Żyjemy w najbardziej marnotrawnej wersji ustroju gospodarczego w naszej historii. Widzimy to na każdym kroku i potwierdzają to ujawniane niechętnie statystyki.
Marnujemy rocznie aż 5 miliardów ton żywności, wyrzucamy na śmietnik setki milionów sztuk przydatnej jeszcze do użytku odzieży, ogrzewamy ogromne puste powierzchnie, zużywając do tego celu energię, do której produkcji dokładamy ze środków publicznych. Największym przysłowiowym pasożytem jest totalna cyfryzacja, do której dokładamy potrójnie: na jej dalszy „rozwój” wydaje się coraz większe środki publiczne oraz dokłada się do produkcji zużywanej do tego celu deficytowej energii, a wdrożenie tego „postępu” niszczy nasze umiejętności i pozbawia pracy, a tym samym zmniejsza dochody budżetowe z jej opodatkowania.
Najlepszym tego przykładem jest tzw. KSeF, czyli przymusowa cyfryzacja fakturowania, która niszczy gospodarkę, dezorganizuje rozliczenia, powiększa szarą strefę oraz tuczy naszym kosztem pasożytniczy sektor gospodarki obsługujący ten nonsens. Powszechne marnotrawstwo ma również znacznie bardziej finezyjny wymiar dotyczący nawet podatków. Kiedyś gromadzona i rozwijana wiedza na ten temat zwiększała nasze ogólne zasoby, bo służyła zwiększeniu dochodów budżetowych – władza płaciła tym, których wiedza wzbogacała państwo. Teraz symbolem wiedzy podatkowej („eksperckiej”) na ten temat są tzw. anderseny, czy międzynarodowe firmy, które zajmują się zawodowo ucieczką od opodatkowania ich klientów, a władza płaci za pisanie… projektów ustaw. Najważniejsze i słono opłacone raporty na temat luki w unijnym VAT piszą ci, którzy zajmują się ucieczką od tego podatku; trwa festiwal groteski.
Najbardziej opłaca się działać w pasożytniczych sektorach gospodarki, bo produkcja potrzebnych rzeczy i świadczenie usług, które nas obiektywnie wzbogacają, są oczywiście nieopłacalne i trzeba do tego dokładać ze środków publicznych. Wyniszcza to obiektywnie potrzebne zawody, bo nie dają one takiego zarobku jak zajęcia pasożytnicze. Stajemy się przez to głupi i bezbronni. Z pozoru racjonalnie reagują na ten stan rzeczy kolejne pokolenia: nie chcą tyrać od rana do nocy, wykonując użyteczny zawód, lecz chcą być influenserami, a zwłaszcza „pracować zdalnie”, aby nikt nie widział co robią (lub nie robią).
Jaki jest globalny efekt tego marnotrawstwa? Jest nim rosnący deficyt budżetowy i stały wzrost zadłużenia, czyli przerzucenie na przyszłe pokolenia kosztów tego marnotrawstwa. Najlepiej obrazuje ten problem marnowana żywność: jej wartość równa się wielkości dopłat do jej produkcji, bo przez „nowoczesne”, „zachodnie” rolnictwo jest całkowicie nieopłacalna. Gdybyśmy przestali marnować żywność na tę skalę, to zarobilibyśmy nawet kilkanaście miliardów złotych.
Ostatecznym skutkiem zwycięstwa „postępu” i „zachodniego stylu życia” jest zanik dzietności i powolne wymieranie społeczeństw. Zresztą czy kolejne, kurczące się pokolenia będą chciały żyć w tym świecie, skoro na ich barki zostanie przerzucone nie tylko utrzymanie wciąż wymierającej grupy starców, którzy będą chcieli „żyć długo i godnie”, lecz również spłaty zadłużenia, które sfinansowało nasze marnotrawstwo? Przybliżone szacunki wielkości obciążenia przyszłych pokoleń tymi kosztami oscylują od 21% do 33% przychodów brutto, pod warunkiem, że wszyscy będą płacić i „anderseny” przestaną sprzedawać „usługi niepłacenia” tych ciężarów. A przecież część ich przychodów z tych podatków trzeba będzie przeznaczyć na bieżące potrzeby publiczne. Będzie to co najmniej 16%. A gdzie nadzwyczajne obciążenia na bezpieczeństwo i obronność, skoro protektor („strategiczny sojusznik”) nie będzie dokładać do obrony „wschodniej flanki NATO” (czy organizacja ta będzie jeszcze istnieć?). Nie miejmy złudzeń: chętnych do życia w tym świecie będzie coraz mniej. Zastąpią ich imigranci, którzy nie będą chcieli spłacać długu „białasów” oraz dokładać się do ich starości.
Co to wszystko ma wspólnego z relacjami polsko-rosyjskimi? Odpowiedź jest wbrew pozorom prosta: owładnięte manią prześladowczą pokolenie obecnych rusofobów zmarnowało swój czas i czas przyszłych pokoleń nawet, nie podejmując próby rozwiązania tych problemów, choćby zaoszczędzenia części środków publicznych poprzez likwidację powszechnego marnotrawstwa.
Globalne Południe to wszystko widzi i nienawidząc całego Zachodu czeka jego nieuchronnej porażki. Trzeba więc sprawdzić, czy i tym razem będziemy po stronie przegranych.
NCZAS.INFO | Posłowie w Sejmie – zdj. ilustracyjne. / Fot. Anna Strzyżak/Kancelaria Sejmu
W Polsce trwają matury. TVN postanowił przy tej okazji sprawdzić, czy podstawowa wiedza ze szkoły nie wietrzeje przypadkiem zbyt szybko, zwłaszcza na korytarzach sejmowych.
Zadane parlamentarzystom pytania nie były przeznaczone dla olimpijczyków. Podstawy tabliczki mnożenia, liczba województw w Polsce, daty kluczowych wydarzeń historycznych, stolice. Materiał, który właściwie znają uczniowie podstawówki. Okazało się jednak, że wielu posłów miało z banalnymi pytaniami duży problem.
Na pierwszy ogień poszła matematyka. Wynik mnożenia 7×8 okazał się dla części parlamentarzystów wyzwaniem niespodziewanie ambitnym. Marek Ast z PiS po dłuższym namyśle zaproponował odpowiedź „coś koło czterdziestu”. Robert Kropiwnicki z PO zaczął od „czterdzieści…” i nie dokończył.
Aleksandra Leo z Klubu Parlamentarnego Centrum wybrała inną taktykę i zamiast mnożyć, pochwaliła pogodę. „Ja się bardzo cieszę, że kwitną kasztany, matury już tuż tuż” – powiedziała. Odpowiedzi 56 bez wahania udzielił Michał Wójcik z PiS, co na tle kolegów brzmiało niemal jak wyczyn olimpijski. Przemysław Czarnek wprawdzie najpierw próbował uciec, tłumacząc, że jego syn właśnie zdaje maturę i nie chciałby mu zrobić wstydu w telewizji, ale ostatecznie stanął na wysokości zadania i poprawnie odpowiedział, że 9×7 to 63.
Nie lepiej poszła geografia. Na pytanie, ile województw liczy Polska, Żaneta Cwalina-Śliwowska z Klubu Parlamentarnego Centrum odparła: „Nie liczyłam ich nigdy, nie potrafię odpowiedzieć. Wiem, że wcześniej było ich 49 przed reformą”. Ta sama poseł stwierdziła następnie, że Luksemburg jest stolicą Belgii.
Dariusz Wieczorek z Nowej Lewicy na pytanie, ile wynosi 0,5 + ½, odpowiedział pewnym tonem: „1,7″.
Łukasz Osmalak z Polski 2050, zapytany o rok upadku komunizmu, najpierw zaproponował „80.”, po czym po chwili wahania doszedł do prawidłowej daty 1989. Na pytanie, kto walczył w wojnie secesyjnej, Wieczorek rozłożył ręce: „Nie zdawałem matury z historii. Nie jestem w stanie w tej chwili sobie przypomnieć”.
Analizując wypowiedzi premiera Donalda Tuska, które znalazły się w głośnym w Polsce wywiadzie dla „Financial Times” w kontekście bieżących wydarzeń politycznych, dochodzę do wniosku, że Polska wspólnie z Francją w ramach „koalicji chętnych” zamierza przystąpić do bezpośrednich działań wojennych przeciwko Rosji.
Do kinetycznej wojny z Rosją.
Wsparcie z Polski
Cytując za „Polską Zbrojną” z 4 września 2025 roku, przypomnę, że „26 państw formalnie zgodziło się wysłać własne wojska do Ukrainy lub zapewnić wsparcie dla operujących nad Dnieprem sił koalicyjnych. Deklaracja tej treści padła z ust prezydenta Francji Emmanuela Macrona, po szczycie tzw. ’kolacji chętnych’, który odbył się w czwartek w Paryżu”. Polskę reprezentował na spotkaniu premier Donald Tusk.
Wojna ponad wszystko
Zwracam uwagę na fakt, iż w moim felietonie z 23 stycznia 2024 roku Biali i puszyści przedstawiłem szczegółową analizę wypowiedzi premiera Donalda Tuska, które padły na jego pierwszej konferencji prasowej po uzyskaniu nominacji na premiera RP (Premier Donald Tusk – wywiad, 12.01.2024).
Konkludując napisałem: „Parafrazując wypowiedź pana premiera, jednym zdaniem można rzec – wojna na Ukrainie, ponad wszystko! Pan premier próbuje nam, Polakom, wmówić, że w obecnej chwili polską racją stanu jest wojna na wschodzie, że ewentualnie wygrane wybory w USA przez Donalda Trumpa, który w swej obecnej kampanii wyborczej jako jedno z haseł głosi zakończenie wojny na Ukrainie i wycofanie się z niej przez USA, czy też wystąpienie pokojowych sił w Europie (takich jak na Węgrzech i – dodam od siebie – na Słowacji) zagraża jej. Zagraża bezpieczeństwu europejskiemu. Pan premier jest zdania, że najważniejsze są zbrojenia, zakupy broni itd.”.
Wyścig do militaryzacji
Natomiast w felietonie Nadchodzi rewolucja przypomniałem, że po spotkaniu premiera Donalda Tuska z prezydentem Emmanuelem Macronem Paryż i Warszawa ogłosiły, że wkrótce przeprowadzą ćwiczenia sił powietrznych, w których uczestniczyć będą myśliwce Dassault Rafale zdolne do przenoszenia broni jądrowej. Powołałem się na francuski „Le Monde”, gdzie w artykule z 24 kwietnia Boris Pistorius, the man preparing Germany for war autorka Elsa Conesa (korespondentka „Le Monde” z Berlina) analizuje kroki podejmowane przez rząd RFN i przypomina: „Trzeba pamiętać, że z konkurencyjną propozycją militaryzacji występuje Emmanuel Macron, który w Gdańsku miał ostatnio namawiać premiera Donalda Tuska do rozmieszczenia w Polsce samolotów wyposażonych w broń atomową. Obie stolice – Paryż i Berlin – biorą obecnie udział w wyścigu o palmę pierwszeństwa po spodziewanym wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z Europy, lub w ogóle z NATO”.
Wojenna euforia Macrona
Leonid Słucki, rosyjski działacz polityczny, deputowany do Dumy Państwowej, objaśnia przyczynę euforii prezydenta Francji Emmanuela Macrona w związku z prowadzonymi na dużą skalę ćwiczeniami wojskowymi Orion-26 (to zakrojone na szeroką skalę francuskie ćwiczenia wojskowe, które rozpoczęły się w lutym 2026 roku. Są to jedne z największych manewrów w Europie od czasów zimnej wojny, mające na celu przygotowanie sił zbrojnych Francji i jej sojuszników do konfliktu o wysokiej intensywności). „Paryż przeprowadził ćwiczenia w celu przeciwdziałania porozumieniom pokojowym na Ukrainie w celu wywołania agresji i podżegania do rusofobii” – pisze. Przytacza też wypowiedź prezydenta Francji: „To bardzo wyraźny sygnał wysyłany do naszych ukraińskich partnerów, którzy oczekują od nas działań w tym kierunku, a także do wszystkich naszych europejskich współpracowników”. Macron dodał przy tym zdanie o „przydatności” ćwiczeń z punktu widzenia „organizacji potencjalnej misji bezpieczeństwa” na Ukrainie w ramach „koalicji chętnych”.
Słowa – tak, działań brak
Były premier Mateusz Morawiecki, oceniając wywiad Tuska, pisze: „Donald Tusk w ostatnim głośnym wywiadzie dla ’Financial Times’ publicznie wyraził wątpliwości co do lojalności Stanów Zjednoczonych wobec zobowiązań sojuszniczych NATO. To nie jest błahy sygnał – to jest poważny błąd strategiczny i granie naszym bezpieczeństwem”. Natomiast Leszek Miller na Facebooku w dniu 24 kwietnia, między innymi pisze: „Donald Tusk postanowił ’wstrząsnąć’ opinią publiczną – tym razem wizją rosyjskich czołgów, które już ’za miesiące, nie lata’ mogą ruszyć na NATO. W pakiecie dorzucił wątpliwości co do realnej determinacji sojuszników, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, i gotowości do zastosowania artykułu 5. Premier państwa frontowego – graniczącego z Rosją, Białorusią i Ukrainą – publicznie sygnalizuje niepewność co do fundamentu bezpieczeństwa, na którym to państwo stoi. Jeśli to ma być ’wstrząs’, to rzeczywiście – tylko pytanie, czy wymierzony w opinię publiczną, czy w samą architekturę odstraszania. Bo jeśli – jak twierdzi Tusk – ’to nie są złudzenia, tylko wiedza’, to nie jest materiał na wywiad dla mediów czy konferencji prasowej, tylko na natychmiastowe działania państwa. W takiej sytuacji powinien szybko zebrać się Sejm i ocenić gotowość sił zbrojnych oraz instytucji państwa do odparcia agresji. Prezydent powinien zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Polska powinna wystąpić o pilne konsultacje na forum Rady Północnoatlantyckiej NATO. Jeżeli bowiem zagrożenie jest tak konkretne i bliskie, jak sugeruje premier, to każdy dzień bez reakcji oznacza albo brak konsekwencji, albo brak wiary we własne słowa”.
Wojenne przygotowania czy straszak?
„Problem w tym, że Donald Tusk w żaden sposób nie przygotowuje kraju do potencjalnej obrony przed rosyjskim atakiem. I tak nie jest prowadzona mobilizacja, ani szkolenie obywateli, aby byli zdolni do obsługi broni. Zakłady zbrojeniowe Łucznik oraz inne produkujące broń nie pracują pełną parą, a nawet więcej – mają problem z uzyskaniem od rządu zamówień na niezbędny do działań obronnych sprzęt. Nie ma prowadzonych ćwiczeń obrony cywilnej. W kolejnych miastach wprowadzane są strefy czystego transportu i planowane jest – jak na przykład w Warszawie – zwężanie ulic, co w sytuacji zagrożenia bardzo utrudni, jeżeli nie uniemożliwi, ewakuację” – pisze Anna Wiejak w artykule z 24 kwietnia Tusk przygotowuje Polskę nie do obrony przed Rosją, ale do przejęcia przez Niemcy.
Wgniatanie w ziemię
Polska od samego początku konfliktu za naszą wschodnią granicą uporczywie forsuje aktywny udział polskich wojsk w tym konflikcie. Poczynając od rządów PiS, o czym mówił Jarosław Kaczyński, sugerując wprowadzenie „pokojowych” wojsk NATO na Ukrainę (sic!) (zob.: artykułKaczyński proponuje wprowadzenie misji pokojowej NATO w Ukrainie), a skończywszy na obecnych rządach KO, których twarzą jest Szymon Hołownia, koalicjant Tuska, krzyczący„Putina wgnieciemy w ziemię!”.
Jak Goebbels
W mojej subiektywnej ocenie premier Donald Tusk, strasząc wojną i zagrożeniem ze Wschodu, działa podobnie, jak onegdaj w latach czterdziestych XX wieku, robił to Joseph Goebbels, przygotowujący Niemców do realizacji planu Barbarossa. Planu niemieckiej napaści na ZSRR, rozpoczętej 22 czerwca 1941 roku. Tusk, szerząc prowojenną propagandę, sugeruje Polakom nieuchronność militarnej konfrontacji z Rosją. Podobnie jak w 1939 roku, Polska ma zrealizować plany opracowane w USA, Londynie i Paryżu. Najsmutniejsze w tym jest to, że Kościół katolicki w Polsce w zaistniałej sytuacji zachowuje się biernie. Milczy, nie zabiera głosu w tej arcyważnej dla Polski i Polaków sprawie.
28 kwietnia 2026 roku doszło do wymiany więźniów na granicy polsko-białoruskiej. Wielu naiwnych wielo-wektorowców zaczyna wierzyć, że nadwiślańscy politykierzy zmądrzeli i chcą normalizacji relacji Warszawy z Mińskiem i Moskwą. Wymiana odbyła się w formule pięciu za pięciu.
Strona białoruska wypuściła duchownego rzymsko-katolickiego oskarżanego o szpiegostwo. Więzienie białoruskie opuścił też Andrzej Poczobut – covidianin, publicysta „Gazety Wyborczej”.
Sędzia z „Gazety Polskiej”
Do ojczyzny wrócił za to rosyjski archeolog Aleksandr Butiagin. Butiagin podróżował sobie po całej Europie, dopiero ze względu na kundlizm wobec kijowskiego reżimu Rosjanin został zatrzymany i aresztowany w naszej ojczyźnie. Na temat aresztu dla archeologa orzekał sędzia Dariusz Łubowski. Łubowski bardziej niż na sędziego pasuje na publicystę „Gazety Polskiej”, której redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz został odznaczony orderem przez siepaczy z SBU.
Łubowski wcześniej wypuścił z aresztu Wołodymyra Ż. podejrzewanego przez stronę niemiecką o wysadzenie gazociągu Nord Stream. Uzasadniając wypuszczenie obywatela Ukrainy nie użył nawet naciąganych argumentów prawnych; argumentacja była na poziomie prymitywnej publicystyki z PiSowskich gadzinówek. Wypuszczenie obywatela Ukrainy wywołało euforię wśród otępiałych wyznawców POPiS. Gdy Łubowski orzekał na korzyść ludzi Ziobry, to sędzia był ubóstwiany już jedynie przez wyznawców PiS.
Decyzja Waszyngtonu
W Waszyngtonie ścierają się różne frakcje. Część ludzi jankeskiego oligarchy i prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Donalda Trumpa uważa, że SZA są wszechpotężne i mogą wojować z całym światem. W jankeskim establishmencie są też pragmatycy, którzy uważają, że należy prowadzić sprytną dyplomację. Na odcinku białoruskim, który łączy się w dużej mierze z odcinkiem rosyjskim, pojawiali się pragmatycy. Waszyngton chce doprowadzić do osłabienia relacji między Moskwą a Pekinem i Teheranem. Od 9 listopada 2025 roku specjalnym wysłannikiem do spraw Białorusi jest John Coale, który już przed objęciem nominacji doprowadził do wypuszczenia z więzień wielu białoruskich opozycjonistów. Jankesi w zamian za wypuszczanie opozycjonistów luzują część sankcji wobec Mińska (z racji tego, że Białoruś i Federacja Rosyjska są Państwem Związkowym, działanie to ma na celu nie tylko zmianę relacji z Mińskiem). Parę dni przed wymianą Coale spotkał się ze szkolonym przez Amerykanów Karolem Nawrockim. Amerykanie zakomunikowali swoim nadwiślańskim marionetkom, że ma dojść do wymiany (zarówno Nawrocki, jak i Tusk, byli szkoleni przez Jankesów).
Gruziński projekt
Dzień przed wymianą warszawski MSZ poinformował, że TVP będzie nadawało serwisy informacyjne w języku gruzińskim. Iście kuriozalny jest fragment opisu projektu: „Celem projektu jest dostarczanie rzetelnych informacji o wydarzeniach politycznych, społecznych i gospodarczych z europejskiej perspektywy oraz wspieranie procesów demokratycznych. Misją serwisu jest również wzmacnianie odporności odbiorców na manipulacje oraz przeciwdziałanie dezinformacji wymierzonej w Gruzję i jej partnerów międzynarodowych, w szczególności Unię Europejską”.
Media te będą walczyć z krytyką UE; dezinformacją będzie wszystko to, co jest krytyczne wobec kolektywnego Zachodu. Gdyby jeszcze projekt ten miał na celu wzmacnianie relacji gruzińsko-polskich i walki z dezinformacją wymierzoną w relacje polsko-gruzińskie… Nasze pieniądze idą na realizację interesów kolektywnego Zachodu, a nie interesy naszej ojczyzny, co pisze wprost w komunikacie nadwiślańskie MSZ.
Pragmatyzm Gruzinów
Gruzją od 2012 roku rządzi ugrupowanie Gruzińskie Marzenie. Ugrupowanie te prowadzi pragmatyczną, suwerenistyczną politykę zagraniczną. Gruzja ma dobre relacje z Ankarą, Baku, Erywaniem. Pod rządami Gruzińskiego Marzenia kontynuuje integrację europejską, jednak na partnerskich zasadach. Wbrew bajkom polskojęzycznych „ekspertów”, Gruzińskie Marzenie nie jest prorosyjskie. Gruzja nie utrzymuje z Federacją Rosyjską stosunków dyplomatycznych, nie zamierza pod rządami rezygnować z walki dyplomatycznej o integralność terytorialną. Tbilisi nie zamierza prowadzić polityki rusofobicznej, na której stratne byłoby państwo gruzińskie. Iraklij Garibaszwili (premier Gruzji w latach 2013-2015 i w latach 2021-2024) mówił, że kolektywny Zachód domagał się, żeby Gruzja otworzyła drugi front przeciwko Federacji Rosyjskiej.
W 2024 roku miała miejsce nieudana próba kolorowej Rewolucji, różni politykierzy z POPiS ingerowali w procesy polityczne w Gruzji. Następcą Garibaszwiliego na stanowisku premiera Gruzji został Iraklij Kobachidze. Kobachidze kontynuuje dotychczasową politykę poprzedników. Premier Gruzji wziął udział w europejskiej edycji CPAC. Władze Gruzji mają bardzo dobre relacje z obecnym jeszcze rządem Węgier i władzami Słowacji. Prowadzą politykę wielowektorową, starają się współpracować z SZA, jak i zachowywać pragmatyczne relacje z Federacją Rosyjską.
Kundlizm wobec Zachodu
Bardzo dobrze, że doszło do wymiany ze stroną białoruską. Strona białoruska pokazała, że jest wiarygodnym partnerem dotrzymującym umów. Niestety w naszej ojczyźnie nadal rządzą oderwani od rzeczywistości ludzie i do wymiany doszło tylko dlatego, że strona amerykańska domagała się tego od swoich nadwiślańskich wasali. Warszawskie rządy finansujące omawiany projekt na odcinku gruzińskim pokazują, że w nosie mają interesy Polski i prowadzą politykę kundlizmu wobec kolektywnego Zachodu i amerykańskich neokons. W komunikacie piszą, że podobne projekty medialne będą realizowane na Kaukazie Południowym i w Azji Środkowej.
Polacy będą umierać w kolejkach do lekarzy, nie ma pieniędzy na porodówki, za to POPiS ma pieniądze na kijowski reżim i omawiane projekty medialne.
Przypadek Andrieja Poczobuta wskazuje nagłęboką niesamodzielność polityczną, dyplomatyczną i wywiadowczą Polski
===================================
Przejęcie w Polsce z fanfarami Andrieja Poczobuta, białoruskiego opozycjonisty pochodzenia polskiego, wymienionego w ramach wymiany więźniów zainicjowanej przez Stany Zjednoczone, wydaje się na pierwszy rzut oka sukcesem.
Wszak władze w Warszawie od lat domagały się wyjścia na wolność białoruskiego aktywisty. Sukcesem jednak nie jest. Jest raczej ilustracją porażki, jaką była i pozostaje polska polityka wschodnia.
Po pierwsze, Poczobuta zaangażowano w rozrysowane niekoniecznie w Warszawie plany obalenia władz białoruskich, względnie ich wizerunkowego osłabienia. Gdyby nie on i jego sprawa, należałoby go wymyślić. Poczobut od lat stawał przed sądami w sprawach karnych. Władze białoruskie dawały się, nawiasem mówiąc, wciągać w zastawianą na nie pułapkę. Zatrzymywały bowiem rzeczonego aktywistę za wszystkie, najdrobniejsze nawet wykroczenia. Skazywały go na wyroki w sprawach ewidentnie politycznych. Patroni Poczobuta, niekoniecznie ci z Warszawy, wyznaczyli mu pewną role do odegrania, a on – chcąc, nie chcąc – przez lata ją odgrywał. Niektóre jego działania i wypowiedzi były ewidentnie obliczone na to, by stanąć przed sądem, a najlepiej stać się więźniem politycznym. Poczobuta-więźnia i represjonowanego wykreowały nie tylko władze w Mińsku. Stał się gwiazdą również w mediach polskich i na arenie międzynarodowej (ukoronowaniem jego kariery opozycyjnego „celebryty” było przyznanie mu w ubiegłym roku nagrody im. Andrieja Sacharowa przez Parlament Europejski).
Po drugie, Andriej Poczobut owszem – był więźniem politycznym, ale nie przebywał za kratami w związku ze sprawami dotyczącymi mniejszości polskiej. Władze w Warszawie konsekwentnie zresztą robiły niedźwiedzią przysługę Polakom mieszkającym na Białorusi, czyniąc ich twarzą politycznego aktywistę opozycji. Tymczasem Poczobut sprawami mniejszości polskiej zajmował się jedynie sporadycznie, preferując otwarte wystąpienia przeciwko władzom białoruskim. Przez operację medialną pokazującą na niego jako na istotnego działacza Związku Polaków na Białorusi powstało mylne wrażenie, jakoby owa mniejszość polska popierała określone poglądy polityczne, zdecydowanie sytuując się w opozycji wobec urzędującego prezydenta. A to dla jej interesów szkodliwe (wyobraźmy sobie, że podobną postawę wykazywaliby na przykład przedstawiciele mniejszości niemieckiej w naszym kraju).
Po trzecie – i może najważniejsze – Andriej Poczobut nie został zwolniony na wniosek władz polskich prowadzących jakiś dialog na ten temat z władzami białoruskimi.
Jego uwolnienie miało za to bezpośredni związek z polityką amerykańską w naszym regionie Europy. Nieprzypadkowo tuż przed wymianą więźniów w Warszawie pojawił się wysłannik prezydenta Stanów Zjednoczonych ds. białoruskich, John Coale. I to właśnie on wynegocjował wolność dla Poczobuta, a właściwie wymianę więźniów w formacie 5 na 5. Rozmowy w tej sprawie 79-letni amerykański prawnik prowadził zapewne również ze stroną rosyjską. Mamy zatem sytuację, w której przedstawiciel obcego mocarstwa negocjuje na prośbę strony polskiej (takowa miała zostać przekazana Donaldowi Trumpowi przez Karola Nawrockiego) kwestię dotyczącą w zasadzie stosunków bilateralnych Warszawy z Mińskiem. A to oznacza, iż takowe stosunki w rzeczywistości nie istnieją i w efekcie oddajemy naszą politykę wschodnią w obce ręce.
Oczywiście ze szczęścia i wolności samego Andrieja Poczobuta i jego rodziny można się jedynie cieszyć. Pamiętajmy jednak, że do jego uwolnienia doszło nie dzięki staraniom władz polskich, lecz raczej wbrew nim, za sprawą Waszyngtonu. Polska pokazała zatem swą całkowitą niemoc. Żadne z jej apeli wygłaszanych przez lata publicznie i ze świętym oburzeniem nie wywołały najmniejszego nawet skutku. Stało się tak w związku z całkowitym praktycznie zerwaniem przez nas realnych stosunków politycznych oraz dialogu z Mińskiem.
Przypadek Andrieja Poczobuta wskazuje na głęboką niesamodzielność polityczną, dyplomatyczną i wywiadowczą Polski. Brak samodzielności jest nie kwestią podporządkowania nas na siłę jakiejś zewnętrznej potędze, lecz efektem wyboru dokonywanego przez kolejne rządy w Warszawie. Ich wyborem bowiem jest zerwanie kanałów łączności z sąsiadami: Białorusią, ale także Rosją.
Ich wyborem jest zdawanie się w sprawach geograficznie nam najbliższych na pomoc Wielkiego Brata zza oceanu. Przedstawiciele polskiego rządu witający Andrzeja Poczobuta na polsko-białoruskiej granicy powinni zacząć od przeprosin białoruskiego opozycjonisty za własną nieudolność, która kosztowała go kilka lat życia w kolonii karnej.
Miejmy nadzieję, że jego los będzie nauczką dla tych, którzy czują, że za plecami mają Warszawę i za zajmowanie się działalnością polityczną nic im nie grozi. Warszawa nie jest żadnym gwarantem niczyjego bezpieczeństwa. Z prostej przyczyny: geopolitycznie nie istnieje. Sprawa przyjazdu Poczobuta do Polski (z której nie pochodzi) powinna być zatem traktowana jak kompromitacja, a nie polityczny triumf nad Wisłą.
Po kilkudziesięciu latach od zawarcia traktatu paryskiego twierdzenie, że integracja europejska i podmiotowość narodowa stoją do siebie w opozycji stało się w zasadzie truizmem. To, przed czym narodowa prawica ostrzegała w toku kampanii referendalnej w 2003 r., stało się faktem.
Niestety polskie władze – zarówno poprzednie, jak i obecne – nie reagują adekwatnie na unijną uzurpację. Rząd Prawa i Sprawiedliwości, pozornie utrzymując przynajmniej gdzieniegdzie twardą retorykę w relacjach z Brukselą, dla próby pozyskania funduszy wyborczych w postaci KPO w istocie poświęcił polską rację stanu. Co więcej, mimo że finalnie środki do Polski wówczas nie popłynęły, i tak trzeba było spłacać od nich odsetki. W imię interesu partyjnego, którego na dodatek nie udało się zrealizować, ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego przyzwoliło na poważny krok osłabiający naszą suwerenność.
Gra toczyła się bowiem wówczas o zdecydowanie wyższą stawkę niż wygrana jakiegokolwiek środowiska politycznego w wyborach parlamentarnych. Zgoda na „kamienie milowe”, uwspólnotowienie długu i powiązanie środków europejskich z tzw. praworządnością była praktycznym wpisaniem się w politykę budowy superpaństwa bez zmian w traktatach – a nawet wbrew i tak już daleko idącym traktatom. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w okresie rządów poprzedniej ekipy nastąpiła najdalej posunięta erozja suwerenności Polski od 2004 r., porównywalna jedynie z ratyfikacją traktatu lizbońskiego.
NCZAS.INFO | Grzegorz Braun w Augustowie. / Fot. screen
W drodze na Litwę Grzegorz Braun zatrzymał się w Augustowie, gdzie spotkał się z tamtejszymi rolnikami i wygłosił przemówienie. Zdaniem prezesa Konfederacji Korony Polskiej, Polska utraciła suwerenność na rzecz obcych mocarstw oraz brukselskiej biurokracji, a Polacy stają się „sublokatorami we własnym kraju”.
Braun przekonywał, że Polska utraciła realną decyzyjność. – Walczymy o odzyskanie niepodległości. Polska nie jest niepodległa. Naród polski, mający tysiącletnie tradycje własnej państwowości, staje się sublokatorem we własnym kraju – mówił, po czym dodał, że Polacy zostali zepchnięci do „drugiej kolejności odśnieżania”, podczas gdy uprzywilejowaną pozycję zajmują inne nacje.
– Polak płaci, Ukrainiec wymaga. Niemcy wyprodukują, Ukraińcy dostaną, a Polacy zapłacą. Kto tu jest u siebie na swoim? Nie Polacy – kontynuował Braun.
Znaczną część przemówienia poseł poświęcił krytyce Unii Europejskiej, którą konsekwentnie nazywa „Eurokołchozem”. Według niego elity warszawskie, w tym świat akademicki i korporacyjny, to „chłopstwo pańszczyźniane naszych czasów”, które dobrowolnie rezygnuje z polskości na rzecz etatów w międzynarodowych strukturach.
Braun ostrzegał przed ideologicznymi fundamentami UE, przywołując Manifest z Ventotene autorstwa Altiero Spinellego. – On napisał: mają zniknąć narody, ma zniknąć własność prywatna. Chcecie tego? Ja nie chcę, a oni to mają w programie – alarmował. W wizji polityka obecny kurs prowadzi do przekształcenia Polski w „land eurokołchozowy”, „Ukropol” lub „bantustan anglosaski”.
– My, którzy chcemy być Polakami w Polsce, musimy się o to upomnieć – apelował do słuchaczy.
Równie ostro Grzegorz Braun wypowiedział się na temat Europejskiego Zielonego Ładu. Jego zdaniem walka z globalnym ociepleniem to w rzeczywistości mechanizm wywłaszczania obywateli i niszczenia polskiej gospodarki.
– Każda rodzina, czy na wsi, czy w mieście, płaci podatek od urojeń klimatycznych. W każdym rachunku za prąd czy gaz macie kilkadziesiąt procent narzutu – wyliczał, nazywając unijne projekty „leninowską odpowiedzią” na współczesne problemy.
Braun podkreślił, że ingerencja władzy w to, czym obywatel pali w piecu, jest naruszeniem miru domowego i „woła o pomstę do nieba”. Porównał obecną politykę zrównoważonego rozwoju do komunistycznej „sprawiedliwości społecznej” – w rzeczywistości sprowadza się wszystko do łamania prawa własności.
W przemówieniu nie zabrakło też odniesień do polskiego rolnictwa czy też do nadmiaru biurokracji i kontroli państwowej.
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 2 maja 2026 michalkiewicz
„Są kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka” – mawiał brytyjski premier z korzeniami, Beniamin Disraeli.
A cóż dopiero mówić o sondażach? To więcej, niż ohydne kłamstwa, a nawet więcej, niż statystyka, bo służą one robieniu ludziom wody z mózgu, zwłaszcza w czasie odległym od dnia wyborów. Im bliżej wyborów, tym bardziej sondażownie muszą się pilnować, żeby nie było zbyt wielkich różnic między sondażami, a wynikami, bo to podrywa zaufanie. Ale kiedy do wyborów jest rok, albo nawet więcej, to hulaj dusza, piekła nie ma! No i właśnie mamy sytuację, gdy do wyborów jest ponad rok, a w sondażowniach święci triumfy Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Nie musi to być zaraz jakieś ohydne kłamstwo, bo sympatia do politycznych gangów ma w Polsce charakter całkowicie irracjonalny i nie zależy wcale od tego, co gangi robią.
Na przykład vaginet obywatela Tuska Donalda funkcjonuje dzięki stachanowskiemu zadłużaniu państwa, kiedy mimo to, sektor ochrony zdrowia właśnie zbankrutował – a słupki sondażowe ani drgną. Najwyraźniej wyznawcom Volksdeutsche Partei musi być wszystko jedno, jak głęboko zadłuży ich vaginet u lichwiarskiej międzynarodówki, ani nawet to, czy w potrzebie pochyli się nad nimi jakiś doktor, czy będą umierać w samotności – byle tylko obywatel Tusk Donald i jego żrące się między sobą vaginessy trwały u steru. Jeśli to nie jest dowód na całkowity zanik instynktu politycznego w naszym, mniej wartościowym społeczeństwie tubylczym, to ja jestem chińskim mandarynem.
Podobnie zresztą jest z wyznawcami Naczelnika Państwa, który za sprawą Mateusza Morawieckiego Naczelnikiem właśnie być przestaje. Wyznawcy Naczelnika bowiem, bez względu na to, że Naczelnik w sprawach istotnych dla Państwa robi to samo, co obywatel Tusk Donald, daliby się za niego posiekać – chociaż gdy ich dopytywać, dlaczego właściwie, to nie bardzo potrafią to wyjaśnić. Najwyraźniej stare kiejkuty, które na zlecenie zagranicznych central wywiadowczych, aranżują życie publiczne w naszym nieszczęśliwym kraju, przez ostatnie 26 lat zdążyły doprowadzić konstytucyjną większość obywateli do stanu onieprzytomnienia, w związku z czym ewentualny powrót do normalności wydaje się coraz bardziej wątpliwy.
Ale dość już tego narzekania, bo przyszłość naszego nieszczęśliwego kraju rysuje się ciekawie w tym sensie, że historia może się powtórzyć i to dosłownie. Mam na myśli sondaże, wskazujące, iż Volksdeutsche Partei wprawdzie uzyskałaby najlepszy wynik wyborczy – ale niewystarczający do samodzielnego utworzenia vaginetu, zwłaszcza, że notowania obecnych jej koalicjantów, poza Lewicą, szorują poniżej 5-procentowej klauzuli zaporowej. Z PiS-em jest podobnie; jego notowania są prawie o 5 procent niższe, a przecież nie wiadomo, jak długo masy będą wierzyć, że fronda Mateusza Morawieckiego nie zmierza przypadkiem do tego, by zneutralizować PiS i Naczelnika – bo Niemcy nie potrzebują już u nas żadnych listków figowych – tylko naprawdę chodzi o to, by PiS oddychało „dwoma płucami”?
Jeśli jednak Mateusz Morawiecki dojdzie do wniosku, że Naczelnika trzeba wreszcie spuścić z wodą, to wtedy obywatel Tusk Donald może liczyć na „wielką koalicję” złożoną z Volksdeutsche Partei, resztek po PiS-ie, no i Lewicy. Jeśli jednak Mateusz Morawiecki zachce uniknąć ostentacji i tylko „pięknie się różnić” z Volksdeutsche Partei, to w naszym nieszczęśliwym kraju historia może się powtórzyć.
Chodzi o to, że PiS obecnie uzyskuje w sondażach wyniki oscylujące wokół 29 procent, co oczywiście nie pozwala na samodzielne rządy z panem prof. Czarnkiem jako premierem. Volksdeutsche Partei w najnowszym sondażu ma 33 procent, a Lewica – prawie 7. Z drugiej strony Konfederacja notuje 12,5 procenta, a Konfederacja Korony Polskiej – 6,3 procenta. Gdyby zatem taki rezultat dotrwał do wyborów w roku 2027, a do tego czasu KKP Grzegorza Brauna nie zostałaby zdelegalizowana – do czego dąży obywatel Żurek Waldemar, wspierany nawet przez pana ambasadora Różę – to PiS i obydwie Konfederacje miałyby w sumie prawie 49 procent głosów, podczas gdy Volksdeutsche Partei i Lewica – tylko 40 – bo reszta – jak wspomniałem – szoruje poniżej 5 procent. W takiej sytuacji marzenie PiS o powrocie do władzy mogłoby się spełnić – ale za cenę wejścia z koalicję z obydwiema Konfederacjami i ewentualnie – z PSL-em – bo PSL, niezależnie od sondaży, zawsze przeturla się przez barierę 5 procent z uwagi na zaplecze, które jeszcze za komuny zawłaszczyło wszystkie synekury w sektorze publicznym w gminach wiejskich i małych miasteczkach. Nie ma w tym ani krzty żadnej ideologii, a tylko walka o byt – bo ci synekurowi beneficjenci doskonale wiedzą, że są bezpieczni tylko pod warunkiem, że PSL jest w Sejmie w charakterze języczka u wagi, więc do wyborów idą kupą
Musimy jednak zdać sobie sprawę z konsekwencji takiej koalicji. Mogłaby powtórzyć się sytuacja z roku 1997, kiedy to po rządach SLD i PSL nastała koalicja AWS: – Unia Wolności. SLD i PSL oskarżane były – i słusznie – o „zawłaszczenie państwa”, to znaczy o o obsadzenie swoimi zwolennikami wszystkich możliwych synekur w sektorze publicznym. Toteż nowa koalicja nie miała gdzie osadzić swoich zwolenników, bo wszystkie miejsca były zajęte i nawet zmiana rządu nic tu nie mogła pomóc.
W tej sytuacji nie było rady – trzeba było przeprowadzić wiekopomne reformy, którymi zajął się charyzmatyczny premier Buzek. Chodziło o to, by pod pretekstem przychylania obywatelom nieba, utworzyć mnóstwo nowych synekur w sektorze publicznym, gdzie można by osadzić zaplecze nowej koalicji. I tak właśnie się stało, wskutek czego koszty funkcjonowania państwa skokowo wzrosły o 100 mld złotych rocznie – bo na tych synekurach to nikt byle czego przecież nie zje. Teraz Volksdeutsche Partei z koalicjantami też „zawłaszczyła państwo” – więc jeśli nawet nowa koalicja zaordynowałaby państwu radykalną kurację przeczyszczającą, to z uwagi na uwarunkowania prawne, trzeba by jednak stworzyć pewną liczbę nowych synekur w sektorze publicznym, zwłaszcza, że PSL-u raczej nie należałoby znikąd ruszać.
Wprawdzie Konfederacje opowiadają się przeciwko dalszemu rozbudowywaniu sektora publicznego, ale – po pierwsze – nie jest pewne, czy i one nie doszłyby do wniosku, że Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne nie tylko dla grzeszników z koalicji 13 grudnia, ale i dla tych porządnych – też – a po drugie – PiS żadnych ślubów panieńskich w tej mierze nie składało, więc jeśli nawet przedstawiciele obydwu Konfederacji zachowaliby chwalebną powściągliwość, to nikt chyba nie ma wątpliwości, że PiS i PSL same zjadłyby wszystkie łupy.
To jednak oznacza dalsze zadłużanie państwa, które przekłada się na kryzys demograficzny. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że niemowlęta jakimś szóstym zmysłem nie wyczuwają sytuacji i kiedy dowiadują, że zostały obciążone takim wysokim długiem, to zwyczajnie nie chcą się rodzić.
Prężnie działająca polsko – niemiecka i polsko – ukraińska współpraca jest solą w oku „prorosyjskich środowisk politycznych spod znaku skrajnej prawicy”. Ostatnio, naprzeciw polityce Donalda Tuska wyszedł ze śmiałą inicjatywą prezydent Ukrainy.
Czy oznacza to, że Polska uzyska możliwość zakupienia od Ukrainy podarowanej przez siebie wcześniej broni? – pytają złośliwi internauci.
Być może tak, i to nie raz. Odciąży to w znacznym stopniu polski przemysł zbrojeniowy, który nie będzie musiał zwiększać produkcji, również z powodu kredytu safe – argumentują błyskotliwi zwolennicy Donalda Tuska.
Polska nie będzie musiała inwestować nie tylko w polskie firmy zbrojeniowe, ale także w firmy remontowe.
Jak widać internauci popierający PiS ignorują fakt, że decyzja o zakupie samolotów F 35 zapadła wiele lat temu, a sama umowa została ostatecznie podpisana 31 stycznia 2020 roku czyli w samym środku podwójnej kadencji, drugiej w rankingu pod względem szkodliwości, targowicy niedbającej o rozwój tego typu firm.
W każdym razie, wracając do początkowego wątku, polska armia, nazywana dekoracyjną, będzie mieć niejedną okazję uzupełniać swoje niedobory w uzbrojeniu kupując je również od Ukrainy.
Polska w latach 2023–2025 przekazała Ukrainie, w trybie dostaw awaryjnych, 268 611 MWh energii elektrycznej. Wolumeny przekazanej energii wynosiły kolejno: 2023 r. – 23 950 MWh 2024 r. – 190 930 MWh 2025 r. – 53 731 MWh. Łącznie daje to energię o szacunkowej wartości rzędu 120–135 mln zł po cenach hurtowych.
I teraz zasadnicze pytania: Czy tę energię przekazaliśmy Ukrainie bezpłatnie? Czy rozliczano ją po stawkach niższych niż rynkowe? Czy polski podatnik dopłacał do tych dostaw? Na jakich dokładnie warunkach przekazywano Ukrainie energię elektryczną?
Nikt nic nie wie.
Dlatego 19 lutego 2026 r., w trybie interwencji poselskiej, zwróciłem się do Ministerstwa Aktywów Państwowych o ustalenie faktów, zasad rozliczeń i konkretnych kwot. 3 marca 2026 r. MAP przekazało moje zapytanie do Ministra Energii, Pana Miłosza Motyki. Ostatecznie, po 9 tygodniach oczekiwania, otrzymałem odpowiedź [sygn. BM-WPR.0510.101.2026.KK], że wysokość kosztów dostaw awaryjnych energii elektrycznej dla Ukrainy stanowi… tajemnicę.
To jest absurd! Mówimy o setkach tysięcy MWh energii o wartości ponad 120 mln zł! Obywatele mają prawo wiedzieć, czy Polska sprzedawała tę energię po cenach rynkowych, czy przekazywała ją bezpłatnie, oraz czy do tych dostaw dopłacali polscy podatnicy! Polska to nie prywatny folwark rządzących!
[To działalność amatorska, ale jak widać, przy braku Służby Sprawiedliwości, konieczna. MD]. …znalazłam na blogu Lechickie Odrodzenie i wklejam treść, bo nie mam facebooka, ale na początku jest link
Tu szybki raport opracowany wspólnie przeze mnie i 3 czatboty: GPT, Gemini i Claude. Tym zajmował się m.in. śp. Bogdan Bielawski, który dążył do stworzenia systemu obrony ludzi z wykorzystaniem AI i w oparciu o prawo naturalne. Wypadł z okna na 3. piętrze na początku listopada 2025 roku.
NIEWYJAŚNIONE I KONTROWERSYJNE ZGONY FIGUR PUBLICZNYCH
Raport analityczny — stan: 26.04.2026 ROZDZIAŁ I — KRONIKARZE UKŁADU Reporterzy i dokumentaliści operujący na stykach biznesu, polityki i struktur siłowych. ZIĘTARA Jarosław (1968–1992). Ten dziennikarz śledczy „Gazety Poznańskiej” przeniknął do struktur holdingu Elektromis, badając jego powiązania z dawnymi oficerami SB i WSI. Zniknął bez śladu 1 września 1992 r., stając się pierwszą ofiarą morderstwa dziennikarskiego w nowej Polsce. Cieniem na sprawie kładzie się brak odnalezienia zwłok oraz wieloletni mur milczenia świadków, którzy masowo wycofywali zeznania po naciskach ze strony wpływowych biznesmenów. Źródła: iPSB; Fundacja Jarekzietara.pl; Wyrok SO Poznań (Aleksander G.). ŻARSKA Ewa (~1974–2020). Reporterka Polsat News, która zdiagnozowała systemową bezradność organów ścigania wobec pedofila Krzysztofa P. „Piotrusia”. Znaleziona martwa w mieszkaniu w kwietniu 2020 r., tuż przed domknięciem kolejnego śledztwa. Niepokój budzi informacja o zniknięciu z jej domu archiwów cyfrowych oraz fakt, że sekcja zwłok odbyła się z dużym opóźnieniem pod pretekstem procedur pandemicznych. Źródła: Polsat News, 17.04.2020; Wprost, 23.04.2021; Rzeczpospolita, 17.04.2020. CHEŁSTOWSKI Adam (1976–2026). Fotoreporter agencji Forum, który przez ćwierć wieku rejestrował nieoficjalne kulisy polskiej polityki. Zmarł nagle 2 marca 2026 r. podczas spotkania ZPAF w Warszawie. Choć przyczyną było nagłe zatrzymanie akcji serca, środowisko wskazało na tragiczny brak dostępu do ratunkowych urządzeń AED w centrum stolicy oraz niewyjaśniony dotąd los jego prywatnego archiwum zdjęć, mogącego dokumentować zakulisowe układy decydentów. Źródła: Forum Polska Agencja Fotografów, 02.03.2026; TVN24, 03.03.2026; Fotopolis.pl, 03.03.2026. BATER Wiktor (1966–2020). Korespondent, który jako pierwszy przekazał światu informację o tragedii smoleńskiej. Znaleziony martwy w mieszkaniu 7 kwietnia 2020 r. Niewyjaśnionym aspektem pozostaje zakres wiedzy, jaką posiadał od swoich rosyjskich informatorów, oraz nagłość zgonu osoby aktywnej zawodowo do ostatnich dni. Źródła: Wirtualne Media, 08.04.2020; Halo.Radio — komunikat, 07.04.2020. ROZDZIAŁ II — STRAŻNICY TAJEMNICY Oficerowie i urzędnicy z dostępem do certyfikowanych informacji niejawnych. PETELICKI Sławomir (1946–2012). Generał brygady i twórca GROM, który w ostatnich miesiącach życia ostro punktował błędy rządu Donalda Tuska w sferze lotnictwa wojskowego. Znaleziony z raną postrzałową głowy 16 czerwca 2012 r. w garażu. Analizy środowisk niezależnych wskazują na brak listu pożegnalnego oraz niespójność profilu psychologicznego sprawnego dowódcy z wersją o samobójstwie. Źródła: Polsat News, 16.06.2012; TVN24, 16.06.2012; Rzeczpospolita, 17.06.2012. MICHNIEWICZ Grzegorz (1961–2009). Dyrektor Generalny Kancelarii Premiera, posiadający dostęp do danych ściśle tajnych. Znaleziony powieszony 23 grudnia 2009 r., dokładnie w dniu powrotu TU-154M z remontu w Rosji. Podejrzenia o eliminację wynikają z faktu, że śledczy zignorowali jego laptop służbowy, a ostatnie wiadomości SMS wskazywały na normalną aktywność zawodową. Źródła: Rzeczpospolita, 10.12.2010; TVN24, 23.12.2009; Polskie Radio, 04.04.2011. ZIELONKA Stefan (1957–2009). Szyfrant SWW operujący na kodach NATO. Zaginął w kwietniu 2009 r., a jego szczątki wyłowiono z Wisły rok później. Sprawa pozostaje symbolem porażki kontrwywiadu; spekuluje się, że szyfrant mógł zostać wyeliminowany przez obce służby celem zapobieżenia jego przejściu na drugą stronę z pakietem danych strategicznych. Źródła: TVN24, materiały 2010; Rzeczpospolita, 2010. MUŚ Remigiusz (~1970–2012). Technik pokładowy Jaka-40, kluczowy świadek smoleński, który zeznał, że słyszał komendę rosyjskiej wieży o zejściu do 50 metrów. Znaleziony powieszony w piwnicy własnego domu w październiku 2012 r. Zbieżność jego zeznań z podważeniem oficjalnych stenogramów czyni tę śmierć jednym z najbardziej mrocznych wątków śledztwa smoleńskiego. Źródła: Rzeczpospolita, 28.10.2012; Nasz Dziennik, 29.10.2012; WP, 28.10.2012. ROZDZIAŁ III — TROPICIELE UKŁADU Rewidenci, ekonomisici i radni uderzający w fundamenty finansowe korupcji. FALZMANN Michał (~1953–1991). Inspektor NIK, który wyizolował mechanizm drenażu majątku państwowego w aferze FOZZ. Zmarł na rzekomy zawał serca w lipcu 1991 r., dwa dni po tym, jak odsunięto go od wglądu w dokumenty NBP. Powszechne niedowierzanie w oficjalną przyczynę zgonu zdrowego 37-latka wspiera fakt serii późniejszych, nagłych zgonów innych osób zaangażowanych w ten temat. Źródła: IPN; Rzeczpospolita, 18.07.2011; Super Express, 2018. PAŃKO Walerian (1941–1991). Prezes NIK, który zginął w wypadku samochodowym na prostej drodze 7 października 1991 r. Śmierć nastąpiła zaledwie dobę przed planowanym wystąpieniem w Sejmie, podczas którego miał ujawnić raport o grabieży miliardów z FOZZ. Relacje o dźwięku eksplozji oraz późniejsza śmierć policjantów pierwszej interwencji nakazują traktować tę sprawę jako egzekucję polityczną. Źródła: Dzieje.pl — biogram; Rzeczpospolita, 08.10.1991; ToHistoria.pl. CHRUSZCZ Paweł (1987–2018). Radny Głogowa tropiący korupcję w KGHM i lokalne układy gruntowe. Znaleziony powieszony w maju 2018 r. Rodzina od początku kwestionowała samobójstwo, wskazując na ślady walki i obrażenia wewnętrzne niepasujące do mechanizmu zawiśnięcia. Źródła: Onet, 31.05.2018; Radio Wrocław, 01.06.2018. WÓJCIKOWSKI Rafał (1973–2017). Poseł Kukiz’15 i ekonomista, który zginął w wypadku na S8. Zastrzeżenia budzi wykrycie w jego samochodzie uszkodzonego przewodu hamulcowego, co śledczy zignorowali, mimo że poseł uderzał w interesy potężnych lobby hazardowych i energetycznych. Źródła: Dziennik Łódzki, 01.03.2018; Rzeczpospolita, 2017. ROZDZIAŁ IV — REPREZENTANCI NARODU Politycy i ich powiernicy posiadający wiedzę o nieformalnych strukturach władzy. LITEWKA Łukasz (1989–2026). Poseł Nowej Lewicy i aktywista, potrącony śmiertelnie przez samochód 23 kwietnia 2026 r. Wyeliminowany w momencie, gdy jego śledztwa w sprawie podziemia pedofilskiego i powiązań influencerów z lokalnymi elitami zaczęły nabierać charakteru dowodowego. Pytania o przypadkowość zdarzenia budzi nagłość wypadku na znanej mu trasie rowerowej. Źródła: Euronews Polska, 23.04.2026; Polsat News, 24.04.2026. LEPPER Andrzej (1954–2011). Wicepremier i lider Samoobrony, znaleziony powieszony w biurze 5 sierpnia 2011 r. Jego zgon nastąpił krótko po tym, jak zadeklarował posiadanie „haków” na liderów obu głównych partii. Brak listu pożegnalnego u polityka planującego powrót do gry oraz dziwny pośpiech w procedurach sekcyjnych sugerują maskowanie morderstwa. Źródła: TVN24, 05.08.2011; Rzeczpospolita, 06.08.2011; Gazeta Wyborcza, 06.08.2011. SKRZYPEK Barbara (1959–2025). Wieloletnia dyrektor biura prezydialnego PiS, zmarła 15 marca 2025 r. jako depozytariuszka najgłębszych tajemnic finansowych Nowogrodzkiej. Jej zgon nastąpił w szczycie przesłuchań dotyczących projektu „dwóch wież”, co skutecznie zamknęło prokuraturze drogę do kluczowych zeznań. Źródła: Gazeta Wyborcza, 15.03.2025; TOK FM, 16.03.2025. ADWENT Filip (1955–2005). Europoseł LPR, zmarł po tragicznym wypadku pod Grójcem, w którym zginęła niemal cała jego rodzina. Jako merytoryczny przeciwnik wykupu polskiej ziemi i integracji unijnej, stał się celem kampanii nienawiści, a okoliczności zderzenia z ciężarówką wywołują podejrzenia o celową prowokację drogową. Źródła: Archiwum Rzeczpospolita, 2005; Sejm.gov.pl. ROZDZIAŁ V — SUWERENI I IDEOLODZY Osoby kwestionujące paradygmaty państwowe, system medyczny i bankowy. BIELAWSKI Bogdan (zm. 2025). Menedżer finansowy i propagator AI w służbie prawa naturalnego. Zginął 2 listopada 2025 r. po upadku z okna. Wyizolował systemowe luki w prawie bankowym i stworzył algorytmy do unieważniania długów, co postawiło go w bezpośrednim konflikcie z najpotężniejszymi instytucjami finansowymi w kraju. Źródła: Facebook — Archiwum Suwerennych; Monitor Wolności, 03.11.2025. JAŚKOWSKI Jerzy (1948–2025). Doktor nauk medycznych i chirurg, zmarł 17 stycznia 2025 r. Jego systemowa marginalizacja za głoszenie tez o szkodliwości szczepień i depopulacji uczyniła go ikoną medycyny niezależnej. Zgon w wieku 77 lat nastąpił po okresie intensywnej działalności publicystycznej wymierzonej w koncerny farmaceutyczne. Źródła: Tygodnik Bydgoski, styczeń 2025; Wikipedia pl. ŻULIKOWSKI Michał (zm. 2025). Działacz społeczny zamordowany w 2025 r. Zdiagnozował rozległy proceder handlu dziećmi i nadużyć seksualnych w domach dziecka. Jego śmierć zablokowała ujawnienie dowodów obciążających urzędników szczebla centralnego. Źródła: Media lokalne; Raport Służb 2025. ŚLĄZAK Edwin (zm. 2025). Lider patriotycznego środowiska „Pancerni Poznań”, zmarł nagle pod koniec 2025 r. Oficjalne zatrzymanie akcji serca u sprawnego sportowca budzi niedowierzanie w środowisku, zwłaszcza w kontekście trwającej kwerendy operacyjnej wymierzonej w jego struktury. Źródła: E-Poznan, 12.2025; Komunikat klubu Pancerni Poznań
Krąży po infosferze wiele ocen dotyczących działań Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej. Nie napawają one optymizmem co do naszego najważniejszego sojusznika. Okazuje się, że włożenie wszystkich polskich jaj do amerykańskiego koszyka gwarancji bezpieczeństwa było gorzej niż zbrodnią – było błędem. Nawet już się nie mówi o gnuśności polskiej myśli strategicznej, która ugrzęzła w tym rozleniwiającym stanie. Mówi się już o konkretach, które wynikają z wydarzeń na wojnie USraela w Iranie.
A nie są one dla nas szczególnie korzystne. Nawet nie chodzi tu o konsekwencje gospodarcze, ale właśnie – geopolityczne. Jest to ważny moment już nawet nie w narzekaniu, że trzeba było wcześniej, że jest za późno; chodzi o wyciągnięcie wniosków z tej wojny, by zobaczyć, czy jej przebieg, nie mówiąc już o jej możliwym wyniku, nie pokazuje nam przypadkiem w swych rezultatach kompletnie innej sytuacji, w której przebywamy, innej niż ta, która jest kreowana przez rzeczywistość medialną.
Sojusznik bez strategii
Zajmiemy się tu dwoma tylko aspektami konsekwencji sytuacji w Zatoce, jeśli chodzi o naszą pozycję geopolityczną. Otóż wiele ośrodków polskiej analityki geopolitycznej wskazuje na co najmniej dwa aspekty słabości jaką się wykazał nasz kluczowy (jedyny?) sojusznik. Pierwsza to albo kompletnie mylny plan tej wojny, albo – co gorsza – mamy do czynienia z wersją pójścia na wojnę bez planu, albo i choćby bez planu B, który należałoby rozważyć, gdyby jednak nie zdarzył się zaplanowany cud Trumpa. Cud, który – powtórzmy to – miał polegać na tym, że po serii bombardowań poprzedzonych dekapitacją władz naród irański wyjdzie na ulice i przejmie władzę. A tu Amerykanie, którzy wyzywają ustami swego POTUSA Irańczyków od zwierząt, dali się strategicznie i militarnie ograć, wychodzi, że przez zwierzęta. Nie daje to Waszyngtonowi zbyt wysokiej oceny co do jego zdolności strategicznego planowania.
Możliwa tu jest także wersja taka oto, że strategie były, były plany A, B i C i ile tam jeszcze liter ma nowoczesny alfabet wojny, ale politycy się tego nie posłuchali. To się zdarza, i to zdarza się coraz częściej.
Przypomnę choćby tylko widowiskową, bo publiczną dyskusję Putina z szefem swojego wywiadu tuż przed drugą wojną na Ukrainie. Wywiadowca wskazał, że najechanie Ukrainy nie jest takie proste i nie skończy się – jak w wojnie pierwszej – na zajęciu zaplanowanych terenów praktycznie bez oporu. Obsztorcował wtedy Putin szefa wywiadu publicznie za defetyzm, a swoje decyzje podjął. Kto miał rację – pokazała historia. Nie pierwszy raz racje polityczne, często oparte nie na kalkulacjach celu, a raczej na dopieszczeniu ego przywódcy, przeważają nad racjami logiki wojny. Nie pierwszy raz wojskowi i służby muszą się przekonywać, że trudność ich roboty nie polega wyłącznie na skomplikowaniu materii, ale coraz częściej na tym, że ich – daj Boże – logiczne wnioski i rekomendacje są odrzucane przez wybrańców demosu. Może być i tak w przypadku amerykańskim, na co wskazują rosnące przypadki dymisji i rezygnacji wysokich funkcjonariuszy amerykańskiego ministerstwa – par excellence – wojny.
Czy tak, czy siak – mamy więc do czynienia z zapaścią konsekwentnej strategii u naszego patrona pokoju, co nie napawa optymizmem co do losów Polski. My tu sobie patrzymy na nasz wycinek mapy, ale nasi amerykańscy sojusznicy patrzą się na globus, kręcą nim jak widać bez większego opamiętania, i nasz grajdołek jest dla nich sprawą pomijalną. Należy przypomnieć, że USA opracowały na przełomie tego roku dwa dokumenty dotyczące swej strategii geopolitycznej, nad czym pochylili się ochoczo analitycy wszelkiej maści. Okazało się, że wzięto ten dokument jednak zbyt dosłownie. Kwestia zaangażowania się w rejon Zatoki Perskiej w tym dokumencie praktycznie nie istnieje, sam Bliski Wschód jest w tej strategii dla amerykanów areną mniej niż trzeciorzędną.
A tu okazuje się, że w praktyce wszystko stanęło na głowie – główne teatry tej strategii: chiński, rosyjski i europejski wymykają się kompletnie oddziaływaniu USA, tym bardziej im dłużej Stany zakopują się (i cały świat) w bałaganie strategiczno-militarnym, który same sobie zgotowały. Czyli strategie sobie, zaś działania – sobie. Skąd my to znamy? Stąd, skąd wiemy jak można latami dzielnie walczyć z pokonywaniem trudności, które samemu sobie się tworzy. I ta „tradycja” przeszła z PRL na III RP.
Nie dworuję sobie tutaj z Jankesów, ani myślę. Chodzi tylko o to, że jak mamy takiego partnera, to trudno przewidzieć w jego działaniach cokolwiek, oprócz generowania chaosu niespodzianek. Również w naszej domenie. Szczególnie jeśli chodzi o rozproszenie uwagi USA i Trumpa na wielu chaotycznych kierunkach, z których mogą korzystać (i korzystają) i Chiny, i Rosja – nieoczekiwanie główni beneficjenci wojny w Zatoce. Nasz sojusz militarny w ramach NATO z wyraźnym wycofywaniem się z niego USA jest w opałach, co narusza fundamenty naszego obszaru bezpieczeństwa, od kiedy gwarancje w tej domenie stają się coraz bardziej iluzoryczne. A ma to dla nas ważne konsekwencje, do których zaraz wrócimy.
Sojusznik bez taktyki
Drugi aspekt ujawnionej nad Zatoką słabości Stanów to kwestia czysto militarna. Wojna z Iranem pokazała, że Stany walczą jednak po staremu. Do tej pory USA walczyły głównie w asymetrii, atakując przeciwnika słabszego technologicznie i militarnie. W starym typie wojny gwarantowało im to zwycięstwo, bardziej militarne niż polityczne, i to zawsze w wojnach dłuższych i krwawszych niż zakładano, zaś ostatnio – nawet nie zapewniało to zwycięstwa militarnego, tak jak w Iraku, wcześniej w Afganistanie, wcześniej w Wietnamie czy Korei. USA nie wyciągnęły wniosków z wojny nowego typu, której przykłady mają jak na tacy, choćby na Ukrainie. Iran, jak widać, praktycznie od obalenia szacha, czyli tak z 50 lat, przygotowywał się do wojny i okazało się, że „zwierzęta” – nawet, a może właśnie dlatego że, objęte sankcjami – same wytworzyły własny przemysł militarny, rozproszoną, mozaikową strategię obrony, oraz plany obronne polegające na natychmiastowym rozszerzeniu działań na kraje Zatoki, co zapobiegło izolacji teatru działań militarnych tylko do irańskiego obszaru. Iran wojnę natychmiast umiędzynarodowił w swoim interesie, ale mógł tak zrobić tylko dlatego, że stworzył odporny i zdecentralizowany system militarnej reakcji, projekcji swej siły daleko poza własnym terenem, przypomnijmy, że w dodatku, w sytuacji sankcyjnej izolacji.
Iran doprowadził do perfekcji zarządzanie konfliktem na zasoby, stosując taktykę ekonomizacji działań wojennych. Drony za parę tysięcy dolarów są zestrzeliwane rakietami za miliony i tych ostatnich zasoby kurczą się bardzo szybko, a były te zasoby już przed wojną o dwa rzędy skromniejsze niż rakietowo-dronowe rezerwy Iranu. Przeniesienie wyścigu zbrojeń na wyścig w kosztach wojny jest fenomenem ze strony kraju o zasobach finansowych i gospodarczych o wiele skromniejszych niż amerykańskie. Widać więc, że lepiej mieć tysiące tanich dronów i rakiet, niż dwa na krzyż lotniskowce, które stają się obciążeniem dla Amerykanów, gdyż bardzo szybko przekształcają się w militarno-wizerunkowe obciążenie, sanktuaria, których trzeba bardziej bronić, niż czerpać korzyści z ich funkcjonowania.
I teraz mamy rozjazd – Amerykanie wojują po staremu, zaś świat odjechał w drugą stronę. Co najważniejsze – w tym nowym typie wojny Rosja się zaprawia na wojnie z Ukrainą. To tam mamy do czynienia z sublimacją nowych technologii współczesnej wojny. A widać, że Amerykanie tam nie zaglądają. A skąd to wiadomo? Ano stąd, że właśnie zaatakowali „po staremu” państwo, które wojuje inaczej, po nowemu. Jest głównym dostarczycielem dronów dla wojującej Moskwy, to w Iranie dopracowywały się te technologie i prace tam wcale nie ustały.
I kłopot polega dla nas na tym, że my, metodą osmozy sojuszniczej, też idziemy z naszymi militariami „po staremu”. Zamiast uczyć się od Ukraińców jak realnie wojuje się z Rosją jesteśmy bardziej kompatybilni z, okazuje się przestarzałą, amerykańską wersją prowadzenia wojny. Czekamy na dostawy „małych sanktuariów”, czyli czołgów za miliony, które na obecnym teatrze wojennym są bardziej kosztownym problemem niż elementem przewagi.
Zatoka a sprawa polska
Te dwa czynniki słabości naszego głównego (właściwie już teoretycznego tylko) dostarczyciela gwarancji bezpieczeństwa mocno rzutują na naszą sytuację. Po prostu wielokroć bardziej osłabiają naszą geopolityczną pozycję. Co do strategii amerykańskiej, i naszej z nią kompatybilności, to nie mamy tu pewności żadnej. Nie wiemy czy nam pomogą, nie wiemy czy NATO (z nimi? bez nich?) w ogóle zafunkcjonuje. Jak zaś nam pomogą, to w czym, skoro to my mieliśmy być w tym układzie armią pomocniczą, a wychodzi, że będziemy może wojskiem jedynym? Czyli z armii pomocniczej, o takich funkcjach i zasobach, mielibyśmy się stać wojskiem rdzeniowym w naszym regionie. Kto i czy pójdzie z pomocą ewentualnie zaatakowanym Bałtom? Co w takim przypadku zrobi Trump, w skrócie – na co się w ogóle umówili panowie Trump z Putinem tam na Alasce?
Tak czy siak – wiadomo: w każdym wariancie jedyne co może nas uratować, to własna siła. Mówią o tym wszyscy, ale co realnie jest robione od czasu tej konstatacji? Po pierwsze – pytanie kiedy polska racja doszła do tego genialnego wniosku, że trzeba budować własną siłę? Trzeba powiedzieć, że delikatnie mówiąc – dość późno, a nawet jak doszła do tak genialnych konstatacji, to niewiele praktycznie z tego wyniknęło. Polacy nie zrobili nic w kwestii usamodzielnienia i rozkręcenia własnych zasobów militarnych i zdolności dowódczych nawet po agresji Rosji na Ukrainę w 2014 roku. Do 2022 roku nic tu się nie działo, co dowodzi, że nasz stosunek do ewentualnej agresji Rosji jest funkcją relacji niemiecko-rosyjskich. Pierwsza wojna ukraińska została przez Niemcy „wybaczona”, właściwie się o tym nie mówiło, w nadziei, że przecież mamy Nord Stream wtedy w rozbudowie, business as usual się rozwija i nawet jak mamy rosyjski „wypadek przy pracy”, to się zdarza przecież. Skoro tak, to i u nas nikt nie bił w dzwony, by się przygotować na pewną dogrywkę.
Nawet – co trzeba zauważyć – już po rozpoczęciu się w lutym 2022 roku drugiej wojny nie za bardzo widać było jakiś namysł w polskich elitach. Postanowiono sobie zrobić abonament na amerykańskie gwarancje w kuriozalnym pomyśle, że jak będziemy w USA kupować co się da i za ile Waszyngton powie, i nie wiadomo po co, i do jakiej wojny (okazało się, że do tej poprzedniej), to Amerykanie będą nas bronili, że tak powiem „bardziej”. Trzeba przyznać, że jest to kuriozalna taktyka.
Po zamianie władzy w Polsce doszedł do tego jeszcze aspekt unijny, kiedy Komisja Europejska w swej pogoni za dodawaniem sobie funkcji państwa federalnego – wzięła się za „koordynacje” militariów w ramach Unii. Trend do budowania armii starego modelu, ciężkich i kosztownych platform, sprzeczny z kierunkami rozwoju współczesnego pola walki właśnie dostał finansowe wzmocnienie. Wielkie konglomeraty militarne, tak jak i te amerykańskie, muszą zarobić na swoich kosztownych zabawkach. Jest to skrajnie odległe od sprawdzającej się właśnie strategii, rozproszonej w produkcji i w działaniu, tej na wzór modelu ukraińskiego, która przez to jest odporna na ataki, minimalna kosztowo i innowacyjna. Tak że, jeżeli już, to będziemy budować swoją siłę na wojnę, która już nie istnieje.
Nie pierwszy raz sprawdzi się powiedzenie, że generałowie przygotowują się do minionych wojen, zaś wygrywają je ci, którzy zaplanują wojnę nową, w oparciu o analizę przebiegu wojen poprzednich. Teraz te błędy staja się udziałem bardziej polityków, niż generałów.
Dlaczego Putin nie atakuje?
I wróćmy znowu do naszych konsekwencji słabości Amerykanów ujawnionych w Zatoce. W ich wyniku – jak próbowaliśmy tu opisać – nasza sytuacja pogorszyła się i strategicznie, i militarnie. Wszyscy geopolitycy martwią się, że Polska znajduje się w okienku, w którym leżymy na łopatkach. Stany okazały słabość strategiczną i militarną, NATO odjeżdża w niebyt, nawet do starej wojny nie jesteśmy przygotowani, bo nasze zasoby zużyły się na Ukrainie, zaś nowe jeszcze nie dojechały. W dodatku nawet dostawa tego sprzętu do „starej” wojny może się jeszcze opóźnić z powodu zamieszania w Zatoce oraz innych niż żeśmy się spodziewali priorytetów Waszyngtonu, który raczej ściąga ze świata sprzęt na wsparcie Izraela, niż dostarcza go światu. Armię mamy w przebudowie – znowu – i to według zdezaktualizowanych technologicznie i geopolitycznie założeń. Jest więc słabo.
I teraz trzeba powiedzieć sobie ważną rzecz, która może pozwoli nam nie tylko zaktualizować nasze filary obronności, wręcz rację stanu, ale narazi mnie osobiście, i Was, świadków tej pisaniny, na zarzut onucyzmu. Oto bowiem, skoro o naszej (mam nadzieję, że chwilowej) słabości wiedzą i mówią już wszyscy, to znaczy, że wie o tym i Rosja. Dlaczego więc nas nie atakuje, skoro jesteśmy tak słabi? Lepszej okazji nie można sobie wyobrazić. A przecież świat narracyjny pełen jest ostrzeżeń o przemyślnej krwiożerczości Putina, który tyko czeka by… No to doczekał się, i co?
Ok, przyjmijmy, że ma ci on, ten Putin, jakieś powody, dla których nie korzysta z okazji. Spróbujmy je wymienić. Po pierwsze może tego nie robić, bo przecież jest w coraz bardziej kosztownej, gdyż przewlekłej, wojnie z Ukrainą. To wojna na zasoby, w tym ludzkie, a więc Putin może nie chcieć otwierać sobie nowego frontu, tym razem z jeszcze nie wiadomo jak żywotnym NATO. Ale to argument słaby, gdyż – tak uważam – jeśliby Rosja zaatakowała np. Bałtów lub Polskę to ziściłaby się tu, nie jak na Ukrainie, idea szybkiej operacji wojskowej. Patrząc się bowiem na nasze zasoby i dotychczasowe reakcje na kilka styropianowych dronów, to dalibyśmy się rozjechać w parę dni.
Drugi powód braku rosyjskiej agresji może być oto taki, że tak się Putin umówił z Trumpem na Alasce. Ale to argumenty dla… Polaków, którzy wierzą, jak widać nie nauczeni swoją własna historią, że paktów się przestrzega, nawet kiedy te przeczą interesom którejś ze stron. Trump jednak dowiódł swej słabości militarno-strategicznej, głównie zaś tego, że jego uwaga jest kompletnie gdzie indziej i prawdopodobnie nie mrugnąłby okiem, gdyby np. Putin ruszył na Bałtów czy Polskę.
Okazało się bowiem, że bazy amerykańskie wcale nie odstraszają – przeciwnie: przyciągają ataki, zaś jak dowiodły scenariusze z Zatoki, atakowany amerykański personel jest ewakuowany z baz i rozśrodkowywany… po hotelach. Zaś co do naszych innych niż amerykańskich sojuszników, to kto będzie chciał ginąć w obronie estońskiej enklawy Narwy, tak jak ich przodkowie 80 lat temu nie chcieli ginąć za Gdańsk? I wiedząc to Putin nie atakuje…
Trzeci powód może być taki, że tej wojny nie chcą Chiny. Te uważają, że zyskują na stanie obecnym, siedząc na górce i przyglądając się miotającej się po globusie resztce amerykańskiej potęgi. I mają rację – nie wyprztykując się z zasobów (no, może lekko, powspierając materiałowo Rosję, czy ostatnio Iran) czekają spokojnie i budując własną siłę mogą doczekać się zmian na swoją korzyść bez jednego wystrzału. Ot, taki Tajwan może im wpaść jak jabłuszko do fartuszka bez trzęsienia nawet drzewem militariów. Po prostu Tajwan jak widzi, że tromtadrackie gwarancje amerykańskiego bezpieczeństwa to tylko nieszczęścia sprowadzają, to będzie wolał się bardziej dogadać z Chinami na jakąś formę autonomii, niż opuszczony przegrać wszystko. A więc Chiny mogą nie chcieć, by Putin najeżdżał Europę Wschodnią. Kłopot w tym, że Pekin też i nie chciał, i nie chce za bardzo, tej wojny na Ukrainie. Xi nie chciał, ale Putin i tak tę wojnę zrobił. I co? I nic? Może i tym razem postąpić jak chce, gdyby chciał zaatakować, ale jednak tego nie robi.
Wersja ruskiej onucy
I teraz dotarliśmy do clou tych rozważań. Przyjmijmy kolejną, obrazoburczą dla nakręconego polskiego podżegactwa hipotezę: a może Putin po prostu nie chce wojny z NATO, z Polską, Bałtami? Spróbujmy się z tym zmierzyć, zwłaszcza dlatego, że wygląda to na tezę onucową, co wynika z narracji, która każe nam wszelkie posunięcia Moskwy interpretować jako znaki agresji, jak nie obecnej, to na pewno przyszłej. Tym bardziej trzeba to zrobić, kiedy nikt tej możliwości nie bierze pod uwagę.
Po pierwsze – po co Putinowi wojna, nawet błyskawiczna, w naszym regionie? Co miałby zyskać? Zwłaszcza teraz, kiedy ma super okazję, i z niej nie korzysta? No właśnie, powie ktoś, co za dureń pyta się tu co miałby mieć złodziej z kradzieży? Złodziej, jak Putin, nie pogardzi żadnym kąskiem, Putin sam zaś obiecywał powrót do Związku Radzieckiego i rosyjskich wpływów, także w naszej, a może przede wszystkim, części Europy. Nawet potwierdził to w oficjalnym stanowisku tuż przez drugą wojną ukraińską. Zgoda – Putin miałby korzyści z wzięcia nas pod but, ale czy koniecznie musi to robić poprzez wojnę? Pokazał nawet w III RP, że środki militarne nie są tu koniecznością, by opodatkowywać swoją wirtualną polską kolonię w cenach energii i pilnować tego biznesu przez polską agenturę wpływu. Rosja miała wiele obrywów z Polski, ma je do dziś, kiedy i tak kupujemy ruską energię, tyle, że ubraną czasami w nalepki pośredników.
To znowu stare myślenie: przeniesienie byłych motywacji, skrzywione terytorialnymi harcami Rosji na Ukrainie. W kwestii terytorialnej w przypadku Ukrainy sprawa jest zrozumiała. Romanse Ukrainy z osmatycznym przysuwaniem się NATO do granic Rosji zostały przez nią zauważone, cała reszta to zasoby – rolnictwo, dość dobrze postawiony przemysł, liczenie, że brakujące rosyjskie zasoby ludzkie uzupełni ukraińska słowiańszczyzna. No, tu jest po staremu: liczy się ziemia i władztwo.
Ale czy zaprawdę Rosja będzie chciała tak samo zaatakować i okupować Najjaśniejszą? Raz, że w kwestii okupacji (bo nie agresji) byłoby to wojskowo trudne. Dwa – tu raczej nie chodzi o terytorium, bardziej dostęp do zasobów, zaś kwestie szerszego dostępu do Bałtyku da się Moskwie załatwić przez Bałty, albo i z Bałtami. Tak jak z Polską.
Bo – po trzecie – jak się zwiną, a już to robią, Amerykanie z naszego regionu i nie wejdą zbrojnie w obronie wschodniej flanki, tym bardziej nuklearnie, to Polska, jeśli jest rozsądna, będzie się musiała dogadać z Rosją, bo nic innego jej nie pozostanie. Wie o tym, ba – chyba liczy na to i Trump. Nasze okienko niemożności będzie otwarte na oścież, pozycja będzie słabła i trzeba będzie zjeść własny język i wielu polskich polityków (nie po raz pierwszy) będzie musiało dokonać piruetu o 180 stopni.
Pomoże nam w tym… Unia jako narracyjna tuba w rzeczywistości eksponowania interesów niemieckich. Niemcy w swej strategii są skazani na powrót z Rosją do business as usual. I aktów do tej pory niewyobrażalnych, takich jak porozumienie z Rosją, dokona za nas, bo nie w naszym imieniu, Unia. My się będziemy tak trochę opierali, gniewali, ale konieczność historyczna zostanie wytłumaczona nam po marksistowsku, że inaczej być nie może. I Rosja dostanie co chciała, bez jednego wystrzału, bez zajmowania terytorium. Putin, jak każdy satrapa starej daty, dybie na ziemie, bo tylko one dają mu pewność władztwa, że się tam siedzi i namiestnikami zgarnia daniny. Ale to – jak widać – Putin może osiągnąć bez jednego wystrzału. Uczy się od Chińczyków.
Putin lubi projekt unijny, bo w ten sposób zarządza kontynentem za pomocą dealu z Niemcami, a inaczej to by się biedaczek musiał męczyć z każdym państwem osobno. A więc będzie hołubił formaty unijne, zwłaszcza te dążące do federalizacji Europy. Putin też chce mieć ogarniętego sojusznika w osobie niemieckiej Unii, bo po co ma tam ktoś Berlinowi skakać i wsadzać kij w szprychy rozpędzonego tandemu Rosja-Niemcy? Do tego nie trzeba wcale żadnej wojny, tylko – jak można się nauczyć na przykładzie Chin i Tajwanu – trzeba poczekać aż pokojowo, przy zielonych stolikach świat się ułoży na nowo, z uwzględnieniem interesów Rosji. A o te coraz częściej zabiegają oba rywalizujące ze sobą mocarstwa – Chiny i USA – a więc rosyjska panna na wydaniu będzie mogła wybierać pomiędzy darami przyniesionymi przez kandydatów do jej geopolitycznej ręki.
Konsekwencje pomyłki, a może zafałszowania?
Jeśli tak jest, że Putin, by mieć pod sobą Polskę, nie szykuje się wcale do wojny, to taka pomyłka w naszych kalkulacjach ma wielkie znaczenie dla naszej pozycji. Wiadomo, że zbrojenia są potrzebne, co już ustaliliśmy, do budowania naszej siły, ale to oznacza w tej sytuacji, że nasza strategia powinna wyglądać inaczej.
Po pierwsze – powinniśmy się jednak szykować do innej, nowoczesnej wojny, po drugie – wcale nie skończy się to na tym, że naszym JEDYNYM wrogiem w regionie zostanie Rosja. Po trzecie – osłabiamy się tymi wszystkim SAFE’ami, z których będzie tyle co z KPO, czyli kupa forsy pójdzie w korporacyjne błoto, zadłużymy pokolenia zaś efekt będzie znikomy.
Czy to jest w interesie Rosji? Paradoksalnie – tak. Bankructwo Europy w celu przygotowań do wojny, której nie będzie to super prezent dla Rosji. No, chyba, że awanturnictwo europejskich podżegaczy dojdzie do poziomu agresji napastniczej na Rosję, co zresztą pozostaje wciąż poza zasięgiem naszych decyzji, bo my przy takich stolikach nie siedzimy, zaś o naszej mięsoarmatniej roli w ewentualnej agresji dowiemy się na końcowej odprawie, czyli pierwszej, w której będziemy uczestniczyli.
Jeśli Putin nie chce nas zaatakować, bo i tak weźmie co chce, to trzeba się skupić niekoniecznie na kupowaniu armat, ale na zapobieżeniu takiej możliwości, że weźmie nas przy jakimś stoliku i koniec balu, panno Lalu. A tu leżymy na łopatkach: to że nie mamy własnej siły to banał, ale nawet nie wykorzystujemy naszego istniejącego potencjału. A od tego jest przecież dyplomacja, w niektórych krajach rozgrywana nawet ponad poziomem własnego potencjału. My się zajmujemy straszeniem szczerbatych dzieci kremlowskimi sucharami. Z jednej strony jakieś durne memy, z których oprócz bezsilnej szydery nic nie wynika, z drugiej strony – budowana bariera onucowości, która dzieli Polaków na dwie części, które zamiast wspólnie rozwiązywać realne problemy, zajmują się wyścigiem kto bardziej walnie (oralnie) w Putina i zarzucaniem tym drugim, że są jego przyjaciółmi. No, wymarzona sytuacja samoobsługi dla Moskwy. Tylko siedzieć i patrzeć jak to się samo robi. Po co więc strzelać – jak mówiłem – po co trząść militarnie polskim drzewem, skoro widać jak jabłuszko sobie dojrzewa i zaraz wpadnie do koszyka? Całe i gotowe.
A w kwestii dyplomacji jesteśmy jak w starym kawale pt. „dlaczego kobiety nie są gremialnie ministrami spraw zagranicznych?” Odpowiedź jest prosta – bo wszystkie sąsiednie państwa byłyby zaraz pogniewane. A my jesteśmy właśnie pogniewani ze wszystkimi. Nawet nie tylko z sąsiadami, ale i z odległymi mocarstwami. Nie zarządzamy więc nawet tym małym i obniżającym się potencjałem jaki mamy obecnie.
Dlaczego tak jest to już osobna sprawa, ale widać, że brakuje nam dwóch rzeczy – ponadpartyjnej racji stanu (zrealizowała się tylko ta na taktycznym poziomie, czyli przynależności do Unii i NATO, co okazało się rozleniwiająco zwodnicze) oraz – po drugie – jesteśmy, poprzez swój system politycznej podległości, poddani procesom zewnątrz-sterowności – po prostu polska klasa polityczna jako całość realizuje interes polski na minimalnym poziomie zapewniającym reelekcję któremuś z plemion, zaś generalne decyzje, a zwłaszcza ich brak, to już emanacja interesów zewnętrznych.
Zmiana priorytetów?
A więc kiedy cię, przedszkolaczku, pani wychowawczyni będzie straszyć w telewizorni nieuniknioną wojną z Rosją zastanów się – po co Putin miałby to robić, jak już praktycznie tę wojnę wygrywa? I czy ta wojenna panika, to bujanie się od wyzywania Putina od debili, państwa rosyjskiego od kupy bajzlu i korupcji zaś z drugiej strony straszenie wszechmocą agresji Rosji – czy to wszystko nie stoi jednak na nielogicznych fundamentach, opartych na piasku sterowanych emocji? Mamy być z jednej strony przestraszeni nieuniknioną niemożnością, z drugiej – gotowi na odparcie Rosjan. Przyzwyczaja się więc Polaków tą wciskaną agresją Putina do różnych scenariuszy, z których napaść ze strony Moskalików wcale nie jest wersją najbardziej prawdopodobną.
Bardziej już ziszczą się scenariusze militaryzacji budżetu nie tylko Unii, ale wszystkich krajów członkowskich w celu przygotowań do wojny, której możliwość się (tylko medialnie, również za pomocą manipulacji rosyjskich) pompuje, zaś do której wcale nie musi dojść. Co wtedy poczniemy z armią europejską, która ani sama nie zostanie zaatakowana, ani sama się na wojnę nie wybierze? Pod dowództwem niemieckim, co już widać po obsadzaniu wszelkich taktycznych związków europejskich? Może pałę praworządności, to warunkowanie suwerenności państw europejskich, trzeba już zamienić na militaria i tak dyscyplinować niewątpliwe zamieszanie, które szczególnie w Unii, będzie narastać, zwłaszcza w procesie jej federalizacji? Zawsze można przecież będzie wysłać z Brukseli kilku rezunów pod adres polityka, który nam się nie podoba, lub spacyfikować całe kraje, by uznać ich ambicje secesji z Unii, za próby rozbicia integralności projektu federacyjnego (czytaj: państwowego), co uzasadnia każdą, nawet militarną reakcję. Pamiętajmy, że pierwsza próba stworzenia armii europejskiej skończyła się na proteście Francji, że projektowane mundury nowej armii nazbyt przypominają te wehrmachtowskie.
I zakładając onucowo, że Putin to wszystko wie i widzi, my zaś podniecamy się jego potencjalną, jak to mówią kinetyczną, agresją, to koleżka na Kremlu musi mieć niezły ubaw. Wcisnął, tylko za pomocą narzędzi dezinformacji, Paljaczyszkom bajkę o Żelaznym Wilku, że wisi ci on nad ta Polską dniem i nocą, po to byśmy patrzyli na karabiny, nie na własne interesy.
I tak tu sobie pewnie dożyjemy tych czasów, kiedy naprawdę się okaże, że skoro Putin ma obecnie super okazję, z której nie korzysta, to nie znaczy, że nie chce jej wykorzystać – zrobi to i robi, ale może innymi niż militarne środkami. Na nic nie wyda, oprócz na podniecanie pożytecznych idiotów idących w miliony, my zaś wyprztykamy się resztek kasy na uzbrojenie, którego jedną część rozdaliśmy, zaś drugiej nigdy nie użyjemy. A i tak – przez taką fałszywą identyfikację źródeł naszego położenia – wpadniemy do rosyjskiego koszyka. Bez jednego wystrzału do i ze strony naszej niezwyciężonej armii.
I może jest jak u Stirlitz’a z jego kombinatoryką – jeśli my wiemy o swej słabości i Putin też o niej wie i nie atakuje, to trzeba się zastanowić nad tym fenomenem. Ale jeśli my podejrzewamy, że Putin nie atakuje, bo ma inne plany, to oprócz nas wie o tym spora część polskiej klasy politycznej. A skoro tak jest, to dlaczego nasi wciąż dmą w trąby diabelskiego miksu tromtadractwa i jednocześnie paniki?
Myślę, że to wojenna implementacja… doświadczeń kowidowych. Po prostu pandemię zastąpiła wojna, zaś wirusa – Putin. Cała reszta pozostał taka sama. Antyszczepionkowych szurów zastąpiły tylko ruskie onuce, z tą tylko różnicą, że pandemicznych foliarzy można było poznać na ulicy po niemaniu maseczki, ale żeby wykryć ruską onucę, to trzeba się jednak trochę natrudzić. Pod pretekstem mniemanego zagrożenia i tym razem władza przechodzi kolejne granice swej samowoli, wyposażona w coraz ściślejsze narzędzia kontrolne – wreszcie: w cieniu dętej paniki pozadłużaliśmy się na pokolenia, po to by zarobił ten, kto miał zarobić. I co, za pandemii przyszedł wirus i wszystkich popędził na cmentarz? A skądże! Może i teraz ta wojna jest dęta jak ten COVID, o czym – jak z wirusem – przekonamy się po czasie i to tylko w przypadku osób wypatrujących konsekwencji swych decyzji, a raczej zaniechań. Może i z Putinem nie będzie tak źle jak było i z wirusem, który – przypomnijmy – wedle oficjalnych danych został sztucznie wytworzony. Może i ten strach przed wojującym kagiebistą z Kremla powstał także w sposób sztuczny, tyle, że nie w laboratorium chemicznym, ale w jakimś laboratorium, gdzie pichci się i testuje wirusy narracji? Wszystko więc zmierza do kolejnych kroków wiodących ku apokalipsie „nowej normalności”. Zmieniają się tylko straszydła.
Pamiętam entuzjazm i nadzieje Polaków związane z „wybuchem” Solidarności w sierpniu 1980 r. Pamiętam też przestrogę naszego biskupa sufragana chełmińskiego, dra Zygfryda Kowalskiego, aby być roztropnym, bo nie wszystkie nurty tego zrywu są godne naszego poparcia i zaangażowania. Biskup Zygfryd Kowalski był bardzo mądrym i prawym biskupem. Był poniekąd prorokiem. Po wyborach 4 czerwca 1989 r. niektórzy byli opozycjoniści, którzy wcześniej korzystali z parasola ochronnego i opieki Kościoła, obrócili się przeciwko Kościołowi, strasząc Polaków wizją państwa wyznaniowego i republiką proboszczów.
==================================
Przeczytałem ostatnio interesujący szkic prof. Kazimierza Nowosielskiego pt. „Czyny i rozmowy” (Korespondencja: Giedroyc – Miłosz), pomieszczony w zbiorze szkiców: K. Nowosielski. „Przez Ojczyznę i dalej”… s. 125-133. Nowosielski pisze, że Giedroyciowi i Miłoszowi szło o Polskę:
„laicką, wieloetniczną i wieloświatopoglądową, z „postępową” inteligencją jako promotorką oraz organizatorką ładu społecznego; o kraj zarządzany przez „światłe umysły”, otwarty na współpracę zarówno ze Wschodem jak i Zachodem. Za żadną cenę – postulowali – nie wolno dopuścić do odradzania się w kraju postaw narodowo-katolickich, które kojarzyli [z] „Ciemnogrodem”, z triumfem obskurantyzmu, z cywilizacyjnym zacofaniem. Bywało, iż za większego wroga uważali Kościół niżli komunę” (s. 130).
Nowosielski cytuje słowa Giedroycia z 1959 roku:
„W obecnej sytuacji katolicyzmu w Polsce […] mniej jest groźna wojna partii z Kościołem, co tradycjonalizm Kościoła i kołtuństwo wiernych. (…) Powinniśmy zajmować się nie tylko młodymi komunistami, ale i młodymi katolikami” (s. 130).
Nowosielski zaznacza, że jeśli chodzi o katolików, to Giedroyc miał na myśli przede wszystkim środowiska „Znaku” i „Więzi”, ku którym kierował swoje nadzieje. Chodziło o związanie młodzieży z koncepcją „społeczeństwa obywatelskiego”.
Nowosielski pisze też:
„Do szewskiej pasji doprowadzała naszych bohaterów jakakolwiek i gdziekolwiek objawiająca się chęć identyfikowania polskości z katolicyzmem. Jako odtrutkę na ten chorobotwórczy splot Miłosz postulował między innymi judaizację kultury polskiej” (s. 130-131).
Nowosielski cytuje Miłosza:
„Może by ktoś napisał o potrzebie zażydzenia [sic!] Polaków, że to ich jedyny ratunek. I w istocie młodzież obecna w Polsce, ta lepsza, zżydziała (te paradoksy historii!!!) w tym sensie, że tylko sztuka i różne intelektualne hopki ją obchodzą” [list z 1959 r.]. Przywołuje także te słowa Miłosza: „Obrzydliwy katabasowy katolicyzm polski nie rozumie, że tylko Żydzi mogą być jego zbawieniem” [list z 1961 r.].
„Polska staje się tym – [pisze Miłosz do Giedroycia 15.01.1981r.] – czym w swej esencji zawsze była, to jest jednym wielkim organizmem narodowym, w którym Naród jest na ołtarzu, z Matką Boską jako bóstwem pomocniczym w służbie Narodu” (s. 132).
Myślenie prezentowane przez Miłosza i Giedroycia jest – niestety – obecne w dyskursie niektórych ludzi świeckich, ale i duchownych różnych stopni i godności.
Donald Tusk postanowił „wstrząsnąć” opinią publiczną – tym razem wizją rosyjskich czołgów, które już „za miesiące, nie lata” mogą ruszyć na NATO. W pakiecie dorzucił wątpliwości co do realnej determinacji sojuszników, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i gotowości do zastosowania artykułu 5.
Premier państwa frontowego – graniczącego z Rosją, Białorusią i Ukrainą – publicznie sygnalizuje niepewność co do fundamentu bezpieczeństwa, na którym to państwo stoi. Jeśli to ma być „wstrząs”, to rzeczywiście – tylko pytanie, czy wymierzony w opinię publiczną, czy w samą architekturę odstraszania. Bo jeśli – jak twierdzi Tusk – „to nie są złudzenia, tylko wiedza”, to nie jest materiał na wywiad dla mediów czy konferencji prasowej, tylko na natychmiastowe działania państwa.
W takiej sytuacji powinien szybko zebrać się Sejm i ocenić gotowość sił zbrojnych oraz instytucji państwa do odparcia agresji. Prezydent powinien zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Polska powinna wystąpić o pilne konsultacje na forum Rady Północnoatlantyckiej NATO. Jeżeli bowiem zagrożenie jest tak konkretne i bliskie, jak sugeruje premier, to każdy dzień bez reakcji oznacza albo brak konsekwencji, albo brak wiary we własne słowa.
Takie wypowiedzi – niezależnie od intencji – osłabiają spójność i wiarygodność NATO. Odstraszanie działa tylko wtedy, gdy przeciwnik widzi jedność i determinację. Publiczne rozważania o tym, kto kogo obroni, a kto się zawaha, nie budują siły. Budują pokusę testowania granic. Oczywiście, Rosja pozostaje realnym zagrożeniem. Nikt rozsądny tego nie kwestionuje.
Ale czym innym jest chłodna analiza, a czym innym polityczne podkręcanie napięcia do poziomu, który zaczyna przypominać kampanijny megafon. Jeśli to naprawdę wiedza – trzeba działać. Jeśli to tylko retoryka – to wyjątkowo niebezpieczna. A jeśli jedno i drugie naraz, to mamy do czynienia z najgorszym z możliwych scenariuszy: polityką, która straszy wojną, a jednocześnie rozbraja zaufanie do tych, którzy mieliby nas bronić.
24 kwietnia 1915 roku władze tureckie przeprowadziły masowe aresztowania przedstawicieli ormiańskich elit. Uwięzionych w większości wymordowano. Był to ledwie początek prawdziwego koszmaru, który Ormianie nazwą później Mec Jeghern – Wielkim Nieszczęściem.
Wyznawcy Wernyhory
Niejeden rodak zżyma się na przypominanie wielkiej masakry sprzed przeszło wieku.
Nie tak dawno znaleźli się u nas inicjatorzy i obrońcy idei wzniesienia w Krakowie pomnika ku czci żołnierzy tureckich z czasów I wojny światowej. Pomysłodawcy tej akcji nie widzieli nic niestosownego w fakcie, że na polskiej ziemi stanąłby monument upamiętniający armię splamioną udziałem w ludobójstwie. Ktoś podsumował to gorzko, że nie może być inaczej, skoro niemała część populacji czerpie wiedzę o przeszłości z… tureckich seriali telewizyjnych. Jednak sympatia okazywana bisurmanom znad Bosforu ma u nas dość długą tradycję.
Niby pamiętamy o Warneńczyku, Chodkiewiczu i Sobieskim, ale przecież było to tak dawno…. Ostatnią wojnę z Turcją Sarmaci stoczyli pod koniec XVII stulecia, potem osłabiona Porta przestała ich przerażać. Kiedy zaś przyszedł czas rozbiorów, pokaźna część naszych działaczy niepodległościowych zaczęła upatrywać sojusznika w państwie osmańskim, od wieków prowadzącym śmiertelny bój z Rosją i Austrią.
Krzepiące mity kazały wierzyć w dobrych sułtanów rzekomo nieuznających rozbiorów Rzeczypospolitej, jakoby z utęsknieniem wyczekujących na dawno niewidzianego posła z Lechistanu. Skwapliwie propagowano bajdurzenia egzaltowanych umysłów, w rodzaju „proroctwa ukraińskiego wieszcza Wernyhory”, zapowiadającego zmartwychwstanie Polski za sprawą naszych wiernych sprzymierzeńców, w tym Turków („Anglik sypnie złotem, Francuz wesprze, Muzułmanin konia napoi w Horyniu”).
Jest prawdą, że nad Bosforem znaleźli schronienie liczni nasi emigranci. Niejeden zrobił karierę na dworze sułtana bądź w jego wojsku, zwłaszcza jeśli zdecydował się na porzucenie wiary przodków i konwersję na islam. Uchodźcy z Lechistanu pisali o Turcji przeważnie ciepło, nawet w superlatywach.
Zastanawiające, jak wielu propagatorów walki „za wolność naszą i waszą” (!) nie dostrzegało, bądź udawało że nie dostrzega dramatu chrześcijańskich poddanych sułtana. A przecież całkowicie odmienną perspektywę od naszej mieli Serbowie, Bułgarzy, Grecy, Asyryjczycy, Ormianie – podobnie jak gdzie indziej Wandejczycy opierający się jakobińskiemu reżimowi, albo Hiszpanie broniący swej ojczyzny przed zastępami Napoleona.
To tragiczny paradoks, że w okresie zaborów tak liczni polscy rycerze wolności uznali za wzorzec i bastion swobody dwie najkrwawsze, najbardziej opresyjne satrapie europejskie – rewolucyjną Francję oraz muzułmańską Turcję.
Wydani pod miecz
Na szczęście większości Polaków łatwo przychodzi zrozumienie cudzego cierpienia.
Wszak sami moglibyśmy wystawić obszerne rachunki krzywd za czas zaborów.
Z bólem wspominamy 7000 cywilów i jeńców zamordowanych podczas rzezi Pragi, albo z górą tysiąc ofiar rabacji galicyjskiej, czy też 670 straconych powstańców styczniowych. Do tego tysiące zesłanych w otchłań Sybiru bądź na katorgę, więzionych w cytadelach, wcielonych w szeregi armii zaborczych. I jeszcze zamykane kościoły i klasztory, męczeństwo unitów, rusyfikację, germanizację, rugi pruskie, dzieci katowane za polski pacierz…
A przecież czujemy niekłamaną zgrozę dowiadując się, co działo się w tym samym czasie w Turcji. Jeszcze przed ludobójstwem Ormian, przez cały XIX wiek chrześcijańskie narody w tym kraju spływały krwią. Kiedy w latach 20. tamtego stulecia Grecy poderwali się do walki o niepodległość, Turcy zareagowali masowymi rzeziami. Wycinano w pień albo sprzedawano w niewolę skupiska ludności liczące niekiedy dziesiątki tysięcy osób. Tylko w jednym miejscu, na wyspie Chios społeczność chrześcijan skurczyła się ze 120.000 do ledwie 2000 głów!
Pół wieku później oniemiały z przerażenia świat obserwował masowe masakry Bułgarów. Świadek historii Januarius Aloysius MacGahan słał raporty z Rodopów – o dzieciach wbijanych na ostrza bagnetów, o brzemiennych niewiastach, którym wydzierano z brzuchów płody, o ludzkich czaszkach pękających w paszczękach zdziczałych psów.
W ostatniej dekadzie tamtego strasznego stulecia, za rządów sułtana Abdülhamida zwanego Krwawym, można mówić o pierwszej próbie ludobójstwa tureckich Ormian – zabito ich wtedy od dwustu do trzystu tysięcy, to jest ponad 10 proc. ich społeczności.
Wypada dziękować Bogu, że Polacy pod zaborami nie doświadczyli tak wielkich cierpień, o tak potwornej skali. Nie piszę tego, aby lekceważyć nasze polskie tragedie, ani by chwalić domniemaną powściągliwość zaborców. Chcę tylko przypomnieć, jaka naprawdę bywała ówczesna Turcja, którą idealizowało tak wielu naszych rodaków.
Jakobini nad Bosforem
W 1908 roku w Konstantynopolu doszło do przewrotu wojskowego. Władzę objął młodoturecki Komitet Jedności i Postępu.
Młodoturcy, powiązani z masonerią, mieli ambicję przekształcić Turcję w nowoczesne państwo oparte na wzorach zachodnioeuropejskich. Rzeczywiście byli zapatrzeni w Europę, ale niestety, w pewne dość szczególne wzorce. Zagraniczni dziennikarze i dyplomaci donosili zdumieni (a czasem zachwyceni), że w Konstantynopolu podczas defilad obnoszone jest na sztandarach hasło: Wolność – Równość – Braterstwo; że orkiestry wojskowe przy każdej okazji grają Marsyliankę. Młodoturcy byli entuzjastami rewolucji francuskiej.
W tym momencie ludzie co nieco obeznani z historią powinni poczuć niepokój. Bo rewolucja francuska to nie tylko wzniosłe, chwytliwe hasła. To również gilotyny i terror. To obozy koncentracyjne w Gujanie. To upośledzone dzieci z kościelnych przytułków wymordowane podczas masakr wrześniowych. To masowe topienie więźniów stłoczonych w barkach rzecznych. To eksperymenty z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu do produkcji mydła i świec, zaś ludzkiej skóry do produkcji odzieży. Rewolucja francuska to wreszcie ludobójstwo w Wandei, to „kolumny piekielne” przemierzające „kraj kontrrewolucjonistów” i zabijające każdą napotkaną żywą istotę.
Skoro więc w Turcji w 1908 roku zdobyli władzę ludzie zafascynowani rewolucyjnym barbarzyństwem, masowy rozlew krwi był kwestią czasu.
Sojusz fanatyków
Młodoturcy chcieli stworzyć nowoczesny naród. Zadanie wydawało się karkołomne, jako że kraj zamieszkiwały niezliczone nacje i ludy, w dodatku wyznające różne religie.
Młodotureckie elity trudno byłoby określić mianem islamistów. Wielu liderów ruchu marzyło o państwie laickim. Wszelako na tym etapie uznawali rolę islamu jako spoiwa imperium. Stąd ich hasłem było: „Turkizacja – islamizacja – modernizacja”.
Rządzący uznali, że wspólnoty chrześcijańskie nie pasują do wizji wyśnionego narodu tureckiego. Postanowiono więc je unicestwić – poprzez przymusową islamizację, deportację bądź też dokonując ich eksterminacji. Przewidziano użycie instrumentów państwowych – armii, policji, sądów, obozów koncentracyjnych, jak również ochotniczych bojówek muzułmańskich, kierujących się nienawiścią wyznaniową.
Nadchodzące ludobójstwo było więc efektem fuzji dwóch fanatyzmów – rewolucyjnego, laickiego jakobinizmu miażdżącego opornych stojących na drodze Postępu, jak również wojującego islamizmu wiernego tradycji wyrzynania giaurów.
Pomruki burzy
Zwiastunem nadchodzącego kataklizmu była rzeź 30.000 Ormian w Adanie w 1909 roku.
Władze oficjalnie jeszcze wykręcały się od odpowiedzialności, przypisując winę lokalnym mahometańskim radykałom, bądź… samym Ormianom. Jednak na wiosnę 1913 roku rząd rozpoczął powszechną akcję wysiedlania i deportacji tysięcy chrześcijan greckich i bułgarskich. Zdarzały się przy tym masowe mordy, jak zabójstwo 50 bezbronnych Greków – mężczyzn, kobiet i dzieci – w Fokaji. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Latem 1914 roku wybuchła Wielka Wojna. W owym czasie ziemie historycznej Armenii znajdowały się w granicach Turcji i Rosji. Oba te państwa znalazły się w przeciwnych obozach. Przez teren Armenii przebiegał jeden z odcinków frontu turecko-rosyjskiego. Ormianie, podobnie jak Polacy, walczyli po obu stronach, w obcych mundurach.
Na samym początku wojny dowództwo rosyjskie wezwało tureckich Ormian do zachowania spokoju, by nie dać wrogowi pretekstu do represji. Istotnie, w następnych miesiącach rząd młodoturecki wielokrotnie dziękował ormiańskim obywatelom za lojalną postawę. Żołnierze osmańscy narodowości ormiańskiej byli wyróżniani medalami za męstwo. Zadaje to kłam późniejszym wystąpieniom propagandystów, którzy próbowali usprawiedliwić akcję ludobójczą rzekomą masową kolaboracją rodzimych Ormian z Rosjanami.
Mec Jeghern
Młodoturcy uruchomili machinę terroru w kwietniu 1915 roku. Przeprowadzono wówczas aresztowania inteligencji ormiańskiej w Konstantynopolu. Potem represje rozlały się na cały kraj.
Prześladowania nie były niczym nowym w historii ludów chrześcijańskich imperium. Nowością była skala represji i stopień ich organizacji. Dawne chaotyczne pogromy zastąpiła przemyślana w szczegółach, przeprowadzana na zimno akcja eksterminacyjna, w której dążono do zlikwidowania całej populacji wyznawców Chrystusa.
Zabijało tureckie wojsko, policja, bojówki muzułmańskie. Zabijali Turcy, Kurdowie, Arabowie, Czerkiesi, Czeczeni. Bombardowaniem ormiańskiej dzielnicy Urfy kierował niemiecki oficer. Berlin wspierał też młodoturków logistycznie, materialnie, propagandowo.
Część ofiar uśmiercano na miejscu, inne deportowano do obozów koncentracyjnych usytuowanych na bezwodnych terenach pustynnych. Tam ludzie ginęli masowo z pragnienia, głodu, padali ofiarą chorób i bestialstwa strażników.
Pierwsza fala terroru, która trwała do 1917 roku, uśmierciła od 1,2 mln do 1,5 mln tureckich Ormian(na ich ogólną liczbę 2,1 mln). Prócz tego zamordowano setki tysięcy chrześcijan innych narodowości, głównie Greków i Asyryjczyków.
Ginęli przede wszystkim przedstawiciele obrządków wschodnich, szczególnie Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Ale również katolicy, którzy ponieśli proporcjonalnie największe straty. Spośród 70 tysięcy ormiańskich katolików zabito aż 57 tysięcy.
Sporo ludzi mimo wszystko przeżyło. Zdołali uciec, kryjąc się w górach lub na pustyniach. Duże skupiska Ormian zostały uratowane i obronione przez armię rosyjską. Rzec można, że tych niedobitków ocaliła wojna. Niestety, w 1917 roku Rosję ogarnął rewolucyjny chaos; jej wojska zaczęły wycofywać się z Zakaukazia. Ormianie znów zostali sami.
Milczenie Zachodu
W 1918 roku dobiegła końca wojna światowa. Państwa centralne, w tym Turcja poniosły klęskę.
Reżim młodoturecki upadł, przywódcy zbiegli za granicę. Zapanował chaos, z którego po jakimś czasie wyłonił się nowy rząd w Ankarze, z generałem Mustafą Kemalem na czele. Otrzymał on pomoc od bolszewickiej Rosji, ale też od swoich niedawnych wrogów – Włoch, Francji, Wielkiej Brytanii. Ceną były układy polityczne i handlowe korzystne dla mocarstw. Jak skomentował po latach Winston Churchill: „Ropa Mosulu okazała się być droższa od krwi Ormian”.
Dramat wyznawców Chrystusa nie ustał, rzeź trwała aż do 1923 roku, kiedy to niedobitki zostały wypędzone. Trwają spory, ilu chrześcijan – Ormian, Greków, Asyryjczyków i innych – zginęło ogółem w Turcji w dziesięcioleciu 1913 – 1923. Wielu badaczy skłania się ku liczbie trzech milionówzamordowanych. Rzesze innych wypędzono, albo poddano islamizacji. Na początku XX wieku wyznawcy Chrystusa stanowili 20% obywateli Turcji; dziś – ledwie 0,2 proc.
Po II wojnie światowej Turcja stała się jednym z najważniejszych bastionów NATO. Obrońcy liberalnej demokracji zyskali dodatkowy argument, by nie niepokoić rządu w Ankarze pytaniami o takie drobiazgi z przeszłości, jak kilka milionów trupów chrześcijan.
Samotność ginących
We wrześniu 1922 roku w Smyrnie, portowym mieście nad Morzem Egejskim, założonym przez jońskich żeglarzy w X wieku przed Chrystusem, Turcy wyrzynali dzielnice ormiańską i grecką.
W porcie stacjonowała potężna eskadra Ententy – dwadzieścia kilka okrętów liniowych, krążowników i kontrtorpedowców brytyjskich, francuskich, włoskich i amerykańskich. Dosłownie na oczach marynarzy dzielnice chrześcijan były palone do fundamentów. Trzydzieści wieków historii ulatywało z dymem pożarów, najmniej trzydzieści tysięcy ludzi zostało zaszlachtowanych jak zwierzęta w rzeźni, jeszcze więcej popędzono w niewolę – a z okrętów alianckich nie padł ani jeden strzał w stronę tureckiej hordy. Zamiast tego na pokładach zaczęła grać orkiestra, by zagłuszyć dochodzący z brzegu krzyk mordowanych.
Niech więc nas już nie dziwi, że kiedy w roku 1939 zastępy Hitlera i Stalina ruszyły na Polskę, nasi – pożal się Boże! – sojusznicy z Zachodu „nie chcieli umierać za Gdańsk”. Że później Francuzi umykający z Algierii wydali na rzeź swych tubylczych sprzymierzeńców – harkisów. Że Amerykanie zdradzili i porzucili swoich przyjaciół w Indochinach. Że współcześnie oenzetowskie „błękitne hełmy” w Bośni, Rwandzie i gdzie indziej bezczynnie przyglądały się masakrom.
Wcześniej była Smyrna. To wtedy Zachód ostatecznie porzucił rycerskie, krucjatowe ideały, swą gotowość do walki w obronie słabych i bezbronnych. Bo przecież, żeby powstrzymać rzeź, należałoby strzelać do morderców. A dzisiejsi ludzie Zachodu boją się strzelać; tak ich wychowano. Ów amoralny pacyfizm przetestowano na chrześcijanach Turcji.
Amnezja i sukcesorzy
Świat szybko zapomniał o ludobójstwie Ormian, by potem zapłacić za to straszną cenę.
Gdy Niemcy przygotowywały inwazję na Polskę, Adolf Hitler miał zwrócić się do swych generałów słowami:
„Posłałem moje oddziały z trupią główką na Wschód, wydawszy im rozkaz bezlitosnego zabijania mężczyzn, kobiet i dzieci należących do polskiej rasy lub mówiących polskim językiem. […] W końcu któż mówi dziś o wyniszczeniu Ormian?”
Kanclerz III Rzeszy czuł się ośmielony i zachęcony ową zbiorową amnezją. Skoro bowiem ludzie szybko zapomnieli rzeź Ormian, a jej sprawców nie ukarano – to czemu w jego przypadku miałoby być inaczej?
Jednakże obecnie, co jakiś czas prawda przebija się przez mroki niepamięci. Kolejne państwa uznają masakrę Ormian za ludobójstwo, wywołując wściekłość Ankary. W samej Turcji niejeden strażnik pamięci o tej zbrodni spędził w więzieniu długie lata, albo padł ofiarą „gniewu wzburzonych obywateli” (vide Ormianin Hrant Dink, zastrzelony w Konstantynopolu w styczniu 2007 roku).
Ówczesny premier Turcji Recep Tayyip Erdoğan zdobył się na coś w rodzaju ostrożnego i warunkowego współczucia. Przesłał Ormianom „kondolencje”, mówił dużo o dawnych „cierpieniach”, o „trudnym i bolesnym okresie”, o „wspólnym bólu nas wszystkich”, zarazem ostrzegając przed „oszczerstwami i prowokacjami” oraz „próbami siania wrogości wobec Turcji”.
Jako żywo przypominało to „wyważony” bełkot pewnych polityków polskich i ukraińskich w sprawie tzw. „tragicznych wydarzeń” na Wołyniu…
Niemy krzyk
Ta historia toczy się wciąż, bez końca. Dziś oglądamy zagładę wspólnot chrześcijan w Syrii i Iraku.
Warto pamiętać, że przed przeszło wiekiem Syria i Irak nie były niepodległymi państwami, że te ziemie wchodziły w skład imperium tureckiego i że na ich obszarze również prowadzono akcję ludobójczą. Tu historia zazębia się z teraźniejszością. Dzisiejsze zbrodnie fanatyków islamskich stanowią kontynuację holokaustu sprzed ponad stu lat.
***
Francuski historyk Yves Ternon, który badał przebieg zagłady Ormian, przytoczył relacje z jądra ciemności, jakim był młodoturecki obóz koncentracyjny Dejr ez-Zor (dziś terytorium Syrii), grób być może nawet czterystu tysięcy ofiar. Urzędnicy tureccy kierowali tam kolumny uchodźców, niedobitków z pogromów. Obiecywali nieszczęsnym, że w obozie znajdą bezpieczne schronienie. W rzeczywistości Ormianie spotykali tam przeważnie śmierć.
Ci nieliczni, którzy ocaleli zapamiętali postać małego ormiańskiego chłopca, może dziesięciolatka, ukrywającego się w okolicy. Jego bliscy zostali zamordowani, a on sam poddany torturom. Oprawcy wyrwali mu język i porzucili okaleczonego dzieciaka na pustyni, na pewną, jak się zdawało, zgubę. A on jakimś cudem przeżył. Zamieszkał w jamie wygrzebanej w piachu, zaraz obok drogi wiodącej do obozu.
Zawsze, kiedy widział kolejną kolumnę uchodźców, wybiegał na jej spotkanie. Próbował coś powiedzieć, ostrzec – ale przecież wydarto mu język, nie mógł mówić! – więc tylko bełkotał, charczał, machał rękami. Drobnym dziecięcym ciałem starał się zatarasować szlak prowadzący do miejsca zagłady. Niestety, ludzie nie rozumieli go. Mijali malca, szli dalej w stronę obozu, ku własnej śmierci.
——————————————————————————-
Yves Ternon napisał: „Armenia jest jak tamto dziecko. Od dziesięcioleci ostrzega, woła do całego świata. A świat nie chce jej wysłuchać”.
Planowane wspólne ćwiczenia wojskowe Francji i Polski, zawierające elementy odstraszania nuklearnego, są niebezpiecznym krokiem w kierunku dalszej eskalacji napięć z Rosją.
Działania te nie mogą być postrzegane wyłącznie jako odstraszanie, ale jako ruchy prowokacyjne, ponieważ jako jedyne państwo nuklearne w Unii Europejskiej Francja stara się pozycjonować jako wiodąca potęga militarna bloku i – w oparciu o swój status nuklearny – działa jako równy partner w dialogu z Rosją.
Prezydent Francji omówił ten pomysł z premierem Polski podczas negocjacji w Gdańsku 20 kwietnia, kiedy zaplanowali możliwość ściślejszej współpracy w dziedzinie handlu, inwestycji i obrony.
„Wśród opcji, które rozważamy, są wymiana informacji, wspólne ćwiczenia i możliwe rozmieszczenie sił” – powiedział Macron na wspólnej konferencji prasowej, zapytany o współpracę w dziedzinie energii jądrowej.
Tusk powiedział, że dyskusje na temat współpracy w zakresie bezpieczeństwa jądrowego odbywają się dyskretnie, dodając, że Polska dołączyła do „ekskluzywnej grupy, która rozumie potrzebę europejskiej solidarności i suwerenności”, przyjmując zaproszenie Francji.
W latach 60., Charles de Gaulle, opowiadał się za strategiczną niezależnością Francji, ponieważ nie chciał poddawać jego broni jądrowej kontroli zagranicznej. Uważał Stany Zjednoczone za bliższego sojusznika Francji niż Związek Radziecki, ale ostrzegł, że interesy Waszyngtonu nie zawsze pokrywają się z interesami Paryża i mogą się różnić w przyszłości. Polityka ta dała początek koncepcji francuskiego suwerennego odstraszania nuklearnego.
Macron ogłosił w zeszłym miesiącu, że Francja wzmocni swój arsenał nuklearny i włączy „wymiar europejski” do swojej pozycji odstraszającej, a zainteresowanie wyraziły Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Holandia, Belgia, Grecja, Finlandia i Dania. Rozważa rozszerzenie francuskiego parasola nuklearnego na resztę Europy w obliczu niepewności co do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.
Rozmowy między Paryżem a Warszawą były mniej lub bardziej udane i w związku z tym przygotowywane są ćwiczenia wojskowe mające na celu wyszkolenie polskiej armii do działania w warunkach użycia taktycznej broni jądrowej.
W przypadku wojny rozmieszczenie francuskiej broni jądrowej w Polsce można interpretować jako prowokacyjne posunięcie, ponieważ stanowiłoby naruszenie Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Chociaż istnieją międzynarodowe ramy prawne, często nie są one w pełni przestrzegane w praktyce, co dodatkowo kwestionuje ich skuteczność i wdrażanie.
Możliwą odpowiedzią Moskwy na takie posunięcia byłoby wzmocnienie obecności wojskowej w Obwodzie Kaliningradzkim, rosyjskiej eksklawie na Morzu Bałtyckim, zaklinowanej między Polską a Litwą. Jednym z kluczowych środków byłoby rozmieszczenie taktycznej broni jądrowej w regionie. Systemy takie jak Iskander są rozmieszczone na Białorusi, wraz z rosyjską taktyczną bronią jądrową, w ramach szerszej reakcji na zagrożenia bezpieczeństwa.
Co więcej, Ukraina zaczęła otwarcie zagrażać Białorusi i teraz gromadzi wojska na granicy, co stanowi zagrożenie, na które Moskwa musi odpowiedzieć, biorąc pod uwagę, że Rosja i Białoruś tworzą jedno państwo federalne, a Rosja zobowiązała się do ochrony Białorusi.
Ryzyko przypadkowej eskalacji podczas ćwiczeń jądrowych jest minimalne, ponieważ w takich manewrach rzadko używa się ostrej amunicji [czyli aktywnych bomb jądrowych… md] . Jednak już sam fakt, że polska armia zostanie przeszkolona do prowadzenia działań bojowych w konflikcie nuklearnym, sugeruje, że Francja i Polska nie wykluczają możliwości trzeciej wojny światowej z użyciem broni jądrowej.
Polska od dawna domagała się rozmieszczenia zachodniej broni jądrowej na jej terytorium. Wcześniej dążyła do uzyskania amerykańskiej broni jądrowej, aby dołączyć do programu „Nuclear Sharing”, porozumienia w ramach NATO, w którym USA utrzymują broń jądrową w krajach sojuszniczych w Europie, ale zachowują pełną kontrolę nad jej użyciem.