Ktoś ty? – Wasz, ojcze, wasz – jezuicki wychowanek… CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (12)

Ktoś ty? – Wasz, ojcze, wasz – jezuicki wychowanek…

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (12)

Pokuta Jean-Luca

Wiosna tego roku przyszła szparko. Nie marudziła w drodze. Trawy nabrały świeżej zieloności nieomal z dnia na dzień, na wilgotnych przedmiejskich ugorach, ale też na nieutwardzonych brzegach Sekwany wychyliły się z ziemi setki i tysiące kruchych srebrzystozielonych łodyżek zwieńczonych żółtozłocistymi kwiatuszkami, zwanymi przez miejscowych pas-d’âne, a po naszemu podbiał1, które niczym dywan utkany przez Najdoskonalszego Tkacza, zaścielał teraz szare połacie smutnych ugorów.

Jean-Luc leżał. Już w dwa tygodnie od spowiedzi ogarnęła go taka słabość, że bez pomocy nie był w stanie nawet udać się za potrzebą. Ale nie było na to rady. Gdyby nie dopełnił naznaczonej mu pokuty, to żar piekielnych czeluści mógłby go pochłonąć na wieczność, a tego bał się straszliwie, chociaż obawa przed piekłem dla jansenistów także była grzechem...

Cierpiał więc w milczeniu, chociaż cierpiał bardzo. Szczególnie dotkliwe było nieustanne nieomal pragnienie, które dręczyło go w dzień i w nocy. Właściwie to prawie nie sypiał, a zapadał tylko co i raz w drzemkę, z której budziła potworna suchość w ustach. Pragnienie było stokroć straszliwsze od głodu, a ów jeden demiard wody na dobę ledwo podtrzymywał go przy życiu.

Lecz oprócz owych cierpień fizycznych doskwierało mu miłosierdzie Madeleine, na którą patrząc pożądliwie „scudzołożył w sercu swoim”2, bo dziewczyna nie odstępowała jego łoża na krok, usługując mu i troszcząc się o niego… tak… jej troska przysparzała pokutnikowi ogromnej duchowej udręki. Szczególnie ciężkie było dlań to gdy po wielokroć każdego dnia zwilżała mu wargi, bacząc, by nawet przez przypadek, ni kropelka nie wpadła do ust.

W końcu wszakże zobojętniał na wszystko. Nawet i na dotyk ciepłych, delikatnych dłoni dziewczyny i nawet na to, co mu któregoś słonecznego popołudnia wyznała, chociaż na to ostatnie może nie do końca, bo łza zaszkliła mu się w oku

– Och Jean-Luc, Jean-Luc… Czemuś się nie odważył zagadać do mnie… moje serce było dla ciebie otwarte… gdybyś tylko mnie zechciał, z radością bym wyszła za mąż za ciebie… och Jean-Luc, Jean-Luc…

Spojrzał na nią przymglonymi oczami, w których kącikach pojawiło się więcej łez…

* * *

Do kaduka! – zaklął po polsku Mikołaj, gdy po długiej nieobecności przyszedłszy odwiedzić Jean-Luca spojrzał na niego.

Żółta niczym pergamin skóra, pomarszczona i wyschnięta, zapadnięte oczy nabiegłe krwią, chrapliwy oddech na przemian z rzężeniem wydobywające się ze słabiuśkich płuc, przeraziły go. Mikołaj nie wiedział, co ma począć, jak na to, co ujrzał zareagować. Oto na jego oczach umierał jeszcze nie tak dawno zdrowy i krzepki mężczyzna!

– Co wy robicie?! Czyście poszaleli? Dajcież mu co prędzej pić! Słyszycie?

Chłopak jął się rozglądać za jakimś naczyniem i za wodą, ale drogę zastąpił mu abbé d’Étemare i rozkładając ręce, nie puszczał dalej.

– Co chcesz uczynić, grzeszniku?! Precz!

– Co ja chcę uczynić? Ja chce tego tu człowieka ocalić, a wy go chcecie zabić!

– Precz!

– O, nie! Najpierw trzeba go napoić!

– Nie dokończył pokuty!

– Więc trzeba ją zmienić, skrócić, zrób to, wszak jesteś księdzem!

– Przenigdy! Nie, bo nie ja mu zadałem, więc nie jestem władny, by owo uczynić!

– A kto jest władny?

– Święty człowiek, ojciec Gerberon.

Mikołaj nic już nie rzekł, pędem wypadł z domu i rzucił panu Bartuszowi, który czekał na niego w karecie:

– Wyprzęgaj konia, muszę czym prędzej do Saint-Denis!

To karetą nie można?

– Można, ale wierzchem będzie szybciej.

– Ani siodła, ani strzemion, paniczu! Wsiadajcie do karety, ja umiem szybko powozić!

– Masz rację… niechże tak będzie.

Za chwilę okute żelaznymi obręczami koła ostro zaturkotały na wybojach…

* * *

– Gdzie ten łotr Gerberon? Gdzie on? Dawać mi go tutaj! – krzyczał Mikołaj, starając się sforsować wejście do klasztoru. Jakiś mnich przywabiony hałasem wyszedł do niego.

– W czym rzecz, panie kawalerze?

Młodzieniec zebrał się w sobie, zdusił nieco zdenerwowanie i siląc się na spokój, pokrótce zreferował rzecz całą.

Mnich zaś wysłuchawszy wieści, ze smutkiem pokręcił głową i powiedział:

– Obawiam się, że niewiele wskórasz, panie kawalerze.

– I czemuż to?

– Ojciec Gerberon umiera…

– Jak to umiera? Ale jeszcze dusza z niego nie wyszła?

– Jeszcze nie.

– Więc prowadź mnie do niego!

– Co to da?

– Nie wiem, może przemówię mu do sumienia.

– Tedy chodź – benedyktyn wzruszył ramionami.

* * *

Gerberon uchylił przymknięte powieki i spoglądając na Polaka, wyszeptał:

– Na odległość nie mogę… nic nie mogę… musimy się widzieć twarzą w twarz…

To czemuś, zbrodniarzu, tą pokutą na śmierć go skazał?

– Chciałem ocalić jego duszę…

– A teraz? Teraz też uważasz, że będzie ocalona?

– Bez absolucji… nie… nie… bez absolucji… nie…

– To jej udziel!

– Na odległość nie mogę… nic nie mogę… musimy się widzieć twarzą w twarz…

Mikołaj w bezsilnej wściekłości splunął na podłogę tuż przy łożu benedyktyna.

– Mam nadzieję, że cię Pan Bóg rozliczy, a diabli dla ciebie, zbrodniarzu, już tam pod kotłem ze smołą niecą ogień.

* * *

– A teraz co, paniczu? – zapytał pan Zbylut Bogusz.

– Czekaj waść, niechże myśli pozbieram… Żaden z tych łobuzów rozgrzeszenia mu nie udzieli, trzeba jakiegoś fortelu użyć.

– Fortelu? Przecież panicz go nie rozgrzeszy.

– Ja nie, ale chyba znalazłem sposób, który życia doczesnego tego nieszczęśnika nie uratuje, ale duszę mu ocali.

Mikołaj wyskoczył z karety i wydał taką oto dyspozycję Boguszowi:

– Ja wracam do umierającego, a ty pędem sprowadź mi tu jakiegoś jezuitę. Koniecznie jezuitę! Powiedz mu, że czeka nań konający, którego janseniści na tamten świat wyprawiają i każda chwila się liczy.

– Jak to z Wiatykiem? Przecie nie dostał rozgrzeszenia.

– Dostanie, moja w tym głowa! No, prędzej, prędzej, panie Zbylucie!

Szlachciura zaciął konie i karetka ruszyła pędem…

* * *

– I co? Co? – zebrani wokół łoża Jean-Luca pytali jeden przez drugiego.

– Ano nic – stary łotr, którego żeście tu ogłosili świętym za życia, także wydaje ostatnie tchnienie. A ponieważ pan, monsieur abbé nie czuje się upoważniony udzielić umierającemu absolucji, pora skorzystać z prastarego kościelnego zwyczaju. Wszak wy wciąż do starożytnych obyczajów chcecie wracać, no to teraz z jednego z nich skorzystamy. W końcu odebrałem gruntowne wykształcenie w jednej z najlepszych jezuickich Akademii w Polce, to i wiem co nieco.

Ksiądz Jean-Baptiste d’Étemare milczał, ale drżał z niepokoju, co też ten jezuicki wychowanek wymyślił. Mikołaj zaś, zbliżywszy się do Jean-Luca i rzekł:

– Słuchaj, bracie. W twoim przypadku zaszła okoliczność, która usprawiedliwia to, żeby odwołać się do starodawnej kościelnej praktyki, do spowiedzi przed nami, świeckimi, albowiem ten tu kapłan, obecny, ale nie wiedzący co to miłosierdzie, miłosierdzia nieznający woli twą duszę wydać na wieczne męki, niż cię przed nimi uratować.

– Cóż warta taka spowiedź? – z trudem zapytał Jean-Luc.

Ty umierasz i twój spowiednik umiera ani ty do niego, ani on do ciebie przyjść nie możecie, ergo rozgrzeszenia nie uzyskasz z przyczyn od was obydwu niezależnych. W konsekwencji twoją ostatnią spowiedź nie tylko można, lecz wręcz należy uznać za niebyłą. Dlatego też, jeśli pragniesz z całej mocy i gorąco spowiedzi sakramentalnej, a tej możliwości nie masz, jeśli wzbudzisz w sobie szczery i na ile tylko zdołasz doskonały żal za grzechy, skoro wyznasz tu jeszcze raz przed nami grzechy, które żeśmy już i tak poznali, a może i nowe jakie, których żeś się dopuścił w rozpaczy być może, śmierci głodowej tutaj oczekując, to Pan Bóg ci je przebaczy. I ta spowiedź, chociaż nie jest pełnym sakramentem, bo nikt z nas nie może udzielić ci absolucji, niezawodnie zgładzi twoje przewinienia, albowiem jest ona skuteczna ex opere operantis3, mocą tej skruchy, którą tu wyrazisz…

Ojcze – Jean-Luc błagalnie spojrzał na d’Étemara. – Czy to prawda?

– Formalnie rzecz biorąc… cóż… prawda… – odparł ksiądz, po czym pośpiesznie opuścił pokój, a po chwili słychać było z ulicy odgłos jego szybkich kroków.

Jean-Luc z trudem, ledwo słyszalnym głosem począł wyznawać swoje grzechy… Skończył, przymknął powieki i ciężko oddychał, z trudem.

Wtedy z trzaskiem otwarły się drzwi wejściowe i pierwszy wkroczył z dzwonkiem pan Bartusz przyodziany w komżę, bo odgrywał rolę ministranta, a za nim duchowny także w komży, ale i w stule na ramionach, niosąc Oleje i Najświętszy Sakrament.

Zebrani poklękali, a pan Bartusz wciąż dzwonił zawzięcie.

– Gdzie umierający?

– Tu, monsieur abbé – Mikołaj wskazał kapłanowi Jean-Luca.

– Synu… synu… czy mnie słyszysz?… Czy słyszysz? Ksiądz katolicki jest przy tobie.

– On już się wyspowiadał.

– A komu to? – zdumiał się jezuita.

– Nam, ojcze, wedle starożytnego obyczaju Kościoła, który spowiedź świecką dopuszcza in articulo mortis. Z tego żeśmy skorzystali. Rozgrzesz go ojcze, pomaż Olejami i zaopatrz Wiatykiem.

– Ktoś ty? – jezuita niepomiernie zdumiony, ale i zaniepokojony bacznie wpatrywał się w twarz Mikołaja.

– Wasz, ojcze, wasz – jezuicki wychowanek…

– Ach!… jezuicki… – kapłanowi wyraźnie ulżyło.

– Ojcze, nie egzaminuj mnie… bo ten tu kona!

Jean-Luc jednakże otwarł jeszcze, choć z niezmiernym trudem, oczy i błagalnie spojrzał na księdza.

Ów zaś, widząc, że mężczyzna rzeczywiście znalazł się już na granicy dwóch światów, uniósł dłoń, wyciągnął ją nad głową leżącego i wypowiedział skróconą formułę absolucji:

Ego te absolvo ab omnibus censuris, et peccatis, in nomine Patris, et Filii, + et Spiritus Sancti.4

Następnie pochylił się nad łóżkiem i począł mazać konającego Olejami…

O godzinie dziewiątej wieczorem Jean-Luc wyzionął ducha. Wody już nie zdążył się napić…

Działo się to 27 marca 1711 roku, kiedy Kościół wspomina aż dwudziestu sześciu męczenników – ilyryjskich, afrykańskich i perskich5, więc jezuita westchnął do nich w intencji zmarłego, aby powiedli go prostą drogą ku rajskiej szczęśliwościbo zapewne na wstawiennictwo tych, którzy oddali życie za wiarę, Pan Bóg zerka łaskawszym okiem?…

* * *

Ojciec Gerberon leżał na prostym, niezbyt wygodnym łóżku. Oczy miał przymknięte, a w splecionych na piersiach dłoniach trzymał różaniec. Ale chyba nie modlił się na nim, bo nie przebierał palcami jego ziaren. Bezgłośnie tylko poruszał wargami.

Zza okna celki mnicha, od strony kościoła dobiegał dźwięk dzwonów… „Niedziela Palmowa… ale on już jej przeżyje” – taka myśl przemknęła mu przez głowę…

Rzeczywistość doczesności jęła mu się mieszać z rzeczywistością krainy cieni…

Wzdrygnął się, a zimny pot, jaki wycisnął zeń paraliżujący strach, zrosił mu czoło.

– Ojcze… ojcze… – jakaś męska twarz pochylała się nad nim. – Ojcze… czy mnie słyszysz?

– Z niezmiernym trudem, z niewyobrażalnym wprost wysiłkiem chciał otworzyć oczy, ale jedynie odrobinę uchylił powieki, a potem znów zapadł się w pół-sen, w pół-czuwanie…

A dzwony biły, długo i dostojnie. Biły i biły, i biły i zdawało się, iż nigdy nie przestaną…

Gerberon usłyszał, ale jakby wewnątrz swojej głowy słowa, które oskarżały go… bez końca… wewnętrznym wzrokiem śledził zaś przesuwające się obrazy z całego swojego życia… a nie wszystkie były miłe… W tych chwilach… w tych ostatnich chwilach… uświadomił sobie i wreszcie do końca pojął wagę, znaczenie i skutki podejmowanych ongi wyborów, spełnianych czynów…

Zaczął się trząść, jakby dopadła go febra. Tym razem udało mu się na tyle odzyskać siły, iż rozwarł oczy i jął niemal zachłannie wpatrywać się w krucyfiks, który wisiał na ścianie naprzeciwko. Tak, jakby chciał się z tym krucyfiksem zespolić…

A dzwony biły i biły… nie ustawały… ich dźwięk zgrał się z rezonansem uderzeń jego serca i wibrował w głowie…

Znów pochyliła się nad nim jakaś męska twarz, a potem czyjeś palce mazały mu Olejem powieki, nozdrza, dłonie, stopy…

„Ach tak… więc zaraz nastąpi przejście zatem tak to wygląda…”

Wykrzywiona twarz demona, jedna, druga, kolejna… i kolejna… i oskarżenia… i niekończące się zarzuty…

Jęk wyrwał się z piersi konającego.

Ojcze Gerberon, jak ci mogę ulżyć? – stłumiony, bo jakby przez liczne warstwy materii przenikający, męski głos dobiegł skądś z nieokreślonej przestrzeni.

Gerberon zaczął charczeć… Zaczynała się agonia…

Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa… miserere mei, Deus… miserere mei, Deus… miserere…6

Gerberonowi zdało się… nie, nie zdało się… to się stało naprawdę… wszedł we mgłę, szarą i tak gęstą i lepką, iż na krok nic nie widział, nie widział nawet swojej dłoni, którą podetknął pod same oczy… Poruszał się więc po omacku. Stopami usiłował wymacać grunt, ale go nie było, a później wciągnął go jakiś wir i gnał i pędził kędyś hen, hen w nieznane…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Tussilago farfara – roślina lecznicza i jadalna.

2Słyszeliście, że powiedziano starym: „Nie będziesz cudzołożył”. A ja powiadam wam, że każdy, który patrzy na niewiastę, aby jej pożądał, już ją scudzołożył w sercu swoim. – Mt 5,27, Biblia Jakuba Wujka.

3Z dzieła działającego (łac.) – czyli: samo to dzieło, w tym przypadku taka spowiedź wywoła oczekiwany i pożądany skutek.

4Ja cię rozgrzeszam od wszystkich cenzur (tj. ekskomuniki, interdyktu i suspensy – jeśli oczywiście mogą one dotyczyć penitenta) i grzechów, w imię Ojca i Syna, + i Ducha Świętego. Amen. (łac.).

5Zob.: Acta Sanctorum Martii a Ioanne Bollando, S.I. (…) Tomus III, Antverpiae 1668, s. 685.

6Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina… zmiłuj się nade mną Boże… zmiłuj się nade mną Boże… zmiłuj się… (łac.).

„Człowiek święty” – Innego Objawienia… CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (11)

Człowiek święty – Nowego Objawienia…

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (11)

Człowiek święty

Ojciec Gabriel Gerberon1, benedyktyn-maurysta2, po latach tułaczki, po latach więzienia, czując, że chyba zbyt wiele czasu mu już nie zostało, będąc tak blisko wielkiego świata, a zarazem tak odeń oddalony, czując swoją bezsilność zamknięty na głucho w jednej z cel twierdzy Vincennes3, któregoś dnia na spokojnie, bez emocji zaczął rozważać, czy aby nie podpisać dokumentu, do podpisania którego od lat go nakłaniano… dokumentu potępiającego heretyckie – według Rzymu – zdania z dzieła Jansena…

Do tej pory był nieugięty, ale ostatecznie, przemyślawszy wszystko po raz kolejny, już nie był taki zatwardziały w swoim uporze. Miękł gdzieś od środka. Przyszło mu na myśl, że przecież nawet mniszki z Port-Royal w końcu się ugięły i podpisały, zastrzegając jednocześnie, że czynią to wyłącznie ze względu na posłuszeństwo, które ślubowały… Więc tak naprawdę te ich podpisy w oczach Bożych, jako wymuszone czy to siłą, czy podstępem, czy kruczkiem prawnym, nie miały żadnego znaczenia. A przecie i on był mnichem… i on ślubował posłuszeństwo… co innego ksiądz świecki4, tego wola nie była ograniczona żadnym ślubem, ale on i jego wola? Wszak nie w pełni nią dysponował, a na dodatek odmawiając wykonania polecenia przełożonych, dopuszczał się grzechu, łamiąc jeden ze ślubów zakonnych… dziwna, niezdrowa sytuacja…

Podszedł do okna zakratowanego masywnymi kutymi sztabami z żelaza i spojrzał w niebo. Chmury powolutku przesuwały się po nim popychane prądami powietrza. I tyle tylko zobaczył. Nie objawiło mu się nic nadprzyrodzonego, zachmurzone niebo żadnego znaku mu nie dało… Był dalej sam ze swoim dylematem i udręką duszną zarazem

Zapadł zmrok, który rychło przemienił się w głuchą noc. Ogarek świecy, jaki mu stróż łaskawie pozostawił, powoli dogorywał. Obok ogarka leżał dokument, do którego podpisania go nakłaniano, w zamian obiecując wolność. Kałamarz z inkaustem i zaostrzone, nieużywane dotąd pióro gęsie też były na wyciągnięcie ręki.

Gerberon ukrył twarz w dłoniach i zaniósł się łkaniem.

– Boże… Boże… – szeptał, lecz Bóg nie odpowiadał.

I w końcu się ugiął, drżącą dłonią przysunął papier i przybory piśmienne. Jeszcze raz tylko się zawahał, nim zamoczył pióro w atramencie. A potem jakby z obrzydzeniem zerkając kątem oka na dokument, jednocześnie unosząc i przekrzywiając nieco głowę, z jękiem złożył swój podpis na kartce…

* * *

Kardynał Noailles5, gdy dowiedział się, że Gerberon podpisał, odetchnął z niekłamaną ulgą. Oto spacyfikował kolejnego znaczącego jansenistę, a słuchając relacji z tego wydarzenia, aż plasnął w dłonie zadowolony wielce.

– Eminencjo, zapytał kleryk, który przyniósł księciu kardynałowi tę nowinę. – Eminencjo i co dalej z krnąbrnym benedyktynem?

– Cóż, danego słowa się dotrzymuje. Tym bardziej że trzeba szanować jego podziwu godny upór. Wszak przesiedział w więzieniach szmat czasu… ile dokładnie?… ile to było lat?… – dopytywał kardynał.

Chyba siedem – opowiedział kleryk. – Od roku 1703 do bieżącego, 1710… tak, siedem.

– A zatem miał długą i srogą pokutę i wiele czasu na przemyślenia. Trzeba go uwolnić.

– Tak, eminencjo. Tak się też stanie.

Kleryk skłonił się i wyszedł.

* * *

Ojciec Gerberon, gdy przewieziono go do opactwa Saint-Denis nieco na północ od Paryża, zapewne dlatego tutaj, by zwierzchność mogła mieć nań oko, odetchnął z ulgą. I to nie tylko w przenośni, lecz także dosłownie. Powietrze, otwarta przestrzeń – oto czego mu najbardziej brakowało w więziennych murach. Więc teraz kiedy tylko mógł, przechadzał się po klasztornym ogrodzie i oddychał pełną piersią, jakby chcąc się nim nasycić na zapas.

Ale także nie próżnował. Zabrał się za pisanie dziełka, w którym odwoływał swoje potępienie jansenistycznych błędów i herezji…

* * *

Kiedy wieść o tym, że ów mąż Boży nie tylko jest na wolności, ale i przy odrobinie szczęścia można się z nim spotkać, porozmawiać, a nawet u niego wyspowiadać, byle dyskretnie, w paryskim środowisku jansenistycznym zapanowała wielka radość.

Jednym z tych, którzy się wyjątkowo z tego ucieszyli, był znany już nam z rue Cloître-Notre-Dame Jean-Luc. Sumienie bowiem gryzło go bardzo z powodu popełnionego wyjątkowo – w jego mniemaniu – obrzydliwego grzechu, dlatego też przez dłuższy czas szukał możliwości spotkania się ze świątobliwym ojcem Gerberonem, żeby ulżyć duszy i sumieniu, bo żadnemu ze znajomych księży nie miał odwagi go wyznać.

Kiedy więc abbé d’Étemare w kręgu swych synów i córek duchowych oznajmił któregoś wieczora, że udało mu się zorganizować dla nich sekretne spotkanie z benedyktynem, owym sławnym męczennikiem za prawdę, Jean-Luc nie mógł nie wykorzystać takiej okazji…

* * *

Mikołaj, początkowo bywał gorliwym uczestnikiem modlitewnych spotkań przy rue du Cloître-Notre-Dame No 8, nie ze szczególnej pobożności bynajmniej, lecz aby mieć pretekst do częstego odwiedzania tego domu, bo nie tracił nadziei, że kiedyś spotka piękną nieznajomą, która zaczepiła go na balu karnawałowym w Wenecji. Teraz jednakże w tej swojej dewocji znacznie ochłódł i na pobożnych schadzkach jansenistów rzadziej bywał, choć wciąż jeszcze bywał.

Na próżno jednak. Okna mieszkania na piętrze prawdopodobnie należące do apartamentu markizy i jej wnuczki wciąż pozostawały w dzień zamknięte, a w nocy ciemne, więc w końcu do reszty już wystygł w tej swojej wyrachowanej nabożności i prawie zaniechał wizyt.

Tymczasem mijały dni, tygodnie, miesiące wreszcie. Mikołaj gruntownie zwiedził Paryż, pobliski Wersal, wypuścił się wraz z panem Zbylutem Bartuszem i dalej w głąb Francji, jednakowoż jego główna kwatera pozostawała w Paryżu przy rue de la Tannerie, dokąd po każdej z wypraw krajoznawczych wracali.

Młodzieniec poznał wiele wysoko urodzonych osób, dla których najlepszą legitymacją jego szlachectwa były pieniądze rozrzucane garściami, więc lubiano go i zapraszano do pierwszych domów i pałaców, tak że w końcu zaczął się zastanawiać, czy aby nie zacząć zabiegać o to, by zostać przedstawionym i u dworu. To byłoby coś! I to dla kogo? Dla takiego nędzarza z przedmieścia! O czym nigdy nie zapominał.

I tego też późnego popołudnia, 18 marca 1711 roku, zastanawiał się nad tym samym… Tyle że w Wielkim Poście, a ten właśnie trwał, absolutnie nie byłoby to możliwe. Może po Wielkanocy zacznie szukać kogoś, kto by się zgodził spełnić jego marzenie, jego pragnienie, by przedstawiono go królowi…

I kiedy to takie myśli przelatywały mu przez głowę, usłyszał dyskretne kołatanie do drzwi. Odruchowo powiedział:

– Proszę wejść! Otwarte! – bo pana Bartusza akurat nie było, jemu zaś nie kwapiło się wstawać z wygodnego fotela.

Drzwi uchyliły się ze skrzypieniem, a w powstałej szparze pokazała się cudna główka Rosalie, jednej z jego sióstr duchowych ze stadka abbé d’Étemara.

Porwał się na nogi, tak go zdumiała owa wizyta samotnej dziewczyny w mieszkaniu również samotnego kawalera. Było to co najmniej niestosowne.

– Cóż cię tu sprowadza mademoiselle?

Przysyła mnie ojciec d’Étemare, bo dzisiejszego dnia, późnym wieczorem, będziemy mogli odwiedzić świętego człowieka. Ponieważ ongiś wyraziłeś chęć poznania takiej osoby, a dziś nadarza się okazja… a że tylko ja byłam akurat pod ręką, to mnie tu do ciebie abbé posłał…

Świętego człowieka? Masz na myśli, mademoiselle, benedyktyna z Saint-Denis?

– W rzeczy samej, panie kawalerze.

– Gdzie więc i o której mam się stawić?

– Masz udać się ze mną. Teraz.

Mikołaj zasępił się nieco, pan Bartusz bowiem wymusił na nim przyrzeczenie, iż nigdy bez jego wiedzy i ewentualnie towarzystwa nie uda się w obce miejsce, z obcą osobą.

Dumał chwilę, co mu też wypada uczynić, w końcu jednak uznał, że w klasztorze, do którego się udają, raczej nic złego spotkać go nie może, postanowił tedy, że pójdzie z panną, a panu Bartuszowi zostawi karteluszek z informacją gdzie i do kogo się wybrał.

* * *

Człowiek uznawany za świętego przyjął przybyłych z nieco wymuszonym uśmiechem. Uprzejmie, ale oschle. Mogło to wynikać, nie z niechęci, ale ze złego samopoczucia. Widać było, że zdrowie mu nie dopisuje. Chociaż starał się maskować kiepską kondycję, to i tak nie potrafił opanować grymasu bólu, który co jakiś czas pokazywał się na jego twarzy.

Przybyli wpatrywali się benedyktyna niczym w obraz cudowny. Milczeli. On też milczał. W końcu ciszę przerwał niepewny głos Jean-Luca:

Ojcze…

– Tak, synu?

– Ojcze… chciałbym się przed tobą wyspowiadać…

Gerberon spojrzał mu w oczy i skinął głowa.

– Dobrze. Wysłucham. Wszakże wiedz, iż tylko według prawdziwych reguł Sakramentu Pokuty, reguł starożytnych i zalecanych od wieków, a teraz zaniechanych, wyśmiewanych, wzbranianych. Czyś gotów?

– Tak… ojcze… – Jean-Luc jakby się zawahał.

– Zatem mów. In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti.

Amen.

Słucham zatem.

– Ojcze… publicznie? W głos? Przy wszystkich?

– Tak, bo tak w swojej pradawności Kościół nakazywał.

– Ale przecie potem przecie zaniechał…

Ergo, Kościół pobłądził.

Kościół pobłądził? – w głos zdumiał się Białecki. – A jeśli pobłądził, to najwyraźniej brak mu asystencji Ducha Świętego. Hmm… Ergo – jeśli teraz pobłądził to i ongiś też mógł pobłądzić. Czego więc mamy się trzymać, jeśli nic nie jest pewne?

Ktoś ty? – zapytał wyraźnie poirytowany benedyktyn.

– Kawaler Nicola de Bialecki, padre.

Nic mi to nie mówi.

– Wybacz mu ojcze, hardy, bo to szlachcic polski, więc do pokory nie nawykły, a na dodatek nauki pobierał u jezuitów – wtrącił abbé d’Étemare, zakłopotany mocno samym faktem, że Mikołaj ma czelność wdawać się w dyskusje, podważać zdanie tak świętego człowieka i znakomitego teologa, za jakiego Gerberona uważali janseniści.

Ach, u jezuitów! Zatem istotnie trzeba mu wybaczyć, tym bardziej że widzę, iż teraz zaczął podążać właściwą ścieżką.

Odwrócił się do Jean-Luca:

– Zatem wyznaj swoje grzechy. Czym to obraziłeś Pana Boga?

Obecni w celi poczuli się niezręcznie i mocno skrępowani więc chcieli wyjść na korytarz, lecz benedyktyn zatrzymał ich skinieniem dłoni.

Zostali więc, ale wbili oczy w podłogę i starali się myśleć o czymś innym, a nie o wyznaniach ich przyjaciela. Lecz przecie uszu nie dało się zamknąć…

Jean-Luc tymczasem, wyznawszy grzechy pomniejsze, jako to lenistwo, rozproszenie na modlitwie, naraz jakby się zaciął. Zamilkł.

– To już wszystko? – zapytał Gerberon.

Nie, ojcze wyszeptał przez ściśnięte gardło pokutnik.

– Co więc jeszcze?

– Ja… ja… ja… – znów zamilkł.

– Cóż owo znaczy, to „ja…”? – benedyktyn odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy.

To grzech wyjątkowo obrzydliwy i straszny

– Mów!

– Miałem myśli nieczyste, pałając pożądliwością ku tutaj obecnej Madeleine… – wychrypiał mężczyzna blady jak trup i zaczął drżeć na całym ciele.

Taak… istotnie… grzech to wyjątkowo obrzydliwy i straszny

Dziewczyna, której owo wyznanie dotyczyło, aż dech straciła i zaczerwieniwszy się po samo czoło, twarz skryła w dłoniach.

Tymczasem benedyktyn po raz kolejny zapytał:

– Czy to już wszystko?

– Tak ojcze, to… to… już wszystko…

– Zatem nakładam na ciebie pokutę… będziesz pościł o samej wodzie… a wolno ci będzie wypić jeno demiard6 wody na dzień… będziesz pościł przez dni trzydzieści i dziewięć… nie nakazuję czterdziestu, iżbyś nie myślał, że zrównasz się z naszym Panem i Odkupicielem, który przez dni czterdzieści wstrzymywał się od jadła i napoju na pustyni, a kiedy już wypełnisz pokutę, udzielę ci absolucji… Żałuj za grzechy.

– Kiedy to będzie? Owo rozgrzeszenie? – szeptem zapytał Mikołaj.

– Chwileczkę… policzę – również szeptem odpowiedział mu abbé – 28 marca, w wigilię Niedzieli Palmowej… pewnie planuje dopuścić pokutnika do Komunii św. w Wielki Czwartek…

Mikołaj pokręcił głową.

– Jeśli pokutnik dożyje – mruknął pod nosem.

– Co pan powiada, panie kawalerze?

– Nic, nic ważnego – odparł Mikołaj i jął bacznie przyglądać się Jean-Lucowi.

A ten ostatni, kredowo blady, wciąż drżąc na całym ciele, ucałowawszy dłonie spowiednika, bardziej zawstydzony niż przestraszony wyszedł z celi na korytarz. Pozostali skłoniwszy głowy na pożegnanie przed Gerberonem, podążyli za mężczyzną

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1O. Gabriel Gerberon, OSB (1628-1711).

2W 1621, jako antidotum na rozluźnienie życia w klasztorach benedyktyńskich utworzono Zgromadzenie Benedyktynów św. Maura (ucznia św. Benedykta, który działał w Galii), które zatwierdził papież Grzegorz XV. Głównym klasztorem Zgromadzenia było opactwo Saint-Germain-des-Prés w Paryżu.

3Zamek we Francji, na przedmieściu Paryża, od XII wieku ulubiona przez królów baza do wyjazdów na polowania, w późniejszych czasach przerobiony na więzienie.

4Dziś zwany diecezjalnym, nie zakonnik, określenie zapewne pochodzi jeszcze z czasów, gdy księża się żenili.

5Louis-Antoine de Noailles (1651-1729 r.), kardynał oraz arcybiskup Paryża.

6Dawna francuska miara pojemności cieczy – nieco mniej niż ¼ litra.

Gdzie nie ma biskupa, nie ma i Kościoła… CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (10)

Gdzie nie ma biskupa, nie ma i Kościoła…

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (10)

Rue du Cloître-Notre-Dame No 8

Zmierzchało. Jakiś zakapturzony mnich szedł brzegiem Sekwany ku Pont Notre-Dame1, przebył ów most, a znalazłszy się na Île de la Cité2, podążył najpierw ulicą de la Lanterne3 i następnymi, kierując się ku ulicy Cloître-Notre-Dame.

Zmierzchało. Niebo przyodziało się w barwny płaszcz w kolorach złota, fioletów, różów i czerwieni.

Zmierzchało. Miasto powoluteńku cichło. Od Sekwany ciągnął zapach świeżych ryb, mułu, wodorostów i wylewanych z domów zbudowanych na mostach nieczystości. Ten ostatni zdecydowanie był najmocniejszy.

Mogłoby się zdawać, że ów tajemniczy mnich w obszernym płaszczu przypominającym benedyktyński podąża ku zabudowaniom kościelnym przylegającym do katedry Notre-Dame, ale nie, on idąc szparkim krokiem ulicą Cloître-Notre-Dame, zatrzymał się przed wejściem do okazałego domu, pod numerem ósmym. Zanim wszedł, ostrożnie, spod oka zerknął w lewo, zerknął w prawo. Okolica była natenczas pusta, poza jakimś – z figury i chodu sądząc, bo był zbytnio oddalony, aby dokładnie owo ocenić – młodym mężczyzną.

Nie wzbudziło to zaniepokojenia mnicha, bo raczej nic nie wskazywało na to, że ów młody człowiek interesuje się jego osobą. Wszedł tedy w bramę trzypiętrowej kamienicy i podążył ku drzwiom jednego z mieszkań usytuowanych na parterze, w które zapukał w pewien charakterystyczny sposób, co by postronnemu obserwatorowi mogło wyglądać na to, iż ów duchowny przybywa tu na schadzkę.

Drzwi się uchyliły i mnich wszedł do środka. Tutaj odsłonił twarz, zdjął wierzchnie odzienie, czyli ów płaszcz z kapturem upodabniający go do benedyktyna, pod którym jednak był odziany jak świecki ksiądz-modniś i bawidamek, w krótką sutannę do kolan, spodnie do pół łydki, obcisłe pończochy i skórzane pantofle z klamrą na niskim obcasie, co również było rodzajem przebrania, by nie rzucać się w niepowołane oczy. Rozdziawszy się, powiedział dobitnie:

Laudetur Jesus Christus!

In saecula saeculorum. Amen4.

Jakiś dość wiekowy mężczyzna imieniem JeanLuc i dwie młode, po około dwadzieścia-dwadzieścia dwa lata liczące kobiety, Madeleine i Rosalie podeszli do duchownego, który, sądząc z wyglądu, nie był o wiele starszy od dziewcząt i po kolei ucałowali mu dłonie, a następnie mężczyzna powiedział:

– Witamy, z serca witamy cię abbé d’Étemare5, witamy! Jakież nowiny nam przynosisz?

Cóż, nie najlepsze. Stan zdrowia najczcigodniejszego arcybiskupa Utrechtu Petrusa Codde6 bardzo się pogorszył. Peregrynuję tedy śród naszych, od drzwi do drzwi, by prosić o wzmożenie modlitw, postów, innych umartwień i dzieł pobożnych w intencji jego ozdrowienia, iżby owce nie pozostały bez pasterza. Póki on żyje, to mają ojca, który, choć w sporze z Rzymem i przez Rzym wyklęty jednak jest… a jeśli umrze? Papież już nie pośle do Niderlandów żadnego biskupa… A wiecie przecież, że gdzie nie ma biskupa, nie ma i Kościoła…

Oczywiście, oczywiście. Tak też i będziemy czynić. Wypełnimy wszystko to, o co prosisz, ojcze.

– Tak… tak trzeba…

A później ksiądz jakby się zadumał. Milczał długo i widać było, iż jest w tej izbie nieobecny duchem. Być może oddawał się modlitwie myślnej?

Jedna z dziewczyn przerywając w końcu ciszę, nieśmiało, bardziej szeptem niż półgłosem poprosiła:

Abbé, tak bardzo byśmy znowu chcieli usłyszeć twoje opowiadanie o tym, jak odprawiałaś swoją Mszę prymicyjną w Port-Royal, zanim grzesznicy nie nakazali go unicestwić…

Duchowny jakby się ocknął.

– Ach! Miałem to szczęście… i tę łaskę… owo przeżycie niezapomniane, słodkie i straszne zarazem… Gdy na moje słowa sam Pan zstępował w chleb, postać chleba przyjmował… a ja ten Chleb trzymałem w dłoniach… unosiłem, adorowałem I ta wizja… wspaniała wizja naszego błogosławionego męczennika, pamięci świętej opata Saint-Cyran, który stawiwszy się z nieba – bo nie mam wątpliwości, że tam właśnie przebywa – z tak słodkim uśmiechem spoglądał spoza kadzidlanych dymów na mnie, że aż serce moje stajało, niczym wosk przy ogniu…

Obie młode kobiety słuchały tych słów z wielkim nabożeństwem, roziskrzonymi oczyma wpatrując się w twarz księdza, lecz mężczyzna obecny w izbie, stojący tuż przy oknie, zerkając przez nie na ulicę, wypatrzył jakiegoś mężczyznę, który przechadzał się w te i nazad przed ich kamienicą i zerkał w okna, jakby kogoś wypatrując.

– Ojcze – ozwał się mężczyzna, przerywając pełne egzaltacji opowiadanie księdza. – Ojcze! Wypatrzyłem szpiega! Co czynić?

Ksiądz nie całkiem przytomnym wzrokiem spojrzał na pytającego i powtórzył pytanie:

– Co czynić?

– No właśnie. Nie odstępuje tego domu, od kiedy tu wszedłeś, musiał cię, ojcze, śledzić. Trudno ci będzie się stąd wymknąć niepostrzeżenie.

Więc wyjdź do niego JeanLuc i zapytaj, czego tu szuka, i że może będziesz mógł mu pomóc. Może się go jakoś pozbędziesz. Z drugiej strony szpieg, tak oficjalnie, jawnie? Ba! Wręcz ostentacyjnie?… Dziwne, dziwne…

Mężczyzna skinął głową i wyszedł.

Ksiądz zerkał spoza zasłony, co też się wydarzy.

Ujrzał z wielkim zdumieniem, iż nieznajomy wyciąga coś, chyba jakiś papier, kartkę wpół złożoną z kieszeni i pokazuje JeanLucowi. Ten ostatni zaś zerknąwszy na nią, gestem zaprasza nieznajomego do środka.

Po chwili w sieni dało się słyszeć odgłos ciężkich męskich kroków, otwierane drzwi wchodowe zaskrzypiały i do izby weszli – Jean-Luc oraz nieznajomy młody człowiek tak na oko niemogący mieć więcej niż osiemnaście-dziewiętnaście lat.

Zobaczywszy duchownego, skłonił się z szacunkiem i pozdrowił Boskim słowem:

Laudetur Jesus Christus!

In saecula… Widzę młodzieńcze iżeś dobrym chrześcijaninem, skoro od pozdrowienia Chrystusa Pana zaczynasz, a nie od życzenia nam tu dobrego wieczoru. Chwali ci się to, chwali!

– Tak mnie, ojcze, nauczono. Pierwej jednak pozwolisz, że się przedstawię. Jestem chevalier Nicola de Bialecki.

Ach, szlachcic! Polak? Wnoszę z nazwiska. Skądże jednak italskie brzmienie waszego imienia, panie kawalerze.

Tak dokładnie, tom Mikołaj Białecki, herbu Leszczyc. Ponieważ jednak kęs czasu przebywałem w Italii, skąd prosto tutaj przybywam, do takiej formy imienia tam przywykłem i może niech tak już zostanie. No i zgadliście, ojcze, iżem Polak.

– A czego tu, synu, szukasz? – zapytał abbé, odzyskując spokój i pewność siebie.

Cóż… nie bardzo wiem co rzec, od czego zacząć…

– Najlepiej ab ovo.

Wtedy Mikołaj opowiedział o dziewczęciu poznanym podczas tłustego wtorku w Wenecji, o tajemniczym doręczycielu liściku i o liściku samym.

– Pokaż synu tę kartkę.

Białecki spełnił prośbę księdza. Ten ostatni wpatrywał się w krótki tekst i kręcił głową. Wreszcie się odezwał:

– Nie wiem… nie wiem… co by tu rzec?… Nie znam tego charakteru pisma. Może ktoś z was zna?

Ale Jean-Luc zaprzeczył i obydwie dziewczyny zerknąwszy na liścik, zrobiły to samo.

Abbé podrapał się w głowę.

– Problem w tym, że wyraźnie jakaś kobieca ręka napisała: „W Paryżu, w domu przy Rue du Cloître-Notre-Dame No 8...” Zatem bez dwóch zdań podała ten adres, wszelako bez oznaczenia kwatery, czy choćby nawet piętra. Jak to dziewczę ci się przedstawiło, panie kawalerze?

– Pauline.

– Znacie którąś z naszych o tym imieniu?

– Ba! A małoż to dziewcząt wyznaje prawdziwą wiarę? Lecz niestety żadnej Pauline, która by w tym domu kiedykolwiek bywała. Żadnej – odparł Jean-Luc.

– A może jakaś mieszka tu po prostu, stale, albo choć czasowo?

– Nie, nie mieszka.

– Albo u kogoś bywa?

Starszy mężczyzna zamyślił się i przez kęs czasu milczał, co i raz drapiąc się w głowę. W końcu jednak przemówił:

Pomieszkuje od czasu do czasu na pierwszym piętrze, gdy ściąga do Paryża, pewna, nieco już leciwa, niewiasta, madame Éléonore Claire d’Estrées, razem z cioteczną wnuczką Pauline. Być może o tę dziewczynę chodzi? Uroda, wiek… to by się zgadzało z opisem pana kawalera.

Ach! Markiza! A co ci o nich więcej wiadomo? – zaciekawił się ksiądz. – I czy w ogóle cokolwiek ci wiadomo.

– Niewiele monsieur abbé, niewiele. Plotka głosi, że obie są duchowymi córkami ojca Jean-Baptiste Girarda7.

– Ach! Tego jezuity z Pontarlier w Burgundii! Nieciekawa to postać, oj, mocno nieciekawa! To, co się o nim szepce na ucho, wróży, iż może popaść w nieliche tarapaty i marnie skończyć!

– I cóż takiego? – zaciekawiła się jedna z panien.

– Wyznaje niebywałą gorszącą herezję i prawdopodobnie roznosi zarazę tejże herezji. Jeśli istotnie starsza dama i jej wnuczka należą do jego duchowych córek, to bezpieczniej byłoby nie wchodzić z nimi w żadne stosunki, nawet czysto towarzyskie. Chociaż… z drugiej strony nie sądzę, iżby tak było. Markiza nie jest lubiana w Paryżu, więc raczej podejrzewam, że to nieprzyjaciele po prostu dorabiają jej gębę.

Białeckiego owe słowa mocno poruszyły.

Zaniepokoiliście mnie, ojcze. Wyglądała mi owa Pauline na słodką niewinną dzieweczkę, a tu wyczuwam podejrzenia czegoś ohydnego, obrzydłego… Choćby to były tylko plotki zawistników, to przecie rzucają cień na panienkę… Jednakowoż… tak czy inaczej… chciałbym mieć możność spotkania się z nią.

Abbé wzruszył ramionami.

– Jeśli jest ci to pisane… Ale przeszkodziłeś nam, zaniepokoiłeś swoim dziwnym zachowaniem na ulicy. Pozwól więc, że cię pożegnamy. Chyba… chyba że zechcesz się pomodlić teraz razem z nami, a dopiero potem każdy się uda w swoją stronę?

Niechaj tak będzie – zgodził się Mikołaj. – Przywykłem do wieczornych wspólnych modlitw, a ponieważ od jakiegoś czasu nie mogę ich praktykować, to chętnie, ojcze, skorzystam z nadarzającej się okazji.

– A gdzie to, panie kawalerze praktykowałeś wspólne modlitwy wieczorne?

– U ojców jezuitów.

Zebrani spojrzeli po sobie z wyraźnym zaniepokojeniem.

– A w którymż to z ich domów, monsieur? Przymierzałeś się może do stanu duchownego?

– Och nie! – Białecki się uśmiechnął. – Nie było mi to w głowie. Ot, najzwyczajniej, mój protektor, gdym osierociał zupełnie, umieścił mnie w uczelni zwanej Academia Gostomiana i konwikcie jezuickim w Polsce, w Sandomierzu.

Ksiądz d’Étemare odetchnął z wyraźną ulgą. Chciał wszelako nabrać jeszcze całkowitej pewności, więc dopytał młodzieńca:

– Zapewne ojcowie z Sandomierza dali ci jakiś list polecający dla jezuitów w innych krajach?

– Nie, ojcze, bo niby dlaczego mieliby to robić? Ukończyłem naukę, mój opiekun mnie zabrał, wyposażył, a teraz podróżuję po świecie. Na razie odbyłem wędrówkę po Italii, teraz zawitałem do Paryża, bo mnie ów liścik zaintrygował i postanowiłem sprawdzić, co się za nim kryje. Czy żarcik tylko karnawałowy, czy też spodobałem się pannie. Ale… ale jeśli nawet to ostatnie, to minęło już tak wiele miesięcy, że mnie pewnikiem zapomniała. Przelotne to było spotkanie… niestety…

I sam tak podróżujesz?

– Nie, w towarzystwie pana Zbyluta Bartusza, który ma mnie ochraniać i bronić, jeśli zaszłaby taka konieczność.

– Czyli jest twoim sługą?

– Nie, raczej towarzyszem, bo to szlachcic, jako i ja, chociaż bardzo ubogi.

– Więc czemu teraz nie zabrałeś go ze sobą?

– Udając się na poszukiwanie panny? – Mikołaj nieomal parsknął śmiechem.

– No tak. Racja – d’Étemare też się uśmiechnął, ale jakby półgębkiem, wymuszenie.

Ksiądz ostatecznie uspokojony, bo słuchając tych słów i bacznie lustrując szczerą twarz młodzieńca, do końca już uwierzył Mikołajowi i pozbył się nawet cienia wątpliwości, że może to być osoba nasłana, iżby go szpiegować.

Uspokojony padł na kolana, pozostali poszli jego śladem i rozpoczęły modły.

Ile one trwały? Długo, niezmiernie długo. Białecki, chociaż u sandomierskich jezuitów zaprawiony w tej sztuce w końcu poczuł ból w kręgosłupie, w lędźwiach i kolanach. „Kimże oni są?” – pomyślał. „To jacyś święci ludzie”.

Było już grubo po północy, kiedy owe żarliwe modlitwy dobiegły końca. Wszyscy dźwignęli się z kolan i przeżegnali nabożnie. Abbé na zakończenie wyrecytował jeszcze fragment jednego z Psalmów Dawidowych:

Przecz-że się buntuje pogaństwo, a po próżnicy szemrzą narodowie? Zastawili się królowie ziemscy, a książęta radzą się społem przeciwko Panu i przeciw pomazańcowi jego mówiąc: Potargajmy związki ich, a odrzućmy powrozy ich. Ale ten, który mieszka w niebie, naśmieje się z nich, a Pan szydzić z nich będzie. Tedy będzie k nim mówił w popędliwości swojej, a w gniewie swoim przestraszy je. Mówiąc: A jam postanowił Króla mojego nad Syjonem, górą świętą moją. Opowiem ten dekret, który mi Pan opowiedział: Syn mój ty jesteś, któregom ja dziś porodził. Żądaj ode mnie, a podam narody w dziedzictwo twoje, a w osiadłość twą, granice ziemie. Potrzesz je laską żelazną, a jako naczynie zduńskie pokruszysz je. Teraz-że zrozumiejcie królowie, nauczcież się sędziowie ziemie. Służcie Panu w bojaźni, a rozradujcie się jemu w strachu. Pocałujcie syna, by się snadź nie rozgniewał, a iżbyście nie zginęli z drogi, gdyby z prędka zapaliła się popędliwość jego. Szczęśliwi wszyscy, którzy jedno w nim ufają8.

– Tak, dzieci. Sąd nad królami – nad królami – zaakcentował coraz się przybliża… bo posłuszeństwa ni zaufania Królowi królów w nich nie ma ani miłości ku poddanym swoim. Potracili się w swej pysze i w swojej rozpuście i w ucisku i w gwałtach i pławią się rozkoszach cielesności.

– Ojcze! – Mikołaj był poruszony do głębi. – Panie, wyście ludzie święci!

– My? – ksiądz uśmiechnął się smutno. – Gdzież to nam do świętości, lecz jeśli chciałbyś zobaczyć świętego, by potem go naśladować swoim życiem, to mogę ci go pokazać. Chciałbyś?

– Ojcze! Z serca mówię – bardzo!

Zostaw zatem swój adres Jean-Lucowi.

* * *

Niebo zaczynało już leciuchno szarzeć, chociaż do świtu było jeszcze daleko. Chłód nocy, a na dodatek niemiła, przenikająca aż do kości wilgoć ciągnąca od Sekwany, sprawiały, że każdy zabłąkany tutaj przechodzień marzył tylko o jednym – o ciepłym schronieniu. Jednakowoż Mikołaj, chociaż zmęczony i skostniały nie poszedł wprost do domu przy rue de la Tannerie na przedmieściu9, który – dla wygody – wynajął cały na czas pobytu w Paryżu. Musiał nieco ochłonąć i pozbierać myśli po owym zdarzeniu, w jakim uczestniczył.

Tłukło mu się po głowie: „Kim byli owi ludzie, tacy pobożni, tacy świątobliwi?”

Z jednej strony go to intrygowało, z drugiej niepokoiło. No bo przecież takie modły można, a nawet należy odprawiać w kościele, a nie w ukryciu w jednej z izb mieszkalnych zwyczajnej kamienicy. Tym bardziej że kościół, i to nie byle jaki, bo katedra Notre-Dame, znajdowała się zaledwie o kilkadziesiąt kroków, po drugiej stronie wąskiej uliczki.

A poza tym czuł się zawiedziony, bo jego rachuby, iż gdy tu przybędzie, natychmiast napotka piękną i tajemniczą Pauline, nie ziściły się. Przez chwilę mocował się ze swoimi myślami – jedne podpowiadały mu, żeby machnął na dziewczynę ręką, bo to jakieś mrzonki niemające najmniejszego sensu, z drugiej zaś utwierdzały go w przekonaniu, że powinien mimo wszystko odnaleźć pannę.

W końcu zaczął żałować czasu straconego na modły wlokące się godzinami, który mógł był spędzić przyjemniej, a z Panem Bogiem porozmawiać jak zwykle, zwracając się doń w codziennym, wieczornym pacierzu. Jedyny pożytek z tego, że trafił w to miejsce, był taki, iż dowiedział się, że „jego” Pauline może być dziewczyną, która niekiedy bywając w Paryżu, pomieszkuje na pierwszym piętrze owej kamienicy, na piętrze, które albo jest własnością babki, albo ta je na stałe wynajmuje.

Przypomniało mu się, że Balletti starą damę tytułował markizą… Abbé posłyszawszy nazwisko babki – Éléonore Claire d’Estrées, również nazwał ją markizą… Czyżby tylko zbieg okoliczności? A może nie? Może chodzi o tę samą osobę? Lecz dlaczego, u Boga, markiza mieszka w tej odrapanej zwyczajnej kamienicy? Bo przybywa tu incognito? Nie inaczej… Tylko czemuż to? Kolejna zagadka. A może żadna zagadka. Ksiądz powiedział, iż nie jest lubiana w stolicy, więc woli być na uboczu, a bywa tu tylko wtedy, gdy z jakiegoś powodu musi. Ot i wszystko.

Ostatecznie, czując się nieludzko zmęczony, jedne i drugie z nachodzących go myśli odpędził precz, marząc o jednym już tylko – by co rychlej znaleźć się w swoim łóżku, w miękkiej ciepłej pościeli…

* * *

Bartusz świdrował oczami twarz Mikołaja, nie zerkając nawet na niezbyt wykwintne śniadanie, jakie im dostarczono z nieodległej gospody.

– Cóż, paniczu?

– A co ma być?

– No jakże? Znaleźliście, czego żeście szukali?

– Nie poszczęściło mi się. Niestety…

– Zatem?

– Zatem na razie tu zostajemy, bo ja tak łatwo nie rezygnuję.

– A co ze mną? Jaką rolę panicz dla mnie wyznaczył? Będę za towarzysza, czy mam tu siedzieć, gapić się w okno i nudzić?

Chyba żeś waszmość zgłupiał. Ja szukam dziewki, młodej i powabnej, a nie pańskiego towarzystwa przez dzień cały.

To akurat jestem w stanie pojąć, niemniej markiz, hrabia, czy jak mu tam, bom się w tych jego nazwiskach i tytułach pogubił, jasno mi przykazał być stróżem panicza. I zapłacił za to. I zapłacił niemało. A ja nie nawykłem do brania pieniędzy za nic, za darmo. Siedzieć tutaj i nie mieć panicza na oku, to byłoby złamanie umowy, jaką zawarłem z markizem, a jam człek uczciwy, choć niezamożny. Niechże mi tedy panicz wybaczy, ale się nie posłucham. Przed oczy pchać się nie będę, ale raczej jako cień trop w trop będę za paniczem podążał. I zawsze z naostrzoną szablą.

– Widzę, że posłuchu u waszmości mieć nie będę.

– Szacunek, a i owszem, ale posłuch? Anim ja panicza sługa ani podwładny.

Mikołaj westchnął ciężko.

– To się, panie Bartuszu, przynajmniej inaczej przyodziejcie, po francusku, i szablę zamieńcie na szpadę, bo w tym kontuszu i z szabliskiem przy boku nie macie najmniejszych nawet szans być moim cieniem. Łażąc za mną tak przyodzianym, to jakbyście mnie paluchem pokazywali: „Oto patrzcie, to ten młody Białecki”.

Hmm… tu akurat muszę się zgodzić z paniczem… tylko…

– Co tylko?

– Grosza mi szkoda na przyodziewek i na szpadę.

– No, jeśli o to tylko chodzi, to wam za swoje kupię, sknero.

– Bóg zapłać, paniczu. Wielkie Bóg zapłać!

Mikołaj sięgnął do sakiewki i nie patrząc nawet, ile monet wydobył, kilkanaście ich sypnął w nadstawione dłonie pana Bartusza.

– Paniczu? A nie za wiele to aby? – zapytał ten ostatni.

– Et! – Białecki machnął ręką. – Mam ich na tyle, a komuś, kto i wiernie mi towarzyszy i opiekuje się mną, a jest mi też przyjacielem, nie będę żałował.

Zatem Bóg zapłać, paniczu. Wielkie Bóg zapłać raz jeszcze! Bóg zapłać!

– No już, już. Starczy tych podziękowań.

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Jeden z mostów na Sekwanie.

2Jedna z dwóch wysp na Sekwanie, serce i najstarsza część Paryża, właściwe miasto.

3Dziś pierwszy odcinek rue de la Cité zaczynający się tuż za mostem.

4Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Na wieki wieków. Amen. (łac.)

5Jean-Baptiste Le Sesne de Ménilles d’Étemare (1682-1770) – jansenistyczny ksiądz francuski.

6Petrus Codde (1648-1710), arcybiskup tytularny Sebasty, wikariusz apostolski w Holandii, najpierw suspendowany, a potem ekskomunikowany przez Rzym za sprzyjanie jansenizmowi.

7Jean-Baptiste Girard (1680-1733) francuski jezuita zamieszany w głośny skandal dotyczący niemoralnego prowadzenia się i jeszcze cięższe występki, w tym paranie się czarami, najbardziej znany z tego, że uwiódł Catherine Cadière (1709-?), mistyczkę, stygmatyczkę i konwulsjonistkę (wg: Rossell Hope Robbins, The Encyclopedia of Witchcraft and Demonology, London [1959], p. 70-71).

8Ps 2, 1-12 z Biblii Brzeskiej.

9 Na przedmieściu w znaczeniu, że nie dosłownie poza miastem, w rozumieniu Wielkiego Paryża, ale nie na Île de la Cité, a więc najstarszej, tej właściwej części stolicy Francji.

Nie ma przypadków, nawet pomyłki nie są przypadkami. Bez wątpienia … CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (9)

Nie ma przypadków, nawet pomyłki nie są przypadkami. Bez wątpienia …

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (9)

Wtorek 4 marca 1710 roku

Markiz jak zwykle śniadał skromnie, w odosobnieniu, więc Mikołaj – chociaż chciał jak najszybciej porozmawiać o wczorajszej przygodzie, musiał cierpliwie poczekać, aż Balletti po śniadaniu przyjdzie do salonu, by wypić tu bavarèisę1, na pokrzepienie ciała i rozjaśnienie umysłu.

Czemu taka zatroskana mina, Mikołaju? Nie najlepiej spałeś?

– I to także, lecz mam poważniejszy problem.

– Jakiż to?

Wtedy młodzieniec opowiedział wszystko, co go spotkało i co go przez to trapiło.

Balletti nie zastanawiając się wiele, zbył go jednym krótkim zdaniem:

– Tedy jedź, chłopcze, do Paryża!

– Ale…

– Może czeka cię tam jakaś ciekawa przygoda? Może Los, może sama Ananke2 tak chce tobą pokierować, jak ty sam byś nigdy nie zechciał?

Może… ale słowa pana, monsieur, budzą we mnie obawę i przestrach… trapi mnie zaś i coś innego jeszcze.

Cóż takiego?

– A to dlaczego panna posłała za mną tego, budzącego dreszcz niepokoju, umyślnego z liścikiem?

– Nie przyszło ci do głowy, że to ani ta panna, ani o ciebie chodziło?

– Jakże to?

– Może to była zwykła pomyłka i nic więcej? Doręczyciel pomylił adresata? To się zdarza. Tym bardziej w nocy.

– Tego nie wziąłem pod uwagę.

– No to teraz weź.

– Więc co mi robić wypada?

– A! To już co tam chcesz!

– Lecz co by mi pan markiz radził?

– Nie jestem od udzielania rad. Czasem mogę coś podpowiedzieć, ale teraz sam zdecyduj.

Hmm…

– To żadna decyzja – Balletti się uśmiechnął.

– Więc może zaryzykuję i jeśli nie natknę się na tę cudną dziewczynę przez dzisiejszy dzień i wieczór ruszę do Paryża.

– A jakże ją poznasz? Wszak może nosić maskę, a właściwie to na pewno będzie ją nosić.

– Po kostiumie!

– Jeśli jest zamożna, to przez dwa dni z rzędu nie założy tego samego. Wczorajszy był już mocno ubielony kredą i gipsem, widać nie szczędzono jej wyrazów podziwu i sypano na pannę konfetti garściami.

Serce mi podpowie!

– A skoro tak uważasz, to dopij swoją bavarèisę i pędź, czym prędzej pędź! – markiz znów się roześmiał.

– Ba! Dokąd?… miasta nie znam zupełnie…

– Kieruj się tam, gdzie największe tłumy. Ja bym obstawiał Piazza San Marco i Rialto3. Wczoraj twoja tajemnicza Pauline przyodziała się w morettę4, com zauważył, bo żeby z tobą rozmawiać, musiała zdejmować maskę. Jeśli dziś uzna, że lepsza będzie baùta, to nie masz najmniejszych nawet szans, żeby ją rozpoznać. Nawet po figurze.

Może mi się poszczęści.

– Zatem próbuj! A co jeśli jej nie spotkasz?

– Wtedy pojadę do Paryża.

Markiz parsknął śmiechem.

– Zatem będzie tak, jak Ktoś za ciebie zaplanował!

Kto niby? Dopiero co, sugerował pan, że to przypadek.

Nie ma przypadków, nawet pomyłki nie są przypadkami. Bez wątpienia Ktoś coś względem ciebie zaplanował.

No… nie do końca… chyba?…

– I owszem, nikt cię tam przemocą nie wywiezie, ostatecznie sam będziesz musiał zdecydować, ale...

Mikołaj i zaniepokojony i zakłopotany już nieco tą rozmową zmienił temat.

– A pan, panie markizie, co dziś będzie robił?

Ja? Ja się udaję na schadzkę z owym dziewczęciem, z którym wczoraj wespół śpiewaliśmy barkarole mojej kompozycji. Udatne były, musisz to chyba przyznać.

Mikołaj aż oczy wybałuszył ze zdumienia.

– Tak, tak, chłopcze, lata eksperiencji, maestrii i znajomość czułych słówek… No… i może jeszcze te brylanty na skromnym ubraniu… Zderzenie prostoty z wytwornym zbytkiem… co na damach robi wrażenie. Chyba że są to jędze o wyschniętych dziuplach, które już niczego nie mogą skosztować z owych specjałów, którymi się objadały za młodu. W tych znajdziesz tylko ocet, zawiść, zazdrość, nienawiść i brak nadziei…

– Lecz ona by mogła być córką pańską, panie markizie! A tak w ogóle jest przecie młodą mężatką!

– Cóż z tego? Jest świeża i delikatna. Więc pewnikiem wybornie smakuje! A ty? Co byś wybrał vitello tonnato5 – potrawę z cielątka karmionego stokrotkami i młodziuchną słodką trawą, czy brasato al Barolo6 z wołustaruszka, który skąpo jadał, smagany był często i przez najmniej dziesięć lat i furkę ciągnął i pole orał kamieniste?

Mikołaj tylko machnął ręką.

– Pan pozwoli, panie markizie, że się oddalę. Nie mogę tego słuchać. Bezecne to i cyniczne.

– Ależ oczywiście! Nie przeczę! Weź jednak ze sobą pana Bartusza. Wszak potom go wynajął za bardzo godziwe pieniądze, by cię strzegł. Baùty dla was obujuż przygotowane.

* * *

Paniczu, niechże już panicz da pokój. Nóg nie czuję. Zmrok dawno zapadł, a my uganiamy się po mieście niczym dwóch obłąkanych.

– Panie Bartuszu, to serce mnie gna!

– Oj, widzę, widzę. Mnie natomiast w brzuchu burczy. Zjadłbym coś i przepił. Jutro Popielec i post, teraz ostatnie godziny, żeby sobie jeszcze godziwie podjeść i jakimś szlachetnym trunkiem gardło przepłukać. Bardzom, paniczu, zasmakował w tej, jak tu mówią grappa di moscato7, owej wonnej gorzałce – niebo w gębie i przyjemny, o jak przyjemny szum w głowie!

No to niechże i tak będzie, bom i ja zgłodniał. Ale miast gorzałki wolę się napić passito bianco8 O, może tu wejdźmy… sądząc po zapachach, pewnie da się tu dobrze i smacznie zjeść.

Mikołaj z Bartuszem przekroczyli próg drzwi, spoza których dolatywały nie tylko smakowite aromaty, ale i gwar wesoło bawiących się ludzi.

* * *

Było już dobrze po północy, gdy Białecki zakończył kilkanaście godzin trwającą eskapadę. Daremna ona jednak była, bo – jak przewidział markiz – nie spotkał tej, której szukał.

Zmęczony ponad wszelkie wyobrażenie, zzuł z siebie ubranie, cisnął je na podłogę obok łóżka i zatonąwszy w pościeli, pogrążył się we śnie.

Nie minęło i pięć minut, a chrapał tak, że aż prawie ściany drżały i żadna mysz z licznie zamieszkujących tę izbę sypialną nie zaryzykowała, żeby chociaż wystawić nosek z dziurki, nie mówiąc już o wyjściu z ukrycia, by poszukać czegoś do zjedzenia.

* * *

Rankiem, gdy Mikołaj i Bartusz w miarę wypoczęci wyleźli z pościeli i zaczęli się zastanawiać nad jakimś postnym śniadaniem, właściciel austerii, w której się zatrzymali, poskrobawszy w drzwi, skoro tylko usłyszał zaproszenie do wejścia, zginając się w ukłonach, zbliżył się do pana Białeckiego i wręczył mu zalakowany list. A oczyma zlustrował dwa bardzo mocne skórzane wory mieszczące w sobie zawartość znacznej wagi, z samego wyglądu sądząc, stojące wpodle drzwi. Gdybyż to wiedział, że bez wątpienia są w nich złote luidory, życie naszych podróżnych mogłoby nie być warte i funta kłaków. Na szczęście jednakowoż nie był tego świadom.

Mikołaj złamał pieczęć z odciśniętym symbolem pięcioramiennej gwiazdy zamiast herbu, rozpostarł kartkę i przeczytał kilkanaście słów zaledwie:

Młodzieńcze, nasze drogi się rozchodzą. Nadal ucz się hiszpańskiego w miarę możności, a mnie nie szukaj. Pewnie kiedyś się jeszcze spotkamy… Czy w Paryżu?… Niekoniecznie… Sugeruję, byś uzupełnił wykształcenie w Salamance…

List nie był podpisany, lecz Mikołaj już na pierwszy rzut oka rozpoznał pismo markiza. Przez chwilę podumał, zamówił rybę z warzywami na parze, z odrobiną oliwy i nieco chleba opiekanego na węglach, iżby był chrupki, po czym rzekł do pana Zbyluta Bartusza, herbu Barszcz alias Wiewiórka.

Więc co, panie Bartuszu? Do Paryża?

– Jak panicz uważa, ja mam jedynie panicza strzec, ot co. Cyrograf na trzy lata podpisałem, co by was, paniczu pilnować i towarzystwa wam dotrzymywać. Umowa rzecz święta to raz, a dwa jakoś was polubiłem, chociaż nie od razu. Tylko widzę tu jeden problem. Pierwszy zapewne, potem przypuszczalnie wyniknie ich przy różnych sytuacjach więcej.

– Jakiż to problem?

– Nader prozaiczny, paniczu. Jakże się do tego Paryża mamy dostać? Per pedes9? Na dodatek z taką ilością złota?

No tak, więc co?

– Więc trzeba nam jakąś porządną karetę nabyć, ze sprytnie zamaskowaną skrytką. Ot co! A to zajmie pewnikiem kilka dni, bo i herb waszmości trzeba będzie na drzwiczkach wymalować, co by wiedziano, że szlachetnie urodzony karetą ową podróżuje, a nie mieszczuch jakiś lichy czy kupczyk.

Bartusz na chwilę zamilkł, a potem kontynuował:

– A tak w ogóle, paniczu Mikołaju, czy to mus jakiś, tak od razu do tego Paryża? Nie moglibyśmy i kawałka Italii obejrzeć?

– Ba! I nawet by trzeba! Wystarajcie się o mapy, to rzecz całą rozważymy. Może się zastanowimy nad jakąś trasą?

– Mapy są, pan markiz nas we wszystko zaopatrzył…

Nie minęło wiele chwil, a obaj pochylali się nad kartą Włoch.

– Jeśli by panicz pozwolił, nie uznając tego za zuchwałość z mojej strony, to ja bym taką podróż zaproponował: statkiem do Bari, pokłonić się św. Mikołajowi, patronowi panicza i o wstawiennictwo u tronu Bożego poprosić na resztę życia.

– Ale wenecjanie dowodzą, że tamte relikwie są fałszywe, a prawdziwe znajdują się tutaj, u nich, na Lido10, u benedyktynów. To przecie na Lido bliżej, do Bari zaś cała wyprawa!

– Hm… można pomodlić się i na Lido, ale Ojciec Święty, papież, za autentyczne uznał szczątki świętego przechowywane w Bari…

Niechże wam będzie. Płyniemy do Bari. Ze złotem w kufrach podróżnych. Nieroztropnie i niebezpiecznie. Ale inaczej się nie da. A potem?

A kto by się domyślił, co w tych kufrach jest?! Więc płyniemy do Bari i tam dopiero obstalowujemy karetę, kupujemy konie i ową karetą, etapami, jedziemy do Neapolu, stamtąd do Rzymu, Florencji, Pizy, Genui i Turynu. Z Turynu zaś przez Grenoble do Lyonu. Z Lyonu natomiast przez Nevers i Wersal do Paryża.

To do Paryża doturlamy się jesienią! Bój się pan Boga, panie Bartuszu!

– Nie popasając nigdzie zbyt długo, wymieniając konie w trasie, znajdziemy się tam szybciej, niż się paniczowi zdaje.

– A co będziemy robić, prócz podziwiania italskich widoków i zwiedzania tych miast starożytnych?

– Będziemy się uczyć fechtunku i gadać po francusku.

– Wszak wy, panie Bartuszu, po francusku ni w ząb!

– No właśnie. A przecież do Francji się udajemy…

– Zatem niechaj będzie tak, jak żeście obmyślili, waszmość.

* * *

Bari przywitało ich wspaniałą pogodą. Wszędzie rozkwitłe kwiaty i zioła wydzielały cudne aromaty. Słońce zaś ze wszystkiego wydobywało takie barwy, o takim nasyceniu, jakich nigdy nasi wędrowcy w dalekiej północnej krainie nie widzieli. Leciuchna słonawa bryza studziła im twarze, a gwar miasta tętniącego życiem, miły był ich uszom po dniach spędzonych na morzu, gdzie słychać było tylko skrzypienie więźby korabia, łopot żagli, pokrzykiwania marynarzy i plusk fal

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

===============================================

1Bavarèisa – słodki pobudzający napój przyrządzany z kawy, czekolady, śmietanki i syropu z cukru trzcinowego.

2Grecka bogini nieuchronności losu i przeznaczenia.

3Najstarsza część Wenecji – rynek i most tej samej nazwy.

4Moretta – wenecki kostium karnawałowy, który składał się wykwintnych sukien, ozdób, zwiewnych szali, welonów, małego kapelusika i okrągłej maski, której wewnętrzną wypustkę należało przytrzymywać zębami, tak aby maska nie spadła z twarzy, dlatego też, gdy osoba w ten sposób przebrana chciała wdać się z kimś w konwersację, musiała maskę zdjąć i pokazać twarz.

5Bardzo delikatna i wyborna cielęcina w sosie z tuńczyka, anchois, kaparów oraz jaj. Wykwintne danie znane już starożytnym Rzymianom.

6Wołowina al Barolo – wołowina duszona według specjalnego przepisu. Danie znane już starożytnym Rzymianom.

7Destylat z wytłoczyn winogron muszkatowych.

8Wino – biały, aromatyczny, słodki włoski muszkat.

9Per pedes – na piechotę (łac.).

10Lido – wenecka wyspa, która odgradza Lagunę Wenecką od otwartego morza.

„Jeszcze nie nadszedł czas ostatecznego rozrachunku z tym krajem”. CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (7)

Jeszcze nie nadszedł czas ostatecznego rozrachunku z tym krajem.

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (7)

Markiz i hetman

Pan Adam Mikołaj Sieniawski, herbu Leliwa, hetman wielki koronny, był to młody jeszcze, bo ledwo czterdzieści trzy czy może najwyżej cztery lata liczący mężczyzna o dość nobliwym wyglądzie, który na widok wchodzącego cudzoziemca powstał z fotela. Ostrzyżony „z polska”, czyli z wysoko podgoloną czupryną i półkolistą grzywką nad wysokim czołem, o twarzy, na której malowało się dostojeństwo przemieszane z chytrością, gdzie chytrość zdecydowanie brała górę nad inteligencją, odziany był bogato, także z polska. Lico miał rumiane, pociągłe, oczy nieco zbyt szeroko rozstawione, nos okazały, żeby nie rzec – potężny i jakby doklejony do twarzy, za to uszy małe, arystokratyczne, nieodstające, lecz zgrabnie przylegające do głowy.

– Witam, witam, dostojnego pana… wysłannika?

– A i owszem – odparł przybyły – i w jakiś dziwny, charakterystyczny sposób uścisnęli sobie dłonie.

Wybaczcie panie, ale ponieważ wszystko się odbywa sub secreto1, to godność pańska ni tytuły nie są mi wiadome. Pan wie z kim ma do czynienia, ja zaś nie…

– Jestem markiz Balletti, hrabia Montferrat, hrabia Bellamarre de Aymar etc. etc...

Czuję się zaszczycony – Sieniawski z uszanowaniem pochylił głowę, następnie zaś wskazując dłonią fotel, rzekł: – Usiądźmy tedy, panie markizie.

Usiedli.

– Zatem? – zapytał markiz, wgryzając się swoim ostrym i przenikliwym wzrokiem w lekko wyłupiaste oczy kasztelana.

Zatem jutro Wilia Bożego Narodzenia, zapraszam tak pana markiza, jak i jego towarzyszy na wieczerzę.

– Dziękuję, panie hetmanie. Jednakowoż jutro, skoro świt, ruszam w dalszą drogę.

– Ubolewam… szczerze ubolewam… że nie świętujecie… Mało, jakże mało mam teraz rozrywek dlatego każdy powód jest dobry, każdy godzi się zatem wykorzystać, nie zmarnować żadnego.

Montferrat się skrzywił i nic nie odrzekł.

Zapadło przydługie nieco milczenie, które wreszcie, dyskretnym chrząknięciem, przerwał Sieniawski.

Słucham Waszmość Pana, panie hetmanie, no… słucham. To tyś prosił o spotkanie… a że bracia wydelegowali mnie na tę rozmowę… bądź mi pan zatem łaskaw powiedzieć, czego od nas oczekujesz?

Jakby tu rzec, panie markizie, jakby tu rzec…

– Śmiało, wszystko zniosę – z kwaśnym uśmieszkiem zażartował Montferrat.

Polskiej korony… – wydusił z siebie Sieniawski.

O! A to zupełna drobnostka – ironizował markiz. – Najpierw popierał pan, panie hetmanie Françoisa Louisa de Bourbon, diuka Conti2, ale jak podłość i zdrada nie wpuściły go do Polski, chociaż był legalnie wybrany jej królem i formalnie nim ogłoszony przez księdza prymasa, toś pan zmienił front i przeszedł na stronę łotra i rabusia regaliów3 Friedricha Augusta von Sachsen4, którego żeście nazwali Augustem Mocnym, no a on to docenił. Wszak z jego to ręki i łaski staliście się tym, kim się staliście… Więc?…

– Więc co?! – hardo się ozwał Sieniawski, bezczelnie wpijając się w oczy cudzoziemca. – Więc co? – powtórzył, hardością ową i bezczelnością chcąc jakby i przed samym sobą przykryć wstyd.

– Więc to, że gdybym zechciał, to ja sam, bez niczyjej pomocy mógłbym was, panie hetmanie, usadowić na polskim tronie. Jednakowoż nie uczynię tego.

– I czemuż to?

Bo jeszcze nie nadszedł czas ostatecznego rozrachunku z tym krajem. A wy, panie, nawet do utorowania drogi owemu przedsięwzięciu, nie bylibyście nazbyt zdolni, co najwyżej w znacznym, ale nie w pełnym zakresie. I do tego was postanowiono wykorzystać.

Sieniawski na parę chwil wręcz zaniemówił.

Pan mnie bez przerwy obraża! – nieomal krzyknął i wstał gwałtownie.

Markiz ani drgnął.

– Siadaj pan, siadaj. Po cóż te emocje? I nie próbuj na mnie ręki podnosić, bo ci uschnie – głośnym szeptem dopowiedział Bellamarre, wgryzając się swoimi zimnymi oczyma o zmieniającej się barwie i kształcie tęczówek, w oczy rozmówcy.

Ten ostatni ciężko osunął się na fotel.

– Za kogo się uważasz, że chciałbyś braciom dyktować warunki, stawiać jakieś żądania? No kim?…

Sieniawski posmutniał, opuścił głowę jeszcze niżej na piersi, jakby zapadając się w sen somnambuliczny i zamilkł.

Dla ciebie przewidziane jest inne zadanie.

– I jakież to, panie markizie? – zapytał matowym głosem.

– Zlikwidować polską armię, do stanu bezbronności doprowadzić państwo.

– Ba! Nietrudna to rzecz, ale co w zamian?

– W zamian zostawię ci przepowiednię. Obecnego króla nie przeżyjesz, ale z dostojeństw spotka cię największe.

– Jakież?

Oto siedzi przede mną przyszły pan kasztelan krakowski, czyli najpierwszy senator Rzeczypospolitej, rzec by można – idący tuż po królu, bo w Koronie równać się z tobą – i to nie do końca przecie, choć w znacznej części – będą panowie wojewodowie krakowski, sandomierski i poznański. Dodaj więc owo do swego hetmaństwa…

– Marzyła mi się korona…

– Pyszny jesteś nad wszelką miarę. A władza, realna władza ci nie wystarczy? Król jest pijakiem, łotrem, rozpustnikiem. I zdecydowanie woli zabawiać się czarami na przemian z wyuzdaniem, niż zajmować sprawami państwa. Masz zatem szansę być rzeczywistym panem tej ziemi i zamieszkującego ją ludu.

– Ale bez korony…

– Nudzisz pan, panie hetmanie, nudzisz. Może lepiej wskaż mi komnatę sypialną, bo jutro, jak się tylko rozjaśni na dworze, ruszam do Wiednia.

– Tedy zostawiasz mnie z niczym… – skwitował te słowa Sieniawski.

Markiz wzruszył ramionami.

– Pójdę do cara Piotra.

Wszak już chodziłeś, po Altranstädt5, aleś nic nie wychodził i nie udało ci się nawet podstawić Leszczyńskiemu nogi. Ale jeśli jeszcze raz chcesz popróbować, to idź… idź… do sułtana Ahmeda6 samego nawet… idź – szydził cudzoziemiecjednakowoż może nieco później, a nie już, nie w tej chwili, bo teraz to ja chcę się udać na spoczynek, a nie wskazano mi jeszcze komnaty, w której mam nocować.

Hetman tedy pociągnął za szarfę dzwonka, by przywołać sługę, ale miast lokaja w drzwiach stanęło dziwne indywiduum – wysoki, szczupły, o wojskowej posturze, chociaż przyodziany w zwyczajną, bardzo obszerną czarną pelerynę, którą się owinął szczelnie, jakby chcąc skryć swoją figurę, dzierżąc w lewej ręce takiejże samej barwy kapelusz-pieróg, który wprzódy przykrywał bynajmniej nie kunsztownie trefioną perukę, ale własne mocno posiwiałe włosy jegomościa, związane czarną aksamitną tasiemką w „koński ogon”.

Na jego widok markiz wręcz skamieniał, wargi mu pobielały, a w oczach można było wyczytać przerażenie.

A on skądże się tu wziął? – zapytał drżącym głosem hetmana.

– Ba! A gdybym to wiedział! – siedzi na Wawelu od lat. Jakiś nader wiekowy być musi, bo mi o nim jeszcze mój pradziad wspominał.

– Tedy nie wiesz, kim on jest?

– Jednym ze sług tego miejsca pewnie, bo kimże by innym?

Spojrzał na przybyłego i zapytał:

– Mam rację?

– Nie, panie hetmanie. Nie masz racji.

– Zatem kim jesteś, jeśli nie sługą?

– Stróżem… opiekunem…

– Aha. To i dobrze. Dla mnie na jedno wychodzi. A wyglądasz, jakiś był w ciężkiej żałobie. Wszystko na tobie czarne.

Przybyły na to odrzekł:

Bo Rzeczpospolita w żałobie.

A potem gestem dłoni pokazał, iż markiz ma się udać za nim.

Gdy wyszli na korytarz, którym wiódł pana Montferrat gdzieś w mroczną czeluść, ów dygotał zdjęty lękiem i milczał.

Dziwny przewodnik również milczał.

Atmosfera zgęstniała, a chłód nieogrzewanego korytarza stał się przenikliwszy.

W końcu markiz niepewnym głosem zapytał:

– Czy jesteś tym, kim domniemywam, że jesteś? Nie tylko opiekunem tego miejsca, ale i posłańcem7? Bije od ciebie jakaś straszna moc, która mnie mrozi i paraliżuje, a sama twoja obecność sprawia, że drżę i topnieję. Czy wyjawisz mi swoje imię?

– To twoja wiedza ma granice? – na poły drwiąco, na poły z politowaniem uśmiechnął się przewodnik. A moje imię? Cóż, ja nie trzymam go w tajemnicy i nie muszę owładywać niczyim ciałem, by móc działać, ty się kryjesz, ja działam jawnie. Ja, Ave8. Ty chcesz Polskę zniszczyć, mój Pan i moja Pani, jej Królowa chcą ją ocalić.

Markiz głośno przełknął ślinę:

– Nie przemożecie…

– Sam w to nie wierzysz… Atanasie9.

– Dlaczego mnie tak nazywasz?

– Wszak wiesz. Dla moich „oczu” jesteś przeźroczysty, a ciało tego tu nieszczęśnika, w którym tkwisz, nie stanowi dla mnie ani skrytki, ani kamuflażu. Dla śmiertelników i owszem…

Zniszczymy ten kraj, Jej królestwo… a potem… potem wszystko runie jak lawina błota błyskawicznie zsuwająca się ze stromego i wyniosłego zbocza i zaleje i zniszczy to, co znajdzie się na jej drodze.

Sam w to nie wierzysz, ale co do jednego masz rację. Na Polskę już zapadł wyrok…

Ave odwrócił się i rozsypawszy w miliony świetlistych skier, rozpłynął w mroku korytarza. Przed markizem bezszelestnie uchyliły się drzwi. Przekroczył próg. Na kominku buzował ogień, wysuszone szczapy bukowe trzaskały cichuśko. Za oknem w blasku księżycowej poświaty i gwiazd widać było, jak bezszelestnie osypuje się śnieg.

Spoza murów zamkowych dało się słyszeć żałosne wycie psa. Cisza gęstniała i gęstniał mrok.

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1W tajemnicy. (łac.).

2François-Louis de Bourbon-Conti (1664-1709) został obrany królem Polski w roku 1697, co, dopełniając formalności, w dniu 27 czerwca ogłosił prymas Michał Radziejowski (1645-1705), jednak władcy krajów ościennych nie dopuścili do objęcia przez niego władzy w Polsce.

3Symbole władzy monarszej – miecz, berło, korona, jabłko, specjalne rękawice, buty, płaszcz i inne elementy ubioru.

41670-1733.

5Traktat pokojowy z 24 września 1706 zawarty w Altranstädt, w Saksonii, pomiędzy królem Polski Augustem II i królem Szwecji Karolem XII, w wyniku którego Sas został zmuszony do abdykacji.

6Ahmed III (1673-1736) – zaciekły wróg Rosji, który ujmował się za Polską, przestawiając się jej wrogom.

7Anioł,angelos z gr. posłaniec; opiekun – Anioł Stróż.

8Ave – to imię anioła, stróża Polski, który według o. prof. Emanuele Festa oznacza istotę, noszącą w sobie pragnienie, które się spełnia i wiarę w rzeczy, które się wydarzą. („Nomi personali semitici” Edizioni Porziunkula, Assisi; Theologisches Wörterbuch des Alten Testamentes Jenni-Watermann, I, 65-67, 1978), za: Rolf Dittemer, Anioł Stróż Polski – wyjaśnienie, [w:] http://aniol-ave.blogspot.com/2012/12/anio-stroz-polski-wyjasnienie.html [dostęp: 30 lipca 2017].

9Anagram imienia, którego musi się domyślić sam czytelnik. Postać ta pod tym właśnie imieniem, nie podszywając się pod inną osobę, towarzyszyła rodowi Białeckich w XVI i XVII wieku, co opisano w powieści Wieszczba krwawej głowy.

– A dokąd to droga prowadzi? CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (6)

– A dokąd to droga prowadzi? CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (6)

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (6)

Ku Krakowowi

Sanie rzeczywiście czekały już na ulicy, tuż przed bramą wiodącą na teren konwentu. Mikołaj pośpiesznie się do nich zbliżył i odezwał do hrabiego:

Monsieur le comte, a mój dobytek, ubrania, książki, pamiątki?

– Juan Pablo – tu wskazał na woźnicę – na moje polecenie, gdy śniadałeś, spakował wszystko, co znalazł w twojej izdebce. Tedy nie trap się o to, że ci kawałek życia przepadło, bo masz je w tamtym oto tobole umieszczonym na tyle sań i przywiązanym do nich rzemieniami, co by nie spadł. Wiele tego jednak nie ma, no… może z wyjątkiem pieniędzy dobrze ukrytych. Siadaj więc i ruszajmy w drogę.

– A dokąd?

– Najpierw ku Krakowowi.

– A potem?

– A potem się dowiesz.

Juan Pablo strzelił z bata i dwa karosze, piękne, rasowe, znakomicie utrzymane, szarpnęły saniami i z lekkością pociągnęły pojazd w stronę uliczki prowadzącej wprost ku jednej z bram miejskich, ku Bramie Opatowskiej, a potem ją minęły.

Płozy sunęły gładko, z leciuchnym tylko chrzęstem, drogą prowadzącą na Opatów, Iłżę i dalej na Warszawę, ale w niedługi czas, po ujechaniu niewielkiego odcinka drogi, skręcili dość ostro w lewo i sunęli w stronę zawianego przez śnieżycę traktu prowadzącego do Krakowa.

Hrabia na tyle tylko był rozeznany w miejscowej topografii, że dotarłszy do tych krzyżowych dróg, na których, jak wiedział, trzeba było skręcić w lewo, nie miał pojęcia jak jechać dalej. Bo dalej wszystko było równo śniegiem zawiane i nijakiego traktu nie było widać, tak że nietutejszy łatwo mógł pobłądzić.

Siedzący w saniach dotychczas milczeli. Hrabia rozmyślał nad czymś, Mikołaj zaś z rozrzewnieniem rzucał ostatnie spojrzenia na gmachy, kościoły, drzewa, ulice, którymi tyle razy chadzał, tyle na nich tropów wydeptał, tyle wspomnień się z nimi wiązało…

W końcu jednak Bellamarre przerwał to milczenie. Powiedział coś po hiszpańsku do woźnicy, a ten ściągnął lejce i konie się zatrzymały.

– Trzeba wypatrzyć kogoś tutejszego, iżby nas poprowadził, chociaż do Osieka. W lecie nie byłoby z tym problemu, ale teraz? Śnieg drogi pozawiewał i te ciągnące się wąwozami i te ciągnące się po płaszczyznach płaskowyżów, wszędzie równo biało, wszędzie równo zimowy całun się skrzy. Mapy w tym wypadku na nic się zdadzą, a bez nich pobłądzić łatwo. Zaczekajmyż tutaj, póki jeszcze tak na dobre nie opuściliśmy granic miasta, a nuż się ktoś z miejscowych napatoczy, co będzie zmierzał w tym samym kierunku co i my.

I nie czekali długo. Oto od strony miasta szedł powoli, bo stopy grzęzły mu w śniegu, jakiś jegomość, wysoki niczym grochowa tyczka, i jako ona chudy, ubrany dziwacznie i biednie, ale u boku dyndała mu szabla, zatem musiał być szlachcicem. Takiej to bowiem szlachty-gołoty nie brakowało w Rzeczypospolitej, od czasów tych przeklętych wojen szwedzkich, kiedy to liczni, potraciwszy majątki, ze szczętem pobiednieli.

Kiedy wędrowiec zbliżył się do sań, hrabia zwrócił się doń z pytaniem:

– A dokąd to droga prowadzi?

Zagadnięty z zaciekawieniem, bo nieznajomy ani Boskim słowem1 go nie przywitał, ani nie zapytał „dokąd Pan Bóg prowadzi”, a „droga”, zlustrował pięknie i bogato prezentujący się pojazd, chociaż – co go zdziwiło – nieopatrzony herbem, pasażerów, a w szczególności pytającego, a zorientowawszy się, iż to bez wątpienia jakiś wielmoża, grzecznie i nisko, acz nie przesadnie, się ukłonił i odrzekł:

– Pod Staszów, wielmożny panie, pod Staszów.

– I to tak na piechotę, waszmość wędrujesz? Zimową porą?

– Cóż począć, cóż począć. Taki los. Pozwólcie wszelako, iż się przedstawię. Zbylut Bartusz, herbu Barszcz alias Wiewiórka2.

– Że jak proszę?! – Bellamarre, chociaż nadzwyczaj powściągliwy w wyrażaniu emocji, nie potrafił ukryć zdumienia, słysząc tak osobliwe nazwy. Szybko się jednak opanował i wymienił swoją godność oraz tytuły, co z kolei zrobiło niebywałe wrażenie na szlachetce, który tak się skurczył w sobie, że z wielkiego chłopa zrobiła się nieomal jego połówka.

Tymczasem Juan Pablo, nic nie rozumiejąc z tego dyskursu, siedział milczący i nieruchomy niczym posąg. Mikołaj przeciwnie – skrył twarz w dłoniach i z całych sił się powstrzymywał, iżby nie parsknąć śmiechem.

– Posłuchaj wasze, a gdybyśmy tak wzajemnie poczynili sobie przysługi? – zapytał hrabia.

– A jakież to? – zaciekawił się pan Bartusz.

– My was podwieziemy w stronę Staszowa, a może i dalej, a wy nam w zamian będziecie wskazywać drogę, iżbyśmy nie pobłądzili.

– Och! Znakomicie. Piękny to układ, piękny, panie hrabio! Anim się nie spodziewał tak szczęśliwego dla mnie trafu. Z najwyższą ochotą! Z najwyższą!

– Tedy siadajcie, panie Bartuszu tu, obok młodzika i nie mitrężmy czasu po próżnicy, ruszajmyż czym prędzej naprzód.

– Oczywiście, oczywiście – przytakiwał szlachetka, gramoląc się do sań i moszcząc sobie miejsce.

Kiedy się już ostatecznie usadowił, Hiszpan strzelił z bata i sanie ruszyły. Płozy sunęły jak po maśle, gładko i bez wstrząsów.

Przez jakiś czas nikt nic nie mówił, hrabia – bo zapewne nie miałby o czym z tym szlachetką-gołotą, Hiszpan, bo po jakiemu niby, tylko Mikołaja korciło i język świerzbił, co by dowiedzieć się tego czy owego. Wreszcie się odważył:

– Waszmość podle Staszowa mieszka?

– Niezupełnie, ale w tamtych mniej więcej stronach.

– A u czyjej to klamki wasze się wiesza?

– Mikołaju! – skarcił go hrabia.

Monsieur le comte – chłopak odpowiedział po francusku. – Ależ jego nie można obrazić! Formalnie niby to szlachcic, a faktycznie przecie nie.

– Chłopcze! – zganił go hrabia. – Miej na pamięci, iżeś jeszcze przed paru laty był w gorszej sytuacji, niźli on jest dzisiaj! On jeszcze posiada w miarę przyzwoite buty, kapotę i szablę, której nie musiał sprzedać, żeby mieć na chleb!

– Wybaczcie, panie – Mikołaj zawstydzony spuścił głowę i zwracając się do Bartusza, rzekł: – Darujcie, waszmość, nie chciałem obrazić.

Bartusz wzruszył ramionami:

– Cóż, jam zwyczajny, choć czasem przykro…

Znów zapadło milczenie. Mikołajowi głupio się zrobiło i stracił rezon. Dopiero po dłuższej chwili znów zagadnął Bartusza:

– Droga nam wypada przez staszowskie lasy?

– Ano tak, poniekąd, choć nie do końca – potwierdził zagadnięty.

– A bezpieczna to droga?

– A i owszem.

– A jam słyszał, że zbóje tam grasują.

– Eee… paniczu, może kiedyś… dziś nie, żadnego się nie uświadczy. Co najwyżej sascy żołdacy mogą na nas napaść, bo włóczy się ich bez liku po kraju niczym wszy po dziadowskiej czuprynie.

– Słyszałem, że ongiś grasowała tam banda niejakiego Bożemskiego.

– Ho, ho! Kiedy to było!

– A cóż się z tymi zbójami stało?

– Wyłapali i obwiesili ich w Sandomierzu. A herszta na męki brali, nim zawisł na stryczku.

– Opowiesz, wasze, coś więcej?

– A chętnie, droga się nie będzie tak dłużyć.

– To kimże był on Bożemski?

– Muszę, paniczu, zacząć ab ovo3

– Słucham tedy.

– Kiedyś, bodaj w pobliżu Kurozwęk, w przysiółku Ogierowo, czy jakoś tak podobnie, żył chłop, poddany Męcińskich herbu Poraj, imieniem Jasiek przezwiskiem Bożemój4, co to go Pan Bóg urodą obdarzył, ale rozumu poskąpił. Dziewuchom i babom – zanim za mąż nie pójdą – w chłopie rozum rzecz zbyteczna, byle oczy miał ładne, a półdupki foremne i kieszeń niepustą, a że właśnie to wszystko miał onże Boże mój, to też powodzeniem cieszył się wielkim! No i korzystał z niego, a jakże. Nie raz i nie dwa widywano, gdy jakąś młódkę, wdówkę, a nawet mężatkę prowadził w żyto, albo w kopkę siana. Ale nigdy nie widziano, by tę samą prowadzał dwa razy. Zauważono natomiast, iż każda, którą – zda się – zbałamucił, unikała go potem jak ognia. „Co jest?” – tłukło się ludziom po głowach. Co odważniejsi indagowali nawet te bywsze dziewuchy Bożemója, ale żadna nawet o nim słyszeć nie chciała. „Dejcie my spokój, bo ni ma ło cem godać” – tyle się tylko słyszało. Ale przyszedł czas, że trafiła się jedna, która Bożemójowi nie odpuściła i przed ołtarz zawlokła. Jak długo byli razem? Może rok, najwyżej półtora… i…

– I co? I co? – przerwał zaintrygowany Białecki.

– I pan dziedzic, zapewne dla fantazji przywiózł z Turek Etiopa alias Murzyna, w Stambule go na targu niewolników kupiwszy. Zapewne wszystko między małżonkami by było jako tako, gdyby Bożemój razu jednego na własne oczy nie ujrzał, jak jego żona gziła się na sianie w stodole z owym Etiopem alias Murzynem.

– I czemuż to? Z ciekawości? – indagował Mikołaj, przypomniawszy sobie, że o tym samym opowiadał mu ksiądz rektor sandomierskiej Akademii.

– Najpierw tak wszyscy myśleli i nawet współczuli rogaczowi, ale wnet się wydała prawdziwa przyczyna. Najpierw jedna baba, potem druga, trzecia, dziesiąta jęły, zrazu cicho, a potem już otwarcie rozgłaszać, że ten Bożemój to tylko w gębie mocny, bo co którą w żyto czy kopkę siana zaprowadził, a tam się ona rozdziewać poczynała, żeby z nim przyjemności zażyć, to on zrazu coś próbował, ale że mu nigdy nie wychodziło, to zostawiał dziewuchę i uciekał. Ergo nie był to kogut żaden, ale bezsilny, że użyję tak delikatnego określenia.

– I co dalej, co było, jak się ta jego bezsilność wydała?

– Ano, bo w końcu, po tym zajściu z Murzynem, zaczął bluźnić Panu Bogu, że go tak na naturze męskiej pokarał, i aż nawet posunął się do czegoś niebywałego, oświadczając, że on w żadnego Boga już odtąd nie wierzy, bo jak by Bóg był i na domiar wszechmocny i litościwy, to by do takiego defektu i słabości nie dopuścił. No, a za to groził stryczek! I dobrze jeszcze pamiętano, jak to w Warszawie roku Pańskiego 1689, urodzonego5 pana Kazimierza Łyszczyńskiego, za głoszenie ateizmu obwieszono. Więc ów Bożemój, raz wstydem – o tę bezsiłę względem bab, jak i ową okoliczność z Murzynem, a i strachem przed rakarzem zdjęty za bluźnierstwo, czmychnął i w staszowskich borach się skrył, nie mogąc znieść tego, co na jaw wyszło. Tej całej jego sromoty. A potem zebrało się przy nim paru łotrów i tak powstała słynna banda Bożemskiego.

– No dobrze, ale przecie wołali go Bożemój, a nie Bożemski…

– Bo się potem na Bożemskiego przemianował, raz, że Boga odrzucił, a dwa, iż miał nadzieję, że powiedzie mu się pozowanie na szlachcica, tedy Bożemski stosowniejszym byłoby nazwiskiem. Boć przecie Bożemójów herbowych nie było i nie ma. Być może pod Jelitczyków chciał się podszyć, ponieważ familia Bożemskich tymże znakiem się pieczętuje.

– A jako się to stało, że wpadł w ręce sprawiedliwości?

– A nie będę nazbyt wścibski, jeśli zapytam, a czego to też tak panicza ów Bożemski interesuje?

Mikołaj wzruszył ramionami.

– Żadna to tajemnica. Zbój ów bowiem naddziada mojego Jana Chrzciciela ubił, tym samym ród mój do ostatniej nędzy doprowadzając.

– Ach tak!… – Bartusz ze zrozumieniem skinął głową.

– No i jeszcze jedno, co mu niby – względem stosunku do Boga zmieniło to, iż przybrał nazwisko Bożemski?

– Wiele, paniczu, wiele. Bo to nowe nazwisko, w tym konkretnym kontekście, można by i na taki sposób odczytać, że on jakoby sam już stał się istotą boską. Takim bogiem dla samego siebie. Bożemski – czyli jakby boski. Innego Boga już nie potrzebował.

– Oj! Zdaje się to nader mocno naciągane i ryzykowne wytłumaczenie, ale niechaj tam waszmości już będzie. Zawszeć to objaśnienie jakieś, a nie żadne – Mikołaj się roześmiał. – Kontynuujcie, proszę tę opowieść, bom okrutnie ciekaw jej zakończenia.

– Bo też i niezwyczajne ono. A może aż nadto zwyczajne?…

– Tedy proszę o ciąg dalszy!

Pan Bartusz odchrząknął raz i drugi i trzeci, co hrabia zrozumiał wybornie i szepnąwszy coś woźnicy, znów zatopił się we własnych myślach. Powożący zaś, puściwszy wolno lejce, bo konie szły równo, spokojnie, a nie narowiście, sięgnął do sakwy przytroczonej z tyłu do siedziska i wydobył z niej nader okazałą flaszę przeźroczystej italskiej grappy6, po czym podał ją Bartuszowi.

Ów, certoląc się nieco na początku, bo tak wedle jego mniemania wypadało, w końcu wyciągnął korek i mruknąwszy pod nosem: „O! Takiej gorzałki jeszcze nie piłem”, pociągnął – delikatnie mówiąc – spory łyk. Nie spodziewając się jednakowoż takiej mocy napitku, chciał go przełknąć jednym haustem, ale się zapowietrzył i aż oczy wyszły mu na wierzch.

Troszkę się pomocowawszy z trunkiem, jakoś go ostatecznie „wchłonął”. I zaraz w przełyku i żołądku począł gorącość. Drugi łyk pociągnął już ostrożniej i zgoła skromniejszy, a potem – co było do przewidzenia – zaczął znów pochrząkiwać i niby to zerkać do swojego tobołka.

Hrabia znów coś szepnął stangretowi, a ów wydobywszy ze swojej sakwy pajdę chleba i kawał koziego wędzonego sera, podał go bez słowa szlachetce.

Mikołaj musiał uzbroić się w cierpliwość, ponieważ pan Bartusz zamilkł na dobrą chwilę i z namaszczeniem przeżuwał ofiarowane mu wiktuały. Nim dokończył konsumpcji, jeszcze raz pociągnął z flaszy, zagryzł skórką chleba i rozsiadłszy się wygodnie, jął kontynuować opowieść.

– Na czym to ja stanąłem, paniczu?

– Bożemski siedzi w lesie, ma własną bandę i jak się można domyślać, łupi podróżnych na gościńcach.

– No tak… tak… – Bartusz zbierał myśli. – I miał w tych swoich poczynaniach szczęście. Zasadzano się na niego nie raz i nie dwa, urządzano obławy – nadaremnie! Aż przecie nadszedł dzień, kiedy szczęście go odbierzało. Zadarł bowiem z Kimś, z kim się nigdy nie powinno zadzierać.

– To znaczy?

– To znaczy, że rodzice wieźli do Sandomierza, do klasztoru Panien Benedyktynek, co to za wysokim murem na Przedmieściu Zawichojskim siedzą, córkę swoją, która jeszcze jako dziewczątko kilkuletnie Panu Jezusowi się ofiarowało. I onże Bożemski – gdy karocę zatrzymano, a dowiedziawszy się kto w niej siedzi i dokąd zmierza, swojemu zausznikowi, który zwał się Mrygoń, polecił dziewczynę wywlec, w las uprowadzić, a rodziców jej starych wolno puścić, nawet ich nie łupiąc.

– I czemuż to tak? – zdziwił się Mikołaj.

– Ponieważ chciał swoim kompanom pokazać, że Boga naprawdę nie ma, dlatego porwał się na Jego rzekomą własność, na oblubienicę Jezusową. Pewny był, że go za to żadna kara nie spotka.

– I nie spotkała?

– No… taka, jakiej by się osoby po dziecięcemu wierzące spodziewały, to oczywiście, że nie. Żaden grom z nieba go natychmiast nie spalił. Co to, to nie. Większa kara jednakowoż od tego gromu z nieba go dotknęła – on się zakochał w dziewce, a dziewka im dłużej ją więził, coraz łaskawszym okiem nań spoglądała. Wszelako do niczego, poza powłóczystymi spojrzeniami, nie dochodziło, bo się Bożemski bał kolejnej kompromitacji. Tymczasem teraz starościńscy okrutnie zawzięli się na niego, bo tym razem wszelką już miarę przekroczył! Sieć zarzucili tedy na bandę Bożemskiego o wyjątkowo małych okach. I zaciskała się ona, zaciskała, aż wreszcie kamraci wystraszeni, że w tym przypadku już się im wymknąć może nie udać, uradzili, co by dziewkę wywieźć na gościniec i tam porzucić, z nadzieją pewną, że jeśli rodzice ją odnajdą, to ich prześladowcy poniechają obławy.

– No i co? Co było dalej?

– Jak postanowili, tak też i uczynili. Wyprowadzili nowicjuszkę zakonną, czy może raczej kandydatkę na nią, na drogę prowadzącą ku Sandomierzowi, a sami wycofali się do kniei. Niestety, jednego nie przewidzieli!

– I czegóż to?

– Że pannie wcale to nie było w smak! Pognała zaraz za nimi niczym łania, wróciła do obozu i, padłszy Bożemskiemu do nóg, z łkaniem błagała, co by jej nie odpychał, że od tej pory już tylko jego chce być własnością i niczyją więcej. Wyląkł się zbój i skrył przed panną w szałasie. Niestety, kiedy noc zapadła, zakradła się ona i tam i wślizgnęła pod baranią skórę, którą herszt Jasiek był przykryty i dalejże go obłapiać. Ówże zaś, kiedy się rozbudził, pomiarkowawszy się w tym, co się święci, nie bacząc, że jest jeno w samych gaciach, drapnął z szałasu i gnał jak oszalały prosto przed siebie. Gnał przez młodnik. Zwisające gałązki jedliny i brzozowe witki smagały go po twarzy, ale on na to nie patrzał. Gnał, jakby go co najmniej ze sto diabłów goniło, a nie obawa, że tylko jedna i to na dodatek bardzo urodziwa dziewka go dopędzi. Pech jednak prześladował Jaśka – bo uciekał w złym kierunku…

– To znaczy?

– To znaczy miast w głąb kniei, wybiegł prosto na gościniec, a że noc była księżycowa, widna i ani jednej chmurki na niebie, to go z daleka było widać. No i starościńscy go spostrzegli… Dopadli, powrozami związali i w samych tych gaciach, z żółtą plamą w kroku, za wozem do Sandomierza powlekli…

A panna?

– Panna dognała Bożemskiego na drodze, tedy i ją zabrano. Tyle że panny nikt nie podejrzewał, iż teraz już z własnej woli do zbója przystać chciała. Wszyscy jej współczuli i litowali się nad nią, lecz ona milczała… jak zaklęta milczała.

A co z bandą?

– Brakło herszta, to poszła w rozsypkę. Próbował jej Mrygoń przewodzić, lecz posłuchu nie miał. Wkrótce zresztą i on i jego przyboczny Czesiek z Wilczyc przezwiskiem Kiełbasa, i jeszcze jeden Bolek co go wołali Srala, bo co się tylko mleka napił, to zaraz go czyściło, także zostali ujęci i do Sandomierza powleczeni na sąd.

To musiało być nieliche widowisko, a jam nic o tym nie słyszał, choć w Sandomierzu urodzony jestem, wychowany i aż po dziś dzień tam mieszkałem.

A to tego ja już nie wiem czemu. Może w Sandomierzu, mieście stołecznym tak rozległego województwa, takie dziwowiska nie wzbudzały aż takich emocji, jak u nas, na wsi. Tak czy inaczej, wpodle Staszowa, a i w dalszej okolicy się o tym jeszcze opowiada, w Sandomierzu zaś pokrył owo pył niepamięci…

– Być może – zgodził się Mikołaj. – Ale mówcie dalej. Jakże cały ów proces wyglądał?

Żałośnie. Sam Bożemski prezentował się bardzo paskudnie. Ponieważ ujęto go w samych gaciach, których nogawice oddarł sobie nad kolanami, żeby mu chłodniej było w upalne noce, to jego suche nogi, prawie bez łydek, o wyraźnie odznaczających się koślawych piszczelach i sterczących, niby guzy na parszywym trupieszejącym drzewie, kolanowych stawach, budziły obrzydzenie. Chudy był też niemiłosiernie, a żebra wyglądały spod skóry niczym tara, na której baby w baliach, spierają żółte plamy z kroku kalesonów swoich chłopów, a które i na gaciach zbója wyraźnie się odznaczały. Do tego gębę też miał już nieszczególną, bo lata w lesie odcisnęły na niej swoje piętno, a poza tym, chyba ze strachu, kiedy został wtrącony do lochu, za jedną noc osiwiał. Plugawy był i niemyty, rozczochrane włosy spadały mu na uszy, a rozkudłana grzywka na czoło. Brodzisko kosmate mu porosło, także siwe i także niechlujne. Nos miał prosty, o nieco rozdętych nozdrzach, policzki zapadłe, a oczy kaprawe i świdrowate. Tak to z pięknisia przeistoczył się Borzemski w dziadygę obrzydliwego.

– A powiedzże mi waszmość, skądże masz aż tak dokładne, aż po te szczególiki najdrobniejsze, informacje o owym zbóju? Nie ponosi cię aby wyobraźnia?

Cóż, to już prawdę rzeknę. Mój naddziad, któren cały proces bandy z podstaszowskich lasów obserwował, od pierwszego aż po dzień ostatni, całkiem udatnie to opisał, a jam tyle razy jego zapiski czytał, żem się ich omal na pamięć wyuczył.

– Ach! Tedy sekret się odkrył – roześmiał się młodzieniec.

– Ale, paniczu, był jeszcze jeden wątek w owej sprawie…

– I jakiż to?

– Bożemskiego, by własną skórę ratować, jeden z kamratów oskarżył o czary!

– Coś podobnego? A na jakiejże to podstawie.

– Zeznał, iż Bożemski miał jakąś księgę tajemną, z której coś przepisywał po kryjomu, nocami, przy blasku łuczywa.

– To on pisać umiał? No! Panie Bartuszu, temu to już nie dam wiary!

– I słusznie, bo co się okazało. Kiedy starościńscy dokładnie przetrząsnęli szałas zbója Jaśka, to znaleźli w nim kilkanaście kart, jedną składkę drukarską, wyrwaną z jakiejś łacińskiej księgi, flaszę inkaustu, parę piór gęsich zaostrzonych i niezaostrzonych oraz kart kilka papierowych częściowo zapisanych, a częściowo czystych.

I cóż to było? – spytał zaintrygowany Mikołaj.

Et! – szlachetka lekceważąco machnął ręką. Jak to sędzia zobaczył, to parsknął śmiechem. Bożemski co by sobie powagi dodać i za niebezpiecznego, lecz także i mądrego nadzwyczaj uchodzić, udawał, iż się czarostwem trudni. Składka pochodziła z jakiegoś starego brewiarza7, a „księga”, którą Bożemski pisał, były to rządki nieudolnie przerysowywanych liter z tego właśnie modlitewnika. I to tak raczej bez większego ładu i składu. Ale na inszych zbójach robiło owo wrażenie, a i wzmacniało posłuch, bo jeśli herszt ze Złym był w komitywie, to nie należało mu się w niczym sprzeciwiać.

– I jakże się to wszystko ostatecznie skończyło?

Mizernie. Po ogłoszeniu wyroku, na sandomierskim rynku postawiono drewnianą szubienicę, w kształcie odwróconego L, a potem po kolei kat po drabinie wciągał tam skazanych zbójów. Długo to trwało, bo za każdym razem czekano, aż niecnota skona, po czym go odcinano, a on z tępym odgłosem walił się na bruk, następnie wciągano kolejnego i kolejnego… a Bożemski czekał na ostatek. Kiedy wreszcie i na niego przyszła pora, to mnich-reformat8 podetknął mu krucyfiks na długiej rączce do pocałowania, ale on powiedział, że nie chce i poprosił, co by mu pozwolili zakurzyć fajkę. Bożemski bowiem lubił z fajki pykać, a na to mu w lochu nie pozwalano. Najpierw nie chciano się zgodzić, ostatecznie jednak faję dostał i zacną porcję tytuniu. Jak już popalił do syta, to zalał się łzami. Tak się bał. Na ów widok tedy znów reformat podskoczył z krzyżem, a Bożemski nie wytrwał dłużej w swojej zatwardziałości i się pokajawszy publicznie, nogi Ukrzyżowanego ucałował, przez co mu reformat absolucji9 udzielił. Wreszcie kat, znużony już mocno, założył mu pętlę na szyję i zaciągnął i wtenczas zbój… sfajdał się ze strachu… na rzadko… z daleka było smród czuć i było widać, jak łajno mu z tej uciętej nogawki gaci wycieka i spływa po chudej nodze. Kat splunął, zaklął siarczyście, zeskoczył na ziemie i drabinę kopnąwszy, na bok uskoczył, co by smrodu onego nie wąchać. A Bożemski zawisł, nogami tylko obesranymi wierzgał czas jakiś, aż ostatecznie znieruchomiał…

– I co dalej?

– A dalej to jak Bożemski skonał, pachołkowie katowscy powlekli go i trupa za tylne poślednie żebro na haku na murze miejskim nieopodal bramy Opatowskiej powiesili, żeby go tam ptacy rozdziobali. Na przestrogę dla innych. I wisiało ono truchło czas dłuższy, aż w końcu w upale, słotach, wiatrach i śnieżycach sczezło i śladu po nim już nie masz…

Bartusz skończył opowieść i zapadła cisza. Bo niby to śmieszne było, ale nie całkiem. Mikołaja ogarnął smutek i zaduma…

Stangret powiedział coś po hiszpańsku do hrabiego, a ten zapytał przewodnika:

– Czy jest tu w pobliżu jakaś miejscowość, gdzie by można przenocować, bo dzień już się mroczy i trzeba by się rozejrzeć za noclegiem.

– To nie chcecie, panie hrabio dojechać do Staszowa?

A to po co niby? Przecie ta mieścina nie leży przy krakowskim gościńcu. Nam prosto, bez zbaczania trzeba.

– No, to i lepiej! Bo bym musiał niezadługo rozstać się z wami i dalej na piechotę powędrować.

– I dokądże to?

– Do Osieka. A tak to do celu podróży wraz z wami, panie, dotrę. Wy ostaniecie w Osieku, gdzie przenocujecie, a ja jeszcze niecałe pół mili podążę w stronę Staszowa, bo tam jest moje siedlisko, moja chałupina… bodaj jaka… ale własna jeszcze na szczęście…

– A może zostańcie z nami w Osieku, panie Bartuszu? Będziecie wieczerzać z paniczem, a rano was pod samą chałupę dostarczymy?

Kusząca to była propozycja, więc Bartusz udając, że się zastanawia, z niejakim ociąganiem, zgodził się na to.

* * *

Hrabia Bellamarre kazał sobie podać wieczerzę w najciemniejszym kącie izby karczemnej, do której siedział odwrócony plecami. Jadł bardzo skromnie – kromkę razowego żytniego chleba cieniutko posmarowaną masłem popijając to leciuchno musującym kwasem buraczanym. Arendarz nadskakiwał hrabiemu, jak umiał, mając nadzieję, że ów da mu zarobić więcej niźli tylko z tę kromczynę i połowę kufla napoju. Lecz ten ostatni był nieugięty. Pozwolił jednakowoż pozostałej trójce, zamówić czego tylko zapragną.

Hiszpan nieobeznany z miejscową kuchnią zadowolił się jajecznicą, chlebem i dwoma czy trzema kusztyczkami żytniej okowity, po czym rzekłszy¡Buenas noches!10”, udał się na spoczynek, na zapiecek w jadalnej, gdzie podścielono mu baranim kożuchem, na którym zległ.

Pan Bartusz bodaj trzykrotnie upewniwszy się, czy naprawdę może zamówić, co tylko zechce, nie bacząc na post, zażyczył sobie całego pieczonego koguta, pieczywa do syta, dzbanek węgierskiego maślacza11 i omlet na słodko, polany miodem lipowym.

Mikołaj wreszcie, skubnąwszy trochę ryby pieczonej i zapiwszy ją także tokajem, tyle że zacnym, a nie maślaczem, lecz za to rozcieńczonym w połowie wodą, zerkał spod oka na hrabiego. Dziwiło go, że wieczerza w samotności i na dodatek tak skromnie. No, ale w końcu nie była to jego sprawa.

Takie najwyraźniej miał przyzwyczajenia, a może arystokratyczne fanaberie? Tak czy inaczej, ta jego skromność i powściągliwość wyraźnie rzucała się w oczy. Był też ponadto wyjątkowo cichy i jakby zamknięty w sobie.

„Jakież to będzie moje życie u boku tego człowieka?” – z niepokojem zastanawiał się młodzieniec.

Hrabia jakby ocknąwszy się z zadumy, dość gwałtownie powstał, głośno odsunąwszy zydel i skinął na Mikołaja.

– Pora, chłopcze, udać się na spoczynek.

Młodzieniec aż zdrętwiał z przerażenia, bo pierwsze co przyszło mu na myśl, to to, iż Bellamarre chce go zabrać do swojej izby, do swojego łoża… że to sodomita…

W pierwszym odruchu chciał uciekać z karczmy, lecz uświadomił sobie, że jest mroźna i śnieżna zimowa noc. Był co prawda w miasteczku zamieszkiwanym przez garstkę ludzi, ale gdyby ktoś nawet się odważył dać mu schronienie pod swoim dachem i tak by go nie obronił, jeśliby hrabia posłał po niego swojego Hiszpana…

„Będę walczył… będę walczył… nie ulegnę hrabiemu” – kołatało mu się po głowie, kiedy wspinał się w ślad za nim na poddasze, gdzie przygotowano dla nich nocleg.

Jednakowoż nie było takiej potrzeby.

Bellamarre wskazał Mikołajowi drzwi jednej z izdebek, a sam wszedł do innej. Z chłopaka jakby powietrze zeszło. „Uff! To jednak nie sodomita. Bogu niech będą dzięki…”

* * *

Sanie hrabiego zatrzymały się przed w na wpół zagłębioną w ziemię chałupiną, murowaną co prawda, ale krytą strzechą, stanowiącą własność pana Zbyluta Bartusza, herbu Barszcz alias Wiewiórka. Z tyłu za domem widać było spory spłacheć ziemi najwyraźniej przynależny do tejże chałupy, tak na oko liczący ze 4 pręty12 powierzchni, a więc niebogato. Z tego zaś gospodarz z żoną utrzymać się nie byli w stanie. Musiał zatem pan Bartusz – jak onegdaj zauważył Mikołaj – wieszać się u klamek wielmożów. By przeżyć. Po prostu. Głód i troski dnia codziennego raz-dwa mogą wykurować z ambicji i nadmiaru godności i zostawić jej tyle tylko, żeby nie mieć siebie samego w po- gardzie…

Pani Bartuszowa wywabiona na dwór zapewne dźwiękiem janczarów podzwaniających u końskiej uprzęży, ze zdziwieniem wpatrywała się w pojazd i siedzących w nim mężczyzn, pośród których rozpoznała i swojego małżonka.

Ten ostatni zgrabnie wyskoczył z sań na ubity przed domkiem śnieg, pochylił się w ukłonie, ale nie przesadnym, przed szczupłym, z cudzoziemska odzianym arystokratą i powiedział:

– Prosiemy, prosiemy do środka, panie hrabio.

Bartuszowa nieomal przykucnęła z wrażenia, a potem piskliwym głosem zawtórowała mężowi:

– Prosiemy, prosiemy!

Bellamarre, o dziwo, bez ociągania i protestów, jakby miał to zaplanowane, wysiadł z sań, skinął dłonią na Mikołaja, a do Hiszpana powiedział coś ledwo słyszalnym głosem, ów zaś przytaknął i szczelniej okrywszy kolana baranią skórą, skuliwszy się w sobie, zastygł w bezruchu, by oczekiwać na powrót swojego pana.

Wnętrze nędznej chaty Bartusza zaskoczyło – czyściuchno było i schludnie, chociaż – co i nie dziwota – bardzo biednie. Gospodarz zaprosił gości, ażeby usiedli przy prostym wiśniowym stole, na twardych krzesłach z dość mocno wygiętymi oparciami, wyrobionych z tego samego drewna co i pierwszy mebel.

Tymczasem gospodyni nieproszona o nic, sama z własnej inicjatywy ledwo się przybyli rozsiedli, podała każdemu po glinianym kuflu piwa grzanego, doprawionego korzeniami, za które jednakowoż Bellamarre grzecznie podziękował, prosząc o gorącą wodę z sokiem wiśniowym albo malinowym.

– To na rozgrzewkę, bo ziąb na dworze! – zaoponowała gospodyni.

Hrabia był jednak stanowczy.

Mikołaj wtenczas jakby przez chwilę się zawahał, ale ostatecznie podniósł kufel do ust i pił gorący trunek małymi łyczkami. Gospodarz poszedł w jego ślady.

Panowało milczenie, każdy z obecnych w izbie zerkał na hrabiego, czekając, iż to on rozpocznie rozmowę. W końcu się doczekali.

– Panie Bartuszu…

– Sługa uniżony, panie hrabio…

– Panie Bartuszu, a co byście powiedzieli na to, gdybym wam zaproponował, iżbyście towarzyszyli nam w dalszej drodze? Tu wiele – o ile cokolwiek – nie wysiedzicie, a służąc mi, moglibyście przyzwoicie zarobić. Może nawet tyle, by swoje liche dotychczasowe bytowanie odmienić?…

– Panie hrabio! Racz pan pamiętać iżem szlachcic!

– Nie zapominam o tym, więc nie obawiajcie się, waszmość, że będziecie musieli spełniać jakieś posługi nielicujące z waszym stanem.

– Cóż tedy miałbym robić?

– Stać się towarzyszem i opiekunem, tego tu urodzonego Mikołaja Białeckiego, kiedy ja będę musiał udać się w swoją stronę, za swoimi sprawami. A to chyba nie będzie uwłaczać waszej godności?

Aha… – Bartusz wciąż nie wiedział, co tak naprawdę miałby robić. – Czyli co tak konkretnie… panie hrabio?…

– Strzec młodzieniaszka, iżby nic złego go nie spotkało, albo li też w jakieś złe towarzystwo nie popadł. Szermierki go poduczyć. To chyba potraficie?

Pan Zbylut przytaknął skinieniem głowy i zapytał:

– A na długo to, panie hrabio?

– Hm… na jakieś dwa-trzy lata.

Bartusz pytająco spojrzał na Bartuszową, a ta zalała się łzami.

– Jakże ja, serdeńko ty moje, taki szmat czasu bez ciebie przeżyję? Sama samiuśka, na dodatek okrutnie tęskniąc… bez grosza… – te ostatnie słowa wypowiedziała nieomal szeptem.

Bellamarre bez słowa sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurty i wydobył stamtąd krągły i długi na zacną męską dłoń rulon welinowy, w który coś było zawinięte. Położył rulon na stole i delikatnie posunął go w stronę pochlipującej niewiasty.

Ta popatrzyła na przedmiot ów z niejakim zdziwieniem, ale zachęcona delikatnym skinieniem głowy hrabiego, ostrożnie go podniosła i rozwinęła.

Na widok tego, co zobaczyła, oczy zrobiły się jej wielkie i okrągłe.

– Panie… hrabio… – tyle zaledwie wybąkała.

– Już aśćka nie jesteś bez grosza.

Panie hrabio! Toż to majątek!

Pan Bartusz wyjął rulon z rąk żony i z grubsza oszacował jego wartość i zawartość, a potem ze zdumieniem pokręcił głową.

– Za to można wieś kupić!

– Zatem kup, wasze – uśmiechnął się hrabia.

– Ba! Kiedy? Skoro chcecie co prędzej ruszać w drogę, a ja musiałbym wraz z wami?…

Możemy wstrzymać się z wyjazdem do jutra.

– To raczej niepodobieństwo, nie znajdę nic i nie sfinalizuję całej rzeczy w tak krótkim czasie…

Może więc odkupcie karczmę od plebana wraz z arendarzem? Wczoraj niechcący podsłuchałem, jak się żalił swojej żonie, iż proboszcz chce się karczmy pozbyć.

– Wybaczcie, panie hrabio, ale jak mogliście podsłuchać, kiedy oni ze sobą rozmawiali po żydowsku. To ile, przepraszam za śmiałość, zna pan hrabia języków?

Bellamarre szczerze się roześmiał i zbył szlachciurę krótkim:

– Ile mi potrzeba. A następnie dodał: – To co? Sami pójdziecie do plebana, czy mam wam towarzyszyć?

– Nie śmiem prosić, ale… gdyby z panem hrabią… łatwiejsza by była rozmowa…

* * *

Pleban, zacierając ręce, przeliczył złote monety, Bartusz schował w zanadrze akt kupna i w zadowoleniu się rozstali.

Bartuszowa wycałowała męża, gęsto przy tym roniąc łzy.

Hiszpan strzelił z bata, sanie z dzwonieniem janczarów ruszyły, konie wypoczęte i syte rwały chyżo, prostą drogą na Kraków.

Chmury się rozproszyły i na nieboskłon wypełzło blade zimowe słońce, którego promienie igrały w drobinkach śniegu, budząc w nich brylantowe błyski.

Mikołaj próbował zagadać do hrabiego, ale ów odpowiedział mu po hiszpańsku. Spytał o to samo po francusku, z takim samym efektem… po włosku… to samo…

Nareszcie Bellamarre poinformował go po łacinie, że od tej chwili aż do celu podróży on i pan Bartusz mają się – choćby z grubsza nauczyć hiszpańskiego. Gdy Białecki przekazał tę nowinę szlachetce, ten się wystraszony porwał i chciał z sań wyskoczyć, uświadomiwszy sobie jednak, iż za ów zadatek, za który nie tylko kupili karczmę, ale jeszcze z niego pani małżonce sporo zostało, na spokojne życie, przez te trzy, a nawet i grubo więcej nadchodzących lat, z westchnieniem usiadł ponownie na swoim miejscu w saniach, mamrocząc:

– Niech się dzieje wola Boska… może jakoś owo przetrzymam…

* * *

Nim dotarli do Krakowa, zarówno Mikołaj, jak i Bartusz zaczęli „chwytać” pojedyncze hiszpańskie słowa, zdania, zwroty. Białeckiemu było lżej, bo znał perfect i łacinę i francuski i włoski, a były to hiszpańskiemu pokrewne języki. Gorzej szło Zbylutowi, który ledwo co liznął łaciny, ale młodzieniec mu pomagał w nauce, więc jakoś im obydwu szło. I to nawet – rzec by można – niezgorzej.

Podczas podróży zarówno chłopak, jak i szlachetka bacznie przyglądali się hrabiemu, jego zachowaniu, nawykom.

Ogólnie można go było opisać tak: był raczej małomówny, chociaż nie zawsze. Trafiały się dni, kiedy lubił się nieomal popisywać swoimi umiejętnościami, wiedzą, pamięcią, talentami, których mu natura nie poskąpiła i czym tam jeszcze. Natomiast nieodmiennie odziewał się niewymyślnie, lecz przecie nad wyraz gustownie i ze smakiem. Niby miał wiele par ubrań, ale wszystkie były prawie takie same. Najczęściej zakładał czarny skromny, lecz wytworny szustokor czy może już bardziej był to habit à la française13, z wywiniętymi białymi mankietami, takimiż obramieniami jego brzegów i białym muślinowym fularem wystającym sponad stójki pod szyją i luźno opadającym na piersi14. Jedyny, ale za to niebagatelny, luksus stanowiły wysadzane wyjątkowej czystości i piękności brylantami zegarek, spinki, tabakierka – wszystkie z białego złota, czy też raczej elektrum, a i jeszcze i z tego samego metalu wyrobione sprzączki u pantofli uszytych z delikatnej giemzy15, w odcieniu lśniącego i polerowanego smoliścieczarnego hebanu. Bladobursztynowej barwy nicią, również z białego złota usnutą, miał przyozdobiony kunsztownym haftem przód szustokoru, jak również kamizelę, którą nosił pod nim.

Obcisłe jedwabne spodnie sięgały ledwie do kolan, a zgrabne i wspaniale umięśnione łydki okrywały również jedwabne białe pończochy.

To w pomieszczeniu, na zewnątrz zaś, teraz, zimą, w podróży, miał na sobie naturalnej barwy czarne bobrowe futro prostego kroju, czasem zamieniając je na sobolowe, a na nogach wysokie buty sięgające za kolana, których cholewy w górnej części były nieco poszerzone i wywinięte na zewnątrz.

* * *

Podróż do Krakowa była monotonna. Mikołajowi zdało się, że hrabia jakby unikał spotkań z miejscową szlachtą, bo nigdy nie zajeżdżał do żadnego pałacu, czy dworu, a zatrzymywał się, jadał, odpoczywał i nocował wyłącznie w przydrożnych karczmach.

Tam zaś zawsze posilał się sam, w oddaleniu od innych i nieodmiennie nader skromnie. Nigdy nie spożywał mięsa ani nie pił wina, miodu ani piwa, o bardziej gorących trunkach nawet nie wspominając. A przecież miał pieniądze! Bardzo dużo pieniędzy!

„Może w ten sposób chciał zataić swoje bogactwo, żeby się nie narazić na jakąś napaść?” – przemknęło przez głowę Białeckiego. „Ba! Niemożliwe. Wystarczyło spojrzeć na ubranie, na te brylanty, które miał przy sobie… na sobie… nikt w ubóstwo hrabiego nie byłby w stanie uwierzyć. A za same spinki i zegarek niejeden rzezimieszek gotów byłby mu gardło poderżnąć…”

Nie mogli więc zrozumieć ani Mikołaj, ani tym bardziej Zbylut, dlaczego tak, a nie inaczej hrabia się zachowuje. Widać był dziwakiem. Ot i wszystko…

W końcu minęli rogatki Krakowa.

I tym razem – o dziwo – Bellamarre nie zajechał do żadnej z licznych gospód, lecz kazał się wieźć wprost na Wzgórze Wawelskie. A kiedy się już tam znaleźli, dał znak Hiszpanowi, by ów zatrzymał sanie na wysokości Kaplicy Zygmuntowskiej, której dach ongiś kryty był złotą blachą, jaka tego dnia bez wątpienia lśniłaby w promieniach bladego zimowego słońca i ostro kontrastowała z zasnutą zielonkawym grynszpanem blachą miedzianą niegdyś pokrywającą dachy głównej bryły Katedry św. Wacława i pozostałych budynków do niej przylegających, które teraz po pożarze wznieconym 25 sierpnia 1702 roku przez zbójeckich Szwedów stały wypalone, osmalone i w znacznej mierze zrujnowane. A to dawało nader przygnębiający widok. Ledwie niewielkie fragmenty dawnej rezydencji monarszej ocalały od ognia i były zdatne do zamieszkania.

Skinąwszy dłonią na znak, żeby załoga sań czekała w tym miejscu, sam zgrabnie wyskoczył na ubity śnieg i skierował się ku wewnętrznemu dziedzińcowi zamku królewskiego. Szedł pewnie, nie rozglądając się, ani nie wahając, co dowodziło, że nie jest tu po raz pierwszy.

* * *

Ledwo hrabia zniknął z obserwujących go trzech par oczu, nie wiedzieć skąd pojawił się wysoki, szczupły, o wojskowej posturze, chociaż przyodziany w zwyczajną, bardzo obszerną czarną pelerynę, którą się owinął szczelnie, iżby zabezpieczyć ciało przed chłodem i takiejże samej barwy kapelusz-pieróg na głowie, spod którego nie wyzierała bynajmniej kunsztownie trefiona peruka, ale własne mocno posiwiałe włosy tegoż jegomościa, związane czarną aksamitną tasiemką w „koński ogon”. Wyglądało to cokolwiek osobliwie, ale nader poważna mina i podobny ton głosu, gasiły nawet próby uśmiechu na ustach obserwujących go pasażerów sań.

Panowie, proszę… udajcie się… za mną… – mówił z wyraźnym trudem, jakby brakowało mu tchu.

Bartusz i Białecki opuścili sanie, Hiszpan natomiast został, by zająć się pojazdem i końmi.

Nieznajomy powiódł ich wprost na główny dziedziniec zamkowy otoczony krużgankami. Mikołaj rozglądał się z zaciekawieniem i chociaż tak budynek, jak i owo miejsce konkretne, były zniszczone przez ogień, to i tak zrobiły na nim duże wrażenie, bo kryły w sobie resztki majestatu Rzeczypospolitej. Wojny, przemarsze wojsk, biedniejący kraj, magnaci myślący w większości o napełnieniu własnej kiesy. Biedniejąca i coraz bardziej bezradna drobniejsza szlachta, nie mówiąc już o gołocie, nie miała możliwości zapobieżeniu upadkowi Rzeczypospolitej… A onże zamek jej majestat wyobrażał…

Przyglądasz się Waćpan tym nadpalonym, pokrytym sadzą i poodpadanym tynkom, liszajem i grzybem nadgryzionym murom? Cóż… od kiedy król jegomość Zygmunt III upodobał sobie na mieszkanie tę mazowiecką mieścinę z demonem w herbie16, Warszawę, posypały się na kraj nasz nieszczęścia jedno po drugim… i tak jest do dziś…

– Tak Waszmość uważasz? Że to przez wzgląd na to, iż monarchowie porzucili stołeczny Kraków, Pan Bóg odwrócił od Rzeczypospolitej Swoje oblicze?

– A jużci. I owszem. Paniczu Mikołaju, zważcie, iż mieścina nic nie znacząca, przybrawszy sobie za patrona i symbol ni to babę, ni to chłopa, ni to smoka, ni bazyliszka, istotę demoniczną, gadzią, sama co prawda urosła, ale kraj, od kiedy tam nasi monarchowie rezydują, popada w coraz większą ruinę.

– Eee, panie Bartuszu, a co mają do tego symbole? Opowiadacie bodaj co. Bajdy jakieś.

– Tak? Zatem dlaczego się żegnacie, paniczu, znakiem krzyża świętego, czemu na ścinie wieszacie krucyfiks, albo-li też obrazy święte? Wszak to tylko symbole… symbole…

– No… no… to co innego przecie… – wybąkał Mikołaj.

– A co niby? Te to symbole Boga, dobra, a tamten diabła, zła. Wszak znak Warszawy to od góry człowiek, raz ukazywany jako mąż, inszym razem jako niewiasta z obnażonymi piersiami, z mieczem i tarczą, jakby szykujące się (bo sam nie wiem, jakiej toto jest płci) do ataku. Poniżej zaś tułów obły, odwłok wypukły łuską gadzią pokryty, z którego skrzydła błoniaste jak u smoków wyrastają i ogon wężowy a może takoż smoczy… ogólnie rzekłszy gadzi, a stoi toto na nogach ptasich. Jakby na owo monstrum nie spojrzeć najbliżej mu wyglądem do bazyliszka, to jest władcy wężów. A kogóż to niby on symbolem jest? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, sam jej udzielił – Lucypera, smoka starodawnego, którego zowią diabłem i szatanem, zła wcielonego, Antychrysta, moru i nędzy, i wojny – słowem – kary Boskieja wszak nie zanegujesz, iż ustawicznie Pan nas chłoszcze…

I wtenczas odezwał się ich przewodnik, mówiąc:

– Prawdę, panie, powiadacie. Bo czyż samo Pismo nie opowiada waszej obecnej sytuacji? U Izajasza Proroka jest to ujęte w takie słowa: „…nieprawości wasze rozdział uczyniły między wami i między Bogiem waszym, a grzechy wasze sprawiły, że ukrył twarz przed wami, aby nie słyszał. Bo ręce wasze krwią są zmazane, a palce wasze nieprawością; wargi wasze mówią kłamstwo, a język wasz nieprawość świegoce. Nie masz, kto by się zastawiał o sprawiedliwość, ani jest, kto by się zasadzał o prawdę. Ufają w próżności, a mówią kłamstwo; poczynają ucisk, a rodzą nieprawość. Jaja bazyliszkowe wylęgli, a płótna pajęczego natkali. Kto jadłby jaja ich, umrze, a jeśli je stłucze, wypełznie z nich gad. Płótna ich nie godzą się na szatę ani się przyodzieją robotami swymi. Uczynki ich są uczynkami nieprawości, a sprawa łupiestwa jest w rękach ich. Nogi ich bieżą do złego i kwapią się na wylanie krwi niewinnej. Myśli ich są myśli nieprawości; spustoszenie i starcie jest na drogach ich. Drogi pokoju nie znają i nie ma sprawiedliwości w drogach ich; ścieżki swe sami pokrzywili u siebie; każdy, kto po nich chodzi, nie zna pokoju. Dlatego oddalił się sąd od nas, a nie dochodzi nas sprawiedliwość; czekamy na światłość, a oto ciemność; na jasność, ale w ćmie chodzimy. Macamy ściany jako ślepi, a macamy, jakobyśmy oczów nie mieli. Potykamy się w południe jako w zmierzch; w wielkich dostatkach podobni jesteśmy umarłym…17

Mikołaj nic na to nie odparł, za to pan Zbylut skwapliwie przytaknął i wznowił swój wywód tyczący się symboli.

– Otóż i właśnie! A Kraków? Co ma w herbie? Miasto warowne i białego orła, któren go strzeże! A czymże jest ów orzeł? Otóż symbolem samego Boga Wszechmogącego i Pana Chrystusa Jezusa Syna Jego jednorodzonego! Chwały, nieśmiertelności, władzy, majestatu, sprawiedliwości, szczęścia, szczodrości, dobroci, odwagi, przyzwoitości i cnót wszelakich! Orzeł ów to wróg zajadły smoka, węża i króla wężów – bazyliszka! Nie dziwne jest tedy, że gdy monarchowie zrezygnowali z ochrony orła, a udali się pod osłonę błoniastych skrzydeł gadzich, mądrzy ludzie odczytali to jako prognostyk upadku kraju, ruiny, nędzy, nienawiści bratniej, wojen domowych, krwi przelewu. I co najgorsze prognostyk ów co do joty się sprawdził… Jeśli się bowiem pogardza Bożą opieką, a pod diabelską udaje, to jakże ma być inaczej?… Pomnij też, jak pierwej skończyli Piastowie mazowieccy także mający żmija czy też bazyliszka w herbie. Zamieszkawszy w Warszawie, a porzuciwszy stołeczny dla nich Płock, tym samym opiekę gadzią nad swoim rodem podwajając i od gadziego jadu na ostatku pomarli…

– Ale czyż mieli tego świadomość?

Tego to my nie wiemy.

Lecz przecie król Zygmunt, który do Warszawy się przeniósł, był nadzwyczaj pobożnym człowiekiem, codziennie mszy słuchał. I to niejednej. I komunikował18A za jego czasów Rzeczpospolita największy w Europie zajmowała obszar! A poza tym nie zawsze stolica była w Krakowie!

– No niby…

Pan Zbylut został tymi słowy zbity z pantałyku. Nieznajomy przewodnik przyszedł mu jednak w sukurs.

Młodzieńcze, nie ma znaczenia czy król zdawał sobie sprawę ze znaczenia owego gadziego symbolu, czy też nie. On go po prostu zlekceważył… a może nawet, najzwyczajniej, nie dostrzegł?… Wszelako zamieszkawszy w Warszawie, niejako zaakceptował i niezbyt istotne jest to, czy w pełni świadomie, czy też może nie do końca świadomie. I nie musiał tego czynić w żaden urzędowy sposób. Sam fakt zamieszkania monarchy w tym miejscu dał Złemu pretekst do działania, bo Zły jest formalistą i nigdy nie atakuje osoby, miejsca czy narodu bez domniemanej choćby na to zgody, zgody na poddanie mu się. A w tym wypadku mógł domniemywać, iż takąż zgodę dostał. Może król nie dwóch, ale i dwudziestu dwóch mszy dziennie słuchać, lecz póki w Warszawie będzie mieszkać i stąd rządzić – diabeł nad krajem i nad narodem władzę mieć będzie. Ot, i wszystko… A co do dawniejszych miast stołecznych Królestwa Polskiego, to wymieniając je, zerknijmy także na ich herby, a dokładniej na jeden tylko z występujących na nich symboli uwagę zwracając: Gniezno – orzeł, Poznań – orzeł, Sandomierz – orzeł, Sieradz – orzeł

– Panie, nie wiem, jak pana zowią… – rzekł na to Mikołaj – panie, ale przecie król Jan Kazimierz śluby Matce Najświętszej we Lwowie złożył i królową Polski i ją ogłosił… formalnie przecie… zgodnie z prawem…

– Ba! A śluby one dopełnił?

Jakże to? Przecie dopełnił! – zaprotestował Mikołaj.

– Ejże! Młodzieńcze! I te też? I nieznajomy z pamięci przywołał zdań kilka z owych ślubów: „…z wielkim żalem serca mego uznaję, dla jęczenia w presji ubogiego pospólstwa oraczów, przez żołnierstwo uciemiężonego, od Boga mego sprawiedliwą karę przez siedem lat w królestwie moim różnymi plagami trapiącą nad wszystkich ponoszę, obowiązuje się, iż po uczynionym pokoju starać się będę ze stanami Rzeczypospolitej usilnie, ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa…19

I na to nic już odrzec nie można było. Te ostatnie słowa kategorycznie zamykały wszelkie dywagacje, czy diabeł jest na prawie, czyli też nie.

Tak Bartusz, jak i Białecki bardzo byli ciekawi, kim jest ów jegomość, który wiódł ich cienistymi krużgankami wawelskiego zamku na kwaterę, kto jest ten, tak znakomicie orientujący się i w Piśmie i ślubach i w znaczeniu symboli.

Nie mieli śmiałości jednak ponownie pytać go o to, skoro pierwsze zapytanie zlekceważył i nie udzielił nań żadnej odpowiedzi, najwyraźniej chcąc zachować incognito…

Weszli w jakiś mroczny korytarz. Od ścian i posadzki ciągnęło chłodem. Po kilkunastu krokach przewodnik zatrzymał się przed wysokimi dębowymi drzwiami zdobnymi prostym ornamentem geometrycznym, ujętymi w kamienne odrzwia.

Przewodnik nacisnął klamkę i otwarłszy jedno ze skrzydeł, skinieniem dłoni zaprosił Mikołaja i Zbyluta, by weszli do środka. Tedy weszli. Komnata nie była okazała, ale dobrze nagrzana. Od wysokiego holenderskiego pieca zbudowanego z niebiesko zdobionych emaliowanych białych kafli, czuć było promieniejącą gorącość.

Na środku pomieszczenia ustawiony był niezbyt okazały, taki w sam raz dla dwóch osób, stół, cały zastawiony wybornymi wiktuałami, choć niewyszukanymi. Pod ścianami, po przeciwległych stronach pomieszczenia, stały wygodne, wymoszczone poduchami i pierzynami puchowymi łoża. Zatem tu mieli się posilić i tu zanocować.

– Tedy, paniczu, w imię Boże – Bartusz nie ociągając się, usiadł przy stole, przysunął ku sobie talerz i jął się rozglądać czego by tu na początek skosztować. I nałożył sobie zacny kawał pieczonego szczupaka przyprawionego rozmarynem, bazylią i odrobiną czosnku. Do tego dobrał świeży chleb z kasztanową chrupiącą skórką i kufel ciemnego, słodkawego, leciuchno musującego kwasu chlebowego.

Mikołaj wraz poszedł w jego ślady.

Wówczas tajemniczy przewodnik dyskretnie wycofał nie na korytarz i bezszelestnie zamknął za sobą drzwi.

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Dawniej tak określano pozdrowienie: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

2I nazwisko i herb nie są wymyślone, lecz prawdziwe.

3Ab ovo – od początku, dosłownie od jaja (łac.).

4Nazwisko autentyczne, występujące do dzisiaj.

5Urodzony – czyli szlachcic.

6Mocny 50o destylat produkowany ze skórek i wytłoczyn winnych jagód.

7Księga zawierająca liturgię godzin, którą codziennie musi odmawiać każdy wyświęcony kapłan.

8Franciszkanie-reformaci – bracia mniejsi ściślejszej, zreformowanej w XVI wieku obserwancji, zwani po łacinie Ordo Fratrum Minorum Reformatorum; w skrócie: O.F.M. Ref.

9Absolucja – rozgrzeszenie.

10Dobranoc!

11Maślacz – ogólnie: gorszy gatunek tokaju.

12Pręt – niecałe 200 m2.

13Szustokor z francuskiego justaucorps i habit à la française poprzednicy surduta.

14Fular – rodzaj chusty wiązanej pod szyją, poprzednik krawatu.

15Giemza – cienka i znakomicie wyprawiona skóra koźlęca.

16Pierwotnym herbem Warszawy nie była syrenka, lecz groźne demoniczne monstrum w połowie ludzkie, w połowie smocze.

17Iz 59, 1-10 – według Biblii Gdańskiej.

18Przystępował do Komunii św.

19Wedle zapisu o. Augustyna Kordeckiego, przeora jasnogórskiego klasztoru.

KTOŚ się tym rodem opiekuje. CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (5)

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (5)

Białeccy herbu Leszczyc

Od śmierci matki i umieszczenia go u ojców jezuitów życie Mikołaja Białeckiego, bo chłopak takie właśnie nosił nazwisko, nie obfitowało już w żadne wstrząsy. Dnie mijały mu monotonnie, na nauce i modlitwach.

Z początku trudno mu było przyzwyczaić się do szkolnego rygoru i regulaminu, jaki obowiązywał w konwikcie, z czasem jednakowoż nie tylko przywykł, ale i polubił takie życie.

Gnębiło go tylko jedno, dlaczego obcy człek, markiz i hrabia w jednym, zajął się nim. Wiedział co prawda, że w jego żyłach płynie szlachetna krew, wszelako dziejów swego rodu nie znał, bo też nikt na ten temat nie chciał z nim nigdy gadać.

Gdy kiedyś pytał matkę o przeszłość rodziny, ta zbywała go zawsze machnięciem ręki i słowami:

– A po cóż ci to wiedzieć. Teraz jesteśmy nędzarzami i tym swoim szlachectwem się nie pożywisz.

Aż razu jednego, podczas rekreacji, jakiej studenci oddawali się po wykładach i obiedzie, do izdebki Mikołaja (bo tenże najwyraźniej na życzenie hrabiego mieszkał sam), zawitał laiczek tercjan1 ze słowami:

– Wielebny ojciec rektor panicza do siebie prosi.

– A czegóż chce?

– Tego to ja już nie wiem.

Wzruszył ramionami i poszedł przodem, chłopak zaś podążył w trop za nim.

* * *

– Usiądź, synu – rektor wskazał Mikołajowi prosty zydel bez oparcia, a kiedy ów zajął wyznaczone mu miejsce, odchrząknął raz czy drugi i zagaił: – To, kim jest dla ciebie hrabia de Montferrat, hrabia Bellamarre? Krewniak jakiś?

– Nie przypuszczam, wielebny ojcze. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Pytacie o to już nie pierwszy raz…

– I owszem.

– A czemuż to po raz kolejny?

– Bo mnie ciekawość paliła i jąłem badać dzieje twojego rodu, alem nigdzie nie napotkał ni takich tytułów, ani takich nazwisk…

– O! – Mikołajowi aż oczy się zaświeciły na dźwięk tych słów. – I cóż wielebny ojciec wybadał?

– To nie wiesz, kim jesteś? – zdumiał się jezuita.

– Ano, ojcze, nie wiem.

– Nic, a nic?

– Nic, a nic. Matka moja nigdy nie podejmowała owego tematu, a gdym naciskał, zbywała mnie. Uważała, iż raczej winienem do nędzy przywyknąć, a nie zaprzątać sobie głowy swoim szlacheckim pochodzeniem, ani też innymi mrzonkami, przekonana bowiem była, że tylko cud mógłby odmienić nasze tragiczne wręcz położenie.

– No to ja ci tyle rzec mogę, żeś istotnie krwi czystej, ni kropli, ni przymieszki szczurzej czy chłopskiej, czy mieszczańskiej. Ale gdybyś nie napotkał tego zamożnego protektora, to dziś byś był, co najwyżej i to w najlepszym przypadku, za pomocnika szewca czy stolarza, a twoje szlachectwo rozpłynęłoby się wraz z mgłą, co to nieraz miasto zalega, a potem ją rozwiewa wiatr… No, ale Pan Bóg najwyraźniej nad tobą czuwał i zesłał pana hrabiego wraz z jego dukatami…

– Istotnie, reverendissime pater, istotnie.

– Zatem posłuchaj, co mi się udało ustalić, przepatrzywszy niejeden dokument, do jakiego udało mi się dotrzeć. W skrócie ci opowiem dzieje twojego rodu, a jakbyś sam chciał się czegoś więcej dowiedzieć, to będziesz kiedyś mógł. Sądzę jednakowoż, że to, co teraz usłyszysz, w zupełności ci wystarczy, iżby wyrobić sobie zadanie, co do dziwnych losów twojej familii i może zadumać się nad nimi… Tedy słuchaj chłopcze.

– Słucham pilnie, ojcze.

– Ród twój, Białeckich herbu Leszczyc, starożytny jest bardzo i od wieków w Sandomierskiem osiadły, ale aż po wiek szesnasty niczym szczególnym ani się nie wyróżnił, ani zasłynął, ani doznał jakowychś nadzwyczajnych a osobliwych przeżyć i doświadczeń.

Rzeczy takowe dziać się zaczęły dopiero wonczas, gdy to jeden z Białeckich, Jakub, po obiorze Henryka Walezjusza na króla polskiego wyruszył razem z orszakiem poselskim do Paryża, aby pokłonić się nowemu panu i sprowadzić go do Krakowa. Tam jednakowoż wydarzyło się coś, co sprawiło, że Jakub nie od razu do kraju wrócił, lecz czas jakiś jeszcze w stolicy Francji zabawił. Kiedy zaś wreszcie zjawił się w ojczyźnie, to został oskarżony o zamordowanie dominikańskiego mnicha i obrabowanie trupa, co zdawało się nie być możliwe, wszakże poszlaki świadczyły przeciwko niemu. Osadzono go zatem w wieży, w Sandomierzu, by tam oczekiwał procesu. Jednakowoż z wieży owej zbiegł… do Paryża. I tu ślad się urywa…

W Sandomierskiem pozostali jego rodzice i młodziuchna, czternaście czy też piętnaście lat licząca siostra Ludmiła.

Któregoś późnojesiennego dnia 1575 starzy Białeccy wraz z córką opuścili rodzinny majątek i gdzieś wyjechali. Stara Białecka rozpuszczała wieści po sąsiadach, że zaciążyła i że udaje się do siostry, pani Czerenowskiej, w Kaliskie, aby pod jej okiem w tym późnym wieku swego życia, bezpieczniej dziecię porodzić.

Jednakowoż szeptano, bo w głos nikt się mówić nie odważył, iż to nie stara Białecka, ale Ludka była przy nadziei. Tyle że nikt nie mógł wpaść na to, z kim by mogła stracić wianek…

Chociaż byli i tacy, którzy przypuszczali, że Ludka w kazirodczym związku z bratem swoim pozostawawszy, z niego dziecię poczęła… Ponoć coś podejrzał był strażnik sandomierskiej wieży, w której Ludka brata odwiedzała, zanim ten jeszcze nie zbiegł do Francji. I że to dla Ludki całe to theatrum, z siostrą w Kaliskiem, a nie dla dobra mającego przyjść na świat dzieciątka odgrywano. Bo czy by się urodziło wpodle Sandomierza, czyli też Kalisza, to jakaż niby dla starej dziedziczki byłaby to różnica? Chyba tylko taka, że w obcym miejscu łatwiej byłoby utrzymać coś… coś niechlubnego… w tajemnicy…

Tak czy siak, dziecko przyszło na świat. Tyle że nie we dworze pani Czerenowskiej, ale w klasztornych murach benedyktyńskich, gdzie kuzynka Białeckiej, Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, była ksienią. Czemu? Tego się nie udało dociec. Niemniej dawało owo do myślenia.

Potem zaś i po starych Białeckich z nagła ślad zaginął. Wyjechali z klasztoru rzecz jakowąś załatwić i już nikt nigdzie ich nie uwidział. Ludka z noworodkiem, który formalnie, ale czy faktycznie? – Bóg to jeden wiedział – był jej synem, a zarazem i braciszkiem, została sama.

Wszelako znalazła wyjście z tejże nader kłopotliwej dla siebie sytuacji, dziecko oddała na wychowanie ciotce, pani Czerenowskiej, a sama wyjechała do Paryża. Szukać brata swego starszego, Jakuba.

Wyjechała i… nie wróciła. I po niej, podobnie jak i po innych członkach jej rodziny, ślad zaginął.

Tymczasem wychowywany przez Czerenowskich brat niby, a najpewniej syn Ludki, Jur Białecki, dorósł do wieku, w którym panny zaczynają się podobać i ulubił sobie swoją mleczną siostrę, Kasię, i ją chciał pojąć za żonę. Tyle że Kasia owa, chociaż spłodzona na skutek gwałtu na Bogu ducha winnej poddance pana Czerenowskiego, jakiego dokonał na niej pan Olbracht Łaski herbu Korab wojewoda sieradzki i senator Rzeczypospolitej, po matce do chłopskiego przynależała stanu, toteż małżeństwo z nią nie wchodziło w rachubę.

I wtedy, nie wiedzieć skąd, przyplątał się do dworu Czerenowskich uczony doktor Cadaver Illuminatus, który wieści z Paryża przyniósł, iż Jakub i Ludmiła pomarli. On śmierć poniósł w Luwrze, rzekomo po pijanemu wypadłszy z okna, ale najprędzej to z rąk nie całkiem spełna rozumu króla Henryka III, a ona na przedmiejskiej ulicy pod kołami rozpędzonej karety, którą jechała siostra monarchy, królowa Nawarry Margot.

Ponieważ przybysz okazał się gruntownie wykształcony, to zatrudniono go jako preceptora panicza. Onże doktor wymyślił intrygę, na której skutek Kasi przypisano szlachectwo, a na dodatek zdobyła nieopisane wprost skarby i młodzi się pobrali. Czmychnąwszy jednak pierwej w Sandomierskie, bo tu Kasi nikt nie znał.

Ale… ale i w tymże wątku wcześniej pojawił się Paryż… To tam Kasię wywiózł stary doktor, aby nabyła ogłady i języka, a potem na pograniczu francusko-hiszpańskim znalazł jej ojca, a właściwie kogoś, kto ją za córkę uznał, starożytnym herbem hrabiowskim d’Urgel y d’Osona i majątkiem obdarzywszy przed śmiercią. Przybrała wonczas nowe imię – Waleria-Katarzyna-Małgorzata. Uzyskano to, co prawda, przez oszukańczą intrygę, niemniej uzyskano. Ergo – formalnie wszystko było w porządku.

W tymże samym czasie narzeczony dziewki, Jur Białecki, czas jakiś bawił w Salamance, owym mieście słynącym z nauk tajemnych. Studiował na tamecznym uniwersytecie, ale co jeszcze robił? Kogo poznał? Z kim się zadawał? Któż to wie?…

Kiedy stary Cadaver w niezwykłych, ba! nadzwyczajnych okolicznościach zniknął z tego świata, młody Jerzy Białecki znalazł notatki po nim i… testament, w którym Illuminatus zapisał mu dom w Paryżu.

Jerzy pojechał zatem roku Pańskiego 1617 do onego Paryża powodowany raczej ciekawością niż chęcią zysku i… nigdy już stamtąd nie wrócił.

Wdowa z dwojgiem dzieci córką Marią Magdaleną cztery latka podówczas liczącą i synem, Janem Chrzcicielem, starszym od siostrzyczki o rok, przez lata oczekiwała powrotu męża, lecz się go nie doczekała2

Maria Magdalena, chociaż nie z karmazynów, ale jako nadzwyczaj posażna panna i niebywałej też piękności, wyszła za mąż za półdzikiego, ale urodziwego kniazia Wasyla Michajłowicza Hołowczyńskiego-Rapałowskiego herbu Łabędź i przepadła gdzieś na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej.

Czy z tego małżeństwa było potomstwo? Jak się dziewczynie żyło z dala od matki i brata? Nie wiadomo. Ktoś z dalszych krewnych czy też powinowatych Wasyla przyniósł kiedyś pani Walerii-Katarzynie wiadomość, iż Tatarzy jej zięcia ubili, a córkę wzięli w jasyr i sprzedali na targu w Istambule. Trafiła więc pewnie do jakiegoś haremu… Tyle że owa wiadomość nie zyskała z żadnych innych ust absolutnego potwierdzenia. Niemniej była prawdopodobna. Tym bardziej że wszelki kontakt z córką się urwał, a zięć i jego bliska familia również znaku życia nie dawali, tak jakby ich wszystkich z Ukrainy jakiś zły los wymiótł. Dalsi zaś krewni znali jedynie te pogłoski o Tatarach i haremie…

Jan Chrzciciel natomiast obrał inne życie i kiedy skończył lat siedemnaście, roku Pańskiego 1629 postanowił wstąpić do kamedułów. I wytrwał w zakonie aż do śmierci matki, czyli do połowy maja roku 1631. Ponieważ ślubów jeszcze nie złożył, na pogrzeb rodzicielki bez problemu przybyć mu dozwolono. A kiedy matkę pogrzebano, on się już w mury klasztorne nie wrócił. Tak mu widać było pisane.

Na stypie bowiem wpadł w oko jakiejś bardzo odległej kuzyneczce Anuli, piętnastoletniej sierocie, biednej niczym mysz kościelna, ale szczwanej i na cztery nogi kutej lisicy. Ta spoiwszy mniszka zacną starką, której na stypie nie skąpiono, zaciągnęła go do stodoły, habit z niego zzuła, i tam na sianie do grzechu nieczystego zanęciła.

Kiedy drugiego dnia mniszek przecknął się w jej ramionach z bólem głowy i niepomierną suchością w gębie, w mig potraktowała go pucharkiem tejże samej starki, nie dając mu wytrzeźwieć. I tak na pijaństwie i rozpuście coś ze trzy czy cztery dni im minęło. A potem do klasztoru już wracać nie chciał, tak mu to rozkoszne życie posmakowało.

Pobrali się tedy i żyli lekko, ponieważ skarbczyk był zasobny, a pracą trapić się nie musieli, bo dobry rządca majątkiem sprawnie miał zawiadywć. Ale ponieważ wyjątkowo dobry był ów zarządca, rychło majątek jął topnieć, na wyścigi jakby z zawartością skarbczyka. Zarządca obrastał w sadło, a Białeccy chudli.

I tak to lata beztroskiego dobrobytu przeminęły i zły los zajrzał małżonkom w oczy.

Jan Chrzciciel tedy, nie widząc innej rady, zostawił Annę z dziesięcioletnim synkiem Łukaszem we dworze, a sam ruszył w świat szukać jakiegoś grosza. Daleko nie zawędrował, bo nieopodal, w staszowskich lasach, zbóje go usiekli, jako że podówczas grasowała tam banda niejakiego Bożemskiego, chłopskiego syna i bezecnego łotra, który skądsi spod Opatowa czmychnąwszy, w tamecznych borach się skrył, nie mogąc znieść tego, co na własne oczy ujrzał, jak jego żona gziła się na sianie w stodole z Etiopem alias Murzynem, którego dla fantazji pan dziedzic przywiózł z Turek3, w Stambule go na targu niewolników kupiwszy.

Dziedziczka tedy, ostawszy sama, bez męża, nie mając innego wyjścia, około 1650 roku dwór sprzedawszy i resztkę dobytku, kupiła w Sandomierzu starą chałupę na Zawichojskim Przedmieściu, niczym jaskółcze gniazdo do ściany parowu przylepioną i tam z dzieckiem zamieszkała.

Wsparcia znikąd nie mając, tym bardziej że dalsza rodzina męża znać jej nie chciała, imała się różnych zajęć, bynajmniej nieodpowiednich szlacheckiemu stanowi, byle było tylko na strawę lichą i niemniej lichy przyodziewek…

Kiedy Łukasz dorósł, wspierał matkę jak mógł, tyle że niewiele mógł. I nie żenił się, bo ani z mieszczką, ani z chłopką nie chciał, co by szlachectwa nie utracić, a znowuż żadna szlachcianka jego nie chciała, bo był dziad. Ale i na niego przyszedł czas, kiedy matka starowinka nad grobem już była, a jemu pięćdziesiąt osiem lat wlazło na kark. Oto i wtedy przywędrowała skądś z województwa rawskiego ubożuchna szlachcianeczka, sierotka młodziuchna, a on się nią najpierw z dobroci serca zaopiekował i dach nad głową jej zaoferował, ale jakoś tak później polubili się ogromnie mimo różnicy wieku i pożenili.

No i bieda spłodziła biedę. A tej biedzie zrodzonej roku 1691 na imię dano Mikołaj. A to żeś ty. Ot i całe dzieje. A ich ciąg dalszy już od ciebie tylko, chłopcze, zależy. Mógłbyś dodać coś do tej mojej opowieści?

Mikołaj, milcząc, wpatrywał się w gęstniejący za oknem mrok. Aż w końcu półgłosem dopowiedział:

– Ojca nie znałem, bo umarł, nimem osiągnął taki wiek, iż mógłbym go zapamiętać. Matkę natomiast straciłem, co jest wam ojcze wiadomym, w roku 1703, kiedy miałem zaledwie lat dwanaście. I wtedy to, nie wiedzieć skąd, pojawił się w moim życiu ów tajemniczy cudzoziemiec, hrabia de Montferrat, hrabia Bellamarre, który mnie oddał w ręce ojców. To wszystko…

– Taaak – powiedział przeciągle zakonnik – oddał cię, Mikołaja Białeckiego, do naszej uczelni, do Academiae Gostomianae, opłacając czesne, wikt, dach nad głową w konwikcie i przyodziewek na sześć lat na przód. A czas ten mija… Rychło przyjdzie nam się rozstać… Polubiliśmy cię, chłopcze, toteż nawet gdy już stąd odejdziesz, będziemy mieć cię w sercach i pamięci. Ale już dość, dość. Możesz odejść.

W nieznane

Adwent miał się już ku końcowi. Studenci sandomierskiej Akademii z utęsknieniem wyczekiwali, kiedyż ich to ojcowie jezuici rozpuszczą do domów, gdzie czekały na nich zapachy i smaki – jedliny zdobiącej salony bądź saloniki (zależy, gdzie tam kto mieszkał – w pałacu, we dworze czy dworku), wiktuałów wybornych: bigosu, grzybów, ryb, kiełbas, mięsiw rozmaitych, pasztetów, a i przepysznych słodkości – bab, pierników i mazurków, a kogo stać było to i zamorskich wiktuałów także.

Jeden tylko Mikołaj ze smutkiem wypisanym na twarzy, bo on, jak co roku, miał spędzać Boże Narodzenie w klasztorze, ponieważ nie posiadał żadnych bliskich, żadnej rodziny, włócząc się w tę i nazad podle kościoła św. Piotra, który tkwił szarą bryłą między pozapadanymi grobami starodawnego cmentarza, poza którym, niczym tło, pobudowano przed laty potężne gmaszysko jezuickiej szkoły, w zamyśleniu wpatrywał się w ciężkie śniegowe chmury, które niskim pułapem rozciągały się nad Sandomierzem.

Na kolegiackiej dzwonnicy zegar wybił godzinę. Mikołaj zliczał uderzenia. Była trzecia po południu. Zaczynało zmierzchać. Tu i ówdzie, w celkach klasztornych i domach kanonickich, które rozsiadły się po przeciwnej stronie ulicy, szyby rozjarzyły się żółtawym poblaskiem zapalonych świec.

Mróz był niewielki, powietrze spokojne, bez najmniejszego nawet oddechu wiaterku. Cisza panowała jakaś taka głęboka, jakby niemająca dna, przepastna, w której można było ugrzęznąć niczym w miękkim, delikatnym puchu tłumiącym wszelki dźwięk i szmer nawet. I jakby w odpowiedzi na nią począł się z chmur owych właśnie taki śnieżny puch osypywać. Grube białe płatki bezszelestnie i jakby na swój sposób dostojnie zsuwały się z nieba na ziemię gęsto i obficie, rychło wyścielając i plac i groby i dachy budynków grubą warstwą miękkiego zimowego całunu.

Tymczasem zmierzch się coraz bardziej mroczył, a na rosochatych gałęziach starych topól-białodrzewów przysiadały ostatnie gawrony, milknąc, zanim posną na noclegowisku.

Naraz skądś z oddali, od Bramy Zawichojskiej, dało się słyszeć srebrzysty miły świergot dzwonków przyczepionych do uprzęży koni ciągnących jakieś sanie.

Najwyraźniej ktoś, przed zamknięciem bram miejskich, chciał zdążyć do domu przed nocą…

Podzwanianie było coraz wyraźniejsze, a sanie zmierzały jakby w stronę jezuickiego przybytku nauki.

Mikołaj pomyślał, że może to któryś z kanoników, mieszkających w tej samej okolicy, ale nie bo za chwil parę spostrzegł, iż zgrabne sanie, zapewne te same, które wprzódy posłyszał, bo inne dzwonki nie dźwięczały w wieczornym powietrzu, zmierzają wprost ku Akademii.

Sanie z szelestem płóz, kierowane wprawną ręką woźnicy, wzięły nieduży zakręt i wjechały wprost, w otwartą jeszcze, bramę prowadzącą zarówno na plac kościelny, cmentarz, jak i ku szkole.

Woźnica mocno ściągnął lejce.

Konie stanęły. Z sań zaś wysiadł żwawo jakiś mężczyzna przyodziany co prawda w sobolowe futro polskiego kroju, ale jakoś tak… wyglądający i noszący się zdecydowanie z cudzoziemska. Przybysz pewnym krokiem skierował się ku drzwiom wchodowym wiodącym ku pomieszczeniom klasztornym, natomiast powożący tkwił nieruchomo na saniach na swoim miejscu, niczym posąg wykuty z bryły siwego granitu.

Mikołaj, chociaż mocno zaciekawiony, powstrzymując się od pośpiechu, wolnym i spokojnym krokiem podszedł do woźnicy.

Pochwalony! – pozdrowił go chłopak, mając nadzieję na rozmowę.

No comprendo…4 – odparł woźnica, bezradnie rozkładając ręce.

Laudetur! – Mikołaj ponowił to samo pozdrowienie po łacinie.

No comprendo…

Chłopak niestety nie znał tego języka, choć rozumiejąc po włosku i francusku, domyślił się, co słowa woźnicy mogą znaczyć, więc wzruszył tylko ramionami i zamierzał oddalić się w miejsce, gdzie wcześniej spacerował. Nie postąpił jednak i pięciu kroków, kiedy główne drzwi wiodące do gmachu Akademii uchyliły się i pokazał się w nich tercjan.

– Paniczu Mikołaju, ojciec rektor waszeci prosi.

– Mnie?

– Ano panicza.

– Skoro tak, to trzeba polecenie wykonać.

Chłopak, mijając woźnicę, raz jeszcze dyskretnie zlustrował go od stóp do głów, ale nic szczególnego mu się w nim nie rzuciło w oczy krom mocno smagłej cery. Kożuch miał suty, barani i takąż czapę, nasuniętą na uszy i czoło, prawie po brwi, tak samo, jak i tutejsi furmani. Widać przykre temperatury przymusiły go do tego, by odnośnie do garderoby pójść w ślady tych, którym zima nie była nieznana.

Tercjan puścił scholara przodem, a potem starannie zamknął za nim dźwierza.

* * *

Mikołaj zakołatał do drzwi rektora, a gdy posłyszał zaproszenie, delikatnie pocisnął ozdobną mosiężną klamkę, rozwarł jedno ze skrzydeł i wszedł do środka.

Wystarczyło mu szybkie spojrzenie i chociaż mężczyzna rozmawiający z jezuitą siedział odwrócony doń tyłem, natychmiast rozpoznał w nim swojego dobroczyńcę – hrabiego Bellamarre.

– Siadaj chłopcze – rektor wskazał mu zydel stojący nieopodal szafy bibliotecznej, więc tam skierował się chłopak. Tymczasem jednak hrabia, nie podnosząc głowy, którą pochylał nad jakimiś papierami, zatrzymał go gestem dłoni i powiedział do rektora.

– Magnificencjo! To już nie jest wasz student. Niechaj zasiądzie przy stole razem z nami.

Rektor nic na to nie odparł, tylko przyzwalająco skinął głową.

– Proszę wybaczyć mi śmiałość… jak mam to rozumieć?… – zapytał Mikołaj.

– Co?

– Iż nie jestem studentem…

Hrabia podniósł głowę, oparł się o krzesło i rzekł:

– Oddałem cię tutaj 25 maja roku 1704 na sześć lat. A chociaż czas ów jeszcze nie minął, zjawiłem się już dziś, iżby cię stąd zabrać, ponieważ żadną miarą nie mógłbym się tu zjawić w maju roku 1710. Chociaż jest więc jeszcze rok 1709 i to czas tuż – zawahał się na moment – tuż… przed zimowymi świętami, uznałem, żeś tak naprawdę to szkołę ukończyłeś, a owe kilka dodatkowych miesięcy różnicy w twoim wykształceniu nie uczynią. A przynajmniej znacznej. Przyjechałem zatem, nie zapowiedziawszy się wprzódy, by zabrać cię ze sobą. Mam nadzieję, iż ojciec rektor wyda ci stosowne dokumenty, atestaty5. Dziś jeszcze tu przenocujesz, a jutro wyruszymy w podróż.

Bellamarre sięgnął do sakiewki, wyłuskał z niej parę sztuk złota, które położył na stole i miękkim ruchem przesunął w stronę rektora.

– Ależ panie hrabio! Nie trzeba, nie trzeba! – rektor niby to się wzbraniał, ale nakrył pieniądze dłonią, a potem dyskretnie skrył je za pazuchą.

– Zanim jednak, ojcze rektorze, zabierzesz się do sporządzania wspomnianych przeze mnie dokumentów, bądź łaskaw dać chłopcu depozyt, którym ci poruczył przed laty.

– Ależ oczywiście… tak, tak… w tej chwili, panie hrabio…

Jezuita powstał ze swojego miejsca i skierował się ku przyśrubowanej do posadzki bardzo okazałej żelaznej skrzyni, dodatkowo wzmocnionej stalowymi wstęgami przytwierdzonymi do płaskich powierzchni solidnymi jakby ćwiekami o tępych łbach kwadratowego kształtu, a zamkniętej na dwa zamki.

Rektor włożył okazały klucz w jeden z nich i przekręcił go ze zgrzytem, potem jednak pociągnął taśmę dzwonka, którym przyzwał tercjana, a gdy ów się zjawił, polecił mu przywołać jednego z ojców, który miał drugi z kluczy na przechowaniu.

Zajęło to parę chwil, a kiedy wreszcie skrzynia stanęła otworem, jezuita z niejakim wysiłkiem wydobył powierzone mu przed laty skórzane pękate worki ze złotem i podał go Mikołajowi.

– Stało się, jak pan hrabia sobie życzył. Czy pan hrabia chciałby, iżbym się rozliczył teraz z naddatku powierzonej nam kwoty poza tym, co miało stanowić czesne? Bo żadnych nieprzewidzianych wydatków nie było.

– Nie ojcze. Niechaj skorzysta z nich ktoś inny, a nawet… niechże ojciec zachowa je dla siebie.

– Hm… mnie nie wolno posiadać niczego na własność… Ubóstwom ślubował…

– I czystość też zapewne? – drwiąco zapytał Bellamarre.

– Ależ…

– Ależ oczywiście, nie wątpię, iż ojciec się myje, przynajmniej raz w tygodniu – roześmiał się arystokrata.

– Panie hrabio! – obruszył się jezuita. – Panie hrabio!

– Och! Zaraz „panie hrabio”. Ale dajmy już pokój tej żartobliwej konwersacji. Na mnie czas, muszę bowiem poszukać jeszcze jakiegoś noclegu, spożyć coś, nim się ułożę do snu.

– Panie hrabio! Toż by to była dla nas ujma, jeśliby pan hrabia nie przenocował w klasztorze! A wcześniej posilił ciało skromną wieczerzą.

– Tak pan mówisz, reverendissime? Niechaj więc i będzie. Ale w takim wypadku muszę prosić także o nocleg i strawę dla mojego stangreta.

– Oczywiście – jezuita zgodził się skwapliwie.

* * *

Śnieg sypał przez całą noc, więc na rano wszystko było pokryte tak grubą jego warstwą, że nie dało się nawet wypatrzyć dróżki czy ścieżki. Scholarzy udający się na poranną mszę do kościoła św. Piotra zapadali się w białym puchu po kolana prawie, ale w końcu przetarli szlak. Inna grupa pracowicie parła w stronę bramy, aż utorowała w miarę ubitą drożynę. Można było to zrobić przy pomocy szufli, lecz młodzi ludzie, których rozpierała energia, nie mieliby z tego żadnej przyjemności, oczyszczanie dróżek przy pomocy wzmiankowanego narzędzia byłoby pracą, a tak – trafiła im się pyszna zabawa.

Ponieważ przestało śnieżyć i nawet słońce nieśmiało zerkało spoza chmur była nadzieja, iż pogoda się ustali, przyjdzie nieco większy mrozik i zestali po wierzchu to, co napadało w nocy, tę śnieżną pierzynę.

Mikołaj zaszedł do refektarza i zajął sobie od lat przypisane miejsce. Ogarnął go smutek, ponieważ miał świadomość, iż już ostatni raz śniada ze współtowarzyszami…

Hrabia poprosił o lekką przekąskę, bez mięsa i wina (w czym nie dostrzeżono niczego nadzwyczajnego – wszak był adwent, a zatem obowiązywał post). Kiedy jednak odmówił spożycia nawet ryby i popicia jej cienkim podpiwkiem, za co grzecznie podziękował, nieco zdumiało to rektora. Ostatecznie Bellamarre zadowolił się chlebem, warzywami i wodą, o które poprosił do swego pokoju, podobnie zresztą jak minionego wieczora, nie racząc posilać się wespół z innymi, nawet przy oddzielnym stole dla profesorów.

Ale takiemu panu, tak zamożnemu i wysoko urodzonemu wolno było mieć swoje dziwactwa i fanaberie. A może najzwyczajniej w świecie nie chciał, iżby go ojcowie podpytywali, kim jest, skąd jest i dokąd zmierza? A będąc nieobecnym, takowych pytań uniknął.

Ledwo skończono śniadać, a Mikołaj się szykował, by wyjść z refektarza, ojciec rektor odchrząknął, a potem się odezwał:

Silentium! Silentium!6 Chcę jeszcze zakomunikować coś ważnego. Oto dzisiaj odchodzi od nas wasz, panowie studenci, komiliton7, Mikołaj Białecki.

Dało się słyszeć lekki szmer zdziwienia pośród zebranymi.

– Mikołaju, rzeknij teraz coś od siebie.

Chłopak powstał, również odchrząknął raz i drugi i lekko łamiącym się ze wzruszenia głosem przemówił.

Reverendissime pater, ojcze rektorze, najdostojniejsi, najczcigodniejsi ojcowie profesorowie i wy, panowie bracia, nadszedł dzień, w którym pożegnać mi się z wami przychodzi. Czy się jeszcze kiedykolwiek spotkamy w tym gronie? Raczej wątpliwe to o ile w ogóle możliwe. Być może z tym czy owym z was zobaczymy się kiedyś… Czy tu, w Sandomierzu, czyli też gdzie indziej, jeden Pan Bóg raczy wiedzieć… Zachowam was jednak w sercu i myślach, bo chociaż nie zawsze było mi tu słodko, nie zawsze tak jakbym miodu kosztował, to przecie mój charakter zahartował się i dzięki wychowaniu ojców wielebnych i was, przyjaciele wiele zyskałem, a nicem nie stracił. I wiedzym też nabył w obfitości, a do mądrości samemu dojrzeć trzeba. To tyle. Dziękuję i niechaj wam nasz Pan wynagrodzi dobro, a zło w niepamięć puści. Dziękuję…

Głos mu się już kompletnie załamał, a oczy zwilgotniały. Zdawało się, iż zaszlocha, ale na szczęście uratował go tercjan, który uchyliwszy drzwi, od progu się ozwał:

– Paniczu Mikołaju, sanie zaprzężone. Pan hrabia czeka.

– To nie przyjdzie tu do nas, pożegnać się?

– Pan hrabia rozkazał mi oznajmić, że co miał do powiedzenia, to powiedział wczoraj, a dziś już do dodania niczego więcej nie ma.

Rektor nic na to nie odparł, tylko wyraźnie zły, z hurgotem odsunąwszy krzesło, powstał, przeżegnał się zamaszyście i szybkim krokiem opuścił refektarz.

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Laiczek – braciszek zakonny nieposiadający święceń kapłańskich; tercjan, pedel, bedel – woźny szkolny.

2Dzieje Białeckich na tle dziejów XVI i XVII-wiecznych opisano w książce Wieszczba krwawej głowy, Sandomierz 2017.

3Dawne, staropolskie, potoczne określenie Turcji.

4Nie rozumiem… (hiszp.).

5Świadectwa.

6Cisza! Cisza! (łac.).

7Kolega-student.

Hrabia Bellamarre i król August II zwany Mocnym. Rozpoczęła się agonia Polski. CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (4)

Hrabia i król August II zwany Mocnym. Rozpoczęła się agonia Polski.

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (4)

Hrabia i król

Hrabia Bellamarre spokojnym krokiem minąwszy okazały gotycki gmach świątyni Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, na którego to przykościelnym cmentarzu przed paru dniami uczestniczył w pogrzebie, schodził dość ostrym stokiem wzniesienia, którym zbiegała droga, wyboista i dziurawa, która kiedyś, zanim Szwedzi złupili i ukradli, co się da, a zniszczyli, czego się ukraść nie dało, była pięknie brukowana polnym szpatem.

Doszedłszy do podnóża Zamku Królewskiego, ruszył tym razem pod górę, a znalazłszy się u wejścia na dziedziniec, wpierw opowiedziawszy się saskim strażom, podążył ku drzwiom wchodowym resztek tej niegdyś imponującej i wspaniałej siedziby polskich monarchów. Teraz zaś, po wysadzeniu dwóch trzecich głównego budynku i całej reszty zabudowań grodowych przez wspomnianych już Szwedów, a dziś ledwo posklejanej – jak najszybciej i zapewne jak najtaniej się dało przez Jana III Sobieskiego1 ongi koalicjonisty tych barbarzyńców, zerkał na pokrzywę i łopuch wyzierające tu i ówdzie spomiędzy niesprzątniętych wciąż resztek rozwalin zalegających rozległy podworzec. Znakomita siedziba królów już nie budziła ni podziwu, ni respektu, bo wyglądała niczym wielgachna stodoła z dwóch stron podparta starymi basztami, których podmuch eksplozji, gdy okupant wysadzał prochy w lochach, nieomal cudem nie naruszył i nadal stały krzepkie, chociaż jakby zawieszone były na lessowym osuwisku zbocza ostro spadającym ku fosie.

„A przed wiekami mógł ten zamek iść w zawody z Wawelem… Ba! A może i z Luwrem nawet?…” – taka myśl przemknęła przez głowę hrabiego „cóż… panta rhei – wszystko płynie, jak rzekł niegdyś stary Heraklit…” I przyszła mu jeszcze do głowy druga myśl, że ów królewski Sandomierz, to taka Rzeczpospolita w granuli2, i gdy chcesz się dowiedzieć, w jakiej kraj jest kondycji, to starczy, że zawitasz do Sandomierza i bacznie rozejrzysz się wokół… Taka zbieżność losów, dziejów. Podobieństwo niebywałe. Niewytłumaczalna wspólność cech? Paralelizm niezwykły? A może… może… przypadek? Nie, nie! Nic nie jest dziełem przypadku, bo wszystko zaplanowano.

* * *

August II zwany Mocnym wieczór 18 maja roku Pańskiego 1704 spędzał tak, jak lubił najbardziej, to znaczy na pijaństwie, tyle że tym razem nie w towarzystwie licznych dam i panów saskich i polskich, lecz samotnie. Kołatało mu w głowie, że dwa lata temu, w 1702, jego pobyt w Krakowie, skąd rozsyłał uniwersały po województwach, zwołując pospolite ruszenie na dzień 19 lipca pod Korczyn w Sandomierskiem, nie przyniósł mu niczego dobrego, a zakończył się sromotną klęską pod Kliszowem3chociaż był nieomal pewny wygranej, rozpędzenia przeciwników i wreszcie świętego spokoju… a potem, po tej przegranej bitwie, gdy 16 sierpnia stanął w Sandomierzu, gdzie zamiarował urządzić swój sztab, a dokąd jęło też ściągać w sukurs monarsze pospolite ruszenie z województw – sandomierskiego, krakowskiego, lubelskiego, wołyńskiego i jakieś oddziały z północy kraju, znów nadzieja zaświtała jego sercu. Ech, Sandomierz… może jednak przyniesie mu on szczęście? A jak nie?…

Król zaklął szpetnie, a że był Niemcem, to zaklął po niemiecku, jakoś tak idiotycznie, zum Donnerwetter noch einmal, co przełożone na ludzki język znaczy coś jakby do stu piorunów, czy podobnie, bo niemieckie przekleństwa nie mają tej naszej, słowiańskiej bluźnierczej soczystości. Durne są i płaskie tak samo, jak niemieckie poczucie humoru i mdłe niczym niemiecka kuchnia.

August tym razem mógł być usprawiedliwiony z pijaństwa, bo nie był ani trochę pewny, co też mu najbliższa przyszłość przyniesie, a będąc nietrzeźwym, przynajmniej nie trapił się tym zbytnio. Formalnie, bo konfederaci warszawscy w styczniu ogłosili jego detronizację, a stał za nimi ksiądz prymas, nie był już przecie królem, choć wciąż się nim czuł i wciąż choćby za najwyższą cenę pożądał odzyskania tronu i władzy… i ani mu w głowie było ni uznać ową detronizację, ni z własnej woli abdykować! Ale… ale… jak znów wypłynąć z odmętów?…

Skinął na lokaja, a ten napełnił wielki rżnięty kryształowy kielich najzwyklejszą gorzałką, siwuchą-czyściochą nader podłej jakości, palącą w gardło i cuchnącą, bynajmniej nie starką, bo tego wieczora król postanowił się umartwiać. A w inny sposób najwyraźniej nie umiał.

Monarcha opróżnił go duszkiem i zakąsił tłustym wędzonym węgorzem na zimno, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.

– Pamiętasz Helmut, jak to dwa lata temu, tu pod Sandomierzem panowie szlachta mi przysięgali?…

– Pamiętam najjaśniejszy panie…

– Ech… August wsparł głowę na pięści i zaczął półgłosem recytować rotę owej przysięgi, którą dobrze zapamiętał: „…przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, iż przy wierze świętej katolickiej, przy dostojeństwie Króla Jegomości Augusta II, przy wolnościach i swobodach naszych, przy całości Rzeczypospolitej nierozdzielonej życiem, krwią i substancją stawać i tego wszystkiego bronić wedle sił i możności mojej obowiązuje się i powinien będę. A ktokolwiek by przy Królu Jegomości Szwedzkim, jakimkolwiek sposobem, pretekstem stawać, faworyzować, praktyki czynić ważył się i tego spólnego Rzeczpospolitej obowiązku trzymać nie chciał, takiego pro hoste Patriae4 mieć i na skazę jego powstać deklaruję, i dobra takiego powinienem donieść i podać Królowi Jegomości ad confiscationem in bene meritos56. No i co Helmut? I co z tego wyszło?

– Sandomierz, Najjaśniejszy Panie, Sandomierz po raz wtóry, coś jakby déjà arrivé7.

– Żeby cię diabli wzięli, bydlaku! Jakbyś nie był tak zacnym kompanem naszych wesołych zabaw, to już bym ci łeb ukręcił!

– Ba! – lokaj przewrócił oczami, wzniósł je ku górze, a potem ironicznie się uśmiechnął, ale dla ostrożności tylko półgębkiem.

– A nie masz tu jakiej niewiasty pod ręką? Bom strasznie wyposzczony.

– A jakiejż, Miłościwy Królu? Damy krwi szlachetnej? Gładkiej? Pulchnej? Czy raczej szczupłej, drobnej?

– Et! – August machnął ręką. – Co za różnica?

– Cóż… jakby to rzec… w pobliżu, tak w zasięgu ręki jest tylko ogromnie szpetna podkuchenna…

– Stara, młoda?

– Młoda, lecz krościata i tłusta, wąs się jej pod nosem całkiem zacny też sypnął. Ale za to cyce ma srogie!

– Et! – August ponownie machnął ręką. – Dawaj ją tu. Potwór nie potwór, byle miał otwór – zażartował subtelnie. I oczywiście po niemiecku.

– Tedy idę po nią.

– Co by tylko nie śmierdziała!

Zdumiał się lokaj, słysząc te słowa i wybałuszył oczy:

– Podkuchenna?! Toż by to był większy cud niż ten w Kanie Galilejskiej!

I rzekłszy to, wyszedł.

August przymknął powieki i chyba się zdrzemnął, ale wnet się ocknął obudzony własnym chrapaniem.

So ein Scheiss!8 – zawołał, wytrzeszczając oczy. – Helmut! Czy poważyłeś się zadrwić z mojego majestatu? Kogoś mi tu przyprowadził?

– Dziewkę, której Najjaśniejszy Pan sobie zażyczył, narzekając, iż jest ponad miarę wyposzczony.

Mówiąc to, nisko się skłonił, zginając w pół.

– Hm… Więc przynajmniej nalej mi jeszcze gorzałki.

Helmut nalał.

– I jej też.

Helmut nalał.

– Do dna! – zakomenderował król.

I oboje z dziewką wypili. Tyle że król się jedynie niemiłosiernie wykrzywił, a dziewka gwałtownie rzuciła do stołu, by znaleźć coś do przepicia, bo siwucha wypalała jej gardło. Najwyraźniej nie była obeznana z dworską etykietą tego króla jegomości.

– Helmut, a zdmuchnij no świece. Przy świetle żadną miarą się nie przemogę – mówił, zerkając na podkuchenną.

– Najjaśniejszy Panie! Nie czyń tego, bo duszę zgubisz – zadrwił Helmut.

– A niech duszę diabli wezmą, kiedy ja sobie teraz wygodzę! Gaś te świece!

Więc lokaj zdmuchnął świece.

* * *

Hrabia Bellamarre spokojnym krokiem zbliżył się do drzwi królewskiej komnaty i zapukał w pewien charakterystyczny sposób. Podwoje się uchyliły i stanął w nich Helmut. Na widok przybyłego zdumiał się niepomiernie, bo kogo jak kogo, ale tego człowieka najmniej się tu i teraz spodziewał.

– Gdzie król?

– Hmm… tutaj… tyle że nie całkiem dysponowany…

– Prowadź.

– Ale, panie hrabio…

– Prowadź.

Więc fagas, skłoniwszy się tylko, drzwi rozwarł na oścież i ustąpiwszy miejsca, wpuścił do środka Bellamarre’a.

August najwyraźniej skończywszy z dziewką, która właśnie obciągała sobie spódnicę, siedział na obitym kurdybanem krześle z głową odrzuconą ku tyłowi i pochrapywał.

Bellamarre skinął na Helmuta:

– Opuść królowi głowę na piersi, bo w tej pozycji będzie womitował, a tego byśmy nie chcieli.

Służący bez słowa spełnił polecenie.

– Najjaśniejszy Panie… Królu… – Bellamarre potrząsał Augusta za ramię, ale ten osunął się na blat stołu i znów przysnął.

– Nic z tego nie będzie, panie hrabio. Potrzeba, aby wytrzeźwiał.

– Nie ma czasu, sprawa pilna, i zaraz muszę mu ją przekazać.

– Ba! Ale jak?

Bellamarre bez słowa sięgnął do wewnętrznej kieszeni swego szustokora9 i wydobył z niej flakonik misternie wyrzezany z jednego ogromnego, mierzącego co najmniej 3 cale najsoczystszej barwy i czystości szmaragdu. Naczyńko zatkane było rubinowym koreczkiem w kształcie filigranowej głowy kozła z oczami z oszlifowanych kęsków złocistego berylu zwanego heliodorem i rogami z elektrum10 – naturalnego białego złota.

Hrabia zażądał niewielkiego naczyńka, napełnionego czystą wodą otworzył flakonik, przechylił nad kieliszkiem i uważnie odmierzył sześć kropli intensywnie zielonego płynu, który po zmieszaniu się z wodą, zmienił jej barwę na purpurową.

Następnie uniósł głowę króla, trzonkiem łyżki rozwarł mu zęby i wlał ów płyn do ust. Nie minął kwadrans i nieprzytomny monarcha całkowicie wytrzeźwiał. Poczuł, jak krew burzy mu się w żyłach, a jakaś przedziwna energia wręcz zmusza go do działania. Siedząc sztywno, wpatrywał się w twarz hrabiego.

– Bellamarre?

– Zaiste.

– Z czym przybywasz, hrabio?

– By cię duchowo pokrzepić.

August II zaniepokojony zadrżał na całym ciele.

– Uspokój się, panie… i pójdź za mną…

– Dokąd? Noc już, rankiem muszę być wypoczęty.

– Niedaleko, na zamkowe mury. Chłodne powietrze ostudzi ci głowę… gwarantuję też, że wypoczniesz.

Szli czas jakiś obok siebie, milcząc.

W końcu król chrząknął raz i drugi.

– Taaak… – przeciągle na to odpowiedział hrabia, a potem raptownie się zatrzymawszy, stanął twarzą w twarz z Augustem, położył mu ręce na ramionach, mocno zacisnął palce i cichym, lecz dobitnym głosem rzekł:

– A teraz słuchaj…

Monarcha niczym we śnie somnambulicznym, zachowując się jakby automat, skinąwszy głową, odparł:

– Słucham.

Bellamarre przez dłuższą chwilę zbierał myśli, by wreszcie zacząć snuć opowieść:

– Wieki temu postanowiono, że to państwo i ten naród należy zgnieść, rozdeptać, unicestwić. I już zdawało się, iż ku temu wszystko zmierza, bo gdy umarł twój odległy poprzednik na tym tronie, Bolesław Krzywousty, Polskę – nieokrzepłą jeszcze do końca – potargano w strzępy. Skłóceni ze sobą książątka rwali, ile kto mógł i ile mu się w garści zmieściło… I wszystko by było, jak zaplanowano, gdyby nie to przeklęte miasto…

– Które? – panie hrabio, chrapliwie, ze ściśniętym gardłem zapytał król.

Ano to, Sandomierz.

– I czemuż?

– Czemuż? Nie wiem. Być może genius loci11 owego miejsca sprawia, że przezeń wszelkie zakusy na unicestwienie kraju spełzają na niczym? Wszak nie byle jakie to miejsce… Nie byle jakie…

Przecie już nie jest stołecznym! – zaprotestował monarcha.

– Dziś, bo ongiś nie tak było. I na szczęście już nie jest! Bo wonczas nic, nikt i nigdy by tego narodu nie przemogło. Sandomiria caput regni12 na szczęście, powtarzam, już nie… i nigdy już… chociaż, być może, ktoś kiedyś… snuć będzie wobec niego takie plany… ale nasza w tym głowa, by spełzły na niczym…

– Tedy?

Hrabia znów zawiesił głos.

– Jest wszakże na wszystko czas i pora…

Ergo13?

Ergo, chcę ci, królu, zwrócić uwagę na pewną prawidłowość, którą gdybyś mniej pił i mniej się łajdaczył, sam byś bez wątpienia zauważył, jako że jesteś przecież adeptem14

– Jaką prawidłowość?

– Ano taką, że dzieje tego kraju, można podzielić na epoki, z których każda ma ni mniej, ni więcej, tylko lat 400.

– 400 to wartość liczbowa ostatniej litery alfabetu hebrajskiego… – rzekł król, zamyśliwszy się nieco.

– No właśnie. I co ona w kabalistyce wyobraża? Co symbolizuje?

– Zakończenie pewnego cyklu, który przebiega od alef, czyli od liczby jeden, do taw, czyli liczby czterysta. Ale taw nie oznacza tylko zamknięcia jakiegoś okresu, czy może ściślej etapu w dziejach, ale i początek nowego, zaczynającego się od alef.

– No właśnie.

– A gdzie w tym jestem ja? Jaka moja rola?

– Ty, panie, domykasz pewien okres. Na tobie kończy się te czterysta lat. I to właśnie tu i teraz.

– Jak to? Nadal nie widzę związku z moją sytuacją ani tym bardziej rolą, jaką miałbym odegrać…

– Więc pomyśl… dla ułatwienia będę ci zadawał pytania, a ty, królu, kojarz fakty.

– Zadaj.

– Jak wygląda żywot tego kraju? Czy nie jak żywot ludzkiej istoty?

– Rzeczywiście – narodziny i dorastanie, dojrzałość i moc, schyłek i obumieranie… ale o tym już wspominaliśmy…

– Doskonale. A jak sądzisz? W jakim okresie przyszło ci panować?

– Bez wątpienia dojrzałości i mocy!

– Auguście, Auguście, to, że w rękach łamiesz podkowy, nie ma przełożenia na krzepkość kraju!

– Zatem?

– Zatem powiedz mi, jak uważasz, kiedy i gdzie zaczęła się Polska jako kraj poważny, okrzepły, mocny i poważany?

Król milczał dość długo, aż w końcu pytaniem odpowiedział na pytanie:

– W Gnieźnie, w 966 roku, za panowania Mieszka?…

Bellamarre pogardliwie wydął wargi i z lekka parsknął, wyraźnie zawiedziony odpowiedzią monarchy.

– I co? I co było potem? Zamęt, bunty, kraj porwany na strzępy, o czym już zresztą wspominałem. Nie, mój panie, absolutnie nie! Ani w 966 roku nic ważnego się nie wydarzyło, ani nie od Mieszka był początek…

– Jakże? A chrzest?

– A pierwszy to on był? Łaciński i owszem, ale wcześniej przecie kraj chrystianizowali uczniowie Braci Sołuńskich15. Więc to może i ważny, ale tylko epizod w jednym z okresów.

– Panie hrabio, niechże mnie pan nie męczy. Proszę całą sprawę wyłuszczyć jasno i prosto. Bez zasypywania mnie zagadkami. Głowa mi pała od tego i myśli zebrać trudno.

– Głowa ci pała od gorzałki, ale niechże i tak będzie, jak chcesz. A zatem: królestwo tak naprawdę państwem poważnym i liczącym się, a z czasem potężnym, zaczęło się tutaj, w Sandomierzu, w roku 1304, gdy w tymże grodzie, przegnany pierwej po nieudanym zajęciu miasta w 1302 roku, po raz wtóry osiadł Władysław Łokietek i zyskawszy poparcie miejscowego rycerstwa, posklejał królestwo z kawałków, niczym potrzaskane naczynie gliniane.

– I jam tu był w roku 1702 i zmuszono mnie do ucieczki… jak jego… – wyszeptał zdumiony August. – A teraz mamy 1704… on tu się ostał, stąd zawiadywał, stąd ruszył, by zwyciężyć…

– Właśnie – rzekł hrabia. – A teraz wykonaj proste działanie arytmetyczne.

– 1702 – 1303 = 400. 1704 – 1304 = 400! To jeden, zamknięty okres! I – rzeczywiście – ja go kończę, ja zamykam!

Zdumiony król zatrzymał się i schwycił Bellamarre’a za ramię.

– Poluzuj, panie uścisk – syknął hrabia.

– Och, wybacz. Ale powiedz mi pan, monsieur le comte, co dalej? Jaka rola mi pisana? Chwalebna, czy też wręcz przeciwnie?

– Chwalebna. Bo ty rozpoczniesz unicestwianie tego kraju… I to tak znakomicie, że zniknie… rozpłynie się… na wieki… a może i na zawsze?…

– I to ma być chlubna rola? – król z dezaprobatą pokręcił głową.

– Dla prostaczków, dla profanów zapewne nie, lecz dla nas, dla wtajemniczonych, dla adeptów, dla niosących oświecenie, tak. Dzięki twemu władaniu rozpocznie się agonia Polski. Co prawda potrwa jeszcze długo, bo lat kilkadziesiąt, może nawet i wiek cały, ale w końcu zniknie z map… a jeśli się jeszcze kiedyś na nich pojawi, to tylko jako nazwa, bo duch tego narodu sparszywieje, skundleje aż na koniec obumrze… I nie będzie już nikogo na świecie, kto by mógł przeszkodzić nam w naszej pracy… nikogo…

Król zadrżał. Być może uświadomił sobie w tym momencie, że jest tylko nic nieznaczącym pionkiem w grze, którą prowadzi jakaś Moc, jakaś siła nadludzka nie z tego wymiaru, ponadczasowa wręcz może… może… i nie był z tego powodu szczęśliwy, bo każdy z synów Adama chciałby mieć wolność podejmowania wszelkich działań, a tu mu jej najwyraźniej odmawiano. Udał jednak, że słowa hrabiego przyjął ze spokojem do wiadomości. Zapytał nawet:

– Powiedz mi pan, monsieur le comte, a kiedyż to i gdzie zaczął się pierwszy okres, okres dziecięctwa i dorastania Polski? Wiesz to? Umiesz ustalić? Bo ja nie potrafię.

– Odejmij, Najjaśniejszy Panie, od roku 1304 lat czterysta i będziesz wiedział.

– Wypada rok 904 i cóż się wtedy wydarzyło? Raczej nic, a przynajmniej ja o niczym nie wiem.

– W roku 904 kniaź polański Lestek, ojciec Siemomysła, a dziad Mieszka I wyrwał morawskiemu kniaziowi Mojmirowi Małopolskę i objął ją swymi wpływami.

– A gdzie tu Sandomierz? Raczej Kraków, odwieczna stolica tej krainy.

– Ej, królu! Niekoniecznie. Polonia Minor zawsze miała dwie równorzędne stolice, dwa dwory, podwójny komplet urzędów… Ta druga stolica, to Sandomierz. Wszak jeszcze Gallus do sedes regni principales, do stolic królestwa ją zaliczył. Obok Krakowa. A Lestek wyrwawszy Mojmirowi tak zacny kęs ziemi, raczej nie w Krakowie siedział, gdzie Morawianie mieli bliziuchno i łatwo mogli go dopaść, ale raczej w Sandomierzu, dokąd było i dalej i gdzie było zasobniej i łatwiej można się było obronić. Bo tu jest największy w tej części kraju naturalny węzeł komunikacyjny. No i tu z głodu nie umrzesz, bo ziemie bogate we wszystko – w chleb i w wino i w miód i w olej i w owoce… a krakowska ziemia, cóż ubożuchna…

– Domysły.

– Ba! I owszem, przecie niepozbawione podstaw.

– Jakich?

– Rozmaitych, ale ani pora, ani miejsce, by to roztrząsać. Pozostańmy przy tym, że wnioski takie wysnuć można choćby ze zwykłej logiki. Co ci już chyba wystarczająco wyłuszczyłem?

– Niby, lecz chciałbym coś więcej…

– Ech! Gdzie siedzisz, panie? W Krakowie?

– Nie, w Sandomierzu…

– Gdzie siedział Łokietek, w Krakowie?

– Nie, w Sandomierzu…

– To i Lestek najpewniej tu siedział, póki Rzesza Wielkomorawska ostatecznie nie upadła, co się w 904 roku zaczęło i potrwało ledwie kilka lat… ledwie kilka lat…

– Lecz przecie Lestek tych ziem nie skleił.

– Ale zaczął kleić, a klejenia dokończył po 400 latach Łokietek!

– A ja?

– A ty? Ty roztrzaskasz to zużyte naczynie gliniane… I właśnie to, Najjaśniejszy Panie, rozpocząłeś… Pamiętaj tedy, że jutro czeka cię najważniejsze zadanie w twoim życiu i coś, co zaważy na losach Polski… i wiedz jeszcze jedno, że Los się do ciebie uśmiechnie, więc działaj śmiało!…

* * *

Dzień 19 maja dla króla Augusta II był dniem odpoczynku. Tego dnia już się nie upił, lecz przygotowywał i nastrajał do rozpoczęcia obrad i zawiązania konfederacji sandomierskiej, która miała mu tron wrócić.

Dnia tego też przeniósł się z Zamku Królewskiego w Sandomierzu do obozu extra muros16 na prawym brzegu Wisły, na przedmieście Nadbrzezie, które w tym czasie odgrodzone Wisłą od właściwego miasta całkowicie już nabrało wiejskiego charakteru, pełnego sadów i ogrodów. Tu August zamieszkał w najokazalszym domu, senatorowie oraz inni karmazynowie17 rozlokowali się po włościańskich chatach, a panowie szlachta i wojsko obozowało na szeroko rozciągających się równinach, ciągnących się od Sandomierza hen, aż ku dzikim puszczańskim ostępom.

W Nadbrzeziu wzniesiono, już poza zwartą zabudową mieszkalną, umocniony obóz, obwałowany, otoczony fosą, z dwoma tylko wejściami. W centralnej części tegoż obozu, nazwanego nie wiedzieć czemu Kołem, być może dlatego, iż odbywało się w nim formalne spotkanie zwolenników Augusta, ustawiono dla króla jegomości bogaty i obszerny namiot typu tureckiego z tronem dla władcy i krzesłami dla panów senatorów, a ławami dla pomniejszych dostojników polskich, saskich i gości zagranicznych.

Obóz ów połączony był z lewobrzeżnym Sandomierzem mostem, który wychodził wprost na Bramę Krakowską, przez którą można było dotrzeć i do Zamku i do Fary pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i do Ratusza rozpartego pośrodku mocno pochyłego Rynku takoż.

O poranku dnia 20 maja August II, z licznym orszakiem dygnitarzy, ruszył konno ku tej świątyni właśnie, dokąd przybywszy i Mszy świętej nabożnie wysłuchawszy, potem na kolana padłszy, w piersi się bił i z wielką pokorą komunikował, a przyjąwszy Ciało Pańskie i odebrawszy kapłańskie błogosławieństwo, ruszył nazad przez most do Koła urządzonego w Nadbrzeziu18.

Pogoda była cudna, sady kwitły, i głogi dzikie i róże po miedzach, ptaszkowie wyśpiewywali w zaroślach, a w niebieszczejącej, choć zwykle szarej wiślanej wodzie rzucały się dorodne ryby. Łagodny wietrzyk niósł upojne zapachy obsypanych kremowobiałym i filetowym kwieciem jaśminów i bzów-lilaków, których tu rosło całe mnóstwo.

Król był spokojny. Po tym, co usłyszał z ust hrabiego Bellamarre, serce mu już się uspokoiło w piersiach, bo miał pewność, że wygra, że musi wygrać – i tron i los i powodzenie… i zaspokoi swą nieposkromioną pychę… on zwycięży! „A Polska?” – niespodziewanie zapytało go sumienie. „A niechże diabli biorą Polskę – odpowiedział mu w myślach – bylem ja miał dobrze!”

– Cudny ten dzień ni jednej chmurki na niebie – ozwał się król do jadącego obok, nieomal w kolano, pana Stanisława Denhoffa, herbu Dzik, który złośliwcy i nieżyczliwi ludzie nazywali Głową Wieprzka19.

– Istotnie, Najjaśniejszy Panie. Oby każdy już był taki, a niebo nieskalane żadnym obłoczkiem.

Ów cudny dzień miał jednak przyciągnąć nad kraj najczarniejsze chmury…

* * *

Bellamarre przez jakiś czas stojąc na środku ulicy wznoszącej się od Bramy Krakowskiej ku Rynkowi, spoglądał na obóz po drugiej stronie Wisły. Oczy miał zimne, a jednocześnie pełne nienawiści, twarz zaciętą, usta zaś wykrzywione w pogardliwym uśmieszku.

– I dobrze… niech się dzieje… niedługo oświecenie ogarnie całą ziemię… oto tam, na przedmieściu Sandomierza, nie wiedząc nawet, co czynią, zbudowali mu pierwszy bastion… i zarazem bastion Tego, który owo światło niesie…

Odwrócił się, dosiadł konia i powoli ruszył w stronę Bramy Opatowskiej, a minąwszy ją, ponaglił wierzchowca i ruszył cwałem drogą prowadzącą na Warszawę…

Słońce właśnie minęło zenit. Upał był niemiłosierny, lecz Bellamarre wjechawszy w cienisty parów, poczuł ulgę i odetchnął. Tego dnia nie planował długiej podróży. Miał zaledwie dotrzeć do Wilczyc wiorst parę na północ od Sandomierza, gdzie czekał nań obiad, nocleg, wypoczynek i wygodny powóz, którym rankiem następnego dnia drogą na Solec i Kozienice zamiarował ruszyć ku Warszawie, iżby się spotkać tam z Księdzem Prymasem, zwolennikiem Szwedów i ich pupilka Leszczyńskiego…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Jan Sobieski podczas „potopu” opowiedział się za Szwedami, co jest na ogół przemilczane.

2Maleńka pigułka.

3Bitwa stoczona 19 lipca 1702 w pobliżu miejscowości Kliszów w województwie sandomierskim (obecnie powiat pińczowski) pomiędzy wojskiem szwedzkim pod wodzą króla Karola XII i armią saską, którą dowodził król August II Mocny, zakończona całkowitą klęską Sasa.

4Dla Ojczyzny. (łac.).

5W celu konfiskaty dla dobra publicznego. (łac.).

6Kazimierz Jarochowski, Dzieje panowania Augusta II od wstąpienia Karola XII na ziemię polską aż do elekcyi Stanisława Leszczyńskiego (1702-1704), Poznań 1874, s. 109.

7Coś, co jsię kiedyś wydarzyło. (fr.).

8Co za gówno! (niem.).

9Rodzaj kaftana sięgającego kolan, przodek surduta, a pośrednio także i współczesnej marynarki.

10Elektrum, elektron bardzo rzadki minerał stanowiący naturalny stop złota (80%) i srebra (20%) barwy jasnego bursztynu. Jeśli stosunek procentowy metali jest inny, inna też będzie jego barwa – jaśniejsza bądź ciemniejsza.

11Duch miejsca (łac.), w znaczeniu: duch opiekuńczy.

12Sandomierz głowa królestwa. (łac.).

13A więc? (łac.).

14Adeptem nazywa się osobę, która posiadła wiedzę tajemną.

15Bracia Sołuńscy – św. św. Cyryl i Medoty.

16Poza murami (miejskimi). (łac.).

17Karmazyn – szlachcic karmazynowy, tak określano członków najstarszych i najzacniejszych rodów w I Rzeczypospolitej.

18Kazimierz Jarochowski, Dzieje panowania Augusta II…, s. 555-558.

19 Stanisław Ernest Denhoff (1673-1728) piastował wiele wysokich urzędów; w opisywanym okresie piastował laskę marszałka konfederacji sandomierskiej.

Hrabia Bellamarre, hrabia de Saint-Germain w Sandomierzu. CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (3)

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (3)

Hrabia Bellamarre

Grudzień roku 1703 ciepły był i dżdżysty. Niebo prawie nieustannie zasnute chmurami z rzadka tylko i na kilka chwil zaledwie rozświetlały promienie słoneczne. Toteż, kiedy w dzień Bożego Narodzenia chmury wreszcie się rozsnuły i ziemię zalał pozłocisty blask spływający z nieba, ludziom zmierzającym na poranną mszę świętą do sandomierskiej Fary Narodzenia Najświętszej Panny Maryi jako i też do innych kościołów, lżej się jakoś zrobiło na sercach, a i twarze im poweselały.

Jeden tylko, tak na oko wyglądający na jakieś 12-13 lat, dzieciak wlókł się, noga za nogą, w stronę skąd dobiegał dźwięk dzwonów, z twarzą smutną i oczami poczerwieniałymi od ledwo co obeschłych łez. I nie dziwmy mu się, że święta nie wprowadziły go tak, jak mijanych przez niego przechodniów, w radosny i podniosły nastrój, oto bowiem w chatynce krytej strzechą, złożonej z dwóch izb zaledwie, a przyklejonej do brzegu lessowego parowu przecinającego wpół stok wzgórza, na którym rozpołożyło się Przedmieście Zawichojskie, ciągnący się od Żmigrodu1 ku bramom miejskim, umierała matka chłopaka.

Co jej było? A któż to mógł wiedzieć. Bolało ją w sobie i z wielkim trudem oddychała. Na medyków nie było grosza. Chłopaczyna przez całe minione lato i jesień chadzał tedy do mocno zapuszczonego a właściwie całkiem już opuszczonego ogrodu roślin leczniczych, co to go przed z górą dwustu laty na tymże Przedmieściu Zawichojskim założył był lekarz i kanonik sandomierski, wielebny Marcin z Urzędowa, a którego nędze resztki zachowały się jeszcze na mało dostępnych zboczach pagórka, gdzie raczej się same rozsiały, niż stanowiły pozostałość pierwotnych nasadzeń.

Co starsi przedmieszczanie, których naddziadowie jeszcze u księdza Marcina w rzeczonym ogrodzie narabiali2, a podpytywali go wtenczas, jakie zioło, na jaką chorobę czy dolegliwość jest skuteczne, a tę wiedzę przekazali swoim dzieciom i wnukom, doradzali chłopaczynie, czego to by mógł nazrywać, co by matce jakąś ulgę przynieść mogło.

I tak to szło.

Ni napary, ni odwary, ni tynktury nastawiane na okowicie, którą z trudem wyżebrywał w pobliskiej gospodzie, ani wyzdrowienia, ani ulgi nawet nie przynosiły. Matkowina schła i cierpiała coraz większe bóle.

Nijakie życie. Zatroskane, smutne, niepewne, bolesne i trudne. Chłopaczyna przecie ciągle nie tracił nadziei, bo zdawało mu się, że Pan Bóg oraz owe zioła, a może raczej Pan Bóg przy pomocy ziół owych, sprawią, że kobieta w końcu podźwignie się z przepoconej pościeli i będzie tak jak dawniej, jak wprzódy, jak wtedy kiedy niemoc nie zalazła była jeszcze do ich chałupy i nie zagnieździła w niej.

Nadzieje jednak rozwiał pewien medyk, który ze Lwowa do Sandomierza bryką wędrował, a zbliżywszy się ku obrębowi tegoż ostatniego, wstąpił do ichniej chatki, by spytać o drogę do szkoły zwanej Academia Gostomiana3 ojców jezuitów, które pan Gostomski, wojewoda poznański i starosta sandomierski przed wiekiem ufundował.

Doktor, skoro już wlazł był do izby, w której pojękiwała chora, zapewne kierowany ciekawością, a może i z litości, widząc tak nieopisaną nędzę, zbadał kobiecinę. Niech mu ta za to Pan Jezus błogosławi! Potem zaś wywołał chłopaka do sionki i tam ogłosił diagnozę i wyrok zarazem:

Carcinoma.

– A cóż to takiego?

– Rak. Rak ją we środku toczy. Jakem żebra obmacał to i w nie się wgryzł. Guzam wielkiego pod palcami wyczuł na plecach, na boku prawym, na pięć palców od kręgosłupa, wielki niczym pięść.

– I jakoż to rokuje, wielmożny panie? – zapytał młodzik.

Lekarz trochę się stropił i zakłopotał jakby, wzrok spuścił, w końcu jednak głowę podniósł, nadal jednak unikając oczu chłopca, zapytał:

– Jakże ci, młodzieńcze, na imię?

– Mikołaj, dostojny panie.

– Cóż, Mikołaju… Jakby to rzec… Pożyje jeszcze… może trzy, może cztery miesiące. Jak Pan Bóg pozwoli… może dociągnie do maja… No, bywaj, czas na mnie.

Chłopak spojrzał ze łzami w oczach na chorą, a widząc, że przysnęła, przywdział kapotę, czapkę, gołe dłonie zasunął głęboko w postrzępione rękawy, bo rękawic nie miał, i wyszedłszy na ulicę, powlókł się ku kościołowi.

A dzwony biły… i biły… uroczyście… a łzy ciekły po policzkach… a gorycz zalewała ściśnięte gardło… a szloch szarpał piersią… a beznadzieja wgryzała się w duszę…

A dzwony biły i biły, i biły… bez ustanku… Spiżowo się niosły nad ośnieżonymi dachami, wtórując krakaniu gawronów i piskliwemu, skrzekliwemu jazgotowi kawek…

* * *

Majowy poranek był ciepły i słoneczny. Wielki złocisty słoneczny krąg wypełzał ponad Góry Pieprzowe4 i wspinał się po błękitnym baldachimie nieboskłonu rozpostartego nad Sandomierzem. Zbocza i wierzchołki wzgórz, na których rozsiadło się miasto, chłonęły chciwie owo ciepło i syciły się nim. Tylko po wąwozach, w ich mrocznych głębiach, kryły się resztki chłodu, a gdzieniegdzie i kłaki mgły.

Mikołaj obudził się bardzo zmęczony, przez całą bowiem prawie noc czuwał u wezgłowia matki, a zdrzemnął się dopiero wtedy, gdy niebo na wschodzie zaczynało szarzeć.

Uniósł się na łokciu i zaczął nasłuchiwać, ale oprócz szczebiotu ptaków za oknem niczego więcej nie słyszał. Zerwał się tedy z pościeli i nie szukając chodaków, boso, czując pod stopami wilgotny chłód glinianej polepy, bo podłogi w chałupie nie było, podbiegł ku posłaniu matki. Leżała cicha i milcząca. Oczy miała przymknięte za to usta rozwarte jakby w niemym krzyku. Chłopak załkał, przykucnął na piętach i zaczął całować zimne i sztywniejące już dłonie nieboszczki. Potem znieruchomiał, klęcząc przy jej ciele przez dłuższą chwilę, aż w końcu zebrał się w sobie, założył portki, chodaki, koszulę i wyszedł na dwór.

– Ludzie, ludzie! – zaczął wołać w głos, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. – Ludzie! Ludzie!

Jacyś przechodnie się zatrzymali.

– A cóż ta się stało, chłopczyno? – zapytał ktoś.

– Matuś mi umarła…

A potem wszystko się działo jakby poza świadomością Mikołaja. Niby stał i przyglądał się, jak przybyli sąsiedzi, bo krewnych nijakich w mieście nie miał, jak podwiązywali zmarłej brodę, jak wyciągali z nadpróchniałego wytartego kufra jedyną odświętną sukienkę i znoszone buciny i ubierali ją… Ktoś przyniósł świece, ktoś kromkę chleba z masłem dla niego… Ktoś go przytulił do piersi, ktoś mówił coś zatroskanym głosem…

Sąsiad zajmujący się stolarstwem przydźwigał prostą sosnową trumnę, którą oddał za darmo, mając świadomość, że Mikołaja na nią nie stać. Nie oczekiwał też, że kiedykolwiek chłopak mu zwróci pieniądze. Bo niby skąd? Taki nędzarz… choć szlachcic…

Ułożyli dobrzy ludzie zmarłą w trumnie, podścielili jej pod głową świeżym sianem i wiórami, dłonie opletli różańcem…

Rozległy się chóralne modły za nieboszczkę. Litania za zmarłych i do wszystkich świętych… Wieczne odpoczywanie… niezliczone Ojczenasze i Zdrowaśki

A potem wszystko ucichło, tylko ponad dachami miasta niosły się dźwięki dzwonów wzywające na Anioł Pański

Płomień gromnicy już ledwo pełgał po poskręcanym zwęglonym knocie, aż w końcu wystrzeliwszy raz i drugi w górę, zgasł…

* * *

– A masz ty dziecko jakie pieniądze na pochówek? – zapytał pleban, ksiądz Stefan Żuchowski5, spoglądając spod brwi na Mikołaja.

– Nie mam.

– To jakże będzie? Tedy trza pod murem, bez pokropku?… W niepoświęcanej ziemi?

– To jakże to, dobrodzieju? Czymże matka zgrzeszyła, że ją razem z samobójcami i komediantami6 mam chować? No czym? – w oczach zaszkliły mu się łzy.

Ksiądz wzruszył ramionami.

– Może cię kto zechce poratować? Może pożyczy jakiś grosz?

– Nikt nie pożyczy – chłopak przecząco pokręcił głową. – Wszyscy wiedzą, że nie oddam, bo i z czego?

– No i cóż ja z tobą pocznę? – głośno westchnął ksiądz. Co ja pocznę? Ale nijak cię tak zostawić. No niechże już będzie, na chwałę Bożą… ten uczynek miłosierny co do ciała… umarłych grzebać. Niechże będzie. No, nie trap się już, jakoś temu zaradzimy. Pochowam matkę, ale na mszę nie licz, ani na dzwony. Pogrzebiemy ją w poświęcanej ziemi i pokropek też będzie. Skromnie, ale po chrześcijańsku. Ale, ale? A sakramenta przyjęła? Ostatnie Namaszczenie? Ciało Pańskie? No tak, przecie przyjęła – zreflektował się pleban – przecie sam ją pozawczoraj na ostatnią drogę zaopatrywałem. No tak. No to bywaj chłopcze. Do jutra.

– Bóg zapłać, dobrodziejowi – powiedział Mikołaj z nieskrywaną wdzięcznością i pocałował księdza w rękę.

* * *

Zmierzchało. Słońce skryło się za horyzontem i tylko krwawo podświetlało obłoki leniwie sunące po niebie. Mikołaj nie wiedział, co ma teraz począć, gdzie się podziać. Bał się wrócić do chałupy i spędzić noc razem z umarłą. Na samą myśl o tym przebiegły go dreszcze.

Nie znał nikogo, u kogo mógłby przenocować. A właściwie to nie tak, mógł poprosić o nocleg któregokolwiek z sąsiadów i pewnie by mu nie odmówiono, ale krępował go jakiś wstyd, jakiś niedookreślony lęk. Nie przełamał się. Wyszukał sobie zaciszne miejsce nieopodal Bramy Zawichojskiej, skulił się, przycupnął, przymknął oczy i próbował usnąć. Mimo iż był to prawie koniec maja, noce były chłodne, a on – w porciętach tylko i połatanej koszulinie. Zaczął się trząść z zimna, dzwoniąc zębami. Pomyślał, że nie dotrwa tu do świtu, do domu jednak bał się wracać.

– Może to zimno mnie zabije. Może zemrę do rana… Już bym się nigdy o nic nie trapił… – powiedział półgłosem sam do siebie.

– I któż to pragnie śmierci? – usłyszał pytanie, które zadał jakiś głęboki o aksamitnym tembrze męski głos z ledwo dostrzegalnym cudzoziemskim akcentem, dobiegający z najgłębszego cienia zalegającego załom pobliskiego muru.

– Kto tam? – wystraszył się Mikołaj.

Z mroku wychynęła jakaś postać. Postąpiła kilka kroków w stronę chłopca, zatrzymała się i spod poły czarnej, podbitej czerwoną podszewką, obszernej peleryny wydobyła ślepą latarnię, którą uniosła, by oświetlić swoją sylwetkę i twarz.

Był to mężczyzna z wyglądu około czterdziestoletni, szczupły i zgrabny, o twarzy inteligentnej i szlachetnych arystokratycznych rysach. Twarz miał gładko wygoloną, głowę nakrytą trikornem7, spod którego wyglądała skromnie ufryzowana peruka.

– Nie bój się chłopcze. Podejdź do mnie i powiedz, co cię trapi.

Mikołaj jednak przejęty lękiem, oniemiały, począł jeszcze bardziej drżeć i kulić się w swojej kryjówce.

– Nie lękaj się chłopcze – powtórzył nieznajomy. Jestem, markiz Balletti, hrabia de Montferrat, hrabia Bellamarre, hrabia de Saint-Germain i nie mam zamiaru cię skrzywdzić. A być może będę mógł ci pomóc? Kto wie?…

Chłopiec wypełzł więc zza krzaka, za którym był schowany. Wstał i niepewnie stawiając kroki, zbliżył się do przybysza.

Ten ostatni poświecił mu w twarz, zajrzał głęboko w oczy, ujął za rękę i wymówił tylko jedno słowo:

– Chodź…

* * *

Mikołaj obudził się rześki i wypoczęty. Leżał w miękkiej puchowej pościeli, która aż lśniła czystością. Ze zdumieniem skonstatował, że ma na sobie równie czystą koszulę nocną uszytą z delikatnego bawełnianego materiału i sam też jest czysty, choć nie pamiętał, kiedy ostatni raz brał kąpiel. Pewnie przeszłego roku w Wiśle, w czerwcu, na święty Jan…

Był zdezorientowany. Ostatnie co pamiętał, to spotkanie nieznajomego nieopodal murów miejskich w pobliżu Bramy Zawichojskiej. A co było potem, umknęło mu z głowy. Jakby się zapadł w jakąś smolistą bezdeń.

Czym prędzej wstał z łóżka i rozejrzał się po pokoju. Zdało mu się, że jest w jakimś zaczarowanym miejscu, chociaż była to tylko miejscowa gospoda, w której można też było wynająć izbę na nocleg.

Zerknął w stronę okna i zauważył stojącą na prostym jesionowym stoliku wielką glinianą misę o ciemnozielonej polewie i takiż dzban z wodą. Obmył się, wytarł świeżym lnianym ręcznikiem i począł się rozglądać za przyodziewkiem. Ale jego starych brudnych i zniszczonych łachów nigdzie nie było widać. Spostrzegł natomiast nowe ubranie – gatki, atłasową koszulę, czarną obszerną aksamitną kurtkę cudzoziemskiego kroju ze srebrzonymi guzami, takiej samej barwy spodnie z burety8 sięgające kolan, białe jedwabne pończochy i wsuwane skórkowe półbuty na obcasie z posrebrzanymi klamrami.

Z pewnym wahaniem, niemniej przyodział się w to, co znalazł i zerknął w niewielkie lusterko oparte o ścianę nieopodal dzbanka z wodą. Zdumiał go własny wygląd. Już nie był tym obdartym nędzarzem, lecz jakowymś cudzoziemskim paniczem szlachetnego rodu. Oto co może suknia uczynić z człowieka…

– Podobasz się sobie?

Na dźwięk tych słów Mikołaj odwrócił się gwałtownie. W drzwiach izby stał jego wczorajszy wybawiciel i duch opiekuńczy, za jakiego go uznał – hrabia Bellamarre.

– Tak, panie, bardzo… czy to ubranie naprawdę należy do mnie? Jak mam się za nie odwdzięczyć? Jak, panie? Najwyżej mogę odpracować. Weź mnie ze sobą, a będę ci wiernie służył z całych sił i z całego serca!

Bellamarre jednakże przecząco pokręcił głową.

– Nie, chłopcze, być może kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Dziś mówisz to pod wpływem impulsu, odczuwasz wdzięczność i poczuwasz się do obowiązku, tę wdzięczność mi okazać jak możesz i jak potrafisz. A zatem jest to niejako wymuszone okolicznościami. Ja natomiast – bynajmniej nie odtrącając ciebie ani twojej oferty służenia mi – powiem ci, że jeszcze nie teraz, nie dziś. Musiałbyś tego zapragnąć z całej duszy i świadomie i dobrowolnie. Całkowicie wolny, bez jakiegokolwiek przymusu zewnętrznego, choćby nawet w postaci takich okoliczności, jakie właśnie tu i teraz zaistniały. Czy mnie rozumiesz?

– Nie, panie hrabio… nie pojmuję waszych słów…

– Wystarczy, że dobrze je zapamiętasz, zrozumienie nadejdzie z czasem.

– Co zatem ze mną będzie?

– Nie trap się tym, Mikołaju. Zatroszczę się o ciebie. A teraz idźmy na śniadanie.

* * *

Ksiądz Żuchowski, doktor obojga praw9, pleban z parafii Mikołaja, nerwowo wyłamywał palce, jednocześnie nie umiejąc ukryć bezbrzeżnego zdumienia, jakie wywołało u niego pojawienie się tak odmienionego Mikołaja i jego mentora, bo za kogoś takiego duchowny wziął hrabiego. Ale o nic nie pytał, mając nadzieję, że cudzoziemski przybysz sam mu wszystko wyjaśni.

Bellamarre jednak nie był skory do rozmowy. Rozsupłał sakiewkę i wysypał na stół kilkanaście złotych dukatów weneckich.

– Wystarczy na przyzwoity pochówek? Na grabarza? Na nabożeństwo? Na świece, na organy, na chorągwie i latarnie? Na dzwony?

– Panie hrabio! Nie znajduję słów! Z naddatkiem, z naddatkiem wystarczy. I na kilka mszy jeszcze po pogrzebie także! Na kilka mszy…

– Nie wiem, czy te msze są akurat konieczne – powiedział półgłosem hrabia i skrzywił się przy tym z niesmakiem.

– Ależ oczywiście, że konieczne! Panie hrabio!… A może Panie markizie?

– Cóż… Skoro tak… Zatem rzecz mamy załatwioną. A zwracajcie się do mnie jak wam wygodniej, oba tytuły mi przysługują. Ach! Jeszcze jedno! – hrabia ponownie wyjął sakiewkę, wydobył z niej kilka sztuk złota, położył na stole i dłonią przesunął w stronę duchownego. – Byłbym niezmiernie zobowiązany, gdyby ksiądz dobrodziej zadbał też o postawienie przyzwoitego nagrobka na mogile. Niechże będzie marmurowy, polerowany, w formie obelisku, z napisem kto i kiedy został pod nim pogrzebany.

Ksiądz nic już nie powiedział, tylko oderwawszy oczy od monet, z niekłamanym podziwem spojrzał na twarz Bellamarre’a i poważnie skinął głową.

* * *

Do głębokiej, wąskiej jamy wykopanej w żółtej lessowej glince, w niezbyt wielkim oddaleniu od muru cmentarnego zbudowanego od strony prezbiterium kolegiaty, wpuszczano zawieszoną na mocnych konopnych linach prostą trumnę, z wierzchu tylko przyozdobioną krucyfiksem. Miejsce było dobre, od północy osłonięte ceglanym gotyckim gmachem świątyni, z drugiej zaś otwarte na przepiękne widoki, na Wisłę wijącą się w kształt litery S, na zamek królewski i starożytny kościół Św. Jakuba, na sady i winnice, porastające wygrzewające się pod południe stoki sandomierskich wzgórz.

Kiedy trumna dotknęła już dna cmentarnego dołu, uczestnicy pogrzebu, a w szczególności kobiety, pożegnali zmarłą przejmującym zawodzeniem:

Żegnam cię, mój świecie wesoły,

Już idę w śmiertelne popioły;

Rwie się życia przędza,

Śmierć mnie w grób zapędza…

Żegnam was, mili przyjaciele,

Mnie pod głaz czas grobowy ściele;

Już śmiertelne oczy

Sen wieczny zamroczy…

Śpiew ustał, ksiądz dokończył modły, rzucił na wieko trumny przygarść żółtej ziemi, w ślad za nim poszedł Mikołaj, poszli i inni. Z wyjątkiem hrabiego, który stał w oddaleniu, opierając się ramieniem o stary, na wpół uschły już wiąz.

Grube i węźlaste korzenie drzewa wystawały ponad ziemię, a między nimi roiło od setek bezskrzydłych owadów z czarno-czerwonym wzorem na plecach – kowali10, czy też jak tu potocznie mówiono kowalików. I rzecz dziwna, kiedy tylko Bellamarre zbliżył się do wiązu, owady w ogromnej panice rozbiegły się, kryjąc w szparach pnia, w załomkach kory i pod korzeniami traw. W ciągu kilku zaledwie sekund nie było już widać ani jednego z nich…

* * *

Hrabia Bellamarre siedział naprzeciwko ojca rektora sandomierskiej Akademii jezuickiej, przez miejscowych zwanej Gostomiana, albowiem to pan Hieronim Gostomski, starosta sandomierski i wojewoda poznański ją fundował. Komnata, w której się znajdowali, była obszerna i widna, obielona wapnem. Przy ścianach stały ciemne dębowe regały sięgające sklepionego sufitu, szczelnie wypełnione oprawnymi w skórę woluminami. Powietrze nasycone było wonią owych starych ksiąg, uschłych kwiatów i liści, zapewne powklejanych do zielników, i czymś jeszcze niedookreślonym, trącącym ledwo wyczuwalną nutką żywicy drzewa kadzidlanego i olejku z drzewa kasji11.

– Moim życzeniem, ojcze, byłoby, aby przyjęto do waszej Akademii pewnego chłopca, lat około dwanaście liczącego. Sierotę. Z tego miasta rodem. Na jego wychowanie i edukację chcę przeznaczyć pewną sumę, która winna wystarczyć na ten cel.

– A co pana, panie hrabio, łączy z owym młodziankiem? Pokrewieństwo jakoweś?

– To tylko uczynek miłosierdzia – odrzekł wymijająco hrabia.

– Pięknie, pięknie! Wielka to zasługa! Taka bezinteresowność… Godna pochwały… Niechże pan będzie pewny, panie hrabio, zostanie to kiedyś wynagrodzone.

Bellamarre uśmiechnął się jakby z ironią, a może nawet z odrobiną drwiny. Dziwny grymas jego ust zwrócił uwagę duchownego, jako niestosowny w tych okolicznościach, ale nie skomentował go.

– Przejdźmy zatem do rzeczy – powiedział hrabia. – Tu są pieniądze za sześć lat nauki i opieki nad chłopcem. Dołożę do nich jeszcze kwotę, która, w razie potrzeby mogłaby zostać wykorzystana na pokrycie nieprzewidzianych wydatków – wysokości jakby jeszcze dwuletniego czesnego. A tu – Bellamarre wyjął kolejną garść złotych dukatów weneckich – tu jest skromna ofiara na rzecz zakonu i szkoły.

Jezuita patrzył zdumiony na stos nowiutkich, połyskujących żółtawo monet. Z grubsza oszacował ich wartość i aż pokręcił głową skonsternowany. Czegoś takiego się nie spodziewał, do czegoś takiego nie był nawykły.

– Cóż, panie hrabio, zgoda. Przyjmiemy pańskiego protegowanego. Ponieważ jednak mówię to otwarcie i szczerze, ofiarowana kwota po wielokroć przekracza koszty utrzymania w konwikcie i nauki, a na dodatek… ta ofiara na rzecz zakonu… chciałbym więc… taaak… chciałbym zapytać, czy ma pan hrabia jakieś szczególe wymagania, tudzież życzenia?

– Owszem, mam. Pragnę, aby chłopiec w ciągu tych sześciu lat, oprócz normalnego programu szkoły, wyuczył się biegle mówić nie tylko po łacinie i grecku, ale także po hebrajsku, po francusku, angielsku, włosku i niemiecku. Rozumiem, iż może zbyt wygórowane to oczekiwania, tym bardziej że będziecie mieli do czynienia z analfabetą, ale wierzę, iż zdolności dydaktyczne ojców profesorów są na jak najwyższym poziomie, tuszę zatem, że poradzą sobie z takim niecodziennym nieco wyzwaniem.

– A czy pan hrabia sądzi, że uczeń temu podoła? Może się przecież okazać wyjątkowo tępy?

– Cóż, oczywiście może się tak zdarzyć, jednakowoż nie sądzę… Na koniec jeszcze jedno. Życzę sobie, aby przez cały okres pobytu był ubierany bez przepychu, ale zawsze wedle gustu bieżącej mody, na sposób ludzi wysoko urodzonych. Och, byłbym zapomniał! Proszę go ponadto wyuczyć dobrych manier, tak by w przyszłości nikomu nawet nie przyszło na myśl, iż urodził się i wychowywał śród gminu… boć to szlachcic, tyle że nędzarz… taki los… ale może teraz się odmieni?…

– Pan hrabia zamierza go usynowić?

– Być może… w pewnym sensie… To jeszcze nic pewnego… ale… być może… I wreszcie, ojcze, w ojca ręce składam depozyt, jest tu tysiąc osiemset luidorów. Oddacie je chłopcu, gdy minie sześć lat licząc od dzisiejszego dnia. Bez względu na to, czy ja się tu pojawię, czy też nie. Ufam w ojca uczciwość i honor.

– Daję słowo – wyszeptał jezuita porażony wysokością kwoty.

– Czy jest ojciec szlachcicem?

– Och, tak!

– Zatem to słowo mi wystarczy… bo… księdzu bym nie dowierzał…

Jezuita zaczerwienił się, ale przełknął tę obelgę i siląc się na spokój, zapytał:

– A jeśli pański podopieczny ów posag, bo jakże to inaczej określić, roztrwoni?

– Już to wasza rzecz, ojcze, by go tak wychować, iżby nie roztrwonił.

Hrabia powstał. Jezuita również.

– Tymczasem się pożegnam, a chłopca przyprowadzę tutaj jutrzejszego ranka.

– Jak pan hrabia sobie życzy – rektor uprzejmie skłonił głowę, po czym podprowadził gościa ku drzwiom.

Znalazłszy się na korytarzu, Bellamarre podziękował:

– Dalej już sam trafię.

I ruszył długim korytarzem ciągnącym się przez całą długość budynku w stronę frontowego wyjścia. Echo jego kroków odbijało się od ścian i sklepienia. Na koniec zaskrzypiały, a potem z łoskotem zamknęły się drzwi wiodące na podwórzec szkoły…

Niebo mroczniało. Nadciągał majowy zmierzch 1704 roku… Gdzieś od zachodu, z oddali, zza płomieniejącego jeszcze resztkami zórz horyzontu dało się słyszeć pomruk nadciągającej burzy…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Żmigród – jedno ze starożytnych wzgórz sandomierskich, na pewno zamieszkałe w epoce neolitu, na którym w średniowieczu wzniesiono kaplicę pod wezwaniem św. Archanioła Michała.

2Narabiać w gwarze sandomierskiej – pracować za opłatą.

3Dziś nosi ona nazwę Collegium Gostomianum.

4Góry Pieprzowe znane też jako Pieprzówki – najstarsze i najniższe góry w Polsce zbudowane z charakterystycznych brązowych kruszących się łupków, które ludziom kojarzyły się z rozdrobnionym pieprzem (stąd nazwa), rezerwat przyrody, częściowo położone w granicach administracyjnych Sandomierza, a częściowo na terenie gminy Dwikozy.

5Ks. dr Stefan Żuchowski (1666-1716) – proboszcz u św. Piotra (1692-1716), archidiakon i oficjał sandomierski.

6Tak wówczas nazywano aktorów.

7Kapelusz trójgraniasty.

8Rodzaj tkaniny jedwabnej.

9Doktor obojga praw – czyli kościelnego i świeckiego.

10 Kowal bezskrzydły, kowal dwuplamek, potocznie kowalik, cmentarnik (Pyrrhocoris apterus).

11 Kadzidłowiec święty, kadzidłowiec Cartera, olibanum (Boswellia sacra syn.Boswellia carterii) występuje na Bliskim Wschodzie i w Afryce, kadzidłowiec indyjski (Boswellia serrata, syn.Olibanum indicum) ród swój wiedzie z subkontynentu indyjskiego; Cynamonowiec wonny, cynamonowiec kasja (Cinnamomum cassia) to roślina, której ojczyzną jest przede wszystkim południowo-wschodnia Azja, ale niektóre gatunki można spotkać także w Japonii, Korei, Australii i na Nowej Gwinei.

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (1). Andrzej Juliusz Sarwa.

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (1).

Człowieka myślącego, postaw no nad grobem

I mów z nim — a następnie, spotkawszy go w tłumie

Maskaradowym, spytaj o rzeczy też same —

Zobaczysz co rozumiał tam — co tu rozumie?…

Cyprian Kamil Norwid

Prolog

Wiosna roku Pańskiego 1315 niczym nie przypominała tej budzącej zawsze radość w sercach pory roku. Zamiast zieleniejących traw i rozchylających się pączków na drzewach i krzewach, zamiast kwitnących leszczyn, wierzb i dereni, ziemię wciąż zalegała warstwa śniegu, szczelnie okrywająca jesienne zasiewy zbóż, którym wzejść nie było dane bowiem zimno i wilgoć sprawiły, iż ziarna obumarły w glebie.

Potem w tę ziemię nasiąkłą niczym gąbka wodą po gwałtownych późnowiosennych roztopach, które wspomogły intensywne ulewy, przez co pola nie miały możliwości, by obeschnąć, chłopi – mimo wszystko – zdecydowali się wsiać ziarna jarych zbóż.

Niestety, opady nie ustały a wręcz przeszły w katastrofalne deszcze. Woda, miesiącami całymi, lała się z chmur dzień w dzień i noc w noc, tak jakby Pan Bóg znów zamierzał ukarać ludzkość potopem. I chociaż rzeki szeroko powylewały, to potopu jednak nie było, albowiem najwyraźniej nie taki był Boży cel. Nie chciał On tym razem grzeszników pogrążyć w topieli, ale ukarać ich głodem…

I na to się coraz bardziej zanosiło, większość bowiem ziaren z jarych zasiewów zgniła tak samo, jak te z ozimych1, a owe, które gdzieniegdzie powschodziły, wypuszczając rachityczne, blade i wybujałe pędy, wymokły, zbrunatniały i obumarły. Niewiele zachowało się płodnych, które wydały nader lichy plon. Pola były puste i wiało od nich rozpaczą. Trawy na łąkach i leśnych polanach straszyły trupią barwą żółtoszarej zieleni… Nawet jeśli je koszono, to siano i tak nie miało jak wyschnąć…

Tymczasem woda wciąż i wciąż spływała z chmur…. bez końca… i zimno było na dodatek, a chłód srożył się taki, jakby to nie była wiosna, a potem lato, lecz nie mający kresu schyłek listopada… Mgły i szarugi zasnuwały świat, pozbawiając ludzi wszelkiej nadziei.

Pszczoły umierały w ulach, nie miały bowiem szans wyfrunąć, aby z kwiatów pozbierać pożytek… Drzewa więc okwitły nie związując owoców i wyciągając tylko niepłodne konary ku niebu w błagalnym geście, jakby o zmiłowanie prosząc. Lecz niebo było głuche nie tylko na ludzkie prośby, ale i na prośby bydlątek i wszelkich żywych stworzeń, i drzew i krzów i ziół i traw…

I nastał rok kolejny, 1316 a nic się nie zmieniało. Zimą bydełko skarmiono resztkami słomy, zrywając ją nawet ze strzech, które pokrywały dachy chat, a potem nie było już nic, prócz kory zdzieranej z drzew po lasach i zagajnikach, czy kłączy trzcin, wygrzebywanych w bagniskach, czym by można napełnić ludzkie i zwierzęce żołądki, iżby choć trochę oszukać głód, bo sytości to nie dawało.

Które bydlątka miały więcej szczęścia i jakoś doczekały wiosny, teraz masowo żegnały się z życiem… Krowy, owce i kozy zdychały na martwych pastwiskach, świnie przy pustych korytach, zwierz dziki na wygniłych polanach leśnych, konie padały, ciągnąc resztkami sił wozy, wyładowane trupami pomarłych z głodu ludzi… niepomiernie rozrastały się cmentarze…

Głodującym chleb śnił się po nocach, tak tęsknili za jego smakiem. Zjadano wszystko, cokolwiek nadawało się, albo i nie nadawało zbytnio, do przełknięcia. Zjadano kłącza wielu roślin, ich pączki, młode listki, miękisz i miazgę łyka wydzierane spod zdrewniałej kory brzóz, lip, sosen, klonów…

Ale to tylko wczesną wiosną, kiedy można jeszcze było je strawić. A potem? Zaczęto pożerać nawet trupy zwierząt padłych z głodu i wycieńczenia, a gdy również ich nie stało, przekroczono ostatnią czerwoną linię, posuwając się aż do kanibalizmu. Najpierw zjadano ciała zmarłych w naturalny sposób, niektóre skrycie wykopując z grobów… Rodzice pożerali dzieci, a dzieci rodziców – w zależności kto pierwszy pożegnał się z życiem. Aż wreszcie poczęto mordować żywych, aby ich ciała ugotować i zjeść…

I tak przeminął rok 1316. Nastał rok kolejny, 1317, rozpacz granicząca z obłędem ogarnęła tych, co jeszcze żyli, albowiem najpierw nieustannie śnieg osypywał się z nieba, a wiosną, gdy stopniał, nastały katastrofalne ulewy i powodzie. Zdawało się, że wszyscy umrą, że już nikogo głodowa śmierć nie oszczędzi.

Głód zdusił – przynajmniej na jakiś czas – pychę, która się wcześniej zagnieździła w sercach ludzkich. Ci, którym się zdawało, że są nieomal bogami, nagle odkryli, że są niczym, garstką smarków, iż wartają mniej niż spleśniała skórka chleba, czy nadgniła rączka dziecka wygrzebana z grobowej jamy i opieczona nad ogniskiem ze świerkowych szyszek, by choć na tyle złagodzić fetor, iżby dało się ją obgryźć do czystej kości i jeszcze wyssać z niej szpik… by chociaż odrobinę się nasycić…

Pomilkli ci, co śmiali się w głos i spokornieli wszyscy ci, co wcześniej byli tak dumni, bo krwawiły im serca, a jednocześnie ślina im ciekła do ust, gdy spoglądali, na wykrzywione płaczem buzie swoich strupieszałych dzieci słuchając zawodzeń i łkań: „Och mamo, och tato, nie oddajcie mnie śmierci głodowej…” Lecz ojciec, lecz matka zaciskali palce na rękojeściach noży, a gdy dziecięcy skowyt cichł, ćwiartowali wynędzniałe ciałka i gotowali z nich rosół…

Aż oto, późną wiosną, plaga zimna i dżdżów niosąca ze sobą potworny głód ustała. Znów było ciepło, znów słońce grzało swymi błogosławionymi promieniami i znów można było zacząć uprawiać pola. Po dwu latach nareszcie doczekano się zbiorów! Może niezbyt obfitych, niemniej jednak widmo śmierci głodowej w mękach i rozpaczy skryło się gdzieś, het! daleko! w niedostępnej głuszy, w mrocznych puszczańskich ostępach, w górskich rozpadlinach, w których nigdy jeszcze nie stanęła ludzka noga, a i dziki zwierz się nie zapuszczał strachem zdjęty.

Diabeł zdjął swą ciężką stopę z ludzkiej piersi, poluzował trochę i pozwolił złapać oddech. Lecz chociaż uznano rok 1317 za pomyślny, to musiało minąć jeszcze blisko osiem lat, nim się Europa jakoś z grubsza pozbierała i zaczęto żyć w miarę normalnie.

Plaga głodu zabiła blisko czwartą część ludności miast i więcej niż dziesiątą część wieśniaków… Liczba trupów szła w setki i setki tysięcy…

Ale owa plaga głodu zabiła też w wielu duszach ludzkich bezkrytyczną wiarę w prawdy wiary głoszone przez Kościół katolicki i jego hierarchów, bo Pan Bóg nie wysłuchiwał modłów ni wiejskich plebanów, ni bogato odzianych biskupów, ni spasionych opatów, ni zasuszonych mniszek… Więc prosty człowiek, patrząc na to, musiał dojść do jedynego logicznego wniosku – widać to nie owe osoby były miłe Bogu…

A skoro nie one to kto? I poczęto się rozglądać za innymi nauczycielami i pasterzami. Za takimi, którzy się jeszcze w ludzkich oczach nie skompromitowali pychą, pogardą dla tych, co w hierarchii społecznej stali niżej i na razie nie grzeszyli lekkim a wystawnym życiem…

* * *

I ludziom się zdało, iż to już koniec plag, że już odpokutowali za wszystkie swoje błędy i przewinienia, a nawet tym, którzy przeżyli, na tyle przybyło na wadze, iż mogli udźwignąć miecze! A poza tym od owych strasznych dni minęło dwadzieścia lat!… czyli całkiem wystarczająco by wspomnienia zblakły, by i zatarł się strach… więc… powrócili do dawnych grzechów… wszak ku nim pchała ich skażona natura…

Chciwość i pycha i żądza władzy na nowo ich zatem przywiodły do mordów i okrucieństw, do nowej wojny, do wojny stuletniej, jaka wybuchła między Anglią i Francją, a toczyła się w latach 1337-1453, kończąc się nie tylko zubożeniem Zachodu, lecz i upadkiem Konstantynopola, któremu ani nie miał kto, ani też nikt nie chciał ruszyć na ratunek. Muzułmanie dopięli wreszcie swego i zajęli kęs Europy, który aż po dziś dzień trzymają w łapach.

Próbował Pan Bóg pohamować te mordercze żądze chciwych władców i ich armii, zsyłając w roku 1347 kolejną plagę, plagę śmierci czarnej, która, poczynając od Konstantynopola na Wschodzie, i Sycylii na Zachodzie wdarła się na nasz kontynent, obejmując go cały, z jedną, jedyną obszerną wyspą, z Polską2, którą ta zaraza ominęła… podobnie, jak wcześniej większą jej część ominął głód… I nie ma na to żadnego logicznego wytłumaczenia

Lecz czarna śmierć nadeszła i odeszła, zbierając horrendalne żniwo w postaci połowy ludności Europy i blisko stu milionów istnień ludzkich – na olbrzymim obszarze: od wybrzeży Morza Żółtego na Wschodzie, po wybrzeża Atlantyku na Zachodzie. Nie przyniosła wszakże otrzeźwienia. Wojna stuletnia toczyła się nadal. I nie powstrzymała jej nawet męczeńska śmierć Dziewicy Orleańskiej – Joanny d’Arc, śmierć na stosie wzniesionym na rozkaz dostojników kościelnych, nad którymi dzierżyli władzę papieże awiniońscy niby to następcy św. Piotra a tak naprawdę marionetki w rękach władców Francji, na której terenie rezydowali od 1305, do czasu, gdy Grzegorz XI nie powrócił był do Rzymu w roku 1377. Niestety zaraz zmarł, a po jego śmierci zaczęły się walki pomiędzy zwalczającymi się stronnictwami o sukcesje po nim. Powstała wówczas tak zwana Wielka Schizma Zachodnia, podczas której w okresie od 1378 do 1415 za papieży uważało się wielu biskupów – byli to: awiniońscy – Klemens VII i Benedykt XIII, rzymscy – Urban VI, Bonifacy IX, Innocenty VII i Grzegorz XII, pizańscy – Aleksander V i Jan XXIII, wreszcie, jeszcze później, już po 1415 roku, bazylejski Feliks V, czy takie drobinki „pomniejszego płazu” jak rodezki Bernard Garnier, który przeniósł „stolicę apostolską” z Awinionu do Rodez i przyjął imię Benedykta XIV, czy wreszcie peniscoliański Gil Sanchez Muñoz y Carbón, który się nazwał Klemensem VIII.

Dostojnicy kościelni gryźli się o urzędy niczym psy o szpikową kość, a zwykli wierni umęczeni głodem, wojną i czarną śmiercią, śpiewając suplikacje od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie… oczekiwali na zjawienie się jakiegoś sługi Bożego, którego niebo ześle, aby poprostował pokrzywione ścieżki i poprowadził ich ku zbawieniu…

I taka epoka wkrótce miała nadejść. Nowa epoka, w której jęli się objawiać rzekomi wysłannicy Boży, chociaż bynajmniej nie ku Bogu ostatecznie popchnęli wypatrującą i łaknącą dobra, miłości i sprawiedliwości ludzkość…

Lecz nadchodzącą epokę wieszczył nie tylko kryzys władzy świeckiej i kościelnej, ale także coraz śmielsze i coraz bardziej jawne odradzanie się dawnych kultów, gdzie miejsce pogańskich bożków zajął Szatan i jego aniołowie…

Jednocześnie wszelako kryzys wiary sprawił, iż pojawili się kacerze na miarę Wiklifa i Husa, którzy przygotowali glebę naukom Lutra i jego naśladowcom, którzy to wzięli sobie za cel zreformowanie Kościoła…

Doktor Luter… ze swoim zbawieniem z wiary… z łaski… A po nim przepychanki, utarczki i walki… gruntownie przecież przeorał umysły i serca, przygotowując, jak się potem okazało, glebę pod nowy zasiew… innego gatunku ziarna… I pokazał, że można inaczej… niekoniecznie tak jak nakazuje papież… Bo i kimże ten papież tak naprawdę był?… Bo papiestwo wtenczas mocno potaniało…

I tak to się toczyło…

Po lutrowym zaś kacerskim zamęcie stary świat ostatecznie odchodził w niebyt. Nieuchronnie nadciągało nowe. Można rzec, zachodziła jakowaś transmutacja. Nie, nie o alchemiczną transmutację tu chodziło… a może i o alchemiczną? Tyle że na wyższym poziomie, bo duchowym? Unus Mundus. O to tu szło. Uświadomić nareszcie ludzkości, że wszystko się bierze z tego samego źródła i do niego powraca.

I dopiero wtedy, po zrozumieniu owej niesłychanie ważnej kwestii, będzie można przystąpić do realizacji drugiego etapu tejże transmutacji, etapu, w którym wszelkie podziały zostaną uleczone, ustanie dualizm, a człowiek podzielony na indywidualne, odrębne od siebie byty, stanie się unus vir – jednym człowiekiem i zespoli się z anima mundi – duszą świata, która, jak to się zdawało starożytnym, przenikała go co prawda i ożywiała, ale teraz stanie się z nią i w niej jednością. Czy zachowa samoświadomość? Oby nie! Oby się rozpłynął w bezkształtnej masie złożonej co prawda z jednostek, ale niezdolnych funkcjonować samodzielnie. Niczym żywy organizm składający się z pojedynczych komórek, a z których przecie żadna nie jest zdolna samoistnie, autonomicznie funkcjonować w oderwaniu od reszty.

A potem?

Nieporządki we Francji…

Och… Francja…

Ziemia nowych/starych idei…

Odrażających rytuałów…

Ziemia mszy czarnych…

Trucicieli i czarowników…

Bluźnierczych monarchów…

Monarchów rozwiązłych…

Krwi i łez ich i ich ofiar…

Objawień…

Oferty Bożego miłosierdzia

Pogardliwego ich odrzucenia…

Obietnic…

Kłamliwych…

Nieszczerych…

Niespełnionych…

Najstarsza córa Kościoła… pierwsza córa Szatana?…

Takie to myśli tłukły się niektórym zatroskanym o losy ludzkości… bo w coraz ciemniejszych barwach je postrzegali… w coraz ciemniejszych…

Tymczasem bieg wydarzeń posuwał się naprzód popychany w jakieś pokrętne łożysko, którym rwała szeroką strugą brudna, pełna szlamu i nieczystości woda, w łożysko o brzegach oślizgłych i poobrywanych, z którego trudno się było wydostać, bo ani nogi wesprzeć, ani palców zaczepić, więc ludzkość pogrążała się w tej błotnistej topieli, a nurt niósł ją, kędyś hen… ku mrocznym wodom skrytym za rozświetlonym krwawą zorzą horyzontem… ku spełnieniu tego, co musiało się spełnić… bo taka była wola tych, których nurt ów porwał, może nie przez wszystkich i nie do końca w pełni wolna i uświadamiana, ale owemu Losowi wystarczy i zgoda częściowa, a niekiedy nawet domniemana…

* * *

Papież Pius V3, który w spadku po poprzednikach dostał postanowienia Tridentinum4 i starał się jak mógł wprowadzić w życie postanowienia soboru, nie był jednak w stanie odwrócić wszystkiego, co już się stało… i zapobiec temu, co stać się dopiero miało…

I nie odwrócił… i nie zapobiegł…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Zasiewy: jare – wiosenne, ozime – jesienne.

2Poza Polską i w porównaniu z nią były jeszcze mikroskopijne enklawy w Czechach, Saksonii, w okolicach Brugii, Mediolanu i w wysokich partiach Pirenejów.

3Urodzony w 1504 roku, zmarły w roku 1572; papież w latach 1566-1572.

4Concilium Tridentinum – Sobór Trydencki (1545-1563).

Pan Jezus prosi – Król- Słońce odpowiada… WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (39)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (39)

Pan Jezus prosi

Był rok 1689, dzień 17 czerwca. Przed Marguerite-Marie Alacoque znów stanął jej Boski Oblubieniec. Tym razem z najdziwniejszą ze wszystkich próśb.

– Powiadom króla, żeby poświęcił Francję mojemu Najświętszemu Sercu i Serce to umieścił na sztandarach królestwa.

Słowa te zmroziły Marguerite, ale przecież wiedziała, że nie może odmówić.

Reakcja króla nietrudna była do przewidzenia.

– Kochanki, trucizny, pani de Montespan, po kraju rozpełza się plaga jansenistów – religijnych szaleńców, usiłujących podkopać ustrój państwa i jeszcze teraz jakaś wariatka z prowincji. Mam poważniejsze sprawy na głowie niż Serce Jezusa… Mnie Ono niepotrzebne, a dla Francji zbędne. To potężne królestwo i nigdy nie upadnie.

Ale wielkimi krokami zbliżała się nowa epoka, epoka, której Ludwik XIV w najstraszniejszych nawet koszmarach nie mógłby wyśnić. Epoka, która się zaczęła w roku 1717, w dwa lata po śmierci monarchy…

* * *

Skryty za framugą drzwi wiodących do przyległej komnaty, zerkał na króla i z nieskrywanym zadowoleniem słuchał jego słów ów tajemniczy, nikomu w Paryżu bliżej nieznany cudzoziemski szlachcic, markiz de Montferrat, bywalec salonów, a niegdyś także i mentor i wspólnik wiedźmy z rue de la Tannerie…

Co zastanawiające, mimo upływu blisko ćwierćwiecza on się w ogóle nie postarzał. Tak jak w roku 1667, tak i teraz, w 1689, wyglądał najwyżej na czterdzieści lat…

– Czas, czas – półgłosem powiedział sam do siebie ów dziwny szlachcic. – Czas opuścić Francję. Pora udać się w inne strony…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

W pieczarach Salamanki. Czas sprowadzić kres Czasu i Czasów… WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (35)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (35)

W pieczarach Salamanki. Czas sprowadzić kres Czasu i Czasów…

W moim imieniu dokonasz rzeczy wielkich, wspaniałych, cudownych i ohydnych zarazem.

———————————–

Pan Jerzy Białecki podążał trop w trop za idącym przodem diukiem don Ferulcim. Była głucha, bezgwiezdna i bezksiężycowa noc. Mało co było widać, ale jakieś odgłosy, zapachy, zarysy budowli, wydały się Jerzemu jakby skądś znajome. Cała ta okolica miała jakąś nieobcą atmosferę…

W głowie zaczęły mu się jawić jakieś błyski, ułomki scen, jakieś zamglone obrazy… Nie mógłby tego uzasadnić, lecz był nieomal pewny, że nie jest tu pierwszy raz.

Zamajaczyła przed nimi bryła kościoła. Ferulci nacisnął klamkę i otwarł drzwi świątyni. W jej wnętrzu poruszali się po omacku, lecz diuk zdawał się doskonale wiedzieć, dokąd zdąża. Szedł tak pewnie, jakby, niczym wilk, widział w mroku.

Przeszli przez zakrystię i otwarłszy tajemne przejście w jednej z jej ścian, zstąpili do podziemi. Tu już było widno, bo paliło się kilka lampek oliwnych poustawianych na występach i nierównościach kamiennego muru.

Jeszcze parę kroków i znaleźli się jakby w przedsionku większego pomieszczenia. Tutaj diuk nakazał swemu towarzyszowi, iżby ów zzuł buty i rozdział się do naga, po czym z jednego z licznych haków, nierówno wbitych w wapienne spoiny między kamieniami muru, zdjął fioletową cucullę z doszytym do niej szpiczastym kapturem i nałożył ją na swoje nagie ciało.

Kiedy to uczynił, przestąpili próg przedsionka i znaleźli się w głównym pomieszczeniu – w jaskini. Oświetlona była suto, w kilku bowiem metalowych naczyniach w kształcie czaszek trupich płonął ogień, a każdy był innej barwy: delikatnie błękitny, jaskrawożółty, czerwony, fioletowy, różowy, zielony… Ledwo wyczuwalny przeciąg sprawiał, że pląsały one w jakimś magicznym tańcu, budząc przy tym tajemnicze cienie, które pełgały po posadzce, sprzętach i ścianach.

Pieczara wyglądała niczym połączenie sali tronowej monarchy z kaplicą, sypialnią i biblioteką. Przy ścianie, znajdującej się na wprost wejścia, na podwyższeniu, stał tron wyrzezany z hebanu, a inkrustowany elektrum o barwie jasnego bursztynu.

Na środku sali stał ołtarz gładki, wyrobiony z jednej bryły ciemnozielonego malachitu, przed nim zaś wygodne leże z malachitu zielonkawego, przerośniętego błękitnymi konkrecjami azurytu, zasłane fiołkowej barwy pościelą, ściany zaś zakrywały potężne dębowe regały szczelnie zapełnione księgami, z których jedne wyglądały na bardzo stare, inne zaś na całkiem niedawno tłoczone. Prócz ksiąg były też tam zwoje papirusów i pergaminów pozwijanych w rulony.

W pewnej chwili do jaskini weszły dwie niewiasty odziane w dziwacznego kroju brokatowe, wrzosowej barwy habity i szkaplerze z pozłocistej lamy. Zbliżyły się do Jerzego i ująwszy go delikatnie pod łokcie, podprowadziły do łoża, a potem delikatnie przymusiły, aby zległ na nim. Następnie wniosły niski a długi stolik, ustawiły go przy na wpółleżącym, i zastawiły półmiskami i talerzami napełnionymi wykwintnymi, smakowicie pachnącymi potrawami, umieszczając pomiędzy nimi omszałe flasze wina. Na koniec i owe dziwne mniszki położyły się obok Jura, aby usługiwać mu, podawać co smaczniejsze kęsy, i dolewać trunków do opróżnianych kielichów.

Pan Jerzy rozglądał się bacznie dokoła, wypatrując Ferulciego, ale ów gdzieś się zapodział, jakby rozwiał w powietrzu. Zrezygnowany poddał się pieszczotom tych mniszek-nie-mniszek. Jedna z nich była czarna niczym heban, ale niezwykle urodziwa o bardzo proporcjonalnych i szlachetnych rysach twarzy, druga biała, alabastrowa blondynka, równie zjawiskowo wyglądająca, co jej współtowarzyszka.

Jedna z niewiast podała mu pełny kryształowy kielich starego i wybornego dojrzałego wina, o cudownym bukiecie i mahoniowej barwie. Jeszcze nigdy w życiu nie miał w ustach tak wybornego trunku.

– Pij, panie kawalerze, pij – ozwała się blondynka. – To palo cortado. Czy czujesz niebiański nieomal smak tego wina? Jest niezwykłe i unikalne, bo może powstać wyłącznie samoistnie. Jeszcze nigdy żadnemu człowiekowi nie udało się go w sposób celowy i zamierzony wyprodukować. Pij i nasyć się. Niech ukołysze ono twoją duszę…

Więc pan Białecki pił. Czas jakby się zatrzymał. Chwila zawisła w bezruchu, aż na koniec syty i odprężony przymknął oczy i odpoczął, zapadając się w czarną, miękką niczym plusz, otchłań… Czuł jeszcze pieszczotę delikatnych kobiecych dłoni, ale znajdował się już na granicy jawy i snu, aby miał chęć, siłę i zdolność, iżby ją odwzajemnić. Z niezmiernym trudem otwarł jeszcze raz i drugi ołowiane powieki i spojrzał w niewieścią twarz pochylającą się nad jego twarzą. Dziwna ona była – choć smoliście czarna, to odrobinę jakby przezroczysta i nieskazitelna. Oczy zaś, choć żywe, nie przypominały jednak oczu człowieka, ale raczej ślepia jaszczura…

* * *

Jur się ocknął. Nie miał poczucia ni miejsca, ni czasu. Otworzył oczy i wsparłszy się na łokciach, uniósł nieco i rozejrzał dokoła.

Naraz jego wzrok spoczął na dziwacznym stworze siedzącym na tronie ustawionym tuż przy ścianie. Była to jakaś androgyniczna istota, której twarz skrywał mrok. Białecki usiłował wstać, ale ogarnęła go straszliwa niemoc, a zawrót głowy sprawił, iż znów musiał położyć się na plecach… na parę chwil wręcz omdlał z przerażenia, coś jednak, nie wiedzieć co, rychło go jednak ocuciło…

A potem po raz drugi zapadł się w miękki mrok, nie tracąc już jednak świadomości… Od tronu, od istoty na nim siedzącej, doleciał go zduszony szept, na tyle jednak wyraźny, że rozumiał każde słowo:

– Przeszedłeś próbę… dlatego wróciłeś tutaj i teraz nasycisz się wiedzą, jakiej nigdzie i nigdy nie mógłbyś zdobyć…

– O jakiej próbie mówisz? – zapytał Jerzy.

– O próbie poczucia wdzięczności. I zdałeś ją. Była to próba, której ja kiedyś nie podołałem… na początku czasu… Przed tobą lata… albo sekundy… czas tu zamiera w bezruchu. Kiedy stąd wyjdziesz, nie poznasz świata, w którym dotąd żyłeś. Ale to nieistotne. Los sprawił, żeś utracił pamięć. Jesteś jak tabula rasa – tablica czysta… a ja ją zapiszę… Od tej pory jesteś mój… i gdy wyjdziesz stąd, będziesz mój i będziesz spełniał zadania, jakie mam do spełnienia. I w moim imieniu dokonasz rzeczy wielkich, wspaniałych, cudownych i ohydnych zarazem.

– Kim jesteś, panie?

Siedzący na tronie milczał czas jakiś. Jedna rękę uniósł w górę, wskazując na biały półksiężyc zawieszony w przestrzeni po jego prawej stronie, drugą opuścił w kierunku czarnego półksiężyca. Spomiędzy potężnych koźlich rogów wykwitł ogień, a śród rozedrganych płomieni mieniła się bielą i błękitem hebrajska litera ש – szin… oznaczająca analityczny umysł istoty.

– Jam Solve et CoagulaDzielący i Łączący. Mąż i Niewiasta. Nosiciel Światła i Mrok Najgęstszy. Mądrość i Głupota. Pycha i Chciwość i Nieczystość – jam Trójca Nieświęta w dwoistości zespolona w jedność. Jam Nienawiść. Jam Śmierć.

A ty od dzisiaj będziesz się zwał – wedle potrzeby: książę Rakoczy, markiz Baletti, markiz de Aymar, markiz Montferrat, hrabia Bellamare, hrabia de Saint-Germain, graf Sołtykow, graf Belmar, hrabia Tsarogy, hrabia Welldone, baron Reinhard Gemmingen-Guttenberg, von Schoening, de Surmount, Adanero, Zanoni1bo wejdę w ciebie i każdą twą cząstkę przeniknę. Nasączę cię sobą niczym woda gąbkę. Będziesz mnie nosił w sobie niczym ciężarna swój płód. Aż zrodzisz mnie, kiedy nadejdzie właściwy czas. A dam ci wiele czasu, ale nieśmiertelności w cielesnej powłoce zlepionej z przemijającej materii dać ci nie mogę… zresztą… nawet byś nie chciał… Posiądziesz jednak wiedzę i mądrość i pamięć swoich poprzedników… a było ich wielu… i wierz mi, każdy oddychał z ulgą, gdy nadchodził dzień, w którym gasł jego płomyk, bo zbrakło oliwy… a kupić więcej było niepodobna, bo noc już zapadła i sprzedawcy oliwy spali po swych domach…

Na chwilę zamilkł i wzniesioną do tej pory dumnie głowę opuścił na piersi. Jego milczenie aż drażniło. Cisza rozsadzała uszy… W końcu stwór zapytał:

– Wiesz już, kim jesteś?

– Wiem, panie, tobą.

– A wiesz, kim ja jestem?

– Wiem, panie, Nienawiścią i Śmiercią i Grozą…

– Więc kim ty będziesz?

– Zniszczeniem.

– I kimże jeszcze?

– Korzeniem Ohydy i Obrzydliwości…

– Dlaczego?

– Bo czas sprowadzić kres Czasu i Czasów…

* * *

Pani Waleria Białecka, czyli dawniejsza Kasia, każdego dnia, od kiedy Jerzy wyjechał do Paryża, brała dzieci za rączki i wychodziła hen, na zapyloną drogę wypatrując oczy, czy też nie ujrzy powracającego do domu męża.

Ale mijały tygodnie, miesiące i lata. Dzieci porosły, a ona wciąż na tę drogę wychodziła… Lecz widziała tylko rozkwitające wiosenne kwiaty, kłoszące się zboża, jabłka czerwieniejące na starych drzewach w sadzie, szron na zielonej jeszcze trawie i wreszcie kopiasty śnieg, który przynosiła zadymka…

Lecz wreszcie nadszedł dzień, że Kasia już na ową drogę nie wyszła, ale ją poniesiono w dębowej skrzyni, na barkach, na wierzch pagórka o łagodnych zboczach, skąd widać było trakt, którym ongi odjechał Jerzy – i pogrzebano obok rozłożystego krzaka jaśminu…

A ów jaśmin pachniał, mój Boże, jak upojnie, jak słodko… tak samo, jak wtedy, gdy po raz pierwszy, płonąc od wstydu, odwzajemniła pocałunek Jerzego…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Nazwiska, czy też pseudonimy, pod którymi rzekomo występował słynny XVIII-wieczny awanturnik, który najbardziej jest znany jako hrabia de Saint-Germain.

– Chcesz zobaczyć? To pójdź za mną. Jeszcze kęs życia przed tobą… WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (34)

– Chcesz zobaczyć? To pójdź za mną. Jeszcze kęs życia przed tobą…

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (34)

Principium novum

Duszno… ciemność… Jakiś ciężar na piersiach… Piasek chrzęszczący w zębach, a przy każdym płyciuchnym oddechu wciągany do nosa. Uczucie skrępowania. Jakby całego ciała. Ucisk ze wszystkich stron. Z trudem poruszył palcami. Wyczuł, jak przesypuje się pomiędzy nimi sypka ziemia. Próbował wstać. Nie dał rady, choć udało mu się jednak trochę poruszyć.

Najgorsze było to, że czuł, iż za chwilę się udusi. Jęła ogarniać go panika. Spokojnie… tylko spokojnie… zaczął międlić sypką ziemię w palcach, próbował zbliżyć dłonie do siebie, powolutku, powolutku… udało się.

Złożył ręce jak do modlitwy i skierowawszy je ku górze, zaczął rozpychać przygniatającą go ziemię. Opornie, bo opornie, ale się udawało. Milimetr po milimetrze, centymetr po centymetrze… W ślad za dłońmi kierował usta i nos.

Mijały sekundy, ale jemu, pogrzebanemu pod niezbyt zagęszczoną i zbitą warstwą gruntu, zdawało się, że to wieki mijają.

Nareszcie. Usta, nos, a po chwili oczy, wytknął ponad powierzchnię gleby. Wypluł ziemię, wydmuchał ją z nosa i zaczerpnął pełne płuca powietrza. Chwycił go ostry kaszel. Kiedy w końcu minął, ostrożnie i z trudem wygramolił się z płytkiej jamy, w której spoczywał przysypany z wierzchu.

Był potwornie obolały i kompletnie bezsilny, zebrał się jednak w sobie i dźwigając z trudem, usiadł wreszcie. Otwartymi ustami łapał powietrze jak ryba wyrzucona z wody na brzeg. Głowa pulsowała mu bólem nie do opisania.

„Jezu, co się stało?” – zapytał w myślach, bo nie pamiętał ani jak, ani kiedy, ani też dlaczego znalazł się w tym miejscu.

Wypełzł z jamy i rozejrzał dokoła.

Świtało. Szary brzask rozjaśniał nieboskłon. Z tyłu, za plecami, miał jakiś kamienny mur, przed nim zaś wyrastał gąszcz drzew oplątanych giętkimi witkami bluszczu. W prześwicie, między pniami, kiedy już rozjaśniło się na tyle, że mógł wzrokiem sięgnąć jeszcze dalej, wypatrzył bryłę okazałego budynku.

Zaczął czołgać się w jego stronę. Co i raz pojękiwał z cicha, lecz pełzł, pełzł niczym robak, któremu zmiażdżono odwłok. Pełzł uparcie i wytrwale.

Wreszcie wydostał się spomiędzy drzew i kęp zarośli. Zamiast nich miał teraz przed oczami rzędy krzyży górujące ponad mogiłami. A owa budowla to był niewielki kościółek, czy może raczej cmentarna kaplica.

Zdumiał się. Bo jakimże to sposobem znalazł się na tym miejscu wiecznego spoczynku? I dlaczego pochowano go nie pomiędzy innymi nieboszczykami, w poświęcanej ziemi, lecz gdzieś w krzakach pod murem?

„Ach tak! W niepoświęcanej ziemi, bo nie było pewności czym katolik…” – pomyślał.

I to było ostatnie, o czym pomyślał, osunął się bowiem zemdlony na murawę mogilnika, poprzetykaną białymi główkami stokrotek i złocistymi jaskrów.

* * *

– Gdzie ja jestem? – zapytał człowiek, który wydobył się z mogiły.

Siedzący naprzeciwko niego mężczyzna położył mu palec na ustach.

– Nic nie mów, panie kawalerze… Odpoczywaj…

– Panie kawalerze?… Kimże jesteś, panie?… a kim ja jestem?…

Mężczyzna, szlachcic, cały ubrany na czarno, wpatrywał się hipnotyzująco prosto w oczy powstałego z martwych mężczyzny.

– Kim jesteś, panie?… i kim ja jestem?… – powtórzył pytanie ten ostatni.

– Nie pamiętasz, kim jesteś?

– Nie, panie.

– Mógłbym ci powiedzieć, ale chyba byłoby lepiej, jakbyś sam to sobie przypomniał.

– Nie dręcz mnie. Powiedz.

– Jesteś Jerzy Białecki, szlachcic polski, herbu Leszczyc. Znajdujesz się w Paryżu.

– Nie… nie wiem… nie pamiętam… A ty? Kim ty jesteś?

– Ja? Różne mam nazwiska i wiele tytułów. Jestem diuk don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio. Lecz to tak naprawdę anagramy mych prawdziwych imion… Ale kiedy indziej… mogę zwać się inaczej… Ale teraz odpoczywaj, panie kawalerze, odpoczywaj. Najlepiej, gdybyś usnął. Sen cię pokrzepi.

– Dobrze, książę, lecz powiedz mi jeszcze, dlaczegom został żywcem pogrzebany.

– Cóż… może nie do końca żywcem. Pewien młodzieniec, któregoś przygarnął w podróży, karmił, poił i dał mu dach nad głową, połakomiwszy się na twoje pieniądze, najpierw cię poddusił – nieskutecznie na szczęście – a potem usiłował zadźgać nożem – nieskutecznie na szczęście… Medycy bez należytej obdukcji orzekli, żeś trup i kazali cię co rychlej pochować. Grabarz, jako że miał to zrobić za darmo, zrobił byle jak, ledwo przyprószywszy cię po wierzchu ziemią, w którą cię złożył nie tylko bez trumny, ale nawet i bez całunu. Potem się ocknąłeś, wróciła ci przytomność… wygrzebałeś się z płytkiej mogiły… a potem ja cię znalazłem i pielęgnuję…

– Panie, powiedz, czy wróci mi pamięć?

– Kiedyś… zapewne tak… kiedyś… Tymczasem jednak musisz wydobrzeć i wrócić do sił… – rzekł diuk po polsku.

– Panie! Ty znasz mój język?

– Ja znam każdy język. Ale już naprawdę dość… dość… Śpij i zdrowiej.

Diuk skinął głową panu Jerzemu, po czym ze złotego puzderka wydobył szczyptę białego proszku, umieścił go na grzbiecie lewej dłoni i dmuchnął nań tak, że proszek obsypał twarz Białeckiego. Nie minęła i minuta, a ten ostatni pogrążył się w głębokim śnie.

Ferulci de Atanas opuścił sypialnię rannego…

* * *

Pan Jerzy Białecki odzyskiwał siły. Rany się zasklepiły i zagoiły, nawet blizny po nich zbladły. W głowie jednak wciąż miał pustkę. Niczego, ale to absolutnie niczego ze swojej przeszłości, nie umiał sobie przypomnieć.

Diuk wyjawił mu jego nazwisko i herb, lecz nic to za sobą nie niosło, niczego nie mówiło. Nawet jeśliby powrócił do Polski, to do kogo? Nie miał pojęcia, czy ma tam jakąś rodzinę, jakichś krewnych, czy też nie. A jeśli nawet? Jeśli by i natrafił na bliskich, to i tak byliby oni obcymi dlań osobami. Być może tylko bólu by im przydał.

Bo przecie nawet nie wiedział, jak dawno z tejże Polski wyjechał i od kiedy jest we Francji… od dni, od miesięcy, od lat?…

Co jednak miał dalej czynić? Też nie wiedział. Nie miał nic, tyle co ubranie na sobie i ani dudka w kieszeni. Gdzie się podziać? Gdzie obrócić? Jak zdobyć środki na chleb codzienny?

Te ponure rozmyślania przerwał mu głęboki, lekko chrapliwy głos diuka:

– I co, wasze? Przypomniałeś coś sobie?

– Niestety nie, miłościwy książę… niestety, nie…

– Więc co zamierzasz? Wydobrzałeś, siły ci powróciły, czas, byś o jakimś zajęciu pomyślał.

– Ba! Ale o jakim?… Wpierw jednakowoż miłościwy książę, powinienem się wam odwdzięczyć. Życie mi, panie, uratowałeś i do ciebie ono teraz, tak po prawdzie, należy.

– Pewnie, pewnie – Atanas się uśmiechnął.

– Tedy? Jakże bym mógł wam, panie, swą wdzięczność okazać?

– No… na przykład mógłbyś się w obronie mojej godności pojedynkować i zginąć – diuk znów się uśmiechnął. – Lecz nie ma takiej potrzeby. A nie myślisz o powrocie do ojczyzny?

– Nie, panie. Nie myślę.

– Może masz rację. Więc co teraz czynić zamierzasz?

– Sam nie wiem…

– To zostań ze mną. Będziesz mi druhem bardziej i pomocnikiem niż sługą. Chociaż służyć mnie to bynajmniej nie byłaby dla nikogo ujma, a wręcz przeciwnie – zaszczyt.

– A cóż miałbym robić? Na czymże owa pomoc miałaby polegać?

– Chcesz zobaczyć? To pójdź za mną. Jeszcze kęs życia przed tobą…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

Don Ferulci – I warto było? WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (33)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (33)

Don Ferulci – I warto było?

Jean-Baptiste Lefevre, mając pieniądze, wynajął niezgorszą kwaterę, na dodatek przyzwoicie umeblowaną i z góry za trzy miesiące opłacił i locum i wikt i opierunek, czym wprawił w niekłamany zachwyt gospodarzy.

Siedział teraz na łóżku, przy zawartych na wewnętrzną zasuwę drzwiach i napawał się widokiem stosu złotych, nowiuśkich i lśniących, jakby dopiero co wyszły spod sztancy mincerza, monet.

Naraz posłyszał delikatne pukanie do drzwi. Przyrzucił złoto rogiem wypłowiałej kapy, powstał, podszedł do wejścia, odsunął zasuwę i zerknął przez szparę. W progu stała młodziuchna córka gospodarzy, tak na oko może ze czternaście-piętnaście lat licząca, ale nadzwyczaj powabna i wspaniale rozwinięta.

– Czegoż to chcesz, moja piękna?

– Matka pyta, czy byście czegoś nie przekąsili. Nie zeszliście na śniadanie na dół, to mnie tu przysłała.

– Zaspałem, ciężki dzień miałem i minioną noc ciężką. Ale dziękuje za pamięć. Powiedz matce, że owszem, że chętnie bym coś zjadł. A jak ci na imię, moja ty cudna?

– To akurat nie tajemnica – uśmiechnęła się zalotnie – Florine. Ależ się pan umiesz przypodchlebić dziewczynie! No, no!

– Pięknie!

– Co pięknie?

– Pięknie masz na imię.

Florine zrobiła niewinną minkę.

– A dasz mi buziaka na rozbudzenie apetytu?

Florine się zaczerwieniła po samo czoło.

– Panie… jakby to ojciec posłyszał, to by was chyba zarąbał siekierą…

– A zarąbał już kogoś?

– A czy ja wiem?! – Florine odzyskawszy rezon, roześmiała się perliście.

– To się dowiedz, bo jeśli nie zarąbał, to pozwolisz mi się pocałować w te słodkie usteczka. Dobrze?

Dziewczyna, chociaż prawie dziecko jeszcze, nie wyglądała na pierwszą naiwną.

– A cóż bym z tego miała?

– O! Widzę, że mówisz do rzeczy! Miałaś już jakichś chłopców?

– Jak dotąd, to jeszcze nie.

– Prawda li to?

– Najszczersza!

– Zatem jesteś najzwyczajniej w świecie łasa na pieniądze.

– Może tak… może nie… może i wy mi się, panie, podobacie – tyłek macie zgrabny – co nie wyklucza, że pieniądze również – znów się roześmiała. – Parę monet, na jakiś uroczy prezencik?…

– Przecie nie chcę ci wianka zabierać, a tylko o całusa proszę.

– To i cóż z tego? I całus ma swoją cenę. Nie stać was, panie, na mnie. Ot co!

– Przecie ci się podobam. Samaś tak rzekła.

– Ba! – wzruszyła ramionami.

Student przez jakiś czas patrzył jej w oczy, a ona nie odwracała wzroku. W końcu to on oczy spuścił i jakby odpowiadając na wcześniejsze wątpliwości dziewczyny, zawołał:

– Mnie?! Mnie nie stać?? Na dziesięć, na sto takich jak ty stać mnie! I to nie tylko na pocałunek!

Podniecony do granic możliwości, bo Florine, drocząc się z nim, niby to przypadkiem, uniosła nieco suknię, odsłaniając zgrabną kostkę i odrobinę cudnie toczonej łydki, nie bacząc, co robi, gwałtownie odrzucił na bok róg kapy, odsłaniając przed dziewczęciem cały ów stos złotych monet.

Florine aż zaniemówiła z wrażenia.

– No? I co teraz? Mogę cię pocałować?

Córka gospodarzy odzyskawszy spokój, nie odpowiedziała mu na owo pytanie.

– Zaraz przyniosę śniadanie.

Obróciła się na pięcie i wybiegła na korytarz.

Wtedy dopiero student uświadomił sobie, że głupio zrobił, ujawniając swoje bogactwo, ale co się stało, to się nie odstanie. Pomyślał, że najlepiej będzie, jeśli zmieni stancję. Postanowił zająć się tym zaraz po obiedzie. Chociaż żal mu było tracić tego, co już tutaj z góry opłacił.

Florine wróciła ze śniadaniem. Była bardzo miła. Niedwuznacznie dawała chłopakowi do zrozumienia, że odwiedzi go, gdy ciemności zapadną…

Jean-Baptiste ostatecznie więc uznał, iż niepotrzebnie się wyląkł. Przecie lepiej pielęgnować takiego lokatora jak on, niż się go pozbywać. Spodziewał się kradzieży, i owszem, ale nie tego, że zaraz ktoś zechce go zamordować. I to w centrum Paryża, gdzie raczej trudno byłoby pozbyć się trupa.

Florine tymczasem zaś wciąż się do niego umizgiwała, co już rozwiało jego ostatnie wątpliwości i rozterki.

– A niech tam, zostaję… chociaż wygląda, że młódka chce mnie troszkę oskubać… ale dla jej urody, warto na to pozwolić, absolutnie warto… – rozmarzył się.

– Co, panie, powiedzieliście? – panna nie dosłyszała.

– Że śniadanie smaczne. No, chodźże teraz do mnie, kruszyno – odrzekł.

Wytarł gębę rękawem, objął dziewczynę w talii i przyciągnąwszy do siebie, namiętnie pocałował w usta.

Nie broniła się, a i jeszcze odwzajemniła pocałunek.

Jean-Baptiste już nie mógł doczekać się nocy…

* * *

Merde!1 – zaklął pod nosem Ambroise, ojciec Florine, potykając się o wyszczerbiony zębem czasu stopień schodów prowadzących na pięterko.

– Cicho, stary… – towarzysząca mu żona, Amália, szturchnęła męża w bok.

Ciemno było, choć oko wykol. Para szła po omacku. Wreszcie dotarli do właściwych drzwi. Stary poskrobał w nie delikatnie raz i drugi. Nie było reakcji.

– Chyba śpi.

– Cicho, stary!

Pocisnął klamkę. Drzwi uchyliły się bezszelestnie. Za dnia, pod nieobecność studenta, który wyszedł powałęsać się po mieście, Amália zadbała o to, żeby nie skrzypiały. Chociaż niebo było mroczne, noc bezksiężycowa, to w pomieszczeniu było odrobinę jaśniej niż na schodach.

Żona zatrzymała się przy wejściu, mąż zaś na palcach skierował się w stronę posłania, na którym spoczywał Jean-Baptiste. Jeszcze krok… jeszcze krok… dotarł na miejsce. A potem, zza pasa u spodni wyciągnął siekierę, odchylił się nieco do tyłu i jednocześnie odrobinę w bok, żeby wziąć lepszy zamach, po czym na oślep zadał leżącemu potężny cios. Najwyraźniej przypadek to sprawił, bo morderca nie był w stanie ocenić, w którą część ciała celuje, ale akurat trafił prosto w głowę, a ta rozpękła się na pół niczym dojrzała dynia. Rzygnęły dokoła rozbryzgi krwi i mózgu.

Amália drżąc z emocji, skrzesała ogień i zapaliła knotek łojowej świeczki. Uniosła ją do góry i nieomal zemdlała na widok, tego, co ujrzała na posłaniu. Zrobiło się jej niedobrze i zwymiotowała w kącie.

– Nie rozczulaj się stara! Już dobrze po północy, a przed nami wiele pracy. Ciężkiej!

Zawinęli trupa w prześcieradło i pled, omotawszy mu pierwej głowę szmatą, żeby zatamować krwawienie, i zaczęli go zwlekać po schodach, do piwnicy. Nielekki był, choć niezapasiony i młody. Po śmierci jakby ważyło się więcej, chociaż to subiektywne odczucie.

W loszku czekała już na zwłoki dość płytka grobowa jama wykopana nieopodal jednej ze ścian. Wtłoczyli w nią nieboszczyka i przysypali ziemią, którą na końcu bardzo starannie udeptali, a na koniec posypali po wierzchu warstwą kurzu, w który się jeszcze za dnia zaopatrzyli, zbierając go po kątach i zakamarkach.

Na pomysł bowiem, iżby zamordować lokatora i nielicho się przez to obłowić, wpadli natychmiast po tym, jak córka im powiedziała, że student pochwalił się przed nią wielką stertą złota.

Kobieta poświeciła – było idealnie, ziemia w piwnicy wyglądała na nieruszaną.

– Wracamy, stary, wracamy na górę. Trzeba posprzątać.

Pospołu, chociaż to mężczyźnie niezbyt wypadało, szorowali podłogę, zeskrobywali krew i odpryski mózgu ze ścian. Robili to szybko, ale zarazem starannie i solidnie. Kiedy zaczęło świtać, uporali się z robotą.

Zakrwawioną pościel zwinęli w tobół i upchnęli do przepaścistego kuchennego pieca. Mieli zamiar, roznieciwszy ognień spalić ją, tak by żaden ślad się nie ostał, a przy okazji wykorzystać też jakoś, żeby całkiem nie poszła na zmarnowanie, więc przynajmniej ugotować na niej śniadanie.

* * *

Florine obudziła się, jak na nią, bardzo późno, kiedy słonce jęło już zaglądać przez okno do jej izdebki. Zdziwiła się, że nikt jej nie budził, żeby zapędzić do pomocy w kuchni, albo posłać na targ.

Była też zła, bo z wieczora zaplanowała sobie, że po północy odwiedzi studenta i pobaraszkuje z nim trochę. Ale zaraz po zmroku usnęła tak mocno i spała tak twardo, że cały plan wziął w łeb.

W końcu podniosła się z posłania, twarz, szyję i uszy obmyła w glinianej misce o chabrowobłękitnej szklistej polewie, a potem pomaszerowała do kuchni.

W piecu buzował ogień, a śniadanie miało być lada chwila gotowe.

– Córko, a idźże obudzić młodzieńca. Powiedz, żeby zszedł, bo posiłek czeka.

– Dobrze, matko – odpowiedziała Florine. Posłusznie skinęła głową, wyszła z kuchni i pomaszerowała schodami do góry.

Nie minęło dłużej niż chwil parę i do uszu starych doleciał głos dziewczęcia:

– Chodźcie tu czym prędzej.

– I po cóż to? – odkrzyknął ojciec.

– Jego tu nie ma!

– Jak to nie ma?

– Zwyczajnie! Ulotnił się. I nawet pościel ukradł! A tyle przecie miał złota!

Starzy nie śpiesząc się, weszli na pięterko.

– A to ci łajdak! – zapiszczała skrzekliwie matka. – A to łotr! Na pościel, mówisz, się złakomił?

– Ano tak.

– Przebolejemy, w końcu zapłacił za trzy miesiące z góry.

– Ale ja miałam… – zaczęła Florine.

– Coś miała? Nadzieje, że się będziesz z nim gziła? I parę sou2 ci wpadnie do kieszeni fartuszka?

Dziewczyna nic już nie powiedziała, tylko zawstydzona spuściła głowę.

– Gdy nam o jego bogactwie powiedziałaś, matce się zamarzyło, żeby mu czynsz podnieść. Ale się ulotnił. Widzisz? Nic z twoich planów stara – rzekł Ambroise i porozumiewawczo mrugnął do żony…

* * *

Ambroise i Amália odczekali aż Florine wybierze się na targ. Kiedy już drzwi się za nią zamknęły, drżącymi rękami rozsupłali worek z pieniędzmi, wysypali je na stół i napawali ich widokiem. Teraz już mogli być spokojni o przyszłość nie tylko własną, ale i córki.

Naraz, skądś z ulicy, do ich uszu doleciał odgłos ciężkich kroków kogoś, kto najwyraźniej zmierzał w stronę drzwi ich domu.

Czym prędzej zatem zgarnęli złoto do worka, ten mocno związali rzemieniem i wsunęli za kredens.

Ktoś zastukał w futrynę.

Gospodarz podniósł się więc zza stołu i otwarł pukającemu. W wejściu stał mężczyzna, cały ubrany na czarno, według najnowszej kastylijskiej mody, z jednym tylko barwnym akcentem bogatego stroju, karmazynowym piórem egzotycznego ptaka u kapelusza, wskazującym na to, iż pewnie musiał odwiedzić Nową Hiszpanię, Nowy Świat odkryty za Oceanem i wpatrywał się zimnym wzrokiem w twarz pana Ambroise’a.

– Jestem diuk don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio.

– Witam, witam niziuchno, w naszych skromnych progach, książę miłościwy – gospodarz aż zgiął się w pałąk.

Don Ferulci spojrzał na niego jakimś dziwnym wzrokiem, po czym zapytał:

– Czy nie zawitał do was młody człowiek, student?

– Nie, panie! – razem wykrzyknęli mąż i żona.

– A to… to jakiś wasz znajomy, panie?… – wybąkał Ambroise.

– Poniekąd.

– I cóż to znaczy?

Posiadał coś, co do niego nie należało.

– A do kogo, jeśli wolno zapytać? – Ambroise jeszcze bardziej się zgiął, tak że zdawało się, iż wkrótce dotknie nosem podłogi.

– Nie wasza to rzecz – ozwał się groźnie i opryskliwie zarazem przybysz.

– Ale jego nie ma, panie – z lękiem wyszeptała żona gospodarza.

– Taak?

– Tak… właśnie… uciekł dzisiejszej nocy…

– O?! – zdziwił się szlachcic. – A miał jakiś powód po temu? Jak domniemywacie? Ale, ale! A cóż to skrywacie za kredensem? – don Ferulci wypatrzył skrawek rzemienia wystający ze skrytki.

– Eee, nic takiego.

– Czyżby? – zapytał szlachcic, ironicznie się uśmiechając. – Jeśli to rzeczywiście nic takiego, to wyciągnijcie to na wierzch.

Ambroise miał zamiar się postawić, sprzeciwić, czy chociażby zaprotestować, ale kiedy spostrzegł, że dłoń przybysza spoczęła na rękojeści szpady, w milczeniu podszedł we wskazane miejsce i wywlókł worek na środek izby. Z przerażenia strumyk potu spływał mu wzdłuż kręgosłupa, zęby dzwoniły, a włosy na przedramionach zjeżyły się i uniosły.

– A teraz go otwórz i pozwól, że zajrzę do środka.

– Proszę.

Don Ferulci rozchylił brzegi tobołka.

– Nie, to nie moje. Możesz zachować zawartość.

Gospodarz odetchnął z ulgą. Wraz ze szlachcicem zerknął do wnętrza worka i osłupiał ze zdumienia. Worek był aż po wręby napełniony nie złotem, lecz wyszlifowanymi przez wodę rzecznymi kamieniami…

– I warto było? – zapytał don Ferulci, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z domu, głośno trzasnąwszy drzwiami…

Tuż za progiem minął wracającą z targu Florine. Leciuchno się do niej uśmiechnął i zlustrował od stóp do głów.

– Idealna – przemknęło mu przez myśl…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Merde – gówno, przekleństwo francuskie.

2Drobna moneta francuska.

Czarownica katolickiej królowej. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (32).

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (32)

Czarownica katolickiej królowej

Królowa-matka, jeszcze do niedawna regentka, siedziała na prostym, solidnym drewnianym krześle z czarnego dębu, którego oparcie i siedzisko, wypchane trawą morską, obite było również czarnym niczym heban jaszczurem1, przymocowanym do drewnianej konstrukcji mosiężnymi, grubo posrebrzanymi gwoździami tapicerskimi o okrągłych łebkach bez zdobień, o średnicy co najmniej półcalowej.

Była to kobieta otyła, o – pozornie – pospolitej, nalanej twarzy z podwójnym podbródkiem, policzkach grubo pokrytych różem i obfitych wargach, powiększonych jeszcze żywą czerwienią pokrywającej je barwiczki. Fryzurę miała nieskomplikowaną. Ondulowane, niegdyś jasnokasztanowe, a teraz dość już gęsto przetykane siwizną włosy zaczesane były do tyłu i skryte pod czarną mantylką, tak udrapowaną, iż skrywała ledwie czubek głowy, a większa jej część opadała na kołnierz i plecy.

Biżuterię też miała skromną – złotą obrączkę nałożoną na kciuk prawej dłoni, kolczyki w kształcie łez z osadzonymi w nich okazałymi perłami, zwieszające się z uszu i naszyjnik – również z pereł – okalający jej bawolą nieomal szyję.

Za to suknia prezentowała się wspaniale. Czarna, dość udatnie maskująca bardziej niż obfite piersi i wielgachny brzuch królowej, ozdobiona była ogromnym białym kołnierzem z tiulu i koronki, bardziej przypominającej zwiewną mgiełkę niż tkaninę, wycinanym w zaokrąglone zęby. Takież same, tegoż kroju i barwy, miała i mankiety, sięgające wyżej niż do połowy przedramienia. Wcięcie skromniuchnego dekoltu maskowała czarna atłasowa róża.

Ta pospolitość twarzy, o której wspomnieliśmy wyżej, była jednak myląca. Oczy Marii, ciemnoorzechowej barwy, błyszczały inteligencją, a uśmiech zawierał w sobie mieszaninę uprzejmości i chytrości zarazem. Obserwator jednakowoż nie był w stanie ocenić, co w nim przeważało.

Ci, którzy pamiętali ją z czasów młodości, twierdzili, że była prześliczną, szczupłą i zgrabną dziewczyną, tyle że obecnie królowa nie zachowała nawet śladu dawnej urody.

Kto się Medyceuszce baczniej przyjrzał, musiał dojść do wniosku, iż ma do czynienia z kobietą nie tylko nad wyraz inteligentną, ale i jednocześnie niebezpieczną. Taką, której lepiej schodzić z drogi, albo – jeśli byłoby to niemożliwe – przynajmniej nisko się kłaniać. Możliwie jak najniżej.

W bliskości władczyni, na równie skromnym krześle, siedziała druga kobieta, stanowiąca całkowite – przynajmniej z wyglądu, bo co tam miała w duszy, któż mógł wiedzieć – przeciwieństwo Marii.

Była to niewiasta szczupła, żeby nie powiedzieć chuda. Tak na oko mogąca się zbliżać do pięćdziesiątki. Włosy czarne, smagła cera, ogromne, również czarne oczy bardziej upodabniały ją do Cyganki niż do Włoszki, którą była.

Ubrana była również na czarno, a jedyny jasny akcent tworzył ogromny kołnierz z białej, najdelikatniejszej koronki okalający jej szyję.

Była to wdowa po dopiero co zamordowanym Concinim. Od czasu do czasu nerwowy tik wykrzywiał jej usta. Nie umiała ukryć tego, że się boi, że się bardzo boi. Doskonale bowiem rozumiała, że skoro syn się uratował, to przyszedł czas, by zająć się żoną… czyli właśnie nią, Leonorą Dori, markizą Concini…

Ktoś ostro załomotał do drzwi i, nie czekając na zaproszenie, pchnął je z całej siły, aż rozwarły się na oścież. Stanął w nich, z dłonią na rękojeści szpady, wytwornie ubrany, ale zabezpieczony półpancerzem, faworyt Ludwika XIII, Charles d’Albert, diuk de Luynes, a za nim, w korytarzu, stało jeszcze kilku uzbrojonych żołnierzy.

– Z rozkazu króla – powiedział do Leonory, jednocześnie sztywno skłaniając głowę przed Medyceuszką. – Pani, powstań. Udasz się ze mną.

– Dokąd, panie? Dokąd? – drżącym głosem zapytała Leonora.

– Tam, gdzie twoje miejsce. Do więzienia.

Królowa nie mogła się powstrzymać:

– A cóż ona takiego zrobiła? Zabieracie ją za to, że zawsze mnie kochała, że zawsze była mi wierna?

– Najjaśniejsza Pani – diuk ponownie sztywno, mechanicznie, skłonił głowę – nie moja to sprawa, nie mnie oskarżać, nie mnie decydować.

– Och! Łajdaku! To ty, wężu, szczujesz króla przeciwko mnie, przeciwko wszystkim, którzy mnie szanują i są mi wierni! Teraz zaś się wypierasz, jakoby nie było w tej tragedii twojej sprężyny! O nikczemniku!

Drzwi za wychodzącymi zatrzasnęły się z hukiem…

* * *

Urzędnik królewski o pomarszczonej twarzy i złych, wyłupiastych, oczach barwy wyblakłego cynamonu, wpatrywał się w głębokie, czarne, niczym smolista bezksiężycowa noc, oczy Leonory Dori, którą z Blois sprowadzono na powrót do Luwru. Świdrował ją wzrokiem, jakby próbował wwiercić się w jej mózg i wyssać stamtąd wszystkie jej myśli i uczucia. Ale oczy kobiety były puste.

– Wiesz, pani, o co się ciebie oskarża?

– Nie, panie. Nie mam pojęcia.

– O crimen laesae maiestatis

– A cóż to takiego?

Lèse-majesté. A w twoim ojczystym języku lesa maestà.

– O zbrodnię obrazy majestatu? Ależ to jakaś bzdura! Wszak sama Najjaśniejsza Pani zaświadczyć może, że osoby bardziej oddanej Koronie niż ja nie było i nie ma na dworze.

– Hm… to ty, pani tak uważasz… Wszelako nie jest to zarzut jedyny…

– Więc cóż jeszcze mi się zarzuca?

Blasphème. Bluźnierstwo.

Leonora skuliła się w sobie, zrozumiawszy, że to już nie przelewki, że król naprawdę zawziął się na jej głowę.

– No i jest jeszcze jeden zarzut. Najpoważniejszy. Mniej czy bardziej łączący się z dwoma poprzednimi.

– Jakiż to? – zapytała drżącym z przerażenia szeptem ulubiona dama dworu królowej.

– Jesteś pani judaizantką, na dobitkę oddającą się przeklętej żydowskiej kabale i parającą czarami. I to wespół z żydem, który najpierw się ochrzcił, a potem popadł w apostazję, do wiary żydowskiej jawnie wracając, z Elijahem Montalto2.

– Przecie on był oficjalnym lekarzem królowej! – zakrzyknęła Leonora, po czym raptownie zamilkła…

Przesłuchujący ją, który do tej pory notował wszystko, co mówiła, teraz spojrzał na nią bacznie i z przerażeniem patrzył na nienormalne zachowanie oskarżonej.

Mięśnie jej rąk, nóg, szyi i wreszcie całego tułowia jęły się dziwnie, nierytmicznie, dość chaotycznie kurczyć, skurcze zaś owe po jakimś czasie przeistoczyły się w drgawki. Gdy te ustały całe ciało Leonory jeden potężny ścisnął spazm, wraz z którym z jej krtani wydobył się głośny, nieartykułowany, chrapliwy głos, który przeszedł w krótki krzyk, trwający dwie-trzy sekundy. Po czym kobieta przestała oddychać, równocześnie siniejąc na twarzy. Jej usta nabrały barwy leśnych jagód, a policzki stały się szarofiołkowe. Spomiędzy zaciśniętych szczęk pociekł jej strumyczek śliny i spływał po brodzie aż na piersi. Rychło jednak ów strumyczek przemienił się w nader obfity ślinotok podbarwiony krwawo, a spod sukni przesłuchiwanej, na kamienną posadzkę więziennej izby wypłynęła struga moczu, zbierając się w kałużę.

Kiedy zdawało się, iż kobieta zaczyna się uspokajać, powróciły straszliwe konwulsje mięśni i drgawki całego ciała, którym rzuciły o ziemię i trzęsły czas jakiś. Z gardła Leonory jęło się wydobywać chrapliwe rzężenie, a ona sama zapadła jakby w sen somnambuliczny, nienaturalny, dziwny, przerażający…

Przesłuchujący, co sił w nogach, wybiegł na korytarz, głośno przyzywając księży, albowiem uznał, iż w oskarżoną wstąpił demon, a to, co widział, to były objawy opętania przez złego ducha…

* * *

Dwóch duchownych pochylonych nad leżącym na posadzce wysztywnionym ciałem Leonory, markizy d’Ancre, żarliwie się modliło, odmawiając egzorcyzmy przepisane kościelnym rytuałem i obficie skrapiało kobietę wodą święconą.

Minęła jednak dobra godzina, nim wreszcie otworzyła oczy. Nie wiedziała wszakże, gdzie jest ani co się z nią działo. Owa niepamięć utwierdziła księży w przekonaniu, iż mają tu do czynienia ze zdemonizowaniem i to typu possessio, a nie tylko zwykłym nękaniem przez moce nieczyste, z którymi zapewne była w kontakcie na bieżąco. To bowiem, iż doznała napadu podczas przesłuchania, uznano za formę pomocy, jakiej udzielił jej diabeł, iżby nie mogła, czy też nie musiała, odpowiadać na niewygodne i pogrążające ją pytania…

* * *

Leonora popadła w niełaskę, a co gorsza, wstępne badanie zdawało się potwierdzać wcześniejsze przypuszczenia, dotyczące jej występków. Dlatego też, by nie mogła kontaktować się z nikim i ewentualnie mataczyć w śledztwie, 4 maja przeniesiono ją do Bastylii, a 11 tegoż miesiąca translokowano do Conciergerie.

Co prawda król jej nienawidził, lecz jednocześnie zażyczył sobie, iżby proces markizy przeprowadzony był, jak należy, absolutnie uczciwie. Dochodzenie powierzono tedy dwom rzetelnym urzędnikom sądowym o nieposzlakowanej opinii, panom Jeanowi Courtin i Guilhemowi Deslandes.

Śledztwo, badanie oskarżonej, przepytywanie świadków, ciągnęło się od trzeciej dekady maja aż do pierwszych dni lipca 1617 roku. Sam proces zaś odbył się w siedzibie paryskiego Parlamentu. Przewodniczył mu Nicolas Verdun w asyście czterech innych sędziów i czternastu ławników.

Tak więc, ostatecznie, małżonkę markiza Conciniego jednak oskarżono o czary. To, iż rzeczywiście parała się magią, potwierdziły zeznania świadków, które nie do końca musiały być rzetelne, ale mogły mijać się z prawdą, choćby z czystej zawiści i nienawiści, bo wszak była kimś, od kogo zależał los i kariera niejednej osoby, a nawet i osobistości we Francji. A jak nie od markizy, to od jej męża. Chociaż wcale nie musiało tak być. Bynajmniej.

A nie były to oskarżenia błahe, albowiem Leonorze zarzucano uprawianie obrzydliwych i okrutnych satanistycznych obrzędów, jak choćby składania krwawych ofiar ze zwierząt. I byli świadkowie o nieposzlakowanej opinii, którzy zeznali, że markiza pewnej nocy zarżnęła w kościele koguta na ofiarę diabłu.

Niejasności, brak pewności do końca… sąd chciał być rzetelny. Nie oparto się zatem wyłącznie na zeznaniach świadków, lecz zarządzono jeszcze szczegółową rewizję w mieszkaniu markizy. I odkryto liczne diaboliczne amulety, księgi, w tym i żydowskie, i wonczas było już pewne i wiadome, iż zeznania świadków były jak najprawdziwsze. Owa rewizja przypieczętowała zły los, jaki miał unicestwić Leonorę…

Sąd nie mógł tedy postąpić inaczej i dlatego 7 lipca wydał wyrok śmierci. Może gdyby była młodsza, gdyby nie cierpiała na dziwną przypadłość, objawiającą się drgawkami, krwawą pianą toczącą się z ust i snem somnambulicznym, może gdyby nie była aż tak blisko z królową, to nawet małżeństwo ze znienawidzonym przez wszystkich Concinim, nie przesądziłoby o wymierzeniu jej kary ostatecznej. Niestety… było inaczej… I te diabelskie amulety i te żydowskie księgi

Dlatego orzeczono, że ponad wszelką wątpliwość wyrzekła się wiary, parała czarami i oddawała cześć diabłu, a za to szło się na stos… Lecz mając na względzie jej pozycję, Leonora nie została skazana na spalenie żywcem, jak każda inna, pospolita czarownica. 8 lipca ścięto ją na Placu de Greve, a dopiero później martwe ciało przywiązano do słupa, wokół którego ułożono stos drew i chrustu i podłożono ogień…

Nim ją ścięto, jeden z sędziów zadał jej pytanie, jak to było możliwe, że udało się jej zdobyć tak ogromny wpływ na królową-regentkę. Czy dokonała tego przy pomocy magii? A jeśli tak, to jakiej?

Jej odpowiedź była zwięzła:

– Cóż, mogłam przy użyciu swojej inteligencji skutecznie oddziaływać tylko na ludzi o słabych umysłach… Niemniej zgrzeszyłam. Sromotnie zgrzeszyłam. Przyznaję, dopuściłam się ohydnych przestępstw, lecz spójrzcie, dobrzy ludzie, paryżanie – tu zakreśliła dłonią krąg, wskazując na pień i topór katowski i przygotowany w pobliżu stos drew i chrustu, czekający na jej trupa – jak straszną zgotowano mi pokutę…

Zamilkła na chwilę, a potem łamiącym się głosem dodała jeszcze te kilka słów:

– Zgrzeszyłam, żałuję i kajam się, błagając Zbawiciela, aby po mojej śmierci okazał mi miłosierdzie… To, co ze mną zamierza się tutaj uczynić, jest po stokroć słuszne, albowiem ani ludzka, ani Boska sprawiedliwość nie może dozwolić na to, by występki, a szczególnie takie jak moje, pozostały nieukarane… Zatem kacie… czyń swoją powinność…

Towarzyszący jej ksiądz rozpoczął recytację Psalmu 130 De profundis clamavi ad te, Domine… Z głębokości wołam do Ciebie, Panie...

Ale w tym samym momencie gdzieś pośród tłumu, który był zamilkł, jakiś męski głos zagłuszył go błazeńską piosenką, którą chciał na koniec obrazić i dotknąć tę, która za chwil parę miała stanąć przed Sędzią Sprawiedliwym:

A jak umrę, a jak umrę,

Nic nie wezmę, tylko trumnę.

Tylko trumnę wezmę sobie.

I będę w niej leżeć w grobie.

Na cmentarzu będę w trumnie,

Wyprężona leżeć dumnie.

Idiotyzm słów, a zarazem ich niestosowność względem całej tej sytuacji, była taka, że na markizę po spopieleniu nie czekała żadna trumna, ponieważ jej prochy miał roznieść wiatr…

* * *

Pan Jerzy Białecki, obejrzawszy krwawy spektakl na Placu de Greve, boleśnie przeżywszy owo widowisko, pokręcił głową i, zwróciwszy się do studenta, rzekł:

– Odechciało mi się już oglądania tego twojego Paryża. Wracamy na kwaterę, a skoro jutrzejszy dzień zaświta, ruszamy w podróż i wracamy do Polski. A ty, chłopcze, jeśli chcesz, możesz jechać ze mną. Wyedukowany jesteś na tyle, iż mógłbym cię zatrudnić jako preceptora mojego syna. Biedy mieć nie będziesz. Dach nad głową, przyodziewek, utrzymanie i jeszcze tyle grosza, że będziesz miał z czego zaoszczędzić, a jeśli kiedyś pomyślisz, by powrócić w swoje rodzinne strony, to nie jako nędzarz, jakim teraz jesteś, ale człek dość zamożny. U nas jest normalnie. Czarami to się najwyżej babki jakieś po wsiach, po lasach i uroczyskach zajmują, zamawiaczki-szeptuchy, ale nikt poważny, a tutaj? Tu się co drugi diuk czy hrabia do diabła modli, król jest jakoby ich papieżem, a królowa – papieżycą.

– Panie, wszak i na waszym dworze bywało, a może i bywa podobnie!

– To znaczy?

– A doktor Tvardovius u nieboszczyka króla Zygmunta Augusta? A panowie Olbracht Łaski, John Dee i Edward Kelley, których na dworze swym nieboszczyk król Stefan mile gościł?

– Wyjątki. W Polsce wyjątki. Tutaj zaś, niestety, reguła…

Student przeciw temu, co usłyszał, nie miał już żadnego argumentu, więc zamilkł.

* * *

Noc była jakaś dziwna, gorąca i duszna, przesycona zapachem parującej ziemi, nieczystości wylewanych wprost z okien na ulicę, końskich odchodów, potu i moczu.

Tu i tam poszczekiwał pies. Okna kamienic były ciemne, czasem tylko było słychać szybkie kroki jakiegoś zapóźnionego przechodnia.

Chociaż Jur spał w samej cieniuchnej płóciennej koszuli, na dodatek rozpiętej na piersiach i famurałach, zwanych też pludrami, i tak dusił się od gorąca i przewracał z boku na bok, nie mogąc usnąć.

Wreszcie nad ranem, gdy niebo poczęło zmieniać barwę z ciemnogranatowej na szarą, zapadł w sen gorączkowy, pełen jakichś krwawych majaków. Rzucał się na łożu i pojękiwał. Niby spał, a jednocześnie miał świadomość tego, że śpi. Próbował się tedy ocknąć, oprzytomnieć, lecz bezskutecznie. W półsennym majaku owładnęło nim na dodatek paraliżujące poczucie zagrożenia. Lęk przydusił mu piersi. Straszliwy lęk.

Nie wiedział, czy dźwięk, który dobiegł jego uszu, to majak, czy jawa. Zaskrzypiały drzwi. A potem kroki… stawiane ostrożnie… powolutku… od czasu do czasu delikatne trzeszczenie podłogi. Ktoś zbliżył się do łoża… zatrzymał… pochylił i nasłuchiwał.

Panu Jerzemu Białeckiemu wreszcie udało otworzyć się oczy. Tyle że zrobił to – niestety – za późno. Jean-Baptiste Lefevre lewym przedramieniem z całych sił przydusił go, wgniatając mu krtań w szyję, a prawą jął na oślep zadawać ciosy sztyletem w korpus leżącego. Dźgał i dźgał bez opamiętania, aż pan Jerzy zwiotczał, zacharczał ostatni raz i zamilkł.

Teraz student rzucił się w stronę podróżnego kufra należącego do szlachcica. Kufer nie był zamknięty, więc jednym szarpnięciem podniósł wieko. Macał po wierzchu, po omacku, szukając czegoś. Z piersi mu się wyrwało westchnienie ulgi. Znalazł to, czego szukał… znalazł pieniądze…

– Ej, a czego tu buszujesz po nocy?

Uszu studenta dobiegł głos sługi zadźganego szlachcica. Nie spanikował. Szedł powoli w jego stronę, a gdy zbliżył się na wyciągnięcie ramienia, gwałtownie pochylił się do przodu i, wbijając mu sztylet prosto w serce, charczącym szeptem powiedział:

– Ciebie…

Sługa osunął się na podłogę i gwałtownie rzucając nogami, darł palcami jej surowe deski. Po dłuższej chwili i on znieruchomiał.

Student starannie wytarł sztylet w ubranie trupa i nie spiesząc się, ruszył w kierunku wyjścia…

* * *

– Asfiksja przez zagardlenie, chyba, bo ślad na szyi niewyraźny, a kość gnykowa nienaruszona – powiedział jeden z lekarzy oglądających zwłoki pana Jerzego Białeckiego. – No, a później nóż… Ale że aż tyle ciosów? I to gdzie popadnie? Najwięcej w przedramiona. Albo się strasznie bał, dopuszczając się zbrodni, albo jakiś wariat…

– Ten drugi zaś tylko nóż. Celnie, prosto w serce… I tylko raz…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Jaszczur – miękka, ale solidna i trwała skóra cielęca lub owcza.

2Eliasz Montalto (1567-1616).

Siedemnastoletni król, Ludwik XIII, za poduszczeniem swojego kochanka Charlesa d’Alberta, diuka de Luynes, w końcu się zbuntował. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (31)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (31)

Sprzątanie w Luwrze

Rok ów, 1617, to był dla Francji ważny rok. Siedemnastoletni król, Ludwik XIII1, za poduszczeniem swojego kochanka Charlesa d’Alberta2, diuka de Luynes, w końcu się zbuntował przeciwko rządom matki, Marii Medycejskiej i jej złego ducha, a być może również faworyta, choć tam różni różnie na ten temat gadali, Concino Conciniego3, markiza d’Ancre, zachłannego i nienasyconego niczym smok z pradawnych opowieści, któremu ciągle było mało złota i władzy, iżby się do końca wreszcie zasycił i zaspokoił.

Chytry Italczyk, który, nie wiadomo – z miłości, dla pozoru, czy też w zmowie z obiema – poślubił ulubienicę królowej-regentki Leonorę Dori Galigai, markizę Concini d’Ancre, dzięki czemu zyskał już absolutny, nieograniczony wpływ na Medyceuszkę, a przez nią na stan państwa, przez co poczuł się nieomal bogiem!

W efekcie to on rządził Francją, to on Francję okradał, to on był panem życia i śmierci każdego, kto mu się choćby próbował przeciwstawić, a że miał swoją prywatną, kilkutysięczną armię to i król nie czuł się bezpieczny, póki Concini z wszystkich dostojników królestwa najjaśniej błyszczał na świeczniku.

Świat jednak jest okrutny i nic nie trwa na nim wiecznie. Nadszedł więc i taki dzień, kiedy w końcu szczęście opuściło Italczyka.

Ludwik XIII wydał rozkaz jego aresztowania, a na pytanie, co czynić, gdyby wszechwładny gach królowej stawiał opór, dał przyzwolenie, aby go zabić.

A może taka jest tylko oficjalna wersja? Może w rzeczywistości król po prostu wydał rozkaz, by pozbyć się Włocha ostatecznie, nie ograniczając się do uwięzienia go, czyli tak naprawdę półśrodków? Zdarza się przecie, iż z wież i lochów czasem się wychodzi, a to i Conciniemu mogło się zdarzyć. Tak czy inaczej, w dniu 24 kwietnia 1617 roku, po upublicznieniu wszystkich jego łajdactw, zaufani Ludwika XIII, panowie du Hallier i Perray, pod wodzą markiza Nicolasa de L’Hôpital de Vitry4, po nieudanej – rzekomo – próbie aresztowania Conciniego na moście w pobliżu Luwru, zakończyli jego żywot strzałem prosto w pierś.

Król odetchnął z ulgą, królowa zaś, nie zwlekając, udała się na wygnanie do Blois. Wolała zejść synowi i jego kochankowi z oczu. Tak było i polityczniej i bezpieczniej.

Tymczasem trupa czym prędzej pogrzebano w St-Germain-l’Auxer-rois, ale szalejący z radości, w równych proporcjach wymieszanej z nienawiścią i żądzą zemsty, lud, wonczas nazywany pospólstwem, albo i dosadniej – motłochem, nie czuł się usatysfakcjonowany i już nazajutrz otyłe ciało królewskiej ofiary wykopano, powleczono ulicami Paryża i ostatecznie obwieszono na Pont Neuf. Lecz i to nie zasyciło rozsierdzenia gawiedzi względem owego łotra. Ściągnięto go tedy z postronka i dosłownie rozerwano na strzępy. Kęs, po kęsie, jeśli można takiego dość obrzydliwego określenia użyć. A w tej profanacji chciało brać udział jak najwięcej osób, tyle że – niestety – ścierwa Italczyka, mimo iż było obfite w kształtach i dosyć tłuste, nie starczyło dla wszystkich. Wielu musiało się obejść smakiem i odeszło zawiedzionych, klnąc pod nosem i ze złością spluwając.

W dalszej kolejności próbowano odłowić również dwunastoletniego syna ofiary, Henryka, ale jemu akurat udało się zbiec. Znaleźli się bowiem tacy, którzy chłopakowi pomogli. Czy z dobroci serca, czy z wyrachowania, nie jest to istotne. Ważne, iż chłopczyna uniknął wówczas losu ojca i dane mu było pożyć jeszcze kilka lat, bo królewscy siepacze zaszlachtowali go dopiero w 1631 roku we Florencji. Ale, jak widać, sędziwego wieku nie dożył.

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Ludwik XIII, zw. Sprawiedliwym (1601-1643) – król Francji i Nawarry od 1610, syn Henryka IV z dynastii Burbonów.

2Charles d’Albert (1578-1621).

3Concino Concini (1575-1617) – włoski arystokrata i polityk, faworyt królowej Francji Marii Medycejskiej.

4Postaci historyczne.

Rozterki. Sprzedaż – za 666 pistoli. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (30)

Sprzedaż – za 666 pistoli.

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (30)

Rozterki

Pan Białecki siedział zamyślony, zastanawiając się, co dalej, co mu teraz czynić wypada. Najprościej by było wywalić z domu resztę rupieci, co się da spalić, to spalić, czego się nie da spalić, to zakopać gdzieś w kącie ogrodu jak najodleglejszym od ulicy, księgę i pulpit, na którym spoczywała, też spalić, nie bacząc na ich dużą wartość materialną, stół-ołtarz porozbijać i pozbyć się gruzu z niego, laboratorium zlikwidować, piec, naczynia, ingrediencje magiczne zapakować na wóz i cichaczem wywieźć i utopić w Sekwanie. Potem zaś dom sprzedać, pieniądze rozdać biedakom i wrócić do żony i dzieci. Tak by było po bożemu.

– Ciekawe, kto tu przychodzi, wszystko dokoła zapuszczone, a izba alchemiczna w jak najlepszym porządku. I ten ołtarz i ona dziwna księga… – odezwał się Jean-Baptiste.

– Istotnie ciekawe – zgodził się pan Jerzy.

– A może by się zaczaić i przypilnować, a gdy się pojawi, ująć intruza i wypytać o wszystko?

– Powiem ci chłopcze, że wołałbym się tego domu jak najrychlej pozbyć i czym prędzej stąd wyjechać.

– To szkoda…

– Czego niby?

– Ano tego, iż nie ma w wielmożnym panu żadnej ciekawości.

– Mylisz się, bratku. Czego jak czego, ale ciekawości mi nie brakuje. Myślisz, że mnie księgi i wiedza nie interesują? Interesują, a owszem. Ale ujrzawszy to wszystko i zestawiwszy z tym, co się przytrafiło mojemu darczyńcy, po którym ów nieszczęsny dom dziedziczę, strach mnie jakiś ogarnął, dusza mi się lodem ścięła, a serce zmartwiało.

– Dziwy jakieś opowiadacie, panie. Dokończcie, proszę, bo mnie wielka ciekawość wzięła.

– Niechże będzie… – i pan Białecki opowiedział studentowi o dziwnej personie, która zabrała gdzieś starego Illuminatusa…

* * *

Laudetur! – dało się słyszeć jakiś męski głos, dolatujący od bramy.

Białecki i student odwrócili się, spojrzeli w tamtą stronę. Trzymając się oburącz za pordzewiałe pręty kutej bramy, stał przy niej jakiś duchowny w podniszczonej rewerendzie, co nawet z daleka było widać.

In saecula! – odpowiedział pan Jerzy. – Czego sobie wielebny życzy? – zapytał przybyłego po łacinie.

– Mijam ten dom od lat i nigdy tu żywej duszy nie widziałem. A teraz? Porządki, krzątanina. Wybacz, panie, żem może nazbyt ciekawy, bo to przecie nie moja sprawa, ale czy masz zamiar tu zamieszkać? – odpowiedział po francusku.

– A uchowaj Boże! – nieomal zakrzyknął Białecki.

– Po cóż zatem go pan sprzątasz?

– Bo jak najrychlej chciałbym się tego domu pozbyć i wracać do żony, do dzieci.

– Wszak możesz go sprzedać i nieposprzątany.

– Nie, nie mogę. Testator postawił warunek, że nim się go pozbędę mam go opróżnić. Co niniejszym – jak widzisz – czynię.

– A wiele ci tego sprzątania zostało?

– Prawdę powiedziawszy to, już prace dobiegają końca.

– Jeśli mnie wesprzesz drobną jałmużną, to chętnie pomogę.

Zdziwił się pan Białecki, słysząc takie słowa, ale po zastanowieniu się, przystał na ową propozycję. Pomyślał sobie bowiem, że jeśli w tym domu jakieś zło siedzi, to może go sama obecność osoby duchownej z niego przepędzi. Z drugiej strony nie spotkał jeszcze duchownego, który by się do jakiejkolwiek fizycznej roboty rwał, bo… jak to oni mawiali? Mieli poświęcone, olejami świętymi pomazane ręce, to im się tak pracować nie godzi, co najwyżej głową. Naszła go wtedy druga myśl, czy biskupom godzi się wykonywać już nie fizyczną, ale chociaż umysłową pracę, ci bowiem mieli olejami pomazane nie tylko ręce, ale i głowy. Żachnął się ze złością sam na siebie, bo co go to w końcu obchodziło.

– Niechże będzie, wchodźcie ojcze. Ale jakże wy będziecie zajmować się nieszlachetną pracą, wszak macie dłonie poświęcone, olejami świętymi pomazane. Nie godzi się wam – Jur nie mógł się jednak powstrzymać od drobnej złośliwości.

– Macie rację, niemniej ciekawość mnie zżera, co też jest w tym domu.

– A teraz to już prawie nic. Trzeba było zajść tu wczoraj.

– Tak czy inaczej pozwolicie zerknąć?

– To już nie chcecie pomagać?

– Cóż, samiście, panie kawalerze, powiedzieli, iż ręce mam poświęcone i nie godzi mi się kalać ich nieszlachetną pracą.

Pan Jerzy, słysząc to, parsknął śmiechem:

– Sam się, niebacznie, w pułapkę wpędziłem. Widzę ojcze, że niezły z was spryciarz i bazyliszek. Wchodźcie.

Księżulek jakby tylko na to czekał, czym prędzej otworzył jedno ze skrzydeł bramy i wślizgnął się na podworzec.

– Idź i czym prędzej zamknij wchód do tajnego loszku – Białecki szepnął na ucho Lefevre’owi.

– A co z marmurowym stołem?

– At! A nic. Pusty, czysty, nic niemówiący. To akurat może zobaczyć.

Student skinął głową i czym prędzej się oddalił. Duchowny zaś śledził jego kroki spod lekko przymrużonych powiek.

– Cóż tak, ojcze, wpatrujecie się w owego młodzieńca.

– Bo widzę, że się gdzieś bardzo śpieszy. Ciekawe, dokąd.

– A to wam akurat mogę w wielkim sekrecie zdradzić.

Ksiądz z nieskrywaną ciekawością schylił głowę i nadstawił ucha:

– Za potrzebą, wielebny, za potrzebą, co by w portki nie narżnąć – powiedział głośnym szeptem Białecki.

Ksiądz, widząc, że z niego zadrwiono, żachnął się i ze złości aż zamachał rękami.

– Teraz jesteśmy kwita, leniu – roześmiał się pan Jerzy. – Chcesz, wielebny, oglądać dom, to proszę.

Ruszyli w stronę wejścia wąską ścieżką wydeptaną śród chwastów.

Ksiądz buszował po budynku, lustrując wszystko dokładnie, aż się to wydało Białeckiemu podejrzane. Wyglądało bowiem na to, że nie jest to tutaj jego pierwsza wizyta. Chociaż… kto wie? Aura owego miejsca, ta jego tajemniczość, mogły sprawić, iż pan Jerzy już na wszystko zerkał podejrzliwie.

– A do piwnic też zajrzeć mogę? – zapytał księżulo.

– Jak tam wola – Białecki wzruszył ramionami i podążył w ślad za duchownym. Ciekaw był bowiem, jak zareaguje na ów przepiękny stół marmurowy.

Kiedy weszli do piwnicznej izby, w której się znajdował, ksiądz na widok stołu najwyraźniej był zaskoczony. Chyba że był znakomitym aktorem, ale nie było podstaw, żeby tak sądzić.

– Jakiż wspaniały mebel. Widać rękę mistrza…

– Właśnie jest to już ostatnia rzecz z tego domu, której chcę się pozbyć.

– I na nic innego, równie… dziw… pięknego jak ów stół ukryty w podziemiu nie natrafiliście, panie?

– A na co niby miałbym natrafić.

– Tak tylko pytam.

– Nie, na nic więcej. A co? Ów stół się wam tak podoba?

– I owszem, znakomicie by się prezentował na jakimś eksponowanym miejscu, na plebanii, w kościele, klasztorze…

Białecki, zanim się spostrzegł, że palnął głupstwo, rzekł:

– Skoro się wam tak podoba, to go wam daję.

– Naprawdę?

– Skorom tak powiedział…

– A ile byście, panie kawalerze, winszowali sobie za dom i posesję, na której on stoi?

Szlachcic zerknął na pocerowaną sutannę i z uśmiechem zapytał:

– To stać cię, ojcze, na taki zakup?

– Mnie niekoniecznie, ale mamy pewnego dobrodzieja. Przy pieniądzach, któryby wyłożył stosowną kwotę.

– A cóż takiego byście tu chcieli urządzić?

– Klasztor. Dom zakonny. Może z czasem by wybudowało się na podworcu kaplicę?…

– Zatem zbożny cel.

– O! Tak! Panie.

– Ojczulku rozmawiamy już zacny kęs czasu, a ja wciąż nie wiem, jak się nazywacie.

– Wybaczcie panie, jam człek roztargniony… jestem abbé1 Pierre David, kapelan Panien Urszulanek w Louviers.

– To po cóż wam, mój ojcze, dom w Paryżu? – wtrącił się do rozmowy Jean-Baptiste. – Wszak Louviers leży w Normandii.

– Najwyraźniej nie uważałeś na to, com wcześniej mówił. Chciałbym tu urządzić jakiś niewielki klasztor.

– Ach, tak, istotnie, tak żeście, abbé mówili.

– Panie – ksiądz zwrócił się do Białeckiego – tak się szczęśliwie składa, że rychło ma przybyć do Paryża mój dobrodziej, tak że nie byłoby potrzeby czekać nie wiadomo, jak długo na sfinalizowanie transakcji.

– A któż to taki?

– Zacna persona i bajecznie bogata! Czasem sobie myślę, że może bogatsza niż mityczny Krezus, czy też sam król Midas, który w złoto przemieniał wszystko, czego się tknął. To grand hiszpański, książę don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio.

– Dziwaczne nazwisko – stwierdził pan Białecki.

– Istotnie, dziwaczne, nawet jak na Hiszpana – potwierdził student.

– Ale jego pieniądze dziwaczne nie są, panowie – skwitował te uwagi abbé Pierre David. Ślicznie brzęczą, jak się sakiewką potrząśnie.

* * *

Don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio cały ubrany na czarno, według najnowszej kastylijskiej mody, z jednym tylko barwnym akcentem bogatego stroju, karmazynowym piórem egzotycznego, świętego dla pogan ptaka kwezala u kapelusza, wskazującym na to, iż niedawno musiał odwiedzić Nową Hiszpanię, Nowy Świat odkryty za oceanem, wpatrywał się zimnym wzrokiem w twarz pana Białeckiego.

– Ile? – pytał. – Proszę powiedzieć ile. Dla mnie suma nie gra roli.

– Co byście, miłościwy panie, powiedzieli na 1666 pistoli.

– Ile? – Atanas nie potrafił ukryć zdumienia. – I czemu właśnie taka kwota?

– Przeliczcie panie, to około 20 funtów wagi czystego złota.

– Za tę ruderę? Na przedmieściu?

– Za niewielki pieniądz można dom wyremontować, a przemieście? Toż to zaleta, cisza, spokój, powietrze czyste – pan Białecki wwiercał się oczami w martwą, przypominającą maskę, twarz Atanasa. Pomyślał sobie: „No bratku, zobaczymy, jak bardzo ci na tej posesji zależy”.

Atanas wstał.

– Panie kawalerze, taka kwota nie stanowi dla mnie najmniejszego nawet problemu, w każdej chwili mógłbym ją wyłożyć, ale obawiam się o pańską głowę, o stan pańskiego umysłu…

– A jaką kwotę byś, wasza miłość, raczył mi zaoferować?

– Bez tej jedynki na początku.

– Słowem 666 pistoli?

– Tak jest, 666 pistoli.

– A czemu właśnie tyle?

– A czemu by nie tyle?

Pan Białecki wspomniał na Apokalipsę św. Jana, który te liczbę, 666, wymienia jako w eschatologicznym kontekście… w kontekście Złego… Najwyraźniej to nie jest przypadek… Wzięła go ciekawość, co też z całej owej sytuacji może wyniknąć, a ponieważ kwota ofiarowana i tak wielokroć przekraczała wartość tej rudery, kiwnął głową na zgodę i powiedział:

– Niechże będzie.

Diuk Atanas jakby czekał na te słowa. Przywołał księdza i coś mu poszeptał do ucha. Ten skinął głową i wyszedł. Po dobrej chwili wrócił, dźwigając okutą żelazem dębową szkatułę.

Atanas gestem polecił ją otworzyć, ksiądz pokręcił kluczykiem w dobrze naoliwionym zamku, a gdy odskoczyło wieko, pokazał się zacny stosik złotych monet. A wszystkie były nowe, ułożone w rulonach, z których każdy był zawinięty w gruby, mocny papier.

– Proszę przeliczyć – diuk zwrócił się do pana Jerzego.

– Ufam wam, miłościwy książę.

– Ech! Wy Polacy… ja sam sobie nie ufam…

– A skądże wiecie, panie, iżem Polak?

Ale diuk mu na to pytanie nie odpowiedział, za to rzekł:

– Skoro tak, to zabieraj, panie kawalerze, szkatułę i… żegnam ciebie, twego sługę i gościa.

– Jakże to? Już, natychmiast?

– Oto kwota, o którą żeśmy się umówili. Cóż cię więc jeszcze tu trzyma?

– Nie dokończyliśmy sprzątania.

– A to już chyba nie twój problem?

– No… niby nie mój… ale jednak… nie do końca…

– A czemuż to?

– Był warunek testatora, że jeśli nie uprzątnę wszystkiego, zanim dom sprzedam, to testament będzie należało uznać za niebyły… a przecie w piwnicy stół został…

– A na ile ten stół cenisz? – spytał Atanas. – Mogę go oddzielnie kupić.

– No nie wiem… a jeśli jeszcze jest coś, co przegapiłem? Nie tylko ten stół?

– Ale przecie ten stół już wcześniej mnieś, panie, ofiarował i to za darmo! – obruszył się ksiądz.

Książę Atanas odwrócił się do duchownego.

– A cóż to szkodzi, że zań zapłacę i ja ci go dam w prezencie?

– Hm… mnie wszystko jedno, kto mnie nim obdaruje.

Teraz zaprotestował znów pan Białecki:

– Skorom dał, tom dał.

– Dajże wasze spokój – Atanas skrzywił się pogardliwie. – Tyle wystarczy? Za ów stół i jakbyś coś tam jeszcze przegapił? – odpiął pękatą, dobrze wypchaną srebrem i miedzią sakiewkę mieszczącą w sobie równowartość trzynastu złotych luidorów, którą miał przytroczoną do pasa i podał ją panu Białeckiemu. Potem zaś, nie odzywając się ni słowem, w milczeniu, bo i Jerzemu język z wrażenia stanął kołkiem w gębie, delikatnie popychał go ramieniem w kierunku drzwi.

* * *

– No to się panu udało, panie kawalerze. Niesamowite! Tylko gdzie ja, nieborak, się teraz podzieję? – użalił się nad sobą student.

– A tego, to już nie wiem – odparł zagadnięty, po czym sięgnął do sakiewki i podał młodzieńcowi garść srebrnych monet. – Obłowiłem się niespodzianie, tyś mi rzetelnie pomagał, to miej coś z tego.

Młodzieniec skwapliwie przyjął pieniądze, uchwycił dłoń Białeckiego i ze czcią ją ucałował.

– Skoro z wszystkim żeśmy się tak chwacko uwinęli, to może – nim odjadę na powrót w rodzinne strony – to chociaż ów osławiony Paryż zobaczę? Może zechcesz Jean-Baptiste służyć mi za przewodnika?

– Z największą przyjemnością.

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Tytuł niższych rangą duchownych francuskich, w tym np. kapelanów zakonnych.

Czy można zniszczyć coś, co już zostało zniszczone? Zabić coś, co od dawna nie żyje? WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (29)

Czy można zniszczyć coś, co już zostało zniszczone? Zabić coś, co od dawna nie żyje?

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (29)

Dom przy rue de la Tannerie

Była już głucha noc, nim dotarli na miejsce, ale wielki niczym koło młyńskie, świecący zimnym światłem księżyc pozwalał się im poruszać bez obawy, że poskręcają gdzieś nogi na nierównościach i wertepach.

Gdy zbliżyli się do misternie kutej, żelaznej bramy, spostrzegli, iż jest uchylona. Pan Jerzy nawet się nie zdziwił, przecie dom przez wiele lat stał opustoszały, a zatem kusił rozmaitych łyków i bezdomnych włóczykijów, a szczególnie zimą, co by tu osłony przed wiatrem, mrozem i śnieżycą szukali.

Podworzec był gęsto zarośnięty chwastem i krzakami, ale między nimi wiła się kręta ścieżyna prowadząca wprost ku drzwiom wchodowym. Podążyli nią tedy.

Otwór wejściowy ział czarną pustką niczym paszcza jakiegoś monstrualnego i budzącego grozę potwora. Opatrzyli tedy ślepe latarki, pozapalali w nich świece i ostrożnie weszli do wnętrza. Pierwszym, który przestąpił próg, był – jakże by inaczej – pan Jerzy, wszak w jego żyłach płynęła polska, szlachetna, rycerska krew.

Uniósł swoją latarnię najwyżej jak mógł, ale poza szczurem, który z piskiem uciekł mu spod nóg, nie zauważył niczego. Obszerną sień przepełniała cisza niczym na jakimś uroczysku, na które najodważniejszy nawet zwierz się nie zapuszcza, tylko stare wapno płatami osypywało się z kruszejącego, zrzesiałego, przerośniętego grzybem i przesyconego mocnym zapachem stęchlizny, tynku. Ruszyli w głąb domu. Przemierzali komnatę za komnatą, izbę za izbą, ale wszystkie były puste, wszystkie stęchłe i wszystkie nasiąknięte wilgocią. Po kątach niegdyś solidne, drewniane podłogi, teraz uginały się pod stopami mężczyzn, grożąc tym, iż się pozarywają pod ciężarem ludzi.

Zwiedziwszy parter, wspięli się na piętro. Ale tam było tak samo, jak na parterze. Na strychu wypatrzyli trochę rupieci, jakieś potrzaskane meble, rozbite puste ramy obrazów i mnóstwo pajęczyn.

– Zerknijmy może jeszcze do piwnic – zaproponował żak.

– A czego tam będziemy szukać po nocy? – sługa pana Białeckiego pogardliwie wzruszył ramionami. – Nie lepiej to już odpocząć?

– Skoro zadaliśmy sobie tyle trudu, to dokończmy, cośmy zaczęli. A potem będziemy mogli spać do woli. Nawet i do południa. A ty, jeśli nie chcesz schodzić do piwnic, to idź, zamknij dokładnie bramę, wyprząż konie, przynieś tu z bryki derki i okrycia, tak, byśmy, gdy już dokończymy oględzin, mogli zlegnąć i wypocząć. Posłania też oczywiście przygotuj.

– Każdemu w osobnej izbie? – zapytał sługa.

– Może lepiej nie. Zanocujmy wszyscy trzej w jednym pomieszczeniu. Diabli wiedzą, kto się tu plątał przez te wszystkie lata i czy nie zechce przyjść także i tej nocy. We trzech bezpieczniej.

– Wola jaśnie pana – sługa się skłonił i wyszedł na zewnątrz.

Pan Białecki i żak zaczęli ostrożnie schodzić po oślizgłych, kamiennych stopniach, prowadzących do rozległych podziemi, stanowiących jeszcze jedną, tyle że niewidoczną z zewnątrz, kondygnację budynku.

Młodzieniec w swoich byle jakich podartych chodakach szedł cicho, ale kroki pana Jerzego obutego w podkute buty budziły upiorne echa, które niosły się gdzieś w mroczną pustkę lochów.

Wchodzili do poszczególnych, sklepionych beczkowato sal, umurowanych z szarawobiałego, ale pokrytego już kurzem i wrosłym w chropowatości brudem, kamienia, lecz każde z nich było puste. Dopiero w ostatnim spostrzegli znacznych rozmiarów masywny stół, wykonany z dwóch rodzajów szlachetnego marmuru: portoro genuine – czarnego w złociste i białawe nieregularne linie i wzory oraz rojo alicante różowego, tu i ówdzie poznaczonego ciemnoczerwonymi nieregularnymi plamami i białym unerwieniem. Było to cacko, prawdziwe arcydzieło sztuki. Na jego środku stał rzezany w fantazyjne wzory czarny, drewniany, zapewne hebanowy, pulpit inkrustowany srebrem i macicą perłową. Na pulpicie wreszcie spoczywała księga.

Żak, nie bacząc na protesty pana Białeckiego, z rozszerzonymi i ciekawością i pożądaniem oczami, podbiegł do owej księgi. Była otwarta na pierwszej stronie, na której wykaligrafowany karolińską minuskułą był ten oto łaciński tekst, który, prawie sylabizując, bo chłopak nie był wprawny w czytaniu tak starodawnych liter, odszyfrowywał, od razu tłumacząc na francuski:

„Czy można zniszczyć coś, co już zostało zniszczone? Zabić coś, co od dawna nie żyje? Czy można zniszczyć coś, czego nie powinno się niszczyć? Zabić coś, czego nie powinno się zabijać?”

Gdy skończył czytać, Lefevre i Białecki popatrzyli na siebie zdumieni.

– Cóż to takiego? I o co w tym chodzi? – pan Jerzy bezradnie spojrzał na studenta.

– A bo ja wiem? Nie umiem się w tym doszukać żadnego sensu. Tekst bardzo stary, sądząc po wyglądzie pergaminu i rodzaju pisma, ale oprawa wtórna, ma najwyżej kilkanaście, no! kilkadziesiąt lat.

– A zerknijże, Jean-Baptiste, co jest na dalszych kartach.

Lecz na dalszych kartach niczego nie było. Tak jakby właściciel dziwnej księgi oczekiwał, iż kiedyś zjawi się tu ktoś, kto je zapełni…

– Wracajmy na górę – szepnął Lefevre.

– Masz rację – trzeba wypocząć przed jutrzejszym dniem. Niebo już szarzeje…

* * *

Jaskrawe promienie słońca i donośny śpiew ptaków w chaszczach za oknem, w zdziczałej ze szczętem namiastce parku, obudził pana Jerzego dużo, dużo wcześniej, niż zamierzał wstać. Ptaki jednakowoż tak hałasowały, że nie był w stanie ponownie zasnąć.

Zwlókł się zatem z posłania, rozejrzał za jakąś czystą, świeżą wodą i, wypatrzywszy w ogrodzie źródło, ujęte w cembrowinę, poszedł się umyć.

Wkrótce dołączyli do niego pozostali dwaj mężczyźni. Kiedy się odświeżyli, pomyśleli o jakimś śniadaniu. W podróżnych sakwach mieli chleb, ser i wino, jakie przezornie zabrali ze sobą z oberży, w której ostatnio obiadowali.

Napełniwszy brzuchy i pociągnąwszy solidnie z flaszy, zaraz im się w głowach rozjaśniło, nabrali werwy i chęci do życia. Nawet i ptasi śpiew przestał ich irytować.

– Zatem? – zapytał pan Jerzy.

– Zatem bierzmy się do pracy! – odpowiedział mu ochoczo Jean-Baptiste, bo aż skręcało go z ciekawości, co też ów opuszczony dom może jeszcze skrywać.

Zaczęli od strychu. Jeśli się spodziewali, że może znajdą tam coś cennego, to – niestety – srodze się zawiedli. Powyrzucali więc owe resztki mebli i pozostałe rupiecie przez okno na poddaszu na podworzec, gdzie złożyli to wszystko na kupę i podpalili.

Raz jeszcze, w świetle dnia, obeszli wszystkie pomieszczenia, ale były puste. Jedynie to jedno w piwnicy, wyposażone było w stół, pulpit i księgę.

Tę ostatnią zabrali na górę i przewertowali dokładnie i to nie raz i nie dwa. Szukali, czy też na pustych kartach nie zapisano czegoś atramentem sympatycznym, ale niestety – były czyste i dziewicze.

– Chłopcze, co sądzisz o tym? – tu wskazał na księgę.

– A cóż mogę sądzić? Jakaś zagadka. Lecz jak ją rozwikłać? Bóg jeden raczy wiedzieć.

– A o kimże może być mowa w owym dziwacznym, bo inaczej nie umiem go nazwać, tekście?

– Hm… O człowieku i…

– Właśnie. Tak też i ja sądzę o człowieku, ale nie o jakimś konkretnym, lecz człowieku w ogóle. A może jednak nie? Może nie o człowieku, lecz o innej istocie?…

– Może i tak – zgodził się z tym Lefevre.

– A owa inna istota to?…

– Właśnie… gdybyśmy owo wiedzieli, zagadka przestałaby być zagadką…

– Sądzisz młodzieńcze, że może tu chodzić o Boga?

– Nie, na pewno nie. Wszak tekst mówi, iż owa istota odczuwa lęk. Więc… albo jest to coś bardzo prozaicznego, list do nieczułej kochanki zapisany przed wiekami w niezwykłej formie, albo… Nie… nie… to nie ma sensu…

– Albo?

– Jeszcze dziwaczniejsza inwokacja, a może… ewokacja… jakiegoś bytu…

– Jakiego? – pan Jerzy pobladł. – Jakiego? Młody człowieku?

– Demonicznego? – ze strachem w oczach wyszeptał student.

– Ogień na podworcu jeszcze się żarzy. Weźmy tę księgę i ciśnijmy ją weń. Niech ją strawią płomienie, niech zostanie po niej tylko popiół. A popiół niech wiatr rozwieje…

– Panie kawalerze! Księgę w ogień? Toż to bluźnierstwo! A ponadto ma ona i swoją wartość, choćby sama okładka.

Mówiąc to, zamknął wolumin i jął dokładnie lustrować jego oprawę. Była ona sporządzona z drewna oliwnego, po wierzchu obciągnięta znakomicie wyprawioną świńską skórą ciemnobrązowej barwy, wpadającej w wiśniowy odcień. Skóra owa była tłoczona w przedziwne jakieś wzory, roślinne ornamenty i postaci pół-ludzi, pół-zwierząt, w jakieś hybrydy. Tłoczenia były złocone przy użyciu najpewniej cienkiej niczym najcieńsza bibułka folii z czystego złota. Okładka dodatkowo ozdobiona była również złotymi, misternie wyrobionymi przez jakiegoś znakomitego jubilera, guzami i dodatkowo zabezpieczona, również złotymi kantami i narożnikami. Miała też i klamrę złotą, wysadzaną maleńkimi, krwistoczerwonymi szlachetnymi kamieniami, zapewne rubinami.

– Panie kawalerze, proszę spojrzeć, sama oprawa tej księgi to arcydzieło sztuki, za które można by zażądać mnóstwa pieniędzy! I wy ją, panie, chcecie cisnąć w ogień?!

Jerzy zawahał się.

– Cóż, może się rzeczywiście powstrzymajmy przed tak radykalnym rozwiązaniem…

* * *

Pan Jerzy wespół ze studentem raz jeszcze zagłębili się w podziemia pod domem. Tym razem z mocnym postanowieniem, iż obejrzą je i spenetrują dokładniej niż wprzódy, a nuż jest tam coś jeszcze?

Chodzili zatem od pomieszczenia do pomieszczenia, ostukiwali ściany i podłogi, ale na nic skrytego nie natrafili, aż w pewnej chwili pan Białecki, potknąwszy się na nierówności ceglanej posadzki, aby nie upaść, z całych sił wsparł się rękami o jedną ze ścian w owej sklepionej izbie, w której znajdował się marmurowy stół.

I w tejże samej chwili pawiment1 gwałtownie ustąpił mu pod stopami, odsłaniając czarną czeluść, w którą z okrzykiem przerażenia runął młody szlachcic.

Student pochylił się z latarką nad właśnie odsłoniętym wejściem do kolejnej kondygnacji piwnic i wypatrzył leżącego u stóp niezbyt stromych, kamiennych schodów pana Jerzego.

– Panie kawalerze! – zawołał. – Panie kawalerze!

Ale nie usłyszał odpowiedzi. Zszedł tedy ostrożnie do owego nieznanego im dotąd pomieszczenia, poświecił leżącemu w oczy, przyłożył ucho do piersi, a posłyszawszy bicie serca, odetchnął z ulgą. Nie mając wody na podorędziu, coby skropić nią twarz zemdlonego, począł nim potrząsać i oklepywać policzki, aż w końcu Białecki otworzył oczy i powiódł nieprzytomnym wzrokiem dookoła.

– Co się stało?… Gdzie ja jestem?…

– Już dobrze, wielmożny panie. Wpadliście w dziurę, ale żyjecie i wygląda na to, iż nie ucierpieliście od upadku. Cali jesteście? – Białecki poruszał rekami, nogami, pokręcił głową i uniósłszy się na łokciu, powoli dźwignął się na nogi.

– Dziękować Bogu, nic mi nie jest, prawe biodro tylko szpetnie potłukłem.

– A nie pęknięte ono czasem? – zaniepokoił się Jean-Baptiste.

Białecki obmacał je dokładnie.

– Chyba nie, wygląda na całe. Na moje szczęście skończy się tylko na sińcu.

Skoro się już obaj uspokoili, a pan Jerzy zapalił swoją latarnię od świeczki w latarni Lefevre’a, bo ta jego zgasła podczas upadku, z ciekawością począł rozglądać się dookoła, a Francuz poszedł w jego ślady.

Niesłychane było ich zdumienie, kiedy rozpatrzywszy się dokładnie, stwierdzili, iż znajdują się ni mniej, ni więcej, tylko w ukrytym przed okiem profanów laboratorium alchemika… Ba! W laboratorium, które przez cały czas musiało być używane! Oto bowiem spostrzegli alembik, pod którym pełgał słaby płomyk wydobywający się z glinianej, o ciemnozielonej polewie, lampki napełnionej akwawitą. W alembiku bulgotał jaskrawofiołkowy płyn, który parował, a później się skraplał w odbieralniku, zmieniając barwę na szmaragdowozieloną.

Był tam również i atanor, w którym miarowym, spokojnym, słabym płomieniem, ledwo pełgającym nad żarem, spalał się olchowy węgiel drzewny, wydzielając stabilne i równe ciepło. Wewnątrz atanora, gdy otwarło się jego górne drzwiczki, można było dostrzec jajo filozoficzne napełnione tynkturą, która po przemianie winna przeistoczyć się w kamień uniwersalny, kwintesencję, czyli piąty element zespalający w sobie esencję czterech żywiołów, podstawowego budulca Universum, w lapis philosophorum… w kamień filozoficzny, dzięki czemu można by było dokonywać transmutacji metali nieszlachetnych w szlachetne, zdobyć panaceum i eliksir nieśmiertelnościelixir vitae…

Pan Białecki, chociaż nigdy nie zajmował się alchemią, miał jednak o niej niejakie pojęcie. Jean-Baptiste natomiast, jak się okazało, wiedział na temat tej hermetycznej wiedzy bodaj niewiele mniej niż wtajemniczony adept.

– Coś podobnego! – wzdychał i kręcił głową – nie wiadomo – bardziej ze zdumienia, czy z podziwu. – I co pan zamierza z tym zrobić, panie kawalerze?

– Ja? Mój Boże, nie wiem! Wszystkiego bym się spodziewał, lecz nie takiej niespodzianki.

– Ktoś tu musi bywać i doglądać owego laboratorium… ciekawe kto…

– Na pewno nikt poczciwy.

– I czemuż tak, panie, uważacie?

– Bo czy ktoś poczciwy zajmowałby się takim diabelstwem? Wszak za owymi tynkturami, atanorami, najstraszliwsze zło się czai.

– Eee, wszak po to Pan Bóg dał człowiekowi rozum, iżby korzystając z niego, poszerzał swoją wiedzę. Iżby czynić sobie Ziemię poddaną…

– Wiedzę, powiadasz?

– Ano wiedzę.

– A do czego ci wiedzieć więcej, niźli do przyzwoitego życia potrzeba?

– No…

– No?…

– Tak po prawdzie, to do niczego, ale człeka kusi, co by poznać więcej i więcej…

– Taaak… więcej i więcej… już byli tacy, wieżę budowali, Babel nazwaną i jak się ich przedsięwzięcie skończyło?

– Ale jednego z drugim nijak nie można porównać, panie kawalerze! W żaden sposób! Naprawdę!

– A i owszem. Tamci po schodach chcieli wejść do nieba, a ty i tobie podobni, po piwnicach siedząc, pożądacie nieskończonych ilości złota – a więc władzy, panaceum – a więc zdrowia i nigdy niekończącej się młodości i eliksiru nieśmiertelności. Zatem w co, w kogo się chcecie przemienić? No? Młodzieńcze? W kogo?

Lefevre spuścił głowę i wyszeptał:

– W bogów?…

– Właśnie!

Francuz przez jakiś czas się nie odzywał, ale w końcu wyrzucił z siebie, mówiąc prędko, jakby się bał, że mu pan Jerzy przerwie.

– Ale… ale… panie kawalerze… ktoś kiedyś powiedział… nie pamiętam teraz, kto, bodaj Plotyn, ale i kabała to samo głosi, że każdy jest bogiem, każdy, bez wyjątku. Nawet i świnia! Lecz w pełni bogiem jest tylko ten, kto to sobie uświadamia.

– Zatem ty to sobie uświadamiasz? Kimże ty jesteś, młody człowieku? Nazwisko masz pospolite, wiedzę niebywałą, na pysze też ci nie zbywa. Jesteś bogiem?

– No… nie, panie… ale…

– Ale bardzo byś chciał nim być, co? Otóż zdradzę ci pewną tajemnicę.

W oczach studenta pojawiła się ciekawość tak wielka, że aż dech wstrzymał.

– A tę, że nadejdzie kiedyś dzień twojej śmierci. Potem zgnijesz, zjedzą cię robaki, a na ostatek i kości spróchnieją. Oto i cała twoja doczesna boskość.

Student nic już na to nie odparł wyraźnie zawiedziony. Chociaż w głowie kłębiły mu się pożądliwe myśli: lapis philosophorum, elixir vitae… I żadną miarą nie mógł pojąć, iż komuś może na nich nie zależeć…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Dawne określenie dekoracyjnej posadzki spotykanej we wnętrzach zamkowych, pałacowych lub kościelnych, wykonanej techniką intarsji albo jako mozaika.

Francja, ta najstarsza córa Kościoła, coraz bardziej stawała się pierwszą córą Diabła. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (28)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (28)

W drodze do Paryża.

Francja, ta najstarsza córa Kościoła, coraz bardziej stawała się pierwszą córą Diabła.

Jerzy spory kęs drogi, bo prawie od granicy francuskiej z Rzeszą Niemiecką, podróżował w towarzystwie bystrego, młodziutkiego żaka, który studiował teologię i filozofię na paryskiej Sorbonie. Zabrał go ze sobą do bryki, powodowany litością, bo do stolicy Francji był znaczny kawał drogi, nie wszędzie bezpiecznej, więc obaj piekli niejako dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Młodzieniec oszczędzał na czasie i butach, nie wycierając dziur w podeszwach, a pan Białecki zyskał towarzysza. Jechał co prawda ze sługą, postawnym, nielękliwym i do bójki skorym, ale co trzech mężczyzn, to nie dwóch. Choćby nawet z tego trzeciego miało w razie niebezpieczeństwa nie być nijakiego pożytku, to sama jego obecność się liczyła, mogąc działać odstraszająco na potencjalnych rabusiów.

Ponadto miał jeszcze ze studencika i tę korzyść, iż ów zabawiał go rozmową, w przeciwieństwie do mrukliwego i – co tu dużo ukrywać – tępawego sługi. A student, któremu było na imię Jean-Baptiste, na nazwisko zaś Lefevre, wskazujące, iż pochodzi z gminu, ale mający duże ambicje, wręcz go zasypywał nader zajmującymi opowieściami o splatających się ze sobą religijnych i politycznych dziejach, walkach, perypetiach, jakie przetaczały się przez ziemie Francji, nie wiedzieć czemu zwanej słodką. Słuchając bowiem Lefevre’a, pan Jerzy doszedł do wniosku, że bardziej by do niej pasowała nazwa okrutna i obrzydliwa. To, co tu się działo i czego tu się dopuszczano od stuleci, w Polsce byłoby absolutnie nie do wyobrażenia.

– Musisz, młodzieńcze wiedzieć, że jak na studenta, to wiedzę masz wręcz profesorską – pan Białecki pochwalił Lefevre’a.

– Dziękuję, panie kawalerze. I nie ukrywam, że ta opinia bardzo mnie cieszy, bo chyba każdy łasy jest na pochlebstwa – student uśmiechnął się szeroko.

– I to lubię. Tę szczerość – pan Białecki roześmiał się, słysząc owe słowa. – To lubię. Przynajmniej nie udajesz skromnisia. Powiedzże mi jeszcze, czy widać jakąś oberżę w pobliżu?

– Nie, oberży niestety nie. Pustać, aż po horyzont, chyba żeby gdzieś w bok od głównego traktu.

– To powiedz mi tymczasem, zanim jakiejś nie napotkamy, co z tą tajemnicą i skarbem heretyckich katarów, których żeście ze szczętem wyrżnęli, a o której wcześniej mi napomknąłeś?

– Stara tradycja głosi, że w noc przed poddaniem Montségur, ostatniej ich twierdzy, po stromych górskich ścianach uciekło czterech heretyków, czterech duchownych zwanych doskonałymi. Zachowały się nawet ich imiona: Hogo, Emoel, Eccard i Clame. Mieli oni uratować to, co najcenniejsze – wiarę i tradycję. Dość powszechnie sądzi się jednak, iż powód był zgoła inny, bardziej prozaiczny, że wynieśli z obleganej twierdzy jakieś nieprzebrane i tajemnicze skarby, pośród których miał się rzekomo znajdować również niezwykły i zagadkowy święty Graal1.

– Ech! Gdybyż tego Graala znaleźć… – rozmarzył się Jur Białecki.

– Nie jeden go szukał, życie temu nawet poświęcając, ale jak dotąd nikt nie tylko kielicha nie znalazł, ale nawet na jego ślad nie natrafił – odrzekł Lefevre.

– Przecie kiedyś w końcu komuś musi się to udać!

– Ba!… – na taki tylko komentarz zdobył się Jean-Baptiste, bo okrutnie z głodu zaburczało mu w brzuchu.

– Obiecałem, że cię, chłopcze, nakarmię, to słowa dotrzymam. O popatrz, akurat przed nami oberża „Pod Tłustym Węgorzem”. Zajeżdżajmy zatem.

* * *

„Pod Tłustym Węgorzem” przyjezdni uraczyli się jednak nie rybą, a porządną porcją pasztetu i pieczonym kurczęciem. Każdy zjadł swoją rację ze smakiem, bo oberżystka, choć młoda, ładna i absolutnie warta grzechu, umiała znakomicie gotować. Co należy do rzadkości, albowiem dobrymi kucharkami bywają zazwyczaj stare, tłuste i szpetne baby.

Ponieważ posiłek wzbudził pragnienie, nie pożałowali sobie i sporego dzbanka wybornego miejscowego wina, które, być może, ustępowało w dobroci i szlachetności trunkom, jakie znajdowały się w królewskich piwnicach, a stamtąd wędrowały na królewskie stoły, to jednak spragnionym wędrowcom smakowało nadzwyczajnie. Smakiem przypominało bowiem nieco zacny węgierski maślacz, choć takiej jak on dobroci jednak nie miało.

Ponieważ posiłek skończyli akurat wtedy, gdy słońce stanęło w zenicie, postanowili wytchnąć nieco i zlegli w cieniu starego platana, który swoją potężną, rozrośniętą koroną ocieniał więcej niż połowę podwórza. Trawa była miękka, gęsto okraszona białymi główkami stokrotek, a gdzieniegdzie i sterczącymi na sztywnych łodyżkach krzaczkami kwitnących na żółto jaskrów…

* * *

Kiedy ocknęli się po drzemce, student, do tej pory rozmowny, teraz zamilkł. Pan Jerzy natomiast posmutniał.

Wsiedli do bryki, a woźnica, szarpiąc lejcami i pokrzykując „wio!”, skierował konie ku gościńcowi. Wedle słów powabnej oberżystki – do granic Paryża nie było już daleko. Przed zmierzchem, nawet nie spiesząc się zbytnio, powinni osiągnąć cel podróży.

Białecki, zbliżając się ku rogatkom stolicy Francji, rozmyślał nad czasami, w jakich przypadło mu żyć. Niespokojnie było na świecie, niespokojniej niż kiedykolwiek dotąd. A co najgorsze diabeł się rozzuchwalił na dobre i coraz bardziej i coraz jawniej sobie poczynał. Ot, choćby to, co się wyrabiało na dworze nieboszczyka króla jegomości, Zygmunta Augusta, a potem też i nieboszczyka króla Stefana, który nie dość, że tolerował działania adeptów nauk tajemnych, to przyszedł czas, że mu ich – najznamienitszych w tamtoczesnej Europie, mianowicie Anglików Johna Dee i Edwarda Kelly’ego2 – sprowadził do monarszych komnat naturalny ojciec jego Kasi, wojewoda i senator, Olbracht Łaski. Ale nic dobrego z tego nie wynikło, poza podejrzeniami, że króla Batorego, który dla wielu osób był mocno niewygodny, otruto… Niby nikt niczego nie udowodnił, ale…

Na Zachodzie zaś było jeszcze gorzej. A już w szczególności w Italii i Francji. Tutaj nie zabawiano się wyłącznie obliczaniem biegu gwiazd i zastanawianiem się nad ich wpływem na losy świata i poszczególnych osób, nie tylko zabawiano się wywoływaniem duchów, nie tylko dopuszczano się wyuzdanych orgii, ale sprawowano też wyjątkowo obrzydliwe krwawe obrzędy – bluźniące Bogu – ku czci Szatana.

Francja, ta najstarsza córa Kościoła, jak ją nazywali papieże, coraz bardziej stawała się pierwszą córą Diabła.

Jur uświadomił sobie jednak, że jest niekonsekwentny wobec samego siebie, że z jednej strony całą tę okultystyczną, hermetyczną, czarnomagiczną obsesyjną namiętność, która przerastała Europę niczym grzybnia trujących muchomorów leśną ściółkę, uważał za coś bezdyskusyjnie złego, ale jednocześnie aż drżał z podniecenia, iżby te nauki zgłębić, a obrzędy poznać, doznając nieomal orgazmicznej rozkoszy na samą myśl o tym. Wmawiał sobie co prawda, iż tylko po to, by wiedzieć, jakie zło światu zagraża, żeby przeniknąć zamiary i strategię i cele przeciwnika, dobrze jednak przecież wiedział, iż się tak tylko oszukuje i szuka usprawiedliwienia swoich, ku śmiertelnemu grzechowi wiodących, poczynań. A przez to wszystko wewnętrznie był rozdarty…

Gdy słońce zaszło i tylko kilka krwawych jego promieni wyglądało zza horyzontu, pan Jerzy jakby się ocknął. Chłód przeniknął mu ciało, wzdrygnął się i skulił w sobie. Jednak to wszystko, co teraz – nudząc się w podróży – uzmysłowił sobie, nijak się miało do czystego kultu, jaki oddawano Diabłu.

I tutaj prym też wiodła Francja.

Chociaż po uroczyskach i leśnych ostępach całej Europy odbywały się jakieś obrzędy skryte, ku czci ciemnych mocy, to pierwszy naprawdę głośny proces o oddawanie czci Szatanowi odbył się na tej właśnie, na francuskiej ziemi, a został wytoczony panu Gillesowi de Rais marszałkowi Francji, sodomicie, gwałcicielowi dzieci i ich okrutnemu mordercy, ale także towarzyszowi broni Joanny d’Arc, który poświęcił się całkiem komu innemu, niż Dziewica Orleańska…

O tym, co działo się na dworze ostatnich Walezjuszy, już nie szeptano, a mówiono nieomal w głos. Za Henryka IV, łże katolika (bo tak naprawdę to w sercu hugenota, a może i nie, może wręcz poganina?) okultyzm wręcz kwitł. I to pod wszelkimi postaciami. Prym wiodła oczywiście astrologia, ale ona działała jawnie. Nawet Kościół ją tolerował, a po cichu popierał i korzystał z jej usług.

Działy się jednak obrzydliwsze rzeczy, sprawy i sprawki… Jak choćby La messe de saint Sécaire, czyli msza św. Sekariusza, będąca rodzajem zabiegu magicznego sprawowanego po to, aby na czyjegoś wroga sprowadzić śmierć, ale nie raptowną, nagłą, lecz powolną rozciągniętą w czasie i sprawiającą jak najwięcej cierpień. Była to parodia mszy katolickiej, którą musiał odprawić nie byle kto, ale ważnie wyświęcony ksiądz. Asystować zaś przy tym obrzędzie powinna mu jego kochanka.

Jerzy przypomniał sobie, co na temat owej bluźnierczej mszy wyczytał w papierach pozostałych po Illuminatusie.

Mszę taką rozpoczynano o jedenastej przed północą i równo o północy musiano ją zakończyć. Celebrowano ją zaś od końca. Ofiarowywano i konsekrowano nie białą, ale czarną hostię, a zamiast wina używano wody ze studni, w której wpierw rytualnie utopiono noworodka albo płód wydarty z brzucha matki.

Msza taka była rozpowszechniona przede wszystkim na terenie Gaskonii, za której granicą, tuż, na prawym brzegu Garonny, leżała Tuluza – katarskie gniazdo przez wieki. Przypadek? Być może… Pan Jerzy nie był tego taki pewny.

Chociaż zapewne odprawiano ten rytuał również i w innych regionach Francji, a może i poza jej granicami… Podobno jego skuteczność była blisko stuprocentowa. Msza, na czyją intencję została odprawiona, powoli słabł, sechł, aż w końcu duch z niego uchodził i gasł. Lekarze wówczas byli bezradni. Żadnemu z nich nigdy nie udało się przywrócić do zdrowia kogoś dotkniętego przekleństwem mszy św. Sekariusza…

Bluźnierstwa przeciw Bogu i te straszne, budzące grozę i przerażenie poczynania, jakich dopuszczali się Francuzi, nie pozostawały bez odpłaty ze strony Boga.

A właściwie to może nie tak, może Bóg, nie krępując wolnej woli tych, którzy mu wygrażali pięściami, pozwolił, iżby Szatan wzmógł na tej ziemi swoją nadzwyczajną aktywność. I wzmógł. Rzeczywiście wzmógł.

To we Francji właśnie, a nie gdzie indziej, wybuchła nieomal epidemia opętań, z których najgłośniejszym podówczas przypadkiem chyba, bo niezbyt oddalonym w czasie, było opętanie w Aix-en-Provence z roku Pańskiego 1611, o którym było głośno w całej Europie, a którego rozpoczęcie, przebieg i tragiczne zakończenie było doskonale znane panu Jerzemu. Nie wiedział on tylko jednego, i chyba miał się już tego nie dowiedzieć, iż poznał był kiedyś, w mrocznej, diabolicznej Jaskini Salamanki, głównego aktora dramatu, ojca Gaufridiego…

Kiedy Henryka IV, roku Pańskiego 1610, zadźgał nożem fanatyczny François Ravaillac, a władzę po nim formalnie objął Ludwik XIII, a faktycznie – jako regentka – rządziła Francją Maria Medycejska, znajdująca się pod przemożnym wpływem kardynała Armanda-Jeana du Plessis de Richelieu3, mogło się zdawać, że nastały złe czasy dla astrologów i magów. Myliłby się jednak, kto by tak myślał. Teraz dopiero nastąpił bujny rozkwit czarnoksięstwa! Z jednej strony królowa była bigotką, otaczającą się katolickim klerem, z drugiej jej najbardziej zaufanymi były osoby parające się naukami tajemnymi… Z jednej strony dla przykładu srodze karano bluźnierców i czcicieli Złego, jak na przykład pewnego katolickiego księdza, którego, roku Pańskiego 1615, za takie właśnie przewiny, za udział w sabatach i mszach św. Sekariusza, spalono na stosie, z drugiej – innych, jemu podobnych, suto wynagradzano, darząc ich najwyższym zaufaniem i obdarowując najwyższymi godnościami. Aż do tego, 1617, roku…

Pan Jerzy się otrząsnął, a chcąc się pozbyć nieprzyjemnych, własnych złych myśli zagadnął do towarzysza podróży:

– Nad czym dumasz, młodzieńcze, że tak milczysz i tylko wzdychasz?

– A, o wielu rzeczach rozmyślam… Na przykład, z jak bardzo odległych stron przybywasz, panie kawalerze…

– E… to raczej nie jest powód do wzdychania.

– Rzeczywiście. Ma pan rację, dostojny panie…

– Zatem?

– Cóż, jakoś z Boską i pańską pomocą szczęśliwie dotarłem do Paryża, ale gdzie tu głowę skłonię, to już nie wiem. Pewnie na razie pod którymś z mostów, bo na opłacenie noclegu teraz akurat mnie nie stać…

– Hm… – mruknął pan Białecki. Przez ów czas, póki nie sprzedam domu, którego jestem właścicielem, mogę ci – za dobre słowo – zapewnić dach nad głową, ale to – jak sądzę co najwyżej na tydzień-dwa…

– Ha! Dobre i to. Za ten czas się rozejrzę i może znajdę jakąś sublokatorską kwaterę za drobną monetę.

– Mamy jednak mały problem, nie wiem, jak do owego domu trafić.

– A gdzież się on znajduje?

– Przy rue de la Tannerie.

– A numer znacie, panie?

– Znam.

Żak uradowany plasnął w dłonie!

– Wiem, gdzie to jest! To na przedmieściu. A stąd już całkiem niedaleko.

– Zatem prowadź – Białecki odetchnął z nieskrywaną ulgą.

Student żwawo przesiadł się na kozioł i usadowił obok woźnicy, któremu jął tłumaczyć, którędy ma jechać, iżby było najbliżej… Zmrok bowiem gęstniał coraz mocniej…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Tajemniczy przedmiot czy naczynie – kielich. Na ogół uważane za ten kielich, z którego Pan Jezus pił podczas Ostatniej wieczerzy i do którego później zebrano krew wypływającą z Jego przebitego boku.

2John Dee (1527-1608) i Edward Kelly (1555-1597) – angielscy okultyści, kabaliści alchemiści i astrologowie.

3Kardynał, diuk, francuski polityk i wybitny mąż stanu – żył w latach 1585-1642.

Paryski spadek. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (27)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (27)

Paryski spadek

Pan Białecki trzymał w ręku kartę welinową, na której starannym pismem, wcale nie przypominającym nerwowego pismo doktora, widniał taki oto łaciński tekst:

„W razie mojej śmierci albo też mojego zaginięcia, czy też zniknięcia, gdy rok minie od tego momentu, mój dom w Paryżu, przy rue de la Tannerie, ma przejąć na własność z całym jego wyposażeniem – pod warunkiem, o którym będzie niżej – uczeń mój, polski szlachcic, pan Jerzy Białecki herbu Leszczyc. Z tym że jeśli chciałby dom ów sprzedać, ma wpierw obowiązek opróżnić go ze wszystkiego – mebli, ksiąg oraz wszelkich innych sprzętów i ma być on całkowicie pusty, inaczej sprzedaż nie będzie mieć mocy prawnej i ma zostać uznana za niebyłą, spadkobierca utraci do owego domu prawo, dom zaś, jak i cała posesja, przejdą wtenczas w ręce aktualnie panującego króla”.

Ten sam tekst powtórzony był jeszcze dwukrotnie – po francusku i po polsku i opatrzony charakterystycznym podpisem zaginionego doktora Cadavera Illuminatusa. Wyglądało to tak, jakby Cadaverowi podsunięto gotowy tekst, a on był zmuszony go podpisać.

Tak czy siak, pan Jerzy pomyślał sobie, że zaginiony doktor nie powiedział prawdy, iż musiał uchodzić z Francji, bo rzekomo nie miał gdzie się podziać. Przecież posiadał dom i do niego – jeśli istotnie mieszkał w Luwrze – mógł się przenieść. Musiał być zatem inny zgoła powód jego powrotu do Polski. Tak czy inaczej, tkwiąc pod Sandomierzem, nie miał szans na rozwikłanie tej zagadki.

Siedział więc zamyślony, a pewna pokusa powolutku zaczęła mu się wgryzać w mózg i w serce…

* * *

– Kasiu – Jerzy przy kolacji odezwał się do żony. – Kasiu, powiedz mi, co mniemasz na temat owego tajemniczego przybysza, który zabrał ze sobą, na moich oczach, a trzeźwym był i przytomny, naszego doktora?

– Co mniemam? Ano to, iż doktor nie był takim świętoszkiem, za jakiego starał się uchodzić. Miałam czas i możliwości, by mu się dobrze przyjrzeć.

– I cóżeś wypatrzyła?

– A choćby to, że chociaż bywał w kościele, to ani razu się nie przeżegnał, nie ukląkł, nawet na Podniesienie, że o spowiedzi i Komunii świętej nie wspomnę. A widziałeś kiedyś u niego jaki przedmiot poświęcony? Nic – ściany puste. Ni krzyżyka, ni obrazka… Jakby był poganinem. A co się z nim stało? Myślę, że miał konszachty ze Złym i kiedy nadszedł czas, Zły przyszedł po niego, jako po swoją własność… Powiem ci, jeszcze, że kiedy „się zapodział” odczułam ulgę, iż nie będzie miał już żadnego wpływu na nasze dzieci.

– Nie przesadzasz aby, Kasiu?

– Nie, nie przesadzam. Był twoim nauczycielem. Niby niczego zdrożnego cię nie uczył, ale… ale zasiał w tobie wiele wątpliwości, które teraz każą ci wzdychać, zaprzątają głowę i zabierają spokój. Częściej bujasz myślami gdzieś w obłokach, niż jesteś nimi przy mnie i przy dzieciach. Smutne to i to mnie martwi.

– Ale przecie, gdyby nie on, nie jego intryga, to nie bylibyśmy małżeństwem…

– To fakt. Cieszę się z tego, iż jestem twoją żoną i matką twoich dzieci, ale jakiś robak mimo wszystko wgryza mi się w duszę.

– Przecie, zaraz jak wzięliśmy ślub, udaliśmy się z pielgrzymką do Krakowa, do grobu św. Jacka Odrowąża i tam przed ojcem dominikaninem, pod stułą, u kratek konfesjonału wyznaliśmy swoje przewinienie. To oszustwo, jakiego żeśmy się dopuścili… I przecie rozgrzeszył nas z tego, więc – uważam – sprawa już zamknięta!

– Ty może nie, ale przecie ja dalej tkwię w oszustwie, udając córkę człowieka, który nie był moim ojcem… – w oczach Kasi zaszkliły się łzy.

– Nie, moja kochana, nie masz racji, wszak on na łożu śmierci oficjalnie uznał cię za córkę. Nie prowadził w twojej sprawie żadnego śledztwa, a mógł przecie podejrzewać, iżeś dla niego kimś obcym, łasym – jeśli nie na majątek – to na nazwisko. Miałabyś go za durnia? O nie! Ja myślę, że on dobrze wiedział, bo powiedział mi o tym Cadaver, iż wyznał mu to w wieczór przed śmiercią, że rozgryzł intrygę, a mimo wszystko uznał cię za swoje dziecko, za swoją krew. Grał to przedstawienie do końca. Czemu? Tego się już nigdy nie dowiemy. Zatem możesz być w sumieniu spokojna.

Kasia, słysząc te słowa, odetchnęła z wyraźną ulgą.

– Ty naprawdę jesteś tego pewny, Jur, czy tylko mnie tak pocieszasz?

– Pewny, Kasiu, kochanie ty moje, pewny! Zresztą, jeśli masz wątpliwości, idźże raz jeszcze do spowiedzi, ujawnij kapłanowi te wątpliwości i uczyń tak, jak on orzeknie. Najwyżej nasze dzieci stracą szlachectwo i tyle. Majątku nikt ci nie odbierze, boś go legalnie otrzymała. A tego nikt się nie waży zakwestionować.

– Skoro tak radzisz, tak też i uczynię.

– Proszę cię tylko, nie wyznaj tego naszemu plebanowi! Ani też żadnemu z sandomierskich świeckich księży czy mnichów. Bo wszyscy nas przecie znają.

– To gdzie?

– Jak i poprzednio – w Krakowie. Wybieram się tam za parę dni, to możemy pojechać razem.

* * *

Pani Waleria Białecka, czyli dawniejsza Kasia, odeszła od kratek konfesjonału w krakowskim kościele ojców franciszkanów uspokojona i rozpromieniona.

Wszystko, co jej powiedział Jerzy, potwierdził spowiednik. Mogła wreszcie odetchnąć z ulgą i sypiać spokojnie, bo sumienie nie miało już powodu, by jej cokolwiek wyrzucać.

* * *

Po powrocie do rodzinnego dworu Białeckich Jerzy zaczął się jednak jakoś dziwnie zachowywać.

– Cóż ci to, mój panie mężu? – pytała Kasia.

Ale on tylko wzdychał ciężko i jakoś nie mógł zebrać się w sobie, żeby się jej zwierzyć ze swoich dusznych rozterek.

Ponieważ jednak kobieta nie ustępowała i naciskała coraz mocniej, w końcu, gdy odpoczywali w ogrodzie po obiedzie, wyciągnął zza pazuchy welinową kartę złożoną we czworo i podał żonie.

– Czytaj.

Kasia, wprawna w tej sztuce, szybko przebiegła oczami tekst i ze zdumieniem popatrzyła na męża.

– Coś podobnego!

– Ano właśnie: coś podobnego…

– I co zamierzasz uczynić?

– Sam nie wiem. Dom w Paryżu pewnie co nieco wart. Może pojadę? Może go spieniężę?

– A może pluń na to. Brakuje nam tu czegoś? Żyjemy w dobrobycie, bez tych paru talarów za dom spokojnie się obejdziemy. Nie przesadzając, ale dzięki skarbom hrabiego, mego niby-ojca, jesteśmy bogaczami!

Ale pan Jerzy się zasępił. Nie na domu mu zależało, na to mógłby machnąć ręką, chociaż i domu byłoby żal. W głowie miał ciągle to dziwne zastrzeżenie, że jeśli chciałby budynek sprzedać, to ma go ze wszystkiego opróżnić. Po co? To go zastanawiało. A może była to zaszyfrowana wskazówka – przeszukaj dom, a znajdziesz w nim coś ważnego albo wartościowego…

I to był jedyny powód, dla którego, mimo wszystko, chciałby pojechać do Paryża.

Kiedy zwierzył się z tego Kasi, ta zrobiła kwaśną minę, ostatecznie jednak, wzruszywszy ramionami, powiedziała:

– Skoro to, Jerzy, jest takie ważne dla ciebie, to jedź. Nie będę ci stawała na przeszkodzie.

– To może jedźmy razem?

– Razem? A dzieci? Chcesz je zostawić ze służbą. O! Co to, to nie!

Zamilkli. Minęła dłuższa chwila, zanim Kasia podjęła przerwaną rozmowę.

– A na jak długo chciałbyś się tam wybrać?

– Hm… a bo ja wiem? Pojęcia nie mam, gdzie ta posesja z domem, w jakim jest stanie, ile może być warta, czy prędko znajdę nabywcę, jak długo potrwa opróżnienie domu. Co z tymi sprzętami zrobię? Przecie ich tutaj nie przywiozę… Myślę, że najbiedniej całe to przedsięwzięcie zajmie mi ze 3-4 miesiące, oczywiście licząc z podróżą w jedną i drugą stronę.

– Niechże będzie… jedź, ale pamiętaj, że my tu będziemy za tobą bardzo tęsknić… – Kasia przytuliła swój policzek, do policzka męża.

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/