
————

——————

——————————-

—————–

—————–

—————————-

—————

———————-


————

——————

——————————-

—————–

—————–

—————————-

—————

———————-


—————————-

————————–

——————————

———————–

———————–

————————–

—————————-

———–

[dzieciątko ! Przecież rekiny biznesu nie płacą podatków… ]
—————————–

———————-

—————-

———————

[dla młodzieży: Ten pierwszy to Anatolij Kaszpirowski]
=========================

——————–

——————–

——————————–

———————————

——————————-

—————–


——————

——————–

—————–

——————–

———–

——————————

————————-

Pierogi były polskie !!
——————-

[Znaczy: dwa etaty miesięczne w jeden dzień]
————————


————

————————————

————————

——————-

————————–

———————

————————-

————————–

——————-

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 18 czerwca 2026 michalkiewicz
W „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” jest anegdotka o absztyfikancie, któremu podczas wizyty w domu narzeczonej przytrafił się casus pascudeus w postaci głośnego puszczenia wiatrów. Nieszczęsny absztyfikant tak się skonfundował, że postanowił ukryć tę wpadkę za wszelką cenę. W tym celu zamordował nie tylko narzeczoną, ale również resztą rodziny, będącej świadkiem wydarzenia. Naturalnie nic to nie dało, bo śledztwo objęło również motywy zbrodni i w ten sposób wszystko wyszło na jaw.
Ta anegdotka z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” znakomicie pasuje do tak zwanej „afery podkarpackiej”. Polegała ona na tym, że dwa ukraińscy gangsterzy, bracia Aleksiej i Jewhen Rysiczowie, założyli w województwie podkarpackim sieć burdeli, w których zatrudniali panienki [no i dzieci… md] z Polski, Ukrainy i skąd się tylko dało. W swojej działalności nie napotykali przeszkód, przeciwnie – można było odnieść wrażenie, że władze naszego nieszczęśliwego kraju traktują ich niezwykle wyrozumiale. Samą sympatią dla Ukrainy, która zresztą wtedy jeszcze nie chroniła Europy i świata przez zakusami złego Putina – co obecnie ma rangę dogmatu quasi-religijnego, który stanowi znakomity pozór uzasadnienia dla ukraińskiej postawy roszczeniowej nie tylko wobec Polski, ale również innych nieszczęśliwych krajów – więc samą sympatią dla Ukrainy tłumaczyć tej wyrozumiałości nie można było wyjaśnić, w związku z czym pojawiły się brzydkie podejrzenia, że bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpują nie tylko ojczystych policjantów, ale również – funkcjonariuszy niezależnej prokuratury, a nawet – niezawisłych sądów.
Jeśli chodzi o policję, to owszem – zwalczała ona przy pomocy praworządnych procedur wszelką konkurencję braci Rysiczów, którzy w związku z tym zaczęli dokazywać bez opamiętania. Prowadziło to do tak zwanych wpadek, ale były one niegroźne zarówno dla braci, jak i dla ich interesów, bo jeśli nawet sprawa trafiała przed niezawisłe sądy, to one też były wyrozumiałe, co znajdowało wyraz w symbolicznym charakterze kar, umożliwiających prowadzenie interesu bez żadnych przestojów. Nic więc dziwnego, że z usług burdeli prowadzonych przez Ukraińców, którzy zresztą w międzyczasie uzyskali polskie obywatelstwo, korzystało coraz wytworniejsze towarzystwo, obejmujące również osoby z pierwszych stron gazet. Wydawało się wszystkim, że jest bezpiecznie, a tymczasem wcale tak nie było, bo bracia Rysiczowie wszystkie bliskie spotkania III stopnia z panienkami nagrywali na video i podobno udało im się zgromadzić aż 4 tysiące takich nagrań. Wreszcie z jakichś zagadkowych powodów się zniechęcili, wrócili na Ukrainę i na razie ślad po nich zaginął.
Wśród ludu krążyły wprawdzie różne pogłoski na temat ten afery, ale nikt nic pewnego na ten temat nie wiedział – chociaż wiadomo, że co jeden człowiek chce zakryć, to drugi odkryje. Próbował odkrywać tę sprawy były bokser, Dawid „Cygan” Kostecki, ale skończyło się to dla niego fatalnie. Z wyroku niezawisłego sądu trafił do więzienia, gdzie w swojej celi się taktownie powiesił. Ten przypadek najwyraźniej podziałał trzeźwiąco na wszystkich i pewnie dlatego pan Andrzej Duda, były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju, pytany przez pana red. Rymanowskiego o aferę podkarpacką, dał do zrozumienia, że nigdy nic o niej nie słyszał. Z jednej strony dobrze to świadczy o moralności pana Andrzeja Dudy, chociaż z drugiej strony powinien on chyba wiedzieć trochę więcej o funkcjonowaniu państwa, którego prezydentem był przez 8 lat.
Tymczasem okazało się, że dwaj dziennikarze, jeden z portalu „Onet”, a drugi – z portalu „Goniec”, ogłosili, że podejrzenia, jakoby bracia Rysiczowie zwyczajnie korumpowali policjantów, prokuratorów i niezawisłych sędziów, nie są prawdziwe, bo byli oni wieloletnimi tajnym współpracownikami polskiej bezpieki, która być może nawet partycypowała w dochodach uzyskiwanych z podkarpackich burdeli i roztaczała nad całym tym interesem parasol ochronny. To wyjaśnienie, do którego z podejrzaną skwapliwością przyłączył się minister-koordynator służb specjalnych w vaginecie obywatela Tuska Donalda, pan Tomasz Siemoniak, wprawdzie oczyszcza funkcjonariuszy policji, prokuratury i niezawisłych sędziów z podejrzeń o zwyczajną korupcję, ale pozwala na wysunięcie podejrzenia, że cały aparat państwa, z niezawisłymi sądami inclus, wykonuje polecenia bezpieki, stanowiącej przez nikogo nie kontrolowane państwo w państwie.
Tak właśnie było za pierwszej komuny, kiedy to najtwardszym jądrem systemu była nie żadna tam „partia”, tylko właśnie bezpieka. Mogliśmy się o tym przekonać na początku stanu wojennego, kiedy to szef PZPR, Edward Gierek został internowany i żaden głos nie podniósł się w jego obronie. Ta decyzja WRON miała oczywiście charakter pedagogiczny. Edward Gierek nie stwarzał przecież żadnego zagrożenia ani dla ustroju socjalistycznego, ani dla sojuszy. Chodziło o pokazanie, kto naprawdę rządzi – że nie żadna „partia” tylko bezpieka. I tak już zostało, bo – jak pamiętamy – wywiad wojskowy przeszedł transformację ustrojową w szyku zwartym i jako WSI – nadzorował prawidłowy jej przebieg, a potem wypuścił z siebie kilka łbów hydry, dzięki czemu m mamy w naszym nieszczęśliwym kraju aż 7 bezpieczniackich watah. Ale to jeszcze nic – bo przez cały ten czas werbowana była i jest agentura.
Ona się nie rozpłynęła w powietrzu, cały czas istnieje, pamięta, komu zawdzięcza pozycję społeczną, materialną, karierę i przyszłość, więc jest posłuszna, dyspozycyjna, dzięki czemu za jej pośrednictwem bezpieka może ręcznie sterować nie tylko państwem, ale całym życiem publicznym. No a bracia Rysiczowie? Czy przypadkiem nie wylądowali w Polsce z wyznaczonym przez SBU zadaniem przeniknięcia do struktur tubylczej bezpieki – prawdopodobnie już wcześniej penetrowanej przez Ukraińców, którzy są też w policji. Nagrywanie kompromatów i ich wyjazd na Ukrainę daje postawy do najgorszych podejrzeń.
Wreszcie moment, kiedy te rewelacje wybuchły. Bo wybuchły zaraz po wizycie w Polsce Kiryły Budanowa, obecnie szefa Biura Prezydenta Zełeńskiego – ale przedtem – szefa Głównego Zarządu Wywiadu tamtejszego Ministerstwa Obrony. O czym rozmawiał z naszymi dygnitarzami? Tego nie wiemy – ale ukraińskie media skomentowały skutki jego wizyty w Polsce, że „zapobiegł najgorszemu”. Ciekawe, bo Ukraińcy uważają za „najgorsze”? Czy odebranie prezydentowi Zełeńskiemu orderu, czy zaprzestanie futrowania Ukrainy przez Polskę a nawet – blokowania dla niej forsy z UE – jak to robił Orban? No i wreszcie – jak pan Budanow temu „najgorszemu” – cokolwiek by to było – „zapobiegł”? Czy przypadkiem nie uświadamiając swoich warszawskich rozmówców, że nie jest bezpiecznie? Taki szef wywiadu coś tam przecież musi wiedzieć, w odróżnieniu od pana Tomasza Siemoniaka, który o wszystkim dowiaduje się z mediów.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

14 czerwca, wpis nr 1412 dziennikzarazy/niemcy-rosja-czyli-dezintegracja-pozytywna
Coraz częściej pojawiają się sygnały, że Niemcy wrócą do business as usual z Rosją. Jest to stała dominanta niemieckiej racji stanu, jeszcze od czasów Bismarcka, ale obecnie z powodu agresji Putina na Ukrainę poddana jest ona rewizji, ale zdaje się, że chwilowej. Wydaje się to tylko lekką postacią tzw. dezintegracji pozytywnej. Dezintegracja pozytywna to fenomen psychologiczny dokładnie opisany przez prof. Kazimierza Dąbrowskiego. Rzucił on wyzwanie klasycznej psychiatrii, która każdy lęk, kryzys emocjonalny czy neurozę traktowała jako chorobę, konieczną do wyleczenia (czyli przywrócenia pacjenta do stanu pierwotnego). Dąbrowski uznał odwrotnie: kryzys psychiczny, cierpienie, a nawet wewnętrzne rozbicie są często warunkiem koniecznym, by człowiek mógł rozwinąć się i przejść na wyższy poziom rozwoju.
I taka zasada stosuje się także do wielu innych dziedzin, niż tylko psychologii. Ostatnio karierę robi dezintegracja pozytywna w polityce, a właściwie – geopolityce. Od dawna formuła funkcjonowania świata ulega gwałtownym przemianom i nie są to kontrolowalne do końca procesy, ale nie są to też bezładne paroksyzmy. Idąc za Dąbrowskim wypada pogodzić się ze stanem popadania w kryzysy, cofania się wręcz w rozwoju – świat się resetuje, wygląda na chaotyczny, ale to nie jest koniec – rozpad to konieczna faza zmiany. Musi się rozpaść stara struktura w sytuacjach kryzysowych, bo jak uczy doświadczenie – rzadko jest tak, że dzieje się to w sposób kontrolowany. Tak jest i teraz, i wydaje mi się, że obecny kryzys na linii Moskwa-Berlin to nie wypadek przy pracy, nie początek wiecznej wrogości, ale właśnie – kryzysowa faza przejściowa, by osiągnąć wyższy poziom relacji, tzw. wtórnej integracji.
Niemcy chcą Rosji
Czemu tak uważam? Ano po pierwsze – Niemcy są krajem poważnym i nawet dość upartym na tyle, że czasami zbyt długo tkwią w mylnym błędzie swojej strategii. Ale są jak szef kompanii – ten jak ma stary regulamin, to trzyma się go co do literki. Jak przyjdzie nowy – to się zamyka w kanciapie i ryje nowy na pamięć i jak wychodzi na świat, to jest w nim zagorzałym ekspertem nowych decyzji zwierzchników.
Tak jest i z Niemcami, tyle, że w sprawie relacji z Rosją nie przyszedł żaden nowy regulamin. Ot, zdarzył się wypadek przy pracy, trzeba było to jakoś narracyjnie przeczekać i wykorzystać. Kiedy Niemcy to przeczekiwały to akurat Polska – first to fight – pierwsza poszła na front i (jak widać ostatnio) zużyła się. Wtedy wyszły Niemcy, cali na biało, wręcz na defiladę. Czas też został wykorzystany przez Niemcy, które ze stymulowanego straszenia Europy Putinem zrobiły sobie uzasadnienie do federalizacji formatu Unii pod niemieckim berłem oraz sprytnie przerzuciły na kraje członkowskie ratunkowe sfinansowanie kosztów ichniego przejścia z przemysłu maszynowego na militarny. W rezultacie wynik ma być korzystny – Europa zjednoczona pod berłem zmilitaryzowanych Niemiec, zmilitaryzowana kosztem długu pozostałych naiwniaków-członków Unii. Czegóż chcieć więcej?

Dlatego Niemcy marzą o powrocie ostatniego bismarkowskiego czynnika – dealu z Rosją. Stamtąd surowce, którymi mieli handlować z Europą, marża – również polityczna – jest, niemiecki przemysł hula, zaś Europa Środkowo-Wschodnia robi za Mitteleuropę, czyli robi na Niemcy, które zawijają marżę jak świstak czekoladę w sreberka. Do tego potrzebni są Niemcom Rosjanie. Innego bowiem pomysłu na realizację swoich ambicji IV Rzeszy Berlin nie ma i chyba mieć nie może.
To, co teraz oglądamy – te akty wrogości wobec Putina, to tylko teatr, który ma dać alibi już zdecydowanej intencji oraz podbić cenę przy targowaniu się z Moskwą. Jednocześnie bowiem niemieccy posłańcy powrotu suną do Moskwy jeden za drugim, nawet i nie muszą – Niemcy mają przecież tam swego stałego przedstawiciela w osobie byłego kanclerza Schroedera, upostaciowienie zdrady ideałów współpracy europejskiej złożonej na ołtarzu robienia interesów z Rosją. Były kanclerz słynie przecież z wciąż aktualnych kontaktów z niemieckim establishmentem, do tego przecież został najęty do Gazpromu, przecież nie do spawania rur z gazem.
Korzystanie z okazji
Szykowane są okazje do takiego przełamania: kryzys na Bilskim Wschodzie jest tu na rękę dla takich scenariuszy, gdyż zaraz wyjdą Niemcy w Brukseli i powiedzą: Trump nas rżnie na surowcach energetycznych, Arabowie zablokowani, Wenezuela zdobyta przez USA, a tu za Bugiem Putin macha rączką z lepszymi cenami. A więc chłopaki, przed zimą, trzeba się dogadać gremialnie z Rosją, a któż jak nie my, w końcu mocarstwo humanitarne, mamy tu pośredniczyć w tym zbożnym dziele? Do tego dojdzie prawdopodobne dopuszczenie do władzy otwarcie prorosyjskiej AfD i Niemcy się wytłumaczą przed samymi Niemcami, że naród tak chciał.

Dla Rosji to też dobry deal, bo mogą tym samym mieć Europę w ręku, dyktować polityczne ceny, szczególnie takim, jak polscy pyskaczom. Zanim się wybuduje ta europejska armia pod niemieckim dowództwem – Rosjanie będą mieli Europę u stóp, zadłużoną, wykończoną zielonym szaleństwem, w sumie spacyfikowaną duchem. Kiedy Rosja z dużym sukcesem obróciła się na Wschód, Europa z Niemcami nie jest dla niej już tak łakomym kąskiem, zwłaszcza, że aktualnym bezwładem Stary Kontynent bez jednego wystrzału wpadnie jej w ręce. A to, że będzie Europa opakowana w niemieckie sreberka, to już szczegół.
Dla Rosji federalizacja Europy pod niemieckim berłem to większa korzyść niż „Europa ojczyzn”. Wreszcie będzie z kim pogadać o Europie za jednym razem, kimś decyzyjnym, a nie użerać się w poniżających utarczkach z kraikami wielkości rosyjskich obwodów. Rosjanie więc czekają z otwartymi ramionami. Zwłaszcza, że Europa nie jest dla nich strategiczna, to tzw. BATNA (czyli best alternative to negotiated agreement), czyli opcja drugiego wyboru, gdyby pierwszy – obrót na Azję – nie wyszedł. Negocjacyjnie jest to wygodne dla Moskwy, bo zawsze ma gdzie pójść, o czym czasami przypomina swymi deklaracjami, że nie wie czy będzie w ogóle sprzedawać ropę i gaz do Unii. To podwyższa ceny przyszłego dealu.
Wchodzą Amerykanie i Ukraińcy
Da się więc zjeść tę żabę. Zwłaszcza, że to może być część większego dealu na poziomie Trump-Putin. Jeśli panowie się dogadali na Alasce co do nowego podziału świata (co ostatnio pojedynczo przyklepali w Pekinie), to powrót Niemiec do interesów z Rosją może być w to wpleciony. Może być też ceną jaką zażądał Putin od Trumpa za Rosji mniejszą miłość do Chin, lub choćby neutralność w konflikcie Chin o Tajwan. W przedstawionej już optyce korzyści dealowania się z Rosji z Europą przy pośrednictwie Niemców zgoda, a nawet żądanie Putina, by takie cudo jak nadzór nad Europą „podarował” Niemcom Trump wydaje się wysoce prawdopodobne. Głównych interesów USA w Europie, jeśli te w ogóle jeszcze będą, będzie dla Waszyngtonu pilnował junior partner z Berlina, nie trzeba będzie ręcznie zarządzać.
I Wołodia będzie zadowolony, może się skupi więcej na Europie i odpuści Chiny, kontynent będzie zdalnie sterowny, trzymany za mordę pruskim drylem, z drugiej strony – i rozwój Europy, i samych Niemiec będzie politycznie, militarnie i gospodarczo sterowalny, czy to przez USA, czy przez Rosję. Układ dobry, na leniucha, ale skuteczny przy amerykańskiej polityce zwijania się z pozycji żandarma na poborcę świata.

Jeżeli dojdzie do zbliżenia niemiecko-rosyjskiego, to wcale nie na trupie Ukrainy. Ten nowy układ – po tej fazie „dezintegracji pozytywnej” – odtworzy naszą, polską, sytuację przy poprzednim, nordstreamowym zbliżeniu Niemiec i Rosji. I tak jak nas w osobie premiera i w narracji ambasadora Niemcy wykierowali na normalizację relacji z Moskwą „taką jaka ona jest”, tak teraz tę rolę przyjmie Ukraina. I możemy zobaczyć cuda nad Dnieprem. Rosja może się okazać dla Ukrainy – oczywiście po pewnej przepierce mózgowej – całkiem niezłym partnerem.
Zwłaszcza, że wymagać tego będzie w ramach nowego dealu Ukrainy jej najważniejszy partner, czyli Niemcy. Można im za to dać Ukraińcom zatruty, acz wymarzony przez nich owoc członkostwa w Unii i jakoś to pójdzie. Oczywiście potrzebny będzie wtedy jakiś winowajca zastępczy, ale taki już się sam zgłosił, sądząc po gwałtownych, acz symbolicznych polskich reakcjach związanych z uczczeniem pamięci bohaterów UPA.
W tym układzie znajdziemy się pośrodku zajadłych wrogów. W kleszczach Niemcy-Rosja-Ukraina nie mamy szans. Zgniotą nas, zaorają i posypią solą. Ukraina się temu układowi nie postawi, bo wisi na kroplówce Europy i jak ta się zdecyduje do nowej formy wtórnej integracji z Rosją, to Kijów nie będzie się mógł nie zgodzić. Oczywiście ważna jest tutaj opcja ludzi okopowych, którym by się świat zawalił i zapadły groby bohaterów, ale nie takie numery świat widział. Ukraina będzie wszak wolna, acz wiadomo przecież, że wolność to zrozumienie konieczności.
Brak alternatywy
Zaraz z tego zakrążą mrzonki, żeby się z Ukrainą dogadać i zrobić postulowaną przez polityków czy think tanki federację państwowo-militarną: Ukropolin. Nie chcę tu się znęcać nad fantasmagorycznością takich pomysłów, tylko spytam się – z kim myśmy mieli to robić, w sensie klasy politycznej? Najgorsze są nieproszone rady i zapraszani do przyjaźni wrogowie. Ukraińcy nie liczą się z nami, najdalej od czasów Przewozowa, kiedy zobaczyli, że w sprawie reakcji na ewidentną ukraińską prowokację mającą nas wkręcić w wojnę, czekamy z decyzją aż się obudzi Biden i powie nam co robić. Ukraińcy więc z nami nie gadają, bo po kiego układać się z lokajem, co to i tak wszystko przyniesie co mu każą. Nie gadają, a tym bardziej nie będą robili żadnego paktu – zamiast tego hodują u siebie pokłady agresywnego nacjonalistycznego patriotyzmu i nie zobaczymy się we wspólnych okopach na wojnie z Rosją. I pewnie dobrze. No, chyba, że pójdziemy jako dodatkowa wkładka mięsna, na co widać, że coraz więcej graczy ma ochotę, pechowo, że i niektórzy od nas też.

I kto by to miał zrobić z naszej strony? Nasza klasa polityczna? Przecież oni nie są w stanie pójść do toalety nie zapytawszy się wcześniej co o tym sądzi opinia publiczna. A że opinia się wkurzyła na UPA, to trzeba narracyjnie to jechać. Zwłaszcza, że szerokie gremia, w tym polskie, aż zacierają ręce i nogi, by nasz konflikt polsko-ukraiński skupił się na polityce historycznej. Ta, jak wiadomo jest relatywna, zawsze można ją zniuansować, czego jesteśmy świadkami przy spektaklu pełnym porównań UPA do Żołnierzy Wyklętych. I w tych okopach możemy siedzieć latami, obrzucając się – w najlepszym razie – argumentami.
Wyjście z matni polityki historycznej
Taka postawa sączona w lud jest na rękę macherom od opisanej wyżej polityki business as usual. My mamy z Ukrainą większe problemy niż ichnia UPA czy – wiem, że bluźnię – nasi rodacy w dołach śmierci. My mamy z Ukrainą poważne konflikty interesów. I dopóki o nich nie gadamy, tylko dajemy się zwodzić zabawą z ekshumacjami w chowanego, to nikt o tych konfliktach interesów nie gada, zaś lud tego nie słyszy na tyle, by zrobić z tego ważny temat kampanijny.

Mamy poważne zatargi gospodarcze, które będą się powiększały w ramach pozostawania Ukrainy w poczekalni do UE – z prawami, bez obowiązków. Pokaz „możliwości” ukraińskich konfliktów interesów mieliśmy przecież od dwóch lat na przykładzie zagłady rolnictwa czy branży transportowej – a idą nowe branże.
Mamy duże problemy społeczne: 1,7 miliona Ukraińców, jak słyszymy, nie bardzo zadowolonych z pomocy Polaków, roszczeniowych, agresywnych (na razie słownie). Zaraz do nich dojadą ojcowie z okopów i będzie koniec balu, Panno Lalu. Mamy za wschodnią granicą rozgrzaną, acz zmęczoną armię, kraj o wyraźnych i oficjalnie deklarowanych wobec nas roszczeniach terytorialnych, który już jawnie się cieszy ze swego wpływu na korzystne dla siebie wybory w Polsce. Będzie sporo roboty, by to zniwelować, ale do tego trzeba zdefiniować problemy, a nie uciekać przed nimi w emocjonalne spory kto był bardziej winny: nasz Czarniecki, czy ich Bandera.
PiS się za to nie weźmie, bo woli grać na niedawno odkrytych emocjach, w nadziei na niepamięć ludu co do tego kto zaczął. O Tuskach nie ma co gadać – jak ci realizowali w polskiej polityce wschodniej interes Berlina za czasów przeddudowych, to tym bardziej będą to robić dalej – bez względu na to, że nagle trzeba się będzie bratać z Moskwą. Ale – zobaczycie, że będą takie gadki – skoro wybaczyli im Ukraińcy, to czemuż ma się opierać Polska. I by nie siedzieć znowu w unijnej oślej ławce niezrozumienia potrzeby dziejowej i braku odrzucenia naszych prehistorycznych uprzedzeń będziemy przekonywani, że trzeba jechać, bo nie pociąg, ale cały peron nam odjedzie.
Onucyzm
Dożyliśmy czasów, że moje tu teraz rozważania czy przypadkiem nie pogadać w takim razie z Rosją stają się obrazą polskiej (nieistniejącej zresztą) racji stanu na poziomie zdrady onucowej. Tak żeśmy się dali ścisnąć przez te popisowe imadło, którym kręcą z zewnątrz, że nawet spekulacje na ten temat wydają się publicystycznym, a co dopiero politycznym, samobójstwem. Nie ma mowy – tu mamy zamurowane z obu stron, we wszystkich mediach i wypada się przyjrzeć czy przypadkiem również i nie w kruchcie. Ale zobaczmy – jakby to mogło być, żeby w takiej przyszłej nieciekawej sytuacji nie pogadać z Rosją (nawet nie chce mi się tu spekulować czy nie z Chinami).
Z Rosją są same kłopoty. Oni po prostu nie chcą gadać z pętakami. A mają nas za pętaków, wesz na grzebieniu europejskich upadłych potęg, która im mniej ma do powiedzenia – tym bardziej chojrakuje. Nasz wyścig do prymatu w regionie Międzymorza przegraliśmy w XVIII wieku i tyle to oznacza dla Rosji. Nie ma nas i nie ma o czym z nami gadać. Ale na tę sytuację sami zapracowaliśmy ciężką robotą polegająca na lenistwie elit. Te u nas postanowiły właśnie na leniucha podczepić się do któregoś z zagranicznych patronów, czym pozbawiliśmy się sprawczości – byliśmy od razu elementem cudzych rachub. To wygodne – nie trzeba się martwić, płynie się z głównym nurtem, ale jest to perspektywa jedynie na pokolenia elit, by się ustawić, daleka od racji stanu państwa. I kiedy nasi patroni się zwijają (USA), albo popadają w sprokurowaną przez siebie ruinę (Europa), to okazuje się, że włożyliśmy wszystkie nasze jajka do koszyka bez rączki. I się zbiły. Teraz się robi z tego bałaganu kogel-mogel, tyle, że to nie my go ubijamy.
I z kimś takim miałaby gadać Moskwa? A o czym? Skoro my i tak wykonamy co tam na każą, czy to w Berlinie, czy w USA, łącznie z wymianą wkładki z ukraińskiej na polską w maszynce do mięsa na tzw. wschodniej flance. Ale to nie chodzi o to byśmy „zasłużyli” na rozmowy z Moskwą. Moskwa gada nie tylko z USA czy Chinami. Taka np. Turcja to gada z nią jak równy z równym, ale ten kraj – uwaga! o budżecie na militaria mniejszym od polskiego – ma i realizuje swoje interesy daleko poza granicami swego kraju, prowadzi politykę wielowektorową i z Rosją, i z USA, o Unii, którą trzyma za gardło blokadą zalewu migracyjnego Europy nie wspominając. Da się? Da się, ale trzeba wiedzieć czego się chce i mieć klasę polityczną, w której interesie jest przyszłość kraju, którym rządzi, nie zaś prywatne obrywy na rzecz renty kompradorskiej za pilnowanie interesu we własnym kraju w imieniu zewnętrznego patrona.

Trzeba rozwiązać w jedną stronę ten dylemat: jak jesteś słaby to Rosja z tobą nie będzie gadać, jak jesteś mocny, to najpierw pobuczy, że jej zagrażasz, ale potem przełknie pragmatyczne konieczności. Do tej pory dylemat ten Rosja rozwiązywała ten dylemat na własną korzyść – wzmacniała nasze trendy do osłabienia, trzymała nas w hodowanej strefie cienia, by nie musieć się z nami układać. My nie pracowaliśmy nad własną siłą – toczyliśmy wojenkę polsko-polską ku uciesze Moskwy i wszystkich stolic, które nam źle życzą. A więc załatwialiśmy się sami.
Żeby móc się układać z Moskwą, a jak widać idzie ku temu kontynentalnie, jeśli już nie światowo, to trzeba być podmiotem, nawet w jakiejś koalicji. Teraz grupa G3 (Wielka Brytania, Niemcy i Francja) układają się jak tu wejść z Rosją w dziurę po Trumpie i grupa gada z kim? Z Zełenskim, bo przecież nie z nami. My „tylko” graniczymy z Ukrainą i dowiemy się z prasy co tam kraje odległe o tysiące kilometrów od nas i od Kijowa zdecydują o naszej geopolitycznej sytuacji. Ale zdecydują tylko za zgodą Rosji, chyba, że wyślą nas na wojnę z nią.
Moskwa tu się zgodzi na cokolwiek, ale tylko jeśli jej to będzie pasować. A skoro nie ma nas przy stole, to jesteśmy w menu. My, nie mając własnej sprawczości, nie mając pomysłu na Polskę w nowym rozdaniu, nie mając siły do realizacji strategii, której też nie mamy, ani nic nie mamy do zaproponowania Rosji, ani – jak widać – Rosja nie ma o czym z nami rozmawiać. I nad tą mizerią roztacza się tylko nasza wyższościowa strategia przykrywania niemocy poprzez tromtadracką narrację – nie będziemy gadać z mordercą Putinem, a tak naprawdę to nie wiemy o czym mielibyśmy z nim gadać, gdyby się nawet i zgodził na jakieś rozmowy. A więc chojrakujemy, jesteśmy jak harcownicy armii przed bitwą – bez znaczenia, śmieszni, bo machamy szabelkami z kartonu na froncie rozbrojonej armii, która już dawno nas sprzedała.
Przeciwfaza
Tak, dożyjemy czasów nowych przyjaźni, to jasne. Zostaniemy jak zwykle w przeciwfazie – wszyscy już się rozejdą w nowym układzie, a my będziemy siedzieć jako już ostatni w okopach nieświętej Trójcy – starzy żałośni rycerze wojen przebrzmiałych i przegranych, ofiary własnej naiwności, którą jest ciągły wybór zdegenerowanych pseudo-elit. Ale dożyjemy też czasów – jak za kowida -, że wcześniejsi akolici – wtedy sanitarni, dziś anty-onucowi – się nawrócą i będą nam wytykać, że nie idziemy w krok z nowym marszem. Musimy więc być nieżyciowi i nikt już nie będzie pamiętał, że to my pierwsi wołaliśmy na puszczy. Będziemy więc poddani próbie ojca cieszącego się z powrotu syna marnotrawnego, o którym wiemy, że jak przyjdzie co do czego, to i tak porzuci nie tylko nas, ale i rozsądek, każąc nam żyć w oparach opresji generowanej przez panikowaną większość.
Przypomnieć wypada wiersz z Pieśni Kochanowskiego, który jest z nami od ponad 450 lat i będzie chyba na wieki:

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”
Kamil Waćkowski myslpolska/wackowski-popisowy-teatrzyk-walki-z-banderyzmem
Naród polski od wielu lat tkwi w anomii społecznej. Oddawanie hołdu banderowcom i melnykowcom przez kijowski reżim obudziło trochę moich rodaków.
Słuszne oburzenie Polaków ma swój wydźwięk w wydarzeniach politycznych. Niestety jesteśmy świadkami kolejnego teatrzyku w wykonaniu POPiS i przystawek, mającego uśpić czujność Polaków.
Nadanie jednostce sił zbrojnych Ukrainy imienia bohaterów UPA, a także ponowny pogrzeb nazistowskiego kolaboranta Andrija Melnyka, wywołały reakcje szkolonego przez Jankesów prezydenta Polski Karola Nawrockiego. Nawrocki zapowiedział, że rozważy odebranie Orderu Orła Białego byłemu prezydentowi Ukrainy Władimirowi Zełenskiemu. Czas mija, póki co nie podjął decyzji, pewnie czeka co mu powie jankeski oligarcha i prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump (los orderu komika z Krzywego Rogu zależy od tego, czy przed rozmową Nawrockim jankeski prezydent porozmawia na temat orderu z kimś związanym z Marco Rubio, sekretarzem Stanu, zwolennikiem wspierania kijowskiego reżimu, czy z J.D. Vance’m – wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki, politykiem mniej skłonnym do wspierania kijowskiego reżimu). Warto zwrócić uwagę, że Order Orła Białego ma wiele antypolskich kreatur. Ma go także przyjaciel „wielkiego” prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a mianowicie Wiktor Juszczenko, neobanderowiec, były prezydent Ukrainy. Juszczenko klęczał na ponownym pogrzebie Melnyka. Order Orła Białego ma też właściciel Banderomobilu, neobanderowski oligarcha, były prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Ma go także Valdas Adamkus (w młodości nazistowski kolaborant, obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki i były prezydent Litwy). Warto zwrócić uwagę, że na Adamkusa nie głosowali praktycznie w ogóle Polacy na Litwie. Order Orła Białego posiada także Dalia Grybauskaitė, była prezydent Litwy popierana przez Związek Ojczyzny – najbardziej antypolską partię na Litwie. Jakoś tym ludziom Nawrocki nie zamierza zabierać odznaczenia.
Parę dni po burzy związanej z deklaracją Nawrockiego przybył do Warszawy Kiriłł Budanow. Budanow, podobnie jak Nawrocki i jego „konkurent” Donald Tusk, był szkolony przez Jankesów. To zdeklarowany neobanderowiec, terrorysta, zbrodniarz, od 5 sierpnia 2020 roku do 2 stycznia 2026 szef Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, a od 2 stycznia 2026 roku szef gabinetu Zełenskiego. Budanow spotkał z Marcinem Przydaczem. Przydacz to atlantycki prymus, związany z różnymi atlantyckimi ośrodkami. Pełnił różne funkcje w Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy.
Przydacza, jak widać Nawrocki dostał w spadku po Dudzie. Pełni funkcję szefa Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta. Budanow spotkał się także z ministrem obrony narodowej Władysławem Kosiniakiem – Kamyszem. Szef PSL co prawda nie należy do PO czy PiS, jednak de facto działa jakby był członkiem obydwu tych partii naraz. Przed wyborami parlamentarnymi w 2023 roku PSL wziął na listy partię Polska 2050 (aczkolwiek prawidłowa nazwa tej partii powinna brzmieć „Wukraina 2050”). Polska 2050 jest najbardziej proukraińską partią, nawet bardziej niż POPiS. W Polska 2050 byli ludzie z Atlantic Council. PSL jest rozpatrywany w rożnych wariant koalicyjnych zadowalających Stany Zjednoczone Ameryki i namiestnika Thomasa Rose’a. Politycy PSL już latem ubiegłego roku byli namawiani na wejście w koalicję z PiS i częścią Konfederacji Wolność i Niepodległość. PSL wspiera program SAFE, na mocy którego Polacy będą spłacać kredyt, który będzie dozbrajał kijowski neobanderowski, neonazistowski reżim.
Gdyby Nawrocki chciał na poważnie realizować interesy Polaków, to mógłby na przykład napisać, że z chęcią przeczyta planowaną książkę Julii Mendel, byłej rzecznik Zełenskiego. Karol Nawrocki mógłby się spotkać z politykami ukraińskimi, którzy są przeciwnikami Zełenskiego, a jednocześnie nie są neobanderowcami. Takim politykiem jest na przykład Dmytro Razumkow. Jego ojciec Ołeksandr Razumkow, był doradcą prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy, a także założył ośrodek badania opinii publicznej. Razumkow był członkiem Partii Regionów, należał do jej liberalnej, prounijnej frakcji. Razumkow-junior został liderem partii Sługa Ludu. Od 29 sierpnia 2019 roku do 7 października 2021 roku był przewodniczącym Rady Najwyższej Ukrainy (Razumkow został odsunięty, gdy sprzeciwił się represjom wymierzonym w Wiktora Miedwiedczuka i innych polityków Opozycyjnej Platformy za Życiem). Razumkow nie jest neobanderowcem, nie ma też związków z Moskwą, ma poparcie społeczne. Gdyby Nawrocki był człowiekiem o wysokich horyzontach lub otaczał się ludźmi myślącymi po polsku, a nie różnymi nudziarzami z atlantyckich ośrodków, to by wiedział jak wywrzeć wpływ na kijowski reżim.
W naszej ojczyźnie nikt nie podważa legalności Zełenskiego, nie mówi się o aferach jego i jego otoczenia. Poza państwami bałtyckimi, obłąkańcami ze Skandynawii, Holandią, prezydentem Francji Emmanuelem Macronem, premierem Wielkiej Brytanii Keirem Starmerem, kanclerzem republiki federalnej i byłem menadżerem funduszu inwestycyjnego BlackRock Friedrichem Merzem, nikt już nie chce finansować kijowskiego, skorumpowanego, neobanderowskiego, neonazistowskiego reżimu. Do grona państw nie wspierających wysiłku militarnego Kijowa w ostatnich dniach dołączyła Bułgaria. W naszej ojczyźnie POPiS i przystawki nie mówią nic o wstrzymaniu wsparcia dla Kijowa.
Możemy w dalszym ciągu spodziewać się teatrzyku robionego przez POPiS i przystawki. Nawrocki będzie prężył muskuły, Tusk – kolega Nawrockiego ze szkoleń w Stanach Zjednoczonych Ameryki, będzie robił pokazowe deportacje mężczyzn z obywatelstwem Ukrainy za sikanie pod płotem (kijowski reżim w końcu ma braki kadrowe, a Tusk może upiec dwie pieczenie na jednym ogniu). Zełenski z racji tego, że jakikolwiek rozejm / pokój /zawieszenie broni oznacza dla niego rozliczenia, będzie prowadził wojnę cały czas. Dla niego najważniejsze są pieniądze (to wnuk żołnierza Armii Czerwonej; były prezydent Ukrainy jest rosyjskojęzycznym Żydem). Dla podtrzymania władzy będzie w coraz większym stopniu szedł w stronę oficjalnego neo-banderyzmu. Z drugiej strony Zełenski nie ma innego wyjścia, bowiem służby, wojsko są przesiąknięte neo-banderyzmem. Przy okazji ostatnich wydarzeń żaden z nadwiślańskich politykierów z POPiS i przystawek nie poszedł po rozum do głowy i nawet między wierszami nie powiedział, żeby wykonać może telefon do Moskwy. Patrzmy na ręce nadwiślańskim politykierom i nie dajmy się nabrać na tanie gesty.
Kamil Waćkowski
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” 16 czerwca 2026 michalkiewicz
Kiedy ten artykuł ukaże się w druku, będzie już po spotkaniu Kapituły Orderu Orła Białego, który pan prezydent Karol Nawrocki chce odebrać ukraińskiemu prezydentowi Wołodymirowi Zełeńskiemu po jego decyzji o nadaniu jednemu z oddziałów niezwyciężonej ukraińskiej armii imienia Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii.
Strona ukraińska twierdzi, że nic się nie stało, bo przecież UPA „walczyła z Sowietami”, więc wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie do końca jest to prawda, bo UPA powstała z ukraińskich formacji policyjnych w służbie niemieckiej. Kiedy szala wojny przechyliła się na niekorzyść Niemiec, te formacje, wykonując rozkaz OUN, zdezerterowały i w ten sposób powstała UPA.
Z Sowietami walczyć jeszcze nie bardzo mogła, bo Ukraina pozostawała nadal pod panowaniem niemieckim – ale mogła osiągnąć cel polityczny, który w tych warunkach był jeszcze możliwy do osiągnięcia siłami UPA, to znaczy – eksterminować mieszkającą na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ludność polską, by przyszłe państwo ukraińskie – wszystko jedno, czy pod panowaniem niemieckim, czy sowieckim – było etnicznie jednolite.
Przybrało to postać zorganizowanego ludobójstwa, wskutek którego co najmniej 100 tysięcy, a może nawet – jak twierdził ukraiński prezydent Krawczuk – 500 tysięcy – tamtejszych Polaków zostało bestialsko zamordowanych – a okrucieństwo to zaskakiwało nawet Niemców, którzy przecież niejedno widzieli i niejednego się dopuszczali. Nawet i teraz pan red. Mazurek nie szczędzi gorzkich słów krytyki panu Pawłowi Kowalowi, którego były premier Leszek Miller bez ceregieli nazywa „najbardziej banderowskim” spośród aktualnych polskojęzycznych polityków.
Pan red. Mazurek wytyka panu Pawłowi Kowalowi, że m.in. podczas ekshumacji, na którą strona ukraińska łaskawie pozwoliła, nie dopuścił dziennikarzy ze względu na to, że w masowych dołach w większości znajdowały się szczątki kobiet i dzieci, a niektóre z tych dzieci – co można było podczas ekshumacji stwierdzić – miały powbijane w głowy gwoździe. Pan Paweł Kowal uważał, ze gdyby polscy dziennikarze opisali to, co zobaczyli, to wywołałoby to niepotrzebne komentarze, więc na wszelki wypadek ich tam nie dopuścił, pod pretekstem, że w pierwszej kolejności oględzinami powinna zająć się prokuratura, a wtedy byłaby szansa, że te nieprzyjemne widoki zostaną przed polską opinią publiczną zatajone pod pretekstem „ochrony tajemnicy śledztwa”. Mniejsza jednak o pana Pawła Kowala, bo trawestując słynne twierdzenie księdza Benedykta Chmielowskiego o koniu – Paweł Kowal – jaki jest – każdy widzi – bo w przypadku „rzezi wołyńskiej” również dowództwo Armii Krajowej oraz Delegatura Rządu w Warszawie, zachowały się fatalnie – o czym w swoich pamiętnikach wspomina Adam hr. Ronikier – w tym czasie – prezes Rady Głównej Opiekuńczej – jednej z dwóch polskich organizacji (drugą był Polski Czerwony Krzyż) jakie oficjalnie działały w Generalnym Gubernatorstwie. Oddajmy mu głos.
„W tym czasie (czerwiec 1943 r. – SM) sprawa Wołynia zaczęła przybierać wprost tragiczne kształty. Gwałty i morderstwa dokonywane na Polakach przez zamieszkałych tam Ukraińców, nie tylko nie ustawały, ale z każdym dniem przybierały na sile i barbarzyńskich formach. (…) Tak topniał stan posiadania polskiego w tej odwiecznie do Polski należącej ziemi, a panowie z Delegatury, nie pozwoliwszy nam na organizowanie obrony, nie raczyli myśleć o tym, że złemu trzeba było przynajmniej próbować zaradzić, a nie zostawiać bez żadnej pomocy te rzesze polskie na Kresach. Przecież przykład, który miał miejsce w Równem, gdzie dwaj nasi delegaci, uzyskawszy od Kreishauptmanna broń, rozdali ją Wołyniakom, którzy dzięki temu nie tylko potrafili Ukraińców wziąć w ryzy – ale naokoło Równego kraj cały doprowadzić do ładu i porządku – przeczy kategorycznie tym naszym mędrkom, którzy teraz powiadają, że i tak nic by się nie dało zrobić, bo władze niemieckie by nie pomogły. Trzeba było działać, a nie przyglądać się suchym okiem dziełu zniszczenia, odpychającemu granice Polski na zachód, a torującemu Ukraińcom drogę do realizowania idei ich krwawych prowodyrów, stwarzających realnie fakty dokonane, utwierdzające stan ich posiadania na ziemiach, z których Polaków wygnali.”
Z perspektywy czasu widzimy tedy, że „fakty dokonane” niechby nawet w postaci ludobójstwa, na dłuższą metę się opłacają – bo przecież dzisiaj nie ma w Polsce żadnej siły politycznej, która wysuwałaby wobec Ukrainy jakieś terytorialne roszczenia co do Wołynia, czy Małopolski Wschodniej. Czy nie dlatego właśnie bezcenny Izrael, na oczach całego świata, sterroryzowanego groźbą oskarżenia o „antysemityzm”, stwarza podobne „fakty dokonane” w Strefie Gazy i w Libanie?
Wróćmy jednak do inicjatywy pana prezydenta Nawrockiego, który zgłosił zamiar… i tak dalej. Okazuje się, że sprawa wcale nie jest taka prosta, a to z uwagi na konstytucję, której jednym z „ojców” jest zadowolony ze swego rozumu Aleksander Kwaśniewski. Pomijam już drobiazg, że na podstawie przepisów tej konstytucji niepodobna odpowiedzieć na ważne i – zdawać by się mogło – proste pytanie: kto dowodzi wojskiem – o czym pisałem we wznowionej po 25 latach przez wydawnictwo Capital książce „Choroba czerwonych oczu” – to okazuje się, że pan prezydent Nawrocki może nie móc w tej sprawie kiwnąć palcem bez pozwolenia obywatela Tuska Donalda.
Rzecz w tym, że zgodnie z art. 144 konstytucji akty urzędowe Prezydenta wymagają dla swojej ważności podpisu prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem. Nazywa się to „kontrasygnatą”. Ale ust. 3 tego artykułu wylicza enumeratywnie przypadki, kiedy akt urzędowy prezydenta takiej kontrasygnaty nie wymaga, między innymi w punkcie 16 – przy nadawaniu orderów i odznaczeń. I tu właśnie pokazuje się w całej rozciągłości mądrość naszych absolwentów Kolegium Tumanum, którzy najwyraźniej nie słyszeli o zasadzie prawa rzymskiego: cuius est condere, eius est tolere – co się wykłada, że kto ustanowił, ten może znieść. Okazuje się bowiem, że nadanie orderu wprawdzie nie wymaga kontrasygnaty premiera – ale już jego odebranie – jak najbardziej. Znając dyspozycyjność obywatela Tuska Donalda wobec Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która nakazała mu ślepe posłuszeństwo wobec prezydenta – ale Zełeńskiego – obawiam się, że on tej kontrasygnaty nie złoży i w ten sposób pokaże całej Europie, że Polsce można – jak powiedziałaby pani Krystyna Janda – „srać na głowę” bez żadnych negatywnych konsekwencji – nawet w sferze symbolicznej. Dobrze przynajmniej, gdyby polska opinia publiczna dowiedziała się, komu ma zawdzięczać tę sytuację – zadowolonemu ze swego rozumu Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego m.in. z tego powodu uważam za prawdziwe nieszczęście dla Polski. Wygląda bowiem na to, że jedyną rzeczą, na którą – nawet w sferze symbolicznej Polska może się zdobyć – jest odpięcie przez Kukuńka guziczka w barwach ukraińskiej flagi z przyrośniętej do ciała koszuli. Myśl jednak, że prezydentowi Zełeńskiemu z powodu tego gestu Kukuńka nie pęknie serce, nawet gdyby odpiął on sobie stosowny guziczek od rozporka.
A dlaczego? A dlatego, że – w odróżnieniu od naszych Umiłowanych Przywódców, co to wysilają władze umysłowe, komu by się tu podłożyć, a od prawdziwej polityki uciekają w sferę pozorów, ukraiński prezydent prowadzi politykę realną. Co prawda wkręcił Ukrainę w maszynkę do mięsa – ale potrafił z tego uczynić, jeśli nie dla swojego państwa i narodu, to przynajmniej – dla oligarchów, którzy na Ukrainie decydują, kto będzie prezydentem tego państwa – niewysychające źródło dochodu. Uzasadnienie jest proste – skoro już wkręciliście nas w maszynkę do mięsa, to przynajmniej nas futrujcie finansowo i w każdy inny sposób. Tu muszę odwołać się do opinii mojego Honorable Correspondanta, który w takich sprawach ma doświadczenie znacznie większe od mojego. Powiada on, że w czasach pokojowych, żeby się nakraść, to trzeba się napracować: wymyślić jakąś fikcyjną transakcję, obudować ją dokumentami – a i tak nie ma pewności, czy jakaś Schwein wszystkiego nie wychlapie i koniec marzeń. A tu wybucha wojna; forsa bez żadnej kontroli płynie ponad granicami, podobnie, jak dostawy broni i amunicji, którą można potem reeksportować niechby i do Rosji – bo któż w trakcie wojny będzie dezawuował Naszą Najukochańszą Duszeńkę, która walczy do ostatniego Ukraińca nie tylko „za Europę”, ale i za cały świat?
Takich Schweinhundów na szczęście nie ma. W tej sytuacji, jeśli ktoś ma – dajmy na to – do przekazania 50 mld dolarów, to powiada do Duszeńki: mam dla ciebie 50 mld dolarów – ale 30 procent dla mnie. Wchodzisz, czy pękasz? Jeśli Duszeńka nie pęka, to wszystko załatwia się od ręki. Ale Duszeńka też nie w ciemię bity – i w kapowniku pozapisywał sobie, kto ile wziął i gdzie schował. I kiedy amerykańskie źródło zaczęło wysychać, zaczął demonstrować wobec sojuszników drobniejszego płazu coraz bardziej radykalną postawę roszczeniową, wspartą groźbą – BO POWIEM! Dla demokratycznych Zasrancen taka groźba brzmi poważnie, więc Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje mało jaja nie zniosła, żeby tylko zatkać Duszeńce gębę. Najpierw wykombinowała sobie, że przekaże mu zamrożone na Zachodzie ruskie aktywa. Warto przypomnieć, co to za „aktywa”. Otóż są to obligacje wystawione Rosji przez państwa europejskie na poczet należności za ropę, gaz i tak dalej. Ale żeby te obligacje zamienić na gotówkę – a Duszeńkę przede wszystkim to interesowało – to najpierw ktoś musi je wykupić. A kto? Ano – ten, kto je rządowi rosyjskiemu wystawił. Toteż nic dziwnego, że w tej sytuacji, obok „koalicji chętnych” natychmiast uformowała się „koalicja niechętnych” i misterny plan się skawalił.
W tej sytuacji Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wykombinowała „pożyczkę” dla Duszeńki w wysokości 90 mld euro. Niech jednak ta konstrukcja nas nie zwiedzie, bo kto ma tę „pożyczkę” spłacić? Reichsfuhrerin wykombinowała sobie, że spłaci ją … Rosja – w ramach reparacji wojennych dla Ukrainy. Kto chce, niech w te brednie wierzy – bo to nawet gorzej, niż dzielenie skóry na niedźwiedziu. Ale jak tylko udało się obalić na Węgrzech Orbana, forsa popłynęła, wskutek czego Duszeńka musi teraz kontynuować wojnę – aż do następnej transzy, którą „Europa” będzie musiała jakoś obmyślić – bo inaczej Duszeńka „powie”.
Ale to tylko jedna płaszczyzna znakomitych stosunków – bo w tle majaczy coś znacznie gorszego. Oto w marcu 2023 roku amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za dobre sprawowanie, to znaczy – za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Scholzowi, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu. Reichsfuhrerin od razu wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego, idącej po linii wytyczonej przez Adolfa Hitlera, według którego „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią Europę prawidłowo zorganizować. Parlament Europejski tę nowelizację już „rekomendował”, więc czekamy na finał. Ale w tak zwanym „międzyczasie” zaostrzyły się stosunki na odcinku „euroatlantyckim”, dzięki czemu wyjaśniło się, że tamto pozwolenie prezydenta Józia Bidena – w odróżnieniu od wielu innych – cały czas obowiązuje. Tedy w ramach umacniania IV Rzeszy, Niemcy w kwietniu 2026 roku podniosły swoje stosunki z Ukrainą do rangi „strategicznego, partnerstwa”. Uskrzydlony tym prezydent Zełeński doszedł do wniosku, że nie musi już się do żadnej Polski umizgiwać, przeciwnie – że może zacząć srać jej na głowę – a ona i tak zrobi wszystko, co będzie musiała – jeśli otrzyma taki rozkaz.
W dodatku, zgodnie z jawnymi przecież niemieckimi planami – w roku 2039 najsilniejszą armią w Europie będzie Bundeswehra. Z kolei, jeśli nawet wojna Ukrainy z Rosją przekształci się w konflikt zamrożony – co jest chyba najbardziej prawdopodobne – to Ukraina będzie dysponowała drugą co do wielkości armią w Europie – co najmniej 600-tysięczną, a być może nawet 800-tysięczną i to uzbrojoną po zęby – między innymi przez nasz nieszczęśliwy kraj. Właśnie wicepremier Kosiniak Kamysz i pan minister Domański podpisali byli pożyczkę SAFE.
Pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka twierdzi wprawdzie, że „ani złotówka” z tego na Ukrainę nie pójdzie – ale obywatel Tusk Donald z kolei twierdzi, że jest już z prezydentem Zełeńskim „dogadany” co do partycypacji Ukrainy na tym odcinku. Komu w tej sytuacji wierzyć? Chyba jednak Donaldu Tusku, bo pani Sobkowiak z nikim „dogadana” przecież nie jest, nawet co do tego, czy dajmy na to jutro będzie jeszcze pełnomocnikiem do spraw SAFE, czy jej miejsce zajmie, dajmy na to – pan Paweł Kowal?
W rezultacie w ciągu najbliższych kilku lat nasz nieszczęśliwy kraj znajdzie się w obcęgach – z jednej strony niemieckich, a z drugiej – ukraińskich – a w dodatku w Polsce będziemy mieli prawie 2 mln Ukraińców, których sprawny wywiad będzie mógł w razie jakichś dąsów mniej wartościowego narodu tubylczego poderwać do „wołynki”. No to dlaczego prezydent Zełeński ma się na nas oglądać, kiedy i my wiemy i on wie, że Polska może być zdolna wyłącznie do jakichś działań symbolicznych, żeby nie powiedzieć – pozornych, a i to – ewentualnie – podczas gdy on – co niestety widać – prowadzi politykę realną?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Andrzej Szlęzak myslpolska/bolesne-przebudzenie-z-ukrainskiego-snu
Dzieją się sprawy, których nie pojmuję. Brałem pod uwagę i liczyłem na to, że polska opinia publiczna zrozumie zgubność bezrozumnego i bezkrytycznego angażowania się po stronie Ukrainy.
Wiele moich tekstów pisałem z myślą, że choć trochę się do tego przyczynią. Byłem przekonany, że będzie to jednak proces długi. Miałem i mam śmiałość mówić i pisać, że w gruncie rzeczy Ukraina jest państwem wrogim Polsce, a robienie z banderyzmu ideologii państwowej Ukrainy, czyni tę wrogość w zasadzie wiecznotrwałą.
Tymczasem proces zrozumienia, że bezrozumne i bezkrytyczne popieranie Ukrainy prowadzi do katastrofy, zdecydowanie przyspieszył i nabiera coraz większego tempa. Zaczęło się to po tym, jak głośne stało się nazwanie przez prezydenta Włodzimierza Zełeńskiego jednostki armii ukraińskiej bohaterami UPA. I tego nie rozumiem. Dlaczego właśnie to wydarzenie i dlaczego teraz nabrało takiej rangi?
Tak zwane siły ustanowione, które pilnowały, żeby nadal obowiązywało hasło bycia „sługami narodu ukraińskiego” albo zupełnie zmieniają swoje poglądy, jak PiS, albo w desperacji sięgają po ludzi w sprawie relacji z Ukrainą niepoczytalnych, jak Kazimierz Wóycicki. Z Wóycickim sprawa jest prosta. Reprezentuje popularne w tak zwanym salonie zaprzaństwo, w skrócie polegające na tym, że w relacjach ze wszystkimi narodami, z którymi Polacy mieli konflikty winni zawsze są Polacy. Odnośnie konfliktu polsko-ukraińskiego, to żeby otrzeźwienie polskiej opinii publicznej nadal przyspieszało, trzeba wznieść hasło; więcej Wóycickiego, Pawła Kowala i im podobnych! Mam nadzieję, że nawoływanie przez tych ludzi, żeby Polska dawała Ukrainie więcej, coraz więcej wszystkiego, bez żadnych korzyści dla siebie i żeby na przemian przepraszała i dziękowała za plucie sobie w twarz, przyspieszy nie tylko zrozumienie zgubności dotychczasowego bezkrytycznego wsparcia dla Ukrainy, ale sprawi, że szybciej upowszechniać się będzie rozumienie, iż Ukraina w postaci zachwalanej przez Wóycickiego, Kowala et consortes jest wrogiem Polski.
Inna sprawa jest z PiS-em. Mamy tu do czynienia ze szczególną moralną ohydą. Ta pisowska ohyda jest także niebezpieczna politycznie. Chodzi przede wszystkim o to, że zmiana stosunku PiS-u do Ukrainy nie wzięła się z jakiejkolwiek intelektualnej i moralnej rewizji polityki tej partii. Liderzy PiS-u dostrzegli, że bycie „sługami narodu ukraińskiego” powoduje odpływ elektoratu. To i wyłącznie to jest powodem coraz agresywniejszego odnoszenia się różnych polityków PiS-u do relacji z Ukrainą. Oni nie dadzą się w tym przelicytować! W tym działaniu nie ma w ogóle rozumienia polskiego interesu narodowego.
W tym wściekłym rzuceniu się na banderyzację Ukrainy nie ma żadnego długofalowego myślenia politycznego. Trzeba dobitnie powtórzyć, że politykom PiS-u chodzi wyłącznie o to, co tu i teraz, czyli utratę wyborców. Gdyby zmiana nastawienia (celowo nie używam określenia poglądy, tych w tej sprawie w PiS nie ma) wynikała z autentycznych przewartościowań intelektualnych i moralnych, to najpierw usłyszelibyśmy solenne przeprosiny i deklarację naprawienia gigantycznych szkód, które wyrządziła polityka PiS-u. Przeprosin nie ma i tym bardziej deklaracji naprawienia szkód. Nie od rzeczy będzie zauważenie, że duża część tych szkód jest nie do naprawienia.
Trzeba mieć świadomość z kim mamy do czynienia. Najlepiej widać to na przykładzie działań pisowskich polityków względem zbliżających się uroczystości pod pomnikiem „Rzezi Wołyńskiej” w Domostawie. Tak na marginesie, to kompletnie myląca nazwa. To nie była rzeź tylko ludobójstwo i taką nazwę powinien mieć pomnik. A wracając do tego, co w tej sprawie robią politycy PiS-u, to oni wręcz na chama, na rympał chcą przejąć zarówno ideę pomnika, któremu byli przecież przeciwni, jak i środowiska oraz poszczególnych sympatyków tej idei. Co więcej, obawiam się, że może im się to udać.
A co potem? Potem to, co zrobił prezydent Karol Nawrocki. Zanim został prezydentem wiedział, gdzie jest Domostawa i znalazł czas, żeby ostentacyjnie się tam pokazać. Teraz odmówił objęcia patronatu nad uroczystościami, co harmonizuje z nieodebraniem odznaczenia Zełeńskiemu. Ten kto zabronił Nawrockiemu odebrania orderu Zełeńskiemu pewnie nie pozwolił też na udzielenie patronatu. To samo będzie z PiS-em. Jak Amerykanie albo Żydzi każą im znowu stać się „sługami narodu ukraińskiego”, to posłusznie i pokornie się nimi staną.
Jak się na to patrzy, to się rzygać chce.
Andrzej Szlęzak
Fundacja Wołyń Pamiętamy i Stowarzyszenie Zawsze Wierny Tobie Polsko na czele z paniami Katarzyną Sokołowską i Anetą Salą odwiedziły i złożyły wieniec pod pomnikiem upamiętniającym pomordowanych przez Ukraińców Polaków w miejscowości Pawłokoma na Podkarpaciu. Towarzyszyli im redaktorzy „Myśli Polskiej” Łukasz Jastrzębski i Arkadiusz Miksa. Podczas tej wizyty udało się spotkać z miejscową ludnością, która przekazała wiele informacji na temat działalności ukraińskich szowinistów w tej okolicy.

O wydarzeniach w wsi przypomniała pani Danuta Wojciechowska:
Wieś Pawłokoma uchodziła za najsilniejszy ośrodek nacjonalizmu ukraińskiego w pow. Brzozów. W 1938 roku mieszkało w niej 273 Polaków, 898 Ukraińców, wielu z nich przed wojną należało do UWO-OUN. Antypolską działalność wspierał ksiądz grekokatolicki i nauczyciel Mikołaj Lewicki. W czytelni „Proswity” urządzano festyny upamiętniające terrorystów z OUN – Białasa i Daniłyszyna, odpowiedzialnych za zamach na polityka i posła Tadeusza Hołówko. Na religijno-narodowych manifestacjach wzywano Polaków do wyniesienia się za San, „tu będzie Ukraina”. Prowodyrów aresztowano, ale konflikt narastał. Miejscowi nacjonaliści mieli nadzieję na powstanie zalążka przyszłej Ukrainy na Rusi Zakarpackiej, oczywiście przy pomocy Hitlera. Entuzjazm z tego tytułu i zbliżająca się wojna uświadomiła Polakom grozę sytuacji.
W 1939 roku do Pawłokomy weszły wojska niemieckie, witane przez miejscową ludność ukraińską. Lewicki natychmiast złożył doniesienie na Polaków i podał nazwiska tych, którzy udzielali pomocy polskim żołnierzom i ostrzeliwali Niemców. Z 12 zadenuncjowanych Polaków Niemcy aresztowali 5, pozostali zdołali się ukryć. Życie uratował im Austriak, który jednego z zatrzymanych znał z wojska austriackiego z I wojny światowej. W wyniku ustalenia granicy niemiecko-radzieckiej, po dwóch tygodniach Niemcy opuścili Pawłokomę, z nimi wycofał się Lewicki, w Dynowie współpracował z Niemcami.
Podczas okupacjiradzieckiej z donosów Ukraińców wywieziono na Sybir 40 Polaków. Według wspólnej relacji 7 osób- mieszkańców Pawłokomy, ukraińscy sąsiedzi domagali się od radzieckiego komendanta zezwolenia na wymordowanie wszystkich Polaków, na co on nie wyraził zgody. Wywiezionych Polaków Ukraińcy oskarżyli o udział w walkach w 1920 roku, gdy to okazało się nieprawdą wywózki wstrzymano. Szykany ze strony Ukraińców trwały nadal, do zabudowań Polaków podrzucano starą broń, co powodowało rewizje i aresztowania. Z sąsiedniej wsi Bartkówka leżącej w strefie granicznej władze sowieckie przesiedliły na Wołyń większość polskich mieszkańców.
Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej (czerwiec 1941 roku) Pawłokoma znalazła się pod okupacją niemiecką. Powrócił Lewicki i rozpoczął wojskowe szkolenie młodzieży ukraińskiej. Okupant niemiecki faworyzował Ukraińców, szykany z ich strony nie ustawały, z donosu Ukraińców gestapo aresztowało i osadziło w Oświęcimiu (marzec 1943 rok) 4 Polaków i Ukrainkę sprzyjającą Polakom, policja ukraińska rozstrzelała J. Michalika. Młodzi Ukraińcy z Pawłokomy zgłaszali się do Dywizji SS-Galizien, przyjęto 10 ochotników.
Pod koniec 1943 roku zaczęli powracać z Wołynia wysiedleni Polacy z Bartkówki. Ci, którym udało się przeżyć przekazywali wiadomości o masowych mordach Polaków przez tzw. UPA. Wywołało to strach polskich mieszkańców, pamiętających pogróżki o tym, że będzie usuwanie obcych z „ukraińskich ziem”. Pawłokoma i Jawornik Ruski należeli do wspólnego kuszcza OUN, trwała współpraca z ukraińską organizacją w Dynowie i posterunkiem policji ukraińskiej w Jaworniku Ruskim, gdzie szkolono młodych Ukraińców dla potrzeb tzw. UPA i SKW. W tym czasie już głośno mówiono „budem rizaty Lachiw”.
Aresztowania Polaków miały miejsce w sąsiednich wsiach, Dylągowej i Jaworniku Ruskim, gdzie dwie polskie rodziny żywcem wrzucono do studni. Na posterunek zabrano 150 Polaków, byli bici przez policję ukraińską. Niemcy broni nie znaleźli więc zostali wypuszczeni. Był to dopiero wstęp przed przystąpieniem do mordów masowych. W Pawłokomie był dobrze zakamuflowany oddział UPA (ok. 50 osób), który z etatowymi sotniami napadał na polskie wsie. Polacy za wszystkie nieszczęścia obwiniali ukraińskich nacjonalistów.

Zalążki polskiego ruchu oporu w Pawłokomie umocniły się w latach 1943-1944, na początku pluton liczył 12 osób. Nastroje antyukraińskie wzmogły się po aresztowaniu w kwietniu 1944 r. pod zarzutem przynależności do AK- 5 mieszkańców Pawłokomy i 1 z Dylągowej. Próba odbicia aresztowanych przez stacjonujący w terenie oddział AK nie powiodła się, aresztowani zginęli bez wieści. Przed nadejściem frontu wschodniego w powiecie brzozowskim wielu Polaków poniosło śmierć z rąk UPA i SKW.
Po wkroczeniu Armii Radzieckiej, Ukraińcy wypróbowaną metodą układali się z komendantem radzieckim, donosili, gdzie stacjonują polskie oddziały podziemne, powodowało to liczne aresztowania. W Pawłokomie stacjonował radziecki oddział szkolny, po jego odejściu w styczniu 1945 roku sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. Do Pawłokomy przybyła bojówka UPA i uprowadziła 10 Polaków i Ukrainkę oraz 3 mieszkańców Dynowa, ślad po nich zaginął. Prośby o wskazanie miejsca ich pochówku były zbywane drwinami. Polskie posterunki milicji były jeszcze słabe, nie gwarantowały bezpieczeństwa, w obawie przed zagrożeniem życia część mieszkańców Pawłokomy opuszczała wieś. W atmosferze rozpaczy zapadła decyzja o odwecie.
Zalecenia dowództwa AK były jasne, kobiet i dzieci zabijać nie wolno. W akcji odwetowej z miejscową samoobroną brał udział poakowski oddział „Wacława”. Ukraińcom polecono zgromadzić się w cerkwi, kobiety i dzieci wypuszczono, mężczyznom zadano dwa pytania: kto uprowadził Polaków i gdzie są pochowani? Nikt na pytanie nie odpowiedział. Egzekucji dokonano na cmentarzu, świadkowie zeznali, że rozstrzelano ok. 120 mężczyzn, nie zginęła ani jedna kobieta ani jedno dziecko. Pogrobowcy OUN-UPA podają 365 ofiar polskiego odwetu. Na ekshumację nie wyrazili zgody. 5 października 1945 roku banderowcy dokonali zmasowanego ataku na Pawłokomę, Bartkówkę, Dylągową i Sielnicę, tzw. UPA wzmogła ludobójcze działania, płonęły wsie, napadano na strażnice WOP, niszczono infrastrukturę, w 1947 r. operacja „Wisła” przywróciła spokój.

Prezydent Lech Kaczyński przywołał zasługi Giedroycia i powiedział, że „Pawłokoma stała się dla Ukraińców symbolem tragedii ich narodu”, powtórzył za OUN-owcami nieprawdę o walkach bratobójczych i słowami modlitwy odpuścił winy. Juszczenko wzywał do pojednania, wybaczyć mogą tylko silni – powiedział.
Mówcy nie wymienili z nazwy terrorystów, kolaborantów, morderców Polaków, z którymi naród ukraiński nie chce mieć nic wspólnego. Cel propagandowy został osiągnięty, świat dowiedział się jakimi zbrodniarzami byli Polacy. Oczywiście żadnej zbrodni nie można usprawiedliwiać, ale o złożonych przyczynach, które Polaków pchnęły do odwetu należało powiedzieć. Nie powiedziano. W imię „strategicznego partnerstwa” można upokorzyć Polaków, nie wolno „drażnić Ukraińców” de facto kontynuatorów tradycji ukraińskiego integralnego nacjonalizmu.

———————————————————————

———————-

——————————–


————————-

—————————————————–

—————————————-

Patomorfolog Magdalena H., była właścicielka działki w Lutoryżu
——————-

———————————–

—————————————————-

——————————————-

————————————————

———————

———————————

——————————-

——————————-

———————————————

————————————————–

——————————-

——————————————

——————————————-

——————————————-

—————————————————–

============================

—————————————————-

————————–

——————————–

=======================================

————————————–

——————————-

————————————————

——————–

——————————————

————————

Przypomnę młodzieży: Znany uchodźca polityczny, poeta i pisarz. Zdaniem policji i prokuratury dopuścił się zbrodni. Świadomie zakaził wirusem HIV kilkadziesiąt polskich kobiet
——————

———————————–

————————————–

—————————————————-

————————-

————————————

—————————————

—————————————–

—————————————–

————————————-

————————————————–

——————————


——————————————————–

========================================

—————————————–

—————————————————–

————————————

—————————-

——————————

——————————————–

————————————————-

2026-06-13 bankier/Polska-najwiekszym-producentem-narkotykow-syntetycznych-w-UE
Nielegalne narkotyki, w tym kokaina i narkotyki syntetyczne, są w UE powszechnie dostępne – oświadczył w Brukseli komisarz UE ds. wewnętrznych Magnus Brunner. Z opublikowanego we wtorek europejskiego raportu narkotykowego za 2026 r. wynika, że Polska jest największym producentem narkotyków syntetycznych w UE.
Zgodnie z raportem Agencji UE ds. Narkotyków (EUDA), obejmującym 29 państw – kraje członkowskie UE, Norwegię i Turcję – kokaina jest w Europie bardziej dostępna niż kiedykolwiek wcześniej, a syntetyczne opioidy i nowe substancje psychoaktywne stają się coraz większym zagrożeniem dla zdrowia i bezpieczeństwa Europejczyków.
W dokumencie podkreślono, że opioidy, zwykle w połączeniu z innymi substancjami, pozostają główną przyczyną zgonów spowodowanych narkotykami w Europie. EUDA szacuje, że w 2024 r. w UE odnotowano co najmniej 7,6 tys. ofiar śmiertelnych przedawkowania, często było to właśnie związane z zażyciem mieszanki narkotyków, czyli kilku substancji jednocześnie.
Komisarz Brunner, prezentując raport w Brukseli, ostrzegł, że handel narkotykami coraz silniej napędza przestępczość zorganizowaną. Polityk zauważył, że przestępcy zmodyfikowali działania, w tym zmienili szlaki przemytnicze i sposób przemytu. I tak np. chociaż ilość skonfiskowanej kokainy spadła w 2024 r. o ponad 20 proc. wobec roku wcześniejszego, to liczba konfiskat wzrosła z 95 tys. do 97 tys., co – zdaniem autorów raportu – może świadczyć o przejściu handlarzy na mniejsze, bardziej rozdrobnione przesyłki.
– Handel narkotykami finansuje pranie pieniędzy, korupcję, handel ludźmi, przemoc i inne formy poważnej przestępczości zorganizowanej. Za tym rynkiem stoją profesjonalne sieci przestępcze, które korzystają z najnowocześniejszych technologii, szyfrowanej komunikacji, a także międzynarodowych struktur logistycznych – powiedział komisarz, Jak zauważył handlarze narkotykami często szukają klientów wśród grup słabszych społecznie, osób wykluczonych, bezrobotnych, gdzie „tworzą środowisko, w którym zachęca się do zażywania narkotyków”.
Jak zauważyła Lorraine Nolan z EUDA, dodatkowe obawy budzą zwłaszcza nowe narkotyki, czyli syntetyczne opioidy, które mogą rozprzestrzeniać się bardzo szybko i powodować poważne szkody, zanim systemy ochrony zdrowia zdążą zareagować. – Niektóre są tak silne, że kilka gramów może stanowić tysiące potencjalnie śmiertelnych dawek – podkreśliła.
Z raportu wynika, że w 2024 r. w Europie przechwycono 34 kg silnie działających syntetycznych opioidów, w tym nitazenów. W 2025 r. po raz pierwszy wykryto także 50 nowych substancji psychoaktywnych, co zwiększyło liczbę monitorowanych przez EUDA środków do ponad tysiąca. Jak wynika z raportu produkcja syntetyków jest szczególnie wysoka zwłaszcza w Polsce, z kolei konopie uprawiane są w dużej mierze w Hiszpanii.
Raport zwraca też uwagę na rosnącą popularność ketaminy, szczególnie popularnej w tzw. środowiskach rekreacyjnych, czyli np. w klubach nocnych, która przestała być narkotykiem niszowym. Liczba osób rozpoczynających leczenie z powodu problemów związanych z ketaminą wzrosła w ostatnich latach czterokrotnie. Wciąż jednak jednym z najczęściej zażywanych narkotyków w UE pozostaje kokaina; tylko w ciągu ostatniego roku zażywało ją ok. 2,5 mln młodych dorosłych.
Z Brukseli Jowita Kiwnik Pargana (PAP)

13 June 2026 kresy/wieczna-wdziecznosc-ukrainie-polski-dyplomata-w-kijowie-komentuje-relacje-w-czasie-sporu-o-bohaterow-upa
Chargé d’affaires Piotr Łukasiewicz powiedział, że Polska jest wdzięczna Ukrainie i jej żołnierzom za obronę pokoju w Europie. Jego wypowiedź padła w czasie kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich, wywołanego decyzją strony ukraińskiej o nadaniu jednej z jednostek nazwy „Bohaterów UPA”.
Podczas oficjalnego uruchomienia III fazy Programu Wsparcia Zarządzania Finansami Publicznymi na Ukrainie pełniący obowiązki chargé d’affaires Polski na Ukrainie Piotr Łukasiewicz podziękował ukraińskim żołnierzom za obronę pokoju w Europie — podał portal Slawa.
Program EU4PFM dotyczy wsparcia zarządzania finansami publicznymi na Ukrainie. W czasie uroczystości polski dyplomata mówił, że ukraińscy żołnierze bronią nie tylko własnego państwa, ale także całej Europy.
Łukasiewicz zaznaczył, że między sąsiednimi narodami istnieje szerokie spektrum emocji. Wskazał jednak, że w Polsce dominuje wdzięczność wobec Ukrainy.
„Jak wiecie, między narodami istnieje wiele emocji, zwłaszcza między sąsiadami — Polską i Ukrainą. Ale jedna emocja, którą odczuwam i co do której jestem absolutnie pewien, że dominuje w Polsce — to emocja wiecznej wdzięczności Ukrainie, jej obrońcom, którzy są teraz na pierwszej linii frontu, broniąc nie tylko pokoju w swoim kraju, ale i pokoju w całej Europie. Bardzo wam dziękuję” — oświadczył pełniący obowiązki chargé d’affaires Polski na Ukrainie Piotr Łukasiewicz.
Wypowiedź polskiego dyplomaty padła w czasie napięć w relacjach polsko-ukraińskich. Pod koniec maja Zełenski ogłosił, że Samodzielne Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy otrzymało nazwę „Bohaterów UPA”. Decyzja stała się bezpośrednim tłem dyskusji o odebraniu orderu nadanemu ukraińskiemu prezydentowi.
12 czerwca przedstawiciele KPRP informowali później, że prezydent podejmie decyzję „w odpowiednim czasie”.
Decyzję Zełenskiego skrytykował także premier Donald Tusk. Szef rządu uznał ją za niepokojącą z punktu widzenia relacji polsko-ukraińskich oraz naruszającą polską wrażliwość historyczną. Tusk zaznaczył jednak, że „każdy naród ma prawo do własnej interpretacji historii”, ale ukraińskie władze powinny rozumieć, czym UPA jest w polskiej pamięci historycznej.
Wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz przekazał stanowisko swojemu ukraińskiemu odpowiednikowi. Polityk oświadczył, że decyzja Kijowa jako „gloryfikowanie UPA jest nie do zaakceptowania”. Minister zaapelował do władz Ukrainy o ponowne rozważenie nazwy jednostki.
Kosiniak-Kamysz podkreślił, że Polska od początku rosyjskiej inwazji wspiera Ukrainę pomocą humanitarną, wojskową, logistyczną i polityczną. Jednocześnie ocenił, że uhonorowanie Ukraińskiej Powstańczej Armii budzi w Polsce „głęboki ból, niepokój i sprzeciw”.
Szef MON zaznaczył również, że „wolna Ukraina to także bezpieczeństwo Polski i całej naszej części Europy”.
Według ukraińskich źródeł, szanse na zbudowanie kompromisu są nikłe. Jak stwierdził rozmówca portalu LIGA.net z otoczenia Budanowa –Kijów nie zamierza zmieniać nazwy jednostki wojskowej uhonorowanej jako „Bohaterowie UPA”, co zaprzecza doniesieniom polskich mediów o możliwym kompromisie po rozmowach z delegacją Ukrainy w Warszawie.

13 June 2026 kresy
„Die Welt” skrytykował decyzję Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek nazwy „Bohaterów UPA”. Autor komentarza ocenił, że Polska ma rację, sprzeciwiając się tej decyzji, i wskazał na zbrodnie popełnione przez UPA na Polakach oraz pomoc w mordowaniu Żydów.
Pod koniec maja prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał nazwę „Bohaterów UPA” Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy, co wywołało sprzeciw w Polsce i reakcję niemieckiego dziennika „Die Welt”.
W wydanym dekrecie Zełenski wyjaśnił, że decyzję podjął „w celu przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska oraz uwzględniając wzorowe wykonywanie powierzonych zadań podczas obrony integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy”.
Dziennikarz Jacques Schuster powołał się na myśl Leszka Kołakowskiego, zgodnie z którą Europa jest „darem pozwalającym na kwestionowanie samego siebie”. W ocenie niemieckiego publicysty to zdanie zawiera kwintesencję Europy.
Autor komentarza wyraził zrozumienie dla sytuacji Ukraińców, którzy podczas wojny nie mają czasu, aby zastanawiać się nad znaczeniem tych słów. Dodał jednak, że oznaczają one „krytyczne podejście do własnej historii”.
Schuster ocenił, że gdyby Zełenski poddał się takiej refleksji, musiałby dojść do wniosku, że nie może nadać jednostce specjalnej imienia UPA, której przywódcą był Stepan Bandera. Niemiecki publicysta nazwał Banderę wprost „rzeźnikiem”.
„Bandera i jego żołnierze podczas II wojny światowej nie tylko rozstrzelali dziesiątki tysięcy polski cywilów, lecz także pomagali Niemcom w mordowaniu Żydów. Polska gotuje się z powodu decyzji Zełenskiego i ma rację” — napisał Schuster.
„Ukraina oddala się od Europy” — pisze niemiecki dziennik.
Schuster dodał jednak, że Ukraina broni się przed rosyjską wojną na wyniszczenie i walczy za wolność Europy.
„Ukraina należy do Europy. Co więcej, Ukraina broni się przed prowadzoną przez Rosjan wojną na wyniszczenie i walczy za wolność kontynentu (europejskiego)” — napisał publicysta „Die Welt”.
Autor komentarza przyznał, że podczas wojny trudno jest mierzyć się z problemami polityki wewnętrznej i zastanawiać się dłużej nad wartościami, które są symbolem Europy.
„Ukraińcy powinni jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to konieczne” — podkreślił publicysta.
Według autora komentarza decyzja ukraińskiego prezydenta pokazuje, że Ukraina nie jest jeszcze gotowa do pełnego członkostwa w Unii Europejskiej.
Publicysta nawiązał także do propozycji kanclerza Friedricha Merza dotyczącej członkostwa stowarzyszonego Ukrainy bez prawa głosu.
„Ukraina jako członek stowarzyszony bez praw głosu, co niedawno zaproponował kanclerz Friedrich Merz, powinna po zakończeniu wojny zająć się nie tylko spełnianiem warunków Komisji Europejskiej, lecz także przyswojeniem sobie wartości europejskich, i to wszystkich bez wyjątku” — stwierdził niemiecki publicysta.
Decyzja Wołodymyra Zełenskiego stała się bezpośrednim tłem dyskusji o odebraniu orderu nadanemu ukraińskiemu prezydentowi. 12 czerwca przedstawiciele KPRP informowali później, że prezydent podejmie decyzję „w odpowiednim czasie”.
Decyzję ukraińskiego prezydenta skrytykował także premier Donald Tusk. Szef rządu uznał ją za niepokojącą z punktu widzenia relacji polsko-ukraińskich oraz naruszającą polską wrażliwość historyczną. Tusk zaznaczył jednak, że „każdy naród ma prawo do własnej interpretacji historii”, ale ukraińskie władze powinny rozumieć, czym UPA jest w polskiej pamięci historycznej.
Wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz przekazał stanowisko swojemu ukraińskiemu odpowiednikowi. Polityk oświadczył, że decyzja Kijowa jako „gloryfikowanie UPA jest nie do zaakceptowania”. Minister zaapelował do władz Ukrainy o ponowne rozważenie nazwy jednostki.
Kosiniak-Kamysz podkreślił, że Polska od początku rosyjskiej inwazji wspiera Ukrainę pomocą humanitarną, wojskową, logistyczną i polityczną. Jednocześnie ocenił, że uhonorowanie Ukraińskiej Powstańczej Armii budzi w Polsce „głęboki ból, niepokój i sprzeciw”.
Szef MON zaznaczył również, że „wolna Ukraina to także bezpieczeństwo Polski i całej naszej części Europy”.
Według ukraińskich źródeł, szanse na zbudowanie kompromisu są nikłe. Jak stwierdził rozmówca portalu LIGA.net z otoczenia Budanowa –Kijów nie zamierza zmieniać nazwy jednostki wojskowej uhonorowanej jako „Bohaterowie UPA”, co zaprzecza doniesieniom polskich mediów o możliwym kompromisie po rozmowach z delegacją Ukrainy w Warszawie.
Po wizycie Budanowa w Polsce Wirtualna Polska podała, że strona ukraińska miała rozważać kompromisowy wariant zmiany nazwy jednostki.