Ukrainiec Andrij Szeptycki, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie warszawskim napisał, że państwo Mieszka I miało tyle wspólnego z dzisiejszą Polską, co Ruś Kijowska z Ukrainą. Tego typu hasła, wypowiadane przez wysokiego rangą przedstawiciela teoretycznie polskiego rządu, siłą rzeczy dotykają kwestii znacznie szerszej niż tylko terminologia używana przez historyków. To faktyczne działania V kolumny, niszczącej naszą historię i tradycję państwową od środka. Skorzystają na tym Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie.
Minister Tuska podważa historię Polski. To oczywiste, że współczesna III Rzeczpospolita nie jest organizacyjnie tym samym państwem, którym było państwo pierwszych Piastów. Polska przechodziła przez okres demokracji szlacheckiej, rozbiory, okupacje, wojny, zmiany ustrojowe i katastrofy polityczne, a jej granice wielokrotnie przesuwano. Czy jednak tylko z tego faktu wynika, że polska wspólnota polityczna nie ma prawa mówić o swojej historycznej ciągłości? Czy może powinniśmy przyjąć niezwykle wygodną zasadę, zgodnie z którą każde państwo po zmianie granic albo ustroju traci swoją historię i zaczyna wszystko od nowa?
Jeżeli tak, byłaby to rzeczywiście niezwykle interesująca wiadomość dla całej Europy, bo można by wówczas z powodzeniem uznać, że większość współczesnych państw jest historycznie zupełnie nowymi tworami, a ich mieszkańcy powinni czym prędzej zapomnieć o swoich poprzednikach. Przykładowo dzisiejsza Francja nie miałaby nic wspólnego ze swoim przedrewolucyjnym odpowiednikiem, podobnie jak Rosja z okresem carskim.
Na szczęście normalne rozumienie historii nie wygląda tak, jak roją sobie w główkach polskojęzyczni Ukraińcy. Narody i wspólnoty polityczne mogą przechodzić przez katastrofy, zmiany granic i ustrojów, a mimo to zachowywać pamięć o własnym państwie, kulturze i poprzednich pokoleniach. Owszem – ciekawie wygląda to w kontekście średniowiecza, gdzie ciągłość państwa wiązała się stricte z ciągłością dynastii panującej. Tak było zresztą na całym świecie i to nie tylko w tej epoce.
W przypadku wypowiedzi Szeptyckiego szczególnie zastanawiające jest usadowienie jej w szerszym kontekście jego działalności publicznej. Nie jest on przypadkowym komentatorem historii, czy głupawym, internetowym influencerem lecz członkiem polskiego (?) rządu. Tym bardziej trudno nie zadać pytania, czy przedstawiciel polskich (?) władz powinien z taką swobodą formułować wypowiedzi, które mogą być odczytywane jako podważanie oczywistego dla Polaków związku między współczesną Polską a jej wielowiekową historią.
Jeszcze większe zdziwienie budzą wcześniejsze wypowiedzi Szeptyckiego dotyczące UPA, zwłaszcza jego porównywanie ukraińskiej formacji z polskimi Żołnierzami Wyklętymi. Można oczywiście tłumaczyć, że chodziło o podobieństwo polegające na walce o niepodległość, ale problem polega na tym, że UPA nie jest wyłącznie symbolem ukraińskich aspiracji niepodległościowych, lecz również organizacją, której działalność wiąże się z masowymi mordami na ludności cywilnej.
Próba przedstawiania obu zjawisk za pomocą jednego schematu „walczących o niepodległość partyzantów” pomija więc fundamentalną różnicę doświadczeń obu narodów. Co więcej, idąc logiką Andrija Szeptyckiego, za podobny ruch walczący o niepodległość należałoby uznać hitlerowski Werwolf [„wilkołak”] , walczący z Polakami na „Ziemiach Odzyskanych” po II Wojnie Światowej. Doszłoby nie tylko do rehabilitacji tej konkretnej organizacji ale uznania, że naziści w zasadzie niczym nie różnią się od antynazistów.
Niestety, od 2022 roku, dzięki ogarniętej ukro-amokiem klice POPiS w Polsce zaczyna działać zasada, według której nasza historia ma być opowiadana zgodnie z prawdą, dopóki nie koliduje z aktualnymi potrzebami relacji z kijowskimi banderowcami Zełenskiego. Jeśli polska historia nie zgadza się z ich linią, wtedy okazuje się, że Mieszko I to właściwie ktoś trochę odległy, polska ciągłość państwowa jest kwestią dyskusyjną, a UPA można analizować przede wszystkim jako ruch niepodległościowy. Cóż za zbieg okoliczności!
Żeby było jasne: rzucającym w oczy problemem jest ukraińskie pochodzenie Andrija Szeptyckiego. III RP jest niestety nadgniłym państwem dyzmokratycznym, w którym ludzie o różnym pochodzeniu mogą pełnić najwyższe funkcje publiczne, kpić i opluwać polską historię i tradycję.
Sojusz polityczny III RP z Ukrainą nie może oznaczać obowiązku przepisywania własnej historii pod oczekiwania wątpliwego partnera. Polska ma prawo do własnej narracji o Mieszku I, Rzeczypospolitej, rozbiorach, II Rzeczypospolitej i zbrodniach dokonanych na Polakach przez ukraińskich szowinistów. Zwłaszcza, że ta narracja jest zasadniczo zbieżna z faktami historycznymi, przekazami kronikarskimi oraz wykopaliskami.
Wypowiedź Szeptyckiego zasługuje na krytykę dlatego, że jest Ukraińcem i przedstawicielem teoretycznie polskiego państwa i właśnie z tego powodu powinien szczególnie uważać, aby w imię bieżącej polityki nie relatywizować fundamentów naszej pamięci historycznej. Z niewiadomych względów usilnie chce doprowadzić do tego, aby ponownie wzrosła niechęć Polaków do Ukraińców, zwłaszcza tych, którzy w nieodpowiedzialny sposób otrzymali dostęp do najwyższych stołków w krajowej polityce i administracji.
Można być zwolennikiem bliskiej współpracy z Ukrainą, można wspierać ją politycznie i militarnie, można nawet cierpliwie znosić rozmaite dyplomatyczne zawirowania, ale trudno wymagać od Polaków, żeby w pakiecie z pomocą dla Ukrainy kupowali również fałszowanie naszej własnej historii.
Bo jeśli okaże się, że państwo Mieszka I ma z dzisiejszą Polską mniej więcej tyle wspólnego, co Ruś Kijowska z Ukrainą, to być może najwyższy czas zapytać, czy następna korekta historii nie obejmie przypadkiem również samego Mieszka. W końcu skoro można zakwestionować ciągłość, to czemu zatrzymywać się w połowie drogi i nie stwierdzić np. że był Ukraińcem albo Żydem?
Piotr Ślusarski w rozmowie z Bartoszem Kopczyńskim. Tematem programu jest najnowsza książka Bartosza Kopczyńskiego i dra Stanisława Krajskiego pt. “Potęga świadomej Polski”.
Czym jest świadomość? Czy Polacy – i szerzej – Europejczycy się budzą? Jakie są zagrożenia dla Polski w Europie? Czy AfD to dla Polski zagrożenie czy szansa? Czy jedność na polskiej prawicy jest możliwa? Szokującą prawdę poznacie oglądając dzisiejszy odcinek programu Bastion Prawdy. Zapraszamy do oglądania!
◊
Jeśli POPiSowcy ODPALĄ STAN WOJENNY, będą musieli UCIEKAĆ – Bartosz Kopczyński
00:06 Początek 00:27 Kopczyński na YT 01:43 Potęga świadomej Polski 15:51 Czym jest świadomość? 18:12 Przebudzenie Europejczyków? 30:48 Polska vs. Niemcy 34:26 Kaczyński, PiS i Rozwój+ 38:56 Jedność prawicy? 42:06 Stan wojenny? 47:37 Delegalizacja Korony?
Niniejszy program ma charakter publicystyczny. Wypowiedzi gościa odzwierciedlają jego osobiste poglądy i nie muszą być tożsame ze stanowiskiem redakcji. Zachęcamy do krytycznej analizy i wyciągania własnych wniosków.
W trakcie obchodzenia w Polsce przez Ukraińców swojego święta niepodległości. w Warszawie głos zabrał pełniący obowiązki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemar Żurek. Jego słowa z tego wydarzenia zapiszą się we współczesnej historii Polski, tak samo jak wypowiedź rzecznika MSZ Łukasza Jasina, który uważał, że Polacy są sługami narodu ukraińskiego.
Czy rządzi PiS, czy PO, Polacy mają być sługami narodu ukraińskiego. W czasie swojej wypowiedzi Waldemar Żurek jako minister sprawiedliwości zwrócił uwagę na narastanie napiętej sytuacji w relacjach polsko-ukraińskich. O ile nikt nie popiera żadnej formy znęcania się psychicznego lub fizycznego nad innym człowiekiem ze względu na jego pochodzenie czy religię, zadziwia fakt ukazania przez polskojęzycznego ministra relacji polsko-ukraińskich.
Zwracając się do zebranych Ukraińców zapewnił ich jako prokurator generalny:(…) chcę was zapewnić, że jako prokurator generalny powołałem ponad stu prokuratorów w całym kraju, którzy od lutego tego roku bardzo aktywnie, razem z policją, ścigają każdy przejaw nienawiści (…) Ale zobaczcie, co dzieje się dalej. Ci, którzy myśleli, że bezkarnie mogą obrażać, lżyć, bić, następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu i idą do aresztów. Podjęliśmy działania nie doraźne, ale systemowe. Nikt nie zniszczy naszej przyjaźni[1].
W czasie, kiedy z jednej strony ministrowie angażują się w sprawę nastolatki z Ukrainy zwyzywanej w miejskim autobusie w Bielsku-Białej [2] milczą, gdy w mediach przebijają informacje, że w tym samym mieście zostało zatrzymanych trzech Ukraińców podejrzanych o brutalne pobicie Polaka pod koniec czerwca 2026 roku[3] lub w sprawie próby zabójstwa Polki dokonanej przez 18-letniego Ukraińca we Wrocławiu[4].
O ile zrozumiałe byłyby słowa ministra sprawiedliwości, który z jednej strony zapewniałby Ukraińców w Polsce o działaniach na rzecz ich bezpieczeństwa przy jednoczesnym wskazaniu, że sami zainteresowani powinni zwrócić uwagę na swoich rodaków, którzy łamiąc prawo w Polsce obniżają zaufanie zwykłych Polaków do wszystkich Ukraińców i podkreśleniu, że wobec prawa w Polsce wszyscy są równi niezależnie od pochodzenia, wypowiedź, jaka padła z ust ministra przerzuca całą odpowiedzialność za obecną napięta sytuację na Polaków, robiąc z nich potwory.
Przy takim założeniu nie można mieć za złe Polakom, że wg najnowszych sondaży jedynie 27% deklaruje gotowość walki za obecną rzeczywistość w Polsce[5]. Polacy jako gospodarze na swojej ziemi czują się jako gorszy sort, a ich oburzenie wobec często chamskiej i aroganckiej postawy osób, które są w Polsce gośćmi, traktowane jest przez polskojęzycznych polityków jako przejaw rusofili, co sprawia, że coraz więcej Polaków nie czuje łączności z państwem traktującym ich jako dojną krowę, którą ostatecznie można wbrew niej wepchnąć do nie swojej wojny w imię interesów wielkich mocarstw.
W opublikowanej pod przydługim tytułem „Polskie biesy. Tom 1, XVIII wiek. Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie” rozmowie z Janem Taturą europoseł Grzegorz Braun dokonuje bezprecedensowej rozprawy z własną grupą społeczną: inteligencją.
Jeżeli nie jest to radykalna próba uwiarygodnienia się w oczach elektoratu, mamy do czynienia z manifestem politycznym katolickiego tradycjonalisty, jakiego w Polsce nie było.
Może on doprowadzić do białej gorączki „Gazetę Wyborczą” tak samo jak słuchaczy Radia Maryja oraz wpędzić w popłoch episkopat Polski. To ostatnie akurat nie jest trudne, ponieważ słowo „popłoch” zdaje się charakteryzować sposób reagowania tego szacownego gremium.
Braun uderza w sploty słoneczne oraz w największe świętości polskiego inteligenta. „Polska inteligencja jest specyficznym reliktem przeszłości – ale bez perspektyw na przyszłość innych niż związane z utrzymaniem etatyzmu i klientelizmu. Inteligencja jest de facto chłopstwem pańszczyźnianym – pozbawionym własności, a przywiązanym dzisiaj do etatów i do kredytów. Do etatów, jeśli nie państwowych to korporacyjnych, co na jedno w skutkach wychodzi – mając bowiem wybujałe przeświadczenie o własnej niezależności i przywiązaniu do wolności, inteligencja jest ostoją zniewolenia jako klasa ukonstytuowana i integrująca się na bazie kanonicznych przesądów inteligenckich: demokratyzmu (antymonarchicznego), etatyzmu (socjalistycznego). Modernizmu (religijnego), pacyfizmu (hoplofobicznego), a jednocześnie judeoidealizmu (anty-antysemityzmu) i insurekcjonizmu (dziś przede wszystkim antyrosyjskiego)” (str. 103). Mocniej chyba nie można było zaznaczyć, że inteligencka wolność to jedynie pusta konotacja, pod którą kryje się brak samodzielności i niezależnych źródeł utrzymania.
Kielnie i fartuszki
Tytułowe „wrogie przejęcie” oznacza przechwycenie świadomości narodowej przez nową klasę społeczną, uzurpującą sobie prawo rządu polskich dusz. Okazji dostarczyła wymęczona przez masonów u Klemensa XIV kasata zakonu jezuitów w 1773 roku. Umożliwiła ona uwłaszczanie się Komisji Edukacji Narodowej na zakonnym majątku Towarzystwa Jezusowego i produkcję nowych elit w myśl postępowych haseł. Hasła fabrykowała „jakobińska farma trolli”, czyli kołłątajowska „Kuźnica” finansowana kwotą 60 milionów franków, przeznaczonych według Brauna ze skarbu rewolucyjnej Republiki Francuskiej na „interes Braci Warszawskich”. A interesem tym według słów samego Hugo Kołłątaja było „obalanie tronów i ołtarzy”. Jak bowiem tłumaczy rzecz Braun: „Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej potrzebna była dywersja na tyłach – przekierowania działań koalicji kontrrewolucyjnej Austrii, Prus i Rosji na inny teatr wojenny. Padło na nas – polscy patrioci, agenci lóż i pożyteczni idioci z największym zapałem zabrali się za realizację tego scenariusza […] I ta operacja udaje się doskonale – w latach 1791 – 1795 trwają nad Wisłą de facto intensywne działania osłonowe rewolucji nad Sekwaną” (str. 248).
Ponieważ rząd dusz był przejmowany od katolickiego kleru, dlatego „polskie biesy” musiały się początkowo uwiarygodniać jako duchowni lub świeccy katolicy. „Rewolucja niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę. I stąd dążenie do tego, żeby księża nadal nazywali się księżmi, chociaż będą w istocie sprotestantyzowanymi, zmasonizowanymi agitatorami” (str. 28). Bohaterowie na czele z przewodnim czarnym charakterem gawędy i „człowiekiem znikąd” Hugo Kołłątajem, Stanisławem Staszicem, braćmi Ignacym i Michałem Potockimi, Franciszkiem Zabłockim, Wojciechem Bogusławskim, Janem Kilińskim, Tadeuszem Kościuszką, wdrażają spóźniony w Polsce o dobre 200 lat program swoistego protestantyzowania Kościoła polskiego oraz samych Polaków.
„Energicznie bez ceregieli i bez skrupułów realizowana ‘protestantyzacja’ dokonuje się w całym szkolnictwie – wystarczy kilka lat, a już wylęgają się na świat kolejne mioty […] tych oświeconych hunwejbinów. To oni będą przeprowadzać rewolucję 3 Maja, będą rozpętywać insurekcję kościuszkowską i będą tworzyć ten raj oświeconych biurokratów, zakładać zręby tej przyszłej idylli urzędników – ze szczególnym uwzględnieniem urzędników podatkowych. Czyli Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe – to są właśnie dzieci Komisji Edukacji Narodowej. Więc hasło ‘protestantyzacja’ znajduje w projekcie spełnienie bardzo bliskie zachodniego ideału i oryginału, a niekiedy najzupełniej dosłowne” (str. 134). Takie źródło ma zatem klasa społeczna, którą Braun chce wysłać do wszystkich diabłów.
Późne wnuki
Masońskie tradycje Kuźnicy przejmuje cała XX-wieczna lewica polska, od sanacji, przez PRL, po post-PRL. Ciężko jest znaleźć środowisko zupełnie nie przyznające się do tradycji kołłątajowskich. W II RP symbolem może być Tadeusz Boy – Żeleński i ze swoją misją uświadamiania a w PRL stalinowsko – bierutowska „Kuźnica” z jej reformami nauki i oświaty. „System KEN został w PRL podniesiony do rangi dogmatycznej. Wzorzec kołłątajowskiej ‘reformy’ UJ został zaaplikowany z jeszcze większą mocą – a ukoronowaniem tego dzieła była likwidacja na przełomie lat 40. i 50. XX wieku dwóch zacnych instytucji naukowych o prywatnym i społecznikowskim rodowodzie: Towarzystwa Naukowego Warszawskiego i krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności, z których po upaństwowieniu stworzono jedną instytucję: Polską Akademię Nauk. Otóż PAN […] to jest właśnie ni mniej, ni więcej, kołłątajowsko-stalinowski kołchoz dla profesury.
To nie jest krzywdząca kogokolwiek inwektywa, tylko rzeczowe określenie, oddające historyczną genezę i aktualny stan rzeczy, jeśli chodzi o dominujący paradygmat” – jak bezlitośnie podsumuje reformy oświaty i nauki w PRL-u Braun (str. 245). Nie zabraknie również wątku masońskiego. „Jego agendy jak Instytut Badań Literackich – był również niejako etatowym matecznikiem masonerii, która w PRL, mimo formalnych ograniczeń, miała się całkiem nieźle” (tamże). W znajdującym się nota bene w Pałacu Staszica IBN „miała swój matecznik loża Kopernik z […] Janem Józefem Lipskim na czele” (str. 34) a jeden z etatów „przypadał mamie panów Kaczyńskich – co otwiera wdzięczne pole do pogłębionych i poszerzonych badań nad ciągłością i nieciągłością elit państwowych w Polsce” (tamże).
Opisywane przez Brauna procesy skutkowały tym, że inteligencja polska w większej części była i jest niewierząca. „Biskupi i księża polscy byli w ogromnej części chłopskimi synami. To była jedyna naprawdę wierząca warstwa w Polsce. To był kościół ludowy”. („Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys”, 1992, str. 185). Oryginalny polski wkład do katolicyzmu: „Gorzkie żale” i „Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP” dla inteligencji są najwyżej przejawem folkloru jeśli nie obskurantyzmu. Wytworzony dualizm oświeconych, niereligijnych elit oraz religijnych, nieoświeconych mas, widoczny jest bez problemu w dzisiejszych podziałach politycznych.
Nie kto inny jak Jarosław Kaczyński stwierdził w chwili szczerości, że w gruncie rzeczy utożsamia się z wykształconym elektoratem wielkich miast Platformy Obywatelskiej. Wychowany w „mateczniku loży Kopernik” prezes Prawa i Sprawiedliwości niemalże z obrzydzeniem zagospodarowuje pozostawiony mu, ale obcy jego wrażliwości i światłym poglądom, parafialno – prowincjonalny grajdół. Istniejący obustronny dystans podkreślił swego czasu o. Tadeusz Rydzyk, ostrzegając przed prezydencką rodziną Kaczyńskich słowami: „nie należy mylić szamba z perfumerią”. Czy zatem kogokolwiek może zaskakiwać poziom obłudy masońsko sformatowanych pijarowców PIS-u, obecny w narracji „dobrej zmiany” dla niedorosłego narodu?
Z jednej strony „katolikawe” masy, pozbawione intelektualnego kierownictwa, podatne są na wszelkie suflowane im w narodowym lub ledwo „narodawym” opakowaniu agendy. Z drugiej strony elity nie przyswajające sobie katolickiego światopoglądu, w tym metafizycznej relacji celów i środków, otwierają się na implementację dowolnych światopoglądów, czyli po prostu na wpływy obcych ośrodków politycznych. Elita, która nie potrafi zdefiniować interesu własnego państwa, jako dobra wspólnego, nie ma podstaw odróżniać go od interesów obcych. „Jeśli więc polskich patriotów słusznie niepokoi, że niektórzy sygnatariusze Targowicy zbyt często i zbyt długo bywali w Petersburgu, to dlaczego w ogóle nie przejmuje ich, że niektórzy spośród liderów Klubu Przyjaciół Konstytucji 3 Maja całkiem sporo czasu spędzali w Berlinie, Dreźnie, Londynie, Wiedniu czy Paryżu – nieprawdaż?” (str. 273). Retoryczne pytanie Brauna wskazuje na tytułowe „wrogie przejęcie” przez europejski obóz rewolucji, do którego bezwiednie zapisuje się każde kolejne pokolenie polskiej inteligencji, bo tak już ma.
Trony i ołtarze
Braun prowadzi swoją historyczną wiwisekcję z egzotycznego dla Polaka punktu widzenia tradycjonalisty katolickiego. Lepiej zrozumiemy jego perspektywę, uświadomiwszy sobie, że cywilizacja katolicka (łacińska) inteligencji jako klasy społecznej nie zna. Jest w niej bowiem tylko kler oraz świeccy. Kler nie jest autorytetem w każdej dziedzinie, lecz tylko w zakresie wiary i moralności. I to właśnie odróżnia go od świeckich. Nie chodzi przy tym o nominalną przynależność, zgodnie z którą obecny episkopat Polski należy do kleru, choć ze świecą w nim szukać heroiczności cnót przywiązanej do stanu biskupiego. Idzie o udzielanie sakramentów, nauczanie i życie zgodnie z przypisanymi przez Magisterium Kościoła regułami. Kler wpaja zatem ludziom cel (zbawienie dusz) oraz realizującą go moralność, która steruje zachowaniem i współpracą jednostek, ucząc odróżniania celów od środków.
Moralność poza kilkoma zasadami tworzącymi cywilizację łacińską, jak dozgonna monogamia, rozróżnienie na władzę świecką i duchowną oraz na prawo prywatne i publiczne – zostawia jednostkom szerokie pole do samodzielnej aplikacji wyuczonych sprawności w codziennym życiu. Świeccy są kompetentni w swoich dziedzinach i nie mają ambicji kierowania społeczeństwem lub państwem, jeżeli akurat nie są jego monarchami (tj. specjalistami w dziedzinie rządzenia państwem). Laikat nie dąży zatem w państwie katolickim do sprawowania funkcji powszechnego autorytetu, bo taki poza samym Bogiem, nie istnieje. Taką właśnie „boską” funkcję uzurpowały sobie nowe elity i dlatego musiały zwalczać kler katolicki, który samym swoim istnieniem zaprzeczał wyłączności świeckiego autorytetu. Stąd też kołłątajowski paradygmat zniszczenia „tronów i ołtarzy”, powtarzający zresztą wezwania do „zniszczenia bezeceństwa” (tj. chrześcijaństwa), jakimi Wolter zwykł był kończyć adresowane do towarzyszy z lóż oraz koronowanych głów listy.
Konsekwencją odrzucenia katolickiej organizacji społeczeństwa jest totalitaryzm wyrażony w protestanckim haśle „czyja władza tego religia”. Władysław Gomułka wyjaśniał go Stanisławowi Mikołajczykowi jesienią 1944 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Znane są też późniejsze słowa Cyrankiewicza, grożące odcięciem ręki podniesionej na bezalternatywną władzę ludową. „Przedmiotem ich troski nie jest bowiem ani państwo, ani naród w aktualnej, realnej postaci – tak są odległe od ich rewolucyjnych ideałów, że właściwie nie ma czego żałować, kiedy to wszystko szlag trafia, pod jakąś Białą Górą czy Maciejowicami. Notabene, jakże to charakterystyczne, że obrazy klęski maciejowickiej cyrkulują później w drukach propagandowych z hasłem: „Finis Poloniae!” – własną przegraną, sromotną klęskę frakcji rewolucyjnej przedstawia się jako koniec Polski w ogóle” (str. 214).
Konsekwencją braku podziału na władzę duchową i władzę świecką jest, że od dekretów jednej władzy nie można się odwołać do drugiej. „Rewolucje eliminują kluczową dla naszej cywilizacji zasadę rozdzielenia władz, wynikająca wprost z dyrektywy ewangelicznej: Bogu, co Boskie, cesarzowi, co cesarskie. Rewolucja protestancka czyni to pod pretekstem walki o ‘czystą Ewangelię’, a rewolucja masońska – pod hasłem walki z ‘ciemnotą i zabobonem’ o ‘oświecenie ludzkości’. Efekt jest ten sam: wyrugowanie dualizmu władzy świeckiej i duchownej skutkuje wyeliminowaniem zbawiennej dla poddanych konkurencji i równowagi wpływów – w świecie łacińskim od decyzji księcia zawsze można odwołać się do biskupa, od decyzji cesarza – do papieża i odwrotnie. Rewolucja protestancka gwarantuje monopol władzy świeckiej ze wszystkimi tego konsekwencjami” (str. 98). W konsekwencji państwo staje się totalitarne także w sensie zakresu rządzenia. Stara się bowiem objąć swoją kompetencją wszystko. Rewolucyjna zasada jedności władzy, obowiązująca także w prawosławiu, protestantyzmie, czy islamie logicznie prowadzi do faszyzmu (wszystko w państwie) oraz globalizmu (wszystko państwem).
Powszechna religia człowieka
Nic lepiej nie oddaje atrakcji tkwiącej w rewolucyjnej mentalności niż bluźniercza filozofia Georga Wilhelma Friedricha Hegla (1770-1831). Widzi ona w państwie (z typowym brakiem logiki przede wszystkim w państwie pruskim) samo-poznającego się Boga. Boska samoświadomość jest przy tym per procura udziałem państwowych elit, bo przecież nie samego, pozbawionego świadomości państwa, jako takiego. To oznacza faktyczne ubóstwienie człowieka, co jest – przyznajmy – bardziej atrakcyjne niż wypominane przez Brauna bycie płatnym propagandystą na państwowym wikcie.
Przed taką samo-deifikacją człowieka Kościół katolicki bronił się do II Soboru Watykańskiego. Kapitulację wyraził dobitnie papież Paweł VI w przemówieniu na zakończenie soboru. „Świecki humanizm, w swoim okropnym antyklerykalnym wcieleniu, w pewnym sensie rzucił wyzwanie soborowi. Religia Boga, który stał się człowiekiem spotkała się z religią (bo takową jest) człowieka, który czyni siebie Bogiem. I co się wydarzyło? Czy było starcie, bitwa, klątwa? Mogło tak być – lecz tak się nie stało. […] Uczucie bezgranicznej sympatii do człowieka bez reszty zawładnęło soborem. Uwaga naszego soboru skupiła się na odkrywaniu potrzeb człowieka (a potrzeby te rosną stosownie do rangi, jaką syn ziemi sobie nadaje). Wzywamy was nowocześni humaniści, którzy odrzuciliście nadprzyrodzoną wartość rzeczy wyższych, doceńcie sobór choć za to i uznajcie nasz nowy rodzaj humanizmu: istotnie, my także, bardziej niż ktokolwiek inny, jesteśmy czcicielami człowieka” (podkr. W.K.).
Wraz z religią humanizmu do Kościoła wlało się wyżej wspomniane totalitarne rozumienie władzy. Za jej przejaw można uznać niedawne ekskomuniki dla tradycjonalistów z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X za wyświecenie biskupów bez zgody papieża. Ich szerokie uznanie w Kościele świadczy o tym, że katolicy nie odróżniają już władzy administracyjno – prawnej od władzy nauczania (Magisterium). Zasada, że wszystkie rozkazy papieża są nieomylne, nawet jeśli wzajemnie sobie przeczą, jest typowo rewolucyjna. Czyja władza, tego religia.
Słowa o tym, że II Sobór Watykański był „rewolucją francuską w Kościele”, wypowiedział z ogromnym entuzjazmem, celebrując triumf nowej teologii nad dotychczasowym porządkiem kardynał Léon-Joseph Suenens, arcybiskup Brukseli i jeden z głównych liderów liberalnego (progresywnego) skrzydła na soborze.
W literaturze przedmiotu ten sam fakt zidentyfikował i potwierdził kardynał Joseph Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI). W swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” (1985) określił on soborową konstytucję „Gaudium et spes” mianem „Anty-Syllabusa”. Ratzinger napisał wprost, że dokument ten stanowił próbę urzędowego pogodzenia Kościoła z zasadami roku 1789, czyli z dziedzictwem Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, które wcześniej Pius IX w „Syllabus Errorum” oraz kolejni papieże jednoznacznie potępiali.
Z cybernetycznego i historycznego punktu widzenia te porównania są trafne – soborowy zwrot oznaczał wdrożenie do wewnątrzkościelnej matrycy haseł rewolucji 1789 roku (wolność, równość, braterstwo) pod pojęciami wolności religijnej, kolegializmu i ekumenizmu, nad którymi bezlitośnie znęca się Grzegorz Braun. Kolejne tomy braunowskiej gawędy: tom 2, XIX wiek „Wielka gra i zwycięstwa prowokacji” oraz tom 3, 1877-1920 „Widma komunizmu i cuda nad Wisłą” zapowiadają dalszy ciąg historycznego śledztwa w sprawie polskiej drogi do religii światowej, drogi na której kościół polski ze względu na swoją specyfikę, okazał się prekursorem II Soboru Watykańskiego.
Zacytuję Państwu kilka ostatnich kawałków, które obiły się pewnie Państwu o uszy, ale obijały się w oderwaniu, osobno, tak jakby pojedyncze instrumenty narracyjnej orkiestry ćwiczyły w solo swoje kwestie. Ja spróbuję złożyć je w jeden utwór, by obnażyć pewną manipulację. Otóż tak właśnie tworzy się narracyjną manipulację: aby nie wyszło, że mamy do czynienia z całą orkiestrą, z rozpisanym na instrumenty zwartym utworem, nagrywa się w ludzkim umyśle pojedyncze ścieżki. Te mocą kognitywnych procesów scalają się w ludzkim mózgu w jeden utwór narracyjny i nagranie jest zakończone. Pacjent jest nagrany. Ale ponieważ nie dzieje się to naraz, przy całej orkiestrze, nie tylko nie widać jej samej, nie tylko nie widać, że to wielościeżkowy i rozpisany utwór, ale nie widać też… dyrygenta. Pozwólcie, że teraz rozczytam tę partyturę, najpierw po instrumencie, a potem spróbuję z Wami przysłuchać się tak zdekonstruowanej melodii.
Po pierwsze – jaki jest tytuł tej melodii: oficjalny i ten prawdziwy i ukryty, czyli co jest grane? Grana jest wojna. Co jest do uzyskania? Ano mnóstwo rzeczy: przykrycie nieudolności rządu prowadzącej do zapaści finansów publicznych, chęć skupienia ludu pod flagą atakowanego państwa, bez względu na jakość rządzących, zakłócenie niekorzystnego procesu wyborczego, pognębienie opozycji wciskaną jej niefrasobliwością, czy zrobienie ogólnopolskiego karnawału tropienia onucyzmu. Do tego dochodzą, najczęściej zlecone, cele globalistyczno-unijne, z których chyba najważniejszym jest użycie wrażenia zagrożenia, powtarzam – wrażenia, wojennego do przyspieszenia procesu centralizmu Unii i kontynentu pod osłoną cenzury na wzór czasów wojennych. Już tu wiele razy mówiłem, że po jeźdźcu Apokalipsy Zaraza przygalopował obecnie jeździec Wojna. Wszyscy zaś jadą na szkapach karmionych strachem. To jest główne paliwo tych obu procesów, z czego jeździec Zaraza zdaje się był tylko testem jak daleko można zajechać na obroku paniki. Testem zdaje się, że udanym, widząc teraz rącze cwały następnego konia – Wojny. Ten jest dźgany do galopu medialnymi ostrogami w dawkach o wiele bardziej przekraczających te promujące zabawnego wirusa z nie wiadomo skąd wziętymi przyssawkami.
Uwertura
A więc uwertura tego koncertu jest napisana na pięcioliniach strachu. Ale, jak to w uwerturze, pojawiają się tu pierwsze sygnały, wariacje przyszłych tematów. Tu, po pierwsze, trzeba – dla uproszczenia, ale i urealnienia – spersonifikować odgrywany temat. Mamy więc go – Putina. Tu jest centrum całego zła. Gdyby Putin wpadł pod walec w wieku dziecięcym – wszystko na świecie potoczyłoby się inaczej, czyli lepiej, bo gorzej już być nie może. Czasami jego, Putina, przywary rozlewają się na jego naród: ruskie, kacapy, zawsze z małej litery, pogarda do wschodnich ćwoków.
Ale bez przesady – nagrany globalnie widz musi być przygotowany na przyszłe zmiany, jeśli chodzi o stosunek do Rosji, nie może więc być nagrany na twardo i przeciwko każdemu kacapowi. No bo jak Niemcy – zaraz i to zimą? – będą chcieli wrócić z Rosją do business as usual, to nie mogą być spalone dziś wszystkie mosty, po których będą niedługo jeździć europejskie euro w jedną stronę, zaś paliwko z gazem – w drugą. Muszą też – odwrotnie – być hodowani dobrzy bojarzy i zły car, tak by któregoś z nich móc wyciągnąć w przyszłości za uszy, by z nim robić interesy.
W tej putinowskiej uwerturze pojawiać się zaczynają pewne elementy, rozwinięte później w części allegro i andante: jest to kontrapunkt. W sumie brzmi w całości jako całkiem sensowny akord, choć złożony jest z kognitywnego oksymoronu, odgrywanego w różnych tonacjach. Ten kontrapunkt polega na jednoczesnym naciskaniu wydawałoby się gryzących się dźwiękowo, a właściwie pojęciowo, klawiszy: jeden to klawisz strachu, drugi to klawisz zadowolenia z naszego przygotowania na niebezpieczeństwo. Wydawałoby się, że ten drugi niweluje brzmienie tego pierwszego, ale tak nie jest – to właśnie musi wybrzmieć razem: strach i tromtadractwo.
I tak jest z Putinem i Rosją. W tym samym dniu w narracyjnych rewelacjach raz jest ci on na ostatnich nogach i grozi nam śmiertelnie. Może nam zrobić kuku, ale my się nie boimy i tak potrząśniemy swoją kartonową szabelką, że kacapom walonki pospadają jak będą pociesznie uciekać za Ural. Z drugiej strony, w tym samym zdaniu, boimy się Putina i pogardzamy nim, nie tylko z powodów wyższości kulturowej, ale i pewności, że jak przyjdzie co do czego, to damy mu bobu. Tylko tym wciskanym mu w brzuch strachem przed nami motywujemy fenomen, że się jeszcze z nami nie zaczął. Po pierwsze – zbłaźnił się przegryw i utknął na Ukrainie, po drugie nie ma sił walczyć, bo gdyby miał, to… by nas zaatakował. Ma to przecież w genach ruskiego imperializmu.
I tak ten gryzący się akord mieszania sprzecznych rzeczy brzmi dumnie na chwałę naszej potęgi. Dlatego to się trzyma kupy – Putin jest słaby, ale i niebezpieczny. Ktoś kiedyś użył argumentu z „tamtej strony”, że choć słaby może w desperacji ugryźć, bo jest przyparty do muru. Trzeba się więc strzec przed zębami, ale nikt z tych „analityków” nie wyjaśnił jednego – skoro słaby, acz niebezpieczny, bo samobójczo zdesperowany, może dziabnąć przyparty, to po co go… przypierać?
A co, że my go nie przypieramy? No, jak – piszemy przecież, że dzięki naszemu wspólnemu wysiłkowi wojennemu właśnie go przyparliśmy i ledwo dyszy! To jest tak, albo siak. Jak by nie było w tej uwerturze, mamy dwa elementy – upostaciowienie tematu przyszłych wariacji i podstawowy akord dwóch sprzecznych motywacji naszych działań: strachu i lekceważenia jego źródła.
Allegro
Pora na allegro, a więc symfonia tu przyspiesza. Straszymy. Posłuchajmy Radka Sikorskiego: „Wojna jest już kinetyczna, jeżeli mamy wybuch rakiety manewrującej, na posterunku straży granicznej drżą szyby, a w województwach wyją syreny, to już nie jest jakieś tam blokowanie stron internetowych”. A dwa dni wcześniej – tu mamy już pełny kontrapunkt zaznaczony w uwerturze – tromtadracka pogarda: „Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu, nawet jeśli do tego potencjału nie wliczymy sił amerykańskich. Jeśli Ukraina wyłączyła połowę rosyjskich rafinerii w ciągu sześciu miesięcy, to my wyłączylibyśmy drugą połowę w sześć tygodni.”
Już na następny dzień po tej wypowiedzi dron rozwalił pociąg obok pociągu z VIP-ami wracającymi z kijowskiej konferencji, gdzie podobne dęcie w pustą dętkę swoich urojeń było na porządku dziennym. Na następny dzień miał więc Sikorski „sprawdzam”, ze strony Putina jak słyszymy, bo przecież to na bank on był z tymi dronami na przejściu granicznym. (Choć szury rozprawiają o dętej prowokacji, widowisku dla VIP-ów, które to Ukraińcy zgotowali, by jeszcze raz podkręcić termometr wojennej temperatury. O piątej rano Ukraińcy wiedzieli gdzie uderzy dron, który walnął dokładnie tam gdzie ostrzegali, tyle, że pół godziny później. Ale pal licho, może tam mają taki wywiad, że wiedzą gdzie celują Rosjanie zanim ich dron wystartuje). Czyli Rosja, jak słyszymy od samego Radka, zaatakowała kinetycznie, i to – też Radek – nie pierwszy raz, a my co? Nie zdjęliśmy rękawic? Nie odgryźliśmy się na rafineriach w sześć tygodni? Bez Amerykanów? To jak – jesteśmy tak silni i nie reagujemy, choć obiecaliśmy? Na drugi dzień zweryfikowano te nasze groźby i okazało się, że to zwykłe tromtadractwo.
Andante
Teraz andante, czyli część wolniejsza. Skoro postraszyliśmy, to teraz kontrapunkt: nie ma się czego bać bośmy silni, zwarci, gotowi. Następny cytat: „Absolutnie jesteśmy gotowi [do wojny]. To, co robimy, to tylko wzmacniamy naszą siłę, naszym pierwszym zadaniem jest odstraszanie.” – to wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka. Pani wiceminister „od SAFE” jest kolejnym, wręcz systemowym przykładem, rządu Tuska, który dowodzi prawdziwości tezy, w której palce maczał nasz Mikołaj z Fromborka: słabszy pieniądz wypiera lepszy. Wystarczy, okazuje się, parę grantów i stypendium w Niemczech, by stać się w Polsce bezpośrednim pasem transmisyjnym kasy z Najjaśniejszej do niemieckiej Najciemniejszej. A pas – jak to pas – nie musi nawet wiedzieć co po nim lata, ma tylko kręcić w jedną stronę.
Ta więc persona zapewniła nas głosem lekko drżącym (organizm jeszcze się broni przed wypowiadaniem najcięższych głupot z przekonaniem, pani nowa jest, uczy się dopiero) o naszym całkowitym przygotowaniu się do wojny. Zobaczmy więc, zaglądając do części tematów z części allegro – Radek mówił, że jak nas zaatakują, to się odwiniemy. To nie jest mistrzostwo odstraszania. Ono zaczyna się od publicznych gwarancji, nie deklaracji, że pierwszy cios w ogóle ustaniemy. Bo dopiero wtedy można się odwinąć, a więc popatrzmy:
Dzień po „deklaracji Sikorskiej” kiedy drony walnęły w przejście graniczne odezwały się syreny (hura!) w kilku wschodnich powiatach. Syreny informują o tym, że jest zagrożenie i żeby coś ze sobą zrobić. Inaczej nie miałoby to sensu i używalibyśmy ich tylko raz do roku, na 1 sierpnia. Jednocześnie (hura! hura, bo w przypadkach poprzednich ani syren, ani smsów nie było, albo były po fakcie) odezwało się RCB i przesłało esemesami ostrzeżenie. Ostrzeżenia brzmiało mniej więcej tak: „Zagrożenie atakiem powietrznym. Znajdź bezpieczne schronienie.” No, przy braku schronów i miejsc ukrycia i nawet wiedzy gdzie takie miejsca są, jeśli w ogóle są, to taki komunikat można przyrównać do dobrej rady, typu: na chłodny spacer weź szalik, albo – wojenne – trzymaj głowę nisko.
Scherzo, czyli część żartobliwa
No, ale gdyby nas zaatakowali to byśmy im wszystko zbili i nie trzeba byłoby się cywilom chować, taką mam (ich) koncepcję. Tak? No to popatrzmy. Panie Radek – w poprzednich przypadkach nic nie strąciliśmy, oprócz jednego dachu jakiemuś nieszczęśnikowi, zaś po każdym wypadku zbierał się na miejscu rząd i robił konferencję prasową, z której wynikało, że wszystko jest w porządku – tak miało być, miało wlecieć, walnąć gdzie Bóg da, bo my wiemy (może od Ukraińców?), że to spadnie na rzepak.
A jak dronów i rakiet będzie (jak na Ukrainie) atakować ze 200-300 na raz? Będzie tyle konferencji? Rząd się powieli? Bilokuje? Wyleci 300 odrzutowców i walnie w toto cały nas zasób z naszych wszystkich szesnastu patriotów? W 300 rakiet i dronów? Tak wytrzymamy napad, by się odwinąć?
No dobra – powiedzmy, że cywile się gdzieś tam upchali i odpowiedzieliśmy im naszymi „środkami napadu powietrznego”. Ok. Nawet nie chce porównywać potencjału obu stron – Rosji i NATO, tego bez USA, jak słyszymy. Nie mam zapędów sadystycznych porównywania przetrzepanych magazynów europejskich na fazę „długiej ręki” wojny ukraińskiej i rozhulanej od lat machiny rosyjskiego przemysłu pracującego w reżymie wojennym od czasu, kiedy zawaliła się Kremlowi koncepcja szybkiej operacji specjalnej. Proszę zajrzeć do doktryny rosyjskiej – Rosja zagwarantowała sobie reakcję nuklearną na wszelkie działania mogące zachwiać jej suwerennością lub kluczową i strategiczną infrastrukturą. Może więc do tej kategorii zaliczyć i atak na rafinerie. A to, że nie robi tego w stosunku do Ukrainy, to już jej suwerenna decyzja. I trzeba raczej zaglądać w oczy Putinowi i modlić się, by tego nie robił. I paradoksalnie – Putin moim zdaniem prędzej walnie nukiem w NATO, niż w Ukrainę. W Ukrainę nie może, bo surowo mu tego zabronił chiński partner. A jak NATO walnie Radkiem w rafinerie, to Putin nie będzie się musiał Xi tłumaczyć z odwinięcia, bo ten zrozumie.
No i same rafinerie, jako cel. Wiadomo – Rosję boli, bo to jej dochody. A czy zaboli świat i Polskę? No, zaboli i to śmiertelnie. No bo może pan Radek nie wie, że nasza ropa to w wielu przypadkach chrzczona przez marże pośredników ropa rosyjska. Ormuz stoi i stać będzie i jak jeszcze stanie Rosja, to nawet amerykańskiej ropy z Wenezueli może nie starczyć, a jak starczy to po paskarskich cenach. A więc te groźby to strzał w Radka, ale i w nasze kolano, za pomocą rakiety dalekiego zasięgu.
Grande Finale
Pora więc na finał. No i rozbrzmiał akord na całego, teraz już nie w pojedynczych liniach melodycznych, ale złożonych tu w jeden utwór. Jedni grają na strach, inni na lekceważenie jego źródeł, najgorsze, że są to czasami ci sami ludzie. I to jest całe clou. Wydaje się to niespójne: z jednej strony ten sam gość straszy wojną, z drugiej kłamie na żywca, przekonuje żeśmy gotowi i im pokarzemy, które to kłamstwo widzi dziecko w przedszkolu, które ostatnio musiało zbiegać do piwnicy, bo tak. Nic nie latało, nic nie świstało, nikt nawet nie ogłosił, że to ćwiczenia.
To jest ten kontrapunkt, który jest grany w celu wywołania zamieszania. Mamy się i bać, i olewać, czyli być podatni na bujanie od ściany do ściany. Przy takim bujaniu nikt nie spyta o podstawowe rzeczy: to gdzie mam biec na esemes z RCB, gdzie jest mój schron? Czy polskiego nieba będziemy bronić nad Ukrainą, wyprztykując się z naszych i tak rachitycznych zasobów środków obrony powietrznej? O czym dowiadujemy się od ukraińskiego MON-u, bo nam to nie honor się przyznać przed swoimi. Czy nasze dywizje – ile ich jest? – w ogóle wyjdą z koszar? Kiedy przyjdą nam z pomocą ci z NATO, jak słyszymy bez USA? Ilu ich będzie i czy będą chcieli umierać za Jasionkę?
Tylko bujanie, oliwione groźbą onucyzmu i wojenną cenzurą, jest w stanie powstrzymać lud od zadawania takich pytań. Drogi polityczne są zagwożdżone, nawet opozycja milczy w tej śmiertelnej ciszy współsprawstwa w nieprzygotowaniu. System przedstawicielski sam się wybrał, naród nie ma żadnego przełożenia na swoich reprezentantów.
A może to wszystko przygotowanie do wersji „pobite gary”, czyli: nikt nie chce pokoju? Takiemu Zełenskiemu rządzi się (i kradnie) pod parasolem wojny całkiem fajnie. Można się nauczyć lub/i brać przykład. Sytuacje ekstraordynaryjne są dla władzy najlepsze – znikają ostatki kontroli politycznej, systemowej i społecznej. Nikt władzy nie weryfikuje wyborczo – ba, można złapać kogo się chce za mordę za szpiegostwo lub tylko pożyteczny onucyzm. Mnożna przeciągać, wstrzymywać, przyspieszać wybory wedle woli, bankrutować kraj. Prowadzić komisaryczny nadzór nad państwem – w naszym przypadku chyba już tylko jako likwidator polskiej masy upadłościowej.
Koncertmistrz
Do tego potrzebna jest ta cała orkiestra, którą trzeba słyszeć na raz. Ale jest jeden wyjątek – nie dyrygent Tusk, ale koncertmistrz, pierwsze skrzypce: Radek Sikorski. Mam niepowstrzymaną pewność, że jego rewelacje to odreagowanie kompleksu atencjusza. Po prostu musi zabłysnąć, a więc wyrywa się do solówek, swoich własnych interpretacji tematów, by zawrócić w głowach zaskoczonej brutalną prostolinijnością przekazu publiczności. Ma mówić mało i mądrze – do cytowania. To, co ten gościu wygaduje wyzwala w rzeczywistości efekt odwrotny – wzbudza śmiech pogardy. Albo sypnie coś tajnego, a więc go (go! – Polskę!) nie zapraszają, albo walnie jaką tromtadracką bzdurę, z której nawet nie wiadomo jak się później inni mieliby tłumaczyć. Zachód to obśmiał z zażenowaniem, Putin popukał się w głowę swej rzeczniczki, choć część polskiego komentariatu zawyła z zachwytu jak to (słownie) Radek przywalił Putinowi, który się (jak Donek?) wściekł. Tak – poszło Putinowi w pięty i teraz nie wie, co ze sobą zrobić. Polska mu pokazała – na twitterze.
Radek chce zwrócić na siebie uwagę. Tak, polska dyplomacja, ba – racja stanu jest w rękach zakompleksionego typka, zakochanego w sobie z wzajemnością, którego skuteczność liczy sobie sam za pomocą zasięgów na platformach społecznościowych. Wicepremier, tak – wicepremier polskiego rządu, może i konkurent wobec Nawrockiego na najbliższą kadencję. Daleko zajechaliśmy panowie i panie. Ale samiście (samiśmy?) sobie winni i nie wyrzekać później mi (i wnukom), że wszystko przez jakiś marginalny dziś PiS, że miało być inaczej, a wyszło jak zwykle. Atencjusz z kompleksami w polską racją stanu w ręku.
W swoim wystąpieniu podczas wieczoru promującego najnowszą książkę “Ukropolin od A do Z” Krzysztof Baliński skupił się na bardzo niebezpiecznym, masowym zdobywaniu polskiego obywatelstwa..
◊
Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński
Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem?
Krzysztof Baliński i jego wieczór autorski w księgarni Multibook.pl
W swoim wystąpieniu poruszył następujące tematy:
– Jak Ukraińcy mogą w łatwy sposób zdobyć polskie obywatelstwo? – Ilu Ukraińców w najbliższym czasie ma szansę otrzymać polski paszport? – Kto nadaje obcokrajowcom obywatelstwo? – Czy w ogóle wiemy ile już przyznano paszportów obcokrajowcom? – Czy obecne, masowe wręcz rozdawanie polskiego paszportu można powstrzymać? – Czy prezydencki projekt ustawy o polskim obywatelstwie to krok we właściwym kierunku? – Po co Zełensky podpisał ustawę o wielokrotnym obywatelstwie i jaki znajduje się w niej haczyk?
Informacja, jaka dotarła drogą pantoflową, skłoniła mnie do konieczności weryfikacji. Chodziło o ustalenie obiektu szczególnego znaczenia, związanego z adresem warszawskim – według AI adres nie istnieje, albo budynek jest przeznaczony do rozbiórki. Jednak odmiennie sformułowanie pytanie, przyniosło potwierdzenie kojarzące się paskudnie.
Rzecz idzie o instalowanie na terenie Polski Ukraińców w ośrodkach deklarowanych jako ośrodki wypoczynkowe, które mają stać się miejscami „rehabilitacji weteranów”. Na zdrowy rozum – kraj wysyłający ludzi na wojnę powinien zapewnić im opiekę, skoro przeżyli, ale ponieśli uszczerbek na zdrowiu. Trudno akceptować, że znowu my mamy naprawiać to, co ktoś inny z premedytacją i z wyboru zmarnował.
Ogrom podłości w tej wojnie, jak i bliskowschodniej, podpowiada pytanie, gdzie jeszcze w Polsce są takie „ośrodki rehabilitacyjne” z przeznaczeniem dla weteranów batalionu posługującego się nieco zmodyfikowanymi symbolami podwójnego „S”.
Odpowiedź nadeszła w mig. Rząd, który odmawia, lub ogranicza polskim szpitalom wykonywania pełnego zakresu świadczeń, chwali się łaskawością dla żądań władz ukraińskich na stronie Gov.pl.
Kolejne źródła: DoRzeczy.pl i Kresy.pl, potwierdzają szczegóły roztaczanej szeroko opieki nad Ukraińcami, wymieniając fundację-patrona zwanego „Korpusem Weteranów”, działającego w Warszawie. Placówka powstająca w Warszawie (w rejonie Mokotowa) ma adres ul. Obrzeżnej 7 i „służy jako miejsce wsparcia dla byłych ukraińskich wojskowych oraz członków ich rodzin”. Zatem, adres istnieje i nie jest obiektem przeznaczonym do rozbiórki. „Korpus” w zestawieniu z weteranami, ma znaczenie kwatery głównej.
Źródła potwierdzają, że inicjatywa wiąże się ze środowiskami skupionymi wokół 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej oraz dawnego pułku Azow, co w mediach i debacie publicznej wywołało zarówno dyskusje o zasadności pomocy dla weteranów, jak i kontrowersje związane z historią oraz symboliką tych formacji.
Informując o zakresie pomocy, ujawniają się podobne ośrodki, oferujące wsparcie psychologiczne, doradztwo zawodowe (?!) oraz pomoc socjalną dla osób powracających z frontu. Nie ma raczej mowy o inwalidach, operacjach, rekonwalescencji, skoro głównym zakresem działania jest psychologia. Całkowicie podważa deklarowany charakter pomocy fakt współpracy organizacji pozarządowych z tymi ośrodkami, o jakim mówi strona rządowa.
Organizacje pozarządowe przejęły od dawna stery rządzenia Polakami, wnosząc forsowane przez nie ideologiczne ustawy krępujące nowym ładem rządy i samorządy lokalne. Krzycząc o prawach człowieka, odbierają wolność w każdej dziedzinie życia. Rząd afirmując ich rolę skapitulował przed odpowiedzialnością za rozległe szkodnictwo.
Rehabilitacja i inne formy wsparcia?
Prowadzone w Polsce również mniejsze, wyselekcjonowane programy medyczne i rehabilitacyjne dla żołnierzy z Ukrainy, często organizowane są w mniejszych grupach we współpracy z organizacjami pozarządowymi, głosi oficjalna strona.
Kiedy powstawały na Ukrainie laboratoria medyczne, tylko wtajemniczeni wiedzieli, że są to zakłady produkujące broń biologiczną. Jedną z pierwszych istotnych nowin w tej wojnie było przejęcie 27 takich obiektów z dokumentacją. Odkryte w nich zapisy potwierdzały pełną świadomość Amerykanów o nastąpieniu zbrojnej reakcji Rosji, dlatego już od stycznia 2022 roku, likwidowano, bądź wywożono zasoby laboratoriów z Ukrainy.
Kwestią jest więc nie tylko zaistnienie „Korpusu Weteranów” w Warszawie, roztaczającego wyłącznie opiekę nad członkami batalionu Azow, ale kontrola polskich władz nad nimi. Chyba, że ma być odwrotnie.
Skoro o bieżącym stanie państwa posługującego się nazwą własną „Ukraina”, Scott Ritter, w najnowszej wypowiedzi diagnozuje jego kondycję jako „będącego na wymarciu”. Z najnowszych danych z frontu wynika, że straty w ludziach na linii walk, liczone są w kolosalnej dysproporcji 36:1. Po co Polsce pozostałości niechlubnego Azowa, wyglądające na adopcję OUN/UPA. Gorzka ocena Rittera wynika z drastycznie prowadzonej „mobilizacji do walki”, która dosłownie sprowadzona jest do łapanki mężczyzn, a kobiety usiłują bronić ich ( matki, żony, siostry) brutalnie traktowane przez werbowników. Wiedzą one, że wysłanie na front jest gwarantowaną śmiercią. Tym bardziej niejasne jest kim są weterani poddani psycho-zabiegom i dlaczego ośrodki Azowców, rozproszone po naszym kraju leczą ich ze skutków wojny, do kontynuacji której politycy Polaków przekonują. Jakie zawody będą wykonywać po kursie reorientacji ze strzelca wyborowego, czy werbunkowego na …nauczyciela języka ukraińskiego, czy szkoleniowca w klasach, lub szkołach o profilu wojskowym?
Strona sprawdzamto.pl/artykul/2026-09/azow-osrodek-warszawa-korpus-weteranow, opisuje efekty swojej weryfikacji: „Ośrodka nie otwiera ukraiński Azow, a organizacja pozarządowa powiązana z ruchem azowskim. Placówka ma, według zapowiedzi, prowadzić działalność społeczną, nie militarną. Nie znaleźliśmy podstaw do nazwania Korpusu Weteranów organizacją faszystowską”.
Inne miejsca przeznaczone na ten sam cel, to na ogół ośrodki wypoczynkowe, takie jak Mrzeżyno (ośrodek SUS Travel) które gościły w ramach projektów rehabilitacyjnych grupy weteranów, oraz rodzin (228 osób w turnusie). Fundacja „Uniters” z prezes Viktorią Batryn, wspiera ukraińskich weteranów i ich rodziny. Finansującym przedsięwzięcie jest korporacja Lockheed Martin.
„Pobyt w Mrzeżynie nie ogranicza się jednak wyłącznie do rehabilitacji. Uczestnicy aktywnie włączają się także w życie lokalnej społeczności i wydarzenia patriotyczne organizowane w regionie. Już jutro polscy i ukraińscy weterani wspólnie wezmą udział w obchodach 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w Trzebiatowie. Później staną również na starcie III Trzebiatowskiego Biegu Pamięci Powstania Warszawskiego” – chwalą się organizatorzy. Czyli z wojny wyszli, by przypominać im inną wojnę; perwersja w rodzaju leczenia alkoholizmu klinem.
Zapomniana prewencja
Od początku trwania wojny, mądrzy wiedzą czym ona skutkuje. Kto na nią godzi się jako brutalną bijatykę międzynarodową, powinien zdawać sobie sprawę, jak uniknięcie wojny na drodze dyplomacji jest racjonalne i nie pochłania ofiar w ludziach, ani ich nie okalecza. Wojna jest wyborem polityków, ale dlaczego pokojowe społeczeństwo państwa sąsiadującego ma ponosić niekończące się koszty bijatyki idiotów?
„Defence 24” informuje w swoich analizach o skali strat zwycięskiej Ukrainy przyznając, jak ogromna jest skala zjawiska. Na Ukrainie liczba żołnierzy z doświadczeniem frontowym szacowana jest na 1,5 do 2 milionów osób, a systemowe wsparcie (w tym leczenie i protezowanie) zmaga się z ogromnym obciążeniem i brakiem wystarczających mocy medycznych.
Eksperci „Defence 24” wskazują na konieczność budowy głębokiego systemu opieki psychologicznej nad żołnierzami cierpiącymi na stres bojowy i traumę wojenną. Wokół środowisk weteranów pojawiają się projekty zagraniczne i lokalne (np. zapowiedzi tworzenia placówek wsparcia, lub ośrodków reintegracji), które w przestrzeni publicznej bywają również przedmiotem kontrowersji i debat geopolitycznych.
Tak dzielnie i programowo zagrzewać do atakowania potrafili wcześniej eksperci artykułami, by uzasadniać maczanie palców w skutkach wojennego bagna. Zgodnie z nazwą własną portalu, przydałoby się wydobyć z zapomnienia, że prewencja przynosi dużo lepszy skutek, a jest efektywniejszym mechanizmem obrony.
Po wojennych dokonaniach Azowców, aktualnej polityce polskich speców i ukraińskich, zamiast fałszywego miłosierdzia wobec skutków, do jakich doprowadzili, najwyższa pora na rozmowy o pokoju, by Ukraińcy wrócili do własnych rodzin i domów, by tam doznać błogości życia i odbudowy.
Wydaje się rozbieżny z intencją rehabilitacji, proces integracji weteranów z lokalną społecznością i współobecność polskich weteranów wojskowych misji zagranicznych na tychże turnusach. Wolałabym się mylić, ale suma zjawisk wokół inicjatywy bardziej przypomina szkolenia i wymianę doświadczeń pod chytrym zabiegiem rehabilitacji. Jeśli ktoś działa fałszywie jak zdrajca, kłamie jak zdrajca i wygląda jak zdrajca, to zdrajcą być musi. Wisienką na torcie jest w całym przedsięwzięciu Lockheed Martin, który „przejął” PZL Mielec włączając go w strukturę Sikorsky Aircraft Corporation w 2007 roku. Jego kwaterą główną jest siedziba w Stratford, stanie Connecticut USA. Jaką korzyść miałby plutokrata z rehabilitacji ludzi niezdolnych do zadań?
Przypadkowa zbieżność
Korpus Weteranów jest kolejną wrzutką migracyjną mającą oswoić Polaków z drwiną ekipy rządzącej i upokorzeniem, zarzucając ludowi rzekomy brak poczucia miłosierdzia. Napływ niedawnej fali migrantów w Ceucie zdestabilizował nie tylko lokalną ludność, ale odmienił hiszpańską politykę. Bazy amerykańskie, które nie dały gwarancji bezpieczeństwa krajom arabskim, nie dają także Hiszpanom, dlatego kontyngent w Hiszpanii został zakwalifikowany do redukcji i wyjazdu; podobnie zdecydowano o tym we Włoszech. Tym bardziej, że Izrael rozbrajająco szczerze przyznał, że stał za procederem chaosu w Ceucie.
Osadnicy w Palestynie pojawili się tylko po to, by z gwarancją posiadania broni przejmować pustostany i gospodarstwa po wypędzonych siłą palestyńskich właścicielach, dając tymczasową możność pobytu w obozach dla uchodźców. Uciekający przed wojną obywatele Izraela, starają się głównie zajmować atrakcyjne obiekty wypoczynkowe na Cyprze.
Kto jeszcze nie odkrył, że organizacja pozarządowa działa w sposób niezgodny z wolą społeczeństwa, co więcej – kodeksem karnym przewidującym karę za popieranie, propagowanie symboliki totalitarnej, nadal wierzy w charyzmat postaci filantropa z kręgów producentów broni. Należy tylko współczuć. [ Ale i przeciwdziałać ! md]
Opracowanie: Jola Na podstawie: Gov.pl, YouTube.com Źródło: WolneMedia.net
Wczoraj, 19 września, rozpoczął działalność ukraiński Korpus Weteranów. Wcześniej mogliśmy przeczytać na portalu kresy24.pl oraz https://dorzeczy.pl/ zapowiedź o rozpoczęciu działalności w Warszawie przy ul. Obrzeżnej 7 na Mokotowie. Organizacja ta została utworzona przez część wojska ukraińskiego wywodzącego się z batalionu ‚Azow’. Informacja na razie nie pojawiła się szerzej w mediach.
Jak pisze portal Kresy24 – Korpus Weteranów to organizacja skupiającą wojskowych, weteranów, członków rodzin poległych oraz osoby związane ze środowiskiem sił zbrojnych Ukrainy. Jej deklarowanym zadaniem ma być pomoc prawna, psychologiczna, a także zawodowa oraz wspieranie rodzin i reintegracja byłych żołnierzy.
Według oficjalnego komunikatu Lwowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armii Sił Zbrojnych Ukrainy. Na czele Korpusu Weteranów stoi Jan Kliszajew. Na oficjalnej stronie organizacji możemy przeczytać, że, jednym z jej celów jest przygotowywanie weteranów do działalności gospodarczej, społecznej i publicznej.
Problem w tym, że 3. Korpus Armii powstał na bazie 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej i jest dowodzony przez Andrija Biłeckiego, powołującego się w swych działaniach na Banderę, Konowalca i UPA. Ośrodek Studiów Wschodnich wskazał, że zarówno 3. Korpus Armii, jak i 1. Korpus Azow wywodzą się z ruchu neobanderowskiego, którego początki sięgają utworzonego w 2014 roku batalionu Azow. Członkowie Korpusu Weteranów nie kryją zresztą genezy ugrupowania. W materiałach organizacji pojawiało się zestawienie kolejnych etapów działalności środowiska Biłeckiego.
Mer Drohobycza Taras Kuczma przemawia pod pomnikiem Stiepana Bandery
Pisze o tym wydarzeniu żyjąca na uchodźstwie ukraińska historyk Marta Hawryszko:
„Tak więcAzow otwiera dziś swój własny przyczółek w Warszawie. Osoby związane ze środowiskiem oskarżonym o gloryfikację OUN i UPA, odpowiedzialnym za mordowanie polskich kobiet i dzieci; produkującym naszywkę‚Wołyńska Duma’ w środku już i tak toksycznego polsko-ukraińskiego sporu historycznego; rozpowszechniającym naszywki i mapy‚Wielkiej Ukrainy’, które sięgają obecnego terytorium Polski; oraz wychwalającym Dywizję Waffen-SS Galizien — związaną z pacyfikacją Huty Pieniackiej i innych polskich wsi — będą teraz miały kolejne miejsce, by zbierać pieniądze od Polaków”.
„Trzeba się zastanowić: kto to zatwierdził? Kto za tym lobbował? I być może najciekawsze: jak długo dokładnie to świadectwo historycznego masochizmu będzie działało w sercu Polski?” – zapytała Marta Hawryszko.
Na platformie strajk.eu mówi Bojan Stanisławski o banderowskiej ekspozyturze: „Jest to przykrywka do czegoś bardzo niebezpiecznego: mieliby zastraszać niepokornych Polaków? – To są psychopatyczni naziolscy mordercy. Zaczyna się robić niebezpiecznie na kryminalnym poziomie. To może być siłowy element dyscyplinujący polską opinię społeczną”.
Ze mną lepiej. Przejechałem dzisiaj na rowerze około trzydzieści kilometrów – część po leśnych drogach – i nie zmęczyłem się nadmiernie. Jeszcze miesiąc temu po takim dystansie byłem wyczerpany i parę godzin wracałem do sił. Taka jazda to dla mnie najlepszy czas, żeby przemyśleć różne problemy. Jazda była przyjemnością, ale w przemyśleniach pełno niepokoju, a przede wszystkim rosnąca obawa przed wojną. Nie ma we mnie tego psychicznego i fizycznego strachu przed wojną, który mieli ci, którzy jakąś wojnę przeżyli. Pamiętam to ze wspomnień mamy, która taki strach przeżyła jako kilkuletnie dziecko i to przeżycie było z nią do późnej starości.
Nie wiem na ile prawdopodobne jest wciągnięcie Polski do wojny, ale jestem przekonany, że taka groźba rośnie. Niestety na przestrzeni kilkunastu lat jesteśmy rządzeni przez idiotów, którzy robią wiele, żeby na nas wojnę sprowadzić, a nie robią prawie nic, żeby nas przed nią uchronić. Niewiele brakuje, by ci idioci stali się zbrodniarzami, ponieważ prowadząc do wojny w żaden sposób nie przygotowali do niej społeczeństwa.
Przedwczoraj w Stalowej Woli zawyły syreny. Ludzie na ulicy kompletnie się nimi nie przejęli. Znajomy opowiadał mi o pewnej dyrektorce szkoły, która niemal płakała mówiąc, że nie miała pojęcia, co zrobić z dziećmi. Rządzący idioci wysłali komunikat, żeby w czasie alarmu udać się w bezpieczne miejsce. Jednak rządzący idioci zarówno w państwie, jak i w mieście nie wskazali ani nie przygotowali żadnych bezpiecznych miejsc dla kilkuset dzieci z tej szkoły.
Stalowa Wola to siedziba największej zbrojeniowej fabryki w kraju. W razie wojny jest przecież oczywistym, że będzie jednym z pierwszych celów. Ci, którzy będą odpowiadać za unicestwienie Stalowej Woli będą zbrodniarzami. I nie będą to tylko ci, którzy wystrzelą rakiety, drony czy użyją innej broni, która zniszczy Stalową Wolę i zabije dzieci ze wspomnianej szkoły wraz z jej dyrektorką. Zbrodniarzami będą w równym stopniu ci, którzy wiedząc o katastrofalnym braku przygotowania Polski i Stalowej Woli do wojny wciągną nas w nią.
Mieszkam w linii prostej kilkaset metrów od Huty Stalowa Wola, czyli od największej fabryki zbrojeniowej. Jeśli Rosjanie przywalą czymś mocniejszym będzie po mnie. Gdybym miał możliwość, to bym się przeniósł w bezpieczniejsze miejsce. Niestety nie mam gdzie, ani nie stać mnie na znalezienie sobie bezpieczniejszego miejsca i nawet nie myślę o Hiszpanii czy Portugalii. Nie czuję jeszcze fizycznego strachu, ale świadomość, że w razie czego nie przeżyję zaczyna do mnie docierać. Nie chcę ulegać panice i cały czas mam nadzieję, że rządzący idioci nie są aż takimi idiotami, żeby świadomie wciągnąć Polskę w wojnę. Jednak ta moja nadzieja słabnie choćby z jednego powodu. Chodzi o to, że rządzący nami idioci są rządzeni przez obcych, których polecenia wykonują. Jak działa ten mechanizm? Ano według mnie tak…
Zaostrza się globalny konflikt między Chinami i USA. Generalnie Stany Zjednoczone tracą globalną hegemonię. Częścią tego konfliktu jest wojna rosyjsko – ukraińska. Rosja bez wsparcia Chin nie poradziłaby sobie. Z kolei Ukraina bez Zachodu już dawno przegrałaby. Ukraina przegrywa i świadomość tego mają rządzący Niemcami, Wielką Brytanią, Francją jak i przede wszystkim Amerykanie. Cały Zachód wie, że możliwości dalszego prowadzenia wojny przez Ukrainę są na wyczerpaniu. Nie mogą jednak pozwolić na to, by wyczerpanie Ukrainy zakończyło wojnę.
Dla nich wygrana Rosji jest niebezpieczeństwem w różnych wymiarach. Przede wszystkim wygrana Rosji grozi im utratą władzy we własnych państwach. W Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech ugrupowania polityczne przeciwne wojnie z Rosją rosną w siłę. Zwycięstwo Rosji może być kroplą przepełniającą czarę na ich korzyść. Dlatego dalsze prowadzenie wojny z Rosją staje się kwestią utrzymania władzy.
Dla Amerykanów zwycięstwo Rosji, to nie tyle zwycięstwo Rosji, co Chin. Dla nich korzystne jest, żeby Rosja się wykrwawiała, ale żeby oni nie ponosili tego kosztów, więc najlepiej cudzymi rękami wyciągać kartofle z ukraińskiego ogniska. I tu dochodzimy do roli w całej sprawie Polski, a w tym Stalowej Woli.
Coraz więcej wskazuje, że cały Zachód przeznacza Polskę do kontynuowania wojny w sytuacji wyczerpania się zasobów Ukrainy. Oczywistym staje się, że Zachód ma aż nadto instrumentów nacisku na idiotów rządzących Polską, żeby ci ściągnęli na nas tę katastrofę. To się już dzieje! Boję się, że to nabiera impetu. Przeraża mnie, że większość Polaków nie ma o tym pojęcia, również tych, których codziennie mijam na ulicach Stalowej Woli.
W tym roku z powodu choroby nowotworowej już porządkowałem i zamykałem swoje życiowe sprawy. Póki co uniknąłem najgorszego. Mam przypływ wisielczego humoru na myśl, że znowu powinienem zacząć te porządki, bo tym razem nie nowotwór, ale rosyjska rakieta na spółkę z idiotami rządzącymi Polską i Stalową Wolą mogą zakończyć moje rowerowe wycieczki.
A do Państwa dociera do czego prowadzą idioci rządzący Polską?
Andrzej Szlęnzak
========================
Panie kochany ! To nie tylko idioci, ale również zbrodniarze. To warto jednoznacznie napisać. MD
„Z flintą nos w pole wytknął, Rycerskim więc instynktom Dziś ujście daje rad. Huczy strzałów muzyka. Zając wszak zdrów umyka, Obławnik dostał w zad”
Wprawdzie gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondacrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro.
Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek, owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondacrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei? To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko że prezes Zondacrypto albo w ostateczności jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń. Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka: czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka. W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie: czy to z grona obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral?
Czy jest on narodowości prawniczej?
Na to wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada. Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondacrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.
Okoliczność trzecia
Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe.
Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania. A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w którą wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, którą potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea. Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią, zwłaszcza w sytuacji gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.
Co prawda podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Gierycha Romana może zachodzić konflikt interesów, bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana Wielce Czcigodny Sławomir Nitras co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek, uważa, że Wielce Czcigodny mec Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”.
Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”. Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państwa”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały. Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.
„A tam biegnie sarna, sarna, towarzyszu mój. Spuszczaj charta ze smyczy, niech sarenkę uchwyci, towarzyszu mój” – śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.
Polska. Kilka dni temu premier Donald Tusk powiedział:
„Otrzymałem w ostatnich godzinach dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA dotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach i tak, jak już na ten temat mówiłem i ostrzegałem od wielu miesięcy. Należy spodziewać się różnych scenariuszy i Polska i cała Europa musi być przygotowana na różne scenariusze, jeśli chodzi o sytuację nie tylko na froncie rosyjsko-ukraińskim, ale także na wschodniej flance UE”.
Na informacje te w nocy z czwartku na piątek zareagował szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz.
Przydacz powiedział:
„Nie było żadnego tajnego raportu CIA na biurku. Wymyślone kłamstwo, żeby zelektryzować opinię publiczną i przyszpanować. Paski naiwnych mediów grzały dwa dni. Nikt nie sprawdził, nikt nie zweryfikował. Kto mu uwierzy, gdy rzeczywiście coś się będzie miało wydarzyć?”
Ukraiński „Korpus Weteranów” zapowiedział rozpoczęcie działalności w Warszawie. Organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armijny dowodzony przez Andrija Biłeckiego.
Ukraińska organizacja „Weterański Korpus” zapowiedziała uruchomienie swojej placówki w Warszawie. Informację opublikowano na oficjalnym profilu organizacji na Facebooku pod hasłem „Korpus Weteranów – teraz także w Warszawie”. Otwarcie ma nastąpić 19 września podczas wydarzenia UA FEST przy ul. Obrzeżnej 7 na Mokotowie.
„Korpus Weteranów” jest organizacją skupiającą wojskowych, weteranów, członków rodzin poległych oraz osoby związane ze środowiskiem ukraińskich sił zbrojnych. Zajmuje się m.in. pomocą prawną, psychologiczną i zawodową, wsparciem rodzin oraz reintegracją byłych żołnierzy.
Według oficjalnego komunikatu Lwowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armijny Sił Zbrojnych Ukrainy. Na czele „Korpusu Weteranów” stoi Jan Kliszajew.
Sam 3. Korpus Armijny powstał na bazie 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej i jest dowodzony przez Andrija Biłeckiego. Ośrodek Studiów Wschodnich wskazuje, że zarówno 3. Korpus Armijny, jak i 1. Korpus „Azow” wywodzą się z ruchu azowskiego, którego początki sięgają utworzonego w 2014 roku batalionu „Azow”.
Także przedstawiciele samego „Korpusu Weteranów” odwołują się do tej ciągłości. W materiałach organizacji pojawiało się zestawienie kolejnych etapów działalności środowiska Biłeckiego: od „Patrioci Ukrainy”, przez „Azow”, po 3. Brygadę Szturmową i 3. Korpus Armijny.
Oficjalna strona organizacji deklaruje, że jednym z jej celów jest nie tylko pomoc weteranom w powrocie do życia cywilnego, ale również przygotowywanie ich do działalności gospodarczej, społecznej i publicznej.
Warszawska placówka ma działać w przestrzeni UA HUB przy ul. Obrzeżnej 7. Sam UA HUB przedstawia się jako centrum służące ukraińskiej społeczności w Polsce.
Na obecnym etapie nie ma oficjalnych informacji, by warszawski ośrodek „Korpusu Weteranów” miał prowadzić nabór do ukraińskich formacji wojskowych. Potwierdzone jest natomiast jego bezpośrednie powiązanie organizacyjne z 3. Korpusem Armijnym oraz genealogiczne związki tego środowiska z ruchem azowskim.
Ruch azowski od lat budzi kontrowersje z powodu obecności symboliki kojarzonej z nazizmem.
Francuski „Le Monde” informował, że podczas szkolenia żołnierzy 3. Brygady Szturmowej we Francji w 2023 roku u części wojskowych widoczne były swastyki, runy SS, symbole czaszek kojarzone z formacjami SS oraz nazistowskie gesty. 3. Brygada Szturmowa wywodzi się ze środowiska azowskiego i później stała się podstawą 3. Korpusu Armijnego dowodzonego przez Biłeckiego.
Na oficjalnych profilach 3. Brygady Szturmowej pojawiały się również fotografie żołnierzy z wewnętrznymi odznaczeniami przypominającymi emblemat 36. Dywizji Grenadierów SS „Dirlewanger”. Formacja ta podczas II wojny światowej odpowiadała m.in. za masowe zbrodnie na ludności cywilnej, w tym pacyfikację warszawskiej Woli podczas Powstania Warszawskiego.
Kolejne kontrowersje dotyczą nazewnictwa jednostek. W utworzonym w strukturach Korpusu „Azow” batalionie systemów bezzałogowych znalazł się pododdział „Nachtigal”. Nazwa nawiązuje do batalionu Nachtigall utworzonego podczas II wojny światowej przez niemiecką Abwehrę. Według przywołanej przez Kresy.pl Encyklopedii Holocaustu Yad Vashem członkowie tej formacji uczestniczyli we Lwowie, wraz z Niemcami i miejscowymi Ukraińcami, w zabijaniu Żydów.
O obecności nazistowskiej symboliki w jednostkach związanych z ruchem azowskim mówił również były holenderski ochotnik służący na Ukrainie. Twierdził, że widział w koszarach swastyki i inne symbole nazistowskie, a w części pododdziałów żołnierze mieli wykonywać nazistowski salut. W lutym 2026 roku ukraińska historyk Marta Hawryszko zwracała z kolei uwagę na przedstawiciela 3. Brygady Szturmowej używającego pseudonimu „Makar”, który miał publikować materiały z przerobionym symbolem SS „Dirlewanger” i uczestniczyć w szkoleniach środowiska oddającego hołd Waffen-SS Galizien.