszy o północy, usiłowali ubiec się wzajemnie, i zapaliwszy pochodnie, z pośpiechem dążyli na miejsce, gdzie miał przemawiać”. Nie wszędzie jednak było tak różowo. Pewnego roku – jak głosi legenda – franciszkanin przybył do Rimini nad Adriatykiem. Rybackie miasto było centrum szerzącej się wówczas herezji katarów. Nie tylko nikt nie chciał tu słuchać jego kazań, ale – co więcej – szydzono z niego.

Ludzie nie chcieli go słuchać, więc Antoni znalazł innych słuchaczy… Udał się na brzeg morza i zaczął mówić. „Słuchajcie słowa Bożego, ryby morskie i rzeczne, bowiem heretycy niewierni nie chcą go słuchać” – zaczął i… nagle gładka tafla morza zaczęła się marszczyć i bulgotać. Z Adriatyku wyłoniło się mnóstwo rybich pyszczków. Rybki zastygły w bezruchu, chciwie łowiąc każde słowo wypowiadane przez złotoustego kaznodzieję. Odpłynęły dopiero wtedy, gdy ten skończył i je pobłogosławił. Katarzy – którzy to widzieli – nie mogli w to uwierzyć.

Mulica uczciła swego Stwórcę

Heretyccy katarzy i pokrewni im albigensi oprócz potępiania świata materialnego i ludzkiej płciowości odrzucali również sakramenty Kościoła. Szła za tym oczywiście niewiara w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. W Tuluzie jeden z butnych katarów (prawdopodobnie Bononillus) wyzwał Antoniego na swoisty „teologiczno-zoologiczny” pojedynek. Twierdził, że konsekrowana Hostia to zwykły chleb, a nie Ciało Chrystusa, i chciał dowieść franciszkaninowi, że niczym się ona nie różni od zwykłego pożywienia. Tę kwestię miała rozstrzygnąć mulica. „Jeśli wygłodniałe zwierzę pominie obrok, a pośpieszy oddać hołd swemu Bogu, to prawdziwie uwierzę wiarą katolicką” – oświadczył katar. Przez trzy dni zwierzę nie dostawało nic do jedzenia, by – jak sądził heretyk – tym łacniej i z większym apetytem rzucić się na podaną paszę, ignorując Najświętszy Sakrament. Antoni liczył jednak, że Bóg dopomoże mu wykazać, że tak się jednak nie stanie i nawet zwierzę uszanuje Ciało swego Pana i Stwórcy. Prosząc Boga o wsparcie, spędził ten czas na modlitwie i pokucie. Nadszedł dzień próby. Wygłodniałą mulicę wyprowadzono ze stajni i postawiono pomiędzy żłobem pełnym paszy a Antonim – trzymającym w dłoniach Ciało Chrystusa. „Mocą i imieniem Stworzyciela twojego, którego – mimo że jestem niegodny – trzymam w rękach, mówię ci, o istoto zwierzęca, i nakazuję, byś szybko pokornie przyszedłszy, oddała Mu należną cześć, ażeby z tego złość heretycka łatwo poznała, że wszelkie stworzenie podlega swemu stwórcy, którego godność kapłańska trzyma w rękach na ołtarzu” – przemówił do bydlęcia Antoni. I choć heretyk usilnie nakłaniał wygłodzone zwierzę do jedzenia obroku, mulica zignorowała jego zachęty, podeszła do Antoniego, spojrzała na Przenajświętszy Sakrament, skłoniła łeb i… uklękła. Zdziwiony takim obrotem sprawy heretyk uznał swoją porażkę i nawrócił się.

Nie był to bynajmniej jedyny cud i znak zdziałany przez Antoniego wobec odstępców. Udało mu się nawrócić tak wielu z nich, że kronikarze nadali mu miano „młota na heretyków”.

Krewki penitent

Kazania głoszone przez Antoniego – jak to kazania – nie były zwykłymi popisami krasomówstwa. Nie to miały na celu. Ich zadaniem było prowadzenie ludzi do Boga – skłanianie ich do nawrócenia. I tak się działo. Antoni był w tym niedoścignionym mistrzem. Po każdym swoim wystąpieniu zbierał obfite żniwo w postaci spowiedzi. Radował się tym niezmiernie, ale radość ta okupiona była ogromnymi wyrzeczeniami. Bywało bowiem, że spędzał w konfesjonale całe dnie, nie jedząc i nie pijąc.

A spowiednikiem był także nie lada – potrafił bowiem czytać w ludzkich sercach i prorokować. Bywało, że przemawiał do ludzkich sumień z taką siłą, że musiał później… uzdrawiać swoich penitentów. Pewnego razu spowiadał się u niego młody Leonard z Padwy. – Kopnąłem swoją matkę, a ta upadła na ziemię – wyznał. – Stopa, która uderza ojca lub matkę, zasługuje, by ją obcięto! – wykrzyknął oburzony franciszkanin. Porywczy Leonard wrócił do domu i w akcie pokuty… obciął sobie stopę. Antoniemu nie o to jednak chodziło. Nie chciał przecież okaleczać młodzieńca, ale wstrząsnąć jego sumieniem. Usłyszawszy o tym, co się stało, franciszkanin udał się do jego domu, przyłożył obciętą stopę do nogi, nakreślił na niej znak krzyża i stopa natychmiast przyrosła do kikuta. A pewnie i sam Antoni zrozumiał wtedy, że powinien nieco ostrożniej podchodzić do swoich penitentów.

Mało tego. „Kiedy jeszcze święty żył na ziemi, niektórzy przychodzili do braci i twierdzili z całym przekonaniem, że także im śpiącym w swych łóżkach, w środku nocy ukazywał się błogosławiony ojciec, mówiąc: «Wstawaj, Marcinie! Wstawaj, Agnieszko! I idź do takiego a takiego brata lub kapłana i wyznaj mu ten a ten grzech, w takim czasie i w takim miejscu przez ciebie popełniony», którego nikt nie znał, tylko Bóg. I tak, tą drogą, wiele grzechów ukrytych zostało w sakramentalnej spowiedzi odpuszczonych”1 – czytamy w Benignitas– jednym z najstarszych żywotów świętego.

Serce wśród monet

Kościół tamtych czasów zdecydowanie potępiał ludzi żerujących na ludzkiej biedzie – zdzierców pożyczających na wysoki procent. Także Antoni zażarcie zwalczał wszelkiej maści lichwiarzy. „Bogactwa to kolce, które kłują i ranią do krwi; przebiegli lichwiarze to drapieżne bestie, które łupią i pożerają” – grzmiał w jednym z kazań. „Kiedy pewnego dnia święty wygłaszał kazanie, wśród ludności rozeszła się wieść o nagłej śmierci cieszącego się złą sławą lichwiarza. Antoni, widząc poruszenie tłumu i słysząc szepty, zapytał, co się stało. Dowiedziawszy się zaś, zadrżał i zawołał: spójrzcie, jak sprawdziło się słowo Boże, które ostrzega: gdzie jest twój skarb, tam jest i serce twoje. Otwórzcie jego skrzynie, a znajdziecie wśród pieniędzy jego serce! Otwarto zwłoki złoczyńcy, lecz na próżno, gdyż nie było w nich serca, które odnaleziono wśród ukochanych monet w jego kufrze”2 – napisał w biografii świętego Vergilio Gamboso. W taki to niezwykły sposób Pan Bóg „wizualizował” nauki swojego wiernego sługi.

„On jest moim ojcem”

Dokonując cudów, które można by nazwać… „cudami społecznymi”, padewski franciszkanin troszczył się także o dobro życia rodzinnego i społecznego. Pewien człowiek z Ferrary nie chciał uznać za swoje niemowlęcia, które niedawno urodziła jego żona. Podejrzewając żonę o niewierność, uważał, że maleństwo nie jest jego dzieckiem. W czasach, kiedy nie było jeszcze badań genetycznych, tylko cud mógł skłonić go do uznania, że się mylił. I taki cud się zdarzył. Wezwany na pomoc Antoni stanął przed niemowlęciem i… wezwał je do wyznania prawdy. „Poprzysięgam cię, w imię Jezusa Chrystusa, powiedz mi głośno, tak żeby wszyscy słyszeli, kto jest twoim ojcem” – rozkazał. I niemowlę… przemówiło. „On jest moim ojcem” – powiedziało, spoglądając na zaskoczonego mężczyznę.

Poskromienie tyrana

Za podobny „cud społeczny” uznać możemy także odważne wystąpienie Antoniego przeciwko krwawemu tyranowi Werony Ezzelino da Romano. Ponoć niegodziwiec mający na sumieniu wiele ludzkich istnień „skarcony (…) słowami męża Bożego, zaniechał wszelkiej srogości, stał się bardzo łagodnym barankiem i zawiesiwszy sobie wnet sznur na szyję, rzuciwszy się na ziemię wobec męża Bożego, pokornie wyznał swoją winę, przyrzekając naprawić wszelkie zło wyrządzone, według jego życzenia”. Tyran opowiadał później, że widział „boski płomień” wychodzący z twarzy Antoniego, który tak bardzo go przeraził, że na jego straszny widok myślał, że zaraz spadnie w piekielne czeluści.

Nieboszczyk przemówił

Zdarzało się, że Antoni za pomocą cudów pomagał także własnej rodzinie, a konkretnie swojemu ojcu Marcinowi. Zdarzyło się bowiem pewnego dnia, że przed lizbońską katedrą zabito młodego arystokratę. Jego zwłoki znaleziono w ogrodzie Marcina. Podrzucił je tam morderca, ale – jak można się było spodziewać – o zabójstwo oskarżono Bogu ducha winnego właściciela posesji. Niewinnego Marcina osadzono w więzieniu. Antoni mieszkający wówczas w Padwie w cudowny sposób się o tym dowiedział. Natychmiast wyruszył na ratunek. Jak to franciszkanin, poszedł… pieszo. Miał do przebycia – bagatela! – ponad 2200 km (Google Maps wyliczyły, że piechur potrzebowałby na to… 463 godzin). Ale dla Boga – jeśli tylko chce komuś pomóc – nie ma rzeczy niemożliwych. Po przebyciu zaledwie kilku kilometrów Antoni nagle i ku własnemu zaskoczeniu – znalazł się… na rozprawie w Lizbonie. Stanąwszy przed wysokim sądem, oświadczył, że jego ojciec jest niewinny. No tak, ale takie oświadczenie to jednak tylko słowa. Antoni był wprawdzie duchownym, ale jako syn oskarżonego nie miał zbyt wielkiej siły przekonywania. Nie dowierzano mu. Potrzebne były mocne dowody, jakieś niezbite alibi. „Sam zamordowany zaświadczy o prawdzie moich słów!” – stwierdził franciszkanin. Dziwna to była mowa, no ale zakonnik cieszył się już wtedy opinią cudotwórcy, zaintrygowany sędzia – pewnie w licznym towarzystwie ciekawskich – udał się zatem na cmentarz. Grobowiec zamordowanego otwarto, a Antoni… wezwał nieboszczyka do złożenia zeznań. Możemy sobie wyobrazić ogromne zdziwienie obserwujących to ludzi, kiedy nagle trup uniósł się, usiadł i… zaświadczył o niewinności oskarżonego. Po złożeniu świadectwa zamordowany poprosił Antoniego o uwolnienie z ekskomuniki, którą został objęty, a kiedy takie ułaskawienie otrzymał, znów zapadł w wiekuisty sen. Zaskoczony sędzia – a może sędziowie – chcieli, żeby Antoni wyjawił im, kto był winien tej zbrodni. Byli przekonani, że dobrze to wie, i oczekiwali dalszych wyjaśnień. Spotkali się jednak ze zdecydowaną odmową. „Przyszedłem, żeby oczyścić niewinnego, a nie demaskować winnych” – miał powiedzieć zakonnik. Później okazało się coś jeszcze dziwniejszego. Ustalono, że Antoniego nie było w Padwie zaledwie przez dwie noce i jeden dzień. Zakonnicy nie mieli wątpliwości: w grę mogła wchodzić jedynie bilokacja – niezwykły dar, dzięki któremu człowiek może być jednocześnie w dwóch różnych miejscach.

W dwóch miejscach naraz

O tym, że Antoni otrzymał od Boga zdolność bilokacji, świadczył także inny cud. We francuskim mieście Montpellier Antoni wygłaszał właśnie kazanie, gdy nagle przypomniał sobie, że czegoś zaniedbał. Dokładnie o tej porze powinien być wśród swoich współbraci i śpiewać „Alleluja” na mszy świętej konwentualnej. Zmartwił się bardzo, bo nikomu nie zlecił zastępstwa. I wtedy – świadomie czy nie – przerwał na chwilę kazanie, nakrywszy głowę kapturem, schylił się nad pulpitem i… w jednej chwili znalazł się tam, gdzie być powinien. Zakonnicy widzieli go śpiewającego w chórze braci. Kiedy wypełnił swój obowiązek, podniósł głowę i jak gdyby nigdy nic dokończył wygłaszane kazanie.

Uzdrowienia i wskrzeszenia

Wśród wielu przypisywanych Antoniemu cudów było oczywiście wiele uzdrowień. Do najbardziej spektakularnych należało uzdrowienie cierpiącej na bezwład nóg i padaczkę trzy –, a może czteroletniej Padovany. Pewnego razu Antoni spotkał na swej drodze człowieka, który niósł ją na rękach. Ojciec dziecka – bo to właśnie on ją dźwigał – dobrze wiedział, z kim ma do czynienia. Ze łzami w oczach zaczął błagać franciszkanina, żeby pobłogosławił jego córeczkę. Widząc jego prostą, silną, pełną nadziei wiarę, Antoni spełnił jego prośbę. Mężczyzna wrócił z Padovaną do domu, postawił ją na ziemi, a ta… stanęła. Co więcej – od chwili spotkania z Antonim nie doznała już ani jednego ataku padaczki.

Oprócz uzdrowień z cielesnych niedomagań, kalectwa i rozmaitych chorób Antoni – mocą Bożą – dokonywał również wskrzeszeń. Opisywano m.in., jak wskrzesił utopioną w beczce dziewczynkę, ożywił dziecko zmarłe podczas snu, uzdrowił chłopca paralityka.

Z malutkim Jezuskiem

Jeden z ostatnich cudów za sprawą padewskiego franciszkanina zdarzył się pod koniec jego życia, kiedy przebywał on w swojej celi na posesji hrabiego Tiso w Camposampiero pod Padwą. Pewnego dnia przechodzący obok celi hrabia zauważył wydobywającą się stamtąd dziwną jasność. Zajrzał do wnętrza i zobaczył niezwykłą scenę. Pogrążony w ekstatycznej kontemplacji zakonnik tulił w ramionach „dziecię niezrównanej piękności, przepełnione radością i szczęściem”. Dzieciątkiem tym był oczywiście maleńki Jezus. Antoni doszedłszy do siebie po ekstazie, zakazał hrabiemu mówić o tym wydarzeniu. Dopiero po jego śmierci arystokrata poczuł się zwolniony ze złożonej wtedy obietnicy. Motyw ten stał się potem bardzo popularny w sztuce.

Cuda przy grobie

Ogromna liczba zdziałanych przez Antoniego cudów może dziwić nas jeszcze z innego względu. Antoni żył bowiem zaledwie 36 lat. Faktem jest też, że po jego śmierci fala cudów jeszcze się wzmogła.

Za pierwszy cud wyproszony przy grobie Antoniego uznaje się uzdrowienie Cunizzy. Od roku kobieta cierpiała na skutek guza, który wytworzył się jej na ramieniu. Na dodatek – przykurczona – mogła chodzić jedynie z pomocą kul. W dniu pogrzebu uklękła przy grobie zmarłego franciszkanina i zatopiła się w modlitwie. Po chwili poczuła, że guz zniknął. Mało tego – wstała i… wyprostowała się, a kule przestały już być jej potrzebne. Płacząc z radości, poszła do domu, dziękując Bogu i Antoniemu.

Od tej pory upowszechniła się też praktyka pielgrzymowania do jego grobu. Wielu, dotykając grobowej płyty i żarliwie się modląc, odzyskało zdrowie. Już w kilka miesięcy po śmierci Antoniego zgłoszono papieżowi 53 cuda.

Biorąc te wszystkie cuda pod uwagę, już 30 maja 1232 roku – niespełna rok po śmierci w Spoleto, papież Grzegorz IX kanonizował Antoniego. W 1263 roku uroczyście odkopano ciało świętego. Znaleziono wówczas jego nienaruszony język. Obecny przy tym późniejszy Święty Bonawentura kazał umieścić go w osobnym relikwiarzu, w którym znajduje się do dziś. W 1946 roku papież Pius XII ogłosił Antoniego Doktorem Kościoła z tytułem „doktora ewangelicznego”.

Minęło już ponad 800 lat od chwili jego urodzin, a święty nadal nie przestaje nas wspierać i wysłuchiwać naszych próśb. Przed grobem „Il Santo” w bazylice w Padwie nadal modli się około 5 milionów osób rocznie. Wiele zostaje wysłuchanych.

Wskrzeszony Parrisio

Wśród licznych cudów zdarzały się także te największe: wskrzeszenia. Pewnego razu w Lizbonie mały Parrisio, nie mówiąc nic rodzicom, wybrał się z innymi chłopcami, by popływać łódką. Niestety, niedługo po wypłynięciu rozpętała się burza. Łódź przewróciła się. Starsi chłopcy zdołali dopłynąć do brzegu, Parrisio nie umiał jednak pływać i poszedł pod wodę. Wnet na brzeg przybiegła zaalarmowana matka. Zrozpaczona kobieta błagała rybaków, by pospieszyli na ratunek.

Mężczyznom udało się wyłowić chłopca, ale, niestety, reanimacja na nic się zdała – był już martwy. Matka Parrisia nie dała jednak za wygraną – w tragicznej chwili zaczęła się modlić do Boga za wstawiennictwem Świętego Antoniego. Obiecała, że jeśli chłopiec ożyje, nakłoni go, by wstąpił do franciszkanów. Tak bardzo zaufała świętemu, że kiedy następnego dnia chciano pochować chłopca, nie pozwoliła tego uczynić. Dobrze zrobiła, bo trzeciego dnia nieustannej modlitwy chłopiec nagle i niespodziewanie powrócił do życia. Obudził się, jakby tylko spał. Kiedy dorósł – zgodnie z obietnicą matki – został franciszkaninem.

Uczciwy znalazca

Świętego Antoniego nazywa się dziś powszechnie „świętym od zgub”. Katolicy na całym świecie proszą go bowiem o pomoc, kiedy zgubią jakąś rzecz. Skąd wzięło się jednak przekonanie o nadzwyczajnych zdolnościach świętego w odnajdywaniu zagubionych przedmiotów? Opowiada się na ten temat dwie historie. Jedni wiążą to z cudem, który wydarzył się we francuskim Montpellier. Zdarzyło się bowiem pewnego dnia, że młody zakonnik uciekł z klasztoru, zabierając ze sobą księgę służącą Antoniemu do nauczania. Ponoć jakaś piekielna zjawa zastąpiła mu wówczas drogę i pokrzyżowała jego niecne plany. Skruszony franciszkanin powrócił do klasztoru i oddał książkę.

Inni źródeł tej tradycji upatrują w cudzie, który wydarzył się w Portugalii już po śmierci świętego. Pewien strudzony pracą wielki czciciel Świętego Antoniego z miasteczka Alcácer do Sal zapragnął odświeżyć się w studni. Zanim jednak zanurzył dłonie w chłodnej wodzie, zdjął z palca złoty pierścień i położył go na ocembrowaniu. Kiedy po umyciu się chciał włożyć go z powrotem, cennego przedmiotu już tam nie było. Kiedy poszukiwania spełzły na niczym, mężczyzna zwrócił się w modlitwie do Świętego Antoniego, by pomógł mu odnaleźć zgubę. Kilka miesięcy później, kiedy we wspomnienie świętego mężczyzna modlił się w kościele, podszedł do niego jeden z jego służących i… podał mu zagubiony pierścień. Okazało się, że odnalazł go, kiedy wyciągał wiadro ze studni. Pierścień przyczepił się do kija, którego do tego celu używał.

Chleb dla ubogich

Antoni patronuje ubogim. Powszechną katolicką tradycją jest tzw. chleb Świętego Antoniego. Do niedawana nie było kościoła, w którym nie znajdowałaby się jego figura z nieodłączną skarbonką, do której wrzucano datki na ów „chleb” – będący niczym innym jak materialną pomocą dla ubogich. Legenda głosi, że ma to związek ze wskrzeszeniem małego chłopca – 20-miesięcznego Tommasina, który bawiąc się w kuchni, wpadł do wielkiego gara z wrzącą wodą. Wyłowiony z niego przez matkę nie dawał najmniejszych oznak życia. Zrozpaczona kobieta poprosiła wtedy o pomoc Świętego Antoniego. Obiecała, że jeśli przywróci jej synka do życia, ofiaruje mu tyle chleba (lub pszenicy), ile dziecko ważyło. Dziecko cudem ożyło, a matka spełniła swoją obietnicę. I tak właśnie narodziła się praktyka przekazywania ubogim chleba – a dziś ofiarowywania pieniędzy na pomoc dla nich – jako formy wdzięczności za łaski otrzymane za wstawiennictwem Świętego Antoniego.

Święty od panien

Antoni – podobnie jak Święty Mikołaj – ma pod swoją opieką również panny na wydaniu. Wiele z nich od wieków aż do dziś prosi go o pomoc w znalezieniu dobrego męża. Zdarzyło się kiedyś, że pewna wysoko urodzona, ale niezamożna włoska panienka nakłaniana była przez swoją matkę do znalezienia sobie majętnego kochanka, który pomógłby finansowo całej zubożałej rodzinie. Pobożnej dziewczynie nie w smak było jednak niemoralne – ale pewnie idące z duchem czasu – polecenie rodzicielki. Udała się pod figurkę czczonego przez siebie Świętego Antoniego, prosząc Boga, by za jego przyczyną pomógł jej wybrnąć z trudnej sytuacji. I nagle posąg Świętego Antoniego… ożył i wyciągając do dziewczęcia rękę, wręczył jej skrawek papieru z zapisanym na nim poleceniem: „Idź do najbogatszego kupca w miasteczku i powiedz mu, żeby dał ci tyle złota, ile waży ten papier”. Dziewczyna skwapliwie spełniła polecenie. Kupiec, śmiejąc się, zapewnił, że spełni tę prośbę. „No przecież ileż ważyć może taki karteluszek” – pomyślał pewnie. Położył kartkę na wadze i oniemiał. Papier okazał się ciężki jak ołów. Po zważaniu karteczki kupiec przypomniał sobie wtedy, że przecież dokładnie tyle złota obiecał Świętemu Antoniemu na pozłocenie jego ołtarza. Sęk w tym, że nigdy tej obietnicy nie spełnił. Zawstydzony bez wahania wręczył dziewczynie pokaźną ilość złota. W tak przedziwny sposób panna zyskała posag i mogła wyjść za mąż za tego, do kogo skłaniało się jej serce. A święty pewnie dobrze wiedział, co robi, bo wybranek okazał się nie tylko dobrym, lecz także niebiednym człowiekiem.

Nie tylko Padwa

Święty Antoni jest też znany z wielu objawień. Wiele sanktuariów na całym świecie powstało w miejscach, w których – w cudowny sposób – ukazywał się wiernym. Tak było między innymi w leżącej w Polsce niewielkiej miejscowości Radecznica koło Zamościa. „Jam jest Antoni Święty, mam to z woli Najwyższego Pana, abym tobie opowiedział, iż na tym miejscu Chwała Boga Najwyższego odprawiać się będzie – oświadczył tam ŚwiętyAntoni Szymonowi Tkaczowi 8 maja 1664 roku. I zapewnił, że przez niego „chorzy, ślepi, chromi i różnymi dolegliwościami utrapieni znajdować i otrzymywać będą pociechy swoje, chorzy zdrowie, ślepi widok, chromi chód, zgoła wszyscy uciekający się na to miejsce bez zysku łaski nie pójdą”. Podczas objawienia padewski święty pobłogosławił również wodę ze źródełka tryskającego na zboczu wzgórza. Ludzie wierzą do dziś, że woda ta ma cudowne właściwości. Niewielka Radecznica niemal natychmiast po objawieniach zasłynęła cudami i łaskami i słynie z nich do dziś.

Wyprowadził mnie za druty…

Właśnie z radecznickim sanktuarium związane jest świadectwo o tym, że Święty Antoni nigdy nie zostawia swoich czcicieli bez pomocy. Doświadczył tego w czasie II wojny światowej Polak Władysław Wypych, nieżyjący już mieszkaniec wsi Podborcze, leżącej niespełna pięć kilometrów od  Radecznicy.

W uroczystość świętych Piotra i Pawła 23-letni Władysław poszedł do spowiedzi, a następnego dnia wybrał się w odwiedziny do ojca, który wraz z innymi pięcioma mężczyznami pracował przy obróbce drewna.

Nagle zajęci pracą robotnicy spostrzegli nadlatujące nisko niemieckie samoloty. Za samolotami drogą nadciągało wojsko. Mężczyźni doszli do wniosku, że trzeba wziąć nogi za pas. – Najlepiej byłoby schować się w domu, baliśmy się jednak, że go podpalą3 – opowiadał pan Władysław. Ustalili, że trzeba iść w pole. – Uciekłem w zboże, ale mnie dostrzegli. Pognali za mną miedzami, strzelając z karabinów maszynowych. Kulki gwizdały mi nad głową, strącały kłosy zboża.

Pan Władysław uciekł na pole lnu i właśnie tam go schwytano, a potem razem z czwórką innych nieszczęśników pognano do wsi – do Czarnego Stoku. – Eskortowało nas trzech żołnierzy, popychając karabinami – relacjonował po latach mężczyzna. – Przygnali nas na wygon, tam gdzie stoi remiza. Kazali stanąć w rowie. Podeszła do mnie wówczas moja ośmioletnia siostra. Nie odgonili jej. Podała mi różaniec. Wziąłem ten różaniec i zacząłem się modlić. „Moje życie się kończy” – pomyślałem.

Od śmierci uratował ich pewien człowiek, który wytłumaczył Niemcom, że to nie bandyci, ale młodzi chłopcy zbierający tytoń, a uciekali, bo się bali.

Baliśmy się, że pojedziemy do obozu koncentracyjnego na Majdanku, tymczasem pojechaliśmy do obozu w Zwierzyńcu.

W Zwierzyńcu wpędzili aresztantów za druty, a potem do baraków.

W domu wszyscy bardzo się o mnie niepokoili. Żona poszła do Radecznicy dać na mszę w mojej intencji. Tej nocy miałem kolejny sen. Śniłem, że przyszedł do mnie za druty Święty Antoni. Obudził mnie. „Wstawaj, ubierz się i chodź ze mną” – powiedział. Wyprowadził mnie za druty, przez bramę w las, kazał iść do domu i zniknął. Rano wstałem i pomodliłem się. Zacząłem rozmyślać nad tym swoim snem.

Pan Władysław postanowił wtedy, że ucieknie i razem z drugim chłopakiem podszedł do bramy, przy której stał żołnierz. – Zobaczyliśmy, że furman wiezie beczkę, jadąc po wodę do rzeki. Uczepiliśmy się tej beczki. Kiedy wydostaliśmy się już za pierwsze druty, beczka pojechała w stronę rzeki, a my ruszyliśmy w prawo. Żołnierz poszedł za nami. W pewnym momencie na szosie rozległy się strzały. Żołnierz zszedł ze stanowiska obserwacyjnego i poszedł zobaczyć, co się dzieje. Szybko podszedłem do drutów. Skoczyłem przez druty i pobiegłem w las. Kolega za mną. Przebiegliśmy może ze 200 metrów i stanęliśmy. Byliśmy osłabieni i głodni, ale wolni.

Myślę, że to Święty Antoni mnie wyprowadził, że pomógł mi poprzez ten sen. Święty Antoni był u mnie tamtej nocy. Mocno w to wierzę – podsumował.

Działania Grzegorza Brauna wywołują pozytywne reakcje młodych mężczyzn. 80 mln wyświetleń.

Res Futura: działania Grzegorza Brauna wywołują pozytywne emocje wśród mężczyzn w wieku 25–45 lat

#grzegorz braun #LGBT #Polacy #sejm #sondaż #zaburzenia psychiczne

(Fot. Grzegorz Braun / Facebook)

Działania Grzegorza Brauna wywołują pozytywne emocje zwłaszcza wśród mężczyzn w wieku 25–45 lat – wynika z raportu Res Futury analizującego zachowania internautów.

Europoseł Braun usunął w środę tablice będące elementem gorszącej wystawy w Sejmie, promującej zaburzenia psychiczne na seksualnym i płciowym. Z tę obrzydliwą propagandę odpowiada stowarzyszenie „Tęczowe Opole”.

Z raportu Europejskiego Kolektywu Analitycznego wynika, że wydarzenie wzbudziło duże zainteresowanie w mediach społecznościowych, osiągając zasięg 80 mln wyświetleń. Oznacza to, że przeciętny użytkownik wielokrotnie natrafiał na treści związane z interwencją. Autorzy raportu podkreślili, że temat promowały głównie osoby o prawicowych poglądach oraz sympatycy Grzegorza Brauna. Szczególnie silne, przede wszystkim pozytywne reakcje, zanotowano wśród mężczyzn w wieku 25-45 lat. Część odbiorców uważa, że „Braun wykazał się odwagą”.

Wśród najczęściej powtarzających się fraz i oznaczeń dominują: „Brawo Braun”, „Sejm to nie miejsce na LGBT”, „Promocja dewiacji”, „W obronie wartości”. Część osób okazuje poparcie dla promowania zboczeń w Sejmie, te osoby używały wobec reakcji Brauna określeń takich jak „wandalizm”.

Żałosna postawa Krzysztofa Bosaka

Żałosna postawa Krzysztofa Bosaka

Autor: CzarnaLimuzyna , 13 czerwca 2025

Postawa Krzysztofa Bosak wobec demontażu (demontażu, nie zniszczenia) wystawy lgbt w Sejmie jest postawą typową dla polityków zachodniej chadecji, którzy na przełomie XX i XXI wieku pozwolili radykalnej lewicy zalać ideologicznym szambem Europę Zachodnią. Tak się stało. Zgodnie z obietnicą zachodnich neomarksistów ulice i instytucje Zachodniej Europy – cuchną. Cuchną w przenośni i dosłownie. Cuchnie również przestrzeń publiczna w Polsce upstrzona ideologicznymi odchodami.

Różnica pomiędzy radykalną a umiarkowaną prawicą

Dokładnie 10 lat temu napisałem:

„Różnica pomiędzy radykalną a umiarkowaną prawicą opiera się głównie na tym, że ta druga (umiarkowana) wykazuje się daleko zaawansowanym umiarkowaniem w myśleniu i działaniu. Związana z tym powściągliwość (w myśleniu i działaniu) jest na tyle stabilna, że dość często powoduje wrażenie poważnego niedostatku w tym zakresie. W ostatnim okresie, w niektórych przypadkach, ów  niedostatek należałoby nazwać po imieniu, czyli po prostu brakiem działania i myślenia w kluczowych aspektach”.

Postawa Krzysztofa Bosaka jest postawą charakterystyczną dla prawicy umiarkowanej, którą od lat udaje PiS. W przypadku Bosaka jest to duże rozczarowanie, tym bardziej, że ten inteligentny polityk nie tylko potrafi myśleć, ale wielokrotnie deklarował, że jego formacja ma być „prawicą ideową”.

Kult wszelkiej aberracji

Kult wszelkiej aberracji jako ciąg dalszy rewolucji neokomunistycznej jest kultem zła zadawanego samemu sobie i innym. Człowiek cywilizowany w moralnym odruchu sprzeciwia się słowem i czynem. Słowo bez uczynków, tak jak wiara, staje się martwe.

Martwe słowa Krzysztofa Bosaka:

Redaktor: Grzegorz Braun z zakazem wejścia do Sejmu.

Krzysztof Bosak: Marszałek Sejmu podjąć taką decyzję.

Redaktor: Słusznie?

Krzysztof Bosak: Moim zdaniem w Sejmie nie jest miejscem na wybryki i na niszczenie różnych rzeczy.

Redaktor: Czyli potępia pan ten akt wandalizmu Grzegorza Brauna?

Krzysztof Bosak: Potępiam zachowania niezgodne z regulaminem i potępiam też robienie ideologicznych wystaw w Sejmie, które wpisują się w negatywne trendy ideowe. Jedno i drugie. Uważam, że takich wystaw nie ma po co robić w Sejmie.

Ostatnie zdanie Bosaka brzmiało:

Natomiast oczywiście  polemizować i walczyć z tym należy metodami cywilizowanymi /PolskieRadio24_pl/

Dzięki temu mniej rozgarnięty słuchacz utrwali sobie, że metody walki Grzegorza Brauna są niecywilizowane, a walczyć z nieumiarkowanym złem czyli z rewolucją należy w sposób umiarkowany – wielce powściągliwy w czynach, bo taka właśnie jest rekomendacja Krzysztofa Bosaka. Ten typ walki, w praktyce walki pozornej, doprowadził nas do utrwalonego stanu bezbronności wobec zła. 

USA: Najbardziej chore pokolenie w historii. Kennedy na wojnie z farmaceutycznym deep state

Najbardziej chore pokolenie w historii. Kennedy na wojnie z farmaceutycznym deep state

13.06.2025 Jakub Wozinski https://nczas.info/2025/06/13/najbardziej-chore-pokolenie-w-historii-kennedy-na-wojnie-z-farmaceutycznym-deep-state/

Robert F. Kennedy Jr.
Robert F. Kennedy Jr.

Zaprezentowany przez nowego sekretarza zdrowia Roberta Kennedy’ego raport ukazuje dramatyczny stan zdrowia Amerykanów.

Średnia oczekiwana długość życia w Stanach Zjednoczonych od lat pozostaje jedną z najniższych we wszystkich krajach rozwiniętych. Mimo iż w kraju tym zarabia się znacznie więcej niż w większości innych miejsc na świecie, a medycyna pozostaje na bardzo wysokim poziomie ze średnią 79,6 lat, Stany zajmują niższą pozycję niż nawet Kostaryka czy Albania.

W mediach głównego nurtu taki stan rzeczy tłumaczy się najczęściej tym, że Amerykanie bardzo lubią używki, nie mają bezpłatnego dostępu do służby zdrowia lub wręcz że posiadają swobodny dostęp do broni. W dalszej kolejności mówi się także o masowym występowaniu chorób przewlekłych, jednak winę za ich występowanie przypisuje się samym Amerykanom i ich konsumpcjonistycznemu stylowi życia.

Ostateczna decyzja o tym, co znajduje się w naszym układzie pokarmowym, zależy oczywiście od nas, ale niestety zwykły Amerykanin ma najczęściej bardzo utrudniony dostęp do żywności cechującej się dobrą jakością. Od lat wiadomo było, że amerykańskie instytucje państwowe są wyjątkowo spolegliwe wobec korporacyjnych producentów żywności, lecz trzeba było dopiero drugiej kadencji Donalda Trumpa, aby na czele Departamentu Zdrowia stanął człowiek, który wydaje się mieć odwagę i determinację potrzebną do tego, aby temu problemowi zaradzić.

Najbardziej chore pokolenie w historii

W ubiegłym tygodniu opublikowany został raport pt. „Make Our Children Healthy Again”, który już na samym wstępie porusza problem ciągłego przepływu kadr między światem korporacyjnym a waszyngtońską machiną legislacyjną. Robert Kennedy Jr. nazwał rzecz po imieniu, wskazując na problem podporządkowania prawodawstwa korporacyjnym interesom, które już nie tyle dopuszczają się nadużyć, lecz prowadzą kraj wprost ku zatraceniu.

Jak bowiem nazwać fakt, że już ponad 40 proc. nieletnich cierpi na chroniczne dolegliwości układu pokarmowego, oddechowego, autoimmunologicznego, czy też zdradza poważne dysfunkcje psychiczne? Tak złego wyniku nie było jeszcze nigdy w amerykańskiej historii, dlatego raport Kennedy’ego mówi wprost o wielkim kryzysie zdrowotnym, a amerykańskie dzieci określa mianem „najbardziej chorym pokoleniem w historii”.

Jako główne przyczyny takiego stanu rzeczy raport podaje przede wszystkim złą żywność: przetworzone produkty zawierające oczyszczone zboże, cukry, barwniki i oleje z nasion odpowiadają za aż dwie trzecie całej diety nieletnich. Oprócz tego wspomina się także o toksynach zwartych w żywności i otoczeniu czy też braku odpowiedniej aktywności ruchowej. W efekcie – stwierdza raport – już dziś aż 75 proc. młodych Amerykanów nie nadaje się do służby wojskowej (!). Jak nietrudno zauważyć, bez wprowadzenia radykalnych zmian Stanom Zjednoczonym będzie niezwykle trudno utrzymać tak wielką armię, jak do tej pory.

Nafaszerowani lekami

Za fatalny stan młodego pokolenia odpowiada jednak nie tylko zła żywność i niezdrowe nawyki. Młodzi są dziś zwyczajnie faszerowani wszelkiego rodzaju lekami posiadającymi poważne skutki uboczne. Raport stwierdza, że w USA zdecydowanie nadużywa się leków antydepresyjnych, przeciwko ADHD, antybiotyków i agonistycznych (opioidowych). Skrajnie posunięta medykalizacja medycyny przynosi szczególnie złe efekty u dzieci, które płacą za to licznymi powikłaniami i skutkami ubocznymi.

Wspólnym mianownikiem kryzysu najbardziej chorego pokolenia w dziejach USA jest oczywiście nadmierna ingerencja świata wielkiej korporacji w stanowione prawo. Robert Kennedy Jr. poprawnie wskazuje na to, że Big Pharma do spółki z branżą żywnościową i chemiczną dosłownie zawładnęły Waszyngtonem i wymuszają wprowadzanie najbardziej satysfakcjonujących je przepisów. W raporcie przytaczane są szokujące dane i informacje, m.in. o tym, jak 95 proc. członków komitetu decydującego o federalnych wskazaniach żywieniowych posiadało bezpośrednie związki finansowe z branżą farmaceutyczną i żywieniową. Dowiadujemy się również, że branża chemiczna wydała na lobbing w samym tylko 2024 r. aż 77 mln dol., a farmaceutyczna w latach 1999–2018 aż 4,7 mld dol.

Dla świata korporacyjnego idealny model biznesowy tworzy zawsze klient uzależniony od jego usług. Nie klient, który kupi jeden produkt na 10 lat lub na całe życie, lecz taki, który będzie odczuwał chroniczną potrzebę konsumpcji. Klientem, który spełnia te kryteria jest bezsprzecznie klient przewlekle chory, uzależniony lub niestabilny psychicznie. Dlatego właśnie tak szczególną opieką świat korporacyjny otacza środowisko transgenderowe, które okaleczając się w imię neomarksistowskiej ideologii, uruchamia lawinę niekończących się wydatków, coraz częściej finansowanych wprost z pieniędzy podatników.

Zasilane niewyczerpanym strumieniem pustego pieniądza molochy działają wedle zupełnie innej logiki niż zwykłe małe i średnie przedsiębiorstwa. Celem ich działalności nie jest zapewnienie konsumentom satysfakcji i dobrostanu, lecz stworzenie przy pomocy prawa mechanizmu wymuszającego korzystanie z ich usług. Póki co Robert Kennedy odważnie nazwał rzeczy po imieniu, prezentując swoim raportem swego rodzaju akt oskarżenia.

Walka z biologicznym Goliatem

Na najbardziej odważne decyzje ze strony polityka, który w kluczowym momencie kampanii prezydenckiej przekazał swoje poparcie Trumpowi, wciąż trzeba jeszcze czekać. Kilka dni temu Kennedy podległe mu Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC) wstrzymało zalecenie stosowania szczepionek mRNA na COVID u dzieci i kobiet w ciąży, utrzymując je jednak dla osób powyżej 65. roku życia.

Co jednak najważniejsze, pomimo kilku miesięcy urzędowania Robert Kennedy Jr nie zdołał jeszcze w żaden sposób zdemontować ogromnego kompleksu instytucji i specjalnych funduszy, które w swoich książkach „The Real Anthony Fauci” i „The WuHan Cover-Up” zidentyfikował jako potężny kompleks, odpowiadający za używanie broni biologicznej i chemicznej. Donald Trump wycofał wprawdzie Stany Zjednoczone ze Światowej Organizacji Zdrowia, ale Robert Kennedy Jr nadal nie dokonał żadnych fundamentalnych zmian w takich instytucjach, jak Narodowy Instytut Zdrowia (NIH), Narodowy Instytut Alergii i Chorób Zakaźnych (NIAID), czy też we wspomnianym CDC.

Kennedy jest [obok Elona Muska] najważniejszym członkiem nowej administracji, który ma za zadanie uwiarygodnić przed całym społeczeństwem to, że ekipa Trumpa rzeczywiście chce pokonać globalistyczny deep state i pokrzyżować plany wywołania ewentualnej kolejnej pandemii. Póki co Kennedy powołał do życia nowy urząd o nazwie Administration for Healthy America (AHA) oraz zarządził cięcia budżetowe i kadrowe w instytucjach, które do niedawna podlegały Anthony’emu Fauciemu. Wydaje się jednak, że to wciąż zdecydowanie zbyt mało wobec ogromnych oczekiwań wyborców. Ich cierpliwości nie da się testować zbyt długo bez poważnych konsekwencji.

Izrael zaatakował Iran.

Izrael zaatakował Iran. Trump zwołuje pilne posiedzenie gabinetu.

13 czerwca 2025, 05:50

Niespokojna noc na Bliskim Wschodzie. Izraelski minister obrony Israela Kac ogłosił w nocy z czwartku na piątek, że Izrael rozpoczął prewencyjny atak na Iran. Zarządził też alarm na terenie całego kraju i ostrzegł, że w najbliższym czasie oczekiwany jest odwet ze strony Iranu. Premier Izraela Binjamin Netanjahu poinformował, że Izrael w ramach „Operacji Powstającego Lwa” zaatakował irański zakład wzbogacania uranu w Natanz oraz czołowych naukowców zajmujących się energią jądrową. Donald Trump zwołał pilne posiedzenie swojego gabinetu.

Izrael zaatakował Iran. Trump zwołuje pilne posiedzenie gabinetu [RELACJA NA ŻYWO]
Rakiety spadają na Teheran

Izrael otrzyma surową karę za atak przeprowadzony na Iran, w którym zginęło kilku dowódców i naukowców — zapowiedział w piątek irański przywódca duchowy i polityczny ajatollah Ali Chamenei. Dodał, że atak pokazał „nikczemną naturę” Izraela. [A miał wątpliwości? MD]

Przywódca oświadczył, że przeprowadzając atak na Iran, Izrael „zgotował sobie ciężki los, którego z pewnością doświadczy”.

Rzecznik irańskich sił zbrojnych gen. Abolfazl Szekarczi powiedział, że Izrael przeprowadził ataki na Iran przy wsparciu USA. Zagroził, że Izrael i USA zapłacą za to „wysoką cenę”.

Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej uważnie monitoruje „głęboko niepokojącą sytuację w Iranie”. „Agencja może potwierdzić, że wśród celów znajduje się Natanz. Agencja jest w kontakcie z władzami Iranu w sprawie poziomów promieniowania” — czytamy.

Wiele irańskich mediów państwowych podało w piątek, że w nocnych atakach Izraela zginął generał Hossein Salami, głównodowodzący irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.

[—-]

Cóż, niech Bóg chroni Iran i świat. Dalej w meRdiach, bo to szybko się toczy Mirosław Dakowski

=====================================

06:26

Na kilka dni przed atakiem Izrael przeprowadził, jak to określił, „operację wprowadzającą w błąd”, mającą na celu przekonanie irańskich władz i społeczeństwa Izraela, że ​​nie będzie żadnego uderzenia — powiedział CNN izraelski urzędnik.

Urzędnik powiedział, że operacja obejmowała „oszustwo” wobec mediów i komentatorów politycznych, „dzięki czemu udało się zaskoczyć Iran”.

Wieloletni dyrektor Parku Narodowego wyrzucony. Powodem spotkanie gospodyń wiejskich z Martą Nawrocką, o którym nawet nie wiedział.

Wieloletni dyrektor parku wyrzucony. Powodem spotkanie z Martą Nawrocką, o którym nawet nie wiedział?

https://wpolityce.pl/polityka/732174-dyrektor-parku-wyrzucony-powodem-spotkanie-z-nawrocka

Ministerstwo Klimatu i Środowiska podjęło decyzję o zwolnieniu z funkcji dyrektora Poleskiego Parku Narodowego Jarosława Szymańskiego, który piastował tę funkcję od… 15 lat. Według pracowników powodem tej decyzji jest to, że na terenie parku doszło podczas kampanii wyborczej do… spotkania z Martą Nawrocką, które zorganizowało lokalne Koło Gospodyń Wiejskich. Co więcej, według nich dyrektor parku nawet nie wiedział o tym spotkaniu.

Sprawę w mediach społecznościowych skomentował poseł PiS Paweł Sałek.

Oczywiście w czasach Donalda Tuska, Rafała Trzaskowskiego, Minister Pauliny Hennig-Kloski to, że na finiszu kampanii wyborczej zwolnienie Dyrektora Poleskiego Parku Narodowego i zwykła turystyczna wizyta Marty Nawrockiej w Poleskim Parku Narodowym, nie mają żadnego związku

— wskazał.

To jedynie przypadek, że z dnia na dzień wieloletni dyrektor Parku został wyrzucony z pracy. Marta Nawrocka odwiedzając Poleski Park Narodowy przebywała na zaproszenie lokalnego Koła Gospodyń Wiejskich i spacerowała ścieżkami dydaktycznymi parku
-dodał.

Ciekawe czy jak Marta Nawrocka była kilka dni później na Giewoncie to czy dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego też został zwolniony? Bo Marta Nawrocka weszła na Giewont szlakiem turystycznym i jeszcze przy Krzyżu na szczycie Giewontu ma zdjęcie z polską flagą

— zaznaczył.

Oświadczenie pracowników

Pracownicy Poleskiego Parku Narodowego wydali oświadczenie, w którym wyrazili swój sprzeciw wobec decyzji o odwołaniu ze stanowiska dyrektora Jarosława Szymańskiego.

[———————]

Dziś: Wałbrzych – Adoracja Najświętszego Sakramentu, Różaniec święty, Nabożeństwo Czerwcowe i Msza Święta za Ojczyznę

13.06.2025 Wałbrzych – Adoracja Najświętszego Sakramentu, Różaniec święty, Nabożeństwo Czerwcowe i Msza Święta za Ojczyznę

12/06/2025przez antyk2013

13. dnia każdego miesiąca

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Najwyższy i Wieczny Kapłan na wzór Melchizedeka!

Jak zawsze dnia 13. – o godz. 18:00 w wałbrzyskiej kolegiacie Św. Aniołów Stróżów będzie sprawowana Msza św. w intencji Ojczyzny, poprzedzona czuwaniem Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę od godz. 15:00 do nabożeństwa czerwcowego ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa o godz. 17:30, a po Mszy św. będzie jeszcze nabożeństwo fatimskie.

Jeśli mamy świadomość, że ocalenie naszej suwerenności w wyborach prezydenckich 1 czerwca było owocem ogromnego modlitewnego wysiłku szerokich rzesz Narodu pragnącego, by Polska była rzeczywistym królestwem Niepokalanej Dziewicy i Jej Boskiego Syna, to nie spoczywajmy na laurach, ale przez zestrzelenie się w jednomyślność na comiesięcznym czuwaniu przed Najświętszym Sakramentem okażmy wdzięczność Panu Bogu, który przedłużył nam czas miłosierdzia, bo zagrożenie pełzającego zamachu stanu zaplanowanego przez pyszniących się zamysłami stworzenia totalitarnego europejskiego super-państwa wcale jeszcze nie zostało zażegnane!

M.P.

Króluj nam, Chryste!

Prezydent Duda: W wymiarze sprawiedliwości jest grupa, która oszalała z obawy przed naruszeniem ich przywilejów

Prezydent Duda: w wymiarze sprawiedliwości jest grupa,

która oszalała z obawy przed naruszeniem ich przywilejów

prezydent-duda-jest-grupa-sedziow-ktora-oszalala-z-obawy-przed-naruszeniem-ich-przywilejow

W polskim wymiarze sprawiedliwości jest grupa, która oszalała z obawy przed naruszeniem ich przywilejów – ocenił prezydent Andrzej Duda. Jego zdaniem sędziowie powołani po 2017 roku są „w wielu przypadkach prześladowani” i poniżani, m.in. poprzez określanie ich mianem tzw. neosędziów.

Szef Państwowej Komisji Wyborczej Sylwester Marciniak powiedział na zakończenie środowej uroczystości wręczenia Karolowi Nawrockiemu uchwały o wyborze na prezydenta RP, że ma on „dość wojny polsko-polskiej”, a nadto „wojny sędziowsko-sędziowskiej”. – Sądy miały być wolne, a są powolne. Miliony obywateli polskich i tysiące przedsiębiorców zbyt długo czeka na sprawiedliwe rozstrzygnięcia. Mam nadzieję, że panu prezydentowi, we współdziałaniu z najwyższymi organami władzy publicznej, uda się rozwiązać tę kwestię – mówił Marciniak.

Prezydent Andrzej Duda powiedział na czwartkowym briefingu w Singapurze, że on sam także wzywa do tego, by „nie poniżać, poprzez takie określenia, jak neosędziowie” osób powołanych na stanowisko sędziego przy udziale KRS, ukształtowanej zgodnie z ustawą z 2017 r. Sędziowie ci są, jego zdaniem, „w wielu przypadkach prześladowani”, a stosowne wobec nich metody są „wstrętne i podłe (…), co powinno się zakończyć raz na zawsze”.

Duda odniósł się także do środowisk prawniczych, kwestionujących umocowanie osób powołanych na sędziów po 2017 roku. – Jest niestety w tej chwili, w polskim wymiarze sprawiedliwości grupa, która – w moim osobistym przekonaniu – oszalała z obawy przed naruszeniem ich przywilejów, z obawy przed naruszeniem ich dominującej pozycji, z obawy przed utratą swojej elitarności – ocenił prezydent. – Nie wiem, w czym jest rzecz, natomiast w moim odczuciu oszalała, poniewierając innymi sędziami – dodał.

Zdaniem prezydenta, obecnie mamy do czynienia z „szokującymi sytuacjami, kiedy bandytów, morderców de facto wypuszcza się z więzienia poprzez uchylanie orzeczeń na tej podstawie”, że w składzie orzekającym zasiadał tzw. neosędzia.

Trudno sobie wyobrazić większą nieodpowiedzialność. To jest – w moim osobistym przekonaniu – wręcz zdrada interesów państwowych i działanie przeciwko bezpieczeństwu obywateli Rzeczpospolitej, żeby mordercę de facto zwolnić od odpowiedzialności tylko dlatego, że ktoś ma swoje oszalałe, osobiste preferencje, poglądy polityczne – ocenił Duda. Stwierdził ponadto, że takie działania wskazują na „kompletne niezrozumienie roli, jaką ktoś na siebie przyjął, decydując się na uczestniczenie w sprawowaniu trzeciej władzy w Polsce, czyli bycie sędzią”.

Źródło: PAP

Senat USA, ordynacja: Wygrała, bo wyborcy dopisywali jej nazwisko na listę

Wygrała, bo wyborcy dopisywali jej nazwisko na listę

Lisa Murkowski, amerykańska polityk o polskich korzeniach, wygrała wyścig do fotela senatorskiego w stanie Alaska. Nie tylko to jest sensacją, ale przede wszystkim to, że Murkowski jest pierwszym politykiem od pół wieku, któremu udało się wygrać dzięki akcji dopisywania jej nazwiska na kartach do głosowania przez wyborców.

Wygrała, bo wyborcy dopisywali jej nazwisko na listę

19 listopada 2010, 11:08

Zobacz zdjęcia: Polskie nazwisko wstrząsnęło USA

Amerykańskie prawo zna procedurę dopisywania kandydata ręcznie na kartach do głosowania. I w tym Murkowski upatrywała swojej szansy, bowiem przegrała prawybory w partii republikańskiej ze swoim rywalem Joem Millerem. I dlatego jej nazwisko nie znalazło się na listach wyborczych. Obywatele USA mają prawo wyjść poza to, co dają im partie, i stąd praktyka dopisywania swojego kandydata do listy na karcie do głosowania. Jest to całkiem legalne.

Murkowski ruszyła w teren, agitowała, namawiała wyborców, by dopisywali jej nazwisko na kartach wyborczych. Był jednak problem, obawiano się, że amerykańscy wyborcy niewłaściwie zapiszą nazwisko kandydatki i przez to straci ona szansę na uzyskanie zwycięstwa.

Dlatego kandydatka podczas kampanii pisała do wyborców listy, ucząc ich, jak powinni pisać trudne słowo.

– Byłaby to złośliwość losu, gdyby okazało się, że to polskie nazwisko kandydatki przekreśliło jej szanse – mówili ludzie ze sztabu Murkowski, ale teraz dodają, iż jest ogromna radość z tego zwycięstwa, bo walka była zażarta i bardzo nietypowa.

Urodzona w Ketchikan Lisa Ann Murkowski nie jest nowicjuszem w amerykańskiej polityce. Jest członkinią amerykańskiej Partii Republikańskiej. Z zawodu jest prawnikiem.

W 1998 roku została wybrana do Izby Reprezentantów stanu Alaska. W grudniu 2002 roku w dość nietypowy sposób uzyskała mandat senatorski. Otóż jej ojciec Frank Murkowski, senator USA ze stanu Alaska od 1980 roku, zdobył w wyborach w listopadzie 2002 roku stanowisko gubernatora Alaski. A to oznaczało, że musiał opuścić Senat.

Jako nowy gubernator stanu miał on jednak prawo wyznaczenia nowej osoby na opuszczone przez siebie miejsce w Senacie. Ten wskazany przez niego kandydat miałby zasiadać w Senacie, jak stanowią tamtejsze przepisy do najbliższych wyborów w 2004 roku.

Frank Murkowski nie miał wątpliwości i wyznaczył na to stanowisku swoją córkę Lisę Murkowski. Manewr ten był ostro krytykowany jako przejaw nepotyzmu. Z drugiej jednak strony Lisa Murkowski była faktycznym liderem republikańskiej większości w stanowej Izbie Reprezentantów.

Pomimo tych kontrowersji związanych ze sposobem jej wyboru Lisa Murkowski zdobyła latem 2004 roku nominację Partii Republikańskiej w wyborach do Senatu na jesieni 2004 roku. Potem było kolejne zwycięstwo, kiedy pokonała demokratycznego kontrkandydata Tony’ego Knowlesa stosunkiem głosów 49% do 45%, uzyskując tym samym mandat senatora.

W tym roku jednak nie uzyskała poparcia swojej partii i dlatego zaapelowała o dopisywanie jej nazwiska na kartach wyborczych. Szacuje się, że zrobiła to ponad połowa wyborców. Sąd zdecydował, że wszystkie karty z dopisanym nazwiskiem mają być sprawdzone. Prawdopodobnie zdecydowało polskie nazwisko kandydatki, trudne do wymówienia i jeszcze trudniejsze dla Amerykanów do napisania.

W środę rano amerykańskiego czasu agencje donosiły o tym, że Murkowski o kilka tysięcy głosów wyprzedza rywala Joego Millera. Kilkanaście godzin później Agencja Reutera ogłosiła już, iż wygraną tego pojedynku została Murkowski.

Trzeci z kandydatów do fotela senatorskiego – demokrata Scott McAdams – już nie liczył się w wyścigu. Zdobył około 20% głosów.

Joe Miller zapowiedział już wcześniej, że ustąpi z rywalizacji, jeśli liczba głosów oddanych na jego kontrkandydatkę będzie większa. Ludzie ze sztabu wyborczego Murkowski mają nadzieję i mówią o tym publicznie, że Miller dotrzyma słowa. Nie można jednak wykluczyć, że z ostatecznym ogłoszeniem zwycięstwa Murkowski trzeba będzie jeszcze poczekać, bo np. Miller zażyczy sobie, do czego ma zresztą prawo, ponownego przeliczenia głosów.

Był to pierwszy przypadek zwycięstwa w wyborach do Senatu poprzez dopisanie nazwiska kandydata w Stanach Zjednoczonych od 1954 roku.

Zaszufladkowano do kategorii O JOW | Otagowano ,

Ekolodzy na posyłki Komisji Europejskiej. „Płatne naciski”.

Ekolodzy na posyłki Komisji Europejskiej

11.06.2025 Aleksandra Fedorska  tysol/ekolodzy-na-posylki-komisji-europejskiej

Niemiecka gazeta die Welt opublikowana materiał o poufnych umowach między Komisją Europejską a wybranymi organizacjami z sektora pozarządowego (NGO). Umowy Brukseli z NGO-sami nazywane są „partnerstwami strategicznymi”.

Marionetki. Ilustracja poglądowa Ekolodzy na posyłki Komisji Europejskiej

Marionetki. Ilustracja poglądowa / pixabay.com

Płatne naciski

Jedną z takich poufnych umów, ma być umowa z 7 grudnia 2022 roku, do której dotarli dziennikarze die Welt. W ramach tej umowy urzędnicy Komisji Europejskiej obiecali organizacji ekologicznej o nazwie ClientEarth 350 000 euro w zamian za naciski na zakłady i firmy z sektora energetyki węglowej w Niemczech. ClientEarth miał wciągnąć niemieckie elektrownie węglowe w skomplikowane sprawy sądowe w celu zwiększenia ryzyka finansowego i prawnego operatorów.

— Unijni urzędnicy najwyraźniej koordynowali swoje działania z aktywistami w najdrobniejszych szczegółach. W umowach Komisja Europejska dokładnie określa, co aktywiści musieliby zrobić w zamian za dotacje. Mówi się o pewnej liczbie listów lobbingowych, wiadomości w mediach społecznościowych i spotkaniach z posłami do Parlamentu Europejskiego – podaje niemiecki nadawca publiczny Bayerischer Rundfunk (BR).

W innych przypadkach w zamian za finansowanie z ramienia Komisji Europejskiej NGO mieli się zobowiązać do promowania określonych technologii, takich jak energia wiatrowa czy elektromobilność. W efekcie unijne regulacje często faworyzują konkretne cele ideologiczne, zamiast odzwierciedlać szersze potrzeby społeczne.

Programy takie jak Europejski Zielony Ład czy Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji przeznaczają miliardy euro na projekty związane z ochroną klimatu. Jednak część tych środków trafia do podmiotów z sektora NGO.

Transparentność w unijnej polityce klimatycznej to fikcja – twierdzi ekspert ds. lobbingu cytowany przez WELT. — Obywatele UE nie mają pojęcia, kto naprawdę kształtuje prawo, które wpływa na ich życie.

W śledztwie niemieckiej gazety występuje także stowarzyszenie „Friends of the Earth”, które miało walczyć przeciwko umowie o wolnym handlu Mercosur między Europą a Ameryką Południową.

Bohaterowie śledztwa niemieckich mediów działają w Polsce

Organizacja „Friends of the Earth” – Przyjaciele Ziemi znany jest w Polsce jako Polski Klub Ekologiczny (PKE). PKE działa jako organizacja pozarządowa non-profit od 1980 roku i jest członkiem międzynarodowej sieci Friends of the Earth International (FoEI). Organizacja ma siedzibę w Krakowie i działa w kilku regionach Polski. Jednym z flagowych projektów PKE była ochrona obszarów Natura 2000 w kontekście budowy kanału przez Mierzeję Wiślaną, który mógłby wpłynąć na lokalne ekosystemy. PKE wskazywał, że budowa kanału przez Mierzeję Wiślaną zagraża unikalnym ekosystemom Zalewu Wiślanego i okolicznych obszarów chronionych. Projekt mógłby zaburzyć równowagę ekologiczną, wpłynąć na migrację ptaków oraz zniszczyć siedliska cennych gatunków. W 2019 roku PKE, wraz z innymi organizacjami ekologicznymi, wezwał Komisję Europejską do interwencji w sprawie przekopu. Organizacja argumentowała, że inwestycja narusza unijne prawo ochrony środowiska, w tym dyrektywy ptasią i siedliskową. PKE zarzucał polskim władzom brak odpowiednich konsultacji społecznych oraz niedostateczne analizy środowiskowe przed rozpoczęciem budowy.

Natomiast polski oddział ClientEarth, który posiada swoje biuro w Warszawie, odegrał kluczową rolę w protestach w Puszczy Białowieskiej. W 2018 roku organizacja wsparła pozew Komisji Europejskiej przeciwko polskiemu rządowi przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości (ETS). TSUE orzekł, że tzn. wylesianie Polski naruszyło unijne prawo ochrony przyrody, co doprowadziło do zaprzestania prac związanych z wycinką. ClientEarth zagroził grzywnami w wysokości co najmniej 100 000 euro dziennie, jeśli Polska zignoruje wyrok.

ClientEarth prowadził także kampanię przeciwko rozbudowie kopalni węgla brunatnego w Turowie, która znajduje się na granicy z Niemcami i Czechami i zaopatruje pobliską elektrownię Turów w węgiel. Organizacja skrytykowała ocenę oddziaływania na środowisko oraz potencjalne szkody dla wód gruntowych, jakości wody pitnej i rezerwatów przyrody. ClientEarth współpracował transgranicznie z Fundacją Frank Bold i uczestniczył w konsultacjach społecznych w Niemczech (np. w Zittau). ClientEarth podaje, że wspiera ludzi w procesach sądowych przeciwko rządowi.

[Aleksandra Fedorska jest dziennikarką Tysol.pl, oraz licznych polskich i niemieckich mediów]

Imigrants welcome! Wenezuelczyk zaatakował 24-latkę w Toruniu. Kobieta w stanie ciężkim walczy o życie

Wenezuelczyk zaatakował 24-latkę w Toruniu.

Kobieta w stanie ciężkim walczy o życie

12.06.2025 tysol/wenezuelczyk-zaatakowal-24-latke-kobieta-walczy-o-zycie

19-latek pochodzący z Wenezueli usiłował w nocy ze środy na czwartek zabić 24-letnią kobietę w Parku Glazja w Toruniu. Kobieta w stanie ciężkim trafiła do szpitala i walczy o życie. Mężczyzna został zatrzymany – poinformowała rzecznik prasowa toruńskiej policji asp. Dominika Bocian.

Policja dostała zgłoszenie o ataku obcokrajowca od przypadkowego świadka

Napastnika spłoszył przypadkowy świadek

Do ataku na 24-latkę doszło około 1.00 w nocy ze środy na czwartek. Policję zaalarmował świadek, który usłyszał wołanie o pomoc. Wybiegł z mieszkania, chcąc udzielić pomocy kobiecie, i wystraszył agresora.

19-latek został namierzony przez mundurowych po zgłoszeniu od przypadkowego świadka. Trwają policyjne czynności mające na celu zabezpieczenie śladów i dowodów w sprawie – wskazała asp. Bocian. Z informacji PAP wynika, że agresor ukrywał się przed policją, próbował uciec z miejsca zdarzenia.

Kobieta walczy o życie

Kobieta trafiła w bardzo ciężkim stanie do szpitala – wskazała asp. Bocian. PAP ustaliła, że poszkodowana walczy o życie, mając rozległe uszkodzenia ciała.

Agresor w momencie zatrzymania miał 1,2 promila alkoholu we krwi. Usiłowanie zabójstwa zagrożone jest karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od 8 lat, karą 25 lat pozbawienia wolności albo karą dożywotniego pozbawienia wolności.

Bez biernego prawa wyborczego demokracja w Polsce jest wadliwa.

26 października 2024 https://poselzkazdegopowiatu.blogspot.com/

Poseł z każdego powiatu ’24

Dnia 3 listopada 2012 roku zmarł w wieku 73 lat prof. Jerzy Przystawa. To On zapoczątkował w III RP walkę o przywrócenie obywatelom pełni praw wyborczych do Sejmu. Składa się na nią nie tylko prawo czynne istniejące przecież i w PRL ale i prawo bierne, które nowa „solidarnościowa” władza zapomniała obywatelom zwrócić.

Pan Profesor uporczywie przypominał rządzącym, wespół z wieloma osobami zatroskanymi jak i On o losy demokracji w Polsce, że bez biernego prawa wyborczego demokracja w Polsce jest wadliwa.

W swoim działaniu rozpoznał i wyartykułował myśl o następującej treści „Poseł z każdego powiatu”.

Powyższe rozwiązanie, aby jedna osoba wybrana przez obywateli określonego terytorium była posyłana do centralnego gremium zarządzającego krajem to jest nic nowego. Jest nadal stosowane w najstarszej nowożytnej demokracji – czyli Wlk. Brytanii – do dzisiaj, niezwykle skutecznie i z pożytkiem dla dobra wspólnego.

Brytyjska ordynacja wyborcza do Izby Gmin jest – z punktu widzenia obywatela – niezmiernie prosta i zrozumiała:

Kandydat do Izby musi spełnić 2 warunki:

1/ zdobyć 10 podpisów wyborców oraz

2/ wpłacić depozyt &500, który jest zwracany, gdy kandydat uzyska 5% głosów.

W związku z powyższym przeciętny Polak łatwo może wyobrazić sobie zaadoptowanie powyższej brytyjskiej ordynacji do warunków polskich.

Ponadto jej wady i zalety można rozpatrywać w porównaniu z już istniejącą ordynacją proporcjonalną i to mając na względzie tylko i wyłącznie interes wszystkich Polaków.

      Zakładamy, że w III RP są sprzyjające warunki na zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu na angielskie JOW.

A mianowicie:

a/ prawodawcy PRL zostawili nam dobry spadek co do ilościowego składu Sejmu. Mamy bowiem 460 posłów, co przy ok. 40 mln mieszkańcach daje ok. 90 tys. mieszkańców na 1 mandat.

Dla porównania: w Wlk. Brytanii jest 650 posłów i ok. 70 mln. mieszkańców, co daje ok. 100 tys. mieszkańców na 1 mandat.

b/ prawodawcy III RP przyjęli strukturę państwa wg. powiatów (vide zał.1 do Kodeksu Wyborczego), gdzie Polska ma:

– 314 powiatów i

– 66 miast na prawach powiatów.

Dla potrzeb wyborów do Sejmu powyższe 380 powiatów zostało rozparcelowanych na 41 okręgów wielomandatowych. Każdemu okręgowi przypisana jest – proporcjonalnie do liczby mieszkańców – określona liczba mandatów poselskich.

I tak:

okręg nr 1 Legnica, ma 12 mandatów. Okręg liczy 12 powiatów oraz 2 miasta na prawach powiatu: Jelenia Góra i  Legnica. Oznacza to 12 JOW-ów: 2 miejskie i 10 „ziemskich” (występuje konieczność zgrupowania 12 powiatów w 10 JOW).

I tak dalej … aż do

okręgu nr 41 Szczecin, który ma 12 mandatów. Okręg liczy 9 powiatów i 2 miasta na prawach powiatu: Szczecin i Świnoujście. Oznacza to 12 JOW-ów: 3 miejskie (w tym 2 dla Szczecina) i 9 „ziemskich”.

     Etykieta pn. „Wykaz polskich JOW” zawiera listę okręgów JOW, uporządkowaną wg powiatów zgodnie z zał.1 do Ustawy Kodeks wyborczy.

Wynika z tego, że:

316 mandatów pochodzić będzie z 314 powiatów „ziemskich” oraz

144 mandatów z 66 miast na prawach powiatów.

Zatem droga do zrealizowania wspólnotowego celu o treści „Poseł z każdego powiatu” jest otwarta.

Jedynymi hamulcowymi ordynacji większościowej są partyjne oligarchie utuczone na pieniądzach publicznych. Nadmienić trzeba, że w dużo bogatszej Wlk. Brytanii nie ma finansowania partii politycznych z budżetu państwa.

     Quo vadis, polskie JOWy?

Pierwszą i fundamentalną sprawą na drodze do normalnej demokracji w III RP jest posiadanie przez obywatela pełni praw wyborczych do Sejmu. Nie mając biernego prawa wyborczego do organu ustawodawczego obywatel nie jest pełnoprawnym podmiotem w swoim kraju. Z tego powodu wszelkie rozważania obywateli o naprawie państwa są z góry skazane na niepowodzenie. Sytuacja jest podobna do tej z czasów PRL, na odcinku praw obywatelskich.

Co nie oznacza, abyśmy ich zaniechali. Bowiem nie znamy dnia ani godziny kiedy nastaną sprzyjające warunki do realizacji dobra wspólnego, którego bardzo ważnym elementem składowym jest akceptowany przez ogół obywateli sposób wybierania swoich przedstawicieli do gremium zarządzającego wspólnotą.

Oznacza to baczne przyglądanie się tym państwom, gdzie funkcjonuje mechanizm wyborczy, który jest pomocny i życzliwy obywatelom.

A jest nim, dla państwa jednonarodowego,  ordynacja większościowa, JOW. W Europie mają ją: Wlk. Brytania (w czystej postaci), Francja (wadliwe 2 tury), Węgry (53 % Parlamentu wybierana jest w JOW) czy Białoruś.

Zaszufladkowano do kategorii O JOW | Otagowano

Posłanka z kartoflami – Studium przypadku „Wadliwy mechanizm wybierania posłów do Sejmu III RP”

Posłanka z kartoflami – Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych

Jan Kowalak, 4 czerwca 2025 https://poselzkazdegopowiatu.blogspot.com

Także: https://jow.pl/poslanka-z-kartoflami/


Studium przypadku „Wadliwy mechanizm wybierania posłów do Sejmu III RP”

29 maja br. jedna z posłanek – dalej KG – zdobyła się na wyczyn głośnej, medialnej, prywatnej dostawy kartofli do domu pomocy społecznej.
Ten przypadek daje nam okazję, aby przyjrzeć się posłowi, jako osobie publicznej, z punktu widzenia tych, którzy go wybrali.

1. Skądinąd wiemy, że posłowie mają ustawowy obowiązek „informować wyborców o swojej pracy i działalności organu, do którego zostali wybrani”.

Czy prywatny czyn charytatywny konkretnego posła – w formie autopromocji w postaci dostawy toreb z warzywami – do takiej pracy należy?
Chyba raczej nie.

W wyborach 15.10.2023 roku posłanka KG uzyskała 85 283 głosów na 730 744 głosów ważnych w okręgu nr 20, czyli 11,67% głosów oddanych na swoją kandydaturę.

Jest to dobry, bo drugi, wynik w tym okręgu 12-mandatowym, gdzie rozrzut poparcia dla osób, które zostały posłami, wyniósł od 17,46% do 1,31%. Zatem rekomendacja własnej osoby przy pomocy „kartofli” jest niezrozumiała.

Dla porównania, niedawno, bo w czwartek 1 maja br. w wyborach uzupełniających do Izby Gmin w Wielkiej Brytanii, w okręgu jednomandatowym Runcorn i Helsby, przy frekwencji 32 655 i 15 kandydatach, dwie główne rywalki otrzymały odpowiednio: 12 645 (38,72%) i 12 639 (38,70 %) głosów (różnica 6 głosów wymusiła ponowne ich przeliczenie, dające pewność co do wyniku).

Wniosek: w polskim okręgu nr 20 owe 12 mandatów uzyskali kandydaci ze średnim poparciem 5,16% głosów oddanych na kandydata.

Dla porównania: w angielskim ww. okręgu R. & H. mandat posłanki uzyskała osoba z poparciem 38,72%. Nadto ustępujący „karnie” w tym okręgu poseł Mike Amesbury miał w generalnych wyborach 4 lipca 2024 roku 52,9% poparcia.

Różnica poparcia dla kandydatów, którzy uzyskali mandat – między systemem polskim, a angielskim – jest kolosalna.

Problem nie leży w jakości wyborców głosujących w Polsce, czy w Anglii, ale w słabej jakości polskiego systemu wyborczego, którego celem nie jest odpowiedzialność posła przed wyborcami poprzez solidny mandat przedstawicielski.

2. Czy wyborcy okręgu wyborczego nr 20, z którego posłanka KG została wybrana, mają jakiś wpływ na to, aby ich poseł nie mylił zadań służbowych z prywatnymi?

Odpowiedź jest jasna: Wyborcy polscy nie mają żadnego wpływu.

Prawo kandydowania do Sejmu mają tylko i wyłącznie osoby ujęte w zbiorczych listach kandydatów zgłaszanych przez niekonstytucyjne epizodyczne byty prawne zwane Komitetami wyborczymi.

Żaden obywatel polski nie ma biernego prawa wyborczego do Sejmu, podobnie jak to było za czasów PRL i tym właśnie polska scena polityczna różni się od angielskiej.

W demokracji angielskiej każdy uprawniony wyborca może być kandydatem do Izby Gmin, czy jako kandydat nominowany przez partię, czy jako independent. Musi tylko spełnić 2 warunki: zebrać 10 podpisów oraz wpłacić depozyt &500, który jest mu zwracany, gdy uzyska 5% głosów.

3. Przypadkowo, przy zaistniałym incydencie z kartoflami dowiedzieliśmy się o funkcjonującym w strukturach państwa procederze pewnej odmiany partyjnego nepotyzmu. Partyjnego, bowiem podmiotem systemu wyborczego w Polsce są tylko i wyłącznie partie (dokładnie: Komitety) i wyborcom nic do tego.

No bo jak to tak: posłanka HG i jej mąż są posłami? Przecież to jest patologia mająca źródło w zgniłej etyce partyjnej, która pozwala na takie rozwiązanie.

W angielskim systemie wyborczym zwanym JOW (vide: okręg Runcorn i Helsby) zaistnienie podobnego nepotyzmu dwóch osób (mąż i żona) na poziomie wyborów w okręgu jest zwyczajnie niewyobrażalne: gmin może jest i czasami gł*pi, ale kontrkandydaci w okręgu, gdzie jest bezwzględna walka o jeden przecież mandat, już takimi nie są.

Dlatego np. Partia Konserwatywna w swoim statucie ma rozdział pt. „ETHICS, CONDUCT AND STANDARDS” (vide: Constitution of the Conservative Party. Part XII), który toruje drogę do prawidłowych zachowań swoich członków.

Moralność, dobra czy zła, członków każdej partii, czy w Wielkiej Brytanii, czy w Polsce, jest prawdopodobnie zbliżona, natomiast dobre normy etyczne obowiązujące członków na Wyspach są już ujęte na poziomie partyjnego Statutu, aby nie było czynów szkodzących dobremu imieniu partii. Takim na przykład czynem jest nepotyzm partyjny a la polacca upychający żonę i męża na partyjne listy kandydackie w wyborach.

4. Często, tak i w tym przypadku posłanki KG, blogerzy (czytaj wyborcy) ujawniają różne nadużycia polskich posłów, a dotyczące świadczeń materialnych.

Jak sobie z tym problemem radzą Anglicy, którzy mają odmienny od polskiego system wybierania swoich posłów?

Przykładem jest zaimplementowanie do mechanizmu wyborczego instytucji „wyboru uzupełniającego”, w trakcie kadencji Izby Gmin.

Taki przypadek zdarzył się właśnie w okręgu Runcorn i Helsby, gdzie wybory uzupełniające zostały zwołane po rezygnacji deputowanego Partii Pracy Mike’a Amesbury’ego, który uprzedził petycję odwołania go z Izby z powodu skazania go za napaść.

Wniosek: w polskim systemie wyborczym odwołanie posła, przez tych wyborców, którzy go wybrali, w trakcie kadencji, jest niemożliwe chociażby dlatego, że wielomandatowość na to nie pozwala.

5. Zagrania z kartoflami – a podobnych akcji medialnych w Polsce jest sporo – nie każdemu polskiemu wyborcy okręgu nr 20 może się podobać. Wszak Sejm to nie targowisko z warzywami itp. i wygłupy a la gimbaza nie powinny istnieć.

Wobec takich zdarzeń wyborca jest bezradny: sam nie ma prawa kandydować do Sejmu, a to jest warunek sine qua non istnienia demokracji w ogóle.

Dla przeciwwagi spójrzmy na ww. wybory uzupełniające w okręgu R.& H. od strony kandydata: na 15 kandydatów tylko 4 osoby uzyskały poparcie ponad 5% głosów, zatem tylko im zwrócono depozyt &500.

Ciekawe i praktyczne jest to angielskie rozwiązanie.

Angielskim wyborcom żadne prywatne zagrania kandydatów nie są potrzebne. Okręg wyborczy jest ok. 16 razy mniejszy niż w Polsce (650 okręgów : 41 okręgów) to i znajomość kandydatów jest tyleż razy większa niż przy wielu listach kandydatów jak jest w Polsce.

Wtedy autentycznie może odbywać się selekcja pozytyw kandydatów do Izby Gmin.

6. Paradoksalnie tak w Polsce, jak i w Wielkiej Brytanii daje się zauważyć gołym okiem dwie dominujące siły rywalizujące ze sobą o pierwszeństwo w rządzeniu krajem.

Podobieństwo jest jednak pozorne.

W Polsce są to rzeczywiste bloki cementowane ideą porządzenia sobie krajem. Nazwijmy je umownie ONI. Cała większościowa reszta, bezpodmiotowa, to MY. Sytuacja znana z PRL.

A contrario: W Wielkiej Brytanii mamy rywalizację dwóch głównych partii z jasnymi programami partyjnymi ukierunkowanymi na potrzeby obywateli, dlatego są to programy nieróżniące się za bardzo. Do sytuacji wyjątkowej należy dobranie sobie koalicjanta przez zwycięską partię tak, aby była większa skuteczność w parlamencie w realizacji programu.

Mówiąc w skrócie: angielscy wyborcy od zwycięskiej partii w wyborach oczekują realizacji jej programu deklarowanego przed wyborami; wiedzą zatem co ich czeka przez najbliższe 5 lat.

Warunki rywalizacji w obu państwach są również odmienne chociażby dlatego, że w Wielkiej Brytanii mamy demokrację jakby wzorcową: wszyscy uprawnieni wyborcy mają pełnię praw wyborczych (prawo czynne oraz bierne) do Izby Gmin. Partie funkcjonują na zasadzie służebnej wobec obywateli, bez specjalnych przywilejów, jak chociażby dofinansowywania ich działalności przez państwo.

Nie trzeba dużej spostrzegawczości by zauważyć, że to mechanizm wybierania posłów do Sejmu III RP jest wadliwy. Wadliwy oczywiście z punktu widzenia NAS obywateli, bo ONI „i tak zawsze sami się wyżywią”, cytując klasyka.

4 czerwca 2025

Źródło: https://poselzkazdegopowiatu.blogspot.com/

Judenrat dostarcza przeżyć

Judenrat dostarcza przeżyć

Stanisław Michalkiewicz, serwis „Prawy.pl” 12 czerwca 2025 michalkiewicz

Wprawdzie pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby Reichsfuhrerin UrszulaWodęleje surowo zabroniła obywatelu Tusku Donaldu forsowania w naszym bantustanie wariantu rumuńskiego przy pomocy KGB, to znaczy pardon – jakiego tam znowu KGB? Nie KGB, tylko oczywiście Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która już rozpoczęła stosowne przygotowania – ale wszystko jeszcze przed nami. Realizując testament Lenina Włodzimierza („odchodząc od nas nakazał nam towarzysz Lenin rozwijać i umacniać organizatorską funkcję prasy” – grzmiał na pogrzebie Lenina Włodzimierza Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju Józef Stalin i kontynuował: „Przysięgamy ci towarzyszu Leninie, że wypełnimy wiernie i to twoje przykazanie”) tubylcza żydokomuna skupiona w Judenracie przy ulicy Czerskiej w Warszawie, przystąpiła do kreciej roboty, stwarzając tak zwane „fakty prasowe”, o których w ramach rozwijania rewolucyjnej teorii mówił „drogi Bronisław”, czyli pan prof. Bronisław Geremek.

Fakt prasowy, to wiadomość wymyślona przez ścisłe kierownictwo redakcji. Po jej publikacji zaczyna żyć własnym życiem, stając się pretekstem rozmaitych konsekwencji, których wprowadzaniem zajmuje się właśnie KGB, to znaczy pardon – nie żadne KGB, tylko na przykład Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, niezależna prokuratura i niezawisłe sądy. Tak na przykład bywało za pierwszej komuny. Jak partia chciała stworzyć fakt prasowy, to nakazywała jakiemuś agentowi pracującemu za granicą pod przykryciem dziennikarza takiej „L’Humanite”, czy „Morning Star” publikację faktu prasowego, a następnie „Trybuna Ludu” w Warszawie dokonywała przedruku „z prasy zachodniej”, no i zaczynała się kołomyjka.

Pan red. Michnik, główny cadyk Judenratu, takie rzeczy powysysał z mlekiem ojca i matki, więc nie tylko ma to wszystko w małym paluszku, którym… no, mniejsza z tym – ale również zaszczepia te umiejętności już trzeciej generacji żydokomuny. Wprawdzie u progu transformacji ustrojowej twierdził, że Żydów w Polsce „nie ma”, ale jak zwykle się z nami przekomarzał, bo w takim razie skąd wzięłoby się aż 120 czy bodaj nawet 180 organizacji żydowskich, które potępiły Grzegorza Brauna?

Wracając do organizatorskiej funkcji prasy, to obecnie fakty prasowe Judenratu skupiają się na cudach nad urnami. Te cuda z pewnością przybiorą wkrótce formę protestów wyborczych, które – no właśnie. Formalnie powinny być kierowane do Sądu Najwyższego, a konkretnie – do Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych – ale przecież Judenrat „nie uznaje” Sądu Najwyższego, a w szczególności – tej właśnie Izby, która „nie jest sądem” – a przekonanie takie czerpie nie tylko z własnej intuicji, ale również z instrukcji Judenratu Europejskiego, który z kolei opiera się na salomonowym wyroku Trybunału w Luksemburgu. Powiadają, że ten Trybunał powołała osobiście sławna rewolucyjna jamnica Róża Luksemburg do spółki z Leonem Jogichesem Tyszką, ale to chyba nieprawda. Tak czy owak, zgodnie z rewolucyjną teorią do Izby, która nie jest sądem, protestów wyborczych kierować nie można. Gdzie w takim razie je kierować?

Może właśnie do Judenratu, który w ramach realizowania leninowskiego testamentu, mianuje się Sumieniem Narodu Tubylczego, przy akompaniamencie – triumfalnej wrzawy mikrocefali, na czele których będzie kroczył obywatel Trzaskowski Rafał, namaszczony przecież na tubylczego prezydenta przez dwóch wpływowych amerykańskich Żydów: Ronalda Laudera ze Światowego Kongresu Żydów i młodego Sorosa, któremu stary grandziarz podobno powierzył klucze – nie te do Królestwa Niebieskiego, tylko na razie – do kasy?. W tej sytuacji, jeśli nawet Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych uznałaby ważność wyboru obywatela Nawrockiego Karola na prezydenta, to kto wie, czy Judenrat nie wezwie do budowy alternatywnego państwa – oczywiście w ramach realizowania organizatorskiej funkcji prasy? Jeśli kolaborujący z Judenratem obywatel Piątek Tomasz właśnie proklamował „demokrację wojenną”, to taka proklamacja nie może przecież pozostawać bez żadnych konsekwencji. Konsekwencje będą musiały zostać wyciągnięte, a towarzyszyć temu będzie wycie stada autorytetów moralnych, które już nie może się doczekać wejścia na widownię dziejową.

Coś może być na rzeczy, bo właśnie Wielce Czcigodny Giertych Roman, co to właśnie zapisał się do Volksdeutsche Partei, zawiadomił Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że do wyborów prezydenckich w naszym bantustanie swoje macki wprowadziły… Chiny – i dlatego właśnie obywatel Trzaskowski Rafał najsampierw wygrał, a po dwóch godzinach – przegrał. Jestem pewien, że w sytuacji, kiedy Wielce Czcigodny Giertych Roman został członkiem Volksdeutsche Partei, na pewno te pogłoski ABW potwierdzi tak zwanymi twardymi dowodami w postaci alfonsów z Trójmiasta, którzy przypomną sobie, jak to Chińczyk, straszny Pa Fa Wag, wydawał im polecenia co do wyborów.

Takie rzeczy zdarzały się i wcześniej – o czym możemy przeczytać w nieśmiertelnym poemacie Janusza Szpotańskiego „Bania w Paryżu”: „Już od godziny Czang Wu Fu, jak rzecz się ma, klaruje mu” (Alemu Khadafowi, dzikszemu jeszcze od tygrysa – SM) : „Ti miśli; Luski – wasz przyjaciel, a on chcieć w kaszy zjeść Alaba! Ti – selce wielkie, glowa slaba. Ti mu nie ufać, wlóg Ploloka!

Z pozycji dzisiejszej mądrości etapu niektóre z przestróg Czang Wu Fu okazują się nadal aktualne, a nawet nabierają całkiem nowej aktualności. I znowu literatura wyprzedziła życie. Czy ktokolwiek spośród mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu dzisiaj „miśli” , że „Luski” to przyjaciel?

Na poprzednim etapie, to co innego; nawet pan redaktor Adam Michnik bywał w Klubie Wałdajskim, gdzie zimny ruski czekista go karmił i poił – ale teraz takich rzeczy nie wolno robić nikomu pod rygorem strefienia i natychmiastowej utraty przyzwoitości.

No bo jakie to marzenia snuła Caryca Leonida, na wypadek braku z rassudku między nią, a Trikim Dikim, potężnym władcą Ameryki?

Czy to Moskwa, czy to Fłorida,

czy Łondon czy to Mozambik:

wszędzie carstwujet Leonida,

wszędzie władajet Triki Dik.

(…) Patrz, jak korzystnie świat się zmienia:

Niegry bieleją z przerażenia,

a Żydki zamykają domy,

bo przeczuwają już pogromy. (…)

Egipski pedryl (Anwar Sadat – SM) aż się spłaszczy;

ja budu szczała mu do paszczy

i tak szutiła: Nu Anwar,

wied’ u was na pustynie żar,

ja tiepier tobie go ugaszę!

Krótko mówiąc; z Judenratem i Wielce Czcigodnym Giertychem Romanem na jego usługach nie będziemy się nudzili – jak to przy sowieckiej własti.

Stanisław Michalkiewicz

Trzy błędy Andrzeja Dudy. Jeden – dramatyczny

Trzy błędy Andrzeja Dudy. Jeden – dramatyczny

https://pch24.pl/trzy-bledy-andrzeja-dudy-jeden-dramatyczny

Dobiega końca w sumie dziesięcioletnia prezydentura Andrzeja Dudy. Mimo różnych potknięć i błędów nie można byłoby jej oceniać źle. Niestety, dwa lata temu prezydent podjął nieoczekiwanie decyzję brzemienną w fatalne konsekwencje.

Prezydent Andrzej Duda – piszę to z niemałym żalem – zawiódł wierzących wyborców, a przede wszystkim zawiódł Kościół katolicki. Owszem, wielokrotnie stawał w obronie naturalnego ładu, odrzucając lewicowe pomysły, które pojawiały się w przestrzeni publicznej. Niestety, trzy razy nie chciał albo nie potrafił przeciwstawić się złu, co w jednym wypadku przyniosło opłakane skutki. Mam głęboką nadzieję, że jego następca w Pałacu Prezydenckim da podczas swoich rządów wyraz niezłomnego przywiązania do wiary Kościoła.

Dziwna chęć zmiany konstytucji

W 2015 roku II tura wyborów prezydenckich stawiała przed wierzącymi Polakami dość pozorny wybór.  Bronisław Komorowski nie jawił się wprawdzie jako specjalnie gorliwy tęczowy rewolucjonista; był jednak eksponentem łże-konserwatyzmu Platformy Obywatelskiej. Dał zresztą tego dobitny wyraz, na krótko przed końcem swojej kadencji podpisując ustawę o in vitro, która pozwalała opłacać z budżetu państwa tę okropną procedurę, która wiąże się w nierozerwalny sposób z zamrażaniem ludzkich zarodków, a ostatecznie – z ich zabijaniem. Dlatego tak, jak pewnie większość katolickich wyborców, oddałem wówczas głos właśnie na kandydata PiS.

Początkowo nie było powodów do narzekań, oczywiście z perspektywy dbałości o moralność publiczną. Coś dziwnego stało się dopiero w 2019 roku. Wówczas prezydent ogłosił, że chciałby wpisać do polskiej konstytucji przynależność do Unii Europejskiej i NATO. NATO to sojusz wojskowy i nasza w nim obecność ma swoje niewątpliwe zalety, choć czy trzeba to zapisywać w konstytucji – to osobna kwestia. Ale… Unia Europejska?! Przecież w 2015 roku było już dla każdego oczywiste, że Bruksela dąży do jak najsilniejszego ograniczenia polskiej suwerenności i zaszczepienia nam całej rewolucyjnej, liberalnej agendy – od pozbawienia nas polskiej złotówki, przez narzucenie homoseksualnych pseudo-małżeństw aż po rozbuchany aborcjonizm. Jak odpowiedzialny, katolicki prezydent mógłby popierać wpisanie naszego członkostwa w tej organizacji do konstytucji, choć w oczywisty sposób osłabiłoby to naszą pozycję w negocjacjach z urzędnikami UE?

Na szczęście – nic z tego nie wyszło, nie znalazła się po temu odpowiednia większość, a temat żył w sumie dość krótko. Po latach można tę inicjatywę traktować bardziej jako propagandowy gest, obliczony na uciszenie tych wszystkich, którzy twierdzili, że PiS lada chwila „wyprowadzi Polskę z UE”. Być może Andrzej Duda nigdy nie myślał poważnie o realizacji swojej propozycji, choć, przyznam, serce mi wówczas zadrżało…

Nieszczęśliwy projekt ustawy w sprawie aborcji

Również w 2020 roku wybór w II turze w gruncie rzeczy nie istniał. Pomimo kompromitacji ze sprawą Unii Europejskiej, Andrzej Duda jawił się jako nieporównywalnie lepszy kandydat niż skrajny lewicowy aktywista, Rafał Trzaskowski. Dlatego trzeba było zrobić to samo, co pięć lat wcześniej: poprzez Andrzeja Dudę, w nadziei, że jako wierzący katolik będzie stał na straży cywilizacyjnego ładu.

Niestety, w tej drugiej kadencji prezydent poważnie zawiódł – i to dwukrotnie. Pierwszy wielki sprawdzian przyszedł po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 roku, który rozstrzygnął o niezgodności z konstytucją zabijania chorych dzieci. W obliczu szalonych czarnych protestów prezydent bronił wprawdzie decyzji Trybunału, ale zarazem… skierował do Sejmu ustawę, która wprowadziłaby możliwość zabijania dzieci w przypadku stwierdzenia u nich wad letalnych.

Gdyby została przyjęta, aborcjoniści mogli uśmiercać dzieci, jeżeli lekarze stwierdziliby, że dziecko i tak by nie przeżyło. Teoretycznie rzecz miała wychodzić naprzeciw tym kobietom, które mogłyby ulec traumatyzacji słysząc, że w ciąży stały się „trumnami” – takim językiem posługiwała się wówczas proaborcyjna kilka nadająca ton całej lewej stronie debaty. Życia jednak nie wolno odbierać – nigdy, w żadnej sytuacji, nawet jeżeli lekarze podejrzewają dziecko o śmiertelną chorobę. Tym więcej, że te podejrzenia nie zawsze się sprawdzają. Zdarza się, że dziecko, które miało urodzić się z ciężkimi wadami i za chwilę umrzeć – rodzi się zupełnie zdrowe.

Ustawą prezydenta ostatecznie w ogóle się nie zajęto i stąd jego propozycja nie weszła w życie. Dziś można powiedzieć, że na tle znacznej części PiS Andrzej Duda i tak wykazał się „konserwatyzmem”: część działaczy partii Jarosława Kaczyńskiego twierdzi, że wyrok Trybunału był błędem i należałoby przywrócić „kompromis” aborcyjny, który pozwalał swobodnie zabijać na przykład dzieci chore na zespół Downa. W 2023 roku to zresztą w podległym PiS resorcie zdrowia dotyczące uznania zagrożenia zdrowia psychicznego kobiety za przesłankę wystarczającą do zabicia dziecka, o czym wprost mówił ówczesny minister Adam Niedzielski.

Andrzej Duda nie chciał iść tak daleko, ale – tak czy inaczej – jego propozycja jesienią zmierzała do pogorszenia ochrony życia względem stanu wprowadzonego przez Trybunał. Domyślam się, co kierowało głową państwa: była to najpewniej chęć uspokojenia niezwykle rozbuchanych emocji części społeczeństwa. Problem w tym, że emocje te rozgorzały tak bardzo, bo decyzja Trybunału zapadła bez odpowiedniego przygotowania opinii publicznej. Rolą prezydenta nie może być ochrona porządku publicznego, jeżeli ceną miałoby być życie choćby jednego obywateli, niechby i nienarodzonego i chorego.

Bioetyczna katastrofa

Prawdziwy dramat rozegrał się w 2023 roku, już po wyborach parlamentarnych, które wygrała nieszczęsna koalicja 13 grudnia. Sejmowa większość – z udziałem lewicowej frakcji PiS – przyjęła 29 listopada ustawę o finansowaniu in vitro z budżetu państwa.

Wydawało się oczywiste, że Andrzej Duda – członek Kościoła katolickiego – nie podpisze tej ustawy. Jeszcze w 2015 roku krytykował Bronisława Komorowskiego za to, że on in vitro wsparł.

Do prezydenta zresztą specjalny list wysłał arcybiskup Stanisław Gądecki, wówczas przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. W tekście metropolita Poznania bardzo jednoznacznie wyjaśnił, na czym polega zło metody in vitro. Przypomniał przede wszystkim o tym, że metoda ta jest nierozerwalnie związana z zabijaniem ludzi – w postaci niszczenia embrionów. „W ramach metod, które pozornie mają służyć życiu, mamy do czynienia z zamierzoną selektywną aborcją” – pisał metropolita Poznania. Powoływał się zarówno na prawo naturalne, dostępną dziś wiedzę medyczną jak i nauczanie papieży, w tym Piusa XII i św. Jana Pawła II. Zwrócił też uwagę, że ustawa parlamentu mówi o „leczeniu niepłodności”, choć in vitro zupełnie niczego nie leczy. Dlatego arcybiskup prosił prezydenta, by ustawę albo zawetował – albo skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego.

Andrzej Duda nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Ustawę po prostu podpisał… Zgodnie z nią minister zdrowia musi każdego roku przeznaczyć co najmniej 500 mln złotych z budżetu swojego resortu na „program polityki zdrowotnej leczenia niepłodności obejmujący procedury medycznie wspomaganej prokreacji, w tym zapłodnienie pozaustrojowe”.

Innymi słowy za sprawą prezydenta Andrzeja Dudy każdego roku pieniądze z naszych podatków są przeznaczane na to, by w laboratoriach tworzyć embriony, a następnie część z nich zamrażać, co oznacza odwleczoną w czasie śmierć stworzonych w ten sposób istot ludzkich.

Nie jestem w stanie stwierdzić, jakimi przesłankami kierował się w tej sprawie prezydent – praktykujący katolik, wezwany przez przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski do konkretnego działania, choćby do skierowania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Zamiast postawić opór woli parlamentu, zdominowanego przez ludzi głęboko gardzących Polską, Kościołem i samym Panem Bogiem, Andrzej Duda na ustawę się zgodził. To jeden z największych dramatów ostatnich lat polskiej polityki.

Polska wierna Bogu?

Zmienić ten fatalny stan rzecz będzie mogła dopiero nowa większość parlamentarna, która może powstać na skutek upadku rządu Donalda Tuska albo po wyborach w 2027 roku. Pytanie tylko, czy kogokolwiek ta sprawa będzie jeszcze interesować. Niestety, w Polsce doszło do całkowicie irracjonalnej znieczulicy w sprawie in vitro. Środowiska konserwatywne w znacznej mierze dały sobie narzucić narrację lewicy, która traktuje sztuczne zapłodnienie jako normalną formę wspomagania prokreacji. Tymczasem nic, co wiąże się z zamrażaniem i niszczeniem embrionów, nie jest normalne. In vitro jest procedurą całkowicie niegodziwą – i nie można mieć co do tego żadnych wątpliwości, o czym przypominał abp Stanisław Gądecki idąc za papieżami, w tym Karolem Wojtyła.

Mam głęboką nadzieję, że prezydentura Karola Nawrockiego będzie całkowicie wolna od mniejszych lub większych zdrad sprawy katolickiej. Z wymierzoną w Boży porządek rewolucją po prostu nie wolno kolaborować, w żaden sposób. Polska nie potrzebuje konstytucyjnego zagwarantowania swojej obecności w Unii Europejskiej; nie potrzebuje zabijania dzieci podejrzanych przez lekarzy o chorobę śmiertelną; a nade wszystko nie potrzebuje zamrażania ludzkich embrionów w majestacie prawa – i z publicznych pieniędzy.

Prezydent Karol Nawrocki jest zobowiązany przecież nie tylko do tego, by wiernie służyć Polakom – ale przede wszystkim do tego, by wiernie służyć Bogu. Dlatego w ślad za ks. Piotrem Skargą módlmy się, by nasza Ojczyzna, kierowana przez nowego prezydenta, była zawsze wierna Bogu, wolna od kłamstw, fałszywych kompromisów i obłudy „umiarkowanego katolicyzmu”.

Katolicyzm nigdy nie jest umiarkowany – albo jest Chrystusowy, albo nie ma go wcale.

Paweł Chmielewski

Były ukraiński doradca Zełenskiego, Arestowicz: O reżimie, do Ukraińców

Były ukraiński doradca Zełenskiego, Arestowicz:

nie ma takiego słowa na określenie was, Ukraińcy!

Jesteście rabami najobrzydliwszego reżimu, który nie da się porównać nawet z sowieckim!

DR IGNACY NOWOPOLSKI JUN 12

Uwaga wstępna Edytora: ukraiński nacjonalista, Arestowicz, był doradcą Zełenskego. Zmuszony był jednak uciec na Zachód, gdyż ośmielił się przerwać milczenie i krytykować reżim kijowski. W miarę upływu czasu, jego poglądy zaczęły jeszcze bardziej ewoluować, aż osiągnęły obecny stan, który przedstawiam poniżej. Trzeba przyznać, że szokuje on dziś swą otwartością i niezwykle ostrą, aczkolwiek w pełni uzasadnioną, krytyką. Ponieważ, mówi to ukraiński patriota, to pozwalam sobie poniższe zamieścić. Przy czym pragnę podkreślić, że Ego obywateli III RP nie jest wiele lepsze, od przedstawionego poniżej. Truizmem jest stwierdzenie, że każdy jest oceniany przez otoczenie, tak jak sam siebie ocenia. Przy czym nie sposób ukryć przed obcymi nacjami prawdziwego stanu duszy białych słowiańskich murzynów. O czym wie każdy kto choć trochę otarł się o naszych „zachodnich przyjaciół” i jak ukraiński Arestowicz, ma na tyle godności i inteligencji by wyciągnąć z tego prawidłowe wnioski.

==========================================

Ukraińcy to genetyczne śmiecie. Mówicie, że Rosjanie to raby, a wy jesteście rabami rabów! Nie jesteście w stanie nawet pomyśleć o przeciwstawieniu się reżimowy kijowskiemu, choć to w Kijowie rozpoczynaliście „rewolucję godności”. Gdzie jest ta wasza godność?

Jak tak może być, że Rosja osiąga swe cele strategiczne a wy nie?

Czemu w milczeniu potakujecie kłamstwom kijowskiej propagandy, o tym że Ukraina dysponuje milionową armią, a Rosja 700 set tysięczną? Choć wszystkie podręczniki wojskowości mówią, że siły atakujące powinny mieć 3 krotną liczebną przewagę. Jak to jest możliwe, że w każdym natarciu Rosjanie maja przewagę liczebną? Gdzie jest ten milion żołnierzy ukraińskich? Czemu na ulicach wyłapuje się ludzi i siłą wciela do wojska?

Gdzie wasza osławiona izolacja Rosji? Czemu Rubel jest najsilniejszą walutą , dlaczego rosyjskie sklepy są zawalone towarami? Czemu Trump nazywa Putina swoim przyjacielem? Nie macie na to odpowiedzi.

Czy pytaliście siebie, patrząc na to wszystko: w jakim systemie ja żyję?!

Wy tą wojnę nazywacie wojną za ojczyznę? Wojna za ojczyznę jest wtedy, gdy człowiek rzuca się z granatem pod czołg, a nie kiedy chowa się pod łóżkiem, jak te 6 milionów uchylających się od służby! Na Zakarpaciu 15 tysięcy mężczyzn na dzień usiłuje przekroczyć granicę w ucieczce na zachód! Uciekają z ojczyzny? Dlaczego? Bo to nie ojczyzna tylko zwyrodniały reżim, któremu liżecie tyłki.

Jaka jest wasza wartość? Ludzie wartość wyznaczają sami sobie poprzez swe zachowanie.

Tylko dlatego ciągle zwraca się do was, bo mam cień nadziei, że do waszej świadomości, kiedyś dotrze czym jesteście i odrodzi się w was człowieczeństwo.

Uczeni odkryli !! Yale Study Confirms There’s Nothing Like a Mother’s Lullaby

Yale Study Confirms There’s Nothing Like a Mother’s Lullaby

by John Horvat II June 10, tfp/yale-study-confirms-theres-nothing-like-a-mothers-lullaby

Yale Study Confirms There’s Nothing Like a Mother’s Lullaby
Yale Study Confirms There’s Nothing Like a Mother’s Lullaby

The right music can have a calming effect on babies. Thus, some have claimed that serene passages of classical music should be played to babies as part of their formation. However, it is not Mozart who impacts infants the most. The soothing tone of a loving mother is much more effective.

A recent study by Yale’s Child Studies Center confirmed the beneficial effect of singing to infants. Researchers sought to measure the advantages of singing over not singing.

An Experiment With Music

The study team divided 110 parents with 3-6-month-old infants into two groups. One parent group was supplied with folk songs, lyrics and literature promoting the practice of singing during the testing period. The control group received nothing.

The two groups were then asked randomly to report on their care practices. One question asked if the parents had sung to the infant. The enriched music group reported affirmatively 89 percent of the time. The control group registered just 65 percent.

The most important and predictable result was a confirmation of the positive effect of singing to the baby. Infants exposed to singing were less fussy and calmer than those not exposed. The effect was not necessarily immediate but general.

“The babies’ mood improved overall as a result of the intervention,” reported Samuel Mehr, senior author of the study. “Yet not many pediatricians are telling parents of fussy babies to sing to them.”

The researchers further concluded that parents are naturally gifted with the ability to please infants with singing. Dr. Mehr said, “Parents send babies a clear signal in their lullabies: I’m close by, I hear you, I’m looking out for you—so things can’t be all that bad.”

Tunes Tailored to Infants

Indeed, infant tunes and lullabies are especially suited to the audience. They use limited scales and rhythms and a small melodic range to accommodate the less sophisticated ears of infants. The songs often consist of a single musical line repeated many times. Such simplicity is reflected in all infant songs throughout the world, attesting to the universal infant nature.

In the quest for the best parenting techniques, this option is not often discussed. However, it makes sense. The constant effort to increase contact between parent and child is not limited to touch. An intimate relationship involving sound is also important.

A Cultural Problem: How to Create a Lullaby

The study’s findings raise another perplexing cultural issue. Today’s rushed society generally does not promote singing to babies. However, it also does not produce the songs and lullabies which are to be sung to them.

The study team had to resort to old folk songs as material to prompt the musically enriched parents to sing. There are no modern folk songs because there is no notion of folk. There is no unity among a community that gives rise to common yet simple experiences that might be memorialized in song.

Gone is the rich imagery of place and community that created conditions for lullabies. There are no points of reference like natural scenes, family connections and religious devotions that favor childhood innocence and find their place in song. In today’s confusing music scene, there is little to trigger the imagination toward temperate and pure pleasures.

In a culture of death permitting abortion, there is no universal celebration of new life that makes lullabies possible. A society full of loving mothers and fathers, not plunging birth rates, is what it will take to change things. A tender devotion to the Mother of God and Her Divine Infant will be the perfect means to awaken the desire for babies born to know, love and serve God.

Indeed, it takes much to create a lullaby, but singing whatever is available is a good start to a return to order.

The researchers confirmed what many parents know: In the battle between Mother and Mozart, the maternal lullaby always wins.

Nostalgia: Pokolenie 50+ . – To ostatni twardziele!

Pokolenie 50+ – To ostatni twardziele!

Nie zaczepiaj nikogo po pięćdziesiątce. Serio. To nie są ludzie – to gatunek przetrwania. Twardzi jak chleb z ubiegłego tygodnia, szybcy jak kapcie babci lecące w twoją stronę. Zanim skończyli 2 lata, potrafili rozpoznać nastrój matki po stuknięciu garnkiem w kuchni. W wieku 5 lat mieli klucz do domu na sznurku i wiedzieli, że „obiad jest w piekarniku – podgrzej, ale nie spal”. W wieku 7 lat gotowali zupę pomidorową bez przepisu, a w wieku 9 już wiedzieli, jak uszczelnić kran i uciec przed psem sąsiada z wiadrem na głowie. Z łatwością obsługiwali pralkę Franię i potrafili wymienić dętkę w rowerze. Letnie dni spędzali na świeżym powietrzu – od rana do zmroku. Bez komórek, za to z konkretnym planem: trzepak, rzeka, kapsle i wracanie do domu po ciemku z kolanami wyglądającymi jak mapa szlaku bojowego. I jakoś przeżyli. Czasem trzeba było łatać kolano domowym sposobem z użyciem śliny i liścia babki. A jak bolało – to się nie płakało, tylko słyszało: „Nie boli, nie urwało”.

Jedli chleb z cukrem, pili wodę z węża ogrodowego (pełną mikrobiomu, którego dziś zazdrości niejeden jogurt). Nikt wtedy nie miał alergii. A jak miał, to się nie przyznawał. Większość z nich przeszła minimum jedną próbę porwania przez obcych… albo przez własnych kuzynów na wakacjach u cioci. Znają 15 sposobów usuwania plam z trawy, smaru, krwi, błota i atramentu z pióra wiecznego – bo kiedyś człowiek musiał wyglądać czysto, zanim wrócił do domu.

To jeszcze nic. W swoim życiu przeżyli: – radio tranzystorowe, – telewizor czarno-biały, – gramofon do odtwarzania muzyki z płyt winylowych, – magnetofon szpulowy i kasetowy, – walkmana, – magnetowid (z funkcją „tracking”), – płyty CD i discman, – a dziś trzymają tysiące piosenek w kieszeni i… tęsknią za szumem kasety przy przewijaniu ołówkiem. A jak już zdobyli prawo jazdy, to jechali Fiatem 126p na drugi koniec Europy – bez noclegów, bez klimatyzacji, bez GPS-a. Wspomagali się tylko atlasem drogowym, gdzie całe Niemcy mieściły się na dwóch stronach, a w kieszeni mieli waluty różnych krajów w kwotach ledwo wystarczających na przeżycie. I jakoś dojechali. Bez Google Translate, za to z uśmiechem i kanapką z jajkiem w bagażniku.

To ostatnia generacja, która wie, jak wyglądało życie bez internetu, bez zasięgu, bez zmartwień o baterię w telefonie – bo go po prostu nie było. Ci ludzie znają różnicę między telefonem stacjonarnym a telefonem „na sznurze w przedpokoju”, oni mieli zeszyt z przepisami, a nie aplikację i nie potrzebowało przypomnienia o urodzinach – bo się pamiętało albo… się nie przychodziło.

Pokolenie 50+ to ludzie, którzy: – potrafią naprawić wszystko taśmą izolacyjną, spinaczem i kombinerkami, – mieli tylko jeden kanał w telewizji i jakoś się nie nudzili, – wiedzą, co to „przewijanie palcem” – ale w książce telefonicznej, – i wiedzą, że jak nie odbierasz, to „znaczy żyjesz – oddzwonisz”. Przewijał – transformator, by stare, dobre radio dalej działało, wśród zagłuszarek łapało przecież „Wolną Europę”.

Oni są inaczej zbudowani. Mają w sobie azbest emocjonalny, odporność z PRL-u i refleks ćwiczony na trzepaku. Ostatni prawdziwi ninja codzienności.

Nie zaczepiaj pięćdziesięciolatka. On widział więcej, przeżył więcej i ma w kieszeni miętówki, które mają więcej lat niż twoje dziecko. On przeżył dzieciństwo bez fotelika, bez kasku i bez filtra przeciwsłonecznego, edukację bez laptopa i młodość bez scrollowania. Nie potrzebuje Google’a, bo ma instynkt. A mimo to ma więcej wspomnień niż cała twoja galeria w chmurze. #malgorzatapaszynska

Autism’s Enigma, Clarified. Unraveling Autism’s Surge. [Odkrywanie wzrostu liczby przypadków autyzmu]

Unraveling Autism’s Surge

Genetics, Environment, and the Expanding Diagnostic Net

ROBERT W MALONE MD, MS JUN 11
 
READ IN APP
 

This may be the longest essay we have ever published. However, Dr. Bock does an excellent job of making the vast array of information available on autism comprehensible. For those interested in the subject, this is essential reading. 

This is a treatise if you like, on the enigma scientists have labeled autism.

Opinions expressed are those of Dr. Bock, which may or may not be aligned with the positions of the Drs. Malone or Malone.News on this topic.


By Randall S. Bock, MD

Autism’s Enigma, Clarified

Autism diagnoses are surging, touching countless families, yet the reasons remain elusive, fueling debate and confusion. The Times’ recent exploration of autism’s rise attributes the increase mainly to broader diagnostic criteria, heightened awareness, and social influences like online communities, while firmly rejecting vaccines as one potential cause. However, it downplays the role of institutional incentives (research funding, special education staffing, therapy services, and pharmaceutical interests). Conversely, the pseudonymous “A Midwestern Doctor” on Substack dives into vaccine-related hypotheses that the Times avoids. Neither fully delivers the impartial, rigorous analysis that I believe is needed to untangle autism’s complex web.

Winston Churchill once famously described the Soviet Union as a riddle wrapped in a mystery inside an enigma.” Ironically, this phrase was repurposed in Oliver Stone’s JFK as a symbol not of clarity but of obfuscation. Like the Soviet Union or the JFK assassination, autism’s enigma may defy complete resolution, but without rigorous, transparent scrutiny, it will remain shrouded in mystery; conversely, a clear lens on the knowns, unknowns, and disputes is our only hope for clarity.

What is Autism?

Autism spectrum disorder (ASD – of which severe Autism is an overlapping subset of symptoms) is a group of developmental conditions that begin in early childhood, affecting how children communicate, interact socially, and behave. Autism looks very different from case to case. Most of the population-level risk comes from over 100 inherited gene differences, each with a small impact. Many of these gene changes affect gene regulation and synaptic function—key processes in brain development.

Autism likely involves epigenetic mechanisms, changes in how genes are expressed without altering the DNA sequence itself. Think of the genome as a musical score: the notes don’t change, but depending on who’s conducting, it can sound like classical or rock. Similarly, a person may carry genetic risk but only develop autism if specific environmental cues “activate” the genes into certain patterns, much like in schizophrenia.

Research shows that the brains of people with autism often have unique features, though these can vary widely from person to person. Commonly, children with autism experience faster brain growth in early life, especially in areas like the frontal lobe (involved in planning and social behavior) and the amygdala (linked to emotions as a “danger detector”). This overgrowth, noted between 1–14 months, can make it harder for different brain regions to „talk” to each other effectively, leading to challenges in processing information or emotions. Instead of a city that developed organically, it’s more like a centrally planned boomtown (E.g. China’s ghost cities)—roads laid down too fast, towers built in haste, and entire sectors left misaligned and underused.

Another shared trait is an imbalance in brain chemicals, like glutamate and GABA, which act like the brain’s gas and brake pedals. In autism, there’s often too much „gas” (excitation) and not enough „brake” (calming), which can explain sensory sensitivities or trouble focusing. Genes also play a big role—specific ones affect how brain cells connect; however, not everyone with autism has the same brain differences. Some have more pronounced changes in the cerebellum (affecting movement and coordination), linked to reduced Purkinje cells, while others show unique patterns via inflammation’s elevated cytokines. As a “spectrum”, autism’s underlying brain differences and their expression(s) are disparate and individualized.

Decoding Confounding Factors, Diagnostic Shifts, and Vaccine Debates

The rise in autism diagnoses — approximately 1 in 36 children (!!) in the U.S. according to the CDC’s 2023 data

…is staggering and demands scrutiny. Yet autism is not a singular, congenital condition like rubella syndrome — where first-trimester rubella-virus exposure causes a specific set of neurologic issues in a one-to-one identity function. Instead, “autism” has broadened into a sprawling diagnostic umbrella, encompassing a spectrum spanning “classic autism” (a.k.a “Kanner’s Syndrome”), Asperger’schildhood disintegrative disorder, and “Pervasive Developmental Disorder Not Otherwise Specified” (PDD-NOS).

These diagnostic labels don’t point to a single cause—only broad categories. Are we seeing an epidemic of biology, or semantics? As the term “mental retardation” gave way to “intellectual disability,” some cases were reclassified under autism’s expanding umbrella. Autism once overlapped heavily with ID; now it captures a far more diverse patchwork of traits, many without cognitive impairment.

The Genetic Roots of Autism

Genetics play a significant role in autism, but not as dominantly as once thought. One early twin study (1977) showed identical twins (same DNA) were seven times more likely to share an autism diagnosis than fraternal twins. Yet, even identical twins don’t always align—in up to half of cases, one has autism and the other does not, suggesting genes are influential but not the sole factor.

Hallmayer’s 2011 California twin study, though often cited, involved 192 twin pairs but with only a 17% participation rate (of those asked)—raising concerns about selection bias. Its strength lies in a careful parsing of genetic versus environmental causation using (unlike prior studies’ Falconer’s formula) the ACE model of Additive Genetic, Common Environment, Unique Environment factors.

By contrast, a 2017 Swedish study analyzed millions of sibling and twin records, estimating heritability between 83% and 87%, with tighter statistical confidence but less fine-grained control. These studies illustrate a trade-off: precision in small samples versus power in large datasets. Together, they define the outer limits within which autism’s genetic component resides — shaped by method, scale, and erstwhile definitons. The table below shows twin and family studies’ presumed genetic component’s falling between Steffenburg’s 91% and Hallmayer’s 38%.

Autism Twin Study Concordance (and other Familial Pairing) Table:

Note: ACE estimates are direct for Hallmayer and Sandin; the others are post hoc approximations. Falconer’s formula (h² ≈ 2 × [rMZ − rDZ]) estimates heritability; interpret early studies cautiously due to small samples and diagnostic variability.
Smartphone browsers may not visually capture the entire table. Please see here(including links to the studies).

In a hybrid model, both wide in scope and fine in partitioning — Gaugler et al.(using the Population-Based Autism Genetics and Environment Study “PAGES”)estimated 52% of autism risk’s from genetic variants. Gaugler leveraged SNP-genotyping and diverse family relationships, aiming to break down genetic risk into its components, finding influence roughly split between “genes you inherit” (A) … and…” complex gene interactions” (D), “new gene changes” (N), “family environment” (C), and “unique life experiences” (E).

Havdahl conversely arrived at a genetic preponderance, based on Bai’s 2019 synthesis of large-scale genomic and familial studies.

Hallmayer’s study reported a relatively low heritability estimate (~38%) but with a wide (lack of) confidence interval—reflecting the limitations of its small, selective sample.

In contrast, Gaugler’s SNP-based and case-control design yields a higher but more statistically stable estimate.

This boxplot, drawn from Gaugler’s Swedish cohort data, shows a clear rise in autism prevalence across birth cohorts from 1980 to 1999. It’s consistent with diagnostic broadening, increased awareness, or real environmental shifts. As definitions change and milder cases are included, heritability estimates may appear lower—not because genes matter less, but because the diagnostic category itself has expanded.

Here’s a rough mapping, somewhat consistent temporally.

The Solomonic (un)happy medium indicates more than half of autism risk is genetically set by the time of birth; however, that assessment comes with caveats. Please observe this side-by-side:

NB: No diagnosis appears in either graph’s lower right half because even purely environmental factors (e.g. a house fire) would likely impact both DZ twins, keeping such data points above the diagonal.

Autism occupies a mixed-influence zone: genetically weighted, yet with implicit environmental triggers; not unlike schizophrenia, bipolar disorder, and Tourette’s.

The Expanding Umbrella: How Autism’s Definition Grew

I. A History of Autism

One plausible explanation for the rise in autism diagnoses is the broadening of diagnostic criteria and increased awareness, but this shift also reflects a profound historical transformation in the concept itself. In 1911, Eugen Bleuler coined “autism” to describe excessive fantasy and hallucinations in severe schizophrenia, a meaning that persisted through the 1950s.

By the 1970s, British child psychiatrists redefined “autism’ as a lack of symbolic life— a 180° shift that coincided with the closure of institutions for the “mentally retarded” in the 1960s, releasing children into new diagnostic frameworks — a movement catalyzed by John F. Kennedy’s 1961 President’s Panel on Mental Retardation, influenced by his sister Rosemary’s institutionalization and the family’s complex feelings — an irony, as RFK Jr. now hunts the autism epidemic’s “killer”.

The Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM-III) in 1980 formalized autism as a developmental disorder, shifting it from a rare condition to a spectrum encompassing a wide range of behaviors. This change, coupled with parental advocacy, drove earlier screening — often at 18–24 months — and more inclusive diagnoses. By DSM-4 (1994), Asperger’s syndrome and PDD-NOS were included, capturing individuals with average or above-average intellect. DSM-5 (2013) dropped Asperger’s as a named diagnosis. Importantly, DSM-5 also removed the prior exclusion that had prevented an individual from being diagnosed with both ASD and ADHD, conditions once considered mutually exclusive.

This overlap expanded the diagnostic net, potentially reclassifying children with co-occurring traits. Additionally, individuals previously deemed “retarded” (sic) were subsumed under the (“severe” end of the) autism spectrum, inflating prevalence without a true increase in abnormality cases. Sociologist Gil Eyal in The Autism Matrix views these diagnostic shifts as ultimately beneficial. Earlier diagnosis means earlier access to services: speech therapy, behavioral interventions, educational support; ideally helping those children develop better communication, social skills, and independence than previously.

II. Out of Institutions, Into Categories

The decline of U.S. mental institutions may have played an indirect role in the rise of autism diagnoses—not by causing autism, but by reshaping how society categorized and responded to developmental differences once kept out of public view. Conditions previously confined to large custodial settings became newly visible, newly labeled, and (in the case of schizophrenia) medicated: Hello, Thorazine! (1953).

From 1955 to 2005, residents in public mental hospitals dropped from over 500,000 to under 100,000. This shift, more abrupt for those with serious mental illness, reflected changing legal standards, new pharmaceuticals, and an optimistic vision of “community integration.” For individuals with intellectual or developmental disabilities, the transition was slower and more deliberate—often focused on preventing new institutionalizations rather than discharging existing residents. But in both cases, the cultural shift was profound: from seclusion to exposure.

Before the 1960s, terms like “feebleminded,” “retarded,” or even “idiot savant” might have earned what we now call “autistic” – while “idiot” itself was both replaced by “retarded”, and then transformed into a mild insult.

And of course, “retarded” is now a pejorative as well, replaced by “ID”, intellectual disability.

Not everyone (back then) was a Gary Cooper with Albert Einstein’s mind and HL Mencken’s wit. As institutional care waned, these individuals entered broader diagnostic frameworks, potentially inflating autism’s labeling prevalence – separate from any independent potential increase in cases, per se.

This 1915 illustration starkly illustrates how intellectual and developmental differences were once categorized with terms now considered deeply offensive—“idiot,” “imbecile,” “moron”—yet these labels existed because same or similar variations in cognitive and adaptive functioning were present, just framed in a harsher, cruder way.

None of this implies that institutionalization was desirable—many facilities were underfunded, degrading, or worse. But it does suggest that part of autism’s modern profile arose not from new biology, but from new visibility.

III. From Severe to Subtle: The Shift Away from Intellectual Disability

In the early 1990s, autism was more tightly linked to mental retardation, now called “intellectual disability”.

In 1992, 72% of autism cases (3,210 out of 4,446) were associated with intellectual disability (ID). By 2005, that share had dropped to just 37% (10,410 out of 28,046). As this graph (adapted from King and Bearman’s 2009 study) shows, …

… autism without ID increased more than 13-fold—from 1,236 to 17,636 cases—while autism with ID rose just over threefold.

From 1992 to 2005, the U.S. population grew just over 10%, yet intellectual disability (ID) diagnoses rose by 54%, and autism with ID nearly tripled. That spike in autism’s most severe form points to more than shifting definitions—it may reflect real changes in early neurodevelopment. Still, confounding factors—like rising immigration, language barriers, and struggling school systems—could distort these figures. Before drawing conclusions, we need better data, sharper metrics, and more objective classification.

IV. More Diagnosed, Less Severe

Swedish researchers tracked autism severity in 13-year-olds, finding that as diagnoses rose, the average symptom score steadily declined, suggesting institutional pressure to have “autism” capture milder cases. (chart clarified by @cremieuxrecueil).

Sweden’s autism is classified within an “ESSENCE” -framework (“Early Symptomatic Syndromes Eliciting Neurodevelopmental Clinical Examinations”); wherein ADHD, tics, movement disorders, and epilepsy also rise in prevalence. A cynic might analogize autism diagnoses’ rise to the more recent surge in gender dysphoria. Such expansions fuel jobs in special education.

Autism diagnosis rates have clearly increased over the past decade, principally in the younger age groups.

V. Institutional Incentives and Diagnostic Pressures

The “psychiatric and mental health industrialization complex,” particularly within schools, amplifies this trend. Financial incentives for special education, therapies, and clinical services create perverse pressures for over-diagnosis, as funding and resources often hinge on an autism label.

Additionally, families often gain from an ASD diagnosis, accessing benefits unavailable otherwise. The Social Security Administration reports a 154% increase in SSI recipients with ASD from 2004 to 2014 (to 28% of mental disorder cases), providing up to $943 monthly in 2024.

FIGURE 3-5. Number of allowances for major mental disorders for all children under 18, at the initial level, 2004–2013.

With 19% of Americans now identifying as “neurodivergent”—a broad category that includes ADHD, autism, dyslexia, and other cognitive differences—and with reports suggesting a majority of Britons may be doing the same, the expanding definition implies a widening diagnostic net.

These map-comparisons show how autism rates grew across U.S. states from 2003 to 2011 (darker blue means more kids were diagnosed, jumping from as low as 0.1% to over 2% in some places). Many states had policies that gave schools extra money for finding kids with autism (again, darker blue); e.g., the Northeast’s, the Rust Belt’s and Virginia’s “rewarded” autism-rates climbed. Michigan’s diagnoses (when rewarded) spiked to 1.5% by 2007; but, unrewarded, the rates dropped (NB: acknowledging, this is not a simple one-to-one explanation – as (e.g.) Minnesota’s autism rates increased without reward-incentive).

This kind of geographic disparity suggests we’re not just mapping a condition—we’re mapping responses to incentives. Take a look at (unrelated, but analagous) methadone distribution by state: supposedly the same disease (sic)of narcotic addiction for some reason “requires” ten times more methadone in Rhode Island than in Texas or Missouri. Wisconsin uses four times the dose of neighboring Iowa.

VI. Pathologizing Differences

Now, autism includes Elon Musk. Have we simply disease-ified eccentricity and (occasionally) genius? The study, “Diagnostic change and the increased prevalence of autism” documents this expansion.

California’s caseload has ballooned; moreover, far beyond what diagnostic trends alone would predict. Jill Escher, head of the National Council on Severe Autism, insists the exponential increase: California’s caseload’s jumping from a few hundred in the 1980s to over 200,000 today (even excluding “high-functioning” cases)—reflects a real crisis, not just better detection. Moreover, Escher’s Getting Real About Autism’s Exponential Explosion shows…

…California’s autism caseload has nearly quadrupled since 2011: outpacing the national diagnosis rate for school-age children, which “only” doubled. The excess suggests bureaucratic inflation and system-driven incentives (or something “in the air” in California)– not just rising prevalence.

Britain’s Autism Research Centre director, Simon Baron-Cohen notes,

““What we call autism has itself changed to become a broader category (and with) the growth in private clinicians’ offering diagnosis — it has become an industry.”

VII: Is Severe Autism’s Mainstream Schooling Merely Costly Babysitting?

Everyone talks about the weather, but nobody does anything about it,” wrote Charles Dudley Warner in 1897.

Some realities (e.g., the weather) do not yield to our words, hopes, or policy interventions—no matter how loudly or persistently we speak around them. Severe autism is one of them. Despite decades of advocacy, legislation, and funding, the outcomes for the most profoundly affected remain largely unchanged. The National Council on Severe Autism’s Jill Escher (in our conversation) put it bluntly: for many severely autistic students, special education is “little more than glorified babysitting,” teaching daily living skills, not academics. The Individuals with Disabilities Education Act (IDEA) programs cost schools a fortune: specialized staff, autism-specific classrooms; yet Escher calls the system “completely irrational,” a “jerry-rigged” relic from a pre-autism-epidemic era.

Cui bono? Schools get funding; teachers’ unions lock in jobs; parents receive stipends; service providers cash in — but many severely autistic individuals remain dependent; moreover with the worry of “falling off a cliff” into underfunded Medicaid care at age 21 – and/or with the (inevitable) demise of their caretaking parents.

To be clear, without doubting the dedication of families or educators, one can acknowledge that “full inclusion” backfires. Severely autistic children disrupt classrooms. My own son’s middle school class, in the mid-2000s, was regularly derailed by persistent, involuntary, loud outbursts of vocal “stimming” of a severely autistic teen despite his omnipresent aide.

Might group homes be a more humane, realistic answer for such cases? Escher praises California’s relatively strong system, which offers tailored care and vocational programming—serving needs without disrupting others. This isn’t abandonment; it’s honesty. Just as 60-year-olds don’t train for the NBA, we shouldn’t pretend that the most severe autism fits the academic model. Margaret Thatcher’s warning still applies: eventually, you run out of other people’s money. We risk Cloward–Piven -style overload: collapsing systems with unsustainable burdens, unless we build something rational now.

VIII: The Rising Cost of Special Education, and Its Limits

Not every student in special education is autistic, but nearly every autistic student—especially those with severe cases—is in special ed. Today, about 15% of U.S. public school students receive special education services. That’s doubled from 8% in the late 1970s, and the numbers keep growing. Of those in special ed, roughly 12% have autism.

The staff structure at my local middle school today is worlds apart from my own public school experience in 1960s New York City. Back then, one teacher handled 30 students, with five or six such classes per grade, grouped by achievement level. The entire school ran with just a principal, assistant principal, secretary, nurse, and two janitors. My local middle school currently has only ~35% staff as core teachers, while ~65% are ancillary.

These programs are expensive. In 2020, school districts spent nearly $39 billion on special education services—averaging over $13,000 per student (on top of the baseline ~$19,000 per student). If every state spent like the highest-spending ones, total special ed costs would reach $180 billion a year. This added burden isn’t trivial, leaving the other 85% to share increasingly strained resources: overcrowded classrooms; fewer offerings in gifted, vocational, and core subjects. We cannot serve anyone well by exhausting the system.

A “War Against Boys”? Autism’s Male Impact

Autism has long shown a stark male predominance: roughly 3 or 4 boys diagnosed for every girl.

ADHD follows a similar trend, with boys diagnosed at a 2.5 to 1 ratio. These disparities were noted as early as Leo Kanner’s 1943 paper, well before today’s educational culture took hold. The biological sex differences remain; but the extent to which they are ( potentially mis-) interpreted and acted upon has shifted.

Christina Hoff Sommers’ The War Against Boys argues that modern schools, increasingly feminized and focused on chat, collegiality, and conformity, may mismatch boys’ neurodevelopmental traits — often more intense, trial-and-error, and less socially oriented — leading to over-diagnosis of conditions like autism and ADHD when boys’ behaviors deviate from these expectations.

Boys exhibit greater variance in IQ and behavioral traits, producing more outliers — geniuses, risk-takers, as well as those with neurodevelopmental challenges — while girls cluster closer to the mean, potentially making boys’ differences more noticeable and pathologized in structured settings.

The “boy-averse” decline of recess and advent of zero-tolerance policies in schools exacerbates this mismatch.

This persistent male predominance has sparked a counter-movement, especially among feminist scholars, who argue that autism in girls is under-recognized. They propose that girls “camouflage” their symptoms—adeptly mimicking social cues to blend in—though this leads to a curious contradiction: if autism impairs social reciprocity, how can one convincingly fake it? As the old joke goes, “sincerity—once you can fake that, you’ve got it made.” Mind you, some of these same scholars in peddling “sex contextualism” essentially dispute binary sex, undercutting their argument(s).

Male and female brains diverge from birth, a pattern seen across the animal kingdom — male mosquitoes prioritize mate-seeking, females blood-feeding — reflecting distinct evolutionary prerogatives. Simon Baron-Cohen’s “extreme male brain theory” suggests autism reflects an extreme male-typical profile, where “systemizing outstrips empathizing”.

Yet it’s important to recognize that autism is not strictly deficit-based. It’s also associated with positive traits such as pattern recognition and attention to detail. Moreover, long-term outcomes vary widely, with some autistic individuals’ achieving independence, relationships, employment, and relative happiness.

A First World Puzzle? Autism’s Global Disparities

Autism spectrum disorder (ASD) is highly prevalent in high-income countries, but in sub-Saharan Africa, with nearly 1 billion people, it’s rarely diagnosed

A review of the global prevalence of autism did not identify any data from sub-Saharan Africa, even though this region has a population of nearly 1 billion, 40% of whom are children younger than 14 years.”

… and rarely discussed. Google-searches for “autism” in Kenya, Congo, Zimbabwe are near zero and static these last few measurable decades.

Limited psychiatric infrastructure and a focus on urgent issues like HIV, malaria, and food insecurity overshadow ASD. Autism is a “first-world problem,” amplified by wealthier nations’ resources, omphaloskeptic tendencies, and broad diagnostic criteria.

Africa’s ASD absence may be underdiagnosis rather than lower incidence. Anthropologist Richard Grinker, who has studied autism cross-culturally, argues that autism exists everywhere—but is recognized only where diagnostic tools, institutional priorities, and cultural interpretations align. Over 90% of studies come from Europe, the Americas, and the Western Pacific. Entire regions like Africa and the Eastern Mediterranean are effectively data voids, despite the (presumed) global nature of the disorder.

China, with over 1.4 billion people, remains strikingly absent from global autism discourse, with a self-proclaimed rate of only one-third ours. The condition is labeled 自闭症 (“self-enclosure disorder”) or 孤独症 (“lonely disorder”), but these are not seen as quirks or mere differences—they imply dysfunction, weakness, and detachment from societal duty. Diagnosed children are sometimes called 来自星星的孩子—“children from the stars”—but this poetic phrase belies the harsh stigma families face. Chinese society sees autism as a mark of shame or failure; to be downplayed, not spotlighted.

Comparing same-wealth/ same-health societies could reveal if cultural or economic factors drive these trends. Cross-cultural-, cross-national- will be more difficult, given the absence of baseline data, terms, and agreements of importance.

Modern Life and the Autism Curve

Several societal and biological factors may contribute to autism rates, either directly or indirectly. The trend toward older parental age is significant. Advanced paternal and maternal age is associated with increased risks of genetic mutations and conditions like gestational diabetes, which may elevate autism risk. Older sperm and eggs accumulate DNA damage, potentially affecting neurodevelopment. Studies suggest a 10% increased autism risk per decade of parental age.

Smaller family sizes and fewer siblings may also play a role. Children with fewer siblings experience reduced socialization opportunities, potentially exacerbating autistic traits. Bruno Bettelheim’s “lonely child” hypothesis suggested that social withdrawal stemmed from emotional deprivation: cold “refrigerator parents” implies social difficulties. His theory aligns with this study: Having Siblings is Associated with Better Social Functioning in Autism Spectrum Disorder.

Modern parenting, with its intensified focus on (fewer) children fosters scrutiny for any potential developmental delays. Additionally, the increase in divorce rates over the past decades has led to more single-parent households, which can impact (and stress) early childhood development.

Environmental Concerns Around Autism

Environmental factors like fluoride, aluminum, glyphosate, and Wi-Fi have been proposed as contributors, but evidence is sparse and often anecdotal. Fluoride in water has been present throughout the decades (1950s-1980s) when autism rates remained low; if it were a smoking gun, the surge in diagnoses wouldn’t have waited until the 1990s– although fluoride exposure exceeding 2x the upper limit may correlate with minor IQ reductions. Glyphosate, a herbicide, and Wi-Fi radiation lack robust data’s tying them to ASD.

Thimerosal, an organomercury preservative, was largely removed from childhood vaccines by the early 2000s—thus largely cleared as a suspect in autism’s rise. By contrast, the current adjuvant, aluminum (as insoluble phosphate-, or hydroxide-salts), plays a different biological role: not as preservative but as immune stimulant — designed to provoke local inflammation and enhance antigen presentation by the immune system.

It is present in small amounts and typically cleared from the body quickly, but animal studies raise concerns: one found it can cause chronic inflammation at the injection site and gradually migrate to the brain, while another showed it can persist in the brain for months, potentially leading to inflammationLyons-Weiler (2018) suggests that autism may involve impaired cellular detoxification, with aluminum and other toxins’ exacerbating genetic predispositions through immune activation and gene-environment interactions. His chart compares aluminum exposure from vaccines over a child’s first 800 days under different plans.

A 2022 study also linked aluminum in vaccines to asthma in some kids, calling for more research. While the CDC finds no clear adjuvant/autism link, Lyons-Weiler’s work pushes for studying how aluminum and other toxins might affect kids differently based on their genes.

The pineal gland, sometimes implicated in autism theories via melatonin dysregulation, shows no direct causal connection. Higher-dose ultrasound during pregnancy has been studied for potential neurodevelopmental effects, with no clear link to autism. Ultrasound remains a standard prenatal tool due to its safety at recommended levels. Prenatal acetaminophen -use is not associated with autism risk. Escher, ncsautism.org’s research philanthropist, advocates for exploring non-genetic inheritance, where pre-conception environmental exposures like anesthetics or Depakote may cause epigenetic changes in parental germ cells, leading to transcriptional errors in offspring.

Vaccines Under Fire: A Case Study in Doubt and Debate

Vaccines, particularly the measles-mumps-rubella (MMR) vaccine, have fueled autism speculation since Andrew Wakefield’s 1998 Lancet study and 1999 follow-up,

retracted in 2010 for ethical and methodological flaws.

In a recent interview, Wakefield states he had disclosed external funding to his university. Conversely, pharmaceutical-funded studies may escape similar scrutiny. Dr. Wakefield warned that the original 1960s’ MMR safety studies were “conducted (without adequate informed consent) on vulnerable populations, such as children in mental institutions„, a claim not unfounded.

In 1969, (VACCINES’ author) Dr. Stanley Plotkin published a rubella vaccine trial explicitly involving mentally retarded and orphaned children as test subjects. Yet when deposed in 2018, Plotkin, with full recall of his 1959 Congo fieldwork’s town-names, couldn’t remember testing on the mentally handicapped; while later conceding “that’s what I did”. His selective non-memory is striking.

The eternal claim that vaccines were “thoroughly studied” must be judged against these vanishingly small and ethically murky early trials. Separately, a million Congolese received vaccines, but autism is essentially never identified in such a setting.

Wakefield, rather than asserting MMR definitively caused autism, proposed separating measles, mumps, and rubella vaccines for individual testing to isolate potential risks–

— a reasonable scientific hypothesis stifled by his vilification (arguably, disproportionate).

Measles has a well-documented history of (rare) neurologic complications,including acute encephalitis. Rubella, although known for congenital neurologic effects, has not been similarly implicated in postnatal issues.

Two major Danish cohort studies — one in 2002 and a follow-up in 2019 — each enrolling the entire Danish child population found no link between MMR vaccination and autism. Nonetheless, public distrust persists, amplified by the 1986 National Childhood Vaccine Injury Act (NCVIA) — which initially shielded manufacturers from liability and subsequently forged an expansion of the childhood vaccine schedule (from targeting 7 diseases with 8–10 doses in 1986 to 16 diseases with approximately 47–55 doses by age 18 in 2025).

Once a vaccine’s on the CDC’s list, it’s a free pass — no marketing needed, just profit, raising suspicions about untested risks. That cozy setup makes sensible suspecting Big Pharma’s erring on the side of profit (vs. public safety), e.g. with hepatitis B shots for babies who are decades removed from the skills or interest for that illness’ modes of transmission (sexual, IV). Big Public Health follows along for the (regulatory capture) ride (as seen when the CDC’s ACIP rapidly endorsed Merck’s Gardasil HPV vaccine in 2006 despite up to 64% of members’ having potential conflicts of interest).

Why rush MMR at 12–15 months—when neurogenesis, synaptogenesis, and myelination are still underway, and the brain (theoretically) more susceptible to immune stress? If the highest measles risk lies in infancy—and if maternal antibodies cover (most of) that period, what’s really lost by waiting until age 3 or 4, aside from pediatric calendar convenience? With autism far more common in boys, and rubella primarily a concern for pregnancy, a delayed or sex-differentiated schedule seems not just reasonable—but overdue.

Prenatal Origins vs. Postnatal Triggers

Autism likely starts in the womb, tied to embryologic neurodevelopment, as shown in developmental timelines where neurogenesis and gliogenesis peak prenatally,

so pinning it on vaccines given after birth assumes a sudden postnatal shift. Some argue vaccines, particularly MMR’s measles component and aluminum, may trigger brain inflammation during critical windows like synaptogenesis(0–5 years) and myelination (up to 20 years), potentially raising autism-risk via cytokines, autoantibodies, and/or brain enlargement in those prone to immune overactivation.

The vaccine-autism debate centers on “regression”—toddlers’ suddenly losing language, eye contact, or motor skills, often after a fever, illness, or immunization. Are there solid cases of kids’ thriving, then crashing into autism at 6 months or 2 years after a shot? Two studies in 2018 gave different assessments. One claimed “about 22% of ASD kids experience “regression”, typically at 21 months, with autism (but not with milder PDD-NOS or Asperger’s); whereas Ozonoff (2018) followed high-risk infants and found declining social engagement in ~3/4 of children who developed autism.

The notion that autism is entirely predetermined by prenatal neurodevelopment overlooks postnatal brain plasticity, particularly during critical periods like toddlerhood. Schizophrenia, which often emerges in late adolescence, illustrates how dysregulated synaptic pruning — a process refining neural connections — can alter brain function, potentially triggered by environmental factors like infections or toxins.

One striking clue: 3–5% of children experience febrile seizures, and a Swedish study found that 40% of such cases preceded an autism diagnosis. This points to a broader mechanism of cytokine-driven neuroinflammation, where immune overactivation damages the developing brain.

Regression” challenges the idea that autism is always present from birth. If true, early detection might change a child’s trajectory. Brownstone Institute’s Jeffrey Tucker wonders if “declining trajectories… may be more the rule than the exception,” and urges that even vaccines, long taboo as a suspect, be put “on the table” for rigorous investigation. Mr. Tucker has had longitudinal observation of childhood autism (his nephew Joel’s; recounted in Like a Crown: Adventures in Autism).

As HHS Secretary, Robert F. Kennedy Jr. urged that all hypotheses—however inconvenient—be tested rigorously. That remains the clearest path through the fog surrounding autism’s true origins.

Immunizing against the Anti-Vaxx Stigma

Whether or not vaccines contribute to autism, one thing is clear: we may be overusing them. The 1986 National Childhood Vaccine Injury Act (NCVIA) shielded manufacturers from liability, treating universal vaccination as a societal good; ostensibly to avoid a “tragedy of the commons”: depriving the many because of the civilly litigated side effects of a few. But removing accountability while mandating use created a dangerous asymmetry: liability-free, government-endorsed, and increasingly profitable.

In the 1960s, parents held chickenpox and measles parties to build natural immunity. Today, we vaccinate for diseases that have largely vanished—like polio and rubella—raising the question: are we vaccinating out of necessity or inertia?

The low autism rates reported among Amish and Orthodox Jewish communities may stem from their vaccine avoidance, although Autism Matrix’ Gil Eyal asserts that there are “plenty of autism cases among Orthodox Jews in more integrated communities” (a point that is not necessarily dispositive, if “integrated” coincides with vaccine compliance); however when studied, autism appears far less frequently among Ultra-Orthodox Jews (and Israeli Arabs); half and one third (respectively) the general Israeli population’s rate.

Explanations vary: cultural filters; less psychiatric contact; younger parental age; adherence to traditional, less cognitively complex tasks; avoidance of modern influences— and of course, fewer vaccine-exposures.

Vaccine skepticism is often met with fierce condemnation. Andrew Wakefield’s exile and the COVID-era silencing of dissent show how quickly the label „anti-vaxxer” is weaponized. Yet the COVID-19 vaccine push for children—despite their minimal risk from the virus—exposed a troubling indifference to real harms like myocarditis.

I’ve given thousands of vaccines as a physician and taken many myself. But not every shot fits every person. A yellow fever vaccine makes sense in West Africa, not Nebraska. Context matters. Tailoring vaccines to individual risk isn’t “anti-vaccine” any more than abjuring a ski parka at the beach is “anti-clothing.”

Paradigms Lost

Understanding autism’s rise requires broader comparisons—between vaccine-heavy societies and those with lighter or delayed immunization schedules, especially within similarly developed nations. Cultural norms, diagnostic thresholds, and environmental exposures all interact. Without this wider lens, we risk mistaking institutional trends for biological truths.

If we had a time machine to 1950s New York, we’d find no concept of ADHD and a much narrower definition of autism (of course, labeled differently); often confined to psychiatric institutions. Society then, for all its faults, was in many ways more orderly: lower rates of street crime, drug use, and public disorder. Deinstitutionalization’s “humane” ideal traded structured care for societal chaos: freeing people from asylums while believing community integration would fill the gap. The “magic air” of the streets failed to heal deep mental health issues. Homelessness has experienced a ~1500% increase, coincident with the autism epidemic.

Similar “good intentions” (via 1960s’ reform-minded Rockefeller University) sowed narcotic abuse as Methadone Maintenance Ignited America’s Opioid Crisis, with a similar rise: late 20th-, early 21st- century.

Four seemingly unrelated trends –opioid addiction; autism diagnosis; homelessness; and children of divorce — have each dramatically risen in the wake of deinstitutionalization, the collapse of stigma, and the move toward visibility over concealment.

Correlation is not causation—but when four trendlines rise in lockstep, we ought to ask why. This isn’t to say autism’s rise has a single cause—or that it can be traced neatly to deinstitutionalization, diagnostic expansion, or any one trend. Other forces may be at play: epigenetic stresses passed quietly through generations; the fragmentation of family life; the atomized isolation of childhood; rising exposure to psychoactive substances; environmental or medical factors: anesthesia, vaccine adjuvants, synthetic foods, endocrine disruptors, advanced age of conception.

The shift from structure to permissiveness, from “no” to “why not?,” has had a thousand ripple effects, many of them invisible until they spike upward in data. Charlie Chaplin noted that, “Life is a tragedy in close-up and a comedy in long-shot.” Perhaps the opposite applies here: up close, these shifts felt like progress—modernization, liberation, inclusion. But stepping back, the pattern may reveal something darker. And only with that distance can we start to ask whether we need to rebuild guardrails, reinvest in structure, or rethink what we’ve normalized.

Disorders or Differences?

Are we over-labeling traits that once went unnoticed? In football, an ‘ADHD’ kid might shine on defense, while a ‘mildly autistic’ lineman excels through preparation, showing context shapes strengths.

Different contexts highlight different strengths, not deficits—and that extends beyond the field. Today, nearly 40% of young people identify as sexually divergent, and almost 20% claim neurodivergence, suggesting a shift from biology to social identity as diagnostic labels proliferate. The line between genuine disorder and mere difference blurs, especially when the language of activism and resistance reframes personal traits as identity markers.

Yet, as the football players demonstrate, cohesion and teamwork come from learning the same playbook, even if offense and defense see the game from opposite angles. In a world where distinctions multiply and identities fragment, we risk losing sight of shared goals—risking not only our unity but our continuity, as social trends pull us further from our genetic roots and toward abstracted, self-imposed divisions.

This tension plays out vividly in autism’s schisms. Eyal revealed “high-functioning” self-advocates reject stigma and dependence; while severely autistics’ parents face lifelong challenges. RFK Jr.’s claim that some autistic individuals may never work sparked backlash from the former but resonated with the latter:

People with profound autism “will require lifetime, round-the-clock care,” said Profound Autism Alliance’s Judith Ursitti.

Eyal urges unity, highlighting how self-advocates have reshaped our understanding of even severe autism. First, by showing that behind outward symptoms there may be an active mind seeking connection, they’ve helped normalize the idea that communication can take many forms. Second, their influence has encouraged shifts in practice—toward adapting communication methods to the individual, through tools like picture exchange systems or adapted iPads, rather than forcing conventional norms.

Cohesion, like a football team’s, demands a shared playbook. The offensive lineman and defensive back, though worlds apart in style, win by aligning on the same goal. Autism’s spectrum—geniuses to those needing lifelong care—needs similar alignment, lest we disease-ify differences or ignore genuine need.

Navigating Autism’s Complex Web (a Recap)

Autism — unlike purely genetic conditions like Rett syndrome, or purely congenital ones like rubella syndrome — almost certainly lacks a singular cause. Its “spectrum” practically guarantees a patchwork of origins: genetic, congenital, epigenetic (via toxins, infections, vaccines, medical interventions), and societal. Teasing apart these threads demands sharper classification of clinical signs.

Rubella syndrome proves that a virus can disrupt neurologic development in utero; thus, dismissing vaccines as possible postnatal contributors is not far-fetched — only later-stage. Inspired by Wakefield’s perspective, we should explore delaying vaccines like MMR, typically given at 12–15 months, to reduce potential immune challenges during early neurodevelopment, or adjusting schedules based on sex—e.g., prioritizing rubella vaccination for girls due to its pregnancy risks, while delaying it for boys given autism’s male predominance. Yet most of autism’s dramatic rise seems fueled not by biology alone, but by diagnostic bloat, societal change, and profit-driven incentives. Special education, clinical services, and even pharmaceutical interests thrive on expanded labels.

Vaccines, to date, lack proven causality — but the vitriolic and vengeful expulsion of Dr. Andrew Wakefield should serve as warning. Skeptics of Fauci.ism’s rigid pro-vaccine orthodoxy during COVID-19 were likewise demonized, only to see many concerns later grudgingly validated. Was the ferocity against Wakefield evidence of scientific certainty — or fear that his questions hit too close to home?

Regression into autism, once dismissed as rare or anecdotal, deserves serious scrutiny. Schizophrenia research acknowledges environmental contributorsautism, too, may involve postnatal immune injuries — whether from infection, febrile seizures, or even vaccination-triggered cascades (cytokine neuroinflammationpost-vaccine encephalitis?).

The old image of autism meant institutionalization. Today, by contrast, diagnosis often sweeps in average or superior IQs, think: Anthony Hopkins, Tim Burton, Elon Musk and Dan Aykroyd — raising the question: are we pathologizing giftedness? The Amish and Orthodox Jews show strikingly lower rates, hinting that both culture and vaccination patterns might matter, though our very observation risks distorting their realities.

Meanwhile, our attention-fractured world — taxing work, working taxes, drugs, video games, speed-dating — pathologizes traits once crucial for survival: focus, perseverance, loyalty to a small tribe. In a saner, older world, such traits found natural outlets; today, they’re flagged for „intervention.”

First World versus Third World: Would they trade HIV or malaria for our dizzying array of mental health labels? Respectively, yes — and no (perhaps); but our challenges, though subtler, are real. We must push for transparent, hypothesis-driven research — cross-temporal and cross-cultural — to ensure we don’t over-label while meeting real needs, much like a detective’s unraveling a complex case, to uncover the full truth behind autism’s rise.

The Unwarranted Certainty of Dismissal(s)

The New York Times closed its review quoting psychologist Catherine Lord“Whatever it is, it’s not vaccines”.

This logic echoes a personal anecdote: before traveling to Italy, I mentioned gas cost “$8 a gallon,” only to be corrected — by someone who didn’t know the real price. When I asked, “If you don’t know what it is, how can you know what it isn’t?” The answer came: “It can’t be $8/gal., because they don’t use gallons or dollars.” Technically true, yet completely missing the larger point.

As Arthur Conan Doyle’s Sherlock Holmes famously advised:

“When you have eliminated the impossible, whatever remains, however improbable, must be the truth.”

Autism’s spectrum — multifocal, multicausal — demands we explore everypossibility, not dismiss avenues out of convenience, cowardice, or commerce.


Dr. Randall Bock graduated from Yale University with a BS in chemistry and physics; University of Rochester, with an MD. 

He has also investigated the mysterious 'quiet’ subsequent to 2016 Brazil’s Zika-Microcephaly pandemic and panic, ultimately writing „Overturning Zika.”

Follow Dr. Bock on XYouTubeRandybock.comBrownstoneInstagramSubstackAmerica Out Loud PULSE radio (including his episode discussing this article)


Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.