Niemcy wlewają ścieki do Odry. Po której stronie są ekolodzy?

Niemcy wlewają ścieki do Odry. Gdzie są ekolodzy?

magnapolonia/niemcy-wlewaja-scieki-do-odry-gdzie-sa-ekolodzy

W Ognicy w gminie Widuchowa, około 50 kilometrów na południe od Szczecina, zaobserwowano zrzut ciemnej cieczy do Odry z betonowego wylotu znajdującego się po niemieckiej stronie rzeki, gdzie granica polsko-niemiecka przebiega środkiem nurtu. Według relacji miejscowych wędkarzy wypływająca substancja tworzy smugę, która ciągnie się wzdłuż brzegu na odcinku kilkuset metrów, a przy większych zrzutach jej smród ma być wyczuwalny również po polskiej stronie.

=========================================

Niemcy wlewają ścieki do Odry. W Ognicy znajduje się betonowy wylot po niemieckiej stronie rzeki, z którego bez żadnych filtrów wypływa ciemna, niemal czarna ciecz, tworząca smugę o szerokości około pięciu metrów, ciągnącą się wzdłuż brzegu przez prawie kilometr. Miejscowi Polacy twierdzą, że przy większych zrzutach nieprzyjemny zapach dociera również na polskie nabrzeże, znajdujące się ponad 350 metrów od wylotu, a jego intensywność jest na tyle duża, że powoduje szczypanie w oczach. Rura ma prowadzić z papierni LEIPA w Schwedt, a więc dużego niemieckiego zakładu przemysłowego.

Sprawą 11 sierpnia zainteresował się Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska, którego pracownicy pojawili się na miejscu, jednak napotkali zasadniczą przeszkodę: nie mogli pobrać próbki bezpośrednio z betonowego wylotu, ponieważ znajduje się on na terytorium Niemiec. To właśnie ten szczegół jest w całej sprawie najbardziej bulwersujący, ponieważ nawet jeżeli uznamy, że sama czarna barwa cieczy nie świadczy jeszcze o jej szkodliwości, to bez pobrania próbki w miejscu zrzutu trudno o jednoznaczne ustalenie, co właściwie trafia do Odry.

20 sierpnia Główny Inspektorat Ochrony Środowiska zwrócił się więc do właściwego urzędu środowiskowego Brandenburgii z pytaniami dotyczącymi kontroli niemieckiego zakładu od 2023 roku, wyników badań odprowadzanych ścieków oraz norm określonych w pozwoleniu na ich zrzut. Standardowo polska strona nie otrzymała żadnej odpowiedzi, a dziennikarzom nie odpowiedziała również sama papiernia. Polakom będą się tłumaczyć? Też coś. Przecież nadal są „rasą panów”!

Co ciekawe, głos w tej sprawie nieoczekiwanie zabrał dyrektor niemieckiego parku narodowego Dirk Treichel, który wprawdzie nie jest specjalistą w tym zakresie, ale przekonywał, że kolor ścieków może zależeć od tego, co w danym momencie produkuje papiernia, oraz że pod względem chemicznym na pewno „nie są one groźne”. W tym miejscu pojawia się jednak pytanie, na jakiej podstawie ten człowiek może zapewniać o nieszkodliwości substancji, skoro chwilę później przyznał, że jego urząd nie prowadzi badań tego zrzutu i nie sprawuje nad nim jakiegokolwiek nadzoru.

Co więcej, według wójta Widuchowej Pawła Wróbla problem był zgłaszany już w 2020 roku przez miejscowych wędkarzy, a gmina zwróciła się wówczas do Wód Polskich i otrzymała odpowiedź, że sprawa dotyczy niemieckiej strony i „obowiązują tam inne regulacje”. Warto przy tym przypomnieć, że w tamtym okresie Wodami Polskimi kierowali ludzie związani z Prawem i Sprawiedliwością, dlatego trudno dziś całą odpowiedzialność za wieloletni brak skutecznego rozwiązania problemu zrzucać wyłącznie na obecne władze. To wspólna odpowiedzialność kliki POPiS, która nie potrafi postawić się Niemcom.

Jest jednak jeszcze jedna kwestia, która szczególnie rzuca się w tej sprawie w oczy, a mianowicie całkowite milczenie środowisk ekologicznych, które po słynnym śnięciu ryb na Odrze w 2022 roku bardzo chętnie alarmowały o każdym potencjalnym zagrożeniu dla rzeki i domagały się zdecydowanych działań polskiego państwa. Gdzie są dziś ci wszyscy zieloni aktywiści? Gdzie są organizacje, które tak stanowczo domagały się ochrony Odry? Czy troska o środowisko kończy się na granicy państwa, a przemysłowy zrzut staje się mniej interesujący tylko dlatego, że znajduje się po niemieckiej stronie? Na to wygląda.

Jeżeli ścieki są całkowicie bezpieczne i zgodne z normami, niech niemieckie instytucje pokażą wyniki badań i zamkną sprawę. Jeżeli natomiast normy są przekraczane, należy oczekiwać zdecydowanej reakcji. W obu przypadkach Polska ma prawo domagać się odpowiedzi, a skoro oficjalne pisma pozostają bez odpowiedzi, sprawą powinno zająć się Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

NASZ KOMENTARZ: Jak zwykle okazuje się, że przestrzeganie unijnych wytycznych ekologicznych jest tylko dla mniejszych i gorszych krajów, a nie Niemców. Ta sprawa po raz kolejny pokazuje też, że organizacje pseudoekologiczne mają charakter czysto polityczny. Ich działalność polega na atakowaniu na niemieckie zamówienie wybranych polskich inwestycji gospodarczych, w celu spowolnienia naszego rozwoju. Gdy środowisko trują bowiem Niemcy, wówczas żadnych działań z ich strony nie ma.

Dlatego też, organizacje te powinny zostać zdelegalizowane lub po prostu oficjalnie wpisane na listę niemieckich lobbystów.

Rosyjski dyplomata o wypowiedziach Sikorskiego: „powinni je komentować ludzie w białych fartuchach”

Radosław Sikorski, fot. MSZ

Rosyjski dyplomata o wypowiedziach Sikorskiego: „powinni je komentować ludzie w białych fartuchach”

15 września 2026 kresy/rosyjski-dyplomata-o-wypowiedziach-sikorskiego-powinni-je-komentowac-ludzie-w-bialych-fartuchach

Wiceminister spraw zagranicznych Rosji, Aleksandr Gruszko odniósł się do niedawnych zdecydowanych wypowiedzi Radosława Sikorskiego na temat zdecydowanego odstraszania Moskwy.

„Szczerze mówiąc, nie chcę komentować wypowiedzi Sikorskiego, ponieważ uważam, że powinni je komentować ludzie w białych fartuchach” – zauważył Gruszko. „To zaskakujące, że minister spraw zagranicznych wygłasza takie oświadczenia, które, po raz kolejny, eskalują napięcia i stwarzają zagrożenia dla samej Polski. Wyglądało na to, że jako minister spraw zagranicznych był opłacany za robienie wszystkiego, co w jego mocy, aby wzmocnić [osłabić?? md] bezpieczeństwo Polski” – dodał rosyjski wiceminister.

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wezwał NATO do organizowania bardziej intensywnych ćwiczeń wojskowych w pobliżu rosyjskiego obwodu królewieckiego. Wypowiedź padła podczas dorocznego konferencji Yalta European Strategy w Kijowie organizowanej przez fundację ukraińskiego oligarchy Wiktora Pinczuka.

„Gdyby Rosja nas zaatakowała, a my podjęlibyśmy rękawice, uważam, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu” – powiedział Sikorski.

Szef polskiej dyplomacji oszacował, że państwa NATO dysponują łącznie około 2,5 tys. samolotów. Podkreślił, że przewaga nad rosyjskim lotnictwem pozostałaby znacząca nawet bez uwzględnienia sił Stanów Zjednoczonych. Wspomniał również o myśliwcach F-35, pociskach manewrujących JASSM i innych środkach pozwalających na atakowanie celów na dużych odległościach.

Te wypowiedzi skomentowała również rzeczniczka rosyjskiego MSZ, Maria Zacharowa, która stwierdziła, że wypowiedź szefa polskiej dyplomacji jest przykładem „rusofobii, która uderzyła do głowy”.

tass.ru/kresy.pl

Wojna zbliża się do granic Polski

Wojna zbliża się do granic Polski

Rosyjskie rakiety uderzyły w kilka celów na Ukrainie niedaleko granicy z Polską. Mówi o tym Tomasz Piekielnik w 56-minutowym podcaście zatytułowanym „Rosja uderza 800 metrów od Polski. Co naprawdę trafiono”:

Pod filmem-wideo znajduje się dość szczegółowy opis przedstawionych problemów:

Rosyjskie drony uderzyły wyjątkowo blisko polskiej granicy. Po ukraińskiej stronie, w rejonie przejścia Dorohusk–Jagodzin, trafiona została stacja paliw. Straż Graniczna informowała początkowo o odległości około 800 metrów od przejścia, a wybuch był słyszalny i odczuwalny po polskiej stronie. Czasowo wstrzymano odprawy, uruchomiono syreny oraz alerty RCB, a wojsko poderwało lotnictwo.

Ale już kilka godzin później pojawiły się bardzo istotne sprostowania.

Media początkowo informowały o uderzeniu w ciężarówkę lub kolumnę ciężarówek oraz o trafieniu lokomotywy pociągu pasażerskiego Kijów–Warszawa. Donald Tusk po odprawie służb powiedział wprost, że Polska tych informacji nie potwierdza. Potwierdzono natomiast uderzenie w stację benzynową lub jej bezpośrednie okolice oraz atak na infrastrukturę kolejową. Nie stwierdzono również żadnego naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.

Na naradzie premiera Tuska pojawił się także wątek cystern z paliwem jadących z Polski na Ukrainę. Sam transport paliwa tym korytarzem jest faktem — Dorohusk–Jagodzin jest ważnym szlakiem logistycznym, którym przewozi się także paliwa. 

Jeszcze ciekawszy jest drugi atak na infrastrukturę kolejową. Z rejonu wracała grupa zachodnich polityków i ekspertów po konferencji w Kijowie. Byli wśród nich były premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, były premier Szwecji Carl Bildt oraz wysoki rangą doradca kanclerza Niemiec Günter Sautter. Inny skład w regionie przewoził byłego dyrektora CIA Davida Petraeusa.

Donald Tusk zwołał pilną naradę i zapowiedział przejście państwa w ‚tryb bardzo wzmocniony’. Premier mówi, że polskie i zagraniczne służby wcześniej ostrzegały przed możliwymi rosyjskimi próbami dezorganizowania przejść granicznych i że w kolejnych tygodniach należy oczekiwać zwiększonej aktywności Rosji (Tomasz Piekielnik).

** * * * * *

ZB: Warto wysłuchać wypowiedzi Tomasza Piekielnika, bo powyższe streszczenie jest tylko bladym odbiciem przedstawionej treści. Prelegent twierdzii m.in., że jest w opisanych sprawach mnóstwo dziwnych okoliczności i pyta: „Co tam na Ukrainie robili Borys Johnson i inni europejscy notable ewakuowani z pociągu?”

Wczoraj na popołudniowej naradzie rządowego sztabu Donald Tusk sprostował niektóre doniesienia. Nie potwierdził medialnych informacji, jakoby został trafiony pociąg osobowy, natomiast zaatakowany był pociąg towarowy znajdujący się na bocznicy. Premier III RP przewiduje (od dawna zresztą), że eskalacja przeniesie się niebawem na teren Polski.

Co może nas niepokoić? – Otóż politycy, jak i dziennikarze straszą nas rosyjską agresją. Nikt nie poddaje analizie tego, że konfrontacyjna polityka rządu naraża nas na wejście do nie swojej wojny. Nikt nie pyta, jakie korzyści mamy z angażowania się w poparcie kijowskiego reżimu i co uczynili politycy III RP, by odsunąć widmo nieszczęścia.

Pyta prelegent, które z niedzielnych wydarzeń były operacjami fałszywej flagi. Nie udało mu się znaleźć dowodów wykluczających Rosję. Trzeba wziąć pod uwagę ewentualność, że mogły to być rosyjskie ataki. Być może Kreml ma już dość licznych ukraińskich ataków w głąb Rosji i niezliczonych prowokacji ze strony Zachodu i postanowił atakować bardziej zdecydowanie.

Opracował: Zygmunt Białas

Kaliber troski o człowieka

Kaliber troski o człowieka

14.09.2026 wolnemedia.net/kaliber-troski-o-czlowieka

Generał dywizji WOT Maciej Urbańczyk wyjaśnia, co oznacza bezpieczeństwo w sytuacji zagrożenia: „Na bezpieczeństwo składają się 4 sektory. Sektor pierwszy to wojsko, odmieniane przez wszystkie przypadki, pokazywane i omawiane w telewizjach, mediach wszelkiego nurtu, internecie i tak dalej. Generalnie skupiamy się tylko na tym, co jest ostrzem działania w warunkach wojny. Nic więcej. Wojsko bez zaplecza przeżyje 7–8 dni, góra. Drugim elementem poza wojskiem jest rezerwa, czyli ci, którzy nie są w czynnej armii, ale powinno ich być co najmniej dwa razy więcej. Mówiąc, że na przykład wojska jest 150 tysięcy, to powinniśmy mieć od razu w zapleczu gotowych około 300 tysięcy rezerwistów. Trzecim elementem jest obrona cywilna, której w ogóle nie ma w Polsce. Nie chodzi o panią czy pana, którzy wskażą: tu może pan wziąć wodę, tam opatrunek, ale mówimy o militarnej obronie cywilnej, w której powinno być milion osób. To milion, który ma broń, jest umundurowany, by w razie »W« był informacją, że to są ludzie, którzy bronią mojej ulicy, dzielnicy, miasta. To są ludzie wyłączeni z powszechnej mobilizacji, bo są przeszkoleni, znają topografię terenu, wiedzą, jak opóźniać ruch wojsk, jak zabezpieczyć swoje rodziny i miasto. Taki milion osób na wzór Finlandii albo Szwajcarii spowoduje, że nie jesteśmy atrakcyjni jako państwo, które można okupować”.

My nie mamy z tego nic.

Generał Polko udziela rad, gdzie uciekać, gdy dojdzie do wojny, minister odpowiedzialny za obronę kraju zapewnił już dawno, że ma przygotowany plecak ucieczkowy. W tempie przyspieszonym przysłano nam „poradniki bezpieczeństwa”, a więc pozostaje liczyć na to, że wojny nie będzie, o co trzeba usilnie starać się, temperując zakusy beznadziejnie panikujących polityków.

W światku dziennikarskim krystalizują się opinie o niecelowości wojen, które są marzeniem garści polityków. Zbierając informacje o nastrojach w Azji, Europie i Ameryce, dziennikarz z Moskwy potrafi rozmawiać sensownie z kolegą w USA.

„Nie ma mowy o demokracji, kiedy ludzie, widząc, jak państwo brnie szkodliwą drogą wiecznej wojny, dostrzegają błędy polityków, by po kolejnych wyborach wszystko znów było robione tak samo. Tak niezmienna jest tylko totalitarna dyktatura, skoro zmiana personalna nie zmienia systemu. Budżet wojskowy, stale usprawiedliwiany zagrożeniem bezpieczeństwa państwa, przez lata z kilku milionów dolarów urósł do 3 trylionów. Idiotycznymi wojnami wywoływane są kolejne fale migracji ludzi do niej zupełnie nieprzygotowanych. Do destabilizacji potrzeba wojny domowej, którą celowo wywołuje się, by zmobilizować fale uciekinierów” – mówi z Moskwy Rick Sanchez – dziennikarz w rozmowie z jego kolegą Tuckerem Carlsonem.

Ten ostatni rozwija wątek: „Jest jeszcze gorzej, bo oparte to jest na kłamstwie i przekrętach, przez co człowiek żyje w iluzji, że ma jakiś wybór. Najwyraźniej widać, że w identyczny sposób jak USA degradowane są cała Europa, Kanada, Australia z Nową Zelandią. Taka sama zapaść demograficzna, zmniejszająca się statystyka urodzin, oficjalnie ateistyczne rządy z problemem masowej migracji, przy bogaceniu się i uprzywilejowaniu niewielkiej grupy osób i równoczesnym ubożeniu reszty społeczeństw. Cały anglojęzyczny Zachód jest zniszczony. Od zakończenia II wojny światowej jej zwycięzcy zostali zniszczeni według tego samego wzorca: cierpienie mas ludzkich i trwoga o pokój”.

Z analizy negatywnych zjawisk Tucker Carlson poddaje krytyce wypowiedzi polityków, którzy: „Mówiąc o bezpieczeństwie, nie dostrzegają liczby 50 milionów migrantów (głównie mężczyzn) przybyłych do USA. Bezpieczeństwo obywateli i granic przestało być istotne, zastąpione zostało kosztowną wojną. Za wojnę najwyższą cenę płacą cywile. Bezpieczeństwo oznaczać powinno obronę kobiet i dzieci. Tymczasem dokonujemy (jako Amerykanie) inwazji na jakiś odległy kraj, by importować wojnę na własny grunt, bo przybysze są niezadowoleni z obiecanego im raju na emigracji”.

Opisując najnowszy przykład zalewu Hiszpanii przez migrantów, Tucker Carlson przytacza oficjalne przyznanie się Izraela do roli sprawcy procederu, gdyż dla Izraela migracja jest rodzajem broni. „Stary Testament” zawiera ideę migracji jako narzędzia wojny. Historycznie zamierzchłym przypadkiem był najazd Mongołów na Rosję.

Bezpośrednie kontakty Ricka Sancheza z mieszkańcami Rosji świadczą, że nigdy nie rozważali oni wojny z Ameryką, dlatego nie rozumieją, dlaczego są obiektem podjudzania i finansowania przez Amerykę wielu państw ościennych do wojny przeciwko Rosji. NATO jako pakt obronny odmówiło członkostwa, gdy z propozycją o nie wystąpił Władimir Putin. Przy aktywnej postawie Condoleezzy Rice wspólnota z Rosją została wykluczona. Było to odkryciem kart, gdyż chodziło o uzyskanie kontroli nad Rosją poprzez stopniowe rozdrobnienie i przejmowanie surowców. Świadomi tego Rosjanie nie mogą zgodzić się na ustępstwa terytorialne.

Przy całej niedoskonałości, jaką jest Rosja, to kraj, gdzie buduje się więcej kościołów niż w Ameryce, pełnej sloganów o chrześcijaństwie i wartościach. Rosyjskie wspólnoty religijne jednoczą ludzi wokół parafii, sprzyjają rodzinom pod patronatem życzliwych zjawisku duchownych.

Tucker Carlson, który bywał w Rosji, przyznaje: „Jako Amerykanin jestem bardzo zaniepokojony, jak popychamy świat w kierunku tej wojny, która zbliża nas do konfliktu światowego. Martwi jeszcze bardziej, jak dalece Amerykanie nie mają o tym wiedzy. Chce mi się krzyczeć, kiedy patrzę i słucham przebiegu wojny na Ukrainie, która jest nielegalna, a dzieje się wbrew interesom Ameryki i jej obywateli. Rząd Ameryki jest największą instytucją, jaką sformowano w historii ludzkości, a został przejęty przez ludzi wykorzystujących siłę i pozycję, dlatego klasa rządząca jest zepsuta. Mamy relacje podobne jak w rodzinie, w której zawiódł ojciec – obrońca i żywiciel. Dzięki silnemu ojcu rodzina rozwija się. W procesie wyborczym, gdy dwie partie czynią to samo, skutkiem czego ludzie nienawidzący się jako elektoraty z pozoru różnych partii są zdradzeni. Winić za to zjawisko należy zgodę wybrańców, jako zwycięzców wyborczych, bo ustawiając wyborców przeciwko sobie pozorowanymi animozjami, postępują identycznie, by zwyciężał interes partyjny, a nie – społeczny czy państwowy”.

Polskie rozważania o wojnie wśród komentatorów polityki nie biorą pod uwagę wykorzystania starań o to, by do wojny nie doszło. Amerykańska grupa przeprowadziła przez ostatni tydzień szereg wartościowych rozmów (w tym 3-godzinną z ministrem Siergiejem Ławrowem), utwierdzając siebie i odbiorców nagranych materiałów, że rozmowy bezpośrednie z Rosjanami dają więcej nadziei na pokój niż ograniczenie się do słuchania krakania kruków wietrzących interesy w wojnie.

Wnioski zamiast tchórzostwa

Republikanie są za wojną z Iranem, gdy Demokraci wcale jej nie oponują. Jeśli państwa BRICS jednoczą się, to zasadniczym motywem jest sposób uniknięcia konsekwencji wynikających z relacji z Ameryką. Rządzący narzucają wojnę, bo nie myślą o przyszłości, w przeciwieństwie do przeciętnego obywatela, któremu potrzebny jest spokój zamiast strachu przed niszczącą wojną czy siłowym wcieleniem i posłaniem na front. W desperacji i przy braku sukcesów konfrontacja nuklearna jest bliska, a podstawą – nihilizm władzy – nie liczy się nikt i nic. Mentalność rządzących, którzy wciąż siebie przekonują, że Rosja nie odpowie na atak nuklearny, jest złudzeniem. Przekonanie, że Rosja jest słaba i przegrywa wojnę na Ukrainie, zgodnie z tą logiką, nie powinno być powodem do mobilizacji społeczeństwa przeciwko słabej Rosji.

Bezwzględny cel realizowany bezwzględnymi środkami miał swój epilog w II wojnie światowej. Sposób siłowej rekrutacji na Ukrainie dowodzi słabości Ukrainy. Ataki amerykańskimi dronami na skupiska ludzkie w supermarketach czy na plaży nie przynoszą chluby armii ukraińskiej. Człowiek wyciągnięty z autobusu, zakuty w kajdanki i wysłany na front wie, że to jego koniec. Członek ukraińskiego parlamentu nazywa proceder „brutalną mobilizacją”, przez którą na ulicach przemoc werbujących rodzi przemoc werbowanych. To już zakrawa na apogeum wojny proxy z domową.

Opracowanie: Jola. Na podstawie: YouTube.com [1] [2] [3]
Źródło: WolneMedia.net

Stać nas !! ZUS będzie dopłacał do emerytur Brazylijczyków

ZUS będzie dopłacał do emerytur Brazylijczyków

magnapolonia/zus-bedzie-doplacal-do-emerytur-brazylijczykow

Rząd warszawski zakończył negocjacje z Brazylią w sprawie umowy o zabezpieczeniu społecznym. Porozumienie ma umożliwić m.in. sumowanie okresów ubezpieczenia oraz transfer świadczeń pomiędzy obydwoma państwami. Pomysł już teraz budzi sprzeciw polityków prawicy, gdyż oznaczać będzie kolejne obciążenia dla polskiego podatnika.

ZUS będzie dopłacał do emerytur Brazylijczyków. Opanowane przez aktywistów skrajnej lewicy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej potwierdziło, że negocjacje zostały zakończone, a Polska i Brazylia prowadzą obecnie procedury wewnętrzne poprzedzające podpisanie porozumienia. Rząd tłumaczy, że umowa ma ułatwić funkcjonowanie osobom, które pracowały w obu państwach, a także polskim przedsiębiorcom prowadzącym działalność w Brazylii.

Problem polega jednak na tym, że podobne rozwiązania mają poważny wagomiar finansowy. I właśnie o ten aspekt pytają krytycy rządu. Największe kontrowersje dotyczą możliwości wykorzystania zagranicznego stażu pracy przy ustalaniu prawa do świadczeń w Polsce. Krzysztof Bosak wskazuje, że w przypadku przyszłej umowy z Brazylią osoba posiadająca odpowiednio długi staż ubezpieczeniowy w Brazylii może – przy spełnieniu warunków określonych w porozumieniu – uzyskać prawo do polskiej emerytury minimalnej po bardzo krótkim okresie opłacania składek w Polsce. Jako przykład podaje nawet jedną składkę.

Istnieją już przykłady działania podobnych mechanizmów. Z danych przywoływanych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że dopłaty do minimalnych emerytur cudzoziemców wzrosły z 27,7 mln zł w 2020 roku do 123,5 mln zł w 2025 roku. Liczba osób objętych takimi dopłatami zwiększyła się w tym czasie z około 4,2 tys. do 11,4 tys. To oznacza wzrost kosztów ponad czterokrotny w ciągu zaledwie pięciu lat.

Polska ma już dwustronne umowy o zabezpieczeniu społecznym m.in. z Ukrainą, Białorusią, USA, Kanadą, Australią, Turcją, Izraelem, Indiami i Koreą Południową. ZUS wyjaśnia, że tego rodzaju porozumienia opierają się m.in. na zasadzie sumowania okresów ubezpieczenia oraz zachowania praw do świadczeń.

Samo istnienie takich umów nie musi być problemem. Kontrowersje zaczynają się wtedy, gdy polski system gwarantuje świadczenie minimalne osobie, która zdecydowaną większość swojej kariery zawodowej przepracowała poza Polską, a różnicę pomiędzy wypracowanym świadczeniem a polską emeryturą minimalną są znaczne i musi je pokryć polski budżet.

Rząd warszawski powinien przed podpisaniem umowy przedstawić opinii publicznej szczegółowe wyliczenia: ilu osób może ona dotyczyć, ile świadczeń może zostać wypłaconych z Polski oraz ile będzie wynosiła potencjalna dopłata z pieniędzy polskich podatników. Tymczasem takich danych nadal nie przedstawiono. Ekspertka cytowana przez „Rzeczpospolitą” zwraca uwagę, że bez informacji o liczbie potencjalnych beneficjentów, skali zatrudnienia transgranicznego i przewidywanej liczbie świadczeń nie sposób rzetelnie ocenić, czy korzyści gospodarcze z umowy przewyższą jej koszty.

Według danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców w 2025 roku w Polsce mieszkało 1716 obywateli Brazylii. Rząd argumentuje, że Brazylia jest największym partnerem handlowym Polski w Ameryce Łacińskiej, a umowa ma ułatwić współpracę gospodarczą i sytuację pracowników delegowanych. Trudno jednak nie zadać pytania, czy interes gospodarczy rzeczywiście wymaga tworzenia potencjalnych zobowiązań emerytalnych wobec kolejnej grupy cudzoziemców.

Polska ma przecież własny, narastający problem z finansowaniem systemu emerytalnego. ZUS nie wypłaca przecież emerytur każdemu ze zgromadzonego przez niego prywatnego subkonta. Bieżące składki pracujących finansują w dużej mierze bieżące świadczenia innych osób. Jeżeli więc państwo rozszerza krąg osób uprawnionych do świadczeń finansowanych z polskiego budżetu, powinno jednocześnie wskazać, skąd będą pochodziły pieniądze na te zobowiązania.

Niestety, lewicowi politycy POPiS najpierw tworzą nowe uprawnienia, a dopiero później zastanawiają się nad ich długoterminowym finansowaniem. Dziś kwota 123,5 mln zł może wydawać się niewielka w porównaniu z całym budżetem państwa. Problem polega jednak na dynamice. Jeżeli liczba cudzoziemców korzystających z dopłat rośnie z kilku tysięcy do kilkunastu tysięcy, a następnie system jest rozszerzany na kolejne państwa, koszty mogą systematycznie rosnąć.

Nie oznacza to, że umowa z Brazylią sama w sobie doprowadzi ZUS do bankructwa. Tego na podstawie obecnie dostępnych danych nie można uczciwie stwierdzić. Można natomiast wskazać realne ryzyko: każde dodatkowe zobowiązanie emerytalne państwa zwiększa presję na system, który już w przyszłości będzie wymagał znacznego finansowania z budżetu.

W tym kontekście krytyka ze strony Konfederacji zasługuje przynajmniej na poważną debatę. Krzysztof Bosak określił planowaną umowę mianem kolejnego elementu programu wsparcia imigrantów na emeryturze. Konfederacja domaga się odejścia od mechanizmu, w którym bardzo krótki okres pracy w Polsce może – przy spełnieniu określonych warunków dotyczących zagranicznego stażu – prowadzić do prawa do polskiego świadczenia minimalnego finansowanego z budżetu. To fundamentalne pytanie o sprawiedliwość systemu.

Polak przez kilkadziesiąt lat płaci składki, podatki i finansuje funkcjonowanie państwa. Tymczasem państwo nie powinno tworzyć sytuacji, w której osoba, która znaczną część swojej kariery zawodowej spędziła poza Polską, może uzyskać świadczenie wyższe od tego, które wynikałoby wyłącznie z jej składek zapłaconych w Polsce – a różnicę pokrywa polski podatnik.

NASZ KOMENTARZ: System emerytalny, który zamiast ograniczać przyszłe zobowiązania otwiera kolejne kanały ich powstawania, może w długim okresie stać się jeszcze większym ciężarem dla następnych pokoleń. Zanim więc Brazylia zostanie objęta kolejnymi przywilejami emerytalnymi, władze powinny odpowiedzieć ile będzie to kosztowało polskich podatników – dziś, za 10 lat i za 30 lat?

Niestety, nikt z POPiS o tym nie myśli. Warszawkę interesuje tylko perspektywa najbliższych wyborów i dorwania się do koryta.

ZUS potwierdza mechanizm dotyczący BOGATYCH emerytur dla obywateli Ukrainy

ZUS potwierdza mechanizm

dotyczący emerytur obywateli Ukrainy.

Wystarczy jedna składka?

Przedstawiciel Zakładu Ubezpieczeń Społecznych potwierdził Sławomirowi Mentzenowi, że obywatel Ukrainy, który posiada wymagany staż ubezpieczeniowy wypracowany na Ukrainie, może po opłaceniu w Polsce składki nabyć prawo do polskiego świadczenia emerytalnego. W określonych przypadkach, po spełnieniu dodatkowych warunków, łączna wysokość świadczeń może zostać podniesiona do poziomu obowiązującej w Polsce emerytury minimalnej.

Podczas spotkania z przedstawicielami ZUS Sławomir Mentzen przedstawił hipotetyczny przykład dotyczący obywatela Ukrainy. Założył, że mężczyzna przez 35 lat pracuje na Ukrainie, a następnie przyjeżdża do Polski na miesiąc, podejmuje zatrudnienie za minimalne wynagrodzenie i opłaca jedną składkę na ubezpieczenie społeczne.

Po osiągnięciu wieku emerytalnego miałby ponownie przyjechać do Polski i ubiegać się o świadczenie. Polska część emerytury, wyliczona na podstawie krótkiego okresu ubezpieczenia w Polsce, byłaby bardzo niska. Przy ustalaniu prawa do świadczenia uwzględniane mogą być jednak również okresy ubezpieczenia przebyte na Ukrainie, zgodnie z zasadami wynikającymi z obowiązujących przepisów i umów międzynarodowych.

„Do końca życia będzie dostawał dopłaty do minimalnej polskiej emerytury. To znaczy to, o czym mówimy, to tak?” – pytał Mentzen przedstawiciela ZUS.

Ten potwierdził, że przedstawiony mechanizm wynika z obowiązujących regulacji dotyczących koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego.

„Czyli potwierdza pan, że tak jest?” – dopytywał polityk.

Mentzen podsumował następnie, że w przedstawionym przez niego scenariuszu „ta jedna składka daje prawo do polskiej emerytury”. Przedstawiciel ZUS odpowiedział: „No właśnie”.

Polityk zaznaczył przy tym, że odpowiedzialność za obowiązujące rozwiązania nie spoczywa na ZUS, ponieważ Zakład jedynie stosuje przepisy przyjęte przez ustawodawcę.

„Mamy zgodę, że ten mechanizm istnieje. Wynika głównie z polskiej ustawy. W połączeniu z naszą umową sprawia, że dochodzi do takiej sytuacji” – stwierdził Mentzen.

Polityk ocenił jednocześnie, że przepisy powinny zostać zmienione, aby ograniczyć możliwość korzystania z takiego rozwiązania w sposób, który jego zdaniem może być nieproporcjonalny do rzeczywistego okresu opłacania składek w Polsce. Przedstawiciel ZUS podkreślił natomiast, że Zakład jest wykonawcą regulacji ustanowionych przez ustawodawcę.

Jak działa ten mechanizm?

Samo opłacenie jednej składki w Polsce nie oznacza, że cudzoziemiec otrzyma wysoką emeryturę. Polska część świadczenia jest ustalana na podstawie okresów ubezpieczenia w polskim systemie, dlatego przy bardzo krótkim okresie pracy w Polsce będzie odpowiednio niska.

W przypadku państw, z którymi Polska ma odpowiednie umowy o zabezpieczeniu społecznym, przy ustalaniu prawa do świadczenia możliwe jest jednak uwzględnienie również okresów ubezpieczenia przebytych za granicą. Dotyczy to także Ukrainy.

Aby spełnić wymóg stażowy, można więc uwzględnić okresy ubezpieczenia przebyte w obu państwach. Łącznie wymagane jest co najmniej 20 lat stażu w przypadku kobiet oraz 25 lat w przypadku mężczyzn.

Nie oznacza to jednak, że każdemu cudzoziemcowi posiadającemu polskie świadczenie automatycznie przysługuje dopłata do poziomu minimalnej emerytury w Polsce. Aby otrzymać takie wyrównanie, trzeba spełnić określone warunki, w tym dotyczące miejsca zamieszkania.

Jeżeli osoba uprawniona do świadczenia mieszka w Polsce, a suma polskiej emerytury oraz świadczenia wypłacanego przez zagraniczną instytucję emerytalną jest niższa od obowiązującej w Polsce emerytury minimalnej, w określonych przypadkach polski system może pokryć powstałą różnicę.

Mechanizm, na który zwrócił uwagę Sławomir Mentzen, polega więc na możliwości wykorzystania okresów ubezpieczenia przepracowanych na Ukrainie do spełnienia wymogu stażowego w Polsce, przy jednoczesnym uwzględnieniu polskiej części świadczenia oraz świadczenia zagranicznego przy ustalaniu ewentualnego wyrównania do minimalnej emerytury.

Komentarz: Przykro o tym pisać, ale takie doniesienia jasno wskazują na to, że stajemy się „fundatorami dobrobytu” innego, a na dodatek wrogiego nam narodu.

Już Hermann Göring wiedział. MEM-y VIII.

——————————

—————————————-

——————————

————————————-

—————————————–

——————–

———————————–

——————–

—————————————

————————

Fałszywy alarm? Tusk: nie potwierdzamy ataku na kolej pasażerską tuż przy granicy

Fałszywy alarm?

Tusk: nie potwierdzamy ataku

na kolej pasażerską

tuż przy granicy

13 września 2026 pch24falszywy-alarm-tusk-nie-potwierdzamy-ataku-na-kolej-pasazerska

26913296.jpg
fot. PAP/Piotr Nowak

W niedzielę 13 września doszło do ataku rosyjskich dronów na zachodnią Ukrainę. Część z trafionych celów znajdowała się blisko polskiej granicy. Komentując te wydarzenia, Donald Tusk podkreślił, że polskie wojsko nie potwierdza wszystkich informacji dotyczących ataku, jakie pojawiły się w mediach.

Premier wskazał, że nie ma dowodów na naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej, ani ataku na lokomotywę pociągu pasażerskiego. 

W niedzielę nad ranem polskie systemy wykryły atak kilkunastu odrzutowych dronów Geran-5 w zachodniej Ukrainie. Polskie wojsko poderwało myśliwce, a służby ostrzegały przed zagrożeniem mieszkańców regionów przygranicznych. Nie odnotowano naruszenia granicy RP.

– Jesteśmy pewni, że została zaatakowana stacja benzynowa lub jej pobliże, dwa kilometry od naszej granicy, od naszego przejścia oraz skład pociągu towarowego na bocznicy – powiedział premier Tusk podczas niedzielnej odprawy służb z udziałem ministrów w siedzibie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Podkreślił, że „ważna jest precyzyjna informacja”.

– Informacje o zaatakowaniu kolumny ciężarówek lub lokomotywy z pociągu pasażerskiego na trasie Kijów-Warszawa, które się pojawiały nie tylko u nas w mediach, ale też w niektórych relacjach ze strony ukraińskiej, nie mogę powiedzieć, że one są nieprawdziwe, ale my nie potwierdzamy takich zdarzeń – zaznaczył Tusk.

Polityk odniósł się także do twierdzeń, że została naruszona polska przestrzeń powietrzna.

– Spekulacji, że coś wleciało od strony ukraińskiej, czyli rosyjskiej w tym znaczeniu, też nie potwierdzamy. Nic nie naruszało tej nocy polskiej przestrzeni powietrznej – powiedział premier.

Za wcześnie na alarm ! MEM-y VII.

————————————–

————————————————–

———————————————

———————————————————————–

—————————

—————————————–

———————————-

——————————–

———————————-

—————————

JEST KOSZERNY INTERES DO ZROBIENIA. Krzysztof Baliński

JEST KOSZERNY INTERES DO ZROBIENIA

Krzysztof Baliński

Na początek kilka cytatów. „Jest koszerny interes do zrobienia” – to słowa (już kultowe), które padły podczas wizyty Rywina u Michnika. „Pierwszy milion trzeba ukraść” – to zawołania (też kultowe), które padło z ust Janusza Lewandowskiego, kiedyś ministra przekształceń własnościowych. No i „Tęsknię za tobą, Żydzie!” – graffiti, które wołało przed laty z murów warszawskich kamienic.

Pierwszy stał się mottem procesu grabieży majątku narodowego Polaków, gdy po formalnym odzyskaniu niepodległości kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę, na skutek zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski – Geremek, w myśl której masa upadłościowa po PRL została „sprawiedliwie” podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem tożsamym etnicznie i biznesowo z Rockefellerem.

Drugi to zapowiedź szykowanego kolejnego zamachu na mienie Polaków, „jako rekompensaty dla ubogich ofiar holokaustu”, którego konsekwencją będzie wytworzenie elity mającej ogromną przewagę materialną nad Polakami. Tu przytoczmy „przemyślenia” Dawida Warszawskiego zamieszczone na łamach nowojorskiej „Moment”: „Lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę […] w połowie wieku polscy Żydzi będą siłą przewodnią Polski […] Do 2050 roku Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami, jako jej siłą napędową”.

„Tęsknię za tobą, Żydzie!” to z kolei motto polsko-żydowskiej „Love Story” w biznesie. Ta niby artystyczna prowokacja żydowskiego artysty pod wszystkimi względami ziściła się – Polska stała się Mekką dla izraelskiego biznesu, tysiące Izraelczyków upatrzyło sobie nasz kraj, jako pierwszą ojczyznę i w rezultacie nie było i nie ma w Polsce żadnego oszustwa, gdzie w cieniu nie kryłby się żydowski geszefciarz.

Podobnymi myślami uraczył nas Donald Tusk. „Nie macie w Europie pewniejszego i bardziej lojalnego sojusznika i prawdziwego przyjaciela, niż Polska” – takie zapewnienie złożył premierowi Izraela (a towarzyszący mu minister zdradził, że „wszystkie ugrupowania sejmowe są niezmiennie usposobione do Izraela przyjaźnie”), co, przekładając na język biznesu, było uspokajającą deklaracją, że bez względu na to, któremu ugrupowaniu Judenrat pozwoli rządzić, żydowscy aferzyści nie będą zagrożeni (i będą mogli ukraść nie tylko pierwszy milion).

Gdy Polską wstrząsnęła afera Zondacrypto, okazało się, że główny aferzysta ma izraelski paszport, że zakupił luksusową posiadłość w Izraelu i że jest nieuchwytny nie tylko dla klientów i mediów, ale… prokuratury.

Bo tak zawsze czujny prokurator krajowy ocknął się dopiero wtedy, gdy Przemysław Kral czmychnął z Polski (a wraz z nim co najmniej 500 mln złotych). Dariusz Korneluk podliczył jedynie, że Kral pozostawił po sobie 30 tysięcy poszkodowanych, ale i w tym nie był skrupulatny, bo liczba pokrzywdzonych ciągle rośnie, bo Zondacrypto była największą polską giełdą kryptowalut i deklarowała ponad pół miliona aktywnych użytkowników. Okazało się też, że nasz dzielny prokuratur nie tylko nie zamierza ścigać aferzysty, ale nie zamierza odzyskać ukradzionych pieniędzy.

A geszeft nie polegał na tym, że Kral zwiał do Izraela, ale że w Izraelu ukrył ukradzione Polakom miliony.

Gdy pojawiły się żądania, by wystąpili o ekstradycję geszefciarza (poza napomnieniem, że zadawanie takich pytań „to niedobra jest”), mówili, że ekstradycja z Izraela jest praktycznie niemożliwa. Nic natomiast o tym, jak odzyskać ukradzione pieniądze i zwrócić pokrzywdzonym. „Gazeta Wyborcza” przekonywała, że „kontrolę nad giełdą Zondacrypto miała mafia tambowska, powiązana z politykami partii Władimira Putina”, czyli że za wszystkim stoi nie Kral, nie Izrael, nie Mosad, ale Putin. Żydowska gazeta dla Polaków powątpiewała też, czy Kral naprawdę jest w Izraelu, „bo aferzyści nie szukają ucieczki w cywilizowanym kraju z niezależnym sądownictwem, lecz w państwie z dużo mniejszą transparentnością, na przykład w Dubaju”. Sekundował w tym żydowsko-niemiecki Onet, według którego Przemysław Kral był tylko figurantem, a prawdziwym twórcą i właścicielem Zondacrypto biznesmen o pseudonimie „Maniek” z Czeladzi, który pieniądze wywiózł nie do Izraela, ale do Emiratów Arabskich.

Wytoczyli klasyczny już argument w obronie aferzysty: „To sprawa czysto polityczna podszyta antysemityzmem”. A w ślad za nim pojawiły się apele o powściągliwość w „antysemickich komentarzach” dotyczących izraelskiego obywatelstwa Krala, bo mogą zaszkodzić pokrzywdzonym, bo wystarczy je wydrukować z internetu i dołączyć do izraelskiej odpowiedzi na wniosek ekstradycyjny, bo izraelska linia obrony będzie wyglądać tak: Krala nie wydamy, bo nie będzie miał szans na uczciwy proces, bo rozpętano wobec niego antysemicką nagonkę. Krótko mówiąc – nakazali nam milczeć, oczywiście dla dobra pokrzywdzonych.

To nie pierwszy taki przypadek. Antysemityzmem było sprzeciwianie się reprywatyzacji warszawskich kamienic. Burmistrz Pragi Północ Wojciech Zabłocki opisując działania mafii adwokatów i urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz ujawnił, że nie wolno było podważać decyzji, w których występowały osoby pochodzenia żydowskiego, „bo miało to  uchronić ratusz przed zarzutami o antysemityzm”. Mówił, że dokumenty, które do niego docierały z Ratusza były przerażające: „Tam było napisane, żeby się nie interesować sprawą, ponieważ na przykład osoba była pochodzenia żydowskiego, a ten, kto będzie to robił, jest antysemitą i że próba dociekania w danej sprawie naraża miasto na wielomilionowe odszkodowania”.

Nalepkę „antysemita” przyklejają każdemu, kto zagraża ich interesom. Mieliśmy już: „Łączenie reakcji Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią majątków pożydowskich jest jaskrawym przykładem antysemickiego fake newsa” (ambasador Izraela). „Antysemityzmem jest mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu” (żydowski uczony z Muzeum Polin). „Antysemityzmem jest prześwietlanie interesów obywateli obcego państwa tylko dlatego, że są Żydami” („Gazeta Wyborcza”). Gdy pod hasłem „Jesteś Polakiem, Kupuj Polskie” pojawiła się inicjatywa promująca patriotyzm konsumencki, zareagowała małżonka Radka Sikorskiego – zrównała je z przedwojennym antysemickim hasłem „Nie kupuj u Żyda”.

Wiedzą, co jest piętą achillesową rządzących, że nie mogą rozliczyć żadnego aferzysty, bo natychmiast poleci do Sorosa ze skargą, że jest ofiarą „antysemickiego pogromu”. I regułą jest, że gdy natrafiają na żydowskiego aferzystę, to pochodzenie staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia największe świństwa. Wiedzą, że mają w Polsce immunitet absolutny, bo żaden nie został skazany, nawet za miliardowy przekręt. Wiedzą też, że w Polsce kraść bezkarnie można poprzez nabycie odpowiedniego paszportu (w tym, w przypadku odzyskiwania mienia pożydowskiego, paszportu polskiego).

„Polacy nie lubią banków, bo są głupkami i antysemitami” – taką diagnozę postawił Przemek Gdański, prezes banku BNP Paribas. „Moim zdaniem niechęć do banków ma korzenie w antysemityzmie. Historycznie pożyczaniem pieniędzy, w niektórych okresach nazywanym lichwą, zajmowali się Żydzi. Szło się do Żyda i brało na procent kiedy była potrzeba, nawet, jak się go nie lubiło, bo innych możliwości zaciągnięcia kredytu nie było (…) nadal funkcjonuje skojarzenie, że banki to Żydzi, a przecież Żydów się nie lubi”. Ale nie poprzestał na tym.  „Polska jest krajem, w którym pozornie antysemityzm jest marginalnym zjawiskiem, ale de facto jest on głęboko zakotwiczony w społeczeństwie. (…) śmiem twierdzić, że jakiś element niechęci do banków bierze się z tego głęboko zakorzenionego antysemityzmu i kojarzenia banków z Żydami, czyli tymi, którzy nie pracowali na roli, ale obracali pieniędzmi” – zgłębił temat. A więc nie kredyty we frankach szwajcarskich, nie polisolokaty i niczym nieuzasadnione gigantyczne zyski, ale… antysemityzm! I chyba jesteśmy antysemitami, bo wydaje nam się, że Polacy powierzając swoje pieniądze takim banksterom, jak Przemek Gdański powinni wiedzieć, czy oprócz polskiego nie mają także paszportu izraelskiego.

A co do ekstradycji Krala, to zabrakło najważniejszego – Strona polska nie zwróciła się do Izraela z wnioskiem o ekstradycję! Mało tego – do dziś  nie postawiła mu żadnych zarzutów, nie oskarżyła o żaden zabroniony czyn. Prokurator Dariusz Korneluk, pytany o ucieczkę prezesa Zondacrypto do Izraela, stwierdził: „Kral ma obywatelstwo izraelskie, a to znaczy, że nie zostanie wydany do Polski, bo Izrael nie przekazuje swoich obywateli w ręce służb innych krajów”. Donald Tusk, pytany o to samo, odparł: „Z Izraelem nie jest łatwo. Mamy w swojej historii Polaków, którzy mieli powody uciekać z Polski i znajdowali tam schronienie”. Wiceminister spraw wewnętrznych też odpowiedział wymijająco: „Polskie służby nie mają dobrego doświadczenia ze sprowadzaniem osób z Izraela”. O ekstradycji nic nie mówi Włodzimierz Czarzasty, który niedawno złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Konrada Berkowicza, mimo że ten tylko obraził ambasadora Izraela, a Kral okradł na pół miliarda złotych kilkadziesiąt tysięcy Polaków. No i najważniejsze – nic nie mówią o odzyskaniu od Żydów ukradzionych Polakom pieniędzy!

Jaki jest jeszcze inny powód, że nie występują o ekstradycję? Muszą zostawić sobie otwartą furtkę na wypadek, gdyby sami musieli uciekać. Dokąd ucieknie Tusk, wiemy. Dokąd ucieknie Koroluk, też wiemy. A dokąd Morawiecki i Kowal? Czy nie do Izraela, gdzie schronienie znalazły już ich ciotki? A gdyby zbyt stanowczo żądali ekstradycji, to na ogrodzeniu polskiej ambasady w Tel Awiwie pojawi się namazana swastyka i graffiti „polskie gówno” i „mordercy spieprzajcie”, a składający się aferzystów tłum, z Kralem na czele, wedrze się na teren ambasady i opluje ambasadora. I jeszcze jedno – gdy izraelskie służby bezkarnie porwały na międzynarodowych wodach aktywistów domagających się sprawiedliwości dla Palestyńczyków, to czy naszych polityków nie naszła refleksja, że gdy zbyt namolne będą dopominać się o ekstradycję Krala, to Izrael zrobi z nimi to samo, na przykład porwie sprzed gmachu Sejmu.

To nie pierwszy przypadek, kiedy aferzysta okrada Polaków, a później, bez żadnych przeszkód i z wielkimi pieniędzmi, odnajduje się w Izraelu. Żydowscy oszuści Bagsik i Gąsiorowski, bohaterowie afery Art-B, kilka godzin przed aresztowaniem wsiedli w samolot linii El-Al, wylądowali w Tel Awiwie z siedmioma walizkami wypełnionymi 85 milionami dolarów, zamieszkali kilka kroków od rezydencji kupionej przez Krala i stali się bohaterami światowej społeczności żydowskiej. Bo zgodnie z historycznym wzorcem i tradycją, oszustwa finansowe popełniane przez Żyda przynoszą korzyści wszystkim Żydom, tym w Izraelu i tym międzynarodowym.

Izrael czasami wydaje przestępców. Ale nigdy nie wydaje ukradzionych pieniędzy. Przykładem Józef Jędruch, który wyłudził 430 milionów od należącej do Skarbu Państwa Elektrowni Będzin, uciekł do Izraela i powołując się na żydowskie pochodzenie dostał izraelskie obywatelstwo. Polsce został wydany, ale dopiero po tym, gdy sam zgodził się na ekstradycję. Odpowiadał z wolnej stopy. Skazany zostało na kilkaset tysięcy grzywny. Zdefraudowanych pieniędzy Skarb Państwa nigdy nie odzyskał, bo „zaopiekował się” nim podstawiony żydowski adwokat i podstawiona izraelska żona, po ślubie sfingowanym w izraelskim areszcie.

Szczególnie dobrze idzie im w biznesie mieszczącym się w rubryce „Wasze ulice, nasze kamienice”. Należy do nich większość działających w Polsce firm deweloperskich, także te, które wybudowały kilkanaście centrów handlowych w głównych polskich miastach. Podobnie ma się sprawa z Komisją Nadzoru Finansowego, która wynajmuje siedzibę w biurowcu należącym do… Chabad Lubawicz, a której – przypomnijmy – statutowym obowiązkiem jest zapobieganie przekrętom na rynku finansowym. I tu pytanie: Czy nie dlatego KNF milczała, gdy Kral kradł? Przypomnijmy też, że Timur Mindycz, przed odlotem do Tel Awiwu ze zrabowanymi 100 milionami dolarów, wpadł do synagogi Chabad w Warszawie. Ale nie na modlitwę tylko na rozmowy biznesowe, bo Chabad nie zajmuje się krzewieniem talmudycznych mądrości, lecz… kamienicami. I tu drugie pytanie: Czy to Chabad nie dokończy przedwojennego żydowskiego zamysłu: „Wasze ulice, nasze kamienice”?

Izrael to „Ziemia Obiecana”, także dla… oszustów. To światowe centrum przekrętów finansowych, w tym spekulacji kryptowalutami, które macherom zwabiającym ofiary z całego świata przynoszą miliardowe zyski. Władze izraelskie przyznają, że przestępczość przybrała monstrualne rozmiary i mimo że ich zwalczanie jest niezwykle łatwe, blokują współpracę z międzynarodowymi organami ścigania. Tamtejsze prawo pozostawiło furtkę, dzięki której oszuści często robiący geszefty przez telefon i internet, z „siedzib” mieszczących się w garażach i kotłowniach przenoszą działalność za granicę, między innymi do Polski. Także izraelski kodeks podatkowy sprawia, że Izrael stał się magnesem dla przestępców – zwalnia nowych imigrantów z płacenia podatku od dochodów uzyskanych za granicą oraz z wykazywania źródeł dochodu. Sprzyja temu także prawo zapewniające obywatelstwo każdemu imigrantowi o żydowskich korzeniach. A wszystko to wywołuje pytania: Czy taka rozgałęziona struktura przestępcza i sztaby sterujące geszeftami mogą funkcjonować bez przyzwolenia władz Izraela? Czy taki parasol ochronny nie roztoczyły też nad Zondacrypto?

Takie afery w pomagdalenkowej Polsce posypały się jak z dziurawego wora. Wymieńmy tylko FOZZ, Art-B, NFI, Bank Śląski, Domy Towarowe Centrum, Getin Bank i Amber Gold. W tej ostatniej, metodą piramidy finansowej z kont klientów wyprowadzono 600 milionów. W stworzeniu spółki oraz przekręcie udział brali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, a Amber Gold miało służyć przejęciu PLL LOT. Częścią geszeftu było mianowanie na przewodniczącego rady nadzorczej LOT-u Teofila Bartoszewskiego. W aferze przenikały się tajne służby państewka leżącego w Palestynie i syn Tuska. No i miała ochronę ze strony Agencji Wywiadu kierowanej wówczas przez gen. Macieja Hunię, dziś ambasadora RP w Izraelu. Gra toczyła się na jeszcze wyższym poziomie i pod jeszcze większą ochroną – Kołomojski i Rabinowicz to wyznawcy i sponsorzy Chabad.

To wszystko nie wzięło się znikąd. To ma swoją chronologię. Pierwszym był powrót żydokomuny, czyli przekazanie władzy Żydom nastręczonym Jaruzelskiemu przez Davida Rockefellera. Potem była zmanipulowana transformacja ustrojowa. Bo, kto zakładał albo kto przejmował partie w Polsce? A gdy już uchowała się jakaś czysto polska, to kto wdeptywał jej przywódcę w ziemię albo mordował i to na rytualny sposób? I czy racji nie mają ci, którzy uważają, że Polsce nie można pomóc zakładając partię, bo w jej kierownictwie natychmiast pojawia się dwóch albo trzech „organizatorów” z Chabad?

Dekadę temu na bazarze podziału łupów „Przedsiębiorstwa Holocaust” pojawiają się nowi gracze, którzy nie chcą bezsilnie przyglądać się, jak inni sprzątają im łup spod nosa. Przebiegły i chciwy Chabad Lubawicz próbuje wykroić dla siebie nowe żerowisko, którego nazwę podpowiedział prezydent RP – POLIN. Przy władzy w Warszawie jest sługa narodu niemieckiego. Potrzebny jest więc nowe rozdanie i podmienienie na sługę narodu żydowskiego. W tym celu rabini dobijają targu z Jarosławem Kaczyński. Za pomoc w koszernym coup d’état żądają wiele i dostają wiele.  Od tego czasu mówić też możemy, że agenta Stasi przejął od Niemców rabin prowadzący z Chabad, nadał mu pseudonim „Krzywousty”, kazał posyłać dzieci do żydowskiej szkoły, tolerować żydowskie geszefty i nadać Żydom immunitet absolutny, tak aby żaden nie został skazany nawet za miliardowy przekręt.

Jak to jest, że na jeden gwizdek Szaloma Ber Stamblera do zapalenia świeczek stawiają się prezydent, marszałek Sejmu i Senatu, ministrowie i posłowie ze wszystkich partii? Jak to jest, że w tej kwestii zapanowała jednomyślność nieznana od czasu PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu i że w jego miejsce wytworzył się swoisty Front Chanukowy, złożony ze środowisk dotychczas walczących ze sobą na śmierć i życie? Skąd nienotowana od czasu Magdalenki jedność ponad podziałami najbardziej antychrześcijańskiej sekty żydowskiej i Episkopatu, biblistów z KUL, prawosławnych popów, protestanckich pastorów? Kto pociąga za sznurki? Kim jest niewidzialna ośmiornica, która tym steruje? I czy nie jest nią ośmioramienny świecznik? Bo nie jest tak, że w chanukowych ceremoniach chodzi o obrzędy religijne. Tu chodzi o przejęcie Polski, a zwłaszcza polskich kamienic.

Krzysztof Baliński

=========================================

Reksio do Kłodzka? Protestuj!! MEM-y VI.

————————————–

——————————————–

[a ja mam kocioł na drewno. Mam je za darmo. 50 kW. Pelet też by spalił, ale po co płacić? MD]

—————————-

——————-

——————————–

———————–

———–

———————————-

——————————

Deutschland über alles. MEM-y IV.

To na Litwie…

————————————–

———————————————————————

———————————————–

—————————

——————-

—————————

———————————————

————————————–

Sam się usuń !! MEM-y III.

————————————–

————————————-

—————————————————————-

——————–

—————————————–

—————–

——————————————

———————————-

Ku swemu przeznaczeniu

Ku swemu przeznaczeniu

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)  •  13 września 2026 michalkiewicz

Nie jest dobrze. Wprawdzie vaginet obywatela Tuska Donalda otworzył już sezon łowiecki w związku z pragnieniem wysadzenia w powietrze pana prezydenta Karola Nawrockiego oraz uporządkowania tubylczej sceny politycznej przez zaplanowanymi na jesień przyszłego roku wyborami do Sejmu i Senatu – ale wszystkie te przedsięwzięcia mogą napotkać nieprzewidziane trudności. Plan wysadzenia w powietrze pana prezydenta uzależniony jest, podobnie jak plan uporządkowania tubylczej sceny politycznej, od prawidłowego obsadzenia Trybunału Konstytucyjnego „naszymi” sędziami. Chodzi z jednej strony o możliwość uruchomienia procedury przewidzianej w art. 131 konstytucji, kiedy to w przypadku, gdy prezydent nie może nawet poinformować marszałka Sejmu o niemożności sprawowania swego urzędu – na przykład z powodu, że nic o takiej sytuacji nie wie – to wtedy Trybunał o takiej niemożności „orzeka” i w ten sposób obowiązki prezydenta przejąłby towarzysz Czarzasty Włodzimierz. Podobnie prawidłowo obsadzony Trybunał mógłby zdelegalizować „niepotrzebne” partie: Konfederację Korony Polskiej a nawet – Konfederację – i w ten sposób uporządkować polityczną scenę naszego bantustanu, żeby „demokracja” mogła „zwyciężyć”.

Plan alternatywny polega na tym, by prezydenta umoczyć w aferę Zondakrypto, a następnie – zaciągnąć go przed Trybunał Stanu. To trochę trudniejsze, bo takie zaciągnięcie wymaga 2/3 głosów członków Zgromadzenia Narodowego – z czym mogą być trudności. Trzeci wreszcie – desperacki projekt, o którym wspomniał podczas Campus Polska obywatel Tusk Donald, sprowadza się do działań na tzw. „rympał”. Taki w każdym razie wniosek wyciągam z zapowiedzi obywatela Tuska, że to mogą być działania „nieestetyczne”. W każdym razie podcho9dy pod Trybunał Konstytucyjny doprowadziły do wyboru przez Sejm pana Macieja Berka na kandydata na sędziego TK. To na jego barkach miałoby spocząć zadanie przeprowadzenia pożądanej rewolucji w tym Trybunale. Nie wszyscy wierzą, że te podchody, podobnie jak sceny myśliwskie z Zondakrypto mają na celu wysadzenie w powietrze pana prezydenta Nawrwockiego9. Na przykład Wielce Czcigodny Partyk Jaki poczciwie przypuszcza, że chodzi jedynie o dobrostan sodomczyków i gomorytek – by mogli wreszcie zawierać „małżeństwa” w tak zwanym „majestacie prawa” – jak zaleca nie tylko Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, ale i ETS w Luksemburgu.

Ale i tu mogą pojawić się nieoczekiwane komplikacje w związku z wyborami do landtagu Saksonia-Anhalt, jakie odbyły się 6 września. Jak wiadomo, zwycięzcą tych wyborów okazała się AfD, z wynikiem 44 procent, podczas gdy CDU uzyskała zaledwie niewiele ponad 17 procent. Nie oznacza to oczywiście przejęcia przez AfD władzy w Niemczech bo ogólnoniemieckie wybory parlamentarne mają się odbyć dopiero w roku 2029 – ani nawet pewności, że będzie ona rządziła tym landem – bo do samodzielnego utworzenia rządu trochę jej brakuje – ale jedno wydaje się pewne – że cordon sanitaire, jaki dotychczas stosowały wobec AfD partie establishmentu, okazał się przeciwskuteczny.

W dodatku nie tylko z powodu zdecydowanie niechętnego stosunku tej partii do imigrantów, ale również – a może nawet przede wszystkim – z powodu głoszenia przez nią potrzeby znormalizowania stosunków z Rosją, odbudowy gazociągów Nord Stream, no i zaprzestania futrowania Ukrainy. Z tego powodu zirytowany obywatel Tusk Donald powiedział, że w Polsce radość z powodu wyniku wyborczego AfD mogą odczuwać tylko „idioci lub zdrajcy”. Z punktu widzenia samego obywatela Tuska ta irytacja wydaje się oczywista, bo w nim z zagadkowych powodów upodobali sobie politycy CDU, ale nie da się ukryć, że w przypadku, gdyby AfD uzyskała podobny wynik w roku 2029, Polska też musiałaby dokonać korekty dotychczasowego postępowania.

Nie tyle może w stosunku do imigrantów, co przede wszystkim – w stosunku do Rosji i Ukrainy – oczywiście o ile wojna przeciągnie się aż do tego czasu. Nie wydaje się to prawdopodobne nie tylko ze względu na przypadające na wiosnę przyszłego, roku wybory prezydenckie we Francji, w których faworytą wydaje się być Maryna Le Pen. Obecne sondaże dają jej w drugiej turze nawet ponad 60 proc. Jeśli tak byłoby rzeczywiście, to by znaczyło, że cordon sanitaire wobec Zjednoczenia Narodowego również we Francji okazałby się przeciwskuteczny. W takiej sytuacji jest prawdopodobne, że Francja obrałaby kurs na normalizację stosunków z Rosją, co miałoby też wpływ na politykę wschodnią Unii Europejskiej.

W tej sytuacji również Ukraina musiałaby wyciągnąć z tego wnioski i kończyć wojnę póki nie byłoby za późno. Co w tej sytuacji zrobiłaby Polska i mocarstwa bałtyckie – to by zależało od tego, czy u steru nadal pozostawałaby ekspozytura Stronnictwa Pruskiego, czy nie. Stronnictwo Pruskie bowiem mogłoby nie mieć nic przeciwko ogłoszeniu „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie – co w moim przekonaniu wiązałoby się z jakąś terytorialną rekompensatą dla tego państwa za terytoria utracone na rzecz Rosji na wschodzie – podobnie jak i nie miałoby nic przeciwko dokonanemu wbrew traktatowi moskiewskiemu z 12 września 1990 roku o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec – dokończeniu procesu zjednoczenia Niemiec – o co mogłaby zabiegać AfD, naciskając na rząd federalny.

To by się nawet zgadzało z konsekwencjami nowelizacji traktatu lizbońskiego, która została już przecież rekomendowana przez Parlament Europejski. Z Polski zostałaby tylko Generalna Gubernia, z której Żydowie mogliby zaspokajać swoje majątkowe roszczenia, dotyczące „własności bezdziedzicznej”. Jak widzimy, wszyscy mogliby być z takiego rozwiązania zadowoleni, nie wyłączając Naszego Najważniejszego Sojusznika, dla którego Żydowie są niewątpliwie ważniejsi od nas.

Jeśli chodzi o Ukrainę, to ostatnia wizyta w Kijowie amerykańskich negocjatorów nie natchnęła chyba nikogo optymizmem tym bardziej, że dochodzą stamtąd coraz wyraźniejsze odgłosy walki między tamtejszymi poszczególnymi bezpieczniackimi watahami, które coś tam przecież muszą już wiedzieć i dlatego przepychają się gwoli uzyskania najlepszej pozycji wyjściowej wśród tamtejszych korupcjonistów. I tylko Polska, podobnie jak mocarstwa bałtyckie, wydaje się tego wszystkiego nie dostrzegać, ani – tym bardziej – wyciągać wniosków. To znaczy Volksdeutsche Partei wyciąga taki wniosek, by jak najszybciej doprowadzić do wysadzenia w powietrze pana prezydenta Nawrockiego i do uporządkowania tubylczej sceny politycznej, żeby nic nie mogło już zakłócić marszu naszego nieszczęśliwego kraju ku swemu przeznaczeniu, ku któremu dążymy ponad podziałami od czerwca 2003 roku, kiedy to w referendum w sprawie Anschlussu stręczył nam Unię Europejską nie tylko obywatel Tusk Donald, ale i Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Niemcy ostrzą sobie zęby na Solino. Czy stracimy magazyn na strategiczne rezerwy ropy?

Niemcy ostrzą sobie zęby na Solino. Czy stracimy magazyn na strategiczne rezerwy ropy?

Niemiecki kapitał jest gotowy do przejęcia kolejnej kluczowej polskiej firmy. W kopalni Solino, odpowiadającej za magazynowanie blisko połowy strategicznych rezerw ropy w kraju, od miesięcy trwa protest głodowy. Pracownicy alarmują: brak zdecydowanych działań sprawi, że nasze bezpieczeństwo energetyczne bezpowrotnie trafi w niemieckie ręce.

Wojciech Parol 19.07.2026 zero.pl//obajtek-w-solino-o-co-chodzi-w-strajku-glodowym-w-kopalni-chroniacej-polskie-rezerwy-ropy

Inowrocław, 09.07.2026. Europoseł Daniel Obajtek (2P) oraz wiceprezes PiS Przemysław Czarnek (P) podczas konferencji prasowej przed zakładem IKS Solino (fot. Agnieszka Bielecka / PAP)

  • Kopalnia Solino ma strategiczne znaczenie dla Polski. W solnych kawernach pod Inowrocławiem magazynowana jest znaczna część krajowych rezerw ropy naftowej i paliw.
  • Związkowcy alarmują o zagrożeniu dla przyszłości zakładu. Według protestujących bez nowych odwiertów i koncesji działalność kopalni może zostać ograniczona lub wygaszona w ciągu najbliższych lat.
  • Strajk głodowy w Solino trwa od marca. Część pracowników protestuje przeciwko planowanej sprzedaży aktywów niemieckiej firmie oraz domaga się inwestycji w dalszy rozwój kopalni.
  • Prezes kopalni Solino, Wojciech Kotlarek, odmówił wywiadu, nie przedstawiając szerzej swojego stanowiska wobec zarzutów i obaw zgłaszanych przez protestujących pracowników.
  • Bez odpowiedzi pozostaje pytanie: czy kopalnia, która jest fundamentem naszego bezpieczeństwa narodowego, zostanie przejęta przez niemiecki kapitał?
  • =================================

W ostatnich dniach zrobiło się niezwykle głośno o kopalni soli Solino w Inowrocławiu. Wszystko za sprawą Daniela Obajtka, byłego prezesa Orlenu i obecnego europosła, który niespodziewanie pojawił się na jej terenie. Polityk chciał osobiście wesprzeć górników prowadzących strajk głodowy przeciwko planom sprzedaży aktywów firmy Qemetica niemieckiemu koncernowi K+S.

Wizyta ta błyskawicznie przerodziła się w medialny spektakl. Między Obajtkiem a prezesem kopalni Wojciechem Kotlarkiem doszło do ostrej wymiany zdań oraz fizycznej szarpaniny. Gdy prezes próbował zablokować wejście i wezwał policję, były szef Orlenu oskarżył go o uderzenie i naruszenie nietykalności cielesnej. O co właściwie chodzi? Dlaczego sytuacja w kopalni Solino budzi tak intensywne emocje?

Czytaj też: Awantura w Solino. Szarpanina z udziałem Wojciecha Kotlarka i Daniela Obajtka

Wojna w kopalni Solino

Pod stopami mieszkańców Inowrocławia spoczywa gigantyczny, uśpiony skarb. Ponad kilkaset metrów pod ziemią, w hermetycznych, solnych jaskiniach, zmagazynowano paliwo na czarną godzinę. Mowa o blisko połowie strategicznych rezerw ropy naftowej w Polsce. To absolutny fundament naszego bezpieczeństwa energetycznego.

Tymczasem od marca w kopalni IKS Solino trwa dramatyczny protest głodowy, który w ostatnim czasie poparł Daniel Obajtek. Ludzie odmawiają przyjmowania posiłków, niektórzy z wycieńczenia trafili już do szpitala. Na miejscu, w samym sercu tego strategicznego klinczu, doszło do wojny domowej między związkami zawodowymi. Czy rzeczywiście grozi nam katastrofa – jak starają się przekonać protestujący – czy też mamy do czynienia ze zwykłą grą polityczną?

Spichlerz ukryty w soli: Jak działa Solino?

Zanim przyjrzymy się samej awanturze, warto wyjaśnić, czym w ogóle jest IKS Solino. To nie jest klasyczna kopalnia, w której górnicy z kilofami zjeżdżają windami na dół, by kruszyć bloki soli. Proces ten opiera się na technologii otworowej. W głąb ziemi wtłacza się wodę, która rozpuszcza złoża solne. Powstała w ten sposób solanka jest wypompowywana i sprzedawana do pobliskich zakładów chemicznych. Dla bezpieczeństwa kraju kluczowe jest jednak to, co zostaje pod ziemią po wypłukaniu soli – gigantyczne, puste komory zwane kawernami.

To tam, w całkowicie bezpiecznych i hermetycznych warunkach, przechowuje się strategiczne rezerwy ropy naftowej i paliw płynnych. Sól nie reaguje z paliwami, a setki metrów skały chronią te zasoby przed potencjalnym atakiem z powietrza czy konfliktem zbrojnym. Gdyby jutro całkowicie odcięto nam dostawy ropy z zagranicy, zgromadzone tu rezerwy mogłyby zasilać Polskę przez około trzy miesiące.

Czarna wizja Jerzego Gawędy: 10 lat do końca kopalni?

Liderem protestu głodowego jest Jerzy Gawęda, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w IKS Solino S.A. O co toczy się ta walka? Gawęda bije na alarm: obecne złoża solanki są na wyczerpaniu. Jeśli rząd i Orlen nie podejmą natychmiastowych decyzji o inwestycjach w nowe odwierty i pozyskiwaniu nowych koncesji, kopalnia przestanie istnieć w ciągu najbliższej dekady.

Co gorsza, od stycznia nie funkcjonuje wydział produkcji soli (dawna warzelnia). Zdaniem Gawędy, to dopiero początek katastrofy. Sprzedaż w 2014 r. firm odbierających solankę prywatnemu inwestorowi oraz wyłączenie ich infrastruktury z kategorii infrastruktury krytycznej pozbawiły te strategiczne zakłady państwowego parasola ochronnego.

Cyberatak na skrzynkę żołnierza. Wojsko ujawniło szczegóły incydentu

Kaczyński spotkał się z Morawieckim. Po 2,5 godziny rozmów padła deklaracja o jedności

Od kompromisu do rewolucji. Lewica odpowiada na blokadę w Pałacu Prezydenckim

Gawęda sugeruje, że cały dramat posiada tło geopolityczne. Blokowanie rozwoju Solino ma być jego zdaniem na rękę Niemcom i Rosjanom, którzy poprzez projekty takie jak Nord Stream chcieli kontrolować dystrybucję paliw i energii w Europie Środkowo-Wschodniej. Bez silnego, polskiego Solino, mamy stać się bezbronni i zależni od silniejszych sąsiadów. W swoich oskarżeniach posuwa się wręcz do zarzutów o nepotyzm w innych związkach zawodowych działających w Solino.

Murem za protestującymi: Stanowisko Daniela Obajtka

Jerzy Gawęda wyraźne wsparcie otrzymał od Daniela Obajtka. Były prezes Orlenu, a obecnie europoseł, jednoznacznie opowiedział się po stronie strajkujących pracowników, w pełni podzielając ich najbardziej niepokojące scenariusze. Obajtek publicznie alarmuje, że sytuacja w kopalni Solino to nie jest zwykły, lokalny konflikt pracowniczy, ale realna walka o uratowanie państwa przed katastrofą energetyczną. Jego zdaniem ewentualne oddanie kontroli nad tak strategicznym sektorem to potężny cios w suwerenność kraju.

W swoich wystąpieniach polityk stawia sprawę jasno i bezkompromisowo: „nie możemy doprowadzić, by przeszło to do Niemiec”. Obajtek przekonuje, że brak jasnej i zdecydowanej strategii obrony polskich interesów nieuchronnie doprowadzi do sytuacji, w której zagraniczny kapitał przejmie bezcenną infrastrukturę. Wspierając determinację protestujących, wielokrotnie podkreślał, że obrona kopalni to absolutna konieczność i polska racja stanu, od której nie wolno ustąpić ani na krok.

Mur milczenia: Jak zarząd Solino unika odpowiedzi

Narracja strony protestującej oraz stojącego za nimi Daniela Obajtka jest niezwykle alarmująca i maluje obraz nadchodzącej katastrofy. Jednak aby zachować pełny obiektywizm dziennikarski i nie stać się stroną w tym gorącym konflikcie, postanowiłem wysłuchać kontrargumentów drugiej strony.

\ Zwróciłem się więc bezpośrednio do prezesa kopalni Solino, Wojciecha Kotlarka.

Moje próby nawiązania merytorycznego dialogu zderzyły się jednak z biurokratycznym murem. Po rozmowie z Danielem Obajtkiem wysłałem oficjalnego maila z zaproszeniem na rozmowę do kierownictwa kopalni. W wiadomości wprost zaznaczyłem, że pracuję nad materiałem dla Kanału Zero, poznałem już argumenty byłego szefa Orlenu i zależy mi na oddaniu głosu zarządowi, oferując pełną przestrzeń do przedstawienia własnej perspektywy.

Pierwsza odpowiedź ze spółki ucinała temat krótkim tłumaczeniem, że rozmowa z prezesem jest w danym dniu niemożliwa z powodu natłoku jego obowiązków. Chcąc wyjść naprzeciw zarządowi, zaproponowałem elastyczne rozwiązanie – rozmowę online w dowolnym, wybranym przez prezesa dniu i o jakiejkolwiek godzinie. Niestety, w kolejnej wiadomości zwrotnej padło już tylko kategoryczne i ostateczne stwierdzenie: „niestety wywiad nie będzie możliwy”.

Taka postawa ze strony kierownictwa spółki o tak strategicznym znaczeniu budzi uzasadniony niepokój. W obliczu tak poważnych zarzutów i sporu o fundamentalnym znaczeniu dla kraju, elementarny profesjonalizm wymagałby chociażby przesłania odpowiedzi drogą mailową lub wyznaczenia rzecznika prasowego do obrony dobrego imienia firmy. Zamiast tego spotykamy się z całkowitym milczeniem. Trudno uciec od wrażenia, że ten mur ma na celu coś ukryć, a rzeczywista sytuacja w kopalni jest dla zarządu na tyle niewygodna, że prawda mogłaby wywołać potężny wstrząs wizerunkowy i społeczny.

Czy polski kapitał znowu przecieknie nam przez palce?

Obecna sytuacja w kopalni Solino to klasyczny i niestety dobrze znany z historii scenariusz. Istnieje ogromne ryzyko, że z powodu braku jasnej wizji rozwoju i zdecydowanego oporu, strategiczny dla nas rynek oraz potężne podziemne rezerwy zostaną bezpowrotnie zagospodarowane przez zagraniczną konkurencję, która tylko czeka na naszą bierność. Kiedy obcy kapitał przejmie kontrolę nad tym, co w polskiej gospodarce i energetyce kluczowe, my we własnym państwie będziemy mieli coraz mniej do powiedzenia.

Czytaj też: Daniel Obajtek przyznaje się do nepotyzmu i kumoterstwa w Orlenie

Zarząd Solino postanowił milczeć i umyć ręce od narastającego kryzysu, jednak tej sprawy nie da się po prostu przeczekać. Skoro gra toczy się o same fundamenty naszego bezpieczeństwa narodowego, odpowiednie służby państwowe powinny jak najszybciej prześwietlić cały ten proces.

Polska absolutnie nie może sobie pozwolić na to, aby kolejny kluczowy element rodzimego kapitału oraz strategicznej infrastruktury został bezkarnie oddany i przejęty przez Niemcy. Czas na zdecydowane działania i twardą obronę naszych interesów, zanim narodowy spichlerz energetyczny bezpowrotnie przecieknie nam przez palce.

Prof. Anna Raźny: Czy jest możliwy dialog z Rosją?

Prof. Anna Raźny: Czy jest możliwy dialog z Rosją?

Po pytaniu sformułowanym w tytule należy postawić związane z nim następne:

Czy o dialog z Rosją można pytać teraz, kiedy na Ukrainie nadal trwa wojna kolektywnego Zachodu – USA, Unii Europejskiej, a nade wszystko NATO – z Rosją? Kiedy Polska – zamykając rosyjski konsulat w Gdańsku, ostatni w naszym kraju – sprowadza do zera stosunki dyplomatyczne Warszawy z Moskwą? Kiedy nie wiemy, jaka będzie po tej wojnie nowa mapa Ukrainy, a zatem i Europy, a także – co nie jest wykluczone – Polski?


Właśnie teraz, gdy trwająca na Ukrainie wojna przyspiesza utrwalenie zaistniałego nowego, wielobiegunowego porządku świata, należy te pytania eksponować i szukać na nie odpowiedzi. Należy poddać ocenie obecne stosunki polsko-rosyjskie i zarysować perspektywę przyszłych – powojennych. Każdy kształt tej perspektywy jest niemożliwy bez uwzględnienia rusofobii, która od euromajdanu kijowskiego w 2014 roku opanowała polskie umysły nie tylko w sferze polityki, ale również nauki, kultury, życia społecznego, a nawet religii. Rusofobiczna postawa Polski ma wymiar nie tylko polityczny, ale również cywilizacyjno-kulturowy, psychologiczny, moralny.

Zarysowanie perspektywy dialogu z Rosją musi uwzględniać przezwyciężenie polskiej rusofobii nie tylko w świadomości elit, ale również większości społeczeństwa, poddawanego od lat manipulacyjnej propagandzie antyrosyjskiej. Pytanie o dialog jest pytaniem o możliwość przezwyciężenia najgroźniejszego w rusofobii nastawienia do Rosji i Rosjan – nienawiści, odmawiającej im prawa do istnienia. Tylko afirmacja istnienia – odwzajemnionego ze strony rosyjskiej – może stać się fundamentem naszych wzajemnych pokojowych relacji. Bez pokojowego współistnienia nie może być mowy o dialogu otwierającym pole współpracy. Współistnienie i współpraca zakładają wypracowanie przestrzeni wzajemności.

Owo wypracowanie wymaga przyjęcia przez obie strony dialogu uniwersalnych kryteriów porozumienia. Kryteria polityczne u swej genezy zakładają trudne do przezwyciężenia różnice wynikające z odmiennych geopolitycznych uwarunkowań Polski i Rosji. Łatwiejsze do obustronnej akceptacji są kryteria ekonomiczno-gospodarcze. Te jednak ulegają presji zmiennych napięć wolnorynkowych i dynamiki niekompatybilnych bloków politycznych. Nie mogą wiec stanowić trwałej gwarancji harmonijnego współistnienia, a tym bardziej owocnej dla obu stron współpracy. Jedyne, co łączy Polskę i Rosję, to wartości chrześcijańskie, wspólne dla obu cywilizacji, które ukształtowały nasze narody. Niezależnie bowiem od różniących nas konfesji na poziomie teologicznym oraz dogmatycznym – w obydwu stanowią one ten sam fundament moralny. Zarówno w łacińskiej – z której wyrósł nasz naród, jak i bizantyjskiej, która zbudowała rosyjską tożsamość. W przypadku tej drugiej pomijam czynnik turański, który jako stygmatyzujący ślad po niewoli mongolskiej zaburzał bizantyjskie, wschodnio-chrześcijańskie dziedzictwo Rosji. Obecnie jest on całkowicie marginalny i jako taki nie determinuje jej antropologicznego i aksjologicznego – ściślej – etycznego oblicza. [Ależ skądże! Ogrom na rola plemion wyznających islam, czy oligarchów żydowskich i /lub anty-łacińskich, razem to koło-obłęd, mieszanka cywilizacyj, nie cywilizacja bizantyńska. md]

Po upadku komunizmu i rozpadzie Związku Radzieckiego Rosja stała się bowiem opoką cywilizacji wschodnio-chrześcijańskiej – czego świadectwem jest jej konstytucja – z odwołaniem do Boga – i ustawodawstwo rugujące z jej przestrzeni antychrześcijańską ideologię genderyzmu i wybijające zęby skrajnemu ekologizmowi. Rosyjskie ustawodawstwo chroni zdecydowanie chrześcijan i chrześcijańskie wartości w powiązaniu z wartościami konserwatywnymi – z modelem tradycyjnej rodziny nie obejmującym jej patchworkowej odmiany, z tradycyjnym małżeństwem kobiety i mężczyzny, wykluczającym tzw. małżeństwa homoseksualne, z zakazem w kulturze, życiu politycznym (np. w programach partii politycznych), życiu społecznym, czy wreszcie w oświacie treści genderowych. W tych sferach współczesnej Rosji nie ma powiązań z turańskim wektorem cywilizacyjnym.

Również w tych regionach, w których dominuje ludność innego wyznania – np. islamskiego – czego przykładem jest Czeczenia – obowiązuje ta sama co w Moskwie konstytucja i te same ustawy. Jeśli jeszcze uwzględnimy triumfalne po upadku komunizmu odrodzenie chrześcijaństwa nie tylko na poziomie eklezjologicznym, ale również kulturowym i społecznym: seminaria, szkolnictwo, architektura, muzyka, film – gdzie nie ma szans na turańskie wątki i tzw. wartości Zachodu, nade wszystko Unii Europejskiej – koncepcja Feliksa Konecznego o bizantyńsko-turańskim kształcie cywilizacyjnym Rosji upada [życzeniowe poglądy… md] . Ślad turański jest bowiem widoczny jedynie w sposobie sprawowania władzy. Ten zaś sposób możemy przypisać każdemu autokratycznemu prezydentowi, np. Donaldowi Trumpowi.

Teza o odrodzeniu chrześcijaństwa i umocnieniu chrześcijańskiej cywilizacji we współczesnej Rosji nie jest rusofilskim fejkiem Jest faktem potwierdzonym przez dokumenty ustawodawcze, praktykę polityczną, społeczną, oświatową, kulturową Federacji Rosyjskiej. Wiedza Polaków na ten temat jest znikoma. Prawda o chrześcijańskiej współczesnej Rosji została bowiem wyrugowana z rusofobicznego polskiego przekazu. Ten, na który skazane jest polskie społeczeństwo, jest nie tylko fałszywy, ale również demoniczny, ukazujący Rosję jako szatańskie imperium zła.

Jego celem jest umocnienie strachu przed Rosją i przekształcenie go w nienawiść do wszystkiego, co rosyjskie. Ten obraz Rosji konieczny był polskim władzom i wspierającym je elitom w uzyskania akceptacji Polaków dla zaangażowania naszego państwa w wojnie z Rosją na Ukrainie. Fałszywy przekaz o tej wojnie – w której jakoby Ukraina broni naszej suwerenności – umocnił polską rusofobię i pogłębił wszystko to, co nas dzieli – przeciwstawne powiązania geopolityczne i idące za nimi gospodarczo-ekonomiczne, kulturowe, religijne…

Skutecznie natomiast ukrył wszystko to, co nas łączy: nie tylko chrześcijańskie wartości moralne, ale również te idee, które dla historii i geopolityki minionych epok obu narodów miały znaczenie eschatologiczno -metafizyczne i religijne. Dla polskiego była to romantyczna idea Polska Chrystusem narodów, zaś dla rosyjskiego idea Moskwy III Rzymu. Niezależnie od religijnego i politycznego znaczenia tych idei i epok, które je zrodziły, obydwie miały wymiar cywilizacyjno-kulturowy. Adam Mickiewicz w charakterystycznej dla epoki romantyzmu idei posłannictwa Polski widział taką właśnie jej rolę w po-napoleonowskiej Europie, zagrożonej ideami antychrześcijańskiej rewolucji. Cierpienie Polski pod zaborami miało stanowić catharsis dla zagrożonych narodów. Z kolei idea Moskwy III Rzymu – zrodzona z troski o losy chrześcijaństwa wschodniego po upadku Konstantynopola w 1453 roku – miała zminimalizować negatywne dla chrześcijaństwa wschodniego konsekwencje ostatecznego upadku cesarstwa wschodnio-rzymskiego, przejęcie przez Turków Konstantynopola i panowania nad wschodnim basenem Morza Śródziemnego, co otwierało imperium osmańskiemu drogę do podboju Europy. Podboju powstrzymanego dopiero w 1683 roku dzięki zwycięstwu króla polskiego Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.

Obydwie te idee były i nadal są świadectwem potencjału mesjanistycznego obydwu narodów. Potencjału realnego, nie zaś utopijnego. Realnego, jak realna jest siła wskazywanych przez te idee wartości łączących naród polski czy rosyjski dla ich obrony. Te mesjanistyczne idee trzeba odczytać na nowo i wykorzystać we wspólnej walce z tymi, którzy doprowadzili do upadku chrześcijańską cywilizację Zachodu, zamieniając ją na cywilizację globalistyczno-liberalno- transatlantycką – współistniejącą jedynie z przejawami tej pierwszej. Taka mieszanka – jak każda mieszanka cywilizacyjna według Konecznego – jest trująca. I taka mieszanka zapanowała w Polsce. [tak md]

Niezależnie od jej zaistnienia, wciąż jest możliwy, a obecnie wręcz konieczny, dialog Polski z Rosją w formie wspólnej obrony wartości chrześcijańskich i konserwatywnych – wyrugowanych z przestrzeni cywilizacyjno-kulturowej dawnego cesarstwa zachodnio-rzymskiego. Jeśli dzięki obecności Rosji w Syrii ocalała ostatnia większa w tym kraju – związana w dziejach Kościoła ze św. Pawłem – enklawa chrześcijańska z centrum w Damaszku, to dlaczego mielibyśmy wykluczyć możliwość współpracy z Rosją w obronie przedstawionych wyżej wartości.

Wykluczyć – co jest w tym wypadku najistotniejsze – należy jej obecność militarną w Europie i Polsce. Wskazana natomiast byłaby gwarancja takiej współpracy w nowej doktrynie bezpieczeństwa europejskiego, uwzględniającej również bezpieczeństwo Rosji. To jest realna perspektywa wspólnego działania. I takie doświadczenie europejsko-rosyjskie, obejmujące również Polskę jako członka NATO mamy za sobą. To doświadczenie przyniosła powstała w 2002 roku Rada NATO-Rosja jako forum dialogu ukierunkowanego na współpracę w kwestiach bezpieczeństwa między państwami członkowskimi Sojuszu Północno-Atlantyckiego i Rosją. Oczywiście, tym bardziej jest realna taka współpraca w ramach stosunków dwustronnych między Polską i Rosją, niezależnie od przynależności do przeciwstawnych bloków militarnych, których wojenne starcie na Ukrainie dobiega końca. Rosja jest nawet lepiej od Polski przygotowana do takiej współpracy, ponieważ nie dopuściła do zapanowania w jej przestrzeni takiej toksycznej mieszanki cywilizacyjnej, jaka zawładnęła Zachodem z Polską włącznie. [Oj, dopuściła.. Może nie tej, ale równie toksycznej md]

To jest kusząca perspektywa nie tylko dla Rosji, która poczyniła już wiele w tym zakresie, ale również dla Polski, która nie chce uznać jej obecnych zasług w walce o respektowanie chrześcijańskich wartości etycznych i kulturowych w świecie poddanym globalnej westernizacji, narzucającej współczesnej ludzkości degradujące ją dwie ideologie: genderyzmu i skrajnego ekologizmu. Rosja je wykluczyła ze swojej przestrzeni cywilizacyjno-kulturowej, Polska je natomiast toleruje, a tym samym włącza do swej przestrzeni – pod hasłami fałszywych praw człowieka i fałszywej demokracji, zrównującej to co zdrowe z chorym, to, co zgodne z bytem z tym, co go neguje.

Pomimo już bardzo istotnych świadectw naszego uczestnictwa w mieszance cywilizacyjnej Zachodu doszło jednak do bardzo ważnego wydarzenia otwierającego realny dialog i realną współpracę Polski z Rosją na poziomie cywilizacyjno-kulturowym. Być może tylko dlatego, że nad tym wydarzeniem rozpostarty był parasol ochronny w postaci Rady NATO-Rosja – zlikwidowany w 2022 roku przez wybuch wojny na Ukrainie.

Tym wydarzeniem było podpisanie w Warszawie 17 sierpnia 2012 roku przez ks. arcybiskupa Józefa Michalika i patriarchę Wszechrusi Cyryla apelu o pojednanie narodów polskiego i rosyjskiego. Niestety nie uzyskał on należnego rozgłosu nie tylko w sferze politycznej i społecznej, ale także religijnej i kulturowej – zarówno w Polsce, jak i w Rosji. Nie wzbudził również zainteresowania badaczy tych nauk humanistycznych i społecznych, które tego typu dokumenty i fakty czynią przedmiotem analiz i interpretacji: religioznawstwa, socjologii, kulturoznawstwa, filologii, aksjologii, politologii, stosunków międzynarodowych.

Podejrzewać można, iż postawa obojętności wobec tego przesłania była rezultatem wciąż głębokich wzajemnych uprzedzeń i kultywowanych stereotypów, nie poddających się myśleniu według wartości. Z drugiej strony to świadome przemilczenie historycznego dokumentu ukształtował koniunkturalizm badawczy i moda na anty-aksjologiczny i anty-epistemologiczny postmodernizm. Popularny także wówczas w Rosji. Natomiast obojętność wobec tego wydarzenia – dokumentu decydenckich centrów religijnych, kulturowych, a nade wszystko politycznych w samej Polsce wynikała prawdopodobnie z zaawansowanych przygotowań Zachodu i jego zbrojnego ramienia jakim jest NATO do wojny z Rosją na terenie Ukrainy.

Z punktu widzenia historii kultury – obejmującej także historię Kościoła Katolickiego w Polsce, historię Cerkwi w Rosji i dzieje ekumenizmu po Soborze Watykańskim II – przesłanie jest wydarzeniem o charakterze fenomenu. Nie ma bowiem przesłanek genealogicznych, nazywanych niekiedy prześmiewczo archeologią wydarzenia. Nie posiada również odbicia w narracjach innych faktów dopełniających jego wymiar. Już pobieżna lektura przesłania skłania do konkluzji, iż mamy do czynienia z próbą przełamania konfliktogennego paradygmatu cywilizacyjnego: Polska – Rosja, ujmowanego w kategoriach napięć między łacinizmem a bizantynizmem i turanem.

Głęboki sens przesłania i jego znaczenie historyczne uwidaczniają się w perspektywie antropologiczno-religijnej oraz antropologiczno-kulturowej. W obu tych perspektywach badawczych pierwszorzędną rolę odgrywa kryterium aksjologiczne, pozwalające określić rolę wartości chrześcijańskich jako wartości uniwersalnych, kształtujących postawy nie tylko pojedynczych osób, ale również społeczeństw i narodów. One też wpływają na charakter kultur narodowych i budowaną na nich cywilizację.
Przesłanie o pojednanie narodów polskiego – rosyjskiego jest świadectwem wciąż żywego jeszcze trwania Polski w cywilizacji łacińskiej – aczkolwiek już nie na każdym jej poziomie – oraz triumfalnego powrotu Rosji do chrześcijaństwa.


Otwarcie na dialog i pojednanie było do tej pory stałą daną cywilizacji łacińskiej, natomiast słabą stroną cywilizacji bizantyjskiej. Można więc mówić o triumfalnym odrodzeniu cywilizacji wschodniego chrześcijaństwa na gruncie rosyjskim – bo wzbogaconego o ten właśnie nowy, nie tylko ekumeniczny, ale również cywilizacyjno-kulturowy dialog. Dokument zapowiada wspólną walkę z negatywną antropologią i dehumanizującą cywilizacją Zachodu oraz współdziałanie w obronie chrześcijańskich wartości. Kulturowe znaczenie tego dokumentu wyraża się w kluczowych jego słowach i pojęciach:
– Dziedzictwo chrześcijańskie Wschodu i Zachodu
– Duchowe oblicze i kultura naszych narodów
– Braterski dialog
– Przebaczenie krzywd i niesprawiedliwości odrzucające zemstę, zakładające jednak pamięć o nich
– Niezakłamana prawda historyczna
– Trwałe pojednanie jako fundament pokojowej przyszłości – mogące się dokonać „jedynie w oparciu o pełną prawdę o naszej wspólnej przeszłości”

Każde z tych pojęć i słów –kluczy jest emanacją chrześcijańskich wartościach moralnych, religijnych i kulturowych. Zakończenie przesłania zawiera ich umocnienie poprzez powtórzenie w innym kontekście i innej formie – politycznej i społecznej.
„Apelujemy do wszystkich, którzy pragną dobra trwałego pokoju oraz szczęśliwej przyszłości: do polityków, działaczy społecznych, ludzi nauki, kultury i sztuki, wierzących i niewierzących, do przedstawicieli kościołów – stale podejmujcie wysiłki na rzecz rozwijania dialogu, wspierajcie to, co umożliwia odbudowanie wzajemnego zaufania zbliża ludzi do siebie oraz pozwala budować wolną od przemocy i wojen pokojowa przyszłość naszych krajów i narodów”.

Przesłanie jest przekroczeniem różnic kulturowych i cywilizacyjnych, jest rzeczywistą transgresją, nie zaś jej symulacją czy też dysymulacją, o których mówi Jean Baudrillard1. Wyrasta z historycznej i kulturowej rzeczywistości obu narodów, rzeczywistości obecnej i przyszłej, dotyczy ich obecnej kondycji i rysuje kształt przyszłej. Nie jest symulakrem budującym hiperrzeczywistość utopii. Nie ma tu również zwycięstwa jednej cywilizacji nad drugą, ponieważ przekroczenie ich granic dokonuje się w sferze wartości, nie zaś systemów i budowanego w ich ramach prawa. Podstawowe pojęcia i słowa kluczowe mają charakter odwołania do wartości duchowych, religijnych, kulturowych. Na ich gruncie przesłanie rysuje perspektywę budowania nowej świadomości obu narodów we wzajemnych relacjach, wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu godności każdej osoby i jednocześnie obu narodów.

Przesłanie jest już dokumentem historycznym i trzeba tak na niego spojrzeć. Jego realizacja jest nie tylko poddawana wątpliwościom, ale wręcza odrzucana w ramach trwającej wojny na Ukrainie. Nie zamyka jednak ani powrotu do wzajemnego zaufania, ani tym bardziej nie przekreśla jego uniwersalnych znaczeń.

Sam dokument, a także obecny kształt cywilizacyjny Polski i Rosji zmusza natomiast badaczy kultury do ponownego przemyślenia i rozwinięcia poglądów Feliksa Konecznego. Zwłaszcza tych, które dotyczą tzw. kołobędu Rosji i łacińskości Polski. Z jednej strony mamy bowiem liczne świadectwa wprowadzania do życia społecznego i politycznego, edukacji i ustawodawstwa w Rosji wysokich wartości tzw. konserwatywnych wpisanych w cywilizację łacińską. Z drugiej uczestnictwo Polski w strukturach i podmiotach politycznych Zachodu negujących te właśnie wartości i samą cywilizację łacińską, czego świadectwem jest Traktat Lizboński.

Pytanie o aktualność dokumentu jest truizmem. Jak nigdy do tej pory, jest on bardzo aktualny właśnie teraz – u schyłku wojny na Ukrainie. Faza przygotowań do jego odnowienia powinna się już rozpoczynać i powinna obejmować wszystkie etapy odrzucenia przesłania. Kryzys relacji Polska-Rosja nie jest bowiem kryzysem wartości chrześcijańskich, które wraz z wartościami konserwatywnymi nadal mają udział w kształtowaniu świadomości współczesnych Polaków. Natomiast w Rosji stanowią niezbywalną determinantę kultury i życia społecznego. One też mogą stanowić podstawę dialogu między Polską i Rosją. Mają bowiem charakter wartości uniwersalnych, kształtujących zarówno cywilizację łacińską – do której zaliczana jest Polska – jak i bizantyjsko-turańską, do której zaliczana jest Rosja.

W relacjach polsko-rosyjskich wartości chrześcijańskie jako wartości uniwersalne – moralne, kulturowe i religijne – były zawsze obecne. Nie odgrywały jednak roli najważniejszych i w największym stopniu determinujących charakter tych relacji. Rolę taką od czasów umacniania i poszerzania państwa moskiewskiego zaczęły spełniać wartości polityczne, ekonomiczne, witalne. One też zdecydowały o cywilizacyjnych różnicach między Polską i Rosją, zarówno przedrewolucyjną, jak i porewolucyjną – radziecką.


Po upadku komunizmu w paradygmacie cywilizacyjnym polsko-rosyjskim nastąpiły zmiany nieoczekiwane i nieprzewidziane przez teoretyków cywilizacji łacińskiej – m.in. przez Feliksa Konecznego. Stępiło się ostrze różnic cywilizacyjnych między Polską i Rosją, gdy ta druga po rozpadzie Związku Radzieckiego wróciła do chrześcijaństwa. Przesłanie o pojednanie polsko-rosyjskie jest wyjątkowym świadectwem tego powrotu. Zapowiada wspólną walkę z negatywną antropologią i dehumanizującą cywilizacją Zachodu oraz współdziałanie w obronie chrześcijańskich wartości. Ten właśnie kierunek rozwoju cywilizacyjnego Rosji powinien być dla Polski zachętą do dialogu, który zaowocuje wspólną walką w obronie naszego dziedzictwa duchowego.

Przesłanie nabiera nowego znaczenia w momencie, gdy rusofobia w Polsce osiągnęła punkt kulminacyjny w ramach trwającej ponad cztery lata na Ukrainie wojny Zachodu – USA, UE, NATO – z Rosją. Dla Polaków drogą osiągnięcia w niej pokoju jest przezwyciężenie – z jednej strony rusofobii jako imperatywu prowojennego, militaryzującego jednocześnie wszelkie relacje Warszawy zarówno z Kijowem, jak i z Moskwą.

Z drugiej strony jest również drogą do przezwyciężenie sztucznej ukrainofilii, uniemożliwiającej obiektywną ocenę nazistowskiego oblicza współczesnej Ukrainy. Impulsem dla przezwyciężenia tych dwóch negatywnych aspektów polskiej mentalności – także polityki -niech będzie istotna w wymiarze geopolitycznym niedawna wizyta szefa CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie, świadcząca o otwarciu Waszyngtonu na dialog z Federacją Rosyjską. Natomiast na poziomie cywilizacyjno-kulturowym impulsem dla naszego otwarcia na Rosję winna być jednoczesna w niej wizyta wysłannika Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, arcybiskupa Paula Gallaghera, określona w serwisie informacyjnym Watykanu „Vatican News” mianem „misji pokoju i dialogu”.

prof. dr hab. Anna Raźny

Prof. dr hab. Anna Józefa Raźny (ur. 2 lutego 1944 roku w Batowicach) jest jednym z najwybitniejszych rosjoznawców i politologów. Przez wiele lat była związana naukowo z Uniwersytetem Jagiellońskim (UJ), gdzie pełniła m.in. funkcję dyrektora Instytutu Rosji i Europy Wschodniej. Jest członkiem Rady Fundacji Narodowej im. Romana Dmowskiego.

Tekst przemówienia na zjazd Klubów Myśli Polskiej w Garcynie.

Zełenski chce nas wkręcić w wojnę?

Zełenski chce nas wkręcić w wojnę?

Tuuuskkk

13 września, wpis nr 1425

Ostatnio prezydent Ukrainy Zełenski ostrzegł, żeby cywilne samoloty nie latały nad Rosją, bo może się przydarzyć krzywda, gdyż niebo nad matuszką Rassiją jest tak gęste od ukraińskiej nawały dronów i rakiet, że może dojść do nieszczęścia.

Można na te oświadczenie patrzeć się z kilku punktów widzenia. Po pierwsze – że to racja, po drugie, że to… troska Zełenskiego o rosyjskich pasażerów, których pewnie prezydent Ukrainy w rzeczywistości utopiłby w łyżce wody. Trzecie wyjście – moim zdaniem najbliższe prawdy w tym „pakiecie” – to groźba. Zełenski mówi, że może być nieszczęście niby na zapas i z troską, ale aspekt straszenia i to cywilów jest tu wyraźny.

Na cywila

Druga wojna ukraińska przeszła już dość dawno w wyraźną fazę, w której obiektem ataków jest ludność cywilna. I to po obu stronach. Na razie chodzi tu o tzw. zawoalowane groźby, bez szerszych ataków bezpośrednich, ale i tu sama groźba ma wywrzeć demoralizujący wpływ na morale ludności. A ta wojna w szczególności nas nauczyła, że wysiłek wojenny jeśli nie jest udziałem całego społeczeństwa, to nawet przy super armii nie ma szans na sukces. Jest to więc działanie stricte wojenne. Zwłaszcza w wojnie na wyniszczenie zasobów, z jaką mamy do czynienia. Po zawaleniu się idei „błyskawicznej operacji specjalnej” okazuje się, że głównym zasobem nie są tanki i amunicja, ale cierpliwość społeczeństwa. O to teraz jest gra.

Ale już nie tylko wojna ukraińska pokazuje nam ostatnio, że scenariusz, że tak powiem, irański nie daje gwarancji powodzenia. Przypomnieć należy że z kolei Trumpa pomysł na „błyskawiczną operację wojskową” polegał na tym, że zdekapituje się władze, wstrząśnie infrastrukturą Iranu do poziomu zapaści podstawowych usług państwa i lud wyjdzie na ulicę, wzburzony, a może tylko głodny. I obali przegrywów we władzach, choćby tylko by ratować własną, egzystencjalną skórę. Ten pomysł nie udał się, jak kiedyś pomysł Hitlera, by tym samym sposobem, przez codzienne naloty, rzucić na kolana Anglię. Zresztą alianci Niemcom odpłacali później w ten sam sposób. W obu tych wypadkach – angielskim i irańskim – skończyło się to konsolidacją narodu wokół flagi państwowej. Czy tak jest w obu przypadkach u Ukraińców i Rosjan?

Popatrzmy – jeśli Zachód liczy na zbuntowane tłumy na rosyjskich ulicach, to można tylko pogratulować niewiedzy lub/i naiwności. Putin dobrze stoi w sondażach, zwłaszcza, że unika mobilizacji, posługuje się najemnikami, szczególnie niewyczerpanym rezerwuarem wojsk Korei Północnej. Dla wielu Rosjan była to zdalna wojna, widziana w telewizorach i sprowadzona do kupowania mięsa armatniego od ochotników z zapyziałych regionów rosyjskiego imperium. Prędzej tam, jeżeli już, Zachód może liczyć na pałacowy zamach na Kremlu, ale musimy wziąć tu pod uwagę jedno zastrzeżenie. Jeżeli ktoś w ogóle krytykuje w Rosji Putina, to głównie z tego powodu, że się za bardzo z Ukrainą certoli. Tak, nad Kremlem krążą jastrzębie, które popychają do eskalacji, łącznie z walnięciem nukiem. Jeśli już, zakładajmy, miałoby dojść do zmiany Putina za pomocą wewnętrznej intrygi, to władze przejmie grono eskalacyjne, a to nie jest (chyba?) intencja Zachodu, tym bardziej (chyba?) Ukrainy.

Niechęć do pokoju

Cały czas się tu zastrzegam z tymi „chyba”, bo możliwy jest (i omawiany) inny scenariusz końca tej wojny. Otóż może Zachód, a także sam Zełenski nie są zainteresowani jakąkolwiek formą pokoju, tylko „wieczną wojną”, wszak to wojna na wyniszczenie. I im dłużej trwa tym bardziej wygrywa ten z lepszymi zasobami. Zachód może myśleć, że zajedzie Rosję, że ta nie wytrzyma materiałowo, ale i… moralnie, w obszarze recepcji społecznej. Ale to zgubna raczej strategia, bo może i lud wyjdzie na ulicę, może się tam na Kremlu zamachną z poduszką na Putina, ale wtedy władze – również w imieniu tłumu – przejmą jastrzębie i może jeszcze zatęsknimy za Putinem, który nagle nie okaże się wariatem, ale całkiem miłym koncyliacyjnym władcą. A więc jeśli Zachód i Zełenski nie chcą pokoju, to idą po cienkiej linie, gdyż eskalacja może doprowadzić Rosję, również z powodów wewnętrznych nastrojów, do działań desperacko agresywnych. I może o to chodzi i Zachodowi, i Zełenskiemu? Wtedy dopiero palec międzynarodowego oburzenia wreszcie wskazałby na Rosję, jako brutalnego agresora, którego popchnie się do działań jeszcze bardziej agresywnych.

Pojmowanie Rosji jako agresora trochę się stępiło obecnie, kiedy walki utknęły na stabilnych frontach, zaś Ukraina odpłaca Rosji dalekosiężnie (za pomocą głównie zachodniej broni) jak równy z równym. Ciężko więc utrzymać jednoczesną narrację, że Ukraina zwycięża, Putin się wali i w tym samym momencie odgrywać rolę bezbronnej ofiary. A jakby Putin walnął nukiem, albo sprawdził NATO na Bałtach, to by się podniosło, przycichłe obecnie, larum. A więc eskalacja jest na rękę wszystkim, pytanie tylko czy Putinowi?

Ukraińcy

Rozważaliśmy tu sytuację rosyjskiego narodu w jego reakcjach na wojenne przygody, wzmacniane przez Kijów. Trzeba teraz zajrzeć do Ukraińców. Cywile też, symetrycznie, są celem ataków Putina. Cywile, a zwłaszcza ich morale. Tam zaangażowanie Ukraińców jest bezpośrednie, szczególnie na froncie. Zagony najemników są symbolicznie małe, trzeba się wspierać rodzimym narybkiem, a ten jest coraz częściej zapraszany na front w formie ulicznych łapanek. Na to liczy Putin, na wyczerpanie się najważniejszego wojennego zasobu – siły żywej, głównie w postaci matek i żon, które jak widać na filmach bronią swoich przed „busikowym” poborem. Zachód może (do czasu) zasilać Ukrainę w sprzęt i amunicję, ale braków w sile żywej to nie zastąpi. (Jest jeszcze dość smutne zastrzeżenie, że jak się Ukraińcom skończą ludzie, to może Zachód sięgnąć zgadnijcie do jakich zasobów?) Dlatego jak Putin deklaruje, że planuje zbierać na „po wyborach” po 300-400.000 żołnierzy rocznie, to oznacza to złe wieści nie tylko dla ukraińskiego frontu.                

No, trzeba postawić pytanie czy przypadkiem i Putin nie liczy na wariant irański, tak jak Zachód, czyli, że naród ukraiński się wkurzy i pogoni prezydenta-komika? Mamy tu też kilka możliwości i to nie tylko z teorii, ale z przesłuchów. Może w ogóle nie dojść do tego scenariusza, choć wyraźnie obecna strategia Putina to „przygotowania do zimy”. To znaczy Rosjanie rozwalają infrastrukturę „na zimę”, przygotowując ciężkie zimowe czasy dla Ukraińców. Ci mają już nie wytrzymać.

Ale wiadomo – motywacje napadniętego są bardziej wartościowe: bronimy się, niecny wróg, nasi dobrzy, nawet jak źli – wewnętrznie rozliczymy się po wojnie. Pamiętamy przecież o polskich przykładach rachunków krzywd wewnętrznych, których „obca dłoń nie przekreśli”, ale „krwi nie odmówi nikt”… Obiecanki cacanki, a po wojnie rozliczył nasze krzywdy ktoś inny, spoza nas. Pamiętacie to? To nie wiersz tylko, ale mechanizm, który funkcjonuje w czasie wojny i jest to mechanizm znany władzy i przez nią wykorzystywany do bólu. Bólu całego narodu.

Warianty dodatkowe

Drugi wariant głosu ludu jest taki, że… da się go zorganizować. Jak dotąd, po rewelacjach od pani Wiktorii Nuland z CIA, okazało się, że z tymi spontanicznymi rewolucjami Ukraińców to naiwne mity. Nawet nie wystarczające by „wymienić” koszmarny mit narodowy banderowców. Jak się dało, okazuje się, że za parę drobnych miliardów, zorganizować zmianę władzy w Kijowie, to można zrobić to i teraz. I nie koniecznie muszą to zrobić albo ci z europejskiego Zachodu czy amerykańskiego Waszyngtonu, bo Zełenski jakoś im obecnie pasuje, ale może to być przewrót w wyniku walki pomiędzy grupami oligarchicznymi, oczywiście „pod kryszą” którejś z koterii zachodnich. Ale i tu – nie bez udziału spontanicznego jak najbardziej tłumu, który powróci do zawieszonych na czas wojny „rachunków krzywd”.

Trzeci wariant, można rzec historyczno-analogiczny to sytuacja, którą widzieliśmy już na kartach historii. Otóż z okopów, po jakiejś formie zawieszenia broni, wracają styrani żołnierze. Jest to dla państwa bardzo wrażliwy moment – bo trzeba postawić pytanie: jacy oni wracają z tej przygody? Zmęczeni, w oczekiwaniu na odpoczynek w ramionach swych żon (często w Polsce, co ma pewne niemiłe dla nas smaczki)? Czy jest to wojsko wkurzone (może i uzbrojone, a na pewno zaprawione w boju) i wkurzone na kogo? Dalej na Rosjan, czy może na Zełenskiego i jego ludzi, którzy nie tylko mogli podpisać porozumienie stambulskie w trzecim miesiącu wojny i z milion, jak nie więcej Ukraińskich, trupów temu? Czy będą chcieli wystawić rachunki za korupcyjne obrywy oligarchów z pieniędzy na pomoc humanitarną, a co gorsza – militarną?

A może poda się im winowajcę zastępczego, np. Polskę, nad czym od afery z Orderem Orła Białego Ukraina pracuje systematycznie i bezwzględnie, podczas kiedy my tylko łapiemy upuszczane przez nią talerze ze stołu aktywnej narracji? Pytanie jest zasadnicze – czy ideolo banderowskie jest w duszach okopowych obecnie żywe, czy tylko dotyczy jakichś azowowskich oddziałów aberracyjnych, z wytatuowanymi swastykami pod pachą i w sercach? Bo jeśli banderyzm jest jedyną motywacją do walki, to po pokoju – jak przyjadą do swych, jak słyszymy bitych przez Polaków żon – to z kogo będą niezadowoleni? Gdzie będą szukali winnych swej sytuacji? W obcym kraju, bez zniszczonej ojczyzny, w państwie polskich panów, Lachów-ksenofobów, którzy zamiast pomagać w walce za „wolność waszą i naszą” używali ichnich żon do prac ponurych, zabrali im socjal, i pluli na nie na ulicach? Gdzie będą mogli wyładować swą ostrzelaną frustrację, skoro nie będą mogli jej wyładować na Zełenskim?

Granice eskalacji

Zaczęliśmy od omówienia groźby Zełenskiego co do lotnictwa cywilnego. Jesteśmy więc bardzo blisko horyzontu, kiedy można przekroczyć granice eskalacji w sposób nieodwracalny. Ale zastanówmy się przez chwilę. Zełenskiemu zależy na takiej eskalacji, by wciągnąć Zachód do tej wojny w tzw. sensie kinetycznym. Bo Zachód wojuje aktywnie z Rosją w sposób już uznany międzynarodowo za udział w wojnie jako strona. Udostępnianie przestrzeni do przelotów, zaopatrywanie frontu, produkowanie na własnym terytorium na potrzeby frontu, szkolenia i ćwiczenia, transfer technologii, wywiadowcza świadomość sytuacyjna na terenie przeciwnika, tzw. targeting, czyli de facto celowanie ze swego terytorium – czegóż trzeba więcej, by to zakwalifikować – również przez Rosję – jako bezpośredni udział w wojnie?

Rosja w świetle prawa międzynarodowego może uznać w każdej chwili Zachód za stronę w tej wojnie, z bardzo przykrymi konsekwencjami. A to, że tego nie robi do tej pory – łącznie z tymi konsekwencjami – dowodzi tylko, że nie chce rozszerzenia tej wojny. O czym wiedzą… nasi przywódcy, którzy straszaka wojennego, tak jak kiedyś kowidowego, używają do powiększenia swej władzy nad obywatelami i realizacji już nie federalnego, ale centralistycznego scenariusza Brukseli.

Zełenski jest więc, również z powodów osobistych, zainteresowany rozszerzeniem tej wojny. Bo jakby się włączył w to Zachód, to nikt by już nie pytał o złote kible jego kolegów, za które można było kupić parę transporterów na jeden sanitariat. Zacząłby się taki zamęt, że nikt by już nie spoglądał w przeszłość. Uwaga – i ja to rozumiem. Tak rozumiem, że jest to Zełenskiego interes i trzeba o tym pamiętać jak się patrzy na ruchy ukraińskich władz. Mają to cały czas w głowie jako główny punkt ciężkości swej strategii. Przy takim myśleniu można już strzelić w Przewodowo, wypuścić, albo tylko wpuścić, stadko styropianowych dronów, czy wyciąć szynę kolejową.

Tu większy interes ma Zełenski niż Putin: dla Zełenskiego to upragnione zbliżanie się do artykułu piątego traktatu NATO, zaś dla Putina to nie tylko testowanie gotowości odpornościowej Zachodu, ale i groźba „obudzenia” się śpiącego dinozaura. Moim zdaniem trzeba to brać pod uwagę i tak czytać – bez moralnego podejścia – strategię ukraińską. Sam bym tak robił na ich miejscu. A tam króluje korupcyjny pragmatyzm, nie nasze podejrzenia o moralne motywacje działań wojennych.

I jeżeli interesem Zełenskiego jest umiędzynarodowienie tej wojny, to nasz interes jest dokładnie odwrotny. Tyle czy realizowany?

Wrzesień 1939

Pamiętacie czasy Września’39? Polska też robiła wszystko by umiędzynarodowić swoją przegraną pozycję. Ale – tu pech – my w odróżnieniu od Ukrainy mieliśmy traktaty i gwarancje bezpieczeństwa ze strony Zachodu. I to, że na nich polegaliśmy, to dlatego też między innymi polegliśmy w tym względzie. Po prostu sprawę załatwiono traktatowo, a nie „w realu”. Na atak na Polskę Francja i Wielka Brytania zachowały się traktatowo, wypowiedziały wojnę Hitlerowi i… poszły do domu się zbroić. I tak zeszedł rok „dziwnej wojny”, my zaś posłużyliśmy za „próg spowalniający” dla Hitlera. Za naszą zdradzoną krew Zachód kupił sobie trochę czasu na dozbrojenie. Francja nie zdążyła, Anglicy – tak.

A trzeba nam było wtedy przebrać paru komandosów w mundurki „ze sklepu wędkarskiego” i przyatakować taki Paryż czy Londyn i wciągnąć towarzystwo do wojny. Ale u nas myślano elegancko – honorowo i traktatowo. I co dostaliśmy za to od Zachodu na koniec zwycięskiej przecież wojny? Jałtę, nieobecność na defiladzie zwycięstwa polskich żołnierzy, by nie drażnić Stalina, który akurat to miał gdzieś. I jeszcze uwaga! – rachunek za nasz wysiłek wojenny na Zachodzie wystawiony nam (sic!) w postaci zarekwirowania polskich zapasów złota zgromadzonych w Wielkiej Brytanii.

Co ma Ukraina? Ano nie ma żadnych traktatów gwarancji bezpieczeństwa, nie ma więc na czym romantycznie i moralnie polegać. Polega więc na sobie. Nie wie, a może wie, tylko jej władze udają, że nie wiedzą, bo ich to nie będzie osobiście dotyczyć, że i tak zostaną oddani na pożarcie. Tym bardziej Zełenski będzie więc eskalował wojnę, by ta się rozszerzyła i nie ma co mu się dziwić. To desperacja, miotanie się w saku. Jeśli ta wojna się rozszerzy, to tylko na wymiar uzupełnienia „siły żywej” głównie o Słowian, użytych nie pierwszy raz do zachodniego pochodu na Rosję. A to, że i u nas są ochoczy do tego politycy i ich przerażająco głupi akolici, to osobna sprawa. Tych, jak dożyją, zobaczymy jeszcze w pierwszych szeregach narracji „a nie mówiliśmy, że będzie wojna”? Choć sami do tej wojny parli wdeptywaniem w ziemię Putina, własną słabością i służalczością klienta wobec swego zagranicznego patrona. Pal ich tam licho, ale dlaczego wciągnięto w to cały naród, bo nawet niechciana wojna – dotyczy go w całości?

Second to fight?

Pozostaje już tylko smutna satysfakcja, że to tym razem Ukraina, nie my, poszła jako pierwsza na ten front. Tym bardziej musimy Ukraińcom nie tyle współczuć, co ostrzegać ich przed tym, nieznanym im jako twór państwowy zdradzonego narodu, scenariuszem, który ćwiczyliśmy w swej historii przez stulecia. Słaba, jako się rzekło to satysfakcja, że inni idą naszą krwawą ścieżką. My idziemy bowiem zaraz za nimi, w drugim szeregu. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dziś, 13-go: Wałbrzych – Adoracja Najświętszego Sakramentu, Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę

13.09.26 Wałbrzych – Adoracja Najświętszego Sakramentu, Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę

12/09/2026 przez antyk2013

13. dnia każdego miesiąca

Króluj nam, Chryste!

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Odkupiciel świata, i niech będzie pochwalona Niepokalana Matka, którą otrzymał wraz z nami od Ojca niebieskiego jako nieodzowną Pomoc w arcydziele Odkupienia!

W tym wyjątkowym roku, kiedy w naszej diecezji rozpoczęła się peregrynacja kopii Cudownego Obrazu Czarnej Madonny, a w całym kraju obchodzimy LXX rocznicę Jasnogórskich Ślubów Narodu, w błogosławionym czasie Nowenny przed uroczystością Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha, kiedy całe miasto staje się jakby jedną wielką parafią, a jego świątynią parafialną staje się mały kościółek od niepamiętnych czasów nazywany „Sercem Miasta”, będziemy mieli nie jedno, ale dwa a nawet trzy czuwania Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę.

Gdyż oprócz comiesięcznego czuwania dnia 13., które będzie miało miejsce w tym sanktuarium – jak przed pandemią Covid-19 – od godz. 15 do nabożeństwa fatimskiego o godz. 20 oraz Apelu Jasnogórskiego na zakończenie, także nazajutrz, 14.IX, będzie tu czuwanie Krucjaty, tym razem krótsze: od godz. 15 do mniej-więcej 17:30 (aby wszyscy pragnący uczestniczyć w sumie odpustowej Podwyższenia Krzyża Św. mogli dojechać na godz. 18 do sanktuarium na Podzamczu, tu zaś będzie w tym czasie pół godziny modlitwy w ciszy);

Nadto 15.IX, w samym dniu odpustu Matki Bożej Bolesnej, kiedy sztafeta modlitewnego czuwania wraz z cudowną figurą przenosi się do przestronnej kolegiaty, gdzie wszyscy wierni Wałbrzyszanie oraz pielgrzymi mogą zgromadzić się razem i poczuć się jedną wielką wspólnotą, pomodlimy się za naszą Ojczyznę i za nasze miasto, oraz o tryumf Niepokalanego Serca naszej Królowej i naszej Patronki:

najpierw odmówimy część bolesną Różańca św. za Polskę, aby była wierna Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, oraz Jasnogórskim Ślubom Narodu, a następnie Różaniec do 7 boleści Matki Bożej, by była Ona otaczana czcią i miłością wszystkich mieszkańców Wałbrzycha i ziemi wałbrzyskiej.

Sursum corda!

MP

Dożyliśmy ciekawych czasów

Dożyliśmy ciekawych czasów

Autor: CzarnaLimuzyna, 12 września 2026

Dożyliśmy ciekawych czasów. Jedni określają ten stan mianem dystopii, a inni początkiem czasów Antychrysta, czasów w których ofiara coraz częściej, jeżeli przeżyje, jest mianowana na sprawcę.

Algorytm bezmiaru orwellowskiej sprawiedliwości przewleka latami tysiące sądowych spraw, ale jeżeli ktoś mówi prawdę w ważnych sprawach, ten może liczyć na błyskawiczne tempo swojej sprawy pod fałszywym oskarżeniem.

Jedną z przyczyn jest stan świadomości większości Polaków przejawiający się w bierności, ale też w okazywanej nienawiści osobom prześladowanym. Jak zauważyłem większość społeczeństwa nie stara się nawet weryfikować podawanych „faktów”, nie odróżniając ich od opinii narratora połączonej dodatkowo z manipulacją.

Absurd do jakiego doszło można opisać za pomocą następującego przykładu. Wyobraźmy sobie studio telewizyjne w którym pada teoretycznie mało kontrowersyjna teza: dwa plus dwa równa się cztery. Większość obecnych nie neguje stwierdzenia (oprócz feministek).

Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy narrator mówi dłuższą wersję: dwa plus dwa równa się cztery – powiedział Grzegorz Braun. Wtedy się zaczyna. Padają oskarżenia, począwszy od łagodnych, o atak na “liczących inaczej”, a skończywszy na zarzutach o antysemityzm i szczucie na Ukraińców.

Niejeden czytelnik reagując na mój przejaskrawiony nieco opis, powie: To absurd, to się nie dzieje! Oczywiście, że jest to absurd, który dzieje się każdego dnia w różnych, dystopijnych wariantach.

Niedawno przypomniałem banalną prawdę – Kto skutecznie manipuluje, fałszując znaczenie słów, ten ma władzę, panując nad myślą, mową i uczynkami tłumu. Rzecz dotyczy głupców popierających totalitaryzm.

Chcąc odczuć skalę problemu niech każdy spróbuje porozmawiać ze swoim znajomym głupcem. Dodam, że sam nie raz poniosłem klęskę na tym polu, ale próbować warto, zaczynając od siebie, a potem od innych.