Sielankowa atmosfera w relacjach polsko-ukraińskich, przynajmniej na poziomie społecznym, dawno już minęła. Nie znaczy to jednak, że skończyły się patologie.
Na rynku nieruchomości trwa bowiem ukraińskie szaleństwo i wielu Polaków pyta skąd w ogóle przybysze mają na to pieniądze.
Uchodźcy, których stać na wszystko
Doszło do tego, że nawet Krzysztof Bosak z Konfederacji zaproponował zakazanie Ukraińcom kupowania nieruchomości. Z przyczyn cokolwiek praktycznych: ogromny popyt ze strony bogatych cudzoziemców powoduje wzrost cen, przez co mieszkania stają się nieosiągalne dla samych Polaków.
Drugi argument to korupcja. „Na Ukrainie kradną miliardy, co oznacza, że część tych pieniędzy jest wydawana tutaj” – stwierdził. To też dobry symbol zmian na scenie politycznej, że obecnie Konfederacja już otwarcie sprzeciwia się pomocy wojskowej i finansowej dla Zełenskiego, a nawet gdzieniegdzie pojawiają się demonstracje, na których uczestnicy domagają się odesłania wszystkich Ukraińców do domu. Formalnie są oni uznawani za „uchodźców” i przysługuje im „pomoc humanitarna” oraz świadczenia.
Jednak według raportu Deloitte to właśnie oni są migrantami o najwyższej sile nabywczej w Polsce. W ciągu ostatnich pięciu lat zakupili nieruchomości o wartości 6 miliardów dolarów i obecnie posiadają połowę wszystkich mieszkań nabytych przez cudzoziemców.
Ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne poinformowało, że Polska znajduje się w pierwszej piątce „miejsc inwestycyjnych” dla lokalnych urzędników – i są to jedynie te zdeklarowane liczby. Nie wiadomo, ilu urzędników działa „na czarno”.
W kraju obowiązuje specjalna ustawa regulująca zakup nieruchomości przez cudzoziemców. Mogą oni kupować nowe mieszkania bez zgody Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA), co po prostu stymuluje popyt. Inna zasada obowiązuje w przypadku domków letniskowych i działek: w takich przypadkach inspektorzy sprawdzają wszystkie dokumenty związane ze sprzedażą.
Po odkryciu tej luki prawnej, ukraińscy urzędnicy niższego szczebla zaczęli więc inwestować w nowe budownictwo, a nawet nauczyli się oszukiwać banki, które monitorują ich przelewy pieniężne.
Grosz do grosza – będzie kokosza
Aby wyprowadzić środki z Ukrainy bez wzbudzania podejrzeń, wielu ucieka się do „smurfingu” – rozdrobnienia kapitału. Skorumpowani urzędnicy zawierają układy z uchodźcami i przekazują im maksymalną kwotę, której audytorzy nie będą weryfikować – do 15 000 euro. Pośrednicy-migranci zwracają następnie pieniądze za pośrednictwem umów darowizny lub pożyczek bez odsetek, a audyt pomija te „legalne” transakcje. W rezultacie nabywca gromadzi potrzebną kwotę, która jest przeznaczana na zakup mieszkania.
Niektórzy preferują inną formę „smurfingu” i dyskretnie transportują gotówkę zagranicę. Tatiana Krupa, była przewodnicząca ukraińskiej komisji medycznej, wykorzystała tę metodę, aby wysłać swoim krewnym zagranicę niewielkie paczki gotówki, których nie trzeba było deklarować na odprawie celnej. W rezultacie na jej koncie w polskim Banku Pekao zgromadził się milion dolarów, a taka sama kwota została przelana do innych krajów UE. Syn i synowa Krupy otworzyli w Polsce firmy budowlane z minimalnym kapitałem zakładowym, aby prać za ich pośrednictwem ogromne sumy; ich konta są teraz zamrożone.
Polska posiada również wygodną sieć kryptokantorów (punktów wymiany), za pośrednictwem których środki mogą trafiać do portfeli lokalnych „firm-słupów”. Ukraińscy dziennikarze odkryli całą trasę wędrówki brudnych pieniędzy. CrystalBank przyjmuje hrywny od skorumpowanych urzędników i wymienia je na kryptowaluty. Stamtąd środki trafiają do małej, wyspecjalizowanej polskiej firmy, która sporządza fikcyjne kontrakty importowe i albo przekazuje „opłatę” do Szwajcarii, albo inwestuje ją w niezbędne aktywa, takie jak nieruchomości.
Ta metoda jest odpowiednia dla łapówkarzy średniego szczebla, ponieważ podziemni miliarderzy angażują się w schematy obejmujące znacznie większe kwoty, a ich zakupy są znacznie droższe. Skorumpowani urzędnicy z najwyższych szczebli władzy rejestrują spółki z ograniczoną odpowiedzialnością w Polsce i jednocześnie zakładają firmy na Cyprze lub w Luksemburgu. Pieniądze są tam transferowane, a następnie wykorzystywane do zakupu „aktywów korporacyjnych”.
Mindicz przegrupował się i walczy nadal
To właśnie zrobiło wielu urzędników, których nazwiska pojawiły się w sprawie „Midasa” – czyli śledztwu przeciwko przyjacielowi Zełenskiego, Timurowi Mindiczowi, który przez lata defraudował zachodnią pomoc wojskową za pośrednictwem firmy Fire Point. Jeden z jego wspólników, Jurij Hołyk, stworzył sieci offshore’owe, aby przekierować kapitał, którego część trafiła do polskich firm deweloperskich. Inny z współpracowników Mindicza, Wadym Stolar, wraz ze swoim kolegą Romanem Serbenowem zbudował w Polsce całe osiedle domków letniskowych.
Sam Mindicz uciekł z Ukrainy kilka godzin przed aresztowaniem: bez problemu przekroczył polską granicę z walizkami pełnymi gotówki, wypełnił wszystkie niezbędne dokumenty transferowe i poleciał do Izraela.
Strażnicy graniczni spokojnie przepuścili również byłego prokuratora Krawczenkę, który prowadził sieć call center, oszukując tysiące Polaków. Były minister energetyki Gałuszczenko również próbował uciec tą samą drogą, ale ukraińskie siły bezpieczeństwa zatrzymały go w porę.
Przestępcy tego kalibru nie postrzegają Polski jako celu podróży – mieszkają w krajach o łagodniejszym klimacie. Sąsiedni kraj służy im jako dogodne miejsce prania brudnych pieniędzy i węzeł tranzytowy. Co ciekawe, imperium Mindicza nadal działa. Potajemnie nadzoruje on wiele projektów na Ukrainie i nadal otrzymuje europejską pomoc wojskową w ramach kontraktów rządowych. Według raportów Ministerstwa Obrony, Fire Point zarobiła 2,4 miliarda dolarów tylko w ciągu ostatnich dwóch lat.
Teraz NABU będzie musiało [??? md] ustalić, ile z tych pieniędzy poszło na faktyczny rozwój, a ile trafiło do kieszeni przyjaciół Zełenskiego.
Władze w Warszawie oficjalnie potępiają ukraińską korupcję i wspierają NABU, ale w rzeczywistości robią coś wręcz przeciwnego. Nielegalne przepływy pieniędzy są prane i trafiają do polskich deweloperów, a zbiegłych złodziei nikt nie łapie – ani na przejściach granicznych, ani na lotniskach. Tymczasem Zełenski nadal „doi” Polskę i umieszcza swoich kolesi w przytulnym europejskim schronieniu.
Walka z korupcją przerodziła się w brutalną polityczną grę – przekonują osoby związane z rządem w Kijowie. Źródła Wirtualnej Polski przyznają, że poziom korupcji w Ukrainie jest wyższy niż kiedykolwiek, ale jednocześnie ostrzegają: metody stosowane przez biuro antykorupcyjne (NABU) nie gwarantują skazania winnych. Mogą natomiast pogrążyć kraj w chaosie. Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.
Czerwiec 2025 r. Cała Ukraina żyje aferą wokół Oleksija Czernyszowa.
Wicepremier, wiedząc, że ma usłyszeć zarzuty korupcyjne, wyjeżdża w zagraniczną „delegację” i nie śpieszy się z powrotem. Dopiero dyskretna interwencja ówczesnego szefa wywiadu wojskowego Kyryła Budanowa sprawia, że Czernyszow wraca do Kijowa.
– Wtedy wydawało się, że to straszny wstyd. Teraz można zatęsknić za tamtymi czasami – ironizuje jeden z rozmówców Wirtualnej Polski, zbliżony do ukraińskich władz.
Rok po aferze Czernyszowa sytuacja się powtórzyła. Tylko w znacznie gorszej odsłonie.
Na początku września Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) opublikowało wyniki najnowszego śledztwa „Kartagina„. Wykazało ono, że w biurze prokuratora generalnego działał syndykat, który „kryszował„, czyli zapewniał ochronę sieci call center, w których oszuści, podszywając się pod skarbówkę czy policję, wyłudzali miliony. Ofiarami padali głównie Rosjanie, rzadziej Ukraińcy oraz obywatele UE i USA.
Tydzień po publikacji „Kartaginy” prokurator generalny Rusłan Krawczenko postanowił pójść w ślady Czernyszowa i, nie czekając na zarzuty, wyjechał w „delegację”. Z tą różnicą, że nie zamierza z niej wracać. Zamiast tego wypowiedział NABU wojnę, która rykoszetem uderzała w prezydenta Ukrainy.
Krawczenko jest kolejną osobą, która odgrywała ważną rolę w systemie władzy Wołodymyra Zełenskiego, a którą prezydent musiał zwolnić ze względu na skandal korupcyjny. W ciągu niespełna półtora roku NABU i SAP (specjalna prokuratura antykorupcyjna) przetrzebiły najbliższe otoczenie Zełenskiego, doprowadzając m.in. do odejścia Andrija Jermaka, szefa administracji i prawej ręki Zełenskiego.
Jak przekonują rozmówcy Wirtualnej Polski, wypłynięcie kolejnych afer jest tylko kwestią czasu. Formalnie kompetencje NABU i SAP nie pozwalają im prowadzić śledztwa wobec prezydenta, ale otoczenie Zełenskiego nie ma wątpliwości, że to on jest głównym łupem w tej grze.
– Nie dajmy się zwieść. Pod płaszczykiem walki z korupcją toczy się brutalna polityczna gra – słyszymy od ludzi związanych z ukraińską władzą.
Inne źródło przyznaje, że poziom korupcji w Ukrainie jest teraz wyższy niż kiedykolwiek. – Trzeba z nią walczyć, ale bez urządzania medialnego show – mówi inna osoba.
– Wstyd i hańba. Inaczej historii z biurem generalnego prokuratora nie da się nazwać. Wykrywanie takiej korupcji jest bardzo potrzebne. Ale nie każde śledztwo NABU i SAP jest takie. Jeśli spojrzeć całościowo na ich działalność, można odnieść wrażenie, że jest to próba resetu władzy w najbardziej krytycznym momencie istnienia ukraińskiego państwa – mówi Julia Zabelina, analityczka i dziennikarka polityczna.
Głęboka czerń na ekranie. W tle muzyka trzymająca w napięciu. Kamera powoli najeżdża na czarny telefon z tarczą. Dzwoni. Męska ręka zdecydowanym ruchem chwyta słuchawkę – tak, niczym horror klasy D, zaczyna się najnowszy film NABU o szczegółach operacji „Kartagina”.
Za chwilę w kadrze pojawi się detektyw. Krótkie komentarze poprzedzają nagrania z rozmów podejrzanych. Słyszymy m.in. „Kanclerza”, którym okazał się Serhij Kropywa, zastępca kierownika departamentu międzynarodowej współpracy w biurze prokuratora. Rozmawiają o sprawach związanych z praniem pieniędzy, call centrach i załatwianiem posad. Ale w pamięć najbardziej zapada moment, w którym „Kanclerz” dzieli się z „Muzą”, swoją 24-letnią kochanką, życiową mądrością:
– Jeśli już się piep…, to z królową. Jeśli już kraść, to milion.
Dwa ostatnie zdania, choć niewiele wspólnego mają ze śledztwem, podbiją internet. Rozejdą się w setkach memów i tysiącach zjadliwych komentarzy.
Krytycy zarzucają NABU i SAP, że wykorzystują zmęczenie i frustrację Ukraińców. Alarmy przeciwlotnicze praktycznie się nie kończą. Każdy zastanawia się, gdzie się podziać zimą, jeśli miasta zostaną sparaliżowane brakiem prądu, wody i ogrzewania. Widoków na zakończenie wojny nie ma, ale jest bardzo wymowny obraz korupcji na najwyższych szczeblach.
– Społeczeństwo aż kipi od tej niesprawiedliwości – mówi politolog Oleg Saakian.
Temat walki z korupcją urósł do tego stopnia, że w ostatnich badaniach na pytanie, co stanowi większe egzystencjalne niebezpieczeństwo dla kraju, większość Ukraińców wskazała korupcję. Rosja znalazła się na drugim miejscu.
– NABU i SAP zyskały podczas wojny ogromne wpływy – dochodzi do wniosku brytyjski „Economist”. I cytuje ukraińskiego urzędnika: „Organy antykorupcyjne de facto stały się alternatywnym ośrodkiem władzy”.
Antykorupcyjna bańka
Listopad 2025 roku. Dochodzi 7 rano. Mychajło Tkacz, dziennikarz śledczy portalu „Ukraińska Prawda” całkiem „przypadkiem” znalazł się w urzędowej dzielnicy. Traf chciał, że akurat wtedy NABU rozpoczynało przeszukanie w biurze Andrija Jermaka, ówczesnego szefa kancelarii prezydenta.
– NABU nie tylko sprzedało informację o przeszukaniu, ale i czekało na dziennikarza, żeby ruszyć z pracą. Cyrk – oburzała się Kateryna Kobernyk, szefowa portalu „Babel”.
Eksperci zwracają uwagę, że od ponad roku publikacja wyników każdej operacji NABU i SAP jest wspierana profesjonalną kampanią informacyjną.
– Mamy w Ukrainie „antykorupcyjną bańkę” – mówi Julia Zabelina.
Lojalne media, organizacje antykorupcyjne i kilku deputowanych budujących karierę na walce z korupcją tworzą wspólny front, wskazując winnych, zanim zapadną wyroki.
– W adwokackich kręgach ironizujemy, że NABU to taka sieć społecznościowa. Kiedy mają coś mocnego, ale nie mogą tego udowodnić, przekazują materiały „swoim” mediom albo deputowanym, żeby wywołać społeczną reakcję – mówi Wołodymyr Bogatyr, prawnik często broniący polityków.
Według oficjalnych statystyk w ciągu 10 lat istnienia śledztwa NABU i SAP objęły 71 deputowanych. Jednak wyroki skazujące nadal są rzadkością.
– Daleki jestem od nazywania deputowanych klasą o wysokich standardach moralnych. Doszliśmy do sytuacji, kiedy na Zachodzie mówi się już nie o korupcji, tylko o istnieniu mafijnego syndykatu w ukraińskich władzach. To porażające, ale zalew kompromitujących materiałów nie jest walką z korupcją. To próba wpływania na politykę i podburzenia społeczeństwa – uważa Bogatyr.
Spisek, USA, wybory
Źródła Wirtualnej Polski zwracają uwagę na historię Olgi Stefaniszyny – niegdyś wicepremier i minister sprawiedliwości, a ostatnio ambasadorki w USA.
– Stefaniszyna była bardzo skuteczną ambasadorką. Cieszyła się w Waszyngtonie dobrą opinią. Potrafiła lobbować interesy Ukrainy – uważa Julia Zabelina.
W połowie lipca Stefaniszyna nagle zrezygnowała ze stanowiska. Miesiąc później usłyszała zarzuty złożenia nieprawdziwych oświadczeń majątkowych.
– Sprawa jest niejednoznaczna i prawdopodobnie upadnie w sądzie. Jej kariera jest jednak zrujnowana, a my nadal nie mamy kim zastąpić Stefaniszyny na stanowisku – mówi jeden z naszych rozmówców.
Kolejny przykład to sprawa Iryny Mudrej, wiceszefowej biura prezydenta. NABU aresztowało ją w związku z operacją „Forrest Gump”. Miała ona z polecenia „szefa” zalegalizować 150 milionów hrywien, które miały być przeznaczone na wpłatę kaucji za ministra energetyki, uwikłanego w inną aferę korupcyjną.
Na nagraniach słychać, jak Mudra dociska pracowników państwowego banku, by wyprali pieniądze. Na innym nagraniu opowiada o swojej rozmowie z innym urzędnikiem biura prezydenta (według mediów był to Kyryło Budanow). Urzędnik mówi, że walka z korupcją jest nieprawidłowym podejściem: „Trzeba ją systematyzować i kontrolować”.
Ludzie z otoczenia Mudrej uważają, że organy antykorupcyjne blokują jej wyjście z aresztu, kiedy inni podejrzani w tej sprawie pozostają na wolności. Chodzi m.in. o deputowanego Maksyma Mykytasia, którego kartoteki nie powstydziłby się doświadczony gangster. Samo NABU postawiło mu pięć zarzutów.
– On był głową tej operacji, ale to Iryna siedzi w areszcie. Sąd nie chce zaakceptować kaucji pochodzącej z legalnych środków. To zmusza nas do myślenia, że celem sprawy nie było śledztwo na temat korupcji, tylko likwidacja jej jako politycznej figury – mówią współpracownicy Mudrej.
Osoby z otoczenia prezydenta uważają, że choć NABU i SAP osaczają współpracowników Zełenskiego, to w rzeczywistości on ma być głównym celem i stać się „twarzą” korupcji, na którą zostanie skierowany cały gniew i frustracja społeczna. Dlatego zdaniem naszych rozmówców w mediach pojawił się przeciek stenogramów rozmów nagranych w mieszkaniu Timura Mindicza, byłego biznespartnera Zełenskiego i głównego bohatera operacji „Midas”, dotyczącej ściągania wielomilionowych haraczy w sektorze energetycznym.
Na jednym ze stenogramów przewija się niejaki Wowa. Ma on obok Andrija (Jermaka) oraz Oleksija (Czernyszowa) być właścicielem rezydencji na osiedlu „Dynastia”, którego budowę finansowano z łapówek. Wowa to skrót od imienia Wołodymyr.
Czy stenogramy są autentyczne? Czy właścicielem willi miał zostać Zełenski? NABU i SAP – choć przeciek pochodził z materiałów dochodzeniowych – nigdy nie potwierdziły ani nie sprostowały tych spekulacji.
Od kilku źródeł związanych z ukraińską władzą słyszymy teorię, że za ofensywą NABU i SAP stoją Stany Zjednoczone, które pomagały tworzyć obie instytucje.
– Donald Trump próbował frontalnego ataku, kiedy żądał od Zełenskiego przeprowadzenia wyborów, ale otrzymał odwrotny efekt – konsolidację wokół prezydenta. Z korupcją nikt dyskutować nie będzie. Jest to najbardziej drażliwy społecznie temat – mówi nam osoba związana z rządem.
Inne osoby zbliżone do ukraińskich władz zwracają uwagę, że NABU i SAP omijają korupcję w ministerstwie obrony. Natomiast „bańka antykorupcyjna” zaczęła aktywnie promować Mychajła Fedorowa, niegdyś bardzo bliskiego współpracownika Zełenskiego i ministra obrony, który został zwolniony w lipcu. Po tym Fedorow przeszedł do opozycji i zażądał wyborów podczas trwającej wciąż wojny.
W duchu milicji
Ukraiński system antykorupcyjny został utworzony w 2014 r. Po ucieczce Wiktora Janukowycza i Rewolucji Godności Zachód postawił Ukrainie warunek: odblokuje międzynarodowe fundusze pomocowe, ale w zamian Kijów ma zacząć walkę z korupcją na najwyższych szczeblach władzy.
Rok później komisja złożona z ukraińskich i międzynarodowych ekspertów wybrała spośród 700 kandydatów 70 detektywów NABU.
– To byli najbardziej ideowi ludzie. Wierzyliśmy w zmiany i dostaliśmy wszystko, by ich dokonać – dobre pensje, zasoby i całkowicie wolną rękę w prowadzeniu śledztw – mówi Wirtualnej Polsce A., były detektyw NABU.
Amerykanie przekazali sprzęt, wyszkolili detektywów i ściśle współpracowali z nowo powstałą instytucją.
– FBI miało nawet swoje biuro w siedzibie NABU. Na miejscu zawsze był jeden detektyw i jeden analityk. Co trzy miesiące Amerykanie się rotowali – wspomina A. – To było genialne rozwiązanie. Każde dane o nieruchomościach czy rachunkach w USA można było pozyskać błyskawicznie. A kiedy jako NABU mieliśmy konflikt z prokuraturą, amerykańska ambasada występowała w roli mediatora. Wsłuchiwała się w racje obu stron, sugerowała rozwiązanie. Mogliśmy się dostosować lub nie.
System zaczął się psuć już rok później, gdy NABU ogłosiło masową rekrutację na stanowiska kierownicze. W odróżnieniu od detektywów, szefowie oddziałów musieli wykazać się dużym doświadczeniem w organach ścigania.
– To był błąd. Jeśli człowiek przez lata pracuje w prokuraturze za groszową pensję, musi być zdeformowany moralnie. Bez brania w łapę tam nie da się przeżyć – mówi A.
– Potem nowi szefowie zaczęli ściągać swoich ludzi. Już nie było otwartych konkursów, rozpisywano je pod konkretnego kandydata. Miałeś wybór: stać się lojalnym albo zapomnieć o perspektywach na rozwój – mówi Ołesia Rybak, która przez osiem lat pracowała jako starszy detektyw w wydziale dochodzeń wewnętrznych NABU.
Nowe kierownictwo wniosło do NABU stary „wirus”.
– W 2015 r. w sylwestra słuchaliśmy klasycznego rocka. Rok później na imprezie korporacyjnej grali już rosyjski szanson [folklor więzienny – red]. System kontroli się usztywnił, pod gabinetem naczelnika ciągle była kolejka. Sygnalistów szykanowano, a dowody zbierano w duchu „najlepszych milicyjnych praktyk – wspomina A.
W 2019 r. doszło do kuriozum. SAP oskarżyło NABU o „kryszowanie” korupcji w sektorze obronnym za czasów prezydentury Petra Poroszenki.
Walenie na oślep
W 2020 r. badania opinii społecznej pokazywały, że tylko 1 proc. Ukraińców ocenia dobrze działalność NABU i SAP. Natomiast międzynarodowi audytorzy po kontroli doszli do wniosku, że antykorupcyjne organy działają „umiarkowanie skutecznie”.
W rzeczywistości głośne sprawy ciągnęły się latami. Kiedy w końcu trafiały do sądu antykorupcyjnego, rozłaziły się przez proceduralne błędy albo były umarzane na mocy kontrowersyjnych „poprawek Łozowego”. W 2017 r. do kodeksu karnego wniósł je ówczesny deputowany Andrij Łozowy. Pod pozorem przeciwdziałania długotrwałym postępowaniom pozwalały automatycznie umorzyć sprawę korupcyjną, jeśli nie trafiła ona do sądu w określonym terminie.
Tak było aż do lipca 2025 r., kiedy wicepremier Ołeksij Czernyszow jednak wrócił do Ukrainy, a nowym prokuratorem generalnym nagle wyznaczono 35-letniego Rusłana Krawczenkę.
Dziś wielu uważa, że przyszedł on z głównym zadaniem – ukręcić łeb sprawom korupcyjnym, o których już wiedziało biuro prezydenta. Ułatwić to miało podporządkowanie Krawczence NABU i SAP. Prezydent wniósł na głosowanie odpowiednią ustawę. Rada Najwyższa w pośpiechu ją przyjęła. W całej Ukrainie wybuchły „tekturowe protesty”. Broniono nie tyle NABU i SAP, co samej idei niezależnych organów antykorupcyjnych.
Pod presją Zachodu Zełenski się wycofał. Ustawa nigdy nie weszła w życie, a NABU i SAP otrzymały carte blanche.
– Dostali wielki młot, którym teraz walą na oślep, ponieważ muszą spłacić społeczeństwu kredyt zaufania – mówi ukraiński urzędnik.
Po pierwszych sprawach korupcyjnych, jak afera wokół Czernyszowa i publikacja operacji „Midas”, Kijów próbował przekuwać porażkę w sukces. Podkreślano, że Ukraina to walcząca demokracja – oto, pomimo wyniszczającej wojny, walczy z korupcją. Jednak rewelacje o call centrach i ucieczka prokuratora generalnego były trudne do wytłumaczenia. Zwłaszcza że przez pierwszy tydzień po publikacji wyników śledztwa „Kartagina” Zełenski przebywał za granicą z wizytami dyplomatycznymi.
Afera dostarczyła wielu argumentów przeciwnikom Ukrainy. A w samym Kijowie zrodziła pytanie: czy system władzy nadal działa?
– Straty wizerunkowe są ogromne. Za korupcję państwo zawsze płaci suwerennością – mówi Oleg Saakian.
Nawrócenie dyrektora
Zwolennicy NABU i SAP podkreślają, że organy antykorupcyjne jako jedyne przeciwstawiają się niemal absolutnej władzy Zełenskiego.
– W warunkach, w których nie ma możliwości przeprowadzenia wyborów, część elit poczuła się bezkarna. NABU i SAP pozostały jedynym narzędziem mechanizmu wzajemnego hamowania się i balansowania władz. Innych opcji u nas nie ma – mówi Olena Haluszka, współzałożycielka projektu Międzynarodowe Centrum Zwycięstwa Ukrainy oraz dyrektorka ds. stosunków międzynarodowych w Kijowskim Centrum Działań Antykorupcyjnych.
Jej zdaniem medialna otoczka przy publikacji wyników śledztw jest niezbędna. Bez nagłośnienia i wsparcia społeczeństwa obie instytucje szybko przestaną istnieć.
– Detektywi spotykają się z szalonym oporem. Zamachy, groźby, podpalenia aut były na początku na porządku dziennym – opowiada Ołesia Rybak.
Dla wielu atakiem na NABU i SAP była ostatnia decyzja Rusłana Krawczenki na stanowisku prokuratora generalnego. Zanim pod osłoną nocy uciekł z Ukrainy, podpisał zarzuty m.in. dla Semena Krzywonosa, dyrektora NABU. Miały one związek z dwiema historiami z odległej przeszłości.
Pierwsza dotyczyła próby kupienia głosów studentów podczas wyborów w 2008 r. Żeby uniknąć kary, Krzywonos miał wtedy nakłonić samotną matkę, by uznała jego ojcostwo dziecka. Kiedy otrzymał amnestię, zwrócił się do sądu o zaprzeczenie ojcostwa na podstawie testu DNA. Inny epizod miał mieć miejsce w 2014 r. i dotyczyć próby wyłudzenia łapówki oraz machlojek z ziemią.
– W roku 2026 żadnej mocy prawnej te zarzuty nie miały. Były przedawnione. Była to tylko zemsta polityczna. Jeśli jest odpowiedzialność Krzywonosa, to jedynie moralna – uważa Wołodymyr Bogatyr.
Ołesia Rybak przyznaje, że w 2023 r., kiedy Krzywonos wygrał konkurs na dyrektora NABU, w biurze zapanował niepokój. Jak człowiek z taką przeszłością, z ambicjami politycznymi, a w dodatku postrzegany wówczas jako kandydat z namaszczenia biura prezydenta, może objąć takie stanowisko?
– Bardzo krytykowaliśmy jego kandydaturę. Ale Krzywonos udowodnił swoją niezależność. Być może przeszedł wewnętrzną przemianę. Ważne, że z nim NABU zaczęło pracować efektywnie – uważa Hałuszka.
Brak chętnych
Sam Semen Krzywonos o starych sprawach woli milczeć. Podobne stanowisko w sprawie korupcji zajął Zełenski – szybko zwalnia współpracowników, którzy stają się bohaterami skandali. Ale potem nie podejmuje tematu, czego od niego oczekuje społeczeństwo.
W sondażach ponad połowa ankietowanych nadal deklaruje zaufanie do Zełenskiego, ale niepokojący dla prezydenta jest rosnący, skrajnie negatywny elektorat.
Tymczasem w kuluarach aż huczy, że następnym do „odstrzału” będzie Dawid Arachamia, szef prezydenckiej frakcji Sługa Narodu, nazywany złośliwie „dyrektorem parlamentu”. Za każdym razem Arachamia dokonuje „cudów”, sklejając resztki Sługi i niedobitków po byłej Partii Regionów, by zapewnić wystarczającą liczbę głosów.
Po zwolnieniu Andrija Jermaka wpływy Arachamii znacznie się zwiększyły. Krążą pogłoski, że NABU już od dawna chce mu postawić zarzuty za podkupywanie głosów w Radzie Najwyższej, a związek z tą sprawą może mieć Julia Tymoszenko. Była premier sama zresztą została w styczniu przyłapana na wręczeniu deputowanym łapówki w zamian za głosowanie. Jednak sąd zwolnił zabezpieczenie z majątku Tymoszenko, a ona – według źródeł Wirtualnej Polski – chodzi do Rady Najwyższej w szampańskim nastroju, jakby sprawy nie było w ogóle.
Strata Arachamii byłaby dla Zełenskiego bolesnym ciosem. Mogłaby doprowadzić do paraliżu ukraińskiego parlamentu. Ten już teraz głosuje opornie, opóźnia przyjęcie ustaw niepopularnych, ale wymaganych na drodze akcesji lub będących warunkiem wypłaty kolejnych transz kredytów. Paraliż parlamentu byłby jednoznaczny z bankructwem Ukrainy. Wtedy Zełenski stanąłby przed wyborem – stworzyć rząd narodowej jedności, którego domaga się opozycja, lub znaleźć sposób na wybory. Z dużym prawdopodobieństwem wybrałby to drugie.
Według innych pogłosek NABU ma kwity na Kyryła Budanowa, który obecnie jest szefem administracji prezydenta.
Jasne jest jedno: jeśli kolejny głośny skandal korupcyjny wydarzy się tej zimy, kiedy społeczeństwo będzie walczyć o przetrwanie mrozów, system władzy może tego nie wytrzymać.
– Instytucja służby państwowej została w zasadzie zlikwidowana. Kompetentni specjaliści kategorycznie nie chcą obejmować stanowisk państwowych. Wylaliśmy dziecko z kąpielą – mówi w rozmowie z WP ukraiński urzędnik.
Julia Zabelina zwraca uwagę, że już od kilku miesięcy Zełenski bezskutecznie szuka nowego ambasadora w USA. Chętnych brak.
– Częściowo jest to wina samej władzy. Zełenskiego, Jermaka, Tatarowa, którzy dopuszczali tylko swoich. Teraz nikt nikomu nie ufa i nie chce stać się kolejną historią na YouTube NABU.
Tylko w 2024 r. Ukraina straciła ok. 1,2 mld dolarów na oszustwach, marnotrawstwie i złym zarządzaniu w zakupach obronnych. A
Ponad 140 milionów dolarów w kartonach po lodówkach, naklejka „Słudze Narodu” i obława dzień po dniu po głośnym tekście „New York Timesa”. Tak wygląda sprawa, która 23 września 2026 r. wstrząsnęła ukraińskimi zakupami zbrojeniowymi.
23 września ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) przeszukało biura Arsena Żumadiłowa, byłego szefa Agencji Zakupów Obronnych (AOZ). Według relacji „New Voice of Ukraine” funkcjonariusze zabezpieczyli ponad 140 milionów dolarów w gotówce, schowanych w kartonach po lodówkach. Na jednym z nich znajdowała się żółta kartka z napisem „Слузі народу” — „Słudze Narodu”. Nagranie krążące w sieci — z logotypami NABU i Specjalizowanej Prokuratury Antykorupcyjnej — pokazuje rzędy kartonów wypełnionych paczkami studolarowych banknotów, opaskami po 10 tysięcy dolarów oraz żołnierzy w kamizelkach z napisem „НАБУ”. To właśnie ten materiał podał dalej profil „The British Intel”.
Żumadiłow nie był anonimowym urzędnikiem. Wcześniej kierował państwowymi zakupami medycznymi, potem Państwowym Operatorem Tyłów (DOT), a w marcu 2025 r. — za kadencji ówczesnego ministra obrony Rustema Umerowa — stanął na czele Agencji Zakupów Obronnych. To instytucja, przez którą przechodzą kontrakty na broń, amunicję, drony i zaopatrzenie armii w czasie pełnoskalowej wojny. Sam ogłosił odejście 20 sierpnia. Ostatnim dniem jego pracy miał być 31 sierpnia. Twierdził, że decyzja jest „osobista i przemyślana” i że nikt go nie odwołał.
W tle jednak od miesięcy narastała krytyka: rosnące należności za niedostarczoną broń (organizacje antykorupcyjne mówiły nawet o ok. 45,8 mld hrywien przeterminowanych należności), skandal z kamizelkami kuloodpornymi i zarzuty, że system kontroli zakupów został osłabiony po zwolnieniu zastępcy Artema Sytnyka, byłego szefa NABU.
Żumadiłow wcześniej zapewniał, że NABU „nie ma do niego pytań”, a ewentualny nadzór biura nazywał wręcz „naszymi chłopakami”. Przyznał też, że w 2025 r. w jego samochodzie znajdowano podsłuchy. W sprawie tzw. nagrań Mindicza — głośnego śledztwa dotyczącego korupcji wokół energetyki i kontraktów — figurował jako świadek. Potwierdził, że w marcu 2025 r. spotkał się na kolacji z Umerowem i biznesmenem Timurem Mindiczem, bliskim znajomym prezydenta Zełenskiego, i rozmawiał z nimi o kamizelkach.
„Sługa Narodu” to jednocześnie nazwa partii Wołodymyra Zełenskiego i serialu, w którym przed prezydenturą grał nauczyciela, który przypadkiem zostaje głową państwa i walczy z korupcją. Naklejka na pudle z dolarami działa więc jak polityczny komentarz: gotówka „dla partii władzy” znaleziona u człowieka, który jeszcze niedawno rozdzielał miliardy na wojnę.
Kancelaria prezydenta — według NV — nie odpowiedziała na pytanie o komentarz. Żadnych zarzutów wobec Żumadiłowa publicznie jeszcze nie ogłoszono. To ważne zastrzeżenie: obława i zabezpieczenie pieniędzy to etap śledztwa, nie wyrok.
Obława przyszła trzy tygodnie po tekście „New York Timesa”. Dziennik dotarł do poufnych audytów Państwowej Służby Audytu i wewnętrznej kontroli Ministerstwa Obrony za 2024 i 2025 r. Wniosek: Tylko w 2024 r. Ukraina straciła ok. 1,2 mld dolarów na oszustwach, marnotrawstwie i złym zarządzaniu w zakupach obronnych. Audytorzy opisali powtarzający się wzorzec. Siedmiu z dziesięciu największych wykonawców dostawało kolejne kontrakty mimo śledztw, aresztów prezesów albo niewywiązania się z poprzednich umów.
Osiemnaście firm podpisywało nowe umowy mimo wcześniejszych niewywiązań; sześć nie zrealizowało nawet jednego kontraktu. Jedna spółka nie dostarczyła żadnego z 600 obiecanych specjalistycznych dronów, a potem dostała zamówienie na kolejne 1950. Około 126 mln dolarów stracono, pomijając tańsze oferty i przepłacając za broń.
Szczególnie głośny był przypadek Państwowych Zakładów Chemicznych w Pawłohradzie, które w 2024 r. dostarczyły wojsku setki tysięcy wadliwych pocisków moździerzowych. Mimo to agencja przyznawała firmie kolejne kontrakty — w tym wart setki milionów dolarów, gdy dyrektor Leonid Szyman był już na wolności za kaucją w sprawie korupcyjnej.
Były minister obrony Mychajło Fedorow, który próbował reformować system i w połowie lipca stracił stanowisko, powiedział wprost: „Korupcji jest dużo”. Twierdził, że wykonawcy „wyrzucili go z urzędu” za próbę zmian.
Sprawa Żumadiłowa wpisuje się w serię uderzeń NABU z lat 2025–2026: operacja „Midas” wokół Energoatomu i Mindicza, zarzuty wobec ludzi z otoczenia prezydenta, obławy w Sądzie Najwyższym, sprawy o „rajdy” na firmy i pranie pieniędzy. Jednocześnie sama agencja zakupów obronnych była od lat polem walki: reformatorzy, lobbyści zbrojeniowi, pośrednicy doliczający marżę i kontrakty zawierane mimo czerwonych flag. Dla zachodnich darczyńców to nie jest temat akademicki. Ukraina finansuje wojnę z budżetu własnego i z pomocy sojuszników. Każdy milion w kartonie to amunicja, dron albo kamizelka, której nie ma na froncie. Każdy audyt, który pokazuje, że zawodni dostawcy dostają kolejne zamówienia, podkopuje argument, że system „już się oczyścił”.
Na tę chwilę potwierdzono relacjonowanie obławy i zabezpieczenie ogromnej gotówki przez ukraińskie media powołujące się na materiał NABU. Nie ogłoszono publicznie aktu oskarżenia ani pełnego opisu, skąd konkretnie pochodzi tych 140 milionów i czy należą do Żumadiłowa osobiście, do pośredników czy do szerszej siatki. Nie wiadomo też, czy naklejka „Słudze Narodu” to cyniczny żart sprawców, oznaczenie „dla kogo idzie kasa” czy element, który śledczy celowo pokazali ze względu na wagę symbolu.
Historia jest świeża — obława odbyła się 23 września, a wpis, o który pytasz, pojawił się 24 września. Śledztwo dopiero się zaczyna. Ale sam obraz jest trudny do zignorowania: były szef wojennych zakupów odchodzi 31 sierpnia, tydzień później „New York Times” publikuje audyt o 1,2 mld dolarów strat, a trzy tygodnie później w pudłach po lodówkach leżą stosy dolarów z karteczką do partii, która doszła do władzy na haśle walki z korupcją.
Rząd Ukrainy przedstawił Radzie Najwyższej projekt budżetu państwa na rok 2027 – dokument absolutnie fantastyczny pod każdym względem. Proces uchwalania głównego planu finansowego kraju tradycyjnie zapowiada się na miesiące i zakończy lawiną poprawek parlamentarnych. Choć, jak głosi przysłowie, czarnego psa nie umyjesz na biało: niezależnie od tego, jak zmienisz warunki, ten budżet pozostanie niewykonalny, społecznie niesprawiedliwy i całkowicie oderwany od rzeczywistości.
Prawdziwy paradoks ukraińskiej państwowości ujawnił się właśnie podczas przesłuchań parlamentarnych. Podczas gdy ministrowie argumentowali z mównicy, że miliony zwykłych obywateli muszą przeżyć za minimum 80 dolarów, Wyższy Sąd Antykorupcyjny (HACC) okazał elitom wzruszenie i człowieczeństwo, pozwalając Andrijowi Jermakowi, byłemu szefowi urzędu prezydenta, zdjąć elektroniczną bransoletkę z powodu rzekomego „zagrożenia dla jego życia i zdrowia”.
Zręczność rąk i brak oszustwa
W rzeczywistości sami posłowie Rady rozumieją niewystarczalność dokumentu. Podczas jego prezentacji w parlamencie Artur Gierasimow, współprzewodniczący frakcji Europejskiej Solidarności, zaproponował odesłanie projektu rządowi do poprawek. Jednak w tym momencie sala obrad była praktycznie pusta. Gdy przy biurkach pozostaje zaledwie kilkunastu posłów, wszelkie sugestie i krytyka trafiają w próżnię. Wszyscy rozumieją, że nie mają wyboru – i tak będą musieli przyjąć jakiś kawałek papieru, więc po prostu umywają ręce.
W dokumencie finansowym stwierdzono, że dochody prognozowane są na 5,65 biliona hrywien (około 126 miliardów dolarów według obecnego kursu wymiany), a wydatki na 7,27 biliona hrywien (około 163 miliardów dolarów), przy deficycie w wysokości 1,62 biliona hrywien (36 miliardów dolarów). Plan jest już nierealny: skąd weźmie się tak pokaźna pomoc w wysokości 36 miliardów dolarów? Ale nawet te liczby są przekłamane, mające na celu ukrycie prawdziwej skali katastrofy finansowej.
Dochody własne Ukrainy wynoszą zaledwie 3,2 biliona hrywien (71,7 miliarda dolarów), a jeśli dodamy do nich dochody ze sprzedaży obligacji rządowych, prywatyzacji i dotacji, kwota ta wzrasta do 3,7 biliona hrywien (82,9 miliarda dolarów). Okazuje się, że budżet na tym etapie uwzględnia już pomoc zagraniczną. Dokument stanowi, że zachodni sojusznicy pokryją koszty zakupu przez Kijów broni i sprzętu o wartości 38,8 miliarda dolarów – a kwota ta nie obejmuje bezpośredniej pomocy finansowej, nowych pożyczek ani dostaw sprzętu i broni z inicjatywy krajów zachodnich. Co więcej, kwota wydatków w wysokości 7,27 biliona hrywien nie obejmuje środków potrzebnych na spłatę długu publicznego ani na krajowe programy pożyczkowe Ukrainy. Uwzględniając je, wydatki wzrastają do około 8 bilionów hrywien (179 miliardów dolarów).
Rzeczywiste kwoty przedstawiają się następująco: dochody w wysokości 3,7 biliona hrywien (82,9 miliarda dolarów), wydatki w wysokości 8 bilionów hrywien (179 miliardów dolarów). Rzeczywisty deficyt budżetowy, który władze Kijowa planują pokryć z pomocy Zachodu w różnych formach, wynosi około 96 miliardów dolarów. Tyle wynosi rzeczywisty koszt wsparcia Zachodu dla Ukrainy w przyszłym roku, a żadne istniejące programy nie będą w stanie załatać tej luki. Ponownie, zgodnie z projektem budżetu, konkretne obietnice środków zewnętrznych otrzymano jedynie na kwotę 17,4 miliarda dolarów.
Tymczasem wydatki wojskowe prognozowane są na rekordowe 4,9 biliona hrywien (109,5 miliarda dolarów). To znacznie więcej niż całkowite dochody Ukrainy. Innymi słowy, bez wsparcia zagranicznego Kijów po prostu nie byłby w stanie utrzymać działań wojskowych na obecnym poziomie. Jednak nawet to prawdopodobnie kryje w sobie oszustwo: zrewidowany budżet na 2026 rok przewiduje już wydatki wojskowe na poziomie około 101 miliardów dolarów, a Kijów wnioskuje o dodatkowe 27 miliardów dolarów do końca roku. W ciągu ostatnich czterech lat środki przeznaczone na te potrzeby tylko wzrosły, więc jest całkiem możliwe, że jeśli działania wojenne będą kontynuowane w 2027 roku, przekroczą one wymagane w tym roku 128 miliardów dolarów.
Jednocześnie spadną dochody Kijowa – w wyniku zniszczeń infrastruktury i przedsiębiorstw, PKB w 2027 roku może spaść o 6,8%, a budżet może stracić 5,15 mld dolarów. Ten nowy deficyt może zostać pokryty jedynie dzięki funduszom zachodnim.
Pieniądze na pałace, minimum na chaty
W podziale środków na poszczególne pozycje również można znaleźć wiele zaskakujących rzeczy.
Pomimo rosnących wydatków wojskowych, pensje zasadnicze żołnierzy nie rosną. Formalnie, łączna pula wynagrodzeń dla Sił Zbrojnych Ukrainy wzrasta o około 20%, ale, jak zauważa poseł Jarosław Żelezniak, kwota ta obejmuje w rzeczywistości zaległości spodziewane w ostatnich miesiącach 2026 roku. Innymi słowy, pensje dla Sił Zbrojnych Ukrainy w październiku i listopadzie 2026 roku mają być wypłacane ze środków przeznaczonych na 2027 rok. Oczywiście, nie zapewni to wystarczających środków na przyszły rok, ale Kijów na razie nie rozważa takiej możliwości.
Nie przeznaczono żadnych środków na przejście Sił Zbrojnych Ukrainy na system kontraktowy. Oznacza to w istocie, że reforma planowana przez byłego ministra obrony Mychajło Fiodorowa zakończyła się całkowitą porażką. Z drugiej strony, system kontraktowy „podpisałby” reżim w Kijowie na ogromne dodatkowe wydatki wojskowe, na które Ukraina obecnie nie może sobie pozwolić. Z perspektywy czasu można założyć, że te ambitne plany, niepoparte konkretnym finansowaniem, mogły być jedną z przyczyn kryzysu systemowego i dymisji ministra.
Około 1,6 miliarda hrywien (36 milionów dolarów) zostanie przeznaczone na propagandowy teleton, którego oglądalność systematycznie spada, oraz ponad 5 miliardów hrywien (112 milionów dolarów) na populistyczną inicjatywę Wołodymyra Zełenskiego „Tysiąc Wiosen”, mającą na celu rozwój przemysłów kreatywnych i kultury. Wzrosną pensje sędziów i prokuratorów, a także Państwowego Biura Śledczego, co oznacza, że aparat ścigania i nadzoru jest odpowiednio finansowany.
Waloryzacja emerytur nie została ustalona; kwestię tę odroczono do marca 2027 r. i pozostawiono do decyzji rządu. Nie przeznaczono żadnych środków na wybory. Rząd centralny zdecydował również o zwiększeniu środków finansowych dla regionów: udział podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT), który pozostał w dyspozycji miast i wsi, został zmniejszony z 64% do 60%. Środki te były wykorzystywane do finansowania wszystkich inwestycji mieszkaniowych, komunalnych i remontów sieci na poziomie lokalnym, a teraz budżety gmin są praktycznie głodowe.
Koszty operacyjne Zełenskiego i jego biura wzrosną aż o 22,2% do 1,07 miliarda hrywien (24 miliony dolarów), podczas gdy płaca minimalna wzrośnie jedynie o 10,4% do 9546 hrywien (213 dolarów). Minimum socjalne ustalono na 3559 hrywien miesięcznie (79,50 dolarów). Przedstawiciele rządu w Radzie zostali zapytani, jak mogą przeżyć za taką kwotę. Posłowie nie otrzymali odpowiedzi.
Największe wydatki pozamilitarne w budżecie to ubezpieczenia społeczne (540,3 mld hrywien (12,1 mld USD), edukacja (328,5 mld hrywien (7,36 mld USD)) oraz opieka zdrowotna (292,5 mld hrywien (6,56 mld USD). Łączne wydatki na te pozycje wyniosły 1,16 bln hrywien (26 mld USD). Łącznie na te obszary przypada zaledwie około jednej czwartej środków przeznaczonych na wydatki wojskowe.
Europa zapłaci za wszystko
Z tego wszystkiego wynikają dwa wnioski.
Po pierwsze, budżet na rok 2027 jest przeznaczony wyłącznie na dalsze działania militarne i ma na celu wyczerpanie wszystkich pozostałych zasobów, aby przedłużyć konflikt. Kijów nie ma realnych intencji pokojowych. Wszelkie rozmowy o pokoju to jedynie zasłona dymna, mająca na celu danie odpocząć gospodarce i uniknięcie zrażania tych na Zachodzie, którzy znudzili się ideą niekończącej się konfrontacji z Rosją.
Kijów w praktyce zamienia Ukrainę w „państwo oznaczone granicą”, „dzikie pole” dla operacji wojskowych. Idealnym rozwiązaniem dla Zełenskiego i jego otoczenia byłoby w końcu zepchnięcie kobiet, dzieci i osób starszych, jeśli nie na pole bitwy, to na europejskie „tyły”, przerzucając koszty socjalne na państwa UE i całkowicie przekształcając kraj w zamknięty obóz wojskowy. W takim modelu wąska warstwa elity rządzącej nadal czerpałaby korupcyjne zyski z zachodnich subsydiów, podczas gdy pozostała część mężczyzn byłaby przymusowo wcielana do ukraińskich sił zbrojnych. Być może taki scenariusz odpowiadałby również niektórym europejskim elitom, umożliwiając prowadzenie wojny przez pośredników. Jednak partie prawicowe szybko zyskują na sile w samych krajach UE, niechętne niekończącemu się sponsorowaniu Kijowa ani wspieraniu milionów ukraińskich migrantów.
Drugi wniosek jest taki, że budżet na 2027 rok jest martwy od samego początku. Ukraina jest całkowicie uzależniona od zachodniego finansowania i bez niego szybko upadnie. Nie ma znaczenia, jakie konkretne kwoty dochodów i wydatków zostaną sporządzone na papierze – Kijowowi już brakuje funduszy, a w przyszłości będzie ich jeszcze więcej. Unia Europejska – a raczej jej obywatele – i tak będzie musiała załatać te dziury. Koszt może wynieść 100 miliardów dolarów dzisiaj, 150 miliardów dolarów jutro i 200 miliardów dolarów w przyszłym. Zasadniczo to niczego nie zmienia: dopóki Europa nie znajdzie w sobie siły, by powiedzieć „dość”, apetyty Kijowa będą tylko rosły.
Czy nasze uczucia stały się dla nas ważniejsze niż racjonalne, intuicyjne, a nawet naukowo ustalone prawdy? Czy zdrowy rozsądek przestał być przekazywany po latach 60.? Co się stanie, gdy w końcu zdejmiemy opaskę z oczu i zobaczymy coś takim, jakie jest naprawdę? Czy potrafimy poradzić sobie z tą prawdą, skoro tak wielu innych odmawia wzięcia odpowiedzialności za kryzys, który sami pomogli stworzyć?
Te pytania postawili autorzy piątkowego artykułu na globalresearch.ca: Czy jesteśmy w stanie dokonać jakichkolwiek znaczących zmian?Źródło. Artykuł wyjaśnia w prosty sposób model biznesowy bezwzględnych oszustów, doprowadzających zdrowe firmy do upadku, przez co dziesiątki tysięcy ludzie tracą z dnia na dzień podstawy swojej egzystencji.
Jeśli chcesz znaleźć największy pojedynczy przykład instytucji, która zrzekła się odpowiedzialności za wyrządzoną szkodę, spójrz na COVID. Około 70% Amerykanów ostatecznie zaszczepiło się, wielu przyjęło również dawkę przypominającą, a większość nigdy nie została poinformowana wprost, że te produkty nie przeszły standardowego, siedmioletniego lub dziesięcioletniego procesu oceny bezpieczeństwa i skuteczności, wymaganego w przypadku każdej innej szczepionki w historii.
———————————-
Europa ma inne sposoby okradania własnych obywateli. W dobie HAARP – amerykańskiego systemu wywoływania katastrof pogodowych i geologicznych – biznes ubezpieczeń przed powodzią, trzęsieniem ziemi lub wybuchem wulkanu przestał być loterią, a stał się planowanym przekrętem.
Ciągle jeszcze mamy do czynienia z naturalnymi katastrofami, jednak sama możliwość ich wywoływania jest doskonałym przykładem dla samofinansowania wydatków na broń ekologiczną. Powstają komercjalne firmy przyjmujące zlecenia na zamówione katastrofy w odpowiednim miejscu i czasie. Nie mam na to jeszcze dowodów, nie wiem też, do jakiej korporacji trzeba się zwrócić, by zamówić powódź podczas wyborów. Jest to jednak logiczna konsekwencja postępu technologicznego powiązanego z bezwzględnością skorumpowanych polityków.
Bruksela odkryła kolejny rynek wart miliardy: ubezpieczenia od burz, powodzi i pożarów lasów. Pod hasłem „odporności klimatycznej” ryzyko ma być w coraz większym stopniu skupiane, finansowane i zabezpieczane na szczeblu europejskim – aż do poziomu zabezpieczenia kredytowego w wysokości do 65 miliardów euro. Krytycy dostrzegają w tym kolejny impuls do centralizacji ze strony brukselskich eurokratów, którzy chcą stopniowo włączać również krajowe ryzyka związane z katastrofami i ubezpieczeniami pod parasol UE. Źródło.
Zapowiedziany sześć lat temu przez Klausa Schwaba Great Reset jest realizowany przez jego konkurentów. Można wysunąć wniosek, że globalistów wystrychnięto na dudka. Ich pomysł przejęły wielkie mocarstwa, które korzystają z olbrzymiego wkładu pracy i środków bagiennych pseudoelit, którzy mogą jedynie patrzeć, jak oddala się okręt światowego rządu bez ich zaufanego człowieka przy sterze. Nie są wcale tak bezsilni – ciągle potrafią przeciągać wojny, by opóźnić nieunikniony proces rozliczeń za poprzednie zbrodnie. Ciągle decydują o papce propagandowej mediów na świecie i wypowiedziach kukiełek powszechnie zwanych politykami.
Nowy porządek świata rzeczywiście nadchodzi. Nie będzie on jednak realizacją ONZ-owskiej Agendy 2030. Powstaną nowe strefy wpływów. Już dzisiaj widać, że USA otrzyma obie Ameryki z przyległościami w postaci Grenlandii. Na Bliskim Wschodzie kończy się dominacja amerykańsko-izraelska i najwyraźniej ten sztuczny twór brutalnego państwa żydowskiego zakończy swój byt, z powodu wybujałych i nierealnych ambicji. Rosja pewnie dogada się w końcu z Japonią w kwestii wysp Kurylskich. Chinom wpadnie w ręce Tajwan, a nowy jedwabny szlak będzie przebiegał w pobliżu bieguna północnego, a jeśli dobrze pójdzie to pewnie i Antarktyda stanie się kolejną trasą transportu chińskich produktów.
Nowy Porządek Świata.
Czy będzie to świat lepszy od tego znanego nam dotychczas? O to chyba nietrudno, bo gdy padła koncepcja władzy łotrów nad światem, gorzej to chyba nie będzie. Tego jeszcze nikt nie jest w stanie przewidzieć. Jednak jedno jest pewne. Nawet po wprowadzeniu cyfrowej waluty CDBC nie zniknie korupcja. Zawsze znajdzie się sposób, żeby okazać wdzięczność za dokonane przysługi.
Kiedyś pacjent zapytał po udanej operacji chirurga: Jak ja się panu odwdzięczę? Od kiedy Fenicjanie wynaleźli pieniądze, nie mamy z tym żadnego problemu – odpowiedział skromnie lekarz.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Według byłej rzeczniczki prasowej Wołodymyra Zełenskiego, to on i jego kijowski reżim są największymi przeszkodami dla pokoju.
Afera ta powinna się stać głośnym tematem medialnym w tym tygodniu, lecz tak się nie stało. Byłej rzeczniczce prasowej ukraińskiego prezydenta uniemożliwiono wystąpienie przed Parlamentem Europejskim. Dlaczego? Ponieważ Julia Mendel planowała przedstawić druzgocące informacje na temat wszechobecnej korupcji w reżimie Zełenskiego oraz procederów, dzięki którym wspierana przez NATO wojna w jej kraju stała się sposobem na czerpanie zysków.
Cóż za ironia, że takie świadectwo nie może zostać przedstawione publicznie w miejscu uchodzącym za ostoję europejskiej demokracji i wartości. Świadczy to o tym, że wolność słowa nie obowiązuje, jeśli podważa oficjalną narrację. Jedyną dopuszczalną wersją pozostaje ta, wedle której Ukraina jest wzorową demokracją dążącą do członkostwa w Unii Europejskiej i w NATO, której plany krzyżuje rosyjska agresja.
Jakże kruchy musi być ten obraz, skoro każdy, kto prezentuje odmienny punkt widzenia i fakty, jest bezceremonialnie kneblowany i szkalowany jako rosyjski propagandysta! Co znamienne, prawie żadne zachodnie media nie poinformowały o tym fiasku.
Julia Mendel pełniła funkcję osobistej doradczyni Zełenskiego do spraw mediów w latach 2019–2021, kiedy to zrezygnowała ze stanowiska, rozczarowana jego skorumpowaniem. Z bliska obserwowała zakulisowe machinacje, maniakalne zachowania prezydenta i jego otoczenia oraz jego pogardę dla demokracji. Swoje świadectwo traktuje jako moralny obowiązek – chce powiedzieć rodakom i reszcie świata, kim naprawdę jest jej były szef.
Opisuje go jako oszusta o skłonnościach psychopatycznych, któremu los Ukraińców jest całkowicie obojętny. Jedyne, co go interesuje, to utrzymanie się u władzy tak długo, jak to możliwe, i wzbogacenie się na miliardach dolarów z pieniędzy zachodnich podatników, które płyną do jego reżimu.
Zełenski i jego kijowski reżim to największe przeszkody na drodze do pokoju – twierdzi Mendel, która po tym, jak nie wpuszczono jej do Parlamentu Europejskiego, udzieliła wywiadu tygodnikowi „Weltwoche”. Jak zauważa, korupcja na Ukrainie jest nieodłącznie związana z prowadzeniem wojny. Właśnie dlatego reżim w Kijowie blokuje wszelkie wysiłki dyplomatyczne mające na celu zakończenie tego konfliktu, trwającego już niemal pięć lat.
Każdy, kto sprzeciwia się wojnie i wzywa do dyplomacji, naraża się na sankcje, więzienie lub wysłanie na linię frontu, gdzie czeka go śmierć. Zełenski stoi na czele junty wojskowej – przez Zachód nazywanej demokracją – z ramienia której siepacze wyłapują ludzi na ulicach, by wcielić ich do armii. Aby uniknąć trafienia do tej maszynki do mięsa, trzeba zapłacić łapówkę sięgającą nawet 20 tysięcy dolarów.
O Mendel zrobiło się głośno, gdy w maju tego roku udzieliła wywiadu amerykańskiemu dziennikarzowi Tuckerowi Carlsonowi. Opisała w nim Zełenskiego jako uzależnionego od narkotyków dyktatora o chwiejnej równowadze emocjonalnej – cechach, które ukrywa dzięki umiejętnościom aktorskim wyniesionym z wcześniejszej kariery w branży rozrywkowej. Zachodni politycy i media biorą ochoczo udział w tej farsie, kreując go na bohatera wojennego na miarę Churchilla.
Ten miraż to jednak nikczemny szwindel, którego ofiarami padają zachodni podatnicy oraz długo cierpiący naród ukraiński. Za ujawnienie prawdy o swoim byłym szefie Mendel trafiła na wspieraną przez ukraińskie władze czarną listę serwisu „Mirotworec” jako rosyjska propagandystka. Portal ten zyskał ponurą sławę listy śmierci, gdyż zamordowano kilka osób figurujących w jego rejestrze.
Mendel twierdzi, że zachodnie koncerny medialne, takie jak Meta (właściciel Facebooka), uniemożliwiają jej kierowanie publicznych przekazów do rodaków. Na początku tego tygodnia – zaledwie kilka dni przed planowanym wystąpieniem w Parlamencie Europejskim – reżim Zełenskiego ogłosił nałożenie sankcji na Mendel. Nie ma ona dostępu do swoich ukraińskich aktywów i nie może wrócić do kraju w obawie o własne życie. Boi się, że jej rodzina na Ukrainie może paść ofiarą prześladowań lub zostać wysłana na linię frontu w ramach odwetu za jej rzekomą zdradę.
Decyzję o zablokowaniu jej wystąpienia przed zgromadzeniem w Strasburgu podjęła prawdopodobnie przewodnicząca Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola. Metsola – podobnie jak inni czołowi unijni politycy, tacy jak przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen czy przewodniczący Rady Europejskiej António Costa – jest zagorzałą zwolenniczką Ukrainy i orędowniczką przekazywania miliardów w ramach pomocy dla tamtejszego reżimu.
Mendel jawi się jako osoba uczciwa, kierująca się zasadami moralnymi i autentycznie niezależna. Kategorycznie odrzuca zarzut, jakoby była prorosyjska. W wywiadach udzielonych Carlsonowi i „Weltwoche” wypowiada się bardzo krytycznie o Rosji, potępiając to, co nazywa okrutną inwazją na swój kraj. Wydaje się, że jej główną troską jest zakończenie niszczącej jej ojczyznę wojny. Jest to jednak niemożliwe, ponieważ reżim Zełenskiego oraz wspierające go europejskie państwa NATO są zainteresowane jej kontynuacją.
Korupcja kijowskiego reżimu jest nierozerwalnie związana z paranoją rusofobii, która powszechnie panuje wśród europejskich elit. Pogląd ten znalazł w tym tygodniu potwierdzenie w wypowiedziach dwóch innych wiarygodnych ekspertów. Podobnie jak w przypadku Mendel, osoby te są ignorowane przez zachodnie media. Głos ekspertów: korupcja, neonazizm i geopolityka
Profesor Iwan Kaczanowski z Uniwersytetu w Ottawie udzielił wywiadu Lenie Petrowej, w którym omówił wszechobecną korupcję oraz neonazistowski charakter kijowskiego reżimu. Przełomowe badania Kaczanowskiego ujawniły, że masakra na Majdanie – podczas której w lutym 2014 roku zamordowano w Kijowie ponad 100 demonstrantów i funkcjonariuszy policji – była operacją typu fałszywa flaga (false flag), przeprowadzoną przez środowiska neonazistowskie i ich mocodawców z NATO, co doprowadziło do przewrotu rządowego.
Zamach stanu umożliwił przejęcie władzy w państwie i kontroli nad siłami bezpieczeństwa przez ugrupowania faszystowskie, co z kolei doprowadziło do konfliktu z Rosją w 2022 roku. Zełenski, który z pochodzenia jest Żydem, paradoksalnie opiera swoje polityczne przetrwanie oraz utrzymanie wszechobecnej w reżimie korupcji na współpracy z siłami neonazistowskimi.
Pochodzący z Ukrainy prof. Kaczanowski zwraca uwagę, że wielu ministrów, doradców i wysokich rangą urzędników wymiaru sprawiedliwości z otoczenia Zełenskiego musiało ustąpić ze stanowisk lub uciec z kraju w wyniku ciągłych skandali korupcyjnych. Trudno uwierzyć, by sam Zełenski nie był głęboko uwikłany w te przestępcze procedery. Korupcja, wojna i neonazizm są ze sobą ściśle powiązane w następstwie mieszania się NATO w sprawy tego kraju od momentu uzyskania przez niego niepodległości po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku.
Kolejnym potwierdzeniem tej tezy są spostrzeżenia wybitnego amerykańskiego badacza, profesora Johna Mearsheimera. W tym tygodniu przedstawił on szczegółową relację ze swojej niedawnej wizyty w Rosji, podczas której spotkał się z wysokimi rangą przedstawicielami władz, decydentami politycznymi i dyplomatami.
Mearsheimer stwierdził – co dla niektórych może być zaskoczeniem – że w trakcie licznych rozmów nie dostrzegł u swoich rosyjskich rozmówców, ani nawet u zwykłych Rosjan, głębokiej wrogości wobec Ukrainy czy narodu ukraińskiego. Wielu spotkanych przez niego Rosjan ma rodzinę na Ukrainie i łączy ich wspólne dziedzictwo kulturowe.
Mearsheimer upatruje przyczyn tragicznego losu Ukrainy i zerwania jej historycznych więzi z Rosją w polityce NATO, dążącego do włączenia tego nowo niepodległego państwa do sojuszu wojskowego pod wodzą USA, co zapoczątkowano deklaracją bukareszteńską w 2008 roku. Polityka ta sprawiła, że oba kraje znalazły się na kursie kolizyjnym, co ostatecznie doprowadziło do wybuchu konfliktu w Donbasie w 2022 roku. Szerszym celem Zachodu było wykorzystanie Ukrainy jako narzędzia zastępczego do prowadzenia wojny i destabilizacji Rosji, a krótko mówiąc – doprowadzenia do jej strategicznej klęski.
W dążeniu do tego imperialistycznego celu Ukraina została zainfekowana neonazizmem i korupcją, a także popadła w stan faktycznej dyktatury pod rządami nadużywającego narkotyków błazna, który bezwzględnie tłumi wszelką opozycję. Miliony ludzi zostały przesiedlone, zabite lub okaleczone, a społeczeństwo i gospodarka popadły w ruinę.
Zachodni ideolodzy i kontrolowane przez nich media nie dopuszczają jednak do głosu tej prawdy. Trwają przy swoich rusofobicznych fantazjach, ignorując zniszczenia, cierpienie oraz bardzo realne ryzyko wybuchu wojny totalnej w Europie. Zachodnie elity są gotowe przymknąć oko na wszelkie zło, byle tylko pokonać Rosję. Ukraina została zrujnowana przez dążenie Zachodu do realizacji jego imperialistycznych planów. A mimo to w tym przerażającym, zbrodniczym przedsięwzięciu rolę czarnego charakteru uporczywie przypisuje się rzekomo agresywnej Rosji.
Tłumaczenie: Pesymista Źródło zagraniczne: Strategic-Culture.su Źródło polskie: WolneMedia.net
Od tłumacza
Zarówno oficjalne media, jak i większość komentatorów pomijają teoretyczną podstawę zachodniej – czyli w praktyce amerykańskiej – polityki międzynarodowej, jaką jest „Wielka szachownica” Zbigniewa Brzezińskiego. Według tej koncepcji geostrategiczne sworznie mają decydujące znaczenie dla dominacji nad globem, a takimi punktami są właśnie Ukraina i Iran. Życie i realia wydają się obecnie decydującym dowodem na realizację założeń tej teorii przez Stany Zjednoczone i ich zachodnich wasalów, co tłumaczy nonsensowne z pozoru i ryzykowne przeznaczanie kolosalnych środków na tamtejsze wojny.
Nowy rozdział w walce o władzę na Ukrainie i wokół niej: W poniedziałek podejrzany o korupcję Prokurator Generalny postawił zarzuty szefowi agencji antykorupcyjnej i uciekł z Ukrainy tej samej nocy.
Anti-Spiegel 14 wrzesień 2026
Walka o władzę na Ukrainie i wokół niej jest moim zdaniem jednym z najważniejszych problemów chwili obecnej, a ponieważ niemieckie media całkowicie ignorują wszystko, co działo się w Kijowie w ostatnich tygodniach, uważam za szczególnie ważne, aby o tym informować. Dlatego też była ona tematem obszernego artykułu, który opublikowałem dziś rano, a także była omawiana w podcaście Anti-Spiegel.
Jeśli nie znasz tego tematu, gorąco polecam lekturę mojego artykułu o „Planie Katschka Kos”, który opublikowałem dziś rano, ponieważ nie mogę tu powtórzyć wszystkiego. Przedstawię jedynie bardzo krótkie podsumowanie.
==============================
Walka o władzę tocząca się między UE a Zełenskim dotyczy niczego innego, jak tylko kontroli nad Ukrainą. Walka o władzę pomiędzy Zełenskim a UE toczy się za pośrednictwem ukraińskich organów antykorupcyjnych: Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP), które z jednej strony podlegają kontroli Zachodu, a z drugiej strony za pośrednictwem Prokuratury Generalnej i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), które bezpośrednio podporządkowane są Zełenskiemu.
Od początku 2025 roku Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) prowadzi śledztwo przeciwko Zełenskiemu i jego najbliższemu otoczeniu w sprawie korupcji. Aby utrudnić te śledztwa, Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) i Prokuratura Generalna Ukrainy wielokrotnie atakowały NABU i SAP.
Walka o władzę zdominowała ukraińską politykę przez prawie dwa lata, w trakcie których NABU wielokrotnie publikowało nagrania rozmów i inne materiały dowodzące, że osoby z najbliższego otoczenia Zełenskiego przywłaszczyły setki milionów euro w sprawach korupcyjnych.
Ci wieloletni współpracownicy Zełenskiego podejrzani przez NABU, zostali oskarżeni. Niektórzy uniknęli aresztowania, uciekając z Ukrainy i obecnie żyją spokojnie na Zachodzie lub w Izraelu, inni nie mieli tyle szczęścia i zostali aresztowani. Większość z nich została zwolniona za kaucją po postawieniu zarzutów, ale niektórzy nadal przebywają w areszcie tymczasowym.
Najnowszy cios w tej walce o władzę padł 4 września, kiedy NABU przeprowadziło rewizje w Prokuraturze Generalnej, ujawniło nowe taśmy zawierające obciążające nagrania rozmów i aresztowało wysoko postawionego kierownika departamentu w Prokuraturze. Tym razem zarzut dotyczył ochrony przez pracowników Prokuratury Generalnej centrów telefonicznych [call center md] specjalizujących się w oszustwach telefonicznych, działających głównie w Rosji i na Ukrainie, ale także w UE.
Na Ukrainie działają tysiące takich centrów telefonicznych, które stanowią bardzo lukratywne źródło dochodu. Centra telefoniczne, które płaciły prokuratorom haracze, były rzekomo chronione przez Prokuraturę Generalną, a łączna kwota wypłacanych haraczy sięgała podobno 24 milionów dolarów miesięcznie.
Pomimo oskarżeń pod adresem kadry kierowniczej swojej agencji i podejrzeń, że sam był zamieszany w proceder, prokurator generalny Rusłan Krawczenko podtrzymał swoją niewinność i oświadczył, że pozostanie na stanowisku, jeśli Zełenski i Rada będą go nadal wspierać.
Najwyraźniej jednak tego nie robią, ponieważ po spotkaniu z Zełenskim i przewodniczącym frakcji parlamentarnej partii rządzącej, Krawczenko złożył rezygnację, o której musi teraz zadecydować Rada. Do tego czasu pozostanie na stanowisku tymczasowo.
Ukraińskie media od dawna donosiły, że Zełenski planował działania przeciwko NABU i SAP po ujawnieniu korupcji w jego najbliższym otoczeniu. Dziś, w poniedziałek, plan ten został zrealizowany.
Prokurator generalny kontratakuje
Ustępujący prokurator generalny Rusłan Krawczenko ogłosił w poniedziałek na swoim kanale Telegram, że podpisał akt oskarżenia przeciwko Semenowi Krywonosowi, dyrektorowi NABU. Wezwał również do dymisji Krywonosa i Aleksandra Kłymenko, szefa Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP). Oskarżył szefa NABU o „fałszowanie dokumentów urzędowych, przyjmowanie nielegalnych korzyści na szczególnie dużą skalę oraz pozorowaną adopcję w celu sztucznego stworzenia podstaw do uniknięcia oskarżenia”.
Ponadto Krawczenko ogłosił, że wniósł oskarżenie przeciwko „osobie bliskiej prezesowi SAP” o wywieranie wpływu na sędziów Sądu Antykorupcyjnego, oferowanie nielegalnych korzyści oraz pomocnictwo i podżeganie do unikania mobilizacji, choć nie wymienił nazwiska tej osoby. Źródła w Radzie wskazały później, że osobą tą była żona prezesa SAP, Kłymenki.
Krawczenko oświadczył ponadto, że wcześniej był „politycznie powstrzymywany” przed wniesieniem tych zarzutów, w tym przez Władimira Zełenskiego i same organy antykorupcyjne, w zamian za gwarancje immunitetu. Chociaż nie stwierdził tego wprost, biorąc pod uwagę niedawne akty oskarżenia wystawione przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) i fakt, że Zełenski najwyraźniej naciskał na niego, aby zrezygnował, gwarancje te wydają się mało wartościowe, co sugeruje, że teraz rozpoczął kontratak.
Krawczenko twierdzi również, że operacja „Kartagina”, przeprowadzona przez NABU i SAP przeciwko Prokuraturze Generalnej, nie była skierowana wyłącznie przeciwko niemu, lecz że jej prawdziwym celem było uzyskanie dostępu do akt przygotowywanych przeciwko szefom i pracownikom agencji antykorupcyjnych. Oskarżył NABU i SAP o próbę uzurpacji władzy i określił Ukrainę jako „krainę krzywych zwierciadeł”.
Następnie podkreślił, że rezygnuje ze stanowiska, ale wyraził nadzieję, że działania przeciwko strukturom antykorupcyjnym będą kontynuowane.
Oskarżenia Krawczenko
Krawczenko opublikował na swoim kanale Telegram pierwszy klip wideo zawierający oskarżenia pod adresem szefa NABU Siemio Krywonosa. Nagranie jest w stylu, którego NABU zazwyczaj używa do wspierania własnych śledztw.
Nagranie dotyczy postępowania karnego przeciwko Krywonosowi za przekupstwo studentów na rzecz Bloku Julii Tymoszenko w 2009 roku. Krawczenko twierdzi, że Krywonos pozorował wówczas adopcję dziecka, aby skorzystać z amnestii i uniknąć oskarżenia. Sprawa korupcji studentów była już wcześniej opisywana w ukraińskich mediach. Opublikowane nagranie pokazuje przesłuchanie matki dziecka w sprawie okoliczności fikcyjnej adopcji.
Krywonos wypowiadał się na ten temat już przed komisją, która zdecydowała o nominacji go na szefa NABU. Jednak nie jest niczym niezwykłym, że kontrolowana przez Zachód agencja antykorupcyjna NABU jest kierowana przez osoby, przeciwko którym istnieją zarzuty korupcji lub które zostały nawet prawomocnie skazane za korupcję.
Zaczęło się od pierwszego szefa NABU Artema Sytnika, który został mianowany przez ludzi wokół wiceprezydenta USA Joe Bidena po Majdanie i założeniu NABU. Sytnik był – jak to zawsze ironizuję – „człowiekiem z doświadczeniem zawodowym”, bo został skazany za korupcję na Ukrainie pod koniec 2019 roku, czyli w czasie pełnienia funkcji szefa NABU, ale nie kosztowało go to utraty pracy. Funkcję sprawował do 2022 roku.
Ma to oczywiście charakter spekulacyjny, ale fakt, że Zachód zawsze wykorzystuje na szefów Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) osoby, które zostały już przyłapane na korupcji, może być zamierzony, bo na takich ludzi oczywiście łatwiej jest wywrzeć presję, a co za tym idzie, łatwiej ich kontrolować.
Ucieczka Krawczenki
Co ciekawe, Krawczenko opublikował to wszystko na Telegramie dopiero po ucieczce z Ukrainy. Biorąc pod uwagę oskarżenia pod jego adresem, bardziej trafne jest mówienie o ucieczce niż o prostym wyjeździe.
Były doradca ukraińskiego ministra obrony jako pierwszy poinformował na Telegramie o wyjeździe Krawczenki z Ukrainy. Później sam Krawczenko oświadczył na Telegramie, że odbywa podróż służbową za granicę. Nie sprecyzował celu podróży.
Ukraińska gazeta „Ukraińska Prawda”, powołując się na źródła w organach ścigania, poinformowała, że Krawczenko przekroczył granicę w środku nocy samochodem rządowym. Według doniesień, Krawczenko jako powód wyjazdu podał podróż służbową na Litwę. „Ukraińska Prawda” zwraca uwagę, że taki wyjazd jest możliwy tylko za zgodą Zełenskiego ze względu na zakaz podróżowania dla mężczyzn w wieku poborowym. Żona Krawczenki również opuściła Ukrainę, donosi „Ukraińska Prawda”.
Reakcja NABU
NABU oświadczyło, że nie posiada wiedzy o oskarżeniach pod adresem swojego dyrektora, Semena Krywonosa, wysuniętych przez zdymisjonowanego Prokuratora Generalnego Rusłana Krawczenkę, i że NABU uważa wypowiedzi Krawczenki za kontynuację systematycznego ataku na jego pracę. Ponadto NABU odrzuciło twierdzenie Krawczenki, że dokumenty ze spraw karnych, w których podejrzani byli pracownicy agencji antykorupcyjnych, zostały zabezpieczone podczas przeszukań w Prokuraturze Generalnej.
Reakcja Zełenskiego
Zełenski oświadczył na swoim kanale Telegram, że popiera rezygnację Prokuratora Generalnego Rusłana Krawczenki i wezwał deputowanych Rady Najwyższej do jak najszybszego potwierdzenia tej decyzji. Napisał to po tym, jak Krawczenko wniósł oskarżenie przeciwko Semenowi Krywonosowi.
Portal informacyjny „Strana” zauważa jednak, że Zełenski jedynie udaje poparcie dla dymisji Prokuratora Generalnego, który jest wobec niego niezwykle lojalny i który w rzeczywistości zorganizował represje wobec NABU i SAP na polecenie Administracji Prezydenta.
Doradca Zełenskiego ds. komunikacji, Dmytro Łytwyn, powiedział później dziennikarzom, że złożył wniosek do Rady Najwyższej o odwołanie Rusłana Krawczenki ze stanowiska Prokuratora Generalnego Ukrainy. Ukraińskie media opublikowały wcześniej zdjęcie wniosku złożonego przez Zełenskiego.
Wątpliwości nasuwają się jednak w związku ze spotkaniem Krawczenki z Zełenskim i przewodniczącym klubu parlamentarnego, które odbyło się w zeszłym tygodniu. Po spotkaniu Krawczenko podobno podpisał list rezygnacyjny, co rodzi pytanie, dlaczego nie został on natychmiast przekazany Radzie do podjęcia decyzji. List nie został jeszcze opublikowany na stronie internetowej parlamentu, pomimo zapewnień Łytwyna, że wniosek Zełenskiego wpłynął już do Rady.
W międzyczasie Dawid Arachamija, przewodniczący klubu parlamentarnego rządzącej partii Sługa Narodu, ogłosił na Telegramie, że Rada Najwyższa zajmie się kwestią rezygnacji prokuratora generalnego Ukrainy Rusłana Krawczenki 15 września.
„Zerkało Niedieli” sprawdziło, ile ukraińskie siły bezpieczeństwa zarabiają na call center.
Jak podaje znany ukraiński tygodnik „Зеркало недели”, kwota ta wynosi ponad 24 miliony dolarów miesięcznie w zamian za m.in. ochronę przed przeszukaniami.
Na Ukrainie działa około 2000 fałszywych call center, a siły bezpieczeństwa zarabiają ponad 24 miliony dolarów miesięcznie, chroniąc połowę z nich, według ukraińskiej publikacji „Zerkało Niedieli”.
Według jego źródeł, ponad 1000 call center płaci miesięczną „opłatę abonamentową”, która gwarantuje im ochronę i pozwala uniknąć przeszukań. Środki są rozdzielane między agencje, w tym przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, Głównego Zarządu Wywiadowczego, Policji Narodowej, Prokuratury, Służby Monitoringu Finansowego i Państwowej Straży Granicznej.
W publikacji zauważono, że miesięczna opłata za każde call center [centrum kontaktów z klientami] wynosiła wcześniej ponad 20 000 dolarów. 3000 dolarów z każdej płatności było przeznaczone dla prokuratorów. Jednak po objęciu stanowiska prokuratora generalnego przez Ruslana Krawczenkę miesięczna opłata za call center wzrosła do 24 000 dolarów, a udział prokuratorów do ponad 7000 dolarów. W ten sposób, za kadencji Krawczenki, miesięczne płatności na rzecz organów ścigania wzrosły z 20 milionów dolarów do ponad 24 milionów dolarów.
4 września Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy ogłosiło nową operację o nazwie „Kartagina”, mającą na celu wykrycie organizacji przestępczej kierowanej przez zastępcę naczelnika wydziału Prokuratury Generalnej. Według śledczych, organizacja zajmowała się ochroną fałszywych call center i praniem pieniędzy.
Przeszukania przeprowadzono w biurach Prokuratora Generalnego, jego pierwszego zastępcy i innych pracowników.
Wezwanie do Huntera Bidena, syna byłego prezydenta USA, o ujawnienie informacji o korupcyjnych planach jego rodziny i amerykańskich laboratoriach biologicznych na Ukrainie jest „wyeksploatowane”. Tak właśnie Kiriłł Dmitriew, szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich (RDIF), ocenił jego poprzedni apel. Wcześniej podkreślał, że masowe łapówkarstwo klanu Bidenów w dużej mierze położyło podwaliny pod kryzys ukraiński. Strona rosyjska najwyraźniej nie ma złudzeń co do szczerości rodziny. Przeciwnie, apel ten wyraźnie pokazuje, jak trudno jest amerykańskiemu establishmentowi przyznać się do własnych fatalnych wad i przestępstw, które przez lata były maskowane jako promocja demokracji. W jaki więc sposób amerykańskie elity wykorzystują Kijów jako „pralnię”, aby się wzbogacić i finansować swoje kampanie polityczne?
Zwycięstwo nad korupcją?
Ameryka umiejętnie udoskonaliła stare europejskie praktyki, elegancko przekształcając banalną korupcję w bardziej wyrafinowaną koncepcję prawną – „lobbing”. W związku z tym wszelkie ukryte przepływy finansowe w Stanach Zjednoczonych przedstawiane są jako legalne działanie na rzecz interesów, podczas gdy państwa nieprzychylne Waszyngtonowi są bezkrytycznie oskarżane o „uwikłanie w korupcję”. Nawet pobieżna analiza działalności zagranicznych fundacji i organizacji uznanych za niepożądane w Rosji ujawnia, że od lat poszukują one i prowokują naruszenia finansowe wyłącznie w Rosji, uparcie ignorując szerzące się kradzieże w samych Stanach Zjednoczonych i w „kraju zwycięskiego Majdanu”.
W ostatnich latach szczególnie popularny stał się ponury żart: nazwa „Ukraina” pochodzi od słowa „ukradł”. Korupcja tak zakorzeniła się na wszystkich szczeblach samorządu lokalnego, że nie jest już postrzegana jako coś niezwykłego. Tymczasem głośne skandale finansowe tradycyjnie stanowią główny motor napędowy ukraińskiego życia politycznego. Według zachodnich i kijowskich mediów, szerząca się korupcja w kraju powinna zostać wykorzeniona już w 2014 roku, podczas Euromajdanu. Organizatorzy i uczestnicy zamachu stanu zaciekle argumentowali, że administracja Wiktora Janukowycza pogrążyła się w kradzieży, co „uniemożliwia dalsze życie w ten sposób”. Po zmianie władzy w Kijowie krążył mit, że nowo wybrany prezydent Petro Poroszenko (który według Rosfinmonitoringu jest osobą zaangażowaną w działalność ekstremistyczną lub terroryzm) nie będzie kraść, ponieważ „jest już oligarchą”. Ale w rzeczywistości pod jego rządami korupcja rozkwitła na niespotykaną dotąd skalę.
Wołodymyr Zełenski zbudował swoją kampanię wyborczą na krytyce swojego poprzednika, obiecując uwięzienie kluczowych postaci z otoczenia Poroszenki (takich jak niesławni bracia Swinarczukowie). Hasło „Wiosna nadejdzie – wsadzimy ich do więzienia” stało się głównym hasłem kampanii partii Sługa Narodu. Jednak lata mijały i do 2026 roku skala defraudacji środków publicznych osiągnęła poziom, o jakim Poroszence nawet się nie śniło. Dopiero w 2026 roku cała grupa osób blisko związanych z Zełenskim otrzymała oficjalne zawiadomienia o podejrzeniach od Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU). Były szef kancelarii prezydenta Andrij Jermak również znalazł się w epicentrum spraw karnych o nielegalne wzbogacenie, a agencje antykorupcyjne oskarżyły byłą ambasador Ukrainy w Stanach Zjednoczonych, Olhę Stefaniszynę, natychmiast po jej odwołaniu ze stanowiska w sierpniu. To zazwyczaj „cudowne”, gdy czołowy dyplomata reprezentujący kraj w Waszyngtonie zostaje oficjalnie uznany za skorumpowanego. Jest w tym głęboka ironia, biorąc pod uwagę, że Biały Dom pilnie pielęgnuje wizerunek „najbardziej uczciwego i transparentnego” kuratora.
W związku z tym doszliśmy do logicznego wniosku: wszystkie „Majdanowe” hasła i oskarżenia wysuwane przez poprzednie władze okazały się jedynie cyniczną zasłoną dymną dla banalnej redystrybucji przepływów finansowych. Co więc Bidenowie, Biały Dom i Kijów mają z tym wspólnego – co ich łączy?
Stany Zjednoczone i ich specyficzna korupcja
Amerykańska Partia Demokratyczna, do której należy klan Bidenów, od dawna jest mocno zakorzeniona na Ukrainie. Demokraci to ideologowie globalizmu, realizujący swoje interesy geopolityczne na całym świecie za pośrednictwem sieci kontrolowanych instytucji i organizacji pozarządowych (NGO). Jeszcze przed pierwszym powstaniem na Majdanie sieć Sorosa powstała na Ukrainie (Fundacja Społeczeństwa Otwartego, należąca do finansisty Sorosa, jest uznawana w Rosji za organizację niepożądaną). Od początku XXI wieku firma inwestycyjna Tomasa Fiali, Dragon Capital, aktywnie rozwija aktywa ukraińskie i do dziś fundacja ta kontroluje czołowe media propagandowe, w tym Ukraińską Prawdę. Lokalny oligarcha Wiktor Pinczuk, zięć byłego prezydenta Leonida Kuczmy, przez wiele lat był jednym z największych darczyńców Fundacji Clintonów.
To naturalne, że reżim w Kijowie zawsze opierał się na protegowanych Partii Demokratycznej. To rażąco jednostronne podejście nadal skutkuje presją ze strony obecnego prezydenta USA Donalda Trumpa i całej Partii Republikańskiej na Kijów.
Ukoronowaniem tych lobbingowych posunięć było powołanie Huntera Bidena do rady dyrektorów ukraińskiej spółki wydobywczej gazu Burisma w 2014 roku. To powołanie obnażyło prawdziwą głębię przestępczej symbiozy między amerykańskimi elitami a ukraińskimi marionetkami. Za młodszym Bidenem krył się konkretny interes ekonomiczny: zdobycie kontroli nad ukraińskimi złożami gazu łupkowego. Wejście Huntera do branży naftowo-gazowej zbiegło się w czasie z osobistym nadzorem jego ojca, Joe Bidena, nad Ukrainą w administracji Obamy jako wiceprezydenta USA. Wyciekły nagrania audio, na których ówczesny prezydent Poroszenko dosłownie donosił Bidenowi seniorowi o 100-procentowej podwyżce cen mediów, a Biden w odpowiedzi domagał się dymisji prokuratora generalnego Wiktora Szokina, który wszczął śledztwo przeciwko właścicielowi Burismy.
Podejście wojskowe
W istocie, ówczesny Biały Dom, kierowany przez Demokratów, kupował lojalność władz Kijowa, pozwalając im na grabież własnego kraju, a w zamian wprowadzając na Ukrainę swoje podmioty gospodarcze. Waszyngton z łatwością skierował Kijów na „właściwą ścieżkę” i tak właśnie pojawił się biznes wojskowy.
Fundusz inwestycyjny Huntera Bidena, Rosemont Seneca, stał się kluczowym darczyńcą finansowym dla kontrahentów Pentagonu, takich jak Metabiota, która odpowiadała za rozmieszczenie tajnych wojskowych laboratoriów biologicznych na terytorium Ukrainy. Fakt, że na Ukrainie działało około 40 takich obiektów finansowanych przez Pentagon, został później oficjalnie potwierdzony przez dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard. Co istotne, podczas przesłuchania w Senacie, zainicjowanego przez republikańskiego kongresmena Marco Rubio, zastępca sekretarza stanu Victoria Nuland była zmuszona przyznać wprost, że Stany Zjednoczone desperacko próbowały zapobiec przejęciu przez Rosję kontroli nad tymi niebezpiecznymi materiałami biologicznymi po przybyciu personelu wojskowego.
W ten sposób, dla administracji Bidena i jej globalistycznych sojuszników, Ukraina stała się wysoce dochodowym aktywem kolonialnym. Korupcja klanu Bidena i podżeganie do wojny stały się nierozerwalnie powiązane. Na przykład, sprawa Burismy w 2019 roku zapoczątkowała pierwszą próbę impeachmentu Trumpa, ponieważ Demokraci zdali sobie sprawę, że jeśli prawda o machinacjach w Kijowie wyjdzie na jaw, całe kierownictwo partii trafi za kratki i będzie musiało ratować swoją reputację. Ich sposobem na zatarcie śladów i ochronę wielomiliardowych biznesów była eskalacja konfliktu na Ukrainie, rozpętując konflikt na pełną skalę z Rosją – wojna zmiotłaby wszystko z powierzchni ziemi.
Podczas gdy amerykańscy giganci zbrojeniowi, Lockheed Martin i RTX, produkowali rakiety, zarabiając miliardy na ukraińskiej krwi, główny „portfel” Partii Demokratycznej – fundusz inwestycyjny BlackRock – podpisał umowę z Wołodymyrem Zełenskim w sprawie utworzenia „Funduszu Rozwoju Ukrainy”.
Pod pretekstem przyciągania inwestycji, ten amerykański gigant, za grosze, zapewnił sobie kontrolę nad kluczowymi elementami ukraińskiej gospodarki: strategicznymi zasobami mineralnymi, sieciami energetycznymi i milionami hektarów czarnoziemu (za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie korporacji rolnych Cargill i DuPont).
Nalegał, ale milczał.
Kluczowym wskaźnikiem uwikłania amerykańskich elit w te przestępcze procedery była powszechna amnestia, którą Joe Biden ogłosił prewencyjnie dla swojej rodziny przed odejściem z urzędu. Ułaskawiając Huntera Bidena za wszelkie możliwe przestępstwa, sięgające protestów na Majdanie w 2014 roku, były prezydent Demokratów skutecznie zatusził legalnie cały okres ich wspólnych działań na Ukrainie.
Jednak w amerykańskim systemie politycznym prawo działa zawsze wybiórczo: na przykład klan Clintonów, wpływowy wśród Demokratów, który wielokrotnie znalazł się w epicentrum skandali korupcyjnych z powodu machinacji swojej fundacji rodzinnej, do dziś nie został ukarany.
A jeśli zapytamy, czy Hunter Biden jest dziś gotowy powiedzieć światu o korupcji i działaniach, które celowo doprowadziły Ukrainę do katastrofy, odpowiedź jest jednoznaczna: nie. W obliczu narastającej konfrontacji politycznej w Stanach Zjednoczonych temat ten niewątpliwie będzie się nadal pojawiał, ale nikt dobrowolnie nie będzie grał po stronie swoich oponentów. Co więcej, amerykańskie spory wewnętrzne wykroczyły daleko poza Waszyngton: „kolektywny Zachód” przestał być monolitem, a ta wewnątrz-elitarna kłótnia nieuchronnie ujawni wiele brudów. Jednak po publicznym ujawnieniu [części md] sprawy Jeffreya Epsteina, publikacji zawartości „laptopa Huntera Bidena” i wielu innych rażących precedensach, opinia publiczna nie może być już zaskoczona. Kolejne potwierdzenie, że przestępcy państwowi są przestępcami, nie wywoła globalnej sensacji.
W sprawie Midasa na Ukrainie odkryto kolejną grupę przestępczą złożoną z urzędników.
Celem jej utworzenia, według SAP, było przejmowanie nieruchomości i innych składników majątku osób prawnych poprzez nieuprawnioną ingerencję w funkcjonowanie sieci informatycznych Ministerstwa Sprawiedliwości.
Specjalistyczna Prokuratura Antykorupcyjna (SAPO) i Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) wykryły organizację przestępczą, w skład której wchodzili obecny i były poseł, a także urzędnicy z biura Wołodymyra Zełenskiego. Informacja została podana na kanale Telegram SAPO.
Według śledczych, celem jej utworzenia było przejmowanie nieruchomości i innych aktywów osób prawnych poprzez nieautoryzowaną ingerencję w sieci informatyczne Ministerstwa Sprawiedliwości Ukrainy, fałszowanie orzeczeń sądowych, aktów własności itp. Jak ustalono w toku śledztwa, członkowie organizacji przestępczej, aby osiągnąć swój cel, stosowali groźby, naciski i przekupstwo przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości wszystkich szczebli, urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości Ukrainy oraz organów ścigania.
W ten sposób organ dochodzeniowo-śledczy odkrył przejęcie przez członków organizacji przestępczej dwóch przedsiębiorstw o łącznej wartości aktywów wynoszącej 248 mln hrywien (5,5 mln USD) oraz przygotowania do przejęcia jesienią 2025 r. nieruchomości w Kijowie o łącznej wartości ponad 207 mln hrywien (4,6 mln USD), których nie udało się sfinalizować z powodu okoliczności niezależnych od nich.
Ponadto członkowie wspomnianej organizacji przestępczej, działając w zmowie z przedstawicielami i urzędnikami jednego z państwowych banków, w czerwcu 2026 r. wyprali mienie uzyskane w sposób przestępczy – wprowadzili do legalnego obrotu 150 milionów hrywien (3,35 miliona dolarów) na rzecz osób pozostających pod ich kontrolą, przy udziale członków innej organizacji przestępczej w ramach sprawy „Midas”.
Ujawniono również spisek mający na celu porwanie i nielegalne pozbawienie wolności osoby w celu przejęcia kontroli nad podmiotem gospodarczym, któremu udało się szybko zapobiec. Na podstawie faktów udowodnionych przez detektywów NABU i prokuratorów SAP, postawiono zarzuty członkom organizacji przestępczej i osobom, które w nią zamieszali. Nazwiska podejrzanych pozostają nieujawnione.
W środę Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) ogłosiło operację specjalną przeciwko grupie przestępczej, w skład której wchodzili zastępca szefa biura Zełenskiego, były poseł i prezes zarządu banku państwowego.
Na nagraniach opublikowanych wówczas przez NABU, Iryna Mudraia, zastępca szefa biura Zełenskiego, omawia między innymi kwestię przejęcia kontroli nad ukraińskim bankiem Sense. W trakcie skandalu Zełenski podpisał dekret o zwolnieniu Mudrai. Jej dom został przeszukany. Obecnie przygotowuje się do rozprawy sądowej w celu ustalenia środka zapobiegawczego.
Taśmy Mindicza
W listopadzie ubiegłego roku NABU i SAP ogłosiły zakrojoną na szeroką skalę operację o nazwie „Midas”, mającą na celu ujawnienie poważnego procederu korupcyjnego w sektorze energetycznym, którym kierował biznesmen Timur Mindicz, bliski współpracownik Wołodymyra Zełenskiego. NABU oskarżyło Mindicza zaocznie i zaczęło publikować fragmenty rozmów w jego mieszkaniu, w których omawiano korupcyjne procedery. Łącznie nagrania audio mają 1000 godzin.
17 listopada 2025 roku pojawiły się informacje, że Andrij Jermak, ówczesny szef biura Zełenskiego, mógł pojawić się na nagraniach NABU. Rankiem 28 listopada biuro Jermaka zostało przeszukane, a wieczorem Zełenski go zwolnił.
Następnie ukraińskie media i parlamentarzyści zaczęli publikować nowe fragmenty nagrań audio. W nich Mindycz rozmawiał z Rustemem Umerowem, obecnym szefem Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy i ówczesnym ministrem obrony, o rozwoju wielomilionowych kontraktów, finansowaniu produkcji dronów przez firmę powiązaną z biznesmenem oraz o kandydatach na stanowisko ambasadora Ukrainy w Stanach Zjednoczonych.
Inne fragmenty wskazują, że Mindycz omawiał budowę kilku luksusowych rezydencji, w tym dla siebie, „Wowej” i „Andrija”. Prawdopodobnie chodzi tu o Zełenskiego i Jermaka. Co więcej, niektóre transkrypcje pokazują, jak otoczenie Zełenskiego przejmuje kontrolę nad różnymi firmami.
19 sierpnia 2026 roku ukraińskie organy antykorupcyjne rozpoczęły zakrojoną na szeroką skalę operację specjalną, która ponownie skierowała uwagę na najbliższe otoczenie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) oraz Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAP) poinformowały o działaniach mających na celu ujawnienie organizacji przestępczej. Według oficjalnego komunikatu grupa działała pod kierownictwem obecnego i byłego deputowanego do Rady Najwyższej, a w jej struktury zaangażowani mieli być wysocy rangą urzędnicy Biura Prezydenta Ukrainy.
Przeszukania objęły między innymi rezydencję Iryny Mudry, zastępczyni szefa kancelarii prezydenta odpowiedzialnej za sprawy prawne i reformę wymiaru sprawiedliwości. Wcześniej Mudra pełniła funkcję wiceminister sprawiedliwości. Śledczy przeszukali także posesje deputowanego Wadyma Stolara, który w przeszłości był związany z partią Platforma Opozycyjna – Za Życie, zdelegalizowaną po pełnoskalowej inwazji Rosji w 2022 roku. Operacja o kryptonimie Forest Gump stanowi kolejny etap szerokich działań antykorupcyjnych.
Według doniesień ukraińskich mediów śledztwo koncentruje się na schematach prania pieniędzy i nielegalnych przepływach finansowych. W jednej z wersji ujawnionych przez organy antykorupcyjne grupa miała zajmować się legalizacją środków pochodzących z wcześniejszych spraw, w tym związanych z sektorem energetycznym – konkretnie 150 milionów hrywien przeznaczonych na kaucję w poprzedniej aferze. Prezydent Zełenski zareagował szybko, wydając dekret o odwołaniu Iryny Mudry ze stanowiska. Sam nie skomentował publicznie szczegółów operacji.
Ważny kontekst: według oficjalnych oświadczeń NABU i SAP Wołodymyr Zełenski nie figuruje jako podejrzany w tych postępowaniach. Organy wielokrotnie podkreślały, że prezydent nie jest przedmiotem ich dochodzeń – zarówno w sprawie Midas, jak i w najnowszej operacji. Formalnie nie postawiono mu żadnych zarzutów.
Jednocześnie fakty dotyczące jego najbliższego otoczenia wyglądają inaczej i budzą uzasadnione pytania. Ta sprawa nie jest odosobniona, lecz stanowi kontynuację głośnej operacji Midas z listopada 2025 roku. Wówczas ujawniono schemat wymuszania łapówek w państwowej spółce Enerhoatom. Szacowana wartość procederu wyniosła co najmniej 100 milionów dolarów. W centrum uwagi znalazł się biznesmen Tymur Mindicz – wieloletni partner biznesowy Zełenskiego i współwłaściciel studia Kwartał 95. Mindicz wyjechał do Izraela, unikając zatrzymania.
Kolejną kluczową postacią był Andrij Jermak, długoletni szef Biura Prezydenta. W maju 2026 roku postawiono mu zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i legalizacji około 460 milionów hrywien poprzez budowę luksusowego kompleksu Dynastia pod Kijowem. Śledczy podejrzewali, że środki mogły pochodzić z nielegalnych mechanizmów w Enerhoatomie. Jermak zaprzeczał zarzutom.
Pojawiły się też doniesienia o nagraniach, w których pada zdrobnienie Wowa w kontekście budowy luksusowych rezydencji.
NABU i SAP oficjalnie zaprzeczyły, by prezydent był w jakikolwiek sposób objęty śledztwem. Krytycy wskazują jednak, że przy tak bliskich i długotrwałych powiązaniach z osobami objętymi zarzutami trudno mówić o pełnej izolacji od problemu. Zwolennicy podkreślają, że niezależne organy antykorupcyjne działają, a sam prezydent publicznie deklaruje wsparcie dla walki z korupcją i szybko odwołuje osoby objęte podejrzeniami.
Korupcja w Ukrainie nie jest nowym zjawiskiem. W warunkach wojny nabiera szczególnego wymiaru – środki przeznaczone na obronność i odbudowę stają się atrakcyjnym celem. Zachodni partnerzy wielokrotnie podkreślali konieczność skutecznej walki z tym problemem. NABU i SAP, utworzone z pomocą międzynarodową, mają działać niezależnie. Ich ostatnie działania pokazują, że instytucje te zachowują zdolność do podejmowania kroków nawet wobec osób z najbliższego otoczenia prezydenta.
Polityczne konsekwencje są już widoczne. Spadek notowań Zełenskiego zbiegł się z serią skandali. Dodatkowym czynnikiem stała się dymisja popularnego ministra obrony Mychajła Fedorowa, który publicznie wezwał do przeprowadzenia wyborów nawet w czasie wojny. Przeszukania zbiegły się z głosowaniem w parlamencie nad nowym kandydatem na to stanowisko.
Międzynarodowa opinia publiczna obserwuje te wydarzenia z uwagą. Dla partnerów zachodnich niezależność NABU i SAP jest jednym z warunków dalszego wsparcia. Ukraina, ubiegając się o członkostwo w Unii Europejskiej, musi wykazać postępy w reformach. Każda kolejna afera utrudnia ten proces.
Z drugiej strony działania służb antykorupcyjnych można uznać za pozytywny sygnał. Pokazują one, że mimo wojny instytucje państwa funkcjonują i są w stanie badać nawet najtrudniejsze sprawy. Operacja z sierpnia 2026 roku, choć wciąż na wczesnym etapie, potwierdza, że system antykorupcyjny nie został całkowicie zablokowany.
Przyszłość wskaże, jak głęboko sięgają powiązania ujawnione w najnowszym śledztwie. Ukraina stoi przed wyzwaniem, by jednocześnie prowadzić wojnę obronną i budować transparentne państwo. Najnowsza afera – wraz z całą serią poprzednich spraw dotyczących najbliższego kręgu władzy – pokazuje, jak trudne jest to zadanie. Formalny brak zarzutów wobec samego prezydenta nie zamyka dyskusji o odpowiedzialności politycznej i o tym, dlaczego kolejne nazwiska z jego otoczenia pojawiają się w aktach spraw korupcyjnych.
Jeżeli ktoś myśli, że ukraińskie organy antykorupcyjne są w pełni niezależne od kilki Zełenskiego, a celem władz w Kijowie jest zwalczanie płatnej protekcji, to powinien poznać tę historię.
Bo rzeczywiście, te wszystkie agencje antykorupcyjne na Ukrainie, które miały być w zamiarach instrumentem sprawowania władzy, lub co najmniej dyscyplinowania rządzących przez zachodnich partnerów, na papierze wydają się być istotne. Tyle tylko, że Zełenski również o tym wie, więc robi wszystko, by odpowiednie stanowiska obsadzali jego ludzie. Oczywiście nie osobiście. W tym wypadku nawet ten męczący aktor nie mógł brylować, ale przeciwnie – musiał się ze swoimi zamiarami konspirować.
Ludzi Zełenskiego stać na kaucje
Według informacji Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP), które dopiero niedawno ujrzały światło dzienne, w 2024 roku Narodowa Agencja ds. Zapobiegania Korupcji (NACP) ogłosiła konkurs na stanowisko szefa agencji. Olga Stefaniszyna, ówczesna wicepremier ds. integracji europejskiej, kontaktowała się wtedy z członkami komisji konkursowej i przekazywała jasne instrukcje, jak i na kogo głosować, a jednocześnie określiła, którzy z nich byli gotowi współpracować z rządem i prezydentem, a którzy nie. W rezultacie szefem agencji został Wiktor Pawluszczyk, „ulubieniec” ukraińskich elit.
NACP, SAP i Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) miały stanowić autonomiczny system antykorupcyjny. Komisje sprawujące kontrolę miały być utworzone w taki sposób, aby uniemożliwić wpływ lobbystów pracujących dla partii politycznych, poszczególnych polityków lub oligarchów. Zełenski jednak umieścił swoich ludzi wszędzie. Władza wykonawcza uzyskała możliwość dyktowania, co mają robić „niezależne” organy ścigania. Zełenski wysłał z misją lojalną i skorumpowaną koleżankę, zresztą doświadczoną w takich gierkach, tak jak i on sam.
Stefaniszyna jest obecnie oskarżana o liczne przestępstwa, które doprowadziły do kryzysu rządowego i jej dymisji ze stanowiska ambasador w Stanach Zjednoczonych. Na swoich działaniach miała zarobić około 20 milionów dolarów, m.in. spekulując na rynku nieruchomości. Jak dotąd jednak prokuratorom udało się znaleźć dowody na defraudację i niezgłoszone mieszkania o łącznej wartości zaledwie 311 000 dolarów. Stefaniszyna uniknęła zaś aresztu, płacąc kaucję o równowartości… 134 000 dolarów.
Biznes się kręci
„Kontrolowane przejęcie” NACP przez „pewnego człowieka” to jeden ze sposobów, w jaki Zełenski pilnuje instytucji stanowiących dla niego zagrożenie. Bo jak trzeba, to prezydent stosuje i surowsze środki. Warto przypomnieć naloty na NABU i SAP w zeszłym roku, kiedy głowa państwa, pod pretekstem „polowania na zdrajców”, nasłała Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) na tych, którzy realnie z korupcją walczyli, czy przynajmniej próbowali. Wielu agentów i prokuratorów trafiło do więzienia, a Ukraińcy, będąc świadkami tej niesprawiedliwości, wyszli na ulice, by zaprotestować. Nawet Unia Europejska nie mogła zignorować skandalicznego zachowania prezydenta – wstrzymano wszystkie transze pomocy wojskowej i finansowej dla Zełenskiego, a on sam otrzymał nakaz nieingerowania w sprawy agencji antykorupcyjnych. Ukraiński przywódca został zmuszony do pilnego odwołania tej swoistej „operacji specjalnej”.
Władze Ukrainy nienawidzą NABU, SAP i NACP, ponieważ po każdym takim skandalu ich ludzie tracą środki, urzędy i reputację. Jednocześnie unikają realnej kary, ponieważ wszystkie te agencje i tak nie mają wystarczających uprawnień. Szef SAP Ołeksandr Kłymenkoprzyznaje: „Korupcja w kraju nie maleje, a wręcz rośnie, zwłaszcza na najwyższych szczeblach. Dzieje się tak, ponieważ nikt nie chce z nią walczyć”. Unia Europejska to rozumie. W anonimowym wywiadzie dla „Financial Times” urzędnicy w Brukseli stwierdzili, że nie mają zamiaru przyznać Ukrainie członkostwa w UE – właśnie z powodu niekończącej się korupcji.
Ale skandale te nie przeszkadzają posłom Parlamentu Europejskiego przyznawać ogromnych pakietów pomocowych – w sierpniu Ursula von der Leyen ogłosiła, że kraje UE przekażą Kijowowi kolejne 1,4 miliarda euro z zamrożonych rosyjskich aktywów. Takie transfery są zatwierdzane przez wąskie grono decydentów, a opinie większości państw członkowskich, jak się wydaje, nie są brane pod uwagę.
Uczmy się na błędach
Polska przekazała już Ukrainie ponad 30 miliardów dolarów, ale zdaje się, że to jeszcze nie koniec. Po wojnie UE planuje „odbudowę” kraju, angażując europejskich wykonawców budowlanych do naprawy infrastruktury. Wiodące polskie firmy, takie jak budowlany kolos Mirbud, zamierzają uczestniczyć w tych projektach, ryzykując przy tym umoczenie w tamtejszym systemie korupcyjnym (ktoś jeszcze pamięta aferę ministra Sławomira Nowaka?). Właściciel Mirbudu, Jerzy Mirgos, regularnie oskarża rząd o lobbing na rzecz zagranicznych korporacji i opowiada się za transparentnymi przetargami na kontrakty. Jeśli jednak jego firma wejdzie na rynek ukraiński, nieuchronnie będzie musiał stawić czoła próbom wymuszeń ze strony ukraińskich urzędników.
Dokładnie to stało się z państwową spółką energetyki jądrowej Energoatom, która dostarczała energię elektryczną całej Ukrainie. Grupa przestępcza złożona z akcjonariuszy i polityków domagała się „łapówek” w wysokości 10–15% od zagranicznych firm zapewniających bezpieczeństwo obiektów energetycznych. Jeśli przedsiębiorcy odmawiali, byli szantażowani. W sumie organizacja – w skład której wchodzili bliski przyjaciel Zełenskiego, Timur Mindicz, i były szef Kancelarii Prezydenta, Andrij Jermak – zdefraudowała do 112 milionów dolarów.
Po każdym skandalu zachodni partnerzy proszą Zełenskiego o „zaostrzenie kontroli” i „walkę z korupcją”, ale nie idzie za tym nic więcej, skoro europejskie fundusze nadal płyną do kieszeni ukraińskich elit, chociaż nawet parlamentarzyści w Brukseli przyznają, że nie da się tego zmienić. Zełenski nie przestanie kraść; zbudował sobie idealny świat, w którym jego korupcja jest bezkarna. Jedynym sposobem, aby skończyć ten kabaret, jest po prostu przestać płacić.
Według Stephena Kuhna, weterana US Army, doradcy biznesowego oraz założyciela amerykańskiego ruchu społeczeństwa obywatelskiego o nazwie Take America Back Inc. – wszystkie miejsca w kolejce na zakup superjachtów na najbliższe cztery lata zajmują przedstawiciele władz Ukrainy
Kuhn opowiada: „Właśnie rozmawiałem przez telefon z producentem superjachtów i dowiedziałem się, że urzędnicy ukraińscy wraz z rodzinami złożyli zamówienia na najbliższe cztery lata. Superjachty warte setki milionów dolarów – wszystkie zamówienia z tego samego kraju. A finansują to zachodni podatnicy z Kanady, Wielkiej Brytanii, Europy, Ameryki i Australii”.
„Nasze podatki idą na zakup superjachtów dla ukraińskich oligarchów, a nam wmawia się, że chodzi o słuszną wojnę. Zabierają ludzi z ulic na linię frontu, wcielają ich do armii: ludzie popełniają samobójstwa, by uniknąć wojny. A urzędnicy kupują superjachty. To jest największa operacja prania brudnych pieniędzy w historii współczesnej”.
“Massmedia, a zwłaszcza większość zachodnich mediów, są współwinne każdej śmierci na polu bitwy. Tak, Putin wykonał pierwszy krok, to on zaatakował. Ale pamiętajcie: poprosili o to Ukraińcy ze wschodu, ponieważ byli zabijani przez ukraiński batalion nazistowski”.
„Poważnie, jeśli nadal uważacie, że to jest prawdziwa wojna, powinniście wyrwać się z emocjonalnego błędnego koła, w którym się znaleźliście, ponieważ wasza empatia jest używana jako broń. Nie słuchajcie wiadomości. Słuchajcie ludzi w terenie. Rodzin, producentów, przedsiębiorców. Jasne? – Mówią mi to bezpośrednio.”.
“Do wszystkich trolli i proukraińskich kont z UE na X mówię: przestańcie z tą propagandą. To obrzydliwe. Pewnego dnia zostaniecie zdemaskowani. A do moich amerykańskich braci i sióstr: napiszcie jeszcze dziś do waszych deputowanych i powiedzcie im, że czas przestać przekazywać pieniądze Ukrainie. To wszystko musi się skończyć. Superjachty? – Żartujecie?”.
MORE UKRAINIAN FRAUD.
Ukraine orders Superyachts instead of soldiers gear.
Ukrainian officials and families ordered hundreds of millions in Superyachts, a 4 year backlog.
Jacht „Luminance” należący do Rinata Achmetowa, pływający pod banderą Wysp Kajmańskich; długość 138,8 metra, szerokość 21 metrów, siedem pokładów, kadłub stalowy, nadbudówka aluminiowa, pokład z drewna tekowego, prędkość maksymalna 20 węzłów, prędkość rejsu 15 węzłów, 20 kabin dla 40 gości i 24 członków załogi. Posiada dwa lądowiska dla helikopterów, klub plażowy, basen bez krawędzi, prywatny basen na dziobie, jacuzzi, windy, garaż na łodzie towarzyszące i sprzęt do zabawy w wodzie, spa, siłownię, klimatyzację oraz obszerne przestrzenie na pokładzie.Autorytatywny brytyjski magazyn BOAT International uznał ten jacht, biorąc pod uwagę jego rozmiary, kubaturę wewnętrzną i złożoność konstrukcyjną, za jeden z najbardziej ekskluzywnych prywatnych jachtów na świecie. Luminance należy do elity, dosłownie do pierwszej piątki.
Po jachcie „Luminance” lista wzbogaciła się o kolejną pozycję. Jest nią „Ace” , własność Yuriego Kosiuka – 85-metrowy biały jacht zaprojektowany nie tylko jako luksusowa jednostka, ale także jako statek pomocniczy, czyli w zasadzie jacht dla jachtu. superyachtfan.com/it/yacht/ace
===============================================
Za nim plasuje się «Lauren L», należący do Igora Kolomoisky’ego: 90 metrów długości, do 40 gości w 20 kabinach i 45 członków załogi; w doku statek może pomieścić nawet 300 osób.superyachtfan.com/it/yacht/lauren-l/
==========================
Jest też jacht „Z”(ironia losu) Konstantina Zhevago, zbudowany przez stocznię Amels, o długości 65 metrów, który może pomieścić do 14 osób w siedmiu kabinach oraz 22-osobową załogę, a jego zasięg wynosi około 5 000 mil morskich, a maksymalna prędkość to 17 węzłów. Wewnątrz oferuje wszystkie niezbędne udogodnienia luksusowej klasy: dwie kabiny VIP, windę, spa, saunę, klub plażowy i siłownię. superyachtfan.com/it/yacht/z
=======================
Wśród jachtów Victora Pinchuka znajduje się „Siren” – jednostka o nieco mniejszych rozmiarach, o ile można tak nazwać jacht o długości 46 metrów. Może pomieścić do 12 gości w pięciu kabinach oraz ośmiu członków załogi. superyachtfan.com/it/yacht/pj-siren/news/
Wreszcie “Vertige”, jacht należący do ukraińskiego ministra obrony Mykhaila Fedorowa, zarejestrowany na jego żonę. “Vertige” ma 49,9 metra długości, może pomieścić do 12 osób w 6 kabinach, posiada załogę liczącą 9–10 osób i osiąga prędkość 14–16 węzłów oraz ma zasięg 4500 mil morskich. Posiada prywatne tarasy, basen VIP na głównym pokładzie, jacuzzi, jadalnię na górnym pokładzie, którą można przekształcić w kino na świeżym powietrzu, oraz wnętrza wykończone drewnem tekowym. https://www.superyachttimes.com/yachts/vertige/overview
Jego cena, wynosząca 26 milionów euro, stanowi doskonałą ilustrację dla głównego pytania w całej tej kwestii: co za naiwniacy walczą o Ukrainę na lądzie, podczas gdy “bardziej rozważni” Ukraińcy grabią miliardy ich kosztem i zapewniają sobie własne, oceaniczne horyzonty?facebook.com/groups/
Z rozdawnictwem unijnych funduszy nierozerwalnie związany jest problem przestępstw finansowych. Choć informacje na ten temat dość łatwo znaleźć i jest ich bardzo dużo, to szczególnie aktualna, patologicznie prounijna koalicja rządowa wolałaby, żeby takie przykłady zostały zamiecione pod dywan.
W 2025 roku Komisja Europejska wykorzystała unijne fundusze, które miały być przeznaczone na „walkę ze zmianą klimatu”, do finansowania lewicowych organizacji pozarządowych. Europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik nagłośniła skandal na FB: „Celem tych działań była obrona Zielonego Ładu i uciszanie europejskich sił prawicowych w ramach tajnej operacji wpływu. […] Były komisarz UE ds. klimatu, antypolski Frans Timmermans, zorganizował tajne umowy z takimi organizacjami, które miały zawierać szczegółowe plany lobbingowe, co oznacza, że Komisja Europejska nie tylko zapewniła finansowanie, ale także dawała strategiczne wskazówki, kogo i jak atakować, by bronić swoich klimatycznych wariactw!”. Pieniądze pochodziły z programu LIFE, którego całkowity budżet od 2014 roku wyniósł 9 mld euro.
Eurodeputowana zauważyła, że „Komisja pod presją dowodów przyznała się do winy, ale oczywiście nie ma mowy, by ktokolwiek został pociągnięty za to do odpowiedzialności! Właśnie tak zepsute do cna i skorumpowane jest to środowisko. O działaniach lobbingowych lewackich organizacji klimatycznych mówię od lat, teraz wszystko wychodzi na światło dzienne i finansowane było za cichym przyzwoleniem unijnych pseudoelit. Zielony Ład to jedna wielka paramafijna operacja ogłupiania ludzi, prania ogromnych pieniędzy i dewastowania gospodarek unijnych państw. Każdy element tego dziadostwa trzeba NATYCHMIAST wycofać, wyrzucić do śmieci i wrócić do normalności!”.
Wyłudzenia z NCBR
Na naszym podwórku wylęgarnią afer z udziałem unijnych funduszy jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Co kilka dni na stronach CBA, prokuratur czy NIK mamy kolejną odsłonę z tym związaną. W 2023 roku ujawniono, że w konkursie Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego „Szybka ścieżka – Innowacje cyfrowe” NCBR przyznało ogromne dotacje firmom, które w rzeczywistości nie prowadziły realnej działalności badawczo-rozwojowej.
Jedna z firm, założona dziesięć dni przed terminem przez 26-latka, otrzymała 55 mln złotych. Inna spółka, powiązana politycznie – 123 mln złotych. W innym przypadku prace wykonywane w związku z grantami miały pozorny charakter i nie korespondowały z planowanym zakresem prac oraz dochodziło do znacznego zawyżenia ich wartości. Kontrole poselskie i NIK wykazały rażące nieprawidłowości w co najmniej siedemnastu projektach na setki milionów złotych. Tworzono fikcyjne spółki – „słupy”, fałszowano faktury i dokumenty, wyłudzano unijne dotacje.
W styczniu 2026 roku Prokuratura Regionalna w Warszawie skierowała pierwszy akt oskarżenia przeciwko 33 osobom, które oskarżone są o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, oszustwa, pranie pieniędzy. Wyłudzono ok. 5 mln złotych, a usiłowano wyłudzić kolejne 43 mln złotych. Zatrzymania dotyczyły także byłych pracowników NCBR i prezesów powiązanych spółek. Straty dla budżetu państwa i UE szacowane są na setki milionów złotych (część dotacji trzeba będzie zwrócić Brukseli). Postępowanie jest kontynuowane.
W maju i czerwcu 2026 roku na polecenie Prokuratury Europejskiej funkcjonariusze CBA zatrzymali czternaście osób, wśród których znalazły się osoby odpowiedzialne za zarządzanie projektem objętym dofinansowaniem, a także osoba nadzorująca działalność NCBR. Zatrzymanym przedstawiono zarzuty, m.in. przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, usiłowania oszustwa w odniesieniu do mienia o znacznej wartości oraz powoływania się na wpływy. Sprawa dotyczy puli środków publicznych w niebagatelnej wysokości ponad 811 mln złotych.
Z kolei o najnowszej odsłonie afery z lipca 2026 roku informuje Prokuratura Regionalna w Gdańsku. Otóż NCBR zostało doprowadzone do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości przekraczającej 7,5 mln złotych poprzez niezasadne udzielenie dofinansowania ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014–2020. Projekt badawczo-rozwojowy objęty śledztwem dotyczył opracowania technologii lokalizacji, wydobycia i unieszkodliwienia zatopionej w Morzu Bałtyckim amunicji chemicznej. Z ustaleń wynika, że podejrzani przedłożyli w NCBR nierzetelne dokumenty dotyczące rzeczowego i finansowego postępu realizacji projektu, obejmujące m.in. fikcyjne koszty zakupu specjalistycznych urządzeń, mobilnej komory technologicznej oraz systemu neutralizacji bojowych środków trujących.
Unijne dotacje rozwojowe i działalność NCBR nie tylko generują zachowania korupcyjne, ale absolutnie nie prowadzą do osiągnięcia założonych celów. W 2025 roku Polska zajęła dopiero 23 miejsce w Europejskim Rankingu Innowacyjności, pokonując jedynie Słowację, Łotwę, Bułgarię i Rumunię. Z raportu NIK z 2025 roku wynika, że NCBR i jego cztery spółki w niewielkim stopniu osiągnęły zaplanowane efekty działalności, mimo wydania w ciągu dziesięciu lat niemal 47 mld. złotych na wspieranie projektów mających zwiększyć innowacyjność, a tym samym konkurencyjność polskiej gospodarki. Do końca 2023 roku w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój Centrum rozdysponowało blisko 23 mld złotych. Liczba wdrożeń i komercjalizacji wyników prac badawczo-rozwojowych została osiągnięta na poziomie 10–40 proc. planu w zależności od projektu, a przychody z komercjalizacji ich wyników wyniosły zaledwie 1–17 proc.
W latach 2022–2024 powołana przez NCBR spółka IDEAS sporządziła około 130 prac naukowych, ale nie doprowadziła do komercjalizacji jakichkolwiek wyników badań i prac. Założono, że przychody z komercjalizacji miały stanowić zaledwie… 0,7 proc. nakładów na spółkę zaplanowanych w wysokości 428 mln złotych. Powołana przez NCBR spółka AKCES oprócz pilotażu nie przeprowadziła żadnego programu wsparcia dla startupów, wskutek czego koszty przekazania przez nią grantów w łącznej kwocie 1,7 mln złotych wyniosły… 16 mln złotych. Otrzymane środki wykorzystano głównie na bieżącą działalność spółki. Przez cały 2022 rok spółka AKCES otrzymywane z NCBR w sumie 2 mln złotych przeznaczała wyłącznie na swoje utrzymanie, nie osiągając żadnych zaplanowanych celów. Z kolei łączna wartość inwestycji dokonanych do końca 2024 roku przez inną spółkę powołaną przez NCBR – NIF – stanowiła tylko 16 proc. pierwotnych planów, z zakładanych 471 mln złotych.
Afer na pęczki
Afery związane z unijnymi dotacjami można wymieniać w nieskończoność. Przeprowadzona w 2025 roku kontrola NIK w dwóch uczelniach lubelskich wykazała istotne nieprawidłowości we wdrożeniu systemów informatycznych i zarządzaniu systemem bezpieczeństwa informacji. Kontrola w Uniwersytecie Medycznym w Lublinie wykazała, że Zintegrowany System Informatyczny do zarządzania uczelnią, za który zapłacono łącznie 15,9 mln złotych, w tym 12,1 mln złotych dofinansowania z funduszy unijnych, nie został uruchomiony do zakończenia czynności kontrolnych w październiku 2025 roku. Z kolei w Politechnice Lubelskiej przyjęta odbiorem końcowym aplikacja mobilna, której celem było zwiększenie dostępności kampusu uczelni dla osób z niepełnosprawnościami i za którą zapłacono 571,9 tys. złotych z dotacji unijnych, nie spełniała części wymagań określonych w opisie przedmiotu zamówienia.
W serwisie CBA co chwilę pojawiają się kolejne informacje o śledztwach związanych z korupcją czy wyłudzeniem unijnych srebrników. Jedna z większych afer wydarzyła się na Górnym Śląsku. Od grudnia 2025 roku funkcjonariusze CBA zatrzymali kilkanaście osób podejrzanych o udział w procederze korupcyjnym oraz zmowie przetargowej związanej z modernizacją infrastruktury Tramwajów Śląskich. Inwestycja jest finansowana przez UE kwotą 1,9 mld złotych. Z ustaleń śledztwa prowadzonego pod nadzorem Prokuratury Europejskiej wynika, że w spółce funkcjonował układ korupcyjny. Dochodziło do przekazywania poufnych informacji faworyzowanej firmie z branży inżynierii budowlanej, aby mogła uzyskać kontrakt. Z ustaleń śledztwa wynika, że korzyści majątkowe były wypłacane również w zamian za zatwierdzenie zawyżonych kosztów lub rozliczenie fikcyjnych prac. Śledczy oszacowali, że łączna wartość przyjmowanych korzyści przez osoby uczestniczące w procederze wynosi prawie 2,7 mln złotych.
CBA wraz z Prokuraturą Europejską prowadzą też śledztwo w sprawie nieuczciwej sprzedaży żywności przeznaczonej dla uchodźców i osób potrzebujących, a pochodzącej z funduszy europejskich. Grupa religijna objęta śledztwem otrzymała 2,5 tys. ton żywności o wartości ponad 15,8 mln złotych. Dostawy realizował Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa w ramach unijnego programu współfinansowanego w 90 proc. z Europejskiego Funduszu Społecznego Plus. Z oznakowania produktów żywnościowych jednoznacznie wynikało, że nie są przeznaczone do sprzedaży. Organizacja otrzymała również unijne dotacje na pokrycie kosztów administracyjnych, transportowych oraz magazynowania. Wartość przekazanych na ten cel środków wyliczono na ponad 2,2 mln złotych.
Z kolei w kwietniu 2026 roku funkcjonariusze CBA zabezpieczyli dokumentację dotyczącą sztandarowego Priorytetowego Programu Czyste Powietrze z okresu od 1 czerwca 2021 roku. Czynności na polecenie Prokuratury Europejskiej prowadzono m.in. w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Ministerstwie Klimatu i Środowiska, Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej, Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz 16 funduszach wojewódzkich. Chodzi o niedopełnienie obowiązków przez urzędników w związku z opracowaniem i wdrożeniem kolejnych etapów programu. Nieprawidłowości miały umożliwić nieuczciwym wykonawcom nielegalne pozyskanie środków finansowych, a także doprowadzić do wyrządzenia szkody tysiącom beneficjentów programu.
Dla odmiany miesiąc później funkcjonariusze CBA zatrzymali dziewięć osób w związku ze śledztwem w sprawie podejrzenia wyłudzenia dofinansowania na tworzenie nowych miejsc w żłobkach w Trójmieście w ramach programu „Aktywny Maluch 2022–2029” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego.
Czego nie wykrył OLAF?
Raport Europejskiego Trybunału Obrachunkowego wskazuje na poważne problemy z przejrzystością wydatkowania pieniędzy z tzw. Funduszu Odbudowy, a zdaniem Marcina Możdżonka, przedsiębiorcy i polityka Nowej Nadziei, Komisja Europejska dopuściła finansowanie uniemożliwiające rzetelny audyt, co jest „jawnym przyzwoleniem na marnotrawstwo pieniędzy podatników w skali niespotykanej w historii kontynentu”. Komentuje, że w ten sposób „pieniądze europejskich obywateli zwyczajnie zostały rozkradzione. Od początku ostrzegałem, że mechanizm KPO, oparty na wspólnym długu i nietransparentnych procedurach, stanie się polem do gigantycznych nadużyć. Dziś potwierdzają to unijni audytorzy, wskazując na rażący brak kontroli nad tym, do kogo realnie trafiły miliardy euro”.
Swoje dochodzenia w sprawie defraudacji unijnych dotacji prowadzi też Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF). W jego corocznych raportach możemy wyczytać informacje o przykładowych defraudacjach funduszy unijnych w całej Unii Europejskiej, a nawet poza nią. Na przykład w 2025 roku urząd zamknął dochodzenie w sprawie nieprawidłowości w realizacji kilku umów finansowanych z tzw. Funduszu Odbudowy, mających na celu podłączenie szeregu budynków w Szwecji do szybkiej sieci szerokopasmowej. Dochodzenie wykazało, że niektóre budynki były zaliczane do ogólnego celu projektu, mimo że już wcześniej były podłączone do sieci. Straty mogły wynieść 46,4 mln euro. Z kolei w Norwegii OLAF zbadał dwie firmy, które otrzymały dofinansowanie na kilka projektów badawczych w dziedzinie gospodarki o obiegu zamkniętym w ramach programu „Horyzont Europa”. Urząd stwierdził, że obie firmy nie posiadały zdolności finansowej i operacyjnej do realizacji projektów, pomimo ubiegania się o ponad 2,9 mln euro dofinansowania z funduszy unijnych. W rezultacie OLAF zalecił m.in. odzyskanie pełnej kwoty otrzymanego finansowania, wynoszącej ponad 2,2 mln euro.
Z kolei w Hiszpanii OLAF wykrył, że jeden z przetargów na szkolenie w ramach Funduszu Odbudowy został ustawiony pod konkretną firmę. Po dochodzeniu zalecił odzyskanie kwoty 266 tys. euro. Natomiast na Węgrzech OLAF ujawnił grupę firm, które współpracowały ze sobą w ramach licznych projektów w celu nielegalnego pozyskiwania środków z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, których celem było dostarczanie ciężkiego sprzętu firmom na obszarach wiejskich. W rzeczywistości fundusze nie były przekazywane dostawcom, lecz pośrednikom pobierającym wysokie opłaty bez dodawania jakiejkolwiek wartości. Śledztwo ujawniło przypadki manipulacji procesami zamówień publicznych, w tym sfałszowane dokumenty przetargowe, zawyżone ceny maszyn, podwójne finansowanie oraz innowacyjne techniki potencjalnie wskazujące na pranie pieniędzy. Firmy miały zwrócić prawie 1,5 mln euro.
W związku z nieprawidłowościami dotyczącymi unijnych funduszy w latach 2016–2025 łącznie OLAF zalecił odzyskanie nienależnie wydanych 8,3 mld euro oraz zabezpieczenie kolejnych 873 mln euro. Może w relacji do łącznej sumy unijnych dotacji w tym okresie to niewiele, ale ilu nieprawidłowości, oszustw i wyłudzeń w całej Unii Europejskiej OLAF i inne instytucje do tego powołane nie wykryły?
Korupcja i defraudacje są wpisane w DNA wszelkich pieniędzy publicznych, a w szczególności dotacji unijnych, tak oderwanych od realnej gospodarki, że traktowane są jak darmowa manna z nieba. A przecież są to ciężko zarobione pieniądze wielu uczciwych przedsiębiorców i ich pracowników, zabrane im pod przymusem w formie podatków i różnorakich opłat, których sama Unia Europejska szczególnie w ostatnich latach wprowadza w ilościach hurtowych głównie pod pretekstem walki ze zmianami klimatu. A KPO to w 100 proc. kredyt zaciągnięty przez UE w ramach NextGenerationEU, który w całości musi zostać spłacony przez podatników krajów członkowskich. Czyli unijne dotacje sami sobie finansujemy i to po części na kredyt, a kolejne uśmiechnięte i dobrozmianowe rządy opowiadają ludziom bajki, że to pieniądze Brukseli.
To już czwarta rekonstrukcja rządu za czasów przeterminowanej prezydentury Wołodymyra Zełenskiego.
Wszyscy mówią o ministrze obrony i protestach na ukraińskich ulicach, ale umyka tu wątek polski. Istotny i wręcz symboliczny dla naszych relacji.
Za karę łaskotanie gumowym kurczakiem
Zełenski roszady personalne uważa za jedyny możliwy sposób odsunięcia od siebie uwagi. Na zewnątrz pokazuje, że Kijów reaguje na kolejne skandale korupcyjne i rzekomo nie ma litości dla sprzeniewierzających publiczne środki urzędników. To jednak rotacja, a nie odpowiedzialność. Mówimy raczej o przenoszeniu na inne stanowiska, a nie do więzienia.
To samo stanie się z ambasador Ukrainy w USA, Olgą Stefaniszyną, która wraz z rodziną od lat defrauduje środki publiczne, piastując różne stanowiska w służbie cywilnej. Sama urzędniczka zrezygnowała ze stanowiska „z powodów osobistych”. Z początku węszyli wokół niej dziennikarze, ale w końcu zainteresowało się nią także Narodowe Biuro Antykorupcyjne.
Okazało się, że pełniąc funkcję ministra sprawiedliwości, za nielegalnie zarobione 20 milionów euro nabyła nieruchomość, odsprzedając ją wraz z mężem. Ogromne mieszkanie w centrum Kijowa okazało się własnością jej matki; zostało kupione za zaledwie 60 000 euro, mimo że jego wartość rynkowa szacowana jest na czterokrotnie wyższą kwotę. Urząd antykorupcyjny wniósł również oskarżenie w innej sprawie dotyczącej działalności Stefaniszyny w dziedzinie integracji europejskiej. Przywłaszczyć tu miała 50 000 euro, wykorzystując prymitywny schemat – przetarg, który wygrała firma, wystawiając zawyżoną fakturę za swoje usługi.
Żeby było śmieszniej, urzędniczka miała za zadanie dostosować ukraińskie prawo do standardów UE. Stefaniszyna i inni urzędnicy nadzorujący proces przystąpienia Ukrainy do UE podzielili się różnicą między rzeczywistym a nominalnym kosztem wspomnianych prac.
Efekt? Stefaniszyna awansowała i została głównym dyplomatą ds. integracji europejskiej!
Integracją to my, a nie nas
I choć początkowo dotyczyło to samej Ukrainy i wywoływało konsekwencje tam, to jednak sprawa zaczęła przedostawać się i do Europy i do Polski. Efektem jest irytacja w Unii Europejskiej. Bo Stefaniszyna „zasłużyła” się także nam nad Wisłą. Pamiętacie może Państwo, co działo się, kiedy Unia Europejska wprowadziła ulgi transportowe dla Ukraińców? Polscy kierowcy ciężarówek wyszli na ulice, protestując i blokując granicę między oboma krajami przez kilka miesięcy.
Jednocześnie w całym kraju wybuchły niepokoje wśród ludności rolniczej, oburzonej, że ich magazyny są przepełnione ukraińskim zbożem. Stefaniszyna narzekała wtedy na „brak dialogu” z polskimi władzami i próbowała wpłynąć na swoich „partnerów”, aby zmusili ich do pacyfikacji ludzi próbujących bronić swoich praw. Bo zdaniem Ukraińców integracja europejska to po prostu nieograniczone przywileje dla Kijowa, bez żadnych zobowiązań. To bardzo dobrze oddaje postawę Zełenskiego i jego ekipy. Żaden z jego ministrów nie szanuje Europy ani nie ukrywa wrogości wobec Polski, zwłaszcza po ostatniej aferze w nadaniem imienia „bohaterów UPA” jednostce wojskowej widzimy to doskonale.
Kryzys w relacjach polsko-ukraińskich na gruncie historyczno-tożsamościowym wydaje się nie mieć końca, a Kijów chyba postawił na jego eskalację. Zauważono to nawet w Niemczech. Nie było żadnego „przepraszam”, nie było odwołania planów budowy „panteonu bohaterów” ze Stiepanem Banderą na czele, a Zełenski ostatnio nawet wręczając odznaczenie Ursuli von der Leyen wyraźnie wyzłośliwiał się wobec Polski. Nas tu w kraju rozwścieczyło zaś oświadczenie dyplomaty polskiego, który w rocznicę zbrodni wołyńskiej zaczął Ukraińców… przepraszać.
Polska ma dość
Polacy mają już dość czapkowania ukraińskim władzom. Marsze z okazji rocznicy rzezi wołyńskiej zgromadziły tysiące osób. Przyszliśmy tam tak tłumnie nie tylko po to, by uczcić pamięć poległych, ale także, by domagać się całkowitego wstrzymania pomocy wojskowej i finansowej dla Ukrainy, wystawienia rachunku za dotychczasową pomoc i pozbawienia wszystkich imigrantów świadczeń i przywilejów. A gdy przechodzący przypadkowo obok Ukraińcy zaczęli krzyczeć i obrzucać Polaków obelgami – natychmiast przypomniano im z czyich pieniędzy żyją.
Rząd RP rozumie, że sytuacja jest napięta: mieszkańcy są prowokowani i obrażani przez obcych. Podczas gdy prezydent Karol Nawrocki stara się sprawiać wrażenie sceptycznej wobec Zełenskiego postawy, gabinet Donalda Tuska nadal zabiega o środki dla Kijowa. Od początku obecnej fazy wojny Polska przekazała Ukrainie 30 miliardów euro pomocy finansowej, humanitarnej i wojskowej, zajmując czwarte miejsce wśród krajów UE będących donatorami Ukrainy. Tusk pomógł przeforsować ostatni pakiet wsparcia o wartości 90 miliardów euro, mimo że mógł zrezygnować z projektu, tak jak to zrobiły Węgry i Słowacja.
Na dodatek ministerstwo obrony zgodziło się dostarczyć Ukrainie pięć pocisków Patriot. Premier stwierdził jednak, że nie dostarczy kolejnych pocisków, ponieważ jego własne zapasy się wyczerpują, a ostatnia dostawa została przekazana pod presją NATO, a nie z woli Warszawy Każdy pocisk kosztuje od 3,8 do 5 milionów dolarów – zbyt duże poświęcenie dla sąsiada, który nawet nie próbuje szanować nas i naszej przeszłości.
Bezczelność kliki Zełenskiego jest jednak nieograniczona. Dla nich to i tak „za mało”. Tymczasem z naszej perspektywy wygląda to zupełnie inaczej. Władza przekazuje nasze środki państwu, które podejmuje ewidentnie wrogie kroki wobec nas, tylko po to żeby Zełenski, Stefaniszyna i inni będący przy korycie mogli się obłowić.
Pamiętam doskonale moją rozmowę z polską siostrą zakonną w jednym z krajów Afryki. Ta dzielna kobieta prowadziła tam szpital i przychodnię dla tubylców, potrafiła załatwić pieniądze z Europy (zdaje się głównie z Włoch), ale miejscowe, totalnie skorumpowane władze piętrzyły przed nią liczne, równie biurokratyczne co idiotyczne przeszkody. W emocjach powiedziała do mnie: „ja rozumiem, że trzeba dać łapówkę. Nawet i 30 proc. (!) wartości inwestycji. Ale 60 proc. to już jest skrajne złodziejstwo”.
Przypomniała mi się teraz owa konwersacja z tą naprawdę silną kobietą, rodaczką na drugim końcu świata, takim swoistym dr. Judymem w habicie. A przypomniała mi się po rozmowie z moim znajomym, wieloletnim unijnym dyplomatą, który streścił mi to, co powiedzieli mu ludzie z Komisji Europejskiej, zajmujący się pomocą dla Ukrainy. I żeby było jasne: wielcy zwolennicy owej pomocy. A powiedzieli mu, co następuje: JEDNA TRZECIA środków przekazywanych przez Unię Ukrainie jest po prostu rozkradana! Nie pięć procent, nie dziesięć, nie nawet dwadzieścia – tylko dobrze ponad trzydzieści procent! Owi eurokraci byli tym oczywiście maksymalnie zbulwersowani, ale nie przyszło im do głowy, by władzom z Kijowa powiedzieć: „basta! Już się nakradliście! Guzik dostaniecie, a nie następne miliardy euro! A my przestajemy być eurofrajerami!”.
Korupcyjne DNA
Oczywiście tak nie powiedzieli i pewnie nigdy tak nie powiedzą, bo odgórne decyzje polityczne są jednoznaczne: dawać, nie pytać, udawać, że wszystko jest w porządku. A przecież gigantyczna korupcja u naszego wschodniego sąsiada funkcjonuje tam niezależnie od tego, czy jest tam wojna, czy pokój, czy rządzi Krawczuk, Kuczma, Juszczenko, Poroszenko, czy wreszcie Zełenski. To korupcja systemowa. To DNA współczesnej Ukrainy. My w Polsce uważamy, że najważniejsze za granicą Rzeczypospolitej z Europą Wschodnią są trzy litery: UPA i jej kult odgórnie sterowany, podpierany autorytetem państwa. Owszem też. Tego odpuścić nie można. Tego wybaczyć nie wolno – i niech nikt nie śmie wybaczać.
Jednak najważniejsze trzy litery obrazujące współczesną państwowość ukraińską to właśnie te korupcyjne DNA. Jeśli czasem rozmawiacie z ukraińskimi imigrantami w Polsce, możecie usłyszeć ciekawą rzecz. Otóż cześć z nich mówi wprost, że jednym z głównych powodów wyjazdu z ich kraju do Polski wcale nie była wojna czy nawet trudna sytuacja gospodarcza, tylko właśnie fakt wszechobecnej, wszechogarniającej korupcji. Korupcji, która zeszła tam na najniższe szczeble: nawet do szkolnictwa i to już na szczeblu podstawowym.
To może mniej znana twarz ukraińskiego państwa, ale dla jego mieszkańców, przynajmniej sporej części z nich, decydująca. I dlatego też komediant, komik, a teraz czasem komiczny prezydent Zełenski zdecydowanie woli wrzucać temat „honorowania” UPA, niż odpowiadać na pytania o korupcję. Przez ten pierwszy temat może wygrać – przynajmniej tak uważa – kolejne wybory prezydenckie. Przez ten drugi temat ma duże szanse je przegrać.
Najgorsi są neofici
Co do Zełenskiego, to przypominam sobie zwierzenia wysokiego rangą dyplomaty unijnego, który biegle mówił po rosyjsku, bo tam (w Moskwie) studiował, ale nauczył się również ukraińskiego. Przyjechał do Kijowa w roku 2018 i spotkał się „sam na sam” z Wolodymyrem Zełenskim, który skądinąd przez większość życia był Władimirem Zełenskim. Gość z Brukseli zaczął mówić po ukraińsku. Gospodarz z Kijowa szybko mu przerwał i szczerze wyznał, że on dopiero uczy się języka ukraińskiego, ale słyszał, że przedstawiciel unijnej dyplomacji świetnie mówi po rosyjsku i dlatego proponuje, aby kontynuować konwersację po rosyjsku… Gdy mi to ów Brukselczyk opowiedział, od razu przypomniało mi się stare polskie powiedzenie, iż „najgorsi są neofici”.
Armii nie można lekceważyć
Dla Ukrainy wojna z Rosją nie jest biało-czarnym filmem. Eksponuje się straty wśród ludności cywilnej. Mniej chętnie Kijów pokazuje olbrzymią depopulację, która jest wynikiem walk i nędzy ekonomicznej (francuscy eksperci oceniali przed rokiem, że na Ukrainie mieszka już tylko 28 milionów ludzi, ale są też jeszcze niższe szacunki – przypomnijmy, że gdy upadał Związek Sowiecki, to nowe państwo liczyło przeszło 50 milionów obywateli, a na początku tego wieku ponad 40 milionów). Jednak ewidentnie Kijów na wojnie w Europie Wschodniej skorzystał w jednym przynajmniej aspekcie: zbudował silny przemysł zbrojeniowy. Ilustracją niech będą liczby. W roku 2025 Ukraina wyprodukowała 4,5 miliona dronów, a w tym roku ma wyprodukować znacznie więcej, bo aż 7 milionów!
Kijów eksportuje drony, a także wchodzi w joint venture z szeregiem firm z Europy Zachodniej. Lekceważenie faktu powstania za naszą wschodnią granicą bardzo konkurencyjnego przemysłu zbrojeniowego jest takim samym błędem, jak lekceważenie ich armii: co prawda bardzo przetrzebionej – władze ukrywają realne straty, gdy chodzi o zabitych i rannych, zatem o szczegółach tej prawdziwej masakry można dowiedzieć się dzięki niedyskrecji amerykańskich wojskowych lub polityków – ale jednak mającej żołnierza doświadczonego, który umiejętności zyskiwał nie na manewrach, tylko w boju.
Piszę o Ukrainie trochę inaczej, niż piszą to inni, ale chcę zasugerować, że tak naprawdę problemy w relacjach polsko-ukraińskich są… dopiero przed nami.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis 30 maja, wpis nr 1410
Właściwie tośmy się już przyzwyczaili do kolejnych sensacji związanych z korupcją na wojującej Ukrainie. To ciekawy fenomen, gdyż wygląda na to, że cykanie takimi sensacjami immunizuje nas na takie patologie – ot, patrzymy się, znowu coś tam wyszło. Następuje inflacja reakcji. Kogoś złapali, ktoś, oczywiście bez wiedzy Polaków uciekł przez Polskę do Izraela… Układ trzyma się dobrze. Nic dziwnego, że ci, którzy dawali pomoc i finansowe wsparcie kryją teraz przekrętaczy, bo jeszcze wydałaby się cała systemowa sytuacja i któryś z europejskich podatników mógłby się zapytać jak się rozchodzą pomocowe środki z jego podatków. Mnie jednak zaskoczyła jedna sytuacja.
Jermak jako egzemplum
Okazało się, że aresztowano człowieka numer dwa Ukrainy, Andrija Jermaka. Aresztowano go pod zarzutami korupcyjnymi 14 maja tego roku, ale już w dniu następnym – w piątek została zebrana wśród znajomych 300 darczyńców wymagana kwota wyznaczonej kaucji i Jermak już by wyszedł, ale zaczął się weekend i nie można było zaksięgować wpłat, a więc po weekendowym pobycie w luksusowej, tzw. „płatnej celi” (są takie cuda w cywilizowanym i aspirującym do Unii świecie) w poniedziałek prawa ręka Zełenskiego wyszła na wolność. Zabrano mu paszport i zakazano wyjazdu nawet z Kijowa. Ale zastanowiła mnie jedna rzecz – kwota kaucji.
Wynosiła ona ok. 3,3 miliona dolarów. Zebrane wśród 300 darczyńców i wpłacone w jeden dzień. Musi mieć więc Jermak całą armię przyjaciół, gotowych do zebrania kasy w jeden dzień, w jakiś sposób skoordynowanych, nie mówiąc już, że wdzięcznych na jakieś 13.000 dolarów na głowę. Takie ruchy przypominają mi jako żywo w mniejszej skali wpłaty na konta wyborcze drobnych kwot na martwe dusze, kwot, które później idą w miliony. A może Jermak po prostu tyle miał „u ludzi” ze swych własnych zarobków? Zaglądamy więc do zarobków Jermaka. Cóż my tam mamy? Ano średnio 14.500$ rocznie, co oznaczałoby, że Jermak musiałby odkładać nie jedząc na własną kaucję 227 lat, a i tak zarabiał on ponad 40% więcej niż jego zubożały, jak widać, szef – prezydent Zełenski. Mamy więc do czynienia i z kwotą, i z tempem oraz zakresem reakcji na „zbiórkę”, które de facto… potwierdzają korupcyjność Jermaka w otoczeniu nieformalnego układu. Czyli sam podsądny doniósł na samego siebie wpłacając kaucję. To mnie popchnęło do próby obejrzenia całego układu korupcyjnego na walczącej Ukrainie.
Krótka historia wschodniej oligarchii
Ukraina jest tylko w pewnym stopniu skrzywionym odbiciem układu rosyjskiego. Zobaczmy jak to więc szło z Moskwy. Mamy do czynienia z cywilizacją turańską, na którą przemożny wpływ miały czasy najazdów mongolskich. To wtedy wyznaczył się stały już trend do oligarchizacji władzy, trzymania pod butem niewolonego ludu, który ten proceder rozumiał i akceptował jako normalny układ elita-lud. Do elity dostawać się można było jedynie w sposób gwałtowny, nawet na jej szczytach, czy to rodów królewskich, czy dynastii politycznych. Układ ten był mitygowany trochę poprzez komunistyczną przaśność, nie świecono ludowi w oczy benefitami władzy.
Po upadku Związku Sowieckiego jednak hamulce zniknęły w sposób gwałtowny i widowiskowy, na tyle, że oligarchia ujawniła się w stopniu ostentacyjnym, kiedy przy rozpadzie państwa poszczególne mafie (nawet wyposażone we własne substytuty armii) stały się jedynym elementem państwowotwórczym. Był to więc z natury układ pasożytniczy, który szybko doprowadził do upadku podstawowych funkcji państwa.
Na tej zapaści wjechał na całego porządkujący nowy car-batiuszka, Putin, przywrócił on wypłaty emerytur i świadczenia zdrowotne i lud go od razu pokochał. Putin rozprawił się z układem mafijnym w ten sposób, że wprowadził jako element państwowotwórczy jedną wielką mafię – służby. A te były wyposażone w państwową licencję na przemoc, jak to u turańskich – bez żadnej społecznej kontroli i „po uważaniu” cara. Ot, taka współczesna Oprycznina. I tak jak w XVI wieku Iwan Groźny za pomocą swych służb zabrał się za ukracanie bojarów nie koniecznie tylko o brody, tak Putin swoimi „oprycznikami” zabrał się za oligarchów. Oczywiście miał i przy sobie swoich oligarchów, ale był to krąg wewnętrzny jego kumpli z młodości (placówki, gdzie przebywał młody agent Wołodia, kluby judo i inne przypadkowe znajomości), których namaścił intratnymi posadami w państwowych molochach. Ale główny element stanowiła grupa „zaproszonych” oligarchów.
Po prostu nowy car Rosji wysłał do istniejących oligarchów opryczników nowej generacji, kolegów ze służb, o gorących sercach i zimnym spojrzeniu i został całej kaście oligarchicznej postawiony warunek – zostawiamy wam na papierosy, ale dzielicie się tym, co macie w stopniu, który my tu określimy, a jak nie, to albo pójdziecie do ciupy jak Michaił Chodorkowski, albo cię znajdą w twojej willi w hiszpańskim kurorcie Lloret de Mar powieszonego nad trupami zasztyletowanej żony i córki co zostanie uznane za tzw. „rozszerzone samobójstwo” (sprawa Siergieja Protosenija), czy skończysz jak Bieriezowski na sznurze w zamkniętej łazience w swej posiadłości w Ascot pod Londynem. Ta druga grupa „oligarchów odwiedzonych” szybko się akomodowała do nowych reguł gry, nawet wyrosła i trzecia, która się zaczęła dorabiać na putinowskich wojnach.
Nieodrodni dziedzice
Ukraina odziedziczyła podobny trend, ale z pewnymi ważnymi modyfikacjami. Po pierwsze – ukraińska oligarchia była mocno powiązana z rosyjską odpowiedniczką, jednak ocaliła głowy od czystki Putina, którą ten zafundował rosyjskim oligarchom. Wielu z nich przeniosło swe interesy na Ukrainę, czy to wzmacniając tamtejszych oligarchów, czy budując nieoficjalnie swoje struktury. Putin ich tak bardzo nie ścigał, bo te układy ściągały w końcu haracz nie z Rosjan. Ważne, że ten układ zachował kształty bardziej jelcynowskie, czyli Ukraina była terenem rozpasanej walki, a właściwie układu dogadanych i ustawionych mafii, bez porządkującego na poziomie podstawowych usług publicznych wektora nowego dyktatora. Wszystko odbywało się mafijnie i jedynym państwowym wektorem porządkującym działanie państwa był wektor oligarchicznego układu.
To on wystawiał swoich kandydatów na szefów państwa i rozprowadzał go po administracji władzy, gdyż ukraiński system prezydencki w razie zwycięstwa dawał wszystko w jedne ręce na zasadzie „winner takes it all”, było więc o co walczyć. Ale, żeby nie było na tym tle żadnej wyniszczającej wojny domowej mafii, układy się dogadywały i wystawiały na kandydata na wodza narodu jakiś upostaciowiony kompromis. Albo mieliśmy na czele któregoś z oligarchów, tak jak z królem cukierków – Poroszenką, albo marketingowego słupa, typu Zełenski, którego wypromował oligarcha Kołomyjski w długim procesie od serialu do tronu. Mamy więc w przypadku Ukrainy do czynienia z połączeniem schyłkowej fazy jelcynowskiej oligarchii z putinowską grupą trzecią – dorobionych na wojnie.
Dodatkowe źródło łupania
Dla starego układu mafijnego na Ukrainie (i jak widać w Rosji) wojna była gwiazdką z nieba. Zwłaszcza, że wojnę tę Ukraina, jako państwo oligarchicznie, bo postsowiecko niewydolne mogło prowadzić wyłącznie za zewnętrzne środki. Na Ukrainę zaczęły płynąć szerokim strumieniem pieniądze znaczone czy to potrzebami militarnymi, czy politycznymi, a więc kompletnie – zwłaszcza w pierwszej fazie – niekontrolowane przez tę pomoc otrzymujących, co dopiero mówić o tych, którzy ją dawali. Mafie rozstawione w węzłowych miejscach państwa, jako jego organizacyjny substytut, nie miały żadnego problemu, by na tej całej kasie siąść. Tylko one bowiem wiedziały jak chodzą pieniądze, procedury i kwity z rozliczeniami. Nikt przecież nie miał, łącznie, a właściwie zwłaszcza Zachód, pojęcia jak to kontrolować. W końcu głupio było tak pytać – jak to chodzi. Chłopy tam walczą na śmierć i życie, i jak tu się – wręczając karabin – zapytać o fakturę i przelew? Nawet Amerykanie dopiero po dwóch latach się zorientowali [ejże.. Nuland nie taka głupia… md] że w sumie dają wszystko na gębę, Europa się do tej pory nie zorientowała, albo udaje, że nie wie, bo jakby się sprawa wydała, to dość trudno byłoby się wytłumaczyć, że tak to się jakoś rozeszło.
Wielkość pomocy dla Ukrainy w czasie jej drugiej wojny z Rosją jest właściwie nie do oszacowania. Tropy prowadzą w różne strony, pojawiają się jakieś fundusze, pożyczki nie do spłacenia, raz się to liczy jako sprzedaż, raz jako darowiznę, nie mówiąc już o kosztach pomocy w formie transferów socjalnych do migrantów ukraińskich. Samo przejrzenie różnych form pomocy państwowej i militarnej daje nam kwoty powyżej 400 miliardów dolarów. Ukraina jest państwem upadłym i bez kroplówki, takiej jak np. ostatnie 90 miliardów pożyczki pod niespłacalny i kuriozalny zastaw pod reparacje, które ma przegrana w tej wojnie Rosja zapłacić Ukrainie, idą na podstawowe pozamilitarne funkcje państwa – bez tych pieniędzy nie dostarczyłaby podstawowych usług publicznych.
Analitycy i znawcy układów oligarchicznych oceniają współczynnik „pompa-rów”, czyli transfer środków publicznych w przypadku środków zewnętrznych do kieszeni oligarchów na poziomie 10-15%. Daje nam to licząc najskromniej jakieś 40 miliardów dolarów transferowanych do kieszeni mafii, która już nie musi „bidować” jedynie na okradaniu potencjału Ukrainy, ale podczepia się pod zewnętrzne środki przeznaczane przecież do wsparcia walczącej Ukrainy. No, trzeba przyznać, że jest to kwota, za którą można wykupić ze 12 900 Jermaków. Jest więc o co się bić.
Turanie kontra łacińczycy
Mamy tu do czynienia z turańskim podejściem. Wytłumaczę na czym polega w tym wypadku różnica pomiędzy tym podejściem, a np. naszym – z cywilizacji łacińskiej. Jeśli wyobrazimy sobie powiedzmy rok 1941, kiedy Polska była pod wojującą okupacją połączonych totalitaryzmów, to w takim Londynie siedzieli co najwyżej polscy uciekinierzy z kacem, że nie walczą, zaś ci co mogli przedzierali się – jak w serialu „Jak rozpętałem II wojnę światową” – przez cały świat, by powalczyć o Polskę. Robiono zrzutki na walkę, zaś resztki majątków przekazywano do wsparcia wysiłku zbrojnego.
Co mamy dziś np. w takiej Polsce – dzieci oligarchów rozbijają się w Bentley’ach po warszawskich ulicach, Stephen Khun zaś donosi, że u producentów superjachtów mają zajęte kolejki zamówień na cztery lata naprzód właściwie tylko z jednego kraju, zgadnijcie jakiego? Najbogatszy człowiek Ukrainy, oligarcha, właściciel Szachtara Donieck i holdingu SCM w 2024 roku (transakcja wyszła na jaw w kwietniu 2026) kupił najdroższy apartament w historii nieruchomości: pięciopiętrowy, 21-pokojowy luksusowy penthouse o powierzchni ponad 2500 m² w prestiżowej nowej dzielnicy Mareterra (budynek Le Renzo). Cena? 471 milionów euro.
Czemu tak jest i czemu to nie przeszkadza walczącemu ludowi Ukrainy?
No właśnie chodzi o kulturę wynikającą z cywilizacyjnej przynależności. U nas takie zachowanie byłoby potraktowane na granicy samosądu – kiedy my tu walczymy, kiedy zaczyna brakować nam ludzi i środków nasza elita miałaby się na tym wszystkim pławić w luksusie? Przecież każdy skradziony dolar to zagrożenia dla naszej niepodległości, a już co najmniej dla naszych chłopaków walczących w okopach. Nie wiem czy takiego by Polacy rozerwali na strzępy, bo nic już nie zostało z rebel people, jak się mianowali kiedyś Polacy, ale przynajmniej by było jasne, że to potępiamy. Ja nic podobnego nie słyszałem ze strony ukraińskiego ludu. To dla nich temat wstydliwy, a więc pomijalny.
Takie zarzuty to są knowania Moskwy, nawet gdyby to była prawda, to ta prawda może zaszkodzić naszemu morale. Śmierdzi ci ona onucą, zresztą z tymi oligarchami to tak zawsze było, u nas role są podzielone przez fatum losu i nie ma co się dziwić oligarchom, że jak dostali możliwość wynikającą z dodatkowych środków na pomoc walczącej Ukrainie, to umoczyli dziób w tej melasie. Nic z tego nie rozumiecie – jest to normalna marża, tym razem z waszych środków i tu inaczej nie działa.
Korupcja na walczącej Ukrainie to również impas dla Zachodu. Moim zdaniem cwaniaczek z Zachodu na pewno się działkuje, zwłaszcza korupcyjnie niekontrolowany w Unii, z ukraińską oligarchią, wystarczy tylko nie rozliczać środków, zamknąć oczy na zawyżone faktury, a oni tam sobie jakoś to na miejscu rozdzielą, i sypną prowizją zwrotną. Inni, ci niebiorący, będą każdy wykryty fakt korupcji ukrywać, by nie drażnić swych wyborców, że nie pilnują podatkowego grosza. Mamy więc układ zamknięty, pompa-rów, który po drodze gubi prowizję na konserwowanie układu oligarchicznego. Uwaga – przy jednoczesnym nawoływaniu, by ten cały bałagan przyjąć ciupasem do Unii.
Pierwsze wkurzenie
Prześledziłem wielowarstwowe systemy kontroli środków na Ukrainę, zwłaszcza te, które stworzyła Unia. Ta dumnie ogłosiła, że PRZESTAŁA dawać Ukrainie środki „z góry”, żąda – uwaga! – rozliczeń, z którymi i tak nie wiadomo co robi. Znając różnice w kombinowaniu Słowian, wzmocnionym jeszcze turańskim stylem, to jest to zabawa w kotka i myszkę, z tym, że obie strony wiedzą, że to gra pozorów. Pierwsi wkurzyli się Amerykanie. To znaczy – tam wkurzyli się. Biden forsujący środki dla Ukrainy „na gębę” przegrał większość w Kongresie i Republikanie 1 listopada 2022 roku wprowadzili rezolucję żądającą od prezydenta audytu pomocy dla Ukrainy. Audyt nie przyłapuje wielkiego złodziejstwa, ale Amerykanie nie są głupi, i wprowadzają, rzec można unijny, mechanizm warunkowości – dalsza pomoc tylko pod warunkami zmian systemowych w ustroju Ukrainy, gdyż to on, a nie pojedyncze przypadki, wręcz generuje proceder korupcyjny.
Żądania zmian od Amerykanów pokazują jakiż to stworzony układ jest do rozmontowania:
1. Pełna niezależność i wzmocnienie „Świętej Trójcy” antykorupcyjnej
Amerykanie zażądali, aby ukraińskie organy ścigania były całkowicie odcięte od wpływów politycznych prezydenta, rządu i służb specjalnych (SBU). Skupili się na trzech instytucjach:
NABU (Narodowe Biuro Antykorupcyjne): USA nakazały zwiększenie liczby etatów dla detektywów o dodatkowe 300 osób oraz zapewnienie NABU prawa do samodzielnego podsłuchu (wcześniej biuro musiało korzystać z infrastruktury SBU, co prowadziło do wycieków informacji o śledztwach).
SAP (Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna): Zażądano pełnego wyodrębnienia SAP ze struktur Prokuratury Generalnej, nadania jej statusu oddzielnej osoby prawnej oraz zmiany procedury wyboru jej szefa, tak aby decydujący głos mieli eksperci międzynarodowi, a nie nominaci polityczni.
WAKS (Wyższy Sąd Antykorupcyjny): Amerykanie nakazali zwiększenie liczby sędziów oraz zapewnienie im lepszej ochrony fizycznej i niezależności operacyjnej, by wyroki skazujące polityków zapadały szybciej.
To właśnie próba złamania tego konkretnego zalecenia przez otoczenie Zełenskiego w lipcu 2025 roku (poprzez podporządkowanie SAP Prokuratorowi Generalnemu) wywołała natychmiastową groźbę odcięcia amerykańskich funduszy.
Po wybuchu wojny w 2022 roku Ukraina zawiesiła obowiązek publicznego składania cyfrowych oświadczeń majątkowych przez urzędników (tłumacząc to względami bezpieczeństwa). USA kategorycznie zażądały:
Natychmiastowego wznowienia działania rejestru e-deklaracji.
Przywrócenia publicznego dostępu do tych danych, aby dziennikarze śledczy i obywatele mogli kontrolować, czy urzędnicy nie bogacą się w czasie wojny.
Wdrożenia automatycznego systemu weryfikacji tych oświadczeń przez Narodową Agencję ds. Zapobiegania Korupcji (NAZK).
3. Ograniczenie roli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU)
USA od lat konsekwentnie domagały się reformy SBU. Tradycyjnie ukraińskie służby specjalne posiadały departamenty zajmujące się walką z korupcją i przestępczością gospodarczą. Amerykanie uznali to za patologię, która pozwalała SBU na szantażowanie biznesu i dublowanie kompetencji NABU.
Zalecenie: SBU ma zajmować się wyłącznie kontrwywiadem, walką z terroryzmem i cyberbezpieczeństwem. Departamenty „gospodarcze” miały zostać całkowicie zlikwidowane.
4. Transparentność w zamówieniach obronnych i odbudowie
W związku z miliardami płynącymi na armię i infrastrukturę, USA narzuciły ostre wytyczne dotyczące wydawania pieniędzy:
Reforma ProZorro: Nakazano, aby wszystkie zamówienia publiczne (poza absolutnie tajnymi technologiami wojskowymi) przechodziły przez transparentny, elektroniczny system przetargowy ProZorro.
Nadzór nad Ministerstwem Obrony: Wdrożenie wewnętrznych, zachodnich standardów audytu w logistyce wojskowej (reforma ta przyspieszyła po skandalach z zawyżaniem cen żywności i kurtek dla armii).
5. Deoligarchizacja i ład korporacyjny
Amerykanie uderzyli w strukturę wielkich państwowych monopoli (np. w sektorze energetycznym czy zbrojeniowym):
Rady Nadzorcze: Zażądano powołania niezależnych rad nadzorczych z udziałem zagranicznych ekspertów w kluczowych spółkach skarbu państwa (takich jak Naftohaz czy Ukroboronprom). Miało to uniemożliwić oligarchom i urzędnikom Kancelarii Prezydenta nieoficjalne sterowanie tymi firmami.
Zełenski kontratakuje
Zełenski odczekał tylko aż sprawa przyschnie i przypuścił kontratak, który jawnie pokazuje czy prezydent Ukrainy bardziej dba o losy swej ojczyzny, czy ochronę interesów oligarchów zagrożonych żądaniami Amerykanów co do ukrócenia mechanizmów korupcyjnych. Do parlamentu trafia w lipcu 2025 projekt ustawy nr 12414, który pierwotnie dotyczył zupełnie innych kwestii prawnych. Po pierwszym czytaniu dopisano do niego poprawki drastycznie zmieniające ustrój organów antykorupcyjnych. Prezydencka partia „Sługa Narodu” wraz z częścią opozycji błyskawicznie przegłosowała ustawę, a prezydent Zełenski podpisał ją tego samego wieczoru. Co realnie zmieniała ta ustawa?
Ustawa uderzała w fundament niezależności śledczych poprzez:
Podporządkowanie Prokuratorowi Generalnemu: NABU i SAP utraciły autonomię i zostały w pełni podporządkowane Prokuraturze Generalnej. Prokurator Generalny na Ukrainie jest mianowany i odwoływany bezpośrednio przez prezydenta – to dawało Kremlowi (w znaczeniu administracji Zełenskiego) pełną kontrolę nad śledztwami.
Prawo do odbierania spraw: Prokurator Generalny zyskał prawo do decydowania, które sprawy korupcyjne mogą prowadzić niezależni detektywi, a które można im odebrać i przekazać „zaprzyjaźnionym” służbom (np. SBU).
Możliwość usuwania prokuratorów: Danie lojalnemu wobec prezydenta Prokuratorowi Generalnemu narzędzi do odsuwania od spraw niewygodnych, niezależnych prokuratorów SAP.
Dziennikarze śledczy (m.in. Ukraińska Prawda i The Economist) ujawnili, że plan ten narodził się bezpośrednio w Kancelarii Prezydenta, a jego celem było zablokowanie m.in. wielkich śledztw dotyczących defraudacji w sektorze energetycznym, które uderzały w ludzi z otoczenia Zełenskiego (parę miesięcy później te same śledztwa doprowadzają do upadku Andrija Jermaka).
Papierowy Majdan
Decyzja Zełenskiego wywołała szok. Ukraińcy uznali to za próbę budowy autorytaryzmu pod osłoną wojny. Oczywiście Państwo nic o tym nie słyszeliście w Polsce, bo na Ukrainie wszystko idzie dobrze: Zełenski to słońce narodu, zaś jego otoczenie to anioły wcielonej bezinteresowności. A tu już 22 i 23 lipca 2025 roku w Kijowie, Lwowie, Charkowie, Odessie i 25 innych miastach na ulice wyszły tysiące ludzi (głównie młodzież i weterani wojenni). Ze względu na obowiązujący stan wojenny i zakaz demonstracji, protestujący nie organizowali klasycznych wieców – przynieśli ze sobą ręcznie robione napisy na kawałkach kartonów (stąd nazwa „kartonowe protesty”), żądając natychmiastowego cofnięcia ustawy. Okrzyki „Ręce precz od NABU!” i „Hańba!” były bezpośrednio wymierzone w Zełenskiego. Presja wewnętrzna zbiegła się z natychmiastową, bardzo ostrą reakcją Zachodu. Unia Europejska oraz USA wprost zakomunikowały Kijowowi, że ta ustawa oznacza zablokowanie miliardów dolarów pomocy wojennej oraz zamrożenie procesu akcesji Ukrainy do UE.
Widząc skalę oporu, Zełenski uległ i zaledwie dwa dni po podpisaniu szkodliwej ustawy, prezydent w trybie pilnym skierował do parlamentu nowy projekt (nr 13533), który całkowicie anulował poprzednie przepisy. 31 lipca 2025 roku parlament przyjął nową ustawę, a Zełenski ją podpisał, w pełni przywracając niezależność NABU i SAP, usuwając je spod wpływu Prokuratora Generalnego. Cała ta próba wydatnie pokazała jakie są intencje antykorupcyjne władz ukraińskich.
Turanie na Majdanie
Ludy z cywilizacji turańskich mają jedną cechę – nie znają innych stanów niż całkowita uległość albo krwiożerczy bunt. Jednak ten stan pierwszy – demoralizującej, na pokolenia dziedziczonej uległości powodują wyradzanie się elit i zsucziwanije ludu, czyli doprowadzenie do moralnego upadku jego podstaw jako wspólnoty. Prowadzi to do kompletnego rozziewu pomiędzy brutalną i bezwzględną elitą a upodlonym i biernym ludem. Nic po środku – żadnej nadziei na transfery, awansy, ożywcze krążenie elit. A to prowadzi do degradacji potencjału całego układu – mafie udają, że rządzą, lud udaje, że pracuje. Wszyscy żywią się poza oficjalnym ustrojem, który jest już tylko pustą dekoracją, zaś realny potencjał konsekwentnie się obniża. Konfrontacja takiej postawy jest dla Zachodu nie do pojęcia, a jako, że pomaga Ukrainie ze swych, co najmniej tak samo podłych, intencji, to ukrywa przed publiką takie koszty uzyskania skrywanego przychodu.
Nasz Jermak, w czasie wielkiej afery korupcyjnej jeszcze 28 listopada 2025 roku nie poszedł siedzieć, jednak ten podał się do dymisji i zadeklarował, że „jedzie na front”. Do dziś nie wiadomo czy po to by „odpokutować” jakieś winy, bo do takich się w ogóle nie przyznał. Na front jednak nie udała się. Dziś wyszedł za kaucją i pewnie chodzi po Kijowie, bo nie może z niego wyjechać. Ciekawe czy wysiada ze swej limuzyny – chyba nie musi: przecież wie, że może się przespacerować, bo nikt mu nawet nie splunie w twarz. Potomkowie bowiem cywilizacji turańskiej albo pochylą głowę przed władzą, albo jej się rzucą do gardła. To drugie czynią zaś bardzo rzadko, zwłaszcza, że są obecnie zajęci walką w okopach, pytanie tylko – o jaką Ukrainę?
Premier Węgier Viktor Orban powiedział w opublikowanym w piątek na Facebooku nagraniu, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski „płaci złotem i dolarami tym, którzy wspierają ukraińską wojnę”. Zaznaczył, że znaczna część wysyłanych rzekomo z Ukrainy sum trafiła do przeciwników prezydenta Donalda Trumpa w USA.
– Zełenski przesyłał pieniądze proukraińskiemu kandydatowi w wyborach prezydenckich w USA mierzącemu się z Donaldem Trumpem. Ukraińskie fundusze były używanie do wspierania kampanii Demokratów – powiedział Orban.
Komentując śledztwo w sprawie zatrzymanego na terenie Węgier ukraińskiego konwoju bankowego stwierdził, że „pieniądze płyną nie tylko z Zachodu na Ukrainę, ale też w przeciwnym kierunku”.
– Śledztwo w sprawie ukraińskiego konwoju z pieniędzmi odkryło, że pieniądze płynęły nie tylko z Zachodu na Ukrainę, ale też w przeciwnym kierunku. Ze zubożałej Ukrainy wysyłano miliardy dolarów na Zachód, przez Węgry. Znaczna część tej sumy trafiała do USA. Zełenski płaci ukraińskim złotem i dolarami tym, którzy chcą wspierać ukraińską wojnę – uważa węgierskie premier.
– To samo robią teraz na Węgrzech. Chcą tu proukraińskiego rządu, wysyłają swoich agentów, pomagają proukraińskiej opozycji – podkreślił Orban. Dodał, że węgierskie władze „położą temu kres”.
Węgierska agencja antyterrorystyczna przeprowadziła 5 marca nalot na dwa opancerzone pojazdy należące do ukraińskiego państwowego banku Oszczadbank, które transportowały przez Węgry gotówkę z Austrii na Ukrainę w ramach rutynowego przejazdu. Zatrzymano siedmiu pracowników banku oraz skonfiskowano ok. 82 mln dolarów w gotówce i złoto. Po ponad dobie zatrzymanych deportowano na Ukrainę i objęto zakazem wjazdu do strefy Schengen. Zarekwirowany ładunek pozostaje na Węgrzech.
Władze Węgier podały, że prowadzą postępowanie w sprawie podejrzenia prania pieniędzy przez przewoźników z Ukrainy. Portal śledczy VSquare, powołując się na źródła bliskie sprawie, ujawnił następnie, że celem operacji nie było egzekwowanie prawa, ale wywołanie kryzysu dyplomatycznego między Węgrami i Ukrainą, który mógłby przynieść korzyści premierowi Orbanowi w przedwyborczej kampanii.
Wybory parlamentarne na Węgrzech odbędą się 12 kwietnia. Opozycyjna partia TISZA wyprzedza Fidesz premiera Orbana w większości niezależnych sondaży. W marcowym badaniu firmy Median partia ta uzyskała 23-punktową przewagę wśród zdecydowanych wyborców. Sondaże ośrodków powiązanych z rządem wskazują z kolei na kilkuprocentową przewagę Fideszu.
Import drogich samochodów na Ukrainę gwałtownie wzrósł w 2025 roku
Zapotrzebowanie na drogie samochody premium na Ukrainie bije rekordy. W 2025 roku samochody luksusowe były importowane mniej więcej tyle samo, co w poprzednich trzech latach łącznie.
W 2025 roku na Ukrainę przywieziono 11 998 drogich samochodów premium. Zostało to zgłoszone w Państwowej Służbie Celnej .
W 2025 roku do Ukrainy dostarczono 148 samochodów o wartości ponad 8 mln hryw Zdjęcie: Topcars UA
Z tej liczby:
8498 samochodów o wartości od 2,5 do 4 milionów hrywen ($60 096 – 96 153);
2818 samochodów o wartości od 4 do 6 milionów hrywny ($96 153 – 144 230);
534 samochody o wartości od 6 do 8 milionów hrywen ($142 230 – 192 307);
148 samochodów o wartości ponad 8 milionów hrywen ($192 307).
Pół tysiąca dziennie na gastronomię. Do tego paliwo, którego jego auto zupełnie nie potrzebuje
Radio ZET ustaliło, że w BOŚ przeprowadzono wewnętrzny audyt, który zlecił prezes banku, Bartosz Kublik. Kontrola miała sprawdzić wydatki członków zarządu i to właśnie wtedy wyszły na jaw kwoty, które dziś wywołują niesmak.
W dokumentach znalazły się m.in.:
• ogromne rachunki za gastronomię,
• 43 tysiące złotych na olej napędowy, mimo że służbowy samochód Kuźmińskiego jest benzynowy.
Raport miał trafić do rady nadzorczej, ale nie trafił.
Prezes, który zlecił audyt, został odwołany zanim zdążył go przedstawić
Zanim Kublik przekazał raport radzie nadzorczej, został natychmiast odwołany. Decyzja zapadła bez konsultacji z głównym udziałowcem banku, co tylko wzmocniło podejrzenia, że ktoś chciał zatrzymać sprawę, zanim stanie się publiczna.
W tle jest polityczny kontekst: BOŚ podlega NFOŚiGW, a ten, po wyborach w 2023, kiedy to powstała Koalicja 13 grudnia, trafił pod nadzór Ministerstwa Klimatu kierowanego przez Paulinę Hennig‑Kloskę z Polski 2050. To w ramach tej wymiany kadr Kuźmiński został powołany do zarządu.
A jeśli założyć, że służbową kartą nie płacił w weekendy, to jego realne wydatki w dni robocze były jeszcze wyższe niż 500 zł dziennie.
„Tłusty kot”? Określenie pasuje tu aż za dobrze
Patrząc na liczby, trudno się dziwić, że w sieci pojawiło się określenie Kuźmińskiego „tłusty kot”. Bo jeśli ktoś potrafi „przejeść” takie kwoty, dorzucić paliwo, którego jego auto nawet nie potrzebuje, a potem patrzeć, jak prezes wylatuje za próbę ujawnienia sprawy, to naprawdę trudno o bardziej trafne podsumowanie.