Uzdrowienia w Lourdes a ateiści

Uzdrowienia w Lourdes a ateiści

[Znamy, ale ponieważ pamięć mamy doskonałą, tylko trochę krótką... MD]

https://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=18441&Itemid=46

Znany badacz cudownych uzdrowień w Lourdes, prof. medycyny Auguste Vallet twierdzi, że “medycyna nie zna takiej choroby, z której w Lourdes nie dokonałoby się w niewytłumaczalny dla nauki sposób, dobrze udokumentowane cudowne uzdrowienie”.

Dla wielu ludzi Lourdes i inne sanktuaria pozostają bardzo czytelnym znakiem Bożego działania. W ten sposób kochający Bóg apeluje do ludzkich serc z prośbą o nawrócenie, o otwarcie się na tajemnicę Jego Miłości. Niestety są jednak ludzie, których cuda te nie przekonują, ponieważ ich zdaniem nie są tak spektakularne i oczywiste, aby swoją oczywistością niejako zmusiły wszystkich do ich przyjęcia. Wszyscy sceptycy i różnej maści agnostycy i ateiści stawiają zarzut zawarty w pytaniu: dlaczego w Lourdes nikomu nie odrosła amputowana ręka czy noga? Według nich tylko wtedy daliby się przekonać. Tak argumentował swój brak wiary między innymi słynny pisarz Emil Zola, który chociaż był naocznym świadkiem cudownego uzdrowienia dwóch umierających kobiet to jednak nie uwierzył. Co więcej, napisał paszkwil zaprzeczający oczywistym faktom.

Trzeba tutaj jednak odnotować bardzo dobrze udokumentowany historyczny fakt, oficjalnie przez władze Kościelne uznanego cudu odzyskania amputowanej nogi po trzech latach od jej odcięcia. Ten niezwykły fakt miał miejsce 27.04.1641 r. w Saragossie w Sanktuarium Matki Bożej “Virgen del Pilar”. Trzeba tutaj mocno podkreślić, że jest to jeden z nielicznych historycznych faktów, które zostały bardzo precyzyjnie udokumentowane i co do jego autentyczności nie może być wątpliwości. Znany jest historykom jako “el milagro de Calanda”. Bardzo rygorystyczne badania historyczne stwierdzają, że młodzieniec Miguel-Juan Pellicer z miejscowości Calanda miał amputowaną poniżej kolana prawą nogę, która została pogrzebana na cmentarzu szpitala w Saragossie. Trzy lata po amputacji, po gorącej modlitwie do Matki Bożej, w nocy, w sposób niewytłumaczalny odcięta [i gdzieś tam przed laty zakopana… MD] noga została na nowo połączona z kikutem. Ten niezwykły cud odbił się głośnym echem w całej chrześcijańskiej Europie XVII w., ale i w XVIII prowokował nieudane próby jego kwestionowania ze strony racjonalistów Oświecenia.

Wracając do cudownych uzdrowień w Lourdes, warto tutaj przypomnieć jedno z nich, najbardziej szokujące lekarzy i obserwatorów. 16.02.1867r. Piotr de Rudder pracował jako robotnik u hrabiego du Bus de Ghisignies w Jabbecke (Belgia). Właśnie tego dnia upadło na jego lewą nogę ścinane drzewo i potrzaskało kości na liczne odłamki, co uniemożliwiało zrośnięcie. Na koszt hrabiego opiekowało się Piotrem po kolei kilkunastu lekarzy, jednak noga się nie goiła, tylko pokryła się zgangrenowanymi tkankami i ropiejącymi przetokami. Wszyscy lekarze, łącznie z profesorem Thiriart, chirurgiem dworu królewskiego, stwierdzili konieczność amputacji.

Chory jednak z uporem, pomimo strasznych cierpień, nie zgadzał się na odcięcie nogi. W tym też okresie w Oostacker pod Gandawą zbudowano kaplicę i grotę na cześć objawień Matki Bożej w Lourdes. Grota stała się sławna w Belgii, gdyż miały tam miejsce cudowne uzdrowienia. De Rudder postanowił udać się do Oostacker, by uprosić dla siebie cudowne uzdrowienie. 5 kwietnia 1875 r. poprosił żonę swego pracodawcy, panią du Bus, o pieniądze na podróż. Hrabina ogląda chorą nogę i notuje w dzienniczku: “De Rudder odwinął bandaże nasiąknięte ropą i krwią, czuć było nieznośny fetor. Widać było, jak oba końce złamanych kości wystawały z ran”.

7 kwietnia 1875 r. w towarzystwie żony udaje się do groty Oostacker. Złożono Piotra przed grotą, gdzie napił się wody ze źródła i siedząc przed figurą Matki Bożej żarliwie zaczął się modlić, prosząc o odpuszczenie grzechów i łaskę uzdrowienia. Nagle Piotr doznał dziwnego wstrząsu, odrzucił kule przeszedł kilka kroków, klęknął u stóp figury Niepokalanej i zawołał: Boże, jestem uzdrowiony! Jego żona z wrażenia zemdlała. Wszyscy obecni na widok tego, co się wydarzyło, z płaczem cisnęli się wokół cudownie uzdrowionego. Zdziwienie i płacz szybko przeszły w radość religijnego uniesienia. Spontanicznie uformowała się procesja z uzdrowionym Piotrem na czele, która kilkakrotnie obeszła grotę, śpiewając pieśni religijne. Później został przebadany przez komisję lekarską. Okazuje się, że noga w jednym momencie została całkowicie uzdrowiona, bandaże same opadły, złamane kości, piszczel i kość strzałkowa, same się zrosty, chociaż brakowało 6 cm kości, zniszczonych przez zgorzel w ciągu długich lat choroby, rany się zabliźniły. Dla wszystkich lekarzy, którzy leczyli Piotra, było oczywiste, że zdarzył się nieprawdopodobny cud. Kto dokonał tego dzieła? Naukowiec dr Le Bec napisał, że dla utworzenia fragmentu kości, który nagle zastąpił ubytek piszczelą i kości strzałkowej u połamanej nogi Ruddera, trzeba było 5 g wapnia. W organizmie chorego nie było tej ilości wapnia w stanie wolnym.

Skąd się więc ono wzięło?

Wszyscy lekarze, którzy leczyli Ruddera, po zbadaniu uzdrowionej nogi nawrócili się. Również hrabia du Bus, senator antyklerykalnej, masońskiej partii, zadeklarowany i walczący z Kościołem mason-ateista, kiedy zobaczył Ruddera wracającego w pełni zdrowia z pielgrzymki, nawrócił się. Powiedział wtedy do żony: “Nigdy nie wierzyłem w cuda. Lecz jeżeli de Rudder został uzdrowiony, to jest to prawdziwy cud. W ten cud ja wierzę”.

Czy jest możliwe, aby 6 cm brakującej kości w jednym momencie wzięło się z niczego?

Oczywiście, że cud ten jest mniej spektakularny od tego, który miał miejsce w Saragossie, ale również w Oostacker dokonało się stworzenie z niczego brakujących kości i ciała.

9 kwietnia dr Affenaer, lekarz Piotra de Rudder, ze łzami w oczach powiedział: “Jest pan uzdrowiony, Pańska noga jest nogą dziecka nowo narodzonego. Tego, czego nie potrafiła uczynić medycyna, mogła dokonać Maryja”.

Dr Van Hoestenbergke ze Stalhille, znany ateista, z pokorą pochylił czoło przed wszechmocą Boga. W czasopiśmie: “Revue des Ouestions Scientifigues” razem z dr Royer i dr Deschamps, opisał cud z naukową dokładnością, stwierdzając, że nie można tego uzdrowienia wyjaśnić siłami natury.

       To cudowne wydarzenie badała specjalna komisja złożona z 22 lekarzy, katolików; innowierców i ateistów. Uzdrowienie to było przedmiotem licznych badań, również w Holandii, Anglii, Niemczech, Włoszech. W r.1892 dr Hoestenberghe napisał do dr Boissaire: “Bytem niewierzącym, ale cud Piotra de Rudder otworzył mi oczy”. Przed cudem rodzinna wieś Piotra słynęła z niewiary i złych obyczajów. Po uzdrowieniu ludzie się nawrócili i wszyscy zaczęli chodzić do kościoła.

Piotr Rudder zmarł 22.03.1892r. Siedem lat później dr Van Hoestenberghe z ekshumowanego ciała Ruddera wyjmuje piszczele i kości strzałkowe i daje ostateczny dowód podwójnego złamania i uzdrowienia. Dr Diday, który wcześniej bluźnit przeciw świętości Lourdes, a potem stał się jej obrońcą, napisał: “Jeżeli ręka była Boża, to jednak ślad, który zostawiła, jest na wskroś ludzki”.

Jak Matka Boska Częstochowska wskrzesiła siekierą porąbanych.

[przypominam md]

Jak Matka Boska Częstochowska wskrzesiła porąbanych siekierą.

„Mieszkaniec Lubelski (niektórzy Lubliński piszą) z małżonką i czeladzią wyszedłszy z domu, dwóch synaczków, dwuletniego w kolebce i czteroletniego w domu zostawił. Starszy, jako widział ojca w jatkach baranom i cielętom podrzynającego gardła, także dwuletniemu w kolebce bratu nożem poderżnął gardło. Widząc bez ducha w kolebce krwią oblanego brata, a chłosty się bojąc, schronił się za stos drew nałożonych w kominie.

Przychodzi matka, nie widząc i nie wiedząc jako żałobna w kolebce dziecięcia rzeź, w piecu podpali drwa, które jako dobrze podsuszone, płomienisto gorejąc, dymem wprzód zaduszone dziecię, a potem płomieniem otoczone piekły. Nieszczęsna matka wyrwie z pożaru syna, a ratunku żadnego umarłemu dać nie mogąc, jeszcze z płomieniów ognia nieostudzonego łzami ciepłemi chłodzi. Przestąpi próg, obaczy krwią z kolebki płynący potok, z którego pociechy nie znającym, ponurzona żalem na pół obumiera.

Nadchodzi mąż, w domu tragiczne widowisko znajdzie, a rozumiejąc, że śmierci synów z matki przyczyna, żonę bijąc, zabija, jakoby do zupełniejszego żalu.

Trupami widząc położony dom, a rady pociesznej sobie dać nie mogąc, do przyjaciół się udaje, z których namowy, większą nad człowieka zawziąwszy w przyczynie Matki Bożej ufność postanowienie, w trumnie prezentuje trupów przed obrazem na Jasnej Górze.

Dosyć daleką odprawiwszy drogę, podczas nieszporów godziny tu stawa, przed obrazem matkę z synami stawia, aż gdy przyszło do Matki Niepokalanej hymnu, w domu Zacharyasza śpiewanego Magnificat, owego wiersza: „albowiem uczynił mi wielkie rzeczy On, który możny jest i święte Imię Jego”, jak ze snu obudzeni, z matką powstają synowie, przy wielkiej ludu z różnych miejsc zgromadzonego frekwencyi.

Tak uwielbiona jest zaprawdę znacznym cudem przyczyna Matki Boskiej, która jako to sobie ulubiła miejsce, niewidzianym przedtem pokazała żywota przywróconego dobrodziejstwem roku Pańskiego 1540.

MARYAN JASTRZĘBIEC, „W OBRONIE CZCI JASNOGÓRY”, NAKŁADEM POLSKO-KATOLICKIEJ KSIĘGARNI NAKŁADOWEJ ZDZISŁAWA RZEPECKIEGO i S-KI W POZNANIU. Rok 1911.

Ten sam FAKT CUDU [jak i wielu innych] opisany jest we współczesnej nam książce, dostępnej na Jasnej Górze, „Cuda Matki Boskiej Częstochowskiej”.

Kolejny, 71-szy uznany cud w Lourdes. Niezwykłe uzdrowienie marynarza.

Uznany cud w Lourdes. Niezwykłe uzdrowienie marynarza porusza serca!

https://pch24.pl/uznany-cud-w-lourdes-niezwykle-uzdrowienie-marynarza-ktore-porusza-serca

(GS/PCh24.pl)

Jack Traynor, brytyjski marynarz Royal Navy, który podczas I wojny światowej doznał ciężkich ran, został przez diagnozy lekarzy „skazany” na rychłą śmierć. Jednak dzięki głębokiej wierze doświadczył niezwykłego uzdrowienia we francuskim Lourdes. Historia została opisana w 1944 roku przez ojca Patricka O’Connora, irlandzkiego kapłana z Towarzystwa Misyjnego świętego Kolumbana. Kilka dni temu, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, arcybiskup Liverpoolu Malcolm McMahon ogłosił, że przypadek Traynora został oficjalnie uznany 71. cudem przypisywanym wstawiennictwu Matki Bożej z Lourdes.

Ojciec O’Connor w swojej książce I Knew a Miracle: The Story of John Traynor, Miraculously Healed at Lourdes opisał spotkanie z marynarzem Royal Navy podczas 10-godzinnej podróży pociągiem do Lourdes 10 września 1937 roku. Żołnierz opowiedział mu wówczas o swoim uzdrowieniu w 1923 roku. Wydarzenie miało miejsce w Lourdes i było następstwem poważnych ran odniesionych podczas wojny.

Kapłan przedstawił swego rozmówcę jako „masywnego mężczyznę” o wzroście 5’5” (około 165 cm), „o silnej, rumianej twarzy”. Zgodnie z opisem biograficznym, gdyby nie cudowne uzdrowienie, Traynor powinien być sparaliżowany, cierpieć na epilepsję, mieć liczne otwarte rany, zniekształconą, bezużyteczną prawą rękę oraz poważne uszkodzenie czaszki.

Marynarz był człowiekiem o „męskiej wierze i głębokiej pobożności”. Pomimo niewybitnego formalnego wykształcenia odznaczał się „jasnym umysłem wzbogaconym wiarą” oraz „wielką uczciwością życiową”. Był skromny, ale jednocześnie okazał się „nieustraszonym i bojowym katolikiem”, co wywarło wpływ na jego szczególne miejsce w historii cudownych uzdrowień związanych z Lourdes.

Z prostotą opowiadał o cudzie, którego doświadczył w miejscu objawienia Niepokalanego Poczęcia świętej Bernadecie Soubirous w 1858 roku. Ojciec O’Connor nie tylko spisał relację i przesłał ją do korekty samemu bohaterowi. Zapoznał się również z oficjalnymi raportami sporządzonymi przez lekarzy, którzy badali uzdrowionego. Przeszukał także archiwa ówczesnych gazet, aby potwierdzić wiarygodność tej opowieści. O cudownym uzdrowieniu informował m.in. „Journal de la Grotte” w grudniu 1926 roku.

Jack Traynor urodził się w Liverpoolu w 1883 roku. Jego matka, pochodząca z Irlandii, była gorliwą katoliczką, ale zmarła, gdy syn był jeszcze dzieckiem. „Jego wiara, przywiązanie do Mszy Świętej i Komunii – które przyjmował codziennie, co w tamtych czasach było rzadkością – oraz jego zaufanie do Maryi pozostały z nim jako owocne wspomnienie i trwały przykład” – napisał ojciec O’Connor.

Na początku I wojny światowej Traynor wstąpił do armii. Podczas jednej z bitew ucierpiał od artyleryjskich odłamków i stracił przytomność na pięć tygodni. W 1915 roku został wysłany do sił ekspedycyjnych operujących w Egipcie i rejonie Cieśniny Dardanelskiej. Wziął udział w lądowaniu na Gallipoli.

Podczas szarży na bagnety 8 maja 1915 roku został trafiony czternastoma kulami z karabinu maszynowego w głowę, klatkę piersiową i ramię. Odesłano go na leczenie do Aleksandrii w Egipcie, gdzie przeszedł trzy operacje w ciągu kilku miesięcy. W ich trakcie próbowano zszyć uszkodzone nerwy w prawym ramieniu. Lekarze zaproponowali amputację ręki, ale Traynor zdecydowanie odmówił. Wkrótce zaczął doświadczać ataków epilepsji. W 1916 roku przeprowadzono czwartą operację, która również zakończyła się niepowodzeniem.

Po wypisaniu ze szpitala Jack Traynor otrzymał 100-procentową rentę z powodu „trwałej i całkowitej niepełnosprawności”. W 1920 roku przeszedł kolejną operację, tym razem czaszki, mającą na celu leczenie padaczki. W wyniku zabiegu pozostawiono mu otwartą ranę o średnicy około dwóch centymetrów, którą przykryto srebrną płytką. Traynor codziennie doświadczał trzech ataków epilepsji i zmagał się z częściowym paraliżem nóg. Po powrocie do Liverpoolu poruszał się na wózku inwalidzkim.

Osiem lat po lądowaniu na Gallipoli, dziesięciu lekarzy, którzy go leczyli, zgodnie potwierdziło, że był „całkowicie i nieuleczalnie chory, niezdolny do pracy”. Ojciec O’Connor opisał go jako „prawdziwy wrak człowieka”. 24 lipca 1923 roku Traynor miał zostać przyjęty do szpitala Mossley Hill dla nieuleczalnie chorych, jednak dowiedziawszy się o organizowanej pielgrzymce do Lourdes, zdecydował, że zrobi wszystko, by wziąć w niej udział.

By sfinansować podróż, wykorzystał oszczędności odłożone na „szczególny wypadek”. Sprzedał też część swojego mienia, a jego żona zastawiła biżuterię. Wielu odradzało mu ten pomysł, obawiając się, że nie przetrwa trudów podróży. Tylko małżonka i „jeden lub dwóch krewnych” wspierali go, choć nawet oni uważali, że „postradał zmysły”.

Podróż rzeczywiście była wyczerpująca. Traynor czuł się bardzo źle, trzykrotnie próbowano przewieźć go do szpitala. Gdy w niedzielę 22 lipca 1923 roku dotarł do Lourdes, w jego opiekę zaangażowały się dwie protestanckie siostry z Liverpoolu, które przypadkiem przebywały w sanktuarium.

Po przybyciu Traynor był w stanie krytycznym. „Pewna kobieta napisała do jego żony, że nie ma dla niego żadnej nadziei i że zostanie pochowany w Lourdes” – zanotował ojciec O’Connor. Mimo tego chory marynarz został dziewięciokrotnie zanurzony w wodzie ze źródła w grocie. Uczestniczył również w nabożeństwach dla chorych.

Następnego dnia doznał silnego ataku epilepsji, co skłoniło wolontariuszy do odmowy ponownego zanurzenia go w basenach. Ostatecznie jednak ustąpili. Ku zdziwieniu wszystkich, ataki epilepsji nagle całkowicie ustąpiły.

We wtorek 24 lipca Traynor został po raz pierwszy zbadany przez lekarzy w sanktuarium. Ci szczegółowo opisali jego dotychczasowe dolegliwości oraz wydarzenia z pielgrzymki do Lourdes, stanowiące początek jego niezwykłego uzdrowienia.

W środę 25 lipca Jack Traynor „wydawał się być w tak złym stanie jak zawsze”. Świadomy, że w piątek 27 lipca planowana jest jego podróż powrotna, wydał ostatnie szylingi na zakup religijnych pamiątek dla żony i dzieci. Tego dnia udał się ponownie do łaźni w sanktuarium. „Kiedy byłem w łaźni, moje sparaliżowane nogi zaczęły się gwałtownie trząść” – relacjonował później. Wolontariusze, opiekujący się chorymi, obawiali się, że to kolejny atak padaczkowy. „Miałem trudności ze wstaniem, czując jednak, że mogę to zrobić bez problemu” – opisywał.

Po wyjściu z łaźni ponownie umieszczono go na wózku inwalidzkim i zabrano na procesję Najświętszego Sakramentu. Podczas celebry kardynał Louis Henri Joseph Luçon, arcybiskup Reims, niósł monstrancję. „Pobłogosławił dwóch chorych przede mną, podszedł do mnie, uczynił znak krzyża monstrancją i przeszedł dalej. Właśnie wtedy, gdy odszedł, zdałem sobie sprawę, że zaszła we mnie wielka zmiana. Moja prawa ręka, która była martwa od 1915 roku, zaczęła się gwałtownie trząść. Zerwałem bandaże i przeżegnałem się po raz pierwszy od lat” – wspominał Traynor. „Nie poczułem nagłego bólu, nie miałem również żadnej wizji. Po prostu zrozumiałem, że wydarzyło się coś doniosłego” – dodał.

Następnie udał się do byłej lecznicy, w której dziś znajdują się biura Szpitala Matki Bożej z Lourdes. Tam udowodnił, że jest w stanie przejść siedem kroków. Lekarze, którzy go badali, stwierdzili, że „odzyskał świadomą władzę w nogach” i może chodzić, choć z trudem. Wczesnym rankiem następnego dnia Traynor „ostatnim tchnieniem” otworzył oczy, wyskoczył z łóżka, uklęknął na podłodze, aby dokończyć Różaniec, a następnie wybiegł do drzwi. Boso, ubrany jedynie w piżamę, udał się do groty Massabielle, by podziękować Dziewicy Maryi za uzdrowienie. „Wiedziałem tylko, że muszę Jej podziękować i że grota jest właściwym miejscem, aby to zrobić” – opowiadał później.

Przed figurą Ukoronowanej Matki Bożej na Placu Różańcowym Traynor, pamiętając nauki swojej matki, złożył szczególną ofiarę. „Nie miałem pieniędzy, ponieważ wydałem ostatnie szylingi na różańce i medaliki dla żony i dzieci. Klęcząc tam przed Matką Bożą, postanowiłem rzucić palenie” – wspominał.

Traynor odnotował, że choć był świadomy otrzymania wielkiej łaski, w tamtej chwili nie przypomniał sobie wszystkich swoich wcześniejszych dolegliwości. Następnie dowiedział się, że ksiądz, który odradzał mu udział w pielgrzymce, chciał się z nim spotkać w swoim hotelu. Duchowny, widząc jego stan, zapytał, czy czuje się dobrze. „Powiedziałem, że czuję się dobrze, dziękuję, i że mam nadzieję, że on też. Rozpłakał się” – relacjonował Traynor.

W piątek 27 lipca lekarze ponownie go przebadali i stwierdzili, że jego prawa ręka oraz nogi całkowicie wyzdrowiały. Otwór w czaszce znacząco się zmniejszył, a ataki padaczkowe ustały zupełnie. Zaskoczyło ich również, że rany, które wcześniej opatrzono bandażami, zagoiły się, kiedy Traynor powrócił z groty. O dziewiątej rano mężczyzna wsiadł do pociągu powrotnego do Liverpoolu. W trakcie podróży odwiedził go arcybiskup Keating, prosząc o błogosławieństwo i rozmawiając z nim o cudownym uzdrowieniu.

Wieści o wydarzeniach w Lourdes dotarły do Liverpoolu, więc doradzono Traynorowi, by poinformował o swoim stanie żonę. „Nie chciałem robić zamieszania telegramem, więc wysłałem wiadomość: Czuję się lepiej – Jack” – wyjaśniał. Adresatka informacji, nieświadoma uzdrowienia, zakładała, że jej mąż wciąż jest w „zrujnowanym stanie”, zwłaszcza iż wcześniej dotarła do niej wieść o jego prawdopodobnej śmierci w Lourdes. Na stacji w Liverpoolu Traynora powitały tłumy, które musiała uspokajać policja. Po powrocie do domu, jak relacjonował, „nie potrafił opisać radości żony i dzieci”.

W kolejnych latach marynarz wrócił do pracy przy transporcie węgla, bez trudu podnosząc 200-funtowe worki. Trójka jego dzieci urodziła się już po uzdrowieniu w 1923 roku, a jednej z córek nadano imię Bernadette na cześć wizjonerki z Lourdes.

Uzdrowienie wpłynęło także na innych – dwie protestanckie siostry, które opiekowały się Traynorem w Lourdes, nawróciły się na katolicyzm, podobnie jak kilku członków jego rodziny i anglikański pastor.

Jack Traynor aż do swojej śmierci w 1943 roku, w przededniu uroczystości Niepokalanego Poczęcia, regularnie pielgrzymował do Lourdes. Ministerstwo ds. Emerytur Wojennych nigdy nie cofnęło mu renty inwalidzkiej, przyznanej  dożywotnio.

Źródło: catholicnewsagency.com
AS

Antyspecyzm [zrównanie rośliny, zwierzęcia i człowieka], czyli negowanie istnienia Boga

[Antyspecyzm – czyli zrównanie rośliny, zwierzęcia i człowieka md]

Zawsze Wierni nr 6/2024 (235) czyli: https://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3280

ks. Arnaud Sélégny FSSPX

Antyspecyzm, czyli negowanie istnienia Boga

Antyspecyzm definiowany jest przez Larousse’a jako „wizja świata, która odrzuca ideę hierarchii między gatunkami – a zwłaszcza wyższość istot ludzkich nad zwierzętami – i przyznająca wszystkim jednostkom, niezależnie od przynależności gatunkowej, ten sam status moralny”. Pierwsza część niniejszej analizy przedstawia ową ideę tak, jak prezentowana jest ona przez jednego ze jej najzagorzalszych propagatorów. Część druga poświęcona będzie jej krytyce.

Ze światopoglądu takiego natychmiast wyłania się następująca konkluzja: antyspecyzm stanowi – w praktyce – negację istnienia Boga.

Do konkluzji tej dojść można na dwa sposoby. Jeden z nich polega na śledzeniu toku rozumowania autora i kolejnych etapów formowania się owego antyspecystycznego światopoglądu, pomimo iż on sam terminu tego nie używa.

Osobą, którą się tu zajmiemy, jest urodzony w Bonn w 1964 r. Peter Wohlleben, inżynier leśnictwa oraz autor przetłumaczonego na 32 języki i sprzedanego w ponad milionie egzemplarzy światowego bestsellera Sekretne życie drzew, wydanego w wersji niemieckiej w 2015 r., angielskiej w 2016, a francuskiej w 2017.

Innym jego bestsellerem jest Duchowe życie zwierząt, wydane w wersji niemieckiej w 2016 r., angielskiej w 2017, a francuskiej w 2018. Podczas gdy reakcje środowiska naukowego na pierwszą z tych pozycji były mieszane, druga spotkała się już z ostrą krytyką.

Sekretne życie drzew

Odkrycie myślącego drzewa

W trakcie lektury tej książki, której pełny tytuł brzmi Sekretne życie drzew. Zdumiewające fakty ze świata drzew, czytelnik napotkać może wiele twierdzeń zaskakujących dla osoby posiadającej jakąkolwiek wiedzę na temat przyrody, choćby tylko z osobistych obserwacji.

Pierwsze spostrzeżenie autora jest takie, że drzewa potrafią gromadzić informacje oraz je przekazywać. Prawdą jest, że pozostaje to na poziomie bardzo prymitywnym, zauważa jednak, iż pewne bodźce – chemiczne, fizyczne lub termiczne – wywołują u niektórych roślin reakcje, takie jak np. produkcja przez akacje w odpowiedzi na intensywny wypas zwierząt roślinożernych śmiercionośnych toksyn.

Musimy od razu podkreślić, że używanie w tym kontekście terminów „gromadzić” i „przekazywać” jest kontrowersyjne, ponieważ sugeruje posiadanie rodzaju pamięci i języka podobnych do tych, z jakimi mamy do czynienia u istot ludzkich. W przypadku „zaatakowanej” rośliny sygnał fizyko-chemiczny wysyłany jest niezależnie od obecności „odbiorcy”.

Wohlleben posuwa się jeszcze dalej, wyjaśniając, że drzewa mówią: emitują „ultradźwięki”, będące wynikiem czysto mechanicznego zjawiska – przykładowo przerwy w przepływie soków. Wedle naszego autora, używającego śmiałego porównania, jest to „krzyk pragnienia”. Od tego do stwierdzenia, iż drzewa coś czują, pozostaje tylko jeden krok – i autor krok ten wykonuje.

Jak podkreśla: drzewa cierpią. W jego odznaczającej się niezwykle sugestywnym stylem książce nadgryziona przez jelenia siewka dębu cierpi i umiera, podobnie jak dzik pożarty przez wilka. Może to być akceptowalne jedynie jako metafora, gdyż do odczuwania bólu potrzeba zarówno zmysłów, jak i scentralizowanej struktury, pozwalającej przekształcić informację w cierpienie.

Na koniec dochodzimy do najważniejszego: drzewa są inteligentne. Wyjaśnijmy od razu, iż według autora ich odpowiednik mózgu zlokalizowany jest w pniu lub korzeniach. Pobudza go to, co znajduje się powyżej: napływ informacji, chemiczna kontrola funkcji, sygnały elektryczne, język i cierpienie.

I autor konkluduje: „Od wielu lat toczy się wśród uczonych gorący spór – czy rośliny mogą myśleć, czy są inteligentne?”1. Jak jednak przyznaje, dyskusja na ten temat nieobecna jest w publikacjach uniwersyteckich.

Fakt ten bynajmniej go nie powstrzymuje: „większość badaczy powątpiewa (…), czy (…) można widzieć w korzeniach ostoję inteligencji, pamięci i emocji”, ponieważ – jak wyjaśnia – „pojawia się niebezpieczeństwo zatarcia granic między roślinami a zwierzętami”. Stwierdza jednak: „Podział roślina / zwierzę jest tak czy owak dokonany arbitralnie i zasadza się na sposobie pozyskiwania pożywienia; ta pierwsza prowadzi fotosyntezę, to drugie zjada istoty żywe”.

Jest to skrajnie uproszczony i błędny sposób przedstawienia problemu. Wrócimy do tego w dalszej części naszej analizy.

Drzewa i ich prawa

Od odczuwania i inteligencji do posiadania praw jest już tylko jeden krok. Wohlleben opowiada się za ochroną drzew – podobnie jak zwierząt – i zaprzestaniem klasyfikowania ich jako rzeczy. Powraca do swego pełnego metafor języka, mówiąc o pochłanianych przez ogień „zwłokach buka lub dębu”. „(…) papier wielu książek powstał z rozdrobnionych, specjalnie w tym celu ściętych (a więc zabitych) świerków i brzóz”.

Następnie pojawia się oskarżenie: „Wykorzystujemy żywe istoty, które są zabijane dla naszych celów, nie ma tu co tuszować prawdy”. Moglibyśmy w tym miejscu zauważyć, iż autor wspomnianej książki – sprzedanej w milionach egzemplarzy – stał się pośrednio współwinny tej „masakry”. On sam dopuszcza wykorzystywanie, potępia natomiast przesadę: „Czy nie czerpiemy ponad miarę z leśnego ekosystemu i czy oszczędzamy przy tym drzewom niepotrzebnego cierpienia, analogicznie do postępowania ze zwierzętami użytkowymi?”.

I wymienia prawa, jakimi cieszyć się powinny drzewa:

mają [one] prawo do zaspokojenia swych potrzeb społecznych, mają prawo rosnąć w prawdziwym leśnym klimacie i na nietkniętych glebach oraz przekazać swą wiedzę następnym pokoleniom. Przynajmniej część z nich powinna mieć prawo godnie się zestarzeć, a wreszcie umrzeć naturalną śmiercią.

Duchowe życie zwierząt

W ostatnim rozdziale swej książki [Duchowe życie zwierząt] Wohlleben stawia pytanie o możliwość posiadania przez zwierzęta duszy. Po kilku wymijających zdaniach, w których przyznaje, że sam nie wierzy w życie po śmierci, gdyż przerasta to jego wyobraźnię, przypisuje posiadanie duszy wszystkim zwierzętom. Co więcej, pojmuje tę duszę zwierzęcą na sposób duszy ludzkiej.

Jak sam przyznaje w posłowiu:

U zwierząt szukam chętnie analogii do ludzi, bo nie mogę sobie wyobrazić, że zasadniczo czują one inaczej.

Tym razem mamy do czynienia nie tyle z brakiem wyobraźni, co raczej jej nadmiarem:

(…) kto zrozumiał, że jelenie, dziki bądź kruki wiodą swoje własne, idealne życie i czerpią z niego mnóstwo radości, ten może zdoła okazać szacunek nawet maleńkiemu ryjkowcowi, który wesoły i zadowolony krząta się w ściółce starych lasów2.

Zwieńczenie tego uproszczenia stanowi ostatnie zdanie, które utożsamia szczęście ludzkie z wyrzutem hormonów. Tym samym sugeruje się, że także zwierzęta, które również posiadają takie hormony, zdolne są do pragnienia ożywiającego wyłącznie rodzaj ludzki. Asymilacja jest niemal całkowita.

Bilans

Wszystko to wynika w znacznej mierze z nieświadomości tego, czym jest w istocie życie, wszelkie życie. A także z błędnego postrzegania kosmosu, który jest harmonią – taka jest właśnie etymologia tego słowa – harmonią pomiędzy istotami, porządkiem ustanowionym przez Boga, będącego Najwyższym Dobrem całego stworzenia.

Jednakże – i jest to bardzo ważne – harmonia ta może istnieć jedynie pomiędzy różnymi i zhierarchizowanymi istotami. O absolutnej równości mówić możemy jedynie w odniesieniu do świata minerałów. To proste spostrzeżenie pokazuje, że antyspecyzm jest wprost sprzeczny z wolą Boga i stanowi odrzucenie Jego istnienia.

* * *

Czym jest życie?

Aby zrozumieć niedorzeczność krytykowanej przez nas idei oraz jej nieadekwatność w odniesieniu do rzeczywistości, konieczne jest krótkie omówienie tego pojęcia.

Trzeba przede wszystkim podkreślić, że słowo „życie” jest terminem abstrakcyjnym, a nie konkretnym. Używane jest na określenie żyjących, ożywionych istot. Jednak samo w sobie oznacza wyłącznie kategorię istot. „Życie” nie istnieje, są jedynie istoty żywe.

Jest to ważne, ponieważ słowo to nie oznacza w istocie tego samego, gdy stosowane jest do różnych klas istot żywych. Życie ludzkie, życie zwierzęce czy też życie roślin absolutnie nie są tym samym. Z pewnością mówić możemy o podobieństwie, jednak nie o tożsamości3.

Podobnie jest, gdy mówimy o życiu Boga, życiu aniołów czy też życiu ludzkim. Choć używane jest to samo słowo, istnieją znaczne różnice, zwłaszcza jeśli porównamy życie Stwórcy do życia Jego stworzeń – aniołów lub ludzi.

Tak więc w naszym stworzonym świecie materialnym konieczne jest podzielenie istot żyjących na trzy kategorie: rośliny, zwierzęta i ludzi. Twierdzenie, że żyją, równoznaczne jest z uznaniem, że posiadają duszę, ponieważ z definicji (i z doświadczenia – to jednak inny temat) to, co żywe, różni się od nieożywionego dzięki tej części siebie, która pozwala na uznanie go za takie: zasadzie życia, duszy.

Już najprostsza obserwacja pozwala na odróżnienie rośliny od zwierzęcia oraz od człowieka. Różnica polega na duszy, jaką każde z nich posiada, a także rodzaju życia, jaki ona wywołuje i realizuje w połączonym ze sobą ciele.

Dusza wegetatywna

Niektórzy mogą być zdziwieni tym twierdzeniem o istnieniu duszy wegetatywnej, niemniej jest to prawda. Powinno się jednak pamiętać, aby nie przypisywać duszy wegetatywnej cech dusz ludzkiej: dusza ta znika całkowicie po śmierci rośliny.

Dusza wegetatywna posiada swoiste funkcje: odżywianie rośliny, jej wzrost i wreszcie jej rozmnażanie. To życie wegetatywne jest podstawą wszelkiego życia i funkcje owe posiadają wszystkie istoty żyjące – a przynajmniej rozmnażanie, jak w przypadku wirusa, który mówiąc ściśle, nie odżywia się ani nie rośnie.

Dusza zwierzęca

Dusza zwierzęca poza funkcjami wegetatywnymi – które realizuje w sposób doskonalszy od duszy roślinnej – posiada też inne funkcje, specyficzne dla zwierzęcia: zmysłowość powiązaną z pięcioma zmysłami (w przypadku zwierząt posiadających je wszystkie); zwierzęce namiętności, takie jak pociąg, pożądanie, strach lub gniew, instynkt; zdolność dostosowywania się, w pewnych granicach, do zmian otoczenia, np. w celu zdobycia pożywienia lub znalezienia partnera do rozmnażania; a wreszcie zdolność do przemieszczania się (w przypadku zwierząt ją posiadających).

Ważne jest, aby zrozumieć, że życie, które cechuje zwierzę, jest życiem określanym jako zmysłowe, jako iż opiera się ono na działaniu zmysłów. Życie wegetatywne nie jest dla zwierzęcia swoiste, posiada je ono jednak na swój własny sposób – życie to odpowiada za tworzenie kości i krwi, skurcze mięśni, zdolność do wydawania dźwięków etc. To proste spostrzeżenie pozwala zrozumieć, jakie wypaczenie rzeczywistości stanowi mieszający wszystkie stopnie życia antyspecyzm.

Dusza ludzka

I na koniec, stanowiąca najwyższy stopnień, dusza ludzka dodaje do funkcji wegetatywnych oraz zmysłowych swą własną aktywność, wynikającą z jej władz duchowych – w sensie ducha, a nie życia nadprzyrodzonego – ponieważ dusza ludzka jest duchem, stworzonym na obraz będącego duchem Boga. Ten duch ludzki, w odróżnieniu od będącego czystym duchem anioła, jest również duszą ożywiającą ciało.

Pierwszą cechą duszy ludzkiej jest jej nieśmiertelność. Istnieje ona po śmierci ciała, z którym była połączona, ponieważ – jako duch – posiada w sobie zasoby odrębnego życia, choć nieco osłabione poprzez utratę ciała.

Właściwym życiem duszy ludzkiej jest życie jej intelektu i woli, które są również duchowe i których istnienie oraz działanie nie jest zależne od ciała. Tak więc istota życia ludzkiego polega na poznawaniu prawdy, zarówno spekulatywnej (czysta wiedza), jak i praktycznej, a także na praktykowaniu cnoty.

Żadne zwierzę – i a fortiori4 żadna roślina – nie jest w stanie osiągnąć w najmniejszym choćby stopniu tego swoistego ludzkiego życia. Zwierzęta pozostają zwierzętami, którym jedynie ludzka wyobraźnia przypisuje niekiedy ludzkie uczucia. Może być to dobry sposób na zilustrowanie jakiejś nauki za pomocą bajki, jeśli jednak ktoś – na swe nieszczęście – weźmie tę bajkę za prawdę, utracić może zrozumienie, czym w istocie jest zwierzę.

Fałszywa równość

Często mówi się, że człowiek stworzony został przez Boga dla Niego samego, zaś Wszechświat dla człowieka. Nie takie jest jednak nauczanie św. Tomasza z Akwinu, który stwierdza, że Bóg pragnie przede wszystkim dobra Wszechświata, owej kosmicznej harmonii będącej najdoskonalszym stworzonym obrazem potęgi i dobroci Boga. We Wszechświecie tym człowiek zajmuje szczególne miejsce. Postawiony został nad wszystkimi innymi stworzeniami materialnymi.

Święty Tomasz wyjaśnia swą myśl w bardzo pięknym rozdziale Summy teologii (I, q. 47, a. 2) zawartej w traktacie o stworzeniu. Stawiając pytanie: „Czy nierówność rzeczy jest od Boga?”, odpowiada na nie:

Wobec tego należy odpowiedzieć, że mądrość Boga, jak jest przyczyną odrębności – rozmaitości rzeczy, tak jest przyczyną i ich nierówności (…).

Otóż odrębność formalna [między gatunkami] koniecznie wiąże się z nierównością. (…) Stąd też w przyrodzie gatunki wydają się być uporządkowane według stopni. I tak: związki (mixta) są doskonalsze od elementów, rośliny od minerałów, zwierzęta od roślin, ludzie od reszty zwierząt; a i w każdym z nich znajdują się gatunki: jeden doskonalszy od drugiego. A więc: jak Boża mądrość jest przyczyną odrębności, różnorakości rzeczy – a to dla doskonałości Wszechświata – tak również i nierówności5.

Doskonałość stworzenia zależy od stopnia, w jakim kocha je Bóg, a także od udziału w Jego własnej doskonałości. Uczy tego pięknie sam św. Tomasz: minerał stanowi odzwierciedlenie Boga, ponieważ istnieje; roślina – ponieważ żyje; zwierzę – ponieważ czuje i potrafi się przystosować (częściowo) do swego otoczenia; człowiek zaś, ponieważ posiada duszę, intelekt oraz wolę. Jest on więc czymś więcej niż jedynie odzwierciedleniem – jest obrazem.

Człowiek otrzymał zatem znacznie więcej niż wszystkie inne materialne istoty stworzone; jest tak, ponieważ jest on bardziej kochany przez Boga. Nie mówiąc już o tym, iż jego natura zdolna jest do przyjęcia najwznioślejszego daru, który upodabnia go do Boga w niezrównany sposób – łaski, czyniącej go dzieckiem Bożym i pozwalającej mu uczestniczyć w życiu samego Stwórcy.

To właśnie poprzez nierówność pomiędzy owymi naturalnymi porządkami oraz ich harmonię Wszechświat głosi chwałę Bożą.

Niedorzeczne prawo

Absurdem jest przypisywanie praw komukolwiek poza człowiekiem, czyli istotą ludzką. Postaramy się to pokrótce wykazać.

Prawo zakłada pewną równość

Zasadniczo prerogatywy są czymś przysługującym na mocy prawa, czy to naturalnego, czy to ludzkiego. Prawo jest przedmiotem cnoty sprawiedliwości. Co więcej, prawo jest relacją równości, ponieważ rodzi się z potrzeby porządku we wspólnocie. Równość ta nie jest materialna, ale moralna, ponieważ dotyczy działań człowieka, które musi on dostosować do działań innych, aby osiągnąć dobro wspólne.

Wszystkie te cechy wykluczają możliwość posiadania prawa przez kogokolwiek poza istotą ludzką: to właśnie z tego powodu antyspecyści chcą zrównać wszystkie istoty żywe, głosząc całkowitą (niemalże) równość między gatunkami.

Zdolność prawna

Osoba ludzka jest jednostką o naturze rozumnej, umożliwiającej jej rozumienie swego najwyższego dobra i zdolną do osiągnięcia w społeczności [naturalnej] doskonałości.

Wynika z tego zdolność prawna, która nie jest ani autonomią woli, ani wolnością, jaką ona zakłada, ani też pragnieniem władzy czy potęgi, ale zdolnością do solidarnego dążenia do celu wspólnego.

Obejmuje to poczucie odpowiedzialności, tj. możliwość dobrowolnego nakładania na siebie ograniczeń. Zakłada też zdolność do zrozumienia, że ograniczenie nakładane przez rozum lub prawo na wszelkiego rodzaju relacje społeczne, w celu osiągnięcia dobra wspólnego, jest faktycznie prawem.

Mówiąc w skrócie: zdolność prawna zakorzeniona jest w intelekcie, umiejscowiona jest w woli – i czerpie swe bezpośrednie uzasadnienie z możliwości prawa, a przede wszystkim dobra wspólnego.

Podmiot prawa

Każdy człowiek jest podmiotem prawa i otrzymuje zdolność prawną od swego Stwórcy.

Dusza ludzka stanowi obraz Boga. Taki właśnie, według św. Tomasza, jest raison d’être jej atrybutów.

W oczach filozofa wszystkie prerogatywy człowieka wynikają z rozumności jego natury. Jedynie człowiek posiada osobisty cel, do którego dąży.

Fundamentem praw osoby ludzkiej jest jej panowanie (dominium) nad Wszechświatem oraz własnymi działaniami. Dzięki swej wrodzonej dyspozycji jest on [człowiek] w stanie realizować dobro całego Wszechświata.

Czym jest owo panowanie? Obejmuje ono trzy elementy: podmiot, którego dotyczy relacja wyższości lub zwierzchnictwa; osobę lub rzecz, względem której zwierzchnictwo to jest wykonywane; oraz podstawę tej relacji, tj. władzę wynikającą ze statusu osoby rozumnej i wolnej.

Panowanie to przedstawiane jest jako psychologiczny i naturalny atrybut człowieka:

Człowiek zaś różni się od stworzeń nierozumnych tym, że jest panem swych czynów. Dlatego te tylko czynności zwą się właściwie ludzkimi, których człowiek jest panem. Człowiek zaś jest panem swych czynów dzięki rozumowi i woli6.

Panowanie to przekształca się we władzę moralną oraz prawną jedynie wówczas, gdy dotyczy przedmiotów rozumnych: „Dobroć woli zależy od rozumu z tego samego powodu, dla którego zależy od przedmiotu”7. Tak więc przedmiot rozważanego aktu stanowi podstawę, przyczynę oraz miarę władzy moralnej – i to w przypadku wszystkich cnót moralnych.

A drzewa?

Czy trzeba o to pytać? Jeśli mówimy o prawach zwierząt, roślin czy natury, to albo przenosimy się w świat fantazji, albo chodzi o uregulowanie obowiązków człowieka względem Wszechświata, w którym, od aktu stworzenia, Bóg umieścił go i który mu powierzył. Wówczas jednak jest to prawo narzucane przez człowieka samemu sobie: aby uniknąć zniszczenia środowiska, w którym żyje, zepsucia moralnego wskutek bezrozumnego okrucieństwa wobec zwierząt oraz dla poskromienia żądzy bogacenia się kosztem swych bliźnich lub potomków.

Podsumowanie

Antyspecyzm jest nie tylko nonsensem intelektualnym, ale stanowi też praktyczne zanegowanie istnienia Boga. Negowanie hierarchii bytów oraz porządku Wszechświata oznacza w istocie negowanie istnienia Boga. Na nich właśnie opierają się czwarta i piąta „droga”, którymi św. Tomasz dowodzi Jego istnienia.

Kwestionując je mniej lub bardziej otwarcie, antyspecysta pośrednio acz w sposób nieunikniony odrzuca istnienie Stwórcy – i sądząc, iż wynosi rośliny oraz zwierzęta do poziomu człowieka, degraduje w rzeczywistości siebie samego do ich poziomu.

Za fsspx.news tłumaczył Tomasz Maszczyk8.

Przypisy

  1. Wszystkie fragmenty książki The Hidden Life of Trees za: P. Wohlleben, Sekretne życie drzew, tłum. E. Kochanowska, Wyd. Otwarte, Kraków 2016.
  2. Tekst polski za: P. Wohlleben, Duchowe życie zwierząt, tłum. E. Kochanowska, Wyd. Otwarte, Kraków 2017.
  3. Chodzi tu o zasadę analogii, która jest kluczowa dla zrozumienia filozofii tomistycznej w ogóle – przyp. red.
  4. tym bardziej (łac.) – przyp. red.
  5. Tekst polski za: św. Tomasz z Akwinu, Bóg Stwórca; Aniołowie, przeł. P. Bełch OP, Veritas, London 1978, s. 35–36, „Suma Teologiczna” t. 4.
  6. Św. Tomasz z Akwinu, Cel ostateczny, czyli szczęście, oraz uczynki ludzkie, przeł. F. Bednarski OP, Veritas, London 1963, s. 7, „Suma Teologiczna” t. 9.
  7. Tamże, s. 191.
  8. tinyurl.com/antyspecyzm1 [oraz] tinyurl.com/antyspecyzm2 [dostęp: 11.09.2024].

Dwa miesiące męczeństwa. 58 dni, kiedy 108 księży zostało zamordowanych w Toledo

58 dni, kiedy 108 księży zostało zamordowanych w Toledo

Republikańscy terroryści pozują do zdjęcia ze zmumifikowanym ciałem zakonnicy po ataku na klasztor Conceptionist w Toledo.

==============

Między lipcem a wrześniem 1936 r. Toledo w Hiszpanii stało się miastem męczeństwa, a krew katolików dosłownie płynęła ulicami.

Mordercze republikańsko-komunistyczne bojówki szalały po mieście w pierwszych miesiącach hiszpańskiej wojny domowej.

Popełniały straszliwe zbrodnie. W ciągu zaledwie 58 dni polowały na księży i zakonników.

Między 22 lipca a 18 września 1936 r. komunistyczni zbrodniarze upolowali 108 księży (11 marystów, 1 franciszkanina, 14 karmelitów bosych, 3 jezuitów i 79 księży diecezjalnych). Zostali aresztowani i zabici.

Bez słowa. Nawet bez procesu. Nawet bez symulacji. Byli księżmi i to wystarczyło, by skazać ich na śmierć.

Republikańscy terroryści pozują do zdjęcia ze zmumifikowanym ciałem zakonnicy po ataku na klasztor Conceptionist w Toledo.

Don Jorge López Teulón, ksiądz, opisuje to w swojej najnowszej książce, Mártires a la sombra del alcázar de Toledo (Męczennicy w cieniu alkazaru w Toledo, opublikowanej przez San Román).

Wśród przypadków opisanych w książce jest przypadek Don Ricardo Pla Espí, mozarabskiego kapelana katedry prymasowskiej, profesora seminarium i doradcy Katolickiego Stowarzyszenia Propagandystów.

Został aresztowany w domu swoich rodziców. Jego matka, która leżała chora w łóżku, powiedziała do syna: „A czy pan jest gotowy na śmierć?”. Jej syn odpowiedział: „Tak, matko, teraz jestem gotowy”.

Kiedy weszli zbrodniarze wojenni, nie pozwolili księdzu pożegnać się z rodzicami.

Pięć minut później, na Paseo del Tránsito, na dużych schodach, został dwukrotnie postrzelony, raz w czoło i raz w bok.

Kiedy zobaczył, że w niego celują, krzyknął: „Niech żyje Chrystus Król!”.

Wszystko to wydarzyło się, gdy kilkaset osób, głównie katolików, było zabarykadowanych w Alcazar w Toledo przez 70 dni.

Oblężenie trwało do 27 września 1936 r., kiedy to wojska pod dowództwem generała Francisco Franco wyzwoliły obrońców Alcazaru.

W ciągu czterech lat komuniści w Hiszpanii zamordowali 4000 męczenników.

Tłumaczenie AI

Od trans-płci do trans-humanizmu

Od trans-płci do trans-humanizmu [Dr T. Teluk dla PCh24.pl]

https://pch24.pl/od-trans-plci-do-trans-humanizmu-krotka-historia-wielkiego-klamstwa-i-nienawisci-dr-t-teluk-dla-pch24-pl

(Ilustracja: Pixabay.com)

Ideolodzy trans obiecują wyzwolić nas od ograniczeń płci. Tymczasem płciowość, jak zresztą u każdego ssaka, jest dla nas kluczowa. Określa nas jako osoby, kształtuje naszą tożsamość, pozwala pełnić określone funkcje społeczne. Pozwala nam kochać i czuć się kochanymi. Spełniać się w obrazie naszych dzieci, dzielić się szczęściem z rodziną, przyjaciółmi. To nie ideolodzy, lecz Bóg powołał nas do szczęścia i wolności. Bóg stworzył nas kobietą lub mężczyzną – mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Tomasz Teluk, prezes Instytutu Globalizacji, wydawca polskiego tłumaczenia książki „TRANS. Gdy ideologia styka się z rzeczywistością” autorstwa Helen Joyce.

Kłamstwa, manipulacje, fałszerstwa, ogromna krzywda niewinnych ludzi – chyba tak w dużym skrócie można opisać początki ideologii „TRANS”. Nie jest to nic dziwnego, jeśli spojrzymy na to, co robili ojcowie innych ideologii seksualnych jak np. Zygmunt Freud czy Alfred Kinsey. Czy „ojcowie” ruchu „TRANS” bardziej wyznawali zasadę „po trupach do celu”, czy „cel uświęca środki”?

Bardzo dobrze, że zaczął Pan od tematu kłamstwa. Aby zrozumieć cały mechanizm zła, należy cofnąć się do początku, czyli do 3. rozdziału Księgi Rodzaju. Ojcem kłamstwa jest demon. Mechanizm kłamstwa, grzechu i śmierci, przebiega właśnie w ten sposób. Szatan prezentuje człowiekowi kłamstwo pierworodne. Mówi: Bóg cię nie kocha, On jest potworem, ogranicza cię. I zaprasza człowieka do liturgii ze złem – wejdź w nią, to będziesz jak Bóg, ty będziesz decydował, co jest złe, co jest dobre. Będziesz zmieniał świat, w końcu staniesz się wolny. Plan demona jest perfidny. Jego celem jest, aby człowiek był zbuntowany, zagubiony, wyizolowany. Chce doprowadzić nas do zwątpienia we wszystko, samotności, a w rezultacie – samobójstwa. Duchowym celem szatana jest, abyśmy zanegowali Boga i się potępili. Ideologia trans właśnie to mówi: Bóg się pomylił. Nie miałeś urodzić się chłopcem, lecz dziewczynką. Teraz, dzięki współczesnym osiągnięciom techniki, możesz wziąć sprawy w swoje ręce i to zmienić.  

Ideologia „TRANS” ewoluowała przez dziesięciolecia. Najpierw jej przedstawiciele uważali, że wszyscy ludzie są bi-seksualni (i mieli na to badania); następnie jednym z elementów „TRANS” był homoseksualizm, potem płeć kulturowa, a ostatnio doszukuje się elementów wspólnych między trans-seksualizmem, a trans-humanizmem. Pytanie brzmi: po co to wszystko? Dlaczego ta ideologia tak mocno się radykalizuje i zmienia w tak krótkim czasie?

Podwaliny pod wszelkie ideologie wyzwolenia seksualnego dał marksizm-leninizm. Do kręgów uniwersyteckich wtargnął on za sprawą filozoficznej Szkoły Frankfurckiej oraz ruchów Nowej Lewicy, której przedstawicielami byli m.in. Maks Horkheimer, Theodor Adorno, Herbert Marcuse, Jürgen Habermas czy Erich Fromm. Oprócz Marksa, najważniejszym źródłem inspiracji dla Marcuse’a był Zygmunt Freud, ze swoją seksualną fiksacją. Marcuse upatrywał źródeł rewolucji w uciskanych mniejszościach: rasowych, ale przede wszystkim płciowych i seksualnych. Właśnie do rewolucji w tej dziedzinie zachęcał młodzież. To dzieje się na naszych oczach. Proszę zobaczyć co robi radykalna lewica. Seks jest głównym orężem walki – te parady równości, seksualizacja dzieci w szkołach, zmiany prawne. Wprowadza się je konsekwentnie, choćby pod pozorem dbania o zdrowie, wiedzy o zdrowiu. Tymczasem chodzi o to, aby zniszczyć tradycyjną, wielodzietną rodzinę. Wprowadzić model hybrydowy. Kreować płynną transpłciowość, tak jak chciałbym tego choćby Noach Juwal Harari, jeden z fałszywych proroków współczesności. W takim modelu społeczeństwo dzieci są traktowane jako ewentualne bazy narządów – części zamiennych dla bogaczy albo przedmiot ich zaspokojenia seksualnego, bo przecież nie mamy wątpliwości, że właśnie w tę stronę to zmierza – uznania pedofilii za kolejną, typową orientację seksualną. 

Wielu Czytelników zapewne w tym miejscu zaczęło się zastanawiać, co ma wspólnego trans-seksualizm z trans-humanizmem. Przyznam szczerze, że sam do niedawna postrzegałem te ideologie, jako oddzielne byty. Dopiero niedawno po przeczytaniu książki „TRANS. Gdy ideologia spotyka się z rzeczywistością” autorstwa Helen Joyce, która ukazała się nakładem Instytutu Globalizacji zdałem sobie sprawę, że jedno z drugim jest ściśle związane. Czy mógłby Pan doktor jako wydawca książki „TRANS” wtajemniczyć naszych Czytelników, dlaczego tak jest?

Transhumanizm jest nową wiarą współczesnego człowieka, że można dowolnie ingerować w jego biologię za pomocą nauki i techniki – neuro-technologii, biotechnologii, nanotechnologii i innych. Prekursorem takiego podejścia był rosyjski filozof Nikołaj Fiodorow, który sądził, że rozwój cywilizacji zapewni człowiekowi nieśmiertelność. Choć transseksualizm obiecuje człowiekowi szczęście, jedyne, co może zaoferować to destrukcję naturalnej płci człowieka. Podając dziecku blokery dojrzewania, potem terapię hormonalną, a na końcu zabiegi kastracji, niszczy się jego seksualność. Płci nie da się ot tak zmienić. Można poczynić pewne kroki w kierunku zmiany. Za pomocą chirurgii plastycznej, stworzyć jakieś atrapy narządów płciowych płci przeciwnej. Jednak faktyczny efekt zawsze będzie ten sam. Bezpłodność oraz zanik satysfakcji z życia intymnego. Właśnie na to skarżą się najczęściej osoby po tranzycji. Postawię tezę, że ruch transseksualny skierowany jest przeciwko kobiecie. Współcześnie, tę ideologią zakażane są głównie młode dziewczyny. Ideolodzy Trans, chcą zabić w kobiecie źródło życia. Oderwać ją od kobiecości, od jej naturalnego powołania do bycia matko. Unieszczęśliwić ją ja wieki. 

Rewolucjoniści od zawsze chcą kogoś spod czegoś „wyzwolić”. Luter chciał „wyzwolić” chrześcijan spod władzy papiestwa i Kościoła. Komunizm koncentrował się na „wyzwalaniu” robotników spod ucisku „klasy posiadającej”. Kogo i od czego tak naprawdę chcą „wyzwolić” ideolodzy „TRANS”?

Właśnie o tym mówię. Ideolodzy trans obiecują wyzwolić nas od ograniczeń płci. Tymczasem płciowość, jak zresztą u każdego ssaka, jest dla nas kluczowa. Określa nas jako osoby, kształtuje naszą tożsamość, pozwala pełnić określone funkcje społeczne. Pozwala nam kochać i czuć się kochanymi. Spełniać się w obrazie naszych dzieci, dzielić się szczęściem z rodziną, przyjaciółmi. To nie ideolodzy, lecz Bóg powołał nas do szczęścia i wolności. Bóg stworzył nas kobietą lub mężczyzną. Dał nam wspaniały świat i ma dla każdego indywidualny plan zbawienia, który trzeba odkryć. Przygotował nam zbawienie od grzechu, cierpienia i śmierci do życia wiecznego. Kocha nas tak bardzo, że jeszcze przed założeniem świata wpisał nasze imiona do Księgi Życia. Abyśmy już nigdy nie umierali, dał nam swojego Syna, aby umarł i zmartwychwstał, na wieki pokonując szatana i śmierć. Prawdziwa wolność istnieje więc wyłącznie w Jezusie Chrystusie.  

Czym była, a czym jest tzw. trans-fobia? Kto może obecnie być o nią oskarżony?

Transfobia jest figurą retoryczną, która ma pełnić rolę cenzury, podobnie jak oskarżanie o homofobię czy rasizm. Helen Joyce w swojej doskonałej książce pisze, że wiara w wielki wybuch, czy reinkarnację jest sprawą indywidualną i nie wymaga uznania społecznego. Tymczasem ideologia trans wymusza jej uznanie na innych pod sankcją uznania osoby, która ją odrzuca za transfoba. To jest koronny argument przeciwko tym, którzy opierają się rewolucji LGBTQ+. Inną techniką manipulacji jest szantaż moralny. Stosuje się go najczęściej wobec rodziców, którzy opierają się pomysłowi zmiany płci u dzieci. Szantażuje się ich w ten sposób, że jeśli nie zgodzą się na zabieg ich dziecko popełni samobójstwo. Zresztą w Polsce funkcjonuje podobny mechanizm w życiu publicznym. Za samobójstwa dzieci, rzekomo homoseksualnych, obwinia się konserwatystów, którzy mają ich dyskryminować. 

Helen Joyce w książce „TRANS. Gdy ideologia spotyka się z rzeczywistością” wymienia wiele brudnych, wręcz potwornych działań ze strony ideologów „TRANS” spośród których życzenia bestialskiej śmierci po uprzednim zgwałceniu, jakie ludzie ci „składają” krytykom „zmieniania płci” to niewinna bajka na dobranoc. Skąd tyle agresji i nienawiści w ludziach kreowanych na ofiary świata, który ich nie rozumie?

Tak, autorka pisze o represjach, którą spotkały ją jako dziennikarkę prestiżowego tygodnika „The Economist” po tym, jak ośmieliła się poruszyć ten temat. Joyce opisuje ponadto badania, z których wynika, że osoby, które cierpią na dysforię płciową, cierpią również na inne zaburzenia – depresję, psychozy, a najczęściej spektrum autyzmu. Natomiast, to o czym Pan mówi, to są przecież groźby karalne, charakterystyczne dla jakiś grup przestępczych. Tu chodzi o ogromne pieniądze, które te grupy zarabiają na nielegalnej sprzedaży leków, hormonów itd. 

Dlaczego tak wielu rodziców dało sobie „wyprać mózgi”, po czy zdecydowali się oni „zmienić płeć” swoich dzieci? Takich przypadków Helen Joyce opisuje dziesiątki…

W Polsce mamy piękne określenie takich osób – lemingi. Taki leming, którego jedynym zmartwieniem jest, aby ludzie wokół niego się uśmiechali i klepali go plecach, jest w stanie poświęcić wszystko, nawet swoją rodzinę, aby uważano go za liberalnego i praworządnego. Na uczelni słucha bzdur o gender, ogląda TVN24, gdzie pokazują mu drag queen, czyta Gazetę Wyborczą, że fajnie teraz sypiać z kim popadnie i żeby wyróżnić się w tym towarzystwie, robi ze swojego syna dziewczynkę, albo odwrotnie. Na szczęście w Skandynawii czy Wielkiej Brytanii, transowanie dzieci stało się niemożliwe po tym, jak wyszły na jaw skandale dotyczące nadużyć ze strony klinik medycznych. Niestety w wielu stanach USA, wciąż stosuje się te praktyki.

Swoją drogą, czy to nie jest paradoks? Z jednej strony liberalna lewica krzyczy i rozdziera szaty, że nie wolno chrzcić dzieci, że to przemoc etc. i dziecko powinno samo zdecydować, czy chce przyjąć ten sakrament po ukończeniu 18. roku życia. W przypadku zmiany płci ci sami ludzie co rusz obniżają wiek dopuszczenia „zmiany płci”. Helen Joyce cytuje jedną „naukowczynię” twierdzącą, że dziecko na pewno wie, jaką chce był płcią, kiedy ma trzy lata. Wcześniej też wie, ale tego nie ujawnia. Przepraszam, ale ręce opadają…

Lewica jest przeciwna chrztom, spowiedzi św. czy przyjmowaniu komunii św. przez dzieci z prostego powodu. Chce oderwać człowieka od sakramentów. A przypomnijmy – człowiek w łasce uświęcającej jest niedostępny dla demona, bo broni go sam Duch św. Po drugie dzieckiem jest łatwiej manipulować, bo jest niedojrzałe, stąd postulaty lewicy, aby obniżyć wiek wyborczy. Natomiast w sferze seksualnym dzieci dla lewaków są obiektem, towarem, który trzeba zawczasu urobić na swoją modłę. To przecież paradoks, że dziecko, które nie może prowadzić samochodu, otworzyć firmy czy posiadać konta, zachęca się, aby podejmowało tak radykalną decyzję, jak zmiana płci. Późniejsze badania dzieci, które godziły się na tranzycję wykazały, że one po prostu nie rozumiały co je czeka, gdy podpisywały dokumenty. Potem były przerażone, gdy zmiany i spustoszenie w ich organizmach stały się nieodwracalne.  

Dlaczego dla ideologów TRANS tak ważne są „neutralne” toalety i przebieralnie?

Faktycznie, wraz z ideologią, równie szybko idą zmiany w prawie. Co ciekawe, gdy zbadamy jakie naukowe autorytety są autorami tych rozwiązań, okazuje się, że są to także osoby transseksualne. Helen Joyce w swojej książce opisuje szereg przypadków przemocy seksualnej w koedukacyjnych toaletach, przebieralniach i celach. Dotarła ona do zeznań oskarżonych, w których skazani mężczyźni przyznawali, że udawali kobiety, aby móc popełniać przestępstwa seksualne. Po odkryciach dziennikarki, w pewnych placówkach penitencjarnych, zaprzestano osadzania mężczyzn podających się za kobiety z więźniarkami. 

Kiedy ideolodzy TRANS wpadli na pomysł, żeby mężczyźni, którzy „zmienili płeć” rywalizowali z kobietami w kolejnych dyscyplinach sportu? Dlaczego tak bardzo im na tym zależy?

Książka „Trans” powstała kilka lat temu, ale już wtedy autorka ostrzegała, że świat sportu czeka nierówna walka ze sportowcami posiadającymi naturalne męskie cechy, ale identyfikującymi się jako kobiety z prawdziwymi kobietami. Mieliśmy przykład tego typu sytuacji podczas Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Jest to oczywiście sportowy skandal przeciwko któremu protestuje coraz więcej środowisk. 

Czy mamy do czynienia z dyktaturą skrajnej mniejszości, która narzuca wszystkim dookoła swoją chorą wizję świata?

Dokładnie tak to teraz wygląda. Bardzo podoba mi się termin stworzony przez autorkę – „zakażenie społeczne”. Ideologia trans jest wysoce zaraźliwa poprzez media społecznościowe. Tam trafiają często młodzi, zagubieni ludzie, którzy w okresie dojrzewania szukają swojej tożsamości i akceptacji. Przeważnie są to dziewczyny, które poszukując swojej seksualności trafiają do subkultury trans. Tam są manipulowane oraz indoktrynowane. Podczas burzy hormonalnej, charakterystycznej dla tego okresu, często podejmują nieracjonalne decyzje. Potem ta burza mija, ale konsekwencje złych decyzji są nieodwracalne. Wyobraźmy sobie sytuacje, gdy piękna dziewczyna przechodzi kryzys dojrzewania, wpada na pomysł bycia chłopakiem, usuwa sobie piersi, macicę, oszpeca się, bierze testosteron, a potem orientuje się, że zrobiła błąd. Tego nie da się już naprawić. W książce opisywanych jest wiele takich przypadków. 

W wielu krajach na Zachodzie ideologia TRANS jest już normą, a sama TRANS-rewolucja nie dość, że pożera własne dzieci, to wydaje się wciąż przyspieszać. Czy da się jeszcze w ogóle zatrzymać to szaleństwo? Czy Polska pójdzie drogą Zachodu?

Z jednej strony zaczadzenie ideologią LGBTQ jest na Zachodzie normą, z drugiej zaś coraz więcej ludzi buntuje się przed wieloma skandalicznymi praktykami, takimi jak transowanie dzieci. W Wielkiej Brytanii wojnę przeciwko temu lobby toczy np. autorka „Harry Pottera” bardzo sławna pisarka J.K Rowling. Otwarcie wypowiada się przeciwko praktykom stosowanym przez te środowiska, przez co jest atakowana, oskarżana o transfobie i określana jako bigotka. Przeciw praktykom, które są niezgodne z wiedzą medyczną wypowiada się także rzesza naukowców. W 2022 r. z afirmatywnego podejścia do tranzycji najmłodszych zrezygnował Instytut Karolinska, jedna z najbardziej znanych placówek naukowych w Szwecji. Dwa lata wcześniej tak samo uczyniła Finlandia. Natomiast wiosną tego roku, zakaz podawania blokerów dojrzewania dzieciom zakazała Wielka Brytania. Tak więc ideologia trans w stosunku do dzieci wydaje się w odwrocie. Zwycięstwo Donalda Trumpa w USA dodatkowo zahamuje ten proces za oceanem. Uczmy się na cudzych błędach i nie małpujmy we wszystkiego z Zachodu. 

W wywiadzie udzielony kilka lat temu tygodnikowi „Do Rzeczy” John Henry Westen powiedział: „Tematy gejowsko-lesbisjko-biseksualne są zgrane, od kiedy przeforsowano „małżeństwa” homoseksualne. Nie ma w nich już tak dużo paliwa do angażowania uwagi społeczeństw. Tymczasem „zmiana płci” to wciąż względnie nowa rzecz, szokująca, wzbudzająca dyskusje. Transseksualizm daje też dużo więcej możliwości do nakładania kagańca ludziom, którzy nie życzą sobie rewolucji społecznej”. Co nas czeka jak „zgrany” zostanie temat TRANS? Rewolucja przecież się nie zatrzyma…

Nie bądźmy skrajnymi pesymistami. Pan Bóg czuwa nad wszystkim, a wszystkie kłamstwa demona stają się powoli obnażone. Być może temat rzeczywiście szokuje, ale może właśnie dlatego dla normalnych ludzi staje się odpychający i odrażający. Nie da się logicznie uzasadnić nagłej mody na LGBTQ inaczej, że jest to efekt propagandy prowadzonej przez media społecznościowe. Ideologia trans się nie broni i będzie musiała być w końcu odrzucona. Zachęcam Państwa do kupienia książki „Trans” poprzez stronę globalizacja.org 

Dziękuję za rozmowę. Tomasz D. Kolanek

Protesty przeciw planowanej budowie centrum dystrybucji Lidla w Gietrzwałdzie

14 grudnia 2024 https://pch24.pl/protest-przeciw-planowanej-budowie-centrum-dystrybucji-lidla-w-gietrzwaldzie

Protest przeciw planowanej budowie centrum dystrybucji Lidla w Gietrzwałdzie

(Białystok, 14. 12. 2024 r. Pikieta w ramach protestu przed sklepami sieci Lidl. Fot. Anatol Chomicz / Forum)

W kilku miastach Polski, m.in. Olsztynie i Białymstoku przed sklepami Lidl protestowali w sobotę przeciwnicy planowanej przez tę sieć handlową budowie centrum dystrybucyjnego w Gietrzwałdzie. Do manifestacji zorganizowanej przez Komitet Obrony Gietrzwałdu reprezentującego środowiska prawicowe i katolickie, dołączyli ekolodzy i mieszkańcy gminy.

Podobne protesty odbyły się przed sklepami Lidl w innych miastach w Polsce. W Olsztynie protestujący trzymali transparenty z napisami: „Nie chcemy waszych śmieci w Gietrzwałdzie”, „Stop Lidlowi, pomoc Gietrzwałdowi”, „Gietrzwałd dla pielgrzymów, a nie dla magazynów”.

Antoni Górski z Komitetu Obrony Gietrzwałdu powiedział PAP, że budowa centrum dystrybucyjnego w Gietrzwałdzie zdewastuje teren. – Planowane centrum ma być zlokalizowane na 40 hektarach ziemi i usytuowane w odległości 800 metrów od bazyliki gietrzwałdzkiej. Zniszczony zostanie krajobraz i zniwelowany teren. Wycięte zostaną klony na kilometrowej zabytkowej alei pielgrzymów. Nie chodzi tylko o centrum dystrybucji, ale też o to, że odpady będą ściągane w to miejsce ze wszystkich sklepów Lidla w regionie. Uruchomienie centrum wiąże się też ze wzmożonym ruchem samochodów ciężarowych nawet 160 tirów na dobę – powiedział Antoni Górski.

Do uczestników protestu związanych ze środowiskami prawicowymi i katolickimi dołączyli też ekolodzy i mieszkańcy gminy Gietrzwałd. Jedna z mieszkanek gminy Aleksandra Kozuń powiedziała PAP, że „każda osoba, która zapoznała się z planem inwestycji, będzie jej przeciwna, ponieważ większość osób mieszkających gminie straci”. – Centrum dystrybucji ma powstać na obszarze chronionego krajobrazu Doliny Pasłęki, czyli na obszarze, w którym zabrania się inwestycji, trwale zmieniających krajobraz. Gmina Gietrzwałd była do niedawna reklamowana jako wspaniałe miejsce do zamieszkania, ciche i spokojne. Sprzedawano działki budowlane a chwilę później uchwalono miejscowy plan zagospodarowania, który zakłada usługi, co pozwala wybudować centrum dystrybucyjne – podkreśliła, dodając, że nie przekonują jej argumenty, iż dzięki inwestycji powstaną miejsca pracy.

Ja nie chcę jeździć wózkiem widłowym w hali bez światła przez 12 godzin, moje sąsiadki też nie są tym zainteresowane. Jakiekolwiek miejsca pracy nas nie zadowolą. Protestujemy przeciw temu, że centrum ma powstać blisko zabudowań, a jezioro może być zanieczyszczone i będzie hałas – wyjaśniła.

Biuro prasowe Lidla przesłało do PAP swoje stanowisko, w którym przekazano, że „teren Gietrzwałdu jest rozpatrywany pod względem budowy nowego obiektu”. „Jednak w tym momencie ewentualny termin rozpoczęcia tej inwestycji nie jest znany. Chcielibyśmy jednak podkreślić, że na wspomnianym terenie miałoby powstać potencjalne centrum dystrybucji, w którym przechowywane byłyby m.in. produkty spożywcze oferowane w sklepach Lidl Polska. Natomiast fałszywą informacją jest, że w tym miejscu znajdować się będzie składowisko odpadów. Podkreślamy także, że od samego początku prac nad każdą z naszych inwestycji analizujemy wszelkie warianty, które w największym stopniu są dopasowane do otoczenia i sąsiadującej z inwestycją natury” – przekazał w komunikacie Lidl.

Jak wyjaśniła firma, projekt planowanego centrum dystrybucji w Gietrzwałdzie spełnia wymagania miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego terenu. Nowy budynek ma być oddalony od skrajnej strony budynku bazyliki o niemal 1 000 metrów. Nowa inwestycja oznacza ponad 200 nowych miejsc pracy dla społeczności lokalnych – podkreśla sieć. Według przedstawicieli Lidla firmie zależy na tym, aby być „dobrym sąsiadem” społeczności lokalnych. „Nasze obiekty w żadnym stopniu nie emitują do środowiska niekomfortowych zapachów. Ze względu na lokalizację działki w Gietrzwałdzie oraz oddalenie od zwartej zabudowy mieszkalnej, potencjalna działalność naszego centrum dystrybucji będzie komfortowa dla mieszkańców miejscowości” – wyjaśniono.

Lidl przekazał, że na terenie potencjalnej nowej inwestycji surowce nie będą utylizowane, przetwarzane czy spalane. „Nadajemy surowcom drugie życie, dlatego odpady będą na bieżąco przekazywane do recyklera” – dodano.

Gietrzwałd to warmińska wieś, oddalona od Olsztyna o około 20 kilometrów. Znana jest przede wszystkim z miejsca objawień Matki Bożej w 1877 roku oraz licznie uczęszczanego przez pielgrzymów sanktuarium maryjnego. Objawienia w Gietrzwałdzie zostały jako jedyne w Polsce oficjalnie uznane przez Kościół.

pap logo

Źródła: PAP (Agnieszka Libudzka), PCh24.pl RoM

W każdą trzecią środę miesiąca: Opole – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

18.12.2024 Opole – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

16/12/2024przez antyk2013

W każdą trzecią środę miesiąca

Pokutny Marsz Różańcowy w każdą trzecią środę miesiąca. Zaczyna się Mszą Św. o 18.00 w intencji Ojczyzny w kościele Matki Bożej Bolesnej i św. Wojciecha. Marsz wiedzie wokół Uniwersytetu Opolskiego, dalej do Ratusza i na pl. Wolności, kończy się przy katedrze pod figurą bł. Księdza Popiełuszki. Często prowadzi Ojciec Ryszard (Jezuita).

Share

Hipokryzja Rafała Trzaskowskiego: „Dupiarz” – katolik? wspiera bluźnierców !

Hipokryzja Rafała Trzaskowskiego: Głos w obronie katolików czy polityczna gra?

Hipokryzja Rafała Trzaskowskiego: Głos w obronie katolików czy polityczna gra?

16/11/2024 https://polskakatolicka.org/pl/artykuly/hipokryzja-rafala-trzaskowskiego-glos-w-obronie-katolikow-czy-polityczna-gra

Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, w ostatnim czasie stara się kreować wizerunek obrońcy katolików, szczególnie w obliczu nadchodzących wyborów prezydenckich. Podczas niedawnego wiecu wyborczego w Poznaniu zapewnił: „Jak będą atakowani katolicy na ulicach naszych miast, to będę stał z nimi, razem. Ale nie są atakowani”. To proste i mocne stwierdzenie miało podkreślić, że prezydent stolicy stoi po stronie katolików. Jednak, kiedy przyjrzymy się jego rzeczywistym działaniom w ostatnim czasie, wszystko staje się jasne. Trzaskowski nie ma żadnych intencji, by realnie bronić katolików.

Bluźniercza restauracja w centrum Stolicy


Przykładów jego hipokryzji jest mnóstwo, a jednym z najbardziej bulwersujących jest sprawa restauracji „Madonna”, która od ponad roku działa w centrum Warszawy. Lokal jawnie profanuje symbole religijne. W jego wnętrzu znajdują się obrazy Matki Bożej otoczone wulgarnymi neonami, różańce zawieszone na butelkach alkoholu, plastikowe figury Matki Bożej z kodami QR prowadzącym do menu, a także konfesjonał, w którym klienci mogą robić sobie zdjęcia.

Te bluźniercze działania obrażające Boga i wywołujące reakcję dobrych katolików stały się tematem licznych protestów. Przez wiele miesięcy różne organizacje domagały się interwencji prezydenta Trzaskowskiego. Co zrobił w tej sprawie? Nic.

Pomimo ponad 53 000 podpisów zebranych pod petycją domagającą się zamknięcia lokalu, Trzaskowski postanowił umyć ręce. Władze miasta twierdziły, że restauracja „Madonna” to prywatny lokal i dlatego miasto rzekomo nie ma możliwości działania. To nieprawda. Nieruchomość, w której mieści się ten kontrowersyjny lokal, należy do Skarbu Państwa, co w praktyce oznacza, że to nie władze miasta, ale zarządca Skarbu Państwa – w tym przypadku Wojskowa Agencja Mieszkaniowa – powinna podjąć interwencję w tej sprawie. Niemniej jednak, ze względu na znaczenie tej sprawy dla katolików i nagłośnienia sprawy, apelujemy do prezydenta Warszawy o interwencję, tym bardziej że jest również wiceprzewodniczącym partii rządzącej w Polsce.

Mimo tego Trzaskowski nie ruszył palcem, by coś zrobić. To dokładnie pokazuje, że jego słowa o obronie katolików to tylko pustosłowie, mające na celu zyskanie poparcia wśród wyborców.


Skoro lokal należy do Skarbu Państwa, to powinien interweniować zarządca Skarbu Państwa, czyli Wojskowa Agencja Mieszkaniowa, która podlega Ministerstwu Obrony Narodowej. Na początku czerwca br. napisaliśmy list otwarty do wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, który do dziś pozostał bez odpowiedzi.

Podwójne standardy wobec społeczności religijnych
Brak reakcji w sprawie restauracji „Madonna” kontrastuje z szybkim i zdecydowanym działaniem ratusza w innych przypadkach. Przykładem jest reakcja na próbę podpalenia synagogi w Warszawie. Zastępczyni prezydenta Renata Kaznowska oświadczyła: „Nie ma zgody prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, ale także mieszkańców i mieszkanek Warszawy na antysemityzm, hejt — nie tylko w słowach, ale przede wszystkim w czynach. Mam nadzieję, że sprawcy tego czynu zostaną znalezieni i rozliczeni”.
Dlaczego w przypadku katolików takiej stanowczości zabrakło?
Dlaczego ratusz stosuje podwójne standardy wobec różnych społeczności religijnych w Warszawie? To pytania, na które prezydent Warszawy dotąd nie udzielił przekonujących odpowiedzi.
W październiku br. otrzymaliśmy pismo od burmistrza dzielnicy Śródmieście, w którym odpisano, że władze Warszawy nie mogą interweniować w sprawie wystroju wnętrza restauracji „Madonna”. Burmistrz argumentował, że miasto nie jest właścicielem nieruchomości i nie może ingerować w swobodę prowadzenia działalności gospodarczej. Co więcej, korespondencja w tej sprawie miała zostać przekazana do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście. W odpowiedzi nie podano jednak sygnatury tej sprawy w prokuraturze.

Bluźniercza restauracja „Madonna” wciąż budzi protesty katolików

Standardy równego traktowania czy ograniczanie wolności religijnej?
Ale to nie koniec. W maju tego roku Trzaskowski podpisał zarządzenie wprowadzające tzw. „standardy równego traktowania” w warszawskich urzędach. Jednym z punktów tego zarządzenia był zakaz eksponowania symboli religijnych, w tym krzyży, w budynkach urzędów oraz na biurkach pracowników. Trzaskowski zatem nie tylko ignoruje potrzeby katolików, ale wręcz aktywnie wprowadza przepisy, które ograniczają ich swobodę wyrażania swoich przekonań religijnych w przestrzeni publicznej.

Udział w Paradach Równości i wspieranie kontrowersyjnych wydarzeń
Rafał Trzaskowski nie tylko milczy w sprawie kontrowersyjnych wydarzeń, które obrażają uczucia religijne katolików, ale również sam aktywnie wspiera inicjatywy, które szkalują katolicką tradycję. Jako prezydent stolicy, Trzaskowski bierze udział w tzw. „Paradach Równości”, które w ostatnich latach stały się miejscem, gdzie nie tylko manifestuje się postulaty sodomskich aktywistów, ale także przeprowadza się działania jawnie obrażające katolików. Wśród nich można wymienić inscenizacje profanacji Mszy Świętej, które miały miejsce podczas tych parad. Do tego dochodzi uczestnictwo grup satanistycznych, które publicznie wyśmiewają religię katolicką, a Trzaskowski, zamiast potępić takie działania, otwarcie je wspiera.

Promocja dewiacji seksualnych
Kolejnym przykładem jest otwarcie w centrum Warszawy Queer Muzeum, które spotkało się z głośnym wsparciem ze strony władz miasta. To muzeum, które promuje kontrowersyjne treści związane z dewiacjami seksualnymi, również zyskuje akceptację i współpracę prezydenta Trzaskowskiego. W kontekście tego wydarzenia trudno oprzeć się wrażeniu, że prezydent stolicy woli stawiać na polityczną poprawność i wspierać ideologie, które są nieakceptowane przez dużą część społeczeństwa, w tym katolików.

Rafał Trzaskowski, który na wiecach wyborczych zapewnia, że będzie stał po stronie katolików, a jednocześnie nie podejmuje żadnych działań w sprawie profanacji ich symboli, pokazuje swoją hipokryzję w pełnej krasie. Jego deklaracje to jedynie puste obietnice, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. Kiedy przychodzi do realnych działań, Rafał Trzaskowski nie ma odwagi ani woli, by stanąć po stronie katolików. Jego prawdziwym celem jest zdobycie głosów, a nie realna obrona tych, którzy w jego oczach są tylko narzędziem gry politycznej.

Wiadomość od Dyrektora Operacyjnego CitizenGO



„Manel Tomás, Dyrektor Operacyjny CitizenGO” <petycje@citizengo.org>

Nazywam się Manel Tomás i jestem dyrektorem operacyjnym CitizenGO. Nasz prezes, Ignacio Arsuaga, wielokrotnie w tym roku kontaktował się z Tobą w sprawie budżetu naszej organizacji. Niestety, dziś muszę przekazać Ci niepokojące informacje dotyczące sytuacji finansowej CitizenGO na 2025 rok.
Wiem, że otrzymywanie takich wiadomości może być uciążliwe. Mimo to chciałbym przypomnieć o dwóch kluczowych kwestiach, które leżą u podstaw naszej organizacji:W przeciwieństwie do wielu innych podobnych instytucji, CitizenGO nie tworzy sztucznych kryzysów ani nie manipuluje swoimi sympatykami, by skłonić ich do przekazywania darowizn. Zawsze pozostajemy uczciwi w kwestii naszej sytuacji finansowej. Mogę Cię zapewnić, że w tym e-mailu również będzie tak samo.Jeśli ten e-mail pozwoli nam zamknąć budżet na 2025 rok, obiecuję, że przez resztę roku nie będę już zawracać Ci głowy!
Oto krótkie podsumowanie: w momencie pisania tej wiadomości CitizenGO wciąż potrzebuje 2935 osób, które zdecydują się na comiesięczną darowiznę przed końcem miesiąca. To pozwoli nam zabezpieczyć stabilne środki niezbędne do finansowania naszej działalności w 2025 roku.
Szczegóły znajdziesz poniżej, ale najpierw chciałbym zapytać: czy możesz pomóc nam wypełnić lukę budżetową, decydując się dziś na comiesięczną darowiznę w wysokości 45 zł?
Tak dokonam miesięcznej darowizny
Przykro mi, ale nie mogę przekazać miesięcznej darowizny
Pozwól, że przedstawię, jak wygląda budżet CitizenGO na nadchodzący rok.
Zawsze podkreślamy, że CitizenGO jest finansowane głównie dzięki drobnym darowiznom od osób takich, jak Ty. Mówiąc precyzyjniej, aż 98% naszego budżetu na rok 2024 pochodziło od osób, które otrzymywały wiadomości podobne do tej i wspierały nas w miarę swoich możliwości.
CitizenGO w szczególny sposób opiera się na darczyńcach, którzy regularnie przekazują comiesięczne darowizny. Dzięki temu możemy z wyprzedzeniem planować, jakimi środkami będziemy dysponować w kolejnych miesiącach, a nawet latach, aby skutecznie realizować naszą kluczową misję. Każda comiesięczna darowizna, niezależnie od jej wysokości, ma ogromne znaczenie – bo razem tworzą realne i nieocenione wsparcie.
Jeśli osiągniemy nasz cel 2 935 nowych comiesięcznych darczyńców, przyniesie to aż 1 375 000 zł wsparcia w 2025 roku!
Od założenia CitizenGO w 2013 roku opieramy się przede wszystkim na niewielkich darowiznach w wysokości 30, 45 czy 90 zł. Dzięki temu możemy zachować pełną niezależność i być odpowiedzialni wyłącznie przed naszymi sympatykami, a nie przed jednym dużym sponsorem, którego wsparcie mogłoby uzależnić naszą działalność od jego decyzji.
W minionym roku liczba prowadzonych przez nas działań na całym świecie znacząco wzrosła, jednak darowizny nie nadążyły za rosnącymi potrzebami, co spowodowało niepokojący deficyt w naszych funduszach.
Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę zaciekłą ofensywę skrajnej lewicy i globalistów, z którą mierzymy się na całym świecie. Ich celem jest uciszenie naszego głosu, zmuszenie nas do przyjęcia nowej proaborcyjnej „religii” i ideologii gender, wykorzystywanie kryzysów zdrowotnych jako pretekstu do pozbawiania nas wolności oraz wymazywanie chrześcijańskich korzeni z naszych społeczeństw.
Niestety, nasilające się ataki wywołują trudności finansowe nie tylko u nas, ale także u wielu organizacji pro-life i prorodzinnych, które nie są w stanie prowadzić walki na tak wielu frontach jednocześnie.Jestem głęboko zaniepokojony tym trendem, nie tylko w kontekście CitizenGO, ale także dlatego, że radykalne grupy proaborcyjne, fanatyczne organizacje LGBTQ+ i przeciwnicy wartości chrześcijańskich wchodzą w rok 2025 z dziesiątkami milionów dolarów na swoich kontach. Są gotowi finansować kandydatów, inicjatywy wyborcze i niebezpieczne, totalitarne polityki, które zagrażają naszym fundamentalnym wartościom.
Dobrą wiadomością jest to, że CitizenGO nigdy nie musiało konkurować z tymi grupami pod względem finansowym. Od prawie 10 lat działamy sprawnie, innowacyjnie i oszczędnie. Jednak przy obecnej intensywności opozycji obawiam się, że nasze środki mogą nie wystarczyć, aby skutecznie kontynuować walkę.
Dlatego pytam Cię: czy możesz pomóc nam wypełnić lukę budżetową, zaczynając od comiesięcznej darowizny w wysokości 45 zł? Każda złotówka ma ogromne znaczenie.
Tak dokonam miesięcznej darowizny
Przykro mi, ale nie mogę przekazać miesięcznej darowizny
Być może zastanawiasz się, jak CitizenGO wykorzysta tych 1 375 000 zł w przyszłym roku, jeśli uda nam się osiągnąć nasz cel.Krótka odpowiedź brzmi — bardzo dużo!Część tych środków przeznaczymy na badania i rozwój nowych sposobów angażowania i mobilizowania młodych ludzi oraz wyborców wspierających wartości prorodzinne.Część tych środków zostanie przeznaczona na kontynuowanie walki o Twoje wolności, zwłaszcza wobec Traktatu Pandemicznego WHO, który zagraża Twoim wyborom zdrowotnym. Dzięki Twojemu wsparciu możemy ujawniać zagrożenia związane z tym dokumentem i wywierać presję na decydentów, aby odrzucili ten radykalny projekt.Część tych środków zostanie przeznaczona na rezerwy, abyśmy w przypadku kryzysów mogli natychmiast reagować i podejmować niezbędne działania, by odeprzeć ataki. Takie sytuacje miały już miejsce, gdy nasi dyrektorzy w Wielkiej Brytanii i Niemczech, Caroline Farrow i Eduard Pröls, musieli zmierzyć się z brutalnymi osobistymi atakami za odważną obronę życia i rodziny, czy gdy członkowie naszego zespołu zostali aresztowani w Paryżu za obronę wiary.
Część środków zostanie przeznaczona na wsparcie małych, niedofinansowanych, ale niezwykle ważnych organizacji, które prowadzą bezpośrednie działania w terenie – na przykład przed ośrodkami aborcyjnymi, ratując życie nienarodzonych, lub w szkołach, walcząc o to, by nasze dzieci nie były poddawane indoktrynacji ideologią gender.
Część tych środków zostanie przeznaczona na to, aby CitizenGO mogło dalej wypłacać uczciwe wynagrodzenia naszym wyjątkowo zaangażowanym i ciężko pracującym pracownikom, którzy – jak głęboko wierzymy – w pełni na nie zasługują.Wiem, że w tym roku wiele osób zwracało się do Ciebie o pomoc, i jestem ogromnie wdzięczny za wszystko, co już zrobiłeś. Muszę jednak jeszcze raz zapytać: czy możesz pomóc w utrzymaniu silnej pozycji CitizenGO w 2025 roku, decydując się na comiesięczną darowiznę w wysokości 45 zł już dziś?
Tak dokonam miesięcznej darowizny
Przykro mi, ale nie mogę przekazać miesięcznej darowizny
Dziękuje, że jesteś z nami,– Manel Tomás–PS Chcesz wesprzeć działania CitizenGO? Razem możemy powstrzymać lobby proaborcyjne i LGBT, a także bronić naszych wolności, rodzin i przyszłości. Możemy osiągnąć te cele i jeszcze więcej, ale tylko wtedy, gdy będziemy działać razem.Czy zdecydujesz się rozpocząć comiesięczną darowiznę już teraz, aby wesprzeć naszą kluczową działalność?
Tak dokonam miesięcznej darowizny
Przykro mi, ale nie mogę przekazać miesięcznej darowizny

CitizenGO to społeczność aktywnych obywateli, która stara się, aby ludzkie życie, rodzina i wolność były darzone szacunkiem na całym świecie. Członkowie CitizenGO zamieszkują wszystkie kraje świata. Nasz zespół pracuje w 16 państwach na 5 kontynentach i działa w 12 językach.

Więcej o CitizenGO dowiedzą się Państwo tutaj.

Mogą nas Państwo także śledzić na Facebooku i Twitterze.

Tyran na tyranie tyranem pogania

Tyran na tyranie tyranem pogania

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    15 grudnia 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5736

„Gdzieś tam prezydent zbiegł w szlafroku, gdzieś tam przyjęli jako wskaźnik stopę zysku” – śpiewali szansoniści w piosence „A mnie się marzy kurna chata”, popularnej w latach 70-tych. Od tamtej pory sporo prezydentów próbowało się w ten sposób ewakuować. Niektórym się udało innym – jak na przykład rumuńskiemu gensekowi Mikołajowi Ceaucescu – raczej nie, bo został schwytany, a zaraz potem – oddany w ręce doraźnego sądu, który w krótkich abcugach skazał go na rozstrzelanie, razem z żoną Heleną. Wspominam o tym rumuński sądzie, bo – jak się okazuje – na rumuńskich sądach zawsze można polegać.

Właśnie tamtejszy Sąd Najwyższy uznał, że trzeba unieważnić wybory prezydenckie, bo najlepszy wynik w pierwszej turze uzyskał Calin Georgescu, „prawicowy ekstremista” w dodatku – „prorosyjski” – który przez tamtejszy Judenrat, stojący na straży demokracji socjalistycznej, wcale nie został zatwierdzony. U nas, to znaczy – w naszym bantustanie – sytuacja jest inna, bo w Sądzie Najwyższym jedni sędziowie okładają kodeksami po łbach innych sędziów i smagają ich do krwi łańcuchami, więc trudno przewidzieć, czy gdyby na przykład wybory prezydenckie wygrał zatwierdzony przez Judenrat Rafał Trzaskowski z pierwszorzędnymi korzeniami, Sąd Najwyższy też by ich nie unieważnił. Toteż – jak podają niezależne media – w obozie zdrady i zaprzaństwa zapanowała niepewność, zwłaszcza, że zatrzeszczało w koalicji, więc nie jest wykluczone nawet przesilenie rządowe, jak tylko Donald Trump obejmie prezydenturę.

Tymczasem w szlafroku zbiegł syryjski tyran Baszszar al- Asad I to od razu do Rosji, gdzie wraz z małżonką uzyskał azyl. Początkowo tamtejszy lud świętował na ulicach, ale okazało się, że wpadł z deszczu pod rynnę, bo miejsce Baszszara al-Asada zajął wywodzący się z Al-Kaidy Abu Muhamad al-Dżaulani, który nie tylko przez Amerykanów, ale i przez Rosję uznawany jest za „terrorystę”. Toteż nie wiadomo, jak się to wszystko skończy, bo w tej chwili w Syrii wszyscy walczą ze wszystkimi o schedę po Asadzie. W związku z tym amerykańskie B-52 przeprowadziły zmasowane naloty na pozycje Państwa Islamskiego, a kanonadę rozpoczął też bezcenny Izrael, w którego interesie leży, by wszystkie sąsiadujące z nim państwa – z wyjątkiem Jordanii, która pozornie się obrzezała – zamieniły się w morze ruin i zgliszcz. Dotyczy to sąsiadów bliższych I dalszych, krótko mówiąc – całego świata, który może jedynie pokładać nadzieję w tym, że bezcenny Izrael, przeprowadzając operację ostatecznego rozwiązania kwestii światowej – zostawi przynajmniej jakiś miliard głupich gojów – żeby było komu pożyczać pieniądze na wysoki procent.

Stąd nauka jest dla żuka” – tym razem syryjskiego, żeby szanował tyrana swego – bo może mieć gorszego. Ale niezależne media głównego nurtu w naszym bantustanie radują się, że oto Putin w Syrii poniósł klęskę, a to z powodu dostarczonych Al-Kaidzie przez Ukrainę dronów. To pewnie te same drony, które Polska podarowała Ukrainie na podstawie umowy z 2 grudnia 2016 roku o nieodpłatnym udostępnianiu Ukrainie zasobów całego państwa polskiego, a tamtejsi parchowie-oligarchowie sprzedali je następnie Al-Kaidzie i pokupowali sobie posiadłości na Riwierze. Korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny – nawołują militaryści i słusznie, bo gdyby nie wojna, to skąd ukraińscy parchowie-oligarchowie mieliby tyle szmalcu?

Tymczasem w Paryżu odbyło się zaplanowane z wielkim przytupem otwarcie katedry Notre Dame, odbudowanej po pożarze. Przybyło na tę uroczystość podobno aż 50 dygnitarzy, m.in. prezydent-elekt Donald Trump, którego na krok nie odstępował prezydent Macron, a potem – jak mogliśmy zobaczyć – doskoczył do nich prezydent Zełeński – żeby pokazać, że „chociaż żołnierz obszarpany, przecie stoi między pany”. Chyba jednak niewiele mu to dało, bo Donald Trump oświadczył, że wojnę trzeba kończyć m.in. z uwagi na ofiary, to znaczy – z uwagi na wyczerpywanie się ukraińskich rezerw ludzkich. Co będzie, gdy się okaże, że wojna zakończy się zamrożeniem konfliktu, to znaczy – że Ukraina utraci co najmniej 20 procent terytorium? Czy prezydent Zełeński będzie musiał w szlafroku uciekać do którejś ze swoich posiadłości? Najgorsze są nieproszone rady, ale w razie czego doradzałbym Toskanię, bo na Ukrainie banderowcy chyba by z nim nie żartowali.

Wracając do Paryża, to wprawdzie arcybiskup uderzył we wrota katedry pastorałem, a one posłusznie się otworzyły – ale bigoteria laickości, w jakiej od rewolucji nurza się słodka Francja sprawiła, że pierwszego dnia nie było tam żadnego nabożeństwa, zaś pierwsza msza św. została odprawiona dopiero dnia następnego, gdy wszystkich VIP-ów już stamtąd wymiotło i już nie mogli się strefić. Czy właśnie dlatego papież Franciszek odmówił wzięcia udziału w uroczystości ponownego otwarcia katedry?

Nawiasem mówiąc, przelotną rozmowę odbył z Donaldem Trumpem pan prezydent Andrzej Duda. Na pewno nie zagadnął go o przesilenie rządowe w naszym bantustanie, bo to ani czas, ani miejsce – ale miejmy nadzieję, że kiedy spotka się z Donaldem Trumpem już jako zaprzysiężonym prezydentem USA, to tę sprawę załatwi w pierwszej kolejności. Trzeba kuć żelazo póki gorące; w koalicji trzeszczy, więc dobrze byłoby przeprowadzić przesilenie rządowe najdalej w lutym, bo wtedy Polska odniosłaby co najmniej dwie, a może nawet trzy korzyści: po pierwsze – oddaliłaby się od nas ponura wizja Generalnej Guberni, po drugie – zahamowana zostałaby komunistyczna rewolucja, która właśnie zaczyna nabierać rozpędu, no i – być może – wybory prezydenckie wygrałby ktoś bardziej sensowny od pana Rafała Trzaskowskiego, który z jakichś zagadkowych przyczyn starannie ukrywa swoje pierwszorzędne korzenie.

A tak się składa, że warunki zdają się temu sprzyjać. Oto pan prezydent mianował nowym prezesem Trybunału Konstytucyjnego pana Bogdana Święczkowskiego. Wprawdzie w latach 2006-2007 był szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – ale prywatnie to bardzo porządny człowiek, który zresztą przecierał się dodatkowo w prokuraturze, pnąc się do coraz to wyższych grządek, aż wreszcie wylądował w Trybunale Konstytucyjnym. Warto dodać, że – w odróżnieniu od pani Julii Przyłębskiej, która jako kobieta niezbyt imponującej postury, była obiektem nieustannych ataków ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej”, bodnarowców i gryzipiórów z niezależnych mediów. Pan Święczkowski tymczasem jest mężczyzną postury potężnej, z którym Judenratowi, bodnarowcom i Volksdeutsche Partei, może być znacznie trudniej.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Czy Donald Tusk jest człowiekiem bezideowym, ze światopoglądem bezobjawowym?

Znaj rządzących!

https://konserwatyzm.pl/sulkowski-znaj-rzadzacych/

      Dobrą manierą w ocenie rzeczywistości politycznej jest uważne śledzenie poczynań głównych graczy ekipy rządzącej i porównywanie ich deklaracji z faktycznymi działaniami. To rzuca całkiem niezłe światło nie tylko na rządzącego jako polityka, ale również jako człowieka. Pozwala poznać mechanikę sprawowania władzy oraz z pewną dozą prawdopodobieństwa ocenić, jakie będą dalsze kroki rządzącego. Aby jednak obraz uzupełnić, bowiem holistyczne podejście zawsze owocuje zwiększeniem szansy na poznanie prawdy, należy włożyć w proces odrobinę więcej wysiłku i obserwować również środowisko rządzącego – zarówno to obecne, jak i to przeszłe. Gdy do władzy ponownie doszedł Donald Tusk zacząłem z większą uwagą śledzić wypowiedzi Jana Marii Rokity – byłego współzałożyciela PO, jednego z tzw. Trzech Tenorów Platformy, który w pewnym momencie zniknął z czynnej polityki. Powody tego stanu rzeczy p. Rokita przedstawił w długim i godnym polecenia wywiadzie dla Bogdana Rymanowskiego1. Osoba będąca przez wiele lat tak blisko z Donaldem Tuskiem, mająca do tego niezły warsztat z zakresu uprawiania polityki jak i samej jej teoretycznej warstwy dostarcza wielu cennych wskazówek ułatwiających interpretację sposobu sprawowania władzy przez obecnego premiera. Z wywiadu u p. Rymanowskiego można wyłuskać wiele cennych informacji, ale to co jest dla mnie szczególnie interesujące pojawiło się w debacie z dnia 13 grudnia 2024 roku w podcaście „Prawy prosty”2, w której udział wzięli właśnie p. Rokita, redaktorzy Lisicki i Kalukin oraz jako moderator red. Karpiel.

      Jednym z wątków tej debaty była próba zdefiniowania światopoglądu Donalda Tuska, który to światopogląd ma rzutować na działania rządu premiera. Jan Maria Rokita forsował tezę, że dla osób ideowo zaangażowanych jest to bardzo trudne do wyobrażenia, ale tak naprawdę Donald Tusk po prostu nie ma żadnych poglądów. Podąża za trendami, sprawnie unosząc się na fali bieżącej narracji w społeczeństwie demoliberalnym. Świetnie je wyczuwa, kładzie nacisk na odpowiednie akcenty, wykorzystuje mechanikę konfliktu i wskazywania wroga, ale jest to tylko i wyłącznie efekt tego, że dla premiera zdobycie i utrzymanie władzy jest celem samym w sobie, co jawi się jako zwyczajny koniunkturalizm.

Z tą tezą nie zgodził się red. Lisicki, który forsował, że choć oczywiście widać ewidentne wykorzystywanie mechanizmów obowiązujących w demokracji liberalnej, to on osobiście uznaje Tuska za liberała dążącego do rządów autokratycznych, ale w modelu sprzyjającym kierunkowi Europy zachodniej. Z tego też powodu, red. Lisicki uważa, że Donald Tusk nie stałby się nagle orędownikiem wyjścia z Unii Europejskiej czy odrzucenia jej systemu „wartości”. Tak w dużym skrócie można zreferować dwa główne stanowiska – obecny red. Kalukin nie zaproponował niczego wykraczającego poza pewien mix obu poglądów, dlatego skupmy się na tezach przedstawionych przez p. Rokitę i red. Lisickiego – który z nich ma rację? Czy Donald Tusk jest człowiekiem bezideowym, ze światopoglądem bezobjawowym czy jednak świadomym liberałem poruszającym się w obrębie tejże idei?

      W obu poglądach jest część prawdy, ale dopiero po odpowiednim dopasowaniu tych części oraz dodaniu kilku, moim zdaniem istotnych faktów, których żaden z dyskutantów nie wypowiedział, będziemy mieli pełen obraz urzędującego premiera. Zacząć należy od tego, że nawet jeśli Donald Tusk jest osobą bez poglądów i podąża za bieżącymi trendami będąc koniunkturalistą, to już sam ten fakt nie pozwala stwierdzić, że jest to brak poglądów. Z meta poziomu wyznawanym przez premiera poglądem jest właśnie koniunkturalizm, który ułatwia realizowanie tego celu politycznego, który Tusk uważa za najbardziej istotny. To jest element sposobu myślenia, który wydaje mi się u premiera jak najbardziej uświadomiony a narzędzia do osiągnięcia tego celu są dobierane w sposób przemyślany.

Czy to oznacza, że tym samym Donald Tusk nie jest liberałem? Tu sprawa jest nieco bardziej złożona – liberalizm bowiem bazuje na bardzo prostackim oglądzie rzeczywistości, w którym zależnie od przyjmowanego modelu liberalizmu, albo powtarza się korwinizmy w stylu „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka” lub owsiakizmy, czyli „róbta co chceta”. Oba jednak są w konsekwencji tym samym, bowiem to indywidualne chcenie wyznacza kierunek działania bez poszanowania uniwersalnych norm czy powinności – coś co owo chcenie ma ograniczyć jest traktowane z automatu jako zamordyzm, zawłaszczenie wolności. Taki sposób myślenia nie bazuje na pogłębionej refleksji nad samym rdzeniem liberalizmu, dlatego liberalizm w ogóle nie wymaga uświadomienia sobie wyznawania tego poglądu. Jest poglądem z istoty redukcyjnym, więc łatwym i przyjemnym do wyznawania – stąd tak łatwo udało się tę ideę wtłoczyć w ludzi, bazując na ich najniższych instynktach i żerując na tendencji do pójścia na łatwiznę. W tym sensie zapewne Donald Tusk, podobnie jak większość mentalnych liberałów, nie jest człowiekiem, który przepracował własne poglądy i wybrał liberalizm po rzetelnej konfrontacji z innymi poglądami. Nadal jednak może być liberałem i sprawnie operować w obrębie tego systemu. Jest to bowiem idea tak elastyczna, że doprowadzona do skraju swoich postulatów pozwala na coś, co dla trzeźwo myślącego człowieka jest przejawem choroby psychicznej albo głupoty a dla liberała jest kwintesencją wolności. Nie bez powodu bowiem pojęcie płynnej podmiotowości, na którym zasadza się gender wyrosło właśnie na zgniłym korzeniu liberalizmu. Skoro Janusz CHCE być Janiną, to może a jeśli ktoś mu tego zabroni, to jest zamordystą.

      Dziwne więc, że zarówno red. Lisicki jak i p. Rokita nie zauważyli, że właśnie formę płynnej podmiotowości tylko w warstwie politycznej realizuje właśnie Donald Tusk będąc tym samym po uszy w idei liberalnego bagna konsumującego każdą normę, rozsądek i sens. Publicyści z lewa i prawa od miesięcy rozdzierają szaty krzycząc o hipokryzji premiera, który najpierw był przeciwko umocnieniom na granicy z Białorusią a później sam nakazywał te umocnienia budować. Najpierw był przeciwko projektowi CPK a teraz jest za realizacją CPK. Najpierw po powrocie ze struktur UE grał nieco pompatyczno-patriotyczną narracją, przypominającą Tuska z czasów pierwszej Platformy, więc w 2023 roku całował chleb a w tle powiewały polskie flagi. Później zaś szedł w narrację odwrotną, symbole patriotyczne uznając za przynależne do zacofanego obozu PiS. Przykłady można mnożyć, natomiast wszystkie one ukazują, że Donald Tusk realizuje zasadę płynnej podmiotowości politycznej. Bez względu na stopień uświadomienia sobie swojego liberalizmu, jest to mechanizm właśnie będący owocem tej idei. Dlatego słusznie p. Rokita odpowiedział red. Lisickiemu, że gdy akurat trendy wskażą na postulowanie wyjścia z UE, to premier będzie w awangardzie Polexitu mimo jasnych obecnie deklaracji o wzmacnianiu UE czy nawet jej federalizacji. Tusk bowiem wie, że połączenie demokracji liberalnej z tak silnie już zakorzenioną mentalnością liberalną społeczeństwa nakazuje na ciągłe trzymanie się „chcenia” gawiedzi jeśli chce się w tym modelu i w tej mentalności władzę utrzymać. Gros jego wyborców oczekuje rozliczania PiS, więc tworzy się spektakl, by zaspokoić ich chcenie. Jeśli konieczność etapu w postaci kolejnego kaprysu tłumu będzie nakazywała na inny trend, to Tusk za tym trendem pójdzie. Tak właśnie działa się w obrębie liberalnego sposobu myślenia jako polityk. Wiedząc o tym, możemy więc śledzić aktualne trendy, nałożyć na nie odpowiednią wagę i będziemy wiedzieli, w którą stronę skieruje swoją decyzyjność Donald Tusk. Dokładając do tego jego umiejętność publicznego wskazywania wroga, premier nie jest tylko biernym odbiorcą kaprysów tłumu, ale ma narzędzia, by zarządzać nastrojami a te dobrze wie jak wykorzystać. Co będzie robił do momentu, gdy tłum zmieni nastrój np. przez pusty portfel i stwierdzi, że Donald Tusk nie jest mu już potrzebny. Pytaniem na inny tekst jest, czy podówczas premier, dla którego cała liberalna mechanika jest jedynie narzędziem do utrzymania władzy, będzie chciał się tej mechanice poddać i władzę odda. Może bowiem w obrębie samego liberalizmu wejść w kolizję z kaprysem tłumu i wykreować swoją tożsamość polityczną wbrew trendom opierając się na narzędziu, które doprowadził do perfekcji, czyli skupianiu uwagi tłumu na wskazanym palcem wrogu.

Marcin Sułkowski

1https://www.youtube.com/watch?v=gDJYAkX1gE8

2https://www.youtube.com/watch?v=3TTuWvzgU6Q

Stany lękowe i deliryczne

Stanisław Michalkiewicz: Stany lękowe i deliryczne https://www.magnapolonia.org/stanislaw-michalkiewicz-stany-lekowe-i-deliryczne/

   Wprawdzie obywatel Tusk Donald, po naradzie z prezydentem Zełeńskim uradzili, że ukraiński prezydent powinien zasiąść do negocjacji pokojowych w zimie – ale zimy jakoś nie widać. Przeciwnie – w związku z zatwierdzonym przez Najwyższy Sanhedryn globalnym ociepleniem, wkrótce temperatura ma dojść do 10 stopni. W rezultacie zimy w ogóle możemy się nie doczekać, a w tej sytuacji – co z wojną? Jedynym wyjściem może okazać się zakręcenie Ukrainie kurka z forsą – bo wtedy wojna może się zakończyć z braku zainteresowania nią ze strony tamtejszych parchów-oligarchów.

Dla nich taka wojna, połączona z futrowaniem Ukrainy forsą, to prawdziwy dar Niebios! Widać to nie tylko po parchach-oligarchach, ale prostych Ukraińcach, co to wożą się luksusowymi samochodami, że daj Boże każdemu! Skąd mają na to szmalec? Ano – nie bez kozery militaryści nawołują, by korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny.

   Już teraz w niektórych środowiskach wywołuje to stany lękowe – na przykład w środowisku “ostatniego pokolenia” – co zresztą sami przyznali w specjalnym orędziu do narodu. Do tej pory stany lękowe psychiatrzy w psychiatrykach leczyli farmakologicznie, a w ostateczności – elektrowstrząsami – ale “ostatnie pokolenie” nie chce słyszeć o żadnych terapiach, tylko domaga się rozmów z obywatelem Tuskiem Donaldem. Nawet wybrali się w tym celu pod Kancelarię Premiera – ale obywatel Tusk Donald dlaczegoś nie zdecydował się do nich wyjść.

Może obawiał się, że się do niego przykleją, to potem żadna siła ich już od niego nie oddzieli i będzie musiał ich ciągać na wszystkie polityczne spotkania? To rzeczywiście może okazać się gorsze od śmierci – ale urażone w swojej dumie “ostatnie pokolenie” zapowiada we związku z tym protest, jakiego świat jeszcze nie widział. Co na to Rafał Trzaskowski, jako prezydent Warszawy? Puści na nich walce drogowe, czy przeciwnie – usiądzie z nimi i przyklei się do asfaltu?

Kto jak kto, ale on  tak właśnie może zrobić – o czym przekonuje nad film Woody Allena pod tytułem “Zelig” – o osobniku z takimi samymi korzeniami, jakimi legitymuje się pan prezydent Trzaskowski. Otóż gdy ten cały Zelig jest w towarzystwie kobiet w ciąży, to zaraz rośnie mu brzuch, a jak trafi między Murzynów, to od razu ciemnieje mu skóra – i tak dalej. No to dlaczego pan Trzaskowski nie miałby doświadczać stanów lękowych i przykleić się do asfaltu?

 Wracając do wojny, to na przykład u nas, to znaczy – w naszym bantustanie – wojny na razie nie ma – no i od razu widać, że mortus.  Właśnie Sejm uchwalił budżet na przyszły rok z prawie 300-miliardowym deficytem. Te 300 mld to oczywiście jeszcze nie jest ostatnie słowo, bo obywatel Tusk Donald właśnie zadeklarował, że zaliczy TVN i Polsat do spółek strategicznych i  w ten sposób sprzeciwi się ich sprzedaży w niepowołane ręce.

Jak partia mówi, że zaliczy, to mówi – bo sęk w tym, iż zgodnie z prawem, do spółek strategicznych można zaliczać takie, w których udziały ma Skarb Państwa – ale ani w TVN, ani w Polsacie Skarb Państwa udziałów nie ma. Najwyraźniej nie tylko “ostatnie pokolenie”, ale i obywatel Tusk Donald musi doświadczać stanów lękowych na myśl, że TVN, wraz z resortową “Stokrotką”, czyli panią red. Moniką Olejnik, panią red. Anitą Werner, panem red. Kraśką, czy panem red. Marciniakiem, wskutek przekształceń własnościowych, trafiłby w szpony Jarosława Kaczyńskiego.

Z jakiego klucza  ćwierkaliby wtedy tamtejsi funkcjonariusze Propaganda Abteilung? Strach pomyśleć – nie tylko ze względu na dysonanse poznawcze i katiusze, jakich musieliby doznawać zmuszeni do wychwalania Jarosława Kaczyńskiego, ale również ze względu na polityczne skutki takiej metamorfozy. Tedy na razie obywatel Tusk Donald zwrócił się do krętaczy, by jego działaniom dostarczyli przynajmniej jakichś pozorów legalności – no i krętacze już  zaczynają kombinować że “ważne względy społeczne” – i tak dalej.

Przypomina mi to sytuację, kiedy za pierwszej komuny odmawiano mi paszportu; za każdym razem z powodu “ważnych względów państwowych”. Najwyraźniej krętacze musieli sporo zapamiętać z komunistycznej polit-gramoty, która – jak się okazuje – również po transformacji ustrojowej nie traci na aktualności. No dobrze – ale skoro obywatel Tusk Donald sprzeciwi się sprzedaży TVN, to chyba będzie musiał wziąć tę stację na utrzymanie?  Skąd weźmie tyle szmalcu – bo przecież ani resortowa “Stokrotka”, ani inne gwiazdy byle czego nie zjedzą? Nie ma rady, tylko trzeba będzie wziąć byka za rogi i oddać TVN starym kiejkutom.

W końcu to przecież stare kiejkuty założyły tę firmę – o czym zeznawał przed niezawisłym sądem pan Grzegorz Żemek, skazany wraz z panią Janiną Chim w procesie  dotyczącym Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Przypomnę, że z 1700 mln dolarów [to oficjalnie – w rzeczywistości „znikło’ ponad 50 miliardów Mirosław Dakowski] – stare kiejkuty wydały na zakup długów tylko 60 mln, a 1640 mln dolarów gdzieś się rozeszło – czy przypadkiem również nie na TVN? W tej sytuacji byłoby nawet naturalne, że ta stacja telewizyjna wróciłaby do swoich korzeni – tylko nie wiadomo, czy starym kiejkutom  jeszcze coś z tego FOZZ-u zostało.

Jeśli zostało, to prezesem nowej strategicznej spółki mógłby zostać pan Dukaczewski, albo starszy, albo młodszy,  wszystko wróciłoby do bezpieczniackiej przystani, a funkcjonariusze Propaganda Abteilung mieliby zagwarantowane odpowiednie warunki rozwoju zawodowego i w ogóle.

   A skoro już o szmalcu mowa, to warto odnotować, że Sąd Najwyższy, do którego PiS naskarżyło na Państwową Komisję Wyborczą, że odrzuciła mu sprawozdanie finansowe, tę decyzję PKW właśnie uchylił. Ale PKW, podobnie jak całe tak zwane “towarzycho”, co to jeszcze samego znało Stalina, Sądu Najwyższego “nie uznaje”, podobnie jak pan Domański, w vaginecie obywatela Tuska Donalda mający fuchę ministra finansów, “uznaje” z kolei tylko PKW i żadnej subwencji PiS-owi nie wypłaci.

Najdalej idącej wykładni dostarczył oczywiście Wielce Czcigodny Roman Giertych stwierdzając, że żadnego orzeczenia SN “nie ma”, bo Izba Kontroli Nadzwyczajnej “nie istnieje” jako sąd. Wielce Czcigodny Roman Giertych zachowuje się podobnie, jak rosyjski polityk narodowości prawniczej (“matka Rosjanka, ojciec prawnik”) Włodzimierz Żyrynowski. Musiał on pić więcej wódki, niż prawdziwi Rosjanie, głośniej krzyczeć – i tak dalej – aż w końcu organizm tego nie wytrzymał.

Wracając do Wielce Czcigodnego Romana Giertycha, warto przypomnieć, że po wyborach 15 października ub. roku to właśnie ta Izba SN wydała orzeczenie stwierdzające ważność wyborów. Jeśli jednak – jak twierdzi Wielce Czcigodny – ona “nie istnieje”, to znaczy, że również nie może “istnieć” wspomniane orzeczenie. Czy w takim razie wybory 15 października ub. roku były ważne, skoro nikt  istniejący ich ważności nie potwierdził?

W żadnym wypadku! W takiej sytuacji musimy postawić pytanie, na jakiej zasadzie Wielce Czcigodny Roman Giertych  pobiera dietę poselską, a pan minister Domański robi w tym celu przelewy? Czy przypadkiem nie mamy tu do czynienia z kradzieżą szczególnie zuchwałą? Ładny interes!

Piekło istnieje i ma się dobrze – rozmowa z ks. Markiem Bąkiem

Autor: AlterCabrio , 14 grudnia 2024 https://ekspedyt.org/2024/12/14/pieklo-istnieje-i-ma-sie-dobrze-rozmowa-z-ks-markiem-bakiem/

Grzesznicy są zawsze niegotowi. Zawsze nie dziś, nie teraz. I mają zawsze jakieś warunki wymyślone, których nikt nie może spełnić ponieważ Bóg jest dawcą życia i Bóg jest dawcą sensu. (…)

Nic się od życia nie należy. Życie jest łaską. To nie powinna być łaska zmarnowana. Sens życia pochodzi z zewnątrz, od samego Boga. Dlatego człowiek nie może być samokonstruktorem, samozbawicielem i samowyzwolicielem.

Czy członkowie sekt klimatycznych są zdrowi psychicznie?

Czy członkowie sekt klimatycznych są zdrowi psychicznie?

Autor: CzarnaLimuzyna , 15 grudnia 2024

Podobno, tak wynika z badań, spada liczba osób mających zaburzenia myślenia i odczuwających stres z powodu “klimatu”. Może to oznaczać, że zmniejsza się liczba osób podatnych na propagandę sekt para-ekologicznych finansowanych przez beneficjentów globalnego oszustwa.

Tezę o ubywaniu osób zaniepokojonych „zmianami klimatycznymi” postawił Polsat publikując wyniki badania opinii publicznej. Z podanych danych wynika jednak, że:

aż „24proc. Polaków przyznaje, że bardzo boi się zmian klimatycznych, a 52 proc. ankietowanych zadeklarowało, że ich obawy są umiarkowane. Z kolei 9 proc. respondentów deklaruje, że tego typu zagadnienia w ogóle nie wywołują u nich strachu”.

Psychoza indukowana przez media

Porzucając dywagacje czy liczba osób zmanipulowanych przez propagandę rośnie czy maleje, postanowiłem postawić hipotezę, że przynajmniej cześć aktywistów para-klimatycznych i pseudo-ekologów ujawnia w swoich zachowaniach cechy osób będących w stanie tzw. obłędu udzielonego.

Folie à deux ( fr. „szaleństwo we dwoje”) , zwane także wspólną psychozą lub wspólnym zaburzeniem urojeniowym ( SDD ), to zespół psychiatryczny, w którym objawy urojeniowego przekonania są „przenoszone” od jednej osoby do drugiej./Folie à deux /

Cechy podobnych zaburzeń wykazywali ludzie wpadający w stan paniki lub depresji połączonej z lękiem podczas indukowanej przez media „psychozy strachu” podczas „pandemii” kowida.

Hipoteza przyczyn zaburzenia

  • Bliska więź emocjonalna między osobami, z których jedna jest osobą indukującą, indoktrynującą – guru sekty, lider opinii – autorytet realny lub wirtualny (media)
  • Dominacja intelektualna i emocjonalna osoby induktora.
  • Izolacja osób indukowanych od informacji bazujących na faktach.

Co jest indukowane?

Idee nadwartościowe – cele ideologiczne niemające racjonalnego, naukowego potwierdzenia. Najbardziej dobitnym tego przykładem jest absurdalny pogląd o konieczności redukcji emisji CO2 do atmosfery, w której zawartość ta wynosi 0,04%.

Pojęcie paranoi indukowanej po raz pierwszy opisali Lasègue i Falret we Francji w 1877 roku. Zdefiniowali to zaburzenie jako przejmowanie idei urojeniowych osoby, u której początkowo się one pojawiły, przez innego człowieka. Osoby „indukująca” i „indukowana” tworzą duet – podzielają wspólne emocje, mają tożsame zainteresowania, a co istotne – niemal zawsze żyją w izolacji społecznej, która sprzyja wytworzeniu się pomiędzy nimi specyficznej intymnej więzi. Tylko jedna z nich wykazuje objawy zaburzenia urojeniowego, u drugiej zaś, nazywanej partnerem wtórnym, urojenia są jedynie wzbudzane.

Charakterystyczne jest to, że w większości przypadków objawy u osoby indukowanej ustępują w wyniku oddzielenia od osoby indukującej”. /źródło cytatu: Czym jest folie à deux?/ na podstawie literatury psych./

Aby osoby zaindukowane odzyskały równowagę psychiczną i zdolność realnej oceny rzeczywistości konieczne jest opuszczenie sekty i zastosowanie detoksu – radykalnego odcięcia od propagandy w mediach i para-klimatycznych publikacji.

___________________________________

O autorze: CzarnaLimuzyna