Kowid a Ukraina, czyli apokaliptyczne paralele

Kowid a Ukraina, czyli apokaliptyczne paralele

Apoka

4 lipca, wpis nr 1415 dziennikzarazy/kowid-a-ukraina-czyli-apokaliptyczne-paralele

Publicystycznie uruchomiłem się w zasadzie dzięki kowidowi, albo też i przez kowida. Ale to był tylko impuls, iskra, która oświetliła zacienione fragmenty rzeczywistości, pozwoliła zobaczyć mnie, ale i całej świadomej społeczności wyrzutków denialistycznych, w jakim to świecie żyjemy. Po takim fleszu ciężko jest wrócić do starych ustawień – nie da się odzobaczyć raz ujrzanej istoty świata. Ale kowid już odszedł – zajął jego miejsce inny substytut strachu – wojna. Lecz mechanizmy pozostały te same, tyle, że intensywność bodźcowania ludzi strachem zwiększa się, powodując zaistnienie dwóch sprzecznych, lecz przemożnych biegunów ludzkich motywacji – strachu i obojętności. Wielu ląduje przyklejonych do jednego z tych biegunów, ale większość buja się jak opiłki metalu przy zmieniających się polaryzacjach magnesu. Stąd te pozory ruchu – jest nerwowo.

Jeźdźcy Apokalipsy

Stymulowanie strachem, któremu jesteśmy poddani powoduje zatem dwa zmienne ale sprzeczne stany – boimy się, lecz przy przeciążeniu strachem obojętniejemy na te bodźce. A to powoduje, że czasami nie rozróżniamy sygnałów – jesteśmy postrachani czymś nieistniejącym, zaś z drugiej strony możemy przyjąć postawę obojętności wobec realnych zagrożeń. Żyjemy w świecie drugiego jeźdźca Apokalipsy – przeżyliśmy (nie wszyscy) galop jeźdźca Zaraza, dziś jesteśmy wsadzani na siodło jeźdźca Wojna, za nami podążają pozostałe w kolejności: jeździec Głód i Śmierć.

Dziś spróbujemy przyjrzeć się im obu, by poszukać podobieństw, a są one nie tylko intelektualnie ciekawe, ale wskazują na pewną linię zdarzeń i narracji, której jesteśmy poddani. Widać bowiem pewien ciąg postępujący pomiędzy kowidem, a narracją wojenną. Tę ostatnią będę chciał pokazać na przykładzie zmiany, a właściwie przyspieszonej ewolucji naszego stosunku do wojny ukraińskiej. Nie chcę tu wskazywać na Ukrainę jako zarazę, broń Boże, chcę tylko wskazać na podobne procesy, zwłaszcza – jeśli są takie podobieństwa – to domknięcie tematu kowidowego wskazuje nam na prawdopodobne scenariusze domknięcia sprawy Ukrainy. Wydaje się to naciągane, ale tylko z pozoru. Bo zobaczmy:

W przypadku kowida mieliśmy do czynienia z bezwarunkowym narracyjnym namagnesowaniem całej światowej społeczności zagrożeniem pandemicznym, zaś każdy, kto powątpiewał, nawet prywatnie, w pewniki kowidowe był ostracyzmowany. Nie trudno zobaczyć dzisiejsze paralele pomiędzy ówczesnymi antyszczepionkowymi szurami a dzisiejszymi wojennymi onucami. Sanitarystyczny entuzjazm zrozumienia konieczności to przecież wypisz-wymaluj ta sama społeczna figura, jaką widzieliśmy w przypadku wojny i stosunku do Ukrainy. W obu przypadkach odstępstwa od głównego nurtu były nieliczne, karane natychmiast, przy pełnym zrozumieniu „odpowiedzialnej większości”.

Co ciekawe w przypadku kowida można było zauważyć powolną ewolucję, zmiękczanie kiedyś twardych stanowisk. Szury kowidowe zaczęły wyciągać jakieś nieprawomyślne badania, dowody, pojawili się jacyś eksperci, którzy zaludnili nisze mediów społecznościowych. Front sanitarystyczny zaczął topnieć coraz szybciej, zwłaszcza, że i bez dowodów brak logiki dnia codziennego i szastanie się od ściany do ściany władz sprzyjały temu trendowi. Szala społecznego przekonania zaczęła się powoli podnosić z akceptowania sanitaryzmu do jakiegoś poziomu równowagi. Doszliśmy już wtedy do policzalnych poziomów postaw społecznych względem oficjalnej narracji, czego wyrazem był ledwo 50-procentowy udział w szczepieniach i to pierwszej dawki oraz wyraźnej zapaści dalszych serii.

Ukraina w miejsce kowida

Tak samo było z Ukrainą – wcześniej złego słowa nie można było powiedzieć, bo i jak – oni tam walczą, uwidocznił się humanitarny, wcale nie rządowy, solidaryzm na poziomie ludzkim, a więc podstawowym. Ale w to wszystko wdała się zaraz polityka: polska łatwowierna i ukraińska – na początku proszalna (uwaga – nigdy wdzięczna), później zaskakująco wyższościowa i posłannicza. Okazało się, że Ukraina walczy za nas, co dla Polaków jest od razu weryfikowalną ściemą: nikt tu nam, Polakom, nie będzie świecił w oczy prometeizmem. My mamy, kochani Ukraińcy, za sobą ze sto lat bycia Chrystusem narodów, cierpieliśmy za cały świat, wadziliśmy się z królami i papieżami. I robiliśmy to kompletnie w pustkę, za darmoszkę, nie tak jak teraz wy – wyciągając rękę po zapłatę za realizację swojego posłannictwa. Tak że nie z nami te numery.

Ważne jest, że społeczność za kowida przeszła od zawierzenia do trudnego obudzenia się w prawdzie. Tak samo mamy z Ukrainą. Ważne jest też, że pokowidowe resentymenty są bardziej zaawansowane, można więc na ich podstawie przewidzieć co się stanie społecznie z tzw. sprawą ukraińską. Cóż się stało z ludźmi po kowidzie? Ano – poszło to w różne strony: jedni, przebudzeni, już nie zapomną, ale tych, jak to na świecie, jest nie tak dużo, choć – co optymistyczne, ich grono wzrosło, bo kowid był nie tylko testem na inteligencję, ale też i budzikiem, który dał szansę tym, co byli gotowi się wybudzić. Potrzebowali tylko wstrząśnięcia, którym był kowidowy reset. Ale to nie jest większość – większość poszła w zapomnienie. Powód tego aktu jest prosty – wielu z nas pogrzeszyło konformizmem, a to ciężki temat do powracania i przypominania sobie jak łatwo nam narażać integralność naszej tożsamości pod byle ciśnieniem. Dla wielu, zauważcie, temat kowida jest wyparty, albo wypierany, jak okres błędów młodości, z których nie narodził się dorosły człowiek, ale tylko jego gorzka świadomość własnych ograniczeń i słabości.

To samo z tematem ukraińskim, widać już pierwsze jaskółki – nuworyszowski zapał kiedyś bezwzględnych ukrainofili, którzy się nagle nawrócili na ukrainofobów, nadrabiając gorliwością swe przewiny, kiedy ścigali innych wtedy wątpiących za onucyzm. Tu też mamy wyparcie własnych, dziś niespecjalnie modnych, postaw. Co ciekawe, te postawy mają swoje odzwierciedlenie w polityce i to nie dlatego, że idą z dołu do góry. Nie. U nas polityka, a właściwie postpolityka działają odwrotnie: sfera polityczna ogląda społeczeństwo przez lupę badań i łowi trendy. Jedne, korzystne dla którejś z wybranych przez partie grup politycznych konsumentów, wzmacnia, inne osłabia lub atakuje.

Strach spaja POPiS

I popatrzmy – za kowida mieliśmy w tak manichejsko dwubiegunowej Polsce cud pandemicznego porozumienia ponad podziałami. Ba, nawet się licytowano – kto bardziej. Dwa wojujące obozy ścigały się w oskarżeniach o procent krwi na rękach, co w przypadku rządzącego w pandemii PiS-u było słabym jednak uzasadnieniem, dziś czasami przywoływanym, dla tego, że wstydliwy dziś zamordyzm był wynikiem reakcji na to, że Tusk dyszał nad uchem publiczności wskazując, że Kaczyński za mało się stara, z czego ludzie umierają po szpitalach i domach, zaś niezaszczepione tabuny dzieci szwendają się po świecie zakażając śmiertelnie niewinnych staruszków – podstawową grupę wyborców bezkompromisowych monopolistów na patriotyzm.

Czyż nie to samo mamy z wojną i Ukrainą? Wojna zastała nas w rozkroku zmiany władzy, ale w tej kwestii nic się nie zmieniło. Jak za kowida – zgoda ponad podziałami. Ba tam zgoda! Znowu – licytacja kto bardziej spoleruje Ukrainie. Padały przecież zarzuty w obie strony, licytowano się przecież z kim bardziej przytula się Zełenski – z pisowskim Dudą, czy pełowskim Tuskiem. Tu mamy jednak sporą różnicę – w przypadku Ukrainy z tego dyszla wyprzągł się ostatnio PiS. Z opisywaną tu nadgorliwością niegdysiejszego grzesznika w temacie. Ten żenujący powrót do prawdy syna marnotrawnego to jednak wyłom. Widać, że PiS chyba jednak poczytał prawdziwe badania, z których od dawna wynikało, że Polacy mają coraz bardziej dość tego cyrku ze służeniem Ukrainie i wyciągnięto z tego wnioski. Po prostu Kaczyński dopisał Ukrainę do całej listy zjadanych żab, czyli walenia głupa, że tematy, z którymi walczy PiS, to wcale nie PiS sprokurował. Obok wszystkich tym kamieni milowych, klimatycznych szaleństw, nadskakiwania Unii, co do których PiS udaje, że to nie on (tylko kto?) pojawił się po prostu bezwstydnie wątek ukraiński. Nastąpiło tu przełożenie wajchy, czego dowodem są wielkie dylematy redaktora telewizji Republika, pana Sakiewicza, który teraz biedaczek nie tyle musi połknąć żabę swoich wcześniejszych bezwzględnie egzekwowanych fascynacji Ukrainą, ale musi połknąć medal, który za swoją działalność otrzymał od Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa. Redaktor najpewniej pierwszy by go zwrócił do Kijowa, ale taki akt ujawniłby publicznie tego rodzaju casus pascudeus.

Ukraina dzieli

Tak jak politycznie temat kowida do dziś jest trzymany przez wojujące plemiona jako temat, do którego się nie wraca, tak kwestia Ukrainy podzieliła dwa bloki, do tej pory złączone cichym, acz ostentacyjnym porozumieniem. Co każe nam zwrócić się ku mediom i popatrzeć jak funkcjonowały w obu przypadkach. Za czasów kowidowych dęły przecież w jedną dudę – licytowanie się na sanitaryzm. Po uznaniu dogmatu pandemicznego pozostał już tylko wyścig kto bardziej się stara. A wyścig ten odbył się po bieżni strachu. To samo było w przypadku Ukrainy – też straszono na wyścigi jak to bardzo nam grozi Putin i jakąż to tarczą przed tym zagrożeniem jest Ukraina. Obecna wolta PiS medialnie objawia się na rozwarstwieniu w tym momencie. W optyce PiS-u Ukraina nas chroni dalej, Putin jest nawet jeszcze gorszy niż był, ale jedno jest pewne – w kwestii wdzięczności Ukraińcy okazali się przykrą niespodzianką. A więc konflikt z Ukrainą jest sprowadzany przez PiS tylko do wymiaru symbolicznego. Cała reszta się popisowo zgadza.

Ale Tuskowi nawet to nie wystarcza – atakuje PiS, a właściwie Kaczyńskiego zastępczego, czyli prezydenta, za to, że swymi działaniami o głupie symbole naraził nasze stosunki z Ukraińcami. Tak jakby nasze stosunki z Ukrainą nie polegały jedynie na jednostronnym przepływie świadczeń od strony „sług Ukrainy”. No bo co możemy stracić, co nam może Ukraina zabrać? No, wizerunek, ale to nie kwestia działań Ukrainy, tylko bezradności w budowaniu narracyjnej odporności polskich władz, która jest zerowa.

Co, nie dadzą nam zarobić na kontraktach przy odbudowie? Ale z tym jest już po zabawie od dawna, lata przed kompromitująca konferencją w Gdańsku. Od dawna nasza rola miała się skończyć w tym obszarze na prostym podwykonawstwie i logistyce. I dobrze, bo na tyle nas stać. Zarobimy, ale – jak nam zapłacą. Bo przy budowie polskich autostrad zarobiły zagraniczne koncerny, zaś niekoniecznie polscy podwykonawcy. Ukraina może nam też narobić kuku w sensie politycznym, ale tylko przez dealowanie się z Niemcami, co czyniła i czyni od dawna, przy zerowej reakcji każdej z wymieniających się ekip władców Polski. Może więc nam Ukraina naskoczyć, zaś tam gdzie może nam narobić kłopotów i tak jesteśmy bezradni. Nie mamy więc w tej wymianie żadnej równowagi – my możemy Ukrainie zaszkodzić w zamian bardziej. Tylko czy będziemy chcieli? Tu akurat – znowu – wszystkie plemiona są zgodne: o pamięć możemy się spierać (to PiS), ale wspieramy i wspierać będziemy we wszystkim innym (tu wszystkie partie mainstreamu).

Putin dobry na wszystko, Duda zły

Elementem łączącym obie epoki – kowidową i wojenno-ukraińską – jest element putinowski. Putin był i jest dobry na wszystko. Należy przypomnieć putinowską, a właściwie onucową narrację w pandemii. Szło to jakoś tak – Putin chce osłabić Polskę głównie poprzez osłabienie jej kapitału ludzkiego, który ma wyniszczyć śmiertelny wirus. Każdy więc kto powątpiewa w kowidowe dogmaty to świadomy lub naiwny poplecznik Kremla. Mieliśmy więc po stronie pandemicznych kontestatorów szaloną mieszaninę dogmatycznego foliarstwa połączoną ze stymulowanym przez Kreml szkodzeniem kondycji narodowej w postaci uśmiercania antypandemiczną dezynwolturą.

Reuctio at Putinum w przypadku wojny było już oczywistością. Tu nie trzeba było nic naciągać – Putin dybie i już. Tak jak w przypadku kowida licytowano się kto bardziej, tak przy wojnie ukraińskiej zaczęto naprzemiennie wyławiać ruskich szpiegów po każdej z plemiennych stron. Do tego doszła już wyższa faza onucyzmu, czyli mniej lub bardziej świadomi poplecznicy sprawy putinowskiej, których nie tylko tropiono, ale i eliminowano pałą ostracyzmu, i to w wykonaniu obu medialnych obozów. I dziś w sprawie Ukrainy (z wyjątkiem wątku symbolicznego w przypadku mediów pisowskich) narracyjne instrumenty nastrojone są wysoko i grają w jednej orkiestrze. Pała onucyzmu jest wyciągana przez oba plemiona za każdym razem kiedy ktoś wychodzi z nowej bańki symbolicznych niesnasek. Każdy kto zająknie się na temat skutków dla Polski ukraińskiej akcesji do Unii, powątpiewa w zbawczą rolę Ukrainy w nowej architekturze bezpieczeństwa w naszym regionie jest natychmiast medialnie i politycznie odziewany w ruskie onuce i wyganiany – nie wiadomo dlaczego – akurat na Białoruś. Toczka w toczkę (ups, rusycyzm, wydało się…), tak samo było za kowida – wtedy każdy wyrywny z badaniami w ręku, który kwestionował pandemiczne dogmaty był chrzczony onucą i – znowu – wyganiany na Białoruś, do zbiegłego sędziego Szmydta.

Ciekawą figurą, która spina te dwie epoki była postać prezydenta Dudy. W przypadku pandemii prezydent lawirował, choć jednak przeprowadzenie wyborów w trakcie śmiertelnej pandemii samo z siebie dowodziło narracyjnych tylko wymiarów zarazy. W przypadku wątku ukraińskiego mieliśmy do czynienia z już chorobliwą fascynacją. Myślę, że polegającą na kalkulacji, by w drugiej, czyli ostatnie kadencji, Duda wybudował się „na temacie” międzynarodowo. Jednak świat nie uznaje za wysokie kompetencji politycznych akwizytorów spraw obcych, jakim stał się prezydent Duda. Trzeba sobie przypomnieć, że w ten sam sposób chciał zrobić karierę prezydent Kwaśniewski, z takim samym skutkiem. Teraz, po całym załamaniu się oficjalnej fascynacji narodowej sprawą ukraińską Duda jest w tak smutnej pozycji, że aż byłoby mi szkoda, jeśli bym kiedykolwiek miał żałować jakiegoś polityka. Jest to jednak upostaciowienie pozycji i sytuacji Polski, której nie stać na realizacje nawet błędnej polityki racji stanu, gdyż jej państwo polskie nie posiada. Jedyne co ma, to robienie na złość plemieniu przeciwnemu, nawet kosztem pozycji Polski oraz prywatyzacja racji stanu w formułę indywidualnych karier.

Szury jako brat syna marnotrawnego

I na koniec my – szury. Tak, gdyż nie tylko narracyjnie, ale i indywidualnie i zbiorowo foliarze kowidowi w dniu 24 lutego 2022 roku zostali zapisani do onuc putinowskich. Przypomniała mi o tym mała dyskusja na profilu u pewnego klimatysty, który pewnie z powodu spadku zainteresowania publiki klimatyzmem, zabrał się za geopolityczne wynurzenia. Tam wypomniano mi, że z Ukrainą nie mam racji, gdyż byłem… przeciwny dogmatom pandemicznym. Jestem więc, tak jak i całe rzesze mych pobratymców w foliarstwie, na wieki wykluczony z dyskursu, jako wierzący w płaskość ziemi i skuteczność egzorcyzmów za pomocą salcesonu. W obu przypadkach – kowida i Ukrainy – my, czyli ci, którzy od początku stali przy trudnej prawdzie, ganiani przez większość, z radością – i za kowida, i teraz – widzimy powroty synów marnotrawnych. Uśmiechamy się tylko pod wąsem z tego ich zaangażowania, jakby chcieli odpokutować swe – dzisiaj źle oceniane – uczynki z przeszłości swego zaczadzenia. I tylko szczególnie odporni z nas – szurów – są w stanie tolerować pouczanie nas przez nowo nawróconych, że wszystko było jasne od początku. To zabawne, kiedy taki „nowy w klasie” z wypiekami na twarzy powtarza jako swoje prawdy, za które już parę lat temu garbowano nam skórę. Ale cóż – taka jest poetyka ojca syna marnotrawnego. Za to sytuacja brata syna marnotrawnego jest wciąż biblijnie najtrudniejsza.

Obie te epoki – kowidowa i wojenna –, następujące po sobie są rozdziałami tej samej książki. Akcja się rozwija, zbliżamy się do zakończenia. Obawiam się, że nie dowiemy się kto zabił. Za rozdziałami Zaraza i Wojna widać już cień kolejnych jeźdźców Apokalipsy: Głodu i Śmierci. Wciąż jest nam czytana ta księga, ale to nie my obracamy te kartki. Nawet nie wiadomo czy możemy to zatrzymać. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Ukraina puszcza Polsce bąki w nos

Ukraina puszcza Polsce bąki w nos

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  5 lipca 2026 michalkiewicz

„Kto panu służy wiernie, ten mu za to pierdnie” – powiada ludowe przysłowie. I rzeczywiście, to prawda, zwłaszcza gdy pan ma niedostatki w zakresie kindersztuby. Ale tłumaczenie obecnego stanu stosunków ukraińsko-polskich tylko brakami w zakresie kindersztuby byłoby ślizganiem się po powierzchni zjawisk – chociaż nie da się ukryć, że w przypisywaniu Ukraińcom pewnej dzikości obyczajów niepodobna przesadzić. Ilustruje to choćby realistyczna scena uczty z filmu „Ogniem i mieczem” według powieści Henryka Sienkiewicza. Podczas tej uczty podpici kozaccy pułkownicy proponują swoim gościom poprzerzynanie gardeł, by im „prosta strawa kozacka” łatwiej przez gardło przechodziła. Dotknięty tymi niewybrednymi żartami wojewoda Kisiel, który dopiero co wręczył Bohdanowi Chmielnickiemu hetmańską buławę, pyta świeżo kreowanego hetmana, czy zaprosił ich na ucztę, czy na zniewagi. Ale – jak pamiętamy – wojewoda Kisiel sam był sobie winien – bo zachowywał się naiwnie, niczym dzisiaj Naczelnik Państwa, co to jeszcze niedawno wydawał na Majdanie kabotyńskie okrzyki „Sława Ukraini!” i „Herojam sława!” – a dzisiaj ogłasza, że odda order Jarosława Mądrego.

Tymczasem Jeremi Wiśniowiecki radził inaczej – że klemencję można okazać zwyciężonym, to wtedy – kto wie? – może nawet będą wdzięczni, natomiast w przeciwnym razie tylko się ich rozzuchwali. Dotychczasowe postępowanie – bo trudno nazwać to „polityką”, jako że polityce powinien przyświecać jakiś cel – władz warszawskich wobec Ukrainy było po prostu głupie i polegało na łaszeniu się do Ukraińców, a przede wszystkim – na futrowaniu tamtejszych oligarchów, czym się tylko dało. Oligarchowie zaś, z prezydentem Zełeńskim, który też jest przecież wynalazkiem oligarchy Igora Kołomojskiego, na czele, dopuszczali polskich lizusów do konfidencji, aż do proklamowania w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. Z tą chwilą Polska przestała być potrzebna zarówno Niemcom, które wróciły do polityki Cesarstwa Niemieckiego z roku 1917, kiedy to utworzyły Ukraińską Republikę Ludową, by szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków – jak i Ukraińcom, którzy marzą o następstwach tego strategicznego partnerstwa, jakich nie udało się im uzyskać za Adolfa Hitlera. Teraz Hitler już nie żyje, więc jest szansa, że te następstwa się pojawią. W tej sytuacji Kijów odrzucił wszelkie pozory kurtuazji wobec Polski i pokazał swoją prawdziwą naturę.

Właśnie prezydent Zeńłeński ogłosił, że wyda specjalny dekret o stworzeniu ukraińskiego panteonu, w którym Ukraińcy umieszczą takich herojów, jakich im się tylko będzie podobało – bo nikt – jak oznajmił prezydent Zełeński – nie będzie Ukraińcom dyktował, jaką mają pisać sobie historię, ani – jakich herojów mają kochać i czcić. Tymczasem Polacy nieśmiało popiskiwali, że niektórych herojów nie uznają, podczas gdy Ukraińcy akurat w nich sobie upodobali, akurat im stawiają pomniki i akurat ich nazwiskami nazywają ulice. Myślę, że zdania nie zmienią, bo każdy lubi co innego; jedni na przykład lubią szampana, a inni – jak im nogi śmierdzą. W związku z tym niedawni słudzy Ukrainy czują się dzisiaj zawiedzeni. Ale sami są sobie winni, bo głupota powinna być ukarana.

Tego domaga się rządząca światem zasada przyczynowości, według której określone przyczyny muszą rodzić określone skutki. No i właśnie ich doświadczamy – nie tylko banda idiotów, która Ukraińcom udostępniała za darmo zasoby całego państwa – ale również – wszyscy obywatele. Oni też ponoszą część winy, że durniów wysunęli do władzy, chociaż nieznaczna mniejszość, która doświadczała wyzwisk, że „ruskie onuce” i tak dalej – ostrzegała przed następstwami głupoty, między innymi w postaci konfliktu narodowościowego, który lekkomyślny naród polski sobie zafundował, a który prędzej, czy później i raczej prędzej, niż później – się objawi, może nawet w straszliwej postaci kolejnej „wołynki”.

Warto dodać, że prezydent Zełeński ogłosił swoją decyzję w sprawie „panteonu” następnego dnia po zakończeniu w Gdańsku konferencji, która teoretycznie była poświęcona „odbudowie Ukrainy” – ale sądząc na podstawie zawartych tam umów – znaczna ich część nie dotyczy żadnej „odbudowy”, tylko „wspierania wysiłku wojennego”, to znaczy – futrowania Ukrainy dostawami i pieniędzmi, z których – jak się szacuje – 30 procent jest rozkradane przez oligarchów, którzy dzięki temu wykupują sobie w Polsce przedsiębiorstwa. Obywatel Tusk Donald mało jaja nie zniósł, żeby zaprezentować to jako jeszcze jeden wielki sukces – chociaż – w odróżnieniu od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – prezydent Zełeński z nim chyba akurat niczym się nie dzielił, słusznie uważając, że tak czy owak zrobi on wszystko, co mu Reichsfuhrerin każe.

Podobnie z kawalerami ukraińskich orderów ze stajni Naczelnika Państwa, panem Błaszczakiem i innymi sojuźnikami Kijowa, chociaż im stosowne pouczenia chyba wydawali Amerykanie – i to cała różnica. Jeśli tedy wierzyć komunikatom z Gdańska, Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje przekazała Ukrainie 10 mld euro. Kto tę sumę pokryje? Teoretycznie ma być ona pokryta z ruskich reparacji, ale to zwykłe dzielenie skóry na niedźwiedziu, bo prawdopodobieństwo, że Rosja wypłaci Ukrainie jakieś reparacje, równa się zeru. Zatem mamy dwie możliwości: albo Unia wyłoży tę forsę ze składek unijnych bantustanów, albo – co jest najbardziej prawdopodobne – z pożyczki, którą zaciągnie Komisja Europejska na refundację wydatków poniesionych przez firmy na „odbudowę Ukrainy”. Krótko mówiąc – unijne bantustany tak czy owak same będą musiały zapłacić za radosny przywilej „odbudowy Ukrainy”, czyli – futrowania tamtejszych oligarchów, którzy każdą forsę przytulą.

Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj dodatkowo wstrząsany jest aferą szpitalną. Teoretycznie powinna uderzać ona w Volksdeutsche Partei, a w szczególności – w prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego – ale właśnie dlatego mamy do czynienia z totalną mobilizacją całej rządowej koalicji i aparatu propagandowego, żeby sprawę nie tyle może zamieść pod dywan – bo to już niemożliwe – ale żeby poukręcać łeb każdemu wątkowi śledztwa, bo każdy z nich może w każdej chwili eksplodować sprawami odpryskowymi, więc odpowiedni nadzór nad śledztwem nabiera zasadniczej wagi.

Nic tedy dziwnego, że obywatel Żurek Waldemar z całym stadem prokuratorów, dwoi się i troi, żeby wykazać, iż „sygnaliści”, to typy o zerowej wiarygodności, podczas gdy najbardziej wiarygodny jest obywatel Trzaskowski Rafał – oczywiście jeśli nie liczyć Wielce Czcigodnego obywatela Giertycha Romana, chociaż – o ile mi wiadomo – nie przeprowadził on jeszcze drobnej operacji chirurgicznej, która otworzyłaby mu drogę do powiększenia grona autorytetów moralnych.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Policja złożyła już ponad 20 wniosków o ukaranie obrońców życia. ABOTAK…

Policjanci złożyli już ponad 20 wniosków o ukaranie obrońców życia.

W kilkunastu sprawach sądy wydały już skandaliczne wyroki nakazowe (czyli zaoczne, jak sądy kapturowe – bez jakiejkolwiek możliwości obrony).

==========================

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Piszę do Pana z wielkim ciężarem na sercu. Mam złe wiadomości i powiem wprost: już dawno nie było tak źle jak teraz.

W Warszawie machina państwowa ruszyła przeciwko bezbronnym dzieciom i tym, którzy stają w ich obronie. Warszawska policja realizuje bezwzględne, polityczne zlecenie na obrońców życia, przekraczając przy tym granice bezprawia.

Mowa o nielegalnej, krwawej katowni aborcyjnej ABOTAK, którą feministki otworzyły w Warszawie, tuż pod oknami Sejmu, śmiejąc się wszystkim prosto w twarz.

Właśnie mija 17. miesiąc naszej nieustannej blokady tego miejsca – to już blisko półtora roku. Wolontariusze Fundacji Życie i Rodzina trwają tam nieustannie – organizując protesty, pikiety i Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Nie odpuszczamy ani na krok.

I właśnie dlatego uderzono w nas z wielką siłą.

Policja jako prywatna ochrona aborterek? Chyba tak, skoro zamiast ścigać przestępców, funkcjonariusze postawili sobie za punkt honoru przegonienie nas z Wiejskiej. Służby, które powinny chronić obywateli, zachowują się jak prywatna agencja ochroniarska tej rzeźni.

Feministki Aborcyjnego Dream Teamu – nieformalnej grupy polskojęzycznych aborterek finansowanej z zagranicznych funduszy – mają na swoim koncie porażające podłości:

  • Aborcję selektywną na bliźniaku,
  • Zaopatrywanie szpitali w sprzęt do aborcji próżniowej,
  • Instruktaże zabijania dzieci tabletkami – celowo kierowane do nastoletnich matek,
  • Przemyt nielegalnych środków poronnych na teren Polski przy pomocy francuskich europosłanek.

Środowisko Abotaku to bezwzględna siatka biznesowa nastawiona na depopulację i zabijanie polskich dzieci. Ostatnio te zdemoralizowane kobiety straciły grunt pod nogami – zagraniczny sponsor odciął im fundusze, a Facebook zablokował ich profile. A zatem nawet wielki biznes aborcyjny zauważył, że Polacy mają dość aborcyjnego barbarzyństwa.

Niestety, w tym samym momencie aborterki zyskały nowego, potężnego sojusznika – władzę i policję.

FESTIWAL ABSURDALNYCH ZARZUTÓW I NĘKANIA

Funkcjonariusze są obecni niemal na każdej naszej modlitwie. Czy myśli Pan, że wchodzą do środka, by powstrzymać zabijanie? Ależ skąd. Specjalnie patrzą w drugą stronę, gdy agresywni lewaccy bojówkarze plują na nas, krzyczą i próbują zakłócać modlitwę.

W zamian policjanci polują na… nas. Szukają jakichkolwiek haków na działaczy Fundacji.

Machina ruszyła. Policjanci złożyli już ponad 20 wniosków o ukaranie obrońców życia. W kilkunastu sprawach sądy wydały już skandaliczne wyroki nakazowe (czyli zaoczne, jak sądy kapturowe – bez jakiejkolwiek możliwości obrony).

Za co chcą skazywać ludzi? Za pokazywanie prawdy o aborcji, za Publiczny Różaniec, który w policyjnych protokołach nazywa się burzeniem spokoju i zakłócaniem porządku, za używanie legalnego nagłośnienia na zgłoszonych zgromadzeniach. To, co lewicowym aktywistom uchodzi na sucho, dla katolika i obrońcy życia staje się podstawą do ciągania po sądach.

„To legalnie działająca klinika” – powtarzają policjanci, legitymując modlących się ludzi. Stosują celową politykę zastraszania. Naszych wolontariuszy wzywa się na komisariaty, nakazuje składać długie zeznania i zmusza do ciągłych przyjazdów do sądów. W ten sposób realizowana jest zaplanowana taktyka zmęczenia proliferów. Chcą nas zastraszyć, zniszczyć psychicznie, finansowo i zasiać paraliżujący lęk przed wyrokami z Kodeksu Karnego.

Pomóż nam, wpłać:

Wspieram

Gdy jesienią 2024 roku gruchnęła wiadomość, że w Warszawie ma powstać placówka śmierci, wiedzieliśmy, że nie możemy milczeć. Przez kolejne miesiące próbowano oswoić Polaków z myślą, że sto metrów od parlamentu będzie się masowo zabijało dzieci. 8 marca 2025 roku, gdy tylko otworzyli Abotak, Fundacja Życie i Rodzina ruszyła do natychmiastowego oblężenia.

Trwamy na posterunku do dziś. Ale koszty tej walki drastycznie wzrosły.

Jedno postępowanie – od przesłuchania na komendzie, przez pisanie pism procesowych, aż po wielomiesięczne (które mogą się przerodzić w wieloletnie) batalie sądowe – to koszt od 7 000 do 9 000 złotych.

Prawnicy Fundacji złożyli skuteczne odwołania od zaocznych wyroków, ale teraz musimy stawiać się w sądach karnych i walczyć o sprawiedliwość.

Bez Pańskiego pilnego wsparcia finansowego, koszty procesowe nas zmiażdżą, a Wolontariusze Fundacji zostaną sami na placu boju. Nie mogę na to pozwolić. Muszę obronić młodych działaczy przed tym przedziwnym sojuszem policji i lobby aborcyjnego.

Proszę Pana o pilną darowiznę już dziś. Proszę o pomoc nie dla siebie, ale by opłacić obronę prawną dla tych, którzy ryzykują własną wolnością, by ratować bezbronne dzieci. Poświęcają swój spokój, narażają się i… właśnie TERAZ potrzebują pomocy.

Koszty obrony prawnej w sprawach związanych z akcją „Stop ABOTAK” wyniosą finalnie kilkadziesiąt tysięcy złotych. W najbliższych dniach przede mną pierwsza duża faktura do zapłacenia: na niemal 16 tysięcy złotych.

Pomóż nam, wpłać:

Wspieram

Proszę o wsparcie.

Bardzo proszę o wpłatę – w wysokości, jaką uzna Pan za właściwą – może to być 50, 100, 150 złotych lub inna kwota, która jest dla Pana możliwa.

Dane do wpłaty:

Fundacja Życie i Rodzina

Numer konta:

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW

Blik/płatności kartami/szybkie przelewy online:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj

tytułem: STOP ABOTAK

Dziękuję Panu z góry na reakcję na moją prośbę. Nie mam kogo innego, aby prosić – muszę zwracać się wprost właśnie do Pana i to niniejszym czynię.

Nasza siła w jedności i odwadze.

Z wyrazami szacunku,

Kaja Godek
Kaja Godek

Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Proszę pomyśleć, jak czuje się wolontariusz, który przyszedł pod Abotak modlić się i protestować przeciw zabijaniu dzieci. I nagle skończył w sądzie. Tym dobrym ludziom naprawdę potrzebna jest pomoc. Dlatego proszę usilnie, by nie odkładał Pan decyzji o wsparciu.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

Unia już gotowa do wojny. MEM-y IV.

——————————–

————————————

————————–

—————————————–

————————————–

—————————————————

—————————————————————–

—————————————

—————————————-

———————————————————

Nie stać nas na tę wojnę

Nie stać nas na tę wojnę

prof. Witold Modzelewski

Ostry konflikt polityczny – w tym zwracanie orderów oraz walka na wrogie oświadczenia w relacjach Warszawa-Kijów – jest faktem, którego już nie da się wyciszyć lub zagłuszyć.

Podobnym językiem mówią do nas (czasami) tylko politycy Izraela, bo przecież im wiadomo, że „antysemityzm wyssaliśmy z mlekiem matki”, a my „rewanżujemy się” infantylnym tłumaczeniem ich dlaczego mogą nami pomiatać. Również na „froncie ukraińskim” słyszymy z „naszej” strony głosy dystansujące się od tego konfliktu, zwłaszcza usprawiedliwiające działania prezydenta… Zełenskiego (ponoć nie mógł odmówić wojskowym uczczenia „bohaterów UPA”. Jeżeli takich bohaterów ma armia ukraińska i prezydent tego kraju i musi zgodzić się na jej dyktat, to chyba mamy się czego bać w przyszłości, gdy owa armia wyjdzie z tej wojny zwycięsko).

Część proukraińskich polityków przedstawia się w roli… „arbitra” w konflikcie między dwoma prezydentami – tylko pogratulować (braku) instynktu politycznego. Lecz to gadanie tylko radykalizuje nastroje po obu stronach: oni, czyli politycy ukraińscy, traktują to jako wyraz naszej słabości, my – jako prowokację lub głupotę. Tu już nie ma i nie będzie stanów pośrednich: stosunek do UPA (nie tylko jej „bohaterów”) jest dziś najważniejszą granicą podziału („kto pierwszy nas rozpoznał, kto wrogów, kto przyjaciół”) – tu rozpoznawalność jest jednoznaczna. Jeżeli potomkowie owych „bohaterów UPA” poprosiliby o przebaczenie, potępili zbrodnie i zbrodniarzy i uczcili pamięć ich ofiar, może byłaby szansa na budowę czegoś na przyszłość. Ale nic takiego się nie stanie.

Ukraińcy oraz ich „sługi” w naszym kraju tłumaczą, że idzie tu nie o „bohaterów UPA”, którzy mordowali kobiety i dzieci na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, lecz o tych, którzy „walczyli z Sowietami” w latach 1944-1945. Pozwolę sobie przypomnieć, że w tym czasie Polska była członkiem koalicji antyhitlerowskiej i walczyła na wszystkich frontach II wojny światowej przeciwko Niemcom i ich kolaborantom, w tym przeciwko UPA, która była po stronie naszego wspólnego wroga, którym byli Niemcy. Wszystkim rusofobom oraz „sługom narodu ukraińskiego” przypomnę, kto był członkiem owej koalicji; jej liderzy tworzyli „Wielką Trójkę”, czyli USA, Wielka Brytania i ZSRR. Wtedy my i UPA byliśmy po dwóch przeciwnych stronach frontu, który wyznaczał granicę dobra i zła.

Władze w Kijowie nie przejmują się naszym oburzeniem, bo wiedzą, że dalej za darmo i bezwarunkowo będziemy wspierać „walczącą Ukrainę”. Przecież strategicznym celem naszej polityki jest całkowite zwycięstwo armii, która ma na sztandarach „bohaterów UPA”.

Może jednak przy okazji odpowiedzielibyśmy (sobie) na pytanie, czy nas stać na tę szczodrość? Czy koszt tego zwycięstwa będzie przerzucony na kolejne pokolenia, czy też zredukujemy bieżące wydatki? Na co? Może zmniejszymy o połowę wydatki na 800 plus lub na naukę czy kulturę? Że o służbie zdrowia nie wspomnę.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)

Przerywanie ciąży? A nie lepiej jest donosić? MEM-y III.

————————————

————————————

——————————————-

——————————————

———————————–

——————-

—————————————

——————————————–

————————————————-

————————————————-

ZUS naprawdę. MEM-y II.

————————————-

———————————————

————————————–

—————————————————-

———————

—————————

————————————-

———————————————————————

—————————————————

———————————————————

Polska ruletka. MEM-y I.

———————————————–

—————————————————-

——————————-

——————————————————

—————————–

————————————————————

—————————————————

————————————————

——————————————-

———————————————————-

—————————————————–

Nowa nadzieja starych kiejkutów

Nowa nadzieja starych kiejkutów

Artykuł  •  tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  4 lipca 2026

Od dawna twierdzę, mówię i piszę, że Konfederacja – najpierw ta pod nazwą „Wolność i Niepodległość” – jeszcze z Januszem Korwinem-Mikke i Grzegorzem Braunem, którzy wkrótce zostali po kolei z niej wyciśnięci – była rodzajem wypadku przy pracy. W niemieckiej BND po prostu ktoś zaspał, wskutek czego Niemcy nie podkręcili tubylczych starych kiejkutów, żeby podjęli jakieś środki zaradcze – i w ten sposób na tubylczej scenie politycznej pojawiła się formacja, która nie miała prawa się pojawić – bo przecież wiadomo, że na tubylczej scenie politycznej mogą być tylko formacje zatwierdzone, to znaczy takie, które gwarantują, że bez względu na to, która z nich wygra wybory – będą one wygrane.

Tak właśnie uważał klasyk demokracji Józef Stalin, według którego jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest zaproponowanie „suwerenom”, komplementowanym przez Umiłowanych Przywódców, że stanowią „sól ziemi czarnej”, prawidłowej alternatywy na „święto demokracji”, jakim są wybory. A kiedy alternatywa jest prawidłowa? A wtedy, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Oczywiście demokracja – jak to demokracja – niesie ze sobą rozmaite niespodzianki, które od reżyserów sceny politycznej wymagają szybkiego reagowania. Zazwyczaj przybiera ono postać tworzenia na użytek wyborów ugrupowań jednorazowego użytku, które uwodzą „suwerenów”, co to myślą, że z tą demokracją, to wszystko naprawdę – no a kiedy już jest po wszystkim, sytuacja wraca do normy. Czasami taka formacja, pomyślana jako partia jednorazowego użytku, nie realizuje scenariusza napisanego przez reżysera politycznej sceny.

Tak było np. z „Samoobroną” pana Andrzeja Leppera. Doszło nawet do tego, że Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, po zgryzotach z panem Kazimierzem Marcinkiewiczem, którego w końcu przytłoczył nadmiar szczęścia, musiał objąć stolec premiera rządu koalicyjnego, z udziałem nie tylko ”Samoobrony”, ale i Ligi Polskich Rodzin, na czele której stanął obecnie zażywający sławy Wielce Czcigodnego obrońcy praworządności obywatel Giertych Roman. Nawiasem mówiąc, obywatela Giertycha Romana wystrugał z banana przewielebny Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk, który z krzykliwego herszta niewielkiej grupki pretensjonalnie nazwanej „Młodzieżą Wszechpolską”, uczynił z niego tak zwanego „poważnego polityka”, co to został nawet wicepremierem i ministrem edukacji, przeciwko czemu protestował nie tylko S(r)alon („Giertych do wora, wór do jeziora!”), ale również bezcenny Izrael. Skończyło się to – jak pamiętamy – kompromitacją. Naczelnik Państwa wykombinował sobie, że pana Andrzeja przyłapie na gorącym uczynku przyjęcia łapówki i w ten sposób go wyeliminuje z życia politycznego – chociaż „Samoobrona” miała nadal zostać w koalicji, jako mięsko armatnie dla Naczelnika. Sam bym w tę naiwną kombinację nie uwierzył, gdybym o niej nie przeczytał w wywiadzie, jakiego Naczelnik Państwa udzielił „Naszemu Dziennikowi”. Miało być tak, że pan Andrzej „odda się” do dyspozycji pro9kuratury, ale „Samoobrona” pozostanie w koalicji, jak gdyby nigdy-nic. Oczywiście nic z tej intrygi nie wyszło, bo pan minister Kamiński wprawdzie prowokację przygotował, – ale pana Andrzeja ktoś życzliwy w porę ostrzegł i do przyjęcia łapówki w zamian za „odrolnienie” działki na Mazurach nie doszło. Kto to był – do dzisiaj nie wiadomo, ale bo też pan Andrzej – podobnie jak Kukuniek – nie na darmo kolekcjonował doktoraty honoris causa uczelni białoruskich i ukraińskich. Na tych doktoratach nie było oczywiście napisane, że nadały je odnośne razwiedki – ale po co pisać takie rzeczy, kiedy i tak wszyscy wiedzą, o co chodzi?

Zresztą na swoim odcinku działał Judenrat, rozpętując „seksaferę” z udziałem „knurów”, co to uwzięli się na szlachetną panią Anetę. Dopiero jak testy DNA wykluczyły autorstwo „knurów”, a pani Aneta wyraziła przypuszczenie, że ojcem córeczki może być anonimowy mężczyzna, któremu oddała się w okolicach dworca kolejowego w Piotrkowie Trybunalskim, Juderat włączył surdynę. W rezultacie została tylko „afera gruntowa” i tak rozpoczął się rozpad rządowej koalicji, której gwóźdź do trumny wbił pan Janusz Kaczmarek, podobno znajomy prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Gdańska, który został ministrem spraw wewnętrznych na miejsce Ludwika Dorna i w tym charakterze miał on być „biczem Bożym” na „układ”. Kiedy jednak został przyłapany, jak o północy na 40 piętrze warszawskiego hotelu „Marriott” składał meldunek sytuacyjny swojemu prawdziwemu zwierzchnikowi w osobie pana Ryszarda Krauzego, zrobiło się już tak śmiesznie, że nie było innego wyjścia, jak podać rząd Naczelnika Państwa do dymisji. Wielce Czcigodny Giertych

to przeżył, że pojawiły się wątpliwości, czy zachował poczucie rzeczywistości – bo na oczach całego naszego nieszczęśliwego kraju zaczął lansować pana Kaczmarka na przyszłego premiera. W rezultacie w roku 2007 wybory wygrała Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Zbiegło się to w czasie z pierwszym „resetem” amerykańskiego prezydenta Obamy, który 17 września 2009 roku z aktywnej polityki w naszym zakątku Europy – a tę polityczną próżnię wypełnili ówcześni strategiczni partnerzy: Niemcy i Rosja. I kiedy w katastrofie smoleńskiej zginął prezydent Kaczyński, a kraj początkowo pogrążył się w takiej żałobie, że nawet resortowa „Stokrotka” dostała takich spazmów, że aż musiała ją utulać sama pani Jolanta Kwaśniewska. Długo to nie trwało, bo „były w partii siły, co kres tej orgii położyły”. Kiedy żałobnicy znowu zebrali się na Krakowskim Przedmieściu, by odprawiać swoje sabaty, pewien kuchcik, niejaki Dominik Taras, „skrzyknął” grupę „silnych ludzi” ze złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, którzy zebranym tam starszym paniom proponowali, by „pokazały cycki”, a w końcu pogasili znicze własnym ciepłym moczem.

Ukoronowaniem była dziwaczna ceremonia „przeniesienia krzyża” do kościoła św. Anny, po czym obchodzone były już tylko „miesięcznice” z udziałem policji, która – w zależności od etapu – raz nie dopuszcza malkontentów, a innym razem – dopuszcza. Wspominam o akcji pana Tarasa, bo bardzo się ona spodobała Judenratowi „Gazety Wyborczej”, która pisała o „ożywczym powiewie”, jaki wraz z „silnymi ludźmi” pojawił się na Krakowskim Przedmieściu. Stanowisko Judenratu było zaś podyktowane tym, że właśnie okrzepła koordynacja polityki historycznej niemieckiej i żydowskiej.

Celem polityki niemieckiej jest stopniowe zdejmowanie z Niemiec odpowiedzialności za ekscesy II wojny światowej, zaś celem polityki żydowskiej jest zagwarantowanie możliwości obcinania kuponów od holokaustu, bo wymaga wskazania nieubłaganym palcem winowajcy zastępczego, na którego została wytypowana Polska. W tej sytuacji jest oczywiste, że żadnej tubylczej, mniej wartościowej martyrologii, propagować nie można, bez względu na to, czy ma to być katastrofa smoleńska, czy – na przykład – ludobójstwo wołyńskie. Toteż po szczycie NATO w Lizbonie 20 listopada 2010 roku, na którym proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, nawet na Zamku Królewskim podpisana została w sierpniu 2012 roku przez abpa Józefa Michalika i patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla, deklaracja o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Kiedy jednak prezydent Obama zresetował swój poprzedni reset, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „Majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej części Europy, wszyscy – oczywiście z wyjątkiem osób zaliczonych przez karny S(r)alon do grona „ruskich onuc” – zaczęli ćwierkać z całkiem innego klucza i śpiewać inne piosenki.

Drugi „reset” prezydenta Obamy w roku 2014 oznaczał bowiem, że Ameryka wraca – i to wejściem smoka – do aktywnej polityki w naszym zakątku Europy. W związku z tym pojawiła się konieczność dokonania podmianki na pozycji lidera politycznej sceny naszego bantustanu. Dopóki byliśmy pod kuratelą strategicznych partnerów, tzn. Niemiec i Rosji, naturalne było, że liderem jest Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda. Kiedy jednak znowu przeszliśmy pod kuratelę amerykańską, to już nie.

Toteż trzej kelnerzy podjudzeni przez pana Marka Falentę uknuli straszliwy spisek przeciwko III RP, podsłuchując szczere rozmowy w warszawskiej knajpie „Pod Pluskwami” i w innych modnych miejscach. W tej sposób opinia publiczna zapoznała się z opinią pana ministra-pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza, że Polska to „chuj, dupa i kamieni kupa”. Skoro takie rzeczy mówi sam minister spraw wewnętrznych, to chyba nie wypada się spierać. W rezultacie wybory prezydenckie w roku 2015 wygrał pan Andrzej Duda, a parlamentarne – PiS, w imieniu którego Naczelnik Państwa na premiera rządu wyznaczył panią Beatę Szydło.

W tak zwanym międzyczasie, stare kiejkuty widząc, że przechodzimy – i to na dobre – pod kuratelę amerykańską, podjęły staranie, by Amerykanie wciągnęli ich na listę tzw. „naszych sukinsynów”. W tym celu 18 czerwca 2015 roku urządzili międzynarodową konferencję naukową „Most” w 25 rocznicę uruchomienia pierwszego transportu rosyjskich Żydów do Izraela. Pretekstem były kombatanckie wspominki, ale tak naprawdę chodziło o wpisanie na tę listę. Dlatego konferencja była „międzynarodowa”, co oznaczało tylko tyle, że oprócz przedstawicieli najważniejszych ubeckich dynastii z Polski, uczestniczyli w niej ważni ubecy z Izraela, którzy mieli wobec Amerykanów żyrować obecność polskich ubeków na tej liście. Amerykanie chyba się wahali; a warto w ogóle was wciągać? Pokażcie no, co potraficie. Starym kiejkutom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, Uwinęli się i zaraz powstała partia polityczna „Nowoczesna” z p;anem Ryszardem Petru na fasadzie. I zanim pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by powiedzieć, jak zamierza Polakom przychylać nieba, to już naród obdarzył Nowoczesną 11 procentami zaufania. Wyjaśnić ten fenomen można chyba tylko tak, że konfidenci dostali rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Ryszarda marsz!” – i jest partia i 11 procent zaufania.

A wspominam o tym wszystkim, bo właśnie pan Ryszard Petru ogłosił, że zakłada nową partię. Która z angielska ma się nazywać „Konfederacja light”. Ma to być partia nader „wolnościowa”, ale jednocześnie – „proeuropejska”. Znaczy się – tyle wolności na ile pozwoli Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje no i niemiecki kanclerz. Bo Ordnung muss sein! Okazuje się, że stare kiejkuty już rozpisały role: obywatel Żurek Waldemar ze swoimi siepaczami z prokuratury i nienawistnych sądów będzie z Konfederacją, albo nawet z obydwiema Konfederacjami robił porządek na swoim odcinku, podczas gdy stare kiejkuty – na swoim. W tej sytuacji wybory w roku 2027 powinny być wygrane i to bez względu na to, kto formalnie je wygra. Bo przecież ktoś musi – no nie?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Mispercepcja w stosunkach polsko-ukraińskich

Mispercepcja w stosunkach polsko-ukraińskich

Błędne postrzeganie, nazywane mispercepcją, jest jednym z kluczowych, choć nie zawsze uświadamianych uwarunkowań, destabilizujących stosunki międzynarodowe.

Komplikacje w stosunkach polsko-ukraińskich pokazują, jak liczne zakłócenia poznawcze, spowodowane błędami percepcyjnymi, konfliktami pamięci i świadomie kreowanymi „politykami historycznymi” oraz asymetryczną strukturą relacji między państwami mogą zatrząść nie tylko komunikacją dyplomatyczną, ale i zachwiać podstawami wzajemnego zrozumienia.

W klasycznej monografii Roberta Jervisa, amerykańskiego badacza w zakresie psychologii stosunków międzynarodowych („Perception and Misperception in International Politics”, 1976, 2017), pokazano, jak decydenci państwa „filtrują” swoje postrzeganie innych przez własne doświadczenia historyczne, doznania, uprzedzenia i nastawienia oraz potrzeby polityczne. Na kształtowanie wzajemnych wizerunków, będących rezultatem percepcji, wpływa wiele czynników, w tym indoktrynacja, nauczanie historii i procesy wychowawcze oraz nabywane w  procesie socjalizacji opinie i sądy wartościujące, często o zabarwieniu negatywnym (np. stereotypy czy mity).

Niemałą rolę odgrywa megalomania narodowa i przecenianie swojego wpływu na innych, przekonanie o wyższości czy wyjątkowości. Ważne jest też „lustrzane odbicie” w oczach partnera, zwłaszcza gdy strony nie szczędzą wobec siebie obłudnych pochwał i komplementów.  Jervis podkreślał „zwrotną” rolę postrzegania, tj. konieczność uwzględniania w swojej aktywności poznawczej percepcji innych, „jak oni nas postrzegają”.

Przekonanie o wyjątkowości oraz niezdolność do samooceny, a zwłaszcza rozpoznania i przyznania się do błędów, utrudnia nie tylko diagnozę swojego położenia w kontekście innych uczestników, ale także uniemożliwia zbudowanie trwałej strategii, odpornej na doraźne zakłócenia. Brak krytycznej refleksji oraz nadmierna pewność siebie powodują, że polityczni decydenci są ciągle zaskakiwani niepożądanymi i niespodziewanymi zachowaniami innych, co wywołuje dyskomfort psychiczny i dysonans poznawczy.

Racjonalna spójność poznawcza powoduje, że decydenci dopasowują informacje do już istniejących przekonań i postrzegają je w sposób, którego się spodziewają. A zatem to, co ma być podstawą racjonalności, czyli zdolność przeciwstawiania się fałszywym przesłankom decyzji, zostaje stłamszone przez wcześniej ustanowiony dogmat. Jest to tzw. błąd konfirmacji. Decydenci tak dobierają informacje i nadają im takie znaczenia, aby potwierdzić własne przekonania. Nie są zdolni do ich  rewizji ani tym bardziej odrzucenia.

Miłe złego początki

Powyższe obserwacje śmiało można odnieść do współczesnych relacji polsko-ukraińskich. Wszystko zaczęło się od entuzjastycznego, acz fatalnego w skutkach przyjęcia przez rząd Hanny Suchockiej założenia o „strategicznym partnerstwie” Polski z Ukrainą.

W deklaracji prezydentów Polski i Ukrainy o partnerstwie strategicznym z 25 czerwca 1996 roku obdarzono kredytem zaufania państwo niedojrzałe pod względem ustrojowym i niestabilne w sensie uznania jego podmiotowości prawno-międzynarodowej. Jego długotrwałe spory z Rosją o schedę poradziecką były tego przykładem. Obecnie zapomina się także o tym, że Ukraina należała do najbardziej zsowietyzowanych republik radzieckich, stąd kultura polityczna nowego państwa, pozbawionego na dodatek własnej tożsamości narodowej, daleko odbiegała od standardów przyjmowanych przez Polskę.

Wiarę w możliwość zbudowania przez obywateli Ukrainy normalnego państwa oparto na traktacie o dobrym sąsiedztwie i współpracy z 18 maja 1992 roku, który obie strony wykorzystały raczej do zademonstrowania swojej suwerenności przed Moskwą, a nie źródło realnych zobowiązań. Świadczy o tym lekceważący stosunek do wielu kwestii, choćby w odniesieniu do ochrony polskiej mniejszości narodowej czy opieki nad polskimi cmentarzami na Ukrainie. Błędem okazała się także ideologizacja przez polskie rządy relacji z Kijowem, oparta na fałszywie i wybiórczo interpretowanej doktrynie Giedroycia-Mieroszewskiego, będącej mieszanką rusofobii i neoprometeizmu. Inaczej mówiąc, powrócono do dawno skompromitowanych założeń, które nie wróżyły polityce wschodniej nic dobrego.

Mimo mody i nobilitacji „studiów wschodnich”, nie wyciągnięto żadnych wniosków z historii, które powinny uwzględniać nie tylko odpowiedzi na pytania o tragiczne obciążenia w stosunkach wzajemnych, ale i dlaczego do nich doszło. Zrozumienie istoty zła ukraińskiego szowinizmu ograniczało się do wąskich kręgów badaczy i komentatorów. Nikt nie upominał się u włodarzy państwa ukraińskiego rozliczeń z haniebną przeszłością, co oznaczało w istocie sprzyjanie postępującym procesom banderyzacji. Ośrodki analityczne, zamiast  podsuwać decydentom dowody narastającego kultu zbrodniczych formacji, same ulegały aberracjom poznawczym i  fałszywej ideologizacji.

Dwa czynniki przesądziły o oddalaniu się wzajemnych percepcji i oczekiwań względem siebie. Po pierwsze, tuż za wschodnią granicą ukształtowało się w ciągu kilku dekad państwo oligarchiczne, autorytarne, oparte na kleptokracji i narastającej recydywie nacjonalistycznej. Generowana przez Zachód bezwarunkowa pomoc dla walczącej z Rosją Ukrainy, z dużym udziałem bezkrytycznego wsparcia ze strony Polski, spowodowała zaskakujący efekt.  Państwo oczekujące pomocy od innych stało się nagle bezczelnym graczem, pretendującym do narzucania się ze swoimi roszczeniami i pretensjami. Jego przywódcy z prezydentem na czele uznali, że  mimo braku atutów własnych, mogą dyktować zachowania innym, w tym „strategicznym partnerom”, takim jak Polska.

Po drugie, polscy politycy, angażując się emocjonalnie we wsparcie dla Ukrainy, zaczęli przeceniać stopień, w jakim ich gesty i zachowania są rozumiane przez stronę ukraińską. Okazało się, że niezwykła pomoc nie tylko nie jest należycie doceniana, ale traktowana  w kategoriach cynicznych i instrumentalnych, bez żadnych zobowiązań politycznych. Ukraina bowiem dokonuje wyborów, zgodnych przede wszystkim z własną logiką „preferowania i równoważenia” interesów i partnerów z Unii Europejskiej. Na tym tle widać pilną potrzebę uczenia się polskich decydentów twardej postawy transakcyjnej i – paradoksalnie – wzorowania się na sojuszniku amerykańskim.

Lepiej późno niż wcale?

Gdy zostały przekroczone w sferze symbolicznej „granice wytrzymałości”,  podjęto próbę rewizji załganej historii i  zakwestionowania fałszywej polityki Ukrainy. Decyzję „orderową” prezydenta Karola Nawrockiego należy zatem odczytywać nie jako niepotrzebny i nieprzemyślany incydent, lecz jako godną uwagi próbę odwrócenia negatywnych trendów w zachowaniu rządzących wobec reżimu kijowskiego. Potrzebny jest zdecydowany kontrapunkt wobec narastającego ukraińskiego lobbingu i wpływów w sferze informacyjnej. Nastaje czas weryfikacji wielu decyzji z przeszłości, dotyczących także ogromnej diaspory ukraińskiej w Polsce.

Przez ponad trzy dekady polscy politycy różnych orientacji błędnie odczytywali sygnały płynące z Kijowa. Przyjmowali za dobrą monetę wszelkie deklaracje, choć ze strony polityków ukraińskich nie było woli rzetelnego i uczciwego rozliczenia się z „grzechami” z przeszłości. Sprawę rzezi wołyńskiej skwapliwie przykrywano zbrodnią katyńską, doprowadzając ostatecznie do zażegnania sporu z Rosją, ale zapominając o konieczności podobnego rozwiązania z Ukrainą.

Strona ukraińska umiejętnie odwracała uwagę od spraw drażliwych, podsycając polskie pretensje i wrogość wobec Rosji. W rezultacie, przekonani o sile w ramach instytucjonalnego Zachodu (NATO i UE), polscy decydenci dołączyli gremialnie do jego krucjaty antyrosyjskiej, widząc w niej okazję do  historycznego odegrania się i „ukarania” Rosji.

Bez specjalnego zaproszenia ze strony Kijowa, polscy politycy zaangażowali się gorliwie w przyciąganie Ukrainy na stronę Zachodu. Przypisywanie sobie roli „adwokata” miało nobilitować Polskę, ale w rezultacie po stronie ukraińskiej rodziło poczucie pewnego zażenowania, a po stronie rosyjskiej poczucie „dylematu bezpieczeństwa”. Nie przewidziano, że afiliowanie Ukrainy, a zwłaszcza jej uzbrajanie przez Zachód zostanie odczytane przez Rosję jako zasadniczo wrogie i agresywne, co siłą rzeczy zmusi ją do zdecydowanej reakcji. Zignorowano podstawowe reguły odstraszania, stawiając na konfrontację, niemal na granicy konfliktu nuklearnego. Skutki tego okazały się fatalne, nie tylko dla samej Ukrainy, ale i dla wszystkich jej popleczników.

Na przykładzie takiej polityki widać, jak emocje stają się czynnikiem  napędowym nie tylko przekonań, ale także decyzji i działań. Ograniczenia poznawcze, uprzedzenia oraz – jak w przypadku prezydenta Ukrainy – dziwactwa osobowości, sprawiają, że decydentom  trudno jest poddać się autodiagnozie, czemu bynajmniej nie sprzyjają ani usłużni doradcy, ani żyjące z manipulacji politycznej media masowe.

Decyzja prezydenta Nawrockiego pokazuje, że wola jednego polityka może przełamać cały ciąg determinizmów, składających się na błędne postrzeganie. Wszystkie argumenty na rzecz przerwania nieracjonalnej, a nawet szkodliwej  polityki wobec Ukrainy nie miały takiej siły przebicia, jak to jedno spektakularne posunięcie. Ten przypadek decyzyjny zasługuje na pogłębione badania z zakresu psychologii politycznej, aby wykazać, że mimo dogmatyzacji dotychczasowej polityki, z istotnym udziałem czynnika zewnętrznego, można skutecznie przywracać zdolność rozumienia interesu narodowego i demonstrować odwagę artykułowania sprzeciwu wobec jego błędnego postrzegania.

Tama pękła

To, co się teraz dzieje w sferze publicznej, jest dopiero początkiem czekających nas przewartościowań. Najbardziej niepokojące jest to, że dzisiejsze pseudoelity, gremialnie zblatowane z banderyzmem, nie są w stanie  odrzucić błędnych wizerunków Ukrainy. Przestraszone  narastającym oporem opinii społecznej będą dążyć do połowicznych rozwiązań trudnych kwestii w relacjach z Ukrainą w postaci „zgniłych” kompromisów i bałamutnej narracji. Najgorszym zjawiskiem, jakie może nas czekać, jest pogrążenie się w niemocy, degrengoladzie i paraliżu procesów decyzyjnych oraz  skoncentrowaniu się na utarczkach między obozem prezydenckim a rządem, zamiast wspólnej inicjatywności i racjonalizacji decyzji. Widać wyraźnie, że jedynie wymiana decydentów u steru władzy państwowej może doprowadzić do jakiegoś przełomu i radykalnej rewizji polityki wschodniej. Podstawowym kryterium naboru do nowych sił politycznych powinna być lojalność wobec państwa polskiego oraz promocja osób gotowych i zdolnych do wzięcia odpowiedzialności za wyprowadzenie Polski z potężnego impasu.

Otwarcie nowej perspektywy dla stosunków Polski z Ukrainą wymaga od rządzących diagnozy błędów w postrzeganiu wzajemnym oraz odrzucenia ideologicznych dogmatów o „naszej wojnie” oraz wyolbrzymianej roli  reżimu ukraińskiego w „obronie Polski i Europy przed Rosją”. Potrzebny jest rzetelny bilans  poniesionych kosztów pomocy państwu ukraińskiemu i Ukraińcom w Polsce. Przyjmując jako narzędzie poznawcze tzw. teorię perspektywy, warto zastanowić się, czy nadziei na zyski materialne i polityczne nie przekreśli widmo rysujących się potężnych strat oraz ryzyko dalszego antagonizowania stosunków wzajemnych. Może warto  skorzystać w tej sprawie z doświadczeń amerykańskich i niezależnie od trafności ocen służb wywiadowczych USA, poddać  każde wyzwanie  „ocenie zagrożeń”.

Na razie rządzący wraz z opozycją znajdują się w stanie dezorientacji. Dyskusja skupia się wokół słuszności decyzji „orderowej” i jej konsekwencji, a nie wokół sposobów zerwania z dotychczasowym kursem serwilizmu wobec Kijowa. Sprawa nie jest jednak beznadziejna. Dzięki zdrowej części opozycji, także pozaparlamentarnej, Polskę stać na taką mobilizację, aby mogła samodzielnie kontrolować wszelkie posunięcia wobec sąsiedzkiego środowiska i decydować o swoim losie. Trzeba zerwać z wizerunkiem „państwa frajerskiego” w odbiorze ukraińskich polityków i nauczyć się asertywności. Wrogość wobec Rosji, a subordynacja wobec atlantydów nie mogą usprawiedliwiać ślepoty poznawczej w sprawach Ukrainy!

Co należy robić

Należy przywrócić  racjonalne i realistyczne myślenie w kategoriach regionalnej równowagi. Wojna pokazała, że w sytuacji pata sytuacyjnego, to Ukraina, a nie Rosja chce rozdawać karty i ustawiać sąsiednie państwa, zwłaszcza Polskę, w pozycji podporządkowania. Gotowość do zastąpienia baz amerykańskich wojskami ukraińskimi, zgłaszana przez prezydenta Zełenskiego, trąci nie tylko groteską. Pokazuje, jak megalomania i butne poczucie wyjątkowości, przy wzmożeniu nacjonalistycznym, psuje perspektywy poznawcze decydentów.

Nadchodzi czas, aby polscy politycy uwierzyli we własne możliwości oddziaływań dyplomatycznych. Kolejny raz dają nam przykład Węgry, które także z nowym premierem Péterem Magyarem potrafią przeciwstawiać się presjom i szantażom strony ukraińskiej. Potrzebne jest nowe i wnikliwe rozpoznanie motywów i intencji   władz  Ukrainy oraz racjonalizacja stanowiska wobec Rosji z uwzględnieniem wszystkich zmian, jakie zachodzą w środowisku geopolitycznym.

Zamiast moralizmu, trzeba zacząć kierować się realizmem politycznym. Zamiast altruizmu, wszelkie kalkulacje należy oprzeć na dobrze pojętym egoizmie, na prymacie szacunku dla własnych obywateli i interesów narodu. Wobec Ukrainy należy przyjąć regułę ograniczonego zaufania, a w stronę Rosji wysłać sygnał o gotowości do przywrócenia komunikacji dyplomatycznej. Należy skończyć z pasywnością i ciemięstwem, gdyż za dzisiejsze błędy naiwnych polityków będą płacić wysoką cenę kolejne pokolenia.

Od rządzących w Polsce należy oczekiwać zerwania z polityką, która doprowadziła do fatalnych błędów, odkrywanych obecnie w przestrzeni publicznej. Mniemanie o skuteczności osobistej poszczególnych polityków należy wreszcie skorelować i zweryfikować z powszechnym postrzeganiem w społeczeństwie. Warto pamiętać, że w ostatecznym rozrachunku prawda zawsze leży po stronie społecznych odczuć, a nie po stronie błądzących jak w mgle oficjeli i sprzedajnego komentariatu. Pokazały to wielokrotnie rozmaite wydarzenia historyczne, od najbardziej wzniosłych decyzji o zrywach powstańczych, po ocenę zachowań wyborczych „przypadkowego” społeczeństwa. Im dłużej będzie trwać uparte uzasadnianie przy pomocy masowych mediów ugruntowanej i zdogmatyzowanej pozycji rządzących, tym większe będą napięcia i straty wizerunkowe. Dysonans poznawczy ostatecznie może sprowokować konfrontację między rządzącymi a społeczeństwem. Widać wyraźnie, że w Polsce mamy do czynienia z narastającym kryzysem zaufania do władz. Mimo licznych dowodów na ewidentnie antypolską politykę Ukrainy, siły polityczne głównego nurtu uparcie odrzucają informacje, które podważają ich dotychczasowe przekonania. Takie „antyuczenie się”  przeważnie ma fatalne następstwa.

Interesy, tylko interesy

Kryzys dyplomatyczny w stosunkach polsko-ukraińskich powinien uświadomić obu stronom błędy prowadzonych dotąd „polityk historycznych”, traktowanych jako narzędzia legitymizacji wewnętrznej władz. Reprodukcja wrogich narracji moralnych prowadzi prostą drogą do skonfliktowania społeczeństw. Selektywne eksponowanie cierpienia własnej wspólnoty oraz relatywizowanie win innych tworzy fałszywą perspektywę „równoważenia pamięci”.  Zamiast podgrzewania napiętej atmosfery, należy przystąpić do wyciszania sporów symbolicznych. Może warto uruchomić wąskie forum dialogu na poziomie najwyższej dyplomacji, celem nazwania rzeczy po imieniu, zmniejszenia dystansu i uzgodnienia pryncypiów, których broni każda ze stron. Połączenie wysiłków środowisk prezydenta i rządu zdejmie w wokandy  spór o to, kto ma w nim większą rację.

Oddzielenie od siebie sfery merytorycznej współpracy z Ukrainą od spraw emocjonalnych, skoncentrowanie się na diagnozie interesów (ich zgodności, rozbieżności i sprzeczności), wreszcie na możliwych wariantach rozwiązań istniejących problemów, bez niepotrzebnej propagandy i tromtadracji, pozwoli wypracować aideologiczną metodologię układania się na zasadzie kompromisu i obopólnych korzyści. Nie ma innej drogi do uspokojenia rozhuśtanych emocji.

Obecnie wszystkie badania opinii publicznej po każdej ze stron pokazują wyraźną polaryzację i wzrost negatywnych wskaźników wzajemnych nastawień. W tym kontekście można ludziom zarzucać emocjonalne wzmożenie i uproszczenia poznawcze, ale nie da się zaprzeczyć, że to na rządzących po obu stronach spoczywa główna odpowiedzialność za przywrócenie pewnej równowagi nastrojów. Oby tylko nie kosztem relatywizacji własnych narracji, na przykład przychylania się do ambiwalentnej oceny UPA czy zgody na ukraińską wersję o współodpowiedzialności  za zbrodnie na Polakach.

Wydaje się, że w sensie operacyjnym Polska dysponuje wieloma dźwigniami wpływu i nacisku na władze w Kijowie, aby przywrócić właściwe proporcje w uznawaniu wzajemnych racji. Trzeba przede wszystkim wyprowadzić kijowski reżim z błędu, że Polska nie ma żadnego trwałego „długu moralnego”, aby ponosić długofalowe koszty ekonomiczne wojny, która jest wynikiem szalonych kalkulacji geopolitycznych Zachodu i „biznesowego” myślenia oligarchów ukraińskich. Potrzebna jest nowa legitymizacja współpracy i odbudowa zaufania, czego po polskiej stronie może obecnie  dokonać jedynie administracja prezydencka.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)

Ja Nostradamus …

Ja Nostradamus …

Będę dzisiaj takim Nostradamusem czy innym Jackowskim i napiszę co się wydarzy w najbliższych dniach w stosunkach polsko-ukraińskich i co mniej więcej, będą pisać media głównego nurtu. Nie wymaga to naprawdę wielkiej ekwilibrystyki umysłowej. Jeśli ktoś wie jakie główne siły stoją za większością polityków i mediów, to analizowanie polskiej sceny politycznej jest dziecinnie proste.

Władze na Ukrainie były przekonane, że społeczeństwo jest równie proukraińskie jak „elity” administrujące Polską. Strona ukraińska była przekonana, że nie musi już skrywać zupełnie swojej polityki historycznej i może ją śmiało eksponować nie tylko w kraju, ale również poza jego granicami. Okazało się, ze ogół Polaków znużonych długotrwałą pomocą dla roszczeniowych uchodźców, radykalnie odrzucił bezczelną próbę jawnej rehabilitacji banderyzmu. To musiało być zaskoczeniem do przyzwyczajonych do całkowitej uległości Polski władz Ukrainy.

Nawet środowiska skrajnie proukrainskie i rusofobiczne z kręgów bliskich PiS-owi, nie były wstanie znieść jawnie antypolskich gestów jakimi był uroczysty pochowek zbrodniarza i kolaboranta III Rzeszy Andrija Melnyka czy odesłania kurierem Orderu Orła Białego. Realne ośrodki władzy zauważyły ten trend, który potwierdziły liczne w całym kraju inicjatywy mające na celu uczczenie rzeszy Polaków pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947. Uruchomiono procesy mające na celu ratowanie tezy o konieczności sojuszu polsko-ukraińskiego. Moim zdaniem koła ratunkowe w kierunku Ukrainy ze strony władz w Polsce zostały już rzucone.

Zapewne za kilka godzin usłyszymy pobąkiwania o możliwości ekshumacji Polaków pomordowanych przez Ukraińców. Będą one zapewne znów obwarowane jakimiś dziwacznymi warunkami, o czym media będą raczej milczeć. Zapewne w kilku miejscach nawet rozpoczną się prace ekshumacyjne. Zawodowi kresowiacy będą w mediach chwalić dobroduszność władz ukraińskich. Usłyszymy zapewne w okolicach 11 lipca jakąś deklarację o gotowości przeprosin. Myślę, że nawet usłyszmy coś co będzie w jakimś stopniu substytutem przeprosin. Władze ukraińskie złożą kwiaty pod jakimś krzyżem czy tablicą. Ambasador Ukrainy wystąpi z jakimś ckliwy przemówieniem. Odprawione zostaną wspólne polsko-ukraińskie msze. Konferencja Episkopatu Polski po raz kolejny podkreśli znaczenie dialogu i wybaczenia.

Będzie w mediach bardzo dużo o nieuchronnym braterstwie i sporo wspólnym ruskim wrogu. Usłyszymy, że emocje poszły za daleko z dwóch stron. I zapewne, że jeśli polska reakcja nie była inspirowana przez Moskwę, to budzi tam zapewne radość. Jeśli sytuacja nie będzie odpowiednio szybko się uspokajać, to obejrzymy wtedy coś w rodzaju orędzia do Polaków Wołodymyra Zełenskiego. Powie, ze dziękuje za pomoc i rozumie polskie stanowisko.

To niczego istotnego nie zmienia. Polacy nie potrzebują żadnych przeprosin ze strony państwa ukraińskiego. Ponieważ te przeprosiny nie będą szczere i nie będą wynikały z świadomego wyrzeczenia się zbrodniczej tradycji. Będzie to kolejny teatr mający na celu zmiękczenie serc Polaków i czasowe oddalenie jawnej gloryfikacji antypolskiego banderyzmu. Będzie to odbębniony rytuał, który umożliwi dalsze korzystanie z lotniska w Jasionce.

Nasze władze – gdyby były odrobinę suwerenne – już dawno powinny określić minimum oczekiwań względem Ukrainy:

1) penalizacja banderyzmu,
2) jednoznaczne potępienie organizacji banderowskich i neobanderowskich,
3) umożliwienie przeprowadzenia bezwarunkowej ekshumacji i zabrania szczątków Polaków do kraju,
3) budowę muzeum ofiar integralnego nacjonalizmu (szowinizmu) ukraińskiego i pomnika pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947 w Kijowie
4) natychmiastową i ostateczną rezygnację z kuriozalnych pomysłów mówiących o budowie czy odbudowie miejsc pamięci banderowców na terenie Polski
5) podpisanie umów gwarantujących systematyczną spłatę pomocy i pożyczek udzielanych w latach 2022-2026.

Naszym odniesieniem do wszelkich działań politycznych powinien być naród polski, a nie żaden obcy naród czy wymyślona ponadnarodowa koncepcja, jak jakieś Międzymorze/ULB. Odniesieniem musi być bezpieczeństwo, dostatek i pomyślność Polski. Pamiętając o przeszłości, obserwując teraźniejszość, trzeba przede wszystkim patrzeć na przyszłość naszego narodu i państwa. Rządzący powinni myśleć jak ułożyć korzystnie dla nas stosunki z sąsiadami po zakończeniu tej wojny. Jak odzyskać to można, a co zostało bezrozumnie oddane.

Wracając do Nostradamusa lub Jackowskiego, będzie zapewne tak jak było. Być może trochę mniej bezczelnie, mniej manifestacyjnie i bardziej ostrożnie. Ale kierunek pozostanie ten sam. Filozofia rządzenia również ta sama. Nie ma w Polsce moim zdaniem sił, które są wstanie przepchać Polskę na inne tory geopolityczne. To musiałoby sie stać na poziomie mocarstw.

Łukasz Jastrzębski

Ośmiornica Sorosa

Ośmiornica Sorosa

Na stronie sorosowskiej Fundacji Batorego zamieszczono Wspólne oświadczenie polskich i ukraińskich organizacji, działaczy i działaczek społecznych. Zamieszczam nudne oświadczenie i niezwykle ciekawą pełną listę sygnatariuszy. „Współpraca polskiego i ukraińskiego społeczeństwa obywatelskiego rozwija się nieprzerwanie od wielu już dekad. Zapewniamy Was, że nie przerwą jej ani nie osłabią ostatnie wydarzenia polityczne. Nasza przyjaźń trwa i jedynie krzepnie w obliczu rosyjskiej agresji i dzięki heroicznej walce narodu ukraińskiego, „za wolność waszą i naszą”. Wspólnie działaliśmy, działamy i będziemy nadal działać na rzecz niepodległych, bezpiecznych, demokratycznych i zaprzyjaźnionych Ukrainy i Polski, w których szanowane są prawa i wolności człowieka”.

Oświadczenie podpisali między innymi: Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Центр громадянських свобод – Centrum Wolności Obywatelskich, Олександра Матвійчук – Oleksandra Matviichuk, Folkowisko Ukraina, Forum SAN, Polskie Forum Migracyjne, Fundacja Ukraiński Dom, Fundacja im. Stefana Batorego, Komitet Obrony Demokracji (KOD), Organizacja pozarządowa “Ukraińsko-Polski Związek Paderewskiego“, Związek Ukraińców w Polsce, Obywatele RP, Instytut Spraw Publicznych, Fundacja Jaw Dikh, Euromajdan-Warszawa, Klub Inteligencji Katolickiej, Fundacja Edukacja dla Demokracji, Kampania Przeciw Homofobii, Akcja Demokracja, Fundacja Sunflowers, Otwarta Rzeczpospolita – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii Polskie, Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego, Stowarzyszenie “SOS Wioski Dziecięce w Polsce”, Fundacja Ogólnopolski Strajk Kobiet, Institute of Innovative Governance (ГО “Інститут Інноваційного Врядування), Marta Lempart, Institute for social innovation NGO (ГО “Інститут розвитку суспільних інновацій”), Stowarzyszenie Lepsza Demokracja, Kongres Katoliczek i Katolików, Fundacja Wolne Sądy i dziesiątki innych.

Polska jest opleciona przez tysiące różnorakich fundacji i fundacyjek. Ich działania dalej są niedoceniane. Organizacje te lobbują za różnorakimi sprawami i rozwiązaniami, często sprzecznymi z interesem narodu polskiego.

Moim zdaniem w walnej części to one odpowiadają za stan dzisiejszej Polski i źle wyglądającą przyszłość. Ich mnogość powoduje niemałe trudności z rozszyfrowaniem i umożliwia im skuteczne działanie. Funkcjonują osobno, uderzają razem. Domagamy się, by oznaczać odpowiednio produkty w sklepach. I jest to słuszne, bo chcemy wiedzieć czy kupowane ziemniaki i marchew pochodzi z naszych upraw, czy przywieziono je z Ukrainy, RPA, Rosji, Holandii czy Izraela.

Tym bardziej powinno się również, tak oznaczać stowarzyszenia, organizacje, gazety, portale internetowe czy partie polityczne. Należałoby je oznaczać zarówno w nazwach jak i znakach graficznych. Taka informacja miałaby znaczenie przy ocenie danego stowarzyszenia, ruchu, organizacji. Powinniśmy wiedzieć kto kogo finansuje. Jaka ambasada, fundacja czy milioner stoi za danym projektem społecznym czy politycznym. To by wiele wyjaśniło. Byłby to najprawdopodobniej koniec bredzenia o rubelkach. I z całą pewnością trzeba by zacząć rozmawiać o euro i dolarach. I być może spowodowało jakiś otrzeźwienie naszego narodu.

Fundacja Batorego, założona przez ciągle żyjącego 96-letniego George’a Sorosa. W radzie tej fundacji zasiadają między innymi: Ola Hnatiuk, Mikołaj Cześnik, Rafał Dutkiewicz, Jan Olbrecht. W przeszłości należeli do niej Olga Tokarczuk, Helena Łuczywo, Agnieszka Holland, Jan Krzysztof Bielecki czy Andrzej Rychard.

Widzimy pajęczynę powiązań finansowych, ideowych i środowiskowych. A właściwie widzimy ich jawną część. Skalę jawnych wpływów można ocenić na przykład poprzez wspólne stanowiska.

Polak pomagający Kresowiakom zatrzymany przez SBU

Ukraińscy żołnierze z systemem ppk Javelin w Donbasie. Fot. Defense Express

Polak pomagający Kresowiakom zatrzymany przez SBU.

Mówi o przymusowym wcielaniu Polaków do armii

2 July 2026 kresy/polak-pomagajacy-kresowiakom-zatrzymany-przez-sbu-mowi-o-przymusowym-wcielaniu-polakow-do-armii

Marcin Fijas, który od początku wojny wielokrotnie jeździł z pomocą do Polaków mieszkających na Ukrainie, opowiedział w podcaście Tomasza Drwala o sytuacji Kresowiaków wcielanych do ukraińskiej armii. Działacz twierdzi, że został zatrzymany przez SBU pod zarzutem dywersji, a pomoc Polakom na Ukrainie jest problemem zarówno dla Kijowa, jak i Warszawy.

Marcin Fijas, Polak zaangażowany w pomoc Kresowiakom na Ukrainie, był 16 czerwca gościem podcastu Tomasza Drwala. W rozmowie mówił o sytuacji Polaków mieszkających na Ukrainie, w tym osób wcielanych do ukraińskiej armii.

Fijas przekazał, że szóstego dnia wojny wyjechał na Ukrainę i wstąpił do Legionu Międzynarodowego. Po powrocie do Polski przez trzy lata organizował pomoc dla Polaków z Kresów, przede wszystkim tych, którzy – jak twierdzi – zostali wbrew własnej woli wcieleni do Sił Zbrojnych Ukrainy.

Zobacz też: Ukraina odmawia wjazdu organizatorowi pomocy dla Polaków na Kresach – alarmuje Stowarzyszenie Wspólnota i Pamięć

Według relacji Fijasa był on na Ukrainie blisko 60 razy. Miał pomagać setkom rodzin, organizować pikniki w polskich wioskach oraz przewozić paczki, sprzęt i pomoc medyczną.

Działacz mówił również o działaniach ukraińskiego TCK (Terytorialnego Centrum Rekrutacji i Wsparcia Społecznego, jednym z głównych zadań centrum jest mobilizacja ludności do armii) wobec Polaków mieszkających na Ukrainie. Twierdził, że mężczyźni są zabierani z ulic, sprzed domów i kościołów, a następnie wcielani do wojska. W jego ocenie na froncie znajduje się co najmniej około 100 osób, które czują się Polakami.

Fijas stwierdził także, że Polska „nie zrobiła nic” dla Polaków wcielanych do ukraińskiej armii ani dla rodzin żołnierzy, które pozostały same w domach. Według niego temat ten jest nieopłacalny politycznie dla polskich władz.

Według Fijasa ukraińskie służby mają prowadzić szczególnie wzmożony pobór w miejscowościach zamieszkanych w dużej części przez Polaków. Twierdził, że takie działania są mniej aktywnie prowadzone w wioskach, w których przeważa ludność węgierska lub rumuńska. W jego ocenie Polacy mieszkający na Ukrainie znaleźli się przez to w wyjątkowo trudnej sytuacji.

W rozmowie opowiedział również o swoim zatrzymaniu przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. Jak mówił, 25 lutego 2026 roku został zatrzymany 17 km od granicy z Rosją pod zarzutem dywersji i szpiegostwa na rzecz Rosji. W rękach ukraińskich służb miał spędzić 16 godzin. Według jego relacji SBU nie przyjęła jego wyjaśnień, a dopiero interwencja polskiej ambasady pomogła w rozwiązaniu sprawy.

Fijas twierdzi, że państwo ukraińskie uniemożliwia mu dalszą pomoc Kresowiakom. Nadal zbiera jednak środki na wsparcie Polaków z Ukrainy, którzy trafili na front, oraz ich rodzin. Organizowane mają być paczki dla dzieci i osób starszych pochodzenia polskiego, a także kolonie dla polskich dzieci.

W opisie zbiórki wskazano również, że jeśli uda się zebrać odpowiednią kwotę, część środków miałaby zostać przeznaczona na pomoc dla polskiego Radia Lwów „Na Lwowskiej Fali”, które nie otrzymało finansowania na działalność radiową. Jej koszt określono na minimum 120 tys. zł.

„Polacy na Ukrainie są w najgorszej sytuacji ze wszystkich Polaków na świecie po 1945 roku” – napisano na stronie zbiórki.

Debanderyzację czas zacząć

Debanderyzację czas zacząć

Autor: AlterCabrio , 1 lipca 2026

Jednym z kolejnych kroków, jakie mogą zrobić banderowcy na drabinie nienawiści, jest terroryzm, i wiele wskazuje na to, że już jesteśmy na tym etapie, na co wskazują podpalenia obiektów w Polsce, rozwój ukraińskich band i swobodne działania ich służb. Możemy per analogiam posłużyć się historią II RP, i dalej wyczekiwać napaści i zamachów na konkretne osoby. Jeśli natomiast nastąpi jakiś poważny kryzys państwa i władza nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polakom na terytorium Polski, możemy spodziewać się powtórki z tego, co było na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej.

◊

Obraz na wstępie: twórczość ludowa z Lubelszczyzny, przełom XIX/XX w.: LINK

Debanderyzację czas zacząć

To, co się stało w stosunkach ukraińsko – polskich ma wymiar symbolu i staje się przełomem. Symboliczny wymiar zachowań władz Nowej Chazarii z końca wiosny 2026 r. polega na tym, że ludzie ci jak w pigułce pokazali, co o nas sądzą, sądzili cały wcześniejszy czas i sądzić zamierzają. Traktują nas gorzej, niż frajerów, gorzej, niż ofiary losu. Oni nas traktują jako ofiary swoje, należne im jako triumfalnej żarłocznej sile. To coś gorszego, niż turańszczyzna, to złączenie azjatyckiej dziczy z talmudyczną nienawiścią do wszystkiego, co nie swoje i z darwinistycznym poglądem o ewolucji stosunków międzyludzkich. Tego nauczyli ich Niemcy już w XIX w., znajdujący się od czasów Lutra pod najpierw dyskretnym, a potem stanowczym wpływem Talmudu, co się objawia kultem czystej siły człowieka. To samo, co u banderowców było u esmanów, i to samo widzimy dziś w stosunku Żydów do Palestyńczyków lub Irańczyków. Do Polaków zresztą też. Co nie dziwi, gdy się wie, jak wielkie wpływy mają różne środowiska żydowskie na Ukrainie.

zobacz też:

popis banderyzmu

władza judaszy

Wartość przełomu polega na tym, że Polacy błyskawicznie zostali odarci ze złudzeń przez samych banderowców. Wcześniej łudziliśmy się, że powstał naród ukraiński, pragnący wolności, który będzie w stanie wybić się do szlachetności i żyć w pokoju z sąsiadami, zwłaszcza z Polakami. Łudziliśmy się, że doświadczenie czasów sowieckich i wcześniejszych tragedii, jakie spotkały tą ludność, i cierpień, jakie ta ludność sama zadawała innym narodom, głównie Polakom, będzie dla nich oczyszczeniem. Że będą w stanie stanąć w prawdzie, poprosić o przebaczenie, docenić wagę sąsiedztwa Polski i budować swoją przyszłość w sojuszu z Polską. Polacy byli w stanie wybaczyć wiele Ukraińcom. Byliśmy w stanie odżałować nasze Kresy, nasze ziemie koronne, zajęte przez państwo ukraińskie. Byliśmy w stanie wybaczyć Ukraińcom okrutne rzezie na Polakach, nie tylko tą z XX wieku, ale również te z wieków poprzednich.

Byliśmy w stanie wybaczyć im niewierność, gdy zdradzali Rzeczpospolitą i Króla z Tatarami i Moskwą. Byliśmy w stanie wybaczyć im niewdzięczność za to, że nie docenili bycia pograniczem Polski, gdy potężni Polacy zlitowali się nad Rusinami i litościwie osłaniali swoim orężem od czambułów tatarskich i jasyru, by lud ukraiński w spokoju mógł żyć i pracować. Byliśmy w stanie wybaczyć im, że zmarnowali całe wieki polskiej pracy na polskich kresach, zwanych Ukrainą, a które oni teraz okupują i nie chcą pamiętać, kto jest prawowitym panem tych ziem. Byliśmy w stanie podarować im ogrom naszych dóbr i samemu od ust sobie odjąć, aby mogli osłonić się przed Moskalem. Byliśmy w stanie przyjąć ich pod nasze dachy i udzielić gościny, niewiele żądając w zamian. Jednak teraz kagan kijowski i jego horda przelali czarę goryczy. Skończyło się sentymentalne myślenie o Ukrainie i jej mieszkańcach, a zaczął się twardy realizm.

Jednym z kolejnych kroków, jakie mogą zrobić banderowcy na drabinie nienawiści, jest terroryzm, i wiele wskazuje na to, że już jesteśmy na tym etapie, na co wskazują podpalenia obiektów w Polsce, rozwój ukraińskich band i swobodne działania ich służb. Możemy per analogiam posłużyć się historią II RP, i dalej wyczekiwać napaści i zamachów na konkretne osoby. Jeśli natomiast nastąpi jakiś poważny kryzys państwa i władza nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polakom na terytorium Polski, możemy spodziewać się powtórki z tego, co było na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. Nie zrobiliby oczywiście tego sami, ale jako narządzie na komendę, aby oczyścić Polskę z Polaków, tak, jak to zrobili na Kresach. Chętnych do oczyszczenia Polski z elementów niepożądanych jest dwóch: Niemcy i talmudyści. I oni właśnie mają wielkie wpływy na Ukrainie.

Po 1991 r. wielu Polaków zadawało sobie pytanie, czy możliwa jest tożsamość ukraińska inna, niż banderowska. Ostatnie lata rządów Zelenskiego pokazały, że nie. Nie mają całej głębi kulturowej i historycznej, a podatni są na kult siły i darwinizm, stanowiące filozoficzne i antropologiczne podstawy nazizmu, syjonizmu i banderyzmu. Wszystko, co szlachetne w ich historii, związane jest albo z Rusią Kijowską, bytem zbyt odległym, aby stać się podstawą państwowości, poza tym częściowo już zaanektowanym przez Rosję, albo z Polską, której banderyzm nienawidzi, tak samo zresztą, jak wszystkich innych nacji, poza Niemcami i Amerykanami. Fundamentem tamtejszej myśli państwowej jest nienawiść i pogarda, w odróżnieniu od myśli polskiej, zbudowanej na miłości i pokoju między narodami. Złudzenia co do państwa ukraińskiego pękają nie tylko na skutek stosunku władz Chazarii do innych państw.

Bo reżim kijowski agresywny jest nie tylko wobec Polski, ale w ogóle wobec sąsiadów, i wszystkim swym dobrodziejom grozi zemstą i pożogą. Wielka bańka złudzeń pod tytułem Ukraina pęka przede wszystkim, gdy widzi się stosunek władzy kijowskiej do własnych obywateli. Obecna wojna ukraińska zaczęła się od ataku banderowców na obywateli Ukrainy pochodzenia rosyjskiego, mieszkających na Donbasie. Wszystko, co wydarzyło się dalej było już tylko konsekwencją krwiożerczych działań reżimu kijowskiego. Można spojrzeć, ilu obywateli Ukrainy skorzystało z pretekstu agresji rosyjskiej i wyjechało ze swojego kraju, aby szukać szczęścia gdzie indziej.

Przecież Ukraina to nie pustynia, to kraina mlekiem i miodem płynąca, spichlerz Europy, a ludzie stamtąd uciekają, częściowo tylko przez Putina, bardziej przez kaganów Nowej Chazarii. Trudno o inne odczucia, gdy się jest rabem, wyzyskiwanym przez oligarchów i zwierzyną, ściganą przez hycli, przeznaczoną na mięso armatnie. Bo ktoś sobie ubzdurał, że zrobi tam Nową Jerozolimę bez Słowian, i osadził swoich ludzie na tronie kijowskim. Nie jest możliwa obecnie inna tożsamość ukraińska, niż banderowska, i nie zmieni się to przez co najmniej sto lat. Aby było inaczej, Ukraińcy sami musieliby tego banderyzmu się wyzbyć, przegonić chazarów, wyrwać się spod władzy Usraela i dogadać się z sąsiadami, głównie z Rosją i Polską.

Tak jednak raczej nie będzie, Ukraina w końcu zostanie odzyskana przez Rosję, i jest to obecnie jedyna siła, która potrafi i chce sobie poradzić z banderyzmem. Polska dziś jeszcze jest na to za słaba, nie ma własnej elity politycznej i własnej polityki, ani nawet własnej wizji, to wszystko dopiero jest w tworzeniu, i najbliższe lata pokażą, czy Polacy to wykształcą, czy się do reszty poddadzą obcym wpływom. Jeśli Polacy nie wybiją Polski na niepodległość, wówczas każda potęga, która będzie chciała zaszkodzić lub coś odebrać Polsce będzie mogła wykorzystać reżim kijowski i Ukraińców w Polsce. Albo więc wybijemy się na niepodległość, albo ulegniemy banderyzmowi.

Aby jednak wybić się na niepodległość i nie dać się pokonać banderowcom Nowej Chazarii, wpierw musimy pozbyć się spośród nas dwóch samobójczych tendencji: szabesgoizmu i banderyzmu. Jeden warunkuje drugi, przy czym szabesgoizm jest pierwotny w stosunku do banderyzmu. Ten pierwszy polega na poddaniu się we wszystkim Żydom i spełnianiu wszystkich ich żądań, ten drugi na tym samym wobec banderowskiej Ukrainy. Oba nurty niszczą nas potężnie i blokują samodzielne myślenie państwowe, upajając iluzjami, które pryskają dopiero, gdy jest już za późno na działanie.

Podam trzy przykłady, znamienne i symptomatyczne, środowisk, które ukształtowały obecny stan umysłów w Polsce. Przykład pierwszy to grupa specjalistów od geopolityki z panem doktorem Jackiem Bartosiakiem na czele, mająca duże wpływy w środowisku PiS, główni dostarczyciele wiedzy i refleksji dla koncepcji polityki zagranicznej i obronnej, grupa osób wielce wpływowych. Z tego środowiska płynie pewność, że Polacy bardzo zyskują na współpracy z Ukrainą, że armia ukraińska broni nas przed inwazją Rosji, że Polska poprawiła swoją sytuację dzięki swojemu zaangażowaniu w wojnie przeciw Rosji po stronie Ukrainy. Najnowsze wyczyny władz kijowskich pan Bartosiak tłumaczy ich emancypacją z pozycji junior-partnera Polski, jakoby to Ukraińcy pokazali, że wygrywają wojnę z Rosją i robią to sami, a Polacy nie chcą im tego przyznać, bo myślą zbyt peryferyjnie. Być może na kształt tej refleksji ma wpływ żydowskie pochodzenie pana doktora, którego zresztą nie ukrywa.

Drugi przypadek to pan Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny Gazety Polskiej, dumny posiadacz medalu, przyznanego w 2014 r. przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy za zaangażowanie w walkę o wolność tego państwa. Zaangażowanie tych mediów w proukraińską narrację w Polsce jest oczywiste i znane i nie ma potrzeby tego rozwijać. Przypadek trzeci to tuzy Episkopatu z arcybiskupem kardynałem Grzegorzem Rysiem na czele. Mało jest w Polsce ludzi tak zasłużonych dla torowania wpływów żydowskich, a przykładem pomnikowym firmowany przezeń list Komisji Episkopatu Polski, ogłoszony w marcu 2026 r., wzywający katolików do synagogi, namawiający do przyznania się do antysemityzmu i uznania tego za grzech prywatny i publiczny. W dniu 29 czerwca 2026 r. przedstawiciele duchowieństwa przedstawili Polakom kolejny akt swojej wiary w postaci wspólnego apelu kardynałów Polski i Ukrainy o pojednanie obu narodów. Ze strony polskiej podpisali go kardynałowie: Konrad Krajewski, Kazimierz Nycz i Grzegorz Ryś, a z ukraińskiej grekokatolicy: kardynał Mykoła Byczok i arcybiskup Swiatosław Szewczuk.

Pojednanie służy dobru, i gdyby ten apel rzeczywiście takowe budował, sam poparłbym go gorąco. Ale pojednanie, aby było prawdziwe i nie stało się pozornym usprawiedliwieniem zbrodni przeszłych i przyszłych, musi bazować na prawdzie i wyznaniu win. Tymczasem ten apel wpisuje się w politykę historyczną Kijowa, aby nie mówić o szczegółach i okolicznościach, zrównywać katów z ofiarami i mówić mgliście o „tragedii wołyńskiej”, powołując się przy tym na autorytet Jana Pawła II. Pomija się też udział przedstawicieli duchowieństwa grekokatolickiego w uświęcaniu mordów. Podobnie wcześniejsze wezwanie do synagogi również powoływało się na Jana Pawła II.

Musimy raz na zawsze skończyć z tą pedagogiką wstydu, z przepraszaniem za cudze winy i z upraszaniem się naszych zdrajców, zdzierców i morderców o łaskawe pozwolenie do życia. Ludy, którym próbujemy się przypodobać uznają naszą podmiotowość dopiero wtedy, gdy okażemy naszą siłę. Turan dopiero wtedy będzie szanował Lacha, gdy przypomni sobie blask lackiej szabli. Chazar dopiero wtedy uszanuje kogokolwiek, gdy się go wykopie za drzwi. Ukraińcy dopiero wtedy uszanują Polaków, gdy przekonają się, że nie są frajerzy, ale polskie pany. Zanim jednak zaczniemy debanderyzować Ukrainę, musimy zdebanderyzować Polskę.

Oznacza to odsunięcie od wszelkich wpływów społecznych wszelkich ludzi, popierających banderyzm. Obejmuje to tych wszystkich, którzy wpuścili Polaków w ukrainozę, a do Polski wpuścili tych wszystkich Ukraińców. Ci, którzy ukrainizowali Polskę są jednocześnie banderystami, i nie traktujmy ich inaczej, bo praktycznym skutkiem ich działań jest wystawianie Polaków na łaskę banderowców. Za jedną okazją możemy też dokonać drugiego koniecznego dzieła: pozbyć się szabesgojów, bo dopóki tego nie zrobimy, oni z uporem maniaków będą nam tu chcieli zaprowadzić ukropolin. Musimy więc pozbyć się popisowych politruków, szabsgojskich propagandystów i duchowych przebierańców.

Tak więc, proszę państwa, niech łączą się antybanderowcy wszystkich krajów, a judobanderskie onuce won z Polski.

◊

Kto chce się włączyć, polecam lekturę formacyjną:

Księga I: Historia debilizacji: LINK

Księga II: Rewolucja bachantek: LINK

______________

Debanderyzację czas zacząć, Bartosz Kopczyński, 1 lipca 2026

W co gra Zełeński?

W co gra Zełeński?

Posted by Marucha w dniu 2026-07-02 marucha/w-co-gra-zelenski

Aby zrozumieć obecną sytuację na Ukrainie przypomnieć musimy sobie, że zarówno Zełeński – jak też całe jego otoczenie – to żydzi.
Tacy – najgorszego sortu.

Omotali Ukraińców obietnicą likwidacji korupcji i wymuszeń na Ukrainie – przez co udało się im przejąć władzę na Ukrainie – autoryzowaną przez klauna Zełeńskiego.


A wtedy korupcja dopiero wystrzeliła.

Atak Putina na Ukrainę jest dla mnie wielką zagadką.

Całkowicie nieprzygotowany militarnie i politycznie – poniósł porażkę w pierwszych dniach wojny.
Ogromnie ważną rolę miała Polska – gdy przyjęła kilka milionów uciekinierów, a w drugą stronę bezinteresownie wysłała broń. Równocześnie wysłaliśmy ogromnie ilości żywności i innych towarów.

Zełęński wtedy zobaczył, że ma do dyspozycji nieewidencjonowany towar – z którym może zrobić co chce.
I on – oraz jego wspólnicy handlowali darami od Polaków.

Ale największe pieniądze zebrał – gdy Amerykanie przesłali Ukrainie od 100-300 miliardów dolarów.
Defraudacja tych pieniędzy była tak ogromna, że kupowali sobie jachty, wille na lazurowym wybrzeżu, a na Ukrainę szły transporty Maybachów – co sam widziałem.

Równocześnie Ukraińcy rozplenili się po całej Europie – przejmując ośrodki w centrach wielkich miast.
Cała Europa finansuje Ukraińców, a nieRząd Tuska zgodził się oddawać ukraińskim część z polskiego PKB (!)

Pomoc Polski dla Ukrainy stanowi od około 3,8% do 6,7% polskiego PKB podczas gdy na całą Służbę Zdrowia przeznacza się 6% PKB.

Po co więc w takiej sytuacji Zełeński rozpoczął z Polakami wojnę o banderowców?

Ukraińcy mają koncesje w całej Europie.
Unia Europejska dała im prawie tyle samo praw – co posiadają członkowie UE.
Jednocześnie Ukraina nie musi spełniać ŻADNYCH warunków obowiązujących członków UE.

A gdyby rozpoczął się „proces stowarzyszeniowy” to światło dzienne ujrzałaby niewyobrażalna dla nas skala korupcji panująca na Ukrainie.
Europejczycy mogli by się dowiedzieć – jak rozgrabiono dary dobrego serca.

Zełeński i jego klika nie chcą do tego dopuścić.
Dlatego chcą zawieszenia wszystkich procedur stowarzyszeniowych, ale odpowiedzialność za to zwalić na innych.

Trudno o większą bezczelność – jak nazwanie oddziału wojskowego imieniem UPA.
To musiało skończyć się protestem Polaków i zapowiedzią, że „z Banderą Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”.

Teraz Zełeński ma uzasadnienie, że to „przez Polaków Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”, a monstrualna korupcja na Ukrainie znika z pola widzenia.
I taki był od samego początku plan z nazwaniem jednostki wojskowej imieniem banderowców.

2 lipiec 2026
Artur Łoboda http://zaprasza.net

Kto tu naprawdę decyduje?

Kto tu naprawdę decyduje?

Marek Wojcik 02.07.2026 r.world-scam./kto-tu-naprawde-decyduje

Do napisania dzisiejszego artykułu zainspirował mnie najnowszy wpis w biuletynie Andrzeja Korybko: Polska mogłaby szybko zdenazyfikować Ukrainę bez oddania ani jednego strzału, ale Tusk odmawia. Źródło.

Wszystko, co musiałby zrobić, to zagrozić, że Polska przestanie pełnić funkcję państwa tranzytowego dla 90% ukraińskiego importu sprzętu wojskowo-technicznego z NATO, co albo wystarczyłoby, aby Ukraina zastosowała się do warunków przed odcięciem, albo prawdopodobnie uczyniłaby to wkrótce potem, — ale brakuje mu woli politycznej.

Bardzo podobają mi się artykuły Andrzeja Korybko. Przekazują nietuzinkowe spojrzenie na geopolityczną sytuację w naszym zakątku świata. Także ostatni przedstawiony powyżej artykuł określiłbym podobnie. Kwestią, którą chciałbym się dzisiaj zająć, jest słowo w tytule „mogłaby”. Na pytanie: czy Polska mogłaby zablokować dostawy wojskowe NATO na Ukrainę, odpowiedź jest jednoznaczna – tak. Tyle że, jak w przysłowiowym powiedzeniu o saperze – Polska mogłaby tylko raz się tak pomylić.

Polska nie jest jedynym krajem, przez który jest wysyłana natowska broń na Ukrainę.

Osobiście wcale nie uważałbym tego za błąd. Dlaczego nie może dojść do podjęcia decyzji o blokadzie transferu broni przez NATO na Ukrainę? Ponieważ Polska nie jest suwerennym krajem. Podobnie jak większość państw europejskich. Europejscy politycy nie zasługują na miano „mężów stanu”. Znacznie lepiej pasowałoby „sługusy globalistów”. To właśnie dla nich od ponad 30 lat organizowano w Davos szkołę przekształcania świata w kierunku globalizmu zwaną Young Global Leaders. Dlatego dzisiaj marionetki zarówno lewicy jak prawicy przepychają globalistyczne prawa przez posłusznych finansowym motywom lub zwykłemu szantażowi parlamentarzystów.

Globaliści opanowali ONZ, Komisję Europejską i wiele instytucji w szeregu krajów świata. Także rządy w Australii, Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i w większości krajów UE.

Sytuacja nielegalnego prezydenta. Ukrainy jest jeszcze bardziej zawiła. Żadne groźby nie są w stanie zmusić go do wystąpienia przeciwko własnym oddziałom Azowa, które są opanowane przez faszystowskie – zorganizowane przy pomocy CIA – banderowskie bojówki.

29.06.2026 r. Ukraiński oligarcha Wadim Ermolaev, objęty sankcjami przez Zełenskiego, wraz z żoną i nastoletnim synem odniósł ciężkie obrażenia w wyniku wybuchu w Monako.
Sprawca zostawił torbę z bombą i uciekł.
Wygląda na to, że Zełenski zlecił zamach w Monako, aby ukarać go za powiązania z Rosją.

Moim zdaniem trzy światowe potęgi, pomimo trwających zastępczych potyczek w stylu ukraińsko-irańskim, są w głównych celach ze sobą dogadane. I mam nadzieję, że ta „koalicja” wymierzona jest przeciwko czwartej potędze na świecie – globalizmowi.

Putin zakończył kolejną plandemię: hantawirusa.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Co dalej z Ukraińcami?

Co dalej z Ukraińcami?

Mateusz Piskorski myslpolska/co-dalej-z-ukraincami

Na fali słusznego oburzenia narastającą falą banderyzmu na Ukrainie w Polsce nabrzmiewa coraz bardziej radykalna odpowiedź. Celują w niej ci, którzy jeszcze niedawno uniżenie płaszczyli się przed Kijowem, sami mianując się „sługami Ukrainy”.

Choćby były polityk Platformy Obywatelskiej, a do niedawna poseł Prawa i Sprawiedliwości – uosobienie karierowiczostwa i bezideowości polskiej polityki, Janusz Kowalski. Nawoływał on do deportacji wszystkich Ukraińców, którzy znaleźli się u nas w ostatnich latach, także tych, którzy faktycznie uciekli przed śmiercią.

Zastanówmy się co takie propozycje – cieszące się niezmiennie wysoką popularnością wśród Polaków, którzy dość już mają wyraźnie nadmiernej liczby często niezbyt wdzięcznych za schronienie gości – oznaczają z punktu widzenia realistycznie ujmowanego bezpieczeństwa państwa, a także etyki. Z tą drugą zadanie będzie wyraźnie prostsze. Jeśli uznajemy życie ludzkie za wartość samą w sobie, to nie powinniśmy wydawać ludzi na niemal pewną śmierć.

Jeżeli uznajemy pokój za zawsze lepszy od wojny i zniszczenia – powinniśmy udzielić schronienia potencjalnym ofiarom taktyki rzucania mięsa armatniego w bój przez Siły Zbrojne Ukrainy. Dylemat etyczny rozwiązać zatem można od ręki: zostawiamy Ukraińców, również tych w wieku poborowym, na naszym terytorium.

Sprawa przestaje być tak jasna i prosta, gdy przejdziemy na płaszczyznę geopolityki i bezpieczeństwa, czyli obszary, w których sentymenty moralne z definicji nie powinny odgrywać żadnej roli. Wysłanie na Ukrainę mężczyzn w wieku poborowym, którzy schronili się w Polsce i Europie przed okrutną wojną, wzmacnia doraźnie Siły Zbrojne Ukrainy, choć nie jest w stanie przeważyć szali zwycięstwa na rzecz Kijowa. Można jednak przypuszczać, że przedłuży konflikt zbrojny.

W naszym interesie ekonomicznym jest jak najszybszy powrót do relacji handlowych, w tym współpracy energetycznej z Rosją. Eliminujemy z tych rozważań głosy nieracjonalne i pozbawione logicznej argumentacji, mówiące o tym, że po upadku / kapitulacji Ukrainy my będziemy następnym krajem przeznaczonym do ataku przez Rosję. Wszystko wskazuje na to, że nie będziemy. Ryzyko zaatakowania nas punktowymi uderzeniami rakietowymi i dronowymi wzrastać będzie wraz kolejnymi próbami eskalacyjnymi podejmowanymi przez Kijów.

Im większe będzie bowiem natężenie i długotrwałość konfliktu, tym większe prawdopodobieństwo, że strona rosyjska podejmie decyzję o zaatakowaniu tyłów przeciwnika. A tymi tyłami, zapleczem logistycznym jesteśmy właśnie my i nie mamy zbyt wielkiego wpływu na rolę, którą pełnimy, przynajmniej dopóki jesteśmy kolonią anglosaską, państwem wchodzącym w skład agresywnego NATO i coraz bardziej wojowniczej Unii Europejskiej. Możemy zatem uznać, że w naszym, polskim interesie jest jak najszybsze zakończenie działań zbrojnych. Interesować nas powinno również to, by przyszła Ukraina nie miała potencjału podejmowania działań agresywnych, zaczepnych lub szerzących chaos na naszym, sąsiednim terytorium.

Idealna byłaby jej odbudowa i polityczne odrodzenie jako kraju neutralnego, rozbrojonego i rezygnującego z tożsamości neobanderowskiej. Jakimi środkami cel ten może zostać osiągnięty? To już nie nasze zmartwienie. Powinniśmy jedynie liczyć na to, że ścierające się na ukraińskich stepach mocarstwa dojdą w końcu do wniosku, że mają już dość. A także – że nie dojdą do wniosku, iż czas przestrzeń wojny rozszerzyć o ziemie polskie. A zatem – nasze bezpieczeństwo wymaga jak najszybszego zakończenia wojny, które możliwe jest przy brakach dodatkowych rezerw mobilizacyjnych Kijowa. Krótko mówiąc, z tego punktu widzenia powinniśmy zgodzić się na pozostawanie na naszym terytorium ukraińskich uchodźców przed śmiercią na froncie.

Nie wszystko jest jednak tak jednoznaczne. Jak doskonale wiemy, zbyt liczna mniejszość narodowa może być źródłem destabilizacji oraz zagrożeń wynikających z możliwości jej instrumentalnego wykorzystania przez obce podmioty. W tym wypadku mówić możemy z jednej strony o wzrastającej przestępczości, ale z drugiej również o ryzyku wykorzystania imigrantów ukraińskich przez tamtejsze służby specjalne do aktów terroru na naszym terytorium. Nietrudno przecież wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś jest szantażowany i straszony groźbami pod adresem członków jego rodziny na Ukrainie przez SBU, by zdecydował się na realizację poleceń typu podpalenia czy zamachy na Polaków znajdujących się na słynnej liście Myrotworiec.

Jakie jest zatem rozwiązanie? Nie ma żadnego dobrego. Model kompromisowy może polegać na przyznawaniu Ukraińcom w wieku poborowym specjalnego, czasowego azylu politycznego przy jednoczesnym nadzorowaniu ich przemieszczania się i funkcjonowania w Polsce. Nie byłoby to łatwe, ale warto rozważyć optymalny wariant.

Mateusz Piskorski Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)