Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id'] INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792133491', '216.73.216.209')
Drodzy Czytelnicy, życie duchowe, polegające na świadomym zjednoczeniu z Bogiem w Jego łasce, w oczywisty sposób odznacza się bezwzględnym pierwszeństwem nad wszelką inną formą czy innym przejawem życia ludzkiego – zatem również góruje i nad życiem umysłowym. Wynika to z nadprzyrodzonego co do swej istoty celu człowieka, którym jest udział w wizji uszczęśliwiającej w niebie, oraz korespondujących z owym celem nadprzyrodzonych środków. Jednak z drugiej strony istnieje elementarna katolicka zasada, obecna explicite w dziełach św. Tomasza z Akwinu, która głosi, iż gratia non tollit naturam, sed perficit1, zatem że „łaska nie niszczy natury, lecz ją doskonali”.
Pod pojęciem natury kryje się tu przede wszystkim to, co człowieka zasadniczo stanowi – a więc dusza i ciało (forma i materia) wraz z władzami duszy: intelektem i wolą. I o ile wola, zdaniem Doktora Anielskiego, w większym stopniu zraniona została skazą grzechu pierworodnego, to jednak intelekt znajduje się wyżej w strukturze ontologicznej człowieka – jego przedmiot jest bowiem bardziej ogólny. Co więcej, szczęście, będące przecież celem naszych działań, ma charakter aktu intelektualnego, innymi słowy: jego istotą jest działanie umysłu polegające na kontemplacji prawdy.
Już samo to pokazuje, jak ważne jest zatem właściwe ukształtowanie intelektu w kontekście życia duchowego.
Na tym jednak nie kończy się rola intelektu w ludzkim życiu – poza teoretycznym oglądem prawdy jego zadaniem jest również kierowanie sferą praxis, tzn. wpływ na wolę w obszarze działalności praktycznej. I choć sam św. Tomasz (który notabene jak nikt inny spośród myślicieli katolickich bardzo podkreśla ogólną wyższość intelektu nad wolą) akurat w dziedzinie działań ludzkich pierwszeństwo przyznaje woli, to jednak podkreśla, że bez odpowiedniego uformowania umysłu wola nie będzie mogła właściwie spełnić swojego zadania, czyli zapewnić skutecznego dążenia człowieka ku dobru. Intelekt praktyczny jest zresztą bardzo podatny na błędy, skoro lekarstwem na ranę grzechu pierworodnego dotykającego umysł jest, zdaniem Akwinaty, cnota roztropności – dosłownie niejako „roz-trapiająca”, czyli szukająca tropów, a więc dróg do celu.
Wszystko to domaga się uwzględnienia w życiu duchowym, i stąd też wynika konieczność poruszenia na łamach czasopisma „Zawsze Wierni” kwestii konkretnych intelektualnych pułapek, zwłaszcza tych aktualnie nam zagrażających. Warto również zwrócić uwagę na to, że temat przewodni niniejszego numeru nie dotyczy jakiegoś konkretnego błędu, ponieważ te najgroźniejsze mają (zazwyczaj) rozległą podbudowę teoretyczną, więc wymagałyby poświęcenia im całej objętości naszego dwumiesięcznika.
Natomiast w codziennym życiu przeciętny katolik Tradycji styka się (bezpośrednio albo tylko pośrednio) z wieloma błędami drobniejszego kalibru, które jednak wcale nie są przez to mniej groźne. Owszem – same w sobie w mniejszym stopniu zdają się negować nadprzyrodzoną mądrość katolickiej religii, lecz przez to są jednocześnie trudniejsze do zauważenia czy zdefiniowania. Ponadto z racji mniejszego ciężaru gatunkowego nie przykuwają tak naszej uwagi. Występują przy tym w dużej liczbie, wzajemnie się uzupełniając i uwiarygadniając. Z tych wszystkich powodów nie wolno ich na dłuższą metę lekceważyć.
Dlatego temu właśnie zagadnieniu zdecydowaliśmy się poświęcić kolejny numer periodyku „Zawsze Wierni”, a tematem przewodnim uczyniliśmy „pułapki intelektu”.
Czy przyznanie, że należy opierać się wypaczeniom aktualnego nauczania, a jednocześnie potępianie Bractwa za to, że zapewnia sobie środki do kontynuowania tego oporu, nie jest rodzajem krótkiego spięcia w układzie logicznym? Według niektórych, publiczne piętnowanie odchyleń współczesnego nauczania (na przykład: błogosławienie par homoseksualnych, udzielanie Komunii św. rozwiedzionym w ponownych związkach, zaprzeczanie współodkupicielstwu N.M.Panny itp.) jest czymś całkowicie dozwolonym: według nich nie ma w tym ani nieposłuszeństwa, ani braku subordynacji, ani schizmy.
Natomiast konsekracja biskupów w celu dalszego potępiania tych samych błędów i pełnego zachowania wiary katolickiej stanowi ‒ według tych samych osób ‒ akt nieposłuszeństwa, braku subordynacji i schizmy.
Zacznijmy od przypomnienia, że także nie-nieomylnemu nauczaniu należy się wewnętrzne i religijne przylgnięcie umysłu. Innymi słowy, nie wystarcza ani zewnętrzne podporządkowanie się, ani pełne szacunku milczenie: od wiernego wymaga się, aby szczerze, rozumem i wolą, przylgnął do tego, czego naucza Stolica Apostolska (zob. Pius IX, Quanta cura; Pius XII, Humani generis). Jest prawdą, że istnieją różne stopnie przylgnięcia. Ten, który należy się nauczaniu nieomylnemu, jest przylgnięciem wiary, absolutnym i bezwarunkowym, podczas gdy ten, który należy się nauczaniu nie-nieomylnemu, jest przylgnięciem opartym na cnotach posłuszeństwa i religijności, które nie jest bezwzględne, lecz warunkowe. Niemniej jednak wciąż chodzi o przylgnięcie: pod pretekstem istnienia różnych stopni przylgnięcia nie można przekształcać przylgnięcia w sprzeciw.
Niezgadzanie się z nauczaniem nie-nieomylnym pociąga za sobą w sposób konieczny nieposłuszeństwo wobec papieża, właśnie dlatego, że – jak widzieliśmy – przylgnięcie należne tego rodzaju nauczaniu opiera się na cnotach posłuszeństwa i religijności. Istnieje jednak przypadek, w którym wolno nie dokonywać przylgnięcia: „gdy Kościół, przez władzę równą lub wyższą, postanawia inaczej” (J. Salaverri, De Ecclesia Christi, Matriti 1962, s. 707).
Otóż w przypadku błogosławienia par homoseksualnych, udzielania Komunii św. rozwiedzionym w ponownych związkach itp., Kościół już w przeszłości podjął odmienną i ostateczną decyzję. Jest więc rzeczą godziwą krytykować, także publicznie, dokumenty Magisterium zawierające te błędy. Nie dlatego, że nauczanie nie-nieomylne byłoby samo w sobie fakultatywne, lecz dlatego, że w tym konkretnym przypadku nie jest i nie może być wiążące, skoro jest sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła.
Czyż Bractwo tak nie postępuje? Konsekracji biskupich z 1 lipca dokonano właśnie w celu kontynuacji publicznego piętnowania błędów obecnych w aktualnym nauczaniu, a tym samym dla zachowania wiary katolickiej w całej jej pełni.
Wskażmy jeden dowód. Otóż za każdym razem, gdy Bractwo starało się dojść do porozumienia z Rzymem, odpowiedź była zawsze taka sama: musicie przylgnąć do soboru i nauczania posoborowego oraz zaprzestać krytykowania współczesnego nauczania papieskiego, jak również jego osoby (por. dokumenty cytowane w aneksie).
Jest też i dowód a contrario. Żaden z instytutów wywodzących się z Ecclesia Dei nigdy nie skrytykował publicznie, w swoich oficjalnych dokumentach, odchyleń aktualnego Magisterium. Jedyne zgromadzenie, które spróbowało to uczynić – Franciszkanie Niepokalanej – zostało zniszczone.
Pojawią się zarzuty, że intencje Bractwa być może były dobre, jednak cel (odrzucenie błędów aktualnego nauczania) nie uświęca środków (konsekracji bez mandatu apostolskiego). Jednak w poprzednim artykule (Ni schismatiques ni désobéissants, „Ani schizmatycy, ani nieposłuszni”) wykazaliśmy, że w obecnej sytuacji konsekracja biskupów bez mandatu apostolskiego nie stanowi ani braku subordynacji, ani schizmy, ani nieposłuszeństwa.
Teologia jest pod tym względem jasna, pod warunkiem, że się ją zna.
ks. Daniel Di Sorco FSSPX
=======================
Aneks
Nowy tekst Deklaracji doktrynalnej musi zawierać paragraf, w którym sygnatariusze explicite zadeklarują przyjęcie nauczania II Soboru Watykańskiego oraz nauczania posoborowego, przyznając wymienionym twierdzeniom doktrynalnym należny im stopień akceptacji. Członkowie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X muszą uznać nie tylko ważność, lecz także prawowitość rytu Mszy Świętej i sakramentów według ksiąg liturgicznych promulgowanych po II Soborze Watykańskim.
list kard. Müllera do bp. Fellaya, 6 czerwca 2017 r.
Przyrzekam wierność Kościołowi katolickiemu i biskupowi Rzymu, Najwyższemu Pasterzowi Kościoła, Wikariuszowi Chrystusa, Następcy błogosławionego Piotra w jego prymacie oraz Głowie kolegium biskupów, powstrzymując się od wszelkich publicznych oświadczeń przeciwnych jego osobie lub jego Magisterium (por. kan. 1373 i 1365 KPK).
Dykasteria Nauki Wiary, Formula adhaesionis („Formuła przylgnięcia”), dołączona do Procedury pojednania kapłanów pochodzących z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X oraz Procedury pojednania niektórych świeckich pochodzących z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, 2 lipca 2026 r.
Czysta woda mineralna jest w Polsce opodatkowana stawką 23 proc., podczas gdy część energetyków i bezalkoholowych drinków korzysta z preferencyjnej stawki 5 lub 8 proc. Ten podatkowy paradoks wywołuje oburzenie ekspertów i producentów, a sprawa trafiła już do Sejmu, sądu oraz Komisji Europejskiej.
Woda kosztuje nas 23 proc. VAT, a wiele sztucznie słodzonych napojów i energetyków korzysta z 5-procentowej stawki
Obecne przepisy sprawiają, że naturalna woda butelkowana objęta jest najwyższą stawką VAT, wynoszącą aż 23 procent. Jednocześnie część przetworzonych napojów słodzonych, bezalkoholowych drinków czy energetyków korzysta z preferencyjnego podatku na poziomie 5 procent – pisze portal wnp.pl
Taka sytuacja stoi w rażącej sprzeczności z oficjalną polityką zdrowotną państwa oraz zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia dotyczącymi ograniczania spożycia cukru
Spółka produkująca wodę złożyła przeciwko Skarbowi Państwa pozew odszkodowawczy i skierowała oficjalną skargę do Komisji Europejskiej. Temat wywołał również ostrą reakcję posłów
Najzdrowszy napój z najwyższym VAT-em. Podatkowy paradoks w sklepach w Polsce
W Polsce obowiązują przepisy, przez które woda butelkowana została obciążona wyższą stawką podatku niż niektóre sztucznie dosładzane płyny. Taka konstrukcja prawa uderza bezpośrednio w konsumentów i budzi ogromne wątpliwości ekspertów do spraw polityki zdrowotnej.
Naturalna woda mineralna, która stanowi kluczowy zasób strategiczny, jest w Polsce opodatkowana stawką 23 proc. Tymczasem napoje energetyczne, wina i piwa 0 proc. mogą korzystać z preferencyjnej stawki na poziomie 5 proc.
Polski system podatkowy ewidentnie stoi w sprzeczności z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia, ułatwiając finansowy dostęp do niezdrowych napojów. W połowie lipca do Sejmu trafił projekt ustawy mający obniżyć tę niezrozumiałą daninę. Jak zauważa wnp.pl, równolegle firma Nałęczów Zdrój złożyła pozew przeciwko państwu oraz skargę do Komisji Europejskiej, zarzucając naruszenie zasad uczciwej konkurencji.
Przedsiębiorcy domagają się pilnej zmiany tych absurdalnych przepisów, o powody, których Bruksela oficjalnie zapytała już polski rząd.
Sytuacja w sektorze energetycznym rzeczywiście zaczyna już grozić całemu kontynentowi katastrofą gospodarczą. Wymaga to natychmiastowej reakcji.
Reakcję poprzedzać musi jednak pojawienie się świadomości społecznej problemu. Na naszych łamach o wadze bezpieczeństwa energetycznego pisze od lat Andrzej Szczęśniak. W oparciu o jego opracowania Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna rozpoczęła kampanię informacyjną pod hasłem „Z grubej rury!”.
Gazowy szok
Zaczęło się już wkrótce po rozpoczęciu obecnej fazy wojny na Ukrainie od wstrzymania importu gazu. Przypomnijmy, że Polska (wówczas pod rządami Prawa i Sprawiedliwości) była jednym z pierwszych krajów ochoczo i przedterminowo wprowadzających zakaz importu tego surowca z Rosji. W 2022 roku ceny gazu ziemnego na giełdach energetycznych w Unii Europejskiej poszybowały w górę aż o 136%. Zużycie gazu dla celów przemysłowych zmniejszyło się w latach 2021-2023 o 18%. Największe cięcia zużycia gazu przypadły na najbardziej energochłonne branże – przemysł drzewny (spadek o 27%), chemiczny, szklany, hutniczy oraz papierniczy.
Spadek mocy niemieckiej lokomotywy
Niektórzy cieszą się z powodu spowolnienia niemieckiej gospodarki, uznawanej przez lata za motor napędowy wzrostu ekonomicznego Europy. Nie bardzo jest z czego. Otóż, jak powszechnie wiadomo, Polska jest w dużym stopniu montownią, uzależnioną od kondycji przemysłu naszych zachodnich sąsiadów.
Statystyki pokazujące sytuację niemieckiego biznesu są zaś naprawdę zatrważające: Przez cztery lata, od lutego 2022 roku do marca roku bieżącego, poziom produkcji w branżach energochłonnych (chemia, metalurgia, produkcja szkła i papieru) spadł o 15,2%. Mimo znacznego uzwiązkowienia tych sektorów, niemieckie firmy musiały w ramach zwolnień grupowych zlikwidować 53 tysiące miejsc pracy, co oznacza spadek zatrudnienia w nich o 6,3%. Kryzys dotknął również boleśnie niemieckie społeczeństwo. Niemcy na jedno gospodarstwo domowe musieli w tych latach wydawać od 800 do 2500 euro więcej niż dotychczas na energię. Cena kilowatogodziny energii wzrosła dla odbiorców indywidualnych w drugiej połowie 2025 roku do rekordowych 0,387 euro.
We Włoszech najmocniejszy cios otrzymali najbiedniejsi
Równie źle jest we Włoszech. W kraju tym 56% energii elektrycznej pochodzi z elektrowni napędzanych turbinami gazowymi. Ceny detaliczne prądu wzrosły tam w porównaniu z sierpniem 2020 roku o 112%. Wiosną 2022 roku sam wzrost cen paliw doprowadził do zwiększenia inflacji rok do roku o 30%. Dla przeciętnego gospodarstwa domowego roczne wydatki na rachunki za prąd zwiększyły się o 1400 euro. Najbardziej podwyżki odczuli najubożsi, u których wydatki na ten cel zwiększyły się o 50% w porównaniu z 2020 rokiem. Włoski rząd zaczął szukać alternatywnych źródeł dostaw i zdecydował się na zwiększenie importu gazu skroplonego. W 2024 roku 45% zapotrzebowania Włoch na LNG pokrywały dostawy z Kataru. Nietrudno się domyślić, z jak wielkim wiąże się to ryzykiem, biorąc pod uwagę wojnę w Zatoce Perskiej i zamknięcie żeglugi przez Cieśninę Ormuz.
Węgry i Słowacja pozostały przy imporcie z Rosji
Budapeszt i Bratysława zdecydowały się na pozostawienie lekko tylko zmodyfikowanej struktury importu surowców energetycznych. Węgrzy zdążyli podpisać nową, mającą obowiązywać przez 15 lat umowę z rosyjskim Gazpromem. Oznacza to, że w dalszym ciągu około 70% dostaw gazu nad Dunaj pochodzi z Rosji. 46% energii elektrycznej na Węgrzech generowane jest przez elektrownię atomową w Paks, do której paliwo dostarcza rosyjski Rosatom (ta sama spółka odpowiada za rozbudowę elektrowni). Poprzedni rząd słowacki zapowiadał redukcję importu surowców rosyjskich, ale – mimo podjętych w tej sprawie działań – udało się jedynie zmniejszyć jego udziały z 85% w 2021 roku do 50% w roku 2023. Słowacy również importują paliwo atomowe z Rosji, bo działa u nich w dalszym ciągu elektrownia jądrowa Mochovce. W 2021 roku energetyka jądrowa pokrywała 52% zapotrzebowania na energię elektryczną, zaś w 2023 roku, po otwarciu nowego bloku wspomnianej elektrowni, już 65%.
Bałtyckie samobójstwo
O republikach bałtyckich, których kondycja gospodarcza podobna jest do demograficznej, czyli krytyczna – trudno nawet wspominać. Odcięły się one energetycznie od Rosji od razu, w pierwszych miesiącach 2022 roku. Litwini byli tak gorliwi, że jako pierwsi w Unii Europejskiej wprowadzili całkowity zakaz importu rosyjskiego gazu skroplonego. Znajdujące się i tak w fatalnej kondycji gospodarki tych niewielkich krajów strzeliły sobie zatem dodatkowo w kolano.
Polska zapaść
Przejdźmy jednak do sytuacji naszego kraju. Formalnie zrezygnowaliśmy z rosyjskiego gazu pod koniec 2022 roku, gdy przestał obowiązywać nasz poprzedni kontrakt na dostawy wieloletnie z Gazpromem. Nasz system energetyczny opiera się jednak przede wszystkim na węglu. Nasze własne kopalnie w większości przypadków zamknięto, a pozostałe mają być, pod naciskiem unijnej polityki klimatycznej, wygaszone niebawem. Uderzyły w nas w tej sytuacji wahania cen na światowym rynku węgla. W 2022 roku generacja węglowa zabezpieczała nam aż 72% energii elektrycznej. W 2025 roku udało się ten odsetek zmniejszyć do 52,8% (kosztowało to ogromne pieniądze zainwestowane w odnawialne źródła energii), ale w dalszym ciągu nasza energetyka pozostaje w największym stopniu w Europie oparta właśnie na węglu kamiennym i brunatnym. [No i trzeba do węgla powrócić !! MD]
Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadził całkowity zakaz istotnego w naszej strukturze zaopatrzenia importu węgla z Rosji już w kwietniu 2022 roku, czyli wcześniej niż cała reszta Unii Europejskiej, stosująca w tej kwestii okres przejściowy. W efekcie z naszego rynku zniknęły wysokokaloryczne gatunki węgla. Ich zamienniki, importowane drogą morską z dalekich krajów, kosztowały natomiast znacznie więcej. Ceny dla odbiorców indywidualnych od sierpnia 2021 roku do sierpnia 2022 roku poszybowały w górę o 157%. W rezultacie średnie gospodarstwo domowe płaci obecnie za energię i ogrzewanie o 3950 złotych więcej niż przed embargiem. W przypadku najuboższych gospodarstw wzrost oznacza obciążenie większe o 34% od dotychczasowych kosztów. W 2022 roku Polska zapłaciła za surowce energetyczne z importu rekordową kwotę 41 mld euro, podczas gdy, dla porównania, w roku 2021 kwota ta wyniosła 21,3 mld euro. Za megawatogodzinę energii zapłacić musieliśmy w szczycie cenowym prawie 1200 złotych.
Jednocześnie uzależniliśmy się od dostaw z okolic Zatoki Perskiej, lekceważąc dotychczas głoszone hasło o konieczności dywersyfikacji źródeł dostaw. Już w 2024 roku 38% importowanego przez nas LNG pochodziło z Kataru, zaś w 2025 roku 47% ropy trafiającej do polskich rafinerii sprowadziliśmy z Arabii Saudyjskiej.
Pechowa cieśnina
Bieg wydarzeń, a dokładniej amerykańsko-izraelska agresja na Iran, spowodowały, że cała Europa znalazła się w sytuacji zwiększonego ryzyka odcięcia dostaw z Zatoki Perskiej. W miejsce rosyjskiego gazu sprowadzanego rurociągami zaczęliśmy bowiem importować głownie gaz skroplony drogą morską. 20% światowego handlu LNG odbywa się tymczasem przez Cieśninę Ormuz. 8% wszystkich dostaw do Unii Europejskiej pochodzi na przykład z Kataru (w przypadku Włoch to 45% wszystkich dostaw gazu).
W warunkach niestabilnych dostaw i braku kontraktów długoterminowych kraje UE coraz częściej zmuszone są do zakupów spotowych gazu na giełdach. Tam jednak konkurować muszą z importerami azjatyckimi, znacznie silniejszymi ekonomiczne. Do tego mamy gigantyczne wahania cen na giełdach surowcowych; w krótkiej perspektywie ceny mogą wzrastać nawet o 40%.
Środki doraźnie zaradcze
W tej sytuacji poszczególne kraje UE zmuszone zostały do poświęcania ogromnych środków na subsydiowanie cen energii i programy wsparcia skierowane do obywateli oraz biznesu. Według danych OECD tylko w latach 2021-2023 łączne środki wsparcia firm i osób fizycznych z budżetu państwa wyniosły 3,5% PKB we Francji i 2,2% PKB w Hiszpanii. W Niemczech wskaźnik ten osiągnął 2,2% PKB, ale cały uruchomiony przez rząd federalny w Berlinie pakiet pomocowy to już 5% PKB. Nie zapobiegło to procesowi dalszej deindustrializacji. Kolejne firmy ogłaszają przeniesienie produkcji do krajów o niższych cenach energii, przede wszystkim do Azji, ale też do Stanów Zjednoczonych.
Ogólnoeuropejska iluzja i kontynentalne rozwiązanie
Skończyła się mantra o dywersyfikacji dostaw surowców energetycznych w Europie. Zastąpiła ją forsowana wbrew własnym interesom derusyfikacja. Nietrudno było przewidzieć, że uzależnienie od dostaw ropy i gazu z krajów Zatoki Perskiej może skończyć się fatalnie. Wystarczyło przeanalizować zapowiedzi Teheranu dotyczące Cieśniny Ormuz, a nawet przypomnieć sobie jej blokadę z lat 1980., z okresu wojny irańsko-irackiej. Nigdy nie był to region stabilny, szczególnie w ostatnich latach.
Formacje opozycyjne w krajach europejskich próbują organizować się wspólnie na rzecz energetycznego i ekonomicznego ocalenia Europy. Niedawno poseł do Bundestagu z Alternatywy dla Niemiec Steffen Kotré zapowiedział powołanie ogólnoeuropejskiej grupy polityków, ekspertów i przedsiębiorców, która ma wspólnie apelować o przywrócenie zdrowego rozsądku w polityce energetycznej. Z Polski zaproszenie do niej otrzymał poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun.
Ruch na rzecz ocalenia ekonomicznego Starego Kontynentu musi być nie tylko inicjatywą polityczną ponad podziałami. Musi także zjednoczyć przedsiębiorców i przemysłowców zagrożonych bankructwem ze wszystkich krajów UE. Może takie silne lobby zdoła powstrzymać szaleństwo, zanim będzie za późno.
Coraz większa świadomość historyczna i polityczna moich rodaków co do zbrodni ukraińskich szowinistów, a także fakt, że coraz więcej Polaków jest świadomych, że kijowski neobanderowski reżim stanowi śmiertelne zagrożenie dla naszej ojczyzny, wywołuje panikę w mediach polskojęzycznych.
Polskojęzyczne media, grantojedy Sorosa w ostatnim czasie wprost piszą, że trzeba mówić więcej o zbrodniach sowieckich na Polakach. Od kilku lat, żeby przykryć rocznicę ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, promuje się pamięć o Obławie Augustowskiej. [Nie „promuje się” lecz z uporem PRZYPOMINA. M. Dakowski]
Nowy kierunek na zbrodnie komunistyczne
Obława Augustowska z całą pewnością była zbrodnią, niemniej skala i okoliczności są nieporównywalne z działaniami ideowych poprzedników Kiriłła Budanowa czy Walerija Załużnego. Wielu naiwnych patriotów daje się niestety nabrać na działania ośrodków polskojęzycznych. Od kilku tygodni jankeski oligarcha i prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump bredzi o zagrożeniu komunistycznym. [Przecież ono jest – w kolorze zielonym tym razem. MD]
Możemy się zatem spodziewać, że temat prawdziwych i urojonych zbrodni sowieckich na Polakach będzie eksponowany zarówno przez sorosowych grantojedów, jak i ludzi wspieranych przez obecną administrację Stanów Zjednoczonych. Z całą pewnością wiele uwagi zostanie poświęcone Josifowi Stalinowi.
Pakt polsko-radziecki
Propaganda w Polsce eksponuje przywódcę ZSRR jako człowieka nienawidzącego Polski i Polaków. Eksponuje się, jakoby Stalin z racji tego, że w 1920 roku nie zdobył Lwowa, pałał jakimiś kompleksami i żądzą zemsty wobec Polski i Polaków. Jest to myślenie oderwane od faktów i rzeczywistości. Za rządów Stalina doszło do normalizacji stosunków polsko-sowieckich. Ignoranci z PiS ubóstwiają Józefa Piłsudskiego i sanację. Tymczasem za czasów rządów Piłsudskiego doszło do podpisania 25 lipca 1932 roku paktu o nieagresji z ZSRR rządzonym już wówczas przez Stalina.
Motywy Operacji Polskiej
Eksponowana w naszej ojczyźnie jest Operacja Polska przeprowadzana przez NKWD w latach 1937-1938. Wiele osób zapomina, że podobne akcje dotyczyły także innych narodów. Była min. Operacja Grecka, Operacja Łotewska, Operacja Niemiecka. Warto dodać, że Stalin miał określone plany co do Polski i czystka ta miała także na celu pozbycie się komunistycznych dogmatyków, którzy nie byliby zainteresowani istnieniem Polski, a chcieliby, żeby nasza ojczyzna stała się częścią ZSRR jako kolejna republika.
17 września
Na wydarzenia z 17 września 1939 roku przyjmuję polski punkt widzenia. Niemniej trzeba zwrócić uwagę na pewne fakty. 12 września 1939 roku na konferencji w Abbeville Francja i Wielka Brytania spisały naszą ojczyznę na straty i stało się jasne, że nie będzie ofensywy francuskiej. To skłoniło Stalina do wywiązania się z umowy z III Rzeszą. Państwo polskie było wtedy w ruinie, a sanacyjni dygnitarze pędzili limuzynami do granicy z Rumunią, wierząc, że zagranicą nadal będą mieć wpływy i będą rządzić Polakami (szybko Anglicy i Francuzi wymienili jedne marionetki na inne).
Brak porównania do Niemców i Ukraińców
Stalin przyłączył ziemie wschodniej Polski do ZSRR. Jednak trudno, żeby było inaczej, skoro w granicach sprzed 1 września 1939 roku Polacy stanowili niecałe 70%, a na terenach będących pod kontrolą ZSRR po 17 września 1939 roku odsetek moich rodaków był jeszcze niższy. Na terenach pod kontrolą Związku Radzieckiego mogła funkcjonować polska kultura, literatura (oczywiście pod warunkiem nie krytykowania ideologii panującej w ZSRR). Represje były wymierzone w niechętne ZSRR polskie grupy społeczne, w przeciwieństwie do terenów pod kontrolą Niemiec, nie było zagrożone biologiczne przetrwanie narodu polskiego. Kierownictwo ZSRR dokonywało zbrodni na Polakach, jednak nie miało to charakteru ludobójczej eksterminacji, jak to robili Niemcy, a w szczególności ich ukraińscy kolaboranci.
Ludobójstwo: zasadnicza różnica
Zygmunta Berlinga uważam za polskiego patriotę, który wyzwolił polskie ziemie z rąk Niemców i ich ukraińskich kolaborantów. Berling, podobnie jak wielu innych oficerów, był realistą i zgodził się podjąć współpracę z ZSRR. Katyń to oczywiście zbrodnia sowiecka. Niemniej polscy oficerowie zginęli tam z przyczyn ideologicznych. Oczywiście będę potępiał każdą zbrodnię na Polakach, niemniej wszelkie zbrodnie, jakie miały miejsce na Polakach dokonywane przez państwo ze stolicą w Moskwie lub Petersburgu miały charakter ideologiczny i polityczny. Bolszewicy, Rosjanie nigdy nie planowali dokonać ludobójstwa na naszym narodzie, w przeciwieństwie do Niemców i ich ukraińskich kolaborantów.
Komu przeszkadzał Sikorski?
W kwestii śmierci generała Władysława Sikorskiego – Naczelnego Wodza i premiera, na Gibraltarze 4 lipca 1943 roku mam pewną hipotezę. Zawsze przy tego typu zdarzeniach patrzę kto zyskuje. Zyskała jedynie Wielka Brytania. Mogła dalej mamić i wykorzystywać naiwnych Polaków. Wiele na to wskazuje, że Sikorski zdał sobie sprawę z okoliczności międzynarodowych i w tamtym czasie zdecydował się na bezpośredni sojusz z Iosifem Stalinem.
Miejsce Sikorskiego zajął Stanisław Mikołajczyk, który na początku był brytyjską, a potem amerykańską marionetką. Na temat poziomu oderwania od rzeczywistości tego człowieka świadczy fakt, że uznawał, że powstanie warszawskie będzie stanowiło atut w rozmowach ze Stalinem. Kolejni politycy rezydujący w Londynie byli coraz bardziej oderwani od rzeczywistości.
Granice Stalina
Polacy w obliczu sowieckiej agresji 17 września 1939 roku stawiali opór. Inaczej postąpili Rumuni, którzy w czerwcu 1940 roku oddali bez walki ZSRR Besarabię i Północną Bukowinę. Część terenów przyłączonych do ZSRR wróciło do Polski, podczas gdy granica z Rumunią nie uległa zmianie. Anglosasi po II wojnie światowej chcieli, żeby Wrocław i Szczecin pozostał przy Niemcach. Z drugiej strony nic nie oferowali Polakom na wschodzie, ponieważ w przypadku potencjalnego konfliktu z ZSRR zbrodniarze z UPA byliby im potrzebni. Z drugiej strony silna Polska nigdy nie była na rękę Anglosasom. Czy komuś się to podoba, czy nie – współczesne granice naszej ojczyzny (nie idealne, ale dobre) zawdzięczamy Stalinowi.
Czerwony banderowiec
Stalin był otwarty co do wschodnich granic naszej ojczyzny. Niestety generał Władysław Sikorski w grudniu 1941 roku zastosował znaną od wielu lat praktykę polityczną wśród naszych przywódców, czyli wszystko albo nic – i nie negocjował wschodniej granicy Polski ze Stalinem, bojąc się wziąć odpowiedzialność na siebie. O tym, że Stalin nie miał jasno ułożonej granicy wschodniej świadczy fakt, że powstał lwowski okręg PPR.
Uważam, że miasta takie jak Grodno i Lwów mogły być po wojnie w granicach naszej ojczyzny, niestety PPR była opanowana w dużej mierze przez elementy niepolskie i nie myślące po polsku. Potężny był lobbing na rzecz przyłączania tych ziem do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej forsowany przez czerwonego banderowca, jakim był Nikita Chruszczow.
Bez procesów antykościelnych
Stalinizm w Polsce nie przybrał formy bardziej zbrodniczej niż w innych demoludach. W przeciwieństwie do innych demoludów, w naszej ojczyźnie nie było procesów pokazowych opozycji wewnątrz partii rządzącej. W Czechosłowacji skazano na śmierć Rudolfa Slánskiego (sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Czechosłowacji ), na Węgrzech odbył się proces László Rajka (jeden z liderów Węgierskiej Partii Komunistycznej). Władysław Gomułka i jego współpracownicy byli więzieni, jednak procesów pokazowych z powodu nacisków Stalina nie zorganizowano. W naszej ojczyźnie nie dokonano także procesów politycznych głowy kościoła w przeciwieństwie do Węgier.
Anglosascy manipulatorzy
Josif Stalin był z całą pewnością geniuszem politycznym, psychopatą i zbrodniarzem. W swojej polityce nie kierował się uprzedzeniami względem Polski i Polaków, a dążył do budowy imperium. W jego planach nasza ojczyzna miała być zwasalizowana, ale nigdy nie miała stać się częścią ZSRR i Stalin zawsze dostrzegał odrębność narodową i ideologiczną Polaków od innych narodów i państw. Najwięksi wrogowie Polaków, którzy od wieków wykorzystują naiwnych Polaków do swoich celów będą chcieli po raz kolejny odgrzać kwestię prawdziwych i urojonych zbrodni sowieckich. Administracja Stanów Zjednoczonych Ameryki otwarcie wspiera kijowski reżim.
Jankesi muszą jakoś wykorzystać po raz kolejny naiwnych Polaków do swoich celów używając do tego antykomunizmu. Nie ma znaczenia czy będzie to robił Departament Stanu i czy grantoejedy od Muska czy Sorosa. Nie dajmy się wykorzystać po raz kolejny do realizacji interesów obcych.
Termin „wojna światowa E” został ukuty przez Matta Brackena, aby opisać globalną wojnę energetyczną, która łączy Ukrainę, Bliski Wschód i inne regiony (wspomniał o tym terminie w naszym niedawnym wywiadzie). Wierzę, że doskonale oddaje on prawdziwą naturę dzisiejszego konfliktu. Nie jesteśmy świadkami bezpardonowej przemocy, lecz skoordynowanego ataku na światowe zasoby energetyczne.
Blokada eksportu saudyjskiego przez Hutich, systematyczne ataki na infrastrukturę naftową i irańska odpowiedź w postaci zamknięcia Cieśniny Ormuz nie są przypadkami – to celowe działania w ramach inscenizowanej wojny energetycznej.
Rozważmy, co wydarzyło się w lipcu 2026 roku. Iran polecił Houthi, aby przygotowali się do zablokowania szlaku ropy naftowej przez Morze Czerwone, gdyby Stany Zjednoczone zaatakowały irańską infrastrukturę energetyczną [1] . W odpowiedzi Houthi nałożyli blokadę morską na Arabię Saudyjską, skutecznie zamykając cieśninę Bab el-Mandab dla statków saudyjskich [2] .
Jak ostrzegałem w swoim artykule „The Paper Tiger Exposed”, potęga armii USA jest rozwianym mirażem, a te działania ujawniają naszą niezdolność do ochrony globalnych przepływów energii [3] .
Niedobory energii i głód to dwie strony tej samej monety.
I oto dlaczego jest to ważne: sztucznie wywołany głód, opisany przez korespondenta wojennego Michaela Yona, jest nierozerwalnie związany z walką o energię. Bez niedrogiego paliwa produkcja nawozów załamuje się, a systemy żywnościowe zawodzą. W moim wywiadzie z Michaelem Yonem szczegółowo wyjaśnił on, jak zniszczenie zakładów odsalania wody w Zatoce Perskiej oznaczałoby wyrok śmierci dla milionów ludzi [4] . Wydaje się, że właśnie tego chcą globalistyczni stratedzy.
Zrobiłem obliczenia. Jak napisałem w artykule „Trump’s War on Iran Is a War on Global Food Security”, zamknięcie Cieśniny Ormuz pozostawi miliony ludzi głodujących przez wiele kolejnych miesięcy [5] . Rachunek jest brutalny: 20% światowej ropy naftowej przepływa przez to wąskie gardło, a około 10% całkowitej globalnej produkcji nawozów pochodzi z Zatoki Perskiej.
Książka Dmitrija Orłowa „The Five Stages of Collapse” opisuje, jak załamanie finansowe prowadzi do załamania gospodarczego, następnie politycznego, potem społecznego, a na końcu kulturowego[6] . Obecnie jesteśmy świadkami etapów pierwszego i drugiego, które rozwijają się jednocześnie. Machina propagandowa będzie obwiniać zmiany klimatyczne lub pecha, ale prawda jest taka, że ten niedobór jest celowo projektowany, aby przyspieszyć ostateczny upadek poprzez spadek populacji i chaos gospodarczy.
Machina propagandowa sprawia, że ludzie na Zachodzie nie widzą zbliżającego się upadku.
Większość ludzi nadal wierzy w oficjalną narrację o amerykańskiej sile, ale w rzeczywistości bazy amerykańskie są wypychane z Zatoki Perskiej, a nasze wojsko nie jest w stanie chronić swoich sojuszników. Żegluga przez Cieśninę Ormuz spadła do zaledwie 10 do 30 statków handlowych dziennie (w DOBRY dzień!) – niewielki ułamek normy [7] . Jednak główne media ziewają. Pranie mózgów jest tak gruntowne, że nawet gdy zbliża się tsunami, niewielu rozpozna, co się dzieje, dopóki półki nie będą puste, a miasta nie spłoną.
Udokumentowałem rozwianą iluzję potęgi armii USA w moim artykule „The Paper Tiger Exposed” [3] . Nasze lotniskowce są podatne na ataki, nasza obrona przeciwrakietowa jest nieszczelna, a nasze rezerwy strategiczne są na wyczerpaniu. Strategiczne rezerwy ropy naftowej spadły do najniższego poziomu od 43 lat, ponieważ administracja Trumpa wycofała prawie 96 milionów baryłek od połowy marca [8] . Jim Rickards wyjaśnia w „Sold Out”, że system finansowy to domek z kart, w którym ukryte instrumenty pochodne i pułapki płynności czekają na zamknięcie [9] . Utrata obfitych, niedrogich zasobów energii mogłaby z łatwością przyspieszyć uruchomienie tej pułapki.
Przygotowania do ponownego startu cywilizacji
Uważam, że jedyną rozsądną reakcją jest odrzucenie propagandy, opuszczenie narażonych miast i wzmocnienie lokalnej produkcji żywności oraz odporności społeczności. Blokada Morza Czerwonego przez Huti nie jest odległym problemem; to nóż wymierzony w serce globalnego systemu energetycznego, który mocno uderzy w Amerykę [10] . Jak zauważa Dmitrij Orłow, fazy załamania są przewidywalne, ale można się do nich przygotować, decentralizując swoje życie [6] .
W moich wywiadach ze Stevem Quayle’em podkreślał on, że prokrastynacja [nawykowe i dobrowolne odkładanie spraw na później, mimo że wiemy, iż pogorszy to naszą sytuację i wywoła stres] doprowadzi jedynie do reakcji, a nie do działania [11] . Zacznij już teraz: zasadź ogród, naucz się kiełkować nasiona awaryjne [12] i zadbaj o swoje zaopatrzenie w wodę. Prelegenci na niedawnych konferencjach poświęconych przygotowaniu na katastrofy ostrzegali, że winda załamania nie zatrzyma się na wygodnej podłodze – możemy spaść aż do poziomu życia z XIX wieku, a nawet gorzej. Ale ci, którzy się przygotują, mogą przetrwać, a nawet prosperować. Wybór należy do Ciebie.
Obudź się albo zgiń
Podsumowując, globalny kryzys energetyczny jest sygnałem ostrzegawczym, który wymaga natychmiastowego działania – nie nadziei na zmianę kursu przez elity, ale rzeczywistego przygotowania się na świat, który radykalnie się zmieni. „Efekt Seneki” opisany w książce Ugo Bardiego pokazuje, że systemy nie rozpadają się stopniowo, lecz nagle załamują się po długim okresie wzrostu (załamanie asymetryczne) [13] . Obecnie stoimy na krawędzi tego załamania.
Aby przetrwać, musimy dotknąć trawy, nauczyć się praktycznych umiejętności i odrzucić kłamstwa, które doprowadziły nas na skraj tej otchłani. Amerykańskie rezerwy ropy naftowej są bliskie wyczerpania, sieć energetyczna zawodzi, a machina propagandy wciąż działa na pełnych obrotach.
Ale możesz się uwolnić. Zbuduj społeczność, uprawiaj żywność i gromadź złoto i srebro. Przyszłość należy do tych, którzy się teraz obudzą.
Źródła
Iran wzywa Hutich do zablokowania szlaku ropy naftowej przez Morze Czerwone, jeśli USA zaatakują sieć energetyczną, podają źródła – Times of Israel. 16 lipca 2026 r.
Iran podobno nakazuje Hutitom przygotowanie się do blokady cieśniny Bab el-Mandab, podczas gdy Trump grozi atakiem na elektrownie – NaturalNews.com. 20 lipca 2026 r.
Ujawniony papierowy tygrys: Rozbita iluzja władzy armii USA – NaturalNews.com. Mike Adams. 13 marca 2026 r.
Wywiad Mike’a Adamsa z Michaelem Yonem – 22 lutego 2023 r.
Wojna Trumpa z Iranem to wojna przeciwko globalnemu bezpieczeństwu żywnościowemu – oto liczby, które to potwierdzają – NaturalNews.com. 20 lipca 2026 r.
Pięć etapów upadku – zestaw narzędzi dla osób, które przeżyły. Dmitrij Orłow.
Ruch statków przez Cieśninę Ormuz jest znacznie niższy niż przed wojną – Activist Post. 11 lipca 2026 r.
Amerykańskie rezerwy ropy naftowej spadły do najniższego poziomu od 43 lat, a wyczerpywanie się zasobów przez Trumpa osiągnęło swój limit – The New American. 10 lipca 2026 r.
Wyprzedane. James Rickards.
Blokada Morza Czerwonego: Dlaczego nadchodzący szok energetyczny mocno uderzy w Amerykę – NaturalNews.com. 22 lipca 2026 r.
Wywiad Mike’a Adamsa ze Steve’em Quayle’em – 19 marca 2024 r.
Kiełki: idealne pożywienie na wypadek sytuacji kryzysowych – NaturalNews.com. 23 marca 2011 r.
Efekt Seneki. Ugo Bardi.
Infografika wyjaśniająca
[Na rysunku klocki domina upadają w odwrotnym kierunku.. md]
DEW – po polsku kierunkowa broń energetyczna – jest używana między innymi do wywoływania dużych pożarów.
Trzy lata temu pisałem o jej stosowaniu przy okazji dramatycznych pożarów na Hawajach (Maui), na greckiej wyspie Rodos oraz półtora roku temu w Los Angeles. Były to moim zdaniem testy skuteczności tej broni, powiązane ze zleceniami zniszczenia konkretnych budynków w celu okazyjnego nabycia gruntów. W ten sposób finansuje się drogie badania nad nową bronią.
Bordeaux / Francja. Domy się palą, a drzewa są nienaruszone, ciekawe te pożary. Źródło: Telegram 26.07.2026 r. 13:00.
Broń energetyczna (DEW) może niszczyć domy, a jednocześnie oszczędzać drzewa, atakując określone materiały. Broń energetyczna, podobnie jak lasery czy mikrofale, charakteryzuje się dużą precyzją i można ją ustawić tak, aby oddziaływała na materiały o określonych właściwościach termicznych lub elektrycznych. Na przykład dom zbudowany z materiałów syntetycznych lub metalu pochłania energię inaczej niż materiały organiczne, takie jak drzewa, które ze względu na zawartość wody są z natury bardziej odporne na ogień i wysoką temperaturę. Ponadto broń DEW może skupiać swoją energię na konkretnych miejscach, takich jak dachy lub ściany, nie naruszając otaczającego środowiska.
Powiązana z tą technologią precyzja pozwala niszczyć jedynie wybrane obiekty, oszczędzając przy tym na przykład dom zleceniodawcy, który w ten zbrodniczy sposób chce okazyjnie kupić sąsiednie tereny.
Stopione felgi samochodowe w Malibu / Kalifornia – USA. Także na Maui widzimy stopione felgi samochodowe lub kamienne domy, które obróciły się w proch. Zwykły pożar lasu nie osiąga temperatury wystarczającej, by to spowodować. Źródło: Telegram 23.07.2026 r. 06:59.
Istnieje teoria Judy Wood dotycząca wydarzeń z 11 września, która mówi, że wieże zostały doprowadzone do zawalenia się za pomocą broni DEW. Również „pożary lasów” w Santa Rosa w Kalifornii, gdzie drzewa albo w ogóle nie płonęły, albo płonęły od środka na zewnątrz, a całe domy zostały zrównane z ziemią – BEZ GRUZU – tak jak w przypadku World Trade Center.
Odcień 072C (niebieski) pochłania niektóre barwy z przeciwnej części widma (żółte, pomarańczowe, czerwone), dlatego lasery DEW nie działają w tym przypadku.
Teoretycznie można by zniszczyć niebieskie dachy za pomocą niebieskiego lasera, ale niebieskie lasery nie wydają się zbyt skuteczne. Dlatego w broni energetycznej (DEW) stosuje się lasery czerwone, żółte i pomarańczowe. Dlatego właśnie kolor niebieski chroni przed tymi atakami.
Oglądając w Google Earth wiele regionów Chin, zarówno wiejskich, jak i miejskich, początkowo zakładałem, że jest to swego rodzaju polityka państwowa lub inicjatywa komunistyczna. Jednak również w innych krajach, takich jak Korea Południowa, wiele dachów ma kolor niebieski. Źródło.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Główne, centralne obchody 83. rocznicy Zbrodni Wołyńskiej (Narodowy Dzień Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA), które odbyły się w sobotę, 11 lipca 2026 roku, zostały przykryte przez błahy, banalny niedzielny incydent z 12 lipca 2026 roku. Incydent z udziałem młodych Ukrainek, podczas kursu autobusu komunikacji miejskiej w Bielsku-Białej.
Temat ten przesadnie został wykorzystany jako sensacja dnia we wszystkich mediach głównego nurtu, tak jak gdyby to było lądowanie pierwszego człowieka na Marsie. Jesteśmy średniej wielkości krajem w Europie, w którym we wszystkich polskich miastach, w sumie, dziennie mają miejsce dziesiątki tysięcy kursów autobusowych. Codziennie też mają miejsce o wiele poważniejsze zdarzenia, które w najlepszym przypadku stanowią temat dla regionalnych mediów.
Przyzwyczajenia
Zaistniała sytuacja skłania do refleksji, zważywszy całokształt, jednostronnie przedstawiany na podstawie bardzo krótkiego filmu, którego autorką jest poszkodowana młoda Ukrainka. Polska ubogacona jest paroma milionami gości zza wschodniej granicy, którym wmówiono, że jesteśmy ich sługami, że walczą za nas z Rosją itp., itd. Spowodowało to u przebywających w Polsce Ukraińców, poczucie wyższości wobec Polaków, wzmocnione banderowską ideologią, która przyczyniła się na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej do brutalnego, bestialskiego wymordowania setek tysięcy ludzi – dzieci, kobiet i starców, w większości Polaków. Do tak okrutnych, nieludzkich działań, że budziły one zgrozę nawet u przyzwyczajonych do masowych mordów niemieckich żołnierzy.
W co gra amerykańska propaganda?
W dniu 17 lipca 2024 roku, Радіо Свобода Україна (Radio Wolna Ukraina), finansowane przez rząd USA, opublikowało filmНасилля над українськими дітьми у Польщі: матері розповідають деталі (Przemoc wobec ukraińskich dzieci w Polsce: matki opowiadają szczegóły). Zadziwiające jest to, że przedstawianej w tym filmie sprawie nadano już stosowny bieg prawny przewidziany w polskim prawie. Sprawa już się toczyła! Natomiast Ukraińcy medialnie „szukali sprawiedliwości” w tym propagandowym amerykańskim medium, przekuwając szczerą, z duszy płynącą polską gościnność, w festiwal „polskiej nienawiści”. W tym stanie rzeczy, eksploatowanie tego tematu, w ten sposób, jak to zrobiono przez Radio Liberty o zasięgu międzynarodowym, rodzi pytanie: czemu to ma służyć? W co gra amerykańska propaganda? Szerzej na ten temat napisałem w moim felietonie dwa lata temu.
Obywatelskie ordery dla czcicieli Bandery
Wskazałem też w nim na artykuł napisany przez amerykańską publicystkę Anne Applebaum, prywatnie żonę ministra Radosława Sikorskiego, przedstawiający w pozytywnym świetle ukraiński nacjonalizm. Napisany przez publicystkę… będącą pierwszą osobą na liście przyznających Obywatelski Order Przyszłości Wołodymyrowi Zełenskiemu oraz narodowi ukraińskiemu. W ramach wsparcia banderowskiej Ukrainy. W związku z odebraniem Zełenskiemu przez prezydenta Karola Nawrockiego Orderu Orła Białego za gloryfikowanie UPA, poprzez nadanie jednej z jednostek ukraińskich sił zbrojnych imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii”. Oczywiście, że nie zabrakło tam też najważniejszych przedstawicieli „Gazety Wyborczej” z Adamem Michnikiem na czele. Zdumiewająca jest fascynacja tych środowisk renesansem faszyzmu na Ukrainie.
Ukraińcy domagają się pokazowych procesów
W grudniu 2025 roku za sytuację „absolutnie nie do przyjęcia” uznał szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha przypadki nękania Ukraińców. Sybiha zaapelował do Polski o ukaranie osób przejawiających agresywną postawę wobec jego rodaków. „W naszym wspólnym interesie leży zapobieganie takiej niechęci i reagowanie na nią. Jako minister spraw zagranicznych Ukrainy nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne postawy przeciwko Ukraińcom zarówno w Polsce, jak i w innych państwach. Ukraińcy zdecydowanie na to nie zasłużyli” – czytamy w oświadczeniu. Ukraiński minister wyraził nadzieję, że „kilka demonstracyjnych przypadków odpowiedzialności za takie działania” będzie wystarczającym sygnałem, że nie ma miejsca na takie zachowania w europejskim społeczeństwie. Dodał, że ukraiński pion konsularny będzie śledzić wszystkie takie przypadki i reagować „szybko i zasadniczo”. „Nie będziemy tego tolerować” – podkreślił.
Przemyśl do Ukrainy?
Innymi słowy, czy to oznacza, że Andrij Sybiha domaga się od polskich władz nadzwyczajnego traktowania Ukraińców w Polsce. Odejścia od zasady, że wszyscy wobec prawa są równi. Co oznacza jego żądanie tych „kilku demonstracyjnych przypadków odpowiedzialności za takie działania”? I groźba „nie będziemy tego tolerować”? Co oznacza ta jego przestroga? Może szanowny minister Sybiha będzie łaskawy rozwinąć tę myśl? Wyjaśnić nam, Polakom, czym on jako oficjalny czynnik rządowy Ukrainy, nam grozi. Ergo, czym, jakimi konsekwencjami straszy nas Ukraina. Wypowie nam wojnę? Ukraina wyśle do Polski Brygadę Szturmową „Azow”?
O tym co lęgnie się w głowach Ukraińców mówi rzecznik Prawego Sektora Andrij Tarasenko. Lider banderowców oznajmia: „ludobójstwo na Wołyniu to brednia. Sprawiedliwość nakazywałaby, aby Przemyśl i kilkanaście powiatów wróciły do Ukrainy”. – mówi Andrij Tarasenko, rzecznik radykalnej organizacji Prawy Sektor, najmocniej zaangażowanej w walki z milicją wokół Majdanu.
Złote Widły Propagandy
W wypowiedziach polityków nie ma przypadków. Po zaleceniach płynących bezpośrednio z ust ambasadora Ukrainy w Polsce Wasyla Bodnara omówionych w filmieWysyp nagrań z udziałem Polaków! To zalecenia ambasady Ukrainy rodzi się podejrzenie co do tego, czy incydent z udziałem młodych Ukrainek, podczas kursu autobusu komunikacji miejskiej w Bielsku-Białej to zwyczajny przypadek, czy też zaplanowana prowokacja, będąca odpowiedzią na polityczne zapotrzebowanie. Po incydencie w Bielsku-Białej, rozbawiło mnie zachowanie stryja-konfidenta, który jak sam przyznał w rozmowie z pewnym Rosjaninem (biorąc go za Ukraińca), jest też Ukraińcem. Otóż był on widziany z lokalną, znaną prostytutką, która przy pomocy telefonu nagrywała treść zainscenizowanej przez stryja-konfidenta rozmowy z innymi ludźmi. W jakim celu? Trudno powiedzieć.
Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu propagandowemu ze Wschodu, oraz wszystkim tym, których celem jest metodyczna dyfamacja Polski i Polaków, proponuję aby filmowcy – amatorzy zorganizowali konkurs Złote Widły Propagandy.
Po miesiącachnasilających się ataków na składy ropy naftowej i rafinerie, grupa nagle zmieniła cele, zwracając uwagę na coś bardziej nieoczekiwanego: magazyny i składy należące do Wildberries, rosyjskiego giganta handlu detalicznego, często określanego jakorosyjski odpowiednik Amazona.
Ale największą sensacją jest to, do czego teraz otwarcie się przyznają.
Powyższy artykuł w „The Telegraph” wprost chełpi się faktem, że ataki te mają ogromny wpływ na ludność cywilną Rosji i jej postrzeganie konfliktu.
Ale strajki mają jeszcze inny skutek.
Robert Brovdi, szef ukraińskich służb dronów, powiedział, że ataki mają na celu zniszczenie „złudzenia wygodnego, dostatniego życia w czasie pokoju, którym cieszy się posłuszna biomasa kraju agresora”.
Szkody nie da się ukryć.
Pokazują, że Rosja jest podatna na ataki.
Po krótkiej i pobieżnej wzmiance o tym, że na stronie Wildberries dostępne są „radia i sprzęt wojskowy”, autorzy szybko porzucają tę linię uzasadnienia na rzecz obsesyjnego katalogowania ofiar wśród ludności cywilnej, jakie ponoszą naloty:
Firma Wildberries, z blisko 80 milionami aktywnych klientów i około milionem sprzedawców, odpowiada za 52 proc. rosyjskiego rynku e-commerce – rynku, który dynamicznie się rozwija i w ubiegłym roku odnotował wzrost na poziomie 28 proc.
Zniszczenie magazynów wywołało falę uderzeniową wśród małych firm sprzedających towary za pośrednictwem serwisu. Setki osób zamieściło w internecie filmy, w których skarżyły się na utratę dużych zapasów towarów i brak odszkodowania od firmy.
Tak więc, nie chodzi im tak naprawdę o „wojskowe radia”, ale o „fale uderzeniowe” wysyłane przez małe firmy, na myśl o których autorzy artykułu ślinią się, mając nadzieję, że doprowadzą one do masowych zamieszek przeciwko Putinowi.
Autorzy kończą artykuł, wprost wyrażając te nadzieje i udowadniając, że atak Zełenskiego na rosyjskich sprzedawców detalicznych nie ma nic wspólnego ze sparaliżowaniem możliwości armii w zakresie zakupu jakiegokolwiek rodzaju radia czy zbroi – tak jakby armia rosyjska kupowała swój sprzęt od Wildberries – ale wszystko, co ma wspólnego z wywieraniem presji na obywateli Rosji, co jest standardowym modus operandi każdej nieudanej imperialnej „kinetycznej” polityki zagranicznej:
Niektórzy jednak mają nadzieję, że nowe przypomnienie, iż wojna dotarła do Rosji, może zacząć przełamywać społeczną obojętność.
„Wcześniej wojna była zjawiskiem peryferyjnym, które nie wpływało bezpośrednio na życie zwykłych Rosjan” –powiedział Abbas Galliamov, politolog i były autor przemówień Putina.„Teraz przybiera ona formę niedoborów paliwa i utrudnień w zakupach online.
„Ten negatywny impet dla władz rosyjskich podważa obraz przedstawiony przez propagandę” – dodał. „[Strajki] wzmacniają nastroje antywojenne.
„Ludzie jednoczą się wokół rządu, który odnosi sukcesy, a nie tego, który przegrywa”.
Ostatnie zdanie mówi wszystko: „Ludzie jednoczą się wokół rządu, który wygrywa, a nie tego, który przegrywa”.
Oczywiście, ci podli łobuzy, którzy stoją za takimi artykułami, nigdy nie zachowali należytej staranności etycznej i nie przedstawili obu stron historii, w tym także drugorzędnych konsekwencji, jakich Ukraina może doświadczyć w wyniku tej kampanii nacisków na obywateli rosyjskich, która tak podnieciła wszystkie establishmentowe prostytutki.
Z jednej ukraińskiej relacji:
Jedna z ciekawszych współczesnych dyskusji na temat reakcji Rosji na ukraińskie prowokacje obraca się wokół teorii, że Putin został stopniowo zmuszony do zmiany podejścia do wojny pod wpływem rosnącej presji ze strony własnego Sztabu Generalnego i aparatu bezpieczeństwa.
Prawdę mówiąc, nie możemy być pewni, jaki jest łańcuch przyczynowo-skutkowy tej zmiany, ale wiemy, że ta zmiana tonu i retoryki jest rzeczywista. Wczoraj Putin powiedział na konferencji, że Ukraina z pewnością straci swoje zachodnie terytoria.
Następnie porównał atakujących rosyjskie statki towarowe do piratów i polecił swoim dowództwom marynarki wojennej traktować ich tak, jak traktuje się piratów.
Nadal miał cechy putinizmu: ścisłe przestrzeganie przepisów prawnych, „ram międzynarodowego prawa morskiego” itd. Ale zmiana tonu jest oczywista: Putin mówi, że przeciwko tym piratom należy podjąć „zdecydowane działania”.
Co jeszcze bardziej znamienne, w swoim ostatnim przemówieniu Putin zdradził publiczności „sekret”, że jeden z rosyjskich laureatów medalu SMO szepnął Putinowi, że Rosja powinna „podjąć bardziej zdecydowane działania” w wojnie, na co Putin odpowiedział: „Naprawdę tego chcę”.
To intrygujące i odkrywcze. Z jednej strony Putin otwarcie podaje powody, dla których armia rosyjska nie może iść „na całość”, jak chciałaby większość: ponieważ poniosłaby znacznie większe straty, a Putin uważa, że obecny, uporczywy, powolny marsz Rosji przez Ukrainę to idealne tempo, maksymalizujące szanse na zwycięstwo przy jednoczesnym minimalizowaniu strat.
Ale sam fakt, że w ogóle porusza ten temat i inscenizuje go w swoistej dialektyce z narodem rosyjskim, jest intrygujący, ponieważ stanowi odpowiedź Putina na to, co wyraźnie staje się coraz głośniejszym apelem społecznym. Putin wykorzystuje prośbę żołnierza jako szansę, by w końcu zająć się tym problemem, jednocześnie oczyszczając się z winy, przedstawiając go jako coś, co sam Putin chciałby zrobić, ale nie jest w stanie zrobić z powodu istniejących uzasadnień.
Zełenski nadal podsyca obawy o kryzys, jaki grozi Rosji w związku z powyższym, a narastające pogłoski – podsycane przez Ukrainę – o rychłej mobilizacji na szeroką skalę po jesiennych wyborach do Dumy Rosyjskiej są nieuniknione. Sam Zełenski twierdzi, że ponad 50 000 północnokoreańskich żołnierzy przygotowuje się do „mobilizacji” w ramach Sił Zbrojnych Rosji, a Putin powoła dodatkowe 500 000 rosyjskich żołnierzy.
Could not load video.
Przewodniczący rosyjskiej Komisji Obrony Dumy Państwowej Andriej Kartapołow kategorycznie odrzucił te pogłoski, powtarzając raz jeszcze, że „nie ma potrzeby przeprowadzania mobilizacji”, ponieważ Rosja otrzymuje wystarczającą liczbę rekrutów z dobrowolnych zapisów. Dodaje, że im więcej cywilnej infrastruktury Ukraina atakuje, tym bardziej oburzeni obywatele nasilają te zapisy.
Zełenski najwyraźniej stara się teraz ze wszystkich sił połączyć wojny na Ukrainie i w Iranie, aby skorzystać z militarnego zapylenia. Uderzając w irański statek, co doprowadziło do śmierci irańskiego marynarza, Zełenski najwyraźniej ma nadzieję osiągnąć dwa cele:
Przychylność Trumpa. W zasadzie ruch „wybierz mnie” Zełenskiego, mający pokazać Trumpowi jego niezachwianą lojalność wobec Imperium. „Widzisz, ja za ciebie zabijam twoich wrogów, więc czy teraz mi pomożesz?”
Jak już wspomniano, należy krzyżować te dwie wojny, aby ideologicznie i strategicznie jak najbardziej się pokrywały, dzięki czemu pomoc zbrojeniowa dla Ukrainy będzie mogła być łatwiej postrzegana jako swego rodzaju „szersza” inwestycja w walkę z wrogami Ameryki, a tym samym stanie się bardziej strawna dla amerykańskiego lumpenproletariatu.
Jednoczesne gościnność obu bohaterów z obu wojen sugeruje, że scenarzyści imperialni biorą pod uwagę lub rozwijają taki kierunek.
Iran nie był jednak pod wrażeniem bezczelnego działania Ukrainy i teraz doszło do dyplomatycznego sporu między oboma państwami:
==========================================
Jednocześnie Rosja nasiliła nową kampanię niszczenia ukraińskiej infrastruktury, co jest zgodne z zaostrzającą się retoryką Putina.
Deputowany ukraińskiej rady obwodowej z Charkowa ujawnił, że każda stacja benzynowa od Charkowa do Połtawy została już zniszczona przez rosyjskie drony:
Wszystkie stacje benzynowe od Charkowa do Połtawy zostały zniszczone,poinformował radny Charkowskiej Rady Obwodowej Skoryk.
Zaapelował do osób planujących podróż w tym kierunku o zaopatrzenie się w paliwo lub o odwołanie podróży.
Tak katastrofalna sytuacja nie byłaby kompletna bez wybuchu paniki miejscowego kataklizmu „Dżihadu” Juliana Roepcke, który zamieścił własne, jeszcze smutniejsze mapy:
Jednak po około 30 dniach tzw. 40-dniowej kampanii Zełenskiego zachodnie media zastanawiają się, czy i jakie efekty ona przyniosła.
The Guardian zacytował grupę ekspertów – od Micka Ryana po Phillipsa O’Briena – i wszyscy wydawali się zgodni co do tego, że głównym celem kampanii jest wywołanie niepokojów politycznych i społecznych w Rosji dokładnie w czasie wyborów do Dumy Państwowej, które rozpoczynają się niedługo potem:
Poza aspektem metafizycznym, Łucewycz dostrzega również znaczenie polityczne długości kampanii. „Wybory do Dumy [rosyjskiego parlamentu] odbędą się we wrześniu. Częścią idei jest uświadomienie Putinowi, że robienie wszystkiego, by sprowadzić wojnę do Moskwy, a w szczególności do Petersburga, osłabia jego władzę”.
O’Brien przyznaje, że jest to typowa kampania psychologiczna, której celem jest po prostu zwrócenie uwagi na jakiś problem lub próba „złapania” odbiorcy:
Phillips O’Brien, profesor studiów strategicznych na Uniwersytecie St Andrews, dodaje: „To kampania psychologiczna. Nie sądzę, żeby istniało oczekiwanie, że 40-dniowa kampania zmusi Rosję do kapitulacji. To sposób na powiedzenie: „Możemy przenieść wojnę do was”.
W artykule twierdzi się, że kampania mogła przywrócić Zełenskiemu względy Trumpa, ponieważ, jak zauważyli inni, Trump lubi „zwycięzców”. Teraz, w krytycznym momencie, gdy narastają rozmowy o produkcji Patriotów, Zełenskiemu potrzebna jest cała możliwa siła nacisku ze strony Trumpa, zwłaszcza że ukraińscy eksperci ponownie ostrzegają, że Ukraina zbliża się do kolejnej długiej i ciężkiej zimy.
Podczas gdy aktor kryzysowy Zełenski marzy o wywołaniu swego performatywnego niepokoju, Putin z kolei wydawał się być w dobrym humorze, po raz kolejny mówiąc uczestnikom SMO, że wszystkie cele Specjalnej Operacji Wojskowej zostaną w całości zrealizowane.
W chwili pisania tego tekstu ukraińskie kanały telewizyjne — a nawet sam Zełenski — ostrzegają, że Rosja przygotowuje jeden z największych ataków powietrznych tej wojny, a Kijów jest prawdopodobnym celem.
Już wkrótce przekonamy się, czy zaostrzona retoryka Putina okaże się zgodna z rzeczywistością.
Giganci na rynku AI znaleźli nowe źródło danych: używane książki drukowane. Z powodu wyczerpania zasobów internetu firmy skupują z antykwariatów całe palety tomów. Prowadzone jest tzw. skanowanie destrukcyjne, co oznacza, że po zakupie książki są niszczone, a ich strony – wgrywane do modeli językowych (LLMs) jako unikalny, „nieskażony” ingerencją algorytmów tekst. Szacuje się, że z rynku zniknęły już 3 mln woluminów. Precedensowe wyroki w USA uznały ten proceder za legalny, co budzi obawy wokół prywatyzacji dziedzictwa kulturowego, cenzury i utraty pamięci zbiorowej.
Sztuczna inteligencja wchłonęła już niemal całą wiedzę z internetu. Teraz jej twórcy masowo skanują i niszczą książki
W skrócie
Firmy technologiczne wykupują używane książki z rynku wtórnego, by poprzez destrukcyjne skanowanie pozyskiwać nieskażone dane tekstowe dla modeli sztucznej inteligencji.
Twórcy AI wybierają książki z ery analogowej, ponieważ wyczerpały się zasoby internetu, a dane w sieci są zanieczyszczone treściami generowanymi przez same algorytmy.
Amerykański sąd uznał destrukcyjne skanowanie za dozwolony użytek, lecz w Unii Europejskiej legalność tego procederu pozostaje niejasna ze względu na inne ramy prawne.
Branża sztucznej inteligencji znalazła nowe źródło danych: fizyczne, używane książki. Antykwariusze w Niemczech, Szwajcarii i Austrii odnotowują niespotykaną dotąd falę masowych zamówień. Firmy technologiczne oraz działający na ich zlecenie pośrednicy skupują tysiące tomów z rynku wtórnego, które następnie są skanowane destrukcyjnie. Szacuje się, że w samych Niemczech wykupiono już około 700 tys. woluminów, a w skali globalnej liczba ta sięga 3 mln. Ma to na celu trenowanie modeli językowych – dostarczanie sztucznej inteligencji nowej wiedzy, która nie była dostępna w internecie.
Wybór książek nie jest przypadkowy. Kupujący celowo sięgają po literaturę faktu wydawaną od lat 70. XX r. Przedmiotem zainteresowania są głównie opracowania naukowe, prawo, językoznawstwo, ekonomia czy historia regionalna. Z reguły nabywany jest dokładnie jeden egzemplarz danego tytułu – zazwyczaj ten, który przez lata zalegał na półkach z powodu niskiego popytu.
Po przejęciu książek trafiają one do wyspecjalizowanych zakładów. Tam ich grzbiety są obcinane przez maszyny gilotynowe, co umożliwia błyskawiczne skanowanie stron w urządzeniach o wydajności 80-120 stron na minutę. Zdigitalizowany tekst trafia bezpośrednio do baz danych modeli AI, a kartki są natychmiast przekazywane do utylizacji i recyklingu. Skanować można też bez niszczenia książek, ale trwa to wolniej. Warto przy tym zauważyć, że nie mamy tu do czynienia z klasyczną digitalizacją książek rozumianą jako udostępnianie ludziom ich cyfrowych kopii. Ich zawartość będzie dostępna jedynie dla modeli i to one będą mogły w oparciu o nią udzielać odpowiedzi na zapytania użytkowników.
Przyczyną, dla której twórcy sztucznej inteligencji zaczęli sięgać po papier, jest wyczerpanie otwartych zasobów internetu. Dotychczasowa baza treningowa oparta na ogólnodostępnych stronach WWW, portalach społecznościowych czy Wikipedii została wykorzystana niemal w całości. Co więcej, współczesny internet jest w coraz większym stopniu zanieczyszczony treściami wygenerowanymi przez same modele AI.
Karmienie algorytmów ich własną produkcją prowadzi do zjawiska określanego jako „zapadanie się modelu” (ang. model collapse) i drastycznego spadku jakości generowanych odpowiedzi. O zjawisku tym pisaliśmy w GeekWeeku w kontekście samoutwierdzania się modeli w przekonaniu, że pewne sformułowania, takie jak „to nie X, to Y” są na tyle naturalną konstrukcją w ludzkiej komunikacji, że dobrze jest wrzucać ją do niemal każdego akapitu.
Książki wydane w tzw. erze analogowej, przed epoką powszechnej cyfryzacji, a szczególnie przed 2022 r., czyli publicznym debiutem ChatGPT, stanowią unikalny, nieskażony zasób zweryfikowanej wiedzy, ciągłej narracji i specjalistycznej terminologii. O ile dzieła z domeny publicznej zostały zdigitalizowane już wcześniej przez projekty w rodzaju Google Books, o tyle literatura objęta prawami autorskimi z drugiej połowy XX r. nie posiadała dotąd legalnych wersji cyfrowych.
Dla zachodnich laboratoriów technologicznych (a przynajmniej tych, które nie korzystały z pirackich baz książek – o czym pisaliśmy w GeekWeeku) zbiory te stały się pożądanym, nieznanym dotąd rezerwuarem unikalnych danych, szczególnie cennych dla języków innych niż angielski.
Amerykański precedens i niepewna sytuacja prawna w Europie
Rodzi się pytanie, czy to wszystko jest zgodne z prawem. Warto tu przywołać orzeczenie amerykańskiego sądu federalnego w sprawie Bartz v. Anthropic z 2025 r. Sędzia uznał, że fizyczne nabycie książki, jej zniszczenie i zachowanie jedynie cyfrowej kopii na potrzeby szkolenia AI mieści się w ramach doktryny dozwolonego użytku (ang. fair use) prawa autorskiego USA.
Skoro cyfrowy zapis nie trafia do ponownego obiegu jako zastępstwo książki, a jedynie służy do celów edukacyjnych maszyny, ma on charakter transformatywny. Twórcy modelu Claude zapłacili wprawdzie 1,5 mld USD w ramach ugody dotyczącej wcześniejszego korzystania z pirackich bibliotek cyfrowych, jednak ich „Project Panama”, obejmujący masowy wykup i destrukcję dzieł, zyskał podkładkę prawną.
Sytuacja wygląda inaczej w Unii Europejskiej. Prawo europejskie nie posiada tak elastycznej konstrukcji jak fair use. Unijna dyrektywa DSM wprawdzie wprowadziła wyjątek dotyczący „wykopywania” tekstów i danych (ang. text and data mining), lecz przyznaje twórcom prawo do sprzeciwu. W przypadku starszych pozycji, często wyczerpanych lub wydanych przed wejściem w życie dyrektywy, mechanizm zgłaszania sprzeciwu jest trudny do wyegzekwowania, a legalność pozyskiwania takich danych pozostaje spornym zagadnieniem prawnym.
Zagrożenie dla dziedzictwa kulturowego i prywatyzacja wiedzy
W perspektywie wiedzy, jaką dysponuje już sztuczna inteligencja, 3 mln książek to ok. 300 mld tokenów tekstu, czyli zaledwie kilka procent zbiorów danych, na których uczą się najnowsze modele. Wartość stanowi jednak unikalność tych treści. Giganci technologiczni skanują m.in. niskonakładowe dysertacje, monografie czy lokalne publikacje historyczne, wydawane w nakładach rzędu 300-500 sztuk. Niektóre z nich to tzw. białe kruki, które mogą bezpowrotnie zniknąć z rynku w formie papierowej, czym firmy skupujące książki na palety zdają się jednak nie przejmować.
Niszczenie ostatnich krążących po rynku egzemplarzy usuwa je z publicznego obiegu antykwarycznego. Choć papier trafi na makulaturę, wiedza zapisana na kartkach nie zniknie całkowicie, lecz raczej przenosi się do nowego medium. Z jednej strony mamy tu do czynienia z postępem w dostępie do wiedzy, jako że zamiast długich poszukiwań w antykwariatach czy bibliotekach będziemy mogli paroma kliknięciami uzyskać informacje z tych książek. Przynajmniej w optymistycznym założeniu. To bardziej pesymistyczne jawi się raczej jako regres – powrót do kultury oralnej, w której wiedza była przekazywana ustnie, a po drodze przekręcana. Coś zostało ujmowane, coś dopowiedziane i tak powstawał głuchy telefon.
Sztuczna inteligencja, choć jest obecnie prawdopodobnie najwyższą z ludzkich technologii, jeśli chodzi o informatykę, nie jest wolna od tych bolączek ery przedpiśmiennej. Wciąż nierozwiązanym problemem pozostają halucynacje AI, czyli skłonność modeli do zmyślania i przekręcania danych. Ponadto odbiorcy tych treści uzyskują do nich dostęp w sposób zapośredniczony. Model nie wypluwa cytatów ani nie udostępni e-booka do pobrania, co wynika z ochrony praw autorskich. Będzie nam mógł opowiedzieć, co w danej książce się znajduje – lecz swoimi słowami i w swojej interpretacji, która może odbiegać od oryginału. Powstaje więc ryzyko błędów, ale także celowych manipulacji.
Francuski filozof Michel Foucault postawił znak równości między władzą a wiedzą. Mimo deklarowanej przez twórców AI neutralności (którą także można rożnie interpretować) modele mogą zamiast rzetelnej wiedzy przekazywać informacje ocenzurowane i przekształcone zgodnie z interesami korporacji, a ich weryfikacja może być trudna lub niemożliwa, jeśli nie będzie dostępnych autentycznych, niezmienionych kopii książek, z których czerpały one wiedzę. Tym samym literatura przejdzie z przestrzeni dobra wspólnego do zamkniętych, prywatnych baz danych wielkich korporacji. Bez odgórnych regulacji wymuszających na firmach udostępnienie cyfrowych kopii publicznym bibliotekom, znaczna część unikalnego dziedzictwa kulturowego i naukowego XX w. może zostać bezpowrotnie odcięta od społeczeństwa, trafiając w ręce prywatne.
Rok 1984 czy Nowy wspaniały świat?
Komu ten nowy stan rzeczy jest na rękę, a u kogo rodzi obawy? Sytuacja jest dość złożona. Na tym procederze najwięcej zyskają antykwariusze, którzy w końcu mają zbyt na tomy zbierające kurz na półkach. Dla osób robiących research – zwykłych użytkowników, ale też pracowników naukowych czy dziennikarzy – może to być wygodny i tańszy sposób niż polowanie na fizyczne czy cyfrowe kopie tekstów (o ile założymy, że dane z AI będą rzetelne, a narzędzie będzie darmowe, co nie jest wcale takie oczywiste w dłuższej perspektywie).
Skanowanie destrukcyjne i przenoszenie książek do baz wiedzy dużych modeli językowych (LLM-ów) może rodzić obawy osób, którym zależy na zachowaniu dziedzictwa kulturowego ludzkości – jako że pismo jest jednym z kluczowych atrybutów cywilizacji, a książki przez wieki cieszyły się szacunkiem. Nie znaczy to jednak, że każdy zadrukowany papier przedstawia ogromną wartość poznawczą czy literacką ani że należy darzyć go uwielbieniem na modłę bibliofilską. Książki – jak każdy inny tekst kultury – także przecież nieraz zawierają przekłamania albo są tandetnymi szmirami pisanymi (lub coraz częściej generowanymi przez AI) tylko dla zysku. Poza oczywistym sentymentem problemem jest jednak możliwy brak danych referencyjnych – oryginalną treść „tylko do odczytu” przejmą kapryśne algorytmy i nie będzie można samodzielnie sprawdzić, co dokładnie napisał autor.
Pytanie, czy w ogóle na to sprawdzanie ktoś będzie miał ochotę. Poza kurczącym się gronem czytelników weryfikujących informacje (w tym poprzez omawiane przez nas w GeekWeeku narzędzia do fact-checkingu) niestety coraz więcej odbiorców treści zadowala się tym, co narzuca im się jako pierwsze w sieci. Pisał o tym choćby Kai Strittmatter w książce Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura, gdzie opisywał, jak większość studentów nawet nie uruchomiła przekazanego im narzędzia VPN, by móc czytać artykuły z zagranicznych portali, a większości ludzi wystarczą „kuratowane” przez partyjnych cenzorów treści z chińskiego internetu. Ponadto z uwagi na brak dostępu do treści pisanych (choćby o masakrze na Placu Tian’anmen) zbiorowa pamięć ulega zatarciu. Autor przywoływał także porównanie obaw George’a Orwella i Aldousa Huxleya. Ten pierwszy obawiał się, że książki będą cenzurowane lub usuwane z obiegu, a drugi – że nikomu to nie będzie przeszkadzać. W Chinach spełniły się te oba czarne scenariusze, ale czy u nas nie dzieje się podobnie?
Proceder, który stał się udziałem twórców przyszłej superinteligencji – technologii przewyższającej zdolnościami intelektualnymi całą ludzkość – można rozpatrywać w odniesieniu do literackich dystopii, takich jak Rok 1984 Orwella, Nowy wspaniały świat Huxleya czy 451 stopni Fahrenheita Bradbury’ego, i dyskutować, która z tych wizji pasuje najbardziej. Zapewne każda z nich przewidziała w pewnym stopniu to, co dzieje się obecnie z piśmiennictwem. Swoje trzy grosze dorzucił także polski autor Jacek Dukaj, który jeszcze przed erą LLM-ów w eseju Po piśmieprognozował kryzys tradycyjnie rozumianego pisma i rosnącą rolę nowych mediów cyfrowych podających wiedzę w dość zdegenerowanej formie.
Postęp nie zawsze oznacza zmianę na lepsze, a kurczowe trzymanie się przeżytków również nie zawsze chroni przed złem i zepsuciem. Mapy w telefonie świetnie zastąpiły te papierowe, a komputery – maszyny do pisania i liczydła.
Ale gdy chwiejna cyfrowa pamięć zastępuje tę wydrukowaną i niedającą się poprawiać, a sztuczna inteligencja zastępuje naszą własną, to stąpamy już po naprawdę niepewnym gruncie.
FOTO: Obraz „Sen rozumu rodzi potwory” – Francisco Goya, rok 1797.
============================================
Był sobie kiedyś dość surowy sędzia, który wydawał wyroki także wtedy, gdy nie otrzymał wcześniej żadnego pozwu. Nie orzekał w sądzie, nie posiadał jakiejkolwiek nominacji i nie potrzebował kodeksów. Nazywał się „poczucie śmieszności”.
Był to sędzia powszechnie znany, który z reguły powstrzymywał ludzi dorosłych przed zachowywaniem się jak dzieci, intelektualistów przed pisaniem zbyt oczywistych bzdur, a polityków przed obiecywaniem rzeczy nieosiągalnych – bez choćby cienia rumieńca. Nie czynił ludzi lepszymi, ale przynajmniej zmuszał ich do zachowania odrobiny przyzwoitości i godności.
Nie wiadomo kiedy, ale nagle jakby umarł. Nie potrafię powiedzieć, kiedy to się stało. Być może owego dnia, w którym uznaliśmy, że wyśmiewanie absurdów lub rzeczy głupich jest cięższą winą niż ich głoszenie.
Od tamtej pory przydarzyło się chyba wszystko.
Mieliśmy okazję zobaczyć “mężczyzn” rodzących dzieci, “kobiety” z jabłkiem Adama, Szekspira skorygowanego, bo był niewystarczająco inkluzywny, bajki przerobione tak, by nie urazić wilka, uniwersytety, na których uczy się odmiany zaimków zgodnie z «językiem inkluzywnym», lecz nie uczy się koniugacji czasowników, firmy, które poświęcają więcej czasu na szkolenia dotyczące «różnorodności płci» niż na jakość produktów, księży, którzy uważają, że jedynym grzechem prawdziwie godnym potępienia jest przestrzeganie Katechizmu oraz autentyczne głoszenie Ewangelii.
Każda nowość została przedstawiona jako “osiągnięcie cywilizacji“. Ten, kto odważył się choćby uśmiechnąć w tej sprawie, był natychmiast oskarżany o to, że jest zacofany, bezduszny, głupi – ponieważ nie zrozumiał złożoności owego zjawiska – zaś w “ciężkich” przypadkach – o to, że jest niebezpiecznym przestępcą, którego należy surowo ukarać.
Choć przecież, poczucie śmieszności pełniło niezwykle cenną funkcję społeczną. Strach przed byciem wyśmianym powstrzymywał przez wieki mnóstwo ludzi przed mówieniem lub robieniem idiotyzmów. Był to naturalny środek przeciwdziałający nadmiernemu ideologizowaniu. Jeśli jakaś teoria nie była w stanie obronić się przed śmiechem, prawdopodobnie nie zasługiwała na upowszechnianie, a tym bardziej na traktowanie jej poważnie.
Dziś, dzieje się coś odwrotnego. Jeśli jakaś teoria wywołuje śmiech, problemem nie jest owa teoria, lecz ten, kto się z niej śmieje. Co więcej, im bardziej jest ona śmieszna i absurdalna, tym bardziej traktuje się ją poważnie, podczas gdy wyśmiewanie się z niej uważane jest za najgorsze z przestępstw.
Nie wolno żartować, nie wolno podkreślać sprzeczności w niej zawartych, bo ktoś mógłby poczuć się “urażony”. Poczucie humoru, które przez wieki było najskuteczniejszą bronią przeciwko fanatyzmowi i przeciwko władzy, jest obecnieuważane za formę przemocy.
Zadziwiające. Wielkie ideologie XX wieku często bardziej obawiały się satyry niż demonstracji ulicznych. Reżim może przetrwać protesty, ale rzadko kiedy przetrwa, gdy staje się przedmiotem drwin. Dlatego totalitaryzmy nigdy nie darzyły sympatią tych, którzy sprawiali, że ludzie się śmiali.
Dzisiaj, we współczesnych tzw. demokracjach, mechanizm, o którym mowa wydaje się funkcjonować podobnie jak w najgorszych dyktaturach. Nie odpiera się argumentów tych, którzy wskazują na absurdalność czegoś, lecz usiłuje się raczej uniemożliwić im to, oskarżając ich o brak wrażliwości, tolerancji lub szacunku, jeśli nie wręcz o podżeganie do nienawiści. Skutkiem tego jest całkowite zaniknięcie granicy między tym, co poważne, a tym, co groteskowe.
Każdego ranka czytamy informacje, które jeszcze trzydzieści lat temu wydawałyby się scenariuszem filmu „Potwory” w reżyserii Dino Risiego. Tyle że nikt już się z nich nie śmieje, bo tłumaczy nam się, że wszystko to jest “potwornie” poważne. it.wikipedia.org/wiki/I_mostri
Chesterton zauważył, że kiedy ludzie przestają wierzyć w Boga, kończą na tym, że tracą zdrowy rozsądek. Prawdopodobnie, dotyczy to również poczucia śmieszności. Kiedy cywilizacja traci poczucie śmieszności, z czasem grozi jej utrata poczucia rzeczywistości i w końcu zaczyna traktować poważnie każdy absurd. A cywilizacja, która nie potrafi już śmiać się ze swoich szaleństw, jest skazana, prędzej czy później, na to, by doświadczyła ich skutków na własnej skórze.
Kiedy Donald Trump niedawno po raz pierwszy wspomniał o „osi euroazjatyckiej” – Chinach, Rosji, Iranie i Korei Północnej – nie było to jedynie retoryczne przypomnienie. Pepe Escobar podjął ten termin podczas swojego niedawnego briefingu podczas Protokołu Przejściowego (25-26 lipca) i umieścił go w odpowiednim kontekście: Waszyngton nieświadomie odnosi się w ten sposób do zjawiska, które narasta od lat, ale do tej pory prawie nie zostało nazwane.
Od „osi zła” do „osi euroazjatyckiej”
„Oś zła” z 2002 roku zgrupowała Iran, Irak i Koreę Północną pod wspólnym wizerunkiem wroga. Model ten został opracowany na wzór NATO: poszukuje się traktatów, list członkowskich i struktur dowodzenia. Według Escobara, właśnie tego brakuje w obecnej konstelacji – i to właśnie utrudnia jej zrozumienie. Chiny i Rosja zajęły miejsce Iraku, podczas gdy Korea Północna pozostaje. Jednak to, co się wyłoniło, nie jest zamkniętym sojuszem z traktatem założycielskim, lecz raczej siecią nakładających się relacji dwustronnych: strategicznych partnerstw, powiązań energetycznych, kanałów dyplomatycznych i współzależności gospodarczej. Chiny utrzymują bliskie stosunki z Rosją i Iranem, Rosja z Chinami i Iranem, Iran z obydwoma, a Korea Północna z Rosją i Chinami. Pakistan z kolei pełni rolę mediatora między Iranem a państwami Zatoki Perskiej – według Escobara, przy wsparciu Chin.
SCO jako przykład
Jak ta logika działa w praktyce, pokazało, według Escobara, tegoroczne spotkanie ministrów spraw zagranicznych Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SOW) w Kirgistanie. SOW została założona w czerwcu 2001 roku – trzy miesiące przed 11 września – jako „Szanghajska Piątka”, pierwotnie w celu zwalczania terroryzmu i separatyzmu w Azji Środkowej. Dziś, jak twierdzi Escobar, jest to przede wszystkim platforma geopolityczna i geoekonomiczna, a nie sojusz wojskowy: Moskwa i Pekin uważają strukturę wzorowaną na „azjatyckim NATO” za niepotrzebną prowokację dla USA. Ministrowie spraw zagranicznych Iranu, Rosji, Chin i Pakistanu zasiedli przy stole podczas spotkania, a rozmowy dwustronne toczyły się na marginesie – na przykład między irańskim ministrem spraw zagranicznych Araghchi a jego rosyjskimi i chińskimi odpowiednikami. Indie były obecne, ale według Escobara odgrywały podrzędną rolę.
Według Wang Yi Chiny jednoznacznie popierają wysiłki mediacyjne Pakistanu między Iranem a USA i wzywają obie strony do powrotu do podpisanego Memorandum o porozumieniu – sygnał, który według Escobara jest również skierowany do państw Rady Współpracy Zatoki Perskiej, z którymi Chiny utrzymują bliskie stosunki energetyczne, szczególnie w zakresie importu ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej.
Iran jako punkt centralny zablokowanej eskalacji
Tłem dla tej sytuacji jest trwająca od końca lutego eskalacja napięć między USA a Iranem. Według Larry’ego Johnsona, Iran zniszczył już amerykańskie naziemne stacje radarowe w regionie – w bazie lotniczej Al Udeid w Katarze, w różnych bazach w Kuwejcie oraz w kwaterze głównej 5. Floty w Bahrajnie.
W rezultacie Stany Zjednoczone są w praktyce uzależnione od samolotów rozpoznawczych P-8, aby zrekompensować powstałą lukę wywiadowczą. Kwatera główna Centralnego Dowództwa Sił Powietrznych musiała zostać przeniesiona z Al Udeid do bazy lotniczej Shaw w Karolinie Południowej. Johnson informuje również o braku komunikacji między odpowiednimi centrami dowodzenia, co wskazuje na brak przygotowań do zakrojonego na szeroką skalę amerykańskiego ataku powietrznego w krótkim okresie.
Równocześnie zaostrzył się konflikt między Arabią Saudyjską a jemeńską grupą Ansar Allah (Huti). Po ataku na delegację w Sanie, Huti odpowiedzieli blokadą transportu saudyjskiej ropy przez cieśninę Bab al-Mandab, a następnie zaatakowali rafinerię Dżizan – która według Escobara jest najnowocześniejsza – należącą do Saudi Aramco; szacuje się, że obiekt będzie wyłączony z eksploatacji przez kilka miesięcy. Ewentualny atak na terminale naftowe w Janbu jest możliwym scenariuszem dalszej eskalacji konfliktu.
W tym kontekście Escobar i Johnson stwierdzają, że stanowisko Teheranu się nie zmieniło: jest on gotowy na działania dyplomatyczne, pod warunkiem że Stany Zjednoczone będą przestrzegać swoich zobowiązań wynikających z Memorandum o porozumieniu – formuły, która według obu autorów była wielokrotnie przedstawiana Waszyngtonowi w ostatnich tygodniach za pośrednictwem mediacji pakistańskiej.
„Niepodzielność bezpieczeństwa”
Jedną z koncepcji, którą Escobar uważa za kluczową, jest „niepodzielność bezpieczeństwa” – idea, że bezpieczeństwo państwa nie może być trwale zagwarantowane kosztem bezpieczeństwa jego sąsiadów. Koncepcja ta, argumentuje Escobar, kieruje dyplomacją euroazjatycką, ale jest praktycznie nieznana w amerykańskim myśleniu o bezpieczeństwie. Od 1945 roku amerykański system bezpieczeństwa opiera się na sieci baz i zobowiązań sojuszniczych, które zazwyczaj definiują jego własną pozycję w stosunku do osłabienia innych. Koncepcję, która podważa właśnie tę przesłankę, trudno pogodzić z utartymi kategoriami.
Przenieś się do Azji Zachodniej zamiast na Ukrainę
Być może najbardziej niezwykła teza Escobara dotyczy miejsca faktycznej zmiany geopolitycznej. Przez długi czas Ukraina była uważana za arenę, na której miała się rozstrzygnąć nowa mapa euroazjatycka. Escobar dostrzega obecnie decydujący punkt zwrotny w Azji Zachodniej: w Cieśninie Ormuz, na Morzu Czerwonym oraz w dyplomacji między Teheranem, Islamabadem i Pekinem. Początek tej euroazjatyckiej integracji umiejscawia na początku XXI wieku, z rosnącym impetem w latach 2010-2020 i przyspieszeniem w latach 2020-2030 – proces, którego konsolidację datuje na lata 30. i 40. XXI wieku.
Niezależnie od tego, czy podzielamy tę ocenę, czy nie, zwraca ona uwagę na zmianę, która obecnie zachodzi nie tyle na froncie ukraińskim, co wzdłuż korytarzy handlowych i energetycznych Zatoki Perskiej – obraz ten pokrywa się z obserwacjami na temat logiki blokady Ormuzu i dyplomacji Zatoki Perskiej z ostatnich tygodni.
Zdjęcie na początku tego tekstu przypomina, że wojny na Ukrainie i w Iranie niekoniecznie są odrębnymi konfliktami. Stany Zjednoczone pozostają w centrum obu konfliktów i istnieje ryzyko ich rozprzestrzenienia. Moim zdaniem, sobotni atak ukraińskich dronów na irański statek na Morzu Kaspijskim był desperacką próbą Zełenskiego, by przypodobać się Donaldowi Trumpowi i pokazać swoją gotowość do poświęcenia kolejnych Ukraińców w wojnie, która nie ma nic wspólnego z Ukrainą. Jak widać na powyższym zdjęciu z podpisem, Iran podobno przygotowuje się do ataku na Ukrainę jednym lub dwoma pociskami. Moim zdaniem, jeśli to się stanie, Iran zaatakuje cele w Odessie.
Tymczasem docierają do nas sygnały, że Pakistan i Katar pracują nad reaktywacją nieistniejącego już porozumienia. Najnowsze doniesienia z Interfaxu dają pewne podstawy:
Jak podajeChannel 13, powołując się na dobrze poinformowane źródło,Benjamin Netanjahu poinformował ministrów swojego gabinetu, że Stany Zjednoczone nalegają na wycofanie wojsk izraelskich z Syrii, Libanu i Strefy Gazy.
Według źródła stacji telewizyjnej, Waszyngton jest zainteresowany przeprowadzeniem przez Siły Obronne Izraela „serii wycofań” na trzech frontach, nie sprecyzowano jednak, czy chodzi o całkowite, czy częściowe wycofanie wojsk.
To wskazuje, że Irańczycy domagają się, jako warunku wstępnego wznowienia porozumienia, przestrzegania pierwszego paragrafu nieaktywnego obecnie porozumienia, czyli wycofania Izraela z Libanu i Strefy Gazy. Chociaż Bibi upiera się, że będzie stanowczo sprzeciwiał się Trumpowi, zależność Izraela od USA w zakresie importu niezbędnego oleju napędowego i paliwa lotniczego daje Trumpowi decydującą przewagę nad Netanjahu i Izraelem.
Jak już wspomniałem w poprzednim artykule, Stany Zjednoczone borykają się z ciągłym niedoborem precyzyjnych pocisków rakietowych i narastającym kryzysem gospodarczym, wynikającym z niedoborów oleju napędowego i paliw lotniczych z powodu braku ciężkiej ropy naftowej. Jak dotąd, czerpiąc ze Strategicznych Rezerw Ropy Naftowej, administracja Trumpa zdołała opóźnić szoki gospodarcze spowodowane gwałtownym wzrostem cen spowodowanym odcięciem dostaw ropy z Zatoki Perskiej.
Trump niechętnie przyznaje, że Stany Zjednoczone nie mogą użyć siły militarnej, aby zmusić Iran do ustąpienia pod naciskiem USA. Jednak ostrzeżenia Przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów – generała Dana Caine’a – i admirała Coopera z CENTCOM dotyczące ograniczeń amerykańskiej potęgi i potencjalnego niedoboru kluczowych systemów uzbrojenia, które mogą być potrzebne przeciwko Chinom lub Rosji, odegrały kluczową rolę w przekonaniu Trumpa do przywrócenia porozumienia.
Do poniedziałkowego południa powinienem mieć więcej jasności w tej sprawie, a najnowsze informacje na temat Protokołu Przejściowego omówię jutro po południu.
Nima i ja rozmawialiśmy o dylemacie Arabii Saudyjskiej, który pojawi się, jeśli spróbuje ona zaostrzyć konflikt przeciwko Huti:
Mario dowiedział się, że Evian pisane od tyłu to Naive . Omówiliśmy konsekwencje wyczerpywania się amerykańskich zapasów pocisków precyzyjnych:
Wracamy do Pytora Kurzina, który podobnie jak ja jest całkowicie zdumiony schizofreniczną polityką Trumpa wobec Iranu:
Na koniec Sulaiman i ja odbyliśmy ożywioną dyskusję na temat tego, czy Iran postąpił nierozsądnie, ponownie angażując USA w negocjacje:
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie. Nie pobieram opłat abonamentowych ani nie akceptuję reklam. Chcę, aby treści były dostępne dla wszystkich zainteresowanych poruszanymi przeze mnie tematami. Jeśli jednak chcesz przekazać darowiznę, skorzystaj z tego linku .
Przygłupy w Kijowie zorganizowały w Kijowe wystawę nowych technik zabijania, które Ukraina chce eksportować na cały świat. O wystawie ogłaszali nawet w zachodnich gazetach. Rosjanie nie musieli nawet namierzać wystawy. Posłali na wystawę rakietę niczym Ukraińcy na Przewodów.
Niszczycielski rosyjski atak rakietowy uderzył w tę imponującą «wystawę technologii obronnych i dronów» w Kijowie, w wyniku czego zginęły dziesiątki osób, a setki zostało rannych. Wśród zabitych i rannych są Polacy, ale wojenna cenzura w okupowanej Polsce nie pozwala o tym informować. Precyzyjny atak Rosjan uderzył w obiekt, w którym zgromadziło się tysiące ludzi; przedstawicieli sił zbrojnych, inżynierowie i dziennikarze. Organizatorzy nie uwzględnili poważnego zagrożenia związane z organizacją publicznych wystaw wojennych w stolicy Ukrainy.
«Dzisiaj w obwodzie kijowskim panuje żałoba po ofiarach rosyjskiego ataku z 24 lipca. Kondolencje dla rodzin zabitych i przyjaciół! Są setki rannych. Lekarze walczą o wszystkich. Szybkiego powrotu do zdrowia dla wszystkich poszkodowanych! To kolejna, straszliwa zbrodnia wojenna Federacji Rosyjskiej. Wróg uderzył specjalnie, gdy w Kijowie przebywały delegacje zagraniczne. To celowy akt terroru» – czytamy w ukraińskich mediach.
Tak, do Kijowa przybyły liczne delegacje zagraniczne. Ukraińskie drony robią furorę. Według Ukrainy to celowy akt terroru. Naprawdę nie przewidywali ryzyka? Na co liczyły władze Ukrainy prowokując ten atak? Europa miała odpowiedzieć atakiem na Moskwę za śmierć Europejczyków? Zgładzić wreszcie gada Putina nuklearnym atakiem na Rosję? Czy w czasie Wojny na pełną skalę organizatorzy takich wydarzeń i osoby je zatwierdzające nie ponoszą osobistej i państwowej odpowiedzialności za śmierć ludzi? Czy odpowiedzialnym za zabitych i rannych nie jest sam reżim Zełenskiego?
Bezpieczeństwo powinno być zagwarantowane na najwyższym poziomie. Jeśli tak się nie jest, to nie powinno być wydarzenia!!! O bezpieczeństwo zadbano tu, jak o lotnisko w Smoleńsku w 2010? To niestety nie pierwsza lekcja i na pewno nie będzie ostatnią. «Wieczna pamięć zmarłym» – czytamy we wpisie Kyryła Budanowa, szefa administracji Zełenskiego. Sława herojam upa! Może wezmą ich do mauzoleum UPA i ich trumny postawią obok Bandery?
«W kontekście wojny na pełną skalę organizatorzy takich wydarzeń i ci, którzy je zatwierdzają, muszą ponosić osobistą odpowiedzialność za ludzi» – miał powiedzieć Budanow o rosyjskim ataku 24 lipca na wystawę dronów w obwodzie kijowskim. Myślę, że wszystkim Europejczykom funduje się podobne bezpieczeństwo.
Oczywiście najbardziej bezpieczni mogą czuć się Polacy. Milionowa Bundeswehra i milionowa Ukraińska Ochotnicza Armia zapewnią bezpieczeństwo obywatelom naszym, jak w 1939, jak 1943 i 1944. Mamy bezpieczeństwo gwarantowane!!! Heroje UPA i SS Galizien nam je gwarantują!!!
Szef irańskiego MSZ Abbas Aragczi w ostrych słowach skrytykował atak Ukrainy na irański statek handlowy na Morzu Kaspijskim. Jak stwierdził, był to atak na zlecenie Izraela w celu wciągnięcia Europy do wojny z Rosją, a samego Wołodymyra Zełeńskiego określił mianem „darmozjada z Kijowa”. Zapowiedział też, że śmierć marynarza w ukraińskim ataku nie może pozostać bez odpowiedzi.
Aragczi w ostrych słowach zareagował na ukraiński atak na irański statek handlowy na Morzu Kaspijskim. Jeden z marynarzy zginął w wyniku ukraińskiej agresji.
„Zełeński zaatakował irański statek handlowy, zabijając marynarza. To rażące naruszenie Karty Narodów Zjednoczonych, dokonane na polecenie Izraela, aby wciągnąć Europę do jego wojny” – napisał szef irańskiego MSZ.
Dodał, że informował o zdarzeniu z wysoką przedstawiciel UE ds. spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Kają Kallas oraz z szefem MSZ Rosji Siergiejem Ławrowem. W rozmowach „jasno stwierdził”, że „to, co zrobił darmozjad z Kijowa, NIE MOŻE POZOSTAĆ BEZ ODPOWIEDZI”.
Teheran uznał wcześniejszy atak za naruszenie prawa międzynarodowego i akt agresji. Władze Iranu wezwały UE, Radę Bezpieczeństwa ONZ i pozostałe państwa ONZ do potępienia działań Ukrainy.
MSZ Iranu podkreśliło, że nie zawaha się chronić swoich interesów i bezpieczeństwa. Przywołano prawo do samoobrony.
Ukraina przekonywała, że jej siły zaatakowały na Morzu Kaspijskim statki wykorzystywane do transportowania ładunków wojskowych między Iranem a Rosją. Wśród nich miały być statki objęte sankcjami, które zaopatrują rosyjską armię.