Rzeczywistość okazała się parodią składanych ludziom wcześniej obietnic. Zamiast wolności mamy subtelną, wszechobecną formę kontroli umysłów. Zamiast prawdy – nieskończony szum, w którym najgłośniej brzmią wrogość i kłamstwo.
Każdego ranka miliony ludzi w Polsce, w Europie oraz w innych miejscach na świecie budzą się z tym samym, trudnym do zdefiniowania uczuciem. To nie jest zwykłe fizyczne zmęczenie, które mija po filiżance kawy lub przespanej nocy. To głęboki, egzystencjalny ciężar – poczucie, że świat wokół nas stał się permanentnie wrogi, niestabilny i niesprawiedliwy. Przez dekady wmawiano nam, że postęp technologiczny, globalizacja i powszechny dostęp do informacji przyniosą ludzkości wyzwolenie. Obiecano nam cyfrową agorę, na której wolne jednostki będą wymieniać myśli w poszukiwaniu prawdy.
Rzeczywistość okazała się jednak ironiczną parodią tych obietnic. Zamiast wolności otrzymaliśmy subtelną, wszechobecną formę kontroli umysłów. Zamiast prawdy – nieskończony szum, w którym najgłośniej brzmią kłamstwo i nienawiść. Ludzka cierpienie i krzywda zostały sprowadzone do roli powszedniego, algorytmicznego tła w serwisach informacyjnych. Należy przestać traktować ten stan jedynie jako dzieło przypadku, kryzys geopolityczny czy „naturalny etap rozwoju cywilizacji”. To, czego doświadczamy, to precyzyjnie zaprojektowany i bezwzględnie egzekwowany algorytm.
Współczesny świat nie jest rządzony przez karykaturalne postacie, które spotykają się w ciemnych pokojach, by knuć spiski przeciwko ludzkości. To archaiczne wyobrażenie, które mieszacze informacyjni chętnie podtrzymują, aby każdą próbę buntu i wyzwolenia ośmieszyć jako „teorię spiskową”. Prawdziwa władza ma dziś charakter bezosobowy. Kryje się za zimną architekturą algorytmów, strukturami funduszy inwestycyjnych, monopolami technologicznymi i mechanizmami rynków finansowych. To rozproszona sieć interesów, która działa według jednej, prostej zasady: maksymalizacja zysku i kontroli poprzez permanentne zarządzanie kryzysem. To aksjomat naszych czasów, który musimy wreszcie głośno nazwać po imieniu, by móc go przeciąć jednym, zdecydowanym ciosem.
Fabryka podziałów i mechanizm polaryzacji
Aby zrozumieć, jak działa ten mechanizm, na którym wspierają się elity globalne, należy przyjrzeć się surowcowi, na którym bazuje. Tym surowcem jesteśmy my sami – nasza uwaga, nasze emocje, a przede wszystkim nasz strach. W dawnym świecie bogactwo budowano na ziemi, złocie lub ropie naftowej. W XXI wieku najcenniejszą walutą stała się informacja. Algorytmy wielkich platform społecznościowych, które kontrolują cyfrowy obieg informacji, zostały zaprojektowane w jednym celu: utrzymać nas przed ekranami jak najdłużej.
Analityczne badania neurobiologiczne i beheviorystyczne bezlitośnie odkrywają bezlitosną prawdę: nic nie przyciąga ludzkiej uwagi skuteczniej niż gniew, oburzenie i lęk. Spokojna dyskusja, merytoryczna argumentacja i dążenie do kompromisu są z punktu widzenia systemu masowego zniewolenia nieopłacalne. One nie generują kliknięć, nie wywołują lawiny komentarzy, nie zatrzymują wzroku na reklamach. Dlatego system opart na cywilizacji dominacji celowo promuje skrajności. Codziennie jesteśmy karmieni spreparowanymi informacjami, które mają nas utwierdzić w przekonaniu, że nasi sąsiedzi, współpracownicy czy rodacy o odmiennych poglądach są naszymi wielkimi wrogami.
Sztuczna polaryzacja społeczeństwa to arcydzieło inżynierii społecznej dzisiejszych elit światowych. Skłóconym, przerażonym i podzielonym na zwalczające się plemiona społeczeństwem rządzi się najprościej, podobnie jak skłóconymi i walczącymi ze sobą Słowianami. Ludzie, którzy nieustannie kłócą się ze sobą o kwestie światopoglądowe, historyczne, kulturowe czy polityczne, nie mają wyższej wizji, by spojrzeć ponad, w górę i zobaczyć, kto ciągnie za sznurki tej marionetkowej sceny. Podczas gdy podzielona ludzkość siły w bratobójczych walkach i sporach, ukryta elita finansowa i informacyjna transferuje globalny kapitał, ogranicza swobody obywatelskie oraz monopolizuje kolejne sektory życia.
Gdy prawo staje się narzędziem ucisku
W tym perfidnym układzie sił tradycyjne instytucje państwowe, które z założenia miały chronić obywateli i stać na straży sprawiedliwości, zostały w dużej mierze skorumpowane lub zredukowane do roli wykonawców woli silniejszych. Prawo przestało być tarczą dla słabych, a stało się mieczem w rękach korporacyjnych i politycznych gigantów. Patrząc na to z perspektywy historycznej i prawnej, dostrzegamy przerażający proces: normy prawne są celowo komplikowane i zamieniane w nieczytelny labirynt, w którym odnaleźć mogą się wyłącznie ci, których stać na armie najlepiej opłacanych prawników.
Widzimy to na każdym kroku. Mały, lokalny przedsiębiorca jest niszczony przez biurokrację i bezwzględne kontrole za najmniejsze uchybienie, podczas gdy globalne korporacje legalnie unikają opodatkowania, transferując miliardy dolarów do rajów podatkowych. Obywatel domagający się prawdy jest inwigilowany i uciszany, podczas gdy instytucje odpowiedzialne za dezinformację na masową skalę zasłaniają się wolnością słowa lub tajemnicą korporacyjną. To nie jest błąd w systemie. To jest system w pełnej krasie.
Ta niesprawiedliwość rodzi potężny gniew, który elity potrafią jednak doskonale kanalizować. Zamiast pozwolić, by ten gniew uderzył w źródło ucisku, system przekierowuje go na kolejne mniejszości, inne grupy społeczne czy zewnętrzne zagrożenia. W ten sposób pętla cyfrowej iluzji zaciska się coraz mocniej. Ludzie dobrowolnie oddają swoje prawa i wolności w zamian za obietnicę bezpieczeństwa – bezpieczeństwa przed zagrożeniami, które ten sam system najpierw sztucznie wykreował.
Prawda jako miecz i tarcza
Stajemy dziś przed pytaniem: jak walczyć z przeciwnikiem, który dysponuje nieskończonym kapitałem, kontroluje infrastrukturę technologiczną i posiada monopol na dystrybucję informacji? Odpowiedź brzmi: należy uderzyć tam, gdzie system jest najbardziej wrażliwy – w jego globalną narrację. Każda tyrania, nawet ta najbardziej nowoczesna i cyfrowa, opiera się na jednym fundamentalnym warunku: posłuszeństwie i wierze rządzonych w nienaruszalność panującego porządku. Gdy ludzie przestają wierzyć w kłamstwo, system zaczyna pękać od środka.
Naszą bronią jest celne pióro, przenikliwa myśl, jasne zrozumienie, uczciwe i trafne słowo, zamienione w rycerski miecz prawdy. Do tej walki musimy wnieść intelektualną elegancję i szlachetny styl, który potrafi przebić się przez mur apatii. Musimy pisać językiem faktów, chłodnej logiki i empatii dla ofiar globalnego systemu. Każdy tekst, każdy ujawniony dokument, każde obnażone kłamstwo algorytmu to cios zadany prosto w serce cyfrowej iluzji.
To nie jest czas na dyplomatyczne półśrodki czy litość dla struktur, które bez mrugnięcia okiem niszczą ludzkie życia dla słupków poparcia czy wykresów giełdowych. Musimy działać z żelazną konsekwencją. Prawda oparta na twardych, niepodważalnych danych to jedyna siła, której elity informacyjne nie potrafią przekupić ani kontrolować. Mogą nas cenzurować, mogą blokować nasze konta, ale nie potrafią wymazać prawdy, która raz zakorzeniła się w ludzkich umysłach.
Higiena cyfrowa i wezwanie do działania
Sam opis problemu, choćby najbardziej płomienny, nie wystarczy. Prawdziwa rewolucja informacyjna wymaga twardej logistyki i pragmatycznego planu działania. Każda strategia musi mieć swoje przełożenie na rzeczywistość. Jeśli chcemy odciąć ukrytą elitę od jej źródeł władzy, musimy przestać karmić system naszą uwagą i naszymi danymi.
Pierwszym krokiem jest budowa całkowicie niezależnych, zdecentralizowanych kanałów dystrybucji wiedzy. Musimy wyjść poza platformy kontrolowane przez cyfrowych monopolistów. Czas na powrót do bezpośredniej komunikacji, do szyfrowanych sieci, do niezależnych wydawnictw i lokalnych grup dyskusyjnych. Musimy stworzyć alternatywną infrastrukturę informacyjną, której nie da się wyłączyć jednym kliknięciem w kalifornijskiej czy pekińskiej serwerowni.
Drugim krokiem jest radykalna higiena cyfrowa. Świadome odrzucenie sensacji, bojkot mediów żywiących się nienawiścią i polaryzacją, a zamiast tego wspieranie rzetelnego, niezależnego dziennikarstwa śledczego. Prawdziwa suwerenność zaczyna się w umyśle – w odmowie uczestnictwa w spektaklu strachu. Kiedy odmawiamy nienawiści wobec drugiego człowieka tylko dlatego, że podsunięto nam taki algorytmiczny skrypt, system traci swoją niszczycielską moc.
Kairos to termin, który w starożytnej Grecji oznaczał „właściwy”, „odpowiedni” lub „najlepszy” czas na działanie. Ten krytyczny, ulotny punkt zwrotny, w którym los stwarza okazję, nadszedł Teraz. Czasu mamy dokładnie tyle, ile potrzeba na przeciwstawienie się cyfrowej manipulacji i zmobilizowanie intelektualnych sił cywilizacji doskonałości, czyli prawdziwej spuścizny cywilizacyjnej Zachodu i całego świata.
Prof. W. Julian Korab-Karpowicz
Julian Korab-Karpowicz jest profesorem Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie oraz autorem wielu książek, w tym monografii Realizm polityczny: Ewolucyjna teoria stosunków międzynarodowych (Scholar 2026).
Tropienie analogii jest zwodnicze, ale w sumie pożyteczne. Zwodnicze, bo się trzeba zastrzegać coraz to, że są jakieś różnice, gdyż należy umysłom prostolinijnym, w tym własnemu, tłumaczyć, żeby nie przekładał wszystkiego dosłownie. Pożyteczne to jest nie tylko dla gimnastyki umysłowej, ale głównie po to, że widząc pewne analogie wobec zdarzeń już byłych można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć rozwój wypadków zdarzeń przyszłych. Tak samo jest z analogiami związanymi z migracją. Tą zachodnią i naszą, polsko-ukraińską.
Migracyjne przygody Zachodu
Najpierw zaczniemy od postawienia pewnej tezy, w oparciu o znane fakty. Mamy do czynienia na Zachodzie z różnorakimi falami migracyjnymi. Wszystkie one mają dwa uzasadnienia – jedno fałszywe, wykorzystywane do tego, by uzasadnić to prawdziwe, choć skrywane. Na razie mówimy o Zachodzie, później poszukamy w tym względzie analogii u nas.
Potrzeby migracyjne Zachodu były uzasadniane słabnącą demografią, zwłaszcza Starego Kontynentu oraz wstydliwym sekretem zachodniego dobrobytu – nie wszystkim się chce pracować, a zwłaszcza wykonywać prac niegodnych, gdy trzeba obsługiwać innych, czy sprzątać po nich. Po prostu „pany” europejskie nie chcą się już schylać, nie po to budowały swoje bogactwo, często wiekami łupiąc inne nacje, by teraz zamiatać, podawać do stołu czy wymieniać baseny przy łóżkach szpitalnych.
To był wstydliwy szczegół, zaś migracyjne potrzeby tłumaczyło się bardziej kwestiami wymierania, niż tego, że potrzeba nam ludzi do robót brudnych, bo my już coraz bardziej na sutych emeryturach. Mówiło się o demograficznej zapaści, nieodnawialności pokoleń i tym, że nas coraz mniej, ale tak naprawdę chodziło o sprowadzenie całych nacji do nas tu obsługi. Tak było do mniej więcej lat dziewięćdziesiątych. To była oficjalna wersja, ale powoli stająca się coraz bardziej fałszywą.
Demografia jako element destrukcyjny
Wszedł bowiem na pełnej petardzie aspekt kulturowy w wykonaniu globalistycznym. Mieliśmy ideolo multi-kulti, że „wszystkie kultury nasze są”, nie ma lepszych czy gorszych. Ale tu od razu był zgrzyt – nikt nie mówi (no, może niewielu) o tym które kultury są lepsze, czy gorsze, ale chodziło o to, że – przynajmniej według Feliksa Konecznego – dwie kultury nie mogą długo koegzystować bezkonfliktowo, a na dłuższą metę – nigdy. Projekt ideologiczny znacznie poprzedził realne fale migracyjne, ale i przygotował tzw. podglebie pod przyszłe fakty. Kiedy pierwsze łodzie ochoczo wypłynęły na zapraszające zawołanie kanclerki Merkel „Wir schaffen das!” wszystko na brzegu było już gotowe. Projekt globalistyczny, który jest w rezultacie rewolucyjny jak żaden inny, nanizywał na sznurek nowego wspaniałego świata destrukcyjne koraliki, jeden po drugim. Jednym z ważniejszych koralików była i jest dezintegracja państw narodowych, a cóż lepiej temu może służyć, niż kulturowa wojna pomiędzy migrantami o innej kulturze a tzw. goszczącymi, choć często bez udziału, lub nawet wbrew, tych goszczących woli?
Migracja, a właściwie jej bezwarunkowa akceptacja przy zaniku tu polityki wielu państw, była uzasadniana humanistycznie, czasami ekspiacyjnie – chociażby za kolonialne zbrodnie przodków danego goszczącego kraju. Te były unurzane we wstydzie za przemoc i wyzysk jakichś tambylców uprawiany pod pretekstem cywilizowania, a zwłaszcza pod pretekstem religijnego nawracania. Namnożyło się więc przewin sprzed wieków, które wciskane ludowi goszczącemu przez procesy globalizacyjne wywoływały u niego poczucie uzasadnionej winy i chęć rekompensaty. Pług migracyjny przeorał miedze spoistości narodowych i etnicznych, osłabił integralność demograficzną i kulturową. Przodowało w tej orce lewactwo, jako ideologia uzasadnienia nie tylko odkupienia klasowo-rasowych przewin, ale i realizacje misji zbawienia przez bożka równości. Nie od dziś mamy do czynienia tu z mariażem dotychczas sprzecznych intencji globalistycznego kapitału i lewackiej ideologii. Cele globalistyczne realizuje się pod sztandarami lewicowymi, gdyż przesłanie globalistów wprost (nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy) jest raczej niestrawne. Prędzej lud o farbowanych włosach nabierze się na bajki o równości i inkluzywnym odkupowaniu win rodziców, twórców systemowego suprematyzmu.
Demograficzna dyskryminacja pozytywna
Do tego doszły dwie kwestie wynikające z zasady dyskryminacji pozytywnej: pierwsza – narracyjna, że o migrantach nie można złego słowa powiedzieć. Druga – ważniejsza -, że ta nierówność zaczęła przeciekać nie tylko do procedur policyjnych ale i linii orzeczniczych sądów. Powstały dwie kategorie ludzi – goszczący i goście, z tym, że goście zaczęli mieć lepsze prawa niż gospodarze. Po prostu destrukcjonizm globalizmu dołączył do swego instrumentarium kolejny aspekt – rozpadu integralności narodu. W sensie narracyjnym widzimy to na przykładzie takiej Wielkiej Brytanii jak w soczewce. Na Wyspach siedzi za „mowę nienawiści” więcej ludzi niż w Rosji czy na Białorusi. Stworzono pojemny worek pojęciowy, procedury policyjne do łowienia i linie orzecznicze do skazywania głównie za kwestionowanie efektów polityki (bo samej polityki nie ma) migracyjnej. W mediach nie uświadczysz nic krytycznego na ten temat, nawet tożsamości narodowe, a więc i imiona sprawców wypadków są skrywane, co kuriozalnie – właśnie przy takiej anonimizacji powoduje skutek odwrotny – każdy wtedy „wie” kto, a właściwie jaka ukrywana rasa, dopuściła się występku.
To narracja, zaś gorsze jako się rzekło, staje się nierówne traktowanie cudzoziemców przez policję, prokuraturę i sądy. Przykład Polaka (Henry’ego Nowaka) zasztyletowanego w Anglii pokazuje jak to się kończy. Wystarczyło tylko, że pigmento-pozytywny morderca wskazał na rasistowski kontekst zachowań domniemanego agresora, a już policja zakuła zasztyletowaną i umierającą ofiarę. Myślicie, że ktoś za to beknął? Nawet nie wiadomo co się dzieje ze sprawcą. W sądzie doczeka się pewnie pobłażliwego traktowania, wszak to też ofiara naszego przecież systemowego suprematyzmu. My, biali wszystkiemuśmy winni. I nie można nic powiedzieć, bo z drugiej strony pilnuje wszystkiego całkiem już więzienny kaganiec cenzury i bańka się domyka.
Do tego dochodzi gargantuiczny wręcz socjal, preferencje w szkolnictwie czy dostępie do służby zdrowia i rodzą się dwie klasy. Proces ten trwa dość długo, by z jednej strony się już sprzykrzyć, ale i z drugiej strony wyprodukować całe pokłady samobójczej akceptacji. Nawet na poziomie głosowania za ugrupowaniami, które sprowadzają bezpośrednie zagrożenie na nasze domy i najbliższych. Widać to na zachwyconych, czy tylko zdziwionych, filmikach gości z Zachodu, którzy na polskich ulicach dziwią się, że tu można (jeszcze?) chodzić samotnie dziewuszce po nocy, ulice są czyste i nikt ci nie wchodzi na posesję, by cię obrabować, czy tylko się wysikać. Migracja stała się tematem politycznym, grupującym ludzi, którzy mają już tego dość, ale ten dekiel jest mocno przytwierdzony do gara poprawności – co prawda w takich wypadkach ciśnienie tylko rośnie, ale nie ma się co cieszyć, bo jak gar walnie, to w całości.
Polskie analogie
I teraz pora na naszą, polską analogię. My też tak my, ale od niedawna. Gościmy u siebie Ukraińców w dużej mierze od początku transformacji, ale ważne są dwie fale. Jedna – z kulminacją po 2014 roku i tzw. pierwszej wojnie ukraińskiej, miała charakter stricte zarobkowy. Nikt tu do nas stamtąd nie przyjeżdżał owinięty we flagi cierpienia, a tym bardziej roszczeń. Ta fala była nastawiona na asymilację, chciała się wtopić w polski żywioł. Ta emigracja jest najbardziej wroga, bardziej niż polskie ksenofoby, w stosunku do… drugiej fali ukraińskiej migracji, tej po 2022 roku. Ci pierwsi uważają, że ta druga fala psuje im cały dorobek, już nawet nie materialny, ale kapitał akceptacji przez Polaków. Roszczeniowe postulaty drugiej fali stają w sprzeczności w sumie z dezerterskimi motywacjami ich tu pobytu, zaś ostatnie wypadki, kiedy nabrały już charakteru otwarcie wrogiej ideologii banderyzmu, spowodowały, że konflikt polsko-ukraiński rozkwitł w formie wielkiego wora, gdzie obie strony wrzucają niewinnych Ukraińców, którzy po prostu chcieli sobie w Polsce ułożyć życie, a nie przynosić do Polski roszczenia w postaci rachunków krzywd, w dodatku zmyślonych przez kijowskich cwaniaków.
Kiedy na konferencji poświęconej Obronie Cywilnej rozmawiałem z wysoko postawioną mundurową Ukrainką i zeszło nam na banderyzm, dowiedziałem się, że nie ma na Ukrainie żadnej innej idei, która by zagoniła lud do okopów. Po prostu – państwo ukraińskie, jak słyszymy o grubo ponadtysiącletniej historii – nie dorobiło się żadnego innego etosu, niż idea czystości rasowej wolnej od historycznych ciemiężców. A więc ideologia banderyzmu jest używana taktycznie do mieszania ludowi okopowemu w głowach. By tam siedział i walczył, bo przecież powiedzenie mu, że walczy o dobrostan oligarchów mogłoby nie wywołać już takiego entuzjazmu. A jako, że mamy i w Polsce takich polityków (i to nie tylko mowa o Janie Marii Rokicie), którzy uważają, że na Ukrainie może rządzić i sam diabeł, byleby walczył z Rosją, to czemu się dziwić, że sami Ukraińcy używają tego do zaganiania do okopów kolejnych dostaw mięsa armatniego.
Order jako przełom
My z Ukraińcami, zwłaszcza po roku 2022 weszliśmy w wydeptane buty Zachodu. Wszystko jest takie samo – najpierw, do afery z Orderem było po zachodniemu. Pełna zgoda polityczna, preferencje socjalne, medyczne, szkolne, mieszkaniowe, daleko przekraczające wsparcie państwa wobec jego obywateli. Pełna na to zgoda w mediach i ławach sejmowych. Coś bąkała Konfederacja, ale nieśmiało, ośmielił ją dopiero Braun. Teraz „pożyczają” od niego na prawicy wszyscy, choć wielu – tak jak PiS – sami przyłożyli rączki do procesów, nad którymi dziś wylewają krokodyle łzy.
Przełom ukraińskiej omerty nastąpił z powodu afery z odebraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Tu pękła zmowa milczenia, już nawet nie chcę spekulować czy przypadkiem, czy po prostu PiS zobaczył z badań, że dalsze brnięcie w „sługi Ukrainy” podrzuca wyborców już tylko Braunowi, Nowogrodzka zdecydowała się otworzyć zatrzaśniętą dotąd tzw. „puszkę z Pandorą”. Tak czy siak mleko się rozlało i można było o tych ukraińskich przypadkach mówić, choć tylko – uwaga – w sferze pamięci historycznej. Bo w pozostałych kwestiach jest po staremu – tu oba plemiona służą na wyprzódki. Prapremier Czarnek tylko się zająknął o jakiejś ekwiwalentności pomocy dla Ukrainy i już musiał w przysiadach czyścić dywanik na karnym ochrzanie na Nowogrodzkiej.
Jedziemy po zachodniemu z małym wyjątkiem na to, że u takiego Niemca, to o innoziemcach może mówić źle tylko AfD, a u nas parę partii i telewizji, zaś w Anglii to w ogóle. Ktoś powie, że przecież tam na Zachodzie mamy do czynienia z konfliktem kulturowym, bo to inne ludy, inne kontynenty, inne kultury. My zaś mamy na głowie Słowian, z pewnym potencjałem jeśli już nie asymilacyjnym, to chociażby integracyjnym. I tu natrafiamy na pewien fenomen. Nasza kultura jest krańcowo odległa od ukraińskiej. Nie tylko dlatego, że to kultura turańska, a my jesteśmy łacińska, ale dlatego, że jest… gorzej.
Kwalifikacja Feliksa Konecznego wymaga tu pewnego omówienia.
[Sprostuję poniższe: Feliks Koneczny widzi na wschód od Polski nie cywilizację turańską, lecz potworną mieszankę cywilizacyj, czyli „kołobłęd” atrocinium magnum. I tak to jest. MD]
Kiedy słuchałem wykładu profesora Osadczego zorientowałem się, że nie jest tak do końca prosta ta turańskość Rosjan czy Ukraińców. Tam jest bardzo duży ładunek nihilizmu kulturowego, braku innych niż darwinowskie norm. Kto kogo, jak nie kopiesz – jesteś kopany, przed władzą nie fikaj, ta sama się wybiera – masz dwie drogi: bierność, albo ryzykowana walka o awans w strukturze wręcz mafijnej. Turanie to jednak jakaś kultura materialna, zaś tu nie buduje się niczego, Boga nie ma, życie pozagrobowe nie istnieje, a więc walczymy pazurami o materialną doczesność. I nie jako społeczeństwo, ale dostęp do szajki, która nim rządzi. Tak tam jest na wschodzie, za naszymi granicami. Nota bene –, żeby tu nie podbijać sobie bębenka, my zmierzamy w tempie stachanowskim w tym samym kierunku. Kulturowo nie mamy więc na razie prawie żadnych punktów stycznych, jesteśmy tak daleko od siebie jak sub-saharyjczyk od Hiszpana czy Belga.
Migracja jako kolejny dzielnik Polaków
Jak się zastrzegłem na początku – przyglądniemy się tutaj pewnym analogiom. Tak jak na Zachodzie kwestia migracji została użyta do celów politycznych, tak samo stało się i w Polsce. Wybrzmiało to oficjalnie właśnie po aferze z orderem. Ja się zastanawiałem – tu mnie chyba znowu przyćmiło, bo sprawa była prosta – jak z tego wyjdzie Tusk, ale okazało się, że samo zastanawianie się nad tym tematem dowodzi spadku mojej formy umysłowej. Przecież to proste – temat został wrzucony pomiędzy bieguny wojny polsko-polskiej, jak wszystko w tym kraju. Nie mogło być inaczej.
Tak jak na Zachodzie, tak i w Polsce, sprawa migracji od razu ładnie podzieliła społeczeństwo na część godną i cywilizowaną oraz na tę czarnosecinną i niegodną. I nie stało się to mimochodem, tylko w ramach przemyślanej operacji komunikacyjnej. Linia podziału została z premedytacją sfastrygowana nitką przemocy (niechby i słownej) wobec biednych Ukraińców. Przeciekło – vide Zachód – i do nas to inne traktowanie procedur policyjnych wobec Ukraińców, inne traktowanie w sądach. Nie tylko w przypadku przestępstw w wyniku konfliktów rasowych, ale przestępstw pospolitych w ogóle.
Ostatnie rewelacje ogłaszane przez ministra Żurka, że powołał ponad setkę prokuratorów do ścigania aktów przemocy wobec Ukraińców wpisuje się w zachodnie trendy. Nic tu nie mamy nowego, tyle, że przed aferą z orderem niby ani Polacy gremialnie nie bili Ukraińców, ani Ukraińcy nie bili Polaków. Wszyscy się kochali, a teraz jakoś przestali? Figę prawda – po prostu dęty problem znowu służy do dzielenia Polaków i zbieraniu pod flagą mniemanej przyzwoitości kolejnych wzmożonych zastępów pożytecznych ukrainofilów. Ale państwo się tu będzie srożyć w realu, tak jakby nie miało ważniejszych tematów niż ochrzanione prowokacyjne dziewuszki z autobusu.
Przy analogii z Zachodem mamy tu też podobną kwestię jak z AfD czy innymi partiami antysytemowymi. Migracja robi się naczelnym problemem i stanowi najpoważniejszy, bo powszechny problem establishmentu z ludem. Agenda migracyjna, tak jak klimatyczna, są wciąż w realizacji, przynajmniej europejskiej. Tu się nie odpuszcza, będą tylko zagadywać. A objawy tej polityki nasilają się, zwłaszcza po hiszpańskiej pokazówie w Ceucie, gdzie lud wziął sprawy w swoje ręce, za co ostrzelała go, tego ludu, policja. Wokół migracji będą narastały zrozumiałe i proste w przekazie partie polityczne, niechby nawet nazywane populistycznymi. Zobaczymy jak to będzie u nas – bo na razie problem jest w dużej mierze „tylko” ukraiński, zaś zaraz po wyborach – co za przypadek – otworzy się pakt migracyjny i do ukraińskich problemów dojdzie masówka CIC (Centrów Integracji Cudzoziemców), w tym centrów rozproszonych, gdzie ludek migracyjny będzie rozwodniony po okolicy, by nie drażnić obozowością, zaś będzie się spotykał jedynie na imprezach integracyjnych. Ot, żeby pogadać jak się żyje, wymienić know-how na temat kolejnych form socjalu i podzielić rachunkami krzywd ze strony goszczących, lub wysunąć kolejne roszczenia.
Pamiętacie?
Jest jeszcze jedna sprawa, tu sam siebie zacytuję z czerwca 2020 roku z mojego „Dziennika Zarazy”. Wpis z 4 czerwca: „Facet zachodzi ją z boku i nagrywa. Jest sama na chodniku. Zatrzymuje ją. Dziewczyna się boi. Facet mówi, że jest z „Black Lives Matter” i jego szef (tak, CEO, mówi o swej organizacji jako o firmie, w której pracuje) kazał mu zaczepiać takie osoby jak ona, by dać im szansę na kolanach przeprosić za swoje białych przywileje w duchu solidarności z gnębionymi czarnoskórymi (nie mogę użyć słowa na M z czytanki, bo mi Youtube nie puści). Dziewczyna klęka i przeprasza. Nie wiem czy dlatego, że się boi, czy dlatego, że tak myśli. A może tak myśli, bo się boi?
Ta dziewczyna to Ameryka. Na kolanach, przestraszona, bo widzi na ulicach i ekranach co z białymi robią obrońcy praw czarnoskórej… większości. A jeśli nie jest przestraszona, to co najmniej biorąca na siebie winy pra-pra-pra-ojców za zniewolenie czarnoskórych Afrykanów sprzed 200-300 lat. W Ameryce całe seriale takich ekspiacji: żołnierze Gwardii Narodowej i policjanci z jednostek szturmowych klęczą przed Afroamerykaninami i proszą o wybaczenie, całe rzesze zbierają się na ekspiacyjnych spędach i na kolanach błagają o zbawienie od grzechów swych supremacyjnych praojców. A paru czarnoskórych, stoi i patrzy się z satysfakcją na samoponiżenie swoich byłych panów. Zbiorowa histeria.”
Brzmi kuriozalnie, ale to fakty sprzed nieledwie sześciu lat. Tak sobie poczynało Black Lives Matter. „Myśmy wszystko zapomnieli…”, co? Teraz ci sami ludzie w Stanach mijają się na ulicy, zaglądają sobie po sąsiedzku przez płoty. Wcześniej zmuszani do lizania butów czarnoskórym kolegom z klasy czy sąsiadom. Jak się teraz żyje w USA po takiej zbiorowej ekspiacji? Nie wspominam o tym dla wątpliwej satysfakcji z zagonienia się Zachodu do kąta. Nie.
ULM
Uważam, że mamy wszelkie podstawy do powstania w Polsce ruchu Ukrainian Lives Matter. Wszystko jest jak wtedy w USA – pretensje do polskich praojców za okupowanie „odwiecznych ziem ukraińskich”, traktowanie z góry przez Lachów i są też, jak w Ameryce… grupy chętnych wzmożonych do klękania i lizania butów ofiar. I możemy mieć dużą chęć, jak domniemywam, naszych gości do takich form powetowania sobie za wmuszane poczucie wyższości „polaczków”, którzy ich nie szanują, używają do robót niechcianych i nie widzą ich (zdalnego) wysiłku zbrojnego w walce przecież o waszą, Lachów, wolność na polach Ukrainy.
Mamy tu wszystko na tacy, nawet widać potencjalnych przywódców, sponsorów i media wspierające. Brakuje jednego – Floyda. Pamiętajmy, że BLM zaczął się od uświęcenia ofiary, na którą wybrano porno-przestępcę, naćpanego męta, który terroryzował ciężarną kobietę przykładając jej pistolet do brzucha. Widać z tego, że ofiarą wyświęcająca cały ruch może być dosłownie każdy, nawet najgorsza szumowina. Wystarczy, że mu się coś przydarzy, a takie rzeczy można i zorganizować, jeśli tylko każą na siebie długo czekać.
Nieodwzajemniona miłość
Ostatnio, po aferze z Orderem, Kijów brał po uwagę dwa warianty reakcji. Umiędzynarodowienie kwestii „fali” przemocy wobec Ukraińców w Polsce – miano nas skarżyć do Unii i do trybunałów od praw człowieka, że u nas biją Ukraińców. Druga frakcja w Kijowie opowiadała się za dialogiem, to znaczy działaniami dyplomatycznymi i powołaniem grup roboczych od gadania o niczym. Wybrano układ hybrydowy – oficjalnie Kijów wzmógł narrację ofiary, jednak łaskawie spraw nam nie wytoczył. Podobno obawiano się, że jak dojdzie do skarg i procesów międzynarodowych to się Polacy wkurzą i realna pomoc, a nie pitolenie o historii, się skończy. Zaniechano więc dalej idących kroków.
Wydaje mi się jednak, że Ukraińcy przeceniają naszą możliwą reakcję. Nie ma takich możliwości, łącznie z międzynarodowymi skargami na Polaków, że się krzywo patrzą, by Polska przestała pomagać Ukrainie. Będziemy jej pomagać, nawet jak zrobi wszystko, żebyśmy przestali. Dla jej dobra i naszego, by ruskie tanki nie stały nad polskimi granicami.
Ukraino, tak cię kochamy, że nigdy nie przestaniemy, nawet gdybyś nas nienawidziła (o co małodusznie cię podejrzewamy). Mamy taką cwaną politykę, że nie masz na to rady – będziemy ci pomagać. Jesteśmy nieodrodnymi dziećmi Albina Siwaka, jedynego robotnika z KC PZPR, tego który przeprowadzał staruszki przez ulicę, nawet jak tego nie chciały.
[A to był mądry i odważny człowiek, tylko żydostwo tak go ośmieszało M. Dakowski]
Nazwa restauracji może budzić skojarzenia. Temat rozmowy również, tym bardziej, że głębia strategiczna towarzysząca pytaniu „Jak długo jeszcze będzie umierać Polska”, kryje w sobie wiele wariantów.
– Jak długo? Jak długo jeszcze mamy czekać ? – polityk prawie wykrzyczał swoje pytanie.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem – Odpowiedział Szarlatan. Na jego kostropatej twarzy pojawił się dodatkowy grymas znużenia. – Nie wiem… przystawiliśmy pijawki…
– No i co z tego?! – wybuchł po raz drugi polityk – pytam jak długo?
– Przystawiliśmy pijawki – kontynuował Szarlatan – z zachodu i wschodu, a całkiem nowa porcja czeka na transport z Afryki. Może… – zawiesił głos.
– Co „może”?
– Może trzeba będzie dodatkowo upuścić krwi, o wiele więcej niż zazwyczaj – dodał Szarlatan.
– Tym akurat zajmie się nasz… polityk przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – nasz przyjaciel.
– A to… nie powinno pana interesować – ton głosu polityka stał się wyjątkowo nieprzyjemny. Po chwili milczenia zadał kolejne pytanie – co jeszcze możemy zrobić?
– Dezintegrujemy, wprowadzamy chaos i strach, oddzielając jeszcze bardziej głowę od emocji i od tułowia. Głowa już w tej chwili nie kontroluje wgranych przez nas odruchów warunkowych… poza tym, od nowego roku planujemy nową szczepionkę…
– Co tam się dzieje? – rzucił niespodziewanie polityk do asystentki, wskazując na drugi, pogrążony w cieniu kąt Restauracji.
– Co tam się dzieje? – spytała asystentka przywołanego ochroniarza
– Informuję, że pani minister się gzi.
– Jak to się gzi? Z kim? – polityk nie krył zaskoczenia
– Nie wiem. Sprawdzić?
– Tak… czekaj! Nie teraz, potem … o czym to my… – zwrócił się do Szarlatana – to chyba byłoby na tyle. Za tydzień, w tym samym miejscu.
Szarlatan wstał, kiwnął głową i odszedł w milczeniu
– Jak on się nazywa? – spytał polityk, zwracając się do asystentki
– Szarlaten – odpowiedziała asystentka
– Jak? Szarlaten czy Szarlatan?
– Szarlaten – powtórzyła asystentka. – Tak jest w papierach.
– A kto robił kwerendę? AI? – spytał ironicznie polityk.
– Proszę wybaczyć, szefie, ale jaka to różnica? – odpowiedziała asystentka
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 6 września 2026 michalkiewicz
Powoli wakacje – również parlamentarne – dobiegają końca. Przed nami jeszcze rocznicowe uroczystości, związane z podpisaniem porozumień gdańskich między strajkującymi i rządem, no i oczywiście – z rocznicą wybuchu II wojny światowej, która rozpoczęła się od napaści Związku Ra… – ach, co ja piszę takie rzeczy! Nie od napaści Związku Radzieckiego, bo ten „wkroczył” (warto zwrócić uwagę, że Armia Czerwona na nikogo mnie napadała, tylko albo „wkraczała”, albo „wyzwalała”) – tylko od napaści na Polskę Niemiec – naszego obecnego sojusznika.
Jeśli chodzi o rocznicę słynnych „porozumień”, to warto przypomnieć, że wszystkimi wielkimi strajkami w roku 1980 kierowali tajni współpracownicy, jak nie Służby Bezpieczeństwa, to wywiadu wojskowego. W Gdańsku – Kukuniek, w Szczecinie – Marian Jurczyk, a w Jastrzębiu-Zdroju – Jarosław Sienkiewicz – i stosowne porozumienia też podpisali. Czy ten wątek zostanie w tegorocznych obchodach wyeksponowany, czy też pominięty, jako tak zwany „wstydliwy zakątek”? Myślę, że nikt tego wątku eksponował specjalnie nie będzie, bo to rzuciłoby cień na naszą młodą demokrację, skłaniając do podejrzeń, że jest ona podszyta bezpieczniakami, którzy również po sławnej transformacji ustrojowej na przełomie lat 80-tych i 90-tych, nadal stanowią najtwardsze jej jądro, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Podobnie może być z obchodami wybuchu II wojny światowej, Jak wiadomo, jest rozkaz, że wywołali ją „naziści”, który najpierw okupowali Niemcy, a potem – resztę Europy. Dzisiaj oczywiście o żadnej „okupacji” mowy być nie może, bo dzisiaj Europa „jednoczy się” dobrowolnie, chociaż niestety nie cała, bo są tu i ówdzie kraje, które sypią piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. Weźmy taką choćby Islandię, która nie tylko nie zagłosowała za Anschlussem, ale nawet sprzeciwiła się wszelkim negocjacjom na ten temat.
U nas coś takiego jest uważane za straszliwą myślozbrodnię, Niebu obrzydłą i Grzegorz Braun, m,in. z tego powodu ciągany jest po prokuraturach i niezawisłych sądach, a tu proszę – Islandia odmówiła nawet negocjowania warunków Anschlussu i nikogo z tego powodu nie umieszczono nawet w areszcie wydobywczym. Daleko z tolerowaniem takiej samowolki nie zajedziemy, bo jak tak dalej pójdzie to masy ludowe mogą sobie pomyśleć, że z tą demokracją to wszystko naprawdę, podczas gdy przecież wiadomo, że prawdziwa demokracja jest wtedy, gdy większość podejmuje decyzje jedynie słuszne. A które decyzje są jedynie słuszne? To proste, jak budowa cepa: jedynie słuszne są te decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty.
Szkoda, że ten wątek nie został wyeksponowany na obydwu konkurencyjnych piknikach; tym w Olszynie, zorganizowanym przez Volksdeutsche Partei i tym w Juracie, któremu patronował pan prezydent Karol Nawrocki. W związku z tym uwagę opinii publicznej przyciągały dwie rzeczy – po pierwsze – gdzie przyjechało więcej młodzieży i jakie towarzyszyły tym piknikom atrakcje. Piknik w Juracie ubarwił występ piosenkarza Skolima, przeciwko któremu zdrowe siły w partii podniosły, że śpiewa z niewłaściwego klucza, wskutek czego jego piosenek nie powinny słuchać dzieci. Nie wiem, czy śpiewał on tam swój przebój, że „rozkładam nogi twoje i biorę to, co moje”, czy też utwory bardziej umiarkowane – ale to nieważne, bo na pikniku w Olsztynie wystąpiła „Mery”, która w swojej piosence przechwalała się, że jest „suką”: „Koleżanki wege, a ja rzucam mięsem. Ujdzie mi na sucho, bo jestem suką”. Autorytety moralne próbują tłumaczyć, że jest to utwór „o poszukiwaniu miłości”. Wszytko to być może, bo „Mery” taktownie wystąpiła na estradzie nie na golasa, tylko w majtkach i biustonoszu – pewnie gwoli wyeksponowania swoich walorów intelektualnych – co stanowiło znakomite pendant do wystąpień dygnitarzy z vaginetu obywatela Tuska Donalda.
Obiecał on młodzieży, że obłoży ją podatkami – ale wszystkich przelicytował pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który powtórzył rozkaz Józefa Stalina: „ani kroku wstecz!” – oczywiście – przed „prawicą”. Potwierdził w ten sposób trafność przysłowia, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym potem trąci. Z kolei obywatel Tusk, najwyraźniej pod wpływem swobodnej atmosfery, przestał panować nad zaimkami i dał wyraz nadziei, że „we wrześniu” „musi mieć pewność”, że „nasi sędziowie” wejdą do Trybunału Konstytucyjnego. Trudno o lepszą ilustrację, że sędziowie dzielą się na „naszych” i jakichś takich nie naszych, a ci „nasi”, jeden przez drugiego, przechwalają się swoją „niezawisłością”, która w tej sytuacji oznacza całkowitą dyspozycyjność i zdolność do wszystkiego. Jakimi zaletami odznaczają się ci drudzy – nawet nie śmiem się domyślać – ale pewnie też zdolni są do wszystkiego.
A – jak pisałem – sezon łowiecki już się rozpoczął i dynamicznie się rozwija. Na razie prokuratura zgromadziła „twarde dowody” przeciwko prezesowi PKOl, panu Piesiewiczowi, którego w związku z tym niezawisły sąd – niewątpliwie „nasz” – w podskokach umieścił w areszcie wydobywczym pod pretekstem „obawy matactwa”. Ale jakie tu może być „matactwo” w obliczu takich „twardych dowodów”? Tajemnica to wielka – ale widocznie musimy zacząć się oswajać z sytuacją, gdy w walce o socjalistyczną praworządność będziemy co i rusz natrafiali na coraz to nowe tajemnice. Wszystko wskazuje na to, że w tym sezonie łowieckim pan prezes Piesiewicz jest zaledwie pierwszą zwierzyną na pokocie. Chodzi o to, że prezes Zondakrypto, świadek koronny obywatela Żurka Waldemara, pan Przemysław Kral, z bezpiecznego oddalenia w bezcennym Izraelu, będzie realizował społeczne zamówienia na rewelacje, zgodnie ze wskazówkami swoich pełnomocników: Wielce Czcigodnego Giertycha Romana i pana mec. Dubois. Na wszelki tedy wypadek, kandydaci na podejrzanych uwijają się wedle dostarczenia przykładów, że pan Kral futrował działaczy ponad podziałami. Na dowód czego pokazane zostało zdjęcie obywatela Tuska Donalda z koszulką Zondakrypto.
Jedynie pan Mateusz Morawiecki zachowuje w tej sytuacji spokój, oświadczając, że „niczego” się nie boi. I ja mu wierzę, bo skoro wykonuje trzecią część swojego zadania – obecnie w postaci neutralizowania PiS – to czy ze strony Volksdeutsche Partei, albo starych kiejkutów mogłoby spotkać go coś złego? Niechby tylko ktoś spróbował mu zaszkodzić, to zaraz przypomniano by mu, skąd wyrastają mu nogi. Skoro my to wiemy, to tym bardziej wiedzą to płomienni szermierze socjalistycznej praworządności – i dlatego pan Mateusz może w tym zamęcie zachować olimpijski spokój.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Jedni przez zagapienie, inni przez oszołomienie nie zauważyli, że mamy ordynarną recydywę. To, co było jeszcze niedawno na poziomie anegdoty, dziś przybrało formę realnej opresji sądowej na razie w formie „śmiesznie niskich” wyroków – grzywna pieniężna, prace społeczne, trzy miesiące więzienia… „śmieszne wyroki”… czy jakikolwiek wyrok sądowy za mówienie prawdy może być powodem do tak niefrasobliwych określeń?
“Za komuny strzelano , a w neokomunistycznej trzeciej eRP nikt do nikogo nie strzela”
„Nikt do nikogo” czyli władza nie strzela do Polaków. Nie musi. Wystarczy seryjny samobójca, a ten przecież nie robi w hurcie, lecz w detalu, nie będąc mocno zapracowanym, bo też nie musi. Ale przecież każdy kto chce może puścić wodze fantazji, co by było, gdyby… gdyby na polskie ulice wyszli przeniesieni w czasie demonstranci z lat pierwszej komuny.
Dziś władza dmucha na zimne czyli prześladuje osoby, które wygłaszają publicznie swoje opinie. W czasach stalinowskich mówienie prawdy o Rosjanach i Żydach było surowo karane. Nie można było też źle mówić o ustroju i sojuszach. W 1968 roku polskie chamy odsunęły od koryta żydokumunę, a stan ten trwał do jej ponownego, oficjalnego powrotu do polityki czyli do 1989 roku.
Dziś Rosjan zastąpili Ukraińcy ochraniani przywilejem nietykalności i tolerancji represywnej prawie w takim samym stopniu jak Żydzi i w podobny sposób jak „migranci”. To element wojny kulturowej mającej na celu stłamsić w Polakach poczucie godności i tożsamości, poczucie sprawczości i świadomości bycia gospodarzem we własnym kraju. Władza, która upokarza i terroryzuje prawowitych, rdzennych mieszkańców danego kraju, okradając ich na rzecz obcych, traci mandat.
Zasięgi ideowe prawicy – co to jest?
Wśród znaczących bytów politycznych o niepodległości bez limitów i wolności ograniczonej jedynie dekalogiem mówi tylko KKP. Inne środowiska wyrzekły się tej idei lub poczyniły kompromitujące kompromisy. Stąd wzięło się określenie, którego ostatnio użyłem „targowice różnych prędkości”. Bez odzyskania niepodległości równoznacznej z restytucją polskiej państwowości, wszystko inne stanie się jedynie pozorem.
Europoseł Konfederacji Wolność i Niepodległość Ewa Zajączkowska-Hernik alarmuje, że Ursula von der Leyen chce zlikwidować prawo weta dla państw członkowskich w sprawach międzynarodowych. W ocenie polityk to „ogromne zagrożenie dla Polski”.
Zajączkowska-Henrik we wpisie w mediach społecznościowych wskazała, że pomysł von der Leyen zyskał poparcie już wśród 11 państw – na czele z Niemcami. Wyjaśniła też, co oznacza zniesienie prawa weta w sprawach międzynarodowych.
„Jeśli dopną swego to już żadne państwo w pojedynkę nie będzie mogło się sprzeciwić np. wielomiliardowym pożyczkom dla Ukrainy na koszt nas wszystkich. Dziś chodzi o Ukrainę, w przyszłości mogą być to inne kierunki i inne powody, ale strumienie forsy będą mogły płynąć bez oporów. Zniesienie jednomyślności w głosowaniach ws. polityki zagranicznej, a najlepiej we wszystkich obszarach, to mokry sen Komisji Europejskiej i Niemców, który odebrałby nam resztki suwerenności” – stwierdziła europoseł Konfederacji.
„Po wyborach na Węgrzech von der Leyen wypaliła, że «powinniśmy wykorzystać ten impet, żeby ruszyć naprzód w tym temacie». Teraz okazuje się, że Niemcy mają dziesięć kolejnych państw (Francja, Austria, Belgia, Dania, Finlandia, Francja, Hiszpania, Luksemburg, Holandia, Rumunia i Szwecja) i już oficjalnie apelują o likwidację prawa weta 🤯” – dodała polityk.
W kontekście unijnych pomysłów Zajączkowska-Hernik wskazała na wypowiedź szefa polskiego MSZ Radosława Sikorskiego. – Myślę, że polskie społeczeństwo poprze rezygnację z jednomyślności w niektórych obszarach – powiedział cytowany przez nią minister.
„A ja myślę, że nie poprze. I powiedzcie mi kim trzeba być, by z pełną premedytacją popierać odebranie Polsce prawa weta w wielu sprawach, abyśmy jeszcze mocniej byli pod niemiecko-brukselskim butem?” – napisała.
„Mało tego. Przypominam, że antypolscy europosłowie z KO, Lewicy i PSL już pod koniec kwietnia zdążyli głosować w Parlamencie Europejskim za przepisami dążącymi do odebrania http://m.in. Polsce prawa weta w niektórych obszarach, co znalazło się w poprawce do projektu budżetu UE!
„Ci ludzie są w stanie sprzedać Polskę w moment! Dlatego przyszłoroczne wybory w naszej Ojczyźnie będą fundamentalne. Bądźmy tym państwem, które stanie w obronie suwerenności i zdrowego rozsądku! 🇵🇱” – podsumowała europoseł.
Organizatorzy zapraszają 3 października 2026 roku do siedziby Lubelskiego Domu Technika NOT, przy ulicy M. C. Skłodowskiej 3 w Lublinie.
Temat Kongresu: Wolny świat wobec współczesnych przemian.
Obrady będą poświęcone zwłaszcza wolności w gospodarce, w medycynie, w życiu społecznym i politycznym. Jak podkreślają przedstawiciele Stowarzyszenia Inicjatyw Naukowych – „na polskie problemy chcemy spojrzeć w szerszej perspektywie historycznej i międzynarodowej”. Oprócz celów edukacyjnych Kongres służy też szerokiej integracji środowiskowej, promowaniu ciekawej książki oraz zdrowej żywności.
Obrady otworzy o godzinie 9:00 prof. dr hab. Ryszard Zajączkowski, a kwadrans później rozpoczną się wykłady, które będą prowadzone w trzech wątkach tematycznych:
wolność w gospodarce, wolność w medycynie i rolnictwie, wolność społeczna i religijna.
O 15:30 organizatorzy planują otworzyć panel dyskusyjny pod nazwą „przyczyny i kierunki współczesnych przemian geopolitycznych”.
O godzinie 17:30 uczestnicy zostaną zaproszeni na wieczór filmowy, podczas którego przedstawiony zostanie obraz Jacka Międlara „Sąsiedzi. Ostatni świadkowie ludobójstwa na Polakach. Część 3 – Exodus”. Po projekcji odbędzie się dyskusja z udziałem autora filmu i dr Lucyny Kulińskiej.
Wszystkie koszty wydarzenia pokrywają jego uczestnicy. Gwarantuje to wolność słowa i dostęp do prawdziwej, niezmanipulowanej wiedzy. Organizatorzy proszą o udział, udostępnianie informacji oraz wsparcie finansowe, którego można udzielić pod adresem zrzutki celowej tutaj.
Analizując mainstreamowe media przedstawiające kluczowy łańcuch dowodów „rosyjskiego” ataku dronowego w Lipsku z 4 sierpnia, przeżywam déjà vu. Sześć lat temu mieliśmy podobną sytuację. Wtedy była to wojna biologiczna ze światem, dzisiaj trwają przygotowania do wysłania mięsa armatniego, a raczej dronowego, na sztucznie sprowokowaną gorącą wojnę. Jakie są podobieństwa?
Politycy i media używają identycznych skoordynowanych argumentów prowojennych;
Telewizyjni „eksperci” przeżywają swoje po-kowidowe odrodzenie, zamieniając białe fartuchy na mundury;
Jednomyślnie zaprojektowana propaganda przedstawia jasny obraz sytuacji: to Rosja zastępuje wymyślonego wirusa;
Bezalternatywne rozwiązanie: śmiercionośne szczepionki zastąpiono eskalacją wydatków na zbrojenia;
Bezwzględne eliminowanie wszelkich głosów sprzeciwu – cenzura prowojenna zamiast proszczepiennej.
Rzucanie oskarżeń wobec Rosji bez dowodów, zastąpiło nieuczciwy proces porwanego przez władze niemieckie adwokata Reinera Füllmicha;
Dzisiaj Bergamo jest wszędzie tam, gdzie atakują „rosyjskie” drony;
Strach przed wirusem został już zapomniany – teraz trzeba się bać Putina.
O czym to świadczy? O ludziach, którzy stoją za takimi planami wojennymi.
11.08.2026 r. Zakłócenia na lotnisku w Hanowerze spowodowane przez drony kilka dni po znalezieniu materiałów wybuchowych w Lipsku. Tak właśnie działa zaplanowana akcja propagandowa.
Mark Rutte, Emmanuel Macron, Ursula von der Leyen, Alexander Stubb, Giorgia Meloni, Pedro Sánchez, Ulf Kristersson i inni czołowi politycy nie pojawiają się razem przed kamerą – a jednak brzmią, jakby wszyscy napisali tę samą deklarację. Impulsem do tego politycznego chóru ze strony NATO jest incydent na lotnisku Lipsk/Halle 4 sierpnia: dron uzbrojony w ładunki wybuchowe został odkryty w pobliżu ukraińskich samolotów transportowych. 1 września rząd niemiecki przyznał odpowiedzialność Rosji, powołując się na śledztwo policyjne, techniczne podobieństwa do poprzednich operacji oraz ustalenia wywiadu. Co jednak kluczowe, dowody łączące państwo rosyjskie z próbą ataku nie zostały jeszcze upublicznione; nie aresztowano żadnych podejrzanych. Niemniej jednak przywódcy NATO i UE już mówią o udowodnionym ataku rosyjskim.
Niemieckie służby odnalazły na lotnisku w Lipsku szczątki drona i materiały wybuchowe. Czy tego drona sprowadziły tutaj jakieś inne służby?
Z tej propagandowej akcji widać wyraźnie stereotypowy obraz o rosyjskich możliwościach militarnych, jaki mają ci podżegacze wojenni. Ten dron, który zderzył się ponoć z ukraińskim samolotem transportowym, był wyposażony w ładunek wybuchowy typu Semtex, który jednak nie wybuchł. Ach ci Rosjanie pewnie piją za dużo wódki i nic im nie wychodzi! Biorą się za akcję prowokacyjną, która mogłaby przynieść im jedynie straty taktyczne, wizerunkowe i polityczne.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
<Jeśli podoba Wam się to, co piszę, bardzo pomogłoby dalszemu rozpowszechnianiu tych artykułów, gdybyście je udostępniali Waszym znajomym na mediach społecznościowych.
W dawnych czasach znacznie łatwiej przychodziło określić, kto jest zwycięzcą wojny niż dzisiaj. Zdobyte twierdze, traktaty pokojowe jednoznacznie wskazywały, kto wygrał. Po odsieczy wiedeńskiej polskiego króla Jana III Sobieskiego cesarz austriacki Leopold I niechętnie przyznał zasługę polskiemu monarsze.
Jednak stracenie niefortunnego przywódcy tureckich wojsk wezyra Kara Mustafy w roku 1683, jednoznacznie świadczyło o tym, kto był przegranym tamtej wojny.
Egzekucja Kara Mustafy Paszy w Belgradzie w 1683 roku. Źródło.
Dzisiejsi „zwycięzcy” wojen sami sobie tworzą sukcesy, dzięki opanowaniu mediów, głównie telewizji. Ukraina od blisko pięciu lat stoi tuż przed zwycięstwem nad Kremlem. Propaganda odnosi sukcesy wśród bezkrytycznych odbiorców telewizyjnej papki kłamstw, zaprzeczeń i przede wszystkim przemilczeń niepasujących do narracji zdarzeń.
Podobnie pokazuje swoje „sukcesy” Trump, wypowiadając kompletne brednie na temat upadającej gospodarki, armii i możliwości wojennych Iranu doskonale wie, że kłamie. Cóż innego mu pozostało niż utrzymywać przynajmniej część swoich wyborców przy nadziei niemożliwego zwycięstwa.
Drugim odbiorcą tych konfabulacji jest wspólnik – Izrael. To dla uspokojenia Netanjahu przeznaczone są groźby Trumpa wobec Teheranu.
Dlaczego Trump tak desperacko potrzebuje porozumienia z Iranem?! Scott Ritter. Polska ścieżka dźwiękowa.
Nawet jeśli to prawda, że Trump walczy z głębokim państwem, nie usprawiedliwia to popełnianych z jego rozkazu zbrodni wojennych. Oczywiste jest, że żadna wojna nie jest możliwa bez ofiar. Jednak wspieranie mordowania niewinnych cywilów pod pretekstem walki z terroryzmem jak w Strefie Gazy lub z kartelami narkotykowymi na morzu Karaibskim jest niewybaczalnym przestępstwem.
Palestyńska dziewczynka Israa al-Hassi zginęła z rąk izraelskich sił zbrojnych w Deir al-Balah, w środkowej części Strefy Gazy.
Deptanie tradycji nietykalności negocjatorów, nadużywanie pertraktacji w celu przygotowania się do zdradzieckiego ataku nie świadczy o szlachetności polityków, którzy pragnęliby być wzorcem w stylu bohaterów z westernu. Nie dość, że jest to podła zbrodnia, jest ona wyjątkowo bezmyślna i będzie miała konsekwencje podczas przyszłych negocjacji.
Prezydent Iranu Massud Pezeshkian podpisał w niedzielę umowy o współpracy w ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SCO). Jest to odpowiedź na plany USA blokady gospodarczej Iranu.
Amerykanom pali się dosłownie grunt pod nogami w Zatoce Perskiej. Rząd iracki stanowczo odrzucił propozycję Stanów Zjednoczonych dotyczącą utrzymania kontyngentu sił koalicyjnych w kraju po upływie terminu wyznaczonego na 30 września.Źródło.
Jesteśmy świadkami upadku zachodniej cywilizacji wojny ze słabszymi. Nadchodzi nowy porządek świata. Miejmy nadzieję, że nie jest to porządek zgodny z planami Klausa Schwaba.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
============================
<Jeśli podoba Wam się to, co piszę, bardzo pomogłoby dalszemu rozpowszechnianiu tych artykułów, gdybyście je udostępniali Waszym znajomym na mediach społecznościowych.
Największe kłamstwo III RP i jej pseudoelit polega na wmówieniu Polakom, że obie sylaby popisu prezentują jakąś inną jakość i mają przeciwstawne cele. Niezależnie od osób liderów i zmiennych nazw, obie siły należą do tego samego układu, do Loży Okrągłego Stołu, ukonstytuowanego w Magdalence, a wymyślonego wcześniej, w jakichś kabalistycznych lożach. Celem obydwu sylab popisu jest władza oscylacyjna, czyli cykliczna zamiana miejsc między rządem i opozycją, zawsze w tym samym układzie, wokół wspólnego punktu. Jest nim Socjalistyczna Okupacja Likwidacyjno Transformacyjna, polegająca na stopniowej likwidacji struktur państwa i transformacji narodu w zasób.
Obraz tytułowy: Danse Macabre z klasztoru dominikanów w Bernie, Niklas Manuel Deutsch, 1516-1520 LINK
=========================================
Taniec śmierci III RP
Ad mortem festinamus peccare desistamus – ku śmierci spieszymy, grzeszyć zaniechajmy – tak głosi refren słynnej pieśni, zapisanej w El Libre Vermell, rękopisie Czerwonej księgi, przechowywanym w benedyktyńskim klasztorze Montserrat.
Kodeks pochodzi z 1399 r., jednak niektóre utwory znacznie są wcześniejsze. Ad mortem festinamus, czyli taniec śmierci to jeden ze standardów epoki, zwanej średniowieczem, w której ludzie mieli świadomość przemijania czasu i nieuchronności śmierci. Ówczesna skłonność do grzechu miała więc swoje granice – śmierć, czyli praktyczna realizacja trzeciej zasady termodynamiki. Tak wierzono w średniowieczu i jeszcze później, dopóki trwały w umysłach wpływy chrześcijaństwa. Później jednak, w ramach modernizacji życia, dokonywanej pod skrywanym kierownictwem masonów, pozostających pod subtelnym wpływem żydowskiej Kabały formalni chrześcijanie uwierzyli w żydowską gnozę, co oznacza, że czują się bogami, uważają się za nieśmiertelnych i zachowują się tak, jakby mogli wszystko.
Tak właśnie działają zarządcy Zachodu, w tym politycy USA i Europy, a wśród nich politycy w Polsce, tworzący grupę trzymającą III RP. Obce im są prawa Boskie, chętnie łamią prawa natury, a prawo stanowione dowolnie tworzą, zmieniają i łamią. Przyzwyczaili się do własnej bezkarności, która wywodzi się z pozornej bezalternatywności ich rządów. Zastosowali model gnostyckiej dialektyki, który nazwałem Trójprostytucją, w którym w państwie działają dwie duże siły polityczne, mające własne media i żelazne elektoraty. Na co dzień zwalczają się zaciekle, rozniecając potężne emocje i wzajemną wrogość w obydwu elektoratach. Ich politycy prezentują się na przemian jako postępowcy lub konserwatyści, mogą jednak dowolnie zmieniać przynależności partyjne i głosić po jakimś czasie coś odwrotnego.
Wobec swoich zwolenników i przeciwników posługują się debilizacją, ogłupiając ich do tego stopnia, że przez emocje nie dostrzegają ich nieustannego kłamstwa. Stabilność systemu zapewnia trzecia, mała siła polityczna, przyklejająca się raz do jednej, raz do drugiej dużej. Wszystkie te siły polityczne i media oraz dyżurni pseudoeksperci zarządzani są przez talmudyczne siły spoza jakiegokolwiek kraju. Nawet bowiem państwo Izrael podlega temu sterowaniu. Wybory są łatwe do zarządzania i przewidzenia, i tak tanim kosztem gnostycy zarządzają Zachodem już od XIX wieku, coraz bardziej odbierając sprawczość narodom, coraz mocniej im szkodząc, coraz głębiej wpychając w hańbę i samo-upodlenie. To zemsta za odebranie wybraństwa, zburzenie Świątyni i rozproszenie.
Największe kłamstwo III RP i jej pseudoelit polega na wmówieniu Polakom, że obie sylaby popisu prezentują jakąś inną jakość i mają przeciwstawne cele. Niezależnie od osób liderów i zmiennych nazw, obie siły należą do tego samego układu, do Loży Okrągłego Stołu, ukonstytuowanego w Magdalence, a wymyślonego wcześniej, w jakichś kabalistycznych lożach. Celem obydwu sylab popisu jest władza oscylacyjna, czyli cykliczna zamiana miejsc między rządem i opozycją, zawsze w tym samym układzie, wokół wspólnego punktu. Jest nim Socjalistyczna Okupacja Likwidacyjno Transformacyjna, polegająca na stopniowej likwidacji struktur państwa i transformacji narodu w zasób. Dwa są warunki jej trwania: bazowanie na zasobach własnych i brak świadomości ludności. Bazowanie na zasobach własnych polega na tym, że ten proces musi być prowadzony własnymi siłami, tak, aby ludzie myśleli, że wszystko jest normalnie i im służy, aby uniknąć jawnej okupacji wojskowej lub nawet politycznej. Wszystko to obsługują więc politycy udający Polaków i realizację polskiego interesu, wykorzystujący krajowe systemy sterowania, w tym administrację, sądy, policję, wojsko, edukację, służbę zdrowia i inne. Rolę obcych wojsk, które byłyby konieczne w klasycznej okupacji wypełniają własne systemy, które ludność akceptuje właśnie z tego powodu, że są własne, dlatego jest to samo-okupacja. Ktoś mógłby skontrować, że przecież w Polsce stacjonują wojska sojusznicze NATO. Na to odpowiem, że owszem, są to oddziały okupacyjne, lecz jest ich zbyt mało, aby utrzymać kraj tej wielkości. Nawet Armii Czerwonej było za mało, i służyła głównie temu, aby pilnować Wojska Polskiego, gdyby coś komuś przyszło do głowy. Drugi warunek to brak świadomości ludności, że polityka kolejnych rządów jest samobójcza dla państwa i narodu. Osiąga się to licznymi metodami debilizacji i dezinformacji, ogłupiając, rozpraszając i odwracając uwagę, podsuwając pozorne cele, wskazując zagrożenia, które sami wymyślają lub prowokują. I wszystko to cały czas pod dyktando gnostyków. Nawet własnego rozumu używać nie muszą, wystarczy im ślepe klepanie instrukcji i wykonywanie poleceń, podawanych przez sms jako przekaz dnia. Tak działa debilokracja, o której piszę w Wesołym wymieraniu, księdze trzeciej Poradnika świadomego narodu, już niedługo w druku. Tam nie trzeba mądrych, lecz przeciwnie, cnotą jest głupota. Polityczny mainstream III RP może mieć wspólny szyld: „Głupszych nie było”.
To wszystko jednak do czasu, ad mortem festinamus, trzecia zasada termodynamiki działa również na władzę. Ludzie, którzy odrzucili Boga i przyjęli gnozę uważają co prawda, że są wszechmądrzy i wszechmocni, a ich poddani niczego nie rozumieją, nie zrozumieją i sami bez gnostyków niczego nie zrobią, są jednak w błędzie, wynikającym z pychy. Ludność Polski akceptuje debilokrację z jednego powodu: niepisanego i domyślnego kontraktu społecznego. Fundamentem III RP nie jest bowiem układ z Magdalenki, czyli sitwa Żydów z Żydami, lecz przekonanie Polaków, aby dali sobie spokój z władzą, dali spokój władzy i zajęli się swoimi prywatnymi sprawami.
W zamian za to kamaryla III RP zaoferowała Polakom to, czego im od bardzo dawna brakowało: konsumpcję. Nie tylko PRL miał tu duże ograniczenia, wcześniej była wojna, jeszcze wcześniej odbudowa po poprzednich wojnach, jeszcze wcześniej zabory. Polakom pokazano bogactwo wszelkich dóbr w telewizorach, w kolorowych pismach z Zachodu, przykładem katalog Burda, w przekazach tych, którym pozwolono wyjechać na saksy na Zachód. Gdy Trójprostytucja zaoferowała Polakom dostęp do tego, w zamian za utratę wszystkiego, co nie należało do nich prywatnie, Polacy na to przystali i zawarli z Trójprostytucją kontrakt. Brzmi on tak: Polacy: wiemy, że jesteście złodziejami i zdrajcami, wiemy, że wasza polityka to bagno, ale machamy na to ręką i nie wtrącamy się, bylebyśmy mieli osobistą konsumpcję i swobodę wyjazdów zagranicznych. Trójprostytucja: ok, my się wszystkim zajmujemy, a wy niczego nie musicie robić, będziecie zadowoleni. Rousseau miał jednak sporo racji, umowa społeczna jest możliwa, tyle że zawsze zamieni się w swoją własną patologię, w Trójprostytucję, w debilokrację, w talmudyczne rządy gnostyków.
Zawsze jednak nastanie kres tego, a dla III RP nie majaczy on mglisto na horyzoncie, ale nadciąga niczym światło pociągu w tunelu. Gnostycy bowiem mają swoje plany, a teraz musieli przyspieszyć, bo im się pozawalały, i próbują improwizować. Starają się więc wykorzystać wszystkie swoje aktywa, w tym III RP i jej debilokrację. Celem dla nas była zamiana Polski i Ukrainy w Ukropolin (kto pamięta jeszcze wspólne mistrzostwa Euro 2012?), ale stopniowa i niezauważalna. Sprawa jednak się rypła, dlatego teraz mamy robione na szybko metodami szokowymi. Polacy to zaczęli w końcu zauważać i zaczynają się stawiać. Dlatego rządy III RP próbują używać przemocy, czego przykładem jest sotnia prokuratorów Żurka do ścigania Polaków za mowę nienawiści. Skutek jednak będzie odwrotny, bo im więcej prześladowań i represji, tym więcej stawiających się Polaków. Nie wystarczy już jedna Sotnia Żurka, potrzebne będą kolejne, i w końcu zabraknie kadr.
To jednak nie koniec problemów III RP. Gnostycy chcą rozszerzyć wojnę ukraińską, bo potrzebują jej, aby utrzymać Unię Europejską i potężną spółkę z Zeleńskim do prania pieniędzy. Wykorzystują do tego Nową Chazarię oraz rządy w Polsce i państwach bałtyckich, tam mają bowiem posłuszne aktywa polityczne. Jednocześnie chcą się nachapać, okradając Polaków z czego się da, zadłużając państwo, niszcząc gospodarkę i podrażając koszty życia. Polacy dotąd to akceptują, bo wciąż mają tą swoją prywatną konsumpcję, tą małą stabilizację III RP. Nie da się jednak w nieskończoność okradać Polski, jest jakiś próg, poza którym zabraknie szmalu na rozdawnictwo i zacznie się niedobór. Dlatego w ręku mają uniwersalne rozwiązanie: stan wojenny, jak w latach 80-tych.
Poza tym gnostycy muszą jeszcze dbać o resztę Europy, a tu we Francji wybory na wiosnę przyszłego roku, w których może wygrać Le Pen, i wtedy zacznie się szybka jazda do rozpadu UE. Stan wojenny w Polsce mógłby bardzo pomóc jeszcze trochę przytrzymać Europę w talmudycznym uścisku unijnym. Nie pierwszy raz jakaś polska wojenka służy do załatwiania spraw na Zachodzie, większość naszych powstań temu służyła.
Wojna lub chociaż stan wojenny w Polsce nie będzie więc służył tylko władzom III RP, aby się utrzymać, ale gnostykom, aby utrzymać Unię i Ukrainę w swoim ręku. Jeśli bowiem ktoś nie wesprze Ukrainy, ta w końcu będzie zmuszona uznać władzę Rosji. Widzimy więc, ile jest powodów, aby uruchomić w Polsce stan wojenny, a do tego będą potrzebne jakieś działania wojenne. A to bez Rosji się nie uda, dlatego najbardziej oczywistym sposobem jest prowokacja tak duża, aby Rosja została zmuszona do jakiejś formy ataku na jakieś państwo NATO.
Jest w tym jeden problem. Wówczas gwałtownemu zatrzymaniu ulegnie konsumpcja w Polsce, a jej niezakłóconość jest warunkiem umowy społecznej III RP. Atak Rosji na Polskę najpewniej będzie realizowany według wzorców, sprawdzonych już na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie: punktowe uderzenia na infrastrukturę krytyczną, centra zarządzania i węzły logistyczne. Będą one skuteczne, ostatnie kilka lat pokazało, jak bardzo państwo polskie jest odsłonięte i podatne na ataki, w tym sabotaż i dywersję. Dopóki jednak życie zwykłych obywateli płynie swoim leniwym nurtem, nic gwałtownego w Polsce się nie dzieje. Jeśli jednak uruchomią to, co zapowiada premier i ministrowie, czyli wojnę z Rosją, ostatnio w ciągu najbliższych 8 miesięcy, czyli akurat na wybory we Francji, wówczas konsumpcja, a w jej ramach poczucie dobrostanu ulegnie gwałtownemu załamaniu, a wtedy nikt nie wie, co się wydarzy.
Na pewno nastanie chaos, a władze nie będą w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb ludności. W krótkim czasie mogą nastać bardzo gwałtowne wystąpienia, a funkcjonariusze władzy zaczną zwalczać się między sobą. System władzy szybko się rozpadnie, wściekły tłum rzuci się do gardeł decydentom, i przeżyją ci, którzy zdołają uciec z Polski, co wcale nie będzie łatwe, bo tych ludzi nie będzie chciał przyjąć nikt na świecie, nawet ich mocodawcy. Jeśli bowiem politycy III RP zdecydują się na wejście Polski do wojny z Rosją, wszyscy natychmiast wskażą ich jako winnych Trzeciej Wojny Światowej. Zostaną okrzyknięci jako podżegacze wojenni przez swoich sojuszników, i być może wykończeni przez własnych podwładnych. Jeśli więc ludzikom tym wydaje się, że jakieś ich plecaki ucieczkowe zapewnią im przetrwanie, srodze mogą się zawieść.
Coś z tego zapewne się wydarzy, gdyż debilokracja uruchomiła takie procesy, których nie jest już w stanie zatrzymać ani kontrolować. Ludność III RP zostanie zaś brutalnie i boleśnie wytrącona ze swego letargu, a wówczas władza znajdzie się na ulicy. Paradoksalnie największym beneficjentem upadku systemu władzy III RP będzie środowisko polityczne Grzegorza Brauna i Korony, do którego ja również się zaliczam. Jednak to właśnie my robimy wszystko, aby powstrzymać wojnę, bo nie chcemy ludzkich cierpień. Nie chcemy cierpień Ukraińców, życzymy im pokoju, aby mogli wrócić do swojej ojczyzny. Chcemy, aby wojna z Rosją zakończyła się jak najszybciej. Nie chcemy przemocy w Polsce ani w żadnym innym kraju. Nie chcemy obalania siłą ustroju i władzy, bo to oznacza chaos i zaburzenia, a my jesteśmy państwowcami i legalistami. Nie chcemy, aby politycy w Polsce, nawet najbardziej winni padali ofiarami samosądów. Chcemy dla wszystkich sprawiedliwości, a od ferowania wyroków są sądy, które powinny być sprawiedliwe, a nie talmudyczne. Nie nawołujemy do przemocy, nawołujemy do pokoju, opamiętania i nawrócenia.
My nie zdestabilizujemy sytuacji w Polsce, my nie obalimy ustroju, nie obalimy władzy w sposób nielegalny, nie będziemy powodować ani nawoływać do przemocy. Ale jeśli władza obali się sama, będziemy wiedzieli, co zrobić. Politycy w Polsce obu sylab popisu nie mają alternatywy dla tego, w czym biorą udział. Oni nie wyobrażają sobie żadnego innego ustroju ani innej polityki. A my tak, my będziemy wiedzieli, co zrobić z Polską, i to nasze wizje wyznaczą politykę Polski, bo innej drogi nie ma, poza śmiercią narodu i państwa. Melodia Ad mortem festinamus, pomimo poważnej treści skoczna jest i wesoła.
Wszyscy uczestnicy korowodu śmierci pląsają wesoło ku nieuchronnemu końcowi. Tak właśnie trupio cieszy się III RP w swoich podrygach. Jeszcze nie agonalnych, choć może to nastąpić w każdej chwili. A już niedługo trzecia księga Poradnika świadomego narodu: Wesołe wymieranie. Będzie ostro, obiecuję.
*
O zagrożeniach, wojnach, Żydach, gojach, Ukrainie, Rosji, Chinach, Ameryce, i wyjściu z matni piszę w mojej najnowszej książce: Nasza polska walka. Tak odniesiemy zwycięstwo.
Już wielokrotnie powoływałem się na Gilberta Doctorowa, którego opinie bardzo cenię, mimo tego, że nie ze wszystkimi się zgadzam. Zawsze zazdroszczę mu, gdy pisze w czasie swoich pobytów w Rosji, że był na koncertach orkiestry Teatru Marijskiego w Petersburgu pod dyrekcją Giergiewa. To dla mnie obecnie światowy dyrygent numer jeden. Niestety nie mam okazji pójść na jego koncert.
Ale nie o muzyce tu chciałem! Doctorow jest zwolennikiem twardej odpowiedzi Rosji na natowskie prowokacje, na coraz bardziej otwarte i bezczelniejsze włączanie się niektórych państw zachodnich w wojnę na Ukrainie. Ja nie jestem pewny, czy byłaby to (w chwili obecnej!) właściwa droga. Czas gra bez wątpienia na korzyść Rosji. Owszem, ukraińskie, a właściwie natowskie ataki na rosyjską infrastrukturę są dla Rosji bolesne, ale nie są aż na tyle groźne i bolesne, by ryzykować światową wojnę nuklearną. Owszem, zgadzam się z twierdzeniem, że podkopują one wizerunek groźnego rosyjskiego niedźwiedzia, ale to nie zmienia faktu, że ten niedźwiedź nadal jest w stanie w ciągu kilku godzin (to nie przesada!!!!) zamienić całą Europę od Atlantyku do Bugu w obszar radioaktywny.
Ale Doctorow wysunął akurat szalenie interesującą tezę, według której Rosja być może zamierza obecnie upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zakończyć wojnę na Ukrainie i równocześnie zdestabilizować Europę.
Obecne zmasowane rosyjskie ataki coraz szybciej zamieniają ukraińskie miasta w obszary nie nadające się do życia. Na razie jest jeszcze ciepło, jeszcze handel i ludzie mają zapasy, jeszcze funkcjonują resztki infrastruktury, ale gdy się oziębi, to miliony mieszkańców miast ruszą na zachód.
A w Europie szykuje się kryzys energetyczny, brak gazu i paliw, horrendalny wzrost cen żywności i cała masa rzeczy, od których włos jeży się na głowie. Już widzę radość, z jaką ci uchodźcy zostaną powitani!
Czy ten scenariusz się spełni? Nie wiadomo. Поживём – увидим, jak mawiali starożytni Rosjanie, czyli pożyjemy – zobaczymy…
NCZAS.INFO | Książki oraz cenzura i menora. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay (kolaż)
„Garbate nosy – kulisy judaizacji”, „Niewolnictwo Słowian”, „Poradnik świadomego narodu”, „Myśli Nowoczesnego Polaka”, czy „Talmud o gojach” i „Protokoły mędrców Syjonu” – m.in. te pozycje oburzyły pewnego społecznika, który dostrzegł je w witrynie jednej z łódzkich księgarni – Klubu Książki Patriotycznej. Poszedł z zawiadomieniem do prokuratury.
Na wystawie działającej w centrum Łodzi księgarni Klubu Książki Patriotycznej łódzki społecznik Stanisław Roszczyk dostrzegł niepokojące go tytuły. Sprawa trafiła do Prokuratury Rejonowej Łódź-Górna.
„W tej sprawie nie mają znaczenia sympatie polityczne. Na antysemityzm i ksenofobię po prostu nie może być miejsca w przestrzeni publicznej, zwłaszcza w Łodzi, w mieście, w którym w czasie Holokaustu zginęła jedna trzecia mieszkańców. Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się szczucie na drugiego człowieka” – grzmiał, cytowany przez radiolodzy.pl.
„Można znaleźć u nas publikacje niewygodne, których próżno szukać w popularnych sieciach. Czytelnik nie musi się z nimi zgadzać, ale powinien mieć możliwość samodzielnego czytania, myślenia czy wyrobienia sobie opinii” – odpowiedział natomiast prowadzący księgarnię Kornel Kapuściński.
O jakie książki chodzi? Na zamieszczonym przez portal Radia Łódź zdjęciu widać m.in. następujące pozycje: