Upside-Down Painting Reveals Inverted Worldview of Modern Art. Deciphering Hidden Codes.

Upside-Down Painting Reveals Inverted Worldview of Modern Art.

Deciphering Hidden Codes.

by Edwin Benson https://www.tfp.org/upside-down-painting-reveals-inverted-worldview-of-modern-art/

Upside-Down Painting Reveals Inverted Worldview of Modern Art
Modern art sends a subliminal message to viewers that ends up destroying art and glorifying ugliness.

Over coffee in the office, a young acquaintance recently related an experience that exposed the false values of the modern art world. He had gone to an art museum with an older sister. He stood looking at one piece of so-called abstract art. He told his sister, “That doesn’t make sense to me.” An older woman looking at the next painting loudly whispered to him, “Art doesn’t need to make sense.”

The Topsy-Turvy World of Modern Art

That anecdote came back to me when I saw an article in ADN-America about a German art gallery, the Kunstsammulung Nordrhein-Westfalen. Sometime during the eighties, the museum purchased a painting by Piet Mondrian (1872-1944). When the museum hung the painting—which consists of twenty-three straight lines in yellow, orange, blue and black —the workers inadvertently displayed it upside down. No one noticed the mistake until a photograph of the artist’s studio recently surfaced with the painting hanging correctly.

The painting is titled “New York City 1.” It is one of several New York-inspired paintings of similar straight lines done in 1941 and 1942. It bears no resemblance to the city at all. It does not make sense.

The embarrassed museum administration tried to deflect criticism by indulging in pseudo-intellectual art talk. The error was really “an experiment.”

“If we go along with the experiment and rotate New York City 1 by 180 degrees, we find that the picture still works. In fact, it functions extremely well: the composition gains in intensity and plasticity.”

Silliness Wrapped Up as Wisdom

“The density of the strips along the top edge lends the work a resemblance to its close relative ‘New York City,’ in which the zone of greatest density is also located at the top edge. The blue strips along the left, top, and lower edges are now positioned in exactly the same places.”

The description by the Encyclopedia Britannica expounds on Mr. Mondrian’s artistic sensibilities.

“In his mature paintings, Mondrian used the simplest combinations of straight lines, right angles, primary colors, and black, white, and gray. The resulting works possess an extreme formal purity that embodies the artist’s spiritual belief in a harmonious cosmos.”

Such sophisticated twaddle is not convincing. It only tries to endow the banal with beauty and inevitably fails.

Most of those who do not admire so-called modern art ignore it. It is easy to chortle at the “artist” and those who pride themselves on their ability to read deep meaning into it. That is a mistake. Modern art has a serious purpose aimed at destroying beauty.

Deciphering Hidden Codes

Art critic Father Anthony Brankin claims that modern art sends a subliminal message to viewers that ends up destroying art and glorifying ugliness.

“The subliminal message in every confused and misshapen piece of modern architecture, art, music, or drama is that there is no God. The subliminal message in every deliberate mutilation of natural forms, in every tribute to physical and personal perversion, is that there is no God. The subliminal message in every celebration of the weird and deathly is that there is no God. This subliminal message is as surely the ‘Illuminated Gospel of Death’ as any culture could have ever proclaimed, and by virtue of its omnipresence in every aspect of modern life, we are constantly encouraged to accept this gospel.”

TFP writer and scholar Michael Whitcraft expands upon Father Brankin’s conclusions by tying them to a common aspect of modern life.

“This attitude is prevalent throughout our society…. Ripped jeans are a good example of this. When someone wears ripped jeans, they take one of the least sublime fabrics in existence, denim, and then do the only thing that can be done to make it more vulgar: tear holes in it.”

The Absence of Beauty

For the contemporary practitioner of any creative process—be it painting, sculpture, architecture, writing and so on—the worst criticism is that the work is “derivative” or lacking originality. The goal is to “push the envelope” by creating something new and unique. According to this philosophy, one becomes an artist only after doing “groundbreaking” work, like pawning off paintings of straight lines.

This attitude is most unfortunate because it denies the sense of beauty. Consider the style of modern architecture known as “brutalism.” These structures, most often constructed of reinforced concrete, are typified by mass and structural angles. The mechanics of the building—beams, trusses, ducts and similar features—are on full display. Often the concrete wall surfaces are unpainted.

An excellent example is the Metropolitan Cathedral of Saint Sebastian in Rio de Janeiro, Brazil. It looks like a giant concrete cone. Mayan temples supposedly inspired its architect. It is a truly ugly confection whose interior appears dark and forbidding, despite an abundance of colored glass. It has all the charms of an elevator shaft with a skylight at the top.

What is the purpose of such a building? It does not elevate God. It reminds no one of mankind’s common goal—Heaven. If it inspires awe, that sensation is one of overwhelming oppression. It is, however, unique. No doubt, the architect won the admiration of his peers. He created a monument to modernism.

My heart fills with regret when I reflect on the magnificent structure they could have constructed by emulating the magnificent cathedral architecture of Europe. Who knows how many would have been inspired in much the same way Sainte-Chapelle does so well?

But that would be derivative.

„Dziady”, czyli wróg przekroczył granicę

Już od tygodni uwaga Polaków skupiona jest na zagrożeniu naszej wschodniej granicy i na jej obronie przez polskie służby mundurowe. Mówi się przy tej okazji również dużo o niejednoznacznej postawie tzw. totalnej opozycji, gdy chodzi o interes państwowy i narodowy.

Tymczasem, po stronie definiującej się jako patriotyczna, mało kto zauważa, że wróg jest już w granicach Ojczyzny i poczyna sobie tutaj coraz bezczelniej. Ot, na przykład w budynku przy Placu św. Ducha 1 w Krakowie. Ale to chyba w końcu się zmieni.

Pisanie o ostatniej produkcji Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie (premiera 19 listopada), można by przyrównać do babrania się w gnojówce. I niech nikogo nie zmyli, że szambu nadaje się nazwę – „Dziady”, a informując o tym, wykorzystuje się nazwisko polskiego wieszcza Adama Mickiewicza oraz pierwszego inscenizatora, Stanisława Wyspiańskiego. To tylko marketing.

Teatr Słowackiego to miejsce legendarne, arcypolskie u samego zarania, a dzisiaj, niestety, jak niemal cała polska oficjalna kultura, pozostające we władaniu zwycięzców marksistowskiego marszu na instytucje. Należy dodać, że teatr ten to również najsłynniejsza, sztandarowa instytucja kultury podlegająca pod Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego. Szefem tego Urzędu jest Witold Kozłowski, powołany na to stanowisko z ramienia partii rządzącej naszym krajem, czyli Prawa i Sprawiedliwości. A wśród Partnerów tego teatru, jednocześnie dofinansowujących jego działalność, jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To bardzo gorzka konstatacja wobec faktu, że działalność  krakowskiego teatru, firmującego się nazwiskiem drugiego z wieszczów, jest zaprzeczeniem miłości Ojczyzny.

Nie chcesz tego oglądać 

Spektakl Mai Kleczewskiej pt. „Dziady” w „Teatrze Słowackiego” spowodował ważną reakcję Małopolskiej Kurator Oświaty, Barbary Nowak. W jej upublicznionym 24 listopada „Stanowisku” czytamy m.in., że przedstawienie „(…) jest swobodną emanacją poglądów środowiska, które pragnie kształtować spojrzenie społeczne na współczesną Polskę nie z troską, miłością należną Ojczyźnie, lecz z nienawiścią do jej rodowodu historycznego, do tożsamości narodu ugruntowanego na fundamencie tradycji cywilizacji łacińskiej”.

Odradzam przy tej okazji używania argumentu: „nie byłeś, nie krytykuj”. Żeby mieć zdanie o lupanarze, nie trzeba tam bywać. A czym to cuchnie, możemy się dowiedzieć choćby z nabuzowanych reakcji funkcjonariuszy medialnych w pełni oddanych służbie rewolucji. Na przykład niejaki Przemek Gdula na portalu „wp.pl” pisze:

(…) Polska jest dziś już tylko plugawa – mówi w swoim najnowszym spektaklu Maja Kleczewska (… ) najważniejszy polski bohater romantyczny staje się kobietą (…) w „Wielkiej Improwizacji”, wygrażanie Bogu nie jest tu bezczelnością zbuntowanego młodzieńca, ale głosem protestu skrzywdzonej kobiety.

(…) w celi Konrada, gdzie w oryginale patriotyczni spiskowcy dyskutowali o Polsce i swoim losie. (…) uwięzione są kobiety. Widać, że niektóre trafiły za kraty prosto z ulicznego protestu, pobite przez policjantów, inne to „kryminalistyki”, które broniły się przed przemocowym partnerem i zrobiły mu krzywdę. (…)  śpiewają wściekłą pieśń, w której grożą władzy, że się na niej zemszczą „z Bogiem lub choćby mimo Boga”. 

(…) istotą nadziei zawartej w „Dziadach” jest wers o tym, że: „nasz naród jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa”, ale kryje się pod nią morze szlachetności, dobra i wewnętrznej siły. 

Kleczewska nie tylko odbiera tę nadzieję, ale umieszcza w spektaklu scenę w bardzo brutalny sposób pokazującą, jak dziś wygląda Polska. Na obrzęd dziadów w stodole gromadzi się cała społeczność, z jednej strony: szalikowcy, ONR-owscy bojówkarze, celebrytka z orłem na sukni, katoliccy fundamentaliści – Niewolnik Maryi i żołnierz Armii Boga, z drugiej: prostytutka, gej, Żydzi. Od początku czuje się narastające napięcie: ci pierwsi patrzą na drugich spode łba, nijak nie wychodzi im wspólne śpiewanie obrzędowych hymnów (…) A zaraz zamiast pieśni w ruch idą pięści: na scenie zaczyna się regularny pogrom.

(…) Zakłamanie, patologia, przemoc, brutalność – tak dziś wygląda Polska, tak wygląda polsko-polska wojna. Kleczewska nie zostawia cienia nadziei, że zwaśnione plemiona da się pogodzić, że da się coś tu jeszcze zmienić. W jej „Dziadach” Polska jest już tylko „zimna i twarda, sucha i plugawa. Pod spodem nie kryje się nic, czego można się złapać i z czym można wiązać jakiekolwiek nadzieje”.

Pani Anna Piątkowska z „Dziennika Polskiego” uzupełni:

(…) Kleczewska odwraca rolę. Dziś za księdzem Piotrem – purpuratem sprawującym misterium przed złotym ołtarzem stoi siła jego Kościoła. Ksiądz Piotr (…) jest jego namiestnikiem a nie pokornym braciszkiem. Jego instytucja nie stoi dziś po stronie wykluczonych”.

A Gdula dopowie, że ten „złoty ołtarz” to „kopia dzieła Wita Stwosza z Bazyliki Mariackiej”, a ksiądz Piotr, jako biskup „wygłasza płomienne patriotyczne słowa, obłapiając za sukienkę młodą dziewczynę”. 

I jakże słusznie, „biorąc pod uwagę powyższe, Małopolski Kurator Oświaty zdecydowanie odradza organizowanie przez szkoły wyjść dzieci i młodzieży na ten spektakl”.

Nie ma tego złego…

Obrażający i poniżający broniących naszej granicy, w czym celują szczególnie salonowi artyści, otrzymują należną im odprawę, z ewentualnymi konsekwencjami prawnymi włącznie. A jak to będzie z wrogiem wewnętrznym? Czy w końcu otrząśniemy się z tolerowania draństwa ubranego w „dzieło sztuki”?  Aktor Jan Peszek, kreujący jedną z ról w „dziele” Kleczewskiej, w wywiadzie dla tygodnika  „Newsweek”, nawiązując do treści spektaklu, tak charakteryzuje Polaków: „Wmawiamy sobie, że kochamy wolność. Nie kochamy (…) Heroiczni? Nie. Odważni? Wręcz przeciwnie: boimy się grupki przerażonych uchodźców na granicy, pozwalamy im umierać, odwracamy wzrok”.

Żołnierze na pewno wzroku nie odwracają – to groziłoby co najmniej rozbitą głową. Trudno też nie rzucać okiem do tyłu, kiedy ktoś mówiący twoim językiem próbuje strzelać ci w plecy. Brudna sprawa z Teatru Słowackiego wywołała w końcu potrzebną reakcję Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Piotra Glińskiego: „Niepokoją wszelkie takie działania, które są kontrowersyjne w sztuce i przekraczają granice tej akceptowalnej kontrowersji”. I dodał: „Natomiast bardzo mnie niepokoją zupełnie nieodpowiedzialne i infantylne porównania odbioru tych „Dziadów” ze słynnymi „Dziadami” z 1968 r. Ludzie, którzy porównania takie czynią, są ludźmi, którzy nie rozumieją polskiej historii, ani kultury”.

Niemniej istotną refleksją podzielił się Minister Edukacji, Przemysław Czarnek: „Czym jest edukacja klasyczna? Najkrócej rzecz ujmując, jest to edukacja, która stawia na wychowanie do dobra, do piękna i, co najważniejsze, do prawdy. I chyba nie musimy sobie wyjaśniać i dodatkowo jeszcze argumentować, że jest to niezwykle ważne dzisiaj, w czasach, kiedy piękno jest zdeformowane, jak choćby tam, w Krakowie, gdzie zamiast „Dziadów” powstaje dziadostwo”. I dodał: „Bardzo dziękuję pani kurator za reakcję. Nie wolno siedzieć cicho i milczeć w obliczu właśnie deformowania piękna i bezczeszczenia sztuki, kiedy prawda jest deformowana na skalę niespotykaną”.

Tegoroczny sezon dyrekcja Teatru Słowackiego oflagowała hasłem: „Wolał(a)bym nie”. Polacy również „wolą nie”, gdy chodzi o finansowanie i funkcjonowanie takich instytucji kultury. Może w końcu rządzący przestaną się bać bezzasadnego posądzania o cenzurę i brak tolerancji. Może przerobione leninowskie stwierdzenie, że „Polacy sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”, a które doskonale pasuje do poczynań tzw. teatralnej spółdzielni, w końcu przestanie być aktualne. I w końcu artystyczni uzurpatorzy już nie będą mogli zawłaszczać poetów i zamykać im usta; zawłaszczać narodową historię i pisać ją na nowo. Amen.

Tomasz A. Żak https://pch24.pl/dziady-czyli-wrog-przekroczyl-granice/