Artyści, czyli etos szczuty

Artyści, czyli etos szczuty

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

artyści

7 czerwca, wpis nr 1411 dziennikzarazy/artysci-czyli-etos-szczuty

Z wrzutkami to jest tak, że czasem same się robią. Przychodzą z zewnątrz i są przechwytywane przez któreś z plemiennych mediów. Rzadko przez oba media, bo tu kwestie najczęściej rozchodzą się uzupełniająco – jedno plemię grzeje to, co drugie przemilcza. Teraz zawładnął nami temat ukraiński i zauważcie, że w ciekawym układzie. TVN-owcy chcą przemilczeć i przełożyć temat na zgraną nutę ataku na prezydenta Nawrockiego, że zabiera Zełenskiemu order Orła Białego. Zresztą z tym Orderem to zadyma jakaś – jak się patrzy na to kto go dostał, to aż ręka świerzbi: jeśli poszedł do wewnętrznych uhonorowanych, to wedle szybko dezaktualizującej się bieżącej polityki, a już dawanie go zagranicznym głowom państw to czyste ryzyko, gdyż – co niełatwo zrozumieć Polakom – obce głowy państw mają własną agendę racji stanu, czasami – jak widać po Zełenskim – jawnie sprzeczną z naszą. Najwyższe odznaczenie Polski jest już tak zdeprecjonowane, że ja bym przestał je dawać komukolwiek, bo z tego same kłopoty są. Jak widać. Jak ktoś tego nie rozumie, to niech się Andrzeja Dudy spyta.

Kłopot z tematem ukraińskim mają i media pisowskie – te muszą, jak Czarnek na wiecach, właśnie zjadać własny język. Obserwowanie tych mąk to zadanie dla sadystów – tak się tam męczą. Nie wiem dlaczego, ale by wywinąć się z tych dylematów media pisowskie obwiniają o wszystko Putina, jakby to on fatalnie nazwał imieniem bohaterów UPA swoje jednostki. Deal Europy nawróconej z Putinem zbliża się wielkimi krokami i znowu mamy być ostatni, którzy zrozumieją mądrość etapu. I taki Trump będzie musiał wytłumaczyć to wszystko Nawrockiemu, inaczej będzie musiał załatwiać sam sprawy polskie z Kremlem, a takie poboczności go wyraźnie nudzą. Ale wróćmy do wrzutek intencjonalnych, lokalnych, bo te pokazują intencje władz.

Musi być z Polską i Tuskiem słabo skoro przykrywki medialne mnożą się jak pomysły w głowie Wałęsy. Jest tego coraz więcej, są coraz bardziej kuriozalne i takoż nadymane do narracyjnie monstrualnych rozmiarów. Naród jest coraz bardziej wzmożony, ale jednocześnie dekoncentrowany i paradoksalnie coraz łatwiej odwrócić jego uwagę od zapaści finansów, zadłużania kraju, drożyzny, upadku służby zdrowia i zagrożenia wojennego moderowanego naprzemiennie tromtadractwem i trwogą. Ostatnio właśnie takie cudo nam zgotował Tusk. Jest to ciekawa wrzutka, głównie dlatego, że wprowadza inny niż popisowski podział plemienny. Chodzi o awanturę ze składkami zusowskimi dla artystów.

Nowy typ wrzutki

Dotychczas każda wrzutka była prosta – dzieliła, a właściwie pogłębiała podział, Polaków. Od razu było wiadomo gdzie jest w takim medialnym zdarzeniu światła Polska uśmiechnięta, gdzie zaś pisowski ciemnogród. Z boku miał stać rzednący tłumek niezdecydowanych co wybrać i rosnący tych, którzy nie chcą wybierać między dżumą i cholerą. Dla podkręcenia procesu czasami wyciągało się jakiegoś Brauna, ale nie za często – nie można przecież pokazywać ludowi, że są jacyś „bardziej” niż Kaczyński. Seanse nienawiści muszą mieć stały obiekt.

Teraz z tymi artystami mamy inaczej – poszło trochę tak w poprzek, ale sprawa się odgina na stare tory. Bo co prawda mamy podział na elitę artystyczną i lud odbiorczy, czyli inny podział niż prosty PO-PiS, ale wszystko powoli wraca do normy: my, artyści światli to Tuskowi „wszystko zaśpiewamy”, wszak broni ci on naszych interesów, zaś głupi nie-widzowie naszych wytworów to poganiani przez populistycznych Mentzenów barankowie. Wszystko więc wraca na starą płytę, jednak z pewnymi konsekwencjami.

Za złego, Ciemnego Luda robił w tym temacie sam Mentzen – jest obiekt i jest winny, a nie jakieś nieupostaciowione tłumy -, który swoim wpisem co do tej ustawy i jej grupowego obiektu naraził się artystom i spowodował wylew dawania odporu. A że polskie elity nie są w stanie powstrzymać swego urwyszcza (to nazwa odkrytego przez Ziemkiewicza fenomenu urojenia wyższościowego) zaraz poszło, że to naród głupi jest, nie wie co to znaczy ćwiczyć gamy i się czepia ofiar własnych talentów, które ciężko jest monetyzować, bo doły durne są i dają zarobić tylko na disco polo. Tak to jakoś poszło. Niestety odpowiedzi grona artystów tylko potwierdziły oczywiste tezy Mentzena, że czytanie z kartki mądrości jakiegoś autora scenariusza to nie to samo co mądrości tej posiadanie, nawet w orientacji co do zasad działania świata.

Twórcy zabrali głos

Czego tam nie ma w tej artystycznej narracji… Mamy wszystko, łącznie z brakiem zrozumienia słowa czytanego, gdyż biedaczkowi Mentzenowi wciska się w usta i w klawiaturę słowa, których nie wydał z siebie. Przeprowadza się całe ciągi manipulacyjne, wierzę, że nieświadomie, gdyż przeczytanie instrukcji manipulacji w przekazie, jak np. Erystykę Shopenhauera, to co prawda ze 30 stron, ale upstrzone łaciną i spamiętać to wszystko (i używać!) to chyba za dużo. Króluje myślenie stadne, jandowanie, które przecież kiedyś dla ochrony cennej narodowej substancji kazało wpychać się przed kolejkę do zbawiennych szczepień na zarazę tysiąclecia. Kończy się zawsze na jednym – wy prostaczki nie wiecie jak to jest, my ryzykujemy, jesteśmy w niepojętej awangardzie, jesteśmy takimi Van Goghami, umieramy w nędzy, zaś nasze dzieła są tak do przodu, że rozpoznają ich wielkość dopiero przyszłe pokolenia. A więc dawać tu składki. Słaba to narracja.

Trzeba więc, by lud dopłacił. Tylko jest jeden problem. W Polsce w ZUS jako artyści są zarejestrowane 102 osoby. Ministerstwo szacuje, że zawodowych artystów jest 60 tysięcy. Ustawa ma objąć 20 tysięcy z nich dopłatami do ZUS. Komisja złożona ze środowisk artystycznych zdecyduje, kto jest artystą. Koszt roku pierwszego tego projektu: 350–380 mln zł. Na 10 lat: 3–4,5 mld zł. Stosunek beneficjentów do finansujących: 1 do 800.

Jeden (jeden!) aktor zwrócił uwagę, że się całe swoje życie dobrowolnie ubezpieczał, sam odkładał składkę i teraz ma na emeryturę. Pozostali – słabo. Czemu? Ano temu, że akurat twórcy mają obejście kosztów uzyskania przychodu, nie są oskładkowani na umowach o dzieło, mają większy przychód netto z powodu 50-procentowych kosztów uzyskania przychodu i korzystają z tego. I niech korzystają. Ale dzięki tym mechanizmom korzystają z większych zarobków netto, z których część mogą przeznaczać na składki. Czy przeznaczają – widać że nie, skoro nie widzą problemu z tym, że społeczeństwo ma się dorzucać do tego, bo ze swego wyższego niż ludu netto twórcy nie odłożyli na emeryturę. Ot i cały kłopot.

A skoro widzą to nawet (tam, nawet – przede wszystkim) marynarze i grabarze, ludzie prości, to podejrzewam, że wiedzą to też i artyści. Ale wtedy, kiedy się to wyda, by ukryć ten proceder, używa się argumentów posłannictwa, kaganka oświaty i kultury przenoszonego przez wietrzne mroki populizmu. Takie zaśpiewy szybko lądują w obszarach pychy wyższości, bo kudy tam prostemu ludowi do naszych ważnych ról, nie tylko scenicznych, ale i narodowego etosu. Ale lud ma z tym dwa kłopoty.

Kłopoty ludu

Pierwszy to taki, że twórczość artystyczna ulega kompletnej degradacji w dzisiejszych czasach, a tylko taka postać sztuki jest obecnie promowana, ze szkodą dla prawdziwych artystów. Lud się pyta czemu ma się dokładać do jakichś prowokacyjnych happeningów, performerki, instalacji czy robienia na scenie laski Janowi Pawłowi II. Można podejrzewać, że autorzy takich wynalazków posiadają status artysty i z powodu „awangardowości” takiej sztuki nie mogą liczyć na biletowy poklask tłumów, te tłumy więc, nieczuli na sztukę nie-widzowie, mają dopłacić do tego interesu, by autor nie zdechł z głodu. I skoro tak jest, to lud się po pierwsze pyta na co ma dopłacać, a po drugie – zwraca się do prostej kultury masowej, skoro ta „wielka” proponuje mu najczęściej babranie się w ekstrementach. W ten sposób zabija się etos samego twórcy, którym może w takim przypadku zostać każdy, by wyciągnąć rękę po wspomożenie talentu.

I tu grono wchodzi na pełnej petardzie i mówi – tak, tak, trzeba nam ciał weryfikujących, by się byle chłystek do nas nie przedarł. I mamy wtedy do wyboru: albo jakaś komisja od talentów, albo wszyscy na pokład i jedziemy z dopłatami do artystycznego hektara. A rozwiązanie jest po środku, niestety Mentzenowskie. Jak jesteś dobry i ludzie za to płacą, to się utrzymasz, jak nie – to sztuka stanowi tylko twoje wymagające hobby i idź sobie dorób. I wtedy nie żadna nieweryfikowalna ochota, ani nie komisja będą decydować o poziomie twojej artystyczności, tylko rynek odbiorców. Sztuka, by się z niej utrzymać, to wyjątkowa przygoda i trzeba pochylić głowy nad ofiarami swego talentu, który każe próbować się przedrzeć, gdyż to trudne zadanie. Ale w Hollywood jak pójdziesz do knajpy, to tam ci podadzą danie ci co czekają (aktywnie!) na swoją szansę – sami wybrali ten ryzykowny los, ale nie wkładają ręki do podatkowej kieszeni swych klientów, by zmniejszyć stopień własnego ryzyka. I może dlatego sztuka urynkowiona ma większe osiągnięcia na Zachodzie, bo u nas jest jej niewiele.

Władza a artyści

Drugi element, przez który lud nie bardzo lubi artystów, to ich konformistyczne usadowienie wobec władzy. W czasach upaństwowionego mecenatu artyści, by nie głodować, podlizują się po prostu władzy. A to oznacza, że to władzuchna – tak, ta bez gustu – decyduje o kierunkach i rozwoju sztuki. Trzeba więc jej czapkować, zaglądać w oczy, zabiegać o rozpoznawalność u niej, nie u widzów i popierać ją w momentach krytycznych, czyli w obecnym politycznym kryzysie – praktycznie codziennie. Mamy więc tę „wolną sztukę” wiszącą na pańskiej klamce, śpiewającą na wiecach – wszak artyści to resztówka po elitarności prestiżu, a więc władza się z chęcią nią otacza.

Ale nie ukrywajmy – artyści zachowują się serwilistycznie właściwie wobec jednej władzy – lewackiej. Po prostu ta narracja im odpowiada: mimo zaklęć egalitarnych jest elitarna, ładnie dzieli na lud i elity, pospólstwo trzyma w dystansie bezkrytycznego zachwytu, „należenia się” wobec wyżyn talentu, mylonego, na co wskazał Mentzen, z mądrością. Jak rządzi prawica, to już  jest gorzej, a więc albo idziemy po granty do peowskiego samorządu, albo rozdzieramy szaty kiedy Glińskie nie dadzą nam na kolejny progresywny projekt biczowania budyniu. Ale były pisowski minister od kultury starał się biedaczek, ale i tak go elitka nie zaakceptowała. Pieniążki się brało, ale z kopertą w ręku wyśmiewało się państwowego darczyńcę, przy zachwycie stadka artystów, wszak brać wypada, ale politycznie kwitować, to już nie. Tu – pełna beka.

Hipokryzja wolnej sztuki

Mamy więc artystów jako „dzieci kapitana Granta” i lud to widzi. Widzi tę podległość zanurzoną jednocześnie w oparach pitolenia o wolnej kreacji, która tak naprawdę rozgląda się za akceptacją byle jakiej władzy. Lud widzi jeszcze jedno – ostentacyjne kłucie w oczy statusem materialnym. Rozbijają się super brykami (podobno za friko), dostają zniżki na domy i apartamenty, wakacjują w barterze za wpis na fejsiku, są kilometrowymi wieszakami na modę. Artyści się scelebrzyli, pracują swym wizerunkiem dla firm, nie ma to nic wspólnego z aspiracyjnym prestiżem. A jednocześnie… wyciągają ręce po składki zusowskie.

Tak to widzi lud, bo widzi tylko celebrytów, a widzi ich tylko takich, bo tacy się zapisali do popkultury. Widzi więc piękne pawie, które udają, że na wszystko je stać, a potem w realu, jako grupa wyciągają ręce po resztówki karmy. To niestety (na szczęście!) artystyczna mniejszość, ale to całe środowisko to widzi i nic z tym nie robi, ba – mam wrażenie, że większość chciałaby pójść tą drogą. Nie narzekajcie więc, że wasz obraz w oczach ludu tak wygląda – tak jest mu przedstawiany, z waszym udziałem w formie akceptującej bierności.

Trzy prześlepione wektory

Artyści w swym zacietrzewieniu nie widzą trzech czynników, którym są poddani. Cieszycie się, że będą wreszcie (liczne i gromadne) komisje przyznające status twórcy? Naprawdę to taki radosny moment? Przełomowy? A skąd taka pewność, że się załapiecie? Przecież to moment weryfikacji nie tylko waszych umiejętności (w które wierzycie zapewne), ale i układów, poglądów, przynależności do koterii. A jak ktoś daje, to może i nie dać, może też po daniu – odebrać. Jest się więc z czego cieszyć?

Druga sprawa, to to, że się daliście – znowu – użyć jako tarana do kolejnej warstwy podziału Polaków. Poszliście w to z radością, Tusk uderzył w kamień i wyszło spod niego całe to wasze tałatajstwo – skrywana lub umniejszana dotąd pogarda do ludu płacącego. Premier wie jak grać na waszych w sumie kompleksach – jest, jak mówił Rokita – mistrzem w szybkim wywoływaniu najbardziej niskich instynktów. Bo nieuzasadnione poczucie wyższości bierze się zawsze z kompleksów. Zawsze. Może to też być odreagowanie za wasze frustracje, a tu podstawiono wam winnego zastępczego – ciemny lud, który biletu nie kupi, bo nie ma kulturowych, dorównujących waszym, kompetencji. Trzeba się więc przed taką wpadką zabezpieczyć za pomocą podatkowego spadochronu. A wtedy można wyskakiwać do woli z samolotu przekonań o własnych talentach, a to – jak widać – mocno obniża jakość latania. Zawsze się przecież bezpiecznie wyląduje.

Trzecia rzecz, która z tego wynika, a której jak widać po odpowiedziach dla Mentzena, twórcy nie widzicie, jest to, że teraz nieodwołalnie już pójdziecie na bezwarunkowe poparcie Tuska w przyszłych wyborach. Tusk, zusowski ojczulek, was podpuścił i nagadaliście suwerenowi nieodwołalnie brzydkich rzeczy, również o sobie. Sami wykopaliście tę przepaść i teraz zostaniecie wy z Tuskiem, bo po drugiej stronie będzie już tylko zwyzywany od bezguścia motłoch, wystawiony na lep populistów.

I potem nad tym wszystkim zapłaczecie, znowu w jandowskiej histerii, że nie dorośliśmy do demokracji i trzeba jej jakoś bronić przed czernią. Choćby i puklerzem waszych recytacji, instalacji i performance’ów. Z pałą władzy za plecami.

Hobby?

Lud traktuje więc – przez was – sztukę jako fanaberię wyższościową z wysyłaniem rachunków do zapłacenia przez pogardzanych. Jako kosztowne hobby własnych zachcianek, hobby, bo niewiele przynoszące i kulturze, i samemu ludowi. A skoro sprowadzacie coraz częściej sztukę do pustych, w dodatku prowokacyjnych, gestów, to byle magazynier będzie to traktował właśnie jako wasz pociąg do dziwacznego hobby. A jemu nigdy nie przyszłoby do głowy, by podatnik miał dofinansować jego predylekcje do modelarstwa, skoro mu ono nie przynosi wystarczającego dochodu, to nie zrozumie waszych pokrętnych tłumaczeń, że akurat tu się wam należy.

W końcu całe środowisko może nie rozumie, że jest w objęciach sterowanego mechanizmu, który ekonomiści nazywają rent-seeking, a które Mancur Olson opisał w 1965 roku. „Mechanizmu, w którym państwo przez lata buduje finansową zależność środowiska od budżetu — a następnie to samo środowisko, przez te same osoby, które z tej zależności korzystały, organizuje kampanię na rzecz kolejnego trwałego transferu”.

To co tu piszę, to nie jest to populizm, nie jest to także darwinizm, ale logiczne postawienie sprawy. Kwintesencją tego sporu nie jest jego – mam nadzieję – wyjaśniona wcześniej merytoryka. Kwintesencją tego zamieszania jest to, że znowu daliście się, artyści – niektórzy chętnie – wmanewrować w wojnę polsko-polską, tylko po to, by wytworzyły się nie tylko animozje, ale byście mieli dług wobec polityki, który spłacicie w przyszłych wyborach walcząc z populistyczną większością, którą sami swym wzmożeniem stworzyliście.

Zacytuję co o tym w SoMe piszą prości podatnicy:

W końcu po następnych wyborach taki Mentzen może zostać i ministrem kultury. I co wtedy zrobią „dzieci kapitana Granta”? Ja wiem, ale tego tu nie powiem, bo nie mam ani zapędów sadystycznych, ani nie chcę tego sugerować publiczności…

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Przywrócić metafizyczny wymiar sztuce

Przywrócić metafizyczny wymiar sztuce

https://myslpolska.info/2025/10/30/przywrocic-metafizyczny-wymiar-sztuce

Sztuka realizuje potrzeby ekspresji, twórczości, harmonii i piękna. Jest człowiekowi niezbędna. „Inaczej, ale nie mniej niż zaspokajanie głodu czy znalezienie schronu. Jest na pewno potrzebnym składnikiem cywilizacji i kultury” Władysław Tatarkiewicz: („Parerga”, PWN 1978 s. 93).

Sprawdzianem sztuki jest reakcja na nią jako zachwyt, wzruszenie lub wstrząs. Historia pojęcia sztuki sięga czasów starożytnych. Przez wieki oznaczała wytwarzanie według reguł, obejmując sztuki piękne i rzemiosło. Ewolucja tego pojęcia doprowadziła w XVIII w. do wyróżnienia architektury, malarstwa, rzeźby, muzyki, tańca, literatury pięknej, co skutkowało powszechnym uznaniem, że tym co je charakteryzuje, jest piękno. Taka koncepcja sztuki przetrwała do początku XX w. (por. Władysław Tatarkiewicz, tamże, s.84 i nast.). Z czasem definiowano sztukę jako odtwarzanie rzeczy lub konstruowanie form, bądź tez wyrażanie przeżyć. „O samych sztukach, to znaczy o ich praktyce, nieraz mówiono, że nie ma w nich postępu. Mówiono, i słusznie, że Szekspir, Goethe, Tołstoj nie są powyżej Ajschylosa i Homera, że Michał Anioł nie jest doskonalszy od greckich rzeźbiarzy, że Rembrandt nie jest większym artystą od van Eycka. Artyści są różni, sztuki mają rozmaite formy i style. Zmieniają się i to nawet często. Są w nich zmiany, ale nie ma postępu” (Wł. Tatarkiewicz, „Droga przez estetykę” PWN 1972, s.221- 222) . Z kolei w swoim opus magnum „Dziej sześciu pojęć” (PWN 1975, s. 9), Tatarkiewicz podkreśla m.in., że piękno od czasów Platona jest w kulturze Zachodu uważane za jedną z trzech obok dobra i prawdy, najwyższych wartości.

Od sztuki do degradacji

W omawianej tu książce „Sztuka współczesna. Anatomia upadku” prof. Roman Konik analizując ewolucję sztuki (głównie plastycznej) na przestrzeni wieków i jej nowatorstwo, nawet skandalizujące i szokujące odbiorców (jak fresk z nagościami w Kaplicy Sykstyńskiej w wizji Sądu Ostatecznego Michała Anioła, przykłady twórczości Paola Veronese, Caravaggia, Goyi czy Velazqueza) podkreśla, ze realizowane było jednak w wypracowanych na gruncie tradycyjnych ram sztuki.

Fundamentalnym dla Europy był okres rozwoju cywilizacji łacińskiej, ukształtowanej przez filozofię grecką, prawo rzymskie i religię chrześcijańską, kiedy to człowiek w niej żyjący funkcjonował w bardzo wyrazistym i czytelnym systemie wartości, wiedząc co jest dobre i złe, kim jest wróg i gdzie można znaleźć swój azyl. To była jego duchowa macierz. To ta cywilizacja jako jedna z pierwszych dostrzegła niepowtarzalność każdego człowieka jako jednostki i doceniła jego duchowość, która była nadrzędna w stosunku do tego, co dostępne na co dzień w świecie materialnym.

Publikacja przedstawia konsekwentny proces zrywania z tradycyjnym rozumieniem sztuki oraz jej degradację poprzez zanikanie poczucia estetycznego: wrażliwości na piękno, harmonię i ład u twórców i tego konsekwencje u jej odbiorców. „Czas jasności w kwestii wartości został nadszarpnięty na początku XX wieku, kiedy na scenę światową wkracza wielka rewolucja komunistyczna, która jednostkę degraduje do mało istotnego elementu wielkiego kolektywu…” (s. 115), co ilustrują choćby słowa  wiersza Włodzimierza Majakowskiego: „jednostka zerem, jednostka bzdurą…” Rewolucja  uderzała w każdą dziedzinę życia, także w sferę sztuki i – będącej jej spoiwem – sferę religii, dążąc do stworzenia nowego człowieka, którego  świat sztuki nie będzie zadziwiał i krzepił, nie będzie oazą bezpieczeństwa, tłumaczącą zagadnienia wymykające się nauce lub religii. To tradycyjna sztuka oraz religia stały na przeszkodzie celom rewolucji. Autor przypomina „uśmiercenie” Boga przez pluton egzekucyjny czerwonoarmistów strzelających w niebo po „wyroku” sądu  zorganizowanego przez ludowego komisarza oświaty Anatolija Łunaczarskiego na polecenie Lenina pod koniec 1922 r., w wyniku narady poświęconej polityce kulturalnej, z udziałem Georgy Lukácsa z Węgier.

Na Zachodzie  terror zamieniano na metody „prania mózgów”, czyli wmawiania umysłom przez ludzi typu Antonio Gramsciego czy György Lukácsa, że dotychczasowa kultura kształtuje fałszywą burżuazyjną  świadomość. Dlatego należy rugować religię, tradycyjną sztukę i niszczyć rodzinę, bo na nich opiera się siła zachodniej cywilizacji, a każdy, kto krytykuje postępową sztukę, zasługuje na miano faszysty… To Gramsci sprawił, że leninowska walka rewolucyjna ze sfery nade wszystko ekonomicznej przeniosła się w sferę kultury na Zachodzie, a jej efektem było stopniowe przejęcie władzy nie tyle politycznej, co instytucjonalnej poprzez konsekwentny marsz neomarksistów  przez koncerny medialne, system edukacji i ośrodki sztuki.

Zapleczem intelektualnym tej kulturowej rewolucji na Zachodzie była szkoła frankfurcka ( Instytut Badań Społecznych), której początki sięgają  roku 1923, a której najbardziej znanymi przedstawicielami byli Max Horkheimer, Lukacs, Herbert Marcuse (późniejszy ideolog rewolty studenckiej 1968 r.), Theodor Adorno, Erich Fromm. Po dojściu Hitlera do władzy jako osoby pochodzenia żydowskiego emigrują do USA, gdzie oblegają wyższe uczelnie, w tym Columbia University i University of California.…

Autor podkreśla, że papierkiem lakmusowym zdobyczy marksizmu kulturowego jest właśnie sztuka  współczesna. Uosobieniem  rewolucji na gruncie sztuki był okres jej niszczycielskich, tj. „postępowych”, jak twierdzono zmian, a które łączyła nienawiść do tradycji i radykalizm w dążeniu do zmiany  samego rozumienia sztuki, a nawet atak na jej fundamenty, zwany okresem Wielkiej Awangardy (umownie 1905-1930 ). Rewolucja przemysłowa – jak podkreśla Autor – nie była główna przyczyną odrzucenia tradycyjnej sztuki. Główne  kierunki tu omówione to futuryzm, dadaizm, konceptualizm. „Awangardzistów najbardziej uwierała sztuka, która od czasów helleńskich traktowana była jako rozumne wytwarzanie, w którym manifestuje się zarówno odtwarzanie natury, jak i twórcza fantazja artysty… Na przestrzeni wieków tak pojmowana sztuka pełniła rolę rezerwuaru nadziei i marzeń, gdyż dzięki wyobraźni artysty i jego doskonałości warsztatowej ukazywała to, co niedostępne w codziennym doświadczeniu i pełniła rozliczne funkcje, od dydaktycznej, religijnej, wychowawczej, terapeutycznej po czysto estetyczną.”(s.17). Mechanizm mimezis polega na zręcznym połączeniu tego, co dostrzeżone z tym, co wyobrażone.

Leninowska koncepcja nowości i postępu, który rzekomo odnaleźli jego propagatorzy w sztuce, miała za cel pozbawienie jej aury sacrum (gdy jej odbiorca mógł stawiać pytania metafizyczne) poprzez znoszenie różnicy między świętem a codziennością, między wyjątkowością a pospolitością pod pretekstem zbliżenia sztuki do życia i rzekomej estetyzacji życia codziennego – z drugiej strony. Dadaiści, jak np. Duchamp nadawali przedmiotom codziennego użytku (ready mades), jak łopata, koło od roweru, pisuar, rangę „gotowego” dzieła sztuki, by w efekcie postawić znak równości między sferą sacrum i profanum. Wykreowany na gwiazdę Andy Warhol zaczynając od dekoracji wystaw sklepowych dążył do połączenia sztuki z dekoratorstwem (pop – art.). Celowo przecinano relacje artysta – dzieło sztuki – odbiorca.

Odrzucenie figuratywności powodowało konieczność egzegezy przesłania tworzonych dzieł, pisania  traktatów i interpretacji  tłumaczących czym jest dana abstrakcyjna, niezrozumiała kompozycja, co wyraża i do czego się odwołuje. Uwikłano sztukę w skandale i prowokacje, w twórczości odrzucono intencję na rzecz przypadkowości, zwłaszcza, że każdy może być artystą (nawet małpa i świnia!) Celem sztuki nie było już dostarczanie estetycznych wartości, a prędzej zabawy samemu twórcy, a irytacji, groteski, a nawet obrzydzenia – odbiorcy, a także chodziło o znoszenie relacji twórca – odbiorca (dadaiści, surrealiści), a nawet o  anihilację sztuki. Przejawem postępu stał się  duch nauki, skoro natura została odrzucona.  Obraz abstrakcyjny  nosi charakter neutralnego decorum dla odbiorców, podobnie w muzyce utwór ambient nie ma  linii melodycznej, a jedynie plamy dźwiękowe w luźnej kompozycji. Zabawne było sprzątnięcie instalacji neo-awangardzisty D. Hirsta. Nie ma jak w domu (bałaganu) przez rzetelną sprzątaczkę  w nowojorskiej galerii Myfair w przeddzień pokazu …

Między Leninem a Stalinem

Legitymacją  działań awangardzistów i intelektualistów o rząd dusz na niwie sztuki było jakieś gnostyckie  silne przeświadczenie o posiadaniu prawdziwej świadomości postępu i zmiany, której potrzebuje odbiorca (w 1932 r. Stalin nazwał literatów inżynierami dusz ludzkich). Czarny kwadrat na białym tle (1916 r.) Kazimierza Malewicza w Rosji uchodzi jako jedno z pierwszych dzieł awangardy. Marc Chagal – komisarz ludowy ds. sztuki w Witebsku – pisał o swej sztuce: „Rosja jest jak skuta lodem. Lenin wszystko poprzewracał  do góry nogami, podobnie jak ja to czynię na moich obrazach” (cyt. za R. Konik s.60). Po śmierci Lenina w 1924 r. Stalin kończy okres eksperymentów w sztuce, a w 1937 r. artystów awangardy jako wrogów ludu spotykają represje.

Autor wspomina o fenomenie Pabla Picasso, który wraz z Georgesem Braque stworzył geometryzujący z uproszczonymi formami nurt zwany kubizmem (jego początkiem są Panny z Awinionu). Ale jego międzynarodowa kariera rozpoczęła się wraz ze wstąpieniem do Komunistycznej Partii Francji w 1944 r. Ten obrońca pokoju głosił, że malarstwo nie jest po to by zdobić mieszkania, lecz jest narzędziem wojny, natarcia i obrony przed wrogiem (s.70).

Marc Chagal

Futuryści walczyli z tradycją, obyczajami i kulturą narodową; poezję traktowali jako zbiór, często przypadkowych, wyrazów – odrzucając podział na treść i formę, afirmowali przemoc głosząc, że nie ma już piękna poza rewolucyjną walką w celu sformatowania nowego człowieka. Majakowski, Pasternak, Gonczarowa, Liwszyc wzywają do Czerwonej Międzynarodówki poszukiwań jako frontu lewej sztuki; we Włoszech przedstawicielem futuryzmu był, popierający Mussoliniego wpływowy Tomasso Marinetti.

Podobnie dadaizm głosił nienawiść do tego, co racjonalne, tradycyjne i związane z kulturą Zachodu, głosząc kult brzydoty, działania artystyczne  czyniąc absurdalnymi i przypadkowymi, a ich symbolem była próżnia, nicość, pustka,  czarna dziura, nihilizm i odarta z sacrum antysztuka . „Najważniejsze to być bardziej członkiem partii niż artystą” (Manifest z 1918 r. Dada Club w Berlinie) Marcel Duchamp głosił, że w sztuce zakończył się proces wytwarzania czegokolwiek, wystarczy na śmietniku znaleźć dowolny przedmiot, wystawić go w galerii, opłacić kilku entuzjastycznych krytyków i czekać na reakcje.

Konceptualizm kwestionuje nawet konieczność istnienia samego dzieła, gdyż, liczy się idea, pomysł, przesłanie czy też wykonywanie  absurdalnych czynności ,np. wydanie pustego tomiku wierszy (Tristans Tzara). Tacy artyści jak Joseph Beuys, Marcel Duchamp za uprawianie sztuki uznali szokowanie publiczności, przykładem Piero Manzoni, który nadmuchiwane przez siebie balony uznał wraz z krytykami za… znikające dzieła sztuki (rzeźby wypełnione oddechem artysty!). Jeszcze bardziej szokującym przykładem jest 90 ponumerowanych puszek z jego odchodami, który  funkcjonuje na rynku sztuki pn. Merda d’ artista, obecnie w cenie ok. 35 tys. euro za puszkę (!), z których jedną zakupiło Tate Gallery… Belgijski konceptualista Wim Delvoye za instalację Cloaca został nagrodzony główną nagrodą w Linzu na prestiżowym festiwalu sztuki @rs. Electronica … Pornografia nierzadko łączona jest z bluźnierstwem. W Polsce jej  przedstawiciele jako „sztuki intelektualnej” (Roman Opałka, Ewa Partum, Włodzimierz Borowski, czy Andrzej Lachowicz).

Neo-awangarda

Bunt społeczny 1968 r. znalazł też swoje miejsce w nowej formie sztuki, która  „rozszerzała obszar działań artystycznych na pole sztuki krytycznej czyli tej, która jest już nie tyle twórczością, co raczej pewnego rodzaju światopoglądem” (s.82) odrzucającym tradycję. Geniusz plastyczny został uznany za zbędny i usunięty. Prowokacja i szok stały się kluczem do zaistnienia poprzez media. Stworzono  mit niezrozumianego nowoczesnego twórcy, a wszystko czego się dotknie ten „świecki święty” – jest sztuką… Jackson Pollock np. wyznawał biologizm, tj. przelanie wnętrza artysty na płótno w formie chaosu przypadkowych barw. Daniel Kuspit w książce „Koniec Sztuki” twierdzi, że sztuka dokonała swoich dni, ponieważ przestała cokolwiek wnosić do estetyki i została zastąpiona czymś, co Alan Kaprow określił pojęciem „postsztuki”. Tego rodzaju przejście od dzieła do samego artysty – podkreśla prof. Konik – jest jedną z najgłębszych zmian, które przyniosła neoawangarda (s. 88) .I stawia pytanie: Czy można w jednym rzędzie postawić Leonarda, Michała Anioła czy Rembrandta z malarzami abstrakcyjnymi?. Konkluduje, że nadprodukcje obrazów, w których twórca nie ma nic do powiedzenia i nie ma w nich nic do zobaczenia – jest nowoczesną formą ikonoklazmu – nie przez niszczenie, ale przez nadprodukcję takich „dzieł” (informel, taszyzm, akcjonizm, „teatr guerilla”).

Hermann Nitsch (Wiedeń) pomysłodawca i twórca Teatru Orgii i Misteriów zrealizował ponad 100 krwawych i odrażających akcji performerskich – by „poszerzać praktykę artystyczną poprzez niszczenie estetycznych przyzwyczajeń ludzi Zachodu” ( w 2009 r. niechlubna wystawa w Zachęcie). W rzeczywistości – podkreśla Autor -była to nisza do zachowań dewiacyjnych. Ludzie o skłonnościach sadystyczno – dewiacyjnych mogą obecnie bezkarnie realizować się pod szyldem i parasolem ochronnym sztuki,  (ekscesy Chrisa Burdena, Serbki Mariny Abramović), samookaleczanie się i pomysły realizowane w obrębie własnej cielesności, jak operacja plastyczna francuskiej  artystki Orlan jako performans (krytycy twierdzą, że to… ważny głos w feministycznej teorii tożsamości), wyhodowana w laboratorium małżowina uszna, następnie przeszczepiona na własnym przedramieniu twórcy, który jest nagradzany za przesuniecie granic sztuki, wszczepianie w czaszkę anteny (Neil Harbisson), wrzaski Yoko Ono, śledzenie muchy przez publiczność w pustej galerii, seria Semen and Blood, Christ  Piss – rekwizyty sakralne w odchodach (Andres Serrano), Artura Żmijewskiego (nie mylić z aktorem) Berek w komorze gazowej ( zbiory Zachęty).

Teoretycy podkreślają, że nowa sztuka jest związana z impulsem, z instynktem, a nie z intelektem, dlatego nie można jej cenzurować, bo ograniczałoby to wolność twórczą… Każda więc, nawet zabroniona bądź objęta społeczną anatemą działalność, może być praktykowana, o ile sam autor zadeklaruje, że tworzy… w duchu awangardy. Tolerancja represywna akceptuje wyłącznie nową sztukę i zakreśla granice wolności, a cenzorem poprawności jest kasta ludzi oświeconych, świadomych i nieomylnych. „W sferze sztuki zastosowanie tolerancji represywnej (twórcą jej jest Herbert Marcuse w manifeście  tzw. nowej lewicy 1965 r.) przejawia się w tym, że boimy się dziś głośno powiedzieć, że sztuka nowoczesna jest zwykłym oszustwem, że nie ma w niej ani wartości estetycznych ani umiejętności warsztatowych, nie wspominając już o talencie artysty” (s. 127 ). Pojęcie sztuki przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, skoro sztukę można robić nawet  z efektów fizjologii, płynów ustrojowych, z mycia okien lub sprzątania domu, z resztek potrącanych  zwierząt czyli: O to chodzi? – pyta Autor.

Sakralne spustoszenie

Osobny rozdział został poświęcony współczesnej sztuce sakralnej. Wraz ze zmianą liturgii wirus awangardy po II Soborze przedostał się do sztuki sakralnej. Symbolika świątyni posiada tradycję wielowiekową poprzez chrystocentryczny plan i głęboko przemyślaną wizję sztuki sakralnej, gdzie nie było miejsca na antropocentryzm. Osiągnęła swe apogeum w sztuce gotyku przez ukształtowanie nadrzędności programu teologicznego nad rozwiązaniami technicznymi czy nawet nad samą estetyką budowli. Architektura świątyni umożliwiała przeżycie tajemnicy Chrystusowej Paschy: życia, męczeńskiej śmierci i chwalebnego Zmartwychwstania.

W ramach awangardowego aggiornamento i w tym obszarze nastąpiło spustoszenie „Architekci  całkowicie dowolnie projektują kościoły bez całościowej wizji, jak świeckie gmachy, sale zebrań publicznych, bez odwołania do wertykalności, porzucając misterny związek sztuki z teologią. To m.in. zamiana ołtarza (ofiary) na ucztę przy protestanckim stole. Dotyczy to wszelkiej sztuki sakralnej, kapliczek, a nawet muzyki.” (s. 142). To m.in. zamiana ołtarza (ofiary) na ucztę przy protestanckim stole. Z drugiej strony, współczesne eksperymenty artystyczne odbywające się na gruncie sztuki sakralnej są odbiciem procesu zaniku wiary i zamieszania liturgicznego. Wraz z porzuceniem liturgii łacińskiej na rzecz pewnej dowolności liturgicznej, sztuka sakralna podlega regułom sztuki współczesnej, desakralizacji, w której muzyka rockowa, a nawet techno (Wiedeń) nie są czymś wyjątkowym. I stawia pytanie: czy artysta zafascynowany sztuką awangardową, która programowo odcina się od sfery sacrum, może stworzyć coś wartościowego w tej materii?

A może brzydota współczesnej sztuki sakralnej jest tylko odbiciem życia duchowego współczesnego Kościoła, który zatracił zdolność do tego by być jak latarnia morska wskazująca drogę wśród burz do bezpiecznego portu? Sztuka stała się prymitywnym komentarzem do codzienności, gdyż odarto ją z jej istoty. Rewolucja awangardy zburzyła gmach sztuki nie dając nic nowego w zamian, tworząc nowy model artysty – rewolucjonisty, uzależnionego ideologicznie (na Zachodzie walkę klasową zamieniono na niesienie demokracji). Sztukę jako skarbnicę wyobraźni i piękna zdyskredytowano i wyrzucono na śmietnik historii. Aktem założycielskim głównego nurtu współczesnego malarstwa w istocie jest pozbycie się ładu estetycznego, kształtowanego przez wielowiekową tradycję sztuki jako skutecznego narzędzia poszukiwania i wytwarzania piękna, poprzez dążenie do „prawdziwego postępu i wolności”.

Piękno obok dobra i prawdy stało się terminem niepożądanym, wprowadza bowiem gradacje i zbędną rywalizację na gruncie sztuki absurdu, banału, pogardy i ironii.” Awangarda ze sztuki będącej sanktuarium estetyki uczyniła zwykły kram, w którym sztukę zrównano z codziennością, czyniąc ją tym samym zbędną, skutecznie zredukowało ją do poziomu absurdu, a finalnie do tego, że po prostu zniknie.”(s 170-171).. Awangarda – podsumowuje Autor – sterylizuje sztukę z jej transcendentnych ambicji i substancji estetycznej i odrzucaj sztukę tradycyjną wraz z jej wymiarem metafizycznym, jej duchowa głębią. Dlatego w jej miejsce jako sacrum proponują dosłownie odchody.

Miejmy nadzieję, że postępowi twórcy i ich intelektualni akolici doczekają się w końcu Norymbergi, co postulował kiedyś prof. Bronisław Łagowski. Natomiast uwaga dotyczy Rosji W książce jest co prawda wzmianka o ekscesach Piotra Pawlenskiego wobec aresztowania i skazania na pobyt w karnej kolonii w Rosji grupy Pussy Riot, która sprofanowała sobór Chrystusa Zbawiciela w Moskwie, jednak zabrakło informacji nt stanu i charakteru obecnej sztuki i stosunku do niej władz FR, jak również o ich stosunku do cerkwi. Bo o budowie w ostatnich latach dziesiątek tysięcy obiektów sakralnych przez władzę na terenie tego Państwa (o czym w tej książce Autor nie wspomina) czytaliśmy już kilkanaście lat temu… Zachód natomiast nie tylko walczy z religią, ale przyzwala na podpalanie obiektów sakralnych, najczęściej zabytkowych…

Zakończyć trzeba optymistycznie, bo przyjdzie jeszcze czas kontemplacji piękna, w co wierzył głęboko sam prof. Tatarkiewicz: „Jest możliwe, a nawet jak najbardziej prawdopodobne, że idea piękna wróci. Ale dziś jest w upadku.” (Władysław Tatarkiewicz, „Droga przez estetykę”, s.100).

Tę ważną książkę z licznymi zdjęciami czyta się świetnie. Zawiera miażdżącą, udokumentowaną i potrzebną krytykę tego, co zrobiono ze sztuką w ciągu ostatnich stu lat.

Halina Ostowicz

Roman Konik, „Sztuka współczesna. Anatomia upadku”, Wydawnictwo Wektory, Wrocław 2023, ss. 172

Myśl Polska, nr 43-44 (26.10-2.11.2025)

Pornografia w Symulakrum Trzaskowskiego. Qrwofile w natarciu.

Pornografia w Symulakrum Trzaskowskiego

Autor: CzarnaLimuzyna , 24 stycznia 2025

Całkiem niedawno Rafał Trzaskowski, zdobywający, przypomnijmy ten fakt, pierwsze polityczne szlify u byłego członka żydowskiej frakcji w PZPR, zafundował Warszawie z pieniędzy polskiego podatnika „Muzeum Sztuki Nowoczesnej”. Dość szybko, praktycznie w dniu otwarcia, okazało się, że szkaradny obiekt nie jest muzeum, a w jego środku nie ma ani jednego dzieła sztuki. Pomimo tego na uroczystości otwarcia, mającej znamiona obrzędu, pojawili się dość licznie na wpół ludzie na wpół marionetki. To nadało pozór realności, który został uchwycony przez media. Wielu odwiedzających wychodziło z przekonaniem, że pieniądze zostały zmarnowane w sposób słuszny.

Czym jest, w taki razie, obiekt “nowego muzeum”? Pozorem i złudzeniem, sztuczną rzeczywistością wykreowaną przez edukatorów? Na pewno można go nazwać pomnikiem antykultury. Są też tacy, którzy wierząc w jego realność wskazują na pustą przestrzeń, którą można wypełnić prawdziwymi dziełami sztuki.

Obiekt może w każdej chwili ożyć. Wystarczy parę żywych osób wpuszczonych do środka albo… zwykła fantazja. Inni używają jeszcze bardziej śmiałego argumentu powołując się na słynne dzieło sztuki nowoczesnej “Io sono”.

Włoski artysta Salvatore Garau sprzedał swoją rzeźbę “Io sono” za 15 tys. euro. Jedynym poświadczeniem jej własności jest certyfikat, bowiem dzieło jest niewidzialne. Artysta nie zgadza się jednak z zarzutem, że “Io sono” nie istnieje. “Pustka to nic innego jak przestrzeń pełna energii” – dodaje.

Jakiś czas temu w Muzeum, szczególnie w godzinach nocnych, zaczął pojawiać się sam Rafał Trzaskowski, też niewidzialny. Pojawiał się z dość ciężkim bagażem obietnic wyborczych na plecach. Ale to zaledwie jedna z hipotez. Inna teoria głosiła, że jako nowoczesny tradycjonalista pojawiał się z tradycyjną pustką. Jeszcze inni widzieli go tworzącego własną instalację pod nazwą „zielony wkład”.

W tym momencie muszę uprzedzić czytelnika, że przechodzimy do rzeczy realnie obrzydliwej

Jak informuje bialykruk.pl

Duma Warszawy Rafała Trzaskowskiego, czyli Muzeum Sztuki Nowoczesnej, wybudowane za 700 mln złotych, promuje pornografię i deprawację dzieci i młodzieży.

Poza treścią w książce są komiksowe ilustracje seksu oralnego, o czym donoszą osoby, które widziały ową pozycję i wrzuciły owe obrazki do mediów społecznościowych.

W tym kontekście trzeba zadać pytanie. Czy qrwofile czyli miłośnicy pornografii i prostytucji, ich sympatycy oraz osoby przypadkowe i nieświadome do których bez polityczno-niepoprawnego zwątpienia można zaliczyć pana Trzaskowskiego, osiągną swój kolejny polityczny sukces?

Brudnopisy nie płoną. Ciotka Irenka a Reżyser Znany.

24.03.2008.
 Ciotka Irenka a Reżyser Znany
Eh, ciężko się teraz żyje, westchnęła smutno dobra Ciotka.
Czemu to? pytam z troską.
– Część władz bardzo się interesuje takimi, którzy kochają młodziutkich… odpowiada.
– No, ale tylko mała część władz… pocieszam niepocieszoną.
 – A już mieliśmy nadzieje, że policja zdecyduje się ujawnić niezdrowe skłonności i czyny Reżysera i jego bliskich… mruczy Ciotka.
– ???? – nie rozumiem.
No, w powstałym huku medialnym możnaby sobie na boczku coś przygruchać..
– A czemu Go nie aresztują? pewnie nie mają dowodów? – pytam.
– Och, co to, to nie.. Filmików, zeznań, innych dowodów jest sporo. Mocne. I fajne – rozmarzyła się Ciotka.
– To może boją się, że te dowody znikną? przecież już nieraz się to zdarzało? – niepokoję się.
– Ależ nie, to fachowcy, na pendrajwach (to takie gwizdki z pamięcią komputrów) itp. wszystko jest zabezpieczone. W bezpiecznych miejscach. Ale chodzi o to, że to Postać, wyjątkowo Ważne Tematy poruszał, nie wolno Go więc sięgnąć. Trzeba jeszcze troszkę poczekać. Może wreszcie decyzje zapadną…
Na razie nawet tak pięknie i obficie udokumentowane śledztwo, jak wykrycie szajki pedofilskiej na Dworcu Centralnym, trzeba było ze względu na udział Autorytetu zamieść pod dywan.. 
                      Tak to smutno żyje się w Cieniu Ważnych Osób.
====================

Tak mi podesłano – znalezione…


mail:

Policjant mówi, że w „Siedlisku” w Laskach odbywały się długo spotkania z chłopczykami, dostojna Dyrektorka Szkoły o nich wiedziała, a starucha-żona – doglądała.

W Zamku Ujazdowskim wystawa: Zbrodnicza współpracę globalnych korporacji (Apple, Nike, Coca Cola, Google, Facebook, Twitter) z chińskimi komunistami.

Antykomunizm, antycovidianizm, krytyka Google i Facebooka na zakazanej przez chińskich komunistów wystawie Badiucao w CSW

Kultura

Dodano 4 lipca 2023 Antykomunizm-antycovidianizm-krytyka-Google-i-Facebooka-na-zakazanej-przez-chinskich-komunistow

Autor: Jan Bodakowski

Badiucao

Badiucao / Fot. Jan Bodakowski

Centrum Sztuki Współczesnej w warszawskim Zamku Ujazdowskim, po tym, jak instytucja ta została odzyskana dla Polski i Polaków przez nową przyjazną Polsce i Polakom dyrekcje, zorganizowało kolejną niezwykle wartościową wystawę. Do 15 października, w czwartki za darmo, można w salach CSW zapoznać się na wystawie „Badiucao — Chiny. Opowieść prawdziwa” z antykomunistyczną, krytyczną wobec covidowego faszyzmu, Facebooka czy Google, twórczością chińskiego artysty i działacza wolnościowego Badiucao.

Do wystawy w Warszawie i wystaw artysty w innych miastach na świecie, usiłowały nie dopuścić władze komunistycznych Chin. Badiucao na emigracji tworzy sztukę krytyczną i wyśmiewającą chińskich komunistów.

Zbrodnie komunistów chińskich

Artysta w swoich pracach ukazał, jak przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinping wykorzystał covid (przez niego „wykarmiony” i z nim „ożeniony”) do realizacji swojej totalitarnej polityki kontroli nad społeczeństwem, jak chińscy komuniści wykorzystują covid jako pałkę i broń przeciwko Chińczykom walczącym o wolność, jak fałszywa pandemia staje się instrumentem zniewalania. Takie podejście do rzekomej pandemii zapewne nie podoba się nie tylko chińskim komunistom, ale i ich sojusznikom — globalistom, globalnym koncernom farmaceutycznym, WHO, i ich pachołkom z UE, USA czy polskim zwolennikom sanitaryzmu (takim jak Niedzielski i jego przełożeni).

Współpraca globalnych korporacji z komunistycznymi zbrodniarzami

Z sympatią zachodnich globalnych korporacji nie spotka się też to, że artysta krytykuje współpracę globalnych korporacji z zachodu (Apple, Nike, Coca Cola, Google, Facebook, Twitter) z chińskimi komunistami. Artysta w swych pracach wytyka zachodnim globalnym korporacjom, że razem z chińskimi komunistami korzystają z niewolniczej pracy Ujgurów (muzułmańskich rdzennych tubylców, którzy są etnicznie wyniszczani przez Chińczyków okupujących ich ziemie). Badiucao zwraca też uwagę, że globalne zachodnie korporacje wspierają cenzurę narzuconą przez chińskich komunistów Chińczykom.

Badiucao w swoich pracach naśmiewa się z patologicznego kultu jednostki, jakim na polecenie komunistów jest w Chinach darzony przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinping. W ramach tego kultu zakazane są wizerunki Kubusia Puchatka, który ma być podobny do komunistycznego cesarza. Xi Jinping jest przez Badiucao wyśmiewany też za „wskrzeszanie” Mao.

Chińskie wsparcie dla rosyjskiego imperializmu

W pracach chińskiego artysty widać też krytykę wsparcia chińskich komunistów dla rosyjskiego imperializmu — Xi Jinping razem z Putinem ze smakiem pożerają ludzkie szczątki, a Putin eksponuje jak ekshibicjonista swoją broń jądrową.

Badiucao to pseudonim artysty, pod którym twórca publicznie występuje. Artysta pochodzi z chińskiej inteligencji prześladowanej przez komunistyczną dyktaturę. Z Chin wyemigrował w 2009 roku. Swoją sztuką walczy z komunistycznym zniewoleniem swoich rodaków.
 

Badiucao. Chiny. Opowieść prawdziwa. Antykomunistyczna, i antyglobalistyczna wystawa w CSW

https://www.facebook.com/plugins/video.php?height=314&href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Ftvmedianarodowe%2Fvideos%2F1439201590170252%2F&show_text=true&width=560&t=0
Wystawa zakazana przez chińskich komunistów w CSW
https://www.youtube.com/embed/PJUytglN_1Y?start=77

80-latek rozprawił się z obrazem prezentującym pornografię z udziałem dziecka. Macron: „atak na sztukę oznacza atak na nasze wartości”. Oto „wartości” tego pedofila.

80-latek rozprawił się obrazem prezentującym pornografię z udziałem dziecka

Macron pisze, że „atak na sztukę oznacza atak na nasze wartości” Poniżej – „wartości” tego pedofila.

80-latek-rozprawil-sie-obrazem-preentujacym-pornografie-z-udzialem-dziecka

W Palais de Tokyo w Paryżu doszło do dewastacji pracy „Pieprzyć abstrakcję!” szwajcarskiej „artystki” Miriam Cahn, oskarżanej o uprawianie pornografii pedofilskiej.

„Le Monde” ujawnił, że autorem protestu był Pierre Chassin, były radny Frontu Narodowego w radzie miejskiej Mureaux (Yvelines). Dziś osiemdziesięcioletni człowiek oblał pracę farbą.

Lewicowe media przypisały natychmiast partii Marine Le Pen atak na „sztukę” i „swobodę ekspresji”. Sama szefowa klubu Zjednoczenia Narodowego w parlamencie uznała to za wynik „indywidualnego zachowania”, którego nie można przypisywać jej ugrupowaniu.

Marine Le Pen we wtorek 9 maja zaprzeczyła jakiejkolwiek odpowiedzialności swojej partii za degradację kontrowersyjnego obrazu w Palais de Tokyo i wyjaśniła, że partia „nie może odpowiadać za indywidualny czyn kogoś, kto osiem lat temu był radnym gminy”. Dodała, żę Chassin od dawna nie jest już członkiem jej partii.

Jednak minister kultury Rima Abdul-Malak, jeszcze w niedzielę mówiła o „instrumentalizacji” tej sprawy przez Zgromadzenie Narodowe i oskarżała partię o wspieranie takich ataków. Stwierdziła, że „były radny FN atakuje pracę Miriam Cahn po kampanii oszczerstw prowadzonej przez swoją partię”.

Praca Cahn wzbudzała od początku duże kontrowersje i była nawet przedmiotem debaty w parlamencie. Praca przedstawia dziecko związanymi rękami zmuszane do seksu oralnego przez potężnego mężczyznę bez twarzy i wywołała duże oburzenie.

Paryska prokuratura poinformowała o wszczęciu śledztwa w sprawie degradacji dóbr kultury i zatrzymaniu osiemdziesięciolatka, który zamalował pracę „Fuck abstraction!”. Pierre Chassinowi grozi do 7 lat więzienia i grzywna w wysokości 100 tysięcy euro.

Głos w tej sprawie zabrał zresztą nawet prezydent Macron, pisząc, że „atak na sztukę oznacza atak na nasze wartości”.

Tylko, czy to rzeczywiście sztuka? [Ale kretyńskie „pytanie”.. MD]

Macron doczekał się w odpowiedzi m.in. dość perwersyjnej przeróbki owego obrazu:

https://twitter.com/BMazzatti/status/1655630417939030038?s=20

Emmanuel Macron

En ce 8 mai, où nous célébrons la victoire de la liberté, je condamne l’acte de vandalisme commis hier au Palais de Tokyo. S’en prendre à une œuvre, c’est attenter à nos valeurs. En France, l’art est toujours libre et le respect de la création culturelle, garanti.

Murdel Bęski – to u Witkacego. Burdel męski zaś teraz, w „teatrze” bydgoskim. Patron – min. „kultury” i v-premier Gliński. Płacimy MY.

Murdel Bęski – to u Witkacego. Burdel męski zaś teraz, w „teatrze” bydgoskim. Patron – min. i v-premier Gliński. Płacimy MY.

„Transparada” w bydgoskiej operze. Obscena w instytucji współprowadzonej przez MKiDN.

Mężczyźni symulujący stosunek sodomski. Ponadto scenografia i oświetlenie przypominają burdel. Nic nie wskazuje na to, by było to dzieło sztuki. Lepszym określeniem byłaby pornografia.

25 kwietnia 2023 w-bydgoskiej-operze-obscena

Spektakl Rijeka Ballet Company z Chorwacji wpisuje się w obchody 29. Bydgoskiego Festiwalu Operowego.

Czy rzeczywiście, jak podają organizatorzy, jest to „parada tańca współczesnego”, czy promocja pornografii i transgenderyzmu?

Spektakl prezentujący “twórczość  choreografów XXI wieku” przeznaczony jest dla widzów dorosłych. Wpisuje się w ogólnopolską akcję #tańczMY organizowaną przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca.

Celem przedsięwzięcia jest zrzeszenie środowiska tanecznego wokół idei obchodów Międzynarodowego Dnia Tańca.

Spektakl tworzy sześć niepokojących, zabawnych i zaskakujących choreografii – czytamy na stronie Opery Nova w Bydgoszczy.

„Transparada” jest według organizatorów „jednym z przebojów” programu tegorocznego festiwalu operowego 

Na program baletowego wieczoru złożą się choreografie do znanych fragmentów muzyki Debussy’ego, Ravela, Rossiniego, Strawińskiego. 

Można jednak zapytać, co wspólnego z twórczością wybitnych kompozytorów ma dokonująca się na scenie symulacja stosunku homoseksualnego, promocja transgenderyzmu, występy półnagich tancerek, całujący się mężczyźni…? Całość przypomina raczej perwersyjny spektakl pornograficzny niż dzieło sztuki…

Takiego zdania są także autorzy chorwackiego portalu Vigilare.info:

W krótkim zwiastunie widać dwóch mężczyzn symulujących stosunek sodomski. Ponadto scenografia i oświetlenie przypominają burdel. Nic nie wskazuje na to, by było to dzieło sztuki. Lepszym określeniem byłaby pornografia.

Warto przypomnieć, że bydgoska opera jest instytucją kultury współprowadzoną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Zaś Bydgoski Festiwal Operowy, będący przeglądem dokonań teatrów muzycznych z kraju i zagranicy, odbywa się od 1994 r.

MZ/opera.bydgoszcz.pl, bydgoszcz.naszemiasto.pl, vigilare.info

Rewolucji dokonują zawsze dranie rękami durniów.

Rewolucji dokonują zawsze dranie rękami durniów.

Dranie i durnie

Małgorzata Todd      dranie i durnie


       Szanowni Państwo!
           Każdy rodzaj komunizmu, niezależnie od kolorów: czerwonego, zielonego, czy układu sześciobarwnego, wprowadzają dranie rękoma durniów. Taka jest zasada.

Drania kierującego się własnym interesem można by zawczasu przekupić, gdyby wiadomo było, co knuje. Drania multimilionera przekupić się nie da, bo kogo byłoby na to stać? Nie da się też wyperswadować złoczyńcy zaniechania czynienia zła, jeśli sobie to upodobał.
           Sukces draństwa polega na wmówieniu durniom, że biała jest czarne i odwrotnie. Najpierw ludziom o zdrowym rozsądku zdaje się, że coś jest tak oczywistym absurdem, że nikt normalny w to nie uwierzy. Do czasu. Nie ma takiej bzdury, której „autorytety” nie byłyby w stanie wmówić, zdawałoby się normalnym ludziom.
           Odkąd sztuka przestała zachwycać, a jej jedynym celem jest szokować, zaczęła nudzić i obojętnieć zarazem. Czy jakikolwiek film, wyprodukowany po roku 2020, może obyć się bez brzydoty i głupoty wszelkiej maści? To pytanie retoryczne, (z jednym znanym mi wyjątkiem, którym jest „Czarny sufit”).

Dla współczesnych twórców „artyzm” wyklucza piękno, a ktoś, kto nie jest oczywistym durniem, nie zasługuje na miano filmowego bohatera.
           Obrzydzenie do robactwa jest normalne. Ale czy na pewno? Wystarczy, że „autorytety” włączą się w propagandę, pokażą jak i z czym to się je i mamy je na talerzu, jak w banku. Do szczepionek antycovidowych przekonano nas bez trudu, chociaż wszyscy uczyliśmy się biologii i powinniśmy wiedzieć, że procesów życiowych nie da się przyspieszyć najszybszym nawet komputerem. Z żołędzia umieszczonego w sprzyjających warunkach, dąb wyrośnie, ale musi to trochę potrwać.
           Pamiętajmy, że rewolucji dokonują dranie rękami durniów. 

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

Upside-Down Painting Reveals Inverted Worldview of Modern Art. Deciphering Hidden Codes.

Upside-Down Painting Reveals Inverted Worldview of Modern Art.

Deciphering Hidden Codes.

by Edwin Benson https://www.tfp.org/upside-down-painting-reveals-inverted-worldview-of-modern-art/

Upside-Down Painting Reveals Inverted Worldview of Modern Art
Modern art sends a subliminal message to viewers that ends up destroying art and glorifying ugliness.

Over coffee in the office, a young acquaintance recently related an experience that exposed the false values of the modern art world. He had gone to an art museum with an older sister. He stood looking at one piece of so-called abstract art. He told his sister, “That doesn’t make sense to me.” An older woman looking at the next painting loudly whispered to him, “Art doesn’t need to make sense.”

The Topsy-Turvy World of Modern Art

That anecdote came back to me when I saw an article in ADN-America about a German art gallery, the Kunstsammulung Nordrhein-Westfalen. Sometime during the eighties, the museum purchased a painting by Piet Mondrian (1872-1944). When the museum hung the painting—which consists of twenty-three straight lines in yellow, orange, blue and black —the workers inadvertently displayed it upside down. No one noticed the mistake until a photograph of the artist’s studio recently surfaced with the painting hanging correctly.

The painting is titled “New York City 1.” It is one of several New York-inspired paintings of similar straight lines done in 1941 and 1942. It bears no resemblance to the city at all. It does not make sense.

The embarrassed museum administration tried to deflect criticism by indulging in pseudo-intellectual art talk. The error was really “an experiment.”

“If we go along with the experiment and rotate New York City 1 by 180 degrees, we find that the picture still works. In fact, it functions extremely well: the composition gains in intensity and plasticity.”

Silliness Wrapped Up as Wisdom

“The density of the strips along the top edge lends the work a resemblance to its close relative ‘New York City,’ in which the zone of greatest density is also located at the top edge. The blue strips along the left, top, and lower edges are now positioned in exactly the same places.”

The description by the Encyclopedia Britannica expounds on Mr. Mondrian’s artistic sensibilities.

“In his mature paintings, Mondrian used the simplest combinations of straight lines, right angles, primary colors, and black, white, and gray. The resulting works possess an extreme formal purity that embodies the artist’s spiritual belief in a harmonious cosmos.”

Such sophisticated twaddle is not convincing. It only tries to endow the banal with beauty and inevitably fails.

Most of those who do not admire so-called modern art ignore it. It is easy to chortle at the “artist” and those who pride themselves on their ability to read deep meaning into it. That is a mistake. Modern art has a serious purpose aimed at destroying beauty.

Deciphering Hidden Codes

Art critic Father Anthony Brankin claims that modern art sends a subliminal message to viewers that ends up destroying art and glorifying ugliness.

“The subliminal message in every confused and misshapen piece of modern architecture, art, music, or drama is that there is no God. The subliminal message in every deliberate mutilation of natural forms, in every tribute to physical and personal perversion, is that there is no God. The subliminal message in every celebration of the weird and deathly is that there is no God. This subliminal message is as surely the ‘Illuminated Gospel of Death’ as any culture could have ever proclaimed, and by virtue of its omnipresence in every aspect of modern life, we are constantly encouraged to accept this gospel.”

TFP writer and scholar Michael Whitcraft expands upon Father Brankin’s conclusions by tying them to a common aspect of modern life.

“This attitude is prevalent throughout our society…. Ripped jeans are a good example of this. When someone wears ripped jeans, they take one of the least sublime fabrics in existence, denim, and then do the only thing that can be done to make it more vulgar: tear holes in it.”

The Absence of Beauty

For the contemporary practitioner of any creative process—be it painting, sculpture, architecture, writing and so on—the worst criticism is that the work is “derivative” or lacking originality. The goal is to “push the envelope” by creating something new and unique. According to this philosophy, one becomes an artist only after doing “groundbreaking” work, like pawning off paintings of straight lines.

This attitude is most unfortunate because it denies the sense of beauty. Consider the style of modern architecture known as “brutalism.” These structures, most often constructed of reinforced concrete, are typified by mass and structural angles. The mechanics of the building—beams, trusses, ducts and similar features—are on full display. Often the concrete wall surfaces are unpainted.

An excellent example is the Metropolitan Cathedral of Saint Sebastian in Rio de Janeiro, Brazil. It looks like a giant concrete cone. Mayan temples supposedly inspired its architect. It is a truly ugly confection whose interior appears dark and forbidding, despite an abundance of colored glass. It has all the charms of an elevator shaft with a skylight at the top.

What is the purpose of such a building? It does not elevate God. It reminds no one of mankind’s common goal—Heaven. If it inspires awe, that sensation is one of overwhelming oppression. It is, however, unique. No doubt, the architect won the admiration of his peers. He created a monument to modernism.

My heart fills with regret when I reflect on the magnificent structure they could have constructed by emulating the magnificent cathedral architecture of Europe. Who knows how many would have been inspired in much the same way Sainte-Chapelle does so well?

But that would be derivative.

„Dziady”, czyli wróg przekroczył granicę

Już od tygodni uwaga Polaków skupiona jest na zagrożeniu naszej wschodniej granicy i na jej obronie przez polskie służby mundurowe. Mówi się przy tej okazji również dużo o niejednoznacznej postawie tzw. totalnej opozycji, gdy chodzi o interes państwowy i narodowy.

Tymczasem, po stronie definiującej się jako patriotyczna, mało kto zauważa, że wróg jest już w granicach Ojczyzny i poczyna sobie tutaj coraz bezczelniej. Ot, na przykład w budynku przy Placu św. Ducha 1 w Krakowie. Ale to chyba w końcu się zmieni.

Pisanie o ostatniej produkcji Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie (premiera 19 listopada), można by przyrównać do babrania się w gnojówce. I niech nikogo nie zmyli, że szambu nadaje się nazwę – „Dziady”, a informując o tym, wykorzystuje się nazwisko polskiego wieszcza Adama Mickiewicza oraz pierwszego inscenizatora, Stanisława Wyspiańskiego. To tylko marketing.

Teatr Słowackiego to miejsce legendarne, arcypolskie u samego zarania, a dzisiaj, niestety, jak niemal cała polska oficjalna kultura, pozostające we władaniu zwycięzców marksistowskiego marszu na instytucje. Należy dodać, że teatr ten to również najsłynniejsza, sztandarowa instytucja kultury podlegająca pod Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego. Szefem tego Urzędu jest Witold Kozłowski, powołany na to stanowisko z ramienia partii rządzącej naszym krajem, czyli Prawa i Sprawiedliwości. A wśród Partnerów tego teatru, jednocześnie dofinansowujących jego działalność, jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To bardzo gorzka konstatacja wobec faktu, że działalność  krakowskiego teatru, firmującego się nazwiskiem drugiego z wieszczów, jest zaprzeczeniem miłości Ojczyzny.

Nie chcesz tego oglądać 

Spektakl Mai Kleczewskiej pt. „Dziady” w „Teatrze Słowackiego” spowodował ważną reakcję Małopolskiej Kurator Oświaty, Barbary Nowak. W jej upublicznionym 24 listopada „Stanowisku” czytamy m.in., że przedstawienie „(…) jest swobodną emanacją poglądów środowiska, które pragnie kształtować spojrzenie społeczne na współczesną Polskę nie z troską, miłością należną Ojczyźnie, lecz z nienawiścią do jej rodowodu historycznego, do tożsamości narodu ugruntowanego na fundamencie tradycji cywilizacji łacińskiej”.

Odradzam przy tej okazji używania argumentu: „nie byłeś, nie krytykuj”. Żeby mieć zdanie o lupanarze, nie trzeba tam bywać. A czym to cuchnie, możemy się dowiedzieć choćby z nabuzowanych reakcji funkcjonariuszy medialnych w pełni oddanych służbie rewolucji. Na przykład niejaki Przemek Gdula na portalu „wp.pl” pisze:

(…) Polska jest dziś już tylko plugawa – mówi w swoim najnowszym spektaklu Maja Kleczewska (… ) najważniejszy polski bohater romantyczny staje się kobietą (…) w „Wielkiej Improwizacji”, wygrażanie Bogu nie jest tu bezczelnością zbuntowanego młodzieńca, ale głosem protestu skrzywdzonej kobiety.

(…) w celi Konrada, gdzie w oryginale patriotyczni spiskowcy dyskutowali o Polsce i swoim losie. (…) uwięzione są kobiety. Widać, że niektóre trafiły za kraty prosto z ulicznego protestu, pobite przez policjantów, inne to „kryminalistyki”, które broniły się przed przemocowym partnerem i zrobiły mu krzywdę. (…)  śpiewają wściekłą pieśń, w której grożą władzy, że się na niej zemszczą „z Bogiem lub choćby mimo Boga”. 

(…) istotą nadziei zawartej w „Dziadach” jest wers o tym, że: „nasz naród jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa”, ale kryje się pod nią morze szlachetności, dobra i wewnętrznej siły. 

Kleczewska nie tylko odbiera tę nadzieję, ale umieszcza w spektaklu scenę w bardzo brutalny sposób pokazującą, jak dziś wygląda Polska. Na obrzęd dziadów w stodole gromadzi się cała społeczność, z jednej strony: szalikowcy, ONR-owscy bojówkarze, celebrytka z orłem na sukni, katoliccy fundamentaliści – Niewolnik Maryi i żołnierz Armii Boga, z drugiej: prostytutka, gej, Żydzi. Od początku czuje się narastające napięcie: ci pierwsi patrzą na drugich spode łba, nijak nie wychodzi im wspólne śpiewanie obrzędowych hymnów (…) A zaraz zamiast pieśni w ruch idą pięści: na scenie zaczyna się regularny pogrom.

(…) Zakłamanie, patologia, przemoc, brutalność – tak dziś wygląda Polska, tak wygląda polsko-polska wojna. Kleczewska nie zostawia cienia nadziei, że zwaśnione plemiona da się pogodzić, że da się coś tu jeszcze zmienić. W jej „Dziadach” Polska jest już tylko „zimna i twarda, sucha i plugawa. Pod spodem nie kryje się nic, czego można się złapać i z czym można wiązać jakiekolwiek nadzieje”.

Pani Anna Piątkowska z „Dziennika Polskiego” uzupełni:

(…) Kleczewska odwraca rolę. Dziś za księdzem Piotrem – purpuratem sprawującym misterium przed złotym ołtarzem stoi siła jego Kościoła. Ksiądz Piotr (…) jest jego namiestnikiem a nie pokornym braciszkiem. Jego instytucja nie stoi dziś po stronie wykluczonych”.

A Gdula dopowie, że ten „złoty ołtarz” to „kopia dzieła Wita Stwosza z Bazyliki Mariackiej”, a ksiądz Piotr, jako biskup „wygłasza płomienne patriotyczne słowa, obłapiając za sukienkę młodą dziewczynę”. 

I jakże słusznie, „biorąc pod uwagę powyższe, Małopolski Kurator Oświaty zdecydowanie odradza organizowanie przez szkoły wyjść dzieci i młodzieży na ten spektakl”.

Nie ma tego złego…

Obrażający i poniżający broniących naszej granicy, w czym celują szczególnie salonowi artyści, otrzymują należną im odprawę, z ewentualnymi konsekwencjami prawnymi włącznie. A jak to będzie z wrogiem wewnętrznym? Czy w końcu otrząśniemy się z tolerowania draństwa ubranego w „dzieło sztuki”?  Aktor Jan Peszek, kreujący jedną z ról w „dziele” Kleczewskiej, w wywiadzie dla tygodnika  „Newsweek”, nawiązując do treści spektaklu, tak charakteryzuje Polaków: „Wmawiamy sobie, że kochamy wolność. Nie kochamy (…) Heroiczni? Nie. Odważni? Wręcz przeciwnie: boimy się grupki przerażonych uchodźców na granicy, pozwalamy im umierać, odwracamy wzrok”.

Żołnierze na pewno wzroku nie odwracają – to groziłoby co najmniej rozbitą głową. Trudno też nie rzucać okiem do tyłu, kiedy ktoś mówiący twoim językiem próbuje strzelać ci w plecy. Brudna sprawa z Teatru Słowackiego wywołała w końcu potrzebną reakcję Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Piotra Glińskiego: „Niepokoją wszelkie takie działania, które są kontrowersyjne w sztuce i przekraczają granice tej akceptowalnej kontrowersji”. I dodał: „Natomiast bardzo mnie niepokoją zupełnie nieodpowiedzialne i infantylne porównania odbioru tych „Dziadów” ze słynnymi „Dziadami” z 1968 r. Ludzie, którzy porównania takie czynią, są ludźmi, którzy nie rozumieją polskiej historii, ani kultury”.

Niemniej istotną refleksją podzielił się Minister Edukacji, Przemysław Czarnek: „Czym jest edukacja klasyczna? Najkrócej rzecz ujmując, jest to edukacja, która stawia na wychowanie do dobra, do piękna i, co najważniejsze, do prawdy. I chyba nie musimy sobie wyjaśniać i dodatkowo jeszcze argumentować, że jest to niezwykle ważne dzisiaj, w czasach, kiedy piękno jest zdeformowane, jak choćby tam, w Krakowie, gdzie zamiast „Dziadów” powstaje dziadostwo”. I dodał: „Bardzo dziękuję pani kurator za reakcję. Nie wolno siedzieć cicho i milczeć w obliczu właśnie deformowania piękna i bezczeszczenia sztuki, kiedy prawda jest deformowana na skalę niespotykaną”.

Tegoroczny sezon dyrekcja Teatru Słowackiego oflagowała hasłem: „Wolał(a)bym nie”. Polacy również „wolą nie”, gdy chodzi o finansowanie i funkcjonowanie takich instytucji kultury. Może w końcu rządzący przestaną się bać bezzasadnego posądzania o cenzurę i brak tolerancji. Może przerobione leninowskie stwierdzenie, że „Polacy sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”, a które doskonale pasuje do poczynań tzw. teatralnej spółdzielni, w końcu przestanie być aktualne. I w końcu artystyczni uzurpatorzy już nie będą mogli zawłaszczać poetów i zamykać im usta; zawłaszczać narodową historię i pisać ją na nowo. Amen.

Tomasz A. Żak https://pch24.pl/dziady-czyli-wrog-przekroczyl-granice/