Ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar chce uczyć Polaków o „dobrej stronie” UPA i „zbrodniach na Ukraińcach”

Bodnar chce uczyć Polaków o „dobrej stronie” UPA i „zbrodniach na Ukraińcach”

26.09.2026 nczas/bodnar-chce-uczyc-polakow-o-dobrej-stronie-upa-i-zbrodniach-na-ukraincach

wasyl bodnar upa
NCZAS.INFO | Wasyl Bodnar i UPA / fot. X / Paweł Usiądek

Ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar zamierza „edukować” Polaków propagandą na temat UPA, wedle której jest była ona dobrą formacją partyzantów, a nie bandą ludobójców oraz o „zbrodniach popełnionych na Ukraińcach”.

Bodnar przekonywał w rozmowie z RBK-Ukraina, że Polska „znajduje się w stanie wojny hybrydowej z Rosją”.

– Nie ma innego wroga, siły polityczne doskonale to rozumieją – twierdził Wasyl Bodnar i dodał, że Polska, tj. rząd w Warszawie jest „jednym z najaktywniejszych głosów ostrzegających przed zagrożeniem z Moskwy”.

Zapytano go m.in. o relacje Warszawa-Kijów.

– Przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji należy wziąć pod uwagę własny interes narodowy oraz wrażliwość partnera zagranicznego – powiedział i przyznał, że obecność dwóch milionów Ukraińców w Polsce, gdy „trwa wojna”, tj. wojna między Ukrainą a Rosją, „skutkuje napięciami społecznymi”.

Następnie ubolewał nad tym, że w Polsce UPA jest postrzegana negatywnie. Umyślił sobie, że z tego powodu należy rozpocząć badania historyczne na podstawie polskich i ukraińskich archiwów.

– Naszym zadaniem jest pokazanie tej części historii, która pozostała w cieniu i nie jest przedstawiana w Polsce: O zbrodniach popełnionych na Ukraińcach, akcjach karnych przeprowadzanych przeciwko ukraińskim miejscowościom, o tym, czym naprawdę były „pacyfikacja”, „rewindykacja” i operacja „Wisła” – zapowiedział Bodnar w rozmowie z RBK-Ukraina.

Dodał, że Kijów powinien sam zbadać, co stało się na Wołyniu oraz kto i jakie zbrodnie popełnił po stronie ukraińskiej.

– Zbrodnie przeciwko ludności cywilnej to zbrodnie wojenne. Musimy potępiać zbrodnie przeciwko ludności cywilnej niezależnie od narodowości sprawców. Takie zbrodnie nie mają usprawiedliwienia – twierdził.

Ocenił też, że Ukraina będzie w polskim dyskursie politycznym obecna do wyborów w przyszłym roku. Jego zdaniem część polityków wykorzystuje „kwestie historyczne” do budowy własnego wizerunku.

Skrytykował też zaostrzenie narracji części polityków, m.in. w kwestii przywilejów dla Ukraińców, importu produktów rolnych oraz sensowności pomocy Ukrainie w jej wojnie z Rosją. Mówił też o przykładach agresji wobec Ukraińców w Polsce, nie wspominając o odwrotnych, coraz częstszych przypadkach.

– Ponadto nie można pominąć w ogólnym obrazie sytuacji roli rosyjskiej propagandy oraz systematycznych prób Rosji, by poróżnić nasze społeczeństwa. To również, niestety, ma wpływ na ogólny sposób postrzegania Ukrainy i Ukraińców w Polsce – przekonywał Wasyl Bodnar.

Wypowiedzi Bodnara w ostrych słowach skomentował Paweł Usiądek:

https://pbs.twimg.com/media/HTEUdBSWcAAzzf-?format=jpg&name=medium

Czarna wołga a RPD. MEM-y IV.

————————

————

—————————

————————–

—————-

——————–

——————————————-

————————————————–

——————-

——————

{„remix_data”:[],”remix_entry_point”:”challenges”,”source_tags”:[„local”],”origin”:”unknown”,”total_draw_time”:0,”total_draw_actions”:0,”layers_used”:0,”brushes_used”:0,”photos_added”:0,”total_editor_actions”:{},”tools_used”:{„transform”:3},”is_sticker”:false,”edited_since_last_sticker_save”:true,”containsFTESticker”:false}

Dron nad bazą wojsk amerykańskich w Redzikowie. -112 – RATUJ !! – MEM-y III.

———————-

—————————

——————————-

——————————

————————-

————————

——————————–

————————-

{„remix_data”:[],”remix_entry_point”:”challenges”,”source_tags”:[„local”],”origin”:”unknown”,”total_draw_time”:0,”total_draw_actions”:0,”layers_used”:0,”brushes_used”:0,”photos_added”:0,”total_editor_actions”:{},”tools_used”:{„selection”:1,”transform”:3},”is_sticker”:false,”edited_since_last_sticker_save”:true,”containsFTESticker”:false}

Gdzie was mamy. MEM-y II.

———————————-

———————-

——————–

Twarze Izraela

===========================

————————-

————-

————————————-

————————

——————————-

Marszałek polny. MEM-y I.

————————–

—————————–

———————————-

————————————————————–

—————-

————

On w zasadzie to powinien mieć teraz tytuł marszałka polnego!

——————-

——————

——————————

———————————

Atak Ukraińca w klasztorze. Nie żyje katolicki ksiądz

Atak Ukraińca w klasztorze. Nie żyje katolicki ksiądz

Łukasz Jastrzębski

Dzisiaj w Jarosławiu na Podkarpaciu 31-letni Ukrainiec zabił katolickiego księdza, kolejne cztery osoby zranił. W głowie się to nie mieści. Zabicie w biały dzień księdza w kościele przy konfesjonale – chyba nic takiego nie miało miejsca od czasów niemieckiej okupacji. Ukrainiec został zatrzymany, poszkodowani Polacy trafili do szpitala. Na miejscu pracują policjanci. Liberalne media wydają się bardziej przejęte losem sprawcy, niż jego ofiar.

——————————-

Wstrzymałem się z komentarzem, by trochę ochłonąć. Słuchałem radia, gdzie podano właśnie informacje, że w ciągu ośmiu miesięcy Straż Graniczna ujawniła prawie 8 300 cudzoziemców naruszających przepisy dotyczące wjazdu i pobytu w Polsce. To o blisko 40 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Najpiękniejszą grupą byli oczywiście Ukraińcy.

Wracając do sprawy. Oczywiście winny jest 31-letni Ukrainiec – ale nie tylko on. Winni są również wszyscy ci, którzy w imię bezrozumnej rusofobii narażają nasz naród na niebezpieczeństwa. Bo wpuszczenie rzeszy ludzi bez sprawdzenia kto jest kim, nie jest pomocą humanitarną. Jest po prostu kompletnym debilizmem.

21 września w Będzinie prymitywny i wulgarny Włodzimierz Czarzasty szydził z młodego człowieka, który z troską pytał o bezpieczeństwo Polaków w tym właśnie kontekście. Idiotycznie pogrywał sobie pytając „stało się coś panu dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj”. No co panie Czarzasty? Pojedzie pan do Jarosławia i powie coś rodzinie zabitego księdza? Tylko nie o „sraniu w polu” jak ma pan w zwyczaju, ale coś sensownego …

Gdzie są te wszystkie autorytety moralne z nadania „Gazety Wyborczej” i TVN-u, które dostały wścieklizny umysłu bo ktoś wulgarnie zwrócił uwagę Ukrainkom w autobusie w Bielsku-Białej? Gdzie są ze swoim świętym oburzeniem Donald Tusk, Radosław Sikorski, Władysław Kosiniak-Kamysz i Paweł Kowal? Gdzie jest łajający premiera Leszka Millera za zbyt małą ukrainofilię Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski? Gdzie są te wieczne sfochowane ministerki i poślice od budowy bagien, ścigania węgla i pierdzących krów? Gdzie jest ta Konferencja Episkopatu Polski, która stała się rzecznikiem Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej, ale nie ma odwagi by sie upomnieć o pochowanie wymordowanych przez Ukraińców księży katolickich na polskich Kresach? Gdzie są forso-lubni Paulini z Jasnej Góry, którzy przyzwalali na śpiewanie „Czerwonej kaliny” pod ikoną Matki Boskiej? Gdzie są pisowskie „Gazety Polskie”, które bredzą dalej o ruskiej okupacji.

Co tym razem wymyślicie? Że to rosyjska prowokacja? Że zabijał Polaków po ruskiej wojennej traumie? Że Putin z Miedwiediewem kazali? Że upił go, popchnął do tego czynu Ławrow? Że to rosyjskojęzyczny komunista z Ługańska? Wjechał do Polski od strony Niemiec, to ewentualnie można zwalić na „prorosyjską” Alternatywę dla Niemiec lub byłego kanclerza Gerharda Schrödera.

Najwyższy czas przetrzeć oczy i przestać bajdurzyć o ukraińskich Aniołach ratujących naszą cywilizację i gospodarkę. Najwyższa czas rozliczyć tych co bredzili, że „jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”, „wpuśćmy wszystkich, potem się sprawdzi kto jest kim”, potrzebujemy bogactwa kulturowego, językowego i etnicznego, które powstaje dzięki różnorodności”.

Najwyższy czas by zacząć kierować się egoizmem narodowym, a nie poleceniami z Brukseli, Berlina i Londynu.

Jakiś idiota w radiu mówi, że to nasza wojna – bo giną w niej nasi rodacy. Jedyni rodacy, którzy nie byli najemnikami a zginęli, to rolnicy z Przewodowa. I choćby Natalia Panczenko z Wasylem Bodnarem na szczudłach przy akompaniamencie Grzegorza Rysia odtańczyli „Batʹkо nasz Bandera” na wrocławskim rynku, to nikt posiadający trzy szare komórki nie uwierzy w wersję, którą chciał Polakom wmówić Wołodymyr Zełenski. Po to chciał to zrobić – co przyznał nawet Andrzej Duda – by nas wciągnąć w wojnę przeciwko Rosji. Po prostu nikt już nie kupuje tego kitu.

To nie znaczy, że mamy źle traktować Ukraińców. Bo Ukraińcy są różni. Traktujmy ich tak samo jak Białorusinów, Wietnamczyków, Rosjan czy Greków. I wielu z nich ma dość skorumpowanych władz na Ukrainie składających hołdy mordercom Polaków – Banderze, Melnykowi, Szuchewyczowi, OUN, UPA i ukraińskiej 14. Dywizji Grenadierów SS. Problemem jest polityka władz w Polsce – zarówno tych z Koalicji Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego i Nowej Lewicy jak i ich poprzedników z Prawa i Sprawiedliwości. To ich decyzje pogorszyły bezpieczeństwo i sytuację gospodarczą Polaków.

Łukasz Jastrzębski

Atak ukraińskiego nożownika. Ksiądz „został dorwany i dźgany nożem”

Atak ukraińskiego nożownika.

Świadkowie UJAWNIAJĄ

dramatyczny przebieg.

„Został dorwany i dźgany nożem”

24.09.2026 nczas/atak-ukrainskiego-nozownika-ksiądz-zostal-dorwany-i-dzgany-nozem

31-letni Ukrainiec napadł z nożem na pięć osób w ośrodku rekolekcyjnym, znajdującym się w opactwie benedyktynek w podkarpackim Jarosławiu. W wyniku odniesionych obrażeń w szpitalu zmarł jeden z zaatakowanych księży. Świadkowie ujawniają, co działo się na miejscu.

Do ataku doszło około godz. 9.30 w czwartek. Po tym, jak na miejsce przybyły służby, okazało się, że rannych jest pięć osób – czterech mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy trafili do szpitala. Według ustaleń Interii, poszkodowani to trzej księża i dwie osoby świeckie. Początkowo podawano, że stan trzech mężczyzn zagraża życiu. Jeden z księży zmarł w szpitalu.

nczas/atak-ukrainskiego-nozownika-w-klasztorze-benedyktynek-na-podkarpaciu-nie-zyje-ksiadz

W rozmowie z TVN24 jedna z obecnych na miejscu kobiet ujawniła, jak doszło do tragedii.

– To najspokojniejsze miejsce – też mi się tak wydawało, kiedy rano szłam na Mszę św. Jak tutaj znalazłam się, na terenie opactwa, ale przed kościołem jeszcze, już było po ataku – powiedziała.

– Mężczyzna w wieku do 30 lat, młody uderzył księdza w tętnicę szyjną, ksiądz upadł i potem mężczyzna, który – obok stojący – ratował, prosił, żeby dał spokój, wtedy on się odwrócił i księdza, który szedł do konfesjonału zaatakował z tyłu i uderzył go w plecy. A potem pobiegł do kawiarenki i tam uderzył księdza w głowę – relacjonowała.

Podobnie przebieg zdarzeń opisywał także jeden z mężczyzn. – Ksiądz Marek został pchnięty, przewrócił się na posadzkę i wtedy został dorwany i dźgany nożem. Natomiast ksiądz Stanisław w konfesjonale został też ugodzony nożem, przebito płuco i zmarł – mówił w rozmowie z Polsat News pan Stanisław, który był na miejscu od momentu pojawienia się karetek.

– Natomiast ksiądz Adrian był na śniadaniu na stołówce. Też tam coś powiedział do tego napastnika i został zaatakowany – dodał mężczyzna.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że Ukrainiec do ataku wykorzystał nóż kuchenny.

Do napaści doszło kilkadziesiąt minut przed planowaną Mszą św. Według p. Stanisława, przyszło na nią około 20 osób. Kiedy wierni zobaczyli napastnika, część z nich miała szukać schronienia.

– Część ludzi, którzy tam byli przed mszą, schowało się do takiego konfesjonału, który jest dla głuchych. On jest praktycznie z możliwością zamknięcia się w nim – powiedział.

Z punktu widzeniach bułgarskich Słowian: O naszej słowiańskości i relacjach z Rosją

24 września 2026 zygmuntbialas

O naszej słowiańskości, relacjach z Rosją z punktu widzeniach bułgarskich Słowian.

Anastazja Geszewa:

„(…) Dlatego to, co stało się z Bułgarią po 1989 roku i po naszej integracji z NATO i UE – odpowiednio w 2004 i 2007 roku – jest szczególnie trudne do zniesienia. Wraz z anty-komunizacją, której poddana została Bułgaria, rozpoczęła się anty-sowietyzacja i wyjątkowo silna rusofobia.

Niespodziewanie, ale całkiem przewidywalnie, Bułgaria znalazła się w obozie najbardziej zatwardziałych rusofobów na świecie. Nasz kraj rozpoczął politykę antyrosyjską i antyradziecką, która niemal całkowicie zmieniła naszą historię, orientację kulturową, gospodarkę i politykę. Do 2014 roku ogromna część naszego społeczeństwa nie rozumiała, jak się tu znaleźliśmy i praktycznie nie podejmowała żadnych prób oporu. Nie będę winić Rosji za załamanie się naszych stosunków, ponieważ rozumiem, jak trudne były lata 90.

Dopiero w 2014 roku głosy w Bułgarii zaczęły nabierać mocy w sprawie wydarzeń po drugiej stronie Morza Czarnego. Nasza klasa polityczna już dawno zwróciła się ku Niemcom, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym i Unii Europejskiej. Lata członkostwa w tych organizacjach pokazały Bułgarii, jak głęboko się myliła, odrzucając przyjazny ton, szacunek i kontakty z Rosją.

Bułgaria zmaga się obecnie z permanentnym kryzysem korupcyjnym, ponieważ korupcja stała się naszym naturalnym środowiskiem. Klasa polityczna naśladuje i konsoliduje się, próbując zachować systemowe, wypaczone procesy gospodarcze, które dotknęły nas po przystąpieniu do UE. Nasz kraj był zmuszony zniszczyć swoje wysoko rozwinięte i prężnie działające gałęzie przemysłu, aby stać się akceptowalnym dla UE i spełnić tzw. kryteria członkowskie. Wyobraźcie sobie, co to za unia, skoro członkostwo wymaga zniszczenia własnej gospodarki! Przez 20 lat ta sytuacja stworzyła idealne środowisko dla rozkwitu mafii politycznej i gospodarczej w Bułgarii – mafii de facto patronowanej i tolerowanej przez Brukselę.

Członkostwo w UE nie doprowadziło do ani jednego aresztowania ani skazania za korupcję wśród wysokich rangą urzędników ani polityków. Pomimo ogromnych roszczeń UE do praworządności i nieuchronności powołania Europejskiej Prokuratury, ani jeden polityk w Bułgarii nie został skazany za korupcję. Raporty na temat naszego systemu sądownictwa i poziomu korupcji to jedynie formalne, puste wymówki, mające na celu odwrócenie uwagi obywateli. W zamian nasz system mafijny otrzymuje od Brukseli pełną swobodę i immunitet, podobny do tego gwarantowanego europejskiemu systemowi politycznemu. Innymi słowy, członkostwo w UE utrwaliło i scementowało mafijno-polityczny model władzy. Co więcej, sama UE jest mega-modelem korupcji w stylu mafijnym, żerującym na państwach i narodach-darczyńcach. Szef bułgarskiej mafii przebywa w Brukseli.

Nasz wspaniały rozwój sprzed i po II wojnie światowej umarł; nic z niego nie pozostało. Głupota, wulgaryzmy, zacofanie i lumpenizacja – wszystko to stało się naszą codziennością, wraz z ukształtowaniem się kasty rządzącej, która żyje z setek milionów euro z funduszy europejskich i determinuje nasz kurs polityczny.

Członkostwo w NATO uczyniło z nas państwo marionetkowe i kolonię. Nasza armia została zniszczona, broń skradziono, sprzedano lub przekazano Ukrainie. W ten sposób Bułgaria znalazła się w obozie sił demonizujących Rosję i jej prezydenta oraz walczących z Rosją na terytorium Ukrainy. W ten sposób z przyjaciela Rosji staliśmy się jej wrogiem. Mniejszość w społeczeństwie dręczy Bułgarię antykomunizmem i rusofobią od 37 lat – hojnie finansowana z zachodnich grantów, kierowana przez bezkarnych przywódców i opanowująca całą przestrzeń społeczną i polityczną.

Nie możemy pokonać tej grupy. Przejmuje ona wszystko za pomocą pieniędzy z Zachodu i importowanych modeli kontroli i manipulacji opinią publiczną, wspieranych przez zachodnie agencje i ambasady w Sofii. Grupa ta de facto trzyma Bułgarię w niewoli euro-atlantyzmu i stwarza warunki dla narastającej rusofobii, a ostatnio nazizmu. Stanowi ona około 30% populacji, ale społeczeństwo nie jest w stanie jej pokonać – zawsze udaje jej się zwyciężyć.(…)”

Bigos ukraińsko-polski

Bigos ukraińsko-polski

Czy ktoś z nas przewidział kilkanaście lat temu, że problemy ukraińskie przez długie lata będą naszymi problemami? – A jednak – na życzenie ‚naszych przyjaciół’  zza Oceanu, a następnie ‚dobroczyńców’  z Brukseli i Berlina – są nam przypisane kłopoty wraz z kosztami i dyskomfortem, nieznanym nam od czasu „Operacji Wisła”.

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowała nas do tej pory wojna na Ukrainie

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowało nas do tej pory wsparcie kijowskiego reżimu

Mainstream poinformował nas ostatnio, że GUS policzył straty Polski, będące wynikiem wojny na Ukrainie. Jest to nieco ponad 490 mld zł. Moglibyśmy wnioskować, że łże-media chcą poprawić swą upadłą reputację i zaczynają nas wreszcie uczciwie informować. Zwątpimy jednak, gdy dostrzeżemy, że krząta się koło tych obliczeń Paweł Kowal. Obliczenia te, prezentowane już w Nowym Jorku i Waszyngtonie służą innym celom: „Rosjanie muszą wiedzieć, że rachunek, który wystawią państwa trzecie – państwa, które poniosły straty, bo przystąpiły do sankcji i zachowały się lojalnie wobec Ukrainy”– jest wyliczony zarówno pod względem finansowym, jak i prawnym, niezależnie od tego, czy Rosja będzie chciała zapłacić” – stwierdził P. Kowal. A my powiedzmy takiemu państwu, ‚które poniosło straty’ – sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało!

Generał Mirosław Bodnar, nominowany na stopień generała przez Andrzeja Dudę, odchodzi ze stanowiska dowódcy wojsk dronowych; będzie kontynuował swoją robotę w Brukseli. Powodem dymisji było niezadowolenie kierownictwa z efektów pracy. Bratem gen. Mirosława Bodnara jest były minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska Adam Bodnar. Rodzina ta ze strony ojca to Ukraińcy. Zostali przesiedleni w 1947 roku w ramach Operacji Wisła ze wsi Rakowa pod Sanokiem na Ziemie Odzyskane.

Nawiązując do tytułu tekstu Jana Engelgarda ‚Cynicy czy szaleńcy’  pisze bloger Alain1952: „Może niekoniecznie cynicy czy szaleńcy. Premier – Niemiec, minister spraw zagranicznych – Anglik, Amerykanin, Talib? Gen. Mirosław Bodnar jest rodzonym bratem Adama Bodnara, byłego ministra sprawiedliwości oraz prokuratora generalnego. Zwolniony z stanowiska ‚za słaby rozwój’ wojsk dronowych. Tomasz Siemoniak wcześniej szef MSWiA, obecnie koordynator służb specjalnych, Wojciech Balczun szef Ministerstwa Aktywów Państwowych, wcześniej prezes państwowych kolei ukraińskich (Ukrzaliznycia). Co łączy tych ludzi? Zarządzają lub niedawno zarządzali kluczowymi resortami w Polsce. I całkowitym przypadkiem są Ukraińcami. Wystarczy obsadzić te resorty swoimi ludźmi i nie trzeba robić zamachu stanu. Czy w tym rządzie ‚polskim’  są etniczni Polacy? To cóż się dziwić – ani oni cynicy ani szaleńcy. Wykonują swoją robotę”.

Dodajmy tu, że ministrem obrony narodowej jest lekarz z zawodu, W. Kosiniak-Kamysz, a wicemistrem M. Sobkowiak-Czarnecka, absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego. Byliby oni tak zdolni, że w ekspresowym tempie nabyli nowych umiejętności, by pełnić tak odpowiedzialne funkcje?

Polska za czasów Mieszka I

Wspomnijmy jeszcze o wiceministrze nauki Andrzeju Szeptyckim, który kwestionuje ciągłość polskiej tożsamości politycznej od czasów pierwszych Piastów. Polsko-ukraiński minister stwierdził, że państwo Mieszka I miało z dzisiejszą Polską ‚mniej więcej tyle wspólnego’, co Ruś Kijowska ze współczesną Ukrainą. Już w czerwcu tego roku dziennikarka Dorota Gawryluk, pytała jak to możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim, reprezentujący ukraińskie interesy jest wiceministrem w polskim rządzie.

No i jako, że niewiele jest w tym tekście o Radosławie Sikorskim, zapiszmy, że minister udzielił ukraińskiej gazecie wywiadu, w którym dziennikarz porównał ludobójcze akcje band UPA do działalności Romana Dmowskiego. Sikorski odpowiedział mniej więcej: ‚No tak, Dmowski to kontrowersyjna postać‚.

Tenże Sikorski udzielił wywiadu tabloidowi ‚Fakt’, w którym poinformował, że jest przygotowany na wojnę. „Mam zrobione zapasy ryżu, mam w domu ręczną pompę, mam też zrobione konfitury z owoców z własnego ogrodu. Mam instrukcję bezpieczeństwa, mam też przemyślane, gdzie znajduje się miejsce schronienia. Każdy powinien też wiedzieć, jak założyć opatrunek. To się przydaje nawet w czasach pokoju”. Zalecił też obywatelom przygotowanie plecaka ewakuacyjnego.

Skomentowała te słowa rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa: „Jedyne, czego teraz naprawdę Sikorski potrzebuje, to haloperidol” (lek stosowany w leczeniu schizofrenii, pobudzenia psychoruchowego, halucynacji oraz ciężkich stanów lękowych).

Napisał: Zygmunt Białas

To już nie tylko piąta kolumna, ale oplatająca państwo ośmiornica

To już nie tylko 5 kolumna, ale oplatająca państwo ośmiornica

Marucha w dniu 2026-09-24 marucha/to-juz-nie-tylko-5-kolumna-ale-oplatajaca-panstwo-osmiornica

Wiedzieliście Państwo, że oficjalnym doradcą Wojciecha Balczuna w Kolejach Ukraińskich (Ukrzaliznyci) była pani Олена Марчук? Znana szerzej jako Weronika Marczuk-Pazura, a obecnie jako Weronika Marczuk?

Ta sama pani, która rozpoczynała polską karierę w trójmiejskich klubach go-go będących pod kuratelą grupy niejakiego „Nikosia”?

No to już wiecie.

Im dłużej pochylam się nad dossier pana ministra, tym bardziej zastanawiam się, jak to jest, że Wojciech Balczun działa jak magnes na ludzi z szeroko pojętej ciemnej strefy, podejrzanych interesów i korupcyjnych układów.

Spójrzmy na ten wyjątkowy katalog znajomości i zbiegów okoliczności:

Jacek Dębski – minister sportu zastrzelony w gangsterskich porachunkach. Balczun zaczynał państwową karierę bezpośrednio u jego boku jako szef gabinetu politycznego.

Weronika Marczuk – dziennik „Fakt” pisał o niej w 2014 roku następująco: „Do Polski przyjechała, mając 20 lat. Wylądowała w Sopocie. Rano studiowała prawo, a po nocach tańczyła w trójmiejskich klubach «Amazonka», «GoGo Land», w hotelach «Posejdon» i «Marina» – lokalach opanowanych wówczas przez trójmiejską mafię. Za dodatkową opłatą rozbierała się na wieczorach kawalerskich”. Aferę z CBA i „łapówką” od „Agenta Tomka” celowo pomijam, ponieważ pani Weronika została uniewinniona. Jest tutaj jednak inny ciekawy wątek.

Portal https://znaj.ua/ w artykule o wielu nieprawidłowościach co do działalności Balczuna w ukraińskich kolejach podaje następującą informację:

„Po przybyciu na Ukrainę Wojciech powiedział, że nie zamierza przewozić żony i dziecka do Kijowa. Wynikało to z faktu, że podróż samolotem do nich zajmuje tylko godzinę. Menedżer przyjechał jednak ze swoją koleżanką Weroniką. Ukraińscy dziennikarze dowiedzieli się, że para mieszkała razem w Peczersku w drogim mieszkaniu.”

🤡 Portal nie doprecyzował czy chodzi o panią Weronikę Marczuk, ale zbieżność imion i czasu jest raczej jednoznaczna.

Orszak Balczuna – pan Wojciech nie przyjechał na Ukrainie pracować sam. Oprócz pani Weroniki przybyła wraz z nim cała świta „menadżerów” z Polski, którymi otaczał się wcześniej w rozmaitych spółkach. Wynikła z tego afera, w której padły oskarżenia o rozrzutność i defraudację środków. Na przykład w 2016 roku Balczun zamówił dla siebie i dwóch innych pracowników firmowe karty kredytowe. Mogli wydawać do 20 tysięcy hrywien dziennie. Środki te były przeznaczane na hotele, bilety, wyżywienie, udział w wydarzeniach kulturalnych. Jedną z tych osób był Remigiusz Paszkiewicz. Remigiusz Paszkiewicz jest od lutego 2026 roku…prezesem KGHM. Nie zgadniecie z czyjego nadania. Przypomną mi Państwo, która partia szła do ostatnich wyborów pod sztandarami walki z kolesiostwem i nepotyzmem?

Aha, niedługo później ci sami członkowie zarządu w UZ postanowili wypłacić sobie wynagrodzenie za czas przepracowany PRZED podpisaniem umowy. Koszt ich usług oszacowano na trzy miliony hrywien, a gdyby tego było mało, to Balczun miał zlecić wypłatę 150 tys. hrywien za dwugodzinną konsultację polskiemu ekspertowi Andrzejowi Kopciowi. Który swoją opinię o spółce sporządził… odręcznie. Kurtyna.

Bracia Dubnewycze (Jarosław i Bohdan) – ukraińska oligarchia grubego kalibru i posłowie, którzy zbudowali majątek na wielomiliardowych przetargach w Ukrzaliznyci. Za kadencji Balczuna w UZ ten układ trwał w najlepsze, a ludzie Dubnewyczów opanowali kluczowe stanowiska w spółce. Jarosław po utracie immunitetu i prokuratorskich zarzutach uciekł z kraju. Na pytania ukraińskich mediów o znajomość z braćmi Balczun odpowiedział, że zna, ale nie spotyka się. „Palę, ale się nie zaciągam”

Mykoła Niemcow – postać znana, wczoraj szerzej opisywana. Człowiek będący z ministrem Wojciechem na pograniczu zażyłej przyjaźni i relacji wręcz rodzinnych. Był szefem wydziału UBOZ (biura ds. walki z przestępczością zorganizowaną) w milicji obwodu czerniowieckiego, choć najpewniej jest ukadrowionym bezpieczniakiem, bo bez pleców w tajnych służbach nigdy by nie mógł piastować posady dyrektora w ukraińskich kolejach.

Portal Antikor przypisuje mu z tamtych lat krycie handlu narkotykami, nielegalnego alkoholu, przemytu i pobić aktywistów. Za Balczuna był dyrektorem bezpieczeństwa UZ i – według mediów śledczych – współorganizował masowy przemyt broni z Ukrainy do UE. Szlakiem kolejowym, ma się rozumieć

Anatolij Pałanijczuk – wiceszef ds. bezpieczeństwa Kolei Lwowskiej, opisywany jako architekt kanałów przerzutu przemycanych towarów do Unii Europejskiej.

Afera bursztynowa – biznes wydobywczy Balczuna na Ukrainie, gdzie jego wspólnikami zostali: pułkownik Niemcow (postać znana) oraz Jerzy Dominik K. – polski biznesmen zatrzymany przez CBA pod zarzutami udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, prania pieniędzy i wyłudzeń VAT (co ujawnił TVN24 i „Newsweek”).

Bartłomiej Babuśka – kluczowa postać w cieniu Balczuna. Tam gdzie jeden, tam i drugi. Fundusz Górnośląski, Agencja Rozwoju Przemysłu, MAP, biznes na Ukrainie. Działacz tarnowskiej PO, za którego rządów w państwowej spółce Fabios S.A. doszło do akcji CBA i śledztwa krakowskiej prokuratury ws. działania na szkodę firmy, dziwnego spadku zysków przed prywatyzacją oraz umów ze znajomymi – w tym z ukraińską firmą Bogema (jej właściciel był biznesowym wspólnikiem Babuśki). Mówi się, że przez kilka lat mieszkał na Ukrainie w obawie przed deszczem z czarnych chmur, które kolekcjonował nad głową. Przeczekał najgorsze i wrócił jako Konsul Honorowy Ukrainy w Tarnowie, by chwilę później znów zarządzać miliardami Skarbu Państwa. Włada płynnie ukraińskim i – jak sam twierdzi – od 20 lat mieszka w dwóch krajach.

Cień nad Cegielskim – pamiętacie wrzesień 2025 roku i to, co wydarzyło się w spółce H. Cegielski – Fabryka Pojazdów Szynowych? W momencie gdy Balczun i Babuśka wchodzili do struktur MAP i ARP, przy Zakładach Cegielskiego doszło do samobójstwa biznesmena obciążonego zarzutami korupcyjnymi. Według nieoficjalnych ustaleń Onetu wydarzenia w FPS mogły być częścią większej afery korupcyjnej związanej z ARP. Minął rok i cisza – amba fatima, była afera, afery nie ma. (Nie twierdzę, że Balczun i Babuśka mają z tym bezpośredni związek, ale z kronikarskiego obowiązku warto o tym wspomnieć).

Starczy na dziś, co się uśmiałem przy redagowaniu tego tekstu – to moje. Na koniec jeszcze pytanie z przymrużeniem oka: czy w bezpośrednim otoczeniu człowieka zarządzającego majątkiem Skarbu Państwa jest choć jedna osoba z czystą kartą, która nie otarła się o półświatek, korupcję lub prokuratorskie śledztwa?

Ja rozumiem sceniczny styl i rock ‚n’ rollową swobodę. Tylko że od konstytucyjnego ministra odpowiedzialnego za biliony złotych państwowego majątku należałoby oczekiwać otoczenia bliższego środowiskom naukowym czy uczciwemu biznesowi, a nie postaciom rodem z historii o Al Capone.

Napisał „Adrian”

Narracje wojenne

Narracje wojenne

Prof. Stanisław Bieleń

Wbrew temu, co pokazuje wojna na Ukrainie, która stała się wojną na wyniszczenie, polscy politycy upierają się, że wojna z Rosją może okazać się wojną szybką i zwycięską. Wygląda na to, że mamy do czynienia z szaleńcami u władzy.

Zamiast nawoływać do ograniczenia ryzyka eskalacji wojny w najbliższym regionie, marzy im się wojna, w której zwycięstwo ma charakter fatamorganiczny, a przewidywane zyski  nie mają żadnego oparcia w realistycznych scenariuszach. Zresztą obserwacja konfliktów na Bliskim Wschodzie (na froncie izraelsko-arabskim, jak i amerykańsko-irańskim)  dowodzi niemożności osiągnięcia zakładanych celów. Widać, jak maleje praktyczna wartość  wojen w osiąganiu spektakularnych zwycięstw.

Ta konstatacja powinna sprzyjać odwróceniu rozumowania o nieuchronności wojny. No bo jakie mogą być jej wymierne korzyści, jeśli najbardziej widocznym rezultatem są straszliwe zniszczenia i ludobójstwo, co uzmysławia tragedia Gazy. Nie można udawać, że skrywane pod eufemizmami „misji” czy „operacji” działania zbrojne są mniej szkodliwe niż oficjalnie deklarowane wojny. A jednak przywódcy polityczni wszystkich niemal opcji – co widać  najlepiej na przykładzie polskiej sceny politycznej – powracają do postrzegania siły militarnej jako kluczowego czynnika gwarancji bezpieczeństwa. Dopuszczają użycie siły w bezpośrednim starciu z arbitralnie wyznaczonym wrogiem jako konieczne i strategicznie wartościowe rozwiązanie.

Takie stanowisko jest w dużej mierze oparte na bezkrytycznej wierze w sojusznicze zobowiązania, zwłaszcza „parasol ochronny” USA oraz zachwycie efektami kolejnej rewolucji w dziedzinie zbrojeń i uzbrojenia. Właśnie ten ostatni czynnik powoduje, że  zmiany technologiczne w uzbrojeniu oznaczają radykalne przezbrojenie armii. Rozwój niedrogich dronów i amunicji krążącej zdecydował o zmianie charakteru działań bojowych.

Wojny z wykorzystaniem ciężkiej broni pancernej przechodzą do historii. Technologie dronowe oraz proliferacja taniej, precyzyjnej, masowo produkowanej broni rakietowej, mobilnych wyrzutni, wzrost widoczności pola walki dzięki dostępowi do wysokiej jakości wywiadu elektronicznego i systemów naprowadzania – niczym zabawki u dzieci wywołują w umysłach polityków skłonność do miraży i fantazjowania.

Obserwowane w ostatnich latach kampanie wojenne na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie (Iran, Liban, Jemen) mogą służyć jako poligony doświadczalne, gdzie Rosja, a także USA i Izrael – pomimo znacznej przewagi militarnej – znalazły się w impasie.  Na wszystkich wymienionych frontach broń dronowa pozwoliła kontynuować  walki dłużej niż oczekiwano oraz zapewniła słabszym państwom, a także podmiotom niepaństwowym (jak Hamas, Hezbollah czy Huti) zadawanie skutecznych strat potężniejszym przeciwnikom.

Warto zauważyć, że w dłuższej perspektywie mocarstwa są w stanie zneutralizować chwilowe przewagi technologiczne państw mniejszych i słabszych. Widać to choćby na przykładzie Rosji, która nową generacją  odrzutowych bezzałogowców przejęła inicjatywę na froncie ukraińskim. Gdyby nie ogromna pomoc Zachodu, idąca w setki miliardów dolarów, trwająca  już piąty rok wojna na wyniszczenie dawno uległaby zakończeniu. Okazuje się, że w każdej przedłużającej się wojnie działa swoiste prawo inercji.  Trudniej ją zakończyć, choć łatwiej było zacząć. Ponadto mało kto pamięta, jakie były rzeczywiste powody i cele rozpoczęcia kampanii wojennej. Eskalacja działań zbrojnych nie ułatwia prowadzenia negocjacji dyplomatycznych.

Mimo wszelkich negatywnych konsekwencji kataklizmów wojennych, w dzisiejszym świecie przeważa retoryka prowojenna, w której wybrzmiewa użyteczność wojen. Przejawia się ona w celach zastraszania społeczeństw i odwracania uwagi od rzeczywistych problemów. Wojny sprzyjają odzyskiwaniu utraconych terytoriów lub zdobywaniu nowych, a także przesuwaniu granic, nawet gdy formalnie obowiązują zasady o ich nienaruszalności.

W ostatnich kilku latach najbardziej spektakularne operacje wojenne w celu odzyskania utraconych terytoriów w poprzednich konfliktach przeprowadził Azerbejdżan przeciw Armenii. W wyniku kampanii w 2020 i 2023 roku doszło do całkowitej likwidacji Górskiego Karabachu jako samodzielnej jednostki quasi-państwowej, podległej Armenii. Kto pamięta o ofiarach tej wojny i exodusie Ormian?

Są wreszcie wojny środkiem ustanawiania kontroli nad ograniczonymi zasobami nośników energii oraz kluczowych minerałów dla rozwoju nowoczesnych technologii. No i stanowią środek prewencyjny na wypadek wzrostu zagrożenia ze strony rywali.

Strategia zastraszenia

Jeśli chodzi o zastraszanie społeczeństw i odwracanie uwagi od realnych problemów, to przoduje pod tym względem tzw. kolektywny Zachód. Kilkadziesiąt państw najwyżej rozwiniętych traci zdolność do zarządzania globalnymi systemami finansowymi, informacyjnymi, logistycznymi i politycznymi. Stąd wojna jest szansą utrzymania władzy i wpływów, powstrzymania rywali, ustanowienia dzięki nowoczesnym technologiom „cyfrowej wasalizacji”. To w państwach Zachodu kładzie się największy nacisk na wzrost budżetów wojskowych, a militaryzacja polityki zagranicznej ma być przykładem dla wszystkich wahających się.

Zarówno Stany Zjednoczone, jak i państwa Unii Europejskiej prowadzą narrację pełną hipokryzji. Deklarując obronę wartości, w tym pokoju i ochronę praw człowieka, jednocześnie cały swój potencjał angażują w cele wojenne. Udział w organizowaniu pomocy Ukrainie, co oznacza krucjatę przeciw Rosji, świadczy o stosowaniu przez liderów państw zachodnich podwójnych standardów  moralnych. W tym samym czasie, gdy nawołują do rozprawienia się ze „zbrodniczą Rosją”,  nie są w stanie potępić i zablokować ludobójstwa, jakie ma miejsce w Strefie Gazy  w wyniku wojennego awanturnictwa Izraela.

USA nie rezygnują w sferze deklaratywnej z obrony sojuszników, przy okazji budując nowe przyczółki ich coraz większego zwasalizowania, jak w przypadku Polski poprzez budowę stałej bazy wojskowej. Biały Dom i Pentagon stoją także na straży wolności żeglugi i nierozprzestrzeniania broni jądrowej. To jeden z ważnych motywów atakowania Iranu. Niezależnie od zmian administracji prezydenckich imperium amerykańskie nie wycofuje się z wyłącznej  i misyjnej odpowiedzialności za utrzymanie porządku międzynarodowego. To nakazuje kolejnym administracjom, niezależnie od wewnętrznych problemów z ich instytucjonalną legitymizacją, odwoływać się do wojny jako środka zapobiegania niepożądanym wydarzeniom.

Wojny prewencyjne

To USA najczęściej sięgają do logiki wojen prewencyjnych. Ich źródła znajdujemy w starożytności, a w postaci modelowej przypomniał je amerykański politolog Graham Allison, nazywając to zjawisko „pułapką Tukidydesa”. Istotą tej konstrukcji jest przekonanie, że wobec wzrostu potęgi rywala warto uciec się do wyprzedzających działań militarnych, nie po to, by wyeliminować zbliżające się zagrożenie, ale aby zapobiec jego powstaniu. Odnosząc się do ataku Sparty na Ateny w wojnie peloponeskiej jako pierwowzoru takich zachowań, współcześnie Amerykanie wskazują na narastającą groźbę wojny ze strony Chin, które dzięki potężnym zbrojeniom wkrótce mogą stać się nietykalne. Ze względu na skalę potęgi chińskiej oraz strategię umiaru ze strony Pekinu, uderzenie na Chiny w obecnej kondycji Ameryki wydaje się mało prawdopodobne.

Wiele inwazji amerykańskich w przeszłości (nazywanych też interwencjami) miało u swoich podstaw prewencję. Odnosi się to zarówno do Wietnamu, jak i do Iraku, a ostatnio najwyraźniej do Iranu. Operacja Midnight Hammer (Nocny Młot) w czerwcu 2025 roku była kampanią prewencyjną, mającą na celu pozbawienie Iranu możliwości wzbogacania uranu i spowolnienie jego dążeń do uzyskania broni jądrowej. Operacja Epic Fury (Epicka Furia) z przełomu lutego i marca 2026 roku zakładała natomiast nie tylko zniszczenie, ale także zmianę ustrojową Iranu. Mimo zniszczeń i dekapitacji przywództwa napadnięte państwo  pokazało odporność na ataki. USA nie osiągnęły zamierzonych celów, a kampania amerykańska nie zapobiegła projekcji siły militarnej Iranu poza jego granice. Niezależnie od trumpowskiej propagandy, reputacja potęgi amerykańskiej została poważnie nadszarpnięta.

Przywołane przykłady świadczą o tym, że Stany Zjednoczone stanęły otwarcie na gruncie amoralizmu. Przestały bronić liberalnych standardów i działają w obronie egoistycznych interesów, cynicznie łamiąc prawo międzynarodowe i bezczelnie lekceważąc racje innych państw, nawet sojuszniczych. Można śmiało stwierdzić, że z ich przyczyny postępuje barbaryzacja stosunków międzynarodowych, trwa powrót do praktyk drapieżnego imperializmu, przypominającego koniec XIX i początek XX wieku. Wbrew  dorobkowi prawa międzynarodowego, zakazującego napaści i grabieży, na wokandę celów najsilniejszego mocarstwa powraca zajmowanie wszystkiego, co zapewnia przewagi konkurencyjne, a więc terytorium, zasoby surowcowe, technologie, drogi wodne, podmorskie linie komunikacyjne, przestrzeń powietrzną i in.  USA chcą powrócić do roli mocarstwa „rozdającego karty”,  przywołującego siłą do porządku krnąbrnych i nieposłusznych.

System międzynarodowy ulega wszak depolaryzacji i policentryzacji, stąd wiele sfer wymyka im się spod kontroli. Obserwujemy umacnianie się konkurujących ze sobą przestrzeni gospodarczych i technologicznych, funkcjonujących według własnych reguł. W takim świecie długotrwałe kampanie wojenne stają się zbyt kosztowne i wyczerpujące. Tym właśnie można wytłumaczyć ograniczanie przez Donalda Trumpa wsparcia dla Ukrainy, jak i ograniczenie wojny z Iranem, przed osiągnięciem któregokolwiek ze swoich ambitnych celów politycznych.

Rosja i wojna prewencyjna

W odróżnieniu od ekspansywnej i zaczepnej narracji amerykańskiej, szerzej zachodniej, rosyjska wykładnia doktryny wojennej odwołuje się do moralnie uzasadnionej obrony. We wszystkich enuncjacjach występuje odwołanie się do syndromu „oblężonej twierdzy”, osaczenia jej ze strony Zachodu i konieczności reagowania na śmiertelne zagrożenia. Mają one charakter zewnętrzny i narastający, a władze sięgają do siły jako wymuszonej reakcji, podejmowanej po długim namyśle i wyczerpaniu środków dyplomatycznych.

W świadomości powszechnej funkcjonuje mocno ugruntowany mit, że Rosja nie inicjuje wojen, a jedynie reaguje na narastające zagrożenia. Język oficjalny faworyzuje kategorie obrony, wyzwolenia i prawdy historycznej. Unika odniesień do agresywnej przemocy, naruszeń praw człowieka czy grabieży. Odwołując się do wielkich epopei wojennych – wojen ojczyźnianych z czasów Napoleona i Hitlera – Rosja przywraca bezpieczeństwo i sprawiedliwość historyczną. Imperialna polityka ochrony peryferii i rubieży sprzyja prezentacji siebie jako wyzwoliciela i obrońcy. Nawiązuje się w ten sposób do tradycji wyzwoleńczej z czasów wojen tureckich w XIX wieku czy zwycięstwa w II wojnie światowej.

W takim rozumieniu mieści się operacja wojskowa na Ukrainie, która ma charakter prewencyjny. Trwająca kampania wojskowa jest środkiem zapobiegawczym i przynosi – mimo tragicznych strat i ofiar – „pozytywne” rezultaty. Wyklucza bowiem zachodnie afiliacje Ukrainy (przyjęcie  państwa w stanie konfliktu do struktur zachodnich oznaczałoby katastrofę dla nich samych), a także przyszłe stacjonowanie wojsk państw zachodnich. Całkiem prawdopodobne w przyszłych rokowaniach pokojowych może okazać się utworzenie strefy buforowej, której zalet nie są w stanie zrozumieć ani dzisiejsze władze Ukrainy, ani ich protektorzy. Mogłaby to być jakaś forma modus vivendi, rozwiązania przejściowego, ale  ideologizacja stanowisk póki co nie dopuszcza takiego sposobu zakończenia konfliktu.

Zważywszy na determinację Rosji w obronie swoich interesów narodowych trudno dzisiaj dywagować, czy wojny można było całkowicie uniknąć. Obecnie należy raczej rozważać, jak zapobiec jej dalszej eskalacji. Warto przypomnieć, że Stany Zjednoczone Joe Bidena i cała zgraja ich europejskich popleczników  nie były skore do dyskusji kanałami dyplomatycznymi na temat powstrzymania ekspansji NATO na Ukrainę. Wojna prewencyjna Rosji za cenę ogromnych ofiar osiągnęła więc to, czego nie udało się zdobyć dzięki negocjacjom. Warto tu nawiązać do wojny gruzińskiej  w 2008 roku, która również miała charakter prewencyjny. Głównym osiągnięciem Moskwy stało się wówczas zablokowanie instytucjonalizacji orientacji zachodniej Gruzji, zwłaszcza jej akcesji do NATO.

To, co łączy narracje atlantyckie i rosyjskie, odnosi się do podobieństw w politycznym i medialnym pokazywaniu wroga. Tak w Stanach Zjednoczonych, w Europie Zachodniej, jak i w Rosji zbudowano w ostatnim ćwierćwieczu wrogą przestrzeń informacyjną. Oprócz metodycznej dezinformacji i propagandy wprowadzono liczne obostrzenia cenzuralne i poprawnościowe. Podporządkowano komunikację publiczną logice ochrony państwa, co w USA miało związek z atakami terrorystycznymi i akcjami odwetowymi, a w Rosji z narastaniem  syndromu wrogości wobec NATO.

Podobieństwa narracji wojennych dotyczą także stosunku do wrogich stron. I na Zachodzie, i w Rosji dokonuje się depersonifikacji wroga, podkreśla się własny heroizm, wyrzeczenia i racje moralne, odmawiając tych cech przeciwnikom. Mobilizacja medialna i indoktrynacja powodują, że po każdej ze stron – mimo wzrostu sił opozycyjnych – utrzymuje się lojalność wobec władz, a nawet osobliwy, bo często bezkrytyczny konsensus społeczny. Zjawiska te wynikają z powszechnego przekonania, że w obliczu nagromadzonych problemów wojna daje szanse na usprawiedliwienie błędów i szkodliwych polityk, a także na powstrzymanie konkurentów w globalnej rywalizacji o zasoby i kontrolę, opartą na nowych technologiach cyfrowych.

Na tle zachodniego i rosyjskiego podejścia do wojny Chiny odróżniają się powściągliwością w rozważaniu ryzyka jej wszczęcia. Ich stanowisko wynika z konsekwentnego traktowania użycia siły jako ostatecznego środka przeciwko separatyzmowi i ingerencji zewnętrznej. Uznawanie Tajwanu jako części Chin i dążenie do zjednoczenia wyspy mieści się w strategii gróźb, ale i manewrów dyplomatycznych na drodze stopniowego i cierpliwego zbliżania się do celu. Podobnie stanowisko w sprawie Morza Południowochińskiego wywodzi suwerenność nad wyspami z długiego procesu historycznego i stanowi przejaw obrony terytorium i praw morskich, a nie ekspansję zewnętrzną. Zamiast przemocy Chiny stosują więc presję psychologiczną, rozwijanie argumentów prawnych i perswazję dyplomatyczną, towarzyszącą projektom gospodarczym i handlowym. Siłą chińskiej narracji jest strategiczna spójność, promowanie roli mocarstwa broniącego moralności i prawa, w duchu pokojowej harmonii i współistnienia.

Narracja Ukrainy i Izraela

Spośród państw mniejszych i zaangażowanych w wojnę należy jeszcze odnieść się do narracji izraelskiej i ukraińskiej. Opowieść izraelska opiera się na idei ciągłego zagrożenia egzystencjalnego. Zdolność do samoobrony jest imperatywem moralnym i politycznym, legitymizowanym przez pamięć o tragedii Holokaustu. Liczne wojny izraelsko-arabskie, doświadczenia  zamachów terrorystycznych i ataków rakietowych uczyniły z pamięci Zagłady powracające doświadczenie. Powszechne i codzienne odczuwanie zagrożenia prowadzi do preferowania działań prewencyjnych, mających na celu jego wyeliminowanie, zanim dojdzie do oczywistych szkód i ofiar. Taka strategia dopuszcza całkowite zniszczenie wroga, nawet gdy koliduje ona z prawem humanitarnym. Atak z 7 października 2023 roku stał się  fundamentem narracji moralnej w języku „kultury eksterminacji” (Paweł Mościcki, „Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji”, Kraków 2025).

Ideologizacja, a nawet swoista sakralizacja wojny z odwołaniem do granic Wielkiego Izraela powoduje, że w narracji izraelskiej dopuszczalna, a nawet konieczna staje się okupacja, a za nią inkorporacja terytoriów uwolnionych od wroga. Mało się o tym mówi, ale Izrael eksploatuje od lat bogactwa zdobyte w kolejnych wojnach z Arabami.  Sprawuje kontrolę nad złożami gazu w Libanie i Strefie Gazy, zagospodarował grunty rolne na Zachodnim Brzegu, przejął zasoby wodne w Syrii.

Co najważniejsze, narracja izraelska cieszy się nie tylko szerokim poparciem społeczeństwa, ufnego w gwarancje dla życia i mienia ze strony państwa, ale znajduje także zrozumienie u największego sojusznika zewnętrznego, tj. w Stanach Zjednoczonych. Kolejne administracje w Waszyngtonie firmują izraelską niedopuszczalność bezbronności we wrogim otoczeniu, ale także prawnie i moralnie usprawiedliwiają praktyki eksterminacyjne wobec ludności palestyńskiej. Takie wsparcie wynika nie tylko z lobbingu diaspory żydowskiej w Ameryce, ale także ze skuteczności „hasbary” (wyjaśniania), czyli izraelskiej dyplomacji publicznej, skierowanej na agendy rządowe, międzynarodowe media i grupy nacisku.

Narracja ukraińska wynika z połączenia ofiary rosyjskiej agresji i obrońcy demokratycznego świata, mimo że Ukraina ani wcześniej, ani tym bardziej obecnie nie grzeszy przywiązaniem do praktyk demokratycznych. Tym bardziej nie jest obrońcą Zachodu, gdyż zależy całkowicie od jego wsparcia i jest na utrzymaniu obcych sił. W tym stanowisku widać wyraźnie wpływ „mobilizacyjnego optymizmu”, a nawet chciejstwa i zawyżonych oczekiwań.

Władze ukraińskie sprytnie różnicują uzasadnienia swoich ról w wojnie z Rosją. Wobec Stanów Zjednoczonych przedstawiają się jako obrońca demokracji, wobec Europejczyków jako  strażnik ich bezpieczeństwa, a wobec najbliższych sąsiadów jako bariera przed rozlaniem się rosyjskiego imperializmu i powrotu do zależności. Długotrwały opór wobec agresora ma budzić solidarność, powszechną empatię, a przede wszystkim mobilizować do udzielania kolejnych transz pomocy i stosowania sankcji wobec Rosji.

Tragedią narracji ukraińskiej jest traktowanie wojny jako środka gwarantującego przetrwanie państwa. W obliczu coraz większej destrukcji rodzi się jednak pytanie, czy ograniczenie, a nawet eliminowanie alternatywnych punktów widzenia nie prowadzi do pogłębiania katastrofy. Jak długo można utrzymać „optymizm mobilizacyjny”, gdy brak rozstrzygnięć na polu walki i narasta zmęczenie społeczeństwa pogarszającymi się warunkami egzystencji? Nie pomoże wzmacnianie kontroli nad debatą publiczną, gdy maleje wiarygodność przywództwa w obliczu skandali korupcyjnych. Utożsamianie wizerunku państwa z wizerunkiem  przywódcy zawsze grozi narastaniem rozczarowań w kręgach rządzących i medialnych, gdy spada jego popularność jako głównego „świadka oporu” w społeczeństwie i za granicą.

Każda z zarysowanych w skrócie narracji wojennych pokazuje instrumentalizację wojny w realizacji interesów przywołanych państw. Dramat dzisiejszej odsłony dziejów polega na tym, że zarówno władze, jak i szerokie odłamy społeczeństw są przekonane, że nie mogą się obejść bez używania siły. Dopóki będą inwestować w swój potencjał militarny i doskonalić zarządzanie strachem, dopóty atrakcyjność wojen będzie rosła, niezależnie od ich niszczycielskich skutków.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)

Polityczne zwroty w Europie

Polityczne zwroty w Europie

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  22 września 2026 michalkiewicz

Co prawda jeszcze nie wiadomo, czy Alternatywa dla Niemiec, po swoim wyborczym sukcesie, jaki odniosła 6 września br w wyborach do landtagu w Saksonii-Anhalt przejmie rządy w tym landzie, bo do większości rządowej brakuje jej jeszcze 3 mandatów – ale widać wyraźnie, że jest na fali wznoszącej, czemu wyraz dała jej przewodnicząca, pani Alicja Weigel. Po wyborach w Saksonii-Anhalt oświadczyła bowiem, iż ma nadzieję, że w najbliższych wyborach federalnych Jej partia też powinna uzyskać co najmniej 40 procent głosów – a to by oznaczało, że może objąć władzę nie tylko w kilku poszczególnych landach, ale w całej Republice Federalnej Niemiec.

Jak donoszą stamtąd niezależne media głównego nurtu, swoje zaniepokojenie tym sukcesem wyrazili już niemieccy Żydowie, którzy krzyknęli „gewałt” – no a skoro Żydowie, to zaniepokojenie wyrazili też niemieccy biskupowie. Wprawdzie w specjalnym oświadczeniu melancholijnie stwierdzili, że „muszą uznać” te wyniki, ale widać wyraźnie, iż targa nimi jaskółczy niepokój, czy przypadkiem AfD nie powstrzyma ich w marszu na drodze dostosowania religii katolickiej do wymagań nieubłaganego postępu. Co prawda jest światełko w tunelu, bo pani Alicja, chociaż ogólnie stoi na nieubłaganym gruncie tradycyjnego porządku, to w sprawach osobistych też idzie z postępem, prowadząc udane współżycie ze swoją partnerką w ramach związku gomoryckiego.

Nieubłaganym palcem wytknęła jej to na antenie „Polsatu” pani red. Gozdyra Agnieszka, oskarżając ją o „hipokryzję”, ale już w XVII wieku Franciszek ks. de La Rochefoucauld zauważył, że „hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie” – więc w tym kontekście wydaje się, że wszystko może być w jak najlepszym porządku. Pani Alicja sama hołduje nieubłaganemu postępowi, przynajmniej na tym odcinku, ale nie słychać, żeby zalecała to innym, jak to w naszym nieszczęśliwym kraju czyni Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna, której udało się omotać nawet obywatela Tuska Donalda.

Ten cały obywatel Tusk Donald powiedział nawet, że z sukcesu AfD mogą się cieszyć „zdrajcy, albo idioci”. Nie bardzo wiadomo, kogo właściwie miał na myśli, bo u nas wszyscy akomodują się do „stołecznych życzeń od iks lat” – jak zalecał poeta w niezapomnianych „Piosenkach naczelnika wydziału grobownictwa” – ale zabrzmiało to jak ostrzeżenie, zwłaszcza, że obywatel Żurek Waldemar z wielkim przytupem rozpoczął właśnie przedwyborczy sezon łowiecki, pracowicie wypychając na linię strzału samego pana prezydenta Karola Nawrockiego.

Czy uda mu się przed przyszłorocznymi wyborami wpakować do aresztu wydobywczego, a może nawet do turmy całą polityczną konkurencję – tego jeszcze nie wiemy, chociaż Wielce Czcigodny Giertych Roman uwija się wokół pana Przemysława Krala, jak w ukropie – no a ten, wabiony przez swego obrońcę, perspektywą uzyskania statusu świadka koronnego, co i rusz przypomina sobie, a to to, a to tamto, a to owamto – zaś obywatel Żurek Waldemar na tej podstawie „zatrzymuje”, „stawia zarzuty”, za pośrednictwem „naszych” sędziów umieszcza wybranych delikwentów w areszcie wydobywczym, porządkując w ten sposób polityczną scenę naszego bantustanu tak, aby przyszłoroczne wybory przyniosły wynik pożądany nie tylko przez stare kiejkuty, ale przede wszystkim – przez niemiecką BND, która wobec naszego bantustanu ma przecież swoje widoki.

Na wznoszącą falę AfD może mieć wpływ nie tylko – jak mawiano za pierwszej komuny – „utrata więzi z masami” przez zmurszałe partie niemieckiego establishmentu, które nie bardzo wiedzą, co przystoi im w tej sytuacji czynić – ale również wybory prezydenckie we Francji, które mają odbyć się w kwietniu przyszłego roku. Faworytą tych wyborów wydaje się pani Maryna Le Pen, która w dzisiejszych sondażach otrzymuje ponad 60 procent głosów w drugiej turze. Maryna Le Pen na stanowisku prezydenta Republiki francuskiej niewątpliwie zapoczątkowałaby erozję dotychczasowej francuskiej, a tym samym – i europejskiej polityki – na czym AfD mogłaby tylko skorzystać i w ten sposób w roku 2029 spełnić oczekiwania pani Alicji, która liczy na co najmniej 40 procent.

Gdyby tak się stało, to ta erozja dotychczasowej polityki jeszcze bardziej by przyspieszyła – a jak reagowaliby na nią Nasi Umiłowani Przywódcy, którzy uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane? Tego jeszcze nie wiemy, bo obywatel Tusk, podobnie jak zadowolony ze swego rozumu Książę-Małżonek, na razie tylko, na wszelki wypadek, wymyśla nie wiedzieć komu od „zdrajców” oraz „idiotów”. Odpowiedzi nie będzie łatwo uzyskać, więc w takim razie spróbujmy przypomnieć dotychczasowe zwroty w europejskiej polityce, bo może to dostarczy nam jakichś wskazówek, co do naszego przeznaczenia.

Jak pamiętamy, po proklamowaniu w roku 1871 przez kanclerza Bismarcka Cesarstwa Niemieckiego nakreślona została przezeń linia polityczna, według której Niemcy, które natychmiast objawiły ambicję kierowania Europą, kierują nią w porozumieniu z Rosją. Od tej linii kanclerza Bismarcka odstąpił narwany cesarz Wilhelm II, wdając się w wojnę z Rosją, chociaż wcześniej, to znaczy – w 1905 roku – co wypada przypomnieć – podpisał z nią porozumienie w Bjorko, o ostrzu antybrytyjskim. Car Mikołaj II, nie radząc się nikogo, ten układ podpisał, ale że wymagał on kontrasygnaty, zwrócił się do obecnego na jachcie „Hohenzollern” – bo rozmowy tam właśnie się odbywały – poczciwego ministra marynarki admirała Biriliewa: „Aleksy Aleksiejewiczu, czy pan mi ufa?” – Oczywiście, Wasza Cesarska Mość! – odparł służbiście admirał. – To niech pan kontrasygnuje ten układ bez czytania. I tak się stało, podobnie, jak w 2007 roku, kiedy to 13 grudnia obywatel Tusk wraz z Księciem-Małżonkiem podpisali bez czytania traktat lizboński. Ale na skutek stanowczego żądania innych ministrów rosyjskich, układ z Bjorko został anulowany.

Jak wiadomo, na skutek Wielkiej Wojny, która potem wybuchła Niemcy poniosły klęskę – ale – w odróżnieniu od Austro-Węgier, które już tego eksperymentu nie wytrzymały i przestały istnieć – Niemcy utrzymały się, jako jednolite państwo, chociaż Cesarstwo upadło. Toteż 20 lat później wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler podjął ponowną próbę opanowania Europy wbrew nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i Rosji. Tym razem państwo niemieckie zostało zlikwidowane i podzielone na strefy okupacyjne i chociaż w roku 1949 zostało odtworzone z trzech okupacyjnych stref, to formalnie okupacja trwała aż do 12 września 1990 roku, kiedy to w Moskwie podpisany został traktat „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem dwa plus cztery”. Okupacja Niemiec została zniesiona, a same Niemcy nawróciły się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, czyli – kierowania Europą w porozumieniu z Rosją.

Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było proklamowanie strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które przetrwało aż do 2022 roku, kiedy to Rosja rozpoczęła wojnę z Ukrainą, wspartą nie tylko przez Stany Zjednoczone, ale i całe NATO, którego Niemcy są członkiem. Zerwaniu strategicznego partnerstwa z Rosją sprzyjało wysadzenie w powietrze bałtyckich gazociągów Nord Stream, o które podejrzani są Ukraińcy, Amerykanie i … Polska. Zanim jeszcze to nastąpiło, wydawało się, że sytuacja w Europie ustabilizowała się na dobre. 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było oczywiście strategiczne partnerstwo niemiecko- rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym – podział Europy na strefę niemiecką i rosyjską. Jak pamiętamy, Polska też musiała się odnaleźć w tym strategicznym partnerstwie z Rosją, no i pod rządami obywatela Tuska Donalda się odnajdywała.

W sierpniu 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie Patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, wraz z ówczesnym przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, abp Józefem Michalikiem, podpisał deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. I nie wiadomo, jak daleko zaszlibyśmy na tej drodze, gdyby nie to, że w roku 2014 amerykański prezydent Obama zresetował swój poprzedni „reset” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich z 17 września 2009 roku, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy. W ten sposób prezydent O bama wysadził strategiczne partnerstwo NATO-Rosja w powietrze, a wraz z nim – cały „porządek lizboński”. Wspominam o tym m.in. żeby pokazać, iż ówcześni Nasi Umiłowani Przywódcy nie mieli najmniejszego wpływu na rozwój tych wypadków, a tylko się do nich akomodowali twierdząc, że i jedno postępowanie i drugie jest realizowaniem polskiej racji stanu.

Pod wpływem wojny na Ukrainie, Niemcy, poddani zresztą amerykańskiemu naciskowi, odstąpili od strategicznego partnerstwa z Rosją, za co w marcu 2023 roku zostali wynagrodzeni przez amerykańskiego prezydenta Józia Bidena przyzwoleniem, by urządzały sobie Europę po swojemu. Zaraz tedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego w myśl wskazówek sformułowanych jeszcze w 1943 roku przez Adolfa Hitlera, który na spotkaniu z gauleiterami zauważył, że „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Ta nowelizacji jest już rekomendowana przez Parlament Europejski, więc jak tylko nadejdzie odpowiedni moment, to zostanie przeforsowana.

Czy jednak odpowiedni moment nadejdzie? To zależy, w jakim kierunku pójdzie erozja dotychczasowej polityki europejskiej. W kwietniu br. Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą, co oznacza w polityce niemieckiej kolejny zwrot – ku linii prezentowanej w polityce wschodniej w Europie przez Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, Niemcy pozwoliły na powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by przy jej pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Obydwa te cele okazały się aktualne również i teraz, ale…

Ale AfD, której nazwa – o czym Polacy powinni pamiętać – brzmi „Alternatywa DLA NIEMIEC” – a nie dla Polski. Zresztą pani Alicja Weigel nigdy nam nie obiecywała, że jej partia będzie się troszczyć o polskie interesy państwowe. Na czym zatem polega alternatywa dla Niemiec według AfD? W kwestii nas interesującej – na normalizacji stosunków niemiecko-rosyjskich, co może – chociaż oczywiście nie musi, przynajmniej w najbliższym czasie – doprowadzić do reaktywowania strategicznego partnerstwa z Rosją.

W podobnym kierunku, to znaczy – w kierunku normalizacji stosunków z Rosją, zamierza prowadzić Francję pani Maryna Le Pen, która – podobnie jak AfD w Niemczech, zamierza przywrócić realistyczne spojrzenie na Ukrainę. Jeśli dodać do tego pragnienie prezydenta Trumpa, by zakończyć jakoś ukraińską awanturę, rozpoczętą przez prezydenta Obamę i unormować stosunki z Rosją, to zapowiada to kolejny zwrot w polityce międzynarodowej. Tymczasem Nasi Umiłowani Przywódcy najwyraźniej przyzwyczaili się już do mechanicznego wymyślania Putinowi i wysługiwania się Ukrainie, możliwe nawet w przekonaniu – bo w rządzie obywatela Tuska idiotów przecież, podobnie jak „zdrajców” nie brakuje – że w ten sposób uczestniczą w wielkiej polityce. Tymczasem nie jest to nawet statystowanie w tym widowisku, a jeśli nawet – to jako szczyt naszych możliwości. I co z tym fantem zrobić?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Moje aresztowanie nic nie zmieni

Moje aresztowanie nic nie zmieni

Autor: Redakcja, 23 września 2026

Każdy kto dziś, na miarę swoich możliwości, nie staje w obronie prześladowanych Polaków i nękanego Grzegorza Brauna, każdy już dziś, w obliczu historycznego wyzwania, ma szansę zostać zaliczony do ponadczasowej kategorii bezwolnych głupców lub antypolskiej swołoczy popierającej kolejny raz w dziejach – kolejną odsłonę totalitaryzmu.

<><><>

Pan redaktor zapytał, czy mnie posadzą, więc ja tego nie przesądzając, muszę tylko bardzo wyraźnie stwierdzić i ogłosić, że nie będzie to miało żadnego wpływu na zdolność Konfederacji Korony Polskiej do skutecznego ubiegania się o mandaty poselskie i senatorskie. (…) proszę zmartwić się tym, że scenariusz stanu wojennego, ni mniej, ni więcej, może mieć konsekwencje dla wszystkich formacji, dla wszystkich środowisk, niezależnie od tego kto na kogo głosuje. Niewątpliwie ten scenariusz jest na stole.

Nie wiem w jakim tam stole, w jakim pomieszczeniu sztabowym, w jakiej kancelarii tajnej, ale władza niewątpliwie nosi się z zamiarem skasowania kalendarza wyborczego pod pretekstem wojny.  I stąd podżegacze wojenni doznali teraz takiego wzmożenia.  Przypomnę, że wystarczy stan wyjątkowy pod jakimś pretekstem, takiej czy innej prowokacji, wystarczy limitowany stan wyjątkowy.

Tradycyjna lewica a Grzegorz Braun

Tradycyjna lewica i Grzegorz Braun

Czy środowisko, które opiera swój światopogląd na monarchizmie i tradycjonalizmie katolickim jest w stanie iść ramie w ramie z marksistami i ludźmi, którzy władze w państwie chcieliby oddać w ręce zwykłych szarych obywateli? W teorii wydaje się to nieco egzotycznym połączeniem. Praktyka nie zawsze idzie jednak w parzę z teorią, czego najlepszym przykładem jest właśnie zawierany na naszych oczach dość niecodzienny sojusz.

Grzegorz Braun to na polskiej scenie politycznej postać, która od kilku lat wzbudza oburzenie wśród polityków i wyborców liberalno-establishmentowej części naszego społeczeństwa. Niechęć do lidera Konfederacji Korony Polskiej wynika zazwyczaj z jego „kontrowersyjnego” zachowania, które przez wyżej wymienionych odbierane jest między innymi jako zamach na demokrację. W ostatnich latach do całkiem pokaźniej listy zarzutów przeciw politykowi dołączono również rzekome wspieranie rosyjskiej agresji, które ma wynikać z faktu, że sprzeciwiając się wojnie na Ukrainie Braun działa tym samym na rzecz narracji prowadzonej przez Kreml.

Pomijając już pokrętną logikę – wedle której kto nie kibicuje warszawskiej Legii musi być automatycznie kibicem Lecha Poznań – ten medialny lincz, a następnie konsekwentne rugowanie z przestrzeni publicznej wszystkiego, co tylko związane z Grzegorzem Braunem i jego środowiskiem musiało w końcu doprowadzić do tego, że zacznie on przyciągać uwagę tych ciekawskich i niepokornych. I chociaż z początku nie dziwiło, że wokół polityka zaczęli pojawiać się niezadowoleni i zawiedzeni wyborcy Konfederacji, Prawa i Sprawiedliwości, czy zwyczajnie osoby poszukujące w polityce jakiegoś powiewu świeżości, nikt nie przypuszczał, że do Szerokiego Frontu Gaśnicowego dołączą ludzie, którzy swoje poglądy deklarują jako tradycyjnie lewicowe i marksistowskie.

Wspólny wróg, potrzeba suwerenizmu i charyzmatyczny lider

Żyjemy w czasach, w których gołym okiem widać wszystkie negatywne następstwa wynikające z ciągle postępującej globalizacji. Niszczenie modelu tradycyjnej rodziny, promocja hedonizmu, czy multikulturalizm to zjawiska, z którymi bez wątpienia mamy do czynienia, a przeciw którym swój sprzeciw wyrażają głównie tradycjonaliści, osoby wierzące i ludzie o bardziej konserwatywnych poglądach, których wciąż wrzuca się jeszcze do jednego worka, nad którym figuruje napis prawica. Niezależnie od nazewnictwa i aktualności dawno przebrzmiałych już definicji, globalizacja dała się przecież również we znaki ludziom z przeciwnej strony sceny politycznej.

Chociaż w ostatnich latach pojęcie lewicowości bezlitośnie utożsamiane jest w Polsce wyłącznie z obyczajowym ekstremizmem i wszelkimi skrajnościami dotyczącymi różnej maści mniejszości, nie możemy zapominać, że poza tzw. lewactwem istnieje również inna lewica, ta tradycyjna, stara, czy jak kto woli nieliberalna. Ze względu na jej „niemodne” poglądy od lat lawiruje gdzieś poza głównym nurtem, a ludzi którzy się z nią utożsamiają spotkać można raczej w różnych mało popularnych stowarzyszeniach i inicjatywach, aniżeli w wielkiej polityce i na listach wyborczych. Mniej jednak to właśnie, to środowisko zdołał sobą zainteresować Grzegorz Braun. Dlaczego właśnie on?

Patrząc na polskojęzyczną scenę polityczną równie dobrze moglibyśmy zadać pytanie, a kto inny? Można powiedzieć, że obecnie to wyłącznie Braun otwarcie i bezpardonowo podnosi hasła, które dla tradycyjnej lewicy wydają się być właśnie atrakcyjne, a których nie uświadczymy z ust polityków, którzy określają się mianem lewicowych. Przynajmniej w jego retoryce – ale momentami przecież i w praktyce – hasła te i działania wypełniają niezagospodarowaną od długiego czasu próżnię. Zaliczyć do nich możemy między innymi jawne wystąpienie przeciw międzynarodowym koncernom farmaceutycznym i łamaniu praw obywatelskich w czasach pandemii, czy bezpośredni sprzeciw wobec napastniczej polityki Unii Europejskiej.

Z pewnością można by przytoczyć całą listę sprzeczności, o które ci bardziej tradycjonalistyczni zwolennicy Grzegorza Brauna byliby w stanie pokłócić się z tymi postępowymi, to pewne. Jednak ze względu na jego „czystą kartę” w polityce, charyzmę, bezpardonową działalność – ale i może również fakt, że ludzie widzą w nim, w końcu człowieka, który jest w stanie dosłownie walczyć o suwerenność Polski na arenie międzynarodowej, a w Polsce reprezentować ich własne interesy – jest on czymś na skale ewenementu. Wcale więc nie dziwi, że zwyczajnie może wydawać się interesujący i zrzeszać wokół siebie różne równie interesujące osobistości.

Do tego sam polityk w ostatnich tygodniach oficjalnie oświadczył, że w jego szeregach jest również miejsce dla ludzi, których inni już dawno wyklęli i wprost wyciągnął rękę do tego środowiska.

– Szanowni państwo, jeśli o mnie chodzi, to pochowajcie moje serce i pod Monte Casino i pod Lenino. Tam pochowajcie moje serce. Ponieważ i teraz jest właśnie czas, teraz jest właśnie moment, żeby to opowiedzieć sobie, napisać tę historię na nowo i żeby to usłyszeli nasi rodacy Polacy. Jest wspólny mianownik – mówił Grzegorz Braun podczas Konferencji Suwereni stów w Warszawie.

Upamiętnienie zwycięskiej Bitwy pod Lenino? Wspólny mianownik z tymi, którzy nie wstydzą się mówić głośno, kto i z kim wyzwalał Polskę od niemieckiego najeźdźcy? A wszystko to wypowiedziane przez uznawanego przez media za „skrajnie prawicowego” posła do Parlamentu Europejskiego? Trzeba przyznać, że jak na polskie realia to coś naprawdę niebywałego.

Inna, ale bardzo ważna sprawa to pokazowy sprzeciw Brauna wobec wojny na Ukrainie, który przez nieliberalną lewicę odbierany jest jako antyatlantyzm. W przeciwieństwie do większości polskiego społeczeństwa traktują oni zarówno tę wojnę, jak i sam neobanderyzm podnoszący głowę za naszą wschodnią granicą, nie jako specyfikę dzisiejszych czasów i zjawisko samo w sobie, a następstwo imperialistycznej polityki USA i NATO. Jest to kolejne spoiwo łączące ludzi, którzy, podobnie jak niegdyś w Zmianie, tak dziś w Koronie szukają swojego miejsca.

Wydaje się, więc logiczne, że osoby, które przez długi czas nie mogły odnaleźć się w świecie, gdzie „walka” toczona pomiędzy ugrupowaniami politycznymi w żaden sposób nie podważała panującego statusu quo, zaczną w końcu szukać jakiegoś oparcia w kimś, kto, chociaż stopniowo będzie oficjalnie legitymizował ich poglądy. Bez wątpienia w zupełnie innych warunkach, okolicznościach i z całkiem innym zapleczem ideowym, ale kimś takim był niegdyś Andrzej Lepper, który, podobnie jak dzisiaj Grzegorz Braun poza niewymagającym zbyt wiele elektoratem, zdołał skraść serca także tych politycznych sceptyków i pariasów.

Oczywiście nie można też wykluczyć kwestii czystej polityki, w końcu dieta poselska piechotą nie chodzi, a wszędzie znajdą się ludzie, którzy za pieniądze i trochę władzy są w stanie zrobić dosłownie wszystko. Chcąc czy nie chcąc, w momencie gdy ktoś chce grać w tę grę musi się również liczyć z podobnymi zarzutami. Historia wielokrotnie pokazała, że takie przypadki niestety nie bywają odosobnione.

W związku z zaistniałą sytuacją i tym swoistym sojuszem ekstremów pojawiają się zarówno pytania, jak i głosy krytyki z obu stron. Ktoś ma za złe to, inny z kolei domaga się wyjaśnień tamtego, ale jak to się mówi karawana jedzie dalej. Czy to początek końca starych podziałów na polskiej scenie politycznej, czy może chwilowy romans, który zakończy huczny rozwód? Jak to już w życiu bywa odpowiedzi na zadane pytania przyjdą wraz z upływem czasu. Wystarczy poczekać.

Patryk Chruślak

Cynicy czy szaleńcy?

Engelgard: Cynicy czy szaleńcy?

„Apeluje do wszelkiej maści polityków i generałów, i pożal się Boże ekspertów, aby otworzyli swoje betonowe łby i zapamiętali, że są oni sługami narodu, którzy mają zapewnić społeczeństwu pokojowy rozwój i przetrwanie narodu! Polska – społeczeństwo i naród nie szuka wojny, lecz polscy politykierzy i generały, którzy swym rozwoju są na poziomie dowódcy plutonu, jak opryszki na wiejskiej zabawie, wydzierając się na wszystkie strony świata, że polska armia, pokona Rosję, wojny z nią szukają!” – napisał gen. Leon Komornicki, jeden z niewielu myślących rozsądnie.

Jego koledzy po fachu codziennie plotą bzdury, wymachują szabelką, wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tabunowi nieodpowiedzialnych polityków, na czele których stoi Donald Tusk.
Jeśli ktoś w 2023 roku miał nadzieję, że po szaleństwach rządów Mateusza Morawieckiego i PiS-u, zapanuje zdrowy rozsądek, a polityka zagraniczna, w tym polityka wobec wojny na Ukrainie – zracjonalizuje się, ten się srodze zawiódł.

Donald Tusk wszedł właśnie na wysokie obroty agresywnej retoryki wojennej, straszy codziennie swój naród wojną, rzuca gromy na „wrogów”, którzy nie są skłonni podzielać jego histerii. Najpierw zastraszył swoich koalicjantów zapowiadając już na początku istnienia tej koalicji, że wypali gorącym żelazem tych, którzy poddadzą w wątpliwość politykę bezkrytycznego stania po stronie Ukrainy do końca. No i zastraszył, czego przykładem jest degradacja PSL-u, kiedyś partii rozsądku i umiaru, a obecnie ustami swojego lidera wpisującej się w chór najbardziej skrajnych podżegaczy wojennych.
Ale tego było Tuskowi za mało – zabrał się za opozycję. Uznaje ją za zdrajców i zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski, grozi, żeby nie ważyła się „szczuć na Unię Europejską”. Posunął się nawet do tego, że powołał się na raport CIA, w którym ponoć ostrzegano Polskę przed zbliżającymi się rosyjskimi prowokacjami, a nawet atakiem. Okazało się szybko, że nikt tego raportu nie czytał i nie zna – łącznie z szefem MON.

Nawet propisowski i rusofobiczny portal wpolityce musiał zauważyć: „To już kolejne takie przypadki, kiedy Tusk straszy wojną. Przypomnijmy także, że szef rządu już w kwietniu udzielił wywiadu m.in. brytyjskiemu „Financial Times”, w którym podważał sojusz polsko-amerykański, współpracę w ramach NATO i straszył atakiem ze strony Rosji, przekonując, że może zaatakować członka NATO w perspektywie „raczej miesięcy niż lat”.
Czemu to wszystko ma służyć? Są dwie wersje odpowiedzi. Jedna – „racjonalna”. Donald Tusk, podobnie jak liderzy Unii Europejskiej, cynicznie wykorzystują wojnę na Ukrainie do ratowania projektu integracji europejskiej w kierunku budowy w trybie przyspieszonym superpaństwa. Paramafijne metody rządów Ursuli von der Leyen są aż nadto widoczne. To ona i skupiona wokół niej kamaryla podżegaczy wojennych – zarządzą strachem i przy okazji realizuje swoje utopijne projekty. Jest też drugie wytłumaczenie – Donald Tusk jest w stanie psychicznej zapaści, boi się utraty władzy, i jest gotów na wszystko, aby temu zapobiec. Histeria wojenna może być wstępem do wprowadzenia stanu wyjątkowego i odłożenia wyborów. Obojętnie która z tych wersji jest bliższa prawdy – jako naród znaleźliśmy się w krytycznej sytuacji.


Jan Engelgard
fot. KPRM (profil fb)
Myśl Polska, nr 39-40 (26.09-4.10.2026)

Polska państwem z dykty

Polska państwem z dykty

Izabela BRODACKA

Każdy z krajów z dykty, a jeszcze lepiej z papier mâché, charakteryzuje laksacja legislacyjna. Wydaje się bardzo wiele ustaw i zarządzeń, często sprzecznych ze sobą albo nawet, co gorsza, sprzecznych z Konstytucją. Wśród nich są ustawy głupie, martwe oraz kryminogenne. Ustaw głupich jest najwięcej. Ustawy martwe są to ustawy, których nikt w praktyce nie stosuje, lecz działają jako przysłowiowy kij na psa. Uruchamia się je, gdy chce się kogoś uderzyć, komuś wyrządzić krzywdę posługując się prawem.

Taką martwą ustawą jest przepis nakazujący płacić podatek od uzyskanej korzyści. Jeżeli pozwolisz kuzynce mieszkać w twoim mieszkaniu, powinna ona odprowadzać podatek od sumy, którą musiałaby płacić za wynajem podobnego mieszkania. Jeżeli sąsiad położy ci kafelki w łazience w zamian za dobre obiady, ty powinnaś zapłacić podatek od honorarium za kafelki, a on za cenę obiadów.

Pamiętna jest sprawa piekarza z Legnicy Waldemara Gronowskiego, który rozdawał niesprzedane pieczywo, zamiast wyrzucać je na śmietnik. Odbiorcy tego pieczywa, osoby ubogie, miały według Urzędu Skarbowego odprowadzać podatek od uzyskanej korzyści. Gdyby Urzędy Skarbowe konsekwentnie pilnowały przestrzegania tej ustawy, niemożliwe stałyby się wszelkie umowy barterowe, a nawet przysługi sąsiedzkie czy pomoc humanitarna. Jeżeli na przykład pomagałabym bezinteresownie w matematyce dzieciom niezamożnej sąsiadki, z takim nauczaniem musiałybyśmy się ukrywać jak za okupacji niemieckiej.Istnieją również ustawy i rozwiązania prawne, które są po prostu kryminogenne. Prowokują do popełniania przestępstwa.

Takim rozwiązaniem prawnym jest dopuszczenie do posiadania tak zwanego kolekcjonerskiego dowodu osobistego. Taki dowód można sobie swobodnie zamówić na dowolne nazwisko i jest on praktycznie nieodróżnialny od zwykłego dowodu osobistego. Firma, która wytwarza takie dowody, w swojej reklamie pojawiającej się natychmiast w Internecie po wpisaniu jako hasło terminu „dowód kolekcjonerski” twierdzi, że przeznaczeniem kolekcjonerskich dokumentów są żarty. Ładne żarty, jeżeli, jak to kiedyś sprawdzili dziennikarze śledczy, można na taki dowód wynająć samochód, wziąć kredyt obciążający osobę, której skradziono personalia, a nawet sprzedać cudze mieszkanie. Nabywca w dobrej wierze nie musi mieszkania oddawać. Prawo nie chroni zatem obywatela przed kradzieżą jego tożsamości, wręcz przeciwnie, do takiej kradzieży prowokuje.

Trudno ustalić, po co i dlaczego toleruje się takie praktyki i oferujące kolekcjonerskie dokumenty firmy. Można zamówić sobie również fałszywe prawo jazdy, a jakie niebezpieczeństwo pociąga za sobą obecność na szosach kierowców bez prawa jazdy i odpowiednich kwalifikacji, nie trzeba chyba tłumaczyć.Kolejną cechą charakterystyczną polskiego państwa bezprawia jest brak ochrony właścicieli nieruchomości przed dzikimi lokatorami. Wręcz przeciwnie, to dzicy lokatorzy są chronieni, a właściciel, który chciałby wejść siłą do swego własnego mieszkania, jest ścigany za naruszenie miru domowego. Powoduje to – jak wielokrotnie pisałam – zastój na rynku wynajmu mieszkań i skrajnie wysokie ceny tego wynajmu. Ludzie wolą nie zarabiać na wynajmie, a za to mieć pewność, że nie stracą mieszkania na rzecz bezczelnego złodzieja chronionego przez system.Kolejną cechą charakterystyczną państw z dykty i tektury jest bierność organów ścigania wobec zgłaszanych przez obywateli przestępstw. Prokuratorzy najczęściej odmawiają zajęcia się zgłaszanymi sprawami albo umarzają postępowanie.

Wyjątkowo obraźliwy dla obywatela jest fakt, że uzasadnienia odmowy wszczęcia postępowania lub jego umorzenia są na ogół zupełnie bez sensu, są powielaniem jakiegoś szablonu dotyczącego zupełnie innych spraw. Mogłabym podać setki przykładów, ale z braku miejsca ograniczę się do kilku. Znajoma otrzymała na WhatsApp następującą informację: „Mamo, utopiłem swój telefon w ubikacji i muszę kupić nowy. Stoję w sklepie, ale nie mam dostępu do swego konta. Przekaż proszę 3997 złotych na konto sklepu, które podaję”. Znajoma, przekonana, że pisze jej syn, dokonała przelewu. Okazało się, że padła ofiarą oszustwa. Prokuratura ustaliła, że właścicielką rachunku bankowego, na który przelano pieniądze, jest niejaka Sylwia S., która jednak zaprzeczyła, że zakładała podany rachunek.

Jak stwierdził prokurator, postępowanie nie dało podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wobec czego zostało umorzone. Przecież to są kpiny z obywatela. Niech spróbuje nie zapłacić mandatu, to wejdą mu na konto i ten mandat pobiorą. Jeżeli Sylwia S. zaprzecza, że jest to jej konto, trzeba ustalić właściciela i doprowadzić do zwrotu pieniędzy. Inna znajoma pożyczyła komuś dużą sumę pieniędzy. Oficjalnie, z umową i opłaceniem podatku. Dysponuje dowodem przelewu. Dłużniczka twierdzi, że pieniądze oddała, nie ma jednak na to żadnego dowodu. Gdybym oddawała dużą sumę z ręki do ręki, żądałabym przecież potwierdzenia spłaty długu przez wierzyciela. Prokuratura odmówiła ścigania nierzetelnej dłużniczki, dając wiarę jej oświadczeniom.

Ja osobiście zeznawałam w sądzie w sprawie osoby oszukanej przez właściciela ogiera arabskiego. Na licytacji sprzedano jakiegoś siwego ogiera, na co istnieje dowód w postaci protokołu komornika, natomiast paszport wystawiono na skradzionego ogiera karego. Pomiędzy licytacją a datą wystawienia paszportu upłynęło kilka miesięcy. Otóż koń siwy nigdy nie stanie się kary, choć przeciwna zmiana maści jest możliwa. Dokumenty były więc dowodem oszustwa. Poza tym komornik zaniedbał sprawdzenia czipa konia. Sędzia nie rozumiała zupełnie wagi tego dowodu, odmówiła powołania biegłego zootechnika i ostatecznie sprawa została umorzona.

Otrzymałam kuriozalne pismo z sądu, w którym potraktowano mnie jako osobę poszkodowaną, podczas gdy byłam tylko świadkiem. Niezawisłość sędziowska sprowadza się zatem do orzekania według przekonań sędzi nie znającej przedmiotu sprawy; może ona dowody dowolnie dopuszczać lub nie oraz powoływać lub nie biegłych, co czyni z systemu sprawiedliwości farsę i prowokuje do oszustw.

Tylko aplauz i zaakceptowanie

Tylko aplauz i zaakceptowanie

22.09.2026 wolnemedia/tylko-aplauz-i-zaakceptowanie

Staram się być zdyscyplinowanym, porządnym obywatelem. Zgodnie z zaleceniami najwyższych dostojników, aby nie dać się zwieść na pokuszenie dezinformacji, słucham wyłącznie oficjalnych komunikatów rządowych i mediów pierwszego obiegu. Egzemplarz „Konstytucji”, który trzymałem na szafce nocnej i czytałem codziennie, ocierając łzy wzruszenia, po zmianie władzy schowałem nieco głębiej do szuflady, a po bezprawnym, omijającym ścieżkę legislacyjną uchwaleniu kredytu wojennego SAFE, wyniosłem do pawlacza.

https://youtube.com/watch?v=1IHLQJ8bvik%3Frel%3D0

Moją jedyną wieczorną lekturą, poza „Ewangelią”, stał się odtąd „Poradnik bezpieczeństwa”. Oglądam publiczną telewizję w permanentnej likwidacji, więc uspokajam i melduję posłusznie, iż doskonale zdaję sobie sprawę, że duch praworządności taki, jakim my go rozumiemy, zwłaszcza w obliczu historycznych wyzwań, z którymi mamy się zmierzyć, wymaga kroków zdecydowanych i stoi powyżej najwyższego aktu prawnego i ani mi przez myśl nie przejdzie jątrzyć i kwestionować zasadność zaciągania kredytów wojennych zadłużających pokolenia Polaków, które jeszcze nawet nie są w planach swoich rodziców.

Obok „Poradnika” trzymam długopis i kajecik, w którym notuję różne przestrogi miłościwie nam panującej władzy, a także własne uwagi i spostrzeżenia, by stać się lepszym obywatelem i moc kognitywnych & hybrydowych ataków złego Mzimu ze Wschodu móc zmóc. Bo ja Państwu powiem, że ja się cały czas czegoś uczę, bez przerwy, nieustannie.

W minionym tygodniu nauczyłem się na przykład od Wielce Czcigodnego Posła Treli z Lewicy, iż nad Łodzią przelatywały z prędkością światła nasze orły białe w samolotach F35, a hurkot był tak donośny, że ludność nie wiedziała, co się dzieje. Jestem głęboko przekonany, że skoro popisy podniebnej husarii zrobiły wrażenie nawet na mieszkańcach centralnej Polski, bądź co bądź przedstawicielach cywilizowanego Zachodu, to orki i mużycy nieznający toalet pierzchać będą w popłochu, nie podejmując nawet walki.

Zamiast liczyć barany, przed snem policzyłem, że nasza Wunderwaffe w dwie sekundy jest w stanie piętnastokrotnie okrążyć całą kulę ziemską i to wokół równika. Czuwaj!

Ktoś nieżyczliwy i czepialski mógłby mi wytknąć, że określenie Wunderwaffe nie przystoi do opisu naszej niepokonanej floty napowietrznej, bo kojarzy się z nazistami, ale dla mnie to słowo jak słowo, wszak hitleryzm to historia, a dzisiejsze Niemcy są naszymi sojusznikami w najsilniejszym obronnym pakcie militarnym świata sformowanym przeciw naszemu odwiecznemu wrogowi.

Świadomych naszej ogromnej siły i gotowości nie może dziwić oburzenie Wielce Czcigodnego Posła Kropiwnickiego z Koalicji Obywatelskiej na pewnego łajdaka-parlamentarzystę, którego niestety nie wymienił z nazwiska, a który opowiadał bzdury, jakoby pokój był najważniejszy i że on nie chce żadnej wojny. I co jeszcze, może żeby rakiety nie spadały na polskie miasta? Może nie jest dla niego piękną rzeczą, gdy w pierwszym szeregu ginie człowiek odważny? Może – aż boję się pomyśleć – jego zmysłu estetycznego nie nasyca widok spadającego z konia ułana? To jest nie tylko ruska narracja, ale i zdrada, jak słusznie zauważa niekwestionowany tytan intelektu, Poseł Kropiwnicki.

Defetystów traktowałbym bardzo surowo, a takich wypowiedzi zakazał. To za komuny nam wpajano, że nigdy więcej wojny i takie tam bzdury dla ludzi bojaźliwych, przepełnionych sowieckością konformistów obawiających się szczęku oręża. Ja osobiście pokładam ufność we władzy i głęboko wierzę, że gdy wojna nareszcie wybuchnie, będzie krótka i zwycięska. Bez kozery powiem, że gdy przez Bramę Smoleńską ruszymy na Ruskich, na podbicie Pandemonium wystarczą nam 4 tygodnie. A jeśli któremu z naszych kanonierów wraża kula oberwie obydwa ramiona, to on nadal będzie stał niewzruszony przy armacie, nabijał ją i raził ogniem nieprzyjaciela. Nawet głowicę termojądrową weźmiemy na klatę, tym bardziej, iż nie mamy schronów, ale spieszę posłusznie zameldować, że to nic, bo ten trudny czas to nie jest odpowiedni moment na krytykę zaniedbań sterników naszej ojczyzny, zwłaszcza że prawie nie padało. Niech no tylko zdejmiemy rękawiczki.

Innym razem, po obejrzeniu audycji prowadzonej przez Panią Redaktor Gozdyrę, nauczyłem się, jakich pytań nie wolno zadawać i zanotowałem skrzętnie w moim trzymanym na szafce nocnej notesiku, że absolutnie nie wolno pytać, dlaczego Putin miałby do nas wejść. Czy wiecie, o zacni braciszkowie, krajanie współcierpiący w ucisku, po co jest ten czyhający na Polskę Putler? No właśnie. Nikt nie wie, więc jak dotąd nikt nie ważył się zapytać. To jest Putler odpowiadający żywotnym potrzebom naszej miłościwie panującej nam władzy, która na fundamencie tegoż Putlera zbudowała misternie ogromną, obowiązującą ideologiczną konstrukcję. Jeśli go spod niej wyciągniemy, cała runie z łoskotem.

Ja też nie wiem, do czego Putinowi miałaby się przydać Polska. Nie pamiętam dokładnie, kto to powiedział, ale zdaje się, że albo Jego Ekscelencja Minister Sikorski, albo dzielny wojak Szwejk: gdyby wszyscy byli mądrzy, to na świecie byłoby tyle rozumu, że co drugi człowiek zgłupiałby od tego. Dlatego nie wstydzę się, że nie wiem. Wiem już za to, że pytać nie wolno, bo w demokratycznym kraju samo pytanie jest porażające i przerażające, hańbiące, ocierające się o zdradę i pisane cyrylicą.

U Andersena, kiedy dziecko krzyknęło, że król jest nagi, zgromadzeni poszli po rozum do głowy, ale życie w Polsce to nie baśń. To coś znacznie lepszego.

To, że nikt z oburzonych na Panią Wiadrowską, mdlejących i rwących włosy z głów nie potrafi odpowiedzieć na jej pytanie, tylko dobrze świadczy o miłościwie nam panujących. Bo oznacza, że tajemnica państwowa zostaje zachowana.

Autorstwo: Michał Węgrzynek
Źródło: Strajk.eu

Świat się zmienia, ustroje upadają, a w Polsce jedna rzecz pozostaje niezmienna jak dług publiczny: sprytnie podpięty pod koryto cwaniak

Czar6wnica com/p/Czar6wnica

Świat się zmienia, ustroje upadają, a w Polsce jedna rzecz pozostaje niezmienna jak dług publiczny: sprytnie podpięty pod koryto cwaniak zawsze znajdzie sposób, by za pieniądze podatnika zafundować sobie bąbelki w jacuzzi. Zmienia się tylko narracja – kiedyś kradło się na chwałę ojczyzny i krzewienie cnót niewieścich, dziś ściga się to przed kamerami w imię praworządności, dbając przede wszystkim o odpowiednie oświetlenie na konferencji prasowej.
Poprzednicy z PiS doprowadzili sztukę dojenia państwa do poziomu niemal metafizycznego. Przepis był genialny w swojej prostocie: rejestrujesz fundację z nazwą brzmiącą jak połączenie encykliki z podręcznikiem do historii oręża polskiego, w zarząd wpisujesz losowe fantomy w stylu „JanKowalski1”, a na stronie wklejasz bełkot o etyce. Następnie idziesz do zaprzyjaźnionego instytutu, bierzesz 405 tysięcy złotych na „rozwój instytucjonalny”, „popularyzację nauki” oraz absolutny hit sezonu – „estetykę”.


W praktyce ta narodowa estetyka zmaterializowała się pod postacią apartamentu w centrum Krakowa z wanną z hydromasażem i skrzyneczką na kod przy drzwiach, żeby turyści z zagranicy mogli za 350 złotych za dobę krzewić polską myśl patriotyczną między jednym a drugim piwem.
A państwowa tablica pamiątkowa? Skitrana na szafie pod starym kartonem. Bo przecież prezes z rozbrajającą szczerością wyjaśnił, że „być może zdjęto ją do czyszczenia”. Wiadomo – tablica miała kryzys tożsamości, potrzebowała urlopu na szafie, a w apartamencie i tak zasłaniała widok na minibar.
I wtedy na białym koniu wjeżdża Koalicja Obywatelska ze swoim wielkim, bezlitosnym, hollywoodzkim spektaklem pod tytułem „Rozliczamy!”.
Nowa władza rzuca się do mikrofonów. Nowy dyrektor instytutu z groźną miną pręży pierś, pompuje muskuły i zapowiada prokuratora, ogłaszając zdemaskowanie potwornego układu. Jest tylko jeden drobny, przezabawny szczegół,
o którym zapomniano wspomnieć na slajdach: ten sam nowy, uśmiechnięty zarząd chwilę wcześniej bez mrugnięcia okiem podpisał i klepnął sprawozdanie finansowe rzeczonej fundacji. Dopiero gdy smród wybił w mediach, w trybie natychmiastowym odkurzono szable sprawiedliwości. Mechanizm jest wieczny – dziś robimy pokazówkę na poprzednikach, a za cztery lata kolejna zmiana warty będzie dokładnie tak samo ścigać fundacje zakładane przy kawie przez naszych znajomych.
W tym całym narodowym teatrze zemsty i audytów najpiękniejszy jest jednak casting na kluczowych świadków i „ofiary”. Szczytem operacyjnej niemocy i politycznej farsy staje się dramat poszkodowanego Dawida.
Zamiast konkretnych zarzutów, twardych przesłuchań i odzyskiwania publicznej kasy, mamy telenowelę, w której nikt nie kwapi się, by faceta wreszcie konkretnie przetrzepać. Zresztą sam Dawid cierpi na najcięższą chorobę polskiej elity: jedyny ból egzystencjalny, jaki rozrywa jego serce, to fakt, że nie może w tym sezonie polansować się swoim Porsche. Całą resztę – prawo, państwo, podatników, etykę i tę całą hecę z rozliczeniami – ma dokładnie tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
Mamy więc państwo z kartonu w pełnej krasie:
Prawicowy wizjoner z dotacji funduje sobie apartament na Airbnb, tłumacząc, że wanna z bąbelkami realizuje cele statutowe.
Liberalni szeryfowie urządzają igrzyska z rozliczania, choć sami najpierw przybili pieczątkę, a teraz boją się wezwać na dywanik gościa, bo jeszcze popsują narrację.


A w centrum tego wszystkiego stoi pomnik współczesnej Rzeczypospolitej: zablokowane Porsche, którego właściciel patrzy na ten cały polityczny cyrk z absolutnym politowaniem.
Rządzący zmieniają się co parę lat, wymieniają tabliczki na gabinetach, zmieniają logotypy na rządowych stronach i obrzucają się błotem w programach publicystycznych. Ale bilans pozostaje ten sam: podatnik dalej sponsoruje czyjś wypoczynek w bąbelkach, a jedyną realną karą w tym kraju jest chwilowy brak możliwości wyjechania luksusową furą na miasto.


Czar6wnica