Apokalipsa teraz?

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5244    6 września 2022

Pod koniec lat 70-tych furorę robił amerykański film na kanwie powieści Józefa „Conrada” Korzeniowskiego „Jądro ciemności”, pod tytułem „Apocalypse now!” – co się wykłada jako „Apokalipsa teraz!” Akcja osadzona była w realiach wojny wietnamskiej, co oczywiście „dodawało dramatyzmu”, zgodnie z receptą Stevena Spielberga. Dziwnym zbiegiem okoliczności film ten trafił do Polski z pewnym opóźnieniem i miał być wyświetlany w kinie „Moskwa” w Warszawie akurat w grudniu 1981 roku. Reklamował go stosowny bilboard przed kinem, z wyeksponowanym tytułem obrazu. 13 grudnia proklamowany został jednak stan wojenny, kina zamknięto, a naprzeciwko wspomnianego bilboardu stanął transporter opancerzony typu „Skot”. Jakiś fotograf zrobił zdjęcie, które miało swoją wymowę nawet bez żadnych dodatkowych objaśnień i obiegło świat.

Jak powstało zdjęcie "Czas Apokalipsy" - najpopularniejszy symbol stanu  wojennego?

Film ten po raz pierwszy oglądałem w Paryżu, kiedy pracowałem tam jako pikolak, czyli commis de la salle w restauracji „Chez Raspoutine”. Nie bardzo mi się podobał, bo chociaż były tam piękne sceny, jak np. atak śmigłowców na wioskę opanowaną przez Vietcong przy akompaniamencie „Galopu Walkirii” z potężnych głośników zamocowanych na helikopterach, to w całości wydawał mi się pretensjonalny, zaś przesadne nagromadzenie okrucieństwa, które w założeniu miało epatować widza, nadawało całości niezamierzony efekt komiczny. Ale założenie było ciekawe, bo uczestnicy wydarzeń zupełnie nie mieli świadomości, że oto mogą brać udział w rzeczach ostatecznych – co sugerował tytuł filmu.

Ciekawe, czy Czesław Miłosz inspirował się tym obrazem pisząc swój wiersz o końcu świata – że kiedy się on rozpocznie, to nikt nie będzie zdawał sobie z tego sprawy, nikt tego nie zauważy, bo wszystko będzie tak, jak dotychczas, no a potem będzie już za późno.

Nie ulega jednak wątpliwości, że i film i wiersz Czesława Miłosza inspirowany był „Apokalipsą” św. Jana Ewangelisty, który przedstawił w niej wizję końca świata, ale chyba nie tylko naszego, bo jest tam wzmianka nie tylko o „nowej ziemi”, ale i „nowym niebie” i że „czasu już więcej nie będzie”, co sugeruje, że prawdopodobnie chodzi o koniec świata w skali kosmicznej, koniec Wszechświata. Świadczy o tym również poruszenie Mocy Niebieskich, co Konstanty Ildefons Gałczyński w „Refleksjach z nieudanych rekolekcji paryskich” nazywał „chwianiem się fundamentów światów” („Niebo i ziemia przemijają. Chwieją się fundamenty światów…”).

Mamy tedy do czynienia z monumentalną wizją o rozmiarach przekraczających ludzką wyobraźnię, ale na marginesie tej wizji pojawia się wątek niebywale realistyczny, żeby nie powiedzieć – przyziemny i plugawy. Mam tu oczywiście na myśli „znamię Bestii, którym w czasach ostatecznych będzie napiętnowana większość ludzi, a ci, którzy tego unikną, nie będą mogli nic sprzedać, ani niczego kupić.

Nadejście czasów ostatecznych będą poprzedzały zwiastuny. Jednym z nich ma być „wylanie Ducha na wszelkie ciało”, w związku z czym ludzie będą prorokowali, młodzieńcy będą mieli widzenia, a starcy – sny. Chyba ze 20 lat temu wydawało mi się, że czasy ostateczne właśnie nadchodzą, w powziąłem takie podejrzenie, kiedy JE Ekscelencja, abp. Józef Życiński ofuknął pana Słomkę za podanie informacji, jakoby charyzmatyczny Jerzy Buzek był tajnym współpracownikiem SB i to aż o dwóch pseudonimach. Skąd Ekscelencja wiedział, że to nieprawda – tajemnica to wielka, bo właściwie wiedzieć na pewno o tym nie mógł, więc w tej sytuacji nie było innego wyjścia, jak uprzejmie uznać, że Ekscelencja prorokuje. Pismo bowiem nie wspominało, że Duch wylany zostanie na „wszelkie ciało” jednocześnie, a skoro tak, to od kogoś musi się to wylanie zacząć, a w takim razie – dlaczego nie od JE abpa Józefa Życińskiego? Z uwagi na jego urząd byłoby to nawet jak najbardziej stosowne. Tak czy owak, zwiastuny się pojawiły, ale znowu dotyczyły one tej patetycznej strony końca świata, a nie tej realistycznej, chociaż archiwa IPN niewątpliwie stanowią już konkret.

Ale oto niedawno pojawił się całkiem inny zwiastun, który w dodatku ma ciąg dalszy – czego nie było w przypadku Ekscelencji. Chodzi mi o pana ministra Tadeusza Kościńskiego, który – jako minister finansów – nie ukrywał swego pragnienia zlikwidowania pieniężnego obiegu gotówkowego, a pozostawienia jedynie obiegu elektronicznego.

To już było zbliżone do „znamienia Bestii” nawet nie ze względu na konieczność posiadania „znamion” w postaci kart płatniczych, czy kredytowych, ale przede wszystkim ze względu na to, że przy braku pieniądza gotówkowego, każdego człowieka można byłoby dosłownie „wyłączyć” i nie mógłby on ani niczego sprzedać, ani niczego kupić. Na przykład w stanie wojennym, jako „wróg ludu”, nie miałem kartek żywnościowych, ani żadnych innych, ale za gotówkę można było kupić i rąbankę i wszystko inne – bo „czarny”, czyli wolny rynek działał jakby nigdy nic. Gdyby jednak nie było w obiegu gotówki?

Pan minister Kościński został zdymisjonowany pod pretekstem sknocenia „Polskiego Ładu”. Nie jestem pewien, czy to nie pretekst, bo czyż Polskiego Ładu nie można było nie sknocić, skoro był sknocony od samego początku? Tak czy owak pan Kościński został dymisjonowany, ale oto wrócił na ministerialne stanowisko w Kancelarii Premiera Morawieckiego, gdzie podobno zajmuje się zakupami uzbrojenia dla naszej niezwyciężonej armii. Niewątpliwie musi on mieć jakieś ukryte, a potężne zalety, skoro jest taki niezatapialny. Czy to nie w związku z tym pojawiły się zapowiedzi ograniczeń w obiegu gotówkowym, m.in. w postaci ustanowienia limitów wypłat z bankomatów? Nawiasem mówiąc, coś takiego jest i w Szwecji, a nawet gorzej. Tam są limity wypłat z banków. Bank nie wypłaca właścicielowi pieniędzy tyle, ile on chce, tylko – w granicach limitu. Mieszkająca tam moja znajoma chciała podjąć ze swojego konta większą sumę w gotówce, bo wybierała się do chorej siostry w Ameryce, ale funkcjonariusze banku okazali się nieugięci. Okazało się że nie tylko chodzi o gotówkę, ale w ogóle – o stopniowe ograniczanie prawa własności, stanowiącego od wieków fundament autonomii jednostki wobec politycznych gangów. Rzeczywiście, dzieje się coś złego, co może być kolejnym zwiastunem końca świata.

Kropkę nad „i” postawił tymczasem Narodowy Bank Polski. Na stronie Centrum Pieniądza im. Sławomira Skrzypka pojawiła się informacja o „nowym i niezwykłym nabytku” w postaci „płatniczego implantu podskórnego”. Wyglądem przypomina on agrafkę o rozmiarach 0,5 mm, 7 mm i 28 mm, a waży niecały 1 gram. Wykonany jest z biopolimerów, dzięki czemu organizm ludzki nie reaguje nań, jak na ciało obce. Do jego rozlicznych zalet należy dodać i tę, że dzięki niemu nie będziemy już musieli się martwić zapomnianym portfelem, czy numerem PIN.

Znaczy – ktoś takie implanty już wytwarza – i nie wiemy tylko czy ktoś (KTO?) może je wyłączyć, no bo wtedy nie moglibyśmy ani nic sprzedać, ani – co gorsza – niczego kupić.

Stanisław Michalkiewicz

Nieszczęście dla świata, nadzieja dla katolików. Dr Teluk o Apokalipsie i czasach ostatecznych

#apokalipsa #czasy ostateczne #Pismo święte #św. Jan #Tomasz Teluk

W powszechnym obiegu Apokalipsę utożsamia się z Armagedonem, czyli z końcem świata mającym nastąpić na skutek kataklizmów naturalnych, wojen, plag i tragedii, co musi napawać lękiem. Jeśli dołożymy do tego obraz z popkultury, który przedstawia tego rodzaju nieszczęścia, to rzeczywiście można się przestraszyć. Taki obraz nie ma jednak nic wspólnego z chrześcijańską wizją Apokalipsy – mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Tomasz Teluk, prezes Instytutu Globalizacji.

Czy jest Pan gotowy na koniec świata, na apokalipsę?

Dla większości przedstawicieli mojego pokolenia koniec świata nadchodzi z momentem śmierci i w ten sposób kończy się świat. Natomiast apokalipsa jest czymś zupełnie odmiennym, jest końcem Wszechświata, jest końcem wszystkiego, co poznali ludzie.

Apokalipsa to kwestia przyszłości i nie mnie jest dociekać, kiedy ona nastąpi, ponieważ jak mówił Syn Boży: „Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13, 30–32).

W ostatnim czasie słowo apokalipsa jest nadużywane. Wywołał Pan apokalipsę globalnego ocieplenia, a ja dodam od siebie apokalipsę Odry, apokalipsę w sklepach z powodu braku cukru etc. Zapytam wprost: po co?

To element inżynierii społecznej, która zmusza człowieka, aby żył w strachu. Jeśli ktoś czerpie wiedzę tylko z programów informacyjnych, z telewizji etc., to rzeczywiście może żyć w takim lęku, bo jednego dnia straszy się go suszą stulecia, upałami, a gdy dwa następne dni pada deszcz, to straszy się go powodziami.

Apokalipsa to księga strachu czy księga nadziei?

W powszechnym obiegu Apokalipsę utożsamia się z Armagedonem, czyli z końcem świata mającym nastąpić na skutek kataklizmów naturalnych, wojen, plag i tragedii, co musi napawać lękiem. Jeśli dołożymy do tego obraz z popkultury, który przedstawia tego rodzaju nieszczęścia, to rzeczywiście można się przestraszyć. Taki obraz nie ma jednak nic wspólnego z chrześcijańską wizją apokalipsy.

Gdyby chrześcijanie znali Pismo Święte to nie baliby się na przykład globalnego ocieplenia, bo w Apokalipsie nie ma ani słowa, że świat skończy się w wyniku globalnego ocieplenia. Jest tam wręcz coś zupełnie odwrotnego. Już w Księdze Rodzaju mamy przyrzeczenie, że Ziemi już nigdy nie zaleje potop, taki jak spotkał Noego.

Gdyby chrześcijanie znali Pismo Święte, gdyby znali Apokalipsę to nie ferowaliby jakichś swoich wyroków. Możemy w przestrzeni publicznej napotkać bowiem amatorskie analizy, w których autorzy twierdzą, że skoro mieliśmy do czynienia z zarazą, to teraz czas na głód i śmierć. Gdyby ktoś przeczytał Apokalipsę, a zwłaszcza fragment o czterech jeźdźcach apokalipsy i o tym, w jakiej kolejności Pan Bóg otwierał pieczęcie, to wiedziałby, że wojna i głód następują przed zarazą. Jeśli ktoś utożsamia zarazę z Apokalipsy z tzw. pandemią koronawirusa to musiał wiedzieć, że będzie ona trwała do pewnego czasu, że w pewnym momencie po prostu się skończy, natomiast kolejne etapy klęsk zapowiadanych przy końcu świata są związane przede wszystkim z męczennikami chrześcijaństwa, z uciskiem Kościoła w dniach ostatecznych i to rzeczywiście zaczyna dziać się na naszych oczach.

Nie mam jednak wątpliwości, że Apokalipsa jest księgą nadziei. Apokalipsa jest bowiem finalnym Objawieniem sensu historii. Apokalipsa jest również bramą do życia wiecznego i wszystko, co dzieje się w tym czasie zmierza ku ostatecznemu zwycięstwu zbawionych. Apokalipsa mówi nam o wejściu do Chwały Boga, do niebiańskiej Liturgii Baranka, która każdego dnia ma miejsce przed Tronem Bożym.

Dla chrześcijan jest więc księgą pocieszenia. Księgą, która obrazuje nam finał historii zbawienia; nadzieję dla wszystkich opieczętowanych, czyli ochrzczonych; nadzieję dla wszystkich, którzy słuchają Słowa Bożego i są w Kościele.

Apokalipsa powinna być więc czytana ku pokrzepieniu serc.

Czy powinniśmy mówić o księdze św. Jana „Apokalipsa”? Powiem szczerze, że mnie osobiście dużo bardziej podoba się angielskie określenie, czyli „Objawienie” czy też „Proroctwo” św. Jana.

Apokalipsa to szczególne Objawienie. Apokalipsa to szczególne Proroctwo, jakie miał najbardziej umiłowany uczeń Chrystusa, który jako jedyny nie umarł śmiercią męczeńską.

Apokalipsa to, powtórzę, Objawienie ku pokrzepieniu serc. Przypomnę, że tylko w Kościele Apokalipsa św. Jana jest księgą kanoniczną, a w prawosławiu już na przykład nie.

Dlaczego?

Ponieważ teologowie Kościoła katolickiego uznali, że jest to księga tak doniosła, która zawiera tak wiele cennych informacji dla wiernych, iż powinna należeć do kanonu.

Jeśli przyjrzymy się całej strukturze Apokalipsy, to rzeczywiście znajdujemy tego potwierdzenie.

Mamy tam bowiem konkretną strukturę, która prowadzi nas do finału, jakim jest życie z Chrystusem w chwale i oglądanie Boga twarzą w twarz, mianowicie: najpierw ta księga jest przepełniona symboliką. Następnie ma miejsce pouczenie wobec siedmiu Kościołów. Dalej następuje Liturgia przed Tronem Boga. Potem mamy zrywanie kolejnych pieczęci, siedem trąb, wizję kobiety i smoka. Później przechodzimy do walki Bestii z Barankiem, a na koniec mamy Sąd Ostateczny, siedem czasz, opis Jerozolimy Niebieskiej, walkę eschatologiczną, jaka będzie się toczyć etc. To wszystko prowadzi nas do wiecznego szczęścia, do miasta, które ma być naszym portem docelowym.

To też jest bardzo ciekawe. Zwykle utożsamiamy sobie Raj z jakąś idyllą, z ogrodem rajskim, z łąkami i potokami, natomiast w Apokalipsie św. Jan pisze bardzo wyraźnie, że czeka na nas miasto Jerozolima Niebieska, w której zamieszkają wierni do końca chrześcijanie.

Tak więc będziemy mieszkali w mieście, a nie na wsi.

Dlaczego św. Jan przeciwstawia Jerozolimie Babilon?

Jerozolimie jest przeciwstawiony Babilon jako miasto ziemskie, które czeka upadek; które jest rządzone przez wielką nierządnicę pijaną krwią. Babilon to miasto, gdzie nie słyszy się Pieśni Liturgicznej, tylko same pieśni żałobne, bo po prostu czeka je niechybna zakłada.

Babilon jest metaforą cywilizacji dobrobytu, luksusu, hedonizmu musi czekać upadek.

To dzieje się na naszych oczach. Dawniej utożsamiano Babilon z wieloma miejscami, najczęściej z Rzymem, gdzie ginęli chrześcijanie, i który był stolicą rozwiązłości, rozpusty, zabójstw i grzechu. Dzisiaj taką niechlubną rolę odgrywają wielkie metropolie. Jeśli przyjrzymy się, co dzieje się w tych miastach, to możemy powiedzieć, że mamy do czynienia z dziedzictwem Babilonu, dziedzictwem w którym panuje zło, dlatego każde z tych miast czeka upadek.

Emiliano Jimenez Hernandez, autor książki „Apokalipsa”, która ukazała się nakładem Instytutu Globalizacji, zwraca uwagę, że Apokalipsy św. Jana nie można czytać osobno, że do jej zrozumienia trzeba znać całe Pismo Święte. Dlaczego?

Pismo Święte jest pewną całością. Jeśli sięgniemy do wydań Biblii z przypisami i odnośnikami, to modląc się w ten sposób możemy poruszać się po całym Piśmie Świętym, które prowadzi nas logicznie i konsekwentnie od Starego do Nowego Testamentu i odwrotnie. Każdy fragment wynika z innego i jest spójny.

Ponadto Pismo Święte należy czytać w kluczu chrystologicznym. Chrystus jest centrum Objawienia w Piśmie Świętym. W Starym Testamencie Izrael jest „ćwiczony” przez Boga, dostaje Dziesięć Przykazań przez co może poznać swój grzech, że nie jest w stanie wypełniać Dekalogu, tylko będzie cały czas grzeszył, przez co Pan Bóg zsyła ratunek w historii zbawienia – zapowiadanego przez proroków Mesjasza. Właśnie w tym kluczu należy odczytywać księgi prorockie czy psalmy.

Mamy także Ewangelię, w której działa i naucza Chrystus Pan. Mamy opis czasu budowania Kościoła w Dziejach Apostolskich i Listach Apostolskich. Wreszcie mamy finał zawarty w Apokalipsie. To jest właśnie logika Pisma Świętego.

Apokalipsy nie wolno czytać wyrywkowo. Trzeba to robić posługując się pewnym językiem biblijnym, który ma swoją symbolikę i znaczenie zakorzenione w pewnym kontekście historycznym. Na tym jest zbudowana teologia i trzeba ją poznać, aby właściwie rozumieć Pismo Święte. Kościół katolicki daje nam ku temu wszelkie narzędzia i dzięki temu możemy poznać tę świętą księgę.

Czy można powiedzieć, że św. Jan Apostoł był nie tylko natchnionym, ale i prze-inteligentnym i prze-mądrym człowiekiem? Przecież w każdym zdaniu, w każdym słowie nawiązuje do całego Pisma Świętego, co sugeruje, że znał je na pamięć.

Ewangelia według świętego Jana jest niesamowita, niezwykle szczegółowa. Jak się ją czyta, to z zwraca się uwagę, że różni się ona od trzech pozostałych tym, że człowiek czuje się, jakby przebywał w tym czasie z Chrystusem i był świadkiem tych wydarzeń. Tak mocno i wiernie oddaje nam św. Jan to, co Chrystus przeżywał i głosił.

Apokalipsa z kolei oddaje grozę, doniosłość i wspaniałość dzieła zbawienia, które jeszcze przed nami. Święty Jan rzeczywiście posiadał Objawienie w sercu. Nie wiem czy był tak pobożnie wykształconym żydem, że znał na pamięć Pismo Święte, czy zostało mu to w nadprzyrodzony sposób objawione. Wiem jednak, że Chrystus przyszedł, aby wypełnić Pismo, wypełnić wszystko to, co zostało zapowiedziane w Starym Testamencie, a Apokalipsa jest jakby antycypacją tego wszystkiego, co zostało zapowiedziane w Nowym Testamencie. Jest tym, co nas czeka. Jest wielkim triumfem w historii zbawienia, realizacją planu miłości, który Bóg ma wobec każdego z nas i to jest dla nas duże pocieszenie.

W Apokalipsie często pojawia się słowo pieczęć. Pieczęć w Starym Testamencie była symbolem władzy. Także po dzień dzisiejszy pieczęcią poświadcza się prawdę. Notariuszem tej prawdy w historii zbawienia jest sam Bóg i my – chrześcijanie – będąc opieczętowani Słowem Bożym, które czytamy przez całe nasze życie, będąc opieczętowani sakramentem Chrztu Świętego i Duchem Świętym mamy Boga za gwaranta historii zbawienia.

Jest to bardzo poważna obietnica, którą Pan Bóg daje nam na Chrzcie Świętym – że będziemy zbawieni, i którą dotrzymuje w dniu naszej śmierci, w dniu narodzin do życia wiecznego.

Bardzo często można przeczytać komentarze, analizy, których autorzy zastanawiają się, czy żyjemy w czasach ostatecznych. Jakie jest Pana zdanie na ten temat – czy to są już czasy ostateczne?

Czasy ostateczne zaczęły się z chwilą Wniebowstąpienia Chrystusa. Wtedy narodził się Kościół, na który Pan Bóg zesłał Ducha Świętego i od tego czasu trwają czasy ostateczne, które też mają swoją logikę, swoją historię i swoje konsekwencje.

Odpowiadając więc wprost na Pana pytanie: tak, jesteśmy w okresie czasów ostatecznych.

Rozmaici teologowie wskazują, że dochodzi już do finalnej fazy czasów, jakie poprzedzają Apokalipsę. Pisał o tym między innymi abp Fulton Sheen, że kończy się era niereligijna, a zaczyna era duchowej konfrontacji Chrystusa z Antychrystem, który opanował umysły całego świata i ta walka toczy się na naszych oczach. Mamy rozmaitych wizjonerów jak siostra Łucja z Fatimy, która przepowiedziała, że w czasach ostatecznych rozegra się walka o rodzinę i rzeczywiście my to obserwujemy. Siły zła, cywilizacja śmierci chcą zniszczyć rodzinę, chcą zniszczyć kobietę jako dawczynię życia. Chcą zniszczyć dzieci, ich seksualność, a nawet ich płeć. Dlatego na podstawie tych znaków możemy stwierdzić, że wchodzimy bardzo mocno w czasy apokaliptyczne.

Świadczy o tym także liczba chrześcijan męczenników. Jeszcze nigdy w historii nie było ich tak wielu. Świadczą o tym statystyki Kościoła i organizacji zajmujących się prześladowaniem chrześcijan. Ta krew woła o to, żeby Baranek już przyszedł.

Może w związku z tym warto wystosować ponownie siedem listów do Kościołów, jak zrobił to św. Jan na początku Apokalipsy? Wywołany przeze mnie Emiliano Jimenez Hernandez zwraca uwagę, że to nie jest przeszłość, tylko nasza współczesność, że to się wciąż dzieje…

Kościół nieustannie przeżywa kryzysy. Na szczęście wciąż jeszcze są stosowane upomnienia wobec wiernych, wobec poszczególnych Kościołów w różnych krajach.

Widzimy również wiele trudności w miejscach, gdzie władza episkopatu wymyka się władzy Stolicy Piotrowej, gdzie władzę w Kościele przejmują świeccy, którzy chcą po swojemu zmieniać Kościół czy nawet modyfikować doktrynę w oderwaniu od posłuszeństwa Rzymowi.

Urząd nauczycielski Kościoła cały czas stosuje napomnienia i ta nauka mądrości płynącej z Apokalipsy z pewnością jest nieustannie głoszona. Inna sprawa: czy my to słyszymy? Współczesny chrześcijanin też ma tendencję, żeby nie słuchać głosu Kościoła, nie słuchać papieża, być mądrzejszym od biskupów, wyrywkowo traktować wiarę i zachowywać tylko to, z czym się zgadza. Takie pojmowanie wiary jak supermarketu, gdzie każdy może kupić to, co mu się podoba jest błędem i musi zostać odrzucone.

Kiedy ostatni raz słyszał Pan kazanie na kanwie Apokalipsy św. Jana? Ja powiem szczerze, że nie pamiętam i odnoszę wrażenie, że w Kościele jest swego rodzaju niechęć do mówienia o Apokalipsie, o czasach ostatecznych czy o piekle.

Niestety zgadzam się z Panem. W Kościele jest tendencja, że księża przyjmują postawę moralizatorską. Są oni tego uczeni w seminariach i dlatego podczas kazań najczęściej można usłyszeć moralizm, który w dodatku ma być podkreślany charakterystycznym tembrem głosu, jaki słyszymy z ambony.

Natomiast są okresy w roku liturgicznym, kiedy czyta się Księgę Apokalipsy i księża, którzy mają stary dobry zwyczaj, aby w swoich kazaniach sięgać do czytań z danego dnia wyjaśniają wiernym tę symbolikę apokaliptyczną.

Przyznam szczerze, że dawno nie słyszałem jednak kazania, które dotykałoby Apokalipsy i rzeczywiście księża unikają wzorem społeczeństw zachodnich mówienia o tym, żeby zbytnio nie straszyć, żeby nie przypominać o grzechu, o piekle, o tym, że świat się kończy, że istnieje śmierć. Jest to fałszywe założenie, bo śmierć tak czy siak przyjdzie po każdego z nas.

Może więc powinniśmy modlić się słowami, którymi kończy się Apokalipsa św. Jana, czyli „Marana tha – Przyjdź, Panie Jezu!”?

„Marana tha – Przyjdź, Panie Jezu”. Tymi słowami modlimy się szczególnie w czasie Adwentu, ale nic nie przeszkadza, żebyśmy modlili się nimi przez cały czas. Jeśli wierzymy w to, co objawił nam Syn Boży, to powtórne przyjście Pana Jezusa nie jest czymś strasznym, przerażającym tylko czymś pożądanym i oczekiwanym; czymś, co kończy nasz ziemski trud do pielgrzymowania; czymś, co jest bramą naszego wiecznego szczęścia.

Pierwsi chrześcijanie modlili się w ten sposób, ponieważ byli przekonani, że czas powtórnego nadejścia Chrystusa jest tuż przed nimi i byli naprawdę szczęśliwi z tego powodu. Także i my powinniśmy mieć tę samą postawę i oczekiwać spotkania z Bogiem tym bardziej, że dużo istnieje większe prawdopodobieństwo jest, iż momentem spotkania z Bogiem będzie po prostu nasza śmierć.

Tylko nieliczni będą mieli przywilej doświadczenia apokalipsy naocznie.

Bóg zapłać za rozmowę.

https://pch24.pl/niezbednik-na-apokalipse-8-rzeczy-ktore-musisz-miec-na-czas-ataku-mocy-ciemnosci/embed/#?secret=b2ink3ZkiO