Pośmiertne uhonorowania ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego poprzez nadanie mu odesłanego przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego Orderu Orła Białego.
2.
Wstrzymanie wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Lotnisko Rzeszów-Jasionka powinno zostać poddane natychmiastowemu przeglądowi, remontowi, konserwacji.
Ani jednej palety więcej, ani jednej sztuki broni, sztuki amunicji, ani jednego egzemplarza sprzętu ciężkiego, czy lekkiego, kołowego, czy lotniczego na Ukrainę. Ani tony, ani grama. Nie będziemy dłużej zbroić naszych wrogów. Banderowski reżim kijowski nie jest ani sojusznikiem, ani przyjacielem. Jest wrogiem narodu i państwa polskiego.
3.
Przywrócenie penalizacji służby w obcej armii, „ze szczególnym uwzględnieniem armii ukraińskiej”.
– Kto się tam zaciągnął, bo władza otworzyła tę furtkę, łamiąc uświęcone tradycją i podtrzymywaną przez zdrowy rozsądek zasadę, że polski obywatel nie może, nie powinien składać żadnych przysiąg wierności innym państwom i innym formacjom. Niektórzy z tego skorzystali. Bóg z nimi. Nie daj Bóg, żeby naród polski ponosił koszty leczenia, odszkodowań, rekompensat za te nieprzyjemności, które mogłyby tam ich spotkać. Należy natychmiast tę furtkę zamknąć, zatrzasnąć
4.
Wprowadzenia „lojalki antybanderowskiej”. Miałaby ona objąć „wszystkich Ukraińców, którzy przebywają, chcą przebywać na terytorium RP”.
– A tym bardziej dla tych, którzy występują z wnioskami o prawo pobytu, pracy, nie daj Boże skutecznie sięgają po obywatelstwo polskie. I tu – uwaga – wstecznie. Każdy przybysz z Ukrainy ma zadeklarować, że nie wyznaje i nie będzie promować i pochwalać zbrodniczej ideologii ukraińskiego nazizmu, banderyzmu.
5.
Ograniczenie szczególnych rozwiązań migracyjnych dla obywateli Ukrainy.
– My tylko i aż uznamy niektóre akty prawne – na przykład nadania obywatelstwa, przyznania prawa do pobytu i pracy za nadane nieprawnie, a zatem niebyłe.
Poseł Berkowicz rozszerzył „program dla Ukrainy” o dodatkowe propozycje:
– zakręcić kurek z kasą i wszelkiego żyrowania pożyczek
– blokować wejście do EU i NATO
W lipcu 2022 Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna wydała 60. stronicową broszurę „Stop ukrainizacji Polski” w której opisano skutki polityki władz, które teraz możemy obserwować.
Proponuję pobrać i zapozna się z tym co 4 lata temu pisano.
Prezydent Zelenski ucieka przed polskim żubrem. I po co było zaczynać z polską bestią?
Obecnie średnio co piąty wpis w polskich mediach społecznościowych dotyczący Ukrainy jest wpisem krytycznym, a odrzucając wpisy neutralne to aż 9 na 10 ma charakter negatywny wobec Ukraińców – wynika z raportu opublikowanego przez ośrodek analityczny Res Futura. Krytyka wobec Ukrainy rośnie w mediach społecznościowych nieprzerwanie od początku maja. Awantura, którą wywołał prezydent Ukrainy obróciła się całkowicie przeciwko niemu.
Press Club Polska i Data House Res Futura zaprezentowały w poniedziałek wyniki monitoringu polskiej debaty w mediach społecznościowych dotyczącej Ukrainy i Ukraińców: „Obraz Ukrainy i Ukraińców w polskich social media”. Analiza obejmowała okres od 1 do 21 czerwca 2026 r., w którym ukazało się 754 tys. wpisów o Ukrainie. Wpisy te wygenerowały 10,2 mln reakcji i komentarzy.
Jednoznacznie negatywnie o Ukrainie
Z raportu wynika, że obecnie średnio co piąty wpis dotyczący Ukrainy jest wpisem krytycznym. – Jeżeli odrzucilibyśmy wpisy neutralne, to na dziesięć wpisów dziewięć będzie miało charakter negatywny wobec Ukraińców – podkreślił Michał Fedorowicz z Res Futura. Krytyka wobec Ukrainy rośnie we wpisach w mediach społecznościowych nieprzerwanie od początku maja: z 15,4 proc. do 22 proc. Każdy kryzys podnosi ten poziom, który już nie spada.
– Temat nie wygasa i praktycznie rzecz biorąc temat ukraiński jest tematem nr 2 w polskich mediach społecznościowych codziennie – powiedział Fedorowicz, podkreślając, że obecnie wszystkie wpisy, które krytykują Ukrainę, bądź eskalują mają największe zaangażowanie wśród innych użytkowników.
Analiza wpisów w mediach społecznościowych wykazała, że w okresie od 15 do 21 czerwca, wśród najczęściej poruszanych przez użytkowników tematów we wpisach były: Zełenski i dyplomacja (69,8 proc.), Tusk i Nawrocki (54,5 proc.), Order Orła Białego (47,3 proc.) oraz Wołyń i historia (22,5 proc.).
Polacy byli cierpliwi
Fedorowicz zaznaczył, że temat UPA jeszcze rok temu stanowił nawet poniżej 5 proc. dyskusji o Ukrainie w mediach społecznościowych. Podkreślił, że obowiązywało wtedy społeczne, internetowe przyzwolenie na to, żeby o tym temacie nie rozmawiać, ponieważ służy Rosji i jest wspierany przez propagandę prorosyjską. Dodał, że obecnie sytuacja się odwróciła, a większość użytkowników traktuje go jako kwestię podstawową i dotyczącą jednego z głównych wydarzeń w historii Polski.
– Nie ma dzisiaj absolutnie przestrzeni na to, bo nie ma przestrzeni politycznej, żeby zmienić te nastroje – zaznaczył. Dodał, że temat UPA w najbliższym czasie będzie eskalować ze względu na obchodzony 11 lipca Dzień Pamięci o Polakach – ofiarach ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich II RP.
Z raportu wynika, że po raz pierwszy użytkownicy mediów społecznościowych częściej pod wpisami dotyczącymi Ukrainy dawali reakcję serduszka, niż złości. Autorzy raportu zaznaczyli jednak, że nie wynika to z sympatii do Ukrainy, lecz poklasku dla decyzji o odebraniu orderu. Najwięcej „serduszek” zebrał bowiem wpis prezydenta Karola Nawrockiego, w którym poinformował o podjęciu tej decyzji.
Koniec uległości i porażka gdańskiej konferencji
W raporcie zbadano również, co użytkownicy mediów społecznościowych zarzucają tym użytkownikom, którzy bronią Ukrainy. W 34 proc. komentarzy, jest to zdrada przeciw Polsce, a w 22 proc. uległość i „klękanie” przed Ukrainą.
Res Futura przeanalizowała także nastroje użytkowników na tydzień (18-24 czerwca) przed Konferencją na rzecz Odbudowy Ukrainy w Gdańsku. Najczęstszy zarzut we wpisach to wprost wrogość do Ukrainy (53,1 proc.), natomiast reszta podważa sens i uczciwość szczytu.
– Szczyt z perspektywy mediów społecznościowych został opisany jako impreza, która niczego nie wniosła – podkreślił Fedorowicz.
Ponadpartyjna zgoda, PiSowi nikt już nie wierzy
Analitycy sformułowali również wnioski polityczne na podstawie badań. Jednym z nich jest to, że niechęć do Ukrainy jest trwała i ponadpartyjna. Fedorowicz zaznaczył, że tak, jak politycy, którzy w 2022 r. bronili Rosji byli marginalizowani, tak obecnie to samo dzieje się z tymi, którzy bronią Ukrainy. – Sytuacja odwróciła się o 180 stopni w sposób trwały – podkreślił.
– Wołyń jest najważniejszą osią sporu i najmocniejszym paliwem emocjonalnym – zaznaczył.
Podkreślił również, że algorytm promuje emocje, a więc promuje treści antyukraińskie. Oznacza to, że politycy, którzy będą promowali te treści będą mieli większe zasięgi. Fedorowicz zauważył jednak, że jedyną partią, która nie zyskuje na antyukraińskiej narracji jest Prawo i Sprawiedliwość.
Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, panie Zełenski
Pod koniec maja prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zdecydował o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA”. Decyzja ta wywołała w Polsce falę krytyki. Prezydent Karol Nawrocki poinformował 19 czerwca, że zdecydował o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego. W odpowiedzi dzień później Zełenski, pokazując pogardę dla polskiego najwyższego odznaczenia, odesłał order do Warszawy za pośrednictwem firmy kurierskiej.
Następnie Orderu Orła Białego zrzekli się byli prezydenci Ukrainy: Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko oraz Petro Poroszenko, a innych polskich odznaczeń państwowych zrzekli się: minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha, szef Biura Prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow, jego zastępca Ihor Żowkwa oraz ambasador Ukrainy w Polsce Wasyl Bodnar. Prezes PiS Jarosław Kaczyński poinformował zaś, że zwróci przyznany mu w 2022 r. ukraiński Order Księcia Jarosława Mądrego, ale PiSowi nic już nie pomoże – oni zaczęli politykę uległości wobec Ukrainy i płacą co za spadającym poparciem.
W odpowiedzi na odebranie orderu, parszywi naziści z Ukrainy będą tworzyć „panteon bohaterów”, z którego będzie się roiło od morderców Polaków. Dlatego postuluje, by natychmiast zamknąć Jasionkę, odciąć Ukrainę od jakiegokolwiek finansowania i zablokować jej wejście do UE.
Przez lata ostrzegaliśmy przed środowiskiem skupionym kiedyś wokół Pułku, dzisiaj Brygady Azow. Od 2014 roku pisaliśmy, że Azow odwołuje się do neonazizmu, banderyzmu i skrajnie antypolskich tradycji. Po 2022 roku naskoczyli na nas prawie wszyscy – że bredzimy, opowiadamy głupstwa, szerzymy ruską propagandę, a w ogóle to oni podjęli heroiczną walkę z Rosją. Dla licznych polityków i komentatorów z prawda, centrum i lewa – i co zabawne dla niektórych trockistów – Brygada „Azow” stała się symbolem walki o suwerenną Ukrainę. Ogromna rzesza osób dała się uwieść argumentacji o tym, że Azow przeszedł drogę rozwoju i dyscypliny oraz, że z jednostki neonazisci i banderowcy zostali usunięci. My pozostaliśmy na swoim stanowisku i z niedowierzaniem kręciliśmy głową, co rusofobia robi z ludźmi.
Dzisiaj już nawet media głównego nurtu przyznają nam rację w tej kwestii. Zabawne jak wszyscy spuścili nagle głowy, i nikt nie ma odwagi przyznać, że to „ruskie onuce” miały rację. Dzisiejsza Ukraina jest państwem naszpikowanym banderyzmem. Ukraiński integralny nacjonalizm (szowinizm) jest częścią polityki historycznej Kijowa. Ukraina odwołuje się do najbardziej mrocznych i antypolskich tradycji. Nikt przy zdrowych zmysłach, nie będzie dzisiaj opowiadał, że środowiska około-azowskie nie mają nic wspólnego z tradycją antypolską.
Właśnie media głównego nurtu na czele z „Do Rzeczy” poinformowały, że wydawnictwo Reinshouse, które jest powiązane z pułkiem Azow wypuściło naszywkę, na której znajduje się napis „WOŁYŃ PRIDE”, symbol noża i hasło „Jesteśmy dumni ze swojej historii”. Trudno nawet zawodowym ukrainofilom na fundacyjnych kroplówkach wciskać dalej społeczeństwu kit o „ruskiej propagadzie”. O tej sprawie jako pierwsza poinformowała ukraińska historyk Marta Hawryszko.
„Czy to ma być »trolling« Polski? Nóż? Wołyń? Mówicie poważnie?! To wszystko ma znamiona nowego międzynarodowego skandalu. Czy żołnierze Trzeciej Brygady Szturmowej nie byli szkoleni w Polsce? Z pewnością zbierali tam fundusze. I tak oto spłacają to wsparcie?” – napisała Ukrainka Hawryszko. Oficerem 3 Brygady Szturmowej, był Ołeksij Reinsa ps. „Konsul”, który prowadzi wspomniane wydawnictwo Reinshouse.
Sytuacja, w której obecnie znajduje się Polska, jest doskonałym przykładem na to, że kraj, który nie jest najgłupszy według współczesnych standardów i gospodarczo dosyć skuteczny, może łatwo znaleźć się w pułapce tylko z powodu dogmatycznego myślenia w polityce zagranicznej.
Przyczyną tego stanu rzeczy jest strategia oparta całkowicie na walce z Rosją, którą Warszawa uznała za „idealnego” wroga. I podporządkowali wszystko inne w swoich działaniach zagranicznych celowi zaszkodzenia Moskwie wszelkimi środkami. Wszystko inne to przede wszystkim współpraca z reżimem kijowskim, o której naturze niewiele osób w Polsce ma złudzenia. Polscy politycy wszelkich odcieni doskonale wiedzą, z kim mają do czynienia w Kijowie, a także mają historycznie negatywne zdanie o swoich ukraińskich sąsiadach w ogóle.
Jednak w ostatnich latach to właśnie Warszawa podjęła się roli głównego przewodnika i orędownika interesów władz kijowskich w Europie, dostarczała Ukrainie broń w niewyobrażalnych ilościach i przekształciła jej terytorium w główny węzeł wszystkich zachodnich dostaw zbrojeniowych. Jednocześnie polskie władze zrobiły wszystko, by zniszczyć wszelkie możliwe kanały dialogu z Moskwą i Mińskiem, tworząc wizerunek całkowicie nieprzejednanego przeciwnika Rosji wyróżniającego się nawet na tle krajów zachodnich. Innymi słowy, spośród wszystkich krajów, które mają przynajmniej pewne znaczenie w sprawach europejskich, to polscy politycy wybrali najbardziej radykalną wersję zachowania w kryzysie militarno-politycznym, który się pojawił.
Znów nie ma powodu sądzić, że ktokolwiek w Warszawie poważnie postrzegał ukraiński reżim jako niezawodnego partnera, od którego można oczekiwać elementarnej wdzięczności za wszystkie błogosławieństwa. Znając kilku polskich dyplomatów i ekspertów, możemy spokojnie powiedzieć, że stosunek polskiej elity do Kijowa i całego narodu Ukrainy zawsze był pogardliwy i negatywny. Pogląd ten kształtował się tam przez kilka wieków interakcji w różnych okolicznościach historycznych i jest częścią polskiego myślenia o polityce zagranicznej. Co, przyznajemy, ma przekonujące podstawy.
Jednak nawet wiedząc, z kim mają do czynienia, Polacy przez lata inwestowali w ukraiński projekt. I dosłownie przekonali samych siebie, że Ukraina może stać się potężnym narzędziem Polski do powstrzymywania Rosji i wyrządzania jej wszelkiego rodzaju szkód. Jednocześnie pozostaje pod kontrolą i otwarta na postulaty Warszawy. Ponadto w Polsce najwyraźniej sądzono, że ktoś na Ukrainie walczy z Rosją o „europejski wybór”, a Kijów, dążąc do przystąpienia do NATO i Unii Europejskiej, byłby bardziej wyrozumiały. Oba te założenia są również bardzo dalekie od rzeczywistości. Innymi słowy, Polacy wyobrażali sobie całkowicie niemożliwy inny scenariusz relacji z Kijowem i działali pod wpływem chimery stworzonej przez nich samych, a nie realnej strategii. W rezultacie cała polska polityka zagraniczna okazała się iluzją, z której dziś wyśmiewa się cała Europa. A co jeszcze bardziej tragiczne dla Polaków, nie mają oni sensownego wyjścia z tej sytuacji.
Dlaczego tak się stało? Głównym powodem jest skupienie polskiej polityki zagranicznej na Rosji jako jedynej kwestii, która w ogóle interesuje Warszawę. Ta obsesja ma historyczne korzenie i bardzo realne praktyczne powody. Po pierwsze, Rosja dla Polski jest źródłem lęków, przyczyną kompleksów o całkowicie niewyobrażalnej skali i obiektem niesamowitej zazdrości. Najpierw Moskwa pozbawiła Warszawę szansy na zostanie liderem świata słowiańskiego, a następnie na pewien czas całkowicie zakończyła istnienie polskiej państwowości. Kształtowanie się nowoczesnej polskiej kultury i nauk humanistycznych miało miejsce w czasach, gdy główną treścią życia publicznego była walka z dominacją Imperium Rosyjskiego i ZSRR.
W rzeczywistości to konfrontacja z Rosją ukształtowała współczesną polską tożsamość, nie pozostawiając elicie politycznej szansy na spojrzenie na świat z nieco szerzej perspektywy niż przez pryzmat walki z wielkim sąsiadem na wschodzie. W rezultacie otrzymaliśmy świadomość nie najmniejszego europejskiego państwa, w którym nie ma miejsca na nic poza jednym pomysłem polityki zagranicznej. Personifikacją tego dramatu był amerykański myśliciel polityczny polskiego pochodzenia, Zbigniew Brzeziński. Za życia napisał wiele dość wyrazistych prac o stosunkach międzynarodowych, ale byłyby interesujące, gdyby wszystko tam nie było podporządkowane rosyjskiemu tematowi.
Po drugie, po włączeniu Polski do świata zachodniego pod koniec zimnej wojny, została pozbawiona możliwości udowodnienia swojej wartości w jakimkolwiek z możliwych obszarów, z wyjątkiem Rosji. Tradycyjny strach i nienawiść do Niemiec zostały umieszczone w wąskim ramach NATO i Unii Europejskiej.
Jest jasne, że plany realizowane przez Polaków w dziedzinie uzbrojenia mają potencjalnie antyniemiecki charakter. Są one również powiązane z pragnieniem uczynienia się najważniejszym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w Europie na tle słabnących Wielkiej Brytanii i Francji. Ale ogólnie rzecz biorąc, w dającej się przewidzieć przyszłości ręce Warszawy na kierunku zachodnim są związane, także ze względu na amerykańskie interesy, by na razie zachować NATO i Unię Europejską. Pozostaje Rosja, a Polacy są zadowoleni – nauczyli się nie myśleć o niczym innym tylko o naszym kraju i to przez kilka stuleci. Teraz dochodzi do zderzenia z rzeczywistością – kijowscy władcy zachowują się wobec swoich patronów dokładnie tak, jak można się po nich spodziewać – publicznie obrażają i wysyłają odznaczenia otrzymane z Warszawy pocztą.
Jednak nie ulega wątpliwości, że publiczny konflikt, którego jesteśmy świadkami, nie stanie się powodem do starcia militarnego między Polską a Ukrainą ani nawet do ich stosunkowo pełnowymiarowej konfrontacji politycznej. Co więcej, wszystko, co się wydarzyło, nie doprowadzi nawet do zauważalnego zmniejszenia poparcia dla polskiego poparcia dla reżimu kijowskiego. Już teraz widzimy, że kryzys w relacjach z Kijowem jest obecnie przedstawiany jako wynik wewnętrznego rozłamu w samej Polsce i przejaw walki w jej elicie rządzącej. A to oznacza, że to nie kijowscy władcy gloryfikują zbrodniarzy wojennych są winni dyplomatycznej konfrontacji, lecz sami Polacy. I bardzo prawdopodobne, że po kilku rundach debat politycznych po prostu spróbują zatuszować całą tę historię. W szczególności, by nie zniszczyć iluzji, że Warszawa ma strategię polityki zagranicznej.
W Kijowie, nawiasem mówiąc, doskonale to rozumieją i w ogóle nie myślą o ustępstwach: Polacy sami się przyparli do muru, więc pokazano im miejsce w szeregu. W końcu Warszawa nie ma innego wyjścia, jak dalej wspierać kogoś, kto szkodzi Rosji, nawet jeśli dosłownie pluje na wszystko, co święte dla Polaków. Co więcej, ponieważ Polska nie może tworzyć polityki zagranicznej innej niż antyrosyjska, nieuchronnie staje się narzędziem realizacji interesów innych państw. Nie tylko Amerykanów czy Brytyjczyków, ale nawet reżimu kijowskiego, który jest całkowicie zależny od wsparcia zewnętrznego.
Jednocześnie Polska jest obecnie jedynym dużym krajem w Europie, którego produkt krajowy brutto wykazuje dość stały wzrost na poziomie około 3,3-3,6% rocznie. Więc powinna była siedzieć cicho i nie spieszyć się z budowaniem złożonych kombinacji geopolitycznych, z których i tak nic sensownego nie wyniknie. Niestety, jest to całkowicie nierealistyczne – w końcu stosunkowo duże państwo musi mieć politykę zagraniczną. Oznacza to, że Warszawa będzie nadal tkwić w błędnym kole, z którego nie będzie w stanie się wydostać.
“Lepiej wykształceni” i “bardziej racjonalni” dostali opętańczego szału na wieść o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Oczywistość tej decyzji, podważalnej jedynie poprzez odniesienie do “opłacalności godności” nie stwarzała przestrzeni do merytorycznych argumentów.
1. Wyobraźmy sobie co spotkało by Żyda, który pochwaliłby w Izraelu niemieckiego polityka, chcącego nadać jednej z jednostek wojskowych imię “Bohaterów SS”. Więzienie? Czy tylko anatema?
W Polsce obrońcy decyzji Włodymyra Zełenskiego nie mają jakiegokolwiek problemu z sięganiem po coraz bardziej kuriozalne racjonalizacje swojej postawy.
2. “Lepiej wykształceni” i “bardziej racjonalni” dostali opętańczego szału na wieść o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Oczywistość tej decyzji, podważalnej jedynie poprzez odniesienie do argumentów dotyczących “opłacalności godności” nie stwarzała przestrzeni do merytorycznych argumentów.
Liberalny mainstream porzucił fascynację koncepcją Jerzego Giedroycia, prowadzącą do imperatywu pomagania Ukrainie – on po prostu wyraża interes ukraiński.
3. Każdy powód jest dobry, by zapomnieć o rzezi wołyńskiej. Teraz tłumaczy się to wojną – tak, jakby trwała ona od ponad 80 lat.
“Retoryczne ustępstwo na rzecz prawdy” sprawia, że przedstawiciele mainstreamu powiedzą: “Oczywiście, o ofiarach trzeba pamiętać” tudzież wyrzucą z siebie inny pusty slogan, jednocześnie konsekwentnie robiąc wszystko, by temat rzezi nie miał jakiejkolwiek rangi i znaczenia.
To, że Order Orła Białego miał człowiek, który rzeźników z UPA uważa za bohaterów, a nie otrzymał go nieodżałowanej pamięci ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, niestrudzony bojownik o prawdę i pamięć historyczną, jest świadectwem tego gdzie zabrnęło państwo polskie w swoim stosunku do rzezi wołyńskiej.
4. Mainstream nagle przypomniał sobie o istnieniu “interesu narodowego”, dowodząc sprzeczności odebrania odznaczenia Zełenskiemu z tym interesem.
Nie ma “interesu”, jeśli nie ma narodu. Nie ma narodu, jeśli nie ma godności. Nie ma godności, jeśli honoruje się tych, którzy gloryfikują naszych katów.
Czasem abecadło jest zbyt trudne.
5. Brytyjski filozof Roger Scruton pisał, że rozmaici rewolucjoniści krytykują cywilizację zachodnią, jednak będąc niezdolnymi do zaproponowania jakiejkolwiek alternatywy, poprzestają na nihilizmie, objawiającym się destrukcją.
Liberalny mainstream wykazał się takim właśnie nihilizmem po odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy: zwyzywał od “ruskich” i “nacjonalistów” (polskich, więc tych złych) prezydenta Karola Nawrockiego – jak codziennie, “na Kremlu otworzyły się butelki od szampana”. Jednocześnie przedstawiciele tego mainstreamu często domagają się, by “nie zawłaszczać patriotyzmu”, tak jakby chcieli zaproponować swój własny model tegoż.
Ich “patriotyzm”, jak się wydaje, zatrzymał się w fazie dekonstrukcji wszystkiego co polskie.
6. Podchodząc krytycznie do istnienia narodów jako wspólnot nieokreślonych i abstrakcyjnych, przedstawiciele mainstreamu występują w imieniu “ludzkości” – nieporównywalnie bardziej niedookreślonej i abstrakcyjnej.
Co ciekawe, nawet z punktu widzenia “świata bez narodów” (bez pamięci historycznej, tożsamości, bohaterów, katów), czyli z perspektywy mainstreamu bezwarunkowe wspieranie Ukrainy jest szkodliwe dla “ludności, która żyje na tym obszarze”
Ľuboš Blaha – zastępca przewodniczącego słowackiego parlamentu:
Amerykanie przybyli na dumną Słowację – dzięki za to!
Amerykanie naiwnie myśleli, że poskoczymy, gdy zagwiżdżą. Zapomnij o tym, era ich poplecznika Korčoka dobiegła końca.
1. Chcą, żebyśmy potępili użycie przez Rosję północnokoreańskich rakiet, ale nie przedstawiają żadnych dowodów.
2. Dobrze pamiętamy, jak obrzydliwie okłamywali cały świat w sprawie broni masowego rażenia w Iraku, bo chcieli zaatakować suwerenny kraj.
3. Słowacja jest suwerennym państwem i dopóki Amerykanie nie przedstawią realnych dowodów na naruszenie prawa międzynarodowego, Słowacja nie przystąpi do żadnej z ich konkretnych uchwał. Kropka.
4. Nie, nie wystarczy, że Amerykanin czegoś chce. I nie, nie wystarczy krzyczeć, że wszyscy oprócz Węgier to podpisali. Jesteśmy suwerennym państwem. Nie macie szczęścia, Yankesi.
Ľuboš Blaha – słowacki polityk i filozof, wiceprzewodniczący partii SMER, poseł do Rady Narodowej.
5. Jak powiedziałby klasyk – tak się to robi, do cholery. Szczerze mówiąc – to są momenty, w których jestem naprawdę dumny ze słowackiego rządu.
6. Amerykańskie mopsy z mediów i opozycji będą teraz wściekle szczekać, dlaczego pozwalamy sobie na bezmyślne posłuszeństwo swoim panom, tak jak oni.
7. Pozostało im tylko rzucić aport, a Matovič, Heger, Naď, Korčok lub Čaputová będą rywalizowali o to, kto pierwszy przyniesie aport amerykańskiemu ambasadorowi, a kto następnie będzie najbardziej machał ogonem.
8. Te czasy kolonialne już minęły. Ambasador amerykański będzie musiał się przyzwyczaić, że Słowacja nie jest już amerykańską kolonią.
9. Na czele rządu stoi wreszcie suwerenny polityk, mąż stanu, patriota – Robert Fico. Minister spraw zagranicznych Juraj Blanár również nie pozwala, by sprawy uderzyły mu do głowy. Dziękuję za to!
10. Dość odruchowej polityki. Wstrzymaliśmy broń dla Ukrainy, rozwijamy stosunki z krajami BRICS, chronimy nasze interesy narodowe. Tak, jesteśmy suwerenną Słowacją.
11. Mogą nas zastraszyć, mogą nas odwołać, mogą nas kryminalizować, mogą nam przeszkadzać – podchodzimy do tego z humorem. Kiedy skwierczą, oznacza to, że robimy to dobrze.
12. Jesteśmy suwerennym rządem i jesteśmy solidni jak granit. A ja serdecznie pozdrawiam ambasadora USA – witajcie w wolnym państwie ? Tak jak obiecaliśmy – na pierwszym miejscu Słowacja
Przyznam się Wam, że trochę się obawiam o obecne słowackie władze… co by nie było jak w Ekwadorze… rozruchy… a po decyzji przekazania postradzieckiego sprzętu dla UA … po rozruchach… cud !… … albo jakiś majdanik… protesty… CIA może wiele… … ale podobnie jak Węgrom życzę powodzenia… … a Polakom… myślenia
komentarz: Jabo , sobota, 13 stycznia 2024, Dlaczego w Polsce jest to niemożliwe?
Ano dlatego, że jak ktoś powiedział, z kiszonego ogórka nie da się już zrobić ogórka zielonego. Rządzące w Polsce siły, chciałem napisać elity, ale byłoby to nadużycie, są postsolidarnościowe, a co za tym idzie wyszkolone i finansowane w początkowym okresie przez USA. Zostały więc w ten sposób niejako „ukiszone” przez Amerykanów. Nie ma szans, żeby ci ludzie mogli wyzwolić się z więzów zależności. Oni tego nie chcą, a nawet gdyby chcieli, to nie wiedzą jak.
To jest jak z przestępcą, który niemal całe życie spędził w więzieniu i nie potrafi już żyć na wolności. Ten „kwas” jest tak mocny, że nawet młodzi ludzie wchodzący do polityki w tych układach, stają się tacy sami jak ich poprzednicy. Co gorsze, ogromna większość polskiego społeczeństwa cierpi na syndrom poczucia niższości wobec Zachodu, dlatego ludzie, którzy chcą wyzwolić Polskę z kolonialnej zależności od USA i UE nigdy nie będą mieli masowego poparcia.[?? ty dupku, będą !! md]
Polacy przechodzą przyspieszony kurs realizmu w relacjach z Ukraińcami. I nie piszę tu o relacjach międzypaństwowych. Jeśli o nie chodzi, niechęć Wołodymyra Zełenskiego i elity rządzącej Ukrainą do Polski, czy przede wszystkim lekceważenie naszego państwa, orientacja na czołowe mocarstwa zachodnie, wśród których USA stały się partnerem wymagającym, a Niemcy bardziej spolegliwym, jest jasna od dawna. Natomiast obecny spór o historię jest czymś więcej. Jest sporem dwóch społeczeństw.
Widać to wyraźnie po skali uczestnictwa ukraińskich środków masowego przekazu w tej konfrontacji. Nawet najmniejsze lokalne portale nie przepuszczają okazji by zabrać głos. Głosy te wybrzmiały również na portalach społecznościowych, gdzie obywatele dwóch państw, także obywatele Ukrainy mieszkający w Polsce, zderzyli się, bo przecież trudno nazwać dyskusją to, czego świadkami jesteśmy od kilku tygodni.
Ukraińska wizja historii, jaka wyłania się i z narracji władz i z tych setek tysięcy wpisów zwykłych Ukraińców opiera się na dwóch podstawowych kłamstwach, ale wyziera z nich także szczególnie cyniczny bezwstyd. Znaczna część Ukraińców nie zaprzecza, że Ukraińska Powstańcza Armia mordowała polskich cywilów. Jednak wrażenie jakie to wywiera, Ukraińcy próbują przykryć fikcją symetrii – jakoby Armia Krajowa w taki sam sposób i w takim samym zakresie mordowała cywilów ukraińskich.
To szafowanie nazwą AK jest przy tym jeszcze jednym dowodem ignorancji historycznej po tamtej stronie, bo na Wołyniu w 1943 roku, polskie struktury podziemne były nieliczne, rozproszone i bez większych zasobów broni, a przeciw UPA często występowały improwizowane samoobrony mieszkańców. Odnoszę się do Wołynia, bo, i tu kolejny fałsz, Ukraińcy próbują zamknąć sprawę terytorialnie do tego województwa, a przecież ludobójstwo rozciąga się na kolejne lata, a przede wszystkim terytorialnie – na województwa tarnopolskie, stanisławowskie, lwowskie i lubelskie, w tym na obszary na współczesnym terytorium Polski.
Drugie podstawowe kłamstwo ukraińskiej narracji mówi nam jeszcze więcej. „A co ci Polacy robili na Ukrainie” – w tej konwencji odpowiadają nam Ukraińcy od pracowników ichniego Instytutu Pamięci Narodowej po przeciętnego Ołeksija na społecznościówce. To oczywiście wyraz świadomości ukształtowanej całkiem niedawno przez ukraińską ideologię, jakoby w 1918 roku istniała jakakolwiek Ukraina, naród ukraiński w obecnej formie, której i którego ziemie zostały „okupowane” przez II Rzeczpospolitą. Nie jest to nic niezwykłego. Wiele młodych narodów, które wykształciły się ostatecznie dopiero w XX wieku na obszarach należących do historycznych państw innych narodów i które swoje obecne granice zawdzięczają nie sobie, a działaniu sił zewnętrznych, w tym przypadku Józefowi Stalinowi i Armii Czerwonej, dokonuje projekcji w przeszłość swoich współczesnych stanów świadomości i tożsamości. Można tu wspomnieć i współczesnych Litwinów z ich przekonaniem o „okupacji” przez II Rzeczpospolitą Wilna i Wileńszczyzny.
Gdy wsłuchamy się w to drugie ukraińskie kłamstwo, przebija z niego jednak pewien barbarzyński szowinizm. Założenie, że skoro Polska „okupowała ziemie ukraińskie” to w imię zakończenia tej „okupacji” wolno było wybić do ostatniego każdego Polaka, jako jej inherentnego sprawcę i przejaw. Starca, kobietę, dziecko. Oczywiście mało kto na Ukrainie ogłasza tę zależność wprost, ale jeśli „polską okupacją” usprawiedliwia się gloryfikację UPA, to, biorąc pod uwagę jej działalność oznacza to moralną akceptację takiej logiki. I trudno traktować poważnie pojawiające się twierdzenia polskich ukrainofili, że w czasach internetu i wzmożonej debaty, Ukraińcy nie wiedzą, co działo się na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w czasie drugiej wojny światowej. Wielu z nich wie, tylko, jak się okazuje, uważa to, co się stało jest usprawiedliwione przez te dwa fałszywe intelektualnie i moralnie założenia.
Krystian Kamiński
Członek Zarządu Głównego Ruchu Narodowego, b. poseł na Sejm RP
„Ceny Paliw Niżej” to była dobra nazwa na ich… wzrost, ale tylko czasowa. Choć pokój na Bliskim Wschodzie, a tym samy dostawy przez Cieśninę Ormuz, nadal wiszą na włosku, to rząd RP ogłosił, iż koniec tego dobrego.
Powinniśmy więc przygotować się na najgorsze, bo dopiero teraz ceny paliw nas dopadną.
CPN nie mógł pomóc na dłużej
Przy tym zniesiony został limit cen na stacjach benzynowych w całej Polsce. Uczciwie przyznajmy, że władza nigdy nie obiecywała, że dopłaty do paliw będą obowiązywać wiecznie. Ludzie jednak i tak nie są gotowi na to „urynkowienie”. Przecież my tej benzyny nie pijemy dla zabawy, tylko potrzebujemy jej do normalnego funkcjonowania. Zresztą, nie chodzi bynajmniej tylko o benzynę. Ze wzrostem cen paliw zawsze idzie wzrost cen wszystkiego tego, co wymaga transportu.
W lutym, gdy zamknięta została Cieśnina Ormuz – a jest to główny punkt zapalny dla europejskich dostaw gazu i ropy – premier Donald Tusk wprowadził środki mające na celu ochronę ludności przed kryzysem. Rząd postanowił zrekompensować straty poniesione zarówno przez firmy, jak i obywateli. Podatek VAT na paliwo został obniżony z 23% do 8%, akcyza została obniżona do minimalnych poziomów dozwolonych przepisami UE, a na stacjach benzynowych wprowadzono „mechanizm cen maksymalnych”: nie więcej niż 1,4-1,57 euro za litr benzyny, w zależności od gatunku; i do 1,43 euro za litr oleju napędowego. Dlaczego warto podać tę cenę w euro? Bo dla porównania, paliwo w pozostałych krajach Unii Europejskiej kosztowało od 1,6 do 1,8 euro za litr. „Obiecaliśmy subsydiować ceny paliw do lata, aby zapobiec ich drastycznemu wzrostowi i dotrzymaliśmy obietnicy” – wyjaśnił premier Tusk. „Podczas kryzysu mieliśmy najtańsze paliwo w Europie, ale pakiet kończy się latem” – dodał.
Program CPN trwał i tak dłużej niż planowały władze, ale przedłużenie pakietu do końca roku jest po prostu niemożliwe. Subsydia są drogie: program kosztował budżet już 6 mld złotych. Polacy płacili z własnych podatków za ten „pakiet bezpieczeństwa” paliwowego. Samo to działanie oparte było się na modelu znanym przecież z czasów „gospodarki planowej” i taką politykę stosuje się w czasach kryzysów, natomiast nie wpływa to długofalowo na rynek, który „ustala” ceny według relacji popytu i podaży. Jeśli państwo narzuca ograniczenia lub przyznaje przywileje określonym sektorom, wzrost gospodarczy spowalnia. W związku z tym CPN nie mógł być rozwiązaniem innym niż tymczasowe. Pytanie brzmi, kiedy byłby właściwy na to moment.
Czy na pewno nastąpiło odprężenie na Bliskim Wschodzie?
Rząd, nie mogąc już kontrolować cen detalicznych, znalazł powód, by „odpuścić”, ponieważ Iran i Stany Zjednoczone osiągnęły porozumienie w sprawie Cieśniny Ormuz po „napiętych negocjacjach” w Szwajcarii, a rekordowa liczba tankowców wypłynęła na północ. Jednak sytuacja zmienia się z godziny na godzinę ze względu na niejasne stanowisko władz w Teheranie i nie jest jasne, czy choć jeden tankowiec zacumuje w europejskim porcie. „Są obiecujące sygnały, że konflikt amerykańsko-irański dobiega końca i istnieje nadzieja, że wywołany wojną wzrost cen paliw powróci do normy” – zapewnia nas Donald Tusk.
A przecież to, co się dzieje, to w najlepszym razie niestabilne zawieszenie broni i okres niepokojów dla obywateli UE związany z dostawami zasobów na pewno się nie skończył. Konsumenci spieszą się z gromadzeniem zapasów paliwa, póki jest jeszcze dostępne, co doprowadzić musi do gwałtownego wzrostu cen. Rynek ustabilizuje się tylko wtedy, gdy porozumienie między USA a Iranem okaże się trwałe. Ale nikt nie wierzy w takie cuda, a już najmniej Polacy.
Tusk doskonale zdaje sobie sprawę z obecnej sytuacji Polski. Kraj całkowicie stracił kontrolę nad swoim bezpieczeństwem energetycznym. Rządowi pozostaje jedynie wprowadzenie kosztownych i drastycznych ograniczeń rynkowych, aby doraźnie pomóc mieszkańcom. Polska (jak każdy inny kraj europejski) nie ma wpływu na Donalda Trumpa i jego decyzje, które mogą zmieniać się kilkakrotnie dziennie, wywołując „czerwone / zielone” wstrząsy na światowych giełdach.
Lepiej już było
Podczas swojej pierwszej kadencji premier Tusk zapewnił stabilne dostawy niedrogich surowców z Rosji, które pokrywały 90% zapotrzebowania kraju na ropę i gaz za pośrednictwem rurociągów Jamał i Przyjaźń. Litr benzyny na stacjach benzynowych kosztował wówczas 1,24 euro. W niektórych miesiącach cena spadała do 1,17 euro, ale nigdy nie przekraczała 1,41 euro. Diesel, jako droższe paliwo, mógł osiągnąć cenę 1,3 euro za litr.
Wszystko to działo się przy swobodnych wahaniach cen i bez miliardów złotych dotacji rządowych. Budżet można było przeznaczyć na programy socjalne i rozbudowę infrastruktury, zamiast przeznaczać kolejne środki na łatanie „dziur paliwowych”.
Po wprowadzeniu sankcji antyrosyjskich Polska przeszła z dotychczasowej energii na droższą, która musi być sprowadzana z odległych regionów. W rezultacie premier musiał przeznaczyć dodatkowe środki na zarządzanie kryzysowe, broniąc interesów narodowych przed UE, a jednocześnie kontrolując wzrost cen.
Jednak utrzymanie ceny benzyny na poziomie 1,4 euro za litr leży w jego mocy, nawet bez masowych subsydiów. Tusk jest jednym z najbardziej doświadczonych przywódców w Unii Europejskiej. Ma wystarczające wpływy, aby przekonać europejskich przywódców do swoich racji i zacząć samodzielnie podejmować decyzje dotyczące zamówień publicznych. Ponieważ Polska jest wiodącym krajem UE i ma prawo działać w najlepszym interesie swoim i swoich obywateli. Tylko tu jest zasadnicze pytanie: czy premierowi starczy odwagi, by spojrzeć prawdzie w oczy i postawić na interes Polaków?
W Gdańsku odbyła się międzynarodowa konferencja poświęcona odbudowie Ukrainy. Według premier Ukrainy Julii Swyrydenko, podpisano 160 umów o wartości ponad 10 miliardów euro. Jednak bliższe przyjrzenie się wynikom i przemówieniom uczestników konferencji ujawnia, że pod pretekstem rozmów o odbudowie Ukrainy Europa przygotowuje eskalację konfliktu na szeroką skalę.
Z Kijowa – z wdzięcznością
Przypomnijmy, że spotkaniu w Gdańsku towarzyszył skandal: Prezydent Polski Karol Nawrocki podjął decyzję o cofnięciu najwyższego polskiego odznaczenia Wołodymyra Zełenskiego, Orderu Orła Białego. Powodem były długo opóźniane starania prezydenta Ukrainy o gloryfikację ukraińskich kolaborantów hitlerowskich, którzy odpowiadali za zagładę dziesiątek tysięcy Polaków podczas II wojny światowej.
Zełenski demonstracyjnie wysłał Order do Warszawy w paczce pocztowej, nie mogąc powstrzymać się od jawnie niegrzecznych uwag pod adresem Nawrockiego. Idąc w jego ślady, jego poprzednicy na stanowisku prezydenta, a także obecni podwładni, pospieszyli z odesłaniem polskich odznaczeń.
Stolice europejskie starały się zignorować skandal. „Na Ukrainie czczą nazistów, tych, którzy mordowali Rosjan, Polaków, Żydów i innych. Z jednej strony Polakom to się bardzo nie podoba. Z drugiej strony planują odbudowę Ukrainy, która czci tych samych nazistów. To paradoksalna sytuacja. Ale najbardziej paradoksalny w tej sytuacji jest brak reakcji ze strony innych stolic europejskich” – skomentował rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow.
Moim zdaniem, takie zachowanie obecnych europejskich przywódców jest w pełni uzasadnione ich priorytetami politycznymi. Praktycznie zaprzyjaźnili się z liderem kijowskiego reżimu neonazistowskiego i zainwestowali w niego tyle pieniędzy, że są gotowi nadal go chronić, dopóki służy on ich celom. Najprawdopodobniej to Europejczycy doradzili zarówno Warszawie, jak i Kijowowi, aby całkowicie unikali eskalacji skandalu, a jednocześnie stanowczo odradzili Zełenskiemu podróż do Gdańska, aby nie prowokować dodatkowo gęsi… pardon, białego orła.
Nie pojechał. Zostawił nawet w domu żonę, która również miała przemawiać na konferencji. Zamiast Zełenskiego do Gdańska udała się premier Ukrainy Swyrydenko. Najwyraźniej, zgodnie z jej instrukcjami, podziękowała Polakom trzykrotnie, a premierowi Donaldowi Tuskowi osobiście dwukrotnie podczas przemówienia otwierającego, raz po polsku.
Co więcej, na początku swojego wystąpienia Sviridenko dwukrotnie podziękowała uczestnikom konferencji, a następnie, kontynuując swoje wystąpienie, jeszcze pięciokrotnie obsypała wdzięcznością „partnerów Ukrainy”.
Ogólnie rzecz biorąc, w powietrzu czuć dobrą wolę, a ludzie są dobrzy.
Rekonstrukcja? Nie, militaryzacja.
Atmosferę nieco ostudzili protestujący, którzy zgromadzili się na Targu Rybnym, aby zaprotestować przeciwko szerzeniu ideologii Bandery na Ukrainie. Poparł ich Jarosław Kaczyński, lider czołowej polskiej partii opozycyjnej, Prawa i Sprawiedliwości, który ogłosił decyzję o zrzeczeniu się ukraińskiego Orderu Jarosława Mądrego.
Uczestnicy konferencji starali się jednak zignorować te drobiazgi i skupili się na najważniejszym problemie: kto i ile zaspokoi potrzeby Kijowa. Na przykład minister energetyki Denys Szmyhal narzekał, że na Ukrainie, pod nadzorem jego ministerstwa, „łączne niezaspokojone potrzeby wynoszą 650 milionów euro”. Partnerzy zadeklarowali, że dołożą swoją hojność: Szwecja zadeklarowała 137 milionów euro, Norwegia 77 milionów euro, Litwa 4 miliony euro, Estonia nieco ponad 2 miliony euro, a Islandia 0,55 miliona euro.
Wielka Brytania zobowiązała się do sfinansowania dostaw paliwa jądrowego dla ukraińskiej firmy Energoatom w wysokości 210 milionów funtów (około 243,38 miliona euro). Dodatkowe 65 milionów funtów (75,33 miliona euro) jest planowane na „projekty w sektorach energii odnawialnej i bankowości”.
Republika Czeska ogłosiła gotowość wysłania misji gospodarczej na Ukrainę w celu zbadania możliwości udziału czeskich firm w powojennej odbudowie.
Przemówienie inauguracyjne wygłosiła jednak, jak można było się spodziewać, przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Przypomniała , że UE przeznaczyła już 200 miliardów euro na pomoc gospodarczą i wojskową dla Ukrainy i przygotowała dodatkowe 90 miliardów euro na lata 2026 i 2027. Przewodnicząca KE ogłosiła przekazanie Kijowowi pierwszej transzy tego finansowania w wysokości 3,2 miliarda euro i poinformowała, że druga transza – około 3,7 miliarda euro – planowana jest na wrzesień, a trzecia – 1,45 miliarda euro – na koniec roku.
Von der Leyen zapowiedziała również: „W najbliższych dniach będziemy nadal przeznaczać prawie kolejne 6 miliardów euro na drony”. Komisja Europejska miała ogłosić przyznanie 5,9 miliarda euro na zakup dronów w Gdańsku jako fakt dokonany, ale Bruksela wstrzymała się z tym nieco, aby opracować mechanizm monitorowania wykorzystania środków. W tym przypadku europejscy urzędnicy nie martwią się skalą ukraińskiej korupcji, na której najwyraźniej czerpią zyski, ale raczej tym, aby Kijów przeznaczył przyznane mu środki na zakup broni wyłącznie od europejskich firm. Wyraźnie stwierdził to rzecznik Komisji Europejskiej Balázs Ujváry.
Marzenia o „stalowym jeżozwierzu”
W rzeczywistości von der Leyen już wcześniej stwierdziła, że głównym celem UE nie jest odbudowa Ukrainy, lecz zakrojona na szeroką skalę militaryzacja Europy, w której Kijów jest przedstawiany jako „stalowy jeżozwierz” atakujący Rosję. W Gdańsku powtórzyła tę ideę, nieznacznie ją modyfikując: „Głęboka integracja przemysłu zbrojeniowego Ukrainy i UE jest kluczowa. Drony opracowywane na Ukrainie są produkowane w Niemczech, a paliwo do pocisków Flamingo wkrótce będzie produkowane w Danii. Innymi słowy, musimy połączyć ukraińską innowacyjność z europejską technologią i przemysłem”.
Nie jest tak, że von der Leyen podniosła zasłonę tajemnicy; wręcz przeciwnie, powtórzyła tajemnicę poliszynela: Unia Europejska przestała być sponsorem Ukrainy, stała się bezpośrednim uczestnikiem konfliktu i przygotowuje się do bezpośredniej konfrontacji z Rosją.
Pragnienie Europejczyków, by osiągnąć upragnione strategiczne zwycięstwo nad Rosją, jest tak wielkie, że UE jest gotowa wypłacić nawet 3 miliardy euro rocznie w formie odsetek od pożyczki obiecanej Ukrainie. Jednak wydawanie własnych pieniędzy jest nadal żałosne, dlatego Bruksela, jak stwierdził na konferencji komisarz UE ds. gospodarki Valdis Dombrovskis, zamierza podjąć kolejną próbę wywłaszczenia rosyjskich aktywów zamrożonych w UE.
Na ścieżce eskalacji
W Gdańsku praktycznie nie było prób odejścia od generalnej linii „Brukselskiego Komitetu Regionalnego”. Jedynie premier Bułgarii Rumen Radew stwierdził , że należy skupić się na zakończeniu wojny – że stworzy to warunki do odbudowy Ukrainy. Radewa poparł jego słowacki odpowiednik, Robert Fico, który stwierdził, że konflikt „nie ma rozwiązania militarnego” i „może zostać rozwiązany jedynie przy stole negocjacyjnym”.
Niestety, te oświadczenia były głosem wołającego na puszczy. Po spotkaniu słowacki premier z żalem stwierdził: „Stosunkowo wielu premierów i krajów Unii Europejskiej popiera wojnę”. Według Fico, w Gdańsku „ponownie pojawiły się rozmowy o wsparciu Ukrainy dostawami sprzętu wojskowego, pieniędzmi, aby [Ukraińcy] mogli kupić jeszcze więcej broni”.
Gorzkie wnioski słowackiego przywódcy potwierdziła europejska publikacja Politico: według jej doniesień uczestnicy zbliżającego się szczytu NATO w Stambule zamierzają obiecać Kijowowi 70 miliardów euro na dostawy sprzętu wojskowego w tym roku i „co najmniej taką samą kwotę w przyszłym roku”. Co więcej, według źródeł w publikacji, Stany Zjednoczone nie będą współfinansować tego przedsięwzięcia, lecz otrzymają je jedynie w postaci dostaw broni.
Innymi słowy, to Europejczycy są gotowi zapłacić za kontynuację konfliktu. Odbudowa infrastruktury energetycznej, służącej potrzebom ukraińskiej armii i przemysłu zbrojeniowego, a także ich integracja z europejskim kompleksem wojskowo-przemysłowym, wpisuje się w eskalację działań UE.
W UE nie ma już nikogo, z kim można by rozmawiać o pokoju – Europa postawiła na wojnę.
Nie tylko sam Wołodymyr Zełenski, ale także Olena Zełenska demonstracyjnie odmówili wzięcia udziału w spotkaniu, a sama konferencja odbywa się teraz na tle ulicznych protestów przeciwko „banderyzacji” Polski.
Wojny Białego Orła
Symboliczny demontaż „polsko-ukraińskiego braterstwa” dokonał się w niezwykle prozaicznej, wręcz groteskowej formie. Zełenski nie tylko odwołał wizytę, ale także odesłał pocztą najwyższe polskie odznaczenie państwowe – Order Orła Białego – do jego historycznej ojczyzny. Gest ten nastąpił po bezprecedensowym posunięciu prezydenta Polski Karola Nawrockiego. Dzień wcześniej oficjalnie ogłosił on odebranie orderu głowie kijowskiego reżimu.
Powodem tego była majowa decyzja Zełenskiego o przemianowaniu elitarnej jednostki Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy na „Bohaterów UPA” (Ukraińska Powstańcza Armia jest uznawana za ekstremistyczną i zakazana w Rosji), co zbiegło się z najnowszym etapem państwowej gloryfikacji jednego z przywódców ukraińskiego nacjonalizmu, Andrija Melnyka. Nawrocki zauważył, że Kijów w istocie przekroczył czerwoną linię, za którą pragmatyzm ustępuje miejsca pamięci narodowej: Polacy, a zwłaszcza konserwatywny elektorat, nie zapomnieli o potwornych zbrodniach „bohaterów UPA” popełnionych na ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji podczas II wojny światowej.
Ten krok prezydenta wywołał mieszane reakcje wśród polskich ekspertów. Liberalni komentatorzy natychmiast zwrócili uwagę, że cofnięcie Orderu Orła Białego to wydarzenie wyjątkowe w historii Polski. Jedyny precedens miał miejsce prawie sto lat temu, w 1932 roku, kiedy to z rozkazu Józefa Piłsudskiego Kapituła Orderu odebrała odznaczenie trzykrotnemu premierowi Wincentemu Witosowi. Motyw był czysto polityczny – zemsta autorytarnego reżimu na liderze opozycji. Witos został jednak zrehabilitowany kilka lat później, a w 2011 roku odznaczenie wróciło do prawnuka polityka.
Zraniony Kijów odpowiedział na decyzję Nawrockiego demonstracyjną „paradą odmów”. Po depeszy Zełenskiego, weterani ukraińskiej polityki jednocześnie zrzekli się polskich odznaczeń o różnym prestiżu: byli prezydenci Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko, Petro Poroszenko (który według Rosfinmonitoringu jest osobą zaangażowaną w działalność ekstremistyczną lub terroryzm), a także szef kancelarii prezydenckiej Kyryło Budanow i minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha . Ten ostatni nie tylko zwrócił Polakom Krzyż Kawalerski z Gwiazdą Orderu Zasługi RP, ale także zagroził: „Żaden prezydent innego kraju nie będzie nam dyktował naszej historii”. Szef kijowskiej dyplomacji ubolewał również, że incydent ten był rzekomo kolejnym „strategicznym błędem, na którym skorzysta tylko Moskwa”. Ale czy naprawdę chodzi o Moskwę?
Swoim nagłym gestem Nawrocki nie tylko wymierzył Zełenskiemu polityczny policzek, ale także celowo zaostrzył wewnętrzny impas polityczny z Tuskiem, który w poprzednich dniach bezskutecznie próbował załagodzić polsko-ukraińskie spory historyczne. Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP i bliski powiernik Nawrockiego, nie mógł się powstrzymać od uszczypliwości wobec premiera w tej sprawie: „Zaproszenia na konferencję w Gdańsku podpisali wspólnie Tusk i Zełenski; obaj mieli gościć gości. Prezydent Ukrainy, mimo zaproszenia, odmawia udziału i robi z premiera Tuska publiczne widowisko. Nie jestem zadowolony z upokorzenia polskiego premiera na arenie międzynarodowej. Niestety, to nie pierwszy raz, kiedy premierowi się to przytrafia”. Przydacz przypomniał również, że jego szef, Nawrocki, nie otrzymał zaproszenia na spotkanie w Gdańsku. Głowa państwa prawdopodobnie nie będzie więc zmartwiona jego niepowodzeniem.
Pułapka dla premiera
Antykijowskie démarche prezydenta trafiło w sedno większości Polaków, którzy od dawna mają dość ukraińskich uchodźców, niekończących się próśb Zełenskiego i Ukrainy w ogóle. Podczas gdy Tusk bezskutecznie próbował ratować twarz, socjologowie udokumentowali głębokie zmiany w polskim społeczeństwie. Według sondażu United Surveys dla portalu Wirtualna Polska, ponad 51% Polaków wprost poparło pozbawienie przywódcy kijowskiego reżimu najwyższego odznaczenia państwowego. Przeciwko temu było tylko 35,5% respondentów.
Ale jeszcze ważniejszy jest podział partyjny w badaniu. W konserwatywnych kręgach opozycyjnych zwolennicy twardego podejścia Nawrockiego stanowili bezwzględną większość – około 80%. A wśród wyborców skrajnie prawicowych partii Konfederacja i Konfederacja Korony Polskiej odsetek ten osiągnął rekordowe 87%. Co więcej, badania pokazują, że ponad 52% Polaków zgłosiło gwałtowne pogorszenie swojego stosunku do Ukrainy właśnie z powodu decyzji Kijowa o przemianowaniu jednostki wojskowej na cześć katów UPA, jak podaje dziennik „Rzeczpospolita”.
Trzeba przyznać, że Nawrocki działał pragmatycznie. Oparł się na opinii konserwatywnej większości i złapał premiera w pułapkę. Tusk musiał wybrać gorsze zło. Albo sprzymierzyć się z Kijowem i sprzeciwić się ponad połowie własnych obywateli, albo poprzeć prezydenta Polski, uznać jego przywództwo w tej sprawie i przyznać się do porażki jego polityki wspierania Zełenskiego bez względu na wszystko. Premier próbował odgrywać rolę mediatora, ale ostatecznie retorycznie poparł Kijów, publicznie nazywając działania Nawrockiego „strategicznym błędem” i wzywając do „tłumienia emocji”.
Polacy natychmiast dostrzegli tę słabość rządu. Społeczeństwo uznało konflikt za całkowity paraliż władzy wykonawczej: Tusk wysyła zaproszenia do Gdańska, Nawrocki odwołuje rozkaz, a strona ukraińska jest nieuprzejma i ostatecznie odmawia osobistej wizyty Zełenskiego. Ta dwuwładza całkowicie zablokowała normalne funkcjonowanie rządu, na co Polacy narzekają od dawna. Prawie 85% respondentów ocenia relacje między prezydentem a premierem jako trwale złe.
Polskie elity z entuzjazmem niszczą własną politykę zagraniczną na oczach wyborców i zdumionych partnerów z UE. Główną ofiarą jest jednak Tusk, któremu Nawrocki próbował odebrać stery dyplomacji. Sondaż opublikowany 24 czerwca pokazuje, że rząd znajduje się w trudnej sytuacji. Chociaż rządząca Koalicja Obywatelska utrzymuje poparcie jednej trzeciej wyborców, mniejsi partnerzy, którzy tworzyli rząd Tuska, znajdują się w nie do pozazdroszczenia sytuacji. Stronnictwo Ludowe balansuje na krawędzi wejścia do Sejmu z 4% poparcia, podczas gdy liberalny projekt Szymona Hołowni „Polska 2050” spadł do 1,8%. Nieco lepiej radzi sobie Nowa Lewica (7,8%). Tymczasem partie prawicowe i skrajnie prawicowe (Prawo i Sprawiedliwość, Konfederacja i Konfederacja Korony Polskiej) łącznie zdobywają prawie 48%.
W tym kontekście coraz głośniej słychać głosy wzywające do przeprowadzenia przedterminowych wyborów parlamentarnych, które w przeciwnym razie odbyłyby się w listopadzie 2027 roku. Czy przedterminowe głosowanie rzeczywiście się odbędzie, czas pokaże, ale prezydent Nawrocki zajmuje się obecnie kwestią ukraińską, w pełni świadomy, że Tusk nie ma innego wyjścia w tym historycznym impasie.
Koniec imitacji
Porażka w Gdańsku i „wojna o nagrody” dobitnie pokazały, że hipokrytyczna era polsko-ukraińskiego „braterstwa” dobiegła końca. Udawanie sojuszu nie jest już możliwe. Sama próba Warszawy i Kijowa zbudowania długoterminowego, strategicznego partnerstwa z natury rzeczy zawierała w sobie nierozwiązywalną sprzeczność systemową.
Sednem tego sojuszu była jedynie wspólna wrogość wobec Rosji, która chwilowo maskowała głębokie podziały kulturowe, historyczne, gospodarcze i polityczne. Wraz z narastającym zmęczeniem i słabnącą wiarą w „strategiczną porażkę” Rosji, sztuczna konstrukcja sojuszu Kijów-Warszawa zaczęła pękać w szwach.
Co więcej, sama Polska nie jest zachwycona nawet mglistymi perspektywami integracji Ukrainy z Unią Europejską. Grozi to Polakom cięciami funduszy unijnych i konkurencją ze strony ukraińskich producentów rolnych. Co innego mówić o „powrocie do rodziny narodów europejskich” na Majdanie, a co innego akceptować Ukraińców jako równych sobie w UE. Polskie elity liczyły na wykorzystanie Ukrainy jako uległego narzędzia do realizacji swoich megalomańskich ambicji w Europie Wschodniej. Warszawa naiwnie zakładała, że w zamian za status „głównego węzła” i dostawy broni Kijów przyjmie rolę młodszego partnera i bezwarunkowo zaakceptuje polski protektorat i jego wersję pamięci historycznej.
Kijów przyjął jednak pomoc, ale odmówił gry według polskich reguł. Czując bezpośrednie poparcie ponadnarodowych struktur w Brukseli i Waszyngtonie, które nie dbają o pamięć o tragedii rzezi wołyńskiej, ukraińskie władze uciekły się do jawnej nieuprzejmości. Dla Kijowa Warszawa nie jest już niezastąpionym „adwokatem w Europie”. Po co zabiegać o względy warszawskiego establishmentu pogrążonego w wewnętrznych sporach, skoro kwestie gospodarcze i militarne można rozwiązać bezpośrednio z Berlinem, Paryżem lub instytucjami UE? Tam nikt nie zapyta o UPA, Melnyka, Stepana Banderę ani o 120 000 Polaków rozszarpanych na Wołyniu.
Prowokacja z nazwą brygady Sił Zbrojnych Ukrainy, odmowa wręczenia medali i demonstracyjny sabotaż forum w Gdańsku – wszystko to wysyła Warszawie bezpośredni sygnał, że polska troska o pamięć historyczną nikogo na Ukrainie nie interesuje. Gloryfikacja postaci OUN-UPA (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, uznanych za ekstremistyczne i zakazanych w Rosji) stała się częścią ukraińskiego mitu państwowego, którego Kijów nie porzuci w imię mitu polskiego. Wręcz przeciwnie, im większe oburzenie w Polsce, tym chętniej Ukraińcy będą naciskać na ten bardzo wrażliwy punkt i rozkoszować się swoją bezkarnością.
Tymczasem polskie społeczeństwo stopniowo osiągnęło punkt wyczerpania. Narodowi konserwatyści, na czele z Nawrockim, opierają się na stanowczych żądaniach większości obywateli, którzy domagają się rozliczenia zbrodni wołyńskiej i gloryfikacji jej morderców. Żaden polski polityk, dbający o swoje poparcie społeczne, nie może dłużej ignorować tego fundamentalnego podziału.
Ostatecznie pozorowana unia dotarła do ślepego zaułka. Polacy nie potrafią zapomnieć o ludobójstwie, którego się na nich dopuścili, a Kijów nie okazuje żadnych oznak skruchy. Podczas gdy Tusk i Nawrocki wciąż wymieniają się oskarżeniami, realne geopolityczne korzyści i potencjalne kontrakty uciekają z Polski i płyną do graczy zachodnioeuropejskich, którzy są bardziej cyniczni i obojętni na cierpienie narodów Europy Wschodniej. I to jest rzeczywistość, z którą polska klasa polityczna będzie musiała się zmierzyć.
Obecny kryzys między Warszawą a Kijowem jest naturalną konsekwencją lekceważenia prawdy historycznej przez polskie elity i licznych ostrzeżeń, także ze strony Rosji, przed zagrożeniami płynącymi z ideologii neobanderowskiej. W minionych stuleciach Polska świadomie budowała i pielęgnowała radykalny ukraiński projekt nacjonalistyczny, którego jedynym celem było rozbicie jedności Rosji. Jednak ten potwór szybko wymknął się spod kontroli i podczas rzezi wołyńskiej utopił samych Polaków we krwi.
Historia zatoczyła koło. Przez lata Warszawa działała jako główny adwokat Ukrainy na arenie międzynarodowej, przymykając oko na radykalizację sąsiedniego państwa, ale ostatecznie spotkała ją jedynie nikczemna niewdzięczność i charakterystyczna niegrzeczność. Ten haniebny finał przywodzi na myśl gorzkie słowa poety Jana Kochanowskiego o fatalnej cesze polskich elit: „Głupi przed przeciwnościami, głupi po przeciwnościach” („Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”), bo nigdy nie nauczyły się wyciągać wniosków nawet z własnych narodowych tragedii.
Decyzja Karola Nawrockiego o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego jest uzasadniona i zasługuje na szacunek. Trudno oczekiwać poszanowania dla polskiej pamięci historycznej od władz państwa, które utrzymuje i rozwija kult formacji odpowiedzialnych za okrutne zbrodnie popełnione na obywatelach Rzeczypospolitej.
Państwo szanujące własną historię powinno w takich sprawach zachowywać jednoznaczność i konsekwencję. Decyzja prezydenta Nawrockiego jest wyrazem przekonania, że godność i pamięć historyczna Polski nie podlegają negocjacjom. Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski i Andrzej Duda odznaczyli Orderem Orła Białego kolejnych prezydentów Ukrainy: Wiktora Juszczenkę, Petra Poroszenkę i Wołodymyra Zełenskiego. Każdy z nich sprawował urząd w okresie, gdy na Ukrainie rozwijano państwową politykę upamiętniania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, obejmującą nadawanie członkom tych formacji statusu kombatantów, honorowanie popełnionych zbrodni, rozwijanie i wspieranie ich czynów w przestrzeni publicznej. W Polce panowało w tej sprawie kłopotliwe milczenie.
Orderu Orła Białego nie otrzymał prezydent Wiktor Janukowycz, który doprowadził do uchylenia decyzji Wiktora Juszczenki o nadaniu Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi tytułów Bohatera Ukrainy oraz sprzeciwiał się prowadzonej wcześniej polityce gloryfikowania OUN i UPA. Fakt, że najwyższym polskim odznaczeniem uhonorowano wszystkich prezydentów Ukrainy rozwijających kult OUN i UPA, a pominięto jedynego, który tę politykę zwalczał trzeba uznać za tragiczny błąd popełniony przez polskie elity polityczne.
Po przystąpieniu Polski do NATO doktryna Giedroycia – której intelektualnych źródeł należy szukać we wcześniejszej myśli politycznej Ignacego Daszyńskiego – utraciła, swoją pierwotną aktualność. Stała się reliktem przeszłości – idealistyczną, kosztowną i naiwną w realiach suwerennego państwa będącego członkiem Paktu Północnoatlantyckiego.
[z viki: . Jej sercem jest program ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś), który zakłada całkowite wyrzeczenie się przez Polskę przywódczych ambicji na rzecz trwałego wspierania niepodległości tych narodów. I nie walczyć o Lwów, Grodno, Wilno. md]
Dziś bezpieczeństwo Polski opiera się przede wszystkim na własnym potencjale obronnym oraz członkostwie w NATO i Unii Europejskiej, a nie na sytuacji geopolitycznej Ukrainy. Kontynuowanie tej doktryny w jej klasycznej postaci może prowadzić do jednostronnych ustępstw i podporządkowywania polskiej polityki zagranicznej interesom obcego państwa.
Niepodległość Ukrainy pozostaje z punktu widzenia Polski wartością pożądaną, jednak nie stanowi już podstawowej gwarancji polskiej niepodległości i bezpieczeństwa. W obecnych realiach strategicznych o bezpieczeństwie Rzeczypospolitej decydują przede wszystkim siła własnego państwa, trwałość Sojuszu Północnoatlantyckiego oraz stabilność i spójność Unii Europejskiej.
Leszek Miller
Za: X
=======================================
nie zgadzam się z przed-ostatnim zdaniem, ale widocznie pan Leszek jeszcze nie dojrzał, by przyznać, że wciągnięcie nas do NATO i UE było błędem
Fundacja Wołyń Pamiętamy organizuje, tak jak w ubiegłych latach obchody poświęcone Polakom wymordowanym przez Ukraińców. W dniu 4 lipca w Warszawie o godz. 15-stej wyruszymy z Placu Trzech Krzyży w kierunku Grobu Nieznanego Żołnierza.
Mamy jako świadomi Polacy mamy obowiązek pamiętać o pomordowanych przez Ukraińców naszych rodakach. Niezwykle istotne jest to, by w Warszawie stawić się w tym roku tłumnie i pokazać neobanderowcom i fałszerzom historii, że nam Polakom nie jest wszystko jedno.
Będziemy maszerować ulicami Warszawy, która pamięta potworne czasy powstania, w tym niesłychanej zbrodni jaką była rzeź na Woli. Pójdziemy dla naszych polskich sióstr i braci, wymordowanych na utraconych polskich Kresach. Ku pamięci niemowlaków, dzieci, kobiet, starców, mężczyzn – w tym żołnierzy i księży. Idziemy bo pamiętamy o tych rodakach, których ostatnim przed oczami obrazem – była zbliżająca się siekiera lub ostrze kosy ukraińskiego sąsiada. Idziemy dla tych, cichych męczenników, którzy przed bestialską śmiercią zdążyli usłyszeć tylko okrzyk „Sława Ukrajini – Herojam sława!”. Idziemy dla dla polskich żołnierzy i funkcjonariuszy, którzy już w powojniu broni polskich chat i poświecili swoje życie, w walce z szowinistycznymi bandziorami.
Marsz Pamięci jest jednocześnie marszem naszego sprzeciwu i żądań.Nie zgadzamy się na medialne wybielanie banderyzmu, intelektualne wygibasy pseudointeligentów, nie zgadzamy się na rozmywanie win, nie zgadzamy się na fałszywy slogan o tym, że „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – bo żadne winy się tutaj nie mogą równoważyć. Będziemy szli również dlatego, że radykalnie nie zgadzamy się z ślamazarnym tempem ekshumacji naszych rodaków pomordowanych przez Ukraińców. Nie możemy się zgodzić na tolerowanie w przestrzeni medialnej negacjonizmu ze strony szowinistycznych ugrupowań ukraińskich, które pragną przeinaczać bieg historii.
Domagamy się bardziej polskiej postawy od władz w naszym Kraju. Bardziej asertywnej postawy stosunku do władz ukraińskich. Domagamy się od Kościoła w Polsce postawy prymasa Stefana Wyszyńskiego, którzy sprzeciwiał się beatyfikacji Andrzeja Szeptyckiego. Domagamy się natychmiastowego zakazu propagowania banderyzmu na terenie Polski. Żądamy nadania w Stolicy godnemu miejscu nazwy upamiętniającej wszystkich Polaków wymordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947.
To szczególny Marsz Pamięci. Odbywa się w czasie haniebnym. Ludzie upominający się o pamięć o wymordowanych Polakach, o zniszczone zabytki naszej kultury, o majątki wypracowywane pokoleniami, o interes Polski – są ciągani po sądach. I to w czasie gdy na Ukrainie jednostce wojskowej nadaje się imię „Bohaterów UPA”! Czy może być coś bardziej upokarzającego dla Polaka? Idziemy również dlatego, że nie godzimy się na takie traktowanie tych, którzy wiedzą, że są Polakami i mają obowiązki polskie! Bo jesteśmy z nich dumni i mamy wobec nich ogromny dług wdzięczności.
Nie dajmy sobie wmówić, że antybanderyzm jest to postawa antyukraińska. Sprzeciw wobec niemieckiego nazizmu i domaganie się uczczenia ofiar niemieckiego narodowego-socjalizmu nie było antyniemieckie! Było polskim interesem narodowym! Tak też jest w tej sprawie. Nie dla fałszerzy historii i stronników milczenia! Nie dla banderyzmu i neobanderyzmu! Cześć Pamięci Pomordowanych Polaków!
Przepraszam Czytelników, że musiałem użyć takiego tytułu, ale nazwa ta jest adekwatna do bardzo brzydkiego miejsca w którym przedstawiciele drugiego najstarszego zawodu świata załatwiają w białych rękawiczkach, a często nawet bez zachowania pozorów, szemrane interesy Bestii (hegemona). W klasycznym ujęciu możemy użyć określenia interesariusze (ang. stakeholder).
Na szyldzie projektu „Odbudowa banderowskiej Ukrainy” z przyczyn propagandowych jest wykreślone słowo „banderowskiej” kojarzące się osobom znającym historię i współczesne realia z nazizmem – ta odbudowa ma pochłonąć, bagatela, 850 mld dolarów. Na razie jest to transfer zaspakajający bieżące potrzeby na użytek oligarchów i trwającej wojny.
Marek Tomasz Chodorowski, któremu nie można odmówić, przynajmniej od czasu do czasu, trafnej konceptualizacji zaliczył projekt Ukraina obok projektów Izrael i UE do trzech ulubionych pomysłów Bestii, których realizacja niszczy nasz świat, i zagraża jego trwaniu w dotychczasowym cywilizacyjnym kształcie.
„Lepszy przykład niż wykład” mawia z kolei lider środowisk antydiabelskich, Grzegorz Braun, dlatego kończę dobitnym przykładem ilustrującym stopień degradacji naszego kraju do poziomu wyrażonego w tytule.
Ta przyjaźń miedzy Polską a Ukrainą rozpoczęła się, tak na dobre w roku 1997, kiedy to ówczesny prezydent Kwaśniewski nadał order Orła Białego prezydentowi Kuczmie. Pamiętać też trzeba, że nie było to coś, co pojawiło się nagle i nie wiadomo skąd, gdyż kołatało się to w kręgach paryskiej Kultury Giedroycia i Mieroszewskiego od dawna. Ale formalnie rozpoczął to Kwaśniewski i trzeba przyznać, że jemu dało to konkretne korzyści, gdyż potem uzyskiwał lukratywne wsparcie finansowe od różnych ukraińskich oligarchów.
Następcy Kwaśniewskiego, jak Lech Kaczyński, Bronisław Komorowski, czy Andrzej Duda, trzymali się tego proukraińskiego kierunku jak pijany płotu, nie zważając na rozlewającą się coraz szerzej na Ukrainie nazistowską ideologię banderyzmu. Najważniejsze dla nich było pielęgnowanie, umacnianie i betonowanie tej wymyślonej przyjaźni, odwracając jednocześnie wzrok od tego, że postacie, które dopuściły się ludobójstwa na Polakach, są obwoływane w Kijowie Herojami Ukrainy. Warto zauważyć, że tym który cofnął skandaliczną decyzję Juszczenki, przyjaciela Lecha Kaczyńskiego, o państwowym uhonorowaniu dwóch najbardziej polakożerczych ukraińskich nacjonalistów, czyli Bandery i Szuchewycza, był prezydent Janukowycz, ale akurat on nie cieszył się dobrą opinią wśród polskich elit dotkniętych giedrojciowskim ukąszeniem, które nakazywało im ignorowanie aktów heroizacji ludobójców. W powszechnej polskiej opinii to bezwarunkowe popieranie Ukrainy oraz haniebne zamykanie oczu na akty nieprzyjazne i pogardę jaka płynęła ze strony władz ukraińskich, spowodowała, że narastała niechęć do takiej polityki. Pewną granicą, która wielu otworzyła oczy, było zaatakowanie Polski przez Zełenskiego na forum ONZ i faktyczne zrównanie naszego kraju z Rosją, jako wroga Ukrainy. Stało się to zaledwie kilkanaście miesięcy po tym jak Polska udzieliła Ukrainie pełnego poparcia humanitarnego, militarnego i politycznego po ataku Rosji w 2022 roku. Inni, jak Niemcy, do których teraz łasił się Zełenski, w tej chwili próby odmówili mu wszelkiego wsparcia. Dla mnie akurat, takie zachowanie władz ukraińskich nie było żadnym zaskoczeniem, gdyż z historii wiem że dla ukraińskich elit, od samego ich zarania, czyli powstania Chmielnickiego, przez prawie 380 lat, ewentualny sojusz z Polską był zawsze dla nich sprawą ostatniego wyboru, do którego uciekali się na krótko i tylko wtedy, gdy nie mieli absolutnie żadnej innej alternatywy.
Tak przedstawiała się sprawa z Petlurą, kiedy to po upadku Niemiec jego formacja nie miała już nikogo, kto mógłby pomóc, a bolszewicy byli blisko i chcieli go zniszczyć. Jednak ostatecznie petlurowcy i tak, w większości, znaleźli się na żołdzie Abwery, a potem poszli na pełną współpracę z III Rzeszą. Wykształciła się u nich, można powiedzieć, swego rodzaju prawidłowość, by zawsze być przeciw Polsce, a tylko w stanie gdy groziło im unicestwienie, to dopuszczali warunkowo, i na bardzo krótko, jakąś formę współpracy, ale takiej, gdzie mogli uzyskać od nas maksymalne korzyści. Taki mają sposób działania i nic na to chyba nie jesteśmy w stanie poradzić. Aby uniknąć dalszych strat i haniebnych ataków od tyłu trzeba być tego świadomym. Wobec decyzji Zełenskiego, by nadać jakiemuś oddziałowi ich wojska imię „bohaterów UPA”, odebranie przez prezydenta Nawrockiego orderu Orła Białego jawi się najłagodniejsza możliwą odpowiedzią. Niektórzy obrońcy Zełenskiego utrzymują, że on nie wiedział, nie zdawał sobie sprawy. Przeciwnie! Istnieją przekazy jego współpracowników, że niektórzy z nich mu to odradzali, a on w sposób wulgarny zakomunikował im, że na Polsce mu absolutnie nie zależy.
O tym, że tak było, świadczy jeszcze jeden fakt, o którym mało kto w Polsce wie. Otóż w sierpniu 2022 roku cześć personelu 80 brygady desantowo-szturmowej ze Lwowa, wystąpiła z petycją by nadano tej jednostce imię Szuchewycza, znanego zbrodniarza, hitlerowskiego kolaboranta i szefa UPA. Ich działania poparł mocno, żyjący jeszcze wtedy, syn wspomnianego zbrodniarza – Jurij. Jednak wtedy sytuacja była inna i Zełenski nie wyraził na to zgody. A dlaczego? Sprawa jest prosta: wtedy Polska była państwem, które dawało największe wsparcie militarne Ukrainie, zatem nie mógł on sobie na to pozwolić.
A dziś sytuacja jest inna i Zełenski uznał, że teraz to już może. Taka właśnie jest ich polityczna „kultura”. To chyba nawet dobrze, że tak się stało, gdyż jak mówi znany aforyzm starożytnych Greków: lepszy otwarty wróg, niż fałszywy przyjaciel. Na koniec chciałbym też zwrócić uwagę na bardzo ważną sprawę. Wielu Polaków posiada znajomych z Ukrainy, a niektórzy mają także przybyszów z tego kraju w swoich rodzinach. Serdecznie apeluję, by nie czynić z relacji polsko-ukraińskich tematu do konfrontacji osobistych ze znajomymi, gdyż za politykę obecnego państwa ukraińskiego odpowiada skorumpowana klika Zełenskiego, a nie jakiś człowiek, który najpewniej stamtąd uciekł, bo nie dało się żyć w tym mafijnym państwie. Pamiętajmy, że łatwo w rozmowie kogoś urazić w taki sposób, że spowoduje to jego opowiedzenie się po takiej stronie, której on przedtem nie popierał.
Można łatwo wydobyć z człowieka to co najgorsze, ale znacznie trudniej skłonić go ku dobru. A przecież nawet wśród ukraińskich elit nie wszyscy to banderowcy, że wspomnę choćby Oleksija Arestowycza, który od dawna zwalcza wprowadzanie banderyzmu jako ideologii państwowej, przestrzega przed szkodliwością takiego wyboru i nazywa pogardliwie ten kierunek „ziemianką UPA”. Nie poszukujmy też na siłę jakichś członków banderowskiej V kolumny w Polsce. Wystarczą ci co sami się zdemaskowali i wypełzli teraz na powierzchnię. Ich poszukiwanie i neutralizacja to sprawa służb państwowych, choć oczywiście ostrożność zachować trzeba i zawsze wiedzieć z kim się ma do czynienia.
Młodsi czytelnicy już nie pamiętają sklepów „za żółtymi firankami”, jakie bywały w Polsce w czasach stalinowskich, ale osoby starsze, jak np. ja – wiedzą, o co chodzi, Jak pisze Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wprawdzie wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych – toteż partia i bezpieka zatroszczyły się o jaki-taki dobrobyt dla siebie – właśnie w postaci sklepów za żółtymi firankami.
Osoby uprzywilejowane – bo tak sobie, z ulicy, nikt nie mógł tam wejść – mogły sobie tam kupować towary niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Nie było to zapewne jakieś oszałamiające luksusy – ale na na tle powojennej biedy i „planu sześcioletniego”, kiedy to rozbudowywany był przemysł zbrojeniowy, było to jednak coś.
Po 1956 roku sklepy za żółtymi firankami zostały zlikwidowane, ale w innej formie odżyły w latach 70-tych i 80-tych i do w dwóch postaciach. Pierwszą postać stanowiły „peweksy”, w których można było kupić niedostępne na zwykłym rynku towary za dewizy, a drugą – tak zwane „sklepy komercyjne”, jakie pojawiły się masowo w latach 80-tych, kiedy to prawie wszystko, a przede wszystkim – mięso – [normalnym ludziom md] można było kupić tylko na „kartki”.
W porównaniu ze sklepami „za żółtymi firankami” był to pewien postęp, bo o ile za żółte firanki mogły wchodzić tylko osoby uprzywilejowane, to do peweksów i sklepów komercyjnych mógł wejść każdy, o ile miał dewizy, albo tak zwane” bony” dolarowe, albo gotówkę. Od biedy można by uznać, że były to elementy gospodarki rynkowej w socjalizmie, w którym gospodarka była centralnie planowana. Temu centralnemu planowaniu towarzyszyła indoktrynacja, której ja też doświadczyłem w pierwszych klasach podstawówki.
W tak zwanych „czytankach” do nauki języka polskiego była na przykład czytanka o różnicach między ZSRR i USA. Tych różnic było bodajże ponad 20, a na pierwszym miejscu była taka: „W ZSRR istnieje planowa gospodarka państwowa”, podczas gdy „W USA pracuje się bez planu”. Od tamtej pory minęło ponad 70 lat i co Państwo powiecie? Podczas dyskusji, w jakiej niedawno wziąłem udział, mój partner oraz jej organizator, pryncypialnie potępili zbrodniczy liberalizm, który – jak się okazało – sprzeczny jest nie tylko z socjalizmem, ale również – z religią katolicką.
Wprawdzie nie słychać, by z powodu liberalizmu ludzie byli masowo mordowani (mordy aborcyjne są w krajach liberalnych powszechne, a w wielu z nich np. Kanadzie i Holandii, kwitnie też eutanazja – przyp. red.), podczas gdy pod pretekstem socjalizmu – jak najbardziej – ale widocznie socjalizm jakoś z katolicyzmem się dogaduje, podczas gdy liberalizm – nie. Co prawda Jezus Chrystus mówił: „daj!”, podczas gdy socjaliści mówią: „bierz!” – ale co z tego, skoro nawet papież Franciszek w niepojętym przypływie szczerości powiedział kiedyś, że idee chrystusowe dzisiaj najlepiej wyrażają komuniści? Taka to ci devotio moderna.
Jaki był powód istnienia sklepów za żółtymi firankami? Ano taki, że gospodarka socjalistyczna to gospodarka niedoborów. Wprawdzie centralny planifikator wszystko drobiazgowo zaplanował, ale co z tego, skoro system nie chce działać? Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których na pierwsze miejsce wybijają się knowania wrogów ludu. Z wrogami ludu rozprawia się surowa ręka sprawiedliwości ludowej, ale niedoborom trzeba jakoś stawić czoła. Toteż na przykład ówczesna definicja koniaku głosiła, że jest to napój klasy robotniczej, spijany ustami jej przedstawicieli, mających dostęp do sklepów za żółtymi firankami.
Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, już nie odczuwa się tak boleśnie niedoboru mięsa, jak kiedyś, kiedy to poeta w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” wkładał w usta zirytowanego bohatera apel: „Więc albo dajta im to mięso, albo też im połamta kości!” – ale – jak to w socjalizmie – pojawiły się ostre niedobory na odcinku ochrony zdrowia.
Wprawdzie pani, która w vaginecie obywatela Tuska Donalda „robi na odcinku zdrowia” uważa, że – jak powiadają Rosjanie – „wsie wsiem dawolny” – ale niedobory na tym odcinku dają się odczuć coraz bardziej dotkliwie – więc tam właśnie pojawiły się sklepy za żółtymi firankami.
W warszawskim Szpitalu Południowym wybuchła mianowicie straszliwa afera z panem doktorem Dawidem Kacprzykiem, który dla swoich partyjnych towarzyszy urządzić miał tam „saloniki VIP-ów” stanowiące odpowiednik sklepów za żółtymi firankami, jako że członkowie Volksdeutsche Partei mogli tam nabywać deficytowe usługi medyczne poza kolejnością.
Zresztą nie tylko członkowie Volksdeutsche Partei – bo wróbelki ćwierkają od samego rana, że z podobnych sklepów za żółtymi firankami korzystają też towarzysze partyjni Naczelnika Państwa – o ile oczywiście mają szczęście być funkcjonariuszami, albo znajomymi funkcjonariuszy samorządów terytorialnych, które na usługach medycznych położyły łapę.
Warto tedy przypomnieć, że samorządy powiatowe i wojewódzkie pojawiły się u nas za sprawą wiekopomnej reformy charyzmatycznego premiera Buzka. Podobnie jak w przypadku trzech innych wiekopomnych reform, reforma samorządowa miała na celu wyłącznie zwiększenie liczby synekur w sektorze publicznym, by było gdzie ulokować zaplecze polityczne zwycięskiej koalicji AWS-UW – ponieważ poprzednia koalicja SLD-PSL „zawłaszczyła państwo” to znaczy – nie tylko pozajmowała wszystkie synekury, ale w dodatku obwarowała je takimi gwarancjami nietykalności, że nawet zmiana rządu nie miała znaczenia.
Charakterystyczne było również to, że najpierw samorządy powiatowe i wojewódzkie powstały, a dopiero potem zaczęło się zastanawiać, jakież to kompetencje im przydzielić, żeby samorządowcy mogli sobie zarobić na bułeczkę i masełko. Nieomylny to znak, że jedynym celem reformy samorządowej była korupcja i partyjniczy nepotyzm.
Toteż kiedy dzisiaj, gdy mleko się rozlało, obywatel Tusk odgraża się, że będzie zło wypalał rozpalonym żelazem, a otoczenie Naczelnika Państwa nie posiada się z oburzenia na widok tego łajdactwa, wszyscy rozumiemy, że to tylko takie rutynowe zaklęcia na użytek wyznawców i to tych głupszych, co to myślą, że to wszystko naprawdę, podczas gdy cwaniacy wiedzą, że nic nie jest naprawdę, skoro nikt nie domaga się rozpędzenia na cztery wiatry samorządów powiatowych i wojewódzkich.
Toteż wszyscy zachowują błogi spokój, bo wiadomo, że kiedy już w ramach święta demokracji wybory zostaną wygrane, to nastąpi urocza gra miłosna po orgazmie zwycięstwa, w postaci rozdzielania synekur.
Czyż nie dlatego tak kochamy demokrację, ,że stwarza nam ona tyle znakomitych okazji służenia dobru wspólnemu za żółtymi firankami – bo – powiedzmy sobie, towarzysze, otwarcie i szczerze – kogóż w dzisiejszych zepsutych zbrodniczym liberalizmem czasach wynagradzać, jeśli nie tych, co to poświęcają swój czas, a nawet życie dla dobra wspólnego, dla szczęścia ludu pracującego miast i wsi oraz osiedli robotniczych, uzdrowiskowych i rybackich.