Czy w Polsce gromimy Ukraińców?

Czy w Polsce gromimy Ukraińców?

08/09/2026 Konrad Rękas a/nie/mowilem.pl

No przecież wiadomo, że nie. Jako Polacy mamy zwyczajnie dość ukraińskiej niewdzięczności.

Oczywiście nikt z milionów Polaków, którzy po lutym 2022 r. rzucili się do spontanicznej pomocy na rzecz przybyszów nie robił tego dla nagród czy podziękowań, jednak poziom ukraińskiej arogancji zaskoczył chyba najbardziej nawet życzliwych wobec wlewającej przez Bug masy.

Ukraińscy nachodźcy w Europie, w tym w Polsce, popełniają śmiertelny błąd zawierzania i naśladowania kijowskiej propagandzie, ciągle grzejącej absurdalne motywy „Ukraińcom się należy!”, „To Europa powinna być wdzięczna Ukrainie, a nie odwrotnie!” oraz zwłaszcza „Ukraina walczy za was!”. Te idiotyczne hasła słychać nawet, gdy kolejna bezczelna imigrantka domaga się, by przypadkowy Polak zapłacił w sklepie za jej zakupy! 

Junta Zełeńskiego nie tylko zatem wysyła Ukraińców na niepotrzebną śmierć, ale też odbiera całej reszcie tego narodu zdolność logicznego myślenia i rozumienia własnej sytuacji międzynarodowej, w tym także położenia imigrantów. To ukraińska bezczelność prowokuje spontaniczne akty sprzeciwu, którym jednak daleko jest do jakiejś zorganizowanej akcji. Żadna siła polityczna w Polsce nie nawołuje do pogromów, to wymysły głównonurtowych mediów.

Nawet remigracja, postulat w istocie umiarkowany, oparty o rosnące koszty pobytu… gości i oczywiste możliwości ich bezpiecznego rozlokowania na większości terenów ukraińskich nieobjętych działaniami wojennymi – pozostaje jednak postulatem opozycji, przede wszystkim Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.

Nakręcanie spirali „źli Polacy biją ukraińskie dzieci” to nie tylko alibi dla dalszego finansowania Kijowa przez władze w Warszawie. To także element coraz wyraźniejszej na Ukrainie propagandy rewanżystowskiej, ukierunkowanej na znalezienie kolejnego wroga po przegranej wojnie z Rosją. W Kijowie wciąż wierzą, że Specoperacja nie osiągnie wszystkich swoich celów, a zatem, że kontrola nad znaczącą ukraińskiego terytorium pozostanie w rękach oligarchów i nazistów chronionych przez Anglosasów.

Taki nazistowski nowotwór z terytorium tzw. Hałyczyny, czy też Ukrainy Zachodniej, czyli w istocie części dawnych polskich Kresów Wschodnich – w oczywisty sposób parłby do konfrontacji z sąsiadami, pod pretekstem „obrony ukraińskiej mniejszości i imigrantów” na terytorium Polski, Węgier, Rumunii, Naddniestrza i Białorusi. W ten właśnie scenariusz wpisuje się propaganda, z którą mamy obecnie do czynienia w III RP, do znudzenia czyniąca z ukraińskich chuliganów i wyłudzaczy zasiłków niewinne ofiary polskiego nacjonalizmu.

To strategia do złudzenia przypominające lamenty Goebbelsa przez napaścią na Polskę we wrześniu 1939 r., jak i współczesne wypieranie przez banderowców odpowiedzialności za ludobójstwo dokonane ze szczególnym okrucieństwem na Polakach z Wołynia, Małopolski Wschodnie, Lubelszczyzny i Podkarpacia w okresie II wojny światowej i bezpośrednio po niej. Gdy przyjdą po nas z siekierami w rękach – i z bronią otrzymaną m.in. z Warszawy – też będą płakać, że są tacy biedni i to nie żadna rzeź, tylko od taki sobie „konflikt etniczny”, oczywiście wcale przez nich samych nie zawiniony.

Niestety i na nieszczęście przede wszystkim dla siebie samych – Ukraińcy nigdy nie dojrzeją i nie staną się poważnym narodem, jeśli nie odrzucą tych wszystkich fałszów historycznych i politycznych, nie przestaną się uważać za starożytny pępek świata, na który powinny spływać darmo wszystkie luksusy, słowem – jeśli nie dorosną. Bo na razie Ukraina i Ukraińcy są postrzegani i przez pryzmat swego p.o. prezydenta, klauna, narkomana i aroganckiego żebraka, i jako zbiór rozwydrzonych wyrostków rozrabiających w autobusach i drogich klubach, co jest przecież z wyraźną krzywdą dla tych, którzy chcą po prostu uczciwie żyć i pracować w pokoju.

Najlepiej we własnym, bezpiecznym kraju, wolnym od złodziej, nazistów i zachodnich nadzorców – czego przecież szczerze i na drogę Ukraińcom życzymy.

Konrad Rękas

Wszystkie banderowskie pomniki w Polsce do LIKWIDACJI! – prof. W. Osadczy

Wszystkie banderowskie pomniki w Polsce do LIKWIDACJI! – prof. W. Osadczy

Autor: AlterCabrio , 11 września 2026

Chciałbym na kanwie tych wydarzeń, które miały miejsce w ostatnim czasie z państwem podzielić się takimi swoimi wrażeniami, zdumieniem, a też myślami związanymi z kondycją, no trudno mówić o państwie polskim, bo obecna struktura polityczna, która ogarnia tereny Rzeczypospolitej, nie da się podciągnąć pod pojęcie państwa polskiego, ale jest to ustrój polityczny, w którym funkcjonujemy, więc jak daleko znaleźliśmy się w stanie upodlenia, w stanie bym powiedział ubezwłasnowolnienia, i używam zresztą takiego określenia, okupacja. Okupacja nie tylko w sensie metaforycznym, ale i bezpośrednim. Czyli, że ktoś obcy rządzi, ktoś obcy narzuca tutaj swoje standardy, sposoby życia, swoje symbole, swoją ideologię. Natomiast Polacy w państwie polskim w zasadzie to nie mają za wiele do powiedzenia. Jak zwykle na takie straszne wypaczenia związane z życiem politycznym wskazuje nam poprzez dość ekscentryczne postępowanie, dość ekscentryczne przyciąganie uwagi Polaków, europoseł Grzegorz Braun…

◊

Wszystkie banderowskie pomniki w Polsce do LIKWIDACJI! – prof. Włodzimierz Osadczy

◊

Warto porównać:

Grzegorz Braun et consortes zniszczyli elewację obelisku UPA
Symbole nazistowskie, sowieckie i banderowskie nigdy nie cieszyły się wśród Polaków szacunkiem. Polacy traktowali je z obrzydzeniem i nienawiścią ze względu na ścisły związek z ludobójczą ideologią, która pochłonęła miliony […]

◊

Więcej: prof. Włodzimierz Osadczy

“Przebudzenie” Kaczyńskiego? Czy przeprosi? Co będzie po wyborach 2027?

“Przebudzenie” Kaczyńskiego? Czy przeprosi? Co będzie po wyborach 2027? – Bartosz Kopczyński

Autor: AlterCabrio, 11 września 2026

Ale Polacy wciąż na nich patrzą. Są zahipnotyzowani. To nie jest tylko zasługa mediów. To jest to, że Polacy się zajęli swoją osobistą konsumpcją. Za komuny brakowało wszystkiego. Mała stabilizacja. Mówiliśmy o tym niedawno. I teraz machnęli sobie ręką. Wiemy, że jesteście złodziejami. Mówią o politykach. Wiemy, że jesteście zdrajcami. Wiemy, że robicie machloje. Wiemy, że wasza polityka to jest bagno. Nie lubimy was. Ale machamy na to ręką, bo zajmujemy się swoimi sprawami. Jest nam dobrze. Mamy co jeść, gdzie mieszkać. Mamy to, czego nie mieliśmy za komuny. Byliśmy głodni tego, teraz to mamy. A więc co nas obchodzą te sprawy publiczne? To wasza sprawa. A my tutaj swoje życie urządzamy po swojemu.

◊

Myślę, że to szybko ci ludzie musieliby skorzystać z tych plecaków ucieczkowych i wynosić się stąd, bo z jednej strony mieliby wściekły tłum ludzi, którym zaburzyli konsumpcję osobistą, a z drugiej strony mieliby swoich własnych podwładnych. I teraz jaki jest, jaki jest knyf [chwyt lub podstęp md] ? Jaki tutaj jest patent w tym wszystkim? O czym ci politycy III RP nie myślą? Myślę, że oni o tym nie myślą, to trzeba im to podpowiedzieć. Co ich może czekać.

Oni od czasu pandemii biorą udział w potwornych szwindlach globalnych. Wcześniej robili szwindle w Polsce. Potworne. Ale potem już weszli na wyższy poziom. Zostali wciągnięci do tego jako narzędzia. Więc te wszystkie sprawy związane ze szczepieniami, plandemia, a potem wojna ukraińska, ukrainizacja Polski, tak zwane wsparcie dla Ukrainy, to są tak grube szwindle, że my to sobie nawet nie wyobrażamy, co tam jest. I teraz ci, którzy ich to wciągnęli, oni dali im działę.

Czyli ci tutaj politykierzy III RP biorą udział w tych szwindlach, ale ktoś ma na to kwity. I teraz, ale oni też mają dowody na to. Oni, ponieważ oni są wspólnikami, to oni też mają dowody na to. I gdyby jakimś sposobem ta ich władza upadła, a gdyby wprowadzili stan wyjątkowy, to ich władza prędzej czy później by upadła z tego powodu, że zaburzyliby konsumpcję Polaków i Polacy by ich po prostu roznieśli. Część przynajmniej. I oni by gdzieś tam próbowali uciekać, a część pewnie udałoby się tutaj zatrzymać, żeby posadzić na ławach oskarżonych i zaczęliby sypać swoich wspólników tam z zagranicy. I oni to wiedzą ci wspólnicy. Ja myślę, że gdyby przyszło co do czego, to byłoby tak jak Chruszczow robił z przywódcami demoludów(…)

================================

Koszt wojny na Ukrainie uderzył w Polskę. GUS ujawnia gigantyczne straty

Gigantyczny koszt wojny na Ukrainie uderzył w Polskę. GUS ujawnia gigantyczne straty w PKB

admin3 pt., 11/09/2026 mianynaziemi/gigantyczny-koszt-wojny-na-ukrainie-uderzyl-w-polske-gus-ujawnia-gigantyczne-straty-w-pkb

Źródło: AI Generated

Główny Urząd Statystyczny oszacował, że w latach 2022–2025 Polska utraciła 490,1 mld zł wartości produktu krajowego brutto w związku z rosyjską agresją na Ukrainę. Kwota ta odpowiada mniej więcej 3,5 proc. łącznego PKB kraju w tym okresie i stanowi równowartość około 113,5 mld euro. Szacunek zaprezentował 9 września 2026 r. prezes GUS Marek Cierpiał-Wolan podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Dla porównania: w ustawie budżetowej na 2026 r. dochody państwa zaplanowano na 647,2 mld zł. Straty skumulowane przez cztery lata wojny są więc niemal tak duże, jak całoroczne wpływy do budżetu centralnego.

Największa część obciążenia spadła na gospodarstwa domowe – 292,1 mld zł. Sektor przedsiębiorstw stracił 126 mld zł, a sektor rządowo-samorządowy 72 mld zł.

GUS wyliczył także, że oszczędności gospodarstw domowych skurczyły się o 70 mld zł na skutek wyższej inflacji. Prezes urzędu wyjaśnił, że wysoka inflacja wywołała gwałtowny wzrost płac nominalnych, ale tempo wzrostu płac realnych wyraźnie wyhamowało. W 2022 r. wynagrodzenia realne spadły o 2 proc. Urząd przyjął ostrożne założenie, że jedna trzecia inflacji powyżej celu inflacyjnego wynikała z eskalacji wojny. Na tej podstawie oszacowano utratę siły nabywczej oszczędności.

Osobną kategorią są koszty, które państwo poniosło bezpośrednio. Dodatkowe wydatki na obronę narodową w latach 2022–2025 wyniosły 154,2 mld zł. Gdyby pozostały na poziomie zapisanym w pierwotnym projekcie ustawy o obronie Ojczyzny, byłyby właśnie o tę kwotę niższe. Cierpiał-Wolan podkreślił, że te pieniądze można było przeznaczyć na inne cele, potencjalnie bardziej efektywne z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Środki te finansowano w dużej mierze deficytem.

Z Funduszu Pomocy wydano dodatkowo 46,7 mld zł. W kalkulacjach uwzględniono skalę pomocy dla Ukrainy i obywateli Ukrainy przebywających w Polsce, sytuację na rynku pracy oraz zmiany gospodarcze i demograficzne.

Wstrząs gospodarczy wywołany wojną obniżył wartość dodaną brutto o 426,5 mld zł. Szczególnie mocno ucierpiało budownictwo – w tej sekcji wytworzono o 120,9 mld zł mniej wartości dodanej. Statystycy wiążą to m.in. z odpływem siły roboczej oraz skokiem cen materiałów: stali, cementu, szkła, asfaltu, kruszyw, metali nieżelaznych i tworzyw sztucznych. Wojna podniosła też koszty energii i surowców, a odcięcie od dostaw z Rosji dodatkowo zwiększyło presję cenową.

Nie wszystkie dziedziny gospodarki odnotowały spadek. Wzrosły wydatki w administracji, obronie narodowej, edukacji i ochronie zdrowia.

GUS zaznacza, że jest to szacunek, a nie roszczenie o natychmiastową wypłatę odszkodowania. Metodologię konsultowano z ekspertami, w tym z przedstawicielami ONZ. Jesienią urząd zapowiada pogłębione analizy regionalne i dziedzinowe oraz kolejne seminaria.

Celem opracowania jest – jak tłumaczono w Karpaczu – pokazanie, że koszty wojny ponoszą nie tylko państwo zaatakowane, ale także sąsiedzi i pozostali uczestnicy życia międzynarodowego. Ma to znaczenie perswazyjne w okresie powojennym i stanowi argument, że naruszenie prawa międzynarodowego da się wycenić także poza granicami Ukrainy.

Szacunek nie obejmuje wszystkich możliwych pozycji pozabudżetowych ani pełnego obrazu skutków społecznych. Skupia się na utraconej wartości PKB, sile nabywczej, wydatkach publicznych i wybranych efektach sektorowych. Jest to jednak pierwsze tak syntetyczne zestawienie przygotowane przez oficjalny urząd statystyczny.

Liczba 490 mld zł pokazuje skalę szoku, jaki pełnoskalowa inwazja wywołała w polskiej gospodarce: poprzez inflację, droższe surowce, wyższe wydatki obronne, pomoc humanitarną i zaburzenia w produkcji. Jednocześnie przypomina, że decyzje podejmowane po lutym 2022 r. – od polityki energetycznej po budżet obronny – miały konkretny, mierzalny rachunek, który spadł przede wszystkim na gospodarstwa domowe.

Źródła:

https://www.rp.pl/dane-gospodarcze/art45123441-ogromny-ra…

https://www.money.pl/gospodarka/gigantyczne-straty-polski…

https://wgospodarce.pl/informacje/158113-wojna-na-ukraini…

https://www.rmf24.pl/fakty/ekonomia/news-ile-kosztuje-nas…

https://www.bankier.pl/wiadomosc/Rachunek-za-wojne-za-nas…

לכתוב בעברית [napisz po hebrajsku] MEM-y IX.

————————————————

———————————————-

——————————————————–

——————————————–

==========================================

——————————————

———————————-

————————————————————————

————————————

————————-

—————————–

Taaką dupę będziecie mieli ! MEM-y VIII.

————————————-

—————————————-

———————————

——————————————————

——————————————-

Signature: CEQkB4MvZnoOQLcrX5rhV6ltIPd69OAHtWmHKPwqFRA4gCgUdXNwwRHh1Gw4pMn4TRywHHnR01D1sACgqYKyuLdLthUakHMZ4wdVGkM7IjRjuI2WYt8vRyy4lT0utJsTIPdGqNzuVdu9s92THW12zerPZunnN/uII9rwAyWEDi4VnLuXXZeUYvgBnlTZ2G4SDGNv762urDThBMh5SfiPxw==

——————————————————

————————————————————–

Odessa

================================

————————————-

O geniuszu dyplomacji. I arytmetyki. MEM-y VII.

—————————————-

—————————————-

—————————–

————————–

—————————————-

———————————————

——————————————————

————————

——————————————-


Tędy łatwiej przekonywać. MEM-y VI.

——————————

———————————

———————————–

——————————————————

——————————————–

—————————————————————

—————————————————–

—————————————-

————————————————–

———————————————-

Narodowe MEM-y V.

—————————————————

——————————

—————————————–

——————————————–

————————————————

——————————-

————————————————

—————————————————-

———————————————

————————————–

———————————————-

[nie pal drewnem, bo ono daje ZERO co2 md]

Ubogacenie kulturowe a pech dzieci. MEM-y IV.

-[To w Bochni]

—————————————————-

——————–

——————————————————-

—————————————–

——————————————————–

————————————————————-

—————————————————

———————————————–

———————————-

Peron im odjechał. MEM-y II.

———————————————————-

————————————–

————————————————————-

—————————————————-

—————————————————

————————————————————

———————————

——————————————————

—————————————-

Pojałtańskie granice w Europie mają coraz słabszych obrońców

Pojałtańskie granice w Europie mają coraz słabszych obrońców

prof. Witold Modzelewski 

Jeszcze do niedawna słyszeliśmy, że oficjalnym celem naszej polityki wschodniej jest przywrócenie statusu quo ante bellum, czyli „wyzwolenie wszystkich okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy”; z Krymem włącznie.

Nastąpiła zmiana w oficjalnej opowieści o konflikcie rosyjsko-ukraińskim: od 2022 roku toczy się ponoć „pełnoskalowa wojna”, a przedtem – jak można się domyślać – była też wojna „niepełnoskalowa”, mimo że wtedy posługiwano się pojęciem „aneksja”. Jest to zapewne jednym z największych paradoksów naszej polityki ostatnich ponad stu lat: stanęliśmy w obronie granic innego państwa, które to granice arbitralnie na swoim terytorium wyznaczył Związek Radziecki. Kształtowanie się granic „socjalistycznych republik radzieckich”, które wchodziły w skład ZSRR, było procesem skomplikowanym. Zachodnią granicę z Polską („linia Curzona” oraz podział Prus Wschodnich) określiła „Wielka Trójka” jeszcze w 1945 roku, a pokoleniu wychowanemu już w III RP przypomnę, że były to dwa na wskroś „zachodnie” państwa – USA i Wielka Brytania, oraz Związek Radziecki.

Skutkiem tej decyzji było wyrzucenie do kosza Traktatu Ryskiego z 1921 roku, w którym Polska z Bolszewikami i odrębnie z… Ukrainą (w wersji nienacjonalistycznej, lewicowej) ustaliła naszą granicę wschodnią. Nota bene odrębnie w 1922 roku w drodze faktów dokonanych powstała granica polsko-litewska („bunt Żeligowskiego”). Ale takimi szczegółami Wielka Trójka nie przejmowała się: do takich oto „państw związkowych” jak „socjalistyczne: Ukraina, Białoruś i Litwa”, które formalnie były częścią ZSRR, przyłączono wschodnie tereny II RP, nie pytając się o zgodę emigracyjnych władz naszego kraju, z którymi oba zachodnie mocarstwa miały stosunki dyplomatyczne a z Wielką Brytanią łączył nas (jak widać niewiele warty) sojusz wojskowy.

Pozostałe granice (wewnętrzne) tychże państw związkowych, czyli między „socjalistyczną Ukrainą” a jej wewnętrznymi sąsiadami („socjalistyczną Białorusią”, „socjalistyczną Rosją” i równie „socjalistyczną Mołdawią” wyznaczyły władze w Moskwie (pomijam tu mniej istotny dla naszych rozważań wątek granicy między ZSRR a Czechosłowacją, Węgrami i Rumunią). Na korzyść „socjalistycznej Ukrainy” nastąpił w pięćdziesiątych latach zeszłego wieku również podział… „socjalistycznej Rosji”: wtedy to Krym, który nigdy nie miał nic wspólnego z jakimkolwiek tworem państwa ukraińskiego, został podarowany Ukraińcom: czyli ów twór quasi-państwowy powstał również kosztem II RP oraz Rosji. W ten sposób powstała największa w historii wersja państwa ukraińskiego, która po samorozwiązaniu się ZSRR stała się odrębnym i samodzielnym (bytem) państwem. Pomysłodawcą i politycznym patronem tej wersji terytorialnej Ukrainy był Związek Radziecki, ale od 1991 roku tego państwa już nie ma.

Minęło od daty tego rozwiązania już prawie 35 lat, to dużo czasu. Można przyjąć diagnozę, że ani jeden z dwóch pozostałych twórców „wielkiej Ukrainy” nie będzie krwawić w jej obronie. Rosja już od dawna kwestionuje jej granice, w tym proponuje nawet rewizję granicy wschodniej i zachodniej, a USA i Wielka Brytania nie wyślą swoich wojsk na ten „front”.

My za to zaklinamy rzeczywistość i mówimy o jakiejś „bezwzględnej” i „bezwarunkowej” konieczności wsparcia dla „walczącej Ukrainy”. W imię czego? Obrony postradzieckich granic? To mało realne: nie stać nas na taki wysiłek finansowy – to zbyt duży ciężar. Nie stać na to również europejskich państw NATO oraz Unii Europejskiej, które utrzymują władze w Kijowie na kredyt, który ma spłacić… Rosja z wypłaconych kiedyś Ukrainie reparacji, co jest mało prawdopodobne. USA już nie finansują władz w Kijowie: więcej – zapowiadają wycofanie się z tej części świata. Nie będzie również żadnego „Trójmorza” pod patronatem Waszyngtonu.

Jest jeden istotny prawny motyw naszego zaangażowania się w obronę postradzieckiej wersji „wielkiej Ukrainy”. Rewizja jej granic prawdopodobnie wywoła efekt domina, bo przecież również nasze granice, w tym polsko-niemiecka, są pomysłem radzieckim, a współczesna Rosja nie musi być patronem (już nie jest?) Polski w wersji sięgającej Odry i Nysy wraz ze Szczecinem i Dolnym Śląskiem. Problem jednak w tym, że gdy przed trzydziestu laty dzielono Jugosławię czy Czechosłowację, nie broniliśmy „granic jałtańskich”: wręcz odwrotnie – polityczne wspieraliśmy likwidację tych państw.

Dlatego porażka polityki wschodniej, bo prawdopodobnie nie obronimy przed podziałem „wielkiej Ukrainy”, będzie kolejnym pretekstem dla dalszej rewizji „granic jałtańskich”. Kto w przyszłości stanie w ich obronie? USA? To mało prawdopodobne.

prof. Witold Modzelewski 

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

Polska wysyła Ukrainie kolejne 215 mln zł.

10.09.2026 fxmag/polska-wysyla-ukrainie-kolejne-215-mln-zl

Chodzi o to, co trafi na front

Wartość wkładu szacuje się na 50 mln euro, czyli ponad 215 mln zł. Polska zobowiązała się przekazać Ukrainie środki obrony powietrznej oraz inne rodzaje uzbrojenia i wyposażenia wojskowego.

Informację potwierdził wiceminister Ministerstwa Obrony Narodowej; Paweł Zalewski. Decyzja została podjęta podczas posiedzenia Grupy Kontaktowej ds. Obrony Ukrainy, na którym omawiano następne pakiety pomocy realizowane w ramach PURL.

Polska jest częścią znacznie większej układanki

Warszawa nie działa sama, lista państw deklarujących wsparcie pokazuje, że pomoc dla Ukrainy ma charakter wielotorowy. Część państw przekazuje pieniądze, część amunicję, drony, paliwo a także środki przeznaczone na konkretne systemy uzbrojenia.

W ostatnim czasie pisaliśmy także o zapowiedzi Wielkiej Brytanii, która planuje przeznaczyć na pomoc pakiet wart 100 mln funtów. Niemcy mają dostarczyć pociski do systemów Patriot oraz drony, a Holandia 300 mln dolarów na projekt „Linia dronów”. Pomoc zadeklarowała także Norwegia, która wesprze Ukrainę kwotą 200 mln dolarów, która ma zostać przeznaczona na Patrioty.

Część krajów już teraz złożyła deklaracje przyszłego wsparcia finansowego i militarnego. Szwecja planuje przeznaczyć 28 mln dolarów, Litwa 10 mln dolarów, a Hiszpania 2 mln euro na paliwo. Z kolei Estonia zapowiedziała, że będzie kontynuować pomoc na poziomie co najmniej 0,25 proc. swojego PKB. Wciąż widać jednak większą skłonność do pomocy ze strony krajów znajdujących się bliżej frontu; prawdopodobnie z uwagi na własne bezpieczeństwo. Nie inaczej jest w kwestii wydatków na obronność tych państw, w tym także Polski. 

Od Patriotów po paliwo

Partnerzy nie ograniczają się do ogólnej obietnicy „dalszego wsparcia”, bo jak widać i pieniądze i sprzęt trafiają do konkretnych obszarów, w tym obrony powietrznej, systemów Patriot, dronów czy zabezpieczenia paliwowego.

Ukraińskie Ministerstwo Obrony dziękuje wszystkim państwom angażującym się w pomoc, podkreślając, że wsparcie ich znacząco wzmacnia Siły Obrony Ukrainy na polu walki.

80. rocznica poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi, którego dokonał prymas Hlond

80. rocznica poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi, którego dokonał prymas Hlond

Paweł Kubala 8 września 2026, prawy/80-lat-temu-prymas-august-hlond-zawierzenie-jasna-gora

prymas August Hlond

80. rocznica niezwykłego zawierzenia, którego dokonał prymas Hlond

08.09.2026 Paweł Kubala

8 września 2026 roku mija 80 lat od jednego z najbardziej masowych aktów religijnych w powojennej historii Polski. Tego dnia w 1946 roku prymas August Hlond, na czele całego episkopatu, dokonał na Jasnej Górze poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi.

W uroczystości wzięło udział – według relacji z epoki – około miliona wiernych. Rocznica zbiega się w tym roku z jubileuszem 200-lecia Żywego Różańca, co Kościół w Polsce świętuje wspólnie właśnie dziś na Jasnej Górze.

Kraj zniszczony i zagrożony. Prymas Hlond podejmuje odważną decyzję

Akt z 1946 roku nie był gestem odosobnionym ani przypadkowym. Zapadł w konkretnym momencie historycznym: Polska wychodziła z wojennych zniszczeń, a jednocześnie władzę w kraju systematycznie przejmowali komuniści. Decyzję o dokonaniu zawierzenia biskupi podjęli już 3–4 października 1945 roku, podczas swojej pierwszej powojennej konferencji na Jasnej Górze. Ze względu na postępującą sowietyzację kraju przygotowania prowadzono początkowo w konspiracji – oficjalna informacja pojawiła się dopiero w liście pasterskim episkopatu na Wielki Post 1946 roku, podpisanym przez kard. Hlonda.

Samo przygotowanie miało charakter trójstopniowy i objęło praktycznie cały naród: akt poświęcenia wypowiadano najpierw w parafiach i rodzinach (7 lipca), potem na szczeblu diecezjalnym (15 sierpnia), następnie we wspólnotach zakonnych (19 sierpnia), by ostatecznie zamknąć całość ogólnopolską uroczystością na Jasnej Górze 8 września. Władze komunistyczne ostrzegały, że udział w obchodach będzie traktowany jako wystąpienie przeciw nowej władzy – mimo to na Jasną Górę przybyły tłumy.

Doniosły akt na Jasnej Górze

W niedzielę 8 września 1946 roku Mszę świętą na Szczycie Jasnogórskim celebrował krakowski kardynał Adam Sapieha. Sam Hlond odczytał tekst Aktu poświęcenia narodu, powtarzany przez zgromadzonych wiernych. Padły w nim m.in. słowa: „Tobie i Twojemu Niepokalanemu Sercu poświęcamy siebie, naród cały i wskrzeszoną Rzeczpospolitą”.

Geneza aktu sięga wojennych doświadczeń samego kardynała Hlonda. Na emigracji we Francji, w okolicach Lourdes, prymas zetknął się na przełomie lat 1941–1942 z pamiętnikami ojca Augustyna Kordeckiego o obronie Jasnej Góry, a rozmowy z Piusem XII po powrocie do kraju utwierdziły go w przekonaniu o konieczności poświęcenia ojczyzny Niepokalanemu Sercu Maryi.

W tle pozostawało przesłanie fatimskie z 1917 roku, w którym – według katolickiej tradycji objawień – mowa była o poświęceniu Rosji Niepokalanemu Sercu i o groźbie rozprzestrzenienia się „błędnych nauk” w razie zlekceważenia wezwania. W 1942 roku Pius XII dokonał pierwszego poświęcenia świata Niepokalanemu Sercu Maryi, zachęcając poszczególne episkopaty do podobnych aktów narodowych – prymas Hlond wpisał Polskę w ten szerszy, ogólnokościelny ruch.

To nie było jednorazowe wydarzenie

Dzieło zapoczątkowane przez prymasa Hlonda kontynuował kard. Stefan Wyszyński, który ułożył Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego (1956) i zainicjował Wielką Nowennę przygotowującą Polaków do obchodów Tysiąclecia Chrztu Polski w 1966 roku. Akt zawierzenia został formalnie odnowiony przez polski episkopat 6 czerwca 2017 roku w sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem – w setną rocznicę objawień fatimskich.

Także dziś na Jasnej Górze wierni zebrali się, aby odnowić zawierzenie dokonane przez prymasa Hlonda. Ogólnopolskie spotkanie modlitewne odbyło się zgodnie z zapowiedzianym programem: o 9.30 na placu jasnogórskim rozpoczęła się rejestracja grup pielgrzymkowych i odbiór aktów zawierzenia, o 10.00 miały miejsce powitanie, konferencja i wspólna modlitwa różańcowa, a o 11.00 rozpoczęła się Msza święta odpustowa, sprawowana z udziałem częstochowskiej Kapituły Archikatedralnej, która tego dnia obchodziła zarazem własne święto patronalne i 75-lecie powołania kapituły. Po Eucharystii odnowiono Akt poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi – wydarzenie to stanowiło jednocześnie drugą diecezjalną stację jubileuszu 200-lecia Żywego Różańca, założonego przez błogosławioną Paulinę Jaricot.

Mszy przewodniczył metropolita częstochowski abp Wacław Depo. W homilii przypomniał okoliczności aktu z 1946 roku, dokonanego – jak podkreślił – w warunkach narastającego reżimu komunistycznego, i zastrzegł, że ani tamto zawierzenie kard. Hlonda, ani późniejsze akty prymasa Wyszyńskiego i Jana Pawła II nie powinny być odczytywane jedynie jako zapis przeszłości. Zdaniem metropolity zawierzenie musi pozostawać „żywym, osobowym” aktem każdego wiernego i całego narodu, a jego owocem powinny być konkretne praktyki: codzienny różaniec, spowiedź i Komunia święta oraz nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Abp Depo mówił też o postępującej sekularyzacji, określając ją mianem „przyspieszonego kursu pełzającej apostazji”.

Przeor Jasnej Góry o. Grzegorz Prus w słowie powitania nawiązał do 80. rocznicy aktu Hlonda i pobłogosławił ziarno na zasiew, zgodnie z tradycją związaną z przypadającym tego dnia świętem Matki Bożej Siewnej. Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach, ks. dr Krzysztof Czapla SAC, komentując znaczenie rocznicy jeszcze przed uroczystościami, zwracał uwagę na kontekst historyczny aktu z 1946 roku: „Fatima rodzi się w Polsce, gdy nasza Ojczyzna jest bezbronna, zniszczona, ograbiona, bezsilna militarnie”. W tym samym duchu formułował też ocenę, że przesłanie fatimskie – jego zdaniem – wciąż nie jest w Polsce w pełni zrealizowane.

Meandry demokracji…

by opolczykpl opolczykpl/meandry-demokracji

Meandry demokracji…

.


.
Biorąc na zdrowy rozum, demokracja powinna być najlepszym i najsprawiedliwszym systemem społeczno-politycznym. Ale już w starożytnej Helladzie miała wrogów i to wśród najwybitniejszych filozofów: Platona i Arystotelesa. Sokrates nie był jej z założenia przeciwny, choć dostrzegał widoczne w niej zagrożenie: tyranię bezmyślnej i głupiej większości. Przypisuje się mu zdanie: Demokracja jest tylko tak dobra, jak edukacja, która ją otacza. I tu widać, jeśli to rzeczywiście powiedział, przebłysk jego geniuszu.

Demokracja, nawet w wydaniu parlamentarnym, w którym posłowie reprezentują wyborców, aby była systemem rzeczywiście dobrym, musi spełniać dwa warunki:

– Większość wyborców musi być roztropna, rozsądna, zdolna do krytycznego i samodzielnego myślenia, mająca pojęcie o otaczającej nas rzeczywistości, odporna na psychomanipulacje medialne, poczuwająca się do współodpowiedzialności za państwo i losy społeczeństwa.

– Media, nazywane niekiedy czwartą władzą, a w ogłupianiu społeczeństw mające w zachodnich fasadowych demokracjach parlamentarnych pierwszorzędne znaczenie, musiały by być mediami neutralnymi, obiektywnymi, niezależnymi od biznesu i polityki.

Rzeczywistość na zachodzie niestety jest taka, że ogromna większość społeczeństw, czy to w Niemczech, Francji, Anglii, Polsce czy usraelu, jest zbieraniną ignorantów sterowanych medialną propagandą, a media głównego ścieku kłamią, zmyślają, mataczą, ogłupiają i tworzą fikcyjny obraz rzeczywistości, prawdziwy matriks. I stąd od lat widzimy, że wciąż w kolejnych farsach wyborczych wygrywają skompromitowane mafie polityczne służące interesom finansowych elit kolektywnego zachodu. A tam, gdzie są one w wyborach zagrożone, to albo unieważniają przegrane wybory, albo delegalizują partie mogące korporacyjnej mafii partyjnej zagrozić, bądź groźnym kandydatom uniemożliwiają udział w wyborach wyrokami sądowymi. A ogromna większość zachodnich społeczeństw śpi, nie dostrzega manipulacji i nadal wierzy w zachodnią demokrację.

Wczoraj znajoma, Niemka, powiedziała w rozmowie ze mną, że dobrze by było, gdyby w Niemczech wprowadzono referenda. Spytałem ją – wierzysz naprawdę, że przy tak ogromnym odurnieniu większości Niemców referanda coś dadzą? Spojrzała na mnie i powiedziała – no tak, masz rację, to nic nie da.

Polską scenę polityczną znam mniej niż niemiecką, przez co zajmę się głównie tą drugą. To, co tu, w Niemczech, wyrabia się pod płaszczykiem „obrony demokracji”, musi przerażać każdego rzecznika demokracji. Fundamentem demokracji musi być wolność słowa i równouprawnienie wszystkich politycznych partii. Rzeczywistość jest taka, że za byle słówko można zostać okrzyczany ruską wtyką, w łże-mediach jakakolwiek wyważona wypowiedź o Rosji jest niedopuszczalna, a jedna z partii politycznych jest wściekle zwalczana, choć Ustawa Zasadnicza (zastępująca tu konstytucję)  gwarantuje wszystkim partiom politycznym równe prawa. „Obrońcy demokracji” depczą własną Ustawę Zasadniczą, budują system faszystowski, faszystoidalną dyktaturę, będąc przy tym święcie i głęboko przekonanymi, że bronią demokracji i wolności.

.

Sami sobie nakładają kajdany i chcą je nałożyć wszystkim.

Jak funkcjonuje fasadowa zachodnia demokracja w Niemczech, dobrze obrazuje sytuacja po wyborach do Landtagu w Saksonii Anhalt. Zwalczana medialnie i politycznie  ogniowym murem (Brandmauer) partia AFD zdobyła najwięcej głosów – 43,8 %. Dotychczas rządząca CDU straciła prawie 20 % i osiągnęła ledwo 17,2 % i drugie miejsce. Inne agenturalne partie politycznego kartelu (zaliczam do nich i „Lewicę” – Die Linke) osiągnęły: SPD – 9,3 %, Zieloni – 8,9%, (pseudo) Lewica (Die Linke) – 8,6 %. oraz nieomal tak samo jak AFD zwalczany Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW) – 5,3 proc. FDP, przez dziesięciolecia będąca w Berlinie etatowym koalicjantem zarówno CDU jak i SPD, została „zatopiona” i nie weszła do kolejnego już Landtagu z wynikiem 2,6 %.  W obliczu tak ogromnej  przewagi AFD nad kartelem politycznym (CDU, SPD, Zieloni, Die Linke, FDP) tylko i wyłącznie AFD zasługuje na demokratyczny mandat tworzenia rządu krajowego. A jednak kartel polityczny, mimo totalnej politycznej klęski, chce utworzyć własny rząd, choć pod względem ilości krzeseł w Landtagu sama AFD ma tyle samo miejsc (39), co cztery agenturalne partie politycznego kartelu razem wzięte: CDU, SPD, Zieloni i Die Linke (15+8+8+8=39). Języczkiem u wagi będzie więc także znienawidzona partia „stalinówki” Wagenknecht – BSW. Niemniej – powtarzam, gdyby zasady demokracji miały jakiekolwiek znaczenie w Niemczech, tylko i wyłącznie AFD powinna mieć prawo do tworzenia rządu. Ale kto tam patrzy na demokrację – ruskich onuc do władzy dopuścić nie można.

W obecnej wykładni w Niemczech demokratą jest ten, kto popiera partie rządzące w Berlinie. Kto jest innego zdania, jest wrogiem demokracji, prawicowym ekstremistą, neonazistą i czym tam jeszcze, naturalnie i „antysemitą”.

A w sumie, biorąc na „zdrowy rozum”, właśnie w Landach wschodnich, na terenie byłej NRD, AFD powinna mieć najmniejsze poparcie. Jest wszak za normalizacją stosunków z Rosją. A to w NRD stacjonowało prawie pół miliona Czerwonoarmistów. I tam rusofobia powinna być silniejsza. Widocznie jednak pamięć o tamtej „sowieckiej okupacji” nie aż tak straszna jest – i nie jest tak eksploatowana medialnie jak w Polsce. Ale decydujący wpływ na stosunek wschodnich Niemców do AFD i politycznego kartelu miała picdemia i jej zamordystyczna dyktatura, jak i zamordyzm w sprawie Rosji oraz niszczenie gospodarki w imię zielonej szajby w czasach rządów w Berlinie koalicji SPD-Zieloni-FDP. W byłej NRD co najmniej połowa ludności pamięta dyktaturę Honeckera, bo była to dyktatura. I stąd protesty anty-kowidowe były tam znacznie silniejsze niż w „starych” Landach, w byłych Niemczech Zachodnich. Oni po prostu lepiej niż zachodni „rodacy” dostrzegali kowidowy totalitaryzm, gorszy niż honeckeryzm i bardziej zdecydowanie i masowo przeciwko niemu protestowali. Nadal też trwają tam protesty i demonstracje przeciwko budowanej dyktaturze. I przeciwko niszczeniu gospodarki. Niemcy wschodni, mniej zdemoralizowani i rozleniwieni dobrobytem, są bardziej  czuli na swobody obywatelskie, oraz bardziej odpowiedzialni w sprawach dotyczących państwa. No i dlatego w poprawie stosunków z Rosją widzą ratunek dla upadającej gospodarki.

Mnie osobiście ucieszyło tak miażdżące zwycięstwo AFD, ale tylko na zasadzie Schadenfreude – radości z powodu katastrofalnej politycznej porażki politycznego kartelu, będącego na łańcuchu elit finansowych. Zasłużył na to rzeczywiście.

Ale to zwycięstwo AFD powinno być dla Polski ostrym sygnałem ostrzegawczym. Nie mam tu nawet na myśli ciągotek rewizjonistycznych, widocznych w szeregach AFD. Rozmawiałem z wieloma sympatykami, odwołującymi się do tradycji kajzerowskich Niemiec. Chcą granic z roku 1914:

.

.

Obwodu Kaliningradzkiego naturalnie Rosji nie odbiorą – ale co z resztą? Breslau, Stettin, Danzing, Posen, Kattowitz, Oppeln – to może być w ich zasięgu. Jeśli AFD stanie się główną partią rządzącą w Berlinie, a do tego może dojść szybciej, niż się spodziewamy i zabiegać będzie o dobrosąsiedzkie stosunki z Rosją, Moskwa z powodów taktycznych i strategicznych pójdzie na to. Dla Moskwy „nawrócenie” się Berlina na pro-rosyjskość będzie śmiertelnym ciosem dla zachodniej, wściekle antyrosyjskiej polityki. Bruksela bez Berlina okaże się bezsilna. Londyn ma na Kremlu przechlapane na zawsze, Paryż prawdopodobnie też. Ale Berlin ma dla Kremla znaczenie symboliczne, taktyczne i strategiczne – i na żarliwe prośby AFD o wybaczenie zareaguje pozytywnie. A wtedy Polska, rządzona przez kreatury typu Tuski, Kaczyńskie, Nawrockie, Sikorskie i reszta tego ukropolińskiego barachła znajdzie się w niemiecko-rosyjskich kleszczach.

Dla Niemiec Polska zawsze była przeszkodą w ekspansji na Wschód – już od czasów pierwszych Piastów. ZSRR była wiarygodnym gwarantem naszych Ziem Zachodnich, Ziem Odzyskanych. Ale czy obecnie Moskwa, widząc rządców Ukropolinu z pianą na pyskach, żądnych mordowania Rosjan, chcących Rosję wdeptywać w ziemię, będzie się troszczyła o nasze Ziemie Zachodnie, okupione krwią setek tysięcy Czerwonoarmistów, skoro w Niemczech jeszcze nie burzy się pomników Armii Czerwonej, a w Polsce tak. Pod niemieckim zarządem łatwiej będzie Rosji opiekować się cmentarzami Czerwonoarmistów na Ziemiach niegdyś Odzyskanych. A pamięć o poległych w Wojnie Ojczyźnianej jest w Rosji święta.

Czeka nas jeszcze też kolejna masowa, wielomilionowa emigracja z Ukrainy, być może już tej zimy. Szacunki mówią o 5-7 milionach nowych uchodźców. Sytuacja polityczna, gospodarcza, finansowa i militarna kijowskiej junty jest katastrofalna. Ostatnio, według doniesień, w Kijowie doszło nawet do strzelaniny pomiędzy rywalizującymi tajnymi służbami cywilnymi i wojskowymi. Atak dronem na siedzibę SBU był dziełem ukraińskiego HUR, odpowiednika rosyjskiego GRU, a nie Rosji.

.

.

Tam, w tym neobanderowskim kotle, brakuje jeszcze wojny służb o władzę i wpływy.

Z dużym prawdopodobieństwem tej zimy kijowska junta nie przetrwa. Stąd kijowski ćpun apeluje o zakończenie wojny jeszcze przed zimą. Pat i Pataszon (Witkoff i Kushner) nie osiągnęli w Moskwie nic. Rosja na polu walki zamierza osiągnąć wyznaczone cele. I osiągnie.

Nad Polską zbierają się naprawdę czarne chmury. Wprawdzie nastroje ślepo pro-ukraińskie w Polsce maleją, ale wrogość wobec Rosji nie. Większości Polaków brakuje instynktu pro-państwowego – kierowania się racją stanu, dobrem państwa, troską o gospodarkę. Zwyciężają rozbudzane i utrwalane od wieków nastroje wrogości do wschodniego, potężnego sąsiada.

Dotychczas w naszej historii bywało już, że gdy Niemcy i Rosja podawały sobie, ponad głowami Polaków, ręce, kończyło się to dla Polski i Polaków źle. Nie mówię, że AFD jutro dojdzie do władzy, ale może to jednak nastąpić dosyć szybko. Rzecz w tym, żeby Polska wyprzedziła Niemcy i pierwsza zadbała o naprawę stosunków z Rosją. Czy ktokolwiek w warszawce, w sprzedajnych elitach jednak o tym pomyśli? Wątpię. I to napawa mnie obawą.

Większość Polaków jak lunatycy, lub ludzie z zawiązanymi oczami daje się prowadzić w przepaść rusofobii.

.

.

Nie ma niestety w Polsce partii, która – jak AFD w Niemczech – chciałaby naprawy stosunków z Rosją, i która zdobyłaby w jednym województwie tak oszałamiające zwycięstwo. Konfederacji Grzegorza Brauna daleko jeszcze do AFD.

Gdybym był Niemcem, skakałbym do góry z radości po wyborach w Saksonii Anhalt. Ale jestem Polakiem i wynik tych wyborów napawa mnie obawą. Niemcy prędzej czy później zwrócą się z przeprosinami w stronę Rosji, a Polska znajdzie się w strefie zgniotu między tymi państwami. Co z niej wtedy zostanie, aż boję się myśleć…

opolczyk

.

Jak przestałem być „ruskim agentem”

Andrzej Solak: Jak przestałem być „ruskim agentem”

8 września 2026 Andrzej Solak pch24/andrzej-solak-jak-przestalem-byc-ruskim-agentem

Solak-Zelenski-Putin.jpg
Oprac. PCh24.pl

Minęło już nieco czasu od „afery” z odbieraniem Wołodymyrowi Zełeńskiemu Orderu Orła Białego. Mimo tego wciąż nie potrafię wyjść ze stanu zadziwienia.

Pamiętam, jak przecierałem wtedy oczy widząc, którzy to nadwiślańscy politycy dumnie naprężają swe wątłe muskuły. Którzy to, niespodziewanie ukazują surowe, wręcz srogie oblicza. Którzy zaczynają wygłaszać bezkompromisowe, patriotyczne przemowy.

Owi wybrańcy polskiego narodu nagle (w Roku Pańskim 2026!!!) odkryli, że na Ukrainie forsowany jest oficjalny kult zbrodniarzy z UPA! Dlatego teraz rzucili w stronę wielbicieli morderców twarde, proletariackie No pasaran! Nie będzie Zełeński pluł im w twarz! Zaś wierny elektorat z uwielbieniem oklaskiwał ów niespodziewany heroizm swoich ulubieńców…

Ja, agent. Ruski agent

Jest nadzieja, że oto właśnie dobiegła końca moja wieloletnia mniemana kariera agenta i szkodnika na żołdzie Moskwy.

Bo do tej pory, owszem, od czasu do czasu miewałem zaszczyt być zaliczany do tak zwanych ruskich agentów. Rozumiecie Państwo, do tych nienawistników wynajętych przez Kreml, co to „uprawiali dezinformację” szkalując niewinną jak lilija bratnią Ukrainę.

Byłem, wiecie, jedną z tych zapatrzonych w przeszłość ruskich onuc, które bliżej nieokreśloną „tragedię na Wołyniu” ośmielały się nazywać zbrodnią i ludobójstwem, nie bacząc na „nie ten czas” ani na nasze strategiczne sojusze. A wszystko to „za moskiewskie rubelki”, ktoś śmie wątpić?

Srogie są moje winy i długi ich rejestr. Zaliczałem się do „trolli Putina”, którzy „powtarzali rosyjską narrację” o pomnikach Bandery, Szuchewycza i SS-Galizien, jakoby wznoszonych z błogosławieństwem Kijowa. Do prowokatorów, którzy mianem „bandytów” określali „uznanych bohaterów walki o wolność Ukrainy”. I dalej, wytrwale rozpowszechniałem pogłoski o banderowsko-naziolskich tradycjach we współczesnych siłach zbrojnych Naszego Umiłowanego Sojusznika i Obrońcy. I jeszcze zadawałem prowokacyjne pytania o milczenie nadwiślańskich oficjeli wobec „pewnych zdarzeń” w Odessie i Donbasie, a także wobec „nieszczęśliwego wypadku” w Przewodowie.

Byłem więc jednym z tych, którzy swą nieodpowiedzialną pisaniną i gadaniem sprawiali, że „na Kremlu strzelały korki od szampana” (by zacytować ulubioną frazę mejnstrimowych mediotów). Teraz zaś doczekałem się naszego zbiorowego amnestionowania. A nawet więcej, czegoś w rodzaju mimowolnej rehabilitacji, chwalić Boga – wcale nie pośmiertnej.

– Nu, skończą się rubelki od Władimira… – powinienem westchnąć markotnie.

Jak Polak z Polakiem

Niechaj mi wybaczą żartobliwy ton wszystkie osoby, które w minionych latach dotknęła okrutnie około-ukraińska histeria. Którym władze wielce demokratycznej Trzeciej Erpe niszczyły kariery i życiorysy, w imię iście stalinowskiej „walki z wrogą dywersją”.

Dajmy na to owa pani profesor, powszechnie szanowana za dogłębną znajomość literatury i kultury rosyjskiej. Wystarczyło, że w sprawie Ukrainy ośmieliła się mieć poglądy inne niż oficjalnie zalecone. Myślałby kto, że uniwersytet jest z definicji miejscem dyskusji, polemik i wymiany argumentów, ale zarazem wspólnotą. Tymczasem niektórzy utytułowani „koledzy” pani profesor jęli składać w „Gazecie Wyborczej” i podobnych mediach sążniste donosy na „antyludzkie i faszystowskie poglądy” wielbicielki Dostojewskiego, odcinając się od nich skwapliwie. Donosiki chyba trafiły, gdzie trzeba, bo po jakimś czasie niewiasta znalazła się pod lupą ABW.

Przypominało to klimatem dawanie odporu „wichrzycielom i dywersantom” w minionej (?) epoce. Tak myślę, że rozgrzanym miłością do Ukrainy denuncjatorom z tytułami naukowymi wypadałoby wręczyć po metrze grubego kabla elektrycznego – za komuny narzędzia sprawdzonego podczas bicia „warchołów”. Niechby wyglądali całkiem jak gomułkowski „aktyw robotniczy”.

Wspomnijmy jeszcze tego młodziana, który na Fejsie wyraził radość z powodu rozgromienia przez Rosjan ukraińskiego pułku „Azow” w Mariupolu. Potem nieborak tłumaczył się przed sądem, wskazując na banderowsko-naziolskie inklinacje tej jednostki. Pan prokurator przyznał młodzieńcowi prawo do oceny „określonych formacji wojskowych” naszego drogocennego sojusznika; jednakowoż radowanie się z powodu spuszczenia im łomotu zakwalifikował jako „pochwałę wojny napastniczej”. Sąd wycenił wzmiankowaną zbrodnię na 5 miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz dozór kuratora.

Pomysł ścigania „pochwały wojny napastniczej” wydał mi się wielce paradny. Oznacza bowiem, że już niedługo większa część naszego narodu wyląduje w kryminale, bądź będzie miała w papierach zapis: „karany”. Wspomnijmy, ilu rodaków radowało się i okazywało dumę przy okazji rocznicowych obchodów wyprawy Żółkiewskiego na Moskwę, albo podbojów Chrobrego, bądź po prostu śpiewało wers: „dał nam przykład Bonaparte”. Zdaje się, że w naszym kraju mogą spać spokojnie tylko wielbiciele czynów orężnych Trumpa i Netanyachu…

Sabat nienawiści

Była jeszcze jedna kategoria ofiar polityki nadwiślańskich rządów i medialnych koncernów – a imię jej Legion. To ludzie, których mózgi zainfekowano wydzielinami partyjnych i ponadpartyjnych szczujni. Zaprogramowani wirusem pogardy, posłusznie nienawidzą tych, których media kazały im nienawidzić.

Pamiętam, jak kiedyś jeden z większych portali zakomunikował, że ukraiński dron uderzył w budynek mieszkalny pod Moskwą. Chałupa spłonęła, a wraz z nią 69-letnia kobieta wraz z siedmioletnim wnuczkiem. Od pewnego czasu mejnstrimowym mediom wolno już było zamieszczać takie wstawki – bo przecież wcześniej długo obowiązywała zasada, że każdego zabitego cywila zapisywano na konto Rosjan, i to musowo jako ofiarę zbrodni wojennej (czyli czynu zamierzonego).

Nie zamierzam tutaj oceniać ukraińskich droniarzy, wszak nie znam kulisów owego konkretnego incydentu. Na wojnie zdarzają się celowe ataki na cywilów (a więc zbrodnie), ale bywają także przypadkowe dramaty wynikłe z błędów obsługi, awarii sprzętu czy po prostu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Konflikt rosyjsko-ukraiński, jak każda wojna, generował zarówno zbrodnie, jak i nieumyślne zdarzenia, po obu stronach.

Jednakże poraził mnie oddźwięk ze strony internautów. Pod artykulikiem pojawiło się mnóstwo radosnych reakcji w stylu: „Lubię to!”, „Super!”, „Hahaha”. Co trzeba mieć w łepetynie, żeby radować się z usmażenia żywcem jakiejś babuszki i jej małego rebionka? Przecież śmierć rosyjskiego malucha to taka sama tragedia jak zgon dziecka ukraińskiego, palestyńskiego czy jakiegokolwiek innego! Takie same są krew i ból; identyczna rozpacz bliskich. Ale u nas niektórzy dzielą krew dzieci na lepszą i gorszą.

To tylko jeden przykład z wielu podobnych. Miałem nieszczęście słuchać lub czytać komentarze, które normalnego człowieka przyprawiały o mdłości; łącznie z epatowaniem fotografiami spalonych bądź okaleczonych zwłok (nazywanych „pieczonym ruskim robactwem”, „ruską padliną” bądź „ruskim ścierwem”). Patrzyłem na to i myślałem o tubylczych politykach i dziennikarzach, którym udało się zmienić niektórych moich rodaków w krwiożerczy motłoch; w ciemną, fanatyczną tłuszczę, gotową wojować nawet z pierogami ruskimi, albo z muzyką Czajkowskiego i Rachmaninowa. Medialna tresura okazała się skuteczna.

Miałem nadzieję, że może jaki hierarcha mojego Kościoła powie w końcu głośno, że takie medialne seanse pogardy, takie odgórne zaszczepianie wścieklizny maluczkim jest zwyczajnie niegodziwe. Że bardziej pasuje to do plemienia dzikich kanibali, albo sabatu satanistów, niż do wspólnoty przyznającej się do dziedzictwa cywilizacji łacińskiej. Że prędzej czy później doprowadzi to do dramatów, może do zbrodni.

Niestety, nasi hierarchowie byli przez te lata pochłonięci ważniejszymi dla nich problemami. Przecież głośno wyrażali troskę o ekosystem naszej planety, albo o przyjazne powitanie tzw. „imigrantów”, bądź o bezpieczeństwo świec chanukowych w Sejmie. Cóż, każdy ma swoje priorytety…

Demokraci i rezuni

Okazywanie atencji współczesnym banderowcom i nazistom przez niektóre środowiska w Polsce nie ograniczało się do obszaru samej tylko Ukrainy.

Pamiętacie rok 2022, kiedy nasz kraj upstrzono niebiesko-żółtymi flagami? W moim rodzinnym mieście nieznane mi osoby powiesiły wielki baner, zdobny we wspomniane barwy, z napisem: „STAŃMY RAZEM, JAK WE WRZEŚNIU 1939 ROKU”. Patrzyłem na owo dzieło rąk ludzkich w zadumie, próbując dociec, do kogo adresowane jest wezwanie. No bo przecie we wrześniu 1939 roku pod niebiesko-żółtymi barwami wystąpił Legion Ukraiński Wehrmachtu oraz bojówkarze OUN!

Przez wiele lat patrzyłem zrezygnowany, jak polscy korespondenci w Rosji oraz tak zwani „eksperci od spraw wschodnich”, pokazując naszej publice antyputinowskie demonstracje nacjonal-bolszewików oraz komunistów od Ziuganowa, przedstawiali je jako „protesty opozycji demokratycznej”. Ale raz, pamiętam, aż poderwała mnie wieść, że manifestująca przeciw Putinowi „młodzież” zaraz po wiecu udała się na koncert grupy Kołowrat. Owóż Kołowrat reprezentował wielce specyficzny odłam tamtejszego rocka, scenę spod znaku „odin, czetyrie / wosiem, wosiem”. Krótko mówiąc – to kapela neonazistowska. To rzetelni pogrobowcy towarzysza Adolfa. Nietrudno domyślić się, jakie poglądy reprezentowała „antyputinowska młodzież”, co to ją obdarzył ciepłym słowem polski mediota.

Potem, już podczas wojny na Ukrainie, doświadczyłem swoistego deja vu, kiedy „nasze” media tudzież nieocenieni „eksperci” usilnie lansowali walczącą na żołdzie Kijowa grupę, występującą pod szumną nazwą: Rosyjski Korpus Ochotniczy (RDK). Chciałbym poinformować, że wódz oraz ideolog rzeczonego Korpusu, pan Denis Kapustin (ksywa Biały Król) był neonaziolem o długim stażu (w czym nie przeszkadzało mu żydowskie pochodzenie), z zakazem wjazdu do wszystkich krajów strefy Schengen. Dopiero od paru lat jął on wykrętnie dystansować się od niektórych aspektów polityki III Rzeszy.

W takich momentach zachodzę w głowę, czy entuzjastycznie nastawieni do takich i podobnych inicjatyw polscy korespondenci i „eksperci”są naprawdę aż takimi durniami? Czy też może doskonale wiedzą, jakich to przyjemniaczków lansują jako „siły opozycji antyputinowskiej”? Bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji. Byłaby logicznym uzupełnieniem kocopałów o  „skomplikowanym Banderze” oraz o „trudnych wyborach ochotników SS-Galizien”. Pasowałaby do jakże częstych u nas prób przedstawiania ukraińskiego rezuna jako postaci tragicznej i skrzywdzonej przez los – i to wcale nie dlatego, że w trakcie rezania Lachów złamały mu się widły.

Wpływy obce

Nasze państwo niszczono odgórnie z zapałem godnym lepszej sprawy. Oto rządy PiS i PO powołały komisje „do spraw badania wpływów rosyjskich”. Ich głównym zadaniem okazało się poszukiwanie „haków” na konkurentów politycznych.

Ja zaś zapytam: dlaczego nie bada się po prostu obcych wpływów? Toż zamiast licytować się, kto podczas oficjalnych wizyt dłużej i goręcej ściskał dłoń Putinowi, moglibyśmy poznać sprawy naprawdę istotne dla naszego umęczonego kraju – od smakowitych kulisów podpisywania kontraktów zbrojeniowych i paliwowych, poprzez przepływy zagranicznych grantów dla tutejszych propagandowych szczujni, aż po skład klienteli podkarpackich przybytków braci Rysicz.

Kiedyś poseł Jarosław Kaczyński raczył z trybuny sejmowej nazwać świeżo upieczonego premiera Donalda Tuska „niemieckim agentem”. W cywilizowanym, zdrowo zarządzanym kraju ową wypowiedzią natychmiast zajęłyby się odpowiednie służby i zależnie od wyniku dochodzenia co najmniej jeden z tych panów wylądowałby w więzieniu – albo za oszczerstwo, albo za zdradę. Piszę „co najmniej jeden”, bo w razie uprawdopodobnienia agenturalności podejrzanego Donalda T., należałoby zapytać jego adwersarza – czemu to, posiadając taką wiedzę, nie zawiadomił prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszak mogącego ściągnąć na nasz kraj ogromne niebezpieczeństwo?

Oczywiście nic takiego się nie stało, nadwiślańskie państwo po raz kolejny potwierdziło kartonowo-styropianowy budulec swych fundamentów. Doczekaliśmy czasów, w których słowo „agent” uznaje się za wyświechtaną, niewiele znaczącą obelgę. Myślę, że prawdziwa obca agentura wielce raduje się takim stanem rzeczy.

Czy to wszystko oznacza, że możemy lekceważyć zagrożenie dla Polski ze strony rosyjskiej propagandy i działań służb Kremla? Oczywiście, że nie! Czy w naszym kraju działają prawdziwi rosyjscy agenci? Zdziwiłbym się, gdyby ich nie było. Rosja to kraj poważny, to znaczy dbający o swoje interesy. Działalność szpiegowska to naturalne przedłużenie dyplomacji. Zwalczanie obcego szpiegostwa oraz wspieranie własnego jest zwyczajną praktyką państw poważnych. Użalanie się na ten stan rzeczy, histeryczne „moralizowanie” w obliczu afer wywiadowczych to oznaka słabości.
Wiele lat temu, podczas wizyty Władimira Putina w Polsce, jakiś polski dziennikarzyna zarzucił mu, że gdziekolwiek się ruszy, tam zawsze stara się przeforsować interes Rosji. W reakcji napisałem wtedy (w katolickim miesięczniku „Wzrastanie”), że bardzo chciałbym, aby taki zarzut stawiano polskim politykom – że gdziekolwiek się stawią, tam będą próbowali realizować interesy własnego kraju, a nie jakiejś Ukrainy, Tybetu, Czeczenii czy innej Gruzji. Pamiętam, że reakcją na moją pisaninę było zwyczajowe środowiskowe „oburzanko” i okrzyknięcie mnie (chyba po raz pierwszy) „zwolennikiem Putina”. Jak zwykle ktoś czegoś  nie zrozumiał.

Państwo polskie winno strzec swoich spraw, tak przed wrogami, jak i mniemanymi aliantami. Tymczasem przeczytałem niedawno (w „Rzeczpospolitej”) o bezkarnej działalności w naszym kraju służb ukraińskich. „Jakby nie mówić, to są nasi sojusznicy” – próbują wyjaśnić taki stan rzeczy przedstawiciele naszych władz.

– Boże, strzeż mnie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam – westchnął kiedyś kardynał Richelieu.

Strumień łaski

Pan Wołodymyr Zełeński, pełniący obowiązki prezydenta kraju sąsiedzkiego, ma prawo być zdziwiony obecną gniewną reakcją części polskojęzycznych polityków i dziennikarzy, na jego kolejny akt probanderowskiej adoracji.

Toż przecie od lat nie robił nic innego. Nawet jak przyjmował Order Orła Białego, to miał na sobie bluzę z symboliką OUN (tryzub z mieczem), a w obecności tubylczych sług wykrzykiwał raz po raz banderowskie hasło: „Sława Ukrainie – Herojom sława!”. Zresztą zaprzańcom, pełniącym obowiązki Polaków, również zdarzało się, tu i ówdzie, owo zawołanie inicjować. Nieprawdaż?

Chyba powinniśmy radować się owym strumieniem łaski, co to nagle oświecił przynajmniej niektórych sprawujących rządy oraz dominujących w ławach opozycji. Jednakowoż sceptyczną część mej duszy korci wątpliwość – czy to szczera przemiana, czy tylko nowe wytyczne? Nie było aby (jak niegdyś, choćby w sprawie Przewodowa) SMS-owych instrukcji z ambasady Wielkiego Brata?

Dla mnie największym problemem wcale nie byli i nie są politycy z Kijowa, tylko ich warszawscy koledzy po fachu. A ściślej nie koledzy, tylko słudzy, przecie sami raczyli tak się określić. Przyznajmy, że na tak szczerą deklarację, taki publiczny akt hołdowniczo-służalczy nie poważył się w naszej historii bodaj żaden kolaborant, nawet szefostwo Goralenvolk. Zaprawdę była to historyczna chwila.

To właśnie tubylcza „klasa polityczna” sprawiła, że straciłem wiarę w polski (w znaczeniu: suwerenny) charakter państwa nad Wisłą. Dziś zaś obserwuję cudowne nawrócenie plenipotentów obcych ambasad, któremu nie towarzyszy żaden rachunek sumienia ani akt skruchy, że już nie wspomnę o zadośćuczynieniu Panu Bogu i ludziom. Przeciwnie, słudzy mówią teraz, że nigdy sługami nie byli. Że nigdy nie poważali Zełeńskiego. Że zawsze sprzeciwiali się banderyzacji Ukrainy. Że oni zawsze byli dzielni. Oni zawsze się starali. Oni nigdy nie kłamali, z ich ust spływały potoki prawdy. Oni przecie kochali Polskę. I jeszcze zawsze byli za uczczeniem polskich ofiar z zadeptanych wołyńskich dołów śmierci.

Tak, zawsze. A ja to wszystko przeoczyłem.

Dziękuję, Panowie!

Minione lata były bardzo trudne dla Polaków poruszających temat „okołowołyński” czy też „ukraiński”. Odpowiadają za to konkretni ludzie oraz konkretne formacje polityczne.

Ogromna większość mediów poddała się barbarzyńskiej presji. Wygodniej było wtedy milczeć, a jeszcze większe profity zapewniało przyłączenie się do banderowskiego chóru. Tylko nieliczne redakcje postąpiły inaczej, przeciwstawiając się dyktatowi lub przynajmniej dopuszczając możliwość zaprezentowania odmiennych poglądów.

Dzięki uprzejmości różnych środowisk, wśród nich zespołów redakcyjnych Portalu PCh24 oraz dwumiesięcznika „Polonia Christiana”, miałem możność pisania o tym, co mnie szczególnie bolało, w tym o tematach określanych mianem „ukraińskich”. Robiłem to w charakterze „wolnego strzelca”, ale przecież ludzie udostępniający swoje łamy dla mojej pisaniny brali za nią pełną odpowiedzialność. A późniejsze gromy, te kubły pomyj od jawnych i anonimowych „oburzonych komentatorów”, spadały na te media między innymi za moją przyczyną.

Nie wspominam o tym, by się przechwalać, ani by uprawiać swoiste kombatanctwo. Inni działali w tej sprawie bez porównania więcej i lepiej ode mnie. Jednak to dobra okazja do złożenia podziękowań. Nie tak dawno życie pokazało mi, że mogę nie zdążyć wypowiedzieć wszystkich zamiarowanych słów. Nie wolno nam odkładać ważnych rzeczy na później.

Chciałbym więc serdecznie podziękować Redakcjom PCh24 oraz „Polonii  Christiana”, tudzież wszystkim innym wspólnotom, które w latach ukraińskiej histerii ratowały honor polskiego dziennikarstwa. Zaś tych, którzy mnie czytają, proszę z myślą o wzmiankowanych środowiskach:

– Panie i Panowie! Czapki z głów!

Postscriptum

W tytule, informującym o zakończeniu mej kariery ruskiego agenta, powinienem chyba wstawić pytajnik. Bo prawda jest taka, że Polacy mający swoje zdanie w kwestiach „okołowołyńskich”, niebawem znów mogą zostać ogłoszeni wrogami publicznymi, zagrażającymi bratnim sojuszom i owocnym przyjaźniom.

Nie miejmy złudzeń, polskojęzyczni ważniacy wczoraj ściskali się z Zełeńskim, dziś obsobaczają go ile wlezie, a jutro mogą ogłosić, że niedawne drobne nieporozumienia właśnie przezwyciężyła troska o wspólne dobro i świetlaną przyszłość. Toż wystarczy tylko telefon z tej czy innej ambasady… Osobnicy pozbawieni zasad, zapatrzeni tylko w słupki wyborcze, w pocie czoła odgrywają swój teatrzyk, pilnie bacząc, aby nadążyć za kolejną prawdą etapu.

Zaiste, niełatwe jest życie sługi.

Andrzej Solak

Niedziela. Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

13.09.26 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

08/09/2026 przez antyk2013

Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu

BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!

====================================

WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.

Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).

Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie:  Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w  ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).

Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był  j e d y n ą  Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.

Sceny myśliwskie

Sceny myśliwskie

Artykuł  •  tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  8 września 2026 michalkiewicz

—————————————————————————

„Z flintą nos w pole wytknął,

Rycerskim więc instynktom

Dziś ujście daje rad.

Huczy strzałów muzyka.

Zając wszak zdrów umyka,

Obławnik dostał w zad.”

Wprawdzie, gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych, rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondakrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro. Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondakrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei?

To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko – że prezes Zondakrypto, albo w ostateczności – jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń.

Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka – czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i – czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka.

W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim, decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie; czy to z grona minę obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral? Czy jest on narodowości prawniczej – na co wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada.

Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela, pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondakrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.

Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe. Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania.

A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie, jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w która wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, która potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni, czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea.

Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią zwłaszcza w sytuacji, gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

Co prawda, podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Giertycha Romana może zachodzić konflikt interesów , bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana, Wielce Czcigodny Sławomir Nitras, co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek uważa, że Wielce Czcigodny mec. Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”. Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”.

Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państw”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały.

Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.

„A tam biegnie sarna,

sarna towarzyszu mój.

Spuszczaj charta ze smyczy,

niech sarenkę uchwyci,

towarzyszu mój”

– śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie, ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi

Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi

magnapolonia/ukraina-szykuje-roszczenia-do-polskiej-ziemi

29 lipca 2025 roku Wołodymyr Zełenski podpisał ustawę nadającą szczególny status Ukraińcom przesiedlonym z terenów należących do Polski w latach 1944–1951. Przepisy weszły w życie 30 stycznia 2026 roku. Dokument nie jest wyłącznie ustawą socjalną. Wprowadza do ukraińskiego porządku prawnego kategorię osób deportowanych z powojennej Polski, a jednocześnie odwołuje się do utraty przez nie domów i majątku. To wstęp do roszczeń majątkowych wobec III RP. Tymczasem Warszawa śpi, zarówno wobec roszczeń ukraińskich jak i własnych obywateli co do majątków utraconych na Kresach.

Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi. Ustawa z 2025 roku definiuje jako deportację przesiedlenia ludności ukraińskiej z terenów dawnej Polski do Ukraińskiej SRR, a także późniejszą akcję „Wisła”. Ustawa wskazuje przy tym na „wywłaszczenie mienia” oraz inne ograniczenia praw osób przesiedlonych. W marcu 2026 roku ukraińskie władze przyjęły kolejny akt prawny z tym związany – rozporządzenie -procedurę przyznawania jednorazowej pomocy finansowej osobom objętym ustawą. Na to jak widać pieniądze są, mimo wojny.

Nie oznacza to, że Ukraina uzyskała w ten sposób podstawę prawną do przejmowania polskich nieruchomości. Ustawa nie przyznaje Ukraińcom prawa własności do konkretnych działek czy domów znajdujących się obecnie w Polsce i nie nakłada na Warszawę obowiązku wypłaty odszkodowań. Znaczenie ustawy może być jednak szersze. Państwo ukraińskie tworzy bowiem formalny system potwierdzania statusu osób wysiedlonych, ich pochodzenia oraz utraconego majątku. Tego rodzaju dokumentacja ma znaczenie, jeśli w przyszłości pojawią się polityczne próby wysuwania wobec Polski roszczeń dotyczących mienia.

Szczególne znaczenie ma język stosowany przez ukraińskie władze. W dokumentach i wystąpieniach parlamentarzystów mowa jest nie tylko o przesiedleniach, ale o „deportacji”, „wywłaszczeniu”, „zbrodni reżimu komunistycznego” oraz „zbrodni państwa polskiego”. W ukraińskiej narracji pojawia się również pojęcie prawa do powrotu na tereny określane jako „Zakerzonia”.

Istotna jest także kwestia liczb. Na podstawie umowy między polskojęzycznymi komunistami oraz Stalinem, około 482 tys. osób przesiedlono w latach 1944–1946 z Polski do Ukraińskiej SRR. Około 140–150 tys. Ukraińców wysiedlono natomiast w 1947 r. podczas akcji „Wisła”. W ukraińskiej debacie publicznej pojawiają się jednak liczby sięgające 700–750 tys. deportowanych. Różnica wynika częściowo z uwzględniania różnych operacji i okresów, jednak większa liczba osób objętych państwową narracją oznacza również większy potencjalny krąg osób mogących powoływać się na status deportowanych.

W zakresie sztucznego zawyżania przesiedlonych, Ukraińcy uczą się od najlepszych – liczba Żydów „ocalałych z holokaustu” również rosła wraz z czasem.

W każdym razie, w związku z działania ukraińskich władz rodzi sie pytanie, czy tworzenie państwowego systemu dokumentowania deportacji i utraconego mienia nie będzie w przyszłości wykorzystywane jako argument w sporach majątkowych. Co więcej, kwestia ta nie jest wyłącznie jednostronna.

Polacy wypędzeni z Kresów Wschodnich również pozostawili tam domy, gospodarstwa, ziemię i inne nieruchomości. Państwo polskie stworzyło wprawdzie system rekompensat za mienie pozostawione poza obecnymi granicami RP, ale problem historycznej własności kresowej nigdy nie został rozwiązany w sposób odpowiadający oczekiwaniom wszystkich środowisk kresowych.

Dodatkowo, polskie majątki były znacznie bogatsze od ukraińskich i łemkowskich. Z ziemi i nieruchomości wypędzeni zostali nie tylko polscy chłopi ale także fabrykanci oraz szlachta, posiadająca zamki i pałace. Same zagrabione i znacjonalizowane polskie zamki i inne dobra kultury na Kresach są warte miliardy, podczas gdy Ukraińcy na obecnym terytorium RP mieli jedynie drewniane chaty kryte strzechą, wozy drabiniaste na drewnianych kołach i kupę biedy.

Wobec działań Kijowa niezbędna jest zdecydowana i symetryczna reakcja polskiego rządu. Jeżeli Ukraina tworzy państwowy system rejestracji osób wysiedlonych, dokumentowania utraconego mienia i prawnego potwierdzania krzywd doznanych przez Ukraińców po 1944 r., Polska powinna stworzyć analogiczny mechanizm dokumentowania polskich majątków pozostawionych na Kresach Wschodnich.

Nie powinno się przy tym ograniczać sprawy do symbolicznych uchwał czy obchodów rocznicowych. Konieczne jest rozpoczęcie systematycznego procesu zmierzającego do restytucji polskiego mienia na Kresach. Tam, gdzie zwrot nieruchomości jest niemożliwy, należy dążyć do uzyskania realnych rekompensat. Państwo polskie powinno zgromadzić i zabezpieczyć dokumentację dotyczącą domów, gospodarstw, gruntów, przedsiębiorstw i innych nieruchomości pozostawionych przez Polaków w wyniku przymusowych wysiedleń.

Jeżeli państwo ukraińskie uznaje prawa swoich obywateli i ich potomków do pamięci o utraconym majątku, dokumentuje ich straty i nadaje wysiedlonym określony status prawny, państwo polskie powinno z taką samą determinacją występować w obronie praw Polaków wypędzonych z Kresów. Szybko okazałoby się, że polskiego majątku zagrabionego przez Ukraińców i Rosjan jest znacznie więcej, niż ukraińskiego w Polsce.

======================================================

NASZ KOMENTARZ:

Bądźmy szczerzy – Ukraina skrzętnie gromadzi dokumentację swoich strat (prawdziwych i urojonych) i przygotowuje podstawę do przyszłych roszczeń. Niestety, strona polska pozostaje wyłącznie przy deklaracjach i wspomnieniach. Taka asymetria jest dla Polski politycznie i historycznie niekorzystna, a wręcz groźna. Jedynie słuszną reakcją na ukraińskie roszczenia, są nasze własne, dzięki czemu będziemy szachować antypolski, banderowski reżim.