Europa nie pójdzie na wojnę – część druga. Zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki.

02.01.2025. – Europa nie pójdzie na wojnę – część druga

Zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki

Giorgia Meloni

Fantazja 210 miliardów euro

Ta przemysłowa rzeczywistość wyjaśnia, dlaczego saga zamrożonych aktywów była tak ważna – i dlaczego się nie powiodła. Przywódcy Europy nie dążyli do przejęcia rosyjskich aktywów państwowych z powodu prawnej pomysłowości czy moralnych zapędów. Zrobili to, ponieważ potrzebowali czasu. Czasu, by nie przyznać, że wojna nie da się utrzymać w zachodnich warunkach przemysłowych. Czasu, by zastąpić produkcję finansowaniem.

Kiedy próba konfiskaty około 210 miliardów euro rosyjskich aktywów zakończyła 20 grudnia się niepowodzeniem – zablokowana przez ryzyko prawne, reperkusje rynkowe i opór Belgii, a także Włoch, Malty, Słowacji i Węgier przeciwko całkowitemu przejęciu – Europa zdecydowała się na rozwodnione rozwiązanie: „pożyczkę” w wysokości 90 miliardów euro dla Ukrainy na lata 2026–2027, obsługiwaną 3 miliardami euro odsetek rocznie, co dodatkowo zabezpieczyło zamiary Europy. To nie była strategia. To były pozorne ruchy, które pogłębiły podziały w i tak już osłabionej Unii.

Całkowita konfiskata podważyłaby wiarygodność Europy jako depozytariusza aktywów finansowych. Trwałe unieruchomienie pozwala uniknąć eksplozji, ale powoduje powolny krwotok. Aktywa pozostają zamrożone na czas nieokreślony, co stanowi permanentny akt wojny gospodarczej, sygnalizujący światu, że rezerwy przechowywane w Europie są warunkowe i nie warte ryzyka. Europa wybrała erozję reputacji. Ta decyzja ujawnia strach, a nie siłę.

Ukraina jako wojna bilansowa

Głębsza prawda jest taka, że Ukraina nie jest już przede wszystkim problemem pola bitwy. Jest problemem wypłacalności. Waszyngton to rozumie. Stany Zjednoczone potrafią poradzić sobie z kompromitacją. Nie mogą jednak znosić zobowiązań o nieokreślonym czasie trwania. Szuka się wyjścia – po cichu, nierówno i z retorycznym kamuflażem.

Europa nie może przyznać, że go potrzebuje. Europa przedstawiła wojnę jako egzystencjalną, cywilizacyjną i moralną. Ogłosiła kompromis ustępstwem, a negocjacje kapitulacją. Tym samym wyeliminowała własne opcje wyjścia z konfliktu.

Teraz koszty uderzają tam, gdzie żadna narracja nie jest w stanie ich odwrócić: w budżety europejskie, rachunki za energię w Europie, europejski przemysł i europejską spójność polityczną. Pożyczka w wysokości 90 miliardów euro nie jest solidarnością. Jest ucieleśnieniem upadku – stopniowego wycofywania zobowiązań, podczas gdy baza produkcyjna, która powinna je uzasadniać, nadal ulega erozji.

Giorgia Meloni o tym wie. Dlatego jej ton nie był buntowniczy, lecz pełen zmęczenia.

Przywódcy Europy na froncie

Cenzura jako zarządzanie paniką

W miarę jak granice fizyczne się zaostrzają, kontrola narracyjna się zacieśnia. Agresywne egzekwowanie unijnej ustawy o usługach cyfrowych nie dotyczy bezpieczeństwa. Chodzi o powstrzymywanie w jej najbardziej orwellowskiej formie – budowanie bariery informacyjnej wokół elitarnego konsensusu, który nie jest już w stanie wytrzymać otwartej kontroli. Kiedy obywatele zaczynają – najpierw cicho, potem już nie tak cicho – uparcie pytać: Po co to wszystko?, iluzja legitymizacji szybko pryska.

Dlatego presja regulacyjna wykracza teraz poza granice Europy, wywołując transatlantyckie tarcia o jurysdykcję i wolność słowa. Systemy pewne siebie nie boją się dialogu. Te kruche – tak. Cenzura nie jest tu ideologią. To ubezpieczenie.

De-industrializacja: Niewypowiedziana zdrada

Europa nie tylko nałożyła sankcje na Rosję. Nałożyła sankcje na swój własny model przemysłowy. Do 2025 roku europejski przemysł będzie nadal ponosił koszty energii znacznie przewyższające koszty konkurentów w Stanach Zjednoczonych czy Rosji. Niemcy, siła napędowa, doświadczają ciągłego spadku energochłonnego przemysłu. Produkcja chemikaliów, stali, nawozów i szkła została zamknięta lub przeniesiona. Małe i średnie przedsiębiorstwa we Włoszech i Europie Środkowej upadają po cichu, nie trafiając na pierwsze strony gazet.

Dlatego Europa nie może zwiększyć produkcji amunicji tak, jak powinna. Dlatego zbrojenia pozostają obietnicą, a nie rzeczywistością. Tania energia nie była luksusem. Była fundamentem. Jej usunięcie poprzez autosabotaż (m.in. Nord Stream) podważa tę strukturę.

Chiny, obserwując to wszystko, trzymają drugą połowę koszmaru Europy. Posiadają najgłębszą bazę przemysłową na Ziemi, nie przechodząc jednocześnie w tryb wojenny. Rosja nie potrzebuje Chin, a jedynie ich strategicznej głębi jako rezerwy. Europa nie ma ani jednego, ani drugiego.

Czego Meloni naprawdę się boi

Nie ciężkiej pracy. Nie napiętych grafików. Obawia się roku takiego jak 2026, w którym europejskie elity stracą kontrolę nad trzema rzeczami naraz: 1) kontrolę nad pieniędzmi – jeśli finansowanie Ukrainy stanie się kwestią bilansu UE, zastępując fantazję, że ‚Rosja zapłaci’; // 2) nad narracją – jeśli cenzura się nasili, ale nie będzie w stanie stłumić pytania rozbrzmiewającego echem po całym kontynencie: Po co to wszystko?; //3) nad dyscypliną sojuszniczą – jeśli Waszyngton będzie manewrował, a Europa poniesie koszty, ryzyko i upokorzenie.

To jest panika. Nie natychmiastowa porażka w wojnie, ale powolna erozja legitymizacji, gdy rzeczywistość przesiąka przez rachunki za energię, zamknięte fabryki, puste arsenały i zadłużone kontrakty terminowe.

Ludzkość na krawędzi

To nie tylko kryzys europejski. To kryzys cywilizacyjny. System, który nie może produkować, nie może uzupełniać zapasów, nie może mówić prawdy i nie może się wycofać bez utraty wiarygodności, osiągnął swoje granice. Kiedy przywódcy zaczynają przygotowywać swoje instytucje na chudsze lata, nie przewidują nieprzyjemności. Przyznają się do strukturalnego rozkładu.

Uwaga Meloni była ważna, ponieważ przełamała farsę. Imperia głośno obwieszczają swój triumf. Upadające systemy obniżają oczekiwania po cichu – lub – jak w przypadku Meloni – niezwykle otwarcie. Przywódcy Europy obniżają teraz oczekiwania, ponieważ wiedzą, co leży w magazynach, czego fabryki jeszcze nie są w stanie dostarczyć, jak wyglądają krzywe zadłużenia – i co opinia publiczna już zaczyna rozumieć.

Dla większości Europejczyków to rozliczenie nie nadejdzie jako abstrakcyjna debata o strategii czy łańcuchach dostaw. Nadejdzie jako znacznie prostsze uświadomienie: to nigdy nie była wojna, na którą się zgodzili. Nie toczono jej w obronie ich domów, bogactwa ani przyszłości. Była napędzana imperialną chciwością – i opłacona ich standardem życia, przemysłem i przyszłością ich dzieci.

Wmawiano im, że to kwestia egzystencjalna. Mówiono im, że nie ma alternatywy. Mówiono im, że poświęcenie jest cnotą. Ale Europejczycy nie chcą niekończącej się mobilizacji ani permanentnej polityki oszczędności. Chcą pokoju. Chcą stabilności. Chcą cichej godności dobrobytu – niedrogiej energii, funkcjonującego przemysłu i przyszłości, która nie będzie obciążona konfliktami, na które nigdy się nie zgodzili.

A kiedy ta prawda dotrze do ludzi, kiedy strach opadnie, a czar pryśnie, pytanie, które zadadzą Europejczycy, nie będzie techniczne, ideologiczne ani retoryczne. Będzie ludzkie. Dlaczego byliśmy zmuszeni poświęcić wszystko dla wojny, na którą nigdy się nie zgodziliśmy, wojny, o której mówiono nam, że nie ma pokoju, o który warto zabiegać? I to właśnie spędza Meloni sen z powiek.

https://uncutnews.ch/europas-panikoekonomie-eingefrorene-vermoegenswerte-leere-arsenale-und-das-stille-eingestaendnis-der-niederlage/embed/#?secret=dGAb7K84Lp#?secret=IryuZHHJdX

Europa pójdzie na wojnę?! – część pierwsza

Europa pójdzie na wojnę?! – część pierwsza

Faktyczne przygotowanie: zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki

Napisał: Gerry Nolan

Giorgia Meloni

ZB:  Uważna lektura poniższego tekstu pozwoli nam wyciągnąć przynajmniej jeden optymistyczny wniosek: Europa nie pójdzie na wojnę. Brakuje bazy przemysłowej, a tej nie da się wytworzyć w ciągu kilku lat – pisze autor Gerry Nolan. Są jeszcze inne czynniki, które powstrzymują europejskie marionetki od wszczęcia śmiertelnej awantury. A teraz tekst – długi, więc przedstawiam go w dwóch częściach:

GN:  Kiedy premier każe swoim urzędnikom odpocząć, bo przyszły rok będzie znacznie gorszy, nie jest to czarny humor. Nie jest to przejaw wyczerpania. To moment, w którym maska opada – następują słowa, które liderzy wypowiadają tylko wtedy, gdy wewnętrzne prognozy przestają być spójne z narracją publiczną.

Giorgia Meloni nie zwracała się do wyborców. Zwracała się do samego państwa – biurokratycznego trzonu odpowiedzialnego za wdrażanie decyzji, których konsekwencji nie da się już ukryć. Jej słowa nie dotyczyły drobnego wzrostu obciążenia pracą. Dotyczyły ograniczeń. Limitów. Europy, która przeszła od zarządzania kryzysowego do kontrolowanego upadku, wiedząc, że 2026 rok to moment, w którym skumulowane koszty w końcu sięgną zenitu.

To, co Meloni nieumyślnie ujawniła, rozumieją już europejscy rządzący: zachodni projekt na Ukrainie zderzył się z materialną rzeczywistością. Nie rosyjską propagandą. Nie dezinformacją. Nie populizmem. Ale brakiem stali, amunicji, energii, pracy i czasu. A gdy tylko materialna rzeczywistość zwycięża, legitymizacja zaczyna słabnąć. Europa może pozować, prężyć muskuły, ale nie może produkować sprzętu na wojnę.

Cztery lata po rozpoczęciu intensywnych i morderczych wojennych działań na wyniszczenie Stany Zjednoczone i Europa stają w obliczu prawdy, o której zapomniały przez dekady: takiego konfliktu nie prowadzi się teatralnymi przemówieniami, sankcjami ani załamaniem dyplomacji. Prowadzi się go granatami, pociskami, wyszkolonymi załogami, cyklami napraw i tempem produkcji przewyższającym straty – miesiąc po miesiącu, bez przerwy.

Po 2025 roku ta przepaść nie będzie już teoretyczna

Europa może stroić marsowe miny. Rosja produkuje obecnie amunicję artyleryjską na skalę, która – jak przyznają sami zachodni politycy – przewyższa łączną produkcję NATO. Rosyjski przemysł przestawił się na niemal ciągłą produkcję wojenną (nawet bez pełnej mobilizacji), z scentralizowanymi zamówieniami, usprawnionymi łańcuchami dostaw i przerobem sterowanym przez państwo. Szacunki wskazują, że roczna produkcja rosyjskiej artylerii wynosi kilka milionów pocisków – produkcja, która jest już w toku, a nie tylko obiecana.

Koalicja chętnych – jastrzębie i sępy

Europa z kolei spędza rok 2025 świętując cele, których nigdy nie będzie w stanie materialnie osiągnąć. Flagowe zobowiązanie Unii Europejskiej nadal wynosi dwa miliony pocisków rocznie – cel zależny od nowych zakładów, nowych kontraktów i nowej siły roboczej, który, jeśli w ogóle, nie zostanie w pełni zrealizowany w kluczowym okresie tej wojny. Nawet gdyby ten ambitny cel został osiągnięty, nie dorównałby on rosyjskiej produkcji. Stany Zjednoczone, po nadzwyczajnej rozbudowie, prognozują produkcję około miliona pocisków rocznie – pod warunkiem, i to jest kluczowe ‚jeśli’, że pełne zwiększenie produkcji zakończy się sukcesem.

Nawet na papierze zachodnia produkcja ma trudności z nadążaniem za już dostarczaną rosyjską produkcją. Zachód to papierowy tygrys. Jest ogromna rozbieżność w tempie. Rosja produkuje teraz na dużą skalę. Europa marzy o tym, by móc produkować na dużą skalę w przyszłości. A czas to jedyna zmienna, której nie da się usankcjonować.

Stany Zjednoczone nie mogą też po prostu zrekompensować wyczerpanych mocy produkcyjnych Europy. Waszyngton boryka się z własnymi wąskimi gardłami przemysłowymi. Produkcja pocisków przechwytujących Patriot wynosi zaledwie kilkaset sztuk rocznie, podczas gdy popyt obejmuje obecnie jednocześnie Ukrainę, Izrael, Tajwan i uzupełnianie zapasów w USA – rozbieżność, którą, jak przyznają nawet wysocy rangą urzędnicy Pentagonu, nie da się łatwo, jeśli w ogóle, rozwiązać.

Amerykański przemysł stoczniowy opowiada tę samą historię: programy budowy okrętów podwodnych i nawodnych są opóźnione o lata, hamowane przez niedobory siły roboczej, starzejące się stocznie i przekroczenia kosztów, które uniemożliwiają jakąkolwiek znaczącą ekspansję w latach 30. XXI wieku. Założenie, że Ameryka może zapewnić Europie bezpieczeństwo przemysłowe, nie jest już prawdziwe. To nie tylko problem europejski, ale i zachodni.

Gotowość wojenna bez fabryk

Europejscy przywódcy mówią o ‚gotowości wojennej’,  jakby to była postawa polityczna. W rzeczywistości tę gotowość wypracowuje przemysł, więc Europa nie jest w stanie sprostać swym wyzwaniom.

Nowe linie produkcyjne artylerii potrzebują lat, aby osiągnąć stabilną wydajność. Produkcja pocisków przeciwlotniczych odbywa się w długich cyklach, mierzonych partiami, a nie szczytami. Nawet podstawowe materiały, takie jak materiały wybuchowe, wciąż są deficytowe; zakłady zamknięte dekady temu są dopiero teraz ponownie otwierane, a niektóre z nich nie osiągną pełnej wydajności przed 2030 rokiem. Sama ta data jest przyznaniem się do porażki.

Rosja z kolei działa już z prędkością godną wojny. Jej sektor obronny dostarcza rocznie tysiące pojazdów opancerzonych, setki samolotów i śmigłowców oraz ogromne ilości dronów.

Problem Europy nie jest koncepcyjny, lecz instytucjonalny. Powszechnie chwalona zmiana paradygmatu w Niemczech brutalnie to obnażyła. Przeznaczono dziesiątki miliardów, ale wąskie gardła w zamówieniach, rozdrobnione kontrakty i ograniczona baza dostawców sprawiły, że dostawy były opóźnione o lata.

Francja, często przedstawiana jako najpotężniejszy producent broni w Europie, może wytwarzać bardziej zaawansowane systemy – ale tylko w butikowych ilościach, liczonych w dziesiątkach, podczas gdy wojna na wyniszczenie wymaga tysięcy. Nawet inicjatywy UE mające na celu przyspieszenie produkcji amunicji zwiększyły moce produkcyjne na papierze, podczas gdy linie frontu zużywały pociski w ciągu kilku tygodni. To nie są porażki ideologiczne. To błędy administracyjne i przemysłowe – i pogłębiają się pod presją.

Różnica jest strukturalna. Przemysł zachodni został zoptymalizowany pod kątem efektywności akcjonariuszy i marż w czasie pokoju. Przemysł rosyjski został zreorganizowany, aby sprostać presji. NATO ogłasza pakiety. Rosja liczy dostawy.

https://uncutnews.ch/europas-panikoekonomie-eingefrorene-vermoegenswerte-leere-arsenale-und-das-stille-eingestaendnis-der-niederlage/embed/#?secret=rGGsr6QIcp#?secret=oJ5dRcy2fO

Napisał: Gerry Nolan

Opracował: Zygmunt Białas

Cyber-gangi ze Wschodu atakują! To głównie Ukraińcy

Cybergangi ze Wschodu atakują! To głównie Ukraińcy

wpolityce.pl/cybergangi-ze-wschodu-atakuja-to-glownie-ukraincy

Jak grzyby po deszczu powstają grupy przestępcze zorganizowane na wzór korporacji, wyspecjalizowane w oszustwach metodą „na bankowca” i „na inwestycje”; proceder opanowali ukraińscy przestępcy – pisze „Rzeczpospolita”.

Według gazety, telefony do ofiar są wykonywane z call center w Kijowie, Odessie czy Charkowie, a w Polsce pozostała część grupy pilnuje finału oszukańczego przedsięwzięcia, czyli wypłaty pieniędzy. Proceder jest urządzony na wzór korporacji, a kandydaci są badani wariografem – tak działają współczesne cybergangi, które okradają ofiary podszywając się pod pracowników banków i pod platformy inwestycyjne. Kontrolują go przestępcy z Ukrainy, ścigani przez polskie oraz ukraińskie służby.

Badania na wykrywaczu kłamstw

To grupy przestępcze o wysokim stopniu zorganizowania, w niektórych przed przyjęciem każdy kandydat był obligatoryjnie badany na poligrafie (wariografie) i pytany na przykład o współpracę z organami ścigania

— powiedział „Rzeczpospolitej” Marcin Zagórski, rzecznik Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości, które ściga tego typu przestępczość.

Jak poddaje „Rz”, w rozbitych dotąd cybergangach obywatele Ukrainy stanowili przeszło 90 proc. składu – pozostali, to inni cudzoziemcy, werbowani do podrzędnych zadań.

Ten kawałek „tortu” jest praktycznie poza zasięgiem polskich grup przestępczych — przyznał cytowany w artykule wysoki oficer CBZC.

Gazeta informuje, że „oszustwa internetowe nasilają się – w 2023 r. było ich 85 tys., w ubiegłym 93 tys., w obecnym skala nie będzie mniejsza”. Statystyki nie wyodrębniają oszustw według modus operandi, jednak policjanci i prokuratorzy z pionów do zwalczania cyberprzestępczości przyznają, że spraw „na bankowca” i „na inwestycje” jest mnóstwo. Kosztem ofiar oszuści osiągają rekordowe zyski. Tylko jedna grupa wyłudziła 6 mln zł w ciągu trzech lat.

PAP/Tomasz Karpowicz

Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kryminal/749641-cybergangi-ze-wschodu-atakuja-to-glownie-ukraincy

Czy Berlin wkrótce legnie w gruzach?

 Czy Berlin wkrótce legnie w gruzach?

Tylko jedno może jeszcze zapobiec samobójstwu Europy.

https://freede.tech/meinung/265510-liegt-berlin-bald-in-ruinen

Napisała: Wiktoria Nikiforowa Opracował: Zygmunt Białas

Jeśli Europa rozpocznie nową wojnę z Rosją, jednym z głównych winowajców będzie kanclerz Niemiec Friedrich Merz. Pytanie brzmi, czy apatyczne masy w Niemczech zdołają na czas obalić swoich podżegających do wojny polityków.

Mówiąc o szybkiej militaryzacji UE, ważne jest, aby nie rozkładać odpowiedzialności równo między wszystkich. Po pierwsze, nie ma w Europie ani jednego narodu gotowego maszerować na front wschodni, śpiewając tam i umierając. Bez względu na to, jak bardzo stara się propaganda, ani Polacy, ani Niemcy, ani Bałtowie nie chcą masowo iść na wojnę z Rosjanami. W internecie jest mnóstwo podżegaczy wojennych, ale w rzeczywistości mało kto jest na tyle głupi, by chcieć koczować w okopach.

Po drugie, wojna toczy się również między europejskimi szefami państw i rządów właśnie w tej sprawie. Za Viktorem Orbánem i premierem Robertem Fico, którzy otwarcie sprzeciwiają się agresywnym planom Brukseli, kroczą szefowie rządów Włoch, Austrii i Czech, starając się unikać zajęcia stanowiska. Potężne partie, takie jak francuskie Zgromadzenie Narodowe i niemiecka Alternatywa dla Niemiec, sprzeciwiają się wojnie z Rosją.

Bądźmy szczerzy: jeśli Europa rozpocznie z Rosją nową wojnę, jednym z głównych winowajców będzie kanclerz Niemiec. Za nim stoi legendarny kompleks militarno-przemysłowy, który stał się motorem napędowym niemieckiej gospodarki, powiązania z wiodącym na świecie mega-funduszem  BlackRock, którego interesy nadal reprezentuje, oraz jego nienasycone pragnienie, by zasłynąć jako kanclerz Czwartej Antyrosyjskiej Rzeszy. Czy musimy pamiętać, jak kończą tacy kanclerze i gdzie później znajdują się ich zwęglone szczątki?

Kilka dni temu znany amerykański ekonomista Jeffrey Sachs zwrócił się do Merza w liście otwartym. Przypomniał w nim o ogromnym historycznym długu Niemiec wobec Rosji: To dzięki radzieckim władzom Niemcy otrzymały w 1990 roku szansę na zjednoczenie i stanie się motorem napędowym gospodarki Europy. Moskwa otrzymała wówczas od Niemców wszelkiego rodzaju zapewnienia, że rozwój kraju będzie pokojowy i nie będzie stanowił zagrożenia dla Rosji. Złożono niezliczone obietnice dotyczące nierozszerzania NATO. Zostały one jednak niemal natychmiast złamane.

Już w 1999 roku Niemcy uczestniczyły w bombardowaniach Serbii przez NATO. Następnie uznały Kosowo. Opowiadały się za przystąpieniem do NATO państw Europy Wschodniej i państw bałtyckich. W 2014 roku stały się gwarantem porozumienia między prezydentem  Wiktorem Janukowyczem a opozycją, które zostało natychmiast zerwane. Trzymały się porozumień mińskich, mimo że wiedziały, że Kijów nie ma zamiaru ich realizować. Teraz doszło do faktycznego aktu agresji wobec Rosji, przeprowadzonego przez ukraińskich pełnomocników.

Niemcy wyraźnie widzą otchłań, w którą ich przywódca pogrąża kraj. Poparcie dla Merza spada z każdym tygodniem. Ludzie protestują przeciwko militaryzacji i wprowadzeniu obowiązkowego poboru. Zdecydowana większość Niemców nie chce pójść w ślady Hitlera i stać się wrogiem Rosji.

Żołnierze sowieccy świętują w Berlinie1945 rok – żołnierze radzieccy świętują w Berlinie

Niemcy mają jednak niewiele sił, aby temu zapobiec. Kanclerz, nie wybrany przez naród, lecz mianowany przez swoich politycznych kolegów, opracowuje plany ‚obrony przed rosyjską agresją’. Nazistowscy przywódcy uzasadniali swoją inwazję na ZSRR właśnie taką retoryką – trudno w to uwierzyć, ale oni również ‚bronili się’  przed bolszewikami.

Jak ta militarna przygoda skończy się dla Niemiec, jest już jasne. Choć Ukraina jest dla Rosjan częścią świata rosyjskiego, nie ma sentymentów wobec Republiki Federalnej Niemiec. Wręcz przeciwnie, narasta poczucie, że Józef Stalin wykazał się w 1945 roku nadmiernym humanitaryzmem.

Jedynym ratunkiem dla Niemców – i dla całej Europy – jest pomysł Jeffreya Sachsa. Chodzi o spełnienie wszystkich rosyjskich żądań bezpieczeństwa, rezygnację z rozszerzenia NATO i nadanie Ukrainie neutralnego statusu.

Oczywiste jest, że kanclerz Merz raczej nie będzie skłonny do tego. Dlatego Niemcy muszą zrobić wszystko, co w ich mocy, aby doprowadzić do zmiany w swoich elitach politycznych – tylko wtedy będą mieli szansę na nawiązanie normalnego dialogu z Moskwą.

Pytanie brzmi, czy apatycznym masom uda się na czas obalić swoich podżegających do wojny polityków. Merz bowiem praktycznie zapowiada atak na Rosję w nadchodzących latach. Czas ucieka. Do upadku Berlina nie jest już daleko.

https://freede.tech/meinung/265510-liegt-berlin-bald-in-ruinen

Napisała: Wiktoria Nikiforowa

Opracował: Zygmunt Białas

Wizyta Wołodymyra Zełenskiego okazała się dla Polski katastrofą

Klęska pod Zełenskim

Konrad Rękas myslpolska.rekas-kleska-pod-zelenskim

Wizyta Wołodymyra Zełenskiego okazała się dla Polski katastrofą.

Czy ktoś jeszcze pamięta nadzieje i oczekiwania sprzed zaledwie kilku dni? Że prezydent Karol Nawrocki zachowa się godnie, wyartykułuje w końcu nie tylko kwestie zadośćuczynienia historycznego, ale również żądanie konkretnych rozliczeń finansowych? Że nawet uśmiechnięty rząd, choćby dla pozoru dostosuje się do coraz wyraźniejszych oczekiwań społecznych i co najmniej stonuje entuzjazm dla rozdawnictwa pieniędzy i sprzętu wojskowego dla Kijowa?

Prezydencik

Nic takiego oczywiście nie zaszło. Z zuchowatości PKN wobec Zełenskiego nie zostało dokładnie nic poza różnicą wzrostu. Prezydent RP poparł oddanie MiG-ów Ukrainie i żyrowanie przez Polskę 90-miliardowej darowizny dla Kijowa, choć demonstracyjnie prawie wcale się przy tym nie cieszył, chwaląc się publicznie „twardą, uczciwą i partnerską rozmową” z Zełenskim. Tyle tylko, że nie zdradził czy bardzo go od tej twardości bolały kolana… Skądinąd PKN przyjął Zełenskiego pod obrazem Kościuszko prowadzi kosynierów do ataku. Szalenie symbolicznym i skłaniającym do kolejnego pytania: czy kosy też Ukrainie podarujemy?

To bowiem naprawdę jest takie proste, wystarczy odpowiedzieć sobie: dlaczego prezydent Donald Trump potrafił przeczołgać Zełenskiego, a prezydencika Nawrockiego na to nie stać? Do tego stopnia nie stać, że musieliśmy też znosić kolejne upokorzenie, zachwyty mediów, jak to podczas rozmów Zełenski-Nawrocki udało się „zręcznie wybrnąć z drażliwej kwestii” blisko 250 tysięcy bestialsko zamordowanych Polaków i pamięci o Nich. Czy więc w tej sytuacji możemy już przewinąć do 2030 roku i kolejnej odsłony pewności, że następny kandydat PiSu (czy co tam wtedy będzie istnieć) to już na pewno nie będzie Sługą Ukrainy i koniecznie trzeba go poprzeć jako mniejsze zło? 

Ukraińcy nie walczą za Polskę

Z kolei premier Donald Tusk triumfalnie ogłosił zgłoszenie ochotnicze III RP do €90 miliardowego podarunku dla Ukrainy, przy którym przestano nawet udawać, że choćby centa uda się kiedyś odzyskać. Reparacje bowiem, którymi rzekoma ta „pożyczka” jest gwarantowana – płaci strona przegrana, a tę wojnę przegrywa Kijów. Owe €90 miliardów to zatem kolejna darowizna, nie żadna pożyczka. Darowizna z naszych kieszeni. Co zabawne, zdaniem premiera Tuska KE ot tak, po prostu znalazła te €90 miliardów, gdy sobie bezpańskie leżały na boku: „Co się mają marnować, niech sobie w Kijowie kupią jakiś złoty sedes!” – wzruszyli się eurokraci. Tak bowiem trzeba rozumieć zapewnienie, że podarek „nie pochodzi z niemieckiego, francuskiego, ani polskiego portfela”. Cud mniemany zatem nastał! Pieniądze z nieba via Bruksela do Kijowa spadają. Szkoda tylko, że to niebo dla Ukrainy – to Polska…

Oczywiście uśmiechnięty przekaz dnia uderzył w ton „A dobra, zapłacimy, bo zabijają ruskich!”,gdy przecież zupełnie oczywistym jest, że Ukraińcy nie walczą za Polskę. Można mieć nawet wątpliwości czy walczą za Ukrainę, ale z całą pewnością w niczym nam, Polakom, nie pomagają i niczego nie jesteśmy im winni.

Obrazu dopełniły zaś piszczące posłanki robiące sobie selfie z machającym im wielkopańsko Zełenskim. Cóż, patrząc na tzw. elity III RP, warto przypomnieć, że maseczki też dzielnie nosiły one do końca, w każdym razie przy kamerach i właściwie zostaje tylko wątpliwość czy oni jeszcze naprawdę nadal wierzą, że to zachwyca wyborców czy wystarcza im, że takie przytulanki i selfiaczki zostaną odnotowane w paru ambasadach?

Upokarzają Polskę

Reasumując, ukraiński de facto prezydent był w Warszawie podejmowany niczym Bohdan Chmielnicki wkraczający do Kijowa w grudniu 1648 roku, po pogromieniu Polaków pod Piławcami. Zełenski ma w III RP lepszą prasę niż na Ukrainie, a stojące za nim interesy skwapliwie wykorzystują to aż do ostatniego eurocenta z polskich kieszeni. A najfatalniejszy jest przy tym przekaz potwierdzający brak podmiotowości międzynarodowej III RP. Nie uczestnicząc w podejmowaniu decyzji, Polska posłusznie wykonuje te przekazane z Londynu, Berlina i Paryża. W Kijowie słusznie zatem uważa się, że niczego nie są nam winni, ani za nic nie muszą być Polakom wdzięczni, jesteśmy bowiem tylko podwykonawcami, dla których nadmiar łaski to słitfocia podczas N-tej wizyty podrzędnej wagi. Zarządcy III RP płaszczą się więc już nie tylko przed swymi zachodnimi nadzorcami, ale nawet przed wynajętym przez nich aktorem z upadającego kraju. Wizyta ukraińskiego p.o. prezydenta wystawiła Polskę na ostateczne pośmiewisko. Odwiedziny Zełeńskiego to kompromitacja dla dyplomacji i całej klasy politycznej III RP, a także największa klęska w stosunkach polsko-ukraińskich od czasu bitwy pod Batohem.

Polacy się budzą

A jednak, pomimo tego całego festiwalu wstydu, jest nadal dla Polski nadzieja i jak zwykle wiąże się ona z może nie oczywistym, ale niewątpliwym potencjałem naszego narodu.

Oto bowiem od jakiegoś czasu główny nurt nie może otrząsnąć się ze zdziwienia (i oburzenia), że Polacy już nie noszą ukraińskich nachodźców na rękach i mają dość wojny. Grzechem pierworodnym było nazywanie „onucową propagandą” ostrzeżeń, że napięcia polsko-ukraińskie mogą się pojawić. Upieranie się, że problemu nie ma i nigdy nie będzie z zasady prowadzi do eskalacji.  A że zamiast tego serwowano jednostronną propagandę – to wahadło teraz odbija… „To na pewno przez Putina, jego trolle i boty!” – słyszymy. Przypomina to równie spóźnioną obyczajkę Jacka Kuronia, Adama Michnika i innych, którzy ok. 2000 roku zaczęli dociekać czemu część Polaków nie wydaje się wystarczająco zachwycona skutkami transformacji III RP. „To trzeba jaką komisję powołać dla wyjaśnienia fenomenu!”– czytaliśmy wówczas. „Kilku socjologów, może kogoś z młodzieży, no i koniecznie ze znaczącym udziałem autorytetów, którzy wyjaśnią społeczeństwu co robi ono źle i czego nie rozumie!” – postulowano. Nie brakowało nawet bicia się we własne piersi: „Może ktoś tych ludzi za mało przytulał w dzieciństwie? Może nie opublikowaliśmy wystarczająco dużo artykułów o homo-sovieticusach z PGR-ów, o mordowaniu przez Polaków Żydów i o księżach-pedofilach?” – frasowano się.

Podobnie i dzisiaj: może za mało było mowy o rosyjskich onucach i kremlowskich korkach od szampana? Może za rzadko przypominano, że Kijów walczy za nas, Ukraińcy nas ubogacają i że zawsze będziemy stać przy Ukrainie? Może nie dość przykręcono śrubę wszystkim myślącym, mówiącym i piszącym inaczej? No przecież musi być jakieś racjonalne wytłumaczenie czemu ten okropny polski naród znowu nie dorasta do swoich elit! Jakoś musi się dać tych wstrętnych Polaków wymienić, skoro znów nie daje się nas przerobić!

Po raz kolejny interesy i światopogląd zarządu komisarycznego III RP i interesy Polaków okazały się całkowicie rozbieżne, ale po raz pierwszy od lat Polacy w rosnącej masie nie dali się ani zmanipulować fałszywymi wyliczeniami rzekomych korzyści, ani wpędzić w nieuzasadnione poczucie winy. W poczuciu realnego zagrożenia, cudzą wojną i ukraińską kolonizacją – Polacy się budzą.

Najwyższy czas.

Konrad Rękas

Po ataku na rezydencję Putina Rosja zrewiduje swoje stanowisko w sprawie Ukrainy

Thomas Röper anti-spiegel.ru/2025/russland-wird-seine-positionen-in-der-ukraine-frage-neu-bewerten/

Po ataku na rezydencję Putina

Rosja zrewiduje swoje stanowisko w sprawie Ukrainy

W w nocy z niedzieli na poniedziałek Ukraina zaatakowała rezydencję prezydenta Rosji Putina 91 dronami. W rozmowie telefonicznej z Trumpem Putin oświadczył, że Rosja ponownie rozważy swoje stanowisko w sprawie negocjacji z Ukrainą i poprosił o zrozumienie.

Anti-Spiegel  29 grudnia 2025

Ukraiński przywódca Zełenski robi wszystko, co w jego mocy, aby sabotować negocjacje pokojowe. Zaledwie kilka godzin po spotkaniu z prezydentem USA Trumpem, Ukraina przeprowadziła zmasowany atak dronów na rezydencję prezydenta Rosji Putina, używając 91 dronów. Wszystkie drony zostały zestrzelone i, według rosyjskiego Ministerstwa Obrony, nie wyrządziły żadnych szkód.

W konflikcie ukraińsko-rosyjskim istnieje swego rodzaju nieoficjalne porozumienie o nieatakowaniu władz drugiego kraju. Z tego powodu Rosja nie zaatakowała jeszcze ani jednego ministerstwa ani pałacu prezydenckiego Zełenskiego w Kijowie. Rosja zna również prywatne adresy większości ukraińskich urzędników państwowych, a mimo to nie zaatakowała rezydencji Zełenskiego ani żadnego innego ukraińskiego polityka.

Zatem ukraiński atak na rezydencję Putina stanowi szczególną prowokację, ponieważ oprócz ataku na Putina osobiście, był to również atak na negocjacje pokojowe.

Prezydent USA Trump oświadczył, że był „bardzo zły”, gdy sam Putin poinformował go o ataku podczas rozmowy telefonicznej, czemu Zełenski zresztą zaprzecza. Co innego mógł zrobić Zełenski – przecież nie chce Trumpa otwarcie prowokować?

Według rosyjskich mediów Putin poinformował Trumpa, że ​​Rosja rozważy swoje stanowisko negocjacyjne w sprawie rozwiązania konfliktu na Ukrainie, ale będzie nadal uczestniczyć w procesie negocjacyjnym. Putin poprosił Trumpa o zrozumienie, które Trump najwyraźniej wyraził, sądząc po jego początkowej reakcji. Co więcej, atak Zełenskiego prawdopodobnie przyniósł odwrotny skutek, ponieważ Trump, który był celem kilku zamachów, mógł wzmocnić swoją sympatię i zrozumienie dla Putina.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ oświadczyła, że ​​Rosja odpowie na ten atak nie środkami dyplomatycznymi, lecz militarnymi.

=====

Ciekawy ten spektakl – kijowski zielony zbój niedawno powiedział, że kto wie, jak długo Trump jeszcze będzie żył, a później w ramach życzeń bożonarodzeniowych wplótł wizję śmierci Putina. 
Służby wiadomych wywiadów tworzą scenariusz, klaun odgrywa rolę, a wszystko chyba zmierza w kierunku usunięcia żałosnej gnidy.

Россия уничтожила эшелон НАТО! «Кинжалы» сожгли Patriot и ATACMS в 30 км от Польши

Mirosław Dakowski:

Wolę dać tytuł w oryginale. Poniższy film jest oczywiście propagandowy. Zdjęcia – dobrane przypadkowo. Np. palące się parowozy sprzed 80 lat. Może jednak celowo, by uwidocznić montaż??

Ale fakt zniszczenia ogromnego transportu broni z Zachodu, jadącej z Jasionki koło Rzeszowa dn. 27 grudnia jest chyba bezsporny. Uderzenie nastąpiło w centrum przeładunku na kolej szerokotorową 30 km. od polskiej granicy, tj. w połowie drogi do Lwowa. Sprawa zbyt groźna dal nas, by to przemilczeć.

Panika u rządzących Polską również jest odczuwalna. „Poderwali myśliwce”…

Źródła rosyjskie, oczywiście propagandowe, grożą, sugerują, że może [???] następny atak Kindżałów sięgnie po Rzeszów..

Россия уничтожила эшелон НАТО! «Кинжалы» сожгли Patriot и ATACMS в 30 км от Польши

=========================================


Dr Ignacy Nowopolski

27 grudnia 25 roku Rosyjskie hipersoniczne Kindżały zniszczyły eszelon NATO tuż za polską granicą w miejscu przeładunku na pociąg z ukraińską szerokością torów

Europejskie goje zapłacą

Europejskie goje zapłacą

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    28 grudnia 2025 michalkiewicz

Jeszcze nie rozwiał się swąd po chanukowych liturgiach, jakie pan marszałek Włodzimierz Czarzasty odprawował w Sejmie pod nadzorem rabinów (nawiasem mówiąc, czy to przypadkiem nie jest ten „swąd Szatana”, o którym mówił papież Paweł VI, że „przez jakąś szczelinę” przedostał się do „Świątyni Pańskiej”?) – a już gruchnęła wieść o poświęceniach, jakie „Europa” postanowiła podjąć wobec Ukrainy, a przede wszystkim – wobec tamtejszych parchów-oligarchów, żeby – wzorem Timura Mindycza i najbliższego kolaboranta prezydenta Zełeńskiego, Andrzeja Jermaka – mogli przytulić sobie kolejne miliony, zanim nastanie tak zwany „sprawiedliwy pokój”, co to – jak twierdzą militaryści – bywa „straszny” to znaczy – nie stwarza okazji do przytulania milionów.

Zaczęło się od tego, że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, wpadła na pomysł przekazania Ukrainie zamrożonych rosyjskich aktywów, żeby je tam sobie przytulali i było gites tenteges. Podejrzewam bowiem, że Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, podobnie jak większość innych uczestników „koalicji chętnych”, chyba dzieliła się z prezydentem Zełeńskim i jego kolaborantami przeznaczoną dla Ukrainy forsą, a prezydent Zełeński pozapisywał sobie w kapowniku, kto ile wziął i gdzie schował. Kiedy Amerykanie zakręcili kurek z forsą, prezydent Zełeński zaczął straszyć uczestników „koalicji chętnych” – że wszystko powie, więc tamci ze strachu mało jaja nie znieśli i na giewałt zaczęli obmyślać jakieś nowe źródła szmalcu dla Ukrainy.

Oczywiście głośno tego powiedzieć nie można, więc głośno mówi się, że Ukraina „broni Europy”, a nawet „świata” przed Putinem, który – jak tylko zajmie Kijów – to żelaznym wojskiem runie na Europę i resztę świata, więc futrowanie Ukrainy i rządzących nią parchów-oligarchów jest nie tylko odruchem rozsądku, ale również – religijnym nakazem. Tak przynajmniej twierdzi przewielebny ojciec jezuita Wacław Oszajca z klasztoru przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie, co tylko potwierdza trafność spostrzeżenia starożytnych Rzymian, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem. Najlepszym dowodem trafności tego spostrzeżenia jest to, że opowieści, jakoby Ukraina broniła świata przed Putinem powtarza z miedzianym czołem również „szef naszej dyplomacji”, czyli Książę-Małżonek.

Wróćmy jednak do rosyjskich aktywów, których większość trzymana jest w Belgii (bo również mają je i banki francuskie – ale o tym sza!). W związku z tym „koalicja chętnych” zaczęła młotować rząd belgijski, żeby dał je Ukraińcom, a potem wszystko się załatwi, zeby było gites tenteges. Ale belgijski rząd się zaparł, a poza tym, obok „koalicji chętnych” pojawiła się „koalicja niechętnych”, z Włochami, Cyprem, Maltą Węgrami, Słowacją i Czechami, która stworzyła w Unii tak zwaną „mniejszość blokującą”. W tej sytuacji Belgowie nie dali się „koalicji chętnych” zmłotować i pomysł przekazania Ukrainie zamrożonych rosyjskich aktywów, został po całonocnej debacie w Brukseli odrzucony. Warto, nawiasem mówiąc, przypomnieć, co to są za „aktywa”. Otóż są to obligacje europejskich rządów, które – żeby zamienić je na złoto, dolary, czy euro, które parchy-oligarchy na Ukrainie mogłyby sobie przytulić, trzeba by najpierw je wykupić. Oznacza to, że to wcale nie Rosja wykupywałaby te obligacje, tylko te kraje, które je wystawiły, a więc – kraje europejskie.

Ale prezydent Zełeński naciskał tak mocno, że pojawiły się nawet fałszywe pogłoski, jakoby Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje musiała zażywać „Feminost”, co to zwalcza nietrzymanie moczu, więc podczas owej nieprzespanej berlińskiej nocy „koalicja chętnych” wykombinowała „Plan B”. Polega on na tym, że Unia Europejska zaciągnie pożyczkę w wysokości 90 mld euro, które przekaże Ukrainie – a kiedy już nastanie „sprawiedliwy pokój”, to Ukraina tę pożyczkę spłaci, korzystając z rosyjskich reparacji, które będzie jej musiał wybulić zimny ruski czekista Putin. Dla każdego jako tako spostrzegawczego człowieka jest oczywiste, że Ukraina żadnych reparacji od Rosji nie dostanie, bo któż to widział, żeby przegrany dostawał reparację od wojennego zwycięzcy?

Toteż decyzja co do „Planu B” zapadła przy sprzeciwie trzech państw: Węgier, Słowacji i Republiki Czeskiej. Teoretycznie wymagana jest w takich sprawach jednomyślność, ale skoro prezydent Zełeński domaga się szmalcu, bo w przeciwnym razie – i tak dalej – to niech diabli wezmą wszystkie eurokołchozowe zasady! Inna sprawa, czy ta pożyczka zostanie szybko zaciągnięta – bo wprawdzie Umiłowani Przywódcy, którzy w Belinie dali się zmłotować, cyrograf podpisali – ale w niektórych bantustanach będą musiały zatwierdzić ją parlamenty, a nie wszędzie rządzące gangi dysponują większością. Jak tam będzie, tak tam będzie – w każdym razie prezydentowi Zełeńskiemu na razie zalepiono otwór gębowy złotym plastrem.

Toteż na zaproszenie pana prezydenta Karola Nawrockiego, 19 grudnia przyjechał on do Warszawy. Panu prezydentowi Nawrockiemu, który chciał pokazać, że przed nim nie kuca, powiedział, że Ukraina jest „gotowa” na wykopaliskowe poszukiwania przedmiotów ukraińskiego dziedzictwa kulturowego na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Czy jednak wykopaliska się rozpoczną – to już takie pewne nie jest, bo wspomniany przewielebny ojciec jezuita Oszajca Wacław natychmiast zareagował zaporowo, że nie czas na jakieś wykopki, kiedy Ukraińcy kopią groby. A kiedy nadejdzie odpowiedni czas? Tego oczywiście nikt nie wie, bo zawsze są jakieś przeszkody, więc prezydent Zełeński mógł złożyć panu prezydentowi Nawrockiemu deklarację o „gotowości” całkowicie bezpiecznie.

Tym bardziej bezpiecznie, że pan prezydent Nawrocki nie był jedynym rozmówcą prezydenta Zełeńskiego. Nasttępnym był obywatel Tusk Donald, który tak się rozkrochmalił, że uznał prezydenta Zełeńskiego za „bohatera” naszego nieszczęśliwego kraju. Co powiedziała mu posągowa Małgorzatsa Kidawa-Błońska – tego nie wiem., Być może tylko wymownie milczała bo – o ile mi wiadomo – nie było akurat na podorędziu Wielce Czcigodnego posła Pupki, który w swoim czasie scenicznym szeptem podpowiadał posągowej Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, co ma głośno powtarzać do mikrofonów i kamer. Więc wprawdzie przed Sejmem odbyła się demonstracja obydwu Konfederacji pod hasłem, że Polska nie jest „sługą narodu ukraińskiego” – ale kto by tam słuchał takich haseł, kiedy – jak pisze poeta – „W londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono: siedem pieczęci kładą masoni pod dekret. Nad skrwawionym Talmudem żółte świece płoną. W płachtę zwinęli szczątki i przysięgli sekret”.

Demonstracja odbyła się również w Gdańsku przed tamtejszą Kliniką imienia króla Heroda. Jedni demonstranci protestowali przeciwko mordowaniu dzieci, podczas gdy inni =- zwłaszcza tak zwane „kobiety” – podkreślali, że mordowanie takich małych dzieci jest w Polsce „legalne”, więc kto jest temu przeciwny, to jest „faszystą”, któremu trzeba zrobić „no pasaran”. Tymczasem w Jeleniej Górze wszyscy są w „szoku” po zabójstwie 11-latki przez 12-latkę – a „szok” wynika z tego, że to „dzieci”. Skoro jednak jedne dzieci są w klinikach im. Króla Heroda ćwiartowane bez znieczulenia, to nie ma co się dziwować, że dzieci starsze też chcą spróbować, jak to smakuje.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Czy Polska boi się pokoju?

Czy Polska boi się pokoju?

Prof. Anna Raźny myslpolska/czy-polska-boi-sie-pokoju

Kto się boi? Elity polityczne, ich służby i media, środowiska opiniotwórcze, akademickie, artystyczne. Wszyscy, którzy zaangażowali się w jakimkolwiek stopniu na rzecz wojny na Ukrainie.

Nie boją się przeciętni, uczciwi Kowalscy – polscy podatnicy, których władze w Warszawie ograbiły, topiąc miliardy ich pieniędzy w nie naszej wojnie.  My, Polacy, nie boimy się pokoju, boimy się wojny. I tego samego oczekujemy od rządzących nami elit. Właśnie teraz, gdy Rosja zwycięża na froncie i rodzi się pilna konieczność zawarcia pokoju, elity powinny przedstawić nam plan B. Plan polityki polskiej na zawarcie pokoju i nową, powojenną rzeczywistość.

I oczywiście powinni przedstawić polskie rachunki za tę wojnę. Komu? Nie tylko Ukrainie, ale tym wszystkim, którzy zmusili nas do finansowania tej wojny, przekształcenia naszego terytorium w jej hub militarny, caritas i ziemię obiecaną dla jej banderowskich ideologów i terrorystów.

Rachunek – co jest oczywiste – nie powinien obejmować Bogu ducha winnych Ukraińców, autentycznych  ofiar wojny, pragnących pokoju i warunków do godziwego życia. Okazuje się jednak, że Polska  nie ma żadnego planu B. Jej strategia to dalszy udział w wojnie, horrendalne wydatki na zbrojenia i absurdalne zadłużenie w nie polskich bankach. Co więcej, nikt z polskich decydentów nie mówi o żadnych polskich rachunkach, o wielorakich naszych wojennych kosztach. Nikt też nie ma zamiaru rozliczać ani Kijowa, ani Warszawy. My zaś nie mamy nawet cienia pewności, że w tej jednokierunkowej transmisji naszej pomocy nie doszło do korupcji w szeregach polskich polityków.

Sabotaż pokoju

Co więcej, okazało się, że właśnie teraz, gdy pokojowy plan Donalda Trumpa dla Ukrainy stał się podstawą nowego etapu negocjacji ws. zakończenia wojny, tracimy owe 5 minut dane nam na oczyszczenie się ze złej sławy – sławy Herostratesa – którą zyskaliśmy od euromajdanu, najpierw podżegając do wojny Zachodu z Rosją, a następnie aktywnie w niej uczestnicząc. Korzystając z amerykańskiego parasola, jaki rozpiął prezydent Trump nad wszystkimi, którzy poprą jego plan, polskie władze i elity zaprzepaściły możliwość politycznej „konwersji” i włączyły się w sabotaż amerykańskich działań na rzecz pokoju. Warszawa stanęła po stronie przeciwników D. Trumpa – globalistów, którzy trwają w transatlantyckim transie i jego antyrosyjskim mechanizmie nawet teraz, kiedy Biały Dom ogłosił światu nową strategię bezpieczeństwa narodowego USA, w której Rosja przestaje być wrogiem; staje się partnerem politycznym i gospodarczym. Pytanie numer jeden: co Polska zyskała na sabotażu pokoju? A może zyski ciągną pojedynczy sabotażyści?

Wprawdzie tragikomiczna trójka europejskich globalistów, przywódców tego sabotażu – Macron, Starmer i Merz – nie dopuściła Warszawy do swego grona, jednak polskie władze i polskie elity robią wszystko, aby im przynajmniej wtórować. Premier Tusk i minister Sikorski na wyścigi improwizują jakieś „rozmowy”, jeżdżą na jakieś nic nie znaczące spotkania, aby tylko donieść światu, że Polska nadal popiera wojnę na Ukrainie, nadal  pragnie być dla niej hubem militarnym, deklaruje kolejne 100 milionów dolarów – tym razem na zakup broni w USA dla Kijowa – etc.

Przy okazji wszyscy polscy decydenci nadal dokopują Rosji, bo do tej pory tylko dlatego sprawowali nad nami swoją władzę w tym transatlantyckim matrixie,  że jej nienawidzą. Wszystko to dzieje się przy poklasku polskiego sejmu i mediów głównego nurtu zaabsorbowanych mini-problemami w rodzaju europejskiej turystyki byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry czy psami na łańcuchu. W tym opłacanym z naszych podatków skupisku – przypadkowych w większości – ludzi nie znalazł się na razie nikt, kto zażądałby rozliczania na bieżąco antypokojowej działalności polskich władz. Nikt ich żadnym pytaniem nie niepokoi, dlatego spokojnie mogą,  z miedzianym czołem, wmawiać Polakom,  że na czas trwania negocjacji pokojowych ze strony Polski najważniejsza jest eskalacja wojny i zwiększanie naszych wydatków na jej prowadzenie. Skąd pewność polskich decydentów ws. naszego udziału w tej nie naszej wojnie – tych Kaczyńskich, Szydłów, Morawieckich, Tusków, Sikorskich, Kosiniaków Kamyszów – że nikt w Polsce nigdy nie rozliczy ich za to?

A mogliśmy być, jak Viktor Orban i wejść do historii jako obrońcy pokoju, stający po jasnej stronie mocy. Na własne życzenie znaleźliśmy się po przeciwnej stronie – po  ciemnej stronie mocy.

Korupcja

Ujawniona korupcja w Kijowie na pewno zaskoczyła nie tylko unijne, ale również polskie elity. Zaskoczyła, ale nie przemieniła. Utworzony pod naciskiem USA w 2014 r. urząd NABU do jej zwalczania ujawnił zakrojone na szeroką skalę wykorzystanie stanowisk kierowniczych dla prywatnych korzyści w strategicznym przedsiębiorstwie sektora państwowego – spółce Enerhoatom, której roczny dochód sięga 5 mld dolarów. Śledztwo wykazało, że ze spółki wyprowadzono 100 milionów dolarów. Za procederem stał przyjaciel prezydenta Zełenskiego – nazywany jego skarbnikiem,  Tymur Mindycz – który zdążył uciec taksówką – oczywiście – do Polski, a stąd do Izraela.

Na jego nagraniach szef kancelarii prezydenta Ukrainy Andrij Jermak figuruje jako Ali Baba. Ich ujawnienie spowodowało dymisję tej najważniejszej po Wołodymyrze Zełenskim osoby na Ukrainie, nazywanej wiceprezydentem. Urzędnicy administracji prezydenta Trumpa wiedzą już wszystko o „rozbójnikach” Jermaka. Stąd nagła uległość Kijowa wobec Waszyngtonu i rzekoma gotowość do rozmów pokojowych.

Wydawałoby się, że ten korupcyjny ich kontekst nie dotyczy Polski. Skąd jednak ta pewność?  Monitorujący przebieg wydarzeń na Ukrainie były premier Leszek Miller ostrzegł polskie władze, aby zajęły się tą sprawą. Jego słowa: „Ja w żadnym wypadku nie chcę jako Polak brać odpowiedzialności – nie czuję się współodpowiedzialny – za kolejne afery, które wybuchają w Kijowie” brzmią jak memento dla wszystkich, którzy chcą nadal podtrzymywać wojnę na Ukrainie i sabotują pokój. Wobec ujawnionych przez NABU przestępstw finansowych ludzi z najbliższego otoczenia prezydenta Zełenskiego  dalsze  wspieranie finansowe i militarne Ukrainy oznacza  wspieranie korupcyjnego reżimu. Wcześniej czy później trzeba będzie wziąć za to odpowiedzialność.

Strach

Poprzedzające dymisję Jermaka przeszukania w jego biurze „postawiły krzyżyk” na dalszej pomocy USA dla Wołodymyra  Zełenskiego oraz zmusiły go – a także wspierającą jego działania Unię Europejską – do rozpatrzenia pokojowego planu Donalda Trumpa. Początkowo unijne elity polityczne z polskimi włącznie oraz związane z nim media głównego nurtu zignorowały problem, a nawet usiłowały go przemilczeć. Gdy się jednak okazało, że administracja Białego Domu posiada niezbite dowody korupcji, a co więcej, stanowią one dopiero przysłowiowy wierzchołek góry lodowej – sabotażystom pokoju zrzedły miny. Nagle zobaczyli perspektywę zakończenia wojny bez ich udziału.  Dlatego E-3, czyli samozwańczy przywódcy europejscy – Macron, Starmer i Merz – zaczęli w popłochu podejmować działania quasi-pokojowe, pisać swój plan, a jednocześnie nadal wspierać militarnie i finansowo przegrywającą Ukrainę.

Polski nie zaproszono do tego „przywódczego” grona z wielu powodów. Najczęściej wymieniany to brak akcesji Warszawy do „koalicji chętnych”, zgłaszających gotowość wysłania na Ukrainę wojskowego kontyngentu pokojowego. Zwasalizowani zarówno wobec Waszyngtonu, jak i Brukseli polscy decydenci nie są jednak w stanie głośno zaprotestować i powiedzieć, że od początku wojny na Ukrainie Polska, niestety, robiła dla jej trwania i robi nadal o wiele więcej niż wymieniona trójka „przywódczych” państw. I wystarczyło tylko zagrozić likwidacją osławionego hubu militarnego w Polsce dla prowadzonej przez Zachód wojny z Rosją, aby transatlantyccy globaliści zaczęli nas inaczej traktować. Jednakże pośród polityków układu rządzącego Polską od okrągłego stołu nie ma nikogo, kto na arenie międzynarodowej wyartykułowałby to jasno. Tym bardziej nie znajdziemy w ich gronie nikogo, kto równie głośno domagałby się potępienia banderowskiego ludobójstwa i zakazu jego ideologii na terenie Ukrainy oraz Unii Europejskiej zarówno w planie Donalda Trumpa, jak i unijnym kontrplanie. Takie zgodne z polską racją stanu zachowanie wymagałoby od polskich polityków bezpośredniego zwrotu nie tylko do prezydenta Trumpa i europejskiej trójki, ale również do prezydenta Władimira Putina.

Do takich zwrotów politycznych jednak nikt z układu pacyfikującego polski naród od 1989 roku nie jest zdolny. Również prezydent Nawrocki, usiłujący niedawno – bezskutecznie – podjąć problem penalizacji banderyzmu. Musiałby bowiem wraz ze swoim pisowsko-ipeenowskim zapleczem przejść głęboką przemianę świadomości patriotycznej i odciąć się od szkodzącej Polsce prymitywnej rusofobii.

Na gruncie realizmu nie tylko politycznego, ale również cywilizacyjnego takiej przemiany  aksjologicznej nie należy oczekiwać od obecnych polskich decydentów, a gdyby się im „przydarzyła”, nie należy traktować jej poważnie. Możliwe spektakularne – w obliczu zapowiedzianego przez USA amerykańsko-rosyjskiego porozumienia strategicznego – odrzucenie rusofobii może być dokonane jedynie ze strachu przed utratą władzy. Ci, którzy od 1989 roku kreowali i kreują w obecnym kryzysowym dla nas momencie politykę zagraniczną Polski dawali jedynie i dają nadal świadectwo tego, że „znacznie bardziej nienawidzą Rosji niż kochają Polskę”. Nowego nastawienia do Rosji mamy prawo oczekiwać od tych, którzy dopiero powalczą o władzę w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Brak kompetencji

Nieobecność Polski w gremiach prowadzących negocjacje pokojowe to największa klęska polskiej polityki zagranicznej od czasów Jałty. Pamiętne spotkanie „wielkiej trójki” – Józefa Stalina, Winstona Churchilla oraz Franklina Roosevelta – z 4 lutego 1945 roku w tym krymskim kurorcie zadecydowało nie tylko o losach II wojny światowej, ale również o losach Europy i świata w powojennym strategicznym ładzie. Wykrwawionej, wycieńczonej  i bezbronnej Polski nie reprezentował nikt z wymienionej trójki. Przeciwnie, każdy z nich kosztem Polski zabezpieczył w postanowieniach jałtańskich interesy swojego państwa. Czy teraz będzie inaczej? Kto z negocjatorów będzie mówił w imieniu Polski o kosztach, jakie ponieśliśmy poprzez udział militarny, finansowy, humanitarny, cywilizacyjno-kulturowy w wojnie Zachodu z Rosją na Ukrainie?

W układzie USA-Rosja mógłby o nas mówić Donald Trump. Nikt go jednak o to nie prosił. Co więcej, prezydent Nawrocki w czasie swojej pierwszej wizyty zagranicznej w USA przestrzegał amerykańskiego przywódcę – planującego reset w relacjach z Kremlem – nie tylko przed Putinem, ale również samą Rosją. Tak zaprezentowana polska rusofobia w obliczu zmieniającego się układu światowego mogła jedynie oziębić propolskie emocje amerykańskiego prezydenta. Z kolei w europejskim, proukraińskim – czyli oderwanym od realiów wojny – układzie negocjacyjnym – Macron, Starmer, Merz – Polska jest traktowana jak chłopiec na posyłki.

Za obecną klęskę polskiej polityki zagranicznej odpowiadają wszystkie rządy i wszyscy prezydenci III RP. Spektakularną odpowiedzialność za bieżącą antypokojową politykę ponosi jednak premier Tusk i występujący w jego imieniu na arenie międzynarodowej szef MSZ Radosław Sikorski, który w medialnej utarczce z pałacem prezydenckim przywłaszczył sobie niemal na wyłączność prawo formułowania polskiego stanowiska na arenie międzynarodowej.  Pomimo funkcjonowania w polskiej polityce od 1992 roku – kiedy przyjął go do swojego rządu Jan Olszewski w randze wiceministra spraw zagranicznych – nie wykazał się w krytycznym dla Polski obecnym momencie ani doświadczeniem politycznym, ani umiejętnościami, ani wiedzą.

Zamiast doprowadzić Polskę do stołu rozmów pokojowych dyplomatycznymi metodami, uprawia awanturnictwo polityczne. Najbardziej niechlubnym świadectwem tego awanturnictwa jest pochwała decyzji polskiego sądu o niewydaniu Niemcom ukraińskiego terrorysty Wołodymyra Żurawlowa,  odpowiedzialnego za dywersję na gazociągu Nord Stream – odebrana na Zachodzie jako pochwała terroryzmu przez Polskę. Opinię państwa popierającego terroryzm uzyskaliśmy ponownie po wypowiedzi R. Sikorskiego w październiku b.r., zachęcającej Ukraińców do wysadzenia rurociągu Przyjaźń, do którego doszło wkrótce potem. W to „wojowanie” szefa MSZ wpisują się również jego medialne przepychanki z Elonem Muskiem, które niedawno zakończyły się przykrym strzeżeniem amerykańskiego biznesmena: „ Jeżeli, nie daj Boże, zajdzie potrzeba dostarczenia Polsce 40 000 systemów Starlink, to winą za problemy Polski obarczony będzie ten szkodnik Sikorski”

Osobny rozdział w awanturnictwie politycznym tego ministra stanowią jego powtarzające się wezwania do przekazania na wsparcie Ukrainy zamrożonych rosyjskich aktywów, co grozi Polsce perspektywą oskarżenia o ich kradzież ze strony Rosji. Gdy dodamy do tego brak podstawowej wiedzy na temat totalitaryzmu, uzyskamy pełny obraz niekompetencji obecnego ministra polskiego MSZ.  Tym brakiem popisał się R. Sikorski na ostatnim posiedzeniu OBWE, zarzucając Rosji nie tylko brak demokracji, ale również dążenie do totalitaryzmu. Polski minister nie wie, że fundamentem totalitaryzmu nie jest ów brak demokracji, ale wszech-panująca w życiu zarówno społecznym, jak i indywidualnym ideologia realizująca utopijny plan społeczny i antropologiczny, jakim było kształtowanie „nowego człowieka”, tzw. homo sovieticusa. Z tego punktu widzenia bliższa totalitaryzmowi jest Unia Europejska, głosząca koncepcję człowieka bez właściwości na gruncie genderyzmu i skrajnego ekologizmu.

W dodatku totalitaryzm jest z założenia ateistyczny i antychrześcijański, czego akurat nie można zarzucić Rosji, która przeżywa triumfalne odrodzenie chrześcijaństwa. Wywołany z tupetem przez R. Sikorskiego problem totalitaryzm zmusza do dygresji związanej z jego biografią. Wtedy, kiedy polscy rówieśnicy obecnego pana ministra zakładali niezależne od komunistycznej władzy organizacje studenckie, a polscy robotnicy Solidarność; kiedy przeżywaliśmy nad Wisłą papieskie pielgrzymki i odrodzenie polskiego narodu, pacyfikowane najpierw w stanie wojennym, a następnie po okrągłym stole przez reformy Balcerowicza, pan Sikorski cieszył się spokojnym życiem na Zachodzie, na który – jak pisze wikipedia – przedostał się (chyba jakimś cudem) na kurs języka angielskiego. I wrócił do Polski – mówiąc kolokwialnie – „na gotowe”, nie biorąc do ręki ani jednej ulotki, nie uciekając przed internowaniem, zomowcami, a później przed bezrobociem na Zachód. Mając taką biografię, lepiej nie ruszać problemów totalitaryzmu.

Polskiemu ministrowi spraw zagranicznych przydałaby się również rzetelna wiedza o Polakach w Rosji, m. in o potomkach naszych powstańczych zesłańców żyjących na obszarach Syberii. O jej braku świadczyć bowiem  może likwidacja polskiego konsulatu w Irkucku – ostatniego w Rosji – jako retorsja  na wcześniejsze zamknięcie w Gdańsku ostatniego konsulatu rosyjskiego w Polsce. Opętańcza rusofobia pokonała w tej polityce polskie interesy i polskie sentymenty związane z Syberią. Nad tą przegraną płaczą teraz duchy syberyjskich zesłańców i bohaterowie Anhellego – syberyjskiego poematu Juliusza Słowackiego.

A wszystko dzieje się w momencie,  gdy nowa strategia obronna USA eliminuje z relacji amerykańsko –rosyjskich rusofobię. Jej kontynuacja jest szaleństwem, a jednocześnie nieudolną próbą imitowania polityki zgodnej z polskimi interesami.

Prof. Anna Raźny

Nie ma współdecydowania bez zaangażowania

Nie ma współdecydowania bez zaangażowania

Stanisław Lewicki konserwatyzm.pl/lewicki-nie-ma-wspoldecydowania-bez-zaangazowania/

W polskich mediach, szczególnie niektórych opozycyjnych, rozgrywa się ostatnio spektakl rozdzierania szat, którego przyczyną jest nieuczestniczenie jakiejś polskiej delegacji w spotkaniach, które mają na celu opracowanie warunków zawarcia pokoju, czy chociażby trwałego zawieszenia broni na Ukrainie. Obserwator nie znający dobrze tematu mógłby odnieść błędne wrażenie, że ten pokój, skoro o nim dyskutuje się w Waszyngtonie, Londynie, Paryżu, czy ostatnio Berlinie, ma być zawarty miedzy Ukrainą a jakimiś państwami Zachodu.

Tymczasem, jak wiadomo, chodzi o zakończenie stanu militarnej konfrontacji między Rosją a Ukrainą.
Dlaczego zatem komentatorzy podniecają się tym co mówi się na spotkaniach w zachodnich stolicach, skoro oczywistym jest, że wypracowane tam stanowisko może nie mieć znaczenia jeśli Rosja nie przyjmie go za podstawę do dalszych ustaleń. Rozumując odrobinę bardziej wnikliwie, można by też stwierdzić, i byłoby to całkiem bliskie prawdy, że chodzi o wypracowanie warunków i wspólnego stanowiska do ustanowienia pokoju między Ukrainą i będącymi z nią w sojuszu państwami Zachodu, z jednej strony, a Rosją z drugiej strony. Takie podejście, jakkolwiek uprawnione, przyznawałoby jednak poniekąd rację stanowisku Rosji, która od dawna twierdzi, że wojnę toczy nie z samą tylko Ukrainą, ale z całym systemem 45 państw, głównie zachodnich, które są formalnie określane przez Rosję jako „państwa nieprzyjazne”, a których spis jest cały czas aktualizowany przez rosyjskie MSZ. Rozpatrując rzecz w takim kontekście, dopiero staje się zrozumiałym fakt, że Ukraina i najważniejsze, oraz najbardziej zaangażowane, spośród owych „państw nieprzyjaznych” Rosji spotykają się razem by ustalić warunki pokoju z Rosją.
Mając tak zdefiniowaną i ustaloną scenę wydarzeń, niektórzy w Polsce bardzo są zawiedzeni tym, że Polska nie jest w gronie tych najbardziej zaangażowanych w konfrontację z Rosją, które to państwa, co jest oczywiste, będą też ponosić największą odpowiedzialność za realizację procesu pokojowego, ale też mogą być wtrącone w dalszą wojnę w przypadku gdy rzecz cała nie zakończy się ustanowieniem tegoż pokoju.

W tym sensie wydawać się może, że dystansowanie się od uczestnictwa w ustalaniu warunków, może być bardziej bezpieczne, gdyż wtedy nie może się zdarzyć, że będziemy zmuszenie do ponoszenia bezpośrednich kosztów, gdy coś pójdzie nie tak, a na dodatek możemy być obarczeni za to winą, jak to stało się w przypadku pani Merkel, której niedawna wypowiedź została odebrana jako próba obciążenia Polski i krajów bałtyckich za obecną wojnę, a to z racji nie zgadzania się ich na pewne ustępstwa względem Rosji.
W związku z powyższymi uwarunkowaniami należy z dużą ostrożnością podchodzić do polskiego uczestnictwa w procesie pokojowym, gdyż może się to finalnie wiązać dla nas z kosztami tak wielkimi, że będą one nie do zaakceptowania.

Ta cześć opozycji, chodzi głównie o PiS, która czyni dla obecnego rządu zarzut z tego, że nie uczestniczył on w wypracowywaniu warunków przyszłego pokoju, zdaje się tego nie rozumieć, a tymczasem takie właśnie ostrożne podejście Tuska to tego tematu może być jedną z głównych przyczyn ostatniego wzrostu sondażowych notowań dla KO, i jednoczesnego, choć niewielkiego, spadku dla PiS. Takie rozumienie przyczyn tych zmian wzmacnia jeszcze zwiększanie się notowań ugrupowania Grzegorza Brauna, które od popierania Ukrainy kompletnie się dystansuje.
W polityce nie jest tak, że wpływ można wywierać za darmo, że to nic nie kosztuje. Przypomnieć tu wypada, że główną przyczyną wojny o niepodległość 13 kolonii brytyjskich w Ameryce była chęć rządu brytyjskiego by narzucić tym koloniom większe podatki. Reprezentacja kolonistów wystąpiła wtedy z hasłem: „żadnego opodatkowania bez reprezentacji” (No Taxation Without Representation), które oznaczało, że koloniści nie akceptowali podatków nakładanych przez brytyjski parlament, w którym nie mieli swoich przedstawicieli. Chociaż Brytyjczycy argumentowali, że koloniści mieli „wirtualną reprezentację”, Amerykanie domagali się realnego udziału w rządzie i decyzjach dotyczących podatków, co ostatecznie doprowadziło do Deklaracji Niepodległości z 4 lipca 1776 roku.

Podobnie, oczywiście z uwzględnieniem różnic i proporcji, można by opisać obecne stanowisko Polski względem sytuacji na Ukrainie. Skoro nie bierzemy bezpośredniego udziału w ustalaniu zasad pokoju, to możemy czuć się zwolnieni z ponoszenia głównych konsekwencji zabezpieczania i gwarantowania tego kontraktu, które mogą być dla nas nie tylko niebezpieczne, ale też trudne do udźwignięcia. Niektórzy widzą tylko jeden aspekt obecnego stanu biernego uczestniczenia Polski w procesie pokojowym, które oceniają jako umniejszające dla znaczenia naszego kraju.

Zadają się oni jednocześnie nie rozumieć, że nie ma współdecydowania bez realnego zaangażowania i ponoszenia kosztów zobowiązań, które finalnie mogą skutkować, w tym przypadku, wysłaniem naszych żołnierzy na Ukrainę.

Stanisław Lewicki

Generał Flynn twierdzi, że CIA pracuje przeciwko Trumpowi przygotowując rychłą wojnę w Europie

Generał Flynn twierdzi, że CIA pracuje przeciwko Trumpowi przygotowując rychłą wojnę w Europie

Date: 22 dicembre 2025 Uczta Baltazara babylonianempire./general-flynn-twierdzi-ze-cia-pracuje-przeciwko-trumpowi-przygotowujac-rychla-wojne-w-europie

INFO: renovatio21.com/il-generale-flynn-dice-che-la-cia-lavora-contro-trump-per-la-guerra-imminente-in-europa

=======================================================

Michael Flynn, były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA, oskarżył CIA o zmowę z europejskimi służbami wywiadowczymi w celu utrudnienia prezydentowi Donaldowi Trumpowi pracy na rzecz osiągnięcia negocjowanego pokoju na Ukrainie.

W poście opublikowanym w niedzielę na X, Flynn stwierdził, że CIA „współdziała z MI6 i innymi członkami społeczności wywiadowczej UE”  – powtarzając swoje ostrzeżenie, że „głębokie państwo”  spiskuje przeciwko Trumpowi. Swój wpis zatytułował: “BREAKING: RYCHŁA WOJNA W EUROPIE!”

„UE, tj. NATO (bez USA), desperacko chce wojny z Rosją”  – napisał Flynn, dodając, że „podżegacze wojenni w naszej administracji i w Kongresie chcą wiecznej pierdolonej wojny”. Jego uwagi nawiązują do niedawnych wypowiedzi dyrektor Wywiadu Krajowego USA, Tulsi Gabbard, która oskarżyła agencję Reuters o rozpowszechnianie „kłamstw i propagandy”  na temat rosyjskich intencji w celu osłabienia działań dyplomatycznych Trumpa i sprzyjania eskalacji.

“Osobiście mam tego dość. To już ponad dziesięć (10) lat! Należy pamiętać, że byliśmy w AFG i Iraku przez dwadzieścia lat i kosztowało nas to biliony wraz z ogromną utratą prestiżu” – dodał.

Następny akapit wpisu generała nosi tytuł:

“TO GÓWNO MUSI SIĘ SKOŃCZYĆ!”

Flynn wezwał w nim Trumpa do odrzucenia narracji promowanych przez europejskich popleczników Kijowa: „Powinien Pan zająć stanowisko w sprawie sytuacji w Europie Wschodniej i nonsensów rozpowszechnianych przez Europę i część USIC (United States Intelligence Community)”.

Były doradca skrytykował również to, co nazwał marnowaniem pieniędzy amerykańskich podatników na finansowanie Kijowa, oskarżając ukraińskiego przywódcę Wołodymyra Zełenskiego o represjonowanie opozycji i odkładanie wyborów pod pretekstem konfliktu.

 “My, obywatele Stanów Zjednoczonych, nie chcemy już tej wojny. Nie chcemy wydawać ani grosza na tandetnego dyktatora, który tłumi głosy opozycji, także we własnym parlamencie i mediach” – oświadczył Flynn.

General Mike Flynn @GenFlynn

BREAKING: IMMINENT WAR IN EUROPE! The EU aka NATO (minus the United States) desperately wants war with Russia.

@DNIGabbard

can speak for herself and does in her typically courageous way (read below). First, our CIA is in cahoots with MI6 and others in the EU IC community. These and other warmongers in our own administration as well as the Congress want perpetual f’ing war. I’m personally sick of it. It’s been over ten (10) years now! Keep in mind we were in AFG and Iraq for twenty years and it cost us trillions along with a massive loss of prestige. THIS SH!T HAS TO STOP!

@realDonaldTrump

sir, you need to put your foot down on the situation in Eastern Europe and the total bs you’re being fed by Europe and parts of the USIC. Russia is pulling resources from the FEMD (Far East Military District) and has been for some time now. Russian’s ambitions (and conventional capabilities) are the complete opposite of what is being presented in the media that is salivating for expanding the war. Russia has neither the A$$ nor the desire to go any further. If they did, it would be over by now. We the People of the United States NO LONGER want this war. We don’t want to spend another penny on a tin pot dictator who arrests opposition voices to include in his own Rada (Congress) and the media. ENOUGH IS ENOUGH!

@JDVance

@SteveWitkoff

@SusieWiles

@SecRubio

@PeteHegseth

DNI Tulsi Gabbard

@DNIGabbard 20 gru

No, this is a lie and propaganda @Reuters is willingly pushing on behalf of warmongers who want to undermine President Trump’s tireless efforts to end this bloody war that has resulted in more than a million casualties on both sides. Dangerously, you are promoting this false x.com/erinbanco/stat…

Pokaż więcej

INFO: https://www.renovatio21.com/il-generale-flynn-dice-che-la-cia-lavora-contro-trump-per-la-guerra-imminente-in-europa/

Politycy Konfederacji ostrzegają: Polska będzie musiała spłacać kredyt Ukrainy!

Politycy Konfederacji ostrzegają: Polska będzie musiała spłacać kredyt Ukrainy! – PCH24.pl

Adrian Fyda


pch24.pl/politycy-konfederacji-ostrzegaja-polska-bedzie-musiala-splacac-kredyt-ukrainy

– Widzę że część ludzi kupuje propagandę premiera, że planowane na setki miliardów pożyczki (potencjalnie bezzwrotne pożyczki!) dla Ukrainy „są zabezpieczone zamrożonymi aktywami rosyjskimi” – napisał na Facebooku wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak. Polityk przypomniał, że w rzeczywistości pożyczkę tę będziemy spłacać wszyscy.

– Trzymajcie mnie. UE właśnie zdecydowała, że państwa członkowskie, w tym Polska, ZADŁUŻĄ SIĘ na kolejne 90 miliardów euro na rzecz Ukrainy, a Donald Tusk się na to zgodził – napisała z kolei europoseł Ewa Zajączkowska-Hernik.

Unia Europejską zaciągnęła 90 mld euro pożyczki na rynkach finansowych i przekazała te fundusze Ukrainie. Z ust unijnych polityków słychać zapewnienia, że nie ma się co bać, bo w belgijskim Euroclear Banku NV znajdują się zamrożone rosyjskie fundusze, które mogłyby być wykorzystane na spłatę długu. Sprawa nie jest jednak taka prosta, ponieważ – jak zauważył premier Belgii Bart de Wever – nie ma ku temu podstawy prawnej, a premier Węgier Victor Orban ostrzegł nawet, że konfiskata rosyjskich funduszy na rzecz Ukrainy mogłaby oznaczać przyłączenie się do wojny.

Kto zatem spłaci ukraiński dług? Ona sama uczyni to tylko w przypadku otrzymania reparacji wojennych od Rosji. Jeśli tak się nie stanie, pożyczkę spłacą państwa członkowskie UE, w tym Polska.

Sprzeciw wyraziły trzy kraje: Węgry, Słowacja i Czechy, i w konsekwencji nie będą one „dorzucać się” do spłaty ukraińskiego długu.

Politycy Konfederacji – wicemarszałek Krzysztof Bosak i europoseł Ewa Zajączkowska-Hernik – wezwali w mediach społecznościowych, by nie dać się zwieść propagandzie o rzekomym wykorzystaniu zamrożonych rosyjskich funduszy do spłaty długu.

– Widzę że część ludzi wierzy w propagandę premiera, że planowane na setki miliardów pożyczki (potencjalnie bezzwrotne pożyczki!) dla Ukrainy „są zabezpieczone zamrożonymi aktywami rosyjskimi” – napisał Bosak. Polityk wymienił jednocześnie 7 argumentów wskazujących na to, że rosyjskie fundusze nie zostaną wykorzystane w tym celu.

Wicemarszałek przypomniał również, że Polska już spłaca i będzie spłacać odsetki od ukraińskich kredytów, a przecież nasz kraj ma obecnie dwukrotnie większy deficyt budżetowy niż Ukraina. – To polskie instytucje nie są w stanie realizować przelewów do instytucji takich jak szpitale czy inne podmioty, które powinny normalnie wypłacać wynagrodzenia i realizować inwestycje – zauważył lider Konfederacji.

Polityk podkreślił wreszcie, że Ukraina nie jest wdzięczna Polsce za okazywaną jej pomoc. – Co Polska otrzymuje w zamian za całą tę pomoc? Po pierwsze, nie ma zgody generalnej na to, żeby prowadzić poszukiwania i ekshumacje polskich ofiar na terytorium Ukrainy. Po drugie, nie ma współpracy w zakresie dwóch ofiar tego, co się wydarzyło w Przewodowie. Po trzecie, nie są przekazywane polskiej stronie dane o skazanych na Ukrainie rosyjskich dywersantach. Po czwarte, w ONZ Polska została oskarżona, mimo całej tej rekordowej pomocy, o sprzyjanie Rosji. I wreszcie po piąte, Polska jest wyłączona z kluczowych, toczących się na forum międzynarodowym rozmów pokojowych – wyliczył Bosak.

– To nie może tak wyglądać. Polska musi przestać prowadzić politykę na kolanach. Polska zasługuje na rząd, który będzie twardo reprezentował wyłącznie polski interes narodowy – podsumował wicemarszałek Sejmu.

W podobnym tonie wypowiedziała się europoseł Ewa Zajączkowska-Hernik. – Trzymajcie mnie. UE właśnie zdecydowała, że państwa członkowskie, w tym Polska, ZADŁUŻĄ SIĘ na kolejne 90 miliardów euro na rzecz Ukrainy, a Donald Tusk się na to zgodził – napisała w mediach społecznościowych. – Przekażemy Ukrainie w formie pożyczki 90 MILIARDÓW euro (niemal 380 miliardów złotych) na najbliższe dwa lata, a pożyczka ta zostanie spłacona przez Ukrainę tylko wtedy, gdy otrzyma od Rosji reparacje wojenne. Jeśli ich nie otrzyma, to spłacimy to my, wszyscy! – podkreśliła.

Europoseł wskazała absurd jakim jest finansowanie Ukrainy w momencie największej w historii afery korupcyjnej w tym kraju, w którą zamieszani są najbliżsi ludzie Zełenskiego. Podkreśliła również, że na udział Polski w gronie poręczycieli pożyczki dla Ukrainy zgodził się Donald Tusk, a przecież mamy dosyć własnych wydatków. – Rząd zadłuża nas w rekordowym tempie miliarda zł dziennie, mamy najwyższe w historii deficyty budżetowe, zapaść w ochronie zdrowia, zamykane kolejne oddziały szpitalne, a rachunki za prąd jedne z najwyższych w całej Europie. Ale kto by się własnymi obywatelami przejmował, prawda? – pytała.

 Niech finanse publiczne upadają, niech polskie rodziny ledwo wiążą koniec z końcem, niech kobiet rodzą na SOR-ach. Ważne, żeby zadłużyć się na kolejne miliardy dla totalnie niewdzięcznej nam Ukrainy, które daliśmy wszystko, nie otrzymaliśmy nic w zamian! To jest priorytet tego rządu upodlenia narodowego – napisała Zajączkowska-Hernik.

Źródło: facebook.comPCh24.pl

Unia -> Ukraina : Dać pieniądze, aby korupcja kwitła ?

Unia – Ukraina : dać pieniądze,aby korupcja kwitła ?

Ryszard Czarnecki salon24.pl/u/ryszardczarnecki/unia-ukraina-dac-pieniadze-aby-korupcja-kwitla 20.12.2025 

Ostatni raz w tym roku byłem na.sesji europarlamentu. Oto garść , raczej smutnych , refleksji. Zacznę jednak miło i pozytywnie. Oto dzieci w Strasburgu zachwycają się pluszowymi misiami umocowanymi na kamienicach w centrum Starsnurga, opodal katedry,przy największym w Europie „Christmas Market”. Czy wyborcy ponad 700 eurodeputowanych mogą zachwycić się tym,co ich wybrańcy robią we francuskiej siedzibie Parlamentu Europejskiego w stolicy Alzacji. Można to spuentowac dylematem księcia duńskiego Hamleta stworzonego przez angielskiego pisarza ,którego nazwisko w spolonizowanej wersji brzmi „Szekspir” –„oto jest pytanie”.

 Na ostatniej w tym roku sesji europarlamentu w Strasburgu najbardziej poruszającym momentem było wystąpienie naszej robaczki Jany Poczobut, która odebrała Nagrodę Sacharowa w imieniu.swojego ojca Andrzeja,który od lat siedzi w bialoruskim więzieniu. Nagrodzenie Polaka-opozycjonisty w kraju naszego wschodniego sąsiada ,a przez lata aktywnego działacza mniejszości polskiej jest niewątpliwie sukcesem europosłów polskiej prawicy,którzy wyszli z taką inicjatywa i sprawe „dowieźli” do końca. Szkoda tylko, że Poczobut musiał prestiżowa nagrodę podzielić z mało znaną działeczka gruzińska,która uzyskała specyficzną sławę z powodu… uderzenia policjanta podczas demonstracji. Władysław Frasyniuk „tylko” policjanta w Polsce zbluzgał, więc został oczywiście uniewinniony,ale międzynarodowego wyróżnienia nie dostąpił. Oby z gruzińska aktywistka nie było tak,jak z białoruskim młodym „opozycjonista”, który po.paru latach okazał się agentem służb Łukaszenki. 

Jednak nie tylko tym żył PE w alzackiej stolicy. Przegłosowano choćby „pożyczkę reparacyjna” dla Ukrainy. Cóż, oby nie padła ona łupem skorumpowanych polityków i urzędników w Kijowie. 

Debatowano też o ” gotowości obronnej” Unii Europejskiej. Cóż, może warto przełożyć to pojęcie z tzw.eurospeaku  czyli unijnej euro-mowy na ludzki język. Oto Niemcy,ale też Francja chcą na ruszcie „wspólnej polityki obronnej UE” upiec interesy swojego przemyslu wojennego.

Europejski podatnik, także ten polski ma złożyć się na zamowienia, które trafią do Berlina i Paryża. Na tym w praktyce,a nie teorii euroentuzjastów polega codzienność Unii : mniejsi mają utrzymywać większych, jak ci znajdą się w tarapatach gospodarczych. Trawestując słowa rosyjskiego cara Aleksandra II Romanowa do Polaków :” żadnych złudzeń, drodzy czytelnicy”. Chyba ,że części naszych kochanych rodaków zależy ,aby dalej tkwić otchłani złudzeń ? Skoro tak ,to nie przekonają ich żadne twarde fakty…

Płk Chollet: „Wojna czyni złodziei, pokój ich wiesza”.

Płk Chollet: Wojna z Rosją to szaleństwo

Publikujemy wywiad z płk Borisem Cholletem, pułkownikiem armii szwajcarskiej i szefem wywiadu wojsk lądowych Konfederacji Szwajcarskiej, przpeoryadzony przez Aleksandrę Klucznik-Schaller. 

W strukturach NATO

Pułkownik to najwyższy stopień w szwajcarskiej armii, w tej armii nominuje się generała tylko na czas wojny. 

– No cóż, jestem pułkownikiem w sztabie generalnym, co oznacza, że zostałem przeszkolony we wszystkich rodzajach broni. Potrafię planować operacje piechoty. Mogę planować działania artylerii i obrony przeciwlotniczej. To właśnie nazywamy sztabem generalnym. To prawda, że generał jest mianowany tylko w czasie wojny. Tak było w przypadku generałów Guisan’a i Dufour’a, by wymienić tylko tych dwóch. Ale są też oficerowie, których nazywamy generalnymi: brygadiera, oficera dywizji i dowódcę korpusu. Ja jestem tym, co nazywają starszym oficerem, od stopnia majora lub komendanta – tak to się nazywa we francuskiej armii – do stopnia pułkownika. W dawnych czasach – jeszcze podczas II wojny światowej – mówiliśmy pułkownik brygadier, pułkownik dywizji, pułkownik komendant korpusu. Ale nazwy się pozmieniały. Dzisiaj ludzie je mylą i nawet ci, którzy mają tytuł pułkownika brygadiera uważają się za generałów brygady. Ale w zasadzie tak, generał jest nominowany tylko podczas wojny. 

Pan był pułkownikiem w sztabie generalnym, w jednostce wywiadu? 

– Byłem szefem wywiadu wojsk lądowych.

I, jak zanotowałam, szefem szkolenia w wywiadzie wojskowym.

– Dokładnie.

Prowadził Pan misje w Niemczech, we Francji…

– Brałem udział w całej serii konferencji i ćwiczeń z NATO. Byłem w prawie każdym kraju; w Turcji, we Włoszech, w Niemczech, w Wielkiej Brytanii…

Jest Pan więc pułkownikiem, który zna dobrze służby specjalne i NATO. W jakim okresie Pan służył?

– Cóż, poszedłem do NATO; do szkoły NATO, a trzeba tu odróżnić szkołę NATO od college’u NATO. Kolegium NATO jest w Rzymie, a szkoła NATO była – nie wiem czy nadal tam jest –  w Oberammergau, w Niemczech, a dokładniej w Bawarii. Uczęszczałem do szkoły NATO i, o ile mnie pamięć nie myli, zacząłem tam chodzić w 1998 roku, dwa lata po podpisaniu przez Szwajcarię Partnerstwa dla Pokoju.

Rozumiem. I kiedy zakończył Pan służbę?

– Przeszedłem na wcześniejszą emeryturę w 2014 roku.

Więc faktycznie widział Pan przystąpienie Polski i innych krajów Europy Wschodniej do NATO?

– Tak. Byłem nawet w Polsce na ćwiczeniach.

Co robi wywiad

Porozmawiamy więc dziś o służbach specjalnych i o NATO. 

– Dobrze. 

Ale chciałabym przede wszystkim zapytać: dlaczego jest tak wiele wymysłów otaczających ten zawód?

– Zawód wywiadowczy? 

Tak, otaczających wywiad i służby specjalne; wydaje się że mają one prawo robić co im się żywnie podoba.

– Nie, są ramy prawne, powiedziałbym, że w państwach demokratycznych mamy podstawy prawne, więc nie mają prawa robić wszystkiego.

Granice zależą od kraju? Są kraje które pozwalają służbom robić więcej? 

– Ograniczenia zależą od kraju. Cel uświęca środki. Myślę, że państwa, takie jak Chiny czy Korea Północna, pozwalają na więcej.

Rozumiem, szpiegują więcej. 

– Ale zasada jest wciąż ta sama. Zawsze istnieją trzy duże bloki. W służbach wywiadowczych: mamy krajowe służby wywiadowcze, które są odpowiedzialne za strzeżenie ludności. Następnie mamy wywiad zagraniczny, który próbuje dowiedzieć się, co dzieje się zagranicą, za bliską granicą i coraz dalej. No i mamy wywiad wojskowy, który stara się dowiedzieć, jak ewoluują siły zbrojne, aby móc dostosować własne doktryny, a nawet struktury dowodzenia.

Rozumiem. I chodzi o zbieranie informacji i o analizę informacji? 

– To zależy od cyklu wywiadowczego. Powiedziałbym, że zawsze istnieje część orientacyjna, tj. władza polityczna lub wojskowa, która powie czego chce, wskaże kierunek, na który trzeba wywiad zorientować. Następnie jest specjalizacja poszukiwawcza. Są więc ludzie, którzy będą szukać danych wywiadowczych; następnie jest część analityczna; a następnie część produkcyjna. Tutaj trzeba wiedzieć, czy tworzy się ustne podsumowanie, czy się tworzy pisemne dokumenty; lub czy dokonuje się przeglądu… A potem jest rozpowszechnianie, tj. komu przekazujemy wyniki całej tej produkcji. 

Jest jeszcze przewidywanie; prognozowanie. Tym zajmują się służby specjalne? 

– Nie, to nie tak. To znaczy prognoza jest częścią całego systemu badawczego. Innymi słowy, chce się wiedzieć, co może się wydarzyć w 2035 roku, to jest to prognoza. Ale cykl wywiadowczy jest zasadniczo zawsze taki sam. Wyższa władza, czy to polityczna, czy wojskowa, musi powiedzieć, jakiego rodzaju danych wywiadowczych trzeba szukać. Następnie poszukuje się danych wywiadowczych. Potem następuje analiza danych wywiadowczych. A potem, jak mówiłem, jest produkcja: raport. I wreszcie jest rozpowszechnianie; trzeba wiedzieć komu przekazuje się dane wywiadowcze.

Wszechmocne służby? 

Dobrze. Czy istnieją jakieś znaczące różnice między krajami w sposobie postępowania, lub w posiadanych upoważnieniach; w sposobach prowadzenia działań wywiadowczych? 

– Nie, nie powiedziałbym tego, ale oczywiście każdy kraj ma własną strukturę wywiadowczą. Jeśli weźmiemy na przykład Szwajcarię; oficjalnie Szwajcaria ma służbę wywiadowczą Konfederacji; to swego rodzaju wywiad zagraniczny. Następnie mamy wywiad wojskowy, który zajmuje się badaniami. I co jeszcze: no wywiad krajowy; to jest zawsze nieco skomplikowane. W Szwajcarii mamy coś, co nazywamy Siecią Bezpieczeństwa Narodowego. Odpowiadają za nią dwa departamenty, a mianowicie Departament Sprawiedliwości i Policji oraz Departament Obrony i Ochrony Ludności. I są jeszcze dyrektorzy z różnych kantonów, bo w każdym kantonie są dyrektorzy odpowiedzialni za gromadzenie danych wywiadowczych, oni się spotykają sporadycznie. Tą organizację właśnie nazywamy Siecią Bezpieczeństwa Narodowego.

Ale dlaczego jest tak, że czasami ludzie, społeczeństwo obywatelskie, boją się służb specjalnych? Uważa się że są one wszechmocne.

– Problem polega na tym, że ludzie często boją się tego, co jest robione w tajemnicy.

Jak najbardziej, ale to tylko o to chodzi?

– Dodałbym, że w Szwajcarii, to co przestraszyło Szwajcarów, to kiedy wyszło na jaw że były tworzone akta w których umieszczane były informacje o ludziach. Nikt wtedy o tym nie wiedział, i to przestraszyło społeczeństwo. Teraz ludzie wciąż myślą, słusznie lub nie, że się przed nimi część prawdy ukrywa.

Ale na przykład, czasami czytamy w prasie, że służby specjalne zorganizowały jakiś atak. Lub że zorganizowali odejście jakiegoś przeciwnika politycznego, albo że zorganizowali podsłuchy.

– W zasadzie powiedziałem, że służby wywiadowcze poszukują informacji z zewnątrz i wewnątrz kraju, na przykład śledząc elementy oznaczone jako dżihadyści, ludzi, którzy mogliby się zradykalizować w Szwajcarii. Teraz trzeba się zastanowić czy się trzeba bać. Zależy co jest robione, i przez kogo. Weźmy na przykład francuską dyrekcję wywiadu, to, co nazywamy wywiadem zewnętrznym. Przez długi czas nazywaliśmy te służby DGSE; nazwy często są zmieniane i musimy być ostrożni, bo nazwy są zmieniane tylko po to, żeby trochę zmylić ludzi. Tam kiedyś był dział operacji, który prowadził ukierunkowane, tajne działania, aby wpływać na społeczeństwa. Tak więc, jeśli wezmę bardzo dobrze znaną sprawę, a mianowicie sprawę Rainbow Warrior, to mogę powiedzieć, że była to francuska porażka. Nie pamiętam dokładnie, myślę, że to było w 1985 roku, mogę się mylić co do daty. Statek Rainbow Warrior zamierzał zakłócić testy nuklearne w Mururoa. Służby specjalne wysadziły statek który należał do Greenpeace i niestety, jedna osoba zginęła. Tak więc był tam dział działań operacyjnych i myślę że każdy duży kraj ma służbę państwową operacyjną, czy to Francja, Włochy, czy Izrael, jeżeli kraj ma duże służby, to istnieje dział operacyjny. Z definicji te bardzo potężne służby mają dział akcji operacyjnych, można go nazwać jak się chce. Ich celem jest przeprowadzanie ukierunkowanych, tajnych działań, zawsze w celu ochrony państwa. Celem akcji Rainbow Warrior – która została przeprowadzona z zielonym światłem od Mitterranda, bo minister obrony – którym, o ile mnie pamięć nie myli, był Charles Hernu – udał się on po zielone światło do prezydenta Mitterranda. Cóż, miało to na celu uniknięcie robienia złego wizerunku testom nuklearnym…

Teorie i spiski

Jest też sprawa Jeffrey’a Epsteina, sprawa, którą się przypomina od czasu do czasu. Nie jest jasne, czy nie szantażował polityków…

– Ale oczywiście; kiedy się widzi, że w aferze Epsteina wiele osób jest cytowanych; takich jak brat księcia Karola, teraz króla Karola, jest oczywiste, że jest wiele osób, które się dzisiaj boją ponieważ wiedzą, że ich nazwisko może zostać wymienione, a może zacząć się od prezydenta Trumpa. 

Zabójstwo Kennedy’ego? Wydaje mi się że czytałam, że prezydent Putin – który sam był członkiem tajnych służb, zanim został politykiem – właśnie powiedział, że ujawni dokumenty dotyczące sprawy Kennedy’ego. To możliwe? 

– Tak, tak, widziała Pani to samo co ja. Było tak wiele teorii na temat śmierci i zamachu na Kennedy’ego… Jestem pewien, że to nie jest wina jednego człowieka. To niemożliwe. Historia jednego człowieka nie trzyma się kupy. Istnieje teza, że John Fitzgerald Kennedy chciał podnieść podatek od ropy naftowej i rzeczywiście pojechał do Teksasu i zginął w Dallas…  Istnieje jeszcze inna teza, która mówi, że JFK był pod wrażeniem ryzyka wybuchu III wojny światowej, że chciał położyć kres wpływowi kompleksu wojskowo-przemysłowego i że to oni go zabili.  

Dokładnie. Ale widać, że to wszystko prowokuje spekulacje i strach.

– Oczywiście, tak. Istnieją również wszystkie inne historie o infiltracji firm: benzen w wodzie Perrier, fregaty na Tajwanie…  Powiedziałbym, że Szwajcaria jest daleko w tyle, jeśli chodzi o szpiegostwo gospodarcze. Francuzi są znacznie bardziej zaawansowani niż my, jeśli chodzi o szpiegostwo gospodarcze i kontrwywiad. Poddaliśmy się w tu i nie powinniśmy być zaskoczeni tym, co stało się dzisiaj z cłami. Ale tak by nie było, gdybyśmy mieli co trzeba aby się osłonic. Oczywiście potem dochodzi problem odwetu. Rada Federalna nie chciała podejmować działań odwetowych. To wybór polityczny. Ale nadal jestem przekonany, że Szwajcaria jest lata do tyłu, jeśli chodzi o szpiegostwo gospodarcze. Nie mówię tu o szpiegostwie finansowym. Dokonajmy wyraźnego rozróżnienia między ekonomią a finansami.

Unijne specsłużby? 

A co Pan sądzi o oświadczeniach Ursuli von der Leyen, że ona sama chciałaby stworzyć służbę – dla siebie lub dla Komisji Europejskiej, nie wiem – a więc tajną służbę, która scentralizowałaby krajowe tajne służby? Co to miałoby by być? Służby wywiadowcze? Służby operacyjne?

– Ta przewodnicząca Komisji Europejskiej jest tak bardzo krytykowana… Troje europosłów: Francuzka, Belg i Słowak, można ich szybko znaleźć na YouTube, ciągle ją atakują na podstawie konkretnych przykładów.

Może Virginie Joron? 

– Nie, nie wymienię, ale łatwo ich odszukać. Pani von der Leyen ma dużo problemów. Sprawiła, że zniknęły jej wszystkie smsy i maile. Jak to możliwe? Nie wiem. No i cóż, zdecydowana większość posłów nie miała nic do powiedzenia na ten temat. Ci ludzie zarabiają ponad 8000 euro miesięcznie, nie wspominając o różnych dodatkach, które otrzymują. Więc krytyka tej pani nie leży w ich interesach. A Ursula von der Leyen, wracając do pytania, ma już centrum wywiadowcze. Ale ta służba wywiadowcza dostarcza Komisji Europejskiej informacje o tym, co dzieje się za granicą, tj. poza Unią Europejską. A teraz Ursula von der Leyen chce kontrolować to, co dzieje się wewnątrz Unii Europejskiej. To jest jej cel. I w tym tkwi niebezpieczeństwo. Rozumie Pani? I nadal jestem przekonany, że jeśli sprawy potoczą się tak, jak się toczą, to będzie miała własne centrum wywiadowcze.

To część federalizacji Unii Europejskiej? Na tym polega budowanie ponadpaństwowości? 

– Uwaga, jeżeli mi mówicie o federalizacji,wiele osób uważa, że federacja państw jest celem. Ale to nie jest celem Komisji. Komisja chce scentralizowanej Unię Europejską. Jeśli weźmiemy pod uwagę Philippe’a Seguin’a, to owszem, był on zwolennikiem Unii Europejskiej, ale to nie była to Unia Europejska pani Ursuli von der Leyen.

Obietnice w sprawie NATO

A teraz chciałabym przejść do tematu NATO. Zna Pan tą tematykę i widział Pan rozwój tej organizacji. Jest to traktat obronny z 1949 roku, miał bronić aliantów przeciwko komunizmowi, stać naprzeciw blokowi wschodniemu. A potem widzieliśmy przekształcenie NATO i widzieliśmy jak sojusz zbombardował Serbię w 1999 roku, Libię w 2011 roku. Teraz słyszymy admirała Giuseppe Cavo Dragone, który tłumaczy, że trzeba zastanowić się nad możliwością organizowania wyprzedzającego, prewencyjnego uderzenia na Rosję… Jak oceniać aktualną doktrynę NATO?

– Cóż, zawsze trzeba patrzeć na historię. Mówi pani, że NATO jest organizacją defensywną.

Przynajmniej tak się mówi. 

– Oczywiście. Ale NATO zostało stworzone w 1949 roku, a Układ Warszawski był podpisany w 1955 roku. Jeśli jest tu jakaś organizacja, która jest defensywna, to jest to Układ Warszawski. Patrząc wstecz, jeżeli spojrzymy na oświadczenia, które zostały wygłoszone, to na początku nikt nie chciał rozszerzenia NATO na wschód. Nawet Rosja chciała dołączyć do partnerstwa euroatlantyckiego lub do dialogu euroatlantyckiego. Ale nie chciano Rosji. W 1994 roku, nawet wcześniej – w 1993 roku, 4 października 1993 roku, prezydent Jelcyn ostrzelał Dumę. To był, moim zdaniem, pierwszy amerykański test sprawdzający jak łatwo będzie przeć na wschód. Zadziałało to dobrze: Jelcyn ostrzelał Dumę i Clinton prawdopodobnie – przynajmniej tak się mówi – obiecał Jelcynowi 1,5 miliarda za kontynuowanie reform, ponieważ jego intencją było reformowanie. No i już w 1994 roku Clinton mówi, że można teraz rozszerzać się na wschód. Angela Merkel powiedziała, że nie będzie rozszerzania na wschód, bo tak obiecano. Był jeszcze kanclerz Schroeder i były zmiany o ustnej umowie. I trzeba przypomnieć słowa Rolanda Dumasa. Dumas był obecny przy składaniu tej ustnej obietnicy. Ale ustne obietnice w polityce są wiążące tylko dla tych, którzy je składają… A więc, w 1994 roku, Clinton powiedział, że można rozszerzać NATO na wschód. Ukraina dołączyła do Partnerstwa dla Pokoju w 1994 roku. Dwa lata później Szwajcaria dołączyła do Partnerstwa dla Pokoju. A potem, w 1999 roku, była pierwsza fala ekspansji. Następnie, wraz z każdą falą ekspansji, widziano, że można  to dalej robić i nadal robiono.

Partnerstwo dla Pokoju i sieci NATO

Partnerstwo dla Pokoju oznacza w rzeczywistości wspólne szkolenia i komunikację? Nie ma stacjonujących wojsk. Nie ma stacjonującej broni.

– Nie. Partnerstwo dla Pokoju ma na celu harmonizację doktryny wojskowej. A potem dążymy do wspólnych szkoleń. Jest pewien dokument, który można znaleźć w Internecie, chodzi mi o bardzo interesujący artykuł autorstwa Arnaud Dotézaca zatytułowany Aller-Simple pour l’OTAN (Bilet w jedną stronę do NATO). Arnaud Dotézac tłumaczy, że Szwajcaria sprzedała wszystkie swoje tajemnice, podpisując Partnerstwo dla Pokoju.

Dobrze. Zainteresujmy sięchwilęz kim się podpisało Partnerstwo dla Pokoju. Dlaczego zadaję to pytanie? Ponieważ jest dwóch Pańskich rodaków, którzy, moim zdaniem, uzasadniają – uzasadniają pracą akademicką i pracą zawodową – że Szwajcaria powinna pozostać neutralna. Mam na myśli Daniele Ganser i prokuratora Dicka Marty’ego, który do końca życia musiał żyć pod silną ochroną policyjną.

– Tak, to prawda. 

Daniele Ganser napisał kilka książek, ale o jednej z nich naprawdę zrobiło się głośno. Chodzi mi o Tajne armie NATO. Była to praca doktorska Gansera. Wykazał on tam, że od samego początku NATO organizowało w różnych krajach siatki nazywane Stay Behind. Od samego początku NATO miało w planach – a więc po 1945 roku, po wojnie – szukanie po różnych krajach Europy ludzi, którzy byli głęboko antykomunistyczni lub antysowieccy. A chodziło o to, że chciano ich przekształcić w bojowników, organizując zbrojne komórki w różnych krajach. Na przykład organizacja LOC w Grecji, która pomogła – według Daniela Gansera – doprowadzić do dyktatury pułkowników. Istniała sieć Absalon w Danii, ROC w Norwegii, komórka P26 w Szwajcarii, Rose des Vents we Francji. Były też inne komórki w Portugalii, które pomagały dyktatorowi Salazarowi. Ale interesujące jest to, że według autora, CIA i MI6 koordynowało sprawy z NATO. Czyli rekrutowali notorycznych antykomunistów do przeprowadzania operacji wojskowych lub ataków terrorystycznych: Piazza Fontana, dworzec w Bolonii.

– Tak, to była sprawa Czerwonych Brygad.

Tak, ale według Daniele Gansera wybuch na dworcu w Bolonii w 1981 roku, Piazza Fontana w 1969 roku, zabójstwo prezydenta Aldo Moro w 1978 roku – zawdzięczamy to wszystko Gladio, sieci Stay Behind. 

– I tu chciałabym wrócić z powrotem do Ukrainy, ponieważ w 2023 roku w kanadyjskim parlamencie widzieliśmy oklaski dla Jarosława Hunka, weterana SS Galizien. Widzieliśmy na przykład również, że w Oakville w Ontario, na cmentarzu znajduje się pomnik ku chwale SS Galizien. Istniała komisja sędziego Julesa Deschênesa, która wykazała, że było około 600 żołnierzy Waffen SS, którzy przyjechali do Kanady z Ukrainy. Czy jest możliwe, że NATO jest głęboko antykomunistyczne, antysowieckie lub antyrosyjskie; biorąc pod uwagę, że w Rosji nie ma już komunizmu? Powiedzmy więc, że jest antyrosyjskie. I że ludzie, którzy planują w NATO, planują tak wiele lat naprzód, nawet na jedno, dwa lub trzy pokolenia, aby mogli, jeśli zajdzie taka potrzeba, w danym momencie wrócić z ludźmi, którzy będą gotowi oddać chwałę Banderze, tak jak ma to miejsce w tej chwili. Tworząc pułki Azowskie, jak to było zrobione. Myślicie, że jest to możliwe? Odniosę się do Tajnych armii NATO Daniele Gansera. Myślę, że nie ma wątpliwości, że tak było, ale należy postrzegać te koncepcje w określonym kontekście. Koncepcja ta, to koncepcja Stay Behind. Celem Stay Behind było prowadzenie działań wrogich wobec Układu Warszawskiego za liniami obronnymi Układu Warszawskiego. Była mowa o P26, ale P26 to było czymś innym. Celem P26 było uniknięcie takich samych problemów, jakie ujawniły się we Francji, a mianowicie tego, że kiedy Jean Moulin przejął przywództwo ruchu oporu, musiał sfederować różne ruchy oporu. Tak więc w Szwajcarii chcieliśmy przygotować zalążek ruchu oporu na wypadek, gdybyśmy musieli przejść do ruchu oporu. Scenariusz jest taki, że armia przegrała, jest się na drodze do przegranej, więc stawia się opór. Tak więc chcieliśmy mieć grupę ludzi zdolnych do przeprowadzenia akcji ruchu oporu. P26 nigdy nie zamierzało wychodzić za linię frontu, to byłoby wbrew zasadom. To tyle, teraz zakończę sprawę P26. Pozostaję przekonany, że P26 nie była organizacją podobną do sieci Gladio. Jest jednak jeszcze jedna szara strefa i fakt, że był jeden zabity, można to sprawdzić; ukazała się książka Fałszywy skandal P26 (Le faux scandale de la P26). Cztery segregatory i około dwadzieścia teczek zniknęło. A inne akta, które pozostały w konfederacji pozostają tajne do 2041 roku. Tak więc ta ciemna strona po raz kolejny pozwala tym, którzy są określani jako teoretycy spiskowi – wyobrażać sobie różne rzeczy. To nie podlega dyskusji. Więc poczekamy do 2041 roku, ale nie będzie mnie już na tym świecie.

Ale była operacja Paperclip mająca na celu eksfiltrację byłych nazistów z Niemiec po  II wojnie światowej.  

– Moim zdaniem, celem operacji Paperclip było wykorzystanie możliwości naukowych nazistów, ponieważ mieli już V1, opracowali V2. Celem było zaoszczędzenie czasu w ramie wyścigu o kosmos.

Dobrze, a więc Pan nie uważa że NATO jako organizacja zasadniczo antykomunistyczna mogła polegać na pomocy nazistów? 

– Ja mówię o kręgach wojskowych. Co do kręgów politycznych, to zależy: można sobie wyobrażać co się chce. Polityka nie jest moją dziedziną. Mówię o zasadzie: wojskowi są posłuszni i lojalni z definicji. I tyle. Nie uważam więc, że w kręgach wojskowych znajdzie się zdeklarowanych nazistów. Wszędzie można znaleźć nazistów, wszędzie można znaleźć prawicowych ekstremistów. Nie sądzę, by żołnierze NATO byli nazistami.

Ale tajne komórki wewnątrz NATO były i może są. I tu dochodzę do Dicka Marty’ego. To również bardzo delikatna historia, ponieważ Marty badał handel organami w Kosowie i także sprawy związane z tajnymi więzieniami. Polska przystąpiła do NATO w 1999 roku, a w latach 2002-2005 miała u siebie tajne więzienia.

– Tak jak w Bułgarii, w Rumunii.

Torturowano tam ludzi. Były to więzienia otwarte przez CIA i koordynowane przez NATO. Tak powiedział Dick Marty, który był prokuratorem i wydał również raport dla Europy. 

– Myślę, że dużym problemem Dicka Marty’ego jest to, że chciał ujawnić rzeczy, które powinny były pozostać tajne. 

Ale jak możemy akceptować, by tego rodzaju rzeczy pozostawały tajne? 

– Myślę, że w NATO są ludzie, którzy są zasadniczo proamerykańscy, którzy są euroatlantystami. Tak.

Ale tu nie chodzi o proatlantyzm, tu chodzi o tortury. Mówimy o torturach. Więc tak naprawdę to zaprzecza odruchom ludzkości.

– Ja nie wiem jak na to odpowiedzieć.Problem z więzieniami, tajnymi więzieniami, polega na tym, że amerykańscy więźniowie nie mieli statusu prawnego. Gdyby byli umieszczeni w Stanach Zjednoczonych, musieliby mieć nadany status prawny, a to było niemożliwe. Nie chciano tego. Ale jeśli się jest proamerykańskim, to się nie mówi, że CIA robi to czy tamto. Ktoś kto jest proamerykański, broni Stanów Zjednoczonych do końca. Wiem, że jest to szokujące. Zgadzam się: to jest szokujące. Dlatego cenię suwerenność Szwajcarii. Właśnie dlatego. Wielkim nieszczęściem Dicka Marty’ego jest to, że ujawnił opinii publicznej rzeczy, które powinny były pozostać tajemnicą. I był na celowniku. To był odważny człowiek, bardzo odważny człowiek. Na szczęście są jeszcze odważni ludzie. Tak jak ci odważni posłowie do Parlamentu Europejskiego, których nazwisk nie chciałem wymieniać. Ale są, są jeszcze odważni ludzie, którzy nie dają się skorumpować, w szczególności pensją poselską.

Twórcy konfliktu ukraińskiego

Chciałabym powiedzieć jeszcze kilka słów o Ukrainie i o przybliżeniu się Ukrainy do NATO. Jest to jeden z powodów, dla których Rosja –  nie jest to jedyny powód, ale jest to jeden z powodów – rozpoczęła tę wojnę. Jest wiele osób, które twierdzą, że wydarzenia z 2014 roku na Majdanie, wydarzenia, które obaliły prezydenta Janukowycza, zostały sprowokowane przez służby specjalne i przez najemników, zwłaszcza z Blackwater. Jak można się do tego odnieść? 

– Ja o tym nic nie wiem. Choć nie do końca: Blackwater to prywatna firma wojskowa, która zmieniła nazwę. Nie będę wchodził w te szczegóły. Dla mnie wojna w Ukrainie zaczęła się w 2013 roku. Dlaczego w 2013? Ponieważ senator McCain był już w Kijowie w 2013 roku i wyraźnie powiedział, że będzie wspierał Ukrainę bez względu na wszystko. Nie można było wygłaszać takich przemówień i mówić: śmiało, spróbujcie dołączyć do NATO lub Unii Europejskiej, a potem powiedzieć: nie, nie, nic się nie stało. To był rok 2013, a potem w 2014 roku – to jest moja interpretacja – był rodzaj anarchii. Były kręgi skrajnie prawicowe, były kręgi polityczne, były kręgi oligarchiczne z Piotrem Poroszenką. Ale niestety tak naprawdę nie mieli jasnego pomysłu na to, czego chcą. Dlatego Amerykanie przyjechali, aby pomóc im znaleźć jakieś cele. Zdefiniować jasne cele.

Myśli Pan, żeUkraińcy mogli zostać zinstrumentalizowani, ponieważ celem była Rosja? 

– Zinstrumentalizowani przez Rosję? 

Nie. Ponieważ Rosjanie utrzymują i mówią, że jest to wojna NATO, że walczą przeciwko całemu NATO. Czy można uważać, że celem było sprowokowanie wojny przeciwko Rosjanom? Bo tak to właśnie wyglądało; że Rosja jest celem NATO.

– Ale już to powiedziałem. 4 października 2013 roku – to wtedy, moim zdaniem, to się zaczęło. To był pierwszy test.

Dobrze.

– Myślę że na początku to się zaczęło jako wojna secesyjna. Ukraińcy chcieli się odłączyć. A potem się wykorzystano konflikty które istniały między nimi.

Ale kiedy się mówi, że celem jest Rosja, to w rzeczywistości chodzi o demontaż Rosji, podział na małe republiki? 

– Taki był początkowy cel, tak. Chodziło o jej maksymalne osłabienie.

Rozumiem. Spojrzałam na agendę NATO 2030. Tak, wciąż rok 2030. Tam głównymi wrogami są Chiny i Rosja.

– Oczywiście. Kto jest dziś na drodze do stania się dominującą siłą na świecie? To Chiny. Potem Rosja. Są też tacy, którzy mówią, że Korea Północna, ale to dlatego, że mają bombę atomową. Ale to prawda, że celem są Chiny.

Rozumiem. 

– Wie Pani, NATO zawsze ma oficjalną agendę i nieoficjalną agendę. Zawsze trzeba nadążać za tym co mówią. Co mówi sekretarz generalny NATO, Mark Rutte. To właśnie nazywamy informacjami wywiadowczymi. To są pewne słabe sygnały. Trzeba wiedzieć, jak je interpretować. Sygnały są niezauważalne, ale trzeba wiedzieć, jak je interpretować. A więc Mark Rutte powiedział, że jego celem jest dopuszczenie do przemieszczenia sił NATO z zachodu na wschód w ciągu trzech dni. Dzisiaj, aby wykonać ten ruch, są potrzebne 43 dni. Jeśli chcemy przesunąć większość sił NATO na wschód, zajmie to 43 dni. On chce to skrócić do trzech dni. Jeśli chodzi o Szwajcarię, to podpisała ona dwa projekty. Przystąpiła do dwóch projektów stałej wspólnoty strukturalnej – to, co po angielsku nazywamy Pesco – a mianowicie do cyberobrony: Cyber Rangers. Jest zrozumiałe, że Szwajcaria będzie próbowała chronić się przed atakami na systemy komputerowe. Ale jest jeszcze drugi projekt: Military Mobility. To kwestia mobilność wojskowej i chodzi o umożliwienie wojskom tranzytu; przelotu. Tak więc Szwajcaria chce wnieść swój wkład do NATO, aby ułatwić ewentualne ruchy.

Bomby atomowe w Europie

Dziękuję, Cieszę się, że mogę porozmawiać o Szwajcarii, ponieważ to był mój kolejny punkt. Znana jest historia zakupu F35, jedynego samolotu, który może przenosić amerykańską taktyczną broń jądrową.

– Tak, to bomba B61.

Szwajcaria nabywa te samoloty i jest Agenda 2030, przedstawiona przez Violę Amherd. Ale nie odnoszę wrażenia, że wszyscy w Szwajcarii chcą dołączyć do NATO lub pogłębić partnerstwo z NATO. Mam wrażenie, że było sporo dymisji w armii. Oficerowie odchodzili, ponieważ nie zgadzali się z decyzjami podejmowanymi na szczeblu politycznym. Pojawiły się inicjatywy, takie jak inicjatywa Compass i inicjatywa na rzecz neutralności, Ponieważ kręgom ekonomicznym – i nie tylko kręgom ekonomicznym – ale także kręgom wojskowym i politycznym, nie podobały się sankcje nałożone na Rosję i chcieliby wprowadzić zabezpieczenia prawne. Tak więc rząd, Rada Federalna samodzielnie zdecydowała o pewnych środkach. Odnoszę wrażenie, że w kraju istnieją podziały polityczne. 

– Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że istnieje traktat zakazujący broni nuklearnej. Szwajcaria go nie podpisała. Nie mamy broni nuklearnej w Szwajcarii, ale Rada Federalna odmówiła podpisania traktatu. Jest to niby dziwne, ale Stany Zjednoczone dały Szwajcarii jasno do zrozumienia, że zinterpretują taki podpis jako nieprzyjazny gest. Dlaczego tak się stało? Stało się tak, ponieważ F35 jest jedynym samolotem zdolnym do przenoszenia amerykańskich taktycznych bomb nuklearnych w Europie. Jeśli więc bomby te będą musiały zostać przeniesione ze względów strategicznych, to państwa posiadające F35 zostaną wezwane do przetransportowania tej broni – taktycznej broni jądrowej. To jest dość zdumiewające. Ale to nie ja twierdzę, że F35 jest jedynym samolotem zdolnym do transportu takich taktycznych bomb nuklearnych: to francuski generał, dziś na emeryturze, generał Pinard-Legry. Można obejrzeć to na YouTube. Znam generała Pinard-Legry’ego. I właśnie o to chodzi: chcemy mieć możliwość przenoszenia tej taktycznej broni jądrowej. 

A dlaczego chcemy mieć możliwości przenoszenia takich bomb?

– Nie wiem dlaczego. Może w przyszłości będziemy musieli je przewozić. Jeśli pozostawi się taktyczną broń nuklearną tam, gdzie ona jest, to można działać prewencyjnie. Mam na myśli ewentualnego wroga NATO, który mógłby zniszczyć te bomby tam, gdzie się znajdują. Tak więc przed konfliktem, te taktyczne bomby nuklearne prawdopodobnie musiałyby zostać przeniesione, przetransportowane.

Szwajcaria w NATO?

Kilka słów o Manifeście 21 – podpisali go Szwajcarzy którzy są za przystąpieniem do NATO. 

– Tak więc Manifest o Neutralności 21 to dokładnie kopiuj-wklej wszystkiego, co Szwajcaria zrobiła do tej pory i być może chce dalej robić. Jest tam dziesięć elementów. Dziesięć kamieni węgielnych. Nie powinniśmy pomagać agresorowi; co rozumiem; ale musimy ułatwiać tranzyt… Eksport broni jest autoryzowany; wszystko, co zrobiliśmy dla Ukrainy lub przeciwko Rosji. To co było robione, jest tam wklejone. Ale bardziej interesujące jest to, kto podpisał Manifest o Neutralności 21: jest tam były szef służb wywiadowczych, były oficer dywizji Peter Regli, człowiek który miał wszystkie swoje wejścia w NATO. Jest Arthur Liener, dowódca korpusu, były szef sztabu generalnego. On jest związany ze słynna afera Nyffeneggera. Zacznijmy od początku, Arthur Liener był dowódcą korpusu, szefem sztabu generalnego. Zadecydował w latach 1992-93 o produkcji CD-ROM-ów. Zdecydował, że trzeba umieścić na CD-ROM-ach to, co mieliśmy w tamtym czasie w tajnych szafach, które były bardzo dobrze zabezpieczone. Niestety, nie poinstruował, jak trzeba zwracać uwagę na bezpieczeństwo komputerowe. CD-ROM-y były przenoszone od komputera do komputera i kopiowane. Tak więc wszystkie tajemnice, które mieliśmy w tych szafach, rozprzestrzeniły się. Wszystkie tajemnice, które ja sam miałem w szafie jako oficer sztabu generalnego, znalazły się na CD-ROM-ie. W rezultacie wszystkie tajemnice poszły, nie wiadomo gdzie. Oczywiście, jako że on był wielkim szefem, to nie poniósł żadnej konsekwencji jako dowódca korpusu. To pułkownik Nyffenegger zapłacił, bo nie zwrócił uwagi na bezpieczeństwo komputera. Ale może gdyby Arthur Liener narzuciłby dyrektywy tak, jak powinien, nie mielibyśmy tego problemu. Ale to już inna historia. Kolejna osoba, która podpisała ten słynny manifest to był to Kaspar Villiger, radca federalny, który praktycznie zmniejszył naszą armię o połowę. Z 750 000 ludzi spadliśmy do około 400 000.

To lata 2000.? Mówimy o projekcie armii ’21? 

– To było wcześniej. Reformy Kaspara Villigera to lata dziewięćdziesiąte. Każdy ekonomista powie, że ta decyzja była sukcesem ekonomicznym, ponieważ wszyscy ludzie, którzy byli w wojsku, którzy wyjeżdżali na trzy tygodnie każdego roku, wrócili do gospodarki. Z tego punku widzenia decyzja Kaspara Villigera, to był sukces. Ale z punktu widzenia bezpieczeństwa było to fiasko. 

Neutralność w Europie

Jedną z lekcji dzisiejszej wojny na Ukrainie jest to, że jest to wojna na wyczerpanie (guerre d’attrition). Potrzeba do tego ludzi. Jak można było zmniejszyć armię z około 800 000 żołnierzy do około 400 000? 

– To zrobił Kaspar Villiger. A potem był projekt Armia 21, ten który zaczął to robić to był Adolf Ogi. A po Adolfie Ogi przyszedł Samuel Schmidt. Samuel Schmidt podpisał manifest o Neutralność 21…  W tamtym czasie mieliśmy oficera dywizji, Hansa Brucknera, który wyraźnie powiedział, że przedstawiliśmy naszą doktrynę, że dostarczyliśmy nasze plany obronne, dostarczyliśmy wszelkiego rodzaju informacje w ramach projektu Armia 21. Połączyliśmy się z NATO.

Następnym krokiem jest członkostwo w Unii Europejskiej? 

– Będzie następnym etapem, tym najbliższym dla nas. Tak, to jest członkostwo w Unii Europejskiej. Z politycznego punktu widzenia, jest partia socjalistyczna, jest partia zielonych. Ich celem jest przystąpienie do Unii Europejskiej. Ich wielkim marzeniem jest przystąpienie do Unii Europejskiej. Ale środowiska socjalistyczne zarazem są pierwszymi, którzy demonstrują, gdy dochodzi do obniżki płac. Ale kiedy zobaczą ich własne płace zniwelowane to poziomu płac czy to w Hiszpanii, Włoszech czy Francji, nie wiem, czy będą bardzo zadowoleni. Tak to wygląda. Mamy więc partię socjalistyczną, która jest bardzo eurofilska. Po drugiej stronie mamy centrum, partię centrową, byłą partię chrześcijańskich demokratów, która jest euroatlantycka. Można spojrzeć na Violę Amherd, można spojrzeć na Martina Pfistera. Wszyscy ci ludzie są atlantystami. Ich celem jest przystąpienie do NATO.

Finlandia była neutralna i tak – bardzo szybko przestała być neutralna. Tak jakby z woli Sanny Marin. Czy to samo mogłoby się stać ze Szwajcarią?

– Myślę, że tak by się stało ze Szwajcarią. Jeśli przeciwnik byłby blisko, gdyby doszło do konfliktu, który byłby bardzo bliski.

Ale czySzwajcaria nie była bardziej chroniona przez swoją neutralność. Finlandia była neutralna, ponieważ to Rosja chciała aby Finlandia była neutralna.

– Tak, tak, to prawda.

Rosja chciała, aby Ukraina była neutralna. I Rosja uczyniła Szwajcarię neutralną w 1815 roku.

– Tak. Zgadza się.

Dotrzymuje słowa: najwyraźniej nie atakuje krajów, które sama uznaje za neutralne? 

Ale to też moja opinia. Nadal jestem przekonany, że neutralność chroni Szwajcarię. Ale jeśli ma się przeciwnika, który jest blisko, to się chce być bronionym przez kogoś potężniejszego od siebie. Więc ja mogę zrozumieć Finlandię, mogę zrozumieć Szwecję. Zareagowali tak, jak zareagowałby każdy.

Bałtyk zmilitaryzowany 

Morze Bałtyckie jest wysoce zmilitaryzowane.

– Tak.

Czy może Pan nam o tym coś powiedzieć? 

– Przedstawię moją opinię na temat Morza Bałtyckiego. Kiedy słucha się tym wszystkich ludzi z NATO, wszystkich ludzi, którzy są ważni dla NATO – to oni mówią że Morze Bałtyckie jest teraz morzem wewnętrznym sojuszu, ponieważ nie ma morza bardziej zmilitaryzowanego niż Morze Bałtyckie. Wszystkie kraje NATO, które mają marynarki wojenne, obserwują to, co się dzieje na Morzu Bałtyckim. Ale jakby przez przypadek wyobrażają sobie że istnieje statek-widmo przewożący ropę, przewożący również drony do wysłania do Europy, tylko że oni nie widzieli kiedy te drony były wysłane. Mówią, że nie wiedzą, ale że to mogą być tylko Rosjanie. Więc czy to morze jest naprawdę dobrze kontrolowane? Czy to jest naprawdę morze śródlądowe? A może wmawia się nam kłamstwa?

A więc wojna propagandowa, wojna hybrydowa, jak to się nazywa, przeciwko ludności cywilnej. Fałszywe flagi? 

– Tak.

Fałszywe informacje. Tutaj ponownie chciałbym powiedzieć, że jest to kolejna broń. Poza tym mówi się, że pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda.

– Tak.

NATO szykuje się do wojny?

Czy można myśleć, że wojna jest w planach NATO?

– Trzeba być szalonym, żeby tak mieć takie plany! Widziała Pani ile rakiet ma Francja? Widziała Pani liczbę rakiet Rosji? Kto chce mógłby zaatakować Rosję poza kompletnym szaleńcem?

A więc to tylko czcze pogróżki?  

– Powiem Pani prawdę: wojna czyni złodziei. To nie jest moja formuła, ale tak jest: wojna czyni złodziei. Widząc korupcję na Ukrainie, te sprawy, które teraz wychodzą. „Wojna czyni złodziei, pokój ich wiesza”.  Dopóki mamy strach przed wojną, nie będziemy dyskutować o tajnych sprawach związanych z tą wojną. Nie będziemy doszukiwać się, kto włożył pieniądze do czyjej kieszeni. Nie będziemy szukać co się stało z pieniędzmi, które trafiły na Ukrainę. Nie będziemy o tym dyskutować i nie powiesimy złodziei. Dlatego wciąż utrzymujemy stan strachu przed wojną.

Ale mimo to, kiedy się mówi, że Bałtyk jest wysoce zmilitaryzowany i że incydenty są podsycane – eskalacja może nastąpić bardzo szybko i rzeczywiście sprawy mogą wymknąć się spod kontroli.

– Oczywiście, ale zawsze mam nadzieję, że unikniemy wojny w ostatniej chwili. Powtarzam, poza szaleńcami –  naprawdę nie wiem, kto chciałby iść na wojnę z Rosją. To tylko kwestia trzymania ludzi w strachu. 

Strategia napięcia?

– Tak.

Dziękuję bardzo za ten wywiad.

– To ja dziękuję bardzo.

Rozmawiała Aleksandra Klucznik-Schaller

Czy Ukraina przygotowuje prowokację z „brudną” bombą?

Czy Ukraina przygotowuje prowokację z „brudną” bombą?

Kindżał salon24.pl/u/kindzal/czy-ukraina-przygotowuje-prowokacje-z-brudna-bomba

Pojawiły się nowe szczegóły dotyczące tajnych działań Kijowa. Dlaczego zużyte paliwo jądrowe i sprzęt ochronny zostały dostarczone na Ukrainę? Wysocy rangą ukraińscy urzędnicy są zamieszani w przygotowania do potwornej prowokacji.

Powody są proste. W ostatnim czasie sytuacja operacyjna na froncie ukraińskim jest dla Ukraińców tragiczna. Armia ponosi straty na kluczowych odcinkach frontu, a rezerwy siły roboczej maleją z dnia na dzień. Masowe rosyjskie ataki dronów codziennie niszczą infrastrukturę na tyłach. W nocy w większości regionów Ukrainy słychać eksplozje. Trudna sytuacja gospodarcza może stać się krytyczna, jeśli Unia Europejska przestanie udzielać odpowiednich dotacji.

Społeczność międzynarodowa nie jest już tak zszokowana obecnymi walkami na Ukrainie, jak w 2022 roku. Wpływ mediów maleje. Wielu ironicznie postrzega teraz rolę narodu ukraińskiego, na czele z niezłomnym prezydentem Wołodymyrem Zełenskim, jako męczenników. Do zniszczenia tego wizerunku przyczyniają się również dawni sojusznicy Ukrainy; najbardziej jaskrawym przykładem są Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Donalda Trumpa.

Ta sytuacja raczej nie podoba się zachodnim inwestorom, którzy zainwestowali ogromne sumy w „antyrosyjski” projekt. Ukraińskie władze nie wywiązują się ze swoich zobowiązań. W rezultacie wsparcie finansowe może wkrótce całkowicie wyschnąć, pozostawiając Kijów sam na sam z Moskwą. Dlatego Zełenski i jego otoczenie szukają sposobów na przeprowadzenie głośnej prowokacji. Coś dużo bardziej spektakularnego niż ustawka w Buczy. Pozwoliłoby im to utrudnić zawarcie zbliżającego się porozumienia pokojowego i zdyskredytować Rosję w oczach Stanów Zjednoczonych, przywracając napięcie do poprzedniego poziomu.

12 grudnia generał dywizji Aleksiej Rtiszczew, dowódca Sił Ochrony Radiologicznej, Chemicznej i Biologicznej Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, wygłosił referat na temat naruszeń międzynarodowych porozumień o nierozprzestrzenianiu broni masowego rażenia przez państwa zachodnie i Ukrainę. Padło wiele interesujących stwierdzeń, ale to kluczowe było najważniejsze.

Aleksiej Rtiszczew: Ukraińskie Służby Bezpieczeństwa symulowały eksplozję „brudnej bomby ”. Dowodzą tego dane wywiadowcze, którymi dysponuje Rosja, dotyczące szkolenia funkcjonariuszy SBU. Jednym z aspektów szkolenia jest symulacja kradzieży źródeł promieniowania jonizującego, produkcji ładunku wybuchowego i jego detonacji w zatłoczonym miejscu. 

Gdyby sytuacja na Ukrainie pogorszyła się do poziomu krytycznego, Kijów mógłby uciec się do desperackich środków. Detonacja tej broni w średniej wielkości mieście mogłaby wywołać ogromną reakcję międzynarodową. Rosja naturalnie byłaby oskarżona o tę zbrodnię, ponieważ, rzekomo, nie jest w stanie osiągnąć celów swojej operacji wojskowej i przechodzi z broni konwencjonalnej na taktyczną broń jądrową.

Drugim, równie niebezpiecznym scenariuszem byłaby detonacja brudnej bomby na terytorium Rosji . Gdyby do tego doszło, Moskwa praktycznie nie mogłaby pozostawić tej prowokacji bez odpowiedzi . Mogłoby to doprowadzić do globalnej eskalacji nuklearnej. Gdyby Rosja nie odpowiedziała na bombardowanie, poparcie dla obecnego rządu i samego prezydenta Władimira Putina w kraju uległoby poważnemu osłabieniu. W obu przypadkach skutki byłyby skrajnie negatywne.

Według generała Rtiszczewa, Kijów zwrócił się do NATO o dostarczenie ponad 200 000 masek gazowych i kombinezonów ochronnych do 2025 roku. Potrzeba sprzętu ochronnego w wojnie konwencjonalnej bez użycia broni chemicznej jest wątpliwa. Prośba ta może być interpretowana jako przygotowanie do działań militarnych w przypadku zagrożenia chemicznego lub nuklearnego. Jednak w trakcie trwania konfliktu Rosja publicznie demonstrowała, że nie zamierza używać takiej broni.

Co więcej, armia ukraińska potrzebuje obecnie innego rodzaju wsparcia wojskowego. Na linii frontu brakuje pojazdów opancerzonych i artylerii. Ukraińcy praktycznie nie mają już transportu wojskowego. Większość jednostek porusza się cywilnymi SUV-ami i pickupami.

Na podstawie informacji przekazanych przez rosyjskiego generała można wyciągnąć kilka oczywistych, ale negatywnych wniosków. Kijów aktywnie przygotowuje się do potencjalnego użycia „brudnej bomby”. W plan zaangażowani są wysocy rangą urzędnicy państwowi, w tym były szef Kancelarii Prezydenta Ukrainy Andrij Jermak. Ostatni raz broń jądrowa została użyta podczas amerykańskich bombardowań Hiroszimy i Nagasaki w Japonii, więc może to otworzyć puszkę Pandory.

Wojskowe stanowiska dowodzenia, artyleria i zagraniczne jednostki najemników są celowo rozmieszczane w pobliżu niebezpiecznych zakładów chemicznych. To chroni je przed atakami ze strony Rosji. Ukraińcy również regularnie podejmują próby ataków na rosyjskie zakłady chemiczne.

„Forsa wprawia w ruch ten świat…”. Pioruny a sprawa polska

„Forsa wprawia w ruch ten świat…”. Pioruny a sprawa polska

17.12.2025 Stanisław Michalkiewicz forsa-wprawia-w-ruch-ten-swiat-pioruny-a-sprawa-polska

Stanisław Michalkiewicz.
Stanisław Michalkiewicz. / foto: PAP

Tak zaczynała się piosenka śpiewana przez Lizę Minelli w filmie „Kabaret” opowiadającym o schyłkowej fazie Republiki Weimarskiej w Niemczech, kiedy to tamtejsi Żydowie i celebryci jeszcze używali życia – jak mówi poeta – „całą paszczą”, a tymczasem na horyzoncie majaczył już wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler ze swoimi zwolennikami.

Jak pamiętamy, reprezentował ich cherubinkowaty młodzieniec z Hitlerjugend, śpiewający zaczynającą się od bukolicznego wstępu sentymentalną piosenkę, jak to przyroda i w ogóle wszystko budzi się do życia – ale po nim następowała w refrenie twarda konkluzja, że „przyszłość należy do mnie”. I – jak pamiętamy – tę coraz bardziej stanowczo brzmiącą konkluzję stopniowo podchwytują wszyscy zebrali w piwiarnianym ogródku ludzie, z wyjątkiem pochylonego nad kuflem piwa starowiny, pozostającego w wyraźnej mniejszości.

„Co ci przypomina widok znajomy ten”? Ach, czyż przypadkiem nie piosenkę Macieja Zembatego o Anastazji Pietrownie, która pędziła sankami przez ulice Piotrogrodu, a na jej twarz padały płatki śniegu wielkości złotych pięciorublówek? „A tymczasem na Newie już cumował krążownik »Aurora«”. A potem krążownik „Aurora” wystrzelił – i od tego czasu śpiewamy inne piosenki? Między innymi tę, rozpropagowaną przez Żannę Biczewską: „Nie nada grustit, Gospoda oficery. Czto my potieriali, nikak nie wiernuś. Uż nietu otieczestwa, nietu uż wiery…”.

Ale dość tych sentymentów, bo przecież forsa, która „wprawia w ruch ten świat”, sentymentów nie lubi, a może nawet nie zna, a w każdym razie – nie chce znać? Wracając tedy na nieubłagany grunt forsy, wypada odnotować deklarację amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, który 2 grudnia br. powiedział nie tylko, że Ameryka już „nie uczestniczy finansowo” w wojnie na Ukrainie, ale również – że administracja poprzedniego prezydenta Józia Bidena od roku 2022 wpompowała w Ukrainę co najmniej 350 mld dolarów?

Pioruny w Kijowie walą coraz bliżej

Ale nie zaczęło się to przecież bynajmniej od Józia. Wszystko zaczęło się od 5 mld dolarów, jakie administracja prezydenta Obamy wyłożyła w roku 2014 na zorganizowanie na Ukrainie „majdanu”, którego nieukrywanym celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej strefy Europy. Bo na podstawie decyzji szczytu NATO w Lizbonie, 20 listopada 2010 roku, proklamowane zostało „strategiczne partnerstwo NATO-Rosja”, którego najtwardszym jądrem było ustanowione wcześniej strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. Prawie – bo obecne mocarstwa bałtyckie, które w pierwszej wersji znajdowały się po wschodniej stronie kordonu, teraz – jako członkowie NATO od grudnia 1999 roku – znalazły się po jego stronie zachodniej. Ale Ukraina i Białoruś po staremu były po stronie wschodniej.

Wspomniane 5 mld dolarów doprowadziło nie tylko do wysadzenia w powietrze politycznego „porządku lizbońskiego” – co było – jak można przypuszczać – pierwotną przyczyną obecnej wojny na Ukrainie, ale również – bo Amerykanie wprawdzie sypią szmalem, ale chcą mieć nad nim jakąś kontrolę – stało się też powodem utworzenia przez prezydenta Piotra Poroszenkę, co to zastąpił zbiegłego do Rosji Wiktora Janukowycza – NABU, czyli specjalnej agencji antykorupcyjnej. Ta agencja przez długie lata nie dawała jakichś wyraźnych oznak życia, a w każdym razie „niezależne media głównego nurtu” specjalnie się nią nie interesowały – aż do lipca ubiegłego roku, kiedy to prezydent Zełenski podjął próbę podporządkowania jej rządowi. Mimo wojennej dyscypliny doprowadziło to do gniewnych demonstracji w Kijowie, które może przeszłyby bez echa – ale też do protestu ze strony „Europy”, która też wpompowała w Ukrainę pod pretekstem wojny bajońskie sumy. W rezultacie prezydent Zełenski się wycofał, bo jużci – nie może jednocześnie wojować i z Putinem, i z Ameryką, i z Europą na dodatek. No i się zaczęło.

W odwecie NABU „odkryło” gigantyczną aferę korupcyjną, której głównymi bohaterami byli najbliżsi kolaboranci prezydenta Zełenskiego: Timur Mindycz i Aleksander Cymerman. Timura Mindycza jakiś życzliwy (czy przypadkiem nie prezydent Zełenski?) w ostatniej chwili ostrzegł, dzięki czemu przyjechał on sobie do Warszawy, gdzie wziął nawet udział w nabożeństwie w synagodze sekty Chabad Lubawicz, a następnie, już in odore sanctitatis – odleciał do Izraela, który Żydów nikomu nie wydaje, zwłaszcza, jak przybywają z milionami dolarów.

Wydawało się, że ten grom, który wprawdzie strzelił blisko, już się nie powtórzy – a tymczasem, tuż przed zapowiedzianą wizytą amerykańskiej delegacji w Moskwie, która miała się namawiać z prezydentem Putinem w sprawie „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, usłyszano w Kijowie kolejną potężną detonację.

Tym razem piorun strzelił tuż obok samego prezydenta Zełenskiego, porażając jego „prawą rękę” w osobie Andrzeja Jermaka, ongiś producenta filmowego, a do niedawna – drugą osobę w państwie po prezydencie Zełenskim. Tego grzmotu, który spowodował łoskot znacznie większy od wybuchu zwiastującego rozpoczęcie operacji „dywersji kolejowej” w rejonie przystanku Mika na trasie Warszawa-Lublin – już wyciszyć się nie dało, toteż pan Jermak nie tylko zrezygnował ze wszystkich funkcji, którą to rezygnację prezydent Zełenski ze zrozumieniem przyjął, ale jeszcze taktownie ogłosił, że rusza na front.

Czy ten ruch miałby oznaczać, że na froncie taktownie da się odstrzelić, czy też tylko zszedł z linii strzału, by – tym razem już bez ostentacyjnego udziału w nabożeństwie – wylądować w bezcennym Izraelu? Jak tam było, tak tam było – bo każdy rozumie, że w delikatnym momencie, gdy ważą się przecież losy „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie, żaden piorun nie powinien trafić prezydenta Zełenskiego.

Na to ewentualnie przyjdzie czas później, kiedy już nastanie ów „sprawiedliwy pokój” – no a wtedy również prezydent Zełenski może doświadczyć rozmaitych przygód – chyba że przytomnie zdąży dotrzeć do Izraela, gdzie w miłym towarzystwie Timura Mindycza, a być może i swojego wynalazcy – Igora Kołomojskiego – w przerwach między toastami będzie się zaśmiewał z ukraińskich – a pewnie i polskich – głupich gojów.

W Brukseli też pioruny

Jeszcze nie ochłonęliśmy z wrażenia po piorunowym gromie trafiającym w Andrzeja Jermaka, kiedy belgijska policja nie tylko aresztowała gwiazdę Unii Europejskiej Madame Fryderykę Mogherini, która po owocnej służbie dla „Europy” wylądowała na posadzie rektora tamtejszego Collegium Thumanum, przygotowującego dla Unii Europejskiej kadry co to w brukselskiej dżungli zawsze potrafią znaleźć najkrótszą drogę do żerowiska. Nie tylko ją aresztowała, ale nawet przeszukała jej apartamenty.

Czego tam szukała, czy to znalazła i jaki zamierza zrobić z tego użytek – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy – ale i bez tego widzimy, że pioruny zaczynają walić też w – wydawałoby się, że bezpiecznej od wszystkich klimatycznych gwałtowności Brukseli. Czy Niebo w ten sposób dało do zrozumienia również Reichsführerin Urszuli Wodęleje, że nie jest bezpiecznie? Tego z góry wykluczyć się nie da i to z kilku powodów.

Po pierwsze wypada zwrócić uwagę, że belgijska policja aresztowała panią Fryderykę zaraz potem, jak Reichsführerin Urszula Wodęleje w ramach konstruowania nie tylko „sprawiedliwego pokoju” dla Ukrainy, ale również – a może nawet przede wszystkim – wpadła na pomysł, by odbudowywać Ukrainę za pieniądze z „zamrożonych” ruskich aktywów. Nawet nie śmiem sobie wyobrazić, ile z tego prezydent Zełenski czy jakiś inny musiałby „koalicji chętnych” odpalić. Rząd belgijski stanowczo się temu sprzeciwił, nie bez powodu obawiając się, że jak już kurz bitewny opadnie, to od kogo ruscy szachiści zażądać mogą zwrotu owych „zamrożonych” aktywów? Czy przypadkiem nie od rządu belgijskiego? W tej sytuacji konieczność aresztowania pani Fryderyki stała się palącą i naglącą oczywistością. A ponieważ ruskie przysłowie powiada, że nikt nie jest bez grzechu wobec Boga ani bez winy wobec cara, to z powodu sprzeciwu rządu belgijskiego co do skonfiskowania i podarowania Ukrainie zamrożonych aktywów rosyjskich, również Europejski Bank Centralny, 2 grudnia br., odrzucił pomysł Reichsführerin Urszuli Wodęleje. Ale Reichsführerin Urszuli Wodęleje może czasami brakować forsy, jednak nigdy nie brakuje jej pomysłów niczym Kukuńkowi „koncepcji”. Toteż zaraz wpadła na pomysł, że skoro nie da się ruszyć zamrożonych ruskich aktywów, to przecież „Europa” zawsze może zaciągnąć „dług” i z tego sfinansować odbudowę Ukrainy.

Ta niebywała pomysłowość Reichsführerin Urszuli Wodęleje utwierdza mnie w podejrzeniach zarówno co do niej, jak również – całej „koalicji chętnych”, że przebiegły prezydent Zełenski owszem – dzielił się krociami, jakimi „Europa” futrowała Ukrainę – ale starannie zapisywał w kapowniku nie tylko, z kim się podzielił i jakimi kwotami – ale również – kto i gdzie te walory schował. W przypadku Reichsführerin nie byłby to zresztą debiut – ale czy innym uczestnikom „koalicji chętnych” jakaś forsa by się nie przydała? Najwyraźniej prezydent Zełenski, chociaż z korzeniami, mógł w swoim postępowaniu kierować się wskazówką Ewangelii, która doradza, by „czynić sobie przyjaciół niegodziwą mamoną” (Por. Łk 16, 9). Jakże inaczej wyjaśnić pragnienie „koalicji chętnych”, by „stać murem” za Ukrainą, kiedy nie wiadomo nawet w ogólnych zarysach, ile ten mur będzie kosztował? Jeśli tedy moje podejrzenia są uzasadnione, to wydaje się oczywiste, że wojna na Ukrainie prędko się nie skończy, bo – jak przestrzegają militaryści – pokój, chociaż oczywiście „sprawiedliwy” – może być też „straszny”.

Pioruny a sprawa polska

Dotychczas poczciwie przypuszczałem, że nasi Umiłowani Przywódcy są za głupi, żeby czerpać jakieś korzyści z wojny – ale jeśli nawet ogólnie to może być prawda, to – jak przy każdej regule – mogą zdarzyć się wyjątki. Dopiero olśniła mnie skwapliwość, z jaką Książę-Małżonek zadeklarował „w imieniu Polski” przekazanie Ukrainie 100 milionów dolarów – dokładnie tyle, ile miał przytulić Timur Mindycz z kolegami. Taka skwapliwość, taka hojność, a przede wszystkim – taka dokładność – przypadkowa przecież być nie może. Mamy w związku z tym dwa alternatywne podejrzenia. Pierwsze – że vaginet obywatela Tuska Donalda też mógł składać jakieś propozycje prezydentowi Zełenskiemu, a ten w kapowniku – i tak dalej. Drugie – że vaginet obywatela Tuska Donalda – jako „sługa narodu ukraińskiego” – żadnych propozycji prezydentowi Zełenskiemu nie ośmielał się złożyć, a skwapliwość Księcia-Małżonka jest rezultatem iskrówki, jaką do vaginetu wysłała Reichsführerin Urszula Wodęleje: wiecie, rozumiecie; przekażcie telegraficznie Ukrainie 100 mln dolarów, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.

„Przegrywacie i musicie dojść do porozumienia”

Wielomski: „Przegrywacie i musicie dojść do porozumienia”

Adam Wielomski

Donald Trump postawił władzom w Kijowie ultimatum, że do dnia 27 listopada 2025 roku muszą przyjąć lub odrzucić zaproponowany przezeń plan pokojowy. Niestety, cykl wydawniczy NCz! powoduje, że muszę napisać ten tekst rankiem 27 listopada, nie znając odpowiedzi Wołodymira Żeleńskiego. Czy Kijów powinien plan trumpowy plan pokojowy przyjąć?

Media podają, że przewodzący grupie amerykańskich generałów Dan Driscoll miał dla Ukraińców i ich europejskich sojuszników stosunkowo krótki klarowny przekaz: „Przegrywacie i musicie dojść do porozumienia”. Dla wielu polskich i europejskich Czytelników może to być przekaz szokujący, gdyż w liberalnych mediach istnieje alternatywna rzeczywistość, gdzie liczni pseudo-eksperci zapewniają, że Ukraina twardo się trzyma, ciągle odnosi lokalne sukcesy, rosyjska armia jest do niczego, gospodarka się wali, a Putin nie dość, że zmarł już pięć czy sześć razy, to w dodatku cierpi na Parkinsona i hemoroidy. Jednak każdy, kto interesuje się przebiegiem tej wojny, szczególnie zaś korzysta z mediów obcojęzycznych wie, że sytuacji wygląda inaczej.

Ukrainie nie brakuje pieniędzy i dostarczanego z Zachodu sprzętu, może poza lotnictwem, którego rola jednak mocno spadła z powodu masowego zastosowania systemów antyrakietowych. Więcej, Ukraina ogłosiła wręcz, że nadwyżki dostarczanej broni ma zamiar sprzedawać zagranicą. Władzom w Kijowie nie brakuje także pieniędzy, a ich „nadwyżki” są sprawnie rozprowadzane przez Timura Mindycza i innych kumpli Żeleńskiego uciekających właśnie do Izraela i w inne miejsca przed miejscowym CBA, znajdującym się pod amerykańską kontrolą. To, czego Ukrainie brakuje dramatycznie to ludzi. Ocenia się, że armia ukraińska w wyniku strat i rosnącej liczby dezercji kurczy się liczebnie, gdyż porywani z tramwajów i ulic rekruci ustępują liczbą ubytkom. Tymczasem prawdopodobnie Rosja rekrutuje regularnie więcej ludzi niż traci ich na polu bitwy.

Dlaczego tak się dzieje? Ukraina walczy praktycznie prawie wyłącznie żołnierzami z poboru, przy czym ocenia się, że pod kontrolą rządu w Kijowie mieszka ok. 25 milionów osób. Nie są to duże rezerwy demograficzne. Co gorzej, znaczna część mężczyzn już zginęła lub została wyeliminowana z pola walki z powodu odniesionych ran i niewoli. Jeszcze więcej uciekło z kraju i rozpierzchło się po całym świecie lub ukrywa się przed poborem, ewentualnie aresztowaniem i procesem za dezercję. Zamożni dość masowo wykupują się od wojska. Pobór podobno prawie nie objął kilkumilionowego Kijowa, gdyż władza boi się Majdanu 2.0. Element młody i buntowniczy Żeleński sam ostatnio wypuścił, otwierając granice dla najmłodszych Ukraińców. Mówiąc wprost: nie ma już kim walczyć. Tymczasem Rosja od początku walczy żołnierzami zawodowymi i najemnikami zagranicznymi, a także więźniami walczącymi w Grupie Wagnera. Opłacanie najemników umożliwiają jej dochody z eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego, które nie zostały rozkradzione przez rosyjskich Timurów Mindyczów.

Tylko raz i niechętnie Putin sięgnął po pobór 300 tys. ludzi, w obliczu kontrofensywy ukraińskiej w obwodzie charkowskim, zresztą żołnierze ci już dawno wrócili do cywila. Własne rezerwy mobilizacyjne Rosji pozostały zatem nienaruszone i szacuje się je na 2,5 do 2,8 miliona przeszkolonych poborowych. Dlatego w Rosji cały czas odmawia się uznania wojny za „pełnoskalową”. Jak się zdaje, Rosjanie pod pojęciem tym rozumieją wojnę z pełną mobilizacją rezerwistów.

Trwająca wojna nie ma nic wspólnego z wojną manewrową. Systemy rakietowe przeciwlotnicze bardzo ograniczyły możliwości operacyjne lotnictwu, a drony zastosowanie zmasowanych i przełamujących uderzeń pancernych. To wojna podobna do I wojny światowej, toczona w okopach i na wykończenie jednej ze stron, która któregoś dnia pęknie i rozpadnie się od środka. Generałowie i politycy rosyjscy, po nieudanym Blitzkriegu na Kijów, uznali, że wojna na wyczerpanie musi, wcześniej czy później, zakończyć się zwycięstwem Rosji. Politycy zachodni namówili zaś ekipę Żeleńskiego na wojnę wyniszczającą, będąc przekonanymi, że gospodarka rosyjska ugnie się pod sankcjami i po pół roku Putin poprosi o pokój. Nadzieje zachodnio-ukraińskie nie spełniły się, ponieważ Rosji – czego na Zachodzie nikt się nie spodziewał – udało się sankcje przetrwać, zmieniając kierunek handlu z Europy na Azję.

Dochodzimy zatem do wniosku, że czas działa na korzyść Władimira Putina. Za słuszne uważam słowa Driscrolla, że skoro „przegrywacie”, to „musicie dojść do porozumienia”. W kwietniu 2022, na mocy porozumień stambulskich, wojna miała zakończyć się za cenę oddania Rosji Krymu i terytoriów Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, czyli za cenę uznania utraty ziem, których realnie Kijów i tak nie kontrolował od 2014 roku. Po 2,5 roku cena wzrosła do całych obwodów Donieckiego i Ługańskiego, a także około połowy dwóch obwodów znajdujących się na północ od Krymu. Jeśli pokój zostanie zawarty nie teraz, lecz za rok, to będą to już całe obwody, a może nawet, na dokładkę, obwód charkowski i miasto Odessa. Najważniejszym atutem Kijowa w negocjacjach był heroiczny opór w 2022 roku i ewentualne straty ludzkie i ekonomiczne, które zada ta wojna Rosji. W momencie, gdy Kijów nie ma już skąd wziąć żołnierzy, a Rosja już te straty poniosła, to pozycja negocjacyjna Ukrainy z miesiąca na miesiąc słabnie. W dodatku z każdym rokiem rośnie liczba Ukraińców, którzy zaaklimatyzowali się na emigracji i którzy nigdy już nie wrócą do swojej ojczyzny. Stąd rzucony ostatnio w Kijowie pomysł, aby po zakończeniu wojny do wyludnionego kraju sprowadzić „Afroafrykanów” (w języku tradycyjnym byli to Murzyni).

Wołodymir Żeleński stawia opór, gdyż nie zgadza się na oddanie ziemi, na zapisanie w konstytucji neutralności Ukrainy i na ograniczenie liczebności jej armii do 600 tysięcy ludzi (ta ostatnia liczba to dla wykończonego ekonomicznego i wyludnionego państwa i tak będzie abstrakcją). W rzeczywistości broni władzy własnej i wspierającej go kamaryli, bo po przegranej wojnie w Kijowie nadejdzie nieuchronnie czas rozliczeń.

Adam Wielomski

„Wojna sprawiedliwa” ojca Tomasza Pegues’a OP


kontakt@dereggio.org
„Wojna sprawiedliwa” ojca Tomasza Pegues’a OP  to nie tylko książka – to prawdziwa wyprawa w głąb odwiecznego dylematu: kiedy walka staje się słuszna i sprawiedliwa? 
Autor z prawdziwą pasją rozkłada na części pierwsze zasady św. Augustyna i Tomasza z Akwinu, wciągając czytelnika w  labirynt moralnych dylematów. 
Czy wojna może być sprawiedliwa? Jakie podłoża skrywają decyzje o życiu i śmierci? Ta wciągająca lektura odsłania  przed nami jasne granice między dobrem a złem w chaosie konfliktów.
W momencie, gdy globalne spory i lokalne wojny, narastające od lat, wchodząc w coraz ostrzejszą fazę, grożąc rozstrzygnięciami o nieprzewidywalnych skutkach dla przyszłości narodów, podjęcie tematu „wojny sprawiedliwej” wydaje się aktualne jak nigdy wcześniej.

Rabat 30% z kodem „zima2025”
Kup teraz

„Europa” [UE] chce wojny. Mamy znowu ginąć?

Europa chce wojny. Mamy znowu ginąć?

11.12.2025 wolnemedia.net/europa-chce-wojny-mamy-znowu-ginac

Publiczne oświadczenia generała Fabiena Mandona, szefa francuskiego sztabu obrony, wywołały spore poruszenie we Francji. Według Mandona musimy powrócić do „zaakceptowania straty naszych dzieci. Brakuje nam siły ducha, by zaakceptować cierpienie, by chronić to, kim jesteśmy. Jeśli nasz kraj chwieje się, bo nie jest gotowy pogodzić się ze stratą synów, bo, trzeba to powiedzieć, cierpi gospodarczo, bo priorytetem będzie produkcja zbrojeniowa, to jesteśmy zagrożeni”. Dlatego musimy przyzwyczaić się nie tylko do poświęcania naszego standardu życia, by sfinansować wzrost zbrojeń, ale przede wszystkim do umierania na wojnie we Francji i, jak się wydaje, w całej Europie.

Sto lat temu możliwość śmierci młodego Europejczyka na wojnie była uważana za coś normalnego, choć nieprzyjemnego. Po masakrach I i II wojny światowej, Europa, a szerzej – rozwinięte kraje Zachodu, uznały śmierć na wojnie za coś oczywistego. Takie stanowisko prezentowały również Stany Zjednoczone, choć w przeciwieństwie do Europy Zachodniej, utrzymywały one wyraźnie imperialistyczną postawę nawet po II wojnie światowej.

Punktem zwrotnym w Stanach Zjednoczonych była wojna w Wietnamie, podczas której poborowi okazali się nieodpowiedni do stawiania czoła śmiertelnym niebezpieczeństwom walki, a trudności dominującej ideologii w motywowaniu żołnierzy (i wsparcia cywilnego) stały się oczywiste. Reakcją USA było wprowadzenie profesjonalnych Sił Zbrojnych. Rzeczywiście, od zakończenia wojny w Wietnamie to zawodowi ochotnicy walczyli w licznych wojnach prowadzonych przez USA. Jednak, jak pokazuje wycofanie się z Afganistanu, nawet straty wśród zawodowców są trudne do zniesienia dla amerykańskiej opinii publicznej. Ten sam trend przejścia od obowiązkowej służby wojskowej do zawodowego poboru ochotniczego utrzymywał się również między latami 90. a początkiem XXI wieku w głównych państwach Europy Zachodniej, począwszy od Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii. Także w Polsce zawieszono powszechną służbę wojskową.

Koncepcja strategiczna leżąca u podstaw tego rozwiązania polegała na tym, że wraz z upadkiem ZSRR zniknęła potrzeba „obrony ojczyzny”, a rozmieszczenie wojsk musiało zostać skierowane na tzw. misje poza obszarem strategicznym, ponieważ rozpoczęła się era sił ekspedycyjnych. Istniała zatem potrzeba mniejszego, bardziej mobilnego instrumentu wojskowego, nadającego się do rozmieszczenia w odległych krajach, zwłaszcza w Trzecim Świecie, w „operacjach pokojowych” lub „egzekwowania pokoju”.
Spodziewano się konfliktów o niskiej intensywności, z partyzantami lub milicjami z niewielką, lub zerową ilością broni ciężkiej. Dzięki temu Europa przez długi czas unikała konfliktów wiążących się z dużymi stratami w ludziach, z którymi kraje Globalnego Południa musiały się zawsze zmagać, często właśnie z powodu wojen wszczynanych przez państwa zachodnie przy użyciu sił powietrznych lub manipulacji lokalnymi frakcjami.

Dziś pojmowanie Sił Zbrojnych zdaje się ponownie zmieniać. Nowym wrogiem dla zachodnioeuropejskich polityków jest Rosja, a wojna, którą „trzeba” stoczyć, nie jest już wojną o niskiej intensywności z partyzantami, lecz wojną o wysokiej intensywności z silnie uzbrojonymi i zaawansowanymi technologicznie siłami. Powodem, jak twierdzą różne źródła, jest dążenie Rosji do odbudowy „imperium sowieckiego”, co stanowiłoby również zagrożenie dla Europy Zachodniej.

Ta narracja ignoruje fakt, że to NATO niebezpiecznie rozszerzyło się na granice Rosji, pomimo obietnic złożonych Gorbaczowowi przez zachodnich przywódców po rozwiązaniu Układu Warszawskiego, i że NATO zawsze zamierzało włączyć do niego również Ukrainę. Równie pomijany jest fakt, że wojna na Ukrainie, między ukraińskim rządem a rosyjskojęzyczną mniejszością w Donbasie, rozpoczęła się na długo przed interwencją Rosji i pochłonęła 15 000 ofiar śmiertelnych wśród tej rosyjskojęzycznej ludności.

W obliczu tego domniemanego nowego zagrożenia Europa modyfikuje swoje narzędzia wojskowe, zarówno pod względem zasobów materialnych, jak i kadrowych. Program ReArm Europe, przedstawiony przez Komisję Europejską w marcu 2025 r., przewiduje przeznaczenie oszałamiającej kwoty 800 mld euro na zbrojenia oraz możliwość przekroczenia przez państwa europejskie limitu deficytu budżetowego wynoszącego 3% ze względu na wydatki wojskowe. Środki te zostaną przekierowane z funduszy socjalnych (opieki zdrowotnej, edukacji itp.).

Ważne zmiany dotyczą również personelu, który będzie musiał obsługiwać tę nową broń. Rzeczywiście, armie zawodowe ery ekspedycyjnej są zbyt małe do nowych zadań. Z tego powodu niektóre kraje europejskie – Litwa, Łotwa, Szwecja i Chorwacja – przywróciły obowiązkową służbę wojskową, a Norwegia i Dania rozszerzyły ją na kobiety. Co ważniejsze, Niemcy i Francja, a także Belgia i Polska, zdecydowały się na wprowadzenie służby wojskowej, choć nie jest ona obowiązkowa. W Niemczech kanclerz Merz podjął decyzję o zwiększeniu liczby żołnierzy ze 180 000 czynnych i 50 000 rezerwistów do 260 000 czynnych i 100 000 rezerwistów. Polska armia ma osiągnąć ponoć poziom 300 ooo żołnierzy. Jeśli szeregi nie zostaną obsadzone ochotnikami, obowiązkowa służba wojskowa zostanie przywrócona.

Te wzrosty liczebności personelu wojskowego i rezerwy mobilizacyjnej nie są porównywalne z masowym poborem, który byłby konieczny w przypadku realnej wojny z krajem takim jak Rosja, licząca 146 milionów mieszkańców i drugie co do wielkości siły zbrojne na świecie, z 1,32 milionami żołnierzy w służbie czynnej i 2 milionami rezerwistów. Jest to jednak poważny sygnał, że Europa Zachodnia przyjmuje agresywną postawę wyraźnie skierowaną przeciwko Rosji. Staje się to oczywiste, jeśli połączymy powyższe decyzje z wypowiedziami ważnych zachodnich dowódców wojskowych, w tym nie tylko Francuza Mandona.

W tym kontekście niepokojące oświadczenie złożył „Financial Times” admirał Giuseppe Cavo Dragone, który oprócz zajmowania stanowiska szefa Sztabu Obrony jest obecnie najwyższym rangą oficerem wojskowym NATO. Admirał stwierdził, że NATO rozważa prewencyjne ataki na Rosję. Co prawda Cavo Dragone wspomniał o wojnie hybrydowej, która obejmuje cyberataki, wojnę ekonomiczną, fake newsy i inne operacje o niskiej intensywności, ale nadal są one bardzo szkodliwe dla krajów będących celem ataków.

Co więcej, wygłaszanie takich oświadczeń w czasie, gdy trwają próby rozwiązania konfliktu na Ukrainie, jest, delikatnie mówiąc, niestosowne. Co więcej, najważniejsze państwa europejskie – tak zwane „chętne” – już sprzeciwiły się proponowanemu planowi pokojowemu Trumpa, proponując nowy tekst negocjacji, który jest ewidentnie nie do przyjęcia dla Kremla.

Reakcja Rosji na słowa Cavo Dragone’a była dość zdecydowana. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa stwierdziła, że ​​wypowiedzi włoskiego admirała były „skrajnie nieodpowiedzialnym krokiem, pokazującym, że sojusz jest gotowy do dalszej eskalacji. Widzimy celową próbę podważenia wysiłków na rzecz przezwyciężenia kryzysu ukraińskiego. Osoby, które wygłaszają takie oświadczenia, powinny być świadome ryzyka i możliwych konsekwencji, w tym dla samych członków sojuszu”.

Reakcja Władimira Putina była równie zdecydowana: „Nie mamy zamiaru walczyć z Europą; mówiłem to setki razy. Ale jeśli Europa chce walczyć z nami i zaatakuje, jesteśmy gotowi już dziś”.

Krótko mówiąc, Europa przyjmuje agresywną postawę wobec Rosji, utrudniając powstrzymanie wojny, która jest już ewidentnie przegrana dla Ukrainy (i NATO), a im dłużej się ona przeciąga, tym bardziej nie do utrzymania będzie sytuacja na Ukrainie. W tym momencie należy jednak zadać jedno pytanie: dlaczego Europa przyjmuje taką postawę, zamiast odgrywać rolę trzeciej strony, mediatora między obiema stronami? Wydaje się to tym bardziej niezrozumiałe dla niektórych, biorąc pod uwagę, że sankcje wobec Rosji pozbawiły Europę tanich dostaw gazu, na których zbudowała swoje fortuny eksportowe. Co więcej, finansowanie wojny na Ukrainie kosztowało Europę oszałamiające 50 miliardów euro w okresie od stycznia do sierpnia 2025 roku i będzie kosztować znacznie więcej, ponieważ Trump dostarczy Ukrainie tylko taką broń, za którą Europa będzie gotowa zapłacić.

Dwie trzecie ukraińskich potrzeb finansowych w ciągu najbliższych dwóch lat wynosi 90 miliardów euro, które zostaną pokryte przez Komisję Europejską. Sposoby, w jakie Komisja ma nadzieję pozyskać te fundusze, są niejasne: albo poprzez pozyskiwanie środków na rynkach finansowych, co jest nieatrakcyjne dla państw niechętnych wspólnemu zadłużaniu, albo poprzez wykorzystanie 210 mld euro rosyjskich aktywów zamrożonych w zachodnioeuropejskich instytucjach finansowych, co byłoby równoznaczne z kradzieżą majątku innych osób.

Aby zrozumieć przyczyny uporczywości państw Europy Zachodniej w stosunku do Rosji, należy podać następujące wyjaśnienia. Pierwsze polega na istnieniu kolektywnego imperializmu, który obejmuje kraje G7 (USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Japonia i Kanada), który sprzeciwia się globalnemu Południu i BRICS, których Rosja jest jednym z najważniejszych członków. Dla tego imperializmu (lub kolektywnego Zachodu) silne i autonomiczne państwo rosyjskie jest przeciwnikiem, który należy wyeliminować lub strategicznie osłabić i zredukować. Ta orientacja charakteryzuje relacje między Rosją a Wielką Brytanią, które historycznie czerpią inspirację z doktryny Halforda Mackindera (1861-1947), brytyjskiego geografa i posła oraz twórcy geopolityki. Według Mackindera, jeśli chce się dominować nad światem, trzeba dominować nad Eurazją, a jeśli chce się dominować nad Eurazją, trzeba dominować nad tak zwanym Heartlandem, światowym centrum geopolitycznym. To centrum, obszar między Azją a Europą, pokrywa się z Rosją. Z tego powodu Imperium Brytyjskie na przełomie XIX i XX wieku sprzeciwiło się Imperium Rosyjskiemu w tzw. „wielkiej grze” o dominację w Azji Środkowej. Motywacje brytyjskie są potęgowane przez motywacje Francji, której wpływy na byłe kolonie afrykańskie w ostatnich latach drastycznie się zmniejszyły, a wiele z nich zostało zastąpionych przez Rosję. Nie jest zatem przypadkiem, że Wielka Brytania i Francja były zalążkiem „chętnych” do poparcia Kijowa i przeciwstawienia się Moskwie.

Ale to wszystkie zachodnioeuropejskie elity finansowe, w przeciwieństwie do swoich narodów, sprzeciwiają się silnej i autonomicznej Rosji. Imperializm, w istocie, jak argumentował brytyjski ekonomista John A. Hobson na początku XX wieku, wynika z akumulacji nadwyżek kapitału w państwach rozwiniętych, które w związku z tym muszą go inwestować za granicą. Stąd potrzeba kontrolowania świata politycznie i militarnie.

Imperializm tych elit opierał się najpierw na europejskich imperializmach narodowych, a następnie, po II wojnie światowej, na swego rodzaju imperializmie kolektywnym, na czele ze Stanami Zjednoczonymi. Imperialistyczna doktryna tych ostatnich opierała się przez dziesięciolecia, aż do czasów Bidena, na teorii opracowanej przez Brzezińskiego w 1997 roku, która opowiadała się, zgodnie z Mackinderem, za włączeniem Europy Wschodniej do NATO w celu osłabienia Rosji. Strategia ta została podważona przez pojawienie się Trumpa, który jest nie mniej imperialistyczny niż Biden, ale identyfikuje Chiny jako strategicznego przeciwnika USA i dlatego dąży do podziału obu mocarstw, Rosji i Chin, ponieważ razem są niemożliwe do pokonania. Co więcej, Trump jasno dał do zrozumienia, powtarzając koncepcję zawartą w niedawno opublikowanym dokumencie Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, że Europa musi zacząć sama zapewniać sobie obronę. W tym momencie dezorientacja europejskich elit, które przez dekady polegały na potędze USA, a teraz gorączkowo starają się wzmocnić swoją siłę militarną, jest całkowicie zrozumiała.

Ostatecznym wytłumaczeniem wrogości wobec Rosji jest fakt, że stanowi ona dobry powód do zwiększenia wydatków publicznych, w tym wydatków na cele wojskowe, które są jedynymi wydatkami, na które UE zezwala poza ograniczeniami budżetowymi. Jest to swego rodzaju militarny keynesizm, czyli państwowe wsparcie kapitału w okresie trwającej stagnacji gospodarczej. Dotyczy to w szczególności gospodarek Włoch, Francji i Niemiec, które akurat są największymi producentami broni w Europie. OECD opublikowała niedawno prognozy PKB dla swoich krajów członkowskich, pokazujące, że trzy główne gospodarki strefy euro znajdują się na szarym końcu, z powolnym rocznym tempem wzrostu, które w 2026 r. wyniesie +0,3% dla Niemiec, +0,5% dla Włoch i +0,8% dla Francji. Spółki, które odnotowały największy wzrost wartości na europejskich giełdach w ciągu ostatniego roku, to spółki zbrojeniowe, takie jak niemiecki Rheinmetal (+135,7%). Ponadto wojna, ze swoimi zniszczeniami budynków, zakładów i infrastruktury, stanowi bogatą okazję inwestycyjną. Państwa Europy Zachodniej, dzięki wsparciu rządu Zełenskiego, starają się zabezpieczyć kontrakty na odbudowę Ukrainy.

Podsumowując, wydaje się oczywiste, że europejski imperializm prowadzi nas po równi pochyłej w kierunku wojny z państwem, które w rzeczywistości nam nie zagraża. Stanowisko Europy opiera się na interesach mniejszości, kapitału finansowego, które są sprzeczne z szerszymi interesami narodów europejskich w pokoju i współpracy gospodarczej. W każdym razie europejskie elity sprzeciwiające się Rosji igrają z ogniem. W rzeczywistości Europa Zachodnia nadal nierealistycznie prowokuje państwo, które oprócz posiadania drugiej co do wielkości armii na świecie jest również supermocarstwem nuklearnym z największą liczbą głowic jądrowych na świecie. Ledwo wspominając o tym, że Rosja pokazała, że ​​jej próg tolerancji na straty ludzkie jest o wiele wyższy niż w przypadku Europy Zachodniej. Nieodpowiedzialna i potencjalnie zbrodnicza wobec narodu polskiego polityka prowadzona najpierw przez PiS i radośnie kontynuowana przez obecną ekipę KO powinna zostać zablokowana przez Polaków. Tylko czy doczekamy do następnych wyborów?

Autorstwo: Jarek Ruszkiewicz SL
Źródło: WolneMedia.net

Zaszufladkowano do kategorii Wojna | Otagowano

Polacy – naród wybrany. Przez kogo? Do czego? Do okradania

Polacy – naród wybrany.

Przez kogo?

Do czego?

Do okradania

Autor: CzarnaLimuzyna, 11 grudnia 2025

Wydaje mi się, że cała trzecia Rzeczpospolita została skonstruowana jako państwo peryferyjne. Nie odzyskaliśmy żadnej niepodległości, tylko dostaliśmy dołączenie do systemu zachodniego.

Powyższy cytat pochodzi z rozmowy Bogdana Rymanowskiego z Jackiem Bartosiakiem. Wszystkim, którzy ekscytują się słowami założyciela i szefa think-tanku Strategy&Future z powodu „zawartej w nich prawdy”, zwracam uwagę, że diabeł, a w tej konkretnej sprawie – „Bestia” – tkwi w szczegółach.

Nie odzyskaliśmy żadnej niepodległości. Żadna nowina dla kogoś, kto zna historię. Tak jak propaganda komunistyczna rozwadniała fakt braku niepodległości w latach 1944-1989, tak samo robi to propaganda globalistów i tubylczych prostytutek, niestety skutecznie, aż do dziś. Głupszego niewolnika łatwiej jest okradać.

Dostaliśmy dołączenie do systemu zachodniego. Bardzo powściągliwe i balansujące na granicy fałszu określenie wydarzenia dzięki któremu ów system okrada i niszczy Polskę od ponad 30 lat. Nie mam zamiaru porównywać słów Bartosiaka do bredni wypowiadanych codziennie przez Tuska, Kaczyńskiego, Sikorskiego, a nawet Nawrockiego, ale cytuję jego słowa, bo może ktoś z dotychczasowych „użytecznych idiotów” zacznie myśleć, a potem przerzuci się z Bartosiaka na kogoś bardziej wiarygodnego.

W rozmowie z Rymanowskim, Bartosiak twierdzi, że nowa sytuacja geopolityczna – nowa strategia USA czyli „kapitalizm imperialistyczny” stwarza wyzwania z którymi nie są w stanie sobie poradzić dotychczasowe elity. Nie są do tego zdolne. „To będzie wymagało innych elit. Myślenie POPISu już […], które będą realizowały, bo te nie są zdolne”.

Antypolska orientacja KOPiS

Obie orientacje poniosły bankructwo. To znaczy w ostatnich dniach i tygodniach, obie orientacje geopolityczne państwa polskiego, które są wyrażane przez główne partie, czy w ogóle przez cały system polityczny państwa polskiego, trzeciej RP, poniosły bankructwo. I teraz oczywiście będą udawać, że nie, żeby bronić swojego statusu.

Bartosiak, nie pierwszy raz twierdzi, że w przypadku ataku ze strony Rosji, USA nam nie pomogą.

Niestety, redaktor Rymanowski nie zapytał kto nam przyjdzie z pomocą w sytuacji permanentnego ataku z innej strony – w przypadku trwającej już od wielu lat okupacji Polski i działań niszczących – docelowo śmiertelnych (w założeniu) dla narodu polskiego.

Kto nam przyjdzie z pomocą… Wypadałoby abyśmy najpierw sami rozpoczęli walkę, a wróg nie byle jaki i skuteczny, mający w swoim bogatym portfolio: wszystkie światowe rewolucje, wszystkie światowe wojny, a ostatnio swoje ulubione projekty: państwo okupujące Palestynę, Unię Antyeuropejską oraz Ukrainę.

_________________________________________

„Ukraińcy i Amerykanie się z nami nie liczą”